przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 20 października 2014 | opinie
Latem tego roku media informowały o trudnej sytuacji myślenickich szwaczek, pracujących dla firmy Trend Fashion, która szyje dla Vistuli. Ponieważ pracownice od siedmiu lat nie dostały podwyżek, w połowie lipca na dwie godziny odeszły od maszyn. Kobiety pracujące na akord i zarabiające po 1300 złotych chciały jednego grosza więcej na „normominucie”, co w skali miesiąca dałoby im 100 złotych więcej. Zaraz po strajku firma zwolniła siedem osób. Taki trend.
W szwalni pracuje 250 kobiet, część z nich od dwóch-trzech dekad. Jak donosił „Dziennik Polski”, przed laty zakład był własnością Vistuli, lecz został „outsourcingowany”. Autor tekstu w „DP” przytaczał wypowiedzi pracownic i pracowników: „Kiedy byłam młoda miałam większą wypłatę, niż teraz”, „Przyszła ta granica, za którą ludzie czują, że nie mogą dać z siebie więcej”, „Pomimo umów o pracę jesteśmy pełni obaw o swoje emerytury, bo wiemy, że pracodawca nie płaci składek do ZUS”, „Trzynasty rok pracuję bez urlopu w lecie i mimo, że nie mamy przerwy urlopowej to jeszcze mamy pracujące soboty. Bez klimatyzacji, w temperaturze 38 stopni Celsjusza, a trzeba pamiętać, że są także stanowiska gorsze, przy żelazku i parze”. A jedna ze zwolnionych kobiet po kilku tygodniach poszukiwań pracy w okolicach Myślenic stwierdza, że „przeżywa kolejny szok, tym razem wywołany warunkami, jakie oferują pracodawcy i tym, co słyszy od ludzi, np. że o wypłatę nieraz trzeba się prosić”. W rezultacie chciałaby wrócić tam, skąd ją zwolniono…
Teraz konieczny przeskok. Pod koniec października w Płocku odbędzie się I Ogólnopolskie Forum Chrześcijańskie. Jego hasłem przewodnim będzie „ekonomia sumienia”. Brzmi świetnie. Na stronie internetowej wydarzenia znaleźć można skład panelistów. Mamy tam dr. Tadeusza Wasilewskiego, lekarza specjalistę z dziedziny położnictwa i ginekologii, mamy dr. Henryka Siodmoka, prezesa zarządu w Grupie Atlas. Jest również dobry na (prawie) każdą okazję Roman Kluska oraz Tomasz Sztreker, prezes Polskiej Akademii Biznesu. Wśród prelegentów nie zabraknie Marka Rogalskiego, analityka walutowego, a także Marka Zubera, „znanego i lubianego” eksperta ekonomicznego. Na deser mamy księdza Przemysława Króla SAC, który „w swej pracy naukowej stara się poznać zawiłości moralne podatków” oraz siostrę Małgorzatę Chmielewską z prelekcją o pięknym, poetycko-charytatywnym tytule „Posuńmy się na ławce życia”.
Nasuwa się pytanie, kto na forum poświęconym „ekonomii sumienia” reprezentuje słabo i średnio zarabiających pracowników najemnych. Bo przedstawicieli i rzeczników kapitału, także całkiem sporego, nie brakuje. Kto reprezentuje jednak wyzyskiwanych Polki i Polaków? Kto poruszy zagadnienia dotyczące sumienia w takich sprawach jak prawa pracownicze, notabene dość często wspominane w nauczaniu Papieża Franciszka? A mówiąc wprost: kto reprezentować będzie myślenickie szwaczki, wśród których zapewne znajduje się niejedna, tak miła sercom wielu katolickich publicystów, Matka Polka? Może – nie wprost – Marek Zuber z wykładem „Sumienie a chciwość”? A może ginekolog dr Wasilewski? Nasuwa się odpowiedź dość oczywista: nikt. Ale to byłoby zbyt proste…
Otóż (uboższym) światem pracy najemnej zajmuje się na tej konferencji siostra Chmielewska. Świat pracy może bowiem wystąpić na forum poświęconym (kapitalistycznej) ekonomii (neokolonialnego) sumienia tylko jako adresat działań charytatywnych. Działalność charytatywna to ta forma aktywności, która coraz częściej przejmuje i kontroluje sferę poczynań i wyobrażeń związanych z uboższymi Polakami. Chodzi o proceder dobrowolnego przekazywania przez osoby indywidualne, sektor prywatny i państwowy pewnej (relatywnie niewielkiej) części zasobów na protezy socjalne dla różnie definiowanych grup potrzebujących. Tyle w rzeczywistości oznacza wskazanie pod adresem reprezentantów świata kapitału: „posuńmy się na ławce życia”. Jeszcze dobitniejszym przykładem tej strategii jest ideologia i działalność ks. Stryczka, znanego jako organizator „Szlachetnej Paczki”.
Interesującą analizę strategii charytatywnych na przykładzie tej akcji i towarzyszącej jej ideowej otoczki przedstawiła socjolożka dr Katarzyna Górniak w artykule „Pułapki szlachetnej paczki” na łamach aktualnego numeru pisma „Kontakt”. Jak stwierdza autorka: „Charakterystyczną dla tego typu działań jest ich akcyjność, a tym samym doraźność. Tym samym przekonanie jej twórcy, ks. Jacka Stryczka, że paczka, którą otrzymują osoby biedne, ma stanowić punkt zwrotny w procesie wychodzenia z biedy, pobudzać do zmiany, być szansą na nowe życie, jest z założenia błędne, a w konsekwencji też szkodliwe […]. Pomoc staje się instrumentem dyscyplinowania – paczka daje prawo do formułowania wymagań i oczekiwań. Problem polega na tym, że osoba biedna nie będzie w stanie się z tych zobowiązań wywiązać, bo zawartość paczki nie znosi tego, co ją naprawdę ogranicza i hamuje, nie dotyka przyczyn, a jedynie dotkliwych skutków sytuacji biedy”.
Dodajmy do tego chętnie powtarzane przez ks. Stryczka zawołanie: jeszcze więcej wolności dla przedsiębiorców. Bez najmniejszej refleksji nad tym, że w naszych warunkach to „jeszcze więcej wolności” oznacza na ogół uwolnienie się od większości zobowiązań wobec nisko opłacanych pracowników. Bez namysłu nad tym, że brak efektywnej redystrybucji środków publicznych czyni życie w Polsce coraz mniej znośnym nie tylko dla biednych i najbiedniejszych. Trudno przy okazji ustrzec się przed myślą, że obecne realia czynią wielu specjalistów od filantropii beneficjentami status quo, zatem mają oni swój interes w tym, by promować obowiązujący model społeczno-gospodarczy. Jedni są od wyzyskiwania, drudzy od tego, by zarządzać dobrymi serduszkami, współczującymi wyzyskiwanym. Ba, trafiają się przecież także współczujący wyzyskiwacze oraz politycy (współpracujący z wyzyskiwaczami). W Polsce w pewnych kręgach nazywa się to – zdaje się – „wrażliwością społeczną”. A w efekcie, w myśl specyficznie rozumianej chrześcijańskiej ekonomii sumienia, jedynym prawem nisko i średnio zarabiających pracownic i pracowników staje się bycie przedmiotem charytatywnej działalności posiadaczy kapitału. Ni mniej, ni więcej. Jest to zarazem jedyne (i jedynie słuszne) remedium na atrofię i bylejakość polityki społecznej, systemów zabezpieczeń socjalnych, na proces zwijania państwa i jego infrastruktury publicznej, na zdziczenie rynku pracy.
Nie jest to jedynie problem polskiego katolicyzmu, wyjałowionego dziś niemal kompletnie z systemowej myśli solidarystycznej. Podporządkowanie polityki społecznej i świata pracy logice „charytatywy” jest bardzo dobrze widziane przez elity polityczne i gospodarcze. A być może jest to już nowy konsensus społeczny. Skoro w kolejce do lekarza Polka i Polak czekają niemal trzy miesiące, skoro znacznie zmniejszono zakres większości usług publicznych, niweluje się egalitaryzujący charakter edukacji, skoro komunikacja zbiorowa jest w odwrocie, a struktura zarobków i nasz system podatkowy skutecznie wzmacniają procesy rozwarstwienia, wykluczenia i trendy emigracyjne, to jedyną szansą na godne życie jest „cud charytatywy” i wygrana w radiowym konkursie „z dużymi nagrodami pieniężnymi”.
Może właśnie Tobie, Matko Polko z Myślenic, ktoś zrobi nieco miejsca na ławeczce życia: Twoje pociechy dostaną darmową wyprawkę, Twój domowy budżet zasili kwota z balu charytatywnego, może Twój mąż wygra kilka tysięcy wysyłając sms-y. Na tyle możesz liczyć, bo poza tym czeka Cię głodowa pensja, zwolnienie w razie desperackiej próby protestu, niepewność jutra w miejscu, gdzie miałaś pecha urodzić się, chodzić do szkoły i na randki, poznać męża, spłodzić dziecko/dzieci, spędzać życie w poczuciu prowincjonalnej beznadziei. Oczywiście, Matko Polko, Ojcze Polaku, możecie też wyjechać z kraju. A co będzie z waszą rodziną? Z waszym związkiem (nie)sakramentalnym? Co z waszym popędem seksualnym, instynktem macierzyńskim i ojcowskim na obczyźnie? Z waszą tęsknotą? To już naprawdę nie jest tak istotne, jeśli akurat nie wam przydarzył się „cud charytatywy”. Zresztą cud na ogół bardzo krótkotrwały i obliczony raczej na krótkoterminowy efekt niż długofalową efektywność.
Najpewniej zatem, jeśli nie zadowalają cię efekty ekonomii sumienia po polsku, ściągniesz rodzinę za granicę. Albo tutaj będziesz żyć w desperacji, licząc, że los się musi odmienić. Ale jako przedmiot działalności charytatywnej powinnaś/powinieneś liczyć się z tym, że twoja szansa najpewniej nigdy nie nadejdzie. Zawsze może być za to jeszcze gorzej, bo grasz w swoistą rosyjską ruletkę: filantropom zarządzającym charytatywnymi protezami socjalnymi może coś się nie spodobać w Twojej (roszczeniowej) mimice i „proszalnym CV”. Jeden zły grymas twarzy – może oznaka dyskomfortu z powodu zgiętych pokornie pleców i przypochlebnego uśmiechu – albo po prostu czyjś kaprys, ewentualnie „nieuniknione cięcia”, a zostaniesz z tym, co masz. A i to być może ci odbiorą.
Forum poświęcone ekonomii sumienia jest symptomatycznym przykładem totalnej dysproporcji między kapitałem a światem pracy w rodzimych realiach społeczno-gospodarczych. Niewiele liczą się w nim już prawa pracownicze czy refleksja nad relacją zarobków do sposobów życia i strategii przetrwania w takim świecie jak nasz. Mało istotne są zagadnienia związane z przełożeniem polityk społecznych na jakość i komfort funkcjonowania szerokich grup społecznych, szczególnie tych, które znajdują się niżej w piramidzie ekonomicznej neokolonialnego kapitalizmu. To, co jest w polu zainteresowania etyki biznesu, dyktuje sam biznes. Im większy – tym więcej ma do powiedzenia. Stąd, moim zdaniem, gdy zwykły człowiek widzi na ekranie kuszące do okolicznościowego współczucia damy z wielkich medialnych fundacji, wyfraczonych konserwatywnych liberałów z towarzystw biznesowych i entuzjastycznie młodzieżowego Jurka Owsiaka, powinien mocno zacisnąć rękę na portfelu, a oszczędzony w ten sposób grosz oddać żebrakowi.
Oglądamy, jak sądzę, dopiero preludium sukcesów charytatywnych strategii, nastawionych w znacznej mierze na profity (jeśli nie materialne, to choćby wizerunkowe) z obrotu dużymi pieniędzmi, przeznaczonymi m.in. dla pracujących ubogich. Znakomitym przykładem logiki tego specyficznego biznesu są bajońskie kwoty przeznaczane przez fundacje dobroczynne na marketing. Dodajmy, że często pieniądze, którymi ów biznes obraca lub które przekazuje potrzebującym, nie pochodzą z zysku wypracowanego przez filantropów. Pozyskiwane są od setek tysięcy ludzi, którzy z własnej, nierzadko skromnej puli zarobków przeznaczają pieniądze na wsparcie innych – poruszeni czyjąś tragedią, kierowani poczuciem moralnego obowiązku, ale także przekonani, że tylko taka forma pomocy uboższym/dotkniętym wypadkami losowymi ma sens.
Problem polega na tym, że triumf charytatywy to droga do dalszego rozwarstwienia, wykluczenia kulturowego i ekonomicznego, do faktycznego zdjęcia odpowiedzialności ze społeczeństwa i państwa za procesy zachodzące w Polsce. Oczywiście, hasło „Posuńmy się na ławce życia” wielu przypadnie do gustu: wszak chodzi w nim o gest niezobowiązująco dobrowolny, gdy „podatki to złodziejstwo”. Pomija ono jednak najistotniejszy fakt. Otóż ludzie, których kapitalistyczne serduszka ma poruszać, nie siedzą na ogół z nikim na ławce, lecz zajmują wygodne miejsca w fotelach pierwszej klasy samolotów i pociągów, w ekskluzywnych klubach, restauracjach, w inteligentnych biurowcach, z których nadzorują i obserwują milionowe i miliardowe transakcje, itd. Dawno już nie ma żadnej wspólnej ławki: są osobne sektory dla VIP-ów, dla wąskiej klasy średniej, dla szerokiej klasy jako tako wiążących koniec z końcem, dla pracujących ubogich i dla tych, co żyją poniżej progu nędzy. Nowe warstwy posiadające mogą co prawda raz po raz rzucać ludowi pieniądze, ale ten model funkcjonowania cofa nas właściwie do epoki przedfeudalnej, do czasów, gdy wąska warstwa posiadaczy miała plebsowi do zaoferowania darmowe zboże, igrzyska i (źle maskowaną) pogardę. Być może w naszej post-chrześcijańskiej kulturze charytatywy tej pogardy wyrażanej wprost jest mniej – zastępuje ją obojętność albo przekonanie, że panujący porządek jest naturalny i dany przez Boga. I że w imię walki z socjalizmem należy zostawić pracownika z tym jednym prawem – ewentualnej możliwości skorzystania z czyjejś łaski.
Gdyby mnie ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie pomnik symbolizujący niesprawiedliwość współczesnej Polski, odpowiedziałbym, że powinien to być wysoki postument – a na nim Matki Polki Zęby w Ścianie. Oto pomnik godny nie tylko losu myślenickich szwaczek. To pomnik dla wszystkich, którym ekonomia braku sumienia rodzimego kapitalizmu odmawia stu złotych podwyżki miesięcznie, a fatalny rynek pracy nie daje żadnej alternatywy poza emigracją (do wielkiego miasta lub za granicę) albo – jak bywa – prostytucją. Przecież powrót porno-biznesu do centrów miast po kryzysie finansowym nie wziął się znikąd, lecz z narastającej dysproporcji między tymi, co mają jeszcze więcej, a rosnącą grupą tych, których pracy nikt nie chce. Dla większości znanych mi z rodzimego podwórka moralistów i moralizatorów sprawa ta jest jednak mocno nieoczywista.
Ale niech się szwaczki nie trapią: zawsze znajdzie się ktoś, kto zachęci prezesa Trend Fashion, by posunął się na ławce życia. To musi bardzo wielu kobietom (i mężczyznom) dziś w Polsce wystarczyć: zamiast godnej pracy i godziwej zapłaty – ten szlachetny gest i świąteczna paczka od dobrodziejów.
przez Konrad Malec | środa 15 października 2014 | nasze rozmowy
O sytuacji w szkolnictwie rozmawiamy z Ryszardem Proksą, przewodniczącym Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.
***
Sekcja oświaty i wychowania NSZZ Solidarność zapowiadała, że jeżeli rząd do 15 września nie zareaguje na propozycje podwyżek przejdzie do organizacji protestów. Jak idą przygotowania?
Ryszard Proksa: Właśnie mamy spotkanie Rady Sekcji Oświaty i Wychowania związku. Na podstawie przeprowadzonych wcześniej ankiet chcemy podjąć decyzję o formach protestu, będącego odpowiedzią na brak waloryzacji płac w oświacie i budżetówce. Co prawda w Polsce budżetówkę traktuje się oddzielnie od oświaty, ale tak naprawdę jedziemy na tym samym wózku. Ministerstwo Edukacji twierdzi, że nie rozumie dlaczego nauczyciele się burzą – przecież otrzymali 40 proc. podwyżki! Ale wystarczy spojrzeć na płace realne nauczycieli, żeby zobaczyć, że w rzeczywistości nasze zarobki spadły poniżej stanu z 2007 r. Zarabiamy dokładnie tyle, co 8 lat temu. Nie tylko w sferze budżetowej, ale w całej gospodarce narodowej średnia płaca wynosi 4000 zł, podczas gdy my zarabiamy wedle standardów z czasów średniej wynoszącej 2500 zł. Rząd i samorządy chcą za wszelką cenę udowodnić, że nauczyciel w polskim systemie płac jest krezusem. W rzeczywistości statystyki pokazują, że jesteśmy na ostatnich miejscach w Europie. W nakładach na oświatę, nakładach na jednego ucznia, płacach nauczycielskich – wszędzie zajmujemy ostatnie miejsce. Czy „gorzej” znaczy dla rządzących „lepiej”? Nauczyciele, jako grupa z wyższym wykształceniem, razem z pracownikami kultury, są na ostatnim miejscu w rankingach wysokości wynagrodzeń. Media wpajają społeczeństwu, że nauczyciele to grupa uprzywilejowana. Mają przecież wakacje, i pracują zaledwie 18 godzin tygodniowo.
A tak nie jest?
R. P.: W zeszłym roku ukazały się badania Instytutu Badań Edukacyjnych, które wykazały, że praca nauczyciela to średnio 46,5 godziny w tygodniu, co stanowi naruszenie przepisów kodeksu pracy. Niestety nikt o tym nie mówi. Samorządy próbują zmuszać nauczycieli do podpisywania oświadczenia wyrażającego zgodę na pracę powyżej 8 godzin dziennie. Badania OECD wskazują, że nasz rok szkolny należy do najdłuższych w Europie. A my słyszymy, że trzeba nam odebrać urlop, programy profilaktyki zdrowotnej, urlopy zdrowotne. Obecny rząd działa na naszą niekorzyść, a wtórują mu niedofinansowane samorządy. Otrzymują one 2,5 proc. PKB na prowadzenie placówek, podczas gdy ogólne wydatki na oświatę wynoszą w Polsce ponad 5,5 proc. Wiadomo, skąd biorą się te pieniądze – to pieniądze rodziców i samorządów. Próbujemy zmobilizować nauczycieli do walki o swoje prawa. Inaczej kłamstwa rządu i mediów zostaną utrwalone w świadomości społecznej.
Wspominał Pan o podobnej sytuacji innych sektorów budżetówki. Czy planujecie wspólne akcje?
R. P.: Komisja Krajowa ma takie plany. Na ten moment zajmujemy się rozsyłaniem naszych stanowisk w sprawie oświaty i budżetu. Listy wysłaliśmy m.in. do wszystkich parlamentarzystów. Synchronizacja działań w poszczególnych branżach jest utrudniona ze względu na specyfikę zawodów i prawne uwarunkowania dotyczące możliwości przeprowadzania akcji protestacyjnych. Warto dodać, że trzy największe centrale związkowe zastanawiają się nad wspólną akcją. Ustalono, że aby utrzymać poziom płac w sferze budżetowej i oświacie należałoby zwaloryzować płace o 9 proc. od stycznia. Mówią o tym wyliczenia ekspertów.
W latach 1996-97 byłem uczniem. Pamiętam, że nauczyciele strajkowali wtedy przez blisko miesiąc. Jaką formę protestu jesteście skłonni przyjąć dzisiaj?
R. P.: Wtedy szkoły stanęły na trzy tygodnie. Zbliżały się matury, więc mieliśmy dylemat dotyczący rozpoczęcia protestu w tym okresie. Obecnie medialny atak na oświatę zrobił swoje. Planujemy więc zacząć od akcji informacyjnej wśród nauczycieli. Radykalność naszego działania może oczywiście narastać. Możliwe, że po akcji informacyjnej przejdziemy do pikiet na szczeblu wojewódzkim, a następnie krajowym. W zależności od rozwoju sytuacji będziemy podejmowali kolejne kroki. Może strajk ostrzegawczy? Zobaczymy.
Wspominał Pan o samorządowcach, którzy dorzucają nauczycielom kolejne obowiązki i starają się uczynić z nich „zwykłych pracowników”. Zaskakujące, że samorządy znajdujące się w złej sytuacji nie zwracają się do rządu o większe pieniądze.
R. P.: Też tak uważamy. Planujemy akcję dotyczącą tego problemu. Samorządy muszą zrozumieć, że powinny razem z nami zawalczyć o te pieniądze. Od 20 lat jestem członkiem wielu komisji sejmowych, w tym komisji uchwalającej budżet oświaty. W tym czasie żaden samorząd nie wystąpił o zwiększenie nakładów finansowych na edukację! Cały czas można usłyszeć, że występują! Ciekawe gdzie! Nie występują z wnioskami o fundusze tam, gdzie powinni je dostać, tylko za wszelką cenę starają się ograniczyć wydatki. Ma to wiadomy wpływ na płace. Daje się nowe obowiązki bez płacenia za ich wykonanie. Co by było, gdyby w innych branżach pracownik po oficjalnym czasie pracy dostawał obowiązki na dwie dodatkowe godziny pracy za darmo? Ale według przekazu mediów wszystko jest w porządku. Można łamać prawo. Rząd nie reaguje. Sądy nie reagują. Instytucje kontroli wyrażają „zastrzeżenia” lub „zdziwienie”. Nie ma woli politycznej do fundamentalnych zmian, a wokół tematu panuje swoista zmowa milczenia i współpracy. Uważamy, że należy uświadomić pracowników oświaty. Musimy zawalczyć o własne miejsca pracy i o nasze pieniądze.
Padły mocne słowa odnośnie samorządów i domniemanej zmowy z rządzącymi. Na czym owa zmowa polega?
R. P.: Jest coś takiego jak Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego, na którą nie jesteśmy zapraszani. Zapadają tam zaskakujące decyzje, podczas gdy my dziwimy się, że sytuacja oświaty jest opłakana. Rząd z roku na rok nakłada na samorząd nowe zobowiązania nie wskazując źródła finansowania. Jest to naruszenie konstytucji i ustawy o samorządzie, która wyraźnie mówi, że źródło finansowania musi zostać wskazane. Podczas jednej z awantur na komisji przedstawiciele samorządów usłyszeli, że nie mają prawa protestować, bo zgodzili się na 20 procentowe finansowanie oświaty. Od tamtej pory samorządy nie skarżą się na brak funduszy. Są zapewne ustalenia, o których nie wiemy. Samorządy dostały wolną rękę do łamania prawa oświatowego: mobbing, nepotyzm, zmuszanie nauczycieli do podpisywania oświadczeń o chęci do pracy powyżej 8 godzin dziennie. Nie reagują ani sądy pracy, ani Państwowa Inspekcja Pracy, mimo że jest to ewidentne łamanie prawa. Podejrzewam, że jeśli środowisko oświatowe nie zmobilizuje się na tyle, by wywołać strajk ostrzegawczy, to praktyki te będą uchodziły samorządom na sucho.
Wspominał Pan o możliwej współpracy z innymi centralami. Mam w pamięci miasteczko namiotowe z ubiegłego roku i Związek Nauczycielstwa Polskiego, który wówczas zawiódł. Nie obawiacie się takiego sojusznika?
R. P.: Wówczas ZNP się do nas nie przyłączył. Niestety często jest tak, że nie możemy się dogadać. Ale w żaden sposób nie odrzucamy możliwości współpracy z innymi centralami, zwłaszcza jeśli chodzi o podstawowe sprawy, jak warunki płacy i pracy. W ZNP trwa wewnętrzna kampania wyborcza, więc bardziej koncentrują się na wyborach, ale mimo wszystko koledzy mogliby podjąć pewne kroki w celu wspólnej walki o płace, a nie tylko zwoływać konferencje na temat promocji jabłek. Chciałbym, abyśmy mogli razem stanąć i powiedzieć twardo, że tak dalej być nie może.
Często słyszy się o niżu demograficznym, z którego wynika konieczność zamykania szkół, zwolnień nauczycieli itp.
R. P.: Niż już praktycznie minął, a szkół zlikwidowano 2 razy więcej, niż wynikałoby to z jego skali. Populistyczne stwierdzenia w stylu „ubyło 10 proc. dzieci, więc powinno ubyć 10 proc. nauczycieli” mają się nijak do rzeczywistości. W międzyczasie rząd nałożył nowe obowiązki na samorządy, oczywiście bez dodatkowych środków, a te aby je zrealizować, nie mogły tak bardzo ograniczać zatrudnienia. Pamiętam jak Minister Boni chciał ustalić z nami zmiany w Karcie Nauczyciela. Wielokrotnie powtarzał nam, że w związku z niżem demograficznym poprawią się warunki pracy w szkołach ze względu na zmniejszenie liczebności klas. Niestety szybko o tym zapomniał. Klasy nadal są 30-osobowe. Uważam, że skandalem było namawianie do wysyłania 6-latków do szkoły z zastosowaniem argumentu, że klasy będą 25-osobowe. Teraz wchodzi nowelizacja, która znosi ten wymóg. To obnaża całkowity brak wiarygodności naszych decydentów. Rodzice wysłali dzieci do szkoły, więc można wycofać się z wcześniejszych obietnic! Drugi bardzo ważny element to zaufanie, które zostało wielokrotnie zawiedzione. Trzeba siąść i rozmawiać, wypracować chociaż minimalny stopień zaufania, bo inaczej będzie czekała nas wyniszczająca wojenka.
Dziękuję za rozmowę
Warszawa, 2 października 2014 r.
Rozmawiał Konrad Malec.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 13 października 2014 | opinie
Misterna konstrukcja propagandowa, przedstawiająca III RP jako niebywały sukces, chwieje się w posadach wraz z kolejnymi danymi napływającymi z przeróżnych stron, pokazującymi jak „sukces” ten wygląda naprawdę. Środowiska broniące kształtu przemian dzielnie znoszą wszystkie te ciosy, stosując różne rodzaje gard i uników, a czasem, gdy nadarza się okazja, same wyprowadzając uderzenie – oczywiście zawsze poniżej pasa. „Po stylu walki ich poznacie” wypadałoby powiedzieć. Nie inaczej było z raportem o stanie majątku obywateli różnych państw, zaserwowanym nam przez bank Credit Suisse. Upokarzające dla III RP dane, mówiące, że Polacy są wielokrotnie biedniejsi od obywateli wszystkich bez mała krajów zachodniej Europy (np. od wcale nie najbogatszych Włochów, bagatela, 10-krotnie), obrońcy transformacji sygnowanej podpisami Sachsa i Sorosa z właściwą sobie swadą zbyli argumentami mówiącymi, że my bogacimy się dopiero od 25 lat, a narody z Zachodu już od dawien dawna (oczywiście o mających podobną historię i niemal dwukrotnie bogatszych od nas Czechach się nie zająknęli). Nie należy przecież zapominać, że w czasach całkiem niedawno upadłego peerelowskiego ancien régime Polacy mieli zablokowaną drogę bogacenia się i ekonomicznego rozwoju. Inaczej mówiąc, wśród zwolenników leczenia gospodarki szokiem istnieje szeroki konsens, dający się sprowadzić do tezy, według której w czasach PRL w miejscu, w którym obecnie znajduje się Polska, zionęła czarna dziura lub co najwyżej leżało odłogiem ubite klepisko, na którym tylko cudem jakimś egzystowały miliony ludzi. Dopiero po 1989 r. ruszyła tu w miarę normalna działalność gospodarcza, więc nie ma co się dziwić, że statystyczny Polak jest biedny jak mysz kościelna. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko wciąż zaciskając zęby i pas harować w pocie i znoju, gonić niezmordowanie narody Zachodu w wolnorynkowym wyścigu i mieszkając w wysłużonych kawalerkach cieszyć się z comiesięcznego wpływu „tysiąca pińcet”, z którego musi nam jeszcze wystarczyć na zakup najnowszego poradnika pt. „Trzeba się bić”, w którym szaman przemian Leszek B. powie nam, jak żyć.
Teza mówiąca, że w 1989 r. Polacy musieli de facto zaczynać od zera, nie tylko łatwo wpada w ucho – jest też szalenie wygodna, gdyż w polskich warunkach w zasadzie zabezpiecza przed jakąkolwiek krytyką przemian. Każdy, kto chciałby z tak postawioną tezą polemizować, musi przecież zacząć w pewien sposób bronić dorobku PRL, a na to raczej nikt nie ma specjalnej ochoty. Raz, że był to reżim delikatnie mówiąc mało przyjemny, a dwa, że łatwo wtedy narazić się na łatkę ignoranta wzdychającego z sentymentem za mitologizowanymi w niektórych wąskich kręgach czasami Gierka. Jako że mnie akurat przydzielane mi łatki średnio obchodzą (zależnie od środowiska, jestem określany faszystą i katolem lub socjalistą i lewakiem), a w zasadzie to nawet powoli zaczynają cieszyć (stając się hobby na kształt zbierania znaczków), ochoczo wejdę w buty adwokata diabła, by obejrzeć z bliska to wielkie zero, z którym rzekomo musieliśmy się zmierzyć przed 25 laty.
W sukurs przyjdą mi dane Angusa Maddisona, brytyjskiego eksperta od liczenia ujednoliconego PKB dla różnych krajów świata na przestrzeni wieków, w drobnym stopniu dopełnione szacunkami Aleksandra Pińskiego, przedstawionymi przez niego na Obserwatorze Finansowym. Obraz, który się z nich wyłania, dla niektórych może być dosyć zaskakujący. Okazuje się, że, patrząc z perspektywy PKB, PRL nie był wcale pasmem gospodarczych katastrof. Wręcz przeciwnie – na tle III RP wypada nie najgorzej. W 1947 r., a więc w momencie rozpoczęcia wdrażania pierwszego planu odbudowy kraju po wojnie (tzw. Plan Trzyletni), PKB na głowę mieszkańca wynosiło 1390 dolarów międzynarodowych (jednostka służąca do porównywania PKB w różnych krajach). 25 lat później PKB per capita wynosiło już 5010 dolarów. A więc wzrósł on ponad 3,5-krotnie. W 1989 r. wynosił on 5684 dolarów na głowę, a w 2014 roku 12062. Czyli przez 25 lat III RP także wyraźnie wzrósł, ale już jedynie ponad dwukrotnie. A więc produkt krajowy brutto w pierwszym ćwierćwieczu wspaniale transformowanej III RP rósł dużo wolniej niż w pierwszym ćwierćwieczu istnienia nad Wisłą czarnej dziury, z której tak bohatersko wyciągali nas Balcerowicz i spółka. Oczywiście rycerze transformacji zawsze mogą stwierdzić, że odbudowa ze zgliszcz wojennych musi przynieść na papierze spektakularne wyniki, więc nic dziwnego, że PRL notował lepszy wzrost. Ale na to można odpowiedzieć co najmniej dwoma argumentami. Po pierwsze, przecież według oficjalnej wykładni również po 1989 r. odbudowywaliśmy kraj ze zgliszcz (które definitywnie wymagały błyskawicznej terapii szokowej). A skoro tak, wyniki III RP powinny być równie znakomite. Po drugie, przytoczone dane pokazują PKB na głowę mieszkańca. A w okresie powojennym liczba mieszkańców Polski błyskawicznie rosła – w 1947 było ich około 24 mln, a w 1972 już ponad 33 – co spowodowało, że osiągnięcie wzrostu PKB per capita było tym trudniejsze. Tymczasem według GUS w okresie 1989-2013 liczba ludności nad Wisłą utrzymuje się na poziomie około 38 mln. A więc PKB dla całego kraju rósł w latach 1947-1972 nieporównywalnie szybciej niż w okresie 1989-2014. Słowem, z przytoczonych tu danych wynika, że w powojennym ćwierćwieczu musiał być wytwarzany całkiem znaczący majątek. Nawet jeśli nie miał on charakteru takiego jak dziś (czyli głównie konsumpcyjnego) i należał formalnie do wszystkich, a nie do poszczególnych właścicieli, to z zerem nie miał nic wspólnego.
Wielbiciele obecnego kształtu III RP zachwycają się faktem, że PKB per capita wynosi w Polsce obecnie już 68 proc. średniej UE. Z danych Maddisona wynika, że w czasach szczytu rozwoju PRL (1978 r.) PKB na głowę Polaka wynosiło prawie 50 proc. średniej dla zachodniej Europy. Jak widać wynik ten nie był znowu tak wiele gorszy niż teraz. A trzeba pamiętać, że obecna średnia UE nie jest tym samym, co średnia zachodniej Europy z lat 70., gdyż współczesną unijną przeciętną znacznie zaniża wiele krajów biedniejszych nawet od Polski, takich jak Bułgaria czy Rumunia. Bardziej porównywalne byłoby odniesienie do średniej dla strefy euro – wtedy polskie PKB per capita wynosi już tylko 63 proc., choć przecież do eurozony należą też kraje niespecjalnie zamożne, takie jak Łotwa czy Słowacja. W roku 1989 polskie PKB na głowę wynosiło 36 proc. średniej zachodniej Europy. To dużo mniej niż obecne 63 proc., ale od zera jest równie dalekie. A trzeba pamiętać, że ówczesne PKB stanowiło produkt rzeczywiście krajowy, gdyż środki produkcji były w zasadzie w całości w polskich rękach. Dawało to więc realne podstawy, by po rozsądnej restrukturyzacji gospodarki w duchu cywilizowanego kapitalizmu środki te stały się fundamentem, na którym można było zbudować majątek statystycznego Polaka, który mógłby sięgnąć nawet tej 1/3 przeciętnego majątku mieszkańca zachodniej Europy. Obecna struktura polskiego PKB, wytwarzanego w dużej mierze przez kapitał zagraniczny oraz charakteryzującego się jednym z najniższych w Europie udziałem płac, kończy się tym, że sięgnięcie naszego produktu krajowego brutto poziomu 68 proc. średniej UE pozwoliło przeciętnemu polskiemu gospodarstwu domowemu na nabycie majątku wartego zaledwie 10 proc. tego, co posiada statystyczne gospodarstwo domowe we Włoszech, a więc w kraju, który znajduje się prawie dokładnie na omawianej średniej (włoskie PKB to 98 proc. przeciętnej UE). Z tej perspektywy, sytuacja w 1989 r. wcale nie wygląda już tak dramatycznie źle, jak się nam mówi. Oczywiście PKB nie można odnosić w prostej linii do majątku, lecz do wytworzenia PKB bez wątpienia potrzebny jest majątek w postaci środków produkcji. A jego mieliśmy na tyle, by osiągnąć wartość ponad 1/3 średniej produkcji zachodniej Europy. Majątek ten mógł być podstawą do sprawiedliwego uwłaszczenia Polaków, bo przecież formalnie rzecz biorąc należał on w równej mierze do wszystkich. I gdyby tak się stało, wcale nie musielibyśmy zaczynać od zera. Mielibyśmy przyzwoitą wyprawkę – skromną bo skromną, ale zawsze.
Stało się jednak inaczej. Polskie środki produkcji zostały wyprzedane (nierzadko za bezcen) lub pozbyliśmy się ich w inny sposób (np. poprzez doprowadzanie do upadłości przedsiębiorstw – co zresztą też kończyło się zwykle wyprzedażą za bezcen). Zawsze można postawić wytartą już tezę, że widocznie były one zacofane i nawet jeśli w 1989 r. produkowały tyle, ile produkowały, to nie dawały żadnych szans na rozwój. Ale to jest nieprawda. Upadek przedsiębiorstw był spowodowany idiotyczną polityką ekonomiczną, która wystawiła przedsiębiorstwa przyzwyczajone do działania w zupełnie innym systemie na nagłą konkurencję w warunkach gospodarki rynkowej, czego nie mogły przetrwać, gdyż ich struktura (organizacja zatrudnienia, zasady pracy itd.) była dopasowana do reguł gospodarki socjalistycznej, w której de facto nie było konkurencji. Jednak niedopasowanie strukturalne nie oznacza od razu zacofania technologicznego. Wymaga jednak czasu na dostosowanie, którego polskim przedsiębiorstwom nie dano ani trochę, wprowadzając ruchy, które przypominały wystawienie niemowląt lwom na pożarcie i następnie dziwienie się, że nie podjęły one walki. A przecież gdy niemowlę po jakimś czasie dorasta, to przestaje być bezbronne. Niestety ojcom polskiego kapitalizmu doktryna „przemysłów raczkujących”, która stała się przed wiekami podstawą rozwoju kapitalizmu brytyjskiego i amerykańskiego, była zupełnie obca. Zamiast więc dbać troskliwie o swe raczkujące pociechy, Polacy postąpili jak wyrodni rodzice i otworzyli gospodarkę na zagraniczny kapitał w taki sposób, że niektórzy eksperci zaczęli nazywać Polskę „Hongkongiem Europy” (Hongkong jest jednym z najbardziej otwartych na wolny handel krajów na świecie). Zlikwidowano wszelkie pozwolenia na import oraz wprowadzono niski podatek importowy, co w połączeniu z nagłym odcięciem polskich firm od kapitału (zniesienie wszelkich dopłat z budżetu oraz preferencyjnych kredytów banku centralnego, znaczny wzrost oprocentowania kredytów, nawet tych wcześniej zaciągniętych) wystawiło je na rzeź. Zamiast przemyślanej transformacji mieliśmy więc skok na główkę do basenu, z którego wcześniej sami spuściliśmy wodę. A autorzy tej „strategii” uważani są dziś za ekspertów. Wołać o pomstę do nieba to mało.
Przez Polskę przetoczyła się więc fala upadku przedsiębiorstw. I to w niektórych przypadkach bardzo nowoczesnych. Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tys. pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy: Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała nowoczesne magnetofony odporne na wstrząsy, wykorzystywane np. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tys. odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Chyba właśnie po to, żeby dobić Elemis. Terapii szokowej nie wytrzymał także ZOPAN, produkujący unikalną aparaturę pomiarową. A także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.
Kolejnym gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości była szeroka prywatyzacja, oparta na dwóch błędnych założeniach. Pierwsze było takie, że przedsiębiorstwa prywatne zawsze działają bardziej efektywnie niż publiczne. Drugie było oparte na przeświadczeniu, że cały postpeerelowski majątek to, cytując klasyka, co najwyżej „kamieni kupa”. Z obu założeń zagraniczni inwestorzy korzystali ochoczo i z uśmiechem na ustach. Często nie robili tego nawet z myślą o dalszych inwestycjach, a raczej w celu likwidacji niepotrzebnej konkurencji. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on wielkie zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR, i zatrudniały ok. 4 tys. pracowników. Niemcy błyskawicznie wręczyli wszystkim wypowiedzenia, a następnie… zburzyli budynki zakładowe. Zapewne dla pewności, że już nic się w tym miejscu nie urodzi. Dokładnie tę samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia – tym razem łaskawie zostawiając jeden budynek, w którym pozostawił marginalną produkcję przewodów. Ciekawy jest również przypadek firmy Polam, produkującej lampy i inne urządzenia świetlne. Inwestor, który ją zakupił także uznał, że spora część budynków jest mu niepotrzebna, a na zgliszczach Polamu produkuje… kartony. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe, pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te odchudzono o… 90 proc. Własną strategię wybijania zębów polskiemu przemysłowi przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.
Prawdziwe Eldorado zagraniczni inwestorzy mieli jednak dopiero wtedy, gdy za grosze nabywali nad Wisłą największe perły peerelowskiego przemysłu. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a za drugie tyle dozbrojono ziemię i rozbudowano infrastrukturę. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80 proc. akcji za zaledwie 120 mln dolarów. Ale to jeszcze i tak nic, gdyż suma zwolnień podatkowych, jakie uzyskali w zamian za to, wyniosła w sumie… 142 mln dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że łaskawie wzięli od nas bardzo nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper przechwalał się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była chyba sprzedaż Huty Warszawa. Choć była wyceniana nawet na 3 mld dolarów, 51 proc. jej akcji zostało sprzedanych za… niecałe 34 mln. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tys. zł za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tys. zł za metr. Także inne polskie huty sprzedano za śmiesznie niskie kwoty. Spółka Polskie Huty Stali, skupiająca 4 wielkie huty, została zakupiona przez Mittal Steel Company za 1,43 mld zł, co stanowiło zaledwie 48 proc. zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po prywatyzacji. Na sprzedaży tej NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 mld zł. Przybysze zza granicy robili także swe interesy życia w polskim sektorze finansowym. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecny BZ WBK, został w dużej części sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak nic w porównaniu z losem Banku Śląskiego. Dużą jego część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tys. zł, tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się w transakcji znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. bezboleśnie stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych instytucji finansowych III RP.
Dane statystyczne, pokazujące skalę destrukcji polskiego przemysłu w wyniku zdziczałej transformacji, jeżą włos na głowie. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50 proc., co objęło ok. 200 tys. pracowników. Produkcja aparatury informatycznej spadła o 26 proc., optycznej o 36,5 proc., maszyn i urządzeń energetycznych o 45 proc., a urządzeń elektronicznych aż o 66,5 proc. W porównaniu do 1989 r., w roku 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7 proc. tranzystorów, 0,6 proc. układów scalonych, 12 proc. silników przemysłowych, 5 proc. kombajnów zbożowych, 20 proc. aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12 proc. odbiorników radiowych oraz 6 proc. żurawi i 25 proc. suwnic. Jak widać zaledwie 5 lat wystarczyło, żeby zupełnie znokautować polski przemysł.
Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie zamierzam bronić PRL-u jako systemu polityczno-ekonomicznego. Uważam, iż bardzo dobrze się stało, że upadł. Jednak dyskredytowanie dokładnie wszystkiego, co z nim związane, jest na rękę głównie tym, którzy odpowiadają za kształt coraz bardziej skompromitowanej III RP, zapewniając im wygodne alibi, dzięki któremu mogą swobodnie opowiadać, że obecna bieda naszego społeczeństwa jest spowodowana przede wszystkim tym, że lata 1945-1989 zostały wyrwane z naszej gospodarczej historii. A tymczasem wcale nie zostały wyrwane. Prawdziwą wyrwę uczyniła dopiero zdziczała transformacja, w wyniku której cały ekonomiczny dorobek PRL (który, owszem, nie był zbyt duży, ale jednak jakiś był) rozszedł się nawet nie wiadomo do końca gdzie. Paradoksem jest, że antykomunizm prezentowany przez wiele środowisk wielce krytycznie nastawionych do III RP jest na rękę głównie… elitom III RP. Zastępy średnio rozgarniętych „prawaczków” licytują się na antykomunizm, nie zdając sobie sprawy, że leją miód na serca tych, którzy najpierw przepuścili nasz majątek, a teraz rżną głupa, że przecież żadnego majątku nie było, bo w 1989 r. zaczynaliśmy od zera, a PRL to była jedynie nic niewarta sterta ruin. Otóż nie była.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 6 października 2014 | kultura zaangażowana, opinie
U progu niepodległości
W lutym roku 1918 Stefan Żeromski napisał artykuł „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Tekst ukazał się wkrótce jako broszura, ale nie wzbudził, także w środowiskach literackich, ożywionych dyskusji, nie zainspirował na razie ani polemik, ani apologii. Wciąż jeszcze przecież trwała wojna, polscy żołnierze w mundurach armii państw zaborczych wciąż ginęli na wszystkich europejskich frontach. Rosja co prawda już zapadła się pod własnym ciężarem, już wiadomo było, że na ziemiach jej dawnego zaboru powstanie jakaś forma polskiej państwowości, jednak Niemcy trzymały się jeszcze mocno i wciąż istniała obawa, że Polacy będą zmuszeni, w mniejszym czy większym stopniu, uznać co najmniej protektorat zachodniego sąsiada. Mimo to, u progu niepodległości Rzeczypospolitej polskich inteligentów rozgrzewały dyskusje o tym, jak ma wyglądać odrodzona Polska, jaki ma być jej społeczny, gospodarczy i polityczny ustrój, jaką pracę należy wykonać, aby Polacy zdolni byli nie tylko do powołania własnego państwa, ale i by umieli nadać mu taki kształt, z którego sami będą zadowoleni, który będzie współgrał z narodowym charakterem i wartościami istotnymi dla Polaków. Tekst Żeromskiego, postulujący powołanie analogicznej do akademii naukowych instytucji literackiej, mógł być jednak odebrany jako zbyt utopijny, zbyt idealistyczny w sytuacji, kiedy nie wiadomo jeszcze było, jakie w ogóle będzie pole do działania dla naszych narodowych instytucji.
Jednak już wkrótce wydarzenia nabrały tempa, Polska odzyskała pełną niepodległość, a Stefan Żeromski stał się inicjatorem i wybrany został pierwszym prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich, pierwszej w naszych dziejach organizacji zrzeszającej ludzi pióra i chroniącej ich zawodowe interesy. Już po śmierci pisarza, w 1933 roku, powołana została przez Radę Ministrów RP Polska Akademia Literatury, instytucja w pewnym tylko stopniu nawiązująca do idei Żeromskiego, przede wszystkim przyznająca Wawrzyny Akademickie za wybitne osiągnięcia pisarskie i zasługi dla polskiej literatury i czytelnictwa (pozostawała autonomiczna, jednak pierwszych jej siedmiu członków powoływał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a ci dopiero powoływali ośmiu kolejnych).
Dziś, przy okazji obchodzonej uroczyście 150. rocznicy urodzin Żeromskiego, warto chyba przypomnieć sobie „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Pomysł wizjonerski i poniekąd utopijny; pomysł, który wynika z bardzo głębokiego zrozumienia roli literatury w życiu narodu (czy nawet w tworzeniu narodu, którego geneza nie została, a być może nigdy nie zostanie zakończona) i z powinności tejże literatury wobec języka, który ją tworzy oraz wobec społeczności, która stworzyła ów język.
Warto chyba przypomnieć „Projekt…” dziś, w czasie ogromnego kryzysu (może nawet zapaści) i czytelnictwa, i polskiej literatury, bo jego wizjonerstwo zdaje się być bardzo aktualne, skłaniać do refleksji także nad dzisiejszymi wzajemnymi powinnościami literatury i wspólnoty, twórczej wolności, wpływu interesu księgarzy i wydawców na poziom literatury oraz jej społeczne i artystyczne funkcje itp. Może i dzisiaj, nie dla uczczenia Żeromskiego, ale właśnie dla sprawy polskiej twórczości i kultury literackiej, polskiego czytelnictwa, duchowej kondycji Polaków, warto byłoby rozważyć jeśli nie powołanie postulowanej przez niego instytucji, to co najmniej jakieś działania zmierzające do uzdrowienia kultury literackiej Polaków, które brałyby pod uwagę funkcje twórczości literackiej w życiu naszej społeczności i w życiu duchowym każdego z nas? Niektóre postulowane przez Żeromskiego zadania Akademii (na przykład wyrażanie opinii środowiska pisarskiego w istotnych sprawach dotyczących kultury, polityki czy obyczaju) spełniają istniejące i dzisiaj organizacje pisarzy wywodzące swój rodowód z ZZLP. Ja chciałbym przypomnieć takie z tych zadań, które dziś, jak sądzę, są zapomniane i przez samych literatów, i przez czytelników.
Dość mgliste były pomysły Żeromskiego dotyczące struktury instytucji. Jej zarząd miałby się składać z najgodniejszych pisarzy i musiałby ulegać zmianie co rok, czy co dwa lata, dla uniknięcia majoryzacyi kierunków literackich jednych przez drugie, oraz z obawy przed wytworzeniem się wszelkiego rodzaju magnateryi, matadoryzmu klik i zespołów, które mocą posiadania przydługiej władzy mogłyby szkodliwie oddziaływać na swobodę ujawniania się kierunków i prądów nowych (s. 59) Równie niejasne są pomysły dotyczące środków materialnych, dzięki którym Akademia mogłaby udzielać postulowanych stypendiów dla pisarzy i wszelkiej innej pomocy materialnej dla przedsięwzięć literackich i społecznych. Wielokrotnie widoczna jest tu idealistyczna wiara Żeromskiego w triumf ducha nad materią i w to, że w obliczu powstania tak doniosłego przedsięwzięcia, pieniądze po prostu się znajdą – może z jakichś składek, może od donatorów, może od państwa. Ważny jest sam cel, a celem jest obrona polskiej literatury, a więc działanie dla duchowego i cywilizacyjnego wzrostu narodu. Literatura polska potrzebuje wsparcia instytucjonalnego.
W moim przekonaniu – pisał Żeromski – przemawiają za tą koniecznością [powołania Akademii] trzy względy:
1) sprawa czystości i piękności języka;
2) sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencji i ludu;
3) sprawa instancji i obrony twórczości wolnej. (s. 31)
Sprawa języka
Pierwszy spośród „względów” był dla Żeromskiego istotny przede wszystkim dlatego, że lata zaborów nie tylko zahamowały instytucjonalne starania o kulturę słowa i języka, ale także w sposób sztuczny podzieliły terytorium użytkowania polszczyzny na trzy niezwiązane w żaden sposób z tradycją i historią naszego kraju regiony podlegające silnym i toksycznym wpływom języków zaborców. Polszczyzna, mimo społecznego oporu wobec instytucjonalnej rusyfikacji i germanizacji, chłonęła z paskudnej – bo raczej biurokratycznej, policyjnej lub wojskowej niż literackiej – niemczyzny i ruszczyzny nie tylko słownictwo, ale także frazeologię, nawyki słowotwórcze i składniowe czy osobliwości stylu. Język polskiej literatury – co Żeromski niezwykle przenikliwie, ale i z dużą odwagą zauważał – nie był wcale wolny od tych toksycznych wpływów, często, wbrew patriotycznym intencjom samych autorów, stawał się dodatkowym ich utrwalaczem. Przykłady zgermanizowanej od słownictwa po składnię polszczyzny Przybyszewskiego czy podobnie zrusyfikowanej – Sieroszewskiego, odsłaniały tylko wierzchołek góry lodowej. Niestety, co także Żeromski trafnie zauważył, opór polskich pisarzy przeciwko zepsuciu polszczyzny skutkował często wytwarzaniem języka sztucznego, napuszonego, pozbawionego waloru wzorcotwórczego, bo nieprzydatnego do żadnych zastosowań poza czysto literackimi lub zbyt mocno odwołującego się do przebrzmiałej już i niemogącej sprostać wyzwaniom współczesności staro- czy średniopolszczyzny.
Jednym z zadań Akademii Literatury Polskiej miało więc być „udzielenie poparcia” tym pisarzom, których język i styl może stać się punktem odniesienia dla polszczyzny, nie tylko tej urzędowej czy oficjalnej, ale także tej, którą na co dzień posługują się jej zwyczajni użytkownicy. W wizji Żeromskiego, nota bene, oddziaływanie literackiej polszczyzny na język rodaków ma być właśnie bezpośrednie i proste: dobre praktyki językowe powinny się tworzyć w ten sposób, że czytelnicy obcujący na co dzień z literaturą przesiąkają jej językiem, a nie w taki sposób, że uczeni językoznawcy inspirują się polszczyzną uznanych przez siebie pisarzy, układając słowniki i kodyfikując normy. Dlatego właśnie Akademia miałaby wyróżniać i wspierać takich twórców, którzy wypracowali staranny, indywidualny choć przystępny styl. Musi być przecie – pisał Żeromski – wyróżniona własna, starannie opracowana proza Wacława Berenta od figlasów baroku, pełnego błędów stylu, popełnianych przez różne znakomitości literackie – oraz od wyślizganych naśladownictw, układanych w istocie nie po polsku, lecz w jednym okresie czasu po sienkiewiczowsku, w drugim po wyspiańsku (s. 38).
Jednak Akademia projektowana przez autora „Popiołów” nie byłaby wyłącznie instytucją wspierającą pisarzy w ich pracy nad językiem, ale także ich inspirującą. Żeromski doskonale rozumiał, że artyści nie są jedynymi twórcami słowa, ale że także, a może przede wszystkim, wykorzystują spontaniczną twórczość ludową na tym polu. Dlatego postulował w „Projekcie Akademii Literatury Polskiej” (a rozwinął to później w „Snobizmie i postępie”) zainicjowanie wielkiej akcji badania polskich gwar, z których należałoby wydobyć zapomniane czy lekceważone przez mowę klas wyższych (a więc także literatury) słowa czy metafory, którymi dałoby się wzbogacić – nie rugując, oczywista, mechanicznie ani jednego z wyrazów-przybłędów istniejących z dawna w języku (s. 40) – słownik naszej współczesnej literatury, a za jej pośrednictwem także mowę powszechną.
Daje się tu wyczytać dwie niezwykle ciekawe refleksje Żeromskiego, inspirowane filozofią pracy Stanisława Brzozowskiego, dotyczące ducha języka w ogóle, a polszczyzny w szczególności. Jest on otóż, po pierwsze, niezwykle silnie zakorzeniony w środowisku swoich narodzin, a więc w ludzie oraz w tym, co ów lud najdoskonalej określa, w najistotniejszej ludu twórczości i samoidentyfikacji, a więc w pracy. Słownictwo pracy charakteryzuje się wielką różnorodnością i subtelnością znaczeń, a także niezwykłą trafnością poszczególnych sformułowań. Można w nim dostrzec niesłychane bogactwo, wielki przepych metafory wyskakującej z samej roboty – przenośni odzwierciedlającej i streszczającej, jak gdyby w logarytmie genialnie powziętym, dzieło ciała – rodzącej się z nagła a wiecznie, trafnej jak samo nieomylne uderzenie ręki, tworzącej fizycznie (s. 40). Żeromski widzi więc słowo, język jako ducha, który tworzy się wraz z ciała i z ciałem jest bardzo silnie związany. Może się od ciała uwolnić, ale wtedy i on, i ciało będą okaleczone.
Żeromski walczy więc z zapożyczeniami i obcymi wpływami językowymi nie z jakiegoś sentymentalnego czy nacjonalistycznego afektu do swojskości, ale dlatego, że dostrzega, iż znaczna ich część jest przeniesieniem z obcego gruntu samego słowa pozbawionego zakorzenienia w głębi i istocie swojego desygnatu. Zastąpienie słowa zakorzenionego, wytworzonego na potrzeby życia, pracy, uczuć, a potem przez stulecia czy tysiąclecia porastającego w znaczeniowe subtelności, niezliczone asocjacje i konotacje, takim, które przychodzi z zewnątrz, oderwane od imponderabiliów, powoduje nie tylko – jak by się niektórym zdawało – estetyczny zgrzyt, ale i duchową katastrofę. Powoduje oderwanie się użytkownika języka od głębi własnego świata, i pozwala mu na doświadczanie wyłącznie jego płycizny.
Duch artysty ożywia na powrót ducha-słowo. Dlatego nie wystarczy, żeby uczeni dialektolodzy i historycy języka odgrzebali spod kurzu dokumentów i spod obcych naleciałości dawno nieużywane polskie wyrazy. Potrzeba jeszcze pisarzy-artystów, którzy pojmą, jak bardzo wyrazy te zakorzenione były w życiu swoich dawnych twórców i użytkowników, a później będą umieli na powrót zakorzenić je w życiu użytkowników dzisiejszych. Artyści staną się więc tymi, którzy stworzą wyrazy i znaczenia na nowo. Dzięki temu będzie można pozbyć się obcych naleciałości, płytko tylko wetkniętych w społeczną glebę, oddających powierzchowne, a nie głębokie znaczenia i przez to spłycających w ogóle świat użytkowników (może pasowałoby tu dzisiejsze słowo: „konsumentów”) nie będących twórcami języka.
Bardzo istotnym zadaniem Akademii Literatury Polskiej byłoby więc wspieranie tych artystów słowa, dla których kwestią istotną byłaby świadoma swoich celów i zadań społecznych twórczość w zakresie języka. Akademia powinna, zdaniem Żeromskiego, czynnie zachęcać pisarzy do tego, aby polszczyznę traktowali nie tylko czy nie tyle jako gotowe i dane sobie tworzywo utworów, ale jako zadanie. Język – a więc i indywidualna oraz zbiorowa duchowość jego użytkowników – wymaga ciągłej troski i pielęgnacji, ciągłego tworzenia go na nowo, a nie tylko rejestracji. Akademickie „zrzeszenie twórców i badaczów” miałoby możliwość aktywnego kształtowania języka, a więc także aktywnego przyczyniania się do duchowego, cywilizacyjnego wzrostu rodaków, nie za pomocą dekretów czy normatywnego językoznawstwa, ale poprzez tworzenie językowej praktyki.
Sprawa kultury literackiej
Żeromski, przyglądając się praktyce publicznych bibliotek i towarzystw krzewienia czytelnictwa docierających do czytelników we wsiach Podhala czy Lubelszczyzny, doszedł do wniosku, że czytelnik „z ludu” nie miał jakoś zasadniczo gorszego gustu, niż ten inteligencki. Na wsiach chętnie czytane były powieści historyczne mistrzów polskiej prozy: Kraszewskiego, Sienkiewicza, Konopnickiej, Orzeszkowej, Orkana czy Gomulickiego, a więc tych samych pisarzy, którzy byli cenieni wśród miejskiej inteligencji. Ludność wiejska niechętnie czytała zaś powieści współczesne tych samych pisarzy, zapewne dlatego, że umiejscowione były one silnie w realiach społecznych jej obcych, ale niemających waloru czasowej czy terytorialnej egzotyczności. Jednak literacka szmira wszelkiego rodzaju miała większe wzięcie w odwiedzanej przez inteligentów z różnych stron Polski Bibliotece Publicznej w Zakopanem, niż w objazdowych księgozbiorach dla podhalańskich gospodarzy. Inteligenci znający języki mogli poszukiwać odpowiadających własnym potrzebom dzieł obcych, jednak możliwości tej pozbawieni byli ludzie nieposiadający wykształcenia.
Żeromski postulował więc, aby projektowana Akademia zajmowała się nie tylko wskazywaniem wśród gotowej twórczości dzieł wartościowych, których lekturę warto byłoby polecić i ułatwiać (choćby przy pomocy sieci bibliotecznych) pochodzącym z różnych klas społecznych czytelnikom, ale także inicjowała powstawanie znakomitych pod względem artystycznym dzieł mogących znaleźć oddanych czytelników ze wszystkich klas. W projekcie autora „Ludzi bezdomnych” odnajdujemy pionierską jak na tamte czasy (a i do dziś niezrealizowaną) wizję badań czytelnictwa, które służyłyby nie tylko rynkowym statystykom, ale przede wszystkim aktywnemu kształtowaniu literackiej oferty najwyższej jakości dla czytelników o różnym poziomie wykształcenia i o różnym społecznym statusie. Akademia, wykorzystując zdobytą w takich badaniach wiedzę o upodobaniach, potrzebach czytelniczych, mogłaby inicjować powstawanie dzieł, zachęcać artystów do poszukiwań i wysiłków zgodnych ze społeczną potrzebą.
Oczywiście – warto chyba to podkreślić – nie chodziło Żeromskiemu o badania rynkowe pozwalające zaspokoić pospolite gusta, ale raczej o to, by pisarze mieli rozpoznanie kompetencji czytelniczych oraz duchowych potrzeb swoich odbiorców. Właśnie dlatego postulował on, by takie rozpoznanie prowadziła Akademia (a nie na przykład wydawcy), bo ma ono służyć nie po prostu zwiększaniu czytelnictwa i sprzedaży książek, ale kulturze literackiej narodu. Żeromski był przekonany, że możliwe jest połączenie znakomitego literackiego warsztatu i artystycznej swobody literackiej produkcji z jej szacunkiem wobec czytelnika i zrozumieniem jego głębokich potrzeb. Nadpodaży literackiej szmiry schlebiającej najniższym gustom, Akademia przeciwstawiałaby moralne i materialne wspieranie twórczości zarówno artystycznie znakomitej, jak i przystępnej dla czytelników z różnych społecznych warstw.
Akademia powinna także zainicjować wielkie przedsięwzięcie przyswajania polskiej publiczności dorobku piśmiennictwa światowego. Żeromski dostrzegał pilną potrzebę tłumaczenia na polszczyznę arcydzieł, które już gdzie indziej proste umysły ogniem zachwytu objęły i biedne serca przyciągnęły ku sobie (s. 42). W roku 1918 luki w przyswajaniu przez polską publiczność literacką światowej klasyki (od starożytnych Greków i Rzymian począwszy!) były gigantyczne. Boy dopiero zaczynał swoje dzieło systematycznego krzewienia literatury francuskiej, na jego naśladowców przekładających z innych języków trzeba było jeszcze czekać. Żeromski marzył o wielkim przedsięwzięciu odkrywania i upowszechniania wśród polskiej publiczności literackiej już istniejących, a niemających odpowiedniego nagłośnienia przekładów, ale także inicjowania twórczości translatorskiej.
Warto zauważyć, że Żeromski postrzegał konieczność przełożenia na polszczyznę światowych arcydzieł (i to z całego świata, także z jego peryferiów – w tym szczególnie z pokrewnych naszej literatur słowiańskich – a nie wyłącznie z kulturowych centrów; znaczną część „Projektu Akademii Literatury Polskiej” stanowi autorski katalog arcydzieł światowego piśmiennictwa już przełożonych na polski i takich, których przełożenie jest sprawą szczególnej wagi) w kontekście potrzeby działania dla duchowego wzrostu czytelników. Fakt, że biblioteki pełne były literackiej szmiry, postrzegał jako konsekwencję słabej podaży literatury najwyższej jakości, która – przypomnijmy – wcale nie była według niego hermetyczna czy nieciekawa dla prostego czytelnika. Żeromski był pełen wiary w ludzkiego ducha, wolny był też od klasowych uprzedzeń, wedle których ludzie spoza inteligenckich czy jakkolwiek rozumianych elit nie potrzebują duchowej strawy wysokiej jakości – a tylko czczej rozrywki. Z całej jego twórczości przebija przekonanie, że świat ludzkich uczuć i tęsknot jest wspólny dla wszystkich, a literatura będąca językiem wyrazu tych uczuć i tęsknot, dla wszystkich powinna być jednakowo przystępna.
Przekłady z literatur obcych pozwoliłyby polskim czytelnikom z wszystkich społecznych klas obcować z takimi przejawami ludzkiej duchowości, jakich nasze własne piśmiennictwo, ze względu na jego obiektywne ograniczenia, nie było w stanie wytworzyć. Żeromski podaje przykład powieści Josepha Conrada (wtedy jeszcze w dużej części nieprzyswojonych polszczyźnie), które przybliżają wyobraźni czytelnika cały zespół doświadczeń i przeżyć wynikających z obcowania z żywiołem oceanu, z żeglugą. Polacy przez stulecia byli narodem lądowym, odwróconym od morza, jednak wcale nie muszą być pozbawieni tego doświadczenia, mogą obcować z nim właśnie dzięki literaturze. Polacy winni także na bieżąco otrzymywać przekłady z najwybitniejszych osiągnięć światowego pisarstwa współczesnego, co jest nie bez znaczenia także z tego powodu, że dzięki literaturze publiczność może poznać głębię przemian obyczajowych, społecznych, technologicznych i wszelkich innych, które dokonują się gdzieś daleko stąd i z daleka do nas przychodzą.
Do najistotniejszych zadań Akademii Literatury Polskiej należałoby dbanie o jakość literackich przekładów. Polscy tłumacze produkowali przekłady często bardzo marnej jakości, co odstręczało czytelników, wypaczało ich gusty, zniechęcało do literatury w ogóle. Żeromski przytaczał przykłady koszmarnej polszczyzny słabych tłumaczy, postulując, aby powołana w przyszłości Akademia zwróciła także uwagę na potrzebę kształcenia i ciągłego doświadczenia artystów przekładu.
Sprawa wolnej twórczości
Żeromski w swoim projekcie dostrzegał potrzebę działań obliczonych na wytworzenie się w Polsce profesjonalnej klasy artystów pióra, mających warunki do systematycznego i wolnego od zewnętrznych ograniczeń i nacisków doskonalenia kunsztu. Pisarze, jeśli mają spełniać swoją funkcję społeczną, winni być wolni zarówno od tych najoczywistszych nacisków ze strony władzy politycznej czy cenzury, jak i od konieczności poszukiwania wsparcia czy promocji u politycznych czy towarzyskich, a także literackich i prasowych koterii. Pisał Żeromski: trzeba choć w ogólnych zarysach wskazać na konieczność uniezależnienia literatury, jako sztuki wolnej, od wpływu i przemocy partyj politycznych, klik władających dziennikami, ugrupowań społecznie skrajnych w jednym lub drugim kierunku, reakcyjnych, postępowych, czy bezbarwnych (s. 62).
Akademia, dzięki systemowi stypendiów analogicznych do stypendiów akademickich przyznawanych badaczom, finansowałaby podobne do badawczych prace, takie jak kwerendy, podróże, zwiedzanie i poznawanie świata, jego tradycji, kultury. Pisarz przecież, podobnie jak uczony, jest w stanie pracować wyłącznie dzięki uzyskanemu, często wysokim materialnym kosztem, doświadczeniu, dzięki wiedzy i obyciu, za które wciąż ktoś żąda od niego pieniędzy. Bieda ogranicza horyzonty pisarza, tak jak ogranicza horyzonty każdego człowieka. Ogranicza też bogactwo i rozmach dzieła, które ów pisarz tworzy, czego często nie chcą przyjąć do wiadomości czytelnicy pielęgnujący mit romantycznego poety-nędzarza. Norwid stworzył wspaniałą poezję nie dlatego, że był biedny, ale mimo tego, a kto wie, co stworzyłby jeszcze, gdyby miał do tego odpowiednie warunki finansowe.
Akademia winna wspierać wolność twórcy od konieczności zmagań z wrogim i nieczułym światem, które i odrywają go od jego zasadniczego powołania, i zmuszają do dokonywania poniżających wyborów między nędzą a korupcją. Szczególnie drugi z tych wyborów jest dla kultury narodowej i dla każdego z jej uczestników niebezpieczny, bo pisarz w jakikolwiek sposób skorumpowany, przez swoją twórczość zatruwa ducha swoich odbiorców. Jako poniżającą (choć zrozumiałą wobec konieczności przeżycia i w żaden sposób nie ujmującą pisarzowi czci – ale wysysającą bezcenne siły twórcze, a więc potwornie szkodliwą wobec literatury) postrzega Żeromski konieczność zarobkowania przez wybitnych pisarzy w inny sposób niż związany z zasadniczym powołaniem. Czynne wyszukiwanie przez członków Akademii wybitnych talentów, także debiutantów, jest konieczne, bo przez wyróżnienie zdoła niejednego ocalić od zguby, od ciężkich robót w dziennikarstwie albo zmajoryzowania przez lichotę (s. 67).
Bardzo ważną i wielokrotnie podkreślaną przez Żeromskiego kwestią jest dążenie do wyemancypowania twórczości literackiej spod władzy i dyktatury księgarzy, nakładców, spółek wydawniczych i przygodnych mecenasów (s. 63). Władza rynku nad pisarzem zawsze jest straszliwie destrukcyjna i dla literatury, i dla czytelnika, bo tę pierwszą korumpuje, a temu drugiemu dostarcza zepsutego, trującego dla ducha produktu. Akademia winna także czynić starania, aby w miarę możliwości uwolnić pisarzy od konieczności wchodzenia w nieswoje role przedsiębiorców i prawników, zabiegania o przyzwoite i nieoszukańcze kontrakty, wyszukiwania w umowach kruczków i ciągłego patrzenia na ręce wydawcom i księgarzom, a także gorączkowych działań dla promocji i reklamy własnej twórczości. Zaletą pisarza jest talent i wola twórcza, a nie smykałka do interesów. Większa społeczna korzyść z pisarza źle poruszającego się w często oszukańczym świecie przedsiębiorców, niż takiego, który umie wyrobić sobie pozycję geszefciarskim sprytem i przebiegłością. Żeromski proponował więc między innymi unormowanie przez Akademię honorariów autorskich (minimalne honoraria miały wynosić 1/4 lub 1/3 ceny księgarskiej tomu – no cóż, inne były to czasy…) oraz kontrolowanie nakładów wydawanych książek.
Podkreślmy raz jeszcze na koniec: dla Żeromskiego kwestie branżowe i życiowe pisarzy były istotne nie tylko z powodów zawodowej solidarności z kolegami po piórze, ale także, może nawet przede wszystkim, dlatego, że mają one bezpośredni wpływ na samą literaturę, a więc za jej pośrednictwem także na czytelników w ich najgłębszym duchowym aspekcie. Ponieważ literatura kształtuje język, bez którego ludzie nie mogą się obejść, wpływa także bardzo silnie na życie społeczne i relacje międzyludzkie. Wspólnota winna dbać o to, aby pisarze mogli tworzyć w sposób prawdziwie wolny, ponieważ każda ich korupcja odbije się na wspólnocie. Przede wszystkim jednak powinni dbać o to sami pisarze.
Jarosław Górski
Wszystkie cytaty za: Stefan Żeromski, „Pisma literackie i krytyczne”, Warszawa 1963. Artykuł ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Magazyn Literacki Książki” nr 211, 4/2014.
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Minęło ponad 30 lat od czasu, gdy super- i hipermarkety (hipermarkety są definiowane jako obiekty o pow. powyżej 2500 m2, supermarkety 400-2499 m2) zadomowiły się w Zachodniej Europie i stały się dla wielu ludzi integralną częścią ich otoczenia. Korzystają one z przywilejów masowego rynku oferując klientom wszystko pod jednym dachem, wywołując wrażenie nieskończenie szerokiego asortymentu. Na coraz większą skalę „wchodzą” do supermarketów różne usługi – ubezpieczeniowe, fotograficzne czy pocztowe. Artykuły w super-promocjach, takie jak krojony chleb, które są sprzedawane poniżej kosztów produkcji oraz nieustanne kampanie reklamowe przyciągające konsumentów zwabionych obietnicą taniego pożywienia i szeroką gamą produktów gotowych. Trafiają w dziesiątkę zaspokajając potrzeby wiecznie śpieszących się ludzi.
W ciągu ostatniej dekady super- i hipermarkety rozwijają się kwitnąco w krajach Europy Środkowej, co – paradoksalnie – dzieje się w momencie ich dotkliwych porażek na Zachodzie. Występujące jedna za drugą bomby biologiczne („choroba szalonych krów”, salmonella, żywność genetycznie modyfikowana) podkopały społeczne zaufanie do przemysłowo przetwarzanej żywności, a supermarkety zaczęły być dodatkowo oskarżane o działanie na szkodę centrów miast, o rosnące korki i zanieczyszczanie środowiska. Powodując upadek małych gospodarstw, odgrywają ważną rolę w procesie pogarszania się standardów żywności, a tym samym zdrowia obywateli. W czasie, kiedy hipermarkety w Polsce triumfują, kryzys przeżywają tradycyjne targowiska rolne. Te same targowiska przeżywają jednak obecnie swój renesans w Wielkiej Brytanii, gdzie odżyło zainteresowanie zdrowymi źródłami żywności. Ruch Slow Food Movement, organizacja światowego zasięgu mająca swe korzenie we Włoszech, promująca żywność lokalnych producentów i naturalne gospodarstwa, notuje dynamiczny wzrost zysków. Poniżej naświetlimy mity, które narosły wokół hipermarketów i przyjrzymy się, dlaczego coraz większa liczba ludzi rezygnuje z ich usług na rzecz lokalnych producentów żywności.
Bezrobocie i wymarłe centra miast
„/…/ hipermarkety poza miastem /…/ ograniczyły żywotność centrów miast, /…/ doprowadziły do zamknięcia sklepów »za rogiem« w małych miastach i wioskach; spowodowały niekontrolowane rozrastanie się aglomeracji i zagładę tak bardzo cenionej wsi tuż za ich granicami” – tak twierdzą członkowie angielskiej rządowej agendy British Government Select Committee on Environment, Transport and Regional Affairs w raporcie pt. „Environmental Impact of Supermarket Competition”.1
Supermarkety osiągnęły dzisiejszą pozycję eliminując z rynku drobnych kupców. W latach 1976-1989 upadło w Anglii 44 tys. sklepów spożywczych, głównie małych „zieleniaków” i placówek spółdzielczych.2 Oczywistością jest, że małe sklepy przegrywają nierówną walkę z hipermarketami oferującymi „wszystko” pod jednym dachem, darmowe parkingi i bezpłatne autobusy próbując uczynić zakupy jak najbardziej wygodnymi. Jednak hipermarkety nie są w stanie zapewnić tak wielu miejsc pracy, więc wypieranie handlu prywatnego odbywa się kosztem zwiększenia bezrobocia. Supermarkety korzystają z ekonomicznego efektu skali i komputeryzowania swoich struktur, które zorganizowane są w ten sposób, by maksymalnie zwiększyć efektywność pojedynczego pracownika (jednostką miary jest tu ilość sprzedanych produktów na jedną wizytę klienta). Znaczy to, że zatrudnienie jest o wiele niższe niż w mniejszych sklepach, gdzie wszystkie czynności wykonuje się ręcznie. W dodatku pieniądze wydawane w hipermarketach odpływają do akcjonariuszy i kadry kierowniczej (zwykle zagranicznej), zamiast zostawać we wspólnocie lokalnej. Jednym z celów hipermarketów jest również minimalizacja płaconych podatków poprzez transfer pieniędzy do miejsc, gdzie stawki są niższe.
Łatwo zauważyć, że wpływ hipermarketów na społeczności lokalne jest niszczący. Są one główną przyczyną pogarszania się koniunktury w centrach miast oraz upadku małych sklepów. Badania British Retail Planning Forum z 1998 r. wykazały, że każde otwarcie dużego supermarketu oznacza likwidację kilkuset miejsc pracy (ponad ilość nowozatrudnionych w supermarkecie), co ma negatywny wpływ na rynek pracy w promieniu 15 km.3 The New Economics Foundation podaje, że 50 tys. funtów wydanych w niezależnych, lokalnych sklepach stwarza jedno nowe miejsce pracy, podczas gdy aż 250 tys. funtów potrzeba wydać w tym samym celu w hipermarkecie, co spowodowane jest skomputeryzowaniem i efektami skali.4 Na te liczby wpływ ma również fakt, że małe firmy współpracują z lokalnymi hurtowniami i usługodawcami, czego hipermarkety zwykle nie czynią.
Prawnicy hipermarketów twierdzą, że ich pracodawcy, zaspokajając wszelkie potrzeby klienta, mają prawo do prowadzenia swojej działalności. Znaczy to, że klienci podejmują mądrą decyzję na podstawie pełnej informacji, podczas gdy w rzeczywistości kierują się kreowanym przez hipermarkety wizerunkiem taniego jedzenia i złudną wygodą. Sugerują również, że konkurencja między lokalną przedsiębiorczością a hipermarketami jest uczciwa. Nie jest to jednak prawdą:
- Konflikt nadwyżki podaży żywności nad popytem pojawia się, kiedy na danym terenie powstają hipermarkety. Wzrost sprzedaży może być osiągnięty jako kombinacja dwóch metod: po pierwsze przez bezpośrednią konkurencję cenową z lokalnymi sklepami lub poprzez oferowanie dóbr o większej „wartości dodanej”, np. posiłków gotowych do spożycia, które niejako „nadrabiają” zyski za niskodochodowe produkty pierwszej potrzeby. Innymi słowy, zaniżanie wartości niektórych dóbr stwarza wrażenie niskich cen, a w tym samym czasie trwają zabiegi sztabu psychologów i specjalistów od marketingu (np. jak zapewnić zapach świeżego chleba w wewnętrznej piekarni), aby skłonić klientów do zakupu drogich dóbr. Przewaga hipermarketów jest tu oczywista – tego typu strategia jest nie do zastosowania przez mały, lokalny sklep ze względu na ograniczone możliwości magazynowania produktów. Sklepy te nie mogą pozwolić sobie na długotrwałe magazynowanie takich produktów, co oczywiście zwiększa koszty transportu, obniża wysokość upustów hurtowych od producenta itp.
- Supermarkety mają ogromną siłę nabywczą, co daje im wielką siłę przetargową wymuszając na rolnikach i przetwórniach najniższe ceny oraz powodując ostrą walkę konkurencyjną, grożąc zmianą dostawcy w przypadku braku obniżki cen. Małe sklepy nie będąc strategicznym odbiorcą nie mogą pozwolić sobie na tego typu zachowania, ze względu na brak rozwiniętej, masowej sieci dystrybucji.
- Supermarkety są w stanie wywierać wpływ na władze lokalne dla własnych korzyści. Często wywierają presję w celu podniesienia niepotrzebnych wymogów w zakresie higieny, wiedząc, że lokalni konkurenci nie są w stanie im sprostać.
- Supermarkety są pośrednio wspierane finansowo przez subwencje dla rolnictwa, budowę infrastruktury (drogi), które są opłacane z pieniędzy podatników. Władze są skłonne do popierania zagranicznego kapitału, któremu proponują korzystne warunki podatkowe, co oznacza, że płacone przez nich stawki są ekstremalnie niskie w porównaniu z podatkami płaconymi przez mniejsze firmy i zwykłych obywateli.
Konsumenci i wolny wybór
Jednym z argumentów przytaczanych zwykle na obronę hipermarketów jest to, że dają klientowi możliwość większego wyboru. Z pewnością oferują wiele marek każdego produktu, ale zwykle kilka z nich pochodzi od jednego producenta. Wytwarzane są metodą maksymalnej redukcji kosztów.
W dodatku supermarkety mogą utrzymywać swoje koszty na minimalnym poziomie, korzystając z korzyści efektu skali, więc nie mogą sobie pozwolić na magazynowanie szerokiej gamy produktów niemarkowych, takich jak szeroki wybór owoców czy serów. Tym samym rezygnują z produktów lokalnych, chyba, że przekształcą ich wytwórców w masowego producenta zdolnego dystrybuować swoje wyroby na szeroką skalę. Przeświadczenie konsumenta, że pojawienie się w okolicy hipermarketu nie zmieni jego zwyczaju kupowania w specjalistycznym sklepie, robiąc jedynie zakupy pierwszej potrzeby w supermarkecie zwykle nie znajduje odbicia w rzeczywistości. Supermarkety dokładają starań, aby zatrzymać ludzi jak najdłużej w sklepie – z braku czasu lub po prostu z lenistwa nie odwiedzą już oni małych sklepów.
W konsekwencji wiele „ryneczków” i sklepików kończy działalność, a wolny wybór konsumenta praktycznie przestaje istnieć. 40% handlu w UE znajduje się w rękach 20 największych firm. Największa koncentracja handlu ma miejsce w Finlandii i Szwecji, najniższa w Grecji, Hiszpanii i Włoszech. Wielka Brytania, Francja i Niemcy plasują się po środku.5
Co oznacza niewielki wybór sklepów?
W wielu miastach Zachodniej Europy istnieje tylko jeden lub dwa supermarkety, które już w tej chwili mają monopol na sprzedaż artykułów spożywczych. Osiągają to poprzez agresywną reklamę, ceny dumpingowe i wizerunek sklepu wygodnego, tym samym eliminując drobną konkurencję. Staje się to problemem, gdyż konsument traci możliwość wyboru miejsca zakupów i przedsiębiorstw, które chce wspierać. Jeśli na przykład ktoś zdecyduje się nie kupować w Tesco z powodu odpływu zysków z lokalnej gospodarki, w niektórych miastach nie ma żadnej alternatywy, by wydając pieniądze wspierać miejscowych producentów i handlowców. To pokazuje, jaką kpiną są twierdzenia supermarketów o oferowaniu wolności wyboru.
Kiedy hipermarket opanuje już w dużym stopniu rynek spożywczy w danym miejscu, ma wolną rękę jeśli chodzi o podnoszenie cen, wiedząc, że ludzie nie będą dojeżdżać kilometrami do najbliższej konkurencji. Brytyjska organizacja Citizens Organising Foundation skrytykowała Tesco i Sainbury za narzucanie wyższych marż w biednych rejonach, gdzie ludność ma mniejsze możliwości dotarcia do innych sklepów.6
Z danych opublikowanych w „Głosie Warszawy” wynika, że w Polsce w roku 2000 istniało 3513 sklepów o pow. powyżej 400 m2, w porównaniu do 2231 w 1995 r. W 1999 r. super- i hipermarkety liczyły na ponad 20-procentowy udział w sprzedaży dóbr szybkozbywalnych – liczba 2 razy wyższa niż w 1996. Andrzej Jarosz, przedstawiciel sieci sklepów Casino i właściciela Geanta, twierdził, że do roku 2003 liczba hipermarketów wzrośnie z dzisiejszych 100 do około 175.7
Wpływ tego procesu na zatrudnienie i lokalne społeczności w Polsce będzie nawet bardziej niszczący niż w Europie Zachodniej. Tempo, z jakim hipermarkety wchodzą na polski rynek, duża ilość małych sklepów (drobny handel jako główne źródło dochodów szerokich rzesz ludności) oraz wysoka stopa bezrobocia, sprawiają, że znalezienie alternatywnej pracy staje się jeszcze trudniejsze. Przewaga konkurencyjna hipermarketów działa na wiele kilometrów w promieniu sklepu, a dodatkowo nowe normy higieniczne wymagające stosowania drogich technologii (zwykle bez sensownego uzasadnienia) stwarzają bariery nie do pokonania dla drobnych rolników, sklepikarzy i przetwórni.
Więcej samochodów – większe zanieczyszczenie
Badania przeprowadzone w duńskim mieście Esbjerg (70 tys. mieszkańców) wykazały, że ludzie kupujący w hipermarketach przejeżdżają o 55% więcej kilometrów niż ludzie zaopatrujący się w lokalnych sklepach i co ważniejsze – ludzie, którzy kupują w marketach przejeżdżają tak samo dużo kilometrów na dodatkowe zakupy, co ludzie, którzy zaopatrują się w lokalnych sklepach, jeżdżą więc niejako dwa razy. Przytoczone wyniki stają się jeszcze bardziej wymowne w przypadku ludzi zamieszkujących tereny podmiejskie. Tutaj ludzie, którzy kupują w hipermarketach przejechali średnio 250% tego, ile ci, którzy nie robili tam zakupów. Wniosek jest prosty – im więcej hipermarketów, tym większy ruch na drogach.8 Ma to swoje skutki w zwiększonym poziomie hałasu i większym zanieczyszczeniu, a także zwiększonej częstotliwości zachorowań.9
Zagłada rolników i gospodarstw rodzinnych
Jako jeszcze jeden, oprócz supermarketów i przetwórni spożywczych oraz producentów chemicznie uprawianej żywności, element systemu istnieje w Unii Europejskiej taki mechanizm rolnictwa, który służy interesom akcjonariuszy i zyskom wielkich przedsiębiorstw. Jego celem jest poprawa „wydajności”, uzyskiwana przez obniżenie zatrudnienia, eliminację różnorodności produktów i degradację środowiska naturalnego, a deklarowany cel to produkcja „taniej żywności”.
W rzeczywistości ta „taniość” oznacza obniżanie kosztów nie w sposób klasyczny, lecz poprzez przerzucanie ich na podatników, drobnych producentów rolnych i środowisko naturalne. Ostatecznie tanie jedzenie okazuje się być mitem. Konsument płaci trzy razy: pierwszy raz w sklepie, po raz drugi poprzez finansowanie dotacji, które rosną wraz ze spadkiem cen artykułów rolniczych, trzeci raz – płacąc większe podatki w celu likwidacji skutków przemysłowego rolnictwa i finansowanie infrastruktury transportowej. Samo zainstalowanie aparatury niezbędnej do usunięcia związków azotu i pestycydów z wody pitnej w Wielkiej Brytanii kosztowało ponad miliard funtów. Pieniądze te pochodziły oczywiście z kieszeni podatników.10
Na skutek minimalizacji kosztów osiąganej przez sprzedawców i przetwórców, rolnicy są na ogół wynagradzani poniżej kosztów produkcji. W niektórych sektorach rolnictwa luka ta jest wypełniana z pieniędzy rządowych.
W sektorach nie dotowanych, głównie w mleczarstwie, tylko ci, którzy produkują wystarczające ilości, aby zapewnić sobie korzyści ekonomii skali mogą przetrwać. Co więcej, supermarkety stawiają coraz to nowe żądania dotyczące norm dla rolników i dostawców. Jeśli rolnika nie stać na kupno własnej linii przetwórczej, wówczas jego produkt przechodzi na potrzeby marki wewnętrznej hipermarketu, co stawia go na pozycji mniej stabilnej i w zasadzie uniemożliwia dalszy rozwój. Siła przetargowa farmerów praktycznie nie istnieje. Muszą jakoś sprzedać swoje produkty, ale ograniczone rynki zbytu zmuszają ich do akceptacji niskich cen. Są więc zmuszeni do stosowania metod maksymalnie ograniczających koszty, aby zwiększyć produkcję i sprzedaż. Jakkolwiek takie działania mają sens indywidualny, w końcu obraca się to przeciwko nim poprzez nadprodukcję i dalszy spadek cen skupu. Spowodowało to w UE masowy exodus ludzi ze wsi. Stoi za tym oficjalna polityka wielu instytucji, wliczając w to rząd brytyjski, a także Bank Światowy, aby ograniczyć liczbę zatrudnionych w rolnictwie.11 To implikuje sytuację, w której odejście części siły roboczej ze wsi jest uznane za naturalne i pożądane, a zmechanizowanie gospodarstw postrzega się jako czynnik zwiększający dochody rolników. Jednak większa produkcja oznacza spadek cen i większy odsetek bankrutujących rolników. W rzeczywistości jest to strategia przynosząca zyski tylko międzynarodowym korporacjom, takim jak Cargill czy Smithfield. W Wielkiej Brytanii Krajowy Związek Farmerów podaje, że w ciągu 3 lat, do 2001 r., pracę straciło 60 tys. rolników i robotników rolnych.
