Program Polski Ludowej

Jeszcze przed wojną niezależny ruch robotniczy, chłopski i pracowniczy zbliżyły się bardzo znacznie w zakresie programowego ujęcia zjawisk życia polskiego. Klęska, jaka spadła na nasz kraj, ujawniła konieczność jak najściślejszego zespolenia całego obozu demokracji i uczynienia zeń potężnego bloku, który jedyny skutecznie może podjąć i przeprowadzić walkę z okupantem i dźwignąć zręby nowej Polski. Podstawą takiego bloku musi być konkretny program polityczny i społeczny. Toteż prawie od pierwszych dni okupacji wysiłki przedstawicieli obozu robotniczego, chłopskiego i demokratycznej inteligencji zmierzały do tego, by dotychczasowy dorobek ideowy poszczególnych grup ująć w jednolite ramy wspólnego programu. Tekst, który poniżej podajemy, jest wynikiem rozważań i dyskusji, przeprowadzonych przede wszystkim w obozie robotniczym i chłopskim.

Daje on odpowiedź na trzy zasadnicze pytania naszego życia:

  • po pierwsze, jaki charakter ma mieć nasza walka powstańcza i jak powinien być skonstruowany jej organ kierowniczy w postaci pierwszego rządu odrodzonej Polski;
  • po drugie, na jakich zrębach politycznych zostanie odbudowana Polska;
  • po trzecie, w jaki sposób będą rozwiązywane zasadnicze problemy społeczne.

U podstawy wszystkich tych ujęć spoczywa teza zasadnicza o jedności interesów społecznych i politycznych ludu pracującego na wsi i w mieście.

I dlatego też program ten nie jest owocem kompromisu, nie zawiera on żadnych ustępstw ideowych z czyjejkolwiek strony, lecz wyraża dojrzałe poglądy, będące wspólnym dorobkiem zarówno zorganizowanych mas chłopskich, jak i robotników.

Program ten ujmuje sprawy zasadnicze. Świadomie pomija niektóre szczegóły, inne tylko zaznacza. Jego zadaniem jest wytyczyć drogę, po której pójdą już opracowania specjalne, przygotowujące szczegóły politycznej czy gospodarczej struktury przyszłej Polski. Wierzymy, że program ten scementuje opinię demokratyczną w Polsce, spowoduje ostateczne samookreślenie się ideowe i polityczne poszczególnych grup, a przez to pomoże odnaleźć najlepsze drogi dla niezbędnej koncentracji sił demokratycznych, pragnących zdobycia dla Polski pozycji potężnej nie tylko przez siłę materialną, lecz również przez wydobycie jej największych wartości, które nieraz w historii stawiały Polskę na świeczniku Ludzkości.

***

Brutalny napad hitlerowskich Niemiec na Polskę przerwał we wrześniu 1939 roku proces dźwigania się masowego ruchu chłopskiego i robotniczego, zmierzającego do obalenia dyktatorskich rządów ozonowej kliki i ugruntowania w Polsce wolności i sprawiedliwości społecznej. Ruchy te mimo zepchnięcia ich z oficjalnej areny politycznej, okazały się jednak w chwili wybuchu wojny jedynymi czynnikami społecznymi, zdolnymi do podjęcia zadań obrony i na nich też po katastrofie wrześniowej spoczął główny ciężar walki z okupacją, jak i przygotowań do odbudowy Państwa Polskiego.

Rozumiejąc dziejową rolę Ludu Polskiego, zorganizowane ruchy mas pracujących na wsi i w mieście muszą podjąć zadanie skoncentrowania wszystkich sił demokracji polskiej w walce o całkowite usunięcie z ziem Rzeczypospolitej okupacji oraz odbudowanie Państwa Polskiego w takich rozmiarach i sile, by zdolne ono było nie tylko do trwałego niepodległego bytu, ale również by dawało rękojmię pokoju w środkowej Europie i stanowiło ostoję wolności sąsiednich narodów. Dla urzeczywistnienia tego celu koniecznym jest od pierwszego dnia odbudowania niepodległej Polski, ugruntowanie w niej na stałe ustroju demokratyczno- republikańskiego, opartego o niezbędne reformy społeczne, zapewniające masom ludowym należyte warunki gospodarczego, społecznego i kulturalnego rozwoju.

Organizując w sposób celowy jak największy wysiłek ludu pracującego Polski w walce o odzyskanie niepodległości, masowe ruchy warstwy chłopskiej i robotniczej, zjednoczone z demokratycznym ruchem pracowników umysłowych, muszą sprawić, by od pierwszych dni odzyskania niepodległości lud pracujący Polski uzyskał decydujący i trwały wpływ na rządy w państwie – w postaci Rządu Ludowego.

Koncentracja sił demokratycznych winna już dziś w toku walki z okupacją zjednoczyć swe siły, uzbrajając je w jednolity program polityczno- społeczny, wynikający z następujących zasad.

***

Pierwszy Rząd Niepodległej Polski, mający za sobą zdecydowaną wolę mas ludowych wyda natychmiast po swoim powstaniu dekrety, ustalające zasadnicze zręby tak politycznej, jak i społeczno-gospodarczej struktury nowej Rzeczypospolitej. W szczególności dekrety te przeprowadzą:

a) reformę rolną przez wywłaszczenie większych obszarów i stworzenie z nich zapasu ziemi do parcelacji, oddając natychmiast obszary wywłaszczone pieczy gminnych i powiatowych komitetów reformy rolnej;

b) wywłaszczenie i przekazanie państwu, samorządowi i spółdzielczości dojrzałych do uspołecznienia przedsiębiorstw przemysłowych, stwarzając dla nich jednocześnie uspołecznione kierownictwo;

c) reformy systemu podatkowego, zmierzającego do sprawiedliwego rozłożenia ciężarów podatkowych na wszystkie warstwy społeczne;

d) unieważnienie wszystkich aktów wydanych przez okupantów w zakresie mienia i dobrobytu obywateli Rzeczypospolitej, przekazując to mienie dla zabezpieczenia powołanym w tym celu instytucjom społecznym;

e) odpowiedzialność karną wszystkich obywateli, którzy zdradzili Rzeczpospolitą przez wysługiwanie się okupantom;

f) specjalny trybunał, przed którym staną dygnitarze cywilni i wojskowi reżimu sanacyjnego, odpowiedzialni za jego nadużycia i szkody wyrządzone państwu oraz masom ludowym.

Rząd ten ogłosi wybory do Sejmu i Senatu na zasadach demokratycznego prawa wyborczego oraz opracuje plan przebudowy Rzeczypospolitej i ugruntowania na nowych podstawach jej życia wewnętrznego.

Plan ten winien się opierać na następujących tezach:

A. W ZAKRESIE POLITYCZNYM

Ustrój państwa republikańsko-demokratyczny, zapewniający państwu niezbędną trwałość, sprawność i siłę rządów, obywatelom możność wywierania wpływu tak na kształtowanie się najwyższych władz w państwie, jak i na ich politykę oraz działalność przez przywrócony do swej godności, z demokratycznych wyborów pochodzący, parlament oraz prawo plebiscytu i inicjatywy publicznej:

  • szeroko rozbudowany samorząd terytorialny, który przejmie szereg funkcji, spełnianych dotychczas przez administrację rządową; obok samorządu terytorialnego będzie mógł swobodnie rozwijać się samorząd gospodarczy, instytucji społecznych i zakładów naukowych. Ruch zawodowy robotników i pracowników umysłowych, jak również organizacje gospodarcze i społeczne wiejskie i spółdzielnie zachowają pełny samorząd, otrzymując jednocześnie określone zadania w systemie Rzeczypospolitej.
  • swobodę w ukształtowaniu się i wyrażaniu opinii oraz w organizowaniu życia ideowo-politycznego, społecznego i kulturalnego na płaszczyźnie demokracji i niepodległości.
  • wszyscy obywatele Rzeczypospolitej otrzymają możliwie równe warunki startu życiowego przez rzeczywiście powszechne i bezpłatne nauczanie, zabezpieczające każdemu obywatelowi niezbędne minimum wykształcenia ogólnego i otwierające dostęp do skarbów kultury.
  • wszyscy lojalni obywatele Rzeczypospolitej bez różnicy wyznania i narodowości otrzymają równe prawa.

Ludność niemiecka osadzona na ziemiach polskich w intencjach germanizacyjnych – w szczególności poczynając od pierwszego rozbioru – zostanie przesiedlona do Niemiec. To samo dotyczyć będzie tych wszystkich, którzy ogłosili się za tak zwanych Volksdeutschów. Pozostać w granicach Polski będą mogli tylko ci obywatele pochodzenia niemieckiego, którzy czynami swymi, a w szczególności zachowaniem się swoim w czasie ostatniej wojny i okupacji stwierdzili swoje przywiązanie i wierność dla państwa polskiego.

Przebudowa ustroju społecznego usunie gospodarcze podstawy antagonizmów narodowościowych i w szczególności w zakresie sprawy żydowskiej zniesie nienaturalne i jednostronne skupienie Żydów w handlu, jak również całkowicie usunie niektóre przerosty gospodarcze.

Ustrój demokratyczny w Polsce będzie należycie zabezpieczony przed wszelkimi wrogimi sobie dążeniami.

Rzeczpospolita wejdzie w skład Związku Wolnych Ludów Europy, reprezentując w nim dążenie do jak największej jego spoistości, autorytetu i siły zarówno zdolnej unicestwić wszelkie próby dywersji wewnętrznej wybujałego nacjonalizmu, jak i zabezpieczyć Związek Ludów i jego członków przed niebezpieczeństwem inwazji zewnętrznej.

B. W ZAKRESIE SPOŁECZNO-GOSPODARCZYM

Celem przebudowy ustroju społecznego jest:

  • sprawiedliwy podział dochodu społecznego. Przebudowa ta winna być dokonana w sposób, który nie tylko nie obniży wydajności produkcji, ale ją podniesie, podnosząc zarazem poziom życia gospodarczego; tylko na tej drodze można będzie osiągnąć powszechne podniesienie stopy życiowej mas pracujących w mieście i na wsi;
  • realizowanie ideału sprawiedliwości społecznej drogą uspołecznienia pewnych działów życia gospodarczego, w dziedzinach zaś nieuspołecznionych zmniejszenie, do możliwych granic, rozpiętości w posiadaniu i dochodzie społecznym;
  • tytułem do uczestniczenia w dochodzie społecznym będzie praca. Wszelki wyzysk człowieka powinien zniknąć z terenu życia społecznego.

Przebudowa ustroju społeczno-gospodarczego oraz polityka gospodarcza państwa muszą wychodzić z założenia ścisłej solidarności interesów chłopskich, robotniczych i pracowniczych, i zmierzać do urzeczywistnienia całkowitej równowagi w podziale dochodu społecznego między poszczególne grupy zawodowe świata pracy.

Budowa nowego ustroju oprze się przede wszystkim na wolnym, samodzielnym i uspołecznionym człowieku. Oparcie nowego porządku społecznego na szerokich masach będzie wyrazem istotnej demokratyzacji życia społecznego i gospodarczego, i rozstrzygnie o jego dynamice rozwojowej. Podstawową formą uspołecznienia będzie przejęcie poszczególnych funkcji życia gospodarczego przez zorganizowane społeczeństwo (spółdzielnie, samorząd itp.). Spółdzielczość więc produkcyjna, rolnicza i spożywców, jako też produkcja samorządowa, zwłaszcza w zakresie produkowania dóbr użyteczności publicznej, znajdzie w przyszłym ustroju szerokie zastosowanie i należyte poparcie ze strony państwa i społeczeństwa.

Upaństwowienie będzie zastosowane przede wszystkim do tych działów życia gospodarczego, które mają związek z obronnością państwa lub mają charakter kluczowy dla całości gospodarki społecznej (kolej, poczta, komunikacja, przemysł wojenny, przemysły surowcowe, hutniczy itp.).

Drobne przedsiębiorstwa prywatne zostaną objęte kontrolą społeczną ze strony uspołecznionych samorządowych związków danej gałęzi produkcji, reprezentujących producentów i spożywców.

Rzemiosło, jako drobna wytwórczość przemysłowa, pozostaje w zasadzie w prywatnym władaniu. Poszczególne działy rzemiosł winny stwarzać nadbudowę społeczną w formie spółdzielczej dla rozwiązywania wspólnych zagadnień, jak zakup surowca, zbyt gotowych wyrobów, wspólne korzystanie z urządzeń technicznych, organizacji kredytu itp. Na zasadach spółdzielczych winna się oprzeć wytwórczość chałupnicza i przemysłu ludowego.

Wielkie obszary ziemskie zostaną wywłaszczone bez odszkodowania. Podstawą ustroju rolnego będzie samodzielny warsztat rolny, obrabiany rękami osiadłej na nim rodziny. Na części terenów wywłaszczonych o wysokiej kulturze rolnej mogą zostać utworzone samorządowe wzorowe gospodarstwa rolne, stacje doświadczalne, gospodarstwa nasienne itp. Techniczne, ekonomiczne i organizacyjne braki i niedomagania drobnej gospodarki rolnej wypełnione będą przez szeroko rozbudowaną spółdzielczość.

Organizacja wymiany oprze się w przyszłym ustroju przede wszystkim na spółdzielczości. Aparat bankowo-kredytowy przejdzie w całości w ręce organizacji społecznych i państwa. Polityka walutowa i finansowa państwa zostanie dostosowana do ogólnych potrzeb rozbudowującego się gospodarstwa społecznego.

Szeroko zostanie rozbudowana sieć instytucji ubezpieczeń społecznych w mieście i na wsi.

Rozwój życia gospodarczego oprze się na systemie gospodarki planowej. Plan gospodarczy będzie polegał na wytyczeniu kierunku i zasad rozwoju życia gospodarczego oraz na stwarzaniu ram działalności dla wszelkich elementów biorących udział w produkcji i wymianie towarowej i pieniężnej.

Organizacja życia gospodarczego oprze się na zasadach samorządu reprezentującego poszczególne gałęzie życia gospodarczego, a skupiającego w swoich szeregach wszystkie zainteresowane elementy społeczne, a więc robotników, pracowników umysłowych oraz właścicieli zakładów przemysłowych i rolnych (państwowych, uspołecznionych i prywatnych).

Poszczególne działy produkcji przemysłowej i rzemieślniczej, tworzące odrębne związki według gałęzi przemysłu, znajdą koordynację w postaci Wojewódzkiej Izby Przemysłowej, współdziałającej z Wojewódzką Izbą Rolniczą.

Nadbudową poszczególnych działów samorządu gospodarczego będzie Naczelna Izba Gospodarcza, której najwyższym uprawnieniem będzie: reprezentacja interesów wszystkich gałęzi życia gospodarczego w stosunku do administracji państwowej, planowanie i koordynacja życia gospodarczego.

Nad całością rozwoju życia gospodarczego i nad działalnością gospodarczych organizacji samorządowych i związków poszczególnych gałęzi produkcji roztacza kontrolę i opiekę państwo. Ma ono w szczególności na uwadze, by wyniki całości gospodarki dostarczyły odpowiednich środków obrony i ugruntowały znaczenie Polski między innymi narodami.

***

Tylko wytrwała i zdecydowana walka przeciwko okupantom ziem Polski może być skuteczną drogą do urzeczywistnienia powyższych zasad politycznych i społecznego przekształcenia życia Polski. Na tej drodze lud pracujący musi również przezwyciężyć opór klas i grup uprzywilejowanych w dawnej Polsce i pragnących swe przywileje utrzymać. Koncentracja demokratyczna winna być przeto obozem przygotowania zbrojnego powstania przeciwko okupantom i zdecydowanej walki z rodzimą reakcją.

Demokracja polska zjednoczona ideowo i zdyscyplinowana politycznie, przygotowana do rozprawy z wrogiem i zdecydowana do przezwyciężenia wszelkich zapór reakcji wewnętrznej musi zwyciężyć i stworzyć nową erę rozwoju Polski w braterskim współżyciu z innymi, wolnymi narodami.

Sierpień, 1941
[data opublikowania]

Miej ambicję!

Miej ambicję!

…Albowiem kto się wywyższa, poniżon będzie. Troskliwa matka w pacholęcych latach życia twojego, arcynudne książeczki, które otrzymywałeś na gwiazdkę w dniach dzieciństwa, rady doświadczonych w życiu mędrców kładły ci w uszy stale a systematycznie tę prawdę.

A ja powiadam ci coś zgoła odrębnego: pałaj żądzą wywyższenia się, sięgaj wzrokiem daleko, bądź pożerany przez wielką ambicję, a idź śmiało, z czołem podniesionym, po tej drodze, która ginie gdzieś na wyniosłościach niebosiężnych. Wyżej, wciąż wyżej!

Oto artysta-aktor na scenie. Widzowie darzą go rzęsistymi oklaskami. Płomień wystąpił na lica, ogień namiętności przepala jego duszę całą. Żyje oklaskami i k’woli oklasków. Gdy któregoś dnia są słabsze, zgryzota go trawi. W oku błyska zawiść, jeśli towarzysz jego grał lepiej i zjednał sobie dłonie widzów.

To człowiek pożerany małą, arcymałą ambicją. Pluń mu w twarz, bo masz przed sobą nierządnika, który nigdy nie zaznał żądła ambicji prawdziwej. Ty zaś będziesz miał wielką ambicję!

Oto jeden z kapłanów pióra. Pożera go myśl o tym, aby był wywyższon ponad augurów [starożytni kapłani rzymscy, zajmujący się odczytywaniem woli bogów z lotu ptaków drapieżnych – przyp. redakcji „Obywatela”]. Udaje, iż niepokalany przystępuje do komunii u ołtarza Ideału – on, grzesznik, który ideami frymarczy. Łaknie poklasku, czołobitności, jak popękana od posuchy gleba – potoków deszczu ożywczych. Nie będzie gardził fortelami, insynuacją nawet, byleby zasiąść wysoko między mężami, a w ostateczności między niewiastami, którym łaskawie pozwoli chustami pokryć nogi swoje.

Pluń mu w twarz, bo ten człowiek nie zaznał jadu ambicji. Rozsadza go nikczemna namiętność parweniusza! W twej zaś piersi będzie złożone zarzewie wielkiej ambicji.

Oto gromada entuzjastów, która jak meteor zajaśniała na stronicach historii: Isnard, Vergniaud, pani Roland [politycy francuscy okresu Wielkiej Rewolucji – przyp. „Obywatela”]. Umieją słowami swymi rozpalać umysły, gestami wiązać do siebie serca ludzkie. Potężne duchy! Ale spojrzyj uważnie – w tych gestach jest coś… coś poziomego, plugawego niemal. Z oka strzelają płomienie, które nie tylko o zapale świadczą – czuć tam żądzę poklasku, popularności…

Odwróć się od tych aktorów, bo zaprawdę są jako aktorzy – acz wielkiego stylu. Los dał im okazję czynu, myśl ich ma wzloty potężne, ale coś trzyma ich tuż nad ziemią. Nie naśladuj ich, miej ambicję jeszcze większą!

Bądź ambitny! A to znaczy: nie dbaj o poklask, nie ściągaj na siebie uwagi ubiorem arlekina, nie strój się w pióra złote. Poklaski są jako dym haszyszu, który upaja i przed wyobraźnią twoją rozsnuwa zaczarowane krainy, ale tylko po to, ażebyś ocknąwszy się z upojenia spostrzegł, że nić żywota twego jest jeszcze bardziej szara, ty zaś – rozbitkiem uczucia i świętokradcą idei. Zamilkną niebawem. A nawet choćby trwały całe życie, pamiętaj, iż staniesz kiedyś przed sądem wnuków i prawnuków swoich. Czyny twe i słowa rozważać będą sędziowie, których nie zjednasz dowcipem i paradoksem, nie porwiesz frazesem, nie zniewolisz papką ani czapką. I z poklasków, ze stroju arlekina nic nie pozostanie. Żyłeś dla dumy kadzideł, pławiłeś się w hymnach wziętości i dla poklasku odstąpiłeś wielkich praw swoich. Miałeś ambicję histeryczki i klauna, ale nie męża i nie człowieka.

Bądź ambitny! A to znaczy: nie dbaj o hołdy i czołobitność. Kapłanki Wenery ulicznej dobijają się o wziętość, skoczkowie na linie pożądają oklasków. Od heter i skoczków idzie w górę bez kresu drabina, a po niej pną się ciżby wielkie. Każdy spycha sąsiadów, byleby dosięgnąć wyższego szczebla i stanąć na widoku gawiedzi. Pozostaw tę krwawą zabawę, za którą trzeba płacić czystością swej idei, motylom ludzkim, co żyją dniem dzisiejszym. Ty, który masz ambicję, utkwij wzrok swój w mgłach dalekiej przyszłości. Staraj się o nieśmiertelność imienia swego, a chociaż i jej pasmu czas wytknął kres jakiś, przecież przetrwa poklaski, które przypadły w udziale lekkoduchom. Milczą o tobie umyślnie lub spotwarzają w uniesieniu zazdrosnym – to znaczy, przerosłeś myślą swoją chwilę dzisiejszą. A gdy zaczną cię chwalić, wtedy imaj się obrachunku grzechów swoich i czyń skruchę, bo może sprzeniewierzyłeś się Ideałowi. Ty zwiastujesz Przyszłość. Wszystko w życiu może się tobie sprzeniewierzyć: zdrowie, miłość, ale ta, która cię wysłała, jako swego przodownika, o tobie nie zapomni.

Bądź ambitny! Dokoła ciebie rozgłosem cieszą się karlęta. Jak zgraja wilków szczerzą kły swoje na ciebie o żer swój trwożni. Gorycz, od której nie zawsze zdołasz uchronić serce swoje, będzie niekiedy doradzała ażebyś walczył z nimi ich bronią, bo zasada insultez! insultez! il restera quelque chose (spotwarzaj wroga, a coś z tego oszczerstwa przylgnie do niego), prowadzi niezawodnie do zwycięstwa w walce o imię. Odrzuć te podszepty, bo kryje się w nich trucizna dla ducha twego! Pamiętaj, iż nie będziesz wywyższon tylko dlatego, że umiesz innych poniżać. Walcz przeciw szalbierzom, zdzieraj maski z świętokradców, którzy do stołu Idei przystępują nieczyści, ale nie po to, ażebyś chciał wykazać, iżeś lepszy, jeno dlatego, iż tamci są nikczemni i czynem swoim krzewią upodlenie. Dla wielkiej ambicji jest jedna tylko droga: inni stworzyli rzecz potężną, więc pracuj abyś stworzył dzieło jeszcze potężniejsze.

Miej ambicję! Na drodze życia swego ujrzysz ludzi ambitnych, którzy za sobą ciągną rzesze zauszników i popleczników. Za maksymę swoją wzięli hasło, iż ręka rękę myje. Na ustach mają pracę dla przyszłości, ale sprzeniewierzą się jej, ażeby pozyskać względy teraźniejszości. Ty nie będziesz świadectwem fałszywym stwarzał ciżby przyjaciół i sojuszników. Albowiem jeżeli dla przyjaciela ważysz się na wyraz kłamliwy, wierz mi, bliską jest chwila, gdy zaczniesz obliczać, za ile siebie samego możesz sprzedać. Tkwią bowiem w tobie wszystkie pierwiastki sprzedajności! Tylko wyzwoleńcy idą takimi gromadami, związanymi przez fałszywe świadectwo, podtrzymywanymi przez papkę i czapkę, ty zaś masz ambicję wolnego człowieka.

Miej wielką ambicję! Wiem, iż krzyż ciężki kładę na twe barki. Radzę ci wyrzec się poklasku, który przecież nie tylko upaja, ale i podnieca, prowadzę cię na ścieżki samotne, kędy tylko myśl o sądzie nad tobą Przyszłości będzie przewodniczką i towarzyszką. Będziesz wśród ludzi, jeno nie z ludźmi. W milczeniu będą się odsuwali od ciebie, bo tylko tym dają poklask, którzy schlebiają ich instynktom, głaszczą ich drobne, plugawe ambicyjki. A może nawet złorzeczyć ci będą i niejedna ręka sięgnie po głaz, ażeby ukamienować ciebie. Nie zbierzesz rzeszy, pochlebców nie znajdziesz, ale w zamian sam nie będziesz prawił pochlebstw, nie staniesz się popychadłem ulicy bezimiennej. Nie będziesz popychadłem, bo masz ambicję, nie będziesz prawił pochlebstw, bo masz wielką ambicję.

Skazuję cię na samotność i krzyż kładę ci na barki. Pogódź się z tamtą i bierz krzyż śmiało na siebie. Na drogę błogosławię cię – twą wielką ambicją. Z niej poczną się czyny twoje…

CC BY-NC-SA João Almeida, http://www.flickr.com/photos/t3mujin/2289539989/

 

Wola polskiej mocy

Wola polskiej mocy

CC BY-NC Uclax, wikipedia.de

Są u nas ludzie, którzy śnią o możliwości wysokiego rozwoju kulturalnego, pomimo braku samoistności politycznej. Całkowite poczucie stwierdzanej dzień po dniu bezsiły wobec bezprawia – odbija się na całym duchowym życiu. Musimy zdać sobie z tego sprawę, musimy to zrozumieć, gdyż ukazują nam tę wytworzoną przez ucisk niedojrzałość jako jakąś specyficzną właściwość duszy polskiej, jako jej wyższość ponad zagadnienia, które roznamiętniają i poruszają do głębi żyjące samodzielnie narody. Zabijąc wszystkie samoistne instytucje, wróg poraża coś głębszego, niż one same, znieprawia, osłabia wolę, hoduje stan paraliżu psychicznego, wytwarza przepaść pomiędzy zadomowioną prywatną psyche polską, a tragiczną dziedziną, w której ważą się wielkie odpowiedzialności, rozstrzygają w daleką przyszłość prowadzące sprawy. Struktura psychiki polskiej uległa w znacznej mierze temu rozkładowemu wpływowi: zaginęła lub osłabła sama zdolność odczuwania ciosów, wymierzanych przez przemoc, brak w sercu i myśli miar, które zdołałyby objąć cały ogrom klęski. Gdy myślę o pewnych właściwościach naszej zbiorowej psychiki, przypomina mi się zawsze ten telegrafista z powieści Wellsa, który układał olbrzymie plany zwycięskiej walki przeciw marsyjczykom, a jednocześnie nie był w stanie myśleć konsekwentnie choćby tylko o własnym swym, bezpośrednim bezpieczeństwie. Tu komplikuje się sprawa. Siła, zdolna przetrwać niezmiernie wiele istnieje niewątpliwie w Polsce, a nie zna ona samej siebie i my jej nie znamy. W każdym zaś razie przebywa ona poza dziedziną tzw. myśli: tkwi w samym procesie życiowym, w samej fizjologii, że tak powiem, polskiej pracy: sama rodzina polska, tak niezdolna do stworzenia historycznych podstaw narodowej myśli jest, nie jako myśl, lecz jako rzeczywistość, światem pełnym swej własnej, zapamiętałej energii. Polska nie zna samej siebie od strony swej mocy: posiada ona już bardzo znaczną wytrwałość w życiowej walce i bardzo małą tej wytrwałości świadomość. Brak jej organów zbiorowego czucia, myśl nie potęguje tu energii, lecz przeciwnie, pojawia się raczej tylko tam, gdzie energia ta słabnie. Energia ta nie umie nawet siebie w myśli utrwalić i przekazać: czy istotnie polska posiadająca, nawet pojedyncza, oddarta od zbiorowej pracy rodzina tylko to miała do powiedzenia światu, co zostało sformułowane w Rodzinie Połanieckich: tylko pogoda, zdolna uczynić znośnymi dla samej siebie nie tylko parcie świata, ale i liche sobkostwo własne: nic więcej? Dzisiaj Skałłon [właśc. Gieorgij Antonowicz Skałon, carski generał-gubernator Warszawy w latach 1905-1914 – przyp. redakcji „Obywatela”] jednym pociągnięciem pióra wstrzymał naukę 5500 z trudem i wysiłkiem doprowadzonych do szkoły średniej dzieci. W domu tych rodzin polskich padnie niejedno słabe słowo, ale drgnienia woli narodowej, słabo, źle uświadamiane, zdolność wytrwania, postawienia na swoim – wszystko to przerastać będzie niewątpliwie natężeniem swym najsilniejsze, Skargowskim choćby stylem pisane protesty. Będzie w tym wszystkim prawda tak twarda i niezawodna, że niemal zoologiczna: wszystko, co jest elementarne, fizjologiczne, posiada w Polsce niezmiernie wielką siłę; Polak nie wie jeszcze, w swej świadomej myśli, jak twardo już umie walczyć ze światem: pora już tylko, by to twarde, silne życiowe jądro przedarło powłokę niedojrzałości myślowej, aby świadomość zbiorowa przestała się wyrażać w formach marnotrawiących, osłabiających wyniki bezwiednego życiowego procesu, pora, by jako jedyna ukazała się samej sobie Polska zawziętej, zapamiętałej woli życia i niestrudzonej, nie słabnącej pod ciosami, przeciwnie, wciąż krzepnącej i coraz głębiej zapuszczającej korzenie – pracy. Ten stan rzeczy bowiem, w którym myśl jest wytwarzana przez to, co jest bezsilne, zahukane lub chociażby mężne – ale tylko ginące, posiada pewne niebezpieczeństwa. Gdyby to, co stanowi organizm polskiego życia, stało się organizmem polskiej myśli – stanowilibyśmy dziś jedną z najbardziej zwartych, w sobie zaufanych, jedną z najbardziej heroicznych, najmocniej ciążących nad wolą kultur narodowych. Bezskutecznymi są próby tworzenia z czystego ducha: ale ten okres już dla nas przeminął, duch ma tylko wstąpić w żywe, istniejące ciało, przestać być pasożytem, poznać swą rzeczywistość. Świadoma myśl polska ma przed sobą dzisiaj tę jedyną drogę: stać się organem stwarzającej samą siebie i utrzymującej się nieustannym wysiłkiem woli polskiej mocy, i budować na tym nie podlegającym żadnym wywłaszczaniom fundamencie: kiedy polskość stanie się synonimem spotęgowanej, czynnej i twórczej energii, kiedy atmosfera polska przesycona będzie pierwiastkami zapewniającymi techniczną, ekonomiczną, życiową wyższość każdemu polskiemu robotnikowi – i to od najniższych aż do najwyższych dziedzin pracy – wtedy Polska będzie ugruntowana na wieki w pierwiastku urągającym wszelkiej przemocy, wszelkim przewrotom, wszelkim burzom. Mowa polska niech się stanie tajemniczym zaklęciem i talizmanem, zapewniającym nieprzerwane świadomość. Brak jej organów zbiorowego czucia, myśl nie potęguje tu energii, lecz przeciwnie, pojawia się raczej tylko tam, gdzie energia ta słabnie. Energia ta nie umie nawet siebie w myśli utrwalić i przekazać: czy istotnie polska posiadająca, nawet pojedyncza, oddarta od zbiorowej pracy rodzina tylko to miała do powiedzenia światu, co zostało sformułowane w Rodzinie Połanieckich: tylko pogoda, zdolna uczynić znośnymi dla samej siebie nie tylko parcie świata, ale i liche sobkostwo własne: nic więcej? Dzisiaj Skałłon [właśc. Gieorgij Antonowicz Skałon, carski generał-gubernator Warszawy w latach 1905-1914 – przyp. redakcji „Obywatela”] jednym pociągnięciem pióra wstrzymał naukę 5500 z trudem i wysiłkiem doprowadzonych do szkoły średniej dzieci. W domu tych rodzin polskich padnie niejedno słabe słowo, ale drgnienia woli narodowej, słabo, źle uświadamiane, zdolność wytrwania, postawienia na swoim – wszystko to przerastać będzie niewątpliwie natężeniem swym najsilniejsze, Skargowskim choćby stylem pisane protesty. Będzie w tym wszystkim prawda tak twarda i niezawodna, że niemal zoologiczna: wszystko, co jest elementarne, fizjologiczne, posiada w Polsce niezmiernie wielką siłę; Polak nie wie jeszcze, w swej świadomej myśli, jak twardo już umie walczyć ze światem: pora już tylko, by to twarde, silne życiowe jądro przedarło powłokę niedojrzałości myślowej, aby świadomość zbiorowa przestała się wyrażać w formach marnotrawiących, osłabiających wyniki bezwiednego życiowego procesu, pora, by jako jedyna ukazała się samej sobie Polska zawziętej, zapamiętałej woli życia i niestrudzonej, nie słabnącej pod ciosami, przeciwnie, wciąż krzepnącej i coraz głębiej zapuszczającej korzenie – pracy. Ten stan rzeczy bowiem, w którym myśl jest wytwarzana przez to, co jest bezsilne, zahukane lub chociażby mężne – ale tylko ginące, posiada pewne niebezpieczeństwa. Gdyby to, co stanowi organizm polskiego życia, stało się organizmem polskiej myśli – stanowilibyśmy dziś jedną z najbardziej zwartych, w sobie zaufanych, jedną z najbardziej heroicznych, najmocniej ciążących nad wolą kultur narodowych. Bezskutecznymi są próby tworzenia z czystego ducha: ale ten okres już dla nas przeminął, duch ma tylko wstąpić w żywe, istniejące ciało, przestać być pasożytem, poznać swą rzeczywistość. Świadoma myśl polska ma przed sobą dzisiaj tę jedyną drogę: stać się organem stwarzającej samą siebie i utrzymującej się nieustannym wysiłkiem woli polskiej mocy, i budować na tym nie podlegającym żadnym wywłaszczaniom fundamencie: kiedy polskość stanie się synonimem spotęgowanej, czynnej i twórczej energii, kiedy atmosfera polska przesycona będzie pierwiastkami zapewniającymi techniczną, ekonomiczną, życiową wyższość każdemu polskiemu robotnikowi – i to od najniższych aż do najwyższych dziedzin pracy – wtedy Polska będzie ugruntowana na wieki w pierwiastku urągającym wszelkiej przemocy, wszelkim przewrotom, wszelkim burzom. Mowa polska niech się stanie tajemniczym zaklęciem i talizmanem, zapewniającym nieprzerwane krążenie energii, męstwa, mądrości i wytrwania, niechaj się stanie nie tylko wyrazem tęsknoty, ale przywilejem w walce życiowej dla całej, rozproszonej po świecie pracy polskiej: a wtedy ta moc, która istnieje już w ciemnych procesach życia, pozna samą siebie w słońcu i będzie Polska tak wieczna i trwała, jak zwycięstwo wspartego na własnej pracy człowieka. Niechże się stanie to polskie słowo istotnie mocą, której słuchają żywioły, niech zawrze w sobie świat tajemnych źródlisk, ożywiających codziennie borykającą się z losem, powstającą po każdej klęsce – krwawą, straszliwie pragnącą żyć wolę. W tej olbrzymiej, codziennej walce o chleb powszedni życia i myślenia, o oddech każdy – tkwi Polska, niechże pozna się ona w tym przyziemnym, codziennym trudzie, niech się stanie dla niego siłą. O rzeczach najmożliwszych do spełnienia mówimy tu, o rzeczach, które nie przekraczają miary ludzkiej woli. Wola polska miała już takie nagłe zwroty: bywało już jej na imię: Konarski, Śniadeccy, Staszic, Świętochowski. Tu idzie o wielki akt samozachowania duchowego, o stworzenie żywego zakonu pracy – i akt ten w tych i przez tych przede wszystkim powinien być dokonany, którzy pragną być narodu myślą. Inne narody żyć mogą z rozdwojoną, rozszczepioną świadomością – my potrzebujemy jednolitej: stworzyć trzeba myśl polską, organ samym sobie tylko ufających, na samych sobie tylko wobec wszechświata wspartych Polaków. Życie nasze woła o taką myśl, ginie i schnie jej głodem, powita ją jak wyzwolenie. To, co staje na przeszkodzie – to słabość nasza, to myśl tych, co żyją na powłoce skutej przez obcą przemoc, biczowanej przez nią pracy. Ktokolwiek bądź w Polsce dzisiaj żyje dla swojej własności, myśli, że ma coś własnego prócz pracy swojej, posiada tylko niewolę i z niej czerpie życie; każdy akt jego woli i myśli są znieprawione i zatrute przez nawpół bezwiedny, na wpół świadomy, nałogowy udział w wielkiej zbrodni. Nie ma dziś Polski, jest tylko jej rozbiór: i własność polska to pakt z rozbiorem, to rozbiór codzienny i spowszedniały. W Polsce nie ma miejsca na właścicieli, na spożywających: tu jest zastęp oporu i pracy – więcej nic. Nie ma dla nikogo ocalenia przed zmarnieniem duchowym, jak tylko to jedno: wytworzyć w sobie twardy zakon uczestnictwa w zbiorowej walce o przyszłość, w niezmordowanym wydobywaniu codziennym wysiłkiem własnym jej podstaw. Temu prawu służyć, w nim żyć, z nim stopić całą swą istotę: być w każdym momencie życia swego związanym z tym wielkim niesłabnącym bojem – oto jedyna droga. Nie ma dla niczego, co w Polsce pozostało z narodu, zbawienia, jak tylko w walce. Los nasz nie został nigdzie rozstrzygnięty: spoczywa on w nas samych, w naszej piersi, rodzi się z nas każdej godziny. Prawdy naszej na próżno szukamy poza sobą, z siebie, z życia swego narodu wydobyć ją musim. Myśl narodu uciemiężonego budować przyszłość swą może na tym tylko, co od woli wroga jest na zawsze niezależne, przemocy nie podlega, na tym, co jest wolne od przypadkowości i samowoli. Wola nasza tam, gdzie styka się ona bezpośrednio ze światem pozaludzkim, i w walce z nim życie swoje stwarza – oto jedyna dziedzina raz na zawsze zabezpieczona. Tu nie zdoła wtargnąć przemoc, jeżeli jej sami wrót nie otworzymy. Wszelka forma działania, zależna od pewnego społecznie usankcjonowanego stanu posiadania jest w ręku tych, którzy posiadają w swojej mocy wszelkie sankcje. Wyjęci spod praw ciemięskiego świata tylko na tym, co od woli niczyjej niezawisłe – na pracy naszej, samej tylko pracy, wsparci – przetrwać zdołamy wszystko. A przede wszystkim w dziedzinie myśli i słowa, w dziedzinie swobody wewnętrznej nie wolno nam liczyć się z niczym, co jest ochranianym przez nieprzyjaciela prawem: w każdej chwili prawo to zwróci się przeciwko nam, obnaży swoją naturę, ukaże się jako posterunek obcej przemocy. Pierwszym aksjomatem polskiej mądrości politycznej powinno być przekonanie, że ci, których byt zależnym jest od form prawnych, sankcjonowanych przez zorganizowaną siłę społeczną – są, muszą być wspólnikami tej siły; przeciwstawić się jej, stawić jej oporu nie potrafią, w swojej zaś przeciwko niej opozycji pójdą tylko do tej linii, poza którą mogłoby zacząć się niebezpieczeństwo dla ich przywilejów. Własność polska obchodzi nas tylko jako organ samowychowania polskiej pracy. Tylko rola, jaką odgrywa ona w produkcji narodowej, jest jej podstawą prawną. Gdy stać będziemy konsekwentnie na punkcie widzenia interesów polskiej pracy, napotkamy zawsze te interesy własności, które są interesem narodu, a nie własności. Myśl, świadomość narodowa opierać się mogą tylko na rzeczywistym prawie: kto i ile, chociaż jest reprezentantem przywileju, spełnia świadomie lub bezwiednie funkcję wytwórczą – objęty zostanie przez myśl liczącą się tylko z rozwojem i rozrostem polskiej pracy. I to rozstrzyga. […]

Więc naprzód, i nie dawajcie posłuchu, gdy mówią wam, że wszystko jest przewidziane. Przewidziane, przewidywane nie istnieje. Was właśnie potrzeba, was młodych, nowych, śmiałych, niezmordowanych, was, którzy tworzyć będziecie nad Polski ciemnym wysiłkiem – epicką atmosferę bohaterstwa, sławy i boju. Boju z samym sobą i światem. Przyrodę całą posiąść ma Polak, mieć w piersi, nad nią panować: wrosnąć myślą, sercem, wolą – w sam byt. Duszy tu potrzeba nade wszystko – młodej, odważnej duszy, naprzód idącej w nieznane, sobie i woli swej ufającej, pragnieniem lotu tworzącej swe skrzydła.

Historia posłuszna woli ludzkiej. W dziesięciolecie legionów

Trudno dziś wczuć się w ową szarzyznę beznadziejną życia polskiego przed wojną. Wśród „unormowanych”, „ustalonych” stosunków rok szedł podobny za rokiem, takie czy inne wypadki publiczne bardzo niewidocznie zmieniały ich barwę. Człowiek – wydać się mogło – wraz z urodzeniem już z góry przynosił sobie na świat swój los, a przynajmniej parę, dobrze wszystkim znanych, losu tego możliwości.

Przyszłość – zdawało się – stała się martwą.

Wykluczona poza życie była wszelka rzecz naprawdę nowa, nieoczekiwana, z wolnej, a twórczej woli ludzkiej się rodząca; niemożliwością była twórczość, romantycznym marzeniem, poezją był czyn. Przeciętny obywatel patrzył na te sprawy ze starczą pobłażliwością i podejrzliwością – a najwyższy duch narodu miał widzenie, że Konrad-twórca beznadziejnie zaklęty jest w szrankach sztuki, fikcji, teatru. Myśl o zasadniczej zmianie położenia narodu, o rozpoczęciu na nowo jego dziejów coraz bardziej stawała się mglista, coraz dalsza. Iskierka wiary żywej coraz ją rzadziej rozświetlała, coraz beznadziejniej wchłaniała ją w siebie atmosfera zatęchłej rupieciarni, odświętnych rekwizytów narodowych.

Przesłonił nam dziś te szare czasy krwawy tuman zawieruchy wojennej, która poza widnokręgiem naszego świata się poczęła – i nagle bieg rzeczy i losy ludzi w najfantastyczniejszy sposób pokierowała.

I dlatego trudno jest dziś sprawę zdać sobie z całej dziwaczności, patosu i. . . komizmu jednocześnie tego zjawiska, wcielonego w garść ludzi, którzy nagle, wśród bezdziejowej szarzyzny, uwierzyli w przyszłość, do niej przygotowywać się poczęli – i czynne role w niej sobie powyznaczali. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. Sami, w kilkudziesięciu, paruset, później w parę tysięcy – bez aparatu, bez rutyny – poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. W codziennej, szereg lat się ciągnącej pracy organizacyjnej, szkolnej i moralnej, rodziło się w nich przeświadczenie i pewność, że mimo pozorów rozumnej kalkulacji, mimo potęgi technicznej zaborców, mimo obojętności, a raczej zupełnej w tych rzeczach nieświadomości własnego społeczeństwa – oni stworzą armię, wywalczą i zbudują państwo.

Kto te rzeczy przeżył i poprzez perspektywy ubiegłego dziesięciolecia potrafi i zechce wspominać, ten dziś jeszcze odczuje całą wzniosłość i cały jednocześnie komizm owych bawiących się w wojsko gromadek, wychodzących w roku 1908 czy 1910 na ćwiczenia za rogatki Lwowa lub Krakowa, jeszcze bez mundurów, dobrze jeśli nie w „melonikach”, lecz w bardzo militarnie wówczas wyglądających szarych „maciejówkach”, z kilku schowanymi brauningami i mauzerami, z paru uroczyście niesionymi karabinami. Dziś jeszcze na śmiech się zbiera, gdy staną w pamięci poważne, ambitne rozważania około dwudziestoletnich wyższych szarż strzeleckich: „czy dam sobie radę z dywizją, czy tylko z pułkiem lub brygadą”. Ci z nich, którzy do dziś żyją, jakże często realizują i realizowali w roku 1920 te swoje naiwne marzenia.

Wstępując do Związku Walki Czynnej, każdy przyjmował uroczyście deklarację, w której mowa była o przyszłej „Rzeczpospolitej Polskiej” i o oficerach jej armii. Gdy organizacja zdobyła się na mundury, na czapce nosił każdy orła tego samego modelu, który dziś jest na czapkach całego wojska. Na „wielkie ćwiczenia” ci, którzy obejmowali funkcje oficerskie, wkładali na kołnierz te same zygzaki, które dziś są odznaką oficerską. Salutowanie odbywało się w ten sam sposób (dwoma palcami), jaki później był przedmiotem ciągłych zatargów Legionów z Austriakami, a jaki dziś obowiązuje w wojsku polskim. W wypracowanych wówczas regulaminach ustalono większość zasadniczych komend, terminów technicznych i taktycznych, które wchodzą dziś w skład regulaminu wojska polskiego.

Szereg ogólnych i szczegółowych przykładów owego urzeczywistnienia się marzeń można by ciągnąć znacznie dłużej – nawet gdy zwrócić uwagę na strzelecki „vox populi” o poszczególnych osobach. Komendanta Piłsudskiego każdy strzelec uważał za przyszłego Wodza Naczelnego, a nawet za głowę przyszłego państwa; gdy dzisiejszy płk. Kossakowski („Kirgiz”) wzniósł kiedyś na komersie strzeleckim okrzyk: „Niech żyje Mieczysław Pierwszy” – to strzelcy uważali to za wielki nietakt tylko dlatego, że wszyscy byli republikanami i wiedzieli, że republikaninem jest i Komendant. Z tego też samego powodu wściekali się, gdy ktoś ze złośliwych przeciwników Komendanta wydał w Zakopanem satyryczne wierszyki i karykatury na przyszłego „króla”. Sosnkowskiego, ponieważ był „szefem”, uważali strzelcy za przyszłego szefa sztabu generalnego – a to przewidywanie sprawdziło się również, niemalże dosłownie. Komendantów ówczesnych okręgów organizacyjnych nazywano ironicznie i z austriacka „Korpskomendantami” – dziś jeden jest dowódcą korpusu, a drugi inspektorem armii. Przewidywania co do przyszłych wybitnych dowódców liniowych oraz specjalistów sztabowych mniej ściśle się urzeczywistniły – już choćby ze względu na to, że wielu z nich (jak Herwin-Piątek, Wyrwa-Furgalski, Grudziński-Piększyc, Fleszar, Kordian-Monasterski) zginęło w Legionach – ale i tu wiele można by przytoczyć „cudownie” trafnych przewidywań.

Kto by tylko kontemplacyjnie zestawiać chciał marzenia owe i dzisiejszą rzeczywistość, ten by mógł snuć teorię jakichś cudownych natchnień zbiorowych, które przyszłość przewidywać były zdolne. Lecz naprawdę jest to zupełnie coś innego – coś, co jest nieskończenie bardziej cudownym od wszelkich proroczych przepowiedni.

Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardziej rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej; praca ta, trwająca od czasów strzeleckich poprzez Legiony i później aż do roku 1920, stała się klamrą łączącą te dwie, zazwyczaj tak rozbieżne rzeczy: ludzkie zamierzenia – i rozwijającą się przyszłość.

Ale praca to była nie byle jaka, nic nie mająca wspólnego z tym, co jest tylko mechanicznym wypełnianiem przyjętego na siebie obowiązku. Było to dosłowne, szereg lat trwające urzeczywistnienie mickiewiczowskiego hasła: mierz siły na zamiary. Było to dla nich – zwłaszcza w chwili wybuchu wojny, który tak bezradnym zastał całe społeczeństwo – nowe narodzenie się. Każdy z tych ludzi pamięta, jak wobec coraz to nowych, coraz większych i bardziej nieoczekiwanych zadań rozrastała się jego wola i zdolności, każdy przeżył takie momenty, kiedy naprawdę miał materialną wiarę, że w sprawie, której służy i w sytuacji, w jakiej się znajduje, nie mogą istnieć niemożliwości. Dlatego to – nie mówiąc już o olbrzymiej skali czynów Piłsudskiego, człowieka o talentach niezwykłej miary – epoka ta roi się od faktów, kiedy przeciętny poza tym człowiek wyrastał ponad siebie, bo ujawniał się w każdym człowieku tkwiący pierwiastek genialności. Ludzie bez uprzedniego, rutyną ustalonego przygotowania okazywali się w potrzebie dobrymi dowódcami wielkich jednostek lub administratorami wielkich działów pracy, młodzi oficerkowie stawali się działaczami i organizatorami zapędzającymi w „kozi róg” powagi polityczne, ludzie pierwszy raz widzący dany kraj i środowisko (np. Królestwo w r. 1914 lub Rosję w r. 1917) stawali się w nim ośrodkami krystalizacyjnymi planu politycznego i siły. Bo uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, niezdolni byli dopuścić do siebie refleksji bezradnej i szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakie ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.

Oto istotny dla Polski sens moralny dziesięciolecia ubiegłego.

Ma ono wartość niesłychaną. Nie tylko dlatego, że przerwało ów szary, bezdziejowy okres życia polskiego. Nie tylko dlatego, że w ciągu niego powstało i utrwaliło się Państwo Polskie. Nie tylko z powodu szeregu ważnych zdarzeń, przeżyć, zdobyczy. Ma ono wartość przede wszystkim moralną, gdy się je rozpatruje z punktu widzenia stosunku zamiarów ludzkich i pracy – do wyników. Z punktu widzenia owego największego cudu, jaki możliwy jest na ziemi: owego posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej.

I kto tylko na życie swoje i na przyszłość narodu patrzy poważnie, kto w dzisiejszej epoce – tak obfitującej w najpoważniejsze zadania – do czegoś dąży i od siebie czegoś wymaga, kto nie chce, by przyszłość była tylko podarunkiem losu lub dopustem, lecz „marzy” o owej przyszłości posłusznej, przyszłości ludzi dzielnych i wolnych – ten ową dziesięcioletnią epokę (bez względu na to, czy losy dały mu w niej działać czy nie) wcieli do swego credo życiowego, jako świadectwo potęgi ludzkiej woli i pracy.

