Prorok z Zagłębia. Mesjanizm i socjalizm ks. Andrzeja Huszny

Prorok z Zagłębia. Mesjanizm i socjalizm ks. Andrzeja Huszny

„Ks. Huszno siał wielki zamęt w głowach mieszkańców Dąbrowy Górniczej i całego Zagłębia. Przystojny mężczyzna oraz charyzmatyczny i elokwentny mówca cieszył się wielkim poważaniem wśród robotników i robotnic, stając się w pewnym sensie ich »ludowym trybunem«. Przyciągał ich do siebie nie tyle swoimi wywrotowymi po względem teologicznym kazaniami, co otwartym przyklaskiwaniem szerzącym się w tym robotniczym regionie ideom socjalistycznym i komunistycznym, wrogim w stosunku do chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego (osobiście był sympatykiem Polskiej Partii Socjalistycznej). Zjednywał sobie ludzi także praktykowanym przez siebie ziołolecznictwem”1. Tego rodzaju opinie możemy jeszcze dziś przeczytać na łamach prasy katolickiej. Nie może więc dziwić, że w latach międzywojennych ten kapłan, niepokorny i dość ekstrawagancki w swoich poglądach i działalności, spotykał się z zajadłym atakiem ze strony duchownych Kościoła katolickiego. Poświęcono mu w tamtym czasie dużą liczbę artykułów prasowych, a w osobnych broszurach omawiano jego działalność i poglądy, przedstawiając go w jak najgorszym świetle i przypisując mu wszelkie możliwe przewiny i występki. Nie mamy do czynienia jedynie z konfabulacjami, oszczerstwami oraz niemającą żadnych podstaw nagonką pod adresem świątobliwego kapłana-obrońcy robotników. Z taką interpretacją wydarzeń z lat międzywojennych spotykamy się coraz częściej na łamach prasy lewicowej, w której pojawiło się w ostatnich latach kilka artykułów poświęconych ks. Husznie. Trzeba uczciwie powiedzieć, że ks. Huszno nie był człowiekiem pozbawionym wad, wiele zarzutów wysuwanych pod jego adresem ze strony środowisk katolickich miało uzasadnienie. Nie był jednak też moralnym potworem, zwodzącym maluczkich dla swoich egoistycznych celów i interesów. Jego troska o położenie klasy robotniczej oraz walka o jej interesy wydają się czymś ze wszech miar autentycznym i zasługującym na uznanie.

***

Andrzej Huszno urodził się 6 listopada 1892 roku we wsi Goleniowy w powiecie włoszczowskim, w rodzinie chłopskiej2. Ukończył seminarium w Kielcach, gdzie w 1915 roku został wyświęcony na księdza. W 1917 roku został jednak suspendowany przez władze kościelne w związku z zarzutami natury obyczajowej oraz wydaniem przez niego broszury zatytułowanej „Syn Człowieczy”, w której pojawiły się wątki uznane przez ówczesną hierarchię za nieprawowierne. Odtąd postanowił prowadzić działalność religijną na własną rękę, w związku z tym bez pozwolenia władzy diecezjalnej objął probostwo parafii Mstyczów koło Sędziszowa, która obłożona była interdyktem.

Na wniosek rady parafialnej wydał wkrótce pracę pt. „Kościół demokratyczny”. Przedstawił w niej zasady funkcjonowania nowej wspólnoty, dając wyraz poglądom richerystycznym, tzn. wskazującym na potrzebę parlamentarnej struktury Kościoła i wyboru hierarchów przez ogół wiernych. Huszno występował w broszurze przeciwko wszelkim formom monarchizmu, autokratyzmu, despotyzmu czy dyktatury, gdyż uznawał, że są one przebrzmiałe, coraz mocniej rugowane z życia politycznego, podczas gdy w sferze religijnej mają się ciągle świetnie. W związku z tym postulował wprowadzenie wybieralności proboszczów przez rady parafialne, biskupów przez rady diecezjalne i papieża przez tzw. radę ludów. W skład tych ciał mieliby prawo wchodzić wybrani obywatele, którzy ukończyli 21. rok życia. Ciałami ustawodawczymi w Kościele miałyby być: sobór powszechny złożony z delegatów wszystkich narodowości, bez różnicy płci i stanów; w odniesieniu do Kościoła narodowego – sobór narodowy; następnie sobory diecezjalne i zebrania parafialne3.

Na wniosek bpa Augustyna Łosińskiego Huszno z powodu takich poglądów został wkrótce zatrzymany przez władze państwowe i osadzony w areszcie jako wywrotowiec. Przebywał w nim 10 miesięcy. Poseł PPS Kazimierz Czapiński w swojej mowie sejmowej przywoływał aresztowanie ks. Huszny jako przykład wyjątkowego bezprawia i ulegania naciskom duchowieństwa przez władze państwowe. „Czytamy dalej akt oskarżenia i dowiadujemy się, że ks. Huszno popełnił zbrodnię wielką. Wprawdzie nikogo nie okradł, nikogo nie zamordował, nie obraził, nikogo nie uderzył, broń Boże, ale napisał heretycką broszurę: »Kościół demokratyczny«, w której powiedział, że należytości kościelne powinny być mniejsze i kościół powinien w ten sposób być zorganizowany, aby księża byli przez gminy wybierani. […] I dalej w sposób niezmiernie charakterystyczny ten akt oskarżenia powiada, że pod wpływem ks. Huszny miejscowi chłopi poszli na lewo i zepsuł się stosunek do dworu. Nie to, żeby ten dwór został w jakikolwiek sposób uszkodzony, obrabowany czy cośkolwiek innego – nie, tego nie ma, ale popsuł się »stosunek do dworu«. […] W służbie biskupów, w służbie kleru i obszarników interesów połączonych bardzo charakterystycznie – prokuratoria daje rozporządzenie, ażeby na 10 miesięcy ks. Husznę wpakować do kryminału”4.

Po opuszczeniu więzienia początkowo utrzymywał się głównie z ziołolecznictwa, niebawem zaś wstąpił do Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego (PNKK). Został on założony przez imigrantów w USA, lecz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rozpoczął ożywioną działalność misyjną w kraju. Jednak przynależność Huszny do PNKK nie trwała długo. Zrażony do stojącego na jego czele bpa Franciszka Hodura, który pominął go w nominacji na stanowisko biskupa tego Kościoła, oraz, jak sam twierdził, rozczarowany jego „grubym racjonalizmem” w kwestii rozumienia Pisma Św. i dogmatów, implikującym odrzucanie wszystkiego, co stanowi tajemnicę wiary5, opuścił tę inicjatywę i stworzył niezależną pod nazwą Polsko-Katolicki Kościół Narodowy (PKKN) z siedzibą w Dąbrowie Górniczej. Jego głową niewidzialną, jak sam to określił, jest sam Chrystus, Król-Duch. Kościół ten to, jak pisał ks. Huszno, nowa Arka i nowa Prawda, „Kościół Ojca Polaków Eli Lachów (którego czczą mahometanie pod imieniem Allacha, a żydzi pod imieniem Ellochim)”6.

Wówczas to pojawiły się w jego koncepcjach coraz mocniejsze wątki mesjanistyczne. Wskazywał w „Tezach dogmatycznych” PKKN, że do narodu polskiego w szczególny sposób są przywiązane Boże obietnice, że jest on wybrany na piastuna idei Królestwa Bożego7. Rola PKKN miała zaś polegać na rozświetlaniu mroków, uświadomieniu Polakom posłannictwa, jakie na nich ciąży, a w ostateczności – na doprowadzeniu do przezwyciężenia zróżnicowania religijnego, zaistnienia jednego kościoła powszechnego oraz ustanowienia prawdziwej jedności ludzkości8.

Pomimo kilkakrotnie podejmowanych prób rejestracji tej wspólnoty wyznaniowej nie udało się tego przeprowadzić. W związku z tym ksiądz szukał wsparcia zarówno w kościele ewangelicko-augsburskim (luterańskim), jak i w ewangelicko-reformowanym (kalwińskim). W grudniu 1924 roku zaczął wydawać organ prasowy swego Kościoła, pod nazwą „Głos Ziemowida” – nakład wahał się od 4 do 10 tys. egzemplarzy. Tam właśnie przedstawiał swoją specyficzną koncepcję religijną łączącą pierwiastki prasłowiańskie, mesjanistyczne, religii Indii, teozoficzne, biblijne i inne. W pierwszym numerze tego pisma wyjaśniano nazwę przyjętą przez periodyk: „Ponieważ mienimy się być Kościołem Polsko-Katolickim, wierząc w Boskie posłannictwo szczepu słowiańskiego, a w nim narodu polskiego, który w naszym przekonaniu jest wybrany na piastuna idei Królestwa Bożego na ziemi przed wszystkimi narodami, przeto i mityczny symbol tego Króla Ducha, uosobiony w Ziemowidzie synu Piasta, za swój przyjmujemy. Imię Ziemowid odpowiada hebrajskiemu Dawid, znaczy ono arcykapłan ziemi, prorok ziemi. A tym nikt inny być nie może, jeno sam Chrystus, ten prawdziwy Ziemowid”9.

Jednocześnie zdobywał sobie Huszno coraz większą popularność w środowisku robotniczym Zagłębia za sprawą ostrych wystąpień przeciwko kapitalistom i wyzyskowi mas pracujących. W „Głosie Ziemowida” można było przeczytać: „O Boże, któryś powiedział: »Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy spracowani i obciążeni jesteście, a ja was uchłodzę«, spraw to ochłodzenie dzisiaj dla nas pogardzanych, wyzyskiwanych, krzywdzonych, głodzonych, więzionych, uciskanych w nieludzki sposób poniewieranych. Ulituj się o Boże nędzy robotnika polskiego, szukającego na obczyźnie pracy i chleba, daj nam ludzi mądrych i sprawiedliwych w rządzie, a zmieć z powierzchni ziemi naszej tych patentowanych matołków i trutniów, to robactwo swojskie i obce, które toczy żywy organizm Ojczyzny naszej, dbając o swe kieszenie i brzuchy, a nie o dobro kraju naszego i polskiego ludu. O Boże, daj ducha jedności, trzeźwości i zrozumienia masom pracującym, aby się wzajemnie nie spychali w dół wyzysku i niewoli, ale w imię hasła »w jedności siła« aby stawali w obronie jeden drugiego”10.

Jego działalność religijna została uznana za nielegalną, w związku z tym znów spotkały go szykany ze strony władz. Aby jakoś zaradzić tej niekomfortowej sytuacji, poddał się on wraz ze wspólnotą, na czele której stał, mającą liczyć ok. 2 tysięcy osób, jurysdykcji Cerkwi prawosławnej. Doszło do tego 16 lipca 1926 roku. Jego gmina otrzymała nazwę Polski Narodowy Kościół Prawosławny (PNKP) św. Michała Archanioła w Dąbrowie Górniczej, a „Głos Ziemowida” został wkrótce przemianowany na „Polski Kościół Narodowy”. W interpretacji Huszny krok ten nie oznaczał wcale połączenia z prawosławiem, ale jedynie legalizację jego Kościoła pod firmą Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Dał temu wyraz otwarcie w liście adresowanym do duchownych związanych z PNKK, zachęcając ich do przyłączenia się do niego wraz z parafiami. Sam przebieg zawarcia unii z Kościołem prawosławnym oraz jej przyczyny uzasadnił w osobnej broszurze pt. „Polski Kościół Narodowy, jego historia, cel i zasady”. Natomiast na łamach „Głosu Ziemowida” podkreślał, że „wszystkie postulaty, których domagał się Kościół Narodowy w przeszłości, znaleźliśmy w Kościele Wschodnim, znanym u nas pod nazwą Kościoła Prawosławnego. Unia przeto obecna jest całkiem naturalnym zjawiskiem i historycznie całkowicie uzasadnionym. Sprawie Unii naszej mógł stanąć na przeszkodzie tylko nasz mesjanizm polski, któryśmy również wcielili do naszego wyznania polskiego, aliści w tym szlachetnym samopoczuciu wieszczów narodowych polskich i naszym wierzeniu w mesjaniczne posłannictwo Narodu Polskiego, biskupi Kościoła Prawosławnego nie znaleźli nic zdrożnego, więc przeszkód do Unii nie było żadnych”11.

Wkrótce jednak rozpoczęły się zatargi z władzami Kościoła prawosławnego, a Huszno został nawet pozbawiony na pewien czas urzędu administratora PNKP w związku z konfliktem z ks. Stanisławem Zacharjasiewiczem12. Coraz trudniejsza sytuacja, bojkot, konfiskata wydawanych przez niego broszur i inne szykany spowodowały, że stopniowo wycofywał się z życia publicznego. Najpierw w 1928 roku zawiesił wydawanie pisma „Polski Kościół Narodowy”, w latach trzydziestych pokusił się jednak o powołanie do życia kolejnego, dość efemerycznego periodyku zatytułowanego „Kultura Duchowa”.

Przez lata zmagał się Huszno z chorobą nowotworową. Kiedy jego stan się pogorszył, 24 maja 1939 roku, poprosił o przybycie katolickiego kapłana. Był nim ks. Stefan Niedźwiedzki. W jego obecności pogodził się z Kościołem katolickim, odbył spowiedź z całego życia i spisał akt żalu. Zmarł 4 czerwca 1939 roku w Dąbrowie Górniczej. Na jego pogrzeb miało przybyć ok. 10 tys. ludzi. Pochowano go jako osobę świecką, bez szat liturgicznych. Nabożeństwo odbyło się w katedrze NMP Anielskiej. Warto wspomnieć, że Huszno stał się pierwowzorem postaci ks. Kani z głośnej powieści „Czarne skrzydła” Juliusza Kaden-Bandrowskiego.

***

W poglądach prezentowanych przez ks. Husznę charakterystyczne wydają się dwa momenty: akcentowanie mesjanistycznych przekonań oraz bezkompromisowa obrona mas uciskanych, marginalizowanych, ciemiężonych i wykluczonych. Jak pisał w jednym z artykułów, w którym wątki te niejako zostały połączone: „Brama, przez którą mamy wejść ze starego świata do nowego, z piekła tej ziemi, z otchłani zła i błędu, z ziemi wygnania do raju, czyli Nieba – nie gdzieś w obłokach, jak to księża opowiadali, ale do Nieba tu na ziemi – jest jedna, a Bramą tą jest Polsko-Katolicki Kościół Narodowy. Polsko-Katolicki Kościół Narodowy był tą bramą w starym świecie, przed tysiącami lat, o czym tylko mamy dzisiaj legendy w pismach świętych spisane. To bowiem, co nasi poeci przed stu laty o Polsce i jej posłannictwie w ludzkości całej pisali, to pisali w duchu wieszczym i proroczym, mając światło z góry. A co oni przewidywali w natchnieniu poetyckim, to my dzisiaj wypełniamy, niosąc światu chleb anielski, Prawdę Żywą, Prawdę Polską. Bo Polska, a nie inny kraj, jest u Boga wybrana i powołana do piastowania idei Królestwa Bożego na ziemi. Z Polski wyjdzie odrodzenie w duchu i prawdzie na cały świat”13.

Nieobce przy tym były mu pewne przekonania katastroficzne, charakterystyczne przecież dla myślenia mesjanistycznego, w którym wyczekiwanie na urzeczywistnienie Królestwa Bożego na Ziemi wiąże się zazwyczaj z przeczuciem katastrofy, zapowiedzią czasu przełomu, stanowiącego swoisty adwent, wprowadzenie do nowych lepszych czasów, przejście od świata zastanego do oczekiwanego. „Ludzkość współczesna mimo postępu materialnego w dziedzinie wynalazków milowymi krokami spieszy do bankructwa politycznego, społecznego i religijnego. I tylko czekać – rychło własnymi rękami wykopie sobie grób przy huku armat i dynamitu, w trzasku samolotów bojowych i dymie gazów trujących. Brak zasad etycznych u szczytu i u dołu, u duchownych i świeckich, gonitwa za niepomiernymi zyskami, sobkostwo, to cechy wybitne dni naszych. Jesteśmy jak ta grusza stara i niepłodna zdatni na ścięcie i spalenie. Czas idzie, a za nim godzina sądu się zbliża. Lecz nie sam człowiek jest panem ziemi i nie sami ludzie decydować będą o końcu starego świata i powstaniu nowego. Palec Boży w tym będzie, że świat stary rozleci się w gruzy, a nowy nastanie. I tej pomocy Bożej my czekamy. Sam Bóg nas osądzi i sam Bóg nas uratuje”14.

Uzasadniając swoje poglądy mesjanistyczne i wyjątkową rolę w dziejach świata, którą miał spełnić założony przez niego Kościół, ks. Huszno nie wahał się uciekać do bardzo ekscentrycznych i skomplikowanych spekulacji historiozoficzno-teologicznych. Odczytywanie symboliczne wszelkich opowieści, łączenie ich ze sobą, prowadziło go do zaskakujących wniosków. Amatorskie, chaotyczne i zagmatwane analizy filologiczne, teologiczne czy religioznawcze miały służyć znalezieniu dowodów uzasadniających twierdzenie, że wszystkie ludy Europy i Azji mają wspólne pochodzenia w dwunastu plemionach Izraela, że „Słowianie, względnie Polacy, są tym wybranym pokoleniem Judy, które daje Zbawienie światu”, że Polska jest krajem, w którym jako pierwsza głoszona była dobra nowina o Królestwie Bożym i że w związku z tym chrześcijaństwo jest rodzimą polską wiarą, zniekształconą następnie przez Kościół rzymski. Wszystkie bowiem mitologie świata, wedle Huszny, podają te same prawdy i zasadniczo się między sobą nie różnią. „Różnica polega na wielości i jakości symboli oraz imion Boga. My tego Boga Zbawcę dzisiaj czcimy niby dzięki Rzymowi i Grekom pod imionami: Jezusa Chrystusa, Jana Chrzciciela, Michała Archanioła, Syna Dawidowego, Eliasza. Przed 2000 lat Rzymianie Boga czcili pod wezwaniem Jowisza, Grecy pod wezwaniem Zeusa, żydzi pod wezwaniem Jehowy, a nasi praojcowie swego Ziemowida czcili pod imieniem Jezusa Chrystusa, Eliasza syna Ramy. Nazywali Go Jesse Lado albo Jasza, Eli Eli, Iwanem Kupałą, Koladą, Ilją Muromcem, które to nazwy w brzmieniu greckim czy romańskim znaczą Isus Christos, Jezus Christus, Elias, Jan Chrzciciel etc.”15.

Jego krytyka Kościoła katolickiego opierała się przede wszystkim na założeniu, że zniekształcił on prawdę i naukę chrześcijańską. W dodatku, jego zdaniem, Kościół stał się sojusznikiem możnych tego świata: władców, kapitalistów i wyzyskiwaczy. Co prawda w nauce Kościoła występowano w obronie maluczkich i upośledzonych, jednak w praktyce skutki tych działań i apelów były mocno ograniczone. Nie zdołano w imię szczytnych ideałów i miłości Chrystusa skłonić kapitalistów do właściwego wynagradzania robotników, a posiadaczy ziemskich do zniesienia pańszczyzny. Wszystko to musiało zaowocować odchodzeniem mas pracujących od religii jako takiej oraz rosnącą popularnością różnego rodzaju ideologii antyreligijnych. „Zmora średniowiecznych zabobonów, feudalizmu, ciemnoty, ordynarnego bałwochwalstwa, ślepej uległości dla rekinów kapitalizmu – oto owoce pracy społecznej kościołów śmierci. Nic też dziwnego, że robotnicy uświadomieni, odczuwając na swej skórze jałowość tego chrześcijaństwa, z uprzedzeniem witają myśl o jakimkolwiek kościele. A bluźniąc przeciwko tak fałszywie pojętemu kościołowi, bluźnią nawet często przeciwko Bogu”16.

Co więcej, odnosząc się do tez przedstawionych w artykule o. Jana Rostworowskiego SI pt. „Co Rzym dał Polsce?”, wskazywał Huszno na coś jeszcze. We wzmiankowanym artykule jezuita podkreślał, że wśród wielu zasług duchowieństwa w naszym kraju należy zwrócić uwagę na to, że wychowało ono polski lud do cierpliwego znoszenia wszelkich krzywd. Huszno grzmiał: „Omyliwszy się powiedział prawdę, czy jednak zasługa ta zgodna jest z etyką Chrystusa? Rozważmy… Księża rzymscy tak uczą: Cierp, boś zgrzeszył, cierp, abyś nie zgrzeszył, błogosławieni, którzy za życia cierpią prześladowanie, albowiem po śmierci będą w niebie. Kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugiego, a kto ci odbiera płaszcz, oddaj mu i suknię. A tak pojmując Pismo Św., w czeluście piekielne spychają robotników za ich walkę z wyzyskiem kapitalistów i obszarników, za ich wołanie o ludzkie prawa i ludzkie traktowanie dla siebie, za ich 8-godzinny dzień pracy, za związki zawodowe, za reformę rolną itd. Panie Jezuito! Takaż to miłość bliźniego, którego przecież Chrystus kazał miłować tak, jak siebie samego? Pomyśl, jakie to straszne sobkostwo byłoby ze strony robotników krzywdzonych, gdyby oni cierpliwie znosili wyzysk kapitalisty, swego chlebodawcy?! Toż robotnikom otwierasz drogę do nieba kosztem wiecznego potępienia kapitalisty! Czyż kapitalista nie jest bliźnim robotnika, ba, nawet dobrodziejem, dając mu możliwość zarobkowania? […] Czyż może być nazywany chrześcijaninem robotnik, który do organizacji samoobrony robotniczej nie należy, idąc samopas pozwala się wyrzucić z pracy bez powodu, pozwala się kraść i gnębić ekonomicznie i moralnie? Wszak Chrystus powiedział »po tym poznają was, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu«, a czyż taki »dziki« robotnik może powiedzieć, że on kocha swojego chlebodawcę i kapitalistę, demoralizując go swoją niezaradnością, głupotą i ospałością duchową? Czyż taki robotnik nie jest naprawdę śmiertelnym wrogiem kapitalisty, szatanem jego duszy?”17.