Podłe żarcie
Wielkie firmy, jeśli chcą zachować rentowność, muszą bazować na masowej ilości standardowych produktów. Aby to osiągnąć, stosowane są pestycydy, nawozy sztuczne i fabryczne metody produkcji żywności. Skutkiem tego jest widoczny w ciągu ostatnich dekad spadek standardów jakości żywności w UE. Najbardziej jaskrawym przykładem tego zjawiska są owoce i warzywa: te z hipermarketów nie dorównują walorami smakowymi i różnorodnością tym, które uprawia się tradycyjnie. Kolejnym uwarunkowaniem jest odporność warzyw i owoców na długie i niekorzystne warunki transportowe. Niestety, tylko pewne gatunki spełniają te kryteria, a te z kolei są zwykle bez smaku. To oznacza, że uprawa bardziej urozmaiconych produktów nie znajduje sieci dystrybucji i wielu z nich nie można już nigdzie dostać. Jednolitość i atrybuty praktyczne stały się ważniejsze niż smak i wartości odżywcze, czego skutkiem jest widoczny ich spadek w warzywach i owocach.12
Kierując się tymi priorytetami większość głównych producentów żywności popiera logiczne założenia „jednolitej żywności”: modyfikację genetyczną. Pomimo propagandowych sloganów, większość asortymentu została „ulepszona” genetycznie nie w celu zaspokojenia oczekiwań konsumenta, lecz w imię potrzeb producentów środków chemii rolnej, firm odpowiedzialnych za transport i przetwórców. Te „zdobycze” to m.in. odporność na pewne rodzaje herbicydów, wydłużony okres magazynowania czy utwardzona skóra (zwiększająca odporność na uszkodzenia podczas transportu). Nawet warzywa czy owoce projektowane z myślą o ulepszonym smaku czy zwiększonych wartościach odżywczych są tylko sposobem na wyłudzenie wyższej ceny za produkty, które ludzie spożywali niskim kosztem od tysięcy lat.
Oprócz zmniejszonej wartości odżywczej, przemysłowo przetwarzana żywność zawiera substancje, które – jak wykazują badania – są szkodliwe dla zdrowa, np. pestycydy, chemiczne pozostałości nawozów czy antybiotyki podawane zwierzętom hodowlanym. Obawy przed tego rodzaju żywnością wzmogły się ostatnio po epidemiach salmonelli w jajach, BSE, lysterii, e-coli itp. Te zjawiska wzbudziły nieufność wobec przemysłowej żywności i wywołały krytykę sposobu, w jaki jest ona produkowana. Gwarancje rządów i regulacje prawne okazały się niewystarczające.13 W świetle tych faktów nie powinno dziwić, że wielu mieszkańców UE zaczęło rozważać wszystkie za i przeciw dla przemysłowej produkcji żywności i dystrybucji poprzez sieć hipermarketów. Wielu doszło do wniosku, że straty przewyższają korzyści.
Philippa Jill Gallop
tłum. Janusz Ratecki
Przypisy:
- Cały dokument dostępny w Internecie: www.publications.parliament.uk/pa/cm199900/cmselect/cmenvtra/120/12006.htm
- Dane za: Business Statistics Office, in Henson S., From high street to hypermarket? In Your Food, Whose Choice?, National Consumer Council, HMSO, 1992.
- Porter Sam i Raistrick Paul, The Impact of Out-of-Centre Food Superstores on Local Retail Employment, The National Retail Planning Forum, c/o Corporate Analysis, Boots Company Plc., Nottingham.
- Letter from Emma Hallett to George Monbiot, New Economics Foundation, kwiecień 1998.
- Dane za: EC-DG Competition, 2000, http://europa.eu.int/comm/regionalpolicy/sources/docgener/studies/pdf/chap42en.pdf
- Martin Wainwright, Supermarkets Challenge Survey of Food Price Variations, „The Guardian”, 22 grudzień 1998.
- „Głos Warszawy” nr 17 (653), 29 kwietnia 2001, http://www.warsawvoice.pl/v653/Business06.html
- Brian Høj, Jakob Nielsen i Lars Berg Møller (Civil Engineers in City Planning, AUC), Lavprisvarehuse suger biler til sig, „Ingeniøren” nr 49, 8 grudnia 1995 http://danenet.wicip.org/bcp/bta/ spokenword_1196/ Supermarkets.html).
- „Spaliny zabijają rocznie 20 tys. osób w Europie” – Paul Brown, „The Guardian”, 1 września 2000.
- Pesticide Action Network UK Briefing: Pesticides in Water, www.pan-uk.org/articles/pn49p5.htm
- Por. „Agenda 2000 CAP Reform: Nowe kierunki dla rolnictwa”, MAFF, grudzień 1999 i „Wstępny plan Banku Światowego dla polskiego rolnictwa”, 26.04.2002, s.16, www.worldbank.pl, gdzie czytamy: „Walka z ubóstwem wymaga postępów w produktywności, które mogą być osiągnięte tylko poprzez redukcję zatrudnienia w rolnictwie”.
- Por. „LE Magazine”, marzec 2001, www.lef.org/magazine/mag2001/mar2001reportvegetables.html
- Richard A.E., North, The Death of British Agriculture: The Wanton Destruction Of A Key Industry, Gerald Duckworth and Co., 2001. Praca ta ukazuje rosnącą niechęć do przemysłu spożywczego, który paradoksalnie okazuje się być mniej efektywny niż kiedykolwiek w zakresie gwarancji bezpieczeństwa żywności.
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Obraz Dirk (Beeki®) Schumacher z Pixabay.
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Skłoting (z angielskiego squatting) to praktyka polegająca na zajmowaniu pustostanów przez osoby nie mające gdzie mieszkać lub realizować innych projektów, do których potrzebne są cztery ściany. To działanie logiczne, choć nie jest to logika kapitalizmu. Z jednej strony mamy ludzi bez dachu nad głową lub nie będących w stanie płacić wysokich czynszów, z drugiej natomiast puste budynki. Nic prostszego niż pogodzić obie te kwestie – zająć pustostany. W ten sposób ludzie mają gdzie mieszkać, a substancja mieszkaniowa zamiast niszczeć i się marnować – służy człowiekowi.
Rozwój ruchu skłoterskiego to lata rewolty roku 1968. Młodzież Europy i USA na własne potrzeby zaczęła zajmować – nielegalnie lub za zgodą właścicieli – puste budynki, zamieniając je w wolnościowe komuny, niezależne centra kulturalne, mieszkania itp. Skłoting rozwijał się przede wszystkim w Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii i Włoszech. Znajdują się tam setki skłotów, niekiedy są to całe kwartały ulic czy spore części dzielnic. Z tych państw zaczęli czerpać wzory polscy pionierzy skłotowania, tam też po roku 1989 zaczęli mieszkać pierwsi Polacy wybierający życie w „wolnych domach” Zachodu.
Przez wiele lat o skłotach można było w Polsce jedynie poczytać w prasie alternatywnej. Dopiero od połowy lat 90. można mówić o początkach ruchu skłoterskiego, choć wcześniej zdarzały się sporadyczne próby. Większość polskich skłotersów to kontrkulturowcy, subkulturowcy, anarchiści, ekolodzy, studenci bądź osoby o niskich dochodach szukające jak najtańszego zakwaterowania.
Polskie skłoty – inaczej niż na Zachodzie, gdzie przeważa aspekt mieszkaniowy (wysokie czynsze i ceny domów) – powstają na ogół z zamiarem stworzenia miejsca, gdzie będzie się rozwijała aktywność społeczna. Wynika to ze scentralizowanego modelu publicznych instytucji kulturalnych, a także z tandety komercyjnej oferty kulturalnej. Przeważnie działalność skłotów rozpoczyna się od koncertów muzyki alternatywnej, ale często ma w nich miejsce szeroko pojęta działalność kulturalna i polityczna. Mało jest w Polsce skłotów, w których nic się nie dzieje i służą wyłącznie do mieszkania.
Poznański „Rozbrat” jest najdłużej działającym skłotem w Polsce. Pierwsi mieszkańcy pojawili się na jego terenach jesienią 1994 r. – była to niewielka grupka związana ze środowiskiem kontrkulturowym. Zajęty wówczas barak z kilkunastoma pokojami do dziś służy jako mieszkalna część skłotu. Obok niego stopniowo na potrzeby alternatywnej społeczności zaadaptowanych zostało kilka sąsiednich budynków. Możliwe to było, gdyż sprawy własności do dziś nie są uregulowane. Od czasu do czasu pojawiają się rzekomi właściciele budynku lub gruntów, jednak niewiele mogą wskórać na drodze formalnej.
„Rozbrat” jest nie tylko miejscem, gdzie ludzie mieszkają za darmo i wg własnych zasad. To wyrwany z kapitalistycznej rzeczywistości kawałek miasta, gdzie realizowane są społeczne, artystyczne i polityczne przedsięwzięcia. Działa tu biblioteka wolnościowa, dwa bary, dwie sale koncertowe, lokal poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej, ciemnia fotograficzna. Organizuje się koncerty, wystawy, spektakle teatralne i kabaretowe, seminaria, spotkania itp. Dwa razy w roku odbywają się festiwale: jeden z okazji działalności biblioteki, zwany „Abramowszczyzną” (na cześć Edwarda Abramowskiego, do którego idei nawiązują poznańscy alternatywiści), drugi upamiętniający kolejny rok istnienia „Rozbratu”. W wakacje 2002 r. odbyła się pierwsza edycja targów prasy alternatywnej. Wszystkie te inicjatywy odbywają się bez dotacji z budżetu centralnego i lokalnego oraz wsparcia wielkiego biznesu, co pokazuje, że ludzie zostawieni samym sobie potrafią nieźle funkcjonować, obywać się bez pośredników i tworzyć własną rzeczywistość na zasadach współpracy i solidarności.
„Kolektyw Rozbrat”, w którego skład wchodzą mieszkańcy skłotu i ludzie „z miasta”, poza przetwarzaniem przestrzeni na własne potrzeby, angażuje się także w wiele działań wykraczających poza ramy skłotowego podwórka. Jego uczestnicy współtworzą Porozumienie Społeczne „Poznań Miastem dla Ludzi”, które m.in. przeciwstawia się eksmisjom na bruk (w pomieszczeniach Klubu Anarchistycznego mieszkała wyeksmitowana rodzina) i próbom przekształcenia centrum miasta w tzw. City i pozbycia się przez to wielu „niepotrzebnych” mieszkańców czynszowych kamienic. Ludzie z „Kolektywu Rozbrat” angażują się także w walkę o prawa pracowników najemnych, walczą z wszelkimi formami ucisku społeczeństwa przez władze centralne i lokalne, wspierają tych, którzy na skutek swej działalności społecznej mają kłopoty z wymiarem sprawiedliwości.
„Rozbrat” swoją działalnością wkomponował się już w koloryt Poznania, jest miejscem dość znanym i trudno sobie wyobrazić zaprzestanie jego działalności. Mimo wielokrotnych kłopotów (m.in. bandyckie napady, represje policyjne, rotacja mieszkańców) funkcjonuje już od 8 lat, stale się rozwijając.
Wrocław to jedyne miasto w Polsce, gdzie równocześnie istnieje kilka skłotów (jest ich aż trzy), ma też najbogatszą tradycję skłotowania. Istniało tu już chyba kilkanaście krócej lub dłużej działających miejsc tego rodzaju, najbardziej znanym był „Rejon 69”. Spośród obecnie działających, „Free Dom” nie jest skłotem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Miejsce to jest legalne (za zgodą władz miejskich), we wrześniu 2000 r. zostało tu utworzone niezależne centrum kulturalne. Nikt nie zamieszkuje budynku, lecz działa tu kilkadziesiąt osób, w tym wiele zaangażowanych wcześniej w „Rejon 69”. Sąsiadujące z centrum budynki zajmowane są przez zaprzyjaźnionych z „Free Domem” kontrkulturowych artystów, dzięki czemu tworzy się mini-wspólnota ludzi o podobnych przekonaniach i stylu życia.
Od lutego 2000 r. istnieje we Wrocławiu skłot przy ulicy Kromera. W marcu 2001 r. przeżył brutalną eksmisję dokonaną przez policję (pobito kilka osób, zniszczono siekierami sprzęty domowe, skradziono osobiste rzeczy), jednak mieszkańcy nie opuścili go. W miesiąc po eksmisji budynek został ponownie zajęty i funkcjonuje jako skłot do dnia dzisiejszego. Mieszka tu kilkanaście osób, robione są kameralne imprezy muzyczne, a lokatorzy angażują się w akcję „Jedzenie zamiast bomb”, w ramach której rozdają bezdomnym samodzielnie przygotowane posiłki, a także dostarczają je do jednego ze społecznych domów opieki socjalnej. Bez państwowych dotacji, bez pośredników, bez łaski urzędników.
Trzeci wrocławski skłot jest nietypowy – to tzw. wagenburg. Nie jest budynkiem – są to stare wagony kolejowe, dostosowane do celów mieszkalnych i „okupujące” jakiś teren na stałe lub przez określony czas (np. dopóki nie zostaną z niego usunięte). Wrocławski wagenburg istnieje od maja 2001 r., zmieniał miejsce pobytu już kilka razy, aktualnie zaskłotowano przy nim jeden budynek, w którym działa bar, warsztat rowerowy i szwalnia. Cyklicznie na terenie okupowanym przez skłotersów odbywają się imprezy muzyczne. W przypominającym cygańskie obozowisko skłocie mieszka kilkanaście osób.
Wrocławscy skłotersi zaangażowani są również w szereg innych działań. W ostatnim czasie aktywnie blokowali eksmisje na bruk, organizują wspomnianą akcję „Jedzenie zamiast bomb”, uczestniczą w wielu manifestacjach, a także działają na polu szeroko rozumianej kultury niezależnej.
Białostocki „De Centrum” jesienią 2002 r. obchodził drugie urodziny. Budynek skłotu to czteropiętrowa kamienica – dawna fabryka. Ma formalnego właściciela, który na razie nie usiłuje stąd wyrzucić mieszkających i działających na skłocie osób. Wszyscy potencjalni inwestorzy oglądający lokal nie byli nim zainteresowani. Miejsce to przeżywało też problemy z okolicznymi chuliganami, którzy dość często napadali na ludzi i atakowali sam budynek.
Działalność skłotu jest coraz szersza. Mieszkańcy rozdają bezdomnym i biednym jedzenie w ramach akcji „Jedzenie zamiast bomb”, cyklicznie odbywają się imprezy „Dziewczyny w akcji”, promujące aktywność i kreatywność młodych kobiet. Mają miejsce projekcje filmów, wystawy, koncerty, warsztaty, działa biblioteka i wideoteka, prowadzone są treningi samoobrony i siłownia. Ludzie zaangażowanie w „De Centrum” są również uczestnikami wielu kampanii ekologicznych, mają tu miejsce spotkania białostockiej sekcji Federacji Anarchistycznej. Przez okolicznych mieszkańców ta działalność jest odbierana pozytywnie. Podczas wakacji 2002 r. w budynku sąsiadującym z „De Centrum” swój „mini-skłot” zorganizowały dzieci z pobliskich blokowisk. Biorąc przykład ze skłotersów, sami wyremontowali niewielki budynek. Kłopoty zaczęły się we wrześniu, gdy okazało się, że „mini-skłot” jest dobrą „bazą” dla wagarowiczów. Policja, rodzice i nauczyciele zgodnie stwierdzili, że odpowiedzialność za to ponoszą skłotersi, którzy do wyboru mieli albo zlikwidować dzieciakom „mini-skłot”, albo bardziej się nimi zainteresować. Wybrali to drugie – dziś pomagają dzieciom, udzielają im darmowych korepetycji, pilnują, by nie przebywały one na terenie skłotu w czasie zajęć lekcyjnych, udostępniają własne sale do ćwiczeń tanecznych, nauki gry na instrumentach, gotowania itp. Utrzymują też kontakt z większością rodziców. Sprawą zainteresowały się lokalne media, odbyła się nawet debata na falach radiowych, pozytywnie o działalności skłotersów wypowiadały się autorytety w dziedzinie pomocy społecznej. Straż miejska zaoferowała swą pomoc m.in. w postaci „legalizacji” skłotu dla dzieciaków.
Gliwicki „Krzyk” powstał ponad 4 lata temu na terenach będących niegdyś zakładami rzeźniczymi. Budynek ma około 20 pomieszczeń wykorzystywanych na różne sposoby. Zagospodarowano również przylegające do skłotu baraki, gdzie urządzono m.in. salę do jazdy na deskorolkach.
W pomieszczeniach skłotu mieści się wolnościowa biblioteka, spotkania mają tam członkowie Stowarzyszenia KRZYK (formalnego użytkownika skłotu) oraz Inicjatywy Pracowniczej – organizacji zajmującej się walką o prawa pracowników najemnych. Regularnie odbywają się koncerty i wystawy, działa także niewielki bar. W bezpośrednim sąsiedztwie mało jest budynków mieszkalnych, co sprzyja prowadzeniu działalności, a mieszczące się nieopodal zakłady produkcyjne i szpital nie stwarzają bywalcom żadnych problemów.
Od niedawna władze miejskie chcą jednak pozbyć się skłotersów, tłumacząc to niebezpieczeństwem zawalenia się budynku i planami jego rozbiórki. Jak na razie wynegocjowano przekazanie budynku przez władze miejskie na okres roczny, w tym czasie skłotersi będą musieli poszukać innego lokalu, który mogliby dostać od miasta. Tak udane negocjacje powiodły się dzięki dużej kampanii medialnej i protestom okolicznych mieszkańców przeciwko lokalizacji drogi, jaka ma powstać m.in. na terenach skłotu i centrum miasta. Przez pewien okres mieszkańcy skłotu mieli problemy z policją i strażą miejską, jednak po legalizacji budynku wszystko się uspokoiło. Zdarzały się również ataki chuliganów.
W stolicy Polski jak do tej pory działały chyba tylko trzy skłoty, o których warto wspomnieć. Pierwszy mieścił się przy ulicy Smyczkowej i zajęty został przez warszawskich uczestników Federacji Anarchistycznej, którzy otworzyli tam Centrum Kultury Niezależnej. Niestety miejsce to nie przetrwało długo, władze Uniwersytetu Warszawskiego przy pomocy policji doprowadziły do usunięcia skłotersów. Do dziś budynek na Smyczkowej stoi pusty i niszczeje.
Drugim miejscem, o którym warto wspomnieć była „Twierdza”. Jak sama nazwa wskazuje, mieściła się w starej cytadeli zbudowanej przez Rosjan w XIX w. „Twierdzę” zaskłotowano w roku 1998, a jej żywot trwał ok. dwóch lat. Odbywało się tu wiele imprez kulturalnych – dziś na jej miejscu stoją komercyjne lokale o astronomicznych cenach.
Ostatnim dzieckiem warszawskiego środowiska alternatywnego był istniejący do niedawna skłot „Czarna Żaba”. Zakończył on swój żywot na przełomie listopada i grudnia ub.r., ale osoby tam mieszkające zajęły już kolejny budynek, w którym pragną kontynuować działalność. Budynek „Czarnej Żaby” zajęty został jesienią 2001 r., dawniej mieściła się tam Spółdzielnia Piekarsko-Ciastkarska. Wiosną 2002 r. właścicielem terenu, na którym stoi budynek została firma Aral BP, zamierzająca tu postawić kolejną stację benzynową. W remont i działalność „Czarnej Żaby” zaangażowanych było wiele osób. Poza pomieszczeniami mieszkalnymi udało się stworzyć salę koncertową, bar, własną galerię. Cyklicznie organizowano tu koncerty, odbywały się wystawy (m.in. prac studentów warszawskiej ASP), pokazy filmów i slajdów. Na skłocie miały też miejsce wszelkie spotkania organizacyjne przed akcjami społecznymi, tutaj trwały m.in. przygotowania do demonstracji w trakcie szczytu NATO w Pradze. Organizowano też imprezy muzyczne, z których dochód służył wsparciu działalności ekologicznej, m.in. na rzecz kampanii w obronie Puszczy Białowieskiej. 1 czerwca 2002 r. zorganizowano imprezę dla dzieci pod hasłem „Anarchiści dzieciom”. Dzieciaki mogły wspinać się na specjalnie zbudowanej ściance, były gry i zabawy z nagrodami, malowanie twarzy, darmowe napoje, słodycze itp. Wystąpiła również grupa perkusyjna samby. Festyn spotkał się z bardzo pozytywną reakcją ze strony dzieci i ich rodziców. Oprócz działań artystyczno-kulturalnych prowadzono również cotygodniową akcję rozdawania ciepłych posiłków bezdomnym i ubogim. Niestety, kapitalistyczna rzeczywistość dzisiejszych czasów pokazuje, że cenne inicjatywy przegrywają ze stacjami benzynowymi, kolejnymi inwestycjami, komercyjnymi obiektami itp.
Od października 2001 r. również w Częstochowie działa skłot stworzony przez tamtejszych młodych ludzi związanych z ruchami kontrkulturowymi. W budynku mieszkają tylko cztery osoby, ale bezpośrednio w działalność tego miejsca zaangażowana jest grupa ok. 20-osobowa. Budynek jest własnością jednej z częstochowskich fabryk okien, po wizycie właściciela i porozumieniu się obu stron działalność skłotu jest legalna, tzn. odbywa się za zgodą właściciela (powiedział on: „lepiej żebyście coś tutaj robili, jakieś próby zespołów, ćwiczyli na siłowni, niż miałbym wynajmować dom agencji towarzyskiej”). Budynek, choć przedwojenny, jest w dobrym stanie.
Poza funkcjami mieszkalnymi budynek stanowi zaplecze dla częstochowskiej młodzieży, której ciężko znaleźć miejsce w publicznych domach kultury itp. Jedno z pomieszczeń przeznaczone jest na próby dla zespołów, w innym umiejscowiono małą siłownię, jest też niewielka pracownia sitodruku, z której zyski przeznaczone są na inwestycje w budynek i jego działalność. Przynajmniej raz w miesiącu odbywają się koncerty i potańcówki, organizowane są również pokazy ambitnych filmów.
Do niedawna w Sosnowcu, w nielegalnie zajętym budynku działał Niezależny Ośrodek Pracy Twórczej „La’Tryna”. Powstał on w lipcu 2001 roku. Po trzymiesięcznym remoncie swą działalność rozpoczął wystawą ekologiczną. Później były kolejne wystawy oraz wykłady dotyczące m.in. globalizacji. Niestety, skłotersi zostali zmuszeni do opuszczenia zajmowanego budynku. Po niedługim czasie zajęty został jednak kolejny budynek, o wiele większy i dający lepsze możliwości działania. Na drodze ku realizacji planów stanęła jednak miejscowa policja, która złożyła donos właścicielowi budynku, a ten zażądał usunięcia z niego skłotujących osób (w budynku nikt nie mieszkał na stałe, służył on jedynie jako miejsce działań). Ludzie tworzący „La’Trynę” nadal walczą o własne miejsce, gdzie mogliby realizować swe artystyczne i społeczne zamiary. W walce tej nie są sami, wspomagają ich inne ośrodki skłoterskie z całego kraju i lokalne media.
Poza wyżej opisanymi ośrodkami w Polsce nielegalnie zajętych jest jeszcze kilka innych miejsc. W Łodzi przy ulicy Węglowej mieszka około dziesięciu osób, swoje spotkania ma tam łódzka sekcja Federacji Anarchistycznej, w Andrychowie istnieje niewielki skłot „Karton”, w Dębicy w nielegalnie zajmowanym budynku odbywają się koncerty, chodzą słuchy o nowym skłocie w Tychach…
Powyższy opis z pewnością nie jest pełnym obrazem tego, co dzieje się zarówno w tych miejscach jak i w całej Polsce na gruncie skłoterskim. Ruch skłoterski jest ruchem płynnym – niczym „tymczasowe strefy autonomiczne” Hakima Beya, skłoty powstają i upadają, choć z pewnością każdy z nich chciałby być „permanentną strefą autonomiczną”, miejscem, gdzie bez nękania przez właścicieli i policję można realizować zamierzone cele. Nawet jednak tymczasowość takich miejsc jest lepsza niż brak jakiejkolwiek przestrzeni do realizacji własnych pomysłów – skłoting to niezależność od państwowego urzędasa i „niewidzialnej ręki rynku”. To wolność tutaj i teraz.
Janusz Krawczyk
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003.
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Latem 1999 roku przyszłam do biura i zastałam kolegów z grobowymi minami, dziwnie jednak podnieconych. „Widziałaś tego bernardyna, co wisi na kościele Mariackim?”. O rany, pomyślałam, koniec świata. „Jakiego bernardyna?”. Oczyma wyobraźni ujrzałam wisielca-zakonnika w brunatnym habicie, dyndającego gdzieś na rusztowaniu Wieży Mariackiej – tej, z której gra się hejnał. Rusztowania stały tam od jakiegoś czasu, bo kościół był w remoncie. „No, bernardyna, psa”. Ach, psa, ale kto powiesił psa? Co to za upiorny happening? Dopiero po chwili zorientowałam się, że chodzi o wizerunek psa-bernardyna, rzeczywiście upiornych rozmiarów, który jako reklama firmy ubezpieczeniowej zawisł na jednej z krakowskich świętości historycznych – fasadzie Kościoła Mariackiego w Rynku Głównym.
Nazajutrz krakowska prasa poinformowała, że proboszcz Bazyliki Mariackiej, ks. infułat Bronisław Fidelus tłumaczy to zaskakujące posunięcie koniecznością zebrania funduszy na remont świątyni. A firma ubezpieczeniowa zapłaci okrągłą sumkę za możliwość ekspozycji reklamy przez dwa miesiące. Przyznaję, ogarnęła mnie bezsilna wściekłość. Oczekiwałam, że odezwą się jakieś protesty. No, bo Kraków, Rynek, narodowa sprawa, a tu taki triumf geszefciarstwa. I na kościele. Czy ludziom wierzącym to nie przeszkadza, że świątynię zamienia się w słup reklamowy? Dlaczego nie ogłoszą jakiejś zbiórki pieniędzy? A ile zostało zmarnowane przez korupcję w zleceniach konserwatorskich? Kiedy dopiero co pomalowane fasady odpadają, kostka wapienna rozlatuje się po jednej zimie, a rusztowania wokół Sukiennic czy Barbakanu stoją na okrągło, bo ciągle są jakieś zleconka – istne perpetuum mobile dla zaprzyjaźnionych firm.
W takim nastroju wybierałam się do księdza infułata, chcąc zadośćuczynić chrześcijańskiej zasadzie, że najpierw trzeba w cztery oczy powiedzieć, co się ma przeciw bliźniemu,a potem dopiero występować z publicznym protestem.
Zanim jednak trafiłam do kancelarii parafialnej w dwa dni później, nagle okazało się, że ktoś inny też miał całej sprawy dość. „Dziennik Polski” określił go jako „38-letniego obywatela Będzina z żoną”. Wspiął się on na rusztowanie wraz z żoną (trzeba było szybko działać i w absolutnej konspiracji się przygotować, a realizacja pomysłu wymagała dwu osób) i błyskawicznie zrzucił ogromną płachtę reklamy. W miejsce psa zawiesili własny transparent: „Jezu, ufam Tobie”. Policja natychmiast interweniowała. Po kilku godzinach „właściwa” reklama była z powrotem na miejscu. A prasowe komentarze w czambuł potępiły akcję. Niech da pieniądze, a nie protestuje – szydzono z tego odważnego człowieka.
Wkrótce na ul. Grodzkiej spotkałam przypadkiem znajomego. „Ale historia z tym psem – mówię do niego – chciałabym uścisnąć rękę facetowi, co nie bał się zdjąć tego paskudztwa. Tylko akcja bezpośrednia działa na tych otumanionych ludzi”. A on w śmiech. „No to uściśnij mi rękę” – mówi. I wtedy przypomniałam sobie, że przecież on jest z Będzina, choć od lat mieszka bez meldunku w Krakowie, i że ma 38 lat, i że byłby do tego zdolny. Zaczęliśmy się szaleńczo śmiać, aż przechodnie – krakowianie i turyści – zaczęli na nas podejrzliwie patrzeć.
Jak można się było spodziewać, moja wizyta u ks. infułata nic nie dała. Skoro mówią „dajcie pieniądze”, byłam już gotowa zacząć akcję zbiórki. Nawet dość niegrzecznym tonem sugerowałam, że wykupimy godziny, jeśli nas nie stać na całe dwa miesiące. To nic nie da – powiedział ks. Fidelus. Umowa jest taka, że pies musi wisieć do października. I wisiał. Dziś, kiedy turyści zachwycają się odnowioną polichromią kościoła, mnie ona nie zachwyca. Bo skoro za taką cenę…
Przeczuwałam, wiedziałam, że reklama na Kościele Mariackim będzie stanowić przełom w sprzedaży przestrzeni publicznej. Że skoro inni zobaczą, że hierarchia kościelna jest za, że ludzie nie protestują (poza kilkoma „oszołomami”), że można na Rynku, i na zabytku, i na kościele… Nie trzeba było długo czekać.
W grudniowy wieczór tego samego roku wracaliśmy samochodem ze Stryszowa. Jechaliśmy w towarzystwie gościa z Anglii, sir Juliana Rose’a, doradcy brytyjskiego następcy tronu. Przejeżdżaliśmy przez Most Dębnicki na Wiśle, skąd jest najlepsza panorama Wawelu. I oto naszym oczom ukazała się oświetlona sylweta zamkowego wzgórza… z przytwierdzoną ogromną reklamą niemieckiej firmy grzewczej pośrodku. Oświetloną, żeby było lepiej widać. Wszyscy w samochodzie wydali okrzyk zgrozy. Rzeczywiście, to było porażające dla każdego normalnego człowieka. „Coś z tym trzeba zrobić, to nie może tak zostać, to przechodzi ludzkie pojęcie! Czy dyrektor Wawelu myśli, że to jego własność?” – wykrzyknęłam. „Zrób coś, Barbara” – zachęcał mnie równie wzburzony Brytyjczyk.
I zrobiłam. Napisałam do dyrektora Wawelu list otwarty, który przesłałam do wszystkich gazet, rozgłośni radiowych i do telewizji. Oto jego treść:
Szanowny Panie Dyrektorze!
Kieruję do Pana Dyrektora ten list głęboko poruszona faktem umieszczenia agresywnej reklamy jednej z firm na murze Wawelu od strony Wisły.
Wielu ludzi (zarówno goście zagraniczni, jak i mieszkańcy Krakowa traktujący mnie jako swoją przedstawicielkę) usilnie prosiło mnie o interwencję w tej sprawie, gdyż oburzeni i zdumieni są takim umyślnym zepsuciem najpiękniejszej panoramy na narodową świętość Polaków.
Względy historyczne i estetyczne, a także poszanowanie tradycji, każą chronić nie tylko same zabytki, ale i krajobraz z nimi związany. Dlatego z takim trudem bronimy się przed umieszczeniem reklamowych billboardów w historycznym centrum Krakowa.
Żadne względy finansowe nie usprawiedliwiają wykorzystania widoku najcenniejszych zabytków w celach zarobkowych.
Wawel stanowi współwłasność wszystkich obywateli Polski, a w sensie symbolicznym należy do wspólnoty narodowej, która ma charakter ponadczasowy. Dlatego rozporządzenie nim nie powinno odbywać się w sposób sprzeczny z tradycją.
Jestem przekonana, że najbardziej niebezpiecznym aspektem tej sprawy jest zaszczepianie w ludziach przekonania, że wszystko jest na sprzedaż, a to stanowi jedną z największych obelg, rzuconych przeciw cywilizacji łacińskiej.
Dlatego proszę Pana Dyrektora, aby niezwłocznie doprowadził do usunięcia reklamy z murów Wawelu.
Z poważaniem,
Barbara Bubula – Radna Miasta Krakowa.
Przez środki przekazu przetoczyła się w okresie Bożego Narodzenia burzliwa dyskusja, czy wolno zabytki wykorzystywać na reklamę. Poparło mnie zaledwie kilku szacownych obywateli Krakowa. A tylko jeden z nich napisał list w mojej obronie (tak! – to ja byłam oskarżona) do redakcji miejscowego dodatku „Gazety Wyborczej”. Większość była obojętna. Dyrektor Wawelu odpowiedział, że reklamy nie zdejmie, bo to zapłata za nowy kocioł grzewczy dla Wawelu, a on nie ma skąd wziąć na to środków. Telewizja zaprosiła mnie do programu, radio nagrało moją wypowiedź. Dziennikarze atakowali mnie – nie dyrektora Wawelu, to ja musiałam się tłumaczyć z własnych poglądów. Przecież względy ekonomiczne wszystko usprawiedliwiają, a mamy kryzys w Polsce… – co ja sobie wyobrażam! Niby dlaczego państwo ma łożyć na kulturę? Między świętami i Nowym Rokiem to był temat numer jeden, uparcie eksploatowany z braku innych. Nad ranem, kiedy wracałam z Sylwestra, w radio usłyszałam nagle swój głos, powtarzany pewnie od dwu dni przy każdych wiadomościach, jako ciekawostka, bo przecież tylko dziwak tak może mówić: „Nie wszystko jest na sprzedaż, nie wolno wykorzystywać Wawelu jako podkładki do billboardu”. Dopiero po kilku miesiącach, na wszelki wypadek po tym, gdy dyrektor zdjął reklamę z wawelskiego muru, szacowne grono profesorów, konserwatorów i historyków sztuki uznało, że nie można wieszać reklam ot tak sobie na zabytkach, tylko na rusztowaniach, w czasie remontu. Taki kompromis sztuki z mamoną.
Minęło półtora roku. We wrześniu 2001 r. dziennikarze wykryli, że wykorzystując bezradność urzędników odpowiedzialnych za egzekucję prawa w tym zakresie, właściciele kamienic w Rynku zgłaszają „remonciki”, stawiają rusztowania, na nich wieszają reklamy i biorą za to pieniądze. Nawet nie udają, że jakiś remont się naprawdę odbywa. W rezultacie, tu i ówdzie na krakowskich zabytkach, na kamienicach w Rynku powszedniały już krakowianom coraz to nowe gigantyczne płachty reklam. Turystom nie powszedniały. Ponieważ moje poglądy stały się znane, donoszono mi o wszystkich okrzykach oburzenia na widok przesłoniętych tym proszkiem czy ową siecią komórkową widoków. „Przecież tu już nie można nawet zdjęcia zrobić, że się było w Krakowie, bo wszędzie włażą te paskudztwa. Tego nie ma w żadnym zabytkowym mieście na świecie” – narzekali Niemcy, Francuzi, Amerykanie i oczywiście, najwięcej, polscy turyści. Poglądów Japończyków nie poznaliśmy tylko dlatego, że oburzenie wyrażali po japońsku, pewnie dosadnie…
Wszystkim się zdawało, że ja coś mogę zrobić. I że zastąpię opinię publiczną, autorytety moralne, wymiar sprawiedliwości, władzę i wszystkich innych obywateli w obowiązku ochrony Krakowa przed inwazją reklam. Oczywiście, nie mogłam zastąpić. Potrzebny był Palec Boży.
Oto latem 2002 r., zgodnie z zasadą, że w czasie remontu i na rusztowaniu wolno, na Sukiennicach (tj. na rusztowaniu, którym je obstawiono) zawisła ogromna reklama kawy. Przyszła wichura, przewróciła reklamę, a ta przy okazji zburzyła zabytkową attykę Sukiennic, zrzucając kamienne rzeźby maszkaronów. I znów dyskusja, w której większość jak ognia wystrzegała się fundamentalizmu, utożsamianego z moim poglądem, że nie kupczy się w ten sposób, że nie można handlować sprzedając zabytkową przestrzeń. Przy okazji okazało się, że rusztowania stawiane są zanim remont się rozpocznie – celowo, żeby dłużej wisiała reklama. Znaleziono dwa drobne naruszenia przepisów. Mandaty za zburzenie zabytkowych maszkaronów, które przetrwały 500 lat, a nie przetrwały kontaktu z kawą Tchibo wyniosły dwa razy po 500 zł dla dwu urzędników średniego szczebla.
Po 1 zł za każdy rok „zabytkowości” rzeźb. Taki przelicznik…
Jest koniec roku 2002. Idę przez Rynek a tu sensacja, zbiegowisko, telewizja, wóz strażacki z drabiną. Właśnie w majestacie prawa przymusowo zdejmowana jest reklama-gigant z jednej z kamienic. Typowa „pokazówka”. Czy trzeba było na to aż 2 lat i uszkodzenia Sukiennic? I czy spektakularna jednorazowa „egzekucja” załatwi sprawę?
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Organizacje ekologiczne i społeczne mogą odegrać kluczową rolę w batalii o kształt polskich miast, która toczy się obecnie na skalę całego kraju i od której będzie zależała jakość życia miejskiego za 10, 20 i 50 lat. Sama ekologia jednak nie wystarczy, aby wynik walki był korzystny dla zwykłych obywateli. Potrzebni są sojusznicy.
Podstawowym zadaniem organizacji społecznych jest sprawienie, aby obywatele byli w o wiele większym stopniu zaangażowani w zrozumienie zagadnień związanych z degradacją miast, a następnie zorganizowali się tak, by ich wpływ na podejmowanie decyzji był dużo większy. Nie sądzę, że urzędnicy, radni, politycy i media zaczną się liczyć z faktami i nastrojami, jeśli większa ilość obywateli nie zaangażuje się w te zagadnienia. Czasem lepiej powiedzieć „nie” dla pewnego rodzaju rozwoju oraz kreować rozwiązania mniej efektowne, mniej widoczne, ale o wiele bardziej przyjazne mieszkańcom i pasujące do skali miasta, jego tradycji, istniejącego układu przestrzennego itp.
Oto kilka pomysłów, gdzie szukać sojuszników w walce o kształt miast. Przedstawiam również sposób argumentacji, który może pomóc nam sprawić, aby potencjalni sprzymierzeńcy stali się faktycznymi sojusznikami i aktywnie zaangażowali się w zatrzymanie, ograniczenie i blokowanie procesu degradacji społecznej, estetycznej, zdrowotnej i ekologicznej naszych miast.
1.MIESZKAŃCY CENTRÓW MIAST
– to nasi „naturalni” sprzymierzeńcy. Substancji miasta najbardziej zagraża proces tzw. urban sprawl (dosłownie: rozpełzanie się miast; fachowo – suburbanizacja), czyli proces rozrostu terenów miejskich w efekcie zabudowy przedmieść, lokowania tam hipermarketów i centrów handlowych, a z czasem przeniesienia się ciężaru inwestycji mieszkaniowych, handlowych, usługowych i instytucjonalnych, co prowadzi do odpływu ludności z centrów miast i ich degradacji. Mieszkańców polskich śródmieść nie trzeba uwrażliwiać na hałas, spaliny, szpetotę budynków, brak terenów zielonych i miejsca dla pieszych – to już znają z autopsji. Musimy natomiast odkłamać propagandę zdemoralizowanych polityków, urzędników i mediów. Dwa największe mity tej propagandy to twierdzenie, że:
- Autostrady wyprowadzą ruch samochodowy z miasta.
- Wielopoziomowe parkingi w centrum wpłyną na polepszenie sytuacji transportowej w mieście.
Te twierdzenia są fałszywe, czego dowiedziono już wielokrotnie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie powoli, ale stopniowo odchodzi się od takich rozwiązań. Jeżeli nie autostrady i parkingi, to co? Jest jeden skuteczny sposób na wyprowadzenie ruchu z centrum: strefowanie ruchu. Trzeba namawiać ludzi z centralnych obszarów miast do żądania od władz miejskich zrobienia tego, co wprowadzono w życie już ponad 10 lat temu w Krakowie.
2.PIESI
– najliczniejsza grupa naszych sojuszników. Trzeba mocniejszy akcent położyć na dowartościowanie pieszych. Potrzeba ta wynika z funkcjonowania obiegowej opinii, że właściciel samochodu jest kimś lepszym niż osoba, która tego pojazdu nie posiada a porusza się po mieście piechotą lub transportem publicznym. Konieczne jest uświadamianie społeczeństwu zalet używania na co dzień własnych nóg. Z pieszymi wiąże się pięć fundamentalnych zależności: 1. Zwarte miasto, nie poddające się procesowi urban sprawl, to z definicji miasto dla pieszych; 2. Nowe budownictwo w mieście musi zawsze być w 90% zorientowane na pieszych. 3. Transport publiczny czyni miasto przyjaznym dla pieszych; 4. Ruch samochodowy zawsze koliduje z ruchem pieszym; 5. Jeżeli poruszanie się piechotą zostaje zaniedbane czy utrudnione, wtedy zawsze pogarsza się jakość życia w mieście.
3.KUPCY,RZEMIEŚLNICY
– tej grupy nie trzeba przekonywać, że hipermarkety na przedmieściach oznaczają niszczenie ich miejsc pracy. Natomiast przekonywać ich trzeba i to usilnie do samoorganizacji i aktywnej walki z korporacjami handlowymi lokującymi na przedmieściach swoje placówki. Polecam odszukanie organizacji kupieckich, które działają w dużych miastach. Pomagają one w oddziaływaniu na lokalne władze. Ciekawą inicjatywą jest pomysł właścicieli sklepów przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi z czerwca 2002 r., którzy zapowiedzieli zrzeszenie się i aktywną walkę z supermarketami o klienta.
4.ORGANIZACJE CHRONIĄCE ZABYTKI
– odbudowa i ponowne wykorzystanie obiektów historycznych w miastach może być twórczym impulsem ożywienia społeczności lokalnej. Ochronę zabytków warto przestać traktować wyłącznie jako kwestię zachowania tego czy innego obiektu, ich otoczenia albo nawet tożsamości miasta, lecz wykorzystywać jako środek do odradzania się miasta, powrotu życia do jego centrum. Postępujący proces rozłażenia się miasta uwidacznia się zanikiem budowli historycznych w śródmieściu. Zabytkowe budynki (o różnej jednostkowej wartości, ale tworzące harmonijny układ miejski) wyburza się wskutek braku remontów albo w celu postawienia w ich miejscu szklanego wieżowca lub poszerzenia drogi. Na te zależności i procesy warto zwracać uwagę organizacjom, których celem jest ochrona zabytków, w ten sposób zyskując w nich sojusznika.
5. ROLNICY
– kolejna grupa społeczna będąca „naturalnym” sojusznikiem. Najlepszym sposobem ich pozyskania jest rozwijanie w miastach kampanii i programów edukacyjnych na rzecz lokalnych targów rolnych. Lokalizacja targowisk w centrach i na osiedlach wielu miast może w znacznym stopniu pobudzić lokalną działalność gospodarczą i rewitalizację społeczności. Targi są również najlepszym mechanizmem zachęcającym do wspierania rolnictwa ekologicznego i zachowania małych gospodarstw. Targi dają rolnikom możliwość bezpośredniej sprzedaży konsumentom i wyeliminowanie marży pośredników, co podniesie dochody. W Stanach Zjednoczonych rozpoczął się kilka lat temu proces otwierania w wielkich miastach lokalnych targów, na które farmerzy (coraz częściej ekologiczni) przywożą swoje towary i sprzedają bezpośrednio z samochodów. Nikogo to nie zawstydza, przeciwnie – prezentowane jest z dumą jako dowód na odradzanie się amerykańskich miast. W Polsce zauważyłem pierwsze jaskółki, np. w centrum Łodzi w maju 2002 r. kosztem ograniczenia miejsca dla parkingu i postoju taksówek otwarto targowisko.