Polska budująca (Centralny Okręg Przemysłowy)

W lutym 1936 roku na sali sejmowej pięciu ministrów reprezentujących pięć najważniejszych w życiu gospodarczym państwa resortów, przedstawia wobec reprezentantów ciała parlamentarnego konieczność rozpoczęcia generalnego ataku, mającego zniszczyć ślady przeszłości, wzmóc obronność, siłę i zamożność Polski. Skarb, sprawy wojskowe, komunikacja, przemysł i handel, opieka społeczna – zabierają głos w tej sprawie. Wicepremier Kwiatkowski, budowniczy Gdyni, analizując dotychczasowe inwestycje z punktu widzenia rozwiązania zagadnień dzisiejszej i przyszłej Polski, domaga się, aby podstawowymi kryteriami przy nowych poczynaniach były: szybkie wzmocnienie naszej zdolności obronnej, stworzenie warunków do systematycznego uprzemysłowienia kraju, wreszcie zaktywizowanie dotychczas gospodarczo biernych regionów.

Wobec tego proklamowano powołanie do życia Centralnego Okręgu Przemysłowego, który stanowiąc w przyszłości ośrodek przemysłu obronnego, ma być równocześnie pomostem stwarzającym rynki zbytu dla płodów rolnych Wschodu, dla surowców i półfabrykatów Zachodu, dla zapasów energii (woda, elektryczność i gaz ziemny) Południa.

Polska – musi własnym wysiłkiem tworzyć i budować codziennie i z uporem, ze świadomością celu, własną nowoczesną organizację polityczną i gospodarczą, zdolną do życia, do rozwoju i do wytrzymania wszystkich ciśnień zewnętrznych i wewnętrznych.

Inwentaryzacja stanu posiadania pod względem rozmieszczenia istniejącego już przemysłu, obrotu towarowego, natężenia osiedleńczego – musiała w wyniku doprowadzić do konieczności znalezienia takiego ośrodka, który leżąc w centrum kraju, był związany ze źródłami energetycznymi i miał jednocześnie możliwości taniego przewozu. Takim ośrodkiem były ziemie rejonu kieleckiego, wyżyny lubelskiej i niziny sandomierskiej. Łącznie 44 powiaty województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego, lwowskiego, powierzchni 58 669 km kwadratowych, zamieszkałej przez 5 600 000 ludzi, teren o znacznej gęstości zaludnienia, wynoszącej 95 mieszkańców na 1 km kwadratowy. […]

Tak niedawno jeszcze żaden hałas nie mącił ciszy tych ziem, żadne zjawisko niespodziewane nie przerywało szarego, jednostajnego życia, mierzonego wschodami i zachodami słońca. Ziemie nad Wisłą, ziemie w widłach Wisły i Sanu żyły swoim, oderwanym od rzeczywistości życiem. W dalekiej Warszawie paliły się neony, Włosi dokonywali podboju Abisynii, a specjaliści Londynu i Nowego Jorku zastanawiali się nad usprawnieniem komunikacji lotniczej poprzez Atlantyk. W powiecie kolbuszowskim przypominano sobie masowe wyjazdy na „Saksy” sprzed trzydziestu lat i dzielono ziemię pomiędzy dzieci. W opatowskim czy kieleckim zastanawiano się jak dać radę kryzysowi, jak utrzymać się przy przerażająco niskich cenach zboża i wysokich cenach pudełka zapałek, równającego się wartości dwóch kurzych jajek.

Co roku mniej więcej o tej samej porze wylewała z brzegów Wisła, niszcząc raz większe, raz mniejsze obszary pól. A turyści, którzy docierali tutaj, zwiedzali miasteczka senne, zagubione w nędzy, oglądali spichlerze i składy mówiące, że kiedyś, gdzieś, szedł tędy wielki szlak, kipiało życie, wzmagała się zamożność.

W miasteczkach urzędowano i przekładano papierki, na targowiskach sprzedawano chude krowy i wynędzniałe szkapy. Im dalej na południe, im bliżej wałowi zielonych Karpat, tym więcej ludzi dusiło się na jednym morgu ziemi, tym trudniejsze były do znalezienia po chatach pudełka zapałek. Dziwny kraj, leżący pośrodku możnego, silnego państwa.

Dziwny kraj, przez który powinny by prowadzić naturalne drogi łączące poszczególne dzielnice, kraj opuszczony, zamarły, głuchy, podobny ciszą – Polesiu, głuszą – Nowogródczyźnie. Kraj niby to bogaty, o minerałach znajdowanych przez oraczy tuż niemal na powierzchni ziemi, kraj rąk roboczych tak chętnych do pracy – kraj strasznej biedy.

Aż raptem, gdzieś wiosną 1937 roku, zdawało się, że jakiś cud nastąpił w tych wszystkich Kozienicach, Rzeszowach, Niskach, Końskich i Sandomierzach. Najpierw pojawili się jacyś panowie ubrani po miastowemu, którzy długo a pilnie mierzyli, liczyli, chodzili, patrzyli. Hałasowały samochody, wbijano paliki, mierzono grunta, badano warunki i ceny. A potem, po wsiach przeludnionych, po miasteczkach opuszczonych poszła wieść, że fabryki i wielkie hale przemysłowe, że domy i szkoły, gazociągi i mosty będzie się tutaj budować. Że znajdzie się robota dla wielu, a ziemię będzie można przestać dzielić na małe ochłapy pomiędzy dzieci.

Na ziemiach środkowej Polski rozpoczęto pierwsze uderzenie tej wielkiej ofensywy, jaką wydano przeciwko groźnemu nieprzyjacielowi państwa, jego ubóstwu gospodarczemu. W Warszawie radzono jeszcze nad szczegółami, nad zielonymi suknami stołów konferencyjnych pochylały się głowy fachowców, gdy tymczasem poprzez czworobok ziem centralnych, czworobok nędzy i opuszczenia, szła wiadomość o tej bitwie, która lada dzień w imię dobra przyszłości, w imię rozładowania bezrobocia wsi i wzrostu uprzemysłowienia kraju ma się rozpocząć.

Do kopania i wożenia ziemi, do robót pomocniczych przy wznoszeniu budowli, przy zakładaniu kabli i układaniu gazociągów zwoływano ludzi, tych samych, którzy lata całe siedzieli bezczynnie. Nie grały co prawda trąbki sygnałowe, nie rozwijano na wietrze sztandarów, nikt wysoko nie błyskał szablą i nie wzywał do ataku. Wkrawywały się w ziemię łopaty, turkotały koła, hałasowały silniki, syczały piły, nawoływania unosiły się w powietrzu. Walka toczona aż po dzień dzisiejszy na ziemiach środkowej Polski rozpoczęła się.

Ziemie C.O.P. należą niewątpliwie do najbardziej przeludnionych. Gospodarstwa karłowate przeważają we wsiach, olbrzymie rzesze ludności (ponad 10 procent) zarówno w miastach, jak i wsiach, nie mają odpowiednich podstaw do życia. Pomoc zatem była koniecznością.

Centralny Okręg Przemysłowy posiada w znacznym stopniu bogactwa rozmaitych surowców, które przy odpowiedniej eksploatacji mogą stworzyć podstawę do rozwoju przemysłu. Piryty, fosforyty, wapienie, wreszcie rudy żelazne i ropa naftowa, drzewo, kamień drogowy i budowlany, glinki – wszystko to potwierdza opinię o ukrytych, zaniedbanych jednak w ciągu długich lat bogactwach.

Teren C.O.P. ma, nie tylko dzięki bliskości zagłębia węglowego, zapewnione możliwości taniego środka energii; prąd uzyskany z zakładów w Rożnowie i wielkich elektrowni Mościc oraz gaz ziemny regionu sandomierskiego, stwarzają korzystne warunki do rozbudowy przemysłu, opartego na taniej energii. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze względy komunikacyjne, które wykazują, iż opodal Sandomierza przecinają się najważniejsze linie kolejowe wewnętrzne i międzynarodowe. Tu znajduje się naturalny węzeł szlaków wodnych Bałtyk – Morze Czarne i idącej Wisłą od Zachodu drogi z Bramy Morawskiej.

W rozmaitych miejscowościach położonych na terenie C.O.P. rozpoczęto w 1936 r. budowę zakładów przemysłowych. Równolegle z tymi pracami postępowało wznoszenie domów mieszkalnych dla robotników i urzędników, nowych szkół dla dzieci, szpitali, spółdzielni i sklepów. Tam, gdzie jeszcze nie tak dawno było szczere pole, dzisiaj kończy się wznoszenie zabudowań i montaż urządzeń, tam słychać hałas maszyn.

Budowa wytwórni i domów nie rozwiązuje jednak bynajmniej całości planów związanych z C.O.P. Wśród nich na poczesnym, bodaj że najważniejszym miejscu, znajduje się sprawa zaopatrzenia ziem C.O.P. w energię elektryczną, dostarczenie taniego środka energetycznego zakładom przemysłowym, z równoczesnym uniezależnieniem od dostaw kopalń węglowych położonych tuż nad granicą.

Od elektrowni zbudowanych na wielkich zaporach wodnych w Rożnowie, Porąbce i Czchowie aż po elektrownie pracujące na gazie ziemnym, ma iść poprzez teren C.O.P. dwoma ramionami wielki rozdzielnik prądu elektrycznego o wysokim napięciu. Będzie on zasilał wszystkie wytwórnie C.O.P., oświetlał miasta, miasteczka i osady przemysłowe – kończąc się ujściem w Warszawie. Uderzeniem mającym zapewnić C.O.P. dostarczanie drugiego środka energii, gazu ziemnego – dotychczas poza użytkowaniem na miejscu zupełnie nie wykorzystanego w Polsce – jest budowa gazociągu od Rostok pod Jasłem aż po Radom. Gazociąg posiadać będzie, podobnie jak linie wysokiego napięcia, szereg bocznic skierowanych ku ważnym ośrodkom przemysłowym.

C.O.P., kraj o dziwacznym dotąd układzie gospodarczym, o fatalnych połączeniach komunikacyjnych, stwarzających przedziwne paradoksy, zwłaszcza w okolicach Sandomierza, gdzie dawniej biegła granica austriacko-rosyjska, domaga się wydajnej rozbudowy środków komunikacyjnych. Jednym z pierwszych pociągnięć musiało być uregulowanie Wisły oraz zabezpieczenie ziem położonych opodal jej brzegów, wraz z równoczesnym usprawnieniem żeglowności przez obwałowanie i regulację koryta. Z dziedziny komunikacji kolejowej wyłania się konieczność zbudowania poprzez C.O.P. linii kolejowej idącej od Śląska na Wołyń. Dwie dalsze magistrale muszą wiązać środek C.O.P. z Gdynią i ziemiami północno-wschodnimi.

Chociaż kwestie komunikacji nie mogą z natury rzeczy być rozwiązane z taką szybkością, jak elektryfikacja i gazyfikacja lub budowa wytwórni, to jednak – powinny być w miarę możności i kredytów realizowane, gwoli harmonijnego rozwoju powstającego ośrodka przemysłu. […]

C.O.P., budowany do dziś dnia wysiłkiem całego społeczeństwa, nie ma być jakimś regionem uprzywilejowanym, jakąś zamkniętą w sobie całością gospodarczą, żyjącą kosztem ofiar ponoszonych przez inne części kraju. Jego rola polegać ma w przyszłości na promieniowaniu we wszystkich kierunkach, oddziaływując przez to na przebudowę struktury gospodarczej całego państwa.

Osiągnięcie tego da się uzyskać dzięki rozproszeniu ośrodków przemysłowych, co przyczyni się do ożywienia terenów w dużo większym promieniu, aniżeli miałoby to miejsce przy zastosowaniu dotychczasowej metody skupiania fabryk na niewielkiej przestrzeni. […]

C.O.P. ma zatem stworzyć odpowiedni klimat rozwojowy dla pozostałych ziem Polski. Śląsk uzyska nowe możliwości rozbudowy dla sprzedaży surowców i fabrykatów czy półfabrykatów, które do dziś dnia w bardzo małej ilości docierają na kresy wschodnie. Dzięki taniej drodze Wisły, połączonej odpowiednimi kanałami z ziemiami prawego dorzecza, zwiększy się możliwość zbytu żelaza i węgla na Wileńszczyźnie, Nowogrodzieńszczyźnie i Wołyniu. Dalej, nadmiar wykwalifikowanych robotników i pracowników z ośrodków przemysłowych Zachodu i Warszawy znajdzie zatrudnienie w C.O.P. pospołu z ludnością miejscową, kształconą w szkołach zawodowych czy warsztatach powstałych przy nowych wytwórniach. Równocześnie, skutkiem podnoszenia się stopy życiowej w C.O.P. zwiększy się spożycie artykułów pierwszej potrzeby, których nawet dotąd było zbyt mało. Wołyń i Wielkopolska znajdą więc tutaj rynki zbytu dla swoich ziemiopłodów.

Dla rzesz młodych inżynierów, techników i fachowców wszelakich zawodów stworzone zostaną na terenach C.O.P. nowe możliwości i horyzonty. Wyniki osiągnięte dzięki powstaniu C.O.P. nie będą dawać się odczuć w całej rozciągłości w najbliższych kilku latach. To jest przecież plan obliczony na długą falę, plan, który ma objąć swoim działaniem zarówno stłoczony kopalniami i fabrykami Śląsk, jak i Wileńszczyznę, podobną dotychczas koloniom wytwarzającym rozmaite surowce a nie mającym możliwości kupowania produktów fabrycznych z racji niskich cen osiąganych za artykuły własne.

C.O.P. spełnić ma zadanie wielkiego sita, które przemiesza wszystkie nierówności ustroju gospodarczego poszczególnych części kraju, wyrównując je, nie odbierając jednak żadnej z ziem jej naturalnych walorów. O powstaniu tego planu nie decydowały przecież potrzeby natury propagandowej. Nie przypadek, nie trąby reklamy były bodźcem, tylko głębokie przestudiowanie błędów naszego ustroju gospodarczego, chęć zatarcia śladów przeszłości, zapewnienia równego podziału chleba obywatelom wszystkich ziem Rzeczypospolitej. […]

Po uporaniu się z trudnościami kryzysu, z latami walki o utrzymanie stanu posiadania, przystąpiliśmy natychmiast do wielkiej, porywającej wszystkie serca ofensywy. Do natarcia przeciwko wspólnemu wrogowi: biedzie oraz psychozie, iż Polska nie może wydobyć się ze stanu ubóstwa, że musi dusić się na przeludnionej wsi, czy wśród murów przemysłowych miast, o wytwórniach nie znajdujących odbiorców.

Powróciliśmy na stary, wiślany szlak wytyczony przez kupców „złotego wieku”, na ziemie, którymi zainteresował się wielki Staszic, wskazując jak ważnym jest w Polsce, kraju pól i lasów, posiadanie własnych kopalń i własnych wytwórni.

Praca, której podjęliśmy się, dzieło, które zrealizować zobowiązaliśmy się, nie jest łatwe. Obok braku kapitałów trzeba walczyć z brakiem wiary i zaufania. Trzeba w pustkowiu, podobnie jak kiedyś wśród chałup rybackich Gdyni, wznosić żelazo-betonowe gmachy przemysłowe i domy mieszkalne.

Nie jesteśmy jeszcze w połowie wielkiej roboty, chociaż już dawno słychać szum maszyn pracujących w Stalowej Woli, chociaż tysiące małorolnych chłopów znalazło pracę. Walka z przeciwnościami trwa. Wiemy, dlaczego walczymy, wiemy, o co walczymy. Nikt nie ustaje w tej walce. Tym radośniejsze są te zmagania, że walczymy przecież o nową Polskę, Polskę sprawiedliwości podziału chleba, Polskę gotowości bojowej żołnierza i pracy.

Program inwestycyjny

Program inwestycyjny

Sprawa, którą dziś Rząd przedstawia społeczeństwu i Izbom Ustawodawczym, jest naprawdę całkiem poważna i wiąże się ściśle z analogicznymi tendencjami i wysiłkami planowego działania w akcjach zbiorowych, które ostatnio coraz intensywniej absorbują uwagę również i u innych narodów.

Od roku 1924, tj. od chwili pierwszej stabilizacji polskiej waluty, do końca roku budżetowego 1935/36 ogólna suma wydatków budżetowych Państwa netto wynosi okrągło zł 30 mld. Z wydatków budżetowych i z akcji pozabudżetowej z dyspozycji samego tylko Państwa inwestycje pochłonęły w tym 12-leciu – łącznie z wojskiem – ponad zł 6 mld. Jest to suma wcale poważna.

Ona to stała się motorem rozwiązania wielu doniosłych i palących zagadnień. Powstało w tym czasie kilka nowych, ważnych gałęzi przemysłu, szczególnie gałęzi obsługujących potrzeby Państwa i rolnictwa; został pchnięty naprzód problemat mieszkaniowy; przybyły nowe arterie komunikacyjne; zapoczątkowana została akcja elektryfikacji kraju; pewne korzystne przesunięcia dokonały się w strukturze agrarnej kraju; pobudowane zostały ważne gmachy państwowe i reprezentacyjne; niektóre miasta uzyskały elementarne urządzenia zdrowotne i cywilizacyjne; pewien postęp dokonał się w opiece nad zdrowiem ludności; opanowane zostało technicznie nasze wybrzeże morskie. Niewątpliwie udałoby się zestawić i kilka innych jeszcze elementów twórczej pracy.

Wszędzie tam, gdzie zjawiała się w służbie Państwa energiczna i bardziej twórcza jednostka, wszędzie tam, gdzie konieczność krzyczała o rekonstrukcję czy inwestycję, gdzie przemawiała sama oczywistość nieodpartą logiką faktów – powstawały nowe wartości, nowe obiekty, nowe ważne prace publiczne. […]

Ale oto wyrasta zagadnienie nowe i główne. W jakim stopniu te odcinkowe plany, te indywidualne osiągnięcia, te poszczególne rozwiązania ustosunkowały się do naczelnych założeń polskiej polityki gospodarczej? Czy stały się odbiciem jednolitej polskiej racji stanu? Oto wielki i na wskroś nowoczesny problemat. Rozwiązywaliśmy od lat, z lepszymi lub gorszymi rezultatami, różne postulaty lokalne, regionalne, dzielnicowe, każdy z nas – w najlepszej intencji – przyciągał trochę pieniędzy publicznych do celów, którym służył; czyniliśmy nakłady z punktu widzenia potrzeb handlu, komunikacji, rolnictwa i przemysłu; szukaliśmy sposobów rozładowania bezrobocia w pojedynczych zagrożonych okręgach; rozbudowywaliśmy etatyzm i czasem próbowaliśmy wzmacniać gospodarstwo prywatne ze źródeł publicznych; ale w jakim stopniu rozwiązaliśmy postulaty syntetyczne dzisiejszej i przyszłej, żywej, rzeczywistej i obciążonej na przyszłość poważnymi trudnościami, odbudowanej i zjednoczonej Polski? […]

Jakież to cele gospodarczo-finansowe, jakież to kryteria muszą być włączone do zbadania słuszności każdego nowego wydatku, każdej nowej inicjatywy i nowej inwestycji w Państwie? Jakież to wielkie i poważne uzasadnienia muszą powstać, by zharmonizować miliony obywateli wobec faktu, iż prawo Państwa do korzystania z gromadzących się oszczędności jest ważniejsze i hierarchicznie wyższe niż prawo jego poszczególnych obywateli, i to pomimo stwierdzenia, iż Państwo nasze stoi na gruncie prywatnogospodarczej zasady politycznej.

Te zasadnicze kryteria i te podstawowe – w moim rozumieniu – postulaty syntetyczne narzucają się same przez się. Oto, na pierwszym miejscu musi być postawiony postulat szybkiego wzmocnienia naszej zdolności obronnej i postawienia jej na całkowicie nowoczesnym poziomie technicznym, produkcyjnym i komunikacyjnym.

Po wtóre, musimy ruszyć z martwego punktu dążności ku stworzeniu warunków dla systematycznego uprzemysłowienia kraju, jako praktycznie jedynej, wielkiej i trwałej możliwości dla absorpcji przyrostu ludnościowego, dla trwałego rozładowania bezrobocia, a zarazem dla otwarcia możliwości przetworzenia surowców polskich na wartości wyższego rzędu.

Wreszcie, powstaje postulat takich przeobrażeń struktury gospodarstwa polskiego – gospodarstwa zarówno agrarnego, jak i przemysłowego, by wielkie okręgi gospodarczo bierne zaktywizować, by zatrzeć wielkie różnice ekonomiczne między wschodem i zachodem Polski, by umożliwić przesunięcia w lokalnych dyspozycjach energią mechaniczną, by obniżyć podstawowe elementy w kosztach własnych produkcji, a w ten sposób ugruntować rentowność procesów gospodarczych na drodze wszechstronnego rozwoju, a nie wyzysku.

W krótkości można by zrekapitulować, że cele nasze są następujące: zabezpieczyć i utrwalić pokój, pogłębić, zjednoczyć i rozszerzyć Polskę gospodarczo i społecznie – tak, by mogła zabezpieczyć pracę dla ludzi i udźwignąć poważne koszty, które z tej przebudowy powstaną.

Czyż te proste kryteria nie były dostatecznie uwzględniane w dotychczasowych wysiłkach inwestycyjnych Państwa? Nie, nie były dominantą naszych prac i być nie mogły tak długo, jak długo nie dążyliśmy do stworzenia jednolitego, skoordynowanego planu inwestycji państwowych – jak do niedawna nie były drogowskazem i dla wielu innych narodów i państw. Wysiłki oddzielnych resortów, oddzielnych funduszów i pojedynczych ludzi były ogromne, godne szacunku i uznania i zmierzały często do osiągnięcia najlepszych rezultatów najmniejszym kosztem. Ale charakter tych wysiłków był zgoła inny. Inna była dotychczas podstawa dyspozycyjna, inna hierarchia celów.

Oczywiście, nie przetrawimy tu wyczerpująco nawet w całodziennej dyskusji tego złożonego problematu. Raczej uruchomimy tylko publiczną dyskusję. Toteż ilustrować te tendencje mogę tylko luźnymi przykładami.

Tak więc zobaczą Panowie dwie karty [mapy] Polski, z których jedna wskazuje na gęstość zaludnienia, a druga na przyrost naturalny ludności w poszczególnych okręgach kraju. Istnieje całkowita dysharmonia w tych obrazach. Mogą Panowie przestudiować inną mapę, która wyraża syntezę sieci komunikacyjnej Polski z roku 1918. Sieć ta składa się z 6 równoległych arterii, atakujących z zachodu granice Polski, i z kompleksu, który w formie promieni wypływa z Warszawy na wschód, jak gdyby dla łatwej ewakuacji. Moglibyśmy stwierdzić, że prawie do ostatnich lat usiłowaliśmy – nieświadomie – wzmocnić niektóre założenia komunikacyjne zaborcze, a słabo rozbudowaliśmy własne, które dadzą się ściśle wydedukować z potrzeb gospodarstwa polskiego.

I tak kolejno możemy wgłębiać się w dziesiątki zupełnie podstawowych zagadnień, dotyczących czy to źródeł energii, czy to wyzyskania surowców, połączenia komunikacyjnego okręgów, kompensujących swe potrzeby, przetwarzających surowce na półprodukty – i wszędzie w jaskrawej formie spotykamy przeciwieństwa polskiej gospodarczej racji stanu. Jeszcze w roku 1937 napotkamy rażące, mechaniczne, brutalne rozdarcia zjawisk gospodarczych – prawie zawsze na liniach szwu dawnych granic zaborczych. Badania te wykazały nam aż nadto dowodnie, z niezwykłą oczywistością, iż nie byłoby – w nakreślonych warunkach – większego nonsensu, jak dzielenie zmobilizowanych funduszów inwestycyjnych na powiaty czy okręgi, a nawet częściowo i na autonomiczne zagadnienia, przy zastosowaniu szablonowych proporcji czy targów resortowych. Przeciwnie, okazało się z całą wyrazistością, iż na przykład linia kolejowa, zbudowana w okręgach centrowych, a łącząca 2 przerwane arterie na kresach, może oddać nieocenione usługi najdalszym kresom wschodnim, choć terytorialnie nie tam ulokowana będzie dana inwestycja. Okazało się z całą oczywistością, że lokując w oderwaniu od całego syntetycznego, ogólnopaństwowego planu inwestycyjnego spore kapitały w jakiś, ważki sam w sobie, szczegół – unieruchamia się tak cenny kapitał, a nawet dana okolica po wykonaniu określonych robót powraca do dawnej nędzy i beznadziejności. Okazało się też, że łącząc zagadnienia obrony i gospodarstwa w jeden system, osiąga się spotęgowanie skutków ogólnogospodarczych, gdyż w ramach planu generalnego gospodarstwo służy obronie, a inwestycje obrony mogą wzmacniać wiele procesów gospodarczych.

Przez badania, które wciąż pogłębiamy i wciąż wzmacniamy obiektywną analizą, dochodzimy do wniosku, że inwestowanie choćby bardzo znacznych kapitałów w sposób chaotyczny, dowolny, wynękany na Rządzie przez zainteresowania lokalne, odsuwa i opóźnia moment generalnego ataku na powszechnie dostrzegane zło. A tym złem jest fakt, że Państwo – jedno z większych w Europie – Państwo, które przed wiekami było potęgą i siłą, które w bitwach zwyciężało i łamało potęgi obce, które dysponuje ludźmi, obszarem i względnym bogactwem surowców – w zakresie walorów gospodarczych w XX w. znalazło się na szarym końcu narodów w Europie.

Im dalej od kilku luźnych ośrodków pewnego tradycyjnego rozwoju gospodarczego, skoncentrowanego głównie na zachodzie Polski – tym braki techniczno-cywilizacyjne są większe, tym narzędzia pracy są prymitywniejsze, tym mniejszy walor reprezentuje praca ludzka, tym głębsze są przeciwieństwa socjalne, tym powszechniejsza jest nędza ludzka i indyferentyzm wobec idei Państwa. Polska B dochodzi aż pod Warszawę i Katowice, a nie kończy się – jak myśleliśmy – na linii Sanu, Bugu i Wisły. Musimy rozpocząć systematyczny i zwarty marsz przeciwko temu wspólnemu nieprzyjacielowi. Musimy doprowadzić do takiej koncentracji woli i wysiłku, by inwestycja, wykonywana w planowo określonym miejscu, budziła żywy oddźwięk i zadowolenie w całej Polsce.

Musimy dojść aż tak daleko, by resorty państwowe przy dyspozycjach finansowych na dany okres inwestycyjny roczny, wyrzekły się egoizmu resortowego wyciśnięcia, przy zastosowaniu wszelkich sztuk tej wiedzy, „maksimum” środków materialnych dla siebie, a poczęły decydować z punktu widzenia realizacji planu. Musimy dojść aż do tego, by w sporach i dyskusjach o planie inwestycyjnym przeważała troska o treść, a nie o formę wniosku. Jeżeli te nastawienia są niemożliwe, to niemożliwa jest i walka o zabezpieczenie tych naczelnych postulatów i celów, o których mówiłem uprzednio, to niemożliwe jest prawdziwe ruszenie z martwego punktu, choćbyśmy zmobilizowali bardzo znaczne środki materialne. Nie negując w sposób absolutny szeregu potrzeb lokalnych, nie negując możliwości czy konieczności kompromisu między aktualnymi potrzebami dnia dzisiejszego i planowymi potrzebami przyszłości – w imię naczelnej idei wzmocnienia sił i urządzeń obronnych, w imię syntetycznych potrzeb gospodarczych – musimy rzucić pierwsze konkretne hasło: rozbudowy nowego centralnego rejonu przemysłowego.

Tak, jak ongiś całym programem i symboliką polityczno- gospodarczą stało się to słowo: Gdynia – tak dziś stawiamy nowe hasło w programie uprzemysłowienia, które otrzymuje symboliczną i skróconą nazwę: okręg centralny – Sandomierz. Dziś okręg ten stanowi większą pustkę programowo-gospodarczą niż ziemie wschodnie, pomimo iż istniały próby ustawowe ulokowania tam specjalnych gałęzi produkcji. Nie jest on i dziś ani wybitnie rolniczy, ani przemysłowy. Nie ma on fizjonomii gospodarczej, choć w chwilach niebezpieczeństwa, wprost geofizycznie, musiałby się stać ośrodkiem zorganizowanej materialnej obrony. Jeśli tak jest, to tu rozwinąć się muszą nowe węzły komunikacyjne, to tu w dalszych dyspozycjach gospodarczych muszą nastąpić ważkie korektury energetyczne, surowcowe i przetwórcze.

Ale i ściśle gospodarczo okrąg ten musi się stać pomostem, który stworzy rynek zbytu i dla płodów rolnych okręgów wschodnich, i dla surowców i półproduktów okręgów zachodnich, i odbiorcę energii, opartej o siły wodne i ciepło gazu ziemnego, a skoncentrowanej na południu. Można udowodnić materiałem ściśle rzeczowym, że wszelkie wysiłki gospodarczego ożywienia kresów pozostaną w połowie bezskuteczne, jeżeli pomiędzy zachodem i wschodem pozostawimy martwe pustkowie, filtr bezwładu, okręgi przeludnione, nędzne i gospodarczo niezdefiniowane. Można nawet kusić się o dyskusję, że wytrzymałość zewnętrznych granic Polski na naciski będzie tym większa, im twardszy gospodarczo i organizacyjnie będzie kraj [region] obejmujący okręgi centralne między Sanem i Wisłą.

Drugim hasłem, które musimy jeżeli nie podjąć, bo ma ono już swoją historię w Polsce, ale ożywić i zaktualizować, to hasło zatarcia układów strukturalnych, wyrosłych pod wpływem i naciskiem interesu państw zaborczych. Żadne z wielkich zagadnień gospodarczych do końca wojny nie zostało i nie mogło być ujęte w skali potrzeb Narodu i Państwa Polskiego. Te przemiany muszą być przyśpieszone i muszą znaleźć konkretny wyraz w nowych poczynaniach inwestycyjnych. Na tych dwu głównych hasłach należy chwilowo skoncentrować naszą uwagę, choć ani w przybliżeniu nie wyczerpują one naszych aspiracji gospodarczych. […]

Pierwsze zręby rozbudowania przemysłu w tym okręgu – przemysłu związanego z celami obrony Państwa, z rozbudowaniem dróg komunikacyjnych, uregulowaniem rzek, z doprowadzeniem i rozprowadzeniem gazu ziemnego i energii elektrycznej, muszą pochłonąć sumę ok. zł 3 mld. Nie możemy jednak zaniedbać normalnego programu dróg komunikacyjnych, rozbudowy dróg wodnych, regulacji i melioracji, inwestycji rolniczych, rolniczo-przemysłowych, rozbudowy Gdyni i floty handlowej, akcji budowlanej, akcji wyposażenia miast, niezbędnych urządzeń w całej Polsce i na ziemiach wschodnich, co zaabsorbuje corocznie nie mniej niż zł 250 mln z funduszów publicznych. Pozostają jeszcze potrzeby specjalne: dotyczą one rozbudowy szkół i niektórych gmachów państwowych, potrzeb obronnych, ześrodkowanych w innych dzielnicach Państwa, a przede wszystkim wykończenia wielu prac, podjętych czasem w ostatnich latach bez należytego uzasadnienia, z punktu widzenia obecnych, nowych kryteriów, oraz potrzeby prac poszukiwawczych i badawczych – choćby w zakresie ustalenia naturalnych bogactw Polski na ziemiach wschodnich i wschodnio-południowych.

Tak więc widzimy, że plan 4-letni, obracający się w granicach sum poprzednio wymienionych, dla nowego, szerszego i planowego programu już zupełnie nie wystarcza. W każdym razie, zanim moglibyśmy podjąć wykonywanie planu szerszego i dłuższego, np. 10-letniego, musimy przygotować odpowiednie warunki wstępne. Roboty wcześniej zaczęte, bez względu na swe walory w przebudowie generalnej, omówionej poprzednio, muszą być wykończone. Ogólne tempo obrotów gospodarczych musi być wzmocnione, gdyż następnie nie należałoby unikać szerokiego współdziałania inicjatywy prywatnej w akcji uprzemysłowienia okręgów centralnych. Przeciwnie nawet, taki właśnie duży narodowy program mógłby regenerować anemiczną działalność prywatno-gospodarczą, mógłby wybitnie wzmocnić polski stan posiadania w przemyśle średnim i wielkim i skierować na inne tory działalność etatystyczną, rezerwując jej najszersze pole w działach rozbudowy ścisłego przemysłu obronnego, który zasadniczo winien się znajdować w ręku Państwa, oraz rozbudowy wszelkich dróg komunikacyjnych i magistrali elektrycznych i gazowych. Toteż plan 4-letni nie tylko nie upada, ale winien stanowić wyraźny pomost do planu znacznie szerszego. Byłby to okres dostateczny, aby w akcji planowania i w celowości wydatkowania nadzwyczajnych sum na wielki program inwestycyjny poczynić niezbędne postępy i przygotowania. Ponadto wstępne prace w tym nowym okręgu przemysłowym już obecnie zostaną dokonane, głównie w ramach akcji prowadzonej przez Ministerstwo Spraw Wojskowych i Ministerstwo Komunikacji. […]

Jestem jak najbardziej oględny i ostrożny w udzielaniu zgody na powstawanie nowych zadłużeń, gdyby jednakże przyjąć, iż prace te dokonane zostaną na kwoty o połowę mniejsze niż w latach 1935-36, to i wówczas pozycje te dosięgną zł 50-60 mln rocznie.

Tak więc to, co w 1937 r. powstanie w Polsce w formie nowych inwestycji – z dyspozycji czynników państwowych tylko – określi się sumą globalną zł 800 mln. Będzie to ogromny wysiłek Państwa, i mogę dziś spokojnie stwierdzić, że jest on możliwy już bez naruszenia czy to waluty, czy pozycji kredytu państwowego.

Warto jeszcze dla całości obrazu przytoczyć następujące informacje:

Inwestycje, planowane we Francji, w stosunku do całego budżetu łącznie z planem inwestycyjnym wyniosły w 1936 r. 19%. W Belgii na rok 1937 odnośny procent wynosi 20%. W Czechosłowacji inwestycje budżetowe i pozabudżetowe wynoszą 19% globalnej sumy wydatków, we Włoszech – 15%, przy czym jednak prawdopodobnie pewne inwestycje wykonuje się ze specjalnych funduszów, nie podlegających opublikowaniu. W Austrii odpowiedni procent dla inwestycji cywilnych wynosi ostatnio niecałe 4%.

W Polsce na rok 1937 budżet i wydatki pozabudżetowe inwestycyjne, obliczane podobnie jak w innych krajach, obejmą sumę globalną w wysokości ok. zł 2900 mln, inwestycje zaś z dyspozycji czynników państwowych – ok. zł 800 mln. Liczba charakteryzująca ten wysiłek wyniesie u nas 27,5%. W ubiegłym roku ten sam stosunek wyraził się kwotą ok. 20%.

Wyraźnie więc przechodzimy z formy pasywnej i konsumpcyjnej wydatków państwowych na podwyższanie części twórczej i inwestycyjnej.

Praca ta dokonuje się w warunkach niełatwych. Trudności psychiczne pracy publicznej są Panom aż nadto dobrze znane. Trudności materialne były tu omawiane wielokrotnie.

Toteż z punktu widzenia polskiej rzeczywistości i troski o przyszłość Polski trzeba spojrzeć na całe zagadnienie i na ten fragment, który zawarty jest w dwu projektach ustaw: w projekcie bardziej generalnym, 4-letnim, związanym z podwyższeniem naszych walorów obronnych i zapoczątkowaniem przebudowy struktury gospodarczej w nowym okręgu przemysłowym Polski, oraz w projekcie 1-rocznym, bardziej szczegółowym, związanym organicznie i planowo z pierwszym, a dotyczącym inwestycji, w których charakter gospodarczy przeważa.

Można, oczywiście, wywołać szereg wątpliwości i kwestii związanych z tymi projektami. Można twierdzić, iż troskę o podstawowe inwestycje można by całkowicie pozostawić prywatnej inicjatywie, gdyby tylko zapewnić jej trwałą i solidną rentowność. Można by sprzeciwiać się samej idei planowania i harmonizowania inwestycji w takim rozmiarze. Można by badać i odrzucać projekty inwestycji nierentownych albo pozornie nierentownych, czyniąc z tej zasady główne kryterium. Można usiłować przerzucać kwoty z jednej pozycji na drugą. Można też skoncentrować uwagę na wątpliwościach natury formalnoprawnej.

Każdy zarzut, z dobrą wiarą i z troską o dobro publiczne postawiony, zasługuje na uwagę, i uczynimy wszystko, by takie wątpliwości rozproszyć. Wszystkich jednak obaw nie usuniemy i nie pokonamy, gdyż sprawy, które dziś chcemy załatwiać, dotyczą przyszłości. Dlatego projektuję, przynajmniej w odniesieniu do inwestycji o charakterze ściśle gospodarczym, włączyć jeszcze dwa elementy, które korygowałyby stopniowo możliwe błędy: pierwszy – to powołanie do życia małego, ale sprawnego i fachowego komitetu poza biurokratycznego, który by omawiał zasadnicze linie planu, harmonizował poczynania z potrzebami życia gospodarczego i alarmował w razie zauważenia jakichś braków; drugi – to publiczna sprawozdawczość z prac dokonanych.

Sądzę, że te zapewnienia opinia publiczna przyjmie chętnie do wiadomości. Ale istota rzeczy pozostanie zawsze w tym, że projektowane prace i cele dojrzały już jako konieczność polityczno-gospodarcza i konieczność socjalna współczesnej Polski. Musimy pozytywnie, spokojnie, z męską decyzją pokonywać coraz większe trudności, jeżeli naprawdę cenimy zdobytą wolność i całość. W bezwładzie i w kryzysie wiecznie żyć nie można. Mamy pełną świadomość wagi zagadnienia obrony, zmobilizowanej przez cały Naród. Mamy świadomość, iż musimy uleczyć ostatecznie wszystkie głębokie rany i wszystkie choroby, które powstały w okresie długotrwałej niewoli i rozdarcia. Musimy tworzyć trwałą i mocną więź pomiędzy jedną dzielnicą Polski i drugą, pomiędzy Państwem i obywatelem, pomiędzy gospodarstwem i Narodem.

Polska musi własnym wysiłkiem tworzyć i budować codziennie i z uporem, ze świadomością celu własną nowoczesną organizację polityczną i gospodarczą, zdolną do życia, do rozwoju i do wytrzymania wszystkich ciśnień zewnętrznych i wewnętrznych.

Temu celowi służą w swej istocie i oba przedłożenia rządowe, które stanowią przedmiot naszych wspólnych trosk i rozważań.

Myśl państwowa w życiu gospodarczym

Myśl państwowa w życiu gospodarczym

 

Zacznijmy więc od owego „programu gospodarczego”, którego rzekomy brak tak często wysuwany bywa jako zarzut przeciw rządom pomajowym. Program gospodarczy – realny, opierać się musi zawsze i wszędzie przede wszystkim na przesłankach obiektywnych, tj. na warunkach przyrodzonych, położeniu geograficznym i dotychczasowym stanie posiadania. Jakież są te warunki w Polsce? Polska leży geograficznie między uprzemysłowionym zachodem i mało uprzemysłowionym wschodem i południowym wschodem Stosunkowo największym jej bogactwem jest ziemia. Różnica jaka istnieje między wydajnością tej ziemi w zachodnich a centralnych, południowych i wschodnich województwach, wskazuje na olbrzymie wprost możliwości rozwoju. Podobne możliwości przedstawia uszlachetnienie naszej produkcji rolnej, tj. wzmożenie produkcji hodowlanej oraz rozwój wszelkiego przemysłu rolnego. Rynek zagraniczny na zachodzie dla tej produkcji jest niemal nieograniczony i pewny, niezależnie od chwilowych trudności ze strony Niemiec. Uszlachetnienie eksportu drzewa przedstawia również rozległe możliwości. Ta intensyfikacja gospodarstwa rolnego oraz rozwój przemysłu rolnego i drzewnego może również zatrudnić nadmiar posiadanych przez nas tanich rąk roboczych. Konieczność rozwoju naszego górnictwa, zwłaszcza węglowego, jest oczywistą. Trudności eksportowe, jakie istnieją, nie są nieprzezwyciężalne – praca robotnika w tej dziedzinie, a stanowi ona co najmniej 40% kosztów produkcji, jest tańsza i wydajniejsza niż na sąsiednim Śląsku niemieckim. Jeśli chodzi o przemysł, to – z wyjątkiem dziedzin dotyczących obrony Państwa – należy w rozwoju tegoż uwzględniać przede wszystkim gałęzie oparte o surowiec krajowy. Z wyjątkiem niektórych tylko gałęzi przemysłu nie możemy w najbliższej przyszłości liczyć na eksport na zachód, za to wschód przedstawia możliwości bardzo duże. Tylko produkcja nasza stać się musi równie dobrą, a przede wszystkim tanią. Wprawdzie mamy brak kapitałów i skutkiem tego drogi kredyt – ale za to obciążenia podatkowe i płace robocze o wiele niższe niż za granicą. Brak nam jest za to racjonalizacji produkcji i to jest niewątpliwie zagadnienie najważniejsze.

Wreszcie cierpimy na przerost i ociężałość pośrednictwa, stąd wskazanie usilnej pracy w tym kierunku. Cierpimy też na brak dostatecznej ilości dróg wszelkiego rodzaju, a przede wszystkim mamy wielkie historyczne zaniedbania w dziedzinie komunikacji morskiej, niezbędnej dla normalnego rozwoju gospodarczego.

Zdawałoby się, że główne linie naszego programu gospodarczego winny być tym samym ogólnie zrozumiałe. Kierownictwo spraw gospodarczych wszak od początku, jak wykazaliśmy, spoczywało w rękach przedstawicieli tegoż życia gospodarczego. Jednak mimo to nie skrystalizował się wyraźny program gospodarczy. Przez kilka lat istniał spór, czy Polska jest krajem rolniczym, czy przemysłowym. „Losy Polski w ten sposób się ułożyły – mówił po przewrocie czołowy przedstawiciel sfer gospodarczych – że polityka nasza była dotąd nijaka, ani zimna, ani gorąca, że ani w naszym parlamencie, ani w Rządzie, ani w całym naszym aparacie biurokratycznym wyraźnego, jasnego kierunku nie było”. Wprawdzie mówca miał na myśli rzekome „oscylowanie między kierunkiem kapitalistycznym a socjalistycznym”, ale sens cytowanego zdania jest bardziej realny: nie było po prostu żadnej myśli przewodniej, nie było wówczas istotnie żadnego programu – nie mogło więc być żadnej zdecydowanej polityki. Jeśli zaś chodzi już o rzekome „oscylowanie między kierunkiem kapitalistycznym a socjalistycznym”, toż w takim razie kto oscylował? Osoby ministrów gospodarczych nie świadczą zupełnie o ich socjalistycznym nastawieniu w tych resortach. Reforma rolna postanowioną została i dokonywaną jest w płaszczyźnie gospodarki kapitalistycznej. Ochrona pracy i opieka społeczna rozwijają się we wszystkich państwach kapitalistycznych w interesie rozwoju tychże państw. […]

Jeśli zaś nie było programu ani planu, czyż naszym życiem gospodarczym nie kierował raczej żywioł – niż świadoma celu wola? Tego celu nie było, dla przyczyn we wstępie omówionych, dla [z] braku pierwiastka państwowości w naszych sferach gospodarczych. Oszołomienie z powodu nagłego i „darmowego” otrzymania Państwa musiało działać czas dłuższy – jak działa na biedaka, który wygrał wielki los na loterii i nie wie, co z wygraną uczynić. Dziś niewątpliwie powoli oszołomienie to przechodzi.

Nie było ideowego przygotowania u tych, co władzę w dziedzinie życia gospodarczego objęli. Przerost polityki i politykomanii przytłumiał też zagadnienia gospodarcze. Gdyby chociaż w imię najbardziej demagogicznych haseł ujawniała się naprawdę jakaś siła, zdolna do walki i zwycięstwa. Ale szereg faktów z naszej historii lat minionych świadczy, że żadnej siły nie było. Szereg paradoksów nigdzie nie spotykanych charakteryzuje nasze życie państwowe: czy to sposób uchwalenia – jednym głosem większości – reformy rolnej, czy ustosunkowanie się stronnictw do problemów konstytucyjnych pod kątem widzenia, kto miejsce Prezydenta może zająć itd.

Wychowani w doktrynie liberalnej, lecz nie śledzący i nie znający przeobrażeń tej doktryny w Ameryce i Europie Zachodniej, ujemnie do Państwa w ogóle ustosunkowani, przestraszeni widmem rzekomego socjalizmu w Rosji, wrogo odnoszący się do wszelkiej myśli demokratycznej – przedstawiciele naszego życia gospodarczego i jego kierownicy w Rządzie zapoznali [zapomnieli] funkcje współczesnego Państwa, zapoznali proces rozszerzania tych funkcji we wszystkich państwach kapitalistycznych. Upojeni inflacją wobec braku własnych kapitałów pragnęli, by Państwo dawało życiu gospodarczemu pieniądze, by jak najmniej z niego ściągało podatków, by przyjmowało na siebie ryzyko i gwarancję za straty, by zaś nie mieszało się do problemu cen i zysków!

Jakąkolwiek funkcję, wynikającą z prowadzenia polityki gospodarczej, pragnęło Państwo wykonywać, wszystko to podciągano pod ulubione miano etatyzmu, który stać się miał rzekomo zakałą rozwoju życia gospodarczego. Gdy z jednej strony oskarżano, i to tak niedawno, banki państwowe o szkodliwą konkurencję dla banków prywatnych, z drugiej dłoń wyciągano po kredyty. I dziś całe niemal życie gospodarcze domaga się kredytów z banków państwowych, przy jednoczesnym stanowisku rzekomo przeciwnym istnieniu tych banków, jako konkurencji bankowości prywatnej. Gdy Państwo otrzymało w spadku po zaborcach i okupantach szereg przedsiębiorstw, stanowiących najbardziej doskonały instrument polityki gospodarczej, wręcz odmienny od słusznie, choć tylko teoretycznie potępianych środków administracyjnych i policyjnych – starano się stale uzasadniać, że Państwo niezdolne jest do bezpośredniego kierowania warsztatami produkcji, że wprowadza etatyzm, konkuruje z prywatnym życiem gospodarczym. Starano się wyzbywać majątku państwowego. Sprzedano fabrykę celulozy. Odstąpiono za bezcen drogie inwestycje dokonane celem odbudowy fabryki żyrardowskiej. Usiłowano sprzedać Chorzów [zakłady azotowe]. Podejmowano pertraktacje o długoletnie wydzierżawienie monopolu tytoniowego, za cenę stanowiącą ułamek dzisiejszego dochodu z tego monopolu. Przygotowano sprzedaż państwowej wytwórni aparatów telegraficznych i telefonicznych. Nie będziemy mnożyć tych przykładów, ani przypominać całego szeregu interesów niekiedy brudnych, a zawsze lekkomyślnych. Gdy tak likwidowano przedsiębiorstwa państwowe, jednocześnie z kredytów państwowych w tej lub innej formie otrzymywanych, budowano liczne przedsiębiorstwa prywatne kosztem o wiele większym, niż normalna budowa wymaga, przy tym przedsiębiorstwa te Rząd musi teraz za długi przejmować.

Zarówno w dziedzinie programu, jak i planu czy stałych wytycznych polityki gospodarczej nic się prawie nie zmieniło po reformie walutowej 1924 r. Dokonano wielkiego dzieła, ale na jednym odosobnionym odcinku, więc musiało szybko upaść. W dalszym ciągu całokształtem życia kierowała żywiołowa gra sił grup i jednostek. Polityka koncesji dla panoszących się w Sejmie stronnictw, obok szeregu bezplanowych działań, prowadziła Państwo ku niechybnej zgubie – i doprowadzić by do niej musiała, gdyby nie nastąpił radykalny przewrót.

CC BY-NC-SA Piotr Świderek, bardzofajny.net / kooperatywa.org

 

Przewrót majowy stwarza nową erę w naszym życiu gospodarczym. […] Następuje okres świadomej celów polityki gospodarczej. […] Praca idzie od podstaw. Więc przede wszystkim bezapelacyjnie i bezwzględnie zrównoważony zostaje budżet Państwa, ta normalna podstawa każdego gospodarstwa. Za tym idzie stabilizacja waluty, bez czego rozwój życia gospodarczego jest niemożliwy. Te dwa nieodzowne czynniki stwarzają podstawę dalszej pracy. Rolnictwo zostaje otoczone należytą opieką. Wspaniale rozwija się Państwowy Bank Rolny, zasilając rolnika możliwie najszerzej w niezbędny dlań kredyt. Buduje się nową wielką fabrykę związków azotowych, by dać rolnikowi tak niezbędny dla użyźnienia gleby nawóz sztuczny. W tym samym celu prowadzi się prace nad rozszerzeniem kopalni soli potasowych. Rząd otacza opieką ruch spółdzielczowytwórczy, by wzmocnić produkcję hodowlaną, dającą rolnikom maksimum zatrudnienia i zysku. Prowadzone są wysiłki, by standaryzować wytwory eksportowe rolnika, mogące tą drogą znacznie zwiększyć jego dochód. Reforma rolna prowadzona jest w ten sposób, by nowy gospodarz nie musiał ginąć w objęciach lichwiarza – lecz miał możność prowadzić swą gospodarkę. W szybkim tempie prowadzone są prace komasacyjne. Większe sumy przeznaczono na kredyty melioracyjne. Prowadzone są prace nad budową sieci elewatorów.

