przez Remigiusz Okraska | wtorek 29 sierpnia 2017 | opinie
Jedno z ostatnich upublicznionych zdjęć Barry’ego Hinesa przedstawia go stojącego na tle ciągnącej się w dół ulicy w rodzinnej osadzie górniczej Hoyland Common. To nieopodal Barnsley w Południowym Yorkshire, jednym z głównych zagłębi węglowych w Anglii. Oczywiście wydobycia węgla już dawno tam nie ma. Nie ma też między nami samego Hinesa. Zmarł w marcu ubiegłego roku. Ostatni poważniejszy tekst napisał w roku 2000, niewiele później zdiagnozowano u pisarza chorobę Alzheimera. Nie ma już wydobycia węgla i nie ma już Hinesa, ale została jego książka „Cena węgla”. „The Price of Coal” to dwuczęściowy film telewizyjny z roku 1977, wyreżyserowany przez Kena Loacha na podstawie scenariusza Hinesa. Później, na bazie skryptu, powstała sama książka. Dokładnie odwrotnie było niemal dekadę wcześniej przy okazji takiej współpracy, dzięki której obaj twórcy stali się znani szerokiej publiczności. Hines w roku 1968 wydał swą drugą powieść, „A Kestrel for a Knave”, która przyniosła mu pewną popularność, a rok później Loach na jej podstawie nakręcił film zatytułowany „Kes” – piękną, popularną, dziś już wręcz kultową opowieść o przyjaźni wrażliwego chłopca i sokoła, osadzoną w realiach górniczej miejscowości i dość bezdusznego systemu społecznego i edukacyjnego.
„Cena węgla” – w dzisiejszych czasach brzmi to dość myląco. Spodziewamy się raczej analizy wpływu CO2 na środowisko naturalne, jakość powietrza i klimat planety. A może rozprawy o tym, ile „wszyscy” „dopłacamy” do wydobycia węgla i utrzymania kopalń, w których jacyś dziwni ludzie – bo przecież ta narracja wskazuje, że nie należą do grona „wszystkich”, zwanych też czasami „podatnikami” – hobbystycznie lub na złość reszcie społeczeństwa zajmują się wydobyciem węgla. Którego, oczywiście, nikt nie chce i nie potrzebuje, bo przemysł nie bazuje na energetyce węglowej, w gniazdkach nie mamy prądu pochodzącego głównie z węgla, a nasze mieszkania i domy są zazwyczaj ogrzewane czymś innym.
Więc tak: to nie jest książka o klimacie ani o podatnikach. Jest o węglu i górnikach w epoce, w której cała nasza cywilizacja i dobrobyt bazowały na tym surowcu energetycznym. Bez niego nie byłoby prawie niczego, w tym nie byłoby późniejszych etapów rozwoju społeczeństwa, które już może myśleć i być w stanie przejść do rzeczywistości nie bazującej na węglu w tak dużym stopniu, a być może tylko w stopniu zaledwie niewielkim. Jest to książka o kapitalizmie, dążeniu do zysku, nieszanowaniu ludzkiej pracy i ludzkiego życia przez zarządców systemu. Jest o tym, że system, który oszczędza na ochronie zdrowia i życia zwykłych ludzi, nie oszczędza na fanaberiach elit. Jest o tym, że zwykli ludzie dostrzegają fałsz, niespójność i podłość tego wszystkiego, choć nie zawsze chcą i mogą to wyrazić lub są władni zmienić na lepsze. Nie jest to zatem książka o węglu, choć węgiel ma w tytule, a cała jej akcja kręci się wokół wydobycia węgla. Być może za 20 czy 50 lat ktoś napisze podobną książkę pod tytułem „Cena energii odnawialnej”. Bo dopóki nie zniknie system nakierowany na zysk i nie szanujący pracy, zdrowia i życia tych, którzy ów zysk zapewniają swoim wysiłkiem, dopóty takie książki będą powstawały. Nie o źródła energii tu bowiem idzie.
Akcja „Ceny węgla” rozgrywa się w (wymyślonej) kopalni Milton Colliery nieopodal wspomnianego Barnsley. Jej szefostwo dowiaduje się, iż zakład odwiedzi książę Karol w ramach dwudniowej wizyty w okolicy i zwyczajowego pokazywania księcia społeczeństwu, a księciu – społeczeństwa. Oczywiście nikt tu niczego nie ogląda na serio. Od początku chodzi o starannie wyreżyserowany teatrzyk. Kopalnia, jak wszystkie wówczas w Wielkiej Brytanii, jest państwowa, więc teoretycznie istnieją tam pracownicze ciała doradcze. Nikt się jednak nie przejmuje ich opiniami. Główny bohater, Syd, doświadczony górnik, zgłasza sprzeciw wobec wizyty oraz oświadcza, że jeśli mimo to dojdzie ona do skutku, to książę powinien zobaczyć kopalnię w jej stanie naturalnym. Jest to jednak gadanie do ściany. Zarząd wie lepiej, nie ma dyskusji, a jedyne, co udaje się wymóc, to tyle, żeby całą pokazówkę zrobić choć częściowo tak, aby jakieś drobne ulepszenia miały charakter długofalowy, nie tylko na czas wizyty.
I zaczyna się istny cyrk. Odnawianie tej – i tylko tej – części zakładu, którą odwiedzi „dostojny gość”. Sprzątanie, którego od bardzo dawna nie było. Sadzenie drzew i krzewów, malowanie latarni, ustawianie tabliczek informacyjnych (z łacińską sentencją Ex Tenebris Lux, co wyjątkowo zdumiewa górników rozmawiających w lokalnym dialekcie), malowanie szybu i wind pierwszy raz od dawien dawna (nie pamięta tego górnik pracujący „w Miltonie” od 30 lat), montowanie gumowych podkładek na siedzeniach kolejki wożącej węgiel, wmurowanie pod ziemią na ścianie jednego z pokładów tablicy upamiętniającej planowaną wizytę, zamówienie srebrnej grawerowanej laski sztygara jako prezentu dla księcia. Mnóstwo zamieszania, wysiłku i kosztów. Wszystko to na tle opisanego sucho, lecz wymownie górniczego wysiłku – ciężkiej, monotonnej i ryzykownej pracy. Z upływem czasu jeszcze przybywa zadań i kosztów. Jest remont drogi dojazdowej, która od lat była dziurawa. Jest zmiana kształtu hałdy i posadzenie na niej krzewów i kwiatów. Jest remont pomieszczeń biurowych, żeby podjąć gościa w luksusowych warunkach. Kolejne pomysły, starania, wydatki. Armia ludzi krząta się wokół „odpicowania” kopalni. Pozostała część górników musi pracować jeszcze bardziej ciężko, żeby utrzymać plan wydobycia. Bo wizyta wizytą, ale funty szterlingi muszą się zgadzać.
Wspomniany Syd robi za dyżurnego malkontenta. Ale nie dlatego, że po prostu lubi narzekać. Syd ma lewicowe poglądy. Cała ta szopka z rodziną królewską to nie jest jego bajka, a co dopiero, gdy rzecz dotyczy bezsensownych wydatków i wysiłków w kopalni, w której on pracuje. W jednej z rozmów w gronie kolegów z zakładu Syd oznajmia: „Mówię o wydawaniu tysięcy funtów z pieniędzy społecznych na wizytę, która nie potrwa dłużej niż dwie godziny. Podobno nas przycisnęło, podobno wszyscy mamy zaciskać pasa? Jak można się spodziewać, że ludzie będą to brali na poważnie, skoro widzą takie rzeczy?”.
Ale inni biorą to na poważnie. Hines sprawnie odmalowuje mechanizm, który polega na tym, żeby ludzi nie mających niemal nic, uczynić dumnymi i zadowolonymi z niematerialnego splendoru związanego z de facto przypadkową w tej kopalni oraz rutynową w ogóle wizytą księcia. „Ludzie tego chcą”, „ludzie pragną”, „ludzie są zadowoleni”, „zaszczyt”, „wyróżnienie”, „wyjątkowy traf”… Takie „argumenty” zamykają usta niemal wszystkim. A komu się nie uda zamknąć ich w ten sposób – jak Sydowi czy jednemu z emerytowanych górników (o porządkach na cześć księcia mówi on: „Pracowałem w tej kopalni przez pięćdziesiąt jeden lat, ale dla mnie nigdy nie zamietli placu”) – temu przywali się już bez patyczkowania i miłych słówek zupełnie inaczej. Słyszą, że są ekstremistami. I że w okolicznych kopalniach, gdzie działają bojowe związki zawodowe i dlatego to nie tam złoży wizytę książę, związkowcy to ponoć komuniści, choć nie ma żadnych dowodów na ich faktycznie komunistyczne poglądy czy przynależność organizacyjną. Znów mamy tu bardzo celnie odmalowany mechanizm urabiania opinii – gdzie nie wystarczy poczucie dumy z fantomowych korzyści, tam trzeba wykreować wroga i unurzać krytyków w błocie pomówień. Nawiasem mówiąc, czytelnikom i czytelniczkom wychowanym po naszej stronie dawnej żelaznej kurtyny jedyny „komunizm”, jaki przychodzi do głowy podczas lektury – jeśli nie są maniakalną prawicą, jakiej dzisiaj pełno – to podobieństwo opisu przygotowań do wizyty księcia Karola do opisów podobnych „ustawek” na cześć PZPR-owskich kacyków.
Z czasem coraz więcej pracowników zaczyna dostrzegać absurdalność podejmowanych starań. Bo koszty rosną i rosną – okazuje się choćby, że książę przyleci jednak helikopterem, co oznacza, iż remont rzadko uczęszczanej drogi nie miał wiele sensu, za to trzeba przygotować jeszcze i lądowisko. Zanim doszło do wizyty, ulewa zmyła wszystko z dawnej hałdy i zniweczyła wysiłki oraz sprawiła, że pieniądze wyrzucono w błoto – całkiem dosłownie. Przybywa natomiast wysłannik księcia, który szczegóły pokazówki planuje ze stoperem w ręku – kto ile kroków przejdzie w jakim tempie, kto gdzie stanie, kto co powie…
Wizyta księcia odbywa się zgodnie z planem. Wszystko udało się niemal idealnie, zarząd kopalni jest zadowolony. Książę odlatuje. I wtedy trzeba zejść na ziemię. W tym przypadku – pod ziemię. A pod ziemią są pieniądze, zysk, wyniki finansowe, poziom wydobycia. Wszystko tam jest, także ludzka harówka, choć ona okazuje się najmniej ważna. Bo oto czas i pieniądze stracone wskutek przygotowań do wizyty trzeba odzyskać za wszelką cenę. Naciska na to zarząd związku kopalń, więc szefostwo kopalni Miltona naciska na pracowników. W żołnierskich słowach dyrektor Forbes ruga sztygara Taylora i każe mu czym prędzej naprawić silnik jednego z urządzeń służących wydobyciu węgla, choć tamten sygnalizuje telefonicznie spod ziemi, że to nie taka prosta sprawa. Co kieruje dyrektorem? „Już widzę, co teraz będzie: stracimy dwie szychty i wydobycie spadnie. W okręgu rzucą okiem na dane i ten cholerny telefon nigdy się nie przestanie urywać” – wyjaśnia sekretarce. A sztygar pod ziemią mówi: „Wszyscy je [kłopoty] będziemy mieli, jak nie zrobimy tego silnika na piętnastce i nie zaczniemy dawać węgla. Forbes już mnie za to ochrzanił”.
Doświadczony górnik Frank Morris i praktykant Steve Oates zostali skierowani do naprawy silnika, a przy okazji mieli zrobić kilka innych rzeczy. Pośpiech, stres, brak doświadczenia młodego pomocnika – wszystko to skutkuje wybuchem metanu. Pod ziemią znajdowało się wielu pracowników. Większości udało się wydostać z rejonu wybuchu. Wśród nich był syn Syda, Tony. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Od razu znaleziono trzy ciała. Losy kolejnych czterech osób nie są znane przez długie partie książki. Wśród nich jest kopalniany „ekstremista” i „wichrzyciel”. Jego syn, wraz z innymi górnikami, wezwanymi rodzinami i ludźmi z lokalnej społeczności, długo czeka na wieści z dołu. Choć jest lekko ranny, zgłasza się do ekipy mającej podjąć próbę usunięcia zwałowiska, które zatrzymało oddział ratowników.
Świetnie, choć dość beznamiętnie odmalowane napięcie i oczekiwanie na uratowanie zasypanych górników jest dopełniane przez inne wątki. Na przykład rozmowy górników o przyczynach wypadku. „Robotnicy omijają przepisy bhp i nie stosują się do nich w imię produkcji, a kierownictwo przymyka oczy i ma nadzieję, że się uda” – mówi Bob Stacey. – „W końcu to nic dziwnego, no nie, jak nas tak naciskają? Gdybyśmy robili tak jak każą w książkach, to przez szychtę byśmy nie dawali nawet łyżki węgla. Wszyscy o tym wiedzą. Właściwie to aż dziwne, jak często nam to uchodzi”. A inny z górników, Jimmy, odpowiada na to swego rodzaju manifestem wplecionym między kolejne kęsy spożywanej kanapki: „Nie mielibyśmy nawet połowy tych wypadków, gdyby zamiast wiecznego kija i marchewki była należycie zorganizowana praca… […] Chodzi mi o to, że gdybyśmy mogli wprowadzić robotę na dniówki i samemu określać cele produkcyjne, to zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo, prawda? Już byśmy dopilnowali, żeby bezpieczna praca i wydajność szły ze sobą w parze. Wtedy byśmy czuli, że to leży w naszym własnym interesie, no nie?”. Młody górnik, oczekujący na wieści o losach zasypanego ojca, przypomina sobie wówczas, iż „tata twierdził, że demokracja w przemyśle jest równie ważna jak walka o zarobki”. Nie, drodzy państwo, nie czytacie jakiegoś barrrrrrdzo rrrrradykalnego manifestu politycznego. To po prostu literatura popularna z czasów, gdy jej twórcy mieli prospołeczne poglądy, a zarówno im, jak i wielu czytelnikom/czytelniczkom przyświecała wiara w możliwość zaistnienia świata ciut lepszego niż ten zastany. Neoliberalizm nastał kilka lat później, zniszczył i nadzieję, i przemysł, i robotnicze społeczności, w których takie myśli mogły kiełkować nie tylko wśród intelektualistów.
Opis katastrofy w „Cenie węgla” to także inne wątki poboczne, mniej wprost polityczne, ale równie wymowne. Na przykład gdy na miejsce katastrofy przybywają dziennikarze żądni tylko sensacji – to chyba początek tabloidyzacji mediów – a górnicy o mało ich nie linczują. Albo gdy później ci sami dziennikarze natarczywie nagabują czekającą na wieści o mężu małżonkę Syda, wciąż nieodnalezionego, choć z czterech zasypanych jeden już zdołał ocaleć (uratowany i niesiony przez ratowników, stwierdza: „Ale kufelek to bym wypił”), a dwóch znaleziono martwych i pokawałkowanych siłą wybuchu. Kath z wściekłością rzuca w twarz gryzipiórkom: „Poczekajcie tylko, aż to wszystko przeminie, a my wystąpimy o następne podwyżki. Wtedy to już będzie inna śpiewka, co? Wtedy to będzie chciwość górników albo spisek komunistyczny. Znów będziemy nakładać okup na cały kraj. Wszystko, byle tylko zwrócić ludzi przeciwko nam… Jakoś nie chcieliście pisać o nas łzawych kawałków, jak były strajki w siedemdziesiątym drugim i siedemdziesiątym czwartym, co? Wtedy nie chcieliście odwiedzać nas w domach…”. Brzmi znajomo, prawda? Jak oskarżenie wobec niefikcyjnych liberalnych gadzinówek, które na przemian szczuły na górnictwo i „roszczeniowych związkowców” oraz tonęły w szlochach i wyrazach współczucia „dla ofiar tragedii i ich rodzin”, gdy w Rudzie Śląskiej i innych miastach zagłębi węglowych dochodziło do katastrof w kopalniach.
Syd przeżył. „Ma złamaną nogę, złamaną miednicę i ciężkie oparzenia piersi i ramion […] Był nieprzytomny, kiedy go wyciągnęli…”. I to już w zasadzie koniec książki. Bez happy endu, bo trudno za taki uznać śmierć pięciu górników i poważne dolegliwości głównego bohatera. Bez moralizowania i podawania na tacy jakiejś interpretacji przeczytanej historii, bo przecież czytelnicy/czytelniczki nie są głupi. Potrafią wyciągnąć wnioski z przebiegu wydarzeń, z szastania forsą na wizytę księcia, a oszczędzania na bezpieczeństwie w kopalni. Z całego, ledwie tu wzmiankowanego, tła tej historii – realiów ciężkiej pracy, skromnego życia rodzinnego, powtarzalności i monotonii losów górniczych rodzin, w których do rangi święta urasta czy to przyjazd księcia, czy lokalne rozgrywki w krykieta. Albo z takich, zapisanych gdzieś mimochodem dialogów, jak ten, w którym rodzice i żony oczekujący na wieści o zaginionych, rozmawiają o nich. Pani Dobson o synu: „Nigdy nie powinniśmy mu byli pozwolić na pracę w kopalni. Ja zawsze byłam temu przeciwna”. Pani King o mężu: „Nasz Ronnie dopiero miesiąc temu przestał brać zasiłek. Jak zamknęli Melton Main, był bez pracy sześć miesięcy. Nie miał gdzie pójść. Nie miał wyboru, jak tylko wrócić do tego”. To wszystko. Mimo iż wiecie, jak się skończyła ta historia, warto przeczytać książkę, bo to dobra literatura o ważnych sprawach. Najważniejszych.
Remigiusz Okraska
Barry Hines, Cena węgla, Książka i Wiedza, Warszawa 1985, przełożył Robert Ginalski. Książkę wydano „za komuny” w sporym nakładzie – 30 tys. egz. – dzięki czemu można ją bez trudu znaleźć dzisiaj w antykwariatach internetowych czy na Allegro w przystępnych cenach.
przez Jan Przybylski | środa 23 sierpnia 2017 | opinie
Każda poważna dyskusja o dzisiejszej Polsce, wychodząca poza bieżączkę polityczną czy najbardziej ortodoksyjną propagandę Wspaniałego Ćwierćwiecza 1989-2014, dość nieuchronnie prowadzi do wniosków, że sytuacja jest średnia. Mamy gospodarkę o niewysokim jak na Europę PKB, tkwiącą w pułapce średniego dochodu, płacącą rentę kolonialną, mało innowacyjną. A przy tym wszystkim kiepskie perspektywy demograficzne. Powstaje pytanie, jakie są możliwości zmiany tego stanu rzeczy przez bieżące działania polityczne i na ile strategie w rodzaju tej ogłoszonej przez wicepremiera Morawieckiego są propagandowymi zbiorami pobożnych życzeń, a na ile jednak jakimiś szansami.
Myślenie kategoriami długiego trwania, wielkich formacji historyczno-gospodarczych, określonych przez kształtujące się w ciągu stuleci habitusy determinant rozwoju lub jego braku może prowadzić do pewnej lekceważenia niewiary w skutki działań doraźnych. Na drugiej szali można położyć chętnie przywoływane przykłady potężnych awansów cywilizacyjnych, jakich doznały w XX wieku Korea Południowa, Tajwan, a także, last but not least, nieco później Chiny kontynentalne. Nierzadko pada jednak argument o możliwej nieadekwatności takich porównań z uwagi na odmienne kręgi cywilizacyjne i moment historyczny. Warto być może zatem poszukać sytuacji w historii Polski, w których szanse modernizacyjne zostały przegapione czy zaprzepaszczone z uwagi na nietrafione decyzje polityczne w kluczowych momentach.
Przedrozbiorowa historia Polski wydaje się nie obfitować z potencjalne punkty zwrotne. Ukształtowany ostatecznie, niesprzyjający innowacji, model gospodarki folwarcznej był mocno zakorzeniony w czynnikach obiektywnych. Był ceną płaconą za zaskakującą odporność populacji ziem polskich (czy szerzej, zachodniosłowiańskich) na zarazy, dziesiątkujące w późnym Średniowieczu ludność Europy Zachodniej, ale nie oszczędzające też terenów obecnej Rosji. Znikome straty ludnościowe ułatwiły osiągnięcie przez państwo polsko-litewskie potęgi politycznej, jednak dostępność rąk do pracy sprawiła, że była ona tania i nie istniały impulsy do poszukiwania pozarolniczych źródeł dochodu czy sposobów zrekompensowania braku ludzi efektywniejszymi metodami gospodarowania lub wynalazkami technicznymi. Doskonała opłacalność produkcji rolnej w wiekach XV i XVI odbierała sens inwestowaniu w wytwórstwo protoprzemysłowe, to po prostu się nie kalkulowało. Korzystała na tym w istocie całość ludności, jednak później pozbawieni siły politycznej kmiecie mieli zapłacić za to obróceniem w faktycznych niewolników. Podobnie dobrodziejstwem inwentarza, wynikającym ze specyficznego, odmiennego od zachodniego modelu feudalizmu, było dysfunkcyjne spełnianie roli zachodniego stanu trzeciego przez liczną szlachtę, która szybko od rycerstwa przeszła do roli faktycznych przedsiębiorców, nadużywających przywilejów wynikających z pozycji politycznej i pozbawionych konkurencji (przez co mogli stanowić prefigurację dzisiejszych „Januszów biznesu”), oraz Żydów, których formacja intelektualna nie zmieniła się wiele od Średniowiecza i miała bardzo mało punktów stycznych z tym, co działo się na zachodzie Europy.
W tej sytuacji znaczące oddalenie się trajektorii rozwojowej Rzeczypospolitej od dominującej w wyznaczającej trendy części kontynentu – było w zasadzie nieuniknione. Pewną zmianę mogło zapewne przynieść powodzenie wysiłków mających na celu wzmocnienie roli monarchy i centralizację władzy – silna stała armia królewska stymulowała wszędzie powstawanie zakładów zbrojeniowych pracujących na jej rzecz, które w Rzeczypospolitej nie zaistniały. Byłaby to zmiana istotna, jednak raczej punktowa i nie wpływająca szczególnie na model gospodarczy panujący w kraju. Poruszanie się po bocznym torze, acz niekorzystne, samo w sobie nie było jednak tragedią. Wszak Rosja we wcale nie lepszych warunkach stała się dzięki wielkości terytorialnej i ludnościowej potęgą – a tych parametrów nie brakowało i Rzeczypospolitej, niezależnie od pogłębiającego się zacofania cywilizacyjnego. Klucz do losów kraju leżał w sferze czystej polityki. Radykalna całościowa modernizacja była co do istoty praktycznie niemożliwa choćby przez samą trudność konceptualizacji (choć silna władza centralna mogłaby na zasadzie imitacji wdrażać ją efektywnie na pewnych odcinkach), ale też nie stanowiła warunku sine qua non utrzymania państwowości.
Rozbiory i XIX wiek przyniosły zasadniczą zmianę. Po pierwsze dawny model polityczno-społeczno-gospodarczy zbankrutował w sposób wyraźny jako jedna z przyczyn katastrofy państwa. Po drugie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa. W nieoptymalnych warunkach politycznej „Rzeczypospolitej jeden i pół”, która wyłoniła się z zawieruchy wojen napoleońskiej, pojawiła się właściwa odpowiedź na problem. Przybrała ona postać polityki interwencjonistycznej, stymulującej odgórnie rozwój, a prowadzono ją z inicjatywy księcia Druckiego-Lubeckiego. Chociaż z uwagi na ograniczający rynek wewnętrzny brak uwłaszczenia chłopów również środowisko społeczno-gospodarcze nie było optymalne, efekty osiągnięte do roku 1830 były bardzo obiecujące. Rozwijały się przemysły górniczy i włókienniczy, poprawie ulegała infrastruktura. Szacowane wskaźniki gospodarcze Królestwa Polskiego były porównywalne z ówczesną Szwecją. Niestety, represje po przegranym Powstaniu Listopadowym uniemożliwiły kontynuację tej polityki, a wprowadzenie barier handlowych na wywóz towarów do Rosji w znacznej mierze zniweczyło jej osiągnięte dotychczas efekty. Co gorsza, likwidacji uległa niedawno założona warszawska politechniczna Szkoła Przygotowawcza, co bardzo utrudniło przygotowywanie kadr inżynierskich – nauka wiązała się z koniecznością wyjazdu do Rosji lub emigracji. XIX-wieczne powstania miały oczywiście szereg przyczyn, niemniej jednak za każdym razem ich rozpoczęcie stanowiło pewną decyzję polityczną, mającą alternatywy i trudno uznawać je za bezwzględne konieczności. Za każdym razem były fatalnie nietrafione czasowo – gdyby któreś wybuchło w czasie wojny krymskiej, miałoby znacznie większe widoki na korzystny wynik. O ile bilans powstań w sferze świadomości narodowej jest kwestią dyskusyjną, w której można sensownie (choć bez możliwości ostatecznego rozstrzygnięcia) formułować różne stanowiska, o tyle w odniesieniu do poziomu cywilizacyjnego większości ziem, które złożyły się na odrodzoną Polskę, wydaje się być jednoznacznie zły. Szansa modernizacyjna przepadła.
Polska, odzyskawszy niepodległość w 1918, była gospodarczą peryferią, w której kumulowały się zapóźnienia wynikające z bocznotorowego rozwoju przed rozbiorami oraz bardzo ograniczonego uczestnictwa w modernizacji będącej plonem rewolucji przemysłowej. Sytuację pogarszały bardzo poważne zniszczenia wojenne. Przywołana wcześniej Szwecja, nienależąca przecież do przodującego gospodarczo centralnego obszaru Europy Zachodniej, zdążyła w ciągu 100 lat uzyskać dwukrotną przewagę w aspekcie rozwoju wyrażonego jako PKB per capita (a do wybuchu II wojny światowej wzrosła ona do dwuipółkrotności). Rozwój przemysłu i infrastruktury w II RP przebiegał niezwykle opornie, mimo inwestycji podejmowanych przez państwo. Ubogi rynek wewnętrzny nie zapewniał tym usiłowaniom przyjaznego środowiska, a obciążenia fiskalne wsi, z których czerpano środki na inwestycje, jeszcze pogarszały sprawę. Kraj bardzo źle zniósł Wielki Kryzys – PKB per capita spadał nieprzerwanie do 1933, osiągając w tym roku 75% wartości z 1929.
Wieś w ogromnej mierze pozostawała na poziomie życia znanym z XIX wieku, była też bardzo przeludniona. A to ona, skupiając w 1931 roku 73% mieszkańców kraju, stanowiła klucz do powodzenia modernizacji. Ogólne ubóstwo było uwarunkowane przez strukturę własnościową: 1% przeważnie ziemiańskich gospodarstw wielkoobszarowych (powyżej 50 ha) zajmowało w 1921 roku 48% gruntów. Progu produkcji towarowej, wynoszącego 5 hektarów, nie przekraczały 62% gospodarstw, a 1/3 chłopów była bezrolna. Reforma rolna była koniecznością. Niestety, przyjęto zupełnie niesatysfakcjonujące rozwiązania „kropelkowe”. Pakt lanckoroński przewidywał parcelację ledwie 200 000 hektarów rocznie, a ułożenie się formacji sanacyjnej z ziemiaństwem w Dzikowie i Nieświeżu spowodowało, że nawet te założenia nie były realizowane i w efekcie w 1938 r. średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego spadła w porównaniu z 1921 z 5,7 ha do 5 ha, natomiast liczba niesamowystarczalnych gospodarczo minifundiów wzrosła do 64,5%.
Efektywna, napędzająca modernizację kraju reforma musiałaby być radykalna, być może nawet realnie wywłaszczeniowa. Zapewne nad ziemiańską Arkadią zniszczoną przez narodowych bolszewików roniłoby się dziś łzy, ale byłby to potężny impuls, dzięki któremu rozwój przemysłu albo dokonywałby się w miarę samoistnie, albo, prowadzony przez państwo, nie wisiałby w próżni. A przy okazji zapewne częściowo rozbroiłoby to fatalną sytuację narodowościową – tutejszy, otrzymawszy od polskiego państwa ziemię, dwa razy zastanowiłby się, czy czuje się Ukraińcem, o którym prawią młodzi agitatorzy, czy może jednak Polakiem, do czego zachęca władza, dysponująca obok kija także marchwią. To też była decyzja. Mógł Ziuk postawić jednego pasjansa mniej, mógł Pan Roman wróciwszy z Wersalu przeczytać bardzo ciekawą książkę, „Myśli nowoczesnego Polaka”, i pójść w kierunku modernizacyjno-populistycznym, a nie uprawiać konserwatyzm potrzebny zacofanej Polsce jak dziura w moście.
Dzięki dokonanym u siebie reformom i reformom własnościowym zaczęły Polskę wyprzedać podobnie postfeudalne nędze, jakimi były kraje bałtyckie (dokonywane przez krajowych obserwatorów porównania wsi litewskiej i polskiej wypadały dla tej drugiej bardzo niekorzystnie) oraz Finlandia. Warto przyjrzeć się przez chwilę przykładowi tej ostatniej. Dokonane w latach 20. kompleksowe reformy rolne przyczyniły się w sposób decydujący do szybkiego wzrostu gospodarczego – PKB per capita wzrósł między 1929 a 1920 o niemal połowę. Wielki Kryzys odbił się również na gospodarce tego kraju, jednak do 1933 roku omawiany wskaźnik wrócił do poziomu z 1929 r., aby do chwili wybuchu wojny wzrosnąć o kolejną jedną trzecią. Reformy przyczyniły się też do scalenia politycznego kraju, podzielonego przez wojnę domową między białymi a czerwonymi. W 1939 społeczeństwo fińskie przeciwstawiło się konsekwentnie i jednomyślnie sowieckiej inwazji, a propaganda najeźdźców nie znajdowała praktycznie żadnego posłuchu. Jednocześnie przemiany nie spowodowały alienacji społecznej dotychczasowych właścicieli ziemskich – szwedzkiej szlachty. Można zatem zakładać, że i Polska mogła na podobnym programie bardzo skorzystać. Siła gospodarcza przełożyłaby się na wojskową, zwiększającą poważnie szanse przetrwania w niezwykle trudnym otoczeniu, oraz na polityczną.
Ostatnią dotychczasową niewykorzystaną szansą modernizacyjna jawią się być czasy pogomułkowskie, kiedy w sumie całkiem sensowne gierkowskie inwestycje, równoległe do dokonywanych w Korei Południowej i idące w podobnych kierunkach, zamiast nadać impet, rozmyły się z powodu braku możliwego przecież urynkowienia gospodarki, zwiększającego popyt i rozwiązującego nierozwiązywalne przy centralistycznym dogmatyzmie problemy typu brak sznurka do snopowiązałek. Pewna szansa występowała jeszcze za czasów generała Jaruzelskiego. Wystarczyło, imitując drogę chińską, zamiast wolności politycznej zwiększyć zakres swobody gospodarczej. Tych parę lat do i tak nieuniknionego upadku systemu dałoby czas temu, co stworzono w poprzedniej dekadzie na okrzepnięcie zamiast gnicia oraz na wejście do otwartej konkurencji światowej na o wiele lepszych warunkach (vide Czechy czy Słowenia).
Nie ma powodu przypuszczać, że drzwi na klatkę schodową są już nieodwołalnie zamknięte i jesteśmy skazani na snucie się po obecnie zajmowanym piętrze. Polska ma, jak by nie patrzeć, kapitał w postaci sporej wielkości populacji. Najpierw, po zebraniu przez władzę centralną do kupy barbarzyńców, pozwolił on sam w sobie wystrzelić z państwem, które było w stanie oprzeć się w konfrontacji dawnym kolegom w barbarzyństwie, którzy jakieś 700 lat wcześniej zaczęli korzystać z dobrodziejstw. Nie udało się to mniej licznym barbarzyńskim pobratymcom z zachodu, tym ze wschodu sami zaczęliśmy wchodzić w szkodę. Ten sam kapitał pozwolił po ogarnięciu się i ubraniu butów zamiast łapci zacząć grać o wysokie stawki. Od XVII wieku pozostaje niestety niewykorzystany, ale istnieje. Dlatego np. ewentualny rozpad Wielkich Współprac i powrót protekcjonizmów nie jest dla nas wyłącznie zagrożeniem, ale może być też szansą – byle wstrzelić się z decyzjami…
dr Jan Przybylski
przez Kelton Sears | poniedziałek 21 sierpnia 2017 | nasze rozmowy
Rozmowa z Asadem Haiderem, założycielem i redaktorem naczelnym magazynu „Viewpoint”, na temat ideologii, która jego zdaniem niszczy lewicę.
***
W okresie, który nastąpił po wydarzeniach 11 września 2001 r., tożsamość Asada Haidera stała się przedmiotem sporego zainteresowania. Jako przedstawiciel pierwszego pokolenia Pakistańczyków mieszkających w USA przypomina on sobie z tamtego okresu, że był napastowany i zatrzymywany na lotniskach – wszystko z powodu pochodzenia etnicznego. Dzisiaj jego tożsamość także spotyka się z wielkim zainteresowaniem ze strony przeciwników politycznych i osób niechętnych marksistowskiemu magazynowi „Viewpoint”. Nazywają go one „bojowym kolektywem badawczym”. Tyle że obecnie, inaczej niż kilkanaście lat temu, wielu oponentów oskarża Haidera o „bycie białym”, czyli o utratę kontaktu z prawdziwą rzeczywistością świata polityki tożsamościowej.
„To całkowicie wymazuje moje własne doświadczenie rasizmu i zniekształca poglądy, które wypracowałem, żeby zrozumieć te doświadczenia” – mówi w długiej rozmowie z „Seattle Weekly”. Haider, obok swojego kolegi z „Viewpoint” Salara Mohandesi, R. L. Stephensa II z „Orchestrated Point”, redaktora „Jacobina” Bhaskara Sunkara, profesora Adolpha Reeda juniora z Uniwersytetu Pensylwanii czy profesor Keeangi Yamahtty Taylor z Princeton, stał się jednym z wielu marksistów o kolorze skóry innym niż biały, którzy głośno krytykują sens i skuteczność współczesnej liberalnej polityki tożsamościowej. Rozmawialiśmy o tym, dlaczego, jego zdaniem, polityka tożsamości to „ślepa uliczka”.
***
Czy możemy zacząć od doprecyzowania, jak rozumie Pan „politykę tożsamości”? To bardzo mgliste pojęcie, jednak sądzę, że dla wielu osób ten termin oznacza po prostu antyrasizm lub walkę o podstawowe prawa obywatelskie.
Asad Haider: Uważam, że należy nakreślić jasną linię podziału pomiędzy historycznymi ruchami, które atakowały strukturę definiowaną poprzez opresję rasową – afroamerykański Ruch Praw Obywatelskich czy Black Power to oczywiście narzucające się od razu przykłady, ale ruchy te sięgają tak naprawdę aż do korzeni amerykańskiego kapitalizmu – a tymi, które rozwinęły się niedawno. Dla nich polityka nie jest ruchem na rzecz zmiany struktury społecznej, lecz walką o uznanie indywidualnej lub grupowej tożsamości.
Ruchy, które mówią o polityce w terminach „rasy i płci”, jak gdyby były one różnymi formami tej samej substancji, to nowsze zjawisko. Moim zdaniem powstały one w wyniku wydarzeń, które unieszkodliwiły prawdziwie rewolucyjne inicjatywy i postawy wymierzone w strukturę społeczną definiowaną przez rasizm i kapitalizm.
System rządów oparty na wykluczeniu osób kolorowych (a działający poprzez włączenie do systemu prawnego supremacji białych), uległ zmianom dzięki sukcesom Ruchu Praw Obywatelskich (Civil Rights Movement). W efekcie możliwy stał się akces kolorowych do klasy panującej. Dzięki temu ta klasa rozbroiła zagrożenia, jakie stwarzały dla systemu władzy takie inicjatywy, jak Ruch Praw Obywatelskich i Black Power. Skierowano go na ślepy tor polityki, która stawia wyłącznie na jednostki wyabstrahowane z ich pozycji klasowej.
Pan i Salar Mohandesi napisaliście w jednym z powyborczych artykułów: „Będziemy musieli przemyśleć antyrasistowską strategię, która posłużyła głównie do zróżnicowania rasowego/etnicznego klasy profesjonalno-menedżerskiej”. Ale czy nie jest ważne, by na pozycjach władzy reprezentacja społeczna była właśnie różnorodna?
A. H.: Kwestia reprezentacji jest oczywiście niezmiernie ważna. Jej zapewnienie było jednym z największych sukcesów rewolucyjnego ruchu antyrasistowskiego. Nie należy tego lekceważyć. Ale nie oznacza to, że lewica powinna chcieć jeszcze mocniej mówić językiem polityki tożsamości – to również byłby błąd. Potrzebujemy innego rodzaju języka – traktującego kwestie rasy i rasizmu bardzo poważnie. Języka rozumiejącego rolę, jaką odegrały w przeszłości te kwestie zarówno w ruchach rewolucyjnych, jak i w podtrzymaniu systemu kapitalistycznego w USA.
Salar w swoim opublikowanym w czasopiśmie „Viewpoint” artykule pt. „Kryzys tożsamości” pisze, że idea „polityki tożsamości” została stworzona po raz pierwszy przez czarną, feministyczną i lesbijską grupę Combahee River Collective. Jaką rolę grała „polityka tożsamości” w swoich początkach?
A. H.: W późnych latach 60. i w kolejnej dekadzie w USA działało wiele organizacji, które wierzyły, że rewolucja jest tuż za rogiem. Socjalistyczna polityka miała konkretne oblicze praktyczne i organizacyjne. Antykapitalizm był częścią głównego dyskursu lewicy. W tym kontekście pomysł, że poszczególne tożsamości muszą zostać uznane za istotne z powodu cechujących je różnic oraz że warto przyjrzeć się wynikającym z nich postulatom, był krokiem bardzo postępowym.
