przez Natalia Ćwik | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Popularna w ostatnim czasie społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) to dziedzina skomplikowana i niejednoznaczna. Odpowiedzialność, jakiej oczekujemy od biznesu, ma różne wymiary, przede wszystkim zaś wciąż trwa debata na temat tego, jak daleko ma ona sięgać. Jeżeli społeczna odpowiedzialność organizacji (wedle ostatniej definicji promowanej przez Komisję Europejską od 2011 r.) oznacza odpowiadanie za wpływ na otoczenie – to jak daleko ten wpływ mierzyć? W przypadku dużych firm rodzi się pytanie o tzw. łańcuch dostaw, czyli sieć współpracy z kontrahentami dostarczającymi elementy niezbędne do wytworzenia finalnego produktu lub usługi.
Dlatego właśnie powstała dziedzina określana jako zrównoważone/odpowiedzialne zarządzanie łańcuchem dostaw. Jest to bodaj najtrudniejszy, ale również bardzo ważny pod względem społecznym element zarządzania w kontekście CSR. Nierzadko zdarza się bowiem, że firmy chwalące się swoim etycznym zarządzaniem nie dbają o to, aby ich dostawcy z dalekich miejsc świata przestrzegali takich samych standardów – to dlatego co jakiś czas słyszymy o pracujących dzieciach, pożarach, wypadkach czy głodowych płacach w fabrykach szyjących markowe ubrania czy produkujących telefony. Kontrolowanie odległych dostawców jest trudne, ale nie niemożliwe, a zwracając na to uwagę, duże firmy mogą wykorzystać swoją silną pozycję, aby przyczynić się do poprawy warunków pracy w wielu miejscach świata.
Zarządzający dostawami w tradycyjnym modelu biznesowym skupiają się na kwestiach podstawowych: terminowości i jakości dostaw, płynnym przepływie materiałów i środków, korzystnych kontraktach. Od czasu, gdy w latach 90. na jaw wyszły warunki, w jakich zatrudnieni są na zlecenie wielkich koncernów pracownicy w krajach rozwijających się, szyjący ubrania czy produkujący obuwie dla zachodnich konsumentów, temat zarządzania dostawami zyskał nowy wymiar. Aby uniknąć skandali i polepszyć reputację korporacji, zaczęto wypracowywać nowe metody zarządzania, tak aby uwzględniać kwestie ochrony środowiska i dbałość o warunki pracy. Powstały standardy, normy i systemy audytu. Duże przedsiębiorstwa zaczęły stawiać nowe wymagania dostawcom, oczekując od nich nie tylko rzetelnego wykonania zlecenia, ale też dostosowania się do określonych standardów etycznych. Powstały kodeksy branżowe i wielostronne inicjatywy na rzecz poprawy zarządzania dostawami w wymiarze zrównoważonego rozwoju. Jednak pomimo starań i licznych wypracowanych rozwiązań nadal istnieje wiele kontrowersji związanych z tym tematem, a menedżerowie ds. dostaw czy zaopatrzenia wciąż próbują sprostać wyzwaniom, jakimi są monitoring tego, co dzieje się w całym łańcuchu, oraz wyważenie między aspektami ekonomicznymi a społecznymi.
Czego zatem współcześnie duże firmy wymagają od dostawców? W rozmowie ze mną Artur Dominiak – właściciel firmy Etyka, Kultura, Cywilizacja i jeden z najbardziej doświadczonych polskich audytorów, który ma za sobą ponad 200 audytów i szkoleń dla dużych firm i ich kontrahentów – wyjaśnia, że w kodeksach narzucanych dostawcom zawarte są głównie takie obszary jak:
- praktyki związane z pracą dzieci i młodocianych,
- zapewnienie wolności zrzeszania się pracowników dla ochrony ich interesów przed pracodawcą,
- zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy,
- przestrzeganie regulacji w zakresie czasu pracy,
- zapobieganie przejawom dyskryminacji i mobbingu,
- legalność zatrudnienia pracowników,
- ochrona środowiska,
- współdziałanie z lokalną społecznością, w której funkcjonuje firma,
- właściwe wynagradzanie za pracę,
zapobieganie łapownictwu i korupcji (to nowy obszar, który coraz częściej dodawany jest do kodeksów dostawców).
Co w takim razie może zrobić firma, aby kontrolować kwestie etyczne w łańcuchu dostaw? Sprawa jest trudna. Po pierwsze trzeba zdefiniować jasno, które elementy łańcucha bierze się pod uwagę. Trzeba pamiętać, że we współczesnym świecie sieci kontrahentów i ich geograficzne położenie bywają bardzo skomplikowane. Zamawiający (firma) jest zazwyczaj w bezpośrednim kontakcie tylko z tymi kontrahentami, od których zakupuje usługi lub towary (tzw. dostawcy I stopnia). Im mniej bezpośredni kontakt z dostawcą, tym mniejsza wiedza na temat tego, jakich standardów przestrzega („dostawcy naszych dostawców” to dostawcy II stopnia, kolejni III stopnia itd.). Ponadto łańcuch dostaw jest obecnie rozumiany bardzo szeroko – pod uwagę bierze się nie tylko jego „górną” część, czyli od dostawcy do firmy, ale też „dolną” – od firmy do ostatecznego klienta lub konsumenta.
