Nieodparta erotyka kości

Nieodparta erotyka kości

Radykalna uczona, profesor nauk zarządzania Maria Daskalaki, od wielu lat prowadzi badania greckich organizacji alternatywnych, czyli funkcjonujący poza głównym nurtem menedżeryzmu. Organizacje te umożliwiają zatrudnienie i sensowną pracę, pomagają uczestnikom osiągnąć godziwy byt, a nawet i bezpieczeństwo ekonomiczne, oferują klientom etyczne i zdrowe produkty. Organizacje, które bada Maria Daskalaki, mają, prócz tych wszystkich ważnych i racjonalnych funkcji, jeszcze jedną, pozaracjonalną rolę, kto wie, czy nie jeszcze ważniejszą.

Otóż w czasach kryzysu, ekonomicznej i instytucjonalnej mizerii, w Grecji powszechny jest nastrój beznadziei i poczucia uwięzienia w świecie, na który ma się wpływ nawet nie znikomy, bo żaden. Bywa jednak tak, że przygnębione, bezsilne, a nawet całkiem załamane jednostki zbierają się razem z intencją zorganizowania się i wtedy czasami dzieje się coś niezwykłego, co w publikacjach Marii Daskalaki określane jest jako drasis. To greckie słowo, oznaczające „działanie”, w języku organizatorów mówi o wspólnym i aktywnym stawianiu czoła, o kolektywnym radzeniu sobie. Badaczka proponuje je na określenie podstawowej zasady organizowania alternatywnego. Gdy zbierają się razem alternatywni organizatorzy, czasami pojawia się drasis (nie jest to do końca działanie przewidywalne, które dałoby się zaplanować) i wtedy wszystko się zmienia. Ludzie nie są już bezsilni i zdołowani. Zstępuje na nich duch sprawczości, dając poczucie sensu, siły i nadziei na to, że inna rzeczywistość jest możliwa.

W tych momentach następuje intensywne uczenie się i powstają wstępne społeczno-materialne warunki dla generowania nowych form organizacji („prefiguratywne organizowanie”), solidarności i oporu. Jest to możliwe tylko w osobistych spotkaniach i zgromadzeniach, bo, jak podkreśla Maria Daskalaki, drasis jest ucieleśnione, zajmuje miejsce w przestrzeni i czyni z tego miejsca bardzo ważny użytek. W internecie drasis nie istnieje.

Mural Banksy’ego

 

Niedawno chodziłam po Warszawie z Davidem Ostem, czyli socjologiem „od Solidarności”, i opowiadaliśmy sobie o tym, jak kiedyś, dawno, dawno temu wskoczyliśmy w miasto solidarnościowe – on, jako badacz i uczestnik, ja, jako przyjezdna, straszliwie młoda studentka z Lund w Szwecji. Oboje wspominaliśmy atmosferę tamtych czasów – życzliwość, nadzieję, łatwość rzeczy – niezwykłą i jednocześnie jakby oczywistą. Wszystko działo się jak najprościej, i wszystko było nie z tego świata. To był czas chodzenia po wodzie. Ludzie podawali sobie ręce, mówili patrząc sobie w twarz, dziennikarze pisali to, w co wierzyli. Taksówkarz, który wiózł mnie na Szpitalną z dworca (tak mi się spieszyło, że wskoczyłam do taksówki, na którą mnie nie było stać, z walizkami, od razu po przyjeździe), śmiejąc się, powiedział, że pod ten adres to nic nie płacę za kurs, jestem jego gościem. Czas cudów i czas ludzi. Kiedy raz się w takim czasie było, to on zostaje w kościach, i nosi się go już zawsze ze sobą. Nic się na to nie poradzi. Człowiek staje się sejsmografem, czułym narzędziem pomiaru, które na każdy podryg, każde najlżejsze mrugnięcie reaguje nagłym dreszczem rozpoznania i nadziei.

Podobnie było trochę później, choć nie tak mocno i nie w tych samych tonacjach. Niedawno rozmawiałyśmy z koleżanką, profesor nauk zarządzania Grażyną Prawelską-Skrzypek, o pewnym niezwykłym okresie w nauce, który połączył nas wspólnym poczuciem sensu, choć wtedy jeszcze nie spotkałyśmy się twarzą w twarz. Końcówka mrocznych lat 80. była w nauce polskiej pełna światła i energii. Nie miałam zostać naukowcem – ani nikt z mojej rodziny sobie tego nie życzył, ani ja nie miałam takich planów. Ale tak się stało, że wskoczyłam w naukę i nie miało to nic wspólnego z wyborem. Gdzieś koło wiosny 1987 nagle zaczęliśmy, my studenci, masowo czytać i dyskutować. Wykładowcy zapraszali nas do swoich domów, a my wpadaliśmy do nich na pogaduszki o książkach, zapowiedziani lub nie, o różnych porach dnia i nie tylko. Moi koledzy prosto z imprezy w niedzielę rano, unosząc ze sobą nieświeży zapach i wymięte książki w kieszeni kożucha, jechali do jednego z naszych wykładowców, który otwierał im, zaspany, wciągał na piżamę sweter, sadzał w kuchni i kazał mówić cicho, bo dzieci i żona jeszcze śpią. Nastawiał czajnik i rozmawiali przy herbacie dotąd, aż rodzina nie upomniała się o przestrzeń. Gadało się o wszystkim: o polskich szefach, o przyszłości, o tym, jak zarządzać sprawiedliwie, co to jest dobro, czy można je zapewnić w organizacjach. Wykładowcy dawali nam swoje prywatne numery telefonów, a my wydzwanialiśmy na okrągło, zadając pytania o egzaminy, oczywiście, ale też o rolę naukowca we współczesnym świecie – robiliśmy to sami z siebie, z takiej głębokiej potrzeby, która pochodziła bardziej z trzewi, niż z rozumu. Dopadaliśmy ich pod uczelnią i pytaliśmy ni stąd ni zowąd o to, czym naprawdę jest  rzeczywistość społeczna i można ją zmienić na życzenie. Nasi wykładowcy nie żałowali nam czasu. Przychodzili do nas na imprezy. Włączali się do rozmów i sami je prowokowali. Dyskutowaliśmy o tym, czym jest uniwersytet i po co (domem dla bezdomnych myśli i pragnień), kim i po co jest student (mocą wyobraźni), czy na uniwersytecie można mieć różne zdania (mieliśmy). Przechodzili z nami na ty, oczywiście nie wszyscy, ale spora ich część. Pozwalali palić na zajęciach, sami palili – jedni papierosy, inni fajkę. Wywoływali nas do odpowiedzi bez skrępowania, a my bez skrępowania się z nimi nie zgadzaliśmy. Na przerwach nie dawaliśmy im żyć, zresztą oni nie wyglądali na takich, którzy mieliby szczególną ochotę istnieć z daleka od nas i od tych wszystkich dyskusji.

Tak było. Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki – pełnych wewnętrznego światła. Jeszcze do 1990 roku trwał ten festiwal, potem zaczął się osłabiać i rozmywać. Akademicy nie byli w stanie utrzymać się ze swoich pensji, więc jeździliśmy po całej Polsce z chałturami. Potem nagle okazało się, że można zarabiać prawdziwe pieniądze nie ruszając się z Warszawy, pod warunkiem, że przestanie się zadawać tyle pytań. Nadal czytano, choć coraz mniej, nadal, długo jeszcze, nie wypadało się przyznać, że się nie czyta. Ale było coraz mniej czasu, coraz mniej przestrzeni na rozmowy, sprzeciw i wspólne budowanie wiedzy. Potem duch zgasł, ale pozostało po nim to mrowienie w kościach. Dlatego nie wierzę, bo nie umiem, że tak musi być, że każdy kowalem swojego, że rankingi, parametryzacja, każdy sobie rzepkę.

Pracuję nad dwiema książkami o nadziei i organizacjach – jedną autorską, a drugą redagowaną wspólnie z kolegą, szwedzkim uczonym zajmującym się naukami organizacji i zarządzania, Danielem Ericssonem. W tej pierwszej szukam drzwi, które można by otworzyć na nowe organizacyjne przestrzenie, poza korporacje i świat, gdzie wszystko ma cenę, ale nic nie ma wartości. Robię to maniakalnie, na chybił trafił, stukam, dzwonię, pohukuję pod domem filozofii, poezji, sztuki, religii…  W drugiej zapraszamy z współredaktorem innych, którzy czują, że wiedzą, gdzie są takie drzwi i prosimy, by je spróbowali odemknąć, a jeśli trzeba – wyważyć. Zbieramy idee, teksty, obrazy, działania, które niosą nadzieję, która, jak wiadomo, nie ma z naiwnym optymizmem absolutnie nic wspólnego.

Nadzieja to przekonanie, że niezależnie od tego, co się wokół dzieje, od tego, jak bardzo zdaje się to być nieuniknione, wcale tak być nie musi i kiedyś nadejdą inne czasy. Nadzieja to niezgoda na to, co nieludzkie, odmowa akceptacji i normalizacji dominującego porządku, a w szczególności jego roszczeń do prawomocnego definiowania przyszłości. Czeski dramatopisarz i legenda obywatelskiego oporu, Vaclav Havel w rozmowie z Karelem Huizdala, opublikowanej w 1990 roku w książce „Disturbing the peace”, mówi, że nadzieja nie powinna być mylona z radością, iż sprawy układają się po naszej myśli lub inwestowaniem w inicjatywy „skazane na sukces”. Nadzieja to determinacja i praca nad czymś, co uważa się za dobre.  Im bardziej sytuacja wygląda na przegraną i niemożliwą, tym bardziej nadzieja równa się mocy widzenia, że coś ma sens, niezależnie od tego, czy przyniesie sukces czy porażkę, pochwały czy kary czy obojętność. Podobnie uważał Zygmunt Bauman, dodając, że dla osoby zajmującej się naukami społecznymi nadzieja to impuls i dążenie do tego, aby uczynić naszą planetę miejscem bardziej gościnnym dla życia. Nadzieja jest aktem radykalnym, bo jest nieśmiertelna i nie potrzebuje dowodów, które mają swoje korzenie w przeszłości. Czyni życie wartym życia.

Papież Franciszek często podkreśla tę radykalną, wręcz rewolucyjną rolę nadziei. Nadzieja nie polega na ignorowaniu powagi naszej sytuacji ani na nieświadomości tragedii naszych czasów. Jest to natomiast cnota serca, mówi papież, polegająca na niezamykaniu się w tej tragedii i jej mroku, ale też nieakceptowaniu jej jako normalności i konieczności, lecz zawsze na dążeniu do zobaczenia lepszej przyszłości. O ile nadzieja jest uczuciem jednostkowym, to gdy zbierze się razem kilka osób posiadających nadzieję, wówczas tworzy się „my”, które rozpoczyna rewolucję czułości.

Możliwe, że „nowe”, w które wierzę, przyjdzie za 10, 50, za 100 lat nawet. Tego nie wiem. Możliwe, że będę dalej zmuszona patrzeć, jak instytucje i wartości, które cenię i kocham, kruszą się i rozsypują w pył. Jednak mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, nie jest całą prawdą, ba, że to w ogóle nie jest prawda. Nawet jeśli wokół szaleją żywioły napełniające obawą i odrazą, to przecież to nie jest wszystko. Ta niezgoda, by przyjąć perspektywę mroku, to ziarnko życia – to nadzieja, którą tak bardzo warto przechować na lepsze czasy. Inny świat jest nie tylko możliwy, ale i sensowny. Takie przekonanie noszę w moich kościach, z gruntu rewolucyjne.

