przez Katarzyna Duda | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Jesienią 2017 r. minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza.
Od 16 października do 30 listopada 2012 r. NSZZ „Solidarność”, związek zawodowy stojący za kampanią, prowadził na szeroką skalę akcję informacyjną na temat umów cywilnoprawnych. Wykorzystano do tego media (m.in. kino, telewizję i billboardy), organizowano w całej Polsce spotkania edukacyjne na temat deficytów, z którymi wiąże się zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych1. Niewątpliwą zasługą owej kampanii było zaangażowanie mediów do podjęcia tej problematyki. Na temat inicjatywy ukazało się co najmniej 118 artykułów prasowych, w których na określenie umów cywilnoprawnych przyjął się termin „umowy śmieciowe”. Zamiar nadania tej podstawie zatrudnienia jednoznacznie negatywnych skojarzeń przyniósł efekty, a kwestia zrównania umów cywilnoprawnych z umowami śmieciowymi na dobre zagościła później w przekazach medialnych. Strategie działania na polu dyskursywnym i próby wpłynięcia na debatę publiczną na temat umów cywilnoprawnych nie odniosły natychmiastowego skutku na polu prawnym, lecz zaczęły owocować po latach. W ciągu pięciu lat od inauguracji kampania przełożyła się na istotne zmiany w prawie dotyczącym takich umów.
Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z dniem 1 stycznia 2016 r. Zmiana ta weszła w życie za rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz decyzja o reformie zapadła jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Od momentu objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nastąpiły dalej idące działania wymierzone w umowy cywilnoprawne: przede wszystkim wprowadzenie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej w zamówieniach publicznych, a ponadto minimalnej stawki godzinowej.
Nie pozostawia wątpliwości fakt, że ustanowieniu obowiązkowej klauzuli propracowniczej w przetargach publicznych przyświecał zamiar ograniczenia zawartych niezgodnie z prawem umów śmieciowych tam, gdzie za finansowanie usług świadczonych przez podmioty prywatne odpowiada państwo. Intencje ustawodawcy, wskazane w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej, były natomiast dwojakie: „uzyskanie pozytywnej zmiany na rynku pracy przez wprowadzenie ochrony osób otrzymujących wynagrodzenie na najniższym poziomie oraz przeciwdziałanie nadużywaniu umów cywilnoprawnych”2.
Celem niniejszego tekstu jest omówienie, w jaki sposób powyższe regulacje przyjęły się na rynku pracy. To znaczy na jaką skalę przepisy te są respektowane oraz co sprzyja odnotowanym przypadkom ich naruszeń.
Klauzula propracownicza
Od 19 października 2014 r. art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Prawo zamówień publicznych stał się najsilniejszym z instrumentów przewidzianych w tym prawie, jak i ogólnie w całym prawodawstwie, poprzez które zamawiające usługi instytucje państwowe mogły wpływać na warunki zatrudnienia pracowników wykonawcy angażowanego przez nie do świadczenia usług. Przepis ten stanowił, że zamawiający może wymagać od wykonawcy usługi zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę wtedy, gdy zlecane czynności noszą cechy stosunku pracy. Regulację tę wprowadzono do polskiego prawa, wskazując, że jest ona pożądana także przez ustawodawcę europejskiego3. Z inicjatywą nowelizacji prawa zamówień publicznych w tym zakresie wyszli głównie posłowie Platformy Obywatelskiej.
Przepis ten stanowił swego rodzaju powtórzenie na gruncie prawa zamówień publicznych artykułu 22 § 2 Kodeksu pracy, stanowiącego, że pracodawca powinien zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę: a) przy wykonywaniu pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, b) wykonywaniu pracy pod kierownictwem pracodawcy, c) w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, d) i w czasie przez niego wyznaczonym. Przepis ten miał docelowo wzmocnić art. 22 § 2 Kodeksu pracy, czynił to jednak w sposób mało skuteczny.
Jak pokazała praktyka, klauzula ta, będąc tylko opcjonalną, nie przyjęła się na szerszą skalę. Z badań Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a wynika, że skala jej stosowania była marginalna. Z trzydziestu instytucji, które w badanym okresie (19 października 2014 r. – 1 czerwca 2016 r.) przeprowadziły postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, z tej możliwości skorzystało zaledwie siedem4. Jeden z urzędników na przykład wyjaśniał, że gdy ma do czynienia z przepisem, który stanowi, iż wolno mu postąpić w pewien sposób, to interpretuje go jako zakaz – nie można postąpić w ten sposób. W jego ocenie niezastosowanie przepisu mogło tylko skomplikować postępowanie i narazić go na zarzut ze strony Najwyższej Izby Kontroli o niegospodarność, gdyż klauzula propracownicza podraża postępowanie. Urzędnicy w rozmowach z autorką artykułu niejednokrotnie podkreślali, że jeśli umowy o pracę oferowane pracownikom wykonawcy są dla ustawodawcy pożądanym stanem, to optymalnym rozwiązaniem byłoby wymaganie od instytucji publicznych, aby zawierała w dokumentacji przetargowej takie wymogi względem wykonawców. Sami urzędnicy przyznawali bowiem, że nie chcą kreować polityki, lecz ją realizować.
O znikomej skali stosowania klauzul społecznych pisała również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie pt. „Stosowanie klauzul społecznych w zamówieniach publicznych udzielanych przez administrację rządową”. NIK zbadała, jak często w latach 2013-2016 (do 30 kwietnia 2016 r.) wszystkie klauzule społeczne były wykorzystywane w zamówieniach publicznych. Kontrolą objęto 29 jednostek5. W skontrolowanych jednostkach administracji rządowej najczęściej stosowano klauzulę społeczną umożliwiającą wymaganie od wykonawców zatrudnienia osób bezrobotnych (prawie 56% zastosowanych klauzul), w mniejszym stopniu korzystano z klauzuli dotyczącej zatrudnienia osób niepełnosprawnych (20%) oraz dotyczącej zatrudnienia na podstawie umowy o pracę (18%). W obliczu minimalnej skali stosowania fakultatywnej klauzuli propracowniczej, pożądane było wzmocnienie tego przepisu poprzez nałożenie na instytucje publiczne obowiązku wymagania umów o pracę od wykonawców w ściśle określonych przypadkach.
Długo wyczekiwana pozytywna zmiana weszła w życie 28 lipca 2016 r. Umożliwił ją rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo zamówień publicznych oraz niektórych innych ustaw, który wpłynął do Sejmu 24 marca 2016 r. Po wejściu w życie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej pojawił się problem związany z ochroną danych osobowych pracowników wykonawcy i z kontrolą wywiązywania się przez firmy z tego wymogu. W związku z tym Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Małgorzata Stręciwilk wspólnie z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych Edytą Bielak-Jomaą – wypracowały rozwiązanie mające zapewnić skuteczną realizację polityki społecznie odpowiedzialnych zamówień publicznych. Uzgodniono, że zamawiający może pozyskiwać takie dane osobowe pracowników, jak imię i nazwisko, data zawarcia umowy, rodzaj umowy o pracę oraz wymiar etatu. Należy to ocenić zdecydowanie pozytywnie.
Autorka artykułu prowadzi monitoring zamówień publicznych na usługi ochrony oraz utrzymania czystości. Ocenia, że w około 90% postępowań klauzula propracownicza przyjęła się prawidłowo, tzn. zamawiający postawili ten wymóg w odniesieniu do wszystkich pracowników, którzy świadczyć będą usługi o podobnym zakresie obowiązków. Pozostałe 10% przypadków to sytuacje, w których klauzuli w ogóle nie zastosowano lub zastosowano częściowo, w sposób nieprawidłowy, na przykład:
1. Wymagając od wykonawcy zatrudnienia na umowie o pracę tylko 50% pracowników. Takie różnicowanie podstawy zatrudnienia pracowników wykonawcy jest niezrozumiałe w przypadkach, gdy wszystkie osoby miały ustalony identyczny zakres obowiązków.
2. Promując umowy o pracę w pozacenowych kryteriach oceny ofert. Takie sytuacje nie gwarantują umów o pracę dla pracowników wykonawcy, a jedynie zwiększają prawdopodobieństwo ich zawarcia. Owe rozwiązania oznaczają nieprawidłowe zastosowanie klauzuli propracowniczej, gdyż ustawa wyraźnie mówi, że zamawiający są zobligowani do wymagania umów o pracę, a nie jedynie do ich promowania.
W przypadkach, w których nierespektowanie klauzuli propracowniczej leży po stronie instytucji państwowych, interweniują organizacje społeczne, jeden związek zawodowy oraz sami pracodawcy. Warta wspomnienia jest akcja „Żółte kartki” prowadzona przez NSZZ „Solidarność”, Federację Pracodawców RP oraz Instytut Zrównoważonych Zamówień Publicznych. Kartki przyznawane są dwóm grupom zamawiających. Pierwsza to ci, którzy ogłaszając postępowania nie zadbali o to, żeby pracownicy wybieranych firm otrzymywali wynagrodzenia powyżej stawek minimalnych. Druga grupa po prostu nie stosuje klauzuli propracowniczej. Interwencje podejmowane są głównie w przetargach na usługi ochroniarskie, sprzątania i budowlane. Żółte kartki otrzymało już 80 instytucji, w tym m.in. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu czy Centrum Psychiatrii w Katowicach. Jak zauważa ekspertka „Solidarności” Sylwia Szczepańska: „ZUS też powinien być bardziej aktywny w tej sprawie. Jednak chodzi o to, by jak najwięcej składek wpływało do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Bo ci ludzie kiedyś zapukają do Funduszu po emerytury”6. Interwencje te w wielu przypadkach okazały się sukcesem i doprowadziły do zmiany zapisów postępowania wedle zaleceń interweniujących organizacji7.
Interesującą inicjatywą są również interwencje Polskiego Związku Pracodawców „Ochrona”8. Organizacja ta podejmuje działania weryfikacyjne procesów przetargowych i w razie podejrzeń zwraca się z wnioskiem o działanie do organów państwowych, takich jak Urząd Zamówień Publicznych, Państwowa Inspekcja Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, PFRON, a w uzasadnionych przypadkach – do organów ścigania. Skargi dotyczą zarówno zlecających, którzy nie liczą się z klauzulą propracowniczą i stawką minimalną, jak i podmiotów podejmujących się wykonania usługi poniżej kosztów płacowych. Związek prezentuje zaniżane ceny oraz apeluje do zamawiających i klientów o szczegółową analizę treści ofert. Instytucjami, które stały się obiektem interwencji, są m.in. Sąd Rejonowy w Zgierzu, Sąd Apelacyjny w Warszawie i Prokuratura Regionalna w Łodzi. Instytucje te zaniechały troski o przestrzeganie prawa, mimo że z uwagi na swoją podstawową działalność powinny wykazywać się szczególną dbałością o jego respektowanie.
W 2017 r. miała ponadto miejsce interwencja Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a w Ośrodku Pomocy Społecznej Dzielnicy Ochota w Warszawie. Dotyczyła ona ogłoszenia o zamówieniu na „świadczenie usług opiekuńczych podopiecznym Ośrodka Pomocy Społecznej w ich miejscu zamieszkania od września 2017 r. do stycznia 2018 r.”. Zwrócono się z pytaniem, dlaczego instytucja wymagała zatrudnienia na podstawie umów o pracę tylko 3 osób spośród 66. Pozbawiono tym samym opiekunki prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a więc, jak pokazuje doświadczenie – do urlopu w ogóle. Znikome były bowiem szanse na to, że firma z własnej woli zawrze z pracownikami umowy o pracę. W piśmie podkreślano, że „taka klauzula powinna zostać zawarta w odniesieniu do wszystkich pracowników, a nie tylko do części, tym bardziej w postępowaniu na usługi opiekuńcze. Nie powinno być bowiem tak, że zlecając zadanie opieki, instytucja sama nie przejawia troski względem pracowników”. Należy w tym miejscu zasygnalizować, że w przypadku usług opiekuńczych skala niestosowania klauzuli propracowniczej może być większa niż w przypadku usług ochrony i utrzymania czystości, te dwie branże są bowiem pod baczniejszą obserwacją mediów i organów kontrolnych.
Dzięki obowiązkowej klauzuli propracowniczej w niechlubną przeszłość odchodzą sytuacje, w których ochroniarz był zatrudniony na podstawie umowy o dzieło, a więc całkowicie pozbawiony ubezpieczenia społecznego. Do ograniczenia patologii przyczynił się wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2016 r. (I UK 446/15). Sąd zajął w nim stanowisko, że ochroniarz nie może być zatrudniony na umowie o dzieło. Wyrok został wydany na podstawie następującego stanu faktycznego: firma ochroniarska zawarła ze swoimi współpracownikami umowy o dzieło, które dotyczyły sprzątania, dozoru mienia i innych czynności związanych z pilnowaniem i ochroną. Zadania te były wykonywane w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę. W wyniku kontroli przeprowadzonej przez organ rentowy w 2013 r., została wydana decyzja, w której wskazano, że współpracownicy spółki podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. ZUS uznał bowiem, że zawarte umowy o dzieło są w rzeczywistości umowami o świadczenie usług, do których powinno zastosować się przepisy właściwe dla umów zlecenia. W wyniku kontroli zakwestionowano umowy o dzieło ok. 60 osób pracujących przy ochronie mienia. Spółka złożyła jednak odwołanie od decyzji ZUS. Po odwołaniach w sądach I i II instancji sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Oddalił on skargę kasacyjną, wskazując, że brak jest uzasadnionych podstaw, aby ingerować w rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego. Na uwagę zasługują dwa aspekty tego wyroku:
1. W orzeczeniu odniesiono się do zasady swobody umów, na którą powoływała się firma broniąca swego stanowiska. Skarżący zarzucał sądowi II instancji, że w sposób nieprawidłowy uznał on, iż swoboda stron przy zawieraniu umów może zostać ograniczona. SN potwierdził, że jedna z najważniejszych zasad prawa zobowiązań – zasada swobody umów – doznaje pewnych ograniczeń. Treść oraz cel umowy nie mogą stać w sprzeczności z właściwością zobowiązania, przepisami prawa i zasadami współżycia społecznego. Odnosząc to do analizowanego przypadku, SN wskazał, że wolą stron nie można zmieniać ustaw. Oznacza to, że strony nie mogą nazwać umową o dzieło takiej umowy, która wypełnia przesłanki stosunku pracy lub ma cechy umowy zlecenia.
2. W przywołanym orzeczeniu został poruszony jeszcze jeden aspekt obrazujący praktykę stosowania umów o dzieło. Skarżący przedsiębiorca podnosił, że fakt zawierania umów o dzieło wynika z narzucanych przez inne podmioty stawek, jakie mogą one zapłacić za usługi. Zdaniem przedsiębiorcy, nie jest możliwe realizowanie usług za takie stawki na innej podstawie niż umowa o dzieło. Na taki zarzut SN odpowiedział, że poziom opłacalności przedsięwzięcia nie jest kryterium odróżniającym umowę o dzieło od umowy o świadczenie usług i nie może być elementem uzasadniającym działanie zmierzające do obejścia prawa. W wyroku wyraźnie pouczono przedsiębiorców, że powinni składać oferty z uwzględnieniem faktycznie ponoszonych kosztów. Jeżeli ze specyfiki czynności wynika, że należy uznać je za świadczenie usług, a nie za dzieło – tak jak w przypadku ochrony i pilnowania mienia – to kosztem uwzględnionym w ofercie muszą być składki na ubezpieczenia społeczne.
Poza klauzulą propracowniczą oraz wyrokiem Sądu Najwyższego, z krytyką umów o dzieło wystąpił Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć. W wywiadzie dla „Super Expressu” pt. „Umowy o dzieło to niewolnictwo” powiedział on, że „Od lat PIP, ale i ja osobiście mówimy o tym, że skala nadużyć polegających na zawieraniu umów cywilnoprawnych, gdy powinna to być umowa o pracę, jest sprawą, którą trzeba rozwiązać”. W rozmowie uznał on także, iż należy postawić walkę z umowami zlecenie i o dzieło wśród priorytetów Państwowej Inspekcji Pracy.
Minimalna stawka godzinowa
Do pozytywnych efektów wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, która obowiązuje od 1 stycznia 2017 r. i wynosi 13 zł brutto za godzinę pracy, poza poprawą sytuacji materialnej osób zarabiających przed jej wprowadzeniem nierzadko około 4 zł za godzinę pracy, można zaliczyć:
1. Rezygnowanie przez instytucje państwowe z outsourcingu
Wskutek wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej liczne instytucje publiczne, które przed laty zdecydowały się na outsourcing usług pomocniczych (tj. utrzymania czystości czy ochrony) powzięły decyzje o rezygnacji ze współpracy z firmami zewnętrznymi i o powrocie do własnej obsługi. W wyniku wprowadzenia nowelizacji zlecanie usług na zewnątrz przestało być dla nich opłacalne. Instytucje publiczne przed laty wybierały outsourcing w celu poczynienia oszczędności na wynagrodzeniach pracowników, co było możliwe dzięki brakowi minimalnej stawki godzinowej w przypadku umów cywilnoprawnych, które oferowały pracownikom firmy prywatne. Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą nawet dwukrotnie gorsze9. Po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, w niektórych przypadkach koszty świadczenia usług przez firmy zewnętrzne wzrosły nawet o 50%, więc pracownicy zarabiali tam wcześniej około 5 zł za godzinę. Outsourcing stracił zatem swoje uzasadnienie, bo te same środki, które firma musi od 2017 r. przeznaczać na wynagrodzenia, musiałaby również zapłacić sama instytucja.
W celu zobrazowania zachodzących procesów warto pokazać kilka przykładów, m.in. ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w którym jeszcze w 2016 r. wszystkie tzw. usługi pomocnicze były zlecone firmom zewnętrznym. W 2017 r. Barbara Bulanowska, dyrektorka tego szpitala, powiedziała wprost, że outsourcing przestał się opłacać, bo firmy podniosły ceny o 15-20%10.
W wyniku wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej placówki w całej Polsce renegocjowały umowy z firmami outsourcingowymi. Tak było np. w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Psarskiego w Ostrołęce, gdzie spółdzielnia wykonująca usługi sprzątania i pomocy przy chorych zwróciła się o renegocjację umowy na mocy obowiązującego prawa. Wyliczony przez spółdzielnię koszt usług, z uwzględnieniem nowej stawki minimalnej, wyniósłby około miliona złotych więcej, co wyjaśnił Jerzy Miazga, dyrektor tego szpitala11. Jak mówiła Renata Ruman-Dzido, prezeska zarządu Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, wzrost kosztów pracy to dla placówki około milion złotych mniej w skali roku. Szpital jest w o tyle w dobrej sytuacji, że wcześniej zrealizował wiele inwestycji w sferze pozamedycznej. Skutkują one oszczędnościami. Po procesie optymalizacji kosztów placówka nie ma już jednak za bardzo na czym oszczędzać. Zrezygnowano więc z fizycznej ochrony placówki, poprzestając na wykupieniu usługi, która w przypadku zagrożenia gwarantuje przyjazd grupy interwencyjnej12.
2. Ograniczanie skali umów śmieciowych w wyniku kontroli stawki minimalnej
Minimalna stawka godzinowa sprawiła, że umowy cywilnoprawne stały się mniej korzystne niż wcześniej, lecz nadal są bardziej atrakcyjne niż umowy o pracę, np. ze względu na brak przepisów o urlopie wypoczynkowym. Niemniej jednak, w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej wskazano, że objęta ona zostanie szczególną ochroną i dużą liczbą kontroli jej przestrzegania. Kontrole nie dotyczą jednak wyłącznie wysokości wynagrodzenia. Inspektorzy sprawdzają również, czy pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych nie powinni być zatrudnieni na umowę o pracę. Jeżeli tak, inspektor ma prawo nakazać pracodawcy przekształcenie umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć poinformował, że podczas jednej z takich kontroli w Poznaniu na polecenie inspektora pracy przekształcono 86 umów na umowy o pracę (spośród 235 osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych13). Do 1 marca przeprowadzono 2,5 tysiąca kontroli wypłacania stawki minimalnej, a do końca roku zaplanowano ich łącznie jeszcze 20 tysięcy.
3. Czy minimalna stawka godzinowa jest święta?
Od momentu wejścia w życie przepisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu, NSZZ „Solidarność” wraz z Państwową Inspekcją Pracy prowadzą kampanię pt. „13 zł… i nie kombinuj!”. Ma ona na celu wyegzekwowanie od pracodawców przestrzegania prawa o stawce minimalnej poprzez upowszechnianie informacji o obowiązującej nowelizacji. Skala omijania tego prawa to według GIP 20%. Tylko w nielicznych firmach stawka minimalna się nie przyjęła. W informacjach z kolejnych miesięcy podawano, że zaniżenie stawki godzinowej ujawniono już tylko w 14% przypadków. Wyniki kontroli wskazują, że zdecydowana większość firm jest w stanie zapewnić godziwą płacę na umowie cywilnoprawnej, nawet jeśli zatrudniane na tej podstawie osoby często wykonują prace proste, które do tej pory były bardzo nisko wynagradzane. Stawki w wysokości 2-4 zł, np. w branży ochroniarskiej lub porządkowej, podobnie jak umowy o dzieło, również odchodzą w niechlubną przeszłość. Minimalna stawka godzinowa działa – tak w skrócie można skomentować wyniki kontroli PIP. Pojawiały się jednak różne sposoby na jej omijanie, np. poprzez potrącanie pracownikom z wynagrodzenia pewnych sum za dzierżawę odkurzacza, wypożyczenie stroju czy skorzystanie z przerwy.
Jednym z bodaj najbardziej skandalicznych przypadków złamania nowego przepisu był przypadek z Opola, gdzie firma zewnętrzna wynajęta przez Urząd Miasta zapłaciła pracownicy 500 zł za 420 godzin pracy. Stawka minimalna wyniosła więc w tym przypadku 1 zł i 19 groszy. Za ową sytuację był współodpowiedzialny Urząd Miasta, który przeznaczał na usługi niecałe 6 tys. zł miesięcznie w sytuacji, gdy na pokrycie stawki minimalnej należało wygospodarować co najmniej 10 tys. zł. Sama instytucja nie zastosowała się do ustawowego obowiązku zagwarantowania tego prawa. Sprawę w mediach nagłośnił Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a na prośbę jednej z pokrzywdzonych pracownic.
Skala umów śmieciowych
Przez minioną dekadę skala umów śmieciowych w różnych okresach zmieniała się. W 2008 r. pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej świadczyło 15,5% osób pracujących, w 2009 r. już 18,5%, a w 2010 aż 21%. Liczba ta z roku na rok rosła zatem w niepokojącym tempie. W latach 2014 i 2015 odsetek ten utrzymywał się na stałym poziomie i wynosił 7% ogółu pracujących. To wyhamowanie nastąpiło jeszcze przed wprowadzeniem zmian prawnych polegających na objęciu ubezpieczeniem społecznym umów śmieciowych i wprowadzeniu klauzuli propracowniczej w 2016 r. oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej w 2017 r. W porównaniu do lat sprzed nowelizacji ta liczba nie powinna być zatem wyższa.
W 2016 r. w raporcie pt. „Pracujący w nietypowych formach zatrudnienia” GUS podał szacunkową liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych oraz wiele istotnych informacji związanych z tym zjawiskiem. Z raportu wynika, że liczba zatrudnionych pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – dla których umowa-zlecenie lub o dzieło jest jedynym źródłem dochodu – sięgnęła 1,3 mln. Informacja ta dotyczy tylko osób, które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz osób, które pobierają emeryturę lub rentę, jest zatem niedoszacowana i takie założenie jest podstawowym mankamentem tego badania. W samych instytucjach publicznych będący na emeryturze ochroniarze i panie sprzątające z outsourcingu stanowili 1/3 moich rozmówców. Związki zawodowe podawały w tym czasie liczbę znacznie wyższą – aż 3,5 mln, zaliczały bowiem do umów śmieciowych również umowy o pracę na czas określony. Przy takich kryteriach skala uśmieciowienia rzeczywiście mogłaby zbliżyć się do tej wartości. Przyjmując jednak, że umowa śmieciowa to umowa cywilnoprawna, można uznać, że na takiej podstawie było zatrudnionych co najmniej 1,5 miliona osób. Liczba 1,3 mln stanowiła niemal 7% wszystkich pracujących.
67% wszystkich umów cywilnoprawnych to umowy zlecenia. Aż 80% osób przyznało, że pracuje na takiej podstawie z przymusu. Informacja ta zaprzecza więc często powtarzanemu, wygodnemu dla pracodawców, tłumaczeniu, że umowy śmieciowe są spełnieniem marzeń pracowników. Dane te dotyczą 2014 r., nie posiadamy bardziej aktualnych, równie pogłębionych wyników badań. Istnieją co prawda publikowane co kwartał wyniki prowadzonego przez GUS Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, jednak nie mówi ono o tym zjawisku tak wiele. Nawet PIP częściej odwołuje się do danych z 2014 r.
Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych wynosiła 479 tysięcy, w tym 403 tys. na umowach zlecenia14, natomiast w I kwartale 2017 r. liczba ta wyniosła 476 tysięcy, w tym 392 tys.15 na umowach zlecenia. Wynika z tego, że w porównaniu do poprzedniego roku skala uśmieciowienia rynku pracy zmniejszyła się, lecz nieznacznie.
Dokąd i jak zmierzać?
W ramach podsumowania należy powiedzieć, że klauzula propracownicza spełnia swoją funkcję i w dłuższej perspektywie przyczyni się do znacznego ograniczenia umów śmieciowych wśród pracowników firm zewnętrznych świadczących usługi na rzecz instytucji publicznych. Skala uśmieciowienia rynku pracy będzie systematycznie spadała. Wiele z obecnie obowiązujących przetargów zawarto np. w 2014 r. na cztery lata, a więc nie objęła ich klauzula propracownicza. W tych przypadkach na rezultaty regulacji należy poczekać do następnego postępowania.
W celu dalszego cywilizowania rynku zamówień publicznych niewątpliwie należy nałożyć na Państwową Inspekcję Pracy obowiązki związane z kontrolą zapisów przetargowych. Cywilizowanie prawa zamówień publicznych oraz zwiększanie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie kontroli tej sfery powinno odbywać się równocześnie z przygotowaniem zasadniczych zmian – przede wszystkim odwrotu instytucji publicznych od outsourcingu. Stanem docelowym powinien być powrót państwa i samorządów do zatrudnienia własnego personelu, co najmniej sprzątającego. Rekomendacją jest, aby postulat taki stał się jednym z programowych postulatów lewicowych partii politycznych.