Pomiędzy tymi etapami zachodzą jeszcze inne procesy, które także wpisują się w łańcuch: logistyka, marketing, sprzedaż, recykling itd. Mamy zatem do „ogarnięcia” bardzo złożony mechanizm, którego poszczególne elementy mogą być dla nas wprost niewidoczne. Potrzeba dużych nakładów pracy i czasu, aby ustalić, co i jak dzieje się w poszczególnych elementach łańcucha dostaw. Duże firmy, które podjęły decyzję o wkroczeniu na ścieżkę społecznej odpowiedzialności, gotowe są w ten proces zainwestować (mówimy tu o kosztach zatrudnienia wyspecjalizowanej kadry, szkoleń dla pracowników, audytu, często też odpowiedniego oprogramowania). Dla mniejszych może to być kłopot, dla mikrofirm jest to prawie nierealne.
Jak więc zdecydować, których dostawców monitorujemy i pod jakim kątem? Kompania Piwowarska, będąca częścią grupy SABMiller, szczególnej kontroli poddaje tych dostawców, z którymi ma największe kontrakty oraz dla których sama jest istotnym klientem. Wielkość obrotów (liczona „w obie strony”) decyduje wobec tego o charakterze relacji. Firma zdefiniowała swoje cele w zakresie odpowiedzialnego zarządzania na poziomie globalnym (m.in. zmniejszanie zużycia wody i emisji CO2, recykling opakowań), jak również opracowała kodeks etyczny – tych kryteriów stara się przestrzegać także w relacjach z dostawcami. Niemniej firma zdaje sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach trudno jest wymagać od dostawców spełnienia pewnych oczekiwań od razu – dlatego we wstępnym etapie współpracy stara się dostawców przede wszystkim edukować, a dopiero z czasem stawiać im konkretne wymogi. To realistyczne podejście, bo wiele mniejszych firm potrzebuje czasu i środków na to, aby dostosować się do nowych standardów.
Istnieją też inne sposoby definiowania istotnych dostawców. Są firmy bardzo ambitne, takie jak Danone, które deklarują, iż monitorują np. stopień emisji gazów cieplarnianych (tzw. ślad węglowy) w całym, szeroko rozumianym łańcuchu dostaw – czyli poczynając niemal od krowy dającej mleko, aż do konsumenta, który je kupuje. Duże firmy posiadają niekiedy wieloletnie programy współpracy z kluczowymi dostawcami, w ramach których dostarczają im wiedzę i narzędzia służące polepszeniu jakości usług i standardów etycznych. Inne z kolei już na wstępie wymagają od dostawców spełniania określonych kryteriów – na stronach internetowych większości międzynarodowych korporacji można znaleźć takie dokumenty jak kodeks etyczny, którego podpisania i przestrzegania wymaga się od dostawców, zasady współpracy, priorytety zrównoważonego rozwoju, standardy wymagane od kontrahentów itd.
Zdarza się, że firmy bardzo precyzyjnie definiują, jakich dostawców chcą objąć swoimi zasadami. Kilka lat temu oburzenie wywołały wynagrodzenia i sposób zatrudniania ochroniarzy w obiektach firmy IKEA w Polsce. Powstała akcja i strona internetowa „Czy IKEA jest OK?”, w ramach której wezwano firmę do przestrzegania deklarowanej społecznej odpowiedzialności w relacjach z wszystkimi dostawcami, a więc również z firmą ochroniarską i jej pracownikami. Inicjatorzy akcji domagali się zwrócenia uwagi na wyjątkowo niskie zarobki tych pracowników oraz na sposób organizacji ich pracy. Tymczasem kodeks etycznej współpracy z dostawcami IKEA I-Way skierowany był przede wszystkim do dostawców kluczowych surowców – np. materiałów do produkcji mebli. Niemniej, w świetle licznych deklaracji o przestrzeganiu zasad odpowiedzialności, firma została oskarżona w tym przypadku o nieścisłość.
Warto zwrócić uwagę, że w całej sprawie pominięto odpowiedzialność samej firmy ochroniarskiej za pracowników. Jest to symptomatyczne dla współczesnych ruchów konsumenckich: od dużej firmy oczekuje się więcej, bo uznaje się, że dzięki swojej sile przetargowej i skali działania może mieć ogromny wpływ na dostawców. Akcja została powtórzona kilka lat później w formule „Czy Deloitte jest OK?”, a skierowana była w podobnej sprawie do znanej firmy doradczej. Korporacje na całym świecie muszą więc liczyć się z tym, że otoczenie społeczne oczekuje od nich szczególnej dokładności i wrażliwości.