Pokazywał on bowiem, że jeśli w centrum antykapitalistycznej polityki stawiamy wyłącznie wyobrażoną postać białego mężczyzny-robotnika, zostawiamy za burtą ogromną część klasy pracującej i umywamy ręce od sytuacji innych grup, które czekają na prawdziwą emancypację – a zatem od jej prawdziwego znaczenia.
Kolektyw Combahee River zaproponował eksperyment, mówiąc, że większość radykalnej polityki bierze się z naszej indywidualnej tożsamości. To było niezmiernie ważne wyzwanie dla ówczesnej polityki socjalistycznej – ślepej na rasę i płeć. Jednak moim zdaniem ich analiza nie była w pełni trafna. Jednostkowe tożsamości, jak zobaczyliśmy później, także mogą być źródłem reakcyjnych postulatów. To problem, z którym musimy się zmierzyć.
Fascynujące, jak Richard Spencer zaadaptował język polityki tożsamości dla białego nacjonalizmu. Określa się „tożsamościowcem” i chce, aby USA były „bezpieczną przestrzenią” dla ludzi pochodzących z Europy.
A. H.: Właśnie to sprawia, że, pomimo produktywnych początków i konstruktywnych prób pogłębienia socjalistycznych postulatów, polityka tożsamości jest ślepą uliczką. Nie może stanowić punktu wyjścia dla ruchów emancypacyjnych.
Kiedy zatem Pana zdaniem polityka tożsamości stała się przeszkodą dla tych ruchów?
A. H.: To bardzo złożona kwestia. Jesteśmy w stanie określić, kto był prekursorem polityki tożsamości – na przykład w kulturowym nacjonalizmie [idea, według założeń której naród definiowany jest na podstawie kultury współdzielonej przez jednostki; tym odróżnia się od nacjonalizmu opartego na podstawach etnicznych – przyp. red.], przeciw któremu występowały Czarne Pantery czy Partia Komunistycznej, walcząca z jego wcześniejszymi wcieleniami już w latach 20. Była to ideologia mówiąca, że źródłem wyzwolenia Czarnych będzie afrykańska tożsamość. Czarne Pantery twierdziły, że to niewłaściwa diagnoza, bo, aby obalić supremację białych w USA, konieczny jest atak na kapitalizm. Rzeczywiście, jeśli całość polityki zbudujemy na afrykańskiej tożsamości, pominiemy wiele bardzo realnych sprzeczności istniejących w czarnych społecznościach oraz w skali globalnej. Widzimy więc, że ten problem istnieje już od dawna.
Jeśli chodzi o nowy język polityki tożsamości, sądzę, że jego początki mogliśmy zaobserwować w latach 80., na fali ruchów rewolucyjnych wyrastających z Nowej Lewicy, jak i ze wspólnot etnicznych, które zaczęły od różnych ideologii nacjonalistycznych, żeby później przejść w stronę rewolucyjnego antykapitalizmu. Jest wiele takich przykładów – Young Lords, grupy z Chinatown w Nowym Jorku, San Francisco itd. Zaczynały od postulatów nacjonalistycznych, by potem rozwinąć się w organizacje antykapitalistyczne. Płynęły jednak na fali ruchu, który powstał w latach 60. Zostały zatem definitywnie pokonane, i to nie tylko przez przemiany kapitalizmu, które nastąpiły po kryzysach lat 70. i doprowadziły do narodzin neoliberalizmu, ale również przez polityczną strategię prawicy i Ronalda Reagana. Moim zdaniem to właśnie wtedy zniszczeniu uległ język polityki, jakim się posługiwaliśmy. W pewnym sensie można powiedzieć, że polityka tożsamości jest odpowiednikiem reaganowskiego kulturowego nacjonalizmu.
Był Pan także krytyczny wobec roli polityki tożsamości w wyborach roku 2016, szczególnie w kontekście Hillary Clinton. Czy możemy porozmawiać o tym, co w tym przypadku uważał Pan za sprzeczności lub porażki tej ideologii?
A. H.: Jest oczywiste, że obie amerykańskie partie polityczne stawały w obliczu rozmaitych wewnętrznych wyzwań, które wyłoniły się z dominującego paradygmatu amerykańskiej polityki lat 80. W partii republikańskiej te wyzwania przeważyły. W demokratycznej – partyjne elity próbowały wszelkimi środkami zdusić wyzwanie rzucone przez Berniego Sandersa. Jednym z tych środków było przyjęcie języka polityki tożsamości. Sugerowano, że wszystko, co wykracza poza akceptowalne ramy amerykańskiego liberalizmu, wszystko, co choć trochę zmierza w kierunku socjalistycznym, jest absolutnie niedopuszczalne.
Działo się w dziwnym momencie, kiedy w USA pojawił się Black Lives Matter – ruch koncentrujący się na opresji rasowej, który zmienił polityczny krajobraz. BLM nie powinien być pod żadnym pozorem postrzegany jako polityka tożsamości. To ruch w dużej części składający się z najbiedniejszych obywateli USA, opierających się przemocy państwa kapitalistycznego. Tak samo działają wszelkie ruchy dążące do zmiany systemowej. Ale i on ma swoje sprzeczności.
Jedna z nich wyraziła się w niewybrednym ataku na polityków i polityczki, w tym na Berniego Sandersa. Elita partii demokratycznej podchwyciła to bardzo szybko, by go zdyskredytować, twierdząc, że ignoruje on kwestię rasową. Sugerowano, że jakakolwiek polityka bez znaku firmowego Hillary Clinton jest automatycznie rasistowska i seksistowska. Potem, co było dziwne, Hillary Clinton pisała na Twitterze o intersekcjonalności, łatwo zdobywając fanów i fanki w mediach społecznościowych oraz na uniwersytetach. Ten zdumiewający moment pokazał, jak nieszkodliwy jest dyskurs polityki tożsamości dla amerykańskiej klasy panującej.
Główną narracją wyrastającą z polityki tożsamości jest ta o „białym przywileju”. Czy uważa Pan, że jest ona użyteczna dla zrozumienia struktury społecznej?
A. H.: Napisałem trochę o historii tego sformułowania. Wywodzi się ono z grup, które odeszły od Partii Komunistycznej w latach 50. i zyskały pewne wpływy w latach 60. Ich głównymi twórcami byli Theodore Allen i Noel Ignatjew, którzy mówili o „przywileju białej skóry”. Ich koncepcja białego przywileju polegała na tym, że biali robotnicy zostali przekupieni. Amerykańska klasa panująca, szczególnie klasa plantatorów z Południa, przekupiła białych robotników, oferując im wyższy status społeczny i inne przywileje, aby nie zjednoczyli się z czarnymi robotnikami – od czarnych niewolników z XVII wieku po bezlitośnie wykorzystywanych pracowników najemnych w latach 50., 60. i 70. – i aby nie stworzyli zagrożenia dla klasy panującej.
Koncepcja Allena i Ignatjewa mówiła, że przywilej białej skóry jest szkodliwy dla białych robotników. Akceptacja i przyjęcie oferowanej przewagi nad Czarnymi sprawiły, że byli jeszcze bardziej uwięzieni w warunkach wyzysku, właśnie z tych powodów. W rezultacie nie mogli zbudować ruchu przekraczającego granice rasy, aby walczyć z opresją, której doświadczali jedni i drudzy.
Dzisiejsze mówienie o „białym przywileju” jest jednak odwróceniem pierwotnej koncepcji i służy przekonywaniu, że takie zjednoczenie jest niemożliwe. To fascynujące zjawisko – koncepcja zmieniła się we własne przeciwieństwo. Dziś, podczas spotkania organizacyjnego jakiejkolwiek grupy, każda dyskusja między osobą białą a osobą kolorową jest obarczona napięciem i ostrożnością. W każdym momencie osoba biała może zostać oskarżona o „biały przywilej”, a więc zdemaskowana jako ktoś, kto przynosi do grupy interes polityczny, na który nie wyrażono zgody. Mamy do czynienia z zupełnie innym modelem prowadzenia polityki. Modelem, który nie rodzi dyskusji strategicznych, nie buduje zaufania pomiędzy działaczkami i aktywistami, nie prowadzi do poszerzania ruchu, nie ma ambicji masowości. Ale, jako socjaliści i socjalistki, musimy rozumieć, że ten kij ma dwa końce! Jeśli pojawiają się oskarżenia o „biały przywilej”, z reguły jest to objawem braków i problemów w grupie. Lewica musi zapewnić najlepszą odpowiedź na pytania osób kolorowych i na ich bardzo realne krzywdy. Jako kolorowy wiem, że są one prawdziwe.
Wiele urazów stojących za wezwaniami do „sprawdzenia swojego przywileju”, jest na pewno uzasadnionych. Jako biały mężczyzna widziałem wielu białych mężczyzn dominujących i przejmujących całą przestrzeń.
A. H.: Oczywiście. Ale problem polega na tym, że jeśli jedyną odpowiedzią jest „sprawdź swój przywilej”, to sytuacja nie ulega zmianie – biały mężczyzna pozostaje w centrum dyskusji, a poziom partycypacji się nie zwiększa. Mamy skłonność do przeceniania znaczenia ludzkich poglądów i zachowań, kosztem analizy warunków materialnych, w których te poglądy i zachowania powstały.
Jeśli ruch jest zdominowany przez białych mężczyzn, którzy zawłaszczają przestrzeń, którzy nie są wrażliwi na kwestie rasy itd., nie naprawimy tego poprzez mówienie im, żeby zwrócili uwagę na swój przywilej. Możemy to naprawić poprzez zmianę składu grupy – wychodząc do ludzi z sąsiedztwa, wciągając osoby ze społeczności znajdujących się poza naszym kręgiem, budując sojusze z innymi organizacjami. Takie działania mają o wiele potężniejszy wpływ na zmianę postaw i zachowań niż sarkastyczne docinki. Myślę, że za hasłem „sprawdź swój przywilej” stoją bardzo realne urazy. Ale ten komunikat jest całkowicie nieskuteczny, ponieważ nie niesie programu zmiany sytuacji politycznej.
W „White Purity” pisał Pan o tym, jak idea odpokutowywania białego przywileju zmieniła się w liberalną gierkę w „kto jest najlepszym białym sojusznikiem” – w udowadnianie, że znamy odpowiednią terminologię i przeczytaliśmy ważne książki.
A. H.: Jest pewien ważniejszy problem, do którego wyjaśnienia dążyłem, pisząc o białym przywileju. Mamy w kraju ogromną rzeszę białych, którzy są tak samo jak Czarni wykluczeni z lewicowych ruchów. I musimy brać to na poważnie. Mamy populację biednych białych, którzy umierają z powodu uzależnienia od opiatów, uginają się pod brzemieniem nierówności ekonomicznych – ci ludzie muszą zostać włączeni w nasz ruch. Jeśli nasze organizacje składają się z doktorantów anglistyki i informatyków, to zwyczajnie nie docieramy do większości populacji USA, niezależnie od koloru skóry. Myślę, że ta kwestia musi zostać poważnie rozpatrzona – równolegle do analizowania składu rasowego grup lewicowych.
Kiedy ludzie pytają: „Dlaczego na spotkaniu nie ma żadnych kolorowych?”, wskazują na istniejący, poważny problem, ale zamazują jego obraz, wtłaczając go w ramy kwestii rasy i białego przywileju. Problem leży zupełnie gdzie indziej – chodzi o zbudowanie organizacji, która wykroczy poza pewną drobnomieszczańską bańkę, jaka z reguły ciąży ku ruchom lewicowym, i naprawdę włączy w swój obręb masy ludowe ze wszystkimi ich odrębnościami i osobliwościami – biednych białych, biednych kolorowych – wszystkie i wszystkich, którzy tworzą populację tego kraju. Uważam, że ograniczamy się, mówiąc o tym w terminach rasowych, podczas gdy chodzi o kwestie organizacji i strategii.
Ale jak to zrobić, nie popadając w klasowy redukcjonizm? Taką krytykę słyszałem pod adresem Berniego Sandersa i odrodzonych ruchów socjalistycznych w USA. Jak budować marksowski antyrasizm?
A. H.: Nie podpisuję się pod żadnym klasowym redukcjonizmem, ponieważ sądzę, że to postawienie sprawy na głowie. Staramy się zrozumieć bardzo konkretne kwestie, takie jak rola rasy w naszym ruchu czy w społeczeństwie amerykańskim. Zadawanie pytania „Czy klasa jest ważniejsza od rasy?” to mocno zawikłane podejście do używania marksowskiego języka. Takie postawienie sprawy byłoby wyjściem od konkretu do abstrakcji, kiedy to materialistyczna metoda marksizmu postulowała kierunek odwrotny. Co to oznacza w tej konkretnej sytuacji? Musimy wziąć abstrakcję w naszej głowie – rasę – i dodać do niej złożoność wszystkich składowych, które ją determinują, i doprowadzić do materialnego konkretu w codziennym życiu. To oznacza, że nie możemy stawiać pytań w rodzaju „Czy ważniejsza jest klasa czy rasa?” i robić z tego abstrakcyjnej debaty teologicznej.
Musimy spojrzeć na naszą obecną sytuację materialną i prawdziwy stan rzeczywistości politycznej. Kiedy to zrobimy, wówczas będziemy mogli robić politykę, która mierzy się z wieloma formami opresji. Uważam, że absolutnie bezsensowne są stanowiska mówiące, że klasa jest bardziej fundamentalna od rasy, ponieważ chodzi w niej o podstawowe ludzkie potrzeby: pożywienia i dachu nad głową. To idealistyczne podejście. Z całą pewnością, kiedy zostajesz zastrzelony przez policjanta, nie ma żadnego znaczenia, czy oddając strzał myślał on: „Strzelam z powodu twojej rasy” czy „Strzelam, bo jesteś biedny i nie jesteś z tej okolicy”. To, co się liczy, to kula w twoim ciele i instytucja, która ją tam umieściła. Materialne zjawisko, które musi zostać wyjaśnione i zrozumiane pod względem historii struktur społecznych – a nie w moralnej nabożności, ale również nie w języku całkowicie abstrakcyjnych schematów odwołujących się do natury ludzkiej czy psychologii społecznej.
Tak naprawdę marksizm oznacza wiarę, że ludzie powinni mieć władzę, aby rządzić się sami, a żeby to osiągnąć, muszą zrozumieć strukturę społeczną, która im to uniemożliwia. Historia naprawdę nie troszczy się o nasze debaty, która abstrakcja jest ważniejsza, lecz bezlitośnie ustala hierarchie relacji i instytucji. Wierzę, że Marks ostatecznie pokazał, że w społeczeństwie kapitalistycznym nie można osiągnąć wyzwolenia, jeśli nie przyjmie ono kształtu walki klasowej, która włącza ludzi wszelkich tożsamości.
Jako człowiek o kolorze skóry innym niż biały, pisał Pan również, że kiedy Pańska krytyka polityki tożsamości nie mieści się w liberalnych ramach „kolorowości” jako monolitycznego abstrakcyjnego bytu – zarówno liberalni biali, jak i osoby kolorowe, nazywają Pana „białym”. Ostatnio karierę robi określenie alt-left, tak, jakby była to ideologia powiązana jakoś z alt-rightem, albo zupełnie nowa. Z kolei sporo liberalnej krytyki skierowanej jest w ostatnim czasie przeciw nowej odsłonie amerykańskiego ruchu socjalistycznego i skupia się na myśli, że ta polityka i ideały są w przeważającej mierze „białe”.
A. H.: Doprowadza mnie to do szału, bo tym, co uświadomiło mnie politycznie, były moje doświadczenia rasizmu i czytanie o tych ruchach w USA, które z rasizmem walczyły. Kiedy byłem młodym chłopcem i zaczynałem interesować się polityką, dużo czytałem o ruchu Black Power. Uświadomiłem sobie, że wszyscy ci ludzie jakąś drogą doszli do odrzucenia kapitalizmu – stali się antykapitalistami. Potem wszyscy z nich zostali marksistami. Jeśli pogrzebiemy głębiej, zobaczymy, że ich marksizm był tym samym marksizmem, który w XX wieku rozwinął się w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. To był pierwszy marksizm, z jakim miałem styczność – całkowicie internacjonalistyczny, rozwijany przez kolorowych.
Ten globalny marksizm wrócił do Stanów Zjednoczonych poprzez rewolucyjne ruchy Czarnych, które zawsze były dla mnie kompasem i inspiracją. Oczywiście jest to obraźliwe, kiedy ktoś wpisuje mnie na listę białych socjalistów, którzy nie troszczą się o kwestię rasy. Chciałbym wiedzieć, gdzie byli ci oskarżający mnie o bycie „białym”, gdy zatrzymywano mnie na lotniskach albo prześladowano po 11 września. Byłoby świetnie, gdyby byli obok i powiedzieli wtedy: „Och, o niego się nie martwcie, jest marksistą, więc uważamy go za białego”. Ale tak się nie stało. Mimo tego, że polityka tożsamości powinna dotyczyć doświadczeń wszystkich osób, całkowicie przekreśla moje własne doświadczenie rasizmu i zniekształca poglądy, które wypracowałem, żeby zrozumieć te doświadczenia.
Ale za naprawdę obraźliwe uważam wymazanie wszystkich tych postaci z historii – postaci osób kolorowych, które przyjęły marksizm i włączyły się w walkę o wolność dla wszystkich. Niedopuszczalne jest wykreślanie ich z historii w sposób, w jaki uczyniła to biała supremacja, i jak robi to dziś dyskurs polityczny głównego nurtu.
Wiele osób kultywujących politykę tożsamości nosi koszulki z Assatą Shakurem czy z Czarnymi Panterami. Wszyscy ci ludzie byli komunistami. Założyć koszulkę z napisem: „Assata jest moim nauczycielem”, a potem opowiadać o tym, jak to wszyscy socjaliści są biali – to byłoby śmieszne, gdyby nie było tak smutne.
Rozmawiał Kelton Sears
Tłumaczył Mateusz Trzeciak
Współpraca językowa Magdalena Okraska
Wywiad ukazał się pierwotnie w internetowej wersji czasopisma „Seattle Weekly” w kwietniu 2017 r. Na potrzeby przedruku dokonano drobnych skrótów we fragmentach odnoszących się do amerykańskiego kontekstu, niezbyt jasnego dla odbiorców w Polsce.
przez Ignacy Husarski | wtorek 15 sierpnia 2017 | opinie
23 lipca 2017 r. opublikowano podpisany przez wiele osób z różnych organizacji lewicowych List Otwarty do środowisk lewicowych „Żegnaj, III RP”. List ten zachęca do integracji środowisk lewicowo-demokratycznych i prospołecznych. Łopatologicznie argumentuje, że nie da się obecnie bronić demokratycznego systemu bez zawalczenia z radykalną prawicą parlamentarną (PiS i Kukiz’15) o biedniejsze grupy społeczne, osierocone przez III RP i głosujące obecnie na prawicę. Liberalne elity nie są już dla nich wiarygodne.
Tego samego dnia na blogu „Polityki” redaktor Edwin Bendyk skomentował ten list w tekście „Przyszłość, lewica, dialog. Dlaczego nie podpisałem listu do środowisk lewicowych”. Jest to generalnie bardzo życzliwy tekst, którego najważniejszym fragmentem jest ten:
Dlaczego więc nie podpisałem listu? Świetne towarzystwo znakomitych sygnatariuszek i sygnatariuszy zachęca. Odpowiedź wymaga autotematycznego zmierzenia się z własną biografią – gdybym podpisał, byłbym po prostu hipokrytą. Owszem, projekt III RP wyczerpał się, a jego instytucjonalną słabość ujawnił PiS. Nie mogę jednak zapomnieć, że sam projekt III Rzeczypospolitej z dumą współtworzyłem i jest on ważnym elementem mojej dorosłej biografii. Realizował w dużym stopniu to, o co na swój sposób walczyłem – z reżimem PRL w latach 80. Ba, przez wiele lat bliska mi była dominująca, neoliberalna ideologia. […] III RP skończyła się. Czy jednak trzeba ją przekreślać w trybie rewolucyjnym, potępiając w czambuł jej instytucje i elity?
To uczciwe postawienie sprawy, ale obawiam się, że mało pragmatyczne.
Następnie 1 sierpnia 2017 r. „Polityka” piórem redaktor Anny Dąbrowskiej namaściła Kamilę Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej i Borysa Budkę z PO na wielkie nadzieje opozycji. Można odnieść wrażenie, że całej opozycji. A co z listem otwartym do środowisk lewicowych i zawartymi w nim tezami? Wydaje się, że Gasiuk-Pihowicz i Budka mają być odpowiedzią i na PiS, i na ochronę biografii budowniczych III RP. Sądzę, że jest to myślenie życzeniowe.
Rzućmy okiem na ostatnie sondaże: prawica (PiS i Kukiz’15) ma w nich około 40-50% poparcia, liberałowie i budowniczowie III RP (PO, Nowoczesna, SLD i PSL) około 40%, a namiastka lewicy społecznej (Razem) ok. 2-4%. Jeśli PiS i Kukiz’15 utrzymają większość swojego elektoratu, wdzięcznego głównie za programy socjalne (sądzę, że w sumie stanowi on około 30% wszystkich wyborców), a PiS odpowiednio zmieni ordynację wyborczą, prawica może mieć po kolejnych wyborach większość konstytucyjną. A wtedy rewolucja PiS się dokona.
Te 30% to przegrani neoliberalnych praktyk III RP, niekoniecznie ortodoksyjni katolicy spod znaku Radia Maryja. Neoliberalne elity III RP, czy to seniorzy, jak prof. Balcerowicz, redaktor Michnik, Frasyniuk, czy namaszczani przez nich juniorzy, jak Gasiuk-Pihowicz i Budka, najzwyczajniej w świecie nie są dla nich wiarygodni. WPolityce, Do Rzeczy, TVP czy media publiczne będą w nich waliły jak w bęben pod hasłem Balcerowicz i Michnik = Gasiuk-Pihowicz i Budka. I coś tu będzie na rzeczy.
Kto może więc wyszarpać od PiS-u i Kukiz’15 te 30% ogółu elektoratu? Wyłącznie propaństwowa lewica społeczna, nieumoczona w neoliberalne praktyki i ich skutki z ostatnich 28 lat.
Redaktor Bendyk nie musi więc być hipokrytą i wyrzekać się swojej biografii, jeśli nie chce 8 lat rządów PiS i większości konstytucyjnej dla radykalnej prawicy. Wystarczy pragmatyzm i rzetelna ocena nie tylko niewątpliwych sukcesów III RP (UE, NATO, niezłe instytucje, nienajgorsza gospodarka itd.), ale i fatalnych jej skutków, zwłaszcza w zakresie polityki społecznej, ochrony zdrowia, przemysłowej czy prywatyzacji. Bo przecież efekt uboczny neoliberalnych wysiłków elit III RP to także wytworzenie sporego ubóstwa, ogromnej emigracji zarobkowej oraz śmieciowego rynku pracy („Nowy Obywatel” pisze o tym od kilkunastu lat)… oraz oddanie w ręce radykalnej prawicy sporej części obecnego elektoratu PiS i Kukiz’15.
Warto zastanowić się, czy dla tych 30% elektoratu mogą ponownie lub pierwszy raz stać się wiarygodni Balcerowicz, Michnik, Tusk, Schetyna, Petru, Miller, Pawlak, ale też Gasiuk-Pihowicz i Budka. Jeśli elity III RP na serio uważają, że tak, to prezes Kaczyński już może chłodzić szampana.
Jeśli jednak nie, to warto zastanowić się, kto to może zrobić. Może prospołeczna i propaństwowa lewica nieumoczona w stworzenie patologii III RP, jak sygnatariusze Listu Otwartego do środowisk lewicowych?? Moim zdaniem tylko tak można zawalczyć o socjalny elektorat prawicy, tak zawiedziony poczynaniami liberalnych elit III RP.
Liberalne partie i tak będą miały około 30% poparcia, ale chyba na tym kończą się ich możliwości. Ale to, czy prawica będzie miała 50% i większość konstytucyjną, a społeczna lewica 3%, czy też lewica okroi prawicę do 35% i sama zdobędzie 10-15% w kolejnych wyborach, do pewnego stopnia zależy od politycznej wnikliwości i realizmu wciąż wpływowych mediów wywodzących się z III RP.
Społeczna lewica w swoim Otwartym Liście symbolicznie już podjęła decyzję, że nie pójdzie pod jednym sztandarem z liberalnymi elitami III RP, w tym z SLD, w kolejnych wyborach. Tak po prostu – społeczna lewica i liberałowie, w tym SLD, to zupełnie inne środowiska i wartości, choć demokracja liberalna i społeczna są sobie bliższe, niż demokracja liberalna i demokracja nieliberalna.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 8 sierpnia 2017 | opinie
Wyobraźcie sobie dwóch badaczy. Jeden z nich jest humanistą, a dokładnie psychologiem społecznym od lat zajmującym się badaniem społeczeństwa polskiego. Drugi to biolog i psycholog analizujący wpływ uwarunkowań genetycznych na różne cechy człowieka. Jak myślicie, który z nich okaże się głosicielem tezy, że ludzkie szczęście determinują przede wszystkim geny?
Jeśli czytaliście wywiad Jacka Żakowskiego z Januszem Czapińskim oraz reakcję Wojciecha Dragana, to wiecie, że pytanie jest podchwytliwe. Czapiński, psycholog społeczny, we wspomnianym wywiadzie opowiada o silnym wpływie genów na nasze szczęście. Stwierdza między innymi, że nikt nie znajdzie więcej szczęścia niż „ma zapisane w genach”. Mówi też o genach indywidualistycznych oraz kolektywistycznych (te drugie mają jego zdaniem np. Chińczycy) oraz o tym, że polityka musi dostosowywać się do genów. Jeśli chodzi o Polaków, to Czapiński głosi, że jesteśmy genetycznie uwarunkowani do budowania „kultury niechętnej eksperymentom i burzeniu istniejących struktur”. Dragan zwrócił uwagę, że tego rodzaju mocne tezy nie mają podstaw naukowych, ponieważ nie istnieje tak silne i bezpośrednie przejście od genotypu do naszych uczuć, poglądów czy zachowań. Wpływy środowiskowe są zbyt ważną zmienną, aby używać genów jako głównego czynnika wyjaśniającego, jaki poziom szczęścia możemy osiągnąć. Nie istnieją również żadne badania naukowe, które potwierdzałyby tezy Czapińskiego na temat wrodzonego konserwatyzmu Polaków i Polek. Innymi słowy, to przesada za przesadą.
Dragan zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz. Tezy Czapińskiego są nie tylko przesadne, ale też niebezpieczne. Mogą bowiem prowadzić do wniosku, że za poczucie niezadowolenia w danym społeczeństwie odpowiadają przede wszystkim nie zjawiska polityczne, np. głębokie nierówności społeczne, lecz czynniki biologiczne. Od takiego wniosku już tylko krok do umniejszania wagi wszelkich reform mających na celu poprawę ludzkiego losu. Dragan ma rację. Coraz większa liczba badaczy przestrzega nas przed tym, że tworzymy społeczeństwa, w których powiększa się przepaść między bogatymi a resztą. Co więcej, bogactwo i bieda są w dużej mierze dziedziczne, nie biologicznie, lecz społecznie: dzieci ludzi bogatych mają nieporównywanie łatwiejszy start w dorosłość niż dzieci ludzi biednych. W takiej sytuacji wypada się zastanowić dwa razy, nim bez odpowiednich dowodów naukowych zaczniemy wygłaszać tezy o genetycznych przyczynach ludzkiego szczęścia lub jego braku, tudzież o takiej lub innej konstrukcji psychicznej społeczeństwa. Możemy się bowiem niechcący (choć w niektórych przypadkach pewnie i chcący) przyczynić do naturalizacji tego, co jest wytworem określonych decyzji politycznych. Dokładnie o tym niebezpieczeństwie pisze William Davies w książce „Happiness Industry”, zrecenzowanej przeze mnie w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela”.
Czy to nie zabawne, a jednocześnie zasmucające, że naukowiec zajmujący się na co dzień genami musi pouczać psychologa społecznego o ryzyku związanym z przecenianiem czynników biologicznych kosztem czynników społecznych i politycznych? Co gorsza, dla nikogo, kto śledzi polskie media, ta sytuacja nie powinna być zaskoczeniem – jest ona raczej potwierdzeniem smutnego wzorca. Byłoby rzecz jasna grubą przesadą twierdzić, że wypowiedź Czapińskiego mówi coś szczególnego o polskiej humanistyce jako takiej. Przedstawiciele szeroko rozumianych nauk humanistycznych prezentują bowiem w Polsce przeróżne poglądy. Niesprawiedliwe byłoby też sprowadzanie całego dorobku Czapińskiego do jego nonszalanckich opinii na temat wpływu uwarunkowań genetycznych na nasze szczęście. Jednak trudno nie zauważyć, że gdy idzie o tych przedstawicieli polskiej humanistyki, którzy brylują w mediach, to w przypadku większości ich wypowiedzi powtarza się jeden motyw: całkowite lekceważenie problemów związanych ze współczesnym kapitalizmem oraz nierównościami społecznymi, które on generuje. Kapitalizm i będące jego pochodną stosunki społeczne najczęściej w ogóle nie są brane pod uwagę przez naszych intelektualnych celebrytów. Prowadzi to często do tego, że wygłaszają oni tezy tyleż komiczne, co przerażające.
Weźmy wypowiedź filozofa Tadeusza Gadacza, o której zrobiło się głośno niedługo po wywiadzie Czapińskiego. Zdaniem Gadacza: „jeżeli szkolnictwo wyższe ma być finansowane z budżetu, to studenci powinni mieć zakaz pracy” (cytat za kontem Nowoczesnej na Twitterze). Swój pogląd polski filozof uzasadniał tym, że duża część studentów zaniedbuje obowiązki studenckie, ponieważ chodzi do pracy. Logicznym wyjściem, jego zdaniem, jest zatem zakazać im pracy, gdyż w przeciwnym wypadku marnotrawi się publiczne pieniądze idące na edukację wyższą. Niestety, Gadacz nie zadał sobie kilku pytań, które nasuwają się każdemu, kto zna rzeczywistość większości studentów. Dlaczego tak wielu młodych ludzi musi dorabiać w trakcie studiów? Czy zakaz pracy nie sprawi, że na studia zaczną przychodzić tylko ci, którzy mają odpowiednio bogatych rodziców? Czy nie mamy w kraju poważnego problemu z zapewnieniem młodym ludziom godnego startu w dorosłość? Zamiast tego, Gadacz zachowuje się jak człowiek, który nie słyszał o takich rzeczach, jak umowy śmieciowe, darmowe staże, nierówny dostęp do edukacji czy dziedziczenie kapitału społecznego.
Podobnymi problemami nie zaprzątał też sobie głowy Jan Hartman, gdy publikował w „Gazecie Wyborczej” głośny swego czasu tekst na temat szkoły, pt. „Umarła klasa”. Polski filozof twierdził w nim, że szkolnictwo powszechne to archaiczna i coraz mniej potrzebna instytucja. Bo jeśli ktoś jest leniwy i nie chce się uczyć, to nie ma sensu go zmuszać. Bo nie istnieje już coś takiego jak uniwersalna wiedza. Bo i tak wszystko można znaleźć w Internecie. Doskonałą polemikę z Hartmanem napisał Marcin Zaród, wystarczy zatem przytoczyć jego podstawowe argumenty. Przede wszystkim Hartman, tak jak Czapiński i Gadacz, w ogóle nie bierze pod uwagę kontekstu społecznego. Zaród słusznie zauważa, że dzieci „leniwe” to często dzieci biedne i niedożywione: nie mające ani warunków (w tym tak trywialnych, jak miejsce na odrabianie zadań domowych), ani energii, ani motywacji do podjęcia odpowiedniego wysiłku edukacyjnego. Mówienie o tym, kto się nadaje do szkoły, a kto nie, bez uwzględniania takich czynników, jest przykładem niebezpiecznego bajdurzenia. Nie ma też sensu wychwalanie możliwości, jakie zapewnia Internet, bez uwzględnienia społecznych uwarunkowań jego użytkowników. Internet jest niezwykle zróżnicowanych środowiskiem i bez wcześniejszego nabycia odpowiednich kompetencji kulturowo-społecznych będzie nas on prowadził raczej do kolejnego mema z fake newsem niż do rzetelnych analiz rzeczywistości. Hartman żadnej z tych rzeczy nie dostrzega, a wizja świata wyłaniającego się z jego tekstu to kreskówkowa utopia, w której każdy zdobywa to, na co sobie zasłużył własną pracą.
Jednakże pierwsze miejsce w konkurencji „jak bardzo nie dbam o problemy społeczne wytwarzane przez współczesny kapitalizm” należy się socjologowi Radosławowi Markowskiego za wywiad „Drodzy młodzi, dobrze już było”, opublikowany niepełna rok temu w „Gazecie Wyborczej”. Paradoksalnie, Markowski jako jedyny z wymienionych dotychczas medialnych ekspertów zauważa, że kapitalizm to nie bajka, a gospodarka światowa zmierza w nieciekawym kierunku. Jednak wnioski, jakie wyciąga z tych obserwacji, są zdumiewające.
Polski socjolog zaczyna od wygłoszenia pieśni pochwalnej na temat roli elit w demokracji: „Historycznie to raczej elity socjalizują lud do polityki, gospodarki i kultury. Lud to łyka i potem głosuje w wyborach zgodnie z pomysłami podsuniętymi przez elity. Tak było zawsze i tak będzie. […] W dziejach demokracji nic się nie dzieje bez elit. Ani złego, ani dobrego”. Następnie przechodzi do sedna swojej diagnozy problemów współczesnej polityki, a jednocześnie propozycji, jak możemy sobie z nimi poradzić.
Warto przytoczyć dłuższy cytat, aby w pełni pojąć, co mówi Markowski: „Powód, dla którego w większości krajów europejskich mamy problem z populizmem, zwłaszcza zaś ze wzrostem oczekiwań, bierze się stąd, że elity zaniechały odpowiedzialnej socjalizacji obywateli do realiów nowego świata. Kiedy się patrzy na różne badania, widać, że europejska część gatunku Homo sapiens uwierzyła pochopnie, że stały wzrost PKB w granicach 2-4 proc. to jest norma i będziemy coraz bardziej, niemal liniowo, bogacić się także w przyszłości. Niestety, mam złą wiadomość, zwłaszcza dla młodych ludzi w Europie: nie będziecie żyć coraz lepiej, będziecie mieli dużo szczęścia, jeśli zachowacie obecny poziom życia, a najlepiej zacząć się przygotowywać do tego, że będzie wam gorzej niż pokoleniom żyjącym po II wojnie światowej. Mówią o tym wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści – takie są makrozjawiska, na które nie będzie można poradzić. Zamiast nakręcać obietnice, należy rozpocząć edukacyjne prace nad niwelowaniem ludzkich aspiracji. W przeciwnym razie skończymy otoczeni sfrustrowanymi masami. Niestety nie usłyszycie tego od nieodpowiedzialnych polityków – oni jeszcze do tego nie dorośli”.
Gdyby to komuś umknęło: Markowski twierdzi, że największym problemem współczesnej polityki jest to, że „masy”, w tym ludzie młodzi, chcą mieć lepiej, a przynajmniej nie gorzej niż dotychczas. To przez takie fanaberie głosują nie na tych, co trzeba. Jako rozwiązanie tego problemu polski socjolog proponuje szeroką akcję edukacyjną (ktoś mniej życzliwy mógłby to nazwać zbiorowym praniem mózgów), której celem ma być wytłumaczenie krnąbrnemu ludowi, że „dobrze już było”. Gdy masy pogodzą się ze swoim losem, to przestaną podskakiwać i buntować się przeciw starym partiom liberalnym. Zapanuje powszechny spokój, a neoliberałowie będą mogli dalej rządzić.
Markowski twierdzi, że o podobnych rzeczach mówią „wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści”. Jest to zdecydowanie zbyt skromne postawienie sprawy. Markowski nie docenia swojego oryginalnego wkładu w ich analizy. Prawdą jest, że liczni badacze zauważają, iż wzrost gospodarczy na dotychczasowym poziomie jest z wielu względów nie do utrzymania. Pisze o tym między innymi Thomas Piketty. Jednakże badacze ci wyciągają z tej analizy inne wnioski niż polski socjolog. Na przykład wspomniany Piketty mówi o potrzebie wprowadzenia globalnych zmian podatkowych, które zapobiegną pogłębianiu się nierówności społecznych. Pozostali badacze, podobnie jak francuski ekonomista, podkreślają, że nie możemy sobie dłużej pozwolić na świat rządzony przez bogaczy i międzynarodowe korporacje, świat, w którym tak niewielu ma tak wiele, a reszta walczy między sobą o resztki z pańskiego stołu. Duża część z nich dodaje, że dotychczasowy model kapitalizmu uległ wyczerpaniu. Do tego dochodzi troska o zmiany klimatyczne wywoływane modelem wzrostu opartym na niszczeniu środowiska. Gdy idzie o źródła popularności prawicowego radykalizmu, to wiele pisze się o zawodzie, jaki sprawiły partie liberalne oraz o braku porządnej alternatywy lewicowej. Jak widać, diagnoz i prognoz nie brakuje, jednakże pomysły w rodzaju tych wyznawanych przez Markowskiego – „edukowanie” ludzi, że mają się pogodzić z obniżaniem standardu życia – rzadko przedostają się do domeny publicznej. Dlatego Markowski nie powinien chować oryginalności własnej myśli za autorytetem innych badaczy.