Papież mówi o rewolucji czułości. W badaniach Marii Daskalaki ludzie zdołowani spotykają się i czują nadzieję, i tak rodzi się działanie. Także my, pamiętający pierwszą Solidarność, doświadczyliśmy wszyscy ucieleśnionego, namacalnego znaczenia nadziei. Jest ono bliskie poczuciu, że coś jest prawdziwe – ta definicja prawdy wymyka się manipulacji i nie ma problemów z odróżnieniem jej od kłamstwa. W świecie ucieleśnionym „post-prawda” nie istnieje, jest zwykłą bzdurą. To poczucie troskliwości i tę czułość znaleźć można w spotkaniu, w przestrzeni, to ono zadomawia się w naszych kościach i daje nam siłę, by robić razem rzeczy zarazem oczywiste, jak niemożliwe. Tego nie osiągnie się przez internetowe dyskursy, memy i lajki. One mogą pomóc utrzymać kontakt, ale to nasze kości zajmują miejsce w przestrzeni i to łączy nas ze sobą więzią silniejszą, niż wszechmocny rozsądek beznadziei. Poeta Rainer Maria Rilke pisał, że przychodzimy na świat nieodwołanie, gdy raz się na nim pojawimy, nie ma odwrotu. Jeśli nic innego, to zostają po nas kości, całe lub w postaci popiołu, prochu.

prof. Monika Kostera

Za każdym napisanym komentarzem

Za każdym napisanym komentarzem

Wraz z nadejściem letniej pogody obrodziło na lewicy tekstami o tym, czym i jak lewica powinna się zajmować. W centrum zainteresowania znalazła się Partia Razem,  a co za tym idzie w ruch poszły znane i lubiane argumenty, które dobrze leżą pod piórem. W kierunku tzw. nowej lewicy formułuje się więc zazwyczaj ten sam pakiet zarzutów: że hipsterska, że za mało ludowa, że za bardzo radykalna, że osobno, że długi marsz.

Nie jest tajemnicą, że Partia Razem, a także szerzej „młoda/nowa  lewica”, w swojej politycznej działalności natrafia na bardzo silne bariery hamujące jej rozwój. Barierę dostępu do mediów, a co za tym idzie niskiej rozpoznawalności, opisał Hubert Walczyński w tekście „Dlaczego Partia Razem ma 3 procent poparcia”, więc nie ma sensu tego opisu ponownie przytaczać. Nie jest to jednak jedyna przeszkoda, bo możemy zauważyć również bariery pokoleniową, klasową i organizacyjną.

W tekście będę posługiwał się zamiennie określeniami „młoda lewica” i „nowa lewica”, choć bez odrębnego, wielostronicowego tekstu nie mogę zaproponować innego niż intuicyjne rozumienie terminu. Używam tych pojemnych określeń także dlatego, że opisywane cechy dotyczą ogromnej większości środowiska, wykraczając poza ramy jednej organizacji.

Bariera pokoleniowa

Pierwszym problemem, z jakim mierzy się obecnie „nowa lewica”, jest to, że jest młoda zarówno pod względem organizacyjnym, jak i wiekowym, a dyskurs polityczny kreowany jest przez pokolenie dziadków, którzy nierzadko mieszkają w Sejmie od ćwierćwiecza. Część politycznej śmietanki chce rozegrać dogrywkę do okrągłego stołu, część przekonuje do konieczności dokończenia reform Balcerowicza, a jeszcze inni postanowili odkurzyć wyprowadzony sztandar PZPR. Ta perspektywa czasowa ciąży polskiej scenie politycznej jak ogromna kotwica, która utrzymuje zramolałych kapitanów przy sterach statku stojącego w miejscu, a każdy, kto spróbuje podgonić trochę dyskusję o podatkach, państwie, społeczeństwie, energetyce czy sytuacji geopolitycznej bliżej teraźniejszości, natrafi na żelazny opór.

Dodatkowo należy wziąć pod uwagę, że dominujące na „nowej lewicy” pokolenie 20- i 30-latków wychowało się w warunkach zupełnie odmiennych od tych, które panowały w poprzednim i jeszcze wcześniejszym okresie. Choć wszyscy odczuwamy skutki PRL czy transformacji ustrojowej, to jednak początek naszego świadomego udziału w życiu politycznym i społecznym przypada na czas powszechnego dostępu do telefonii komórkowej i Internetu, a śmieszkizm czy memetyka nie jest hipsterską fanaberią, lecz językiem powszechnie używanym i rozumianym wśród rówieśnic i rówieśników (choć oczywiście często śmieszkujemy i memujemy różnie w ramach tego samego pokolenia).

Odmienne cechy pokolenia dominującego na „młodej lewicy” wobec tego panującego w mainstreamowej polityce, mediach i publicystyce, mają niebagatelny wpływ na sposób uprawiania polityki. Od politycznego mainstreamu różnimy się nie tylko progresywnym i społecznym programem, ale także na niemal każdej płaszczyźnie – od budowania struktur i procedur w naszych organizacjach, przez myślenie skierowane ku przyszłości (sprawiedliwy światowy podział dóbr, robotyzacja, nowe źródła energii, demokratyzacja polityki i gospodarki), na ubiorze i języku przekazu kończąc. W ten sposób na konflikt polityczny nakłada się konflikt pokoleniowy, pogłębiając ogólne wrażenie wyobcowania „młodej lewicy” na scenie politycznej.

Bariera klasowa

Analiza społeczeństwa pod kątem klas i relacji pomiędzy nimi zachodzących była intelektualnym paliwem, które najsilniej napędzało społeczną i polityczną siłę lewicy. Dzisiaj jednak jej deficyt hamuje nasz rozwój. Spora część lewicowego aktywu czy lewicowego zaplecza intelektualnego zdaje się czerpać swoją wizję klas z tekstów powstałych na przełomie XIX i XX wieku lub nowszych pozycji, ale powstałych zagranicą. Nierzadko powoduje to, że lewicowe narracje rozjeżdżają się z teraźniejszą rzeczywistością i są albo poważnie przestarzałe, albo zbyt płytko związane z lokalnymi warunkami. Wypadałoby nieco przewietrzyć swoją wiedzę o klasach w polskim społeczeństwie i wyprowadzać polityczne wnioski z ich analizy.

Problem klasowy „nowej lewicy” pojawia się na dwóch płaszczyznach: w kwestii własnej klasowości oraz w kwestii relacji z klasą ludową. W pierwszym przypadku można odnieść wrażenie, że aktyw „młodej lewicy” nie może pogodzić się z faktem, że, podobnie jak swój elektorat, jest częścią klasy średniej/mieszczaństwa/inteligencji. Dominujący w lewicowej świadomości historyczny obraz klasowego społeczeństwa powoduje strach przed zaliczeniem do burżuazji, stąd część osób wybiera ucieczkę w ludomanię, a część jako cel nadrzędny stawia możliwie jak najpełniejsze odcięcie się od swojej klasy w każdym możliwym aspekcie (szczególnie charakterystyczne dla Razem i okolic). Takie podejście jest pożywką dla krytyków „nowej lewicy” jako ostateczny dowód na hipsterskość, a także wzmacnia niekorzystny sojusz klasy średniej z klasą wyższą (o którym szerzej pisze Maciej Gdula w „Nowym autorytaryzmie”), przez ataki „młodej lewicy” na klasę średnią (zwłaszcza rosnące jej niższe warstwy). „Nowa lewica” lubi prezentować się jako grupa działająca w interesie klasy ludowej przeciw własnej klasie. Problem w tym, że bariera dostępu do mediów, a co za tym idzie jej niewielka rozpoznawalność, powoduje, iż przekaz skierowany do klasy ludowej trafia do niej w stopniu minimalnym (jeśli w ogóle), a przekaz, który trafia do klasy średniej – zraża tę klasę.

Odcina to „młodej lewicy” drogę do dialogu z klasą średnią rozczarowaną liberalnymi obietnicami, z którą ma większą wspólnotę języka i środowiska. Utrudnia też rozciągnięcie swoich pobudek i dróg dojścia do lewicowych wartości na całą swoją klasę, opierając się właśnie na wspólnych doświadczeniach. Lewicowy projekt opiekuńczego państwa o społecznym profilu gospodarki jest przecież najlepszym środowiskiem dla realizacji aspiracji i interesów klasy średniej, a „młoda lewica” jest nie tyle podgrupą działającą przeciwko swojej klasie, ale właśnie tą częścią klasy, która rozumie swoje interesy i to, że są one zbieżne z interesami klasy ludowej. Docenienie warstw klasy średniej, szczególnie niższych, nie jest żadną zdradą lewicowych wartości, a wręcz stwarza szansę na oparcie ich w szerszej grupie ludzi. Dobrym przykładem jest tutaj protest lekarzy-rezydentów z jego postulatem podniesienia nakładów budżetowych na ochronę zdrowia do 6,8%. Postulat ten jest korzystny dla klasy średniej (więcej dobrze płatnych i stabilnych miejsc pracy dla kadry lekarskiej i pielęgniarskiej), ale także dla klasy ludowej (większa dostępność do publicznej opieki zdrowotnej o wysokim standardzie). Działa natomiast przeciwko klasie wyższej, która blokuje dofinansowanie ochrony zdrowia przez lobbowanie za niskimi podatkami lub budowanie swoich wielomilionowych interesów w procesie postępującej prywatyzacji służby zdrowia. Układ ten jest nie tylko bardziej korzystny dla lewicy, ale także bardziej odpowiadający rzeczywistości klasowej.

Pogodzenie się z własną sytuacją klasową pozwala także uczciwiej podejść do relacji z klasą ludową, która, podobnie jak klasa średnia, przez ostatnie sto lat przeszła ogromne zmiany. Zrozumienie klasowości może być pierwszym krokiem do wyzbycia się paternalistycznego podejścia wobec klasy ludowej, którą część lewicy wiecznie chce edukować, uświadamiać czy organizować, jednocześnie posługując się własnymi wyobrażeniami na jej temat. Stąd rodzą się takie wizje ludu jako ostoi konserwatywnego modelu społeczeństwa, gdzie rządzą ojciec, mąż i pleban, ludzi nie interesuje nic co poza granicami własnego sołectwa, a radioodbiorniki odbierają wyłącznie Radio Maryja i piosenki Zenka Martyniuka. U niektórych komentatorów rodzi to przekonanie, że lewica musi koniecznie odpuścić część postulatów (zwłaszcza obyczajowych), bo jeśli pleban nie wyrazi zgody lub jakiś prawicowy elitarny salonik nie przybije symbolicznej pieczątki akceptacji programu, to wśród ludu żadnej lewicy nie będzie.

Szczególnie kuriozalne są te głosy, który nawołują do odpuszczenia praw kobiet, bo nie dość, że padając z ust mężczyzn są zaciskaniem pasa na nie swoich spodniach (co zawsze jest tańsze), ale jeszcze ignorują fakt, że to właśnie kwestie dotyczące praw kobiet zmobilizowały jedne z największych protestów antyrządowych, na których wybrzmiały wyraźnie lewicowe postulaty, systematycznie powiększa się dla nich poparcie społeczne, a badania opinii wskazują, że kobiety są bliższe lewicy (i ogólnie są en masse lepszymi ludźmi niż mężczyźni). Nierzadko też „lud” występuje w ogóle poza jakąkolwiek analizą klasową, jako autorska projekcja wyobrażeń publicysty, a służy jako pałka w różnego rodzaju dyskusjach na lewicy. Różne komentatorki lepią więc w swoich tekstach własne koncepcje „ludu”, oparte na mocno historycznych opisach lub zwykłych klasistowskich kliszach, tylko po to, by tym „ludem” przyłożyć innemu środowisku lewicowemu, co kończy się żenującą bójką inteligentów w sukmanach okładających się gazetami.