Istotnie, presja ze strony dużych przedsiębiorstw na przestrzeganie standardów etycznych przez dostawców to potężny sygnał dla rynku – firmy mówią w ten sposób: „pod wpływem oczekiwań naszych klientów my się zmieniamy i tego samego oczekujemy od was”. Kontrolowanie dostawców w całym łańcuchu dostaw jest jednak nadal niezmiernie trudne. Menedżerowie ds. dostaw stoją niekiedy w obliczu zarządzania setkami różnych kontraktów (zarówno globalnych, jak i lokalnych) – monitorowanie tego, co dzieje się u każdego z dostawców, stanowi nie lada wyzwanie. Z pomocą przychodzą m.in. specjalistyczne programy, które pomagają zbierać i agregować duże ilości danych – dostawcy mogą np. w określonych odstępach czasu logować się do systemu i uzupełniać dane środowiskowe czy społeczne. Popularne są także audyty – firmy zlecają wyspecjalizowanym audytorom skontrolowanie określonych dostawców pod kątem kryteriów etycznych. Audyty takie mogą być zapowiedziane lub nie. Niestety, z licznych doniesień wiemy, że tego rodzaju kontrole bywają mało skuteczne, zwłaszcza w miejscach, gdzie są najbardziej potrzebne – fabryki w krajach rozwijających się nauczyły się fałszować dokumentację, a w dniu audytu organizują „pracę na pokaz”, aby obiekt świecił przykładem.
Poza tym kontrolowanie wszystkich dostawców jest trudne, o ile nie niemożliwe. Artur Dominiak mówi mi: Należy mieć świadomość, że jak by nie zbudować programu monitorowania dostawców, to i tak nie możemy mieć całkowitej pewności, co się u nich dzieje. Można zadać pytanie, dlaczego tak jest? Odpowiedź jest krótka. Dlatego, że programy monitoringu opierają się na losowości i próbkowaniu. Podczas np. audytu trwającego jeden czy dwa dni nie jesteśmy w stanie przeprowadzić przeglądu wszystkich zapisów dotyczących np. rejestrów czasu pracy, naliczania wynagrodzeń itd. Audytor pobiera zatem losowo jakiś materiał do dalszej analizy. Jeśli program monitoringu opiera się wyłącznie na ankietach kierowanych do dostawców, to informacje umieszczane w tych ankietach są jeszcze mniej wiarygodne. Każdy oceniający się dostawca ma bowiem w pamięci presję współpracy i nie chce stracić odbiorcy, a więc istnieją pokusy, aby ta ocena w rzeczywistości odbiegała mniej lub bardziej od sytuacji w zakładzie.
O nieskuteczności audytów społecznych (to jedna z nazw, obok „audytu etycznego”, stosowana na określenie tego typu kontroli) wypowiada się także Sebastian Siegele, doświadczony niemiecki audytor, który wypracował własne metody pracy z dostawcami: Nie stosujemy podejścia zorientowanego na normy, kodeksy postępowania i audyty społeczne, które niestety jest wciąż głównym podejściem w tej dziedzinie, choć jego wpływ na łańcuch dostaw jest bliski zeru. My propagujemy podejście zorientowane na dialog. Umożliwiamy pracownikom i menedżerom udział w dyskusji na temat tego, jak radzić sobie z kwestiami społecznymi i wszelkimi rodzajami wyzwań w miejscu pracy. W naszej metodologii to pracownicy i menedżerowie, a nie kodeksy postępowania czy życzenia konsumenta, znajdują się w centrum uwagi. Kreujemy poczucie odpowiedzialności, pokazujemy pracownikom i menedżerom, że wyważone stosunki pomiędzy nimi leżą w ich interesie, wskazujemy wzajemne korzyści i pokazujemy, jak je osiągnąć. […] Odgórne wdrażanie norm społecznych może być bardzo destruktywne. Strategia w tym przypadku opiera się na bodźcu zewnętrznym, na presji. Tymczasem siłą napędową powinna być motywacja wewnętrzna, płynąca z odpowiedzi na pytania: jaka jest korzyść dla pracowników i kierownictwa i jaka jest wartość ekonomiczna i społeczna dla całej fabryki1.
Czy trzeba jechać aż do odległych części świata, aby zobaczyć trudne warunki pracy w fabrykach produkujących na zamówienie wielkich firm? Niekoniecznie. Choć w opracowaniach akademickich Polska jawi się jako kraj, który doskonale radzi sobie z wyśrubowanymi standardami w dziedzinie zarządzania łańcuchem dostaw (co ułatwione jest m.in. przez fakt, iż bardzo wiele kwestii uregulowanych jest na poziomie przepisów i rozporządzeń), okazuje się, że patologiczne zjawiska, kojarzone zazwyczaj z fabrykami w krajach rozwijających się – praca dzieci, niepłatna praca w nadgodzinach, nieprzestrzeganie zasad BHP, fałszowanie produktu, oszustwa, nieodpowiedzialny marketing itp. – zdarzają się także u nas. Krótko mówiąc: mamy standardy i potrafimy się nimi chwalić, ale z realnym przestrzeganiem bywa różnie. Audytorzy donoszą o zakładach pracy w małych miejscowościach, gdzie zdarza się, iż część pracy wykonują osoby nieletnie (pracując np. wieczorem lub w nocy, aby nie opuszczać zajęć w szkole), za zgodą pracodawcy, własną… i samych rodziców, dla których jest to szansa na dodatkowy dochód2.