Richard Rorty, znany amerykański filozof, miał bardzo romantyczną wizję humanistów. Uważał, że ich głównym zadaniem jest wywoływanie w młodzieży niepokoju, namawianie do buntu wobec zastanych zasad społecznych i skłanianie do postępu moralnego. Niestety, duża część medialnych gwiazd polskiej humanistyki widzi sprawę inaczej. Zamiast inspirować, poucza. Zamiast ujawniać niesprawiedliwości społeczeństwa kapitalistycznego, lekceważy je lub, co gorsza, próbuje naturalizować. Zamiast nieść nadzieję, narzeka na zły lud. Duża w tym „zasługa” mediów głównego nurtu, które nie kwapią się do poszukiwania na uniwersytetach idei mogących naruszyć ich dobre samopoczucie. Mówimy o tych samych mediach, które później z przerażeniem ogłaszają, że polska demokracja jest zagrożona i każdy porządny człowiek powinien jej bronić. Pytanie, jak długo ludzie zechcą bronić niedoskonałej wersji demokracji, którą budowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jeśli będą słyszeli, że „dobrze już było”.
dr Tomasz Markiewka
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 6 sierpnia 2017 | nasze rozmowy
Na początku lat 90. zarówno część społeczeństwa, jak i niemała część nie-PRL-owskiej lewicy wiązała spore nadzieje z nieemigracyjną Polską Partią Socjalistyczną. Byłeś jednym z jej liderów. Jak oceniasz tamte lata, schyłkowy PRL?
Piotra Ikonowicz: Spore obawy związane z PPS-em miały władze PRL. Kierownictwo PZPR wystosowało nawet list do Watykanu z pytaniem, jak papież zareaguje, gdyby władzę w kraju przejęła PPS. Bardzo się nas wtedy obawiali, ponieważ byliśmy dla nich najbliższą konkurencją. To był moment, w którym nie byli w stanie jeszcze przyjąć, że będzie rządzić jakaś nie-lewica, więc uznali, że my jesteśmy najbliżsi do przejmowania władzy.
Z PRL-em jest taki problem, że społeczeństwo było traktowane jak ten Burek na łańcuchu, który dostaje pełną michę, ale wyżej łańcucha nie sięgnie.
Z tą pełną miską to było różnie.
P. I.: To jest oczywiście względne, ale jeśli idzie o pewne podstawowe cywilizacyjne osiągnięcia, to spójrz choćby na dostępność służby zdrowia na wsi, albo stabilność życiową pracownic i pracowników najemnych. Kobiety nie bały się brać zwolnień na chore dzieci, a w szkołach były pielęgniarki i gabinety stomatologiczne. I pomyśl o tym, że to pokolenia z czasów PRL mają wciąż w pełni oskładkowane lata pracy. Może żyją skromnie, ale nie grozi im wizja zaledwie stuzłotowej emerytury, wynikającej z tego, że w pewnym momencie postawiono na prywatyzację emerytur. Młodych zachęcano do podjęcia pracy przydziałem mieszkania. To, razem ze sprawną siecią komunikacji masowej, powodowało, że ludzie nie bali się zostawać na prowincji. Pomyśl też o tym, że wakacje nad morzem czy w górach nie były jedynie przywilejem tych zasobniejszych. Miliony ludzi miało poczucie trwałego awansu społecznego.
Inna rzecz, że trzeba też pamiętać o innych relacjach społecznych: nie było takiej znieczulicy wzajemnej, urynkowienia relacji międzyludzkich. Nie było też w ludziach takiego strachu. Strach, biologiczny strach przed głodem i nędzą, pojawił się na dużą skalę dopiero w III Rzeczpospolitej.
Skoro było tak dobrze, to czemu lud pracujący miast i wsi się buntował?
P. I.: Były miejsca trudne, były obszary ogromnego zapóźnienia. Zwłaszcza na wsi bieda wynikająca z cywilizacyjnego zapóźnienia trwała najdłużej. Pamiętam ruch chłopski z lat 80. – oni, słusznie, wciąż mówili o różnicy dochodów na wsi i w mieście, która mocno upośledzała wieś.
Tak czy inaczej, do PRL miałem ambiwalentny stosunek. Długo bezkrytycznie akceptowałem jego ustrojowy porządek, bo jeśli spojrzeć na świat nie tylko oczyma Europejczyka czy Jankesa, to dobrze widać, co robi dziki kapitalizm ze swoimi koloniami. To jest totalne zdziczenie, skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną sytych demokratycznych społeczeństw.
Mój przełom w myśleniu o PRL spowodowało pytanie, które dawno temu w Hiszpanii zadał mi pewien młody człowiek z Asturii. Zapytał: „Co to u was jest za socjalizm, skoro podczas strajku naszych górników, wasz socjalistyczny rząd eksportował do frankistowskiej Hiszpanii węgiel?”. To pytanie już we mnie zostało i przyczyniło się do tego, że stałem się opozycjonistą. Bo jak to jest, że socjalistyczny kraj de facto wspiera faszystów w walce z robotnikami?
Podróże kształcą!
P. I.: [śmiech] Z Hiszpanii wydalono mnie wtedy do Francji w kajdankach.
Dlaczego?
P. I.: Współpracowałem z hiszpańskimi komunistycznymi Komisjami Robotniczymi, czyli antyfaszystowskim podziemiem, które miało formę związków zawodowych. Bardzo ciekawa była metoda działania tych hiszpańskich związkowców-komunistów. Dzwonili do właściciela fabryki i przedstawiali mu żądania. On zwykle mówił: uwiarygodnijcie się – żeby sprawdzić, czy to nie bluff. A oni wtedy pytali: no to który wydział ma stanąć na pięć minut? I wydział stawał. A kapitalista dawał podwyżkę.
Właściciel nie zawiadamiał władz?
P. I.: Nie opłacałoby mu się. Bo różne służby przysłałyby swoich ludzi i sparaliżowałyby pracę. Produkcja stanęłaby na dłużej.
Opowiem ci o najbardziej spektakularnej akcji Komisji Robotniczych, jaką widziałem na własne oczy. Z pasa wokół Madrytu ludzie dojeżdżali do pracy prywatnymi autobusami. Gdy przewoźnicy w tym samym czasie podnieśli ceny, pewnego dnia nikt nie wsiadł do autobusu. Tłumy szły do fabryk na piechotę – wszyscy się spóźnili. Podwyżkę z miejsca cofnięto.
Żartowałeś, że podróże kształcą. Nie da się ukryć – patrzyłem też na polski socjalizm oczyma Kubańczyków. Byłem kiedyś tłumaczem i przewodnikiem grupy kubańskiej młodzieży, która była z wizytą w PRL. Wożono ich po kraju, na obrzeżach miast często widzieli skupiska dużych solidnych domów w bardzo podobnym estetycznie typie. Zapytali o to oddelegowanego młodego sekretarza partii w stroju tenisisty. On im na to, że w Polsce jest dużo wielodzietnych rodzin. Razu pewnego przejeżdżaliśmy obok solidnej willi. Okazało się, że to jego dom. Padło pytanie: „a ile ma pan dzieci?”. Odpowiedział, że jeszcze żadnego. I oni wszystko zrozumieli…
Rafał Chwedoruk często podkreśla, że eseldowska lewica przegrała na tym, iż nigdy tak na serio nie broniła ofiar transformacji – przez lata wpisywała własną narrację w interpretację przemian, jaką narzucili zwolennicy Leszka Balcerowicza. To trafny osąd?
P. I.: Zawsze stawałem po stronie ofiar transformacji. A jednak mojemu środowisku również nie udało się przekroczyć masy krytycznej, która zapewniłaby naprawdę szerokie poparcie społeczne.
Pojawia się więc pytanie – mówię o naszym doświadczeniu politycznym, z którego się rozliczamy – czy w początkach III RP należało wchodzić do sejmu na cudzych listach wyborczych. A może należało poczekać? A z drugiej strony już jakaś firma mierzyła nasze biuro partyjne, bo mieli je przejąć, jeśli przestaniemy płacić. To był ten moment, gdy polityki nie robiło się już na ulicy, ale trzeba było być w demokratycznej grze parlamentarnej. I tak staliśmy się zakładnikami byłych PZPR-owców – nawet jeżeli tworzyliśmy własne koło poselskie w sejmie.
Problemem było też zaplecze społeczne. Dziś pewne sprawy są oczywistością: jest na przykład ruch lokatorski, ubodzy ludzie potrafią współpracować w obronie swoich interesów. Wtedy panowała dezorientacja, a dysydenci budowali jednoznacznie neoliberalny przekaz.
Jako PPS dostaliśmy zwrot z budżetu państwa za oddane na nas głosy. To było 600 tys. złotych. Za te pieniądze próbowaliśmy zorganizować ruch bezrobotnych. Problem polegał na tym, że to były wówczas niesamowite fluktuacje – ludzie tracili pracę, znajdowali, znów tracili – tak to wyglądało w tych pierwszych latach przemian ustrojowych. To nie był najsilniejszy element, na którym można było budować poparcie polityczne. Udało nam się jednak zrzeszyć kilkanaście organizacji osób bezrobotnych, zrobiliśmy zjazd z ich udziałem, przybyli na niego minister pracy Leszek Miller i marszałek sejmu Józef Oleksy, były kamery telewizyjne. Wieczorem w serwisach informacyjnych pojawiły się informacje, że zaczyna się sezon na ryby niedrapieżne, a na pocztach są kolejki. Ani słowa o tym, na co wydaliśmy prawie całą dotację budżetową. Naprawdę wtedy nie było łatwo – ludzie nie tylko byli masowo pozbawiani pracy, ale gdy znajdowali kolejną, to drastycznie spadały ich dochody, pojawiło się mnóstwo osób, które na trwale wpadały w sidła ubóstwa. Lecz one były wówczas niewidzialne. Wykluczonych nikt nie chciał widzieć, albo opisywano ich z pogardą.
Zastanawiam się, na ile byliście dla SLD wyrzutem sumienia.
P. I.: Byliśmy dla nich listkiem figowym. Pamiętam wybory samorządowe, w trakcie których szefem komitetu wyborczego Sojuszu był człowiek z SdRP, a jego zastępcy byli z OPZZ i PPS. Efekt był taki, że my mieliśmy ponad dwudziestu radnych, a OPZZ kilku. Ale gdy podjęliśmy decyzję o wyjściu radnych PPS z klubów SLD, to posłuchał tylko jeden, Łukasz Szymański, syn wybitnego PPS-owskiego poety Edwarda Szymańskiego. A cała reszta się skundliła…
Mieliśmy niestety mnóstwo ludzi, którzy chętnie byli w PPS, bo była krótsza kolejka do miejsc na listach i większy honor. W efekcie mieliśmy w partii ludzi, którzy mówili, że mają czterdziestoletni staż w PPS, bo liczyli dekady spędzone w PZPR… I to było trudne. Był duży spór w tej kwestii między młodzieżą, która chciała się wybić na niezależność, a tymi ludźmi, którzy większość życia spędzili w „polskiej, zjednoczonej, robotniczej” i pełnili u nas rolę quasi-agenturalną. Gdy próbowaliśmy się od nich odkleić, zabrakło nam podpisów w kilku okręgach, żeby startować samodzielnie. Wtedy coraz lepiej radził sobie Andrzej Lepper, a PPS miało niezłą rozpoznawalność także dzięki mojej kampanii prezydenckiej.
Jak się odnosiłeś do Andrzeja Leppera? Jak go postrzegasz?
P. I.: Jestem pełen podziwu i szacunku dla tego człowieka.
Zarówno do wczesnego, jak i późniejszego Leppera?
P. I.: Tak. Mam taki odruch, że staję po stronie ludu. A Lepper nie był facetem przyniesionym w teczce. Wywodził się z ludu i rzeczywiście coś dla ludzi zrobił. On mozolnie się piął, zapieprzał po blokadach, awanturach, procesach. I szedł do przodu, choć miał przeciw sobie niemal wszystkich, bo nie kochali go ani niby to zatroskani o lud prawicowi politycy, ani liberalne elity.
W Gończycach, we wsi położonej w okolicach Garwolina, ludzie żyją z hodowli świń. Zimą 2003 roku w całej Polsce miały miejsce duże i miejscami krwawe blokady rolnicze. W Gończycach rolnicy protestowali przeciwko niskim cenom skupu żywca. Otrzymałem informację, że władze planują wysłać tam jakieś poważniejsze i solidniej uzbrojone jednostki policji. W kilka samochodów pojechaliśmy ostrzec Leppera i przyłączyć się do protestujących. Była nas garstka w porównaniu z tłumem rolników, w ciemną zimną noc paliły się wielkie ogniska. Istne powstanie styczniowe. Gdy powiedzieliśmy im, co nas sprowadza, rozpuścili wici.
W jaki sposób?
P. I.: Jedna po drugiej zaczęły się odzywać syreny Ochotniczej Straż Pożarnej. To się niesamowicie niosło od remiz. W ciągu pół godziny na miejsce blokady przyjechało jedenaście wozów strażackich. A węże gaśnicze to jest dobra broń. No ale te specjalne oddziały policji się nie pojawiły.
Pamiętam rozmowę z jednym z tych rolników. Wskazał na budynek niedalekiej szkoły i powiedział: „tam nie ma ani jednego komputera”. To nie byli głupi ludzie. A gdy przyjechał ksiądz dobrodziej, i prosił żeby go przepuścić, to zapytali: „A co proboszcz w kościele mówił w niedzielę o naszej blokadzie? Nic, ani słowa. A w niedzielę wyborczą to jakoś księdzu nie przeszkadzało gadać o polityce. To teraz sobie ksiądz postoi”.
Lepiej znamy historię ludową USA niż rodzimą… A część lewicy, szczególnie tej zaprzyjaźnionej z liberałami, wprost brzydzi się Lepperem.
P. I.: Problemem lewicy w Polsce jest jej inteligencka elitarność i drobnomieszczańskość. Swego czasu, na zaproszenie Jean-Luc Mélenchona, byłem w Brukseli, w dzielnicy Molenbeek, na jakiejś konferencji. Miałem trochę czasu dla siebie, próbowałem napić się piwa, ale dostałem tylko kawę i herbatę, bo to właściwie muzułmańska okolica. W końcu wszedłem do świetlicy dla starszych ludzi, którą na czas spotkania przeznaczono na pomieszczenie socjalne dla delegatów i delegatek różnych lewicowych organizacji z wielu krajów, ale w większości byli to ludzie z Belgii. Moją uwagę zwróciło, że my wszyscy byliśmy biali… Lewica absolutnie nie weszła w wielokulturowy lud, który ją otaczał.
Dość podobną sytuację obserwowaliśmy w Polsce. Ruch Sprawiedliwości Społecznej to pierwsza udana próba, choć póki co w dość ograniczonej skali, zrzeszania zwykłych ludzi pracy. Jesteśmy partią pracowniczą, natomiast wszystkie te lewicowe grupy, które nas otaczają, i z którymi podobno powinniśmy się jednoczyć, bardzo dużo mówią o ludziach pracy, ale często to jest teoretyzowanie. Bo albo są to ludzie wolnych zawodów, albo niższa, średnia lub wyższa klasa średnia. Nazywam to zbuntowanym drobnomieszczaństwem, które ma jakieś lewicowe ciągoty, ale boi się palonych opon, boi się zamieszek i nie rzuci kamieniem w policję strzelającą z broni gładkolufowej.
Faktem jest, że walki uliczne dzisiejszej polskiej lewicy to kolorowe happeningi. Przemoc zagospodarowała strona endecko-stadionowa.
P. I.: To nie jest cała prawda. Jestem uważany za radykała. Ale większość szeregowych członków i członkiń naszej partii jest ode mnie znacznie bardziej radykalna i skłania się ku bardziej radykalnym metodom walki niż ja. To oni mnie rewolucjonizują, a nie ja ich [śmiech]. W ludziach jest dużo poczucia niezgody na rzeczywistość, gniewu i oburzenia. Do naszej partii sprowadziło ich poczucie buntu.
I dlatego też chcę być osobno. Bo jedni mówią: połączmy siły… Ale to nie są żadne siły, nie ma czego łączyć. My mówimy: zbuntujmy lud, zbuntujmy prekariat! W Polsce trzeba zjednoczyć się z ludem, a nie łączyć stoliki na placu Zbawiciela, żeby popijać cafe latte.
Ale Tobie ktoś może przypomnieć dość ekscentryczną współpracę z Januszem Palikotem. Nie żałujesz poświęconego mu czasu?
P. I.: To bardzo grzecznie zadane pytanie, można je było postawić ostrzej. Odpowiem tak – w pewnym momencie jako Nowa Lewica byliśmy na granicy wyginięcia. Byliśmy formacją bardzo aktywną, zdecydowanie prospołeczną, ale za bardzo inteligencką. Pod koniec działalności było nas może z dziesięciu, z tym trzy czy cztery osoby to byli trockiści, którzy chcieli kierować, ale nie chcieli robić.
Najgorzej.
P. I.: Zaczęliśmy robić Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej. To była długa droga, ale okazała się słuszna. Liczyliśmy na to, że w sejmie wreszcie pojawi się ktoś, kto będzie przepychał nasze ustawy. I tak się stało – te ustawy nie przechodziły, ale przynajmniej były debatowane, tak jak nasza ustawa o ochronie praw lokatorów, z rewolucyjnym dopiskiem o przeciwdziałaniu bezdomności. Chcieliśmy też wprowadzenia tzw. prawa ostatniej koszuli, żeby nie licytowano jedynego mieszkania dłużnika, proponowaliśmy też znaczne zmiany w Kodeksie Pracy. Janusz Palikot w to wszedł, zresztą wbrew większości swojego klubu parlamentarnego, która – owszem – była antyklerykalna, ale też bardzo majętna i mocno osadzona w biznesie. To byli dość dziwni ludzie, którzy nas uważali za jeszcze dziwniejszych [śmiech].
Rzeczywiście, za grzecznie zadałem pytanie.
P. I.: Nigdy nie przestanę chwalić Palikota za to, że przewietrzył zatęchłą klerykalną atmosferę w Sejmie. Dobrze się dogaduję z chrześcijańskim ludem, ale mam uczulenie na polityczny katolicyzm. To on wypromował w dużym stopniu Annę Grodzką czy Roberta Biedronia. Myślę, że również bez jego pracy Czarny Protest byłby mniej liczny.
Przyznam, że początkowo myślałem, że uda mi się zrobić z niego ekscentrycznego, ale socjalistę. Pamiętam, że przygotowałem mu jedną z sejmowych wypowiedzi i on sobie świetnie radził. Do tego stopnia, że zaczęli się tam z niego śmiać, że taki lewicowy. On im na to: co się śmiejecie, jesteśmy na posiedzeniu polskiego sejmu, a nie na spotkaniu Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Byłem zadowolony, że tak to wygląda. Ale później było tak, że spotykaliśmy się jedynie na spotkaniach sztabu politycznego, i tam byli wyłącznie ludzie od public relations. Rozmawiałem z nimi o polityce i gospodarce, a oni potrząsali ramionami i stwierdzali: „nie rozumiemy, o czym mówicie; i w ogóle nie o to chodzi”.
A o co ich zdaniem chodziło?
P. I.: O kolor krawata, gesty, barwy koszul. On w to poszedł i wrócił do pajacowania. My chcieliśmy z niego zrobić męża stanu. Ale było zbyt wiele przeszkód. Pamiętam słynne spotkanie 1 maja w Sali Kongresowej, gdy do większości delegatów i delegatek nasz przekaz w zupełności nie dotarł. To wszystko spowodowało, że mocno się rozczarowałem do ruchu antyklerykalnego. Mało tego. Byłem kiedyś na zjeździe Antyklerykalnej Partii Postępu „Racja”. Tam nie padły takie słowa jak „bezrobocie”, „bieda”, „wyzysk”. Potwornie się tam wynudziłem, bo ciągle chrzanili tylko o złym Kościele katolickim.
Wracając do Palikota – on mi kiedyś obiecał, że będzie przez cztery lata finansował Kancelarię. Robił to przez rok. Inni nic nie dali, więc nie będę go krytykował. Poza tym zatrudnił mnie jako doradcę. To była najlepsza praca, jaką miałem. Dostawałem niezłą pensję, a on od pewnego momentu nic już ode mnie nie chciał, bo moje rady przestały mu pasować. Płacił mi chyba za to, żebym nie poszedł do SLD, bo nie rozumiał, że i tak nigdy tam nie pójdę [śmiech]. A gdy założyliśmy partię, czyli Ruch Sprawiedliwości Społecznej, przysłał mi krótkiego smsa: no to koniec współpracy finansowej. Na co odpisałem, że wciąż wiąże nas współpraca polityczna, bo nasze ustawy były w sejmie. Później miałem konferencję prasową, dziennikarze pytali o Palikota, ja grzecznie odpowiadałem, że rozstaliśmy się w przyjaźni. I to go chyba zaskoczyło, bo był przyzwyczajony do brutalnych ataków na siebie. Napisał mi krótko: dziękuję.
Nie czujesz się zbytnio na boku wielkiej polityki?
P. I.: Mam mnóstwo znajomych wśród ludzi europejskiej i światowej lewicy. Oni się dziwą, jak to możliwe, że facet, który nie pełni żadnej ważnej funkcji w państwie, jest niemal codziennie w telewizji. Zastanawiają się, czy to nie jest jakaś nieszczelność systemu: we Francji czy Niemczech dawno już by mnie nie było.
Przez lata konsekwentnie pracowałeś na tę rozpoznawalność. Dla wielu osób, którym polityka kojarzy się z wieczornym programem (dez)informacyjnym, jesteś bodaj jedynym prawdziwym socjalistą.
P. I.: Jasne. Tylko że oni się dziwią: ludzie cię znają, ale nie wygrałeś! A ja im mówię: no przecież wszyscy przegrywamy. Przegrywamy z kapitalizmem. I o tym trzeba ludziom mówić, choć to nie jest popularna wiedza. Może ta nasza szczerość jednak przyciąga ludzi.
Jesienią 2016 roku w wywiadzie dla Wirtualnej Polski mówiłeś tak: „Największe krzywdy, jakie może człowiek wyrządzić drugiemu człowiekowi, są moralne. To deptanie ludzkiej godności i traktowanie innej osoby jak gorszy sort. Mówię tu o feudalnym oraz aroganckim stosunku państwa do obywatela i poniżaniu go. Drugą bardzo ważną sprawą jest wyzysk płacowy i czynszowy w Polsce”. Ostatnio nieco się w III RP zmieniło, niektórzy zrozumieli, że byli głupi, efektownie się pokajali i dziś się im za to klaszcze. Ale to Ty przez długie lata używałeś tak staroświeckich terminów jak „wyzysk”, narażając się niejednokrotnie na kpinki i protekcjonalne uwagi. Mam wrażenie, że tym, co cię wyróżnia, jest fakt, że patrzysz na lewicę bardziej jak na projekt etyczny niż technokratyczny.
P. I.: Powiem tak: gdyby miało nam się nie udać, bo z taką możliwością zawsze należy się liczyć, to nie żałowałbym ani jednej minuty spędzonej na walce klasowej. A teraz, gdy mamy już Ruch Sprawiedliwości Społecznej, uważam go za wspaniały sposób na życie. To nie jest tylko moje wrażenie – tutaj dzieje się mnóstwo, w naprawdę fantastycznej atmosferze. Po francusku to się nazywa camaraderie, ciężko to wprost przetłumaczyć na polski [słownikowe znaczenie to koleżeństwo – K. W.].
To prawda, mówimy o wyzysku, o prostych sprawach. Lepiej mówić tak, niż językiem ostatniego zjazdu wiadomej partii. Wokół jest tyle podłości, że rzeczywiście to brzmi trochę po manichejsku, że oto walczymy ze straszliwym złem. Nasz świat taki jest: przemoc wobec słabych ze strony silnych, arogancja władzy, pycha nowobogackich. Temu trzeba dać odpór na podstawie jakiegoś systemu wartości. To prawda, że w tym starym języku lewicy czasem pobrzmiewała taka religijna nuta. Ale warto też pamiętać, że tak nierównomierny podział dóbr jest niepraktyczny i dysfunkcyjny, że powoduje coraz większe napięcia społeczne, chorą alokację kapitału.
Trzeba jednak uważać, żeby język nie oddzielał nas od ludzi. Nie zawsze się udaje, ale trzeba to robić. Niekiedy, gdy na przykład idę do jakiejś spółdzielni mieszkaniowej, gdzie jest konflikt, gdzie ubożsi lokatorzy są gorzej widziani, staram się rzecz załatwiać polubownie: mówię, że spółdzielnia to wspaniałe miejsce, w którym ludzie łączą się, żeby sobie nawzajem pomagać, że widzę, że państwo są dobrymi ludźmi. Wtedy te twarze łagodnieją, rozluźniają się zaciśnięte pięści.
„Choć stare łotry, nocy dzieci, / Nawiązać chcą starganą nić, / Co złe, to w gruzy się rozleci, / Co dobre, wiecznie będzie żyć!”… To ze znanej pieśni rewolucyjnej. Czasem mam wrażenie, że przez lata brakowało nam trochę tego starego lewicowego patosu, szczerej pasji, która budzi zbiorowe emocje.
P. I.: Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który zapisał się do Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Mieszka pod Piłą, został oszukany przez pracodawcę. Poprosiłem go, żeby wziął udział w programie Studio Otwarte w TVP Info i żeby koniecznie ubrał czerwony sweter albo koszulę. Program się odbył, głośno powiedział swoją krzywdę, a później zapytał, o co chodzi z tą czerwienią. Zacytowałem mu właśnie „Czerwony sztandar”: „Dalej więc, dalej więc, wznieśmy śpiew, / Nasz sztandar płynie ponad trony, / Niesie on zemsty grom, ludu gniew, / Przyszłości rzucając siew, / A kolor jego jest czerwony, / Bo na nim robotnicza krew!”. Powiedziałem mu, że dawno temu w czasie demonstracji został raniony robotnik i jego biała koszula stała się czerwona od krwi. I że tak powstał czerwony sztandar, i że to jest nasza świętość.
Szerzej patrząc, myślę, że ten przedwojenny pepeesowski etos wciąż jest do ożywienia. PPS jako pewna formuła partyjna nie jest do powtórzenia, natomiast wiele elementów tamtego etosu będzie trzeba stopniowo odświeżać.
Byłem niedawno na spotkaniu u wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego. W gabinecie, w którym dyskutowaliśmy, wisiało kilka portretów Marszałka. Powiedziałem: „panie ministrze, dla nas to nie jest marszałek Piłsudski, ale towarzysz Ziuk” [śmiech].
Wróćmy do teraźniejszości i współczesnych orientacji politycznych i klasowych. Górnicy z KGHM mają dziś zdecydowanie lepiej niż wielkomiejski inteligent, umysłowy pracownik na śmieciówce.
P. I.: Szczerze mówiąc, jeśli idzie o bunt, to bardzo na nich liczę. Pamiętaj, że w Stoczni im. Lenina były jedne z najlepszych zarobków w PRL. Protest zawsze zaczyna arystokracja robotnicza i to właśnie wtedy, gdy już ma trochę więcej. Powtarzam to wielokrotnie: PiS dziś rozbudza apetyty materialne społeczeństwa, pokazuje, że ludzie mają prawo żądać większego udziału w zyskach, które wypracowują i bardziej sprawiedliwej redystrybucji podatków.
Jak oceniasz czas rządów PiS? Znaczące plusy? Znaczące minusy?
P. I.: Myślę, że spowodowali dużą przemianę społeczną. Rządząca siła, która nie wygląda – jak my – na niedowarzonych marzycieli, powiedziała, że państwo jest wartością pozytywną i ma pewne obowiązki ekonomiczne wobec społeczeństwa. A to powoduje, że dla wielu ludzi państwo przestaje być siłą wrogą albo obojętną. To ważne, bo polskie społeczeństwo ma takie anarchizujące poczucie, że z państwem ciągle trzeba walczyć, bo wciąż czegoś chce, a nic nie daje. III RP przypominała dotąd kraj ze słynnej frazy Stanisława Lema: „W państwie wciąż jeszcze wszyscy dawali łapówki, ale nikt za nie nic nie świadczył”.
To, że postanowili popracować nad ściągalnością VAT także jest ważne. To naprawdę istotne, jak się w danym kraju postrzega podatki. Pamiętam sprzed lat wielkie reklamy w „Wyborczej”: „Są do zaoszczędzenia jeszcze duże pieniądze”. Najważniejsza wówczas w kraju gazeta propagowała „optymalizację podatkową”.
I wreszcie – czytałem niedawno badania, które wskazują, że od początku transformacji ludzie obecnie najsłabiej boją się utraty pracy, bo jest niskie bezrobocie. W związku z tym zaczynają się żądania podwyżek płac i lepszych warunków pracy.
Jeszcze jedno. W sytuacji konfliktu między pracownikami a pracodawcami władza musi zająć jakieś stanowisko. Dziś mamy wyraźny konflikt o podwyższoną stawkę godzinową, pracodawcy oszukują, zmuszają do odpłatnego wynajmowania odkurzaczy i strojów roboczych. I w tej kwestii obecny rząd jest po stronie pracowników i pracownic.
A co z minusami?
P. I.: Martwi mnie, że patriotyzm PiS opiera się na wrogości do innych. Ich nietolerancja stała się, że tak powiem, bardzo pstrokata. Bo to jest wrogość wobec inaczej myślących o Polsce, do tego islamofobia i walka z feministkami. Na marginesie: nie dziwię się, że prawica dziś tak ostro atakuje lewicę. Tylko my możemy im zagrozić, liberalizm już nie wróci. Nikt nie chce powrotu starych złodziei.
Poza tym PiS, podobnie jak wszystkie partie, które się w Polsce liczą, składa się z urzędników i biznesmenów. Tam nie ma ludzi pracy, a jeśli są, to jest ich jak na lekarstwo. Dlatego oni jednak chcą sobie podporządkować stronę społeczną – dobrze to widać po ich relacji ze związkami zawodowymi, na czele z „Solidarnością”. Poza tym, znam to z wielu sytuacji, politycy PiS różnych szczebli mają też sporo znajomych biznesmenów, którzy pożyczali im pieniądze, albo którym oni coś załatwiali, i to wszystko sprawia, że oni wiele dalej już w kwestiach socjalnych nie pójdą.
Bardzo dużo zależy od woli politycznej najważniejszych czynników decyzyjnych w PiS. Dziś widać wyraźnie, że drugi, trzeci i czwarty garnitur partii przynajmniej oficjalnie nawrócił się na „pobożny socjalizm” w trymiga.
P. I.: [śmiech] W czasie Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych w fabrykach wybuchały strajki. Właściciele wynajmowali mafię do walki z robotnikami. Wtedy prezydent Franklin Delano Roosevelt wysłał wojsko w obronie strajkujących robotników. To nazywam wolą polityczną stanięcia po stronie świata pracy. Takie coś się w Polsce pod rządami PiS nie stanie. A ponieważ związki zawodowe są u nas bardzo słabe, to my, jako Ruch Sprawiedliwości Społecznej, weźmiemy na siebie obowiązek reprezentowania świata pracy.
Poza tym stabilne poparcie, jakim cieszy się PiS mimo wielu skandalicznych zamachów na wolności obywatelskie i zasady państwa prawa, ośmiela Jarosława Kaczyńskiego do zawłaszczania państwa. Jeżeli pójdą o krok dalej, wszyscy będziemy musieli stanąć murem przeciwko nim, bo każdy człowiek niezależnie od poglądów musi walczyć z dyktaturą. Inaczej to, że ma jakieś poglądy, straci wszelkie znaczenie.
A przy okazji: mówisz tak krytycznie o związkach zawodowych, bo to konkurencja?
P. I.: Przecież one w Polsce są nieodróżnialne od ściany. Widziałeś przez ostatnich dwadzieścia siedem lat naprawdę płomienne wystąpienie lidera związkowego? Takie, które porwałoby tłumy? Z którego coś by na dłuższą metę wynikało dla świata pracy? Ja nie. Wiem za to, jak Polkom i Polakom kojarzą się związkowcy: to faceci na posadach, którzy dobrze żyją z dyrekcją przedsiębiorstwa.
Uważam, że dziś partia pracownicza, czyli RSS, może wykonać rolę podobną jak kiedyś „Solidarność”. Oczywiście, nikt nam władzy nie podaruje, ani nie da pieniędzy na billboardy. Tym bardziej, że przez część liberalnych i lewicowych środowisk jesteśmy uważani za wielkich zdrajców sprawy demokracji, bo nie pokazywaliśmy się z KOD-em. Ale my walczymy o socjalny elektorat PiS-u, więc nie będziemy obelżywie się odnosić do rządzącej partii, bo uniemożliwimy sobie kontakt z tym elektoratem.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko
Warszawa, 28 marca / 4 sierpnia 2017 roku
Fotografię Piotra Ikonowicza wykonał i udostępnił Krzysztof Ciemny
przez Piotr Wójcik | środa 2 sierpnia 2017 | opinie
Teorie spiskowe i inne tego rodzaju niestworzone historie to zjawisko funkcjonujące od lat. Tkwiły one sobie spokojnie na marginesie debaty publicznej, zainteresowani je zgłębiali, poszukujący śmiechu czytali je „dla beki”, a reszta społeczeństwa miała o nich mgliste pojęcie. Jednak w ostatnim czasie, w ramach modnej walki z poprawnością polityczną, wpuszczono te opowieści z krypty wprost do głównego nurtu debaty. Ludzie mają prawo wiedzieć, mówili. Chyba nie chcecie wprowadzać cenzury, pytali retorycznie. Efektem zgody na to, że można mówić wszystko, jest zupełny bajzel w informacyjnej przestrzeni publicznej. Teorie wyssane z palca funkcjonują w najlepsze w dyskursie, roszcząc sobie prawo do bycia równorzędnym partnerem z teoriami przemyślanymi i podpartymi danymi. Narobiły bałaganu i teraz człowiek musimy ich wysłuchiwać, przedzierać się przez ich treści i wykonywać czasochłonne czynności w celu odcedzenia tez i poglądów pełnowartościowych, tj. mających przynajmniej jakiekolwiek uzasadnienie. A ich autorzy najczęściej są w doskonałych humorach, uważając się za dyspozytorów wiedzy, która do tej pory była tajemna, lecz dzięki ich staraniom ma do niej dostęp „zwykły obywatel”, bo to w jego interesie jest ona ujawniana. No przecież.
Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka myślą nad wyjazdem do Polski
Jedną z takich teorii jest zbliżająca się rzekomo do Polski wielkimi krokami fala uchodźców z… zachodniej Europy. Mowa głównie o „rodowitych” Francuzach, Skandynawach czy Niemcach, którzy mają mieć już serdecznie dosyć obaw o swoje bezpieczeństwo i podobno to właśnie Polska jawi im się jako wymarzony raj wolny od islamskiego terroryzmu. Nieoceniony Stanisław Janecki w niedawnym numerze „wSieci” opublikował tekst „Azyl Polska”, w którym możemy przeczytać, że „wkrótce Polska może mieć problem nie z imigracją z Ukrainy, lecz z napływem dobrze wykształconych i sytuowanych mieszkańców Zachodu”. Zamożni zachodni Europejczycy, bojąc się o swoje bezpieczeństwo, tysiącami zjawią się nad Wisłą, dzięki czemu unikną niechybnej śmierci z rąk islamskiego zamachowca.
Żeby w ogóle brać pod uwagę tak absurdalną hipotezę, do dużych zamachów musiałoby na zachodzie UE dochodzić chyba co tydzień. W 2016 r. w zamachach w UE (a dokładnie w Belgii, Francji i Niemczech) zginęło w sumie 141 osób. To oczywiście o 141 za dużo, ale prawda jest taka, że ten akurat rodzaj śmierci to zupełna nisza. Dla trzech wymienionych krajów wskaźnik śmiertelności z powodu ataku terrorystycznego wynosi niecały 0,1 przypadków na 100 tys. mieszkańców. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że ktoś wpadnie po pijanemu do jeziora i utonie.
Potraktujmy jednak teorie publicysty „wSieci” poważnie. Być może rzeczywiście wskaźnik śmiertelności dla innych rodzajów przedwczesnej śmierci jest na tyle podobny, że drastycznie wyższa, choć wciąż mikroskopijna, możliwość śmierci w zamachu robi różnicę. Być może rzeczywiście nasz kraj może być bezpieczną przystanią dla Szwedów uchodzących z ich kraju „trawionego przez wojnę domową”. Czyżby Polska miała potencjał, by stać się schronieniem dla udręczonych i uciekających przed śmiercią przedstawicieli starej Unii?
Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka uciekają przed śmiercią do Polski
Generalnie najpowszechniejszymi przyczynami przedwczesnej śmierci są rak, choroby serca, śmierć w wypadku samochodowym oraz samobójstwo. Zamach terrorystyczny nie doczekał się jeszcze osobnej kategorii, bo jak zostało wyżej powiedziane, są dziesiątki bardziej prawdopodobnych rodzajów przedwczesnego zgonu. Aby nie dłubać w liczbach o wartościach kilku setnych, posłużymy się większą kategorią, czyli śmiercią z powodu morderstwa – w której oczywiście zawierają się osoby zabite w zamachach. I rzeczywiście, oglądając statystyki morderstw można dojść do wniosku, że Polska to dosyć bezpieczny azyl w Europie. Wskaźnik śmiertelności w tym przypadku wynosi w Polsce 0,75 ofiary na 100 tys. osób. W Niemczech trochę więcej – 0,81, a w Szwecji rocznie zabijana jest nieco ponad jedna osoba na 100 tys. mieszkańców. Najgorzej jest we Francji i Belgii – we Francji prawdopodobieństwo śmierci z powodu zabójstwa jest dwa razy wyższe niż w Polsce (1,53/100 tys. os.), a w Belgii rocznie giną niemal 2 osoby na 100 tys. obywateli. Nieźle, chyba Stanisław Janecki ma rację – szczególnie z perspektywy Belgii i Francji ucieczka do Polski jawi się jako atrakcyjna propozycja. W końcu kto by nie chciał dwukrotnie zmniejszyć prawdopodobieństwa swojego zgonu z powodu morderstwa? Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka pakują więc manatki i zabierają się do Polski. Już niedługo przekroczą granicę.