Nie jest znana dokładna skala rezygnacji instytucji publicznych z outsourcingu w całej Polsce wskutek wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej i nie wiadomo, czy w efekcie liczba ta zwiększyła się znacznie. Nawet kilka rezygnujących instytucji w każdym województwie to nadal nie jest spektakularny sukces, jednak każdy taki przypadek to krok w kierunku ograniczenia skali umów śmieciowych i należy go witać z entuzjazmem. Klauzula propracownicza gwarantuje co prawda pracownikom umowy o pracę i przyczynia się do zmniejszenia skali umów śmieciowych, lecz nawet pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę w firmach zewnętrznych nie mogą korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych instytucji publicznej.
Choć powyższe informacje brzmią optymistycznie, to wielu ochroniarzy w rozmowach z autorką artykułu przyznawało, że ani na skutek wprowadzenia klauzuli propracowniczej, ani minimalnej stawki godzinowej nie dostrzegają zmiany w swojej sytuacji zawodowej – zarówno przed nowelizacją, jak i obecnie mieli bowiem umowę o pracę z uwagi na bycie pracownikiem kwalifikowanym ochrony. Zauważają oni, że zmieniło się jedynie tyle, że podwyżki uzyskali ci, którzy zarabiali najmniej – a więc pracownicy niekwalifikowani. Zrodziło to podziały i wrogość między tymi dwiema grupami, bo zrównano ich stawki przy zróżnicowanych uprawnieniach. Jeden z ochroniarzy dworca kolejowego od roku, mimo dwóch propracowniczych regulacji, bez przerwy pracuje w następującym trybie: 12 godzin ochrania dworzec, 4 godziny śpi w pomieszczeniu na dworcu, następnie 6 godzin ochrania restaurację, po czym dopiero wraca do domu zaledwie na 10 godzin, i znów wychodzi pracować w powyższym systemie. Wynika to z deklarowanego przez ochroniarza niskiego minimalnego wynagrodzenia za pracę (2000 zł brutto), niewystarczającego na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ochroniarz pracuje zatem miesięcznie nawet 400 godzin. Minimalne wynagrodzenie za pracę powinno ulec znacznemu zwiększeniu, np. takiemu, jakie proponuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: do wysokości 50% średniego wynagrodzenia za pracę.
Strategia likwidacji umów śmieciowych poprzez stopniowe zrównywanie ich charakteru z umowami o pracę (objęcie umów zleceń ubezpieczeniem społecznym oraz wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej) okazała się niedostatecznym sposobem na oczekiwane radykalne ograniczenie takich umów. Należy poszukiwać innych metod na rozwiązanie tego problemu.
Przypisy:
- Warta odnotowania jest również kampania pt. „Stop umowom śmieciowym” zorganizowana przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” i Polską Partię Pracy. Kampania ruszyła w dniu 3 lipca 2012 r. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach, co uzasadniano tym, że placówka jest symbolem walki ze śmieciowym zatrudnieniem pielęgniarek na kontraktach. Kolejną wartą odnotowania kampanią była akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza z 2015 r. pod hasłem „My, Prekariat”. Kampanię tę zainicjowali pracownicy i pracownice branży kulturalnej zrzeszeni w związku. Choć spory wynikające z prekarnej organizacji pracy mają w Polsce historię sięgającą pierwszej dekady XXI wieku, przeprowadzony 24 maja 2012 r. strajk artystów uznano za pierwsze w Polsce wystąpienie jednoznacznie kojarzone z problematyką prekarną. W nawiązaniu do tego wydarzenia, w związku z trzecią rocznicą strajku artystów, w dniu 23 maja 2015 r. zorganizowano manifestację w obronie prekariuszy i nazwano ten dzień Dniem Prekariusza, co było jednym z elementów kampanii.
- Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw uchwalonej dnia 22 lipca 2016 roku, s. 1.
- Przepis ów był zgodny z duchem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 lutego 2014 roku, której termin implementacji na gruncie prawa krajowego upłynęła 18 kwietnia 2016 roku.
- K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016, s. 40.
- Portal Najwyższej Izby Kontroli, Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-stosowaniu-klauzul-spolecznych-w-nbsp-zamowieniach-publicznych.html (dostęp 20.08.2017).
- Portal Polsat News, „Żółte kartki” od NSZZ „Solidarność” za rażąco niskie płace, http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-01-05/zolte-kartki-od-nszz-solidarnosc-za-razaco-niskie-place/ (dostęp 20.08.2017).
- Portal NSZZ „Solidarności”, Żółte Kartki, Źródło:
http://www.solidarnosc.org.pl/projekty-aktow-prawnych2/item/12401-zolte-kartki (dostęp 20.08.2017).
- Portal Polskiego Związku Pracodawców Ochrony, Interwencje, http://pzpochrona.pl/interwencje-polskiego-zwiazku-pracodawcow-ochrona-w-sprawie-zanizonych-cen (dostęp 20.08.2017).
- K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016.
- Portal Radio Kraków, Małopolskie szpitale rezygnują z outsourcingu, http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/aktualnosci/malopolskie-rezygnuja-z-outsourcingu-jest-za-drogo/ (dostęp 20.08.2017).
- Portal rynekzdrowia.pl, Rozmowa Jacka Janika z Jarosławem Czapińskim: Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach – czyżby w odwrocie?, http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Outsourcing-uslug-niemedycznych-w-szpitalach-Czyzby-w-odwrocie,175154,1.html (dostęp 20.08.2017).
- Tamże.
- A. Kołodziej, Nie dostajesz 13 zł za godzinę? PIP zapowiada 20 tys. kontroli, https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kontrole-pip-stawka-minimalna-13-zl-za,85,0,2301269.html (dostęp 20.08.2017).
- Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski IV kwartał 2016 roku.
- Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski I kwartał 2017 roku.
przez Jan J. Zygmuntowski | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Jeśli jedną stroną monety jest dziś inteligentna, wiecznie żywa metropolia, to drugą muszą być opuszczone zakłady przemysłowe i peryferia zmagające się z systemowym bezrobociem, dryfujące poza głównym krwiobiegiem kapitalizmu.
Dla związków zawodowych czy lewicowej polityki, skupionych na stawaniu w obronie pokrzywdzonych i słabszych, takie rozumienie nowoczesności prowadzi w praktycznym działaniu zazwyczaj do walki o ochronę miejsc pracy i defensywnej retoryki o „cenie postępu”, przed którym musimy chronić ludzi. Jednak gdy wrażliwi społecznie ostrzegają przed bezrobociem technologicznym, opinia publiczna nasłuchuje raczej doniesień o przełomowych wynalazkach i kibicuje heroicznym zmaganiom magnatów technologicznych.
Postęp niesie zatem Elon Musk, opowiadając ze sceny elitarnej konferencji o kolejnych przebłyskach swojego geniuszu. Postęp to Uber i gospodarka „współdzielenia” w estetycznej formie aplikacji na smartfona. I wreszcie – postęp to roztropny inwestor, który buduje nowoczesną, pełną robotów fabrykę, zachwycając nas swoim spojrzeniem w świat jutra. To właśnie współcześni „kapitanowie przemysłu” zajmują uwagę mediów, to ich nazwiska stają się synonimami nowych technologii mających ułatwiać nam życie i wyzwalać człowieka z ograniczeń materii. Doniesienia o imponujących osiągnięciach chińskiej gospodarki pomieszane są z przekazem o kolejnych bezzałogowych fabrykach w Donnguan i poprawie efektywności dzięki pozbyciu się czynnika ludzkiego.
Nietrudno zauważyć, że czar rewolucyjnej siły kapitalizmu uwodził nie tylko Marksa. Obietnica nieuchronnego postępu technologicznego i gospodarczego wciąż stanowi główną ofertę dla mas marzących o lepszej przyszłości. Ma to w erze cyfrowej charakter wręcz w pewnej mierze sakralny. Co gorsza, służy niejednokrotnie jako ostateczny argument wobec każdego, kto śmie stawać na drodze nowoczesności. Jesteś za technologią lub przeciw technologii – i w tej drugiej pozycji skazujesz się na historyczną porażkę.
W tak utworzonej dychotomii rola świata pracy to w najlepszym razie minimalizowanie strat przystosowawczych, w najgorszym zaś ochrona przywilejów i irracjonalne marnotrawienie środków. Walkę amerykańskich pracowników o płacę minimalną pod hasłem „Fight for $15” regularnie ośmieszano w tekstach „Wall Street Journal” czy „Forbesa”, gdzie były CEO McDonald’s USA Ed Rensi przekonywał, że nierozsądne związki podcinają gałąź, na której siedzą. Prasa biznesowa rozwodziła się nad absurdem rozmawiania o podwyżkach, gdy franczyzy rozważają wdrożenie automatycznych kiosków zakupowych.
Celem tego tekstu jest obnażenie powyższej perspektywy jako z gruntu fałszywej, nawet mimo jej dość wiarygodnego brzmienia. Stawiana przeze mnie hipoteza głosi raczej, że to właśnie związki zawodowe i postulaty lewicowe są gwarancją postępu i wysiłku modernizacyjnego. Bez ich aktywnej działalności proces automatyzacji pracy i wzrostu produktywności nie zajdzie, a już teraz jego dynamika jest godna pożałowania, w dużej mierze z racji słabości zorganizowanych ruchów pracowniczych. Dominująca narracja o postępie ma jednak długą tradycję, a stosowane ochoczo przez politycznych komentatorów klisze uniemożliwiają zrozumienie obserwowanych zjawisk.
Kłamstwo w służbie dyscypliny
Oskarżenia o luddyzm są jednym z najmocniejszych oręży w arsenale ideologicznym klas posiadających. Luddyści w zbiorowej pamięci funkcjonują jako XIX-wieczni angielscy robotnicy, którzy w desperackim akcie ochrony swoich miejsc pracy i strachu przed technologią niszczyli maszyny przemysłowe. Nie bez powodu zatem finansowany przez Google i IBM think tank o nazwie Information Technology and Innovation Foundation przyznaje swoje nagrody Luddite Awards. Trafiają one do „hamulcowych postępu”, którzy nie dość bezkrytycznie podchodzą do najnowszych osiągnięć technologicznych. Wyróżnienie trafiło np. do osób zajmujących się regulacjami hotelowymi oraz ochroną danych prywatnych w sektorze zdrowotnym, co może być pewnym wyznacznikiem intencji stojących za podtrzymywaniem mitu o luddystach.
Prawdziwa historia potoczyła się nieco inaczej. Blokada kontynentalna, jaką Paryż zastosował wobec Anglii w czasie wojen napoleońskich, uderzyła w gospodarkę wyspy. Szczególnie w północnej Anglii, słynącej z przemysłu włókienniczego, dochodziło do masowych zwolnień na tle inwestycji w nowoczesne maszyny tkackie. Pogarszały się także warunki pracy. Wyszkoleni rzemieślnicy i artyści byli coraz częściej zastępowani przez kobiety i dzieci, gdyż obsługa nowego sprzętu nie wymagała specjalnych kompetencji. Młodzi pracownicy przyjmowali każdą pensję, nie mieli przecież całych rodzin na utrzymaniu, zaś w przypadku konfliktu w zakładzie łatwiej było ich zastraszyć lub zmanipulować.
Oryginalni luddyści, podążając za legendarnym (choć niekoniecznie historycznie istniejącym) Nedem Luddem, podjęli się w 1811 i 1812 roku zbrojnej konfrontacji w Nottinghamshire, Lancashire i Yorkshire. Jak pisał marksistowski historyk Eric Hobsbawm, niszczenie sprzętu stanowiło ostateczną taktykę w przypadku braku zgody na ustępstwa ze strony pracodawców. Robotnicy żądali przede wszystkim powrotu do pracy i wyższych pensji, a posuwali się do agresji wobec kapitału fizycznego tylko w przypadku niespełnienia ultimatum. Należy pamiętać, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o pokojowej formie protestu. Luddyści byli brutalnie pacyfikowani przez wojsko, co więcej, na mocy nowych aktów prawnych wieszano ich publicznie za ataki na maszyny przemysłowe. Mimo stłumienia buntu, wielu właścicieli warsztatów zgodziło się na negocjacje i spowolnienie procesu automatyzacji, co było także łatwiejsze po upadku Napoleona i zniesieniu blokady. Umocnieni tymi doświadczeniami, angielscy robotnicy w kolejnych dekadach formowali pierwsze silne ruchy związkowe.
Luddyści służą zatem jako figura jednoznacznie zła – agresywni w swoich taktykach, gotowi posuwać się do niszczenia własności (świętej!), jednoznacznie opowiadający się przeciwko cudom technologii i historycznej konieczności. Takie postępowanie nasuwa oskarżenia o ochronę własnego interesu, albo nawet skrajną nieracjonalność i zaślepienie, z którym nie podejmuje się w ogóle dialogu. Fałszywa wersja historii stanowi kolejny z czynników dyscyplinujących świat pracy, wypychający jego zmagania poza dopuszczalną dyskusję społeczną.
Przyczyny i skutki
Niezwykle ważne jest zdekonstruowanie dokładnego przebiegu procesu automatyzacji, z którym zmagali się luddyści. Robotnicy spiskujący przeciwko właścicielom zakładów tkackich nie byli w żadnej mierze przedstawicielami najuboższych warstw społecznych. Przeciwnie – wielu z nich umiało czytać oraz pisać, byli zorientowani w sytuacji społeczno-gospodarczej Ameryki czy Francji. Znali postulaty i osiągnięcia rewolucji francuskiej dzięki pismom Thomasa Paine’a, co stanowiło jeden z najważniejszych czynników formacji intelektualnej i mobilizacji. Organizowali się i działali w sposób metodyczny, wystosowując żądania, a nawet naciskając przez pewien czas na parlament, by podjął się mediacji i rozwiązania konfliktu. Stanowili swoistą arystokrację świata pracy.
Maszyny tkackie nie pojawiły się wskutek konieczności dziejowej, lecz w rezultacie nacisków ze strony dobrze opłacanych pracowników znajdujących się w trudnej gospodarczo sytuacji. Urządzenia pozwoliły zredukować etaty, zatrudnić tańszych robotników – ale nie pojawiłyby się, gdyby nie presja ze strony zorganizowanych rzemieślników. Obok pojawienia się możliwości technicznych, kluczowym czynnikiem wymuszającym wprowadzanie kolejnych maszyn były żądania pionierskich związków zawodowych, zmierzające do poprawienia warunków pracy i podnoszenia pensji.
Cała rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w Anglii i Holandii pod koniec XVIII wieku, była napędzana szeregiem współwystępujących procesów, które wzajemnie oddziaływały na siebie na zasadach sprzężenia zwrotnego. Ten punkt widzenia potwierdza historyk ekonomii Robert Allen, wskazując, że tuż przed rewolucją przemysłową najwyższymi płacami mogli cieszyć się robotnicy angielscy i holenderscy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców chińskich czy rosyjskich, pozyskujących ekstremalnie tanią siłę roboczą do produkcji tkanin czy wydobycia surowców, Brytyjczycy musieli znaleźć sposób na redukcję kosztów pracy, jeśli chcieli zachowywać konkurencyjność cenową.
Z punktu widzenia kalkulacji przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Wdrożenie nowej technologii jest najczęściej wysoce kapitałochłonne, koszt stały jest ponoszony natychmiastowo. Jeżeli praca człowieka jest tańsza w ujęciu strumienia kosztów w czasie (dyskontowanych im dalej od momentu podjęcia decyzji), to nie ma żadnej racjonalnej finansowo przesłanki, aby dokonywać zakupu maszyny. Automatyzacja i wprowadzanie najnowszych osiągnięć techniki to zatem skutki wywieranej presji ekonomicznej ze strony pracowników. Taka decyzja nie jest tylko domeną prywatnych firm konkurujących na rynku, ale każdej działalności gospodarczej zorientowanej na redukcję kosztów. Zarządcy firm inwestują w roboty nie z racji szczególnej fascynacji techniką, lecz z konieczności. Aspiracje świata pracy są zatem pierwszym ogniwem łańcucha postępu.
David Neumark, znany z raczej sceptycznego nastawienia do płacy minimalnej, w opublikowanej w 2017 r. analizie wskazuje, że wzrost płacy minimalnej wpływa na decyzję o inwestowaniu w maszyny, szczególnie w nisko płatnych usługach (np. pracy na kasie) oraz w wybranych branżach, gdzie technologia wciąż nie jest silnie rozpowszechniona. Jakie są tego skutki dla całej gospodarki? Obecny główny ekonomista Banku Światowego, Paul Romer, wykazywał już w 1987 r. na bazie dynamicznego modelu specjalizacji, że niskie koszty pracy spowalniają tempo innowacji, inwestycji kapitałowych i w konsekwencji korzystnej specjalizacji gospodarki.
Czy robot zabierze mi pracę?
Warto zauważyć, że automatyzacja nie jest głównym czynnikiem zaniku miejsc pracy w ujęciu makroekonomicznym. Na przestrzeni 30 lat pomiędzy 1960 a 2000 rokiem liczba robotów przemysłowych w przemyśle motoryzacyjnym w USA zwiększyła się od zera do 92 900, jednak w tym samym czasie liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostała mniej więcej na poziomie około 18 milionów. Jak zauważyli Robert Scott z progresywnego think tanku Economic Policy Institute oraz Dean Baker z Center for Economic and Policy Research, głównym czynnikiem utraty miejsc pracy było w ostatnich latach delegowanie ich do krajów trzecich, nie zaś wprowadzanie kolejnych maszyn. Nie bez powodu zautomatyzowane fabryki przemysłu samochodowego w Detroit podupadły w wyniku wyprowadzenia produkcji do krajów azjatyckich. Decydujące stały się panujące w tych ostatnich niskie koszty pracy i słabość związków zawodowych, które musiały mierzyć się z brutalnymi posunięciami autorytarnych rządów Chin czy Korei Południowej. Największym zagrożeniem dla zatrudnionych okazały się zatem nie roboty, lecz niewolnicze warunki pracy w krajach trzecich.
Przeprowadzone parę lat temu przez Pew Research Center badanie opinii wśród niemal 2 tysięcy ekspertów cyfryzacji ujawniło także, iż są podzieleni w kwestii tego, czy pojawienie się komputerów i robotów w miejscach pracy będzie tak rewolucyjne jak silnik parowy lub elektryczność. Połowa pytanych oceniła, że dla liczby miejsc pracy w ujęciu makro automatyzacja nie będzie miała właściwie znaczenia.
Słynne już badanie Carla Freya i Michaela Osborne’a z Oksfordu, zapowiadające apokaliptyczne wyniszczenie 47% wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie 20 lat, jest zdecydowanie mało wiarygodne. Jego metodologia opiera się na dość nonszalanckim założeniu, że każdy zawód na listach Departamentu Pracy USA o określonym poziomie rutynowości manualnej zniknie, niezależnie od ekspozycji pracownika na kontakt z żywymi osobami, uwarunkowania kulturowe czy koszty wdrożenia technologii. Przeprowadzone w niemal tej samej technice badania polskiego WISE Europa stanowią raczej luźne szacunki niż prawdopodobną predykcję. Raport OECD, oparty na bardziej rzetelnych wiązkach kompleksowych czynności, ocenia, że w Polsce około 7% miejsc pracy może być zautomatyzowanych.
Należy jednak zachować minimalną ostrożność przy prognozowaniu przyszłych zmian. Podstawowym podmiotem automatyzacji pracy już wkrótce będzie bowiem nie manualny robot, lecz algorytm programowany za pomocą uczenia maszynowego, zdolny kompleksowo analizować dane czy wchodzić w proste konwersacje z żywymi ludźmi. Rutynowość wciąż pozostaje wspólnym mianownikiem, jednak coraz silniej akcenty nowej automatyzacji będą kładzione na prace biurowe niższego i średniego szczebla.
Wysoki stopień nasycenia gospodarki robotami, nie jest przecież, o czym trzeba pamiętać, zjawiskiem negatywnym. Nowe technologie pozwalają optymalizować zużycie zasobów – surowców, ale i czasu człowieka – i dzięki większej produktywności wytwarzać jeszcze więcej wartości dodanej z tego samego wkładu pracy ludzkiej. Wyższa stopa produktywności to większa efektywność, możliwości produkcyjne i większa podaż produktów i usług. Zaoszczędzone środki wracają do gospodarki, stając się nowym zapotrzebowaniem na wytwory kolejnych jednostek pracy.
Problemem zatem staje się zagregowany popyt na wszystkie te dobra – jeśli nie jest w stanie przechwycić nowej podaży, rzeczywiście dojdzie do spadku zatrudnienia netto. Dani Rodrik, znany badacz ekonomii politycznej, wskazuje, że słaby wzrost liczby miejsc pracy w ostatnich latach trzeba przypisać raczej cięciom w gospodarce i polityce austerity. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph Stiglitz krytykuje również katastrofalny wpływ nierówności, szczególnie ubożenia zachodniej klasy średniej, na słabość gospodarki przez zmniejszenie konsumpcji, a co za tym idzie – przez uderzenie w podstawy mechanizmu zwiększającego zatrudnienie. Problem bezrobocia jest zatem w większym stopniu wypadkową ekonomii politycznej podziału dochodów niż automatyzacji pracy.
Wielka Stagnacja
Jak jednak „sprzedać” narrację o wdrażaniu owoców postępu w reakcji na postulaty związkowców, jeśli od kilku dekad obserwowaliśmy powolny zmierzch siły zorganizowanych ruchów pracowniczych, szczególnie wskutek neoliberalnych reform zapoczątkowanych przez Reagana i Thatcher?
Wielu badaczy fundamentalnie nie zgadza się z tym, że żyjemy w epoce szczególnego rozkwitu innowacyjności i powszechnej automatyzacji. W 2011 r. ekonomista Tyler Cowen opublikował pracę pod tytułem „Wielka Stagnacja” (The Great Stagnation), w której opisał, jak około 1973 r. w USA nagle załamuje się trend rosnącej wydajności czynnika produkcji (TFP – Total Factor Productivity). Jest on uważany w modelach ekonometrycznych za ogólne wytłumaczenie jakości technologii, dzięki której wkładana jednostka pracy pozwala osiągać większy końcowy przyrost produkcji. Drobiazgowa analiza sektorowa TFP autorstwa Barta van Arka, przeprowadzona dla Komisji Europejskiej, pozwoliła zauważyć, że w niemal każdej branży – zarówno produkcji dóbr trwałych, jak i nietrwałych, w tym usług – doszło do spadków produktywności, w Unii Europejskiej jeszcze dotkliwszych niż w Stanach Zjednoczonych. Właściwie jedynym powodem, dla którego produktywność rosła w ogóle, była rewolucja dokonana w obszarze technologii ICT (teleinformacyjnych) i wynikająca z niej poprawa wymiany informacji handlowych.
Chociaż Cowen początkowo próbował tłumaczyć zaobserwowaną przez siebie zaskakująco słabą dynamikę wzrostu TFP zagadnieniami kapitału ludzkiego (wyczerpania „nisko wiszących owoców” przyrostu poprzez rozpowszechnienie edukacji podstawowej) czy cenami paliw używanych w transporcie, różnica w spowolnieniu jest szczególnie widoczna w tych gałęziach gospodarki, które w powojennych latach cieszyły się szczególnie silnym uzwiązkowieniem i wpływami ruchów pracowniczych. Branża budowlana, wydobywcza i przemysł ciężki zanotowały duże spadki produktywności. Sektor usług, cechujący się w dużym stopniu niskimi płacami i słabym uzwiązkowieniem, wdrażał nowe technologie równie opieszale. Słabość tych trendów utrzymuje się zresztą po dziś dzień we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych.
Części tego spadku produktywności powinniśmy upatrywać w tzw. chorobie kosztów Baumola. Podczas słuchania kwartetu wykonującego utwory Beethovena, William Baumol zauważył, że pewne rodzaje czynności i usług, z powodu istotnego czynnika ludzkiego, będą cierpieć na rosnące koszty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest konieczność utrzymania konkurencyjnych warunków zatrudnienia względem branż silnie zautomatyzowanych, cechujących się wysoką produktywnością. W ten sposób rzeczywiście można tłumaczyć mozolny wzrost TFP branży edukacyjnej, zdrowotnej czy artystycznej, chociaż ich udział w całkowitym zatrudnieniu jest stosunkowo mały i sięga kilku procent dla każdej z tych grup. Co więcej, rozpowszechnienie w ostatnich latach wysokiej jakości kursów online czy przełomowe zastosowania telediagnostyki pokazują, że dzięki cyfryzacji i rozwojowi uczenia maszynowego także te obszary mogą liczyć na modernizację przy pomocy technologii dostępnej przecież od lat.
Paradoksalnie, kolejnych spostrzeżeń o spowolnieniu postępu technicznego dostarcza wspomniana już Information Technology and Innovation Foundation. W swoim raporcie, sięgającym szacunkami aż do połowy XIX wieku, autorzy podkreślają, że w żadnej z badanych dekad zmiany technologiczne nie przyniosły spadku netto miejsc pracy – jednak przeobrażenia struktury rynku pracy mogą obrazować tempo przekształcania gospodarki w nowocześniejszą i bardziej wydajną. Jeszcze w 1900 roku aż 31% Amerykanów pracowało w rolnictwie. W 2000 r. to już tylko 3% zatrudnionych. Z analizy ITIF wynika, że od lat 80. ubiegłego wieku proces zanikania i pojawiania się nowych zawodów wytraca dynamikę, pikując w latach 2010-2015 do najniższego poziomu od ponad 150 lat. ITIF prognozuje, że powinniśmy raczej obawiać się stagnacji technologicznej niż radykalnego przewrotu.
Te wyniki zostały potwierdzone przez Josha Bivensa i Lawrence’a Mishela z Economic Policy Institute. Nie tylko przyznają oni, że automatyzacja nie stanowi istotnego zagrożenia dla miejsc pracy – szczególnie w porównaniu z dewastującymi efektami niskich płac i niskiego opodatkowania przychodów z kapitału – ale także zauważają wygaszanie prywatnych inwestycji w komputery i oprogramowanie mniej więcej od początku XXI wieku. Stopa nakładów kapitałowych na software w latach 1973-2002 utrzymywała się powyżej 16%, a w latach 2007-2016 ledwo przekracza 4%.
Kapitanowie przemysłu opowiadają piękne historie o wielkich innowacjach i powszechnej automatyzacji. Jednak bez odpowiedniego nacisku ewidentnie nie radzą sobie z przekuwaniem motywacyjnych Tedxów na faktyczny rozwój organizacji społeczno-gospodarczej.
