Druga mila

Druga mila

Według relacji Mateusza Ewangelisty, podczas Kazania na Górze Jezus powiedział do zebranych: „Jeśli ktoś przymusza cię do przejścia jednej mili, przejdź z nim dwie”. Myślę sobie, że pierwsza mila jest dla struktur, a druga – dla wyobraźni. Pierwszą przejść trzeba, bo ten, kto nas przymusza, ma władzę i może spowodować, że z nim pójdziemy. Drugą postanawiamy przejść sami, po to, by zrozumieć, co właściwie się stało, co spowodowało, że musieliśmy się posłuchać. Jakie środki przymusu, perswazji, zachęty miał do dyspozycji ten, kto nas do tego skłonił? A także: jak to właściwie jest iść z tym, kto ma nad nami władzę, jakie przyjmujemy role, jaka jest między nami relacja? Wreszcie: skąd – dokąd wiedzie droga?

Miałam kiedyś na Uniwersytecie Warszawskim dwoje studentów magisterskich zaocznych, doświadczonych szefów i wieloletnich pracowników biznesu – Ewę Kruk i Arkadiusza Kłosa. Prowadziłam zajęcia z etnografii organizacji i, jak co roku, studenci przygotowywali prace zaliczeniowe na podstawie badań różnych organizacji. Ewa i Arkadiusz postanowili zbadać grupę pracowników cieszących się mniejszą sympatią wśród koleżanek i kolegów – ochroniarzy w klubie nocnym, blokujących wstęp niektórym potencjalnym klubowiczom i wypraszających z imprezy niewłaściwie zachowujące się osoby. Badacze chcieli przekonać się, jak ochroniarze widzą swoją pracę, jak to jest być kimś, kogo studenci nazywają „wykidajłą”. Praca była bardzo ciekawa, a w Ewie i Arku obudziła się pasja poznawcza. Dołączyli do mojego seminarium magisterskiego, by móc poprowadzić kolejne badania etnograficzne. Jako przedmiot wybrali sobie cyrk. Po obronieniu pracy jeszcze przez wiele lat, już bez żadnej instytucjonalnej potrzeby, dalej badali „swój” cyrk. Napisali i opublikowali o tym kilka naprawdę ciekawych tekstów. Śmiałam się, że kiedyś uciekało się z cyrkiem z małego miasteczka, a teraz oni uciekli z cyrkiem z korporacji. Jednak wiele spośród ich przemyśleń nie dotyczy wątków bardziej egzotycznych, lecz roli szefa – po co właściwie jest szef i czy może zrobić coś dobrego w organizacji, jaką jest cyrk? A może też i w innej?

Charles Wright Mills ukuł w połowie ubiegłego stulecia pojęcie wyobraźni socjologicznej. Oznacza ono zdolność do wzniesienia się ponad bezpośrednią, codzienną rzeczywistość jednostki. Wyobraźnia socjologiczna polega na łączeniu doświadczenia pojedynczego człowieka z jego czy jej miejscem w społeczeństwie i historii. Dzięki temu wyzwalamy się z przymusu i nieuchronności – stajemy się zdolni, aby pokonać ograniczenia czyniące z nas niewolników losu. Nasz codzienny świat to dla nas oczywistość; warunki, jakie są nam dane: rodzina, praca, miejsce zamieszkania – obiektywne i niekwestionowalne. Wyobraźnia przekracza barierę oczywistości i buduje myślowe mosty między tym, co nasz własne, jednostkowe, a tym, co ogólnospołeczne, historyczne, strukturalne i instytucjonalne. Dzięki niej zyskujemy dystans, który nie jest zimny, ani „obiektywny”, zachowujemy empatię, zaangażowanie, gniew, strach – jako wektory potencjalnie łączące nas z innymi ludźmi. Nie stajemy się przez to „subiektywni” – łączy nas społeczna, intersubiektywna więź z innymi.

Sama w sobie wyobraźnia daje odwagę, by przedstawić sobie inny świat. Wyobraźnia socjologiczna pokazuje ograniczenia i możliwości, jakie wnosi obecność i dążenia innych osób, otwiera nasze umysły na istnienie przestrzeni większej niż jednostkowa. Taka przenikliwość świadomości pojawia się dzięki postawieniu sobie pytań: jak ma się moja sytuacja do szerszego kontekstu społecznego? Jak bywa z innymi osobami w podobnej sytuacji? Jak to wygląda w innych krajach? Co by na moim miejscu zrobił ktoś z innej grupy społecznej, z innego pokolenia, z innym kapitałem społecznym – i czy któraś z tych opcji byłaby możliwa dla mnie, gdybym dogadała się z innymi ludźmi? Z jakimi? Wyobraźnia socjologiczna to umiejętność zmagania się z takimi pytaniami poprzez przemieszczanie uwagi ze sfery polityki do psychologii i na odwrót.

Moja mentorka, profesor zarządzania i feministka Mary Jo Hatch, nauczyła mnie kiedyś ćwiczenia myślowego, które oszczędziło mi w życiu wiele smutku. Powiedziała tak: kiedy przytrafi ci się coś niemiłego w pracy, coś, co podkopuje twoją wiarę w jakąś własną fundamentalną kompetencję – nie chodzi o to, czego możesz albo powinnaś się nauczyć, lecz o to, czy w ogóle się nadajesz, na najbardziej podstawowym poziomie, wtedy zadaj sobie jedno pytanie: „Co by było, gdyby na moim miejscu w danej sytuacji znalazł się mężczyzna?”.

Przetestujmy, jak to działa na fikcyjnym przypadku. W pewnej bardzo hierarchicznej organizacji szefowa, nazwijmy ją Bernardą, prosi pracownika, młodego ambitnego mężczyznę, zadeklarowanego feministę, powiedzmy – Borysa, o wykonanie zadania w ramach swoich obowiązków pracy. Borys odmawia, tłumacząc się brakiem czasu – musi pomóc koledze z innej części organizacji w przyjmowaniu gości zagranicznych. Zastosujmy test Mary Jo Hatch: co by było, gdyby bezpośrednim przełożonym Borysa był Bernard, mężczyzna, a nie Bernarda, kobieta? Borys Bernardowi nie odmówi, i tyle. A jeśli to uczyni, spotka go – co najmniej – sroga reprymenda od wyższego rangą dyrektora, Brendana. W naszym fikcyjnym przykładzie dyrektor Brendan nie tylko nie zrugał Borysa, ale wyrzucił do śmieci formalną krytyczną coroczną ocenę, sporządzoną przez Bernardę i dotyczącą Borysa, podległego jej pracownika, uprzejmie odpowiadając na jej e-mail: „Dziękuje za informację o ocenie Borysa i Twoich racjach”.

Używając wyobraźni socjologicznej, rozpoznajemy natychmiast mizoginię strukturalną. Nie jest ważne, czy Bernarda jest „za miękka”, „zbyt uczuciowa” lub czy „wygląda i zachowuje się jak szef”. Nie jest ważne, jakie poglądy ma Borys ani nawet Brendan (też lubi głosić, że energicznie wspiera kobiety). Ważne, jakie postawy i działania i wobec jakiej kategorii pracowników umożliwia struktura organizacji, a jakie wyklucza. Bernarda, dzięki wyobraźni socjologicznej, może zaoszczędzić grube pieniądze, które wydałaby na coacha i nie musi sobie wyrzucać, że jest osobą słabą, zbyt emocjonalną, niezasługująca na szacunek. Borys, gdyby na co dzień używał wyobraźni socjologicznej, nie robiłby na nas wrażenia kogoś nieszczęśliwie zaplątanego między swoje poglądy a struktury, w których funkcjonuje. Brendan natomiast… cóż, Brendan to całkiem inna historia (felieton o władzy, ekscesach i moralnej ślepocie pewnie nastąpi w niezbyt odległej przyszłości).

Ale nie tylko w przypadkach dyskryminacji wyobraźnia pomaga coś lepiej zrozumieć i poszukać rozwiązań, które inaczej byłyby wykluczone przez poczucie bezsilności i wstydu. Dobromir, młody dobrze wykształcony człowiek „z dobrego domu”, od dwóch lat zatrudniony na prekaryjnych warunkach, może dzięki wyobraźni socjologicznej przestać wyrzucać sobie brak zaradności i nie musi się już więcej wstydzić, że po studiach tak bardzo nie umie zrobić kariery, nawet po części takiej, jak tato, który przecież miał trudniej, bo PRL, bo brak możliwości wyjazdów zagranicznych, niedobory itd. Wyobraźnia może pomóc mu zobaczyć, że jest częścią większego aktualnego zjawiska, że – takie czasy u nas i w całym świecie. Może wraz z Dobrogniewą i Domasławą, które też to zrozumiały, zacząć się organizować i założyć związek zawodowy, albo współzarządzaną spółdzielnię.

Wyobraźni socjologicznej możemy użyć do tego, aby uwolnić się od poczucia przymusu, że trzeba wtłaczać siebie i swój światopogląd w sztywne formy zastanych systemów wartości i ideologicznych dyskursów. Być może niektórzy dobrze czują się z narracją skoncentrowaną na korzyściach własnych i finansowej zyskowności wszystkiego, co ich otacza. Możliwe, że istnieją jednostki, które naprawdę wszystko przeliczają na forsę, ale, jak przekonująco dowodzi profesor zarządzania Peter Fleming w swojej najnowszej książce „The death of homo oeconomicus”, model człowieka ekonomicznego nigdy nie opisywał zbyt trafnie kondycji ludzkiej, a w ostatnim czasie szczególnie wyraźnie demonstruje swoją dysfunkcjonalność. Neoliberalna gospodarka oparta jest właściwie totalnie na tym modelu, znajdziemy go i logikę jemu pokrewną w mediach, w reklamach, w ustawodawstwie i polityce; taki język zaczął nas wszystkich obowiązywać. Nie możemy powiedzieć, że studiujemy, bo nas to pasjonuje, lecz tylko to, że nam się opłaca studiować. Nie wolno powiedzieć, że to, co robimy, daje nam poczucie sensu w życiu, a tylko, że dużo zarabiamy. Jednak większość osób mówiących w ten sposób to nie ekonomiczni zombie, ale zwykli ludzie, z emocjami, z uczuciami wyższymi, z marzeniami. Cenzurowanie w sobie wszystkiego, co ludzkie, to zadawanie sobie przemocy, wymagające ogromnego wkładu energii w każdej chwili, energii, której nie ma skąd uzupełnić (do tego potrzebny byłby wolny czas, korzystanie z uczuć wyższych), więc współcześni ludzie są ciągle zmęczeni, chorzy. Jednak działają tak, jak myślą, że trzeba, bo Zeitgeist mówi, że tylko tak jest dobrze, że tak jest dorośle, tak jest odpowiedzialnie i trzeba zapomnieć o wszystkim innym, o swej ludzkiej naturze. Takie życie jest rodzajem więzienia.

Wyobraźnia socjologiczna pomaga przestać się męczyć. Nawet jeśli nie spowoduje ona natychmiastowego zwrotu akcji, błyskawicznego wyzwolenia, to ból i poczucie bezsensu zmienią się w konstruktywny gniew, gdy zadamy sobie kilka pytań: Co będzie, gdy wszyscy naraz otworzymy oczy? Jak świat się kiedyś wyprostuje, jak będziemy o tym opowiadać? Jak media będą mówić i pisać? Beznadzieja jest banalna, podobnie jak zło. Trudno jest zmienić świat, ale trzeba marzyć o lepszym świecie. „Wyobraźnia nie jest jednym z ludzkich Stanów: jest samym Byciem Człowieka” – powiedział  ponad 200 lat temu poeta i wizjoner William Blake (dziękuję za tłumaczenie Tobiaszowi Cwynarowi). Wszystko przemija: pieniądze, rzeczy, symbole statusu, ideały urody. Tylko marzenia pozostają. Jeśli nie wierzycie, zerknijcie do historii i starej literatury.