Szwedka ginie w wypadku samochodowym
Niestety nasza kochana czwórka naczytała się bzdur autorstwa polskich publicystów i nawet nie zdaje sobie sprawy, że z perspektywy jej bogatych krajów trafiła do prawdziwego piekła. Nasi goście jeszcze nawet nie wysiądą z samochodu, a już prawdopodobieństwo ich śmierci drastycznie rośnie. W Polsce w wypadkach samochodowych rocznie ginie 7,7 osoby na 100 tys. mieszkańców. To szósty najwyższy wynik w UE. Dla Szwedki to kosmos – dla niej ryzyko rośnie niemal trzykrotnie (2,7 ofiary/100 tys. os.). Dla Niemca „tylko” prawie dwukrotnie (4,3), dla Francuza (5,2) i Belgijki (6,5) już nie aż tak bardzo, ale wciąż wyraźnie. I trzeba zauważyć, że mówimy tutaj już o poziomach wyraźnie wyższych niż w przypadku morderstwa, które nawet w Belgii jest 3 razy mniej prawdopodobne niż śmierć w wypadku. Zatem tu dwukrotnie większe ryzyko realnie robi znacznie większą różnicę. A naprawdę wysokie wskaźniki dopiero przed nami.
Oczywiście zawsze można powiedzieć, żeby nasi goście nie jechali samochodem – niech przylecą i na miejscu niech trzymają się z dala od środków transportu samochodowego. Niestety ich sytuacja niewiele się poprawi. Jak wyliczyła Politechnika Warszawska, w latach 2009-2013 w Polsce w wypadkach samochodowych zginęło 3,4 pieszych na 100 tys. mieszkańców. Biedna Szwedka (0,47), nawet nie zdaje sobie sprawy, że w Polsce 7 razy bardziej ryzykuje śmierć pod kołami rozpędzonego auta, niż w bezpiecznym kraju ojczystym. Niemiec ryzykuje 5 razy bardziej, a Belgijka ponad 4 razy. No i niestety, podczas uroczej wizyty w Sandomierzu Szwedkę potrącił 17-letni Volkswagen Golf, jeżdżący po drodze tylko dlatego, że szwagier kierowcy podpisał mu lewy przegląd. Poniosła śmierć na miejscu.
Francuz umiera na raka płuc
Śmierć w Polsce czai się nie tylko na drodze, ale też w powietrzu. Zanieczyszczenie powietrza w naszym kraju zupełnie nie przystaje do standardów „upadających” krajów zachodniej UE. Co trzeci mieszkaniec polskich miast jest narażonych na zbyt wysokie stężenie pyłów PM10. W Szwecji i Francji jest ich proporcjonalnie dwa razy mniej. W Niemczech i Belgii jedynie co piąty mieszczanin ma podobny problem.
Smogowy koszmar, z którym mamy do czynienia każdej zimy, odbija się na zdrowiu Polaków. I wszystkich innych, którzy tutaj żyją. Widać to chociażby po statystykach zgonów na raka płuc. W Polsce wskaźnik śmiertelności z powodu tego rodzaju raka wynosi 68,4 przypadki na 100 tys. osób. W Niemczech i Francji wskaźnik umieralności na raka płuc jest o 25% niższy niż w Polsce, a w Belgii „jedynie” o 10%. W Szwecji wskaźnik śmiertelności na raka płuc jest nawet prawie dwa razy niższy. A trzeba pamiętać, że teraz już rozmawiamy o naprawdę wysokich prawdopodobieństwach, w przeciwieństwie do tych mikroskopijnych wskaźników dotyczących morderstw i zamachów. W przypadku raka płuc dwukrotnie wyższy wskaźnik, jak między Polską i Szwecją, czyni już gigantyczną różnicę – to wręcz przepaść.
No i niestety, przekonał się o tym Francuz. Po 15 latach wdychania krakowskiego powietrza zachorował na raka płuc i umarł. Jego nieprzystosowane do wdychania smoły płuca szybko poddały się intruzowi. Biedak, nie doczekał się nawet emerytury. Choć może to i dobrze, w końcu byłaby to polska emerytura.
Belgijka schodzi na zawał
Stanu polskiej służby zdrowia nikomu opisywać nie trzeba. Pracownicy opieki medycznej robią, co mogą, a często nawet więcej, jednak za takie pieniądze po prostu lepiej się nie da. A te pieniądze w proporcji do PKB są jednymi z najniższych na świecie. Nic więc dziwnego, że nasza opieka medyczna jest klasyfikowana na poziomie Bałkanów. Według indeksu EHCI Polska służba zdrowia jest na 31. miejscu w Europie – czyli piątym od końca. Udało nam się wyprzedzić Czarnogórę, Albanię, Rumunię i Bułgarię. Nie trzeba chyba dodawać, że służby zdrowia w krajach świeżo upieczonych zachodnioeuropejskich uchodźców są na drugim końcu skali – najwyżej jest belgijska (5. miejsce).
Oczywiście nieciekawy stan naszej służby zdrowia odbija się na śmiertelności. Widać to szczególnie w chorobach kobiecych – nad Wisłą prawdopodobieństwo śmierci na raka szyjki macicy jest czterokrotnie wyższe niż we Francji oraz 2,5-krotnie wyższe niż w Szwecji, Belgii i Niemczech. Rak szyjki macicy to jednak dość rzadki powód przedwczesnego zgonu. Problem w tym, że różnicę w opiece medycznej widać przy dużo bardziej „popularnych” chorobach – np. chorobach serca, które są jedną z najpowszechniejszych przyczyn śmierci. W Polsce wskaźnik śmiertelności z przyczyny choroby serca wynosi 140 zgonów na 100 tys. mieszkańców. We Francji jest on prawie trzykrotnie niższy, a w Belgii dwukrotnie.
No i niestety przekonała się o tym nasza Belgijka. Od pewnego czasu zaczęło ją pobolewać w klatce piersiowej. Zamierzała pójść do lekarza, jednak podczas rejestracji okazało się, że najbliższy wolny termin do kardiologa jest za trzy miesiące. Machnęła więc na to ręką i „olała” temat. Niestety podczas kolejnej kłótni ze swoim przełożonym-tyranem miała zawał – nie udało się jej uratować.
Niemiec popełnia samobójstwo
Polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna jest wyjątkowo nieprzyjazna. Co ciekawe, pomimo że nie ma u nas islamistów, a ta garstka muzułmanów, która nam się jakimś przypadkiem trafiła, jest zupełnie umiarkowana i dobrze się zintegrowała. A mimo to nadwiślańska rzeczywistość nie uśmiecha się jakoś bardzo miło, raczej szczerzy kły. Niskie płace, niska stabilność zatrudnienia, niewydolne instytucje niechroniące obywateli – nic dziwnego, że pod względem wskaźnika samobójstw bijemy inne kraje na głowę. Szczególnie wśród mężczyzn – samobójstwa odpowiadają za 33 zgony na każde 100 tys. Polaków. Mężczyźni w Niemczech zabijają się 2,5 razy rzadziej, a w Szwecji i Francji prawie dwa razy rzadziej. W Belgii wskaźnik samobójstw wynosi 23 zgony na 100 tys. mieszkańców, jest więc niemal o jedną trzecią niższy.
My się już zdążyliśmy przyzwyczaić i nawet nauczyć przybierać dobrą minę do tej fatalnej gry. Jednak dla uchodźcy z zachodniej Europy polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna musiałaby być niemałym szokiem. Niestety nasz Niemiec dał się naciągnąć na zainwestowanie pieniędzy w lipny instrument finansowy, na którym stracił oszczędności życia. Aby wyjść z kłopotów finansowych, wziął kilka krótkoterminowych pożyczek, w efekcie czego wpadł w spiralę długów. A gdy jego szef po raz piąty w krótkim czasie wywindował „targety” do wyrobienia, uchodźca znad Renu załamał się – pewnego dnia po prostu się powiesił.
Tak, w Polsce prawdopodobieństwo śmierci w zamachu jest de facto zerowe. Jeśli nie jesteśmy gangsterami, nie musimy komuś oddać sporek kwoty za narkotyki, albo nie zajmujemy się stręczycielstwem, na 99,99% nikt nas nie zamorduje. Wskaźnik śmiertelności w przypadku morderstwa jest w naszym kraju nawet 2-3 razy niższy niż w niektórych krajach zachodniej Europy. Problem w tym, że nawet w tych krajach ten wskaźnik jest mikroskopijny, więc nawet i trzykrotna różnica jest zupełnie niezauważalna. Tymczasem w przypadku najpowszechniejszych przyczyn przedwczesnej śmierci prawdopodobieństwo zgonu jest w naszym kraju nawet kilka razy wyższe niż w zamożnych krajach UE.
Żeby w takiej sytuacji twierdzić, iż Polska mogłaby być bezpieczną przystanią dla mieszkańców „starej UE”, trzeba być albo matematycznym analfabetą, albo wyimaginowanym husarzem, albo publicystą automatycznie klepiącym wierszówki. Owszem, Francuza nad Wisłą nie dopadnie żaden islamista – za to jest dużo bardziej prawdopodobne, że wpadnie pod ciężarówkę. Zresztą nawet jeśli uda mu się uniknąć wypadku, zawału albo raka płuc, to zawsze jeszcze może umrzeć ze śmiechu – oglądając TVP Info.
Piotr Wójcik
przez Aleks Eror | wtorek 25 lipca 2017 | opinie
Nigdy nie pojmowałem trendów rynku gastronomicznego. Oczywiście rozumiem to, jak funkcjonują, ale nie chwytam kierujących nimi zasad. Jak jedzenie może stać się modne? Jakim sposobem konkretna żywność może być „na fali”, a za chwilę wypaść z łask? Jeśli mowa o rynku tekstylnym i jego modach – projektant może zaproponować coś nowego pod względem estetycznym, co na chwilę „chwyci”, zanim w końcu stanie się na tyle dostępne i popularne, że zainteresowanie użytkowników poszybuje w stronę Następnego Wielkiego Trendu. Rozumiem to. Jednak jedzenie to co innego. Ostatnimi czasy na przykład niesłychanie modnym produktem spożywczym jest jarmuż. Po jego spożywaniu poznamy hipstera równie skutecznie, jak po krzaczastej brodzie i ścianach zbudowanych z surowych cegieł – a przecież jarmuż istniał od zawsze i zawsze był dla nas dostępny. Dlaczego zatem nagle jest o wiele bardziej modny niż 10 lat temu?

Oczywiście to pytanie przynajmniej w części retoryczne: jarmuż jest trendy, ponieważ jedzą go modni ludzie, czyli 20- i 30-latkowie o kosmopolitycznym nastawieniu, którzy mają wielu obserwujących na Instagramie i umieszczają na swoich profilach w mediach społecznościowych cieszące oko zdjęcia modnych posiłków, przyrządzonych z modnych składników wolnych od piętna firmy Monsanto. Czasami jedzą tak ze względów zdrowotnych, czasami nie. Tak czy owak – to absurd.
Jeżeli mieszkacie w największych miastach Zachodu i jesteście choć odrobinę rozeznani w obecnie panujących chwilowych modach, prawdopodobnie rozumiecie, co mam na myśli, pisząc, że żywność może być „na fali”. Tak, jak wspomniałem – jarmuż jest na fali. Tosty z avocado? Zdecydowanie na fali. Komosa ryżowa może trochę pachnie rokiem 2012, ale i ona zdecydowanie mieści się w tej kategorii. Zielone warzywa liściaste? To po prostu ferrari wśród jarzyn. Może i mamy do czynienia z jakąś sekretną kampanią promującą żywność, której istnienia nie jestem świadomy, ale widzę pewną prawidłowość – zazwyczaj tego typu produkty trafiają na szczyty popularności, gdy przedstawiciele świadomej wartości rozsądnego odżywiania, obeznanej z mediami klasy średniej, odkrywają którąś z mniej znanych zdrowotnych korzyści ich spożywania i nagle zaczynają się nimi ponad normę objadać.
Najświeższe trendy kulinarne są nieuchronnie podchwytywane przez działy lifestyle’owe wielkomiejskich czasopism, co wykładniczo zwiększa ich popularność. Zanim się zorientujemy, są już wszędzie wokół i dyskutuje się o nich w taki sposób, że jeśli ich nie znasz, czujesz się jak ostatni kołtun kulinarny. Jest w tym niejaka ironia: chociaż afekt wobec tych produktów żywnościowych jest często uważany za wykładnik kosmopolitycznego wyrafinowania, ma on także ciemną stronę, o której rzadko się wspomina. Mimo że pokarmy te reprezentują tak zwany liberalny styl życia, ich rosnąca popularność ma często destrukcyjny wpływ na ubogie społeczności, które tradycyjnie na nich polegały. Koncepcja „trendy jedzenia” może brzmieć absurdalnie, ale jest prawdziwa – tak samo, jak prawdziwa jest gentryfikacja żywności.
Weźmy na przykład komosę ryżową. To południowoamerykańskie zboże po raz pierwszy pokazał mi przyjaciel-hipis, który lubi spędzać weekendy na wałęsaniu się na bosaka po angielskich wsiach oraz opowiadaniu bez cienia ironii o „energii” i „wszechświecie”. W niektórych częściach Peru i Boliwii, gdzie zboże to jest uprawiane od kilku tysiącleci, komosa jest fundamentem lokalnej diety, tak samo, jak ryż w Azji czy chleb w Europie. Ale to właśnie skok popytu ze strony Europy Zachodniej sprawił, że jej cena pomiędzy 2006 a 2013 rokiem wzrosła trzykrotnie.
Pod koniec tego okresu komosa osiągnęła w Limie cenę wyższą niż mięso kurczaka, a wizja lukratywnych sum, jakie można było zarobić na eksportowaniu jej do dobrze sytuowanych krajów zamorskich, sprawiła, że zapasy na miejscu zaczęły się kurczyć. To zaś zmusiło lokalną ludność do wydawania pieniędzy na tańsze, importowane zachodnie jedzenie o niskiej wartości odżywczej, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na wiele więcej. To tyle na temat hippisowskich ideałów powszechnej miłości.
Podobne wnioski można wyciągnąć na przykładzie rosnącej popularności zielonych warzyw liściastych, które znienacka stały się ulubionym pożywieniem amerykańskich „klas paplających”. Zielenina ta do tej pory była pokarmem warstw ubogich i używano jej do gotowania głównie na Południu USA, gdzie służyła za podstawę kuchni społeczności afroamerykańskich. Za nagłą popularnością nieuchronnie nadszedł wzrost cen, sytuując znane od lat warzywo poza zasięgiem ekonomicznym tych, którzy do tej pory jedli je z konieczności, a nie z powodu hipsterskiej obsesji bycia „autentyczną” klasą robotniczą. Wielu czarnych komentatorów otwarcie protestowało przeciwko temu trendowi i nazywało go – ponownie – gentryfikacją żywności.
Kolejny superpokarm [ang. super food – żywność, której przypisuje się nadzwyczajne wartości zdrowotne i odżywcze – przyp. tłum.] uwielbiany przez kawiorową lewicę z Zachodu, to awokado. Wysokie zapotrzebowanie na ten produkt, jak i spore zyski, które za tym idą, doprowadziły do problemu wylesienia w Meksyku, gdzie rolnicy ze stanu Michoacan wycinają lasy sosnowe i jodłowe, by zrobić miejsce pod uprawy awokado. Ponadto, ponieważ sady z uprawami tej rośliny potrzebują dwa razy więcej wody od lasów, które wycięto, by je tam posadzić, następuje swoisty efekt domina – lokalne uprawy i żyjące w okolicy zwierzęta zostają pozbawione wody. Kolejny problem to fakt, że awokado jest odpowiedzialne za wzrost przestępczości: na przykład w Nowej Zelandii złodzieje włamują się na farmy z uprawą tej rośliny i odsprzedają dalej owoce, które zdołają ukraść; w Meksyku zaś kartele narkotykowe, takie jak Knights Templar, grabią lokalnych rolników uprawiających awokado i wymuszają od nich haracze. Ten rodzaj przemocy, tak jak i przemoc związana z handlem narkotykami, nie jest napędzany przez samo istnienie żywności, o której mówimy, lecz przez zapotrzebowanie na nią ze strony Pierwszego Świata. Popyt sprawia, że produkty te stają się opłacalne, a pogoń za zyskiem pozostawia ślad w postaci lekkomyślnego i przemocowego zachowania.
W tym wszystkim tkwi okrutna ironia. Liberałowie z klasy średniej, którzy chodzą na brunche do wegańskich kafejek i wrzucają na Instagram ujęcia swoich sałatek z komosą i tostów z awokado, prawdopodobnie uważają, że ich wybory dietetyczne świadczą o przyrodzonej otwartości umysłu – podczas gdy są one nowoczesną formą kolonializmu. Tak, jak Brytyjczycy grabili Indie z herbaty i przypraw, tak i owe współczesne układy popytu i podaży wykorzystują finansowy argument, jakim posługują się kraje rozwinięte, przeciwko biedzie i desperacji tych, którzy pozbawieni są jakiejkolwiek władzy. Oczywiście to wymiana ekonomiczna, trudno zatem mówić o okropieństwach czasów niewolnictwa, jednak nadal oznacza to czystą eksploatację. Pieniądze po prostu owijają ją w cywilizowany woal i dają nam pigułkę na uspokojenie sumień.
Aleks Eror
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej highsnobiety.com w październiku 2016 r.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 18 lipca 2017 | opinie
Wizja dojrzałych elit odsyła nas nie tylko do ich normatywnego rozumienia, ale także do związanych z tym oczekiwań społecznych. Być może określenie „dojrzałe elity” jest pleonazmem – intuicja podpowiada, że elitarność wymaga dojrzałości: postaw, postrzegania i wypełniania zobowiązań, pewnego smaku kulturowego, ale też etycznej troski i obywatelskiej empatii, którą po staroświecku nazwę wrażliwością społeczną. Jest to pewne założenie, wynikające wprost ze społecznikowskiej, jeszcze dziewiętnastowiecznej rodzimej tradycji, której toposy wnikliwie opisał Bohdan Cywiński na kartach „Rodowodów niepokornych”. Ale nikt nie gwarantuje, że elity będą właśnie takie.
Można też zaproponować znacznie prostszą definicję elit, ująć je jako nadający ton życiu danego państwa establishment w jego różnorakich odsłonach: od politycznych, przez medialno-kulturowe, po biznesowo-ekonomiczne. Wówczas elity, z reguły wewnętrznie skonfliktowane ze względu na rozbieżności wszelkich możliwych interesów, będą przede wszystkim środowiskiem dysponującym znaczącą władzą, wpływami na struktury rzeczywistości i „wysokim prestiżem”, który służy choćby jako instrument legitymizacji poczynań własnych i popleczników. W tej sytuacji pytanie o dojrzałość elit nabiera innego kontekstu: nie będziemy dyskutować o ich pryncypiach etycznych i misji społecznej, ale np. o kompetencjach biznesowych, prawnych czy administracyjnych. A i dla tych można przyjąć różnorakie kryteria.
Oto dwie wizje elit: po pierwsze pojmowanych zgodnie z kanonem społecznikowskim, bardzo ważnym dla naszego inteligenckiego etosu, choć współcześnie jest to raczej mit, niźli rzeczywistość; po drugie definiowanych jako establishment, który często chce nas przekonać do swoich technokratycznych kompetencji, nawet gdy bywają one wątpliwe, a działania elity są wprost szkodliwe dla dobrostanu państwa i społeczeństwa. Żeby skomplikować obraz: te sposoby postrzegania elit mogą się przenikać czy to w praktycznym działaniu, czy to na gruncie wyobrażeń i oczekiwań społecznych. Ponadto te dwa sposoby rozumienia i funkcjonowania elit mogą ze sobą nie współgrać. Przecież establishment nie musi być kompetentny. A z pewnością nigdy nie jest nieomylny. Zaś jego władza i znaczenie mogą wynikać z wielu czynników, ukrytych przed oczami opinii publicznej.
Tęsknota za elitami
W Polsce wciąż toczy się spór o elity – w sposób mniej lub bardziej uświadomiony przez opinię publiczną. Nie bez powodu do języka potocznego przeniknęły takie określenia, jak „prawdziwe elity” czy „łże-elity”. Tego typu pojęć nierzadko używa się interesownie: mają deprecjonować znaczenie przeciwnika/przeciwników ideowopolitycznych, skonfliktowanych z nami grup interesów itp. Ale równocześnie jest w tych określeniach pewnego rodzaju – zupełnie zrozumiała – tęsknota za elitami postrzeganymi nie tylko jako przemożna grupa wpływu, rozumianymi nie tylko jako establishment, ale właśnie jako „wspólnota troski”. Elity, które się troszczą, robią to mądrze, są odpowiedzialne i perspektywicznie patrzą na rzeczywistość – to pewien ideał obecny w wyobrażeniach społecznych. Równocześnie często wyrażamy tęsknotę za „prawdziwymi elitami”, myśląc o niedowładzie i mankamentach przeróżnych sfer rodzimej rzeczywistości: od edukacji, przez funkcjonowanie sądów, po system ochrony zdrowia. To pokazuje, że dostrzegamy instytucjonalny i strukturalny charakter rzeczywistości i konieczność troski o ten wymiar realnej polskości – choć tak często pogrążeni jesteśmy w licznych partykularyzmach, wsobnościach i chorobliwym antyetatyzmie duszy polskiej.
Na marginesie: w ciągu ostatnich lat miałem okazję częściej uczestniczyć w różnego rodzaju spotkaniach/warsztatach/panelach, w których dyskutowano o różnych aspektach funkcjonowania polskiego państwa. I nawet gdy wskazywano na dobrze działające instytucje lub przyzwoity czy dobry poziom finansowania, zwracano uwagę na kwestię niezwykle ważną w kontekście niniejszych rozważań: brak ewaluacji podejmowanych działań, myślenia poprzez długofalowe cele, holistycznego oglądu działań np. w sferze kultury czy systemu opieki zdrowotnej. To nie jest tylko problem braku czy nieumiejętności kadr, ale szerokiego konsensusu dotyczącego „taniego państwa”, które oszczędza szczególnie na niższych piętrach swojego funkcjonowania, a przez to wikła się w rozliczne konflikty wynikające z fasadowości i doraźności podejmowanych działań. Tymczasem, jeśli mówimy o elitach przez pryzmat ich dojrzałości, to właśnie one powinny uruchomić instytucjonalną wyobraźnię: marzenia nie muszą wykluczać trzeźwości działań i sądów. Osobom, które nie rozumieją powyższych zdań, szczerze polecam książkę „Przedsiębiorcze państwo. Obalić mit o relacji sektora publicznego i prywatnego”, pióra Mariany Mazzucato, ekonomistki z Uniwersytetu w Sussex, doradczyni ekonomicznej Komisji Europejskiej i rządów Brazylii, Niemiec i Finlandii.
Elity nie tylko dla metropolii
Spójrzmy nieco uważniej na sytuację obecną. Mamy do czynienia z elitami transformacyjnymi, które dziedziczą przynajmniej kilka tradycji, czasem sprzecznych. Część elit, dziś rocznikowo na ogół najstarsza, pamięta i zachowała więź z przedwojennymi środowiskami inteligenckimi i społecznikowskimi. Wyższy kapitał kulturowy, nierzadko sprzęgnięty z lepszą sytuacją ekonomiczną, gwarantował im nie tylko lepszą pozycję społeczną. Tego rodzaju elity (bardzo skrótowo, za ich reprezentantów i reprezentantki uważam choćby premiera Jana Olszewskiego, Zofię Romaszewską, śp. senatora Zbigniewa Romaszewskiego, małżeństwo Joannę i Andrzeja Gwiazdów) cechowała czy cechuje właśnie wrażliwość społeczna, obywatelska i państwotwórcza, która pozwalała im negować pewne „oczywistości” polskiego modelu transformacji – na czele z jego szokowymi paradygmatami. Tego rodzaju elitarność oznacza również zdolność do dostrzegania nie tylko interesów metropolii, wielkomiejskich, stołecznych, ale dostrzeżenie także potrzeb prowincji i peryferii, a także interesów i potrzeb gorzej sytuowanych warstw społecznych. Jej elementy, co daje pewną nadzieję na przyszłość, odnajdziemy wśród reprezentantów przeróżnych grup zawodowych i środowisk ideowych.
Ale ta historia ma i ciemniejsze strony. Niestety, w dużej mierze elity transformacyjne, które ukształtowały się w ciągu ostatnich dekad istnienia naszego państwa, są wsobne i skupione na realizacji własnych interesów. Pole gry elit, tak to ujmijmy, często nie współgrało z potrzebami i faktycznymi wyzwaniami społecznymi: stąd, na przykład, stygmatyzujący nierzadko opis polskiej wsi/prowincji, szczególnie w pierwszych latach transformacji; stąd też dość bezrefleksyjne przekonanie, że wyłącznie mechanizmy rynkowe są odpowiedzią na wyzwania społeczne w transformacyjnym świecie; stąd też znaczne dysproporcje między czasem i uwagą poświęcaną rzeczywistości metropolitarnej i peryferyjnej w opiniotwórczych mediach wszelkiego typu i bodaj wszelkich odcieni ideowych. Stąd też niemal zupełna wieloletnia bezradność koncepcyjna wobec wykrwawiającej nasz potencjał, liczonej już w milionach, emigracji zarobkowej z Polski. Stąd również fascynacja polaryzacyjno-dyfuzyjnym modelem rozwoju państwa i wzrostu dobrobytu społecznego, który można dziś podsumować krótko: nie udało się dzięki niemu zbudować silnej i szerokiej klasy średniej, a jedynie „klasę średnią na kredyt”. Z reguły ten brak zainteresowania wieloma kwestiami społeczno-gospodarczymi albo ograniczenie recept do kanonu radykalnie liberalnych gospodarczo tez tłumaczono właśnie względami merytorycznymi. Do dziś bardzo mocno pokutuje pogląd, że wartościowe poznawczo i funkcjonalnie są tylko te strategie, które wiążą się z praktykami i teoriami różnych odcieni neoliberalizmu.
Jakich elit potrzebujemy?
Dziś już widać wyraźnie, że potrzebujemy elit, które będą łączyły najlepsze cechy społecznikowskie z merytorycznymi umiejętnościami myślenia i działania. A równocześnie muszą to być elity państwotwórcze, które nie zrezygnują ani z wizji, ani z pragmatyki. Nie oznacza to, że mają być skrajnie etatystyczne czy centralistyczne. Państwo i społeczeństwo buduje się przecież na różnych poziomach realności, ale z całą pewnością polskość potrzebuje dziś solidnej struktury państwowej. Nasz byt nie może być wieczną prowizorką, dziś fundowaną na chorobliwym antyetatyzmie albo na kiepskim etatyzmie. To właśnie elity mogą budować efektywną architekturę państwa, która będzie odpowiadała zarówno na wyzwania ekonomiczne, jak i demograficzne, to elity mogą na różnych poziomach rzeczywistości pomagać negocjować między interesami przeróżnych, naturalnych przecież, grup konfliktu, a także zapobiegać procesowi coraz dalej postępującego w Polsce rozwarstwienia. Tak, to normatywny opis. Ale bez niego pozostanie nam tylko cynizm, skrajna prywata albo „dojutrkowość” realnej polskości i wieczna ucieczka w coraz bardziej wsobne narodowe mitologie lub ksero-modernizacyjne wzorce.
Krzysztof Wołodźko
Tekst powstał na kanwie wystąpienia na Kongresie Obywatelskim jesienią 2016 r.
przez Hamzah Khalique-Loonat | wtorek 11 lipca 2017 | opinie
Dzień przed meczem Liverpool kontra Southampton pojawiły się pogłoski, że na stadionie Anfield ma zostać wywieszony transparent z Jeremym Corbynem. Ta wiadomość wywołała u wielu osób mieszane uczucia. Gdy jednak go zaprezentowano, szybko okazało się, że „transparent z Jeremym Corbynem” to tak naprawdę transparent dotyczący socjalizmu, który widziany był już w tym sezonie na Anfield. Dla niektórych transparent był znakiem dumy, inni byli nim zażenowani, a duża część młodszych fanów FC Liverpool nie rozumiała, co polityka i lider partii laburzystów mają wspólnego z meczem Liverpoolu przeciwko Southampton.
Żeby to zrozumieć, należy przyjrzeć się społecznej, gospodarczej oraz politycznej historii Wielkiej Brytanii i Liverpoolu.
Rejon Liverpoolu od zawsze miał związki z partią laburzystowską, a w jego okręgach wyborczych od lat 60. wygrywali kandydaci tego ugrupowania. Te związki umocniły się w latach 80., gdy Margaret Thatcher sprowokowała nienawiść do siebie i swojej partii w Liverpoolu oraz w wielu rejonach północnej Anglii i Szkocji. Podczas pierwszej kadencji Thatcher wprowadziła reformy, w efekcie których drastycznie wzrosły poziomy bezrobocia i inflacji w całym kraju. Ta monetarystyczna „terapia wstrząsowa” spotkała się z dużym sprzeciwem, w wyniku czego w marcu 1981 r. wskaźnik zadowolenia z przywództwa Thatcher wynosił tylko 16%.
Między kwietniem a czerwcem 1981 r. w Toxteth i innych rejonach kraju wybuchły zamieszki, w których został użyty gaz łzawiący, ponad 500 osób aresztowano, a jedna zginęła pod kołami wozu policyjnego.
W 1985 r. stopa bezrobocia wzrosła do ponad 20% i znów rozpoczęły się zamieszki. Północna Anglia nie skorzystała na reformach gospodarczych rządu Margaret Thatcher, których pewne pozytywne efekty dały się odczuć głównie na południu Anglii, szczególnie w Londynie – było to wynikiem transformacji gospodarki od opartej na pracy fizycznej ku opartej na usługach.
Sama ta spuścizna wystarczyła, żeby mieszkańcy Liverpoolu polubili laburzystów. Miasto było również siedzibą walczącego odłamu partii, który organizował masowe protesty przeciwko cięciom budżetowym wprowadzanym przez rząd. W słynnej wypowiedzi kanclerz Geoffrey Howe zasugerował Margaret Thatcher, że Liverpool powinien zostać poddany „kontrolowanemu upadkowi”, sprzeciwił się też inwestycjom publicznym w regionie tego miasta, ponieważ uważał je za marnotrawstwo środków.
Piłka nożna była swoistą pociechą dla społeczności Liverpoolu w tamtym okresie – ich kluby dominowały w Anglii lat 80. Między 1979 a 1990 rokiem Liverpool zdobył osiem tytułów mistrzowskich w lidze, a Everton kolejne dwa. FC Liverpool zdobył również Puchar Europy w 1981 i 1984 r.
Mimo że relacje między partią konserwatystów a społeczeństwem Liverpoolu były oziębłe, wciąż istniała jeszcze szansa na ich ocieplenie – jednak szansę tę zaprzepaściła ostatecznie rola, jaką odegrał rząd podczas tragedii na Hillsborough w 1989 r. Po otrzymaniu sprawozdania lorda Taylora na temat tego wydarzenia, Thatcher stwierdziła, że ona i jej rząd nie są w stanie zaakceptować w pełni ustaleń raportu, jako że jej zdaniem odniósł się on zbyt krytycznie do działań policji.
Według byłego ministra spraw wewnętrznych z ramienia laburzystów, Jacka Straw, to właśnie nastawienie Thatcher do policji oraz jej przyzwolenie na rozwój i trwanie „kultury bezkarności” w służbach mundurowych były pośrednią próby zatuszowania faktów w kwestii tragedii na Hillsborough. W 2012 r. premier David Cameron oświadczył przed Izbą Gmin: „W czasie powstawania raportu Taylora ówczesna premier została poinformowana przez osobistego sekretarza, że, cytuję, »bliska oszukańczej« postawa wyższych funkcjonariuszy policji z South Yorkshire wydawała się mu »przygnębiająco znajoma«”. Zauważył on też, że w raporcie znajdowało się zdanie o braku podstaw do twierdzenia, iż „władze próbowały cokolwiek ukryć”. Jednak zdaniem społeczności Liverpoolu rząd w 1989 r. nie poświęcił wystarczająco dużo wysiłków na zbadanie, co naprawdę się wydarzyło, a ponadto nie zwalczał obiegowych opinii mówiących, że kibice Liverpoolu nie tylko zachowali się nieodpowiedzialnie, ale wręcz „jak kryminaliści”, jak pisał brukowiec „The Sun”. Minister John Major przeprosił w 2013 r. za to, że nie nakazał przeprowadzenia dochodzenia w sprawie tragedii, ale do tego czasu wizerunek konserwatystów jako „wstrętnej partii” zadomowił się już w wyobraźni mieszkańców Liverpoolu.
Obecnie w hrabstwie Merseyside znajduje się sześć z dziesięciu rejonów zdominowanych tradycyjnie przez laburzystów: Liverpool Waton, Knowsley, Liverpool West Derby, Bootle, Liverpool Wavertree oraz Liverpool Riverside.
Wróćmy teraz do Jeremy’ego Corbyna oraz jego znaczenia dla wielu spośród mieszkańców Liverpoolu. Spora część z nich uważa, że to wcielenie laburzysty starej daty. Jest człowiekiem z zasadami, uczęszczał do szkoły państwowej i nie należy do westminsterskiej elity wykształconej w Oxfordzie lub Cambridge. Ponadto w ciągu całej swojej kariery parlamentarnej sprzeciwiał się on neoliberalnym ideom, które przyśpieszyły proces gospodarczej zapaści w północnej Anglii, a jednocześnie utożsamia się z nimi wielu młodych polityków partii laburzystów.
Jego szczere przywiązanie do socjaldemokracji przemawia do mieszkańców Liverpoolu, rejonu z bardzo silnym poczuciem przynależności do społeczności oraz niezłomną wiarą w założenia systemu wartości podzielanych przez Corbyna. Jego przemowa w 2013 r. dotycząca tragedii na Hillsborough zawierała wszystko, co osoby domagające się sprawiedliwego traktowania 96 ofiar chciały usłyszeć z ust rządu od 1989 r. – otwarte potępienie fałszywej narracji promowanej przez brukowce typu „The Sun” oraz słowa wsparcia dla rodzin osób zmarłych. Corbyn mówił:
Dziś, po 27 długich latach, 96 ofiar tragedii na Hillsborough i ich rodziny doczekały się sprawiedliwości. Najmłodsza ofiara, Jon-Paul Gilhooley, miała tylko 10 lat, a najstarsza, Gerard Bernard Patrick Baron – 67 lat. Poszli oni na mecz jako kibice, tacy jak my, 15 kwietnia 1989 r., ale nigdy nie wrócili do swoich rodzin.
Składam hołd rodzinom i przyjaciołom wszystkich ofiar tragedii – jak też innym mieszkańcom miasta – za ich pełną pasji i godności kampanię prowadzoną przez prawie trzy dekady.
Dzisiaj ich walka o prawdę i sprawiedliwość zostaje zrehabilitowana.
Po tragedii na Hillsborough wielu przedstawiało ofiary oraz kibiców LFC jako pijanych chuliganów i złodziei.
Wnioski z dochodzenia pokazują, że to oszczerstwa – zachowanie fanów nie spowodowało ani nie przyczyniło się do tragedii, zostają oni oczyszczeni z jakichkolwiek zarzutów.
Ci, którzy przybyli na półfinał 27 lat temu, byli niewinnymi ofiarami – nadszedł czas, żeby osoby, które propagowały te obrzydliwe i złośliwe kłamstwa przyznały, iż głęboko zraniły tym dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, oraz by zostały pociągnięte do odpowiedzialności.
Rola polityki i rządu jest zapewne bardziej odczuwalna w Liverpoolu niż w innych miastach kraju. Żadne inne miasto nie zjednoczyło się w jednej sprawie na tak długo jak mieszkańcy Liverpoolu w sprawie tragedii na Hillsborough. W tym kontekście nie dziwi obecność flagi z Jeremym Corbynem na stadionie.
Pamiętajmy, że ten sam klub wywiesił transparent z Billem Shanklym, Bobem Paisleyem, Joe Faganem, Kennym Daglishem i Rafą Benitezem w pozach takich, jakie przyjęli Marx, Engels, Lenin, Stalin i Mao na wszystkim chyba znanej grafice.
Socjalizm zadomowił się w Liverpoolu, co wyjaśnia do pewnego stopnia, czemu Corbyn i John McDonnell znaleźli się na Anfield w tamtą niedzielę. Jednak debata, która odbyła się na Twitterze, sięga o wiele głębiej. Skupiła się mianowicie na tym, czy na Anfield i ogóle w sporcie powinno być miejsce na politykę.
Argument przeciw jest taki, że kluby oraz ich fani to ludzie z całego świata, o różnych rasach, religii, płci, o różnych przekonaniach politycznych itd.
Czy kluby piłkarskie powinny więc być neutralne politycznie? Faktem jest, że nie są, co więcej, nie istnieje powód, żeby były. Kwiat maku, na przykład, był na początku symbolem pamięci o poległych w pierwszej wojnie światowej – teraz symbolizuje życie wszystkich ludzi, którzy polegli walcząc za Wielką Brytanię. Dla wielu symbol ten jest wyjątkowo obraźliwy. Imperium Brytyjskie było zaangażowane w niewypowiedzialne formy okrucieństwa, których ofiarami stawali się ludzie na całym świecie. Również wydarzenia z XX wieku, takie jak Krwawa Niedziela czy budzące silny sprzeciw społeczny wojny w Iraku i Afganistanie, nie przysparzają rządzącym popularności, zwłaszcza gdy na jaw wychodzą długofalowe konsekwencje tych historycznych wydarzeń.
Każdego sezonu James McClean, irlandzki piłkarz, poddawany jest surowej krytyce za nieprzypięcie symbolicznego maku do koszuli, a jednak mniej niż 10 lat temu takie samo stanowisko demonstrowały i Liverpool, i Manchester United. Mak ma oczywiste znaczenie polityczne, a opinia publiczna zmusiła kluby do zajmowania postaw konformistycznych wobec takich akcji. Dlatego przekonanie, że Corbyn nie powinien pojawić się na Anfield, ponieważ sport i polityka wykluczają się, należałoby uznać za fałszywe. Sport i polityka od zawsze wiązały się ze sobą.