Odnajdujemy w jego pismach fragmenty, w których mamy do czynienia wręcz ze sprowadzeniem idei zbawienia do wymiaru czysto ziemskiego wyzwolenia od społecznej niesprawiedliwości, od zła – tu i teraz. Nasuwa to pewne skojarzenia z teologią wyzwolenia, w której kategoria wyzwolenia nawiązuje do wielkiej historii z Księgi Wyjścia o ludzie Bożym, który uwalnia się z niewoli egipskiej i osiąga zbawienie w historii, mając w perspektywie nową, wolną od niesprawiedliwości ziemię. W ujęciu ks. Huszny wygląda to podobnie, zbawienie bowiem, jak czytamy w jednym z artykułów, to „wyswobodzenie z kajdan niewoli kapitalizmu, ciemnoty, nałogu, lenistwa, biedy i nędzy wszelakiej”. Kościół, który umożliwia wiernym tego rodzaju wyzwolenie, niesie im prawdziwe zbawienie zarówno w tym, jak i przyszłym życiu18. W przywoływanym już wcześniej „Słowie wstępnym” do pierwszego numeru „Głosu Ziemowida” podkreślał on zaś bardzo mocno: „My chcemy żyć i pracować nie dla Królestwa Bożego w obłokach czy na księżycach, ale dla Królestwa Bożego tu na ziemi. My chcemy i będziemy bronić ludności nie przed tym piekłem rzymskim, które w czeluściach ziemi księża znajdują, a którego nie ma… ale będziemy bronić świat przed tym piekłem, jakie nam życie stwarza na ziemi, które jest – i bronić ludności przed tymi diabłami, które swej władzy, rozumu i majątku nadużywają, kując kajdany niewoli politycznej, ekonomicznej i duchowej dla swych braci. A walczyć będziemy aż do zwycięstwa, w czym nam dopomóż Bóg!”19.

Występując w obronie robotników, Huszno wskazywał na to, co Marks określał mianem reifikacji siły roboczej, czyli na sytuację, w której ludzie występują w procesie pracy jako towary, kupowane i sprzedawane na rynku wedle reguł wyznaczonych prawem wartości. Podkreślał on bowiem, że w dzisiejszych czasach robotnik wydaje się przedstawiać dla kapitalisty taką samą wartość, jak każdy inny środek służący produkcji; o tyle jest użyteczny i godny uwagi, o ile służy kapitałowi i jest zdolny pracować. Utrata zdrowia czy starość powodują, że staje się bezproduktywny, a więc niepotrzebny. „Robotnik to jest dzisiaj tak traktowany jak koń u lichego gospodarza. Póki był mocny, zdrowy i silny, to był dobry, a gdy wskutek niedbalstwa gospodarza i nadmiernej pracy stracił siły i zdolność pociągową, to go hyclowi sprzedał lub do żydów wypchnął”. Kapitaliści, jak pisał, dzięki wysiłkowi robotnika pomnażają swoje fortuny, jednakże on sam nie osiąga z tego żadnych korzyści. Wręcz przeciwnie: im bardziej kapitalista staje się bogaty, tym większą niezależność zdobywa od robotnika. „Robotnik polski obecnie przeżywa okres prawdziwej niewoli egipskiej, zdany na łaskę kapitalistów, pozbawiony jest moralnej opieki prawa ze strony państwa. Żyje z dnia na dzień przy głodowych płacach, pracując 3 dniówki na tydzień. Źle odżywiony, dorwawszy się pracy, robi jak koń, bo robiąc na 3 dniówki stara się tyle zarobić, żeby mógł swą rodzinkę jako tako wyżywić. I oto cuda się dzieją na kopalniach, bo miesięczny kontyngent węgla mimo redukcji siły roboczej i dni pracy, wcale się nie zmniejsza. Kapitał zaciera ręce, a kostucha śmierć przy współudziale gruźlicy czyni to samo”20.

W związku z tym, jak podkreślano w „Głosie Ziemowida”, żadne półśrodki nie zdadzą się na nic. Należy dokonać gruntownej reformy polegającej na uwłaszczeniu robotników. Powinni oni stać się współwłaścicielami przedsiębiorstw, w których pracują. Pojawiały się u Huszny również postulaty udziału pracowników w zyskach przedsiębiorstwa, a przede wszystkim partycypacji w zarządzaniu nimi przez samorząd fabryczny. „Musimy stanąć na tym stanowisku, że wszelka własność w kraju należy do całego narodu, reprezentowanego przez rząd, a rzekomi właściciele są tylko z prawem sukcesorstwa dzierżawcami, a robotnicy poddzierżawcami. A jako tacy winni mieć udział w zyskach kopalni czy fabryki jako współdzierżawcy. Obecny system najmu i płacy drogą prywatnej umowy, zawartej między kapitalistą a robotnikiem, jest odnowionym niewolnictwem”21. Podnosił też postulaty regulacji i ustalania wysokości płac przez specjalne komisje złożone z przedstawicieli robotników i urzędników oraz zmniejszania dysproporcji w ich zarobkach. „Zarabia górnik na tydzień 9 złotych, niech urzędnik kwalifikowany zarobi 18, a dyrektor 150 proc. więcej – 22 zł 50 gr. Jeżeli tamten z rodziną może i musi wyżyć za 9 złotych, niech no panowie dyrektorzy pokażą tę sztukę i wyżyją za 22 zł 50 gr. Zarobi górnik miesięcznie 300 złotych, to inżynier niech ma 600 zł, a dyrektor 750 złotych. Nadwyżka zarobków kopalnianych może być obracana już to na inwestycje w kopalni, już to winna być dzielona między pracowników kopalni w stosunku do zarobku. Inteligencja kopalniana, chcąc poprawić swój byt, nie powinna mieć innej drogi do tego jak przez poprawienie bytu górnika. Zdobądźmy się na odwagę i zwykłą uczciwość i otwórzmy karty. Niech robotnik wie, co zarabia kopalnia, niech się poczuje współwłaścicielem kopalni, niech będzie zainteresowany w pomyślnym rozwoju przedsiębiorstwa, a czynem tym zlikwidujemy komunizm na ziemiach polskich, usuniemy nędzę i bezrobocie”22.

***

Huszno czynem i słowem wspierał robotników, głównie górników z Zagłębia Dąbrowskiego, z którym związał swoje życie i pracę duszpasterską. Świadectwa z tamtych czasów, jak i masowy udział miejscowej ludności w jego pogrzebie świadczą dobitnie o tym, że praca ta była oczekiwana, pożądana i przynajmniej w jakimś stopniu skuteczna. Brak u niego jednak, co trzeba jasno powiedzieć, oryginalnego i rozbudowanego programu odnośnie do kwestii robotniczej. Pojawiające się postulaty są rzecz jasna chwalebne i mają uzasadnienie, jednak trudno doszukiwać się tutaj jakiegoś nowatorskiego podejścia, spójnych i kompleksowych projektów, rewolucyjnych pomysłów czy wnikliwych i wszechstronnych analiz.

Ksiądz Huszno to bez wątpienia postać interesująca, wielowymiarowa, a dla niektórych zapewne także inspirująca. Jednak nie jest to z pewnością kandydat na świętego ani katolickiego (tutaj nikt chyba nie ma wątpliwości), ani też lewicowego. A trzeba powiedzieć, że z zakusami do wynoszenia go na lewicowe ołtarze i tworzenia panegiryków na jego cześć mieliśmy do czynienia nie tak dawno, choćby w pełnym różnego rodzaju przemilczeń i nieścisłości artykule publikowanym na łamach czasopisma „Ha!art”23. Co charakterystyczne, w innych artykułach, choćby na łamach „Faktów i Mitów” oraz jednego z portali internetowych, słynna modlitwa, prawdopodobnie autorstwa ks. Huszny, została ocenzurowana tak, aby bardziej pasowała do obrazu postępowego kapłana, w związku z czym zniknął z niej fragment wskazujący na antysemickie wątki u Huszny: „Tysiącprocentowe zyski daj nam dzisiaj i przebacz słabości i tchórzliwości naszej, jeśli w czymkolwiek, kiedykolwiek przewiniliśmy, idąc na chwilowe ustępstwa robotnikom i innym gojom, co nie z własnej woli, tylko pod presją »bezbożnych« rządów socjalistycznych strajków itp. gwałtów uczyniliśmy. I nie wódź nas na pokusę głupiej miłości bliźniego, filantropii i ludzkości, ale zachowaj w trzeźwej i zdrowej orientacji gwoli naszego interesu – Amen”24.

Trzeba też zaznaczyć, że tak jak nieobce były ks. Husznie wolty religijne, tak również te polityczne nie stanowiły dla niego problemu. Sympatia, jaką miał niewątpliwie do PPS, jak i innych partii lewicowych, które wspierały jego działalność, przerodziła się w późniejszym okresie w zdecydowane poparcie dla Piłsudskiego i sanacji. Piśmiennictwo jego nie jest też wolne od pewnej dozy osobistej i narodowej megalomanii czy wątków antysemickich, a zwroty ideowe i religijne, które czynił, niepozbawione były pewnej dozy koniunkturalizmu. Mimo to w dziedzinie obrony robotników jego wkład jest niekwestionowany, miał odwagę iść w miejsca, o których inni bali się nawet pomyśleć. Choć mógł prowadzić komfortowe życie, zdecydował się na niełatwą pracę – przynoszącą jedynie szykany, nieprzyjemności i represje – na odcinku, który niestety w dużej mierze leżał w tamtym czasie odłogiem.

dr hab. Rafał Łętocha

W nagłówku tekstu wykorzystano grafikę Karela Štěcha pt. Dělník s kladivem, pochodzącą z lat 30. ubiegłego wieku.

Przypisy:

  1. Umarł jako katolik, „Cuda i Łaski Boże. Miesięcznik Rodzin Katolickich”, http://www.cudaboze.pl/2007/rozdzial.php?numer=11&rozdzial=7 (14 03 2017).
  2. Informacje biograficzne na podstawie: Cz. Lechicki, Huszno Andrzej, w: Polski Słownik Biograficzny, t. X, Wrocław 1962–1964, s. 124; Z. Czapliński, Żywot i czyny Księdza A.[ndrzeja] Huszny, Sosnowiec 1927; M. Skrudlik, Zamach na Kościół w Polsce, Warszawa 1928; E. Warchoł, Polski Narodowy Kościół Katolicki w Polsce (1922–1952), Radom 1995.
  3. ks. A. Huszno, Kościół demokratyczny, Kraków 1919, s. 9, 12, 14–15.
  4. K. Czapiński, Dokąd kler prowadzi Polskę? (mowy sejmowe wygłoszone w debacie konstytucyjnej), Warszawa 1921, s. 133–135.
  5. ks. A. Huszno, Polski Kościół Narodowy, jego historia, cel i zasady, Dąbrowa Górnicza 1928, s. 13.
  6. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Do Siego lata…, „Głos Ziemowida” 1925, nr 3.
  7. ks. A. Huszno, Polsko-Katolicki Kościół Narodowy w Dąbrowie Górniczej, Dąbrowa Górnicza 1924, s. 13, 19.
  8. Ibidem, s. 32–33.
  9. Od redakcji słowo wstępne, „Głos Ziemowida” 1924, nr 1.
  10. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Prośba ludu pracującego z okazji Zmartwychwstania Pańskiego, „Głos Ziemowida” 1925, nr 10.
  11. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Dlaczego poszliśmy do unii z prawosławnymi?, „Głos Ziemowida” 1926, nr 31.
  12. ks. A. Huszno, Polski Kościół Narodowy…, s. 18–21.
  13. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Powstań Ludu Polski!, „Głos Ziemowida” 1925, nr 12.
  14. Vid Indra [wł. A. Huszno], Koniec świata, „Głos Ziemowida” 1925, nr 24.
  15. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Tajemnica Polski jako dokończenie do artykułu Boże Narodzenie: co znaczy, kiedy było i gdzie, „Głos Ziemowida” 1925, nr 7.
  16. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Kościół a kwestia społeczna, „Głos Ziemowida” 1924, nr 2.
  17. Ks. A. Huszno, Chrystus a samoobrona robotników, http://lewicowo.pl/chrystus-a-samoobrona-robotnikow/ (dostęp 14.03.2017).
  18. Kościół a kwestia…, op.cit.
  19. Od redakcji słowo wstępne…, op.cit.
  20. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Czy będą z nich ludzie?, „Głos Ziemowida” 1925, nr 12.
  21. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Kto nas wyzwoli?, „Głos Ziemowida” 1925, nr 17.
  22. Czy będą z nich…, op.cit.
  23. A. Grześczyk, Z dziejów ludowej herezji – Polski Narodowy Kościół Katolicki, „Ha!art” 2016, nr 4.
  24. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Pacierz „pobożnej” „Iskry” i Spółki, „Głos Ziemowida” 1925, nr 11.

Zamknięty umysł. W poszukiwaniu źródeł niepowodzeń części naszych działań publicznych

Polska kultura potrzebuje czegoś w rodzaju biografii intelektualnej rozumianej jako pewien rentgen naszego myślenia zbiorowego. Postanowiłem popełnić taką książkę, zdając sobie sprawę z licznych trudności związanych z opracowywaniem takiego zagadnienia1. Czekam jednakże na inne podobne próby, bo to temat niezwykle szeroki i wymaga wielu analiz historyczno-socjologicznych, punktów widzenia, wrażliwości myślowych itp.

Swoją książkę pomyślałem jako badanie i refleksję nad tym, co w naszej historii myślowej było stymulującego umysłowo, co takiego w niej sprzyjało reagowaniu na wyłaniające się problemy za pomocą racjonalnej analizy i chęci ich głębszego zrozumienia. Rozważam zatem, co mogło wytworzyć nasze wysokie walory umysłowe, które są widoczne w wielu sferach. Badam jednak również zjawiska i trendy sprawiające, że poprzestawaliśmy na stereotypach, porzucaliśmy analizę, deliberację oraz badanie złożoności zjawisk istotnych dla życia wspólnoty.

Zastrzegam jednak, że nie pisałem o tym, jakie doktryny filozoficzne tworzyli nasi myśliciele i jak miały się one do zachodnich. Interesują mnie raczej sposoby myślenia i rozumowania widoczne w kręgach ludzi wykształconych.

Książka nie jest zatem o tym, czy jesteśmy głupi albo głupsi od innych społeczeństw. Nie rozważam także tego, czy polski umysł został zniewolony przez system komunistyczny. Chodzi tu raczej o głębsze czynniki historyczne, które kształtowały tradycję intelektu rozumianą, za historykiem Jacques’iem Barzun, jako dążenie do tworzenia pewnego porządku myślowego, logiki, klarowności w porozumiewaniu się, a także jako tendencję do pogłębiania wiedzy, standardów debatowania oraz analizowania itp.2 Celem jest tu do pewnego stopnia dostrzeżenie, na ile kształtowała się u nas nowoczesna forma myśli (modern thought), przejawiająca się w zdolności do wyrażania ich w formie abstrakcji, mniej uzależnionej od kontekstu, świadomej alternatywnych systemów konstruowania opinii3.

Sformułowałem tezę mówiącą o tym, że nasz „zbiorowy umysł” pozostawał przez wieki dość zamknięty czy „zagruzowany”. Po okresie renesansu zwiększał się dystans w kulturze umysłowej do państw zachodu. Było to widoczne zwłaszcza w niedorozwoju nauk przyrodniczych i niedocenianiu ich znaczenia. Nie powstawały ośrodki rozwoju nauki. Oświata uległa regresowi. Metody kształcenia w kolegiach dla młodzieży szlacheckiej stawały się coraz bardziej przestarzałe i nie stymulowały intelektualnie. Zjawisk podobnego typu można wymienić wiele.

Uzasadnienie znajduję w danych historycznych, w różnego typu obserwacjach i wypowiedziach uczonych, artystów, komentatorów, w tym postaci ważnych dla polskiej kultury. Ich spojrzenia i analizy przedstawiam poniżej. Dostrzegali u nas deficyt dążeń poznawczych, mało wysiłków i systematyczności w dziedzinie myśli, zamiłowanie raczej do intelektualnych ciekawostek, do wyrwanych z kontekstu paradoksów myślowych, a nie do pogłębionych analiz. Wskazują na skłonności do formułowania wniosków na podstawie niesprawdzonych danych, domysłów, skojarzeń, stereotypów. Wyrażali także obawy, że nie radzimy sobie z abstrakcyjnym formułowaniem myśli, za szybko odwołujemy się do emocji (słynna romantyczna wizja przewagi czynu nad myślą), do bezpłodnego moralizowania (przypisywanie innym złych cech w  miejsce zrozumienia odmienności).

W konsekwencji w różnych okresach nasze myślenie stawało się peryferyjne, niezdolne do pełnego zrozumienia kluczowych cech otoczenia, w którym żyli nasi przodkowie. Miało to wpływ na dramaty polityczne. W obecnej dobie można powiedzieć, że część składników polskiej kultury umysłowej nie jest kompatybilna z cechami nowoczesnej umysłowości, której specyfiką jest otwartość na argumenty i ich konfrontowanie, skłonność do weryfikowania sądów, odróżniania zobiektywizowanych danych od subiektywnych opinii itp. Można mówić o pewnym antyintelektualizmie w naszej obecnej kulturze, rozumianym jako niski poziom skłonności do zracjonalizowanej analizy wyłaniających się problemów. Na marginesie dodam, że prawdopodobnie nie doszłoby dzisiaj do dramatu tak skrajnej polaryzacji w polskiej polityce, gdyby kultura umysłowa była wyższa (chociaż nie jest to jedyny czynnik). Kiedy historyk Karol Górski analizował przyczyny upadku państwa w wyniku III rozbioru, wskazywał – poza deficytem moralnym – na brak dyscypliny intelektualnej. Dziś można to z czystym sumieniem powtórzyć.

Tradycje przeciw myśleniu

Niewątpliwym jest, że w Polsce nie mieliśmy tak sprzyjających okoliczności dla tworzenia kultury umysłowej, jak choćby starożytni Grecy czy współczesne zachodnie społeczeństwa, a także zmagaliśmy się ze zjawiskami niekorzystnymi. Zakorzeniły się u nas bowiem dość silnie tradycje:

  • swoistego sarmatyzmu (pragnienie sielskości, stronienie od wysiłku myśli);
  • romantyzmu (przewaga czynu nad myślą, emocjonalność, wizje, a nie analiza i wykonalne rozwiązania);
  • fatalizmu („co ma być, to będzie”, niskie poczucie indywidualnej sprawczości i podmiotowości, co zniechęca do aktywności umysłu);
  • fideizm w niektórych ruchach religijnych (przekonanie, że wiara wymaga odrzucenia rozumu).

Powyższe zjawiska zachodziły w kontekście słabego oddziaływania trendów właściwych dla oświecenia i pozytywizmu. Ponadto w biegu dziejów wyłaniało się wiele dalszych barier utrudniających rozwój nowoczesnej umysłowości. Miasta rozwijały się dość słabo przez znaczną część naszej historii, tymczasem to tam powstawały zazwyczaj siedliska bardziej zaawansowanej umysłowości, z uwagi na oddziaływanie uczelni, bibliotek, lepiej wykształconych grup.

Ominął nas także rozwój umysłowości, który w krajach zachodnich miał miejsce w ramach profesji zawodowych. To profesjonaliści w wybranych zawodach podnosili standardy klarowności myślenia, precyzji wyciągania wniosków, sposobu posługiwania się argumentami i zobiektywizowanymi danymi. Tymczasem w Polsce bardzo wolno postępowała profesjonalizacja takich zawodów, jak adwokaci, inżynierowie, lekarze, akademicy, fachowcy techniczni itp. Nie doszło także do pełnego rozwoju ich reprezentacji i wspólnego formułowania standardów profesjonalizmu. Do dziś wielu Polaków nie jest na stałe związanych ze swoimi profesjami i nie „szlifuje” rozumu na potrzeby doskonałości zawodowej.

Negatywną rolę odegrał także niski poziom edukacji i dostępu do niej przez wiele wieków. Jeszcze przed II wojną dla około 20 proc. dzieci nie było miejsca w szkołach podstawowych. Niewielka część młodzieży mogła uczyć się wybranych zawodów. Nierzadko sceptycznie podchodzono do roli edukacji jako sposobu poprawy własnego położenia i losu. Uznawano bowiem, że statusy i pozycje społeczne są raczej dziedziczone niż uzyskiwane dzięki indywidualnym wysiłkom.

Zmagam się z pytaniem, czy dziś również nasze myślenie i analiza mają kluczowe wady i pozostają niedostosowane do głębszego zrozumienia złożoności obecnych czasów. Gdyby tak było, konsekwencje mogą być w dłuższej perspektywie niszczące. Jacek Kochanowicz, wybitny historyk, twierdził, że peryferyjność myślenia oznacza niezdolność wpisania się w główny – znany z Zachodu – nurt percepcji (rozumienia) problemów i otaczających realiów4. Oznacza to także bycie „obok głównego nurtu rozwojowego”, a więc groźbę głębszego zapóźnienia gospodarczego w warunkach, w których siła umysłu przesądza o pozycji ekonomicznej.

Nie wojujemy myślą

Najcięższe słowa skierował do nas Cyprian Kamil Norwid. Uznał Polskę swojego czasu za społeczność, która nie wojuje myślą, co było, jego zdaniem, naszym najcięższym „grzechem”. Zarzucał Polakom brak „wiary w siłę myśli…”. Poeta grzmiał: „się nie myślało, nie myśliło i nie myśli”. Brakuje nam krytyczności w myśleniu. O ile poziom „energii” mamy „100”, o tyle „inteligencji” – „3”. Dlatego Polacy nie umieli analizować, a to z kolei sprawiało, że bili się, zwyciężali w bitwach, ale nie potrafili wygrywać całych wojen5. Norwid wygłosił także znaną frazę o Polsce jako kraju, gdzie od lat blisko stu każda książka wychodzi za późno, a każdy czyn za wcześnie. Podejmujemy pośpieszne działania, bez uprzedniego ich przemyślenia i zrozumienia. Poeta twierdził, że „to jedno poprawiwszy można zbawić naród”6.

Zygmunt Krasiński, jeden z trzech romantycznych wieszczów, wskazywał na podobne słabości, m.in. brak rozumu – był to dla niego synonim zdolności do analizy okoliczności, w których przyszło naszemu społeczeństwu kształtować swoje losy. Otóż, zdaniem poety, Polacy wiedzą, jak być powinno, przeczuwają jak było, ale nie wiedzą, jak jest (nie rozumieją bieżącej „rzeczywistości”)7. Stąd wiele przypadkowości w dziejach Polski, a także słabe płody kultury8 w zestawieniu z potencjałem naszych obywateli. W podobnym duchu pisał Stanisław Szczepanowski. Polacy nie myślą zbytnio o tym, co jest (realia), lecz koncentrują się na tym, jak być powinno (projektowana rzeczywistość)9. Co gorsza, nie oddzielają myśli od czynu (innymi słowy: czynu nie nasycają myślą), co jest źródłem wielu tragedii widocznych w naszej historii. O tym, że tracimy z oczu teraźniejszość, jej cechy, wymogi, wyzwania – pisał również Ludwik Powidaj, historyk i dziennikarz okresu pozytywizmu10. W konsekwencji ulegamy zwodniczym, nierealistycznym nadziejom. Podobne problemy dostrzegał Marian Massonius, filozof i komentator. Nie mamy skłonności do rozważania pytania: co jest, jak jest oraz dlaczego jest tak, a nie inaczej. Chętniej dociekamy, co jest pożądane i jak być powinno, posiadamy bowiem umysły praktyczne, a nie teoretyczne, chcące poznawać rzeczywistość dla niej samej. Mamy skłonność do planowania działań dla zmiany rzeczywistości, ale niestety często bez jej zrozumienia.