Kolejne pokolenia moich studentów-praktyków bardzo lubią czytać teksty Ewy i Arka i chętnie dyskutują o nich. Ale rzadziej podnoszą wątki dotyczące cyrku, a znacznie częściej – mówią o tym, co te teksty mówią o byciu szefem. To tak jakby dzięki Ewie i Arkowi zobaczyli na nowo siebie i sens tego, co robią i zamarzyli o innym, pełnym fantazji zarządzaniu. Wyobraźnia jest domeną samodzielnych odkryć, ale można się tymi odkryciami dzielić z innymi i wtedy bywa, że zaczyna nas dzięki temu łączyć coś więcej, niż tylko estetyczna radość (a i to jest bardzo dużo) – poczucie woli, coś w rodzaju społecznej grawitacji ze sprawczym potencjałem. Dlatego warto iść tę drugą milę.

prof. Monika Kostera

Bramini, kupcy i widmo populistycznej lewicy

Elity, które wyróżniają się dobrym wykształceniem i postępowymi wartościami, głosują na lewicę. Posiadacze wysokiego kapitału ekonomicznego identyfikują się z prawicą. Natomiast ofiary rosnących nierówności, wobec zmierzchu polityki klasowej, zwracają się ku nacjonalistycznym populistom. Tak brzmi diagnoza przedstawiona przez Thomasa Piketty’ego, najgłośniejszego obecnie ekonomistę na świecie, oparta na badaniach elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w latach 1948-2017. Co jego studium może nam powiedzieć o polskiej scenie politycznej?

W raporcie „Lewica braminów kontra prawica kupców: rosnące nierówności i zmiany w strukturze konfliktu politycznego” francuski autor opatrzył swoje wnioski imponującym zestawem danych statystycznych – przez ponad sto stron ciągną się wykresy, na których przedstawiono np. to, jak kształtowało się poparcie ze względu na wykształcenie badanych od końca II wojny światowej do teraz, jak na postawy wyborcze wpływał osiągany dochód czy też jak ewoluowały wybory dokonywane przez mniejszości rasowe. Piketty nie tylko podjął się analizy tego materiału, ale przedstawił też swoją diagnozę demokracji i możliwe scenariusze przyszłości.

Wspólną cechą występującą na szeroką skalę w trzech badanych przez Piketty’ego krajach jest wyraźny wzrost nierówności społecznych, który można odnotować od lat 80. XX wieku. Wtedy to w Wielkiej Brytanii za sprawą zwycięstwa thatcheryzmu, w USA dzięki dominacji reagonomiki, a we Francji pod wpływem odwrotu lewicy prezydenta Mitteranda od wspólnego programu socjalistów i komunistów, hegemonię uzyskała neoliberalna polityka gospodarcza. Pomimo zaostrzającego się podziału klasowego, lewicowa polityka, która byłaby skoncentrowana na kwestiach redystrybucji bogactwa, znajduje się w kryzysie, a opór wobec neoliberalizmu wspieranego tak przez centroprawicę, jak i centrolewicę, artykułuje się głównie w kategoriach prawicowego, ksenofobicznego nacjonalizmu. Piketty próbuje rozwiązać zagadkę, dlaczego tak się dzieje. Czy to tylko fałszywa świadomość? Skuteczna promocja neoliberalnej ideologii? Bynajmniej.

Autor „Kapitału w XXI wieku” zauważa, że w latach 50. i 60. podział na prawicę i lewicę wynikał przede wszystkim z różnic klasowych: lewica miała swoich wyborców wśród słabiej wykształconych i gorzej wynagradzanych grup, podczas gdy na prawicę głosowali raczej beneficjenci systemu z klasy wyższej i średniej. Trend ten zaczął ulegać zmianie w latach 70., gdy z lewicą zaczęli się utożsamiać coraz mocniej absolwenci szkół wyższych. Dopełnił się on w XXI wieku, gdy wyraźne stało się to, że lewicę popierają elity wykształcenia z wysokim kapitałem kulturowym, podczas gdy prawica lepiej reprezentuje elity majątkowe. W efekcie dominujący podział polityczny zorganizowany jest już nie między klasami, lecz w obrębie frakcji grup uprzywilejowanych, a ofiary neoliberalizmu skazane są albo na fałszywy wybór w nieswojej wojnie, albo na populistyczną reakcję wobec niej. W tej sytuacji coraz większa rzesza wyborców o niewielkim kapitale ekonomicznym i bez wyższego wykształcenia, rezygnuje z udziału w wyborach.

Komplikacja struktury społecznej, która wpływa na zmiany w artykulacji konfliktu politycznego, spowodowana jest nie tylko ekspansją sektora edukacyjnego – tym, co określa się przejściem do „gospodarki opartej na wiedzy”. Podsyca ją także neoliberalna globalizacja: deindustrializacja państw zachodnich i napływ imigranckiej siły roboczej. Ustanawia on ważny podział polityczny między „globalistami” a „natywistami”. Ci pierwsi wspierają otwarcie gospodarek na handel międzynarodowy i pozytywnie zapatrują się na migracje, podczas gdy ci drudzy przejawiają nastawienie protekcjonistyczne. Zdaniem Piketty’ego podział ten dał o sobie bardzo wyraźnie znać w zeszłorocznych wyborach prezydenckich we Francji, gdzie wyborcy, którzy opowiadali się za redystrybucją i byli przychylnie nastawieni do imigrantów popierali dwóch kandydatów lewicy (Jean-Luca Mélenchona i Benoîta Hamona), probiznesowi globaliści zwrócili się w kierunku centrysty Emmanuela Macrona, probiznesowi natywiści wsparli prawicowego Françoisa Fillona, a socjalni, lecz antyimigranccy natywiści głosowali na liderkę Frontu Narodowego, Marine Le Pen.

Znaczenie kontekstu globalizacyjnego widoczne jest także w USA, gdzie odpływowi spauperyzowanej białej klasy robotniczej od Demokratów do Republikanów towarzyszy formowanie się coraz bardziej pokaźnej bazy wyborczej wśród Afroamerykanów i Latynosów. Koalicja, na której wspierają się Demokraci nie ma więc charakteru klasowego – łączy ona raczej nieuprzywilejowane mniejszości z białymi wyborcami o liberalnych poglądach. W ten sam sposób Republikanie bazują na poparciu grup probiznesowych i tradycjonalistycznej, ksenofobicznej klasie średniej, z którą mogą się połączyć biali robotnicy, przekonani o tym, że Demokraci wspierają „kolorowych” ich kosztem. Co ciekawe, w ostatnich wyborach prezydenckich w USA Piketty dostrzega przesunięcie, które – choć w tym przypadku jednorazowe, co było „zasługą” Donalda Trumpa – to może okazać się zapowiedzią nowego trendu dla zachodnich demokracji: widoczny był sojusz elit wykształcenia i elit majątkowych przeciwko Trumpowi, podczas gdy ekscentryczny milioner zaskarbił sobie sympatie słabiej wykształconych i gorzej opłacanych wyborców. Również we Francji niechęć do Marine Le Pen popchnęła najzamożniejszych z prawicy bliżej centrum, ku Macronowi.

Kontrastuje z tym sytuacja w Wielkiej Brytanii. Po objęciu przywództwa w Partii Pracy przez Jeremy’ego Corbyna jasne stało się, że w przeciwieństwie do USA i Francji nie dojdzie tam do antyprawicowej koalicji braminów i kupców. W gronie tych pierwszych urosło poparcie dla lewicy, podczas gdy ci drudzy odwrócili się od partii, której wcześniejszy kurs na neoliberalizm przysporzył sympatii wśród części globalistycznie zorientowanych kupców. Przykład brytyjski podsuwa trzeci scenariusz przyszłości, z którym sympatyzuje sam Piketty: zamiast okrzepnięcia podziału politycznego ze względu na elity wykształcenia i elity majątkowe i w kontrze do przetasowania po liniach globaliści kontra natywiści, możliwy jest powrót do polityki klasowej, do którego dąży Corbyn. Problematyczne pozostaje to, na ile lewicowy populizm, budowany na poparciu klas niższych oprze się na sojuszu z absolwentami szkół wyższych (i przybierze orientację bardziej internacjonalistyczną), czy też zorientowany zostanie na wzmocnienie suwerenności państwa narodowego (przez co bliższy będzie natywistom). Brexitowe dylematy Partii Pracy dobrze zdają sprawę z tej dychotomii. Piketty jest zdania, że lewicowy suwerenizm jest na słabszej pozycji w rywalizacji z populistyczną prawicą, stąd optuje za „silną, przekonującą egalitarno-internacjonalistyczną platformą”, która „połączy słabiej wykształconych, gorzej opłacanych wyborców bez względu na pochodzenie w ramach tej samej partii”.

Proponowana przez francuskiego ekonomistę optyka „braminów i kupców” zdaje się dość dobrze przystawać do polskiej rzeczywistości. Piketty twierdzi, że nawet w kraju bez wzmożonej imigracji same przemiany edukacyjne powinny powodować ewolucję konfliktu politycznego analogiczną do tej, którą wychwycił w trzech przebadanych przypadkach. To przypadek Polski, gdzie między 2001 a 2013 rokiem doszło do wzrostu odsetka obywateli z dyplomem szkoły wyższej z 12% do 26% i gdzie 40% Polaków w wieku 30-34 lat może się nim poszczycić. Z drugiej strony, przed aktualnym napływem Ukraińców – których ma być niebawem w Polsce 3 miliony – i zanim Polacy przestraszyli się zalewu wyimaginowanej masy uchodźców, imigracja nie była zmienną, którą trzeba było brać pod uwagę w badaniach wzorców konfliktu politycznego.

Badania opinii publicznej zdają się potwierdzać obserwacje Piketty’ego. Wyłania się z nich wizerunek lewicy jako opcji popieranej przez wielkomiejskich „wykształciuchów” z klasy średniej. Z zeszłorocznego komunikatu badań CBOS wynika, że elektorat Partii Razem kształtuje się następująco: „co trzecia osoba ma od 25 do 34 lat, przy czym wśród ogółu ankietowanych odsetek ten wynosi tylko 19%. Prawie dwie trzecie (63%) sympatyków tej partii ma wyższe wykształcenie, czyli znacznie większy odsetek niż w przypadku zarówno zwolenników lewicy (34%), jak i ogółu ankietowanych (25%). Ponad połowę sympatyków Partii Razem stanowią mieszkańcy miast powyżej 100 tys. ludności, podczas gdy wśród zwolenników lewicy oraz ogółu badanych jest to około 30%. Prawie połowa sympatyków Partii Razem deklaruje, że w ogóle nie bierze udziału w praktykach religijnych. Aż 95% elektoratu tej partii popiera członkostwo Polski w UE, czyli więcej niż wśród ogółu ankietowanych. Można powiedzieć, że partia ta bliższa jest młodym ludziom z wielkich miast niż tradycyjnemu elektoratowi lewicy”. Z innego dokumentu dowiadujemy, że największe grupy popierające Razem to kadra kierownicza i specjaliści, podczas gdy w gronie robotników niewykwalifikowanych partia, która chce stać po stronie pracowników, nie notuje jakiegokolwiek poparcia.

Alarmujące jest także to, że w 2017 roku tylko 4% ogółu wyborców określających się jako lewicowych, było skłonnych zagłosować na Razem. Za to aż 38% tej grupy popierało Platformę Obywatelską – w 2005 roku było to tylko 7%. PO ma wśród wyborców lewicowych nawet większe poparcie niż SLD (20%), a wyborcy Sojuszu to dziś w 40% emeryci i renciści, a z grup czynnych zawodowo – podobnie jak w przypadku Razem – najwięcej zwolenników SLD ma wśród kierowników.

Gdzie zatem jest elektorat z klasy ludowej i niższej średniej, jeśli nie po lewej stronie sceny politycznej? Jak informuje CBOS, najbardziej robotniczy elektorat gromadzą Kukiz’15 i Prawo i Sprawiedliwość. Również wśród tych dwóch ugrupowań jest najwięcej wyborców, którzy sytuację materialną swoich gospodarstw domowych uważają za złą, podobnie jak mieszkańców wsi i miast poniżej 100 tysięcy mieszkańców. Wniosek, że dziś to populistyczna prawica sięga po wyborców, którzy nie odnajdują się w podziale na braminów i kupców, potwierdzają dane dotyczące tak istotnego dla Piketty’ego czynnika wykształcenia: w ostatnich wyborach parlamentarnych 50% wyborców PiS i 41% Kukiz 15’ ukończyło jedynie szkołę podstawową, gimnazjum lub zawodówkę.

Widmo populistycznej lewicy, o którą upomina się nawet tak głównonurtowy i umiarkowany reformista jak Piketty, być może krąży gdzieniegdzie w Europie, ale najwidoczniej ominęło Polskę.

