Czy sankcje powstrzymają Rosję?

W 2014 roku Rosja w związku z kryzysem politycznym na Ukrainie podjęła kroki, które dotychczas mieściły się poza zakresem wyobraźni politycznej odnoszącej się do Europy sensu stricto. W lutym zaanektowała zbrojnie Krym i zainicjowała oraz wsparła na różne sposoby ruchy „separatystyczne” na wschodzie Ukrainy, co doprowadziło do powołania tzw. Republik Ludowych, Donieckiej i Ługańskiej, nie licząc tworów efemerycznych. Stan kryzysu politycznego i pełzającej wojny hybrydowej trwa do dziś, zaostrzany przez wydarzenia takie jak zestrzelenie w lipcu 2014 r. przez prorosyjskich separatystów samolotu malezyjskich linii lotniczych, przewożącego głównie obywateli Holandii. W aspekcie militarnym władze w Kijowie zostały pozostawione samym sobie, otrzymując tylko relatywnie niewielkie wsparcie. Tak zwana wspólnota międzynarodowa podjęła jednak skierowane przeciwko Rosji działania polityczne oraz gospodarcze, przyjmujące postać sankcji.

Gospodarka rosyjska przed rokiem 2014

Jak wszystkie kraje powstałe na gruzach Związku Sowieckiego, Rosja doświadczyła w latach 90. XX wieku gigantycznej zapaści gospodarczej. Kumulowały się w niej skutki załamania wcześniejszego modelu ekonomicznego i negatywne zjawiska, sięgające co najmniej początków konsolidacji porewolucyjnej władzy. Należy wśród nich wymienić efekty kolektywizacji. Co prawda forsowna industrializacja zapoczątkowana za czasów Stalina, dopełniona transferem zdobyczy wojennych i technologii z Niemiec (oraz w mniejszym stopniu z opanowanej przez ZSRR części Europy), spowodowała skokowe w porównaniu z okresem przedrewolucyjnym uprzemysłowienie kraju, jednak impet nadany przez samo przejście od ekstensywnej, prymitywnej produkcji rolnej do przemysłu zaczął się wyczerpywać już u progu lat 60. XX wieku. Cała gospodarka była skrępowana przez założenia ideologiczne i obciążona w ogromnym stopniu przez kompleks pracujący na rzecz potężnej armii, którego świetność w bardzo małym stopniu przekładała się na innowacyjność sektorów komercyjnych. Te ostatnie pozostawały coraz bardziej zacofane wobec Zachodu i prozachodniej części Azji, co szczególnie uwidoczniło się w związku z elektroniczno-informatyczną rewolucją zapoczątkowaną w latach 70. Raz jeszcze okazało się, że wyłączające instytucje polityczne oraz gospodarcze nie są w stanie doprowadzić do długofalowego sukcesu gospodarczego.

Rosja, która przejęła większość postsowieckiej masy upadłościowej, była zatem strukturalnie obciążona od zarania samodzielnego już bytu państwowego. Między rokiem 1992 a 1998 PKB kraju per capita spadło według szacunków MFW o ponad 20% (inne szacunki mówią o nawet niemal 30%). Potem sytuacja ekonomiczna zaczęła się poprawiać, na co wpływ miało kilka czynników. Po pierwsze, wystąpiły naturalne długookresowe procesy adaptacyjne i siłą rzeczy ustał systemowy rabunek, przekładający się na powstawanie znikąd wielomiliardowych fortun oligarchów. Po drugie – epoka Putina przyniosła, dzięki konsolidacji władzy, pewne unormowanie sytuacji wewnętrznej, ograniczające rozbuchaną przestępczość i stwarzające korzystniejsze warunki prowadzenia działalności (wskaźnik morderstw spadł między 2002 a 2011 r. o ponad 60%). Po trzecie i najważniejsze, z końcem lat 90. rozpoczęła się bezprecedensowa hossa na rynku ropy naftowej. Cena nominalna tego surowca wzrosła w ciągu dekady ponad dwunastokrotnie, aby po załamaniu związanym z kryzysem lat 2008-09 ustabilizować się jeszcze na kilka lat na poziomie dziewięciokrotnie wyższym niż w 1998 r. Skutkiem tych wszystkich czynników był ponad dwukrotny wzrost rosyjskiego PKB per capita w latach 2000-2010, a lata do 2014 r. przyniosły kontynuację tego pozytywnego trendu.

Mimo to Rosja roku 2014 pozostawała krajem o wskaźnikach makroekonomicznych na poziomie sytuującym się pomiędzy krajami przyjętymi do UE w 2004 r. a tymi, które dołączyły do wspólnoty w 2007 r. Jej PKB per capita w jednostkach przeliczeniowych ledwie przekraczało 50% tej wartości dla głównych krajów „starej” Unii. Słabością strukturalną pozostawało uzależnienie gospodarki od surowców naturalnych. Sam sektor ropy naftowej i gazu odpowiadał za 16% PKB i 70% wartości eksportu, a także za ponad połowę federalnych rezerw budżetowych. Najbardziej znaczącym rosyjskim sektorem wytwórczym w skali świata pozostaje przemysł zbrojeniowy, na bazie sukcesów którego rozpoczęto starania mające na celu powrót do gry w roli dostawcy samolotów pasażerskich.

Warto zwrócić uwagę na strukturę rosyjskiego handlu zagranicznego. W okresie bezpośrednio poprzedzającym kryzys ukraiński głównym partnerem handlowym Rosji pozostawała Unia Europejska (41,9% importu i 52,9% eksportu). Drugie pod względem ważności Chiny odpowiadały już tylko za 16,3% importu i 6,8% eksportu. Stany Zjednoczone są dla Rosjan partnerem raczej drugorzędnym, na którego przypada około 5% wymiany handlowej.

Reakcje na kryzys ukraiński

Zasadniczym instrumentem retorsji wobec Rosji w związku z agresją na Ukrainę były ograniczenia polityczne i gospodarcze. Były one różne w zależności od strony. W 2014 r. Unia Europejska wprowadziła w odniesieniu do Krymu i Sewastopola zakaz importu towarów, ograniczenia handlowo-inwestycyjne w przypadku niektórych sektorów gospodarki oraz projektów infrastrukturalnych, zakaz świadczenia usług turystycznych w zagarniętym rejonie oraz częściowy zakaz eksportu towarów i technologii. W odniesieniu do samej Rosji sankcje objęły ograniczenie dostępu do pierwotnych i wtórnych rynków kapitałowych UE dla banków i firm powiązanych ze strukturami państwowymi, zakaz eksportu i importu broni, eksportu produktów mogących mieć zastosowanie cywilne i wojskowe, a także ograniczenie dostępu do strategicznych technologii i usług związanych z wydobyciem i produkcją ropy naftowej. Ponadto władze UE zwróciły się do Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju o zawieszenie finansowania nowych operacji w Rosji. Sankcje były przedłużane na kolejne okresy, zgodnie z obecnymi ustaleniami mają obowiązywać do 31 stycznia roku 2018 r.

Sankcje nałożone przez administrację amerykańską w 2014 r. są podobne co do zakresu. Zakładają ograniczenie dostępu do kapitału dla sześciu rosyjskich banków państwowych, związanych z nimi podmiotów oraz korporacji obronnej Rostech, a także zamrożenie aktywów rosyjskich firm z sektora obronnego wraz z zakazem współpracy z nimi. Istotne znacznie ma zakres wymierzony w rosyjski sektor naftowy. Obejmuje on ponownie ograniczenia dostępu do kapitału i zakaz dostarczania technologii, usług oraz towarów wspomagających realizację projektów eksploatacji złóż szelfowych w Arktyce, głębinowych, łupkowych i morskich. Co ważne, sankcje amerykańskie zostały latem 2017 r. rozszerzone, aczkolwiek z możliwością poniechania rozszerzenia z uwagi na interes Stanów Zjednoczonych, jeżeli zostanie on uzasadniony przez Biały Dom. Istniejące ograniczenia rozciągnięto na sektory metalowy i wydobywczy, skrócono okresy kredytowania rosyjskich podmiotów finansowych i firm. Prezydent Stanów Zjednoczonych uzyskał też prawo wprowadzenia sankcji skierowanych przeciwko budowie przez Rosję rurociągów eksportowych – może uderzyć nimi we wszystkie podmioty inwestujące w tego rodzaju projekty o równowartości 1 miliona dolarów jednorazowo lub 5 milionów dolarów w ciągu roku. Kolejną ewentualnością może być wprowadzenie zakazu nabywania rosyjskich obligacji skarbowych. Własne sankcje wprowadziły również m.in. Kanada i Japonia, a także, co oczywiste, Ukraina.

Sytuacja gospodarki rosyjskiej po 2014 r.

Z kryzysem krymskim i wprowadzaniem sankcji zbiegł się bardzo niekorzystny dla rosyjskiej gospodarki i budżetu gwałtowny spadek cen ropy naftowej. Wzrost produkcji tego surowca z łupków w Stanach Zjednoczonych, zwiększenie wydobycia przez – mającą diametralnie różne od rosyjskich cele polityczne w konflikcie syryjskim – Arabię Saudyjską, ale także przez Irak, Libię i Iran, a i pewien spadek popytu – wszystko to spowodowało zniżkę cen surowca na rynkach światowych. Spadły one z poziomu rzędu 100 dolarów za baryłkę w połowie 2014 r. do ok. 50 dolarów obecnie (z minimum wynoszącym niecałe 30 dolarów na początku 2016 r.). Zjawisko to nie jest efektem oficjalnych sankcji wobec Rosji, jednak z uwagi na rolę, jaką odegrały w nim Stany Zjednoczone i saudyjska monarchia, trudno nie dopatrywać się tu elementu wojny handlowej z Moskwą i podkopywania jej pozycji. Należy przy tym zauważyć, że koszt produkcji ropy w Rosji jest wyższy niż w np. krajach Zatoki Perskiej. Według szacunków z 2014 r. w przypadku złóż lądowych wynosił on 18 dolarów za baryłkę, a w przypadku arktycznych – aż 120 dolarów, podczas gdy wyprodukowanie najtańszej pod tym względem ropy saudyjskiej kosztowało zaledwie 3 dolary. Ze spadkiem cen ropy skorelowany był znaczący spadek notowań rubla wobec głównych walut. W połowie 2014 r. za euro trzeba było zapłacić około 45 rubli, obecnie – niemal 70 (ponad 88 na początku 2016 r.), natomiast dolar zdrożał z ok. 35 do 55 rubli (maksymalny kurs również na początku 2016 r. – 78). W związku z tym efekt oficjalnych sankcji jest trudny do jednoznacznego oszacowania.

Wymiernym skutkiem koniunkcji wszystkich zjawisk jest przynajmniej czasowe pogorszenie się wskaźnika wzrostu gospodarczego w Rosji. Według danych Banku Światowego w 2014 r. wyniósł on 0,7% PKB, 2015 r. i 2016 r. przyniosły spadki, odpowiednio o 3,7 i 0,6% (jednak już w 2017 r. PKB Rosji ma wzrosnąć o 1,5%). Ocenia się, że zasadniczymi problemami dla rosyjskiej gospodarki są spadek cen ropy naftowej i niewydolność obowiązującego modelu zarządzania oraz zaległości strukturalne. Sankcje wyraźnie utrudniają ich rozwiązanie. Ograniczenia o charakterze finansowym utrudniają rosyjskim podmiotom pozyskiwanie kapitału zagranicznego, np. refinansowanie pożyczek, pogarszając kondycję finansową i możliwość realizacji programów inwestycyjnych. Nastąpił znaczący odpływ kapitału – 151 miliardów dolarów w 2014 r., 56,9 miliarda w 2015 r.; wpływ samych sankcji od połowy 2014 r. do połowy 2015 r. oceniany jest na 72 miliardy. Kolejnym efektem jest spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2015 r. wyniósł aż 92% w stosunku rocznym, aczkolwiek występuje tu kumulacja różnych zjawisk, takich jak wcześniejsze spowolnienie gospodarcze w Rosji i sceptycyzm inwestorów wobec wschodzących rynków.

Rosyjski budżet został obciążony kosztami strategicznego wsparcia firm, którym trudno pozyskiwać środki na rynkach kapitałowych. Państwo wraz z Bankiem Centralnym podejmuje kroki w celu utrzymania płynności finansowej banków i pomaga należącym do siebie przedsiębiorstwom, działającym w trudniejszych warunkach, a wartość pomocy publicznej w 2015 r. wyniosła 2,4% PKB. Pomoc dla firm była konieczna z uwagi na załamanie kursu rubla, które, chociaż pozornie kompensowało na płaszczyźnie wewnętrznej spadek cen ropy, jednak radykalnie zwiększało koszty obsługi zadłużenia, denominowanego w walutach zagranicznych. Natomiast niski udział towarów wysoko przetworzonych w eksporcie uniemożliwił skorzystanie w większym zakresie z potencjalnego wzrostu konkurencyjności na rynkach zagranicznych. Z uwagi na znaczenie sektora naftowo-gazowego dla gospodarki kraju, należy podkreślić wpływ ograniczeń na możliwość pozyskania przez niego kapitału zagranicznego, oddziałujący tak na bieżące wyniki, jak i na realizację projektów infrastrukturalnych. Koncerny takie, jak Rosnieft, Novatek czy ŁUKoil, musiały w 2015 r. i w kolejnych latach ograniczyć budżety przeznaczone na inwestycje o nawet 10-30% w stosunku do lat poprzednich. Przy realizacji strategicznego projektu produkcji skroplonego gazu ziemnego, Jamał-LNG, wystąpiły problemy z zapewnieniem finansowania i wynikające z nich opóźnienia.

W całej gospodarce pojawił się negatywny klimat inwestycyjny i wzrosła niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji. Ekspercka Grupa Ekonomiczna, doradzająca Ministerstwu Finansów Rosji, ocenia skumulowane koszty spadku ceny ropy i sankcji w latach 2014-2017 na 600 miliardów dolarów, przy czym same sankcje mają odpowiadać za 170 miliardów – przy nominalnej wartości PKB Rosji wynoszącej w 2016 r. 1,28 biliona dolarów. Spadek tempa rozwoju gospodarczego, znów wynikający z kumulacji czynników, jest oceniany na 2,1% PKB rocznie. Trudno ocenić obecnie efekty długofalowe sankcji. Mogą one z uwagi na pewien zakres izolacji gospodarczej Rosji utrudnić jej wyjście ze stagnacji ekonomicznej oraz utrudnić na dłuższą metę rozwój technologiczny sektora naftowego, a z uwagi na rozszerzenie palety sankcji amerykańskich – nie tylko jego.

Słaba bariera i nieszczelne sito

Sankcje ekonomiczne, jak wskazano powyżej, przynajmniej do pewnego stopnia pogorszyły kondycję rosyjskiej gospodarki. Jednak ich znaczenie krótkoterminowe, a przez to wpływ na zahamowanie agresywnych poczynań, pozostaje ograniczone. Handel ropą jako taki oraz sektor rafineryjny nie doznały bezpośrednich szkód, kontynuowane były inwestycje w modernizację zakładów przetwórczych. Szybka reakcja państwa (kosztem deficytu budżetowego) pomogła firmom dotkniętym problemami powrócić do równowagi, dzięki czemu nie wystąpiły istotne koszty społeczne, poza spadkiem siły nabywczej w odniesieniu do produktów importowanych. Pewne znaczenie może mieć wywołana niskim kursem rubla migracja za granicę wykwalifikowanych specjalistów – rosyjska prasa donosi np. o wywołującym problemy kadrowe wyjeździe setek doświadczonych pilotów cywilnych do krajów azjatyckich, w szczególności do Chin, Indii i Wietnamu, gdzie pracodawcy mogą obecnie zaoferować znacznie bardziej atrakcyjne stawki.

W pewnym zakresie amortyzację efektów zachodnich sankcji dla gospodarki rosyjskiej jako całości ułatwiły inwestycje chińskie czy indyjskie. Jednocześnie kapitał zachodnioeuropejski nie zaprzestał finansowania istotnych projektów infrastrukturalnych, np. bałtyckiego gazociągu Nord Stream 2 czy wspomnianego projektu Jamał-LNG, który znalazł inwestorów z Niemiec i Szwecji. Tu znaczenie może mieć dopiero ewentualne wprowadzanie w życie zaostrzonych sankcji amerykańskich. W odniesieniu do nich należy jednak odnotować niechęć czynników z Unii Europejskiej, vide krytykujące inicjującą cały proces decyzję Senatu Stanów Zjednoczonych oświadczenie kanclerza Austrii i wicekanclerza oraz ministra spraw zagranicznych Niemiec, wsparte następnie co do zasady przez Angelę Merkel. Rosjanie ponadto są w stanie obchodzić poszczególne sankcje sektorowe. Dowodem jest choćby skandal dotyczący wysłania na Krym, z przeznaczeniem dla strategicznie ważnej elektrociepłowni, turbin gazowych firmy Siemens. Formalnie były one przeznaczone dla zakładu na Półwyspie Tamańskim, jednak analitycy ukraińscy długo przed faktyczną dostawą ostrzegali, że faktycznym miejscem docelowym będzie właśnie Krym. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy niewiedza niemieckiego kontrahenta w tym zakresie była prawdziwa czy markowana.

Sankcje nie sprawiły też w najmniejszym stopniu problemów rosyjskiemu handlowi bronią, gdyż kraje je stosujące nie są nią po prostu zainteresowane. Z kolei procesy trwające od 2011 r. na Bliskim Wschodzie spowodowały otwarcie dla Rosjan rynków, na których z przyczyn politycznych dotychczas prosperowali słabo, przede wszystkim egipskiego, ale w perspektywie być może również tureckiego i jordańskiego. Modernizacja rosyjskich sił zbrojnych w dużej mierze dokonała się dzięki wykorzystaniu hossy na rynku naftowym, i nawet ewentualne opóźnienie czy ograniczenie z przyczyn budżetowych wdrożenia najbardziej perspektywicznych programów, takich jak nowy myśliwiec wielozadaniowy ­Su-57 czy czołg T-14 Armata, nie będzie miało istotnego wpływu na zdolność bojową rosyjskiej armii w ciągu najbliższych kilku lat. Anulowany w następstwie wydarzeń krymskich kontrakt na zakup we Francji okrętów desantowych typu „Mistral” miał w istocie znaczenie o wiele mniejsze, niż powszechnie przypisywane. Paradoksalnie większy wpływ miały tu sankcje ukraińskie, które prawdopodobnie uniemożliwią np. ukończenie dla WMF co najmniej dwu fregat i opóźnią ukończenie kilku kolejnych, co jest spowodowane embargiem na dostawę turbin. Z kolei newralgiczne dla modernizacji rosyjskiej broni pancernej dostawy francuskiej konstrukcji kamer termowizyjnych, skokowo zwiększających możliwości bojowe czołgów, nie zostały przerwane wskutek sankcji, aczkolwiek nie jest do końca jasne, czy producent skorzystał z wyłączenia z ich zakresu umów wcześniej zawartych, czy też technologia wytwarzania urządzeń została efektywnie przekazana Rosjanom. Jeżeli ostatecznie potwierdzą się informacje o redukcji rosyjskich wydatków obronnych, które mają według założeń budżetowych na kolejne lata wyraźnie spaść (z 1,021 biliona rubli w 2017 do 943,6 miliarda w 2018, 860,6 miliarda w 2019 i 869,1 miliarda w 2020), będzie to można interpretować jako dość spektakularny efekt uderzenia przez oponentów Moskwy w ceny ropy naftowej.

Ogólnie rzecz biorąc, i odwołując się do sławnej frazy, sankcje są dla Rosji póki co raczej katarem niż gruźlicą, która skłoniłaby ją do rachunku sumienia. Skuteczniejsze retorsje musiałyby utrudniać przede wszystkim bezpośrednio rosyjski handel surowcami, co mogłoby owocować pogłębieniem problemów budżetowych Moskwy. Takie działania są jednak trudne z wielu powodów. Po pierwsze – gospodarki krajów Unii Europejskiej nawet w przypadku wystąpienia woli politycznej musiałyby mieć czas na przestawienie się na alternatywne kierunki dostaw (na marginesie można też zadać pytanie, czy kierowanie dodatkowych mas pieniędzy do Arabii Saudyjskiej lub Kataru, z kręgami polityczno-ideologicznymi mającymi bardzo niesympatyczne ambicje, nie byłoby przypadkiem wpadaniem z deszczu pod rynnę). Po drugie – wielkim odbiorcą rosyjskich surowców są Chiny, które na pewno nie przyłączą się do żadnych sankcji, a zwiększenie uzależnienia od siebie Moskwy powitają bardzo przychylnie, wszak powtórzenie wolty z początku lat 2000, tj. proamerykańskiego zwrotu Rosji, stanowi czarny sen chińskich elit. Po trzecie wreszcie – trzeba pamiętać, że z perspektywy Waszyngtonu i stolic zachodnioeuropejskich Ukraina jest tylko jednym z elementów globalnej układanki, co pozostawia Rosji znaczną możliwość manewru. Dla Stanów Zjednoczonych ważne jest rosyjskie stanowisko w sprawach Korei Północnej, Bliskiego Wschodu oraz ponownie, po zarzuceniu przez administrację prezydenta Trumpa obamowskiego odprężenia na tym kierunku, Iranu. Europa ma problem przede wszystkim z Bliskim Wschodem. Na tym tle szeroko zakrojoną i bardzo skuteczną interwencję Rosji w Syrii należy traktować jako nakierowaną, obok celów bezpośrednich, na wyprowadzenie Moskwy z pewnej izolacji, w jaką wpadła wskutek agresywnych działań przeciwko Ukrainie. I wydaje się, że odniosła ona zamierzony skutek. Rosjanie odzyskali pozycję protagonistów bliskowschodniego teatru politycznego, z którymi muszą liczyć się i układać zachodni partnerzy.

Prawdopodobnie najbardziej dotkliwa dla Rosji byłaby stymulacja przez Zachód, dzięki obustronnie korzystnej polityce, w tym gospodarczej, budowy silnego, zwartego i zamożnego państwa ukraińskiego, które mogłoby skutecznie przeciwstawiać się zakusom potężnego sąsiada i mieć orientację prozachodnią opartą na korzyściach, nie nadziejach. To jednak wydaje się mało realne, tak z uwagi na jakość elit ukraińskich, jak i kadr, które trafiają tam z zagranicy, w tym i z Polski. A przede wszystkim z uwagi na nasze własne, często gorzkie, doświadczenia z okresu po 1989.

Festiwal deglomeracji

Festiwal deglomeracji

Przysucha – liczące 6,2 tys. mieszkańców miasto powiatowe położone na południowo-zachodnich krańcach województwa mazowieckiego, tuż przy jego granicy z województwami łódzkim i świętokrzyskim. Rejon Przysuchy to przykład peryferii wewnętrznych, czyli obszaru, który, choć leży w centrum Polski, boryka się z ograniczoną dostępnością komunikacyjną czy problemami społeczno-gospodarczymi w stopniu porównywalnym z obszarami położonymi na kresach kraju. Stopa bezrobocia w centralnie położonym powiecie przysuskim i sąsiednim szydłowieckim od lat utrzymuje się na poziomie porównywalnym ze stopą bezrobocia powiatów braniewskiego i bartoszyckiego, leżących przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim, czy powiatu leskiego w Bieszczadach.

30 czerwca 2017 r. w Przysusze odbył się kongres Prawa i Sprawiedliwości. Na spotkanie zorganizowane pod hasłem „Polska jest jedna” przyjechało 1,1 tys. delegatów. Radio Wnet komentowało, że „na jeden dzień Przysucha staje się polityczną stolicą Polski”, a „Rzeczpospolita” relacjonowała, iż „Przysucha ma być symbolem dbałości obozu władzy o Polskę poza dużymi miastami”. Problem w tym, że w Przysusze nie padło ani jedno słowo na temat jednego z najbardziej bezpośrednich narzędzi wzmacniania ośrodków poza metropoliami – czyli deglomeracji, polegającej na lokalizowaniu instytucji rządowych poza stolicą państwa, zaś instytucji regionalnych poza stolicą regionu.

Miasto stołeczne, miasto trybunalskie

Kongres w Przysusze stał się więc jednodniowym festiwalem deglomeracji miękkiej (jednorazowe wydarzenia ważnej rangi poza stolicą), na którym w ogóle nie pojawił się temat deglomeracji twardej. Wydaje się, że początkowo głośna w kręgach rządowych kwestia deglomeracji, ucichła zanim przystąpiono do jej wdrażania.

Przypomnijmy, że w 2015 r. kadencję rządów Prawa i Sprawiedliwości zapoczątkowała zapowiedź przeniesienia Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego, w ślad za którą w projekcie ustawy o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym zapisano wykreślenie art. 2 ustawy, mówiącego, że „siedzibą Trybunału jest miasto stołeczne Warszawa”. W uzasadnieniu argumentowano, że propozycja ta „nawiązuje do koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski. Projekt dotyczy przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Antoni Macierewicz, poseł PiS wybrany w okręgu piotrkowsko-skierniewickim i wiceprezes partii rządzącej, mówił: „Jestem za przeniesieniem Trybunału Konstytucyjnego do Piotrkowa Trybunalskiego. To kwestia przywrócenia tradycji I Rzeczpospolitej, kwestia dowartościowania lokalnych społeczności, które w tradycji Rzeczpospolitej odgrywały istotną rolę w naszej historii”. W samym projekcie ustawy ponadto argumentowano, że „przeniesienie siedziby Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do innego miasta ma także ten dodatkowy walor, że zapewni większą izolację sędziów od ośrodków władzy politycznej, a przez to wzmocni ich apolityczność i bezstronność”.

Właśnie chęć geograficznego wyrażenia niezależności wybranych organów państwowych bywa ważną przesłanką przy doborze miejsc siedzib instytucji wymiaru sprawiedliwości. Przykładowo sądy konstytucyjne w wielu krajach zostały zlokalizowane poza miastami stołecznymi, będącymi siedzibami władzy wykonawczej: Sąd Konstytucyjny Republiki Czeskiej mieści się w Brnie, Sąd Konstytucyjny Republiki Słowackiej – w Koszycach, Sąd Konstytucyjny Gruzji – w Batumi, Sąd Konstytucyjny Federacji Rosyjskiej – w Sankt Petersburgu, Sąd Konstytucyjny Republiki Południowej Afryki – w Johannesburgu, Trybunał Konstytucyjny Peru – w Arequipie, natomiast Federalny Trybunał Konstytucyjny Republiki Federalnej Niemiec znajduje się w Karlsruhe.

Liczące około 300 tys. mieszkańców Karlsruhe to 21. pod względem liczby mieszkańców miasto Niemiec, w dodatku nie będące stolicą landu. Jego pozycję można porównywać z Częstochową, Radomiem czy Bielskiem-Białą. W Karlsruhe, obok Trybunału Konstytucyjnego, mieszczą się Sąd Najwyższy i Prokuratura Federalna. Co ciekawe, w mieście tym nie ma możliwości studiowania i wykładania prawa, dzięki czemu nie wytwarza się tu mikrokosmos środowisk prawniczych (najbliższy wydział prawa znajduje się w oddalonym o 70 km mieście Mannheim). Karlsruhe zostało siedzibą najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości na początku lat 50. XX wieku. Zbiegło się to ze zjednoczeniem w 1952 r. trzech landów – Badenii, Wirtembergii i Wirtembergii-Hohenzollern – w jeden land: Badenię-Wirtembergię ze stolicą w Stuttgarcie. Likwidacja Badenii oznaczała utratę przez Karlsruhe statusu stolicy landu. Decyzja o lokalizacji siedzib najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości była więc także decyzją przeciwdziałającą pozbawieniu Karlsruhe funkcji administracyjnych wyższego rzędu.

Deglomeracja od wieków

Rządzące Prawo i Sprawiedliwość bardzo szybko wycofało się z projektu wyprowadzenia Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę, udowadniając niestety, że wnioskowana „większa izolacja sędziów od ośrodków władzy politycznej” była forsowana jedynie do momentu powołania przez PiS nowego kierownictwa sądu konstytucyjnego. Jednocześnie pokazano, że w rzeczywistości nie istnieje szersza, perspektywiczna „koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Przeniesienie siedziby trybunału miało bowiem rzekomo być jej pierwszym elementem.