Wolność od tyrania
Nie bójmy się o nasze miejsca pracy i nie płaczmy za utraconymi zawodami. Automatyzacja jest szansą na zbawienie nas od fenomenu bullshit jobs, jak określa je znany antropolog David Graeber, wskazując na rutynowe, czasochłonne zajęcia, których negatywny wpływ na zdrowie psychiczne ludzi i całą kondycję społeczną jest wprost dewastujący. Świetnie oddają to niedawne słowa Johna Cryana, dyrektora generalnego Deutsche Banku, który podczas konferencji branżowej we Frankfurcie zapowiedział masowe zwolnienia, szczególnie osób w jego opinii „pracujących jak liczydła”, na stanowiskach księgowych i rachunkowych. „Nie potrzebujemy tak wielu ludzi. W naszych bankach zatrudniamy osoby, które zachowują się jak roboty, wykonując mechanicznie polecenia”.
Instytut Gallupa zapytał pracowników w 140 krajach o poziom zaangażowania w wykonywaną pracę, czyli ogólną motywację i poczucie satysfakcji. Szacunkowe dane dla całego świata wskazują, że zaledwie 13% zatrudnionych ocenia swoje zaangażowanie pozytywnie, zaś aż 24% jest zniechęconych i nieszczęśliwych z powodu wykonywanego zajęcia. Te wskaźniki dla Polski wypadają nieco lepiej (odpowiednio 17% i 15%), ale przypadki takie jak 33% zaangażowanych pracowników w Kostaryce, 2% niezaangażowanych w Tajlandii czy 7% niezaangażowanych w Norwegii to raczej wyjątki od generalnego problemu współczesności.
Polityka wrażliwości społecznej musi zatem wynieść na sztandary hasła postępu przez emancypację pracy. Podnoszenie pensji minimalnej przynajmniej w zgodzie z dynamiką wzrostu produktywności – jeśli nie nieco bardziej – i powszechne skrócenie tygodnia pracy nie są przykładami roszczeniowości, lecz podstawowym paliwem rozwoju techniczno-gospodarczego. Zarazem długofalowa strategia musi wychodzić poza proste wywieranie presji za pomocą żądań płacowych.
Nie bez powodu bardziej zorientowani w globalnej sytuacji technologiczni magnaci postulują wprowadzenie dochodu gwarantowanego, który może stać się impulsem do odchodzenia z bullshit jobs, stwarzać przestrzeń negocjacyjną i łagodzić przepływy pracowników między sektorami, tak jak miało to miejsce w duńskim modelu flexicurity. Dochód gwarantowany pomaga też utrzymać konsumpcję, więc przy odpowiednim połączeniu z eliminacją nierówności stanowi błyskotliwy sposób na transformację społeczną i techniczną.
Propozycje gwarancji zatrudnienia to kolejny pomysł, który może mieć ponadto działanie antycykliczne i kierujące pracę ludzi w sektory opieki, edukacji i usług komunalnych oraz publicznych, dziś należące do najbardziej zaniedbanych w krajach o niskim kapitale społecznym i ludzkim. Trwające spory co do wykonania administracyjnego – głównie w kontekście stopnia stosowanego przymusu i efektywności pracy objętej gwarancją – to zdecydowanie przeceniany problem. Podobnie jak dochód gwarantowany bywa mylnie oceniany przez liberałów jako „rozleniwianie”, ta sama logika każe oceniać gwarantowane zatrudnienie jako nieskuteczne z racji braku odpowiedniego przymusu. Obie diagnozy są wypadkową redukcjonizmu, jak gdyby widmo bezrobocia było jedynym czynnikiem motywacyjnym w społeczeństwie.
Wśród innych planów transformacji technologicznej znajdują się także pomysły bardziej wątpliwe, które warto pokrótce omówić. Propozycja podatku od robotów, zapowiadana przez Billa Gatesa czy Benoit Hamona (kandydata Partii Socjalistycznej na prezydenta Francji z 2017 r.), rodzi komplikacje w postaci konieczności wyznaczania ścisłego podziału na roboty komplementarne do pracy ludzkiej, usprawniające ją oraz na roboty substytucyjne. Przesunięcie nie zawsze odbywa się w ramach identycznego stanowiska, więc gdzie postawić granicę wpływu maszyny na zatrudnienie? Co więcej, podatek od robotów byłby z punktu widzenia inwestora dodatkowym kosztem ponoszonym podczas zakupu, co tylko spowolni absorpcję nowych technologii. Dyskusja o podobnym podatku w Parlamencie Europejskim poskutkowała na ten moment odrzuceniem propozycji.
Zapytany przeze mnie o automatyzację podczas szczytu G20 Global Solutions, laureat Nobla z ekonomii Edmund Phelps zasugerował, że rządy powinny subsydiować płace najgorzej zarabiającym, by chronić ich miejsca pracy. Swoją koncepcję Phelps opisał w książce „Rewarding Work”, której tok myślowy jest jednak pełen dziur. Sugeruje w niej na przykład, że subsydiowanie miejsc pracy doprowadzi do ponownego zatrudniania, spadku bezrobocia i w konsekwencji również podwyżek. Jest to jednak zupełnie opaczne rozumienie procesu automatyzacji pracy. Taka koncepcja spowalnia wdrażanie technologii, a co gorsza stanowi prezent z budżetu dla firm, których model biznesowy wciąż ma opierać się na maszynowej pracy ludzi. Tym samym premiuje się najgorsze praktyki, zaś w postulowanym przez Phelpsa momencie ciasnego rynku pracy problem automatyzacji i tak powróci.
Najśmielszą propozycję stanowi natomiast utworzenie Pracowniczych Funduszy Automatyzacji (PFA), które działałyby jako fundusze hedgingowe inwestujące w szeroką paletę producentów maszyn przemysłowych i oprogramowania komputerowego. W ten sposób oszczędności PFA byłyby zabezpieczeniem przed utratą pracy i kosztami przeszkolenia poprzez czerpanie przez pracowników korzyści ze wzrostu spółek niszczących ich miejsca pracy. Środki pozyskiwane do PFA mogłyby pochodzić z nowej, relatywnie niskiej składki, tym samym podnosząc koszty pracy i uzależniając ciężar podatkowy od liczby zatrudnionych. Kadry obsługujące PFA wsparłyby także proces budowania na nowo siły związków i zorganizowanych ruchów pracowniczych.
Odzyskać opowieść
Nie każda technologia oddziałuje jednak tak samo na pracowników. Już w 1979 r. Chris Harman, lider jednej z brytyjskich partii socjalistycznych, opublikował manifest „Is a Machine After Your Job”. Jego ujęcie problemu było zerwaniem z podejściem tradycyjnej lewicy, która nieufność wobec postępu technicznego posunęła do reakcyjnej postawy. Harman wiedział, że celem krytyki nie powinna być technologia, lecz sposób jej wykorzystania przez menedżerów zorientowanych wyłącznie na zysk.
Wśród proponowanych w jego manifeście kluczowych żądań znalazło się wiele ważnych postulatów, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na trzy z nich. Są to zakaz wykorzystania technologii do oceny szybkości i dokładności pracy poszczególnych pracowników; wsparcie w przeszkoleniu i przystosowaniu; zakaz wdrożenia nowych rozwiązań technicznych bez zgody związków i uprzedniej dyskusji ze wszystkimi pracownikami, których dotkną nowe systemy. Wagę tych propozycji widać szczególnie dziś, w dobie precyzyjnego nadzoru nad magazynierami Amazona czy indywidualnego śledzenia statystyk służbowego komputera.
Jeśli uda się opanować nierówności i przywrócić moc nabywczą szerokim masom, nie powinniśmy obawiać się o bezrobocie technologiczne. Głoszący koniec pracy technopesymiści dobrze kamuflują to, że w istocie ich pesymizm dotyczy raczej ludzi jako takich. W świecie bez pracy okazałoby się bowiem, że człowiek jest zbędny. Właściwe pytanie zatem brzmi: jak technologia wpływa na relacje pracy i kto poniesie koszty strukturalnych zmian zawodowych?
Przy zachowaniu należytej czujności, polityka grupowań prospołecznych i ruchów pracowniczych musi skierować się na odzyskanie opowieści o postępie. Obserwowana dzisiaj stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających. Nową opowieść możemy budować od przyznania, że siła świata pracy jest w istocie siłą postępu.
przez Michael Lind | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Po zakończeniu Zimnej Wojny rozpoczęła się walka klas. Wybuchła ona jednocześnie w wielu krajach i toczyła się pomiędzy sektorem korporacyjnym, finansowym i profesjonalnym a populistycznymi ugrupowaniami klasy robotniczej. Ten ponadnarodowy konflikt jest już odpowiedzialny za Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a kolejne szokujące niespodzianki jeszcze przed nami.
Żadna z dominujących obecnie na Zachodzie idei politycznych nie jest w stanie sensownie opisać tej nowej walki klas. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie z nich uparcie udają, że w zachodnich społeczeństwach nie ma już podziałów klasowych. Neoliberalizm, czyli ideologia transatlantyckich elit, twierdzi, że klasa jako taka zanikła, społeczeństwa są czysto merytokratyczne, a jedyne bariery, jakie jednostki chcące piąć się w górę napotykają na swej drodze, wynikają z rasizmu, mizoginii czy homofobii. Skoro neoliberałowie są niezdolni do uznania istnienia klasy społecznej, nie mówiąc o szczerej dyskusji o konfliktach klasowych, nie jest dziwnym, że mogą populizmowi przypisywać jedynie irracjonalność i bigoterię.
Podobnie do neoliberalizmu postępuje konserwatyzm, który także zaprzecza istnieniu klas społecznych w społeczeństwach Zachodu. Wraz z neoliberałami i libertarianami, konserwatyści zakładają, że pozycja elit ekonomicznych nie jest przynajmniej w połowie dziedziczona, lecz że składają się one z wciąż zmieniającego się przypadkowego układu utalentowanych i pracowitych jednostek. Merytokratyczny kapitalizm jest zdaniem prawicy „zagrożony od wewnątrz” przez nową klasę złożoną z postępowych intelektualistów, naukowców, dziennikarzy i działaczy organizacji pozarządowych, o których mówi się, że mogą być o wiele bardziej wpływowi od dyrektorów generalnych i bankierów inwestycyjnych.
Przynajmniej marksiści traktują klasy społeczne i konflikt klasowy na serio. Ale klasyczny marksizm, ze swoimi opatrznościowymi teoriami na temat historii i swoim spojrzeniem na klasę robotniczą jako kosmopolitycznych nosicieli światowej rewolucji, zawsze był nieco otumaniony.
Na szczęście jednak istnieje konstrukt myślowy, który jest w stanie bardzo dobrze wyjaśnić obecne wstrząsy polityczne na Zachodzie i na całym świecie. To teoria Jamesa Burnhama dotycząca kierowniczej rewolucji (managerial revolution), a uzupełnia ją gospodarcza socjologia Johna Kennetha Galbraitha. Myśl Burnhama ostatnimi czasy przeżywa renesans wśród intelektualistów centrowych i związanych z centroprawicą, włączając w to Matthewa Continettiego, Daniela McCarthy’ego oraz Juliusa Kreina. Niestety socjologia Galbraitha, wraz z jego teoriami ekonomicznymi, pozostaje wciąż niemodna.
Trudno znaleźć dwóch myślicieli, którzy politycznie różniliby się od siebie bardziej niż Burnham i Galbraith. Arystokrata Burnham był działaczem międzynarodowego ruchu trockistowskiego, zanim stał się gorliwym antykomunistą i pomagał tworzyć po II wojnie światowej ruch konserwatywny. Galbraith, dla przeciwwagi, był całe swoje życie namiętnym socjal-liberałem. A jednak obaj wierzyli, że nowe elity rządzące zastąpiły starą burżuazję i arystokratów. Podążając za myślą Adolfa Berlego i Gardinera Meana z ich pracy z 1932 r. pt. „The Modern Corporation and Private Property”, Burnham ukuł wyrażenie „elita kierownicza”, którego pierwszy raz użył w swoim bestsellerze „The Managerial Revolution” (z 1941 r.). Potem, w książce „The New Industrial State” z 1967 r., nazwał tę samą grupę „technostrukturą” (techostructure). W swoim dzienniku z 1981 r., „A Life in Our Times”, Galbraith napisał: „James Burnham, częściowo dlatego, że był twardym prawicowcem, trzymającym się z dala od politycznego mainstreamu, a częściowo z powodu braku tytułu akademickiego, nigdy nie został w pełni doceniony za swój wkład w myśl społeczną”.
George Orwell w eseju „Refleksje nad Jamesem Burnhamem” przedstawił zwięzłe podsumowanie jego tez: „Kapitalizm znika, lecz bynajmniej nie zastępuje go socjalizm. Powstaje obecnie nowe, zorganizowane planowo, scentralizowane społeczeństwo, które nie będzie ani kapitalistyczne, ani też – w żadnym znaczeniu tego słowa – demokratyczne. Społeczeństwem tym będą rządzić ludzie faktycznie władający środkami produkcji, mianowicie kadra kierownicza przedsiębiorstw, technicy, biurokraci i wojskowi, których Burnham łączy w jedną grupę, nazywaną »menedżerami«. Doprowadzą oni do eliminacji dawnej klasy kapitalistów, rozbiją klasę robotniczą, a gdy narzucą społeczeństwu nowe struktury organizacyjne, w ich ręce przejdzie wszelka władza oraz przywileje ekonomiczne. […] Nowych społeczeństw menedżerskich nie będą tworzyć mieszkańcy zbiorowiska niewielkich i niezależnych krajów, lecz obywatele wielkich państw zgrupowanych wokół głównych ośrodków przemysłowych w Europie, Azji i Ameryce. Te superpaństwa będą walczyć ze sobą o jeszcze nieskolonizowane tereny na kuli ziemskie, jednak żadne nigdy nie okaże się na tyle silne, żeby pokonać inne. Wewnętrzna struktura każdego z tych superpaństw będzie zhierarchizowana: szczyt zajmie elita wyłoniona spośród najzdolniejszych jednostek, natomiast podstawę utworzą na wpół zniewolone masy” [przekład Bartłomieja Zborskiego – przyp. tłum.].
Teza tego eseju jest taka, że teoria kierowniczej elity wyjaśnia transatlantycki kryzys społeczny i polityczny. Po II wojnie światowej demokracje Europy i Stanów Zjednoczonych, wraz z Japonią, pełne determinacji, by uniknąć powrotu kryzysu oraz zdecydowane na walkę z antykapitalistyczną propagandą serwowaną przez komunistów, przyjęły wariant opierający się na międzyklasowym porozumieniu, wynegocjowanym przez rządy państw, a zawartym pomiędzy narodowymi elitami kierowniczymi a narodową siłą roboczą. Jednak po okresie Zimnej Wojny rewolucja w światowym biznesie roztrzaskała tę ugodę społeczną. Dzięki wzmocnieniu się ponadnarodowych korporacji i powstaniu ponadnarodowych łańcuchów dostaw, elity kierownicze mogły pozbawić władzy świat pracy i rządy państw, przekazując władzę polityczną, która do tej pory znajdowała się w rękach państwowych legislatur, w ręce agencji wykonawczych, ponadnarodowej biurokracji czy organizacji negocjujących porozumienia polityczne. Jak można się było spodziewać, uwolnione z dawnych okowów „kierownicze elity” społeczeństw zachodnich wpadły w amok i zaczęły używać swojego quasi-monopolu na władzę i wpływy we wszystkich sektorach – prywatnym, publicznym i pozarządowym, aby ustanowić politykę, która zapewni ich członkom przewagę, a wyrządzi krzywdę współobywatelom. Pozbawiona władzy i wyszydzana klasa robotnicza zwróciła się w zachodnich demokracjach ku charyzmatycznym trybunom antysystemowego populizmu i wykazała się wyborczymi nieposłuszeństwami wobec samolubstwa i arogancji „kierowniczych elit”.
Pod koniec niniejszego tekstu kreślę wizję możliwości zaistnienia w społeczeństwach rozwiniętych nowej międzyklasowej ugody pomiędzy „kierowniczą” mniejszością a poddaną jej robotniczą większością. Te nowe porozumienia, jeśli powstaną, będą charakteryzować się dwiema cechami. Tak jak ich starsze odpowiedniki, będą one negocjowane na poziomie państwowym, a nie ponadnarodowym. I tak samo jak starsze porozumienia powstawały w cieniu wojen światowych i Zimnej Wojny, tak i przyszłe międzyklasowe ugody pomiędzy klasami kierowniczymi a ludowymi będą kształtowane przez to, co przyniesie nam kontekst geopolityczny – a zatem przez pokój lub rywalizację pomiędzy wielkimi siłami.
Kierownicza elita: kiedyś i obecnie
Chociaż Burnham i Galbraith swoją definicją nowych elit objęli inżynierów i naukowców, nie opisali tam już technokracji wprowadzanej przez osoby ze stopniem doktora nauk. Najważniejszymi z „kierowników” są biurokraci, zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego; ci, którzy prowadzą wielkie państwowe i globalne korporacje oraz posiadają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę i sprawy społeczne. Niektórzy są bogaci „sami z siebie”, ale większość z nich to pracownicy etatowi poważnych instytucji lub dobrze opłacani eksperci. Większość obecnych miliarderów urodziła się w wyższej klasie średniej, a ich potomkowie na przestrzeni pokolenia lub dwóch powracają do niej. Dziedziczenie tytułów arystokratycznych na nowoczesnym Zachodzie to anachronizm, zatem osoby pochodzące z takiej klasy unikają wyszydzenia, ukrywając się pomiędzy ciężko pracującymi ekspertami i menedżerami.
W latach 40., ale i później, prezentowany przez Burnhama opis Ameryki Nowego Ładu, nazistowskich Niemiec, cesarskiej Japonii czy Związku Radzieckiego jako różnych wariantów społeczeństw zarządzanych przez kierownicze elity, wydawał się dziwaczny wielu odbiorcom. Jednak od upadku komunizmu, zarówno w demokratycznych, jak i autorytarnych państwach światową normą modelu społecznego jest pewien rodzaj gospodarki mieszanej, ze znaczącym sektorem prywatnym i publicznym.
Jak liczne są kierownicze elity? Tu papierkiem lakmusowym jest wyższe wykształcenie. Tylko około jedna trzecia Amerykanów ma stopień licencjata. Jednak wiele z tych tytułów naukowych zostało wydanych przez kiepskie uczelnie, a ich posiadacze są w najlepszym razie uważani za wyższą klasę robotniczą. Zatem uznawanie posiadania wyższego wykształcenia za wyznacznik przynależności do kierowniczej elity sprawi, że będziemy do niej mogli zaliczyć nie więcej niż 10-15% populacji.
Czy menedżerowie są klasą w takim sensie, w jakim są elitą? W społeczeństwie w pełni merytokratycznym szeregi kierowniczych elit mogłyby na przestrzeni każdego pokolenia całkowicie się wymieniać, ponieważ dołączałyby do nich jednostki, które uparcie pracowały nad wejściem wyżej po drabinie społecznej. Ale w Stanach Zjednoczonych większość studentów college’ów pochodzi z mniejszościowej grupy osób, których jedno lub oboje rodziców legitymuje się tytułem magistra. Podobnie jest w innych zachodnich demokracjach – „członkostwo” w klasie kierowniczej wydaje się być w dużej mierze dziedziczone, chociaż jest to grupa częściowo otwarta na talenty z klas niższych.
Jak byśmy nie nazwali tej post-burżuazyjnej elity – klasą kierowniczą czy technostrukturą – jej siła tkwi w tym, co Galbraith nazywał „dwumodelową gospodarką”. To oparte na wiedzy, przepełnione kapitałem przemysły o wysokiej technologii, polegające na usługach sektorów biznesowych i finansowych. Rosnący efekt skali sprawia, że przemysły te stają się ogromne, a w kolejnym kroku – zdominowane przez monopole i oligopole. Galbraith nazwał takie zjawisko „systemem planowania”, odwołując się do prywatnego czynienia planów odbywającego się w ramach wielkich korporacji, które częściowo zastępują rynki swoją wewnętrzną administracją. To coś w rodzaju dawniejszego rodzaju gospodarki, który był zarządzany tylko przez właściciela przedsiębiorstwa. Lokalne rynki nadal grupują się wokół kierowniczo-przemysłowego rdzenia, co Galbraith określa jako „system rynkowy”. Historyk gospodarki Alfred D. Chandler junior potwierdził analizę Galbraitha, używając terminów „rdzeń” i „peryferie” odnośnie do galbraithowskiej koncepcji planowania i systemu rynkowego. Według Galbraitha, Chandlera, ale także Burnhama, uprzemysłowienie na zawsze zmienia gospodarczy i społeczny krajobraz, tak jak zmienia go wybuch wulkanu pośrodku równiny obsianej małymi miejscowościami.
W założeniach dotyczących kierowniczych elit teoria społeczna ma charakter elitarny, nie zaś pluralistyczny. Jak twierdził Burnham: „Z punktu widzenia klas panujących, społeczeństwo jest społeczeństwem swojej klasy panującej… Historia polityczna i nauki polityczne są zatem przeważnie historią i naukami o klasie panującej, jej pochodzeniu, rozwoju, składzie, strukturze i przemianach”.
W nowoczesnych społeczeństwach rozwiniętych sektory prywatny, publiczny i pozarządowy nie mają oddzielnych, wyodrębnionych elit. Zamiast tego, sektor prywatny próbuje dominować nad sektorem publicznym za pomocą finansowania kampanii wyborczych, oraz nad sektorem pozarządowym za pomocą dotacji i darowizn. Nawet jeśli elitom brak konkretnych metod odgórnej koordynacji, to wspólną mentalność tworzy fakt, że prawie cały personel elitarnych instytucji wszystkich stopni należy do nadrzędnej, złożonej z profesjonalistów klasy, podziela takie same wizje świata i ma podobne wykształcenie – a to jest zaczynem myślenia grupowego w rozumieniu orwellowskim. Te role są zmienne w czasie. Dyplomaci zostają bankierami inwestycyjnymi, bankierzy inwestycyjni zostają ambasadorami, generałowie zasiadają w radach nadzorczych, a dyrektorzy wykonawczy tworzą sektor pozarządowy.
Ani Burnham, ani Galbraith nie twierdzili, że kierownicze elity są z przyrodzenia złe lub zajmują swoją pozycję w sposób nieuprawniony. Właściwie obaj uważali, że duże, dynamiczne korporacje i kompetentna biurokracja są niezbędne dla wdrożenia technologicznych innowacji i dla wzrostu gospodarczego. Nie sądzili także, by menedżerowie tworzyli odrębną klasę rządzącą globalnie – a w każdym razie, by robili to w stopniu wyższym niż kapitaliści i posiadacze feudalni w przeszłości. Zarówno kierownicze elity Burnhama, jak i technostruktura Galbraitha miały swe korzenie w poszczególnych państwach-narodach, nawet jeśli te służyły po prostu za trampoliny dla geopolitycznych i gospodarczych ambicji konkretnych grup panujących.
Chociaż żaden z nich nie zalecał odwrotu od „kierowniczej rewolucji”, to jednak obaj martwili się koncentracją bogactwa, władzy i prestiżu w rękach nowych elit. Ponieważ byli realistami, zdawali sobie sprawę, że siła elit kierowniczych może zostać zahamowana jedynie przy pomocy tego, co Galbraith nazywał „siłą wyrównawczą”, zaś Burnham, podążając za myślą włoskiego teoretyka Gaetano Moski, określał mianem „obrony prawnej” (juridical defense). Oba terminy odnoszą się do prawdziwej społecznej równowagi sił, a nie tylko do papierowych sprawozdań i dekretów o równowadze.
Narodowa konsolidacja przemysłu
Na przełomie XIX i XX wieku w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej przemysłowy, oparty na przedsiębiorstwach kapitalizm, został stosunkowo szybko zastąpiony przez nowoczesny kapitalizm menedżerski. W samych Stanach Zjednoczonych zakaz karteli, w połączeniu z przyzwoleniem na fuzje i zakup przedsiębiorstw, dał efekt, który historyczka Naomi Lamoreaux nazwała „pierwszym wielkim ruchem fuzyjnym”. Trwał on od 1895 r. do 1904 r. Na przestrzeni tej jednej dekady 1800 przedsiębiorstw – większość z nich działająca w przemyśle wytwórczym – zostało skonsolidowanych w jedynie 157 firm.
Po tej fali konsolidacji struktura gospodarki amerykańskiej stała się pomiędzy I wojną światową a końcem lat 20. bardzo stabilna. W 1917 r. i w 1973 r. 22 z 200 największych firm na rynku było związanych z przemysłem naftowym – i większość z nich to były te same firmy. W 1917 r. i w 1973 r. 5 z 200 największych firm na rynku zajmowało się przemysłem gumowym, a 4 z nich były w obu tych latach identyczne (Goodyear, Goodrich, Firestone i Uniroyal). Firmy z sektora przemysłu maszynowego – wiele z nich tych samych – to 20 z 200 największych przedsiębiorstw w 1917 r. i 18 z 200 w 1973 r. Podobnie wyglądała sprawa w przemyśle transportowym i w produkcji żywności. Przetrwała nawet firma Johna D. Rockefellera, Standard Oil, pod płaszczykiem rozdrobienia się na mocy wyroku sądowego z 1911 r. na „firmy-córki”, z których jedną była np. firma ExxonMobil, późniejszy światowy gigant.
Badania z roku 1972 pokazują, że poziom współzawodnictwa przemysłowego był we wszystkich dojrzałych gałęziach gospodarki przemysłowej cały czas podobny. Na przykład w Wielkiej Brytanii pomiędzy 1907 r. a 1970 r. udział w rynku stu największych firm wytwórczych wzrósł z 16% do 45%.
Ten ogólnoświatowy trend nie może być wyjaśniony za pomocą osobliwości amerykańskiego prawa czy polityki. Kiedy Chandler badał 379 przedsiębiorstw wytwórczych zatrudniających w 1973 r. ponad 20 tysięcy pracowników, które podzielił z grubsza na grupę amerykańską i zagraniczną, odkrył, iż współczynniki były zaskakująco podobne: 22 przedsiębiorstwa produkujące urządzenia transportowe w Stanach Zjednoczonych przy 22 zagranicznych; 20 przedsiębiorstw zajmujących się wytwarzaniem maszyn przy 25 zagranicznych; 24 chemiczne zakłady amerykańskie przy 28 zagranicznych; 14 firm naftowych z siedzibą w USA przy 12 mieszczących się poza Ameryką. Wszystko to udowadnia, że w każdej nowoczesnej gospodarce firmy z chandlerowskiego „centrum” i z galbraithowskiego „systemu planowania”, charakteryzujące się rosnącym efektem skali, staną się duże, a jeśli odniosą sukces, to mają tendencję do długiego trwania, w porównaniu z małymi firmami z chandlerowskich „peryferii” i galbraithowskiego „systemu rynkowego”, których rozmiar oznacza brak lub zanik przewag konkurencyjnych.