Łukasz Moll

Sztafeta pokoleń. Tradycje PPS w opozycji demokratycznej 1956-1980

Sztafeta pokoleń. Tradycje PPS w opozycji demokratycznej 1956-1980

Chciałbym powiedzieć kilka słów o tym, skąd wyrośliśmy, bo to, że wyrośliśmy na ruchu „Solidarności” nie jest przypadkiem. Dobrze byłoby, abyśmy mieli jasność, że idee socjalizmu niepodległościowego i ruchu robotniczego „Solidarności” bardzo ściśle się ze sobą wiązały, więc nie był to też przypadek, że znaleźliśmy się właśnie w tym miejscu, w którym się znaleźliśmy. Starałem się przejrzeć akta IPN. To, co Państwu opowiem, jest rodzajem skrótu, pokazaniem, skąd się nasze idee wzięły. Uważam bowiem, że jesteśmy sztafetą pokoleń, że to nie jest tak, że nagle coś wybucha, lecz tli się, żarzy w mniejszym lub większym stopni, by pojawić się w kluczowych momentach historii.

yttrr-3

Dlatego nie chciałbym zaczynać od 1955 czy 1956 r., ale od lat wcześniejszych. Dopiero wczoraj – tocząc na Facebooku dyskusję o tekście Leszka Żebrowskiego o PPS-WRN, w którym usiłował zdeprecjonować dokonania PPS-WRN i jej oddziałów wojskowych – uświadomiłem sobie, jak nawet my niewiele wiemy o tych wydarzeniach. Jak historycy nie odrobili lekcji nie tylko z PPS lat 1987-1990, ale całego ruchu socjalistycznego. Nie powstała żadna dobra monografia dotycząca wojennych losów PPS. I to jest jedyna formacja zbrojna ruchu niepodległościowego w czasie wojny, która takiej monografii się nie doczekała. W PRL nie było klimatu do prowadzenia badań na ten temat, a książka powstała w tamtym czasie pozostawia wiele do życzenia ze względu na brak dostępu do źródeł, które dopiero teraz są znane. Dlatego chciałbym zacząć od 1945 r. Trzeba pamiętać, że PPS po wejściu nowej władzy w 1945 r. była w trudnej sytuacji, a losy socjalistów były bardzo skomplikowane. My też mamy swoich żołnierzy wyklętych. Stanisław Wencel z Zawiercia, pseudonim okupacyjny „Twardy” – syn działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej i zesłańców syberyjskich (urodzony w Ust-Kucie na Syberii), przed wojną działacz PPS, Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Czerwonego Harcerstwa i korespondent pisma „Robotnik”. Podczas okupacji dowódca oddziału bojowego PPS-WRN, dowódca 1. kompanii oddziału rozpoznawczego „Surowiec” 23 DP AK Okręgu Śląskiego, dowódca 3 kompanii II batalionu 27. pp AK Okręgu Kielecko-Radomskiego. Dowodził w najbardziej ryzykownych akcjach zbrojnych na tym terenie, jego oddział wykonał około 80 wyroków śmierci na hitlerowcach i konfidentach Gestapo. W lutym 1945 trafił na przesłuchanie w UB, po wypuszczeniu wrócił do lasu, utworzył oddział składający się z kilkunastu osób, który m.in. zlikwidował posterunek milicji oraz znanego z okrucieństwa ubeka. Ujawnił się po tym, jak ubecy aresztowali jego matkę, w latach pięćdziesiątych zapłacił za to kolejnym wyrokiem.

Dotarłem do dokumentów bezpieki, które dowodzą, że gdzieś już w 1945, 1946 r. sporządzano spisy PPS-owców aktywnych w czasie wojny. Wówczas gromadzono te dane na wszelki wypadek, a „przydały” się one później w latach pięćdziesiątych.

Mieliśmy też socjalistów, którzy stanęli po drugiej stronie barykady. Tu rzecz była bardziej skomplikowana, bo nie mówię teraz o żadnych szujach czy karierowiczach, ale o ludziach, którzy autentycznie chcieli odbudować Polskę: Aleksy Bień, przedwojenny prezydent Sosnowca, Józef Grzecznarowski, przedwojenny prezydent Radomia, Marian Nowicki, twórca Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Oni zdecydowali, że nie chcą walczyć, tylko odbudowywać.

Jak pisał w 2013 r. „Dziennik Zachodni”: gdyby zapytać dzisiaj młodych mieszkańców Sosnowca, kim był Aleksy Bień, niewielu potrafiłoby na to pytanie poprawnie odpowiedzieć. Jeden z najwybitniejszych działaczy zagłębiowskiej PPS i były prezydent tego miasta to dziś postać zapomniana. Budowa linii tramwajowych, łaźni miejskiej, wiaduktu pod torami kolejowymi na drodze w kierunku Starego Sosnowca i początek regulacji Czarnej Przemszy i Brynicy – to tylko niektóre z inwestycji zrealizowanych w Sosnowcu podczas prezydentury Aleksego Bienia. Nieudane próby reaktywacji przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej sprawiły, że zapisał się do PPS działającej przy rządzie lubelskim. W 1947 r. został posłem na Sejm Ustawodawczy. W lutym 1948 r. objął stanowisko dyrektora Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. Już w październiku został jednak zwolniony i wyrzucony z partii. Zmarł w Sosnowcu 8 lipca 1977 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu na Małobądzu. Dzisiaj to postać praktycznie nieznana. Bień, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z najwybitniejszych zagłębiowskich polityków w okresie dwudziestolecia międzywojennego, nie ma w mieście ulicy swojego imienia.

Józef Grzecznarowski w czasie II wojny światowej po zajęciu przez Niemców Radomia jako prezydent miasta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, potem w Buchenwaldzie. Uratowany z niewoli pod Lubeką z tzw. Marszu śmierci przez wojska amerykańskie i skierowany na leczenie do Szwecji, powrócił do Radomia w październiku 1945 r. Podjął pracę w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym w Radomiu, a następnie został dyrektorem Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego.

W 1946 r. doprowadził do utworzenia Radomskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na wzór przedwojennej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Uczestniczył wraz z Zygmuntem Żuławskim w próbie utworzenia Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej jako kontynuacji przedwojennej PPS i PPS-WRN. W wyniku porozumienia Zygmunta Żuławskiego z „lubelską” PPS, w kwietniu 1946 został dokooptowany do Rady Naczelnej „lubelskiej” PPS. Na XXVII Kongresie „lubelskiej” PPS w grudniu 1947 ponownie wybrany do Rady Naczelnej. W marcu 1946 wnioskował o wystawienie odrębnej listy PPS w wyborach i nietworzenie wspólnej listy z PPR. Przewodniczył Komitetowi Miejskiemu i Okręgowi PPS w Radomiu, wydawał pismo „Życie Robotnicze”. W październiku 1946 został wiceprzewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu PPS w Kielcach. W wyborach do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 uzyskał mandat poselski. W Sejmie Ustawodawczym zasiadał w Komisji Odbudowy. 5 kwietnia 1948 r. w ramach „reorganizacji” Wojewódzkiego Komitetu PPS w Kielcach został usunięty ze składu Komitetu jako „duchowo nieprzygotowany do jedności organicznej obu partii”. W 1948 r. Grzecznarowski został usunięty z PPS i odwołany przez Sejm z komisji sejmowych. W 1952 r. otrzymał nakaz opuszczenia Radomia. Zdegradowany służbowo, od 1948 do 1955 r. kierował odcinkiem robót radomskiego zjednoczenia w Nowej Hucie.

„Po Kazimierzu Wielkim był niewątpliwie największym budowniczym Radomia, a jeszcze za życia jego legendą” – pisał kilka lat temu w „Wyborczej” Aleksander Sawicki, szef Społecznego Komitetu Ratowania Zabytków Radomia o Józefie Grzecznarowskim. „Gazeta Wyborcza” pokusiła się o przedstawienie jego dokonań. A było tego niemało. Józef Grzecznarowski przyczynił się do budowy w Radomiu Fabryki Obuwia Bata, miał swój udział w otwarciu fabryki telefonów Ericsson i Zakładów Przemysłu Tytoniowego. Przyczynił się do budowy fabryki nawozów, dbał o inwestycje komunalne. Za jego czasów zainwestowano w wodociąg, powstała m.in. wieża ciśnień przy ul. Słowackiego, stacja pomp Wodociągów Miejskich. Za czasów Józefa Grzecznarowskiego miasto zbudowało cztery szkoły, przebudowano rogatkę lubelską na łaźnię miejską, przy placu Jagiellońskim powstał Dom Robotniczy pełniący funkcję kina, domu kultury i sali koncertowej, zbudowano rzeźnię miejską w pobliżu skrzyżowania Wernera i Mireckiego, a na Borkach powstało 12 drewnianych czworaków dla bezdomnych, czyli tzw. kolonia robót. To Józef Grzecznarowski zorganizował w przedwojennym Radomiu Kasę Chorych. To Grzecznarowski zdecydował o budowie w Radomiu bloków magistrackich u zbiegu dzisiejszych ulic 25 Czerwca i Struga. Po wojnie z jego inicjatywy powstało osiedle XV-lecia i Radomska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Przez ponad 15 lat był jej prezesem.

Marian Nowicki przed 1939 r. należał do wybitnych działaczy PPS, był sekretarzem Związku Zawodowego Robotników Rolnych, redaktorem dwutygodnika PPS „Chłopska Prawda” i autorem programu rolnego PPS. Był członkiem Rady Naczelnej PPS od 1921 do 1939 r. W wyborach parlamentarnych w 1928 r. uzyskał mandat z listy PPS, a w 1930 r. zdobył z listy Centrolewu.

Od 1932 r. był prezesem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Od 1938 r. pełnił mandat radnego Warszawy z listy PPS. Uczestnik kongresów Międzynarodowego Związku Robotników Rolnych. W 1937 r. współorganizator Pierwszego Polskiego Kongresu Mieszkaniowego.

W czasie wojny należał do PPS-WRN. Po powstaniu warszawskim uczestniczył w ratowaniu mienia i archiwów warszawskich instytucji spółdzielczych w ramach tzw. akcji pruszkowskiej. W 1945 r. wraz z Zygmuntem Żuławskim był inicjatorem powołania PPSD, niezależnej od „lubelskiej” PPS. W wyniku porozumienia 31 marca 1946 r. został dokooptowany wraz z Zygmuntem Żuławskim i innymi działaczami do Rady Naczelnej „lubelskiej” PPS. Pełnił w niej funkcję zastępcy przewodniczącego. Od 1946 r. był również posłem do KRN, a następnie na Sejm Ustawodawczy. W latach 1947-1952 był działaczem spółdzielczości mieszkaniowej, a od 1956 r. członkiem Komisji Gospodarki Komunalnej i Budownictwa przy KC PZPR. Od 1947 do 1952 r. radny Stołecznej Rady Narodowej. W latach 1950-1954 członek Rady Nadzorczej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej oraz prezes Centralnego Zarządu Budownictwa Miast i Osiedli Zakładu Osiedli Robotniczych, od 1956 do 1960 r. prezes Zarządu Centralnego Związku Spółdzielni Budownictwa Mieszkaniowego. Na I Krajowym Zjeździe Delegatów Spółdzielni Mieszkaniowych w grudniu 1956 r. powołany na przewodniczącego Związku Spółdzielni Mieszkaniowych.

To pokazuje, że losy socjalistów, nie tylko tych, którzy byli przeciwko, ale i tych, którzy byli za, były bardzo skomplikowane. W znacznie gorszej sytuacji byli oczywiście ci, którzy zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko ustrojowi. W 1948 r. odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym proces tzw. kierownictwa centrum WRN. Na ławie oskarżonych znaleźli się Kazimierz Pużak, Tadeusz Szturm de Sztrem, Józef Dzięgielewski, Ludwik Cohn, Feliks Misiorowski i Wiktor Krawczyk. Akt oskarżenia zarzucał im organizowanie zakonspirowanej partii WRN oraz przedsięwzięcie działań zmierzających do obalenia przemocą ustroju Państwa Polskiego i usunięcia jego zwierzchnich organów, tj. zbrodnię z art. 86 § 1 i 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego. Sąd uznał wszystkich oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów i skazał Kazimierza Pużaka i Tadeusza Szturm de Sztrema na kary 10 lat więzienia, złagodzone na podstawie amnestii do lat 5 oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na 5 lat, Józefa Dzięgielewskiego i Wiktora Krawczyka na kary 9 lat więzienia złagodzone na podstawie amnestii do połowy, Ludwika Cohna i Feliksa Misiorowskiego na 5 lat więzienia, darowane na podstawie amnestii oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na dwa lata. W stosunku do wszystkich skazanych sąd orzekł przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Ludwik Cohn zawdzięczał stosunkowo łagodny wyrok temu, że okres wojenny spędził w Oflagu. We wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli jako uczestnik obrony Warszawy, co sąd podkreślił w uzasadnieniu wyroku jako okoliczność łagodzącą.