Sport pozwalał ludziom marginalizowanym w społeczeństwie na protest przeciwko niesprawiedliwości. Wiele z najsłynniejszych momentów w sporcie zrodziło się z takiej właśnie motywacji. Jako przykład można podać Johna Carlosa i Tommy’ego Smitha wykonujących gest Czarnej Siły (Black Power) na Olimpiadzie z 1968 r. w trakcie odgrywania amerykańskiego hymnu lub (to już trochę świeższa historia) Colina Kaepernicka klęczącego na znak protestu przeciwko traktowaniu Afroamerykanów w USA.
FC Barcelona jest chwalona i szanowana za swoje przywiązanie do Katalonii, z katalońskimi paskami, które widnieją na odzieży oraz sprzęcie, w podobny sposób jak płomienie Hillsborough są motywem w wizerunku Liverpoolu. Flagi Katalonii są zawsze widoczne na Nou Camp w czasie meczów – chęć niezależności od rządu, który dopuścił się ucisku na swoich obywatelach, jest częścią dziedzictwa kulturowego Katalończyków tak, jak socjalistyczne ideały, które definiowały podejście Billa Shankly’ego do życia i klubu odzwierciedlają się w działaniach Liverpoolu.
Nie znaczy to jednak, że ludzie z prawicowymi przekonaniami nie mogą kibicować Liverpoolowi czy innym tradycyjnym klubom z północy – kluby piłkarskie są otwarte dla wszystkich. Jednak podstawy socjaldemokracji i partia laburzystów znaczą wiele dla tożsamości i kultury miasta Liverpool i dla klubu FC Liverpool ze względu na wydarzenia ze współczesnej historii. Fani z całego świata powinni to zrozumieć i uszanować, ponieważ historia tego dziedzictwa sięga głęboko i dotyka wielu z nich osobiście.
Hamzah Khalique-Loonat
Tłumaczyła Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się w maju 2017 r. na stronie internetowej worldfootball.indec.com.
przez Tomasz S. Markiewka | środa 5 lipca 2017 | opinie
Polscy liberałowie lubią przedstawiać się jako odpowiedzialni Europejczycy i światowcy. Cały ich program polityczny można sprowadzić do stwierdzenia: niech będzie u nas tak, jak jest na Zachodzie. Dotyczy to w szczególności niezbyt wyszukanej wersji centro-liberalizmu, która dominuje w Polsce od czasów transformacji („odrzucamy zarówno prawicowe, jak i lewicowe wybryki, kochamy wolny rynek”). Paradoks polega na tym, że płytkość myśli naszych liberałów ujawnia się najbardziej właśnie wtedy, gdy zaczynają się wypowiadać na temat Europy, świata czy mitycznego Zachodu. Szybko okazuje się bowiem, że ich wyobrażenia są zbudowane nie na skomplikowanej rzeczywistości, lecz na bajce, szczególnie popularnej w latach 90.
Jej treść sprowadza się do kilku haseł: kapitalizm oznacza wolność, wolny rynek oznacza demokrację, zachodnie elity polityczne i finansowe są obrońcami lepszego świata, a instytucje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy to neutralne placówki naukowe promujące obiektywne procesy gospodarcze. Jedyną pociechą polskich liberałów jest to, że na prawo od nich bywa jeszcze głupiej. Wierzy się tam bowiem w bajkę o chrześcijańskiej Polsce otoczonej przez upadający pod ciężarem grzechów politycznej poprawności Zachód. Tylko co to za radość dla ludzi, którzy chcieliby debaty politycznej na wyższym poziomie?
O jakości polskiej myśli liberalnej przypomniał niedawno niezastąpiony Tomasz Lis, który po niespodziewanym sukcesie Partii Pracy w wyborach brytyjskich, nazwał jej lidera, Jeremy’ego Corbyna, „komuchem”. Wtórował mu Cezary Michalski z „Newsweeka”, próbujący w swoim powyborczym tekście zrobić wszystko, aby w głowach czytelników i czytelniczek słowo „Corbyn” zlało się ze słowem „populizm”. Tymczasem na wymarzonym Zachodzie do Corbyna w ostatnich miesiącach zaczęli przekonywać się nawet ludzie tacy jak Roger Cohen – publicysta „New York Timesa”, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że ma radykalnie lewicowe poglądy. Umiarkowany wzrost sympatii do szefa Partii Pracy wśród części zachodniej opinii publicznej nie wynika z jej nawrócenia na lewicowe wartości, lecz z tego, że ma ona przynajmniej minimalne pojęcie o problemach, z jakimi zmagają się współczesne kraje rozwinięte. A są to: rosnące nierówności, coraz bardziej kłująca w oczy nieskuteczność polityki oszczędności, doprowadzone do horrendalnych rozmiarów wpływy wielkiego biznesu oraz niewiarygodność politycznych elit. Cohen i jemu podobni mogą nie podzielać lewicowych recept Corbyna, ale przynajmniej widzą, że odnoszą się one do istniejących problemów i nie da się dłużej pisać o polityce tak, jakby u rządów nadal byli Tony Blair i Gerhard Schröder.
Jednak większość „odpowiedzialnych Europejczyków” z naszego kraju nadal żyje w świecie starej bajki, która ukształtowała Polskę w trakcie transformacji. W tej bajce politycy tacy jak Corbyn są komunistami lub – nowa nazwa wcielonego zła – populistami. Niezależnie od tego, czy nasi liberalni centryści wypowiadają się na temat wyborów na Wyspach, międzynarodowych traktatów handlowych, problemów Stanów Zjednoczonych, czy wyzwań, przed którymi stoi Unia Europejska – powracają w ich wypowiedziach te same motywy wzięte z lat dziewięćdziesiątych. Ze wszystkich przykładów obrazujących ubogość politycznych analiz polskich liberałów na czoło wybija się ich stosunek do Grecji zmagającej się z ogromnym długiem publicznym.
O greckich problemach było w naszym kraju stosunkowo głośno przez chwilę, gdy tamtejszy rząd negocjował z Trojką (Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny) warunki pomocy. Teraz mało kto zajmuje się tym tematem. Na Zachodzie, do którego tak wzdychają liberalne elity, wciąż się jednak o nim dyskutuje, szczególnie wśród intelektualistów. Kryzys Grecji stał się bowiem symbolem kryzysu całej Unii Europejskiej, a w szczególności strefy euro. Po tym, jaki stosunek ma dana osoba do tarć na linii Grecja-Trojka, można rozpoznać jej poglądy na temat przyszłości zjednoczonej Europy. Dlatego warto przypomnieć sobie, co nie tak dawno temu wypisywali o greckich problemach polscy „specjaliści” lubiący stylizować się na liberalnych obrońców zdrowego rozsądku, i porównać to z opiniami części zachodnich ekspertów.
Tomasz Lis z problemów Grecji wyciągnął proste przesłanie: nieodpowiedzialni Grecy wydawali zbyt dużo, wpadli w długi i muszą za to zapłacili. Nie można żyć ponad stan, nie można zamiatać problemów pod dywan, nie można w nieskończoność okłamywać siebie i innych, nie można wierzyć w ordynarne kłamstwa i puste obietnice polityków. Rachunki bowiem tak czy owak w końcu trzeba zapłacić. Im później, tym wyższe – pouczał. W podobnym duchu wielokrotnie wypowiadał się Cezary Michalski, oskarżając rząd Syrizy, który próbowała wynegocjować lepsze warunku z Trojką, o – jakżeby inaczej – populizm.
Lisa i Michalskiego łączy również to, że obaj traktowali przykład Greków jako przestrogę dla Polski. Na zasadzie: zobaczcie, co się dzieje, gdy władzę przejmują nieodpowiedzialni populiści. W okolicach 2015 r. motyw „Strzeżcie się greckiej ścieżki” nieustannie powracał w wypowiedzieć komentatorów politycznych. Doktor habilitowany Radosław Markowski tłumaczył w Radiu TOK FM, że Ryszardowi Petru jak na tacy podano możliwości wypromowania swojego ugrupowania. On może palcem wskazywać na greckie przykłady, czego nie wolno robić, by kraj nie popadł w zapaść gospodarczą. W tej samej stacji Renata Kim przestrzegała, że grecki kryzys powinien być dla nas lekcją i nawoływała polityków do gospodarczej odpowiedzialności.
Najlepiej o sile tej (neo)liberalnej opowieści świadczy to, z jakim samozadowoleniem powtarzali ją politycy teoretycznie reprezentujący lewicowe poglądy. Andrzej Celiński miał o Grecji do powiedzenia tyle, co Tomasz Lis. Tsipras [premier Grecji] wygrał, bo naobiecywał Grekom, że rachunki ich ułomnej ponad miarę demokracji zapłacą inni. A dlaczego mieliby płacić? – dopytywał w jednym z felietonów. I dodawał: Dobrze życzę Grecji. Życzę jej zerwania z populizmem. Pogonienia Syrizy. Zanim będzie za późno.
Na zadane przez Celińskiego pytanie, dlaczego inni mają płacić za Grecję, padło w ciągu ostatnich lat kilka sensownych odpowiedzi (w większości były one już znane, gdy polski polityk pisał swój tekst). Jednym z odpowiadających był Janis Warufakis, kiedyś minister finansów Grecji, a dziś lider DiEM 25 – międzynarodowego ruchu na rzecz demokratyzacji Unii Europejskiej. Jako że Warufakisowi można zarzucić stronniczość, skupmy się tylko na faktach, które trudno podważyć. Przede wszystkim zauważa on, że likwidacja dużej części długów, o którą prosił rząd grecki, nie jest niczym niezwykłym w historii Europy. Gdyby nie zdecydowano się taki gest wobec Niemiec po II wojnie światowej, to zarówno gospodarka niemiecka, jak i prawdopodobnie europejska miałyby się dzisiaj o wiele gorzej. Kiedyś w imię długofalowych interesów potrafiliśmy wyjść poza bezwzględne myślenie typu „długi muszą być spłacane”, więc dlaczego nie dziś? Podobnie sądzi Thomas Piketty, autor słynnego „Kapitału w XXI wieku”. Działania Niemiec i Francji wobec Grecji nazywa wprost hipokryzją oraz „historyczną amnezją”.
Co więcej, przypomina Warufakis, do powstania niespłacalnych długów potrzeba dwóch stron: pożyczkobiorcy oraz pożyczkodawcy. Czemu karany ma być tylko ten pierwszy? Czy banki, które w pogoni za jak największymi zyskami udzielały nieodpowiedzialnych pożyczek, nie powinny ponieść odpowiedzialności? Tym bardziej, że duża część pieniędzy, jaką dostają Grecy od instytucji europejskich w zamian za bolesne reformy, tak naprawdę trafia ostatecznie nie do nich, lecz do ich wierzycieli. Czy francuskie i niemieckie banki byłyby gotowe dzielić się swoimi zyskami z greckim społeczeństwem, gdyby ich ryzykowne transakcje się opłaciły? Czy nie powinno nas niepokoić, że kto inny czerpie korzyści z nieodpowiedzialnych pożyczek, a kto inny ponosi ich koszty?
Kolejną cegiełkę do tej argumentacji dorzuca Mark Blyth, ekonomista z Brown University. Jak zauważa, narzucona Grecji polityka cięcia wydatków publicznych nie dotyka w równym stopniu całego społeczeństwa. Biedniejsi odczuwają ją o wiele mocniej niż bogatsi, bo ich byt w znacząco większym stopniu zależy od sprawnego państwa. Bajka o rozrzutnych Grekach i wspaniałomyślnej Europie, gdy spojrzeć na nią krytycznym okiem, szybko zamienia się w historię o najmniej zamożnej części społeczeństwa greckiego, która musi płacić za interesy ubijane przez elity jej kraju ze światem finansjery. Warto dodać, że kolejną grupą społeczną cierpiącą na obecnej sytuacji są młodzi Grecy, dopiero wchodzący na rynek pracy. Z powodu recesji bezrobocie wśród nich osiąga rekordowe rozmiary.
Na tym nie koniec. Istnieje szeroki konsensus, że narzucona Grecji drakońska polityka oszczędności oraz spłacania długów jedynie pogarsza sytuację zarówno jej, jak i całej Europy. Piszą o tym i Warufakis, i Piketty, i Blyth, i Paul Krugman, i Joseph Stiglitz. Nawet wśród współautorów programu „pomocowego” dla Grecji narasta przekonanie, że popełniono błąd. Christine Lagarde, szefowa MFW, przyznała, że narzucenie Grekom restrykcyjnej polityki zaciskania pasa było złym rozwiązaniem i należałoby przemyśleć cały plan pomocowy od nowa. Na początek trzeba umorzyć część greckich długów.
Wielu ekonomistów uważa też, że kłopoty Grecji obnażyły błędy konstrukcyjne samej waluty europejskiej. Zarówno Stiglitz, jak i Piketty przekonują, że kraje strefy euro powinny mieć wspólny dług, aby zapobiec niestabilnościom wywoływanym przez to, że państwa będące najsłabszym ogniwem są narażone na wysokie oprocentowanie własnych należności. Wspólny dług oznacza większą odporność na spekulacje rynkowe i wahania koniunktury. Innymi słowy, strefa euro może działać tylko wtedy, gdy najsilniejsi będą wspomagać najsłabszych, a nie gdy będą im narzucać niszczące rozwiązania w celu ratowania własnych banków – przekonują Stiglitz i Piketty. Zresztą, jak argumentuje ten drugi, jeśli mamy traktować deklaracje o zjednoczone Europie serio, a nie jako retoryczny trik, to dotychczasowy system jest bezsensowny. Najbardziej absurdalne jest to, że długi europejskie z roku 2015 są w większości długami wewnętrznymi, tak jak w 1945 roku – pisze Piketty. – Banki francuskie mają udziały w długach Niemiec i Włoch, niemieckie i włoskie instytucje finansowe posiadają dużą część długów Francji itd. Jeśli jednak rozważymy strefę euro jako całość, jesteśmy winni pieniądze sami sobie. Stiglitz, Piketty oraz Warufakis sądzą również, że Unia Europejska musi odrzucić dogmat o skuteczności mechanizmów wolnorynkowych i wypracować silne polityczne narzędzia pozwalające na skuteczne przeciwstawienie się najsilniejszym graczom na rynku. To zaś wymaga między innymi reformy Europejskiego Banku Centralnego oraz demokratyzacji europejskich instytucji, a także większej integracji politycznej.
Nie trzeba się zgadzać ze wszystkimi opiniami wymienionych ekonomistów, warto jednak docenić, że wychodzą w swoich tezach poza powierzchowne rozpoznania o leniwych i nieuczciwych Grekach. Widać, jak dalece odmienna jest ich perspektywa od połajanek Lisa, Michalskiego czy Celińskiego. To różnica między ludźmi, którzy myślą o Europie na serio, a tymi, którzy traktują ją jako poręczne hasło służące do walenia po głowie politycznych przeciwników. Między tymi, którzy patrzą na skomplikowaną rzeczywistość, a tymi, którzy odwołują się do neoliberalnych mitów. Między tymi, którym naprawdę zależy na budowaniu wspólnej i solidarnej Europy, a tymi, którzy wolą uprawiać politykę moralnej wyższości.
dr Tomasz Markiewka
przez Bartłomiej Ciążyński | środa 28 czerwca 2017 | opinie
Nawet jeżeli PiS przegra kolejne wybory, to jeśli nie chcemy za kilka lat objęcia władzy przez formację jeszcze bardziej radykalną, musimy zmienić nastawienie wobec polityki i „suwerena”. Popełnialiśmy bowiem grzechy, które wyniosły takie siły do władzy.
Niechęć, niekiedy wręcz agresja, dużej części Polaków wobec sytemu, elit, polityków – nie wzięła się znikąd. I nie chodzi tylko o niskie dochody, niespełnione aspiracje. Chodzi również o katalog „niematerialnych” grzechów, które w III RP zostały popełnione. Gdyby nie te grzechy, „zielona wyspa”, pieszczoch Europy, lider wzrostu gospodarczego i zagranicznych inwestycji, nie padałaby pod naporem PiS-owskiej rewolucji. Grzechy popełnione przez kierowników III RP powodują, że władza utrzymuje relatywnie wysokie poparcie społeczne. Te grzechy są też lustrem dla nas samych – grzeszników III RP – którzy podążali z nurtem jedynie słusznych prawd objawionych, bez oglądania się na słabszych i bez refleksji nad kondycją kolejnych ekip rządzących. Trzeba uczciwie grzechy przepracować. Wyznaję nasze grzechy:
1. Egoizm
Nie ma „my”, jest tylko „ja”. To grzech pierworodny. Po trosze na egoizmie została ufundowana III Rzeczpospolita. Klasę średnią – dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków wychowano w etyce egoistycznej, bez empatii i altruizmu. Wpajano nam, że biedni i bezrobotni są sami sobie winni. Nie uczono o współpracy i równości szans, lecz o konkurencji i wyścigu. Na gruncie zawodowym słowa „służba” czy „etos” budzą uśmiech politowania. Co innego – „konkurencyjność”, „indywidualizm”. Pracy w grupie musimy się dopiero uczyć w zagranicznych korporacjach. To nas znacząco odróżnia od społeczeństw Europy Zachodniej, a zbliża do Amerykanów. Tyle, że Amerykanie od lat – a szczególnie intensywnie od kryzysu – debatują o tym, że Ameryka przestała być krajem „od pucybuta do milionera”, że równość szans jest mityczna, o nierównościach, o najbogatszym jednym procencie. My natomiast przyjęliśmy nierówności z dobrodziejstwem inwentarza transformacji. Od lat wychodzimy z prostych, żeby nie powiedzieć prostackich, założeń, że „jak biedny, to znaczy głupi, albo leniwy”, że „każdy sobie rzepkę skrobie”, „każdy jest kowalem własnego losu” i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”.
W rezultacie tego egoizmo-indywidualizmu nasze elity polityczne, finansowe, a nawet intelektualne nie chcą ponosić odpowiedzialności za resztę społeczeństwa. Etyka polskiego biznesmena, przedsiębiorcy, pracodawcy jest taka, że dorobiłem się i wara ode mnie państwu z jego podatkami, płacami minimalnymi, kodeksem pracy. Niektórzy widzą w tych postawach protestancką pracowitość, weberowską etykę, ale to bardziej darwinizm społeczny. Wskutek darwinistycznego postrzegania rzeczywistości postawy tradycyjnie pejoratywnie oceniane, np. bezwzględność, arogancja, pycha – są uznawane za cnotę. Dlatego my – klasa średnia, lemingi, korpoludki, przedsiębiorcy, wolne zawody, intelektualiści etc. – nie budujemy społeczeństwa. Jesteśmy bardziej sforą wilków.
To ma przełożenie społeczno-gospodarcze. Nie ma tu miejsca tego przełożenia opisywać, a jedynie można zasygnalizować przykładowo i hasłowo: unikanie opodatkowania (eufemistycznie „optymalizacja”), śmieciówki, przedsiębiorstwa funkcjonujące jak folwark. Społecznym odzwierciedleniem tego jest natomiast podział na beneficjentów i ofiary. Na tych, którym się udało, się wiedzie, których cieszy Unia, Schengen, Mordory, autostrady i tych, dla których Schengen jest obojętne, bo – jak to ujął Jan Sowa – nie mają na bilet do Radomia. Te grupy się nie znoszą, chamsko etykietują, odgradzają od siebie, nawet sobą pogardzają. A pogarda to kolejny grzech.
2. Pogarda
W I RP szlachcic pogardzał chłopem, a pańszczyznę zniósł dopiero zaborca. W II RP „lud” nadal bał się Pana (patrz: Gombrowicz), a Miłosz w „Wyprawie w dwudziestolecie” pisał, że „można nawet porównać stosunek urzędników do obywatela ze stosunkiem szlachty do chłopów pańszczyźnianych”. W III RP mieliśmy mieć klasowo-kastową strukturę społeczną za sobą, a tu proszę – u progu nowej Polski wynaleźliśmy niejakiego homo sovieticusa, czyli człowieka starego typu, człowieka tamtej epoki, dla którego w nowej kapitalistycznej Polsce nie za bardzo znalazło się miejsce. Robotnicy, emeryci, renciści, urzędnicy niskiego szczebla. W opinii elit homo sovieticus był roszczeniowy, podany na populizm, nie rozumiał lub wręcz nie dojrzał do demokracji. Dlatego starsi wykluczeni, a w szczególności potomkowie pogardzanego homo sovieticusa, zwracają się w stronę opcji nacjonalistycznej, która daje poczucie wspólnoty, siły. Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji” pisał: „Dzieci tych robotników, pozbawionych na początku lat 90. znaczenia, pracy i godności, zwracają się ku agresywnemu nacjonalizmowi. Ideologia narodowa czy nawet patriotyczna daje niesłychanie silne, grupowe poczucie wpływu, znaczenia, bycia kimś”. Monika Bobako nazwała ten stan świadomości polskich elit „kulturowym rasizmem”.
Podział na „ciemnogród” i inteligencje, mieszczaństwo, klasę średnią i wreszcie lemingów jest żywy. Elita wypychała pogardzanych w ręce populistów przez całe ćwierćwiecze (Tymiński, Lepper, Giertych, Kaczyński, Korwin-Mikke, Kukiz). O kulturze poniżania pisał prof. Andrzej Szahaj, zwracając uwagę, że poniżanie drugiego stało się normą forsowaną np. w popularnych programach telewizyjnych, bo przecież „upokarzani chcą oglądać innych upokarzanych, aby lepiej znieść swe własne upokorzenie”. Dlatego sukces indywidualny po polsku ma często postać estetycznie krzykliwą i wulgarną oraz manifestującą pogardę dla słabszego – pracownika, gosposi, bezdomnego etc.
I tak w tym naszym polskim piekiełku wciąż wzajemnie sobą pogardzamy, upokarzamy, poniżamy. Stąd popularna jest ocena, że program 500+ „menelstwo” zmarnotrawi, przepije lub przegra na automatach. Opinia o współobywatelach w stylu homo sovieticus jest zatem wciąż aktualna.
Pogardzani wygrali, bo zostało im pokazane, że nie są sobie winni, a winna jest dotychczasowa elita. Ale dawna elita nie wyciąga z tego konstruktywnych wniosków, bo – jak to słusznie zauważył Grzegorz Sroczyński – „polski inteligent zajmuje się nienawidzeniem Kaczyńskiego”.
3. Gnuśność
Trudno wymagać od elit zapału do reformowania państwa, skoro prominentna ich część państwa nie znosi i programowo chce go jak najmniej. O ile bowiem w międzywojniu władze za punkt honoru stawiały sobie zbudowanie silnych instytucji związanych z państwem (np. kolej, poczta), o tyle w III RP postawiliśmy sobie za cel uciec z państwem od możliwie wielu dziedzin życia, a palące problemy społeczne zbywać machnięciem ręki na zasadzie, że w kapitalizmie tak musi być. To gnuśność podszyta regułą, zgodnie z którą albo się nie da, albo nie powinno się, ponieważ interwencje, etatyzm, planowanie (same brzydkie słowa) to relikty komunizmu.
W latach 90. władza miała zapał do zmiany spowodowanej końcem PRL-u (choć na modłę konsensusu waszyngtońskiego – prywatyzacja, deregulacja, liberalizacja – ale jednak), a rządy lewicy na początku XXI wieku stały pod znakiem reform dostosowawczych przed akcesją do UE, to do rangi ideologii gnuśność podniosła dopiero Platforma Obywatelska. Donald Tusk postawił hasło „nie róbmy polityki”, co miało oznaczać, że PO zajmie się administrowaniem, a nie reformami, zmianami prawa, zarządzaniem rzeczywistością. To się ludziom początkowo podobało, bo musieli złapać oddech po preludium IV RP w latach 2005-2007, ale na dłuższą metę okazało się, że Tusk piłował gałąź, na której siedziała jego formacja. Suweren bowiem chce widzieć, że zatrudniani przez niego politycy pracują, uwijają się, działają. Bo politykę trzeba robić, żeby kreować rzeczywistość. Platforma zajęła się przede wszystkim wydawaniem pieniędzy z UE (i dobrze), ale i tutaj szła na skróty, bo 80% środków przeznaczyła na budowanie, co nie musi służyć rozwojowi. Bo – jak pytał retorycznie prof. Kozak – „Czy ściana kogoś kształci? Czy chodnik coś wymyśla?”.
Wbrew obiegowej opinii, w pierwszej perspektywie budżetowej nie inwestowaliśmy w ludzi, miejsca pracy, przedsiębiorczość, bo to jest oczywiście trudniejsze, bardziej skomplikowane niż „wylewanie betonu”. Łatwiej jest wybudować stadion niż ograniczać śmieciówki, na których ludzie na tej budowie są zatrudnieni. Na przykład w Irlandii zdecydowali, że ze środków unijnych tylko 30% wydadzą na infrastrukturę i teraz Irlandczycy są świetnie wynagradzani, bo pracują w nowych technologiach, a nie – jak wielu Polaków – w montowniach sprzętu AGD.
Platforma przegrała z PiS-em pod naporem narracji, że są aroganckimi leniami. Ciepła woda w kranie zaczęła Platformę parzyć. Jeżeli potencjalni następcy PiS-u będą znów „nie robili polityki”, to długo nie porządzą.
4. Pycha
Po 1989 roku władza miała znamiona znośnego elitaryzmu na zasadzie „my wiemy lepiej”. Już wówczas władza mało komunikowała się ze społeczeństwem, ale można przyjąć, że po prostu wzięła odpowiedzialność za transformację. To był nie-pyszny elitaryzm. Ludzie mieli nie przeszkadzać, gdy ojcowie założyciele dokonywali zmiany z socrealizmu na kapitalizm.
Ewa Milewicz zawyrokowała, że „SLD mniej wolno” i rzeczywiście pierwsze rządy lewicy były jakby nieśmiałe, skupione na legitymizowaniu siebie w oczach Polaków i świata, obronie przed atakami prawicy, pisaniu nowej Konstytucji. Później było już tylko gorzej. TKM AWS-u i drugich rządów SLD. A im dłużej jedna ekipa jest przy władzy (dobrze to widać w samorządach), tym bardziej traci społeczny słuch, odwraca się od ludzi, traci kontakt z rzeczywistością. Przekroczenie cienkiej granicy między elitarnością a pychą powoduje utratę poparcia. PiS odebrał władzę PO m.in. dlatego, że ta druga do znudzenia i nieznośnie grała jedną melodię: „Jest super. Więc o co ci chodzi?”. Najpierw Tusk butnie oznajmił, że „nie ma z kim przegrać”, a narcyzm i arogancja polityków PO narastała z roku na rok. Trudne pytania platformersi zbywali przekazami dnia o zielonej wyspie, unijnych miliardach, kilometrach autostrad i – obowiązkowo – zagrożeniu PiS-em. Samozadowolenie władzy raziło i coraz większe rzesze wyborców to mierziło. Apogeum odrealnienia zaprezentował prezydent Komorowski ze swoim „zmień pracę, weź kredyt” i podjętą w jakimś amoku, nazajutrz po pierwszej turze wyborów prezydenckich, decyzją o rozpisaniu referendum w sprawie JOW-ów, tak jakby głosującym na Kukiza chodziło o zmianę ustroju wyborczego, a nie o pokazanie środkowego palca rządzącym. Ludzie bowiem zawsze będą mieli dość pysznej, narcystycznej, aroganckiej i odrealnionej władzy.
5. Niesprawiedliwość
Poczucie niesprawiedliwości bierze się z nierówności, które u nas – choćby nie wiem jak zaklinać rzeczywistość – są na ponadeuropejskim poziomie. Średnie wynagrodzenie brutto wynosi ponad 4500 zł, ale już mediana (poniżej i powyżej mediany znajduje się dokładnie po 50% wyższej i po 50% niższej pensji) to 3291,56 zł brutto, zaś dominanta (najczęściej wypłacane polskie wynagrodzenie) to 2469,47 zł brutto, czyli w okolicy płacy minimalnej. Widać stąd, że ogromna część polskich pracowników (a to przecież bez uwzględnienia tych, co na zleceniu, dziele, samozatrudnieniu, „na czarno”) zarabia poniżej dwóch tysięcy złotych na rękę. Sam fakt wzrostu gospodarczego nie oznacza zatem poprawy warunków życia dla wszystkich. I to rodzi poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, frustracje. Polskie społeczeństwo jest coraz bardziej spolaryzowane, a podział jest na tych, którym się udało i tych, którzy się nie załapali na dobrobyt.
Ale nie tylko niskie i rozwarstwione pensje budują u Polaków poczucie niesprawiedliwości. Dlaczego rządzącym uchodzi na sucho zamach na niezależność sądów? Bo – jak mówi profesor Tomasz Koncewicz – polscy sędziowie są mistrzami w tłumaczeniu obywatelom, dlaczego sąd nie może się ich sprawą zająć. Mówi się też, że do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, a po wyrok. A jest jeszcze publiczna służba zdrowia, z której coraz rzadziej korzystają zamożni i pracujący w korporacjach objęci pakietami medycznymi w prywatnych przychodniach i szpitalach.
Nic więc dziwnego, że partia ze sprawiedliwością w nazwie musiała wreszcie triumfować. Kaczyński bowiem powtarza jak mantrę, że tylko on może dać sprawiedliwość, że wyrówna krzywdy.
6. Zapomnienie
Po upadku komuny nie zbudowaliśmy żadnej opowieści o Polsce, która byłaby przekonująca dla młodzieży, millenialsów, klasy średniej. Narracji o dumie, postępie, modernizacji, nowoczesności, o Polsce w Europie. Nie stworzyliśmy łączącej nas symboliki (kotyliony i czekoladowy orzeł to jednak za mało). To grzech zapomnienia. Grzech braku polityki tożsamościowo-historycznej. Elity (chyba) wychodziły z założenia, że otwarte granice, Unia, szklane domy w centrum Warszawy, same przemówią i przekonają. Te kwestie położyła centroprawica od Mazowieckiego do Tuska, a także lewica od Kwaśniewskiego do Millera. Brak narracji – nazwijmy to – postępowej i proeuropejskiej spowodowała, że młodzież poszła w kierunku ideologii narodowej, wsobnej, mesjanistycznej. Tak się musiało stać, bo pustkę ideową i mało wyrazisty przekaz – upraszczając – lewicowo-liberalny musiało zastąpić imaginarium przeciwstawne. Imaginarium, które daje młodym poczucie dumy i wspólnotowości, a także wskazuje winnych i wrogów.
Václav Havel powiadał, że aby zrozumieć Czecha, trzeba wsłuchać się w rozmowy w gospodzie. A żeby zrozumieć, co aktualnie w polskim narodzie piszczy, warto czytać, co mówią napisy na murach. A tam: żołnierze wyklęci, NSZ, kotwice Polski Walczącej. Dlaczego nacjonalizm zawłaszczył mury, stadiony, rap z bloków, słowem: umysły wielkiej części młodych? Bo lewica i liberałowie nie dali przestrzeni do budowania wspólnoty, nie opowiedzieli swojej historii, nie pokazali stanowczo powodów do dumy, nie dali też prostych odpowiedzi na pytania dotyczące tożsamości i godności. Natomiast na stadionach młodzi mają poczucie wspólnoty, odzyskują godność, odnajdują odpowiedzi na pytania np. o źródło ich trudności i niepowodzeń. Skoro młodzieży nie stworzyliśmy przestrzeni do kreowania wspólnoty i nie przedstawiliśmy ciekawej opowieści o nas samych, to musieli tę wspólnotę wykreować gdzie indziej. My – lewactwo – tego nie zapewniliśmy, bo jesteśmy wszak pozbawionymi tożsamości i pamięci „workami skórno-mięśniowymi”. Próżnia została wypełniona.
7. Wielkomiejskocentryczność
Zacznę od przykładu. Zainwestowaliśmy krocie w Pendolino, które łączy tylko duże miasta, podczas gdy przez lata zamykaliśmy krótkie, lokalne linie, zmniejszaliśmy tam tabor i ofertę, a w rezultacie pozbawiliśmy wielu mieszkańców mniejszych miejscowości dostępu do kolei. Zupełnie inaczej to wygląda w Europie, w której wprowadzając regularny, cykliczny i dostosowany do potrzeb podróżnych rozkład jazdy, poszerzano sieć połączeń. Pociągi jeżdżą do długich godzin nocnych według powszechnej w Europie zasady, że nie należy likwidować ostatniego połączenia, bo wówczas spadnie ilość pasażerów na wcześniejszych kursach (np. w czeskim Cieszynie ostatnie pociągi w czterech kierunkach odjeżdżają ok. 22:30, a w polskim Cieszynie ostatni pociąg jest po 19:00). Jeszcze w 2000 roku kolej w Polsce przewiozła 361 milionów pasażerów, a w 2014 roku już tylko 269 milionów. W tym samym czasie w Niemczech nastąpił wzrost z 1 miliarda 713 milionów do 2 miliardów 23 milionów. Podczas gdy polska kolej w wyniku kolejnych ograniczeń w ofercie boryka się z bardzo niskimi wynikami przewozowymi, Deutsche Bahn pobija rekordy w ilości przewiezionych pasażerów. Natomiast Czesi poinformowali, że do 2014 roku nieprzerwanie od 2009 roku notowali wzrost ilości pasażerów. Dlaczego o tym piszę? Bo to obrazuje model rozwoju jaki w Polsce obraliśmy. Profesor Szahaj nazwał to zjawisko wielkomiejskocentrycznością.
Z punktu widzenia mieszkańca dużego miasta, które kumuluje biznes (a co za tym idzie miejsca pracy), środki na infrastrukturę (również dlatego, że może zaciągnąć duże kredyty) i ofertę rozrywkowo-kulturalną, Polska wykonuje skok cywilizacyjny. Z perspektywy mniejszych miejscowości ta zmiana nie jest tak oszałamiająca. Brak możliwości zatrudnienia w korporacji (najatrakcyjniejsze zatrudnienie to zazwyczaj etat w urzędzie) powoduje wyludnienie, a co za tym idzie brak oferty kulturalno-rozrywkowej. W przeciwieństwie do metropolii, gminy nie mają dużej zdolności kredytowej, co skutkuje mniejszym zasobem środków unijnych na infrastrukturę. I koło się zamyka. Im więcej inwestycji w regionalnej metropolii, tym więcej do niej ściąga biznesu, za nimi atrakcyjne miejsca pracy, zaś za pracownikami przemysł rozrywki i ośrodki kultury. Już dziś Warszawa jest zamożniejsza niż unijna średnia, podczas gdy pośród 20 najbiedniejszych regionów UE aż 5 jest z Polski (województwa lubelskie, podkarpackie, warmińsko–mazurskie, podlaskie i świętokrzyskie). To model rodem z krajów rozwijających się, gdzie metropolie nieustannie puchną.
Przyjęty przez nas wielkomiejskocentryczny model rozwoju prowadzi do pogłębiania się podziału na metropolie i prowincje. Podział na Polskę A i B jest katastrofalny z punktu widzenia budowy wspólnoty i poczucia sprawiedliwości. Kreowanie i brak przeciwdziałania nierównościom – powiedzmy – geograficznym, to zaniedbanie, które mści się na lewicy i liberałach, co widać po mapie politycznej Polski. Ich zasypywanie to wyzwanie na najbliższe lata.
To nie jest akt oskarżenia pod adresem III RP. Za wiele się udało, żeby poprzestać na samobiczowaniu i powtarzaniu „byliśmy głupi”, „byliśmy głusi”. Za dużo dobrze poszło, żeby chować III RP do grobu, budować nową i pisać pod to nową Konstytucje. Niemniej jednak trzeba rachunku sumienia i wyciągnięcia wniosków z popełnionych grzechów.
Bartłomiej Ciążyński
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 23 czerwca 2017 | opinie
Przy okazji dyskusji na temat „Dlaczego lewica przegrała spór o pamięć i tożsamość” na tegorocznym Festiwalu Nowego Obywatela padło – fundamentalne, przyznajmy – pytanie: po co właściwie o tym dyskutować? Tożsamość to jakoby temat charakterystyczny dla prawicy, lewica zawsze więc będzie na tym polu przegrywać, dlatego lepiej „wybrać przyszłość” i zająć się uniwersalną perspektywiczną emancypacją.
Chyba najpierw należałoby pochylić się nad samym pojęciem „tożsamości” i wyjaśnić sobie, o czym mówimy. Czy rzeczywiście tożsamościowość nie ma nic wspólnego z lewicowością? Wszak zachodnia nowa lewica od dekad uprawia „identity politics” adresowaną do mniejszości rasowych, etnicznych, seksualnych, opartą na gender lub światopoglądzie. Prawdziwy festiwal partykularyzmów! Cała koncepcja multikulturalizmu zasadza się na kategorii tożsamości. Dinozaury reprezentujące starą lewicę od dawna wyrzucają to nowolewicowcom jako odstępstwo od marksistowskiej ortodoksji. Nie utożsamiam się z tą klasistowską orientacją, ale rozumiem ją i szanuję.
Można jednak odnieść wrażenie, że w krytyce tej nie chodzi o tożsamość afroamerykańską, muzułmańską, romską, żydowską, gejowską czy feministyczną, a o jedną, konkretną formę tożsamości: o tożsamość narodową. Zwłaszcza o polską tożsamość narodową. W tym wariancie mamy do czynienia po prostu z ojkofobią w kamuflażu uniwersalizmu: „Nienawidzę was, moi wąsaci sąsiedzi chlejący wódę w oparach grilla, wy seby, janusze i grażyny słuchające disco-polo i chamskich wiców, wy Ferdkowie i Waldkowie Kiepscy w dresach i niemodnych garniturach, i chciałbym żebyście zniknęli sprzed moich oczu! Chciałbym, żeby było nowocześnie, swobodnie, egzotycznie, kolorowo, fajnie, tak jak jest na całym świecie – tylko nie tutaj”.
