przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Choć szkoły specjalne są częścią polskiej rzeczywistości oświatowej od blisko stu lat, wydają się prawie nieobecne w debacie edukacyjnej.
Niewiele wspomina się o nich nawet gdy pojawia się temat edukacji dzieci niepełnosprawnych, choć ponad 40% uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi uczy się właśnie w tego typu placówkach. Wzmianki o szkołach specjalnych pojawiają się przeważnie dopiero przy okazji omawiania nieprawidłowości w funkcjonowaniu niektórych spośród tych szkół. Wycinkowe traktowanie zagadnienia nie pozwala na ukazanie znaczenia tego typu instytucji i ich dynamiki – zarówno jeśli chodzi o pedagogiczną treść, organizacyjne przeobrażenia, jak i społeczny kontekst funkcjonowania. W szkolnictwie specjalnym – dziś nieco zdewaluowanym w świetle współczesnych trendów pedagogiki specjalnej, promującej integrację i „włączanie” – zachodzą ciekawe procesy. Bynajmniej nie stanowi ono skansenu dawnych praktyk, lecz jest żywym i dynamicznym systemem instytucji, wrażliwym na zjawiska demograficzne, społeczne i edukacyjne.
Punkt wyjścia
Zdecydowana większość (4/5 na poziomie szkoły podstawowej i gimnazjum) uczniów szkół specjalnych uczy się w ośrodkach miejskich. Tak duża rozbieżność wiąże się ze znacznie większą świadomością i możliwościami organizowania tego typu kształcenia w mieście niż na wsi, a także większą liczbą istniejących tu poradni pedagogiczno-psychologicznych, które orzekają o specjalnych potrzebach edukacyjnych.
Zarówno na poziomie szkół podstawowych, jak i gimnazjalnych w szkołach specjalnych istnieje znaczna przewaga chłopców nad dziewczętami. Na poziomie szkół podstawowych istnieje 786 placówek specjalnych (z czego 81% w miastach), w których zdobywa wiedzę 23,8 tys. (40,6%) wszystkich uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi1. Do gimnazjów specjalnych uczęszczało z kolei 28,6 tys. uczniów, i tu widać wyraźną przewagę liczebną chłopców nad dziewczynkami (na 100 chłopców przypada 55 dziewczynek). Tylko co piąta taka szkoła znajduje się na wsi2. Na poziomie ponadgimnazjalnym istnieje 1009 szkół specjalnych (w tym policealnych), z czego 764 dla osób z upośledzeniem umysłowym (75% tego typu szkół), 86 dla uczniów niesłyszących i słabo słyszących (8,5%) oraz 28 dla niewidomych i słabo widzących (2,8%). W przypadku uczniów z upośledzeniem umiarkowanym lub znacznym są to szkoły przysposabiające do pracy (418 szkół). Z kolei dla uczniów niepełnosprawnych w stopniu lekkim przeznaczone są specjalne zasadnicze szkoły zawodowe oraz uzupełniające licea ogólnokształcące3.
Cały czas mowa o uczniach o specjalnych potrzebach edukacyjnych, a nie o niepełnosprawnych. To istotne rozróżnienie, a pojęć tych nie można stosować wymiennie. Specjalne potrzeby edukacyjne są orzekane nie przez powiatowe zespoły orzekania o niepełnosprawności, lecz przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Nie każda niepełnosprawność wiąże się ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, zaś specjalne potrzeby edukacyjne obejmują nie tylko uczniów niepełnosprawnych, lecz także dzieci szczególnie uzdolnione albo nieprzystosowane społecznie.
Z systemem orzekania wiąże się w polskiej praktyce edukacyjnej wiele problemów, z których część ujrzała światło dzienne w ostatnich latach. Chyba najgłośniejsza była sprawa zbyt częstego orzekania o specjalnych potrzebach edukacyjnych wobec dzieci romskich, w efekcie czego w ponadprzeciętnej liczbie trafiały one do placówek specjalnych. W tej grupie etnicznej ów wskaźnik wynosi ponad 20%, co oznacza częstotliwość 9-krotnie większą niż wśród uczniów ogółem. Badacze zidentyfikowali, że obok kwestii środowiskowych oraz zaniedbań we wcześniejszych – przedszkolnych – fazach kształcenia i wychowania źródłem tych różnic jest konstrukcja testów wykorzystywanych przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Bazowały one w dużej mierze na kompetencjach językowych, które u małych dzieci romskich ze zrozumiałych względów statystycznie bywają niskie, jeśli chodzi o rozumienie i artykułowanie myśli w języku polskim. Mimo że na ten trop trafiono już wcześniej, a prasa nagłaśniała problem w październiku 2011 r.4, rok później można było przeczytać, że ministerstwo nie podjęło stosownych kroków w celu uzdrowienia owego mechanizmu5.
Skutki tego zjawiska mogą być dramatyczne przede wszystkim dla dzieci, które wbrew swojemu potencjałowi trafią do szkół specjalnych, gdzie będą mogły przebywać tylko wśród niepełnosprawnych i podlegać metodom kształcenia i socjalizacji przystosowanym do możliwości dzieci niepełnosprawnych. Tym bardziej, że dziś w tego typu placówkach jest coraz mniej uczniów z lekkim stopniem niepełnosprawności, a coraz więcej dzieci głęboko upośledzonych. Do tego dochodzi fakt, że dzieci romskie i ludność romska ogółem są szczególnie zagrożeni marginalizacją i życiem w swoistej izolacji względem reszty społeczeństwa. Ogranicza to szanse awansu społecznego młodego pokolenia, a także przełamania negatywnych stereotypów dotyczących tej grupy etnicznej – byłoby to łatwiejsze, gdyby dzieci z tej mniejszości powszechniej korzystały ze szkół masowych, względnie z klas integracyjnych.
Nie oznacza to bynajmniej, że szkoły specjalne, jako segregacyjny segment kształcenia, są z zasady gorsze czy tracą rację bytu. Wręcz przeciwnie, są dzieci, których stopień i rodzaj niepełnosprawności w sposób naturalny predestynuje do nauki w szkołach specjalnych, a wręcz w ramach kształcenia indywidualnego. Chodzi głównie o dzieci z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i znacznym, a także o te z niepełnosprawnościami sprzężonymi. To one stanowią dziś główny rdzeń młodzieży uczącej się w szkołach specjalnych, podczas gdy dzieci o lżejszych niepełnosprawnościach przechodzą do innych placówek. Trend ku promocji integracji i włączenia edukacyjnego nie jest wyłącznie polską specyfiką. Materiały dostępne w Europejskiej Agencji na rzecz Rozwoju w zakresie Specjalnych Potrzeb Edukacyjnych6 w większości poświęcone są koncepcji edukacji włączającej (inclusive education) i temu, na ile jest realizowana w poszczególnych krajach.
Jak było kiedyś
W Polsce wizja kształcenia dzieci niepełnosprawnych z pełnosprawnymi rówieśnikami była znana już w latach 70., gdy koncepcja ta nabierała popularności także na Zachodzie. Mimo to system kształcenia dzieci niepełnosprawnych był w okresie PRL-owskim prawie w całości segregacyjny, oparty na placówkach specjalnych. „Prawie”, gdyż – jak wskazuje Zenon Gajdzica – dzieci niepełnosprawne zawsze były obecne w polskich szkołach masowych, z tym że dawniej jednak ich kształcenie nie wiązało się z instytucjonalnie gwarantowaną specjalną pomocą oraz nie było normowane aktami prawnymi regulującymi funkcjonowanie klas integracyjnych. Zapewne nie najlepsza sytuacja tej grupy uczniów w szkołach powszechnych była jednym z ważnych czynników rozwoju szkolnictwa segregacyjnego7.
Choć edukacja niepełnosprawnych w okresie PRL opierała się na szkołach specjalnych, system nie zawsze dawał sobie radę nie tylko z modernizacją adekwatną do doskonalonych udogodnień technicznych i rozwijanych koncepcji pedagogicznych, ale również z zapewnieniem minimalnych standardów funkcjonowania. Tak było m.in. w szkole w Łbiskach pod Piasecznem, która w połowie lat 80. znalazła się w opłakanym stanie. Ówcześnie tego typu placówka była czymś incydentalnym na edukacyjnej mapie Polski, zaczęto więc kierować tu dzieci o głębszej niepełnosprawności intelektualnej, także z dalekich stron, zwłaszcza że obok funkcjonował internat.
Zatrudnione tam nauczycielki postanowiły powołać Społeczny Komitet Budowy Szkoły, mający na celu stworzenie nowoczesnej, większej placówki, w której można byłoby kontynuować pracę i misję w godziwych warunkach. Jak czytamy w dokumencie z 1985 r.: Wybudowanie nowej szkoły jest sprawą konieczną. Obecna szkoła mieści się w drewnianym, poniemieckim baraku, gdzie w okresie zimowym temperatura spada do zera stopni. Pękające tynki i nadpróchniałe stropy stanowią zagrożenie dla przebywających tam dzieci. Ostatecznie nauczycielkom udało się z czasem – dzięki dużej determinacji własnej, a także wsparciu „Teleexpressu” – pozyskać fundusze na przebudowę i rozbudowę szkoły, która istnieje do dziś, obecnie jako zespół szkół z internatem.
Z cytowanej odezwy wynikało ponadto, że w Polsce placówek specjalnych jest jak na lekarstwo, a w przypadku wielu dzieci upośledzonych obowiązek szkolny odracza się ze względu na brak miejsc. PRL-owska architektura bezpieczeństwa socjalnego była, można rzec, grubo ciosana – zapewniając względną stabilność szerokim grupom, pomijała specyfikę sytuacji rodzin o szczególnych potrzebach.
Niepokojące tendencje i nieusuwalne dylematy
Osobne szkolnictwo specjalne, mimo pewnych zalet, ma także ten mankament, że swoich adresatów sytuuje poza powszechnym systemem. W związku z tym problemy i potrzeby uczniów i nauczycieli z tego segmentu trafiają do publicznej świadomości zwykle z dużym opóźnieniem, w ograniczonym zakresie, a niekiedy wcale.
W 1989 r. powstało pierwsze przedszkole integracyjne przy rehabilitacyjnej placówce zdrowotnej. Jednak rozwój kształcenia integracyjnego i włączającego następował w Polsce bardzo powoli i przyspieszeniu uległ dopiero w XXI wieku. Jeszcze w roku szkolnym 1999/2000 aż 80% dzieci z niepełnosprawnością uczyło się w szkołach lub klasach specjalnych, ale już w roku szkolnym 2006/2007 do szkół specjalnych uczęszczało 44,6% dzieci z niepełnosprawnością, 19,5% chodziło do szkół i klas integracyjnych, a 35% do ogólnodostępnych8. Dynamika zmian w tym okresie jest znacząca i prowadziła w kierunku coraz większego udziału kształcenia integracyjnego i włączającego. Zmiany ilościowe, zgodne z dominującymi dziś poglądami na temat nauki dzieci niepełnosprawnych, pozostawiają jednak w Polsce wiele do życzenia, jeśli chodzi o jakość. Pojawiają się wręcz głosy, że integracja to mit, a system pod wieloma względami nie jest przygotowany na wspólne kształcenie dzieci niepełnosprawnych i pełnosprawnych.
Problemy zaczynają się już na poziomie finansowania. Teoretycznie z budżetu przydzielone są niemałe środki na dostosowanie warunków kształcenia do specjalnych potrzeb edukacyjnych dziecka. W zależności od rodzaju niepełnosprawności na dane dziecko przyznawana jest podwyższona waga przeliczeniowa z oświatowej części subwencji ogólnej, która np. w przypadku dzieci autystycznych wynosi aż 9,5 jednostek. Okazuje się jednak, że bardzo często środki te nie trafiają w miejsce, gdzie dziecko pobiera naukę. Samorządy mają bowiem pełną dowolność w dysponowaniu środkami przydzielonymi im na takich uczniów, więc często przeznaczają pieniądze na inne cele, np. na premie dla nauczycieli czy remont szkoły. W obliczu trudności z dopięciem gminnych budżetów i konieczności wywiązania się ze swoich zadań w sferze oświaty lokalne władze nieraz ulegają pokusie sięgnięcia po zasoby z puli przygotowanej na dostosowanie warunków do potrzeb kształcenia dziecka niepełnosprawnego. W ostatnim czasie ujawniono tego typu praktyki choćby we Wrocławiu9. Również dyrekcje szkół nie zawsze właściwie spożytkowują takie środki. Wielu rodziców nie ma dostatecznej wiedzy na temat praw przysługujących ich dzieciom albo siły przebicia i wytrwałości, by walczyć o ich respektowanie.
Wprawdzie oferta kształcenia dzieci niepełnosprawnych jest we współczesnych szkołach specjalnych znacznie szersza, a baza lokalowa stabilniejsza, jednak niepewność pracy – zwłaszcza w obliczu polityki cięć oświatowych – wciąż stanowi zagrożenie dla nauczycieli pracujących w tym obszarze. Na horyzoncie czają się w dodatku proponowane przez samorządowców zmiany prawne, które mogą skutkować redukcją zatrudnienia wszelkiej maści nauczycieli „nie-tablicowych”, a wspomagających proces kształcenia w wymiarze opiekuńczym i wychowawczym (logopedów, pedagogów etc.). W przypadku edukacji dzieci niepełnosprawnych tego typu kadry są niezbędne, aby proces edukacyjny przebiegał prawidłowo. W razie problemów wychowawczych czy zdrowotnych dziecka pedagog i psycholog nie tylko pomagają złagodzić trudną sytuację w szkole, ale również działają poza murami szkolnymi, kontaktując się z rodzicami, instytucjami pomocy społecznej i centrami pomocy rodzinie. Właściwa opieka nad dzieckiem niepełnosprawnym musi włączać także środowisko życia dziecka i inne podmioty pomagające rodzinie dziecka z niepełnosprawnością. Sami nauczyciele nie udźwigną wyzwań stojących przed kształceniem dzieci o specjalnych potrzebach.
Opieka nad dziećmi głęboko niepełnosprawnymi wiąże się z ponadprzeciętną skalą rozmaitych wyzwań. Dzieci te mają znacznie mniejsze szanse dożycia pełnoletniości, choć dziś i tak czas trwania życia tych osób jest dłuższy niż dawniej. Trauma związana ze śmiercią dziecka jest wpisana w życie rodziców osób niepełnosprawnych umysłowo. Z drugiej strony wielu rodziców boi się, że odejdzie wcześniej niż ich dzieci, którym wówczas może zabraknąć fachowej opieki. Jedna z matek, której niepełnosprawny syn uczy się w szkole specjalnej, powiedziała mi kiedyś, że marzy o tym, by przeżyć choć o jeden dzień własne dziecko, bowiem nie sądzi, by w jakiejś całodobowej instytucji mogło ono znaleźć odpowiednią opiekę. Ten przykład ilustruje, z jak odmiennymi dylematami i troskami mierzą się rodzice dzieci niepełnosprawnych.
Również doświadczenie nauczycieli w szkołach specjalnych jest całkowicie odmienne od tych, którzy pracują tylko z młodzieżą pełnosprawną. Ci pierwsi mają znacznie mniejsze szanse, że spotkają po latach swych dawnych wychowanków, którzy założyli rodziny, nieźle sobie radzą, odnieśli różne sukcesy itp. Niemałą część absolwentów tych szkół czeka przyszłość krótka albo szara. Czas, który spędzą w szkole, będzie jedynym okresem, gdy ktoś poświęcił swoją uwagę i energię, by wspierać ich rozwój. Jest coś imponującego w tym, że nauczycielki w placówkach specjalnych – mimo owych skromnych perspektyw – podejmują się tej pracy. A także współpracy z rodzicami, co w wielu przypadkach też nie jest łatwe. Zwłaszcza że ludzie ci, żyjąc w polskich realiach, zazwyczaj nie są przygotowani na niepełnosprawność swojego dziecka, podobnie jak dalsze otoczenie, które nierzadko odsuwa się, zamiast udzielić wsparcia.
Część rodziców nie jest w stanie udźwignąć ciężaru sytuacji, a możliwość skierowania dziecka do szkoły z internatem traktuje jak wybawienie. Wówczas dzieci te, szczególnie narażone na deficyt ciepła i zainteresowania, wymagają szczególnej troski ze strony pedagogicznej kadry, której zadania wykraczają poza obowiązki socjalizacyjno-dydaktyczne, a siłą rzeczy powinny mieć wymiar opiekuńczy.
Coraz mniej bezpiecznie
Praca z dziećmi zwykle bywa eksploatująca. Tym, co sprawia, że bywa ona tak trudna, jest szczególnie silny element niepewności i nieprzewidywalności. W przypadku dzieci niepełnosprawnych intelektualnie owa nieprzewidywalność często jest spotęgowana. Do tego dochodzi kwestia bezpieczeństwa. Niektóre trafiające do szkoły osoby z zaburzeniami psychicznymi (co w obliczu likwidowania placówek psychiatrycznych bywa coraz częstsze) stanowią zagrożenie dla siebie, innych uczniów oraz samych pedagogów, którzy nie mają często siły ani instrumentów, by temu zagrożeniu przeciwdziałać.
Sporo mówi się w debacie publicznej o obniżającym się z roku na rok poziomie bezpieczeństwa w szkołach masowych, mało się natomiast wie i mówi o braku bezpieczeństwa w szkołach specjalnych. Tu zagrożenia mają zgoła odmienny charakter niż w szkołach masowych. Nie ma przemocy świadomej, systematycznej, ale za to, nie tylko okazjonalnie, pojawia się przemoc spontaniczna, nieoczekiwana, którą trudno okiełznać.
Nauczycielki, z którymi rozmawiałem, wskazywały, że młodzież, którą przyszło im uczyć i wychowywać, jest coraz trudniejsza. Część dzieci, łatwiejszych we współpracy, które jeszcze kilkanaście lat temu trafiały zazwyczaj do szkół specjalnych, dziś w związku z rosnącymi możliwościami kształcenia w formule integracyjnej i zmianą oczekiwań ze strony wielu rodziców przechodzi do placówek innego typu. Z drugiej strony trafiają tu w większym stopniu dzieci upośledzone głęboko, które niegdyś częściej znajdowały się poza systemem edukacyjnym, w domach lub placówkach opiekuńczych.
Owe przesunięcia wywołane ogólniejszymi przekształceniami strukturalnymi i mentalnymi, jakie zaszły w sektorze edukacji i opieki, sprawiają, że przekrój dzieci i młodzieży, z którymi muszą pracować nauczyciele szkół specjalnych, jest dziś zupełnie inny. Praca z nimi wymaga zastosowania innych metod, a także otoczenia szerszą siecią wsparcia ze strony specjalistów. Czy decydenci mają tego świadomość, a programy kształcenia oraz środki przeznaczone na dostosowanie szkół do nowych realiów idą wystarczająco szybko za zmieniającymi się uwarunkowaniami? Wszystko wskazuje na to, że nie do końca.
Trudna sytuacja szkół i… rodziców
Choć pod pewnymi względami funkcjonowanie tego segmentu oświaty nie nadąża za koniecznymi zmianami, nie można powiedzieć, że zupełnie się nie zmienia. Miałem okazję odwiedzić jedną z placówek tego typu. Obok sal, gdzie odbywają się zajęcia ogólnorozwojowe z zakresu plastyki czy muzyki, w szkole istnieje szereg gabinetów ściśle ukierunkowanych na rozwój i rewalidację osób niepełnosprawnych, z nowoczesną aparaturą i pracownikami przygotowanymi do jej obsługi. Praktykowane są takie formy terapii jak choćby biofeedback – metoda treningowa umożliwiająca harmonizowanie czynności fal mózgowych na zasadzie bioregulacji i samouczenia się mózgu. Część tych działań, jak np. integracja sensoryczna, nie wymaga drogiego, specjalistycznego sprzętu, lecz odpowiedniego zorganizowania przestrzeni oraz kompetentnego i życzliwego nauczyciela.
Oprócz tego powstają w szkołach specjalnych także zespoły rewalidacyjno-rehabilitacyjne. Jak czytamy na jednym z portali edukacyjnych: Istotna zmiana sytuacji osób niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu głębokim nastąpiła stosunkowo niedawno, bo 30 stycznia 1997 roku, kiedy to w życie weszło Rozporządzenie MEN w sprawie organizacji zajęć rewalidacyjno-wychowawczych. Fakt ten stanowił realizację prawa osób niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu głębokim do edukacji. Przez wiele lat osoby głęboko upośledzone pozostawały poza zakresem zainteresowania władz oświatowych, zajmował się nimi resort zdrowia i opieki społecznej, a oferowana pomoc sprowadzała się najczęściej do zapewnienia pobytu w domu opieki społecznej10.
Są to oddziały liczące zwykle do czterech osób, przeznaczone dla uczniów szczególnie głęboko upośledzonych. Upowszechnienie tego typu zespołów w ramach placówek szkolnych (a także wiedzy o nich) postrzegam jako szansę na odciążenie części rodziców, którzy współcześnie oddają się całodobowej opiece nad swymi dziećmi, wymagającymi specjalnej troski. Dziś, nie mogąc opłacić odpowiedniej opieki, są oni często zmuszeni zrezygnować z pracy, a w zamian dostają zaledwie 620 zł świadczenia pielęgnacyjnego. Jeśli nikt inny w rodzinie nie pracuje, np. gdy mamy do czynienia z rodziną monoparentalną (zazwyczaj jest to samotna matka z dzieckiem), owo niewysokie świadczenie uzupełnione o również niewielkie kwoty przysługujące bezpośrednio na niepełnosprawne dziecko staje się niekiedy jedynym środkiem utrzymania. W praktyce oznacza to nędzę i wykluczenie.
Część rodziców doświadczających tego zorganizowała się, by walczyć o zmianę polityki, wysyłając petycje do różnych organów i organizując protesty. Na pierwszy plan wysunęły się postulaty socjalno-bytowe, jako najbardziej pilne do uregulowania i dotyczące szerokiej grupy opiekunów, niezależnie od rodzaju niepełnosprawności dziecka. Z nastrojów w ruchu, z którym współpracuję, i z wypowiedzi niektórych jego przedstawicieli wnioskuję, iż prędzej czy później kwestia kształcenia i rehabilitacji dzieci głęboko niepełnosprawnych zostanie również podjęta przez Ruch Rodzin Osób Niepełnosprawnych.
Integracja o motylich skrzydłach
Niezależnie od tego, czy dany uczeń trafi do szkoły specjalnej, klasy integracyjnej czy też do ogólnodostępnej – nie powinno to przesądzać o jego prawie do integracji z otoczeniem społecznym. Istnieją sposoby na objęcie integracją także tych dzieci, którym przyszło uczyć się w systemie segregacyjnym.