Chociaż bowiem formalnie nie oskarżono WRN-owców o kolaborację z okupantem, w uzasadnieniu aktu oskarżenia znajdują się następujące charakterystyczne zdania, zapowiadające procesy z lat 1949-55 przeciwko działaczom podziemia: „w okresie okupacji WRN szermując hasłami patriotycznymi, cały swój wysiłek skierowała przeciwko ZSRR i jego Armii Czerwonej, która była główną antyfaszystowską siłą wyzwoleńczą… Głosząc znaną teorię dwu wrogów, przygotowywała masy nie do walki z Niemcami, lecz do walki z wyzwoleńczą Armią Czerwoną… Nie dopuszczając do utworzenia jednolitego frontu i nawołując do walk bratobójczych, faktycznie działała na rękę Niemcom”. Niektóre procesy WRN-owców odbyły się jeszcze przed procesem kierownictwa. Adam Obarski skazany został przez Wojskowy Sąd Rejonowy na karę śmierci, złagodzoną następnie przez Najwyższy Sąd Wojskowy na 15 lat więzienia, za przystąpienie do utworzonego w roku 1945 komitetu porozumiewawczego stronnictw wchodzących w czasie okupacji w skład Delegatury. Obarski całej kary nie odbył, wyszedł na wolność przedterminowo w roku 1954. We wrześniu 1947 roku działacz związkowy Antoni Wąsik w indywidualnym procesie otrzymał karę czterech lat. W latach 1948 i 1949 sądzeni byli w różnych procesach, jako członkowie WRN-u, Stefan Zbrożyna, wiceprezydent Warszawy w podziemiu, Władysław Wilczyński, Kazimierz Rysiewicz, Stanisław Sobolewski, Wiesława Pajdakówna, córka Antoniego, Bolesław Gałaj, Józef Bielicki, Henryk Kwiatkowski, Marian Bomba i Wanda Stande. Wszyscy skazani zostali na kary 5-6 lat więzienia, odpowiednio złagodzone na zasadzie amnestii.

Zofia Pajdakowa, żona Antoniego, aresztowana w tym samym czasie w Krakowie, poniosła śmierć w gmachu UB, wyskoczywszy rzekomo oknem. Antoni Zdanowski, zwolniony w toku śledztwa, zmarł bezpośrednio po wywiezieniu go w stanie agonalnym karetką z więzienia. Dzięgielewski zmarł na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu, kilka miesięcy po wyjściu na wolność. Misiorowski, ciężko torturowany w śledztwie, przebył w więzieniu zawał serca i zmarł krótko po zwolnieniu. Do Pużaka zastosowano szczególnie zaostrzony reżim. Ciężko chorego umieszczono w wilgotnej, nieopalonej celi – zmarł w więzieniu w Rawiczu 30 kwietnia 1950 roku.

Ocenia się, że co najmniej 200 osób ścisłego aktywu PPS przeszło przez wieloletnie więzienia. Czasami były to głośne nazwiska, czasami nikomu nic nie mówiące.

Przygotowując grunt pod zjednoczenie koncesjonowanej PPS i PPR zarządzono też czystki. Szacuje się, że z samej organizacji stołecznej wyrzucono 6 tysięcy osób i te 6 tysięcy miało swoje teczki. Tych spraw było naprawdę mnóstwo. To wszystko czeka na historyczne opracowanie. Pytanie, czy coś się wtedy działo, czy rzeczywiście istniała konspiracja. To kolejny element, który gdzieś tam pojawia się w dyskusjach o współpracy emigracyjnej PPS z krajową. Wskazywano, że przerzucano do kraju pieniądze, kurierów, że szukano wsparcia. Wiemy, że do Polski chodzili kurierzy, Franciszek Smereczyński to jeden z nich. Znalazłem np. ulotkę, która była przygotowana przez Centralny Komitet Zagraniczny PPS, ale była wysyłana z terenów Polski. Czyli ktoś musiał to przewieźć i rozsyłał na różne adresy. I oczywiście bezpieka usiłowała robić spisy ludzi, którzy te ulotki dostali, albo zgłosili że dostali. Usiłowano je wszystkie wyłapać, co było niemożliwe.

Co raz pojawiają się kolejne informacje, które są zupełnie nieznane, niezbadane. Niestety większość bohaterów tych działań nie żyje, pytanie, czy gdzieś zostawili swoje wspomnienia. Być może one istnieją. W połowie lat pięćdziesiątych nie żyje Kazimierz Pużak, nie żyje wielu działaczy zmarłych w więzieniu lub po wyjściu z więzienia. W 1955 r. z zesłania rosyjskiego wraca skazany w procesie szesnastu Antoni Pajdak. Komitet Centralny PZPR zadaje pytanie: czy siedzą jeszcze jacyś PPS-owcy? Z notatki dla Komitetu Centralnego wynika, że ostatnim więźniem PPS-owskim był Andrzej Czystowski, młody działacz z Żoliborza, który został skazany w procesie „Startu”, czyli Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Nazwa „Start” była kryptonimem powołanej w Warszawie w okresie okupacji w ramach Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa ekspozytury urzędu śledczego, przeznaczonej głównie do walki z bandytyzmem i kolaborantami. Urzędy śledcze PKB współdziałały ponadto z cywilnymi sądami specjalnymi przy delegaturach okręgowych, powołanymi do wymierzania sprawiedliwości w przypadkach zdrady, szpiegostwa, kolaboracji itp. Działalność ta nie stanowiła tajemnicy; tuż po wojnie została np. przypomniana w cyklu artykułów przez Stefana Korbońskiego. Dopiero na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych władze komunistyczne doszukały się w niej elementów zdrady narodowej, organizując serię procesów przeciwko kadrze dowódczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. W procesie organizacji „Start”, w grudniu 1951 r., zostali oskarżeni: Witold Pajor, Zygmunt Ojrzyński, Stanisław Nienałtowski i właśnie Andrzej Czystowski. Trzech pierwszych zostało skazanych na karę śmierci, przy czym Rada Państwa skorzystała z prawa łaski w stosunku do Pajora i Nienałtowskiego. Wyrok wykonano na Zygmuncie Ojrzyńskim, zginął 2 stycznia 1953 r.

Zaczyna się okres odwilży i pojawia się pierwszy dość ciekawy symptom. Późną jesienią 1956 r. w mieszkaniu Józefa Stopnickiego przy ul. Filtrowej w Warszawie odbyło się prywatne spotkanie Ludwika Cohna, Tadeusza Szturm de Sztrema, Juliana Maliniaka i Stefana Zbrożyny z udziałem adwokatów-socjalistów Anieli Steinsbergowej, Stanisława Garlickiego, Maurycego Karniola i Józefa Stopnickiego. Zebrani zgodzili się z wnioskiem Ludwika Cohna, że nie będą ubiegać się o rehabilitację i odszkodowanie za więzienie, uznając, że tak naprawdę zostali skazani za coś, co uważali za słuszne, tzn. za walkę z komunistycznym państwem. Zdaniem Cohna „skoro zatem dziś partia uznaje, że rządy epoki stalinowskiej są godne potępienia, to nie mam powodu wypierać się tego, co nam imputuje wyrok sądu wojskowego – tj. że system tych rządów zwalczaliśmy”.

W tym czasie (1956 r.) pojawia się pomysł odtworzenia Polskiej Partii Socjalistycznej, zainicjowany – co ciekawe – przez Edwarda Osóbkę-Morawskiego. Wywołało to pewne poruszenie, wyrażane m.in. w anonimowym liście środowiska socjalistów, gdzie zastanawiano się na temat tej inicjatywy. Jednak osoba Osóbki-Morawskiego była traktowana dosyć niepoważnie i nieufnie. Tym bardziej, że z jednej strony Osóbka-Morawski wzywał do odtworzenia PPS-u, z drugiej zaś chciał się koniecznie dostać na listę Frontu Narodowego w wyborach, w których Wiesław Gomułka wezwał do głosowania bez skreśleń. Ostatecznie – choć było to przedmiotem wielu dyskusji – większość socjalistów zdecydowała się nie uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciach, wiedząc, że jest to rodzaj hucpy politycznej, bądź też prowokacji. Tak naprawdę nawet gdyby odtworzono PPS w tamtym czasie, nie byłaby to ta właściwa PPS. Jan Józef Lipski w swoich Dziennikach z tamtego czasu, bardzo negatywnie ocenia postawę Osóbki-Morawskiego, uznając, że groźba reaktywacji PPS miała być kartą przetargową w walce o miejsca na liście Frontu Narodowego Niemniej jednak po wyjściu z więzień socjaliści zaczynają się ze sobą spotykać, rozmawiać. Słowo „organizować się” jest za daleko idące, bo tak naprawdę jeżeli pytamy, czy istniała jakaś organizacja socjalistów w tym czasie, to możemy sobie otwarcie powiedzieć: nie istniała. Ludzie się po prostu spotykali, pisali wspomnienia, zastanawiali co dalej.

Tak zwane elementy WRN-owskie oskarżano wówczas o wszystko, o sabotaże w fabrykach, o rozpijanie młodych pracowników. Ciekawe jest i to, że o ile staliniści mieli obsesję na punkcie Trockiego i trockistów, tak polskie UB miało obsesję na punkcie PPS-WRN. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego było sfokusowane na byłych działaczy WRN. W każdym departamencie, urzędach bezpieczeństwa był specjalny wydział. Notabene, jak się czyta ubeckie sprawozdania o WRN, to widać coś, co zahacza o paranoję. I tak np. Stefan Zbrożyna, były prezydent Płocka, były wiceprezydent Włocławka, były wiceprezydent podziemnej Warszawy, działacz WSM-u, po wyjściu z więzienia w latach pięćdziesiątych był już starszym panem, a liczba zdjęć z jego obserwacji jest tak olbrzymia, że jeżeli jemu poświęcali tyle czasu, to ile musiało to kosztować wysiłku i pieniędzy. Wydaje się, że każdy PPS-owiec miał swoich licznych „aniołów stróżów”. W stosunku do niektórych z nich tworzono nawet dzienne raporty z tego, co robili. Oczywiście – na ile to możliwe – starano się również podsłuchiwać wszystkie spotkania. Każda władza, nawet totalitarna czy autorytarna, nie jest w stanie sięgnąć wszędzie, ale była to – powiem szczerze – zadziwiająca struktura. Oto schemat, na jakim rozrysowano różnego rodzaju kontakty Stefana Zbrożyny – z Józefem Stopnickim, Tadeuszem Szturm de Sztremem, Julianem Maliniakiem, Januszem Ostrowskim, Wacławem Gajeckim. Miał dwóch stałych agentów: TW „Olimpię”, czyli Andrzeja Nowickiego, późniejszego słynnego filozofa, profesora, a do 1956 r. ochotniczo tajnego współpracownika oraz TW „Barda” Władysława Uziembłę. Też byłego działacza PPS, byłego posła PPS, który przeszedł na stronę Służby Bezpieczeństwa. To byli dwaj podstawowi agenci, a była jeszcze masa innych. Tak naprawdę działaczy WRN szpiegowano na różne sposoby. Nawet tak bzdurna informacja, że przesłano komuś zaproszenie na 75-lecie PPS organizowane przez Zakład Historii Komitetu Centralnego PZPR, wprawiała machinę w ruch, powstawały notatki, materiały. Bezpieka miała szczególną obsesję na punkcie spotkań przy grobie Kazimierza Pużaka. To smutne, że dziś grób Pużaka jest zniszczony i zapomniany. Przykre, że my o tę swoją tradycję nie dbamy. Socjaliści różnej maści od czasu do czasu spotykają się tam 30 kwietnia w rocznicę jego śmierci, ale tak naprawdę groby polskich socjalistów, włącznie z grobem Kazimierza Pużaka, zostały zapomniane. Kiedyś 1 sierpnia, w rocznicę Powstania Warszawskiego, na wszystkich grobach powstańców były zapalone świece, znicze, a grób Pużaka wyglądał tak jak każdego innego dnia. A mówimy przecież o przewodniczącym Rady Jedności Narodowej podziemnego parlamentu, również powstańcu warszawskim. Gdy jeszcze żyła Krysia Cała, która była takim nestorem Komisji Historycznej PPS, przed 1 listopada jeździliśmy porządkować groby. Ale tak naprawdę w tej naszej tradycji historycznej, w naszym myśleniu, zostało to zapomniane. To smutne, że od tego 1950 r., kiedy śledzono pogrzeb Pużaka, i później przez dziesiątki lat kiedy socjaliści spotykali się nad tym grobem w rocznicę śmierci, UB-ków było więcej niż uczestników – dowodem na to film, jaki można obejrzeć na Youtubie („Tajne Taśmy SB” (2002) od 34 min. 46 sek.). Socjaliści próbowali podtrzymywać tradycję, kultywować etos PPS m.in. przy okazji różnego rodzaju rocznic: śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego, Feliksa Perla. Wszystkie spotkania były ściśle obserwowane przez bezpiekę.