Prawdziwej organizacji „klasy ludowej” nie będzie tak długo, jak „klasa ludowa” takich organizacji samodzielnych nie stworzy. Nigdy przedstawiciel klasy średniej nie będzie w pełni reprezentował kobiety z klasy ludowej i z tym trzeba się pogodzić. „Młoda lewica” powinna formułować do klasy ludowej przekaz pozbawiony klasowych barier, przekonywać, że lewicowy projekt jest najlepszym gwarantem realizacji ludowych interesów i aspiracji, a także otwierać swoje organizacje dla ludowych działaczek, usuwając niepotrzebne „progi wejścia”, a przy tym wystrzegać się tonu pouczającego, uświadamiającego czy opiekuńczego. Wszelkie inne niż partnerskie relacje z organizacjami ludowymi nie sprzyjają budowaniu wzajemnego zaufania i osłabiają pożądany sojusz klasy średniej i ludowej.

Bariera organizacyjna

Bariera organizacyjna to niezdolność „nowej lewicy” do stworzenia stałych i profesjonalnych struktur organizacyjnych o charakterze politycznym, to splot problemów, które przeszkadzają w przejściu na wyższy poziom zorganizowania. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że „młoda lewica” nie jest spadkobierczynią żadnej poprzedniej struktury czy środowiska (inaczej niż partie post-pzprowskie czy post-solidarnościowe) i poza symbolicznymi nawiązaniami do PPS czy „Solidarności” lat 80. w dużej mierze buduje wszystko od zera, poczynając od programów, przez organizacje, na mediach kończąc. Takie warunki startowe miały i nadal mają ogromny wpływ na powstające wokół niej środowisko, w którym można rozpoznać niepokojące cechy hamujące rozwój.

Przerost wiary w sprawczą moc programów i deklaracji ideowych jest nawet nie tyle świadomą decyzją naiwnych lekkoduchów, co wynikiem wielu lat bytowania poza jakimkolwiek wpływem na sytuację polityczną, braku działających struktur politycznych i zerowego udziału w sprawowaniu władzy. Programy, odezwy i deklaracje stają się w takim zmarginalizowanym środowisku niemalże jedyną aktywnością. Zarówno do treści, jak i języka deklaracji przywiązuje się coraz większą wagę, karmiąc swoje głębokie przekonanie o słuszności własnych poglądów, które nie muszą mierzyć się z otaczającą rzeczywistością i polityczną praktyką. Wszelkie problemy „nowej lewicy” postrzega się przez pryzmat nieodpowiednich programów i niewłaściwego języka, pomijając wszystko inne, stąd większość publicystek wyraża przekonanie, że np. zmiana przez Razem postulatu 75% progu podatkowego na np. 50% lub złagodzenie języka postulatów feministycznych przyniesie niemalże rozprucie worka z dobrymi wynikami sondaży. Z drugiej strony podobny przerost wiary w programy powoduje, że część lewicy ma przekonanie, iż każdy, nawet najdrobniejszy, problem polityczny musi znaleźć miejsce w programowym dokumencie, który powinien w pełni pokrywać wszelkie aspekty życia. Ustawienie programu i ideowej deklaracji w pozycji domyślnego źródła problemów sprawia, że inne tracimy z oczu. Jest to także jedna z przyczyn rozdrobnienia na lewicy. Jeśli bowiem tak ważna dla działalności w określonej organizacji jest całkowita akceptacja wszelkich jej założeń, od fundamentalnych po szczegółowe, to nie dziwi, że trudno o formacje masowe.

Znamiennie jest także to, że szersze projekty polityczne są realizowane za pośrednictwem ludzi łączących organizacje, a nie organizacji łączących ludzi. Częściej na lewicy można spotkać jedną osobę, która należy do wielu organizacji lewicowych o różnych profilach, niż organizację, która swoim szerokim programem łączy różnych ludzi. Prowadzi to do kuriozalnych przypadków, że w trakcie rozmów i dyskusji reprezentowanych jest więcej organizacji niż osób fizycznie siedzących przy stole.

Szczególny fetysz języka i pogłębianie rozważań ideologiczno-programowych może być fascynującym i owocnym działaniem publicystyki i lewicowej nauki, ale w działaniu organizacji politycznej może tworzyć wysoki próg wejścia dla nowych osób, których pozyskiwanie powinno być teraz najważniejszym zadaniem „młodej lewicy”. Osoby funkcjonujące w lewicowym środowisku od niedawna lub na jego obrzeżach, są często skutecznie odstraszane lub wręcz wykluczane z pełnego w nim udziału, właśnie przez to, że bardziej doświadczone działaczki mają za sobą taki zestaw lektur i operują takim językiem, który jest po prostu niezrozumiały lub przeintelektualizowany, a dyskusje sprowadzają się często do przerzucania się cytatami z lektur.

Bezkrytyczne i fundamentalistyczne przywiązanie do swoich poglądów i postulatów z nich wynikających nie ułatwia też tworzenia szerszych formuł organizacyjnych. Jeśli program organizacji jest rozumiany jak idealna całość, w której odstępstwo choćby o pół kroku rujnuje całą ideę, to trudno współpracować czy negocjować jakiekolwiek porozumienia. Wszelkie różnice poglądowe traktowane są wręcz jako personalne ataki na tożsamość, pozornie nieistotne detale stają się przyczyną rozpadów organizacji, a różnice, które można spokojnie usunąć w drodze negocjacji, są przeszkodami nie do pokonania. W tym stanie rzeczy polityka „osobno”, którą często wytyka się partii Razem, nie jest jej autorskim pomysłem lub wkładem w „nową lewicę”, ale raczej objawem cech zaczerpniętych wprost ze środowiska, których nie udało się przezwyciężyć. Która osoba zna wyśrubowane warunki startowe, jakie prezentują lewicowe organizacje przy negocjacjach, ta wie, jak czasem ciężko znaleźć tę wąską szczelinę dopuszczalnych ustępstw. Do pełnego obrazu dodajmy jeszcze wielość mikroorganizacji o bardzo wąskiej specjalizacji tematycznej (np. smog, polityka mieszkaniowa, zieleń miejska, rowery itp.) oraz stowarzyszenia i ruchy, które co prawda prowadzą działalność polityczną, ale poprzez zasadę „no logo” i pełnej apolityczności podnoszą „lewicowy osobnizm” do rangi dogmatu.

Nie oznacza to jednak, że „młoda lewica” musi dążyć do sojuszu z innymi nurtami ideowymi. Wręcz przeciwnie, powinna wyraźnie określić własne rubieże. Jeśli społeczna i demokratyczna lewica ma kiedykolwiek w Polsce powalczyć o władzę i stały wpływ na rzeczywistość, to musi zbudować własną infrastrukturę organizacji, mediów i grup poparcia, zamiast wiecznie oglądać się na pozornie korzystne pożyczki od obozu liberalnego czy konserwatywnego. Idea „długiego marszu”, którą głosi Razem, jest często interpretowana jako wyraz politycznej niedojrzałości i oderwanie od realiów. Ta krytyka byłaby słuszna, jeśli istniałby jakiś „krótki marsz”, dzięki któremu „nowa lewica” mogłaby po kilku strategicznych posunięciach w szybkim okresie czasu uzyskać solidną i niezależną pozycję w polityce.

W obliczu braku własnej infrastruktury wymusza to jednak współpracę z obozem liberalnym lub konserwatywnym i korzystanie z ich zasobów, co oznacza zaciągnięcie sporego zobowiązania, a rachunek z pewnością zostanie szybko wystawiony. Alternatywę dla długiego marszu można więc sprowadzić do przyjęcia roli przystawki jednego lub drugiego obozu. W tym stanie rzeczy koncepcja pracy u podstaw i wolnego, choć niezależnego, budowania struktur i wpływów, nie jest umiłowaną drogą niepoprawnych ideowców, lecz długą i pełną niebezpieczeństw wspinaczką, którą z braku innego rozwiązania godzimy się przejść, by osiągnąć cel. W gruncie rzeczy najistotniejszym warunkiem przetrwania „młodej lewicy” jako projektu politycznego będzie nie tyle wykucie idealnego programu, co utrzymanie ciągłości organizacyjnej. Wzmacnianie/zakładanie struktur partyjnych w województwach, powiatach i gminach będzie miało dużo większe znaczenie niż wydanie kolejnej uchwały programowej i to nie tylko w przypadku Razem, ale także innych organizacji. O przetrwaniu przesądzi nie to, czy uda się wypracować kompleksowe rozwiązanie polityki energetycznej, ale to, czy po trzech kolejnych wyborach uda się partiom „nowej lewicy” ustać na nogach i dalej maszerować, zamiast za każdym cyklem wyborczym demokracji zaczynać od nowa.

Podsumowanie

Przed „nową lewicą” stoją wielkie wyzwania i wielkie przeszkody do pokonania. Budowanie struktur, sieciowanie środowisk i gromadzenie poparcia wymaga ciężkiej pracy u podstaw i uzbrojenia się w cierpliwość.

Długi marsz może się udać tylko wtedy, kiedy będziemy gdzieś iść. Łatwiej będzie tego dokonać razem (czy wspólnie, jak kto woli). „Nowa lewica” musi wreszcie przejść na wyższy poziom zorganizowania i utrzymywać stałą, profesjonalną strukturę, która będzie realizowała cele polityczne. Taka struktura musi stale wzbogacać się o nowe aktywistki i grupy społeczne, a także musi być trwała i systematyczna. Czas zakopać topory wojenne, puścić w niepamięć konflikty oparte na tym, kto komu wyjadł dżem z pączka na jakiejś kanapie pięć lat temu, oprzeć współpracę nie o osobiste relacje, a o uporządkowane formuły współpracy różnych osób w ramach jednej organizacji politycznej. Wspólny projekt polityczny, w którym znajdzie się miejsce dla Razem i Zielonych, Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Dziewuch, lewicowych ruchów miejskich, stowarzyszeń i kooperatyw, jest zapewne jeszcze zbyt nierealny, ale jakiś kompromis i organizacyjna współpraca są bardziej niż pożądane. Warto powalczyć o wzmocnienie i podjęcie stałej współpracy pomiędzy tymi partnerkami na lewicy, które są już teraz. Przecież i tak współpracujemy przez większość czasu, czemu więc nie uczynić z tego reguły? Przypominamy sobie o potrzebie środowiskowej reprezentacji politycznej przy okazji kolejnych wyborów i zazwyczaj tuż po nich boleśnie się rozliczamy, pogłębiając podziały, przez co kolejne wybory rozpoczynamy od tego samego punktu wyjścia.

Szybko zmieniający się świat nie będzie na nas czekał. Mamy takie środowisko, jakie mamy i nikt z zewnątrz nas nie uratuje, żadna kawaleria sprawiedliwości społecznej nie przygalopuje z pomocą. Nie unikniemy ciężkiej pracy u podstaw, naszego własnego wysiłku intelektualnego i organizacyjnego. W Polsce będziemy mieć tylko taką lewicę, jaką sobie zbudujemy i każda musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w stanie do tego projektu dorzucić od siebie.

Musimy być gotowe, bo w każdej chwili wiatr historii może zacząć dmuchać w nasze żagle. Musimy być pewni, że uda nam się przyczynić do politycznej zmiany nastrojów i będziemy gotowi na jej przyjście, silne strukturami, uzbrojeni w programy, bogate doświadczonymi ludźmi i sprawdzonymi metodami współpracy.