Stanisław Brzozowski pisał, że myślenie nie służy u nas dojściu do ustalenia wiernego stanu rzeczywistości. Społeczeństwo chce, aby mówić mu „same miękkie pocieszające rzeczy”, często w imię chęci zapomnienia o wyzwaniach związanych z narodowymi sprawami, porażkami itp.11 Socjolog Adam Podgórecki pisał w 1995 roku o niezdolności Polaków do postrzegania rzeczywistości społecznej takiej, jaka ona jest12. Wytworzyliśmy skłonność do interpretowania i wyjaśniania położenia kraju za pomocą wymyślnych legend, a także – gdy trzeba – w kategoriach niezasłużonych cierpień13. Zamiast trzeźwej analizy, wolimy poddawać się rządcom dusz, wizjonerom, samozwańczym przywódcom. Oczekujemy, że ktoś wskaże nam sens zjawisk, w których uczestniczymy.

Zamiłowanie do intelektualnych ciekawostek

Ludwik Krzywicki pisał o polskim zamiłowaniu raczej do intelektualnych ciekawostek, wyrwanych z kontekstu paradoksów myślowych do pogłębionych analiz. „A jeśli zabłąka się coś poważniejszego… to pędzi również żywot chwilowy…”. Wskazywał on, że słabo przeanalizowano zjawiska historyczne w Polsce, kulturę umysłową i materialną, życie gospodarcze. Z kolei teolog Stanisław Olejnik twierdził, że mamy skłonność do zbyt łatwych syntez, do wyprowadzania „wniosków z zaskakująco uproszczonych indukcji” czy do uogólniania „nielicznych danych, niekiedy w sposób oczywisty niepewnych”. Janusz Hryniewicz, współczesny socjolog, dostrzega u części społeczeństwa dogmatyzm poznawczy, skłonność do poszukiwania „jedynej przyczyny wszystkiego”, niechęć do zapoznawania się z nowymi poglądami, te bowiem wywołują nieprzyjemne emocje, w tym poczucie frustracji, a nawet lęki.

Maurycy Mochnacki pisał, że mamy słomiany zapał do nauk oraz przejawiamy trudności w podtrzymywaniu wysiłków umysłowych. W konsekwencji „nie pojmujemy samych siebie ani w minionym, ani w obecnym jestestwie”. Julian Kaliszewski twierdził, że Polacy w przeszłości chętnie przerzucali wysiłki umysłowe na innych jako nieprzyjemny ciężar: chłop przerzucał je na księdza albo dziedzica, mieszczanin – na rząd, a ludzie wykształceni – na „zagranicę”14. W konsekwencji bardziej złożone problemy pozostawały nieprzemyślane, ich przyczyny – nieodkryte, zwłaszcza gdy wymagały dotarcia do bardziej subtelnych różnic i odcieni znaczeniowych.

Julian Ochorowicz, psycholog i filozof, pisał o krótkim horyzoncie myślowym Polaków: „Myślimy tylko o rzeczach najbliższych, zyskach bezpośrednich”. Natomiast brakuje nam chęci do analizowania szerszych wyzwań i zrozumienia relacji między bezpośrednimi korzyściami a wymogami, które trzeba spełnić, aby zapewnić sobie długoterminowe powodzenie. Mamy umysły bardzo lotne, rzutkie, ale jednocześnie nie są zbyt ścisłe. Brak ścisłości dostrzegał na przykład w przemówieniach, w których jest często dużo czczej mowy, a treści brakuje. Wyrazem tego jest również mylenie przyczyn i skutków, tautologie, przytaczanie skojarzeń pobocznych i zaniedbywanie głównego toku rozumowania (przeskakiwanie z przedmiotu na przedmiot). Nie wystarcza nam wytrwałości w analizie, w próbach zrozumienia złożoności zagadnień. Brakuje umiejętności oceniania następstw podejmowanych działań.

Tradycja improwizacji

Jan Emil Skiwski, krytyk literacki i publicysta, twierdził, że z powodu tradycji improwizacji brakuje nam „gruczołu intelektualnego”, który umożliwia bardziej kompleksowe spojrzenie na problemy. Analizy Polaków są często płytkie, hasłowe, nie docierają do meritum, ponieważ sedno sprawy wydaje im się nieciekawe. Wyczerpują się w rozpatrywaniu wątków pobocznych, a w zasadzie w „plotkach, ciekawostkach, gierkach”, które traktują jako swoisty gatunek rozrywek umysłowych. Uznaje to za polską chorobę.

Myśl nie jest traktowana jako instrument, który umożliwia kształtowanie rzeczywistości i rozwiązanie problemów. Dla Polaków „myśl staje się synonimem przygody, wolnej gry pojęć, okazją do układania łamigłówek”. Nie wywołuje większych dążeń. W myśli pociągająca jest dla nas raczej sama możliwość niż konkretna zdobycz (osiągnięcie), raczej – gra niż moc kształtowania rzeczywistości. „Wszelki merytoryzm wydaje się czymś nieciekawym i kołtuńskim”.

Dlatego Polacy zazwyczaj nie wytwarzali doktryn społeczno-gospodarczych, które tłumaczą rzeczywistość w sposób spójny i wewnętrznie logiczny i które wychodzą poza wyjaśnienie doraźnych interesów poszczególnych grup. Nasz system myślenia jest raczej praktyczny. Rozumowanie przebiega od szczegółu do ogółu. Uczymy się na podstawie jednostkowych przykładów i doświadczeń. Ale z trudem przychodzą nam podsumowania i wyciąganie klarownych wniosków15.

Zdaniem Andrzeja Jałowieckiego brakuje u nas zdolności do spojrzenia na zjawiska w szerokim kontekście, dostrzegania ich złożoności, uwarunkowań, nadawania im głębszych znaczeń (wartościowań). Sednem problemu jest to, że Polacy niechętnie decydują się na formułowanie uogólnień, w których określaliby swoje spojrzenie na zjawiska społeczno-ekonomiczne. Naszym problemem jest także to, że Polaków zajmują czy interesują tylko te sprawy, które ich bezpośrednio dotykają (kosztem pewnych bardziej abstrakcyjnych punktów odniesienia). Oceniają „na podstawie kryteriów czysto osobistych”, czyli traktują pewne działania pozytywnie, jeśli polepszają one ich własną sytuację. W innym przypadku przyjmują całkowicie idealistyczne założenia (typu „zbawienie ojczyzny”), które de facto nie umożliwiają zrozumienia złożoności rzeczywistości.

Niechęć do abstrakcji

Wielu uczonych i komentatorów wskazywało na niechęć i niezdolność do abstrakcji, rozumianej nie tyle jako spekulacja metafizyczna, ile jako analiza w kategoriach ogólnych pojęć. Wojciech Dzieduszycki dostrzegał w Polakach niechęć do abstrakcji, ale także do badań w ściśle określonych zakresach. Większe uwrażliwienie mamy na barwę niż na treść. Józef Gołuchowski, filozof romantyczny, twierdził, że nie przyjęła się u nas abstrakcyjna umysłowość. Abstrakcję uznawano za coś, co jest nadmiernie „zlodowaciałe”. W Polsce, chcąc upowszechniać głębsze myśli, należy najpierw „wdzierać się wszelkimi sposobami do serca”16. Trzeba „wzbudzić czucie”, które podsyci myśl. Kolejny romantyk, Bronisław Trentowski, podkreślał małą skłonność do abstrakcji, co wiązał z nadmierną wybujałością wyobraźni u Polaków. Pisał, że Polak ma „rozum nawet niezbyt silny, ponieważ ustawicznie przeradza się w um [wyobraźnię – przyp. A.Z.]”. Stąd środkiem wyrazu dla Polaków pozostaje poezja, a nie systemy teoretyczne. Dlatego polska literatura jest przepełniona poezją. Wiele sfer życia i relacji międzyludzkich także jest nią przepojonych, jak choćby stosunek mężczyzn wobec kobiet czy ogółu wobec przyrody itp.

Tadeusz Łepkowski, wybitny historyk, pisał, że wprawdzie „chłodna refleksja nie jest nam obca, lecz przychodzi nam trudniej niż uniesienie, zapamiętanie, zapalenie się”. Aleksander Świętochowski(1849–1938), krytyk kultury i komentator, wskazywał, że bardzo łatwo wpadamy w „najmętniejsze marzycielstwo”, co jest skutkiem słabego rozwinięcia nauk ścisłych, które pomagają w precyzji myślenia. Dodaje: „Wyobraźnia stanowi główny organ naszej duszy, który nieraz zastępuje inne: […] ona jest naszym pogotowiem ratunkowym we wszystkich potrzebach umysłu”. Jeszcze lepiej wyraził to wspomniany Kaliszewski, który napisał: „Marzenie starczy nam za rozumowanie, a fantomy wyobraźni za rezultaty ścisłego rozumu”17.

Współcześnie również padają głosy wskazujące na problemy z tworzeniem teorii, które syntetyzowałyby czy choćby uogólniały wielość zjawisk, spostrzeżeń, faktów, tendencji itp. Jak twierdzą socjolodzy, wprawdzie wykonuje się dużo badań empirycznych, ale nie powstają bazujące na nich teorie, które syntetycznie wyjaśniałyby złożoność zjawisk społecznych18. Antoni Sułek pisał w 1992 roku o dysproporcji między rozmiarem badań empirycznych a ubóstwem myśli teoretycznej19. Wytwarzamy dane o rzeczywistości za pomocą badań, ale nie potrafimy ich uogólnić czy zsyntetyzować. Podobną opinię podzielał również Edmund Mokrzycki20. Jego zdaniem „socjologia polska nie wykazuje skłonności ani do generowania całościowych systemów metateoretycznych, ani do ich przyswajania”. Tego typu problemy dostrzegano w Polsce dawno temu. Przywoływany już Julian Ochorowicz pisał, że Polacy „rzedną, ustępują z placu”, gdy tylko ma dochodzić do tworzenia teorii21.

Kultura gestu

Część komentatorów wskazywała, że w Polsce mamy do czynienia z dominacją kultury gestu (wywołania wrażenia), co ma również wpływ na kulturę umysłową. Adam Podgórecki, wybitny socjolog, pisał, że w kręgach intelektualnych „pozór jest ważniejszych od istoty sprawy”. Od w pełni profesjonalnego przedstawienia danego zagadnienia ważniejsze jest zrobienie wrażenia. Ważniejszy jest nastrój niż argumenty i rozumowanie. Zdaniem Podgóreckiego wartość gestu jest oceniana nawet wyżej od wartości działania, nawet gdy okazuje się ono najbardziej efektywne (również w sensie ekonomicznym). Nie bierzemy pod uwagę „realiów”, na przykład tego, jak przygotowana jest dana osoba do działania, natomiast wolimy widowisko, które może wywołać.

Także Skiwski wskazuje, że Polacy nie wytrzymują pewnego napięcia myśli. Skoro nie można dojść do prawdy ostatecznej, to wszystko inne staje się nieważne: „Nie mogą znieść atmosfery relatywizmu… Nie są uodpornieni na odurzające działanie perspektywy myśli… Zanurzenie się w otchłań badania i spekulacji przyprawia ich o zawroty głowy. Nie stać ich na to, by jeszcze widzieć rzeczywistość wokół siebie i rozumieć jej potrzeby”.

Karol L. Koniński, krytyk literacki, badacz kultury ludowej i publicysta, wskazywał, że Polak kładzie większy nacisk na formę niż na treść. Wprawdzie jest inteligentny, bystry, umysłowo chłonny, ale nie ma intelektualnej tężyzny (wytrwałości), dzięki której uzyskuje się dojrzałe wnioski z wykorzystaniem całej machiny wytrwałej analizy. Polak zdobywa się na „heroiczne głupstwa czynu”, ale nie może zdobyć się na „heroiczną logikę”. Posiada „heroizm temperamentu”, ale brak „heroizmu myślenia” (i stąd brak heroizmu w decyzjach w konkretnych sprawach). Dlatego stronimy od sytuacji, w której pojawia się konieczność zajęcia wyraźnego stanowiska w sporach intelektualnych. Blisko nam do oportunizmu myślenia, posiadamy skłonność do zwlekania z decyzjami w konkretnych sprawach. Polak „…na każde swoje tak, ma swoje własne ale, na każde nie ma a jednak…”. Woli łączyć wodę z ogniem niż dokonać wyboru jednej z wykluczających się opcji. Stąd w polskiej myśli tyle dążeń właśnie w kierunku pogodzenia sprzeczności. Ale Polacy próbowali uzyskać te syntezy poza intelektem, w sferze uczuć albo czynu.

Myśl wygnana

Źródłem problemów z umysłowością były również okoliczności bardziej przyziemne. Utrata państwa musiała oznaczać niedostatek różnego typu instytucji zbiorowego myślenia w postaci szkół wyższych, ośrodków akademickich i analitycznych. Te, które zakładano, działały głównie na rzecz celów politycznych (odzyskanie niepodległości), z konieczności w mniejszym stopniu koncentrowały się na analizie trendów i zjawisk, które występowały w gospodarce, w sferze przemian społecznych i in.

Polska traciła talenty w wyniku emigracji dobrowolnej i wymuszonej przez zaborców i okupantów. Wciąż ma ona miejsce, obecnie z innego powodu. Georg Brandes, duński pisarz i podróżnik, po wizycie w Polsce z podziwem pisał, że kraj potrafi intelektualnie przetrwać w XIX wieku mimo że traci tyle ludzi (umysłów) w wyniku zsyłek. Ale dostrzegał też cenę – całe życie intelektualne w Polsce zostało sprowadzone do kwestii istnienia (odzyskania) państwa. W innych krajach obywatele mogli rozwijać myślenie i analizę innych cywilizacyjnych kwestii, które wyłaniały się wraz z rozwojem. Z kolei S. Szczepanowski pisał, że Polacy żyli „iluzjami chorobliwymi”, które wytwarzali nasi wygnańcy, dotykały ich nieścisłości umysłów „narodu żyjącego fantazjami i marzeniami”. Społeczeństwu brakowało bowiem praktyki i doświadczeń tego, jak funkcjonują bieżące mechanizmy życia publicznego.

Świat prywatny i publiczny

Znaczenie miało także zapóźnienie ekonomiczne w stosunku do Zachodu. Kraju nie było stać na nowoczesne laboratoria, badania, szkolnictwo na wysokim poziomie. W efekcie kultura umysłowa nie stała się w odpowiednim stopniu instrumentem rozwoju. Wiele grup społecznych musiało walczyć o przetrwanie ekonomiczne, a wydatki edukacyjne były uznawane za luksus. Odbijało się to również na dynamice relacji między Polakami – niedostatek przyczynił się do wytworzenia konfrontacyjnych relacji międzyludzkich. Zaufanie ograniczało się do wąskich kręgów rodziny i małych grup (tzw. próżnia socjologiczna). Życie publiczne stało się areną walki egoistycznych interesów. Doszło bowiem do rozdzielania „świata prywatnego i publicznego, rzeczywistego i oficjalnego, świata ludzi i świata instytucji”22.

Sfera publiczna nie stała się obszarem żmudnie wypracowywanego – poprzez siłę umysłu – konsensusu między grupami społecznymi, a nierzadko była obszarem bezwzględnej walki. Siłę umysłu wykorzystywano do wyostrzania sprytu, a nie do doskonalenia zobiektywizowanej analizy służącej zrozumieniu problemów zbiorowych i uzgadnianiu sprzecznych interesów. Innymi słowy: w polskiej umysłowości nie wytwarzały się dążenia do zrozumienia złożoności życia zbiorowego, rozpatrywania kwestii społecznych i ekonomicznych, zwłaszcza w duchu godzenia sprzecznych interesów i racji. Znacznej części społeczeństwa wystarczało koncentrowanie się na cząstkowych racjach, które usprawiedliwiały indywidualne strategie życiowe. Zamykano się na argumenty, które mogłyby podważyć dotychczasowy sposób działania.

Antyintelektualizm po fideizmie?

W Polsce widoczny był także pewien antyintelektualizm. Wypływał z wielu czynników, w tym z niektórych typów religijności i swoiście rozumianej tradycji. Ważnym hasłem jest tu fideizm. Jacek Woroniecki, dominikanin, jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów katolickich, wskazywał, że rodzima religijność jest silnie sentymentalistyczna i fideistyczna, co jest skutkiem tego między innymi, że Polacy – jego zdaniem – już w XVIII wieku odrzucili racjonalizm. Sentymentalizm doprowadził do znaczącego wyeksponowania uczuć i instynktu23. Fideizm powstał z nieświadomego przekonania, że wiara wymaga odrzucenia rozumu. Nawet ludzie inteligentni czują się u nas zwolnieni z obowiązku zastanawiania się nad zasadami wiary. Niektórzy uważają nawet, że wiara powinna być ślepa. „[…] inni wreszcie chcą widzieć w tym irracjonalistycznym, a zarazem sentymentalistycznym charakterze wiary pewną właściwość naszej umysłowości polskiej, w przeciwstawieniu do właściwej Niemcom skłonności do mędrkowania. Wreszcie bardzo wielu wyznaje po prostu, że zastanawianie się nad prawdami wiary, ba, nawet słuchanie kazań, wywołuje u nich wątpliwości, wobec czego starają się wcale o tej dziedzinie nie myśleć”.

W efekcie znaczna część nurtów w katolicyzmie była głównie dewocyjna i płytka myślowo. Woroniecki zgadzał się ze Stanisławem Brzozowskim, który pisał, że u wierzącej inteligencji katolicyzm nie odgrywał niemal żadnej roli w życiu umysłowym24. Polacy ograniczyli swoją aktywność do rodziny i nie wychodzili poza sprawy, które jej dotyczyły: „Pracę myślową nad pozostałymi problemami zastępowały dzwonek kościelny, opłatek i wielkanocne jajko”25.

Szczepanowski pisał, że Kościół jest gnuśny umysłowo26. Natomiast Jerzy Turowicz, znany intelektualista katolicki, wskazywał w 1957 roku, że przed wojną niewielka była warstwa inteligencji, która posiadała formację intelektualną, a zarazem znała naukę Kościoła i dorobek chrześcijaństwa w dziedzinie myśli i kultury27. Powyższy problem jest widoczny do dziś.

Fideiści sprowadzali niemal wszystkie wymiary życia do religii. Henryk Rzewuski pisał, że prawda o rzeczach jest wynikiem objawienia czy oświecenia bożego, a nie rezultatem zgłębiania natury rzeczy. Siły wyższe objawiają narodowi prawdy28. Poznanie poprzez rozum może zagrażać moralności i przywiązaniu do religii. Zauważał również, że „rozumowanie niszczy albo przynajmniej osłabia intuicję, a tylko intuicja tworzy te potężne indywidualności, w których, że tak powiem, wciela się geniusz wieku”29.

Historyk Wojciech Dzieduszycki również dostrzegał u nas skłonności do wiązania głębszych rozważań myślowych z religijnym mistycyzmem30. Stefan Czarnowski, wybitny socjolog, podkreślał, że polscy chłopi przywiązywali niewielką wagą do treści doktrynalnych, nie interesowali się również etycznymi aspektami chrześcijaństwa. Okazywali natomiast olbrzymie przywiązanie do określonych praktyk (rytuałów), w tym do kultu świętych, dni w kalendarzu, jeśli niosły one znaczenia religijne itp.

Antyintelektualizm po polsku

Czy to, że nasza skłonność do racjonalnej analizy jest dość ograniczona, to efekt tego, że jesteśmy antyintelektualni z natury? Czy umysł poległ w Polsce na pobojowisku różnych innych sił i tendencji? Zaznaczę jeszcze, że nie chodzi mi tu o ocenę dzieł intelektualistów, uczonych czy twórców wysokiej kultury, ale o sferę analizy i deliberacji w dziedzinach, które dotyczą rzeczy wspólnych (zbiorowego dobra i interesu).

Nie chcę tu stawiać zbyt daleko idących tez. Problem jednak istnieje. Natomiast warto zaznaczyć, że nawet Amerykanie, Anglicy czy Francuzi narzekają czasem na antyintelektualizm w różnych dziedzinach swojego życia. W USA miała miejsce ożywiona debata o książce Richarda Hofstadtera „Antyintelektualizm w amerykańskim życiu” (1963), uhonorowanej prestiżową nagrodą Pulitzera. Autor wskazywał na kilka dziedzin, w których odnajduje tendencje antyintelektualne (polityka, edukacja, niektóre nurty religijne, praktyka codzienności). Wyrażają się one zarówno w niechęci do intelektualistów, jak i w niedocenianiu wiedzy, nauczycieli, w niechęci do analizowania bardziej teoretycznych zagadnień. W 2008 roku Susan Jacoby napisała również bardzo popularną książkę „The Age of American Unreason”. Nad Sekwaną Philippe Nemo, historyk i filozof, wydał w 2011 roku książkę „Regres intelektualny we Francji”.

W świecie anglosaskim antyintelektualizm nie oznacza jednak niechęci do zobiektywizowanej analizy i deliberacji w ogóle. Wskazuje raczej na niechęć do spekulacji (abstrakcji), do zajmowania się zagadnieniami, które w powszechnym odbiorze nie mają szans na konkluzje czy na uzyskanie praktycznych korzyści komukolwiek i kiedykolwiek.

Anglosasi tradycyjnie uważają swój sposób myślenia za praktyczny, a nie abstrakcyjny, a to oznacza, że wolą polegać na obserwacji i wyciąganiu z niej wniosków. Walter E. Houghton napisał, że praktyczna natura angielskiego umysłu to głęboki respekt dla faktów oraz dla pragmatycznych umiejętności dopasowywania środków do celów. Towarzyszy temu właśnie nieufność w stosunku do abstrakcji i wybujałej spekulacji. Źródła takiej postawy mają długie korzenie. W epoce wiktoriańskiej (1837–1901) uległy pogłębieniu31.

Ale jednocześnie społeczeństwo amerykańskie nie było nigdy pozbawione ciekawości. Jak pisał Jacques Barzun, najlepszym sposobem na zmobilizowanie trzech Amerykanów, by przejechali tysiąc mil, jest propozycja wymiany pomysłów32. Inny autor dodaje, że musiałyby to być jednak pomysły, z których mogłoby powstać coś konkretnego i użytecznego. Na pewno należy tu przywołać słowo „utylitaryzm”, które jest podstawą do zrozumienia kultury anglosaskiej.

Może zatem istnieć społeczeństwo cierpiące na swoisty antyintelektualizm, które jednocześnie jest potęgą w nauce i gospodarce. Wynika to jednak z tego, że analizy realiów nie traktuje się jako przedsięwzięcia szczególnie intelektualnego, a raczej jako coś rutynowego, jako naturalną reakcję na wyłanianie się problemów, która ma pomóc rozwiązać je w sposób optymalny. Jest ona zatem wyrazem inteligencji dostosowawczej: umiejętności przystosowania się do wymogów rzeczywistości oraz chęci życia w sposób dojrzały.