W pewnym momencie bezpieka wymyśliła, że skoro cały aktyw PPS jest obserwowany, to wrogie działania musi prowadzić inna tajna komórka, której oni nie mogą jeszcze zidentyfikować. I tak dochodzili do kolejnego poziomu paranoi, np. zlecenia śledzenia Zbrożyny całodobowo, ukrytych zdjęć bezpieczniackich z kolejnych pogrzebów. Można wyliczać i wyliczać. W 1967 r. bezpieka postanowiła wytoczyć nowy proces PPS-WRN. Ustalono, że wokół adwokata Józefa Stopnickiego gromadzą się różni ludzie, właśnie Ludwik Cohn, Józef Sobolewski, Stefan Zbrożyna. Pojawiają się też nowe kontakty, które pokazują łączność starego z nowym. Tym nowym łącznikiem jest na przykład Jan Józef Lipski, który nie był nigdy działaczem PPS, nie był socjalistą w rozumieniu tradycji historycznej. Pojawiają się Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Marian Marek Drozdowski, Jan Strzelecki. Na spotkaniach starszych działaczy, obok zastanawiania jak wydrukować jakieś ulotki na wybory Rad Narodowych, a może coś namieszać na spotkaniu Rady Adwokackiej, pojawiły się też różnego rodzaju inicjatywy społeczne, które były również inicjowane przez młodych. Te spotkania oni nazywali kółkiem, w nawiązaniu do historycznego PPS-WRN, która w czasie wojny miała kryptonim Koło.

Zaczęło pojawiać się nowe pokolenie ludzi, którzy zarazili się ideą socjalistyczną. Kiedy w 1971 r. zmarł Stefan Zbrożyna, to Jan Józef Lipski przekazywał jego przesłanie o społecznikostwie, które powinniśmy kultywować, nie aktywizmie, a społecznikostwie. O ludziach którzy nie strzelali, nie byli rewolwerowcami, ale budowali miasta, osiedla, Warszawską Spółdzielnie Mieszkaniową. To jest coś, co powinniśmy przenieść do naszej tradycji.

W 1955 r. pojawia się Klub Krzywego Koła, najważniejsze forum wymiany wolnej myśli między intelektualistami, dziennikarzami, pisarzami i artystami w ówczesnej Polsce. Należeli do niego m.in. byli członkowie PPS: Marian Falski, Julian Hochfeld, Edward Lipiński, Andrzej Munk, Aniela Steinsbergowa, Jan Strzelecki, Tadeusz Szturm de Sztrem, Stefan Zbrożyna, Jan Wolski – wybitny działacz spółdzielczy, który amerykańską nagrodę Jerzykowskich przeznaczył właśnie na działalność niepodległościową, postać trochę zapomniana, niedawno „odkopana” przez radomskiego historyka. A także późniejsi członkowie PPS: Aleksander Achmatowicz, Jan Kielanowski, Jan Józef Lipski.

Klub powstał przy ulicy Krzywe Koło w Warszawie w prywatnym mieszkaniu Juliusza (współpracownika SB, w latach 70. i 80. tworzącego agenturalne ugrupowania socjaldemokratyczne i socjalistyczne) i Ewy Garzteckich. Wiem, że niektórzy na tej sali znali Garzteckiego osobiście jeszcze z lat osiemdziesiątych. Klub Krzywego Koła nabierał szybko znaczenia politycznego, choć skala jego działań oraz zasięg były ograniczone. Socjalistyczni adwokaci wielokrotnie bronili przed sądami członków opozycji demokratycznej. I tak np. Aniela Steinsbergowa broniła w procesach członkiń Klubu Krzywego Koła Hanny Rewskiej (1958-1959) i Anny Rudzińskiej (1962, obrońcą był również Ludwik Cohn), w procesie Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1965), Jana Nepomucena Millera, Januarego Grzędzińskiego (1965). To z inicjatywy członków Klubu zrodziła się tradycja możliwie tłumnego uczestnictwa w procesach politycznych.

Jak wspominał jeden z jego członków Aleksander Małachowski, autorytet klubu sprawił, że na rozprawie przed Sądem Najwyższym przeciwko Annie Rewskiej, skazanej za związki z Giedroyciem, pojawiło się w sali sądowej aż kilkudziesięciu wybitnych intelektualistów, w tym takie postaci jak profesor Tadeusz Kotarbiński i Jan Parandowski. Jego zdaniem miało to wpływ na uniewinnienie Rewskiej. To również na korytarzach sądów spotykali się ci starzy socjaliści i ci nowi – nie wiem, czy można nazwać ich socjalistami, ale na pewno demokratami.

Ta tradycja przetrwała do lat 80. Widzę tutaj Czesława Borowczyka, na jego procesie w 1988 r. kontynuowaliśmy tradycję, która narodziła się właśnie w latach sześćdziesiątych.

Po zamknięciu Klubu Krzywego Koła pojawiła się inicjatywa powołania loży wolnomularskiej Kopernik, by w ten sposób prowadzić dalej tajną działalność. Przypomnę, że przed wojną niektórzy działacze lewicowi należeli do lóż wolnomularskich, które zostały zlikwidowane w 1938 r. To właśnie socjaliści Jan Wolski i Stefan Zbrożyna wpadli na pomysł wykorzystania loży wolnomularskiej jako podstawy dalszego działania w wymiarze niepodległościowym. Członkami loży byli m.in. działacze PPS: Ludwik Cohn (od 26.03.1972), Edward Lipiński (od 10.12.1972), Aleksander Lutze-Birk, Jan Wolski, Stefan Zbrożyna (od 19.02.1961). Przewodniczącym loży był dwukrotnie Jan Józef Lipski, w latach 1962-1981 i 1986-1988. Powstała w 1961 r. loża Kopernik do lat siedemdziesiątych nie została odkryta przez służbę bezpieczeństwa. Przeglądałem dokumenty, z których wynika, że wielokrotnie bezskutecznie próbowano poprzez Paryż dowiedzieć się, co dzieje w Polsce. Loża Kopernik była miejscem, w którym spotykały się różne tradycje i osoby, w tym siostrzeniec Stefana Okrzei, Jan Olszewski, oraz Aleksander Lutze-Birk, były działacz organizacji bojowej PPS.

To oczywiste, że inicjatyw było znacznie więcej, od podpisywania listów, po Klub Krzywego Koła. Bo list 34 to nie tylko Edward Lipiński, ale i Marian Falski, też wybitny działacz PPS. Utworzone przez Tadeusza Kotarbińskiego Towarzystwo Kultury Moralnej pozornie nie miało nic wspólnego z socjalizmem, budowało środowisko społeczno-etyczne, a powstała tam sekcja przeciwników kary śmierci. Pamiętajmy, że były to lata 60. Powiedzenie wtedy, że się jest przeciwko karze śmierci, to tak jakby powiedzieć, że się jest przeciwko PRL. Tak jeszcze było w 1988 r., gdy inicjowaliśmy powstanie Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwników Kary Śmierci.

Różnych inicjatyw, podpisywania listów było znacznie więcej, nie wymieniałem ich wszystkich. Faktem jest, że nie było chyba żadnego wydarzenia w historii demokratycznej opozycji, w której nie byłoby socjalistów. Pytanie, czy miało to charakter formacyjny. Socjaliści znaleźli się wśród sygnatariuszy Listu 34, Listu w sprawie Legionów, Listu w sprawie Organizacji „Ruch”, Listu 15, Listu 59, Listu 14, byli wśród założycieli Niejawnego Funduszu Pomocy dla Represjonowanych.

Nie wspomniałem np. Ruchu Porozumienia Polskich Socjalistach w ramach KPN. Maciek Gawlikowski, gdy dowiedział się o tym spotkaniu, bardzo się oburzył i pewnie trzeba będzie zrobić spotkanie o tym. Wydano ostatnio Listy Jana Józefa Lipskiego do Giedroycia, gdzie można przeczytać, jak bardzo niepokoiła go ta inicjatywa. Andrzej Friszke też o tym pisze. W pewnym momencie pojawiła się propozycja, by w ramach Komitetu Obrony Robotników wyłonić grupę socjalistyczną. Ale natychmiast pojawiła się inicjatywa Juliusza Garzteckiego o nazwie Polscy Socjaliści – w tej chwili nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że UB-cka – która miała na celu storpedowanie tego typu działań. To dziś pewnie jeszcze wybrzmi, ale o ile kiedyś UB miała obsesję na punkcie WRN, tak potem SB miała obsesję na punkcie PPS. Wynikało to pewnie z mitu założycielskiego PZPR. Pojawi się to potem w dokumentach SB z 1987 r. Mam czasem wrażenie, że więcej osób nas śledziło niż nas było.

Wracając do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tamto środowisko się rozrastało, przenikała się w nim stara i nowa opozycja, i działacze PPS byli w nim obecni. Na zdjęciu Komitetu Obrony Robotników z tyłu widzimy Antoniego Pajdaka, z przodu Ludwika Cohna, Anielę Steinsbergową, Wacława Zawadzkiego, z tyłu Piotr Naimski, a na samym skraju Jan Józef Lipski.

To kolejny kamyczek do budowy sztafety pokoleń. Jana Olszewskiego, Ludwika Cohna i Jana Józefa łączyła także współpraca w przechowywaniu dużych sum pieniędzy, odziedziczonych po okupacyjnej PPS WRN. Opozycja demokratyczna kilkakrotnie posiłkowała się tymi środkami. Skorzystał z niej KOR, a czym pisze Andrzej Friszke, a także opozycja lat 80. Jak wielkiego charakteru musieli być ludzie, którzy przez pięćdziesiąt lat przechowywali niemałe pieniądze. Wydawali je na prośbę organizacji, która już nie istniała. Świadomość, że byli ludzie, którzy mieli nadzieję, że te pieniądze będą przydatne na działalność pracowniczą, lewicową, socjalistyczną i nie uszczknęli z tego ani jednego dolara, przywraca wiarę w człowieka. Bo to były dolary, i gdy Andrzej Malanowski jedną z takich partii otrzymał i wymieniał w banku, okazało się, że są to dolary z 1937 r., stąd przez chwilę podejrzewano, że to fałszywki. Mówię o tej anegdocie, bo chcę pokazać jak silne były więzi, jak silne tradycje, które sprawiały, że ludzie przechowywali różne rzeczy, w tym pieniądze, i nie śmieli nic uszczknąć na swoje cele.