Państwowe ugody polityczne
w czasie Zimnej Wojny
Od chwili powstania „kierowniczego kapitalizmu”, poprzez okres I wojny światowej i Wielki Kryzys, społeczności Ameryki Północnej były wstrząsane starciami korporacyjnych elit z wściekłymi robotnikami i rolnikami. Największe z nich działy się w Stanach Zjednoczonych, gdzie uzbrojone siły wielokrotnie rozbijały strajki. W 1921 r., podczas Bitwy pod Blair Mountain w hrabstwie Logan w stanie Wirginia Zachodnia, decydenci państwowi użyli samolotów, by zrzucać bomby na uzbrojonych strajkujących.
Aby zapewnić spokój społeczny i zmobilizować naród podczas II wojny światowej, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, np. Wielka Brytania, wynegocjowali pakt pomiędzy pracą a kapitałem i obiecali weteranom wojennym pomoc socjalną. Podczas wynikłej później Zimnej Wojny każda z większych gospodarek przemysłowych opracowała pewien rodzaj „ugody” lub kompromisu pomiędzy interesami świata pracy a siłami kapitału. Te powojenne porozumienia stanowiły połączenie nakierowanego na przedsiębiorcę kapitalizmu oraz przetestowanej już socjaldemokracji w wersji welfare state. W Niemczech Zachodnich przyjęło to formę reprezentacji interesów pracowniczych przy pomocy członkostwa związkowców w radach nadzorczych firm. Japonia, na fali intensywnych konfliktów pracowniczych po 1945 r., wybrała drogę korporacyjnego paternalizmu wraz z zatrudnianiem wielu pracowników na całe życie. Świat pracy był w powojennych Stanach Zjednoczonych słabo zorganizowany, ale „Traktat z Detroit”, który wynegocjował porozumienie pomiędzy firmami produkującymi samochody a związkami zawodowymi, stał się przykładem sukcesu nieformalnej współpracy (korporacjonizmu) pomiędzy pracą a kapitałem. Niewielki procent legalnej i nielegalnej imigracji oraz naciski na zamężne kobiety, by opuściły szeregi zatrudnionych i zostały gospodyniami domowymi, wzmocniły siłę przetargową pracowników płci męskiej i stworzyły przyjazny im rynek pracy.
Ten korporacjonistyczny system sprawił, że państwa opiekuńcze w okresie od lat 40. do 70. były takie w dużo mniejszym zakresie, niż byłyby w przeciwnej sytuacji. Jednak powojenne porozumienia powstałe w Japonii i na zachodzie Europy sprawiły, że kapitalizm od lat 40. do 70. przeżywał złote lata, łącząc wysoki wzrost gospodarczy z egalitarną redystrybucją jego owoców, jakiej nie widziano nigdy wcześniej – i później.
Ponadnarodowa konsolidacja przemysłu
Po upadku muru berlińskiego w 1989 r. państwowe porozumienia pomiędzy kapitałem a światem pracy, wynegocjowane przez rządy państw, zostały zniszczone – pojawiły się bowiem nowy wzorzec globalnej produkcji przemysłowej oraz nowy system organizacji korporacyjnej.
To, co ekonomista Peter Nolan nazwał „światową rewolucją w biznesie lat 90. i początku XX wieku”, czyli powstanie ponadnarodowych korporacji tworzących oligopole, było odpowiednikiem fali wielkich fuzji z początków XX wieku – fuzji, które stworzyły oligopole firm państwowych. W książce „Capitalism and Freedom” z 2008 r. Nolan zauważa: „Na samym początku XX wieku, wewnątrz wyraźnie podzielonych na marki sektorów rynków światowych o wysokiej wartości dodanej, charakteryzujących się zaawansowanym poziomem technologicznym (co służyło głównie przedstawicielom klasy średniej i wyższej, gdyż posiadali oni większość światowej siły nabywczej), do gry weszło nowe »prawo«: garstka znanych na całym świecie firm, »integratorów systemu«, zajęła ponad 50% rynku światowego. Dwie najwięcej spośród nich warte to przedsiębiorstwo, które posiadało 100% całego światowego rynku dużych samolotów komercyjnych oraz firma, która w owym czasie miała 70% udziału w rynku napojów gazowanych; firmy z pierwszej trójki były warte łącznie tyle, co 80% udziałów w sektorze turbin gazowych oraz 70% w rynku maszyn rolniczych, a także 60% rynku telefonii komórkowej i 50% rynku telewizorów z ekranem LCD. Firmy z górnej czwórki branży posiadały 60% rynku wind, pierwsza piątka miała ponad 80% rynku aparatów cyfrowych, zaś pierwsza dziesiątka kontrolowała połowę rynku farmaceutycznego”.
Do momentu, gdy recesją z 2008 r. rozpoczął się wielki kryzys finansowy, duża część światowego przemysłu była już zdominowana przez kilka sporych korporacji. 95% mikroprocesorów produkowały cztery firmy: Intel, Advanced Micro Devices, NEC i Motorola. Dwie trzecie produkowanych na świecie szklanych butelek robiły tylko dwa przedsiębiorstwa – Owens-Illinois i Saint-Gobain. Połowa dostępnych na światowym rynku samochodów powstaje w fabrykach czterech wytwórców: General Motors, Ford, Toyota-Daihatsu i DaimlerChrysler. Jeśli zaś idzie o usługi biznesowe, to Microsoft zdominował 90% rynku systemów operacyjnych dla komputerów osobistych. W 2007 r. tylko dwie firmy kontrolowały 86% rynku przetwarzania informacji finansowych i 77% rynku gier elektronicznych, zaś trzy firmy dominowały na rynku publikacji prawniczych (71% rynku) i w produkcji endoprotez (62% rynku).
Taka konsolidacja miała miejsce nie tylko w przypadku ponadnarodowych korporacji, ale także poniżej, na poziomie dostawców. Na samym początku kryzysu, w 2008 r., trzy firmy: General Electric, Pratt and Whitney oraz Rolls-Royce zdominowały światowy rynek produkcji silników samolotowych. 60% opon powstawało w fabrykach trzech międzynarodowych korporacji – Bridgestone, Goodyear i Michelin.
Powstawanie globalnych oligopoli to skutek ekspansji, fuzji i aliansów. Łączy się ono w jeden trend zmierzający ku produkcji ponadnarodowej. Jedna trzecia, a nawet połowa handlu to handel wewnątrzfirmowy lub produkcja ponadnarodowa, prowadzona przez przedsiębiorstwo o kapitale wielonarodowym, z siecią dostawców w wielu krajach. Przykład-ikona to iPhone firmy Apple, powstający z komponentów z różnych części świata. Modele S5 i 6 zawierają części z Chin, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Niemiec, Francji, Włoch, Holandii i Singapuru.
Podczas gdy sieci dostawców są regionalne lub globalne, większość firm z kapitałem ponadnarodowym ma nadal siedziby w kilku konkretnych państwach – najczęściej są to Stany Zjednoczone, Japonia lub Niemcy. Krajom rozwijającym się dano do odegrania rolę wytwórców produktów o niskiej wartości dodanej, na zasadach narzuconych im przez firmy i inwestorów z Ameryki Północnej, Europy oraz wybrzeży Azji. Jednak Chiny, Indie i Brazylia oraz kilka innych krajów rozwijających się było w stanie wykorzystać fakt, że korporacje mają dostęp do ich ogromnej siły roboczej i rynków zbytu, i naciskać na obcy kapitał, by promował projekty rozwoju ich narodowego przemysłu, za pomocą wymagań na gruncie lokalnym oraz umów na transfery technologii.
Ekonomia globalnego arbitrażu
Powszechnie uważa się, że trwający od lat 90. proces globalizacji odpowiedzialny jest za bezprecedensowy wzrost produktywności. Jednak prawda jest taka, że wzrost ten po 1989 r. jest dużo niższy niż był po roku 1945, kiedy to gospodarki narodowe były mniej zintegrowane, a poziom imigracji o wiele niższy. Jedną z przyczyn może być fakt, iż w epoce globalizacji nowe ponadnarodowe oligopole osiągały zyski metodami innymi niż napędzany technologicznie wzrost produktywności. Najważniejszą z tych korporacyjnych strategii były selektywny arbitraż i selektywna harmonizacja.
Globalny arbitraż przybrał dwie formy: arbitrażu pracy i podatków oraz subsydiów. Ten pierwszy oznaczał zarówno przeniesienie produkcji przemysłowej z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się o niskich płacach, jak i masową migrację na globalną Północ, uprawianą przez pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Tego rodzaju proces nie wzmacniał postępu technologicznego, a mógł go nawet opóźniać, zastępując nowe techniki czy technologie kosztowną pracą lub korzystaniem z zasobów naturalnych. Jeśli prostym sposobem na osiągnięcie wysokiego przychodu jest zwyczajne zamknięcie fabryki w kraju o wysokich płacach i przeniesienie jej do kraju o płacach niskich, do państw ubogich, do południowych stanów Ameryki Północnej, do Meksyku czy Chin, to nikt nie będzie starał się uczynić produkcji technologicznej bardziej wydajną.
Arbitraż podatków i subsydiów to praktyka polegająca na korzystaniu przez firmy z faktu, że w różnych krajach są różne stawki podatkowe i różne sposoby dotowania przedsiębiorstw. Używa się jej, by pobudzić zyski, nie podnosząc jednocześnie poziomu produktywności. Firmy, które unikają opodatkowania, przenosząc się na Kajmany, do Panamy czy Irlandii, nie robią nic, by podnieść swoją produktywność. Niczego podobnego nie czynią także korporacje, które przemieszczają się do Chin, by czerpać korzyści nie tylko z nisko opłacanej, niewolniczej pracy, ale także z obfitych dotacji różnego rodzaju, np. mocno dotowanej energii elektrycznej, infrastruktury lub programów szkoleniowych dla pracowników.
Być może iPhone jest ikoną ery globalizacji. Jak pisze w wydawanym przez MIT magazynie „Technology Review” Konstantine Kakaes, gdyby każdą pojedynczą część tego urządzenia produkować w USA i składać je w tym kraju, podrożyłoby to jego koszt o 100 dolarów. Wtedy jednak marża zysku firmy Apple byłaby dużo niższa niż jest teraz – gdy iPhone jest produkowany w sześciu chińskich fabrykach bazujących na nisko płatnej, niemal niewolniczej pracy, oraz w Brazylii, gdzie produkcja odbywa się na zasadzie koncesji na zastępczą politykę importową.
Apple opanowało wzorowo zarówno globalny arbitraż pracy, jak i arkana sztuki podatkowo-dotacyjnej. Według informacji Unii Europejskiej, rząd irlandzki pozwolił tej firmie kanalizować zyski z siedmiu różnych krajów poprzez dwie firmy mające siedzibę w Irlandii, z których jedna była w dodatku „biurem głównym” bez pracowników. W efekcie, jak donosi Komisja Europejska, Apple odnotowało zyski w wysokości 16 miliardów euro, z czego tylko 50 milionów euro zostało opodatkowanych w Irlandii, co dało firmie 15 mld 95 mln euro nieopodatkowanego zysku.
Polityka globalnego arbitrażu
Nawet jeśli firmy z okresu pozimnowojennej globalizacji eksploatowały wszelkie możliwości w zakresie pozyskiwania taniej siły roboczej i obchodzenia podatków, to jednak, jeśli leżało to w ich interesie, promowały wybiórczą harmonizację praw i regulacji. W drugiej połowie XX w. odbyło się stopniowo kilka rund negocjacji pod auspicjami General Agreements of Tariffs and Trade, a później Światowej Organizacji Handlu. Skutecznie zlikwidowały one większość barier celnych. Do 2016 r., kiedy to WTO zakończyło nieudaną Rundę z Dohy [Doha Development Round – trwająca od 2001 r. runda negocjacyjna w ramach Światowej Organizacji Handlu; obok dalszych kroków na rzecz liberalizacji handlu do głównych omawianych tam kwestii należały m.in. subsydiowanie rolnictwa, prawo patentowe, regulacje antydumpingowe oraz ochrona własności intelektualnej – przyp. tłum.], Stany Zjednoczone i inne wpływowe państwa przeniosły nacisk z barier ograniczających transgraniczny przepływ towarów na prawa i regulacje „harmonizacyjne”. Pośród „ponadregionalnych umów handlowych” znajdują się m.in. NAFTA, TTP (Trans-Pacific Partnership) i TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Leżało to bowiem w interesie ponadnarodowych inwestorów i korporacji, którzy opierali swoje działania na globalnych łańcuchach dostaw.
Obszary wybrane do negocjacji arbitrażowych i harmonizacyjnych odzwierciedlają nie interesy mas pracujących, lecz kierowniczych elit, które dominują w rządach społeczeństw zachodnich. Harmonizacja standardów pracy lub płacy podkopałyby strategię arbitrażu pracy, zaś ponadnarodowe represje związane z unikaniem opodatkowania utrudniałyby prowadzenie strategii arbitrażu podatkowego, jaką posługują się ponadnarodowe korporacje. Zamiast tego, nacisk w polityce harmonizacji został położony na powszechne standardy przemysłu, liberalizację systemu finansowego i intelektualne prawa autorskie, włączając w to patenty farmaceutyczne. Na takim rodzaju harmonizacji korzystają ponadnarodowe firmy, inwestorzy z Wall Street czy londyńskiego City oraz właściciele praw autorskich z Silicon Valley czy z przemysłu farmaceutycznego.
W wielu przypadkach takie harmonizacyjne regulacje mają sens – np. standaryzują środki bezpieczeństwa związane z produktami. Ale już nowe umowy „harmonizacyjne” tworzą „deficyt demokracji”, i to na dwa sposoby. Wyodrębniają one ze zwyczajnego prawodawstwa całe zakresy regulacji, zastępując je „regulacjami określonymi w umowie”. Korzystne dla korporacji nowe prawa i zasady, których firmowi lobbyści nigdy nie przeforsowaliby na gruncie prawodawstwa krajowego, mogą zostać ukryte w umowach harmonizacyjnych, gdzie są maskowane jako traktaty „handlowe”. Takie umowy, liczące nierzadko tysiące stron, są często przygotowywane w tajemnicy przez komitety składające się z korporacyjnych lobbystów i mogą zostać ratyfikowane przez organy prawne bez niezbędnej w takich sytuacjach wnikliwości.
Co gorsza, większość współczesnych umów harmonizacyjnych zawiera klauzulę ISDS (investor-state dispute settlement), czyli ugodę dotyczącą zatargów pomiędzy inwestorem a państwem. Zezwala ona pojedynczym firmom na pozywanie do prywatnych trybunałów, zdominowanych przez korporacyjnych prawników, tych rządów państw, które zmieniły prawo już po podpisaniu traktatów – i to bez żadnego mechanizmu apelacji. Jeśli Kongres przyjmie statut, który zagrozi np. interesom firmy Acme Inc., to oprócz płacenia lobbystom i przelania darowizny na kampanie wyborcze pewnych kandydatów, ma ona niewiele innych możliwości. Ale jeśli Kongres ratyfikuje traktat, a potem zmieni jego klauzule, wprowadzając nowe prawo, Acme może pozwać rząd federalny za szkody finansowe. Stany Zjednoczone nie przegrały jeszcze żadnej sprawy w związku z klauzulą ISDS, ale inne kraje owszem. Niektórzy uważają, że perspektywa bycia pozwanym przed oblicze prawników korporacji chłodzi głowy przedstawicieli państw, którzy być może chcieliby wprowadzić prawa i regulacje, jakich firmy by nie akceptowały.
Nie zamierzam tu sugerować, że kontrolujący światowe oligopole menedżerowie ponadnarodowych firm operujących obecnie na Zachodzie i u wybrzeży Azji są bardziej samolubni czy czują się w mniejszym stopniu publicznie zobowiązani niż menedżerowie korporacji narodowych byli lub czuli się podczas drugiej rewolucji przemysłowej. Z drugiej strony, obecne kierownicze elity są często mniej bigoteryjne i w większym stopniu parają się filantropią. Istotne jest, że amerykańskie, niemieckie i japońskie korporacje zostały z trudem opanowane przez galbraithowską władzę wyrównawczą i burnhamowską obronę prawną – a te uległy rozpadowi. „Dzięki” globalizacji, która sama w sobie jest dobrowolną polityką umożliwioną, ale nie wymaganą przez rozwój technologii, istniejące dzisiaj firmy o kapitale ponadnarodowym mają o wiele więcej kart przetargowych w negocjacjach z pracownikami i rządami państw.
Globalizacja: imperializm Hobsona?
To, że powstały po Zimnej Wojnie wzorzec globalizacji był i jest motywowany głównie możliwościami, jakie dają międzynarodowy arbitraż i manipulacje podatkowo-dotacyjne, a nie przez nowoczesne technologie czy presję sił wolnego rynku, wydaje się jasne, gdy przypomnimy sobie uderzająco podobny wzorzec globalizacji, który ponad sto lat temu przewidział brytyjski filozof społeczny John A. Hobson – i wyobraził go sobie w czasach, gdy zaawansowanie technologiczne było na zupełnie innym poziomie. W pracy z 1902 r., „Imperialism: A study”, Hobson spekulował, że wycofanie się zachodnich nacji z wzajemnych konfliktów militarnych mogłoby stworzyć pole dla wspólnych prac nad gospodarczym rozwojem Azji w ogóle, a szczególnie Chin.
Zachodni kapitaliści, jak sugerował autor, używając niestety rasistowskiego języka tamtych czasów, mogą kupić niechętną zgodę zachodniej klasy robotniczej na transfer pracy wytwórczej z Europy do Azji – a kupią ją za przyzwolenie, by i ona korzystała z zysków, jakie wytworzą się wskutek eksploatacji zubożałej chińskiej siły roboczej: „Jednym słowem, wydaje się, że inwestorzy i biznesmeni natrafili w Chinach na kopalnię siły roboczej głębszą niż jakiekolwiek kopalnie złota i innych złóż, które skierowały siły imperium do Afryki lub gdzie indziej; wydaje się ona tak ogromną i niewyczerpaną, że otwiera całej populacji »białych dżentelmenów« z Zachodu możliwość życia z fizycznego trudu tych pracowitych ludzi o niższej pozycji, tak jak dzieje się to w małych skupiskach białego człowieka w Indiach czy Afryce Południowej. Taki eksperyment powinien zrewolucjonizować metody stosowane przez Imperializm; presja, jaką w zachodnich społeczeństwach stwarza w polityce i przemyśle ruch napędzany przez klasę robotniczą, mogłaby być zaspokojona zalewem chińskich towarów; tak samo mogłoby stać się z utrzymaniem na niskim poziomie pensji zachodnich robotników. Władza imperialistycznej oligarchii okrzepłaby na fali sugerowania zagrożenia ze strony żółtych robotników i najmitów, a współpraca nacji zachodnich w ramach rozwoju Wschodu mogłaby oznaczać porozumienie między grupami biznesmenów i polityków – wystarczająco silne i ścisłe, aby zapewnić Europie międzynarodowy pokój i pewne odprężenie w kwestiach wojennych”.
Hobsonowskie ponure wizje „grup żółtych najmitów”, które miałyby być użyte do zduszenia oporu wśród pracowników z Zachodu, tak jak i podobna wizja zwana „żółtym niebezpieczeństwem” [Yellow Peril – rozpowszechniany w II połowie XIX wieku w USA pogląd, że z Chin nadciąga fala imigrantów, którzy odbiorą miejscowym pracę, a ich obecność będzie godzić w podstawy zachodniej cywilizacji – przyp. tłum.], nie zmaterializowały się. Ale już jego inne przewidywania sprawdziły się. Neoliberalni ideolodzy twierdzili, że zachodni pracownicy, którzy stracili miejsca pracy na rzecz offshoringu do Chin i innych państw o niskich wynagrodzeniach, dostaną inne, lepsze posady w „gospodarce opartej na wiedzy”. Była to zatem obietnica, która miała oznaczać, iż w erze poprzemysłowej większość zachodnich pracowników będzie korzystać z zysków z intelektualnej własności, jaką wytworzy „gospodarka oparta na wiedzy”, a nie „niezależni biali dżentelmeni” – ale poza tym wszystko się zgadzało: azjatycki proletariat i chłopi mieli ciężko pracować w fabrykach. Na łamach „The Economist” i innych tub propagandowych elit rządzących wciąż, po ponad stu latach od powstania wizji Hobsona, powtarza się twierdzenie, że niskie ceny, jakie płacimy za towary pochodzące z Chin, zadośćuczynią krzywdzie wyrządzonej zachodniej klasie robotniczej przez częściową deindustrializację.
Hobson przewidział dystopijną przyszłość Zachodu pozbawionego przemysłu, rządzonego przez ponadnarodową klasę złożoną z menedżerów i inwestorów: „Zapowiadamy powstanie jeszcze nawet większego sojuszu państw zachodnich, europejskiej federacji, która może oznaczać ogromne zagrożenie zachodnim pasożytnictwem. Zapowiadamy powstanie grupy znacznie uprzemysłowionych państw, których wyższe warstwy żywiły się daninami z Azji i Afryki, a przy ich pomocy podtrzymywały obłaskawione masy zwolenników, nie zajmujących się już więcej wytwórstwem, rolnictwem czy pracą w wielkim przemyśle, lecz trzymane w odwodzie w zakładach drobniejszego przemysłu lub usługach osobistych, pod kontrolą nowej arystokracji finansowej”.
Dalej Hobson ostrzega: „Większa część Europy Zachodniej może przyjąć charakter i wygląd, jaki obserwujemy w Południowej Anglii, na Rivierze czy w najeżdżanych przez turystów partiach Włoch lub Szwajcarii – małe skupiska bogatych arystokratów ciągnących dywidendy i emerytury z Dalekiego Wschodu, plus nieco większe grupy handlowców, współpracowników i ogromna ilość obsługi. Te niewielkie skupiska bogatych rentierów i fizycznych pracowników obsługi przywodzą na myśl dzisiejsze »zróżnicowane warstwami« wielkie miasta, jak Londyn, Nowy Jork i San Francisco, osadzone w państwach narodowych o dużych, opuszczonych obszarach dawnych stref przemysłowych”.
Imigranci i oligarchowie
Jak widzimy, pod koniec XX wieku zachodnim elitom kierowniczym udało się uciec od umowy społecznej, jaką zawarły w połowie stulecia z klasą robotniczą swoich krajów. Dokonały tego przenosząc produkcję przemysłową do tańszych miejsc lub grożąc, że tak postąpią. Firmy związane z konkretnym państwem, jak hotele, restauracje i przedsiębiorstwa budowlane, nie miały takiej możliwości. Mogły jednak skorzystać na imigracji, ponieważ zliberalizowane rynki pracy osłabiły pozycję przetargową pracowników dokładnie w taki sam sposób, jak szczelny rynek pracy osłabia pozycję pracodawców. Dlatego też w toku dziejów USA i innych krajów związki zawodowe zazwyczaj sprzeciwiały się jakiekolwiek imigracji na sporą skalę, podczas gdy kapitaliści witali ją często z otwartymi ramionami.
Niektóre z zachodnich państw mają formalną politykę zachęcania do przyjazdu imigrantów, którzy nie są wykwalifikowani i będzie im można płacić niewysokie wynagrodzenia, jak np. Niemcy, które zapraszały gastarbeiterów z Turcji. Jednak imigracja osób niewykwalifikowanych jest w większości przypadkowym skutkiem innych polityk w poszczególnych krajach. W Stanach Zjednoczonych większość legalnych imigrantów o niskim stopniu kwalifikacji to ludzie kiepsko opłacani, Meksykanie lub Latynosi z Ameryki Środkowej, przybyli do kraju na podstawie amerykańskiego prawa o łączeniu rodzin. Dodatkowo mamy 12 milionów nielegalnych imigrantów, głównie z krajów ościennych. W Europie główną przyczyną imigracji niewykwalifikowanych pracowników jest prawo azylowe i uchodźcze. Niektóre z państw europejskich faworyzują imigrację ze swoich byłych kolonii. Jakie by nie były w konkretnym przypadku zasady, w każdym z krajów Zachodu kwestie imigracyjne są zarzewiem konfliktu pomiędzy kierowniczymi elitami a klasami ludowymi o pochodzeniu natywnym.
Akademicy badają gospodarcze efekty fali imigracji do Stanów Zjednoczonych. W ostatnim raporcie Narodowych Akademii Nauk, Inżynierii i Medycyny starano się nadać ich odkryciom pozytywny wydźwięk, ale były one jednak trzeźwiące: imigranci o niskich kwalifikacjach lub rodowici mieszkańcy kraju, którzy nie mają wykształcenia średniego, dostają niższe wynagrodzenia. Raport przypomina także, iż „imigranci w pierwszym pokoleniu są zazwyczaj dla rządów państw, czy to na szczeblu centralnym, czy lokalnym, bardziej kosztowni od rdzennych mieszkańców kraju”. Korzyści z nisko płatnej imigranckiej siły roboczej idą według raportu głównie do zamożnych konsumentów, korzystających z pracochłonnych usług, podczas gdy ich koszt spada na barki słabo wynagradzanych pracowników i podatników. Amerykańskie media jak w lustrze odbijają interes, który kierownicze elity i eksperci mają w podtrzymaniu pozycji nisko opłacanych pracowników i taniej pracy w usługach – do tego stopnia, że informacje z raportu zostały przez nie ukryte. „Nowe badania mówią: imigranci nie zabiorą nam pracy” – jak we wrześniu 2016 r. napisał „New York Times”.
Prawdziwy negatywny wpływ imigracji na sytuację nisko opłacanych pracowników i na ciasne budżety państwowe, choć ograniczony, może dla polityki stanowić istotną kwestię, ale z dwóch innych przyczyn. Jedną z nich jest połączenie relatywnie wysokiego wskaźnika urodzeń w grupach imigrantów, jak Latynosi w Ameryce i muzułmanie w Europie, z niskim lub spadającym wskaźnikiem urodzeń wśród rdzennych mieszkańców, co oznacza, że stosunkowo niewielka fala imigracji może całkowicie zmienić na przestrzeni kilku pokoleń skład narodowościowy kraju. Nawet jeśli, w dłuższej perspektywie, imigranci asymilują się i mieszają z rdzenną ludnością, szybka zmiana składu etnicznego jest często postrzegana przez wiele osób jako zagrożenie.