Media z kolei co jakiś czas raczą nas soczystymi opisami kolejnych afer gospodarczych: afery solnej, wykrycia koniny w hamburgerach czy nieprawidłowości w sektorze finansowym i tzw. parabankach. Skoro mamy regulacje, instytucje, kontrolę ze strony kontrahentów i odpowiednie przepisy – czemu wciąż dochodzi do skandali? W każdym przypadku za nadużycia odpowiedzialny jest nie tylko jeden człowiek, ale całe zespoły ludzi – tych, którzy współdziałali, oraz tych, którzy biernie się temu przyglądali, nie reagując.
Przestrzeganie jakich standardów przychodzi polskim firmom z największym trudem? Zdaniem Artura Dominiaka szczególne uchybienia widoczne są w sferze bezpieczeństwa i higieny pracy: Najwięcej niezgodności znajduje się w obszarze związanym z BHP i ochroną przeciwpożarową. Ocena ryzyka zawodowego, dobór i stosowanie środków ochrony indywidualnej wymagają w wielu przypadkach poprawy. Brak jest chyba pamięci o tym, jak poważne w skutkach mogą być zdarzenia związane z tym obszarem. Przecież pracownik, który nie stosuje wymaganych na danym stanowisku ochronników słuchu, traci powoli słuch. Po wielu latach pracy mamy do czynienia z chorobami zawodowymi, których mogliśmy uniknąć, stosując np. właściwe środki ochrony indywidualnej lub zbiorowej. Mechanik nie zakładając okularów ochronnych do np. prac ze szlifierką, naraża się na uszkodzenie lub utratę oka. Czy zdrowie i życie ludzkie jest tak mało ważne? Dlaczego posiadając wiele segregatorów ze szczegółowymi opracowaniami BHP w zakładzie, bezpośredni przełożeni pracowników, którzy powinni stosować środki ochrony indywidualnej, nie zwracają im uwagi i dopuszczają do pracy wbrew temu, co mówi prawo w takich sytuacjach? Powinniśmy pamiętać, że wypadek przy pracy niesie ze sobą olbrzymie koszty: cierpienia pracownika i jego rodziny, absencja w zakładzie, a więc koszty dodatkowe dla pracodawcy, bo przecież trzeba zastąpić nieobecnego, koszty społeczne – potrzebna opieka zdrowotna dla poszkodowanego, może w skrajnych przypadkach trzeba będzie wypłacać rentę inwalidzką. Podobnie, jak twierdzi Dominiak, jest z ochroną środowiska – działania w tej sferze są często pozorowane, a pracownicy nie mają podstawowej wiedzy na ten temat, podczas gdy wystarczyłyby odpowiednie szkolenia.
Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone. Z jednej strony, jak podkreśla Dominiak, kwestie objęte hasłem „społeczna odpowiedzialność” są marginalizowane, traktowane jako coś dodatkowego, a nie element strategii firmy. Zakłady żałują pieniędzy na szkolenie pracowników w takich kwestiach, a osoby odpowiedzialne nie są decyzyjne. – Zdarza się, że niby wyznaczono pełnomocnika zarządu ds. kodeksu etycznego i odpowiedzialności społecznej, ale umknęło nadanie takiej osobie właściwych uprawnień w ramach tego projektu – mówi Dominiak. Inna przyczyna to niedostateczna kontrola ze strony organów, które regulacje wprowadzają i odpowiadają za monitorowanie ich przestrzegania. Na końcu jesteśmy jeszcze my – konsumenci – którzy wciąż nie dojrzeliśmy do uwzględniania aspektów etycznych w naszych decyzjach zakupowych. – W takich krajach jak Niemcy, Anglia czy USA, gdy konsument otrzyma informację, że firma X wykorzystuje pracę dzieci w swoich zakładach albo stosuje przymus pracy wobec pracowników, odwróci się od niej, nie kupi jej produktów czy nie skorzysta z usług. Niestety dla naszego ubogiego konsumenta ciągle cena jest kluczowym parametrem. Na innych rynkach zachowania konsumenckie w tym zakresie kształtują się inaczej. Presja społeczna zmusiła przecież koncern Coca-Cola do zerwania współpracy z dostawcą koncentratu pomarańczowego z Kalabrii, który nie płacił pracownikom za pracę i nie zapewniał właściwych warunków zatrudnienia – mówi Dominiak.
Wydaje się jednak, że podejście do kwestii etycznych po stronie otoczenia biznesu powoli, ale wyraźnie ewoluuje. Wspomniane wcześniej akcje z serii „Czy firma X jest OK?” to zwiastuny realnej zmiany. Za szczególny sukces uznać można akcję skierowaną do firmy LPP, właściciela m.in. popularnej marki Reserved. Przemysł odzieżowy jest od wielu lat na celowniku organizacji pozarządowych, jeśli chodzi o przestrzeganie standardów pracy. Wystarczy spojrzeć na metki większości naszych ubrań, aby dowiedzieć się, gdzie są produkowane (Chiny, Tajlandia, Sri Lanka, Bangladesz itd.). Organizacje od dawna donoszą o nadużyciach w fabrykach produkujących na zamówienie zachodnich koncernów, a sytuacja w zakładach pracy pokazana została w niejednym filmie dokumentalnym. W 2011 r. Polska Zielona Sieć i Clean Clothes Polska podjęły wspólną akcję, której efektem była deklaracja ze strony firmy LPP, iż zwiększy ona odpowiedzialność w swoim łańcuchu dostaw. Firma zobowiązała się do weryfikacji swojego kodeksu etycznego, zwiększenia kontroli w fabrykach zagranicznych i przeszkolenia pracowników działu kupieckiego z zasad społecznej odpowiedzialności biznesu. Jak na to zareagował rynek? Nijak, podobnie jak na sam bojkot. Nie mamy jeszcze w Polsce bowiem jednego z istotnych ogniw „infrastruktury etycznej” – odpowiedzialnych inwestorów.
