Radosne niewolnictwo

Radosne niewolnictwo

Zaczęło się w Mafeking. Stamtąd wywodzą swoje korzenie. Rdzeniem idei jest to, by ktoś zrobił coś, czego nikt rozsądny, dorosły, zrobić nie chce – z różnych powodów:

  • bo za to nie płacą
  • bo to niebezpieczne
  • bo po prostu nikt nie chce tego robić, skoro atawizmy, rozsądek, rachunek ekonomiczny i rachunek sumienia, wszystkie one razem lub z osobna mówią o tym: nie.

Ta idea brzmi: niech ktoś zrobi to za nas, a jeśli się da, to niech jeszcze za to zapłaci, a gdy zrobi, to wymyślimy mu coś kolejnego. Decydenci przemocą lub przy pomocy podstępnej ideologii, religii, albo czegoś działającego podobnie, od niepamiętnych czasów w celu obniżenia kosztów własnych starają się nas do tego namówić, przekonać, zmusić. Za prekursora uznaje się generała Baden-Powella, który w czasie oblężenia Mafeking wykorzystał zindoktrynowanych nieletnich do wykonania zadań, jakich rozsądni dorośli nie chcieli się podejmować. Dziś zmuszanie i zachęcanie nieletnich do takich działań zaowocowałoby w najlepszym wypadku wyrokami w zawieszeniu. Wówczas również istniały prawa, ale nie istniały organy kontrolne i nadzorujące, więc pilnowano jego przestrzegania jedynie okazjonalnie. Nie wszędzie i nie zawsze granice dorosłości były określone i sztywno przestrzegane. U źródeł skautingu leży posłużenie się dziećmi w wykonywaniu działań łącznikowych w chwili, gdy żołnierze, biorąc pod uwagę wysokość strat przy ich realizacji, odmawiali wykonywania. Gówniarz zrobi to, by wykazać, że jest lepszy od żołnierza – abstrahując od tego, że żołnierz kierował się rozsądkiem, zaś dzieciaka motywowała chora ambicja. To jest uznawany przez wielu punkt założycielski.

Dwa dominujące nurty tej idei to organizacje wzorowane na skautingu oraz wolontariat. Odtąd niewolnicy, którzy dla nas pracują, będą to robić bez kosztów z naszej strony – a my wymyślimy system nic nie wartej punktacji, żeby ich motywować. I na dodatek taka forma aktywności będzie popularna, wielu sąsiadów będzie się tym zajmować. Moda.

Jesteśmy światli i liberalni, ale promujemy wykonywanie pracy za darmo. Niewolnictwo z krytyką niewolnictwa, więc nazwy nic nie znaczą. Albo znaczą coś całkiem innego niż się wydaje.

Pół biedy, jeśli to naprawdę są ochotnicy. Gorzej, gdy dostaje się punkty rekrutacyjne do liceum – masz albo nie – bo wtedy trzeba, a przynajmniej wypadałoby. Sprawie dodaje pikanterii, że poza metropoliami taką działalność doceniają i korzystają z niej dość nieliczne grupy. Uprzedzam: wszelkie skojarzenia z mafią są chybione. Bo to może być szpital, Dom Pomocy Społecznej, szkoła. To może być cokolwiek. Ale odbiorcy tego typu usług – „niech pan pojedzie dalej ze 3 kilometry, oni tam chyba takich szukają” – to m.in. różne instytucje, nierzadko jednostki budżetowe. Muszą coś zrobić, ale w ten sprytny sposób obniżają koszty. Bo wiele tego rodzaju usług dostają darmo.

Do młodych kieruje się ofertę – praktyki i szkolenia, które mają być pierwszym progiem inicjacyjnym. Atrakcyjne wyzwanie. Wielu nowych znajomych. Obietnica, że gdy oni sami staną się już sprawniejsi, to pokierują ruchem lub pomogą w punktach medycznych, no i nauczą się działać w zespole.

W 1939 r. to harcerze utrzymywali pozycje, gdy wojsko się wycofywało. To harcerze zadali olbrzymie straty nacierającym Niemcom w Katowicach, Rosjanom w Grodnie, Ukraińcom we Lwowie itd. To harcerze są znani z powstania warszawskiego. Ale sami się tam pchali, to była ich własna, oddolna inicjatywa. Wszędzie, gdzie się pojawiali, pchali się na pierwszą linię – byle bliżej śmierci? – takie cywilne wojsko. Tam, gdzie są, bywają widoczni, chociażby podczas kwesty na cmentarzu, przy świętach państwowych, albo przy pakowaniu zakupów w markecie za punkty. Udowadniają, że służą Polsce. Było wielu bohaterskich harcerzy, ich były najsłynniejsze i najbardziej spektakularne akcje – ale nie czuli się wykorzystani. Byli dumni.