6. WŁAŚCICIELE PUBÓW,KAWIARNI, KWIACIARNI ITP.
– trzeba ich uwrażliwiać na fakt, że zamiana wielkich obszarów w niekończące się przedmieścia to zagrożenie dla ich dochodów. Naszym zadaniem powinno być przekonywanie, że w ich interesie leży, aby tkanka miejska z mieszaną, nie dzieloną sztucznie na strefy zabudową była żywa. Trzeba im unaoczniać, że odradzanie się miast, powrót życia do centrum, gdzie ludzie chodzą piechotą, rozmawiają, jedzą, bawią się, dyskutują, to dla ich lokali same korzyści. Trzeba zachęcać do otwierania w sezonie wiosennym i letnim kawiarnianych ogródków kosztem części ulic, jak to ma miejsce na przykład na Piotrkowskiej w Łodzi.
7. UŻYTKOWNICY TRANSPORTU PUBLICZNEGO I PRACOWNICY MPK
– kolejna grupa będąca potencjalnie naszymi sojusznikami. Warto używać argumentacji mówiącej, że pierwszym i najważniejszym zadaniem w polityce transportowej i przestrzennej miast powinno być ulepszanie i unowocześnianie istniejącego transportu publicznego. Musimy zwracać członkom tej grupy uwagę na fakt, że wzrost ruchu samochodowego zawsze ma negatywny wpływ na pracę transportu publicznego, a w dłuższej perspektywie oznacza likwidację wielu etatów w komunikacji miejskiej. Transport publiczny czyni miasto miejscem, które dobrze funkcjonuje i jest przyjazne jego mieszkańcom. Podobnie jak z pieszymi, w Polsce konieczna jest ogromna praca edukacyjna mająca na celu eliminację ze świadomości użytkowników transportu publicznego stereotypu, że obywatel nie posiadający samochodu lecz korzystający z komunikacji publicznej jest kimś gorszym niż osoba poruszająca się po mieście swoim autem.
8. UŻYTKOWNICY KOLEI I PRACOWNICY PKP
– w przypadku tej grupy trzeba szczególny nacisk położyć na promocję systemu szybkiej kolei miejskiej z wykorzystaniem pojazdów dwusystemowych.
9. ROWERZYŚCI
– podstawowy problem to mobilizacja posiadaczy rowerów, którzy niestety sami z siebie rzadko potrafią się zorganizować w skuteczną i efektywną grupę nacisku walczącą o respektowanie swoich praw i uwzględnianie ich interesów w planowaniu rozwoju miasta.
10. ARCHITEKCI I URBANIŚCI
– warto zorientować się, kto jest kim w środowisku architektów i urbanistów w mieście, w którym zamierzamy podjąć walkę o uratowanie przestrzeni przed degradacją. Fachowców i ekspertów zawsze dobrze mieć po ręką, warto więc poświęcić trochę czasu na ich aktywne poszukiwanie. Jeżeli w naszym mieście znajduje się ośrodek akademicki, to proponuję zacząć właśnie od niego. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że znajdzie się jedna lub kilka osób, którym nie obce będzie zjawisko rozpełzania się miast i które będą chętne do wsparcia swoim doświadczeniem i wiedzą naszych działań.
11.CZŁONKOWIE PTTK-ów
– Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze to najstarsza w Polsce organizacja skupiająca turystów i krajoznawców. PTTK rozwija i upowszechnia krajoznawstwo i turystykę kwalifikowaną we wszystkich jej formach. Warto zorientować się, czy lokalny oddział PTTK–u nie skupia ludzi, którym tak jak nam zależy, aby miasto nie zmieniło w zabudowane przedmieścia kolejnych podmiejskich, malowniczych tras pieszych czy obszarów zielonych i wiejskich. Trzeba również zachęcać członków PTTK do turystyki miejskiej. Pokazywać, że miasto historyczne, posiadające bogatą architekturę, to miasto atrakcyjne pod względem turystycznym. Przekonywać, że dziedzictwo przemysłu w postaci zabytkowych budynków pofabrycznych jest jednym z ważniejszych elementów tożsamości wielu miast i ma szansę, przy odpowiednim zagospodarowaniu, stanowić atrakcyjne cele turystyki. Pozyskani entuzjaści turystyki mogą nam bardzo pomóc np. w obronie przed wyburzeniem kolejnej zabytkowej kamienicy czy fabryki pod parking lub nową drogę.
12.MATKI
– wśród kobiet najlepiej popularyzować problem destrukcyjnego wpływu degradacji miast na jakość życia ich dzieci. W aktywizacji kobiet warto wykorzystywać dziesiątki pism kobiecych, które poprzez zamieszczenie naszego artykułu mogą zrobić dużo dobrego w świadomości płci pięknej. Raport Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) stwierdza: „Dzieci stanowią grupę szczególnie wrażliwą na zagrożenia zdrowotne tworzone przez transport. Ze względu na ich ograniczoną świadomość i reakcję na niebezpieczeństwa ruchu drogowego są bardziej narażone na wypadki. Rodzice reagują ograniczając dzieciom możliwości chodzenia i jeżdżenia rowerem. Nie tylko, że niekorzystnie wpływa to na tryb życia dzieci, który staje się przez to jeszcze mniej aktywny, ale pozbawia dzieci niezależności, ogranicza możliwości kontaktu z rówieśnikami i wpaja poczucie zależności od samochodu, która zostanie przeniesiony w dorosłe życie. W tych krajach, gdzie ciągle używa się benzyny ołowiowej dzieci wystawione na działanie ołowiu zawartego w benzynie są narażone na zwiększone ryzyko upośledzenia funkcji systemu nerwowo-poznawczego. Dzieci są również szczególnie wrażliwe na hałas”.
13.EMERYCI I RENCIŚCI
– naturalni nasi sprzymierzeńcy z uwagi na fakt, że najczęściej robią zakupy w miejscu zamieszkania, nie posiadają samochodu, korzystają z transportu publicznego, nie znoszą hałasu i powietrza zanieczyszczonego spalinami, chętnie (jeżeli tylko mają gdzie) odbywają spacery na terenach zielonych i w parkach.
14.CZŁONKOWIE TOWARZYSTW PRZYRODNICZYCH
– zajmujący się ptakami, owadami, płazami czy terenami podmokłymi i torfowiskami. Grupa kilku tysięcy ludzi, mogąca być przydatna szczególnie w sytuacjach, kiedy miasto rozlewa się na tereny podmiejskie zajmowane dotychczas przez dziką przyrodę.
15.WĘDKARZE
– członkowie Polskiego Związku Wędkarskiego mogą być szczególnie przydatni w sytuacjach, kiedy zmiany planu zagospodarowania przestrzennego dotknąć mogą w negatywny sposób tereny posiadające dzikie oczka wodne, stawy, rzeki. Warto szukać wsparcia w PZW argumentując, że zmiana planu czy nowa inwestycja wpłyną niekorzystnie na tereny wodne.
16.DZIAŁKOWCY
– wśród właścicieli ogródków działkowych warto również poszukać naszych sprzymierzeńców w batalii o kształt miast. Polski Związek Działkowców wydaje w nakładzie 235 tys. egz. miesięcznik „Działkowiec”. Już sam ten fakt świadczy, że jest to grupa liczna, która wymaga zainteresowania.
17.CZŁONKOWIE ORGANIZACJI WALCZĄCYCH Z OTYŁOŚCIĄ I KLUBÓW ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA
– na pierwszy rzut oka można nie dostrzec związku między rozprzestrzenianiem się miast a wzrostem liczby ludzi chorych na nadwagę. Kto miał okazję przyjrzeć się na własne oczy sylwetkom Amerykanów, ten może to potwierdzić. Gdy po raz pierwszy odwiedziłem kilka amerykańskich miast, zauważyłem duże podobieństwo między ich rozrostem, a rozrastaniem się sylwetek Amerykanów. To pierwsze zjawisko określane jest w Stanach Zjednoczonych terminem urban sprawl, to drugie określiłbym terminem pupa sprawl… Nagłówki z amerykańskich gazet z początku lutego 2001 r. mówią same za siebie: „Urban sprawl odpowiedzialny za otyłość, wykazują najnowsze badania”. Jak tę zależność można wykorzystać w polskich warunkach? Przede wszystkim poprzez uświadamianie ludziom faktu, że częste używanie samochodu, obok innych czynników, ma ogromny wpływ na nadwagę. Fakt ten jest oczywisty, ale wciąż mało akcentowany w różnego rodzaju poradnikach i materiałach mówiących o przyczynach otyłości.
18.WŁAŚCICIELE FIRM LOKALNYCH
– którzy zatrudniają ludzi mieszkających w bliskim sąsiedztwie miejsca ich firmy. Jeżeli ci pracownicy muszą dojeżdżać z daleka, np. odległych dzielnic, to ich efektywność może spadać, wydłuża się czas dojazdu do i z pracy, dochodzą koszty parkingów i miejsc w garażach. Warto w tym miejscu przeciwstawiać biznes biznesowi. Biznes, na który składa się duża liczba małych firm lokalnych korzystający z większej liczby pracowników – przeciwko biznesowi wielkiej skali, dążącemu do maksymalnej automatyzacji produkcji i usług.
19.URZĘDNICY MIEJSCY
– trzeba szukać, choć znalezienie kogoś rozsądnego i mającego odwagę współpracować jest bardzo trudne. Lista wydziałów, gdzie teoretycznie powinny pracować osoby przeciwne rozpełzaniu się miasta: Wydział Zdrowia Publicznego, Wydział Edukacji, Wydział Kultury i Ochrony Zabytków, Wydział Ochrony Środowiska, Wydział Komunikacji, Wydział Handlu, Usług i Rolnictwa, Wydział Rozwoju i Promocji Miasta.
20.CZŁONKOWIE ORGANIZACJI SPOŁECZNYCH ZAJMUJĄCYCH SIĘ OSOBAMI NIEPEŁNOSPRAWNYMI I STARSZYMI
– obie te grupy społeczne są spychane na pobocze i margines życia miejskiego. Miasto przyjazne procesowi urban sprawl to miasto nieprzyjazne osobom starszym, niedołężnym i inwalidom.
Powyższa lista potencjalnych sojuszników oczywiście nie jest pełna. Problem rozlewania się miasta dotyka tak wielu aspektów codziennego życia obywateli, że mógłbym ciągnąć wyliczankę jeszcze długo. Zachęcam jednak do poszukiwań własnych skojarzeń i wyciągania z nich wniosków.
Wbrew pozorom i potędze przeciwnika, nasza wygrana jest możliwa, jak pokazuje to przykład tysięcy amerykańskich społeczności zaangażowanych w ostatnich dziesięcioleciach w obronę swoich domów, dzielnic i miast przed „rozwinięciem”, czyli zburzeniem po to, by postawić na ich miejscu kolejny szklany wieżowiec lub poszerzyć kolejną drogę. Co ciekawe, jak pokazują te amerykańskie zmagania, życie i historia z reguły przyznają rację lokalnym społecznościom i tamtejszym „oszołomom”, którzy podobnie jak w Polsce przeciwstawiają zdrowy rozsądek wszelkiego rodzaju wysoko opłacanym fachowym analizom i ocenom. Intuicja mieszkańców czy poszczególnych aktywistów okazuje się bowiem na ogół dostarczać o wiele lepszych odpowiedzi na pytanie, co trzeba zrobić w dzielnicy czy mieście niż pomysły przyjezdnych fachowców, konsultantów i tzw. ekspertów.
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003
przez redakcja | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
z dr.Jackiem Wesołowskim rozmawia Barbara Bubula
Napisał Pan w swojej książce, że planowanie przestrzenne jest emanacją społecznej świadomości.
J.W.: Kiedy jedziemy przez Europę, gołym okiem widać, że są kraje, w których zabudowa i funkcje poszczególnych terenów są uporządkowane, zwarte, racjonalne. To kraje germańskie, od Skandynawii po Szwajcarię. I są kraje takie, jak Włochy. Gdy jedzie się pociągiem z Neapolu do Reggio, to ma się wrażenie, że cały czas wędrujemy wzdłuż jednego miasta-przedmieścia. Planowanie przestrzenne oznacza pewne ograniczenie wolności jednostki, aby społeczeństwo mogło korzystać z przestrzeni. Istnieją kraje, gdzie świadomie wykorzystuje się pewne elementy w świadomości społecznej, np. w krajach anglosaskich od XVIII w. ukształtował się krytyczny stosunek do miasta jako miejsca, w którym brakuje powietrza, jest ciasno, brudno i niezdrowo. I wykorzystano to, promując budownictwo niskiej intensywności, przedstawiane jako wyższy poziom cywilizacyjny. W świadomości Amerykanów domek z ogródkiem stał się więc ideałem, do którego się dążyło. Za to się dziś płaci, bo miasta amerykańskie zajęły ogromne przestrzenie. Ale była to kwestia wyboru tamtego społeczeństwa.
Czyli nie uważa Pan miast amerykańskich za gorsze od np. niemieckich?
J.W.: Mój wzorzec idealnego miasta jest inny. Jeśli uznamy, że względy estetyczne są ważne, to oczywiście amerykańskie są gorsze. Martwe śródmieścia, niezabudowane kwartały, ogromna skala, niesamowite dystanse do pokonania. Wolę Szwajcarię, która też nie jest krajem biednym, a ma piękne miasta. Są one ukształtowane w ludzkiej skali, nie ma tam ostrych antagonizmów społecznych, kontrastów, napięć. Bo nie można zapominać o tym, że z ukształtowania przestrzeni w danym kraju, zwłaszcza w miastach, można wnioskować o typie konfliktów społecznych na danym terenie.
Istnieje więc sprzężenie zwrotne pomiędzy tym, jak wyglądają miasta i jak wygląda życie społeczne w danym kraju?
J.W.: Wygląd miast jest ściśle związany z kulturą danej społeczności. Od tej kultury zależy oblicze miast i odwrotnie, poziom tej kultury, jej kierunek rozwoju, zależy w dużym stopniu od wyglądu miast. Przy czym należy pamiętać, że nie ma to nic wspólnego z zamożnością.
Jest oczywiste, że w Europie niezwykłe znaczenie ma ochrona zabytków – nie tylko poszczególnych zabytkowych budynków, ale także przestrzeni, krajobrazu, poczucia ciągłości, tradycji. Europa jest mniej podatna na innowacje. Ale – co chyba najważniejsze – przestrzeń dostarcza mieszkańcom Europy atrybutów tożsamości, czują się wrośnięci w dany pejzaż, związani ze swoją rodzinną okolicą. Amerykanie ukształtowali kulturę, w której człowiek nie jest w ten sposób związany z konkretną przestrzenią, ich sposób życia charakteryzuje się dużą mobilnością.
Polska dzisiaj wydaje się podążać za wzorcem amerykańskim, z dominacją samochodu w przestrzeni. Motoryzacja indywidualna stała się najważniejszym czynnikiem planowania przestrzennego. Opinia publiczna nie jest świadoma, do czego prowadzi chaos w planowaniu i podporządkowanie rozwoju miast samochodom.
J.W.: Też mam takie wrażenie. Większość architektów i urbanistów przede wszystkim zarabia na życie. Starają się schlebiać gustom wszystkich, zatem plany są nijakie, albo – co gorsza – podporządkowane ogólnym, szkodliwym wyobrażeniom o tym, co jest dla danego terenu „korzystne”. Jeśli urzędnicy uznają, że zrobią biznes na działkach zabudowanych, to planuje się długi pas zabudowy komercyjnej po obu stronach drogi. Potrzeba naprawdę silnej osobowości i autorytetu urbanisty oraz świadomości tego, jak powinno wyglądać osiedle czy miasto, by przekonać lokalnych polityków do dobrego planu przestrzennego. Niestety, urbanistyka stała się w Polsce pustą procedurą biurokratyczną. Dopiero interwencje zewnętrzne, np. konserwatora zabytków pozwalają uratować nievktóre tereny przed chaosem lub niekontrolowaną zabudową.
Konieczna jest zatem popularyzacja problematyki planowania przestrzennego wśród polskich obywateli, polskiej opinii publicznej.
J.W.: Wróciłbym do kwestii estetycznych. Jeśli większość stawianych w Polsce płotów to betonowe koszmarne prefabrykaty w stylu „rokokowym”, to oznacza, że społeczeństwo nie ma wyrobionego podstawowego zmysłu estetycznego. Tu wyraźnie negatywnie odróżniamy się nie tylko od Niemców, ale i Czechów czy Słowaków. U nas każdy chce się wyróżniać i stąd estetyczna kakofonia. Nie ma zmysłu ochrony dobra społecznego, podporządkowania się pewnemu wzorcowi, umiaru, prostoty. Bierze się to z długich okresów braku państwowości w ostatnich 200 latach, co potwierdza pewnie tezę o kulturowym charakterze planowania przestrzennego.
Przy takim stanie świadomości, presja indywidualnego transportu jest coraz dotkliwsza. Zachodzą nieodwracalne zmiany w kształcie urbanistycznym Warszawy, Krakowa, Łodzi.
J.W.: Wśród osób zamożnych kształtuje się obecnie nowy model życia miejskiego, zaczerpnięty z hollywoodzkich filmów. Presja używania samochodu jest bardzo duża – tak duża, że nie dopuszcza do głosu argumentów za interesem publicznym. Użytkownicy samochodów albo zatracili już świadomość, że miasto jest czymś wspólnym, a nie tylko zbiorem ulic dla ich prywatnego samochodu, albo tę świadomość od siebie odsuwają. Rzeczywiście jest tak, że potrzeby transportowe stały się obecnie podstawowym czynnikiem kształtującym przestrzeń, zwłaszcza w miastach poprzemysłowych, takich jak Łódź.
Niektórym marzy się na przykład modelowe centrum bez mieszkań. Tymczasem brak inwestowania w śródmieście, usuwanie się z niego lepiej sytuowanych mieszkańców, czyni z tego obszaru miejsce upadku społecznego i technicznego, kamienice zamieniają się w rudery, następuje erozja miasta. Z kolei te rudery wyburza się, już nawet nie dlatego, że poszerzane są ulice (na to na razie miasta nie stać), ale dla miejsc parkingowych. Śródmieście ulega erozji. Rośnie atrakcyjność obrzeży, a nawet komunistycznych blokowisk. Mamy więc klasyczny objaw znany z miast amerykańskich, tzw. urban sprawl, czyli rozpełzania się miasta.
To, czym Łódź się różni, to tempo przemian, bo kierunek jest podobny: mamy już degradację śródmieścia, powszechną motoryzację, brak jeszcze tylko (i oby jak najdłużej) „domu dostępnego” dla większości. Poprawa w gospodarce może to „diabelskie koło” dezurbanizacji rozpędzić nieodwracalnie. Skoro prawie nikt nie chce zamieszkać w śródmieściu, to co z tego, że np. w Łodzi można by stworzyć świetne, oryginalne miejsca do zamieszkania w byłych fabrykach, których jest w centrum mnóstwo. Na razie zamiast tego wymyślono, by budować tam centra handlowe. Nie ma pomysłów, jak umiejętnie wtopić te tereny poprzemysłowe w tkankę miasta, zachowując ich walory, a miastu nie szkodząc. Błędna polityka polega na stwarzaniu inwestorom dogodnych warunków do inwestowania przede wszystkim na obrzeżach, nawet samo miasto jest od dawna jednym z takich budowlanych przedsiębiorców.
A co z mieszkańcami centrów miast?
J.W.: Nie jesteśmy w stanie nigdzie tych ludzi z kamienic śródmiejskich przenieść, nie stać nas na to. Jeśli nastąpi erozja śródmieść, zawsze ktoś za to zapłaci – zapłacą bezpośrednio oni, bo będą nękani hałasem i spalinami. Ale zapłacą też wszyscy, bo pozbędą się przyjaznego ludziom i bezpiecznego śródmieścia.
Pomijając względy estetyczne czy ekonomiczne – taka polityka nie ma nic wspólnego z solidaryzmem społecznym, tradycyjnym w Europie. Weźmy za przykład Wiedeń, który postawił na szeroki zakres budownictwa komunalnego. Nie chcą budować gett, więc dbają o to, by nowa zabudowa, również śródmiejska, miała zróżnicowany standard. Tam to jest możliwe, bo do erozji nie dopuszczono. Tymczasem podporządkowanie miast samochodom powoduje powstawanie gett. Ciekawe, że w Polsce jest ogromna rzesza właścicieli kamienic, którzy głośno domagają się podwyżek czynszów, ale żaden z nich nie krzyczy o potrzebie humanizowania przestrzeni w centrum.
A to przecież w przyszłości także od tego zależy, czy ktokolwiek zamożniejszy w tych kamienicach będzie chciał mieszkać! Właściciele nieruchomości powinni być sojusznikami państwa w planowaniu przestrzennym, a tak w Polsce nie jest. Mamy więc podstawowe luki w społecznej świadomości.
Rozrost przestrzenny to ogromne koszty budowy i utrzymania infrastruktury. Drogi, parkingi, estakady, doprowadzenie wody, odprowadzenie ścieków, ciepłociągi – za to wszystko płacimy z podatków.
J.W.: Płacimy też zawyżone stawki za świadczenia. Jednorodzinne suburbia i osiedla na peryferiach zaprojektowane „tyłem” do tramwaju lub autobusu generują ruch samochodowy – najbardziej terenochłonną formę przemieszczania się. Obliczono, że samochód wymaga posiadania 20–25m2 wolnej przestrzeni do zaparkowania. Automatycznie prowadzi to do przebudowy struktury centrum. Następuje spłaszczenie funkcji przestrzeni – już jej na cokolwiek innego poza samochodami nie starcza. Zwiększają się dystanse: daleko jest do sklepu, szkoły, pracy.
To ma swoje koszty.
Ale w Polsce każdy chce wszędzie dojechać własnym samochodem.
J.W.: Politycy i urbaniści są oczywiście zobowiązani do zapewnienia ludziom dojazdu, ale nie musi być to dojazd własnym samochodem! W latach 60. zeszłego wieku pierwszym, który zwrócił uwagę na związek pomiędzy motoryzacją a miejską przestrzenią był Brytyjczyk Colin Buchanan. Stwierdził on, że nie da się równocześnie zwiększać liczby podróży samochodem i zachować tradycyjnej struktury miast. Wszyscy potraktowali to jako zaproszenie do radykalnej przebudowy, do tworzenia nowych tras komunikacyjnych, poszerzania liczby miejsc parkingowych itp. Buchanan wtedy zaprotestował. Stwierdził, że pokazana przez niego zależność ma jedynie służyć temu, by świadomie przyjmować założenia, jak wyglądać ma miasto. Jeśli się chce podporządkować je samochodom – to wtedy trasy, mosty, estakady, parkingi. Jeśli się chce, by było bardziej tradycyjne, wielofunkcyjne, spokojne, czyste – to wtedy nie wolno ustępować przed presją samochodów i należy wprowadzić dla nich ograniczenia. Istota problemu jest więc znana już niemal od półwiecza. I rzeczywiście, wiele miast zachodniej Europy poszło w tym drugim kierunku, zdały one sobie sprawę z kosztów niekontrolowanego rozwoju motoryzacji i z konsekwencji utraty tożsamości miast.
W USA refleksja także poszła w tę stronę – chociaż niewiele to dało w praktyce. „Śmierć i życie wielkich miast amerykańskich” – książka Jane Jacobs z 1961 r. rozpoczęła krytykę modernistycznego rozwoju miast opartego na monofunkcji, zabudowie przedmieść i użyciu samochodu. Znamienne, że książka ta, zupełnie podstawowa dla urbanistyki, nigdy nie została przetłumaczona na język polski. Cały problem polega więc na dokonaniu wyboru. Wydaje się, że znacznie bardziej wynika on z przesłanek kulturowych – dominującej hierarchii wartości, stopnia podziałów społecznych – niż z samego poziomu technologii i zamożności. Upadek tradycyjnych miast nie jest nieuchronny – jest wynikiem wyboru! Warto także mieć świadomość, że nic nie robiąc, najprawdopodobniej i tak się go dokonuje.
Jeśli założyć, że również w Polsce ukształtowana historycznie struktura miejska jest wartościowa, to inżynieria transportowa powinna się do tego dostosować. I trzeba to robić z głową. Warto przypomnieć konkurs na przebudowę ulicy Zielonej w Łodzi – to ulica przechodząca przez śródmieście z linią tramwajową w jezdni, po obu stronach ulicy stoją zabytkowe kamienice. Była ona stale zakorkowana, więc projektowano jezdnię od ściany do ściany, bez chodników. Piesi mieli się przemieszczać podwórzami lub podcieniami. Czy takie rozwiązanie to utrzymanie substancji miasta w dobrej kondycji i czy wyeliminuje korki? Wolne żarty: po prostu zamiast dwóch, będą cztery rzędy samochodów – kierowcy zaraz odkryją, że tam jest szerzej. Nigdy nie będziemy w stanie zapewnić wystarczającej chłonności i przepustowości centrów miast dla samochodów. Doskonałym dowodem na to jest Warszawa. Zdawałoby się – piękny przykład miasta modernistycznego, duże przestrzenie, szerokie trakty komunikacyjne. I co? Gorzej zakorkowana niż Łódź czy Kraków, bo w samym centrum. Pół roku temu łódzką ulicę Zieloną zamknięto dla samochodów, a katastrofy komunikacyjnej w mieście mimo to nie ma. To też jeden z cudów mądrzejszej polityki (dość rzadki to wypadek w Łodzi).
Jaki kształt transportu jest dla miast optymalny w kontekście przykładów z innych krajów?
J.W.: Dostępność centrów można zwiększać tylko rozwijając transport publiczny i tzw. „miękki” (czyli ruch pieszo-rowerowy). W miastach szwajcarskich ok. 40% wszystkich podróży w mieście odbywa się z użyciem transportu publicznego. Kiedy w folderach podaje się jakiś adres w Zurychu czy Bazylei, to zwykle zaczyna się od nazwy przystanku i numeru linii. We Francji zaczyna się od adresu najbliższego parkingu. Czyli z góry zakłada się, że ktoś tam dojedzie takim środkiem transportu! To pokazuje sposób myślenia. W miastach amerykańskich, które są na drugim biegunie, ten współczynnik kształtuje się nawet poniżej 5%. Porównanie Genewy, której jest bliżej do Francji, i „bardziej germańskiej” Bazylei jest wymowne: w Genewie ruch samochodowy w centrum jest 2–3-krotnie większy. Zurych, Bazylea i Berno zachowały bardzo klasyczny układ transportu zbiorowego, z tramwajem jako głównym środkiem lokomocji – dlatego mogłyby być dla Polski cennym wzorcem. Tramwaj ma priorytet, może wjeżdżać tam, gdzie nie wolno samochodom. Ma też pierwszeństwo przejazdu, zabezpieczone wzbudzaną sygnalizacją świetlną. Kiedy dojeżdża do skrzyżowania, to odpowiednio wcześniej czujniki zapalają mu światło zielone, żeby bez przeszkód i zatrzymywania mógł przejeżdżać. To jest problem organizacji ruchu w mieście. Wydzielane są torowiska, montowane separatory, które uniemożliwiają samochodom tamowanie ruchu tramwajów. W Zurychu ruch kołowy jest spowalniany na wjazdach do centrum, przez wydłużenie faz na światłach, jeśli czujniki informują o zbyt dużej liczbie samochodów w jego obrębie. Stosunkowo mało buduje się obecnie kosztownych tuneli, wiaduktów i estakad, skrzyżowań bezkolizyjnych. Ciekawe jest też, że Szwajcarzy jeżdżą głównie starymi tramwajami, które dowożą ludzi szybko i sprawnie dzięki przywilejom w ruchu. U nas kupuje się nowe, które tkwią w korkach.
Co zatem zrobić, żeby zmieniała się świadomość transportowa Polaków?
J.W.: Należy sobie zadać pytanie, czy można przeskoczyć epoki w rozwoju cywilizacyjnym, czy Polacy mogą nauczyć się na błędach Zachodu, czy też sami, na własnej skórze muszą sprawdzić, że to droga donikąd. Większość Polaków, którzy jeżdżą na Zachód, używa własnych samochodów, bo taniej. Widzą autostrady, węzły, skrzyżowania, wiadukty, parkingi. Nie jeżdżą tam pociągiem, który jest droższy. I nie widzą z bliska życia w mieście. Nie poznają tej drugiej prawdy o Zachodzie.
Trudno oczekiwać, by w najbliższym czasie znalazły się pieniądze na edukację w zakresie planowania przestrzennego miast i roli systemów transportowych. Mimo podstawowych braków w polskojęzycznej literaturze, nikt nie wierzy, że publikacje z tego zakresu można „sprzedać”. Potrzebna jest przemiana pokoleniowa, np. w szkolnictwie wyższym, tam ciągle jeszcze króluje pokolenie wychowane na modernizmie. Czas będzie zmieniał te postawy, także w miarę zacieśniania się kontaktów z krajami zachodnioeuropejskimi. Cały problem, by zanim się to stanie, nie doszło do nieodwracalnych zmian w strukturze naszych miast. I tu jest miejsce dla idealistów, ekologów, dla których te sprawy są ważne, którzy traktują to jako swoją misję. Ich działalność na razie będzie odbierana jako szaleństwo, ale muszą oni z uporem powtarzać prawdę o konieczności kształtowania w Polsce dobrych, zdrowych miast.
Dziękuję za rozmowę.
Łódź, 25 października 2002 r.
Wywiad pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003
przez Remigiusz Okraska | piątek 3 października 2014 | Najlepsze teksty z Magazynu OBYWATEL
Coraz częściej słychać utyskiwania na obojętność wobec problemów publicznych, lekceważenie dobra wspólnego, „wycofywanie” się obywateli do domowego zacisza i brak zainteresowania wszystkim, co wykracza poza czubek własnego nosa. Narzekają politycy, naukowcy, intelektualiści. Żaden z nich nie zada sobie jednak podstawowego w tej sytuacji pytania: jak ma trwać i rozwijać się społeczeństwo obywatelskie, skoro coraz mniej jest miejsc, gdzie mogłoby się to dokonać?
U progu XXI wieku obywatele są pozbawiani przestrzeni, w której mógłby się kształtować etos wspólnoty. Zamiast forum i agor mamy coraz dalej idącą komercjalizację i dehumanizację przestrzeni publicznej. Tereny zielone ustępują miejsca autostradom, place i skwery parkingom, a dotychczasowe nieużytki wypełnia zabudowa centrów handlowo-rozrywkowych. Coraz mniej miejsca pozostawia się obywatelom – nie kierowcom, producentom, konsumentom, turystom, handlarzom, lecz obywatelom, którzy potrzebują miejsca, by się organizować, spierać i podejmować wysiłki na rzecz swojej polis. Malejąca frekwencja wyborcza, konieczność sztucznego podtrzymywania tzw. trzeciego sektora, brak oddolnych inicjatyw społecznych, prywata i obojętność – wszystko to jest pochodną m.in. zaniku przestrzeni publicznej miast, w których coraz trudniej działać twórczo, kreatywnie i pro publico bono. Miasta są barwniejsze, bardziej hałaśliwe, większe – i coraz bardziej martwe.
Można wertować statystyki i prowadzić badania ogółu społeczeństwa, czasem jednak warto spojrzeć na problem z drugiej strony. W mieście, w którym niegdyś mieszkałem istniało stare, stuletnie robotnicze osiedle, słynące z przestępczości i innych patologii. Gdy zaczęła się „nowoczesność”, postanowiono położyć temu kres. Część domów wyburzono, na ich miejscu stawiając mieszkania dla nowobogackich i lokale usługowe. Owszem, zmalała skala patologii, ale jednocześnie wyparowało… życie. Znikły bawiące się na ulicach dzieci, grupki plotkujących kobiet w oknach, starcy na ławeczkach, ruch i rwetes do późnego wieczora. Resztki starych budynków otoczone nowymi obiektami tworzą martwą strefę – z rzadka przemknie przechodzień, szybko przejeżdżają samochody, już popołudniem trudno dostrzec oznaki życia. Nie ma „meneli” – nie ma też nikogo innego. I dokładnie to samo by się stało, gdyby w brutalny sposób potraktowano inną wspólnotę ukształtowaną mozolnie na przestrzeni lat w określonym pejzażu architektonicznym.
Problem jest szerszy – stale maleje ilość przestrzeni, w której mogłyby się odbywać ludzkie interakcje wykraczające poza schemat petent-urzędnik i klient-sprzedawca. Dzisiaj projektanci miast na ostatnim miejscu stawiają jakość życia mieszkańców, przedkładając ponad nią stworzenie biznesowi optymalnych warunków działania. Parki, zieleńce, bulwary, place, zabytkowa substancja? Zapomnijcie o tym – trzeba wytyczyć szeroką drogę dojazdową dla klientów hipermarketu, zlokalizować biurowce i hurtownie, stworzyć parkingi na tysiące miejsc, ustawić ogromne plansze reklamowe. Bo wzrost gospodarczy, bo nowe miejsca pracy, bo inwestycje. Ale jak będziemy żyli w takim otoczeniu? – o to nikt nie pyta. Już wiele lat temu Aleksander Wallis w „Socjologii i kształtowaniu przestrzeni” pisał: „Potrzeby mieszkańców dotyczące własnego urbanistycznego otoczenia, identyfikacji z małą dzielnicą, przywiązania do lokalnych wartości artystycznych i symbolicznych nie dają się ująć w liczby ani przeliczyć na złotówki. Wskutek tego, choć sprawa ta dotyczy zwartości społecznych struktur miasta /…/ traktowana jest jak poetycki dodatek do spraw bardziej istotnych. Tymczasem patologia wielkiego miasta, zarówno ta, którą ujmują statystyki sądowe, i ta, którą odnajdujemy w statystykach chorób psychicznych, i ta, która przejawia się w traktowaniu wszystkiego poza własnym mieszkaniem jako własności obcej, ma źródło w braku silniejszych społeczno-przestrzennych struktur większych niż rodzina i mniejszych niż społeczność całego miasta”. Władysław Misiak w książce „Jakość życia w osiedlach miejskich” dodaje: „Badania wykazują, że toksyczność środowiska miejskiego, hałas, brak kontaktów z otwartymi przestrzeniami prowadzi nie tylko do zmian chorobowych, organicznych, lecz również psychicznych, co w sumie wytwarza negatywne cechy osobowościowe mieszkańców miast”. Jak zwykle zamiast eliminować przyczyny, będziemy biadolić i leczyć skutki – lewica użali się nad „blokersami” bez perspektyw, prawica zażąda surowszych kar i podwyżek policyjnych pensji.
Zapaść miejskiego życia dokonuje się na naszych oczach, w wydziałach architektury i podczas przetargów inwestycyjnych. Im większe i bardziej podporządkowane potrzebom biznesu będą nasze miasta, tym gorzej będzie się w nich żyło w przyszłości. Dlatego właśnie tak istotne jest zaangażowanie się w proces kształtowania przestrzeni miejskiej już teraz. Później będziemy tylko bezsilnie zaciskać pięści – jako mieszkańcy i obywatele.
Jest kilka głównych problemów trapiących miasta. Pierwszy to problem transportu. Jeśli możemy mówić o raku trawiącym zdrowe komórki, to rakiem tym jest bez wątpienia samochód i motoryzacja indywidualna. Samochód niszczy jakość życia zatruwając powietrze i hałasując. Niszczy także miejsca publiczne, gdzie mogą zachodzić relacje międzyludzkie, gdzie można uprawiać politykę rozumianą jako troska o dobro wspólne. Pochłania wciąż nowe i nowe tereny pod jezdnie i parkingi – albo anektuje istniejące obiekty (chodniki, place, skwery, parki), albo rozrasta się samo miasto, by sprostać oczekiwaniom dotyczących jazdy i postoju. Jeśli wybrano wariant pierwszy, to mniej jest miejsca dla ludzi. Jeśli drugi, to w rosnącej przestrzeni metropolii maleją szanse zaistnienia spójności społecznej, niezbędnej do powstania ducha obywatelskiego; cierpią także tereny podmiejskie – niegdyś azyl w świecie betonu i asfaltu. Richard Register w artykule, „Co to jest miasto ekologiczne” pisze: „Samochód jest bez wątpienia najpoważniejszym czynnikiem powodującym społeczną dezintegrację”.
Ten sam autor wskazuje, że samochód jest najgorszym narzędziem miejskiej komunikacji. Lepsza jest komunikacja zbiorowa (pociągi, tramwaje, autobusy), rowery i poruszanie się pieszo. Ale jedno nie da się pogodzić z drugim, bo samochód zabiera przestrzeń innym rodzajom komunikacji, ogranicza ich prędkość (gdy autobusy stoją w korkach) lub utrudnia funkcjonowanie – trudno jeździć rowerem lub chodzić piechotą wśród mnóstwa pojazdów i w chmurze spalin, a gdy miasto się rozrasta, to piesza wyprawa staje się niemożliwa. Jako przykład rozsądnego podejścia do miejskiej przestrzeni podaje holenderskie woonerf, czyli ulice tak zaprojektowane, by mimo motoryzacji mogło się toczyć normalne życie. Są tam ławki, wysepki zieleni, pojedyncze drzewa, miejsca zabaw dla dzieci, co wymusza znaczne ograniczenia prędkości i w ogóle zniechęca do jazdy samochodem. A dzieje się to w kraju o wiele bardziej rozwiniętym i bogatszym niż nasz! W Polsce samochód jest natomiast królem miast – najpierw budują nową drogę, a po kilku-kilkunastach latach myślą o przejściu dla pieszych czy sygnalizacji świetlnej; zimą drogę odśnieża opłacany z podatków pojazd, a na chodnikach, wśród zwałów śniegu (także tego z ulic) piesi mozolnie wydeptują wąskie ścieżki…
Samochody „wykańczają” także alternatywy w postaci porządnej, szybkiej, wygodnej i często kursującej komunikacji zbiorowej. Barbara Ward w książce „Dom człowieka” pisze: „Powstaje tu błędne koło. Kiedy liczba podróżujących się zmniejsza, koszty państwowej komunikacji rosną, obsługa się pogarsza, opłaty za przejazd idą w górę, co z kolei powoduje dalsze zmniejszenie się liczby pasażerów”. Liczba użytkowników samochodów zatem rośnie – to alternatywa wobec kiepskiej komunikacji zbiorowej. W efekcie, jak informuje ta sama autorka, w Los Angeles ok. 70% miasta zajmują drogi, parkingi, obwodnice, w Dallas, Nowym Jorku i Waszyngtonie jest to około połowa powierzchni.
Nieodłączną towarzyszką samochodu jest druga patologia – suburbanizacja, zwana też „rozpełzaniem się” miast. To proces lokowania na przedmieściach nowych inwestycji, które przyciągają nowe osiedla, wzmagają ruch samochodowy itp. Przyczyną suburbanizacji jest spadająca jakość życia w centrum miast, spowodowana rosnącym ruchem samochodowym (hałas, spaliny, brak miejsca do spacerów i życia publicznego) – ludzie w poszukiwaniu lepszych warunków przenoszą się na przedmieścia, przenosząc też ze sobą… patologie trawiące dotychczas centralne dzielnice miast, czyli ruch samochodowy i jego konsekwencje. Tam, gdzie na przedmieściach nie powstaną osiedla, wyrastają hipermarkety, do których z centrów miast lub innych dzielnic dojeżdżają samochodami klienci. Przedmieścia są coraz bardziej zabudowywane, coraz więcej w nich samochodów – w efekcie znów znika dobra jakość życia, więc mieszkańcy wyprowadzają się jeszcze dalej. I tak w kółko – miasta rosną kosztem przyrody i spójności społecznej, gdyż ciągle przeprowadzki i zmiany charakteru dzielnic nie sprzyjają zakorzenieniu.
W efekcie w centrach miast tworzy się „ziemia niczyja” – mieszkańcy wyprowadzają się na przedmieścia, małe sklepy i lokale usługowe tracą klientelę na rzecz centrów handlowych i upadają. W Bielsku-Białej lokalna prasa zauważyła ostatnio, że po inwazji hipermarketów wyludnia się centrum miasta – kiedyś gwarne, pełne lokali usługowych i sklepów, dzisiaj coraz bardziej puste, straszące opuszczonymi pomieszczeniami. Sklepy padają, ludzie tracą pracę, mieszkańcy centrum (na ogół emeryci) nie mają gdzie dokonywać zakupów, nikt nie robi remontów. Te same gazety zaledwie rok-dwa lata temu pisały o rozwoju miasta dzięki hipermarketom, nowych miejscach pracy etc.
Trzecim czynnikiem chorobotwórczym jest komercjalizacja przestrzeni miejskiej, czy to w centrum, czy na przedmieściach. Rację bytu ma tylko to, co przynosi zysk. Władze miejskie niechętnie patrzą na tereny „darmowe”, do których trzeba dokładać – tak jakby finansowali je z własnej kieszeni, a nie z podatków ludzi korzystających z tych miejsc. Dlatego wciąż większe połacie miast padają łupem komercji: placówki handlowo-usługowe wdzierają się w każde wolne miejsce, czy to wielkie domy handlowe stawiane na pustych placach, czy kioski i blaszane budy.
W wielu miastach wprowadzono zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych, ale knajpiane ogródki anektują latem na swoje potrzeby znaczne obszary ulic, pasaży, alei i placów – wiadomo, knajpy płacą podatki. Jeśli pijesz piwo na opodatkowanym terenie, to w porządku, gdybyś to samo robił w parku, nie awanturując się i nie przeszkadzając nikomu, popełniłbyś wykroczenie – ot, polska logika.
Czwarty problem to niemal zupełne lekceważenie historycznej przestrzeni miast, starych budynków, elementów infrastruktury, układu architektonicznego. Na skutek tego miasta tracą charakter i klimat kulturowy, a ich mieszkańcy poczucie identyfikacji z przestrzenią. Ledwo ludzie zdążą się do czegoś przyzwyczaić, oswoić z jakimś widokiem, już nadchodzą zmiany: tu coś zburzymy, tu dobudujemy, tam przesłonimy, gdzie indziej pomalujemy na jaskrawy kolor – w efekcie miasto znajduje się w ciągłym ruchu. Pod nowe budowle poświęca się stare obiekty, niszcząc w ten sposób ład przestrzenny i harmonię otoczenia. Zamiast remontować – burzy się i buduje na tym miejscu nowe, bo „tak jest taniej i szybciej”.