Nawiasem mówiąc, Piotrków Trybunalski idealnie nadawał się na ośrodek, od którego zainicjowane zostałoby wdrażanie programu deglomeracji. Po pierwsze, jest to miasto nawet swoją nazwą świadczące o deglomeracyjnych tradycjach Polski. W I Rzeczypospolitej Polskiej Trybunały Główne Koronne – sądy najwyższej instancji – zlokalizowane były w Łucku, Lublinie i właśnie w Piotrkowie. Natomiast Trybunał Skarbowy Koronny – najwyższa izba obrachunkowa – miał siedzibę w Radomiu. Wspomnijmy też o Parczewie, w którym od 1413 r. do 1564 r., ze względu na położenie mniej więcej w połowie drogi między Krakowem a Wilnem, odbywały się polsko-litewskie sejmy i zapadały decyzje najważniejsze dla obu krajów.

W kontekście siedziby trybunału za Piotrkowem Trybunalskim przemawiało również to, że jest dobrze skomunikowany z Warszawą. Przynajmniej na początkowym etapie wdrażania deglomeracji należałoby to uwzględniać ze względu na konieczność przeniesienia przynajmniej części urzędników oraz, nie ukrywajmy, początkowo trudne do przerwania powiązania z instytucjami współpracującymi, środowiskami eksperckimi itp. Tymczasem Warszawę i Piotrków Trybunalski łączy droga ekspresowa, zaś najszybszy pociąg 144-kilometrową relację z Warszawy Centralnej do Piotrkowa pokonuje w 1 godz. 26 min., co nie odbiega znacząco od czasów przemieszczania się w ramach aglomeracji warszawskiej w godzinach szczytu. Piotrków Trybunalski jest też dość dobrze skomunikowany z innymi częściami kraju. Z piotrkowskiego dworca kolejowego można dojechać bezpośrednio do dziewięciu spośród dziesięciu największych polskich miast: Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania, Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy i Katowic. Dzięki temu powiązania Trybunału Konstytucyjnego, dotychczas skupione w Warszawie, wraz z jego przeniesieniem do Piotrkowa Trybunalskiego mogłyby stopniowo ustępować wzmacniającym się powiązaniom sądu konstytucyjnego z innymi ośrodkami, np. środowiskami naukowymi, prawnikami zajmującymi się obsługą skarg konstytucyjnych.

Wreszcie Piotrków Trybunalski jest jednym z 31 miast, które na przełomie 1998 i 1999 r. straciły status województwa. Wywołało to problem odpływu średnich i wyższych posad w administracji publicznej, obniżając rangę miejscowych rynków pracy i powodując migrację części mieszkańców. W miastach tego typu wciąż oczekuje się, że któryś z kolejnych rządów zaproponuje koncepcję renesansu byłych ośrodków wojewódzkich. Coraz poważniej mści się bowiem to, że wraz z reformą administracji z przełomu 1998 i 1999 r. – która 49 województw zastąpiła 16 większymi województwami – nie podjęto decyzji zapobiegającej pogorszeniu się sytuacji społeczno-gospodarczej w ośrodkach tracących status miasta wojewódzkiego. Prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk w ekspertyzie przygotowanej na potrzeby „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” tzw. Planu Morawieckiego zwraca uwagę, że „reforma administracyjna 1999 r. spowodowała zmiany w lokalizacji różnego rodzaju działalności miastotwórczych i w przypadku wielu ośrodków nasiliła problemy wynikające z różnic w położeniu w hierarchii administracyjno-osadniczej, w tym wypłukiwania funkcji. […] Pomimo korzystnego historycznego wykształcenia się pełnej sieci miast o różnej wielkości i dość równomiernym rozmieszczeniu geograficznym, polski system osadniczy po 1990 r. pozostaje w stanie coraz większej nierównowagi. Następuje to wskutek tendencji polaryzacyjnych, polegających zwłaszcza na koncentracji zasobów i potencjałów w największych ośrodkach, w tym w Warszawie” (Przemysław Śleszyński, „Delimitacja miast średnich tracących funkcje społeczno-gospodarcze”, Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, Warszawa 2016).

Z analizy przeprowadzonej przez prof. Śleszyńskiego wynika, że spośród 255 miast liczących więcej niż 15 tys. mieszkańców, a nie będących stolicami województw, aż 122 pogrąża problem odpływu mieszkańców, niekorzystnych prognoz demograficznych, wzrostu bezrobocia, zmniejszania się liczby podmiotów gospodarczych, odpływu dużych przedsiębiorstw, spadku dochodów oraz spadku liczby odwiedzających. Najgorsza sytuacja jest w 23 miastach, wśród których są nie tylko położone peryferyjnie kilkunastotysięczne ośrodki jak Braniewo czy Hrubieszów, ale także byłe siedziby województw (Chełm, Przemyśl, Zamość) oraz porównywalne z nimi pod względem wielkości miasta, które statusu wojewódzkiego nie posiadały, jak Starachowice, Ostrowiec Świętokrzyski czy liczący prawie 100 tys. mieszkańców Grudziądz.

Cały naród buduje swoją stolicę

Dla przestrzennego zrównoważenia rozwoju i zapobiegania regionalnej dominacji stolic wojewódzkich niezbędne jest, aby beneficjentami deglomeracji były ośrodki, które nie posiadają statusu miasta wojewódzkiego. Jednak wsparcia rozwojowego potrzebują nie tylko byłe ośrodki wojewódzkie, ale także porównywalne z nimi miasta, które do końca lat 90. XX wieku również nie były stolicami województw. Tymczasem płynące ostatnio oficjalne wnioski do władz centralnych ograniczały się do umiejscowienia siedzib instytucji rządowych w miastach wojewódzkich.

Po tym, jak rząd Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział stworzenie Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, przewidując jego umiejscowienie w Warszawie, łódzki Instytut Spraw Obywatelskich INSPRO zwrócił się z wnioskiem o zlokalizowanie tej instytucji w Łodzi: „Po 27 latach od transformacji, czas najwyższy na odważne decyzje rządu i zerwanie z warszawocentryzmem” – przekonywał prezes INSPRO Rafał Górski w liście otwartym do premier Beaty Szydło.

W sprawie Narodowego Instytutu Wolności wniosek złożył również Klub Jagielloński – oparty był on na założeniu „zgodnie z którym sama lokalizacja i »bliskość« do instytucji powinna wspierać rozwój społeczeństwa obywatelskiego w jednym z województw o słabych wskaźnikach rozwoju instytucji społeczeństwa obywatelskiego”. Klub Jagielloński wystąpił z sensowną rekomendacją, aby nowa instytucja została zlokalizowana w jednym z województw cechujących się najmniejszym wskaźnikiem liczby fundacji i stowarzyszeń na 10 tys. mieszkańców, czyli śląskim, kujawsko-pomorskim, podlaskim, łódzkim lub świętokrzyskim. Niestety następnie, chyba nieco bezrefleksyjnie, propozycja Klubu sprowadziła się do stolicy któregoś z tych województw, nie zaś do któregoś z leżących w granicach tych regionów byłych miast wojewódzkich lub porównywalnych ośrodków, znacznie bardziej potrzebujących wzmocnienia swojej funkcji administracyjnej, a więc przykładowo Częstochowy, Grudziądza, Łomży, Sieradza czy Ostrowca Świętokrzyskiego.

Kolejnym przykładem rozdźwięku między deklaracjami Prawa i Sprawiedliwości o „przełamaniu podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju” a praktyką, była zapowiedź stworzenia Narodowego Instytutu Technologicznego. Podmiot ten ma wchłonąć 35 instytutów badawczych funkcjonujących w różnych częściach Polski, nie tylko w Warszawie oraz największych metropoliach jak Górnośląski Okręg Przemysłowy, Kraków, Łódź czy Poznań, ale także w Kędzierzynie-Koźlu (Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej) czy w Puławach (Instytut Nowych Syntez Chemicznych). Przekształcenie 35 samodzielnych instytutów badawczych w jednostki wewnętrzne Narodowego Instytutu Technologicznego oznaczać będzie przesunięcie funkcji kontrolno-decyzyjnej z różnych miast do jednego, którym w dodatku została w projekcie ustawy wskazana Warszawa.

W tej sytuacji do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, gdzie powstała ustawa tworząca Narodowy Instytut Technologiczny, wpłynęły wnioski Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych oraz Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia, aby siedzibą instytutu zostało inne miasto niż Warszawa – w obydwu wnioskach na siedzibę instytutu technologicznego zaproponowany został Wrocław. „Umiejscowienie Narodowego Instytutu Technologicznego w innym mieście [niż Warszawa] byłoby nieuzasadnione” – brzmiała odpowiedź warszawskich urzędników Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na powyższe propozycje…

Katowice, czyli Warszawa

Dotychczas wszystkie wnioski proponujące lokalizacje instytucji centralnych poza Warszawą rozbijały się o ścianę ignorancji tworzoną przez urzędników bytujących w mikrokosmosie warszawskich gmachów rządowych. Tak stało się również w przypadku propozycji umiejscowienia poza Warszawą siedziby Narodowego Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. „Pomysł wyznaczenia jego siedziby w Łodzi wydaje się być trudny do realizacji z uwagi na strukturalną, instytucjonalno-prawną więź bliskiej współpracy między Centrum a Kancelarią Prezesa Rady Ministrów i Departamentem Społeczeństwa Obywatelskiego KPRM” – napisał Adam Lipiński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w odpowiedzi na wniosek INSPRO.

Do annałów urzędniczej ekwilibrystyki może przejść pismo z warszawskiej Prokuratury Generalnej z końca 2015 r. Krytycznie opiniowano w nim ówcześnie proponowany zapis o przeniesieniu Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę: „Wskazane w uzasadnieniu projektu przypadki usytuowania sądów konstytucyjnych poza stolicą państwa są o tyle mało przekonujące, że dotyczą albo siedzib tradycyjnych, albo są związane z federacyjnym charakterem tych państw (Niemcy, Federacja Rosyjska) lub przeszłością historyczną, gdy państwo mimo unitarnego charakteru zachowało podział na kraje (Republika Czeska), względnie stosunkowo krótkim okresem odrębności państwowej (Republika Słowacka). W szeregu państw europejskich sądy konstytucyjne mają swą siedzibę w stolicy (np. Hiszpania, Portugalia). Nie bez znaczenia jest – co nie wymaga pogłębionej argumentacji – dogodne, centralne położenie Warszawy”.

W efekcie można dojść do przekonania, że nawet jeśli z ust polityków padają deklaracje o potrzebie lokalizacji urzędów centralnych poza stolicą i poparciu dla tej idei, to niezbędne dalsze ruchy zawsze grzęzną w gmachach warszawskich ministerstw. Dobitnie pokazała to sprawa dążeń na rzecz przejęcia siedzib dwóch agencji Unii Europejskiej – Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego i Europejskiej Agencji Leków – które w związku z Brexitem w 2019 r. opuszczą Londyn. Zainteresowanie przejęciem jednej z agencji wyraziły Katowice – władze miasta poinformowały o tym premier Beatę Szydło, jednocześnie poparcie dla tych działań wystosowała grupa parlamentarzystów pod przewodem posła Jerzego Polaczka z PiS. Rządy państw członkowskich zainteresowane przyjęciem którejś z unijnych agencji musiały poinformować o tym władze Unii Europejskiej do końca lipca 2017 r., wskazując konkretne miasta i prezentując szczegóły swojej oferty. Polska wyraziła zainteresowanie umiejscowieniem na swoim terenie obydwu agencji wkrótce opuszczających Londyn, proponując, aby nową siedzibą zarówno Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, jak i Europejskiej Agencji Leków została… Warszawa. Dodajmy, że stolica Polski jest już siedzibą jednej unijnej instytucji – Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex.

Kandydatury z innych krajów wcale nie ograniczały się wyłącznie do stolic państw. Na przykład Niemcy zaproponowały zlokalizowanie Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego we Frankfurcie nad Menem, a Europejskiej Agencji Leków w Bonn. Odnośnie do drugiej z instytucji, pozastołeczne lokalizacje zaproponowały Portugalia (Porto), Włochy (Mediolan), Francja (Lille) oraz Hiszpania (Barcelona). W Hiszpanii zlokalizowanych jest już pięć instytucji Unii Europejskiej – i żadna z nich nie mieści się w stołecznym Madrycie. Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego ma siedzibę w Alicante, Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy – w Bilbao, Centrum Satelitarne Unii Europejskiej – w Torrejón de Ardoz, Europejska Agencja Kontroli Rybołówstwa – w Vigo, a Europejskie Wspólne Przedsięwzięcie na rzecz Realizacji Projektu ITER i Rozwoju Energii Termojądrowej – w Barcelonie.

Strategia (nie)odpowiedzialnego rozwoju

Charakterystyczną cechą polityków jest chęć podejmowania działań miękkich o niepewnej i odsuniętej w czasie skuteczności, przy jednoczesnym braku równoległego podejmowania bezpośrednich działań, które mogą przynieść efekty w znacznie bliższej perspektywie. Widać to chociażby w sztandarowym dokumencie planistycznym polskiego rządu, jakim jest stworzona przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Formułuje ona konieczność „pełniejszego wykorzystania potencjałów terytorialnych obszarów wiejskich i miast dla kreowania wzrostu i lepszych miejsc pracy dla wszystkich mieszkańców Polski”, proponująca, owszem, jak najbardziej potrzebne stwarzanie zachęt dla lokalizacji firm w różnych częściach naszego kraju. Problem w tym, że w Planie Morawieckiego w ogóle nie ma mowy o polityce lokalizacyjnej sfery publicznej. Tymczasem państwo, obok swoich typowych funkcji, gra również rolę istotnego pracodawcy zapewniającego miejsca pracy średniego i wyższego rzędu. Między innymi właśnie niedobór takich miejsc pracy w średnich miastach powoduje odpływ mieszkańców do kilku największych aglomeracji. W tej sytuacji państwo zajmujące się również tworzeniem i utrzymaniem miejsc pracy, ma możliwość bezpośredniego wpływania na przestrzenne równoważenie rynku pracy. Niech zatem realizowaną przez siebie polityką lokalizacji urzędów centralnych tworzy miejsca pracy tam, gdzie mają miejsce problemy z wysokim bezrobociem i odpływem ludności, a nie w Warszawie, gdzie problemy te nie występują.

Nagromadzenie instytucji publicznych w Warszawie wywołuje ponadto zjawisko przenoszenia się do stolicy siedzib przedsiębiorstw prywatnych z innych części kraju. Zarządy kolejnych migrujących do Warszawy firm tłumaczą, że chcą być bliżej polityków, najwyższych urzędników, giełdy papierów wartościowych czy siedzib innych przedsiębiorstw. Do Warszawy na przestrzeni minionych lat przeniosły się między innymi Emperia z Lublina (właściciel sieci supermarketów Stokrotka), Van Pur z Rakszawy (producent piwa), Mieszko z Raciborza (producent słodyczy) czy AMS z Poznania (operator reklamy zewnętrznej) W warszawskich biurowcach swoje siedziby mają nawet zarządy takich firm jak Kędzierzyn-Koźle Terminal czy Zakłady Magnezytowe Ropczyce.

Nie bez znaczenia dla odpowiedzialnego rozwoju jest również to, że deglomeracja może zapewnić obniżenie kosztów funkcjonowania instytucji publicznych. Nagromadzenie w Warszawie urzędów centralnych, dla których zabrakło miejsca w państwowych budynkach, wymusza komercyjny wynajem powierzchni w prywatnych biurowcach – problem ten dotyczy między innymi Urzędu Transportu Kolejowego, Centrum Unijnych Projektów Transportowych, Urzędu Regulacji Energetyki oraz zlokalizowanych w słynnym warszawskim „Mordorze” Instytutu Pamięci Narodowej, Centralnego Ośrodka Informatyki, Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czy centrali Poczty Polskiej. Pożądanym rozwiązaniem byłoby organizowanie konkursów dla miast gotowych pozyskać instytucje centralne w zamian za udostępnienie na atrakcyjnych warunkach nieruchomości należących do samorządów lokalnych, a spełniających potrzeby konkretnych instytucji.

W innych krajach polityka lokalizacji instytucji publicznych jest elementem polityki rozwoju regionalnego. Przykładowo w Szwecji polityka wsparcia rozwoju peryferyjnej północnej części kraju opiera się między innymi na przenoszeniu tam siedzib instytucji publicznych szczebla ogólnokrajowego: Urząd Transportu znajduje się w Borlänge, Urząd Rejestracji Działalności Gospodarczej oraz Urząd Wsparcia Uczniów i Studentów – w Sundsvall, Urząd Geodezji – w Gävle, Urząd Pomocy Ofiarom Przestępstw – w Umeå.

Z kolei po zjednoczeniu Niemiec przyjęto zasadę, że część instytucji dotychczas mających siedzibę w zachodnich landach i w Berlinie Zachodnim musi zostać przeniesiona do miast byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, żeby w biedniejszej części kraju funkcjonowały instytucje zapewniające nie tylko miejsca pracy wyższego rzędu i rozwój towarzyszących działalności gospodarczych (poligrafia, informatyka, doradztwo itp.), ale, nie ukrywajmy, również prestiż. W efekcie więc przeprowadziły się między innymi Federalny Sąd Administracyjny z Berlina do Lipska, Federalny Sąd Pracy z Kassel do Erfurtu czy Federalny Urząd Ochrony Środowiska z Berlina do Dessau.

Od Roberta Biedronia do Ruchu Narodowego

W Polsce jak na razie jedynym chlubnym wyjątkiem z ostatnich lat było przeniesienie z dniem 1 czerwca 2017 r. Państwowej Komisji Badania Wypadków Morskich z Warszawy do Szczecina. To jednak zaskakująco mało, biorąc pod uwagę coraz szersze poparcie dla idei deglomeracji.

Jeszcze w poprzedniej kadencji parlamentu, w 2014 r., w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej odbyła się poświęcona deglomeracji konferencja „Lokalizacja instytucji publicznych jako element polityki miejskiej i regionalnej”. Inicjatorami i organizatorami konferencji było dwóch senatorów Platformy Obywatelskiej: Kazimierz Kleina i Janusz Sepioł. Jeden z wniosków z konferencji to propozycja odejścia od bezrefleksyjnego wpisywania do ustaw powołujących nowe instytucje publiczne artykułu głoszącego, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”, aby dać sygnał, że największe miasto w Polsce nie musi być domyślnie siedzibą każdego urzędu centralnego, a także by zmiana lokalizacji instytucji państwowej nie wymagała zmiany ustawy. Niestety, to proste rozwiązanie zaproponowane na szczeblu politycznym nie przełożyło się na konkretne działanie na szczeblu urzędniczym – projekty ustaw wychodzące z różnych resortów nadal zawsze zawierają artykuł głoszący, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”.

Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Platforma Obywatelska – po ośmiu latach sprawowania władzy – w swoim programie zapisała następujący punkt: „W kolejnych latach rozpoczniemy proces lokalizacji wybranych urzędów i agencji rządowych w innych polskich miastach”. Podobne obietnice wyborcze znalazły się również w programie partii Razem: „Przeniesiemy część urzędów centralnych poza stolicę. Równomierne rozmieszczenie urzędów wspomoże rozwój biedniejszych regionów, a rządzącym będzie łatwiej dostrzec, że Polska nie kończy się na Warszawie”. Ruch Kukiz’15 deklarował: „Dla przełamania monopolu Warszawy lokalizacja instytucji publicznych w różnych rejonach Polski”. Zjednoczona Lewica z kolei obiecywała „Wyprowadzenie dużej części urzędów centralnych poza Warszawę. Jednym ze sposobów na zrównoważony rozwój regionalny jest dekoncentracja urzędów centralnych”.

Politycy różnych stron sceny politycznej przedstawiają deglomerację jako narzędzie czyniące zadość miastom, które pod koniec lat 90. utraciły status stolicy województwa. „Nie chodzi o to, aby powrócić do 49 województw. Ale nie widzę przeszkód, żeby Główny Urząd Statystyczny znajdował się na przykład w Nowym Sączu” – mówiła na antenie Telewizji Republika posłanka ruchu Kukiz’15, Elżbieta Zielińska. W podobnym tonie wypowiedział się na spotkaniu w pozbawionej wojewódzkich insygniów Częstochowie Adrian Zandberg z partii Razem: „Razem popiera deglomerację. To rozwiązanie znane m.in. z Czech czy Słowacji, które sprowadza się do tego, że nie wszystkie instytucje centralne umiejscowione są w stolicy, a nie wszystkie instytucje wojewódzkie w stolicy województwa. Niestety mamy w Polsce niepotrzebny centralizm: jakieś miasto zdobywa województwo i zagarnia wszystko, a inne miasta myślą: żeby mieć cokolwiek, też musimy mieć województwo. To jest postawienie sprawy na głowie”.

Wielkim orędownikiem deglomeracji jest Robert Biedroń, prezydent Słupska: „Na Zachodzie tego typu miejscowości odzyskują swój prestiż przez deglomerację. Przenosi się ze stolic ważne instytucje ogólnokrajowe czy regionalne. To sprawia, że ci mieszkańcy czują dumę” – przekonywał w rozmowie z portalem InnPoland. Niemal równocześnie konkretne działania zaproponowali członkowie Ruchu Narodowego, sugerując rozpoczęcie deglomeracji od przeniesienia Komendy Głównej Straży Granicznej z Warszawy do Przemyśla.

Z najdalej idącą propozycją wystąpili członkowie stowarzyszenia Skuteczni, skupieni wokół posła Piotra Marca „Liroya” oraz działacze ruchu samorządowego Bezpartyjni, do którego należą między innymi prezydenci Bolesławca, Kalisza, Lubina, Ostrowa Wielkopolskiego Szczecina, Zielonej Góry oraz burmistrzowie Margonina, Międzychodu, Ścinawy, Ślesina, Środy Wielkopolskiej i Wronek. Dwie organizacje we wspólnym liście otwartym do prezydenta Andrzeja Dudy alarmowały, że „koncentracja urzędów, instytucji i organów władzy publicznej w stolicy wywołuje odpływ aktywności gospodarczej, społecznej i obywatelskiej z pozostałych części kraju” i zaapelowały o zapisanie w konstytucji zasady, zgodnie z którą „w stolicy Rzeczypospolitej mogłyby znajdować się siedziby nie więcej niż jednej trzeciej centralnych organów administracji rządowej, zatrudniających nie więcej niż jedną trzecią pracowników tych organów administracji. Siedziby Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego musiałyby się znajdować poza stolicą. To samo odnosiłoby się do siedzib Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Obywatelskich, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Narodowego Banku Polskiego oraz Rady Polityki Pieniężnej”.

W polskiej debacie publicznej trudno wskazać drugi temat cieszący się tak szerokim – ponadpartyjnym oraz ponadlokalnym – poparciem jak deglomeracja. Trudno jednocześnie znaleźć inny temat, który – mimo tak szerokiego poparcia – właściwie nie byłby wdrażany.

Karol Trammer

Fot. w nagłówku tekstu Remigiusz Okraska

Przedsiębiorstwa państwowe – lekcje z Urugwaju

Kwestia publicznej własności przedsiębiorstw jest ważna dla ustroju państwa. Nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także z punktu widzenia rzeczywistego działania instytucji i społeczeństwa. Jest to jeden z elementów, który decyduje o możliwości i kierunku zmian.

W polskiej debacie publicznej ta kwestia jest właściwie pomijana. A przecież w latach 90. miała ona olbrzymie znaczenie, z oczywistego powodu udziału własności państwowej w gospodarce. Jednak nawet wtedy nie odbyła się publiczna dyskusja na temat tego, jaka właściwie ma być rola przedsiębiorstw państwowych w nowym ustroju. Dyskusja została zdominowana przez obóz neoliberalny, który postrzegał własność publiczną w niezwykle zawężony sposób, wyłącznie jako źródło dochodów budżetowych. Takie spojrzenie stanowiło właściwie jedyną alternatywę dla wcześniejszej pełnej nacjonalizacji gospodarki.

Do publicznej świadomości w Polsce zupełnie nie przebiły się nowoczesne lewicowe idee dotyczące roli i znaczenia przedsiębiorstw państwowych w gospodarce. Niewątpliwie miało to wpływ, dziś trudno ocenić jak znaczący, na dominację przez kolejne dekady dogmatu o konieczności prywatyzacji i reprywatyzacji. Dogmat ten obowiązuje w dużej części do dziś. W mojej opinii obrońcy własności państwowej w III RP także nie potrafili go zakwestionować. Wielu z nich akcentowało nadużycia (czy zwyczajne złodziejstwo) w trakcie procesów prywatyzacyjnych, podkreślając krzywdę konkretnych pracowników tych zakładów i utratę zysków państwa po sprzedaży czy likwidacji przedsiębiorstw. Padały też argumenty o tym, że nacjonalizacja przemysłu wydawała się wszystkim słuszna i konieczna zaraz po II wojnie światowej. Uzasadniano to wolą społeczeństwa czy zdrowym rozsądkiem. Ale było to uzasadnianie decyzji sprzed kilkudziesięciu lat i zupełnie innych realiów.

Do debaty publicznej nie przedostał się argument o tym, że przedsiębiorstwa państwowe mogą pełnić inne funkcje. Nie muszą stanowić po prostu miejsc pracy i źródła dochodów budżetowych. Dla rozwiązania problemów niesprawiedliwości w stosunkach pracy, kapitalistycznych monopoli i innych problemów, które planowano rozwiązać przez nacjonalizację, państwa mają dziś inne narzędzia, nierzadko znacznie skuteczniejsze.

Nie pojawiły się w Polsce argumenty, że przedsiębiorstwa państwowe mogą i powinny stanowić ośrodki modernizacji gospodarki, przełamywać zmowy monopolistyczne, pełnić rolę inwestorów ułatwiających start nowych gałęzi przemysłu czy wreszcie stanowić przedłużenie aparatu rządowego i narzędzia realizacji jego polityki budżetowej, infrastrukturalnej i rozwojowej.

Sama taka debata publiczna nie wystarczy. Nawet jeśli będzie panować konsensus, że przedsiębiorstwa państwowe są pożyteczne i konieczne dla realizacji wizji modernizacji państwa, pierwszym problemem może być brak spójnej i realnej wizji wśród elit czy partii rządzącej. Widzę własność państwową jako narzędzie, ważne i znakomite, jeśli dobrze wykorzystane, ale w żadnym wypadku panaceum, które może wyleczyć inne problemy państwa i społeczeństwa. Opisany tu Urugwaj ma o tyle szczęście, że elity rządzące od kilkunastu lat potrafią zdefiniować oczekiwaną wizję państwa i realizować jej wcielanie w życie – m.in. korzystając z firm państwowych jako narzędzi w zmienianiu kraju.

Znaczenie majątku należącego do skarbu państwa w gospodarce Urugwaju nie jest wielkie, zwłaszcza jeśli jako kryterium oceny przyjmiemy udział własności państwowej w całym majątku narodowym. W przemyśle wytwarzającym towary konsumpcyjne, rolnictwie i handlu w zasadzie nie występują żadne przedsiębiorstwa państwowe. Historycznie nie miały one jak powstać, gdyż w Urugwaju nigdy nie przeprowadzono nacjonalizacji majątku. Przedsiębiorstwa państwowe powstały dopiero jako odpowiedź państwa na istniejące bariery rozwoju. Bariery te objawiały się w postaci braku określonej infrastruktury lub zależności od importu, obcych monopoli czy manipulacji cenowych. Nie powstawały zatem przedsiębiorstwa rolnicze, górnicze czy o nastawieniu eksportowym. Prawie wszystkie z nich były organizowane od zera, jako nowe byty mające zaspokajać określone potrzeby gospodarki. Wyjątkiem wartym opisania nie tylko jako ciekawostka, ale też skupiającym w sobie problemy, jakie może napotkać infrastruktura w rękach państwowych, jest historia kolei urugwajskich.

Administración de Ferrocariles de Estado, czyli koleje państwowe, powstały w drodze wywłaszczenia, dość jednak specyficznego. Otóż Wielka Brytania nie była w stanie spłacić zadłużenia wobec Urugwaju, więc uczyniła to akcjami spółek kolejowych, będących właścicielami infrastruktury w Urugwaju. Ich brytyjscy prywatni właściciele otrzymali obligacje rządu brytyjskiego, a rząd Urugwaju infrastrukturę i tabor kolejowy. Podobnie zresztą rząd brytyjski rozliczył się z Argentyną.