Drugim z czynników jest nowoczesny model państwa opiekuńczego. Po obu stronach Atlantyku powstało ono w okresie powojennego wzrostu urodzeń i niskiego poziomu imigracji. Narodowe programy pomocowe przybierają rozmaite formy, ale wszystkie oparte są na zasadzie solidarności pomiędzy członkami narodowej społeczności, którzy godzą się pracować i płacić podatki, aby pomóc swoim pobratymcom, po czym, w chorobie czy w starszym wieku, być uprawnionymi do takiej samej pomocy.
Na brak kompatybilności imigracji i państwa opiekuńczego wskazał libertariański ekonomista Milton Friedman: „Jeśli mamy państwo opiekuńcze, państwo, w którym każdemu obywatelowi obiecuje się pewien konkretny poziom dochodu lub utrzymania, bez względu na to, czy pracuje, czy nie, to [nieskrępowana] imigracja jest naprawdę niemożliwa”. Jego ideologiczne przeciwieństwo, Paul Krugman, zgadza się z taką opinią. Dlaczego? „Ponieważ Ameryka jest państwem opiekuńczym”, a „nisko wykwalifikowani imigranci nie płacą wystarczająco wysokich podatków, by pokryć koszty zasiłków, które otrzymują”. Krugman wyciąga z tego wniosek, że z konsekwencji, jakie imigracja niesie dla państwa opiekuńczego, najbardziej poważne są konsekwencje polityczne. Friedman ze swojej strony nie ma nic przeciwko fali imigracji, póki jest ona nielegalna, ponieważ nielegalni imigranci nie są uprawnieni do otrzymywania zasiłków: „Zalegalizujmy imigrację i przestanie być dobrze. Dlaczego? Bo tak długo, jak jest nielegalna, ludzie, którzy do nas przybywają, nie kwalifikują się do wsparcia, ubezpieczenia społecznego i wielu innych dodatków”.
Kierownicze elity Ameryki i Europy używają zatem legalnych i nielegalnych środków, by promować imigrację – a celem takiego działania jest uzyskanie przewagi nad związkami zawodowymi, zdławienie wzrostu płac, zapobiegnięcie inflacji, jaka pojawia się na szczelnych rynkach pracy, oraz zapewnienie rynku pracodawcy na polu usług porządkowo-ogrodniczych i opiekuńczych. To nie wszystko – elity te są także orędownikami „różnorodności”, bo zmniejsza ona prawdopodobieństwo, że pracownicy różnych narodowości zjednoczą się we wspólny front przeciwko nim. W liście z 1870 r. Marks napisał: „Z powodu stale wzrastającego stopnia koncentracji dzierżawy, Irlandia cały czas wysyła swoje nadwyżki do Anglii, co powoduje spadek płac i pogarsza materialną i moralną pozycję irlandzkiej klasy robotniczej. I rzecz najważniejsza! W każdym centrum przemysłowym i handlowym Anglii klasa robotnicza jest obecnie podzielona na dwa wrogie obozy, czyli proletariat angielski i proletariat irlandzki. Robotnik angielski nienawidzi robotnika irlandzkiego, ponieważ stanowi on dla niego konkurencję i obniża jego poziom życia […] Jego nastawienie do Irlandczyka jest podobne do tego, jakie »ubodzy biali« prezentowali w stosunku do czarnoskórych w byłych stanach niewolniczych USA. Ten antagonizm jest sekretem indolencji angielskiej klasy robotniczej, pomimo że jest ona zorganizowana. To właśnie cała tajemnica – w ten sposób klasy posiadające utrzymują swoją przewagę. I wiedzą o tym”.
Podobnie pisze Hobson, choć z charakterystyczną dla siebie rasistowską retoryką. Zastanawia się on, czy to elity ekonomiczne mogły aranżować masową imigrację: „Można sobie wyobrazić, że wpływowe w przemyśle i zamożne klasy społeczeństw zachodnich, w celu zachowania siły politycznej i ekonomicznej w swoim ręku, mogą dążyć do odwrócenia polityki, która do tej pory zdobywała grunt w Stanach Zjednoczonych i w naszych białych koloniach, i zacząć nalegać na nieskrępowaną imigrację żółtej siły roboczej, która pracowałaby w przemyśle. To broń, którą trzymają w odwodzie, gdyby musieli jej użyć, by utrzymać naród w stanie podporządkowania”.
Ponieważ Hobson przewidział coś bardzo przypominającego offshoring, produkcję ponadnarodową i masową imigrację niewykwalifikowanej siły roboczej, a zrobił to w epoce kolei żelaznej, statków parowych i telegrafu, dzisiejsze wydarzenia nie mogą być prezentowane jako wiadome z góry efekty powstania nowych technologii, takich jak internet, światowa telefonia bezprzewodowa czy kontenerowce. Wiele obowiązujących współcześnie dyrektyw gospodarczych jest powiązanych z nowymi technologiami, tak jak ich liczne odpowiedniki były kompatybilne z technologiami czasów Hobsona. Technologia potrzebna, by stworzyć coś na miarę obecnej globalizacji, istniała już na początku XX wieku. Ale pomiędzy 1914 a 1989 rokiem brakowało jednego koniecznego, lecz niewystarczającego warunku, którego brak przeszkadzał w zaistnieniu tego rodzaju kierowniczego globalizmu: pokoju pomiędzy wielkimi siłami państwowymi.
Od nad-imperializmu do wojen pomiędzy blokami
Hobsonowska wizja panzachodniego syndykatu przemysłowców i inwestorów, którzy jednoczyliby się w imię wyzyskiwania industrializujących się Chin i reszty niezachodniego świata przypomina wizję marksisty Karla Kautsky’ego. Pisał on o idei „nad-imperialistycznego bloku”, złożonego z krajów kapitalistycznych, które odłożą nad bok nieporozumienia militarne w imię współdzielenia zysków z inwestycji w państwach rozwijających się. Można wątpić, czy kiedykolwiek potężne suwerenne siły państwowe, przy braku przymusu militarnego, dobrowolnie zgodziłyby się na taki sojusz. Obecne bloki ponadnarodowe powstały w cieniu dwóch wojen światowych i Zimnej Wojny, i tylko z ich powodu.
W „The Managerial Revolution” Burnham przewidział podział powojennego świata na trzy „supermocarstwa” – USA, Niemcy i Japonię, inspirując wizję orwellowskich Oceanii, Eurazji i Wschódazji z „Roku 1984”. Jednak zamiast stać się suwerennymi państwami, Niemcy i Japonia po II wojnie światowej zostały częściowo tylko suwerennymi protektoratami Stanów Zjednoczonych, a Wielka Brytania i Francja, pozbawione swoich kolonialnym imperiów, także popadły w zależność od Ameryki. Światową politykę od lat 40. do 90. kształtowała raczej dwubiegunowość niż trójbiegunowość.
Neoliberalna globalizacja była możliwa do przeprowadzenia tylko w okresie bezpośrednio następującym po Zimnej Wojnie, kiedy Stany Zjednoczone były „jedynym mocarstwem”, a żaden wiarygodny konkurent na tym samym poziomie jeszcze się nie wyłonił. W latach 90. Stany i ich europejscy sojusznicy wraz z Japonią, Koreą Południową i Tajwanem funkcjonowali jak pankapitalistyczny blok Hobsona i Kautsky’ego, i zmierzali wprost ku przekazaniu Chinom większości swojej produkcji. Jednak dzisiejszy wzrost Chin sprawia, że ten krótki okres zbliża się ku końcowi – a wraz z nim zmieni się obecna struktura światowego przemysłu.
Hobson dostrzegał, że Chiny mogą w pewnym momencie pokazać rosnącą siłę swojego przemysłu i że na Zachodzie odbije się to protekcjonistycznym echem: „Chiny, które szybciej niż inne »niższe rasy« przeszły przez okres zależności od zachodniego kapitału i zachodnich zdobyczy nauki, a także szybciej przyswoiły sobie to, czego można było się od nich nauczyć, mogą odzyskać niezależność gospodarczą, znaleźć własne źródła kapitału i posiąść umiejętności konieczne do zbudowania przemysłu maszynowego… i mogą niebawem pojawić się na światowym rynku jako największy i najskuteczniejszy rywal, zawłaszczając najpierw handel z rejonu Azji i Pacyfiku, a potem zatapiając wolne rynki Zachodu i doprowadzając je do zamknięcia się oraz wprowadzenia rygoru protekcjonistycznego w następstwie spadku produkcji”.
Rebelie populistyczne i ich ograniczenia
Jeśli się nie mylę, okres pozimnowojenny zakończył się, a przemysłowe kraje demokratyczne Ameryki Północnej i Europy weszły w nową burzliwą epokę. Klasa kierownicza zniszczyła społeczne ustalenia, które czasowo wstrzymywały jej działania w drugiej połowie XX wieku. Stworzyła nową politykę, zazwyczaj pozbawioną partycypacji społecznej i demokracji elektoralnej, a opartą na wielkich darczyńcach i zmieniających się układach w ramach homogenicznej koalicji sojuszniczych elit zachodnich. Populistyczna i nacjonalistyczna fala, wzrastająca po obu stronach Atlantyku, jest konsekwencją dwóch dekad konsolidowania się kierowniczych elit – i była ona łatwa do przewidzenia. Klasa robotnicza, która jest „spoza układu”, wznieca powstanie przeciwko tym, którzy są „wewnątrz” oraz przeciwko ich sojusznikom.
Czy efektem tej nowej walki klas będzie odrodzenie faszyzmu? W niektórych krajach Europy partie nacjonalistyczne wyewoluowały z malutkich grupek faszystowskich i przyciągnęły wielu zwolenników. Ale narracja na temat weimarskiej Europy czy weimarskiej Ameryki oparta jest na niezrozumieniu historii, która przypisuje faszyzm masom ludowym. Było odwrotnie – pomimo pewnych populistycznych pułapek większość międzywojennych ruchów faszystowskich była hołubiona przez elity finansowe i wojskowe, bo miały one stanąć na drodze socjaldemokracji i komunizmowi.
To nie Republika Weimarska, lecz republika bananowa dostarcza nam najbardziej negatywnego wzorca. W wielu krajach Ameryki Łacińskiej polityka tradycyjnie oznacza konflikt oligarchów z populistami. Podobny model pojawił się w południowych stanach USA pomiędzy wojną secesyjną a walką o prawa obywatelskie. Gdy przedstawiciele ludu „z zewnątrz” wyzywają na pojedynek oligarchów „ze środka”, ci oligarchowie prawie zawsze wygrywają. Jak mogliby przegrać? Mogą nie mieć przewagi liczebnej, ale kontrolują większość bogactw, mają wpływ na rynek ekspercki, wpływy polityczne, zdominowali media, uczelnie i sektor pozarządowy. Większość fal ludowej rebelii załamuje się i rozprasza po uderzeniu w falochron bastionu uprzywilejowanych elit.
Duża grupa ludowych polityków z amerykańskiego Południa poddała się lub sprzedała. W niektórych przypadkach byli oni po prostu ludowymi przykrywkami dla interesów korporacji i klas posiadających, tak jak np. pieśniarz country W. Lee „Pappy” O’Daniel, gubernator i senator z Teksasu. Niezależność udało się utrzymać bardzo niewielu z nich, i byli to ci, którzy mieli własne źródła finansowania, zazwyczaj pochodzące z korupcji. Gubernator Luizjany, Huey Long, był w stanie walczyć z sitwą rządzących w okolicy rodzin i z korporacjami, ponieważ wyprowadzał środki z umów o pracę pracowników państwowych i trzymał je pod kluczem w „skarbonce potrąceń”. Znów wracamy do Teksasu – przeciwnik Ku-Klux-Klanu, gubernator James „Pa” Ferguson, wraz ze swoją żoną, Miriam „Ma” Ferguson, którą wybrano na to stanowisko po tym, jak jej mąż został z niego usunięty na mocy impeachmentu (ich hasłem wyborczym było „Dwoje gubernatorów w cenie jednego”), sprzedawali ułaskawienia rodzinom skazanych przestępców. Ross Perot i Donald Trump mogli za to, jako multimilionerzy, twierdzić, że mają prawo deptać po piętach narodowemu establishmentowi, ponieważ byli w stanie sfinansować własne kampanie wyborcze.
Ci z nas, którzy wierzą w liberalną demokrację, muszą czuć się przerażeni takim porządkiem politycznym. Koterie powstałe w ramach nepotystycznych elit dbają głównie o interes i korzyść własnej klasy. Co jakiś czas pojawia się charyzmatyczny populista – po to tylko, by ponieść porażkę, sprzedać się establishmentowi lub ustanowić własne rządy dynastyczne. Demokracja w sensie formalnym mogła przetrwać, ale jej duch uleciał. Nieważne, kto wygrywa – ci ze środka czy ci z zewnątrz – bo i tak przegrywają masy.
Alternatywy dla populizmu
Czy dla Zachodu jest jakaś alternatywa na przyszłość, poza latynoską lub w stylu południowym, czyli niekończącym się zwarciem oligarchów i populistów? Jeśli taka istnieje, to przyjmie ona formę społecznej umowy, którą zawarto po 1945 r., ale będzie się od niej różnić w szczegółach.
Jednym z nowych, możliwych do przeprowadzenia międzyklasowych kompromisów pomiędzy elitą kierowniczą a pracującymi masami ludowymi, może być radykalna renacjonalizacja przemysłu. To właśnie wydaje się mieć na myśli populistyczna lewica i prawica, gdy żądają, aby politycy „przywrócili miejsca pracy” – to znaczy dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle wytwórczym. Oznacza to jednak poświęcenie na tym ołtarzu korzyści, jakie przynosiła ponadnarodowa gospodarka wielkiej skali, a korzyści te są realne, nawet jeśli ostatnie schematy oparte na offshoringu były napędzane przez manipulacje polityczne, takie jak arbitraż, a nie przez koncentrację na produktywności.
Ponieważ produkcja osadzona jest w szerszym krajobrazie gospodarczym, w którym istotny jest efekt mnożnikowy, ważne jest, by kraje osiągnęły lub utrzymały wytwórstwo o wysokiej wartości dodanej, nawet jeśli sektor ten zatrudniałby tylko niewielką część siły roboczej. Jednak większość Amerykanów pracuje obecnie w pozahandlowym sektorze usług na rynku wewnętrznym. Ich miejsca pracy i płace mogą być zagrożone przez masową imigrację, ale nie poprzez offshoring.
Gwałtowna de-globalizacja i przywrócenie czegoś na kształt autarkicznych gospodarek narodowych, opartych na zorganizowanych hierarchicznie firmach z kapitałem narodowym, jak to bywało w latach 50. i 60., nie są zatem pożądane, nawet gdyby było to w ogóle możliwe. Na drugim końcu skali mamy zaś ekstremum w postaci nowej globalnej umowy, z ogólnoświatowymi związkami zawodowymi i rządem światowym (albo „zarządem”), który sprawdzałby globalne oligopole korporacyjne i finansowe. Jednak to, że powstanie ponadnarodowy rząd światowy, który dbałyby o wspólne interesy ponadnarodowej klasy robotniczej, jest jeszcze mniej prawdopodobne niż radykalna renacjonalizacja.
Pozostawia to dwie możliwości zawarcia nowej „umowy”. Jedna z nich to „neoliberalizm plus”, a druga to „ideologia nowego rozwoju” (new developmentalism).
„Neoliberalizm plus”, zwany też „inkluzywnym kapitalizmem”, to preferowana przez narodowe kierownicze elity odpowiedź na populistyczne rewolty Europy i Ameryki. W najbardziej podstawowym sensie byłby to neoliberalizm Reagana, Thatcher, Clintonów i Blaira, pożeniony z większym wsparciem „przegranych” globalizacji. Nie zmieniłby on jednak sytuacji obywateli nienależących do elit – nadal byliby pozbawieni wpływu na rzeczywistość kontrolowaną przez oligarchów, a związki zawodowe uległyby zniszczeniu. Masy ludowe zostałyby jednak przekupione, by zgodziły się na ten nowy model rzeczywistości. Otrzymałyby wyższe dofinansowanie płac, takie jak obowiązujący już teraz w Ameryce Earned Income Tax Credit, lub, być może, gwarantowany dochód podstawowy, który zapewniłyby bieda-pensję każdemu z obywateli.
Kroki o takim kształcie z pewnością będą podejmowane w wielu krajach Europy Zachodniej. Z ekonomicznego punktu widzenia może to jednak nie zadziałać. „Przekupywanie” za pomocą nowych subsydiów z pomocy społecznej tych pracowników, którzy mają stałe lub spadające dochody, wymaga istnienia dynamicznego ekonomicznie sektora gospodarki, który sprawi, że taka pomoc będzie możliwa do sfinansowania. Neoliberalna klasa darczyńców, zamknięta w swoich elitarnych enklawach dla rentierów, uznaje za pewne, że z całego świata do technologicznych potentatów spływać będą wysokie tantiemy za własność intelektualną, wraz z finansowymi rentami płynącymi do kierowników finansowych. Renty te, jak ta grupa uważa, będą tak wysokie i będzie można na nich polegać na tyle, że potentaci i menedżerowie będą z przyjemnością dzielili się nimi z resztą mieszkańców kraju, w którym zdarzy się im znaleźć.
Ale światowe tantiemy szybko znikną. Będzie to rezultatem przekroczenia daty ważności patentów, kradzieży własności intelektualnej, sukcesów innych państw na tym samym polu oraz upowszechnienia się wyrobów dawniej innowacyjnych. Opodatkowanie finansjery, by wspierała państwa opiekuńcze na większą skalę, może zadziałać w miastach takich jak Nowy Jork czy Londyn, ale prawdopodobnie już nie na skalę państw narodowych, a zwłaszcza zajmujących całe kontynenty, jak Stany Zjednoczone z jedną trzecią miliarda mieszkańców.
Zaawansowana wytwórczość także nie będzie w stanie pokryć kosztów ogromnej redystrybucji, idącej wertykalnie od niewielu ku masom, jak wymagałby tego schemat działania „neoliberalizmu plus”. Wysoka produktywność wytwórcza i usługowa jest niekompatybilna z neoliberalną polityką handlu, która zezwala na offshoring przez korporacje zarówno produkcji o wysokiej, jak i o niskiej wartości dodanej, oraz toleruje dewastację rodzimego przemysłu przez dotowany import z krajów kupieckich, takich jak Chiny. Co gorsza, w rodzimym sektorze pozahandlowym – usługach – zalewanym na swoim najniższym poziomie przez słabo wykształconych i słabo opłacanych imigrantów, istnieje coraz mniejsza motywacja, by podnieść produktywność pracy usługowej, np. inwestując w technologie oszczędzające wysiłek albo przearanżowując swoje modele biznesowe tak, by zatrudniać mniej siły roboczej.
Innymi słowy – sama w sobie neoliberalna strategia gospodarcza, z powodu ciążenia ku modelom biznesowym opartym na taniej pracy na miejscu i zagranicą, podkopuje wzrost produktywności konieczny do pokrycia kosztów redystrybucji na masową skalę, która to redystrybucja miałaby, jak wielu wierzy, pogodzić interesy kierowniczych elit i pracowników.
Nie ma przypadku w tym, że rządy Reagana, Thatcher, Clintona i Blaira zbiegły się z przedłużonym okresem istnienia bańki spekulacyjnej, albo w tym, że ich najbardziej gorliwi zwolennicy pracowali w londyńskim City, na Wall Street lub w Silicon Valley. Przez jakiś czas rynek papierów wartościowych może rosnąć, nieruchomości drożeć, a inne bańki kwitnąć na tyle, by podatki z nich mogły pokryć koszty redystrybucji. Jednak rozbudowane państwa opiekuńcze, które zakładają ciągły boom, zamiast powolnego, stałego i niełatwego wzrostu produktywności, czeka niewypłacalność.
W przeciwieństwie do efemerycznych zysków z tak zwanej gospodarki opartej na wiedzy, finansów itp., zyski z posiadanych nieruchomości czy środków produkcji mogą się okazać stałe. W dawniejszych czasach odnoszący sukcesy kupcy i przemysłowcy często zostawali bankierami lub arystokratami. Gdyby dzieci i wnuki dzisiejszych miliarderów stały się właścicielami nieruchomości i pożyczkodawcami, mogłaby wykształcić się nowa klasa, swego rodzaju arystokracja w technologicznie zaawansowanym zachodnim feudalizmie.
David Ricardo wierzył, że jednocześnie rozgrywają się trzy walki: właścicieli ziemskich o czynsze, kapitalistów o zyski oraz pracowników o płace. Jego zdaniem to właściciele ziemscy mieli ostatecznie zwyciężyć. W gospodarce niskiego lub zerowego wzrostu produktywności to właśnie posiadacze nieruchomości, bankierzy i inni rentierzy mogą zastąpić menedżerów sektora przemysłowego w roli dominującej klasy. Zupełnie w taki sam sposób, jak rewolucja klas kierowniczych zwyciężyła nad feudałami i kapitalizmem burżuazyjnym, „menedżeralizm” w erze technologicznej i gospodarczej stagnacji może z kolei utorować drogę konstruktowi, który Peter Frase w pracy „Four Futures: Life After Capitalism” z 2016 r. nazwał „rentieryzmem”.
Nowy dewelopmentalizm
Pojęcie „państwa rozwojowego” (developmental state) zostało po raz pierwszy użyte przez akademików Chalmersa Johnsona i Alice Amsden do opisu ustrojów japońskiego, koreańskiego, tajwańskiego i singapurskiego po 1945 r. Polegały one na strategiach zorientowanych na eksport, jako części programu industrializacji i nadążania za Zachodem. Jednak koncepcja państwa rozwojowego zasługuje na dużo szerszą definicję.
Jak wykazali ekonomiści Erik Reinert, Ha-Joon Chang i Michael Hudson, merkantylizm renesansu i wczesnych zachodnich królestw, państw-miast oraz imperiów stanowił wersję takiej właśnie organizacji państwowej. Od epoki Tudorów po przyjęcie liberalizmu gospodarczego w latach 40. XIX wieku Anglia była klasycznym przykładem państwa merkantylistów, próbującego pomóc swojemu przemysłowi poprzez zapewnienie rynku producenta, jeśli chodzi o produkty o wysokiej wartości dodanej, oraz rynku klienta, gdy mowa o zakupie towarów i siły roboczej. Imperium brytyjskie zmuszało swoich irlandzkich, północnoamerykańskich i indyjskich poddanych do eksportowania surowych materiałów do brytyjskich producentów, którzy następnie cieszyli się monopolem na sprzedaż koloniom produktów gotowych.
Po tym jak Brytyjczycy zapoczątkowali rewolucję przemysłową, Amerykanom i Niemcom udało się za nimi nadążyć, a nawet prześcignąć ich, użyli bowiem polityki substytucji importu [rozmaite formy wspierania rodzimej wytwórczości w tych branżach, które dotychczas były słabo rozwinięte i kraj musiał polegać na imporcie ich wyrobów – przyp. redakcji] , co chroniło ich rynki narodowe i zachowało je dla rodzimych firm. Potem aż do czasu okresu po II wojnie światowej, kiedy Stany Zjednoczone krótko cieszyły się hegemonią przemysłową w zdruzgotanym świecie i brak im było zagranicznej konkurencji, Waszyngton nie zrezygnował ani na chwilę z polityki przemysłowego protekcjonizmu.
Trzeci wariant dewelopmentalizmu został opracowany przez Japonię i „Małe Tygrysy” (Koreę Południową, Tajwan i Singapur) podczas Zimnej Wojny. Ponieważ z powodu „niesprawiedliwych umów” z Zachodem przed II wojną światową oraz Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu po 1945 r. nie mogły one stosować ceł, te merkantylistyczne nacje Azji Wschodniej używały wielu pozacelnych barier, by utrzymać w garści swoje narodowe rynki, a jednocześnie korzystały z efektu skali, eksportując na o wiele bardziej otwarte rynki zachodnie. Strategie stosowane w post-maoistowskich Chinach są wersją tego wschodnioazjatyckiego wzorca.
Dewelopmentalizm przyjmował dość zróżnicowane formy, w zależności od miejsca – inne we Francji Colberta, Wielkiej Brytanii Walpole’a, inne w Ameryce Hamiltona i Lincolna, inne w bismarckowskich Niemczech czy we współczesnej Azji Wschodniej. Choć jednak metody różnią się od siebie, stałą wydaje się być postrzeganie handlu międzynarodowego nie jako regulowanej przez rządy areny, na której firmy walczą o klientów bez względu na granice, ale jako gry o sumie zerowej, toczącej się pomiędzy państwami-rywalami o udział w rynku przemysłów o wartości dodanej.
W ideologii gospodarki liberalnej kwestia handlu i kwestia bezpieczeństwa narodowego nie są ze sobą powiązane. Ale z perspektywy dewelopmentalizmu odpowiednia przepustowość handlu stanowi najważniejszą podstawę odnośnej siły militarnej. Wielkie imperia, a może i mniejsze państwa, muszą się cały czas martwić, że wzrost siły przemysłowej innych bloków spowoduje także rozkwit ich zasobów militarnych. Nawet w okresach pokoju pomiędzy wielkimi mocarstwami i blokami, którym przewodzą, każdy z nich musi przygotowywać się na choćby odległe prawdopodobieństwo konfliktu. Wewnątrz ściśle ze sobą powiązanego bloku złożonego z sojuszników liberalizacja zasad kontaktów międzynarodowych może być dobrym pomysłem, jednak relacje pomiędzy blokami cechują się logiką gry o sumie zerowej, podejrzliwością, ostrożnością – i oznaczają dewelopmentalizm podszyty nastrojami wojennymi.
Dopiero pamiętając o tej dynamice, możemy zatem spekulować na temat przyszłości światowej gospodarki i jej implikacji dla nowych rodzimych ustaleń, jakie zajdą pomiędzy klasami posiadającymi a robotnikami.
Po pierwsze, rozwój Chin, za którym nadejdzie prawdopodobnie podobny rozwój Indii, stworzy do 2050 r. nowy porządek światowy, zgodnie z którym większość światowego PKB będzie wypracowywana w granicach Chin, Indii, Stanów Zjednoczonych oraz Europy – czyli będą to trzy kolosalne państwa narodowe i jeden podzielony politycznie region. Poprawiając Orwella – blokami przyszłości mogą być Azja Wschodnia, Azja Południowa, Oceania i Europa. Świat stanie się naprawdę wielobiegunowy.