I do tego pierwotnego odruchu dorabia się wyrafinowaną racjonalizację, teorie o genetycznym skażeniu polactwa „folwarczną mentalnością” etc. Skoro zaś z polaczkami nic pozytywnego nie da się uczynić, to jedynym wyjściem jest rozpuszczenie polskości w europejskości, a finalnie w uniwersalności („polonoliza”, jak pisał Kazimierz Malinowski w „NIErządzie”). Teorie te mają dla swych wyznawców nie tylko tę zaletę, że pozwalają z pogardą traktować ciemną masę, ale dodatkowo ich fatalizm zwalnia od realnej pracy politycznej, uzasadniając uwieszanie się u klamki zagranicznych instytucji.
Ojkofobia nie jest jednak niczym lepszym ani szlachetniejszym od ksenofobii, natomiast na pewno jest mniej racjonalna. Jest nieracjonalna choćby dlatego, że trudno jest pozyskać kogoś, komu na każdym kroku okazuje się pogardę, niechęć, w najlepszym razie irytację. Ludzie nie są głupi. Fałszywą sympatię zresztą też wyczują.
W dodatku nadzieje na rychły zanik narodów, tak żywe w okresie triumfującej globalizacji lat 90., okazały się złudne. Globalizacja, paradoksalnie, doprowadziła do ożywienia nacjonalizmów, postrzeganych jako forma oparcia, jakiegoś zakotwiczenia w chaotycznym świecie. We współczesnej epoce narastających wstrząsów geopolitycznych procesy te będą prawdopodobnie ulegały – już ulegają! – wzmocnieniu. To Sławomir Sierakowski napisał: „Nacjonalizm is not dead. To jedyna ideologia, której udało się przetrwać w czasach postideologicznych. To jedyna idea, którą ludzie odbierają jak niekwestionowaną prawdę. Odwołujący się do nacjonalizmu populiści zyskują poparcie w każdym kraju niezależnie od przyjętego modelu gospodarczego i stanu gospodarki” (choć wnioski z tej konstatacji wyciągnął oczywiście takie same, jak z wcześniejszego przeświadczenia o końcu nacjonalizmu).
Naród stanowi REALNĄ (a nie utopijną) formę solidarności społecznej, która może mieć różne – pozytywne i negatywne – oblicza. W dyskusji na Festiwalu Nowego Obywatela padł argument, że należy się odwoływać do uniwersalistyczno-emancypacyjnego dorobku lewicy, którym jest m.in. dekolonizacja. Zabawne. Sudańscy mahdyści, partyzanci Mau-Mau z Kenii, projapońscy nacjonaliści Sukarno w Indonezji – jako bojownicy uniwersalizmu. Właśnie dekolonizacja dokonana została w imię celów na wskroś partykularnych, narodowych. Jeśli lewica odegrała w niej jakąś rolę, to tam – jak w Wietnamie – gdzie sięgnęła po hasła narodowowyzwoleńcze, gdy odwoływała się akurat do tożsamości.
Tożsamość jest niezbędnym spoiwem każdego społeczeństwa, które nie jest w stanie funkcjonować, jeśli więzi międzyludzkie zostaną zredukowane do nagiej gry interesów. Od tego się nie ucieknie. Otwarte jest tylko pytanie o kształt tej tożsamości – inną jest tożsamość francuska, inną jankeska, inną saudyjska. Natomiast kwestionując samą potrzebę tożsamości, udziela się zarazem odpowiedzi na pytanie, dlaczego lewica przegrała ten spór. Oczywiście odwoływanie się do tradycji i tożsamości nie jest jedynym sposobem na legitymizację własnej pozycji politycznej. Stan polskiej lewicy unaocznia jednak empirycznie, że innych pomysłów na legitymizację ona też nie ma.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez redakcja | wtorek 20 czerwca 2017 | nasze rozmowy
O zapomnianych wydarzeniach roku 1905 i o buncie społecznym z tamtej epoki z Wiktorem Marcem, autorem książki „Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i plebejskie doświadczenie polityczne”, rozmawia Kacper Leśniewicz.
***
Od kilku lat w Łodzi organizowane są wydarzenia związane z rocznicą Rewolucji 1905 roku. W całej Polsce odbywają się przy tej okazji dyskusje. Dlaczego Rewolucja 1905 roku jest tak ważnym wydarzeniem w naszej historii?
Wiktor Marzec: Rewolucja 1905 roku była kluczowym wydarzeniem w polskiej historii politycznej. Wtedy to szerokie grupy społeczne, takie jak robotnicy i chłopi, pierwszy raz wzięły szerszy udział w życiu politycznym. Moja praca skupiła się na wielkomiejskich robotnikach, grupie, która pojawiła się wraz z nastaniem wielkomiejskiej nowoczesności. Rewolucja umożliwiła im zajęcie miejsca w sferze publicznej, gdzie zaczęli aktywnie zabierać głos, mówić o swoich problemach, ale także zastanawiać się nad swoimi decyzjami politycznymi. W tym okresie nowoczesne ideologie polityczne przestają znajdywać wyraz tylko w czasopismach docierających do wąskiego grona odbiorców. „Wychodzą” na ulice i zaczynają kształtować ruchy masowe. Partie zaczęły mobilizować ogromne liczby ludzi. To stanowiło podstawę dla nowych sposobów myślenia i działania robotników.
W tytule książki jest zawarte pojęcie plebejskiego doświadczenia politycznego. Co ono oznacza?
W. M.: Szukałem kategorii zdolnej oddać doświadczenie grup, które nie brały wcześniej udziału w polityce. Zarazem upominały się o własny głos, poznawały nowy obszar rzeczywistości i wyrażały swoje doświadczenia za pomocą nowego języka (jak socjalizm czy nacjonalizm). Ta polityczna obecność spotkała się jednak z wrogością dotychczasowych elit czy tych członków inteligencji, którzy zupełnie inaczej wyobrażali sobie polityczne uczestnictwo ludu. Te dwa aspekty, emancypacja i reakcja, składają się na plebejskie doświadczenie polityczne. W tym sensie losy robotników w Królestwie Polskim są częścią szerszej historii walk społecznych i zabiegania o prawa polityczne.
Jak przebiegała zmiana w świadomości robotników? Większość z nich nie miała wcześniej żadnych doświadczeń politycznych. Partie miały charakter kadrowy, a polityką interesowały się dość wąskie kręgi.
W. M.: Zachowania i myślenie polityczne robotników podlegały w tym okresie poważnym przemianom. Robotnicy zaczynali w inny sposób postrzegać siebie, stawiali pytania o to, kim są, w jakich sprawach mogą zabierać głos i czy mogą decydować o własnym losie. Uczestniczyli w wiecach, czytali ulotki polityczne i potem dyskutowali na spotkaniach masowych w fabrykach. Podczas takich spotkań organizowano swego rodzaju konkursy mówców. Agitatorzy przedstawiali programy poszczególnych partii, co stanowiło przyczynek do debaty. Robotnicy zastanawiali się nad tym, która partia najlepiej odpowiada ich potrzebom. Obserwowali wybory, jakich dokonywali ich koledzy i zastanawiali się nad własnymi decyzjami. Taka refleksyjna decyzja to zupełnie co innego niż proste zawierzenie jednemu programowi politycznemu, co oczywiście też miało miejsce, zwłaszcza w początkowej fazie masowej mobilizacji politycznej.
Robotnicy wpadają w poznawczy wir. Jak to doświadczenie zmienia ich stosunek do rzeczywistości, w której żyją na co dzień?
W. M.: Można powiedzieć, że robotnicy odczarowują rzeczywistość. Nawet jeśli część robotników była niepiśmienna lub słabo czytająca, to mogli oni czytać ulotki wspólnie ze swoimi towarzyszami z fabryki. W takiej ulotce znajdowały się opisy rzeczywistości i pewne postulaty zmian, wyrażone w pojęciach, które nie były im wcześniej znane. Pojęcia takie jak carat, kapitalizm czy socjalizm jako program zmiany społecznej miały abstrakcyjny charakter. To pozwalało połączyć codzienne doświadczenia i obserwacje związane z tym, że carski stójkowy używa przemocy, że robotnice są molestowane, a właściciel fabryki nie zgadza się na podwyżki z przyczynami systemowymi. Wcześniej robotnicy, poza wąską grupą autodydaktów, nie mieli narzędzi do takiego rozpoznania sprawy. Ulotki zapewniły język, który umożliwił nowy opis rzeczywistości, co stanowiło ważną zmianę w ich horyzoncie poznawczym.
Udaje się robotnikom zerwać zasłonę niewiedzy, rzeczywistość społeczna zostaje odczarowana, ale co się dzieje z nimi samymi? Gdzie widzą dla siebie miejsce?
W. M.: W Łodzi w 1905 roku wybucha strajk masowy, robotnicy widzą takie wydarzenie pierwszy raz w życiu. Staje całe miasto, fabryki przerywają pracę, grupy robotników chodzą od zakładu do zakładu, żeby przekazać innym, że rozpoczął się strajk. Chodzą też od cukierni do cukierni i wypraszają gości, mówiąc, że nie wypada jeść ciasta, kiedy robotnicy strajkują. To jest ważne doświadczenie. Zarówno sami robotnicy, jak i elity miejskie, fabrykanci, widzą wyraźnie, że gdy robotnicy porzucają prace, to miasto przestaje funkcjonować.
Staje się też jasne, jak ważne miejsce w społeczeństwie zajmują robotnicy i że tak naprawdę to oni są kołem zamachowym gospodarki.
W. M.: Wtedy staje się oczywiste, kto odpowiada za proces postępu, za dobrobyt i społeczną wytwórczość. Wcześniej, kiedy robotnicy byli anonimową siłą roboczą, powszechna była pogarda wobec nich, płynąca ze strony klas wyższych. Od momentu strajku robotnicy zyskali rangę tych, którzy tak naprawdę napędzają gospodarkę. Zobaczyli też, że gdy całe miasto staje, to pozostali mieszkańcy i grupy społeczne nagle zaczynają się z nimi liczyć.
Wyobrażam sobie, że czują się pewniej jako obywatele.
W. M.: Zgadza się, zaczynają postrzegać siebie jako wartościowych członków społeczeństwa. Już na poziomie takich najprostszych zwrotów, które pojawiają się w ulotkach, dokonuje się zmiana w postrzeganiu tego, kim się jest. Ulotki nacjonalistyczne zaczynają się od zwrotu „bracia rodacy”, a socjalistyczne od zwrotu „towarzysze”. Czytający taką ulotkę robotnik zyskuje godność, której wcześniej był pozbawiony. Z dzisiejszej perspektywy może to się wydawać trywialne, oczywiste, ale nikt do tych ludzi wcześniej w taki sposób się nie zwracał. Oni byli dość powszechnie poniżani, pomiatano nimi w miejscu pracy. Nie mieli poczucia godności, która pozwoliłaby im się sprzeciwić i upomnieć o swoje prawa. A w okresie rewolucji często zwracał się do nich z uwagą partyjny inteligent, a więc ktoś z innej grupy społecznej, ktoś, kogo uważali na pochodzącego z innego świata. To bardzo ważna zmiana.
Partie polityczne zaczynają rozmawiać z robotnikami. Jak wygląda taka rozmowa?
W. M.: Partie stają się potężnymi organizacjami zdolnymi do masowego działania dopiero wtedy, gdy udaje się im z sukcesem przekonać ludzi, że to właśnie z ich pomocą mogą walczyć o swoje interesy. Partie socjalistyczne, wyczuwając nastój protestu, wydają ulotki nawołujące do strajku. Dzięki takim działaniom udaje się z czasem skrócić dzień pracy i zwiększyć wynagrodzenie. Oczywiście zawsze ulotki mają charakter odgórny, gdyż piszą je przeważnie partyjni inteligenci. Kółka partyjne w miastach, gdzie jest dużo fabryk, tak w jak w Warszawie, Łodzi, Zagłębiu Dąbrowskim, składają się z robotników, którzy rozmawiają z agitatorami, ale taka relacja nie jest oparta na prostym wbijaniu do głów uproszczonych formułek. To także dialog i nauka aktywnego udziału w dyskusji, choćby po to, by nie dać się łatwo przekonać innym, konkurencyjnym partiom. Na podstawie analizy zwrotów używanych w ulotkach można również powiedzieć, w jaki sposób autorzy tych tekstów wyobrażali sobie rolę robotników w społeczeństwie i w ogóle w szerszym procesie historycznym.
Kto bardziej szanował lud i traktował go podmiotowo: socjaliści czy narodowa demokracja?
W. M.: Najbardziej demokratyczną partią na poziomie komunikacji w hali fabrycznej jest internacjonalistyczna lewica – Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy. Mają najbardziej robociarską kulturę, ale to nie znaczy że w samej partii panuje demokracja, także ze względów konspiracyjnych. Ulotki socjalistów, także tych z Polskiej Partii Socjalistycznej, rozpoczynają się od sformułowań „towarzysze”, wykorzystują pierwszą osobę liczby mnogiej w swoich przekazach, za każdym razem podkreślają formę MY. Przekazują w ten sposób informację, że to MY mamy sprawczość i to MY możemy odnieść sukces w walce społecznej. PPS również w swojej komunikacji wspiera podmiotową relację z robotnikami. Środowiska narodowe w swoich materiałach używają bardziej hierarchicznych form. Mówią do robotników, „bracia rodacy” co włącza ich we wspólnotę narodową, ale zarazem ulotki bardzo często napisane są w trybie rozkazującym. Używają formy jasno oddzielającej nadawcę od odbiorcy. Przykładowo, znajdziemy tam sformułowania takie jak: „WY przestańcie strajkować, ponieważ to działa na waszą niekorzyść, albo ponieważ oszukali was Żydzi i wiodą was ku strajkom”. Od początku jest jasne, że ci, którzy piszą ulotki, nie chcą budować jednej wspólnoty z robotnikami. Robotnicy mają znać swoje miejsce. W obrębie partii socjalistycznych wielu robotników awansowało w strukturach partyjnych, stając się profesjonalnymi działaczami w pełni rozwijającymi się intelektualnie. Zostali uznani poza światem pracy. Partie socjalistyczne pozwalały na stosunkowo dużą wewnątrzpartyjną mobilność społeczną. Natomiast w partiach narodowych było inaczej.
Zajmowali przypisane z góry miejsce?
W. M.: Robotnicy zostali na swoich miejscach, byli narodowymi robotnikami, którzy z czasem musieli zapomnieć o swoich interesach i podporządkować się całościującej wizji narodu. Najtrudniej było przekonać do takiej wizji robotników, którzy zetknęli się z ulotkami socjalistycznymi. Oni mieli za sobą udane strajki i nagle napotykali komunikat, że powinni powstrzymać się od nich w imię mglistych interesów narodowych. Pamiętajmy też, że tożsamość narodowa nie była wtedy szeroko rozpowszechniona. Większość robotników przyjechała do pracy w fabrykach ze wsi. To są ludzie, których rodzice i dziadkowie pamiętali bardzo bezpośrednią opresję pańszczyźnianą, kojarzoną ze szlachtą. Dla nich projekt narodowy, kojarzony z pańską Polską, mógł być mało atrakcyjny, choć oczywiście wielu z nich odczuwało solidarność z innymi, mówiącymi tym samym językiem czy uczęszczającymi do tego samego kościoła. Trudność z mobilizacją robotników doprowadziła do tego, że narodowa demokracja zaczęła wykorzystywać wątki antysemickie, próbując skojarzyć środowiska socjalistyczne z „żydowskimi spiskami”. Antysemityzm staje się wówczas potężnym narzędziem mobilizacji. Potem poddają się tej teorii także środowiska liberalne. Starałem się pokazać, że nowoczesny antysemityzm używany powszechnie w walce politycznej jest wynikiem endeckiej agitacji podczas Rewolucji 1905 roku.
Dzisiaj nie brakuje głosów, także tych wyrażanych po lewej stronie debaty publicznej, które niemal automatycznie łączyłyby antysemityzm z ludem.
W. M.: Przypomnijmy sobie, co działo się w czerwcu 1905 roku. Wielkie protesty w Łodzi, zwane Powstaniem Łódzkim, wywołała śmierć żydowskich robotników. Marsze i demonstracje odbywały się pod żydowskimi i polskimi sztandarami, co zaskoczyło nawet carskich urzędników. To pokazuje solidarnościowe działanie ponad etnicznymi podziałami wśród robotników. Solidarność klasowa w pewnych momentach działała, więc takie bezrefleksyjne łączenie ludu z antysemityzmem w tym przypadku nie jest uzasadnione. Oczywiście potem to się kruszy, Narodowy Związek Robotniczy, wówczas kontrolowany przez Narodową Demokrację, obficie używa antysemickich sugestii, ale nie wiemy tak naprawdę, kto odpowiada na ten przekaz. Czy to byli robotnicy, którzy byli już aktywni politycznie, czy ci, którzy pozostawali dotychczas bierni.
Lata rewolucyjne to także okres dużego wzrostu czytelnictwa. Robotnicy zaczynają czytać, niektórzy odwiedzają teatr. Kultura jest kolejnym czynnikiem podnoszącym ich świadomość.
W. M.: Wydawałoby się, że skoro mamy do czynienia z jakimś zamętem, z bardzo dużymi emocjami politycznymi, to ludzie nie będą mieli ani czasu, ani możliwości i chęci do czytania. Okazuje się jednak, na co wskazują świadectwa historyczne, że zwrot w stronę kultury był bardzo poważny. Zainteresowanie sprawami publicznymi znacznie wzrosło. Sukces, jakim okazało się skrócenie dnia pracy, można było wykorzystać na działalność kulturową i intelektualną. Jeśli ktoś pracował 12 godzin, a teraz spędzał w fabryce 10 godzin, to te dwie godziny mógł wykorzystać dla siebie. Także działalność polityczna, strajki, wiece, debaty rozniecają ciekawość robotników, to jest aktywność zupełnie inna niż monotonna praca fabryczna.
Dostęp do wiedzy i kultury tworzy pewne ramy, które wyznaczają strategię partii politycznych. Zamiast bezrefleksyjnej i pozbawionej szerszego tła społecznego agitacji, obserwujemy poważny stosunek do robotników.
W. M.: Nie chodziło tylko o to, żeby ich przekonać do programu, ale żeby budować nowy rodzaj świadomości. Partie wiedziały, że muszą przekazać robotnikom szerszą wiedzę i dlatego tak dużą wagę odgrywały działania edukacyjne. Kreowanie nowych postaw jako podstawa dalszej walki politycznej było ważne i dla socjalistów, i dla nacjonalistów.
Robotnicy od postaw uczyli się retoryki politycznej i metod działania politycznego. Nabywanie wiedzy wiązało się z przekraczaniem horyzontów poznawczych, co powodowało niejednokrotnie wyrwanie z własnego świata, w którym człowiek spędził 20-30 lat. Taki proces chyba rzadko był bezbolesny?
W. M.: To jest bez wątpienia proces pod różnymi względami pełen napięć. Ludzie, którzy zaczynali uczestniczyć w działalności politycznej, zostali wykorzenieni z wcześniejszych środowisk, w których żyli przed wiele lat, np. ze wsi. Partie polityczne oferowały takim osobom ważne poczucie przynależności, które utracili. Oprócz tego jednak działalność polityczna wykorzeniała ich dalej, np. z rodziny. Występują napięcie między płciami. Dużą część pracowników najemnych stanowiły robotnice, ale działalność polityczna była powszechnie uznawane za domenę męska. Robotnicy, którzy zaczynali działać, często izolowali swoje małżonki od polityki. Natomiast sam udział mężczyzn w polityce wiązał się z dużym niebezpieczeństwem dla rodziny. Można było stracić pracę, zostać aresztowanym, postrzelonym albo wywiezionym na Syberię.
Czyli rodzina płaci wysoką cenę podczas rewolucji.
W. M.: Pamiętajmy, że to nie są gospodarstwa domowe, które mają oszczędności w banku. Każda przerwa w dochodzie powoduje często nieodwracalną biedę. Trzeba pójść i zastawić w lombardzie płaszcz na zimę albo stół, który jest jedynym meblem. Dlatego np. PPS miał bardzo wyraźną agendę związaną z równouprawnieniem płci i uświadamianiem także robotnic, ale i żon robotników. Chodziło o to, by włączać w działania oboje małżonków i niwelować napięcia między nimi.
Wspomniał Pan o wykorzenieniu robotników, którzy przybyli do miast ze wsi. Co jeszcze oprócz tego stanowiło dla nich duże wyzwanie?
W. M.: Drugie wyzwanie związane było z przekroczeniem własnej klasy. Byli tacy, którzy pokonali długą drogę w ramach samokształcenia, zainteresowania kulturą. Zaczęli wyraźnie dostrzegać to, że ich dawni znajomi mają inne aspiracje, inny styl zachowania, na inne potrzeby wydają pieniądze. Ci robotnicy-samoucy czy uczestnicy wczesnych kółek politycznych zostawiają za sobą własną klasę. Zostają wyobcowani z własnego środowiska, a zarazem są rozbitkami, którzy mają świadomość, że nigdy nie zostaną uznani za swoich w środowisku inteligenckim. Trzeba także pamiętać, że rosnący udział robotników w życiu politycznym generuje wrogość, strach i próby zablokowania tego procesu ze strony innych grup społecznych. Robotnicy pod koniec rewolucji stają się obiektem zaciekłych ataków już nie tylko zapiekłych konserwatystów, ale także ze strony liberałów, którzy są przerażeni nową kulturą wiecu.
Jak liberałowie i klasy wyższe wyrażali swój strach przed ludem?
W. M.: Zaczynają stosować język nienawiści, mówiąc, na przykład, że lud jest dzikim pijanym motłochem, który nie jestem w stanie podejmować istotnych decyzji o własnym życiu. Cały ten zasób konserwatywnej krytyki, która przez ponad stulecie służyła do tego, żeby blokować dążenia robotników do uzyskania praw wyborczych w Europie, jest tutaj wykorzystywany przez liberałów, konserwatystów i środowiska narodowe.
Czego elity boją się najbardziej?
W. M.: One są przerażone tym, że ludzie, którzy nie byli wcześniej widoczni na ulicach czy w salach, gdzie organizowano spotkania polityczne, teraz na wiecach nagle domagają się głosu. Ten lęk dotyczył nie tylko klas ludowych, ale i mniejszości etnicznych – przede wszystkim Żydów. Dla wielu narodowców niedopuszczalne było to, że Żydzi także chcieli uczestniczyć w debacie, organizować przemowy i wiece.
Co wtedy myśleli robotnicy, którzy weszli na ścieżkę emancypacji, ale musieli konfrontować się z mową nienawiści i fantazjami elit na temat motłochu, który nie powinien zajmować się myśleniem, a tylko reprodukcją biologicznego istnienia?
W. M.: Trwożne pamflety pisane przez liberałów i oskarżenia rzucane przez konserwatystów stanowią reakcję na nowy typ plebejskiej polityki. Strach przed ludem obecny jest również w literaturze. „Wiry” Sienkiewicza pokazują nienawistny obraz rewolucji 1905 roku, pisarz stosuje niemal rasistowskie zabiegi, by oczernić przeciwników politycznych. Według jednego z bohaterów powieści, socjaliści mają węziej rozstawione oczy, co jest dowodem intelektualnego niedorozwoju. Można spotkać także obraz pijanego motłochu, który niweczy charytatywny wysiłek polskich elit. To na szczęście nie jedyny zapis tych wydarzeń. Z drugiej strony mamy narracje samych robotników, straceńczych autodydaktów, którzy przeszli długą ścieżkę edukacyjną. Są bardzo refleksyjni i mówią o swoich stanach emocjonalnych, o trudach walki.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Kacper Leśniewicz
przez Jan Przybylski | niedziela 18 czerwca 2017 | opinie
Polską branżę tłumaczeń tworzy, jeżeli wierzyć danym GUS, około 60 000 podmiotów, osiągających obroty rzędu miliarda złotych. Większość tych podmiotów to jednoosobowe działalności gospodarcze. Funkcjonuje też pewna liczba tłumaczy pracujących na podstawie umów cywilno-prawnych. Lekko zaokrąglając można uznać, że zagadnienie dotyczy około 100 000 osób. Czy to dużo, czy mało, trudno jednoznacznie powiedzieć. Ale dla porównania: w górnictwie pracuje około 150 000 ludzi. Ktoś mógłby się obruszyć na niestosowność zestawienia. Oczywiście, warunki pracy w porównaniu do sztolni (bo już nie w administracji) są zupełnie odmienne, jednak wypada zauważyć, że informacja jest jednym z podstawowych towarów. Ktoś inny mógłby zauważyć, że bez tłumaczy, poza przysięgłymi, świat, w którym przecież wszyscy znają języki, mógłby się doskonale obejść. Zapewne tak, polecam jednak zapoznanie się z instrukcją obsługi skomplikowanej maszynerii, napisaną po angielsku przez Włochów, Japończyków czy Finów. Może się okazać, że czytelnik i autorzy mają cokolwiek inne wyobrażenia języka, w którym biegły jest teoretycznie niemal każdy, i chociaż słowa są jasne, nie chcą za bardzo składać się w zrozumiałą z marszu całość.
Wśród tłumaczy najwięcej jest zapewne lingwistów, dla których jest to zajęcie naturalne. Na podstawie własnych doświadczeń z branży zakładałbym jednak, że nie jest to dominacja przytłaczająca. Próg wejścia jest bowiem bardzo niski. Próbować może każdy, kto rozumie jakiś język obcy i potrafi wypowiadać się prawidłowo we własnym. W praktyce w grupie czynnych translatorów jest np. całkiem wielu naukowców, pracujących w swojej dziedzinie lub niedoszłych, jak niżej podpisany, który trafił do niej po dwóch latach poszukiwania jakiejś ścieżki życiowej wyprowadzającej z bagna, w jakie wpakował się z nieocenioną pomocą promotora pracy doktorskiej, kwitującego faktyczny brak wyników badań radosnym: „To świetnie, panie Jasiu, nie narobimy się przy interpretacji”. Działam w branży od przełomu lat 2005 i 2006, zaliczyłem pracę jako tłumacz stacjonarny, kierownik projektu i freelancer, więc mogę, jak mi się wydaje, pokusić się o postawienie pewnej diagnozy.
Właściwy wywód zacząć trzeba od pewnej polemiki z powszechnie przyjętym zastosowaniem pojęcia „umowy śmieciowe”, odnoszącym się przede wszystkim do umów o dzieło, rozciąganym jednak często na jednoosobowe działalności gospodarcze. Niestety, w tej akurat branży śmieciowe były zawsze umowy o pracę. Kiedy w 2007 r. decydowałem się na rozpoczęcie działalności czysto freelancerskiej, dla tłumacza zatrudnionego w biurze tłumaczeń w dużym mieście nieosiągalnym marzeniem była zazwyczaj pensja wynosząca 2000 złotych na rękę. Jeżeli płacono kwoty tego rzędu, to przez połączenie najniższej pensji krajowej z lipną umową o dzieło. Właściciele biur woleli rozstać się z nawet bardzo dobrym tłumaczem, niż zapłacić mu obiektywnie przecież niewysoką kwotę. Próbując łączyć freelancing z pracą kierownika projektu, zauważyłem szybko, że moje przychody z działalności pozaetatowej znacznie przekraczają to, co płaci mi pracodawca. Decyzja nie była zatem trudna.
Uogólniając nieco, pracując na podstawie umowy o dzieło można było z jednej strony przy rozsądnej wydajności i portfelu klientów zapewniającym ciągłość, z drugiej jednak bez szaleństw takich, jak praca po 16 godzin na dobę 7 dni w tygodniu, bez problemów osiągnąć dochody brutto trzy razy wyższe, niż na etacie, przekładające się z uwagi na korzystne zasady opodatkowania naturalnych w tym przypadku umów o dzieło na jeszcze lepszy stosunek kwot „na rękę”. Nie znaczy to, że właściciele biur są jakimiś bezwzględnymi wyzyskiwaczami. Ich działalność jest obarczona różnymi czynnikami ryzyka, wśród których dominują niestabilność dopływu zleceń i kursów walut. W tej sytuacji w firmie okresy gorączki przeplatają się z takimi, w których sensacją jest przelot muchy. Niemniej jednak fakt pozostaje faktem, a przemysł, jeżeli czymkolwiek się różnił od tej branży, to jeszcze niższymi zarobkami. Efekt był taki, że do biur przychodziło się poterminować, nauczyć zawodu, a następnie wyruszyć na szerokie morza własną łupinką, aby móc łowić całkiem sporo jak na krajowe warunki.
Skoro zatem jest dobrze, to o czym w ogóle mowa? Oczywiście o pieniądzach. Sytuacja jest niestety taka, że przez tych 10 z górą lat stawki nominalnie stoją w zasadzie w miejscu. Skoro inflacja w tym okresie wyniosła niemal 20% – to de facto spadają. Dużo prościej znaleźć nowego, lepiej płacącego klienta, niż wynegocjować coś z aktualnym. Niestety, branża podlega bardzo negatywnej presji cenowej, wynikającej z paru przyczyn.
Pierwszą jest drastyczna nierównowaga podmiotów. Zlecającymi dużo i stale są światowe koncerny, o obrotach rzędu nawet kilkuset miliardów rocznie. Po drugiej stronie stoją biura, których obroty wynoszą pojedyncze miliony złotych oraz tłumacze osiągający w przypadku dobrego prosperowania przychody rzędu stu kilkudziesięciu tysięcy (być może są jakieś gwiazdy, o wybitnej specjalizacji i mające znakomitych klientów, jednak i tak mowa o różnicach procentowych, nie rzędów wielkości). Wielu jednak nie prosperuje dobrze, a średnio, czyli w okolicach średniej krajowej. Po iluś latach trudno zająć się czymś zupełnie innym, a z rady „załóż firmę” już się skorzystało. Klienci jednak wywierają stałą presję na „taniość”, co siłą rzeczy odbija się na jakości. Prawidłowo prowadzony proces tłumaczenia składa się z trzech etapów: tłumaczenie właściwe, korekta merytoryczno-językowa i ostateczne wygładzenie językowe (plus procesy DTP). Angażuje to jednak trzy osoby. Kiedy bezwzględną przewagę ma tańsza oferta, zazwyczaj rezygnuje się z etapu właściwej korekty, odsyłając klientowi surówkę, sprawdzoną pod kątem pisowni, ogólnej spójności i ewentualnej obecności ewidentnych nonsensów. Klienci niestety to aprobują, świadomie nie przydzielając funduszy na korektę czy domagając się tłumaczenia za zredukowaną stawkę, bez korekty. Nazwalibyśmy takich Januszami biznesu, jednak nie chodzi o świeżo wzbogaconych hurtowników skarpetek, słabujących w zakresie kapitału kulturowego, lecz o wspomniane wysokotechnologiczne koncerny obracające wieloma miliardami dolarów.
Normą jest dzielenie projektów między wielu wykonawców, z preferencją najtańszych, co powoduje po jakimś czasie występowanie w pamięciach programów wspomagających tłumaczenie pięciu tłumaczeń danego terminu – niezgodnych z szóstym, zawartym w słownikach. Informowany o tym klient wzrusza ramionami wobec osoby odpowiedzialnej za dany rynek i instruuje „zróbcie tak, żeby było dobrze, ale więcej nie zapłacimy” (casus koncernu o obrotach przekraczających 200 miliardów dolarów).
Swoje zrobiły tu globalizacja i platformy internetowe. Jeszcze przed 10-15 laty zagraniczna firma o ustalonej renomie zwracała się do swojego polskiego odpowiednika. Rewolucja sieciowa sprawiła, że może szukać najtańszego tłumacza bezpośrednio, sondując rynek pod jednym kątem: kto zrobi to za najniższą cenę. Skutek jest taki, że wykonawcy dobrzy (biura stosujące wspomniany kompleksowy proces) są wypierani, a przynajmniej poważnie naciskani przez kiepskich, konkurujących wyłącznie ceną. Trzeba mieć oczywiście świadomość, że rynek polski jest znacznie mniejszy od francuskiego czy niemieckiego i to będzie przekładało się na stawki możliwe do osiągnięcia.
Last but not least – bardzo wiele złego zrobiły instytucje państwowe. Ogromne projekty związane z tłumaczeniem dokumentów UE czy NATO, miast być błogosławieństwem dla rynku, stały się jego przekleństwem. Powód był jeden i został już wspomniany: cena jako zasadnicze kryterium wyboru. Wśród tłumaczy krążyły, niebędące niestety legendami, opowieści o biurach, które wygrywały przetargi dotyczące dokumentów unijnych. W stanie rzeczy, w którym przyzwoita cena tłumaczenia wynosiła 30 zł brutto za stronę, a bardzo słaba – 20 złotych, docierały informacje o oferowanych przez zwycięzców stawkach rzędu 14 złotych. Biuro mogło sobie to odbić wielkością zlecenia, jednak ktoś te tłumaczenia wykonywał. Pytanie tylko: jak… Praktyka ta niestety nie odeszła w przeszłość. W zeszłym roku złożono mi propozycję udziału w projekcie dotyczącym tłumaczenia bardzo specjalistycznego tekstu, stworzonego przez kluczową instytucję ponadnarodową, zlecaną na mocy wiążących zobowiązań przez bardzo ważny organ krajowy. Stawka była o 20% niższa od zwykłej, według pożądanych standardów już niedostatecznej. Biuro przy tym twierdziło (i nie ma powodu, aby mu nie wierzyć), że samo na tym praktycznie nic nie zarabia, nie są ponadto przydzielone środki na korektę. Jedyną wartością dodaną tego zlecenia był prestiż…
Mamy zatem sytuację, w którym wszyscy się męczą. Biura narzekają. Według ankiety Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, w pełni zadowolone ze stawek są zaledwie 4% respondentów, zdecydowanie niezadowolonych mamy 22%, raczej niezadowolonych – 39%. Tłumaczenia książek zawsze były uznawane za słabo płatne, ale można bez wielkiego ryzyka założyć, że wśród przekładających inne teksty sytuacja nie będzie lepsza. Oczywiście wciąż mowa o (co najmniej) perspektywach zarobków zupełnie nieporównywalnych z polską przeciętną, jednak jest o nie coraz trudniej.
Cechą konstytutywną branży jest przy tym praktyczny brak zorganizowania. Rozmaite ciała co prawda istnieją, jednak z powodu zdecydowanej mniejszościowości mają charakter cokolwiek dekoracyjny i trudno usłyszeć ich głos. A jeżeli dobywa się on, dotyczy spraw biur tłumaczeń, jak niedawno w kwestii protestu wobec hurtowego kwestionowania przez ZUS, na wydumanych podstawach prawnych, umów o dzieło (powtórzę na wszelki wypadek, żeby nie zostać źle zrozumianym: abstrahując od np. dyskusji dotyczącej opodatkowania czy obciążenia składkami ZUS, sama forma umowy cywilno-prawnej jest w przypadku tej branży naturalna i nie krzywdzi pracobiorcy, więc akurat tu spełnia zadanie, dla którego została powołana). W tej sytuacji mamy do czynienia ze zderzeniem pojedynczego biura czy tłumacza z megakorporacją, w której pierwsza strona nie ma żadnych szans. I zamiast rynku klienta występuje jego tyrania. Powszechne zrzeszenie do jakiegoś stopnia wyrównywałoby szanse – w końcu klient nie za bardzo ma możliwość przeniesienia realizacji tych akurat zleceń do np. Laosu, bo w Polsce jest „za drogo”. W sytuacji zupełnego rozbicia tracą jednak wszyscy wykonawcy.
Być może istnieje jakieś dno, od którego branża się odbije – bo gdzieś jest granica niskiej jakości z jednej, a opłacalności nawet dla koprobiur, jak się je wdzięcznie nazywa, z drugiej. Może zadziała zasadnicze ograniczenie zakresu stosowalności umów o dzieło, a pośrednio rządowe programy, takie jak minimalne stawki godzinowe. Zasadniczy problem jednak pozostanie nierozwiązany. Presja będzie trwała, uzupełniana o nowe czynniki.
Jednym z nich są silnie promowane przez klientów tłumaczenia maszynowe. Zapewne jest to ciekawa i w jakimś zakresie perspektywiczna technika, jednak w realiach branży z uwagi na różnice strukturalne między językiem polskim a zachodnioeuropejskimi, przybiera postać: „Masz tu napisane, co mniej więcej znaczy tekst, zrób z tego prawidłową polszczyznę. Za pół ceny zwykłego tłumaczenia”. Wśród tego „mniej więcej” przeważa bezwartościowy bełkot, w którym terminy inżynieryjne są tłumaczone na spożywcze, a zamiast mocować się z chaotycznym ciągiem wyrazów, przypominającym majaczenie w malignie, lepiej i szybciej pominąć go zupełnie, tłumacząc od zera. Ale klient przecież dał nam w wianie coś, co wycenia na połowę wartości…
Zakładając realistycznie, że spontaniczne zrzeszenie pracowników branży raczej nie nastąpi (trudno tego oczekiwać, skoro więdną i znikają nawet kanały komunikacji, jakimi jeszcze niedawno były branżowe fora), można zastanawiać się nad możliwością odgórnego wypromowania go. Z uwagi na własną historię zawodową byłbym pierwszym protestującym przeciwko jakiemuś zamykaniu całej branży czy wysokim progom wejściowym na wzór tłumaczy przysięgłych, bo to zapewne spowodowałoby niesłuszne uprzywilejowanie lingwistów, którzy, pomijając wszystko inne, mogą być bardzo złymi tłumaczami technicznymi, medycznymi czy naukowymi, mając mizerne pojęcie o specyfice zagadnień. Ale już narzucenie wszystkim mającym odpowiedni wpis do KRS-u rozsądnie skalkulowanych stawek minimalnych po prostu pomogłoby wszystkim. Rzecz jasna, instytucje państwowe musiałyby zacząć rachunek sumienia i naprawę od siebie oraz oferowanych przez siebie warunków. A morał jest taki: niezrzeszeni i niezorganizowani nie mają racji i są na rynku miażdżeni bez litości.
dr Jan Przybylski
przez Piotr Mirocha | poniedziałek 12 czerwca 2017 | opinie
Kto wiedział, jak się nazywał urzędujący prezydent Austrii? Do niedawna nikt. Kto wiedział, co się dzieje w tym kraju, oprócz noworocznego koncertu filharmoników, imprezy skądinąd arcykonserwatywnej? Od paru lat nikt. Dopiero trwające ponad pół roku wybory prezydenckie w 2016 r. przypomniały, że Austria jest czymś więcej niż najstabilniejszym przyczółkiem Zachodu, służącym wschodnim Europejczykom do zarabiania euro. Tymczasem na październik rozpisano już przyspieszone wybory parlamentarne.