Bo nawet jeśli dzisiaj jeszcze wyprzedzamy swój czas, to on nas kiedyś dogoni.

Bartosz Migas

Dlaczego listonosze strajkują?

Dlaczego listonosze strajkują?

Listonosze wszystkich krajów strajkują. Im szybciej cyrkuluje kapitał, tym więcej nadawanych jest ładunków, paczek i przesyłek. Zastępowanie handlu tradycyjnego handlem internetowym dokłada pracy listonoszom, kurierom i pracownikom logistyki. Skoro w epoce automatyzacji jest jeszcze jakaś praca, to skąd protesty? Aby zrozumieć ich tło, wystarczy chociażby zmapować wystąpienia pracownicze z ostatnich dwóch lat w Europie Środkowej.

Niemieccy listonosze rozpoczęli strajk w czerwcu 2015 roku. Bezpośredni udział wzięło w nim ponad 18 000 pracowników i pracownic. Powodem było obchodzenie układów zbiorowych dotyczących wynagrodzeń przez zatrudnianie pracowników w spółkach córkach. Sprywatyzowana w 1995 roku Deutsche Post coraz częściej stosowała praktykę tworzenia spółek działających w branży spedycji i logistyki, w których obowiązują mniej korzystne układy zbiorowe dotyczące wysokości wynagrodzeń. O ile bowiem minimalna płaca godzinowa listonoszy wynosiła w Niemczech 11,50 euro za godzinę, to w sektorze logistyki potrafi wynosić dużo mniej – nawet o 20%. Mimo wysokich zysków Deutsche Post, związkom zawodowym nie udało się doprowadzić do zrównania zarobków listonoszy z różnych spółek ani do skrócenia czasu pracy [1].

W grudniu 2016 zastrajkowała Poczta Chorwacka. Proces restrukturyzacji poczty w ostatnim dziesięcioleciu spowodował zwolnienie ponad 3000 pracowników i obcięcie licznych dodatków związanych ze stażem pracy. Tymczasem obciążenie pracą wzrosło. Przyczyną strajku były plany przedsiębiorstwa, aby między innymi wprowadzić możliwość pracy listonoszy i listonoszek na dwóch zmianach pod rząd [2].

W listopadzie 2017 doszło do strajku na Poczcie Serbii. Pracownicy rozpoczęli okupację głównego centrum przeładunkowego w Belgradzie-Zemunie. Posypały się pogróżki ze strony zarządu przedsiębiorstwa oraz najwyższych władz państwowych – w tym liberalnej twarzy Serbii, premierki Any Brnabić. Kilkudziesięciu pracowników zostało zawieszonych. Oprócz podniesienia pensji, pracownicy domagali się zapewnienia odpowiedniej liczby osób do obsługi stanowisk technicznych i umów o pracę dla zatrudnionych na śmieciówkach [3].

22 grudnia 2017, tuż przed świętami, kurierzy polskiego oddziału firmy DHL – nota bene, w posiadaniu sprywatyzowanej Deutsche Post – odmówili pracy. Przyczyną strajku była nieuzgodniona i niespodziewana obniżka pensji: obcięcie prowizji za doręczenie [4].

Sytuacja w Poczcie Polskiej napięta jest od dawna. Ostatnio w marcu 2017 roku serię pikiet zorganizowali działający w załogach listonoszy syndykaliści. Warto podkreślić, że zmobilizowali oni wielu pocztowców pozostających poza związkami zawodowymi. Oficjalne związki zawodowe, a jest ich na Poczcie Polskiej kilkadziesiąt („Gazeta Prawna” podaje – 71) [5], w tym NSZZ „Solidarność”, stały bowiem po stronie zarządu z prawicowego nadania. Rejony są przeciążone, a pracownicy nie są wynagradzani za nadgodziny z uwagi na „zadaniowy system pracy”. 5 lat temu na rynek weszła prywatna konkurencja, InPost, a administracja publiczna skwapliwie obdarzyła ją formą subwencji – przeprowadzając przetarg na doręczanie listów z urzędów i sądów. W odpowiedzi Poczta Polska powiększyła rejony listonoszom. I tak duże obciążenie pracą nie zmalało. Po plajcie kapitalisty odpowiedzialność za doręczenia „sądówek” wróciła w ręce Poczty Polskiej, ale rejonów nie pomniejszono, choć zwolniono część pracowników [6].

Po części więc obecna sytuacja listonoszy jest konsekwencją gry, jaka odbywa się przy ważnych przetargach. Gdyby państwo zastosowało te same metody, które obecne są w wielu krajach zachodnich i skandynawskich, gdyby podpisywało wieloletnie kontrakty na doręczanie państwowej korespondencji z państwowymi firmami, a nie szukało tańszej obsługi – wówczas opisywanego problemu można byłoby uniknąć. Nie można jednak twierdzić, że to dopiero wtedy zaczęły się problemy Poczty Polskiej.

Niemniej jednak lekcją, którą powinniśmy wyciągnąć z plajty InPostu, powinno być odrzucenie tez o wyższości prywatnej logistyki nad tą poddaną kontroli społecznej. InPost, firma, o której w kontekście warunków pracy można by napisać osobny artykuł, nie dała sobie rady z doręczaniem przesyłek administracji publicznej. O tym, dlaczego powinniśmy bardziej trzymać kciuki za pocztę solidarną (państwową) a nie liberalną (prywatną), pisano m.in. w „Nowym Obywatelu” [7]. Korzyści z poczty pod kontrolą społeczną odnoszą zarówno pracownicy, jak i klienci. Ci pierwsi zatrudniani są na normalnych umowach o pracę. Ci drudzy – z uwagi na to, że Poczta Polska jest bezkonkurencyjna, jeśli chodzi o zaplecze infrastrukturalne – mogą skorzystać z usług poczty nie obawiając się, że będą musieli pokonać kilkanaście kilometrów. Przypomnijmy, działo się tak, gdy InPost rozpoczął doręczanie korespondencji sądowych.

W 2014 roku mogliśmy jeszcze usłyszeć, że w Poczcie Polskiej istnieją silne związki zawodowe oraz że 3 na 4 pracowników firmy jest związanych z nią przynajmniej od 5 lat. Ta ostatnia wiadomość pochodzi z cytowanej w tekście Sobczyka wypowiedzi Zbigniewa Baranowskiego – ówczesnego rzecznika Poczty Polskiej. Obie informacje dzisiaj, po czterech latach, należałoby przedyskutować raz jeszcze. Oczywiście – w porównaniu z prywatnymi firmami istnienie związków zawodowych na Poczcie Polskie samo w sobie jest sukcesem. Abstrahując od porównania z firmami prywatnymi, sytuacja nie wygląda jednak już tak dobrze. W Poczcie Polskiej – jak już pisaliśmy – działa bardzo wiele związków zawodowych, które jednak niechętnie  upominają się o poprawę sytuacji pracowników.

Związki zawodowe zignorowały strajk listonoszy, w najlepszym wypadku milcząc. Za to bardzo chętnie chwaliły się sukcesami: podwyżką w wysokości około 100 złotych, czyli niczym w porównaniu z postulatami i realnymi potrzebami pracujących. Nie idzie wszak tylko o pieniądze, ale i o warunki pracy. Ten skromny sukces został triumfalnie odtrąbiony na stronie Poczty Polskiej [8]. Rzecznicy instytucji milczą jednak o brutalnej reakcji przedsiębiorstwa na protest. Lidera strajku listonoszy zwolniono dyscyplinarnie z pracy: miał on rzekomo godzić w dobre imię Poczty Polskiej [9].

Przyczyny protestu w Poczcie Polskiej mają wiele wspólnego z sytuacjami w Niemczech i krajach byłej Jugosławii. Są to przykłady najwulgarniejszej tendencji do obniżania płacy roboczej. Na pocztach najczęstszym sposobem jest zwiększanie intensywności pracy i przedłużanie jej czasu – ponad czyjekolwiek siły. Takie praktyki zapewne będą stosowane, dopóki pracownicy poczt nie wywrą zorganizowanego nacisku na przedsiębiorców i państwo, by poprawić organizację ich pracy i wykorzystać automatyzację, przy zachowaniu istniejącego zatrudnienia.

Usługi pocztowe i logistyka są bowiem kluczowe dla współczesnej ekonomii kapitalistycznej. E-commerce – handel internetowy – to tylko część historii. Lata 80. i 90., a w Polsce także kolejne dekady były czasem wprowadzania nowych metod zarządzania, które zbiorczo można etykietować jako lean production – odchudzona produkcja. W największym skrócie, opierają się one na unikaniu magazynowania półproduktów i polegają na hiperpunktualnych dostawach. Rewolucja logistyczna i lean production są ze sobą związane i wzajemnie się napędzają. Nie dziwi więc w ostatnich dekadach wzrost liczby centrów logistycznych, a co za tym idzie – pracowników logistyki. Jednak przestrzenna koncentracja pracowników niewykwalifikowanych daje nowe możliwości dzielenia się doświadczeniami, wzajemnego wsparcia i walki o lepsze warunki życia [10].

W znamiennym roku 1989 marksistowski geograf David Harvey zauważył kluczową rolę czasu i przestrzeni we współczesnym płynnym kapitalizmie. Czytając na nowo „Kapitał” Marksa, spostrzegł, że dzięki usługom doręczycielskim można uniknąć niekorzystnego stosunku kapitału stałego (tj. np. wzrostu nakładów na maszyny czy materiały) do kapitału zmiennego – czyli pracy. To zaś może zapobiec spadkowi zysków. Dlaczego? Odpowiedź można było oczywiście przewidzieć: konieczne staje się wyłożenie mniejszego kapitału czy to na materiały, czy to na stan magazynowy sklepu [11].

Z perspektywy kapitału listonosze i kurierzy są tylko wkładką mięsną. Jednocześnie znajdują się w samym centrum systemu – ekonomia, jaką jest teraz, nie umie się bez nich obejść. Na chwilę obecną system nie potrafi całkowicie zastąpić pracowników, próbuje więc zastosować technologię, by upodobnić pracę człowieka do pracy maszyny mechanicznej. Doskonałym przykładem może być tutaj elektroniczne naliczanie stopnia wypełnienia normy w polskich magazynach Amazonu [12] lub techniki śledzenia w amerykańskich firmach kurierskich [13].

Tymczasem doświadczeni pracownicy i ci ich reprezentanci ze związków zawodowych, którzy jeszcze nie utkwili w kieszeni prezesa, bez większych trudności potrafiliby sobie wyobrazić technologię, która mogłaby podnieść realną efektywność pracy, a nie jej intensywność. Byłby to faktyczny przełom. Aby to było możliwe, musimy jednak, myśląc o rozwoju sił wytwórczych, uwzględniać inne perspektywy niż tylko widoki prywatnych przedsiębiorców na zyski.

Dążenia pocztowców mają kontekst szerszy niż tylko walka o bezpieczeństwo i higienę pracy. Ważne jest również to, w ramach jakiej polityki się toczą i jaką przyszłość polityka ta może zapewnić zwykłym ludziom. Przyszłością nie jest z pewnością fetyszyzacja kapitalistycznej kompresji czasoprzestrzeni. Właśnie sektor logistyczny pokazuje, w jak wielkim stopniu jest to ludzka praca w nieludzkich warunkach. Nie możemy też jednak uprawiać neoluddyzmu i sprowadzić techniki do nieprzyjaznych technologii śledzących, które dehumanizują pracę człowieka.