Na Zachodzie bojkoty firm nieprzestrzegających zasad CSR w relacjach z odległymi dostawcami nie są nowością. W 2010 r. szczególnie silnym echem odbiła się w mediach (tych tradycyjnych i społecznościowych) akcja Greenpeace skierowana przeciwko gigantowi branży spożywczej – firmie Nestlé. Przedmiotem akcji było stosowanie przez firmę oleju palmowego do produkcji m.in. popularnego batonu Kit Kat. Olej palmowy jest tanim składnikiem, obecnym w niezliczonej liczbie produktów – od kosmetyków po artykuły spożywcze – i bardzo często pozyskiwany jest w Ameryce Południowej i w Azji, gdzie olbrzymie połacie bezcennych lasów tropikalnych wycina się nielegalnie pod uprawę palmy oleistej. Po długiej kampanii, której główną osią były spoty i akcje rozprzestrzeniające się z prędkością światła za pomocą mediów społecznościowych, Nestlé zadeklarowało zerwanie relacji z nieetycznymi dostawcami i stopniowe wycofywanie się z produkcji z użyciem kontrowersyjnych składników. Mogłoby się wydawać, że był to triumf zjednoczonych konsumentów i organizacji pozarządowych.
Pytanie jednak, czy samo zerwanie kontraktu z nieetycznym dostawcą przyniesie realne zmiany? W obliczu gigantycznego światowego popytu na tani olej palmowy dostawca taki szybko znajdzie innego, mniej wymagającego kontrahenta, a jeśli nie (bo np. dotychczasowy kontrakt był dla niego głównym źródłem dochodu), to pracę stracą niedecyzyjni ludzie. Słusznie zauważono, że taka sytuacja w dłuższej perspektywie nie ma wiele wspólnego z odpowiedzialnością społeczną. Dlatego, jak donosi magazyn „Ethical Corporation”, Nestlé wraz z organizacjami pozarządowymi i innymi firmami z przemysłów korzystających z tego surowca postanowiło edukować dostawców, zamiast pozbawiać ich kontraktów – pomóc im w dostosowaniu się do etycznych standardów, jednocześnie szukając alternatyw dla surowca3. Można powiedzieć więc, że rozpoczęto „pracę u podstaw”, odchodząc tym samym od dotychczasowych rozwiązań, dyktowanych „czarno-białym” rozumieniem odpowiedzialności społecznej.
Odpowiedzialne zarządzanie dostawami długo jednak nie będzie w Polsce realnie obowiązującym standardem. Wspomniani wcześniej konsumenci, regulatorzy, kontrahenci i inwestorzy potrzebują czasu, aby rozwinąć w sobie większy stopień społecznej wrażliwości, a z pomocą mogą im przyjść różne programy edukacyjne, póki co podejmowane tylko przez nieliczne organizacje pozarządowe i instytucje. Niewiele mówi się o etyce na uczelniach, a temat odpowiedzialnego zarządzania dostawami raczej nie figuruje w spisie przedmiotów uczelni biznesowych. Trudne warunki rynkowe, a do tego widmo kryzysu oraz nakładająca się na wszystko wszechobecna w Polsce postawa neoliberalna, nie ułatwiają zadania. W badaniu przeprowadzonym w 2010 r. na zlecenie Forum Odpowiedzialnego Biznesu4 jako główną przeszkodę we wprowadzaniu standardów etycznych w zarządzaniu dostawami odpowiedzialni za ten dział menedżerowie wskazywali wysokie koszty, brak zainteresowania ze strony rynku i konsumentów, małą wiedzę. Nie różni się to w zasadzie od powszechnie przytaczanych argumentów przeciwko wprowadzaniu zasad CSR do zarządzania. Trzeba sobie jednak uzmysłowić, że największe światowe firmy dawno już podniosły w tym względzie poprzeczkę, a świadomość i moc oddziaływania konsumentów rosną z dnia na dzień. Warto, aby polskie przedsiębiorstwa już dziś zastanowiły się nad tym, jak dogonić nowoczesność, zanim okaże się, że nie spełniają kryteriów przetargowych.
Przypisy:
- Zob. http://odpowiedzialnybiznes.pl/pl/baza-wiedzy/publikacje/artykuly.html?id=5625
- Więcej w publikacji Wspólna odpowiedzialność. Rola dostaw i zakupów, red. Natalia Ćwik, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, 2011.