Polityka aprowizacyjna Państwa, która tyle niezadowolenia wywoływała, prowadzona jest zarówno w interesie konsumentów, jak i producentów. Pierwszym jej rezultatem było, że w 1926/27 r. nie importowano już do Polski drogiej mąki zagranicznej, lecz ziarno, zatrudniając nasze młyny i oszczędzając na cenie. Drugim, że uniemożliwiono zbędny wywóz ziarna, które by potem po droższych cenach musiano sprowadzać. Dalej stworzono rezerwę zbożową. Teraz uruchamia się młyn i elewator w Lublinie, co ułatwi działalność rezerwy i pozwoli na racjonalizację w dziedzinie młynarstwa. Jednocześnie Rząd sfinansował budowę wielkich piekarń mechanicznych; obecnie ogranicza przemiał. Akcja ta krok za krokiem obniża koszt przemiału, producentom zaś zapewnia możliwą stabilizację cen ziarna i mąki, gdy uprzednie wahania były równie szkodliwe dla rolnika, jak dla kupca, młynarza czy piekarza – nie mówiąc już o konsumencie.

Nasze dotychczasowe życie gospodarcze wegetowało w zaśniedziałych, starych, przedpotopowych niemal formach, odcięte i bojące się jakiegokolwiek świeżego powiewu. Symbolem tego: odcięcie nas od dróg morskich i brak własnej floty handlowej…

Rozpoczęte w swoim czasie prace nad budową własnego portu w Gdyni utknęły w strasznym marazmie, ogarniającym całe nasze życie gospodarcze. Dopiero rządy pomajowe dokonały potężnego wysiłku, by jak najszybciej posiadane na świat okno szeroko otworzyć. Budowa portu z każdym dniem posuwa się naprzód, rośnie w szybkim tempie wielkie miasto Gdynia, powstaje flota handlowa…

Państwo usprawnia swój aparat i działalność przedsiębiorstw państwowych. Racjonalizuje swą gospodarkę leśną, wyprzedzając daleko prywatną gospodarkę w tej dziedzinie. Przedsiębiorstwa są komercjalizowane – by je słusznie dostosować do istniejących form życia systemu kapitalistycznego. Aby zbadać braki i wady naszego życia produkcyjnego i handlowego, powołana zostaje Komisja Ankietowa do badania warunków produkcji i wymiany. Do pracy w niej wciąga się zarówno przedstawicieli przemysłu i handlu, spółdzielczości, jak również przedstawicieli pracowników oraz teoretycznych i praktycznych znawców życia gospodarczego. Rok trwające prace Komisji przyniosły olbrzymi wprost materiał analityczny w najważniejszych dziedzinach naszego życia przemysłowego i handlowego. Wyniki prac są rewelacyjne [nieoczekiwane] nie tylko dla Rządu i społeczeństwa, ale i dla samego przemysłu. Na długi czas stanowić one będą punkt wyjściowy do szeregu prac mających na celu racjonalizację życia gospodarczego. Jako stała instytucja, w pewnej części swych prac pokrewna Komisji Ankietowej, utworzony został przy Ministrze Przemysłu i Handlu Instytut Badań Koniunktur Gospodarczych i Cen.

Sanacja życia gospodarczego – choć oparta już na najsolidniejszych podstawach równowagi budżetu i stabilizacji waluty – wymagała nadzwyczajnego wysiłku i tempa pracy, których istniejący tryb uchwalania ustaw przy danym składzie Sejmu nie gwarantował. Rząd zażądał i otrzymał – wraz z częściową chociaż zmianą konstytucji – pełnomocnictwo do dekretowania nowych ustaw. Lecz znów powtórzył się tradycyjny grzech polskich Sejmów, zarówno przedrozbiorowych, jak współczesnych: stara niechęć do płacenia podatków. Podatki wyłączono z pełnomocnictw. Uniemożliwiono Rządowi dokonanie reformy podatkowej, której stale i systematycznie wszyscy głośno się domagają. Co gorsza, gdy Minister Skarbu wniósł przedłożenie podatkowe, Sejm w 1928 r. odrzucił je bez rozpatrzenia.

Pełnomocnictwa jednak dały możność Rządowi wydania kilkuset dekretów, regulujących różne działy naszego życia gospodarczego. Powstały nowe ustawy o izbach handlowo- przemysłowych, rolniczych, rzemieślniczych, o sądach pracy, umowach o pracę, o inspekcji pracy, o emigracji, o ubezpieczeniu pracowników umysłowych, tak ważna ustawa bankowa, o rozbudowie miast i wiele, wiele innych. Gospodarka skarbowa, choć nie wsparta tak ważną reformą podatkową – rozwija się znakomicie. […]

Zaniedbane dawniej kolektywne potrzeby miast i gmin przez rozwielmożnienie się prywatnych interesów, w bankach państwowych, zwłaszcza Banku Gospodarstwa Krajowego – zostają w szerokiej mierze zaspakajane. Działalność Banku Gospodarstwa Krajowego ulega radykalnej zmianie – potrzeby samorządu i akcja budowlana, przemysł związany z obroną kraju, spółdzielczość, a wreszcie również celowe potrzeby przemysłu, handlu i rolnictwa znajdują właściwe zrozumienie i zaspokojenie.

Krok za krokiem posuwa się Rząd w swej pracy ku potędze Państwa. Gdy w związku z dopływem kapitałów zagranicznych i rozwojem konsumpcji wewnętrznej bilans handlowy staje się ujemnym, rozwija się szeroka przeciwakcja. Rozwój eksportu stać się musi tym czynnikiem, który zrównoważy bilans handlowy. Utworzony został specjalny Państwowy Instytut Eksportowy. Rząd buduje w Gdyni wielką chłodnię, by uchronić eksport produktów hodowlanych, opłacających dotychczas olbrzymi haracz Hamburgowi. Prowadzone są intensywne prace celem uregulowania produkcji i eksportu lnu, z którego to źródła wielkie korzyści, przy małym stosunkowo wkładzie, osiągnięte być mogą. Polityka specjalnej regulacji taryf kolejowych i zwrotu ceł ułatwia całemu szeregowi towarów zyskowny eksport, opracowuje się specjalne kredyty eksportowe. […]

Wpływ idei państwowej i racjonalizacji życia gospodarczego zaczyna powoli przenikać i do sfer gospodarczych. Pod tym wpływem zaczynają się skupiać rozbite dotychczas organizacje gospodarcze. Ruch ten zaczyna się od rolnictwa. Powstanie izb przemysłowo-handlowych doprowadzi niewątpliwie do pewnej konsolidacji i w tej dziedzinie.

Sytuacja gospodarcza kraju pod każdym względem ulega poprawie. Rozwija się kredyt zagraniczny i krajowy, bo wzmaga się oszczędność i kapitalizacja wewnętrzna. Zmniejsza się bezrobocie, zatrudnienie stale wzrasta. Rynek wewnętrzny powiększa się tak szybko, że cały szereg dziedzin przemysłu nie może eksportować z powodu braku towaru.

Podczas gdy dawniej – od rządów Moraczewskiego do majowego przewrotu – warstwy pracujące tylko bronić musiały zdobyczy socjalnych przed coraz to nowymi, coraz bardziej gwałtownymi atakami, zaś kroki nowe w tej dziedzinie, zwłaszcza w zakresie zabezpieczenia bezrobotnych, czyniono pod naporem wydarzeń – obecnie rozwinął Rząd szeroko nakreślony program budowy Kodeksu Pracy i w wielkiej mierze go już zrealizował.

Toteż obcy stwierdzają, że polskie ustawodawstwo społeczne w szeregu kwestii zajęło jedno z pierwszych miejsc w Europie, co powinno napawać nas wielką dumą. Wraz z umacnianiem się podstaw gospodarczych Narodu, ze wzmaganiem się produkcji i bogactwa kraju, wszyscy obywatele w miarę udziału swej pracy – winni z owoców jej korzystać.

Dokonano więc już w dziedzinie przyśpieszania rozwoju gospodarczego niewątpliwie bardzo wiele – ale jest to kropla w morzu naszych potrzeb. Toteż tylko dalszy, trwały, nieustanny, kolektywny wysiłek Rządu i społeczeństwa może te olbrzymie sukcesy kontynuować i rozwijać ku potędze Państwa.

W całej tej działalności przebija jednak planowość wysiłków – jako przeciwstawienie uprzednio panującej żywiołowości i jako dowód zwycięstwa myśli państwowej w naszym życiu gospodarczym.

Urbanistyka i krajobraz

Urbanistyka i krajobraz

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji Emanuela Riggenbacha „Jak może młodzież chronić przyrodę?”, Kraków 1929 r.

Minęły czasy, gdy nazwą urbanistyka określano wyłącznie naukę o miastach. Dziś pod nazwą tą kryje się pojęcie o wiele szersze, urbanistyka dzisiejsza urosła bowiem do nauki ładu przestrzennego, stała się metodą planowania przestrzeni, kształtującą krajobraz ze wszystkich dostępnych jej elementów.

Urbanistyka XIX wieku była przede wszystkim chirurgią, która przeprowadzała radykalne operacje na chorych organizmach miast. Było to usuwanie objawów choroby bez niszczenia jej źródeł. Urbanistyka leczyła miasta, ale nie leczyła zdrowia ich ludności, dbając tylko o estetykę zewnętrzną i rozwój techniki.

Tymczasem ludność miast wymierała, degenerowała się. Trzeba było w urbanistyce, podobnie jak w medycynie, sięgnąć w głębokiej trosce o zdrowie, życie i szczęście mieszkańców po ratunek do przyrody. Rozpoczął się w stosunku do chorych miast okres przyrodolecznictwa.

Dziś wiedza o mieście uważa miasto za organizm, który jak każdy organizm podlega prawom przyrody. Dziś badamy wyroki natury ciążące nad miastami jako wielkimi skupiskami ludzkimi. Od razu rzuca się tu w oczy pierwsza oczywistość: człowiek nie może żyć dobrze tam, gdzie źle żyje drzewo lub inna roślina, z czego wypływa wniosek, że dla człowieka należy stworzyć przynajmniej takie warunki życia, jakie obowiązują dla świata roślinnego.

Urbanistyki dzisiejszej nie możemy zwęzić do kształtowania domów, ulic i placów. Dzisiejsze miasto jest tylko węzłowym punktem terenu, na który oddziałuje; miasto – to tylko punkt ciężkości okręgu czy regionu. To wreszcie tylko punkt zbiegu sieci dróg, wzdłuż których rozciąga się miasto coraz dalej, w miarę wzrastania szybkości komunikacji. Dlatego urbanistyka staje się dziś architekturą krajobrazu i główną nauką świadomego kształtowania tego krajobrazu.

Urbanistyka zajmuje postawę czynną w stosunku do krajobrazu /…/ nie znaczy to jednak, aby chętnie widziała przypadkową ingerencję ludzką, działającą dla doraźnych celów a wnoszącą w przyrodę dewastację, która narusza przyrodzoną jej harmonię. W krajobrazowych wartościach widzi ona energię potencjalną i olbrzymie jej wartości, które mogą być dane życiu ludzkiemu, a za utratę których zapłacili mieszkańcy skupisk ludzkich degeneracją, chorobami, śmiertelnością i brakiem radości życia i radości pracy. Krajobraz przyrodzony jest bowiem wartością analogiczną do wartości skarbów mineralnych lub wód leczniczych. Krajobraz trzeba eksploatować, a eksploatacja powinna wyglądać jak każda eksploatacja współczesna – musi być racjonalna i musi opierać się na zdobyczach naukowych.

Problem dzisiejszego miasta nie ogranicza się do niewielkiej przestrzeni zabudowanej. Dziś granice miasta to granice obszaru objętego wpływami bezpośrednimi wielkiego skupiska ludności. Obszar ten musi zamknąć w swych granicach nie tylko mieszkanie i pracę człowieka, ale także odpoczynek oraz regenerację jego sił fizycznych i duchowych.

Obszar tych okręgów, czyli tzw. regionów miejskich, rośnie dzięki czynnikowi komunikacji, który jest funkcją czasu. Dziś promień miasta urasta do długości 50-70 km, co równa się ogólnie rzecz biorąc godzinnej odległości. Olbrzymie te przestrzenie muszą być zorganizowane funkcjonalnie, a przy tym człowiek miasta musi znaleźć na nich niezbędny dla jego normalnego życia kontakt z naturą. Dlatego to stoimy dziś w obliczu hasła: „parki natury w pobliżu miast”.

Hasło to brzmi w obecnej rzeczywistości paradoksalnie. Wystarczy spojrzeć na obecny stan terenów podmiejskich, na potworną dewastację okolic każdego większego skupiska (u nas zwłaszcza Warszawy). Musimy stwierdzić, że w promieniu działania miasta nie ma zwykle ani jednego skrawka natury ocalałej przed skutkami pogromu, kierowanego dziką i bezplanową ekspansją skupisk ludzkich. Czasem w martwych komunikacyjnie i gospodarczo sektorach zachowują się jakieś kalekie strzępki pierwotnego krajobrazu, które w tym stanie, w jakim się znajdują, nie mogą wszakże zaspokoić masowych potrzeb ludności kontaktu z naturą. /…/

Powrót do dawnych form jest często niemożliwy. Wielkie przemiany techniczne, które oczekują nasz kraj, zmienią jego oblicze. Mam poważne obawy, że dzieła takie, jak regulacja Wisły, tamy na jej górskich dopływach, jazy wzdłuż jej biegu, kanały, nowoczesna sieć drogowa itp. wywołają radykalne zmiany w krajobrazie. Obawiam się, że zmiany te stworzą formy przypadkowe i nieprzemyślane. Co się np. stanie po regulacji Wisły z krajobrazem Kazimierza lub Sandomierza? Już dziś problemy te muszą być wzięte pod uwagę, już dziś powinna się rozpocząć nad tym dyskusja, już dziś powinna się rozwinąć pełna współpraca między przyrodnikami i Głównym Urzędem Planowania Przestrzennego Kraju.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Musimy przeprowadzić wyraźny podział funkcjonalny terenów. Życie miast i ich rozwój musimy ograniczyć do terenów na to przeznaczonych. Nie stać nas dziś na rozpraszanie wysiłków technicznych i ekonomicznych na nie ograniczonych ściśle przestrzeniach. Pozostałe tereny muszą się stać programowo i bezwzględnie terenami niebudowlanymi, terenami przyrody. /…/

Dawniejsze wizerunki miast wskazują, do jakiego stopnia kompozycje architektoniczne wiązały się ściśle z formami krajobrazu. Miasta dawne zmieniały krajobraz, ale go jednocześnie podkreślały. Może ówczesna technika nie była na tyle silna, aby móc przechodzić do porządku nad układami terenowymi, a może kultura dawnych czasów więcej rozumiała życie natury. Obecnie możliwości techniczne są prawie nieograniczone w stosunku do sił natury, ale dziś też, tak jak nigdy przedtem, nie możemy pozwolić sobie na marnotrawstwo – największym marnotrawstwem jest bowiem nie branie pod uwagę warunków przyrodniczych. /…/

Wielką rolę w dzisiejszej urbanistyce gra las. Dla miast zieleń ma wartość jedynie w formie drzew, a drzewa przedstawiają wartość głównie w skupieniach. Zdrowie mieszkańców miast oceniamy ilością lasów miejskich i podmiejskich. Las musi wchodzić do miasta wzdłuż szlaków komunikacyjnych, musi otaczać je jako izolacyjna bariera przeciw wiatrom i dymom oraz jako ochrona szlaków drogowych. A więc zadrzewianie i zalesianie – oto hasła aktualne! Drzew mamy w miastach mało, większych skupisk drzew jeszcze mniej. Musimy stworzyć wielką akcję zadrzewiania i to wszystkich terenów miejskich. Mobilizacja szkółek drzew, miliony nowo zasadzonych drzew dopiero z trudem wyrównają kiedyś w naszym pokoleniu straty wojenne, a przecież i stan przedwojenny był daleki od doskonałości. Środki lokomocji rozrzuciły ludzi na szerokich przestrzeniach regionów czy okręgów miejskich. Człowiek jeździ do pracy, spędza moc czasu w środkach transportu: stwórzmy mu drogę piękną krajobrazowo, aby jego droga do pracy i z pracy była rekompensowana wartościami estetycznymi i higienicznymi.

Krajobraz drogi i droga w krajobrazie są to dwa zagadnienia. Trasy dróg muszą przebiegać zgodnie z warunkami natury. Trzeba wreszcie zrozumieć, że droga nie jest wyłącznie zagadnieniem linearnym. Musi być komponowana jako cała przestrzeń widoczna z drogi i przestrzeń, z której ta droga jest widoczna. Znamy wiele tras kolejowych o pięknych widokach z okna wagonu, ale krajobraz jest zeszpecony właśnie tą samą linią kolejową. Trasy dróg muszą być projektowane jako zagadnienie kompozycji przestrzennej i to wszędzie, a nie tylko na terenach o specjalnych wartościach turystyczno-krajobrazowych. /…/

Krajobraz pierwotny występuje tylko w niewielu punktach kraju. Pozostałe połacie to krajobraz urobiony ręką ludzką. Nie pozbawia go wszakże piękna fakt, że ręka ludzka go kształtowała. Krajobraz rolniczy – to natura zrytmizowana. Człowiek poznał prawa natury, poznał rytmy przyrody i rytmy te zrealizował w krajobrazie. Rytmy pól, szachownice sadów owocowych, tarasy stoków z winnicami.

Człowiek wprowadził do przyrody linie proste i powierzchnie geometryczne. W tych rytmach krajobrazu musimy odszukać wymiary istotnie właściwe, zastosowane w skali do wielkości życia, do wysokości drzew, do nachylenia stoków. W dobie przebudowy ustroju rolnego, w dobie planowej przebudowy osiedli wiejskich, gdy w oczach naszych zmienia się krajobraz, musimy zapanować nad bezmyślnym krajaniem przestrzeni w martwe, bezsensowne, schematyczne figury, będące wynikiem bezmyślnych ocen wartości gruntów, musimy z powrotem zorganizować osiedla wiejskie, zbierając rozpędzone przez geometrów domy z różnych miejsc nie nadających się do mieszkania, musimy otoczyć osiedla wiejskie zwartymi przestrzeniami sadów. Jeśli zaniedbamy teraz to uczynić, to nasz krajobraz wiejski zmieni się w jeden wielki poligon przypadku. Musimy znaleźć jak najprędzej dla sprawy tej pomoc fizjografów i przyrodników, bo każdy dzień przynosi nam fakty dokonane i każdy dzień przekreśla bezcenne wartości żywe naszego krajobrazu.

Następną ważną sprawą jest zagadnienie architektury w krajobrazie, a zwłaszcza skali architektonicznej – pojęcia zasadniczego, jeśli chodzi o określenie wartości, jakie architektura wnosi z sobą do natury. Architektura dobra przedstawia w pejzażu wymiar człowieka. Architekturą mierzymy wielkość natury i dlatego naszą główną troską powinno być, aby ta skala ludzka nie zatraciła się w gigantycznych wymiarach budynków. Tylko bezmiar morza lub pustyni może pozwolić sobie na skalę Manhattanu lub piramid, ale stoimy wówczas przed faktem świadomego zgubienia skali.

Aby utrzymać skalę budownictwa, natura sama dyktuje wymiary i dlatego zawsze bezpieczniej jest, gdy architektura powstaje z podłoża, na którym stoi, lub z materiału, jakim jest otoczona. Na przykład podolska chata glinobitna, podhalański dom drewniano-kamienny lub wreszcie kamienne miasteczka włoskie czy hiszpańskie są integralną częścią krajobrazu. Budownictwo takie nie jest niczym innym, jak ułożeniem w inny sposób składników krajobrazu, ułożeniem ich w pewnym porządku, zgodnie z prawami fizycznymi materiału. Jest to tylko jakby wyzwolenie praw statyki i zrytmizowanie ich w postaci budynku. Gdy budynki powstają z podłoża, wielkość ich jest zawsze w określonych proporcjach do wymiarów dyktowanych przez naturę, jak wymiary drzew, wielkość okruchów skalnych, długość trzciny lub słomy. Dlatego budownictwo ludowe jest zawsze pełnowartościowym składnikiem krajobrazu, „wypowiadając” go językiem architektury. /…/

Dotychczas przyzwyczailiśmy się, że kopalnie, fabryki, koleje lub drogi były dysonansem w ogólnej harmonii natury, elementem obcym w krajobrazie. Rzeczywiście, „wiek pary i elektryczności”, okres racjonalistycznej wiary we wszechmoc techniki porozrzucał niedoskonałe technicznie i ohydne w swych czysto merkantylnych formach fabryki, mosty i inne urządzenia techniczne w najbardziej przypadkowo wybranych miejscach. O wyborze miejsca na fabrykę lub o trasie drogi albo kolei decydowały wyłącznie względy pieniężne. Sam teren, czyli krajobraz, tworzył tylko białe plamy na mapach podziałów własnościowych, zaś cena gruntów była jedynym kryterium w wyborze miejsca. Nic dziwnego, że w dziedzictwie po tym okresie otrzymaliśmy naruszenie ładu przestrzennego i przekonanie, że technika i natura to najzawziętsi wrogowie.

A przecież dawniej było inaczej. Gdy dziś spojrzymy na dzieła techniki przeszłości, gdy oglądamy dawne zamki obronne, mosty, młyny, drogi górskie, to musimy stwierdzić, że chociaż są to inwestycje czysto techniczne, pomimo to stanowią nieraz wspaniałe uzupełnienie i podkreślenie wartości krajobrazowych. Z tego wypływa wniosek, że na rolę techniki w krajobrazie wpływa przede wszystkim wybór miejsca, zaś miejsce dyktuje sama natura. /…/

Prawdziwa, wielka inżynieria to współpraca z naturą, to wyzyskanie praw rządzących zjawiskami natury i danie człowiekowi nowych ram życia przez stworzenie form, które są tej natury dopełnieniem i wyjaśnieniem.

„Człowiek uwielokrotniony” przez technikę i przemysł wtedy tylko może żyć pełnią życia i szczęścia, jeśli technika, którą się posiłkuje, jest zdrowa, jeśli jej sens nie gubi się w walce z naturą, jeśli to, co daje technika, nie było zapłacone tym, co straciła przyroda. Wielkie, szczytowe osiągnięcia techniki zawsze są wspaniałym dopełnieniem krajobrazu. Są to bowiem te same prawa natury przedstawione w swej najczystszej, prawie matematycznie czystej formie. Są skalą przyrody. Wielkie mosty określają rozpiętość dolin i szerokości rzek, potężne tamy swoją masą i profilem uzmysławiają nam potęgę i ilość wód przeciekających normalnie niepozornymi często strumykami. Drogi górskie swymi serpentynami podkreślają stromizny na pozór łagodnych stoków.

Lecz aby powstał ten efekt, musi być zachowany jeden warunek: proporcja wysiłku do celu. Ciężkie i wielkie konstrukcje stalowe, niosące mizerny wagonik kolejki linowej lub palisada przęseł mostowych, przykrytych ciężką kratownicą po to, aby od czasu do czasu dźwignąć na sobie parę samochodów lub wagonów, są zaprzeczeniem sił przyrody, są intruzem w krajobrazie, są ohydne jak objaw nadmiernego wysiłku, są tym, czym są krople potu na czole chorego człowieka. Pod pozorami ciężaru i mocy ukrywają one swą słabość, zaś słabością główną dzieł techniki jest jej niezgodność z krajobrazem i z warunkami natury. Na pewno most o zbyt gęstych, grubych i ciężkich filarach stoi w złym miejscu, na pewno linia kolejowa otoczona szeregiem płotków ochronnych, podparta szeregiem przepustów i murków, jest źle wytrasowana. /…/

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „
Jak może…”

Gdy myślimy o ochronie krajobrazu lub gdy chcemy zachować głębokie jego wartości w czasach wielkich przemian, musimy sobie zdawać sprawę z tego, do jakiego stopnia ingerencja czynników technicznych jest dopuszczalna i jakie dzieła techniki i architektury wejdą w skład nowego oblicza naszej ziemi. Od dzieł techniki musimy wymagać doskonałości technicznej i słusznego wyboru miejsca – od dzieł architektury musimy wymagać przede wszystkim skali. Skali człowieka i skali krajobrazu. Sprawa architektury w krajobrazie to nie sprawa tych czy innych form regionalnych czy ornamentów miejscowych. Sprawa architektury to głównie sprawa wymiarów i materiału, z którego architektura powstaje w danym terenie, a przy tym doskonałości technicznej. Bowiem techniczna doskonałość – to wyczucie zarówno podłoża, jak i klimatu, wyzyskanie właściwości materiału, jak i wypowiedzenie fizycznych praw w formie jasnej i zrozumiałej – to wreszcie podkreślenie romantyzmu przyrody przez proste linie i rytmy form architektonicznych.

Dlatego chroniąc krajobraz ojczysty nie powinno się wydawać nakazów budowania w tym czy innym „stylu” regionalnym, nie można definiować w tych nakazach, jakie powinny powstawać formy architektoniczne czy techniczne, bo to prowadzi do zwyrodnienia form (liczne przykłady nieszczęśliwego stosowania „stylu zakopiańskiego”, tyrolszczyzny lub innych eksperymentów w rodzaju stylu „dworkowatego” na kolei itp.). /…/

Aby tworzyć krajobraz, nie można narzucać inwestycjom tych lub innych nakazów czy dezyderatów, lecz w ciągłej współpracy przyrodników i urbanistów tworzyć wspólne dzieło.

Żyjemy w czasach, gdy bezwodne pustynie zmieniają się we wspaniałe ogrody, dzikie rzeki stają się spokojnymi taflami jezior – tworzy się nowy krajobraz, inny od zadymionego śmietnika dziewiętnastowiecza, inny od pompatycznych lub sentymentalnych perspektyw parkowych XVII i XVIII wieku, inny wreszcie od odwiecznych puszcz i stepów dawnych czasów. Powstaje krajobraz XX wieku, wieku powrotu do natury, ale nie w jej najpierwotniejszej formie, lecz w formie wyzwolenia i uznania jej praw.

Planowanie przestrzenne tworzy dziś ramy nowego krajobrazu Polski.

Jerzy Hryniewiecki

Powyższy tekst to skrócony zapis referatu wygłoszonego przez autora 21 września 1945 r. w Krakowie podczas pierwszego dnia zjazdu reaktywowanej Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Drukiem ukazał się w „Pamiętniku XIX Zjazdu Państwowej Rady Ochrony Przyrody”, Kraków 1945.

Z dziejów ochrony przyrody

Z dziejów ochrony przyrody

Utarło się zdanie, że idea ochrony przyrody jest wytworem kultury końca XIX i początku XX wieku. Zdanie to jest o tyle słuszne, że istotnie dopiero w tym czasie stała się ochrona przyrody jednym z twórczych czynników współczesnej kultury narodów i państw całego niemal świata. Niesłuszne natomiast jest takie zapatrywanie, gdy chodzi o jej początki, gdyż te sięgają historycznie daleko w przeszłość. /…/

Wierzenia religijne źródłem ochrony przyrody

Najdawniejszym źródłem ochrony przyrody były niewątpliwie wierzenia religijne. Tak, jak dziś jeszcze Pars modli się u stóp potężnych drzew, uważając je za święte i nietykalne, tak, jak Hindus nie dotknie nawet źdźbła trawy w świętych dolinach Himalajów, jak Japończyk utrzymuje przy życiu swą sztuką hodowlaną przy świątyniach rosnące, tysiącletnie sosny i kryptomerie, lub jak Arab nie dotknie na brzegu oazy stojącego okazu drzewa lotosowego – tak dawniej zawsze i od wieków odnosiły się do przyrody różne szczepy i narody. Z tradycji o naszych pogańskich przodkach wiemy, że mieli oni również swe drzewa święte przy gontynach, zaś źródła, gaje, niedostępne uroczyska i dymiące oparzeliska zaludniali w swej fantazji światem bogów i boginek, przez co były one dla nich nietykalne. /…/

Motywy gospodarcze

Drugim źródłem, z którego brały początek postanowienia ochronne w stosunku do przyrody, były motywy gospodarcze. Każdy kraj ma pod tym względem własną historię. Tak np. pierwsze zarządzenie, tyczące się ochrony ptaków śpiewających w Europie, wydane zostało w Zurychu w 1335 r., gdy uświadomiono sobie jasno pożyteczną rolę ptaków jako tępicieli szkodników w sadach i lasach. Król Władysław Jagiełło wydał w r. 1423 prawo chroniące „drzewa, które znajdują się być wielkiej ceny, jako jest cis”, aby zapobiec nadmiernemu wycinaniu i wywożeniu z Polski cisa, z którego wyrabiano podówczas kusze i łuki. Podobne pobudki kierowały królem duńskim Chrystianem V, gdy w r. 1671 wydał zakaz wycinania lasów w południowej Danii; zakaz ten był jednym z pierwszych tego rodzaju zakazów w Europie.

Dawne ustawodawstwo łowieckie chroniło w wielu krajach rzadkie gatunki zwierząt łownych bądź dlatego, aby nie pozbawiać kraju okazów fauny szczególnie cennej (np. bobrów), bądź też dlatego, aby polowanie na nie uczynić przywilejem głowy panującej. U nas król Władysław Jagiełło (1443) wydał daleko idące ograniczenia polowania na dzikie konie, łosie i tury, bóbr zaś chroniony był w Polsce już za czasów Bolesława Chrobrego, a król Zygmunt I w Statucie Litewskim ochronę tę wydatnie zwiększył odpowiednimi surowymi przepisami.

W dawnych ustawach ochronnych, wydawanych głównie z motywów gospodarczych, zjawiał się nierzadko także czynnik idealny [idealistyczny]. I tak np. wspomniane rozporządzenie z r. 1335, chroniące ptactwo pożyteczne w Szwajcarii, uzasadnione było nie tylko względem na ich użyteczność dla człowieka, ale również tym, że „swym miłym śpiewem radują one serce ludzkie”. Podobnymi względami natury idealnej uzasadniano w końcu XV wieku zakazy zabijania skowronków w Norymberdze, lub w księstwie Münster w połowie XVII wieku zakazy masowego niszczenia kwiatów wiosennych w okresie świąt Wielkanocnych. /…/

Przejście ku motywom idealnym

Na przełomie w. XVIII zjawiły się w Niemczech pierwsze zarządzenia chroniące ptaki, wobec klęsk elementarnych, wywołanych przez szkodliwe owady. I tak np. w r. 1796 władze hrabstwa Schmalkalden wydały zakaz zabijania i chwytania „prawie wszystkich” gatunków ptaków z powodu katastrofalnego rozmnożenia się w tym roku mniszki. Później zakazy te ponawiano i rozszerzano ich zasięg na coraz większe przestrzenie, w miarę, jak coraz powszechniej uznawaną była pożyteczność ptaków wobec nadmiernie rozmnożonych szkodników w sadach i lasach. /…/ Niemal równocześnie występuje w czasopiśmie „Diana” Jan Mateusz Bechstein z hasłem ochrony wszystkich gatunków zwierząt i wypowiada tezę, iż „wyniszczenie jakiegokolwiek gatunku zwierzęcia nie jest godne człowieka kulturalnego”. To hasło Bechsteina, przenosząc punkt ciężkości ochrony ptaków z platformy ściśle utylitarnej na moralną, znajduje licznych zwolenników, propagujących albo zupełną ochronę pewnych gatunków ptaków, albo też ich ochronę periodyczną, np. żądając zupełnego ich oszczędzania co czwarty lub siódmy rok. Jako rezultat pewnego kompromisu pomiędzy tymi dwoma kierunkami, propagującymi ochronę ptaków z motywów praktycznych i idealnych, uciera się w tym czasie po raz pierwszy w Niemczech podział na ptaki szkodliwe i pożyteczne, który do dnia dzisiejszego utrzymał się zwłaszcza wśród kół gospodarczych, nie mających głębszego wykształcenia biologicznego. Jest rzeczą interesującą, że bardzo wcześnie zjawiły się ze strony zoologów sprzeciwy co do tak szablonowego podziału ptaków i że np. przeciw uznawaniu tzw. ptaków drapieżnych za szkodliwe wystąpił po raz pierwszy już w r. 1826 profesor zoologii w Zurychu, Henryk Rudolf Schinz, podnosząc rolę ptaków drapieżnych w całokształcie fauny i groźbę naruszenia równowagi biologicznej w przyrodzie przez ich gwałtowne tępienie. W r. 1873 wypowiedział zdecydowaną walkę podziałowi ptaków na pożyteczne i szkodliwe znany ornitolog Otto Schmiedeknecht, a niedługo potem w r. 1875 powstał w Niemczech pierwszy Niemiecki Związek dla Ochrony Ptaków i rozpoczął wydawać miesięcznik od r. 1890 pt. „Ornithologische Monatsschrift”, który stanął do walki o ochronę ptaków godnie obok starszego czasopisma „Die gefiederte Welt”, wydawanego od r. 1872. /…/

Przytoczony przykład przemiany pojęć w dziedzinie ochrony przyrody ptaków w Niemczech można zastosować mutatis mutandis do innych dziedzin ochrony przyrody, nie tylko w Niemczech, ale również i w innych krajach. Podejmowana najpierw z motywów wskazanych przez życie praktyczne, przeistaczała się zawsze ochrona przyrody w problem natury ogólniejszej, ważny ze stanowiska nauki lub etyki.

Pomniki natury

Dla podniesienia idealnych wartości tzw. pomników lub zabytków przyrody najwięcej zasłużył się Aleksander Humboldt. Ten wielki uczony i podróżnik, którego nazwisko należało do najpopularniejszych na świecie na przełomie XVIII i XIX wieku, był właściwym twórcą pojęcia „pomnika”, czyli „zabytku przyrody”, tak jak je dziś pojmujemy. W latach 1799-1804 odbył on podróż do Wenezueli. W sprawozdaniu ogłoszonym w r. 1819 opisał olbrzymie drzewo, zwane Zamang, najstarsze i najpotężniejsze w tym kraju, nazywając je „pomnikiem przyrody” i porównując ze słynnym olbrzymem świata roślinnego, tzw. drzewem smoczym (Dracena draco) z okolicy Orotawy. Trafne porównanie wartości tego rodzaju pomnika z pomnikami sztuki, których wartość powszechnie jest znaną i uznaną, poparte autorytetem Humboldta, przyczyniło się w znacznym stopniu do spopularyzowania ochrony przyrody w jej okazach, szczególnie osobliwych lub pamiątkowych. /…/

Nie ulega też wątpliwości, że dzieła Humboldta były gorliwie czytane przez młodzież Uniwersytetu Wileńskiego, a odbicie jego zapatrywań na znaczenie ochrony przyrody znajdujemy u Adama Mickiewicza, który, przejąwszy od Humboldta pojęcie „pomnika przyrody”, wprowadził je do naszej literatury i zastosował do zabytkowych drzew polskich, pisząc w „Panu Tadeuszu” te pamiętne wiersze:

Pomniki nasze! Ileż co rok was pożera

Kupiecka, lub rządowa, moskiewska siekiera!

Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,

Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły, jak ptakom.

Romantyzm

/…/ Hasło powrotu do natury, głoszone przez tego wielkiego myśliciela [Jana Jakuba Rousseau], a płynące z jego zwątpienia o wartości kultury w ogóle, przyjęte zostało przez romantyków z entuzjazmem, było bowiem pożądaną przez nich ucieczką od kultury małostkowej i przewrotnej. Wartość realna idei nie leżała jednakże w samej negacji, lecz raczej w pozytywnym ustaleniu stosunku uczuciowego człowieka do natury. Toteż swoiste nawrócenie romantyzmu do przyrody, choć z czasem zmieniło swój wyraz z platoniczno- sentymentalnego na bardziej realny, pozostawiło w spuściźnie pokoleniom późniejszym swój głęboki ślad w dziedzinie estetyki i etyki. Ślad ten był tak silny, że nie usunął go z trwałego dorobku kultury żaden ruch późniejszy, z materializmem i pozytywizmem XIX wieku na czele.

Któż zaprzeczy, że i w naszym pokoleniu, umiejącym chronić przyrodę przed głupotą i wandalizmem jej niszczycieli argumentami naukowymi i ekonomicznymi, nie ma pierwiastków romantycznych? Czy w szeregach ochraniarzy całego świata nie spotykamy ciągle jeszcze idealistów typu czysto romantycznego, dla których przyroda pierwotna jest przede wszystkim błogosławioną ucieczką przed zgiełkliwą, natrętną i nużącą cywilizacją?

Niewątpliwie tak jest i tak będzie zawsze. Z tego nieważkiego źródła sentymentu wypłynęło już wiele siły realnej, pracującej na rzecz idei ochrony przyrody. Nie można też wątpić, że i nadal tak będzie. /…/

Artur Grottger, „Puszcza”, z cyklu „Lithuania” (1864–1866)

Ochrona „osobliwości”

Dalszym momentem, ważnym dla rozwoju historycznego ochrony przyrody, była wrodzona człowiekowi ciekawość, jaką ma dla wyjątkowych jej osobliwości. /…/ Tak np. w Stanach Zjednoczonych został utworzony już w roku 1832 pierwszy rezerwat dla ochrony źródeł gorących w Arkansas, gdyż źródła te jako osobliwość wzbudzały powszechne zainteresowanie ludności. Góra Smocza pod miastem Bonn w Niemczech została uznana za nietykalną zarządzeniem rządu pruskiego z podobnych pobudek już w roku 1829, a „mur diabelski” w Górach Harcu w roku 1852. Podobne pobudki kierowały inicjatorami ochrony „olbrzymich” drzew w Niemczech (w latach 1859 i 1869), a także w Polsce, gdzie już w roku 1829 pisano w obronie najgrubszego dębu w Bartkowie oraz słynnego „Baublisa”. /…/

Każdy, kto zna lepiej przyrodę i stosunek do niej ludzi prostych, wie dobrze, że i dziś jeszcze czynnik ten, który zwykle (zbyt pochopnie) nazywamy przesądem, działa na rzecz ochrony przyrody. Źródła „świętego” lub „cudownego” nie zasypie przecież nikt z ludu, tak jak nie tknie „diablego” kamienia (głazu narzutowego), nie zabije padalca napotkanego na ścieżce leśnej i nie strąci gniazda bociana ze swej strzechy. /…/ Nie wolno nam wszakże zapomnieć o tym, że czynnik omawiany działa także w sferach oświeconych, choć w innej formie aniżeli u ludu i że każde pokolenie uświęca i chroni pewną ilość osobliwości swej ojczystej przyrody, nadając drzewom, skałom, jeziorom, wodospadom itd. nazwy swych bohaterów narodowych, królów lub poetów. Nie sięgając do obcych przykładów, wystarczy tu wspomnieć o licznych w Polsce „alejach króla Sobieskiego”, lipie mistrza z Czarnolasu, altanie dumania Mickiewicza w Tuhanowiczach, dębach królewskich w resztkach Puszczy Niepołomickiej, igle Deotymy w Dolinie Ojcowskiej, wodospadach Mickiewicza lub Bramie Kraszewskiego w Tatrach itd. – nie mówiąc już o setkach drzew, uświęconych zawieszeniem na nich kapliczek lub krzyży. /…/

Motyw naukowy

Świetny rozwój nauk przyrodniczych w połowie wieku XIX dał początek temu motywowi, którego znaczenie z biegiem czasu nie tylko nie słabło, ale coraz to bardziej potężniało, tak że stopniowo stał się on najważniejszym czynnikiem działającym na rzecz ochrony przyrody na całym świecie. Motyw naukowy przyczynił się też najwalniej do tego, że problem ochrony przyrody stał się z czasem problemem międzynarodowym. /…/

Pomijając wcześniejsze i odosobnione usiłowania jednostek, które w Polsce występowały w obronie przyrody w imię postulatów naukowych, stwierdzić należy, że pierwsza silna inicjatywa w tym względzie wyszła z ośrodka krakowskiego. Związana ona jest z nazwiskami trzech wybitnych przyrodników: Ludwika Zeisznera, Maksymiliana Nowickiego i Eugeniusza Janoty, była zaś wynikiem ówczesnego zainteresowania się nauki polskiej przyrodą Tatr, a zwłaszcza losem tępionych bezkarnie rzadkich zwierząt górskich – kozicy i świstaka. Po pierwszej inicjatywie w tym kierunku, danej przez L. Zeisznera w r. 1851, zajęli się tą sprawą bardzo gorliwie M. Nowicki i E. Janota (1865) i po licznych zabiegach doprowadzili do uchwalenia przez Sejm Krajowy we Lwowie w dniu 5 października 1868 roku ustawy „względem zakazu łapania, wytępienia i sprzedawania zwierząt alpejskich, właściwych Tatrom, świstaka i dzikich kóz”, która w rok później (19 lipca 1869 r.) uzyskała moc obowiązującą.

Ustawa ta, którą wyprzedziliśmy inne narody i państwa, przeprowadzona w Sejmie z motywów czysto naukowych, pozostanie zawsze chlubą polskiej kultury.

Mało znanym jest fakt, że równocześnie (w tym samym dniu) z uchwaleniem ustawy o ochronie kozicy i świstaka w Tatrach, przyjął Sejm lwowski drugą, analogiczną ustawę ochronną „o ochronie pożytecznych ptaków i innych zwierząt”. /…/ Niestety, ustawa ta, tak chlubnie nowa w swym duchu i tak daleko sięgająca zwłaszcza w dziedzinę ochrony ptaków, napotkała u władz centralnych w Wiedniu na opór i mimo bardzo usilnych i długich starań, nie uzyskała nigdy sankcji cesarskiej i nigdy nie weszła w życie ku największej szkodzie kraju i nauki. /…/

Na rozpoczęcie nowego okresu pracy trzeba było czekać trzydzieści lat. Okres ten rozpoczął się dopiero w r. 1900. Związany on jest z nazwiskami przede wszystkim dwóch wybitnych przyrodników: Hugona Conwentza i Mariana Raciborskiego.

Hugo Conwentz

Hugo Conwentz, którego słusznie nazwano twórcą nowoczesnej ochrony przyrody, zanim zyskał szeroko znane imię na całym świecie, jako pionier tej idei w wielu krajach, pracował w Gdańsku i na Pomorzu. /…/ Dla nas rozpoczyna się główny okres pracy Conwentza od r. 1900, tj. od daty wydania przez niego książki pt. „Forstbotanisches Merkbuch für Westpreussen”, która dzięki instrukcji pruskiego ministra rolnictwa stała się wzorem dla analogicznych wydawnictw w innych dzielnicach niemieckich. W r. 1904 wydaje poznański nauczyciel gimnazjalny i kustosz niemieckiego muzeum, Pfuhl, takiż „Pamiętnik drzew i lasów Ks. Poznańskiego”, a w r. 1906 T. Schube swój „Pamiętnik lasów śląskich”. W wydawnictwach naukowych towarzystw, rozrzuconych po zniemczonych miastach b. zaboru pruskiego (Toruń, Bydgoszcz, Grudziądz i in.), w pismach periodycznych i codziennych, zjawia się teraz cały szereg luźnych wiadomości i artykułów. /…/ Centralny organ rządu pruskiego dla ochrony przyrody w Berlinie (Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege), na czele którego staje doświadczony w pracy Conwentz, obejmuje od r. 1906 kierownictwo tego potężnego ruchu. Dziesiątki tysięcy odezw i z niemiecką pedanterią ułożonych kwestionariuszy (samo Księstwo Poznańskie wypełnia ich w krótkim czasie 12 000 egzemplarzy!) krąży po całym kraju, zgarniając skrzętnie wiadomości o wszystkim, co dla ochrony przyrody mieć może jakiekolwiek znaczenie. /…/ Szczegółowy inwentarz przedmiotów ustawowo chronionych w byłej dzielnicy pruskiej dochodzi z pewnością do kilku tysięcy pozycji.

Równoważnikiem tego wielkiego ruchu, wznieconego w dzielnicach zachodnich ziem Rzeczypospolitej przez H. Conwentza, był analogiczny i równoczesny ruch, wszczęty w południowej dzielnicy Polski, tj. w Małopolsce, przez wielkiego biologa polskiego, Mariana Raciborskiego.

Marian Raciborski i Ferdynand Wilkosz

Po powrocie z Jawy w r. 1900 aż do przedwczesnej swej śmierci w r. l917, był Raciborski duszą wszelkich w tym kierunku poczynań, nie tylko we Lwowie i w Krakowie, lecz także na prowincji małopolskiej, gdzie niestrudzenie wygłaszał odczyty, popularyzujące nową ideę.

W r. 1903, pod wpływem Conwentza, który w swych zagranicznych podróżach agitacyjnych dotarł także do Ministerstwa Oświaty w Wiedniu, wydało Ministerstwo Oświaty b. Austrii reskrypt (z dnia 30 listopada 1903 r.) polecający czynnikom rządowym zajęcie się tą sprawą. Wskutek tego reskryptu wydało Namiestnictwo we Lwowie w lutym 1904 r. wezwanie do instytucji i osób prywatnych, aby donosiły mu o wszelkich zabytkach przyrody w kraju, zasługujących na ochronę. /…/ Toteż natychmiast na wezwanie Namiestnictwa odpowiedziano ze strony społeczeństwa nadesłaniem spisów rozmaitych pomników natury. Uczyniło to najpierw Towarzystwo Przyrodników im. Kopernika, przedstawiając szczegółowy spis kilkudziesięciu osobliwości przyrody zasługujących na ochronę i proponując utworzenie większych rezerwatów górskich w Karpatach (Tatry, Pieniny, Karpaty wschodnie) i stepowych na Podolu, w okolicy Borszczowa. Podobne żądania wysunął wydział filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z osób prywatnych, zajmujących się gorliwie sprawą ochrony przyrody, odpowiedział na wezwanie Namiestnictwa dłuższym memoriałem w r. 1906 Ferdynand Wilkosz, zasłużony długoletni prezes Towarzystwa Rybackiego w Krakowie, który odtąd niestrudzenie czynnym był dla ukochanej przez siebie idei. Uparcie i bez przerwy wysyłał on do Namiestnictwa lwowskiego liczne pisma, w których podawał coraz to nowe spisy ochrony godnych przedmiotów przyrody martwej i żywej. Do roku 1913 zdążył on w 15 wykazach przedłożyć Namiestnictwu spis 226 osobliwości przyrodniczych.

Niestety cała akcja, wywołana wspomnianym reskryptem wiedeńskiego Ministerstwa, okazała się bezcelową. Zmieniający się sezonowo ministrowie austriaccy zapomnieli o reskrypcie swego kolegi z r. 1903, Namiestnictwo zaś b. Galicji okazało się godne swej władzy przełożonej. Memoriały, plany i fragmenty inwentarza, wypracowywane gorliwie przez społeczeństwo, szły ad acta bezdusznej maszyny biurokratycznej. /…/

Inicjatywa towarzystw i instytucji

Na szczęście znalazło się w b. zaborze austriackim dosyć energii, ażeby akcję tak haniebnie zaniedbaną przez rząd centralny, samodzielnie dalej przeprowadzić. Przodujące w tym względzie Towarzystwo Przyrodników imienia Kopernika, za staraniem Mariana Raciborskiego, opracowało w ciągu lat 1906 i 1907 plan swego działania na tym polu, do którego dołączył się jednomyślną uchwałą X zjazd lekarzy i przyrodników polskich we Lwowie w dniu 22 lipca 1907 r. Rozpoczęto teraz pracę nad zestawieniem pierwszego „inwentarza zabytków przyrody”, zbierając doń materiały przez rozesłane w dużej ilości kwestionariusze. Druki te rozesłano po ziemiach całej Polski, a więc także do innych byłych zaborów. Znaczną ilość odpowiedzi, jakie nadesłano, zużytkował Raciborski częściowo (o ile chodziło o osobliwości florystyczne) w publikacji pt. „Ochrony godne drzewa i zbiorowiska roślin” (Lwów, „Kosmos” 1910 r.), stanowiącej pierwszy zalążek „inwentarza zabytków przyrody” całej Polski. Przez ukazanie się w druku wspomnianej publikacji, stworzony został wzór dla dalszej pracy w tym kierunku.

Obok przyrodników stanęli też do pracy leśnicy polscy. Na corocznych zjazdach Galicyjskiego Towarzystwa Leśnego zajmują się oni żywo sprawą ochrony przyrody. Rezolucje przyjęte przez zjazdy w r. 1912 i 1913, dowodzą należytego zrozumienia wśród nich hasła ochrony ginącej przyrody, zwłaszcza rzadkich gatunków drzew leśnych i wymierającej fauny pierwotnej. „Kółko przyrodnicze słuchaczy Wyższej Szkoły Lasowej” we Lwowie zbiera cenne materiały, odnoszące się do pierwotnych zbiorowisk leśnych, drogą rozesłania własnych kwestionariuszy. „Sylwan”, poczytny organ leśników małopolskich, ogłasza na łamach swoich artykuły, rozprawy i notatki dotyczące zabytków przyrody leśnej.

Widomym dowodem owocności tego ruchu wśród przyrodników i leśników były starania podejmowane wspólnymi siłami dla uzyskania większych rezerwatów leśnych w obszarach lasów państwowych, które tylko dlatego nie doprowadziły do celu, że przeszkodził temu wybuch wojny. /…/

Tym, czym była działalność Mariana Raciborskiego w kołach naukowych Małopolski, tym stała się w kołach literatów i artystów polskich działalność Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Wraz z Tadeuszem Korniłowiczem i Mieczysławem Limanowskim stworzył on Sekcję Ochrony Tatr w łonie Towarzystwa Tatrzańskiego, a przez swą rozprawę pt. „Kultura a natura” (w czasopiśmie „Lamus” z r. 1913) dał naszej literaturze ochroniarskiej jedną z najcenniejszych i najbardziej wpływowych publikacji.