Także na poczcie nowe maszyny mogą być realnie przyjazne – zarówno dla pracujących, jak i użytkowników dóbr wspólnych. I powinny się one tam pojawić nazajutrz po podniesieniu pensji listonoszy: od Polski, przez USA po Serbię.

***

Przez lata płace doręczycieli stały w miejscu, a więc efektywnie spadały. Na domiar złego, zamiast chronić swoich pracowników przed zwolnieniami, szefostwo Poczty Polskiej… do nich zachęca. Przypadek z Krakowa. Po niewypełnieniu postulatów strajkowych z marca 2017, pocztowcy złożyli wypowiedzenia. W odpowiedzi pracowników pozostających w okresie wypowiedzenia pozbawiono podwyżek i premii świątecznych, choć w świetle prawa pracy byli wciąż takimi samymi pracownikami jak reszta.

Do tego dochodzą przypadki zwolnień listonoszy z Katowic i Wrocławia – represji po strajkach. Sytuacja to o tyle dziwna, że jednym z postulatów strajkujących było uzupełnienie kadr. Po proteście w Zielonej Górze – dla lokalnej telewizji wypowiadał się jeden ze strajkujących Ireneusz Kasa, który mówił o palących problemach Poczty Polskiej, m.in. o niedoborze pracowników, zbyt dużym obciążeniu pracą, niskich wynagrodzeniach [14]. To właśnie te główne postulaty na sztandarach mieli w marcu strajkujący w wielu miastach pocztowcy: podwyżki pensji, zmniejszenie rejonów i uzupełnienie kadry, aby skończyć z tzw. rozbiórkami. Właśnie w ramach tych ostatnich listonosze posiadający własne rejony dodatkowo obsługują obszary bez stałego listonosza. Jak na żądania pracowników zareagował zarząd Poczty Polskiej?

Trzeba tu oddać mu nieco sprawiedliwości – reagował nie tylko zwolnieniami. Dziś, mimo że pocztowcy dostali podwyżki, są one niemal dziesięciokrotnie mniejsze niż te, których oczekiwali protestujący. Na stronie Poczty Polskiej widnieje informacja o podwyżkach o 100 lub 120 złotych [15] – przypomnijmy, protestujący domagali się podwyżki o 1000 złotych. To nie wystarczy.

Wciąż istnieją wakaty na stanowiskach doręczycieli, problemem jest też – wynikająca z warunków pracy – rotacja załogi. Nie zachęcają one nowych pracowników do dłuższego związania się z firmą. Bardzo często więc praca listonosza jest zajęciem przejściowym, tymczasowym, przystankiem w drodze ku lepszej pracy. To, rzecz jasna, wpływa na społeczny wizerunek pocztowca. Dlatego kolejny postulat strajkujących – przywrócenie godności pracy listonosza, nie jest, jak mogłoby się wydawać, oderwanym od rzeczywistości, górnolotnym, naiwnym marzeniem. Przeciwnie – ma on silny związek z realiami pracy pocztowca, którego zajęcie ma charakter społeczny i wręcz afektywny – polega głównie na kontakcie z ludźmi.

Tym, co w tej pracy szczególnie wartościowe, jest bycie na co dzień częścią małej społeczności lokalnej, części osiedla, wsi, a także poczucie bycia potrzebnym tej społeczności. Miejscem pracy listonosza – o czym nie można zapominać – jest nie tylko placówka pocztowa, ale przede wszystkim rejon. Jednak pozytywnych relacji z ludźmi „na rejonie” nie da się budować, gdy listonosze zajmują się kilkoma obszarami na raz.  Zapewne każdy z nas słyszał lub sam narzekał na Pocztę Polską i listonoszy, zwłaszcza wtedy, gdy, będąc obecnym w domu, dostał awizo. Wszystkim nam, a i prezesom firmy, należałoby uświadomić, że poprawa wizerunku poczty i jej pracowników w dużej mierze zależeć będzie od realizacji postulatów strajkujących pocztowców, które na koniec warto jeszcze raz wypunktować. Postulowane przywrócenie godności pracy pocztowca nie zaistnieje bez: 1) realnych podwyżek, 2) uzupełnienia kadry, 3) zmniejszenia rejonów.

Listonosze wszystkich krajów strajkują: w ostatnich latach miały miejsce protesty w licznych państwach Europy Środkowej. Im szybciej kapitał obiega świat, tym więcej nadawanych jest ładunków, paczek i przesyłek. Obecny kapitalizm nie jest w stanie obyć się bez ogromnej rzeszy pracowników zajmujących się doręczeniami i logistyką. A jednak listonosze i listonoszki oraz pracownice i pracownicy logistyki traktowani są przez kapitał jak wkładka mięsna. Tendencja do kompresji czasoprzestrzeni łączy się z tendencją do obniżania ich płacy roboczej przez wymuszanie coraz bardziej intensywnej pracy, ponad czyjekolwiek siły – czego przykładem może być ekstremalny wyzysk pracowników Amazona. Jakie jest więc znaczenie protestów na pocztach i w centrach logistycznych? Być może najtrafniej uznać, że w swojej istocie wyrażają one żądania zmniejszenia obciążenia pracą przez automatyzację na warunkach zatrudnionych oraz zapewnienia udziału w zyskach przez podniesienie płac. Dlatego, w imię przyszłości, wszyscy powinniśmy kibicować swoim listonoszom.

Piotr Mirocha, Grzegorz Banasik

_______________

Przypisy:

1. Zob. Verdi verschärft den Druck, „taz” 13.06.2015, http://www.taz.de/!5203864/; P. Beucker, „Täglich wächst der Druck“, „taz” 23.06.2015; P. Beucker, Fast schon eine Kapitulation, „taz” 6.07.2015, http://www.taz.de/!5209956/.

2. Zob. Poštari najavljuju štrajk, „N1 Hrvatska”, 28.12.2016, http://hr.n1info.com/a170690/Vijesti/Hrvatska-posta-strajk.html; Prekinuti kolektivni pregovori u Hrvatskoj pošti. Sindikati pripremaju štrajk!, „Večernji list”, 28.12.2016, https://www.vecernji.hr/vijesti/prekinuti-kolektivni-pregovori-u-hrvatskoj-posti-sindikati-pripremaju-strajk-1138594

3. Zob. Štrajk u jp pošta srbije: Radnici nastavljaju blokadu, direktorka žestoko optužuje, „Kurir”, 7.11.2017, http://www.kurir.rs/vesti/drustvo/2936679/strajk-u-jp-posta-srbije-radnici-nastavljaju-blokadu-direktorka-zestoko-optuzuje; Štrajk poštara, „Večernje novosti” 21.11.2017, http://www.novosti.rs/vesti/naslovna/ekonomija/aktuelno.239.html:696991-Strajk-postara; Počeo štrajk radnika Pošte Srbije, „N1 Hrvatska” 21.11.2017, http://rs.n1info.com/a343599/Vesti/Vesti/Poceo-strajk-radnika-Poste-Srbije.html

4. Zob. M. List, Strajk w DHL. Nie wiadomo, gdzie jest część paczek, „Wirtualna Polska – Finanse”, 22.12.2017, https://finanse.wp.pl/strajk-w-dhl-nie-wiadomo-gdzie-jest-czesc-paczek-6201111407535745a

5. Zob. M. Miłosz, W Poczcie Polskiej jest 71 związków zawodowych. Kosztują 7 mln złotych rocznie, ale pożytku z ich działania nie ma, „Gazeta Prawna”, 20.08.2013, http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/726255,w-poczcie-polskiej-jest-71-zwiazkow-zawodowych-kosztuja-7-mln-zlotych-rocznie-ale-pozytku-z-ich-dzialania-nie-ma.html

6. Zob. A. Rozwadowska, Protest listonoszy. Po podwyżce zarabiają 200 zł mniej, „Gazeta Wyborcza”, 16.03.2017, http://wyborcza.pl/7,155287,21502633,protest-listonoszy-po-podwyzce-zarabiaja-200-zl-mniej.html

7. M. Sobczyk, Poczta solidarna kontra liberalna, „Nowy Obywatel” Zima 2014,  https://obywatel3.macmas.pl/2015/02/02/poczta-solidarna-kontra-liberalna/

8. Zob. komunikat Centra Prasowego Poczty Polskiej z 4.12.2017 pt. Kolejna podwyżka wynagrodzeń w Poczcie Polskiej, https://media.poczta-polska.pl/pr/377973/kolejna-podwyzka-wynagrodzen-w-poczcie-polskiej

9. Zob. J. Madeja, Lider protestu pocztowców dyscyplinarnie zwolniony z pracy. Za wpisy na Facebooku, „Gazeta Wyborcza – Katowice”, 17.03.2017, http://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,21512090,lider-protestu-pocztowcow-dyscyplinarnie-zwolniony-z-pracy.html?disableRedirects=true

10. K. Moody, Modern capitalism has opened a major new front for strike action – logistics, „The Conversation”, 3.01.2018, https://theconversation.com/modern-capitalism-has-opened-a-major-new-front-for-strike-action-logistics-89616; zob. też: J. Allen, Organizing the Choke Points, „Jacobin” https://www.jacobinmag.com/2015/11/amazon-fedex-ups-post-office-teamsters i inne artykuły dotyczące usług pocztowych oraz logistyki w magazynie Jacobin.

11. Zob. D. Harvey, Time-space compression and the postmodern condition, [w:] tegoż, The Condition of Postmodernity, Cambridge MA 1992, s. 284-307; D. Harvey, A Companion to Marx’ Capital, vol. 2, rozdział 8.

12. A. Rozwadowska, Znamy opinię biegłego o pracy w Amazonie: „Może powodować urazy psychologiczne i fizyczne”, „Gazeta Wyborcza” 30.01.2018, http://wyborcza.pl/7,155287,22939723,krzeslo-laski-mamy-pierwszy-raport-bieglego-o-pracy-w-amazonie.html

13. Zob. J. Allen, Organizing the Choke Points, „Jacobin” https://www.jacobinmag.com/2015/11/amazon-fedex-ups-post-office-teamsters

14. Protest pocztowców, „Telewizja Zielona Góra”, 16.03.2017, https://www.youtube.com/watch?v=O-E4rnGr3gk [materiał video]

15. Zob. komunikat Centra Prasowego Poczty Polskiej z 4.12.2017 pt. Kolejna podwyżka wynagrodzeń w Poczcie Polskiej, https://media.poczta-polska.pl/pr/377973/kolejna-podwyzka-wynagrodzen-w-poczcie-polskiej

________________

Piotr Mirocha (ur. 1992) – badacz dyskursu politycznego Europy Środkowej i Bałkanów, okazjonalny publicysta i prozaik. Absolwent filologii serbskiej (2014) i chorwackiej (2016) w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szczególnie zainteresowany sprawą miejską w Krakowie, Belgradzie i Wiedniu.

Grzegorz Banasik (ur. 1992) – absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie student Szkoły Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości pracował jako listonosz, w (ma nadzieje) niedalekiej przyszłości nauczyciel języka polskiego.

Goszyzm, gaullizm, partycypacja, „Solidarność” – w pięćdziesiątą rocznicę Maja ‘68

Goszyzm, gaullizm, partycypacja, „Solidarność” – w pięćdziesiątą rocznicę Maja ‘68

Lata 60. ubiegłego wieku były bardzo burzliwe. Począwszy od inwazji w Zatoce Świń oraz rakietowego kryzysu kubańskiego z 1962 r., poprzez zmiany w kulturze, sztuce, modzie i muzyce, aż po słynny rok 1968. Stare, skostniałe i konserwatywne struktury powoli kruszyły się pod naporem nowych megatendencji. Koniec dekady i kres niespełnionych snów marzycieli wyznaczał festiwal Woodstock z 1969 r. W tym samym roku CIA przetestowała protoplastę internetu, tzw. ARPNET. Z roku 1968 wypływają nowe wartości, podsycane przez postindustrializm, a nie, jak wcześniej, przez materializm i konsumpcjonizm. Wyłaniają się ruchy emancypacyjne: kobiet, Afroamerykanów, Latynosów, środowisk LGBT. Z symbolicznego 1968 czerpią później ruch New Age, ruch alterglobalistyczny, ruch ekologiczny, obrońcy praw zwierząt itp.