Tymczasem elementarna znajomość ludzkiej psychologii podpowiada, że zmiany nie mogą być zbyt częste i gwałtowne, gdyż niszczą poczucie mentalnej bliskości, zrozumienia, zamazują zakodowany obraz. Jak czułby się architekt czy planista, który lekką ręką przekształca całe połacie miast, gdyby codziennie zmieniać mu wystrój mieszkania, żonę, dzieci, przyjaciół, rytm dnia i rodzaj wykonywanych czynności? Innym następstwem destrukcji historycznej przestrzeni jest zanik genius loci, destrukcja toposu, znaków orientacyjnych i symbolicznych w przestrzeni miejskiej, stanowiących element lokalnej tożsamości. I nie musi to wcale być zabytek na miarę Kościoła Mariackiego – każde miasto ma (lub miało…) takie obiekty, które stanowią o jego specyfice. Ot, choćby stary dworzec, ciąg kamienic, pomnik z „minionej epoki”, kasztanową aleję, fabryczny komin o stuletnim rodowodzie, widoczny z każdego miejsca w okolicy. Destrukcja takich form, choćby uzasadniona ekonomicznie, stanowi trudną do zagojenia ranę w zbiorowej świadomości. Jak trafnie pisał Edward T. Hall w swym „Ukrytym wymiarze” – książce poświęconej jakości życia zbiorowego i jego patologiom, „/…/ powinniśmy zachowywać i konserwować dawne budynki nadające się jeszcze do użytku i otaczające je zabudowania, chroniąc je przed »bombą« urbanistycznej odnowy. Nie wszystko co nowe musi być dobre, i nie wszystko co stare musi być złe. Jest wiele miejsc w naszych miastach – czasem kilka domów, czasem cale dzielnice – które warto zachować. Dają nam one poczucie związku z przeszłością i wzbogacają pejzaż miejski”.
Piąty aspekt degradacji miast to postępująca „gettoizacja”, segregacja mieszkańców, fragmentacja społeczna. Dokonuje się ona w oparciu o kryterium majątkowe – zamożni wybierają sąsiedztwo podobnych sobie, ubodzy są spychani do slumsów. Tak oto tworzą się dwie zwarte społeczności: luksusowa i „normalna” oraz biedna i „patologiczna” – obie coraz bardziej odizolowane przestrzennie, a także kulturowo. Pociąga to za sobą kilka niekorzystnych następstw, m.in. podział miasta na skrajnie przeciwstawne enklawy o odmiennym poziomie życia i wzorcach kulturowych, co przekłada się na brak identyfikacji z całą przestrzenią miejską i ogranicza tożsamość do najbliższego otoczenia – kilku ulic, dzielnicy. Reszta miasta staje się obca. Dawniej przemieszane porządki biedy i bogactwa oddziaływały na siebie nawzajem – przykład klasy średniej i jej stylu życia hamował rozwój wielu patologii wśród warstw uboższych, zaś obcowanie z kłopotami codziennej egzystencji tych, którym się gorzej powiodło, budziło u lepiej sytuowanych odruchy solidarności i chęć pomocy. Dzisiaj rozpiętość dochodów znajduje odzwierciedlenie także w usytuowaniu przestrzennym mieszkań i miejsc rozrywki obu warstw. Niegdyś bogaty fabrykant nierzadko wznosił swą willę na robotniczym osiedlu, podkreślając wspólnotowy charakter paternalistycznego kapitalizmu, dzisiaj lokuje ją wśród podobnych sobie wybrańców losu, na szczelnie odgrodzonym od „motłochu” terytorium, co unaocznia pogardę, jaką w turbokapitalizmie żywi się wobec osób z dolnych pięter drabiny społecznej. Symbolicznemu oddaleniu towarzyszy przepaść materialna – uboższe dzielnice niszczeją pozbawione nakładów na infrastrukturę, obiektów użyteczności publicznej itp., brakuje im silnego lobby na rzecz dbałości o dobro wspólne. Nakłady i inwestycje koncentrują się w „lepszych” dzielnicach – te „gorsze” są brane pod uwagę najwyżej wtedy, gdy trzeba gdzieś ulokować wysypisko śmieci, szkodliwy dla otoczenia zakład, zlokalizować trasę wylotową z miasta…
Szóstym elementem składającym się na proces zapaści przestrzeni miejskich jest połączenie urzędniczej arogancji z monopolizacją procesu decyzyjnego dotyczącego rozwoju miast, co przejawia się w pozbawieniu mieszkańców wpływu na to, w jakich warunkach przyjdzie im żyć. Coś takiego jak demokracja lokalna niemal w Polsce nie istnieje – nie chodzi tu o organizowane raz na kilka lat wyborcze spędy, lecz o realny wpływ na życie własne i macierzystej zbiorowości. Urzędnicy robią swoje, mając obywateli za nic, a gdy czasem łaskawie zechcą się z nimi spotkać, to jest to szczyt poświęcenia. Poszedłem kiedyś na spotkanie mieszkańców z radą jednej z dzielnic Bielska-Białej, na które zaproszono głównego architekta miasta. Urzędnik ten ze znudzoną miną tłumaczył aroganckim tonem, że supermarket musi być, droga dojazdowa do niego także i na nic się zdadzą protesty – miasto potrzebuje wpływów do budżetu, a jak nie zezwoli na lokalizację tej placówki, to powstanie ona tuż za granicą administracyjną, na terenie sąsiedniej gminy i kasa przepadnie. I tak właśnie wyglądał „dialog” władzy z obywatelami.
Wpływ na kształt naszych miast ma tylko jedna grupa – lobby inwestorów, planistów i architektów. Na głos mieszkańców niemal nie ma tu miejsca. Rozwój – jeśli można to tak w ogóle nazwać – miast dokonuje się nieodmiennie w jednym kierunku: rozrostu dróg, parkingów, wielkich placówek handlowo-uslugowych. Na margines spychane są inne potrzeby: komunikacja zbiorowa, tereny zielone (te, jeśli już powstają, na ogół są tak „sztuczne”, że niemal świecą pustkami), tzw. mała architektura nadająca przestrzeni niepowtarzalny charakter, miejsca publiczne, niekomercyjne obiekty rozrywkowo-kulturalne. Jakub Wujek w pracy „Mity i utopie architektury XX wieku” przestrzegał, że „Nie istnieje, mimo olbrzymiego bagażu mitów, jeden system budowlany, jedna technologia rozwiązująca wszystkie skomplikowane problemy budownictwa /…/ Fundamentalną zasadą winno być używanie rozwiązań alternatywnych”. Monopol w dziedzinie miejskiego rozwoju okaże się, jak każdy monopol, tragiczny w skutkach – miasta będą coraz mniej bliskie mieszkańcom, coraz słabsze więzi międzyludzkie, społeczność miejska zdezintegrowana, apatyczna i niezdolna do aktywnego kreowania własnego życia. Coraz mniej w miastach będzie żyjących (a nie wegetujących) i identyfikujących się z nim mieszkańców, coraz mniej będzie także obywateli, którzy gotowi są odpowiedzialnie i samodzielnie kształtować własne życie, bez oglądania się na państwowych biurokratów i rynkowych usługodawców.
Odzyskanie przestrzeni miejskiej dla jej mieszkańców to odzyskanie kontroli nad własnym życiem, pierwszy (i jak to on zwykle – najtrudniejszy) krok ku powstaniu społeczeństwa obywatelskiego. Nie tego, które tworzy „trzeci sektor” i żebrze o dotacje u Fundacji Batorego, lecz takiego, którego członkowie sami decydują o całokształcie swego życia, kreują normy i wzorce oraz ustalają hierarchie potrzeb i oczekiwań – ale też sami ponoszą konsekwencje swoich wyborów.
Miasta powinny być dla ludzi, dla mieszkańców – to główna zasada. To oni sami powinni określać, jakiego rodzaju inwestycje chcą mieć na swoim terenie, czy wolą kolejny parking, czy zachowanie ostatniego parku, czy wielki sklep zagranicznej firmy, czy małe sklepy prowadzone przez sąsiadów, znajomych, krewnych, itd. Jeśli popełnią błąd, to powinni mieć okazje do jego naprawy, np. decydując o likwidacji ruchliwej arterii i zastąpieniu komunikacji samochodowej szybką i nowoczesną linią tramwajową. Przede wszystkim jednak należy zdecentralizować podejmowanie decyzji dotyczących przekształceń miejskiej tkanki. Heine Paetzold w artykule „Architektura i urbanistyka. Zarys krytycznej filozofii miasta” pisze o Holandii, że „Odnowy miasta Amsterdam w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zaczynały się od zwalczania przygotowanych przez miejskich biurokratów planów opartych na całkowitym »wyrębie«”.
Podobnie było w innych krajach Zachodu, gdzie tamę arogancji urzędników postawiły dopiero konsekwentne protesty mieszkańców – np. w Londynie, gdzie całe dzielnice stawiały opór planom lokalizacji na ich terenie obwodnic czy tras przelotowych, żądając w zamian lepszego skomunikowania autobusami z centrum miasta. W Anglii i USA rozwinął się też znaczący ruch „Reclaim the Streets!” (Odzyskać ulice), mający na celu zwrócenie uwagi na problem anektowania przez samochody coraz większych połaci miast. Jego uczestnicy blokowali ruchliwe arterie, organizując tam przyjęcia, potańcówki, symboliczne rozkuwanie asfaltu i sadzenie drzew, palenie wraków samochodów itp. W ten sposób udało im się zwrócić uwagę na narastający problem zaniku przestrzeni publicznej w miastach, spychanie na margines ich mieszkańców, zwłaszcza pieszych, rowerzystów, dzieci, ludzi starszych, inwalidów, itp. którzy tak samo jak użytkownicy samochodów płacą podatki do miejskiej kasy, otrzymując w zamian znacznie gorsze traktowanie przez władze municypalne.
Gdzie nie ma miejsca dla ludzi, nie ma go też dla obywateli. Dawniej miasta wypełniały się gwarem, pełne były miejsc publicznych, w których obywatele mogli dyskutować o trapiących ich problemach. Gdzie mają dyskutować dzisiaj? Zamknięci w blaszanych pudłach samochodów, w tłumie nawiedzającym hipermarkety, na chodnikach tonących w chmurze spalin, w lokalach, gdzie ceny oraz hałas z głośników są skuteczną barierą odstraszająca, w rachitycznych resztkach parków i terenów zielonych (zwłaszcza zimą)?
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie OBYWATEL nr 1(9) styczeń-luty 2003
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 29 września 2014 | opinie
W 1968 roku wojska Paktu Warszawskiego dokonały inwazji na demokratyzującą się Czechosłowację. Było nam wstyd, ponieważ Wojsko Polskie uczestniczyło w tej haniebnej wojnie. Pierwsi na liście hańby byli Rosjanie z Armii Czerwonej. Zastanawialiśmy się, co może ich zmusić do wycofania się z okupowanego kraju. Proponowane były dwa sposoby – cudowny i naturalny. Naturalny polegałby na tym, że z nieba sfrunąłby hufiec anielski, każdy Rusek byłby wzięty za kark i odtransportowany na Plac Czerwony w Moskwie. Natomiast cudowny sposób – władcy imperium sami zrozumieją, że źle czynią i zostawią Czechosłowację w spokoju – był nierealny.
Tomasz Terlikowski czekając na cud nawrócenia imperium („Gazeta Polska” z 17 września) nie jest człowiekiem ani pobożnym, ani mądrym. Nikt wierzący nie ma pewności, że cud nastąpi. Powołując się na III tajemnicę fatimską, Terlikowski pisze: „Pokój na świecie realny (a nie pozorny i werbalny jak obecnie), powrót Rosji do Chrystusa są możliwe tylko wtedy, jeśli my, katolicy przylgniemy do Niepokalanego Serca Maryi i sami głęboko się nawrócimy. Lekarstwem na chorobę Rosji – przynajmniej w wymiarze duchowym – jest wytrwała modlitwa różańcowa, pokuta i nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Kościół – a to oznacza każdego z nas – musi podjąć to wyzwanie. Taka jest droga pokoju. Innej nie ma”.
Język artykułu Terlikowskiego, być może oczywisty dla teologów, dla przeciętnego czytelnika jest niezrozumiały. Nie wiem, co znaczy „uwewnętrznienie aktu zawierzenia Rosji Najświętszemu Sercu Maryi”. Nieuważny czytelnik może odnieść wrażenie, że mamy dać wiarę rosyjskim kłamstwom. Wystarczyło napisać po polsku: „powierzenie Rosji”. „Uwewnętrznienie” Terlikowski wyjaśnił, przedstawiając w cytowanym fragmencie artykułu drogę do pokoju światowego.
Sytuacja jest niepokojąca. W tym samym czasie otrzymaliśmy dwie zbieżne propozycje. Od prominentnego katolika „uwewnętrznienia” się w kościele, od pani premier „uwewnętrznienia” się w domu. Pochowamy się, a na ulicy będą grasować zbiry z niebezpiecznymi przedmiotami w ręku, żeby posłużyć się poetyką pani premier.
Terlikowskiego kwalifikowałam do tej pory jako katolickiego celebrytę, który na gromieniu grzeszników robi karierę w mediach. Teraz po nieoczekiwanej dymisji Bronisława Wildsteina został Terlikowski redaktorem naczelnym Telewizji Republika. Ostatnie zmiany wydają się elementem szerszego planu poskromienia niezależnych mediów i wolnej opinii publicznej. Profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego opowiadał w Telewizji Republika jak pogróżkami skłoniono kolejno dwóch proboszczów do wycofania zgody na koncert w kościele z udziałem muzyków ukraińskich i polskich. Abp Dziwisz poparł decyzję o zerwaniu umowy z organizatorami koncertu. Ryszard Kapuściński, koordynator Klubów „Gazety Polskiej”, informuje o czynnej napaści na siedzibę w Krakowie.
Żyjemy w niespokojnych czasach. Nawet jeśli kogoś nie martwi kalifat islamski, agresja Rosji na Ukrainę, brak reakcji rządu na ustalenia komisji Macierewicza, to jest jeszcze afera podsłuchowa i gnijące warzywa i owoce, których Unia nie pozwala rozdać szkołom, ponieważ mogłyby je zjeść bez różnicy dzieci bogate i biedne. Szkoły nie mają magazynów i transportu. Państwo nie ma pieniędzy, aby dystrybucję zorganizować.
Natomiast cały kraj bawi się na imprezach rozrywkowych, ponieważ przed wyborami samorządowymi wszyscy troszczą się o igrzyska dla ludu. PO i PSL zabawiają publiczność niekończącą się telenowelą z życia wewnętrznego partii politycznych, tak jakby to był sezon ogórkowy.
Do licznych komentarzy na temat odejścia Donalda Tuska do Brukseli dołożę swój. Tusk ma być tą twarzą Europy, która usprawiedliwi pozostawienie Ukrainy w paszczy niedźwiedzia. Polacy mają w Europie opinię desperatów broniących przegranych spraw. Jeśli Tusk zaświadczy, że naprawdę nie było szans na obronę Ukrainy, dla Europejczyków będzie to wiarygodne. W Europie nikt nie pamięta serwilizmu Polski wobec Rosji, ale na wszelki wypadek Tusk po agresji na Ukrainę demonstrował brak wiary w dobre intencje Putina. To nawrócenie na patriotyzm Tusk wyraził w sposób szczególny, czyli tak jak po Smoleńsku straszył nas wojną z Rosją i to już przed początkiem roku szkolnego. Premier Polski, dobry aktor, który nie ma żadnych zahamowań przy wygłaszaniu zadanych tekstów, jest idealnym kandydatem do firmowania polityki europejskiej w niezręcznej sprawie porzucenia Ukrainy.
Rozważania na temat, czy podbijanie Ukrainy i Mołdawii to już wojna, czy jeszcze nie, godne są rozprawy naukowej na temat hipokryzji w polityce międzynarodowej.
Z wojną w tle (czy bez wojny, co kto woli) Polacy muszą wybrać między internacjonalistyczną PO i patriotycznym PiS-em. Początkowo między PO a PiS nie było wyraźnych różnic, ale PO stopniowo ewoluowała i nie przebierając w metodach zawłaszczała państwo, ograbiała PiS z projektów i wylansowała się na skuteczną partię, która modernizuje zapyziałą Polskę. Internacjonalizm PO w stosunku do NATO i Unii Europejskiej jest kontynuacją usługowej roli PZPR wobec Paktu Warszawskiego i RWPG. Rzeczywistej troski o stan i przyszłość tych ponadnarodowych struktur nie widać. Wykonamy postanowienia Unii – deklarowała pani premier, ale jej horyzont polityczny nie wykracza poza BOR przed drzwiami.
Mogłabym teraz bez trudu dowieść, że patriotyzm i pamięć historyczna są niezbędne dla przetrwania narodu i państwa oraz że są dosłownie, w sensie ekonomicznym, opłacalne, ale nie przekonam nikogo, kto nie ma honoru i odwagi. Opłacalna jest zdrada. Zdrajców się nie wiesza, wiesza się ich portrety, cieszą się uznaniem, wdzięcznością, pamięcią, zawsze znajdują obrońców. Rycerz ksiądz Jerzy skończył śmiercią męczeńską. Odwołam się zatem do przykładu Ukrainy. Gdyby Ukraińcy zachowali pamięć o wielkim śmiertelnym głodzie (hołodomor), nikt nie przeszedłby na stronę wroga. Gdyby pamiętali o ludobójstwie na Kresach, mieliby więcej przyjaciół w Polsce.
A na koniec dobra wiadomość, która przywróciła mi optymizm. Koncert w Krakowie się odbył i można go było obejrzeć w Telewizji Republika. Nie mam wątpliwości, że Niebiańska Sotnia z Majdanu zwyciężyła. W filmie o księdzu Jerzym w scenie obławy na partyzantów w lesie ojciec mówi do syna: rycerze nie przegrywają. „Głęboka duchowość” Terlikowskiego jest pusta.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 22 września 2014 | opinie
Wybór Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej w naturalny sposób skłania do spojrzenia na sprawy polskie w szerszym kontekście. Nie tylko dlatego, iż pozycja Polski i polska „optyka” prawdopodobnie odgrywać będą w przyszłych europejskich decyzjach większą rolę niż dotychczas. Również z tego względu, że kierunek zmian nadawany na poziomie unijnym dociera do Polski, czego dowodem jest chociażby obecny spadek przeciętnych cen w naszym kraju.
Od początku kryzysu dyskusje polityczne państw unijnych ogniskowały się wokół kwestii gospodarczych. Nie były to jednak zwyczajowe seminaryjne pogadanki o „strategii lizbońskiej”, do których w przedkryzysowej rzeczywistości zdążyliśmy się przyzwyczaić. Od 2010 r. polityka gospodarcza Unii w coraz większym stopniu polegała na dyktacie wobec państw zmagających się z kryzysem finansów publicznych, przede wszystkim z problemami ze sfinansowaniem długu. Centrum decyzyjnym tej polityki, obok państw strukturalnie silniejszych, stał się natomiast Europejski Bank Centralny (EBC).
Jaka była to polityka? Trafnie skomentował ją noblista Peter Diamond: „Historycy wytarzają w smole i pierzu europejskich bankierów centralnych”. Poza zbawienną deklaracją z połowy 2012 r. o gotowości skupu obligacji państw peryferyjnych Unii, EBC nie wykorzystał swoich możliwości i nie stał się narzędziem stymulacji inwestycyjnych, lecz jedynie kołem ratunkowym banków. Na domiar złego, będąc pod presją Niemiec, zbyt zachowawczo podchodził do konieczności obniżenia stóp procentowych, mimo stagnacji wzrostu w Unii.
W rezultacie tej polityki, podczas gdy Stany Zjednoczone powoli wydobywają się z dołka, Unia Europejska porusza się w zwolnionym tempie, nie potrafiąc trwale zwiększyć tempa wzrostu, zmagając się z wysokim bezrobociem. Powrotu do dawnej „normalności” nie widać, nie ma też krytycznej refleksji i sprzeciwu wobec „nowej normy”. W rezultacie nadal dominuje konsensus elit dotyczący konieczności zaciskania pasa przez społeczeństwo, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Brak stymulowanego impulsu inwestycyjnego powoduje, iż sektor prywatny obawia się o przyszłość koniunktury. Europejscy przedsiębiorcy nie podejmują inwestycji, które w czasach stabilnego wzrostu byłyby mniej ryzykowne, gdyż przy niepewnej koniunkturze apetyt na ryzyko maleje.
Naturalnym (akceptowanym również przez liberałów-monetarystów) remedium w tego typu sytuacjach jest znaczna obniżka stóp procentowych, podejmowana z intencją „wygonienia” przedsiębiorców z depozytów bankowych poprzez uczynienie ich nieopłacalnymi i tracącymi na wartości. W takiej sytuacji przedsiębiorca staje się bardziej skłonny podjąć ryzyko inwestycyjne, gdyż nic nie robiąc również traci. Mało tego: niskie stopy procentowe mogą go skłonić nie tylko do uruchomienia swoich rezerw, ale również do zaciągnięcia korzystnie oprocentowanego kredytu, dzięki czemu zwiększają się ilość pieniądza w obiegu i całkowita aktywność gospodarcza. To z kolei przekłada się na bardziej wypchane kieszenie zwykłych obywateli.
Swoim „jastrzębim” nastawieniem EBC zmarnował szansę rozgrzania silników europejskich gospodarek, co w połączeniu ze spadkiem cen ropy naftowej oraz uspokojeniem na rynkach żywności i towarów zaowocowało wpadnięciem wielu europejskich krajów w niewielką deflację. Podobnie konserwatywna polska Rada Polityki Pieniężnej, mimo spóźnionych cięć nadal utrzymywała stopę procentową dużo powyżej inflacji. I chociaż spadek cen w naszym kraju nie będzie długotrwały, to niskie poziomy ich przyrostów są jednym z symptomów powolnego zatrzymywania się dynamiki polskiego wzrostu PKB. Dlatego konieczne są w najbliższym czasie cięcia stóp procentowych o kolejne pół procenta. Co prawda stabilność oczekiwań co do kosztu pieniądza ma swoje zalety, ale jak uczy historia wpadek EBC, na sytuację gospodarczą trzeba reagować na bieżąco, nie czekając do „świętego nigdy” (obniżki stóp są już zresztą oczekiwane przez część rynku).
Zagrożenie dla dynamiki polskiego wzrostu płynie nie tylko ze wschodu, ale i z eurostrefy, której problemy pozostają nierozwiązane. Wciąż nie widać końca terapii odchudzającej aplikowanej krajom strukturalnie zapóźnionym. Jednocześnie, jak wskazuje powolny wzrost Niemiec, takie ustawienie reguł gry kończy się „wyścigiem w dół”, gdzie największy beneficjent przewag strukturalnych nie musi podejmować wysiłków na rzecz unowocześnienia gospodarki – wystarczy mu konserwowanie zastanych przewag.
Tego stanu rzeczy nie może zmienić sama polityka pieniężna. Musi iść z nią w parze celowa polityka zmian strukturalnych, których zaczątkiem może być choćby nieśmiała koncepcja euro-obligacji, wykorzystywanych jednak nie (tylko) w celu redukcji ryzyka ataków spekulacyjnych, lecz (przede wszystkim) do podniesienia poziomu zaawansowania krajów peryferyjnych UE. W dobie formowania się wielkich ekonomicznych bloków regionalnych utrzymywanie modelu Europy dwóch prędkości byłoby dla całej Unii bardzo kosztowne.
Dziś, w sytuacji, gdy Polska ma szansę na uzyskanie większego wpływu na politykę Unii Europejskiej, warto domagać się zmiany ekonomicznego eurokonsensusu – z polityki „równania w dół” na politykę „równania w górę”. Kraje bogatsze powinny zdać sobie sprawę jak wiele na niewykorzystywaniu potencjału drzemiącego w jej peryferyjnych częściach traci cała Europa.
Potrzebujemy Unii Europejskiej w nowym kształcie: nieeksperymentującej na żywych organizmach społeczeństw, niewzniecającej niepotrzebnych konfliktów światopoglądowych, zjednoczonej nie tylko strachem przed populizmem. Potrzebujemy Europy solidarnej z tymi, którzy tej solidarności oczekują, a zarazem pragmatycznej w osiąganiu długofalowych celów. Europy zjednoczonej wobec zagrożenia asymetrii sił różnych grup interesów, która podminowuje sens kapitalizmu jako efektywnego ustroju gospodarczego opartego na konkurencji.
W praktyce oznaczać to musi odejście od modelu wykorzystującego nierównowagi strukturalne między państwami jako kapitał rozwojowy, na rzecz modelu konwergencji. Taka konwergencja winna być oparta na tanim kredycie oraz paneuropejskim programie inwestycji strukturalnych – chociażby takim, jaki zaproponował na początku miesiąca minister Szczurek. W takiej właśnie zmianie tkwi szansa na efekt pozytywnej synergii rosnących dochodów, akumulacji oszczędności, a w końcu wzrost nakładów na środki trwałe i większą wydajność przedsiębiorstw.
przez Leigh Phillips | poniedziałek 15 września 2014 | opinie
„The Onion” [satyryczny internetowy magazyn informacyjny – przyp. red.], jak zwykle na czasie, relacjonuje największą z notowanych i pierwszą w Afryce Zachodniej epidemię eboli, która dotknęła szacunkowo 1799 i zabiła co najmniej 961 osób. Zuchwały nagłówek wiadomości z 31 lipca głosi: „Eksperci: Od szczepionki na ebolę dzieli nas 50 martwych białych”. Zgodnie z tym powierzchownym wyjaśnieniem problem zostałby rozwiązany, gdyby zarażeni wirusem byli biali. Tymczasem przemilczane pozostają rola rynku w decyzjach podejmowanych przez koncerny farmaceutyczne o zaniechaniu inwestycji w szczepionki oraz warunki stworzone przez neoliberalną politykę, zaostrzające przebieg lub zgoła prowokujące epidemie.
Bez wątpienia rasizm odgrywa tu pewną rolę. Cytowany przez „Toronto Star” Jeremy Ferrar, specjalista w dziedzinie chorób zakaźnych kierujący Wellcome Trust, jedną z największych medycznych fundacji badawczych, powiedział: Wyobraźcie sobie, że w Kanadzie, Ameryce i Europie na wirusową gorączkę krwotoczną umiera 450 osób. Byłoby to niedopuszczalne. I jest niedopuszczalne również w Afryce Zachodniej.
Zwrócił także uwagę na nadzwyczajny tryb podania eksperymentalnej kanadyjskiej szczepionki przeciw eboli, którą otrzymał niemiecki badacz, gdy uległ wypadkowi w laboratorium: Poruszyliśmy niebo i ziemię, by pomóc niemieckiemu technikowi laboratoryjnemu. Dlaczego w Afryce Zachodniej ma być inaczej?
Rzecz w tym, że problem eboli pozostaje nierozwiązany, gdyż jego rozwiązanie nie przyniesie nikomu zysku. To nieopłacalna choroba.
Od chwili zidentyfikowania wirusa eboli w 1976 r. zabił on około 2400 osób. Wielkie firmy farmaceutyczne wiedzą, że koszty opracowania kuracji są znaczne, a rynek zbytu – niewielki. Z ilościowego punktu widzenia można (być może słusznie) przestrzegać przed koncentrowaniem się na tej właśnie chorobie, nie zaś na malarii i gruźlicy, zbierających dużo większe śmiertelne żniwo (odpowiednio 300 tys. i 600 tys. zmarłych od chwili wybuchu epidemii eboli).
Opór firm farmaceutycznych przed opracowaniem metod leczenia tych i wielu innych chorób wyjaśniają jednak te same ograniczenia ekonomiczne, które stoją na przeszkodzie leczeniu eboli.
Mimo to, ostatnie dziesięciolecie było okresem ogromnego postępu badań nad kuracją eboli. Prowadzi się je zwykle w sektorze publicznym lub w małych firmach biotechnologicznych, przy znacznym udziale publicznych środków. Dostępne są różnorodne możliwości leczenia, w tym leki oparte na kwasach nukleinowych, terapia przeciwciałami oraz pewna liczba szczepionek kandydackich, z których pięć wykazało skuteczność w ochronie przed zakażeniem wirusem eboli podczas testów na małpach naczelnych.
Anthony Fauci, kierownik National Institute of Allergy and Infectious Diseases (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych) w ciągu ostatnich kilku tygodni powtarzał wszystkim dziennikarzom, którzy chcieli go słuchać, że szczepionka przeciw eboli jest na wyciągnięcie ręki, ale na przeszkodzie stoją korporacyjne sknery. Pracowaliśmy nad własną szczepionką, ale nigdy nie otrzymaliśmy wsparcia firm [farmaceutycznych] – wypowiadał się dla „USA Today”, zaś w „Scientific American” czytamy: Mamy szczepionkę kandydacką, podajemy ją małpom i wygląda to nieźle. Ale dla firm farmaceutycznych niewielkie epidemie raz na trzydzieści lub czterdzieści lat jako bodziec do opracowania szczepionki to…, cóż – słaby bodziec.
Niemal każdy obeznany z problemem wie, że know-how jest już dostępne. Jednak epidemie są na tyle rzadkie i dotykają na tyle niewielu, że z punktu widzenia przemysłu farmaceutycznego nie są warte zachodu. To znaczy: nie dość zyskowne. Epidemie uderzają w najbiedniejsze społeczności świata. Mimo niewiarygodnego rozgłosu, jaki im towarzyszy, są stosunkowo rzadkie – wypowiadał się na łamach „Vox” Daniel Bausch, dyrektor wydziału nowych infekcji Naval Medical Research Unit Six, biomedycznego laboratorium naukowego w Limie, stolicy Peru. – Zatem trudno liczyć na wielki entuzjazm firm farmaceutycznych, gdy trzeba przeprowadzić lek na ebolę przez trzy fazy badań, a następnie stworzyć szczepionkę dla dziesiątek lub co najwyżej setek tysięcy ludzi.
John Ashton, kierujący UK Faculty of Public Health (Wydziału Zdrowia Publicznego Zjednoczonego Królestwa), na łamach „Independent on Sunday” potępił skandaliczną niechęć przemysłu farmaceutycznego do inwestowania w badania nad metodami leczenia i szczepionkami, gdy grupa docelowa jest zbyt mała, aby – zastosujmy ich kategorie – uzasadnić inwestycję. To moralne bankructwo kapitalizmu działającego w oderwaniu od etycznego i społecznego kontekstu.
I nie chodzi tu jedynie o ebolę. Przez trzydzieści lat wielkie kompanie farmaceutyczne uchylały się od podjęcia badań nad nowymi typami antybiotyków. Lekarze przewidują, że wskutek tej „próżni odkryć” (discovery void) najdalej za dwadzieścia lat zabraknie skutecznych leków przeciw pospolitym infekcjom. Bardzo wiele technik medycznych oraz zabiegów wprowadzonych od lat 40. zależy od ochrony przed drobnoustrojami. Wzrost oczekiwanej długości życia, doświadczany przez ludzkość od tego czasu, wynikał z wielu czynników, ale z pewnością nie byłby możliwy bez antybiotyków. Przed ich stworzeniem infekcje bakteryjne należały do najczęstszych przyczyn zgonów.
W kwietniu Światowa Organizacja Zdrowia upubliczniła pierwszy w historii raport poświęcony lekooporności drobnoustrojów, stwierdzający jej „alarmujący poziom”. To poważne zagrożenie nie leży już w sferze przewidywań, obecne jest już teraz w każdym regionie świata i dotyczy potencjalnie każdego, niezależnie od wieku, we wszystkich krajach – ostrzegła zdrowotna agenda ONZ.
Przyczyna tego stanu rzeczy jest oczywista, co przyznają sami przedsiębiorcy farmaceutyczni. Inwestowanie ok. 870 mln dolarów (1,8 mld z uwzględnieniem kosztu kapitału) w każdy z leków dopuszczonych do użytku, który chorzy na infekcję zażyją zaledwie kilka razy w życiu, nie ma sensu w porównaniu z zainwestowaniem identycznej kwoty w opracowanie bardzo zyskownych leków na choroby przewlekłe, jak choćby cukrzyca i rak, przyjmowane przez chorych codziennie, często do końca życia. Tymczasem według CDC (Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom) co roku w Stanach Zjednoczonych dwa miliony ludzi zarażają się antybiotykoopornymi bakteriami, z czego 23 tys. umierają.
Podobnie mają się sprawy z pracą nad szczepionkami. Ludzie przez dekady kupują leki na astmę lub insulinę, podczas gdy szczepienia wymagają zwykle jednej lub dwóch dawek w życiu. W ciągu ostatnich dziesięcioleci wiele firm farmaceutycznych porzuciło nie tylko badania nad szczepionkami, ale także ich produkcję, w związku z czym już w 2003 r. USA zaczęły doświadczać niedoborów większości szczepionek dziecięcych. Sytuacja jest tak ponura, że CDC utworzyło stronę internetową pozwalającą śledzić braki i opóźnienia w ich dostawach.
W trosce o bezpieczeństwo narodowe, przynajmniej w sprawie eboli, reguły wolnorynkowe odsuwa na bok Departament Obrony, swobodnie interweniując tam, gdzie zawodzi rynek. Wirusolog Thomas Geisbert z University of Texas Medical Branch w Galveston, zwierzył się „Scientific American” z nadziei pokładanej w szczepionce VSV, jednej z najbardziej obiecujących w dziedzinie walki z ebolą: Próbujemy teraz uzyskać fundusze na badania na ludziach… ale wszystko zależy od wsparcia dla małych firm, które opracowują szczepionki. Badania na ludziach są drogie i wymagają wielu rządowych dolarów. Gdy idzie o ebolę, niewielki w skali globu rynek zbytu nie zachęci wielkich firm farmaceutycznych, zatem przygotowanie szczepionki nie obędzie się bez publicznego finansowania.
William Sheridan, dyrektor medyczny BioCryst Pharmaceuticals, twórca eksperymentalnego leku antywirusowego BCX4430, tak opisuje finansowe przeszkody napotykane w badaniach i produkcji leku na ebolę: Coś takiego nie przeszłoby w wielkim koncernie! Jednak w przypadku jego niewielkiej firmy rząd federalny nie tylko wsparł badania, ale także – w ramach działań wymierzonych w bioterroryzm – obiecał wykup zapasów leków przeciw eboli, zaś w prace nad BCX4430 włączył się US Army Medical Research Institute for Infectious Diseases (USAMRIID – Wojskowy Instytut Badań Medycznych nad Chorobami Zakaźnymi). Oto nasz rynek zbytu – jest nim amerykański rząd – komentował Sheridan na antenie National Public Radio.
USAMRIID, wspólnie z Kanadyjską Agencją Zdrowia Publicznego (Canada’s Public Health Agency), wspiera również badania nad ZMapp, czyli surowicą monoklonalną, opracowaną w MAPP Biopharmaceutical, niewielkiej firmie biotechnologicznej z siedzibą w San Diego. Dwa tygodnie temu serum podano dwojgu amerykańskich lekarzy – Kentowi Branleyowi i Nancy Writebol – pracujących dla grupy ewangelickich misjonarzy Samaritain’s Purse. Para zachorowała w Liberii, opiekując się pacjentami zarażonymi ebolą. Stan Brentleya pogarszał się na tyle gwałtownie, że dzwonił już do żony, by się z nią pożegnać. Według relacji eksperymentalna surowica miała w ciągu godziny spowodować poprawę jego wskaźników oddechowych i ustąpienie wysypki. Nazajutrz rano był już w stanie samodzielnie wziąć prysznic, zaś po ewakuacji z Liberii do USA – bez niczyjej pomocy wysiąść z karetki. „Żyje i ma się nieźle” po powrocie z liberyjskiej stolicy do Atlanty także Writebol.
Oczywiście przy wyciąganiu jakichkolwiek wniosków z tego przypadku powinniśmy zachować ostrożność i wstrzymać się od stwierdzeń, że lek uzdrowił misjonarzy. „Eksperyment kliniczny” został przeprowadzony na grupie zaledwie dwojga pacjentów, bez próby ślepej i grupy kontrolnej. Jak dotąd preparat nie został przetestowany na ludziach pod względami bezpieczeństwa i skuteczności, zaś w przypadku jakiejkolwiek choroby pewien odsetek pacjentów powraca do zdrowia samoistnie. Nie wiemy zatem, czy ZMapp przyczynił się w istocie do wyzdrowienia, jednak pokładane w nim nadzieje nie są pozbawione podstaw.
Dwa z zastosowanych w ZMapp przeciwciał pierwotnie zidentyfikowali i wytworzyli naukowcy z National Microbiology Laboratory (Narodowe Laboratorium Mikrobiologii) w Winnipeg oraz z Defyrus, działającej w Toronto „firmy obrony biologicznej”, przy udziale finansowym Canadian Safety and Security Program of Defence R&D Canada (Program Bezpieczeństwa Agencji Badań i Rozwoju Departamentu Obrony Kanady). Trzeci ze składników wyprodukowano w MappBio, we współpracy z USAMRIID, Narodowym Instytutem Zdrowia i Defense Threat Reduction Agency (Agencja Redukcji Zagrożeń Obronnych Departamentu Obrony USA). Następnie nawiązano partnerstwo z Kentucky Bioprocessing z Owensboro, firmą zajmującą się produkcją białek, wykupioną wcześniej przez RJ Reynolds Tobacco, by uprawiała tytoń nafaszerowany przeciwciałami. Dowiedziawszy się o udziale Pentagonu i kanadyjskich agend bezpieczeństwa, niektórzy natychmiast odwołali się do teorii spiskowych. Rzeczywiście, ZMapp to siedlisko wszystkich niemal dyżurnych szwarccharakterów: GMO, koncerny tytoniowe, Pentagon i te podejrzane zastrzyki, które tylko wyglądają na szczepionki! Ale w dotacjach Departamentu Obrony nie powinniśmy się dopatrywać niczego niegodziwego – stanowi ono raczej dowód wyższości sektora publicznego jako lidera i opiekuna innowacji.
Nie wszystkie nieopłacalne choroby stają się jednak obiektem troski pułkowników od bioterroryzmu. I dlaczego właściwie sektor prywatny jako jedyny ma spijać śmietankę, pozostawiając mniej smaczne kąski sektorowi publicznemu? Skoro kierujący się imperatywem zysku przemysł farmaceutyczny pozostaje strukturalnie niezdolny do wytwarzania produktów potrzebnych społeczeństwu, zaś sektor publiczny zmuszony jest wypełniać luki spowodowane niewydolnością rynku, należałoby tę gałąź przemysłu znacjonalizować, zaś dochody generowane przez leki zyskowne przeznaczyć na finansowanie badań i produkcji pozostałych. W takiej sytuacji spór o to, czy zapobieganie malarii, odrze lub polio zasługuje na priorytetowe traktowanie, nie mógłby nawet zaistnieć – moglibyśmy walczyć jednocześnie z chorobami zaniedbywanymi i wywołującymi rozgłos. I chociaż brak gwarancji, że odkręcenie kurka z środkami publicznymi da natychmiastowy efekt pozytywny, wiemy, że obecnie prywatne koncerny farmaceutyczne nawet się o niego nie starają. To właśnie mają na myśli socjaliści mówiąc, że kapitalizm krępuje dalszy rozwój sił wytwórczych. Idzie nam nie tylko o to, że odmowa zaangażowania się w walkę z lekceważonymi chorobami tropikalnymi, w badania nad szczepionkami i antybiotykami jest ze strony wielkich koncernów farmaceutycznych aktem niemoralnym i niesprawiedliwym. Rzecz w tym, że indolencja wolnego rynku i ograniczoność wyzwalanych przez niego ambicji stanowią barierę dla wytworzenia licznych nowych dóbr i usług, które byłyby korzystne dla ludzkości i poszerzałyby zakres naszej wolności.
Podnoszenie sprawy szczepionek i leków ma kluczowe znaczenie. Jednak w najlepszym razie będzie ono przypominało wylewanie wiadrem wody z dziurawej i tonącej łódki, jeśli nie uwzględnimy również czynników takich jak pogarszanie się stanu zdrowia publicznego i infrastruktury w całej Afryce Zachodniej oraz szeroko rozumianych uwarunkowań ekonomicznych, które zwiększają prawdopodobieństwo epidemii eboli i innych chorób odzwierzęcych.
Sposób, w jaki neoliberalizm doprowadził do powstania idealnych warunków dla rozprzestrzeniania się epidemii, trafnie opisał filogeograf i ekolog Robert Wallace. Gwinea, Liberia i Sierra Leone należą do najuboższych państw świata, zajmując odpowiednio 178., 174., i 177. miejsca wśród 187 państw sklasyfikowanych przez ONZ pod względem wskaźnika rozwoju społecznego HDI. Gdyby podobne tamtejszym epidemie miały miejsce w krajach europejskich, mogących poszczycić się najlepszą infrastrukturą zdrowotną na świecie, sytuację najprawdopodobniej udałoby się opanować.
Problemem nie jest tylko brak szpitali polowych, oddziałów izolacyjnych, odpowiednich procedur higienicznych w istniejących placówkach medycznych oraz niedostatek wysoce wykwalifikowanej kadry, zdolnej do odnalezienia i poddania kwarantannie wszystkich eksponowanych i zarażonych. Nie jest nim również jedynie leczenie podtrzymujące, które ma w przypadku zakażenia kluczowe znaczenie niezależnie od dostępnych środków leczniczych. Rozprzestrzenianiu się choroby sprzyja także rozpad podstawowych struktur państwa, które w przeciwnym razie byłoby zdolne do większego ograniczenia swobody przemieszczania się ludności, lepszego radzenia sobie z trudnościami logistycznymi i do koordynacji działań z rządami innych państw.
Cytowany już epidemiolog i specjalista chorób zakaźnych, Daniel Bausch, który prowadził badania w pobliżu epicentrum obecnej epidemii, opublikował w lipcu artykuł w czasopiśmie Public Library of Science „Neglected Tropical Disease”. Opisuje w nim swoje naoczne doświadczenie „wstecznego rozwoju”; po każdym powrocie do Gwinei, przy każdej długiej podróży z Konakry w rejon lasów tropikalnych, infrastruktura wydawała się bardziej podupadła: utwardzone niegdyś drogi były coraz gorsze, usługi publiczne – trudniej dostępne, ceny – wyższe, zaś lasy – rzadsze. Z kolei Wallace nadmienia, że seria strukturalnych programów dostosowawczych, zalecanych i egzekwowanych przez zachodnie rządy i instytucje finansowe, wymusiła prywatyzację, oszczędności na usługach publicznych, zniesienie ceł (przy utrzymaniu dotacji dla przemysłu rolniczego Północy) oraz orientację gospodarki na eksport płodów rolnych kosztem żywnościowej samowystarczalności. Konsekwencją tych posunięć są bieda i głód, zaś rywalizacja między rolnikami o kapitał, ziemię, surowce i maszyny wiedzie ku jeszcze większej konsolidacji własności gruntów, zwłaszcza w rękach firm zagranicznych, kosztem drobnych rolników.