Nasz rodzaj „praktyczności” ma to do siebie, że dotyczy poziomu jednostki, a odnosi się często do kwestii jej korzyści. Tym samym ogranicza naszą skłonność do analizowania problemów zbiorowych, które nie dotyczą bezpośrednio problemów jednostek. W konsekwencji nie mamy zbyt wielu cennych płodów analizy wypływającej z potrzeb praktycznego życia zbiorowego. Ponadto nie mamy też wynalazków, które powstawały w utylitarnej kulturze anglosaskiej. Są oczywiście wyjątki, jak sfera pedagogiki i edukacji (choć formułowane tu wnioski rzadko były wykorzystywane w praktyce).

Wniosek jest taki, że nie mamy kultury intelektualnej w znaczeniu kultury intelektu, która odwoływałaby się do myślenia kreatywnego i kontemplacyjnego. Natomiast wyposażeni jesteśmy – jako obywatele – w kulturę intelektualną rozumianą jako inteligencja praktyczna. Jej cechą szczególną jest to, że zawiera istotne ograniczenia. Skoncentrowana jest bowiem na rozpatrywaniu głównie kwestii indywidualnych związanych z dążeniami do możliwie najkorzystniejszego zaadaptowania się w realiach. Ma to wiele źródeł. Przede wszystkim wynika prawdopodobnie z typu relacji społecznych, które są właśnie zindywidualizowane, ale także konfrontacyjne, a ponadto zrodzone z poczucia fatalizmu („co ma być, to będzie”) i uprzedmiotowienia przez siły znajdujące się poza naszą kontrolą.

Konsekwencja w sferze myślowej jest taka, że zakorzeniła się u nas skłonność do – jak napisał A. Podgórecki – pozostawania w „klatkach osobistych”, w iluzjach, w subiektywności osobistych idei. Cierpi na tym poziom intersubiektywności, a więc wspólnego rozumienia pojęć, zdarzeń, symboli.

Podsumowując: jako społeczeństwo wytwarzamy znacznie mniej różnego typu wiedzy będącej płodem umysłu niż inne społeczeństwa zachodnioeuropejskie, a ta, która u nas istnieje, w niewielkim stopniu dociera do ludzi i ich kształtuje.

Słaba analiza kosztuje często bardzo dużo. Marek Kozak, socjolog, podaje przykłady niewłaściwego wykorzystania pieniędzy na rozwój, które pochodzą z pomocy Unii Europejskiej. Brak analizy (ewaluacji) spowodował, że środki nie zostały przeznaczone na rzeczywiste „motory” rozwoju, a więc na pomnożenie kapitału intelektualnego społeczeństwa, co mogłyby zaowocować innowacyjnymi produktami. Tymczasem pieniądze wydawano głównie na inwestycje materialne (chodniki, drogi, kanalizację). Uczony pisze, że współcześnie szansę rozwoju daje „nie beton, ale rzeczy miękkie: otwarte myślenie, szukanie szansy na rynku, kapitał społeczny, umiejętność zachowania się w różnych sytuacjach, inteligencja, wykształcenie, kwalifikacje, umiejętność współpracy, zaufanie do innych ludzi”33.

Zaznaczone w tekście tendencje i zjawiska musiały ograniczać rozmiar aktywności umysłowej społeczeństwa jako całości. Stąd trudno się dziwić, że tak mało jest teraz debat publicznych, w których rozpatrywane są problemy w sposób względnie zobiektywizowany. Politycy koncentrują się na doraźnych sporach i konfliktach personalnych, nie umieją sięgnąć myślą po kwestie strategiczne i długoterminowe. Decyzje podejmują często bez odwołania do argumentacji i dowodów wskazujących, że działania mogą być skuteczne. Nie chcą poddawać swoich działań analizom ewaluacyjnym, czyli analizom uzyskiwanych rezultatów opartych na zobiektywizowanych kryteriach.

Media cierpią na wypłukiwanie z bardziej złożonych treści (tabloidyzacja). Względnie mała część dziennikarzy jest w stanie w sposób pogłębiony analizować bardziej skomplikowane zagadnienia, takie jak np. globalizacja, sprawy klimatyczne, społeczne uwarunkowania rozwoju ekonomicznego czy efekty działań publicznych. Zagadnienia, które na Zachodzie wywołują lawinę publikacji, u nas są ledwie opisane. Uczeni i analitycy (eksperci) poprzestają często na powierzchownych dystynkcjach pojęciowych. Urzędnicy nie stosują takich instrumentów analizy, jak ewaluacja. Stronią od tego, aby ich działania ktoś analizował i wyciągał z nich wnioski. Podobnie postępuje wiele grup zawodowych. Lekarze nie chcą wprowadzenia – znanych powszechnie za Zachodzie – tak zwanych przeglądów koleżeńskich (peer review), które pozwalają lepiej diagnozować poprzez uczenie się na własnych błędach. Nauczyciele nie chcą, aby ktoś przyglądał się wynikom ich nauczania i gdzieś je przedstawiał.

 

Przypisy:

  1. A. Zybała, Polski umysł na rozdrożu. Wokół kultury umysłowej w Polsce. W poszukiwaniu źródeł niepowodzeń części działań publicznych, Warszawa 2016.
  2. J. Barzun, The House of Intellect, New York 1959, s. 26.
  3. P. Burke, The History and Social Theory, New York 1992, s. 94.
  4. J. Kochanowicz, Fundamenty rozwoju, „Dialog. Pismo Dialogu Społecznego” 2008, nr 3.
  5. C.K. Norwid, Gorzki to chleb jest polskość, wyb. J.R. Nowak, Warszawa 1984, s. 42.
  6. Idem, Pisma wszystkie, t. 9, Warszawa 1971, s. 274; we wszystkich cytatach zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję.
  7. S. Tarnowski, Zygmunt Krasiński [w:] Stańczycy, red. M. Król, Warszawa 1985, s. 208.
  8. Z. Krasiński, Listy do Ojca z Florencji, 26 stycznia 1836 r., http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=6390.
  9. S. Szczepanowski, Walka narodu polskiego o byt, Londyn 1942, s. 147.
  10. Powidaj, Polacy i Indianie [w:] Publicystyka okresu pozytywizmu 1860–1900, red. S. Fita, Warszawa 2002, s. 32.
  11. S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, Lwów 1909, s. 57.
  12. A. Podgórecki, Społeczeństwo polskie, Rzeszów 1995, s. 118.
  13. Ibidem, s. 116–117.
  14. J. Kaliszewski, Moi kochani rodacy. Ziomkom swoim w XXV rocznicę swojego pisarskiego zawodu, Warszawa 1887.
  15. J.E. Skiwski, Chory optymizm i zdrowy pesymizm, „Tygodnik Ilustrowany” 1935.
  16. J. Gołuchowski, Dumania nad najwyższymi zagadnieniami człowieka. t. 1, Wilno 1861, s. XXXII.
  17. J. Kaliszewski, op. cit., s. 55.
  18. W. Kwaśniewicz, Co pozostaje żywe z tradycji polskiej socjologii, „Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny” 2001, r. LXIII, z. 4, s. 24; A. Podgórecki, op. cit., s. 111.
  19. A. Sułek, Zmiana ustroju w Polsce a zmiany w życiu polskiej socjologii [w:] Społeczeństwo polskie, red. B. Synak, Gdynia 1992, s. 16.
  20. E. Mokrzycki, Socjologia w filozoficznym kontekście, Warszawa 1990, s. 15.
  21. J. Ochorowicz, Psychologia – Pedagogika – Etyka. Przyczynki do usiłowań naszego odrodzenia narodowego, Warszawa 1917, s. 222.
  22. J. Tarkowski, Władza i społeczeństwo w systemie autorytarnym, Warszawa 1994, s. 264.
  23. K. Kalinowska, Jacek Woroniecki o społeczeństwie i państwie, Lublin 2005, s. 114.
  24. J. Woroniecki, Życie religijne współczesnej polskiej inteligencji, „Prąd” 1926, nr 1.
  25. S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, Lwów 1909, s. 97.
  26. S. Szczepanowski, Pisma i Przemówienia, t. 1, red. H. Szczepanowska, A. Plutyński, Lwów 1907, s. 181.
  27. J. Turowicz, Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1957, październik.
  28. H. Rzewuski, Wędrówki umysłowe & mieszaniny umysłowe, Kraków 2010, s. 27.
  29. Idem, O dawnych i teraźniejszych prawach polskich, Kraków 1855, s. 14.
  30. W. Dzieduszycki, Mesjanizm polski a prawda dziejów, Kraków 1901, s. 131.
  31. W.E. Houghton, Victorian Anti-Intellectualism, „Journal of the History of Ideas” 1952, vol. 13, no. 3.
  32. J. Barzun, op. cit., s. 4.
  33. M. Kozak, Co wymyśli chodnik, czyli polska atrapa rozwoju, „Gazeta Wyborcza”, 30.05.2015.

Amerykański Zola czasów Wielkiego Kryzysu

Paul Thomas Anderson, twórca kultowej „Magnolii”, nakręcił w 2007 roku film „Aż poleje się krew” („There Will be Blood”), oparty dość luźno na motywach powieści „Nafta” Uptona Sinclaira. Tym samym przywrócił częściowo pamięć o tym cenionym, popularnym w swoim czasie prozaiku.

Sinclair, syn uzależnionego od alkoholu handlarza spirytualiami i purytańskiej matki, członkini anglikańskiego Kościoła Episkopalnego, był przez wiele lat – i właściwie jest nadal – twórcą dość mocno zapomnianym. Ten wnikliwy obserwator i kronikarz, a przede wszystkim świadek początków amerykańskiej ery „religii dolara”, w swoich powieściach opisywał stosunki pracy panujące w Stanach Zjednoczonych w okresie budowania potęgi przemysłowej i politycznej. Jego powieści – a napisał ich prawie setkę, nie licząc nowel, opowiadań i esejów – są doskonałą analizą kapitalistycznego systemu i kultu pieniądza, który Amerykanie „wypromowali” później na cały glob. Za jego największe osiągnięcie uznaje się „Grzęzawisko” („The Jungle”, 1906, wyd. pol. 1907, 1949), opowieść o imigrantach z Europy Środkowo-Wschodniej pracujących w zakładach przemysłowych Chicago, będącą doskonałym portretem wyzysku robotników i fatalnych warunków pracy. Wydźwięk powieści był szeroki: prezydent USA Theodore Roosevelt po przeczytaniu fragmentów „Grzęzawiska” opisujących ubojnie i rzeźnie nakazał komisarzowi ds. pracy udać się do Chicago w celu zbadania urządzeń do pakowania mięsa.

„Nafta” powstała w najlepszym dla Sinclaira okresie. Opublikował wówczas również powieści „Boston”, „Mokra parada”, „Służba państwowa” czy „Rzymskie wakacje” (nie mylić z filmem Williama Wylera pod tym samym tytułem), a także ważne eseje krytycznoliterackie: analizę współczesnej literatury „Money Writes!” (1927) oraz dwutomowy „Mammonart. An Essay on Economic Interpretation” (1925). Ten ostatni, z dzisiejszego punktu widzenia pionierski, jest szczególnie wart uwagi. Sinclair analizuje tu w całej historii literatury motywy, w jego rozumieniu, socjalistyczne – czy, jak określilibyśmy je dziś szerzej, lewicowe – poczynając od Homera poprzez Dantego i Boccaccia, kończąc na Jacku Londonie i Anatolu France’u. Cała sztuka to propaganda – pisał Sinclair – a samo słowo jest neutralne, nie pejoratywne, więc każdy artysta swoją twórczością świadomie lub nieświadomie poszerza opis obrazu świata. Ci artyści jednak, którzy odnosili sukcesy, przedstawiali świat tak, jak chcieli tego rządzący. Celem Sinclaira było stworzenie „alternatywnego tekstu kultury”, który pokazywałby dzieje ludzkości poprzez literaturę i sztukę nie z punktu widzenia elit, ale zwykłego człowieka.

Różnie można oceniać wnioski autora: na przykład w rozdziale o Szekspirze Sinclair chwali jego umiejętność żonglowania słowem, jednak stwierdza, że wielki talent „zwolnił go od myślenia”, z czym z pewnością nie zgodziłoby się wielu szekspirologów. W rozdziale o Dickensie natomiast pisze o jego unikalnym wkładzie we „wmuszanie w arystokratyczne i elitarne dziedziny sztuki rewolucyjnego pojęcia, iż biedni i zdegradowani są tak samo interesujący, jak bogaci i godni szacunku”.

Sinclair nie pochodził z dołów społecznych. Jego rodzina należała do białej arystokracji z Południa, lecz utraciła wszelkie dobra podczas wojny secesyjnej. Młody pisarz, rozczarowany i pozbawiony złudzeń co do istoty funkcjonowania państwa, został socjalistą. Zaczynał od pisania raczej drugorzędnych opowiadań i powieści przygodowych, dopiero później pod wpływem popularnego wówczas naturalizmu zwrócił się ku ambitniejszej epice opierającej się na realistycznym opisie rzeczywistości. Wielkie wrażenie na młodym Sinclairze robiły powieści Emila Zoli oraz mało znanego w Polsce amerykańskiego pisarza Franka Norrisa. Warto tu uczynić małą dygresję na rzecz tego ostatniego: jego powieść „McTeague” (1899), naturalistyczna historia życia nieudanego małżeństwa górnika-imigranta opanowanego przez destrukcyjną żądzę pieniądza, stała się podstawą do stworzenia monumentalnego, początkowo dziesięciogodzinnego, a ostatecznie pociętego przez hollywoodzkich producentów filmu Ericha von Stroheima „Chciwość” („Greed”, 1924). Już u zarania XX wieku powieść Norrisa i film von Stroheima opowiadały o zazdrości, nędzy i chciwości prowadzącej do przemocy i mordu jako efektach społeczeństwa kapitalistycznego podzielonego klasowo i nastawionego za wszelką cenę na zysk.

Wróćmy do Sinclaira. W powieści „Boston” (wyd. pol. 1929, 1931, 1949, 1957) autor zaangażował się w obronę skazanych na śmierć anarchistów Ferdinando Sacco i Bartolomeo Vanzettiego. Do tej swoistej „powieści dokumentalnej” przeprowadził drobiazgowe i skrupulatne przygotowania, m.in. dwukrotnie rozmawiał z Vanzettim.

Innym znaczącym wydarzeniem w życiu Sinclaira była współpraca z radzieckim geniuszem kina Siergiejem Eisensteinem. Autor „Pancernika Potiomkina” na początku 1930 roku, podczas swojej wyprawy dookoła świata, znalazł się w USA na zaproszenie Jesse Louisa Lasky’ego, producenta związanego z Paramount Pictures. Propozycje Eisensteina obejmowały sfilmowanie „Amerykańskiej tragedii” Dreisera, biografii „handlarza śmiercią” Basila Zaharoffa, rozpoczęcie zdjęć do „Sutter’s Gold” na podstawie „Złota” Blaise Cendrarsa czy ekranizacji komedii „Żołnierz i bohater” George’a Bernarda Shawa, a nawet „Ulissesa” Joyce’a! Słysząc jego pomysły, producenci zaczęli się obawiać, że zamiast oszałamiających – a jakże – przebojów kasowych, zobaczą oszałamiające komunistyczne agitki, które być może zawrócą w głowach spokojnych i uczciwych amerykańskich obywateli. Eisensteina ostatecznie odsunięto od wszystkich projektów, a on sam zapalił się do nakręcenia filmu o historii Meksyku. Dzięki znajomości z Charliem Chaplinem poznał Uptona Sinclaira, który podziwiał, a wręcz uwielbiał twórczość autora „Października”. Zgodził się w całości sfinansować ten projekt, pozostawiając Eisensteinowi całkowicie wolną rękę w doborze środków artystycznych. Gdy radziecki reżyser wraz z towarzyszącym mu Grigorijem Aleksandrowem i operatorem Eduardem Tisse przystąpili do zdjęć, po krótkim czasie wiadomo było, że gargantuiczne plany nie mają szans powodzenia. Eisenstein, podobnie jak von Stroheim, nie umiał pohamować twórczej wyobraźni, przez co projekt rozrastał się do rozmiarów trudnych do opanowania w realiach kapitalistycznego rynku (należy pamiętać, że w Rosji Radzieckiej filmy finansowało w całości państwo). Sinclair i Mexican Film Trust byli zmuszeni wstrzymać zdjęcia. Sam film zatytułowany „Niech żyje Meksyk!” („¡Que viva México!”, 1932, premiera: 19791) wszedł jednak na ekrany. Nawet nieukończony, i w wersji dalekiej od zamysłu reżysera, robił wrażenie. Siła obrazów była na tyle przekonująca, witalna i ekspansywna, że okazała się fundamentem rozwoju rewolucyjnego kina meksykańskiego, kubańskiego czy brazylijskiego, odbijając się echem również w USA, czego dowodem stała się późniejsza „Sól ziemi” („The Salt of the Earth”, 1954) Herberta J. Bibermana2. „Niech żyje Meksyk!” był jedną z inspiracji kierunku filmowego Cinema Novo w krajach latynoamerykańskich w latach 60. XX wieku, z którego następnie wykluł się ruch filmowy Tercer Cine (pol. trzecie kino) – antykolonialny lewicowy głos filmowców i pisarzy obejmujący cały Trzeci Świat.

Powieść „Nafta” („Oil!”, 1927, wyd. pol. 1930, 1946, 1949) składa się z kilku wątków i kilkunastu postaci, będących typami bohaterów ułatwiających autorowi ilustrację tezy: głównymi postaciami są Paul Watkins, syn biednego hodowcy owiec, który staje się przywódcą strajku, podczas gdy jego przyjaciel Bunny Rose dochodzi do pozycji naftowego multimilionera. Różnicą między powieścią Sinclaira a „bohaterami typowymi” prozy okresu socrealizmu jest wnikliwy psychologizm. Podobnie jak w „Nafcie”, tak i w innych powieściach Sinclaira mamy do czynienia ze świadomym siebie i opisywanej rzeczywistości autorem, który konstruuje świat powieściowy, wychodząc od opisu realnych stosunków w społeczeństwie kapitalistycznym. Tworzy postacie prawdziwe, to znaczy bazujące na realnych psychologicznie zachowaniach ludzkich i wydarzeniach. Krytyka systemu kapitalistycznego i kultu pieniądza jest u niego poprowadzona solidnie i rzeczowo dzięki wiarygodnym postaciom, w przeciwieństwie do powieści socrealistycznych (szczególnie powstałych w krajach bloku sowieckiego), w których propagandowa teza, narzucona z góry przez kierownictwo partii komunistycznej, usprawiedliwia płycizny fabularne, brak dbałości o realia i fałszywe psychologicznie postacie.

Uwaga ta jest niezbędna z dwóch powodów. Nazbyt często wrzuca się dziś do jednego worka kłamliwe propagandowe produkcyjniaki „made in ZSRR” z uczciwymi powieściami będącymi wiernymi zapisami rzeczywistości, autorstwa pisarzy lewicowej proweniencji. Sinclair osobiście określał się jako socjalista i był członkiem Amerykańskiej Partii Socjalistycznej, a nawet kandydował z ramienia Partii Demokratycznej na stanowisko gubernatora Kalifornii, jednak mimo pewnych sympatii nigdy nie popierał wprowadzenia sowieckiego komunizmu na teren amerykański, jak czynili to np. Isadora Duncan czy John Reed. Drugim powodem jest dzisiejsza nieznajomość tendencji panujących wówczas w literaturze amerykańskiej, o czym między innymi wspomina Jim Feast: „Literatura amerykańska zawsze była podzielona między autorów, którzy zajmowali się elitami, a drugą grupę, która koncentrowała się na klasie robotniczej. W okolicach 1900 roku, gdy Jack London i Theodore Dreiser opisywali podklasy, Henry James i Edith Wharton koncentrowali się na wyższych warstwach. Należy jednak pamiętać o jednej ważnej rzeczy: dwoje ostatnich autorów było mocno krytycznych wobec własnej pozycji klasowej. […] W całej amerykańskiej historii literatury elitarni pisarze, począwszy od Fitzgeralda w latach 20. do Johna Cheevera i Mary McCarthy w latach 60., nie żałowali bata i kija, przedstawiając bogatych i ich otoczenie. Później pojawił się neoliberalizm i korporacyjna kontrola kultury stała się o wiele bardziej restrykcyjna. We współczesnej powieści nastąpiła zmiana. Podczas gdy ci, którzy przedstawiają niższe klasy […], nadal piszą uczciwie i kompetentnie, pisarstwo związane z elitami, uwiązane przez korporacyjnych wydawców, upadło”3.

Pisarstwo Sinclaira obejmowało, oprócz wspomnianych zagadnień, obszerną tematykę: ciężkie warunki pracy w kopalniach („Król Węgiel”, 1917, wyd. pol. 1931, 1947, 1948), strajki robotnicze („Little Steel”, 1938), wojnę hiszpańską („No Pasaran! A Novel of the Battle of Madrid”, 1937, „Wide is the Gate”, 1943), przemysł samochodowy („The Flivver King: A Story of Ford-America”, 1937), faszyzm („Dragon’s Teeth”, 1942), korupcję („Baron przemysłowy”, 1906, wyd. pol. 1949), życie elit finansowych („Stolica”, 1908, wyd. pol. 1932), margines społeczny („Kryminalista”, 1912, wyd. pol. 1928), analizę ruchów religijnych w USA przed I wojną światową („The Profits of Religion: An Essay in Economic Interpretation”, 1917), manifest antywojenny („Jimmie Higgins”, 1919, wyd. pol. 1922, 1949), idee chrześcijańskie („Nazywają mnie cieślą”, 1922, wyd. pol. 1928), walkę klasową („100%”, 1920, wyd. pol. 1936), dietę wegańską i wegetariańską („The Fasting Cure”, 1911) i wiele, wiele innych. Proza i eseistyka obejmuje niemal wszystkie tematy najważniejsze dla amerykańskiego społeczeństwa, a liczba napisanych i opublikowanych książek sprawia, że Sinclair jest kimś w rodzaju amerykańskiego Zoli czy Balzaca. Problemem jego pisarstwa była frenetyczna wręcz produktywność, przez którą niekiedy cierpiały styl, fabuła i konstrukcja utworów. Jednak mimo pogoni za doraźnością i ujmowaniem tematów „na gorąco” Sinclair nigdy nie schodził poniżej pewnego, świetnego zresztą, poziomu pisarstwa.