Chciałbym wrócić do wydarzeń z czasów francuskiego Maja 1968 roku i wskazać wspólne elementy u tych, którzy wznosili barykady na ulicach Paryża, czyli radykalnej nowej lewicy (goszystów), oraz ich przeciwników z obozu władzy, czyli gaullistów (szczególnie ich lewego skrzydła), którzy podjęli walkę w obronie swojego „dziecka”: V Republiki Francuskiej. Tę wspólną wartość stanowiła idea partycypacji.

Historycy powiedzieliby, że miała ona swoje źródło w starożytnym greckim polis, kiedy obywatele aktywnie wpływali na politykę, a także w dawnych proto-republikach: Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego oraz kupieckich na Półwyspie Apenińskim. Politolodzy powiedzieliby raczej, że narodziła się w czasach II wojny światowej wraz z Wolną Francją, kiedy to snuto plany budowy nowego państwa francuskiego. Inni sięgnęliby do poglądów intelektualistów Szkoły Frankfurckiej, szczególnie pierwszego jej pokolenia z dwudziestolecia międzywojennego. Religioznawcy i teolodzy znaleźliby też jej wizje w encyklikach niektórych papieży oraz w katolickiej nauce społecznej. Można też po prostu uznać, że partycypacja to pojęcie bardzo zbliżone do demokracji bezpośredniej.

Jej koncepcje zarysowano wyraźniej dopiero w 1962 r. w Stanach Zjednoczonych w Deklaracji z Port Hurton. Jednym z autorów był Tom Hayden, czołowy działacz SDS (Studenci na Rzecz Demokratycznego Społeczeństwa). To właśnie on stworzył zarys ideologii rodzącej się Nowej Lewicy. Co głosił ten dokument nowej fali lewicy amerykańskiej? 1) Krytykę wojny i rasizmu – nawiązanie do Ruchu na Rzecz Praw Obywatelskich, 2) Postulat stworzenia prawdziwej demokracji społecznej – swoistej inkluzji obywatelskiej, zamiast ciągłej rywalizacji dwóch partii, 3) Konieczność stworzenia grup nacisku w ramach społecznego nadzoru i wpływu na władze, 4) Zwiększenie roli robotników i pracowników, włączenie ich w proces zarządzania firmą, fabryką, instytucją etc. 5) Żądanie walki z ubóstwem, 6) Wezwanie do rozwoju służby zdrowia, szkolnictwa (w tym wyższego) oraz poprawy warunków mieszkaniowych.

Można wyróżnić trzy główne formy wprowadzenia tych wizji w życie: a) porozumienie/konsensus, b) decentralizację, c) kontrolę robotniczą.

Zasada konsensusu oznaczała, zamiast głosowania, debaty, w której każdy mógłby się wypowiedzieć, w celu wyrobieniu wspólnego stanowiska. Bez liderów, bez relacji „władza odgórna” – „ci na dole”. Pomysły, plany, idee i wartości powinny płynąć zarówno z góry w dół, jak i z dołu do góry. Notowano wszystkie pomysły: inteligentne, przenikliwe, prostackie, naiwne. Prowadzić miał to ku jednolitemu stanowisku, które poprą wszyscy uczestnicy debaty.

Decentralizacja władzy miała stworzyć elementy kontroli społecznej. Przykładowo, takiej kontroli byłaby poddana policja, bowiem relacje władza-obywatele i obywatele-władza równoważą się i stwarzają sytuację taką, iż policja uwrażliwiłaby się na potrzeby ludności, a miejscowa społeczność miałaby tym samym szacunek dla służb mundurowych.

Kontrola robotnicza miała cele głównie ekonomiczne. Zakład pracy powinien być zarządzany zespołowo. Taka recepta miała być lekarstwem na alienację. Wobec  protestu pracowniczego, zarząd powinien ustąpić. Relacje zarządzający – robotnicy miałyby być relacją dialogu oraz braniem odpowiedzialności przez jednych i drugich za kierunek, jaki obierze przedsiębiorstwo. Takie rozumienie miało prowadzić do zrównoważenia dwu wartości: wolności i równości.

Nowy ruch krytykował system kapitalistyczny, sowiecki komunizm oraz faszyzm i nazizm. Podjęta przez Nową Lewicę krytyka systemu kapitalistycznego tworzyła nowe ramy, gdzie spotykała się nonkonformistyczna i nieco anarchistyczna koncepcja wolności z socjalistycznymi marzeniami o społeczeństwie niemal całkowicie równym. Taka propozycja nowej demokracji, systemu opartego na w-kluczeniu grup społecznych i zwykłych obywateli do zarządzania państwem – na wszystkich jego szczeblach – niosła ze sobą także idee nowej ekonomii. Tworzyła wyłom w bipolarnym świecie – alternatywną „Trzecią Drogę” pomiędzy dzikim zachodnim kapitalizmem a nieludzkim wschodnim komunizmem. Ta demokracja uczestnicząca (partycypacyjna, bezpośrednia czy, jak określał to Alvin Toffler,, „na wpół bezpośrednia”) miała zastąpić demokrację przedstawicielską.

Zalążki Nowej Lewicy we Francji było już widać w latach 50. XX wieku. Jednak przyszły bunt osłabiła wojna algiersko-francuska, zakończona w 1962 r. W kwietniu tego roku opracowano program działań Narodowego Związku Studentów Francuskich. Jego główne założenia to: 1) Zwiększenie autonomii uczelni od państwa w zakresie programu studiów, 2) Demokratyzacja na uczelniach wyższych w relacjach naukowiec-student, 3) Uproszczenie systemu stypendialnego. Trzeba pamiętać, że francuski system szkolnictwa wyższego nie przechodził gruntownej reformy od czasów napoleońskich. Wobec tego spór studentów z władzą był nieuchronny i musiał kiedyś wybuchnąć. Również konserwatyzm młodej V Republiki Francuskiej po części przyczynił się do zaognienia sytuacji.

Zanim wybuchła rewolta majowa ‘68, w kraju, po reformach gospodarczych, które przyczyniły się do znacznego spadku bezrobocia oraz po walce ze USA na arenie międzynarodowej w sprawie zakończenia hegemonii dolara (wystąpienia prezydenta Charlesa de Gaulle’a oraz ministra finansów Valery Giscarda d’Estainga) część kadr gaullistowskich stwierdziła, że nie ma właściwie się czym zajmować. „Francja się nudzi” – brzmiały nagłówki gazet. De Gaulle i współpracownicy nie zauważyli nadciągającej burzy. Prezydent był w Rumunii, gdy rozpoczęły się bunty. Premier Georges Pompidou – związany z prawym i liberalnym skrzydłem gaullistów – początkowo w ogóle nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Władza myślała, że bunty dotyczą tylko jednego uniwersytetu, w Nanterre. Rewolta studencka rozlała się jednak na większość kluczowych francuskich uczelni. Potem wypłynęła na ulice miast. Zaniepokojony Pompidou zlecił sprawdzenie sytuacji służbom specjalnym. Ich raport mówił, że motorem napędowym zajść były „bojówki” studenckie o zabarwieniu castrowskim, maoistowskim i trockistowskim. Radykalny nurt Nowej Lewicy francuskiej faktycznie taki był. Do tego walczył z konsumpcjonizmem. W głowach premiera i ministrów nie mieściło się to zupełnie – przecież mamy wzrost gospodarczy i niskie bezrobocie, czyli prosperity, więc o jakichkolwiek rozruchach mowy być nie mogło.

Gdy w trybie pilnym prezydent de Gaulle wrócił do kraju, w większych francuskich miastach studenci wznosili już barykady i dochodziło do licznych starć z policją. Do tego obudziły się związki zawodowe. We Francji ogłoszono strajk generalny. Związkowcy, robotnicy, partia socjalistyczna i część obywateli popierali przynajmniej wybrane postulaty studentów. Przemówienie de Gaulle’a do narodu nie uspokoiło protestów. Kraj był sparaliżowany. W strajku generalnym brali udział m.in. kolejarze i obsługa lotnisk, a nawet pracownicy stacji benzynowych. De Gaulle zdecydował się na ryzykowny krok – szantażu emocjonalnego. Helikopterem udał się do francuskiej bazy w RFN. Kilka dni przed wylotem generał mówił swoim najbliższym doradcom: „reformy tak – anarchia nie”. Czyli zgadzał się na jakiś dialog ze zbuntowaną częścią studentów i pracowników. Tymczasem nikt z polityków gaullistowskich nie wiedział, co się dzieje z prezydentem Francji przez prawie cały dzień. Gdy dowiedzieli się, że wyleciał poza Francję i wiadomość o tym została przekazana opinii publicznej, pojawiła się konsternacja wśród elity władzy i w społeczeństwie. Czy de Gaulle zamierzał użyć wojska zza granicy, by stłumić protesty? Generał jednak wrócił i wygłosił kolejne orędzie, tym razem radiowe, a nie telewizyjne. Wzywał w nim do spokoju – donośnym głosem, a w radiu już nie było widać zmęczenia, podeszłego wieku i okularów. Był to przełom maja i czerwca 1968. Na drugi dzień na ulice wyszły rzesze Francuzów – sympatyków partii gaullistowskiej oraz tych, którzy dotychczas pozostawali bierni. Było ich coraz więcej W Paryżu mieli przewagę nad protestującymi studentami. Bunt powoli zaczął wygasać. Systemowi V Republiki Francuskiej udało się wyjść z twarzą z poważnego kryzysu.

Charles de Gaulle po uspokojeniu sytuacji zdecydował się rozpisać wybory do parlamentu (30 czerwca 1968 r.). Partia gaullistowska wygrała je, lecz przeważała opcja związana z Pompidou. Ten był skonfliktowany z generałem de Gaullem. Wymieniono niemal wszystkich ministrów, oprócz jednego – Ministerstwa Sprawiedliwości. Szefował mu René Capitant – lewicowy gaullista, uważany za jednego z ojców francuskiej koncepcji partycypacji. Inny polityk i zarazem zwolennik tej koncepcji, Bernard Ducamin, był jednym z najbliższych doradców prezydenta w Pałacu Elizejskim.

Źródeł idei partycypacji w ruchu gaullistowskim należy szukać w społecznej nauce Kościoła (encykliki papieża Leona XIII), chrześcijańsko-panteistycznej filozofii Henriego Bergsona czy w samej Ewangelii. Wzmianki o partycypacji pojawiły się w dokumentach tego środowiska już u kresu II wojny światowej i miała ona stanowić podstawy społeczno-gospodarcze nowej Francji, o czym wspomina zresztą Stephane Hessel („ojciec” współczesnego ruchu „Oburzonych”) w swoim eseju „Czas Oburzenia”. Jednak dopiero rok 1968 przyniósł jej konkretne zarysy.