We wspomnianej placówce w Łbiskach owa integracja organizowana jest w sposób usystematyzowany od września 2011 r., wspólnie przez szkołę oraz Polską Fundację Sportu i Kultury. Polega ona m.in. na warsztatach artystycznych, przygotowywaniu mikołajek i spotkań bożonarodzeniowych. Miałem okazję uczestniczyć w zajęciach plastycznych. Polegało to na tym, że grupa uczniów z Fundacji została zaproszona do wspólnego malowania motyli z uczniami szkoły specjalnej. Motyle były najpierw odrysowywane według odpowiedniego szablonu, a następnie malowane wedle tego, co dyktowała wyobraźnia i wyczucie uczestników. Najbardziej okazałe motyle miały potem zostać przeniesione na jedną ze szkolnych ścian. Młodzież pracując w zespole, wzajemnie się poznawała i stopniowo integrowała. Aby jednak tego typu działania miały szanse przynieść trwalszy efekt, z pewnością nie wystarczy jednorazowe spotkanie. Warto też pamiętać o kilku elementach, które pod wpływem poczynionej obserwacji wypunktowałem:
- Dzieci pełnosprawne i niepełnosprawne powinny być wymieszane i angażowane do tych samych, wspólnych zadań.
- Pożądane byłyby zadania zespołowe, wykonywane w małych grupach (duże mogą nie sprzyjać bardziej personalnym relacjom). Nie powinny być też to zadania zbyt trudne, lecz takie, żeby każdy mógł je z grubsza wykonać i nikt nie czuł się gorszy.
- Dobrze byłoby, gdyby liczba dzieci z dwóch szkół była w miarę symetryczna, aby każdy mógł uczestniczyć w bezpośredniej integracji z przedstawicielem drugiej placówki.
- Spotkania powinny odbywać się co najmniej kilka razy – wówczas pojawia się szansa na stworzenie nieco trwalszej więzi między jednostkami.
- Ważna wydaje się integracja nie tyle w czasie pracy (tj. w przypadku dzieci – w trakcie nauki), lecz w czasie wolnym, a więc np. gdy dzieci jedzą razem posiłki lub oddają się rozrywce.
W polskim dyskursie integrację edukacyjną często sprowadza się do klas i szkół integracyjnych. Tymczasem można i trzeba ją widzieć nie jako jedną z opcji kształcenia niepełnosprawnych, ale jako ogólniejszą koncepcję, która może być realizowana w różnych formach organizacyjnych. Tak też postrzega się to często w literaturze zachodniej, podczas gdy w Polsce dominuje węższe rozumienie tego pojęcia, co ma swoje niekorzystne skutki praktyczne. Jak zauważa Anna Firkowska-Mankiewicz: Koncentrując się na ocenach zagrożeń płynących z integracyjnego kształcenia, polscy pedagodzy specjalni zaniedbują rozwój teorii integracji i – tworzonej na jej bazie – metodyki integracyjnego kształcenia […]. Z kolei barierą w rozwoju rozwiązań metodycznych dla klas integracyjnych jest niskie zainteresowanie naszych pedagogów specjalnych orientacjami dydaktycznymi, które za punkt wyjścia przyjmują heterogeniczne grupy uczniów […]. Polska metodyka kształcenia specjalnego nadal skoncentrowana jest na poszczególnych typach niepełnosprawności. Warto przy tym zwrócić uwagę, że koncentracja taka stanowi barierę dla podnoszenia efektywności kształcenia w szkołach specjalnych, w których klasy szkolne są coraz mniej jednorodne pod względem rodzaju i stopnia niepełnosprawności. Widać, że takie a nie inne podejście do integracji uderza nie tylko w to, co odbywa się w systemie integracyjnym, ale także w omawiane tu szkoły specjalne.
Marginalizacja i jej źródła
Nie będąc pedagogiem specjalnym, dostrzegam też jeszcze jedno zjawisko. O ile w szeroko dostępnej literaturze znacząco częściej pojawiają się pozycje z zakresu metodyki kształcenia uczniów z danym typem niepełnosprawności niż te odnoszące się do edukacji w niejednorodnej grupie uczniów, o tyle w materiałach na temat sytuacji w polityce edukacyjnej wobec niepełnosprawnych i kierunków jej zmian jest odwrotnie. Często można znaleźć teksty na temat sensu edukacji integracyjnej i włączającej, potrzeby jej wprowadzenia i barier skutecznej realizacji, zaś materiały na temat funkcjonowania szkół specjalnych i polityki reform w tym zakresie są nader skromne.
Dotyczy to nie tylko pozycji książkowych, ale także wiedzy dostępnej w Internecie, w tym tej generowanej przez inicjatywy działające na rzecz poprawy ogólnej sytuacji uczniów niepełnosprawnych. Istnieje np. portal „ABCD edukacji włączającej”, ale próżno szukać analogicznej platformy poświęconej edukacji w placówkach specjalnych. Również edukacja integracyjna cieszy się większym zainteresowaniem, mimo że jej obecny stan realizacji pozostawia wiele do życzenia (nie tyle w sensie ilościowym, co jakościowym). Pojawiają się artykuły w internecie i na papierze na temat potrzeby integracji. Powstają też ekspertyzy oraz organizowane są spotkania. Także wielce zasłużona dla walki o zmianę systemową, jeśli chodzi o kształcenie niepełnosprawnych, inicjatywa pod nazwą „Wszystko jasne”, z ramienia której powstała przed dwoma laty społeczna instytucja ucznia niepełnosprawnego, poświęca tym, którzy pozostali w systemie specjalnym, bardzo niewiele uwagi w porównaniu z tymi, którzy próbują swoich sił w szkołach ogólnodostępnych. Wśród tych ostatnich porażka integracji w szkołach masowych skutkuje nieraz wykluczeniem szkolnym i trafieniem do segmentu segregacyjnego. Proces ten zasadniczo przebiega w jednym kierunku.
Pominięcie w dyskursie edukacyjnym praw uczniów uczęszczających do szkół specjalnych może mieć według mnie trzy zasadnicze źródła. Pierwsze – na swój sposób pozytywne – wynika z założenia, że szkoły specjalne realizują swoją misję prawidłowo w odróżnieniu od form integracyjnych, w których zachodzi wiele nieprawidłowości i zjawisk dalekich od założeń modelowych. Jeśli więc tam jest relatywnie dobrze, a tu źle, zajmijmy się gorzej działającą częścią systemu. Z takim stanowiskiem spotkałem się w rozmowach z niejednym komentatorem rzeczywistości oświatowej.
Drugie – już mniej pozytywne – wiąże się z przekonaniem, że przyszłość należy do edukacji integracyjnej i włączającej. To jest kierunek naszych dążeń, więc zostawmy na boku sprawy szkół specjalnych i zajmijmy się działaniami na rzecz dostosowania szkół masowych do przyjęcia niepełnosprawnych uczniów. Takie podejście klasyfikuje szkoły specjalne jako mało znaczące.
Trzecie źródło to fakt, iż szkolnictwo specjalne działa poza głównym nurtem i polem widzenia reszty społeczeństwa i decydentów. Szkoły tego typu są bytami wyizolowanymi. O ich problemach, znaczeniu i osiągnięciach wiedzą z reguły – poza badaczami – jedynie rodzice, którzy posyłają tam dzieci, oraz kadra pedagogiczna tych szkół. Informacje na ten temat z rzadka przedostają się do głównego nurtu.
Wyłączeni z myślenia o włączeniu
Rekonstrukcja źródeł marginalizacji segmentu szkolnictwa specjalnego w debacie edukacyjnej czyni owe zjawisko poniekąd zrozumiałym, tym niemniej nie powinniśmy przystawać na ów szkodliwy status quo. Po pierwsze prowadzi to do deprecjacji doświadczeń i wysiłków wielu osób wykonujących wspaniałą i pożyteczną, a bardzo ciężką pracę. Po drugie pomijanie szkolnictwa specjalnego utrudnia reagowanie w porę na strukturalne problemy tego sektora. W efekcie narastają one poza sferą tego, co publicznie widzialne, i mogą przynieść bolesne skutki. Należy zatem przywrócić obecność szkół specjalnych w myśleniu o polityce edukacyjnej wobec niepełnosprawnych, a z czasem polityce edukacyjnej jako takiej, jednocześnie uprawomocniając segment szkół specjalnych jako integralny i potrzebny element systemu oświaty w Polsce.
Nie wiem, czy w kręgach politycznych i eksperckich występuje wystarczająca świadomość tego zagadnienia. Skądinąd inspirujący i wartościowy raport Rzecznika Praw Obywatelskich z 2012 r. niemal pomija specyfikę problemów w edukacji dzieci uczących się w szkołach specjalnych. Główna uwaga skupiona jest na edukacji włączającej i integracyjnej (traktowanej tu jako rozwiązanie połowiczne i niepozbawione wad). Szkolnictwo specjalne jest na kartach raportu niemal niewidoczne, jakby nie istniało. Podobnie słabo obecna jest specyfika potrzeb dzieci, które stanowią głównych jego adresatów – tych z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu znacznym i umiarkowanym oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi. Być może owo pominięcie – jak sądzę nie intencjonalne, ale i nieprzypadkowe – wynika z faktu, że tę kategorię bardzo trudno wpisać w model społeczny (włączający) edukacji niepełnosprawnych, który jest bliski autorom opracowania. Jednak gdy programowo mówimy o równych prawach czy o integracji i włączeniu, powinniśmy być szczególnie wyczuleni na choćby nieumyślne wykluczenie i tworzenie segregacji w naszych myśleniu (w tym przypadku segregacji między uczniami uczęszczającymi do różnych typów szkół).
Ślimak z czterolistną koniczynką
Innym powodem niefortunnego pominięcia uczniów szkół specjalnych może być to, że koncepcja równych praw, z uwzględnieniem także dzieci najciężej upośledzonych, może wydawać się na pierwszy rzut oka nieco karkołomną konstrukcją do pomyślenia, a tym bardziej do zrealizowania.
Czy możemy mówić o dążeniu do równosci praw uczniów otrzymujących ze względu na stopień niepełnosprawnosci opiekę w zespołach rehabilitacyjno-rewalidacyjnych i pełnosprawnych uczniów ze zwykłych szkół? Otóż możemy, pod warunkiem, że za Tomaszem Garstką przyjmiemy prostą tezę, iż równo nie musi znaczyć to samo. W omawianym kontekście równość nie oznaczałaby tylko wymieszania wszystkich ze sobą i poddania oddziaływaniu tego samego programu szkolnego, ale zagwarantowanie każdemu szans rozwoju i opieki optymalnych w kontekście jego potrzeb i możliwości. Wówczas to, że poszczególne dzieci będą odbywać edukację w innego typu placówkach i na innych zasadach, nie kłóci się z ideą równości praw.
Szkoła w Łbiskach za swoje logo przyjęła wizerunek ślimaka trzymającego w pyszczku czterolistną koniczynę. Na stronie internetowej placówki jej pracownicy napisali o nim: symbolizuje on nasze podejście do ucznia – każdy może osiągnąć sukces na miarę swoich możliwości i w swoim własnym tempie.
Przypisy:
- GUS, Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2011/2012.
- Ibid.
- Ibid.
- Zob.: http://wyborcza.pl/1,76842,10543315,Romskie_dzieci_bezpodstawnie_wysylane_do_szkol_specjalnych.html
- Zob.: http://www.rp.pl/artykul/958656.html
- Zob.: http://www.european-agency.org/
- Zob.: Z. Gajdzica, Sytuacje trudne w opinii nauczycieli klas integracyjnej uczniów niepełnosprawnych, Kraków-Katowice 2011, s. 84.
- GUS, cyt. za: Anna Firkowska-Mankiewicz, Grzegorz Szumski, Pedagogika specjalna i system kształcenia osób z niepełnosprawnościami w Polsce, w: Deborah Deutsch Smith, Pedagogika specjalna, Warszawa 2009.
- Zob.: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,12497374,
Na_co_we_Wroclawiu_ida_pieniadze_dla_autystycznych.html
- Zob.: http://www.edukacja.edux.pl/p-1806-zajecia-rewalidacyjnowychowawcze.php
przez Ignacy Dudkiewicz | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Dzieła realizujące Katolicką Naukę Społeczną są tyleż ważne, co niewidoczne w przestrzeni publicznej. Często nie otrzymują również należytego wsparcia ze strony ustawodawców, mediów, biznesu, a także członków i pasterzy samego Kościoła. A szkoda – refleksja nad postulatami i praktycznym dorobkiem takich inicjatyw pomogłaby nam znaleźć rozwiązanie przynajmniej niektórych bolączek społecznych.
Trzy drogi w jedno miejsce
Jadąc od Zambrowa w stronę Łomży, z drogi międzymiastowej należy skręcić w lewo. Po pokonaniu krótkiej trasy wśród gęstego, iglastego lasu docieramy do Czerwonego Boru. Mieszka tu znacznie ponad tysiąc osób. A precyzyjniej: ponad tysiąc więźniów. To jeden z największych zakładów karnych w kraju. Oprócz więzienia znaleźć można w Czerwonym Borze tylko jedno gospodarstwo – „Przystanek w Drodze”, czyli dom dla byłych więźniów i osób bezdomnych, działający pod auspicjami łomżyńskiego Caritasu. Wita nas jego gospodarz, ksiądz Adam Jabłoński, niespełna czterdziestoletni, energiczny kapłan o potarganej fryzurze.
Zupełnie inaczej wygląda droga do siedziby Fundacji Archidiecezji Warszawskiej „Nadzieja”, wspierającej osoby trwale bezrobotne, utalentowaną młodzież i rodziny w wyjątkowo trudnej sytuacji materialnej. Wchodząc do reprezentacyjnego budynku Domu Katolickiego Roma, w samym centrum Warszawy, przy ulicy Nowogrodzkiej, spodziewam się wielu pokojów i sztabu personelu. Nic bardziej mylnego. Fundacja mieści się w maleńkim pokoiku z dwoma biurkami. Oprócz jej prezesa, Jana Kabicza, na stałe pracuje tu tylko jedna osoba.
Aby zaś odwiedzić mieszczącą się na peryferiach Lublina wspólnotę „Emaus”, z centrum miasta najlepiej wziąć taksówkę. Autobus dojeżdżający do Krężnicy Jarej kursuje bowiem średnio raz na godzinę, a z końcowego przystanku do siedziby wspólnoty trzeba jeszcze dojść 2,5 kilometra. Gości mnie twórca tego miejsca, Zbyszek Drążkowski, ponad pięćdziesięcioletni Kaszub o niemałej charyzmie. Moim przewodnikiem będzie zaś dwudziestoletni, choć wyglądający na starszego, Bartek Mitura, nieco hipstersko ubrany i brodaty chłopak. Od szesnastego roku życia uzależniony od alkoholu i narkotyków.
Wszystkie trzy inicjatywy łączy jedno: zakorzenienie w Ewangelii i Katolickiej Nauce Społecznej. Realizować postulaty tej ostatniej nie jest dziś jednak lekko.
Budując na kartoflisku
Wszystko zaczęło się w 1989 roku, gdy Zbigniew Drążkowski, mający już wtedy działkę w Krężnicy Jarej, gościł pochodzących ze Szwajcarii Jacqueline i Frédèrica. Gdy usłyszeli, że za 40 arów ziemi trzeba zapłacić zaledwie 400 dolarów, uznali, że to dobry moment, by coś razem zrobić. Z kapeluszem w ręku uzbierali wśród szwajcarskich znajomych Jacqueline kilka tysięcy dolarów. To wtedy powstała Fundacja „Między nami”, pierwszy etap tworzenia wspólnoty.
Za te pieniądze Drążkowski kupił cztery hektary ziemi, na których znajdowało się zwykłe kartoflisko. Dzięki sponsorom, którzy podarowali głównie materiały i użyczyli maszyn, w lipcu 1990 r. stała już pierwsza kondygnacja domu. Był to początek wielkich projektów.
Najpierw, we współpracy z „Lekarzami bez granic”, powstały zajęciowe pracownie terapeutyczne dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, przekształcone później w warsztat terapii zajęciowej, w którym dziś uczestniczy 36 osób, tworząc bajecznie piękną ceramikę, ręcznie malowane, drewniane zabawki, poduszki, dywany, bombki i wiele innych małych dzieł sztuki. Już wcześniej Drążkowski miał styczność ze wspólnotami „Arki” Jeana Vaniera i ruchem „Światło-Życie”. Jednak strzałem w dziesiątkę okazało się dla niego dopiero dzieło legendarnego Abbé Pierre’a, francuskiego księdza, twórcy międzynarodowego ruchu „Emmaus”.
– Moja sąsiadka z Lublina, która dobrze znała Francję, napisała list do Emmaus, w którym podzieliła się swoim marzeniem, by również w Polsce zaczęła działać ta wspólnota – wspomina Drążkowski. Po jakimś czasie zadzwoniła do niego przerażona: „Zbyszek, ratuj, przyjeżdża tu ktoś z Emmaus i nie wiem, co mam robić”. Przyjechał Stephan Drechsler, wiceprzewodniczący ruchu i bliski współpracownik Abbé Pierre’a, zapraszając Drążkowskiego na walne zebranie organizacji. – W Polsce wszyscy mi mówili, że tak się nie da, że to nierealne, a tam spotkałem mnóstwo ludzi, którzy myśleli jak ja, zobaczyłem, że to działa w wielu krajach. Okazało się, że cele, jakie stawiał sobie Drążkowski, są zbieżne z ideami „Emmaus”. A wsparcie międzynarodowego ruchu było nie do przecenienia dla małej wspólnoty spod Lublina.
Głównym źródłem finansowania wszystkich wspólnot ruchu na świecie jest zbiórka i sprzedaż rzeczy używanych: mebli, naczyń, książek, ubrań, sprzętów gospodarstwa domowego i wielu innych. Na potrzeby pierwszej wspólnoty w krajach Europy środkowo-wschodniej zorganizowano tak zwaną sprzedaż wyjątkową. Dzięki wsparciu trzydziestu wspólnot z całego kontynentu grupa w Kolonii zebrała 120 tys. marek niemieckich i sporo sprzętu, który trafił do sprzedaży w sklepie błyskawicznie utworzonym w Lublinie. Do dziś około połowa przedmiotów sprzedawanych w dwóch sklepach wspólnoty przyjeżdża do Polski TIR-ami na zachodnich rejestracjach.
Rozrastającej się wspólnocie, dziś liczącej 30 osób żyjących w trzech domach, potrzebne było jednak dodatkowe źródło utrzymania. Początkowo powstał jedynie niewielki warsztat, w którym remontowano niektóre meble, by móc je sprzedać drożej. – Po jakimś czasie zaczęło to żyć własnym życiem – wspomina Drążkowski. Dziś we wspólnocie działają stolarnia, tartak, warsztat spawalniczo-ślusarski i betoniarnia, oferujące najróżniejsze elementy małej architektury – wiaty przystankowe, kosze na śmieci, meble ogrodowe czy bramy i ogrodzenia. Łatwo jednak nie jest. Drążkowski mówi otwarcie: Cały czas jesteśmy na styk. Zarabiamy od 1 do 29, na dwa dni w miesiącu nie starcza. Pod koniec roku daje to już miesiąc.
Z chmur na ziemię
Dużo młodsza Fundacja „Nadzieja” powstała w 2003 r. dzięki wspólnej inicjatywie biskupa Piotra Jareckiego i Davida Thomasa, przewodniczącego Polsko-Brytyjskiej Izby Handlowej. Pomysł, wzorowany na potężnej organizacji „The Prince’s Trust”, założonej przez księcia Karola w Wielkiej Brytanii, powstał w chmurach, podczas wspólnej podróży samolotem do Rzymu. Gdy Fundacja rozpoczęła działalność, jej liderzy szybko musieli zejść z chmur na ziemię. Kapitał początkowy skończył się błyskawicznie, a w ślad za pierwszymi sukcesami nie poszło wsparcie sektora prywatnego i przemysłu. – Liczyliśmy na to, że duży biznes zacznie wspierać nasze działania. Ale odzew, inaczej niż w Anglii, był minimalny – przyznaje otwarcie prezes Kabicz.
Model działania Fundacji był prosty. Osobom trwale bezrobotnym proponowano fachowe szkolenie z dziedziny przedsiębiorczości, księgowości, wsparcie psychologiczne, pomoc w pisaniu biznesplanu etc. Na uczestników programu, którzy ukończyli szkolenie, czekała również nieoprocentowana pożyczka na rozruch działalności. W trakcie rozkręcania biznesu fundacyjni doradcy, pracujący jako wolontariusze, wciąż służyli podopiecznym wsparciem. Prezes Kabicz wspomina: Przewróciliśmy do góry nogami zasady bankowości, udzielając pożyczek osobom bez żadnej zdolności kredytowej, często zagrożonym lub już objętym wykluczeniem, z wyłączonym prądem w mieszkaniach i komornikiem szacującym ich majątek. Pożyczka od Fundacji miała być sposobem na wyjście ze swoistego błędnego koła. Można nawet powiedzieć, odwołując się do utartego sloganu, że podopieczni Fundacji otrzymali nie tylko dobrej jakości wędkę, ale także kilka ryb. Zdecydowana większość pożyczek została później umorzona. Skuteczność programu Kabicz ocenia na 60–70%.
Czas szeroko zakrojonej działalności „Nadziei” skończył się wraz z jednoczesnym zmniejszeniem i sprofilowaniem strumienia funduszy unijnych płynących do Polski i zwiększeniem konkurencji przy ubieganiu się o europejskie granty. Zaczęła się praca od projektu do projektu, bez stabilności i wiedzy, jak długo jeszcze będzie możliwa działalność. Fundacja wspierająca bezrobotnych musiała przeprowadzić się z kilku pomieszczeń do jednego pokoiku, i, o smutna ironio, zwolnić część pracowników.
Pan Bóg mnie kupił
Zgoła odmiennie wygląda sytuacja w Czerwonym Borze. Powojskowy teren z każdym rokiem staje się bardziej uporządkowany, powstają kolejne budynki, a już istniejące są sukcesywnie remontowane. Ksiądz Jabłoński zaczynał działalność na niewielkiej przestrzeni. Dziś wszystko robi imponujące wrażenie. Prace budowlane wykonują sami mieszkańcy oraz więźniowie pobliskiego zakładu karnego.
Wchodzimy do budynku. Ksiądz Adam przedstawia nas młodemu mężczyźnie stojącemu przy drzwiach. – To dobrzy ludzie są, dziennikarze – mówi. To strażnik więzienny, pilnujący, jak co piątek, młodocianych przestępców odwiedzających ośrodek, by poczuć namiastkę domu. O to dba przede wszystkim matka księdza Adama, spędzająca w Czerwonym Borze pięć dni w tygodniu. Razem z synem tworzą dobrze uzupełniający się duet: Ja bym bez niego nic nie zrobiła, on by beze mnie też nic.