Wspomnieć jeszcze muszę o podjętej próbie zainteresowania sprawą ochrony przyrody polskich władz autonomicznych byłego zaboru austriackiego, w pierwszej zaś linii Sejmu Krajowego. Rzecznikiem sprawy tej był przed forum sejmowym poseł Julian Brunicki, znany przyrodnik i badacz krajowej fauny motyli. Mowa jego wygłoszona w Sejmie dnia 15 listopada 1910 r., w której w sposób wymowny, a pod względem rzeczowej argumentacji doskonały, wystąpił z ideą ochrony przyrody, propagował myśl stworzenia, wzorem innych narodów, „rezerwacji”, czyli parków natury, oraz domagał się od Wydziału Krajowego przedłożenia Sejmowi „projektu ustawy o ochronie szarotki, limby, cisa i ewentualnie innych roślin na wymarciu będących”, przeszła niestety bez echa. Wydział Krajowy mimo uchwały Sejmu i mimo skierowanego doń w tej sprawie w rok później (1911) pisma F. Wilkosza, nie przystąpił do zorganizowania władz autonomicznych do pracy na tym polu. /…/

Warto wspomnieć na koniec krótko o prywatnej inicjatywie światłych jednostek z kół ziemiańskich na polu ochrony przyrody w tej części Polski. Na pierwszym miejscu wymienić tutaj trzeba stworzenie przez hr. Włodzimierza Dzieduszyckiego w latach 90. ubiegłego wieku tzw. Pamiątki Pieniackiej, 40-morgowego rezerwatu leśnego, oraz utworzenie podobnych rezerwatów leśnych przez Adama hr. Stadnickiego w Nawojowej, przechowujących w sobie nieskalane piękno pierwotnej przyrody puszczy karpackiej. /…/

Ośrodek warszawski

Wobec braku jakiegokolwiek planowego ruchu, popieranego przez czynniki rządowe w kwestii ochrony przyrody w dawnym państwie rosyjskim, była działalność podjęta na ziemiach polskich byłego zaboru rosyjskiego aktem samopomocy społeczeństwa. Po przygotowaniu gruntu przez przyrodników grupujących się około warszawskiego „Pamiętnika Fizjograficznego”, a częściowo też koło „Wszechświata”, rozpoczęło ją samorzutnie Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, organizując w swym łonie na wiosnę r. 1908 Komisję Ochrony Osobliwości Przyrody. Niestety, w tym czasie brakło już na terenie b. Królestwa Kongresowego dostatecznej ilości przyrodników, pracujących na polu fizjografii krajowej, także hasło rzucone przez pionierów młodego, lecz bujnego ruchu krajoznawczego (Kazimierza Kulwiecia i Aleksandra Janowskiego), nie znalazło niestety oddźwięku. /…/ Nie mogąc obudzić ruchu na zewnątrz, zwróciło się Towarzystwo Krajoznawcze do pracy wewnętrznej, przygotowawczej, oddając na usługi idei ochrony przyrody łamy swego doskonałe redagowanego tygodnika „Ziemia”. Pod stałym tytułem „Ze skarbów naszej przyrody” stworzono w nim miejsce dla publikacji licznych artykułów i notatek, odnoszących się do polskich osobliwości przyrody. Owocem pracy wewnętrznej osobnej Komisji było zgromadzenie cennego zbioru fotografii, przeźroczy i map oraz dwie rozprawy popularyzujące ideę ochrony przyrody, K. Kulwiecia „Osobliwości i zabytki przyrody oraz ich ochrona” (1908) i Januarego Kołodziejczyka „Zabytki przyrody” (1917). Liczne fotografie i opisy pamiątkowych lub osobliwych drzew, rzadkich zwierząt i roślin, skał, źródeł i krajobrazów, zgromadzone w rocznikach „Ziemi”, tworzą znakomitą podstawę dla mającego powstać „inwentarza polskich pomników natury”.

Poza Towarzystwem Krajoznawczym zajmował się dużo sprawą osobliwości przyrodniczych znany i zasłużony statystyk lubelski [Henryk] Wiercieński, w którego zbiorach rękopiśmiennych (w Lublinie) znajdują się cenne zapiski, dotychczas jeszcze nie zużytkowane. Dla rozpowszechnienia idei ochrony przyrody niemałe też miało znaczenie wydawnictwo Zygmunta Woycickiego „Obrazy roślinności Królestwa Polskiego i krajów ościennych”, wychodzące w Warszawie od r. 1911, w którym umiejętnie spopularyzowano znajomość wielu polskich osobliwości florystycznych, przede wszystkim zaś zwrócono uwagę ogółu na wymierający w Polsce cis i modrzew polski.

Na koniec, podobnie jak w innych dzielnicach Polski, nie brakło i w zaborze rosyjskim także prywatnej, często bezimiennej inicjatywy w społeczeństwie, dzięki której ocalały zarówno liczne pojedyncze drzewa okazałe, rozrzucone po całym kraju, jak nie mniej liczne pamiątkowe aleje i stare parki dworskie, kryjące w sobie niejeden cenny pomnik natury. Z rezerwatów prywatnych, zawdzięczających swe powstanie jednostkom światłym i miłującym ojczystą przyrodę, wspomnę tutaj o rezerwacie leśnym w Złotym Potoku, gdzie pod nazwą „dzielnicy parkowej” wydzielił właściciel (hr. Raczyński) sporym szmat pięknego lasu mieszanego z grodziskiem przedhistorycznym pośrodku.

Tak przedstawia się w krótkim zarysie historia ochrony przyrody w Polsce podległej. /…/

Władysław Szafer

Powyższy tekst to fragmenty rozprawy Władysława Szafera, która ukazała się pod tym samym tytułem, jako rozdział drugi pracy zbiorowej „Skarby przyrody i ich ochrona” pod redakcją W. Szafera, nakładem Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Warszawa 1932. Ponadto w tym samym roku tekst ukazał się jako oddzielna odbitka (broszura), również nakładem PROP. Od tamtej pory nie była wznawiana. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, oprócz zaznaczonych większych skrótów poczyniono także niewielkie (usunięcie nazw obcojęzycznych itp.), których nie zaznaczano.

Społeczna organizacja ochrony przyrody

Społeczna organizacja ochrony przyrody

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji Emanuela Riggenbacha „Jak może młodzież chronić przyrodę?”, Kraków 1929 r.

Ochrona przyrody, której idea początek swój bierze zazwyczaj w sferach uczonych przyrodników i w tych też sferach miewa swą najsilniejszą ostoję, uważaną bywa przez szerszy ogół za jakąś specjalność zawodową. Zwyczajny obywatel, który nią się zajmuje, stawianym bywa w jednym rzędzie z filatelistą – jest to sport, jeśli nie maniactwo. Taki pogląd stanowi walną przeszkodę dla rozwoju idei i trzeba mu usilnie przeciwdziałać.

Pewna jednostronność przyrodniczego poglądu na tę sprawę nie jest tutaj bez winy. Przyroda jako źródło poznania, więc jako przedmiot badania naukowego, ma wartość niczym nie zastąpioną i olbrzymią, ale nie jest to (nie mówiąc oczywiście o wartościach materialnych) między idealnymi wartościami jej wartość jedyna; a co nie mniej jest ważnym, nie jest to wartość, która by przez szeroki ogół mogła być łatwo zrozumianą i przez którą można by go dla sprawy ochrony pozyskać. Ochrona przyrody zacieśniana do przyrodniczego wyłącznie punktu widzenia byłaby więc nie tylko niewystarczającą, gdyż pomijałaby inne ważne kulturalne cele, ale nadto przez takie zacieśnienie osłabiałaby swą siłę ekspansji. Inne, poza naukowo-przyrodniczym stojące cele ochrony, są dla ogółu daleko zrozumialsze i stanowią wdzięczniejszy materiał dla propagandy. Trzeba je sobie przypomnieć.

Przyroda jest dla nas wszystkich – dla wszystkich bez względu na zawód i stanowisko społeczne – wspólnym mieszkaniem, i to mieszkaniem, z którego wyprowadzić się nie można, chyba [że] na drugi świat. Oczywiście jest przeto w interesie wszystkich, aby to mieszkanie było jak najpiękniejsze i jak najmilsze. Jeżeli z tego nie wszyscy zdają sobie sprawę, to dla tego samego, dlaczego nawet w sferach materialnie uposażonych znajdujemy mieszkania niechlujne albo barbarzyńskie. Jest to brak kultury. A więc z szerzeniem się prawdziwej kultury duchowej powstaje poczucie potrzeby doskonalszej i szlachetniejszej kultury przedmiotowej, zatem wszystkiego, co nas otacza. I z tym uszlachetnieniem duchowym przychodzi poczucie, że w skład tej kultury przedmiotowej, która stanowi o obliczu ziemi, wchodzą nie tylko dzieła ręki ludzkiej, ale przede wszystkim wyższa ponad nie i nie zastąpiona niczym przyroda. Odróżnić w niej możemy dwie formy: przyrodę przeistoczoną przez pracę ludzką i przyrodę dziką, pierwotną. Obie te formy mają swoje idealne wartości i obie winny być pielęgnowane, sprawa jednak „ochrony przyrody” odnosi się przede wszystkim do tej drugiej. Ona posiada wartości idealne szczególne: oprócz wartości poznawczej, która dla dzisiejszego kulturalnego człowieka i poza sferą zawodowców nie jest obojętną, także szczególną wartość estetyczną i uczuciową, która właśnie przez kontrast ze wzmagającą się ciągle artyfikacją [„usztucznieniem”] życia nabiera ceny. W skład tego sentymentu wchodzi także uczucie umiłowania cech swojskich, zatem pewien rys tradycjonalizmu i nacjonalizmu, bez którego żadna w ogóle kultura nie ma fizjonomii [własnego oblicza] i podobną jest do fabrycznej tandety, tudzież – również z tym rysem związane – pragnienie zachowania historycznych lub choćby legendowych pamiątek.

Z takiego rozszerzenia zadań ochrony przyrody wynikają bardzo doniosłe następstwa: zmieniają się postulaty stawiane w tej dziedzinie ustawodawstwu, zmienia się charakter organizacji.

Co do ustawodawstwa ochronnego, to rysem jego zasadniczym jest wyjęcie z obiegu, względnie ograniczenie swobodnego rozporządzania rzeczami, które bez tego byłyby przedmiotem własności nieograniczonej, a to w imię „interesu publicznego”, z tymi rzeczami związanego. Z rozszerzeniem pojęcia ochrony, rozszerzają się granice tego interesu publicznego, a zatem i sfera ograniczeń. Ustawa musi przeto wyraźnie określić, jakie motywy ochrony uważa za złączone z interesem publicznym. Pod tym względem różne ustawodawstwa mają różny charakter, różne zajmując stanowisko wobec czterech motywów naczelnych, którymi są: motyw przyrodniczo-naukowy, estetyczny, pamiątkowo-historyczny, wreszcie wzgląd na charakter swoisty krajobrazu. W Prusach rozporządzenie ustanawiające Państwowy Urząd Ochrony Przyrody (z r. 1906) stoi na stanowisku naukowo-przyrodniczym i chce ochronić przede wszystkim te twory przyrody, które zachowały się tylko w resztkach i którym grozi zupełne wyginięcie; jest to ochrona „zabytków” przyrody. Życie jednak sprostowało tę jednostronność. Ochrona przyrody zostaje bowiem tutaj przeważnie w rękach towarzystw „ochrony swojszczyzny” (Heimatschutzvereine), które obok opieki nad cechami etnograficznymi pewnych okolic zajmują się zachowaniem wartości historyczno-pamiątkowych i estetycznych, a przede wszystkim zachowaniem swoistych cech krajobrazu. Ustawa francuska z r. 1906 nosi tytuł „prawa o ochronie pomników przyrody i okolic mających charakter artystyczny” i uwzględnia wyłącznie motyw estetyczny. Ustawa norweska z r. 1910 wymienia wszystkie motywy oprócz estetycznego; berneńska (z r. 1912) opuszcza motyw historyczny; heska (z roku 1902) i oldenburska (z r. 1911) uwzględniają wszystkie cztery motywy.

U nas pierwotne projekty rządowe stały na ciasnym stanowisku ochrony „zabytków” przyrody; pewien zwrot jednego z tych projektów wyrażał się nawet, że należy to chronić wśród wolnej przyrody, co się nie da schować w muzeum. Równocześnie jednak Ministerstwo Kultury i Sztuki podjęło inicjatywę ochrony krajobrazu z punktu widzenia estetycznego. Opinia rzeczoznawców wypowiedziała się wtedy w tym kierunku, że ustawa powinna być jedna i obejmować wszystkie motywy, zajmowanie się bowiem tym samym nieraz przedmiotem przez różne organa, z różnych punktów widzenia i na podstawie różnych przepisów prawnych, prowadziłoby do nieskończonych bałamuctw i zatruwałoby życie wszystkim działaczom, którzy woleliby się raczej od tego zamętu usunąć. Opinia ta ostatecznie zwyciężyła, a Tymczasowa Komisja Ochrony Przyrody w projekcie swych przepisów organizacyjnych wymienia jako przedmiot ochrony wszelkie twory przyrody, bądź pojedyncze, bądź ich zbiorowiska, a także całe krajobrazy i okolice, których zachowanie czy to ze względów przyrodniczo-naukowych, czy estetycznych, czy historyczno-pamiątkowych, czy ze względu na cechy swoiste – leży w interesie publicznym. /…/

Drugi wynik faktu, że postulat ochrony przyrody nie zamyka się wyłącznie w granicach interesu naukowo-przyrodniczego, jest jeszcze ważniejszy: dla sprawy pozyskuje się zainteresowanie szerokich warstw społecznych, można powiedzieć, że staje się ona „sprawą społeczną”. Z punktu widzenia przyrodnika jest to dlatego tak ważnym, że on postulaty swoje łatwiej urzeczywistnić może, związując je z tym szerokim prądem. Stawiam bowiem tezę, że żadne ustawodawstwo, żadna organizacja państwowa nie zdołają skutecznie spełnić zadań ochrony przyrody – bez oparcia się o szeroką podstawę społeczną. Od przejęcia się tym przekonaniem zależy, mym zdaniem, skuteczność wszelkiej pracy w dziedzinie ochrony przyrody. Ażeby udowodnić tę tezę, muszę naprzód ustalić pogląd na to, czym właściwie jest ustawodawstwo ochronne i na czym polegać może działalność państwa w tej dziedzinie.

Przed kimże to broni ustawa dany twór przyrody? Czy przed złodziejem i rabusiem lub przed szkodnikiem, którego czyn podpada pod przepis karny o złośliwym uszkodzeniu cudzej własności? Nie; do tego wystarczyłyby przepisy powszechnego prawa karnego lub przepisy karne innych ustaw, jak leśnej, rybackiej, łowieckiej, wodnej, o ochronie własności polnej itp. Co najwyżej można by tu podnieść szacunek wartości pewnych przedmiotów, jako szczególnie cennych, aby w ten sposób podnieść ich kwalifikację karną. Ale właściwe ustawodawstwo ochronne nie ma do czynienia z takimi tylko szkodnikami, zaczyna się ono dopiero tam, gdzie chodzi o ochronę danego przedmiotu przed jego prawnym właścicielem lub użytkownikiem. Własność jest prawem dowolnego rozrządzania rzeczą, jej użycia, przeistoczenia, zużycia i zniszczenia; ograniczenie właściciela w którymkolwiek z tych uprawnień jest częściowo odjęciem mu jego własności, jeżeli nie zupełnym to częściowym wywłaszczeniem.

Ograniczenie takie może być dwojakiego rodzaju: może to być ograniczenie przedmiotowego prawa własności, ścieśnienia niejako zakresu ustawowego pojęcia tego prawa, tak że z zakresu pojęcia własności wyłączone zostają pewne atrybuty, albo też może to być ograniczenie pewnego tylko podmiotowego, tj. indywidualnego prawa własności, którego źródłem jest w każdym wypadku specjalny akt prawny. Z reguły jest ten akt umową, gdyż właściciel tak jak może zbyć całą swą własność, tak też może zbyć albo jej część, albo poszczególny jej atrybut; w ten sposób powstaje np. służebność na rzeczy cudzej. Niekiedy jednak ma ten akt charakter jednostronny, zostaje on narzucony właścicielowi przez państwo; jest to naruszenie prawa własności. Ażeby ono było prawnie uzasadnione, muszą zaistnieć pewne szczególne warunki, określone w państwach cywilizowanych i praworządnych klauzulami konstytucyjnymi; w szczególności motywem musi być niewątpliwy i przeważający interes dobra publicznego, stwierdzony przez organ kompetentny i bezstronny, a nadto za odjęte prawo przysługiwałby właścicielowi odpowiedni ekwiwalent pieniężny. /…/

Prócz tego jednak samo faktyczne wykonanie ochrony, ażeby było skuteczne, musi szukać oparcia w społeczeństwie. Najlepszą żandarmerią są uświadomienie ogółu i opinia publiczna. Nie trzeba sądzić, że to jest cel zbyt odległy – na razie wystarczy bowiem założenie np. w gminie skromnego towarzystwa „przyjaciół drzew” lub coś podobnego, albo zainteresowanie choćby jednej osoby i powierzenie jej honorowej funkcji delegata itp.

Sprawa ochrony przyrody leżała zwykle w ręku stowarzyszeń; kiedy zajęło się nią państwo, pociągnęło ono do współdziałania również żywioły obywatelskie. Żywioł urzędniczy nie tylko nie wystarcza, ale z wielu względów do tej pracy się nie nadaje.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Najdalej w kierunku autonomii społecznej poszła była Bawaria; państwo zorganizowało tu tylko wydział centralny stowarzyszeń, który to wydział wzmocniło dodanymi urzędnikami. W nowszych czasach w podobnym kierunku poszła ustawa saska z 15 I 1934 r., która za organ centralny (odpowiadający naszej Radzie Ochrony Przyrody) uznała Saskie Krajowe Towarzystwo Ochrony Swojszczyzny. We Francji komisje departamentalne, utworzone na podstawie ustawy z 1906 r., składają się w większej części z żywiołów obywatelskich, więc z delegatów rad departamentalnych, z uczonych, artystów i literatów. W Prusach utworzono komitety prowincjonalne, do których wchodzą osoby powołane ze sfer obywatelskich, a w szczególności przewodniczący stowarzyszeń; centralny organ stanowi jednostka, uczony, profesor Conwentz. Periodyczne zjazdy reprezentantów stowarzyszeń i komitetów prowincjonalnych mają charakter informacyjny i dyskusyjny. Gdzie indziej, np. w Oldenburgu, doradczym organem rządu są konserwatorzy, instytucja podobna do znanych u nas konserwatorów zabytków sztuki; istnieją też rady kolegialne, tzw. rady pomników przyrody. Takie są rozmaite typy organizacji z udziałem żywiołu obywatelskiego. /…/

U nas przy tworzeniu pierwszej organizacji ustalono następujące zasady: Tymczasowa Komisja Ochrony Przyrody składa się z żywiołów obywatelskich, przeważnie uczonych przyrodników, ale także artystów i innych działaczy, tudzież z urzędników delegowanych przez poszczególne ministerstwa. W prezydium i w wydziale wykonawczym nie zasiadają wcale urzędnicy zawodowi. Z żywiołów obywatelskich, podobnie jak Komisja Główna, złożone są organy prowincjonalne: kuratoria ochrony przyrody. Tu rozszerza się jeszcze zakres udziału żywiołu obywatelskiego w radach kuratoryjnych, organie doradczym kuratoriów, do którego powoływane będą w szerokim zakresie osoby odpowiednio wykwalifikowane, rzeczoznawcy i działacze, między tymi zaś reprezentanci stowarzyszeń. W ten sposób inicjatywa i praca stowarzyszeń zostanie skoordynowaną i uzyska większą skuteczność, wchodząc w bezpośredni stosunek z organizacją państwową. Ale organizacja ta dalszymi jeszcze nićmi stara się wniknąć w społeczeństwo: na najbardziej nawet zapadłej prowincji, gdy tylko znajdzie osoby wykwalifikowane, mianuje „delegatów”, jako swych urzędowych reprezentantów, powierzając im funkcję przedstawiania sobie wniosków ochronnych, czuwania w porozumieniu z władzami administracyjnymi nad wziętymi w ochronę pomnikami przyrody, a nadto propagandy i inicjowania stowarzyszeń i wszelkiej samorzutnej akcji społecznej w dziedzinie ochrony przyrody. Prócz delegatów mianowani bywają jeszcze „korespondenci”, którzy nie mając charakteru urzędowego, pozostają z komisją lub kuratoriami w stosunkach jako informatorzy, a nabierając zainteresowania dla sprawy ochrony i zapoznając się z jej metodami, mogą się stać bardzo cennymi inicjatorami samorzutnej akcji społecznej w tej dziedzinie.

Przepisy organizujące Państwową Komisję Ochrony Przyrody nakazują jej zresztą inicjowanie stowarzyszeń, tudzież zachęcanie rozmaitych stowarzyszeń już istniejących (jak np. przyrodniczych, krajoznawczych, turystycznych, upiększania kraju etc.) do przyjęcia w zakres swych zadań także i ochrony przyrody. Towarzystwom takim mogą być powierzane delegacje PKOP, przez co akcja ich kierowana przez Komisję, zyskuje na wytrawności i konsolidacji. W ten to sposób organizacja ochrony przyrody wnika w społeczeństwo. /…/

Niezależnie od udziału społeczeństwa w akcji państwowej na polu ochrony przyrody, powstała w Polsce w r. 1928 społeczna organizacja ochrony przyrody pod nazwą Liga Ochrony Przyrody. Siedzibą Ligi jest Warszawa, koła i oddziały zakładane być mogą na obszarze całego państwa. Celem Ligi jest propaganda idei ochrony przyrody, gromadzenie funduszów na cele ochrony, organizowanie stowarzyszeń podejmujących zadania Ligi i współpraca w tym kierunku z innymi stowarzyszeniami, które poza tym mają cele specjalne (jako to towarzystwa krajoznawcze, leśne, rolnicze, łowieckie, rybackie, nauczycielskie, turystyczne itp.) oraz skupianie działalności tych stowarzyszeń i nadawanie jej wspólnego kierunku. Sądzę, że byłoby wskazane, aby do celów Ligi wciągniętą została oprócz ochrony przyrody, także ochrona swojszczyzny w szerszym znaczeniu, tak jak to ma miejsce u Heimatschutz niemieckich. W tym typie stowarzyszeń łączy się w doskonały sposób ideę ochrony cech etnograficznych pewnej okolicy, obyczaju, pamiątek historycznych, z ideą „upiększania” okolicy przy zachowaniu jej cech swoistych i z ideą ochrony przyrody, uważaną głównie jako dążenie do zachowania charakterystycznych cech lokalnych krajobrazu. Ochrona swojszczyzny jest ideą pokrewną patriotyzmowi, można też powiedzieć, że jest jego wychowawczynią; z tego powodu wnika ona łatwo do serc i ma w sobie wielką siłę propagandy. Pomijając wielką swoistą wartość, dla której winna być u nas zaszczepioną, z punktu widzenia ochrony przyrody jest ona kokoszą, która to jajko podłożone jej doskonale wygrzać potrafi. W Niemczech Heimatschutze są najsilniejszą ostoją idei ochrony przyrody.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Spopularyzowanie idei ochrony przyrody, a zwłaszcza spopularyzowanie jej w łączności z ochroną swojszczyzny, przynosi z sobą jeden skutek, z którym trzeba się liczyć. Jest nim wielkie rozszerzenie zakresu przedmiotów chronionych, nie tylko ze względu na ich kategorie, ale także ze względu na ich ważność, a więc i na ich ilość w obrębie kategorii poszczególnych. Występują przedmioty mające ważność tylko lokalną, różne niby „wielkości prowincjonalne”, drzewa uważane za olbrzymy tylko w Koziej Wólce, zwierzęta o kilkanaście mil dalej pospolite, głazy wzbudzające uśmiech politowania mieszkańca gór itp. Oczywiście państwowa organizacja ochrony przyrody nie ma żadnego powodu takimi osobliwościami się zajmować – z wyjątkiem gdyby była pytaną o opinię. Ale prądu tego rodzaju bynajmniej nie należy lekceważyć. Idzie on na rękę ochronie także prawdziwych i ważnych pomników przyrody; a oprócz tego ma też wartość swoistą. Każdy urządza sobie mieszkanie środkami na jakie go stać, a dobrze jest zawsze, jeśli robi co może i ubóstwem środków się nie zraża. Jest to sprawa odmiennej kategorii jak ochrona przyrody w ściślejszym tego słowa znaczeniu, sprawa która powinna być kierowaną raczej przez jakąś centralę towarzystw ochrony swojszczyzny, ale przecież dla celów ochrony przyrody nie obojętna. Podobny wypadek przedstawia sprawa tak zwanego upiększania okolic. Kiedy się o tym mówi, nie trzeba koniecznie mieć na myśli owych chińskich altanek stawianych na szczytach skał albo terakotowych gnomików wyzierających z paproci leśnych… Tego rodzaju wybryki głupoty i złego gustu, w których specjalistami są – a przynajmniej byli – zwłaszcza Niemcy, były powodem istnienia pewnego rodzaju stanu wojny pomiędzy ideą „upiększania” a ideą ochrony przyrody. W zapale walki padały zdania, że przyrody w ogóle upiększać nie można i trzeba ją zasadniczo pozostawiać taką jak jest. Takie hasło, bardzo trafne w odniesieniu do przyrody pierwotnej, zdaje się zupełnie zapominać, że większa część ziemi została zmieniona przez kulturę i sztukę ludzką. Czy jest jaki powód te zmiany, jeśli były kierowane niedbalstwem, nieświadomością, wyłącznie materialnymi względami lub złym gustem, uważać za nietykalne? Przeciwnie! Gdzie chodzi o przyrodę zartyfikowaną, sprawa jej ukształtowania, więc „upiększania”, jest sprawą bardzo dużego kulturalnego znaczenia. I jest to znowu odmienna kategoria od ochrony przyrody, ale i z tego prądu sprawa jej ochrony może i powinna korzystać. /…/ Dlatego nie leży żadna sprzeczność w zaleceniu nawiązywania stosunków pomiędzy organizacją ochrony przyrody a towarzystwami „upiększania kraju”; należy je przeciwnie wprost nakłaniać do przyjęcia w statuty swoje wyraźnie także zasady ochrony przyrody.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Idea ochrony przyrody może więc, jak widzimy, przybierać różne modyfikacje i wsiąkać różnymi strumieniami w społeczeństwo. Ma ona związek z bardzo żywotnymi interesami tego społeczeństwa. Nie może być uważaną za jakąś ezoteryczną ideę pielęgnowaną w zamkniętych konwentyklach, bo wtedy minęłaby się ze swoim powołaniem, tak jak etyka, gdyby chciała być pielęgnowaną tylko w kołach specjalnych etyków. W ogóle idea ochrony przyrody ma z etyką dużo podobieństwa… Nie jest to gałąź wiedzy albo rzecz zawodu, ale jest to norma postępowania, która powinna być normą ogólną. Jest ona do norm etycznych jeszcze w tym podobną, że rozszerza pojęcie obowiązku i odpowiedzialności, tudzież uczucie solidarności i miłości, także poza sferę stosunków z ludźmi, na całe – jak to nazywał Mickiewicz – „królestwo nieme”. Tylko kierownictwo należy tu do specjalistów, działanie – do wszystkich. Każde zamiłowanie, każde uzdolnienie, może tu (zwłaszcza w organizacjach ochrony swojszczyzny) znaleźć dla siebie odpowiednie pole. Na pierwszy plan wysuwa się więc na razie sprawa inicjatywy i propagandy, celem zaszczepienia idei ochrony przyrody w szerokie masy społeczeństwa, tej idei, która tyloma nićmi związana jest z kulturą ogólną i obywatelską.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Jan Gwalbert Pawlikowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt III, 1922. Następnie wersję nieco zmienioną przez autora zamieszczono w „O lice ziemi. Wybór pism Jana Gwalberta Pawlikowskiego”, wydawnictwo Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Skład główny – Kasa im. Mianowskiego, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, dokonując skrótów i poprawiając pisownię wedle obecnych reguł.

Żydzi i Polacy bez nacjonalizmów

Żydzi i Polacy bez nacjonalizmów

Żydzi w Rynku Żydowskim, Szydłowiec 1914 r. Fotografie do tego artykułu drukujemy dzięki uprzejmości Urzędu Miasta Szydłowca.

Żydzi nie posiadają własnego terytorium, gdyż – nie mówiąc już o krajach zachodnich – nawet tam, gdzie siedzą w zwartej masie, stanowią mniejszości rozproszone na obszarze rdzennej ludności danych krajów. Nie ma też obecnie jednego ogólnożydowskiego języka. Żydzi zachodnioeuropejscy posługują się językami miejscowymi. Żydzi na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej – o ile chodzi o masy – mówią żargonem niemieckim [tj. jidysz – przyp. red. „Obywatela”], na Bałkanach Żydzi miejscowi mówią żargonem hiszpańskim, w Azji i Afryce rozmaitymi miejscowymi narzeczami. Nawet tam, gdzie masy używają żargonu, klasy wykształcone posługują się językiem większości krajowej. I sam żargon przy zetknięciu się z językiem niemieckim upodabnia doń się bardzo szybko. Co się zaś tyczy języka hebrajskiego, to nie jest on już dzisiaj mową żywą, tylko tym samym, co łacina – językiem martwym, językiem ksiąg liturgicznych, kleru, nauki judaistycznej i w nieznacznej stosunkowo mierze językiem narodowym, pomijając już to, że znany jest prawie wyłącznie mężczyznom.

Brak terytorium i w znacznej mierze języka uszczuplił zakres funkcji narodowych żydostwa, umiejscawiając je w sferze religijnej. Nie ma polskiej, niemieckiej, francuskiej, angielskiej religii – i Polak, Niemiec, Francuz, Anglik, może zmieniać wyznanie zupełnie dowolnie, nie zatracając narodowości, gdy u Żydów zmiana wyznania niemal zawsze oznacza zupełne zerwanie z żydostwem. Najwymowniejszy to dowód, że Żydzi są grupą wyznaniową i że pozbawieni podstawowych cech narodowości – terytorium i języka – tworzą odrębną całość tylko dzięki przynależności do wspólnego wyznania.

Skutkiem zasadniczej odrębności wyznania żydowskiego, Żydzi znajdują się w tym zupełnie wyjątkowym położeniu, że nie mogą nikogo zasymilować, nawet tam, gdzie stanowią większość. Natomiast asymilacja Żydów z ich otoczeniem, pomimo najróżnorodniejszych przeszkód, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych, rozwijać się musi z tej prostej przyczyny, że Żydzi stanowią mniejszość – i to coraz mniejszą – z jednej strony skutkiem emigracji, z drugiej zaś z powodu wzrostu warstw chrześcijańskich tych kategorii, do których należą Żydzi.

Asymiluje się tylko mniejszość i tylko z większością należącą do tej samej klasy społecznej […]. Chłopi zlewają się z otaczającą ich masą chłopską odmiennej narodowości, większość robotnicza pochłania obconarodową mniejszość robotniczą, ogół ziemiaństwa albo burżuazji pochłania i przetrawia dostające się do jego sfery jednostki i całe grupy ziemiańskie i burżuazyjne. Asymilacja Żydów postępuje tą samą drogą. Asymiluje się burżuazja, inteligencja i klasa robotnicza.

Największą przeszkodą asymilowania się Żydów jest – zwłaszcza tam, gdzie mieszkają w zwartych masach – to, co stanowi w gruncie rzeczy istotę Żydów: ich wyznanie. Natomiast inne cechy żydostwa – ekonomiczne i psychiczne – ułatwiają jego asymilację.

U każdego narodu normalnego obok szowinistycznego nacjonalizmu może istnieć i patriotyzm – uczucie zupełnie normalne, szlachetne, wyrastające z całokształtu stosunków danego kraju w jego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. U Żydów patriotyzm jest niemożliwy, o ile chodzi o patriotyzm żydowski. Ludzie pochodzenia żydowskiego mogą być płomiennymi patriotami francuskimi, niemieckimi, polskimi, węgierskimi, tylko Żyd-patriota żydowski jest najzupełniejszą anomalią. Brak mu bowiem tego pierwotnego podłoża patriotyzmu – owej patrii, ojczyzny, gdyż jego ojczyzną faktyczną od szeregu pokoleń nie jest ziemia żydowska.

Utraciwszy własną żydowską ojczyznę w Palestynie, Żyd był tułaczem dopóki nie począł się asymilować z mieszkańcami tych ziem, na których osiadł na stałe. Żyd niezasymilowany może w dalszym ciągu być tułaczem, dla którego obojętne są losy kraju jego czasowego pobytu. Ale w miarę asymilowania się, bodaj najpowierzchowniejszego, najbardziej niezupełnego, poczyna zrastać się z ojczyzną przybraną, nie tylko z jej teraźniejszością, ale i przyszłością i przeszłością.

Sztuczne hamowanie tego procesu, przeciwstawianie patriotyzmowi miejscowemu, patriotyzmowi większości mieszkańców kraju – jakiegoś innego patriotyzmu, nie wyrastającego naturalnie z podłoża całokształtu warunków krajowych, jest dążnością nie tylko reakcyjną, ale najzupełniej jałową.

Taką jałową dążnością jest chęć zastąpienia realnej, terytorialnej ojczyzny, jaką posiada każdy naród, przez fikcję autonomii eksterytorialnej, łączącej wszystkie grupy i jednostki żydowskie w rozproszeniu za pomocą eksterytorialnych, ogólnopaństwowych (jeśli już nie międzypaństwowych) instytucji narodowo-żydowskich.

Ażeby owa eksterytorialna autonomia ogarniała całokształt interesów żydowskich, musiałaby się opierać na odrębności Żydów – nie tylko wyznaniowej i po części językowej, ale i ekonomicznej. Tymczasem, o ile życie wyznaniowe Żydów wyodrębnia się jaskrawo ze stosunków otoczenia nieżydowskiego, o tyle ekonomiczne życie żydowskie jest organiczną częścią ogólnokrajowej gospodarki społecznej, życia ekonomicznego większości mieszkańców kraju.

Ekonomika tak ściśle związana jest z terytorium, że nie da się odeń oderwać w żaden sposób i czynność ekonomiczna poszczególnych odłamów żydostwa zahacza o życie chrześcijańskiej większości kraju co chwila.

Rozwój stosunków nowoczesnych w dobie kapitalizmu rozbija coraz bardziej żydostwo i sprzęga każdy jego odłam z odpowiednim odłamem większości mieszkańców kraju. Żydowska burżuazja żyje z pracy tej samej masy, co i chrześcijańska. Nie ma bowiem fabryk, których produkcja byłaby obliczona wyłącznie na odbiorców-Żydów. Fabrykant żydowski zatrudnia w olbrzymiej większości wypadków robotników-chrześcijan. Chrześcijanie zaopatrują się w potrzebne dla nich towary u kupców żydowskich. Sklepikarz żydowski liczy na tę samą klientelę, co jego chrześcijański konkurent. Żyd i chrześcijanin korzystają z tych samych [środków] komunikacji – kolei, poczt, telegrafów, telefonów, muszą płacić takież same cła i podatki ogólnopaństwowe czy krajowe, ulegają tym samym koniunkturom handlowym i przemysłowym itd. W takich warunkach nawet ściśle oświatowe sprawy żydostwa nie dadzą się zupełnie wyodrębnić (że wspomnę tu chociażby tylko o wykształceniu zawodowym), nie mówiąc już o wszystkim, co ma jakąkolwiek styczność z życiem gospodarczym. […]

Nawet sprowadzona do szczupłych granic ściśle kulturalnych, obejmujących sprawy wyznania, szkolnictwa i filantropii, autonomia eksterytorialna nie da się zupełnie konsekwentnie zastosować wobec organicznego uzależnienia życia żydowskiego od warunków danego terytorium i życia większości jego mieszkańców. […] Wszystko to wskazuje na zupełną jałowość a la longue [na dłuższą metę] dążności żydowsko-nacjonalistycznych, stających w poprzek normalnemu rozwojowi tak samego żydostwa, jak i otaczających je narodów. I na ziemiach dawnej Polski, tak samo jak na Zachodzie, proces asymilacyjny musi się rozwijać i rozwija się z nieubłaganą koniecznością, jakkolwiek tu, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, spotyka się z nadzwyczajnymi trudnościami.

Pierwszą z nich jest ogromna liczebność żywiołu żydowskiego, skutkiem czego zmniejszanie się jego stosunku procentowego do ogółu ludności odbywa się powoli, jakkolwiek nieustannie. Drugą jest skrępowanie polskości i jej wpływów asymilacyjnych skutkiem wtłoczenia jej w formy obcej państwowości. […] Zakazywanie słowników żydowsko-polskich, podręczników języka polskiego w żargonie przed rokiem 1905, obecnie zaś niedopuszczanie Żydów do nauki polskiego w szkołach – oto środki przeciwdziałania polonizacji ze strony rządu rosyjskiego. Są one jednak drobnostką wobec powodowania przez tenże rząd masowej imigracji Żydów spoza Królestwa – tzw. litwaków – na teren tego ostatniego.

Napływ fali litwackiej do Królestwa pociągnął za sobą skutki nadzwyczaj doniosłe. Przede wszystkim wzmógł on liczebność miejscowej ludności żydowskiej, następnie wpłynął na nią ideowo w kierunku nacjonalistycznym, przy czym ten nacjonalizm żydowski zaszczepiany był w formie rosyjskiej. Wywołało to zjawisko nowe w życiu Żydów Królestwa Polskiego – szerzenie się wpływów centralistyczno-rosyjskich w przebraniu nacjonalistyczno-żydowskim, co naturalnie musiało pogłębiać przepaść między Polakami a Żydami, nawet stojącymi na analogicznym stanowisku klasowym, i do pewnego stopnia wpłynąć hamująco na żywiołowy proces asymilacyjny.

Nacjonalizm żydowski bezwarunkowo przyczynił się do zatamowania asymilacji i zaognienia kwestii wzajemnych stosunków obydwu odłamów ludności Królestwa Polskiego. Polskie żywioły nacjonalistyczne wyzyskały bardzo sprytnie nacjonalizm żydowski dla wzniecenia ruchu skierowanego już nie tylko przeciwko „litwakom”, lecz i przeciwko Żydom w ogóle […] Bojkot zwrócił się zrazu przeciwko „litwakom” i nacjonalistom żydowskim, ale rozszerzył się szybko na ogół żydowski i dał się przede wszystkim we znaki Żydom zasymilowanym, Żydom-Polakom.

Jakie będą ekonomiczne skutki obecnego bojkotu, dziś powiedzieć nie możemy. Być może, że w pewnej mierze przyspieszy on wzmaganie się polskiego handlu, zwłaszcza na prowincji. Ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bardzo dużo przedsiębiorstw, wywołanych agitacją bojkotową, nie zaś obiektywnymi potrzebami życia ekonomicznego, nie wytrzyma konkurencji i upadnie. Przedwczesnym byłoby już dziś układać bilans zysków i strat ekonomicznych spowodowanych bojkotem. Natomiast inne, mianowicie polityczne skutki akcji bojkotowej już obecnie dadzą się dokładnie obliczyć.

Dziennik szkolny klasy III b Szkoły Powszechnej w Szydłowcu na rok szkolny 1937/1938
z nazwiskami rodziców żydowskich uczniów (ze zbiorów Sławy Lorenc-Hanusz)

Pierwszym jest czasowe powstrzymanie normalnego procesu asymilacyjnego, a przynajmniej znaczne jego zahamowanie. Bojkot, zwracający się przeciwko ogółowi żydowskiemu, odpycha od społeczeństwa polskiego żywioły zasymilowane, każe im odczuwać solidarność ogólnożydowską i w ten sposób wzmacnia nacjonalizm żydowski.

Następnie, bojkot wzmocnił siły reakcyjno-ugodowe w społeczeństwie polskim, stawiając na nogi bankrutującą z kretesem Dmowszczyznę i skupiając pod jej kierownictwem całe zastępy, nic z nią wspólnego dotychczas nie mające.

Dalej – utrwalił pozycję rządu rosyjskiego, i to z dwóch stron. Zwolennicy bojkotu uciekają się do pomocy rządowej w swych zakusach antysemickich, jak ograniczenie procentowe Żydów w Towarzystwie Kredytowym Warszawskim, jak wysiedlanie ich ze wsi w Lubelskiem itd. Żydzi, broniąc się przed bojkotem, uciekają się pod obronę policji i władz rządowych, manifestując swoją lojalność.

Heca bojkotowa zaciążyła ogromnie na całym życiu społeczeństwa w zaborze rosyjskim w chwilach tak doniosłych jak doba zaostrzenia się sytuacji międzynarodowej. Szał bojkotowy, wzniecony przez Dmowskiego i jego popleczników po wyborze Jagiełły [Eugeniusz Jagiełło – poseł PPS-Lewica do rosyjskiej IV Dumy, wybrany m.in. dzięki poparciu żydowskich środowisk mieszczańskich jako konkurent kandydata endeckiego – przyp. red. „Obywatela”], odwrócił uwagę społeczeństwa od wszystkich najbardziej palących zagadnień politycznych i skierował ją na jeden punkt – zwalczanie Żydów. Wszystko to dostatecznie wskazuje na szkodliwość bojkotu ze stanowiska polskiego i zwalnia nas od gromadzenia dalszych zarzutów przeciwko niemu – jako zgoła zbytecznych. […]

Bojkot oznacza wtargnięcie pierwiastka sztucznej agitacji do żywiołowego procesu ekonomiczno-społecznego. Wskutek swej sztuczności zamąca on bieg normalny tego procesu, powoduje jego zboczenie i w rezultacie hamuje go, wypacza i zabagnia, szerząc dezorientację w społeczeństwie, narzucając mu metody postępowania wypływające z zupełnie fałszywych przesłanek.

Oto np. wysuwa się bojkot jako rodzaj samoobrony przemysłu i handlu chrześcijańskiego, skazanego niemal na zagładę w razie nieistnienia bojkotu. W rzeczywistości jednak hasło bojkotu, szerzone w Królestwie, nie jest wynikiem słabości przemysłu i handlu chrześcijańskiego, ale raczej jego siły. Bojkot jest jednym ze środków walki rosnącego w potęgę konkurenta, który dąży do bezwzględnej przewagi i pognębienia przeciwnika, grając na pewnych instynktach ogółu.

Niestety, nie posiadamy statystyki wyznaniowej przemysłowców i kupców w Królestwie, ale, wnosząc z głosów zwolenników bojkotu, można by przypuszczać, że przedsiębiorczość żydowska niemal zmonopolizowała tam wszystkie gałęzie wytwórczości i wymiany i że chrześcijanie stawiają na polu handlu i przemysłu dopiero pierwsze kroki, pod ustawiczną groźbą całkowitego wyparcia przez Żydów.

Tymczasem obraz wzajemnego ustosunkowania się przemysłu i handlu chrześcijańskiego z jednej, a żydowskiego z drugiej strony, zestawiony niedawno przez „Tygodnik Ilustrowany” na podstawie „dość biegłej znajomości stosunków” i „brzmienia nazwisk właścicieli firm”, pokazuje nam zgoła co innego. A przecież „Tygodnik Ilustrowany” bynajmniej pismem filosemickim nie jest, co się zaś tyczy opierania się na brzmieniu nazwisk, to – wobec olbrzymiej liczby przemysłowców i kupców chrześcijan o nazwiskach niemieckich – łatwiej zaliczyć chrześcijanina w poczet Żydów niż popaść w błąd przeciwny. Jakżeż się przedstawia wynik badań „Tygodnika Ilustrowanego”?

Oto w dziedzinie przemysłu Królestwa przewagę liczebną posiadają nie Żydzi, lecz chrześcijanie. Żydów-właścicieli przedsiębiorstw jest 4210, chrześcijan 6775, czyli, innymi słowy, Żydzi posiadają w swych rękach tylko 39% ogólnej liczby przedsiębiorstw przemysłowych.

Jeśli przyjrzymy się poszczególnym gałęziom wytwórczości przemysłowej, to zobaczymy, że tylko w trzech działach – przemysłu zwierzęcego (garbarnie, sortownie szczeciny, fabryki szczotek), papierniczo-graficznego (papiernie, fabryki celulozy, introligatornie, fabryki tutek, drukarnie, litografie itp.) i konfekcyjnego – właściciele-Żydzi przeważają. W pierwszym właścicieli-chrześcijan jest 96, Żydów 185; w drugim – chrześcijan 309, Żydów 359, w trzecim chrześcijan 999, Żydów 1045. Jak widzimy, i tu mowy nie ma ani o „monopolu” żydowskim, ani o rozpaczliwym położeniu chrześcijan. Nawet w tych najbardziej „żydowskich” gałęziach przemysłu liczba przedsiębiorstw chrześcijańskich waha się między 1/3 a 1/2, zbliżając się raczej do tej ostatniej.

Należy jednak wziąć i to pod uwagę, że fabryki w tych właśnie działach nie należą do większych. Natomiast jeśli przejdziemy do tych gałęzi przemysłu, które odznaczają się wielkimi rozmiarami fabryk, to zobaczymy, że rola w nich Żydów jest dość skromna.

Tylko w przemyśle włókienniczym właściciele-Żydzi prawie dorównują właścicielom-chrześcijanom (640 wobec 645), ale dość przypomnieć, że taki kolos, jak zakłady żyrardowskie, że takie olbrzymie przedsiębiorstwa jak fabryki Scheiblerowskie w Łodzi, Peltzerów w Częstochowie, Schönów, Dietlów itp. w Zagłębiu są fabrykami „chrześcijańskimi”, aby zrozumieć, że i tu przygniatająca przewaga jest po stronie chrześcijan.

Weźmy teraz górnictwo i hutnictwo: właścicieli-chrześcijan 300, Żydów – 51, a więc sześć razy mniej. Przemysł metalowy: chrześcijan 1216, Żydów 339 – prawie cztery razy mniej. Przemysł mineralny (cement, gips, wapno, cegielnie itd.): chrześcijan 367, Żydów 156, tj. przeszło dwa razy mniej. Nawet w takich gałęziach przemysłu, jak drzewny lub spożywczy, przewaga chrześcijan jest ogromna. W dziedzinie przedsiębiorstw i biur technicznych zakładów chrześcijańskich jest osiem razy więcej niż żydowskich.

Zwróćmy się teraz do handlu. Tu należałoby się spodziewać bezwzględnej przewagi Żydów na każdym polu. Tymczasem i tu łatwowiernych wrogów „monopolu żydowskiego” musi spotkać szereg niespodzianek. Przede wszystkim nie ma zgoła żadnych zmonopolizowanych przez Żydów gałęzi handlu. Nawet w dziale przedsiębiorstw transportowych i ekspedycyjnych obok 123 żydowskich istnieje już 29 chrześcijańskich. Wśród domów agenturowych i handlowych – żydowskich jest 199, chrześcijańskich 52. Na 180 handlów papierniczych i księgarskich – żydowskich jest 103, chrześcijańskich 77. W dziale tak „żydowskim” jak manufaktura i galanteria (odzież, futra, bielizna, kapelusze, czapki, obuwie, przybory podróżne, galanteria skórzana) obok 2797 firm żydowskich widzimy 1613 chrześcijańskich. W dziale artykułów do użytku przemysłu i gospodarstwa, firm chrześcijańskich jest 696, żydowskich 857. Ale na tym dziale już się kończy przewaga żydowska. Artykułami chemiczno-kosmetycznymi handluje 519 chrześcijan obok 220 Żydów, artykułami spożywczymi 1071 chrześcijan wobec 917 Żydów. Z przedsiębiorstw finansowych 503 należy do chrześcijan, 140 do Żydów.

Cyfry te wskazują na coś zupełnie przeciwnego temu, co głoszą propagatorzy bojkotu, posługujący się z reguły argumentami albo demagogicznymi, albo z gruntu fałszywymi.

Jednym z najbardziej rozpowszechnionych fałszów jest zdawkowe tłumaczenie gwałtownego ubytku ludności żydowskiej w Poznańskiem akcją bojkotową społeczeństwa polskiego. Nie bojkot ludności polskiej usuwa Żydów z Poznańskiego (jak zresztą z całego zaboru pruskiego), ale możność znalezienia łatwiejszego i wyższego zarobku w takich wielkich centrach handlowo-przemysłowych, jak Berlin, Frankfurt, Wrocław itd. Wypieranie, jeślibyśmy nawet użyli tego terminu, Żydów zaboru pruskiego w kierunku zachodnim odbywało się zupełnie bezboleśnie w drodze takiegoż samego procesu żywiołowego, jak emigracja z tegoż Poznańskiego i z tych samych Prus Zachodnich Niemców – na stałe, i Polaków – przeważnie na czas pewien. Proces ten nie miał nic wspólnego z akcją bojkotową, był bowiem wynikiem naturalnego rozwoju ekonomicznego kraju, takiego samego rozwoju, jaki odbywa się żywiołowo i w Królestwie, powodując rosnącą emigrację Żydów, tendencyjnie ukrywaną przez antysemitów dla tym większego powodzenia agitacji za pomocą straszaka „zżydzenia” kraju. […]

Żydzi, mieszkańcy Szydłowca, 1936 r.

Czy bojkot trwać będzie, czy też upadnie, emigracja żydowska z Królestwa musi wzrastać, tak samo jak rośnie we wszystkich innych dzielnicach dawnej Rzeczypospolitej skutkiem „przesycenia” kraju żywiołem żydowskim. Położenie mas żydowskich u nas jest analogiczne do położenia proletariatu rolnego. Obydwa te żywioły muszą szukać ratunku przed śmiercią głodową na emigracji, ponieważ w kraju dostatecznego zarobku znaleźć nie mogą. Skutkiem ruchu emigracyjnego – na razie na zachód, głównie do Ameryki, z czasem zaś i na wschód – stale będzie się obniżał stosunek procentowy ludności żydowskiej do ogółu mieszkańców Królestwa, aby kiedyś dojść do normy zachodniogalicyjskiej, później zaś i poznańskiej. […] Im zaś liczniejszą jest emigracja ludności żydowskiej, tym bardziej zmniejsza się zwartość żywiołu żydowskiego pozostającego w kraju, tym słabszym staje się jego opór na żywiołowe oddziaływanie otoczenia – na asymilację.