W PRL traktowano ich niemal jak służbę, zabierano ich na różne akcje do pomocy. W szkołach promowano harcerstwo. To się zresztą zmienia, bo walka o eurogranty skacze z zagadnienia na zagadnienie. Skauting słabnie, bo wymaga dotacji – jeśli ma przyciągać, to musi być nowoczesny. Środki, narzędzia, miejsca – za to trzeba płacić. A z wolontariatu się tylko wyciąga. Orlęta AK, harcerze – do którejkolwiek z tych organizacji twoja latorośl chciałaby należeć, do ciebie należy pokrycie kosztów umundurowania czy transportu, jeśli gdzieś będą ją wywozić. Natomiast zyski z wykorzystania tych młodocianych ideowców wyciągną dorośli, pełnoletni. To oni zostaną docenieni, uhonorowani za zorganizowanie i udostępnienie tej taniej siły roboczej. Jest jeszcze jeden aspekt wspólny tych wszystkich umundurowanych grup: hierarchia, a wraz z nią polecenia, które trudno odróżnić od rozkazów. Odmowa wykonania rozkazu/polecenia jest niemal równoznaczna z wykluczeniem z organizacyjnego kręgu. A kiedy jest się wewnątrz, nie widzi się tego, że to tresura, nie nauka samodzielności.

Ale harcerstwo i podobne organizacje nadają się do wykorzystania tylko incydentalnie, akcyjnie. Na dłuższych „dystansach” używa się wolontariuszy.

Hospicja, DPS-y, Caritas. Wszędzie tam wypadałoby użyć psychologa czy terapeuty, by zaradzić problemom podopiecznych, ale ich zatrudnianie kosztuje. Wolontariusz, który wysłucha żalów i zadziała jak odgromnik, rozładuje napięcie – nic nie kosztuje. Co więcej, taki wolontariusz wykona gratis czynności, do których wypadałoby zaangażować wykwalifikowany i opłacany personel. Skoro już umierający, wymagający opieki, są usunięci na taki ledwo widoczny na co dzień margines, poza horyzont, nie leżą na trotuarach – abyśmy mogli zająć się zarabianiem na siebie i wypracowywaniem zysku dla naszych nadzorców – to ktoś musi się tym zająć. Czy będziemy musieli mu za to płacić? Im wszystkim? Czy tylko niektórym, a resztę namówimy, by zrobili to za darmo i na dodatek z radością. Przecież wynaleziono wolontariat!

Taki wolontariat potrafi dokonywać wielkich rzeczy. Akcja Owsiaka to absolutnie zjawiskowa historia. Nie jestem zwolennikiem celów Owsiaka – „zastąpimy państwo w finansowaniu służby zdrowia” – bo to działa na państwo demoralizująco, skłania do lekceważenia nas, ale zaangażowanie i efekty organizatorów tych działań budzą mój podziw. Przyjmując krótką perspektywę czasową widzimy WOŚP jako supersłodką historię. Tyle sprzętu! W pewnym momencie konkurencji puściły nerwy. Biskup Ryczan powiedział, że w akcji Owsiaka silny jest element satanistyczny. Szatan potrafi być taki podstępny i czasem robi dobre rzeczy. Dziś jednak akcje kościelne i Owsiak są niemal równie popularni, rynek okazał się niesamowicie głęboki.