Transakcja ta miała miejsce zaraz po II wojnie światowej, z której brytyjski rząd wyszedł z niemożliwymi do spłaty zobowiązaniami i oferował takie rozwiązania w celu uniknięcia upokarzającego bankructwa. Zadłużenie to powstało głównie z tytułu dostaw żywności w czasie wojny. Jednocześnie cała sieć kolejowa była bardzo mocno eksploatowana i wymagała wielkich nakładów kapitału w celu samego utrzymania ruchu, po zaniedbaniach w czasie Wielkiego Kryzysu i nadmiernej eksploatacji w czasie wojny. Motywacja rządu Urugwaju była oczywista – zarządzanie krytyczną i monopolistyczną infrastrukturą przez obcy kapitał powoduje zazwyczaj także uprzywilejowanie tego kapitału w dziedzinach zależnych od transportu. W przypadku Urugwaju były to rzeźnie, chłodnie i fabryki konserw, do których dostarczano bydło, a odbierano z nich towary eksportowe. Odrobina złej lub dobrej woli ze strony monopolisty transportowego mogła zmienić każde z takich przedsięwzięć w kolejny nabytek brytyjskich kapitalistów. I to wszystko pomimo faktu, iż koleje były budowane w standardzie „kolonialnym”, czyli w najtańszy możliwy sposób. Ich koszty działania i standard obsługi nie miały żadnego znaczenia, bo i tak właściciele dysponowali naturalnym monopolem.

Nacjonalizacja miała miejsce w 1949 r., kiedy ten monopol zaczynał zanikać dzięki pojawieniu się ciężarówek o mocy i ładowności mogącej konkurować z pociągami. W takiej sytuacji powstała w 1952 r. (po kilkuletniej integracji różnych linii) Administración de Ferrocariles de Estado, czyli Administracja Kolei Państwowych.

Koniunktura na produkty rolne eksportowane przez Urugwaj spadła drastycznie po wojnie. Tak samo spadły możliwości inwestycyjne państwa. Państwowa kolej zapewniła równe możliwości wszystkim podmiotom, ale i, co jeszcze ważniejsze, umożliwiła działanie pozostałym przedsiębiorstwom państwowym, które uprzednio były narażone na nierówne traktowanie ze strony właścicieli kolei.

Kolejne dekady to jednak stałe zmniejszanie się znaczenia kolei w transporcie (jak właściwie wszędzie na świecie) oraz nadmierna eksploatacja przy braku poważniejszych inwestycji. Efektem była coraz większa degradacja linii i taboru, a następnie stopniowe ich zamykanie. Po fali liberalizacji rynków w latach 90. ruch pasażerski został niemal całkowicie zlikwidowany, a towarowy pozostał na nielicznych odcinkach linii, głównie obsługując cementownie innej państwowej firmy, ANCAP. W użytku jest mniej niż 500 km linii z pierwotnych ponad 3000 kilometrów, a przewoźnik posiada zaledwie kilka sprawnych lokomotyw. Tory są w stanie nie pozwalającym na ruch pasażerski. Kolejne restrukturyzacje, które prowadziły wyłącznie do ograniczania funkcjonowania firmy i zmniejszania zatrudnienia, wywołały stan permanentnego braku zaufania pomiędzy związkami zawodowymi a rządem. Stąd każda zmiana, nawet zwyczajna próba zastąpienia powolnych składów z lokomotywą przez szynobusy na jedynym kawałku linii z ruchem pasażerskim, spotyka się z oporem ze strony związków.

Przez dziesięciolecia największym i najważniejszym przedsiębiorstwem w kraju był ANCAP, Administración Nacional de Combustibles, Alcohol y Portland, czyli Krajowy Zarząd Paliw, Alkoholu i Cementu. Spółka została utworzona w odpowiedzi na Wielki Kryzys i trudności w zaopatrzeniu kraju położonego na końcu świata w podstawowe wyroby przemysłowe. Przy okazji firma miała się zająć przeciwdziałaniem masowemu podrabianiu alkoholu, za pomocą dostarczania na rynek przyzwoitej jakości destylowanych trunków.

ANCAP otrzymał monopol na import i rafinację paliw w Urugwaju oraz produkcję i import cementu, czym zajmował się przez ostatnie dziesięciolecia i zajmuje nadal. Niedawno zniesiono monopol cementowy (bo przestał istnieć problem potencjalnego lokalnego kryzysu) i firma konkuruje na rynku z importerami.

Znaczenie dla obecnej polityki mają jeszcze dwie firmy. Pierwszą z nich jest UTE – Administración Nacionad de Usinas y Trasmisiones Eléctricas (Krajowa Administracja Zapór i Linii Energetycznych). Nazwa może być nieco myląca – to po prostu krajowy monopol energetyczny. Powstał w 1912 r., a aż do 1974 r. ta sama struktura zarządzała również monopolem telefonicznym, kiedy to powołano kolejne przedsiębiorstwo o nazwie ANTEL i wydzielono tę część działalności.

Zakres działalności tych firm nie jest szczególnie nietypowy, gdyż w wielu krajach na fali tendencji modernizacyjnych powstawały podobne instytucje. Stanowi on jednak esencję sukcesu politycznego i gospodarczego Urugwaju (sukcesu względnego, bo na tle Ameryki Łacińskiej) oraz widocznego rozwoju ku realiom coraz bliższym standardom krajów wysokorozwiniętych.

Nie są to zwykłe spółki prawa handlowego, a raczej niezależne części administracji państwowej. W pewnym przybliżeniu można je porównać do polskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jego misja i cele działania nie polegają przecież na maksymalizacji zysków, lecz na realizacji polityki państwowej w zakresie zabezpieczenia społecznego. Na bardzo zbliżonej zasadzie działają wspomniane urugwajskie przedsiębiorstwa państwowe. Zresztą tak samo jest zorganizowane szkolnictwo publiczne, wyższe, państwowa część służby zdrowia, administracja portów itd. Instytucje te nie są nawet nazywane firmami, a noszą oficjalną nazwę „państwowych struktur autonomicznych” lub „usługodawców zdecentralizowanych”. Z punktu widzenia organizacji państwa jest to zatem część aparatu państwowego, która została wydzielona w oddzielne podmioty w celu lepszego zarządzania, ale obowiązują ją te same zasady, co resztę aparatu państwowego. Organizacja powszechnego szkolnictwa według modelu identycznego jak w firmie telekomunikacyjnej może się wydawać zupełnie niezrozumiała. Jeśli jednak spojrzymy na to jako na wydzielone, skomplikowane dziedziny zarządzania państwem, które wewnętrznie powinny być zarządzane przez kompetentnych fachowców, a jednocześnie realizować politykę rządu w skoordynowany sposób, to sprawa staje się jaśniejsza.

Celem istnienia tych firm nie jest osiąganie zysku (choć niektóre z nich mimochodem robią to skutecznie), lecz realizowanie polityki państwowej. ANCAP powstał w celu zabezpieczenia stabilnych dostaw paliw płynnych i cementu dla gospodarki oraz wyparcia z rynku alkoholi niespełniających minimalnych standardów. Dla realizacji tego pierwszego celu ma zagwarantowany państwowy monopol i korzysta z niego, narzucając dość wysokie marże, a drugi cel został zrealizowany przez dumping cenowy, który wyparł z rynku bimbrowników i przemytników. Dziś rafineria w Montevideo jest zbyt mała, aby mogła konkurować na światowym rynku. Taniej i rozsądniej jest importować gotowe paliwa. Ale zgodnie z polityką państwową ta rafineria musi być sprawna i gotowa do produkcji.

Kolejne przedsiębiorstwa kluczowe dla zrozumienia gospodarki to państwowa firma ubezpieczeniowa oraz dwa państwowe banki, Banco de la República (BROU) i Banco Hipotecario (BHU). Pełnią rolę tę samą, co pozostałe firmy – zapewniają podstawową infrastrukturę, w tym przypadku finansową i stabilizującą. Banki państwowe działają na konkurencyjnym rynku, nie mają żadnego ustawowego monopolu, ale dominują, bo oferują tanie i dobre usługi. Zresztą od kiedy przepisy przeciwko praniu brudnych pieniędzy zostały zaostrzone, międzynarodowe banki uważają, że osiągają na tym rynku zbyt niskie zyski i ograniczają swoją działalność lub wynoszą się całkowicie.

Kolejną niezwykle ważną kwestią ustroju państwa jest kształt zarządów tych firm i sposób ich powoływania. Większość zarządów jest pięcioosobowa i tradycyjnie (nie jest to wymuszone przepisami) powołuje się do nich przedstawicieli wszystkich głównych partii. Dzięki temu również opozycja ma w każdej chwili pełną wiedzę o detalach polityki państwowej, możliwość weryfikacji dokumentów w przypadku wątpliwości czy podejrzeń o korupcję, a także ma do dyspozycji osoby, które mogą od razu przejąć zarządzanie firmą.

Polskiemu czytelnikowi, przyzwyczajonemu do obrazu „państwa resortów”, takie działanie może się wydawać niezrozumiałe lub wręcz magiczne, ale jest to opis działającego państwa i systemu. Po objęciu rządów przez lewicową koalicję Frente Amplio w 2005 r., rozpoczęto faktyczną realizację nowej polityki państwa, które miało swoich obywateli traktować poważniej niż dotychczas, również pod względem obowiązków. Miało też zredukować gospodarcze znaczenie modelu raju podatkowego i odbudować realną gospodarkę, zniszczoną praktycznie do cna przez rządy liberałów w latach 90. i przez późniejszą implozję sektorów finansów i bankowości. Szczęśliwie się złożyło, że jednocześnie rozpoczęła się znakomita koniunktura na płody rolne, co dostarczyło nieco środków niezbędnych do modernizacji państwa.

Projekt Frente Amplio rozpoczął się wraz z dojściem do władzy, ale faktycznie ta koalicja posiadała spory udział w określaniu polityki państwowej już od 2002 r. Wtedy to miało miejsce apogeum załamania gospodarczego – masowe bankructwa, kryzys bankowości, a bezrobocie sięgnęło oficjalnie 19,4%, faktycznie zaś było o wiele wyższe. Opozycja pod postacią Frente Amplio powstrzymała się przed natychmiastowym przejęciem władzy, lecz poważniejsze decyzje musiały być z nią konsultowane, a dotychczasowe partie straciły jakąkolwiek legitymację.

Początek rządów lewicy to wyzwania związane z bezrobociem, brakiem opieki medycznej, niedożywieniem i tego rodzaju bolączkami społeczeństwa po głębokim kryzysie. Za jeden z zasadniczych problemów uznano zależność gospodarki od eksportu surowców rolnych i zmienności ich opłacalności. Rolą przedsiębiorstw państwowych było przede wszystkim zbudowanie ram dla długofalowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Jednym z elementów tego planu miał być rozwój przemysłu informatycznego oraz informatyzacja społeczeństwa. Zadanie to jest realizowane wspólnie przez ogół agend państwowych. Dzieci wraz z rozpoczęciem nauki dostają tablet, który służy jako pomoc szkolna, ale nie ma żadnego problemu z używaniem go także przez innych członków rodziny, a biedniejsi są do tego wręcz zachęcani. Drugą część tej polityki prowadzi Universidad de la República, który kształci stosowne ilości inżynierów na kierunkach informatycznych. Kolejnym elementem tego ekosystemu są firmy, które cieszą się pewnymi przywilejami podatkowymi, ale to nie te przywileje są istotne dla rozwoju. Ważniejszy jest lokalny rynek, tworzony przez te same przedsiębiorstwa i instytucje państwowe, które charakterem swoich zamówień wspierają małe firmy. Nie chodzi tylko o bezpośrednie zamówienia, ale także o wsparcie innego rodzaju, choćby takie jak hurtowe zakupy miejsc wystawowych na targach. Wystawienie się na prestiżowych targach jest poza jakąkolwiek skalą marzeń dla kilkuosobowej firmy z trzeciego świata. Kiedy rząd kupuje kilkaset metrów kwadratowych powierzchni wystawienniczej, a potem rozdaje krajowym małym firmom po kilka metrów wraz z dwoma biletami lotniczymi, to ten prosty sposób otwiera przed wieloma podmiotami, a nawet całymi branżami gospodarki zupełnie nowe możliwości.

Jedni w tych warunkach radzą sobie lepiej, inni gorzej, ale cały plan nie miałby żadnego sensu bez infrastruktury. Odpowiedzialny jest za nią ANTEL. Firma ta posiada monopol na telefonię kablową i kablowy dostępu do internetu oraz jest jednym z trzech konkurujących dostawców telefonii komórkowej. Oczywiście gdyby brać pod uwagę jedynie mechanizmy rynkowe i siłę nabywczą, to w kraju takim jak Urugwaj opłacałoby się podłączyć abonentów jedynie w lepszych dzielnicach Montevideo i sztucznie zaniżać liczbę telefonów w mniejszych środkach, a sieć światłowodową instalować w niewielkim zakresie i żądać wysokich cen. Ale celem ANTEL-u nie jest zysk, lecz realizacja polityki państwowej, choć firma osiąga zyski, i to niemałe. Obecnie są one w całości przeznaczane na rozbudowę infrastruktury. Cele tej rozbudowy są niezwykle ambitne, ale mają być zrealizowane, ponieważ stanowią część polityki państwowej. Mianowicie jeszcze przed końcem obecnego dziesięciolecia prawie wszyscy mieszkańcy kraju mają mieć doprowadzony światłowód do miejsca pracy i zamieszkania. Zostało to już w znacznej części zrealizowane, tj. w około 60-70%, również w rzadko zaludnionych regionach kraju.

Takie inicjatywy miały służyć nie tylko stworzeniu działającej infrastruktury, ale także dostarczeniu najwyższej jakości usługi, bo ma ona wspierać krajowy przemysł. Dlatego też kolejną inwestycją był bezpośredni światłowód do Miami, łączący się z dość dużym centrum danych pod Montevideo. Te ostatnie inwestycje były prowadzone wspólnie z Google, a miejsce w centrum danych ma wykorzystywać zarówna ta firma, jak też kilku innych światowych gigantów informatycznych. Z punktu widzenia tychże gigantów miejsce, którego używają do składowania danych, musi spełniać określone warunki. Oprócz podstawowych standardów technicznych (czyli po prostu odpowiedniej mocy sprzętu, który można zwyczajnie kupić), jest jeszcze kwestia połączenia ze światową siecią (czyli zasadniczo z USA). To właśnie zrobił ANTEL, oferując najlepszej jakości połączenie w całej Ameryce Południowej. Oczywiście jest to także, czy przede wszystkim, infrastruktura dla lokalnych firm.

Centra danych to instalacje niezwykle energochłonne. Dlatego koszt energii stanowi o ich efektywności i opłacalności. Poza tym Google, podobnie jak większość pozostałych gigantów z USA, pod naciskiem społecznym zadeklarowało, że będzie korzystać wyłącznie z energii odnawialnej. Nie wszędzie ten cel został osiągnięty, ale żadne nowe energochłonne inwestycje nie są lokowane w miejscach, gdzie nie można spełnić tego warunku. Skoro tak wiele zależy od dostaw elektryczności, to działania (i sukcesy) ANTEL-u nie byłyby możliwe na taką skalę bez rozsądnie zaprojektowanego monopolu energetycznego, czyli UTE.

Sytuacja z wytwarzaniem i dostarczaniem elektryczności kilkanaście lat temu wyglądała tak, że zapory rzeczne budowane przed i podczas II wojny światowej dostarczały około 1/3 potrzebnej elektryczności, pozostała część zaś była wytwarzana w elektrowniach opalanych ropą lub importowana. Dostęp do sieci był dość powszechny i sięgał ponad 90%, jednak blackouty były codziennością, a elektryczność zawsze była dla wszystkich odbiorców kosztowna. W suchych latach spadały zarówno produkcja prądu, jak też produkcja rolna, więc kryzysowe efekty kumulowały się w całej gospodarce.

Po przejęciu władzy przez Frente Amplio rozpoczęto plan ulepszenia energetyki i zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Stara elektrownia, opalana ropą, położona niemal w centrum Montevideo, miała zostać zastąpiona nową, rozsądniej ulokowaną i zasilaną gazem. Jako część tej inwestycji był planowany gazoport. Poza tym, zadaniem UTE i zadaniem polityki rządowej było wdrożenie w życie produkcji tak dużej ilości energii odnawialnej, jak to tylko możliwe technicznie i finansowo.

W celu realizacji tego planu rząd, radykalnie lewicowy w swej istocie, zliberalizował możliwość produkcji energii elektrycznej. Przesył i dystrybucja są nadal ustawowym monopolem UTE, ale produkcją może zająć się każdy. Przy produkcji ze źródeł odnawialnych UTE oferuje wieloletnie kontrakty ze stawkami gwarantowanymi. Stawki te są atrakcyjne, ale tylko jeśli weźmie się pod uwagę, że Urugwaj jest stabilnym krajem bez historii wywłaszczeń i naruszania praw nabytych. Liczona w dolarach amerykańskich rentowność takich inwestycji wynosi ok. 8-9% i jest akceptowalna w stabilnym kraju. W sąsiedniej Argentynie nikt nie zaryzykowałby pieniędzy przy perspektywie takiego zysku. Również w Polsce byłoby trudniej o chętnych – i słusznie, co udowodniły ostatnie działania rządu w sprawie odnawialnych źródeł energii.

Stabilność, bezpieczeństwo inwestycji, spójna polityka rządu i UTE oraz szybko udoskonalana technologia i spadające koszty energetyki wiatrowej i słonecznej, spowodowały efekt nieprzewidziany w pierwotnym planie. Energetyka odnawialna została rozbudowana do poziomu, w którym paliwa kopalne nie są już prawie w ogóle potrzebne. Obecnie szczytowa moc elektrowni wiatrowych jest zbliżona do całościowego zapotrzebowania na energię z tego źródła, a zapowiedziane i rozpoczęte inwestycje sprawią, że w przyszłym roku je przekroczy. Rozbudowa energetyki wiatrowej zostanie zasadniczo zakończona, co sprawi, że Urugwaj będzie prawdopodobnie pierwszym krajem na świecie, który zrobi to na tę skalę. Nie dotyczy to energetyki słonecznej, która dopiero się rozpędza i też ma dobre warunki finansowania i rozwoju.

Obecnie elektrownie wodne produkują nieco więcej niż poprzednio (większe opady wskutek zmian klimatu), elektrownie opalane ropą zostały zastąpione przez wiatrowe, a Urugwaj z importera prądu stał się jego eksporterem. Oczywiście w nowym systemie elektrownie wodne zostały przebudowane z dostarczających stałą, stabilną ilość prądu, na takie, które uzupełniają to, czego akurat nie mogą dostarczyć wiatrowe i słoneczne. Elektrownie cieplne jeszcze istnieją i w razie potrzeby są uruchamiane, ale paliwa nieodnawialne (czyli ropa) dostarczają łącznie około 3-5% elektryczności.

Koszty wytworzenia i nabycia prądu przez UTE drastycznie spadły, ale obniżki dla konsumentów są bardzo powolne, co również jest częścią wymuszającej oszczędności polityki rządowej. W istocie gospodarstwa domowe mogą uzyskać zniżki jedynie, jeśli włączą się w jakiś sposób do programu przebudowy energetyki: czy to jako prosumenci, czy użytkownicy kolektorów słonecznych obok elektryczności do grzania wody, czy też instalując większe bojlery i pozwalając na ich sterowanie przez UTE dla bilansowania energetyki wiatrowej i słonecznej. Polityka cen węglowodorów, kontrolowana przez ANCAP w stosunku do cen elektryczności, zachęca do stopniowej rezygnacji z ogrzewania gazem i olejem opałowym na rzecz elektryczności (choć i tak podstawowym opałem jest drewno). W ramach dygresji – drewno też jest krajowe, choć naturalnie drzewa w Urugwaju prawie nie rosną, zresztą wycinka naturalnych obszarów leśnych jest w większości przypadków zabroniona. Od lat 80. prowadzony jest natomiast publiczny program zalesiania, w ramach którego np. dla drobnych rolników oferowane są dotacje na założenie i utrzymanie lasów zaspokajających ich prywatne potrzeby energetyczne. To pierwszy etap niezależności energetycznej.

Nie jest powszechną wiedza, że ubocznym skutkiem dużego udziału energetyki odnawialnej jest bardzo wysoka stabilność sieci i niezawodność dostaw elektryczności. Przy okazji nieco wyjaśnia to przyczynę, dla której giganci informatyczni naciskają na kupowanie prądu ze źródeł odnawialnych. Również urugwajska sieć obecnie stała się bardzo niezawodna i stabilna, choć pod koniec poprzedniego wieku blackouty były codziennością.

Zarówno w zakresie paliw, jak też energetyki, dość istotny jest fakt, że Urugwaj to kraj w zasadzie pozbawiony jakichkolwiek zasobów energetycznych. Nie występują tu żadne paliwa kopalne, a naturalne lasy rosną na zaledwie 3-5% powierzchni kraju. Takie warunki wywołują strach o zaspokojenie podstawowych potrzeb energetycznych i mentalność „skąpstwa energetycznego”. Większość populacji nie ma żadnego problemu z tym, że elektryczność jest dość kosztowna, paliwa do pojazdów są drogie, a paliwa grzewcze wręcz bardzo drogie.

Nie inaczej wygląda polityka UTE. Energia dla gospodarstw domowych jest droga, ale skoro wytwarzanie energii stało się tanie, to można to spożytkować na rozwój kraju. Energochłonny przemysł może liczyć na tanią energię. Na tej zasadzie powstają nie tylko wspomniane centra danych, ale np. w zeszłym roku lokalni przedsiębiorcy zbudowali gigantyczną jak na taki kraj fabrykę sody kaustycznej (elektryczność jest tu głównym kosztem produkcji).

W miejscu o takim położeniu geopolitycznym oczekuje się od władz, że paliwa będą zawsze dostępne, co bynajmniej nie jest oczywiste w peryferyjnych krajach. Ich zapewnienie to właśnie rola ANCAP. Po przejęciu władzy przez Frente Amplio ANCAP rozpoczął realizację polityki ograniczania zużycia paliw kopalnych. Trudno tu mówić o sukcesie, bo przy rosnącej zamożności społeczeństwa cały czas rósł poziom zmotoryzowania. Jednocześnie o transporcie publicznym w Montevideo trudno powiedzieć cokolwiek pozytywnego; oprócz tego, że w ogóle jest. Więc każdy, kogo było na to stać, nabywał auto. Pomimo tego ANCAP zwiększał udział paliw odnawialnych w takim stopniu, w jakim to było możliwe. Etanol stanowi 10% składu sprzedawanej benzyny, jak jest na całym świecie. Jednocześnie w Urugwaju znajduje się niewielki region, gdzie można uprawiać trzcinę cukrową, i który w miarę sprawnie prosperował, aż do momentu światowego załamania rynku cukru na początku lat 90. Region oddalony od centrum i pozbawiony tradycji uprawy czegokolwiek innego popadł w nędzę, z której wyciągnęła go polityka ANCAP. Trzcina cukrowa znów jest uprawiana, ale tym razem większość przerabia się na alkohol dodawany do benzyny. Jest to rozwiązanie droższe niż uzyskiwanie etanolu z ropy naftowej, ale z punktu widzenia państwa – lepsze niż faktyczne porzucenie cukrowniczego regionu Bella Union i ludzi tam mieszkających.

ANCAP wytwarza także biodiesla. Surowcem są w tym przypadku tłuszczowe odpadki rzeźnicze, zużyte oleje z restauracji, a także oleje zbierane z gospodarstw domowych w ramach recyklingu (choć to ostanie ma wymiar raczej edukacyjny niż gospodarczy). Nawet przy darmowych surowcach nie jest to produkcja rentowna. Jeśli używa się tłuszczy posiadających wartość ekonomiczną, to wytwarzanie biodiesla jest z punktu widzenia przedsiębiorstwa pozbawione sensu ekonomicznego. Ale z punktu widzenia państwa obawiającego się kryzysu paliwowego, jest to działanie całkowicie racjonalne. Utrzymywanie możliwości produkcyjnych tego paliwa, doświadczenia firmy i pracowników – są po prostu polisą ubezpieczeniową oraz realizacją ludzkiej solidarności w zakresie ochrony klimatu.

Kolejnym przykładem wzajemnej współpracy przedsiębiorstw państwowych niekoniecznie w celu własnego zysku, a w celu realizacji polityki państwa, jest kwestia sieci ładowania pojazdów elektrycznych. Ogłoszono, że w całym kraju powstanie sieć ładowarek wzdłuż wszystkich dróg krajowych w odległościach około 60 km od siebie, co pozwoli przemieszczać się po całym kraju bez obaw samochodami elektrycznymi, nawet tymi o małym zasięgu. Nie będą to ładowarki najwyższej klasy, ale powstanie wystarczająco gęsta ich sieć. Zapewne większość znajdzie się na stacjach benzynowych ANCAP, bo i po co szukać innych miejsc?

Innym przykładem działania poza logiką rynkową jest kwestia obecnej sytuacji przemysłu mleczarskiego. Wytwarzanie mleka, serów i masła jest bardzo poważną gałęzią gospodarki, ale eksport na protekcjonistyczne rynki, jak UE czy USA, jest w zasadzie niemożliwy. Ważnymi miejscami zbytu były zawsze Rosja i Wenezuela. W tym pierwszym kraju popyt drastycznie spadł wskutek ubożenia społeczeństwa, a w tym drugim sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Głównym odbiorcą była tamtejsza państwowa sieć sklepów, która przestała płacić. W tej sytuacji ANCAP zaoferował, że potrąci swoje należności za ropę kupioną od Wenezueli i zapłaci bezpośrednio urugwajskiej spółdzielni mleczarskiej. Wenezuelczycy się zgodzili, ale zaoferowali następne dostawy ropy, zażądali części płatności w gotówce i jeszcze mleka w proszku. Wszystko było w porządku, przedłużenie umów wydawało się korzystne dla wszystkich, dopóki nie okazało się, że wysłane kilkadziesiąt milionów dolarów ktoś w Wenezueli zupełnie zwyczajnie ukradł po drodze. To był koniec interesów. ANCAP ropę kupuje gdzie indziej, ale spółdzielnie mleczarskie zostały bez pieniędzy i z mniejszą liczbą klientów, co oznaczało widmo bankructwa dla wszystkich podmiotów zaangażowanych w przemysł mleczarski. Dla ratowania sytuacji UTE zaproponowało przemysłowi mleczarskiemu specjalne taryfy za energię elektryczną, które oznaczają bonifikatę od 15% dla wszystkich do 80% dla najmniejszych rolników.

Powyższy opis jest bardzo daleki od wyczerpania tematu. Właściwie może służyć jedynie jako zasygnalizowanie problemu istniejącego w Polsce i pokazanie, że gdzie indziej działa to inaczej. I że warto się porządnie zastanowić, czego oczekujemy od przedsiębiorstw państwowych.

Czy prawo chroni słabych? Klauzula propracownicza w przetargach i minimalna stawka godzinowa

Jesienią 2017 r. minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza.

Od 16 października do 30 listopada 2012 r. NSZZ „Solidarność”, związek zawodowy stojący za kampanią, prowadził na szeroką skalę akcję informacyjną na temat umów cywilnoprawnych. Wykorzystano do tego media (m.in. kino, telewizję i billboardy), organizowano w całej Polsce spotkania edukacyjne na temat deficytów, z którymi wiąże się zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych1. Niewątpliwą zasługą owej kampanii było zaangażowanie mediów do podjęcia tej problematyki. Na temat inicjatywy ukazało się co najmniej 118 artykułów prasowych, w których na określenie umów cywilnoprawnych przyjął się termin „umowy śmieciowe”. Zamiar nadania tej podstawie zatrudnienia jednoznacznie negatywnych skojarzeń przyniósł efekty, a kwestia zrównania umów cywilnoprawnych z umowami śmieciowymi na dobre zagościła później w przekazach medialnych. Strategie działania na polu dyskursywnym i próby wpłynięcia na debatę publiczną na temat umów cywilnoprawnych nie odniosły natychmiastowego skutku na polu prawnym, lecz zaczęły owocować po latach. W ciągu pięciu lat od inauguracji kampania przełożyła się na istotne zmiany w prawie dotyczącym takich umów.

Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z dniem 1 stycznia 2016 r. Zmiana ta weszła w życie za rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz decyzja o reformie zapadła jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Od momentu objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nastąpiły dalej idące działania wymierzone w umowy cywilnoprawne: przede wszystkim wprowadzenie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej w zamówieniach publicznych, a ponadto minimalnej stawki godzinowej.