Pomysł na ośrodek nie wziął się znikąd. Ksiądz Adam wychowywał się wspólnie z pięciorgiem rodzeństwa adoptowanego przez jego rodziców, a w domu Jabłońskich zawsze było ubogo. – Poszedłem do seminarium, bo chciałem łatwych pieniędzy. W Wyszkowie, gdzie mieszkaliśmy, księża zawsze mieli dobre zegarki, dobre buty i kręciły się wokół nich najlepsze dziewczyny – mówi, jak zwykle, bez ogródek. Cechuje go radykalność sądów i języka. Podobno nie przysparza mu to przyjaciół.
Nawrócenie przeżył podczas rekolekcji w seminarium, gdy podeszła do niego kobieta ze słowami: Pan chce coś do ciebie powiedzieć, by po chwili dodać: Ja ciebie kocham i nigdy cię nie zostawię. Ksiądz Adam przeżywał wtedy nie tylko duchowe rozterki, ale także kłopoty finansowe. – Kilka dni później podszedł do mnie kolega z seminarium i powiedział, że pewna kobieta została cudownie uzdrowiona i chciałaby wspomóc kleryka. Zapłaciła za studia księdza Adama 15 tysięcy złotych. Gdy wrócił, znalazł także przekaz od wujka na kolejne 1,5 tysiąca. – W ciągu tygodnia miałem opłacone studia i jeszcze zapas pieniędzy. Pan Bóg kupił mnie wtedy za 16,5 tysiąca.
Dziś podobnie czyni wobec więźniów: A to kurtkę kupimy, a to buty. Chrystus mówił: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków”. Kupujemy ich, bo miłość wyraża się w gestach. Nie możesz mówić człowiekowi o Panu Jezusie, a kiedy przychodzi w rozwalonych butach, to nie dać mu porządniejszych. Po niedługim pobycie na parafii, gdzie również wspierał ubogich, po dotkliwym odczuciu dysonansu między swoim wygodnym życiem na plebanii a sytuacją mieszkańców całej dzielnicy ubóstwa, w której pracował, stwierdził, że nie może tak dalej żyć. Wtedy pojawiła się propozycja pracy w więzieniu w Czerwonym Borze. Do dziś jest jego kapelanem, spędzając tam codziennie kilka godzin.
Linia najtańszego oporu
Podstawowe punkty odniesienia Katolickiej Nauki Społecznej, takie jak spółdzielczość, zasada pomocniczości czy korporacjonizm, w oczach wielu osób uchodzą dziś za doszczętnie skompromitowane, nieaktualne lub nieprzystające do rzeczywistości. Ogólnopolska moda na ekonomię społeczną, jaka powstała przy okazji strumienia pieniędzy płynącego z unijnego projektu EQUAL, wytraciła impet krótko po tym, gdy zakręcono kurek z funduszami. Wiele spośród powstałych w latach 2000–2006 przedsiębiorstw społecznych nie zdołało utrzymać się na rynku i pozbawione wsparcia z budżetu Unii szybko upadły. Wynika to nie tylko z braku funduszy.
– Ponieważ rozwój ekonomii społecznej w Polsce został uzależniony od środków unijnych, to ktoś, kto zajmuje się pracą podstawową, chcąc pomagać dzieciom, niepełnosprawnym lub bezdomnym, nie ma szans – przekonuje Drążkowski. – A jeśli zajmie się projektami, to zapomni o swojej misji, realizując takie działania, na jakie są pieniądze. To podcina tożsamość organizacji pozarządowych.
Przekonali się o tym także pracownicy Fundacji „Nadzieja”, którzy od jakiegoś czasu zajmują się również wsparciem idei przedsiębiorczości społecznej jako możliwego uzupełnienia wolnego rynku, zwłaszcza na obszarach masowego bezrobocia. Prezes Kabicz nie ma wątpliwości, że bez ułatwień legislacyjnych, a przede wszystkim bez wsparcia władz lokalnych, niełatwo będzie osiągnąć jakikolwiek postęp w tej dziedzinie. Dzisiaj prawie zawsze dobrze zarządzane prywatne przedsiębiorstwo będzie sprawniejsze niż spółdzielnia socjalna. To jednak nie powód, by rezygnować z ich wspierania. – Władze poszły po linii najtańszego oporu, przyjmując ustawę o ściśle kapitalistycznych, dogmatycznie liberalnych założeniach, w ramach których daję ci pieniądze i mam cię z głowy – mówi Kabicz. Jak ocenia Drążkowski, w kwestii ekonomii społecznej w Polsce wszystko stoi na głowie: Jednym z głównych kłopotów jest urzędnicze myślenie o spółdzielczości i przedsiębiorczości. To nie urzędnicy zakładają firmy. Urzędnik zajmuje się wydawaniem pieniędzy, czym innym jest jednak ich zarabianie.
Niemniej nie zawsze są to trudności nie do przezwyciężenia. Ideały ekonomii społecznej realizuje również dom w Czerwonym Borze. Jego mieszkańcy wspólnie prowadzą hodowlę cielaków, kur i świń. Produkują znakomitą kiełbasę, wędliny, sery, sprzedają jajka. Wszystko w symbiozie z zakładem karnym – inwentarz karmiony jest resztkami ze stołu więźniów. Wieść o jakości produktów z „Przystanku w Drodze” rozchodzi się sama – ludzie przyjeżdżają do niego specjalnie na zakupy.
Człowiek o podciętych skrzydłach
Trudno mówić o Katolickiej Nauce Społecznej nie odwołując się do pojęcia pracy. Zarówno dla Fundacji „Nadzieja”, jak również dla duchowości domu w Czerwonym Borze oraz dla wspólnoty Emaus praca jest jednym z ideałów nadrzędnych. W „Przystanku w Drodze” regulamin obejmuje tylko jeden punkt: „Żyjemy i pracujemy wspólnie”. Podobnie rzecz ma się w Krężnicy Jarej. – Nie dając ludziom pracy, nie da się ich resocjalizować. Człowiek to nie pies, któremu dasz jeść i ciepły koc i to wystarczy. Jako ludzie wiary, musimy w nim rzeczywiście dostrzec człowieka – mówi ksiądz Adam. Kabicz dodaje: Nie można zostawiać ludzi samych sobie. Robimy wszystko, żeby ludzie zobaczyli tę naszą tytułową „Nadzieję”. Często jest nią możliwość stworzenia sobie miejsca pracy.
W szczególnej sytuacji są podopieczni księdza Adama – więźniowie, byli więźniowie i bezdomni. Jak mówi ich kapelan, w więzieniu człowiek ma podcięte skrzydła, wręcz „cofa się w rozwoju”. Przestępcy odsiadujący wyrok w Czerwonym Borze przychodzą więc do domu księdza Adama nie tylko po to, żeby czymkolwiek zająć dłużące się niemiłosiernie godziny i dni lub pomóc w rozbudowie i remontowaniu ośrodka. Jest to dla nich okazja, aby zdobyć nowe umiejętności, często ucząc się od siebie nawzajem hodowli zwierząt, prac budowlanych czy wykończeniowych. – Miłość realizuje się poprzez wspólne podejmowanie obowiązków. Ktoś, kto nie podejmuje obowiązków codziennych, jako człowiek dorasta z poważnym defektem – mówi ksiądz Adam. I to próbuje przekazać swoim podopiecznym.
Jego wsparcie nie kończy się jednak podczas pobytu w Czerwonym Borze. Organizuje również mieszkańcom domu pracę zarobkową poza ośrodkiem. Jak mówi, ma wśród znajomych wielu pracodawców gotowych zatrudnić i zaoferować dach nad głową byłym więźniom. Przyznaje jednak, że wielu z nich nie radzi sobie podczas okresu próbnego, a przede wszystkim tuż po nim – po pierwszej wypłacie. Bardzo niewielu z nich za pierwszym razem utrzymuje stałą pracę. Większość wraca do Czerwonego Boru, by za jakiś czas spróbować ponownie.
Bartek
Po raz kolejny spróbować chciał również Bartek, mój przewodnik po terenie wspólnoty Emaus. Jest jej członkiem zaledwie kilka miesięcy, ale widać, że czuje się znakomicie – nie mówi o niej inaczej niż w pierwszej osobie liczby mnogiej, czasami sprawiając wrażenie, jakby mieszkał tu od dawna. To człowiek obrotny, szybko orientujący się w otoczeniu. Obecnie zajmuje się promocją wspólnoty na zewnątrz, uaktualniając jej stronę internetową, prowadząc profil na Facebooku i szukając przetargów, w których spółdzielnia socjalna mogłaby wystartować. Chce reaktywować klub rowerowy. Jest karany i zadłużony. Gdy nie dawał już sobie rady z własnym życiem, zadzwonił do kolegi, który pracuje w Emaus. Za pierwszym razem jednak nawiał z terapii. Dopiero po spotkaniu ze Zbyszkiem Drążkowskim i wspólnotowym terapeutą podjął ją na nowo. W jego pokoju wisi zegar z płyty winylowej i duża flaga Polski. Jego opowieść pełna jest nadziei.
– Bardzo nie chciałem pokazać, że jestem osobą wrażliwą, otwartą, bo wydawało mi się, że jeśli okażę słabość, to zostanie to wykorzystane przeciwko mnie. Stało się inaczej. We wspólnocie odkrywam wszystko na nowo. Każdy dzień na trzeźwo jest dla mnie czymś nowym. Nigdy nie przeżyłem żadnych świąt w tym stanie. Poprzednie spędziłem na komisariacie w Warszawie. A tu mam ciszę, spokój i ludzi, do których mogę się zwrócić. Sam odchodziłem od osób, które miały do mnie zaufanie, rujnowałem je. Było mi trudno sobie zaufać i zaufać komuś. W życiu straciłem wszystko oprócz dziewczyny, Doroty, która wyciągnęła mnie z dna. Zapisałem się do szkoły zawodowej, będę mechanikiem. Kiedyś pracowałem, ale wywalili mnie za picie i ćpanie. Chciałbym wyjść tu na zero: spłacić długi, odbyć dozór kuratorski, zdobyć potrzebne mi kwalifikacje. Potem wyjeżdżam do Irlandii z Dorotą do jej brata. Powoli odzyskuję relację z Mamą i braćmi. Kiedyś znikałem na długi czas, nie przejmowałem się tym, że ktoś się o mnie martwi, że na mnie czeka. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem – wiem, że ktoś się o mnie troszczy, że mam gdzie pracować, dokąd wrócić. Tylko z ojcem już nie odbuduję relacji. Za dużo razy wyciągałem do niego rękę. Kiedyś nie pił, ale znów zaczął. To nie ja mam być ojcem i dawać przykład.
Dziś ma już tylko jeden nałóg. Mówi, że i papierosy kiedyś rzuci.
Co człowiek, to świat
Z innymi problemami niż ośrodek w Czerwonym Borze w swojej działalności na rzecz zatrudnienia styka się Fundacja „Nadzieja”. – Rynek jest zawsze nieprzewidywalny i ludzie też są nieprzewidywalni. Nigdy nie mamy pewności, że dany pomysł na firmę wypali – mówi prezes Kabicz. Można odnieść wrażenie, że historia każdej spośród ponad tysiąca osób, które ukończyły fundacyjny program wspierania przedsiębiorczości, to w istocie opowieść nie tylko o trudnej sytuacji przed przestąpieniem progu „Nadziei” na Nowogrodzkiej, ale także o zmaganiu się z niełatwą rzeczywistością po założeniu firmy. Prezes fundacji opowiada: Co człowiek, to świat. Zwracamy uwagę na bardzo dokładne przyjrzenie się temu, jak to przedsiębiorstwo będzie funkcjonowało, chociażby na to, o której będzie trzeba wstać. Uświadamiamy naszym podopiecznym, że ich życie, zwłaszcza na początku, to nie będzie żaden luksus. Wręcz przeciwnie: będzie dużo cięższe niż przedtem.
Działania na rzecz tworzenia własnych firm nie wszędzie mają rację bytu. – W Polsce mamy do czynienia z rozwojem enklawowym i o ile Warszawa jest enklawą względnego dobrobytu, o tyle czasami pomysł założenia firmy przez bezrobotnego to cel piękny i szczytny, ale zupełnie nierealny w regionach masowego bezrobocia – mówi Kabicz. Tym dotkliwiej dźwięczy w uszach cisza, z jaką spotykają się te tematy w krytycznej, a przede wszystkim systematycznej refleksji duszpasterskiej w Polsce. Niedawny, pierwszy od dwunastu lat (co samo w sobie jest znamienne) dokument społeczny Konferencji Episkopatu Polski, choć przedstawiany jako nowa jakość, w istocie był zbiorem zgrabnych cytatów z encyklik społecznych kolejnych papieży.
Drążkowski jest w tej kwestii bezlitosny: Jeśli mówimy o rozumieniu pomocy społecznej i pomocy drugiemu człowiekowi, to w Kościele instytucjonalnym spotykamy podejście bardzo tradycyjne, charytatywne. Ty masz, więc daj temu, który nie ma. A skoro ja mam i mnie stać, to ja jestem człowiekiem dobrej woli, a ty jesteś maluczki. To sytuacja zależności, w której brakuje partnerstwa. W Emaus żyjemy razem i pracujemy razem. Jesteśmy partnerami, bo razem coś robimy. Właśnie dlatego Kościół posiada olbrzymi potencjał w promowaniu spółdzielczości i zbiorowej samopomocy, że jest organizacją wspólnotową, a jak niekiedy zwykło się mówić, wręcz wspólnotą wspólnot. Budowanie na fundamencie zaufania, jakie powstaje w podobnych grupach, jest szansą na przetrwanie i sukces dzieła. Jak zauważa Kabicz, wiele spółdzielni w ramach różnorakich projektów zakładają ludzie, którzy się nie znają: Małżeństwa się rozpadają, a my oczekujemy, że pięć obcych sobie osób założy dobrze prosperujące przedsiębiorstwo społeczne, w którym będą się wszystkim dzielić i dobrze razem żyć. Gdy dodatkowo są to osoby z grup wykluczonych, które więcej w życiu przegrały, niż wygrały, skazuje się tych ludzi na kolejną porażkę. A tego, jak przekonują Drążkowski i poczucie przyzwoitości, robić nie wolno.
Zbawieni będziemy pojedynczo
Nie da się zrozumieć Katolickiej Nauki Społecznej i działań wcielających ją w życie, dopóki nie uświadomimy sobie, że w samym jej centrum zawsze stoi człowiek. Soborowa konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, „Gaudium et spes”, opisuje to bardzo trafnie: Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych. Te słowa najlepiej oddają skróconą wersję całego nauczania społecznego Kościoła.
Dlatego działalność Fundacji „Nadzieja” nie ogranicza się do promocji przedsiębiorczości i ekonomii społecznej. Zapytany o to Jan Kabicz wstaje i wyciąga kilka segregatorów z napisem „SOS”. To dokumentacja dotycząca próśb i pomocy udzielonej osobom w najtrudniejszej sytuacji materialnej. – Gdyby przeczytał pan te listy, to włos by się panu zjeżył na głowie – mówi, przerzucając zawartość segregatora. Mimo trudnej sytuacji Fundacja stara się nie odmawiać pomocy: Działamy w wyjątkowych przypadkach, gdy widać już tylko czarną rozpacz, bo rodzina nie ma nawet co włożyć do garnka. Zdarza się również, choćby w przypadku pożarów, że pomoc oznacza mobilizowanie znajomych ludzi z branży budowlanej, oferujących robociznę lub materiały.
Wspólnota Emaus, w duchu zasady solidarności zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej, rozdaje natomiast ciepłe posiłki przez całą zimę na starym mieście w Lublinie. Nie odmawia również osobom, które przychodząc w ciężkiej sytuacji do sklepu, nie są w stanie zapłacić za ciepłe buty czy kurtkę. Mimo tak szerokiej działalności Drążkowski przyznaje, że czegoś mu jeszcze brakuje. – Przed laty przejęliśmy od gminy budynek starej szkoły, wyremontowaliśmy go za znaczne pieniądze i zaczęliśmy tam organizować zajęcia dla dzieci, aerobik dla pań, szkółkę szachową, małe przedszkole… – wspomina. – Działo się tam mnóstwo rzeczy aktywizujących okolicznych mieszkańców, a zwłaszcza młodzież. Z tej działalności wyrosły trzy funkcjonujące do dziś stowarzyszenia. Gdy wspólnota nie była już w stanie udźwignąć ciężaru utrzymania budynku, zwróciła go gminie.
W centrum zainteresowania Katolickiej Nauki Społecznej znajduje się człowiek. Ale trzeba również pamiętać, że zawsze jest to człowiek rozumiany przez pryzmat wiary. – Jedynym założeniem ideologicznym naszego domu jest Pan Jezus, a najważniejszym środkiem działania jest miłość – mówi ksiądz Adam, z prostotą dodając, że mając duży dom, chciał po prosty przyjąć do niego tych, którzy nie mają nikogo. Wszystko rozpatruje w perspektywie zbawienia – swojego i podopiecznych: Mniej mnie obchodzi, czy będą potem dobrymi obywatelami, czy przestaną pić. To ważne, ale najbardziej dbam o to, żeby spotkali Jezusa Chrystusa, który każdego człowieka zbawia pojedynczo. Znam wielu takich, którzy poukładali sobie życie bez alkoholu, ale nie mają wiary, nie umieją kochać. I całe życie kuleją.
Jezus z odzysku
– Zawsze poczuwałem się do odpowiedzialności za to, co się dzieje na świecie – mówi Drążkowski. – Bez mojego chrześcijaństwa nie byłoby też mojego zaangażowania. Nazwa wspólnoty dobrze to opisuje. Do Emaus szli ludzie, którzy nie rozumieli, co się dzieje, których życie się zawaliło. Podszedł do nich Ktoś, kto im to wyjaśnił, powiedział, pomógł. Byłbym szczęśliwy, gdybyśmy my jako wspólnota pomagali innym odzyskać sens życia.
Tym, co prócz wielu innych kwestii łączy Jana Kabicza, księdza Adama Jabłońskiego i Zbigniewa Drążkowskiego, jest poczucie misji i ideowość, słowem: powołanie. Dotyczy to także matki księdza Adama, która wspomina trudne początki działalności syna w Czerwonym Borze. – Któregoś dnia pokłóciliśmy się i Adam powiedział: „Mamo, przecież to jest moje”. A ja na to: „To jest tak twoje, jak i moje, a przede wszystkim Pana Boga”. Uniosłam się honorem i pojechałam do domu. Po miesiącu zadzwonił: „Mamusiu, pytają o ciebie, może byś przyjechała, zobaczyła, jak to tu wygląda?”. Od tamtej pory czwarty rok razem to ciągniemy. Ksiądz Adam dodaje, że póki co jest łatwo, bo wciąż ma jeszcze dużo energii: Najgorzej będzie, kiedy zachoruję. Wtedy zacznie się najtrudniejszy czas, kiedy już nic nie będę mógł od siebie dać. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa Pascha.
Oprócz bezpośredniości, otwartości i gościnności ksiądz Jabłoński odznacza się również wyjątkowym zmysłem gospodarskim. To na pewno także pomaga mu w prowadzeniu ośrodka. Jak mówi, wszystko na jego terenie jest efektem recyclingu – nic tu się nie zmarnuje. Przy bramie wita przybyszów „Jezus z odzysku”, wyrzucony obok kościoła. Wszystkie meble zostały znalezione lub podarowane. Podłoga w pomieszczeniach obłożona jest kościelnymi marmurami, niepotrzebnymi po remoncie jednej ze świątyń. Kuchenny blat w mieszkanku księdza Adama zrobiony został z nagrobkowego lastryko. Podświetlony neonowy napis „Kaplica” niegdyś był logiem jednego z warszawskich sklepów sieci „Reporter”.
Nic też nie marnuje się we wspólnocie Emaus. W sklepie w Zemborzycach, usytuowanym w wielkim hangarze, stare rzeczy otrzymują nowe życie. Trochę jak ludzie. Niektórzy z tej szansy nie korzystają. Podczas mojej wizyty w sklepie i znajdującym się obok niego domu mieszkalnym wspólnoty spotykamy, wraz z Bartkiem, dwóch wyraźnie podchmielonych członków wspólnoty. – Jeden drugiego ciągnie – mówi Bartek. – Poszaleli, i to bezczelnie, w domu, gdzie mogą ich zobaczyć inni uzależnieni. Po krótkim czasie pod sklep zajeżdża odpowiedzialny za dom członek wspólnoty. Pijani koledzy zostaną póki co wydaleni. Podobnie jak jedna pani, która oszukała kilku innych członków. Taką decyzję podejmują wszyscy na wspólnym, poniedziałkowym zebraniu.
Nie każdy nadaje się do takiej pracy. Wspominają o tym ksiądz z matką. Ksiądz Adam opowiada, jak do Czerwonego Boru przyjechała na wigilię terapeutka, bardzo pobożna kobieta. – Mówię do niej: Bardzo miło, że chcesz nam pomóc, ale gdzie są twoi rodzice? – W Warszawie zostali. – A kto z nimi Wigilię spędza? – Nikt, sami zostali. – To ty nie jedziesz do nich, tylko do nas przyjechałaś? Jedź tam, gdzie nikogo nie ma! Jego matka wspomina zaś wizytę pewnego księdza, który cały czas chodził spięty i przestraszony – wyraźnie obawiał się więźniów, z którymi miał się zetknąć. – A to są dobrzy, normalni ludzie. Na wolności gorszych spotykam – dodaje.
Choć znój to niełatwy, warto go podejmować. Na ścianie sklepu wspólnoty Emaus w Zemborzycach widnieje rysunek Abbé Pierre’a i jego słowa skierowane do skazanego za zabójstwo i planującego targnąć się na własne życie George’a: „Pomóż mi pomagać innym”. Gdy po latach pytano George’a, co skłoniło go, by przystać na propozycję nowo poznanego księdza, odpowiadał: „Abbé Pierre dał mi powód, by żyć”. Ksiądz Adam dodaje zaś: Jak święty Paweł, „stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby ocalić przynajmniej niektórych”. Człowiek musi wiedzieć, że jest potrzebny, że ktoś na niego czeka. Więc my czekamy. I kończy z uśmiechem: A jeśli chodzi o Katolicką Naukę Społeczną, to nie wiem, czy was szczególnie ubogaciłem.
przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Mądra filantropia nie tylko zaspokaja najbardziej podstawowe potrzeby osób w trudnej sytuacji, ale także uruchamia cały łańcuch pozytywnych i trwałych efektów, również w ich otoczeniu.