Tak, wolontariusze robią wiele rzeczy pożądanych społecznie. I ja to robiłem – zbierałem podpisy, sprzątałem, sadziłem drzewa. Tak, mogę to zrobić: gdy nie warto czekać na państwo lub samorząd – i gdy tego chcę. Ale nie wtedy, gdy jestem do tego zmuszony. Często słyszę, że wolontariusz wysłany gdzieś tam, zdobędzie praktykę w pracy – bo tu pracy nie ma i nie ma jak zdobyć praktyki. Tuż obok są tak zwane staże, w ramach których młodzi i starzy wykonują te same prace, co zwykli pracownicy, tyle że za 500 zł miesięcznie. Podobnie działają takie wypożyczalnie niewolników jak Centra Integracji Społecznej, w których też za przepracowanie miesiąca dostaje się demoralizującą i demotywującą pensję. Ta moda na wolontariat w sytuacjach, w których występować powinni etatowi pracownicy, świadczy nie o tym, że chcemy bezinteresownie działać dla innych, lecz o tym, że przed nami jest bezmiar czasu, zero możliwości zarobku, a brak chęci na popadnięcie w niszę notorycznego klienta opieki społecznej. Wolontariuszem zostaje się, by nie zostać streetworkerem stojącym przed osiedlowym monopolowym, wyrywaczem torebek, grabieżcą, a jednocześnie nie ma się możliwości podjęcia pracy. Co więcej, tam, gdzie dotąd czymś zajmował się opodatkowany, oskładkowany pracownik, teraz jego rolę może przejąć wolontariusz. I taki pracodawca – najczęściej dyrektor jednostki budżetowej – zjeżdża z kosztami w ten sposób, że zwalnia pracowników, a ich miejsce zajmują wolontariusze. O tym jednak cicho sza! Ale już o tej inwazji dobrowolnych niewolników i o tym, jak wiele oni czynią, robi się głośno. Są konkursy, w których nagrody dostają przygarniający wielu wolontariuszy, w sposób wyczynowy korzystający z darmowej pracy.

Jestem pracownikiem. Za wiele wykonywanych przeze mnie czynności – nie ujętych w umowie o pracę – nie dostaję pieniędzy. Wolontariat wciska się tu i tam, w moje i w wasze życie. Kiedy chcę coś zrobić gratis dla innych – robię to chętnie. Kiedy muszę to zrobić, aby mój szef więcej zarobił, wszystko się we mnie gotuje. To też jest wolontariat, ten mroczny, satanistyczny. Im bardziej rozpowszechnia się idea darmowej pracy, tym bardziej boję się o swoją przyszłość. Bo ci, którzy wymyślają takie akcje, mają co jeść i gdzie spać. Natomiast wykonawcy, zamiast zarobić swoją krwawicą na życie, sfinansują czyjąś – nie swoją – frajdę. Aby mieć siłę do zrobienia tego, trzeba co pewien czas jeść, a jedzenie nie bierze się znikąd, trzeba płacić. Tymczasem za pot i zmęczenie wolontariuszy ktoś w świetle kamer odbierze nagrodę jako dobroczyńca.

Imaginarium dobre dla biednych i uciśnionych

Czas, w którym przyszło nam żyć, jest straszny. Gdzie mamy wypatrywać pomocy? Skąd oczekiwać odsieczy? Czy możliwe jest wyzwolenie z tej opresji, tego zniewolenia, poprawienie swego losu? Oto prezentacja sposobów, praktyk, myków, którą znamy od zaklinaczy rzeczywistości, od tych, którzy nie dawali się gnębić, ale szukali sposobów wyzwolenia.

Bo przychodzi trudny czas, kiedy nie działają związki zawodowe, nie istnieje prawo pracy, a nawet w pobliżu nie gnieździ się żadna mafia, czyli jest maksymalna pustynia, dupa świata, kraina bez żadnych śladów pomocy socjalnej, czyli tu, gdzie jesteśmy lub za chwilę się znajdziemy. Bo przychodzi czas, kiedy jest gorzej i gorzej, i znikąd nie widać pomocy. I właśnie wtedy możemy pomóc sobie sami… Bezradni i bezbronni nie możemy stać bezczynnie. Czyż mamy dać się zarżnąć jak świnie? Ludzie próbują znaleźć sposoby obrony i je znajdują.

Oczywiście można dochodzić swoich praw w sądzie. Kiedy tylko mamy czas i pieniądze, można to robić – gdy brak nam pierwszego lub drugiego, wtedy lepiej nie ryzykować. Użycie magii wyrównuje różnice w majętności czy wykształceniu. Nie wszyscy są zdolni do używania magii. Ale są tacy, którzy mogą bronić się za jej pomocą w obliczu przewagi.

Szefowie wiedzą, czym jest prawo pracy i jak się je stosuje. Ale używają go tylko wybiórczo – gdy im jest to na rękę. Ścieżki naszego życia prowadzą w mrok. Cały czas jednak możemy wybierać – to nie Kołyma. Jeszcze nie. Można iść szlakiem Jimmy’ego Hoffy, ale to poddanie się władzy możnych i silnych, tyle że innych. Można też sięgnąć po siłę ze swego wnętrza.