Pierwszy Krajowy Zjazd „Solidarności” jest zamknięciem działania Komitetu Obrony Robotników. Podczas swojego przemówienia Edward Lipiński przyznaje, że pierwszy raz w życiu na zebraniu związków zawodowych wystąpił w 1904 roku, a być może ostatni – co też okazało się prawdą – na I Krajowym Zjeździe NSZZ „Solidarność”. Kiedy mówimy o „Solidarności” patrzymy na nią przez pryzmat ostatnich działań, ale trzeba pamiętać, że my wyrośliśmy na wspólnej mitologii budowy tego lewicowego ruchu, robotniczego ruchu „Solidarność”. Bo ja uważam, że „Solidarność” była lewicowa z natury, co nie znaczy, że ludzie tej formacji byli ludźmi lewicowymi. Ta formacja stworzyła coś, co ja uważam za największe osiągnięcie, czyli program Samorządnej Rzeczpospolitej. Ostatnio uczestniczyłem na zorganizowanej przez organizacje pozarządowe w Europejskim Centrum Solidarności konferencji na temat idei solidarności wczoraj i dzisiaj. Poruszano tam wiele kwestii, od posłania do ludów narodów Europy Wschodniej, po sposoby, w jaki wybierano przewodniczącego. Natomiast brakowało informacji o Rzeczypospolitej Samorządnej, czyli głównej idei, która sprawiała, że to właśnie PPS, a nie jakaś inna formacja wystąpiła z najśmielszym – moim zdaniem i co ciekawe powstałym w PRL-u – programem w wymiarze ustrojowym, takim, jakiego dzisiaj nie mają politycy. Przypomnę choćby kwestię Izby Samorządowej czy też Izby Społeczno-Gospodarczej, zamiast kompletnie bezsensownego Senatu. Wspomnę program przedsiębiorstwa społecznego, którego założenia – może w zmienionej formie – próbujemy kultywować, programu, który został kompletnie zapomniany i wyparty.

W latach osiemdziesiątych ścieraliśmy się o to z mainstreamem „Solidarności”. W „Robotniku” Tomasz Litwin (pseudonim Michała Boniego) pisał o tym, że „Solidarność” oznacza reformy, my – że obronę praw pracowniczych, i pozostaliśmy wierni temu przekonaniu. Na bazie tego pomysłu powstawały Kluby Rzeczpospolitej Samorządnej Wolność Sprawiedliwość Niepodległość. Dwóch członków tych klubów zdaje się widzę na sali. To program, który był w istocie programem budowy formacji lewicowych, szkoda, że trwało to w zasadzie kilka dni, ale dowodzi, że w latach osiemdziesiątych to my podnosiliśmy hasło samorządów, przedsiębiorstwa społecznego, fabryk dla robotników, rezygnacji z liberalnych reform.

Kiedy ktoś mnie pyta, skąd się wziąłem, to odpowiem, że z nich wszystkich. Mimo że większości tych ludzi nie znałem – z historycznych działaczy rozmawiałam tylko z Lidią Ciołkoszową i Antonim Pajdakiem – to współpracowałem z uczniami tych starych socjalistów. To, że jestem jaki jestem, zawdzięczam tej sztafecie pokoleń. Idea niepodległościowego socjalizmu przetrwała, mimo że ta prawdziwa PPS zniknęła po 1945 r., jej działacze byli więzieni i represjonowani, pozbawieni faktycznej możliwości działania. A jednak idea przetrwała. Czy przetrwała do dzisiaj? A co dziś oznacza bycie socjalistą w rozumieniu PPS-owskim? Odpowiedź na to pytanie jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje i niż to wynika z poczucia przynależności do takiej czy innej grupy politycznej.

Cezary Miżejewski

Niniejszy tekst stanowi poprawiony i uzupełniony tekst wystąpienia na konferencji „Socjaliści z Solidarności”, która odbyła się 14 października 2017 roku z inicjatywy Stowarzyszenia Wolnego Słowa w Warszawie. Tekst w wersji niepoprawionej został opublikowany w okolicznościowej pokonferencyjnej publikacji „Socjaliści Solidarności”, którą można otrzymać w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa w Warszawie.

W imię Boga i ludu

W imię Boga i ludu

Termin „lewica chrześcijańska” wydaje się dziś być sprzecznością. Jest to oczywiście pogląd uproszczony, bowiem mamy do czynienia w naszym kraju i w innych zakątkach świata z osobami, ruchami, środowiskami, które w ten sposób właśnie się identyfikują. Jednak w powszechnej świadomości katolicyzm czy chrześcijaństwo łączone są z określonym zestawem wartości, postaw i przekonań, które wyrażane i bronione są przez inicjatywy o proweniencji prawicowej. Lewica w każdej swojej postaci natomiast jawi się zazwyczaj jako programowo antychrześcijańska czy wręcz antyreligijna, w najlepszym wypadku zaś antyklerykalna. Tymczasem sprawa nie jest tak prosta, jak sugerują nam różnej maści polityczni pałkarze z jednej i drugiej strony barykady.

Od początku istnienia myśl lewicowa wchodziła w różne skomplikowane relacje z katolicyzmem czy szerzej chrześcijaństwem. Nie jest to li tylko specyfika polska. Co prawda wielu myślicieli uznawanych za lewicowych, przynajmniej od czasów oświecenia wieszczyło coraz większy zanik wpływów religii, postrzegając ją jako swoisty atawizm, który wraz z industrializacją, powstawaniem społeczeństwa przemysłowego i postępami nauki zostanie wyparty na margines życia społecznego. Jednak te przewidywania bynajmniej się nie spełniły, a przynajmniej nie przybrały takiego oblicza, jak niektórzy prognozowali.

Wiek XIX, postrzegany często jako okres galopującej sekularyzacji i wypierania wpływów religii z przestrzeni publicznej, mimo wszystko był niewątpliwie wiekiem religijnym, co widać na różnych płaszczyznach, również politycznej. Nawet na marginesie ruchów i idei o charakterze, wydawałoby się, antyreligijnym czy antychrześcijańskim, pojawiały się próby ich „ochrzczenia”, połączenia z zasadami wypływającymi z chrześcijaństwa. przykładami mogą być katolicki liberalizm czy socjalizm chrześcijański. Dość wspomnieć tutaj takie postaci jak Philippe Buonarotti, Étienne Cabet, Hugues-Félicité-Robert de Lamennais, Wilhelm Weitling, później zaś cała grupa francuskich saintsimonistów oraz fourierystów, którzy usiłowali łączyć katolicyzm z socjalizmem utopijnym (saint-simoniści Philippe Joseph Buchez, François Huet, Pierre-Célestin Roux-Lavergne, August Ott, fourieryści – Abel Transon, Louis Rousseau czy Hippolyte de La Morvonnais).

Chodzi oczywiście o wczesną postać myśli socjalistycznej, nazwaną, nie bez złośliwości, przez Marksa i Engelsa socjalizmem utopijnym. Jego dojrzała, „naukowa” postać, czyli marksizm, miała już być wyzbyta wszelkich złudzeń co do religii, traktowanej jako opium ludu. W „Świętej rodzinie” Marks i Engels pisali, iż problemy religijne nie są de facto problemami religijnymi, lecz społecznymi, które występują w postaci zmistyfikowanej. W związku z tym zadaniem jest wyłuskiwanie owej świeckiej treści z religijnej formy. Religia bowiem nie posiada własnej istoty czy religijnej treści, jej treścią jest jedynie religijny odblask rzeczywistego świata. Konsekwentny materializm marksistów zdawał się być nie do pogodzenia w żaden sposób z religią w jakiejkolwiek postaci. Wszelkie religie i kościoły, jak pisał na początku XX w. Lenin, wszystkie organizacje religijne stanowią jedynie organy burżuazyjnej reakcji, służące do obrony wyzysku i tumanienia klasy robotniczej.

Jednak i tu sprawa nie jest aż tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Z przykładami łączenia marksizmu i religii czy też zakopywania pomiędzy nimi rowów, będziemy mieli przecież do czynienia. Druga połowa XX w. przyniesie choćby w Ameryce Łacińskiej erupcję teologii wyzwolenia, która postawi sobie za cel schrystianizowanie i adaptację przynajmniej niektórych elementów myśli marksistowskiej. Spotkanie sacrum z rewolucją na gruncie polskim doskonale zostało natomiast opisane choćby w książce Andrzeja Chwalby, zwracającego uwagę, że rodzimi działacze socjalistyczni niejednokrotnie dawali dowody, iż nadzieję na sukces swojej sprawy pokładają w Opatrzności, modlili się o wyjednanie pomocy dla walczących, spragnionych sprawiedliwości i chleba (choćby w czasie rewolucji 1905 r.), oczekiwali, że Bóg przeważy szalę zwycięstwa na stronę świata pracy. Organizowali też nabożeństwa pierwszomajowe, a podczas pochodów używali świętych obrazów i intonowali pieśni religijno-patriotyczne.

Przypominam o tych, być może oczywistych dla niektórych, faktach mając przed oczami trzytomową pracę przygotowaną przez Tomasza Sikorskiego, badacza z Uniwersytetu Szczecińskiego, zatytułowaną „Ewangelia zbawienia. Polska lewica chrześcijańska (1832-1914)”. Trzeba powiedzieć, że autor podjął się niezwykle trudnego zadania, jakim jest przypomnienie  nie dość że zapomnianej, to i dla wielu niewygodnej tradycji. Niewygodnej, co trzeba jasno wyartykułować, tak dla osób identyfikujących się dziś z rzeczownikiem z tytułowego wyrażenia „lewica chrześcijańska”, jak i tych utożsamiających się z dookreślającym go przymiotnikiem. Zarówno bowiem środowiska katolickie w swej przeważającej części nie chcą zbytnio być wiązane z tego rodzaju postaciami i ideami, podobnie współczesnym formacjom lewicowym nie jest zazwyczaj po drodze z antenatami ideowymi akcentującymi swoje związki z chrześcijaństwem i wartościami przezeń reprezentowanymi.

Postaci, których teksty Sikorski nam przypomina, w większości nie przystają ani do modelu wzorowego katolika, ani do modelu wzorowego lewicowca. Często są to polityczni outsiderzy, ideowi apatrydzi, niespokojne dusze wierzące w możliwość syntezy chrześcijaństwa z socjalizmem. Co prawda akcentują oni wątki chrześcijańskie, jednakowoż nierzadko mamy tutaj do czynienia z chrześcijaństwem w wersji heterodoksyjnej. Jednocześnie nie wahają się zazwyczaj poddawać bezpardonowej krytyce duchowieństwo oraz Kościół instytucjonalny. Oczywiście nie można tego nadmiernie uogólniać, mamy bowiem tutaj do czynienia z różnorakimi postaciami. Obok wizjonerów i marzycieli, Sikorski przypomina też postępowych kapłanów propagujących podniesienie materialne warstw ludowych. Trzeba również pamiętać, że autor dość swobodnie posługuje się terminami „lewica chrześcijańska” czy „socjalizm chrześcijański”, rozumie je sensu largo, trochę właśnie w dziewiętnastowiecznym duchu, kiedy pojęcia te traktowano bardziej intuicyjnie. Bohaterowie książki Sikorskiego mogą więc nie mieścić się we współczesnych wizjach lewicowości czy socjalizmu, zostali jednak uznani za ludzi lewicy, ponieważ sami się za takich uważali.

Lewicowość w rozumieniu Sikorskiego jest tutaj tożsama z postępowością, demokratyzmem, radykalizmem, obroną ludu, poglądami egalitarnymi i emancypacyjnymi. Podobnie jest z chrześcijaństwem, które nie stanowi tutaj określonego systemu religijnego, lecz raczej specyficzny styl myślenia i pisania cechujący się silnymi porywami religijnymi, odwołaniami do Ewangelii i Chrystusa. Przywoływanym postaciom bliższa zazwyczaj przy tym była wizja wyidealizowanego chrześcijaństwa pierwotnego, religii Ewangelii, nieskażonej jeszcze i nie zniekształconej przez Kościół instytucjonalny. Jak podkreśla Sikorski, autorów tekstów przedstawionych w omawianej antologii różniły idiomy „chrześcijańskiego komunizmu”, „lewicowych ludowców”, „socjalistycznej arystokracji”, postępowców, anarchistów, radykałów. Jednakże coś ich również łączyło. Była to „negacja istniejących stosunków społecznych i politycznych, sprzeciw wobec niesprawiedliwości, dysproporcji społecznych, i powszechnej biedy, chęć zmiany relacji międzyludzkich w imię zasad etyki chrześcijańskiej, miłości bliźniego, ewangelicznego braterstwa (różnie pojmowanego), równości i wolności. Łączyła ich również gorliwa wiara w Boga i przekonanie, że w niedalekiej przyszłości ziści się ich marzenie o wolniej, demokratycznej i sprawiedliwej Polsce. Te składniki czyniły z odrębnych jednostek wspólnotę – odrębną formację intelektualną chrześcijańskiej, demokratycznej i postępowej lewicy”.