Najbardziej oczywistą formą wsparcia dla cierpiących niedostatek jest pomoc materialna. Niestety miewa ona szereg negatywnych „skutków ubocznych”. Bardzo często stygmatyzuje obdarowanych lub na inne sposoby narusza ich poczucie własnej wartości. Nie jest też wyłącznie liberalną propagandą twierdzenie, że długoterminowe ustawianie ubogich w roli biernych odbiorców pieniędzy czy żywności może utrwalać ich marginalizację. Wreszcie, z pomocą potrzebującym wiąże się ryzyko wykorzystywania jej niezgodnie z przeznaczeniem, czego sztandarowym przykładem są świadczenia na rzecz rodzin, w których dorośli nadużywają alkoholu. Próby ograniczania tego rodzaju zjawisk, nawet jeśli skuteczne, łączą się z upokarzającymi procedurami, wprowadzają atmosferę podejrzliwości i utrwalają negatywne stereotypy. Można to wszystko zrobić inaczej.
Ja Tobie
Sklep socjalny Fundacji „Jeden Drugiemu”, prowadzony w stolicy w porozumieniu z Ośrodkiem Pomocy Społecznej Dzielnicy Wola, stanowi innowacyjną na polskim gruncie formę wspierania osób w trudnej sytuacji, pozwalającą uniknąć wspomnianych zagrożeń. Co więcej, tworzy on przestrzeń dla innych rodzajów pomocy, takich jak wsparcie psychologiczne czy kształtowanie właściwych nawyków. Organizacja deklaruje, że celem jest nie tylko zabezpieczanie potrzeb materialnych, ale także okazywanie troski, dawanie nadziei na zmianę, dążenie do polepszania samooceny oraz aktywizowanie do intensywnego życia w społeczeństwie, a w odniesieniu do otoczenia osób wykluczonych – propagowanie szeroko rozumianej empatii.
Idea jest zaskakująco prosta. Do kupowania w placówce uprawnieni są ci, którzy w ocenie OPS-u szczególnie zasługują na pomoc. – Przekierowujemy do Fundacji osoby, które wspólnie z pracownikiem socjalnym wykonały bardzo dużą pracę, żeby poprawić swoją sytuację w różnych obszarach życia, ale mimo to nadal mają zbyt mało środków na zaspokojenie elementarnych potrzeb – mówi Bogusława Biedrzycka, dyrektor Ośrodka. Osoby te – samotni rodzice czy schorowani seniorzy – mogą dokonywać w sklepie dowolnych zakupów. Jedynym warunkiem jest nieprzekraczanie limitów przypisanych do imiennej karty – wynoszą one 200–400 zł miesięcznie w zależności od wielkości gospodarstwa domowego, 100 zł tygodniowo oraz 50 zł dziennie; istnieją ponadto ograniczenia ilościowe dla poszczególnych kategorii asortymentu. Zakupione towary muszą być wykorzystane na własny użytek. Socjalny wymiar sklepu przejawia się w tym, że ceny podstawowych produktów spożywczych i przemysłowych (środki czystości, artykuły dla niemowląt, pomoce szkolne itd.) są w nim co najmniej o połowę niższe od rynkowych. Jego klienci, których obecnie jest ok. 200, mają zatem możliwość pełniejszego zaspokojenia potrzeb w ramach swoich skromnych budżetów.
To, że fundacja nie rozdaje towarów, lecz umożliwia ich samodzielne nabywanie w oparciu o posiadane środki i autonomiczny wybór priorytetów, jest głęboko przemyślaną strategią. Taki system pozwala bowiem na udzielanie wymiernej pomocy w sposób, który nie narusza, lecz wzmacnia poczucie własnej wartości u jej adresatów. Z tego samego powodu oferta placówki uwzględnia produkty renomowanych marek. Odróżnia ją to od unijnego wsparcia żywnościowego dla najuboższych, mającego postać „anonimowych” towarów, których opakowania eksponują za to ich socjalny charakter.
Co więcej, formuła sklepu – zamiast punktu odbioru pomocy – wzmacnia kompetencje korzystających w zakresie racjonalnego gospodarowania domowymi finansami. – Dzięki temu zwiększa się ich szansa na usamodzielnienie – przekonuje dyr. Biedrzycka. Dodaje, że z punktu widzenia celów pomocy społecznej zaletą systemu „kart stałego klienta” jest także możliwość dyskretnego wglądu w nawyki poszczególnych osób. – Nasi podopieczni niestety najczęściej nie mają dobrych wzorców, w związku z czym edukacja np. w obszarze zdrowego odżywiania się jest w ich przypadku bardzo ważna. Kiedy dowiemy się od Fundacji, że osoba mająca otyłe dzieci regularnie kupuje kiełbasy, a nie np. jogurty – tworzy się przestrzeń do rozmowy.
O modelowym charakterze warszawskiej inicjatywy decyduje także to, że aktywizuje ona lokalną społeczność. Daleko idąca obniżka cen oraz prowadzenie dodatkowych działań są możliwe dzięki współpracy z licznymi firmami, które przekazują towary, oferują rabaty, wpłacają darowizny czy świadczą bezpłatne usługi (m.in. agencja kreatywna wspierająca pozyskiwanie środków, kancelaria adwokacka). – Naszych stałych partnerów zainteresowały przede wszystkim innowacyjność przedsięwzięcia oraz jego profesjonalizm, na który składa się m.in. to, że mogą mieć swoją pomoc pod kontrolą, na każde życzenie otrzymać dane na temat jej wykorzystania. To ich utwierdziło w przekonaniu, że warto spróbować, mimo że projekt tak naprawdę był pilotażowy – nikt wcześniej czegoś podobnego w naszym kraju nie robił – ocenia Dorota Zalewska, prezes Fundacji „Jeden Drugiemu”. Dodaje jednocześnie, że w ostatnich miesiącach, w obliczu spowolnienia gospodarczego, nowe firmy przestały się włączać w program.
Z kolei obsługę placówki zapewniają wolontariusze. Dzięki nim klienci mogą liczyć nie tylko na korzystne ceny, ale także na zainteresowanie i życzliwość, co jest szczególnie istotne dla mieszkających samotnie. – Bardzo często jesteśmy pierwszymi osobami, które dowiadują się od nich o niektórych sprawach, zarówno dobrych, jak i złych – mówi Łukasz Drzewiecki. – Tu jest inaczej niż w zwykłym sklepie. Tutaj ludzie przychodzą, żeby z nami porozmawiać, pożartować czy się wyżalić. Możemy ich wysłuchać, a jeśli ktoś ma problem – doradzić czy załatwić za niego jakąś sprawę. Wiedzą, że mogą w każdej chwili do mnie zadzwonić. Oni są zadowoleni i my jesteśmy zadowoleni, że możemy im pomóc. Pomoc to fajna rzecz – zapewnia Regina Kunicka. – Dzięki wolontariatowi odzyskujemy to, co tracimy na co dzień, w atmosferze powszechnej pogoni za pieniędzmi – przekonuje Drzewiecki. A Dorota Zalewska dodaje, że w gronie wolontariuszy znajdują się również emeryci czy samotni rodzice, którzy są w stanie zaoferować odpowiednim grupom szczególnie dużo zrozumienia i wsparcia.
Wśród wspomagających fundację są także jej byli i obecni podopieczni. – Dwie takie osoby są naszymi stałymi wolontariuszami, obsługującymi sklep. Bardzo często ludzie zgłaszają się z konkretną ofertą pomocy, np. umycia okien w siedzibie fundacji. Jeden pan z zawodu jest stolarzem i naprawia nam wszystkie meble. Kiedy się patrzy, w jaki sposób nasi podopieczni chcą się odwdzięczyć, to aż serce rośnie – mówi pani prezes.
Model sklepu socjalnego daje gwarancję, że wsparcie trafia do właściwych osób i odpowiada na ich najpilniejsze potrzeby. – Skierowania wydajemy na kwartał albo maksymalnie na pół roku i po tym okresie poddajemy je analizie, gdyż liczba osób, które mogą skorzystać z pomocy, jest ograniczona. Kierujemy się różnymi kryteriami. Jeżeli ktoś, dajmy na to, robił nieduże zakupy raz w miesiącu, a więc jego korzyść była niewielka, wtedy nie przedłużamy mu skierowania, tylko dajemy je np. rodzinie z czwórką dzieci, która bardziej go potrzebuje – wyjaśnia Bogusława Biedrzycka. Te i inne zalety sklepu sprawiają, że jego fundatorzy – pochodzący z Austrii właściciel firmy budującej nowoczesne oczyszczalnie ścieków oraz jego pracownicy – przekonują innych przedsiębiorców z całej Polski, by poszli w ich ślady. – Pomysł się podoba i budzi zainteresowanie, ale nie znaleźliśmy jeszcze nikogo, kto podjąłby się powielenia naszego modelu, wiążącego się z ciężką pracą, odpowiedzialnością i kosztami. Są prowadzone rozmowy na ten temat, ale toczą się w bardzo powolnym tempie – przyznaje pani Dorota, która przed poświęceniem się działalności filantropijnej sama pracowała w dużym biznesie. Dodaje, że choć jej zdaniem najlepsze byłoby zaszczepienie wspomnianej idei wśród właścicieli firm, do fundacji zgłasza się bardzo dużo organizacji pozarządowych, które chcą z jej pomocą założyć podobną placówkę. – Nie chciałabym zapeszać, ale myślę, że do końca roku na północy Polski powstanie drugi sklep socjalny – zdradza. Punktem odniesienia pozostaje Austria, w której sieć SMW ma ponad 4000 zarejestrowanych klientów.
Animatorzy przedsięwzięcia dążą jednocześnie do tego, by docelowo „sprzedaż socjalna” z wykorzystaniem imiennych kart odbywała się nie w specjalnych placówkach, ale za pośrednictwem istniejących sklepów osiedlowych. Dzięki temu status odbiorcy pomocy byłby dla podopiecznych fundacji jeszcze mniej odczuwalny.
Talerz pełen dobra
Lubelskie Bractwo Miłosierdzia im. św. Brata Alberta ponad 20 lat wspiera bezdomnych i ubogich. Prowadzi m.in. schronisko, noclegownię i Ośrodek Aktywizacji Społecznej i Zawodowej oraz wydaje bezpłatne posiłki. Od pewnego czasu jednym ze źródeł finansowania tej misji jest działalność gospodarcza, tworząca jednocześnie miejsca pracy dla osób wykluczanych z rynku zatrudnienia.
Założone przez Bractwo Przedsiębiorstwo Społeczne „ProBono” prowadzi w jego dawnym biurze Bar Mieszczański. Lokal, położony w centrum miasta, oferuje obiady domowe, wyroby garmażeryjne oraz catering. Wypracowane dochody zasilają budżet jadłodajni dla potrzebujących, z której codziennie korzysta ok. 300 osób.
„ProBono” postawiło na niezawodny model biznesowy. Potrawy serwowane w „Mieszczańskim” są tanie, a jednocześnie smaczne i świeże, bo przygotowywane na bieżąco na miejscu. Warto wspomnieć, że wykwalifikowana kadra Bractwa w minionych latach zdobyła nagrody w konkursie Wojewódzki Lider Smaku za roladę z pstrąga oraz pierogi wiejskie z kaszą i miętą.
Społeczny wymiar baru, w tym obsługiwanie go przez osoby „po przejściach” – odstraszające klientów będących pod wpływem negatywnych stereotypów – dla wielu stanowi dodatkowy powód, by stołować się właśnie w tym miejscu. – Klienci otrzymują informację, że korzystając z naszych usług wspierają podopiecznych stowarzyszenia i wiem, że to dla nich ważne. Jedna osoba powiedziała mi nawet, że specjalnie przyjeżdża tu z drugiego końca miasta. Wśród naszych stałych klientów są studenci, ale także radni czy przewodniczący sądu rejonowego. Pełen przekrój społeczny – mówi Wojciech Bylicki, prezes Bractwa. Podkreśla, że chciałby, aby „Mieszczański” postrzegano nie jako zwykłą firmę, lecz miejsce praktykowania dobroczynności.
Z jego opowieści wyłania się obraz mądrze i stale rozwijanego przedsięwzięcia. – Zaczęliśmy od rozdawania bezpłatnych posiłków, do czego początkowo angażowaliśmy wolontariuszy. Następnie uruchomiliśmy staże dla kucharzy, w tym także dla naszych podopiecznych. Często najpierw ktoś przychodził do nas po darmową zupę, a potem pytał, czy może jakoś pomóc. Organizowaliśmy więc np. prace społecznie użyteczne na terenie kuchni. Później utworzyliśmy Klub Integracji Społecznej z dwiema grupami: kulinarną i porządkową. Mieliśmy stażystów np. z Centrum Integracji Społecznej, z których trójka teraz u nas pracuje. Ważny etap stanowiła wygrana przetargu ogłoszonego przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, a następnie na przejęcie prowadzenia stołówki akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – w tym drugim przypadku o sukcesie zadecydowała deklaracja zatrudnienia dotychczasowych pracowników placówki. Łącznie działalność gastronomiczna Bractwa daje obecnie zajęcie ponad 30 osobom, a kolejne uzyskały nowe kompetencje, dzięki regularnie organizowanym praktycznym szkoleniom zawodowym.
Historia pani Bożeny pozwala lepiej zrozumieć, ile dodatkowych korzyści społecznych potrafi przynieść decyzja o ekonomizacji prowadzonych działań charytatywnych. – Przez 25 lat pracowałam w przychodni, po czym wraz z 450 innymi osobami straciłam zatrudnienie, gdy publiczne placówki były likwidowane. Przez pół roku byłam na zasiłku, potem pracowałam na czarno. Spędziłam 9 miesięcy na kontrakcie we Włoszech, ale gdy po powrocie znów szukałam zajęcia w kraju, wszędzie słyszałam, że jestem za stara – opowiada. Później była praca w hurtowni, podczas której wydarzył się wypadek, a po nim – całkowite załamanie. Pani Bożena całe życie była niezależna, dlatego źle znosiła bezrobocie. – Mówiłam wręcz mężowi, że muszę iść do ludzi, bo czuję, że mchem zarastam. No i najpierw poszłam na półroczny staż, przez 2 lata pracowałam w kuchni przy noclegowni jako wolontariuszka, aż wreszcie dostałam etat w barze otwartym przez Bractwo. I teraz czuję się fantastycznie.
Wojciech Bylicki podkreśla, że choć szefowa kuchni stawia wysokie wymagania, jeśli chodzi o jakość potraw, jedyne kryterium wstępne dla szukających zajęcia stanowi tak naprawdę chęć do pracy. – Mamy np. osobę niepełnosprawną, która nie jest w stanie wykonywać pięciu czynności naraz, ale robi świetne sałatki i się w tym odnajduje. Przyjęliśmy też na praktyki podopieczną CIS, która miała kuratora sądowego i była alkoholiczką. Bardzo jej zależało, więc daliśmy jej szansę. Jest u nas już dwa lata i niesamowicie odżyła, opiekuje się czworgiem swoich dzieci itd.
Prezes stowarzyszenia zwraca uwagę, że obecnie wiele firm za środki publiczne organizuje szkolenia, po których uczestnicy nie znajdują zatrudnienia, a szkolący nie biorą za nich odpowiedzialności. – Osoby wykluczone często przechodzą z projektu do projektu i ze szkolenia na szkolenie, a nadal nie mają pracy. Chcieliśmy uniknąć takiej sytuacji. Dlatego najpierw dawaliśmy pomoc materialną (jedzenie, ubranie), potem zachęcaliśmy do udziału w szkoleniach i wreszcie – tworzyliśmy miejsca pracy. Bo np. bezdomnym trudno jest znaleźć zajęcie na otwartym rynku nawet wtedy, gdy mają konkretne kwalifikacje. Przy czym oczywiście kiedy ktoś po pewnym czasie chce spróbować podjąć zatrudnienie gdzie indziej, wówczas to robi. Dla niektórych praca u nas stanowi po prostu start zawodowy w komfortowych warunkach.
Lubelscy filantropi-przedsiębiorcy nie zwalniają tempa. Jakiś czas temu przy Bractwie zawiązała się Spółdzielnia Socjalna „Inicjatywa”, zajmująca się pracami remontowo-budowlanymi, a działalność na tę branżę ma zamiar rozszerzyć także „ProBono”. Bylicki tłumaczy, że tworzenie miejsc pracy idealnie wpisuje się w misję stowarzyszenia, którą jest przywracanie ludzkiej godności – a to najlepiej robić, wspomagając bliźnich w uzyskaniu samodzielności.
Trening nowego życia
Ambitne i nowoczesne organizacje dobroczynne mają bezdomnym do zaoferowania znacznie więcej niż tylko ciepły kąt w noclegowni czy schronisku. Dobrym przykładem jest Caritas Archidiecezji Warszawskiej i jego program mieszkań treningowych dla osób zaawansowanych na drodze wychodzenia z bezdomności.
Rekrutacja do programu, który realizowany jest od ponad 10 lat, odbywa się przede wszystkim wśród mieszkańców Ośrodka Charytatywnego „Tylko z Darów Miłosierdzia” przy ul. Żytniej w stolicy. Jak tłumaczy kierownik ośrodka Mariusz Olszak, warunki ubiegania się o jeden z 20 samodzielnych pokoi to: osiąganie dochodów z pracy przez minimum 6 ostatnich miesięcy (względnie prawo do renty), figurowanie na liście oczekujących na lokal socjalny lub komunalny, podpisanie indywidualnego programu wychodzenia z bezdomności, a w przypadku osób uzależnionych – także utrzymywanie trzeźwości oraz udział w terapii. Pani Ewa tak podsumowuje kryteria, które musiała spełnić: Trzeba pracować i trzeba pracować nad sobą, czyli odbywać spotkania z psychologami, robić jakieś kursy… Po prostu coś ze sobą robić. Mariusz Olszak wyjaśnia: To jest pomoc kierowana do osób na ostatnim etapie radzenia sobie z kłopotami. Do noclegowni trafiają bezdomni, którzy nie są jeszcze gotowi na kompleksową pomoc, na to, żeby powiedzieć całą prawdę o swoich kłopotach i uzależnieniach. Tutaj trzeba wyłożyć wszystkie karty na stół, opowiedzieć pracownikowi socjalnemu, terapeucie i psychologowi, z czym się przybywa. Dlatego trafiają do nas osoby nie z noclegowni, ale ze schronisk, gdzie mieszkały wiele miesięcy albo nawet kilka lat, chcące się usamodzielniać i mające perspektywy na przydzielenie lokalu socjalnego.
O ile w noclegowni bezdomny ma jedynie możliwość przenocowania od godz. 22.00 do 6.00, a do kontaktu tylko pracownika socjalnego, pomoc w mieszkaniach treningowych ma wszechstronny charakter. – Uczestnicy programu są objęci stałą opieką pracownika socjalnego, psychologa, terapeuty uzależnień oraz prawnika. Pomagamy im rozwiązywać podstawowe problemy, np. w kontaktach z rodziną i instytucjami, takimi jak ośrodek pomocy społecznej czy wydział zasobów lokalowych. Staramy się nie wyręczać ich w niczym, ponieważ uczymy samodzielności – podkreśla Olszak. Prawnik podpowiada w kwestiach związanych z prawem rodzinnym czy prawem pracy, ale także radzi, jak rozłożyć na raty długi komornicze. Pracownik socjalny przybliża wiedzę na temat form pomocy dostępnych po uzyskaniu lokalu od miasta, takich jak zasiłki celowe na zakup pralki czy lodówki, dodatki mieszkaniowe itp. Doradca zawodowy pomaga zaplanować poszukiwanie lub zmianę zajęcia oraz pisać CV i listy motywacyjne. Indywidualne spotkania z psychologiem pozwalają zdobyć umiejętności w sferze poprawnej komunikacji, asertywności, motywacji i radzenia sobie ze stresem, ale także zarządzania czasem wolnym i korzystania z dostępnej oferty kulturalnej.
Program obejmuje ponadto mniej oczywiste elementy. – Specjalista ds. budżetu domowego ostrzega przed korzystaniem z tzw. szybkich pożyczek, przez które można się zadłużyć. Uczy planowania wydatków i tego, że nawet z niewielkiego dochodu można coś odłożyć na upragnione cele, którymi mogą być nowe meble czy wycieczka – wyjaśnia kierownik ośrodka. Lokatorzy mieszkań treningowych – zdani na samych siebie w zakresie przygotowywania posiłków – przechodzą także kurs gotowania. – Osoby bezdomne, które funkcjonują w schroniskach przez rok, dwa lub dłużej, mając zapewnione wyżywienie, tracą podstawowe umiejętności kulinarne. Uczymy je, jak można przyrządzać niedrogie, a jednocześnie zdrowe dania. Wreszcie, w ramach programu organizowane są zajęcia integracyjne w postaci aktywnego spędzania czasu poza ośrodkiem. Są to m.in. wizyty w teatrze, imprezy plenerowe czy wycieczki (np. do Wilanowa czy Żelazowej Woli).
Całość przedsięwzięcia dobrze trafia w potrzeby usamodzielniających się bezdomnych. – Pierwsza rzecz: jestem sama w pokoju; to dla mnie bardzo ważne. Mam telewizor, mamy kuchnię, lodówkę, prysznice – wszystko, co potrzebne w normalnym mieszkaniu. Jesteśmy jakby na swoim, mimo że w ośrodku i pod kontrolą, i w ten sposób uczymy się życia na zewnątrz, np. jak gospodarować pieniędzmi, żeby nam wystarczyło od pierwszego do pierwszego. Pani socjalna, która się nami opiekuje, przychodzi dość często i pyta o nasze potrzeby, ale też sami możemy się zgłaszać ze swoimi problemami. Mamy się do kogo zwrócić, jest np. psycholog, z którym można porozmawiać, jeśli ma się „doła” – wylicza p. Ewa. Zadowoleni są także pracownicy Caritasu, gdyż jedynie 5–10% uczestników programu trafia z mieszkania socjalnego ponownie do schroniska – przeważnie z powodu powrotu do nałogu, którym zwykle jest alkohol lub hazard.
Satysfakcję z dobrej roboty psują niestety samorządowe realia: na lokal socjalny czeka się w stolicy 2–3 lata (pani Ewa wyczekuje na niego w mieszkaniu treningowym już drugi rok). Nie zawsze dobrze układają się relacje z instytucjami publicznymi. – W niektórych dzielnicach współpraca między naszym programem i całym Caritasem a wydziałami zasobów lokalowych jest dobra, w innych – zła. Przykładowo są wydziały, które nie odpisują na składane wnioski – mówi Olszak. Dodaje, że aktualnie organizacja ubiega się o dodatkowe środki na pomoc psychologiczną i pracę socjalną z osobami, które już otrzymały mieszkania: Tak naprawdę powinien to robić Ośrodek Pomocy Społecznej, który ma takie zadania w celach statutowych. Niestety rzadko spotykam się z sytuacją, aby pracownik OPS docierał do takich osób. Robi to zazwyczaj dopiero wtedy, gdy są zadłużone i czekają na eksmisję, a wówczas jest już za późno.