W świecie, gdzie współzawodniczą wielkie mocarstwa i złożone z nich bloki, najbardziej nam znana wersja dewelopmentalizmu (wschodnioazjatycka strategia zorientowana na eksport) stanie się z politycznych względów niemożliwa. Stany Zjednoczone tolerowały jednostronny handel ze swoimi satelitami z Azji Wschodniej i Niemiec (których merkantylizm jest prawdziwy, lecz bardziej subtelny), ale tylko dlatego, że potrzebowały ich wsparcia podczas Zimnej Wojny, a gospodarki tych krajów były dużo mniejsze od amerykańskiej. Z punktu widzenia USA tolerowanie podobnej merkantylistycznej polityki handlowej nie ma sensu, jeśli miałoby się odbywać ze szkodą dla przemysłu amerykańskiego, szczególnie zaś tego istotnego dla obronności. Chiny to jedyny „równy konkurent”, z jakim Stany Zjednoczone będą musiały się zmierzyć w przewidywalnej przyszłości w sferze militarnej.
Nawet jeszcze zanim Donald Trump został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych, kraj ten zachowywał się jak chylące się ku upadkowi mocarstwo post-homogeniczne o ponownie przebudzonym zmyśle strategicznego nacjonalizmu w gospodarce. Partnerstwo Transpacyficzne zostało przedstawione amerykańskiej opinii publicznej jako sposób na pobicie Chin w walce o rynki azjatyckie, odpowiednik „zwrotu” administracji Obamy w kierunku, de facto, utrzymania ich pod kontrolą. Umowa TTIP, która pogłębiłaby integrację Europy i Ameryki bez udziału Chin, opierała się częściowo właśnie na chęci wyważenia rosnącego geoekonomicznego wpływu Państwa Środka.
Jeśli Stany Zjednoczone mają coraz mniejszą ochotę na zachowywanie się jak Patsy[osoba, którą łatwo wykorzystać, oszukać lub obwinić – przyp. tłum.] i na oferowanie nieodwzajemnionego dostępu do swoich rynków za cenę straty na własnych produktach, a także jeśli żaden inny kraj lub blok nie zamierza stać się podobną Patsy, oznacza to, że pasożytnicza, zorientowana na eksport strategia stosowana przez Japonię, „Małe Tygrysy”, Chiny i Niemcy nie ma już szans na powodzenie. Jednocześnie klasyczne metody zastępujące import, jak np. omawiana powyżej strategia radykalnej renacjonalizacji, są także odrzucane przez główne potęgi gospodarcze, ponieważ szukają one rynków towarów i usług poza swoimi granicami, aby zebrać żniwo efektu skali w gałęziach przemysłu o rosnącej stopie zwrotu. Domyślnie zatem system gospodarczy w świecie złożonym z licznych mocarstw zacznie przypominać organizację europejskich imperiów kolonialnych.
Oczywiście są tu pewne różnice. Dawna hierarchia kolonialna, oparta na przemyśle zmonopolizowanym przez metropolie peryferyjne i produkcję podstawowych surowców, zostanie zastąpiona przez nową, w której dla metropolii zarezerwowane są wyższe szczeble drabiny i lepsze powiązania, a na pomniejszych sojuszników i protektoraty ceduje się produkcję o niższej wartości dodanej.
Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną państwa dominującego w bloku militarno-gospodarczym, to mądrze byłoby zaaranżować nowy międzyklasowy układ, który podtrzymałby na dłuższą metę wzrost produktywności zarówno tego państwa, jak i bloku, któremu przewodzi, zamiast go podkopywać. Musiałyby tu pojawić się dwie strategie postępowania: jedna dla sektorów gospodarki związanych z handlem, takich jak wytwórstwo na potencjalne rynki nierodzime, oraz druga, dla niepowiązanych z handlem narodowych sektorów, które mogą działać wyłącznie na miejscu, jak np. opieka pielęgniarska czy inne usługi osobiste.
Nowa strategia dewelopmentalistów dla związanych z handlem sektorów gospodarki powinna – za pomocą kija i marchewki – zniechęcić korporacje do zwiększenia zysku przy użyciu metod takich, jak arbitraż siły roboczej, arbitraż podatkowy i machinacje finansowe (ponowny wykup akcji giełdowych, ucieczka z podatkami „za morze”). W okresie pokoju handel pomiędzy wielkimi mocarstwami może być w większej części dozwolony, ale każde z tych mocarstw raczej zainterweniuje niż pozwoli siłom rynku czy zagranicznej polityce gospodarczej eliminować kluczowe sektory gospodarki, szczególnie te powiązane z obronnością.
Za to w lokalnym sektorze pozahandlowym, czyli usługach, obowiązywał będzie duch Hipokratesa, który akcentował zasadę „po pierwsze nie szkodzić”, co odnosiłoby się do najistotniejszych narodowych sektorów produkcji o wysokiej wartości dodanej. Szczelny rynek pracy dla rodzimych pracowników usług, osiągnięty za pomocą restrykcji imigracyjnych, dzielenia pracy (work-sharing) oraz krótszego tygodnia pracy, powinien spotkać się z uznaniem ze strony decydentów. Z kilku powodów – wysokie wynagrodzenia dla pracowników lokalnych usług oznaczają większy rynek rodzimy, czyli możliwość wspierania większego przemysłu na własnym terenie oraz podczas zagranicznej ekspansji. Jednocześnie wynagrodzenia o tej wysokości spowodują, iż pojawią się strategie oszczędzania pracy (np. automatyzacja), co podniesie produktywność sektora usług, a może także lokalny popyt na urządzenia oszczędzające pracę i oprogramowanie, które mogą być produkowane w tym państwie lub bloku. Jeśli wysokie wynagrodzenia doprowadzą do zastąpienia pracowników fast foodów przez automatyczne kioski, to produkcja tych kiosków może stać się nowym, dochodowym przemysłem wysokich technologii.
Współzawodnictwo i siła wyrównawcza
Schyłkowi liberalnej globalizacji, która rozkwitła krótko w okresie amerykańskiej hegemonii po Zimnej Wojnie, mogą zagrozić kierownicze elity, ale klasa robotnicza Zachodu i całego świata ma szansę odnieść tu korzyść.
Historia pokazuje, że klasy rządzące są niechętne, by dzielić się władzą z rządzonymi, chyba że się ich obawiają – albo że boją się klas rządzących w państwach swoich rywali. Strach przed rządzonymi to jednak słaba motywacja. Ludowe rewolty rzadko przekształcają się w rewolucje, jeśli nie wesprą ich dysydenci z klas rządzących lub cudzoziemskie elity, tak jak monarchia francuska finansowała amerykańską walkę o niepodległość dla własnych celów.
Dużo istotniejszym źródłem reform demokratycznych jest konieczność mobilizacji ludności na wojnę, a przynajmniej potrzeba ustanowienia pokoju podczas wojny. Od greckich państw-miast po szwajcarskie kantony – obywatele-żołnierze używali swojego wkładu w obronność jako argumentu, by domagać się praw i reprezentacji. Deklaracja Niepodległości i G.I. Bill [ustawa z 1944 r., dająca szeroką pomoc powracającym z wojny weteranom – przyp. tłum.] były środkami zapobiegawczymi, podjętymi podczas wojny.
Po Zimniej Wojnie większość zachodnich państw zrezygnowała z poboru do wojska i zdecydowała się na armie zawodowe, kontraktowe i cudzoziemskich sojuszników, co spowodowało spadek znaczenia rodzimych żołnierzy, tak samo jak offshoring i masowa imigracja wpłynęły na siłę przetargową rodzimych pracowników. Przywrócenie przez USA i podobne kraje masowego poboru do wojska jest tak samo nieprawdopodobne, jak przywrócenie pracy przy taśmie na masową skalę, bo może ją sparaliżować strajk. A niewielki poziom działań wojennych, jakie prowadzi Ameryka po 11 września, wymaga od większości Amerykanów niezbyt wielkiego poświęcenia, zatem w konsekwencji nie są oni w stanie na tej podstawie domagać się większego udziału we władzy i bogactwie.
Niemniej jednak, współzawodnictwo pomiędzy wielkimi mocarstwami, nawet jeśli przyjmuje formę ograniczonych zimnych wojen, przyniesie korzyść raczej tym z nich, których model gospodarczy oparty jest na rozwijającej się produkcji technologicznej i podnoszeniu wynagrodzeń lokalnych pracowników-konsumentów, a nie tym, które angażują się w arbitraże, regulacje harmonizacyjne i inne schematy postępowania, mające jakoby podnieść poziom zysków bez podnoszenia poziomu produktywności. Podczas zimnych wojen i bitew o handel, nawet jeśli żadna ze stron nie przeleje ani kropli krwi, lepiej poradzą sobie te kraje i bloki, które mają współdecydujących, patriotycznie nastawionych pracowników, niż te gnębione przez samolubne oligarchiczne elity i trawione przez nepotyzm.
W kontekście geopolitycznym mamy dwa modele rozwoju – jeden z nich na różne sposoby reprezentują Chiny i Japonia (pomijając ich obecny „merkantylizm ponad wszystko”), a drugi to zdominowany przez rentierów oligarchiczny model, jakiemu hołdują Brazylia i Meksyk. Głupotą byłoby postawić na ten ostatni. Demokracje Europy i Ameryki Północnej nie mogą ani nie powinny naśladować nowoczesnych państw Azji Wschodniej w każdym drobiazgu. Jednak powinny wziąć pod uwagę, że od czasów Zimnej Wojny posuwają się po spektrum w taki sposób, iż oddalają się od Azji, a dążą ku Ameryce Łacińskiej.
Kierownicze elity będą dominowały w gospodarce i społeczeństwie każdego nowoczesnego państwa. Jeśli nie będą sprawdzane i kontrolowane, przesadzą i wywołają społeczny odpór adekwatny do swoich nadużyć. Błędna polityka hamowania wzrostu płac i, w konsekwencji, dławienie masowej konsumpcji, może sprawić, że elity, których nikt nie sprawdza, nieumyślnie sparaliżują napędzany technologią wzrost produktywności odpowiedzialny za swój wzlot, i przypadkiem spowodują, że w tak zorganizowanym społeczeństwie ich rolę przejmą przedstawiciele rentierskiego feudalizmu.
„Kierownicze” społeczeństwo najlepiej działa, gdy oparte jest nie tylko na ustępstwach na rzecz narodowej klasy robotniczej – „łapówkach” dla ofiar neoliberalizmu – ale i na autentycznej sile przetargowej i politycznej mas.
Tak długo, jak geopolityczny konflikt nie przybiera formy wojen światowych, powściągliwa rywalizacja pomiędzy wielkimi blokami jest ceną wartą zapłacenia, by zachować świat politycznie zróżnicowany. Mówiąc słowami Hobsona z 1902 r.: „W nadziei, że nadejdzie internacjonalizm, należy przede wszystkim podtrzymywać istnienie i wzrost niepodległych państw narodowych, bo bez nich nie nastąpi żaden rozwój internacjonalizmu, a tylko zakończone porażką próby ustanowienia chaotycznego i niestabilnego kosmopolityzmu”.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się piśmie „American Affairs”, tom I, numer 2, lato 2017.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 2 stycznia 2018 | edytorial, Kwartalnik, Zima 2017
Oddajemy w Wasze ręce 76 numer „Nowego Obywatela”. Być może to już ostatnia edycja, po 17 latach istnienia pisma. Sytuacja finansowa czasopisma jest bardzo ciężka i jeśli nie otrzymamy pomocy od osób sympatyzujących z nami, będziemy zmuszeni zakończyć działalność.
Przywykliśmy do spartańskich warunków. Takie są losy inicjatyw, które nie idą na łatwiznę. Nie przyłączaliśmy się do żadnego z wpływowych obozów ideowopolitycznych w Polsce. Publikowaliśmy treści mniej lub bardziej niewygodne dla wszystkich z nich. Unikaliśmy owczych pędów i modnych poglądów. Nie chcieliśmy być ślepo „europejscy” i „nowocześni”, gdy było to na fali. Nie staliśmy się równie ślepo „patriotyczni” i „narodowi”, gdy takie postawy zyskały na popularności. Ceniliśmy sobie krytycyzm, ale też równą miarę dla wszystkich. Pochwały czy sympatie nie zwalniały nas z wytykania błędów.
Staraliśmy się – brzmi to górnolotnie, ale tak było – służyć Polsce, ale przede wszystkim zwykłym Polakom i Polkom. Przez długie lata broniliśmy interesów warstw słabszych. Na naszych łamach, jako jednego z niewielu mediów w Polsce, prezentowano problemy chyba wszystkich grup poszkodowanych, wykluczonych, marginalizowanych. Znów pod prąd zwyczajowych podziałów. I wbrew interesom tych, którzy mają pieniądze, a pieniądze zwykle mają krzywdzący – nie krzywdzeni.
Robiliśmy czasopismo w warunkach spartańskich, za cenę różnych wyrzeczeń, kosztem rozmaitych wygód i profitów. Ani się nie chwalimy, ani nie narzekamy – taki przyświecał nam cel i taką drogę świadomie wybraliśmy. Dziś coraz trudniej jednak nawet o to. Różne wpływy – ze sprzedaży czasopisma, ze sporadycznych niewielkich dotacji – nie pokrywają wszystkich kosztów i konieczności ponoszenia ich co miesiąc. Lokal redakcyjny, telefony, druk, księgowość, obsługa biura, bardzo skromne wynagrodzenia – wszystko to oznacza stałe wydatki. Mimo ograniczenia ich do minimum, nasze czasopismo w ostatnich latach było rozwijane: od roku 2015 jego sprzedaż w sieci Empik wzrosła dwukrotnie, a liczba prenumeratorów – ponad dwukrotnie. To wszystko niestety w niewielkim stopniu przekłada się na kondycję finansową. Marża pośredników, wzrost cen różnych usług i opłat oraz utrzymanie ceny pisma tak, żeby nie była zbyt wysoka dla uboższych odbiorców – sprawiają, że nasza sytuacja jest kiepska. Inne czasopisma utrzymują się z drogich reklam opłacanych przez biznes, z hojności zamożnych politycznych przyjaciół lub ich twórcy mają więcej prywatnych środków i możliwości niż my.
Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać, potrzebna jest Wasza pomoc. Po kolejnej redukcji kosztów (w tym kolejnej zmianie siedziby redakcji na tańszą), musimy każdego miesiąca mieć co najmniej 4 tysiące złotych, aby opłacać najbardziej konieczne wydatki. Oznacza to, że konieczne jest znalezienie co najmniej 200 osób, które co miesiąc będą nas wspierały cykliczną darowizną w wysokości 20 zł, niezależnie od środków, jakie pozyskujemy czasami z innych źródeł. Oczywiście wielu osób nie stać na taki wydatek, ale mogą przekazywać mniejsze kwoty (5 czy 10 zł każdego miesiąca), a z kolei zamożniejsi – wpłacać więcej. Wystarczy ustawić zlecenie stałego przelewu ze swojego konta.
200 osób to nie tak dużo, ale zarazem sporo – jeśli każda pomyśli, że nie wpłaci, bo na pewno ktoś inny to zrobi, wówczas nie uzbiera się grono niezbędne do uratowania nas. Jeśli możesz nas wspierać – zrób to bez oglądania się na innych. Prosimy o wpłaty na konto: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, Bank Spółdzielczy Rzemiosła w Łodzi, numer rachunku: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 – koniecznie z dopiskiem „Darowizna na cele statutowe”.
Możecie nas wesprzeć także w inny sposób – przekazując 1% swojego podatku przy najbliższym rozliczeniu PIT (należy wpisać nasz numer KRS 0000248901) lub nabywając prenumeratę.
Od Was zależy, czy niniejszy numer „Nowego Obywatela” będzie ostatnim. Czas biegnie szybko – oby równie szybko nadeszło wsparcie.
przez Jarosław Tomasiewicz | niedziela 17 września 2017 | Kwartalnik, nr 75 (lato-jesień 2017), z Polski rodem
Można zaryzykować stwierdzenie, że cały etos dawnej Polskiej Partii Socjalistycznej, wyrosły tyleż z marksizmu, co z polskiej tradycji romantycznej, zawiera się w jednym słowie: WOLNOŚĆ.
Wolność ta miała różne wymiary: społeczny, dążący do wyzwolenia pracy spod kapitalistycznej eksploatacji; narodowy, a więc walkę z uciskiem zaborcy; indywidualny, czyli zapewnienie jednostce swobód obywatelskich i praw demokratycznych; wreszcie duchowy, wyrażający się w antyklerykalizmie socjalistów. Polskę pepeesowcy postrzegali jako ofiarę potrójnego zniewolenia – przez kapitał, kościół i obcy despotyzm. Drogę wyzwolenia widzieli w walce zbrojnej.
Nic dziwnego, że spośród polskich sił politycznych Polska Partia Socjalistyczna miała najbujniejsze tradycje stosowania przemocy. Antycarska działalność bojowo-spiskowa (czy, jak kto woli, „terrorystyczna”) PPS jest jednak szeroko znana i była wielokrotnie opisywana, dlatego pozwolę sobie wspomnieć ją tylko skrótowo w kilku zdaniach. Już w 1904 roku partia zaczęła tworzyć Samoobronę Robotniczą, później przekształconą w Organizację Spiskowo-Bojową (Techniczno-Bojową). Józef Piłsudski uczynił z Organizacji Bojowej PPS jedną z największych grup terrorystycznych ówczesnej Europy, liczącą – jak wykazał Jerzy Pająk – nie mniej niż 7631 bojowców. Po upadku rewolucji 1905 roku socjaliści zaangażowali się w działalność Związku Strzeleckiego, którego koła robotnicze skupiały 1500 członków. W czasie I wojny światowej członkowie PPS utworzyli Oddział Lotny Wojsk Polskich, masowo też wstępowali w szeregi Polskiej Organizacji Wojskowej. Utworzona z inicjatywy „towarzysza Ziuka”, jak nazywano Piłsudskiego, POW początkowo była uważana za zalążek przyszłej armii ludowej.
Stopniowo jednak w kierownictwie PPS zaczął narastać dystans wobec piłsudczyków, wyraźnie realizujących własną politykę, coraz bardziej odległą od marksizmu. W lutym 1917 roku Centralny Komitet Robotniczy PPS zdecydował o odbudowie samodzielnej organizacji zbrojnej. Tadeusz Szturm de Sztrem na bazie dawnego Centralnego Oddziału Lotnego zorganizował bojówkę pod komendą Józefa Korczaka. Po XIII zjeździe partii (7–10 czerwca 1917 roku) prace organizacyjne przyspieszyły. W grudniu ukonstytuował się Centralny Wydział Bojowy PPS, w skład którego weszli Tomasz Arciszewski, Stanisław Jarecki, Józef Kobiałko, Bronisław Ziemęcki, Korczak i Szturm de Sztrem. Centralnemu Wydziałowi podlegały: dział organizacyjny tworzący struktury w terenie (13 wydziałów okręgowych) i prowadzący wywiad, dział techniczny odpowiedzialny za logistykę (m.in. laboratorium materiałów wybuchowych, składy broni, szkoła bojowa, biuro paszportowe) oraz Sztab Bojowy, planujący i przeprowadzający akcje zbrojne. Podstawową jednostkę Pogotowia Bojowego PPS stanowiła „szóstka”. Jesienią 1918 roku liczbę bojowców oceniano na 1500.
Bojówka PPS prowadziła żywą i zróżnicowaną działalność. Już w 1917 r. chroniła demonstrację pierwszomajową w Łodzi, a w październiku tego roku – obchody stulecia śmierci Tadeusza Kościuszki. Przeprowadzała akcje sabotażowe, niszcząc m.in. transformator na ul. Chłodnej w Warszawie w lutym 1918 roku. Odbijała uwięzionych towarzyszy, np. jesienią 1918 roku uwolniła skazanego na śmierć bojowca Nowakowskiego ze Szpitala Dzieciątka Jezus. Istotną rolę odgrywały ekspropriacje, z których największa (300 tys. koron!) miała miejsce w październiku 1918 roku w Garbowie. Schwytany podczas tej akcji Stanisław Dzięgielewski był przez żandarmów torturowany tak, że ochromiał; nie przeszkodziło mu to jednak później brać udziału w powstaniach śląskich. Pogotowie miało też na koncie zamachy terrorystyczne – zabójstwa szpicli i funkcjonariuszy władz okupacyjnych: naczelnika niemieckiej policji politycznej w Warszawie Ericha Schultzego (1 października 1918 roku), komisarza niemieckiej tajnej policji Żychlińskiego w Warszawie (dwa dni później), komisarza austro-węgierskiej tajnej policji Terleckiego w Lublinie.
W obliczu zbliżającego się wyzwolenia Rada Partyjna PPS w październiku 1918 roku podjęła decyzję o utworzeniu masowej Milicji Ludowej. Od połowy października Wydział Bojowy przeprowadzał reorganizację Pogotowia Bojowego, tworząc w dzielnicach i fabrykach rezerwy milicyjne. „Komitety dzielnicowe […] upatrzyły już sobie lokale, które zajmą w chwili przewrotu, przepędzając z nich […] instytucje niemieckie” – wspominał Zygmunt Zaremba. Pogotowie zajęło m.in. 10 listopada 1918 r. redakcję i drukarnię dziennika „Godzina Polski” przy ul. Wareckiej 7 na potrzeby PPS-owskiego „Robotnika”. W miarę rozkładu okupacji oddziały Milicji ujawniały się, rozbrajając okupanta i przejmując władzę w wielu miejscowościach. 1 listopada ML powstała w Radomiu (komendant Stanisław Kępisz, potem Józef Grzecznarowski), 6 – w Lublinie (komendant Stefan Kirtiklis), 7 – w Dąbrowie Górniczej (komendant Maksymilian Szyprowski, potem Bronisław Galbasz) i Częstochowie (Antoni Wołowski), 12 – w Pabianicach, 13 – w Łodzi (komendant Aleksander Napiórkowski, potem Władysław Konopczyński) i Warszawie, 14 – w Płocku.
Początkowo głównym ośrodkiem Milicji był Lublin. Do jej organizatorów należeli tam Marian Buczek, Adam Landy, Tadeusz Puszczyński i Władysław Uziembło, jednak w połowie listopada Komenda Główna (komendant Józef Korczak) i Sztab Główny (szef Stanisław Jarecki) ML zostały utworzone w Warszawie – najpierw przy ul. Oboźnej, potem w Pałacu Staszica. Komenda Główna przystąpiła do tworzenia jednolitej ogólnokrajowej struktury Milicji opartej na komendach okręgowych i obwodowych, dokonując zarazem podziału sił na część stałą (umundurowaną i skoszarowaną) oraz rezerwę. Ponieważ w Radomiu ML skonfiskowała znaczny zapas czarnego sukna, mundury miały kolor czarny. Podstawową jednostką była sekcja (7–12 milicjantów), trzy sekcje tworzyły pluton, trzy plutony – kompanię, trzy kompanie – batalion. W Warszawie powołano Komendę Okręgu Warszawskiego, której podlegał tzw. I legion (w sile 4 kompanii) i 9 komend dzielnicowych, w sumie 900 osób. ML w Radomiu miała liczyć 1500 milicjantów, w Dąbrowie Górniczej – 830, w Płocku – 500, w Lublinie – 324, w Siedlcach – ponad 150. Zakładano, że na początku grudnia 1918 roku Milicja będzie dysponować łącznie 6 tysiącami skoszarowanych i 10 tysiącami rezerwy.
Nowa formacja miała mieć podwójny charakter: zarazem partyjny i publiczny, co wynikało z faktu aspirowania przez socjalistów do roli czołowej siły w Polsce niepodległej. Mieczysław Niedziałkowski przyznawał po latach, że Milicja początkowo „miała zabarwienie partyjne, jako spadkobierczyni dawnej Milicji Ludowej PPS”. Charakterystyczne, że Milicja chroniła manifestacje PPS. „Tymczasowy regulamin wewnętrzny” formacji stanowił, że Milicja „formowana jest […] z czynnych członków PPS i jej najbliższych sympatyków, a podlega politycznemu i technicznemu kierownictwu Polskiej Partii Socjalistycznej”. Organ żydowskiej partii robotniczej Bund stwierdzał: „Milicja Ludowa – jest Czerwoną Gwardią, w jej lokalu wisi czerwony sztandar, przyjmuje się jedynie ludzi rekomendowanych przez partie socjalistyczne”. Zarazem ML miała być organem ludowego samorządu, a nawet „organizacją zbrojną ludu mającą zastąpić wojsko stałe”. Natomiast w ocenie komunistów PPS organizowała Milicję mając na celu „utrzymanie mas pracujących w karbach posłuszeństwa wobec władz państwa burżuazyjnego”.
W rzeczywistości Milicja Ludowa powstawała żywiołowo, tworzona przez różne elementy. Pod szyldem ML były formowane oddziały z inicjatywy Polskiej Organizacji Wojskowej, Rad Delegatów Robotniczych, Tymczasowego Rządu Ludowego; w Żyrardowie Milicja powstała na podstawie porozumienia między PPS a Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy. Różnoraki skład skutkował chaotycznymi konfliktami ML nie tylko z prawicą (np. Strażą Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie), lecz także z komunistyczną Czerwoną Gwardią (w Dąbrowie Górniczej), wojskiem (w Ząbkowicach, Garwolinie, Dęblinie i Zagłębiu Dąbrowskim), a nawet z bliską ideowo POW (Żyrardów, Lubartów, Płockie).
W tych warunkach pojawiły się projekty uregulowania statusu Milicji. Płynęły one z dwóch stron. PPS chciała dla swej formacji monopolu na egzekwowanie prawa, np. dzielnica powązkowska partii domagała się 23 listopada 1918 roku rozwiązania żandarmerii i bojówek endeckich oraz przekazania ich zadań Milicji. Także problemy aprowizacyjne i logistyczne wymuszały szukanie oparcia w państwie, dlatego Sztab Główny ML – wbrew oporowi lewicy (Adam Landy, Wacław Fabierkiewicz, Zygmunt Zaremba) – wystąpił z propozycją podporządkowania się Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Zarazem, jak wspominał Niedziałkowski, „rząd upaństwowił Milicję Ludową w momencie silnego napięcia walk partyjnych, […] [gdy] uznał, że musi mieć pewną, oddaną sobie siłę egzekucyjną”. Dlatego Norbert Barlicki 30 listopada wystąpił z postulatem upaństwowienia ML „dla ochrony i zapewnienia spokoju i bezpieczeństwa ludności miast i wsi, walki z wszelkimi przejawami bezrządu społecznego”. 5 grudnia wydano dekret, w myśl którego „Milicja Ludowa obejmuje pieczę nad utrzymaniem porządku i bezpieczeństwa w kraju, współdziała w razie potrzeby z zależnymi od ciał samorządowych milicjami miejskimi i powiatowymi, do których należy przede wszystkim spełnianie zadań policji miejscowej”.