W omawianej antologii odnajdziemy teksty tak różnych osób jak Adam Mickiewicz, ks. Piotr Ściegienny, Stanisław Worcell, Wiktor Heltman, Michał Chodźko, Jan Nepomucen Janowski, Leon Rzewuski, Jan Czyński, Edward Dembowski, Edmund Chojecki, Wojciech Darasz, Leon Zienkowicz, Ludwik Królikowski, Ludwik Bulewski, ks. Stanisław Stojałowski, Józef Hauke-Bosak, Jan Myjak, Tomasz Nocznicki, Antoni Szech i wielu innych. Jednak co najważniejsze i najciekawsze, postaci, które nie wahały się głosić śmiałych, a często nawet kontrowersyjnych czy bluźnierczych, z punktu widzenia zarówno ortodoksyjnego chrześcijaństwa, jak i ortodoksyjnej lewicy, poglądów. Jak chociażby Ludwik Królikowski deklarujący: „Tak, Jestem Komunistą, gdyż nie znam żadnej doktryny, żadnej nauki, żadnego systemu, żadnej religii wyższej i bardziej humanitarnej i to zarówno w swym celu, jak i w środkach, niż Komunizm! Któż to jest Komunista? […] Jest to wierny uczeń Jezusa Chrystusa, który czuje wstręt do wszystkich hipokrytów i wszelkich fałszerzy Ewangelii […] i który stara się przede wszystkim o urzeczywistnienie na Ziemi Królestwa Bożego i jego Sprawiedliwości. Jest to prawdziwy Chrześcijanin, który szczerze uznaje Boga za swego jedynego Prawodawcę, za ojca wszystkich ludzi, a w każdym człowieku widzi Dziecię Boże, Brata lub Siostrę Jezusa Chrystusa, Suwerena godnego wszelkiego szacunku. W nienawiści ma on wszelkiego ciemiężyciela ludzi, wszelkiego pana, wszelkiego prawodawcę, który nie szanuje sumienia ani woli swych Braci, tak samo jak on Suwerenów i z tego samego tytułu, i narzuca im jako prawo własną wolę, swe własne korzyści czy swe własne namiętności. Jest to niestrudzony Apostoł Solidarności i braterskiej Wspólnoty wszystkich ludzi, w każdej Gminie, w każdym Powiecie, w każdym Okręgu, Departamencie, Partii, Narodzie, Rasie, Kontynencie, a nawet całej Ziemi. Jest to niestrudzony i oddany Obrońca wspólnej własności”.

Albo Antoni Szech (wł. Izydor Kajetan Wysłouch), stwierdzający, że „Program ustroju Marksa i socjalistów można krytykować w imię nauki, w imię ekonomii politycznej, w imię filozofii czy psychologii mas, ale w imię idei Chrystusowej – właściwie nie. O ile by on dał światu szczęście, to on najzupełniej zgodny z ideą chrześcijańską. O ile w zamiarach socjalistów jest to dążenie, to one są chrześcijańskimi. I socjalista każdy – jeśli jest przejęty istotnie pragnieniem szczęścia dla ludzkości, dla świata, jeżeli nim powoduje nie interes osobisty, ale dobro innych – to on jest chrześcijaninem w duchu, chociażby się za takiego nie miał, chociażby sam nie wiedząc, co czyni, bluźnił Bogu i Chrystusowi”.

Trzytomowa praca przygotowana przez Tomasza Sikorskiego zawiera prawie sto różnego rodzaju publikacji: artykuły publicystyczne, traktaty, rozprawy, rezolucje i teksty agitacyjne. Większość z nich to materiały dziś trudno dostępne, rozsiane w bibliotekach polskich i zagranicznych, niektóre z nich pozyskane zostały natomiast przez autora ze zbiorów prywatnych. Praca poprzedzona została obszernym wstępem liczącym prawie 100 stron, w którym autor przybliża nam postaci, których teksty postanowił nam udostępnić i środowiska polityczne, z którymi były one związane.  Zarysowuje w ten sposób szeroką panoramę myśli lewicowo-chrześcijańskiej, próbuje też wskazać na to, co łączy omawiane postaci i środowiska. Pomimo wielkiej różnorodności postaw i koncepcji, odmienności propagowanych rozwiązań wskazuje na to co stanowi differentia specifica tej formacji, na te idee, które pozwalają tak różnych myślicieli zakwalifikować do jednego nurtu.

Warto więc choćby z tych względów po nią  sięgnąć i zapoznać się z prawie zupełnie zapomnianym dziś światem ideowym, który jednak odgrywał niebagatelną rolę jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu. Być może stanowił on swoistą hybrydę, z zasady niepłodną lub też Darwinowską formę przejściową, skazaną na stopniowy zanik, a następnie obumarcie. Trudno jednoznacznie wyrokować. Nie jest to być może lektura do przysłowiowej poduszki, którą pochłoniemy błyskawicznie i „od deski do deski”. Zawiera natomiast wiele mało znanych, a czasami unikatowych materiałów, które bez wątpienia będą stanowić nieocenioną pomoc dla wszystkich osób chcących zająć się tą problematyką czy po prostu lepiej poznać dość oryginalny, a czasami nawet ekscentryczny, z dzisiejszej perspektywy, świat ideowy.

dr hab. Rafał Łętocha

Tomasz Sikorski, Ewangelia zbawienia. Polska chrześcijańska lewica (1832-1914), t. 1-3, Wydawnictwo von Boroviecky, Warszawa-Radzymin 2018.

31301480_1883060931705244_1938035208418754560_n

O trwałości oligopoli – przypadek rynku samolotów pasażerskich

Jedną z najistotniejszych zalet klasycznie pojmowanego kapitalizmu jest niewątpliwie konkurencja. Ma ona oczywiście, jak niemal wszystko, także swoje janusowe oblicze. Wiąże się z przerzucaniem redukcji kosztów na najsłabszych uczestników systemu, jednak ogólnie rzecz biorąc dążenie, aby wytworzyć produkt zapewniający korzystniejszy stosunek jakości do ceny stymuluje innowacyjność, sprawniejsze zarządzanie i zapobiega obrośnięciu wytwórców w piórka. Tymczasem nowoczesna globalna gospodarka często zmierza w kierunku oligopoli, zdominowanych przez bardzo nielicznych producentów, tak potężnych, że możliwość pojawienia się konkurencji jest w istocie zupełnie iluzoryczna. Nawet samo niepopadnięcie branż w pełny monopol nie wynika z procesów „naturalnych”, będąc wynikiem działań motywowanych politycznie. Jednym z najjaskrawszych przykładów takiego stanu rzeczy pozostaje sektor produkcji samolotów pasażerskich.

Cywilne lotnictwo pasażerskie zaczęło raczkować jeszcze przed I wojną światową, biorąc początek od rejsów sterowców. Dojrzałość techniczną, umożliwiającą myślenie o przewozach wykraczających poza poziom symboliczny, samoloty osiągnęły dopiero po zakończeniu tego konfliktu, podczas którego regularnie używano już całkiem dużych samolotów bombowych. Szybki postęp techniczny, którego kamieniem milowym było wdrożenie we wczesnych latach 30. konstrukcji całkowicie metalowych w dopracowanym aerodynamicznie układzie dolnopłata, przekładał się na rozwój w tej dziedzinie, która jednak pozostawała w dziedzinie przewozów marginesem, dostępnym wyłącznie dla bardzo bogatych, a przy tym odważnych. Już wtedy zarysowywała się wiodąca rola firm amerykańskich, takich jak Douglas czy Lockheed, jednak nad własną konstrukcją pasażerską pracowała nawet przedwrześniowa Polska (był to PZL-44 Wicher), a tym bardziej liczyli się producenci z krajów będących liderami postępu technicznego, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja.

Kolejne przełomy i przetasowania przyniosła epoka po II wojnie światowej. Liderami największej rewolucji, polegającej na wdrożeniu w lotnictwie pasażerskim napędu odrzutowego, byli Brytyjczycy. Peleton opuściły siłą rzeczy państwa przegrane, wyniszczone i poddane różnorakim restrykcjom, odrodziły się jednak przemysły francuski i holenderski. Jako faktycznie niezależny producent samolotów pasażerskich zaistniał Związek Sowiecki, wcześniej opierający się w przeważającej mierze na konstrukcjach licencyjnych, znacznie doskonalszych i dojrzalszych niż rodzime. W Stanach Zjednoczonych u zarania epoki odrzutowej konkurowały Douglas, Convair oraz Boeing. Ten ostatni, choć przed wojną pozostawał w cieniu Douglasa i Lockheeda, wzrósł niezmiernie dzięki ogromnym wojennym i powojennym zamówieniom na bombowce. Prowadził też najodważniejszą politykę, symbolizowaną przełomowym modelem 707, do którego później dołączyły 727, 737 i legendarny Jumbo Jet 747, więc w efekcie zaczął wyraźnie wysuwać się na czoło i dystansować konkurentów. Jako pierwszy zakończył działalność w tym segmencie Convair, którego modele mimo wysokiego poziomu technicznego nie były w stanie przebić się na rynku. Chociaż udział przewozów powietrznych w ogólnej puli zwiększał się, nadal pozostawały one dostępne wyłącznie dla zamożnych albo gotowych na wyrzeczenia. Szczególnie dotyczyło to motywowanej politycznie demonstracji możliwości przemysłu europejskiego, brytyjsko-francuskiego naddźwiękowego samolotu Concorde.

Zmianę zaczęły przynosić dopiero lata 70., kiedy pojawiły się maszyny transoceaniczne odznaczające się bardzo niskimi kosztami w przeliczeniu na pojedynczego pasażera, określane jako szerokokadłubowe. Pierwszym był wspomniany Boeing 747, do którego dołączyły McDonnell Douglas DC-10 i L-1011, produkcji Lockheeda, dotychczas skoncentrowanego bardziej na samolotach wojskowych. Ten ostatni okazał się jednak kolejnym projektem, którego doskonałości technicznej nie towarzyszyła siła rynkowego przebicia i oznaczał koniec obecności firmy w branży pasażerskiej. „Demokratyzacji” przewozów towarzyszyła groźba bezwzględnej dominacji producentów amerykańskich – kroku nie byli w stanie dotrzymać im najsilniejsi dotychczas spośród reszty świata Brytyjczycy. Francuzi, holenderski Fokker czy producenci kanadyjscy ograniczali się do maszyn regionalnych.

Oddzielony Żelazną Kurtyną przemysł sowiecki stanowił odrębny świat, egzystujący poza pojedynczymi przypadkami, jak liczona w sztukach sprzedaż na Zachód Jaka-40, poza konkurencją. Zresztą mimo opracowania licznych udanych konstrukcji przez biura Iljuszyna, Tupolewa i Jakowlewa (w Polsce kojarzą się one jak najgorzej, jednak poza charakterystycznym dla realnego socjalizmu brakoróbstwem nie ustępowały one zbytnio produktom firm zachodnich, które również ulegały przecież katastrofom) i on zaczynał dostawać, tak jak cała gospodarka ZSRS, ciężkiej zadyszki. Pierwszy tamtejszy samolot szerokokadłubowy, Ił-86, wszedł do eksploatacji równo dekadę po amerykańskich odpowiednikach i nie dorównywał im pod względem komfortu oraz ekonomiki eksploatacji, przez co nie zdobył zupełnie żadnej pozycji rynkowej poza krajem producenta. Zapóźnione technologicznie o dekady Chiny ograniczały się do nienadających się zupełnie do wdrożenia konstrukcji eksperymentalnych i kupowały samoloty zachodnie.

Wspomniana bezwzględna dominacja Amerykanów nie stała się faktem tylko dzięki powołaniu na przełomie lat 60. i 70., z inicjatywy rządów Francji, RFN oraz Wielkiej Brytanii, przezwyciężającej krajowe partykularyzmy oraz imposybilizm, konsorcjum Airbus, które z biegiem czasu stało się instytucją paneuropejską. Zdołało ono wystawić do konkurencyjnej batalii bardzo udany model szerokokadłubowy A300. Zdobył on szerokie uznanie na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, pozwolił konsorcjum okrzepnąć, a następnie opracować kolejne modele, rywalizujące w całym spektrum segmentu rynku średnich i dużych maszyn pasażerskich.