Publiczny system pomocy potrzebującym mógłby się od prawdziwych społeczników wiele nauczyć.
przez Bartosz Oszczepalski | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Polski model kapitalizmu generuje coraz większe bezrobocie i brak dostatecznej liczby miejsc pracy. Niektóre samorządy, mając świadomość problemu, próbują wypełnić tę lukę i wesprzeć najsłabszych mieszkańców.
W Polsce od wielu lat państwo wykazuje znikomą aktywność w zakresie tworzenia miejsc pracy lub pomocy osobom, które chcą wyjść z bezrobocia. Bardzo często wynika to z wyznawanej na szczeblach władzy ideologii neoliberalnej, głoszącej, że odpowiednią liczbę etatów może zagwarantować tylko rynek, a państwo i samorządy nie powinny w to ingerować. Kłam tym teoriom zadają realia. Istniejące od lat wysokie bezrobocie skutkuje tym, że coraz więcej ludzi wyjeżdża, by szukać zatrudnienia w innych krajach. Efekty już teraz są widoczne – malejąca liczba obywateli, a co za tym idzie, zmniejszające się wpływy z podatków.
Te problemy są szczególnie widoczne na tzw. peryferiach Polski, czyli w mniejszych miejscowościach, powiatach lub gminach, skąd mieszkańcy emigrują nie tylko za granicę, ale również do większych ośrodków w kraju. Dlatego przedstawiciele kilku samorządów, na przekór panującym tendencjom, zainicjowali działania mające na celu tworzenie miejsc pracy, aby przynajmniej częściowo ograniczyć migrację mieszkańców „za chlebem” oraz zmniejszyć skalę lokalnych problemów społecznych.
Spółdzielcza Łomża
Krzysztof Kozicki to człowiek, który posiada spory wkład w to, że powiat łomżyński może poszczycić się wyjątkowo dużą jak na polskie realia liczbą spółdzielni socjalnych. Pełniąc tam funkcje starosty i wicestarosty powiatowego, zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji pracowników. – Gwałtowne zmiany społeczno-gospodarcze, jakie miały miejsce w całej w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat, sprawiły, że ogromna grupa osób znalazła się na marginesie. Powstało zjawisko wykluczenia społecznego dotychczas nieznane władzom samorządowym. Jednostki wykluczone nie były w stanie przystosować się do życia w gospodarce rynkowej – ocenia Kozicki.
Rozwiązania tych problemów w regionie łomżyńskim postanowił poszukać przy pomocy metod tzw. ekonomii społecznej. – Wcześniej pracowałem w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, co pozwoliło mi zrozumieć problemy osób wykluczonych i wykorzystać tę wiedzę, gdy zacząłem pełnić funkcję starosty łomżyńskiego. Widziałem, że tradycyjne formy pomocy społecznej nie przynoszą zamierzonych skutków i nie powodują jakościowych zmian. Oferowane przez urząd pracy zasiłki i zapomogi pomagają przeżyć osobom bezrobotnym, ale nie mają wpływu na zmianę ich sytuacji zawodowej i społecznej. Dostrzegłem w ekonomii społecznej szansę na faktyczne „przywrócenie” tych osób do życia w zbiorowości. Dlatego Starostwo Powiatowe w Łomży od kilku lat aktywnie poszukuje nowych rozwiązań, niekonwencjonalnych działań pomagających aktywizować osoby wykluczone społecznie i zawodowo – twierdzi Kozicki. W 2006 r. starostwo przystąpiło do budowania partnerstwa w zakresie ekonomii społecznej wśród instytucji, przedsiębiorców, ośrodków szkolenia oraz organizacji pozarządowych. Utworzone podmioty ekonomii społecznej w postaci spółdzielni socjalnych, Centrum Integracji Społecznej i prowadzone warsztaty terapii zajęciowej doprowadziły do powstania kilkuset miejsc pracy i w związku z tym powrotu na rynek osób dotychczas długotrwale bezrobotnych.
Początki nie były łatwe. Pierwsza spółdzielnia socjalna, która powstała w Łomży dla podopiecznych Centrum Integracji Społecznej, niestety nie przetrwała. Stało się tak pomimo wsparcia ze strony Kozickiego (wówczas starosty), który przyczynił się do tego, że placówce przyznano pieniądze z puli środków przeznaczonych na aktywną walkę z bezrobociem. Klęska placówki bynajmniej nie zniechęciła starosty do podejmowania kolejnych prób. W 2009 r. ze środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki zainicjowano projekt „Spółdzielnia socjalna moją szansą na pracę”, dzięki któremu powstały dwa podmioty – Awans i Info Card. Obie spółdzielnie prowadzą działalność typu call center. Awans obsługuje jedną ze znanych firm telekomunikacyjnych, natomiast Info Card zajmuje się telefoniczną obsługą klientów firm z terenu całego kraju. Projekt był skierowany do 15 osób. Uzyskały one dofinansowanie na założenie spółdzielni. Wcześniej przyszli spółdzielcy odbyli wielomiesięczne kursy przygotowujące ich do prowadzenia przedsiębiorstwa społecznego. Obie spółdzielnie prosperują dobrze po dzień dzisiejszy i zatrudniają w sumie około pięćdziesięciu pracowników.
W międzyczasie do Powiatowego Urzędu Pracy w Łomży zgłosiło się pięć kobiet, które zostały zwolnione z niewielkiej firmy szewsko-obuwniczej. Znalazły się w bardzo trudnej sytuacji, bo na lokalnym rynku pracy niewiele jest ofert w tej branży. Sposobem na „nowe życie” stało się dla nich założenie spółdzielni socjalnej „Alexis”, która świadczy usługi krawieckie. Pomogli im w tym pracownicy PUP. – Przede wszystkim każda z pań dostała dotację wynoszącą czterokrotność średniej pensji, która przysługuje każdej nowo zakładanej spółdzielni socjalnej. Zapewniliśmy im również refundację składek ZUS-owskich. Popieramy powstawanie podmiotów ekonomii społecznej, dlatego panie mogą liczyć na nasze stałe wsparcie. Gdy jakiś czas temu brały kredyt, wstawiłem się za nimi w banku. Ponadto gdy ostatnio wystosowały prośbę do władz miasta o przeniesienie spółdzielni w miejsce, które jest bardziej przestronne, a więc lepiej przystosowane do warunków produkcji, zwróciłem się do Prezydenta Łomży o życzliwe potraktowanie, szczególnie jeśli chodzi o ustalenie wysokości czynszu – mówi dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy, Mieczysław Bieniek. W tej sprawie za spółdzielcami wstawił się również wicestarosta, co w efekcie sprawiło, że spółdzielnia funkcjonuje obecnie już w innym, dogodniejszym miejscu.
Wsparcie władz i instytucji lokalnych było szczególnie istotne, gdyż pierwszy rok działania spółdzielni wiązał się ze znacznymi wydatkami oraz dużą niepewnością. – Jesteśmy otwarci na współpracę i pomoc osobom, które chcą zakładać spółdzielnie socjalne, bo wiemy, jak bardzo niekorzystna jest obecnie sytuacja na rynku pracy. Oprócz dotacji i refundacji składek ZUS-owskich wspomagamy spółdzielnie stażami i ofertami prac interwencyjnych – podkreśla dyrektor Bieniek.
Projekt „Spółdzielnia socjalna moją szansą na pracę” nie był jedyną inicjatywą zainicjowaną przez starostwo w celu tworzenia etatów w sektorze ekonomii społecznej. Obecnie trwa realizacja kolejnego projektu: „Spółdzielnia socjalna – szansą na lepsze jutro”. Dzięki środkom przeznaczonym na jego realizację w styczniu bieżącego roku w Łomży uruchomiono spółdzielnię socjalną „Netlajt”, w ramach której funkcjonują sklep komputerowy oraz serwis techniczny. W sumie dzięki projektom Starostwa Powiatowego oraz pomocy udzielanej przez inne instytucje w powiecie łomżyńskim powstało aż 9 spółdzielni socjalnych. – Spółdzielnie są u nas już trwałym elementem krajobrazu gospodarczego. Powstało kilka partnerstw na rzecz ekonomii społecznej, pracujemy także nad klastrem podmiotów tego sektora. Ekonomię społeczną w naszym powiecie tworzą ludzie, którzy angażują się w nietypowe przedsięwzięcia, przecierają nowe szlaki i wyszukują nisze dla swoich działań. To ciężka praca, pełna wzlotów i upadków, ale wysiłków zakończonych sukcesem jest całkiem sporo – podsumowuje Kozicki.
Starostwo przeznacza również duże środki finansowe z funduszy unijnych na inne działania w celu poprawy sytuacji bezrobotnych. Organizowane są dla nich m.in. szkolenia przygotowujące do zawodów, które akurat są pożądane przez lokalne firmy, np. księgowego, kierowcy kat. C, operatora koparko-ładowarki itp. I choć Krzysztof Kozicki nie jest już starostą, to bakcyl ekonomii społecznej został w Łomży zaszczepiony na stałe.
Ekonomia solidarna z Czarnkowa
Kolejnym przykładem prowadzenia aktywnej polityki walki z bezrobociem jest gmina Czarnków w woj. wielkopolskim. Duża w tym zasługa Bolesława Chwarścianka, który pełni funkcję wójta od 1999 r. – Funkcjonujemy bardzo dobrze w ramach szerokiego porozumienia, tzw. Partnerstwa Ekonomii Społecznej Ziemi Czarnkowskiej, które łączy działania wójta, starostwa powiatowego, Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej oraz wielu innych instytucji, stowarzyszeń i spółdzielni socjalnych zainteresowanych pomaganiem osobom bezrobotnym. Partnerstwo zostało założone w 2009 r. Choć użyłem sformułowania „ekonomia społeczna”, to my jednak wolimy określenie „ekonomia solidarna”, czyli taka, która jest solidarna z ludźmi, ze społeczeństwem – tłumaczy Chwarścianek.
Zaczęło się od tego, że kilka lat temu władze gminy zdecydowały się na stworzenie Centrum Integracji Społecznej i Praktyk Kulturalnych. – W założeniu jest to projekt skierowany do osób długotrwale bezrobotnych. Praca z takimi osobami to spore wyzwanie, bo trudno jest przywrócić je na rynek pracy – przedsiębiorcy niechętnie je zatrudniają. W ramach CIS-u bezrobotni mogą bezpłatnie uczyć się zawodu poprzez korzystanie z warsztatów i kursów specjalistycznych (np. gastronomicznych lub zieleniarskich). Istnieje również możliwość zasięgnięcia porady profesjonalnego doradcy zawodowego. Ważną funkcją tej instytucji jest to, że ludzie bez pracy mogą się integrować, przebywać ze sobą, rozmawiać i nie zostają ze swoimi problemami sami. Do CIS-u można należeć przez rok – przez ten czas jego uczestnikom przysługują świadczenia integracyjne – mówi Chwarścianek. Centrum pomogło już wielu bezrobotnym, którzy dzięki wsparciu po jakimś czasie znaleźli zatrudnienie.
To jednak nie jedyne pomysły wójta na zmniejszenie bezrobocia. Gmina zasłynęła z wykorzystania klauzuli społecznych w przetargach. Choć zapis o klauzulach społecznych w prawie zamówień publicznych, który preferuje przedsiębiorstwa społeczne zatrudniające osoby wykluczone oraz niepełnosprawne, istnieje już od 2009 r., to nie jest on zbyt często wykorzystywany przez samorządy. Gmina Czarnków może natomiast w tym zakresie stanowić wzór do naśladowania. – Klauzule są świetnym sposobem na ograniczenie bezrobocia w regionach szczególnie nim zagrożonych. Stosujemy je w przypadku zamówień na drobne usługi. Z klauzul korzystają spółdzielnie socjalne z naszej gminy. Przykładem jest tutaj spółdzielnia „Słoneczko”, zajmująca się sprzątaniem mieszkań oraz świadczeniem usług opiekuńczych. Wygrała ona jeden z przetargów, który ogłosiła gmina. Bez klauzul społecznych nie byłoby to możliwe. W przetargach bardzo często zwycięża również Centrum Integracji Społecznej, które później zleca prace swoim podopiecznym – opowiada wójt.
Wspieranie spółdzielczości jest kolejną inicjatywą, której podejmują się władze Czarnkowa. Na terenie gminy od dwóch lat dobrze prosperuje wspomniana spółdzielnia socjalna „Słoneczko”. Ponad rok temu powstała też spółdzielnia socjalna „Jodełka” w Paliszewie, której członkowie zajmują się pracami leśnymi, pielęgnacją zieleni oraz usługami porządkowymi. – Osoby, które zdecydowały się na założenie spółdzielni, mogły liczyć na naszą pomoc i nie ograniczała się ona tylko do przyznawania dotacji przez Powiatowy Urząd Pracy. Organizowaliśmy m.in. warsztaty, podczas których świeżo upieczeni spółdzielcy uczyli się, jak sprawnie zarządzać przedsiębiorstwami społecznymi. Poza tym doszliśmy do porozumienia z Nadleśnictwem Sarbia, które gwarantuje spółdzielni „Jodełka” stałe zlecenia, co niewątpliwie wpływa bardzo pozytywnie na funkcjonowanie tego przedsiębiorstwa. Przekonanie nadleśniczego nie było łatwe, ale na szczęście rozmowy przyniosły oczekiwany efekt. Wiedzieliśmy, że musimy pomóc tym ludziom, bo sami mogą sobie nie poradzić w pierwszym, trudnym okresie działalności – opowiada Chwarścianek. Wsparcie ze strony władz dotyczy nie tylko kwestii finansowych czy szkoleniowych. – W ramach Partnerstwa Ekonomii Społecznej wciąż opiekujemy się tymi spółdzielniami. Na przykład staramy się łagodzić konflikty, które niekiedy narastają ze względu na różne temperamenty pracowników – wyjaśnia wójt Czarnkowa.
Pilzno i Wodzisław walczą z bezrobociem
Na pomysł stworzenia Centrum Integracji Społecznej wpadły również władze Pilzna. Gmina znajduje się w woj. podkarpackim, które zajmuje wysokie miejsca w statystykach bezrobocia, a jednocześnie plasuje się na ostatnich pozycjach rankingów dotyczących wysokości zarobków. Ta sytuacja zmusza powiatowe i gminne samorządy do sporej kreatywności w zakresie troski o osoby wykluczone. W Pilźnie idea powołania CIS zrodziła się przy okazji spotkania z przedstawicielami Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, w którym uczestniczyli reprezentanci gminy. – Tam właśnie dowiedzieliśmy się o możliwości powstania w Pilźnie Centrum Integracji Społecznej. W spotkaniach uczestniczyli kierownicy działających już CIS-ów z wielu województw. „Zarażeni” pomysłem, zostaliśmy zaproszeni do udziału w wizycie studyjnej w Byczynie i Strzelcach Opolskich, gdzie istnieją zarówno Centra, jak i spółdzielnie socjalne. Właśnie po tych wizytach uznaliśmy, że tę ideę warto zaszczepić na naszym gruncie – opowiada Justyna Dziedzic z referatu administracyjno-organizacyjnego w Urzędzie Miejskim w Pilźnie. Pomysł wspierała burmistrz miasta, Ewa Gołębiowska.
Choć na wniosek gminy wojewoda przyznała Centrum Integracji Społecznej odpowiedni status, na uroczyste otwarcie trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. – Planowaliśmy inaugurację na 1 lutego 2013 r., ale na początek potrzebujemy znacznej dotacji finansowej, którą może nam przyznać tylko Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego. Środki te planujemy wydać na remont budynku przeznaczonego na działalność Centrum oraz zakup odpowiedniego wyposażenia. Już niedługo Urząd Marszałkowski będzie organizował konkurs dla gmin, które mają utworzyć Centra na swoim terenie. Oczywiście mamy zamiar w nim wystartować i te środki zdobyć. Gdyby jednak teraz się nie udało, będziemy próbować do skutku, bo jesteśmy bardzo zdeterminowani w dążeniu do naszego celu – przekonuje pani Dziedzic.
Jak zakładają władze gminy, w pilźnieńskiej instytucji zatrudnienie mogłoby znaleźć ok. 20 osób, które teraz korzystają ze wsparcia Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. W CIS osoby te pod okiem instruktora uczestniczyłyby w warsztatach podnoszących ich kwalifikacje. Jednocześnie wykonywałyby prace zlecone przez gminę lub inne instytucje czy firmy. – W naszym centrum planujemy trzy warsztaty. Zajmowałyby się one utrzymaniem zieleni, sprzątaniem stadionu, prowadzeniem szaletów miejskich. CIS świadczyłby też w pewnym zakresie usługi opiekuńcze, tzn. osobom wymagającym opieki sprzątałby mieszkanie czy robił zakupy – wyjaśnia Gołębiowska.
Na stworzenie instytucji, w której pracują osoby wykluczone z rynku pracy zdecydowano się także w powiecie wodzisławskim w woj. śląskim. Od 2008 r. funkcjonuje tam Zakład Aktywności Zawodowej. – Zgodnie z przepisami w Zakładzie zatrudnienie mogą znaleźć osoby ze znacznym lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, u których stwierdzono autyzm, upośledzenie umysłowe lub chorobę psychiczną (dotyczy osób z umiarkowanym stopniem). Obecnie pracuje tam 20 osób niepełnosprawnych oraz 7 osób pełnosprawnych. Zakład świadczy usługi pralnicze i pokrewne, np. magiel – opisuje Wojciech Raczkowski, rzecznik prasowy Starostwa Powiatowego w Wodzisławiu Śląskim. Warte podkreślenia jest to, że klienci są bardzo zadowoleni z jakości usług świadczonych przez Zakład. Dzięki temu liczba zleceń stale wzrasta.
Zainspirowało to władze Wodzisławia do poszerzenia oferty tej jednostki i tym samym zwiększenia liczby miejsc pracy. – Pod koniec 2012 r. władze powiatu wodzisławskiego opracowały i skierowały do Zarządu Województwa Śląskiego wniosek o rozbudowę Zakładu poprzez adaptację istniejącego w sąsiedztwie jego siedziby budynku na potrzeby pralni chemicznej. Koszt tej inwestycji oszacowano wstępnie na ok. 740 tys. zł. Dzięki niej szansę na zatrudnienie może mieć kolejne 10 osób niepełnosprawnych oraz 3 pełnosprawne. Pod koniec kwietnia Zarząd Województwa Śląskiego podjął pozytywną decyzję w sprawie dofinansowania Zakładu. Właśnie bierzemy się do dzieła, podpisujemy umowy z nowymi pracownikami – mówi Raczkowski.
Nysa wzorem dla innych
O innowacyjnych projektach władz Nysy dla bezrobotnych już od kilku lat rozpisują się zarówno lokalne, jak i ogólnopolskie media. Pracownicy Powiatowego Urzędu Pracy wpadli na pomysł pozwalający zmniejszyć bezrobocie, a jednocześnie rozwiązać problem deficytu mieszkań, na których budowę wciąż brakowało środków finansowych. Bezrobotni mieli wybudować blok mieszkalny. – Projekt „Budowa domów poprzez system szkoleń osób bezrobotnych” został zainicjowany w okresie, w którym rynek pracy w powiecie nyskim cierpiał na niską liczbę wykwalifikowanych pracowników budowlanych. Pomysł zrodził się z analizy systemu szkoleń realizowanych przez Powiatowy Urząd Pracy. Pomimo przeprowadzania wielu rodzajów kursów budowlanych trudno było dostrzec ich konkretny efekt. Podjęcie inicjatywy budowy prawdziwego domu, poprzedzonej szkoleniami, wydawało się optymalnym pomysłem na stworzenie efektywnych i odpowiedzialnych społecznie programów szkoleniowych. Ponadto przeprowadzone rozpoznanie wśród pracodawców z branży budowlanej wskazywało, iż będą oni zainteresowani zatrudnieniem absolwentów takich kursów w swoich firmach – opowiada Kordian Kolbiarz, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Nysie i jeden z pomysłodawców projektu.
Zainteresowanie udziałem w przedsięwzięciu wyraził wójt gminy Paczków. Dokonano ścisłego podziału obowiązków. – Gmina Paczków przygotowała nieruchomość pod względem formalno-prawnym, dokumentację techniczną oraz pozwolenia budowlane. Zabezpieczyła też część materiałów budowlanych. Zapewnienie maszyn, urządzeń, kadry nadzorującej budowę, w tym kierownika budowy, wykładowców i instruktorów, należało do Powiatowego Urzędu Pracy. W tym celu zorganizowaliśmy szereg szkoleń obejmujących 176 osób, które były przyuczane m.in. do zawodu tynkarza, murarza, betoniarza, elektryka czy specjalisty od wykończenia wnętrz. Szkoleniami zajmowało się Centrum Kształcenia Praktycznego w Nysie – wspomina Kolbiarz. W listopadzie 2008 r. oddano do użytku dwupiętrowy blok z 12 mieszkaniami, który obecnie służy za lokum dla kilkunastu rodzin oczekujących na przyznanie mieszkania socjalnego. Są to głównie samotne matki. Część budowlańców, którzy pracowali przy budowie bloku, znalazła zatrudnienie w firmach, jeszcze inni zdecydowali się na założenie działalności gospodarczej. W 2009 r. projekt zdobył „Europejską Nagrodę Przedsiębiorczości”.