Co można zrobić, aby dostać podwyżkę? Aby otrzymać urlop, kiedy chcemy? Aby nasz kierownik stracił stanowisko? Aby nie dostać wypowiedzenia? Aby przyznano nam premię? Aby dostawać najłatwiejsze zadania? Aby szef płacił pensję w terminie? Aby szef wreszcie kupił ubrania robocze? Aby szef wreszcie zaczął dostrzegać nasze osiągnięcia i przestał dostrzegać potknięcia? Aby spóźnienia uchodziły nam na sucho? Aby trudne zadania dawały się łatwo wykonać? Jak pozbyć się ze swojego otoczenia przykrego kolegi? Oto tuzin przykładów. Tuzin ścieżek.

Co zrobić, aby dostać podwyżkę? Sposoby są dwa. Można użyć guzika z ubrania kierownika. Guzik należy spalić, szczątki sproszkować i rozsypać wokoło jego biurka. Tak, aby nikt tego nie zauważył. Trzymając w drugiej dłoni monetę. I myśleć przy tym cały czas o różnicy między monetą a guzikiem, z naciskiem: moneta, nie guzik. Można też na tydzień przed każdą kolejną pensją nosić majtki założone na lewą stronę – ale tylko w pracy. Po pensji, niezależnie od efektu, majtki nosimy normalnie.

Co zrobić, by urlop dostać w tym terminie, który nam odpowiada, a nie w tym, który wygodny jest dla szefostwa? 13 minut po pełnej godzinie należy dotknąć szefa lub kierownika, który o tym decyduje, palcem trzymanym uprzednio w naszym odbycie. Powtarzać należy to przez trzy kolejne dni, bez znaczenia jednak jest, czy to ta sama godzina. Istotne jest 13 minut po pełnej godzinie, nie zaś to, czy to jest ta, czy inna. Skuteczność osiąga się przez dopełnienie trzydniowego cyklu.

Co zrobić, by upierdliwy kierownik stracił stanowisko? By przestał nami rządzić? Aby pozbawić go władzy nam nami, musimy posiadać na jego temat dużą wiedzę z dość specyficznych dziedzin. Będziemy bowiem potrzebowali krwi jego zwierzęcia. Może to być pies, ale lepsze są chomik, myszoskoczek, szynszyl. Największą zaś siłą odznacza się krew ptaków, poprzez proste nawiązanie do ich właściwości: ptaki odlatują. Jeżeli więc to możliwe, musimy zdobyć jego kanarka, papugę, a jeśli ma posesję na wsi i hoduje kury, może to być i kura. Ta jest najsilniejsza. Ptaka należy zarżnąć. Wyrwać mu pióra i umaczać we krwi. Dwanaście piór położyć wokoło siedziby firmy, w równych odstępach. Trzynaste pióro umaczane we krwi ptaka ukryć w jego biurku. Sześć piór umaczanych we krwi i sześć czystych wrzucić do sedesu, z którego korzysta w pracy, i spuścić. Jeżeli kierownik nie hoduje ptaka, lecz futerkowca lub albo gryzonia, zamiast piór należy użyć kępek sierści. Nie zawsze działa.

Co zrobić, aby nie dostać wypowiedzenia, gdy wielu je otrzymuje? Tu potrzebny jest długopis kierownika. Tym długopisem należy 33 razy napisać jego pełne imię i nazwisko na kartce. Kartkę potrzeć o genitalia, aby nimi pachniała. Długopis spalić i sproszkować. Ugotować ryż i ugnieść z niego kulki wielkości cząstki najmniejszego palca. Kulki ryżu wymieszać ze sproszkowanym długopisem, owinąć w podartą na kawałki kartkę z nazwiskiem kierownika i rzucić ptakom. Jeżeli w pobliżu jest akwen wodny, karmimy kaczki lub łabędzie, pilnując jednak, by nie pozostawiać niezjedzonych kulek. Nie wrzucamy ich do wody, lecz karmimy ptaki na brzegu. Pozostałe kulki zabieramy ze sobą. Jeżeli nie mamy w okolicy stawu lub jeziora, dajemy je gołębiom. Karmimy ptaki do momentu zjedzenia przez nie wszystkich kulek. Jeżeli ptaki szybko zjedzą wszystkie kulki, a groźba zwolnień cały czas krąży w firmie, powtarzamy zniszczenie długopisu. Do chwili zaprzestania zwolnień.