Oczywiście, w warunkach niewoli politycznej i niedorozwoju ekonomicznego asymilacja spotyka się z przeszkodami, o których już mówiliśmy, i może być ogromnie powolna. W warunkach normalnych jest ona natomiast daleko szybsza. Ponieważ zaś osiągnięcie normalnych warunków politycznego, ekonomicznego i kulturalnego rozwoju każdego kraju musi być celem i zadaniem jego ludności bez różnicy pochodzenia, przeto, walcząc o zdobycie tych warunków normalnych w postaci niepodległości na zewnątrz a wszechstronnego wzmocnienia zasobów ekonomicznych i kulturalnych wewnątrz kraju, żywioły niepodległościowe torują drogę asymilacji tej części Żydów, która na stałe pozostaje w kraju.

Uznawszy asymilację za jedyne wyjście dla Żydów, musimy zwalczać antysemityzm jako objaw tę asymilację utrudniający, wzmacniający natomiast nacjonalizm żydowski.

Heca antysemicka nigdy jeszcze nie przyczyniła się do usunięcia kwestii żydowskiej. Przeciwnie, zaogniała ona stosunki wzajemne, pogłębiała antagonizmy, utrwalała odrębność Żydów, wzmacniała ich spoistość wewnętrzną i w ten sposób hamowała rozwój żywiołowej asymilacji, stawała w poprzek temu naturalnemu procesowi.

Żadna heca antysemicka nie zapobiegła wzrostowi żydostwa tam, gdzie było to uwarunkowane stosunkami naturalnymi. Przecież nigdzie chyba (mam na myśli Europę) antysemityzm nie osiągnął takiego rozwoju, jak w swoim czasie w Wiedniu. A jednak, pomimo zupełnego triumfu antysemityzmu w stolicy Austrii, pomimo że partia antysemicka opanowała ją w zupełności, napływ Żydów do Wiednia rósł i rośnie – i nic temu nie jest w stanie zapobiec, jak nie jest w stanie zapobiec szybkiej asymilacji żydowskich przybyszów z Galicji z Niemcami wiedeńskimi.

Zwalczając antysemityzm, musimy jednak zdawać sobie dokładnie sprawę, kiedy mamy do czynienia z antysemityzmem właściwym, kiedy zaś ze zjawiskami ogłaszanymi za objawy antysemityzmu przez nacjonalistów żydowskich. Nie uznamy tedy za zjawisko szkodliwe kooperatywy [spółdzielni], chociażby ta zrujnowała dziesiątki sklepikarzy żydowskich, tak samo jak nie zaprzestaniemy tworzyć kooperatyw tam, gdzie są one ciosem dla sklepikarzy-chrześcijan. Bo uznajemy kooperatyzm za zjawisko dodatnie i pożądane ze stanowiska interesów całego kraju i ogółu ludności. Nie będziemy traktowali wrogo powstawania sklepów i handlów prowadzonych przez chrześcijan dlatego, że konkurencja ich może zaszkodzić handlowi żydowskiemu. Nie będziemy uważali za zbrodniarzy tych przemysłowców-chrześcijan, którzy pragną wtargnąć w dziedziny stanowiące do pewnego stopnia monopol handlu żydowskiego. Bo są to objawy żywiołowych procesów ekonomicznych, nie dających się ani rozpętać, ani zahamować przez jakieś sympatie albo antypatie.

Te kooperatywy i sklepy chrześcijańskie, które powstają nie z potrzeb naturalnych ludności i kraju, lecz ze sztucznej agitacji, nie dadzą się utrzymać i poupadają. Te zaś przedsiębiorstwa, które mogą mieć zdrowe podstawy, i bez agitacji bojkotowej zjawiłyby się wcześniej czy później, bo są wynikiem potrzeb naturalnych.

Żadna, najbardziej namiętna agitacja bojkotowa nie potrafiła la longue zmuszać konsumenta do płacenia drożej za gorszy towar, jeśli może on otrzymać lepszy taniej. Gdzie rozwijający się handel chrześcijański nie dorówna żydowskiemu jakościowo, skazany jest na zagładę pomimo rozpaczy antysemitów. Gdzie zaś zdoła mu dorównać i przewyższyć go swymi cechami dodatnimi, tam żadne skargi nacjonalistów żydowskich nie pomogą.

***

Reasumując wszystko, cośmy dotychczas powiedzieli, dochodzimy do następujących wniosków:

1. Swoistość i odrębność kwestii żydowskiej na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej spowodowana została zahamowaniem przez carat rosyjski normalnego rozwoju politycznego, ekonomicznego i narodowego tych dzielnic.

2. Pomimo uniemożliwienia przez carat swobodnego rozpraszania się żywiołu żydowskiego po olbrzymich przestworach europejskiego wschodu i po ośrodkach azjatyckich Rosji, oraz pomimo zatamowania przez najazd rozwoju narodowego ludności krajów, w których mieszkają Żydzi polsko-litewsko-białorusko-ukraińscy, asymilacja tych Żydów jest procesem odbywającym się żywiołowo i nie dającym się cofnąć.

3. Utrudniają ten proces: zacofanie ustroju politycznego Rosji, reakcyjny antysemityzm społeczeństwa i nacjonalizm żydowski, będący wypływem niezdrowych stosunków panujących pod caratem.

Z tego wypływa praktyczne zadanie, polegające na walce z całokształtem warunków nadających kwestii żydowskiej u nas cechy swoiste, a z caratem przede wszystkim. Wyjarzmienie wszystkich uciskanych przez carat ludów i krajów i zapewnienie im normalnych warunków rozwoju przyniesie w rezultacie i ziemiom dawnej Rzeczypospolitej rozwiązanie kwestii żydowskiej według tych zasad, które w czyn wcieliła Europa Zachodnia.

Minimalny program polityki polskiej we wschodniej Galicji i na tzw. Kresach

Minimalny program polityki polskiej we wschodniej Galicji i na tzw. Kresach

CC PD Granica w Brodach (obecnie Ukraina) pomiędzy Austro-Węgrami
i Rosją w 1905 r, pocztówka. Źródło: www.wikipedia.org

[…] Obecną […] granicę, ustanowioną traktatem ryskim, należy traktować jako zjawisko trwałe. Stąd jasny wniosek, że musimy skończyć z prowizorium na Kresach, przestać je traktować jakby tereny okupowane, musimy wypracować program naszej polityki na Kresach.

Założeniem tego programu powinno być dążenie, żeby Kresy te na zawsze związać z państwowością polską, uczynić z nich integralną część.

Uczynić to można tylko na tej drodze, że ludność Kresów dobrowolnie duchowo zespoli się z państwowością polską, poczuje się obywatelami polskimi z własnej woli i przekonania.

Innej drogi nie ma, każda inna droga prowadzi do tego stanu rzeczy, którego jesteśmy obecnie świadkami. Aby tak się stało, trzeba mieć na myśli następujące dwa postulaty: 1) aby ludność Kresów nie ciążyła do Rosji ani sowieckiej, ani żadnej innej; 2) aby powstanie w przyszłości państwa ukraińskiego i białoruskiego na ziemiach dziś podbitych przez Rosję, a co może odbyć się tylko w drodze rewolucyjnej, a więc strasznego wstrząsu państwowością rosyjską, nie wywołało eo ipso wstrząsu i na Kresach w Polsce. Innymi słowy, aby tak radosny i pożądany dla Polski fakt powstania niepodległej Ukrainy i Białorusi nie spowodował wewnętrznego załamania się w życiu państwa polskiego w momencie wymagającym od niego wielkiej czujności, a kto wie, czy i nie wydatnej pomocy powstającym do nowego życia narodom. Trzeba, aby polityka nasza na Kresach uczyniła z tej prowincji dla nas w tym momencie punkt oparcia w naszej czynnej polityce na wschodzie Europy, nie zaś kulę u nogi, która nas obezwładni i uczyni z nas w najlepszym wypadku bezsilnego, biernego widza rozgrywających się wypadków w Kijowie, Charkowie i Mińsku.

Jaki więc program winniśmy stosować, aby tego dopiąć?

Najprostszym, zdawałoby się, sposobem byłoby spolonizowanie Kresów pod względem narodowym. Tą drogą chciała iść Narodowa Demokracja i niemądra, będąca pod jej zgubnymi wpływami, biurokracja polska. Rezultaty dziś wszyscy widzimy.

Zarówno Ukraińcy, jak i Białorusini zamieszkali w Polsce dostatecznie udowodnili, że nie są już tym biernym materiałem etnicznym, z którym każdy może robić, co chce.

Trzeba więc iść drogą zaspokojenia potrzeb mniejszości narodowych w Polsce.

Otóż polskie stronnictwa lewicowe mają wyraźny program w stosunku do Kresów, to znaczy dążą do nadania im szerokiej autonomii terytorialnej.

Program ten z jednej strony zaspokaja potrzeby kulturalne i narodowe mniejszości narodowych, daje im to samo maksimum, które może dać Rosja, a więc na tej drodze da się szybko usunąć ciążenie ku temu państwu. Z drugiej strony trzeba liczyć się z tym, że na istotną politykę autonomii będzie Rosji znacznie trudniej zdecydować się aniżeli Polsce, bo tam ta autonomia wobec wzajemnego ustosunkowania sił łatwo przekształci się w federację, w której Rosji trudno będzie utrzymać przodujące stanowisko. Dlatego też należy liczyć się z tym, że nadanie autonomii Kresom uczyni z nich punkt oparcia dla tych wszystkich patriotów ukraińskich i białoruskich, którzy będą dążyć do niepodległości swych krajów. W ten sposób Kresy mogą stać się złotym mostem zgody i braterskiego współżycia narodów polskiego, ukraińskiego i białoruskiego.

Musimy przyjąć jako aksjomat, że Ukraina i Białoruś będą ciążyć ku Polsce, jak pomimo wszystko ciążą ku niej państwa bałtyckie.

To są te ogólne postulaty, którymi winniśmy kierować się przy rozpatrywaniu zagadnienia Kresów. […] W stosunku do zagadnienia wschodniej Galicji demokracji polskiej stawiane są dwa pytania: po pierwsze, dlaczego nie zgadzamy się na żądanie ukraińskich nacjonalistów, tj. na niepodległość wschodniej Małopolski, pomimo że istotnie Ukraińcy mają absolutną większość w tym kraju; po drugie, dlaczego nie zgadzamy się na to, by ze wschodniej Małopolski i Wołynia uczynić jedną prowincję autonomiczną.

Na te dwie kwestie trzeba dać zdecydowaną odpowiedź.

Otóż wschodnia Małopolska bez wątpienia co do swego terytorium, liczby ludności, życia ekonomicznego, bogactw naturalnych, położenia między Rosją, Polską, Czechosłowacją i Rumunią ma obiektywnie wszystkie dane, aby być małym samodzielnym państewkiem.

Jeśli jednak wypowiadamy się przeciwko niepodległości wschodniej Małopolski, to ze względu na jej wewnętrzne stosunki narodowościowe.

Kraj ten od 600 lat związany jest z Polską, tamtejsza ludność polska z pełnym prawem uważa siebie za współgospodarza, gdyż jest ludnością, która dała tej ziemi jej kulturę i bogactwa ekonomiczne, stanowiąc przodujący czynnik w każdej dziedzinie życia.

Otóż ta mniejszość, stanowiąca blisko 40% ogółu ludności, jest o tyle silna nie tylko liczbą, ale swoją kulturą i pozycją ekonomiczną, że wbrew niej rządzić tym krajem nie można. Każda próba oderwania tej ziemi od Polski spotka się ze zbrojnym powstaniem miejscowej ludności, co siłą rzeczy pociągnie za sobą materialną i moralną pomoc ze strony całego narodu polskiego, który nie może pozostawać obojętny na los swych współbraci.

Najlepszym tego przykładem – tragiczne bratobójcze walki o Lwów w 1918 roku. Jeśli dodamy do tego, że Żydzi, z którymi Polacy stanowią we wschodniej Małopolsce blisko 50%, są z wielu względów za jednością tego kraju z Polską – czego dowodem chociażby posłowie żydowscy z tamtejszych kręgów, którzy w Kole Żydowskim stanowią najbardziej państwowo myślący element i bynajmniej nie występują jako zastępcy ludności ukraińskiej – to widzimy, że połowa prawie ludności wschodniej Galicji, i to silniejsza swoją kulturą i siłą ekonomiczną, przeciwna jest wyraźnie jakiejkolwiek niepodległości wschodniej Małopolski. Otóż wbrew połowie ludności danego kraju, która ma poza tym „plecy” w reszcie ludności państwa, uzyskać, a tym bardziej utrzymać niepodległość nie sposób.

Z tych samych względów nie można łączyć wschodniej Mało­polski z Wołyniem, gdyż ogólną swoją fizjonomią, poziomem swej kultury, interesami ekonomicznymi, wreszcie historyczną przeszłoś­cią wschodnia Małopolska bliższa jest reszcie obecnej Polski aniżeli Wołyniowi.

CC PD Dniestr w Bakocie. Źródło: wikipedia.org

I dlatego dziś nie ma innego wyjścia jak szeroka autonomia wschodniej Małopolski z własnym sejmem i rządem.

Poziom kulturalny, uświadomienie narodowe, wyrobienie poli­tyczne ludności ukraińskiej we wschodniej Małopolsce jest do­statecznie wysokie, by autonomia mogła i powinna być tam nie­zwłocznie wprowadzona w życie. […]

Na dziś więc zadaniem rządu winno być działanie w tym kierunku, aby przyczyniać się swoją mądrą tolerancyjną polityką do coraz to większego uspokojenia kraju. Rząd musi zmienić administ­rację, musi pousuwać różnych kacyków, zaprzestać represji i szykan. Ludność ukraińska musi jako minimum mieć te same prawa i przy­wileje w dziedzinie szkolnictwa, administracji i sądownictwa, jakie miała za czasów austriackich. Muszą poza tym możliwie szybko odbyć się na podstawie demokratycznej ordynacji wybory do gmin, sejmików i rad miejskich, które wciągną ludność ukraińską do spokojnej pracy samorządowej, której jest ona dziś pozbawiona zarówno z powodu przestarzałej, arcyniedemokratycznej ordynacji wyborów, jak i z tej racji, że wybory nie odbywały się tam już 15 lat. Samorządy ze sprawiedliwą ordynacją wyborczą będą tym pierwszym etapem nowej wspólnej pracy obu powaśnionych narodów.

Nieuniknione tarcia niech tu przede wszystkim wyładują się, bo praca samorządowa to ma do siebie, że powoli różnice polityczne narodowe będą ustępować miejsca wspólnym interesom ekonomicznym całej ludności, które przede wszystkim stanowią zakres działalności ciał samorządowych. Nieuzasadniony jest strach przed majoryzacją w samorządach mniejszości polskiej przez większość ukraińską, gdyż należyte i konsekwentne przeprowadzenie zasady proporcjonalności przy wyborach do wszystkich ciał samorządowych i kwalifikowanej większości przy ważniejszych uchwałach zabezpieczy tej mniejszości należyty udział w pracy. […]

Druga sprawa, która walnie przyczyni się do pacyfikacji umysłów tamtejszej ludności ukraińskiej, to uniwersytet ukraiński.

Nigdzie, w żadnej dziedzinie pomoc dana narodowi tak się nie opłaca, jak w dziedzinie nauki. Wzbudza ona bowiem pomimo wszystko uczucie wdzięczności wśród najlepszej części każdego narodu, to znaczy tych, którzy uczą i uczą się. Sprawa uniwersytetu ukraińskiego to sprawa honoru naszego państwa. Daliśmy przyrzeczenie całej Europie i musimy dotrzymać. Tym bardziej, że Ukraińcom całkowicie i słusznie uniwersytet ten się należy. Sekretem poliszynela jest tajny uniwersytet ukraiński we Lwowie. I to, że Ukraińcy na taki uniwersytet zdobyli się, i to, że państwo polskie musi ten uniwersytet de facto tolerować, świadczy, jak czujemy, że słuszność w tej sprawie jest nie po stronie państwa polskiego. Nie załatwiamy tej sprawy tylko dlatego, że mamy krzykliwą a głupią Narodową Demokrację. […]

Przeprowadzenie tego programu minimum dziś we wschodniej Małopolsce oczyści atmosferę, wniesie uspokojenie, które pozwoli autonomię przeprowadzić nie w drodze gwałtów i namiętnych walk politycznych, ale w drodze mądrej ugody, której będą błogosławić cienie twórców unii w Horodle i Lublinie. […]

Sytuacja na Kresach jest zgoła inna aniżeli we wschodniej Małopolsce, bo to kraj mało rozwinięty pod względem ekonomicznym, z ludnością nie tylko zupełnie niewyrobioną politycznie, ale w ogóle mało kulturalną, w ogromnej większości złożoną z analfabetów, często nie uświadomioną narodowo.

W takich warunkach mówić o natychmiastowym wprowadzeniu autonomii to rzucać pusty frazes.

Wcześniej czy później przyjdzie potrzeba autonomii – i pod tym kątem widzenia trzeba tam prowadzić pracę – ale trzeba pod nią przygotować grunt. Bo w stosunku do Kresów mamy dwie drogi: albo trzymać je nadal w ciemnocie i upośledzeniu, oddając rządy w ręce niedołężnych i tępych starostów i policjantów – a wówczas ten kraj stanie się rajem dla bandytów i agitatorów bolszewickich – albo pójść drogą zrozumienia i wypełniania narodowych interesów ludności, co w konsekwencji doprowadzi do autonomii.

Do bandytyzmu, obrabowywania wojewodów już doszliśmy. Widzimy, dokąd ta droga prowadzi. Więc wkraczamy nieśmiało na inną. […]

Pierwszym krokiem w tym kierunku są tzw. ustawy językowe w administracji, samorządzie, sądownictwie i szkolnictwie.

Otóż jeśli chodzi o te ustawy, to poza ustawą o szkolnictwie są one na ogół ustawami dobrymi.

Wprowadzone uczciwie w życie, stanowić będą fundament należytego wychowania ludności Kresów na lojalnych wobec państwa a świadomych swej narodowości, swych praw i obowiązków obywateli.

Jak wiadomo, ustawa o języku w administracji i samorządach przewiduje prawo obywatela zwracania się w języku ukraińskim i białoruskim do każdego urzędu I i II instancji wschodnich województw i w tym języku żądania odpowiedzi.

Język ukraiński lub białoruski może być językiem obrad i korespondencji w ciałach samorządowych, gdzie ta ludność stanowi większość.

Tak samo w sądach, u sędziów śledczych strony, świadkowie i adwokaci mogą przemawiać po ukraińsku i białorusku, składać podania i skargi, żądać aktu oskarżenia, wyroków i uchwał sądów w tych językach. Notariaty obowiązane są sporządzać akty prawne w języku macierzystym stron.

Jak widzimy, na zasadzie tych ustaw języki ukraiński i białoruski zyskują równouprawnienie z językiem polskim.

Nie trzeba dowodzić, jak fakt ten z jednej strony wzmocni zaufanie ludności ukraińskiej i białoruskiej do sądów i urzędów, jak z drugiej strony podniesie poczucie godności wśród tej ludności, a wreszcie zmusi administrację naszą do traktowania z większym szacunkiem tę ludność i jej mowę.

Ustawa o szkolnictwie przez przyjęcie zasady utrakwistycznej [dwujęzyczności] daje szerokie pole do nadużyć w kierunku gnębienia szkolnictwa ukraińskiego i białoruskiego i może w rezultacie doprowadzić do zwinięcia już istniejących szkół na rzecz dwujęzycznych, które wątpliwą jest rzeczą, czy spełnią należycie swoje zadanie.

Z drugiej strony szkolnictwo dla Ukraińców i Białorusinów to nie tylko szkoły, ale i ogniska szerzenia i pogłębienia własnej kultury. Otóż tego nie da nauczyciel Polak dobrze władający językiem ukraińskim i dobrze uczący dzieci tego języka.

Trzeba tu było iść inną drogą. Tak jak do szkół ukraińskich i białoruskich wprowadzona jest obowiązkowa nauka języka pol­skiego, tak do szkół polskich trzeba było wprowadzić naukę języka ukraińskiego albo białoruskiego w szkołach wyższego typu, dążąc do tego, aby nauczycielami tych języków i ich literatury byli Ukraińcy, względnie Białorusini.

Tak czy inaczej ustawa ta jest eksperymentem, którego rezultaty szybko będą widoczne.

Ale oto przychodzi etap drugi – realizowania tych ustaw. […] Jakaż [jest] istotna droga realizacji? Oto przede wszystkim kategoryczny i bezwzględny nakaz, aby wszyscy urzędnicy I i II instancji na terenach objętych tymi ustawami nauczyli się, przypuśćmy, w ciągu roku, języka ukraińskiego, względnie białoruskiego.

Są to języki tak pokrewne polskiemu, że nauka ta będzie wymagać nie tyle pracy, ile dobrej woli. A jej, zdaje się, najmniej ma nasza administracja na Kresach w stosunku do miejscowej ludności. Sam fakt wydania takiego rozporządzenia wywoła dodatnie i silne wrażenie wśród zainteresowanej ludności.

Po drugie, musimy powoli i stopniowo przyjmować do administracji i do innych urzędów państwowych inteligencję ukraińską i białoruską.

Trzeba dobierać takich ludzi, którzy, raz złożywszy przysięgę na wierność Rzeczypospolitej, istotnie będą jej lojalnymi urzędnikami, a udział tych ludzi w administracji ogromnie wzmocni do niej zaufanie miejscowej ludności.

I na pewno będą oni lepsi, aniżeli ci wszyscy policjanci i urzędnicy wysyłani tam z Polski w drodze kary dyscyplinarnej, bo niestety nie ideowi urzędnicy, z własnej woli idący na Kresy, lecz ci wysyłani tam za karę lub wręcz wypędzeni z urzędów wewnątrz kraju, stanowią większość polskiej administracji na Kresach.

Po trzecie, musimy na Kresach możliwie szybko wprowadzić istotny uczciwy samorząd bez żadnych mianowań burmistrzów i wójtów, dobierania sejmików według widzimisię starostów.

Samorząd musi tam być oparty na tych samych zasadach wyborczych, co i w reszcie Polski, a więc bez żadnych kurii i sztucznych ograniczeń ludności miejscowej i z tym samym zakresem działania.

Nie ulega wątpliwości, że demokratyczna i sprawiedliwa ordynacja wyborcza odda samorząd na Kresach w ręce ludności niepolskiej. Nie ma co tego bać się. Będzie to najlepszym polem ujścia dla energii miejscowej inteligencji białoruskiej i ukraińskiej. Wszędzie w Polsce, a specjalnie na Kresach, samorządy będą miały olbrzymie pole do roboty.

Samorządy będą tą szkołą dla Kresów, w której jej ludność wykaże, jak szybko będzie mogła otrzymać autonomię.

Zapewne nie można zgodzić się z tym, aby samorządy zrobiły się terenem antypaństwowej politycznej działalności agentów sowieckich. Dlatego na Kresach winny być zastrzeżone administracji szerokie prawa kontroli, aż do zatwierdzania burmistrzów i zawieszania uchwał magistratów i rad, sprzecznych z interesami państwa.

Lepsza dla obu stron życzliwa kontrola nad istotnym samorządem aniżeli wypaczony samorząd, ale za to rzekomo niezależny od administracji. Natomiast samorząd wojewódzki winien mieć szersze i większe kompetencje aniżeli samorząd wojewódzki w etnograficznej Polsce.

Takie minimum reform musi być dokonane w dziedzinie administracji, sądownictwa i samorządu.

Przychodzi sprawa szkolnictwa.

Przede wszystkim winna być zwrócona uwaga na seminaria nauczycielskie. Tu przede wszystkim winien być dokonany eksperyment utrakwistyczny. Ale takie dwujęzyczne seminarium (tzn. z językiem wykładowym polskim i ukraińskim, względnie polskim i białoruskim), zasadniczo pożądane, może dać dodatni rezultat tylko wówczas, gdy faktyczne jego kierownictwo będzie oddane w ręce elementów ukraińskich, względnie białoruskich.

Tylko w takim seminarium uczniowie Polacy przejmą się zrozumieniem i sympatią dla ruchu ukraińskiego, względnie białoruskiego.

Natomiast z otwieraniem utrakwistycznych szkół, a tym bardziej z przekształceniem już istniejących ukraińskich, względnie białoruskich, na dwujęzyczne, należy zaczekać, aż nie wyjdą nauczyciele z utrakwistycznych seminariów.

Tymczasem trzeba istniejące szkoły prywatne ukraińskie i białoruskie upaństwowić i iść na spotkanie ludności białoruskiej i ukraińskiej w zakładaniu ich własnych szkół, utrakwistyczne zaś wprowadzać tylko tam, gdzie obie strony tego pragną, co może częścią zdarzać się w powiatach białoruskich.

Należy iść na spotkanie w zakładaniu państwowych średnich szkół białoruskich i ukraińskich, które państwo winno otoczyć specjalną troską i życzliwością, aby panowała w tych szkołach atmosfera przychylna dla Polski.

Wreszcie muszą być uznane matury prywatnych szkół średnich białoruskich i ukraińskich, uczniom tych szkół winny być szeroko otwarte drzwi do wszystkich wyższych zakładów w Polsce.

Aby jednak zamknąć koło potrzeb szkolnictwa białoruskiego i ukraińskiego, to należy na uniwersytecie w Wilnie utworzyć katedry języka, szkolnictwa i kultury białoruskiej z językiem białoruskim jako wykładowym, poza tym w tym samym Wilnie białoruski instytut pedagogiczny o szerokim zakresie naukowym, gdzie mogłaby odbywać się praca w tej najważniejszej obecnie dziedzinie życia narodu białoruskiego.

Na Wołyniu zaś, w Łucku lub Krzemieńcu, należy założyć wyższą akademię rolniczo-handlową ze specjalnym uwzględnieniem ruchu spółdzielczego we wszystkich jego formach, tak silnego na ogół na Wołyniu. Akademia ta mogłaby nosić charakter utrakwistyczny, to znaczy, że profesorami i uczniami byliby Ukraińcy i Polacy i wykłady byłyby prowadzone w obu językach, zależnie od narodowości danego profesora. Akademia tak pojęta odegrałaby ogromną rolę w podniesieniu ekonomicznym i kulturalnym Wołynia, a z drugiej strony dałaby zastępy inteligencji zarówno ukraińskiej, jak i polskiej, związanej węzłami przyjaźni.

Wykonanie tych postulatów na długie lata zaspokoiłoby potrzeby w dziedzinie szkolnictwa ludności białoruskiej i ukraińskiej. Pozostaje jeszcze jedna dziedzina życia duchowego tych narodów – mianowicie religie.

To dziedzina najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna. Musimy Cerkiew prawosławną w Polsce upaństwowić, musimy oderwać ją od faktycznej zależności od Rosji. Zależność ta jest dziś kanoniczna, bo uznaje patriarchę w Moskwie i faktycznie przez to, że ogromna większość duchowieństwa to Rosjanie i to w stylu czarnosecinnym.

Otóż Cerkiew prawosławną w Polsce uczynimy państwową polską, jeśli konsekwentnie przeprowadzimy na Wołyniu jej rutenizację, na Białorusi – białorutenizację. A możemy to uczynić tylko w tej drodze, że założymy większą ilość prawosławnych seminariów duchownych, prowadzonych nie tylko w języku, ale i w duchu ukraińskim, względnie białoruskim.

Te młode zastępy duchowieństwa, wychowane w innych warunkach, w seminariach o wysokim poziomie naukowym, zapoznane z językiem, literaturą i kulturą polską, będą stanowić coraz to silniejszą przeciwwagę staremu duchowieństwu. Z tych względów z uznaniem trzeba powitać projekt założenia wydziału teologicznego przy Uniwersytecie Warszawskim.

Z drugiej strony duchowieństwo prawosławne musi być dobrze uposażone, należycie respektowane przez władze państwowe i wręcz bronione przed gwałtami zachłannego i nieprzytomnego w swym fanatyzmie kleru katolickiego.

To jest program minimum w dziedzinie kulturalno-narodowej w stosunku do mniejszości ukraińskiej i białoruskiej w Polsce.

Ale cały ten program najskrupulatniej nawet wykonany na nic, jeśli nie będzie wykonany program minimum w dziedzinie ekonomicznej.

Kresy są gospodarczo zaniedbane. […] jeśli chcemy Kresy naprawdę jednoczyć z Polską, to musimy przez długie lata wielkie robić tam wkłady inwestycyjne. Musimy budować drogi, szosy, koleje, kolejki, szpitale, szkoły, urzędy gminne, suszyć błota, regulować rzeki, budować kanały itd. – wówczas dopiero ten kraj zacznie podnosić się gospodarczo, a co za tym idzie i dobrobyt ludności, a tym samym i przywiązanie jej do państwa będzie w miarę postępów tej pracy wzrastać. To na dłuższą metę. Ale głupi ten gospodarz, który otrzymawszy zdewastowany majątek, bez żadnych wkładów chce mieć z niego od razu złotą żyłę.

To jedno. Ale jest drugie zadanie ekonomiczne, które musi być niezwłocznie dokonane, to przeprowadzenie reformy rolnej na Kresach. Jeśli we wschodniej Galicji trzeba do tej sprawy podejść ostrożnie, aby nie wywołać na nowo odruchu nienawiści wśród ludności wiejskiej polskiej i ukraińskiej, to na Kresach reforma rolna musi niezwłocznie i radykalnie być przeprowadzona. […]

Rzecz naturalna, że reforma rolna przede wszystkim winna zaspokoić interes miejscowej ludności, a dopiero pozostała ziemia może iść na potrzeby ludności z Polski, zwłaszcza ta, którą rząd przez odpowiednie melioracje uczyni zdatną do uprawy.

Powtarzam, reforma rolna na Kresach to początek i nieodwołalny warunek istotnego ich zespolenia z resztą Polski.

Zapewne to operacja bolesna dla polskich ziemian na Kresach. Ale trudno i darmo – państwo musi wybierać między niezadowoleniem kilku milionów ludności, a względnym zadowoleniem (bo czy urodził się taki polski ziemianin, który byłby zadowolony z polskich rządów?) kilku tysięcy polskich ziemian.

Bez natychmiastowej reformy rolnej na Kresach wszystko inne to bieganie do Łucka i Nowogródka z dziecinną konewką po wodę, aby gasić pożar, coraz większe zataczający tam rozmiary.

***

Taki jest, według mnie, program minimum, który winien być niezwłocznie wykonany z całą energią i stanowczością.

Zapewne nie zadowoli on ukraińskich i białoruskich nacjonalistów, a wściekłość wywoła wśród polskich.

Ale każdy, kto trzeźwo patrzy na rzeczywistość, kto chce naprawdę budować państwo, kto chce, aby mniejszość białoruska i ukraińska w Polsce zaczęła żyć wolnym i pełnym życiem – ten musi przyznać, że ten program, który naszkicowałem, winien wszystkich pogodzić, gdyż każdy rząd polski bez wywoływania głębszych różnic w społeczeństwie polskim może go wykonywać, a każdy działacz ukraiński i białoruski, nic nie roniąc ze swych zasadniczych postulatów i nie wchodząc w żaden kompromis ze swoją godnością narodową może go przyjąć jako program na dziś.

A o to tylko mi chodziło.

Przemówienie w sprawie ustaw językowych

Wysoki Sejmie!

Zanim przystąpimy do rozpatrywania i głosowania ustaw zgłoszonych przez Rząd i obejmujących niektóre postanowienia w sprawie mniejszości narodowych, słusznym będzie, ażebyśmy przypomnieli sobie sposób, w jaki ustawy te powstały – sposób i moment.

Pan prezes Rządu w pierwszym przemówieniu swoim wygłoszonym w Sejmie zaznaczył, że podejmuje się jedynie sanacji Skarbu i że wszelkie inne zadania, bodajby nawet najbardziej pilne i najbardziej potrzebne w Polsce, pozostawia swoim następcom. Jednak siła i logika wypadków, niewątpliwie niezadowalający stan tych rzeczy w Polsce, zmusiły go do tego, że już w kilka miesięcy potem złożył publiczne oświadczenie, iż uważa za swój bezpośredni obowiązek przystąpić do unormowania tych rzeczy w drodze ustawodawczej, bodajby w najskromniejszym zakresie. W tym celu zwołano dwa dość liczne zgromadzenia osób zaszczyconych zaufaniem prezesa Rządu, które wypowiedziały swoją opinię i które zresztą rozeszły się bez pozostawienia jakichkolwiek konkretnych śladów.

Do pomocy Rządowi celem opracowania ustawy powołana została w następstwie tzw. Komisja Czterech, której skład znany jest Panom z wielokrotnych wzmianek w pismach. Komisja ta nie reprezentowała żadnego stronnictwa, żadnej grupy politycznej; zasiadali w niej obywatele przemawiający jedynie we własnym imieniu, reprezentujący jedynie własne poglądy. Z samego faktu, że w Komisji Czterech zasiadali ludzie należący do wręcz przeciwnych sobie obozów, reprezentujących wręcz przeciwstawne sobie poglądy na sprawę mniejszości, wynika i wynikać musiało, że w sprawie tej zawarty zostanie pewien kompromis, że kompromis ten, nie naruszający niczyich szerszych poglądów, nie rozwiązujący całości zagadnienia, nie przekreślający i nie odwołujący niczego, pokusi się o realne ujęcie tego zagadnienia, jakim jest język urzędowania władz państwowych w Polsce i używanie własnego języka w urzędach przez mniejszości narodowe.

Byłoby znacznie lepiej, gdyby czy to w pierwszych, liczniejszych naradach, czy to później w Komisji Czterech, zasiadali także i przedstawiciele stron zainteresowanych, przedstawiciele mniejszości narodowych. Co do mnie osobiście, gdybym był na miejscu p. premiera, wolałbym tą drogą dojść do pewnego porozumienia i osiągnięcia takiego minimum, jakie jest możliwe do osiągnięcia; jednakże brak przedstawicieli mniejszości w Komisjach Czterech nie zwalniał, jak sądzę, obywateli Polaków od wzięcia w niej udziału, od ciężkiego obowiązku dojścia do jakiegokolwiek wspólnego poglądu na palącą sprawę kresów. Podkreślam ten obowiązek nie dlatego, żebym się w ogóle entuzjazmował zasadą jedności narodowej, przed którą musiałaby ustąpić raz na zawsze rozbieżność zdań, ale dlatego, że w tej sprawie i w tym momencie, jak sądzę, słusznym będzie zupełnie, aby pogląd, który dziś zostanie uchwalony, był poglądem całej polskiej części naszego Państwa.

A teraz jeżeli chodzi o same ustawy, to zanim przystąpimy do szczegółowego ich czytania, słusznie będzie zastanowić się nad ich wartością, nad ich zakresem i nad możliwością ich wykonania.

Niewątpliwie ustawy te nie dają wszystkiego, niewątpliwie ustawy te nie obejmują całokształtu zagadnienia. Zostało to uczynione świadomie, nie dlatego, żeby zaprzeczyć samemu istnieniu całokształtu zagadnienia, ale powtarzam jeszcze raz, dlatego, aby zacząć od rzeczy najłatwiejszych, aby zacząć od rzeczy, co do których będzie możliwe osiągnięcie wspólnego poglądu, aby zacząć od rzeczy, które mogą być w życie wprowadzone.

Ustawy te, rzecz prosta, nie obejmują całokształtu zagadnienia przede wszystkim co do tych czy innych aspiracji mniejszości narodowych. Nie jako członek Komisji, ale jako obywatel Państwa, jako poseł Sejmu, jako reprezentant pewnego kierunku politycznego, rozumiem, że aspiracje te mogą iść znacznie dalej, aniżeli określają to ustawy, aniżeli określić to jest w stanie większość i całość Sejmu polskiego. Gotów też jestem w dążeniu do zrealizowania tych aspiracji towarzyszyć mniejszościom narodowym bardzo daleko, tak daleko, jak daleko pozwala na to interes Państwa Polskiego jako całości, jak pozwala na to bezsporna dla mnie zasada nienaruszalności jego granic, zasada uznania tego, co jest w danej chwili tworem skończonym, który na rzecz żadnej teorii, żadnego programu nie może być ćwiartowany. Jeżeli ktoś poza tym w duszy swej żywi aspiracje dalej idące, aspiracje co do samookreślenia się całkowitego, co do utworzenia własnego państwa, to jako człowiek mogę uznać te aspiracje, uznać ich słuszność i podstawy, lecz jako Polak musiałbym stwierdzić, że w obecnej chwili Polska, odcinając od siebie żywe kawałki organizmu państwowego, nie zaspokoiłaby nawet niczyich dążeń narodowościowych, lecz tylko interesy państw sąsiednich, i że skorośmy zeszli z zasady granic z 1772 r., to nie mamy nie tylko żadnego powodu, ale nawet żadnej możności godzić w podstawy tych granic, w jakich się dziś znajdujemy.

Oczywiście aspiracje narodowościowe mogą się także i co do wielu innych rzeczy posuwać znacznie dalej aniżeli ustawy. Niekiedy są to rzeczy pozornie drobne, a jednak wywołujące niesłychanie ostry spór i czyniące wrażenie pewnej zniewagi. Taka jest np. sprawa nazwy narodu. Mój osobisty pogląd jest, że naród każdy powinien nadawać sobie nazwę sam, bez niczyich wpływów, a zwłaszcza bez niczyjego nacisku. Dlatego też ilekroć tu w Sejmie przemawiałem, nazywałem Ukraińców Ukraińcami, tak jak oni siebie nazywają, tak jak brzmi nazwa ich klubu urzędowo w Sejmie naszym.

Ubolewałem bardzo, że co do tego punktu kompromis nie doprowadził tak daleko, jak powinien był doprowadzić i użyto innej nazwy, która zresztą jest nazwą i historyczną i odwieczną, użyto nazwy „ruski”, która, mam wrażenie, nikogo nie obraża, ale być może i nikogo nie zadowala. Związany uchwałami Komisji Czterech, związany poglądem moim co do konieczności pewnego kompromisu w tej sprawie, niewątpliwie głosować będę tak, jak mi to nakazuje umowa, ale to nie sprzeciwia się wcale mojemu wewnętrznemu przekonaniu, że w tym kierunku należałoby i można byłoby iść dalej.

Nie zadowalają mnie też te ustawy co do terytorium objętego przez nie. Przyznaję, że stojąc na stanowisku czysto teoretycznym, na stanowisku zasadniczym, można było iść dalej w uwzględnieniu praw mniejszości narodowych i praw poszczególnych obywateli wszędzie tam, gdzie się oni znajdują, niezależnie od tego, czy się znajdują na terenie tego województwa, czy innego. Ja osobiście nie widzę żadnej przeszkody, ażeby dzieci niemieckie czy ukraińskie uczyły się w swoim języku nawet wówczas, kiedy zamieszkują województwo krakowskie, nie tylko lubelskie. Jednak wracając znowu do twardego i praktycznego życia, zaznaczyć muszę, że nie udało się granicy tej posunąć poza granice trzech województw małopolskich i czterech województw północno-wschodnich. Myślę, że to wszystko, co Sejm uchwalić raczy, może być tylko początkowym rozwiązaniem zagadnienia niesłychanie drażliwego, skomplikowanego, a zarazem niesłychanie dla Polski ważnego, zagadnienia, od którego zależy nie tylko jej zdrowy rozwój, jej rozkwit, ale być może i życie.

Sądzę, że w tym rozumieniu ustawy, które w imieniu komisji przedkładam Wysokiemu Sejmowi, nie tylko nie są rzeczami najważniejszymi, ale są może najmniej ważnymi. Istotą rzeczy jest sprawa stosunku narodowości niepolskich, zamieszkujących Państwo nasze, do administracji naszej i odwrotnie – administracji naszej do mniejszości narodowych, stosunku, jak wiadomo, bardzo niepoprawnego obustronnie, niezadowalającego nie tylko żadnej mniejszości, ale żadnego Polaka w Polsce. Członkowie najrozmaitszych stronnictw i rządów już z tej wysokiej trybuny stwierdzili, że stosunki administracyjne, zwłaszcza na naszych kresach, są gorzej niż złe, że wymagają szybkiej i gruntownej sanacji i że bez uzdrowienia tych stosunków o żadnej istotnej poprawie, o żadnym rozwiązaniu zagadnienia mniejszości narodowych w Polsce nie może być mowy.

Niewątpliwie nie możemy o tym zapominać uchwalając ustawę językową, stwierdzić jednak wolno, że nie można zrobić od razu wszystkiego. Komisja, która odbyła 15 czy 18 posiedzeń, załatwiła w każdym razie taką rzecz, na którą, powiedzmy sobie, Austria potrzebowała 60 lat i której w drodze ustawy nie załatwiła aż do samej śmierci. Myślę, że nadejdzie w najbliższej przyszłości czas, gdy od zagadnień językowych trzeba będzie przejść do uzdrowienia administracji na tych czy innych podstawach i następnie do usunięcia skarg każdej ludności zamieszkującej kresy. Sądzę także, że rzeczą może jeszcze ważniejszą jest kwestia dobrobytu materialnego mniejszości narodowych, jest kwestia tego zupełnie słusznego żądania, aby w stosunku do ich dobytku, w stosunku do ich dobrobytu Państwo Polskie traktowało ich na równi z każdym innym obywatelem, jeżeli nie lepiej. Powiadam: „jeżeli nie lepiej” – ze względu na zniszczenia wojenne, którym oni podlegli i ze względu na to, że tamte części Polski w kulturze materialnej są cofnięte bardziej w tył, niż części Polski środkowej i zachodniej. Myślę, że rozwiązując zagadnienie dobrobytu materialnego, Rząd obecny czy przyszły nie będzie mógł także pominąć kwestii ziemi, która niewątpliwie jest jedną z najbardziej palących i co do której istotnie do tej pory stosunek nasz był nie tylko nieuregulowany, ale i niewłaściwy. Istnieją w tej sprawie, jak wiadomo, dwa poglądy krańcowo sprzeczne i jak osobiście mniemam, krańcowo szkodliwe. Jeden z nich nakazuje odsunięcie wyłącznie od dobrodziejstw reformy rolnej całej ludności niepolskiej, drugi usiłuje zarezerwować te ziemie tylko dla ludności polskiej [tak w oryginale, prawdopodobnie błąd w zapisie stenograficznym – przyp. „Obywatela”]. Nie będę się wdawał w szczegółowy rozbiór tego zagadnienia, bo to nie należy do tematu. Muszę jednak stwierdzić, że w tej sprawie, jak we wszystkich innych, moim skromnym zdaniem, rozwiązanie powinno iść po linii środkowej, powinno się pamiętać nie tylko o straszliwie zabójczym dla Państwa przeludnieniu rolniczym części środkowych i zachodnich Polski, ale przede wszystkim również powinno się pamiętać o potrzebach i sprawach ludności osiadłej od wieków na miejscu. Usunięcie jej zupełnie od ziemi byłoby rzeczą, która by na pewno nie odbyła się bez zatargów, doprowadzających do czynów dla Polski zabójczych.

Całe te trzy ustawy, które Wysoki Rząd przedkłada dziś Sejmowi, które powstały z dorady i przy współpracy Komisji Czterech, przesiąknięte są jedną ideą zasadniczą, ideą takiego współżycia narodowości w Państwie Polskim, przy którym nikt nie czułby się pokrzywdzonym, nikt nie czułby się niewolnikiem ani pasierbem, lecz każdy czułby się równouprawnionym obywatelem. Jeszcze raz stwierdzam, że te ustawy niewątpliwie nie dają całokształtu zagadnienia i nie pozwalają nikomu dzisiaj stwierdzić, że musi być z tego stanu rzeczy zadowolony. Ale też te ustawy nie wymagają żadnego z niczyjej strony pokwitowania. Jeżeli Państwo Polskie, jeżeli Sejm i Rząd polski występują z pewnymi ustawami i chcą je wprowadzić w życie, to nie pod czyimkolwiek naciskiem, nie dla zadowolenia czyichkolwiek poglądów, nie dlatego, że taki a nie inny jest pogląd Ligi Narodów czy Towarzystwa Przyjaciół Ligi Narodów, lecz tylko dlatego, że taki jest interes Państwa Polskiego.

Panowie twierdzą [zwracając się do mniejszości narodowych], tak twierdzili przynajmniej Panowie na komisji i w prasie, że pośpiech, z jakim ustawy są tu uchwalane, świadczy, iż są one uchwalane na eksport, dla zagranicy. Śmiem zaznaczyć, że to, czego żąda od nas w tej sprawie zagranica, to, czego żąda od nas pakt dodatkowy do Traktatu Wersalskiego, daje znacznie mniej niż te skromne trzy ustawy, te trzy kompromisowe ustawy, które dziś przedkładamy Sejmowi. I dlatego gdyby ktoś chciał tylko zadowolić Ligę Narodów, to mógłby się powstrzymać nawet w tej krótkiej drodze znacznie bliżej. Wobec tego wydaje mi się, że wszelkie posądzenia narodu polskiego o to, że ustawy te są wyłącznie dla zagranicy robione, są jedynie dowodem głębokiego zadrażnienia stosunków pomiędzy nami, pewnej podejrzliwości, która w tym wypadku na niczym nie jest oparta. Traktat o mniejszościach leżał u nas wprawdzie na stole, nie mieliśmy jednak potrzeby ani obowiązku do niego zaglądać, sprawdziliśmy tylko w pewnym momencie, czy istotnie wykonaliśmy to, czego od nas wymagał, i stwierdziliśmy z zadowoleniem, że dajemy znacznie więcej niż to jest naszym obowiązkiem prawnym, jeżeli już na tym punkcie stać mamy.

Czy ustawy te będą wykonane? Zaprzecza się temu. Sądzę, że i tu daje się może zbyt wielki posłuch swojej pobudliwości, swojej nieufności, może nieraz uzasadnionej praktyką życiową, ale zwracam uwagę, niezbyt pożytecznej. Nie wiem, jak i kiedy te ustawy będą wykonane, wiem natomiast, że zanim jakiekolwiek prawo będzie wykonane, trzeba mieć przede wszystkim zasadę, trzeba mieć to, o co się walczy, trzeba mieć owo prawo, prawo materialne, które by służyło za punkt wyjścia do wykonania.

Komisja Czterech, a także mniemam i Wysoki Rząd, zdają sobie najzupełniej sprawę, że od uchwalenia tego prawa do wprowadzenia go w życie będzie droga czasem dość daleka i czasem bardzo kamienista. Dlatego już w ostatniej chwili na Komisji Konstytucyjnej za zgodą wspólną wszystkich klubów polskich termin wprowadzenia tych ustaw w życie został nieco przesunięty. Pierwiastkowy tekst brzmiał: w miesiąc po uchwaleniu; myśmy przesunęli go na później, na 1 października, nie dlatego, żeby komuś zrobić przykrość, tylko dlatego, żeby zapewnić lepsze przygotowanie się do wprowadzenia w życie tych ustaw. Nie zaprzeczam jednak wcale, że tu i ówdzie, być może w bardzo wielu nawet wypadkach, znajdzie się urzędnik czy środowisko jakieś, które z tych ustaw będzie niezadowolone, które będzie je uważało za szkodliwe dla polskości i które je będzie wykonywało niedbale, albo wcale nie będzie chciało ich wykonywać. Wysoki Sejm w tej sprawie, jak w każdej innej, ma prawo kontroli nad działalnością Rządu, bądź przez zgłaszanie interpelacji, bądź przez utworzenie specjalnej komisji, która powinna czuwać nad tym, żeby to, co było wolą Sejmu, było też wolą władzy wykonawczej w całej rozciągłości, poczynając od jej przewodnika w Warszawie, a kończąc na najdrobniejszym urzędniczku w starostwie. Te wypadki łamania ustaw, nie tylko ustaw dotyczących mniejszości, ale jakichkolwiek ustaw, które się nie podobają temu czy innemu panu w starostwie czy komendzie policji, te wypadki nieuznawania prawa dlatego, że ono nie odpowiada czyimś poglądom, zachodzą istotnie dość często i, jak myślę, cały Sejm polski, niezależnie od przynależności partyjnej i narodowej, powinien z równym wysiłkiem i wytężeniem zajmować się tymi nadużyciami, w interesie nie tej czy innej mniejszości, tylko w interesie wspólnym całego Państwa.

Sądziliśmy zresztą, jako Komisja Czterech, że będzie rzeczą pożyteczną doradzić Rządowi, by utworzył jakiś organ, który by stale zajmował się kontrolowaniem i uzgadnianiem w rozmaitych resortach zamierzeń i poglądów Rządu, zwłaszcza jeżeli one będą już wykonaniem zamierzeń i poglądów Sejmu. Zdaje mi się tedy, że zanim dojdziemy do tego bardzo gorzkiego przekonania, że ustawy te nie będą wykonane, trzeba przecież dać pewien czas Rządowi i życiu, trzeba przekonać się i przyjść z faktami istotnymi, w przeciwnym bowiem wypadku narażają się Panowie na posądzenie, że stawiają zarzuty całkiem gołosłownie. I tutaj żadna praktyka dotychczasowa nie zmieni postaci rzeczy. To, że dotychczas działo się źle, nie jest precedensem, żeby i nadal do nieskończoności miało się w Polsce źle dziać. Jeżeli Panowie walczycie o poprawę złego, to wierzcie, że i my walczymy, a jeżeli te rzeczy nie mogą się stać w ciągu paru lat, to może dlatego, że są zbyt trudne dla społeczeństwa i narodu, który dopiero od kilku lat rządzi się sam.

Zdaje mi się zresztą, że wartość tych ustaw będzie nie tylko praktyczna, ale że polega ona także na pewnych teoretycznych ustaleniach i uzgodnieniach co do niektórych rzeczy. Gdybyśmy raz na zawsze zgodzili się, że w tej Polsce należy żyć na zasadzie uszanowania swoich kultur, swoich języków, na zasadzie przyzwyczajania się do siebie, skoro już wspólnie w tym państwie mieszkać musimy, to uczynilibyśmy niewątpliwie bardzo duży krok naprzód.