Instytucje odpowiedzialne za zmniejszanie bezrobocia w Nysie i władze miasta nie osiadły na laurach. „Praca za naukę” – tak nazywa się najnowsza inicjatywa, współtworzona przez Powiatowy Urząd Pracy, Starostwo Powiatowe oraz Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Nysie. Celem projektu jest nabycie przez osoby bezrobotne kwalifikacji zawodowych w ramach studiów zaocznych na nyskiej uczelni. W pierwszej kolejności program obejmie 50 osób bezrobotnych mających wykształcenie średnie. Naukę rozpoczną w nowym roku akademickim na kierunku zdrowie publiczne ze specjalnością aktywizacja osób starszych. To nie jedyna korzyść wynikająca z uczestnictwa w programie. Studenci otrzymają bowiem na samym początku… pracę. – W trakcie każdego z trzech lat studiów każdej osobie będzie przysługiwało prawo do 6-miesięcznej pracy w jednostkach sektora pomocy i opieki społecznej. Zatrudnienie będzie finansowane w ramach robót publicznych. Podczas całego okresu nauki osoba bezrobotna przepracuje zatem co najmniej 18 miesięcy. Warunkiem skierowania do pracy będzie wywiązywanie się z obowiązków studenta (zaliczone egzaminy itp.). Przez całe studia osoba bezrobotna zarobi około 25 000 zł, co z pewnością umożliwi opłacenie czesnego, które w sumie wyniesie 10 000 zł. Resztę pieniędzy będzie mogła wydać wedle własnego uznania – wyjaśnia Kordian Kolbiarz. Po skończeniu studiów otrzymają oni tytuł licencjata, nauczą się jednego z trzech języków: angielskiego, czeskiego lub niemieckiego, a przede wszystkim – zawodu, który da im szansę na znalezienie pracy, ponieważ tego rodzaju specjaliści są i będą poszukiwani ze względu na proces starzenia się społeczeństwa. W przyszłości uczelnia planuje uruchomić również inne specjalności, a środki na to przedsięwzięcie będą pozyskiwane z programów unijnych.
Dzięki takim inicjatywom Nysa zdecydowanie wyróżnia się na tle innych samorządów. Od kilku lat miasto jawi się jako wyjątkowo przyjazne dla bezrobotnych. Warto czerpać z niego wzorce, a także inspirować się pomysłami innych gmin, które również realizują politykę zgodną z potrzebami społeczności lokalnych.
przez Przemysław Wewiór | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
W obliczu gospodarczej katastrofy i drakońskiej polityki finansowej mieszkańcy Europy Południowej oddolnie tworzą zręby alternatywnej ekonomii. Choć rządzi się ona zasadami wolnego rynku, to jednak nie zna długów, spekulacji finansowych i derywatów, które doprowadziły do ostatniego kryzysu.
Klasie średniej udział w tym eksperymencie dał z powrotem dostęp do dóbr i usług, które po 2007 r. były dla niej nieosiągalne. Dla bezrobotnych i ubogich stał się sposobem na samodzielne zapewnienie środków niezbędnych do przeżycia. Jeszcze inni kreślą dalekosiężne plany i widzą w alternatywnej ekonomii szansę na utworzenie egalitarnego społeczeństwa, lokalnych wspólnot złączonych silnymi więzami, a także gospodarki, która służy mieszkańcom regionu i chroni ich przed niekontrolowanym przepływem pieniędzy, prowadzącym do kryzysów ekonomicznych. W Europie Południowej powstały setki regionalnych walut, banków czasu czy LETS-ów (Local Exchange Trading System – Lokalny System Wymiany Handlowej). Są to zrzeszenia, które zastępują fizyczne pieniądze – punktami.
W Hiszpanii działa obecnie ponad 300 takich inicjatyw i biorą w nich udział dziesiątki tysięcy ludzi, zarówno przedstawiciele klasy niższej, jak i średniej. Nowe zrzeszenia wyłaniają się każdego tygodnia. W samej Barcelonie funkcjonuje ok. 100 banków czasu, które pod względem organizacyjnym niczym nie ustępują bankom komercyjnym – podlegają nawet audytom. Największy z nich zrzesza 3 tys. osób. W Maladze sporą popularnością cieszy się internetowa platforma operująca alternatywną wirtualną walutą. Dzięki niej 470 osób prowadzi wymianę gospodarczą – są to głównie 20- i 30-latkowie, wśród których bezrobocie jest wyjątkowe wysokie. W mieście Villanueva y Geltrú w Katalonii krąży natomiast społeczna waluta, nazywana turutas. Płatność nią akceptują nie tylko prywatne osoby, ale także liczne sklepy z elektroniką, delikatesy i piekarnie.
Grecy, którzy utracili w czasie kryzysu 40 proc. swoich dochodów, również rozwijają alternatywną ekonomię, m.in. na przedmieściach Aten, w Patras, na wyspie Korfu i w Katerinii. Znanym przyczółkiem nowej gospodarki jest Volos, miasto słynące niegdyś z tytoniu, ciężkiego przemysłu i portu, który łączył Grecję i Bliski Wschód. Dzisiaj bezrobocie sięga tam 26 proc. Od 2010 r. mieszkańcy płacą tu za produkty i usługi na zasadzie barteru wielostronnego, posługując się walutą zwaną tem. Transakcje dokonywane przez 1300 członków systemu wymiany są rejestrowane w komputerowej bazie. Znaczenie takich inicjatyw zostało dostrzeżone nawet przez grecki rząd, który w zeszłym roku wprowadził prawo ułatwiające rozwój alternatywnej ekonomii. Podobne przepisy już od dekady istnieją we Włoszech – w oparciu o nie działa w kraju ponad 300 banków czasu.
Podstawowym zadaniem wszystkich tych przedsięwzięć jest przywrócenie lokalnym społecznościom wpływu na własne życie przez podporządkowanie ekonomii potrzebom mieszkańców. W sytuacji, gdy z krajowej gospodarki odpływają pieniądze, dzięki którym ludzie mogą wymieniać się dobrami i usługami, alternatywna ekonomia daje im nowe środki płatnicze. W zasadzie – jak podkreśla wielu aktywistów i badaczy – powinno się mówić nie o „alternatywnej”, lecz o „komplementarnej” ekonomii. Powstające inicjatywy mają bowiem działać równolegle do oficjalnego systemu monetarnego i uzupełniać niedobór pieniędzy, który pojawia się w czasach kryzysu. Dzięki temu mieszkańcy mogą ponownie wziąć odpowiedzialność za własny los, nie czekając na pomoc państw, która – owszem – nadciąga, ale najpierw do bankierów.
Alternatywna ekonomia daje ludziom poczucie sprawczości również dzięki temu, że wprowadza niekapitalistyczne reguły ekonomiczne na lokalnym szczeblu. Regionalne systemy są projektowane w taki sposób, aby środków wymiany płatniczej nie można było ani wydrenować, ani kapitalizować – mają one służyć wyłącznie wymianie. Lokalne społeczności prowadzące liczne i silne alternatywne systemy nie muszą obawiać się zmniejszenia płynności i prędkości przepływu gotówki, co w dalszej konsekwencji prowadziłoby do spadku wewnętrznego popytu i pogłębienia się kryzysu. To dzięki tej cesze alternatywna ekonomia działa niczym smar, który umożliwia gospodarce działanie, gdy jej mechanizmy zaczynają się zacinać. Jednocześnie mieszkańcy mogą być pewni, że ich własna praca wzbogaci społeczność, w której żyją, zamiast zasilać konta nowojorskiej i londyńskiej finansjery. Pieniądze zostają w rękach społeczności i służą do wzmocnienia lokalnej gospodarki, która staje się bardziej samowystarczalna, a przez to odporniejsza na zawirowania globalnej ekonomii.
Pozytywny wpływ alternatywnej ekonomii na pogrążone w recesji gospodarki zaczyna być powoli dostrzegany. Rządy krajów południa Europy wprowadzają nowe ustawy ułatwiające zakładanie kolejnych zrzeszeń, a w prasie pojawiają się dyskusje, czy alternatywna ekonomia jest sposobem na uratowanie Grecji przed bankructwem. Znany cypryjski pisarz Michael Paraskos argumentował, że rozwój nowych systemów może stanowić „trzecią drogę” wyjścia z greckiego kryzysu. Z jednej strony takie rozwiązanie nie stwarzałoby żadnych zagrożeń dla projektu europejskiej unii walutowej, a z drugiej – poprawiło położenie zwykłych mieszkańców kraju. Te nadzieje mają podstawę nie tylko w teorii, ale także w historii, sięgając czasów wielkiego kryzysu z przełomu lat 20. i 30. ubiegłego stulecia.
Uwolnij swoje pieniądze
Historia alternatywnej ekonomii zaczyna się 5 lipca 1932 r. w Wörgl, niewielkim austriackim miasteczku w górach Tyrolu (obecnie Bawaria w Niemczech). Związana jest z nazwiskiem Michaela Unterguggenbergera, ówczesnego burmistrza i twórcy „cudu w Wörgl”, jak okrzyknęli jego osiągnięcia współcześni. Szybko rozwijające się w pierwszych dekadach XX w. miasto popadło w głęboką recesję w 1929 r. Gdy w 1931 r. Unterguggenberger został burmistrzem, w czteroipółtysięcznym mieście żyło ok. 1,5 tys. bezrobotnych, a 200 rodzin było zupełnie pozbawionych środków do życia. Jeszcze jako radny Unterguggenberger planował przeprowadzić w mieście inwestycje infrastrukturalne, m.in. zapewnić wszystkim mieszkańcom dostęp do bieżącej wody i wybrukować ponownie ulice. Kiedy objął urząd, w skarbcu miasta znajdowało się zaledwie 40 tys. szylingów – zdecydowanie za mało, by zrealizować plany. Burmistrz tymczasowo porzucił swoje zamiary, a za miejski budżet wydrukował freigeld – „wolne pieniądze”, które miały uzupełnić niedobór oficjalnej waluty w lokalnej gospodarce. Pierwszą transzą nowych banknotów, odpowiadającą wartości 1800 szylingów, wynagrodzono miejskich urzędników. Od tej pory połowę swojej wypłaty odbierali w alternatywnej walucie; później aż 75 proc. W całości freigeldami pokrywano koszty prac publicznych. Łącznie wypuszczono 32 tys. freigeldów.
Nowa waluta przypominała wyglądem raczej bony niż tradycyjne banknoty. Na każdym bonie znajdowały się wolne miejsca, na które można było przyklejać znaczki – również emitowane przez miasto – zapobiegające dewaluacji pieniądza. Freigeld był bowiem tak zaprojektowany, aby każdego miesiąca tracił 1% wartości. Żeby przywrócić pierwotną wartość bonu, należało wykupić znaczki odpowiadające liczbie miesięcy, w których pieniądz znajdował się w obrocie. To rozwiązanie miało skłonić mieszkańców do szybkiego wydawania zarobionych pieniędzy, natomiast zyski ze sprzedaży znaczków przeznaczano na pomoc socjalną. Dzięki planowanej dewaluacji pieniądza freigeld zaczął krążyć w lokalnej gospodarce 14 razy szybciej niż szyling, a większość pierwszej transzy weszła do drugiego obiegu w ciągu zaledwie doby, zwracając w podatkach koszt emisji. Trzeciego dnia eksperymentu podejrzewano, że bony zostały sfałszowane, gdyż szacowano, iż po tym krótkim okresie czasu przyniosły miastu zysk 5100 szylingów w postaci podatków, które miały zostać uiszczone przez mieszkańców.
W ciągu pierwszych miesięcy eksperymentu za freigeld opłacono roboty publiczne warte 100 tys. szylingów, a wpływy z zaległych podatków wzrosły ośmiokrotnie; co ciekawe, wielu mieszkańców płaciło swoje należności z wyprzedzeniem, by uniknąć dewaluacji. Miastu udało się przeprowadzić wszystkie inwestycje planowane przez Unterguggenbergera, a nawet zrealizować kolejne projekty, jak budowa nowych domów, skoczni narciarskiej i mostu (na którym dumnie widniał napis „Zbudowany za wolne pieniądze”) czy zalesienie terenów wokół miasta. Co najważniejsze, szybki przepływ gotówki zlikwidował problem bezrobocia. Już na początku eksperymentu bezrobocie w mieście spadło z 30 do 14%, by później niemal zniknąć.
Wiadomość o sukcesie mieszkańców Wörgl obiegła świat. Jeszcze w czasie trwania projektu system walutowy skopiowało sześć okolicznych wsi i jedno miasto. W czerwcu 1933 r. Unterguggenberger spotkał się z przedstawicielami kolejnych 170 miast i wsi. Łącznie w samej Austrii ponad 200 miejscowości było zainteresowanych wdrożeniem alternatywnych walut. Znany jest także przypadek niemieckiego miasta Schwanenkirchen, które z dużym sukcesem wprowadziło lokalną walutę. Do miasteczka zaczęli ściągać ekonomiści i politycy z innych krajów. Przybył tu np. francuski minister finansów, a amerykański rząd powołał specjalną komisję do badania „cudu w Wörgl”; wyniki posłużyły do wprowadzenia lokalnych walut w kilkunastu miejscowościach. Niestety wieść o freigeld nie ominęła Austriackiego Banku Centralnego, który w obawie przed utratą monopolu emisyjnego zaskarżył inicjatywę. Sąd Najwyższy przychylił się do oskarżeń i po 13 miesiącach waluta została zdelegalizowana. Miasto ponownie pogrążyło się w recesji, a stopa bezrobocia wróciła do poziomu sprzed ekonomicznego eksperymentu.
Unterguggenbergera do zaprojektowania lokalnej waluty zainspirowała teoria tzw. wolnej ekonomii, autorstwa Silvio Gesella, niemieckiego ekonomisty z początków XX w. Próbował on dać odpowiedź na pytanie, jak przywrócić pieniądzom walor środka wymiany gospodarczej, a zarazem ukrócić takie zjawiska jak lichwa, spekulacje i tezauryzacja waluty, które zakłócają przepływ gotówki. Problemy i kryzysy ekonomiczne miały, zdaniem Gesella, źródło w systemie monetarnym: jeśli pozwolimy, aby pieniądze stały się środkiem oszczędzania lub przedmiotem inwestycji, to drugą stroną tego zjawiska będzie odpływ waluty z gospodarki, która zacznie cierpieć na niedobór środków wymiany. Odpływ pieniędzy i ich kumulacja w rękach niewielkiej grupy elit finansowych prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której ludzie nie mogą się wymienić dobrami i usługami, choć nadal istnieje na nie popyt oraz są osoby zdolne zapewnić podaż. Zjawisko to – znane jako deflacja – ma tendencję do pogłębiania się: im mniej ludzie mają, tym mniej skłonni są wydawać, co sprawia, że gospodarka pogrąża się w coraz cięższym kryzysie.
Aby zapobiec konsekwencjom tezauryzacji pieniądza, Gesell zaprojektował system gospodarczy zwany wolną ekonomią. Składają się na niego trzy elementy: 1) wolny handel regulowany przez prawa popytu i podaży; 2) tzw. uwolnienie ziemi, czyli zakaz używania działek jako lokaty oszczędnościowej lub przedmiotu spekulacji; 3) wolny pieniądz, czyli waluta, która jest środkiem wymiany ekonomicznej, a nie gromadzenia kapitału. Trzeci składnik to właśnie samodewaluujące się bony, których przykładem są freigeldy. Gesell uważał za pozbawione racjonalnych podstaw oczekiwania kapitalistów, że gromadzony przez nich pieniądz nie utraci swojej wartości, ale ją zwiększy w wyniku oprocentowania dodatniego. Waluta – podobnie jak inne dobra – powinna się z czasem zużywać.
W systemie monetarnym Gesella odzyskanie pierwotnej wartości pieniędzy wymaga od właściciela zainwestowania środków i wiąże się z kosztami, tak samo jak np. renowacja budynku. Stąd doktryna wolnej ekonomii jest czasem nazywana „ekonomią w porządku naturalnym”. Ujemne oprocentowanie pieniądza, które działa tu jak swoista opłata postojowa, nie tylko nakręca popyt, ale także chroni mniejszych przedsiębiorców i ludzi pracy przed działaniami monopolistów i finansjery. W systemie kapitalistycznym pieniądze wyjęte spod praw natury dają osobom, które je posiadają, przewagę nad wytwórcami, dysponującymi towarem o określonej dacie przydatności. Walutę znacznie łatwiej upłynnić niż dobra i usługi, dlatego monopoliści mogą szantażować producentów. Ujemne oprocentowanie odwraca tę relację sił: na wolnym rynku bez kapitalizmu rządzi nie ten, kto posiada 1000 zł, ale ta osoba, która ma dziesięciu nabywców gotowych wydać na jej towar po 100 zł. Ludzie zaspokajający potrzeby innych wracają na należną im pozycję w społecznej hierarchii.
Wśród współczesnych alternatywnych walut najsłynniejszy jest chiemgauer, wyemitowany po raz pierwszy w 2003 r. w Prien am Chiemsee w Bawarii. Jego nazwa pochodzi od regionu w okolicach jeziora Chiemsee. Pomysłodawcą był Christian Gelleri, nauczyciel ekonomii, który aby wyjaśnić swoim 16-letnim uczniom, jak działają systemy monetarne, zaprojektował jeden z nich. Chiemgauer w pierwszym roku istnienia nie spotkał się z zainteresowaniem lokalnej społeczności. Zarejestrowało się 130 użytkowników nowej waluty i akceptowały ją tylko nieliczne sklepy. Łączny obrót w 2003 r. wynosił 75 tys. euro. Jednakże w 2012 r. w projekcie uczestniczyło już ponad 600 przedsiębiorców i 2,5 tys. konsumentów, co zapewniło obrót przekraczający 6 mln euro. Chiemgauer krąży w tej chwili 2,5 razy szybciej niż oficjalna waluta eurostrefy.
Regionalny pieniądz obłożony jest opłatą postojową: co trzy miesiące waluta traci 2% swojej wartości, którą użytkownik może odzyskać, kupując znaczki. Firmy rejestrujące się w systemie monetarnym muszą zapłacić 100 euro, a później wnosić miesięczną opłatę od 5 do 10 euro w zależności od obrotów, jakie uzyskały. Jeśli chcą wymienić chiemgauery na oficjalną walutę, muszą wnieść kolejną opłatę w wysokości 5% transakcji. Około 40% opłat idzie na obsługę systemu, a reszta jest przekazywana lokalnym organizacjom pozarządowym. Do organizacji trafia też 3% z każdej transakcji, której dokonują użytkownicy chiemgauerów – konsumenci w momencie zapisów do systemu sami mogą wskazać beneficjentów. Od początku trwania projektu trafiło do nich już ponad 300 tys. euro. Emisją pieniądza i rejestracją zajmują się osobne organizacje i banki. Niektóre z nich, np. Raiffeisenbank, wypuszczają nawet specjalne karty debetowe. Drobni przedsiębiorcy zarejestrowani w systemie mogą liczyć na nieoprocentowane kredyty.
Mimo sporej popularności lokalnej waluty jej obrót odpowiada tylko 0,2% całego PKB w regionie. Gelleri patrzy jednak w przyszłość z nadzieją i uważa, że jest szansa, by za pośrednictwem chiemgauerów przeprowadzano połowę lokalnych transferów. Niezależnie od tego, czy wierzymy w te zapewnienia, należy podkreślić, że Niemcy są w tej chwili krajem, w którym alternatywne waluty rozwijają się najszybciej na świecie. W 2011 r. działało tu 28 lokalnych systemów, które zrzeszały ponad 2,5 tys. przedsiębiorców, i wystartowało 37 kolejnych. Wszystkie inicjatywy są wspierane przez Regiogeld, krajową organizację promującą komplementarne waluty. Peter North – badacz alternatywnych pieniędzy – przyrównuje Niemcy do bioróżnorodnego ekosystemu. Duży zasięg alternatywnej ekonomii będzie dla kraju zabezpieczeniem w przypadku poważnych problemów: ewentualnego upadku wspólnej europejskiej waluty, kolejnych fal recesji czy wyczerpania się zasobów paliw kopalnych. Takiego stopnia stabilności nie mogą zapewnić systemy wzniesione na pieniężnej monokulturze.
Informacje w obiegu
Innymi przykładami alternatywnej ekonomii są systemy oparte nie o fizyczną walutę, lecz o informację. Do nich zaliczyć można m.in. banki czasu i LETS-y. W tym przypadku pierwszym krokiem do utworzenia alternatywnego rynku jest zrzeszenie ludzi, sklepów i firm, które spisują swoje potrzeby i oferty. Na tej podstawie tworzy się wspólną bazę danych, publikowaną zwykle co dwa miesiące. Umożliwia ona kontakt i wymianę między członkami. W ramach LETS-ów płatności dokonuje się za pomocą „fałszywych pieniędzy”: uczestnicy wymiany handlowej wyceniają wartość swoich dóbr i usług za pomocą punktów czy kredytów, a wyniki transakcji zapisują na czekach. Następnie noty są zbierane i sumowane jak w banku, by określić saldo poszczególnych osób. Rozliczenie jest ogólnie dostępne dla wszystkich zarejestrowanych w systemie. Aby uniknąć oszustw, oprócz salda publikuje się również historię przeprowadzonych transakcji. Równolegle aktualizowane są bazy danych o ofertach i zapotrzebowaniu.
W bankach czasu jednostką płatności są natomiast godziny. W przeciwieństwie do LETS-ów przyjmuje się tu często zasadę, że praca każdej osoby posiada tę samą wartość – np. godzina pracy lekarki jest warta tyle samo co ogrodnika. Wiele banków czasu odchodzi jednak od tej zasady i uwalnia ceny. Niezależnie od przyjętego systemu rozliczeń zarówno LETS-y, jak i banki czasu rządzą się prawami podaży i popytu. Podobnie jak w przypadku komplementarnych walut, w systemach operujących informacją nie istnieje możliwość zbierania kapitału, ponieważ bilans wszystkich rozliczeń wynosi zero. Przy każdej transakcji jedna strona zyskuje dokładnie taką samą sumę kredytów lub godzin, jaką traci druga. Pożyczanie środków na procent nie ma sensu, gdyż informacje nie są emitowane przez odrębną instytucję i nigdy nie zabraknie ich w systemie – w każdej chwili można je za darmo powielić. Powszechna dostępność środków finansowych oznacza również, że nikt nie musi pod ekonomicznym przymusem pracować w niekorzystnych warunkach.
Osoby z deficytem są motorem alternatywnej gospodarki. Aby zniechęcić gapowiczów, w systemie można ustanowić dolny limit. We wzorcowych zrzeszeniach decyzje administracyjne podlegają demokratycznej kontroli wszystkich członków. Ludzie zarządzający systemem są wynagradzani w wewnętrznej walucie. Kolejnym problemem jest odprowadzenie podatków. Każdy członek sam jest odpowiedzialny za rozliczenie się z fiskusem, dlatego często zaleca się, by część wynagrodzeń opłacać w oficjalnej walucie. Z tego powodu zwykle przyjmuje się, że wartość kredytów odpowiada narodowej walucie w stosunku 1 : 1. W niektórych krajach ignoruje się obowiązek podatkowy, gdyż alternatywna ekonomia oznacza dla rządów mniejsze wydatki na walkę z biedą. Czasem państwa odbierają daninę, korzystając z usług oferowanych przez LETS-y.