Co zrobić, by dostać premię? Znane są co najmniej trzy sposoby. Do pierwszego sposobu potrzebna jest chałwa waniliowa. Kawałkiem chałwy, a najwygodniejsza w użyciu jest taka w postaci batona, pocieramy szefa. Najlepiej po ciele, rękach, twarzy, karku, a jeśli to kobieta – po udach. Należy wykonać co najmniej trzy potarcia. Można też pocierać ubranie szefa, starając się wybierać części garderoby przylegające do ciała, jak mankiety czy kołnierzyki koszuli. Kiedy jednak pocieramy ubranie, ilość potarć musi być jak największa.

Sposób drugi nie wiąże się z bezpośrednim kontaktem. Wystarczy, patrząc na szefa, trzymać kciuk lewej ręki w swoim odbycie. Jeżeli mamy luźne ubranie robocze, wystarczy w tym celu zrobić odpowiednio szeroką dziurę w lewej kieszeni spodni lub kombinezonu i przez nią wysuwać dłoń ku tyłowi w sprzyjającej sytuacji. Działa słabiej i nie zawsze.

Sposób trzeci polega na mruczeniu: „premia, premia”, gdy tylko szef jest blisko. Wymaga długiego i uporczywego stosowania. Może to trwać nawet pół roku.

Co zrobić, aby dostawać najłatwiejsze, najprostsze, najlepiej punktowane zadania? Mając następny dzień wolny, dokładnie planujemy menu spożywanych potraw. Wszystkie posiłki spożywane po pracy powinny zawierać orzechy, chleb, wędzone ryby i owoce tropikalne. Wystarczy jeden produkt, ale im więcej składników, tym pewniejsze działanie. Prócz tego pijemy różowe wino – aż do upicia się. Zrobioną kolejnego dnia kupę odkładamy aż do wyschnięcia na wiór. Kupę suszymy tylko w sposób naturalny, latem na słońcu, zimą ułożoną blisko grzejnika. Kupa ususzona w piekarniku, prodiżu czy mikrofalówce traci potrzebne właściwości. Kupę następnie proszkujemy. Proszek sypiemy pod swe stopy, kiedy kolejny raz przekraczamy próg firmy – ale robimy to już „na ziemi” firmy, nie wcześniej.

Co zrobić, aby szef płacił pensję w terminie i uczciwej wysokości? To trudne i pewnego sposobu nie ma. Pomaga tu trzykrotne okrążanie szefa z najmniejszymi palcami wsadzonymi w dziurki od nosa, prawej ręki w lewą dziurkę, lewej w prawą dziurkę. Szef nie musi nas widzieć, my jego tak. Powtarzać nie częściej niż co sześć dni.

Co zrobić, aby szef wreszcie kupił ubrania robocze? Dwie są metody, by do tego doprowadzić, obie mają związek z bielizną. Można pracować bez majtek, tak jednak, aby się to nie wydało. Pewniejszą metodą jest jednak praca w majtkach żony. Najpewniej jednak, choć o to jest trudno, pracować w majtkach żony szefa.

Co zrobić, aby szef zmienił optykę patrzenia na nas i zaczął dostrzegać głównie nasze osiągnięcia, a przestał zauważać potknięcia? Ilekroć zauważamy szefa, łapiemy się lewą ręką za prawe ucho, przekładając ją za karkiem. Ilekroć zaś szef zbliży się do nas na wyciągnięcie ręki, dotykamy go ręką, którą uprzednio trzymaliśmy swoje genitalia. Dwa chwycenia się za ucho i dwa dotknięcia powtórzone po trzynastokroć powinny dać spodziewany efekt.

Co zrobić, aby spóźnienia uchodziły nam na sucho? Wystarczy, ilekroć szef odwróci się do nas plecami, ukucnąć za nim trzykrotnie, gdy stoi odwrócony. On jednak nie może tego zauważyć. Skuteczność będzie większa, jeśli podeszwy naszych butów są umoczone w naszym moczu.