Cóż jeszcze można o nim rzec? Ano bardzo wiele. Podobnie jak spora była liczba książek, które napisał i opublikował, tak i jego życie pełne było wrażeń, podróży, spraw, w które się angażował. Przyjaźnił się z takimi ludźmi, jak Mark Twain, Jack London, Henry Ford, Tomasz Mann, Herbert G. Wells, Theodore Roosevelt, Franklin Roosevelt, Albert Einstein, Charlie Chaplin, Albert Camus, Carl Gustav Jung czy wspomniany Siergiej Eisenstein. Do tej pory ukazało się kilkanaście biografii pisarza z Baltimore, bo żadna nie wyczerpuje bogatego materiału, z którym stykają się biografowie.

W dzisiejszej Polsce wiedza o twórczości Sinclaira jest równa zeru. Ostatnia jego powieść ukazała się na naszym rynku w 1957 roku. Od tamtej pory cisza obejmuje nie tylko publikacje, ale i krytykę literacką. W okresie od 1907 roku, kiedy „The Jungle” ukazało się u nas jako „Trzęsawisko”, publikowano go regularnie w wielkich nakładach aż do wczesnych lat po II wojnie światowej. Książki powojenne można z łatwością odnaleźć w rozsądnych cenach, na te przedwojenne trzeba trochę polować, ale są czasem dostępne w bibliotekach. Co zabawne, nie jest to wcale lektura „nudna i trudna”, przeciwnie: powszechna opinia głosi, że Sinclair miał lekkie pióro, lecz po porzuceniu wczesnego etapu, gdy tworzył powiastki przygodowe do gazet, nie ocierał się już o czytadła. Atrakcyjność jego powieści wynikała przede wszystkim z poruszania ważnych problemów społecznych i politycznych, a także z plastycznego opisu środowisk, które przedstawiał, oraz z realistycznej psychologii postaci i ich różnorodności. Gnany ideą naprawy świata, umiał jednocześnie cyzelować pisarski styl, uczyć się na błędach. Chyba tylko przez nadmierną liczbę publikacji trudno dzisiaj wskazać bezsprzecznie powieść będącą „kamieniem milowym” literatury amerykańskiej. Trzeba traktować jego twórczość i życie całościowo.

Autor „Grzęzawiska” nie był może literackim innowatorem w zakresie formy czy też geniuszem stylu na miarę Theodore Dreisera („Tragedia amerykańska”), Eugene’a O’Neilla (niedokończony cykl jedenastu sztuk „Opowieść o właścicielach bez własności”), Francisa Scotta Fitzgeralda („Wielki Gatsby”) czy Johna Steinbecka („Na wschód od Edenu”), którzy również, jak sam Sinclair, w swoich epickich dziełach analizowali i poddawali krytyce psychologiczne uwarunkowania powstawania wielkich fortun, mechanizmy rozwoju monopoli, produkcji i handlu, a przede wszystkim powiązania i przenikanie się sfer gospodarki i władzy w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że Upton Sinclair to „lewicowy pisarz populistyczny”, lecz w dobrym znaczeniu tego słowa: poczytny, powszechnie dostępny, uderzający w sedno problemów społecznych. Jego książki w okresie międzywojennym, zarówno w USA jak i w Polsce4, osiągały olbrzymie nakłady. Przez prostotę języka i wagę podejmowanych tematów był czytany przez wszystkich, od elitarnych naukowców po gospodynie domowe i bezrobotnych.

W zalewie hermetycznego akademickiego bełkotu, niezrozumiałego już nawet dla samych autorów, wobec powracających co jakiś czas fal narzekań na „upadek autorytetów”, kpin z „literatury zaangażowanej” czy załamywania rąk nad „dydaktyzmem” i „moralizatorstwem” dawnej-niedawnej wielkiej epiki, powieści Uptona Sinclaira mogą być nie tylko odtrutką, lecz także jednym z wielu wzorów i kierunków w przebogatej bibliotece ludzkiej wiedzy zawartej w literaturze. Pytania, które często zadają w Polsce krytycy literaccy, brzmią: czy w czasach sms-ów, czatów, tweetów i temu podobnych wielka epika opisująca świat ma jeszcze prawo bytu? Czy ma prawo być tworzona w świecie wszechobecnej ironii jako estetycznej odpowiedzi (czyt. ucieczki) na złożone problemy ludzkiego świata? Moja odpowiedź brzmi: tak. A czy świat opisywany przez Sinclaira, Londona, Fitzgeralda, Twaina i innych koryfeuszy literatury amerykańskiej przestał istnieć? Nie, bo nie zmienił przecież wewnętrznego mechanizmu swojego funkcjonowania. Zmieniły się jedynie dekoracje.

Jacek Żebrowski

Przypisy:

  1. Pierwsza wersja filmu została zmontowana przez amerykańskich producentów w 1934 roku i w formie podzielonej na trzy części pokazana w kinach. Druga wersja, bliższa zamierzeniom reżysera, została zmontowana przez Marie Seton, asystentkę Eisensteina, i wyświetlona jako „Time in the Sun” (1939). Dopiero w 1979 roku, po przesłaniu oryginalnych taśm do ZSRR, film miał premierę jako „Niech żyje Meksyk!”. Montażu dokonał Grigorij Aleksandrow, a wersja ta jest dzisiaj uznawana za oficjalną i pokrywającą się ze scenopisami i pomysłami Eisensteina. Istnieje również wersja Olega Kowalowa z 1998 roku, a od kilku lat trwają prace nad kolejną rekonstrukcją.
  2. O filmie Sól ziemi piszę w artykule Gorzka sól, „Inny Świat” 2016, nr 1(45).
  3. J. Feast, Anti-Anarchism. The Denigration of Anarchism in High Art Fiction, https://www.fifthestate.org/archive/396-summer-2016/anti-anarchism/.
  4. W Polsce jego książki były publikowane głównie przez największe w międzywojniu wydawnictwo „Rój”.

Turcja: od kemalizmu – dokąd?

Jeżeli wierzyć Wyspiańskiemu, już na początku XX wieku na wiejskim weselu można było usłyszeć pytania polityczne, a nawet geopolityczne. Epoka popkultury również przynosi zabawne koincydencje – emisja niezwykle popularnego w Europie Południowej i Środkowo-Wschodniej serialu „Wspaniałe stulecie”, przedstawiającego baśniową wizję złotej epoki państwa osmańskiego, zbiegła się z przekształceniem Turcji z pewnej stałej w polityce międzynarodowej, jaką była od wielu dekad, w wielkie pytanie, być może najważniejsze poza basenem Pacyfiku.

Chociaż Polska teoretycznie jest oddzielona od strefy bezpośredniego oddziaływania Ankary wieloma państwami, nie można nie zauważyć, że z uwagi na kryzys Unii Europejskiej, niepewny status NATO i obecności amerykańskiej w Europie, drogi transportu surowców, kwestię migracyjną i wreszcie – rolę Rosji w całej tej sprawie, Turcja ma potencjał wywierania bardzo bezpośredniego wpływu również na naszą sytuację.

Antecedencje

Dzieje Imperium Osmańskiego są w Polsce dość dobrze znana. Przyczyną jest mocne splecenie historii obu państw, które z perspektywy czasu wypada ocenić jako raczej fatalne: wyczerpujące politycznie i militarnie z powodu nieustannego konfliktu oraz kierujące (wraz z mitem sarmackim) wyobraźnię ku Orientowi i jeszcze bardziej oddalające trajektorię rozwoju od Zachodu.

Obydwa państwa, które pojawiły się w życiu politycznym Europy w podobnym czasie, równocześnie przeżyły ogromny rozkwit terytorialny, równolegle też podupadały. Rzeczpospolitą upadek kosztował całkowite zniknięcie, Turcję – utratę kolejnych posiadłości. Od imperium rozciągającego się w okresie największego zasięgu równoleżnikowo od Algierii po Morze Kaspijskie, a południkowo od południowej Ukrainy po Somalię, zaczęły wskutek rywalizacji z Rosją – która zastąpiła Rzeczpospolitą jako główny współzawodnik na wschodzie – i Anglią oraz Francją na zachodzie i południu odpadać kolejne prowincje czy kraje zależne. W chwili wybuchu I wojny światowej „chory człowiek Europy” był już całkowicie wypchnięty z Afryki i niemal całkowicie z Europy, pozostawały mu wyłącznie terytoria w Azji Mniejszej i posiadłości arabskie. Wynikało to z niezdolności archaicznej struktury cywilizacyjnej i państwowej do efektywnego współzawodnictwa. Potrafiła ona bowiem absorbować tylko niewielką część zdobyczy pochodzących z przodującego Zachodu. Kluczowe znaczenie miała również bardzo słaba oferta dla mozaiki narodów i religii tworzących imperium. Część elit co prawda miała dostęp do bajecznych nieraz karier w Stambule, dla wielu podbitych społeczności, w szczególności nieislamskich, osmańskie panowanie oznaczało jednak niewiele więcej niż ucisk, w miarę słabnięcia centrum coraz mniej znośny.

Wielka Wojna była kolejnym dowodem nieefektywności państwa osmańskiego. Mimo prób reform wewnętrznych i modernizacji, których wyrazem była rewolucja młodoturecka z 1908 roku, było ono zdolne prowadzić walkę tylko dzięki znaczącemu wsparciu niemieckiemu w postaci materiału wojennego i przede wszystkim wyszkolonego personelu. Znalazło się jednak po przegranej stronie. Szczęściem w nieszczęściu, zapobiegającym stoczeniu się Turcji do poziomu małego peryferyjnego kraiku pozbawionego istotnego znaczenia, było załamanie się, w wyniku tej samej wojny, Rosji, aspirującej do panowania nad niegdysiejszym Konstantynopolem, Bosforem i Dardanelami. Sytuacja Turcji po przegranej koalicji, której stanowiła część, była jednak mimo tego niezwykle ciężka. Rządzona przez Eleutheriosa Venizelosa i wspierana przez mocarstwa zachodnie ekspansywna Grecja zgłaszała w duchu Megali Idea bardzo daleko idące roszczenia do terenów położonych nad cieśninami i dalej w Azji Mniejszej. Traktat zawarty przez sułtanat w sierpniu 1920 roku w Sèvres nie szedł tak daleko, jednak w praktyce jego realizacja oznaczałaby przekształcenie Turcji w ograniczony terytorialnie protektorat mocarstw. Mimo wszystko Grecja, której cele wykraczały daleko poza granice traktatowe, okazała się zbyt słaba, aby wygrać wojnę, a potęgi zachodnie, zmęczone właśnie zakończonym konfliktem światowym, poczęły prowadzić własne niespójne polityki. Turcji udało się ograniczyć straty. Traktat w Lozannie z 1923 roku potwierdzał odłączenie posiadłości arabskich, ale także władzę (choć z przeważnie formalnymi, jak się okazało papierowymi, ograniczeniami) Turcji nad cieśninami i suwerenność wewnętrzną. Warte odnotowania jest, że Turcja w trakcie wojny z Grecją otrzymała po raz pierwszy od kilkuset lat (wyjąwszy epizod wsparcia przeciw zbuntowanemu włodarzowi Egiptu, Muhammadowi Alemu, z 1833 roku) wyraźne wsparcie od formy państwowości rosyjskiej, jaką była Rosja Sowiecka.

Niekorzystny wynik I wojny światowej, podsumowujący ciąg porażek, spowodował również zmianę formy państwowości tureckiej. Odpadnięcie zdobyczy terytorialnych w połączeniu z czystkami etnicznymi (masakra Ormian, powojenna wymiana ludności z Grecją) podmyło fundamenty wieloetnicznego imperium, które z konieczności musiało opierać się na patriotyzmie państwowym, wzmacnianym w odniesieniu do muzułmanów używaniem przez sułtana tytułu kalifa. Z wojny jednak wyłoniło się państwo, które naginając rzeczywistość poprzez pominięcie kwestii kurdyjskiej, można było uznawać za praktycznie monoetniczne. W tym stanie rzeczy wybitny dowódca wojskowy i premier niepodległościowego rządu republikańskiego Mustafa Kemal Pasza, którego wydarzenia wyniosły na pozycję faktycznego władcy Turcji, zainicjował radykalną transformację kraju, kontynuując część idei ruchu młodotureckiego, do którego należał. Zniesiono ostatecznie sułtanat, na piedestał wyniesiono stłumioną w imperium osmańskim tureckość, interpretowaną w duchu nacjonalistycznym, a wręcz palingenetycznym, skoro uznano, że sam język wymaga oczyszczenia z obcych wpływów i wprowadzenia nowego alfabetu. Państwo zostało gruntownie zsekularyzowane, wprowadzono laickie sądownictwo oraz szkolnictwo, wyeliminowano elementy obyczajowości takie jak np. wielożeństwo. Republikański ustrój opierał się w praktyce na osobistej władzy Mustafy Kemala, bazującej na podporządkowanej mu armii, był też de facto monopartyjny. W gospodarce Turcja podążała swoistą trzecią drogą, w znacznej mierze wzorując się na polityce sowieckiej okresu przedstalinowskiego: stosowała odgórną industrializację i interwencjonizm państwowy, jednak bez likwidacji prywatnej własności. W polityce zagranicznej z kolei zasadą dominującą stał się praktyczny izolacjonizm. Turcja blisko współpracowała z Niemcami i Związkiem Sowieckim, pozostawała w dobrych stosunkach z Polską (zezwalając na funkcjonowanie na swoim terytorium ruchu prometejskiego i kupując polskie uzbrojenie), utrzymując jednak co do zasady neutralność i nie angażując się w sojusze międzynarodowe, z wyjątkiem krótkotrwałego epizodu Ententy Bałkańskiej skierowanej przeciwko włoskiej ekspansji.

Przez większość II wojny światowej Turcji udawało się lawirować między walczącymi blokami, handlując z oboma i czerpiąc korzyści w postaci m.in. dostaw sprzętu wojskowego. Pewien zakres współpracy z Osią (zezwolenie na ruch jednostek wojskowych przez cieśniny, życzliwe podejście do animowanego przez Niemcy anstysowieckiego ruchu narodów kaukaskich i turańskich) nie przekroczył jednak progu wysokiego zaangażowania i Turcy mogli, kiedy stało się to polityczną koniecznością, bez strat przystąpić do obozu alianckiego, zrywając w sierpniu 1944 roku stosunki z III Rzeszą, a w lutym 1945 roku wypowiadając jej wojnę (acz było to posunięcie wyłącznie formalne). Wejście zasadniczej części Bałkanów w orbitę wpływów sowieckich, wraz z odnowieniem na konferencji poczdamskiej tradycyjnych postulatów polityki rosyjskiej w postaci żądania osadzenia w Dardanelach eksterytorialnej bazy marynarki wojennej ZSRS oraz dodatkowych pretensji terytorialnych spowodowało jednak, że atatürkowski izolacjonizm stał się niemożliwy do utrzymania. W zaistniałym stanie rzeczy władze Turcji postawiły na przejście do obozu prozachodniego, czego wyrazem stał się udział w wojnie koreańskiej po stronie sił ONZ i przystąpienie w 1952 roku do NATO. Równolegle dokonano otwarcia systemu politycznego przez wprowadzenie w 1946 roku realnej wielopartyjności.

Kolejne lata oznaczały ugruntowanie prozachodniej orientacji Turcji w polityce zagranicznej, w wewnętrznej natomiast – dominację kemalizmu, którego strażnikami były armia i siły bezpieczeństwa. Funkcja strażników okazała się niezbędna z uwagi na – z jednej strony – nieuchronną powierzchowność reform dokonywanych metodami inżynierii społecznej, którym trudno było zapuścić korzenie poza warstwą instytucjonalną, a z drugiej – wspomniane otwarcie systemu politycznego, wskutek którego partie polityczne uzyskały realne znaczenie. Już pierwszy zamach stanu z 1960 roku miał, obok sporu o kierunki polityki zagranicznej oraz gospodarczej, podłoże kulturowe – obalono rząd Partii Demokratycznej, przychylniejszej wobec obecności w życiu politycznym praktyk wywodzących się z islamu. Ostrze kolejnego, który nastąpił w 1971 roku, było skierowane m.in. przeciw otwarcie odrzucającej kemalizm islamskiej Partii Nowego Porządku, wyrosłej z ruchu Millî Görüş (Narodowa Wizja), postulującej również rozluźnienie więzi z Zachodem i powrót do neoosmańskiej wizji Turcji jako lidera świata islamskiego. Zabezpieczenie świeckiej republiki było podnoszone również jako jeden z motywów puczu z 1980 roku. Represje nie spowodowały jednak uwiądu ruchów kontynuujących wizje Millî Görüş, wyrażających idee odrzucane co prawda przez zokcydentalizowane, wielkomiejskie elity wojskowe, urzędnicze i kulturalne, ale podzielane przez masy ludności prowincjonalnej.

Doprowadziło to w 1996 roku do objęcia rządów przez Necmettina Erbakana, lidera Partii Dobrobytu (wcześniej przewodził on delegalizowanym po kolei ugrupowaniom islamskim i antyzachodnim). Polityka jego gabinetu reprezentowała opisane wcześniej tendencje. Na płaszczyźnie wewnętrznej dążyła do osłabienia laickiego modelu państwa, na zewnętrznej zmierzała do nawiązania na antyzachodniej podstawie bliskich stosunków z państwami (Iran, Libia) i organizacjami (Hamas, Bractwo Muzułmańskie) świata islamskiego – mimo zaniechania ze względów wewnątrzpolitycznych dalej idących planów, obejmujących m.in. osłabienie więzi z NATO, zerwanie faktycznego aliansu z Izraelem i wypowiedzenie umowy celnej z UE. Również ten rząd został rychło, bo już w 1997 roku, zmuszony do ustąpienia z powodu presji wojska, a kolejna partia Erbakana została zdelegalizowana.

Wspominane interwencje wojska sprawiały, że mimo wszystkich meandrów wewnętrznych Turcja pozostawała krajem wyraźne laickim, w którym polityczny islam pozostawał nurtem podskórnym, natomiast w polityce zagranicznej interwencje te gwarantowały prozachodniość. Turcja przez lata Zimnej Wojny pozostawała, mimo konfliktu z Grecją na tle kwestii cypryjskiej, pewnym elementem NATO, rozbudowując armię do wysokich stanów liczebnych i niezłego poziomu jakościowego dzięki szeroko zakrojonej pomocy militarnej sojuszników. Ankara konsekwentnie wspierała amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie, unikając jednak bezpośredniego zaangażowania militarnego w prowadzone operacje, pozostawała też, jak nadmieniono wyżej, w nieformalnym sojuszu z Izraelem. W 1987 roku złożyła wniosek o członkostwo w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Perspektywy w tym zakresie były jednak od samego początku niejasne z wielu względów. Jednym z nich była odmienność Turcji pod względem kulturowym – zarówno w aspekcie najbardziej oczywistym, wynikającym z innego tła religijnego, jak i politycznym. System formalnie demokratyczny, jednak z często uruchamianym wojskowym bezpiecznikiem, zdecydowanie nie pasował do standardów europejskich. Turcja była też bardzo uboga. Jej PKB per capita w 1987 roku był trzykrotnie niższy od średniej „starej” europejskiej dwunastki i niemal dwukrotnie niższy niż grecki czy hiszpański. Ustępował nawet analogicznym wskaźnikom Polski i Bułgarii. Dochodził do tego konflikt z Kurdami, których uśpiona jeszcze w latach 20. świadomość narodowa obudziła się, co zaowocowało dążeniami do emancypacji i działaniami zbrojnymi o skali i poziomie brutalności znacznie przekraczającymi to, co Europa znała nawet z Irlandii Północnej czy kraju Basków. Wskutek tego wszystkiego rozmowy akcesyjne były bardzo powolne i niekonkluzywne.

Skąd wziął się Erdoğan

Lata 90. nie były dla Turcji okresem korzystnym. Znaczyły je kryzysy finansowe, powtarzające się w latach 1994, 1999 i 2001 (każdy z nich skutkował spadkami PKB rzędu 5%), wzrost bezrobocia, spadek realnych płac, galopująca inflacja wynosząca w tej dekadzie średnio 78%. Wewnętrzna sytuacja polityczna była niestabilna, klasa polityczna coraz bardziej traciła wiarygodność, a kemalistowska ideologia państwowa stawała się archaicznym zbiorem sloganów bez realnej treści. Otwierało to drogę do władzy siłom obiecującym zmianę. Przedterminowe wybory w 2002 roku wygrała (uzyskując 34% głosów, ale dzięki kształtowi ordynacji wyborczej aż 66% miejsc w parlamencie) utworzona rok wcześniej Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) pod przywództwem Recepa Tayyipa Erdoğana. Formacja ta stanowiła kolejną po zdelegalizowanej Partii Cnoty kontynuację Partii Dobrobytu, której prominentnym działaczem był Erdoğan (z jej ramienia sprawował funkcję burmistrza Stambułu). Hasła, z jakimi szła do władzy nowa AKP, były umiarkowane – złagodzono retorykę islamską, wygaszono antyzachodnią, deklarowano dążenie do członkostwa w UE (w istocie w 2005 roku rozpoczęto formalne rokowania akcesyjne). Lata rządów partii Erdoğana oznaczały dla Turcji stabilny i znaczący wzrost gospodarczy. PKB kraju między 2002 a 2012 roku wzrosło o 62% (dla porównania między 1992 a 2002 – o 32%), poprawiła się jakość usług publicznych, wzrosła zamożność społeczeństwa. Czynniki te sumarycznie składały się na niewątpliwy skok cywilizacyjny.

Nie powinno zatem dziwić, że partia wygrywała z przewagą kolejne wybory w latach 2007 i 2011, za każdym razem uzyskując większość bezwzględną. Jednocześnie przeobrażała kraj, demontując wojskowe zabezpieczenie kemalizmu, w czym wydatnie pomogły negocjacje z UE i dostosowywanie prawa do norm tej organizacji. W rezultacie w 2012 roku ustanowiono cywilną kontrolę nad armią i usunięto z jej regulaminu wewnętrznego obowiązek ochrony zdefiniowanej przez konstytucję republiki, stanowiący formalny tytuł do podejmowania opisanych powyżej ingerencji w politykę. Równolegle rządy AKP przywracały stopniowo islamowi pozycję w sferze publicznej, jakiej pozbawił go kemalizm. Urząd kontroli religii Diyanet przekształcono w środek jej promocji finansowanej przez państwo – z budżetem przekraczającym półtora razy lub dwukrotnie środki przyznawane MSW czy Ministerstwu Zdrowia. Nastąpił dynamiczny rozwój szkolnictwa religijnego. Podjęto także kroki symboliczne – zniesienie ograniczeń dotyczących noszenia chust przez kobiety w instytucjach państwowych, przywracanie funkcji meczetów dawnym kościołom bizantyjskim przekształconym w muzea.