Pierwszy LETS powstał w 1983 r. w Courtney (zachodnie wybrzeże Kanady) i miał stanowić próbę rozwiązania problemu recesji, która dotknęła region – w samym mieście bezrobocie wynosiło 18%. Pomysłodawcą systemu był Michael Linton. Obserwował on zależność między ilością pieniędzy w obiegu a szybkością wymiany handlowej. Pakietem ratunkowym Lintona stały się tzw. zielone dolary. Ponieważ nie były one fizyczną walutą, lecz informacją, stanowiły powszechnie dostępne dobro, ułatwiające wymianę ekonomiczną. Niedługo później Linton zaprojektował pierwszy program informatyczny, który służył do obsługi LETS-u. W 1985 r. alternatywny rynek w Courtney skupiał 500 członków, a łączna wartość wymienionych dóbr i usług wynosiła 300 tys. dolarów. Jednocześnie Linton wraz z Hazel Henderson („zieloną” ekonomistką) zaczęli promować systemy w kolejnych regionach.
W 1987 r. w Kanadzie istniało dwanaście LETS-ów, a kolejnych dziesięć w innych krajach. Połowa systemów z pierwszego pokolenia upadła jeszcze przed końcem lat 80., również pionierski projekt z Courtney, który nie był w stanie pokryć kosztów swojego działania. Przełom lat 80. i 90. to początek następnej ofensywy, która tym razem szybko podbiła serca wielu lokalnych społeczności, głównie poza Ameryką Północną. W 1995 r. było już ok. 500 LETS-ów, w tym po 200 w Wielkiej Brytanii i Australii oraz 70 w Nowej Zelandii. Popularność alternatywnej ekonomii w tych krajach pozostawała w bezpośrednim związku z sytuacją gospodarczą. W Wielkiej Brytanii w latach 1986–1991 działało zaledwie dziesięć systemów, jednak gdy pod koniec 1992 r. dotknął ją kryzys, liczba LETS-ów zaczęła przyrastać w tempie geometrycznym. Podobny scenariusz obserwujemy w Nowej Zelandii, gdzie LETS-y (nazywane tu częściej Green Dollar Exchange lub Exchange and Barter Systems) rozwijały się na dużą skalę po 1987 r., gdy kraj zmagał się z wysokim bezrobociem, efektami krachu na giełdzie i światowej recesji. Popularność LETS-ów była tu tak duża, że powstały nawet czasopisma i programy telewizyjne poświęcone alternatywnej ekonomii.
Innymi czynnikami, które wyraźnie sprzyjają powstawaniu zrzeszeń, są przychylne władze i odpowiednie przepisy podatkowe. Wzorcowa jest tu Australia. Pierwszy LETS powstał tam w 1987 r. Idea spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony silnego ruchu na rzecz regionalnej samowystarczalności. Państwo zainteresowało się alternatywną ekonomią na początku lat 90. Początkowo reakcja władzy była nieprzychylna, a systemami zajął się fiskus. Jednak w kolejnych latach wprowadzono korzystne dla LETS-ów zmiany w prawie podatkowym, a nawet przeznaczono osobne środki na wspomaganie nowych inicjatyw. Dzięki temu Australia jest do dziś w czołówce krajów z rozwiniętą alternatywną ekonomią.
Na świecie funkcjonuje obecnie od 1,5 do 2,7 tys. alternatywnych systemów handlowych różnego typu. Liczby te należy jednak traktować jako szacunkowe, gdyż rynki nieustannie wyłaniają się i zanikają. Zwykle osiągają one wielkość kilkudziesięciu lub kilkuset uczestników. Do rzadkości należą systemy zrzeszające więcej niż 500 osób. Magiczną liczbę 1000 uczestników przekroczyło do tej pory zaledwie kilka z nich. Warto również nadmienić, że powstają organizacje, które pozwalają prowadzić wymianę handlową między poszczególnymi systemami. Do takich należą m.in. krajowe platformy w Australii (Australian Exchange Groups – Australijskie Grupy Wymiany; Timebanking Australia – Bank Czasu Australia) czy międzynarodowa inicjatywa Community Exchange System (Społeczny System Wymiany).
Na osobne omówienie zasługuje barter wielostronny w Argentynie, gdyż stanowi on dobry przykład tego, jak systemy wzorowane na LETS-ach mogą przygotować społeczność na kryzys i pozwolić – dosłownie – przeżyć ekonomiczny krach. W 1995 r. w Buenos Aires powstał zalążek sieci RGT (Red Global de Trueque – Globalna Sieć Barteru), założonej przez członków ekologicznej organizacji Programma de Autosuficiencia Regional (Program na rzecz Regionalnej Niezależności). Inicjatywa była odpowiedzią na restrykcyjną politykę fiskalną rządów prezydenta Carlosa Menema, która przyczyniła się do zwiększenia obszarów biedy. Sieć wzorowano na wprowadzonym w północnej części stanu Nowy Jork systemie Ithaca Hours – jednym z największych LETS-ów na świecie, który skupiał wówczas ok. 4 tys. przedsiębiorców i jeszcze większą liczbę zwykłych uczestników.
RGT na początku istnienia była typowym LETS-em, korzystającym z bazy komputerowej, w której rejestrowano transakcje. Inicjatorzy zaczęli jednak eksperymentować z innymi nośnikami wartości, by na końcu przekonać się do not (kuponów) kredytowych, pozwalających na prowadzenie barteru wielostronnego, również poza lokalną społecznością. Tę swoistą walutę nazywano creditos lub arbolitos. Sieć była utworzona z małych, nowo powstałych ryneczków-klubów (nodów), działających m.in. w salach kościelnych, opuszczonych fabrykach, na boiskach czy parkingach, gdzie ludzie spotykali się, aby wymienić punkty. Metoda handlu, którą na początku posługiwało się zaledwie 30 osób, w pierwszych latach XXI w. zyskała akceptację miliona Argentyńczyków, a połowa regularnie brała udział w spotkaniach ponad 4 tys. klubów barterowych w całym kraju. Największy z nich, w okolicach Mendozy, miał skupiać nawet 36 tys. obywateli.
Na targowiskach za punkty można było kupić wszystkie dobra i usługi potrzebne w normalnym życiu: pieczywo, owoce i warzywa, ubrania i kosmetyki, znaleźć fryzjera lub manikiurzystów, a nawet wykupić ubezpieczenie czy usługi lekarskie. Zwykle targi odbywały się raz w tygodniu i trwały kilka godzin. Do niektórych klubów dopuszczani byli tylko okoliczni mieszkańcy, inne były otwarte na obcych i akceptowały jednostki płatnicze, których same nie emitowały. Argentyńczycy chętnie korzystali z dostępu do różnych rynków i często podróżowali między miastami, aby nabyć to, czego potrzebowali. Mimo rozwoju bardzo licznych systemów rozliczania najpopularniejszą walutą pozostał arbolitos emitowany przez PAR. Sieć, która objęła cały kraj, nie była jednak administrowana przez żadną ponadlokalną organizację.
Dla wielu Argentyńczyków alternatywna ekonomia stała się jedynym dostępnym rynkiem, gdy w 2001 r. kryzys osiągnął apogeum – prywatne konta bankowe zostały zamrożone. To w tym czasie sieć przyciągnęła największą liczbę konsumentów i drobnych producentów. Wśród nich była rosnąca rzesza tzw. nowych biednych – przedstawicieli klasy średniej, którzy utracili pracę wskutek kryzysu. Jak argumentował PAR, to właśnie ponadlokalny charakter inicjatywy, otwartość na nowych uczestników, niewielki nadzór i pragmatyczny stosunek do handlu pozwoliły stworzyć podaż zaspokajającą potrzeby obywateli, którzy wypadli poza system dominującej gospodarki. Kierunek, w jakim rozwinęło się przedsięwzięcie, spotykał się jednak również z krytyką, m.in. ze strony RTS-u (The Red de Trueque Solidario – Solidarne Sieci Barteru). Przedstawiciele organizacji twierdzili, że nadmierna emisja arbolitos prowadzi do inflacji, a słaby nadzór rodzi nadużycia. Dlatego domagali się przywrócenia inicjatywie bardziej regionalnego charakteru oraz wprowadzenia jasnych procedur decyzyjnych. Sieć miałaby bazować wyłącznie na lokalnych systemach wymiany, nowe grupy dołączałyby wyłącznie za zgodą pozostałych, a uczestnicy oddelegowani na comiesięczne krajowe spotkania podejmowaliby decyzje o kształcie dalszej współpracy. Postulowano także wprowadzenie demokratycznego nadzoru na poziomie poszczególnych klubów, łącznie z programem edukacyjnym dla nowych członków. Akceptacja etosu lokalnych grup byłaby warunkiem niezbędnym udziału w targowiskach. RTS chciał upowszechnić postawę prosumenta – członka klubu, który jest jednocześnie konsumentem i mikroprzedsiębiorcą.
Grupy kierujące się zasadami RTS-u stanowiły tylko niewielką część całej sieci, ale już w 2002 r. okazało się, że ich postulaty większego nadzoru i transparentności były potrzebne. To, co stanowiło o sile argentyńskiego barteru – zasięg i niska kontrola – okazało się również przyczyną jego upadku. Pogrążeni w ubóstwie Argentyńczycy konkurowali ze sobą bezwzględnie o najlepsze ceny, nie stroniąc nawet od bójek. Nie brakowało wśród nich drobnych spekulantów, którzy czekali na okazję, by sprzedać po zawyżonej cenie tanio kupione dobra. Jeszcze inni fałszowali noty – policja przechwyciła 2 mln podrobionych creditos. Jesienią 2002 r. jedna z największych argentyńskich telewizji wyemitowała materiał, w którym sieć barteru została przedstawiona jako przekręt. Mimo że aktywiści odpierali zarzuty, twierdząc, że program telewizyjny powstał z inspiracji rządu, reputacja przedsięwzięcia została zniszczona. W ciągu jednej nocy od alternatywnej ekonomii odwróciło się w zależności od regionu od 10 do 40% członków. Kryzys zaufania w mniejszym jednak stopniu dotknął grupy, które kierowały się zasadami RTS-u.
Bywa ciężko
Do tej pory zdecydowana większość systemów tworzących alternatywną ekonomię nie była trwała. Zyskiwała ona duże poparcie lokalnych społeczności w czasie kryzysów, szalejącego bezrobocia i gwałtownego spadku dochodów. Wówczas do osób poszukujących odmiennego stylu życia dołączały grupy, które znalazły się na marginesie społeczeństwa. Wiele nowych systemów monetarnych dokonywało jednak swojego żywota, gdy tylko sytuacja gospodarcza regionu się poprawiała lub malał zapał założycieli. Na niewiele zdaje się tu obietnica przemodelowania społeczeństwa, którą składa alternatywna ekonomia. Niektórzy jednak, jak North, mają nadzieję, że inicjatywy rozwijane w Europie Południowej tym razem okażą się trwałe. Swoją wiarę wiążą z Ruchem Oburzonych, który ma stanowić silną podstawę alternatywnej ekonomii. Jeszcze inni spekulują, czy w połączeniu z nowymi środkami komunikacji może ona stać się zarzewiem globalnego ruchu oporu wobec kapitalizmu – czymś na wzór komunistycznej światowej rewolucji. Póki co, alternatywna ekonomia stanowi zaledwie ułamki promili światowej gospodarki i ta sytuacja prędko się nie zmieni. Nawet w tych krajach, gdzie jej systemy mają najdłuższą tradycję, obrotów osiąganych w ramach komplementarnych rynków nie można porównywać z tymi, które generuje kapitalizm. Większość aktywistów z zazdrością patrzy na takie inicjatywy jak Berkshares w Great Barrington w stanie Massachusetts, która osiąga obrót 2 mln dolarów, a przecież w globalnej skali to zaledwie kropla.
O słabości nowych systemów monetarnych decydują różne czynniki. Pierwszą ich grupę wskazaliśmy pośrednio, przedstawiając historię freigeld w Wörgl i barteru w Argentynie. Znaczący udział w upadku tych systemów miały decyzje polityczne. W pierwszym przypadku użyto środków prawnych do zdelegalizowania inicjatywy, która mogła stanowić zagrożenie dla monopolu emisyjnego Austriackiego Banku Centralnego. Przypadek Argentyny stanowi natomiast przykład partyjnej walki, w której strona rządowa i przychylne jej media dyskredytują alternatywną ekonomię. Obie sytuacje pokazują, jakie zagrożenia mogą spotkać systemy, którym uda się rozrosnąć na wielką skalę. Jednak również mniejsze inicjatywy spotykają się z niechęcią. Badania nad LETS-ami w Manchesterze pokazywały, że część lokalnych przedsiębiorców nie chciała współpracować z uczestnikami systemu wymiany, gdyż ci prowadzili styl życia kojarzący się z subkulturami. Z kolei w Argentynie biznesmeni trzymali się z dala od osób zaangażowanych w barter. Niektórzy aktywiści wręcz posądzali liderów reprezentujących sektor małych przedsiębiorstw o próby wywarcia presji na politykach w celu zaostrzenia przepisów regulujących wymianę barterową. Mimo to australijskie doświadczenia, działania niektórych europejskich polityków oraz postawa wielu lokalnych przedsiębiorców pokazują, że alternatywna ekonomia może bez przeszkód funkcjonować jako suplement kapitalistycznej gospodarki i monetarnego systemu państwa.
W tym miejscu dochodzimy do kolejnej istotnej grupy czynników ograniczających alternatywną gospodarkę, które możemy nazwać ekonomicznymi. Większość inicjatyw nie osiąga masy krytycznej, dzięki której miałaby szansę działać efektywnie. Nowo powstałe grupy zrzeszają zwykle kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Sporadycznie przyłączają się do nich przedsiębiorcy. Podaż jest niewielka i zwykle składają się na nią raczej nietypowe usługi, a przecież nie samymi korepetycjami człowiek żyje. Kiedy grupie nie udaje się powiększyć rozmiarów, jej członkowie odwracają się od gospodarki niedostatku i wracają na obfite łono dominującej ekonomii. Włączenie do akcji nawet nieuprzedzonych przedsiębiorców może być dla organizatorów nie lada wyzwaniem. Może się bowiem okazać, że firma za zarobione alternatywne pieniądze nie będzie w stanie prowadzić interesów ze swoimi kontrahentami. Efektywna gospodarka lokalna potrzebuje również odpowiedniego prawa podatkowego, aby przedsiębiorcy mieli szansę uczciwie rozliczyć się z fiskusem. Udział lokalnego biznesu nie oznacza jeszcze istotnej poprawy podaży, ponieważ zalew rynku importowanymi dobrami sprawia, że regionalna produkcja nie jest w stanie wyjść naprzeciw potrzebom społeczności. Kolejną przeszkodą są środki finansowe, które muszą posiadać organizatorzy, aby powołać do istnienia alternatywną gospodarkę. Z badań przeprowadzonych w USA przez Joanne Poyourow, aktywistkę Ruchu Przemian z Los Angeles, wynika, że koszt wprowadzenia lokalnej, fizycznej waluty waha się od 10 do 25 tys. dolarów. Są to koszty dystrybucji i przygotowania pieniędzy, które muszą być odpowiednio zabezpieczone przed fałszerzami i spełniać pewne standardy estetyczne, aby społeczność nie miała wrażenia, że bawi się w grę „Monopoly”. Do tego dochodzą koszty administracyjne.
W pierwszej chwili może się wydawać, że problem braku funduszy rozwiązują banki czasu i LETS-y. W przeciwieństwie do banknotów informację można wytworzyć za pomocą długopisu i kartki, czyli w zasadzie za darmo. Nic bardziej złudnego. Duże systemy generują bardzo wysokie koszty związane z ich używaniem. Ciekawą, krytyczną perspektywę przedstawia Andrzej Żwawa, który w 2008 r. opublikował raport dotyczący alternatywnej ekonomii w Polsce. Chociaż pisze on o zaledwie kilkunastu przedsięwzięciach, a szczegółowo analizuje tylko jedno (LETS w Krakowie), to z jego tekstu wyłania się obraz, który wydaje się dobrze tłumaczyć słabość alternatywnej ekonomii. O niepowodzeniach poszczególnych przedsięwzięć stanowią zwykle prozaiczne przyczyny. Informacja – z pozoru darmowa – ma swoją cenę, która w przypadku źle zaprojektowanych, nieudolnie zarządzanych lub nierozwiniętych systemów może znacznie przewyższać koszty posługiwania się tradycyjną walutą. Zakup nawet najprostszej usługi za pomocą wirtualnych środków wymiany wymaga od nabywcy podjęcia wielu dodatkowych działań, takich jak przeszukanie listy usług, skontaktowanie się z usługodawcą telefonicznie lub e-mailowo, dojazd do oddalonych miejsc. Może się okazać, że usługodawca nie będzie mógł zrealizować nawet prostego zamówienia w krótkim terminie lub w ogóle nie jest zainteresowany transakcją. Gdy podaż w alternatywnej gospodarce jest niewielka, następuje zwrot w stronę tradycyjnego rynku.
Aby dokonać transakcji, musimy przezwyciężyć dodatkowe bariery technologiczne i psychologiczne, zainwestować tradycyjne pieniądze (dojazd, telefon) i pozwolić sobie na komfort czekania. Ponadto systemy oparte o informacje niejako wymagają od uczestników, żeby przy okazji wymiany prowadzili życie towarzyskie: to, co dla jednych jest wartością dodaną, dla innych może być „haraczem”, którego dobrowolnie nigdy nie uiszczą. Kosztowne jest również zarządzanie systemem. Teoretycznie administratorów można opłacić komplementarną walutą. Niewielki zakres ofert na alternatywnym rynku sprawia jednak, że nie jest to wystarczająca gratyfikacja i osoby odpowiedzialne za zarządzanie pełnią funkcje jako wolontariusze. Tymczasem już obsługa bazy danych kilkudziesięciu osób jest pracą na cały etat, wymagającą ponadto odpowiedniego oprogramowania. Dla wielu społeczności rozwiązaniem problemu finansowego byłoby wsparcie ze strony władz, organizacji pozarządowych lub sponsorów, na to jednak większość inicjatyw nie może liczyć. Gdy wspomnimy jeszcze o potrzebie skonstruowania efektywnych procedur podejmowania decyzji i niejasnościach prawnych („Jak rozliczyć się z zarobionych godzin z urzędem skarbowym?”, „Czy pracując w LETS, uzbieram na emeryturę?”), to obraz całego przedsięwzięcia staje się jeszcze bardziej zagmatwany.
Historia alternatywnej ekonomii pozwala nam również wyrokować na temat przyszłości systemów powstających w krajach Europy Południowej. Możemy przypuszczać, że ich trwałość nie będzie zależeć tak bardzo od ideowych deklaracji Ruchu Oburzonych jak od organizacyjnej sprawności. Doświadczenie pokazuje również, że wielką naiwnością jest upatrywanie w alternatywnej ekonomii narzędzia politycznego oporu. To współpraca z władzą i biznesem przyczyniała się jak do tej pory do największych sukcesów lokalnej gospodarki. Alternatywna ekonomia jest najsilniejsza w tych krajach, gdzie istnieje odpowiednie prawo podatkowe, władze na szczeblu krajowym i lokalnym sa przychylne takim inicjatywom, udaje się uzyskać odpowiednie środki finansowe na ich wspieranie, jak ma to miejsce np. w Australii. Największy dotąd sukces alternatywnej ekonomii – cud w Wörgl – nie był dziełem obywatelskiej aktywności, lecz władz miejskich. Pieniądze były emitowane w ratuszu, system był zarządzany przez wykwalifikowanych i dobrze opłacanych urzędników, a waluta została wprowadzona odgórnie, co zapewniło dużą podaż. W dodatku freigeld miał moc zwalniania z obowiązku podatkowego, a wpływy z tego tytułu trafiały bezpośrednio do miejskiego skarbca. To właśnie kształt systemu podatkowego przesądził o triumfie Unterguggenbergera – skali jego sukcesu nie udało się już nigdy powtórzyć.
Znaczenie efektywnego zarządzania widać równie wyraźnie na przykładach systemów alternatywnej ekonomii stworzonych przez przedsiębiorców. Spośród kilkunastu inicjatyw zainspirowanych eksperymentem z Wörgl do dziś działa tylko jeden – Swiss Wirtschaftsring (Szwajcarski Krąg Gospodarczy). Jest to system barteru wielostronnego, w którym bierze udział 62 tys. firm. Działa on nieprzerwanie od prawie 80 lat i osiąga roczny obrót odpowiadający 2 mld franków szwajcarskich. Podobne przedsięwzięcie od 2000 roku funkcjonuje także w Polsce pod nazwą Barter System (wcześniej BCI Poland), stanowiąc platformę wymiany dla 500 firm, które każdego roku wymieniają między sobą towary i usługi warte 7 milionów złotych. Polskie i szwajcarskie inicjatywy pokazują, że umiejętne zarządzanie i – w konsekwencji – ekonomiczne korzyści potrafią przekonać do alternatywnej ekonomii nawet te grupy społeczne, które są do niej najmocniej uprzedzone. Co więcej, skuteczność tych systemów sprawiła, że przedsiębiorcy biorący w nich udział zaczęli żywo interesować się ideami alternatywnej ekonomii. Barter System organizował konferencje poświęcone lokalnej gospodarce, nieoprocentowanym pieniądzom czy negatywnym konsekwencjom korporacjonizmu. Trudno o lepszy przykład oddziaływania bazy na nadbudowę.
Nadzieja na przyszły rok?
Trudności, które napotyka alternatywna ekonomia, bynajmniej nie pomniejszają jej zalet. Gdy zaczniemy mierzyć siły na zamiary, widać, że jest ona dobrym narzędziem niwelowania konsekwencji kryzysów gospodarczych – konsekwencji zarówno stricte ekonomicznych, jak i psychologicznych. Z pewnością warte trudu jest każde przedsięwzięcie, które umożliwia osobom pozbawionym pracy lub zubożałym ponowne włączenie się do gospodarki. Świadczą o tym wypowiedzi członków lokalnej ekonomii, którzy mówią, że alternatywne waluty przywróciły im poczucie sprawczości, a jednocześnie zmusiły do innowacyjnych działań oraz namysłu nad swoimi umiejętnościami i potrzebami innych. Alternatywna gospodarka zbliża mieszkańców, którzy znów mogą poczuć się wspólnotą, i daje im wiarę, że każdy członek społeczności może coś do niej wnieść i jest potrzebny.