Socjaliści sądzili, że upaństwowienie ML, połączone z rozbrojeniem bojówek prawicowych, zapewni lewicy udział we władzy, jednak w rozgrywkę włączył się jeszcze jeden czynnik. Mianowany 13 grudnia 1918 roku komendantem Milicji kpt. Ignacy Boerner „miał od Naczelnego Wodza instrukcję tajną sformułowania pod etykietką Milicji Ludowej zespołu zbrojnego z partyjnych bojówek wszelkich odcieni. Organizacja ta miała również wchłonąć w swe szeregi różnorodne elementy ochotnicze o ciemnej mniej lub więcej przeszłości, posiadające broń po okupantach. […] Ppłk Boerner otrzymał od Naczelnego Wodza rozkaz rozbrojenia swych podkomendnych w przeciągu pół roku, przy czym elementy odpowiednie miały być wcielone do wojska regularnego, reszta zaś ulokowana w więzieniach lub pozbawiona broni”.
Pacyfikacja Milicji Ludowej nie postępowała jednak bez oporów. Radykalizm milicjantów pchał ich do konfliktów z bojówkami prawicy (warszawską Strażą Narodową, żyrardowską Strażą Obywatelską), ale też z regularnym Wojskiem Polskim: pod koniec grudnia ML rozbroiła szwadron ułanów w Błoniu, doszło też do starcia z żołnierzami w Kozłowie. Dążąc do zapewnienia sobie monopolu, Milicja rozbrajała też formacje komunistyczne, np. w Zagłębiu Dąbrowskim czy w Warszawie. Kulminacja konfliktu nastąpiła podczas nieudanej próby prawicowego puczu na początku stycznia 1919 roku. W Radomiu zaalarmowana tym faktem Milicja Ludowa pod wodzą Józefa Grzecznarowkiego zaatakowała w nocy z 6 na 7 stycznia koszary 26. pułku piechoty; do krwawych walk doszło też w Żyrardowie.
Ciosem dla planów PPS była porażka w wyborach do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 roku, w których partia uzyskała zaledwie 9,1 procent głosów. Rozczarowanie doprowadziło do zawiązania się w szeregach ML pepeesowskiej konspiracji, która w marcu przekazała partii 400 rewolwerów. Milicjanci wspierali strajk w Warszawie 8 lutego 1919 roku, w marcu demonstrowali w Zagłębiu Dąbrowskim, Żyrardowie i Lublinie, z czerwonymi kokardami na mundurach, brali udział w manifestacjach pierwszomajowych. W szeregach Milicji pojawiły się wpływy Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Marian Buczek wywiózł broń z magazynów milicyjnych w Lublinie, a następnie wysadził je w kwietniu 1919 roku, by zatrzeć ślady.
Nastrojów rewolucyjnych jednak nie było, fala rewolucji już opadała. Socjalista Marian Jasiński (który w grudniu 1917 r. był dowódcą ochrony Smolnego – ówczesnej głównej kwatery bolszewików) w rozmowie z bolszewickim liderem Karolem Radkiem tłumaczył: „Dopóki z Niemiec grozi kontrrewolucja niemiecka, rewolucja w Polsce jest niepodobieństwem. Równałaby się zagładzie Polski. Trzeba bronić niepodległości kraju”. Już w marcu 1919 roku została rozbrojona Milicja Ludowa w Zagłębiu Dąbrowskim. Wyzwaniem, przed jakim stanęła ML, była obrona kraju. Część z 23 tysięcy milicjantów zgłosiła się na ochotnika na front czeski lub białoruski. Inni jednak sprzeciwiali się militaryzacji – w maju bezwzględnie stłumiono bunt batalionu Milicji pod Pińskiem. 1 lipca formacja została ostatecznie zlikwidowana.
Osobną kartę stanowią zbrojne działania socjalistów w obronie granic odradzającej się Rzeczypospolitej. Pierwszym chronologicznie przykładem stał się udział socjalistów w obronie Śląska Cieszyńskiego przed agresją czechosłowacką w styczniu 1919 roku. Polska Milicja Księstwa Cieszyńskiego, choć miała charakter ponadpartyjny, powstała z inicjatywy działacza Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Tadeusza Regera, a rekrutowała się głównie z górników zagłębia karwińskiego i hutników okręgu trzynieckiego. W walkach z najazdem brali udział m.in. członkowie lewicowego Stowarzyszenia Młodzieży Robotniczej „Siła”. Jedną z form oporu przeciw Czechosłowakom był strajk kopalń Karwiny. Pozwalało to armii czechosłowackiej głosić, że wkracza, by ratować Śląsk przed anarchią i bolszewizmem.
Podczas wojny polsko-bolszewickiej PPS, choć krytyczna wobec wyprawy kijowskiej Piłsudskiego, w obliczu ofensywy Armii Czerwonej przystąpiła do organizowania oporu. Już w lipcu 1920 roku powołała Wydział Wojskowy z Tomaszem Arciszewskim i Jędrzejem Moraczewskim na czele, a na początku sierpnia Robotnicze Komitety Obrony Niepodległości (Robotniczo-Włościańskie Komitety Walki z Najazdem) w Warszawie, Lublinie i Płocku. Organizacje te prowadziły werbunek ochotników do walki z bolszewikami. W samej Warszawie zgłosiło się 1624 robotników, z których uformowano Robotniczy Pułk Obrony Warszawy, przekształcony następnie w 202. pułk piechoty. Podobna jednostka powstała w Lublinie. W innych częściach kraju Biuro Werbunkowe PPS przyjęło 1643 ochotników, którzy zostali skierowani do 201. pułku piechoty pod komendą Adama Koca. Jak napisał „Kurier Warszawski”: „PPS zaprowadza w pułkach przez siebie zwerbowanych i organizowanych regulamin socjalistyczny, zalecając żołnierzom przemawiać do przełożonych słowami »Towarzyszu komendancie«”. Oprócz jednostek regularnych, socjaliści formowali też oddziały partyzanckie. Z inicjatywy Mariana Zyndram-Kościałkowskiego działacze Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie” i PPS utworzyli tajny Związek Obrony Ojczyzny, organizujący antybolszewickie grupy dywersyjne na tyłach wroga: w Łomżyńskiem, Płockiem, Białostockiem, Siedleckiem. Pepeesowcy powołali też I Oddział Partyzancki ZOO w okręgu łódzkim. Dowódcą jednego z takich oddziałów był Antoni Wołowski – bojowiec Pogotowia, funkcjonariusz Milicji, powstaniec śląski – rozstrzelany przez czerwonoarmistów pod Wyszkowem w sierpniu 1920 roku.
Najdobitniej jednak zaznaczyli socjaliści swój udział w walkach o Górny Śląsk. Był to obszar szczególny, na którym ukształtowało się zjawisko tzw. etnoklas, czyli pokrywania się podziałów narodowościowych ze społecznymi. W postfeudalnej strukturze społecznej Górnego Śląska ziemiaństwo i mieszczaństwo było niemieckie, co sprawiało, że awans społeczny automatycznie wiązał się z germanizacją. Tę klarowną regułę zaburzył dynamicznie rozwijający się proletariat – wywodzący się ze wsi górnicy i hutnicy nie tylko nie wyrzekali się swego języka, ale bardziej niż chłopi byli skłonni identyfikować się z polskością. Działacz plebiscytowy Teodor Tyc pisał: „Na żadnym obwodzie przemysłowym świata nie ciąży tak wyraźne piętno dwoistości sił, które do jednej pracy są tu sprzężone – dwoistości świata panów i niewolników. Nie ma tu świadomej pracy jednego narodu. Akcjonariuszem, dyrektorem, inżynierem, dozorcą – słowem frakowcem, śmietanką, jaśnie panem jest Niemiec. Polak może być robotnikiem, szleperem, proletariuszem, pariasem, chacharem”. Nic dziwnego, że Górny Śląsk odgrywał pierwszoplanową rolę w programie polityki zagranicznej PPS – o ile socjaliści dystansowali się od ekspansji na wschodzie, postrzeganej jako obrona majątków polskich obszarników, to w pełni solidaryzowali się z postulatem przyłączenia do Polski proletariackiego Śląska.
W trakcie I powstania śląskiego powstał z inicjatywy Kazimierza Pużaka Komitet Opieki nad Powstańcami. Tomasz Arciszewski przybył do przygranicznego Sosnowca już 18 sierpnia 1919 roku, by pokierować pomocą partii dla powstańców. Niebawem dotarli tam Tadeusz Hołówko i Tadeusz Szturm de Sztrem, których zadaniem było zorganizowanie oddziałów dywersyjnych. W tym celu grupa socjalistów (bracia Julian, Izydor i Edmund Grobelni, Edmund Rogoziński, Henryk Rutkowski, Walenty Bień, Leon Ślązak, Franciszek Hamankiewicz, Józef Grabowski) uruchomiła produkcję materiałów wybuchowych, początkowo w Warszawie przy ul. Śliskiej, od czerwca 1920 roku w Sosnowcu przy ul. Mariackiej. Wytwórnia została podporządkowana Tadeuszowi Puszczyńskiemu ps. „Wawelberg”.
Puszczyński, członek PPS od 1913 roku, POW od 1915 roku i Milicji Ludowej od stycznia 1919 roku, w kwietniu 1920 roku został kierownikiem Wydziału Plebiscytowego B, kierującego z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego działaniami Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. W Wydziale znaleźli się też inni socjaliści: były członek ML Henryk Krukowski (kierownik Referatu I), Marian Kenig (kierownik Referatu I), Wacław Bruner (kierownik Referatu I). W Szefostwie Sztabu POW GŚ powołano Referat Broni (na czele którego stanął kolejny milicjant Wacław Wardaszko) i Referat Zadań Specjalnych (kierownik Stanisław Machnicki, wcześniej w Pogotowiu Bojowym). W październiku 1920 roku „Wawelberg” zrezygnował ze stanowiska, by od grudnia wspólnie z Machnickim organizować sabotażowo-dywersyjny Referat Destrukcji. Puszczyński, tworząc referat, opierał się głównie na socjalistach. Szkolenie kadr prowadzili dawni członkowie Pogotowia Bojowego: Szturm de Sztrem, Józef Kobiałko, Franciszek Konieckiewicz, Władysław Lizuraj, Antoni Purtal, Stanisław Pelc, Ludwik Romanowski. W maju 1921 roku powstała Grupa Destrukcyjna „Wawelberga” złożona z trzech podgrup: „Północ” (Lucjan Miładowski), „Południe” (Stanisław Baczyński) i „Wschód” (Dobiesław Damięcki).
Wśród bojowców Referatu szczególnie wyróżniała się grupa działaczy Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej: Wacław Bruner, Wacław Wardaszko, D. Damięcki, Stanisław Dubois, Przemysław Głębicki, Tadeusz Janiszewski, Michał Kaczorowski, Kazimierz Kuszell, Stanisław Leśniewski, Bohdan de Nisau, Tadeusz Paszkowski, Stanisław Pelc, Stanisław Saks, Marian H. Serejski, Józef Szymański, Lucyna Woliniewska. W swej odezwie z 10 listopada 1920 roku oznajmiali: „Idziemy do walki o Górny Śląsk z hasłami […] [walki] o wyzwolenie i zjednoczenie narodowe, o spotęgowanie siły proletariatu polskiego, o zwycięstwo demokracji i postępu, o Polskę pracy”.
Byli to ludzie nietuzinkowi. Weźmy na przykład Henryka Krukowskiego – na kanwie jego życiorysu można by nakręcić serial sensacyjny. Członek Polskiej Partii Socjalistycznej, a zarazem harcerz (w latach 1912–1915 drużynowy „czerwonej drużyny” patronackiej PPS) działał w Związku Strzeleckim. W 1915 roku zaciągnął się do 1. pułku ułanów Władysława Beliny-Prażmowskiego w Legionach. W lipcu 1917 roku, po kryzysie przysięgowym, gdy legioniści odmówili złożenia przysięgi na wierność Niemcom, wstąpił do POW. W listopadzie 1918 roku odnalazł się w Milicji Ludowej, z której w kwietniu 1920 roku Puszczyński ściągnął go na Śląsk. W III powstaniu był dowódcą jednostki bojowej w podgrupie destrukcyjnej „Północ”. Po wojnie w latach 1922–1925 studiował leśnictwo na SGGW, potem przez dwa lata przebywał w Amazonii, a po powrocie do kraju był nadleśniczym w Puszczy Białowieskiej. We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany, ale nie zdążył dotrzeć do pułku. Wstąpił do konspiracyjnego Związku Walki Zbrojnej. Gdy w 1942 roku musiał uciekać przed aresztowaniem, jego losy przypominały epopeję Franka Dolasa z komedii „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”: najpierw trafił do Austrii, potem spędził rok w jugosłowiańskiej partyzantce komunistycznej Tito. Przerzucony do włoskiego Bari, w 1943 roku wstąpił do 3. Dywizji Strzelców Karpackich i walczył pod Monte Cassino jako dowódca rozpoznania. W 1947 roku wrócił do Polski, gdzie schronił się w lesie – ale nie jako „żołnierz wyklęty”, lecz leśnik – i pracował tam do 1960 roku.
Ciekawą postacią był też Bohdan de Nissau. Od 1914 roku należał do PPS Frakcja Rewolucyjna, w 1919 roku wstąpił do ZNMS. W kwietniu 1920 roku znalazł się na Śląsku, gdzie współredagował socjalistyczną „Gazetę Robotniczą”. Jego radykalizm sprawił, że przez władze partii został – podobnie jak Saks – oskarżony o komunizm; wystąpił wówczas z PPS, ale nie opuścił obszaru plebiscytowego. W listopadzie 1920 roku znalazł się w Referacie Destrukcji, w III powstaniu walczył w szeregach podgrupy destrukcyjnej „Północ”. Po powstaniu został wybrany do kierownictwa ZNMS, w 1922 roku wstąpił też do KPRP. Z ramienia kompartii organizował Niezależną Partię Chłopską w Lubelskiem, a od 1927 roku rozłamową PPS-Lewicę. Niebawem musiał uciekać do ZSRR, ale tam też dał znać o sobie jego niepokorny duch – de Nissau został oskarżony o trockizm i skazany na łagier. Zmarł w 1943 roku.
Najsilniejszy kontyngent socjalistów – obok ZNMS-owców z Warszawy byli to też miejscowi proletariusze, jak górnik Wilhelm Chrobok – znalazł się w podgrupie destrukcyjnej „Północ”. Do brawurowych akcji tego komanda należało m.in. wysadzenie mostu na trasie Gogolin – Strzelce Opolskie pod Kalinowem, torów linii kolejowej Opole – Strzelce Opolskie pod Szymiszowem, mostów w Kamieniu Śląskim i Poznowicach. W działaniach podgrupy można też odnaleźć rys walki klasowej. Obiektem ataku dynamitardów z „Północy” stały się pałacyk dyrektora wapienników w Szymiszowie i pałac grafa Strachwitza w Izbicku.
Oczywiście socjaliści byli obecni nie tylko w elitarnych jednostkach specjalnych Powstania. Większość służyła we frontowych oddziałach Wojsk Powstańczych lub na zapleczu frontu. Roman Motyka wspominał dziesięć lat później ten okres: „Niejednemu naszemu członkowi zbiry orgeszowskie [niemieccy bojówkarze – przyp. J.T.] ukróciły życie. […] Odnieśliśmy zwycięstwo, choć niejeden drogi nam członek stracił życie, choć wysadzono w powietrze domki naszych towarzyszy”. Dopatrywać można się też podskórnego wpływu socjalistów – raczej ideowego niż politycznego – na bunt Grupy Wojsk Powstańczych „Wschód” (nie mylić z podgrupą destrukcyjną o tej samej nazwie) pod dowództwem Karola Grzesika i Michała Grażyńskiego 3 czerwca 1921 roku. Zbuntowani przeciw dyktatorowi powstania Wojciechowi Korfantemu oficerowie łączyli radykalizm narodowy (sprzeciw wobec wygaszania powstania) ze społecznym (pomysły uspołecznienia przemysłu). Wątek ten zasługuje jednak na odrębny artykuł.
Różne były późniejsze losy bojowców Pogotowia i Milicji. Jedni związali się z dryfującą na prawo piłsudczyzną, jak oskarżany o powiązania z defensywą (kontrwywiadem) Marian Malinowski czy Stanisław Jarecki, który u schyłku Drugiej Rzeczypospolitej został wojewodą stanisławowskim. Inni poszli w przeciwnym kierunku. Czesław Trojanowski – uczestnik zamachu na Schultzego, potem odznaczony Śląską Wstęgą Waleczności i Zasługi – w 1926 roku został oskarżony o działalność komunistyczną i wysadzenie arsenału w forcie na Żoliborzu. Tą samą drogą podążył Marian Buczek, w PRL czczony jako symbol komunistycznego patriotyzmu. Zdecydowana większość członków bojówki pozostała jednak wierna sztandarowi Socjalizmu i Niepodległości – Szturm de Sztrema odnajdziemy jako organizatora socjalistycznej konspiracji Wolność Równość Niepodległość w czasie II wojny światowej, Arciszewskiego jako „nieprzejednanego” premiera rządu emigracyjnego.
Druga Rzeczpospolita, którą z bronią w ręku współtworzyli socjaliści, nie stała się wymarzoną przez nich Polską Ludową, Polską „szklanych domów”. Niemniej jednak PPS odcisnęła wyraziste piętno na jej kształcie. Już manifest Tymczasowego Rządu Ludowego w Lublinie pchnął odradzającą się Polskę na postępowe tory, zapewniając republikańską formę rządów, pełne równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary czy narodowości, wolność sumienia, słowa, zgromadzeń, zrzeszania się i strajków, powszechne prawo wyborcze – także kobiet (tymczasem np. we Francji kobiety mogły głosować dopiero w 1946 roku). Dekret z 23 listopada 1918 roku zapewniał polskim robotnikom najkrótszy w Europie 46-godzinny tydzień pracy, 3 stycznia 1919 roku wprowadzono ochronę pracowników, ustanawiając państwową inspekcję pracy i sądy pracy, 16 stycznia 1919 roku została wydana ustawa o ochronie lokatorów. W 1922 roku zapewniono pracownikom (wcześniej niż w wielu krajach zachodnioeuropejskich!) płatne urlopy wypoczynkowe. Dwa lata później uchwalono ustawę o pracy chronionej, wprowadzającą m.in. 6-godzinny dzień pracy młodocianych, urlopy macierzyńskie dla kobiet, zakaz wykonywania przez kobiety i młodzież prac uciążliwych i szkodliwych dla zdrowia. Dodajmy do tego rozbudowany (a współfinansowany z budżetu państwa) system ubezpieczeń społecznych zapewniający pracownikom pomoc leczniczą (Kasy Chorych), zasiłki chorobowe i połogowe, świadczenia emerytalne, renty powypadkowe. Dodajmy budownictwo komunalne. Dodajmy obowiązkową i bezpłatną szkołę powszechną (ustawa z 7 lutego 1919 roku). Te socjalne zdobycze klasy pracującej zostały okupione również krwią bojowców Pogotowia i ludowych milicjantów.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Katarzyna Górzyńska-Herbich | niedziela 17 września 2017 | Kwartalnik, nr 75 (lato-jesień 2017), Z Polski rodem
Jesienią 1927 roku Helena i Stefan Boguszewscy z dwójką dzieci przeprowadzili się do własnego domu przy ulicy Lubieszowskiej 7 w Warszawie. Ona – pedagożka i autorka książek dla dzieci i młodzieży oraz podręczników z zakresu wiedzy o przyrodzie. On – działacz polityczny, senator II i III kadencji Sejmu Rzeczypospolitej wybrany z ramienia BBWR, sympatyk Komunistycznej Partii Polski i współpracownik Jana Hempla. Zamieszkali w kolonii im. Kazimierza Praussa na Grochowie.
Ci ludzie
W latach dwudziestych XX wieku kooperatywa „Domy Spółdzielcze”, powołana do życia przez parlamentarzystów Polskiej Partii Socjalistycznej, zakupiła od Jana Łaskiego tereny leżące w Warszawie pomiędzy ulicami Chłopickiego, Boremlowską, Żółkiewskiego i Szaserów. Na polach Grochowa, największego z przedmieść włączonych do stolicy w 1916 roku, w znacznej odległości od brukowanych dróg, środków komunikacji i zwartej zabudowy zaczęło powstawać osiedle w charakterystycznym dla dwudziestolecia, nieco „dworkowym” stylu. Wśród mieszkańców byli wybitni działacze lewicowi: Tomasz Arciszewski, Kazimierz Pużak, Roman Kutyłowski, Anna Szemiothowa, Stanisław Siedlecki czy właśnie Stefan Boguszewski. Kolonia nieco ponad 30 domów imię zyskała po Kazimierzu Franciszku Praussie, który zmarł na początku budowy osiedla. Inteligenckie wille, w latach 30. już w pełni urządzone, wyrosły jednak na przedmieściu: pomiędzy robotniczymi domami przy ulicy Szaserów i prowizorycznymi bieda-domkami powstającymi na każdym skrawku wolnej przestrzeni. To właśnie wejście w to środowisko i poznawanie go stały się inspiracją dla powstania książki „Ci ludzie”.
„Istnieje między nami zasadnicza różnica – notowała w dzienniku Zofia Nałkowska, przez wiele lat bliska przyjaciółka Boguszewskiej – jaka istnieć musi między »oblubienicą bogów« i ofiarą ich złośliwości, między czcicielką życia, blasku i szczęścia a miłośniczką dobra i ewangelicznej miłości. Hela po skończeniu pensji idzie na uniwersytet, na medycynę – i to nie z zamiłowania, lecz z poświęcenia, by w przyszłości darmo leczyć ubogich. Czuć już w niej owo wyłączne powołanie na lekarkę – z jej bezgraniczną ufnością we własne siły, choć przeczuwa, że z początku przez rok lub dwa mdleć będzie przy sekcji trupów, z wielkiego zainteresowania się anatomią i fizjologią, z masy wiadomości i szczegółów z medycyny, które nie wiedzieć skąd dobyła”1.
Helena Boguszewska, urodzona 30 października 1886 roku w Warszawie jako córka Marii z Rogulskich i Ignacego Radlińskiego, wybitnego religioznawcy, filologa klasycznego i geografa-orientalisty, ostatecznie jednak nie poszła na medycynę. Działalność literacką również rozpoczęła późno. Początkowo, po ukończeniu studiów na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego, ogłosiła cykl podręczników z zakresu wiedzy przyrodniczej dla uczniów i nauczycieli szkół podstawowych. Później współpracowała z Polskim Komitetem Opieki nad Dzieckiem, redagowała czasopismo „Świat, Dom i Szkoła” i ogłosiła kilkanaście broszur z zakresu pedagogiki. Na łamach współczesnej prasy publikowała również reportaże ze środowisk proletariackich, dydaktyczne pogadanki o dzieciach kalekich, o poradniach zdrowia, sierocińcach, szkołach i zakładach specjalnych. Jednak dopiero dwa zbiory wydane na początku lat trzydziestych – „Świat po niewidomemu” i „Ci ludzie” – miały większe znaczenie literackie. „Obie książki Heli Boguszewskiej […] mają duży sukces moralny dobrego gatunku” – oceniała Nałkowska2. Nie była w tej pochlebnej opinii odosobniona. Zbiór reportaży poświęcony dzieciom z ośrodka w Laskach został zauważony przez publiczność i recenzentów, a o wydanej rok później powieści nowelowej wielu krytyków wypowiadało się z dużym uznaniem. Przez Karola Zawodzińskiego została ona okrzyknięta wręcz arcydziełem na miarę „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej.
Ci ludzie, ewentualnie podmiejska ludność – z kamienic, z drewniaków, z murowanek i z przybudówek, to bohaterowie oglądani inteligenckimi oczami mieszkańców kolonii, obcych, którzy przybyli do tego odległego świata z bardzo daleka. Aby tu dotrzeć, trzeba bowiem wysiąść na końcowym przystanku tramwajowym, przejść chodnikiem, „który jednak szybko się urywa […], potem ubitą ścieżką biegnącą wzdłuż podmiejskich parkanów, brnąć na przełaj przez trawę, błoto czy piach, w stronę przyszłej kolonii, gdzie uwijało się trochę ludzi wśród kup czerwonej cegły”, do nowego domu, który „stał z brzega i tylko jedną stroną spoglądał na sąsiadów, a drugą na to, co tu było wcześniej, co się tu zastało: na przybudówkę, na murowankę, na drewniak, na kamienicę, na ubogie chałupy wśród kartofli i pomidorów, na owe połówki domów czerwieniące się niezasklepioną surowością cegły w oczekiwaniu na drugie połówki”3.
Narrator tych obrazków wchodzi w zupełnie obcą sobie przestrzeń i opisuje świat widziany z zewnątrz. Przygląda się podmiejskim ludziom, ale również przybyłym mieszkańcom kolonii – wyłapuje język, którego używają, mówiąc o ludności Grochowa, podkreśla opinie, za pomocą których opisują sąsiadów, i zapytuje, kto w ogóle tym sąsiadem jest. Niekiedy gra między naszymi a obcymi jest naprawdę skomplikowana, jak wtedy, gdy opinię wygłasza Andzia, pomoc domowa: „– Bo to taka już podmiejska ludność – mówiła przy obiedzie wesoło Andzia – tak właśnie powiedziała »podmiejska ludność« – każdego nowego, co nie z nich, utopiliby w łyżce wody. A jeszcze ta kolonia…”4. Mocne zaznaczanie obcości narratora – przybysza z zewnątrz, obserwatora – to strategia wykorzystywana przez Boguszewską nie tylko w tej książce, lecz także w utworach, które wejdą do tomów zbiorowych „Przedmieścia”. Jednak w „Tych ludziach” perspektywa inteligenta stopniowo ustępuje punktowi widzenia innego – pojawiają się opowiadania konstruowane z użyciem narracji personalnej, choć ciągle budowane na opozycji: „– Ale, właściwie, to co »oni« mają robić – zawołał nagle młodszy [z gości], łysy, różowy i zmartwiony. – Co oni mają robić, powtórzył, popił herbatą, i milczał chwilę. Czy [bezrobotni] mają czekać, aż umrą z głodu, czy iść na ulicę i rozbijać? […] Kto tak też niedawno mówił, kto tak bajał o tym rozbijaniu? Czy to nie on, nie Feliks? – Zaledwie prześlizgnęła się Brońcia lekceważącą myślą po tym wspomnieniu [o swoim bracie]”5.