Idee sprawiedliwości społecznej czy demokracji ekonomicznej towarzyszyły generałowi de Gaulle’owi niemal przez całe dorosłe życie. Koncepcja bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, lepszej polityki gospodarczej oraz demokratyzacji kraju (np. wprowadzenie wyborów powszechnych na urząd prezydenta) była może nie w samym centrum myśli gaullistowskiej, lecz na pewno popularna wśród lewicy gaullistowskiej. Konserwatywne prawe skrzydło partii oraz jej liberalne centrum, nie rozumiało partycypacji. Była to dla nich kolejna utopia.

Kwestia demokracji w gospodarce dojrzewała wraz samym de Gaullem. Im był starszy, tym ta koncepcja, stanowiła coraz bardziej jasny obraz. Generał nie znał się dobrze na gospodarce, ale miał nosa do dobierania dobrych doradców w tej kwestii. I tak w pierwszym rządzie po wojnie kluczowe ministerstwa dotyczące tej kwestii przyznał komunistom, żeby znacjonalizowali kluczowe sektory francuskiej gospodarki. Po objęciu urzędu prezydenta w 1958 r., w czasie wojny w Algierii i zarazem „pełzającej wojny domowej” i zaraz po niej, jego ministrowie podnieśli na nogi francuską gospodarkę. Czy to w kwestii wzmocnienia waluty, czy w kwestii walki z bezrobociem – na tych polach gaulliści odnieśli niewątpliwe sukcesy.

Warto przypomnieć dwie wypowiedzi de Gaulle’a na tematy społeczno-gospodarcze: „Kapitalizm jest nieakceptowalny z powodu swoich społecznych skutków. Miażdży najsłabszych. Sprawia, że człowiek dla człowieka staje się wilkiem. W równej mierze niemożliwy do zaakceptowania jest kolektywizm; pozbawia ludzi smaku walki, przemienia ich w barany. Trzeba znaleźć trzecią drogę: między baranami a wilkami”. „Należy przekazać robotnikom w gospodarce narodowej odpowiedzialność i uprawnienia wynoszące ich w znacznej mierze ponad rolę narzędzia, do jakiej dotąd byli zredukowani. Pragnę doprowadzić do tego, aby byli zainteresowanymi współuczestnikami funkcjonowania przedsiębiorstw, aby ich praca dawała im te same prawa, z jakich korzysta kapitał, aby ich wynagrodzenie łączyło się, tak jak zyski akcjonariuszy, z osiąganymi wynikami”.

Wielkim przeciwnikiem partycypacji był z kolei przyszły prezydent Pompidou. Uważał poglądy de Gaulle’a za utopię, niemal za komunizm. Pozostawał też w sporze z lewym skrzydłem partii.

De Gaulle czuł, że to ostatnia rozgrywka w jego życiu politycznym. Wobec tego, gdy już nowy gabinet rządowy został wyłoniony, przystąpił do ofensywy. Zaczął snuć plany reformy systemu podatkowego, opowiedział się też za reformą uniwersytetów. Jednak w kraju znowu odnotowano strajki, a frank notował drastyczne spadki wartości. Po dramatycznej walce w obozie władzy i panice przedsiębiorców, de Gaulle w lutym 1969 r. zdecydował się na referendum. Miało ono dotyczyć reformy senatu i regionów – był to wstęp do wprowadzenia we Francji systemu partycypacji. W wywiadzie telewizyjnym prezydent zapowiedział, że poda się do dymisji, jeśli większość obywateli nie zaakceptuje jego propozycji. Stwierdził, że straci wtedy legitymizację i mandat społeczny do sprawowania urzędu. Większość jego doradców była przeciwna tak zuchwałym krokom i odradzała ten ruch. Wiedzieli, że była to walka z wielkim kapitałem. W dodatku pojawiły się pogłoski, że były premier Pompidou chce kandydować w następnych wyborach prezydenckich.

19 marca 1969 r. Rada Ministrów przyjęła projekt mający być przedmiotem referendum. Zakładał on nową dużą wspólnotę terytorialną zwaną regionem, z jej radą regionalną, w 3/5 wyłanianą w pośrednim głosowaniu, a 2/5 składu miało być obsadzanych przez reprezentantów organizacji społeczno-zawodowych. Senat miał pełnić funkcję bardziej opiniodawczą i konsultacyjną. Jego przedstawiciele mieli być wybierani z metropolitalnych wspólnot terytorialnych, z terytoriów zamorskich oraz spośród przedstawicieli środowisk gospodarczych, związków zawodowych, organizacji społecznych i kulturalnych. Lewicowi demokraci z różnych środowisk i ugrupowań postulowali od lat to samo, lecz jako odrębną izbę władzy.

De Gaulle zdawał sobie sprawę z tego, że świat zarówno zachodniego kapitalizmu, jak i wschodniego komunizmu, zmierza do katastrofy. Chciał spróbować ostatni raz wyłamać się z tych bloków. Referendum odbyło się 27 kwietnia 1969 r. Wyniki oznaczały przegraną stosunkiem 53% do 47% głosów. Wobec tego Charles de Gaulle ustąpił z urzędu prezydenta V Republiki Francuskiej. Giełdy, wielki kapitał i przedsiębiorcy odnieśli zwycięstwo. W następnym roku generał zmarł. Idea partycypacji została pogrzebana we Francji w latach 1968-1969.

Z kontrkultury, której efektem był Maj ’68, wyrósł jednak choćby nowy ruch na arenie politycznej, tzw. Zieloni. Te nowe partie na scenie kapitalistycznego Zachodu cechowały podobne koncepcje w kwestii partycypacji. Z kolei za żelazną kurtyną w 1980 r. powstał ruch społeczny „Solidarność”. Jego inspiracje były szerokie i wielonurtowe, z jednej strony był to Komitet Obrony Robotników, częściowo inspirowany dziedzictwem Nowej Lewicy, z drugiej społeczna nauka Kościoła i przesłanie Jana Pawła II.  To jeden z licznych paradoksów historii i polityki, kiedy dwie odległe tradycje głoszą podobne koncepcje, choć oczywiście rozumieją je w trochę inny sposób. W „Solidarności” silna była idea partycypacji. W materiałach z I i II Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” znajdują się postulaty przesiąknięte duchem tej idei, np. „Wprowadzenie demokracji na wszystkich poziomach zarządzania” czy „Kontrola społeczna nad władzą, kryzysem ekonomicznym oraz sądami”. Jan Sowa miał rację, że rewolucja „Solidarności” w roku 1980 była chyba najbardziej demokratycznym ruchem na świecie. Po latach Andrzej Gwiazda określał „Solidarność” z 1980 r. jako ruch antyglobalistyczny.

W marcu 2016 r. młodzi Francuzi wyrazili swój sprzeciw wobec zmian w kodeksie pracy i okupowali kluczowe tereny wielkich miast, powołując do życia neogoszystowski ruch Nuit Debout. Uzyskał on poparcie części kombatantów z „Wolnej Francji” de Gaulle’a z czasów wojny. W 2015 r. w Polsce powstały Kukiz’15 oraz Partia Razem. Pierwsza otrzymała poparcie prof. Witolda Kieżuna, kombatanta Armii Krajowej. Druga została wsparta przez część środowisk byłego lewego skrzydła dawnej „Solidarności”. Część środowiska Zjednoczonej Prawicy nawiązuje do myśli gaullistowskiej.

Czy tym razem takie środowiska podejmą ze sobą dialog w sprawie partycypacji? Czy może wzorem 1968 r. znowu staną po przeciwnych stronach barykady? Tego jeszcze nie wiemy. Jak pokazała historia lat 1968-1969, żeby nie pogrzebać pięknej idei – trzeba o niej rozmawiać w duchu wzajemnego szacunku. W przeciwnym razie neoliberalna zglobalizowana gospodarka doprowadzi do opłakanych konsekwencji. Duch roku 1968 oraz ideały z roku 1980 powinny wrócić do debaty publicznej jako ważna inspiracja.

Piotr Wildanger

Co jest w Polsce możliwe?

Co jest w Polsce możliwe?

Chcecie wiedzieć, przez jaką ideologię zostało opanowane wasze społeczeństwo? Zobaczcie, co jest uważane przez ludzi – szczególnie tak zwane autorytety – za możliwe i normalne, a co za niemożliwe i nienormalne. Na przykład w Polsce wiele osób uważa za niemożliwe wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy. To się nie uda, ucierpi gospodarka, nie jesteśmy gotowi – mówią. Od razu pada setka powodów, dlaczego więcej czasu dla rodziny, na rozrywkę czy samokształcenie jest ponoć szalonym postulatem. Jednocześnie za jak najbardziej możliwe i normalne uważamy, że ośmiu najbogatszych ludzi ma tyle samo majątku, co biedniejsza połowa ludzkości. Zawsze było tak, że jedni mieli więcej niż inni – brzmi uzasadnienie.

Jako niemożliwe, śmieszne, idiotyczne traktowane są próby walki z nierównościami społecznymi. Za to wielkiemu gronu „znawców” za jak najbardziej możliwe wydaje się to, że wbrew tysiącom badań i ostrzeżeń naukowców możemy utrzymać dotychczasowy model kapitalizmu bez doprowadzania do katastrofy środowiskowej. Niemożliwa jest polityka sprzyjająca większości ludzi. Możliwa jest za to podobno taka, w której garstka najbogatszych urządza świat po swojemu.

Ekonomia, głupcze! Tak zawołał Borys Budka, poseł Platformy Obywatelskiej, na propozycję Razem, aby walczyć o 35-godzinny tydzień pracy. Ten postulat najwyraźniej tak bardzo zaprzecza wszelkich prawom ekonomii i przyrody, że Budka nie kwapił się nawet, aby uzasadnić swoją opinię. Wybrał śmieszkowanie. „Proponuję 7 godzin pracy w tygodniu. Albo nie – w miesiącu!”. Hahaha, pośmiejmy się, przecież mówimy tylko o prawach milionów Polek i Polaków. Zastanawialiście się kiedyś, jak to się ciekawie składa, że twarde prawa ekonomii i niewzruszona logika dziejów zawsze sprzyjają najbogatszym? Cóż za niesamowity zbieg okoliczności! Tak to już jakoś jest, że obrona pracowników jest zdaniem naszych nadwiślańskich ekspertów zawsze niezgodna z obiektywnymi faktami i procesami gospodarczymi. Platforma, za której kadencji kwitły umowy śmieciowe, coś o tym wie. Za to decyzje sprawiające, że bogaci stają się jeszcze bogaci, jak najbardziej tym faktom i procesom odpowiadają. Są wręcz tak faktyczne, tak rzeczywiste, tak prawdziwe, że musi przed nimi ustępować nawet katastrofa klimatyczna. Gdyby Borys Budka potrafił rozmawiać z klimatem, kazałby mu uczyć się niewzruszonych praw ekonomii z podręczników Miltona Friedmana.

Niektórzy lubują się we wszelkiego rodzaju teoriach spiskowych. Wierzą w ukryte grupy interesu rządzące światem. Najśmieszniejsze jest to, że tutaj nie trzeba żadnej teorii spiskowej. Wystarczy czytać najświeższe doniesienia dziennikarzy, ekonomistów, socjologów czy klimatologów. Wszystko jest podane na tacy. Najbogatsi ludzie mają nieporównywalnie większy wpływ na politykę niż przeciętna obywatelka. To fakt. Panująca przez ostanie kilkadziesiąt lat ideologia ekonomiczna sprawiła, że obrzydliwie bogaci stali się jeszcze bogatsi, podczas gdy w krajach rozwiniętych klasa średnia i niższa stoją w miejscu albo wręcz biednieją. To kolejny fakt. Niszczymy klimat, gleby, całe środowisko i jest to bezpośrednią konsekwencją kapitalistycznego nakazu nieustannego wzrostu, a także braku regulacji dotyczących działania wielkich korporacji. To też fakt. Uparte trwanie przy tym modelu kapitalizmu sprzyja prawicowym fanatykom, którzy wszędzie na świecie wzrastają w siłę i są zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka, np. praw kobiet. Jeszcze jeden fakt.