Inni – w nieco mniej patetycznym tonie – podkreślają terapeutyczny wpływ takich inicjatyw. Greczynka Ioanitou o udziale w LETS mówi: Dla kobiet, których bezrobocie dotknęło najmocniej i które nie mogą, tak jak mężczyźni, udać się do knajpy, to jest jak przynależenie do silnie wspierającego towarzystwa. Ponadto możliwość decydowania o losach społecznej waluty pełni rolę lekcji poglądowej – podczas jej trwania uczestnicy uczą się, jak funkcjonują systemy monetarne. Wreszcie, nawet małe LETS-y i banki czasu mogą bardzo ułatwić życie, jeśli tylko ich uczestnicy dobrze rozpoznają swoje potrzeby, np. pary szukające osób do okazyjnej opieki nad dzieckiem nie muszą powoływać do życia kilkudziesięcioosobowego systemu – wystarczy, że znajdą grupę rodziców, którzy będą gotowi wziąć na siebie odpowiedzialność. Tymczasem odpowiedź na pytanie „Czy alternatywna ekonomia zdoła przemodelować lokalne społeczności i rozpiąć nad nimi parasol ochronny?” trzeba przełożyć na później.
przez Tomasz Mering | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Rozwój regionalizmów i ruchów niepodległościowych jest jednym z fenomenów ostatnich dekad. Dążenia mające na celu uzyskanie większej autonomii, a nawet niepodległości są widoczne po obu stronach Atlantyku. W Europie należą do nich m.in. nacjonalizm kataloński w Hiszpanii, flamandzki w Belgii czy szkocki ruch narodowy. Ten ostatni jest szczególnie interesujący ze względu na zaplanowane na 2014 r. referendum niepodległościowe i otwarcie głoszoną przez Szkocką Partię Narodową (Scottish National Party, SNP) chęć opuszczenia Wielkiej Brytanii. Poza Europą można wskazać na działalność Partii Quebecu (Parti Québécois, PQ), dążącej do oderwania tej prowincji od Kanady. Tym, co łączy dwa wspomniane ugrupowania polityczne, jest częste odwoływanie się do haseł socjalnych. Mariaż idei narodowych z polityką społeczną jest – jak pokazują przykłady Quebecu i Szkocji – możliwy do zrealizowania.
Dość powszechnie koncepcję welfare state wiąże się z powstaniem współczesnych państw narodowych. System ubezpieczeń społecznych wprowadzony przez kanclerza Otto von Bismarcka w drugiej połowie XIX w. miał być czynnikiem jednoczącym obywateli powstałego państwa niemieckiego. Podobną „narodowotwórczą” rolę pełniły reformy Lorda Beveridge’a w Wielkiej Brytanii w latach 40. ubiegłego stulecia. Co więcej, wielu autorów wskazuje, że dla powstania państw dobrobytu ważna była nie tylko „spójność kulturowa i społeczna”, ale również ustrój terytorialny, charakteryzujący się pewną centralizacją władzy politycznej. Wprawdzie trudno tu mówić o twardym podziale na państwa unitarne i federalne (przykładem państwa federalnego z rozwiniętą polityką społeczną są np. Niemcy), jednak pozostaje faktem, że łatwiej było wprowadzać rozbudowane programy społeczne w krajach scentralizowanych.
Szkocka Partia Narodowa i secesjoniści z Quebecu mogą być postrzegani jako zagrożenie dla uniwersalnego (tj. obejmującego wszystkich obywateli) państwa dobrobytu. Po pierwsze podkreślają różnice narodowe, np. odwołują się do narodowości szkockiej w opozycji do „uniwersalnej” narodowości brytyjskiej, której symbolem jest powszechna opieka zdrowotna – National Health Service. Po drugie chcą własnych instytucji, również w zakresie polityki społecznej. Ale partie te nie są przeciwne polityce społecznej, a wręcz odwrotnie – chcą bardziej rozbudowanych programów społecznych niż te, które istnieją obecnie.
Niepodległość i socjaldemokracja
Quebec liczy blisko siedem milionów mieszkańców i pod względem potencjału ludnościowego i gospodarczego stanowi drugą po Ontario prowincję Kanady. W przeciwieństwie do pozostałej części kraju około 80 proc. mieszkańców stanowią tu Kanadyjczycy pochodzenia francuskiego (wyjątkiem jest również New Brunswick, który ma charakter dwujęzyczny, tj. angielsko-francuski). Mieszkańcy Quebecu zachowali nie tylko własny język, ale również obyczaje, religię (katolicyzm) oraz, w pewnym stopniu, system prawny, bazujący na francuskim kodeksie cywilnym. Odmienność kulturowa i przede wszystkim językowa stała się podstawą do formułowania haseł secesjonistycznych, zakładających uzyskanie niepodległości lub przynajmniej większej suwerenności w ramach federalnego ustroju kraju.
Do tej pory odbyły się dwa referenda niepodległościowe. Pierwsze, zorganizowane w 1980 r. z inicjatywy ówczesnego premiera Quebecu, René Lévesque’a, nie przyniosło zakładanego rezultatu; zaledwie 40 proc. mieszkańców prowincji opowiedziało się za oderwaniem od reszty kraju. Drugie miało miejsce 30 października 1995 r. i również zakończyło się porażką secesjonistów. Tym razem wynik był jednak bardzo wyrównany – „za” głosowało 49,42 proc. uprawnionych. Ostatnie referendum wywołało liczne kontrowersje; wielu wyborców wskazywało, że pytanie zostało sformułowane niejasno, co skłoniło ich do głosowania na „nie”. W kolejnych latach idea niepodległości cieszyła się mniejszą popularnością: w badaniu przeprowadzonym w 2009 r. 32 proc. respondentów uznało, że Quebec jest w wystarczającym stopniu suwerenny i powinien pozostać częścią Kanady, 28 proc. opowiedziało się za oderwaniem od reszty kraju, a 30 proc. mieszkańców prowincji chciało większej suwerenności, ale w ramach jednego państwa.
W wyniku przeprowadzonych w 2012 r. wyborów mniejszościowy rząd w prowincji utworzyła secesjonistyczna Partia Quebecu, co wskazuje, że nastroje niepodległościowe cały czas są popularne w tamtejszej społeczności.
W Kanadzie występuje konstytucyjny podział kompetencji pomiędzy rządem federalnym a dziesięcioma prowincjami (istnieją jeszcze trzy terytoria, jednak ich zależność od rządu federalnego jest większa). Teoretycznie kompetencje prowincji są bardzo duże – regionalne parlamenty mają wyłączne prawo do uchwalania ustaw w zakresie zabezpieczenia społecznego, edukacji czy opieki zdrowotnej. W praktyce od lat 40. XX w. rząd federalny podjął szereg działań mających na celu ograniczenie niezależności prowincji w kreowaniu polityki zatrudnienia oraz zdrowotnej. Działania rządu federalnego wywołały niezadowolenie opinii publicznej i w latach 60. i 70. stały się jedną z przyczyn rosnącej popularności ugrupowań nawołujących do oderwania się Quebecu od Kanady. Powiązanie haseł narodowych z postulatami socjalnymi wynikało również z sytuacji społeczno-ekonomicznej – w powojennych dekadach Quebec był jedną ze słabiej rozwiniętych prowincji, w której anglojęzyczna mniejszość kontrolowała znaczną część gospodarki.
Momentem przełomowym w historii Quebecu było wygranie w 1976 r., po raz pierwszy, wyborów przez Partię Quebecu – ugrupowanie, które określało się jako socjaldemokratyczne. We wspomnianym referendum w 1980 r. PQ otwarcie nawiązała do haseł socjalnych, na trwałe wiążąc je z kwestią suwerenności. W kampanii poprzedzającej referendum suwerenność została przedstawiona jako projekt emancypacji frankofońskiej większości prowincji i jednocześnie jako szansa na utworzenie bardziej postępowego i egalitarnego społeczeństwa. Program polityczny partii opierał się na przekonaniu, że mieszkańcy Quebecu są inni od reszty Kanadyjczyków pod względem przekonań społecznych (egalitaryzm i kolektywizm versus poglądy liberalne, charakterystyczne dla reszty kraju) oraz przejawiają większą troskę o najbiedniejszych członków społeczności. Jako dowód tego stanu rzeczy przedstawiciele partii wskazywali, że w latach 80. prowincja oparła się neoliberalnemu zwrotowi w polityce społeczno-gospodarczej. Zdaniem kanadyjskich ekonomistów Daniela Bélanda i André Lecours nie jest to do końca prawdą, ponieważ w latach 90. rząd prowincji podjął szereg strukturalnych reform mających na celu ograniczenie deficytu w finansach publicznych. Pozostaje jednak faktem, że w tym samym czasie wprowadzono powszechny program refundacji leków oraz zbudowano system usług opiekuńczych nad dzieckiem.
Ta ostatnia reforma jest najważniejszym wyznacznikiem polityki społecznej w Quebecu; tzw. 5-dollars-a-day daycare program gwarantuje wszystkim rodzicom dostęp do usług opiekuńczych (przedszkoli, punktów opiekuńczych, opieki domowej) dla dzieci do piątego roku życia za opłatą w wysokości do 5 dolarów kanadyjskich. W późniejszym okresie kwota ta została podniesiona do 7 dolarów, co zresztą spotkało się z niezadowoleniem społecznym i demonstracjami na ulicach stolicy prowincji. Dla europejskich czytelników tego typu rozwiązanie nie jest niczym szczególnym, jednak na kontynencie amerykańskim było to novum, gdyż nigdzie indziej dostęp do usług opiekuńczych nie jest tak tani.
W Quebecu wydłużono również długość urlopu macierzyńskiego do 18 tygodni oraz wychowawczego do 52 tygodni – tymczasem zgodnie z prawem federalnym długość tych urlopów wynosi odpowiednio 17 i 37 tygodni. Podstawowym celem reform było ułatwienie godzenia życia rodzinnego i zawodowego oraz zwiększenie uczestnictwa kobiet w rynku pracy, a tym samym podniesienie niskiego wskaźnika dzietności w Quebecu. Dla PQ istotny był nie tylko wymiar społeczny polityki prorodzinnej, ale również przesłanki polityczne, gdyż zwiększenie dzietności może być kluczem do wygrania kolejnego referendum niepodległościowego. Badania dowodzą, że w referendum w 1995 r. na „nie” głosowała nie tylko anglojęzyczna mniejszość, ale również imigranci.
Wśród innych działań podejmowanych przez władze prowincji warto wymienić wdrożenie na początku poprzedniej dekady programu na rzecz zwalczania ubóstwa, gwarantującego znaczne wsparcie dochodowe dla najbiedniejszych członków społeczności. Obecnie uniwersytety w Quebecu oferują najniższe na całym kontynencie stawki czesnego dla studentów, mieszkańcy prowincji mają dostęp do tanich (subsydiowanych ze środków publicznych) leków i taniej energii elektrycznej. Wszystko to wskazuje, że postulaty socjalne zostały na trwałe powiązane z dyskursem dotyczącym suwerenności narodowej. Bycie mieszkańcem Quebecu oznacza dziś nie tylko posługiwanie się językiem francuskim, ale również przywiązanie do idei egalitaryzmu, solidarności i sprawiedliwości społecznej.
Opisana sytuacja jest przedmiotem licznych debat i kontrowersji. Władze prowincji wskazują, że z jednej strony odpowiadają za realizację bardzo kosztownych polityk, a z drugiej Quebec nie ma wystarczającej autonomii fiskalnej, gdyż większość dochodów podatkowych jest transferowana do rządu federalnego. W praktyce dochody prowincji opierają się głównie na dotacjach pochodzących z budżetu centralnego, co nie odpowiada aspiracjom polityków z Quebecu.
W końcu lat 90. próbowano unormować tę kwestię za pomocą projektu unii socjalnej (Social Union Framework Agreement), jednak ostatecznie władze Quebecu nie zdecydowały się na jej podpisanie. Według ówczesnego, wywodzącego się z PQ premiera prowincji, Luciena Boucharda, projekt porozumienia nie uwzględniał w wystarczającym stopniu specyfiki narodowościowej i kulturowej prowincji. Zaistniała sytuacja jest również krytykowana w pozostałych częściach kraju. Wielu Kanadyjczyków negatywnie ocenia finansowanie „rozrzutnych” programów społecznych w Quebecu ze środków federalnych.
Waleczne serce prospołeczne
Współczesna Szkocja jest na kontynencie europejskim przykładem siły, jaka tkwi w hasłach narodowej mobilizacji i terytorialnej integracji. Podobnie jak miało to miejsce w Quebecu, Szkoci przez stulecia zachowali swoją narodową i kulturową odmienność, chociaż – w przeciwieństwie do frankofońskich mieszkańców Kanady – własny język nigdy nie odegrał tu ważniejszej roli. Elementami odróżniającymi Szkocję od reszty kraju była natomiast religia (szkocki kościół narodowy Kirk jest w pełni niezależny od kościoła anglikańskiego), system prawny, szkolnictwo oraz ustrój władz lokalnych.
Podobnie jak w Quebecu, czynnikiem integrującym naród szkocki były kwestie społeczne, gdyż nierówności dochodowe należą tu do największych w całym Zjednoczonym Królestwie. W przeszłości część środkowa Szkocji stanowiła jeden z najważniejszych w Wielkiej Brytanii regionów przemysłowych. Gospodarka regionu była zdominowana przez przemysł ciężki: stoczniowy, wydobycie węgla kamiennego oraz stalowy. Głównym ośrodkiem przemysłowym było Glasgow oraz tereny położone wokół miasta. Przeprowadzona w latach 70. i 80. restrukturyzacja tradycyjnych gałęzi przemysłowych przyczyniła się do stagnacji regionu – zamykanie kopalń i hut spowodowało wzrost bezrobocia, szczególnie w dawnych okręgach wydobywczych i produkcyjnych.
Głównym orędownikiem uzyskania większej autonomii (a nawet niepodległości) była założona w 1934 r. Szkocka Partia Narodowa, która – podobnie jak Partia Quebecu – chętnie odwoływała się do haseł sprawiedliwości społecznej. Ugrupowanie to zaczęło zdobywać popularność w trudnych latach 70. i 80. na fali niezadowolenia wywołanego reformami autorstwa Margaret Thatcher.
W Szkocji w 1979 r. odbyło się nieudane referendum niepodległościowe – głosowanie było nieważne ze względu na zbyt małą frekwencję. Jednak na tym podobieństwa z Quebekiem się kończą. Zjednoczone Królestwo, w przeciwieństwie do federacyjnej Kanady, jest państwem scentralizowanym, co oznacza, że Szkocja musiała przejść znacznie dłuższą drogę do własnych instytucji i polityki społecznej. Po drugie ostatnie referendum z 1997 r. zostało zorganizowane przez rząd Partii Pracy (od czasów premiera Tony’ego Blaira nazywanej „nową”), a nie miejscowy ruch narodowy. Co więcej – w przeciwieństwie do głosowania przeprowadzonego dwa lata wcześniej w Quebecu – było to referendum zwycięskie, gdyż za utworzeniem regionalnego parlamentu i rządu opowiedziało się 75 proc. wyborców przy frekwencji wynoszącej 60 proc. Dla Blaira przyznanie Szkocji ograniczonej autonomii było środkiem mającym na celu zneutralizowanie wpływów Szkockiej Partii Narodowej. Dodatkowo politycy Partii Pracy czuli się silni, gdyż od lat 80. Labour Party notorycznie wygrywała tu wybory – od czasów Margaret Thatcher Szkocja jest stracona dla konserwatystów. Jak miała pokazać przyszłość, nadzieje Blaira nie zostały spełnione. W 2007 r. władzę zdobyła Szkocka Partia Narodowa i utworzyła rząd mniejszościowy; partia ta powtórnie wygrała wybory w 2011 r.
W wyniku przeprowadzonej reformy Szkocja uzyskała kompetencje m.in. w zakresie służby zdrowia, polityki edukacyjnej i usług społecznych (tzw. devolved powers), jednak polityka społeczno-gospodarcza w dalszym ciągu prowadzona jest z Londynu. Bank Anglii kreuje politykę pieniężną, a rząd centralny odpowiada za politykę fiskalną – szkocki parlament ma jedynie możliwość zwiększenia lub zmniejszenia stawki podatku od osób fizycznych o maksymalnie 3 proc. W sumie oznacza to, że – podobnie jak Quebec – Szkocja ma niewielki zakres autonomii fiskalnej oraz budżet oparty na subwencjach rządu centralnego.
Pomimo tych ograniczeń devolution (angielskie określenie dla reformy decentralizacyjnej kraju) wywołało nadzieję na lepszą, bardziej sprawiedliwą społecznie Szkocję. Oczekiwano, że nowy rząd będzie realizował aktywną politykę społeczno-gospodarczą, odpowiadającą potrzebom restrukturyzacyjnym poprzemysłowych części kraju. Szkoci są bardziej przywiązani do socjaldemokratycznych wartości od pozostałych mieszkańców wysp. Według badań opinii społecznej 50 proc. Szkotów zgadza się z redystrybucją dochodów (w Anglii – 38 proc.), a 85 proc. obywateli uważa, że opieka nad osobami starszymi jest zadaniem rządu (w Anglii odsetek ten jest nieco niższy). Wszystko to wskazuje, że polityka społeczna stała się dla pierwszych rządów Szkocji niezwykle ważna. Realizując bardziej odważne programy społeczne, politycy – najpierw z Partii Pracy, a później szkoccy narodowcy – mogli pokazać, że utworzenie krajowego parlamentu i rządu przełożyło się pozytywnie na życie zwykłych ludzi.
Przy okazji reformy administracyjnej zwrócono również uwagę na różnice występujące na długo przed devolution. W Szkocji od lat istnieje system bezpłatnej opieki długookresowej dla osób powyżej 65. roku życia, a studenci nie płacą czesnego (istnieje natomiast jednorazowa opłata za wydanie dyplomu). Inaczej jest w Anglii, gdzie zarówno opieka długookresowa, jak i nauka na uczelni wyższej mają charakter odpłatny. W Szkocji zrezygnowano z wprowadzenia w służbie zdrowia mechanizmów rynkowych, które występują w Anglii, m.in. rankingu szpitali, który do pewnego stopnia wpływa na podział środków finansowych pomiędzy jednostkami służby zdrowia. Różnice te rzucają nowe światło na tezę o uniwersalnym, tj. gwarantującym wszystkim obywatelom ten sam zakres świadczeń społecznych, państwie dobrobytu w Wielkiej Brytanii.
Klimat pierwszych lat niezależności dobrze oddają słowa Donalda Dewara, pierwszego premiera kraju, który napisał w 1998 r., że Szkocja będzie krajem „równych szans i sprawiedliwości społecznej”. Rok później rząd Szkocji przyjął swoją pierwszą strategię rozwojową („Social Justice… A Scotland Where Everybody Matters”), której celem była walka z ubóstwem. W dokumencie tym połączono kwestię uzyskania podmiotowości politycznej kraju z inkluzją społeczną i redystrybucją. Innymi słowy Szkocka Partia Pracy starała się wykazać, że utworzenie regionalnego rządu i parlamentu stanowi nowe otwarcie w historii społecznej regionu. Już sam język, którym posłużyli się autorzy strategii, wskazuje na jej egalitarystyczny, lewicowy charakter. Niespotykane jest jednak umiejscowienie strategii, która jest najważniejszym programem, przysłowiowym „okrętem flagowym”, realizowanym nieprzerwanie przez dwie kolejne ekipy rządzące.
Nic dziwnego, że po przejęciu władzy Szkocka Partia Narodowa również uchwaliła program walki z ubóstwem i wykluczeniem społecznym: „Achieving Our Potential: A Framework to Tackle Poverty and Income Inequality in Scotland” z 2008 r. Był to dokument unikalny jak na Wyspy Brytyjskie, gdyż nie tylko odwoływał się do zasady solidarności społecznej, ale stawiał za wzór ustrój społeczny państw nordyckich. Autorzy opracowania sugerowali, że Szkocja powinna pójść drogą modelu socjaldemokratycznego, odrzucając tym samym dziedzictwo brytyjskie jako zbyt liberalne i niesprawiedliwe społecznie. Bardzo wyraźnie podkreślono rolę polityk redystrybucyjnych, ustalając jako cel zwiększenie dochodów grup najuboższych do 2017 r. W świetle tego dokumentu SNP jawi się jako ugrupowanie centrolewicowe, a „szkockość” jest przedstawiana jako idea ściśle związana z programem socjaldemokratycznym.
Inną sprawą jest rzeczywista możliwość realizacji tych haseł, skoro kompetencje w zakresie szeroko pojmowanej polityki społecznej (zabezpieczenie społeczne, polityka rynku pracy) zostały zarezerwowane dla Londynu. W tej trudnej sytuacji rząd zdecydował się na współpracę z samorządami lokalnymi w zakresie lokalnej polityki społecznej i rewitalizacji terenów poprzemysłowych. Wyznaczono szereg wspólnych celów, w tym m.in. zmniejszenie liczby pracujących odbiorców świadczeń społecznych na 1000 osób, zmniejszenie odsetka nastolatek zachodzących w ciążę oraz redukcję odsetka dzieci wychowujących się w gospodarstwach domowych utrzymujących się ze świadczeń społecznych. Niewątpliwie wypełnienie tych celów wskazywałoby na zwiększenie się dobrobytu społecznego, jednak trudno je uznać za znaczący krok w stronę ustroju socjaldemokratycznego. Wydaje się raczej (co zresztą podkreślali politycy SNP), że póki co Szkocja nie została wyposażona w kompetencje, które pozwalają na tworzenie polityk skierowanych wprost na przeciwdziałanie ubóstwu.
Patrząc w przyszłość
Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze ruchy narodowe w Szkocji i Quebecu dążą do bardziej sprawiedliwych ustrojów społecznych. Oznacza to, że w przypadku uzyskania niepodległości poziom zabezpieczenia społecznego w tych krajach byłby zapewne wyższy niż w Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Problem w tym, że wymaga to znacznych nakładów finansowych, a gospodarcze podstawy niepodległości obu regionów są dyskusyjne. Szkocja (podobnie jak Quebec) korzysta na finansowych transferach z centrum. Przykładowo w połowie ubiegłej dekady wydatki publiczne na głowę jednego mieszkańca były o tysiąc funtów większe w Szkocji niż w Anglii. Trudno powiedzieć, czy w przypadku uzyskania niepodległości dałoby się te dochody zrekompensować wpływami z innych źródeł, np. z zysków z wydobycia gazu ziemnego i ropy naftowej. Światowy kryzys gospodarczy dotknął Szkocję bardzo mocno i pokazał, że bez pomocy z Londynu trudno byłoby wspierać wzrost gospodarczy w okresach dekoniunktury.
Druga istotna kwestia to związek ruchów narodowych z wartościami lewicowymi. Bez wątpienia zarówno Partia Quebecu, jak i Szkocka Partia Narodowa są ugrupowaniami centrolewicowymi, jednak powstaje pytanie, czy myśl narodowa (z natury wykluczająca i dzieląca świat na „swoich” i „obcych”) może być na trwale powiązana z lewicą. Przykłady Szkocji i Quebecu pokazują, że takie połączenie jest możliwe.