Państwo Polskie jest – Polską; miałem zaszczyt z tej trybuny kilkakrotnie to stwierdzić, że opiera się ono na tradycji historycznej polskiej i że uwzględnić musimy ten fakt realny, iż 2/3 ludności należy w tym państwie do narodu polskiego. To jednak nie wyklucza wcale jak największego poszanowania dla każdej innej kultury, dla każdego innego języka, i nie wyklucza także opieki, jaką Rząd Polski winien staraniom mniejszości narodowych w utworzeniu własnej kultury. Nie wyklucza to zresztą z drugiej strony również zasady współzawodnictwa w tym państwie. Zdaje mi się, że takie postawienie rzeczy, jakie kilkakrotnie w tym Sejmie było proponowane, że Polskę należy podzielić na pewne zamknięte terytoria, na pewne folwarki, które należą do tej czy innej narodowości, nie jest do przyjęcia dla nikogo. Ziemia Państwa Polskiego należy wspólnie do nas wszystkich i na tej ziemi, jak wszędzie niewątpliwie, musi być uznana zasada pokojowego współzawodnictwa różnych kultur, różnych języków, różnych tradycji i to współzawodnictwo, byleby tylko rozgrywało się w szrankach legalności, uszanowania innego człowieka i innego narodu, nie przyniesie nie tylko nikomu szkody, ale musi też przynieść wspólny pożytek, niewątpliwie bowiem współzawodnictwo czy jeśli inaczej chce kto nazwać, lojalna i legalna walka jest podstawą wszelkiego współżycia.

I oto dlatego sądzę, że Sejm Polski te trzy ustawy, które dzisiaj przedkładamy, uchwalić powinien. Sądzę, że powinien wejść na drogę wielkich i świetnych tradycji Państwa Polskiego, kiedy siłą naszą był nie tylko pancerz i miecz, ale kiedy był nią także rozum stanu, patrzący poprzez stulecia, zdolność przyciągania i przywiązywania do siebie innych narodów, zdolność rozwiązywania zagadnień narodowościowych na najwyższej płaszczyźnie człowieczeństwa. Ja myślę, że może z pewnymi wahaniami, może z pewnymi trudnościami, których wytłumaczenie aż nadto znajduje się w 120 latach naszej niewoli, na tę wielką drogę wkroczymy i tam znajdziemy tę moc i ten rozkwit Państwa, jakiego sobie wszyscy życzymy.

***

Na zakończenie dyskusji:

Wysoki Sejmie. Ze zgłoszonych i przeczytanych przed chwilą poprawek mogę tylko poprzeć poprawkę, uzgodnioną ze wszystkimi polskimi klubami, aby we wszystkich trzech ustawach tam, gdzie się spotyka słowo „ruski” w nawiasach dodać „rusiński”. Oprócz tego popieram rezolucję przyjętą przez Komisję Konstytucyjną, mianowicie wzywającą Rząd, aby wydał rozporządzenie normujące użycie języka żydowskiego na zgromadzeniach publicznych. Będzie ona głosowana przy trzecim czytaniu.

Zresztą oświadczam się przeciw wszystkim zgłoszonym poprawkom nie dlatego, ażebym niektórych osobiście nie uważał za słuszne, ale dlatego, że kompromis polega na tym, że się często głosuje przeciw temu, co się uważa za słuszne.

Korzystając ze sposobności, pozwolę sobie odpowiedzieć poprzednim mówcom w paru słowach. W przemówieniach Panów brzmiała nuta nieufności, czy ta ustawa będzie wykonana. Muszę raz jeszcze oświadczyć, jako Polak i członek Sejmu polskiego, że ja muszę mieć wiarę w to, że Państwo Polskie to wykona; gdybym tej wiary nie miał, nie mógłbym nie tylko pracować nad budową tego Państwa, ale nawet nie mógłbym żyć w tym Państwie. A poza tym Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie. W tej sprawie, tak jak wzywałem Was do cierpliwości, tak samo nagiąć muszę i siebie samego żelazną ręką do cierpliwości, aby przetrwać tę nienawiść i zbudować to, co uważamy za potrzebne dla wszystkich.

Organizacja służby bezpieczeństwa w fabryce „Ursus” Państwowych Zakładów Inżynierii

Organizacja służby bezpieczeństwa w fabryce „Ursus” Państwowych Zakładów Inżynierii

W krajach Europy Zachodniej oraz w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej już od dawna powstała myśl o walce z nieszczęśliwymi wypadkami przy pracy, przy czym – równorzędnie z rozwojem przemysłu, higieny pracy i ekonomiki społecznej – myśl ta spowodowała na szeroką skalę zakrojoną akcję z bardzo znacznym wynikiem dodatnim.

Zwrotnym momentem w tej dziedzinie było utrwalenie się przekonania, że w akcji bezpieczeństwa pracy odgrywają rolę nie tylko względy finansowe poszczególnych fabryk i przemysłowców, lecz także, i to przede wszystkim, względy natury humanitarnej, społecznej i ogólnogospodarczej.

W państwach uprzemysłowionych, jak Francja, Niemcy, Anglia i Stany Zjednoczone, powstały silne i wpływowe organizacje, których zadaniem jest walka o bezpieczeństwo pracy.

W Polsce zainteresowanie sprawą bezpieczeństwa pracy jest, niestety, słabe, toteż niewielka stosunkowo liczba zakładów przemysłowych wprowadziła u siebie oddziały bezpieczeństwa; są to: Huta Batorego, Huta Królewska, Zakłady Ostrowieckie, Fabryka Metalurgiczna Państwowych Zakładów Inżynierii i kilka innych; natomiast w wielu gałęziach przemysłu przestrzeganie bezpieczeństwa pracy prawie zupełnie nie istnieje. Przechodząc do organizacji służby bezpieczeństwa pracy na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” w Czechowicach pod Warszawą, muszę przede wszystkim stwierdzić pełne zrozumienie tego zagadnienia przez dyrekcję fabryki. Najlepszym dowodem tego jest utworzenie z inicjatywy dyrekcji działu bezpieczeństwa i zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom przy pracy. Kierownictwo tym działem powierzono inżynierowi, który w swej działalności nie jest niczym skrępowany przy przeprowadzaniu potrzebnych badań na terenie fabryki i któremu pozostawiono pełną inicjatywę w tym kierunku.

W myśl zaleceń dyrekcji i wyznawanej przez nią zasady, że z całością funkcji Fabryki Metalurgicznej łączy się bezpośrednio przewidywanie i zapobieganie wypadkom przy pracy, akcja ta na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii w Czechowicach wygląda, jak następuje.

A. Akcja zapobiegawcza

1. Zapobieganie techniczne

(a) Kontrola ruchu, badanie i sprawdzanie części dźwigów, łańcuchów, lin itd. oraz bezpośrednie czuwanie nad bezpieczeństwem pracy. Na przykład założono specjalne ochrony przy piłach taśmowych, gumowe fartuchy przy piaskownicach obrotowych i specjalne maski, zbadano w roku bieżącym trzy suwnice 5- i 15-tonowe przy próbnym obciążeniu od 7 do 20 ton oraz 14 Demagów 750 i 3000 kg przy próbnym obciążeniu 1000 i 4000 kg. Sprawdzono mechanizmy, liny i łańcuchy. O wynikach sporządzono specjalne protokóły i wpisano je do osobnej książki sznurowej.

(b) Przy pracy zastosowano różne specjalne przyrządy ochronne, jak okulary, respiratory, maski itd. Zdawałoby się, że tak prosta rzecz, jak okulary ochronne, nie nasuwa żadnych wątpliwości. Tymczasem okazało się, że przy każdym rodzaju pracy należy stosować różne rodzaje okularów, jak np. specjalne okulary dla piecowych w odlewni żeliwa, inne dla pracowników przy szlifierkach, piłach taśmowych do metalu, inne dla odlewaczy.

(c) Zapobieganie wypadkom przez racjonalne zorganizowanie pracy.

Ponieważ większość wypadków w odlewniach wydarza się przy przenoszeniu płynnego metalu, przy użyciu podnośników itp., w odlewniach Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii zwrócono uwagę na usunięcie przyczyn mogących spowodować wypadki tej kategorii oraz na zachowanie porządku i dyscypliny w odlewni, jako też na komunikację (przejścia) na terenie odlewni. Przejścia, służące do przenoszenia płynnego metalu, uporządkowano tak, że są możliwie najszersze, o równej powierzchni i wolne od przedmiotów tamujących ruch, przy czym przyjęto za zasadę, że jedno lub dwa szerokie przejścia muszą być stale wolne dla ruchu. Zwraca się również specjalnie uwagę, aby pracujący nie zatrzymywali się pod wiszącymi ciężarami. Zabroniono wszelkich czynności pod wiszącymi skrzyniami formierskimi podczas robót formierskich. Podnoszenie dużych odlewów dozwolone jest tylko po zupełnym oswobodzeniu ze skrzynki formierskiej. Przy ręcznym podnoszeniu żąda się od pracowników ścisłego wykonania komendy i przestróg majstra.

Podczas topienia zwraca się zawsze uwagę, aby pracujący stał z boku otworu wylewowego w czasie napełniania kadzi; niezatrudnionym zaś pobyt w pobliżu jest w ogóle wzbroniony. Ponadto same kadzie, służące do transportu płynnego metalu, są zabezpieczone przed przypadkowymi przechyleniami.

Wiadomo jest, że praca przy wyjmowaniu gotowych odlewów ze skrzyń jest jedną z najszkodliwszych dla zdrowia, ponieważ powstają kłęby kurzu przy wybijaniu ze skrzyń formierskich piasku po wykonaniu odlewu. Aby temu zapobiec, wprowadzono wodne pulweryzatory, działające za pomocą zgęszczonego powietrza i zapobiegające powstawaniu kurzu.

Ulatniający się tlenek cynku w postaci białej pary, podczas topienia mosiądzu oraz zalewania form tym metalem powoduje tak zwaną febrę odlewniczą (para ta powstaje przy nagrzewaniu stopów powyżej temperatury wrzenia cynku). Wobec tego, że nie dało się uniknąć tworzenia się ZnO, zastosowano dobrze działające wyciągi przy piecach tyglowych, umieszczone nad piecami. Dało to bardzo dobre wyniki, gdyż od dłuższego czasu nie zdarzyły się zasłabnięcia na febrę odlewniczą, chociaż produkcja dzienna stopu cynkowego o zawartości około 42% cynku dochodzi do 1000 kg dziennie.

Z uwagi na to, że nowo przyjęci robotnicy najczęściej ulegają wypadkom przy pracy, włożono na majstrów obowiązek pouczenia nowo przyjętych i zwrócenia ich uwagi na główne niebezpieczeństwa, obowiązek podobny mają także starzy doświadczeni robotnicy.

Zaznaczyć należy, że w kwestii zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom stałe uświadamianie robotników, periodyczne pouczania majstrów i rozmowy na ten temat dają zawsze pożądane wyniki.

2. Zapobieganie psychiczne

(a) We wszystkich oddziałach Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii umieszczone są tablice ostrzegawcze oraz specjalne przepisy dla spawaczy, zajętych spawaniem i cięciem metali itd. Wywieszono także plakaty rysunkowe, na których są uwidocznione przyczyny i skutki nieszczęśliwych wypadków przy pracy.

Ponieważ robotnicy przyzwyczajają się po pewnym czasie do wywieszonych plakatów i przestają na nie zwracać uwagę, zamienia się plakaty między oddziałami fabryki. Oprócz tego sprowadzone zostały z Czechosłowacji wydane tam plakaty i wywieszone w fabryce po zmianie czeskich napisów na polskie. Nawiasem wspomnę w tym miejscu, iż we Francji propaganda przy pomocy plakatów we wszystkich fabrykach prowadzona jest w szerokich rozmiarach, a ponieważ w fabrykach tych pracuje wielu polskich robotników, dla nich napisy francuskie przetłumaczono na język polski.

(b) W jednym z największych oddziałów Fabryki Metalurgicznej bywa wywieszany na widocznym miejscu dokładny i szczegółowy opis wypadków, jakie miały miejsce w fabryce w ciągu ostatnich paru miesięcy, jako też wykaz nieszczęśliwych wypadków, zaczerpnięty z fachowych tygodników i prasy codziennej.

(c) Fabryka prenumeruje stale czasopisma poświęcone zagadnieniom bezpieczeństwa pracy oraz zapobieganiu nieszczęśliwym wypadkom, jak „Przegląd Fabryczny”, francuski miesięcznik „Chronique de la Sécurité Industrielle” oraz włoskie czasopismo ilustrowane „Securitas” z Mediolanu.

(d) Wreszcie prowadzi się w fabryce statystykę nieszczęśliwych wypadków w myśl zarządzeń wydanych przez Ministra Spraw Wojskowych z dnia 19.VI.1933 r.

B. Ratownictwo

Na terenie fabryki stale jest czynne ambulatorium Kasy Chorych, wyposażone we wszelkie środki potrzebne do udzielenia pierwszej pomocy. Oprócz tego w poszczególnych oddziałach fabryki zaprowadzono podręczne apteczki pierwszej pomocy, wystarczające dla doraźnych mniejszych opatrunków.

Na zakończenie referatu uważam za konieczne zaznaczyć z przyjemnością, iż nie było wypadku, żeby robotnicy przeszkadzali w pracy kierownikowi bezpieczeństwa, przeciwnie – stale spotykałem się z czynnym poparciem ze strony robotników w każdej sprawie dotyczącej zapobiegania wypadkom.

Zdajemy sobie sprawę, że wyszczególniona wyżej akcja zapobiegawcza na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” nie może być uważana za skończoną i zupełnie wystarczającą. Jest jeszcze wiele do zrobienia i w najbliższych latach akcja, naszym zdaniem, powinna rozwinąć się w następujących kierunkach:

(a) Doprowadzenie porządku w warsztatach do możliwego ideału tak, aby każdy przedmiot, narzędzie i materiał był na swoim miejscu, czyli – jak mówią Francuzi – „miejsce dla każdej rzeczy i każda rzecz na swoim miejscu”.

(b) Pomimo uświadomienia majstrów i stałego wymagania od nich ze strony kierownictwa zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom, należałoby wydać kodeks bezpieczeństwa, normujący przede wszystkim zakres działalności majstrów w akcji przeciwwypadkowej.

(c) Należy się zastanowić, czy nie byłoby wskazane zaprowadzenie w fabryce wewnętrznej Rady Bezpieczeństwa z udziałem delegatów robotniczych.

(d) Zorganizowanie badań psychotechnicznych dla określania kwalifikacji fizycznych i psychicznych robotników.

(e) Sprawę propagandy zapobiegania i bezpieczeństwa trzeba rozwinąć znacznie szerzej, jak to się robi w niektórych krajach zachodnioeuropejskich, i użyć ku temu środki nowoczesne, przede wszystkim następujące:

Plakaty, które powinny być ładnie ilustrowane i drukowane; należy je często zmieniać seriami, co miesiąc lub co dwa najwyżej. Należy też wykorzystać tak potężny nowoczesny środek, jakim jest film.

Ustalenie odpowiednich druków reklamowych na kopertach przy wypłacie zarobków robotnikowi.

Zaprowadzenie specjalnej skrzynki na terenie fabryki, do której każdy z robotników mógłby składać swe wnioski i spostrzeżenia co do urządzeń ochronnych, na jakie kierownictwo czasami nie zwraca uwagi.

W celu zachęcenia pracowników do walki z wypadkami należy wprowadzić konkursy z nagrodami; pytania konkursowe powinny być jasne i proste, np.: Jakie, według Was, należałoby wprowadzić zmiany i ulepszenia, aby uniknąć wypadków przy pracy w Waszym warsztacie?

Z drugiej strony, w miarę rozwoju prac naszych w tym kierunku trzeba się będzie zastanowić nad rozwiązaniem kwestii należytej wentylacji i ogrzewania hal odlewniczych, co jednak napotyka na trudności natury finansowej.

Wreszcie, korzystając ze statystyki nieszczęśliwych wypadków, trzeba będzie poważnie przestudiować, jakie części ciała podlegają najczęściej urazom i w związku z tym zastanowić się nad wprowadzeniem odpowiednich ochronnych środków, jak ubrania, buty, okulary itd.

W każdym razie stwierdzić musimy, że już obecnie istniejąca w fabryce służba bezpieczeństwa w praktyce znakomicie przyczyniła się do zmniejszenia liczby nieszczęśliwych wypadków przy pracy.

Drogi rozwoju polskiego ustawodawstwa pracy

Drogi rozwoju polskiego ustawodawstwa pracy

CC BY Biblioteca de la Facultad de Derecho y Ciencias del Trabajo Universidad de Sevilla, flickr.com/photos/fdctsevilla/4859923814/in/set-72157624657745276

I

Podobnie jak w państwach innych, tak i w Polsce, rząd wyniesiony przez powojenny przewrót, wsparty o szerokie masy robotnicze, za jedno z pierwszych zadań uznać musiał spełnienie długoletnich dążeń i haseł świata pracy. Już manifest Rządu Lubelskiego zapowiedział wcielenie w czyn szeregu reform społecznych, w tym, w pierwszym rzędzie, realizację ośmiogodzinnego dnia pracy. Rząd Moraczewskiego w krótkim czasie program ten spełnił, wydając kolejno dekrety o utworzeniu Ministerstwa Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej i Ochrony Pracy, dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy, o inspekcji pracy, o pracowniczych związkach zawodowych, o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, o organizacji państwowych urzędów pośrednictwa pracy i inne. […]

Po tym okresie, w którym przez szereg śmiałych dekretów położono podwaliny pod nowoczesną polską myśl społeczną, w którym budowano już – w planach – strukturę przyszłego jednolitego polskiego kodeksu pracy, nastąpił czas długoletniego marazmu i zastoju. […]

Cała energia stronnictw robotniczych skoncentrowana była na odpieraniu z zewsząd idących ataków na zdobycze uzyskane w czasie rządów Moraczewskiego, w tym głównie na ośmiogodzinny dzień pracy. I choć marka stała nisko i płace robotnicze w czasach inflacji całkiem drobny stanowiły odsetek kosztów produkcji, tak, że o braku konkurencyjności polskiego towaru z powodu zbyt rozbudowanych obciążeń społecznych nie mogło być poważnie mowy, mimo to jednak próby podważenia ustawodawstwa robotniczego wznawiały się bez ustanku. I po każdej deklaracji ministra, konferencji ministrów (skarbu) czy sfer gospodarczych, lub stronnictw sejmowych, urządzano robotnicze zebrania, wiece i demonstracje, ogniskując całą akcję w tej dziedzinie na obronie zajętych już pozycji.

II

Rząd pomajowy zastał w zakresie ustawodawstwa robotniczego szerokie pole twórczej pracy. Trzeba było, otrzymawszy pełnomocnictwa, odrobić długie lata zastoju. Przyznać należy, pełnomocnictwa zostały w tej dziedzinie przez rząd szeroko wykorzystane, znacznie pełniej aniżeli na innych polach. […] Są w tych dekretach oczywiście braki, luki i niedociągnięcia, ale stanowią one bezsprzecznie poważny krok naprzód. Scharakteryzujmy pokrótce poszczególne dekrety.

Rozporządzenie o umowie o pracę robotników z dnia 13 marca 1928 r. oraz rozporządzenie o umowie o pracę pracowników umysłowych z dnia 16 marca 1928 r. zespala różnorodne normy dawniejszych dzielnicowych praw w jednolitą całość. Pod pewnym względem idą one cokolwiek – co prawda bardzo nieznacznie – dalej od przepisów poprzednio obowiązujących. Jednak już sama unifikacja przepisów, rozproszonych po ustawach przemysłowych, górniczych, drogowych i in., posiada doniosłe znaczenie, szczególnie zaś ważne jest ustawowe umocnienie trzymiesięcznego terminu wypowiedzenia dla pracowników umysłowych w całym państwie.

Rozporządzenie o inspekcji pracy z dnia 14 lipca 1927 r. uregulowało kwestię, która mimo niezliczonych posiedzeń i uzgodnień nie mogła przed przewrotem majowym żadną miarą ruszyć z martwego punktu. […] Dekret staje na nowoczesnym stanowisku niezależności urzędów inspekcji pracy od organów administracji ogólnej i uczynił z inspektorów pracy organ orzecznictwa karno-administracyjnego, co, rzecz prosta, w wysokim stopniu ułatwia im skuteczne czuwanie nad stosowaniem ustawodawstwa ochronnego.

Najbardziej doniosłym krokiem ustawodawczym jest niewątpliwie rozporządzenie (z dnia 22 marca 1928 r.), powołujące do życia nową instytucję Sądów Pracy. Brak osobnego sądownictwa w sprawach związanych z ustawodawstwem pracy w wysokim stopniu utrudniał realizację dotychczasowych praw ochronnych. Sądy zwykłe nie tylko zbyt są przeciążone, by otoczyć należytą troską drobne na ogół sprawy, wynikające ze stosunku umowy pracy, ale są i zbyt kosztowne, a nade wszystko zaś sędziowie nie wykazywali należytego zrozumienia dla ducha nowoczesnego ustawodawstwa pracy. Brak znajomości i zrozumienia tej dziedziny prawa i związane z tym nader pobłażliwe wyroki przyczyniły się do lekceważenia u części przemysłowców przepisów tego prawa i uczynił normy prawne w dziedzinie ochrony pracy prawem drugiego rzędu, w wielkiej mierze iluzorycznymi. […]

Krok naprzód poczyniono również w dziedzinie materialnego prawa bezpieczeństwa i higieny pracy. Wydano rozporządzenie o bezpieczeństwie i higienie pracy z dnia 16 marca 1928 r. Brak odpowiednich postanowień ustawowych bardzo utrudniał dotychczas inspekcji pracy należytą aktywność w tej dziedzinie, co inspektorzy podnosili w swych sprawozdaniach niejednokrotnie. Ponadto, prócz pomniejszych, wydano rozporządzenie o zapobieganiu chorobom zawodowym i ich zwalczaniu (z dnia 22 sierpnia 1927 r.).

Unormowana została również w duchu nowoczesnych pojęć rozległa dziedzina spraw emigracyjnych ustawą emigracyjną z dnia 11 października 1927 r.

Rozporządzenie o ochronie rynku pracy z dnia 4 czerwca 1927 r daje możność wydania w razie potrzeby zakazu zatrudnienia pracowników nie będących obywatelami Państwa Polskiego.

Wreszcie rozporządzenie o Radzie Ochrony Pracy z dnia 17 września 1927 r. ustanawia organ doradczy i opiniodawczy przy Ministrze Pracy i Opieki Społecznej we wszystkich sprawach z zakresu ochrony pracy. […]

III

Odzywają się obecnie, w związku z ujemnym bilansem handlowym i związaną z tym koniecznością wzmożenia eksportu, głosy nie tylko żądające wstrzymania dalszego rozwoju ustawodawstwa robotniczego, ale domagające się nawet, byśmy cofnęli się wstecz. Jako argument podaje się, że wyprzedzamy prawodawstwo Zachodu, że zbyt rozbudowane ciężary społeczne są kulą u nóg naszego przemysłu w jego walce konkurencyjnej z zagranicą.

Lecz zważmy: Polska ma najniższe płace ze wszystkich krajów, z którymi współzawodniczy. Najniższe w złocie i najniższe w ich realnej sile kupna. Dowodzą o tym zestawienia Międzynarodowego Biura Pracy, przekona o tym każde ad hoc zrobione zestawienie. Przy różnicy znacznej poziomu płac zarobkowych pomiędzy Polską i zagranicą, cóżby znaczyć mogły, gdyby nawet istniały, różnice w wysokości obciążeń społecznych w pozycji kosztów produkcji, stanowiącej zaledwie… 1%. Inne być muszą, i inne też są przyczyny słabej konkurencyjności naszego przemysłu.

Ale przemysł nasz bynajmniej nie jest bardziej obciążony świadczeniami, aniżeli wytwórczość zagraniczna. Legendę tę obaliło już raz wydawnictwo Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej pt. „Obciążenia produkcji na rzecz ubezpieczeń społecznych w Polsce i zagranicą” i zdruzgotały ją badania Komisji Ankietowej, które wykazały nikłość pozycji robocizny w ogólnych kosztach produkcji, a ujawniły natomiast znaczny poziom kosztów administracji i to administracji częstokroć aż nazbyt nieudolnej! Tak rozpowszechnione obecnie kartele i syndykaty o charakterze monopolistycznym i prawie monopolistycznym, coraz mniej liczyć się muszą w swej polityce cen z istotnymi kosztami produkcji. Opór, na jaki natrafia rozwój ustawodawstwa pracy, tłumaczy się częstokroć w istocie rzeczy nie tyle względami natury kalkulacyjnej, ile przesłankami natury zasadniczej. Przedsiębiorca w każdej ustawie ochronnej dopatruje się zacieśnienia swego stanowiska, sukcesu natomiast klasy pracującej. Przeciw temu każe mu się bronić jego ambicja i myśl o przyszłości, w każdej nowej ustawie widzi on bowiem groźbę obsuwania się podstawy, na której opiera się jego cały byt i jego nastawienie myślowe.

I podczas gdy przedsiębiorca polski i jego ideolodzy głoszą, że ustawodawstwo polskie w radykalizmie swym kroczy na czele wszystkich prawodawstw, to samo zupełnie obwieszcza przemysł niemiecki, austriacki, rosyjski, angielski. Nie tu miejsce stwierdzać, jak jest w istocie, wszakże można skonstatować z całą pewnością, że za granicą znacznie ściślej są ustawy wykonywane i że za granicą obowiązuje szereg ustaw, których u nas jeszcze nie ma. Nie tylko szerzej na ogół są tam rozbudowane ubezpieczenia społeczne, obejmując również ubezpieczenie na starość, ale także w dziedzinie ochrony pracy obowiązuje szereg postanowień, które u nas znajdują się bądź dopiero w fazie projektów, bądź też wcale nie są nawet jeszcze rozważane. Mamy na myśli ustawy o umowach zbiorowych, akcji polubownej i rozjemczej, płacach minimalnych, o pracy w chałupnictwie, pracy na roli, radach załogowych, izbach pracy itd.

Podobnie jak za granicą rozwinął się i u nas zwyczaj zawierania umów zbiorowych bardzo szeroko. Nie mówiąc o b. zaborze niemieckim, gdzie obowiązuje odnośne dawne ustawodawstwo Rzeszy – w górnictwie, w przemyśle włókienniczym, naftowym, cukrowniczym i innych obowiązują umowy zbiorowe.

Należy formę umów zbiorowych, formę o wiele doskonalszą i bardziej nowoczesną od indywidualnej umowy o najem pracy wszelkimi siłami popierać i rozpowszechniać. Umowa zbiorowa wszak z jednej strony ruguje wypadki skrajnego wyzysku pracy, z drugiej wprowadza pewną równomierność oraz stałość i spokój w stosunki przemysłowe. Cały szereg organizacji przemysłowców, które przez czas dłuższy opierały się jakimkolwiek pertraktacjom ze związkami i zawieraniu umowy, raz ją zawarłszy, odnawiają ją z roku na rok bez zbiorowej nawet ingerencji władz; jest to oznaką niewątpliwą, że ułatwiają one przemysłowi uregulowanie spraw robotniczych.

Również i robotnicy odnoszą z umów niewątpliwe korzyści. Na drodze umów zbiorowych zyskują oni, prócz ustępstw w dziedzinie płac zarobkowych oraz tak pożądanej równości i jawności, dalsze uprawnienia w zakresie przyjmowania i zwalniania, przedstawicielstwa, wpisów dla dzieci itd.

Jednakże istnienie umów zbiorowych wymaga specjalnego ustawodawstwa, które by regulowało cały splot zagadnień związanych z umową, dawało gwarancję ich wykonania, wyjaśniało punkty niejasne, nieustalone itd. Ustawodawstwo odnośne istnieje w różnych państwach przemysłowych: w Austrii, Belgii, Finlandii, Francji, Holandii, Niemczech, Szwajcarii, Szwecji, Włoszech, ZSSR. W Polsce, prócz województw zachodnich, odnośnej ustawy nie ma. A umowy zbiorowe obowiązują szeroko i wraz z organizacją przemysłu coraz bardziej będą się rozpowszechniać. Nie mają one jednak dostatecznej sankcji i są w wielkiej mierze obchodzone i łamane, zwłaszcza jeśli za umowami nie stoi odpowiednia faktyczna siła związków. Przy braku odpowiednich ustaw mogą się przedsiębiorstwa wyłamywać spod umów zbiorowych lub wcale do nich nie przystępować, stwarzając gorszymi warunkami pracy i płacy mniej lub więcej groźną konkurencję dla objętych umową przedsiębiorstw. Ustawa o umowach zbiorowych, wzorowana np. na ustawie niemieckiej, mogłaby temu zapobiegać przez to, że władze państwowe miałyby prawo rozciągania ich mocy na cały okręg lub przemysł. Projekty są w tym zakresie przygotowane i były już rozpatrywane przez Radę Ochrony Pracy; ich szybkie uchwalenie przez władze ustawodawcze jest sprawą konieczną.

Uregulowania domaga się kwestia załatwiania zatargów zbiorowych. Nie jesteśmy zwolennikami przymusowego rozjemstwa, które doprowadzać musi do zupełnie zbędnych komplikacji pomiędzy państwem a grupami społecznymi. Przykład Australii raczej odstrasza niż zachęca do tego rodzaju eksperymentu. Tym niemniej stan obecny, kiedy strony, będące w zatargu, mogą w ogóle nie objawiać chęci do zejścia się przy wspólnym stole, z czego wynikają długotrwałe strajki, jest na dłuższą metę nie do pomyślenia. Nie jest również pożądane, by każdy zatarg opierał się o najwyższe czynniki rządowe… Muszą być ustanowione specjalne niezależne, a wysoce autorytatywne organy akcji polubownej i rozjemczej. Organy te odciążą również inspekcję pracy, która obecnie jest zajęta zbyt wieloma czynnościami pobocznymi, ponadto wyrokowanie o zatargach niezupełnie daje się pogodzić z rolą i stanowiskiem inspekcji. I w tej dziedzinie istnieje przygotowany już projekt ustawy. […]

Za konieczność należy również uznać wydanie ustawy o płacach minimalnych i o pracy chałupniczej. Drobne zakłady, stosujące najstraszniejszy wyzysk pracy, nie przestrzegające żadnych zgoła ustaw robotniczych ani nie uwzględniające najskromniejszych nawet wymagań higieny, dzięki temu właśnie mogą obecnie skutecznie współzawodniczyć z wielkimi, nowocześnie urządzonymi zakładami pracy. Tak jest w przemyśle włókienniczym okręgu łódzkiego, w przemyśle spożywczym (piekarniach, fabrykach cukierków itd.), konfekcyjnym itp. Państwo winno dążyć do rozwoju wielkiego przemysłu i nie dopuszczać do tego, by zagrażały jego rozwojowi tego rodzaju „przedsiębiorstwa”, stanowiące groźbę dla kultury naszego kraju, przeszkodę dla polepszenia jego stanu zdrowotnego. Mamy tu do czynienia z nakazem nie tylko polityki socjalnej, ale też z wymogiem racjonalizacji życia gospodarczego.

Ustawy o płacach minimalnych i o pracy chałupniczej istnieją – w różnych formach – w większości państw europejskich. […] Rząd polski w odpowiedzi swej na kwestionariusz o metodach ustalania płac minimalnych wypowiedział się za wąskim ujęciem kwestii, ograniczając ich stosowanie do chałupników. Praca chałupnicza, tak odróżniająca się swym charakterem zawodowym od pracy rzemieślniczej i fabrycznej, nadaje się już w chwili obecnej do takiej specjalnej reglamentacji, której opracowanie, rozpoczęte jeszcze poprzednio i przerwane jedynie ze względu na okres wahań stabilizacyjnych waluty, zostaje na nowo przez rząd polski podjęte – pisze rząd w cytowanej odpowiedzi.

Jak wynika z powyższego, uważa rząd zastosowanie płac minimalnych do chałupników za pierwszy tylko krok w tym kierunku. Należałoby w przyszłości dążyć do polepszenia warunków pracy tą drogą również w tych działach rzemiosła i pracy fabrycznej, które nie mają umów zbiorowych i wykazują niepomiernie niskie zarobki. […] Państwo nie może się już ograniczać do roli biernego widza w obliczu nędzy i wyzysku. Poziom płac decyduje bowiem o rozwoju całego szeregu innych czynników – nie wyłączając politycznych – w których kształtowaniu jest ono wysoce zainteresowane.

IV

Za najważniejszy jednak brak polskiego ustawodawstwa społecznego – i to z punktu widzenia samej nawet produkcji – uważać należy fakt, że nie sprzęgło ono i nie starało się sprzęgnąć świata pracy z procesem wytwórczym.

W warunkach obecnych robotnik traktuje przedsiębiorstwo jako coś obcego lub co najmniej obojętnego. Jego losy mało go obchodzą. Obawia się zamknięcia zakładu – grozi mu to wszak okresem głodu i niedostatku. Ale w wydajności zakładu, w jego sprawności organizacyjnej i technicznej mało jest zainteresowany. Doświadczenie nauczyło go, że wydajność zakładu mało lub wcale nie wpływa na wzrost robotniczych zarobków, a zwiększa natomiast zysk. […] Przedstawicielstwa, rady fabryczne, załogowe czy jakakolwiek inna byłaby ich nazwa, dawałyby warstwie robotniczej możność wyjścia poza obręb jednego tylko, własnego ich warsztatu pracy i zapoznania się z kręgiem zagadnień gospodarczych, związanych z działalnością danego zakładu. Robotnicy otrzymaliby wgląd w mechanizm życia gospodarczego, poczęliby poprzez swych delegatów rozumieć związki zachodzące pomiędzy poszczególnymi zjawiskami ekonomicznymi i wpływ tych czynników na ich własny los.

W nowej instytucji stworzony zostałby pomost pomiędzy zarządem a personelem pracowniczym, pomost niwelujący tę ciągle jeszcze olbrzymią przepaść leżącą między tymi dwoma światami. […] Działają u nas w wielu przedsiębiorstwach delegacje robotnicze, lecz prawne podłoże ich działania nie jest wcale uregulowane, co oczywiście krępuje ich znaczenie i rozwój. Na Górnym Śląsku natomiast działa na zasadzie dawnej niemieckiej ustawy instytucja rad załogowych.

Komisja Ankietowa doszła, na podstawie analizy ośmioletniej działalności tej instytucji, do wniosku, że skutki stosowania ustawy o radach załogowych należy ocenić jako niewątpliwie dodatnie, zarówno pod względem realnego oddziaływania na stosunki społeczno-gospodarcze, jak również i ze względów wychowawczych – podnoszenia poziomu i poczucia odpowiedzialności u pracowników. Na terenie pozostałych dzielnic – stwierdza dalej Komisja – uderza brak opartego na ustawie przedstawicielstwa robotniczego i urzędniczego. Istnieją wprawdzie delegaci robotników, ale nie mają oni określonych przez ustawę zadań i uprawnień. […]

Wnioski, do których doszła Komisja Ankietowa, są zgodne z rezultatami odpowiednich badań na Zachodzie. Sprawozdania inspekcji pracy czy to Austrii, czy Niemiec, wszystkie podnoszą korzystne wyniki pracy rad fabrycznych. Rady te, aczkolwiek nie zadośćuczyniły daleko idącym nadziejom, jakie klasa robotnicza przy ich powstawaniu przywiązywała do nich, jednakże wniosły w życie fabryczne pewien konstytucjonizm, czuwają one nad realizacją ustaw ochronnych, łagodzą drobne zatargi itd.

Niemcy poszły, jak wiadomo, dalej jeszcze. Przedstawiciele robotników zasiadają tam w radach nadzorczych towarzystw akcyjnych. Cel tego postanowienia jest jasny – chodzi o dalsze jeszcze zbliżenie pracowników do procesów wytwórczych, do bliższego jeszcze wtajemniczenia ich w warunki współczesnego życia gospodarczego. Radca załogowy, który pozna dokładnie całokształt warunków, w jakich przedsiębiorstwo pracuje, realniej reprezentować może interesy swych mocodawców.

W naszych warunkach tego rodzaju zarządzenie byłoby zapewne przedwczesne. Tym niemniej należy klasę robotniczą stopniowo zainteresować już teraz biegiem życia gospodarczego i dać jej możność wpływania na nie nie tylko poprzez sejm i partie polityczne. […]

Dalszą drogą zapewnienia czynnikowi pracy większego, niż dotychczas, wpływu na bieg życia gospodarczego, są izby pracy. Wprowadzone zostały w czasach ostatnich izby przemysłowo-handlowe, rolnicze, rzemieślnicze. Tylko izby pracy nie zostały powołane do życia, ani nawet nie rozpoczęto, o ile nam wiadomo, odpowiednich prac przygotowawczych. I pod tym względem pozostajemy w tyle za Zachodem. […]

Izba występowałaby z inicjatywą ustawodawczą, brałaby udział w radach opiniodawczych, prowadziłaby ankiety i badania nad warunkami życia robotniczego, współdziałała z Urzędem Statystycznym w rozwoju statystyki pracy itd.; słowem – byłaby samorządem świata pracy. Jednym z ważnych jej zadań musiałoby również być gospodarcze szkolenie funkcjonariuszy związków zawodowych, ławników sądów pracy i ewentualnie radców załogowych. Wzrost wiedzy i zainteresowań ogólnogospodarczych oraz fachowych wśród klasy robotniczej będzie niewątpliwie regulatorem postępów demokracji gospodarczej, choć będzie niezawodnie również i jej pochodną.

Nakreśliliśmy w paru rzutach główne drogi, którymi zdążać winna polska myśl społeczna. Zatrzymaliśmy się jedynie na wytyczeniu szlaków głównych, pozostawiając na uboczu wiele dziedzin, które nie mniej wymagają ustawowych uzupełnień i dalszego rozwinięcia.

Czy to będzie praca młodocianych, czy sprawa wykorzystania wczasów, czy praca na roli lub prawa służby domowej – wszędzie twórcza myśl społeczna, wychodząca z założenia, że czynnikiem produkcji najbardziej cennym jest praca, znajdzie szerokie pole inicjatywy. […]

Wyzwoliliśmy się w latach ostatnich z narzuconej przez pewne sfery opinii, że w dziedzinie polityki społecznej już wszystko zostało dokonane, że nawet zrobiono za dużo i że należy się już… cofnąć wstecz. Uzasadniano to względami natury gospodarczej. Oczywiście, kwestie społeczne łączą się ściśle i nierozerwalnie z zagadnieniami gospodarczymi. Związek ten nie może być negowany i nie jest też przez nas zaprzeczany. Ale aż nazbyt często owe względy gospodarcze służą tylko jako argumenty dla utrzymania preponderancji pewnych warstw, co nie może leżeć w interesie ogólnogospodarczym, w interesie państwowym. W interesie państwa, wzmocnienia jego wewnętrznej siły i zwartości – leży gospodarcze dźwignięcie warstw pracujących i uczynienie z nich aktywnych czynników procesu wytwórczego. […]

CC BY Biblioteca de la Facultad de Derecho y Ciencias del Trabajo
Universidad de Sevilla, flickr.com/photos/fdctsevilla/4727122176

 

Polityka społeczna w początkach niepodległości

Warunki, w których nastąpiło wskrzeszenie Państwa Polskiego, przesądziły kierunek jego polityki wewnętrznej w duchu najbardziej demokratycznym i współczesnym. Wybitna rola, jaką klasa robotnicza odegrała w polskim ruchu niepodległościowym przed wojną światową i podczas niej, nastroje społeczne, panujące w Europie i Ameryce w latach 1917 i 1918, wyraz, jaki one znajdowały podczas Konferencji Pokojowej, wrzenie rewolucyjne, otaczające Polskę od wschodu i od zachodu w okresie przywracania bytu państwowego, osobistość Józefa Piłsudskiego, któremu ustanowiona przez okupantów Rada Regencyjna przekazała w najkrytyczniejszej chwili (14 listopada 1918 r.) „obowiązki i odpowiedzialność względem narodu polskiego” – wszystko przyczyniało się do spotęgowania wpływów robotniczych i w ogóle radykalnych. […]

Gabinet Moraczewskiego przygotował i ogłosił ordynację wyborczą sejmu ustawodawczego, opartą na pięcioprzymiotnikowym powszechnym prawie wyborczym, przy zupełnym równouprawnieniu kobiet, i szereg innych dekretów, z których kilka dało zasadnicze podwaliny polskiej polityce społecznej. […] rząd Moraczewskiego stanął od razu na stanowisku konieczności zadośćuczynienia naczelnym hasłom warstw pracujących. Bezpośrednio po ogłoszeniu dekretu o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej nastąpił dekret o 8-godzinnym dniu pracy, ustalający 8-godzinny dzień i 46-godzinny tydzień pracy dla robotników i pracowników we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz w przedsiębiorstwach handlowych, z zastrzeżeniem, by skrócenie czasu pracy do tej normy nie pociągnęło za sobą obniżenia płacy. […]

Najpilniejszym zadaniem realnym było rozwiązanie zagadnienia bezrobocia. […] dekretem z dn. 27 stycznia 1919 r., w celu ułatwienia poszukiwania pracy oraz zapewnienia opieki wychodźcom polskim, powstały Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy i Opieki nad Wychodźcami (PUPP). Zajęły się one rejestracją zgłoszeń osób poszukujących pracy, roztaczając szczególną opiekę nad robotnikami powracającymi z Niemiec, i podjęły inicjatywę w kierunku uruchomienia robót publicznych, fabryk i warsztatów. […] Zasadnicza akcja Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy w kierunku dostarczenia zatrudnienia pozostałym na miejscu i powracającym bezrobotnym napotkała na razie oczywiście na nieprzezwyciężone trudności wobec całkowitego długoletniego zamarcia przemysłu. […]

W obliczu tej zatrważającej swym ogromem klęski przystąpiono śpiesznie do organizowania robót publicznych mimo nieodpowiedniej pory roku i pełnej świadomości, że nie ma żadnych gotowych projektów ani właściwego aparatu. Organami wykonawczymi uczyniono miejscowe komitety przy samorządach, zaś na ich czele postawiono Urząd Robót Publicznych. […] Jednocześnie podjęto udzielanie pomocy bezrobotnym za pośrednictwem specjalnych komitetów lokalnych, pozostających w ścisłej łączności z Urzędami Pośrednictwa Pracy i złożonych z przedstawicieli miejscowej władzy administracyjnej, rady miejskiej lub powiatowej instytucji opieki społecznej i delegatów organizacji przedsiębiorców i robotników, przy czym ci ostatni mieli zagwarantowaną połowę przedstawicielstwa. Już z dniem 26 grudnia 1918 r. rozpoczęto wydawanie zasiłków pieniężnych, po miesiącu zaś zaczęto stopniowo przechodzić od tej formy pomocy do zapomóg w naturze w postaci artykułów żywnościowych, mydła i drzewa. Nadto pozostający bez pracy właściciele mieszkań korzystali na zasadzie specjalnego dekretu z moratorium mieszkaniowego. […]

Czyniąc zadość potrzebom najbardziej palącym, nie tracono jednak z oka celów dalszych, zasadniczych. Przy oparciu się na razie o zasadę 8-godzinnego dnia pracy i przepisy ochronne zaborców, przystąpiono energicznie do przygotowania kadr personelu nadzorującego przestrzeganie tych przepisów. Rosyjscy inspektorzy fabryczni opuścili bowiem swe placówki podczas ogólnej ewakuacji władz rosyjskich, a władze okupacyjne nie pozwalały na rozwój warszawskiej inspekcji pracy, próbując powoływać do życia niemieckie placówki inspekcyjne. Wytworzoną w ten sposób próżnię postarano się zapełnić przy pomocy kilkomiesięcznych kursów kształcących, egzaminów kandydatów na inspektorów pracy i organizacji na razie dwudziestu kilku urzędów na podstawie dekretu tymczasowego o urządzeniu i działalności inspekcji pracy. Dekret ten, którego zasady rozciągnięto z czasem również na inne dzielnice Polski i który obowiązywał do roku 1928, rozszerzył znacznie właściwości organów nadzorujących wykonywanie ustaw ochronnych, poddając ich kompetencji pracę najemną we wszystkich gałęziach (przemysł, rzemiosło, handel i rolnictwo) bez względu na rozmiary przedsiębiorstwa.

Równolegle do działalności w dziedzinie ochrony pracy tworzono fundament polskich ubezpieczeń społecznych, które w b. zaborze rosyjskim istniały tylko pod postacią prawa do otrzymywania odszkodowania za wypadki przy pracy w większych przedsiębiorstwach górniczych, hutniczych i przemysłowych. Do opracowanego w okresie okupacji projektu o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby wprowadzono dzięki pomyślnemu przewrotowi w losach kraju daleko idące zmiany i ogłoszono (dn. 11 stycznia 1919 r.) dekret, w którym ustalono cztery dotychczas obowiązujące zasady tego ubezpieczenia: przymus ubezpieczenia, powszechność obowiązku ubezpieczenia w stosunku do pracowników najemnych wszystkich kategorii, rozmieszczenie kas chorych według zasady terytorialnej oraz ich autonomię. Rozpoczęto też zaraz organizację pierwszej kasy chorych w Warszawie, która rozpoczęła swe czynności od sierpnia tegoż roku. […]

Gdy […] fala strajków rolnych, szczególnie gwałtowna w południowo-wschodnim kącie b. Królestwa Kongresowego, nie opadała, gdy strajki te zaczęły grozić nie tylko przelotnymi ekscesami, ale i niewykorzystaniem właściwej pory robót polnych, co w obliczu braków aprowizacyjnych przedstawiało się jako klęska podwójna, sejm zażądał od rządu, by działalność inspektorów pracy niezwłocznie rozciągnąć na rolnictwo, jednocześnie grożąc przymusowym zarządem właścicielom majątków ziemskich „niezagospodarowanych wskutek opornego stanowiska właścicieli wobec słusznych żądań robotniczych i pojednawczej akcji inspektorów pracy”. Uchwała sejmu z 28 marca 1919 r. dała początek szerokiemu prawodawstwu o załatwianiu zatargów zbiorowych między pracodawcami a pracownikami w rolnictwie. Prawodawstwo to stworzyło aparat, dzięki któremu cały obszar Rzeczypospolitej pokrywał się stopniowo siecią zbiorowych umów ramowych, a strajki w rolnictwie traciły na ostrości przebiegu i stawały się coraz rzadszym wyjątkiem. Dzięki umowom zbiorowym położenie robotnika rolnego, który w okresie zaborów był najuboższym, najgorzej płatnym, lekceważonym składnikiem proletariatu polskiego, uległo znakomitej poprawie zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. […]

W miastach sprawę domagającą się zasadniczego uregulowania stanowiła pomoc dla bezrobotnych. Przejście przez doraźnie tworzone komitety do udzielania zasiłków w naturze zamiast w pieniądzach nie dało pożądanych rezultatów, nie zapobiegło nadużyciom i nie dostarczyło selekcji najbardziej potrzebujących. Mniemano, że złe strony doraźnej pomocy dadzą się usunąć przez stworzenie dla niej podstaw ustawowych, które powstały w postaci ustawy z dn. 4 listopada 1919 r. Ustawa ta przewiduje powiatowe komisje niesienia pomocy bezrobotnym, które oparły się w swej działalności o rejestry sporządzone przez Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy, nadto zmieniła ustaloną poprzednio formę i wysokość zapomóg, obniżając je i przywracając system wypłaty w produktach. Przy tym już wówczas – przed powstaniem międzynarodowych koncepcji o wzajemności w traktowaniu obywateli własnych i cudzoziemców – uprawniono do korzystania z tej pomocy również obywateli państw obcych, zamieszkałych na terytorium państwa polskiego. […]

Dnia 12 grudnia 1919 r. ogłoszona została ustawa o czasie pracy w przemyśle i handlu, rozwijająca dekret wydany przed rokiem w tej samej sprawie. Ustawa zachowuje normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy; wprowadza zakaz pracy w porze nocnej oraz w niedziele i dni świąteczne; przewiduje nieliczne wyjątki od powyższych zasad; ustala wysokość dodatku za godziny nadliczbowe na 50% płacy normalnej, jeżeli praca nadliczbowa odbywa się w dzień powszedni, na 100% zaś za pracę w porze nocnej, w niedzielę lub święto. Przy małym doświadczeniu zarówno obu stron zainteresowanych tą ważną sprawą, jak i miarodajnych czynników rządowych i przy niewyrobionych metodach pracy parlamentarnej ustawa o czasie pracy wypadła, w porównaniu z analogicznymi aktami na Zachodzie, nieco sztywno i nie dość wyczerpująco, wymagając z czasem licznych przepisów uzupełniających wykonawczych. Najbardziej zasadniczymi z nich są przepisy o czasie pracy w handlu (z dn. 14 lutego 1922 r.) oraz o dniach świątecznych (wydane jako rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej dn. 15 listopada 1924 r. i znowelizowane dn. 18 marca 1925 r.).