Nie pozostawia wątpliwości fakt, że ustanowieniu obowiązkowej klauzuli propracowniczej w przetargach publicznych przyświecał zamiar ograniczenia zawartych niezgodnie z prawem umów śmieciowych tam, gdzie za finansowanie usług świadczonych przez podmioty prywatne odpowiada państwo. Intencje ustawodawcy, wskazane w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej, były natomiast dwojakie: „uzyskanie pozytywnej zmiany na rynku pracy przez wprowadzenie ochrony osób otrzymujących wynagrodzenie na najniższym poziomie oraz przeciwdziałanie nadużywaniu umów cywilnoprawnych”2.

Celem niniejszego tekstu jest omówienie, w jaki sposób powyższe regulacje przyjęły się na rynku pracy. To znaczy na jaką skalę przepisy te są respektowane oraz co sprzyja odnotowanym przypadkom ich naruszeń.

Klauzula propracownicza

Od 19 października 2014 r. art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Prawo zamówień publicznych stał się najsilniejszym z instrumentów przewidzianych w tym prawie, jak i ogólnie w całym prawodawstwie, poprzez które zamawiające usługi instytucje państwowe mogły wpływać na warunki zatrudnienia pracowników wykonawcy angażowanego przez nie do świadczenia usług. Przepis ten stanowił, że zamawiający może wymagać od wykonawcy usługi zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę wtedy, gdy zlecane czynności noszą cechy stosunku pracy. Regulację tę wprowadzono do polskiego prawa, wskazując, że jest ona pożądana także przez ustawodawcę europejskiego3. Z inicjatywą nowelizacji prawa zamówień publicznych w tym zakresie wyszli głównie posłowie Platformy Obywatelskiej.

Przepis ten stanowił swego rodzaju powtórzenie na gruncie prawa zamówień publicznych artykułu 22 § 2 Kodeksu pracy, stanowiącego, że pracodawca powinien zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę: a) przy wykonywaniu pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, b) wykonywaniu pracy pod kierownictwem pracodawcy, c) w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, d) i w czasie przez niego wyznaczonym. Przepis ten miał docelowo wzmocnić art. 22 § 2 Kodeksu pracy, czynił to jednak w sposób mało skuteczny.

Jak pokazała praktyka, klauzula ta, będąc tylko opcjonalną, nie przyjęła się na szerszą skalę. Z badań Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda ­Lassalle’a wynika, że skala jej stosowania była marginalna. Z trzydziestu instytucji, które w badanym okresie (19 października 2014 r. – 1 czerwca 2016 r.) przeprowadziły postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, z tej możliwości skorzystało zaledwie siedem4. Jeden z urzędników na przykład wyjaśniał, że gdy ma do czynienia z przepisem, który stanowi, iż wolno mu postąpić w pewien sposób, to interpretuje go jako zakaz – nie można postąpić w ten sposób. W jego ocenie niezastosowanie przepisu mogło tylko skomplikować postępowanie i narazić go na zarzut ze strony Najwyższej Izby Kontroli o niegospodarność, gdyż klauzula propracownicza podraża postępowanie. Urzędnicy w rozmowach z autorką artykułu niejednokrotnie podkreślali, że jeśli umowy o pracę oferowane pracownikom wykonawcy są dla ustawodawcy pożądanym stanem, to optymalnym rozwiązaniem byłoby wymaganie od instytucji publicznych, aby zawierała w dokumentacji przetargowej takie wymogi względem wykonawców. Sami urzędnicy przyznawali bowiem, że nie chcą kreować polityki, lecz ją realizować.

O znikomej skali stosowania klauzul społecznych pisała również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie pt. „Stosowanie klauzul społecznych w zamówieniach publicznych udzielanych przez administrację rządową”. NIK zbadała, jak często w latach 2013-2016 (do 30 kwietnia 2016 r.) wszystkie klauzule społeczne były wykorzystywane w zamówieniach publicznych. Kontrolą objęto 29 jednostek5. W skontrolowanych jednostkach administracji rządowej najczęściej stosowano klauzulę społeczną umożliwiającą wymaganie od wykonawców zatrudnienia osób bezrobotnych (prawie 56% zastosowanych klauzul), w mniejszym stopniu korzystano z klauzuli dotyczącej zatrudnienia osób niepełnosprawnych (20%) oraz dotyczącej zatrudnienia na podstawie umowy o pracę (18%). W obliczu minimalnej skali stosowania fakultatywnej klauzuli propracowniczej, pożądane było wzmocnienie tego przepisu poprzez nałożenie na instytucje publiczne obowiązku wymagania umów o pracę od wykonawców w ściśle określonych przypadkach.

Długo wyczekiwana pozytywna zmiana weszła w życie 28 lipca 2016 r. Umożliwił ją rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo zamówień publicznych oraz niektórych innych ustaw, który wpłynął do Sejmu 24 marca 2016 r. Po wejściu w życie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej pojawił się problem związany z ochroną danych osobowych pracowników wykonawcy i z kontrolą wywiązywania się przez firmy z tego wymogu. W związku z tym Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Małgorzata Stręciwilk wspólnie z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych Edytą Bielak-Jomaą – wypracowały rozwiązanie mające zapewnić skuteczną realizację polityki społecznie odpowiedzialnych zamówień publicznych. Uzgodniono, że zamawiający może pozyskiwać takie dane osobowe pracowników, jak imię i nazwisko, data zawarcia umowy, rodzaj umowy o pracę oraz wymiar etatu. Należy to ocenić zdecydowanie pozytywnie.

Autorka artykułu prowadzi monitoring zamówień publicznych na usługi ochrony oraz utrzymania czystości. Ocenia, że w około 90% postępowań klauzula propracownicza przyjęła się prawidłowo, tzn. zamawiający postawili ten wymóg w odniesieniu do wszystkich pracowników, którzy świadczyć będą usługi o podobnym zakresie obowiązków. Pozostałe 10% przypadków to sytuacje, w których klauzuli w ogóle nie zastosowano lub zastosowano częściowo, w sposób nieprawidłowy, na przykład:

1. Wymagając od wykonawcy zatrudnienia na umowie o pracę tylko 50% pracowników. Takie różnicowanie podstawy zatrudnienia pracowników wykonawcy jest niezrozumiałe w przypadkach, gdy wszystkie osoby miały ustalony identyczny zakres obowiązków.

2. Promując umowy o pracę w pozacenowych kryteriach oceny ofert. Takie sytuacje nie gwarantują umów o pracę dla pracowników wykonawcy, a jedynie zwiększają prawdopodobieństwo ich zawarcia. Owe rozwiązania oznaczają nieprawidłowe zastosowanie klauzuli propracowniczej, gdyż ustawa wyraźnie mówi, że zamawiający są zobligowani do wymagania umów o pracę, a nie jedynie do ich promowania.

W przypadkach, w których nierespektowanie klauzuli propracowniczej leży po stronie instytucji państwowych, interweniują organizacje społeczne, jeden związek zawodowy oraz sami pracodawcy. Warta wspomnienia jest akcja „Żółte kartki” prowadzona przez NSZZ „Solidarność”, Federację Pracodawców RP oraz Instytut Zrównoważonych Zamówień Publicznych. Kartki przyznawane są dwóm grupom zamawiających. Pierwsza to ci, którzy ogłaszając postępowania nie zadbali o to, żeby pracownicy wybieranych firm otrzymywali wynagrodzenia powyżej stawek minimalnych. Druga grupa po prostu nie stosuje klauzuli propracowniczej. Interwencje podejmowane są głównie w przetargach na usługi ochroniarskie, sprzątania i budowlane. Żółte kartki otrzymało już 80 instytucji, w tym m.in. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu czy Centrum Psychiatrii w Katowicach. Jak zauważa ekspertka „Solidarności” Sylwia Szczepańska: „ZUS też powinien być bardziej aktywny w tej sprawie. Jednak chodzi o to, by jak najwięcej składek wpływało do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Bo ci ludzie kiedyś zapukają do Funduszu po emerytury”6. Interwencje te w wielu przypadkach okazały się sukcesem i doprowadziły do zmiany zapisów postępowania wedle zaleceń interweniujących organizacji7.

Interesującą inicjatywą są również interwencje Polskiego Związku Pracodawców „Ochrona”8. Organizacja ta podejmuje działania weryfikacyjne procesów przetargowych i w razie podejrzeń zwraca się z wnioskiem o działanie do organów państwowych, takich jak Urząd Zamówień Publicznych, Państwowa Inspekcja Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, PFRON, a w uzasadnionych przypadkach – do organów ścigania. Skargi dotyczą zarówno zlecających, którzy nie liczą się z klauzulą propracowniczą i stawką minimalną, jak i podmiotów podejmujących się wykonania usługi poniżej kosztów płacowych. Związek prezentuje zaniżane ceny oraz apeluje do zamawiających i klientów o szczegółową analizę treści ofert. Instytucjami, które stały się obiektem interwencji, są m.in. Sąd Rejonowy w Zgierzu, Sąd Apelacyjny w Warszawie i Prokuratura Regionalna w Łodzi. Instytucje te zaniechały troski o przestrzeganie prawa, mimo że z uwagi na swoją podstawową działalność powinny wykazywać się szczególną dbałością o jego respektowanie.

W 2017 r. miała ponadto miejsce interwencja Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a w Ośrodku Pomocy Społecznej Dzielnicy Ochota w Warszawie. Dotyczyła ona ogłoszenia o zamówieniu na „świadczenie usług opiekuńczych podopiecznym Ośrodka Pomocy Społecznej w ich miejscu zamieszkania od września 2017 r. do stycznia 2018 r.”. Zwrócono się z pytaniem, dlaczego instytucja wymagała zatrudnienia na podstawie umów o pracę tylko 3 osób spośród 66. Pozbawiono tym samym opiekunki prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a więc, jak pokazuje doświadczenie – do urlopu w ogóle. Znikome były bowiem szanse na to, że firma z własnej woli zawrze z pracownikami umowy o pracę. W piśmie podkreślano, że „taka klauzula powinna zostać zawarta w odniesieniu do wszystkich pracowników, a nie tylko do części, tym bardziej w postępowaniu na usługi opiekuńcze. Nie powinno być bowiem tak, że zlecając zadanie opieki, instytucja sama nie przejawia troski względem pracowników”. Należy w tym miejscu zasygnalizować, że w przypadku usług opiekuńczych skala niestosowania klauzuli propracowniczej może być większa niż w przypadku usług ochrony i utrzymania czystości, te dwie branże są bowiem pod baczniejszą obserwacją mediów i organów kontrolnych.

Dzięki obowiązkowej klauzuli propracowniczej w niechlubną przeszłość odchodzą sytuacje, w których ochroniarz był zatrudniony na podstawie umowy o dzieło, a więc całkowicie pozbawiony ubezpieczenia społecznego. Do ograniczenia patologii przyczynił się wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2016 r. (I UK 446/15). Sąd zajął w nim stanowisko, że ochroniarz nie może być zatrudniony na umowie o dzieło. Wyrok został wydany na podstawie następującego stanu faktycznego: firma ochroniarska zawarła ze swoimi współpracownikami umowy o dzieło, które dotyczyły sprzątania, dozoru mienia i innych czynności związanych z pilnowaniem i ochroną. Zadania te były wykonywane w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę. W wyniku kontroli przeprowadzonej przez organ rentowy w 2013 r., została wydana decyzja, w której wskazano, że współpracownicy spółki podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. ZUS uznał bowiem, że zawarte umowy o dzieło są w rzeczywistości umowami o świadczenie usług, do których powinno zastosować się przepisy właściwe dla umów zlecenia. W wyniku kontroli zakwestionowano umowy o dzieło ok. 60 osób pracujących przy ochronie mienia. Spółka złożyła jednak odwołanie od decyzji ZUS. Po odwołaniach w sądach I i II instancji sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Oddalił on skargę kasacyjną, wskazując, że brak jest uzasadnionych podstaw, aby ingerować w rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego. Na uwagę zasługują dwa aspekty tego wyroku:

1. W orzeczeniu odniesiono się do zasady swobody umów, na którą powoływała się firma broniąca swego stanowiska. Skarżący zarzucał sądowi II instancji, że w sposób nieprawidłowy uznał on, iż swoboda stron przy zawieraniu umów może zostać ograniczona. SN potwierdził, że jedna z najważniejszych zasad prawa zobowiązań – zasada swobody umów – doznaje pewnych ograniczeń. Treść oraz cel umowy nie mogą stać w sprzeczności z właściwością zobowiązania, przepisami prawa i zasadami współżycia społecznego. Odnosząc to do analizowanego przypadku, SN wskazał, że wolą stron nie można zmieniać ustaw. Oznacza to, że strony nie mogą nazwać umową o dzieło takiej umowy, która wypełnia przesłanki stosunku pracy lub ma cechy umowy zlecenia.

2. W przywołanym orzeczeniu został poruszony jeszcze jeden aspekt obrazujący praktykę stosowania umów o dzieło. Skarżący przedsiębiorca podnosił, że fakt zawierania umów o dzieło wynika z narzucanych przez inne podmioty stawek, jakie mogą one zapłacić za usługi. Zdaniem przedsiębiorcy, nie jest możliwe realizowanie usług za takie stawki na innej podstawie niż umowa o dzieło. Na taki zarzut SN odpowiedział, że poziom opłacalności przedsięwzięcia nie jest kryterium odróżniającym umowę o dzieło od umowy o świadczenie usług i nie może być elementem uzasadniającym działanie zmierzające do obejścia prawa. W wyroku wyraźnie pouczono przedsiębiorców, że powinni składać oferty z uwzględnieniem faktycznie ponoszonych kosztów. Jeżeli ze specyfiki czynności wynika, że należy uznać je za świadczenie usług, a nie za dzieło – tak jak w przypadku ochrony i pilnowania mienia – to kosztem uwzględnionym w ofercie muszą być składki na ubezpieczenia społeczne.

Poza klauzulą propracowniczą oraz wyrokiem Sądu Najwyższego, z krytyką umów o dzieło wystąpił Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć. W wywiadzie dla „Super Expressu” pt. „Umowy o dzieło to niewolnictwo” powiedział on, że „Od lat PIP, ale i ja osobiście mówimy o tym, że skala nadużyć polegających na zawieraniu umów cywilnoprawnych, gdy powinna to być umowa o pracę, jest sprawą, którą trzeba rozwiązać”. W rozmowie uznał on także, iż należy postawić walkę z umowami zlecenie i o dzieło wśród priorytetów Państwowej Inspekcji Pracy.

Minimalna stawka godzinowa

Do pozytywnych efektów wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, która obowiązuje od 1 stycznia 2017 r. i wynosi 13 zł brutto za godzinę pracy, poza poprawą sytuacji materialnej osób zarabiających przed jej wprowadzeniem nierzadko około 4 zł za godzinę pracy, można zaliczyć:

1. Rezygnowanie przez instytucje państwowe z outsourcingu

Wskutek wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej liczne instytucje publiczne, które przed laty zdecydowały się na outsourcing usług pomocniczych (tj. utrzymania czystości czy ochrony) powzięły decyzje o rezygnacji ze współpracy z firmami zewnętrznymi i o powrocie do własnej obsługi. W wyniku wprowadzenia nowelizacji zlecanie usług na zewnątrz przestało być dla nich opłacalne. Instytucje publiczne przed laty wybierały outsourcing w celu poczynienia oszczędności na wynagrodzeniach pracowników, co było możliwe dzięki brakowi minimalnej stawki godzinowej w przypadku umów cywilnoprawnych, które oferowały pracownikom firmy prywatne. Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą nawet dwukrotnie gorsze9. Po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, w niektórych przypadkach koszty świadczenia usług przez firmy zewnętrzne wzrosły nawet o 50%, więc pracownicy zarabiali tam wcześniej około 5 zł za godzinę. Outsourcing stracił zatem swoje uzasadnienie, bo te same środki, które firma musi od 2017 r. przeznaczać na wynagrodzenia, musiałaby również zapłacić sama instytucja.

W celu zobrazowania zachodzących procesów warto pokazać kilka przykładów, m.in. ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w którym jeszcze w 2016 r. wszystkie tzw. usługi pomocnicze były zlecone firmom zewnętrznym. W 2017 r. Barbara Bulanowska, dyrektorka tego szpitala, powiedziała wprost, że outsourcing przestał się opłacać, bo firmy podniosły ceny o 15-20%10.

W wyniku wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej placówki w całej Polsce renegocjowały umowy z firmami outsourcingowymi. Tak było np. w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Psarskiego w Ostrołęce, gdzie spółdzielnia wykonująca usługi sprzątania i pomocy przy chorych zwróciła się o renegocjację umowy na mocy obowiązującego prawa. Wyliczony przez spółdzielnię koszt usług, z uwzględnieniem nowej stawki minimalnej, wyniósłby około miliona złotych więcej, co wyjaśnił Jerzy Miazga, dyrektor tego szpitala11. Jak mówiła Renata Ruman-Dzido, prezeska zarządu Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, wzrost kosztów pracy to dla placówki około milion złotych mniej w skali roku. Szpital jest w o tyle w dobrej sytuacji, że wcześniej zrealizował wiele inwestycji w sferze pozamedycznej. Skutkują one oszczędnościami. Po procesie optymalizacji kosztów placówka nie ma już jednak za bardzo na czym oszczędzać. Zrezygnowano więc z fizycznej ochrony placówki, poprzestając na wykupieniu usługi, która w przypadku zagrożenia gwarantuje przyjazd grupy interwencyjnej12.

2. Ograniczanie skali umów śmieciowych w wyniku kontroli stawki minimalnej

Minimalna stawka godzinowa sprawiła, że umowy cywilnoprawne stały się mniej korzystne niż wcześniej, lecz nadal są bardziej atrakcyjne niż umowy o pracę, np. ze względu na brak przepisów o urlopie wypoczynkowym. Niemniej jednak, w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej wskazano, że objęta ona zostanie szczególną ochroną i dużą liczbą kontroli jej przestrzegania. Kontrole nie dotyczą jednak wyłącznie wysokości wynagrodzenia. Inspektorzy sprawdzają również, czy pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych nie powinni być zatrudnieni na umowę o pracę. Jeżeli tak, inspektor ma prawo nakazać pracodawcy przekształcenie umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć poinformował, że podczas jednej z takich kontroli w Poznaniu na polecenie inspektora pracy przekształcono 86 umów na umowy o pracę (spośród 235 osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych13). Do 1 marca przeprowadzono 2,5 tysiąca kontroli wypłacania stawki minimalnej, a do końca roku zaplanowano ich łącznie jeszcze 20 tysięcy.

3. Czy minimalna stawka godzinowa jest święta?

Od momentu wejścia w życie przepisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu, NSZZ „Solidarność” wraz z Państwową Inspekcją Pracy prowadzą kampanię pt. „13 zł… i nie kombinuj!”. Ma ona na celu wyegzekwowanie od pracodawców przestrzegania prawa o stawce minimalnej poprzez upowszechnianie informacji o obowiązującej nowelizacji. Skala omijania tego prawa to według GIP 20%. Tylko w nielicznych firmach stawka minimalna się nie przyjęła. W informacjach z kolejnych miesięcy podawano, że zaniżenie stawki godzinowej ujawniono już tylko w 14% przypadków. Wyniki kontroli wskazują, że zdecydowana większość firm jest w stanie zapewnić godziwą płacę na umowie cywilnoprawnej, nawet jeśli zatrudniane na tej podstawie osoby często wykonują prace proste, które do tej pory były bardzo nisko wynagradzane. Stawki w wysokości 2-4 zł, np. w branży ochroniarskiej lub porządkowej, podobnie jak umowy o dzieło, również odchodzą w niechlubną przeszłość. Minimalna stawka godzinowa działa – tak w skrócie można skomentować wyniki kontroli PIP. Pojawiały się jednak różne sposoby na jej omijanie, np. poprzez potrącanie pracownikom z wynagrodzenia pewnych sum za dzierżawę odkurzacza, wypożyczenie stroju czy skorzystanie z przerwy.

Jednym z bodaj najbardziej skandalicznych przypadków złamania nowego przepisu był przypadek z Opola, gdzie firma zewnętrzna wynajęta przez Urząd Miasta zapłaciła pracownicy 500 zł za 420 godzin pracy. Stawka minimalna wyniosła więc w tym przypadku 1 zł i 19 groszy. Za ową sytuację był współodpowiedzialny Urząd Miasta, który przeznaczał na usługi niecałe 6 tys. zł miesięcznie w sytuacji, gdy na pokrycie stawki minimalnej należało wygospodarować co najmniej 10 tys. zł. Sama instytucja nie zastosowała się do ustawowego obowiązku zagwarantowania tego prawa. Sprawę w mediach nagłośnił Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a na prośbę jednej z pokrzywdzonych pracownic.

Skala umów śmieciowych

Przez minioną dekadę skala umów śmieciowych w różnych okresach zmieniała się. W 2008 r. pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej świadczyło 15,5% osób pracujących, w 2009 r. już 18,5%, a w 2010 aż 21%. Liczba ta z roku na rok rosła zatem w niepokojącym tempie. W latach 2014 i 2015 odsetek ten utrzymywał się na stałym poziomie i wynosił 7% ogółu pracujących. To wyhamowanie nastąpiło jeszcze przed wprowadzeniem zmian prawnych polegających na objęciu ubezpieczeniem społecznym umów śmieciowych i wprowadzeniu klauzuli propracowniczej w 2016 r. oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej w 2017 r. W porównaniu do lat sprzed nowelizacji ta liczba nie powinna być zatem wyższa.

W 2016 r. w raporcie pt. „Pracujący w nietypowych formach zatrudnienia” GUS podał szacunkową liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych oraz wiele istotnych informacji związanych z tym zjawiskiem. Z raportu wynika, że liczba zatrudnionych pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – dla których umowa-zlecenie lub o dzieło jest jedynym źródłem dochodu – sięgnęła 1,3 mln. Informacja ta dotyczy tylko osób, które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz osób, które pobierają emeryturę lub rentę, jest zatem niedoszacowana i takie założenie jest podstawowym mankamentem tego badania. W samych instytucjach publicznych będący na emeryturze ochroniarze i panie sprzątające z outsourcingu stanowili 1/3 moich rozmówców. Związki zawodowe podawały w tym czasie liczbę znacznie wyższą – aż 3,5 mln, zaliczały bowiem do umów śmieciowych również umowy o pracę na czas określony. Przy takich kryteriach skala uśmieciowienia rzeczywiście mogłaby zbliżyć się do tej wartości. Przyjmując jednak, że umowa śmieciowa to umowa cywilnoprawna, można uznać, że na takiej podstawie było zatrudnionych co najmniej 1,5 miliona osób. Liczba 1,3 mln stanowiła niemal 7% wszystkich pracujących.

67% wszystkich umów cywilnoprawnych to umowy zlecenia. Aż 80% osób przyznało, że pracuje na takiej podstawie z przymusu. Informacja ta zaprzecza więc często powtarzanemu, wygodnemu dla pracodawców, tłumaczeniu, że umowy śmieciowe są spełnieniem marzeń pracowników. Dane te dotyczą 2014 r., nie posiadamy bardziej aktualnych, równie pogłębionych wyników badań. Istnieją co prawda publikowane co kwartał wyniki prowadzonego przez GUS Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, jednak nie mówi ono o tym zjawisku tak wiele. Nawet PIP częściej odwołuje się do danych z 2014 r.

Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych wynosiła 479 tysięcy, w tym 403 tys. na umowach zlecenia14, natomiast w I kwartale 2017 r. liczba ta wyniosła 476 tysięcy, w tym 392 tys.15 na umowach zlecenia. Wynika z tego, że w porównaniu do poprzedniego roku skala uśmieciowienia rynku pracy zmniejszyła się, lecz nieznacznie.

Dokąd i jak zmierzać?

W ramach podsumowania należy powiedzieć, że klauzula propracownicza spełnia swoją funkcję i w dłuższej perspektywie przyczyni się do znacznego ograniczenia umów śmieciowych wśród pracowników firm zewnętrznych świadczących usługi na rzecz instytucji publicznych. Skala uśmieciowienia rynku pracy będzie systematycznie spadała. Wiele z obecnie obowiązujących przetargów zawarto np. w 2014 r. na cztery lata, a więc nie objęła ich klauzula propracownicza. W tych przypadkach na rezultaty regulacji należy poczekać do następnego postępowania.

W celu dalszego cywilizowania rynku zamówień publicznych niewątpliwie należy nałożyć na Państwową Inspekcję Pracy obowiązki związane z kontrolą zapisów przetargowych. Cywilizowanie prawa zamówień publicznych oraz zwiększanie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie kontroli tej sfery powinno odbywać się równocześnie z przygotowaniem zasadniczych zmian – przede wszystkim odwrotu instytucji publicznych od outsourcingu. Stanem docelowym powinien być powrót państwa i samorządów do zatrudnienia własnego personelu, co najmniej sprzątającego. Rekomendacją jest, aby postulat taki stał się jednym z programowych postulatów lewicowych partii politycznych.

Nie jest znana dokładna skala rezygnacji instytucji publicznych z outsourcingu w całej Polsce wskutek wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej i nie wiadomo, czy w efekcie liczba ta zwiększyła się znacznie. Nawet kilka rezygnujących instytucji w każdym województwie to nadal nie jest spektakularny sukces, jednak każdy taki przypadek to krok w kierunku ograniczenia skali umów śmieciowych i należy go witać z entuzjazmem. Klauzula propracownicza gwarantuje co prawda pracownikom umowy o pracę i przyczynia się do zmniejszenia skali umów śmieciowych, lecz nawet pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę w firmach zewnętrznych nie mogą korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych instytucji publicznej.

Choć powyższe informacje brzmią optymistycznie, to wielu ochroniarzy w rozmowach z autorką artykułu przyznawało, że ani na skutek wprowadzenia klauzuli propracowniczej, ani minimalnej stawki godzinowej nie dostrzegają zmiany w swojej sytuacji zawodowej – zarówno przed nowelizacją, jak i obecnie mieli bowiem umowę o pracę z uwagi na bycie pracownikiem kwalifikowanym ochrony. Zauważają oni, że zmieniło się jedynie tyle, że podwyżki uzyskali ci, którzy zarabiali najmniej – a więc pracownicy niekwalifikowani. Zrodziło to podziały i wrogość między tymi dwiema grupami, bo zrównano ich stawki przy zróżnicowanych uprawnieniach. Jeden z ochroniarzy dworca kolejowego od roku, mimo dwóch propracowniczych regulacji, bez przerwy pracuje w następującym trybie: 12 godzin ochrania dworzec, 4 godziny śpi w pomieszczeniu na dworcu, następnie 6 godzin ochrania restaurację, po czym dopiero wraca do domu zaledwie na 10 godzin, i znów wychodzi pracować w powyższym systemie. Wynika to z deklarowanego przez ochroniarza niskiego minimalnego wynagrodzenia za pracę (2000 zł brutto), niewystarczającego na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ochroniarz pracuje zatem miesięcznie nawet 400 godzin. Minimalne wynagrodzenie za pracę powinno ulec znacznemu zwiększeniu, np. takiemu, jakie proponuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: do wysokości 50% średniego wynagrodzenia za pracę.

Strategia likwidacji umów śmieciowych poprzez stopniowe zrównywanie ich charakteru z umowami o pracę (objęcie umów zleceń ubezpieczeniem społecznym oraz wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej) okazała się niedostatecznym sposobem na oczekiwane radykalne ograniczenie takich umów. Należy poszukiwać innych metod na rozwiązanie tego problemu.