Ebola jest chorobą odzwierzęcą, czyli przenoszoną ze zwierząt na ludzi (lub odwrotnie). Taki charakter miało ok. 61 proc. infekcji w historii ludzkości – począwszy od grypy, poprzez cholerę, aż po HIV. Najpoważniejszym czynnikiem prowadzącym do przyrostu liczby patogenów odzwierzęcych są zaś wzmożone kontakty ludzi i dzikich zwierząt. Dochodzi do nich często w trakcie ekspansji człowieka na obszary uprzednio dzikiej przyrody. Wallace zauważa, że wyrugowani z ziemi przez neoliberalne programy dostosowawcze, nie mogąc znaleźć pracy w mieście, ludzie zapuszczają się coraz głębiej w lasy w poszukiwaniu nowych gatunków zwierzyny łownej na większym obszarze i drewna do produkcji węgla drzewnego, pogłębiają kopalnie w poszukiwaniu minerałów, to zaś zwiększa ryzyko ekspozycji na wirus eboli oraz inne odzwierzęce patogeny obecne w tych odległych zakątkach świata. Bausch stwierdza jednak: Czynniki biologiczne i ekologiczne mogą wywabić wirusy z lasu, jednak to krajobraz socjopolityczny dyktuje, co wydarzy się później – kilka izolowanych przypadków czy wielki i niekontrolowany wybuch epidemii. Łatwo przewidzieć skutki nieplanowanego, chaotycznego rozwoju na obszarach znanych z częstych przypadków pierwotnego przeniesienia choroby na człowieka. Szczególnie takich, które pozbawione są zarazem etosu równościowego czy wsparcia infrastrukturalnego, które umożliwiły chociażby zwalczenie (w jednej z pierwszych misji CDC) malarii w południowych Stanach po II wojnie światowej.
W ciągu ostatnich miesięcy najpoważniejsza w historii epidemia eboli uwidoczniła moralne bankructwo naszego systemu wytwarzania leków. Jednak walka o stan opieki zdrowotnej w USA oraz podobne kampanie wymierzone w prywatyzację służby zdrowia na Zachodzie to zaledwie połowa zmagań. Ich cel może zostać osiągnięty jedynie gdy uzupełnimy to kampaniami na rzecz odbudowy międzynarodowego publicznego przemysłu farmaceutycznego oraz gdy znajdziemy odpowiedź na neoliberalne polityki, które uderzają w zdrowie publiczne. Za wzór mogą posłużyć działania grup aktywistów walczących z HIV i AIDS w latach 80. i wczesnych 90., jak choćby ACT UP i Treatment Action Group, lub działająca w początkach tysiąclecia South Africa’s Treatment Action Campaign, które łączyły akcje bezpośrednie i akty obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec polityków i biznesu z precyzyjną, opartą na wiedzy naukowej świadomością sytuacji chorych.
Tym razem jednak potrzeba nam większej, powszechnej kampanii dotyczącej nie jednej choroby, lecz całości uchybień rynku w dziedzinie produkcji szczepionek, „próżni odkryć” w badaniach nad antybiotykami, zaniedbanych chorób tropikalnych i wszelkich zapomnianych chorób zrodzonych z biedy. Potrzebujemy opartego na wiedzy naukowej aktywizmu na rzecz leczenia, którego dalekosiężnym i ambitnym, lecz osiągalnym celem będzie demokratyczny podbój przemysłu farmaceutycznego. Potrzeba nam kampanii, która zniszczy nieopłacalne choroby.
Leigh Phillips
tłum. Michał Wójtowski
konsultacja naukowa: dr Agnieszka Bernat-Wójtowska
Artykuł ukazał się pierwotnie 13 sierpnia 2014 na łamach „Jacobin Magazine”, www.jacobinmag.com.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 8 września 2014 | opinie
W debacie ekonomicznej często pojawiają się dwie tezy dotyczące opodatkowania. Według pierwszej z nich, wysokie podatki spowalniają wzrost gospodarczy. Natomiast według drugiej, kraje UE mające dużo wyższe podatki niż Polska, miały je niższe niż my obecnie, gdy były na dzisiejszym poziomie rozwoju naszego kraju. Obie tezy są co najmniej wątpliwe.
Do zmierzenia się z pierwszą z przytoczonych tez posłużyłem się zestawieniami dwóch wskaźników – procentowym rocznym przyrostem PKB oraz procentowym udziałem dochodów całości sektora finansów publicznych w PKB danego kraju. To właśnie ten wskaźnik w moim odczuciu pozwala najskuteczniej zweryfikować poziom fiskalizmu danego kraju, gdyż bierze pod uwagę wszystkie dochody publiczne, również lokalne, a także te, które oficjalnie podatkiem nie są nazwane, choć de facto powinny (czyli np. składki). W charakterze źródła posłużyłem się raportem OECD Factbook 2010, ponieważ pozwala on prześledzić kształtowanie się powyższych wskaźników w długim okresie czasu – od roku 1971 aż do 2008, czyli pierwszego roku obecnego kryzysu. W dwóch przypadkach brakujące dane uzupełniłem w oparciu o inne źródła – dane o wzroście PKB Wielkiej Brytanii z lat 1971-1980 zaczerpnąłem z zasobów Banku Anglii, natomiast poziom fiskalizmu Szwajcarii z lat 80. ze statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego (Word Economic Outlook Database, April 2014). W obu przypadkach dane z kolejnych lat były ze sobą zbieżne, więc nie ma obaw, by manewr ten wpłynął na wynik obserwacji.
Na potrzeby porównania wybrałem kraje z „rdzenia” OECD (państwa-założyciele oraz te, które szybko dołączyły do organizacji), znajdujące się w roku 1970 na podobnym poziomie rozwoju (przynajmniej 3000 dolarów PKB per capita – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oraz cen bieżących), nie licząc „liliputów” (Luksemburg, Islandia). Następnie ustaliłem po 5 krajów, w których poziom dochodów publicznych w stosunku do PKB w latach 1971-2008 był najwyższy i najniższy. Powstały dwie grupy krajów dość typowych dla omawianego zjawiska – z jednej strony państwa skandynawskie i jeden reprezentant Beneluksu (Dania 52,78% PKB, Finlandia 49,69% PKB, Holandia 48,76% PKB, Norwegia 52,71% PKB i Szwecja 57,69% PKB), z drugiej państwa anglosaskie, jeden reprezentant Dalekiego Wschodu oraz zagłębie europejskiej bankowości (Australia 33,12% PKB, Japonia 30,24%, Szwajcaria 32,86%, USA 32,44% i Wielka Brytania 40,97%). Tu muszę wyjaśnić, że gdybym miał w pełni literalnie podejść do przedstawionych powyżej zasad, zamiast Wielkiej Brytanii musiałbym wziąć pod uwagę Włochy (39,54%), jednak byłoby to trochę niesprawiedliwe w stosunku do państw z niskimi podatkami. Włochy mają niższy wzrost w omawianym okresie niż UK, a ponadto trudno uznać Włochy za kraj niskich podatków, skoro od lat 90. poziom dochodów publicznych w tym kraju sięga czasem ponad 45% PKB, a na dosyć niskim poziomie fiskalizmu w całym obserwowanym okresie zaważyły lata 70. i 80.
Obie grupy krajów tworzą w zasadzie dwa zupełnie różne światy filozofii fiskalnej. W pierwszej grupie przeciętne roczne dochody sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 wynosiły 52,33% PKB, natomiast wśród państw niskich podatków wynosiły one 33,93% PKB, czyli prawie 20 punktów procentowych mniej. Różnica jest ogromna, a więc wydawałoby się, że skoro wysokie podatki negatywnie wpływają na wzrost, to różnica w PKB także będzie znacząca. Tym bardziej, że mówimy o krajach na w miarę zbliżonym poziomie rozwoju (wiadomo, że na niskim poziomie dynamika wzrostu jest wysoka, a im bardziej kraj jest rozwinięty, tym osiąganie wysokiego wzrostu staje się trudniejsze). Tymczasem okazało się, że przeciętny roczny wzrost PKB w omawianym okresie w obu grupach państw był… identyczny. Wynosił on 2,64% PKB. Co ciekawe, najszybciej rozwijającym się krajem z tych 10 państw była Norwegia (3,37%), czyli kraj z grupy wysokich podatków, a najsłabiej Szwajcaria (1,62%), państwo niskich podatków. Oczywiście można dokonać pewnych zastrzeżeń i stwierdzić np., że Norwegii było łatwiej, gdyż jest zasobna w surowce energetyczne. Jest to prawda, ale przykładów państw, które takiej zasobności nie wykorzystały, jest mnóstwo (o zjawisku „przekleństwa zasobów naturalnych” pisał chociażby Marek Garbicz w znakomitym opracowaniu pt. „Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego”), a więc Norwegia, kraj wyjątkowo wysokich podatków, powinna niechybnie do takich państw dołączyć. A jednak wysokie podatki nie przeszkodziły Norwegii w efektywnym wykorzystaniu zasobów i osiąganiu na przestrzeni tak wielu lat poziomu wzrostu jak na kraj rozwinięty znakomitego. Zresztą w grupie państw niskich podatków także mamy kraje bardzo zasobne w surowce naturalne, które zresztą też osiągały w tym okresie bardzo dobry wzrost (druga Australia 3,28%, trzecie USA 3,07%), ale jednak od Norwegii niższy. Poza tym tuż za nimi, na 4. miejscu, plasuje się Finlandia (przeciętny roczny wzrost 2,92%) – kraj z wysokimi podatkami, bardzo ubogi w surowce energetyczne, a dodatkowo charakteryzujący się niekorzystnymi warunkami klimatycznymi i geograficznymi. Odnośnie do Szwajcarii można poczynić spostrzeżenie, że w pierwszym roku omawianego okresu była na najwyższym poziomie rozwoju, a więc osiągać wysoki wzrost miała najtrudniej. Ale Norwegia z końcem XXI wieku zrównała się ze Szwajcarią pod względem PKB per capita, w następnych latach wyraźnie ją prześcignęła, a jednak utrzymała wyższy wzrost (w latach 2000-2008 Norwegia przeciętnie osiągała roczny wzrost na poziomie 2,43%, a Szwajcaria 2,12%). Zresztą, co ciekawe, w latach 2000-2008 na czoło klasyfikacji wzrostu obok Australii (3,11% przeciętnego rocznego wzrostu) wysunęła się Finlandia (3,09%). A co jeszcze ciekawsze, na progu XXI wieku na ostatnie miejsce pod względem wzrostu w omawianych państwach znów trafił kraj z grupy państw o niskim poziomie fiskalizmu – tym razem była to Japonia (1,46% przeciętnego rocznego wzrostu PKB oraz dochody sektora finansów publicznych na poziomie 32,21% PKB), która, pomimo relatywnie niewielkich obciążeń, od lat 90. zmaga się z problemem rachitycznego wzrostu (w latach 90. 1,51%).
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1971-2008 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 |
| Norwegia |
3,37% |
52,71% |
| Australia |
3,28% |
33,12% |
| USA |
3,07% |
32,44% |
| Finlandia |
2,92% |
49,69% |
| Japonia |
2,83% |
30,24% |
| Holandia |
2,66% |
48,76% |
| Wielka Byrytania |
2,40% |
40,97% |
| Szwecja |
2,15% |
57,69% |
| Dania |
2,12% |
52,78% |
| Szwajcaria |
1,62% |
32,86% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,64% |
33,93% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,64% |
52,33% |
Równie ciekawe spostrzeżenia można wyciągnąć na podstawie obserwacji poszczególnych krajów. Szwajcaria w latach 90. zmagała się z niewysokim wzrostem PKB – przeciętnie 1,1%. Jakby tego było mało, w XXI wieku wyraźnie wzrósł tam poziom fiskalizmu (z 32,24% PKB do 34,46%). Jednak mimo podniesienia obciążeń, tempo wzrostu PKB zwiększyło się prawie dwukrotnie – w latach 2000-2008 do 2,12% średniego rocznego wzrostu. Podobne zjawisko, choć na mniejszą skalę (wzrost obciążeń skorelowany z przyspieszeniem tempa wzrostu PKB), wystąpiło w latach 90. w Australii i Danii. Zresztą dla całej grupy „krajów niskich podatków” najlepszy był okres lat 80. (notowały one przeciętny roczny wzrost 2,98%), w którym wyraźnie rosły również obciążenia (z 31,62% PKB w latach 70. do 34,18%). Odwrotne zjawisko zauważyłem w USA – w XXI wieku dochody sektora finansów publicznych spadły z 33,75% PKB do 33,08%, a wraz z nimi spadł przeciętny roczny wzrost gospodarczy (z 3,21% do 2,39%). Jeszcze inne prawidłowości wykazuje Wielka Brytania – najgorsze tempo wzrostu osiągała ona wtedy, gdy fiskalizm był najniższy, czyli w latach 90. Warto też zauważyć, że najwyższy poziom dochodów publicznych Wielka Brytania notowała w latach 80. a więc w okresie rządów… Margaret Thatcher. Ta kojarzona z liberalizacją i obniżkami podatków polityk w istocie jednak wcale nie ograniczyła fiskalizmu, a w pierwszym okresie rządów wręcz wyraźnie go zwiększyła i w roku 1982 dochody publiczne w UK wynosiły już ponad 45% PKB. W drugim okresie spadły, ale w ostatnim roku rządów były one na tym samym poziomie, co w pierwszym. Za „thatcheryzmu” podatki obniżono głównie najbogatszym, a środki z obciętych wydatków socjalnych nie zostały zaoszczędzone, lecz użyto ich na zwiększone środki bezpieczeństwa, niezbędne w związku z wybuchami społecznymi, spowodowanymi… obcięciem wydatków socjalnych. Trzeba przy tym zaznaczyć, że w tym okresie wzmożonego fiskalizmu Wielka Brytania notowała całkiem niezłe tempo wzrostu (przeciętnie 2,46%), czyli wyższe niż w okresie wcześniejszym, w którym fiskalizm był mniejszy.
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 2000-2008 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 2000-2008 |
| Australia |
3,11% |
36,17% |
| Finlandia |
3,09% |
53,07% |
| Szwecja |
2,63% |
56,49% |
| Norwegia |
2,43% |
57,51% |
| Wielka Byrytania |
2,51% |
40,44% |
| USA |
2,39% |
33,08% |
| Holandia |
2,16% |
45,16% |
| Szwajcaria |
2,12% |
34,46% |
| Dania |
1,56% |
55,51% |
| Japonia |
1,46% |
32,21% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,32% |
35,27% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,37% |
53,55% |
Do podobnych wniosków można dojść obserwując statystyki także innych gospodarek oraz innych okresów historycznych. Dani Rodrik w książce „Jedna ekonomia, wiele recept” wielokrotnie przytacza przykład krajów Ameryki Łacińskiej, którym polityka niskich podatków i liberalizacji gospodarki nie przyniosła spodziewanych efektów. Ha Joon Chang w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie” zwraca uwagę na to, że w okresie powojennym wyżej opodatkowana zachodnia Europa rozwijała się szybciej niż USA. Oczywiście nie chciałbym być źle zrozumiany – daleki jestem od tezy, że wysokie podatki przyspieszają wzrost. Twierdzenie takie byłoby tak samo nieuprawnione jak teza, iż wysokie podatki wzrost wyhamowują. Wynika to z tej prostej przyczyny, że decydujący wpływ na rozwój ma nie wysokość podatków, lecz prorozwojowy porządek ekonomiczny, w którym funkcjonują skuteczne instytucje, sektor prywatny współpracuje z sektorem publicznym, system oświaty nie jest oderwany od realiów gospodarczych, a krajem nie wstrząsają niepokoje i patologie społeczne. Wysokie podatki mogą pomóc w osiągnięciu takiego stanu, ale nie muszą. Dobrze funkcjonujący porządek można zbudować także przy niewielkich obciążeniach fiskalnych – tak jak zrobiły to „azjatyckie tygrysy”, Korea Południowa czy Tajwan, w których wydatki socjalne prawie nie istnieją, a niewielkie rozwarstwienie (niezbędne dla harmonijnego wzrostu) zostało osiągnięte za pomocą innych środków.
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1991-1999 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1991-1999 |
| Australia |
3,69% |
34,55% |
| Norwegia |
3,58% |
54,09% |
| USA |
3,21% |
33,75% |
| Holandia |
3,20% |
48,95% |
| Dania |
2,41% |
55,70% |
| Wielka Brytania |
2,24% |
38,68% |
| Szwecja |
1,69% |
60,25% |
| Finlandia |
1,58% |
55,26% |
| Japonia |
1,51% |
32,04% |
| Szwajcaria |
1,10% |
32,24% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,35% |
34,25% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,49% |
54,85% |
Faktem jest jednak, że duża część krajów z naszego kręgu cywilizacyjnego, czyli z Europy, sukces gospodarczy osiągnęła stosując wysokie obciążenia podatkowe. W moim odczuciu taka droga powinna być poważnie rozpatrywana w naszym kraju. Natomiast tezy, jakoby wysokie podatki same w sobie negatywnie wpływały na rozwój gospodarczy (jak stwierdził np. Paweł Dobrowolski w niedawnym filmie „Lewiatan” Fundacji Republikańskiej), wydają mi się jedynie ideologiczną próbą koloryzowania rzeczywistości i naginania jej do swoich przekonań.
Przejdźmy teraz do drugiej z tez, które przywołałem na początku tekstu. Zwolennicy socjaldemokratycznego modelu społeczno-gospodarczego twierdzą często, że w Polsce są niskie podatki. Powołują się przy tym na dane Eurostatu, wedle których dochody polskiego sektora finansów publicznych są wyraźnie niższe niż średnia UE. I rzeczywiście, wg Eurostatu w 2013 roku wynosiły one 37,5% PKB – przy średniej unijnej 45,7%. W 2012 roku wynosiły one 38,3% PKB (identyczną wielkość wskazuje OECD) – przy średniej UE 45,4%. Widać zatem, że dystans do europejskiej średniej jeszcze wzrósł. Zwolennicy liberalnego modelu odpowiadają na to, że te państwa z Europy, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały dużo niższy fiskalizm, gdy były na obecnym poziomie rozwoju naszego kraju. Znów mógłbym przytoczyć słowa Pawła Dobrowolskiego z tego samego filmu. Teza ta nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością.
Według OECD w 2012 roku PKB per capita Polski liczony na podstawie parytetu siły nabywczej osiągnął 22783 dolarów. Poziom dochodów sektora finansów publicznych osiągnął w tym czasie poziom 38,3% PKB. Niemcy podobny poziom PKB per capita (22 483 dol.) osiągnęły w roku 1995. Ich dochody publiczne sięgały wtedy 45,1% PKB. Holandii w roku 1996 (22 641 dol.) 47,5% PKB. Szwecji w roku 1996 aż 59,6% PKB. Finlandii w roku 1998 54,2% PKB. Francji w roku 1998 50,1% PKB. W zasadzie wszystkie kraje unijne, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały je również w momencie, gdy ich poziom PKB per capita był na obecnym poziomie Polski.
|
Rok |
PKB per capita, wg parytetu siły nabywczej, dolary |
Poziom dochodów sektora finansów publicznych |
| Polska |
2012 |
22 783 |
38,30% |
| Niemcy |
1995 |
22 493 |
45,10% |
| Holandia |
1996 |
22 641 |
47,50% |
| Szwecja |
1996 |
22 632 |
59,60% |
| Finlandia |
1998 |
22 650 |
54,20% |
| Dania |
1995 |
22 993 |
56,20% |
| Francja |
1998 |
22 794 |
50,10% |
| Wielka Brytania |
1997 |
22 422 |
38,40% |
| Norwegia |
1994 |
22 296 |
54,00% |
| Austria |
1994 |
22 489 |
51,20% |
| Belgia |
1996 |
22 797 |
48,50% |
Ktoś mógłby zauważyć, że PKB per capita nie jest najlepszym wskaźnikiem do porównywania poziomu rozwoju gospodarczego państw, a zachodnia Europa w połowie lat 90. była na dużo wyższym poziomie rozwoju, niż obecnie Polska. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tym twierdzeniem, to wciąż niewiele to zmienia – wymienione kraje podobny poziom fiskalizmu osiągały już w latach 70., czyli w pierwszej dekadzie, którą podaje OECD Factbook. Przykładowo Szwecja w latach 70. notowała przeciętny poziom dochodów sektora finansów publicznych na poziomie ok. 53 proc. PKB, Holandia 48 proc., Dania 46 proc. I tak dalej.
Jak widać, w ekonomicznej debacie publicznej w najlepsze funkcjonują tezy, których prawdziwość jest wątpliwa i zarazem stosunkowo łatwo weryfikowalna. Są one jednak powtarzane na tyle często i z tak dużym przekonaniem, że wydają się oczywiste i nikt nie zamierza ich falsyfikować. Oczywiście podatki nie są remedium na wszystko, lecz ich demonizowanie ani nas nie przybliża do stworzenia efektywnego porządku gospodarczego, ani nie podnosi poziomu debaty.
przez Krzysztof Wojciechowski | poniedziałek 1 września 2014 | opinie
Pewien dobry, acz uszczypliwy kaznodzieja głosił kiedyś nauki w jednym z żeńskich zgromadzeń zakonnych. A jako że bywał tam już wcześniej nie raz, jeno nauk nie głosił, to miał okazję przyjrzeć się bliżej funkcjonowaniu tego zbiorowiska. A był wnikliwym obserwatorem, potrafiącym zobaczyć wiele, więcej niż na pierwszy rzut oka widać oraz usłyszeć więcej niż tylko słowa. W oparciu o to swoje doświadczenia wygłosił naukę krótką, acz dosadną: „Drogie siostry! Odeszłyście ze świata, a świat nic na tym nie stracił. Przyszłyście do zakonu – a zakon nic na tym nie zyskał”.
Dziś każdy może napisać książkę. Gorzej jest z opublikowaniem jej, ale jeśli temat jest „chodliwy”, to znajdzie się możliwość druku. Błędem jest jednak twierdzenie, że każda książka jest ciekawa, ważna, pożyteczna, coś wnosząca do konkretnej dziedziny wiedzy. Niestety są książki, po których przeczytaniu człowiek dochodzi do podobnych wniosków, jakie zawarł w swej nauce wspomniany kaznodzieja. Otóż książki owe „gdyby nie powstały – świat nic by na tym nie stracił, a nawet jeśli się już ukazały – to świat nic na tym nie zyskał”. W najlepszym razie – zyskał niewiele.
Buszując w wirtualnej przestrzeni w poszukiwaniu materiałów polsko-ukraińskich natrafiłem na rzecz o bardzo interesującym tytule: „Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich”. Publikacja jeszcze ciepła (rok wydania 2014), dwóch autorów – Polak i Ukrainiec, ciekawa okładka i podtytuł. Czegóż więcej potrzeba miłośnikowi naszego pogranicza. Zacząłem szukać po księgarniach – nie bardzo się udało. Napisałem na Facebooku do współautora, Polaka. Odpisał i był tak dobry, że przysłał egzemplarz, nawet z dedykacją. Zagłębiłem się w lekturze mocno ponad 500-stronicowej pracy, mniej więcej pół na pół po polsku i ukraińsku. Założenie bardzo ciekawe: Polak jeździ po Polsce i pyta Polaków (jak się później okazało głównie jednak Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”, albo takich, którzy do Polski przyjechali), co sądzą o Ukraińcach, a Ukrainiec jeździ po Ukrainie i pyta Ukraińców, co sądzą o Polakach (choć i tu często były to pytania do ukraińskich Polaków). Początek lekki jak ciasteczko do kawy. Później znacznie gorzej. Można powiedzieć, że brnąłem, wręcz grzęzłem w lekturze, jak przed laty w poleskich bagnach, starając się mimo wszystko dobrnąć do końca. Udało się, ale nie było łatwo.
Zazwyczaj unikam pisania o książkach kiepskich czy też o tych, które mi się nie podobały. I wcale nie dlatego, że o książkach (które tak kocham) jak o zmarłym – albo dobrze, albo wcale, ale dlatego, że szkoda czasu na pisanie o czymś słabym. Jednak „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Musi, bo dusi go nagromadzona w książce negatywna energia połączona ze zwykłym nieuctwem, a wszystko to polane gęstym sosem uprzedzeń. A temu wszystkiemu nadaje się jeszcze miano „badań”.
Badania przy piwie
Książka rozpoczyna się od wrażeń pogranicznych – jakżeby inaczej, to tutaj wszak następują pierwsze kontakty polsko-ukraińskie. Jako mieszkaniec przygranicznego województwa znam z autopsji realia przejść granicznych, stąd początkowe strony książki przypominają mi własne spostrzeżenia z jednego z lubelskich przejść granicznych. Pomyślałem jednak, że ów lekki wstęp to tylko przygrywka, a dalej znajdę efekty badań. Jednak dziesiątki stronic mijają, a tu niewiele się zmienia. Wciąż te same treści, ten sam schemat: pogadajmy – ponarzekajmy – wypijmy piwo. A to, czego przy piwie się dowiemy – zapiszemy. I… już. Ot i całe badania terenowe.
Jako przyrodnik nie bardzo znam się na metodologii badań socjologicznych, bo chyba do takich wypadałoby zaliczyć opisywane „badania”, ani tym bardziej na sposobie ich prezentowania. Ale jeśli tak właśnie mają one wyglądać i tak ma wyglądać „monografia” będąca ich efektem, to nie wiedząc o tym popełniłem już kilkaset „artykułów naukowych” o treści podobnej jak omawiana książka. Też jeździłem po różnych ciekawych zakątkach Ukrainy, spotykałem się z ludźmi, pytałem ich o różne rzeczy, spisywałem i publikowałem. I do głowy mi nie przyszło, żeby to nazwać „badaniami”. Fakt, piwa nigdy z nikim nie piłem i może to jest ta „metodologiczna” nieprawidłowość, która nie pozwala nazwać mojej roboty „badaniami terenowymi”…
Skutki pedagogiki wstydu
To jednak nie „metodyka badawcza” jest tym, co najbardziej gotuje krew. Problemem kluczowym jest postawa polskiego współautora. Wyjdę zapewne na niewdzięcznika, bo będę krytykował człowieka, który przysłał mi książkę z dedykacją. Nie mogę jednak tego spokojnie czytać. Pół biedy, gdyby przyczyną poglądów p. Saturczaka były tylko uprzedzenia. Jest gorzej – to zwykłe nieuctwo. Człowiek, który ma tak ubogą wiedzę na temat wielu wcale nieprowincjonalnych miast swego kraju, nie powinien się w ogóle brać za pisanie. Najpierw czytanie – potem pisanie.
Takie miasta o kilkusetletniej historii jak Radom czy Kielce to zdaniem Saturczaka „miasta nic”. Kielce kojarzą mu się tylko z Liroyem. Lublin to wyłącznie napastliwi studenci KUL, czytający prawicowe pisemka, oraz grzeczne panienki z obrączkami na palcach – studentki KUL. To oni właśnie napastują pana Łukasza w pociągu z Przemyśla do Warszawy. Już prawie dwie dekady mieszkam w Lublinie i pracuję na KUL, a nie miałem okazji być napastowanym przez takich studentów. W każdym razie Radom – miasto nic, Lublin – napastliwi studenci, Kielce – Liroy. Nie przystoi mieć tak wąskiej wiedzy osobie, która bierze się za pisanie książek.
Ale to tylko preludium. Kolejnym „stopniem wtajemniczenia” jest książkowa, wzorcowa wręcz postawa absolwenta pedagogiki wstydu. Podczas lektury książki Saturczaka zacierać ręce z radości muszą reformatorzy polskiego systemu edukacji, redakcje niektórych opiniotwórczych gazet wmawiających nam (jako narodowi) nieustannie i wbrew prawdzie historycznej, a nawet zdrowemu rozsądkowi, genetyczny antysemityzm, ciągoty nacjonalistyczne i Bóg wie co jeszcze. Oto mamy „nowego człowieka” – o to właśnie nam chodzi. Drażni p. Łukasza w Szczecinie „wszechobecna polskość”, „kolonizowanie polskością”, cokolwiek by to miało znaczyć, a znaczy to nic innego, jak tylko to, że nazwy ulic są „zbyt” polskie i dumne. Bo jak to możliwe i kto do tego dopuścił, żeby ulice w Szczecinie nazywały się: Aleja Niepodległości, Aleja Wojska Polskiego, Bohaterów Warszawy, Szarych Szeregów. To skandal. Ale p. Łukasz szybko znajduje wytłumaczenie – to kolonizacja polska tego „miasta protezy na siłę i niesprawiedliwie włączonego do Polski”. Piramidy absurdu oraz kwintesencja pedagogiki wstydu i „plucia pod wiatr”. Co ciekawe, tej „kolonizacji polskością” jakoś nie zauważa (i wydaje się w ogóle je nie przeszkadzać) Ukrainka mieszkająca w Szczecinie. Ale ona pewnie jest „zacofana” i „nienowoczesna”, ją pewnie jeszcze uczyli być dumnym ze swego kraju, a przynajmniej bez wielkiej przyczyny nie pluć na niego. Pobędzie z nami, to się nauczy…
Ale i na tym jeszcze nie koniec. Pedagogikę wstydu niesie p. Łukasz niczym oświaty „kaganiec” (to dobre określenie) na wschód, starając się wmówić ukraińskiemu taksówkarzowi, że w Polsce są gorsze drogi niż na Ukrainie (sic!). To jest „poezja” i „klasyka”, to muszę przytoczyć:
„Rano Igor odwozi nas do Ałczewska. Jedziemy bocznymi drogami i choć Igor narzeka na ich stan, to przekonuję go, że w Polsce znacznie gorzej:
– Ale u was autostrady – rzuca.
– Ale poza autostradami chujnia – odpowiadam”.
Każdy, kto był w Ukrainie i jeździł tamtejszymi drogami (a raczej czymś, co się tak nazywa), wie, że mówienie, iż u nas są gorsze, to prawie bluźnierstwo. Miałem okazję dwa lata temu jeździć po zachodniej Ukrainie i po terenach rodzinnych p. Łukasza (przemyskie). Trzeba być schizofrenikiem, żeby takie rzeczy opowiadać. Nawet tak niegłówna droga jak ta z Kalwarii Pacławskiej do przejścia w Krościenku jest równa jak stół (choć wąska). A to, z czym spotykamy się za przejściem po ukraińskiej stronie, trudno nazwać drogą, chyba że po bombardowaniu. I nie chodzi tu o obrażanie Ukraińców, lecz o prawdę, zresztą oni sami wiedzą, jaka jest różnica, wystarczy ich spytać. Czytając te refleksje p. Łukasza niczym ponury żart brzmią wciąż powtarzające się opinie Ukraińców o Polakach, że Polacy to naród dumny ze swego kraju, ze swej historii. Oj, bracia Ukraińcy, nie jesteście na czasie, nie wiecie, czego się dziś w Polsce uczy.
Na koniec w dalekim ukraińskim Swierdłowsku p. Łukasz natrafił nawet na „ślady Polaków”, ale już ich nie poszukał, bo o cóż miałby ich zapytać: „Jak się żyje Polakom w najdalszym od ich ojczyzny mieście Ukrainy? Czy znają polski? Zacytują Rotę i hymn? Są katolikami i kochają polskiego papieża? Mają w domu wiersze Norwida i cyklicznie oglądają filmowe adaptacje Henryka Sienkiewicza kibicując mężnemu Kmicicowi?”. Słowem – nie ma o czym gadać. Nuda. Swoją drogą to ciekawy przykład „rzetelności” wspomnianych „badań terenowych”…
Czytając części książki napisane przez polskiego współautora czytelnik o wiele częściej dowiaduje się o jego aktualnym stanie ducha, wyspaniu lub nie, braku nastroju, kompleksach, uprzedzeniach i braku wiedzy, niż o tym, co miało być treścią książki, czyli co myślą Polacy w Polsce o Ukraińcach.
Ukrainiec – kiepski uczeń
Na tym tle ukraiński współautor wypada źle. Źle, to znaczy dobrze. Jeżdżąc po często wcale niecentralnych miejscowościach Ukrainy, nie marnuje czasu na opisywanie w rozbuchanej, masochistycznej formie, nie ukrywajmy, smutnej nieraz rzeczywistości swego kraju. Nie pławi się w narzekaniach na stan dróg czy „kolonizowanie ukraińskością”, nie napadają go np. studenci Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego. Aż dziw bierze, że jakoś się tego wszystkiego ustrzegł.
Co „gorsza”, jedzie w teren przygotowany. Nie narzeka, że Kijów jest brudny i szary, a w dodatku jest stolicą (w domyśle: tej okropnej) ukraińskiej mentalności – jak to robi jego polski partner w odniesieniu do Warszawy, lecz pisze o 1000-letniej polskiej obecności w nim. Nie pisze o Czerkasach, że to jakieś miasto-nic. Co więcej, nawet w takich Czerkasach odnajduje i opisuje ślady polskości i to od czasów historycznych. Odnajduje je nawet w Odessie czy w zagubionym wśród wołyńskich lasów Dołbyszu. Słowem – pełny, polski w dodatku, „szowinizm, nacjonalizm, kolonizowanie i epatowanie polskością” itd., itd. Jakiż ten Leś Belej niepojętny, jaki nieeuropejski. I jeszcze w dodatku wynajduje jakichś takich Ukraińców co to w najgorszym przypadku mówią, że Polacy to normalny naród, jak Ukraińcy, i dobrzy, i źli, pretensji do nich nie mają. Ale większość to wręcz karygodni optymiści, którzy nie dość, że nie wspominają odwiecznych krzywd, za które nasi miejscowi „edukatorzy” mogliby nas chłostać, to jeszcze, nehidnyki, mówią, iż Polacy to dumny naród, że kochają swój kraj i szczycą się jego historią. Te „karygodne” zaniedbania ideologiczne musiał „nadrabiać” p. Saturczak, odszukując w Polsce odpowiednich rozmówców.
Styl części książki pisanej przez ukraińskiego współautora jest suchy, sprawozdawczy, nieemocjonalny, informacyjny – a ty, czytelniku, sam interpretuj przeczytane słowa. Nazywam to szacunkiem dla czytelnika, bo została tu zachowana zasada niezaangażowania emocjonalnego w przedmiot badań.
I to jest to, co w moich oczach „ratuje” książkę. Co nie zmienia faktu, że zamiast drukowania nic nie wnoszącej polskiej części można by wydać coś pożytecznego. Od lat już wisi w sieci doskonały, napisany z wielkim znawstwem i w zaciekawiającym stylu przewodnik „Kraków dla Ukraińca”, autorstwa kijowianina, przyrodnika, historyka i krajoznawcy, dr. Iwana Parnikozy. I mimo że jest to materiał absolutnie unikalny, pełen cennych wiadomości o ukraińskich śladach w Krakowie, bogato ilustrowany, oparty o gruntowne badania terenowe, to nikt ani w Polsce, ani w Ukrainie nie jest zainteresowany jego wydaniem. Smutno się robi, kiedy ma się tego świadomość, a czyta polską część opisywanej tu książki.

Łukasz Saturczak, Łeś Belej, Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich, „Tempora”, Kijów 2014.
przez Konrad Malec | poniedziałek 25 sierpnia 2014 | opinie
„Chłopu zawsze jest źle i chłop zawsze będzie narzekał” – z takim twierdzeniem spotykam się od lat i jest w nim sporo racji. Zresztą nie dotyczy to tylko chłopów. Narzekanie jest po prostu naszym hobby narodowym. Niestety ta cecha czy – jak chcieliby inni – wada, powoduje paradoksalnie, że często nie orientujemy się, jak źle jest naprawdę. Najpoważniejsze problemy rozpływają się nam i nikną w poczuciu ogólnej beznadziei.
Niedawno pojechałem w rodzinne odwiedziny na wieś. Jak to w takich przypadkach bywa, zostałem zapędzony do pracy. Tym razem przyszło mi zbierać wiśnie. Praca nudna i żmudna, do tego w wątpliwym towarzystwie chmar komarów, które tego roku wyjątkowo dopisały (wybaczcie, ale jako Polak i jednostka, którą dzieli „kilka” kroków od zamożności, mam w końcu prawo trochę ponarzekać!). Zaletą wykonywania prostych prac fizycznych jest relaks dla mózgu i możliwość wspominania, rozmyślania, marzenia itp. Uwolniwszy więc głowę od myślenia o deadline’ach, zainspirowany obserwowanymi scenami z życia wiejskiego, zacząłem przypominać sobie „Chłopów” Władysława Reymonta. Przychodziły mi jednak do głowy nie fragmenty o ciężkiej pracy, tylko takie jak poniższe:
– Wy macie gęsi, podpaście trochę, kupię na święta.
– Zaśbym tam sprzedawała, ostawiłam ino tyla, co na chowanie!
– Kupicie na wiosnę młode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to możecie brać na bórg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się…
– Nie, gąsków nie przedam.
– Sprzedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio sprzedacie.
To wyimek z rozmowy zubożałej Hanki z żydowskim karczmarzem. A teraz inny fragment:
Nie w jednej to już chałupie jeno raz w dzień warzyli jadło, a sól za jedyną okrasę mieli – to i coraz częściej ciągnęli do młynarza brać ten jaki korczyk na krwawy odrobek, bo zdzierus był srogi, a nikto gotowego grosza nie miał ni co wywieźć do miasteczka, drudzy zasie to i do Żyda do karczmy szli skamląc, bych ino na bórg dał tę szczyptę soli, jaką kwartę kaszy albo i ten chleba bochenek!
To oczywiście opis przednówka. I ostatni fragment:
– I dworów coraz mniej. Dawniej, kiedy się jeździło po snopkach czy z opłatkami, czy po kolędzie, czy też po spisie – to jak w dym do dworu – nie żałowali i zboża, i pieniędzy, i leguminy. A teraz, Boże zmiłuj się, każdy gospodarz się kurczy i jak ci da snopczynę żyta, to pewnie zjedzoną przez myszy, a jak tę ćwiartczynę owsa dostaniesz, to pewnie plew w nim więcej niźli ziarna. Niech żona powie, jakie mi to jajka dawali latoś za spis wielkanocny – więcej niż połowa była zbuków. Żeby człowiek nie miał tej trochy gruntu, toby jak dziad żebrać musiał – zakończył podsuwając Borynie tabakierkę.
– Juści, juści… – potakiwał Boryna, ale nie jego tumanić, wiedział ci on dobrze, że organista pieniądze ma i na procenta albo i na odrobek komornikom rozpożycza, to ino uśmiechał się na te wyrzekania i znowu spytał o Jasia…
To z kolei fragment rozmowy Macieja Boryny z organistą. A teraz uruchommy wyobraźnię (przy zbieraniu wiśni jest to dość łatwe, jeśli ktoś ma z tym problem, to zapraszam na zbiór owoców albo rąbanie drewna na opał) i stwórzmy scenę, której pisarz w powieści nie zawarł. Idzie biedny gospodarz czy komornik poboczem, gdy nagle drogę zajeżdża mu powóz z, dajmy na to, młynarzem. Chłop przestraszony odskakuje w tył, a młynarz nagabuje go, by przyszedł na odrobek. Chłopina wymawia się jak może, tłumacząc, że robotę ma na swoim polu i dziś nie może. Mam nadzieję że scena ta stanęła Wam przed oczami. A teraz wysilmy wyobraźnię jeszcze ciut bardziej: pobocze drogi zmieńmy na chodnik w średniej wielkości wsi czasów dzisiejszych, młynarza na współczesnego rolnika, który przy okazji ma sklepik, a powóz na samochód. Niemożliwe? Niestety, zupełnie prawdziwe!
Dla wyjaśnienia: zajeżdżający drogę sklepikarz to nie żaden krezus, latyfundysta. Po prostu miał więcej szczęścia, odziedziczył nieco ziemi, we właściwym czasie trochę dokupił, wszystkiego ma może z kilkanaście hektarów. Samochód naszego sklepikarza to także nic specjalnego – używany, kilkuletni, sprowadzony zza Odry. Ale facet ma łeb na karku i swego czasu założył też sklepik. Nic wielkiego, po prostu sklep spożywczy, jaki możemy spotkać w większości średnich i dużych wsi (w mniejszych zwykle nie ma już sklepów stacjonarnych, po prostu o określonej godzinie pojawia się „sklep” objazdowy z najpotrzebniejszymi produktami, na które dzień wcześniej trzeba się zapisać). Jego klientom często brakuje gotówki, a że nasz sklepikarz to człowiek życiowy, to daje im zakupy na zeszyt – czyli na kredyt albo za odrobek.
Dla dopełnienia opisu dodam, że mamy rok wyjątkowo nieudany dla uprawiających owoce. Ceny mocno spadły. O ile na malinach daje się jeszcze jako tako zarobić (na tyle dobrze, że nocami zdarzały się kradzieże z pól), to wiśnia stoi już słabo – na skupie maksymalnie złotówka za kilogram, zwykle mniej. O porzeczkach wspominały już nawet duże media, bo maksymalna cena ich skupu to 40 groszy. W efekcie tego owocu nie sprzedaje się prawie wcale, bo nawet za zbiór by się nie zwróciło, nie wspominając o pracach wykonywanych wcześniej, takich jak opryski, nawożenie itp.
Oczywiście różni „mędrcy” odpowiadają na to, że jednego roku nie zarobią, innego będą do przodu, ale i tak wąska specjalizacja w rolnictwie to przyszłość. Zapewne to racja, ale na pewno nie w przypadku małych gospodarstw. Dla nich brak zarobku w sezonie oznacza „branie na bórg” albo odrobek w kolejnym. Spłata długu (i procentu), to mniej w domowym budżecie i „problemy na przednówku” – albo jeszcze wcześniej. Odrabianie oznacza często brak własnego zbioru, zwłaszcza jeśli na domiar wszystkiego spadnie grad, co tego lata zdarza się dość często. I tym sposobem kraj położony w środku Europy, należący do UE i NATO, wraca do… XIX wieku!
Pora na sakramentalne: „A bo na wsiach to piją! Gdyby nie pili, to by mieli”. Prawda, wielu pije. Ale w tym miejscu pozwolę sobie zacytować Karola Konińskiego, krytyka literackiego, prozaika i myśliciela społecznego:
– Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie.
– Macie ode mnie na wódkę.
– Pan demoralizuje człowieka.
– A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją.
Oczywiście środki przeznaczane na alkohol mogłyby pokryć inne potrzeby. Co jednak robić w sytuacji, gdy nie ma żadnej nadziei? Wódka czy wino nie uwolnią od problemów, ale pozwalają choć na chwilę o nich zapomnieć. A nadzieja? Jaką nadzieję mają mieć mieszkańcy wsi, i to takich, które wcale nie są dziurami zabitymi dechami? W miastach pracownikami, a coraz częściej również bezrobotnymi czy ludźmi, którzy w inny sposób znaleźli się na marginesie społeczeństwa, interesują się związki zawodowe, stowarzyszenia i instytucje pomocowe. Na wsi w najlepszym razie jest Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej i Caritas, do których zwykle trzeba dojechać. Organizacje pozarządowe? Czasem się zdarzają, ale często, jak w innej znanej mi miejscowości, są to po prostu sprytne firmy, wyciągające środki publiczne pod przykrywką stowarzyszenia czy fundacji. Mieszkańcy w najlepszym razie wiedzą o ich istnieniu, ale ze świecą szukać śladów ich rzeczywistej społecznej działalności. Dawniej w takich miejscach działał ruch ludowy, np. Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Dziś ich miejsce wypełnia społeczna próżnia, a partia nominalnie ludowa nie robi nic, by poprawić byt mieszkańców wsi czy małych miasteczek. Organizacje i akcje społeczne w stylu „Jestem ze wsi”, choć szlachetne i ciekawe programowo, mają niszowy charakter i ograniczony wpływ na rzeczywistość. Zanim (o ile w ogóle) rozwiną się one w masowy ruch, minie wiele lat. Tyle że nie wiadomo, czy wówczas będą jeszcze miały dla kogo działać.