Tak samo uchwalona dn. 19 maja następnego roku ustawa o ubezpieczeniu na wypadek choroby pozostawiła nienaruszonymi podstawowe zasady dekretu poświęconego tej sprawie, wzmacniając powszechność i przymus ubezpieczenia przez ograniczenie dopuszczalności zwolnienia się od tego przymusu. Poza tym nowa ustawa przyniosła rozszerzenie niektórych świadczeń i pewne zmiany w organizacji orzecznictwa. […]

Ponadto z zakresu prawodawstwa pracy sejm konstytucyjny uchwalił ustawę z dn. 21 października 1921 r. o zarobkowym pośrednictwie pracy. Nabyte w ciągu dwóch i pół lat doświadczenie potwierdziło ważność w walce z bezrobociem należycie zorganizowanego pośrednictwa pracy; wykazało, że poszczególne biura nie mogą poprzestawać na stosunkach z pracodawcami jednego miasta czy nawet jednego okręgu, lecz winny być wplecione w ogólną sieć pośrednictwa; dowiodło, że pośrednictwo pracy uprawiane przez państwo może działać równie sprawnie jak biura prywatne, a posiada w stosunku do nich niezaprzeczenie wyższe walory moralne. Wszystkie te argumenty przemawiały za uznaniem prywatnych biur pośrednictwa pracy za formę przejściową, która winna ulec likwidacji w miarę rozwoju właściwych organów państwowych. Tymczasem zaś dalsze istnienie czynnych już prywatnych biur pośrednictwa zostało uzależnione od charakteru i kwalifikacji moralnych i fachowych ich kierowników i od złożenia kaucji; roczny termin udzielanej koncesji pozwala wywierać presję na prowadzenie biura zgodnie z wymaganiami władzy państwowej pod groźbą nieprzedłużenia koncesji. […]

W pierwszym okresie uruchomienia przemysłu, który zbiegł się, jak widzieliśmy, z nastrojem wielkich nadziei społecznych, zapewne pod wpływem idei „płacy sprawiedliwej” zapanował system dodatków rodzinnych: robotnik nieżonaty pobierał płacę zasadniczą, robotnik rodzinny otrzymywał do tej płacy dodatki na żonę i na każde dziecko – do pewnej ich liczby. Istotnie płaca robotnika pojedynczego obliczona była tak nisko, że owe niewielkie dodatki do niej posiadały pewne znaczenie w budżecie domowym. Taki system płac, utrudniający kalkulację kosztów produkcji, mógł powstać i utrzymywać się jedynie wówczas, kiedy kalkulację zastępowała spekulacja, oparta na kredytach rządowych, spłacanych w pieniądzu zdewaluowanym, i na cenach sprzedażnych, obliczanych w chwili dokonywania transakcji, bez oglądania się na koszt własny, wyłącznie w stosunku do popytu wewnętrznego i warunków zbytu zagranicą. Zapotrzebowanie zaś na towary wszelkiego rodzaju musiało być znaczne wobec powszechnej ucieczki przed zdewaluowanym pieniądzem. Zwykła w tych razach spekulacja paskarska pogarszała do ostateczności sytuację spożywcy. Robotnicy, po każdej wypłacie nie mogąc związać końca z końcem, coraz częściej dopominali się o podwyżki. […]

W uwzględnieniu samorzutnej praktyki prowincjonalnej i życzeń z wielu stron naraz zgłaszanych, w maju 1920 r. rada ministrów powołała do życia przy Głównym Urzędzie Statystycznym w Warszawie Komisję do badania wzrostu kosztów utrzymania rodzin pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Do Komisji tej, na wzór innych, zorganizowanych poprzednio przez strony w różnych ośrodkach lub gałęziach przemysłu, powołano w równej liczbie przedstawicieli pracodawców i pracowników oraz zainteresowanych ministerstw. Komisja warszawska i utworzone jej śladem komisje prowincjonalne (w Sosnowcu, Łodzi, Częstochowie, Lublinie, Poznaniu, Radomiu, Kielcach, Krakowie i Bydgoszczy), w braku realnego budżetu polskiej rodziny robotniczej, wzięły za podstawę swych obliczeń budżet teoretyczny, uwzględniający mniej więcej warunki życia i wartość kaloryczną pożywienia rodziny robotniczej, złożonej z 4 osób. Z tego punktu wyjścia rozpoczęto badanie zmian zachodzących w kosztach utrzymania – badanie, przeprowadzane początkowo co miesiąc. Przy coraz raptowniejszym spadku pieniądza i wzroście cen, komisje zmuszone były przejść na czas pewien na obliczenia dwutygodniowe. Większość fabryk regulowała płace swych robotników stosownie do wyników obliczeń komisji, a w rozpowszechniających się coraz bardziej umowach zbiorowych robotnicy zastrzegali jako jeden z warunków podstawowych dokonywanie zmian w cenniku płac według tej zasady.

Komisje do badania wzrostu kosztów utrzymania nie zdołały oczywiście całkowicie zabezpieczyć zarobków pracowniczych przed ujemnymi skutkami dewaluacji; przyczyniły się jednak w znacznej mierze do złagodzenia tych skutków i pozwoliły uniknąć wielu zatargów, skrócić je lub złagodzić ich przebieg.

Wprowadzenie ubezpieczenia na wypadek choroby według przepisów polskich było odmienne w poszczególnych dzielnicach, zależnie od ich warunków politycznych i gospodarczych. W b. dzielnicach austriackiej i niemieckiej, gdzie istniały już takie instytucje, dokonano w latach 1920 i 1921 przystosowania ich do nowych przepisów. W ostatecznym wyniku prac, przeprowadzonych w tym celu w woj. poznańskim i pomorskim, zamiast 629 drobnych kas chorych różnego typu o znikomej nieraz ilości członków i różnych, przeważnie niskich świadczeniach, powstało 56 kas terytorialnych o jednolitej organizacji, które liczyły przeciętnie blisko po 10 000 członków, posiadały mocne podstawy finansowe i były zdolne do rozwinięcia zakreślonej im przez ustawę szerokiej działalności. Analogiczne wyniki dała reorganizacja w województwach południowych, gdzie zamiast 189 kas chorych, stworzonych za rządów austriackich, różnego typu i przeważnie wegetujących, powstało 71 kas terytorialnych, liczących przeciętnie po 6500 zamiast, jak dawniej, po 980 członków.

Natomiast w b. zaborze rosyjskim trzeba było stworzyć całkowicie nowy aparat, na terenie zupełnie nieprzygotowanym i w warunkach szczególnie niesprzyjających. Skutki działań wojennych, takie jak brak odpowiednich lokali, drożyzna środków leczniczych i narzędzi lekarskich, a obok tego brak dostatecznego personelu lekarskiego i pomocniczego zaciążyły poważnie na organizacji Kas Chorych. Toteż musiała ona być rozłożona na okres lat kilku (1920-1927). Wydatki organizacyjne znalazły pokrycie w pożyczkach bezprocentowych, asygnowanych przez skarb państwa i zwracanych następnie ratami po rozpoczęciu prawidłowego funkcjonowania instytucji przy normalnych źródłach dochodów. Pierwsze zostały uruchomione Kasy Chorych w głównych centrach przemysłowych: w Warszawie, Sosnowcu i Łodzi; następne w powiatach o większych skupieniach ludności. Trudności finansowe i wojna osłabiały tempo prac organizacyjnych: gdy więc w pierwszym roku po uchwaleniu ustawy o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby stworzono dwie największe Kasy Chorych, liczące po 100 000 członków każda, w roku 1921 poprzestano na reorganizacji Kas dawnych typów; w roku 1922 powstało 13, w roku 1923 – 8 nowych Kas Chorych. […]

Odszkodowania za wypadki przy pracy istniały pod różną postacią we wszystkich dzielnicach państwa. Pracownicy umysłowi ubezpieczeni byli tylko na zasadzie i w zakresie przepisów austriackich i niemieckich tam, gdzie przepisy te obowiązywały. Podczas wysiłków czynionych przez państwo polskie w kierunku naprawienia krzywd wynikających z dewaluacji, udało się przeprowadzić szereg reform znacznie ulepszających oba te systemy ubezpieczeń.

W b. dzielnicy austriackiej, gdzie obowiązywała znowelizowana po raz ostatni w 1917 r. ustawa o ubezpieczeniu robotników od wypadków, powstała przede wszystkim konieczność – obok przyznania dodatków drożyźnianych do zdewaluowanych świadczeń – usunięcia krzywdy powodowanej niskim wymiarem granicy pobieranego zarobku. Dano do tego podstawę w ustawie z dn. 7 czerwca 1921 r., która, wprowadzając dodatki, zarazem zniosła granicę pobieranego zarobku. Równocześnie, wychodząc z zasady powszechności ubezpieczenia, państwo polskie znacznie rozszerzyło zakres zakładów i osób podlegających obowiązkowi ubezpieczenia. Obecnie na obszarze działania ustawy austriackiej ubezpieczeni od wypadków przy pracy są wszyscy robotnicy, urzędnicy, uczniowie i praktykanci, zatrudnieni we wszelkich zakładach pracy, włącznie z gospodarstwami rolnymi o obszarze powyżej 30 ha (z wyjątkiem niektórych zakładów prowadzonych nie dla zysku).

W b. dzielnicy pruskiej na plan pierwszy wysunęło się zagadnienie organizacyjne: należało stworzyć instytucję ubezpieczeniową, która objęłaby funkcje po pozostałych w granicach państwa niemieckiego przemysłowych spółkach zawodowych (Berufsgenossenschaften), przeprowadzających ubezpieczenie od wypadków. Powołano przeto do życia Ubezpieczalnię Krajową w Poznaniu, która objęła ubezpieczenie od wypadków w przemyśle, ubezpieczenie inwalidzkie, a początkowo i ubezpieczenie pracowników umysłowych.

Istniejące na zasadzie ustawy z 1906 r. na ziemiach polskich przynależnych do Austrii ubezpieczenie pracowników umysłowych na wypadek niezdolności do zarobkowania, starości i śmierci wykonywane było przez dwa biura powszechnego zakładu pensyjnego dla funkcjonariuszy w Wiedniu oraz przez szereg zakładów zastępczych. Uznając zasadę terytorialności instytucji ubezpieczeniowych za najwłaściwszą, dokonano fuzji jednego z tych biur, które pozostało w granicach Polski, z Towarzystwem Wzajemnych Ubezpieczeń Urzędników Prywatnych, największym spośród zakładów zastępczych, i utworzono z nich (ustawą z dn. 10 czerwca 1921 r.) jeden Zakład Pensyjny dla Funkcjonariuszy we Lwowie. Jednocześnie zniesiono możność zastąpienia ubezpieczenia umową zastępczą między pracodawcą a pracownikiem oraz zaostrzono warunki tworzenia odrębnych zakładów zastępczych, wymagając od nich udzielania lepszych świadczeń, większej liczby członków i silniejszych gwarancji finansowych. Prócz tego zwiększono udział ubezpieczonych w organach kierowniczych. Tą samą ustawą rozszerzono zakres ubezpieczenia na pomocników handlowych i na wszystkich pracowników najemnych niezatrudnionych w charakterze służby czeladnej lub robotników oraz wydatnie podwyższono świadczenia. […]

Sejm konstytucyjny, w przewidywaniu bliskiego końca przeciągającego się swego istnienia, dał jeden poważnej treści akt prawodawczy o nowym znaczeniu dla świata robotniczego. Aktem tym była, uchwalona zgodnie na wniosek stronnictwa chrześcijańsko-demokratycznego, ustawa z dn. 16 maja o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Przepisy tej ustawy zapewniają pracownikom fizycznym 8 dni płatnego urlopu, o ile przepracowali w danym przedsiębiorstwie nieprzerwanie przynajmniej rok jeden, i 15 dni takiegoż urlopu po 3 latach pracy, zaś pracownikom umysłowym – 2 tygodnie urlopu po nieprzerwanej pracy półrocznej i 1 miesiąc po roku takiej pracy. […] Dobrodziejstwo przepisów o urlopach okaże się w pełni dopiero wówczas, gdy wydadzą owoce wszechstronne prace nad właściwym zużytkowywaniem wczasów robotniczych, prowadzone od niezbyt dawna, głównie przy pomocy subwencji rządowych.

Najlepszym streszczeniem istoty myśli społecznej w okresie sejmu konstytucyjnego będzie powołanie się na traktujące o pracy artykuły uchwalonej przez ten sejm obowiązującej Konstytucji z dn. 17 marca 1921 r. Są to artykuły 102 i 103, częściowo art. 68 oraz wstęp do Konstytucji.

Art. 102 rozwija jedną z myśli zawartych we wstępie, który pośród celów ustawy konstytucyjnej wymienia „zabezpieczenie pracy poszanowania, należnych praw i szczególnej opieki państwa”. Art. 102 wyraża tę samą myśl w ten sposób, że „praca, jako główna podstawa bogactwa Rzeczypospolitej, pozostawać ma pod szczególną ochroną Państwa”, powtarzając to po raz trzeci w ustępie 2 tegoż artykułu: „Każdy obywatel ma prawo do opieki Państwa nad jego pracą, a w razie braku pracy, choroby, nieszczęśliwego wypadku i niedołęstwa – do ubezpieczenia społecznego, które ustali osobna ustawa”.

Opieka nad dzieckiem stanowi treść dwóch pierwszych ustępów art. 103:

„Dzieci bez dostatecznej opieki rodzicielskiej, zaniedbane pod względem wychowawczym – mają prawo do opieki i pomocy Państwa w zakresie oznaczonym ustawą”. […]

Opieka nad macierzyństwem ze strony Państwa wynika z ustępu 3 art. 103:

„Osobne ustawy normują opiekę macierzyństwa”.

Dwa ostatnie ustępy art. 103 wracają znów do spraw ochrony pracy, mianowicie zajmują się ochroną pracy dzieci, młodzieży i kobiet, od razu regulując te sprawy w sposób ogólnikowy, a zarazem bardzo szeroki:

„Praca zarobkowa dzieci niżej lat 15, praca nocna kobiet i robotników młodocianych w gałęziach przemysłu szkodliwych dla ich zdrowia jest zakazana”.

„Stałe zatrudnienie pracą zarobkową dzieci i młodzieży w wieku szkolnym jest zakazane”.

Wszystkie te przepisy Konstytucji polskiej trzeba uznać za zdecydowany i mocny, choć niezupełnie szczęśliwy w formie, wyraz nowej myśli gospodarczo-społecznej. […]

Dola pracowników w ZSRR

Dola pracowników w ZSRR

CC BY-NC-SA Ibai Lemon, flickr.com/photos/ibailemon/3112328091

Wiadomo, że dyktatura proletariatu pod rządami partii komunistycznej czyni z klasy robotniczej klasę rządzącą i dąży do stworzenia nowego, bezklasowego społeczeństwa. Minęło 19 lat od wybuchu rewolucji. Sytuacja robotnika jest zależna od stopnia wykształcenia fachowego, od przekonań politycznych (czy należy do partii lub organizacji młodzieży; prawomyślny czy niepewny; krewny lub przyjaciel wybitnego komunisty czy osoby podejrzanej), od przedsiębiorstwa, od miejscowości. Przy wykonywaniu tej samej pracy robotnicy wielkich przedsiębiorstw są na ogół lepiej płatni niż w warsztatach mniejszych. Większe centra w stosunku do odległych prowincji są uprzywilejowane. Niejednostajność płac myli obserwatora i umożliwia różne fikcje statystyczne, z których najniewinniejsza polega na przedstawieniu średniego zarobku znacznie wyższym, niż wynoszą istotne pobory większości pracowników. Dziś już nieżyjący Kujbyszew przedłożył Komisji Planu sprawozdanie, które opublikowano dnia 3 stycznia 1935. Według niego, średni zarobek w Moskwie wynosił 149 rb. 30 kp. miesięcznie. Natomiast według moich obserwacji osobistych, w tym samym czasie olbrzymia większość robotników moskiewskiej elektrowni (elektrozawod) zarabiała po 120-140 rb. miesięcznie. Państwowy fundusz płac od tego czasu nie zwiększył się, natomiast ilość zarobkujących wzrosła. Dziś możemy uważać za średnie następujące zarobki miesięczne: siły pomocnicze 100-120 rb.; robotnik niewykwalifikowany 150-200 rb.; robotnik wykwalifikowany 250-400 rb.; stachanowiec 500 rb. i więcej, aż do 1500 rb., a nawet w wyjątkowych wypadkach 2000 rb. Płace kobiet są zazwyczaj mniejsze, zwłaszcza na niższych szczeblach, a te obejmują olbrzymią większość pracownic. Setki tysięcy robotnic sowieckich zarabiają 70 do 90 rb. miesięcznie. Jest to uposażenie głodowe, zupełnie niewystarczające na wyżywienie. Stąd wniosek, że państwo-pracodawca uważa, iż zarobki kobiece winne odgrywać w budżecie rodzinnym jedynie rolę pomocniczą. Teoria głosi pięknie: jednakowa praca, jednakowa płaca. Jednakże bolszewicy mają na to odpowiedź, że praca pracy nierówna.

PD Ivan Simakov, Pamiętajmy o głodujących!, en.wikipedia.org/wiki/File:Pomni.jpg

Płace w Leningradzie i Moskwie na początku roku 1937 wynosiły: pracownik naukowy wielkiego zakładu studiów wyższych 300-400 rb.; maszynistka biurowa, znająca języki obce około 200 rb.; redaktor dziennika 230 rb.; różni urzędnicy 90-120 rb. Wielu robotników zarabiało ostatnio w przemyśle włókienniczym w Moskwie (Krasnaja Presnia) 100-120 rb. Na prowincji, gdzie mieszkałem, zarobki kobiece wahają się przeważnie od 70-90 rb. Ekonomista (kalkulator) zarabia 350 rb. (dzień pracy nieograniczony); buchalter (dzień pracy nieograniczony i odpowiedzialność materialna za funkcjonowanie przedsiębiorstwa) 250-350 rb.; odpowiedzialny funkcjonariusz partyjny 250 rb. i wyżej; dyrektor przedsiębiorstwa lub szef biura (komunista) 400-800 rb.; wyżsi funkcjonariusze (komuniści) i wybitni fachowcy od 1000-5000 rb. W stolicach znani fachowcy osiągają od 5000 do 10000 rb. miesięcznie. Podobne są zarobki pisarzy. Wielcy dramaturdzy oficjalni, malarze odznaczeni, którzy stale portretują wodzów, poeci i powieściopisarze, zatwierdzeni przez Komitet Centralny, mogą osiągnąć, a nawet przekroczyć milion rubli rocznego dochodu. Dane powyższe wymagają pewnych wyjaśnień dodatkowych: współpracownik instytutu naukowego zarabia zaledwie 300-400 rb., lecz pracuje w 2 lub 3 instytucjach, co mu daje w końcu miesiąca 1200 rb. Redaktor dziennika, pobierający 250 rb. miesięcznie, współpracuje przy publikacjach, które potrajają jego dochód. Dyrektor fabryki z pensją 500-1500 rb. przyznaje sobie z okazji świąt i obchodów rocznie premię za wykonanie planu. Działacze partyjni i kierownicy komunistyczni otrzymują kupony dobrych materiałów na ubrania, partia daje im luksusowe mieszkania, korzystają oni z domów wypoczynkowych na Kaukazie i Krymie, bezpłatnie lub po cenach ulgowych. Natomiast olbrzymia większość pracowników, a więc tych, którzy żyją z niskich płac, jest pozostawiona sama sobie. To znaczy żyje w nędzy.

Obliczmy tylko potrącenia od zarobków: podatek, pożyczki przymusowe (15 dni płacy rocznie od zarobków najniższych, I miesiąc dla pozostałych), składki na partię, na spółdzielnię, na obronę lotniczo-gazową, Fundusz Obrony Komunizmu itd.

Poza tym świadczenia „dobrowolne” (w rzeczywistości przymusowe) na pomoc międzynarodową („Mopr”), na budowę sterowców, samolotów itd. Potrącenia faktyczne od płac dochodzą od 15-20%. Znałem w szpitalu (1935 r.) sanitariuszki, które otrzymywały 26 rb. za dwutygodniówkę w czasie, gdy chleb kosztował po rublu za kilogram. Kazano im jeszcze, o ile były zdrowe, ubezpieczać się.

W fabrykach i wytwórniach kwitnie system kar pieniężnych: grzywny za niedbalstwo, opóźnienie, przerwę w pracy, brak dyscypliny itd. To powoduje tragedie. Ktoś spodziewa się dostać setkę rubli w końcu miesiąca, a dyrekcja przedstawia rachunek kar na 30 rb. Ze smutkiem muszę przy tej okazji przypomnieć, że Lenin na Syberii rozpoczął swoją karierę publicystyczną broszurą, która była oskarżeniem: „O karach pieniężnych”.

Propaganda oficjalna wyolbrzymia tzw. uposażenia pośrednie, składające się z ubezpieczeń socjalnych, opieki bezpłatnej na wypadek choroby, korzystania z domów wypoczynkowych, emerytur. Z tego wszystkiego jako taką wartość przedstawiają uposażenia (i to niepełne) na wypadek choroby oraz zapomogi wypłacane w okresie ciąży i karmienia. Jednak ilość bonów zapomogowych, które otrzymują lekarze do rozdania między chorych, jest ograniczona. Bezpłatne wydawanie lekarstw zostało ostatnio zniesione. Pobyt w lepszych uzdrowiskach jest bezpłatny jedynie dla działaczy specjalnie dobrze notowanych, którym miejsca w domach wypoczynkowych przyznaje syndykat. W praktyce podróż na Krym lub Kaukaz jest marzeniem nieziszczalnym dla pracownika pobierającego 80-150 rubli uposażenia. Taki bowiem wyjazd pociąga za sobą wydatek około 700 rb.; poza tym trzeba dostać bon, dość trudny do zdobycia. Cyfry, ogłoszone oficjalnie, potwierdzają w tym względzie moje spostrzeżenia osobiste, gdyż z 24 000 000 pracowników zaledwie 181 000 korzystało w roku 1934 z miejscowości kuracyjnych.

Jaką wartość przedstawiają te zarobki?

Siła nabywcza rubla odpowiada mniej więcej frankowi francuskiemu lub belgijskiemu. Jedynie chleb jest w ZSRR tańszy (1 kg kosztuje 90 kop.-1 rb.). Natomiast bułki są niedostępne z powodu ceny (4,50-7,50 rb. za kilogram).

Oto przykłady cen na początku roku 1936: wołowina 6-8 rb. za 1 kg; wieprzowina 9-12; masło 14-18; ser 24; śledzie 6-10; kawior 32-40; kawa 40-50; cukierki 9-40; herbata 60-100 rb.; czekolada 50; alkohol (wódka) 12 rb. za litr.

Manufaktura: płaszcze 100-500 rb.; obuwie ze skórzaną podeszwą 80-150 rb.; garnitur bawełniany 200 rb.; wełniany 600-1000 rb.; sukienka perkalowa 70-100 rb.; bluzka wełniana 200 rb.

1 m3 drzewa opałowego z dostawą do domu i porąbaniem 40-50 rb. By opalić zimą skromne mieszkanie, trzeba zużyć co najmniej 6 m3.

Komorne za pokój wynajęty z wolnej ręki wynosi na prowincji 40-50 rb. miesięcznie; kąt przy rodzinie kosztuje nie mniej niż 30 rb. W dużych miastach ceny mieszkań są wyższe.

Dodać wypada, że nie tylko ceny są wygórowane, ale i samo zdobycie produktów, manufaktury, obuwia i opału jest utrudnione. Często musi się wędrować do innego miasta, by nabyć parę bucików lub koc, z którego uszyje się palto.

Brak towarów jest przyczyną zwyżki cen na nielegalnych rynkach sprzedaży. Tych stosunków nie mogą uzdrowić ani areszty, ani zsyłki spekulantów, które stosowano przez całe lata, a dochodzące np. w roku 1936 nieraz do stu dziennie w samej Moskwie, jak podawały gazety oficjalne.

Pracownik więc 100-rublowy zarabia miesięcznie za 24 dni pracy niewiele więcej niż 5 kg masła lub też 100 kg chleba. Ponieważ można żyć samym chlebem, przynajmniej przez pewien dłuższy czas, dziś więc robotnik nie jest już głodny i powinien być zadowolony z tego polepszenia bytu.

Pewien robotnik francuski, który mieszkał przeszło 10 lat w ZSRR, wpadł na pomysł sporządzenia w roku 1936 dla Moskwy i Paryża tabeli porównawczej, która pozwalała na obliczenie czasu potrzebnego dla jednego robotnika do zarobienia na artykuły codziennej potrzeby. Okazuje się, że w Sowietach siła pomocnicza pracuje 172 minuty na 1 kg białego chleba, co odpowiada 36 minutom czasu francuskiego bezrobotnego. Robotnik sowiecki pracuje na 1 kg masła 1548 min. (siła pomocnicza), 930 min. (robotnik przeciętny) czy też 632 min. (robotnik wykwalifikowany). We Francji zarabia to kilo masła siła pomocnicza w 180 min., a robotnik wykwalifikowany w 114 min. Wyliczenia są najzupełniej ścisłe.

Czy żyło się lepiej przed rewolucją? Wszyscy liczący po czterdziestce twierdzą jednomyślnie, że tak. Przynajmniej co się tyczy trzech rzeczy: jedzenia, mieszkania i ubrania. Statystyka to potwierdza. Robotnik z fabryki włókienniczej, który w roku 1912-14 zarabiał 300 kg chleba miesięcznie, lub górnik, który zarabiał 600 – otrzymuje dziś przeciętnie 150 rb., tj. 150 kg chleba.

Nieraz słyszałem, jak matki ubolewały nad tym, że ich dzieci nie znały tych dobrych czasów, kiedy to z okazji świąt religijnych przyrządzało się tyle smacznych rzeczy: ciastka, konfitury, kremy. Słyszałem narzekania starych kobiet, że dziś nie mają nawet herbaty do picia.

Przeciętne pensje wdów po poległych na wojnie domowej wynoszą 30 rb. (!) miesięcznie. W roku 1926 rychłe osiągnięcie poziomu przedwojennego wydawało się możliwe. Dziś jest do tego niesłychanie daleko. Żeby przywrócić obecnie stan materialny z r. 1926, należałoby podwoić wszystkie niskie uposażenia. Według zaś szefa rządu, Mołotowa, nie można się spodziewać w ciągu najbliższych 3-4 lat podwyżki ponad „parę dziesiątków procent” (powiedzmy nawet 30%).

Arystokracja robotnicza, zarabiająca ponad 150 rb. miesięcznie, stanowiła w ciągu 10 lat zaledwie 6%. Przy najlepszej woli możemy przyjąć, że stanowi ona dziś 10%, pomimo iż nowe przedsiębiorstwa, w wysokim stopniu zmechanizowane, wymagają przeważnie sił roboczych półwykwalifikowanych. A jednak dziewięć dziesiątych robotników sowieckich żyje z niskich zarobków.

Jak im się to udaje?

Komorne stanowi zaledwie około 10% budżetu. Są to raczej nory niż mieszkania. Norma powierzchni zamieszkałej wynosi w wielkich miastach po 8 m2 na głowę obywatela, a w centrach regionalnych władze miejscowe obniżają jeszcze to minimum do 5 m2. To znaczy, że z reguły cała rodzina mieści się w jednej izbie, że sypia się na korytarzach i strychach, w spichrzach i piwnicach. Ponieważ zaś mieszkania nie są dostosowane do takiego przeludnienia, jedni zajmują źle przewietrzanie pokoje, przez które muszą przedostawać się inni, by wyjść lub wejść do siebie. Proszę sobie uzmysłowić w tym natłoku skutki braku bielizny, sprzętów, ubrań; skutki ciemnoty, alkoholizmu i donosów. Albo też wyobraźmy sobie zażarte walki, toczące się o izbę, w której kona dotychczasowa lokatorka.

Robotnicy zatrudnieni w wielkich warsztatach mieszkają w barakach, w jeszcze gorszych warunkach. Na prowincji i przedmieściach ludzie hodują króliki, świnię lub krowę. Zwierzęta te trzeba lokować na korytarzach, pod oknem lub też w samej izbie, gdyż kradzież jest zjawiskiem powszechnym. Pomimo to silą się ludzie na stworzenie sobie, nawet w tych warunkach, zacisza domowego. Widziałem wnętrza wprost wzruszające swoją czystością i schludnością. Powiedziałbym, że były one prawie przytulne. Nędza przystroiła się tam w rodzaj bieli. Jedyne umeblowanie stanowiły łachmany dobrze naprawione, wyprane i narzucone na stare skrzynie. Szkło od lampy zaklejono papierem pergaminowym; łóżka przykryto prześcieradłami, które zdejmowało się na noc, gdyż były one jedyne i nie do zastąpienia. Ale najtragiczniejsze, co widziałem, to cierpienia dzieci źle ubranych podczas silnych mrozów zimowych.

Potworną plagą jest alkoholizm. Mężczyźni, kobiety, starcy i wyrostki – wszyscy piją. Widuje się ich często pijanych do nieprzytomności, leżących na śniegu lub w kurzu, w polu lub na wielkich arteriach miasta. W dni wypoczynku lub święta co trzeci przechodzień zatacza się, podśpiewuje lub wykrzykuje coś na ulicy.

W dzień pogrzebu Kirowa zakazano sprzedaży alkoholu.

Czy rozumiecie – mówił mi na ten temat pewien komunista, kierownik spółdzielni – że gdyby się ludzie dziś popili, mogliby powiedzieć zbyt wiele rzeczy…

Alkoholizm ludu rosyjskiego wypływa z jego nędzy. Ani domu, ani dobrobytu, mało rozrywek, życie płynie bez wszelkiej radości. Pozostaje alkohol, który daje otumanienie i wyzwala w człowieku bydlę z pęt przyzwoitości. I tenże alkoholizm jest przyczyną niedożywienia i niezliczonych dramatów. W szpitalach, w których przebywałem, personel robił w wigilię dnia odpoczynku niezbędne przygotowania, by przyjmować pacjentów o rozbitych gębach, zmasakrowanych i rannych na wszelkie możliwe sposoby…

Mieszkałem z biedakami tego kraju, jednakże nie mam im za złe, że się upijali. Znam zbyt dobrze ogrom smutku życia bez jutra i bez radości. Ze wzrostem dobrobytu alkoholizm się zmniejszy.

Niskie uposażenia zazwyczaj wpływają ujemnie na wydajność pracy. Szewc ze spółdzielni rzemieślników, otrzymujący 150 rb. miesięcznie, stara się wszelkimi sposobami o poboczne dochody. Ze skóry, którą potajemnie wynosi, robi kilka naprawek w domu i to przynosi mu więcej niż pensja. Klient zaś jest zadowolony, gdyż obstalunek jest wykonany mniej więcej możliwie. Taki szewc obawia się znacznie więcej przeciążenia obowiązkową pracą niż bezrobocia.

Spekulacja, to znaczy odsprzedaż artykułów kupowanych od państwa bądź dzięki wyjątkowym stosunkom, bądź też po prostu po nocy spędzonej w ogonku przed drzwiami sklepu, żywi miliony ludzi. Odsprzedaż pary bucików przynosi w ciągu jednego przedpołudnia tyle dochodu, co osiem dni pracy w fabryce. Ludzie chodzą do pracy, by być zarejestrowanym jako robotnik lub robotnica, lecz żywi ich w rzeczywistości spekulacja. Poza tym – kradzież: ściąga się wszędzie i wszystko, co się da. Partia podejmuje co pewien czas wielką kampanię przeciwko kradzieży w przedsiębiorstwach przemysłowych i składach. Wytacza się procesy dla przykładu, i dla przykładu zapadają jak najsurowsze wyroki skazujące. Nic jednak nie zdoła powstrzymać sprzedawczyni chleba (110 rb. miesięcznie) od nadgryzień kromki chleba i wyniesienia ukradkiem drugiej dla swego dziecka; nawet o ile za to przestępstwo grozi kara dwóch lat przymusowych robót. Nic też nie powstrzyma robotnika otrzymującego 150 rb. miesięcznie przed wyniesieniem pod połą z przędzalni nici, które następnie łatwo sprzeda po trzy ruble za szpulkę…

Ukryte bezrobocie milionów ludzi daje się wytłumaczyć właśnie spekulacją. Gnębi ona masy, ale równocześnie przynosi im ulgę. Konsument toleruje ją, ponieważ w wielu wypadkach jedynie na nią może liczyć, zresztą sam spekuluje i odnosi z tego w rezultacie więcej korzyści niż strat. Kradnąc trochę, sprzedając co się da, małżeństwo robotnicze o nominalnych poborach 200 rb. (mąż 130, żona 70), które ma dwoje dzieci, o ile potrafi wziąć się do rzeczy, podwaja mniej więcej swoje dochody. Żywią się warzywami świeżymi latem, solonymi zimą, odrobiną mięsa – raz lub dwa w tygodniu – nabiałem – jeżeli nie jest zbyt drogi. Kto ma krowę lub kozę, żyje prawie w dostatku, pomimo odoru nawozu, który wypełnia mieszkanie.

Zagadnienie ubrania i opału jest ważne. Na prowincji robią i wynoszą drzewa z parków, rozbierają parkany. Widziałem, jak podczas paru zim z rzędu znikało ogrodzenie wojskowej ujeżdżalni.

To pewne, że opłakany stan włóczęgów głównie przyczynia się do „znikania” transportów. Jedynie linie kolejowe o połączeniach międzynarodowych są dobrze utrzymane. Poza tym jeszcze parę linii centralnych. Z chwilą jednak, gdy oddalimy się od Moskwy, zobaczymy pociągi stale przepełnione i brudne; konduktorzy to nieszczęśnicy, których samo zjawienie się już wywołuje rozpaczliwe oburzenie. Włóczędzy znajdują dodatkowy zarobek, oddając niedozwolone przysługi podróżnym i przewożąc towary przeznaczone na drobną spekulację.

Utarło się mniemanie, że w ZSRR nie ma ani bezrobocia, ani niepewnego jutra pracownika. Prawdą jest, że odczuwa się raczej brak rąk roboczych, ale dzieje się to jedynie dlatego, że wynagrodzenia są bardzo słabe. Ktokolwiek szukał pracy w jakimkolwiek bądź sowieckim mieście, wie, że w końcu zawsze ją znalazł – na bardzo złych warunkach. Kto podróżował po ZSRR, wie, jakie tłumy przesiedleńców wypełniają stacje. Są to ludzie, którzy nie pójdą nazajutrz ani do fabryki, ani do biura, ani w pole. Istotnie masy nie odczuwają bezrobocia takiego, jak w państwach kapitalistycznych. Są jednak inne formy bezrobocia, obejmujące miliony pracowników, lecz statystyka państwowa świadomie to przemilcza. Niepewność jutra w tych warunkach przybiera również inne formy niż na Zachodzie. Nikt nie posiada ani zapasów, ani oszczędności. Żyje się stale w wielkim niedostatku, toteż pozbawienie pracy bez zasiłku, nawet na krótki czas, staje się klęską. Zresztą, z samej pracy wyżyć nie można, stąd – więzienie stało się dla wszystkich czymś powszednim.

Wśród szerokich mas małżeństwo obarczone rodziną wiedzie żywot bardzo ciężki. Mężczyzna musi „pracować”, żeby mieć legalne stanowisko, po czym dopiero musi się starać o zdobycie środków utrzymania… Żłobki dziecięce, pralnie i inne instytucje użyteczności publicznej służą jedynie uprzywilejowanej mniejszości. Sytuacja mas jest beznadziejna, życie przygniatająco prymitywne.

Reasumując:

Nierówność zarobków jest uderzająca, dochodząc w klasie robotniczej do stosunku 1:15. Zarobki większości są bardzo niskie, znacznie niższe niż średnie płace podane przez statystyki, i zupełnie nie wystarczają do utrzymania. Płaca tzw. średnia (powtarzamy, jest ona wyższa od tego, co otrzymuje większość pracowników) pozwala na poziom życia niższy od przedwojennego w Rosji, znacznie niższy od skali życia większości robotników na Zachodzie. Państwo, które tak mało troszczy się o istotne interesy klasy robotniczej, powinno doprowadzić w krótkim czasie płace do poziomu z r. 1914, prawie osiągnięte w r. 1926. Ustrój biurokratyczny woli jednak, pogłębiając różnice socjalne, stwarzać z krzywdą dla mas różne nowe uprzywilejowane warstwy.

Technicy są w sytuacji znacznie lepszej niż robotnicy. Ich uposażenia rzadko kiedy są niższe niż 300 rb., a często przekraczające tę kwotę. Inżynierowie o wybitnych kwalifikacjach zarabiają po kilka tysięcy rubli miesięcznie. Dostają gratyfikacje. Dla nich specjalnie buduje się luksusowe mieszkania. Mają kluby. Instytuty naukowe, zakładane obecnie w wielkich ilościach, umożliwiają im ulepszenia techniczne. Jednakże inżynierom tym nie wolno się zrzeszać. Wszelkie ich poczynania są nadzorowane.

Zdawałoby się, że sytuacja ich jest świetna, gdyby nie przytłaczająca odpowiedzialność karna, ciążąca na nich stale. Kierownicze stanowiska należą do komunistów, ci zaś są jedynie wykonawcami zarządzeń władz centralnych. Może dyrektywy te okażą się niewykonalne? Może pociągną one za sobą skutki nieprzewidziane i przykre? Może niskie płace wpłyną ujemnie na wydajność pracy? Może plan jest nieudolny? Wreszcie, być może inżynier pozwolił sobie na wypowiedzenie pewnych zastrzeżeń? A może nic nie powiedział przez nadmiar ostrożności w przededniu próby, która się nie powiodła?

W tych i wielu innych wypadkach personel techniczny, oskarżony o nieudolność, niedbalstwo, złą wolę, działalność kontrrewolucyjną lub spisek, jest przedmiotem masowych kar, które zazwyczaj polegają na aresztowaniu i kończą się aż nazbyt często – egzekucją.

Victor Serge

Powyższy tekst to rozdział (oryginalnie zatytułowany „Dola pracowników”) książki Victora Serge’a „Losy pewnej rewolucji. ZSRR w latach 1917-1936”, polskie wydanie Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska”, Warszawa 1938.

Fabryki dla aparatczyków

Fabryki dla aparatczyków

PD Borys Kustodijew, Bolszewik, en.wikipedia.org/wiki/File:Kustodiev_The_Bolshevik.jpg

Każde zwycięstwo polityczne klasy robotniczej wpływa też na postawę robotników w przedsiębiorstwach. Kiedy po rewolucji październikowej proletariat zapanował nad burżuazją, robotnicy w fabryce również uważali się za władców przedsiębiorstwa. Pierwszą próbą wyrażenia tej zmiany stosunku władzy w fabryce, w formie ustawy, jest dekret o „kontroli robotniczej” z dn. 16 listopada 1917. Dekret ten nie wprowadza uspołecznienia przemysłu i przedsiębiorca pozostaje właścicielem przedsiębiorstwa i kierownikiem produkcji, bierze na siebie ryzyko i zysk, jednakże działalność przedsiębiorcy poddana jest kontroli robotników. Kontrolę tę wykonuje w każdym przedsiębiorstwie rada fabryczna, w każdej guberni rada kontroli robotniczych, złożona z zastępców rad fabrycznych, stowarzyszeń zawodowych i spółdzielczych. Rada fabryczna każdego przedsiębiorstwa ma prawo nadzorować prowadzenie przedsiębiorstwa, mieć wgląd w księgi handlowe, w korespondencję handlową i przeprowadzać uchwały ws. prowadzenia przedsiębiorstwa. Uchwały te są dla przedsiębiorcy obowiązujące; ma tylko prawo wnieść protest przeciwko uchwałom rady fabrycznej do rady kontroli robotniczych, która rozstrzyga decydująco.

„Kontrola robotnicza” musiała w najkrótszym czasie zupełnie sparaliżować przedsiębiorstwa kapitalistyczne. Niemożliwością jest bowiem pozostawić przedsiębiorcy funkcje kierowania zakładem, odpowiedzialność za wyniki i ryzyko przedsiębiorstwa, a jednak przy tym wszystkim poddać go w zupełności kontroli rady fabrycznej. Najostrzejsze konflikty między przedsiębiorcami a radami fabrycznymi były nieuniknione. W wielu wypadkach kończyły się one tym, że robotnicy wypędzali przedsiębiorcę i kierowniczych urzędników zakładu i obejmowali sami kierownictwo. Naturalnie bardzo prędko brakło robotnikom kapitału do prowadzenia przedsiębiorstwa. Musiało interweniować państwo. Rząd musiał się zdecydować na „unarodowienie” przedsiębiorstwa.

W pierwszych sześciu miesiącach republiki sowieckiej, unarodowienie postępuje zupełnie bezplanowo. Rząd nie chce nacjonalizować; decyduje się na tę akcję tylko pod przymusem żywiołowej akcji mas. Nacjonalizacja na podstawie dekretu idzie dopiero w ślad za „dziką socjalizacją”, dokonywaną przez samych robotników. Dlatego nie unaradawia się całych gałęzi przemysłu, lecz tylko poszczególne przedsiębiorstwa, w których nie udało się zażegnać konfliktu między przedsiębiorcą a radą fabryczną. […]

Z rozmaitą siłą ogarnął ruch ten poszczególne gałęzie przemysłu; najsilniej przemysł metalowy, nieznacznie tekstylny, wielu zaś ważnych pod względem gospodarczym gałęzi przemysłu, jak kopalń węgla kamiennego, nie dotknął wcale. Zarząd gospodarczy powierzony został ludowym radom gospodarczym. Utworzono naczelną ludową radę gospodarczą i lokalne ludowe rady gospodarcze w poszczególnych guberniach, obwodach i okręgach, złożone z zastępców władz sowieckich, związków zawodowych i stowarzyszeń spółdzielczych. Te ludowe rady gospodarcze miały teraz zorganizować zarząd znacjonalizowanych przedsiębiorstw. Rzecz prosta, było niemożliwością stworzenie porządnego zarządu dla zakładów najróżnorodniejszych, nie związanych z sobą, unarodowionych z pobudek przypadkowych. Unarodowione przedsiębiorstwa popadły w zupełną dezorganizację, jednakże i tym, które pozostały w posiadaniu kapitału, nie lepiej się wiodło. Bo praca systematyczna niemożliwa była tam, gdzie przedsiębiorca nie wiedział, czy najbliższego dnia nie skonfiskują mu jego przedsiębiorstwa. W miejsce bezplanowej nacjonalizacji, musiano przystąpić do pracy planowej, systematycznej.

Zapatrywania co do rozmiaru i rodzaju nacjonalizacji były nawet wewnątrz partii rządzącej podzielone. Już przy obradach wstępnych nad dekretem o kontroli przedsiębiorstw przez robotników, wyłoniły się dwa kierunki: radykalny, syndykalistyczny, który chciał punkt ciężkości kontroli robotniczej przenieść do poszczególnych rad fabrycznych, nie ograniczając niczym ich kompetencji – i kierunek umiarkowany, państwowo-socjalistyczny, który kontrolę robotniczą chciał wykonać przez organy centralnej władzy sowieckiej, a zakres jej działania ściśle oznaczyć i ograniczyć drogą rozporządzenia. Wówczas, w dniach zawieruchy rewolucyjnej, zwyciężył kierunek radykalno-syndykalistyczny. Przy ustalaniu planu nacjonalizacji wynurzyło się znów to samo przeciwieństwo. Radykalno-syndykalistyczny kierunek żądał natychmiastowego unarodowienia wszystkich większych przedsiębiorstw i przeniesienia kierownictwa znacjonalizowanych gałęzi przemysłu w ręce samych robotników danych gałęzi przemysłu. Natomiast umiarkowany, państwowo-socjalistyczny kierunek domagał się ograniczenia nacjonalizacji do niewielu „dojrzałych” do tego, tzn. silnie scentralizowanych i pod względem gospodarczo-społecznym szczególnie ważnych gałęzi przemysłu – i zarządu tych znacjonalizowanych gałęzi przemysłu przez organy centralnej władzy sowieckiej. Kongres rad gospodarczych w maju 1918 wybrał drogę pośrednią. Akcja nacjonalizacji miała być ograniczona do kilku wielkich gałęzi przemysłu. Pojedynczych zakładów nie miano już nacjonalizować. Zarząd zakładów unarodowionych miał być zorganizowany w sposób następujący: przedsiębiorstwem kieruje „zarząd przedsiębiorstwa”, którego 2/3 członków mianuje rada gospodarcza, 1/3 zaś wybierają zorganizowani zawodowo robotnicy danego przedsiębiorstwa. […]

Zarząd całej gałęzi przemysłu organizuje, zależnie od okoliczności, albo najwyższa rada gospodarcza, albo rada gospodarcza guberni, a mianowicie w ten sposób, że dla każdej gałęzi przemysłu tworzy się centralny zarząd przemysłowy, złożony z zastępców rady gospodarczej związków zawodowych i z delegatów zarządów przemysłowych. Poszczególne zarządy przemysłowe podlegają centralnemu i gubernialnemu zarządowi danej gałęzi przemysłu; przysługuje im prawo czynienia propozycji co do mianowania kierujących urzędników zakładu do zarządu, a nawet niekiedy mianowania ich wbrew woli zarządu przedsiębiorstwa. Cała organizacja zarządu we wszystkich swych rozgałęzieniach opiera się na jednolitym kierownictwie przemysłu przez władzę państwową, reprezentowaną przez rady gospodarcze, wraz z robotnikami danej gałęzi przemysłu. […]

CC BY mediafury, flickr.com/photos/mediafury/4535325816

Bardzo prędko jednak rząd sowiecki ujrzał się zmuszonym znowu pójść dalej, niż zamierzał. Robotnicy, władcy w państwie, nie chcieli znieść niczyjej przewagi w fabryce. Przedsiębiorcy, zupełnie wydani przez państwo w ręce klasy robotniczej, nie mogli w tych warunkach sprawować kierownictwa. W kilka tygodni po majowym kongresie rad gospodarczych musiano się już zdecydować na unarodowienie prawie całego wielkiego przemysłu. Nastąpiło to na skutek dekretu z 28 czerwca 1918 r. Skoro więc w ten sposób prawie cały wielki przemysł przeszedł w ręce władzy sowieckiej, kwestia zarządu unarodowionego przemysłu nabrała poważnego znaczenia.

Przemysłowiec kapitalista staje wobec robotników w podwójnej roli. Kieruje on społecznym procesem pracy, zarazem jednak wyzyskuje go. Rewolucja proletariacka wyrzuca kapitalistę z przedsiębiorstwa, by społeczny proces pracy uwolnić od wyzysku. Traci jednak zarazem kierownika przedsiębiorstwa, który zespala indywidualne prace, organizuje je i nadzoruje. […] Kapitalizm nie daje masie robotniczej sposobności do nabycia koniecznych do kierownictwa i organizowania społecznej pracy wiadomości, doświadczeń i zdolności. Jednakże kapitalizm wyławia z klasy robotniczej „pewną szczególną sortę zarobników” (Marks), która w imieniu kapitalizmu spełnia funkcję kierownictwa i organizowania pracy, jako też w jego imieniu zarządza produkcją. Proletariat może tylko wówczas ująć we własne ręce funkcje kierownictwa i organizacji pracy, jeżeli zdoła tę odrębną kategorię zarobników pozyskać na swe usługi. Tylko w ten sposób może po wyzwoleniu swym z kapitalistycznego wyzysku utrzymać w ruchu i dalej rozwijać społeczny proces pracy.

W pierwszej fazie rosyjskiej rewolucji proletariatu nie było tych warunków. Wielu dyrektorów, inżynierów i techników opuściło swe placówki. Niekiedy czynili to dobrowolnie, jako przeciwnicy władzy sowieckiej. Często byli do tego zmuszeni przez robotników, ponieważ robotnicy nie chcieli się podporządkować ludziom, którzy niedawno jeszcze rządzili w imieniu kapitału. […] Tak więc brakowało unarodowionym przedsiębiorstwom owego fachowego i dostatecznym autorytetem wyposażonego kierownictwa, bez którego żaden społeczny proces pracy nie jest możliwy.

Kooperacja robotników najemnych – mówi Marks – jest dziełem samego kapitału, który tych robotników równocześnie zatrudnia. Związek pomiędzy ich funkcjami, ich jedność jako zbiorowego ciała wytwórczego, leżą poza nimi, w kapitale, który ich razem zbiera i łączy. Związek pomiędzy ich funkcjami przedstawia im się przeto idealnie jako plan, praktycznie jako autorytet kapitalisty, jako siła obcej woli, która ich działalność podporządkowuje swemu celowi. Dopiero na wyższym stopniu rozwoju organizacji kulturalnej dojrzałości proletariatu umie robotnik oceniać związek swojej funkcji z funkcjami reszty towarzyszy pracy, nie tylko jedynie pod kątem nakazu kapitału, lecz także z punktu wymogów pracy społecznej; swoje zaś podporządkowanie się ciału zbiorowemu oceniać nie tylko jako poddanie się pod obcą władzę, lecz jako przystosowanie się do produktywnej wspólnoty pracy. Proletariat rosyjski, historycznie młody, który dopiero w ostatniej generacji wyłonił się z chłopstwa, niezorganizowany i niewyszkolony za czasów caratu, nie osiągnął jeszcze tego stopnia rozwoju organizacji i kulturalnej dojrzałości. Z upadkiem autorytetu kapitalisty produkcja doznała poważnego wstrząśnienia wskutek tego, że robotnicy nie umieli należycie oceniać związku swych funkcji z całokształtem społecznego procesu pracy. Skoro zabrakło obcej woli, poddającej prace robotników swemu celowi, wówczas harmonia tego jednolitego, produkującego ciała zbiorowego rozluźniła się. Dawna kapitalistyczna dyscyplina pracy utraciła swą moc, nowa zaś, proletariacka, opierającą się na wyrozumiałości, ochocie i solidarności, nie zaczęła jeszcze działać, zatem w przedsiębiorstwa wkradł się brak dyscypliny, dezorganizacja, anarchia. Katastrofalny spadek intensywności i produktywności pracy stał się największym niebezpieczeństwem dla republiki sowietów.

Rząd sowietów musiał powołać wszystkie siły do walki przeciwko anarchii w procesie produkcji. Przede wszystkim starał się sprowadzić na powrót do przedsiębiorstw dyrektorów, inżynierów i techników przez zapewnienie im wyższych płac i samodzielnego zakresu działania. Równocześnie rozpoczęła się owa wielka kampania słowna, w której rzecznicy władzy sowieckiej starali się przekonać robotników o konieczności przywrócenia znów dyscypliny pracy, wzmożenia intensywności pracy i uznania autorytetu kierowników przedsiębiorstwa. Przede wszystkim zaś wprzęgnięto związki zawodowe do spełnienia tych zadań.