Co zrobić, aby trudne dla nas zadania stawały się łatwymi? Jeżeli polecenia wykonania otrzymujemy przez telefon, należy w trakcie ich wysłuchiwania starać się dotknąć czubka nosa językiem. Ściągnąć dolne części ubrania tak, by ukazać nagie podbrzusze. Po wysłuchaniu polecenia należy ubrać się ponownie. Jeżeli jednak otrzymujemy polecenie bezpośrednio, potrzebne nam będą tłuszcze. Łatwiejsze jest ich użycie w postaci stałej. Masłem, margaryną, wazeliną lub smalcem nacieramy się pomiędzy pośladkami i pod pachami. Pewniejsze, ale trudniejsze jest polanie sobie tam oleju maszynowego o niskiej krzepliwości.

No i co zrobić, by przykry kolega został od nas oddzielony, abyśmy nie musieli go spotykać i z nim współpracować? Palcami, którymi uprzednio dotykaliśmy swego odbytu i naprzemiennie swoich genitaliów, tak by zapachy były intensywne i niekuszące, dotykamy każdej rzeczy, która jego jest. Dobrze jest jeść potrawy skutkujące wzdęciami i kiedy one nadchodzą, puszczać wiatr stojąc lewym profilem do tego kolegi. Najlepiej, gdy w tej sytuacji stoimy twarzą ku północy. Działanie jest wzmocnione, jeśli jednocześnie wykonujemy wachlujące ruchy dłońmi w jego stronę. Nie zawsze działa.

Oto dwanaście ścieżek.

Magiczność pracownicza jednak nie zawsze jest skuteczna. Czynniki zewnętrzne, okoliczności, sytuacja – nie zawsze sprzyjają. Magia jednak niesie ze sobą niewielkie koszty, w sam raz dla pracowniczego portfela.

Ale pamiętać trzeba, że ta magia nie zawsze skutkuje również i dlatego, że szefowie i kierownicy też posługują się magią, aby nami kierować, władać i rządzić. Ich magia może być silniejsza od naszej. Ale poddać się i nie próbować walki byłoby absolutną sromotą.

Radosne niewolnictwo

Getto

Nowa moda. Jeszcze trzydzieści lat temu ludzie chcieli z getta uciekać, nie dać się tam zamknąć. Z czym się getto potocznie kojarzy? Żydzi i Soweto. Czyli jak się już tacy do naszego miasta dostaną, to trzeba ich odseparować w osobnej dzielnicy, z której nie jest łatwo się wydostać do dzielnicy sąsiedniej. Niech się tam kiszą we własnym sosie.

Ale świat się zmienia i to, co kiedyś miało wydźwięk negatywny, dziś jest celem trudnym do osiągnięcia. I tam gna nas ambicja. Tam chcemy być. Ale nie każdemu jest to dane. Bo ci, którzy są w środku, tak zmienili polaryzację swych ambicji, by uważać, że odseparowani są pozostający na zewnątrz. Administratorzy miast tym ambicjom przyklaskują i wspierają je, bo są dla nich korzystne. To, co dotychczas należało do psiego obowiązku władz opłacanych z naszych podatków, teraz ochoczo przejmują na swoje karki omamieni podatnicy. Władza ich olewa i nie realizuje swoich obowiązków. Nie zaspokaja żywotnych potrzeb, więc bierzemy sprawy we własne ręce, za własne pieniądze, choć płacimy za to, że władza powinna to zrobić, zorganizować. Ale nie robi tego z lenistwa, bo lepiej mieć trzech wiceprezydentów i sponsorować coś, czego sponsorować nie trzeba, a na to, co trzeba, nie zostaje funduszy. Albo – co gorsza – z wyrachowania, więc braki w obsłudze podatników są tak dotkliwe, że ci zdesperowani i sprowokowani (skrycie i przy pomocy półkłamstw) sami postanawiają to zrobić.

Trzeba też wziąć pod uwagę modę – to bzdura, że mając lat 70 (jak większość członków zarządów wspólnot mieszkaniowych na osiedlu komunalnym) nie ulega się jej. Może nie mają smartfonów i hipsterskich ciuchów, ale snobizm na mieszkanie w bezpiecznym bloku łechce ich ambicje – na stare lata dorobiliśmy się tego, że mieszkamy w ekskluzywnej dzielnicy, a jeśli nie dzielnicy, to chociaż bloku. I cóż z tego, że nie przenieśliśmy się nigdzie, a jedynie blok zmienił swój status lub choćby tylko wygląd? To ludzie prości i łatwo im zagrać na takich emocjach.