Mimo to jakakolwiek próba uratowania tego świata przed katastrofą jest niemożliwa, głupia, dziecinna. Możliwe, odpowiedzialne i mądre jest za to liczenie na to, że jeśli jedna centroprawicowa partia połączy się z inną, wesprze ich kilka neoliberalnych autorytetów i może jakaś centrolewica na dokładkę, najlepiej taka, która od lat przedkłada pragmatykę ponad idee, to PiS przegra wybory. I wtedy, hej ho, wszystkie nasze problemy nagle magicznie znikną.

Kiedyś jakaś przyszła, mądrzejsza cywilizacja zajmie się badaniem historii XXI wieku, żeby sprawdzić, w jaki sposób zgładziliśmy samych siebie. Nasze podejście do tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, będzie stanowiło dla nich niemałą zagadkę.

dr Tomasz Markiewka

Elegia dla czarnej Ameryki

Elegia dla czarnej Ameryki

Doskonały serial „Seven Seconds”, w którym rodzina czarnego chłopaka zabitego przez samochód stara się, wbrew całemu otoczeniu, wyjaśnić jego śmierć, dość brutalnie przypomina nam, że Afroamerykanie nadal są w USA ludźmi drugiej kategorii – jeśli nie trzeciej lub czwartej. 150 lat po formalnym zniesieniu niewolnictwa i po dekadach działalności ruchu praw obywatelskich, sytuacja czarnoskórych obywateli USA wciąż średnio przypomina sytuację równoprawnych obywateli jednego z najbogatszych krajów świata. Nie zmieniły tego kolejne inicjatywy emancypacyjne ani nawet akcje afirmacyjne – i nie chodzi o to, że były niepotrzebne. Po prostu mechanizmy dyskryminujące są tak głęboko zakorzenione, że wpływ tych akcji musiał być ograniczony. Nie zmienił tego nawet pierwszy czarnoskóry prezydent USA Barack Obama, który był raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. I wreszcie nie zmieniła tego rzekomo ślepa na kolor skóry gospodarka rynkowa – choć przecież od lat 70. staje się ona za oceanem (i nie tylko tam) coraz bardziej wolnorynkowa.

Skaza wypisana na twarzy

Kolor skóry jest grzechem pierworodnym, z którym muszą żyć do śmierci czarni Amerykanie. To piętno, którego nie da się zmyć czy odpokutować. Nie da się założyć białej skóry na rozmowę kwalifikacyjną. Białemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jakie to uczucie, gdy zdajesz sobie sprawę, że twoje ciało, którego nie możesz nie zabrać ze sobą na rozmowę, jest twoim głównym obciążeniem. Oczywiście nie jest tak, że nie masz szans: po prostu mając do wyboru kandydata o podobnych kwalifikacjach, twój niedoszły pracodawca wybierze tego białego. Niezwykle trudno też wskoczyć w białą skórę przy przejeżdżającym radiowozie. O ile podczas rozmowy kwalifikacyjnej z powodu czarnej skóry twoje szanse na angaż spadają, to podczas interakcji z policją szanse na bycie zatrzymanym gwałtownie rosną. Według danych podanych przez Cathy O’Neil w książce „Broń matematycznej zagłady”, aż 85 proc. rutynowych zatrzymań w Nowym Jorku dotyka Afroamerykanów oraz Latynosów.

Jako grupa społeczna od wieków upośledzona ekonomicznie, czarni Amerykanie zamieszkują czarne dzielnice, w których ich bieda się reprodukuje na kolejne pokolenia, reprodukują też niekorzystne zachowania i przyzwyczajenia osób od dziesiątek lat wykluczonych. Zresztą już sam fakt zamieszkiwania w tych dzielnicach zamyka przed nimi wiele drzwi. Chodzą do szkół zdominowanych przez ludzi cierpiących na podobne problemy ekonomiczno-społeczne, więc kształtuje się w nich przekonanie, że tacy jak oni muszą kończyć tak, jak reszta. Nie są to dobre szkoły, więc nie zapewnią też dobrego wyniku na egzaminie SAT (tamtejsza matura). Płatne studia dla większości z nich również są poza zasięgiem, a jeśli już, to wybiorą się raczej na mało renomowany uniwersytet stanowy, niż na którąś z uczelni Ivy League. Nic więc dziwnego, że dla wielu z nich najlepszą i najbardziej dostępną drogą kariery jest zawód dilera, który daje szybko godziwe zarobki, a po wspięciu się kilka szczebli wyżej – także niezbędny prestiż. Co prawda to tylko prestiż we własnej dzielnicy i jej podobnych, ale kto by się przejmował opinią mieszkańców zamożnych osiedli, z którymi nie czuje się żadnej wspólnoty losu?

Biali od zarządzania, czarni od usług

Nic więc dziwnego, że wszystkie dane socjoekonomiczne pokazują wręcz niezwykłe i wielowymiarowe upośledzenie czarnoskórych Amerykanów w stosunku do ich białych rodaków. Mediana rocznego dochodu czarnego gospodarstwa domowego wynosi 38,6 tys. dolarów. Dla białych gospodarstw domowych wynosi ona 63,2 tys. dolarów. Czarni więc statystycznie osiągają dochód na poziomie 60 procent dochodu białych – to mniej więcej taka różnica, jak pomiędzy Polakami a Niemcami (oczywiście z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej). Aż 20 proc. gospodarstw domowych tworzonych przez Afroamerykanów żyje poniżej granicy ubóstwa, tymczasem wśród białych gospodarstw domowych stopa ubóstwa wynosi tylko 6,4 proc., a więc jest ponad trzykrotnie niższa.

Różnice w dochodach i ubóstwie biorą się w dużej mierze z bardzo dużych różnic w poziomie wykształcenia. Aż 15 proc. czarnych Amerykanów w wieku 25 lat lub więcej nie skończyło szkoły średniej. Wśród białych odsetek ten jest dwa razy niższy. Podobna różnica, tylko że w odwrotną stronę, widoczna jest dla osób, które skończyły studia wyższe – dyplom uniwersytetu zdobyło 13,5 proc. białych Amerykanów w wieku 25 lat i więcej i tylko 7,8 proc. czarnych Amerykanów.

Afroamerykanie są też zdecydowanie słabszą grupą na rynku pracy niż biali obywatele USA. Stopa bezrobocia wśród czarnych wynosi 10,1 proc, tymczasem wśród białych ledwie 4,6 proc. 42 proc. białych Amerykanów pracuje w „zarządzaniu, biznesie, nauce i sztuce”, tymczasem czarnych tylko 29 proc., a i to jest zawyżone faktem, że do tej kategorii zawodowej nie wiadomo dlaczego wciągnięto sztukę, w której Afroamerykanie są reprezentowani nieco powyżej średniej. Czarni Amerykanie częściej niż biali trafiają oczywiście do usług (pracuje w nich 25 proc. Afroamerykanów i tylko 15 proc. białych) oraz do produkcji i transportu (16 proc. wobec 10 proc.). Tylko 3,4 proc. Afroamerykanów w wieku powyżej 16 lat to przedsiębiorcy – wśród białych ten odsetek jest dwa razy wyższy.

Służba zdrowia nie dla każdego

W USA nie istnieje powszechne publiczne ubezpieczenie zdrowotne, więc wielu Amerykanów pozbawionych jest dostępu do bezpłatnej służby zdrowia, której koszty pokrywałoby ubezpieczenie. Jednak także tu widać ogromne różnice rasowe. O ile trzy czwarte białych dysponują prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym, to wśród czarnych pochwalić się tym może tylko nieco ponad połowa. Czarni Amerykanie muszą więc częściej korzystać z publicznych programów ubezpieczeniowych, skierowanych do osób potrzebujących. Jednak i one nie trafiają do wszystkich, w związku z czym 10 proc. Afroamerykanów w ogóle nie posiada ubezpieczenia zdrowotnego. Wśród białych odsetek ten jest dwa razy niższy.

W USA nie tylko dostęp do służby zdrowia urąga cywilizacyjnym standardom. Niski jest także poziom wielu innych usług publicznych. Na bardzo wielu obszarach w fatalnym stanie jest chociażby komunikacja publiczna. Posiadanie własnego samochodu staje się więc dla wielu Amerykanów koniecznością. Niestety aż 18,6 proc. czarnych Amerykanów nie posiada auta, podczas gdy wśród białych ten odsetek jest trzy razy niższy. Nic więc dziwnego, że proporcjonalnie trzy razy więcej Afroamerykanów niż białych korzysta na co dzień z komunikacji publicznej, by dojechać do pracy, co w wielu miejscach za oceanem nie jest specjalnie komfortowym sposobem podróży.

Zaledwie 41 proc. czarnoskórych Amerykanów mieszka we własnym domu lub mieszkaniu. Tymczasem wśród białych aż 71 proc. osób zamieszkuje własnościowy lokal lub dom. Niemal 30 proc. Afroamerykanów mieszka w blokach mieszkalnych, tymczasem wśród białych odsetek ten jest ponad dwa razy niższy. Za to trzy czwarte białych mieszka w domach wolnostojących, jednorodzinnych – wśród czarnych nieco ponad połowa. Wielowymiarowo gorsza sytuacja socjoekonomiczna czarnych Amerykanów sprawia też, że są oni zdecydowanie mniej skłonni do zawierania małżeństw. Tylko 29 proc. Afroamerykanów w wieku 15 lat lub wyżej żyje w związku małżeńskim, a wśród białych ten odsetek wynosi 52 proc.

Światy równoległe

Wszystkie powyższe dane pochodzą z United States Census Bureau (amerykański odpowiednik GUS) i dotyczą najświeższego dostępnego okresu, czyli roku 2016. Wyłania się z nich dosyć szokujący obraz dwóch niemalże równoległych światów. Oczywiście można się było domyślać, że sytuacja czarnych obywateli USA jest wyraźnie gorsza niż ich białych rodaków. Jednak liczby pokazują to czarno na białym (nomen omen) i niezwykle dobitnie. Niemal wszystkie wskaźniki socjoekonomiczne wśród białych Amerykanów są dwa lub trzy razy lepsze niż wśród czarnych. W ramach jednego kraju takie różnice to wręcz przepaść. Co więcej, nie są to różnice między najbardziej i najsłabiej rozwiniętymi częściami USA, lecz między dwoma grupami rasowymi. Pomimo różnych symbolicznych wydarzeń, takich jak prezydentura Baracka Obamy czy wiele karier sportowych i artystycznych czarnych obywateli USA, ten nieformalny apartheid trwa w najlepsze i nie zanosi się, by miał się skończyć. Nieustannie gorsza sytuacja socjoekonomiczna Afroamerykanów tworzy kolejne mechanizmy, które utrzymują ich w gorszym położeniu. Przykładowo, niska stabilność życiowa czarnych Amerykanów sprawia, że zdecydowanie mniej chętnie zawierają oni małżeństwa, co jeszcze bardziej obniża ich stabilność życiową – zaklęty krąg. Czarni nie mogą też liczyć na to, że z ich położenia spróbuje ich wyciągnąć nieco bardziej aktywna polityka społeczna na wzór europejski. Skoro sytuacji czarnych niespecjalnie pomogła prezydentura Afroamerykanina, to tym bardziej nie pomoże jej prezydentura białego milionera.

Piotr Wójcik