Już dziś w większości wsi można spotkać prawie wyłącznie ludzi starszych. Ostatnio poznałem wieś, gdzie zostało tylko jedno, bardzo wiekowe, małżeństwo, a reszta mieszkańców uciekła. W okolicy, w której zbierałem wiśnie, położna (dorabiająca emerytka) narzeka, że młode kobiety, które nie wyjechały, nie chcą rodzić. Na wspomnianym wcześniej skupie widziałem same niemal osoby w wieku powyżej 60 lat! Wśród nich była tylko jedna rodzina z osobami młodszymi. Mieli mniej więcej tyle wiśni, co ja. Zapewne zbierali je cały dzień (zbierałem w towarzystwie 4 innych osób, z podobnym rezultatem). Za to, co przywieźli, otrzymali ok. 300 zł, i to bynajmniej nie do podziału na owe 5 osób, bo z tej kwoty trzeba opłacić paliwo, środki ochrony roślin, nawozy, podatki gruntowe, składki na KRUS itp.
Oczywiście w „sezonie wiśniowym” przyjadą jeszcze kilka razy, może nawet 10. Daje to jakieś 3 tys. zł w lipcu, może część w sierpniu. Zapewne nie samymi wiśniami żyją, ale przyjdą zimowe miesiące i wówczas przychodów nie będzie. Ktoś powie: niech pracują w pobliskim mieście. Temu komuś odpowiem, by po owych okolicznych miastach się rozejrzał. Tam też panuje społeczna próżnia i bezrobocie. Zapewne zaraz usłyszę, że mogą się przeprowadzić do większego miasta. Wszystko pięknie, tylko za co tam zamieszkają? Czy znajdą pracę też niepewne, wszak w wielu metropoliach też jej brakuje. Czy będą mieli wsparcie rodziny?
Można by mnożyć trudności bez końca, ale najpewniej liberałowie i tak znajdą na nie tysiąc recept, których sami nie będą musieli wcielać w życie.
przez Wojciech Wytrych | poniedziałek 18 sierpnia 2014 | opinie
Zaczęło się w Mafeking. Stamtąd wywodzą swoje korzenie. Rdzeniem idei jest to, by ktoś zrobił coś, czego nikt rozsądny, dorosły, zrobić nie chce – z różnych powodów:
- bo za to nie płacą
- bo to niebezpieczne
- bo po prostu nikt nie chce tego robić, skoro atawizmy, rozsądek, rachunek ekonomiczny i rachunek sumienia, wszystkie one razem lub z osobna mówią o tym: nie.
Ta idea brzmi: niech ktoś zrobi to za nas, a jeśli się da, to niech jeszcze za to zapłaci, a gdy zrobi, to wymyślimy mu coś kolejnego. Decydenci przemocą lub przy pomocy podstępnej ideologii, religii, albo czegoś działającego podobnie, od niepamiętnych czasów w celu obniżenia kosztów własnych starają się nas do tego namówić, przekonać, zmusić. Za prekursora uznaje się generała Baden-Powella, który w czasie oblężenia Mafeking wykorzystał zindoktrynowanych nieletnich do wykonania zadań, jakich rozsądni dorośli nie chcieli się podejmować. Dziś zmuszanie i zachęcanie nieletnich do takich działań zaowocowałoby w najlepszym wypadku wyrokami w zawieszeniu. Wówczas również istniały prawa, ale nie istniały organy kontrolne i nadzorujące, więc pilnowano jego przestrzegania jedynie okazjonalnie. Nie wszędzie i nie zawsze granice dorosłości były określone i sztywno przestrzegane. U źródeł skautingu leży posłużenie się dziećmi w wykonywaniu działań łącznikowych w chwili, gdy żołnierze, biorąc pod uwagę wysokość strat przy ich realizacji, odmawiali wykonywania. Gówniarz zrobi to, by wykazać, że jest lepszy od żołnierza – abstrahując od tego, że żołnierz kierował się rozsądkiem, zaś dzieciaka motywowała chora ambicja. To jest uznawany przez wielu punkt założycielski.
Dwa dominujące nurty tej idei to organizacje wzorowane na skautingu oraz wolontariat. Odtąd niewolnicy, którzy dla nas pracują, będą to robić bez kosztów z naszej strony – a my wymyślimy system nic nie wartej punktacji, żeby ich motywować. I na dodatek taka forma aktywności będzie popularna, wielu sąsiadów będzie się tym zajmować. Moda.
Jesteśmy światli i liberalni, ale promujemy wykonywanie pracy za darmo. Niewolnictwo z krytyką niewolnictwa, więc nazwy nic nie znaczą. Albo znaczą coś całkiem innego niż się wydaje.
Pół biedy, jeśli to naprawdę są ochotnicy. Gorzej, gdy dostaje się punkty rekrutacyjne do liceum – masz albo nie – bo wtedy trzeba, a przynajmniej wypadałoby. Sprawie dodaje pikanterii, że poza metropoliami taką działalność doceniają i korzystają z niej dość nieliczne grupy. Uprzedzam: wszelkie skojarzenia z mafią są chybione. Bo to może być szpital, Dom Pomocy Społecznej, szkoła. To może być cokolwiek. Ale odbiorcy tego typu usług – „niech pan pojedzie dalej ze 3 kilometry, oni tam chyba takich szukają” – to m.in. różne instytucje, nierzadko jednostki budżetowe. Muszą coś zrobić, ale w ten sprytny sposób obniżają koszty. Bo wiele tego rodzaju usług dostają darmo.
Do młodych kieruje się ofertę – praktyki i szkolenia, które mają być pierwszym progiem inicjacyjnym. Atrakcyjne wyzwanie. Wielu nowych znajomych. Obietnica, że gdy oni sami staną się już sprawniejsi, to pokierują ruchem lub pomogą w punktach medycznych, no i nauczą się działać w zespole.
W 1939 r. to harcerze utrzymywali pozycje, gdy wojsko się wycofywało. To harcerze zadali olbrzymie straty nacierającym Niemcom w Katowicach, Rosjanom w Grodnie, Ukraińcom we Lwowie itd. To harcerze są znani z powstania warszawskiego. Ale sami się tam pchali, to była ich własna, oddolna inicjatywa. Wszędzie, gdzie się pojawiali, pchali się na pierwszą linię – byle bliżej śmierci? – takie cywilne wojsko. Tam, gdzie są, bywają widoczni, chociażby podczas kwesty na cmentarzu, przy świętach państwowych, albo przy pakowaniu zakupów w markecie za punkty. Udowadniają, że służą Polsce. Było wielu bohaterskich harcerzy, ich były najsłynniejsze i najbardziej spektakularne akcje – ale nie czuli się wykorzystani. Byli dumni.
W PRL traktowano ich niemal jak służbę, zabierano ich na różne akcje do pomocy. W szkołach promowano harcerstwo. To się zresztą zmienia, bo walka o eurogranty skacze z zagadnienia na zagadnienie. Skauting słabnie, bo wymaga dotacji – jeśli ma przyciągać, to musi być nowoczesny. Środki, narzędzia, miejsca – za to trzeba płacić. A z wolontariatu się tylko wyciąga. Orlęta AK, harcerze – do którejkolwiek z tych organizacji twoja latorośl chciałaby należeć, do ciebie należy pokrycie kosztów umundurowania czy transportu, jeśli gdzieś będą ją wywozić. Natomiast zyski z wykorzystania tych młodocianych ideowców wyciągną dorośli, pełnoletni. To oni zostaną docenieni, uhonorowani za zorganizowanie i udostępnienie tej taniej siły roboczej. Jest jeszcze jeden aspekt wspólny tych wszystkich umundurowanych grup: hierarchia, a wraz z nią polecenia, które trudno odróżnić od rozkazów. Odmowa wykonania rozkazu/polecenia jest niemal równoznaczna z wykluczeniem z organizacyjnego kręgu. A kiedy jest się wewnątrz, nie widzi się tego, że to tresura, nie nauka samodzielności.
Ale harcerstwo i podobne organizacje nadają się do wykorzystania tylko incydentalnie, akcyjnie. Na dłuższych „dystansach” używa się wolontariuszy.
Hospicja, DPS-y, Caritas. Wszędzie tam wypadałoby użyć psychologa czy terapeuty, by zaradzić problemom podopiecznych, ale ich zatrudnianie kosztuje. Wolontariusz, który wysłucha żalów i zadziała jak odgromnik, rozładuje napięcie – nic nie kosztuje. Co więcej, taki wolontariusz wykona gratis czynności, do których wypadałoby zaangażować wykwalifikowany i opłacany personel. Skoro już umierający, wymagający opieki, są usunięci na taki ledwo widoczny na co dzień margines, poza horyzont, nie leżą na trotuarach – abyśmy mogli zająć się zarabianiem na siebie i wypracowywaniem zysku dla naszych nadzorców – to ktoś musi się tym zająć. Czy będziemy musieli mu za to płacić? Im wszystkim? Czy tylko niektórym, a resztę namówimy, by zrobili to za darmo i na dodatek z radością. Przecież wynaleziono wolontariat!
Taki wolontariat potrafi dokonywać wielkich rzeczy. Akcja Owsiaka to absolutnie zjawiskowa historia. Nie jestem zwolennikiem celów Owsiaka – „zastąpimy państwo w finansowaniu służby zdrowia” – bo to działa na państwo demoralizująco, skłania do lekceważenia nas, ale zaangażowanie i efekty organizatorów tych działań budzą mój podziw. Przyjmując krótką perspektywę czasową widzimy WOŚP jako supersłodką historię. Tyle sprzętu! W pewnym momencie konkurencji puściły nerwy. Biskup Ryczan powiedział, że w akcji Owsiaka silny jest element satanistyczny. Szatan potrafi być taki podstępny i czasem robi dobre rzeczy. Dziś jednak akcje kościelne i Owsiak są niemal równie popularni, rynek okazał się niesamowicie głęboki.
Tak, wolontariusze robią wiele rzeczy pożądanych społecznie. I ja to robiłem – zbierałem podpisy, sprzątałem, sadziłem drzewa. Tak, mogę to zrobić: gdy nie warto czekać na państwo lub samorząd – i gdy tego chcę. Ale nie wtedy, gdy jestem do tego zmuszony. Często słyszę, że wolontariusz wysłany gdzieś tam, zdobędzie praktykę w pracy – bo tu pracy nie ma i nie ma jak zdobyć praktyki. Tuż obok są tak zwane staże, w ramach których młodzi i starzy wykonują te same prace, co zwykli pracownicy, tyle że za 500 zł miesięcznie. Podobnie działają takie wypożyczalnie niewolników jak Centra Integracji Społecznej, w których też za przepracowanie miesiąca dostaje się demoralizującą i demotywującą pensję. Ta moda na wolontariat w sytuacjach, w których występować powinni etatowi pracownicy, świadczy nie o tym, że chcemy bezinteresownie działać dla innych, lecz o tym, że przed nami jest bezmiar czasu, zero możliwości zarobku, a brak chęci na popadnięcie w niszę notorycznego klienta opieki społecznej. Wolontariuszem zostaje się, by nie zostać streetworkerem stojącym przed osiedlowym monopolowym, wyrywaczem torebek, grabieżcą, a jednocześnie nie ma się możliwości podjęcia pracy. Co więcej, tam, gdzie dotąd czymś zajmował się opodatkowany, oskładkowany pracownik, teraz jego rolę może przejąć wolontariusz. I taki pracodawca – najczęściej dyrektor jednostki budżetowej – zjeżdża z kosztami w ten sposób, że zwalnia pracowników, a ich miejsce zajmują wolontariusze. O tym jednak cicho sza! Ale już o tej inwazji dobrowolnych niewolników i o tym, jak wiele oni czynią, robi się głośno. Są konkursy, w których nagrody dostają przygarniający wielu wolontariuszy, w sposób wyczynowy korzystający z darmowej pracy.
Jestem pracownikiem. Za wiele wykonywanych przeze mnie czynności – nie ujętych w umowie o pracę – nie dostaję pieniędzy. Wolontariat wciska się tu i tam, w moje i w wasze życie. Kiedy chcę coś zrobić gratis dla innych – robię to chętnie. Kiedy muszę to zrobić, aby mój szef więcej zarobił, wszystko się we mnie gotuje. To też jest wolontariat, ten mroczny, satanistyczny. Im bardziej rozpowszechnia się idea darmowej pracy, tym bardziej boję się o swoją przyszłość. Bo ci, którzy wymyślają takie akcje, mają co jeść i gdzie spać. Natomiast wykonawcy, zamiast zarobić swoją krwawicą na życie, sfinansują czyjąś – nie swoją – frajdę. Aby mieć siłę do zrobienia tego, trzeba co pewien czas jeść, a jedzenie nie bierze się znikąd, trzeba płacić. Tymczasem za pot i zmęczenie wolontariuszy ktoś w świetle kamer odbierze nagrodę jako dobroczyńca.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 11 sierpnia 2014 | opinie
Czym różni się Polska od przeciętnego państwa postkolonialnego? U nas przez większą część roku jest zimno i ponuro, a tam z reguły ciepło i całkiem słonecznie, o ile akurat nie ma pory deszczowej. Nasze rozpadające się slumsy tylko straszą (chociażby enklawy biedy na Śląsku), tamtejsze nierzadko zapierają dech w piersiach (np. malowniczo położone brazylijskie fawele). Tamtejsi piłkarze z reguły potrafią czynić z piłką cuda, nasi to co najwyżej rzetelni wyrobnicy, a i o tej rzetelności zapominają, gdy przychodzi im założyć reprezentacyjny trykot. Jak widać różnic między Polską, a postkolonialnymi państwami z Ameryki Południowej czy Afryki jest całkiem sporo, ale nie wszystkie na naszą korzyść. Zresztą czy naprawdę trzeba wchodzić w szczegóły, by postawić tezę, że łatwiej znosi się biedę w Rio de Janeiro albo Marrakeszu niż w Bytomiu czy Świętochłowicach?
Gdy z poziomu rozważań geograficzno-klimatycznych zejdziemy na kwestie ekonomiczno-społeczne, dostrzeżemy, że nasz kraj wykazuje mnóstwo cech typowych dla terytorium postkolonialnego. A raczej neokolonialnego, bo quasi-kolonialne mechanizmy są tu sprawą jak najbardziej aktualną, a nie tylko odbiciem przeszłego zniewolenia. Żyjemy w kraju, w którym to nie społeczeństwu ma być dobrze, ale zagranicznym inwestorom oraz rodzimej elicie kompradorskiej, które wspólnie wyciskają tubylców jak cytrynę. Wspólnie, podkreślam, bo ważne, żeby pamiętać, iż współczesny kolonializm opiera się w równym stopniu na wyzysku przychodzącym z zewnątrz, co i tym wewnętrznym. Harmonia i współpraca podmiotów zagranicznych z częścią rodzimych jest niezbędnym warunkiem rozkwitu tego modelu.
Według Eurostatu, PKB na głowę mieszkańca wynosi w Polsce 68 proc. średniej UE. Inaczej mówiąc, rocznie produkujemy już ponad 2/3 tego, co w przeciętnym kraju UE, takim jak Włochy (98 proc. średniej) czy Hiszpania (95 proc.). Bardzo zbliżyliśmy się do Grecji (75 proc. średniej). Cieszyć się jednak nie ma z czego, gdyż owoce tej produkcji, w odróżnieniu od powyższych krajów, nie zasilają wcale portfela zwykłego Polaka. Pomimo że produkujemy już ponad 2/3 tego, co Włoch czy Hiszpan i prawie tyle, co Grek, wartość majątku zgromadzonego przez przeciętnego obywatela naszego kraju stanowi… 10 proc. majątku Włocha, 20 proc. Hiszpana i 25 proc. Greka (według Global Wealth Databook 2013, o którym pisałem również w felietonie dla portalu jagiellonski24.pl). To zresztą nic dziwnego – na terytoriach neokolonialnych bogacenie się rdzennej ludności tubylczej jest ostatnie na liście priorytetów, o ile w ogóle się na niej znajduje. Jeśli kogoś wciąż nie przekonuje odniesienie teorii neokolonialnej do Polski, to wskażę jeszcze jedno smaczne porównanie – otóż, pod względem wartości majątku przeciętnego obywatela, Polsce najbliżej jest do… Libanu. A więc byłej francuskiej kolonii, która w ostatnim półwieczu doświadczyła długiej i brutalnej wojny domowej, okupacji części swojego terytorium oraz szeregu bombardowań ze strony Izraela.
Oczywiście zawsze można postawić starą, wytartą i zwyczajnie nudną już tezę, że za naszą nędzną kondycję odpowiadają lata „komuny”, podczas której Polacy nie mogli się bogacić. Takie tłumaczenie ma jednak słabe punkty. Pierwszy to przykłady krajów, które mają na swoim koncie podobne doświadczenia historyczne. Czeskie PKB per capita wynosi 80 proc. średniej UE. Czyli polskie PKB na głowę to ok. 85 proc. czeskiego. Za to majątek przeciętnego Polaka stanowi tylko 55 proc. majątku Czecha. Gdzie uciekło 30 punktów procentowych? Chyba nie zabrała ich „komuna”? Tłumaczenie latami PRL-u złej sytuacji tubylców znad Wisły, tak bardzo odstającej od reszty mieszkańców UE, ma jeszcze jedną zasadniczą wadę. Otóż według tej argumentacji Polacy są tacy biedni, gdyż w latach 1945-1989 mieli zablokowaną możliwość gromadzenia majątku. Za takim postawieniem sprawy stoi założenie, że w roku 1989 ruszaliśmy od zera, a nad Wisłą mieliśmy wtedy klepisko nieruszone pracą ludzką. A to przecież nieprawda. PRL pozostawił po sobie całkiem sporo majątku państwowego – czyli wspólnego, wytworzonego pracą całego społeczeństwa. Nikt nie kazał nam rozdysponować go w taki sposób, że zwykły Polak nic z tego nie miał i rzeczywiście musiał w 1989 roku zaczynać niemal od zera.
| Kraj |
Przeciętny majątek zgromadzony na głowę (w USD) |
| Włochy |
195 925 |
| Niemcy |
157 882 |
| Hiszpania |
99 214 |
| Grecja |
83 442 |
| Portugalia |
71 193 |
| Słowenia |
52 039 |
| Czechy |
36 201 |
| Estonia |
26 562 |
| Liban |
20 918 |
| Polska |
20 803 |
Na majątkowe dysproporcje składa się wiele przyczyn. Na pewno jedną z nich jest kwestia wyceny składników majątku – chociażby nieruchomości, których ceny na zachodzie Europy są znacząco wyższe niż w Polsce. Ale nie tłumaczy to aż takich przepaści. Głównym powodem zaistniałego stanu rzeczy jest neokolonialny model rozwoju, przyjęty w Polsce z równym udziałem naszych elit i zagranicznych „życzliwych” doradców – model, w którym zwykli obywatele są ostatnimi w kolejce beneficjentami wzrostu gospodarczego, jeśli w ogóle nimi są. „Owoce przemian”, z których korzystali przeciętni Polacy, były już tylko ogryzkami. Wielki wpływ na to miała oczywiście prywatyzacja, w ramach której nasza własność wspólna rozeszła się po cenach czasem niewiele większych niż obecne osobiste majątki zachodnich Europejczyków. To m.in. dlatego musieliśmy po 1989 r. „zaczynać od nowa”.
Co dzieje się z owocami niewątpliwie całkiem niezłego wzrostu gospodarczego, jakiego Polska doświadcza w ostatnich latach? Gdzie one trafiają, skoro nie do portfeli polskich gospodarstw domowych? Odpowiedź jest prosta – przede wszystkim na rachunki przedsiębiorstw, zarówno zagranicznych, jak i polskich. Konta firm działających w Polsce puchną wręcz od pieniędzy, a ich stopy oszczędności biją rekordy i znajdują się obecnie na poziomach najwyższych w historii. To oczywiście samo w sobie nie musi być złe. Problem w tym, że w naszym kraju bogacenie się przedsiębiorców nie wiąże się z poprawą sytuacji bytowej pozostałych obywateli. Można to wyczytać z jednego z okresowych raportów NBP (nt. sytuacji polskich gospodarstw domowych), ale kto by tam czytał analizy banku centralnego? Jako że mnie zdarzyło się przeczytać, uprzejmie donoszę, że ogólna stopa oszczędności w naszym kraju w IV kwartale 2013 r. wyniosła 17,3 proc. PKB, z czego oszczędności przedsiębiorstw to… 16 proc. PKB! Jest to sytuacja w zasadzie niespotykana. Jednak najbardziej druzgocący jest trend – jeszcze w 2012 relacja ta wynosiła 13,2 proc. PKB do 5,11 proc. W ostatnim czasie nastąpił więc drenaż osobistych oszczędności Polaków na wyjątkową skalę, któremu towarzyszył znaczny przyrost oszczędności przedsiębiorstw. Nie od dziś wiadomo, że kryzys nie musi być złą wiadomością dla niektórych przedsiębiorców – jest on przecież znakomitym alibi do cięcia realnych kosztów pracy.
W Polsce warunki wyjątkowo sprzyjają takim posunięciom. Kolejnym świadectwem tego, gdzie trafiają zyski z gospodarki, jest porównanie produktywności pracy do jej godzinowych kosztów, których zdecydowaną większość stanowią płace brutto. Tam, gdzie majątki osobiste są znaczące, tam wysokie są również płace – w innym razie ludzi nie byłoby stać na systematyczną rozbudowę swojej własności. Oczywiście przedsiębiorcy także tworzą gospodarstwa domowe, a więc ich finanse odbijają się na statystykach majątku gospodarstw domowych. W krajach rozwiniętych (a takim pod względem struktury zatrudnienia mimo wszystko jesteśmy) przedsiębiorcy stanowią jednak zdecydowaną mniejszość siły roboczej, zaś większość stanowią pracownicy. Sytuacja, w której płaca za pracę ma się nijak do produktywności, musi więc przekładać się na stan posiadania Polaków w ogóle. A jak wygląda stosunek płac i produktywności w Polsce na tle omawianych wcześniej państw? Produktywność Włocha według OECD to 37,2 dolarów na godzinę, a Polaka 22,7. Czyli nasza produktywność to jakieś 2/3 produktywności Włocha. Mogłoby się zatem wydawać, że godzinowy koszt polskiej pracy (a w koszcie pracy płaca stanowi zdecydowaną większość) powinien wynosić – przynajmniej w jakimś przybliżeniu – 2/3 kosztu pracy włoskiej. Tymczasem, według Eurostatu, godzinowy koszt pracy we Włoszech wynosi 28 euro, a w Polsce zaledwie 7,6 euro, czyli niemal 4 razy mniej. A więc zamiast 66 proc. mamy 25. Produktywność Hiszpana (42 dolary na godzinę) jest dwa razy wyższa niż Polaka, a godzinowy koszt jego pracy trzy razy wyższy (21,1 euro). Produktywność Polaka jest o 18 proc. niższa niż Czecha, ale koszt pracy mniejszy o 26 proc. Jednak prawdziwie druzgocące są dane pokazujące relację między wzrostem produktywności a wzrostem płac. W latach 2001-2012 produktywność Polaków rosła średniorocznie o 3,3 proc., Włochów o 0,004 proc., Hiszpanów o 1,4 proc., a Czechów o 2,8 proc. Ale już pod względem kosztów pracy trend wyglądał zupełnie inaczej. Jednostkowy koszt pracy w Polsce rósł w tym okresie średniorocznie o 0,9 proc., we Włoszech o 2,4 proc., w Hiszpanii o 1,75 proc., a w Czechach o 1,8 proc. Jak widać opłaca się w Polsce zatrudniać – szkoda że pracować już dużo mniej. A gromadzić osobistego majątku w takich warunkach po prostu nie sposób.

Zresztą wysuwanie przez polskich przedsiębiorców i ich rzeczników tezy o niskiej produktywności jako głównej przyczynie niskich płac jest cokolwiek bałamutne. Abstrahując od faktu, że płace Polaków są nieadekwatnie niskie właśnie w stosunku do ich produktywności, to przecież niska produktywność nie wynika wcale z lenistwa polskich pracowników. Wręcz przeciwnie, Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy, a nawet świata. Wśród państw OECD, pod względem przepracowanych godzin w roku, Polacy lokują się na 5 miejscu (1929 godzin). Konkurujemy m.in. z Koreańczykami (2163 – 2 miejsce). Nawet Japończycy (1745 godzin), o których obiegowa opinia mówi przecież, że spędzają w pracy cały dzień, są pod tym względem daleko za Polakami. A takim Hiszpanom zaledwie 1666 godzin pracy w roku wystarczy, by utrzymywać nad nami olbrzymią przewagę majątkową. Niska produktywność nie wynika też z braku kompetencji Polaków – przecież za granicą pracodawcy są nimi często zachwyceni. Niska produktywność Polaków spowodowana jest głównie tym, że pracują oni w firmach zacofanych względem Zachodu. W firmach, które, co pokazują niezależnie od siebie różne statystyki, nie inwestują i nie chcą inwestować w innowacje i rozwój – pod względem nakładów na nie jesteśmy w ogonie Europy. A więc przedsiębiorcy, tłumaczący niskie płace niską produktywnością, de facto przerzucają na pracowników odpowiedzialność za negatywne konsekwencje własnych słabości.
Pieniędzy w Polsce wcale tak bardzo nie brakuje – po prostu w ramach przyjętego modelu rozwojowego zostały one rozdzielone w kompletnym oderwaniu od zasług. Spowodowało to trudny do przełamania klincz. Jedną z przyczyn, dla których polskie firmy nie inwestują swoich pokaźnych oszczędności, jest obawa przed niskim popytem na ich produkty i usługi (co wprost pokazuje niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy). Ale bariera popytowa wynika przecież właśnie z neokolonialnej polityki płacowej firm działających w Polsce. Piłka jest po ich stronie. Wydaje się, że inwestycje polskich przedsiębiorstw w tzw. kapitał ludzki to najlepszy sposób na wyjście polskiej gospodarki z neokolonialnego impasu.
Są na to trzy sposoby: zwiększenie zatrudnienia, podwyżki płac i inwestowanie w rozwój kompetencji pracowników. I wszystkie trzy w Polsce szwankują – bezrobocie jest wysokie (12 proc.), płace koszmarnie niskie, a pod względem szkoleń zawodowych nasze firmy są, uwaga, na ostatnim miejscu w UE – według Eurostatu w tej konkurencji wyprzedziły nas już nawet Bułgaria i Rumunia, które z reguły były dotąd za nami. Jeśli przedsiębiorcy działający w Polsce „chomikują” swe zyski w obawie przed brakiem popytu, niech odważą się sięgnąć do swych kies, by zainwestować w pracowników. Zwróci im się to szybciej niż mogliby przypuszczać – w końcu więcej Polaków będzie wówczas stać na ich towary. Przecież, jak słusznie zauważył Henry Ford, samochody nie kupią samochodów.
przez Marceli Sommer | sobota 9 sierpnia 2014 | nasze rozmowy
O polskiej polityce wobec uchodźców i imigrantów, szczególnie z państw autorytarnych, rozmawiamy z Robertem Krzysztoniem, przewodniczącym Sekcji Cudzoziemskiej Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
***
W ramach Stowarzyszenia Wolnego Słowa (SWS) współprowadzisz od lat Sekcję Cudzoziemską. Grupą szczególnie liczną i zarazem ze specyficznymi problemami, której pomagacie, są Wietnamczycy mieszkający w Polsce. Na początek zapytamy więc, jak wygląda podróż Wietnamczyka do Europy, jakie są zwykle powody opuszczenia kraju i jakie przeszkody trzeba pokonać, żeby się tutaj dostać?
Robert Krzysztoń: Oczywiście nigdy nie ma jednego modelu emigracji, który sprawdza się we wszystkich przypadkach. W odniesieniu do Wietnamu sytuacja jest jednak względnie klarowna, a doświadczenia różnych ludzi w znacznym stopniu zbieżne. Wynika to z faktu, że Wietnam jest krajem totalitarnym. To nie jest naturalnie doświadczenie turystów, którzy oglądają tam głównie ośrodki wypoczynkowe i nie czują na sobie oddechu tajnej policji. A jednak bardzo wiele jest elementów, które powinny dać do myślenia nawet turyście. Na przykład billboardy, które wyglądają jak wyjęte z naszych kronik filmowych z lat 50., restrykcyjnie przestrzegany obowiązek meldunkowy czy fakt, że Wietnamczycy tracą zdolność posługiwania się obcymi językami, jeśli rozmowa schodzi na tematy uznawane za niebezpieczne – a to jest bardzo szeroki wachlarz tematów. Słowem, jeśli mamy oczy otwarte, to szybko zorientujemy się, że nie jesteśmy w normalnym kraju.
Kilka lat temu Komunistyczna Partia Wietnamu oraz Partia Pracy Korei, czyli przewodnia siła Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, podpisały deklarację o wspólnej drodze budowy społeczeństwa socjalistycznego. I to rzeczywiście jest ten sam model, tyle że w Wietnamie realizowany z udziałem kapitału zagranicznego. W obu krajach funkcjonuje zorganizowany system opresji, oparty na kodeksie karnym, który w Wietnamie zakłada możliwość nieujawniania podsądnemu treści aktu oskarżenia oraz możliwość utajnienia materiałów, na podstawie których proceduje sąd. Obrona ma w związku z tym charakter fikcyjny. Zarówno w Korei, jak i w Wietnamie, w obozie reedukacji wylądować można na mocy zwykłej decyzji administracyjnej – a są to obozy straszne. W Wietnamie taką decyzję może wydać administracja miejska lub osiedlowa, albo służby państwowe, czyli Milicja i Urząd Bezpieczeństwa. Skazanie człowieka na 5 lat obozu odbywa się na zasadzie mandatu. Popadnięcie w konflikt z kimkolwiek i narażenie się na donos niesie za sobą gigantyczne ryzyko.
Dużo trudniejsze niż opisanie państwa wietnamskiego jest zidentyfikowanie i rozróżnienie poszczególnych grup migrantów. Mówi się np. o uchodźcach politycznych i o emigrantach „niepolitycznych”, ekonomicznych itp. Mam duże wątpliwości co do tej systematyki. Ludzie uciekający przed głodem to także uchodźcy, bo funkcjonują w sytuacji skrajnego przymusu. Co z tego, że nie jest to przymus ze strony opresyjnego państwa. Uchodźca to ten, kto musi uciekać. Pod tę definicję podpadają prawie wszyscy wietnamscy emigranci. Wielu z nich ma pretensje, że mówi się o nich jako o uchodźcach politycznych, bo przecież nie zajmowali się polityką. Ale w Wietnamie stajesz się „wrogiem ludu”, kiedy np. organizujesz sąsiedzką samoobronę przed bezprawiem. Oni się nie czują „politycznymi”, ale w istocie nimi są. Z drugiej strony są ci, którzy świadomie funkcjonowali w różnych strukturach uważanych przez władze za nielegalne – wolnych związkach zawodowych, które nieprzypadkowo przyjęły nazwę Solidarność, czy tych związanych z prężnie funkcjonującym Wietnamskim Komitetem Obrony Robotników. Struktur opozycyjnych jest kilka i są ogromne jak na kraj tego typu, lecz ich członkowie rzadko opuszczają Wietnam, ponieważ władze wyjątkowo chętnie goszczą ich w aresztach i obozach. Według naszych obserwacji, a przez biuro SWS-u przewinęły się tysiące Wietnamczyków, najliczniejszą grupę emigrantów stanowią ludzie, którzy popadli w konflikt z władzami, nie mając zamiaru być opozycjonistami.
Jak to się dzieje?
R. K.: Podam przykład. Od kilku lat toczy się wielka akcja wyzuwania ludzi z własności: wysiedlani są chłopi, a partia zyskuje ziemię przydatną pod inwestycje, z których zyski napełniają kieszenie wietnamskich prominentów. Ludzie z dnia na dzień tracą wszystko. Zabiera im się domy i gospodarstwa, nie dając nic w zamian, więc całe rodziny lądują na bruku. W efekcie powstał ogromny ruch pokrzywdzonych wskutek przesiedleń. Zagrożeni zaborem mienia starają się organizować opór, a już poszkodowani – walczyć o zadośćuczynienie. W naturalny sposób wyłaniają się spośród nich osoby, które podejmują się pośrednictwa, np. zbierają relacje od poszczególnych pokrzywdzonych i jadą do miasta szukać pomocy prawnej. Tego typu oddolni liderzy społeczni są przez reżim namierzani i uznawani za szczególnie niebezpiecznych.
Kolejna grupa, też spora, to ludzie, którzy popadają w konflikt w zasadzie przypadkowo. Otóż w systemie opartym na samowoli i braku oddolnej kontroli, a jednocześnie ogromnej władzy, jaką dysponuje dosłownie każdy milicjant, korupcja ma charakter szczególnie dramatyczny. Wietnam jest krajem bardzo biednym – wbrew mitom, że to jest tygrys, kraj, który się rozwija. Otóż rozwija się głównie dzięki handlowi pracą niewolniczą. Wystarczy przejrzeć roczniki statystyczne: Wietnam eksportuje niewolników i tanią siłę roboczą. Również do Polski, tylko w tym przypadku ma to bardziej cywilizowane opakowanie, natomiast ludzie trafiający na Filipiny, do Malezji czy Chin wyglądają często dosłownie jak z „Chaty Wuja Toma”, są na noc pętani łańcuchami itd.
Wiele osób próbuje poprawić swój byt poprzez przedsiębiorczość – która w mikroskali jest dozwolona. Na przykład gotują w domach zupę pho i sprzedają przechodniom. Do takiego sprzedawcy zgłasza się milicja i „proponuje” podział zysku Taka sytuacja bardzo często staje się groźna. W związku z tym ludzie ci uciekają przed prześladowcami do innego miasta, licząc na to, że w innej miejscowości nie są znani. Przeważnie się nie mylą, bo za takim człowiekiem nie idzie list gończy, ale im bardziej on jeździ, tym więcej ma problemów. W końcu znajduje się na widelcu służb. Ma do wyboru pójść na współpracę, płacić haracz albo uciekać z kraju.
Co łączy te trzy grupy – opozycjonistów, spontanicznych liderów społecznych i niezależnych mikroprzedsiębiorców? To potencjalni pensjonariusze więzień i obozów. Pierwsza grupa to są ludzie, których się wsadza jako wrogów ustroju. Druga, czyli ci, którzy organizują i obsługują pierwsze objawy sprzeciwu społecznego, jest dla władzy niebezpieczna, bo ogniskuje społeczną energię poza odgórną kontrolą…
No i kto wie, czy jej członkowie z czasem nie staną się opozycjonistami.
R. K.: Tak. No i wreszcie ta trzecia grupa – bardzo biedni ludzie, którzy próbują poprawić swoją sytuację i popadają w konflikt z milicją lub władzami lokalnymi, którzy nie chcieli zostać kapusiami ani wspólnikami grupy przestępczej, czyli mają kręgosłup – a skoro tak, to należy ich reedukować.Trzeba przyznać, że ten system jest niezwykle skuteczny w wyłapywaniu najzdolniejszych i najwartościowszych jednostek. Oczywiście władza Socjalistycznej Republiki Wietnamu – Niezależnej, Wolnej, Szczęśliwej (to oficjalna pełna nazwa państwa!) byłaby zainteresowana tym, żeby ich uwięzić, ponieważ jest to skuteczniejsza metoda neutralizacji wrogów politycznych. Problem polega na tym, że już w tej chwili jest sporo ponad 500 osób skazanych z paragrafów politycznych („nadużywanie wolności słowa”, „nadużywanie demokracji” itp.), kilka tysięcy więźniów politycznych z paragrafów kryminalnych (podobnie jak w PRL: prawie nie było więźniów politycznych, bo szło się siedzieć za kradzież papieru, za zaśmiecanie ulotkami i tego typu historie). Liczba pensjonariuszy obozów reedukacyjnych waha się od kilkunastu do kilkudziesięciu tys. osób. Coraz więcej jest wybuchów społecznych, protestów, strajków itp. Gdyby wsadzać wszystkich, których należy wsadzić z punktu widzenia władz, to liczba więźniów politycznych napęcznieje do tego stopnia, że najbardziej cyniczny polityk Zachodu będzie się musiał zacząć od Wietnamu dystansować. Wietnam wszedł już do Światowej Organizacji Handlu, ma znormalizowane stosunki handlowe ze Stanami Zjednoczonymi, stara się o akces do kolejnych instytucji międzynarodowych i odgrywać tam jak największą rolę. Musi w związku z tym dbać o wizerunek za granicą, a tymczasem sytuacja społeczna w kraju się zagęszcza.
Czyli emigracja jest dla władzy wentylem bezpieczeństwa?
R. K.: Tak, ale gdyby tych „niepożądanych” wypuścić do krajów, w których istnieje porządna infrastruktura społeczna – zarówno emigracyjna wietnamska, jak i miejscowa, to natychmiast rozrosłyby się emigracyjne ugrupowania opozycyjne. Dlatego kieruje się ich do Polski i na Ukrainę. Te dwa państwa są traktowane jako emigracyjny wentyl bezpieczeństwa. W MSZ w Hanoi mówi się otwarcie, że mimo całej niemożności porozumienia się z krajami demokratycznymi, istnieje pomost geopolityczny, w ramach którego rozmawia się racjonalnie. Pomost Moskwa – Mińsk – Warszawa. Czyli mamy z jednej strony towarzystwo Putina, z drugiej Łukaszenki, a na dokładkę „przedmajdanową” Ukrainę – to są standardy, które udało się osiągnąć naszej ojczyźnie po 25 latach wolności, przynajmniej jeśli chodzi o politykę migracyjną.
Wróćmy jeszcze do przebiegu podróży Wietnamczyka do Polski. Z tych czy innych przyczyn znajduje się na celowniku władzy. Co dzieje się dalej?
R. K.: Człowiek, który zaczyna być potencjalnym klientem wietnamskich instytucji penitencjarnych, jest przede wszystkim obiektem zainteresowania bezpieki. To właśnie w Urzędzie Bezpieczeństwa zapada decyzja, że trzeba go zamknąć – albo pozbyć się z kraju, jednak nie tracąc nad nim kontroli. Pojawia się pośrednik, który proponuje paszport i legalny wyjazd do Polski. Polska budzi zaufanie. To kraj, w którym obalono komunizm, tu był papież, tu była „Solidarność” – to wszystko są rzeczy w Wietnamie bardzo dobrze znane i popularne. Stąd ciągłe odwołania do Polski w dokumentach opozycji, w nazewnictwie i symbolice. Z punktu widzenia takiego człowieka wyjazd nie brzmi źle. On oczywiście wie, że deal proponuje mu ubek, bo paszporty wydaje Urząd Bezpieczeństwa. Ale jeśli słyszy, że za 500 dolarów można załatwić paszport i legalny wyjazd do Polski, to brzmi wiarygodnie. To jest kupa pieniędzy w Wietnamie, a skoro jest drogo, to może to być uczciwa propozycja.
No i rzeczywiście, taki człowiek dostaje paszport z wbitą rosyjską wizą. Leci do Moskwy, w grupie podobnych sobie. Na miejscu opiekun grupy, który jest oczywiście ubekiem, zbiera paszporty, żeby wbić polskie wizy. No i tu kończy się los paszportów – ci ludzie już więcej ich nie oglądają. Dowiadują się natomiast, że mają do wyboru wracać na piechotę do domu, albo zostać w Rosji, co jest kiepskim pomysłem, gdy się jest nielegalnym imigrantem, albo jechać dalej do Polski przez zieloną granicę – z tym, że drożej, bo cena właśnie wzrosła do 10 czy 15 tys. dolarów. To jest zwyczajny haracz do opłacania na miejscu. Bo i taki jest sens jego wyjazdu.
Co się dzieje, kiedy „transport” z Wietnamu dociera już do Polski? W jaki sposób utrzymuje się nad tymi ludźmi kontrolę?
R. K.: Oni cały czas funkcjonują w warunkach całkowitego zniewolenia i po przyjeździe do Polski stają się żerowiskiem dla swoich bezpieczniackich „właścicieli”. Od razu skłania się ich, żeby zakręcili się za jakąś robotą, a następnie pilnuje, żeby płacili haracz i nie spiskowali przeciwko władzy. Jeśli spiskują, to się ich namierza i dyscyplinuje, albo sprowadza z powrotem do kraju.
Jeśli nie mają dokumentów ani legalnej podstawy pobytu, to bardzo łatwo jest ich w razie potrzeby deportować.
R. K.: Otóż to. Z ich perspektywy wybór jest cały czas ten sam: praca w Polsce, więzienie lub obóz w Wietnamie. A Rzeczpospolita Polska rezygnuje ze swojej suwerenności i oddaje ją tamtej stronie. I tak to wygląda już od ponad 10 lat.
A co się dzieje, kiedy taka osoba natrafi na polską policję?
R. K.:Polska policja zwykle wykazuje się bardzo daleko idącym humanitaryzmem i po prostu prosi, aby jej zapłacić za wstrzymanie się od kroków przewidzianych prawem. To są zwykle nieduże sumy, jakieś 100-200 złotych. Jeśli są w gorszym humorze albo na przykład idą święta, zabierają człowiekowi zegarek, obrączkę, medalik, komórkę, wszystko, co przedstawia jakąś wartość. Ale czasem zdarzają się gorliwi policjanci, którzy odprowadzają na dołek, z którego jedzie się następnie do ośrodka detencyjnego. Środkiem w postaci detencji Polska szafuje w sposób niesłychany w Europie. To są liczby o kilkadziesiąt procent wyższe niż w innych krajach. A przypominam, że umieszczenie w ośrodku detencyjnym jest środkiem zapobiegawczym, bo nielegalne przekroczenie granicy samo w sobie nie jest przestępstwem, lecz wykroczeniem. To tak, jakby pakować człowieka do ośrodka zamkniętego za przejście na czerwonym świetle.
Już w momencie, kiedy „bezdokumentowy” Wietnamczyk trafia do aresztu, zaczyna się procedura wydalania go z kraju. Procedura polega na tym, że odpowiedni Urząd Wojewódzki za pośrednictwem Straży Granicznej prosi ambasadę Socjalistycznej Republiki Wietnamu o potwierdzenie tożsamości aresztowanych. I oczywiście ambasada potwierdza tożsamość wtedy, kiedy kogoś chce widzieć z powrotem w kraju, zwykle dlatego, że ten ktoś zachowuje się nie tak, jak by chcieli – spiskuje, kupuje nieodpowiednią literaturę itp. Zwykle jednak nie potwierdzają tożsamości, ponieważ delikwent jest dla nich bardziej użyteczny w Polsce, kiedy pracuje z pistoletem przystawionym do głowy i co miesiąc musi odpalić działkę, niezależnie od tego, ile zarabia. Poza tym jest jeszcze kwestia rodzin, traktowanych przez reżim jako zakładnicy. Wyjeżdża mężczyzna, ale zostawia żonę i dzieci w Wietnamie. I ktoś mu w odpowiednim momencie przypomina, że tam są bliscy i różnie z nimi może być.