- Zob. http://www.ethicalcorp.com/supply-chains/sustainable-palm-oil-nestl%C3%A9-supply-deal-may-be-game-changer
- Zob. www.odpowiedzialnybiznes.pl
przez Aleksander Bucholski | piątek 26 lipca 2013 | Kwartalnik, Lato 2013
Mimo deklaracji ministra Sławomira Nowaka o zmianie priorytetów transportowych rządu kolejne dwa tysiące linii kolejowych idzie pod nóż w sytuacji, gdy dróg systematycznie przybywa. Czy jedną z przyczyn tej sytuacji jest fakt, że drogami zarządza wyspecjalizowana agencja rządowa, a kolejami – spółka prawa handlowego?
Na PKP Polskich Liniach Kolejowych SA ciążył grzech pierworodny od początku ich istnienia, czyli od czasu realizacji zapisów Ustawy z 8 września 2000 r. o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe”. Już samo zarządzanie infrastrukturą niedoinwestowaną, niszczejącą, powoli rozkradaną i pozbawioną po 1989 r. pomysłu na działanie nie było zadaniem wdzięcznym. Do tego doszła konieczność przezwyciężenia piętna „spółki zależnej” PKP, działającej na nowych zasadach przy pomocy starych narzędzi. Wbrew najskromniejszym nadziejom w ciągu 12 lat istnienia spółka nie tylko nie ustrzegła się praktycznie żadnego z dotychczasowych kłopotów państwowego monopolisty, ale jeszcze pogłębiła fatalną opinię o polskich kolejach. Stan sieci jako całości systematycznie się pogarszał1, zatrudnienie znacznie przekraczało potrzeby, a mimo to usługi świadczone były w niewystarczającym zakresie. Trudna współpraca z przewoźnikami, obniżający się poziom bezpieczeństwa na torach2, dramatyczna (zwłaszcza w porównaniu z drogowcami) nieumiejętność wykorzystania środków unijnych3 i ogromne zadłużenie – wszystko to stało się medialną wizytówką spółki.
Szumną zapowiedzią zmiany tej sytuacji była deklaracja ministra Sławomira Nowaka z 2011 r. o nadaniu priorytetu inwestycjom w transport kolejowy. Wyłoniono nowy zarząd spółki PKP, który zapowiadać miał ostateczne zwycięstwo zwolenników „nowoczesnego zarządzania” nad „starymi kolejarzami”. Nowa ekipa miała przede wszystkim „posprzątać” po poprzedniej – prezes Jakub Karnowski komentując wyniki niedawno zakończonej kontroli wewnętrznej w grupie PKP, wspominał: Kiedy 13 miesięcy temu weszliśmy do zarządu PKP SA, w grupie nie funkcjonował żaden audyt, a komórka mająca go w nazwie zajmowała się czym innym. Kilka miesięcy zajęło nam powołanie profesjonalnego pionu audytu4.
Receptą na nieustające kłopoty „czarnej owcy” grupy – zarządcy i właściciela infrastruktury – miał być pakiet restrukturyzacyjny, przygotowany przez firmę doradczą McKinsey, a zakładający znaczącą redukcję kosztów działalności operacyjnej PLK. Niestety eksperci od „nowoczesnego zarządzania” nie poczuli się zobowiązani skonsultować zamiarów z samorządami, przewoźnikami, producentami dóbr przewożonych koleją czy z pasażerami. Gdy do mediów „wypłynęła” będąca częścią pakietu lista zawierająca początkowo ponad 4 tys. linii mających podlegać, wedle słów ministra Nowaka, „optymalizacji”, gwałtownie rozgorzał uśpiony spór o to, co było pierwsze: degradacja linii i niedbalstwo zarządcy czy spadek popytu na usługi kolei. Uzasadnienie, że rozwój polskiej sieci kolejowej musi się odbywać kosztem zagłady jej peryferii, ponownie spotkało się z gwałtownym sprzeciwem branży, związkowców i lokalnych działaczy5.
W zapale piętnowania lat zaniedbań PLK i zakładania spontanicznych komitetów obrony poszczególnych linii mało kto zwrócił uwagę na okoliczności prawne przedsięwzięcia. Spółka zarządzająca infrastrukturą w majestacie prawa obchodzi bowiem ustawowe ograniczenia samowolnego gospodarowania mieniem kolejowym. Tym samym, po raz kolejny już, zwalnia ministra właściwego ds. transportu, stanowiącego demokratyczny „bezpiecznik” całego procesu, z przykrego obowiązku składania podpisu pod decyzją o odcięciu „Polski powiatowej” od świata. PLK pokazały, że tysiące kilometrów linii kolejowych, stanowiących nieraz rację bytu wielu ośrodków administracyjnych i gospodarczych, mogą zostać wyłączone bez konieczności uwzględniania społecznych konsekwencji takich decyzji. Zarządca będący spółką prawa handlowego może to zrobić wyłącznie na podstawie własnego statutu6.