W dziedzinie wizji polityki zagranicznej następowało dowartościowywanie osmańskiej imperialnej przeszłości i związków z Bliskim Wschodem. Kierownictwo AKP sięgnęło po koncepcje opracowane przez profesora stosunków międzynarodowych Ahmeta Davutoğlu, wyniesionego później do najwyższych stanowisk państwowych (w 2009 roku – minister spraw zagranicznych, w 2014 roku – premier). Głosił on zmierzch dominacji Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej, perspektywiczne wyniesienie do adekwatnej roli starych, tradycyjnych mocarstw (w tym Turcji), konieczność rozluźnienia przez Ankarę związków z Zachodem oraz porzucenia mentalności określanej jako „peryferyjna”. Celem miał być status globalnego mocarstwa, uzyskany m.in. dzięki pogłębieniu współpracy w szczególności, choć nie tylko, z krajami bliskowschodnimi i państwami pozostałej części świata islamskiego (vide działania na forum Organizacji Współpracy Islamskiej, której sekretarzem został Ekmeleddin İhsanoğlu) oraz unikaniu uzależnienia od któregokolwiek z koryfeuszy światowej polityki, jakie dotychczas występowało w relacjach Turcji z USA i UE (miałyby one zostać zrewidowane i przekształcone w kierunku uzyskania przez Ankarę podmiotowości). Wyraźnym znakiem nowego podejścia było zajęcie zdecydowanie negatywnego stanowiska wobec działań Izraela podczas konfliktu w strefie Gazy na przełomie lat 2008/2009, co wraz z późniejszymi wydarzeniami doprowadziło do praktycznego zamrożenia kwitnących wcześniej relacji, obejmujących m.in. bliską współpracę militarną. Z drugiej strony, Turcja z sukcesem pełniła rolę mediatora w negocjacjach dotyczących programu nuklearnego prowadzonych z Iranem przez wspólnotę międzynarodową. Jednocześnie Ankara budowała dobre relacje z Rosją i Chinami.

Należy jednocześnie zauważyć, że proislamskość AKP i samego Erdoğana nie stawia ich w jednym rzędzie np. z saudyjskimi wahabitami czy innymi fundamentalistami, dążącymi do budowy teokratycznych państw opartych na prawie szariackim. Formacja rządząca Turcją nie zdradza zamiarów obalania republiki i ustanowienia prymatu islamu, traktując państwo jako wartość podstawową. Występują tu też jeszcze bardziej fundamentalne różnice: istnieją przesłanki wskazujące, że Erdoğan jest zwolennikiem sufizmu, a ten mistyczny nurt pozostaje w wyraźnym konflikcie z formalistycznym podejściem reprezentowanym przez religijnych integrystów z Półwyspu Arabskiego. Na pewno przedstawicielem sufizmu jest Fethullah Gülen, obecnie wróg publiczny numer jeden w Turcji, który jednak aż do 2013 roku był kluczowym sojusznikiem Erdoğana w walce z kemalistowskim „głębokim państwem”. Również dziedzictwo Atatürka nie zostało przez AKP całkowicie odrzucone – przekształcenie Turcji w duchu nacjonalistycznym jest trwałe i determinuje również tożsamość tej formacji oraz jej metapolityczne zaplecze, podobnie jak dążenia modernizacyjne. Efektem jest syntetyczna ideologia państwowa, łącząca wątki osmańskie oraz islamskie z tymi wywodzącymi się z kemalizmu i określana jako nowoturecka.

Podsumowując temat, należy zauważyć, że istotna korekta szeroko rozumianej polityki tureckiej była swoistą koniecznością, można nawet stwierdzić, że „dziejową”. Z polskiego punktu widzenia trudno dziwić się buntowi wobec peryferyjności i niedostatków podmiotowości. Nie dziwią również nawiązania do mocarstwowej przeszłości kraju, skazanej na swego rodzaju banicję w wyniku kemalistowskiej rewolucji. Nie sposób raczej oburzać się na przywrócenie znaczenia elementom tradycyjnej kultury, która w odróżnieniu od odgórnego laickiego projektu pozostała żywa w sercach zasadniczej większości mieszkańców kraju. Czynnikiem ważącym były również katastrofalne skutki polityki amerykańskich „zbrojnych misjonarzy” na Bliskim Wschodzie, każące powątpiewać w obliczalność polityki supermocarstwa, nawet z punktu widzenia sprzymierzonych państw regionu, które w razie czego nie mogły zabrać wojsk i zostawić problemu samemu sobie. Musiały mierzyć się z jego konsekwencjami na miejscu.

Między arabską wiosną a próbą puczu

Rozpoczęcie pod koniec 2010 roku tzw. arabskiej wiosny przyniosło wzrost intensywności zaangażowania Turcji na Bliskim Wschodzie. Władze w Ankarze uznały sytuację za sprzyjającą rozwojowi wpływów w regionie oraz osiągnięciu zamierzonej roli lidera dzięki podważeniu pozycji dotychczasowych prozachodnich autorytarnych reżimów. Z tego względu przyjęły rolę rzecznika dążącego do zwiększenia swobód społeczeństw, wspierając jednocześnie uznawane za najbliższe ideowo Bractwo Muzułmańskie. Zaangażowały się również w konflikt syryjski, najpierw próbując przekonać Baszara al-Asada do reform wewnętrznych, a następnie, po wybuchu wojny domowej, przystępując do wspierania syryjskiej opozycji politycznej i zbrojnej, czasowo nieco ograniczonego od połowy 2012 roku z uwagi na obawy przed eskalacją konfrontacji. Jednak przebieg wydarzeń był daleki od żywionych oczekiwań. Obok fiaska zamierzeń strategicznych, wśród których najważniejszym było doprowadzenie do obalenia al-Asada m.in. przez skłonienie do interwencji przeciwko niemu Stanów Zjednoczonych, poważnym problemem dla Turków stało się faktyczne wybicie się na samodzielność syryjskich Kurdów, wśród których dominującą siłą polityczną jest partia PYD, pokrewna ideowo i powiązana ze starym wrogiem Ankary, PKK.

Na płaszczyźnie wewnętrznej rok 2013 przyniósł usztywnienie systemu politycznego, co stanowiło jakościową zmianę wobec wcześniejszej polityki AKP, polegającej na faktycznej demokratyzacji i liberalizacji. Wiązało się to z dwoma wydarzeniami. Wiosną i latem miały miejsce brutalnie stłumione masowe protesty, interpretowane jako wyraz niezadowolenia liberalnych kręgów społeczeństwa z przesuwania się punktu ciężkości polityki krajowej w kierunku konserwatywnym i z faktycznego oddalania się od standardów zachodnich, a także z zaangażowania Turcji w konflikt syryjski. Jesień i zima przyniosły kulminację tlącego się już od kilku lat konfliktu z ruchem Gülena, przejawiającą się próbą wyeliminowania jego wpływów przez czystki w instytucjach państwowych, aresztowania dziennikarzy itp. Efektem było przejście Erdoğana do autokracji. W sierpniu 2014 roku wygrał on wybory prezydenckie i zaczął sprawować urząd w sposób zdecydowanie wykraczający poza porządek konstytucyjny, przewidujący jego ceremonialny charakter. Władza prezydenta oparła się na systemie personalnych lojalności, na cywilnych służbach specjalnych MIT, a w skali społecznej – na zdecydowanym i brutalnym tłumieniu protestów, ograniczaniu swobody informacyjnej i wpływaniu na media oraz zwalczaniu przeciwników politycznych za pomocą aparatu państwowego. Sformułowano zamiar przekształcenia systemu politycznego Turcji w formalnie prezydencki.

Jednocześnie zahamowaniu uległ proces integracji z UE. Z jednej strony wiązało się to z blokowaniem go przez Cypr, Niemcy i Francję, z drugiej jednak zaczął się uwidaczniać wyraźny sceptycyzm władz w Ankarze wobec Unii jako organizacji narzucającej i kontrolującej standardy wewnętrzne. W związku z tym w wypowiedziach i działaniach Erdoğana i jego zaplecza pojawiły się wyraźne wątki eurosceptyczne. Obok ostrych polemik z unijnymi ocenami zachodzących w Turcji procesów nastąpiło m.in. zaangażowanie się w sprzeczne z zamierzeniami UE, a sprzyjające Rosji przedsięwzięcia w dziedzinie przesyłu gazu (projekt TANAP, rokowania z Rosjanami na temat gazociągu alternatywnego dla South Stream). Ogólnie biorąc, można sformułować wniosek, że obóz AKP, a w szczególności Erdoğan potraktowali faktyczną demokratyzację i dostosowanie do standardów UE instrumentalnie, jako narzędzia zdemontowania wpływu kemalistów z wojska i służb specjalnych na politykę, odrzucając je bez żalu po osiągnięciu celu.

W latach 2013 i 2014 dalszą komplikację sytuacji w Syrii spowodowało pojawienie się na scenie wojny domowej tak zwanego Państwa Islamskiego, wspieranego przez sponsorów z Półwyspu Arabskiego i obejmującego zakresem działania również Irak. Szybko zdominowało ono dotychczasową antyasadowską opozycję, a wydarzenia wykazały, że jedynymi realnymi zaporami stojącymi na jego drodze są armia rządowa i Kurdowie. Działania Daesz zintensyfikowały ucieczkę ludności z terenów walk, która przełożyła się później na powszechnie znany kryzys migracyjny. Turcja oficjalnie zajęła wobec tej organizacji pozycję wyczekującą, ambiwalentną, stroniąc od bezpośredniej konfrontacji i ostrożnie reagując na występujące incydenty. Była jednak oskarżana przez czynniki kurdyjskie o jej faktyczne wspieranie. Na tym tle doszło do ponownego zaostrzenia stosunków z Kurdami. Mieszkający w Turcji przedstawiciele tego narodu ostro przeciwstawiali się blokowaniu przez Ankarę – przerywanemu co prawda okresami taktycznej współpracy – wsparcia dla walczącego z Daeszem kantonu Rożawa. Dochodziło do licznych starć z siłami bezpieczeństwa. PKK odpowiadała akcjami terrorystycznymi, które dały władzom pretekst do zorganizowania „kampanii antyterrorystycznej”, obejmującej m.in. naloty na pozycje partyzantki tej formacji w północnym Iraku. Zniweczyło to możliwości otwarte przez rozpoczęcie w marcu 2013 negocjacji pokojowych.

W 2015 roku w Turcji odbyły się dwukrotnie wybory parlamentarne. Czerwcowe przyniosły AKP po raz pierwszy od 2002 roku utratę bezwzględnej większości, partia zdobyła zaledwie 258 z 550 miejsc, a spory sukces odniosła reprezentująca Kurdów i lewicę partia HDP. Klincz parlamentarny spowodował rozpisanie kolejnych wyborów, które odbyły się 1 listopada, a AKP odzyskała w rezultacie zdolność samodzielnych rządów dzięki korzystnemu tym razem wynikowi, zapewnionemu przez umiejętne rozegranie kryzysu wewnętrznego oraz mobilizację elektoratu w wyniku stymulacji nastrojów nacjonalistycznych, w szczególności antykur- dyjskich. Znaczenie miało ograniczenie możliwości głosowania, spowodowane sytuacją w regionach zamieszkałych przez Kurdów, które przełożyło się na słabszy wynik HDP. Jednak sytuacja w Syrii z punktu widzenia Ankary uległa dalszemu pogorszeniu. Jesień 2015 roku przyniosła wsparcie al-Asada przez pozostającą dotychczas na uboczu Rosję w postaci bezpośredniej interwencji wojskowej, jakościowo zmieniającej sytuację na polu walki. Oddalający się dotychczas cel polityki tureckiej stał się tym samym zupełnie nierealny. Spowodowało to podjęcie przez Ankarę próby konfrontacji z Rosją, rozbijającej spowodowane poczuciem zagrożenia ze strony Daeszu lokalne porozumienie tej ostatniej z Zachodem. 24 listopada tureckie lotnictwo zestrzeliło operujący na granicy przestrzeni powietrznych Syrii i Turcji rosyjski bombowiec taktyczny Su-24M. Moskwa odpowiedziała sankcjami ekonomicznymi i wizowymi, Zachód natomiast nie okazał wsparcia, na które obliczone były tureckie działania. Spowodowało to czasową intensyfikację przez Turcję współpracy z Arabią Saudyjską, traktowaną jako przeciwwaga dla działań Rosji i Iranu (wspierającego od samego początku konfliktu al-Asada) w regionie. Armia turecka podejmowała też samodzielne działania zbrojne przeciwko siłom kurdyjskim na północy Syrii. W zakresie ponadregionalnym na początku 2016 roku nastąpiła intensyfikacja kontaktów z Ukrainą.

Ostatecznie jednak władze Turcji postawiły na zasadniczą reorientację kierunków polityki regionalnej i być może nie tylko. Brak wsparcia konfrontacyjnych wobec Rosji działań tureckich przez Zachód i, jak się wydaje, sceptyczna ocena możliwości przeciwstawienia się jej na płaszczyźnie militarnej (nieoficjalne informacje wskazują, że tureckie lotnictwo kilkakrotnie atakowało operujące w Syrii nowoczesne rosyjskie samoloty Su-34 i Su-35, jednak ich systemy przeciwdziałania skutecznie zakłócały naprowadzanie wystrzelonych rakiet) doprowadziły pod koniec czerwca 2016 roku do „resetu” w relacjach z Rosją, zainicjowanego przez pojednawcze gesty Ankary. W samej Turcji jednak w nocy z 15 na 16 lipca nastąpiła próba zamachu stanu, motywowana przez jego inicjatorów tradycyjnie – obroną demokracji, konstytucji i świeckiego charakteru państwa. Wojsko zostało wcześniej poddane cywilnej kontroli, w ramach masowych procesów sądowych w latach 2008–2013 skazano kilkuset oficerów, w tym najwyższego szczebla (np. szefa sztabu w latach 2008–2010, gen. İlkera Başbu) na długoletnie wyroki, z dożywociem włącznie, za udział w rzekomej konspiracji antyrządowej. Mimo to wojsko nadal stawiało pewien opór dążeniom AKP i Erdoğana, np. blokując dostęp do szkół i uczelni wojskowych absolwentom religijnych liceów imam-hatip. Wpływ władz na kadry armii oceniano jako niewielki, okazało się jednak, że siły zbrojne utraciły ostatecznie spójność i pucz został stłumiony po walkach trwających zaledwie jedną noc. Symptomatyczne było jednoznaczne wsparcie Erdoğana przez Rosjan, według nieoficjalnych informacji nie tylko deklaratywne, ale i operacyjne – zakłócenia radioelektroniczne miały paraliżować łączność spiskowców, a nawet uniemożliwić przechwycenie przez ich samoloty maszyny, którą podróżował prezydent Turcji.

O organizację zamachu stanu władze oskarżyły ruch Gülena, co jest samo w sobie dość jednoznacznym absurdem z uwagi na jego wcześniejszy udział w demontażu politycznego znaczenia armii. Pośrednio zarzut ten był skierowany przeciwko Stanom Zjednoczonym, na terenie których rezyduje Gülen, mający mocne powiązania z tamtejszym establishmentem politycznym, w szczególności Partią Demokratyczną. Wydaje się jednak, że to środowiska wierne kemalizmowi dostrzegły, że wobec ciągłego umacniania władzy Erdoğana ich czas może się definitywnie kończyć i podjęły ostatnią próbę kontrakcji. Jak się okazało – zupełnie nieudaną, być może wskutek wymuszonego okolicznościami przedwczesnego podjęcia działań, i zapewne stanowiącą ostatni akcent ich znaczenia w polityce tureckiej. Pucz dał władzom pretekst do szeroko zakrojonych represji i czystek w instytucjach. Do początku listopada aresztowano 34 tysiące osób (w tym 15 tysięcy wojskowych). Usunięto ze stanowisk 30% generałów i admirałów, 105 tysięcy funkcjonariuszy służby cywilnej, 3,6 tysiąca sędziów i prokuratorów, 6 tysięcy pracowników naukowych, 20 tysięcy nauczycieli. Zamknięto 2 tysiące placówek edukacyjnych i 186 gazet, stacji telewizyjnych, portali internetowych oraz innych mediów, aresztowano 142 dziennikarzy. Oznacza to przebudowę państwa przez rewolucję kadrową – „oczyszczone” stanowiska zajmują zwolennicy AKP oraz dokooptowani przedstawiciele starych elit republikańskich, godzący się na współpracę z nowym porządkiem. Przykład mogą stanowić przywracani do służby oficerowie wydaleni z niej w latach 2008–2013 czy awansowani na wyższe stopnie przedstawiciele antyzachodniego, prorosyjskiego skrzydła kemalizmu wyznający ideologię eurazjatyzmu i wypierający w ramach nowej polityki kadrowej wojskowych prozachodnich.

Na prorosyjskim kursie

Pierwszą wizytę po próbie zamachu stanu Recep Erdoğan odbył w sierpniu 2016 roku w Rosji, gdzie spotkał się z Władimirem Putinem, w październiku Putin zrewanżował się rewizytą. Tłem ocieplenia są wcześniejsze stosunki, budowane od pierwszych lat XXI wieku. Uprzednio były one oparte głównie na relacjach ekonomicznych, szczególnie w sektorze paliwowym – Turcja stała się drugim po Niemczech importerem rosyjskiego gazu ziemnego, polegającym w 60% na tym kierunku dostaw. Miały one jednak również przełożenie strategiczne. Turcy, choć przed konfliktem w 2008 roku, jak się wydawało, wyraźnie sprzyjali Gruzji, dostarczając jej m.in. znaczne ilości uzbrojenia, w trakcie konfliktu powstrzymywali się od wsparcia. Nie zareagowali również w znaczący sposób na aneksję Krymu i wzniecenie rebelii na wschodzie Ukrainy, nie przyłączając się nawet do zachodnich sankcji. W obecnej sytuacji Ankara jest partnerem wyraźnie słabszym: jej cele w Syrii nie zostały zrealizowane, dominującym graczem okazała się Rosja, z którą ułożenie się może dać Turkom możliwość osiągnięcia choćby ograniczonych zysków, nawet w sytuacji utrzymania władzy przez al-Asada. Polityka wewnętrzna, zaostrzona przez represje po puczu, powoduje pogłębienie problemów w relacjach Turcji z UE. Stany Zjednoczone z kolei konsekwentnie wspierają syryjskich Kurdów, co jest sprzeczne z tureckimi interesami. Rezerwa wobec Zachodu zbliża zatem oba państwa. Relacje z Rosją zapewniają Turcji przynajmniej w pewnej mierze strategiczną alternatywę czy choćby możliwość manewru wobec Stanów Zjednoczonych i UE. Z kolei Rosji pozwalają ograniczać możliwości działania w strategicznie ważnym regionie i osłabiać dotychczasowe tradycyjne sojusze. Zagadnieniem o charakterze granicznym jest potencjalne zakwestionowanie tureckiej obecności w NATO. Ważnym aspektem są również kwestie polityki energetycznej (gazociągi, budowa elektrowni atomowej w Akkuyu).

Korzystając z ocieplenia relacji z Rosją, Turcy rozpoczęli pod koniec sierpnia 2016 roku bezpośrednią, ograniczoną interwencję lądową w Syrii, mającą na celu jednocześnie odrzucenie Daeszu od granic Turcji i niedopuszczenie do połączenia terytoriów kontrolowanych przez Kurdów z PYD. Jednak działania te przyniosły niepowodzenie podczas walk z Państwem Islamskim o strategicznie ważne miasto Al-Bab. Można je interpretować jako objaw spadku efektywności armii tureckiej i jej osłabienia przez czystki personalne. Przejawem współpracy z Rosją (trwającej mimo zabójstwa 19 grudnia jej ambasadora w Ankarze, dokonanego przez policjanta powiązanego z ruchem Gülena) było opracowanie wspólnego planu zawieszenia broni w Syrii, ogłoszonego w ostatnich dniach grudnia i zaakceptowanego przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Stanowił on wyraz dążenia przez Rosję, bezpośrednio współdziałający z nią Iran oraz Turcję do decydowania o przyszłych sprawach kraju spustoszonego przez wojnę domową.

Najważniejszym wydarzeniem w polityce tureckiej ostatnich miesięcy było wygranie przez obóz rządzący referendum dotyczącego zmian w konstytucji, stanowiących w istocie formalizację rzeczywistego stanu rzeczy i przełożenie na język prawny pozycji zajętej przez Erdoğana mocą charyzmy. Po ich wejściu w życie, planowanym na czas po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2019 roku, kraj stanie się republiką prezydencką. Szef państwa zostanie szefem władzy wykonawczej, zlikwidowany zostanie urząd premiera, ograniczeniu ulegną władza i autonomia parlamentu, prezydent nie będzie zmuszony przez przepisy do nawet formalnej bezpartyjności. Będzie to stanowiło przypieczętowanie przemian rozpoczętych przez AKP i po zdominowaniu armii zapewni Erdoğanowi pozycję porównywalną z Atatürkiem, choć z dia- metralnie odmiennymi założeniami ideowymi.

Dokąd podąży Turcja?

Opisane zmiany w polityce tureckiej sumują się w nową jakość w odniesieniu do pozycji tego kraju w kontekście międzynarodowym. Turcja przestała być obliczalnym i pewnym przyczółkiem świata zachodniego w strategicznym punkcie u zbiegu Europy i Azji. Zmierza do redefinicji własnego znaczenia. Jednak sama konsolidacja władzy i wola narodowa (pojęcie z systemu myślowego Ahmeta Davutoğlu) nie wystarczą. Kluczowe znaczenie mają czynniki obiektywne. Wejście na drogę usiłowania osiągnięcia statusu mocarstwowego umożliwił Ankarze skok ekonomiczny dokonany za rządów AKP, nasuwa się zatem pytanie o perspektywy. Nie brak pesymistycznych prognoz, wieszczących Turcji kryzys. Ostatnie lata przyniosły jej w istocie osłabienie wzrostu gospodarczego – z 6,1% w 2015 do 2,5% w 2016 roku i prognozowanej wartości 3,0% w roku bieżącym. Lira turecka straciła w 2016 roku 20% wartości wobec dolara. Gospodarka ogranicza też możliwości reorientacji politycznej – Rosja jest w stanie co prawda eksportować wiele do Turcji, ale z uwagi na trudności wewnętrzne nie jest dla niej perspektywicznym rynkiem zbytu, tu dominują państwa UE.