W znacjonalizowanym przemyśle zmienia się rola związków zawodowych. Z organów walki pracy przeciwko kapitałowi, przemieniają się w organy zarządu państwa proletariatu, które reprezentuje z jednej strony interesy ludu pracującego poszczególnych gałęzi przemysłu w ludowych radach gospodarczych i centralnych zarządach przemysłu, z drugiej zaś strony muszą wprowadzić proletariacką dyscyplinę pracy w poszczególnych przedsiębiorstwach. […] Przekonywanie i środki dyscypliny zawodowej nie wystarczyły jednakże do pokonania anarchii w znacjonalizowanym przemyśle. Władza sowiecka zdecydowała się zatem pójść o krok dalej. Spór między kierunkiem państwowo-socjalistycznym i syndykalistycznym wybucha na nowo. Już przed majowym kongresem rad gospodarczych, kierunek państwowo-socjalistyczny popierał zasadę, że kierownik przedsiębiorstwa, ustanowiony przez najwyższą radę gospodarczą, ma samodzielnie prowadzić techniczne kierownictwo, zaś radzie fabrycznej przysługuje we wszystkich sprawach technicznej strony kierownictwa zakładem tylko głos doradczy, nie decydujący. Tę zasadę przyjęto do pierwotnego dekretu o administracji znacjonalizowanych przedsiębiorstw. Ale na majowym kongresie rad gospodarczych musiano tę zasadę poświęcić na rzecz kierunku syndykalistycznego, reprezentowanego przez masy. Kolegialna administracja przedsiębiorstwa, złożona z zastępców rady gospodarczej i robotników, stanęła ponad kierownikiem przedsiębiorstwa. Jednak w walce przeciwko anarchii w przedsiębiorstwach chwyta się rząd sowietów na powrót pierwotnego programu. Zdaniem rządu, anarchia nie da się już w żaden inny sposób pokonać, jak tylko przez powołanie na powrót najenergiczniejszych i najbardziej doświadczonych organizatorów do przedsiębiorstw i wyposażenie ich nieograniczonymi, dyktatorskimi pełnomocnictwami. Zezwala się im na powrotne wprowadzenia systemu akordowego, systemu Taylora, na natychmiastowe oddalenie wszystkich nieudolnych robotników, klasę zaś robotniczą zobowiązuje się do bezwzględnego podporządkowania się pod jednolitą wolę kierowników procesu pracy (Lenin). Gdy zaś jedna warstwa robotników broni się przeciwko przywróceniu dyktatury kierownika przedsiębiorstwa, nie cofa się rząd sowietów, wsparty o czerwoną armię, przed gwałtownym zmuszaniem robotników do posłuszeństwa. […]

Jeżeli się jednak wreszcie zdecydowano na zwalczanie anarchii w przemyśle środkami gwałtu i przymusu, to zastosowanie najsilniejszego środka przymusu, armii, dla osiągnięcia postawionego sobie zadania było już tylko naturalną konsekwencją. Nie cofnięto się i przed tym. Napisane przez Trockiego „Tezy Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii” wskazują drogę. W przejściowym stadium rozwoju społeczeństwa, które przejęło dziedzictwo po ciężkiej przeszłości – czytamy tutaj – nie można wprowadzić planowo zorganizowanej społecznej pracy bez zastosowania środków przymusowych, tak w stosunku do żywiołów, które prowadzą żywot pasożytów, jak i w odniesieniu do zacofanych żywiołów chłopskich i robotniczych. Środkiem przymusowym, którym państwo rozporządza, jest jego siła militarna. Zmilitaryzowanie pracy, bez względu na zakres lub formę, będzie przeto nieuchronną koniecznością dla każdego gospodarstwa przejściowego, zbudowanego na zasadzie powszechnego obowiązku pracy (Teza 21).

Do tego celu proponuje Trocki następujące środki:

1) Militaryzacja poszczególnych przedsiębiorstw lub całych gałęzi przemysłu, mających w danym momencie szczególnie ważne znaczenie, albo zbyt silnie dotkniętych ogólną dezorganizacją, następuje na wniosek sowietu obrony i ma za zadanie, zabezpieczyć przedsiębiorstwu robotników na czas przejściowy i wprowadzić bardziej sprężysty zarząd, przy czym, o ile uzdrowienie przedsiębiorstwa nie da się osiągnąć na innej drodze, odpowiednie organa otrzymują daleko idące prawa dyscyplinarne (teza 24).

Jest to dobrze znana robotnikom z czasów wojny militaryzacja, w jej najostrzejszej formie, znosząca swobody robotników i oddająca ich pod dyscyplinarną władzę wojskową.

2) Dla usunięcia braku robotników, przy naprawie środków komunikacyjnych, rąbaniu i znoszeniu drzew, wydobywaniu torfu i łupku, przy robotach w obszarach węglowych, kruszcowych i naftowych, przy odbudowie zniszczonych obszarów i obrabianiu leżących odłogiem pól, mogą być wszyscy obowiązani do pracy mężczyźni i kobiety zmobilizowani. Powołanie następuje według powiatów, roczników i zawodów. W najbliższym czasie należy przede wszystkim powołać te kategorie, które były najmniej dotknięte mobilizacją wojskową; należałoby więc wedle możności powołać przede wszystkim wiele kobiet. (Teza 17). Z powołanych utworzone będą „Organizacje pracy militarnego typu” (Teza 25), które należy przeznaczyć do poszczególnych koniecznych robót. […]

3) W końcu, nie należy demobilizować formacji żołnierskich, niepotrzebnych już dzięki postępowi operacji wojennych, ale przemieniać je w armie pracy.

Taki program przyjął III kongres rad gospodarczych w styczniu 1920. Obecnie wciela się go w życie. […] Co za olbrzymia droga od „kontroli robotniczej” w listopadzie 1917, aż do militaryzacji pracy w styczniu 1920 r.!

Rozwój ten dzieli się wyraźnie na dwie części. W pierwszej, która obejmuje czas od rewolucji październikowej prawie aż do lipca 1918 r.; wypadki rozgrywają się pod wpływem siły popędowej samych mas proletariackich. Jest to żywiołowy ruch mas. Przejawia się w „kontroli robotniczej” w przedsiębiorstwach, w dziki sposób wyrzucającej z nich przedsiębiorców – wymusza na opierającym się rządzie sowietów najpierw nacjonalizację poszczególnych przedsiębiorstw, potem całych gałęzi produkcji, wreszcie całego wielkiego przemysłu – przeprowadza przy pomocy robotników współzarząd znacjonalizowanych gałęzi przemysłu, wbrew państwowo-socjalistycznym planom organizacyjnym sowieckich fachowców. „Siła twórcza mas” nadaje temu okresowi swoiste piętno. Jest to rzeczywisty proletariat, cały proletariat, wymuszający w wielkim rewolucyjnym ruchu ustawy, które sowiety mają tylko ogłosić. Władza sowiecka była w tej fazie tylko wykonawczym organem klasy robotniczej, jej dyktatura była rzeczywiście dyktaturą proletariatu.

Jednak od połowy 1918 r. obraz zmienia się stopniowo. Rząd sowiecki wzmocnił się, wytworzył biurokratyczny aparat, armia jego stała się potężną siłą. Nie jest już bezbronny wobec żywiołowych ruchów mas. Może się im oprzeć, przeciwstawić im przemoc. Jednak gdy aparat władzy rządu sowieckiego stał się o wiele silniejszy, znika równocześnie siła proletariackiej masy. Osłabiła się pod względem liczebnym, z powodu ucieczki z miast mnóstwa robotników. Oddała swe najdzielniejsze i najenergiczniejsze żywioły biurokracji sowieckiej i czerwonej armii, brak jej przeto własnych, nie wprzęgniętych do aparatu rządowego, przywódców. […] Tak więc zmienił się istotnie stosunek sił pomiędzy przywódcami a masą, pomiędzy rządem sowieckim a proletariatem. Historyczna inicjatywa przechodzi od połowy roku 1918 z rąk masy do rządu. Wobec dezorganizacji przemysłu, sam rząd musi się zwrócić przeciwko robotnikom. Musi ich krok za krokiem przymuszać do zwiększenia wydajności pracy i podporządkowania się woli kierowników przedsiębiorstw. Musi ich w końcu zmilitaryzować, przykuć do przedsiębiorstwa, poddać „ostrzejszemu regime” militarnego prawa karnego.

Jeżeli się i dzisiejszy ustrój republiki sowieckiej określa jako „dyktaturę proletariatu” – słowa te mają widocznie całkiem inne znaczenie, niż w pierwszej fazie rozwoju, po rewolucji październikowej. Wówczas były to rzeczywiście szerokie, dzikie masy istotnych, rosyjskich proletariuszy, które dyktowały, a rząd sowiecki był rzeczywiście tylko organem wykonawczym tej woli mas. Dzisiaj jest oczywiście inaczej. Dziś w rzeczywistości rządzą Rosją członkowie komunistycznej partii, która, jak podaje Lenin, po oczyszczeniu z niegodnych intruzów, mogłaby liczyć jakich 100 000 do 200 000 towarzyszy. Naturalnie większość z tych 100 000 do 200 000 ludzi składa się z robotników. Jednak tych 100 000 do 200 000 ludzi jest tylko bardzo małą częścią rosyjskiego proletariatu i nie stanowią oni klasy, na której usługach stoi wielki aparat rządowy władzy sowieckiej, lecz są sami tym aparatem władzy. Z tych 100 000 do 200 000 ludzi składają się właśnie rządzące frakcje sowieckie, sowiecka biurokracja, administracje przemysłowe, związków zawodowych, przedsiębiorstw i sztaby komendy czerwonej armii. Jakiż jest więc stosunek tej rządzącej warstwy do proletariatu? Czysto wykonawczym organem woli szerokiej masy proletariatu, zaiste, ona już nie jest; daleka od tego, by spełniać wolę proletariuszy, widzi się raczej zmuszoną, podporządkowywać proletariuszy swojej woli, przy pomocy środków militarnego przymusu. […] A dyktatura taka rozporządza najstraszniejszymi środkami przemocy. Podlega jej bezpośrednio cały przemysł, górnictwo, komunikacja, organizacja rozdziału towarów. Dysponuje ona całą siłą roboczą kraju. Wedle swego upodobania gromadzi mężczyzn i kobiety i używa ich pod militarnym rygorem do robót, jakie pragnie wykonać. Przedsiębiorstwa poddaje militarnej dyscyplinie. Straszną bronią terroru pokonuje każdą opozycję, każdą krytykę. Potężnym państwem, które podporządkowuje jednostki swemu programowi we wszelkich ich stosunkach życiowych, nie pozostawiając im jakiejkolwiek sfery działalności wolnej od ingerencji państwa, rządzi maluczka mniejszość stumilionowego narodu, wedle własnej woli. Jest to nowy, straszliwy despotyzm, który powstał tą drogą.

Otto Bauer

Powyższy tekst to fragment książki Otto Bauera „Bolszewizm a socjalna demokracja”, polskie wydanie nakładem Ludowego Spółdzielczego Towarzystwa Wydawniczego i Księgarni Robotniczej, Warszawa – Lwów 1920. Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.

Dyktatura nad proletariatem

Dyktatura nad proletariatem

CC BY-NC-SA  abrinsky, flickr.com/photos/abrinsky/5923137995

Bolszewicy przeciwstawiają demokracji żądanie dyktatury. Ale określają ją tak sprzecznie, że trudno nabrać wyobrażenia, co właściwie rozumieją pod mianem dyktatury. Powołują się oni na Marksa i Engelsa, którzy mówili o dyktaturze proletariatu. Niestety znaczenia tego swego powiedzenia bliżej nigdzie nie określili. Posługiwali się nim bowiem tylko w dorywczych uwagach. Bolszewicy natomiast podnieśli je do godności programu. […]

Engels oświadcza w r. 1831 w swojej przedmowie do trzeciego niemieckiego wydania „Wojny domowej we Francji”: Komuna Paryska była dyktaturą proletariatu.

Sam zaś Marks kreśli w tym piśmie zasady, na których opierał się ustrój Komuny: Pierwszy dekret Komuny był zniesieniem armii stałej i zastąpieniem jej przez uzbrojony lud (gwardię narodową). Komunę utworzyli radni miejscy wybrani w różnych okręgach Paryża na podstawie powszechnego prawa wyborczego… Policję, dotychczas narzędzie rządu państwowego, pozbawiono natychmiast jej właściwości politycznych i zamieniono w odpowiedzialne, w każdej chwili dające się usunąć narzędzie komuny… Komuna miała być formą polityczną najmniejszej nawet wioski, a miejsce wojska stałego na wsi zająć miała milicja ludowa o nadzwyczaj krótkim czasie służby… Nieliczne, lecz ważne czynności, które pozostały jeszcze rządowi centralnemu, nie miały być zniesione, lecz przekazane urzędnikom komunalnym, to znaczy w wysokim stopniu odpowiedzialnym.

Tak wyglądał ustrój, w którym urzeczywistnić się miała dyktatura proletariatu. […] cytowane tu wywody świadczą niezawodnie o tym, że Marks żądał dla fazy, którą Engels nazwał dyktaturą proletariatu, nader słabego rządu centralnego, bez stałej armii, bez policji politycznej i z niewielkim tylko zakresem działania, oraz wyboru urzędników drogą powszechnego prawa głosowania.

Jeśli to nie jest demokracją i to skrajną demokracją, to naprawdę nie wiem już, co by nią miało być. Ale ta tak daleko idąca demokracja nie jest bynajmniej pokłonem przed anarchizmem.

Pod wpływem badań nad rewolucją francuską, doszedł był Marks w swych socjalistycznych początkach do zapatrywania, które w wielu rzeczach zbliżało się do poglądu jakobińskiego i blankistycznego. Pod tym wpływem pisał jeszcze w r. 1850 w odezwie władz centralnych do związku komunistów o ich zadaniach w spodziewanym w najbliższym czasie ponownym wybuchu rewolucji: Demokraci dążyć będą albo wprost do republiki federacyjnej, albo jeśli jedna niepodzielna republika nie da się ominąć, będą się starali przynajmniej paraliżować rząd centralny przez możliwie największą samodzielność i niezależność gmin i prowincji. Robotnicy natomiast muszą działać w przeciwieństwie do tego planu, nie tylko w kierunku jednej i niepodzielnej republiki niemieckiej, lecz w jej obrębie w kierunku stanowczej centralizacji władzy w rękach państwa. Niech nie pozwolą się bałamucić demokratycznym gadaniom o wolności gmin, samorządzie itp. Jak we Francji r. 1793, tak dzisiaj w Niemczech przeprowadzenie jak najściślejszej centralizacji jest zadaniem istotnie rewolucyjnej partii.

Do tego sposobu pojmowania doskonale można zastosować słowo o dyktaturze proletariatu. Ale dalsze studia, jako też doświadczenia angielskie sprowadziły zasadniczą zmianę w poglądach Marksa na ukształtowanie się rewolucyjnej władzy państwowej, jak świadczą już powyżej przytoczone zdania jego o Komunie z r. 1871.

A i w innych wypadkach występuje Marks w późniejszych latach jako przeciwnik każdej silnej władzy państwowej. Tak na przykład pisze w słynnym liście, poświęconym krytyce socjalno-demokratycznego programu partyjnego z r. 1875: Wolność polega na przekształceniu państwa z organu stojącego ponad społeczeństwem w organ społeczeństwu podporządkowany. A na innym miejscu znów czytamy: Zupełnie niedopuszczalne jest wychowywanie ludu przez państwo. Należy raczej jednakowo wykluczyć kościół i państwo od wpływu na szkoły („Neue Zeit” IX, 2).

Jeśli Marks występuje tak stanowczo za demokracją, a przeciw silnej władzy państwowej, to nie nawraca się naturalnie tym samym na „wiarę w cuda demokracji”, którą wydrwiwa wyraźnie; na wiarę w ową regularną demokrację, która w demokracji widzi państwo tysiącletnie i nie ma pojęcia o tym, że właśnie w tej ostatniej formie ustrojowej społeczeństwa burżuazyjnego należy stoczyć ostateczną walkę klasową. Niemniej jednak stanowczo zwraca się przeciw poddańczej wierze sekty Lassalowskiej w państwo.

Równolegle ze zmianą poglądu na władzę państwową – szła druga zmiana, o której mówił Engels w przeddzień śmierci, w słynnej swej przedmowie do „Walk klasowych we Francji” Marksa, na którą tylu się powołuje. Wykazał tam, że pod wpływem powszechnego prawa glosowania oraz techniki wojskowej (także i rozwoju komunikacji) gruntownie zmieniły się warunki rewolucyjnej walki proletariatu. Około r. 1848 sądzili jeszcze rewolucjoniści wraz z Marksem i Engelsem, że rewolucja może być tylko rewolucją mniejszości. Powstanie proletariatu po zwycięstwie zamieniłoby się już w rewolucję większości: Historia nie potwierdza słuszności poglądów nas wszystkich, którzyśmy podobnie myśleli. Dziś przeciwnie socjaliści przekonują się coraz dobitniej, że nie mogą spodziewać się trwałego zwycięstwa, chyba że pozyskają przedtem wielkie masy ludu.

Pomimo tych wielkich i głęboko sięgających zmian, Marks i Engels później jeszcze mówili o dyktaturze proletariatu. Ale niewątpliwie nie można jej rozumieć w duchu jakobińskim. Jakżeż tedy wolno się dziś powoływać bolszewizmowi na Komunę Paryską i na Marksa z r. 1871?

Komuna i Marks domagali się zniesienia wojska stałego i zastąpienia go milicją. Rząd sowietów zaczął od zniesienia stałej armii, stworzył natomiast czerwoną armię, najsilniejsze stałe wojsko w Europie. Komuna i Marks żądali zniesienia policji państwowej; republika sowietów rozwiązała starą policję po to tylko, aby stworzyć czerezwyczajkę, policję o znacznie większym zakresie działania, bardziej wszechwładną i okrutną aniżeli ta, którą posługiwał się bonapartyzm francuski lub carowie rosyjscy. Komuna i Marks żądali zastąpienia biurokracji państwowej przez urzędników wybieranych przez lud powszechnym głosowaniem. Republika sowietów usunęła starą biurokrację cesarską, ale w jej miejsce postawiła nową, równie scentralizowaną, ze znacznie rozleglejszymi prawami niż poprzednia, albowiem reguluje ona całe życie gospodarcze i włada nie tylko wolnością obywateli, lecz także i źródłem ich egzystencji. Nigdzie społeczeństwo nie jest bardziej podporządkowane państwu, aniżeli w Rosji. […]

Bolszewicy mogliby odpowiedzieć, że ustrój Komuny, który Marks tak chwalił, nie da się przeprowadzić w nowoczesnym wielkim państwie. O tym dałoby się niejedno powiedzieć. Ale pospolitym fałszerstwem z ich strony jest powoływanie się na Marksa i Komunę w obronie dyktatury, którą wykonują. Marks i Komuna bowiem żądali wręcz przeciwieństwa tego, co przeprowadził bolszewizm. […]

Bolszewickie pojmowanie dyktatury jest niejasne i zawiłe, gdy uchodzić chce za dyktaturę klasową, dyktaturę proletariatu. Staje się jednak jasnym i prostym, jeżeli rozumie się je w utartym znaczeniu, jako dyktaturę rządu.

Rząd jest wtedy dyktatorskim, gdy panuje bez ograniczenia. Nadto istotą dyktatury jest jej przejściowość. Rząd nieograniczony, który stał się instytucją stałą, nazywa się despotyzmem. W starożytnym Rzymie, skąd pochodzi ta instytucja i jej nazwa, dyktator mógł urząd swój pełnić nie dłużej, niż sześć miesięcy. Bolszewicy zapowiadali również, że dyktatura ich będzie przejściowa, że skończy się w chwili, gdy socjalizm będzie przeprowadzony i zabezpieczony. Niestety oświadczyli sami, że to może potrwać nie sześć miesięcy, lecz całą generację ludzką. Tak określili sami jeszcze w okresie najbujniejszego rozkwitu swych iluzji, czas trwania dyktatury. […] Despotyzm stanowi punkt szczytowy w walce władzy państwowej z pierwotną demokracją. Kapitalistyczny przemysł i jego komunikacja wraz z następstwem ich, to jest wzrastającym i potężniejącym proletariatem oraz rozwojem inteligencji mas, niepowstrzymanie podkopuje rządy despotyczne. Tylko w najzacofańszych krajach mogą się dziś jeszcze utrzymać. […] Niepowstrzymanie kroczy demokracja naprzód; zdobywa i pomnaża jedną wolność za drugą. Jednym z jej najważniejszych zadań jest zabezpieczenie mniejszości i jednostki przed pogwałceniem ich praw ze strony organów władzy państwowej. […]

Powiada Trocki: Aby jednostka stała się świętością, trzeba znieść ustrój społeczny, który tę jednostkę skazuje na ukrzyżowanie. Zadanie to może być spełniane tylko żelazem i krwią („Terroryzm i komunizm”). Wojna domowa i terroryzm, rzezie bez końca, oto drogi, którymi Trocki obudzić i pogłębić pragnie poszanowanie dla życia ludzkiego. Zaiste, przedziwne są drogi Pańskie!

[…] Nawet w Rosji marksizm utorował sobie drogę, pomimo olbrzymich trudności, które sprawiało mu tam tak ekonomiczne, jak i polityczne zacofanie. Zacofanie ekonomiczne mówiło marksiście, że Rosja daleka jest jeszcze od dojrzałości do socjalistycznej wspólnoty. […]

Trwała podstawa dla ruchów masowych powstała w Rosji dopiero z rozwojem jej przemysłu i wzmocnieniem proletariatu. […] Pojawienie się proletariackiego ruchu masowego przy braku wszelkich swobód politycznych, nie uczyniło tajnej organizacji zbyteczną, przeciwnie, pomnożyło wydatnie jej zadania.

[…] tajne organizacje rosyjskiej socjalnej demokracji miały to wspólne ze spiskowcami, blankistami i bakuninistami, że rekrutowały się w większości z inteligentów, i dlatego występowały wobec nieuświadomionych mas z przewagą ludzi wykształconych. Z góry już mogli się czuć powołanymi przywódcami proletariatu. Ponadto nowe organizacje tajne zataczały szersze kręgi, niż dawniejsze. Partia coraz więcej potrzebowała sił i zyskiwała też środki, aby je utrzymywać. Stąd też powstał przy tajnym charakterze ruchu typ zawodowego konspiratora. […]

Olbrzymie trudności pracy partyjnej w Rosji, pociągnęły za sobą wieczne szukanie i kroczenie po omacku. Przy tym wszystkim jednak krystalizowały się różne poglądy coraz to wyraźniej w dwóch określonych tendencjach: jedna bardziej odpowiadająca stosunkom rosyjskim, wnosząca do marksizmu metody i sposoby środowiska spiskowego myślenia, i druga o charakterze raczej zachodnioeuropejskim, która marksizm pojęła w duchu jego założycieli.

Szermierzem pierwszego kierunku stał się Lenin. Po wieloletniej wspólnej pracy z Akselrodem i Martowem, zwrócił się przeciwko nim w r. 1903, na drugim kongresie socjalnej demokracji w Londynie. Rozwinął on później stanowisko swoje w książce pt. „Jeden krok naprzód a dwa wstecz”, którą omówiła dokładnie Róża Luksemburg w „Neue Zeit” (XXII, 2). Podajemy tu jej wywody. Dają one znakomitą, nadzwyczaj bystrą charakterystykę tendencji Leninowskich i okazują, że liczą one już prawie dwa dziesięciolecia. Wcześnie się jednak na nich poznano i je zwalczano, a czyniły to żywioły, które równocześnie stały w najbardziej stanowczej walce ze wszystkim, co wyglądało na oportunizm. Róża Luksemburg pisała (w r. 1904):

Leżąca przed nami książka Lenina, jednego z najwybitniejszych przywódców i szermierzy »Iskry«, w czasie jej przygotowawczej kampanii przed rosyjskim kongresem, jest systematycznym wyłożeniem poglądów ultracentralistycznego kierunku partii rosyjskiej. Zapatrywanie, które znalazło tu pełny i wyczerpujący wyraz, to najbezwzględniejszy centralizm, którego zasadą życiową jest z jednej strony ostro zarysowane wydobycie i wyodrębnienie zorganizowanych kadr uświadomionych i czynnych rewolucjonistów spośród otaczającego ich, wprawdzie niezorganizowanego, ale rewolucyjnego środowiska; z drugiej zaś strony surowa dyscyplina i bezpośrednie, rozstrzygające i stanowcze mieszanie się władz centralnych we wszystkie przejawy życiowe partii. Wystarczy zwrócić na to uwagę, że na przykład Komitet Centralny ma prawo w myśl tego poglądu organizować wszystkie inne komitety, a więc także oznaczać skład osobisty każdej poszczególnej organizacji lokalnej, począwszy od Genewy i Liege, aż do Tomska i Irkucka, nadawać jej ułożony przez siebie statut lokalny; rozwiązać ją swoim wyrokiem zupełnie i na nowo ją wskrzesić, a w końcu wpłynąć w ten sposób pośrednio na skład najwyższej instancji partyjnej, zjazdu partyjnego. W ten sposób Komitet Centralny przedstawia się jako właściwe czynne jądro partii, podczas gdy wszystkie inne organizacje są wyłącznie jego wykonawczymi organami.

Róża Luksemburg stwierdza dalej, że marksizm żąda wprawdzie pewnej centralizacji partyjnej, która jednak musi być zgoła inną, aniżeli ta, którą Lenin proponuje. Ruch socjalno-demokratyczny jest pierwszym w dziejach społeczeństw klasowych, który we wszystkich swych momentach i w całym swym przebiegu obliczony jest na organizację i samodzielną bezpośrednią akcję mas. Pod tym względem socjalna demokracja wytwarza zupełnie inny typ organizacyjny, aniżeli dawniejsze ruchy socjalistyczne, jak np. typu jakobińsko-blankistycznego.

Lenin zdaje się nie doceniać tego, jeśli w książce swojej twierdzi, że rewolucyjny socjalny demokrata nie jest przecież niczym innym, jak tylko nieodłącznie z organizacją uświadomionego proletariatu związanym jakobinem. W organizacji i w uświadomieniu klasowym proletariatu, w przeciwieństwie do spisku małej mniejszości, widzi Lenin wyczerpujące cechy, odróżniające socjalną demokrację od blankizmu. Zapomina, że związane z tym jest jeszcze gruntowne przewartościowanie pojęć o organizacji, nowa zupełnie treść dla pojęcia centralizmu i całkowicie nowe pojmowanie wzajemnego stosunku między organizacją a walką.

Po dalszych wywodach na ten temat, Róża Luksemburg mówi dalej: Stąd wynika już, że centralizacja socjalno-demokratyczna nie może opierać się na ślepym posłuszeństwie, na mechanicznym podporządkowaniu bojowników partyjnych centralnej władzy i że z drugiej strony nie można zbudować przegrody między zorganizowanym już w partii i kadrach klasowo uświadomionym proletariatem, a znajdującą się dokoła warstwą stojącą już w walce klasowej i przechodzącą proces uświadomienia klasowego. Budowanie centralizacji w socjalnej demokracji na tych dwóch podstawach – na ślepym podporządkowaniu wszystkich organizacji partyjnych, aż do najdrobniejszych szczegółów jednej władzy centralnej, która sama jedna za wszystkich myśli, działa i rozstrzyga, jako też na stanowczym wyodrębnieniu zorganizowanego jądra partii spośród otaczającego go środowiska rewolucyjnego, jak tego broni Lenin, wydaje nam się przeto mechanicznym zastosowaniem zasady organizacyjnej blankistycznego ruchu kół spiskowych do socjalno-demokratycznego ruchu mas robotniczych…

Zalecany przez Lenina ultracentralizm nie jest zdaniem naszym w swej istocie owiany duchem pozytywnie twórczym, lecz ogranicza się do roli bezpłodnej nocnej straży. Bieg jego myśli przystosowany jest głównie do kontroli działalności partyjnej, nie zaś do jej zapłodnienia, do zacieśnienia, a nie zatoczenia szerszych kręgów, do spętania sił, nie do skupienia ruchu. […]

Tak usunięto demokrację z obrębu bolszewickiej organizacji i zastąpiono ją dyktaturą komitetu centralnego, ze wszystkimi towarzyszącymi jej zjawiskami, na długo zanim bolszewizm wydał wojnę demokracji jako formie ustroju państwowego. Popierał ją w państwie i to jak najusilniej, jak długo sam nie osiągnął władzy państwowej. Kiedy w listopadzie roku 1917 udało mu się zdobyć tę władzę drogą zamachu, wziął się natychmiast do przystosowania ustroju państwowego do ustroju partii, którą nazwano komunistyczną. Do tej chwili chciała uchodzić za jedyną, rzeczywistą partię socjalno-demokratyczną w Rosji, teraz jednak nazwa ta nie dała się pogodzić ze zniesieniem demokracji.

Można było z lepszym niż dotąd wynikiem przystąpić do zniszczenia innych partii proletariackich teraz, gdzie obok oszczerstw i korupcji zastosować się także dał bezpośredni ucisk oraz zupełne zdruzgotanie fizyczne, w drodze terroru, inaczej myślących socjalistów.

Co prawda, jeżeli spodziewano się dzięki rozwiązaniu wszelkich innych socjalistycznych organizacji partyjnych poddać rozpętane przez rewolucję masy robotnicze całkowicie wpływowi partii bolszewickiej i jej komitetu centralnego, tak, aby wszechmoc, czyli dyktatura robotników sama przez się przerodziła się w dyktaturę centralnego komitetu, to gorzko się rozczarowano. Aby sprowadzić tę dyktaturę, nie pozostawało nic innego, jak uciec się do dawnych metod carskich, choć zrazu pod złudną osłoną. […]

W państwie wprowadzono całkiem nową biurokrację, ściśle wedle wzoru, który w r. 1904 Lenin opracował był dla partii. Jeśli według wzoru tego centralna władza partyjna miała nadzorować wszelkie przejawy życia partyjnego i w ogóle ruchu robotniczego, kierować nimi i decydować o wszystkim, to teraz nowa biurokracja miała nadzorować wszelkie przejawy życiowe ogółu ludności, kierować nimi i o nich decydować nie tylko w życiu państwowym, lecz także w obrębie procesu produkcji i wymiany, a nawet w stosunku do całego życia społecznego, wszelkiej myślowej i uczuciowej działalności mas. […]

By uniemożliwić wszelki opór przeciw temu potwornemu polipowi, stworzono stałą milionową armię o żelaznej dyscyplinie oraz olbrzymi aparat policyjny nadzwyczajnych komisji (czerezwyczajek), który wyposażono we władzę usuwania bez ceremonii z drogi każdego, kto dyktatorom wydałby się niewygodnym lub choćby tylko podejrzanym. I przeniósłszy w ten sposób dyktaturę centralnego komitetu z partii do państwa, usiłuje się przekroczyć jeszcze dane granice państwowe. Napada się wśród pokoju niepodległe narody sąsiednie i poddaje w niewolę moskiewskiej dyktatury (patrz państwa kaukaskie).

Równocześnie zaś usiłuje się tymi samymi środkami, jakimi bolszewicy przed swym zamachem stanu zwalczali inne socjalistyczne partie Rosji, wprowadzić dyktaturę w międzynarodówce. Tylko że teraz szerzenie korupcji wśród skłonnych do tego żywiołów przybiera olbrzymie rozmiary, rozporządza się bowiem rosyjskim skarbem państwa. I znowuż spisek chce porwać w swe ręce kierownictwo masami. Nieznani, przed nikim nieodpowiedzialni wysłańcy Moskwy kontrolują komunistyczne partie pozarosyjskie i kierują nimi.

To, przeciw czemu Engels zwraca się w r. 1870, teraz zostało osiągnięte w trzeciej międzynarodówce: poddano ją rosyjskiej komendzie dyktatorów, których ona sama nie zna. Jeżeli bolszewizm w Rosji jest dyktaturą nad proletariatem, to w międzynarodówce jest on spiskiem przeciw proletariatowi. […]

Hasłu pierwszej i drugiej międzynarodówki, że wyzwolenie klasy robotniczej może być dziełem samej tylko klasy robotniczej, zadaje kłam praktyka trzeciej międzynarodówki, która opiera się na zasadzie, że wyzwolenie klasy robotniczej świata całego może dokonać się tylko drogą dyktatury centralnego komitetu komunistycznej partii Rosji.

Zerwanie z demokracją, rozpędzenie konstytuanty, zniszczenie wszystkich partii, nawet proletariackich, prócz panującej komunistycznej, wprowadzenie krwawych rządów policyjnych i w końcu zupełny zastój w produkcji i komunikacji: głód i nędza we wszystkich zakątkach kraju, wszystkie te skutki reżymu bolszewickiego tylko z wolna dotarły do świadomości Europy i nie znajdywały przeważnie wiary u socjalistów europejskich, którzy witali bolszewizm z entuzjazmem, jako pierwszy czysto proletariacki rząd w wielkim państwie i przyjmowali wszystko, co przemawiało na niekorzyść rewolucyjnego rządu z niewiarą, jako kłamstwo burżuazyjne, lub starali się przynajmniej łagodniej to ocenić. Wprawdzie zniesiono „formalną” demokrację, formalne równouprawnienie wszystkich, ale za to, wedle wiadomości moskiewskich zbudować miano demokrację wszystkich, pozbawić zaś tylko pasożytów praw obywatelskich. […]

Aby uniknąć kłamstw burżuazyjnych, wierzono chętnie bolszewickim bajkom o zdradzie mienszewików i prawicowych socjal-rewolucjonistów, którzy jakoby przeszli do obozu kontrrewolucji jako „białogwardziści”, co po dziś dzień twierdzi jeszcze Trocki. Wierzono w stan rozkwitu Rosji, we wspaniały rozwój jej rad robotniczych i swobodę ich działania. Ale gdy nie można już było przysłonić rzeczywistości i gdy bolszewicy sami choć w części musieli ją przyznać, pocieszano się tym, że nędza gospodarcza jest tylko następstwem wojny, tak zewnętrznej, jak i domowej, oraz blokady, i że wraz z niemi ustanie. Co się zaś tyczy terroru, no to przecież różami niepodobna usłać rewolucji. Proletariat zniósł już wiele nędzy i przelewu krwi. Jednakże, stale dotąd znosił to wszystko w interesie swych wyzyskiwaczy i ciemięzców, teraz zaś cierpi w swoim własnym interesie: bierze na się głód, niweczy demokrację, niszczy przeciwników terrorystycznym rządem gwałtów, aby sprowadzić stan, w którym panowałby dobrobyt i wolność dla wszystkich, a wszelki gwałt znikł raz na zawsze.

W rzeczy samej, gdyby bolszewickie rządy krwi i żelaza, głodu i trwogi, posunęły nas choćby o jeden krok naprzód na drodze do takiego stanu społecznego, to moglibyśmy, nawet musielibyśmy się pogodzić z nimi, jako z bolesną operacją, która jedynie jednak potrafiłaby wrócić ciężko choremu pacjentowi zdrowie i siły. Niestety, postępowanie bolszewickie należy do owych systemów kuracyjnych, u których końca powiada się: „Operacja świetnie się powiodła, ale pacjent umarł”. […]

Było to możliwe, tylko dlatego, że utracili wszelkie poszanowanie dla jednostki ludzkiej, dla jej życia i swobody. Pogarda dla jednostki ludzkiej, oto cecha znamienna bolszewików. Nieposzanowanie indywidualności własnych zwolenników, których ocenia się jedynie jako narzędzia i mięso armatnie, bezwzględne poniewieranie tymi, którzy nie pozwalają się użyć za narzędzie, których bez różnicy uważa się za przeciwników i stara wszelkimi środkami ugiąć lub złamać. […]

Ten w teorii i praktyce zdecydowanie reakcyjny charakter, który nie prowadzi w kierunku do socjalizmu, lecz od niego odwodzi, on to obok brutalności i chęci panowania odpycha coraz szersze kręgi proletariatu od bolszewizmu. Sprawi to, że zejdzie on z widowni, nie zostawiając po sobie nic prócz ruin i przekleństw.

Karl Kautsky

Powyższy tekst to fragmenty książki Karla Kautsky’ego „Od demokracji do niewolnictwa państwowego. Odprawa Trockiemu”, polskie wydanie nakładem Ludowego Spółdzielczego Towarzystwa Wydawniczego, Lwów 1922.Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.

Granice multikulturalizmu

Granice multikulturalizmu

Przejawy nietolerancji, ksenofobii, rasizmu i fundamentalizmu, które wbrew wszystkim głosicielom postmodernizmu występują coraz częściej, stanowią wyzwanie dla filozofii, by ze swych koncepcji wyciągnęła konkretne wnioski i powiedziała o tych zjawiskach coś istotnego.

Wszystkie współczesne prądy filozoficzne spotykają się tu ze swego rodzaju probierzem, odsłaniającym, co właściwego, a co niewłaściwego znajduje się w tym czy owym sposobie myślenia. Każdemu konkretnemu prądowi filozoficznemu możemy rzucić wyzwanie: hic Rhodus, hic salta (tu Rodos, tu skacz – pokaż, na co cię stać i co potrafisz). To wyzwanie dotyczy oczywiście najbardziej kierunku filozoficznego, którego dewizą jest dążenie do zrozumienia kulturowej inności, a także przemyślenie podstaw wzajemnej komunikacji, współpracy i współistnienia różnorakich kultur. Tym kierunkiem jest liberalny multikulturalizm.

Jego podstawowa idea – tolerancja wobec Innego – nie jest wcale nowa. O pokojowej i owocnej koegzystencji różnych kultur, religii i przekonań mówili już myśliciele renesansu i oświecenia, tacy jak Erazm z Rotterdamu i Wolter, nie zapominając też o Janie Amosie Komeńskim. Ideę tolerancji znajdujemy także w niektórych religiach świata, np. w islamie, który obecnie w świecie Zachodu zyskał opinię religii fanatycznej. Jak wiadomo, w średniowieczu kraje muzułmańskie cieszyły się większą wolnością religijną i filozoficzną, niż chrześcijańskie. W czasach, gdy dla chrześcijan epoki średniowiecza filozofia była zaledwie służebnicą teologii, myśliciele arabscy mogli na ogół w sposób wolny rozwijać filozofię starożytną, a także własną.

Możemy z grubsza rozróżnić trzy rodzaje tolerancji. Po pierwsze, tolerancję, która jest częścią jakiegoś projektu religijnego. Jej zakres określa płaszczyzna, na którą rzutuje się pewną konkretną religię. Obecnie o rozwijanie tego tolerancyjnego aspektu różnych religii zabiega niemiecki teolog Hans Küng w swym projekcie „światowego etosu”.

Drugi rodzaj tolerancji należy do klasycznego oświecenia. Bazuje na rozpoznaniu, że religia i rozum nie harmonizują ze sobą, a mimo to człowiek potrzebuje nie tylko rozumu, lecz również religii, a także sztuki oraz poczucia przynależności. Klasyczny człowiek oświecenia za pomocą rozumu i doświadczenia rozpoznaje konieczność tolerancji, a zarazem uświadamia sobie, że jednostki ludzkiej nie można zredukować wyłącznie do racjonalności. Dlatego stara się tchnąć w religię filozoficznego ducha (Wolter), by zharmonizować ją z rozumem i wymogami tolerancji. Nazwijmy takie ujęcie tolerancją treści: tolerancja pomiędzy różnymi religiami i kulturami możliwa jest wyłącznie gdy powstaje nowa, żywa forma kulturowej tożsamości, która potrafi objąć wszystkie aspekty i wymiary człowieka. Taka tolerancja treści może też polegać na oświeconej religii, jaką jest na przykład religia człowieczeństwa Tomáša Garrigue Masaryka.

Trzeci rodzaj tolerancji postuluje współczesny multikulturalizm; możemy nazwać go tolerancją formy. Liberalny multikulturalizm dąży do zajęcia neutralnego stanowiska, pozbawionego wszelkich kulturowych partykularyzmów. Takie stanowisko – a mają go zająć instytucje państwowe i europejskie – jest dla multikulturalisty warunkiem sprawiedliwego i prawnie zagwarantowanego dostępu do wszystkich kultur. Zgodnie z nim, każda poszczególna kultura powinna stłumić swe mroczne, irracjonalne znamiona i rozpocząć realizację partykularnych interesów za pomocą instytucji multikulturalnych.

Multikulturalizm nie jest jednym z wielu kierunków myślowych. Obecnie jest raczej wytyczną, która w świecie Zachodu towarzyszy reformie zastanych instytucji i budowaniu nowych. Chodzi o orientację teoretyczną, która wpływa na myślenie i zachowanie polityków, a także stanowi ideową podbudowę dla instytucji posiadających realną władzę. Multikulturalizm w pewnej mierze określa nasze środowisko życiowe i kulturowe, a także wizerunek współczesnej Europy. Dlatego właśnie naszym zadaniem jest nieustanne poddawanie krytycznej refleksji tej „filozofii na tronie” i otwarte mówienie o jej słabościach, sprzecznościach i ograniczeniach. Naszym zadaniem jest także rozwijanie innego pojęcia tolerancji, a mianowicie tolerancji treści lub tolerancji religijnej jako alternatyw dla jej multikulturalistycznego wariantu. Już dziś bowiem istnieje niemało oznak tego, że liberalny multikulturalizm nie potrafi właściwie nazwać współczesnych problemów, a tym bardziej przyczynić się do ich rzeczywistego rozwiązania.

Istnieją w sumie trzy podstawowe braki i ograniczenia multikulturalizmu.

Pierwszym brakiem jest to, że multikulturalizm nie dość zastanawia się nad swym stosunkiem do globalizacji (tzn. do realnego procesu socjoekonomicznego i kulturowego) oraz do kultury europejskiej. Mówiąc inaczej, prezentuje się jako coś ahistorycznego i ponadkulturowego, jako coś stojącego ponad dziejami ludzkości i wszystkimi kulturami.

Ów brak chyba najlepiej uchwycił Slavoj Žižek w swych krytycznych analizach multikulturalizmu. Zdaniem Žižka, można rozróżnić trzy etapy kapitalizmu. W pierwszym etapie kapitalizm łączy się z państwami narodowymi, które handlują między sobą na zasadzie suwerenności. W drugim etapie jedne kraje kolonizują i eksploatują drugie. W trzeciej fazie tego procesu, w epoce globalizacji, powstaje paradoks kolonizacji, kiedy nie istnieją już kolonie i kolonizatorzy, lecz gdy kolonizującym mocarstwem staje się globalna firma, która stara się kolonizować także kraj swego pochodzenia i dochodzi do tzw. samo-kolonizacji.

Wielonarodowe przedsiębiorstwo handlowe nie jest bezpośrednio związane z żadnym krajem. Stosunek pomiędzy tradycyjnym imperialistycznym kolonializmem a globalnym kapitalizmem samo-kolonizacji odpowiada stosunkowi pomiędzy zachodnim imperializmem kulturowym a multikulturalizmem. Globalny kapitalizm znalazł swą idealną formę ideologiczną w multikulturalizmie – w postawie reprezentującej uprzywilejowaną pustą uniwersalność, z której ocenia się i uznaje roszczenia wszystkich poszczególnych kultur. Jak powiada Žižek, prawda multikulturalizmu nie polega na tym, że maskuje eurocentryczną treść, lecz odwrotnie: odcień partykularnych korzeni zasłania fakt, że podmiot jest całkowicie wykorzeniony, że jego rzeczywistym usytuowaniem jest pusta uniwersalność, która odpowiada podejściu globalnego kapitału do poszczególnych krajów. Problem multikulturalizmu (hybrydowego współistnienia różnych kulturowych światów i sposobów życia) tkwi w tym, że stanowi formę przejawiania się swego przeciwieństwa, tzn. faktu, że globalny kapitalizm dokonuje homogenizacji współczesnego świata.

Žižek odkrywa więc błędne koło i nieuczciwość liberalnego multikulturalizmu, który twierdzi o sobie, że zajmuje całkowicie uniwersalną i obiektywną pozycję, pozbawioną wszelkiej partykularności. Multikulturalizm jawi się jako mało tolerancyjny wobec niektórych kwestii, inne traktuje natomiast aż nazbyt tolerancyjnie: toleruje Inność w tej mierze, w jakiej nie jest realną Innością, lecz jedynie aseptyczną Innością przednowoczesnej mądrości ekologicznej, fascynujących rytuałów itp. Kiedy spotyka się z realną Innością – z obrzezaniem kobiet, ze zmuszaniem ich do noszenia czarczafów, z zabijaniem nieprzyjaciół – tolerancja szybko się kończy. Ten sam multikulturalista, który sprzeciwia się eurocentryzmowi, odrzuca zazwyczaj także karę śmierci, w przekonaniu, że chodzi o relikt prymitywnych barbarzyńskich obyczajów. Tu właśnie ujawnia się ukryty europocentryzm: multikulturalista odwołuje się do liberalnego pojęcia człowieka i ewolucyjnej koncepcji kultury, wedle której rozwój przebiega od prymitywnych społeczności do społeczeństw nowoczesnych i tolerancyjnych.

Z drugiej strony, multikulturalista niekiedy toleruje nawet najbardziej brutalne deptanie praw człowieka albo waha się z jego potępieniem, by nie zostać oskarżonym o forsowanie wartości cywilizacji zachodniej. W ten sam sposób nierzadko argumentują rzecznicy prasowi wielonarodowych korporacji w celu usprawiedliwienia tego, że ich pracodawca w danym kraju nie dba o przestrzeganie praw człowieka.

Pierwszą, nietolerancyjną tendencję multikulturalizmu przypisuje Žižek faktowi, że multikulturalista nie potrafi dostrzec specyficznej, uwarunkowanej kulturowo rozkoszy (jouissance), którą może odczuwać nawet i „ofiara” obcej kultury (kobiece „ofiary” obrzezania nierzadko odbierają ten proceder jako ponowne nabycie kobiecej godności). Owa nadmierna życzliwość multikulturalizmu ma swe źródło w tym, iż multikulturalista nie rozumie możliwego wewnętrznego rozdarcia obcej kultury – nie każdy z jej członków się z nią utożsamia, a wielu nabiera do niej dystansu i może zacząć się buntować. Zachodnie prawa człowieka mogą w takiej wspólnocie oddziaływać niczym katalizator, który wywoła autentyczny protest przeciw określonym aspektom tej kultury.

Drugi brak liberalnego multikulturalizmu tkwi w sposobie, w jaki rozumie on tożsamość kulturową i człowieka w ogóle. W oczach multikulturalisty człowiek posiada jeden, a najwyżej kilka nielicznych wymiarów: jednostkę ludzką określa jej tożsamość kulturowa. Zapomina się jednak o tym, że człowiek posiada wymiary powiązane z naturalnym aspektem jego istoty, które wytwarzają jego nietożsamość. Jak podkreślał Theodor W. Adorno, człowieka należy określić jako jedność tożsamości i nietożsamości. Człowiek jest czymś więcej niż tylko tą czy ową kulturową tożsamością. Naturalny wymiar człowieka jest czymś, co formuje często nieuświadomione tło wszystkich tożsamości kulturowych; czymś, co jest zapośredniczone przez tożsamość, lecz nie jest z nią tożsame. Żadna tożsamość nie jest czysta w tym sensie, iż byłaby oddzielona od takiej nietożsamości. Każda tożsamość jest przeniknięta i nasycona tym, co w człowieku nietożsame, a co ostatecznie pozostaje głównym powodem tego, że jednostka świadomie (tzn. nie tylko na zasadzie uspołecznienia) identyfikuje się z pewną tożsamością. Multikulturalizm zakłada, że za pomocą racjonalnych argumentów wystarczy przekonać odmienne kultury oraz ich przedstawicieli, że „lepiej” przyjąć reguły, które sam niejako z góry wprowadza. Dla multikulturalisty pozostaje zagadką, dlaczego jedna i ta sama tożsamość kulturowa raz jawi się jako najbardziej tolerancyjna, a kiedy indziej całkowicie nietolerancyjna, jak ma to miejsce w przypadku wspomnianego islamu. Mówiąc inaczej, wydaje się, że multikulturalizm potrafi o doniosłości tolerancji przekonać jedynie te kultury, które są już tolerancyjne oraz jedynie te jednostki, które utożsamiają się z ideą tolerancji. Natomiast pozostałe jednostki łatwiej przekona któryś z fundamentalistycznych prądów albo polityk skrajnej prawicy, starający się pozyskać nowych zwolenników poprzez mówienie tego, „co ludzie naprawdę myślą”.

Trzecim brakiem multikulturalizmu, związanym z poprzednim, jest to, że jego podejście do innych kultur ogranicza, zamiast rozwijać. Jest to bowiem podejście, które od razu uczy odmienne kultury własnych reguł gry, tzn. stara się skłonić je do tego, by porozumiewały się na zasadach zdefiniowanych przez multikulturalizm. Brak tu wyczucia dla rzeczywistej wyjątkowości danej kultury. Multikulturalizm z góry zakłada znajomość danej kultury: warunkiem akceptacji pewnej kultury jest jej zdolność do przyjęcia multikulturowych reguł komunikacji. Jeśli dana kultura nie przyjmuje takich apriorycznych reguł, nie zostaje zaakceptowana. Tu należy przyznać rację postmodernistycznej krytyce multikulturalizmu. Multikulturalista nie potrafi podejść do obcej kultury w taki sposób, by zrozumieć ją od wewnątrz oraz rozpoznać jej wewnętrzną dynamikę i antynomie. A właśnie taki otwarty i uważny stosunek do obcych kultur wydaje się być podstawą sensownej i rozsądnej tolerancji. Jednak takie podejście jest prawdopodobnie zgoła niemożliwe, jeśli najpierw nie wykształcimy w sobie głębokiego i twórczego stosunku do jednej jedynej kultury. Dopiero dzięki temu będziemy zdolni do ukształtowania poczucia wartości kultury jako takiej i nauczenia się rozumienia obcych kultur oraz ludzi w nich żyjących. Wówczas znaczenia nabierze to, co pośród wszelkiej różnorodności stanowi wspólny element wszystkich kultur i ludzi.

Czy wobec tego nie jest możliwe rozwijanie idei tolerancji na podstawie innej niż liberalny multikulturalizm?

Michael Hauser

Przekład z j. czeskiego: Krzysztof Kołek

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej stowarzyszenia SOK – Socialistický kruh, które zajmuje się popularyzacją współczesnej myśli lewicowej w Czechach. Przedruk za zgodą autora.