Fakt, że PKP PLK SA są spółką Skarbu Państwa, zdaje się nie mieć w naszych warunkach większego znaczenia dla strategii zarządzania siecią kolejową. Zresztą władztwo tej spółki ogranicza się tylko do linii kolejowych wraz z obsługującymi je urządzeniami, co w polskich warunkach znacząco utrudnia zarządzanie liniami kolejowymi inaczej niż w oderwaniu od ich otoczenia – pokazuje to trudna historia funkcjonowania w III RP terenów kolejowych w miastach. Tymczasem na wyciągnięcie ręki znajduje się bardzo prosta alternatywa – model zarządzania drogami. Zauważmy, że w Polsce – w przeciwieństwie do kolei – drogi, w tym te o znaczeniu lokalnym, przeżyły w ostatnich latach prawdziwy boom inwestycyjny. Niezwykle efektywnie wykorzystano przy tym środki z budżetu Unii Europejskiej. Dostęp do dróg jest swobodny – z sieci korzystać mogą wszyscy przedsiębiorcy i użytkownicy, którzy posiadają uprawnienia i których pojazdy spełniają odpowiednie wymagania techniczne. Niemiecki przewoźnik Deutsche Bahn, któremu zablokowano dostęp do polskich torów, podbija polskie drogi, na których z dyskryminacją się nie spotyka7. Czy na ten stan nie ma wpływu fakt, że zarządcą dróg (niepozostającym jednocześnie właścicielem) jest podmiot prawa publicznego? A przede wszystkim – czy istnieją istotne przesłanki dla stosowania tego swoistego „dualizmu” w zarządzaniu infrastrukturą transportową?
Historia przekształceń na kolei
Nierówne traktowanie obu sieci transportowych jest w dużej mierze uwarunkowane historycznie. Współcześnie drogi w Polsce (jak wszędzie na świecie) są własnością bezpośrednio Skarbu Państwa lub właściwych jednostek samorządu terytorialnego. Zarząd nad drogami krajowymi, drogami ekspresowymi i autostradami sprawuje wyspecjalizowana agencja rządowa – Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Zarząd nad drogami gminnymi, powiatowymi i wojewódzkimi sprawują odpowiednie jednostki samorządu terytorialnego. Zgodnie z art. 10. Ustawy z 1985 r. o drogach publicznych utrata przez drogę jednej kategorii musi wiązać się z przyznaniem innej, a decyzję o wyłączeniu drogi z użytkowania podjąć może dopiero rada gminy po zasięgnięciu opinii zarządu powiatu. W całej procedurze widać organiczny związek sieci drogowej z władztwem publicznoprawnym. Drogi jako dobro publiczne obecne są jednak w naszym otoczeniu od czasów starożytnych, i to niemal nieprzerwanie.
Inaczej rzecz się ma z koleją, której powstanie jako samodzielnej branży miało miejsce w wieku XIX – w okresie najbujniejszego i najbardziej niekontrolowanego rozkwitu wielkiego kapitału. Czas ten to początki nie tylko kolei, ale także telekomunikacji, energetyki, a w nowoczesnym rozumieniu – również poczty czy wodociągów. To właśnie podczas obserwacji rozwoju tych zdobyczy techniki i organizacji w konfrontacji z dogmatami leseferyzmu ówcześni myśliciele (pierwszy najprawdopodobniej ojciec nowoczesnego liberalizmu, John Stuart Mill) doszli do wniosku, że ze względu na specyfikę pewnych obszarów gospodarki niekontrolowana konkurencja w ich ramach jest mniej efektywna od monopolu. Obszary te wyszczególniono ze względu na szereg cech, z których najważniejsze to: strategiczne znaczenie dla zaspokojenia potrzeb publicznych, wysoka kapitałochłonność (ogromne koszty budowy urządzeń i sieci przesyłowej), wysokie zapotrzebowanie na przestrzeń, a w szczególności występowanie tzw. efektu skali, który sprowadza się do tego, że opłacalność sieci rośnie wraz z liczbą „podpiętych” do niej użytkowników.
Jeżeli chodzi o kolej, to poszczególne państwa angażowały się w tworzenie tego systemu transportu niemal od początku jego istnienia. Do monopolu w poszczególnych państwach dochodzono jednak stopniowo i nierównomiernie. We Francji od początku koncesji udzielano na czas określony, mając w perspektywie nacjonalizację, która ostatecznie nastąpiła pod rządami socjalistów w 1938 r. poprzez konsolidację kilku wielkich przedsiębiorstw (podobnie jak w Wielkiej Brytanii w 1948 r. za rządów laburzystów). W II Rzeszy Niemieckiej szczególnym wyzwaniem, nie tylko ekonomicznym, ale i politycznym, stało się zjednoczenie przewoźników krajowych poszczególnych landów. Po konferencji wersalskiej ostateczna nacjonalizacja i konsolidacja miała zagwarantować możliwość spłacenia z majątku kolei wierzycieli poszkodowanych na wojnie.