Przypomnieliśmy sobie o istnieniu tego kraju, gdy dzienniki doniosły o wynikach pierwszej tury prezydenckiej elekcji – wygrał ją kandydat skrajnej prawicy. Był to Norbert Hofer, kandydat partii FPÖ, która w późnych latach 90. zasłynęła nagonką na mniejszość słoweńską, a dziś zdobywa poparcie obiecując osiągnięcia austriackiego państwa socjalnego, ale tylko dla „prawdziwych Austriaków”. Fakt, że ograniczenia dostępu do mieszkalnictwa czy opieki zdrowotnej oznaczają w istocie zniesienie tych świadczeń, nie odstręcza sporej grupy wyborców – zwłaszcza ludności z prowincji, która z wielu tych udogodnień i tak nie korzysta.
Drugie miejsce zajął kandydat Zielonych, Alexander van der Bellen, który po niezwykle długiej kampanii wyborczej został w grudniu 2016 r. prezydentem republiki. Kandydaci tradycyjnych partii Wielkiej Koalicji – socjaldemokratów (SPÖ) i chadeków (ÖVP) – nie mieli szans. Tymczasem Austria była dotąd urządzona jako państwo partyjne, w którym liczne instytucje są zdublowane (istnieje np. Czerwony Krzyż sympatyzujący z socjaldemokratami i osobny, bliski chadekom; podobnie jest z klubami sportowymi czy organizacjami turystycznymi), a jeszcze więcej z nich jest tradycyjnie związanych z jedną z dwóch wielkich partii – centrala związkowa czy koleje są więc tradycyjnie „czerwone”, a izba przemysłowo-gospodarcza – „czarna”.
Nietrudno sobie wyobrazić, że wyjście z czarno-socjaldemokratycznego klinczu nie musi być koniecznie skrajnie prawicowe i ksenofobiczne. Dojrzewanie ruchów społecznych często musi potrwać sporo czasu, ale w czerwcu ubiegłego roku z inicjatywy pluralistycznego lewicowego bloga Mosaik zorganizowano konferencję nowej inicjatywy. Ruch nazwano Aufbruch – co znaczy po niemiecku przełom albo wymarsz. Na konferencji organizacyjnej obecne było ponad 1000 osób, najwięcej na tego rodzaju wydarzeniu austriackiej lewicy społecznej od dziesięcioleci.
Były więc Socjalistyczna Młodzież Austrii, młodzieżówka socjaldemokratów, Młodzi Zieloni – podobnie niezbyt zadowoleni z polityki „dorosłej” partii, były organizacje kobiece, inicjatywy przeciwko ACTA, umiarkowani trockiści z Socjalistycznej Partii Lewicy i przedstawiciele największych związków zawodowych. Aufbruch z jednej strony nie zorganizowało się w formalną strukturę partyjną, z drugiej zaś przeprowadziło szereg protestów pracowniczych (m.in. w wielkiej sieci drogerii Müller), spotkania organizacyjne również w mniejszych miejscowościach kraju czy blokadę budowy szkodliwej dla środowiska elektrowni wodnej na rzece Murze. Są więc duże szanse na przezwyciężenie pułapek sfragmentaryzowanej polityki Nowej Lewicy odziedziczonych po 1968 r. i na stworzenie na nowo ruchu na rzecz emancypacji każdego.
Wydaje się, że utrzymanie entuzjazmu z pierwszych miesięcy ruchu – bardzo podobnego do atmosfery kongresu założycielskiego polskiej Partii Razem – może być trudne bez formalizacji działania organizacji. To zaś wymaga pilnej odpowiedzi na pytania o jej stosunek do istniejących formacji politycznych, których członkowie znaleźli w Aufbruchu. Nadzieja jednak znów się pojawiła.
Pewne alternatywy dla duopolu zużytych chadeków i socjaldemokratów i dla agresywnej prawicy FPÖ istnieją też w polityce samorządowej. Dużą rolę we władzach Wiednia odgrywają Zieloni – w praktyce jednak największe poparcie uzyskują w zgentryfikowanych dzielnicach śródmiejskich i reprezentują głównie interesy nowego mieszczaństwa. Stąd też wiele miejsca w ich dyskursie zajmują kwestie ekologicznego transportu, ale już w zakresie coraz mniej aktywnej polityki mieszkaniowej samorządu słychać głównie deklaracje dobrej woli, nie zaś chęć zupełnej zmiany warunków gry. Jednak w ramach bronienia interesów nowego mieszczaństwa Zieloni są w stanie pójść nawet na sojusz ze skrajną prawicą i podjąć brutalne policyjne akcje przeciwko migrantom, jeżeli tylko prowadzą nieszkodliwy skądinąd handel marihuaną, ale – zbyt blisko zamożniejszych dzielnic.
Drugą siłą w samorządzie drugiego co do wielkości miasta Austrii, Grazu, jest po tegorocznych wyborach Komunistyczna Partia Austrii. Odważną reprezentacją interesów eksmitowanych lokatorów i pracowników – porównywalną do działalności Piotra Ikonowicza i Ruchu Sprawiedliwości Społecznej – utrzymują od lat swoją pozycję. Jednak ich siła opiera się głównie na kilku charyzmatycznych postaciach, takich jak Elke Kahr. Widać więc ograniczenia ruchów lewicowych i alternatywnych na poziomie samorządowym.
Jeżeli kryzys może być szansą, to pojawiła się ona dla działaczy wywodzących się z Młodych Zielonych. Z jednej strony góry partyjne pogrążyły się w Realpolitik, okraszonej transformacją energetyczną. Z drugiej strony, wola młodych do konsekwentniejszego wyrażania pomysłów na zmianę reguł gry tłumiona była przez konieczność podejmowania decyzji jednogłośnie w stowarzyszonym zrzeszeniu studenckim GRAS.
W październiku 2016 r. stworzono alternatywne zrzeszenie, Zielonych Studentów i Studentek (Grüne Studierende), decydujące demokratyczną większością, o mocno socjalnej agendzie. Zimą 2017 r. doszło do konfliktu z górami partyjnymi, które nie zgadzały się na istnienie dwóch równoległych organizacji studenckich. Konflikt eskalował: przewodnicząca Młodych Zielonych Flora Petrik poparła istnienie obu organizacji, a w odpowiedzi szefowa klubu parlamentarnego Zielonych Eva Glavischnig doprowadziła do wydalenia całej młodzieżówki en bloc. Kiedy można oczekiwać rezultatów sporu? W Polsce Młodym Socjalistom stworzenie Razem zajęło dziesięć lat. Z drugiej strony, szansą mogłoby być nadanie nowego pędu Aufbruchowi przez młodych ludzi wyrzuconych z Zielonych.
Wyzwania czasów są jednak coraz większe. Chadecy z ÖVP przyjmują kurs coraz bardziej zbliżony do faszyzującej prawicy FPÖ, a z drugiej strony bardziej akceptowalny dla części społeczeństwa, bo reprezentowany przez chadeków i ich nowego lidera, Christiana Kurza, jeszcze młodszego i jeszcze przystojniejszego mężczyznę niż Norbert Hofer. Zapowiedziane na jesień 2017 r. wybory parlamentarne mogą przynieść nową koalicję. Nowy lider chadeków neoliberalne dogmaty o nieuniknionej konkurencji i erozji prawa pracy miesza bowiem z mruganiem okiem do antyemancypacyjnych poglądów Kościoła Katolickiego i, przede wszystkim, do jadowicie ksenofobicznych uogólnień ruchów faszyzujących.
Nie można ukrywać, że takie postawy znajdują pewne poparcie, a dawne robotnicze twierdze Czerwonego Wiednia zaczynają skłaniać się ku skrajnej prawicy. Z jednej strony 24% mieszkańców Wiednia pozbawiona jest obywatelstwa i związanych z nimi przywilejów. Z drugiej, ubywa dóbr wspólnych i świadczeń (czyli: środków na mieszkania, emerytury, szkolnictwo) powiązanych z obywatelstwem.
Dla osób z „obywatelstwem korporacyjnym”, multipassem i abonamentem na Luxmed, nawet jeśli nie bardzo zamożnych, taki problem jest abstrakcyjny. U tych, których jedyne obywatelstwo to obywatelstwo austriackie, powstaje wrażenie, że kołdra jest za krótka. Kwestią przyszłości ruchów emancypacyjnych jest to, czy zdołają one zaproponować konkretne rozwiązania przejściowe i przekonujące postulaty.
Kluczowe wydaje się przekonanie wyzyskiwanej większości, że nie jest to bynajmniej pościelowa kwestia krótkiej kołdry, że idzie o coś więcej niż interwencje socjalne na rzecz wykluczonych mniejszości: o emancypację różnorodnej, ale nieuprzywilejowanej większości. W tym celu jednak zarówno w Austrii, jak i w Polsce potrzeba ruchu politycznego, który zakwestionuje reguły dotychczasowej polityki.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 30 maja 2017 | opinie
Noam Chomsky jest uznawany za jednego z najsłynniejszych intelektualistów na świecie – częściowo z powodu swoich dokonań językoznawczych, ale sławę zawdzięcza przede wszystkim komentarzom politycznym. W Polsce pisze się jednak o nim zastanawiająco mało. Gdy zaś już ktoś o nim wspomina, to często w negatywnym kontekście.
Jednym z niewielu tekstów w polskiej prasie poświęconych w całości Chomsky’emu jest artykuł Macieja Nowickiego o wymownym tytule „Najgłupszy intelektualista na świecie”. Ta opublikowana blisko dekadę temu mowa oskarżycielska przeciw amerykańskiemu badaczowi kończy się bezlitosnym wyrokiem: Richard Posner w swojej książce o public intellectuals twierdzi, że naukowiec, który osiągnął sukces w swojej dziedzinie, może użyć tego autorytetu, by pouczać ludzi w sprawach, w których jest absolutnym kretynem – pisze Nowicki. – Nie istnieje lepszy przykład tego fenomenu niż Noam Chomsky.

Większość przeciwników Chomsky’ego nie potrafi mu wybaczyć radykalnej krytyki Stanów Zjednoczonych, która – ich zdaniem – prowadzi często do wybielania wrogów USA. Negatywny stosunek do Ameryki jest też zapewne jednym z powodów, dla których o autorze wydanej niedawno książki „Who Rules the World?” pisze się u nas tak mało. Stany Zjednoczone są w Polsce wciąż uznawane za wzór do naśladowania. Owszem, czasem prawicowi politycy i publicyści popsioczą na prezydenta z Partii Demokratycznej, a liberałowie na prezydenta z Partii Republikańskiej, ale ogólny konsensus jest taki, że Ameryka jest w porządku. Kiedy proponuje – bezpośrednio bądź za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie instytucji, takich jak Światowa Organizacja Handlu – deregulację gospodarki, to ją deregulujemy. Kiedy zaprasza nas do pójścia na wojnę, to idziemy, nawet jeśli ta toczy się w kraju, który niczym nam nie zawinił. Kiedy chce wybudować u nas tajne więzienia z pogwałceniem prawa międzynarodowego, to nasi politycy wznoszą się ponad podziałami i nie mają z tym większego problemu.
Chomsky natomiast jest bezlitośnie krytyczny zarówno wobec rządu amerykańskiego, jak i świata biznesu skupionego wokół Wall Street, niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiadają Bush, Obama czy Trump. Aby zrozumieć, skąd bierze się tak negatywny stosunek twórcy gramatyki generatywnej do, było nie było, własnego kraju, trzeba najpierw pojąć, jakie obowiązki jego zdaniem spoczywają na intelektualistach. Właśnie na to pytanie odpowiada Chomsky w eseju otwierającym „Who Rules the World?”. Jego zdaniem intelektualiści dzielą się na dwie grupy. Z jednej strony są ci, którzy patrzą własnej władzy na ręce i konsekwentnie krytykują jej błędy oraz występki. Z drugiej, ci, którzy biorą stronę rządzących i oskarżają o brak patriotyzmu każdego, kto odważy się ich skrytykować. Nietrudno odgadnąć, w której grupie widzi siebie Chomsky. Amerykański badacz uważa, że jego obowiązkiem jest krytykowanie władzy własnego kraju, tak jak obowiązkiem intelektualisty francuskiego jest krytykowanie władzy francuskiej, a polskiego – polskiej. Ostatecznie w większości przypadków polski czy amerykański intelektualista mają większy wpływ na postępowanie, odpowiednio, władzy polskiej oraz amerykańskiej, niż na to, co robią Rosjanie, Irańczycy lub Chińczycy. W przypadku USA postawa krytyczna jest szczególnie pożądana, ponieważ jest to kraj o potężnych wpływach: politycznych, militarnych, kulturowych oraz ekonomicznych. Gdy Ameryka robi coś źle, negatywne konsekwencje odczuwa cały świat.
Chomsky zauważa, że nasza postawa wobec intelektualistów krytycznych zawiera sporą dawkę hipokryzji. Krytyków z obcych państw – szczególnie, gdy uważamy je za wrogie – traktujemy zupełnie inaczej niż krytyków we własnym kraju. Jeśli na przykład jakiś intelektualista rosyjski ostro skrytykuje Putina, jest określany w Stanach Zjednoczonych (i większości krajów zachodnich) mianem „odważnego”, „bezkompromisowego”, „uczciwego” i „moralnego”. Gdy jednak równie mocnej krytyki wobec własnego państwa dokona intelektualista amerykański, zostanie nazwy „zdrajcą”, „wariatem”, „anty-Amerykaninem” czy też „ideologiem”. Choć lubimy wypowiadać się na temat tego, co jest etycznie słuszne, a co jest złe, to w rzeczywistości głównym podziałem, jaki stosujemy, jest rozróżnienie na „naszych” oraz „nie-naszych” – powiada Chomsky. Nie-nasi intelektualiści krytykujący nie-nasze kraje są bohaterami, natomiast nasi intelektualiści krytykujący nasz kraj są kretynami.
Wątek podwójnych standardów przewija się w esejach Chomsky’ego nieustannie. Autor „Who Rules the World?” proponuje na przykład prosty eksperyment myślowy. Co by się stało, gdyby Niemcy nazwali swój najnowszy samolot wojskowy lub rodzaj bomby „Żydem” bądź „Cyganem”? Opinia publiczna, jak najbardziej słusznie, uznałaby to z pewnością za ponury żart i natychmiast zażądała zmiany nazewnictwa. Jednak dokładnie tego rodzaju obraźliwych i niesmacznych nazw używają bez większych konsekwencji Amerykanie. Misję zabójstwa Osamy Bin Ladena amerykańskie władze militarne określiły mianem „Geronimo”, od przydomka słynnego wodza indiańskiego. Wzbudziło to protesty wśród rdzennej ludności Stanów Zjednoczonych, ale większa część opinii publicznej oraz polityków nie wydawała się tym zaniepokojona. Wszak jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że amerykańskie nazewnictwo militarne odwołuje się do kultury indiańskiej. Nazwy takie jak „Apache” czy „Black Hawk” są dobrze znane także w Polsce. Jak sugeruje Chomsky, najwyraźniej rdzenni mieszkańcy USA wymordowani masowo przez białych imigrantów nie są wystarczająco „nasi”, aby przejmować się takimi rzeczami i uważać je za niestosowne.
W podobny sposób krytykuje Chomsky „wojnę z terroryzmem”. Amerykańskie władze – a za nimi duża część zachodniej opinii publicznej – lubią przedstawiać swoje działania jako walkę na rzecz szerzenia demokracji i wolności. Problem polega na tym, że to umiłowanie demokratycznych rządów jest wybiórcze. Istnieje przytłaczająca liczba dowodów, że demokracja jest wspierana tylko o tyle, o ile pasuje do społecznych i ekonomicznych celów władz amerykańskich oraz ich sprzymierzeńców – pisze Chomsky. W czasie Zimnej Wojny Stany Zjednoczone nie wydawały się zbytnio przejmować tym, czy dany kraj jest demokratyczny. O wiele ważniejsze było, po której stronie konfliktu amerykańsko-radzieckiego stały jego władze. Idealnym przykładem jest postępowanie Amerykanów wobec Wietnamu czy Kuby. Podobnie mają się obecnie sprawy z Bliskim Wschodem. Chomsky w kilku esejach powraca do sondażu przeprowadzonego wśród mieszkańców tego regionu. Okazuje się, że za największe zagrożenie uważają oni USA i gdyby mieli wybór, wypędziliby Amerykanów jak najdalej od swoich krajów. Czemu trudno się dziwić, zważywszy na liczbę ofiar cywilnych, za które odpowiedzialność ponoszą Stany Zjednoczone, oraz przejawianą od wielu lat skłonność USA do wspierania usłużnych im dyktatorów. Słuchanie opinii obywateli Egiptu, Tunezji czy Iraku nie wydaje się jednak wchodzić w obręb amerykańskiej misji szerzenia demokracji.
Chomsky zarzuca też władzom swojego kraju całkowitą nieskuteczność w walce z terroryzmem. Nieskuteczność, która wynika jego zdaniem z przyjęcia najbardziej prymitywnych form walki – inwazji wojskowej, tortur oraz powszechnej inwigilacji. Amerykański badacz przypomina o tym, że jednym z celów Bin Ladena, o którym ten otwarcie mówił, było wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w długotrwałe i pochłaniające ogromne środki finansowe zmagania militarne. Koszty prowadzonych przez Busha-Obamę wojen w Iraku oraz Afganistanie są obecnie szacowane na 4,4 biliona dolarów – podaje Chomsky, nazywając to przy okazji „wielkim zwycięstwem” byłego przywódcy Al-Kaidy. W dodatku postępowanie władz amerykańskich doprowadziło do dalszej destabilizacji regionu i najprawdopodobniej zwiększyło liczbę osób chętnych do wspierania organizacji terrorystycznych.
Kolejnym celem krytyki Chomsky’ego jest amerykańska polityka gospodarcza. Deregulacja gospodarki, obniżanie podatków najbogatszym, narzucanie innym krajom rozwiązań korzystnych dla USA (czy, dokładniej, dla niewielkiego odsetka mieszkańców tego kraju) – to lista najważniejszych grzechów przedstawiona przez autora „Who Rules the World?”. Chomsky wskazuje na problemy, o których pisze dzisiaj większość znanych ekonomistów, od Paula Krugmana po Thomasa Piketty’ego. Realne dochody klasy średniej stoją w miejscu od mniej więcej lat 80. XX wieku. Z kolei dochody oraz majątki najbogatszych systematycznie rosną. Na domiar złego system polityczny USA coraz bardziej działa na zasadzie „jeden dolar, jeden głos”, zamiast „jedna osoba, jeden głos”. Tworzy to rodzaj błędnego koła. Jak klasy niższe i średnie mają zmienić politykę na swoją korzyść, skoro nie posiadają niezbędnych środków, aby konkurować z milionerami, których stać na własne media, finansowanie kampanii wyborczych czy przeznaczanie ogromnych środków na cele lobbystyczne? Dla Chomsky’ego jest to kolejny dowód na to, że umiłowanie demokracji wśród amerykańskich elit istnieje jedynie w sferze retoryki.
Co gorsza, Stany Zjednoczone ze względu na swoje wpływy są w stanie narzucać tego rodzaju niszczące rozwiązania także innym krajom. Dzieje się tak między innymi za pośrednictwem międzynarodowych traktatów handlowych. Komentując jeden z nich – porozumienie NAFTA podpisane przez USA, Meksyk i Kanadę – Chomsky stwierdza, że jest to rzadki przypadek umowy, która potrafiła pogorszyć warunki ludzi pracy we wszystkich trzech krajach, jakie ją podpisały. Trudno w tym kontekście nie pomyśleć, z jakim entuzjazmem polskie elity polityczne oraz spora część mediów wypowiadały się na temat TTIP oraz CETA – analogicznych traktatów między Unią Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi (TTIP) i Kanadą (CETA). Kolejny przykład na to, jak wielka jest siła perswazji amerykańskiej władzy polityczno-biznesowej.
Jak widać, Chomsky stawia najcięższe zarzuty ludziom rządzącym Ameryką. Nie chodzi tylko o to, że wylicza on wszystkie grzechy USA z ostatnich kilkudziesięciu, a nawet kilkuset lat. Chomsky nie omieszkuje też podsumowywać swoich wyliczeń ostrymi sformułowaniami. Na przykład nazwa Partię Republikańską „najgroźniejszą organizacją na świecie”. Na pierwszy rzut oka to oskarżenie może się wydawać mocno na wyrost, ale Chomsky ma nienajgorsze argumenty. Republikanie od wielu lat aktywnie wspierają idee, których negatywne konsekwencje odczuwają miliony, a w jednym przypadku potencjalnie nawet miliardy ludzi. Są gorącymi zwolennikami agresywnej polityki zagranicznej, w tym z użyciem sił wojskowych. Jej efektem jest zatrważająca liczba ofiar, w tym cywilnych, oraz postępująca destabilizacja wielu rejonów świata. Popierają rozwiązania gospodarcze, które – o czym mówi głośno coraz więcej ludzi – dla garstki osób oznaczają ogromne bogactwo, a dla przytłaczającej większości biedę lub, w najlepszym wypadku, umiarkowane powodzenie. Hamują równouprawnienie grup dyskryminowanych: kobiet, społeczności LGBT oraz mniejszości etnicznych. W dodatku od kilkudziesięciu lat zawzięcie zwalczają większość prób przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Republikanie nie szczędzą środków – zarówno finansowych, jak i retorycznych – aby blokować wszelkie ambitniejsze projekty walki z globalnym ociepleniem. Za ten błąd możemy zapłacić wszyscy.
Chomsky ma więc mocne argumenty nawet na poparcie swoich najbardziej radykalnych tez. Nie oznacza to, że niczego nie można mu zarzucić. Niekiedy amerykański intelektualista niebezpiecznie balansuje na granicy między „skupianiem się na błędach naszych” (co jest zrozumiałym podejściem) a „nazbyt łatwym usprawiedliwianiem bądź przymykaniem oczu na błędy nie-naszych” (co budzi już poważne wątpliwości moralne). Przy czym trudno mu zarzucić jednoznaczne przekroczenie tej cienkiej linii. Na przykład, wbrew temu, co twierdzi wspomniany na początku Nowicki, Chomsky nie wychwalał Pol Pota i nie negował jego zbrodni. Niemniej jego komentarze w tej sprawie, szczególnie początkowo, zbyt mocno upraszczały sprawę, skupiając się przede wszystkim na błędach Amerykanów.
W przypadku „Who Rules the World?” podobne wątpliwości budzą fragmenty, w których Chomsky wspomina o konflikcie na Ukrainie. I znowu, trudno nie przyznać mu racji, gdy pisze, że zaniepokojenie, jakie wyraża Rosja w odpowiedzi na perspektywę włączenia Ukrainy do NATO, jest z politycznego punktu widzenia zrozumiałe. Gdyby Meksyk albo Kanada chciały wstąpić do sojuszu wojskowego nadzorowanego przez Rosję, Amerykanie też nie byliby raczej zachwyceni i próbowaliby temu zapobiec – zauważa Chomsky. Problem polega na tym, że amerykański badacz zapomina w tym wszystkim o… samych Ukraińcach i ich tragedii. Kiedy pisze o interwencjach USA na Bliskim Wschodzie albo w Ameryce Łacińskiej, bardzo słusznie podkreśla perspektywę Irakijczyków, Kubańczyków czy Panamczyków. Nie uwzględnia jej jednak, gdy wspomina o Ukrainie – nagle kraj ten staje się tylko kartą przetargową w relacjach między USA a Rosją. Oczywiście, Chomsky mógłby się tłumaczyć, że jego uwagi nie wynikają z lekceważenia problemów samych Ukraińców i Ukrainek, ale z konsekwentnego stosowania strategii „ujawniania podwójnych standardów”. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że autor „Who Rules the World?” sam wpada w pułapki amerykanocentryzmu. Tak jak wielu jego rodaków, gdy mówi o Europie Środkowej i Wschodniej, ma kłopoty z dostrzeżeniem czegokolwiek mniejszego niż Rosja lub ewentualnie Unia Europejska.
Trudno zatem uznać Chomsky’ego za nieomylny wzór cnót moralnych, choć amerykański badacz brzmi czasem tak, jakby próbował się na kogoś takiego wystylizować. Nie zmienia to jednak faktu, że mówi rzeczy warte wysłuchania i przemyślenia. Na szczęście nie mamy w Polsce problemu ze zbytnio idealistycznym podejściem do Rosji. Dlatego naiwności oraz przeoczenia Chomskiego, gdy idzie o Europę Wschodnią, nie stanowią dla nas większego zagrożenia – jesteśmy je w stanie szybko wyłapać. Kłopoty, z jakimi zmagamy się w naszym kraju, polegają raczej na pochopnym przejmowaniu lęków i uproszczeń pielęgnowanych przez elity Stanów Zjednoczonych oraz ich sprzymierzeńców. Najdobitniej świadczy o tym stosunek dużej części polskich polityków i opinii publicznej do krajów arabskich. Jest on niestety skażony perspektywą dobrzy-my versus źli-oni, ewentualnie oświeceni-my versus zacofani-biedni-oni, w której brakuje miejsca na subtelności w ocenie sytuacji. Chomsky stanowi dobrą odtrutkę dla tej jednoznacznej wizji świata. Dlatego byłoby dobrze, gdyby jego poglądy stały się w Polsce szerzej znane.
dr Tomasz Markiewka
przez Karol Trammer | środa 24 maja 2017 | opinie
Dokąd popłyną fundusze unijne, których nie zdoła wydać kolej?
Gdy wiceminister rozwoju Witold Słowik udzielał na przełomie lutego i marca 2017 r. wywiadu miesięcznikowi „Rynek Kolejowy” na temat szans na pełne wykorzystanie funduszy unijnych na infrastrukturę kolejową w ramach unijnej perspektywy finansowej na lata 2014-2020, uciekał się do zaklęć: – Żeby coś w ogóle mogło się udać, trzeba wierzyć, że jest to możliwe.
W Ministerstwie Rozwoju wiara w kolej topnieje jednak z miesiąca na miesiąc. W połowie kwietnia 2017 r. wiceminister Jerzy Kwieciński – najważniejszy w rządzie człowiek od programów unijnych – ujawnił podczas konferencji prasowej, że coraz poważniej myśli się o planie awaryjnym, zakładającym przesunięcie na inne przedsięwzięcia części funduszy zarezerwowanych na modernizację linii kolejowych.
Nie ma szans
Kwieciński o konieczności stworzenia planu B przekonał się po sprawdzeniu skuteczności wykorzystywania funduszy przez odpowiadającą za modernizację sieci kolejowej spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe: – Mam małą wiarę, że wszystko pójdzie dobrze. Z takim tempem nie ma szans na to, że wykorzystamy wszystkie pieniądze. Zwłaszcza że wiele prac zostało zaplanowanych na ostatnie lata perspektywy, a doświadczenie z poprzednich lat jest takie, że żadnego z projektów nie udaje się ukończyć w terminie.
Nieuchronnie nadciągającym problemom w wykorzystaniu całości funduszy zarezerwowanych na infrastrukturę kolejową coraz baczniej przygląda się Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Resort ten powstał w listopadzie 2015 r. po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość. Szefem ministerstwa jest Marek Gróbarczyk, który dla tego stanowiska porzucił znacznie bardziej lukratywną funkcję posła do Parlamentu Europejskiego.
Kierowany przez Gróbarczyka resort po nieco ponad pół roku funkcjonowania doprowadził do przyjęcia przez radę ministrów „Założeń do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku”. Dokument został przyjęty 14 czerwca 2016 r.
Następnie MGMiŻŚ sprawnie przeprowadziło procedurę przystąpienia Polski do konwencji AGN („Europejskie porozumienie o głównych śródlądowych drogach wodnych o znaczeniu międzynarodowym”). Sprawę załatwiono w ciągu czterech miesięcy: 28 października 2016 r. uchwałę o przystąpieniu do konwencji podpisała premier Beata Szydło, 14 grudnia 2016 r. sejm jednogłośnie przyjął stosowną ustawę, którą następnie 11 stycznia 2017 r. również jednogłośnie i bez poprawek zaakceptował senat i 6 marca 2017 r. akt ratyfikacji konwencji AGN został podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę.
– Dzisiaj transportu wodnego w Polsce w zasadzie nie ma – mówił prezydent po ratyfikowaniu konwencji. – Transport rzeczny jest tańszy niż transport drogowy, a przede wszystkim nieporównywalnie bardziej ekologiczny, jest transportem przyszłości. To wielkie zadanie, które wiąże się z wielkimi inwestycjami.
Nieodwracalne zobowiązanie
Polska wraz z przyjęciem konwencji AGN zobowiązała się, że główne ciągi rzeczne dostosuje do parametrów przynajmniej IV klasy żeglowności – głębokość, promienie zakoli czy prześwity pod mostami umożliwiające ruch statków o ładowności 1000-1500 ton. Obecnie Wisła na przeważającej długości spełnia parametry klasy Ib (dla statków o ładowności 180 ton), natomiast Odra głównie parametry klasy II (dla statków o ładowności 500 ton) i klasy III (dla statków o ładowności 700 ton).
Przyjęcie konwencji AGN wymusza dostosowanie do parametrów IV klasy żeglowności Wisły, Odry, Bugu oraz Drogi Wodnej Wisła-Odra (składają się na nią Brda, Kanał Bydgoski, Noteć i Warta). Koncepcja resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej zakłada dostosowanie Odry oraz Wisły między Oświęcimiem a Krakowem od razu do wyższej klasy Va, a także wykopanie Kanału Śląskiego, który połączy Wisłę w Oświęcimiu z Odrą w pobliżu Kuźni Raciborskiej.
Według wstępnych wyliczeń MGMiŻŚ, realizacja powyższych planów ma kosztować co najmniej 76,8 mld zł. Pieniądze te miałyby zostać wydane na pogłębienie i regulację rzek, stworzenie stopni wodnych, budowę nowych śluz i wydłużenie istniejących, jak i na złagodzenie zakoli rzecznych, co w języku specjalistów od gospodarki wodnej nazywa się „przebudową niewymiarowych łuków”.
– Już żaden inny rząd w przyszłości nie będzie mógł odstąpić od realizacji tych inwestycji. Przyjmujemy na siebie nieodwracalne zobowiązanie realizacji tego przedsięwzięcia, niezwykle istotnego dla gospodarki naszego kraju, determinującego jego rozwój – mówił Marek Gróbarczyk po ratyfikowaniu konwencji AGN przez prezydenta.
Zidentyfikowano potencjalne źródła
W „Założeniach do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku” wskazano, że tylko do 2020 r. na główne szlaki wodne należy przeznaczyć 8,9 mld zł.
Największym problemem szerokich planów rozwoju sieci dróg wodnych jest brak funduszy. Jak czytamy w założeniach, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej „zidentyfikowało potencjalne źródła finansowania przedsięwzięć”. Wśród nich wymieniono fundusze Unii Europejskiej: Fundusz Spójności, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego czy instrument „Łącząc Europę” (CEF).
Tyle że środki te generalnie zostały już rozdysponowane. Jeśli chodzi o transport wodny, to – według planów sporządzonych jeszcze przed przystąpieniem Polski do konwencji AGN – unijne pieniądze mają trafić przede wszystkim do portów morskich. Gros środków z funduszy unijnych wesprzeć ma infrastrukturę kolejową. Krajowy Program Kolejowy na lata 2016-2023 przewiduje przedsięwzięcia modernizacyjne o łącznej wartości 66 mld zł – z czego źródłem 56 mld zł są właśnie fundusze unijne. Jeśli jednak dojdzie do opóźnień w realizacji programu inwestycyjnego przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe, Unia Europejska nie przekaże środków w zaplanowanej wysokości – w tej sytuacji sposobem na zachowanie tych pieniędzy przez Polskę będzie przesunięcie ich na inne przedsięwzięcia.
Z gałęzi na gałąź
Ministerstwo Rozwoju nie podjęło jeszcze decyzji, na co zostaną przeznaczone unijne pieniądze, których nie będzie w stanie wykorzystać spółka PKP PLK. Wśród ekspertów od programów unijnych coraz częściej mówi się, że po tą część funduszy chce sięgnąć Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Zgodnie ze scenariuszem tego resortu, niewykorzystane przez kolej pieniądze miałyby wspomóc realizację pierwszego etapu dostosowywania rzek do wymogów konwencji AGN, czego koszt oszacowano na – przypomnijmy – blisko 9 mld zł. Czy jednak wizja przesunięcia „kolejowych” funduszy na inną gałąź transportu jest w ogóle realna?
Cofnijmy się do przełomu 2010 i 2011 r., gdy stało się jasne, że spółce PKP PLK nie uda się wykorzystać całości funduszy przyznanych w ramach poprzedniej unijnej perspektywy finansowej 2007-2013. Odpowiadająca wówczas za wykorzystanie unijnych dotacji minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska dążyła do tego, by pieniądze z opóźnionych modernizacji linii kolejowych przeznaczyć na rozbudowę infrastruktury drogowej. Komisja Europejska nie zgodziła się jednak na przerzucenie wsparcia poza sektor transportu przyjaznego środowisku. Ostatecznie więc z pieniędzy unijnych, które pierwotnie były zarezerwowane na modernizację sieci kolejowej, dofinansowano zakupy pociągów i inwestycje w miejski transport szynowy.
Jednocześnie część funduszy udało się zatrzymać przy infrastrukturze kolejowej. Bruksela przystała bowiem na propozycję zgłoszoną na początku 2011 r. przez ówczesnego wiceministra infrastruktury Andrzeja Massela, by wsparcie z dużych modernizacji bez szans na terminowe zakończenie przesunąć na – finansowane wcześniej tylko z budżetu państwa – rewitalizacje linii kolejowych (oszczędne modernizacje możliwe do szybkiego przygotowania i krótkiej realizacji dzięki ograniczonemu zakresowi wymiany infrastruktury, jednak istotnie wpływające na poprawę prędkości pociągów i przepustowości linii).
Ekologiczny korytarz kontra natura
Unijni urzędnicy, którzy kilka lat temu byli niechętni wobec przesuwania „kolejowych” funduszy na drogi, w kwestii dróg wodnych mogą być bardziej otwarci na rozmowy. Zwłaszcza że w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej od początku nie zapomina się o cytowaniu w opracowaniach „Białej Księgi Transportu” Komisji Europejskiej. A w dokumencie tym – przedstawiającym wizję systemu transportowego w Europie – żegluga śródlądowa jest obok kolei wskazywana jako pożądana alternatywa dla transportu po drogach: „Do 2030 r. 30% drogowego transportu towarów na odległość powyżej 300 km należy przenieść na inne środki transportu: kolej lub transport wodny, zaś do 2050 r. powinno to być ponad 50% tego typu transportu. Ułatwi to rozwój efektywnych ekologicznych korytarzy transportowych. Aby osiągnąć ten cel, musimy rozbudować stosowną infrastrukturę”.
Tamą dla realizacji planów MGMiŻŚ może być jednak to, że doliny polskich rzek wskazanych w konwencji AGN to obszary objęte unijnym programem Natura 2000, który na celu ma zachowanie cennych gatunków i siedlisk przyrodniczych. Tymczasem podniesienie klas żeglowności wymagać będzie regulacji rzek, łagodzenia ich zakoli czy budowy stopni wodnych. Tworzenie „ekologicznych korytarzy transportowych” przekształci polskie rzeki w plac budowy nieodwracalnie zmieniający ich naturalny charakter, unikatowy w skali całej Europy. Pytanie, jak do tej sprzeczności ostatecznie podejdzie Komisja Europejska.
Kolej rozwija żeglugę
Powodzenie planów przesunięcia części funduszy unijnych z infrastruktury kolejowej na drogi wodne może zapewnić finansowanie dla pierwszych inwestycji na potrzeby masowej żeglugi śródlądowej. One mogą stać się stopą w drzwi, uzasadniającą finansowanie kolejnych przedsięwzięć, które wcale nie ograniczą się tylko do udrażniania rzek i kanałów czy budowy portów.
Kryteriów stawianych w konwencji AGN nie spełniają na przykład dziesiątki polskich mostów. Przeprawy nad rzekami o klasie żeglowności IV i Va muszą bowiem zapewniać prześwit między przęsłem a lustrem wody nie mniejszy niż 5,25 m (wartość wylicza się dla wysokiej wody żeglownej, czyli najwyższego stanu wody dopuszczającego żeglugę).
Spośród przerzuconych nad Odrą mostów kolejowych zbyt niskie są te w Opolu (prześwit 3,84 m), w Głogowie (prześwit 3,90 m), koło Czerwieńska na linii do Zbąszynka (prześwit 4,39 m) i na linii do Szczecina (prześwit 3,79 m) oraz graniczny most w Kostrzynie (prześwit 3,67 m). Kryteriów dla klas IV i Va nie spełnia również szereg mostów drogowych. Jedynie w przypadku Odry wstępne analizy wykazały konieczność przebudowy kilkudziesięciu mostów – poinformował dr inż. Andrzej Kreft z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie podczas konferencji, która w lutym 2017 r. odbyła się w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.
Na Drodze Wodnej Wisła-Odra za niskie są trzy mosty kolejowe w Bydgoszczy – na Brdzie na linii w kierunku Torunia (prześwit 3,26 m) i na Magistrali Węglowej (prześwit 5,15 m) oraz na Kanale Bydgoskim na linii do Piły (prześwit 4,70 m). Kryteriów IV klasy żeglowności nie spełnia też most w Drawskim Młynie (prześwit 3,40 m), którym linia kolejowa Poznań – Szczecin przekracza Noteć. Z kolei na Wiśle zbyt niskie w są dwie przeprawy kolejowe: most na odcinku Spytkowice – Alwernia o prześwicie 4,60 m i most drogowo-kolejowy koło Tarnobrzega o prześwicie 4,50 m.