Kolejną kwestią są zależności militarne. Uzbrojenie tureckiej armii jest od końca lat 40. ubiegłego wieku oparte na sprzęcie konstrukcji zachodniej, z czasem w coraz większym stopniu produkowanym na licencjach (w Turcji wytwarzano w ten sposób nawet myśliwce F-16). Mimo rozwoju własnego zaplecza przemysłowego kraj jest bardzo daleki od samodzielności, musi nabywać kluczowe technologie za granicą, a takie projekty, jak budowa własnego wielozadaniowego samolotu bojowego, sprawiają wrażenie motywowanego propagandowo nadmiaru ambicji wobec realnych możliwości i, z uwagi na uzależnienie od gotowości partnerów zagranicznych do udostępnienia zasadniczych rozwiązań, są podatne na rażenie przez sankcje. Turcja podejmuje od lat 90. działania mające na celu dywersyfikację kierunków dostaw w tym strategicznym zakresie. Najpierw nawiązano współpracę z Chinami i Pakistanem, dotyczącą przede wszystkim wrażliwych politycznie rozwiązań, takich jak technologie rakietowe. Mimo podjętej w 2013 roku decyzji niepowodzeniem zakończyła się próba zakupu chińskiego systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu i przeciwrakietowego HQ-9, być może od początku traktowana jako forma presji na Zachód, mającej na celu uzyskanie od niego korzystniejszych rozwiązań. Ostatnie tygodnie przyniosły informacje o zaawansowanych rozmowach z Rosją na temat zakupu systemu tego samego rodzaju S-400 oraz deklaracje, że Turcja zamierza przejść do porządku dziennego nad ewentualną niemożnością integracji go z systemami NATO. Szeroka reorientacja armii na innych dostawców jest w świecie wymagającym daleko idącej kompatybilności komunikacyjnej oraz informatycznej kwestią wielu lat od decyzji politycznej do osiągnięcia gotowości bojowej przez systemy. W razie konfliktu politycznego może spowodować drastyczny spadek możliwości armii wskutek restrykcji dotyczących dostaw, które w odniesieniu do Turcji stały się już w pewnym zakresie faktem w związku z ostatnimi napięciami politycznymi. W tym kontekście probierzem relacji Ankary z Waszyngtonem będą losy kontraktu na myśliwce F-35, mające być przyszłością tureckiego lotnictwa. Jeżeli te, dostępne wyłącznie dla zaufanych sojuszników, maszyny najnowszej generacji (nie mogą ich otrzymać nawet blisko współpracujące ze Stanami Zjednoczonymi kraje arabskie) trafią zgodnie z założeniami do Turcji w 2019 roku, będzie to oznaczało wypracowanie modus vivendi zabezpieczającego interesy amerykańskie. Brak dostawy będzie z kolei przejawem głębokiego kryzysu w stosunkach wzajemnych. Na razie administracja Donalda Trumpa kontynuuje zdecydowanie politykę wsparcia Kurdów syryjskich, sprzeczną z tureckimi interesami, ewentualny zakup rosyjskich S-400 również nie będzie na pewno mile widziany w Waszyngtonie.

Relacje z Unią Europejską są zdeterminowane przez kryzys migracyjny. Turcja jest oskarżana o wykorzystywanie tej kwestii jako czynnika nacisku na UE. Tolerowanie, a nawet wspieranie działań Daeszu niewątpliwie przyczyniło się do fali uchodźców. Inne oskarżenie dotyczy wykorzystania wymuszonych przez wojnę ruchów ludności do osiągania korzystnych dla Turcji zmian składu etnicznego terytoriów syryjskich, np. wypierania Kurdów przez Turkmenów czy osadzanych tam Ujgurów emigrujących z Chin, gdzie ich antyrządowa rebelia jest wspierana przez Ankarę w ramach koncepcji pantureckiej. W ostatnich miesiącach w związku z wyraźnym sprzeciwem krajów UE, w których zamieszkuje liczna społeczność turecka, wobec przedreferendalnej agitacji za proponowanymi zmianami konstytucyjnymi prowadzonej przez rząd Turcji, doszło do ostrego kryzysu w relacjach z Holandią i wzrostu napięcia w stosunkach z Niemcami. Warto zauważyć, że mniejszości tureckie mogą stanowić element oddziaływania na sytuację wewnętrzną w poszczególnych krajach. W odróżnieniu od mało udolnych działań ekstremalnych środowisk islamskich integrystów, inspirowanych i wspieranych z Półwyspu Arabskiego, taktyka turecka wygląda na bardzo inteligentną. Agenci wpływu Ankary unikają odstręczającego radykalizmu, co pozwala im infiltrować środowiska lewicowe i tworzyć platformy polityczne mające możliwości koalicyjne. Przykładem pierwszego podejścia może być sprawa Mehmeta Kaplana, ministra mieszkalnictwa i urbanistyki z ramienia Partii Zielonych w rządzie szwedzkim, który został zmuszony do dymisji po ujawnieniu powiązań z członkami organizacji Szare Wilki i ruchu Millî Görüş (według mediów, Kaplan miał związki również bezpośrednio z kręgami Erdoğana). Drugie podejście reprezentować może założona w 2015 roku partia Denk, która w marcowych wyborach zdobyła trzy mandaty w holenderskim parlamencie. Jej program w odniesieniu do polityki wewnętrznej jest lewicowy, równościowy i proekologiczny, co nie przeszkadza formacji popierać w zawoalowanej formie zamierzeń Erdoğana.

W ostatnich miesiącach zaognieniu uległ mający długą historię spór turecko-grecki. Grecy odnotowują liczne naruszenia przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych przez samoloty lub okręty tureckie. W odniesieniu do regionu Bałkanów ewentualne osłabienie więzi Turcji z NATO stanowi szczególny problem. Poza Grecją tamtejsze kraje – Bułgaria, Rumunia, Serbia i inne państwa pojugłosławiańskie – dysponują bardzo słabymi i w przeważającej mierze niedoinwestowanymi oraz zaniedbanymi siłami zbrojnymi, wskutek czego większa część Bałkanów stanowi rodzaj próżni militarnej. Podjęte w ostatnich latach działania, takie jak zakup nowych samolotów bojowych przez Turcję, Bułgarię i Serbię, mają siłą rzeczy ograniczony zakres i niewielkie znaczenie strategiczne. Przy wątpliwej sytuacji ekonomicznej Grecji, kurs Turcji na oddalenie od Zachodu grozi zasadniczym osłabieniem południowej flanki NATO, a pośrednio też UE.

Dla samej Turcji niezwykle istotnym zagadnieniem pozostaje kwestia kurdyjska. Społeczność ta liczy ponad 15 milionów, co stanowi niemal 20% mieszkańców kraju. Wyraźnie wyższe wskaźniki rozrodczości w regionach zamieszkałych przez Kurdów wskazują, że ich udział będzie w kolejnych latach wzrastał. Wachlarz możliwości stojących przed Ankarą jest szeroki: od kontynuacji polityki represyjnej, która może skończyć się długookresowo rozpadem kraju, po niezwykle śmiałe rozwiązania, jak federacja turecko-kurdyjska, obejmująca również zamieszkane przez Kurdów tereny Iraku i Syrii. Wydaje się, że z uwagi na samodzielność Kurdystanu irackiego i raczej pewne utrwalenie nieformalnej niezawisłości kurdyjskiej części Turcji najmniej perspektywiczna jest polityka konfrontacyjna. Pytanie tylko, czy jakąś alternatywę będzie w stanie zaproponować państwo będące autorskim pomysłem Recepa Tayyipa Erdoğana, czy konieczny będzie w tym celu kolejny przewrót w polityce tureckiej, w której, jak pokazują ostatnie dekady, w stosunkowo krótkim okresie może zmienić się niezwykle wiele.

dr Jan Przybylski

Autor obficie korzystał z opracowań Ośrodka Studiów Wschodnich, w szczególności analiz autorstwa Szymona Ananicza i Marka Matusiaka.

Kapitalistyczne gry

Jest środek tygodnia, 23:15. Żona i psy śpią w drugim pokoju, a ja siedzę przed ekranem telewizora i naciskam przyciski pada. Naciskam coraz mocniej, bo jestem coraz bardziej rozgoryczony. Po raz kolejny mam ochotę sprzedać tegoroczną edycję NBA 2K, ale stwierdzam, że dam grze ostatnią szansę. Resetuję sezon, gram od nowa. Przechodzę przez kolejne etapy budowy drużyny: budżet, transfery, taktyka. Przed pójściem spać warto sprawdzić skład, a do tego nie wystarczy jeden mecz. Następnego dnia budzik dzwoni o 4:50. Szybka kawa, spacer z psami i na przystanek. W autobusie jednym okiem widzę, jak inni pasażerowie szybko jeżdżą palcami po ekranach telefonów. Niektórzy nie wyłączyli dźwięku, więc słychać przesuwające się żelki albo naciąganie rzemienia. Gdy ja myślę jedynie o powrocie do domu i łóżku, oni przechodzą kolejne poziomy, nastrajając się pozytywnie na kolejny dzień. Na twarzach niektórych widać uśmiechy. Nie ma nawet 6:00, minusowa temperatura, a oni emanują radością, chociaż dopiero jadą do pracy. Od rana wygrywają, tak jak będą wygrywać w drodze do domu.

Grają prawie 2 miliardy ludzi. Wiek przeciętnego gracza płci męskiej to 35, a płci żeńskiej – 44 lata. Amerykańscy gracze rywalizują z innymi przez Internet 6,5 godziny tygodniowo [Frank]. Tyle czasu dziennie spędzają przed ekranem komputera/telefonu/tabletu przeciętni Polak/Polka [Kulik]. Co tam robią, trudno powiedzieć. Mogą w równej mierze pracować, oglądać seriale, czytać książki czy portale plotkarskie, co grać. Z uwagi na społeczną stygmatyzację gier, prawdopodobnie najchętniej przyznają się do czytania, chociaż ładunek wiedzy, jaki niosą ze sobą przeciętne lektury, jest bardzo wątpliwy. Według badań Biblioteki Narodowej dotyczących czytelnictwa, w większości są to kryminały, książki kucharskie i fantastyka.

Mimo spadku popularności czytanie nadal uchodzi za zajęcie szlachetne, gry zaś – za dziecinne. Przeciwnicy gier ochoczo wyśmiewają chociażby Pokémon GO, nie biorąc pod uwagę, że gra wyciąga ich dzieci z domów i zmusza do aktywności fizycznej. Robi zatem coś, do czego sami dorośli nie są zdolni pomimo całego wachlarza dostępnych im nakazów, zachęt i zakazów. Od dwóch dekad pozytywne skutki gier video promuje profesor psychologii Mark Griffiths z Nottingham Trent University, podkreślając ich wartość edukacyjną. Gry pomagają rozwijać koncentrację, dzięki czemu mogą m.in. stanowić rodzaj fizjoterapii, pozwalając cierpiącym nie skupiać się na bólu [Griffiths].

Gry mogą być także bardzo użyteczne z punktu widzenia współczesnego kapitalizmu. W książce „Enjoying It. Candy Crush and Capitalism” Alfie Bown analizuje różnice między wartościami kapitalizmu a grami szkodliwymi z punktu widzenia współczesnego systemu gospodarczego. Wprowadzony przez Bowna podział jest tyleż ciekawy, co nieoczywisty, dlatego warto mu się przyjrzeć bliżej. Zanim to zrobię, zaznaczę, że w tekście termin „kapitalizm” będzie rozumiany nie tylko w ujęciu ekonomiczno-politycznym, lecz także, a może przede wszystkim, jako pewne normy zachowania narzucone przez tenże system. Według nich jednostka powinna być skupiona na produkcji i na sobie – w tej kolejności. Skupienie na sobie, poza właściwościami izolacyjnymi, ma również podnieść produktywność jednostki. W ten sposób staje się ona obiektem presji, jak również represji systemu, kontrolującego z równą starannością czas pracy i czas wolny pracowników.

Wróćmy do, opisanej na początku, drogi do pracy. Większość moich współpasażerów pracuje w kiepskich godzinach, bez perspektyw na awans, prawdopodobnie bez umowy o pracę. Mimo to są zadowoleni, gdy zaczyna się kolejny dzień, który przecież nie będzie się różnił od poprzednich. Dzieje się tak m.in. dzięki grom na telefon, takim jak Candy Crush czy Angry Birds. Krótka, kilkominutowa rozgrywka to coś więcej niż parę kliknięć i przesunięć, więcej niż sposób na odstresowanie się w drodze do pracy i z pracy. Eskapizm zapewniany przez te gry jest oczywiście tylko pozorny. Część z nich co jakiś czas przypomina się posiadaczowi smartfona, a migające światełko woła: czas na przerwę! To sugeruje pewien rodzaj zależności czy nawet przymusu. I znów, urzędowo gwarantowane piętnaście minut dla siebie wypełniają dźwięki przesuwanych żelków lub naciąganego rzemienia procy. Niektórzy zabierają telefony do toalet i tam grają dalej, wyobrażając sobie minę szefa, gdyby ten dowiedział się, w jaki sposób opierają się imperatywowi nieustannej produktywności.

Według badań serwisu wirtualmedia.pl, 11 milionów polskich internautów miesięcznie gra w gry, głównie tego typu. Adam Bednarek charakteryzuje je jako proste, takie, którym można się oddać „w przerwie, do kawy”, samych graczy zaś określa mianem „turystów”. Jak udowadnia Bown, to właśnie „turyści” są z kapitalistycznego punktu widzenia bardziej użyteczni. Naturalnie, są turystami w świecie gier, ale jednak grają, można zatem zakwalifikować ich właśnie jako graczy. Chociaż termin Bednarka jest bardzo trafny, podkreśla bowiem odmienne oczekiwania odnośnie do gier, pozwolę sobie oba typy graczy określać tym samym słowem.

W książce „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu” Jonathan Crary zauważa, że celem współczesnego człowieka jest ciągła produkcja. Świat nie funkcjonuje już w trybie tygodniowym, rocznym czy dziennym, lecz godzinowym. Oznacza to, że tempo następowania zmian jest zastraszająco szybkie, a każda przespana godzina to strata czasu. Stąd też przeświadczenie Crary’ego, że pierwszym krokiem w ramach oporu wobec współczesnego kapitalizmu jest sen. Chyba wszyscy śpimy mniej, niż powinniśmy. Nic zatem dziwnego, że każdy doświadcza zmęczenia, stresu czy problemów z koncentracją. A dodatkowo, wszyscy jesteśmy w niedoczasie. Dookoła nas powstaje tyle nowych, ciekawych rzeczy, jest tyle ofert, książek, gier itp., że nijak nie uda nam się nimi wszystkimi nacieszyć. Zostawiamy je więc na później, co prowadzi do jeszcze większego stresu i napięć. Gdy im się wreszcie oddajemy, pojawiają się nowe, równie ciekawe, i znów musimy nadrabiać zaległości.

W „Pętli dobrego samopoczucia” Carl Cederström i André Spicer idą jeszcze dalej, wytykając neoliberalnemu kapitalizmowi imperatyw nie tyle ciągłej produkcji, ile przede wszystkim ciągłego zadowolenia z niej. Praca ma być pasją współczesnego człowieka. Ma on wyrażać siebie przez pracę, ona zaś ma definiować jego. Nie bez kozery jednym z pierwszych pytań, jakie słyszymy od nowo poznanej osoby jest: czym się zajmujesz? Praca musi być interesująca, imponująca i inspirująca, tak dla nas, jak i dla innych. Oczywiście większość tych dostępnych na rynku jest do niczego, dlatego powinniśmy stale aspirować, starać się, modyfikować nasze CV, chodzić na kursy, ćwiczyć, poprawiać własne samopoczucie. Tylko będąc szczęśliwymi możemy znaleźć pracę, która nas uszczęśliwi – tak najprościej można scharakteryzować tytułową pętlę z polskiego wydania książki (tytuł oryginału to „The Wellness Syndrome”).

Jednym z narzędzi mających oderwać nas od niedorzeczności i niesprawiedliwości przymusu szczęśliwej nadprodukcji są krótkie i proste gry na telefon/tablet/komputer. Uruchamiane w czasie pracy „tylko na chwilkę”, tak naprawdę są jej stałym elementem. Relatywna łatwość, z jaką tego typu gry dają nam pokonywać kolejne poziomy, pozwala nie zwariować w miejscu pracy, ba, nawet odnaleźć w nim chwilę wytchnienia i szczęścia. Im więcej mamy obowiązków w domu, takich jak pranie, sprzątanie, gotowanie itp., z tym większą niecierpliwością będziemy wyczekiwać drogi do pracy, kiedy w spokoju osiągniemy kolejny level i uśmiechniemy się do telefonu. Potem byle do przerwy i kolejnych kilku minut wytchnienia. No i po pracy, przed kolejnymi obowiązkami, następne kilka minut. W ten wysoce nieproduktywny sposób utrzymujemy swoją produktywność na odpowiednim poziomie, podświadomie oszukując siebie, że jesteśmy szczęśliwi. Tak działa krytykowana przez Bowna kultura oderwania (culture of distraction).

Nie można mówić o kulturze oderwania w… oderwaniu od miejsca pracy. To ono stanowiło przyczynę jej zaistnienia. Tak teraz, jak i w czasach wiktoriańskich najczęściej monotonna i jednolita praca nie była źródłem szczęścia. Dlatego, kierując się dobrem fabryk, pracodawcy zaczęli organizować pracownikom czas. Tak zwana racjonalna rekreacja miała na celu zainspirowanie klasy pracującej do wyciszenia się lub samodoskonalenia poprzez wysiłek fizyczny. Zamiast picia czy bójek robotnicy mieli skupić się na bardziej zorganizowanej, łatwej do okiełznania rozrywce, jak granie w piłkę nożną czy zbieranie znaczków.

W PRL miejscami, w których można było oddawać się racjonalnej rekreacji, były chociażby osiedlowe świetlice, a za czas wolny pracowników często odpowiadali animatorzy kultury, będący w jakiejś części również propagandystami. Popularną, chociaż niezbyt pozytywnie odbieraną przez władze formą spędzania wolnego czasu, było przesiadywanie w klubokawiarniach. Dla miłośników aktywności fizycznej zakładano ligi międzyzakładowe, w których mogli mierzyć się ze sobą przedstawiciele różnych profesji.

Jak zauważa William Davies, racjonalna rekreacja ewoluowała do tego stopnia, że obecnie istnieje cały przemysł szczęścia. Szczęście przeszło ze sfery prywatnej do publicznej, stało się towarem szczególnie poszukiwanym przez pracodawców u potencjalnych pracowników. Współczesną racjonalną rekreację stanowią sponsorowane przez firmy karty MultiSport czy wynajmowane na ich koszt hale sportowe. Integralnym elementem przemysłu szczęścia są również coache i instruktorzy fitness, uczący ludzi, jak być szczęśliwymi. Namawiają do zdrowej, produktywnej egzystencji, jednocześnie piętnując gry komputerowe, używki czy fast foody.

Coś, co w PRL należało rozumieć jako biopolitykę – a zatem, mówiąc w dużym skrócie, fizyczną i polityczną kontrolę władzy nad ciałami – obecnie stało się biomoralnością. Cel jest ten sam, nadal chodzi o stworzenie zdrowego, myślącego w określony sposób społeczeństwa, ale obywatele muszą sami aspirować do bycia jak najzdrowszymi i najbardziej skupionymi na sukcesie, jakkolwiek chcemy go rozumieć. Jak piszą Cederström i Spicer: „dobre samopoczucie to wybór – mój wybór – i jako taki jest także moim obowiązkiem”. O ile w tamtych czasach społeczeństwu dawało się coś narzucić, o tyle teraz musi ono myśleć, że samo podejmuje decyzje. To, że pracownik idzie na siłownię po ośmiu godzinach pracy, kosztem życia społecznego i rodzinnego, ma być jego świadomym wyborem, którego racjonalność popierają motywujące hasła pełne takich słów-kluczy, jak endorfiny, cele, rozwój czy szczęście.

Poza wymienioną wyżej funkcją, kultura oderwania utrzymuje ludzi w przekonaniu, że są kimś ważnym. Odrywamy się, bo mamy od czego. Wracamy do pracy, bo musimy, ale istotne jest też, że to my do niej wracamy. Bez nas ta praca nie istnieje, potrzebujemy jej w równej mierze, co ona nas. Mieliśmy swoje dziesięć minut przyjemności, a teraz, z lekkim poczuciem winy, przystępujemy do codziennych obowiązków. Tylko ważni ludzie mają obowiązki.

Co więcej, „użyteczne” gry tylko zwiększają izolację pracownika. Odrywa się od pracy, ale nie po to, aby dyskutować z innymi, co, jak wiadomo, może prowadzić do rewolucji. Z podobnego powodu, z którego zamyka się kawiarnie – chociażby ostatnio w Iranie – regularnie upomina się pracowników długo rozmawiających przy herbacie czy kawie. Mogą oni przecież rozmawiać o warunkach pracy! Zamiast tego lepiej pozwolić im siedzieć przed ekranami, w ciszy. Kilka miejsc pracy oferuje pracownikom sale zabaw, gdzie mogą pograć na konsoli i się odstresować. W tych pomieszczeniach pracownicy przenoszą biurową rywalizację do świata wirtualnego, dzięki czemu kolega z pracy staje się rywalem na innym polu niż zawodowe, co może skutecznie wyeliminować go jako sojusznika w potencjalnej rebelii. W większości środowisk pracy istnieje zaś ciche przyzwolenie na granie. Oczywiście w granicach rozsądku, wyznaczanych przez przełożonego.

W opozycji do tego typu gier stoją te wymagające większego zaangażowania i uwagi. Jako przykład tych drugich Bown podaje Football Managera. Ta prosta w obsłudze i formie, lecz bardzo skomplikowana gra cieszy się statusem kultowej wśród fanów piłki nożnej. Osiągnięcie w niej sukcesu wymaga, poza dozą szczęścia, niebywałej wprawy i znajomości tematu. Football Managera łatwo postrzegać sentymentalnie, dla zatrudnionych obecnie na pełen etat jest on jednym z elementów młodości. Osiągnięcie mistrzostwa w czymkolwiek wymaga sporych nakładów czasu, a w młodości miłośnicy popularnego FMa mieli go wystarczająco wiele, by w pełni oddawać się grze.

Do tej samej grupy gier można zaliczyć wszelkie gry RPG, opierające się na levelowaniu – czyli etapowym usprawnianiu swojej postaci – czy tak zwane open-world games, zaprojektowane nie tyle po to, by je „przejść”, ile raczej eksplorować przedstawiony w nich świat. Dobrym przykładem takiej gry jest GTA V, w której rozbudowane interaktywne środowisko zachęca gracza do spędzania z nią jak największej ilości czasu. Mniej wymagające są wyścigi, strzelanki czy gry sportowe, jak Call of Duty czy właśnie NBA 2K. To gry nie na tyle obciążające, by całkowicie z nich rezygnować, ale też nie tak niezobowiązujące jak gry na telefon – każdy, kto miał okazję zagrać „tylko jeden meczyk” lub „tylko jedną misję”, wie, o czym piszę.

Gry pokroju World of Warcraft czy FIFA wymagają nie tylko czasu i uwagi, lecz także konsoli czy dobrego komputera, które mogą stać się obiektem aspiracji, tym samym dając motywację do pracy. Jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę mikrotransakcje, dzięki którym gry na telefon są bardzo dochodowym biznesem, aspekt monetarny obydwu typów gier jako jedyna różnica między nimi jest łatwy do odrzucenia. Gry na smartphone to gry typu freemium – darmowe, ale z dodatkowo płatną opcją premium, pozwalającą cieszyć się grą w jej pełnej wersji, sprytnie przedstawianą jako ulepszona. Z tej perspektywy wszystkie gry są użyteczne – motywują do zarabiania, a zatem do wzmożonej pracy, dopóki pracownik potrafi rozgraniczyć między światem realnym a wirtualnym.