Przypisy:

  1. Warta odnotowania jest również kampania pt. „Stop umowom śmieciowym” zorganizowana przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” i Polską Partię Pracy. Kampania ruszyła w dniu 3 lipca 2012 r. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach, co uzasadniano tym, że placówka jest symbolem walki ze śmieciowym zatrudnieniem pielęgniarek na kontraktach. Kolejną wartą odnotowania kampanią była akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza z 2015 r. pod hasłem „My, Prekariat”. Kampanię tę zainicjowali pracownicy i pracownice branży kulturalnej zrzeszeni w związku. Choć spory wynikające z prekarnej organizacji pracy mają w Polsce historię sięgającą pierwszej dekady XXI wieku, przeprowadzony 24 maja 2012 r. strajk artystów uznano za pierwsze w Polsce wystąpienie jednoznacznie kojarzone z problematyką prekarną. W nawiązaniu do tego wydarzenia, w związku z trzecią rocznicą strajku artystów, w dniu 23 maja 2015 r. zorganizowano manifestację w obronie prekariuszy i nazwano ten dzień Dniem Prekariusza, co było jednym z elementów kampanii.
  2. Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw uchwalonej dnia 22 lipca 2016 roku, s. 1.
  3. Przepis ów był zgodny z duchem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 lutego 2014 roku, której termin implementacji na gruncie prawa krajowego upłynęła 18 kwietnia 2016 roku.
  4. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016, s. 40.
  5. Portal Najwyższej Izby Kontroli, Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-stosowaniu-klauzul-spolecznych-w-nbsp-zamowieniach-publicznych.html (dostęp 20.08.2017).
  6. Portal Polsat News, „Żółte kartki” od NSZZ „Solidarność” za rażąco niskie płacehttp://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-01-05/zolte-kartki-od-nszz-solidarnosc-za-razaco-niskie-place/ (dostęp 20.08.2017).
  7. Portal NSZZ „Solidarności”, Żółte Kartki, Źródło:
    http://www.solidarnosc.org.pl/projekty-aktow-prawnych2/item/12401-zolte-kartki (dostęp 20.08.2017).
  8. Portal Polskiego Związku Pracodawców Ochrony, Interwencje, http://pzpochrona.pl/interwencje-polskiego-zwiazku-pracodawcow-ochrona-w-sprawie-zanizonych-cen (dostęp 20.08.2017).
  9. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016.
  10. Portal Radio Kraków, Małopolskie szpitale rezygnują z outsourcinguhttp://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/aktualnosci/malopolskie-rezygnuja-z-outsourcingu-jest-za-drogo/ (dostęp 20.08.2017).
  11. Portal rynekzdrowia.pl, Rozmowa Jacka Janika z Jarosławem Czapińskim: Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach – czyżby w odwrocie?http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Outsourcing-uslug-niemedycznych-w-szpitalach-Czyzby-w-odwrocie,175154,1.html (dostęp 20.08.2017).
  12. Tamże.
  13. A. Kołodziej, Nie dostajesz 13 zł za godzinę? PIP zapowiada 20 tys. kontrolihttps://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kontrole-pip-stawka-minimalna-13-zl-za,85,0,2301269.html (dostęp 20.08.2017).
  14. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski IV kwartał 2016 roku.
  15. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski I kwartał 2017 roku.

Siła świata pracy motorem postępu

Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Jeśli jedną stroną monety jest dziś inteligentna, wiecznie żywa metropolia, to drugą muszą być opuszczone zakłady przemysłowe i peryferia zmagające się z systemowym bezrobociem, dryfujące poza głównym krwiobiegiem kapitalizmu.

Dla związków zawodowych czy lewicowej polityki, skupionych na stawaniu w obronie pokrzywdzonych i słabszych, takie rozumienie nowoczesności prowadzi w praktycznym działaniu zazwyczaj do walki o ochronę miejsc pracy i defensywnej retoryki o „cenie postępu”, przed którym musimy chronić ludzi. Jednak gdy wrażliwi społecznie ostrzegają przed bezrobociem technologicznym, opinia publiczna nasłuchuje raczej doniesień o przełomowych wynalazkach i kibicuje heroicznym zmaganiom magnatów technologicznych.

Postęp niesie zatem Elon Musk, opowiadając ze sceny elitarnej konferencji o kolejnych przebłyskach swojego geniuszu. Postęp to Uber i gospodarka „współdzielenia” w estetycznej formie aplikacji na smartfona. I wreszcie – postęp to roztropny inwestor, który buduje nowoczesną, pełną robotów fabrykę, zachwycając nas swoim spojrzeniem w świat jutra. To właśnie współcześni „kapitanowie przemysłu” zajmują uwagę mediów, to ich nazwiska stają się synonimami nowych technologii mających ułatwiać nam życie i wyzwalać człowieka z ograniczeń materii. Doniesienia o imponujących osiągnięciach chińskiej gospodarki pomieszane są z przekazem o kolejnych bezzałogowych fabrykach w Donnguan i poprawie efektywności dzięki pozbyciu się czynnika ludzkiego.

Nietrudno zauważyć, że czar rewolucyjnej siły kapitalizmu uwodził nie tylko Marksa. Obietnica nieuchronnego postępu technologicznego i gospodarczego wciąż stanowi główną ofertę dla mas marzących o lepszej przyszłości. Ma to w erze cyfrowej charakter wręcz w pewnej mierze sakralny. Co gorsza, służy niejednokrotnie jako ostateczny argument wobec każdego, kto śmie stawać na drodze nowoczesności. Jesteś za technologią lub przeciw technologii – i w tej drugiej pozycji skazujesz się na historyczną porażkę.

W tak utworzonej dychotomii rola świata pracy to w najlepszym razie minimalizowanie strat przystosowawczych, w najgorszym zaś ochrona przywilejów i irracjonalne marnotrawienie środków. Walkę amerykańskich pracowników o płacę minimalną pod hasłem „Fight for $15” regularnie ośmieszano w tekstach „Wall Street Journal” czy „Forbesa”, gdzie były CEO McDonald’s USA Ed Rensi przekonywał, że nierozsądne związki podcinają gałąź, na której siedzą. Prasa biznesowa rozwodziła się nad absurdem rozmawiania o podwyżkach, gdy franczyzy rozważają wdrożenie automatycznych kiosków zakupowych.

Celem tego tekstu jest obnażenie powyższej perspektywy jako z gruntu fałszywej, nawet mimo jej dość wiarygodnego brzmienia. Stawiana przeze mnie hipoteza głosi raczej, że to właśnie związki zawodowe i postulaty lewicowe są gwarancją postępu i wysiłku modernizacyjnego. Bez ich aktywnej działalności proces automatyzacji pracy i wzrostu produktywności nie zajdzie, a już teraz jego dynamika jest godna pożałowania, w dużej mierze z racji słabości zorganizowanych ruchów pracowniczych. Dominująca narracja o postępie ma jednak długą tradycję, a stosowane ochoczo przez politycznych komentatorów klisze uniemożliwiają zrozumienie obserwowanych zjawisk.

Kłamstwo w służbie dyscypliny

Oskarżenia o luddyzm są jednym z najmocniejszych oręży w arsenale ideologicznym klas posiadających. Luddyści w zbiorowej pamięci funkcjonują jako XIX-wieczni angielscy robotnicy, którzy w desperackim akcie ochrony swoich miejsc pracy i strachu przed technologią niszczyli maszyny przemysłowe. Nie bez powodu zatem finansowany przez Google i IBM think tank o nazwie Information Technology and Innovation Foundation przyznaje swoje nagrody Luddite Awards. Trafiają one do „hamulcowych postępu”, którzy nie dość bezkrytycznie podchodzą do najnowszych osiągnięć technologicznych. Wyróżnienie trafiło np. do osób zajmujących się regulacjami hotelowymi oraz ochroną danych prywatnych w sektorze zdrowotnym, co może być pewnym wyznacznikiem intencji stojących za podtrzymywaniem mitu o luddystach.

Prawdziwa historia potoczyła się nieco inaczej. Blokada kontynentalna, jaką Paryż zastosował wobec Anglii w czasie wojen napoleońskich, uderzyła w gospodarkę wyspy. Szczególnie w północnej Anglii, słynącej z przemysłu włókienniczego, dochodziło do masowych zwolnień na tle inwestycji w nowoczesne maszyny tkackie. Pogarszały się także warunki pracy. Wyszkoleni rzemieślnicy i artyści byli coraz częściej zastępowani przez kobiety i dzieci, gdyż obsługa nowego sprzętu nie wymagała specjalnych kompetencji. Młodzi pracownicy przyjmowali każdą pensję, nie mieli przecież całych rodzin na utrzymaniu, zaś w przypadku konfliktu w zakładzie łatwiej było ich zastraszyć lub zmanipulować.

Oryginalni luddyści, podążając za legendarnym (choć niekoniecznie historycznie istniejącym) Nedem Luddem, podjęli się w 1811 i 1812 roku zbrojnej konfrontacji w Nottinghamshire, Lancashire i Yorkshire. Jak pisał marksistowski historyk Eric Hobsbawm, niszczenie sprzętu stanowiło ostateczną taktykę w przypadku braku zgody na ustępstwa ze strony pracodawców. Robotnicy żądali przede wszystkim powrotu do pracy i wyższych pensji, a posuwali się do agresji wobec kapitału fizycznego tylko w przypadku niespełnienia ultimatum. Należy pamiętać, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o pokojowej formie protestu. Luddyści byli brutalnie pacyfikowani przez wojsko, co więcej, na mocy nowych aktów prawnych wieszano ich publicznie za ataki na maszyny przemysłowe. Mimo stłumienia buntu, wielu właścicieli warsztatów zgodziło się na negocjacje i spowolnienie procesu automatyzacji, co było także łatwiejsze po upadku Napoleona i zniesieniu blokady. Umocnieni tymi doświadczeniami, angielscy robotnicy w kolejnych dekadach formowali pierwsze silne ruchy związkowe.

Luddyści służą zatem jako figura jednoznacznie zła – agresywni w swoich taktykach, gotowi posuwać się do niszczenia własności (świętej!), jednoznacznie opowiadający się przeciwko cudom technologii i historycznej konieczności. Takie postępowanie nasuwa oskarżenia o ochronę własnego interesu, albo nawet skrajną nieracjonalność i zaślepienie, z którym nie podejmuje się w ogóle dialogu. Fałszywa wersja historii stanowi kolejny z czynników dyscyplinujących świat pracy, wypychający jego zmagania poza dopuszczalną dyskusję społeczną.

Przyczyny i skutki

Niezwykle ważne jest zdekonstruowanie dokładnego przebiegu procesu automatyzacji, z którym zmagali się luddyści. Robotnicy spiskujący przeciwko właścicielom zakładów tkackich nie byli w żadnej mierze przedstawicielami najuboższych warstw społecznych. Przeciwnie – wielu z nich umiało czytać oraz pisać, byli zorientowani w sytuacji społeczno-gospodarczej Ameryki czy Francji. Znali postulaty i osiągnięcia rewolucji francuskiej dzięki pismom Thomasa Paine’a, co stanowiło jeden z najważniejszych czynników formacji intelektualnej i mobilizacji. Organizowali się i działali w sposób metodyczny, wystosowując żądania, a nawet naciskając przez pewien czas na parlament, by podjął się mediacji i rozwiązania konfliktu. Stanowili swoistą arystokrację świata pracy.

Maszyny tkackie nie pojawiły się wskutek konieczności dziejowej, lecz w rezultacie nacisków ze strony dobrze opłacanych pracowników znajdujących się w trudnej gospodarczo sytuacji. Urządzenia pozwoliły zredukować etaty, zatrudnić tańszych robotników – ale nie pojawiłyby się, gdyby nie presja ze strony zorganizowanych rzemieślników. Obok pojawienia się możliwości technicznych, kluczowym czynnikiem wymuszającym wprowadzanie kolejnych maszyn były żądania pionierskich związków zawodowych, zmierzające do poprawienia warunków pracy i podnoszenia pensji.

Cała rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w Anglii i Holandii pod koniec XVIII wieku, była napędzana szeregiem współwystępujących procesów, które wzajemnie oddziaływały na siebie na zasadach sprzężenia zwrotnego. Ten punkt widzenia potwierdza historyk ekonomii Robert Allen, wskazując, że tuż przed rewolucją przemysłową najwyższymi płacami mogli cieszyć się robotnicy angielscy i holenderscy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców chińskich czy rosyjskich, pozyskujących ekstremalnie tanią siłę roboczą do produkcji tkanin czy wydobycia surowców, Brytyjczycy musieli znaleźć sposób na redukcję kosztów pracy, jeśli chcieli zachowywać konkurencyjność cenową.

Z punktu widzenia kalkulacji przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Wdrożenie nowej technologii jest najczęściej wysoce kapitałochłonne, koszt stały jest ponoszony natychmiastowo. Jeżeli praca człowieka jest tańsza w ujęciu strumienia kosztów w czasie (dyskontowanych im dalej od momentu podjęcia decyzji), to nie ma żadnej racjonalnej finansowo przesłanki, aby dokonywać zakupu maszyny. Automatyzacja i wprowadzanie najnowszych osiągnięć techniki to zatem skutki wywieranej presji ekonomicznej ze strony pracowników. Taka decyzja nie jest tylko domeną prywatnych firm konkurujących na rynku, ale każdej działalności gospodarczej zorientowanej na redukcję kosztów. Zarządcy firm inwestują w roboty nie z racji szczególnej fascynacji techniką, lecz z konieczności. Aspiracje świata pracy są zatem pierwszym ogniwem łańcucha postępu.

David Neumark, znany z raczej sceptycznego nastawienia do płacy minimalnej, w opublikowanej w 2017 r. analizie wskazuje, że wzrost płacy minimalnej wpływa na decyzję o inwestowaniu w maszyny, szczególnie w nisko płatnych usługach (np. pracy na kasie) oraz w wybranych branżach, gdzie technologia wciąż nie jest silnie rozpowszechniona. Jakie są tego skutki dla całej gospodarki? Obecny główny ekonomista Banku Światowego, Paul Romer, wykazywał już w 1987 r. na bazie dynamicznego modelu specjalizacji, że niskie koszty pracy spowalniają tempo innowacji, inwestycji kapitałowych i w konsekwencji korzystnej specjalizacji gospodarki.

Czy robot zabierze mi pracę?

Warto zauważyć, że automatyzacja nie jest głównym czynnikiem zaniku miejsc pracy w ujęciu makroekonomicznym. Na przestrzeni 30 lat pomiędzy 1960 a 2000 rokiem liczba robotów przemysłowych w przemyśle motoryzacyjnym w USA zwiększyła się od zera do 92 900, jednak w tym samym czasie liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostała mniej więcej na poziomie około 18 milionów. Jak zauważyli Robert Scott z progresywnego think tanku Economic Policy Institute oraz Dean Baker z Center for Economic and Policy Research, głównym czynnikiem utraty miejsc pracy było w ostatnich latach delegowanie ich do krajów trzecich, nie zaś wprowadzanie kolejnych maszyn. Nie bez powodu zautomatyzowane fabryki przemysłu samochodowego w Detroit podupadły w wyniku wyprowadzenia produkcji do krajów azjatyckich. Decydujące stały się panujące w tych ostatnich niskie koszty pracy i słabość związków zawodowych, które musiały mierzyć się z brutalnymi posunięciami autorytarnych rządów Chin czy Korei Południowej. Największym zagrożeniem dla zatrudnionych okazały się zatem nie roboty, lecz niewolnicze warunki pracy w krajach trzecich.

Przeprowadzone parę lat temu przez Pew Research Center badanie opinii wśród niemal 2 tysięcy ekspertów cyfryzacji ujawniło także, iż są podzieleni w kwestii tego, czy pojawienie się komputerów i robotów w miejscach pracy będzie tak rewolucyjne jak silnik parowy lub elektryczność. Połowa pytanych oceniła, że dla liczby miejsc pracy w ujęciu makro automatyzacja nie będzie miała właściwie znaczenia.

Słynne już badanie Carla Freya i Michaela Osborne’a z Oksfordu, zapowiadające apokaliptyczne wyniszczenie 47% wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie 20 lat, jest zdecydowanie mało wiarygodne. Jego metodologia opiera się na dość nonszalanckim założeniu, że każdy zawód na listach Departamentu Pracy USA o określonym poziomie rutynowości manualnej zniknie, niezależnie od ekspozycji pracownika na kontakt z żywymi osobami, uwarunkowania kulturowe czy koszty wdrożenia technologii. Przeprowadzone w niemal tej samej technice badania polskiego WISE Europa stanowią raczej luźne szacunki niż prawdopodobną predykcję. Raport OECD, oparty na bardziej rzetelnych wiązkach kompleksowych czynności, ocenia, że w Polsce około 7% miejsc pracy może być zautomatyzowanych.

Należy jednak zachować minimalną ostrożność przy prognozowaniu przyszłych zmian. Podstawowym podmiotem automatyzacji pracy już wkrótce będzie bowiem nie manualny robot, lecz algorytm programowany za pomocą uczenia maszynowego, zdolny kompleksowo analizować dane czy wchodzić w proste konwersacje z żywymi ludźmi. Rutynowość wciąż pozostaje wspólnym mianownikiem, jednak coraz silniej akcenty nowej automatyzacji będą kładzione na prace biurowe niższego i średniego szczebla.

Wysoki stopień nasycenia gospodarki robotami, nie jest przecież, o czym trzeba pamiętać, zjawiskiem negatywnym. Nowe technologie pozwalają optymalizować zużycie zasobów – surowców, ale i czasu człowieka – i dzięki większej produktywności wytwarzać jeszcze więcej wartości dodanej z tego samego wkładu pracy ludzkiej. Wyższa stopa produktywności to większa efektywność, możliwości produkcyjne i większa podaż produktów i usług. Zaoszczędzone środki wracają do gospodarki, stając się nowym zapotrzebowaniem na wytwory kolejnych jednostek pracy.

Problemem zatem staje się zagregowany popyt na wszystkie te dobra – jeśli nie jest w stanie przechwycić nowej podaży, rzeczywiście dojdzie do spadku zatrudnienia netto. Dani Rodrik, znany badacz ekonomii politycznej, wskazuje, że słaby wzrost liczby miejsc pracy w ostatnich latach trzeba przypisać raczej cięciom w gospodarce i polityce austerity. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph Stiglitz krytykuje również katastrofalny wpływ nierówności, szczególnie ubożenia zachodniej klasy średniej, na słabość gospodarki przez zmniejszenie konsumpcji, a co za tym idzie – przez uderzenie w podstawy mechanizmu zwiększającego zatrudnienie. Problem bezrobocia jest zatem w większym stopniu wypadkową ekonomii politycznej podziału dochodów niż automatyzacji pracy.

Wielka Stagnacja

Jak jednak „sprzedać” narrację o wdrażaniu owoców postępu w reakcji na postulaty związkowców, jeśli od kilku dekad obserwowaliśmy powolny zmierzch siły zorganizowanych ruchów pracowniczych, szczególnie wskutek neoliberalnych reform zapoczątkowanych przez Reagana i Thatcher?

Wielu badaczy fundamentalnie nie zgadza się z tym, że żyjemy w epoce szczególnego rozkwitu innowacyjności i powszechnej automatyzacji. W 2011 r. ekonomista Tyler Cowen opublikował pracę pod tytułem „Wielka Stagnacja” (The Great Stagnation), w której opisał, jak około 1973 r. w USA nagle załamuje się trend rosnącej wydajności czynnika produkcji (TFP – Total Factor Productivity). Jest on uważany w modelach ekonometrycznych za ogólne wytłumaczenie jakości technologii, dzięki której wkładana jednostka pracy pozwala osiągać większy końcowy przyrost produkcji. Drobiazgowa analiza sektorowa TFP autorstwa Barta van Arka, przeprowadzona dla Komisji Europejskiej, pozwoliła zauważyć, że w niemal każdej branży – zarówno produkcji dóbr trwałych, jak i nietrwałych, w tym usług – doszło do spadków produktywności, w Unii Europejskiej jeszcze dotkliwszych niż w Stanach Zjednoczonych. Właściwie jedynym powodem, dla którego produktywność rosła w ogóle, była rewolucja dokonana w obszarze technologii ICT (teleinformacyjnych) i wynikająca z niej poprawa wymiany informacji handlowych.

Chociaż Cowen początkowo próbował tłumaczyć zaobserwowaną przez siebie zaskakująco słabą dynamikę wzrostu TFP zagadnieniami kapitału ludzkiego (wyczerpania „nisko wiszących owoców” przyrostu poprzez rozpowszechnienie edukacji podstawowej) czy cenami paliw używanych w transporcie, różnica w spowolnieniu jest szczególnie widoczna w tych gałęziach gospodarki, które w powojennych latach cieszyły się szczególnie silnym uzwiązkowieniem i wpływami ruchów pracowniczych. Branża budowlana, wydobywcza i przemysł ciężki zanotowały duże spadki produktywności. Sektor usług, cechujący się w dużym stopniu niskimi płacami i słabym uzwiązkowieniem, wdrażał nowe technologie równie opieszale. Słabość tych trendów utrzymuje się zresztą po dziś dzień we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych.

Części tego spadku produktywności powinniśmy upatrywać w tzw. chorobie kosztów Baumola. Podczas słuchania kwartetu wykonującego utwory Beethovena, William Baumol zauważył, że pewne rodzaje czynności i usług, z powodu istotnego czynnika ludzkiego, będą cierpieć na rosnące koszty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest konieczność utrzymania konkurencyjnych warunków zatrudnienia względem branż silnie zautomatyzowanych, cechujących się wysoką produktywnością. W ten sposób rzeczywiście można tłumaczyć mozolny wzrost TFP branży edukacyjnej, zdrowotnej czy artystycznej, chociaż ich udział w całkowitym zatrudnieniu jest stosunkowo mały i sięga kilku procent dla każdej z tych grup. Co więcej, rozpowszechnienie w ostatnich latach wysokiej jakości kursów online czy przełomowe zastosowania telediagnostyki pokazują, że dzięki cyfryzacji i rozwojowi uczenia maszynowego także te obszary mogą liczyć na modernizację przy pomocy technologii dostępnej przecież od lat.

Paradoksalnie, kolejnych spostrzeżeń o spowolnieniu postępu technicznego dostarcza wspomniana już Information Technology and Innovation Foundation. W swoim raporcie, sięgającym szacunkami aż do połowy XIX wieku, autorzy podkreślają, że w żadnej z badanych dekad zmiany technologiczne nie przyniosły spadku netto miejsc pracy – jednak przeobrażenia struktury rynku pracy mogą obrazować tempo przekształcania gospodarki w nowocześniejszą i bardziej wydajną. Jeszcze w 1900 roku aż 31% Amerykanów pracowało w rolnictwie. W 2000 r. to już tylko 3% zatrudnionych. Z analizy ITIF wynika, że od lat 80. ubiegłego wieku proces zanikania i pojawiania się nowych zawodów wytraca dynamikę, pikując w latach 2010-2015 do najniższego poziomu od ponad 150 lat. ITIF prognozuje, że powinniśmy raczej obawiać się stagnacji technologicznej niż radykalnego przewrotu.

Te wyniki zostały potwierdzone przez Josha Bivensa i Lawrence’a Mishela z Economic Policy Institute. Nie tylko przyznają oni, że automatyzacja nie stanowi istotnego zagrożenia dla miejsc pracy – szczególnie w porównaniu z dewastującymi efektami niskich płac i niskiego opodatkowania przychodów z kapitału – ale także zauważają wygaszanie prywatnych inwestycji w komputery i oprogramowanie mniej więcej od początku XXI wieku. Stopa nakładów kapitałowych na software w latach 1973-2002 utrzymywała się powyżej 16%, a w latach 2007-2016 ledwo przekracza 4%.

Kapitanowie przemysłu opowiadają piękne historie o wielkich innowacjach i powszechnej automatyzacji. Jednak bez odpowiedniego nacisku ewidentnie nie radzą sobie z przekuwaniem motywacyjnych Tedxów na faktyczny rozwój organizacji społeczno-gospodarczej.

Wolność od tyrania

Nie bójmy się o nasze miejsca pracy i nie płaczmy za utraconymi zawodami. Automatyzacja jest szansą na zbawienie nas od fenomenu bullshit jobs, jak określa je znany antropolog David Graeber, wskazując na rutynowe, czasochłonne zajęcia, których negatywny wpływ na zdrowie psychiczne ludzi i całą kondycję społeczną jest wprost dewastujący. Świetnie oddają to niedawne słowa Johna Cryana, dyrektora generalnego Deutsche Banku, który podczas konferencji branżowej we Frankfurcie zapowiedział masowe zwolnienia, szczególnie osób w jego opinii „pracujących jak liczydła”, na stanowiskach księgowych i rachunkowych. „Nie potrzebujemy tak wielu ludzi. W naszych bankach zatrudniamy osoby, które zachowują się jak roboty, wykonując mechanicznie polecenia”.

Instytut Gallupa zapytał pracowników w 140 krajach o poziom zaangażowania w wykonywaną pracę, czyli ogólną motywację i poczucie satysfakcji. Szacunkowe dane dla całego świata wskazują, że zaledwie 13% zatrudnionych ocenia swoje zaangażowanie pozytywnie, zaś aż 24% jest zniechęconych i nieszczęśliwych z powodu wykonywanego zajęcia. Te wskaźniki dla Polski wypadają nieco lepiej (odpowiednio 17% i 15%), ale przypadki takie jak 33% zaangażowanych pracowników w Kostaryce, 2% niezaangażowanych w Tajlandii czy 7% niezaangażowanych w Norwegii to raczej wyjątki od generalnego problemu współczesności.

Polityka wrażliwości społecznej musi zatem wynieść na sztandary hasła postępu przez emancypację pracy. Podnoszenie pensji minimalnej przynajmniej w zgodzie z dynamiką wzrostu produktywności – jeśli nie nieco bardziej – i powszechne skrócenie tygodnia pracy nie są przykładami roszczeniowości, lecz podstawowym paliwem rozwoju techniczno-gospodarczego. Zarazem długofalowa strategia musi wychodzić poza proste wywieranie presji za pomocą żądań płacowych.

Nie bez powodu bardziej zorientowani w globalnej sytuacji technologiczni magnaci postulują wprowadzenie dochodu gwarantowanego, który może stać się impulsem do odchodzenia z bullshit jobs, stwarzać przestrzeń negocjacyjną i łagodzić przepływy pracowników między sektorami, tak jak miało to miejsce w duńskim modelu flexicurity. Dochód gwarantowany pomaga też utrzymać konsumpcję, więc przy odpowiednim połączeniu z eliminacją nierówności stanowi błyskotliwy sposób na transformację społeczną i techniczną.

Propozycje gwarancji zatrudnienia to kolejny pomysł, który może mieć ponadto działanie antycykliczne i kierujące pracę ludzi w sektory opieki, edukacji i usług komunalnych oraz publicznych, dziś należące do najbardziej zaniedbanych w krajach o niskim kapitale społecznym i ludzkim. Trwające spory co do wykonania administracyjnego – głównie w kontekście stopnia stosowanego przymusu i efektywności pracy objętej gwarancją – to zdecydowanie przeceniany problem. Podobnie jak dochód gwarantowany bywa mylnie oceniany przez liberałów jako „rozleniwianie”, ta sama logika każe oceniać gwarantowane zatrudnienie jako nieskuteczne z racji braku odpowiedniego przymusu. Obie diagnozy są wypadkową redukcjonizmu, jak gdyby widmo bezrobocia było jedynym czynnikiem motywacyjnym w społeczeństwie.

Wśród innych planów transformacji technologicznej znajdują się także pomysły bardziej wątpliwe, które warto pokrótce omówić. Propozycja podatku od robotów, zapowiadana przez Billa Gatesa czy Benoit Hamona (kandydata Partii Socjalistycznej na prezydenta Francji z 2017 r.), rodzi komplikacje w postaci konieczności wyznaczania ścisłego podziału na roboty komplementarne do pracy ludzkiej, usprawniające ją oraz na roboty substytucyjne. Przesunięcie nie zawsze odbywa się w ramach identycznego stanowiska, więc gdzie postawić granicę wpływu maszyny na zatrudnienie? Co więcej, podatek od robotów byłby z punktu widzenia inwestora dodatkowym kosztem ponoszonym podczas zakupu, co tylko spowolni absorpcję nowych technologii. Dyskusja o podobnym podatku w Parlamencie Europejskim poskutkowała na ten moment odrzuceniem propozycji.

Zapytany przeze mnie o automatyzację podczas szczytu G20 Global Solutions, laureat Nobla z ekonomii Edmund Phelps zasugerował, że rządy powinny subsydiować płace najgorzej zarabiającym, by chronić ich miejsca pracy. Swoją koncepcję Phelps opisał w książce „Rewarding Work”, której tok myślowy jest jednak pełen dziur. Sugeruje w niej na przykład, że subsydiowanie miejsc pracy doprowadzi do ponownego zatrudniania, spadku bezrobocia i w konsekwencji również podwyżek. Jest to jednak zupełnie opaczne rozumienie procesu automatyzacji pracy. Taka koncepcja spowalnia wdrażanie technologii, a co gorsza stanowi prezent z budżetu dla firm, których model biznesowy wciąż ma opierać się na maszynowej pracy ludzi. Tym samym premiuje się najgorsze praktyki, zaś w postulowanym przez Phelpsa momencie ciasnego rynku pracy problem automatyzacji i tak powróci.