Wietnamska bezpieka działa w Polsce jawnie. Na łamach komunistycznej prasy wydawanej w Polsce publikuje swoje obwieszczenia, listy gończe, sprawozdania z działań różnych grup operacyjnych. ABW, CBŚ i tego typu instytucje wiedzą o tym i w pełni to tolerują. To jest zgroza. Służby, które pozwalają na coś takiego, powinny zostać rozliczone, najdelikatniej mówiąc. Działalność policyjna na terenie innego kraju wymaga specjalnej umowy międzynarodowej i koniec. A tu mamy w dodatku do czynienia z krajem, w którego doktrynie jako państwo członkowskie NATO jesteśmy krajem wrogim.
Jak to się stało, że doszło do takiej symbiozy między polskimi służbami a wietnamskim reżimem?
R. K.: Myślę, że po pierwsze pokierowała tym geografia. Po drugie, jesteśmy krajem, który zająwszy się budowaniem różnych ważnych rzeczy, kompletnie zapuścił kilka innych – i sprawy migracyjne są niestety tego przykładem. Nie ma instytucji, nie ma strategii budowania wiedzy na ten temat. Rada Ministrów skupia całą problematykę migracyjną w rękach jednego wiceministra spraw wewnętrznych, któremu podlegają wszystkie związane z nią departamenty i Straż Graniczna. Mamy wąskie grono ludzi, którzy pracują od ćwierć wieku razem, w warunkach tajemnicy, bo o cokolwiek by się nie zapytało, to wszystko jest tajne przez poufne. Nie ma nawet możliwości dotarcia do decydentów przez organizacje pozarządowe (a w tym środowisku zebrano całkiem dużo wiedzy). Politykę migracyjną realizuje de facto policja, która sama się programuje. Próba zmian tego porządku zaszła za rządów Marka Belki, który przesunął kierownictwo międzyresortowego zespołu ds. cudzoziemców z MSW do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, gdzie ono powinno na zdrowy rozum się znajdować, bo polityka migracyjna to jest polityka społeczna. Natychmiast po odwołaniu tamtego rządu, Zespół wrócił do MSW.
Dlaczego?
R. K.: Dlatego, że struktury siłowe, zwłaszcza Straż Graniczna rozpychają się, próbują podbić swoją pozycję i straszą w związku z tym zalewem cudzoziemców lub możliwością powielenia się w Polsce scenariuszy znanych z Europy Zachodniej, gdzie występują tarcia kulturowe pomiędzy tubylcami a imigrantami.
Panuje chaos, w którym jeżeli się uda dogadać z paroma oficerami czy dyrektorami departamentów, to tak naprawdę ma się załatwioną, by nie rzec kupioną, politykę całego państwa. Jest to tym łatwiejsze, że w instytucjach odpowiedzialnych za politykę migracyjną pracują ludzie, którzy za PRL-u pracowali w służbach wojskowych, w Służbie Bezpieczeństwa itp., i których nie obowiązywała żadna weryfikacja. To nie był UOP czy Policja, w przypadku których trzeba było stanąć przed komisją weryfikacyjną. Do Straży Granicznej czy na urzędnicze stanowiska w MSW ot tak po prostu się szło. W związku z tym poszło tam wielu ludzi z najbardziej zszarganymi życiorysami Z tego typu ludźmi niewątpliwie jest się stronie wietnamskiej bardzo łatwo dogadać. A po 25 latach system krzepnie, przychodzą młodzi, którzy uważają, że to, jak jest, jest naturalne. Mamy więc państwo, które nie prowadzi na tym obszarze żadnej autonomicznej polityki, co owocuje kolosalną krzywdą ludzi. Aktywną stroną jest bez wątpienia państwo totalitarne, a my jesteśmy stroną całkowicie bierną.
W wywiadzie, którego udzieliliście razem z Mirosławem Chojeckim dla Polskiego Radia, mówiliście, że osoba staje się uchodźcą, żeby uzyskać wolność. W kontekście tego, co mówisz o Wietnamie i o sytuacji przyjezdnych, rodzi się pytanie: czy zdarzają się w ogóle sytuacje, w których to się w Polsce udaje?
R. K.: Zwykle oczywiście trafiają z deszczu pod rynnę. Są jednak i tacy, którzy się emancypują, przy czym w ogromnej większości ci ludzie nie chcą się ujawniać. SWS, który zajmuje się sprawami wietnamskimi już od blisko dekady, współpracuje z ok. 500 osobami, z czego działalność jawną, pod nazwiskiem, prowadzi kilkanaście, w porywach do 30 osób. To bierze się stąd, że ci ludzie są w potrzasku. Jeśli wedle prawa są „nielegalnymi imigrantami”, to z tego statusu nie ma wyjścia. Obecna ustawa daje taką furtkę tylko teoretycznie, w praktyce jest ona nie do sforsowania. Realia są takie: Wietnamczycy złożyli w Polsce w ciągu ostatnich 10 lat ponad 2 tys. wniosków o status uchodźcy, z czego pozytywnie rozpatrzono… trzy. Jeden z nich dotyczył bardzo prominentnej opozycjonistki, jej sprawę urząd rozpatrywał dwa lata. Szczęśliwie złożyło się tak, że urząd zakończył wnikliwe badanie sprawy dokładnie dzień po tym, jak Departament Stanu USA przysłał tej pani zaproszenie na zeznania przed komisją Kongresu. Następnego dnia był azyl. We Francji, do której Wietnamczyk stosujący się do protokołów dublińskich powinien dopłynąć kajakiem, rocznie przyznaje się status uchodźcy ok. 100 Wietnamczykom. Jeżeli przebywa się w Polsce nielegalnie, to na wieki wieków amen.
A jeżeli jest się legalnie, to i tak trzeba odnowić paszport kraju macierzystego?
R. K.: Gdyby Polska nie upierała się przy trwaniu w elitarnym klubie państw takich jak Rosja, Białoruś, Wietnam, Korea Północna, Chiny czy kilka krajów islamskich, i gdyby zaczęła wydawać paszporty nansenowskie, czyli paszporty bezpaństwowców, byłoby oczywiście o wiele łatwiej. Ale Polska nie chce ratyfikować konwencji o ochronie bezpaństwowców, podobnie jak kilku innych konwencji, np. o handlu ludźmi, co jest zupełnie kluczową sprawą dla losów osób przechodzących przez zieloną granicę. To przecież nie jest tak, że przepływ ludzi przez granicę bierze się znikąd – stoją za tym ogromne, świetnie zorganizowane struktury. W państwach upadłych (failed states) zajmują się tym przestępcy, a w krajach totalitarnych robi to oczywiście policja. Wiele razy tłumaczyłem, także policjantom, że to, iż w kraju totalitarnym nie ma mafii, nie wynika z tego, że tam mieszkają same aniołki, lecz z tego, że państwo ma monopol na przestępczość zorganizowaną. Wystarczy sobie przypomnieć słynną PRL-owską aferę „Żelazo”, za którą stała polska bezpieka.
Organizatorzy całego tego wietnamsko-emigracyjnego interesu, czyli tamtejsi ubecy, zorientowali się rychło, że może on być o wiele bardziej dochodowy niż na pierwszy rzut oka się spodziewano. W związku z tym zaczęły rozkwitać w Polsce np. nielegalne przedsiębiorstwa oparte na pracy niewolniczej.
W Czechach i Wielkiej Brytanii coraz częściej identyfikuje się pracowników takich podmiotów jako zmuszanych do pracy, a nierzadko do przestępczości, i nie pociąga ich do odpowiedzialności karnej.
R. K.: Dokładnie odwrotnie jest w Polsce, gdzie regularnie skazuje się na kary więzienia niewolników, którzy są przywożeni i zmuszani do nielegalnej pracy czy wręcz do przestępczości. Z nich robi się przestępców, a z „właścicielami” wysocy urzędnicy niejednokrotnie się spotykają i uważają ich za cennych partnerów do dyskusji o wielokulturowym społeczeństwie.
Mamy więc do czynienia z nawarstwianiem się patologii. Na czym to jest oparte? Przede wszystkim na braku ludzkich uczuć u organizatorów tego przedsięwzięcia, czyli funkcjonariuszy bezpieki z Wietnamu, na kompletnej niesprawności państwa polskiego i braku woli rozwiązania tego problemu. Stoi też za tym myślenie, z którym niejednokrotnie spotykałem się u ludzi pracujących w różnych służbach, że to są sprawy wietnamskie i Wietnamczycy mają je sami rozwiązywać.
Ten brak polityki sam staje się polityką, polegającą właśnie na tym, że Polska występuje w wielu kwestiach z zakresu prawa migracyjnego, przyznawania azylu i traktowania cudzoziemców w jednym rzędzie z państwami autorytarnymi. Nie ratyfikujemy konwencji, które są w demokratycznych państwach uznawane za kanon prawa międzynarodowego, bo one wytyczałyby pewien wyraźny kierunek prawu krajowemu. Nasze MSW woli mieć rozwiązane ręce…
Od czasu do czasu temat funkcjonowania wietnamskich tajnych służb na terenie Polski przebija się do mediów. Ostatnio do opinii publicznej dotarła m.in. historia 27-letniego Truonga, którego najpierw „wydano” służbom wietnamskim w Polsce, a następnie deportowano, mimo grożącego mu w kraju niebezpieczeństwa.
R. K.: Jak już mówiłem, reżim wietnamski dysponuje pełnią władzy nad swoimi obywatelami przebywającymi w Polsce. Wynika to częściowo z zaniechań, częściowo z bezmyślności polskiej polityki, częściowo z panującego tu chaosu, a częściowo prawdopodobnie z korupcji politycznej, tak to ujmijmy. O tym, czy kogoś się deportuje, czy nie, decyduje ambasada Wietnamu. Mamy wśród podopiecznych osoby, które posiadają po dwa oryginalne paszporty na różne nazwiska, bo ambasada potwierdza fałszywe dane, gdy chce deportacji współpracowników opozycji demokratycznej. Mieliśmy np. sytuację, że tego samego dnia do Urzędu ds. Cudzoziemców przyszły dwa dokumenty: jeden od ambasady Wietnamu, identyfikujący pewną osobę jako człowieka piętnasto- czy szesnastoletniego, i drugi, dokument lekarski, który określał jego wiek na powyżej 30 lat. To nie przeszkodziło urzędowi uznać dokumenty wietnamskie za wiarygodne. Więc to jest jedna nitka współpracy, nitka legalna. Druga nitka jest półlegalna. Między Polską a Wietnamem obowiązuje umowa o readmisji. Jest to dość zdumiewające, ponieważ readmisja to zawracanie człowieka do kraju, z którego się dostał do nas. Polska nie graniczy z Wietnamem, ale jakimś zrządzeniem opatrzności taka umowa została podpisana i nikt nie dopatrzył się w tym braku logiki. Ta umowa zawiera zapis, zgodnie z którym w celu potwierdzenia tożsamości obywateli Wietnamu w Polsce i obywateli Polski w Wietnamie można dopuszczać do przesłuchania tych osób przez odpowiednie służby. Otóż Wietnam uznał, że najbardziej odpowiednią służbą do przesłuchiwania swoich obywateli nad Wisłą jest wydział zagraniczny Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, wydział A18, który, jak upiera się kierownictwo Straży Granicznej, jest wydziałem ruchu granicznego. W rzeczywistości zajmuje się on inwigilacją środowisk wietnamskich za granicą. Ten punkt umowy readmisyjnej jest wypełniany w sposób szczególnie zadziwiający od 2006 r. W owym roku po raz pierwszy przyjechała do Polski ekipa funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa z Wietnamu i zaczęła prowadzić regularne przesłuchania w aresztach. Przesłuchania miały charakter skandaliczny. Ludzi zastraszano i proponowano im wprost współpracę z bezpieką w zamian za pozostanie w Polsce. Sytuacja taka powtórzyła się szereg razy i za każdym razem polski Urząd ds. Cudzoziemców zapewniał nas, że przesłuchania odbywają się w obecności polskich funkcjonariuszy…
…którzy wszystko rozumieją i kontrolują?
R. K.: Z całą pewnością mówią perfekcyjnie po wietnamsku! Zapewniano nas też, że przesłuchania są rejestrowane. Jednak na każdą prośbę o udostępnienie nagrań otrzymaliśmy odpowiedź odmowną. Dlaczego? Urząd uzasadniał odmowę ochroną danych osobowych przesłuchiwanych. Ale gdy przesłuchiwani sami zwrócili się z taką prośbą, uzyskanie dostępu do nagrań nadal nie było możliwe. Śmiem podejrzewać, że żadne nagrania po prostu nie istnieją. Urząd i Straż Graniczna kłamią, tak jak i w innych sprawach związanych z tymi przesłuchaniami. Wyglądało i wygląda to tak, że strażnicy graniczni zwożą z całego kraju ludzi wytypowanych do przesłuchań. Ich doświadczenia już na tym etapie bywają niepokojąco bliskie torturom. Zdarza się, że są przewożeni np. z Krosna Odrzańskiego do Przemyśla w zamkniętym samochodzie, bez możliwości wyjścia do toalety czy napicia się wody, po czym jeszcze siedzą w tym samochodzie przez 8 czy 10 godzin, czekając na swoją kolej na przesłuchanie. Chodzi o to, żeby tych ludzi zmiękczać.
SWS zrobił na temat tych przesłuchań kampanię, prawda?
R. K.: Zrobiliśmy kampanię i wtedy też przekonaliśmy się, jak mało wiarygodne potrafią być polskie instytucje. Kiedy przyjechała pierwsza grupa wietnamskich ubeków i zaczęły się przesłuchania, dostaliśmy o tym informację w ciągu godziny. Zaalarmowana przez nas „Gazeta Wyborcza” poprosiła o komentarz rzecznika MSW i rzecznika Straży Granicznej. Obaj oświadczyli, że żadna taka ekipa w Polsce nie przebywa i nie pracuje, czyli skłamali. O ile wiem, nie ponieśli za to żadnych konsekwencji. Ale udało się nam przełamać zmowę milczenia: sprawa ujrzała światło dzienne, potem okazało się, że ekipa z Wietnamu jednak była, tylko nic takiego znowu nie robiła zdaniem tych samych rzeczników, którzy wcześniej twierdzili, że nie było jej wcale…
W ramach tych skandalicznych praktyk przesłuchuje się przede wszystkim osoby starające się o status uchodźcy. Jest to bezpośrednie złamanie konwencji genewskiej, która zabrania dopuszczania do jakiegokolwiek kontaktu kandydata na azylanta ze strukturami kraju pochodzenia. Dochodziło nawet do sytuacji, w których ludzie ubiegający się o status uchodźcy wchodzili do pokoju przesłuchań i zastawali tam ubeków wietnamskich nad swoją teczką personalną, w której był wniosek azylowy i reszta dokumentacji, włącznie z zapisem rozmowy o tym, co ich w Wietnamie spotkało. Sprawa powinna się skończyć w sądzie. Tymczasem jednak wciąż mamy do czynienia z łamaniem prawa. Podczas prac nad nową ustawą o cudzoziemcach wiceminister spraw wewnętrznych Piotr Stachańczyk, człowiek, który od ćwierć wieku administruje sprawami uchodźczymi, bardzo się zdenerwował, kiedy przedstawicielka SWS przypomniała sprawę tych przesłuchań i naruszania przez polskie służby konwencji genewskiej. Stachańczyk oświadczył posłom, że nieprawdą jest, jakoby kandydaci na uchodźców byli poddawani takim przesłuchaniom, ponieważ jest to niemożliwe.
Nowa ustawa o cudzoziemcach weszła w życie 1 maja. W tej ustawie udało nam się wyegzekwować respektowanie – formalnie przynajmniej – zapisu Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, który mówi o tym, że każdy człowiek ma prawo do sądu w swojej sprawie. Do tej pory było tak, że uchodźca miał prawo do sądu, ale złożenie wniosku sądowego nie powstrzymywało deportacji. To tak, jakby dać prawo do ubiegania się o coś, pod warunkiem osobistego stawienia się nieboszczyka. Dzięki naszym staraniom udało się zapewnić cudzoziemcom ochronę przed deportacją do czasu wydania werdyktu przez sąd.
Tymczasem zaraz po wejściu w życie nowej ustawy deportowano z Polski jednego z Wietnamczyków, którzy złożyli wniosek o status uchodźcy. W trakcie rozpatrywania wniosku byli przesłuchiwani przez wydział A18 Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Wietnamu, co zdaniem ministra Stachańczyka nie zdarza się w ogóle. Truong, o którym wspominaliście wcześniej (bo o nim tu mowa), odwołał się od decyzji do sądu i w tym momencie został deportowany. Towarzyszyłem mu telefonicznie na całej trasie – od aresztu aż do Okęcia – informując wszystkich funkcjonariuszy, dowódców zmian itd. o tym, który dokładnie artykuł ustawy w tej chwili łamią. Na jednym z tych szczebli powiedziano mi wprost, że mają ustne dyspozycje z ministerstwa, żeby się nie przejmować tym zapisem. Inna sprawa, że nikt tego dzisiaj nie potwierdzi. To jest bardzo poważna historia. Jeżeli minister staje przed Sejmem i odpowiada na interpelacje, oczekuje się od niego, że będzie mówił prawdę. W tym przypadku tak się nie stało. Minister Stachańczyk poinformował posłów fałszywie, że przesłuchań kandydatów na uchodźców przez wietnamskich funkcjonariuszy nie było. Powtarzam jeszcze raz, z wielkim naciskiem, że one nie tylko mają miejsce, ale jest to proceder o charakterze masowym. To nie są incydenty, gdzie można podejrzewać pomyłkę, to jest system.
Czy podobne praktyki mają miejsce w stosunku do obywateli innych państw?
R. K.: Na szczęście nie, to jest dola tylko Wietnamczyków. Dopuszczenie np. rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa do przesłuchania ubiegających się o azyl Czeczenów czy innych ofiar ekspansji rosyjskiej byłoby w Polsce wizerunkowym samobójstwem dla każdej ekipy odpowiedzialnej za taką decyzję. Natomiast jeśli chodzi o Koreańczyków, Tybetańczyków, Birmańczyków czy Laotańczyków, to jest ich w naszym kraju na tyle mało, że nie istnieje zapotrzebowanie na tak systematyczną współpracę ze strony tych reżimów. Tak samo jest z Kubańczykami, chociaż była sprawa kubańskiej dysydentki, córki zamordowanego przez bezpiekę działacza demokratycznego, która opublikowała na emigracji demaskatorską książkę o reżimie Castro. W pierwszej instancji odmówiono jej przyznania azylu. W uzasadnieniu napisano, że po pierwsze fakt, iż jej ojciec został zamordowany przez bezpiekę nie dowodzi tego, że ona jest zagrożona. Po drugie zaś, cytuję: Urzędowi ds. Cudzoziemców nie wiadomo nic, żeby osoby, które publikują książki o sytuacji politycznej na Kubie, były w tym kraju w jakikolwiek sposób zagrożone…
Czy uważasz, że Polska, jako państwo postautorytarne, powinna być szczególnie czuła na sytuację osób, które przyjeżdżają do nas z krajów autorytarnych? Czy mamy wobec nich szczególne obowiązki?
R. K.: Polska ma swoje doświadczenia i to nie są tylko doświadczenia wojny i PRL-u, ale ostatnich trzystu lat. Od Kościuszki poczynając, znaczna część substancji politycznej i kulturalnej rozwijała się na emigracji i było to możliwe dzięki życzliwości krajów, które Polaków przyjmowały. Na przykład Polacy wyjeżdżający, w okresie stanu wojennego i później, do Francji, wszyscy, jak jeden mąż, „gubili” paszporty, tzn. oczywiście wyrzucali je, ponieważ zgodnie z ówczesnymi porozumieniami międzynarodowymi mogli być zawróceni do kraju, z którego przyjechali. Ale nigdy w tamtym okresie nie zdarzyła się deportacja człowieka, który starał się o status uchodźcy. Dziś nasze państwo deportuje ludzi masowo, nie zważając nawet na skrajne niebezpieczeństwa, na jakie ich naraża. Polska ma dług do spłacenia, bo nam pomagano w ciężkich czasach i była to pomoc bardzo znacząca. Tymczasem nie pomagamy krajom, które są w potrzebie. To jest sytuacja naganna moralnie, idiotyczna politycznie, nie do obrony z żadnego punktu widzenia. Argumenty, że polityka życzliwa wobec uchodźców powoduje zaburzenia w handlu z krajami, z których ci ludzie uciekają, to mieszanie porządków. Porządek handlowy, merkantylny, nie powinien mieć w polityce migracyjnej żadnego zastosowania. A po drugie, jest to argument nieprawdziwy, ponieważ wszystkie reżimy autorytarne są zainteresowane handlem z wolnym światem.
Jak widzisz związek swojej dawnej działalności opozycyjnej z tym, że zająłeś się pomaganiem cudzoziemcom?
R. K.: Mogę to zilustrować anegdotą. Gdy zaczynałem się zajmować sprawami migracyjnymi, lata temu, rozmawiałem przez telefon z ciężko chorym już wówczas Wojciechem Ziembińskim, współzałożycielem KOR-u i Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Powiedziałem mu, że według mojej wiedzy źle się dzieje, jeśli chodzi o sprawę uchodźców. Ziembiński żachnął się i powiedział, że to jest kompletnie niemożliwe, aby w Polsce doszło do takiej sytuacji, bo przecież już Konstytucja Trzeciego Maja mówi, że „ktokolwiek wszedł na ziemie polskie wolnym jest zupełnie”. I to jest etos tego narodu. To jest jądro kultury tego narodu. Jeżeli poczytamy Konstytucję 3 Maja, dokumenty kościuszkowskie, uniwersały powstańcze, dokumenty konspiracji z okresu końca Królestwa Polskiego czy Legionów, publicystykę polityczną dwudziestolecia międzywojennego, dokumenty Państwa Podziemnego z czasów II wojny światowej, dokumenty opozycji demokratycznej od prawa do lewa z okresu PRL, to wszędzie tam element otwartości jest bardzo mocno akcentowany. Państwo budowane na zamknięciu, na zasadzie egoizmu narodowego, bez oglądania się na innych, to w ogóle nie jest Polska.
Jednym ze źródeł społecznych napięć związanych z imigracją, co dotyczy też Polaków wyjeżdżających za pracą do krajów „starej Unii”, jest fakt, że imigranci zarobkowi, często z braku wyboru, gotowi są pracować za mniejsze pieniądze i na gorszych warunkach niż ludność tubylcza. Przedsiębiorcy chętnie zastępują w związku z tym dotychczasowych pracowników imigrantami. A wyparci z rynku tubylcy stają się łatwym politycznym łupem nowej prawicy, która organizuje ich gniew i kanalizuje go przeciwko „obcym”. Alternatywnym scenariuszem mógłby być dialog świata pracy ze społecznościami imigranckimi i wspólne działania na rzecz wysokich standardów socjalnych, czego próbują m.in. związki zawodowe w krajach skandynawskich. Czy widzisz szanse na podobne działania w Polsce?
R. K.: W Polsce może z tym niestety być trudniej. Po części wynika to z czynników kulturowych. W Szwecji kilka lat temu związki zawodowe występowały przeciwko planowanym restrykcjom w polityce imigracyjnej. Mam wrażenie, że dzięki bezpieczeństwu socjalnemu w Skandynawii ludzie nie reagują na imigrantów lękowo. A ponadto oni się już dawno zorientowali, że imigracja im się po prostu opłaca. Czy sytuacja w Polsce może potoczyć się w takim kierunku? Trudno wyobrazić sobie wspólną walkę o prawa pracownicze, jeśli wśród cudzoziemców mamy do czynienia praktycznie z pracą niewolną. Na przykład w Wólce Kosowskiej pracują tysiące Wietnamczyków bez prawa pobytu albo z prawem pobytu na rok czy dwa lata, których los zależy w 100% od struktur kraju pochodzenia, a nie od polskich instytucji, których to kompletnie nie obchodzi.
Ale gdybyśmy mieli pomarzyć – proszę uprzejmie. Uważam, że kulturowo Polacy wciąż są nastawieni do imigrantów życzliwie. Problem ksenofobii oczywiście istnieje, ale skala jest niewielka, jeśli porównamy się z innymi krajami. W związku z tym, teoretycznie rzecz biorąc, nie widzę problemu, żeby usiąść choćby w Komisji Trójstronnej i pogadać zupełnie otwartym tekstem o tym, o korzyściach z prowadzenia bardziej otwartej polityki migracyjnej. Ale tu znowu mogę posłużyć się pewną anegdotą, która ilustruje to, jak działa nasze państwo. W Warszawie odbywała się jakiś czas temu konferencja poświęcona imigrantom na rynku pracy. To nie jest moja działka, ale coś tam wiem, m.in. to, że obowiązujący system zezwoleń na pracę jest kompletną fikcją. We wszystkich regionach Polski zezwolenia wydaje się mechanicznie, wystarczy tylko wypełnić jakieś procedury, co oznacza stratę czasu i petentów, i urzędów. Powiedziałem o tym podczas konferencji w sposób prosty, bez zagłębiania się w szczegóły i podczas przerwy podeszły do mnie dyrektorki Powiatowych Urzędów Pracy, i poprosiły o interwencję u polityków w tej sprawie, bo wewnątrz administracji nie ma kanałów przekazywania wiedzy. Cały czas wracamy do tego samego – bez wiedzy trudno prowadzić racjonalną politykę. Jedno wiem na pewno, bo to wielokrotnie testowałem. Związkowcy mają czasem tendencję do myślenia w kategoriach gry o sumie zerowej, że jest X miejsc pracy i jeśli przyjadą jacyś ludzie, to część tego X-a nam zabiorą. Ale jeśli z nimi usiąść i spokojnie porozmawiać, to bardzo łatwo jest ich przekonać, bo to są ludzie, którzy myślą racjonalnie. Oni mają załatwić lepsze warunki pracy. Jeżeli im wyjaśnić, na jakiej zasadzie do tych lepszych warunków może przyczynić się imigracja, to są w stanie to zaakceptować. Nie przewiduję w Polsce większych problemów społecznych z imigrantami. Problemy, które mamy, to są przede wszystkim problemy administracyjne, problemy idące z góry.
Mówiłeś wcześniej o tym, że granica między uchodźcą politycznym a migrantem ekonomicznym jest często pozorna. A jak to wygląda od strony praktycznej? W jaki sposób różnica statusu między ubiegającymi się o azyl ludźmi przebywającymi w Polsce nielegalnie i przebywającymi legalnie np. jako pracownicy tymczasowi, wpływa na ich losy?
R. K.: Oczywiście z punktu widzenia formalno-prawnego jest zupełnie inaczej niż z punktu widzenia społecznego. Polska anarchia miewa pod tym względem dobre skutki. Istnieje np. obowiązek informowania przez administracje szpitali i innych tego typu instytucji o tym, że zgłosił się do nich ktoś, kto nie ma dokumentu potwierdzającego prawo pobytu na terenie Polski. Otóż nigdy nie zetknąłem się z przypadkiem, żeby ktoś spełnił ten obowiązek.
Instytucje państwa bardzo mocno różnicują imigrantów w zależności od ich statusu. Człowiek, który przebywa w Polsce nielegalnie, nie ma żadnych praw, zupełnie żadnych. Z czym to się wiąże? Na przykład z tym, że można „nielegalnych” krzywdzić. Nielegalny imigrant nie ma prawa poskarżyć się państwu, że padł ofiarą przestępstwa. Oczywiście może pójść i się poskarżyć, ale wtedy zostanie aresztowany. Można też na nich zarabiać. Tygodnik „Wprost” opublikowała kiedyś duży materiał na temat Wólki Kosowskiej. Autorzy poprosili o wypowiedź panią wójt gminy Lesznowola, a ona w swojej naiwności przysłała im list. A w liście było napisane m.in., że gmina jest bardzo wdzięczna przedsiębiorcom, którzy w niej inwestują, że inwestycje oskarżane o bycie przykrywką dla przestępczych działań są tak naprawdę szalenie pożyteczne, i że przedsiębiorcy z Wólki opłacają pracę policji na terenie gminy (!).
Te uwarunkowania prawne przekładają się chyba także na sytuację innych grup migrantów, choćby w sytuacjach, kiedy osoby z legalnym pobytem wzywają policję w związku z kradzieżą, a służby zaczynają ich legitymować i sprawdzać dokumenty, zamiast zająć się przyjmowaniem zgłoszenia i szukaniem przestępcy.
R. K.: O ile ktoś, kto nie ma prawa pobytu, nie ma żadnych praw, o tyle posiadacz prawa pobytu czasowego jest człowiekiem drugiej kategorii. Bardzo łatwo mu ten status odebrać, zagrozić nieprzedłużeniem itp. Ktoś, kto ma prawo stałego pobytu, zaczyna być partnerem. Wtedy decydująca staje się zasobność jego portfela. A gdy już ktoś ma prawo pobytu przez dłuższy czas i ma portfel odpowiednio zasobny, to urzędy wojewódzkie opiniują pozytywnie wnioski o nadanie obywatelstwa polskiego. Niestety pozytywną opinię nierzadko dostają również ludzie, którzy są ewidentnie związani ze służbami i strukturami swoich krajów pochodzenia.
To teraz załóżmy pozytywny scenariusz: naszemu uchodźcy z Wietnamu udaje się uzyskać prawo stałego pobytu. Jak wygląda jego życie w kraju niemalże jednolitym etnicznie? Jakie ma uprawnienia, a jakie utrudnienia, jeśli chodzi o kultywowanie swojej tożsamości?
R. K.: Zespół, który zajmował się opracowywaniem ustawy o mniejszościach narodowych ponad 20 lat temu podzielił m.in. społeczności cudzoziemskie w Polsce na te, które są osiadłe i te, które są przejazdem. Życie zweryfikowało te zapisy i oczywiście to prawo musi zostać poprawione, ponieważ mamy nowe mniejszości etniczne i one nie są tu od pokoleń, ale za to będą przez pokolenia. Ale nie tu jest największy problem. Dziś pomoc państwa dla mniejszości etnicznych jest w zasadzie czysto symboliczna. To jest nieznaczne, a często wręcz wirtualne wsparcie życia kulturalnego i edukacji. Jeżeli spojrzymy na grupy, które spełniają kryteria mniejszości narodowej, to nie są one rozpieszczane.
Nawiążmy na koniec do jednego z niedawnych incydentów związanych z sytuacją społeczności osiadłych w Polsce, tzn. do dewastacji tatarskiego meczetu w Kruszynianach. Agnieszka Romaszewska w swoim komentarzu do tej sprawy napisała, że jeśli nie zostaną zidentyfikowani i złapani sprawcy tych działań, to w zasadzie oznaczałoby, że struktury państwa na Podlasiu należy rozwiązać i ewentualnie sformować na nowo, bo coś tam po prostu bardzo nie gra. Co tam się właściwie dzieje?
R. K: Od dawna wiadomo, że coś jest bardzo nie tak i trzeba coś z tym zrobić. Agnieszka Romaszewska ma całkowitą rację. To jest przecież ten sam region, w którym sąd uważa swastykę za azjatycki symbol szczęścia, a faktu prowadzenia przez pracownika aresztu Straży Granicznej rasistowskiego bloga nie uznaje nawet za niepokojący. Podobnych spraw było tam mnóstwo. Jeżeli chodzi o ten meczet, bardziej niż to, że znalazło się paru świrów, którzy postanowili obrazić tych ludzi, niepokoi mnie reakcja środowisk narodowych. Przeczytałem stanowisko jednej z organizacji nacjonalistycznych, w którym dzieli się mieszkających w Polsce cudzoziemców na lepszych i gorszych. Oni użyli tam takiego zdania, że akurat z Tatarami mamy wspólnych wrogów, a dla wrogów nie mamy litości, czy coś w tym guście. Ta sytuacja przypomniała mi wydarzenie z czasów aktywności politycznej Jean-Marie Le Pena. Miał on swego czasu duże szanse na wzięcie władzy w Marsylii. Okazało się, że barierą dla Le Pena jest kwestia Wietnamczyków, którzy są w Marsylii szalenie lubiani. Le Pen przyjechał i na wiecu powiedział, że jego polityka antyimigrancka nie dotyczy Wietnamczyków. W wyborach do Parlamentu Europejskiego Ruch Narodowy uzyskał 1,4% głosów – to jest kompletny margines. Nasze społeczeństwo pamięta, kto postulował i przeprowadzał program Polski jednolitej etnicznie, i pamięta, kto mówił o piątych kolumnach, o wrogach, którzy czyhają na naszą piastowską ziemię itd. Tak że spokojnie, nie tu mamy problem. Problem mamy w państwie, państwo musimy naprawiać, a ze społeczeństwem trzeba rozmawiać i dbać o to, żeby miało wiedzę.
Dziękujemy za rozmowę.
Warszawa, lipiec 2014 r.
Rozmawiali Dorota Przygucka i Marceli Sommer.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 4 sierpnia 2014 | opinie
Czy pamiętają państwo Feliksa Siemienasa? Był to jeden z bohaterów polskiej transformacji początków lat 90. Dorobił się ogromnej fortuny, nosił garnitury od najlepszych krawców i jeździł limuzyną marki Rolls-Royce. Barwna postać, gawędziarz, dowcipniś – dziennikarze bardzo chętnie przeprowadzali z nim wywiady, w gazetach ukazywały się kolorowe zdjęcia i jego samego, i dowodów jego zamożności, takich jak limuzyna czy willa w rozmiarze średniej wielkości pałacu, a najcelniejsze sentencje biznesmena wytłuszczano i wrzucano na pierwsze strony. Spośród złotych myśli biznesmena zapadła mi w pamięć (na długo, jak widać!) jedna. Kiedy pytano Siemienasa, jak dorobił się wielkiego majątku, odpowiadał: „W Polsce jest tylko jeden niezawodny sposób na zarobienie grubej gotówki: kupić działkę jako rolną, a sprzedać jako budowlaną”.
Medialna kariera pana Feliksa zbiegła się akurat w czasie z prorynkową kampanią medialną mającą na celu przekucie postkomunistycznego roszczeniowego społeczeństwa w zbiór nowoczesnych prorynkowych jednostek. Przekonywano więc publiczność, że bogactwo narodów bierze się z zaradności i przedsiębiorczości jednostek, które motywowane żądzą zysku i bogactwa porywają się na twórcze przedsięwzięcia i społecznie pożyteczną działalność, organizują świat na nowo, wymyślają usprawnienia, dzięki którym potrzeby bliźnich są zaspokajane, a świat staje się coraz zasobniejszy i żyje się na nim lepiej. Czytałem więc pochwały przedsiębiorczości i zdrowej chciwości oraz wynurzenia człowieka obdarzonego tymi cechami i nic nie rozumiałem. W jaki sposób spekulacje ziemią (czy w ogóle jakiekolwiek spekulacje) mogą przyczynić się do postępu lub zaspokojenia ludzkich potrzeb?
Oczywiście rozumiałem (i rozumiem), że są ludzie, którzy potrzebują działek budowlanych tam, gdzie do dyspozycji są tylko działki rolne. Rozumiałem, że powinno się im umożliwić negocjacje z odpowiednimi urzędami decydującymi o przeznaczeniu i klasyfikacji ziemi. Czy jednak wprowadzenie między potrzebujących a urząd takiego Feliksa Siemienasa (i jemu podobnych przedsiębiorczych jednostek) nie jest marnotrawstwem, czy nie powoduje zupełnie niepotrzebnego zubożenia i interesantów, i instytucji dobra wspólnego? Jakie dzięki takiej działalności powstają wartości, jakie wynalazki czy idee? Czy świat może stać się choćby odrobinę lepszy, bardziej przyjazny, piękniejszy, a jakakolwiek zbiorowość (naród chociażby) bogatsza dzięki temu, że Feliks Siemienas kupi działki rolne, a sprzeda budowlane?
Przez jakiś czas śledziłem uważnie popularne w tamtych latach rankingi i zestawienia najzamożniejszych Polaków. Interesowało mnie, jak w praktyce działa ta zasada, o której tyle mówili publicyści, uczeni i ekonomiści, a która – jeśli jej nie przeszkadzać – przynieść miała naszej umęczonej ojczyźnie bogactwo i szczęście. W jaki sposób chciwość (lub choćby chęć wzbogacenia się) i przedsiębiorczość jednostek miała się przekładać na powszechny dobrobyt i postęp. Owszem, widziałem i takie przypadki, które mogły mnie przekonać, że przedsiębiorcy zaspokajali ludzkie potrzeby: ktoś tam robił wędliny, ktoś miał fabrykę mebli, ktoś wydawał czasopisma – w każdym razie powstawało coś konkretnego, bez czego ludziom rzeczywiście żyłoby się chyba trochę gorzej. Rzadko jednak udawało mi się znaleźć wśród bogacących się biznesmenów ludzi, którzy stworzyli, upowszechnili czy wdrożyli do działania coś oryginalnego, jakieś idee, usprawnienia, produkty, których do tej pory nie było, a które posuwałyby świat do przodu i jakoś przyczyniały się do większego zadowolenia z życia.
Im więcej takich zestawień sobie po amatorsku analizowałem, tym silniejsze miałem wrażenie, że składają się one z postaci, które – trzymajmy się tej metafory – kupują działki rolne, a sprzedają budowlane. W żaden sposób nie byłem i wciąż nie jestem w stanie pojąć, jaka może być korzyść dla wspólnego dobra chociażby z tego, że jakiś sprzedawca samochodów – podajmy taki fajny przykład sprzed lat – zakolegował się z decydentami i kiedy policja wymieniała polonezy i żuki na auta zachodnie, sprzedał jej mnóstwo volkswagenów drożej niż kosztowały one w jego salonach. Czy dzięki jego przedsiębiorczości policja jeździ lepszymi samochodami? A gdyby nie on, to co, nie jeździłaby? Jaka byłaby szkoda dla policji, gdyby kupiła samochody taniej?
A dziś? Kto mi wyjaśni, jak przyczynia się do dobra wspólnego taki, powiedzmy, miliarder, pan Leszek Czarnecki, twórca Getin Banku i Open Finance? Instytucje te znane są ze sprzedawania produktów finansowych (takich jak polisolokaty) przez entuzjastycznych doradców finansowych, którzy zapominają wspomnieć klientom o takich drobiazgach, jak gigantyczne opłaty likwidacyjne czy odwołując się do ekonomicznej ezoteryki namawiają na finansowanie ich z kredytu. UOKiK nałożył za te praktyki na Getin Bank drobną karę finansową, lecz niewielka to pociecha dla pokrzywdzonych, którzy pikietują oddziały banków i nachodzą wszystkich świętych w nadziei na odzyskanie choć części „zainwestowanych” kapitałów.
Co do tego, że motywem powołania i istnienia tych instytucji jest – zgodnie z teoriami klasyków ekonomii – chciwość, nie mam najmniejszej wątpliwości, zwłaszcza kiedy słucham i czytam niekończące się świadectwa ich klientów. Lecz kto mi wyjaśni, w jaki sposób przyczyniają się one do powszechnego dobra i bogactwa narodu? Czy nie jest przypadkiem tak, że warunkiem istnienia i prosperowania takich instytucji – a więc i bogactwa jej właścicieli – jest niski poziom cywilizacyjny społeczności, w której działa? Czyli np. załamanie systemu opieki emerytalnej, brak zaufania do pomocy państwa i rodziny oraz powszechny strach przed nędzą na starość; zapaść wymiaru sprawiedliwości; niski poziom edukacji i wiedzy prawnej oraz finansowej; niski poziom wiedzy o manipulacjach psychologicznych; wiara w możliwość działania mechanizmów finansowych typu „pożyczę na 12%, na polisie zarobię 20% i będę 7% do przodu. A skoro instytucja może prosperować najlepiej w środowisku zacofanym, dlaczego miałaby być zainteresowana jego rozwojem, postępem, którego owoce dostępne będą dla wszystkich? Czy dla własnego dobra nie powinna raczej dołożyć wszelkich starań, aby żaden postęp w tej społeczności się nie dokonywał?
Albo – różnica skali ogromna, ale przykład smakowity – jak się do dobra wspólnego i do bogactwa narodów przyłożył niejaki Kamil Cebulski? W wielu mediach przedstawiany jest on dziś jako wzór do naśladowania dla młodych ludzi, niegdyś nastoletni milioner, dziś założyciel uczelni będącej kuźnią kadr polskiego biznesu, wpajającej studentom ducha przedsiębiorczości i organizator warsztatów z przedsiębiorczości dla licealistów i gimnazjalistów. Kamil Cebulski pierwszego miliona dorobił się, kiedy dostęp do internetu był drogi. Wpadł mianowicie na genialny pomysł: nagrywał strony internetowe na płyty i sprzedawał po 29,90. Tak jest! Dziś w naszym kraju przedsiębiorczości uczy i podstawy przyszłego postępu wykuwa facet, który internet nagrywał na płyty i sprzedawał.
A słynny ostatnio Marek Falenta, który zanim wpadł na bardziej ekstrawaganckie sposoby pomnażania pieniędzy, dorobił się (podobno) pół miliarda, handlując długami szpitali? Znów mam wrażenie, że teoria niewidzialnej ręki rynku działa jakby połowicznie: widzę tu oczywiście chciwość i przedsiębiorczość, ale nie mogę zrozumieć, w jaki sposób przekładają się one na „bogactwo narodów”, które ma być przesłanką dla stwierdzenia, że „chciwość jest dobra”. Ostatnio przeczytałem, że pan Falenta obraził się na rodaków i na państwo za niedostateczny entuzjazm okazany jego kreatywnym i niekonwencjonalnym metodom prowadzenia interesów. Zapowiedział, że przejdzie na biznesową emeryturę, a ludzie, którzy u niego pracowali, pójdą na zasiłek.
No i sam nie wiem, czy to źle, czy może jednak dobrze. Obiegowa prawda mówi, że to, iż przedsiębiorca zatrudnia ludzi, jest dla społeczeństwa korzyścią niezaprzeczalną. A ja bym jednak chciał, żeby mi ktoś udowodnił, obliczył na papierze lub w pamięci komputera, że społeczny bilans korzyści i strat rzeczywiście jest dodatni. Bo nie jestem wcale pewien, czy jako społeczeństwo wyszlibyśmy na tym gorzej, gdybyśmy pracownikom wysłanych na emeryturę panów Siemienasa, Czarneckiego, Falenty, Cebulskiego i jeszcze wielu podobnych pań i panów zaczęli płacić zasiłek w wysokości ostatniego wynagrodzenia za to tylko, że nie będą robić tego, co robili do tej pory. Niech siedzą w domu i oglądają seriale, niech grają w gry komputerowe albo uprawiają turystykę, tylko niech nie sprzedają działek budowlanych, nie handlują długami, niech nie manipulują kursami akcji, niech nie obsługują dziwnych policyjnych zakupów, niech nie wciskają ludziom polisolokat. Niech nie uczą przedsiębiorczości poprzez opiewanie korzyści, jakie może przynieść sprzedawanie internetu na płytach. Może właśnie społeczeństwo wyszłoby lepiej na tym, gdyby w miarę wcześnie wyszukiwało takich panów (i panie), zrzucało się na ich wille z basenami, rolls-royce’y, rolexy i jachty. Niech się opalają, piją drinki z palemką, jedzą bliny z kawiorem, byleby nic nie robili. Niech mi to ktoś obliczy czarno na białym!