Jak zauważa Grzegorz Dziamski, celem społeczeństwa konsumpcyjnego nie jest posiadanie jak największej ilości przedmiotów, lecz kolekcjonowanie znaków: pozycji, prestiżu, sukcesu, powodzenia, szczęścia. Celem konsumenta jest doświadczenie – obojętnie, czy związane ze skokiem ze spadochronem, czy z obejrzeniem dziesięciu odcinków popularnego serialu. Doświadczenie pozwala wyróżniać się na tle pozostałych pracowników, a co za tym idzie, nie czuć się jak nic nie znaczący trybik w maszynie.

Gry z drugiej, szkodliwej grupy należy jako takie zakwalifikować, odrywają one bowiem od kariery w realnym świecie, niejako stając się drugą, jeśli nie pierwszą, priorytetową karierą. Wyświechtane stwierdzenie, że w wirtualnej rzeczywistości można być tym, kim się chce, jest oczywiście nieprawdziwe, choć odnosi się do iluzji na tyle kuszącej, że łatwo się w niej zatracić. Kariera w grze rzadko przekłada się na prawdziwą, chociaż istnieją wyjątki: Bown przytacza tu przykład azerskiego studenta, który w 2012 roku został trenerem rezerw FC Baku dzięki osiągnięciom w Football Managerze.

Gdy włączam NBA 2K, jedną z ostatnich rzeczy, o których myślę, jest: jak mi to pomoże w mojej prawdziwej karierze. Myślę o sukcesie drużyny, zbudowaniu optymalnego składu, wygraniu najbliższego meczu, ale w żadnym wypadku nie chciałbym być generalnym menedżerem w NBA. Lepiej oddawać się temu zajęciu, gdy jest pozornie pozbawione realnych konsekwencji. Pozornie, ponieważ gry tego typu dekoncentrują i zabierają czas. Dużo czasu. W pracy zastanawiam się, kim wzmocnić skład i robię notatki na kartkach. W domu, zamiast wypocząć i się wyspać, siedzę do późna co najmniej raz w tygodniu i poprawiam, edytuję, a w końcu i tak resetuję grę i zaczynam od nowa, rozczarowany poprzednią rozgrywką. Po sesji w NBA 2K najczęściej jestem zmęczony, rozkojarzony i zdenerwowany. A następnego dnia w pracy jestem do niczego. W przeciwieństwie do moich współpasażerów z porannego autobusu.

To właśnie oni są górą w tej kapitalistycznej rozgrywce. Zabijają czas w autobusach, ponieważ ich na to stać. Czas jest towarem luksusowym, a oni i tak go zabijają, w czym są bliżsi burżuazji niż prekariatowi. Podróż do i z pracy jest jednym z najnudniejszych, najmniej produktywnych zajęć w ciągu dnia. Lars Svendsen twierdzi, że nuda jest wręcz przywilejem współczesnego człowieka. Co więcej, ona sama jest czysto subiektywnym odczuciem, zależnym od wielu czynników. Obiekt czy zajęcie jest w równej mierze nudne, co sam znudzony aktor. Mamy tu jednak do czynienia z pewnym dysonansem: jak można jednocześnie cierpieć na brak czasu i mieć go tyle, żeby go tak swobodnie marnować? Mówiąc inaczej, trzeba mieć dużo czasu, żeby się nudzić, a przecież jest go ciągle mało, na co zwraca uwagę chociażby Crary.

Jak już wspomniałem, tego typu marnowanie czasu jest wręcz wskazane. Mamy tu bowiem do czynienia z chwilowym oderwaniem, bardzo korzystnym dla pracodawcy. Pracownik nie jest zmęczony czy rozkojarzony, bo gra jest zbyt prosta, a rozgrywka zbyt krótka, żeby skutecznie odciągnąć uwagę pracownika od świata rzeczywistego. Co więcej, ma miejsce na malutkim ekranie, grający ma zatem świadomość, że wokół niego toczy się tak zwane prawdziwe życie. Po rozgrywce zaś wraca do pracy szczęśliwszy i bardziej skoncentrowany niż po innej, dłuższej aktywności. Widać to chociażby w reklamie gry internetowej World of Tanks, w której kolega z pracy informuje bohatera o zebraniu. Bohater jest na tyle pochłonięty rozgrywką, że na początku bierze kolegę za jej element. Gdy wraca do świata realnego i orientuje się, że jednak jest w pracy i ma obowiązki, informację o mającym się odbyć za kilka minut zebraniu przyjmuje z uśmiechem, po czym wraca do gry. Jego gest można interpretować jako nonszalancki, ponieważ znów wyrwie czas swojemu pracodawcy, lecz tak naprawdę rozgrywka pełni tu funkcję przygotowawczą. Rywalizacja w wirtualnym świecie zostanie skutecznie przeniesiona do świata rzeczywistego. Wymowny jest również fakt, że współpracownik nie patrzy na zachowanie bohatera z potępieniem.

Czy w takim razie jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Czy utowarowienie uczuć takich jak radość pozwala nam na odczuwanie ich „naprawdę”? Co więcej, czy każde z naszych doświadczeń również może stać się towarem? Jak pokazuje rozkwit przemysłów szczęścia i nostalgii, niestety już tak się stało. Reedycje seriali, filmów czy książek lub powstawanie nowych produktów na ich kanwie, wydają się pewniejszym interesem niż stworzenie czegoś od podstaw. Nie znaczy to jednak, że nasze uczucia, chociaż urynkowione, są nieautentyczne. Przeciwnie, ich wartość wynika właśnie z tego, że są prawdziwe. Dlatego oferuje się nam sprawdzoną rozrywkę i sprawdzone – choć opakowane w nowy sposób – treningi czy szkolenia. Łatwo przewidzieć, jak na nie zareagujemy.

Granie w Angry Birds czy czytanie tanich kryminałów nie wzbogaca nas wewnętrznie, nie czyni lepszymi ludźmi, ale pełni inną, równie ważną funkcję – daje wytchnienie. Wszelkie gry, książki czy filmy postrzegane w ten sposób są dobre. Zarówno z kapitalistycznego punktu widzenia, jak i z perspektywy przeciętnego człowieka, który musi chociaż na chwilę odciąć się od codziennego zajęcia. Bown zauważa, że sposób, w jaki się odcinamy, świadczy o nas samych. Musimy mieć świadomość, że decydując się na daną rozrywkę nie dokonujemy trywialnej, czysto egoistycznej decyzji. Nasz wybór kształtuje nas, ale też wpływa na innych, ma realne, daleko idące konsekwencje. Wskazane wydaje się zalecenie oderwania od telefonu, jednak skoro granie sprawia nam radość, nie róbmy tego na siłę. Lepiej wykazać się większą świadomością tego, jak nasza chęć natychmiastowej rozrywki i gratyfikacji oszukuje nas samych, wmawiając nam, że nie jest tak źle z pracą/życiem/krajem/światem. Jeśli tak łatwo nas oszukać, znaczy to, że jest jeszcze gorzej, niż nam się wydaje.

Bibliografia:

  • Bednarek A., 11 mln Polaków gra w sieci. Polska to kraj graczy? Niekoniecznie, Gadżetomania.pl, http://gadzetomania.pl/1225,11-mln-polakow-gra-w-sieci-polska-to-kraj-graczy-niekoniecznie (15.03.2017).
  • Stan czytelnictwa w Polsce w roku 2015, Bn.org.pl, http://www.bn.org.pl/download/document/1459845698.pdf (15.03.2016).
  • Bown A., Crushing it. Candy Crush and Capitalism, Winchester 2015.
  • Cederstrom C., Spicer A., Pętla dobrego samopoczucia, Warszawa 2016.
  • Crary J., 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu, Kraków 2015.
  • Davies W., The Happiness Industry. How the Government and Big Business Sold Us Well-Being, Londyn 2016.
  • Dziamski G., Kulturoznawstwo, czyli wprowadzenie do kultury ponowoczesnej, Gdańsk 2016.
  • Eisler J., Dziedzictwo PRL. Co nam zostało z tamtych lat, Warszawa 2016.
  • Frank A., Take a look at the average American gamer in new survey findings, Polygon.com, https://www.polygon.com/2016/4/29/11539102/gaming-stats-2016-esa-essential-facts (29.04.2016).
  • Griffiths M., Playing video games is good for your brain, „The Washington Post”, http://theconversation.com/playing-video-games-is-good-for-your-brain-heres-how-34034 (11.11.2014).
  • Kulik W., Ile czasu Polak spędza wgapiając się w ekran?, Benchmark.pl, http://www.benchmark.pl/aktualnosci/gadzety-ile-czasu-dziennie-polak-swiat.html (30.05.2014).
  • Svendsen L., A Philosophy of Boredom, Londyn 2008.

Ameryka na wstecznym

W opinii większości obywateli Ameryka przeżywa regres i staje się ponownie krajem rozwijającym się.

Ekonomista Peter Temin w swojej nowej książce odkrywa, że Stany Zjednoczone nie są już jednym państwem, lecz dzielą się na dwa światy, różniące się od siebie nawzajem pod względem ekonomicznym i politycznym. Słyszeliście zapewne wieści o tym, że klasa średnia, gloryfikowana jako „powojenne bijące serce Ameryki”, najpierw prezentowała się jako „obciążona”, później „nękana”, a na końcu – „umierająca”. Ale o tym, co powstaje w jej miejsce, słyszeliście zapewne już o wiele mniej.

W swojej nowej książce „Znikająca klasa średnia: uprzedzenia i władza w gospodarce dwóch prędkości” Peter Temin, emerytowany profesor ekonomii z MIT, odmalowuje obraz nowej rzeczywistości przy użyciu środków, które sprawiają, że prezentuje się on przerażająco jasno i nie pozwala o sobie zapomnieć. Ameryka nie stanowi już jednego kraju. Staje się dwoma, a każdy z nich charakteryzują bardzo różne zasoby, oczekiwania i losy.

Drogi, które się rozeszły

Jeden z tych krajów zamieszkują członkowie, jak nazywa go Temin, sektora FTE (finanse, technologie, elektronika – czyli przemysły, które w znacznym stopniu podtrzymują wzrost). To 20 procent Amerykanów – ci, którzy mogą cieszyć się wyższym wykształceniem, mają dobre zawody i śpią spokojnie, ponieważ wiedzą, że pieniędzy starczy im na wiązanie końca z końcem w najbardziej podstawowych życiowych sprawach, a ponadto mają świadomość posiadanych przez siebie znajomości i sieci społecznych, które wzmacniają ich sukces. Dorastają pod opieką rodziców, którzy czytają im książki, pod okiem prywatnych nauczycieli odrabiających z nimi prace domowe, wśród mnóstwa rzeczy stymulujących rozwój, którymi można się zająć, i z perspektywą odwiedzin wielu ciekawych miejsc. Podróżują samolotami i nowymi samochodami. Zasiedlając ten „kraj”, widzą wokół siebie tylko wzrost gospodarczy i ekscytujące perspektywy na przyszłość. Robią plany, mają wpływ na różne polityki i uważają się za szczęśliwców, ponieważ urodzili się w Ameryce.

Mieszkańcy FTE rzadko odwiedzają „kraj” zamieszkiwany przez pozostałe 80 procent Amerykanów: sektor niskich wynagrodzeń. Tutaj świat wielu możliwości kurczy się, i to często dramatycznie. Ludzie tkwią po szyję w długach i niepokoją się, że ich praca jest niepewna – jeśli w ogóle mają jakąkolwiek pracę. Wielu z nich choruje i umiera młodziej, niż powinni. Jeżdżą rozpadającymi się pojazdami komunikacji publicznej i samochodami kupionymi na kredyt, ze spłaceniem którego mają problemy. Życie rodzinne także nie jest tu pewne; ludzie nie wiążą się w pary na zbyt długi czas, nawet jeśli mają dzieci. Jeśli idą do college’u, okupują to wpędzeniem się w długi. Nie myślą o przyszłości, ponieważ koncentrują się na przetrwaniu tu i teraz. Świat, w którym na co dzień żyją, jest zupełnie inny od tego, w jaki nauczono ich wierzyć. Podczas gdy mieszkańcy pierwszego „kraju” działają samodzielnie, za mieszkańców drugiego decyzje podejmowane są odgórnie.

Te dwa sektory, jak zauważa Temin, mają całkowicie różne systemy finansowe, sytuacje mieszkaniowe i możliwości edukacyjne. Gdy ich przedstawiciele zachorują lub wejdą w konflikt z prawem, ich sytuacja jest rozwiązywana odmiennie, w zależności od tego, do którego ze światów należą. Światy te egzystują w sposób niezależny od siebie nawzajem. Istnieje tylko jeden sposób, by mieszkańcy krainy niskich wynagrodzeń dostali się do krainy bogatych ludzi, a ścieżka ta jest najeżona przeciwnościami. Dla większości zaś nie ma drogi ucieczki.

Jak mówi Temin, najbogatsza z dużych gospodarek świata zaczyna prezentować sobą strukturę gospodarczą i polityczną bliską tej znanej z krajów rozwijających się. Weszliśmy w fazę cofania się, co bardzo łatwo można dostrzec po stanie naszej infrastruktury: nasze drogi i mosty wyglądają jak w Tajlandii czy w Wenezueli, a nie jak holenderskie czy japońskie. Ale chodzi o coś znacznie głębszego – i dlatego właśnie Temin używa modelu gospodarczego, który stworzono, by zrozumieć kraje rozwijające się, do opisu tego, jak daleko nierówność zaszła w Stanach Zjednoczonych. Jest to model W. Arthura Lewisa z Indii Zachodnich, jedynego na świecie człowieka o afrykańskich korzeniach, który kiedykolwiek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Model ten po raz pierwszy został użyty z metodyczną precyzją do opisu sytuacji w USA. Wynik tego porównania jest głęboko niepokojący.

W Lewisowskim modelu gospodarki dualnej przeważająca część sektora niskich płac ma mały wpływ na politykę publiczną. Odhaczone. Sektor o wysokich dochodach będzie utrzymywał wynagrodzenia w innych sektorach na niskim poziomie, aby zapewnić swoim interesom tanią siłę roboczą. Odhaczone. Aby sektor niskich płac nie rzucał wyzwania polityce faworyzowanej przez sektor dochodów wysokich, stosuje się kontrolę społeczną. Masowe stosowanie kary więzienia. Odhaczone. Głównym celem najbogatszych członków sektora wysokich dochodów jest obniżka podatków. Odhaczone. Mobilność społeczna i ekonomiczna pozostają na niskim poziomie. Odhaczone.

W krajach rozwijających się, które badał Lewis, ludność stara się przedostać z sektora o niskich dochodach do sektora o wysokich, przenosząc się z terenów wiejskich do miast w celu poszukiwania zatrudnienia. Z rzadka to działa, najczęściej jednak wcale. Temin twierdzi, że w dzisiejszej Ameryce „biletem ucieczki” jest wykształcenie, które trudno zdobyć: trzeba wydawać pieniądze przez długi okres, a sektor FTE czyni te wydatki coraz kosztowniejszymi, rezygnując z wspomagania edukacji publicznej oraz zwiększając ciężar kosztu kredytów studenckich.

W zdobyciu dobrego wykształcenia nie chodzi jedynie o stopień naukowy, jak zauważa autor. Cały proces musi zacząć się już w dzieciństwie – musimy mieć rodziców, którzy mają czas i środki, by wspomagać nas przez całą długą drogę. Jeśli mamy ambicje dostania się do college’u, a nasza rodzina nie może sobie pozwolić na wspieranie nas przelewami pieniężnymi – cóż, powodzenia. Nawet jeśli uzyskamy dyplom, szybko zdamy sobie sprawę, że intratne posady są zarezerwowane dla sieci znajomych i krewnych. Kapitał społeczny, tak jak i finansowy, jest tu kluczowy, jednak ze względu na to, że Ameryka ma długą historię rasizmu i przeszkód, jakie piętrzono na drodze tym, którzy próbowali akumulować oba rodzaje kapitału, czarnoskórzy absolwenci mogą znaleźć pracę właściwie tylko w sektorze szkolnictwa, pracy społecznej i w urzędach, podczas gdy wyżej płatne posady w finansach czy w firmach technologicznych są dla nich często niedostępne, czego wiele białych osób w ogóle nie jest świadomych. W wyniku długich tradycji seksizmu na podrzędnych posadach są utrzymywane także rzesze kobiet, obciążonych obowiązkiem niepłatnej opieki i pracy reprodukcyjnej. Z czasem stają się on coraz dotkliwszy i sprawia, że kobiety są pozbawione podstawowej opieki socjalnej i zdrowotnej.

Co przydarzyło się amerykańskiej klasie średniej, która triumfalnie rosła w siłę po II wojnie światowej, zasilana przez ustawę G.I (prawo zapewniające szeroki wachlarz zasiłków weteranom powracającym z frontu), zwycięstwa związków zawodowych oraz programy dające masom robotniczym i ich rodzinom pomoc socjalną i zdrowotną, zapewniającą im bezpieczeństwo?

Gospodarka dwóch prędkości nie stała się faktem w jeden dzień, pisze Temin. Historia ta zaczęła się zaledwie kilka lat po Lecie Miłości z 1967 roku. Około 1970 roku produktywność pracowników zaczęto oddzielać od wysokości ich wynagrodzeń. Adwokat, późniejszy sędzia Sądu Najwyższego, Lewis Powell aktywizował społeczności związane z biznesem do lobbowania energicznie w sprawie własnego interesu. „Wojna z biedą”, którą rozpoczął prezydent Johnson, został zastąpiona Nixonowską „wojną z narkotykami”, co sprawiło, że wielu członków kiepsko zarabiających społeczności, zwłaszcza osób czarnoskórych, trafiło do więzień. Politycy znajdowali się pod ciągłym naciskiem sektora FTE i dokonali wolty, odwracając się plecami od takiego uniwersalizmu, w którym istotna jest społeczność i sprawy publiczne, a zwracając się ku uniwersalizmowi wolnego rynku. Gdy tylko napędzana żądzą pieniądza polityka przyspieszyła (zjawisko to, według Temina, wyjaśnia publikacja „Inwestycyjna Historia Polityki”), liderzy sektora FTE zaczęli przejawiać coraz większą odwagę w ignorowaniu potrzeb obywateli „kraju” niskich wynagrodzeń – a nawet czuli się uprawnieni do aktywnego działania na ich szkodę.

Leżący u podwalin narodu amerykańskiego rasizm ma nadal zły, zniekształcający wpływ na społeczeństwo. Większość sektora niskich płac stanowią osoby o białym kolorze skóry, a jego pozostała część to osoby czarnoskóre i pochodzenia latynoskiego. Jednak politycy nauczyli się przemawiać na temat przedstawicieli tego sektora w taki sposób, jakby składał się on głównie z osób czarnych, ponieważ pozwala im to odwoływać się do uprzedzeń rasowych, co okazuje się pożyteczne w podtrzymywaniu struktury gospodarki dwóch prędkości – i rani każdego z członków tej grupy. Temin zaznacza, że „nieprzyjazna polityka, skierowana wobec wszystkich przedstawicieli sektora niskich płac, jest motywowana chęcią utrzymania podległego statusu osób czarnoskórych”.

Autor wskazuje, że wyścig prezydencki z 2016 roku odsłonił, a potem wzmocnił niezadowolenie przedstawicieli „niższego” sektora z powodu rosnącego braku równowagi i równości. Biali, nisko wynagradzani pracownicy, którzy do tej pory stanowili grupę w większości niewidzialną, wyszli z ukrycia i domagają się wysłuchania. Niestety, obecne trendy polityczne nie tylko sprawiają, że problemy tej grupy się utrzymują, ale nawet przyspieszają występowanie trudności, umacniając w ten sposób gospodarkę dwóch prędkości.

Co możemy zrobić?

Sami pod sobą kopaliśmy dołki przez ponad czterdzieści lat, ale według Temina – wiemy, co zrobić, żeby przestać kopać. Gdybyśmy wydawali więcej na sprawy wewnątrzpaństwowe, zamiast na misje wojskowe, to może klasa średnia nie zniknęłaby aż tak prędko. Efekty zmian technologicznych i globalizacji można naprawić przy pomocy zmian politycznych. Możemy zachęcać do zdobywania wykształcenia i zapewniać po temu możliwości, przerzucając siły z odcinka polityki karzącej, np. masowymi uwięzieniami, na odcinek poprawy kapitału ludzkiego i społecznego wszystkich Amerykanów. Możemy podnieść standard infrastruktury, darować przedstawicielom sektora kiepsko płatnych prac długi związane z kredytami hipotecznymi i pożyczkami studenckimi, odrzucić poczucie, że podmioty prywatne powinny zastępować rządy demokratyczne w procesie sterowania społeczeństwem, i skoncentrować się na zaakceptowaniu zintegrowanej społeczności amerykańskiej. Możemy opodatkować nie tylko dochód bogatych, lecz także ich kapitał.

Koszt niepodjęcia tych kroków, jak ostrzega Temin, jest tak wysoki, że nie da się go obliczyć – i nawet bogaci zapłacą za zaniechania na tym gruncie.

Przyjrzyjmy się filmowi „Hidden Figures”. Przywołuje on dramatyczną historię trzech Afroamerykanek, które są skazane na prowadzenie marnego życia i zajmowanie nisko płatnych stanowisk – uczą w college’u dla czarnoskórych studentów. Ich los odmienia się, gdy NASA składa im propozycję udziału w locie w kosmos. Dziś już nie ma możliwości udziału osób o takim statusie w tego typu przedsięwzięciach – mamy bowiem strukturę, która determinuje to, kto zwycięża, a kto przegrywa. Nie korzystamy z umiejętności i zdolności ludzi, którzy mogliby przyczynić się do wzrostu wskaźników gospodarczych, postępu w medycynie czy w nauce, co mogłoby podnieść jakość życia nas wszystkich – łącznie z niektórymi z bogatych.

Zarówno „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego, który bada nierówności w perspektywie historycznej i współczesnej, jak i książka Temina machają wielką ostrzegawczą flagą. Odmalowują trajektorię losów, która stanie się nieuchronna, jeśli 20 procent mieszkańców państwa, skupionych w sektorze FTE, dostanie przyzwolenie na tworzenie własnego „kraju” w granicach Ameryki, tylko dla siebie, na koszt całości społeczeństwa. Bez silnej klasy średniej Stany Zjednoczone nie tylko powracają do stadium państwa rozwijającego się, ale i dojrzewają do poważnych zamieszek społecznych na skalę niewidzianą od pokoleń.

Gospodarka dwóch prędkości sprawiła, że Ameryka nie jest już dłużej krajem, którym, jak sądziliśmy, miała i powinna być.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej ineteconomics.org w kwietniu 2017 r.