Najśmielszą propozycję stanowi natomiast utworzenie Pracowniczych Funduszy Automatyzacji (PFA), które działałyby jako fundusze hedgingowe inwestujące w szeroką paletę producentów maszyn przemysłowych i oprogramowania komputerowego. W ten sposób oszczędności PFA byłyby zabezpieczeniem przed utratą pracy i kosztami przeszkolenia poprzez czerpanie przez pracowników korzyści ze wzrostu spółek niszczących ich miejsca pracy. Środki pozyskiwane do PFA mogłyby pochodzić z nowej, relatywnie niskiej składki, tym samym podnosząc koszty pracy i uzależniając ciężar podatkowy od liczby zatrudnionych. Kadry obsługujące PFA wsparłyby także proces budowania na nowo siły związków i zorganizowanych ruchów pracowniczych.

Odzyskać opowieść

Nie każda technologia oddziałuje jednak tak samo na pracowników. Już w 1979 r. Chris Harman, lider jednej z brytyjskich partii socjalistycznych, opublikował manifest „Is a Machine After Your Job”. Jego ujęcie problemu było zerwaniem z podejściem tradycyjnej lewicy, która nieufność wobec postępu technicznego posunęła do reakcyjnej postawy. Harman wiedział, że celem krytyki nie powinna być technologia, lecz sposób jej wykorzystania przez menedżerów zorientowanych wyłącznie na zysk.

Wśród proponowanych w jego manifeście kluczowych żądań znalazło się wiele ważnych postulatów, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na trzy z nich. Są to zakaz wykorzystania technologii do oceny szybkości i dokładności pracy poszczególnych pracowników; wsparcie w przeszkoleniu i przystosowaniu; zakaz wdrożenia nowych rozwiązań technicznych bez zgody związków i uprzedniej dyskusji ze wszystkimi pracownikami, których dotkną nowe systemy. Wagę tych propozycji widać szczególnie dziś, w dobie precyzyjnego nadzoru nad magazynierami Amazona czy indywidualnego śledzenia statystyk służbowego komputera.

Jeśli uda się opanować nierówności i przywrócić moc nabywczą szerokim masom, nie powinniśmy obawiać się o bezrobocie technologiczne. Głoszący koniec pracy technopesymiści dobrze kamuflują to, że w istocie ich pesymizm dotyczy raczej ludzi jako takich. W świecie bez pracy okazałoby się bowiem, że człowiek jest zbędny. Właściwe pytanie zatem brzmi: jak technologia wpływa na relacje pracy i kto poniesie koszty strukturalnych zmian zawodowych?

Przy zachowaniu należytej czujności, polityka grupowań prospołecznych i ruchów pracowniczych musi skierować się na odzyskanie opowieści o postępie. Obserwowana dzisiaj stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających. Nową opowieść możemy budować od przyznania, że siła świata pracy jest w istocie siłą postępu.

Nowa walka klas

Nowa walka klas

Po zakończeniu Zimnej Wojny rozpoczęła się walka klas. Wybuchła ona jednocześnie w wielu krajach i toczyła się pomiędzy sektorem korporacyjnym, finansowym i profesjonalnym a populistycznymi ugrupowaniami klasy robotniczej. Ten ponadnarodowy konflikt jest już odpowiedzialny za Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a kolejne szokujące niespodzianki jeszcze przed nami.

Żadna z dominujących obecnie na Zachodzie idei politycznych nie jest w stanie sensownie opisać tej nowej walki klas. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie z nich uparcie udają, że w zachodnich społeczeństwach nie ma już podziałów klasowych. Neoliberalizm, czyli ideologia transatlantyckich elit, twierdzi, że klasa jako taka zanikła, społeczeństwa są czysto merytokratyczne, a jedyne bariery, jakie jednostki chcące piąć się w górę napotykają na swej drodze, wynikają z rasizmu, mizoginii czy homofobii. Skoro neoliberałowie są niezdolni do uznania istnienia klasy społecznej, nie mówiąc o szczerej dyskusji o konfliktach klasowych, nie jest dziwnym, że mogą populizmowi przypisywać jedynie irracjonalność i bigoterię.

Podobnie do neoliberalizmu postępuje konserwatyzm, który także zaprzecza istnieniu klas społecznych w społeczeństwach Zachodu. Wraz z neoliberałami i libertarianami, konserwatyści zakładają, że pozycja elit ekonomicznych nie jest przynajmniej w połowie dziedziczona, lecz że składają się one z wciąż zmieniającego się przypadkowego układu utalentowanych i pracowitych jednostek. Merytokratyczny kapitalizm jest zdaniem prawicy „zagrożony od wewnątrz” przez nową klasę złożoną z postępowych intelektualistów, naukowców, dziennikarzy i działaczy organizacji pozarządowych, o których mówi się, że mogą być o wiele bardziej wpływowi od dyrektorów generalnych i bankierów inwestycyjnych.

Przynajmniej marksiści traktują klasy społeczne i konflikt klasowy na serio. Ale klasyczny marksizm, ze swoimi opatrznościowymi teoriami na temat historii i swoim spojrzeniem na klasę robotniczą jako kosmopolitycznych nosicieli światowej rewolucji, zawsze był nieco otumaniony.

Na szczęście jednak istnieje konstrukt myślowy, który jest w stanie bardzo dobrze wyjaśnić obecne wstrząsy polityczne na Zachodzie i na całym świecie. To teoria Jamesa Burnhama dotycząca kierowniczej rewolucji (managerial revolution), a uzupełnia ją gospodarcza socjologia Johna Kennetha Galbraitha. Myśl Burnhama ostatnimi czasy przeżywa renesans wśród intelektualistów centrowych i związanych z centroprawicą, włączając w to Matthewa Continettiego, Daniela McCarthy’ego oraz Juliusa Kreina. Niestety socjologia Galbraitha, wraz z jego teoriami ekonomicznymi, pozostaje wciąż niemodna.

Trudno znaleźć dwóch myślicieli, którzy politycznie różniliby się od siebie bardziej niż Burnham i Galbraith. Arystokrata Burnham był działaczem międzynarodowego ruchu trockistowskiego, zanim stał się gorliwym antykomunistą i pomagał tworzyć po II wojnie światowej ruch konserwatywny. Galbraith, dla przeciwwagi, był całe swoje życie namiętnym socjal-liberałem. A jednak obaj wierzyli, że nowe elity rządzące zastąpiły starą burżuazję i arystokratów. Podążając za myślą Adolfa Berlego i Gardinera Meana z ich pracy z 1932 r. pt. „The Modern Corporation and Private Property”, Burnham ukuł wyrażenie „elita kierownicza”, którego pierwszy raz użył w swoim bestsellerze „The Managerial Revolution” (z 1941 r.). Potem, w książce „The New Industrial State” z 1967 r., nazwał tę samą grupę „technostrukturą” (techostructure). W swoim dzienniku z 1981 r., „A Life in Our Times”, Galbraith napisał: „James Burnham, częściowo dlatego, że był twardym prawicowcem, trzymającym się z dala od politycznego mainstreamu, a częściowo z powodu braku tytułu akademickiego, nigdy nie został w pełni doceniony za swój wkład w myśl społeczną”.

George Orwell w eseju „Refleksje nad Jamesem Burnhamem” przedstawił zwięzłe podsumowanie jego tez: „Kapitalizm znika, lecz bynajmniej nie zastępuje go socjalizm. Powstaje obecnie nowe, zorganizowane planowo, scentralizowane społeczeństwo, które nie będzie ani kapitalistyczne, ani też – w żadnym znaczeniu tego słowa – demokratyczne. Społeczeństwem tym będą rządzić ludzie faktycznie władający środkami produkcji, mianowicie kadra kierownicza przedsiębiorstw, technicy, biurokraci i wojskowi, których Burnham łączy w jedną grupę, nazywaną »menedżerami«. Doprowadzą oni do eliminacji dawnej klasy kapitalistów, rozbiją klasę robotniczą, a gdy narzucą społeczeństwu nowe struktury organizacyjne, w ich ręce przejdzie wszelka władza oraz przywileje ekonomiczne. […] Nowych społeczeństw menedżerskich nie będą tworzyć mieszkańcy zbiorowiska niewielkich i niezależnych krajów, lecz obywatele wielkich państw zgrupowanych wokół głównych ośrodków przemysłowych w Europie, Azji i Ameryce. Te superpaństwa będą walczyć ze sobą o jeszcze nieskolonizowane tereny na kuli ziemskie, jednak żadne nigdy nie okaże się na tyle silne, żeby pokonać inne. Wewnętrzna struktura każdego z tych superpaństw będzie zhierarchizowana: szczyt zajmie elita wyłoniona spośród najzdolniejszych jednostek, natomiast podstawę utworzą na wpół zniewolone masy” [przekład Bartłomieja Zborskiego – przyp. tłum.].

Teza tego eseju jest taka, że teoria kierowniczej elity wyjaśnia transatlantycki kryzys społeczny i polityczny. Po II wojnie światowej demokracje Europy i Stanów Zjednoczonych, wraz z Japonią, pełne determinacji, by uniknąć powrotu kryzysu oraz zdecydowane na walkę z antykapitalistyczną propagandą serwowaną przez komunistów, przyjęły wariant opierający się na międzyklasowym porozumieniu, wynegocjowanym przez rządy państw, a zawartym pomiędzy narodowymi elitami kierowniczymi a narodową siłą roboczą. Jednak po okresie Zimnej Wojny rewolucja w światowym biznesie roztrzaskała tę ugodę społeczną. Dzięki wzmocnieniu się ponadnarodowych korporacji i powstaniu ponadnarodowych łańcuchów dostaw, elity kierownicze mogły pozbawić władzy świat pracy i rządy państw, przekazując władzę polityczną, która do tej pory znajdowała się w rękach państwowych legislatur, w ręce agencji wykonawczych, ponadnarodowej biurokracji czy organizacji negocjujących porozumienia polityczne. Jak można się było spodziewać, uwolnione z dawnych okowów „kierownicze elity” społeczeństw zachodnich wpadły w amok i zaczęły używać swojego quasi-monopolu na władzę i wpływy we wszystkich sektorach – prywatnym, publicznym i pozarządowym, aby ustanowić politykę, która zapewni ich członkom przewagę, a wyrządzi krzywdę współobywatelom. Pozbawiona władzy i wyszydzana klasa robotnicza zwróciła się w zachodnich demokracjach ku charyzmatycznym trybunom antysystemowego populizmu i wykazała się wyborczymi nieposłuszeństwami wobec samolubstwa i arogancji „kierowniczych elit”.

Pod koniec niniejszego tekstu kreślę wizję możliwości zaistnienia w społeczeństwach rozwiniętych nowej międzyklasowej ugody pomiędzy „kierowniczą” mniejszością a poddaną jej robotniczą większością. Te nowe porozumienia, jeśli powstaną, będą charakteryzować się dwiema cechami. Tak jak ich starsze odpowiedniki, będą one negocjowane na poziomie państwowym, a nie ponadnarodowym. I tak samo jak starsze porozumienia powstawały w cieniu wojen światowych i Zimnej Wojny, tak i przyszłe międzyklasowe ugody pomiędzy klasami kierowniczymi a ludowymi będą kształtowane przez to, co przyniesie nam kontekst geopolityczny – a zatem przez pokój lub rywalizację pomiędzy wielkimi siłami.

Kierownicza elita: kiedyś i obecnie

Chociaż Burnham i Galbraith swoją definicją nowych elit objęli inżynierów i naukowców, nie opisali tam już technokracji wprowadzanej przez osoby ze stopniem doktora nauk. Najważniejszymi z „kierowników” są biurokraci, zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego; ci, którzy prowadzą wielkie państwowe i globalne korporacje oraz posiadają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę i sprawy społeczne. Niektórzy są bogaci „sami z siebie”, ale większość z nich to pracownicy etatowi poważnych instytucji lub dobrze opłacani eksperci. Większość obecnych miliarderów urodziła się w wyższej klasie średniej, a ich potomkowie na przestrzeni pokolenia lub dwóch powracają do niej. Dziedziczenie tytułów arystokratycznych na nowoczesnym Zachodzie to anachronizm, zatem osoby pochodzące z takiej klasy unikają wyszydzenia, ukrywając się pomiędzy ciężko pracującymi ekspertami i menedżerami.

W latach 40., ale i później, prezentowany przez Burnhama opis Ameryki Nowego Ładu, nazistowskich Niemiec, cesarskiej Japonii czy Związku Radzieckiego jako różnych wariantów społeczeństw zarządzanych przez kierownicze elity, wydawał się dziwaczny wielu odbiorcom. Jednak od upadku komunizmu, zarówno w demokratycznych, jak i autorytarnych państwach światową normą modelu społecznego jest pewien rodzaj gospodarki mieszanej, ze znaczącym sektorem prywatnym i publicznym.

Jak liczne są kierownicze elity? Tu papierkiem lakmusowym jest wyższe wykształcenie. Tylko około jedna trzecia Amerykanów ma stopień licencjata. Jednak wiele z tych tytułów naukowych zostało wydanych przez kiepskie uczelnie, a ich posiadacze są w najlepszym razie uważani za wyższą klasę robotniczą. Zatem uznawanie posiadania wyższego wykształcenia za wyznacznik przynależności do kierowniczej elity sprawi, że będziemy do niej mogli zaliczyć nie więcej niż 10-15% populacji.

Czy menedżerowie są klasą w takim sensie, w jakim są elitą? W społeczeństwie w pełni merytokratycznym szeregi kierowniczych elit mogłyby na przestrzeni każdego pokolenia całkowicie się wymieniać, ponieważ dołączałyby do nich jednostki, które uparcie pracowały nad wejściem wyżej po drabinie społecznej. Ale w Stanach Zjednoczonych większość studentów college’ów pochodzi z mniejszościowej grupy osób, których jedno lub oboje rodziców legitymuje się tytułem magistra. Podobnie jest w innych zachodnich demokracjach – „członkostwo” w klasie kierowniczej wydaje się być w dużej mierze dziedziczone, chociaż jest to grupa częściowo otwarta na talenty z klas niższych.

Jak byśmy nie nazwali tej post-burżuazyjnej elity – klasą kierowniczą czy technostrukturą – jej siła tkwi w tym, co Galbraith nazywał „dwumodelową gospodarką”. To oparte na wiedzy, przepełnione kapitałem przemysły o wysokiej technologii, polegające na usługach sektorów biznesowych i finansowych. Rosnący efekt skali sprawia, że przemysły te stają się ogromne, a w kolejnym kroku – zdominowane przez monopole i oligopole. Galbraith nazwał takie zjawisko „systemem planowania”, odwołując się do prywatnego czynienia planów odbywającego się w ramach wielkich korporacji, które częściowo zastępują rynki swoją wewnętrzną administracją. To coś w rodzaju dawniejszego rodzaju gospodarki, który był zarządzany tylko przez właściciela przedsiębiorstwa. Lokalne rynki nadal grupują się wokół kierowniczo-przemysłowego rdzenia, co Galbraith określa jako „system rynkowy”. Historyk gospodarki Alfred D. Chandler junior potwierdził analizę Galbraitha, używając terminów „rdzeń” i „peryferie” odnośnie do galbraithowskiej koncepcji planowania i systemu rynkowego. Według Galbraitha, Chandlera, ale także Burnhama, uprzemysłowienie na zawsze zmienia gospodarczy i społeczny krajobraz, tak jak zmienia go wybuch wulkanu pośrodku równiny obsianej małymi miejscowościami.

W założeniach dotyczących kierowniczych elit teoria społeczna ma charakter elitarny, nie zaś pluralistyczny. Jak twierdził Burnham: „Z punktu widzenia klas panujących, społeczeństwo jest społeczeństwem swojej klasy panującej… Historia polityczna i nauki polityczne są zatem przeważnie historią i naukami o klasie panującej, jej pochodzeniu, rozwoju, składzie, strukturze i przemianach”.

W nowoczesnych społeczeństwach rozwiniętych sektory prywatny, publiczny i pozarządowy nie mają oddzielnych, wyodrębnionych elit. Zamiast tego, sektor prywatny próbuje dominować nad sektorem publicznym za pomocą finansowania kampanii wyborczych, oraz nad sektorem pozarządowym za pomocą dotacji i darowizn. Nawet jeśli elitom brak konkretnych metod odgórnej koordynacji, to wspólną mentalność tworzy fakt, że prawie cały personel elitarnych instytucji wszystkich stopni należy do nadrzędnej, złożonej z profesjonalistów klasy, podziela takie same wizje świata i ma podobne wykształcenie – a to jest zaczynem myślenia grupowego w rozumieniu orwellowskim. Te role są zmienne w czasie. Dyplomaci zostają bankierami inwestycyjnymi, bankierzy inwestycyjni zostają ambasadorami, generałowie zasiadają w radach nadzorczych, a dyrektorzy wykonawczy tworzą sektor pozarządowy.

Ani Burnham, ani Galbraith nie twierdzili, że kierownicze elity są z przyrodzenia złe lub zajmują swoją pozycję w sposób nieuprawniony. Właściwie obaj uważali, że duże, dynamiczne korporacje i kompetentna biurokracja są niezbędne dla wdrożenia technologicznych innowacji i dla wzrostu gospodarczego. Nie sądzili także, by menedżerowie tworzyli odrębną klasę rządzącą globalnie – a w każdym razie, by robili to w stopniu wyższym niż kapitaliści i posiadacze feudalni w przeszłości. Zarówno kierownicze elity Burnhama, jak i technostruktura Galbraitha miały swe korzenie w poszczególnych państwach-narodach, nawet jeśli te służyły po prostu za trampoliny dla geopolitycznych i gospodarczych ambicji konkretnych grup panujących.

Chociaż żaden z nich nie zalecał odwrotu od „kierowniczej rewolucji”, to jednak obaj martwili się koncentracją bogactwa, władzy i prestiżu w rękach nowych elit. Ponieważ byli realistami, zdawali sobie sprawę, że siła elit kierowniczych może zostać zahamowana jedynie przy pomocy tego, co Galbraith nazywał „siłą wyrównawczą”, zaś Burnham, podążając za myślą włoskiego teoretyka Gaetano Moski, określał mianem „obrony prawnej” (juridical defense). Oba terminy odnoszą się do prawdziwej społecznej równowagi sił, a nie tylko do papierowych sprawozdań i dekretów o równowadze.

Narodowa konsolidacja przemysłu

Na przełomie XIX i XX wieku w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej przemysłowy, oparty na przedsiębiorstwach kapitalizm, został stosunkowo szybko zastąpiony przez nowoczesny kapitalizm menedżerski. W samych Stanach Zjednoczonych zakaz karteli, w połączeniu z przyzwoleniem na fuzje i zakup przedsiębiorstw, dał efekt, który historyczka Naomi Lamoreaux nazwała „pierwszym wielkim ruchem fuzyjnym”. Trwał on od 1895 r. do 1904 r. Na przestrzeni tej jednej dekady 1800 przedsiębiorstw – większość z nich działająca w przemyśle wytwórczym – zostało skonsolidowanych w jedynie 157 firm.

Po tej fali konsolidacji struktura gospodarki amerykańskiej stała się pomiędzy I wojną światową a końcem lat 20. bardzo stabilna. W 1917 r. i w 1973 r. 22 z 200 największych firm na rynku było związanych z przemysłem naftowym – i większość z nich to były te same firmy. W 1917 r. i w 1973 r. 5 z 200 największych firm na rynku zajmowało się przemysłem gumowym, a 4 z nich były w obu tych latach identyczne (Goodyear, Goodrich, Firestone i Uniroyal). Firmy z sektora przemysłu maszynowego – wiele z nich tych samych – to 20 z 200 największych przedsiębiorstw w 1917 r. i 18 z 200 w 1973 r. Podobnie wyglądała sprawa w przemyśle transportowym i w produkcji żywności. Przetrwała nawet firma Johna D. Rockefellera, Standard Oil, pod płaszczykiem rozdrobienia się na mocy wyroku sądowego z 1911 r. na „firmy-córki”, z których jedną była np. firma ExxonMobil, późniejszy światowy gigant.

Badania z roku 1972 pokazują, że poziom współzawodnictwa przemysłowego był we wszystkich dojrzałych gałęziach gospodarki przemysłowej cały czas podobny. Na przykład w Wielkiej Brytanii pomiędzy 1907 r. a 1970 r. udział w rynku stu największych firm wytwórczych wzrósł z 16% do 45%.

Ten ogólnoświatowy trend nie może być wyjaśniony za pomocą osobliwości amerykańskiego prawa czy polityki. Kiedy Chandler badał 379 przedsiębiorstw wytwórczych zatrudniających w 1973 r. ponad 20 tysięcy pracowników, które podzielił z grubsza na grupę amerykańską i zagraniczną, odkrył, iż współczynniki były zaskakująco podobne: 22 przedsiębiorstwa produkujące urządzenia transportowe w Stanach Zjednoczonych przy 22 zagranicznych; 20 przedsiębiorstw zajmujących się wytwarzaniem maszyn przy 25 zagranicznych; 24 chemiczne zakłady amerykańskie przy 28 zagranicznych; 14 firm naftowych z siedzibą w USA przy 12 mieszczących się poza Ameryką. Wszystko to udowadnia, że w każdej nowoczesnej gospodarce firmy z chandlerowskiego „centrum” i z galbraithowskiego „systemu planowania”, charakteryzujące się rosnącym efektem skali, staną się duże, a jeśli odniosą sukces, to mają tendencję do długiego trwania, w porównaniu z małymi firmami z chandlerowskich „peryferii” i galbraithowskiego „systemu rynkowego”, których rozmiar oznacza brak lub zanik przewag konkurencyjnych.

Państwowe ugody polityczne
w czasie Zimnej Wojny

Od chwili powstania „kierowniczego kapitalizmu”, poprzez okres I wojny światowej i Wielki Kryzys, społeczności Ameryki Północnej były wstrząsane starciami korporacyjnych elit z wściekłymi robotnikami i rolnikami. Największe z nich działy się w Stanach Zjednoczonych, gdzie uzbrojone siły wielokrotnie rozbijały strajki. W 1921 r., podczas Bitwy pod Blair Mountain w hrabstwie Logan w stanie Wirginia Zachodnia, decydenci państwowi użyli samolotów, by zrzucać bomby na uzbrojonych strajkujących.

Aby zapewnić spokój społeczny i zmobilizować naród podczas II wojny światowej, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, np. Wielka Brytania, wynegocjowali pakt pomiędzy pracą a kapitałem i obiecali weteranom wojennym pomoc socjalną. Podczas wynikłej później Zimnej Wojny każda z większych gospodarek przemysłowych opracowała pewien rodzaj „ugody” lub kompromisu pomiędzy interesami świata pracy a siłami kapitału. Te powojenne porozumienia stanowiły połączenie nakierowanego na przedsiębiorcę kapitalizmu oraz przetestowanej już socjaldemokracji w wersji welfare state. W Niemczech Zachodnich przyjęło to formę reprezentacji interesów pracowniczych przy pomocy członkostwa związkowców w radach nadzorczych firm. Japonia, na fali intensywnych konfliktów pracowniczych po 1945 r., wybrała drogę korporacyjnego paternalizmu wraz z zatrudnianiem wielu pracowników na całe życie. Świat pracy był w powojennych Stanach Zjednoczonych słabo zorganizowany, ale „Traktat z Detroit”, który wynegocjował porozumienie pomiędzy firmami produkującymi samochody a związkami zawodowymi, stał się przykładem sukcesu nieformalnej współpracy (korporacjonizmu) pomiędzy pracą a kapitałem. Niewielki procent legalnej i nielegalnej imigracji oraz naciski na zamężne kobiety, by opuściły szeregi zatrudnionych i zostały gospodyniami domowymi, wzmocniły siłę przetargową pracowników płci męskiej i stworzyły przyjazny im rynek pracy.

Ten korporacjonistyczny system sprawił, że państwa opiekuńcze w okresie od lat 40. do 70. były takie w dużo mniejszym zakresie, niż byłyby w przeciwnej sytuacji. Jednak powojenne porozumienia powstałe w Japonii i na zachodzie Europy sprawiły, że kapitalizm od lat 40. do 70. przeżywał złote lata, łącząc wysoki wzrost gospodarczy z egalitarną redystrybucją jego owoców, jakiej nie widziano nigdy wcześniej – i później.

Ponadnarodowa konsolidacja przemysłu

Po upadku muru berlińskiego w 1989 r. państwowe porozumienia pomiędzy kapitałem a światem pracy, wynegocjowane przez rządy państw, zostały zniszczone – pojawiły się bowiem nowy wzorzec globalnej produkcji przemysłowej oraz nowy system organizacji korporacyjnej.

To, co ekonomista Peter Nolan nazwał „światową rewolucją w biznesie lat 90. i początku XX wieku”, czyli powstanie ponadnarodowych korporacji tworzących oligopole, było odpowiednikiem fali wielkich fuzji z początków XX wieku – fuzji, które stworzyły oligopole firm państwowych. W książce „Capitalism and Freedom” z 2008 r. Nolan zauważa: „Na samym początku XX wieku, wewnątrz wyraźnie podzielonych na marki sektorów rynków światowych o wysokiej wartości dodanej, charakteryzujących się zaawansowanym poziomem technologicznym (co służyło głównie przedstawicielom klasy średniej i wyższej, gdyż posiadali oni większość światowej siły nabywczej), do gry weszło nowe »prawo«: garstka znanych na całym świecie firm, »integratorów systemu«, zajęła ponad 50% rynku światowego. Dwie najwięcej spośród nich warte to przedsiębiorstwo, które posiadało 100% całego światowego rynku dużych samolotów komercyjnych oraz firma, która w owym czasie miała 70% udziału w rynku napojów gazowanych; firmy z pierwszej trójki były warte łącznie tyle, co 80% udziałów w sektorze turbin gazowych oraz 70% w rynku maszyn rolniczych, a także 60% rynku telefonii komórkowej i 50% rynku telewizorów z ekranem LCD. Firmy z górnej czwórki branży posiadały 60% rynku wind, pierwsza piątka miała ponad 80% rynku aparatów cyfrowych, zaś pierwsza dziesiątka kontrolowała połowę rynku farmaceutycznego”.

Do momentu, gdy recesją z 2008 r. rozpoczął się wielki kryzys finansowy, duża część światowego przemysłu była już zdominowana przez kilka sporych korporacji. 95% mikroprocesorów produkowały cztery firmy: Intel, Advanced Micro Devices, NEC i Motorola. Dwie trzecie produkowanych na świecie szklanych butelek robiły tylko dwa przedsiębiorstwa – Owens-Illinois i Saint-Gobain. Połowa dostępnych na światowym rynku samochodów powstaje w fabrykach czterech wytwórców: General Motors, Ford, Toyota-Daihatsu i DaimlerChrysler. Jeśli zaś idzie o usługi biznesowe, to Microsoft zdominował 90% rynku systemów operacyjnych dla komputerów osobistych. W 2007 r. tylko dwie firmy kontrolowały 86% rynku przetwarzania informacji finansowych i 77% rynku gier elektronicznych, zaś trzy firmy dominowały na rynku publikacji prawniczych (71% rynku) i w produkcji endoprotez (62% rynku).

Taka konsolidacja miała miejsce nie tylko w przypadku ponadnarodowych korporacji, ale także poniżej, na poziomie dostawców. Na samym początku kryzysu, w 2008 r., trzy firmy: General Electric, Pratt and Whitney oraz Rolls-Royce zdominowały światowy rynek produkcji silników samolotowych. 60% opon powstawało w fabrykach trzech międzynarodowych korporacji – Bridgestone, Goodyear i Michelin.

Powstawanie globalnych oligopoli to skutek ekspansji, fuzji i aliansów. Łączy się ono w jeden trend zmierzający ku produkcji ponadnarodowej. Jedna trzecia, a nawet połowa handlu to handel wewnątrzfirmowy lub produkcja ponadnarodowa, prowadzona przez przedsiębiorstwo o kapitale wielonarodowym, z siecią dostawców w wielu krajach. Przykład-ikona to iPhone firmy Apple, powstający z komponentów z różnych części świata. Modele S5 i 6 zawierają części z Chin, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Niemiec, Francji, Włoch, Holandii i Singapuru.