Ci ludzie – to więc oglądani naprzemiennie inni, przedstawiciele dwóch środowisk, którzy żyją obok siebie. I to zderzenie dwóch warstw jest cechą, która łączy te opowiadania z wydanymi siedem lat wcześniej „Ludźmi stamtąd” Marii Dąbrowskiej. Łączy te utwory również gatunek, obydwa należą bowiem do powieści nowelowej. Lapidarne, posługujące się skrótem obrazki zapętlają się w wielu powtórzeniach wokół bohaterów, miejsc, wydarzeń – wielokrotnie opisywanych, za każdym razem z innej perspektywy i w innych okolicznościach. Ogólną perspektywę tworzą zaś narastające trudności rzemieślników i robotników w latach kryzysu gospodarczego. Wykorzystując możliwości tego gatunku literackiego, Boguszewska napisała kunsztownie zbudowaną powieść, której bohaterem są nie poszczególni ludzie, lecz całe środowisko.
„Ci ludzie” właściwie rozpoczynają historię „Przedmieścia”. Nie tylko dlatego, że Grochów i dom pisarki na Lubieszowskiej będą głównymi miejscami spotkań środowiska. Także z tego powodu, że to dzięki temu tomowi Helena Boguszewska poznała zachwyconego powieścią Jerzego Kornackiego. Spotkanie z o 25 lat młodszym pisarzem, wkrótce jej drugim mężem, i podjęcie przez nich wspólnych działań literackich pozwoliły z jednej strony na rozwój działalności zespołu, z drugiej zaś negatywnie wpłynęły na rozwój jej talentu.
Zespół Literacki „Przedmieście”
Zespół Literacki „Przedmieście” powstał 18 czerwca 1933 roku. Do grupy założycielskiej należeli, oprócz Boguszewskiej i Kornackiego, również Władysław Kowalski, Bruno Schulz, Zofia Nałkowska, Kazimiera Muszałówna, Adolf Rudnicki, Gustaw Morcinek, a do współpracy z zespołem zostali zaproszeni: Halina Krahelska, Sydor Rey (J. Reiss), Bolesław Piach (Zandberg), Alfred Degal, Józef Czyścicki i Józef Łobodowski. Później powstał również oddział lwowski, który tworzyli Jan Brzoza, Halina Górska, Anna i Jerzy Kowalscy, choć środowisko skupione wokół Zespołu i biorące udział w jego spotkaniach było dużo szersze. Skład osobowy grupy ulegał zmianom, a część prozaików dosyć szybko zrezygnowała z udziału w jej pracach (m.in. Rudnicki, Morcinek, Nałkowska, Schulz, Krahelska, Łobodowski, Muszałówna).
Mimo to w okresie działania zespołu, a więc do 1937 roku, ukazało się 9 książek sygnowanych jego nazwą. Były to dwa tomy zbiorowe – „Przedmieście” (1934) i „Pierwszy maja” (1934) oraz „Za zielonym wałem” Boguszewskiej (1934), „Oczy i ręce” Kornackiego (1935), „Jadą wozy z cegłą” (1934) i „Wisła” (1935) tego duetu prozatorskiego, „W Grzmiącej” Kowalskiego (1936), „Kropiwniki” Reya (1937) i „Nas jest więcej…” Piacha (1937).
„Ażeby ukazać sens powstania Zespołu Literackiego »Przedmieście«, wystarczy zastanowić się nad sensem każdego z wyrazów, tworzących tę nazwę”6, oświadczał 6 sierpnia 1933 roku w czasopiśmie „Epoka” Jerzy Kornacki, sekretarz zespołu, informując o powstaniu grupy i rozpoczynając prezentację jej prac w tym czasopiśmie. „Przedmieście” było pierwszą grupą literacką prozaików w międzywojniu. Co więcej, stosunki łączące pisarzy miały nie sprowadzać się jedynie do zaplecza ideowego, ale polegać na wspólnej pracy. Stąd wyeksponowany w nazwie zespół.
Ten charakter grupy był jedną z głównych przyczyn krytyki przedsięwzięcia w dwudziestoleciu. Podnoszono wówczas argument, że ujednolicenie warsztatów twórczych jest pozbawione zasadności, a pisarze muszą pozostać w swojej pracy niezależni, zwłaszcza że literatura z zasady jest sztuką indywidualną, a jej ewentualny charakter wspólnotowy musi zostać ograniczony do dyskusji poprzedzającej jednostkowy akt twórczy. Warto w tym kontekście przytoczyć słowa Mariana Promińskiego, ważnego wówczas krytyka: „Kolegialność pracy niezawodnie przynosi korzyści samym autorom nie tylko w stadium dyskusyjnym, przedwstępnym, ale też właściwym. Zestawienie prac wykonanych drogą indukcji wzajemnie zapładnia umysły nowymi ujęciami, wzbogaca wszechstronność widzenia. Co dawniej błąkało się z braku dyscypliny poznawczej i nawet w swych cennych wartościach mogło nie trafiać do umysłów pokrewnych z powodu rozproszenia, w tym układzie zachowuje swą siłę na skutek wsparcia na obserwacji zbliżonej, uzupełniającej itp. Poza tym wchodzą tu w grę względy praktyczne – atakowanie i trafianie wyobraźni czytelnika pełnym aktem zbiorowym, który w swym zróżnicowaniu wydaje się pozycją mocniejszą, solidniejszą od głosów pojedynczych. Względy osobiste ustępują tu na plan drugi, gdyż nazwiska poszczególnych autorów raczej zacierają się w tomach zbiorowych, natomiast ton całej sprawy brzmi żywiej i zmusza do zastanowienia, no i może do akcji w kierunku uzdrowienia »przedmieścia«”7. Najważniejsze w tej recenzji wydaje się zauważenie, że zespołowa współpraca daje korzyści zarówno twórcom, jak i odbiorcom. Tym pierwszym pozwala na konfrontowanie światopoglądów i doświadczeń, tym drugim dostarcza pełniejszego obrazu rzeczywistości, przy czym chodzi tu raczej o możliwość obserwowania świata w jego licznych odsłonach, a nie o sumaryczne traktowanie poszczególnych doświadczeń czy o próbę budowania obiektywnego oglądu opartego na indukcji.
Zespołowość w pracy tego środowiska literackiego miała wyrażać się we wspólnej metodzie pracy – obserwacji artystycznej skupionej na prawdzie życia: zdarzeń, środowisk i warunków rzeczywistości. „Odchodzimy od biurka, zakładamy warsztat pracy »na ulicy«” – oświadczał Kornacki, przeciwstawiając dotychczasowej kontemplacji artystycznej obserwację, której źródła upatruje on w metodach nauk przyrodniczych oraz w psychologii i w socjologii. Ten postulat wywodzi się z dorobku Emila Zoli, któremu Boguszewska i Kornacki dedykują zresztą książkę „Jadą wozy z cegłą”. Trudno jednak o precyzyjne wyjaśnienie tej deklaracji. Na czym dokładnie miałaby polegać proponowana metoda? Prawdopodobnie najbliżej byłoby jej do wywodzącej się z socjologii obserwacji uczestniczącej uzupełnionej o wiedzę o warunkach życia danego środowiska. Co istotne, postulowane w tych manifestach autentyzm, oparcie się na obserwacji i skrupulatne, dążące do dokumentaryzmu ujmowanie rzeczywistości nie przekładały się na poetykę poszczególnych pisarzy. W obydwu tomach znajdziemy obok siebie różnorodne realizacje literackie: reportaże, relacje, świadectwa, ale także prozę pisaną z wykorzystaniem narracji realistycznej, ekspresjonistycznej czy personalnej.
O ile pierwsza część nazwy Zespołu wskazuje na metodę jego pracy, o tyle druga zakreśla przedmiot jego zainteresowania, jest słowem-manifestem. Literatura „Przedmieścia” miała zająć się obszarem dotąd zapoznanym lub przedstawianym w sposób stereotypowy: „– Literaci piszą o nas, że my sypiamy na tapczanach, na »barłogach ze zgniłej słomy«… – kpi w żywe oczy młody formiarz, bezrobotny, ale jeszcze nie »wyprzedany« – skąd oni to biorą? Przecież my mamy więcej pościeli od nich, bo my bardziej cenimy pościel… Jak się człowiek narobi, to chce porządnie odpocząć, poleżeć… chyba że już musi wyprzedawać się. To co innego”8. Pisarze skupieni wokół „Przedmieścia” chcieli przesunąć punkt ciężkości z przestrzeni zarezerwowanej dla elit na warstwy niższe. Słowo „przedmieście” przywoływało „to wszystko, co żyje w Polsce na przedmieściach kultury, a więc mniejszości narodowe, proletariat wiejski i miejski pracujący jeszcze i już bezrobotny, wszelką nędzę społeczną, wszelką krzywdę i ucisk, wszelkie masowe cierpienie »za niepopełnienie win«”9. Literaci nawiązują w tych postulatach do dorobku populistów francuskich, którzy w latach trzydziestych XX wieku programowo wprowadzili do literatury środowiska ludowe miast i wsi, ludzi prostych, przeciętnych, postaci z marginesu społecznego, a także typowe losy klas pracujących i uciskanych. Na zebraniach „Przedmieścia” są dyskutowane manifesty i twórczość grupy skupionej wokół Therive’a i Lemonniera. Zespół stara się również od nich odróżnić.
Pierwszy wspólny tom – „Przedmieście” został poprzedzony przedmową. Halina Krahelska wymieniła w niej siedem punktów składających się na deklarację ideową grupy: „1. Stworzenie metod obserwacji artystycznej oraz nowych form zarówno indywidualnego, jak i zbiorowego tworzenia; 2. Skierowanie reflektora uwagi i talentu na elementy życia proletariackiego w Polsce; 3. Szczególne uwzględnienie w procesie tworzenia artystycznego tragicznej postawy bezrobotnego proletariatu; 4. Nawiązanie kontaktu z literatami mniejszości narodowych w Polsce oraz bezpośrednia obserwacja proletariackich środowisk mniejszości narodowych; 5. Zapoznanie się z prądami literackimi i metodami współpracy zbiorowej literatów w innych krajach; 6. Zgrupowanie w ramach Zespołu zastępu młodych pisarzy, rekrutujących się ze środowisk proletariackich; 7. Stworzenie Studium przy Zespole, celem zapoczątkowania współpracy zbiorowej literatów i naukowców (biologia, psychologia i socjologia)”10. W wersji pierwotnej deklaracja była rozbudowana o jeszcze jeden punkt, który jednak nie został dopuszczony do druku przez cenzurę: „8. Łączymy się w zespole rozmaitych pisarzy, odmiennych światopoglądowo, którzy zeszli się razem w jednej nienawiści do krzywd społecznych, gaszenia oświaty, fałszowania wyborów, kagańca cenzury, ciemiężenia rzesz pracujących w narodzie”11.
Ten ostatni ustęp dobrze ilustruje charakter Zespołu, który miał połączyć szeroki ruch inteligencji, jako jedyny wymóg przynależności wskazuje się bowiem czynne zaangażowanie po stronie człowieka pracy. Tak ogólne zakreślenie ram tego środowiska sprawiło, że mogli należeć do niego ludzie o bardzo różnorodnych poglądach: demokratyczni inteligenci o sympatiach socjalistycznych (Boguszewska, Kornacki), działacze lewicy chłopskiej (Władysław Kowalski – również członek KPP) czy wreszcie marksiści i komuniści (Sydor Rey, Zandberg, Krahelska, Degal). To, że zespół powstał w istocie z przyczyn pozaartystycznych, dobrze uświadamiają zresztą również pozostałe punkty deklaracji, z których tylko pierwszy jest postulatem estetycznym. Różnorodność tej grupy wynikała także z tego, że oprócz inteligencji pracującej udało się w niej zebrać przedstawicieli warstw, które miały być przedmiotem zainteresowania „Przedmieścia” – pisarzy wywodzących się z chłopstwa, robotników, rzemieślników. Podobnych prób oddawania głosu środowiskom, które dotąd były go pozbawione, było w dwudziestoleciu kilka, jednak niewiele z nich się powiodło.
„Każdy jeden łapie się za handel”
Na Krochmalnej, na Kercelaku, na Grochowie, we wszystkich miastach, miasteczkach i wsiach II Rzeczpospolitej króluje handel. Na początku sprzedaje się pracę – własną, dzieci i kobiet („Piękny jest Wisły brzeg”). Potem sprzedaje się kobiety – te bardziej wyemancypowane sprzedają się same („Królestwo Boże”) – i dzieci, ale tylko te ładne, kto w końcu chciałby inne („Zza biurka referenta opieki społecznej”). Niekiedy cenniejszy od człowieka i jego pracy jest pies („Burcuś”). Można też, jak pani Urbańska („Furmanką na targ”), spróbować z budką z warzywami, wystarczy o wpół do drugiej w nocy podjechać na Grójecką i nakupić „owocu”. Gorzej jest się „wyprzedawać”: grzebyk, krawat, lusterko, broszka, szelki, pasek, piłka, trykot, brzytwa, wyżymaczka, koszula… („Bijące serce Woli”). Potem zostaje sprzedawanie wody sodowej albo lepkich cukierków z pudełka na temblaku („Adolf i Marian”). Choć od uśmiechniętego wszystko kupią: pudełka od zapałek, okrągłe kamyki, stare gazety, ogłoszenia („Zza biurka…”). „Każdy jeden łapie się za handel”.
W wydanej już po wojnie razem z Boguszewską książce „Zielone lato 1934” Jerzy Kornacki pisał, że na ich wyborze przedmieścia jako tematu literackiego „względy artystyczne zaważyły najsilniej. W widokach przedmieścia, w pomieszaniu ich groteski i melodramatu, zachwyca nas szczególnie prawda kondycji ludzi prostych. Silniejszy od biedy, od niewoli społecznej, od mroku ciemnoty, najsilniejszy, bez przerwy z nich promieniujący, jest żywioł ich nadziei”. Niewątpliwie jednym z osiągnięć „Przedmieścia” jest pokazanie bohaterów, którzy podejmują mozolną, pełną tępego uporu walkę o przetrwanie. Strategii, spośród których wybierają, jest wiele – wszechobecne handlowanie to tylko jedna z możliwych. Szczególny, i wynikający ze spójnego założenia artystycznego, typ bohatera wykreowała na tym tle Helena Boguszewska. Już w „Tych ludziach” wyjątkowe miejsce zajmują postaci kobiece, które zapełniają też kolejne jej opowiadania. Pełno tu kobiet pozostających w ciągłym ruchu: coś sprzedających, coś kupujących, chodzących po prośbie, czekających na zasiłki i je wymuszających, zdobywających jedzenie, podejmujących się jakichkolwiek prac, oddających dzieci na wychowanie i zaraz je odbierających. Dziś nazwalibyśmy je menedżerkami ubóstwa. Ich dreptanina wokół codziennych spraw, nieustanne podejmowanie jakichkolwiek działań, to z jednej strony wyraz troski o siebie i o najbliższych, przejaw dzielności wobec zagrożenia, świadectwo życiowego heroizmu ludzi biednych – który nieustannie trudno jest nam zauważać, ale z drugiej mechanizm obronny, ciągłe działanie pozwala bowiem nie konfrontować się ze swoją rzeczywistą, przerażającą sytuacją.
Nieustanny ruch wypełniający te opowiadania – jednocześnie znojny i gorączkowy – to jednak tylko jeden element obrazu, który oglądamy. Innym, nie mniej ważnym, jest jego statyczność. Ci ludzie, proletariat, chłopi, bezrobotni, dorośli i dzieci, są uwięzieni w granicach własnego życia; granicach wyznaczonych biedą, statusem społecznym, możliwościami. Powtarzają te same gesty, podejmują takie same próby, walczą na te same nudne i przewidywalne sposoby. A właściwie – walczyliby, aby jednak ta walka była możliwa, potrzeba… solidarności – której wraz z pogarszającą się sytuacją ekonomiczną jest coraz mniej: „Pan dyrektor […] zawołał wszystkich majstrów do kantoru: – Posłuchajcie, nie chcecie obniżki. Dobrze. Można zrobić tak, aby wilk był syty i koza cała. Zrobimy małą zmianę. Nie będę, jak dotychczas, płacił osobno wam, osobno pomocnikom, osobno bańkarzom itd. Wy będziecie dostawali całą płacę za każdy tysiąc, a pomocnikom, bańkarzom, podawaczom itd. sami będziecie wypłacali. Rozumie się, że płacę obniżymy; ale wy możecie ją tak rozdzielić, abyście sami nie doznali uszczerbku. Przecież sami będziecie wypłacali. Redukcja was nie dotknie. Zrobicie się po prostu takimi małymi przedsię… no, nie, jakby to powiedzieć? No, mniejsza o to… Wy jednak macie większe kwalifikacje, większe doświadczenie; wam się należy. Wy macie prawo. Tamci to jednak smarkacze… Zgoda?!”12.
Nie jest to obraz odosobniony. Podobne pojawiają się w wielu opowiadaniach, w których wspólnota – bez względu na to, czy oparta na więzach krwi, przyjaźni, wspólnym przebywaniu, czy na interesie – ulega pod naporem siły. Natomiast konflikt – w przypadku zacytowanego opowiadania Reya czysto klasowy – przenosi się na wszystkie dziedziny życia, czego efektem, jak nietrudno się domyślić, jest eliminacja tych, którzy w danej rozgrywce okażą się słabsi, często w najprostszym, fizycznym wymiarze (być może jeszcze bardziej symptomatyczne jest w tej kwestii opowiadanie „Adolf i Marian” Boguszewskiej).
W literackim czyśćcu
Reakcje krytyków na działalność Zespołu były bardzo różne. Często ta sama książka otrzymywała skrajnie odmienne opinie – przykładem niech będzie tu wspólna powieść Boguszewskiej i Kornackiego „Jadą wozy z cegłą”, poświęcona zresztą budowie kolonii im. Praussa. Faktem jednak pozostaje, że działalność grupy została odnotowana i była dyskutowana w ówczesnym środowisku literackim, o czym niekiedy zapominają współcześni badacze, negatywnie oceniający dorobek zespołu. Do tych ocen zapewne przyczyniły się wybory, jakich dokonali Boguszewska i Kornacki w czasie II wojny światowej i w latach PRL-u. Okres okupacji hitlerowskiej spędzili w Warszawie. W 1944 roku obydwoje zostali powołani do Krajowej Rady Narodowej, a następnie uczestniczyli w pracach Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kornacki był inicjatorem i założycielem Instytutu Pamięci Narodowej, a później dyrektorem Funduszu Kultury Narodowej przy Prezydium Rady Ministrów. Boguszewska również pozostawała w centrum wydarzeń politycznych – brała udział w zjazdach i obradach głównych organów rządowych. Działała także w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Krakowie i w Warszawie, a na podstawie jej ówczesnych doświadczeń powstała książka „Nigdy nie zapomnę” (1946). Ona i Kornacki próbowali również reaktywować „Przedmieście” deklaracją z 28 maja 1958 roku. Wówczas do grupy dołączyli Jan Józef Lipski, Jan Nepomucen Miller i Jan Wyka. Po kilku spotkaniach zaprzestano jednak działalności.
Akceptacja Boguszewskiej i Kornackiego dla ówczesnej władzy miała dramatyczny finał. Jesienią 1961 roku w mieszkaniu pisarzy na warszawskiej Pradze (w którym poprzednim lokatorem był Bolesław Bierut) została przeprowadzona rewizja. W jej wyniku skonfiskowano 14 teczek dziennika zatytułowanego „Kamieniołomy”, a w nim obszerny opis funkcjonowania ówczesnych elit, w którym nie brakowało miażdżącej krytyki. Kornackiego na podstawie tych prywatnych zapisków, które miały szkalować ustrój PRL oraz działaczy partyjnych i państwowych, skazano na rok więzienia. „Kamieniołomy”, odebrane właścicielowi, zostały zatrzymane przez służby, aby na początku lat 90. wrócić do spadkobierców pisarza. Od tamtego czasu pozostają niedostępne. Zarówno dziennik, jak i inne działania podejmowane wówczas przez Kornackiego (na przykład żądanie zniesienia państwowej cenzury) każą zachować ostrożność w formułowaniu ocen jego postępowania. I choć jemu samemu nie udało się opublikować już do śmierci żadnej książki (Boguszewska w 1965 roku wydała zbiór opowiadań dla dzieci „Zwierzęta wśród ludzi” i wybór z wcześniejszej twórczości), to dorobek „Przedmieścia” był chętnie przypominany przez cały PRL.
Czy dziś warto jeszcze sięgać do książek wydanych przez „Przedmieście”? Niewątpliwie literatura ta ma swoje mankamenty. O ile „Ci ludzie” są wartościową lekturą, choć zapomnianą – jak się wydaje z prozaicznego powodu jej niedostępności, o tyle niektóre opowiadania z tomów „Przedmieście” i „Pierwszy maja” mogą zawieść czytelnicze oczekiwania. Ich poziom artystyczny jest bardzo zróżnicowany – znajdziemy tu zarówno dopracowane utwory, jak i luźne notatki, które mogłyby dopiero stać się materiałem do literackiego opracowania. Lepszy artystycznie jest bez wątpienia drugi tom – choć także trudniej dostępny. A powieści? Te pisane przez Boguszewską i Kornackiego są obarczone przede wszystkim jedną wadą – daleko im do prostoty, zwięzłości i lakoniczności, którymi odznaczała się wczesna twórczość pisarki. Świadectwa zmian w jej stylu odnajdziemy już w tomie „Przedmieście”. Coraz więcej w tych opowiadaniach umoralniającego tonu i oceniających wejść narratora. Warto wspomnieć również o Władysławie Kowalskim, autorze ciekawego „Burcusia”, który w innych, choć też dobrych opowiadaniach, daje się porwać chłopskiemu idiomowi, coraz trudniejszemu do zrozumienia dla dzisiejszego czytelnika.
Badacz fetujący Boguszewską w latach 70. w jednym z numerów „Literatury” zauważał, że „proza ta bardziej już dzisiaj należy do przeszłości niż do teraźniejszości. Dzieje się tak zapewne i dlatego, że problemy, które podejmowała Boguszewska – w nowych warunkach znikły albo przekształciły formę”13, albo przynajmniej należało tak twierdzić. Boguszewska, doceniana w Dwudziestoleciu, razem z Przedmieściem regularnie przypominana w PRL-u, dziś ma opinię pisarki nudnej, a poświęcone jej – a właściwie tylko „Całemu życiu Sabiny” – opracowania można policzyć na palcach jednej ręki. I choć w dzisiejszych warunkach – inaczej niż w latach 70. – problemy, które podejmowało „Przedmieście”, nie znikły, a tylko zmieniły formę, Zespół Literacki „Przedmieście”, jego twórcy i najważniejsze wydane przez nich książki odbywają pokutę w literackim czyśćcu.
Katarzyna Górzyńska-Herbich
Bibliografia:
- Boguszewska H., Ci ludzie, Warszawa 1933.
- Boguszewska H., Kornacki J., Jadą wozy z cegłą, Warszawa 1935.
- Boguszewska H., Kornacki J., Zielone lato 1934, Warszawa 1959.
- Dąbrowski M., Boguszewska – jej życie, „Literatura” 1972, nr 2, s. 1, 9.
- Glensk U., Historia słabych. Reportaże i życie w Dwudziestoleciu (1918–1939), Kraków 2014.
- Kornacki J., Cele „Przedmieścia”, „Epoka” 1933, nr 42, s. 11.
- Kraskowska E., Świat według Boguszewskiej i po kobiecemu: „Całe życie Sabiny”, „Pamiętnik Literacki” 1997, z. 3, nr 88, s. 91–105.
- Jesionowski A., „Przedmieście” przy pracy, „Prosto z mostu” 1935, nr 11, s. 8.
- Nałkowska Z., Dzienniki, oprac. H. Kirchner, t. 1, t. 4, Warszawa 1975, 1988.
- Pierwszy maja, pod red. H. Boguszewskiej, J. Kornackiego, Warszawa 1934.
- Promiński M., Powieść i nowela reportażowa, „Skamander” 1935, nr 58, s. 154–155.
- Przedmieście, pod red. H. Boguszewskiej, J. Kornackiego, Warszawa 1934.
- Ptak K., Twórcy „Przedmieścia” – Helena Boguszewska, Jerzy Kornacki [w:] Prozaicy dwudziestolecia międzywojennego: sylwetki, pod. red. B. Farona, Warszawa 1972.
- Słownik literatury polskiej XX wieku, pod red. A. Brodzkiej et al., Wrocław 1993.
- Tyszkiewicz B., Aresztowany dziennik. O „Kamieniołomach” Jerzego Kornackiego [w:] Literatura w granicach prawa (XIX–XX w.), Warszawa 2013, s. 488–501.
- Woźniak A., Podmiejskie gry i zabawy. O czasie wolnym i świętowaniu na Gocławiu w dwudziestoleciu międzywojennym, „Etnografia Polska” 2004, t. XLVIII, z. 1–2, http://cyfrowaetnografia.pl/Content/1625/Strony%20od%20EP_XLVIII-14_Wo%C5%BAniak.pdf (1.06.2017).
- Zawodziński K.W., Blaski i nędze realizmu powieściowego w latach ostatnich, Warszawa 1937.
Przypisy:
- Z. Nałkowska, Dzienniki, oprac. H. Kirchner, t. 1, Warszawa 1975, s. 110–111.
- Z. Nałkowska, Dzienniki, oprac. H. Kirchner, t. 4, Warszawa 1988, s. 372.
- H. Boguszewska, Ci ludzie, Warszawa 1933, s. 7–9.
- Ibidem, s. 16.
- Ibidem, s. 188.
- J. Kornacki, Cele „Przedmieścia”, „Epoka” 1933, nr 42, s. 11.
- M. Promiński, Powieść i nowela reportażowa, „Skamander” 1935, nr 58, s. 154–155.
- H. Boguszewska, Bijące serce Woli [w:] Przedmieście, pod red. H. Boguszewskiej, J. Kornackiego, Warszawa 1933, s. 23–24.
- H. Krahelska, Przedmowa [w:] Przedmieście, op. cit., s. V.
- Ibidem, s. VI.
- J. Kornacki, Wstęp [w:] H. Boguszewska, J. Kornacki, Jadą wozy z cegłą, Warszawa 1948.
- S. Rey, Królestwo Boże [w:] Przedmieście, op. cit., s. 172–173.
- M. Dąbrowski, Boguszewska – jej życie, „Literatura” 1972, nr 2 , s. 1, 9.