Co więcej, w przypadku części mostów prześwity mogą zmniejszyć się poniżej wymaganych wartości wskutek zbudowania stopni spiętrzających wodę. Z kolei szereg mostów cechuje się rozpiętością między filarami uniemożliwiającą przeprowadzenie szlaku żeglugowego o szerokości wymaganej dla klasy IV (40 m) lub klasy Va (50 m) – problem dotyczy między innymi mostu kolejowego na Wiśle między stacjami Kraków Główny i Kraków Płaszów.
Tak oto przyjęta dwa miesiące temu przez Polskę „wodna” konwencja AGN może zmusić kolej do zbudowania wielu mostów od nowa czy, w najlepszym wypadku, do ich skomplikowanej przebudowy.
Czy cała gra w żeglugę śródlądową jest warta świeczki? Dr Przemysław Nawrocki z organizacji ekologicznej WWF stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej”: – Z wyliczeń Romana Żurka, profesora Instytutu Ochrony Przyrody PAN, wynika, że częściowe przeniesienie transportu kontenerów z polskich dróg na polskie rzeki ograniczy emisję CO2 ledwie o 1,5%. Sensowniejsze byłoby przeniesienie tirów na tory.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/89 maj-czerwiec 2017); www.zbs.net.pl
przez Red Flag | środa 17 maja 2017 | opinie
Któż mógłby zapomnieć ten widok – głupią, pustą twarz George’a W. Busha wyglądającą z pokładu lotniskowca „Abraham Lincoln”, udekorowanego wielkim bannerem z napisem „Misja ukończona”?
Data tego wydarzenia to 1 maja 2003 r. – niewiele ponad miesiąc po tym, jak Stany Zjednoczone rozpoczęły inwazję na Irak, a Bush znajdował się tam, by zadeklarować zakończenie wielkich operacji wojennych. Jak się okazało, była to deklaracja nieco przedwczesna.
Dzisiaj ruch ochrony środowiska wydaje się znajdować na etapie, na którym może uroczyście odtrąbić „zakończenie misji”. Wraz ze spadkiem cen energii odnawialnej, np. masowo wdrażanych oddolnie paneli słonecznych, oraz z powstawaniem nowych „baterii przyszłości”, wielu członków tego ruchu bije w dzwon pogrzebowy, jeśli chodzi o popularność paliw kopalnych.
Dokładnie o tym mówi nowy artykuł stratega Australia Institute, Dana Cassa, „The sun rises: the democratisation of solar energy might change everything” („Słońce wschodzi: upowszechnienie energii pozyskiwanej ze słońca może zmienić wszystko”). Ceny energii słonecznej spadły na tyle, że obecnie jest ona tak tania, jak węgiel lub gaz – a nawet tańsza. Jeszcze całkiem niedawno, w 2007 r., Australia dysponowała łącznie 8000 systemów solarnych – pisze Cass. – Stan na 1 czerwca 2016 r. to 1 548 345.
Na całym świecie wygląda to podobnie. Według raportu sporządzonego przez Frankfurcką Szkołę Finansów i Zarządzania, w 2015 r. po raz pierwszy w historii energia odnawialna stanowiła większą część nowych instalacji do produkcji energii elektrycznej. W Stanach Zjednoczonych inwestycje w źródła odnawialne sytuowały się na poziomie 265,8 mld dolarów, co stanowiło ponad dwukrotność 130 mld dolarów zainwestowanych w generowanie jej za pomocą paliw kopalnych.
Cass twierdzi, że źródła odnawialne wygrały wojnę energetyczną. Co kluczowe, jak pisze, nie stało się tak z powodu interwencji państwa, lecz dzięki działaniu „naszego codziennego kapitalizmu”: Konsumenci przestawiają się w pośpiechu na nową technologię, która pozwala im oszczędzać pieniądze. Kapitał obiera kurs na kolejną wielką inwestycję. Konserwatywni krytycy czystej energii jeszcze nie bardzo to przyznają, ale wzrost znaczenia energii słonecznej oraz zapaść energii starszego typu to swego rodzaju twórcza destrukcja. Dla systemów wielkiej energii to moment Kodaka [„Kodak moment” – przywoływana często jako przykład braku nadążenia za rozwojem technologii z własnego pola sytuacja, gdy firma Kodak nie dostrzegła z wyprzedzeniem nadchodzącej ery cyfryzacji fotografii, stając się z lidera ostatnią w wyścigu – przyp. tłum.].
Zgodnie z tą logiką nie powinniśmy się szczególnie przejmować dalszym losem kampanii związanych z ochroną środowiska, ponieważ ich kontynuowanie nie będzie trudne. Wedle tej wykładni Naomi Klein myliła się – nie chodzi o, jak pisała, „kapitalizm versus klimat”, ale raczej o „kapitalizm dla klimatu”. Ujmując to w prostszy sposób – rozwój technologiczny oznacza, choć może nie jest to jeszcze wyraźnie widoczne, że koniec paliw kopalnych zbliża się wielkimi krokami.
Musi to uspokajać tych z nas, którzy obawiali się, że kapitalizm steruje światem ku globalnej katastrofie klimatycznej. Jednak, tak samo jak w przypadku aroganckiego imperialnego podstępu Busha, takie triumfowanie nie musi zakończyć się dobrze.
Odporne paliwa kopalne
Jeśli chodzi o środowisko, powinniśmy przyswoić sobie wszyscy myśl przewodnią włoskiego marksisty Antonia Gramsciego: „Pesymizm intelektu, optymizm woli”. Istnieją powody, dla których można mieć nadzieję na zmianę światowego systemu energetycznego z tradycyjnego na odnawialny. Jasne jest, że taka zmiana ma obecnie olbrzymią wartość nie tylko z moralnego i społecznego punktu widzenia, ale także posiada sens ekonomiczny.
Niestety – w chaotycznym, nieracjonalnym systemie kapitalistycznym „posiadanie sensu” niespecjalnie się liczy. I, wbrew uspokajającym argumentom Cassa i innych, istnieje wystarczająco dużo powodów, by uznać, że poleganie na „siłach rynkowych” w celu przeprowadzenia jakiejś zmiany, oznacza przepis na katastrofę.
Pomimo ostatniego pasma sukcesów, odnawialne źródła energii wciąż stanowią tylko ułamek światowej produkcji energetycznej. W 2015 r. energia elektryczna wygenerowana przez takie źródła (z wyjątkiem wodnej) złożyła się jedynie na 7 procent całej energii wytworzonej na świecie. Paliwa kopalne za to stanowiły 80 procent. Nawet jeśli poziom inwestycji w energie odnawialne będzie rósł w obecnym tempie, postęp nowego systemu energetycznego będzie i tak powolny. Biorąc pod uwagę piętrzące się dowody na szkody, jakie do tej pory przyniosło globalne ocieplenie, nie możemy sobie na to pozwolić.
Na horyzoncie widzimy też cały czas trwającą ofensywę wpływowych i silnych przemysłów wydobywczych. Wskazany przez Cassa „moment Kodaka” to urocza metafora, jednak porównywanie sytuacji, której obecnie stawia czoła rynek energetyczny, z sytuacją przemysłu fotograficznego nieradzącego sobie z cyfryzacją zdjęć, świadczy o niezrozumieniu, jak bardzo kluczową rolę pełni energetyka w globalnym systemie kapitalistycznym.
Środowisko a imperializm
Nie jest wcale tak, że tradycyjne systemy energetyczne mają w kieszeni polityków, których można by z łatwością przekabacić na swoją stronę, jeśli tylko w korporacyjnych dotacjach pojawi się dziura. W wielu krajach państwo kapitalistyczne jest zależne od paliw kopalnych – oczywiście jako od źródła dochodu, ale i, co istotniejsze, traktuje je ono jako środek do utrzymania swojej pozycji w konkurencyjnej globalnej walce o władzę militarną i ekonomiczną.
Na dłuższą metę dla krajów takich jak Australia i Stany Zjednoczone stanie się światowymi liderami w produkcji energii odnawialnej może mieć sens – może dać im autentyczną „niezależność energetyczną” i pomóc stworzyć nowe, potencjalnie lukratywne, przemysły eksportowe. Ale kapitaliści nie biorą pod uwagę tego, co ma sens na dłuższą metę. Jedyne, co się dla nich liczy, są codzienne zyski.
Maksymalizacja zysku oznacza wyciskanie ile można ze źródeł, które się posiada. Oznacza to i zasoby naturalne, i ludzi, a także infrastrukturę produkcyjną, za pomocą której praca rąk ludzkich jest zamieniana w towary sprzedawane na światowych rynkach. Oznacza to także wyciskanie mocniej, niż czynią to nasi rywale.
W przypadku Australii i Stanów Zjednoczonych paliwa kopalne są kluczowe dla ich infrastruktury produkcyjnej, na jakiej opierają się bogactwo i władza poszczególnych grup kapitalistów. W perspektywie historycznej „tanie i łatwe w obsłudze” zasoby, takie jak węgiel, gaz i ropa, generowały zyski dla całej gospodarki. Trudno machnąć na nie teraz ręką, zwłaszcza w świetle pojawienia się nowych globalnych rywali, np. Chin.
Ostatnie zarządzenie Donalda Trumpa, w którym podkreśla on wagę „niezależności energetycznej”, odwraca kurs restrykcji związanych z państwowymi zasobami paliw kopalnych, jakich żądał Obama. Powszechnie określa się je mianem bezpośredniego prezentu dla amerykańskich firm wydobywczych i energetycznych. Jest w tym ziarno prawdy, ale nie daje to pełnego obrazu.
Tchnięcie nowego życia w amerykańską produkcję paliw kopalnych to część szerszego projektu Trumpa, zasadzającego się na postawieniu USA „na pierwszym miejscu” oraz na próbie zażegnania niebezpieczeństwa, którym grozi rozkwit Chin. Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych umieścił całą kwestię zmian klimatycznych w kontekście rywalizacji chińsko-amerykańskiej. W 2012 r. na przykład napisał na Twitterze: Koncepcja globalnego ocieplenia została wymyślona przez Chińczyków i na ich korzyść, a jej powstanie miało na celu zmniejszenie konkurencyjności wytwórstwa amerykańskiego.
To oczywiście komiczne stwierdzenie. Ale pokazuje też, jak część amerykańskich przedstawicieli kapitału, uosabiana przez Trumpa, postrzega takie kwestie: nie tylko jako podstawę bytu firm wydobywczych w sektorze paliw kopalnych, ale także jako sprawę, która ma konsekwencje dla gospodarki jako całości, a także, szerzej, dla czołowego miejsca, jakie Ameryka zajmuje w globalnym porządku dziobania.
Trump nie jest pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który pragnąłby wzmocnić globalną konkurencyjność kraju za pomocą eksploatowania niewykorzystanych rezerw paliw kopalnych. Obama mógł się prezentować jako oświecony zwolennik zrównoważonego rozwoju, jednak stał na czele bezprecedensowego amerykańskiego boomu na rynku produkcji gazu i ropy – i to napędzanego głównie przez niszczącą środowisko technikę szczelinowania przy wydobyciu gazu łupkowego.
Kolejna przeszkoda na horyzoncie
Poleganie na siłach rynkowych, które miałyby wdrażać „rewolucję nowych źródeł energii”, niesie ze sobą także inne problemy. Jeden z nich uwypuklono w niedawnym numerze „The Economist” w artykule pod kuszącym tytułem: „Brudny sekret czystej energii”. Nie był to jednak, jak można by przypuszczać, rodzaj „clickbaita” przeznaczonego dla organów wykonawczych firm wydobywczych czy dla australijskich polityków, szukających „brudnych” wieści o tym, jak to farmy wiatrowe czy panele słoneczne są niekorzystne dla środowiska. Jako że „The Economist” jest rzecznikiem poglądów liberalnego skrzydła amerykańskiej i brytyjskiej burżuazji, gotów jest przyznać, iż dekarbonizacja gospodarki światowej ma swoje zalety. „Brudnym” sekretem z artykułu okazuje się fakt, że źródła odnawialne są zbyt tanie. Magazyn pisze: Wiara w to, że świat wkracza w nową erę czystej, taniej i nieograniczonej energii, przestaje już być naciągana. Jest jednak pewien szkopuł o wartości 20 kwintylionów dolarów:
Aby trafić z naszej rzeczywistości do nowej, potrzeba ogromnej liczby inwestycji trwających kilka dziesięcioleci. Inwestorzy zazwyczaj lokowali swoje środki w elektryczności, ponieważ oferowała ona stabilną stopę zwrotu. Jednak zielona energia ma swój brudny sekret – im bardziej się ją rozwija, tym niższa staje się cena energii pochodzącej z każdego źródła.
Innymi słowy, problem polega na tym, że rozwój rynku energii odnawialnej sprawia, że wielkie firmy nie zgarniają już zysku, do jakiego były przyzwyczajone. „The Economist” twierdzi, że spowoduje to spowolnienie inwestycji, a zmiana sposobu pozyskiwania energii na zrównoważony stanie się niemożliwa bez interwencji rządu: Teoretycznie, jeśli odnawialne źródła energii miałyby stanowić 100 procent rynku, hurtowa cena elektryczności spadłaby do zera, co odstraszyłoby wszystkie nowe inwestycje niewspierane przez rząd.
W jednym punkcie Cass ma rację. Jeśli wygodnie się rozsiądziemy i pozwolimy rynkowi pędzić przed siebie, wzrost sektora energii odnawialnej może popchnąć nas ku „twórczej destrukcji”. Jednak, choć autor sugeruje coś wręcz przeciwnego, nie jest to sytuacja, z której powinniśmy być zadowoleni.
Sektor wielkiej energii i tak nie pozwoli na zmniejszenie własnych zysków. Będzie walczył zaciekle przeciwko rozwojowi sektora energii odnawialnej – do tego stopnia, że jeśli to dążenie okaże się jego porażką, a zyski ucierpią, firmy zaczną odbijać sobie niedobory, próbując wycisnąć jeszcze więcej ze swojej ledwo dyszącej infrastruktury, i podniosą nam ceny. W swoim entuzjazmie ogłaszania „końca misji” Cass nie poświęcił wiele uwagi tej części równania.
Rozwój energii odnawialnej jest powodem do żywienia nadziei na przyszłość. Ale triumfalizm Cassa i innych, ich poczucie, że można po prostu usiąść i pozwolić rynkowi działać, to recepta na katastrofę.
Musimy teraz walczyć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musimy rzucić wyzwanie trwającej dominacji przemysłu wydobywczego w światowej gospodarce. Powinniśmy też upomnieć się o taki system pozyskiwania energii, który skoncentruje się na potrzebach ludzkich, a nie na prywatnych zyskach – system, który spożytkuje najnowsze odkrycia technologiczne związane ze źródłami odnawialnymi w taki sposób, by zapewnić każdemu tanią i bezpieczną energię.
Powyższy tekst, niepodpisany, ukazał się w kwietniu 2017 r. na stronie redflag.org.au.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Po prawie trzech dekadach istnienia III Rzeczpospolitej można z całą pewnością stwierdzić, że zasługuje ona na swoją „czarną księgę”. Znalazłoby się tam miejsce na przeróżne opowieści: o prywatyzacji systemu emerytalnego, o pacyfikacji przez policję protestów robotniczych, o osiedlach kontenerowych i o braku polityki komunalnej państwa, o ciężkim losie Mariana Zagórnego, który walczył z mafią zbożową i płacił za to wyrokami sądowymi, o zmowie pogardy wobec popegeerowskiej wsi. A także, oczywiście, musiałoby się tam znaleźć miejsce na historię rodzimej reprywatyzacji. I jeszcze jedno: dzieje III RP to również historia walki klasowej. Napiszę to mocno: zamordowana kilka lat temu działaczka lokatorska Jolanta Brzeska jest również – najdosłowniej w świecie – ofiarą walki klas.
Książka „Wszystkich nas nie spalicie”, autorstwa Piotra Ciszewskiego i Roberta Nowaka, może stanowić część „czarnej księgi” III RP, choćby jako istotny element wstępu. Tym bardziej, że autorzy dobrze wiedzą, o czym piszą: Ciszewski to dziennikarz, publicysta i aktywista społeczny, działacz kampanii „Mieszkanie Prawem, Nie Towarem”, a następnie współtwórca Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i uczestnik blokad eksmisji na bruk. Z kolei Robert Nowak to społecznik, bloger, od kilku lat związany z WSL, redaktor portalu lokatorzy.pl. Ich praca pisana jest z jasno określonej perspektywy: aktywistów stołecznego środowiska lokatorskiego.
Dla niektórych powyższa kwestia stanowi mankament tej książki, ale moim zdaniem warto przypominać i pokazywać opinii publicznej tę dość nieliczną grupę działaczek i działaczy lokatorskich, którzy przez lata mieli odwagę zaangażować się po stronie przegranych, po stronie wyszydzonej sprawiedliwości. I nie mogli liczyć na niczyje oklaski, więcej nawet: nie mogli nawet liczyć na życzliwość czy chociażby uczciwe traktowanie ze strony przeróżnych instytucji publicznych. Gdy niemal wszyscy stali odwróceni – oni toczyli nierówną walkę z reprywatyzacyjnym, bezwzględnym, wpływowym, potężnym finansowo i politycznie reprywatyzacyjnym układem.
Rzućmy najpierw szersze światło na sprawę. Ostatnie dekady w naszym kraju upłynęły na dyskusjach dotyczących rozliczeń z epoką PRL, ukarania winnych zbrodni, potępienia ludzi i struktur odpowiedzialnych za patologie tamtych czasów. Ale najwyższa pora, żebyśmy solidnie zaczęli mówić o rozliczaniu III RP z jej przewin, bo nagromadziło się tego brudu już dość: jedni go nie widzą, ponieważ z niego świetnie żyją, drudzy przeoczyli teraźniejszość zajęci spoglądaniem w przeszłość, trzeci tak bardzo uwierzyli w ultraliberalną doktrynę gospodarczą, że krzywdę mnóstwa obywatelek i obywateli Polski pojmują jako nową dziejową sprawiedliwość i konieczność. Jeszcze jedno: wyobrażenia społeczne wydają się czymś efemerycznym, ale w znacznej mierze to atmosfera dogmatycznego ultraliberalizmu gospodarczego, zapewne nierzadko podpartego własnym zyskiem jego piewców, odpowiada za zaniechania państwa i znieczulicę społeczną wobec ofiar dzikiej reprywatyzacji. Być może za kilka dekad dzika reprywatyzacja zostanie w pełni opisana jako historia koncesjonowanej przez państwo i długo społecznie tolerowanej nikczemności.
Pozwolę sobie na pewne smutne wspomnienie. Tuż po śmierci Jolanty Brzeskiej, na początku marca 2011 roku, byłem aktywnym użytkownikiem bardzo wówczas popularnego portalu blogowego salon24.pl. Blogosfera dawała wówczas mocno niezapośredniczony głos zwykłym użytkownikom internetu, głos – jak często przekonywano – daleki od zapatrywań mainstreamu. Pod kilkoma dość istotnymi kwestiami były to jednak nierzadko głosy bardzo typowe. Opublikowałem tam wówczas kilka okolicznościowych tekstów poświęconych tragicznie zmarłej działaczce lokatorskiej. Najbardziej przygnębiające, choć dość oczywiste w polskich realiach, było to, że najaktywniejszymi komentatorami byli miłośnicy „najświętszej własności”, którzy wprost pisali, że Brzeska najpewniej miała problemy psychiczne i dokonała samospalenia, że nie sprowokowałaby agresywnych działań ze strony czyścicieli kamienic, gdyby wyprowadziła się z cudzego mieszkania, że ruchy lokatorskie pasożytują na legalnie zdobytej/odzyskanej własności. Wreszcie padały sugestie, że jeśli ktoś tak bardzo współczuje wyrzucanym z mieszkań, to niech przyjmie ich pod swój dach. Ten przykład jak w soczewce pokazywał, w jaki sposób przemoc symboliczna legitymizuje we współczesnej Polsce przemoc instytucjonalno-rynkową. Uderzało coś jeszcze: częsty brak kontrargumentów blogerek i blogerów, którzy przeciwstawiali się tej logice, ale nie wiedzieli, jakim językiem wyrazić swój sprzeciw wobec dogmatycznego lumpenliberalizmu. I milkli.
Dziś na szczęście sytuacja przedstawia się choć trochę inaczej. Zwolennicy „najświętszej własności”, owszem, nierzadko nie zmienili zdania ani o jotę, ale po pierwsze, za sprawą sprawnych i konsekwentnych działań stowarzyszenia Miasto Jest Nasze patologie reprywatyzacji zostały nagłośnione medialnie i weszły na dobre do masowego obiegu informacji. Po drugie – zmiana władzy politycznej w październiku 2015 roku w tej akurat materii okazała się dobra, a przynajmniej – niezgorsza. Zarówno prace nad powstaniem komisji weryfikacyjnej, jak i zdecydowane działania Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Prokuratury pomogły wielu osobom uświadomić sobie, że reprywatyzacja po polsku była zalegalizowanym szwindlem. Stołeczny Ratusz, niegdyś traktujący głos lokatorów z absolutną dezynwolturą, sporo stracił pod względem wizerunkowym, w kwestiach reprywatyzacji przestał być wiarygodny dla dużej części opinii publicznej, a niektórzy jego urzędnicy stali się obiektem większego zainteresowania odpowiednich organów państwa.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, „Wszystkich nas nie spalicie” Ciszewskiego i Nowaka, przynosi wiele oczywistości, szczególnie osobom nieźle już w sprawie zorientowanym. Jestem jednak przekonany, że to absolutna lektura obowiązkowa dla tych, którzy dopiero chcieliby poznać skandaliczną historię reprywatyzacji pisaną z perspektywy działaczy lokatorskich, historię ich walki o respektowanie praw ludzi, którzy stali się obywatelami drugiej kategorii. Co istotne, w znacznej mierze książka ta jest pracą z zakresu rodzimej historii ludowej. To jej ważny rys, ponieważ wciąż brak lewicy istotnych społecznie ludowych mitów, nie tylko oddziałujących na wyobraźnię lewicowych środowisk, lecz zdolnych zainteresować także tzw. zwykłych ludzi.
Żywy dziś mit Jolanty Brzeskiej ogniskuje wiele elementów istotnych z punktu widzenia lewicy: i tych odnoszących się do katalogu lewicowych wartości oraz aktywności i wrażliwości społecznej, i tych, które wiążą się z wizją i standardami polityki społecznej, mieszkaniowej, ładu społeczno-gospodarczego i legislacyjnego. Czy nie jest znamienne, że jedną z najgłośniejszych ofiar III Rzeczpospolitej jest samotna, starsza kobieta? W kraju oficjalnego kultu chrześcijańskich wartości, państwo i mafia zjednoczyły się przeciw niezamożnej lokatorce. Bo ośmieliła się walczyć o sprawiedliwość dla siebie i grupki podobnych sobie „życiowych nieudaczników”, którzy i które mieli pecha stanąć na drodze budującemu się właśnie kapitalizmowi „po polsku”.
Wiele o sytuacji ruchu lokatorskiego i fatalnym losie wypędzonych lokatorów jeszcze kilka lat temu mówi taki oto cytat: Pierwsze blokady eksmisji oraz akcje organizacji lokatorskich w tej sprawie nie spotkały się z większym zrozumieniem mediów. Jeszcze w latach 2008–2009 dziennikarze pisali o biednych kamienicznikach niemogących się pozbyć mieszkańców z należących do nich budynków. Właściciel więc może robić, co mu się podoba, nawet jeśli działa na granicy prawa – sugerowali, a reprywatyzacyjna patologia narastała. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez blisko trzy dekady III RP nie udało się stworzyć integralnej ustawy reprywatyzacyjnej. Ostatni jej duży projekt, zresztą autorstwa niechlubnej pamięci rządu Jerzego Buzka, zawetował ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Tłumaczył to ochroną „zasad sprawiedliwości społecznej i równością obywateli wobec prawa”. Notabene autorzy „Wszystkich nas nie spalicie” przypominają, że już w 1995 roku Piotr Ikonowicz, wówczas poseł, proponował uchwalenie ustawy o wygaszeniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Trudno jednak wyobrazić sobie jej realizację, szczególnie w klimacie pierwszych lat transformacji.
Reprywatyzację w III Rzeczpospolitej często czyta się i ogląda przez pryzmat stolicy. Tylko w Warszawie władze wypłaciły w ramach roszczeń reprywatyzacyjnych 1,4 mld złotych – pomińmy tu wartość działek i budynków oddanych w Warszawie. Autorzy pracy podkreślają jednak, że reprywatyzacja ma zasięg ogólnopolski. Tym bardziej, że podwyżki czynszów dają kamienicznikom szansę na szybki zarobek bez ponoszenia wielkich kosztów. Stąd jeden z rozdziałów książki nosi wymowny tytuł: „Poznań, Łódź, Kraków, Warszawa – wspólna sprawa!”. To o tyle istotny wątek, że skoncentrowane na sprawach stołecznych tzw. ogólnopolskie media rzadko pokazują bolączki naszej rzeczywistości, która otwiera się poza rogatkami Warszawy.
Ciszewski i Nowak skrótowo (może nawet zbyt skrótowo) opisują realia pozawarszawskiej reprywatyzacji, ale już tylko to, co pokazują, pozwala zobaczyć, że różnorakie skandaliczne aspekty społecznej niesprawiedliwości III RP nie dotyczą jedynie stolicy. Są niestety wspólną cechą polskich przemian.
Przykładowo, w Poznaniu władze miasta postawiły na szybkie pozbycie się ponad 150 kamienic o nieuregulowanym statusie własnościowym, pozostających pod zarządem Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej. Nie przykładano należytej wagi do sprawdzania zasadności roszczeń, nie próbowano podważać ich w sądzie, nie dbano o to, żeby dawni właściciele lub ich spadkobiercy wzięli na siebie część kosztów wieloletniego utrzymania budynków przez państwo. Na ogół urzędnicy nie chcieli też komunalizować tych budynków. Na lokalną strategię miejską nałożyły się całościowe rozwiązania prawne. W ramach jeszcze skuteczniejszego budowania kapitalizmu w 2006 roku uwolniono czynsze w budynkach prywatnych, wcześniej regulowane w ustawie o ochronie praw lokatorów. To jeszcze bardziej pogorszyło sytuację wypędzanych lokatorów.
Walki klas nie prowadzi się dziś wyłącznie w białych rękawiczkach, wcale nie. Nie toczy się jej jedynie w telewizyjnych studiach, drogich restauracjach, gabinetach prawodawców, na przyjęciach dla wielkiego biznesu, potężnych mediów, wpływowych polityków. Walka klas wciąż toczy się na ulicach, na klatkach schodowych, przed drzwiami domów, do których próbują się wedrzeć odzyskiwacze kamienic. Tyle że po jednej stronie są ludzie bezwzględni i zmotywowani dużym zarobkiem, korzystający nierzadko ze wsparcia albo cichego przyzwolenia państwa, a po drugiej – zmęczeni i zestresowani, zagrożeni w swoim bycie kobiety i mężczyźni i ludzie dobrej woli, nierzadko otrzaskani z różnorakimi aspektami walki na każdym możliwym froncie, ale nie dość liczni, przeciążeni pracą i zobowiązaniami.
Spójrzmy z bliska na to, czego na ogół nie chcą pokazywać kamery mediów zaprzyjaźnionych z realnym liberalizmem: przy ulicy Stolarskiej 2 w Poznaniu [lokatorzy – przyp. K.W.] zabili deskami główne wejście do budynku. Zostało ono dodatkowo zabezpieczone kontenerem na śmieci, a bramy pilnowało kilka osób. Mieszkańcy szykowali się na atak czyściciela kamienic. Nie chcieli dopuścić go do budynku, aby nie zaczął ponownie psuć instalacji, odłączać prądu ani wprowadzać ludzi prowadzących remont, będący w rzeczywistości dewastacją kamienicy. Wszystko to działo się na oczach niereagującej policji: gdy 17 sierpnia 2012 roku [Piotr Ś. – jedna z prominentnych postaci poznańskiego rynku nieruchomości – przyp. K.W.] przybył na Stolarską z robotnikami i próbował rozbić blokadę, funkcjonariusze zachowywali się biernie. Obserwowali zdarzenie nawet w momencie, gdy zbiry szarpały lokatorów i dochodziło do rękoczynów. Dopiero zgromadzenie się na miejscu sporego tłumu gapiów z okolicznych budynków oraz przybycie obrońców praw lokatorów domagających się interwencji skłoniło policję do wkroczenia i zablokowania pomocnikom Ś. dostępu do bramy. Pomimo ewidentnego łamania prawa nikt nie został jednak nawet zatrzymany.
Roman Kuster, w tamtym czasie komendant policji w Poznaniu, tak odpowiedział na prośby lokatorów o pomoc: Mamy wolny rynek i jeśli chcą państwo mieć całodobową ochronę, można skorzystać z usług firm ochroniarskich. To jeden z bardzo licznych przykładów na to, że urzędnicy publiczni w III RP byli/są tak naprawdę mniej lub bardziej jawnymi „funkcjonariuszami rynku”. W stolicy Wielkopolski na ratunek lokatorom ruszyli anarchiści z Kolektywu Rozbrat. W lutym 2012 roku doszło do powstania Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Ostatecznie jednak nowy właściciel doprowadził do wyprowadzki niechcianych przez siebie mieszkańców z kamienicy przy Stolarskiej. Obywatelski opór sprawił jednak, że lokatorom udało się uzyskać od miasta mieszkania komunalne.
Historia reprywatyzacji to, chyba bardziej dosłownie niż w przenośni, dzieje współpracy państwa, biznesu i mafii – ta prawda uwidacznia się z całą jaskrawością na kartach książki Ciszewskiego i Nowaka. Być może konkretni lokalni i centralni politycy nigdy nie podawali ręki bandytom zastraszającym ludzi, ale bliższe przyjrzenie się sprawie pokazuje, kto z czyjej brudnej roboty miał korzyść. Niekoniecznie korzyścią osobistą – władze samorządowe i centralne po prostu „miały kłopot z głowy”. Różne mechanizmy – polityczne, legislacyjne, rynkowe i bandyckie – pracowały na to, żeby pozbyć się lokatorów – obywateli gorszej kategorii. Ludzkie cierpienie i tragedie, całe życie starszych już ludzi podsumowane nagle wyrokiem eksmisji, bo byli zwykłymi obywatelami gwałtownie przeobrażającego się kraju.
To wszystko nie było interesujące – zresztą, reprywatyzacyjna wizja rzeczywistości nosi wszelkie znamiona nowej sprawiedliwości dziejowej, i to w niemal magiczny sposób: samo pozyskanie „świętej własności” gwarantowało i gwarantuje nieledwie nietykalność w oczach nie tak małej części elit III RP. W pewnym sensie, co warto sobie uświadomić przy okazji wydania właśnie tej książki, w podobno katolickiej (przynajmniej co do publicznej moralności) Polsce duży pieniądz stał się funkcją etycznej słuszności, a ubóstwo stało się etycznie podejrzane. To dlatego właśnie tak łatwo było budować obraz ofiar reprywatyzacji jako roszczeniowej grupki z marginesu społecznego, a nowi właściciele chodzili w nimbie ludzi, którzy wreszcie sięgnęli po to, co im się należało. Nic też dziwnego, że ruchy lokatorskie miały naprawdę znaczne trudności, żeby przebić się ze swoim wołaniem przez tak silną i szeroko akceptowaną narrację.
W polskich warunkach sporym wzięciem cieszy się hasło o braku alternatywy wobec przyjętego modelu przemian ustrojowych i własnościowych. Skoro „nie było alternatywy” dla terapii szokowej, to nic dziwnego, że „nie ma alternatywy” dla licznych zjawisk stanowiących jej logiczne następstwo, w tym dla reprywatyzacji. Istnieją jednak przykłady negujące takie neoliberalne „oczywiste oczywistości”. Prawda jest taka, że istnieje alternatywa. Najlepszym przykładem Łódź, gdzie prywatne osoby próbowały odzyskać kamienicę gruntownie odrestaurowaną za publiczne pieniądze (mowa o ponad 10 milionach złotych). Władze miasta toczyły spór sądowy o zabytkowy budynek i wygrały. Co więcej, w 2012 roku w celu obrony miejskich nieruchomości lokalny samorząd powołał do życia Zespół ds. Ochrony Własności: składa się on z siedmiu ekspertów, między innymi od dokumentów archiwalnych oraz historii zabytkowych budynków. Praca tej grupy ma charakter śledczo-historyczny. Przyczyniła się do skierowania do prokuratury podejrzenia o próbie wyłudzenia 35 nieruchomości, a pod koniec sierpnia 2016 roku przygotowywanych było kolejnych 10 wniosków. Jest to jedyny przypadek tak szerokiego działania miasta przeciwko roszczeniom reprywatyzacyjnym. Co istotne, z dużym prawdopodobieństwem można ocenić, że część łódzkich roszczeń zgłaszanych jest z premedytacją już po zakończeniu remontu kamienic. Urzędnicy tamtejszego Wydziału Organizacyjno-Prawnego wprost stwierdzają, że część wniosków o zwrot opiera się na sfałszowanych dokumentach notarialnych oraz księgach wieczystych. Jak widać, instytucje mogą starać się o dobro publiczne – potrzeba jednak do tego woli politycznej lokalnej władzy, potrzeba odpowiednich struktur/instytucji i przeznaczenia środków na ich utrzymanie. Alternatywa istnieje, ale opłaca się nie tym, którym na ogół powinna się opłacać – to również wiele mówi o determinantach naszej rzeczywistości.
Ktoś powie, że mało w tej recenzji poświęciłem miejsca Jolancie Brzeskiej. To prawda, to celowy zabieg. Z całą pewnością jest dziś tak, że stała się ona postacią, wokół której ogniskuje się pamięć nie tylko ruchu lokatorskiego, ale bodaj wszystkich osób dobrej woli krytycznie podchodzących do spraw reprywatyzacji. Jej historia jest już dość dobrze znana, łatwo się z nią zapoznać, choćby sięgając do różnorodnych źródeł internetowych, tekstów prasowych, coraz większej liczby audiowizualnych materiałów dokumentalnych. Z całą pewnością jest też bardzo dobrze znana znakomitej większości czytelniczek i czytelników „Nowego Obywatela” – byłbym przykro zaskoczony, gdyby było inaczej.
Dodajmy, że na początku marca 2017 roku przekroczony został kolejny kamień milowy: sprawę morderstwa Brzeskiej i stołecznej reprywatyzacji przedstawiło w materiale reportażowym BBC. Na naszych oczach powtarza się dobrze znany, choć tragiczny schemat: okrutne zabójstwo, wbrew pragnieniom morderców i ewentualnych zleceniodawców, nie zamyka sprawy. Staje się kamieniem węgielnym. Mieszkanka z Nabielaka 9 zasługuje na równie dobry film fabularny co Veronica Guerin, irlandzka dziennikarka walcząca piórem z mafią narkotykową. Choć może lepiej, gdyby nie kręcili go polscy specjaliści od koturnowych i laurkowych obrazów oraz historycznych rekonstrukcji. Z całą pewnością książka Ciszewskiego i Nowaka dostarczy obfitego materiału scenarzystkom i scenarzystom zainteresowanym patologiami reprywatyzacji, historią tej hańby. O ile kiedyś faktycznie zaczniemy bardziej interesować się krzywdami wyrządzonymi najzwyklejszym ludziom w naszych czasach.
Powiem jeszcze jedną rzecz: nawet jeżeli winni śmierci stołecznej działaczki lokatorskiej zostaną ukarani, to sprawiedliwości wciąż nie stanie się zadość. Ponieważ sprawiedliwość dla Brzeskiej oznacza coś więcej – sprawiedliwość dla wszystkich. A ta wiąże się z przywróceniem państwu polskiemu elementarnej efektywności w dziedzinie polityki społecznej i mieszkaniowej. Znamienny jest fragment z książki Ciszewskiego i Nowaka: na początku każdego roku odbywa się Dzień Lokatora. Przy tej okazji opracowano raport pokazujący, ile miasto powinno wydać na budowę nowych lokali dla osób z zasobu reprywatyzowanego i innych potrzebujących. Z danych zebranych na początku 2015 roku przez WSL wynikało, że aby rozwiązać problem, wystarczyłoby przeznaczyć na ten cel jedynie nieco ponad 1,5 proc. budżetu m.st. Warszawy, czyli około 7 proc. wydatków przewidzianych na inwestycje. Ale ruchy lokatorskie wciąż nie są dla stołecznych samorządowców partnerem – są uciążliwym petentem. Przy okazji, co z jednej strony zrozumiałe, z drugiej pomniejsza nieco wartość książki, w znacznej mierze skupia się ona na działalności Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, a niemal pomija inne organizacje lokatorskie. Z jednej strony da się to wyjaśnić faktem, że autorom najłatwiej było opisać ten fragment ruchu lokatorskiego, który najlepiej znają, z drugiej – pokazuje podziały także w obrębie tego, dość przecież nielicznego, środowiska.
Państwo zwane III Rzeczpospolitą nie jest nawet nocnym stróżem, jest wspólnikiem oprawców. Ta smutna prawda czytelnie i rzeczowo została przedstawiona na kartach książki, której okładkę zdobi graffiti z podobizną Jolanty Brzeskiej. Po części gorzka, po części pokrzepiająca myśl: jak w najbardziej barbarzyńskich czasach książka o małym nakładzie, której przydałaby się solidna korekta, jest jednym ze znaków nadziei, głosem sprawiedliwości i niewygodnych prawd, głosem lewicy, która jest wierna swoim zasadom i swoim społecznym zobowiązaniom.
Krzysztof Wołodźko
Piotr Ciszewski, Robert Nowak, Wszystkich nas nie spalicie, Wydawnictwo Trzecia Strona, Warszawa 2016.