Podczas gdy sieci dostawców są regionalne lub globalne, większość firm z kapitałem ponadnarodowym ma nadal siedziby w kilku konkretnych państwach – najczęściej są to Stany Zjednoczone, Japonia lub Niemcy. Krajom rozwijającym się dano do odegrania rolę wytwórców produktów o niskiej wartości dodanej, na zasadach narzuconych im przez firmy i inwestorów z Ameryki Północnej, Europy oraz wybrzeży Azji. Jednak Chiny, Indie i Brazylia oraz kilka innych krajów rozwijających się było w stanie wykorzystać fakt, że korporacje mają dostęp do ich ogromnej siły roboczej i rynków zbytu, i naciskać na obcy kapitał, by promował projekty rozwoju ich narodowego przemysłu, za pomocą wymagań na gruncie lokalnym oraz umów na transfery technologii.

Ekonomia globalnego arbitrażu

Powszechnie uważa się, że trwający od lat 90. proces globalizacji odpowiedzialny jest za bezprecedensowy wzrost produktywności. Jednak prawda jest taka, że wzrost ten po 1989 r. jest dużo niższy niż był po roku 1945, kiedy to gospodarki narodowe były mniej zintegrowane, a poziom imigracji o wiele niższy. Jedną z przyczyn może być fakt, iż w epoce globalizacji nowe ponadnarodowe oligopole osiągały zyski metodami innymi niż napędzany technologicznie wzrost produktywności. Najważniejszą z tych korporacyjnych strategii były selektywny arbitraż i selektywna harmonizacja.

Globalny arbitraż przybrał dwie formy: arbitrażu pracy i podatków oraz subsydiów. Ten pierwszy oznaczał zarówno przeniesienie produkcji przemysłowej z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się o niskich płacach, jak i masową migrację na globalną Północ, uprawianą przez pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Tego rodzaju proces nie wzmacniał postępu technologicznego, a mógł go nawet opóźniać, zastępując nowe techniki czy technologie kosztowną pracą lub korzystaniem z zasobów naturalnych. Jeśli prostym sposobem na osiągnięcie wysokiego przychodu jest zwyczajne zamknięcie fabryki w kraju o wysokich płacach i przeniesienie jej do kraju o płacach niskich, do państw ubogich, do południowych stanów Ameryki Północnej, do Meksyku czy Chin, to nikt nie będzie starał się uczynić produkcji technologicznej bardziej wydajną.

Arbitraż podatków i subsydiów to praktyka polegająca na korzystaniu przez firmy z faktu, że w różnych krajach są różne stawki podatkowe i różne sposoby dotowania przedsiębiorstw. Używa się jej, by pobudzić zyski, nie podnosząc jednocześnie poziomu produktywności. Firmy, które unikają opodatkowania, przenosząc się na Kajmany, do Panamy czy Irlandii, nie robią nic, by podnieść swoją produktywność. Niczego podobnego nie czynią także korporacje, które przemieszczają się do Chin, by czerpać korzyści nie tylko z nisko opłacanej, niewolniczej pracy, ale także z obfitych dotacji różnego rodzaju, np. mocno dotowanej energii elektrycznej, infrastruktury lub programów szkoleniowych dla pracowników.

Być może iPhone jest ikoną ery globalizacji. Jak pisze w wydawanym przez MIT magazynie „Technology Review” Konstantine Kakaes, gdyby każdą pojedynczą część tego urządzenia produkować w USA i składać je w tym kraju, podrożyłoby to jego koszt o 100 dolarów. Wtedy jednak marża zysku firmy Apple byłaby dużo niższa niż jest teraz – gdy iPhone jest produkowany w sześciu chińskich fabrykach bazujących na nisko płatnej, niemal niewolniczej pracy, oraz w Brazylii, gdzie produkcja odbywa się na zasadzie koncesji na zastępczą politykę importową.

Apple opanowało wzorowo zarówno globalny arbitraż pracy, jak i arkana sztuki podatkowo-dotacyjnej. Według informacji Unii Europejskiej, rząd irlandzki pozwolił tej firmie kanalizować zyski z siedmiu różnych krajów poprzez dwie firmy mające siedzibę w Irlandii, z których jedna była w dodatku „biurem głównym” bez pracowników. W efekcie, jak donosi Komisja Europejska, Apple odnotowało zyski w wysokości 16 miliardów euro, z czego tylko 50 milionów euro zostało opodatkowanych w Irlandii, co dało firmie 15 mld 95 mln euro nieopodatkowanego zysku.

Polityka globalnego arbitrażu

Nawet jeśli firmy z okresu pozimnowojennej globalizacji eksploatowały wszelkie możliwości w zakresie pozyskiwania taniej siły roboczej i obchodzenia podatków, to jednak, jeśli leżało to w ich interesie, promowały wybiórczą harmonizację praw i regulacji. W drugiej połowie XX w. odbyło się stopniowo kilka rund negocjacji pod auspicjami General Agreements of Tariffs and Trade, a później Światowej Organizacji Handlu. Skutecznie zlikwidowały one większość barier celnych. Do 2016 r., kiedy to WTO zakończyło nieudaną Rundę z Dohy [Doha Development Round – trwająca od 2001 r. runda negocjacyjna w ramach Światowej Organizacji Handlu; obok dalszych kroków na rzecz liberalizacji handlu do głównych omawianych tam kwestii należały m.in. subsydiowanie rolnictwa, prawo patentowe, regulacje antydumpingowe oraz ochrona własności intelektualnej – przyp. tłum.], Stany Zjednoczone i inne wpływowe państwa przeniosły nacisk z barier ograniczających transgraniczny przepływ towarów na prawa i regulacje „harmonizacyjne”. Pośród „ponadregionalnych umów handlowych” znajdują się m.in. NAFTA, TTP (Trans-Pacific Partnership) i TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Leżało to bowiem w interesie ponadnarodowych inwestorów i korporacji, którzy opierali swoje działania na globalnych łańcuchach dostaw.

Obszary wybrane do negocjacji arbitrażowych i harmonizacyjnych odzwierciedlają nie interesy mas pracujących, lecz kierowniczych elit, które dominują w rządach społeczeństw zachodnich. Harmonizacja standardów pracy lub płacy podkopałyby strategię arbitrażu pracy, zaś ponadnarodowe represje związane z unikaniem opodatkowania utrudniałyby prowadzenie strategii arbitrażu podatkowego, jaką posługują się ponadnarodowe korporacje. Zamiast tego, nacisk w polityce harmonizacji został położony na powszechne standardy przemysłu, liberalizację systemu finansowego i intelektualne prawa autorskie, włączając w to patenty farmaceutyczne. Na takim rodzaju harmonizacji korzystają ponadnarodowe firmy, inwestorzy z Wall Street czy londyńskiego City oraz właściciele praw autorskich z Silicon Valley czy z przemysłu farmaceutycznego.

W wielu przypadkach takie harmonizacyjne regulacje mają sens – np. standaryzują środki bezpieczeństwa związane z produktami. Ale już nowe umowy „harmonizacyjne” tworzą „deficyt demokracji”, i to na dwa sposoby. Wyodrębniają one ze zwyczajnego prawodawstwa całe zakresy regulacji, zastępując je „regulacjami określonymi w umowie”. Korzystne dla korporacji nowe prawa i zasady, których firmowi lobbyści nigdy nie przeforsowaliby na gruncie prawodawstwa krajowego, mogą zostać ukryte w umowach harmonizacyjnych, gdzie są maskowane jako traktaty „handlowe”. Takie umowy, liczące nierzadko tysiące stron, są często przygotowywane w tajemnicy przez komitety składające się z korporacyjnych lobbystów i mogą zostać ratyfikowane przez organy prawne bez niezbędnej w takich sytuacjach wnikliwości.

Co gorsza, większość współczesnych umów harmonizacyjnych zawiera klauzulę ISDS (investor-state dispute settlement), czyli ugodę dotyczącą zatargów pomiędzy inwestorem a państwem. Zezwala ona pojedynczym firmom na pozywanie do prywatnych trybunałów, zdominowanych przez korporacyjnych prawników, tych rządów państw, które zmieniły prawo już po podpisaniu traktatów – i to bez żadnego mechanizmu apelacji. Jeśli Kongres przyjmie statut, który zagrozi np. interesom firmy Acme Inc., to oprócz płacenia lobbystom i przelania darowizny na kampanie wyborcze pewnych kandydatów, ma ona niewiele innych możliwości. Ale jeśli Kongres ratyfikuje traktat, a potem zmieni jego klauzule, wprowadzając nowe prawo, Acme może pozwać rząd federalny za szkody finansowe. Stany Zjednoczone nie przegrały jeszcze żadnej sprawy w związku z klauzulą ISDS, ale inne kraje owszem. Niektórzy uważają, że perspektywa bycia pozwanym przed oblicze prawników korporacji chłodzi głowy przedstawicieli państw, którzy być może chcieliby wprowadzić prawa i regulacje, jakich firmy by nie akceptowały.

Nie zamierzam tu sugerować, że kontrolujący światowe oligopole menedżerowie ponadnarodowych firm operujących obecnie na Zachodzie i u wybrzeży Azji są bardziej samolubni czy czują się w mniejszym stopniu publicznie zobowiązani niż menedżerowie korporacji narodowych byli lub czuli się podczas drugiej rewolucji przemysłowej. Z drugiej strony, obecne kierownicze elity są często mniej bigoteryjne i w większym stopniu parają się filantropią. Istotne jest, że amerykańskie, niemieckie i japońskie korporacje zostały z trudem opanowane przez galbraithowską władzę wyrównawczą i burnhamowską obronę prawną – a te uległy rozpadowi. „Dzięki” globalizacji, która sama w sobie jest dobrowolną polityką umożliwioną, ale nie wymaganą przez rozwój technologii, istniejące dzisiaj firmy o kapitale ponadnarodowym mają o wiele więcej kart przetargowych w negocjacjach z pracownikami i rządami państw.

Globalizacja: imperializm Hobsona?

To, że powstały po Zimnej Wojnie wzorzec globalizacji był i jest motywowany głównie możliwościami, jakie dają międzynarodowy arbitraż i manipulacje podatkowo-dotacyjne, a nie przez nowoczesne technologie czy presję sił wolnego rynku, wydaje się jasne, gdy przypomnimy sobie uderzająco podobny wzorzec globalizacji, który ponad sto lat temu przewidział brytyjski filozof społeczny John A. Hobson – i wyobraził go sobie w czasach, gdy zaawansowanie technologiczne było na zupełnie innym poziomie. W pracy z 1902 r., „Imperialism: A study”, Hobson spekulował, że wycofanie się zachodnich nacji z wzajemnych konfliktów militarnych mogłoby stworzyć pole dla wspólnych prac nad gospodarczym rozwojem Azji w ogóle, a szczególnie Chin.

Zachodni kapitaliści, jak sugerował autor, używając niestety rasistowskiego języka tamtych czasów, mogą kupić niechętną zgodę zachodniej klasy robotniczej na transfer pracy wytwórczej z Europy do Azji – a kupią ją za przyzwolenie, by i ona korzystała z zysków, jakie wytworzą się wskutek eksploatacji zubożałej chińskiej siły roboczej: „Jednym słowem, wydaje się, że inwestorzy i biznesmeni natrafili w Chinach na kopalnię siły roboczej głębszą niż jakiekolwiek kopalnie złota i innych złóż, które skierowały siły imperium do Afryki lub gdzie indziej; wydaje się ona tak ogromną i niewyczerpaną, że otwiera całej populacji »białych dżentelmenów« z Zachodu możliwość życia z fizycznego trudu tych pracowitych ludzi o niższej pozycji, tak jak dzieje się to w małych skupiskach białego człowieka w Indiach czy Afryce Południowej. Taki eksperyment powinien zrewolucjonizować metody stosowane przez Imperializm; presja, jaką w zachodnich społeczeństwach stwarza w polityce i przemyśle ruch napędzany przez klasę robotniczą, mogłaby być zaspokojona zalewem chińskich towarów; tak samo mogłoby stać się z utrzymaniem na niskim poziomie pensji zachodnich robotników. Władza imperialistycznej oligarchii okrzepłaby na fali sugerowania zagrożenia ze strony żółtych robotników i najmitów, a współpraca nacji zachodnich w ramach rozwoju Wschodu mogłaby oznaczać porozumienie między grupami biznesmenów i polityków – wystarczająco silne i ścisłe, aby zapewnić Europie międzynarodowy pokój i pewne odprężenie w kwestiach wojennych”.

Hobsonowskie ponure wizje „grup żółtych najmitów”, które miałyby być użyte do zduszenia oporu wśród pracowników z Zachodu, tak jak i podobna wizja zwana „żółtym niebezpieczeństwem” [Yellow Peril – rozpowszechniany w II połowie XIX wieku w USA pogląd, że z Chin nadciąga fala imigrantów, którzy odbiorą miejscowym pracę, a ich obecność będzie godzić w podstawy zachodniej cywilizacji – przyp. tłum.], nie zmaterializowały się. Ale już jego inne przewidywania sprawdziły się. Neoliberalni ideolodzy twierdzili, że zachodni pracownicy, którzy stracili miejsca pracy na rzecz offshoringu do Chin i innych państw o niskich wynagrodzeniach, dostaną inne, lepsze posady w „gospodarce opartej na wiedzy”. Była to zatem obietnica, która miała oznaczać, iż w erze poprzemysłowej większość zachodnich pracowników będzie korzystać z zysków z intelektualnej własności, jaką wytworzy „gospodarka oparta na wiedzy”, a nie „niezależni biali dżentelmeni” – ale poza tym wszystko się zgadzało: azjatycki proletariat i chłopi mieli ciężko pracować w fabrykach. Na łamach „The Economist” i innych tub propagandowych elit rządzących wciąż, po ponad stu latach od powstania wizji Hobsona, powtarza się twierdzenie, że niskie ceny, jakie płacimy za towary pochodzące z Chin, zadośćuczynią krzywdzie wyrządzonej zachodniej klasie robotniczej przez częściową deindustrializację.

Hobson przewidział dystopijną przyszłość Zachodu pozbawionego przemysłu, rządzonego przez ponadnarodową klasę złożoną z menedżerów i inwestorów: „Zapowiadamy powstanie jeszcze nawet większego sojuszu państw zachodnich, europejskiej federacji, która może oznaczać ogromne zagrożenie zachodnim pasożytnictwem. Zapowiadamy powstanie grupy znacznie uprzemysłowionych państw, których wyższe warstwy żywiły się daninami z Azji i Afryki, a przy ich pomocy podtrzymywały obłaskawione masy zwolenników, nie zajmujących się już więcej wytwórstwem, rolnictwem czy pracą w wielkim przemyśle, lecz trzymane w odwodzie w zakładach drobniejszego przemysłu lub usługach osobistych, pod kontrolą nowej arystokracji finansowej”.

Dalej Hobson ostrzega: „Większa część Europy Zachodniej może przyjąć charakter i wygląd, jaki obserwujemy w Południowej Anglii, na Rivierze czy w najeżdżanych przez turystów partiach Włoch lub Szwajcarii – małe skupiska bogatych arystokratów ciągnących dywidendy i emerytury z Dalekiego Wschodu, plus nieco większe grupy handlowców, współpracowników i ogromna ilość obsługi. Te niewielkie skupiska bogatych rentierów i fizycznych pracowników obsługi przywodzą na myśl dzisiejsze »zróżnicowane warstwami« wielkie miasta, jak Londyn, Nowy Jork i San Francisco, osadzone w państwach narodowych o dużych, opuszczonych obszarach dawnych stref przemysłowych”.

Imigranci i oligarchowie

Jak widzimy, pod koniec XX wieku zachodnim elitom kierowniczym udało się uciec od umowy społecznej, jaką zawarły w połowie stulecia z klasą robotniczą swoich krajów. Dokonały tego przenosząc produkcję przemysłową do tańszych miejsc lub grożąc, że tak postąpią. Firmy związane z konkretnym państwem, jak hotele, restauracje i przedsiębiorstwa budowlane, nie miały takiej możliwości. Mogły jednak skorzystać na imigracji, ponieważ zliberalizowane rynki pracy osłabiły pozycję przetargową pracowników dokładnie w taki sam sposób, jak szczelny rynek pracy osłabia pozycję pracodawców. Dlatego też w toku dziejów USA i innych krajów związki zawodowe zazwyczaj sprzeciwiały się jakiekolwiek imigracji na sporą skalę, podczas gdy kapitaliści witali ją często z otwartymi ramionami.

Niektóre z zachodnich państw mają formalną politykę zachęcania do przyjazdu imigrantów, którzy nie są wykwalifikowani i będzie im można płacić niewysokie wynagrodzenia, jak np. Niemcy, które zapraszały gastarbeiterów z Turcji. Jednak imigracja osób niewykwalifikowanych jest w większości przypadkowym skutkiem innych polityk w poszczególnych krajach. W Stanach Zjednoczonych większość legalnych imigrantów o niskim stopniu kwalifikacji to ludzie kiepsko opłacani, Meksykanie lub Latynosi z Ameryki Środkowej, przybyli do kraju na podstawie amerykańskiego prawa o łączeniu rodzin. Dodatkowo mamy 12 milionów nielegalnych imigrantów, głównie z krajów ościennych. W Europie główną przyczyną imigracji niewykwalifikowanych pracowników jest prawo azylowe i uchodźcze. Niektóre z państw europejskich faworyzują imigrację ze swoich byłych kolonii. Jakie by nie były w konkretnym przypadku zasady, w każdym z krajów Zachodu kwestie imigracyjne są zarzewiem konfliktu pomiędzy kierowniczymi elitami a klasami ludowymi o pochodzeniu natywnym.

Akademicy badają gospodarcze efekty fali imigracji do Stanów Zjednoczonych. W ostatnim raporcie Narodowych Akademii Nauk, Inżynierii i Medycyny starano się nadać ich odkryciom pozytywny wydźwięk, ale były one jednak trzeźwiące: imigranci o niskich kwalifikacjach lub rodowici mieszkańcy kraju, którzy nie mają wykształcenia średniego, dostają niższe wynagrodzenia. Raport przypomina także, iż „imigranci w pierwszym pokoleniu są zazwyczaj dla rządów państw, czy to na szczeblu centralnym, czy lokalnym, bardziej kosztowni od rdzennych mieszkańców kraju”. Korzyści z nisko płatnej imigranckiej siły roboczej idą według raportu głównie do zamożnych konsumentów, korzystających z pracochłonnych usług, podczas gdy ich koszt spada na barki słabo wynagradzanych pracowników i podatników. Amerykańskie media jak w lustrze odbijają interes, który kierownicze elity i eksperci mają w podtrzymaniu pozycji nisko opłacanych pracowników i taniej pracy w usługach – do tego stopnia, że informacje z raportu zostały przez nie ukryte. „Nowe badania mówią: imigranci nie zabiorą nam pracy” – jak we wrześniu 2016 r. napisał „New York Times”.

Prawdziwy negatywny wpływ imigracji na sytuację nisko opłacanych pracowników i na ciasne budżety państwowe, choć ograniczony, może dla polityki stanowić istotną kwestię, ale z dwóch innych przyczyn. Jedną z nich jest połączenie relatywnie wysokiego wskaźnika urodzeń w grupach imigrantów, jak Latynosi w Ameryce i muzułmanie w Europie, z niskim lub spadającym wskaźnikiem urodzeń wśród rdzennych mieszkańców, co oznacza, że stosunkowo niewielka fala imigracji może całkowicie zmienić na przestrzeni kilku pokoleń skład narodowościowy kraju. Nawet jeśli, w dłuższej perspektywie, imigranci asymilują się i mieszają z rdzenną ludnością, szybka zmiana składu etnicznego jest często postrzegana przez wiele osób jako zagrożenie.

Drugim z czynników jest nowoczesny model państwa opiekuńczego. Po obu stronach Atlantyku powstało ono w okresie powojennego wzrostu urodzeń i niskiego poziomu imigracji. Narodowe programy pomocowe przybierają rozmaite formy, ale wszystkie oparte są na zasadzie solidarności pomiędzy członkami narodowej społeczności, którzy godzą się pracować i płacić podatki, aby pomóc swoim pobratymcom, po czym, w chorobie czy w starszym wieku, być uprawnionymi do takiej samej pomocy.

Na brak kompatybilności imigracji i państwa opiekuńczego wskazał libertariański ekonomista Milton Friedman: „Jeśli mamy państwo opiekuńcze, państwo, w którym każdemu obywatelowi obiecuje się pewien konkretny poziom dochodu lub utrzymania, bez względu na to, czy pracuje, czy nie, to [nieskrępowana] imigracja jest naprawdę niemożliwa”. Jego ideologiczne przeciwieństwo, Paul Krugman, zgadza się z taką opinią. Dlaczego? „Ponieważ Ameryka jest państwem opiekuńczym”, a „nisko wykwalifikowani imigranci nie płacą wystarczająco wysokich podatków, by pokryć koszty zasiłków, które otrzymują”. Krugman wyciąga z tego wniosek, że z konsekwencji, jakie imigracja niesie dla państwa opiekuńczego, najbardziej poważne są konsekwencje polityczne. Friedman ze swojej strony nie ma nic przeciwko fali imigracji, póki jest ona nielegalna, ponieważ nielegalni imigranci nie są uprawnieni do otrzymywania zasiłków: „Zalegalizujmy imigrację i przestanie być dobrze. Dlaczego? Bo tak długo, jak jest nielegalna, ludzie, którzy do nas przybywają, nie kwalifikują się do wsparcia, ubezpieczenia społecznego i wielu innych dodatków”.

Kierownicze elity Ameryki i Europy używają zatem legalnych i nielegalnych środków, by promować imigrację – a celem takiego działania jest uzyskanie przewagi nad związkami zawodowymi, zdławienie wzrostu płac, zapobiegnięcie inflacji, jaka pojawia się na szczelnych rynkach pracy, oraz zapewnienie rynku pracodawcy na polu usług porządkowo-ogrodniczych i opiekuńczych. To nie wszystko – elity te są także orędownikami „różnorodności”, bo zmniejsza ona prawdopodobieństwo, że pracownicy różnych narodowości zjednoczą się we wspólny front przeciwko nim. W liście z 1870 r. Marks napisał: „Z powodu stale wzrastającego stopnia koncentracji dzierżawy, Irlandia cały czas wysyła swoje nadwyżki do Anglii, co powoduje spadek płac i pogarsza materialną i moralną pozycję irlandzkiej klasy robotniczej. I rzecz najważniejsza! W każdym centrum przemysłowym i handlowym Anglii klasa robotnicza jest obecnie podzielona na dwa wrogie obozy, czyli proletariat angielski i proletariat irlandzki. Robotnik angielski nienawidzi robotnika irlandzkiego, ponieważ stanowi on dla niego konkurencję i obniża jego poziom życia […] Jego nastawienie do Irlandczyka jest podobne do tego, jakie »ubodzy biali« prezentowali w stosunku do czarnoskórych w byłych stanach niewolniczych USA. Ten antagonizm jest sekretem indolencji angielskiej klasy robotniczej, pomimo że jest ona zorganizowana. To właśnie cała tajemnica – w ten sposób klasy posiadające utrzymują swoją przewagę. I wiedzą o tym”.

Podobnie pisze Hobson, choć z charakterystyczną dla siebie rasistowską retoryką. Zastanawia się on, czy to elity ekonomiczne mogły aranżować masową imigrację: „Można sobie wyobrazić, że wpływowe w przemyśle i zamożne klasy społeczeństw zachodnich, w celu zachowania siły politycznej i ekonomicznej w swoim ręku, mogą dążyć do odwrócenia polityki, która do tej pory zdobywała grunt w Stanach Zjednoczonych i w naszych białych koloniach, i zacząć nalegać na nieskrępowaną imigrację żółtej siły roboczej, która pracowałaby w przemyśle. To broń, którą trzymają w odwodzie, gdyby musieli jej użyć, by utrzymać naród w stanie podporządkowania”.

Ponieważ Hobson przewidział coś bardzo przypominającego offshoring, produkcję ponadnarodową i masową imigrację niewykwalifikowanej siły roboczej, a zrobił to w epoce kolei żelaznej, statków parowych i telegrafu, dzisiejsze wydarzenia nie mogą być prezentowane jako wiadome z góry efekty powstania nowych technologii, takich jak internet, światowa telefonia bezprzewodowa czy kontenerowce. Wiele obowiązujących współcześnie dyrektyw gospodarczych jest powiązanych z nowymi technologiami, tak jak ich liczne odpowiedniki były kompatybilne z technologiami czasów Hobsona. Technologia potrzebna, by stworzyć coś na miarę obecnej globalizacji, istniała już na początku XX wieku. Ale pomiędzy 1914 a 1989 rokiem brakowało jednego koniecznego, lecz niewystarczającego warunku, którego brak przeszkadzał w zaistnieniu tego rodzaju kierowniczego globalizmu: pokoju pomiędzy wielkimi siłami państwowymi.

Od nad-imperializmu do wojen pomiędzy blokami

Hobsonowska wizja panzachodniego syndykatu przemysłowców i inwestorów, którzy jednoczyliby się w imię wyzyskiwania industrializujących się Chin i reszty niezachodniego świata przypomina wizję marksisty Karla Kautsky’ego. Pisał on o idei „nad-imperialistycznego bloku”, złożonego z krajów kapitalistycznych, które odłożą nad bok nieporozumienia militarne w imię współdzielenia zysków z inwestycji w państwach rozwijających się. Można wątpić, czy kiedykolwiek potężne suwerenne siły państwowe, przy braku przymusu militarnego, dobrowolnie zgodziłyby się na taki sojusz. Obecne bloki ponadnarodowe powstały w cieniu dwóch wojen światowych i Zimnej Wojny, i tylko z ich powodu.

W „The Managerial Revolution” Burnham przewidział podział powojennego świata na trzy „supermocarstwa” – USA, Niemcy i Japonię, inspirując wizję orwellowskich Oceanii, Eurazji i Wschódazji z „Roku 1984”. Jednak zamiast stać się suwerennymi państwami, Niemcy i Japonia po II wojnie światowej zostały częściowo tylko suwerennymi protektoratami Stanów Zjednoczonych, a Wielka Brytania i Francja, pozbawione swoich kolonialnym imperiów, także popadły w zależność od Ameryki. Światową politykę od lat 40. do 90. kształtowała raczej dwubiegunowość niż trójbiegunowość.

Neoliberalna globalizacja była możliwa do przeprowadzenia tylko w okresie bezpośrednio następującym po Zimnej Wojnie, kiedy Stany Zjednoczone były „jedynym mocarstwem”, a żaden wiarygodny konkurent na tym samym poziomie jeszcze się nie wyłonił. W latach 90. Stany i ich europejscy sojusznicy wraz z Japonią, Koreą Południową i Tajwanem funkcjonowali jak pankapitalistyczny blok Hobsona i Kautsky’ego, i zmierzali wprost ku przekazaniu Chinom większości swojej produkcji. Jednak dzisiejszy wzrost Chin sprawia, że ten krótki okres zbliża się ku końcowi – a wraz z nim zmieni się obecna struktura światowego przemysłu.

Hobson dostrzegał, że Chiny mogą w pewnym momencie pokazać rosnącą siłę swojego przemysłu i że na Zachodzie odbije się to protekcjonistycznym echem: „Chiny, które szybciej niż inne »niższe rasy« przeszły przez okres zależności od zachodniego kapitału i zachodnich zdobyczy nauki, a także szybciej przyswoiły sobie to, czego można było się od nich nauczyć, mogą odzyskać niezależność gospodarczą, znaleźć własne źródła kapitału i posiąść umiejętności konieczne do zbudowania przemysłu maszynowego… i mogą niebawem pojawić się na światowym rynku jako największy i najskuteczniejszy rywal, zawłaszczając najpierw handel z rejonu Azji i Pacyfiku, a potem zatapiając wolne rynki Zachodu i doprowadzając je do zamknięcia się oraz wprowadzenia rygoru protekcjonistycznego w następstwie spadku produkcji”.

Rebelie populistyczne i ich ograniczenia

Jeśli się nie mylę, okres pozimnowojenny zakończył się, a przemysłowe kraje demokratyczne Ameryki Północnej i Europy weszły w nową burzliwą epokę. Klasa kierownicza zniszczyła społeczne ustalenia, które czasowo wstrzymywały jej działania w drugiej połowie XX wieku. Stworzyła nową politykę, zazwyczaj pozbawioną partycypacji społecznej i demokracji elektoralnej, a opartą na wielkich darczyńcach i zmieniających się układach w ramach homogenicznej koalicji sojuszniczych elit zachodnich. Populistyczna i nacjonalistyczna fala, wzrastająca po obu stronach Atlantyku, jest konsekwencją dwóch dekad konsolidowania się kierowniczych elit – i była ona łatwa do przewidzenia. Klasa robotnicza, która jest „spoza układu”, wznieca powstanie przeciwko tym, którzy są „wewnątrz” oraz przeciwko ich sojusznikom.