W Stanach Zjednoczonych równocześnie słabł McDonnell Douglas. Sprzedaż firmy uniemożliwiała opracowanie całkowicie nowych konstrukcji, które mogłyby skutecznie rywalizować z Boeingami i Airbusami. W rezultacie musiała ona ograniczać się do głębokich modernizacji produktów z przełomu lat 60. i 70. Problemy z zadowalającym dopracowaniem nowego-starego modelu MD-11, owocujące niezadowoleniem pasażerów i linii lotniczych, były gwoździem do jej trumny. W roku 1997 została ona przejęta przez Boeinga, który nieco wcześniej stał się na pewien czas również właścicielem firmy de Havilland Canada, produkującej samoloty komunikacji regionalnej. W latach 90. zakończył działalność niszowy Fokker, a przemysł postsowiecki znalazł się w stanie odpowiadającym całej gospodarce tego obszaru, czyli w najlepszym razie przetrwalnikowym. Linie lotnicze Rosji i innych krajów zaczęły kupować samoloty amerykańskie i zachodnioeuropejskie.

W świecie, w którym latanie na wielkie odległości stało się bardzo przystępne i zyskało status bezwzględnie dominującego sposobu masowego przemieszczania, zaistniał duopol Boeinga i Airbusa. Czyli producentów o bardzo zbliżonym ciężarze gatunkowym, zarzucających sobie nawzajem korzystanie z mniej czy bardziej ukrytej pomocy rządów. Poziom specjalizacji, koszty opracowania i przede wszystkim wprowadzenia na rynek (co musiałoby obejmować stworzenie zaplecza obsługowo-serwisowego) nowych produktów i waga gigantycznego doświadczenia, bez którego ich stworzenie byłoby porównywalne z chodzeniem po polu minowym, powodowały, że z pozycji rynkowych nikt nawet nie myślał o bezpośrednim rzuceniu im rękawicy. Konkurencja w pewnym zakresie wyłoniła się z segmentu samolotów regionalnych, w którym potentaci poza epizodami nie działali. Najważniejszymi graczami w tym segmencie stały się z upływem czasu założony przez państwo pod koniec lat 60. (acz sprywatyzowany w 90.) brazylijski Embraer oraz kanadyjski Bombardier, lotnicza część konsorcjum, powstała na bazie wcześniejszych firm de Havilland Canada oraz Canadair. Firmy te w miarę rozwoju budowały coraz większe samoloty, które w ostatnich latach osiągnęły rozmiary i zdolności przewozowe na poziomie najmniejszych maszyn oferowanych przez Boeinga oraz Airbusa. Wydawałoby się, że konkurencja mimo wszystko będzie działać, jednak…

Ostatnie miesiące przyniosły informacje, zgodnie z którymi tak wcale nie jest. Bombardier z wielką trudnością dźwiga koszty opracowania samolotów serii CS, co zresztą doprowadziło do konfliktu rządu Kanady z Boeingiem na tle pomocy publicznej. Ratunkiem dla firmy ma stać się nawiązanie współpracy z Airbusem. Praktycznie równolegle Boeing ogłosił plany fuzji z Embraerem, co w praktyce, z uwagi na nierównowagę wielkości, oznacza jego przejęcie. Duopol pozostanie zatem najpewniej póki co niezagrożony z Zachodu. Przyczyny pokazuje wielkość obu koncernów – w roku 2016 Boeing osiągnął przychody w wysokości 94,6 miliarda dolarów przy zysku wynoszącym 4,9 miliarda, Airbus natomiast 70,8 miliarda i 2,4 miliarda. Dla porównania wartości te wynosiły dla Embraera 5,8 miliarda i 247 milionów (dane za rok 2017), dla Bombardiera 11,2 miliarda i 133 miliony (dane za 2015).

Wynosząca rząd wielkości różnica skali pozwala liderom rynku prowadzić bardzo agresywną politykę cenową, daje im znacznie silniejszą pozycję w rokowaniach z konsorcjami leasingowymi oraz liniami lotniczymi, czyni znacznie mniej wrażliwymi na wahania rynku. Pozwala także przetrwać choroby wieku dziecięcego produktów opóźnionych nieuchronnie z uwagi na ogromny poziom skomplikowania – chociaż samoloty teoretycznie wyglądają dość podobnie, jak te z lat 70. i osiągają podobne prędkości czy zasięgi; vide początkowe problemy z Boeingiem 787 Dreamliner. W obecnej sytuacji wydaje się, że jedyną konkurencją dla duopolu będą częściowo działające na własną rękę, a częściowo kooperujące przemysły Chin i Rosji, chociaż póki co operują one bardzo wycinkowo, tworzą dopiero ofertę i de facto daleko im nawet do Embraera oraz Bombardiera…

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wydają się zatem wskazywać, że ukształtowany przed ponad 20 laty duopol Boeinga i Airbusa będzie trwał jeszcze długo. Nie ma praktycznie żadnych szans na to, aby konkurencja wykiełkowała w wyniku aktu przedsiębiorczości – bariery wejścia są zbyt wysokie, a najlepsze warunki skorzystania z rewolucji technicznych inne niż wynalazek teleportacji będą mieli potentaci, dysponujący ogromnym zapleczem i możliwościami, pozostający w bliskich stosunkach z rządami. Sytuację może zmienić dopiero za kilkanaście lat producent chiński, działający w oparciu o ogromny rynek i zapewne preferencje, od przyznania których tamtejsze władze nie będą się zapewne szczególnie uchylać. Niekoniecznie będzie to jednak oznaczało zmianę struktury globalnego układu – uwzględniając występujące dotychczas trendy można sobie wyobrazić, że wypchnięcie z lukratywnego rynku chińskiego każe koncernom amerykańskiemu i europejskiemu połączyć wysiłki poprzez fuzję…

dr Jan Przybylski

Lewicowi przyjaciele neoliberalizmu

Lewicowi przyjaciele neoliberalizmu

Jest grupa polityków, dziennikarzy oraz intelektualistów, która mnie szczególnie irytuje. Nazywam ich złośliwie „lewicowymi przyjaciółmi neoliberalizmu”. To ludzie, którzy na pozór wygłaszają poglądy lewicowe, ale tak naprawdę wspierają współczesny, nieuregulowany i nierównościowy kapitalizm. Po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to zjawisko, gdy parę lat temu przeczytałem kilka wywiadów z Magdaleną Środą. Z jednej strony składała ona deklaracje, że neoliberalizm jest – jakże by inaczej –  zły, Balcerowicz musi odejść, trzeba walczyć z nierównościami itd. Z drugiej twierdziła, że związki zawodowe i praca na etat to rzeczy, które nie pasują do współczesnego świata. W jednym zdaniu sugerowała, że potrzeba nam lewicy w stylu skandynawskim, w innym twierdziła, że gdy styka się z partią Razem, to przypominają się jej czasy komunizmu.

Środa z pewnością nie jest ani jedyną, ani najgorszą przedstawicielką tej postawy. Gwoli sprawiedliwości, trzeba powiedzieć, że polska filozofka przedstawia samą siebie jako liberałkę, więc jest pod tym względem fair. Gorzej, że najzwyczajniej w świecie wprowadza w błąd, kiedy mówi, że neoliberalizm jest zły. Sugeruje, że jest krytyczką neoliberalnych rozwiązań, a tak naprawdę odrzuca realne pomysły ich zastąpienia i utrwala szkodliwe przesądy, na przykład te dotyczące związków zawodowych. Prowadzi to do niebezpiecznego zjawiska, gdy neoliberalizm i jego symbole, takie jak Balcerowicz, wydają się z jednej strony kwestią przeszłości  („Bo nikt już nie traktuje ich poważnie”), a z drugiej trwają niewzruszenie na swoich miejscach (bo wciąż powtarzane są neoliberalne dogmaty).

Dokładnie ten sam problem jest z Robertem Biedroniem i jego zaproszeniem dla Leszka Balcerowicza, aby ten przyjrzał się finansom Słupska. Pamiętajmy, że to nie jest skorzystanie z usług takiego sobie zwykłego ekonomisty. Trudno nawet nazwać Balcerowicza typowym reprezentantem ekonomii neoliberalnej. Guru polskiej ekonomii nie ogranicza się do wolnorynkowego dogmatyzmu. Robi też wiele, aby wyrzucić myśl lewicową poza nawias dyskusji publicznej. Porównuje przedstawicieli lewicy do „ludzi o sowieckiej mentalności”, faszystów, bolszewików czy też Lenina. Innymi słowy, stara się wytworzyć w społeczeństwie skojarzenie, że lewica równa się totalitaryzm. Biedroń zapraszając go do Słupska, chcąc nie chcąc, przyczynia się do normalizowania takich postaw.

Lewicowi przyjaciele neoliberalizmu zachowują się tak, jakby nauczyli się, że po 2008 roku wypada krytykować neoliberalizm, ale nie bardzo mieli pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. W teorii są gotowi poprzeć różne lewicowe pomysły, ale gdy tylko ktoś chce je wprowadzać w praktyce, zaraz zaczynają sobie przypominać o komunizmie i innych strasznych rzeczach. Mogą krytykować neoliberalizm, ale nie przeszkadza im to przymilać się do jego przedstawicieli. Oczywiście ich akceptacja dla polityki neoliberalnej jest zawsze usprawiedliwiana ważnymi powodami. To nie jest tak, że popieramy neoliberalizację rynku pracy – mówią – lecz po prostu stare, lewicowe rozwiązania się nie sprawdzają, a nowych, lepszych jeszcze nikt nie wymyślił. Albo: tak, tak, trzeba nam reform prospołecznych, ale teraz ważne jest, żeby nie dopuścić Kaczyńskiego do władzy/odebrać Kaczyńskiemu władzę (niepotrzebne skreślić).

Lewicowe postulaty zawsze muszą ustąpić przed potrzebą historyczną. W przeciwieństwie do postulatów neoliberalnych, które zawsze są na czasie. Bez względu na to, co mówią fakty. W 2016 roku McKinsey Global Institute opublikował badania na temat państw należących do 25. najsilniejszych gospodarek świat. Statystyki obejmują lata 2005-2014 i wyłania się z nich ponury obraz. W przypadku 65-70% gospodarstw domowych realne dochody albo zmalały, albo pozostały na tym samym poziomie (mimo wzrostu produktywności poszczególnych państw). Zgadnijcie, w jakich krajach ten negatywny trend był najsłabszy. Ano w tych, gdzie najwięcej osób należało do związków zawodowych. Tak, te stare, niedzisiejsze organizacje, wyśmiewane przez nowoczesnych postępowców, nadal wydają się jedną z najlepszych broni przeciwko rosnącym nierównościom społecznym. No ale jak pouczają nas lewicowi przyjaciele neoliberalizmu, ich czas przeminął. Takie są obiektywne prawa przyrody, więc cóż zrobić?

Jeśli już mówimy o starych i nowych rozwiązaniach, to wymówki „lewicowych neoliberałów” też nie są pierwszej świeżości. Przecież to nic innego jak TINA (There is no alternative). „Nie ma żadnej alternatywy”, więc w praktyce musimy być chwilowo neoliberałami. Taka strategia jest wykorzystywana od kilkudziesięciu lat. To ona doprowadziła do marginalizacji lewicy. Po co bowiem głosować na neoliberalną lewicę, skoro można wprost poprzeć neoliberałów albo prawicę, która od czasu do czasu wyskoczy z prospołecznymi postulatami w sferze gospodarczej? Lewicowi przyjaciel neoliberalizmu są pod pewnymi względami niebezpieczniejsi niż otwarci neoliberałowie, bo przekleństwem lewicy ostatnich kilkudziesięciu lat było właśnie to, że pod jej szyldem ukrywali się ludzie w rodzaju Tony’ego Blaira czy Billa Clintona. Ludzie firmujący swoją rzekomą lewicowością świat wzrastających nierówności społecznych i pogarszających się warunków pracy.

Zastanawiam się, ile jeszcze razy nabierzemy się na ten trik? Ile razy stwierdzimy, że lewicowe postulaty można oddłużyć na jutro? Ile razy dojdziemy do wniosku, że ogólna sympatyczność jest ważniejsza od wierności ideałom? Ile razy będziemy nalegać, że zmarginalizowana lewica powinna być wspaniałomyślna wobec ludzi, którzy latami byli u władzy i pletli bzdury? W świecie polityki nie ma żadnych konieczności. Nie ma żadnej fizycznej blokady uniemożliwiającej wybór ludzi, którzy sprzyjają większości społeczeństwa, a nie tylko uprzywilejowanej garstce. Wystarczy nie dać robić się w konia.

dr Tomasz S. Markiewka