Więc czas na getto. Kiedyś ci w środku byli zamknięci. Dzisiaj ci w środku myślą, że to ci na zewnątrz są odcięci w bagnie problemów, a ci wewnątrz są od nich wolni. Getto jednak nie pozwala na to i sprowadza się do tego, że odseparowani nie mogą liczyć na pomoc z zewnątrz. Dotykają ich jednak zewnętrzne problemy. Na kilku poziomach odrzucili powiązania z zewnętrzem, więc ono nie czuje się z nimi związane. Muszą radzić sobie sami. Tymi kosztami nie obarczą wszystkich z okolicy, więc to nie zysk, lecz strata. Pewnie w psychice coś im kompensuje te kosztowne inicjatywy.

Grodzimy się od reszty. Stawiamy własny śmietnik. To odważna jest decyzja. Na zagrodzonym trawniku możemy urządzić parking.

Jeden z wiceprezydentów Kielc wypowiedział się kiedyś w telewizji tak oto: błędem było oddawanie wspólnotom bloków po obrysie, oddamy im całe działki za złotówkę, ale niech one tym gospodarują.

Na plus (?) liczy się większa działka – zatem chyba więcej do podziału na właścicieli mieszkań. Nie wiem, choć możliwości kombinacji ze strony administracji są na tyle szerokie, że może się okazać, iż działka jednak nie należy do bloku, a blok ją jedynie na śmieciowej umowie użytkuje.

Minusem wyraźnym i domyślanym jest status części ogrodzonej. To, co dotychczas robiły służby miejskie lub czego zaniechały – to było ich. Teraz scedowane zostały obowiązki, ale już fundusze na ich obsługę – raczej nie. Do tej pory wspólnoty mieszkaniowe miały blok po obrysie, a trawniki między blokami były obsługiwane przez służby miejskie. A gdy blok dostanie działkę i ją ogrodzi, służby miejskie mogą sprawdzić, czy wspólnota zorganizowała koszenie dwa razy do roku na swój koszt. Do tej pory jeśli wiatr albo ludzie nanieśli śmieci, wzywało się służby miejskie, by zrobiły porządek. Teraz patrol Straży Miejskiej przejdzie obok i jeśli zauważy syf, to wystawi wspólnocie mandacik.

Widzę to tak, choć może się mylę: miasto ma z głowy koszty i obowiązki, czyli tanio zrzuca z siebie narastające dramatycznie problemy, wynikające z tego, że przez ostatnie 20 lat biernie przyglądało się postępującej dekapitalizacji osiedli komunalnych. I nagle z takiego zapuszczonego zakamarka, jakim jest np. kielecki Czarnów, robi się prawie ekskluzywne osiedle, z ogrodzonymi blokami z odnowioną elewacją. Nagle: jak tu jest ładnie! Ale ten śliczny młodzian w garniturze ma obsrane gacie i słomę w butach. Bloki wyglądają ślicznie z nową elewacją, lecz bebechy oczekują na gastrologa – instalacje mają po 40 lat, część bloków nie ma nawet zbiorczych wodomierzy.

Nagle wspólny dotąd śmietnik jest czyjąś własnością i już nie wyrzuca się śmieci tam, gdzie najbliżej, lecz do tego jeszcze nie zamkniętego na klucz. I malownicze dotąd osiedle przepoczwarzyło się. Chodnik, którym wracałem wieczorem z pracy, prześwietlony światłem padającym z latarni i przefiltrowanym przez gałęzie, kończy się na siatce – dotarłem do granicy jakiejś wspólnoty. Nie ma przejścia.

Ludzie żyjący tu od 40 lat dali się porwać niezdrowej idei – aż tak się nie lubią?! – oddzielenia się od podobnych nam, sąsiadów z bloku obok. Za własne pieniądze, za kredyt do spłacenia przez lat wiele. Do tego namówiły wspólnoty władze miasta.

Już nie jesteśmy wszyscy razem. Chodnik zagrodzony siatką, śmietnik na klucz, nowe pola konfliktów, ale antagonista jest z sąsiedniego bloku, a nie z Urzędu Miasta. Satanizm stosowany. Satanizm użytkowy.

Ludzie zamknięci w getcie, jak szczury stłoczone na małej powierzchni, zaczynają gryźć się wzajem. Agresja i frustracja zostają przekierowane do środka. Nie przeciw odpowiedzialnym za ten stan rzeczy, lecz przeciw zastępczym celom. Na przykład przeciw tobie.