Czy efektem tej nowej walki klas będzie odrodzenie faszyzmu? W niektórych krajach Europy partie nacjonalistyczne wyewoluowały z malutkich grupek faszystowskich i przyciągnęły wielu zwolenników. Ale narracja na temat weimarskiej Europy czy weimarskiej Ameryki oparta jest na niezrozumieniu historii, która przypisuje faszyzm masom ludowym. Było odwrotnie – pomimo pewnych populistycznych pułapek większość międzywojennych ruchów faszystowskich była hołubiona przez elity finansowe i wojskowe, bo miały one stanąć na drodze socjaldemokracji i komunizmowi.

To nie Republika Weimarska, lecz republika bananowa dostarcza nam najbardziej negatywnego wzorca. W wielu krajach Ameryki Łacińskiej polityka tradycyjnie oznacza konflikt oligarchów z populistami. Podobny model pojawił się w południowych stanach USA pomiędzy wojną secesyjną a walką o prawa obywatelskie. Gdy przedstawiciele ludu „z zewnątrz” wyzywają na pojedynek oligarchów „ze środka”, ci oligarchowie prawie zawsze wygrywają. Jak mogliby przegrać? Mogą nie mieć przewagi liczebnej, ale kontrolują większość bogactw, mają wpływ na rynek ekspercki, wpływy polityczne, zdominowali media, uczelnie i sektor pozarządowy. Większość fal ludowej rebelii załamuje się i rozprasza po uderzeniu w falochron bastionu uprzywilejowanych elit.

Duża grupa ludowych polityków z amerykańskiego Południa poddała się lub sprzedała. W niektórych przypadkach byli oni po prostu ludowymi przykrywkami dla interesów korporacji i klas posiadających, tak jak np. pieśniarz country W. Lee „Pappy” O’Daniel, gubernator i senator z Teksasu. Niezależność udało się utrzymać bardzo niewielu z nich, i byli to ci, którzy mieli własne źródła finansowania, zazwyczaj pochodzące z korupcji. Gubernator Luizjany, Huey Long, był w stanie walczyć z sitwą rządzących w okolicy rodzin i z korporacjami, ponieważ wyprowadzał środki z umów o pracę pracowników państwowych i trzymał je pod kluczem w „skarbonce potrąceń”. Znów wracamy do Teksasu – przeciwnik Ku-Klux-Klanu, gubernator James „Pa” Ferguson, wraz ze swoją żoną, Miriam „Ma” Ferguson, którą wybrano na to stanowisko po tym, jak jej mąż został z niego usunięty na mocy impeachmentu (ich hasłem wyborczym było „Dwoje gubernatorów w cenie jednego”), sprzedawali ułaskawienia rodzinom skazanych przestępców. Ross Perot i Donald Trump mogli za to, jako multimilionerzy, twierdzić, że mają prawo deptać po piętach narodowemu establishmentowi, ponieważ byli w stanie sfinansować własne kampanie wyborcze.

Ci z nas, którzy wierzą w liberalną demokrację, muszą czuć się przerażeni takim porządkiem politycznym. Koterie powstałe w ramach nepotystycznych elit dbają głównie o interes i korzyść własnej klasy. Co jakiś czas pojawia się charyzmatyczny populista – po to tylko, by ponieść porażkę, sprzedać się establishmentowi lub ustanowić własne rządy dynastyczne. Demokracja w sensie formalnym mogła przetrwać, ale jej duch uleciał. Nieważne, kto wygrywa – ci ze środka czy ci z zewnątrz – bo i tak przegrywają masy.

Alternatywy dla populizmu

Czy dla Zachodu jest jakaś alternatywa na przyszłość, poza latynoską lub w stylu południowym, czyli niekończącym się zwarciem oligarchów i populistów? Jeśli taka istnieje, to przyjmie ona formę społecznej umowy, którą zawarto po 1945 r., ale będzie się od niej różnić w szczegółach.

Jednym z nowych, możliwych do przeprowadzenia międzyklasowych kompromisów pomiędzy elitą kierowniczą a pracującymi masami ludowymi, może być radykalna renacjonalizacja przemysłu. To właśnie wydaje się mieć na myśli populistyczna lewica i prawica, gdy żądają, aby politycy „przywrócili miejsca pracy” – to znaczy dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle wytwórczym. Oznacza to jednak poświęcenie na tym ołtarzu korzyści, jakie przynosiła ponadnarodowa gospodarka wielkiej skali, a korzyści te są realne, nawet jeśli ostatnie schematy oparte na offshoringu były napędzane przez manipulacje polityczne, takie jak arbitraż, a nie przez koncentrację na produktywności.

Ponieważ produkcja osadzona jest w szerszym krajobrazie gospodarczym, w którym istotny jest efekt mnożnikowy, ważne jest, by kraje osiągnęły lub utrzymały wytwórstwo o wysokiej wartości dodanej, nawet jeśli sektor ten zatrudniałby tylko niewielką część siły roboczej. Jednak większość Amerykanów pracuje obecnie w pozahandlowym sektorze usług na rynku wewnętrznym. Ich miejsca pracy i płace mogą być zagrożone przez masową imigrację, ale nie poprzez offshoring.

Gwałtowna de-globalizacja i przywrócenie czegoś na kształt autarkicznych gospodarek narodowych, opartych na zorganizowanych hierarchicznie firmach z kapitałem narodowym, jak to bywało w latach 50. i 60., nie są zatem pożądane, nawet gdyby było to w ogóle możliwe. Na drugim końcu skali mamy zaś ekstremum w postaci nowej globalnej umowy, z ogólnoświatowymi związkami zawodowymi i rządem światowym (albo „zarządem”), który sprawdzałby globalne oligopole korporacyjne i finansowe. Jednak to, że powstanie ponadnarodowy rząd światowy, który dbałyby o wspólne interesy ponadnarodowej klasy robotniczej, jest jeszcze mniej prawdopodobne niż radykalna renacjonalizacja.

Pozostawia to dwie możliwości zawarcia nowej „umowy”. Jedna z nich to „neoliberalizm plus”, a druga to „ideologia nowego rozwoju” (new developmentalism).

„Neoliberalizm plus”, zwany też „inkluzywnym kapitalizmem”, to preferowana przez narodowe kierownicze elity odpowiedź na populistyczne rewolty Europy i Ameryki. W najbardziej podstawowym sensie byłby to neoliberalizm Reagana, Thatcher, Clintonów i Blaira, pożeniony z większym wsparciem „przegranych” globalizacji. Nie zmieniłby on jednak sytuacji obywateli nienależących do elit – nadal byliby pozbawieni wpływu na rzeczywistość kontrolowaną przez oligarchów, a związki zawodowe uległyby zniszczeniu. Masy ludowe zostałyby jednak przekupione, by zgodziły się na ten nowy model rzeczywistości. Otrzymałyby wyższe dofinansowanie płac, takie jak obowiązujący już teraz w Ameryce Earned Income Tax Credit, lub, być może, gwarantowany dochód podstawowy, który zapewniłyby bieda-pensję każdemu z obywateli.

Kroki o takim kształcie z pewnością będą podejmowane w wielu krajach Europy Zachodniej. Z ekonomicznego punktu widzenia może to jednak nie zadziałać. „Przekupywanie” za pomocą nowych subsydiów z pomocy społecznej tych pracowników, którzy mają stałe lub spadające dochody, wymaga istnienia dynamicznego ekonomicznie sektora gospodarki, który sprawi, że taka pomoc będzie możliwa do sfinansowania. Neoliberalna klasa darczyńców, zamknięta w swoich elitarnych enklawach dla rentierów, uznaje za pewne, że z całego świata do technologicznych potentatów spływać będą wysokie tantiemy za własność intelektualną, wraz z finansowymi rentami płynącymi do kierowników finansowych. Renty te, jak ta grupa uważa, będą tak wysokie i będzie można na nich polegać na tyle, że potentaci i menedżerowie będą z przyjemnością dzielili się nimi z resztą mieszkańców kraju, w którym zdarzy się im znaleźć.

Ale światowe tantiemy szybko znikną. Będzie to rezultatem przekroczenia daty ważności patentów, kradzieży własności intelektualnej, sukcesów innych państw na tym samym polu oraz upowszechnienia się wyrobów dawniej innowacyjnych. Opodatkowanie finansjery, by wspierała państwa opiekuńcze na większą skalę, może zadziałać w miastach takich jak Nowy Jork czy Londyn, ale prawdopodobnie już nie na skalę państw narodowych, a zwłaszcza zajmujących całe kontynenty, jak Stany Zjednoczone z jedną trzecią miliarda mieszkańców.

Zaawansowana wytwórczość także nie będzie w stanie pokryć kosztów ogromnej redystrybucji, idącej wertykalnie od niewielu ku masom, jak wymagałby tego schemat działania „neoliberalizmu plus”. Wysoka produktywność wytwórcza i usługowa jest niekompatybilna z neoliberalną polityką handlu, która zezwala na offshoring przez korporacje zarówno produkcji o wysokiej, jak i o niskiej wartości dodanej, oraz toleruje dewastację rodzimego przemysłu przez dotowany import z krajów kupieckich, takich jak Chiny. Co gorsza, w rodzimym sektorze pozahandlowym – usługach – zalewanym na swoim najniższym poziomie przez słabo wykształconych i słabo opłacanych imigrantów, istnieje coraz mniejsza motywacja, by podnieść produktywność pracy usługowej, np. inwestując w technologie oszczędzające wysiłek albo przearanżowując swoje modele biznesowe tak, by zatrudniać mniej siły roboczej.

Innymi słowy – sama w sobie neoliberalna strategia gospodarcza, z powodu ciążenia ku modelom biznesowym opartym na taniej pracy na miejscu i zagranicą, podkopuje wzrost produktywności konieczny do pokrycia kosztów redystrybucji na masową skalę, która to redystrybucja miałaby, jak wielu wierzy, pogodzić interesy kierowniczych elit i pracowników.

Nie ma przypadku w tym, że rządy Reagana, Thatcher, Clintona i Blaira zbiegły się z przedłużonym okresem istnienia bańki spekulacyjnej, albo w tym, że ich najbardziej gorliwi zwolennicy pracowali w londyńskim City, na Wall Street lub w Silicon Valley. Przez jakiś czas rynek papierów wartościowych może rosnąć, nieruchomości drożeć, a inne bańki kwitnąć na tyle, by podatki z nich mogły pokryć koszty redystrybucji. Jednak rozbudowane państwa opiekuńcze, które zakładają ciągły boom, zamiast powolnego, stałego i niełatwego wzrostu produktywności, czeka niewypłacalność.

W przeciwieństwie do efemerycznych zysków z tak zwanej gospodarki opartej na wiedzy, finansów itp., zyski z posiadanych nieruchomości czy środków produkcji mogą się okazać stałe. W dawniejszych czasach odnoszący sukcesy kupcy i przemysłowcy często zostawali bankierami lub arystokratami. Gdyby dzieci i wnuki dzisiejszych miliarderów stały się właścicielami nieruchomości i pożyczkodawcami, mogłaby wykształcić się nowa klasa, swego rodzaju arystokracja w technologicznie zaawansowanym zachodnim feudalizmie.

David Ricardo wierzył, że jednocześnie rozgrywają się trzy walki: właścicieli ziemskich o czynsze, kapitalistów o zyski oraz pracowników o płace. Jego zdaniem to właściciele ziemscy mieli ostatecznie zwyciężyć. W gospodarce niskiego lub zerowego wzrostu produktywności to właśnie posiadacze nieruchomości, bankierzy i inni rentierzy mogą zastąpić menedżerów sektora przemysłowego w roli dominującej klasy. Zupełnie w taki sam sposób, jak rewolucja klas kierowniczych zwyciężyła nad feudałami i kapitalizmem burżuazyjnym, „menedżeralizm” w erze technologicznej i gospodarczej stagnacji może z kolei utorować drogę konstruktowi, który Peter Frase w pracy „Four Futures: Life After Capitalism” z 2016 r. nazwał „rentieryzmem”.

Nowy dewelopmentalizm

Pojęcie „państwa rozwojowego” (developmental state) zostało po raz pierwszy użyte przez akademików Chalmersa Johnsona i Alice Amsden do opisu ustrojów japońskiego, koreańskiego, tajwańskiego i singapurskiego po 1945 r. Polegały one na strategiach zorientowanych na eksport, jako części programu industrializacji i nadążania za Zachodem. Jednak koncepcja państwa rozwojowego zasługuje na dużo szerszą definicję.

Jak wykazali ekonomiści Erik Reinert, Ha-Joon Chang i Michael Hudson, merkantylizm renesansu i wczesnych zachodnich królestw, państw-miast oraz imperiów stanowił wersję takiej właśnie organizacji państwowej. Od epoki Tudorów po przyjęcie liberalizmu gospodarczego w latach 40. XIX wieku Anglia była klasycznym przykładem państwa merkantylistów, próbującego pomóc swojemu przemysłowi poprzez zapewnienie rynku producenta, jeśli chodzi o produkty o wysokiej wartości dodanej, oraz rynku klienta, gdy mowa o zakupie towarów i siły roboczej. Imperium brytyjskie zmuszało swoich irlandzkich, północnoamerykańskich i indyjskich poddanych do eksportowania surowych materiałów do brytyjskich producentów, którzy następnie cieszyli się monopolem na sprzedaż koloniom produktów gotowych.

Po tym jak Brytyjczycy zapoczątkowali rewolucję przemysłową, Amerykanom i Niemcom udało się za nimi nadążyć, a nawet prześcignąć ich, użyli bowiem polityki substytucji importu [rozmaite formy wspierania rodzimej wytwórczości w tych branżach, które dotychczas były słabo rozwinięte i kraj musiał polegać na imporcie ich wyrobów – przyp. redakcji] , co chroniło ich rynki narodowe i zachowało je dla rodzimych firm. Potem aż do czasu okresu po II wojnie światowej, kiedy Stany Zjednoczone krótko cieszyły się hegemonią przemysłową w zdruzgotanym świecie i brak im było zagranicznej konkurencji, Waszyngton nie zrezygnował ani na chwilę z polityki przemysłowego protekcjonizmu.

Trzeci wariant dewelopmentalizmu został opracowany przez Japonię i „Małe Tygrysy” (Koreę Południową, Tajwan i Singapur) podczas Zimnej Wojny. Ponieważ z powodu „niesprawiedliwych umów” z Zachodem przed II wojną światową oraz Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu po 1945 r. nie mogły one stosować ceł, te merkantylistyczne nacje Azji Wschodniej używały wielu pozacelnych barier, by utrzymać w garści swoje narodowe rynki, a jednocześnie korzystały z efektu skali, eksportując na o wiele bardziej otwarte rynki zachodnie. Strategie stosowane w post-maoistowskich Chinach są wersją tego wschodnioazjatyckiego wzorca.

Dewelopmentalizm przyjmował dość zróżnicowane formy, w zależności od miejsca – inne we Francji Colberta, Wielkiej Brytanii Walpole’a, inne w Ameryce Hamiltona i Lincolna, inne w bismarckowskich Niemczech czy we współczesnej Azji Wschodniej. Choć jednak metody różnią się od siebie, stałą wydaje się być postrzeganie handlu międzynarodowego nie jako regulowanej przez rządy areny, na której firmy walczą o klientów bez względu na granice, ale jako gry o sumie zerowej, toczącej się pomiędzy państwami-rywalami o udział w rynku przemysłów o wartości dodanej.

W ideologii gospodarki liberalnej kwestia handlu i kwestia bezpieczeństwa narodowego nie są ze sobą powiązane. Ale z perspektywy dewelopmentalizmu odpowiednia przepustowość handlu stanowi najważniejszą podstawę odnośnej siły militarnej. Wielkie imperia, a może i mniejsze państwa, muszą się cały czas martwić, że wzrost siły przemysłowej innych bloków spowoduje także rozkwit ich zasobów militarnych. Nawet w okresach pokoju pomiędzy wielkimi mocarstwami i blokami, którym przewodzą, każdy z nich musi przygotowywać się na choćby odległe prawdopodobieństwo konfliktu. Wewnątrz ściśle ze sobą powiązanego bloku złożonego z sojuszników liberalizacja zasad kontaktów międzynarodowych może być dobrym pomysłem, jednak relacje pomiędzy blokami cechują się logiką gry o sumie zerowej, podejrzliwością, ostrożnością – i oznaczają dewelopmentalizm podszyty nastrojami wojennymi.

Dopiero pamiętając o tej dynamice, możemy zatem spekulować na temat przyszłości światowej gospodarki i jej implikacji dla nowych rodzimych ustaleń, jakie zajdą pomiędzy klasami posiadającymi a robotnikami.

Po pierwsze, rozwój Chin, za którym nadejdzie prawdopodobnie podobny rozwój Indii, stworzy do 2050 r. nowy porządek światowy, zgodnie z którym większość światowego PKB będzie wypracowywana w granicach Chin, Indii, Stanów Zjednoczonych oraz Europy – czyli będą to trzy kolosalne państwa narodowe i jeden podzielony politycznie region. Poprawiając Orwella – blokami przyszłości mogą być Azja Wschodnia, Azja Południowa, Oceania i Europa. Świat stanie się naprawdę wielobiegunowy.

W świecie, gdzie współzawodniczą wielkie mocarstwa i złożone z nich bloki, najbardziej nam znana wersja dewelopmentalizmu (wschodnioazjatycka strategia zorientowana na eksport) stanie się z politycznych względów niemożliwa. Stany Zjednoczone tolerowały jednostronny handel ze swoimi satelitami z Azji Wschodniej i Niemiec (których merkantylizm jest prawdziwy, lecz bardziej subtelny), ale tylko dlatego, że potrzebowały ich wsparcia podczas Zimnej Wojny, a gospodarki tych krajów były dużo mniejsze od amerykańskiej. Z punktu widzenia USA tolerowanie podobnej merkantylistycznej polityki handlowej nie ma sensu, jeśli miałoby się odbywać ze szkodą dla przemysłu amerykańskiego, szczególnie zaś tego istotnego dla obronności. Chiny to jedyny „równy konkurent”, z jakim Stany Zjednoczone będą musiały się zmierzyć w przewidywalnej przyszłości w sferze militarnej.

Nawet jeszcze zanim Donald Trump został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych, kraj ten zachowywał się jak chylące się ku upadkowi mocarstwo post-homogeniczne o ponownie przebudzonym zmyśle strategicznego nacjonalizmu w gospodarce. Partnerstwo Transpacyficzne zostało przedstawione amerykańskiej opinii publicznej jako sposób na pobicie Chin w walce o rynki azjatyckie, odpowiednik „zwrotu” administracji Obamy w kierunku, de facto, utrzymania ich pod kontrolą. Umowa TTIP, która pogłębiłaby integrację Europy i Ameryki bez udziału Chin, opierała się częściowo właśnie na chęci wyważenia rosnącego geoekonomicznego wpływu Państwa Środka.

Jeśli Stany Zjednoczone mają coraz mniejszą ochotę na zachowywanie się jak Patsy[osoba, którą łatwo wykorzystać, oszukać lub obwinić – przyp. tłum.] i na oferowanie nieodwzajemnionego dostępu do swoich rynków za cenę straty na własnych produktach, a także jeśli żaden inny kraj lub blok nie zamierza stać się podobną Patsy, oznacza to, że pasożytnicza, zorientowana na eksport strategia stosowana przez Japonię, „Małe Tygrysy”, Chiny i Niemcy nie ma już szans na powodzenie. Jednocześnie klasyczne metody zastępujące import, jak np. omawiana powyżej strategia radykalnej renacjonalizacji, są także odrzucane przez główne potęgi gospodarcze, ponieważ szukają one rynków towarów i usług poza swoimi granicami, aby zebrać żniwo efektu skali w gałęziach przemysłu o rosnącej stopie zwrotu. Domyślnie zatem system gospodarczy w świecie złożonym z licznych mocarstw zacznie przypominać organizację europejskich imperiów kolonialnych.

Oczywiście są tu pewne różnice. Dawna hierarchia kolonialna, oparta na przemyśle zmonopolizowanym przez metropolie peryferyjne i produkcję podstawowych surowców, zostanie zastąpiona przez nową, w której dla metropolii zarezerwowane są wyższe szczeble drabiny i lepsze powiązania, a na pomniejszych sojuszników i protektoraty ceduje się produkcję o niższej wartości dodanej.

Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną państwa dominującego w bloku militarno-gospodarczym, to mądrze byłoby zaaranżować nowy międzyklasowy układ, który podtrzymałby na dłuższą metę wzrost produktywności zarówno tego państwa, jak i bloku, któremu przewodzi, zamiast go podkopywać. Musiałyby tu pojawić się dwie strategie postępowania: jedna dla sektorów gospodarki związanych z handlem, takich jak wytwórstwo na potencjalne rynki nierodzime, oraz druga, dla niepowiązanych z handlem narodowych sektorów, które mogą działać wyłącznie na miejscu, jak np. opieka pielęgniarska czy inne usługi osobiste.

Nowa strategia dewelopmentalistów dla związanych z handlem sektorów gospodarki powinna – za pomocą kija i marchewki – zniechęcić korporacje do zwiększenia zysku przy użyciu metod takich, jak arbitraż siły roboczej, arbitraż podatkowy i machinacje finansowe (ponowny wykup akcji giełdowych, ucieczka z podatkami „za morze”). W okresie pokoju handel pomiędzy wielkimi mocarstwami może być w większej części dozwolony, ale każde z tych mocarstw raczej zainterweniuje niż pozwoli siłom rynku czy zagranicznej polityce gospodarczej eliminować kluczowe sektory gospodarki, szczególnie te powiązane z obronnością.

Za to w lokalnym sektorze pozahandlowym, czyli usługach, obowiązywał będzie duch Hipokratesa, który akcentował zasadę „po pierwsze nie szkodzić”, co odnosiłoby się do najistotniejszych narodowych sektorów produkcji o wysokiej wartości dodanej. Szczelny rynek pracy dla rodzimych pracowników usług, osiągnięty za pomocą restrykcji imigracyjnych, dzielenia pracy (work-sharing) oraz krótszego tygodnia pracy, powinien spotkać się z uznaniem ze strony decydentów. Z kilku powodów – wysokie wynagrodzenia dla pracowników lokalnych usług oznaczają większy rynek rodzimy, czyli możliwość wspierania większego przemysłu na własnym terenie oraz podczas zagranicznej ekspansji. Jednocześnie wynagrodzenia o tej wysokości spowodują, iż pojawią się strategie oszczędzania pracy (np. automatyzacja), co podniesie produktywność sektora usług, a może także lokalny popyt na urządzenia oszczędzające pracę i oprogramowanie, które mogą być produkowane w tym państwie lub bloku. Jeśli wysokie wynagrodzenia doprowadzą do zastąpienia pracowników fast foodów przez automatyczne kioski, to produkcja tych kiosków może stać się nowym, dochodowym przemysłem wysokich technologii.

Współzawodnictwo i siła wyrównawcza

Schyłkowi liberalnej globalizacji, która rozkwitła krótko w okresie amerykańskiej hegemonii po Zimnej Wojnie, mogą zagrozić kierownicze elity, ale klasa robotnicza Zachodu i całego świata ma szansę odnieść tu korzyść.

Historia pokazuje, że klasy rządzące są niechętne, by dzielić się władzą z rządzonymi, chyba że się ich obawiają – albo że boją się klas rządzących w państwach swoich rywali. Strach przed rządzonymi to jednak słaba motywacja. Ludowe rewolty rzadko przekształcają się w rewolucje, jeśli nie wesprą ich dysydenci z klas rządzących lub cudzoziemskie elity, tak jak monarchia francuska finansowała amerykańską walkę o niepodległość dla własnych celów.

Dużo istotniejszym źródłem reform demokratycznych jest konieczność mobilizacji ludności na wojnę, a przynajmniej potrzeba ustanowienia pokoju podczas wojny. Od greckich państw-miast po szwajcarskie kantony – obywatele-żołnierze używali swojego wkładu w obronność jako argumentu, by domagać się praw i reprezentacji. Deklaracja Niepodległości i G.I. Bill [ustawa z 1944 r., dająca szeroką pomoc powracającym z wojny weteranom – przyp. tłum.] były środkami zapobiegawczymi, podjętymi podczas wojny.

Po Zimniej Wojnie większość zachodnich państw zrezygnowała z poboru do wojska i zdecydowała się na armie zawodowe, kontraktowe i cudzoziemskich sojuszników, co spowodowało spadek znaczenia rodzimych żołnierzy, tak samo jak offshoring i masowa imigracja wpłynęły na siłę przetargową rodzimych pracowników. Przywrócenie przez USA i podobne kraje masowego poboru do wojska jest tak samo nieprawdopodobne, jak przywrócenie pracy przy taśmie na masową skalę, bo może ją sparaliżować strajk. A niewielki poziom działań wojennych, jakie prowadzi Ameryka po 11 września, wymaga od większości Amerykanów niezbyt wielkiego poświęcenia, zatem w konsekwencji nie są oni w stanie na tej podstawie domagać się większego udziału we władzy i bogactwie.

Niemniej jednak, współzawodnictwo pomiędzy wielkimi mocarstwami, nawet jeśli przyjmuje formę ograniczonych zimnych wojen, przyniesie korzyść raczej tym z nich, których model gospodarczy oparty jest na rozwijającej się produkcji technologicznej i podnoszeniu wynagrodzeń lokalnych pracowników-konsumentów, a nie tym, które angażują się w arbitraże, regulacje harmonizacyjne i inne schematy postępowania, mające jakoby podnieść poziom zysków bez podnoszenia poziomu produktywności. Podczas zimnych wojen i bitew o handel, nawet jeśli żadna ze stron nie przeleje ani kropli krwi, lepiej poradzą sobie te kraje i bloki, które mają współdecydujących, patriotycznie nastawionych pracowników, niż te gnębione przez samolubne oligarchiczne elity i trawione przez nepotyzm.

W kontekście geopolitycznym mamy dwa modele rozwoju – jeden z nich na różne sposoby reprezentują Chiny i Japonia (pomijając ich obecny „merkantylizm ponad wszystko”), a drugi to zdominowany przez rentierów oligarchiczny model, jakiemu hołdują Brazylia i Meksyk. Głupotą byłoby postawić na ten ostatni. Demokracje Europy i Ameryki Północnej nie mogą ani nie powinny naśladować nowoczesnych państw Azji Wschodniej w każdym drobiazgu. Jednak powinny wziąć pod uwagę, że od czasów Zimnej Wojny posuwają się po spektrum w taki sposób, iż oddalają się od Azji, a dążą ku Ameryce Łacińskiej.

Kierownicze elity będą dominowały w gospodarce i społeczeństwie każdego nowoczesnego państwa. Jeśli nie będą sprawdzane i kontrolowane, przesadzą i wywołają społeczny odpór adekwatny do swoich nadużyć. Błędna polityka hamowania wzrostu płac i, w konsekwencji, dławienie masowej konsumpcji, może sprawić, że elity, których nikt nie sprawdza, nieumyślnie sparaliżują napędzany technologią wzrost produktywności odpowiedzialny za swój wzlot, i przypadkiem spowodują, że w tak zorganizowanym społeczeństwie ich rolę przejmą przedstawiciele rentierskiego feudalizmu.

„Kierownicze” społeczeństwo najlepiej działa, gdy oparte jest nie tylko na ustępstwach na rzecz narodowej klasy robotniczej – „łapówkach” dla ofiar neoliberalizmu – ale i na autentycznej sile przetargowej i politycznej mas.

Tak długo, jak geopolityczny konflikt nie przybiera formy wojen światowych, powściągliwa rywalizacja pomiędzy wielkimi blokami jest ceną wartą zapłacenia, by zachować świat politycznie zróżnicowany. Mówiąc słowami Hobsona z 1902 r.: „W nadziei, że nadejdzie internacjonalizm, należy przede wszystkim podtrzymywać istnienie i wzrost niepodległych państw narodowych, bo bez nich nie nastąpi żaden rozwój internacjonalizmu, a tylko zakończone porażką próby ustanowienia chaotycznego i niestabilnego kosmopolityzmu”.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się piśmie „American Affairs”, tom I, numer 2, lato 2017.