Wzlot i upadek narodowych przewoźników
Ostatecznie powszechna nacjonalizacja kolei dokonała się w Europie po II wojnie światowej. W jej drodze powstawały najczęściej spółki, których jedynym lub większościowym udziałowcem był Skarb Państwa: Société Nationale des Chemins de fer français we Francji, Deutsche Bundesbahn w Niemczech, British Railways w Wielkiej Brytanii. Podmioty te były często bezpośrednio podległe właściwemu ministrowi, kolej posiadała też nierzadko własne służby porządkowe (np. Bahnpolizei w Niemczech). Narodowi przewoźnicy mieli status monopolistów, skupiających w swoim ręku władzę nad wszystkimi składnikami koniecznymi do funkcjonowania sieci – nie tylko infrastrukturą torową, ale także taborem, terminalami przeładunkowymi, dworcami, telekomunikacją, a z czasem własną siecią elektryczną.
Kolej w krajach kapitalistycznych zaczęła jednak podupadać niedługo po tym, jak została finalnie znacjonalizowana. Dla przewozów pasażerskich, szczególnie tych lokalnych, zabójczy okazał się lawinowy przyrost indywidualnej motoryzacji, będący konsekwencją gwałtownego wzrostu dobrobytu wielkich mas społeczeństwa po 1945 r., uruchomienia narodowych programów budowy dróg i podaży taniej ropy naftowej – co stało się też przyczyną „rzezi” systemów tramwajowych w miastach. Dla przewozów towarowych największym ciosem stały się przemiany ekonomiczne ery postindustrialnej. W wyniku upadku branży wydobywczej i hutniczej spadło zapotrzebowanie na stal i węgiel – stanowiące do tego czasu największy udział w ładunkach przewożonych koleją. Coraz więcej produktów było importowanych z Azji przy pomocy nowoczesnych kontenerowców, a przeładowywanie zunifikowanych kontenerów od razu na samochody ciężarowe często było bardziej opłacalne niż korzystanie z pośrednictwa kolei. W latach 80. XX w. bilans narodowych przewoźników w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii z roku na rok pogarszał się8, nie licząc flagowych połączeń dużych prędkości. Za czasów hegemonii British Railways sieć brytyjska skurczyła się niemal o połowę – z ponad 29 tys. kilometrów do niecałych 17 tys. Kolej ulegała powolnej atrofii.
Ratunku dla podupadającej branży zaczęto szukać w ostrożnym jej urynkowieniu. Reformy kolei miały się stać w Unii Europejskiej częścią większego programu zwiększenia konkurencji i sterowanej deregulacji sektorów gospodarki, które wyróżniono ze względu na wspólne cechy: sieciowość, obecność państwowego monopolu i strategiczne znaczenie dla gospodarki. Sektorów sieciowych roztropnie nie zdecydowano się, ze względu na konieczność zabezpieczenia podstawowych potrzeb ludności, poddać całkowitemu dyktatowi rynku. Za patologiczny uznano jednak stan, w którym o całokształcie usługi decyduje jeden przedsiębiorca z racji posiadania wszystkich środków niezbędnych do jej wykonania. Dla realizacji reformy na kolei kluczową stała się dyrektywa 1991/440/EWG z 29 lipca 1991 r. Jej nadrzędnym celem było ożywienie branży kolejowej, a głównym środkiem dla osiągnięcia tego celu – oddzielenie zarządzania infrastrukturą od świadczenia usług przewozowych.
Polska droga – osobliwości i podobieństwa
W Polsce procesy przekształceń na kolei przebiegały w nieco odmienny sposób, głównie ze względów geopolitycznych. Polskie Koleje Państwowe powołane zostały bezpośrednio po uzyskaniu niepodległości w 1918 r. jako narodowy monopolista bezpośrednio podległy ministrowi kolei żelaznych, a już w 1926 r. zostały przekształcone w przedsiębiorstwo państwowe (wcześniej niż we Francji i w podobnym czasie co w Niemczech). Niemal natychmiastowa nacjonalizacja była historycznie uzasadniona – II Rzeczpospolita miała niepowtarzalną możliwość uwłaszczenia na majątku zaborców, a musiała przecież dokonać szybkiej konsolidacji sieci, różniącej się gęstością, sposobem organizacji czy szerokością toru. Ponieważ okres międzywojenny był w całej Europie, szczególnie po kryzysie 1929 r., czasem rosnącego etatyzmu, a zarazem rozwoju przemysłu ciężkiego, PKP szybko stała się jednym z symboli powojennego sukcesu młodego państwa. Flagową inwestycją tego okresu była Magistrala Węglowa, łącząca Górny Śląsk z nowym portem w Gdyni.
W okresie PRL minister kolei, a później minister komunikacji, sprawował bezpośrednią kontrolę nad PKP. Wprowadzony po II wojnie światowej system gospodarki centralnie planowanej umocnił ustrój kolei, choć nie zmienił zasadniczo jego podstaw. Paradoksalnie to właśnie wówczas pozycja Polskich Kolei Państwowych nie różniła się zasadniczo od tej, jaką miała SNCF we Francji czy DB w Niemczech. Dlatego też należy podkreślić, że źródła kryzysu polskiej kolei po 1989 r. były te same co na zachodzie Europy. Mylnie zwykło się utożsamiać kryzys na kolei z transformacją ustrojową, gdy specyfika sytuacji w Polsce polegała wyłącznie na gwałtownej postaci tych przekształceń socjoekonomicznych, które w innych krajach legły u podstaw kryzysu kolei. Upadek przemysłu ciężkiego (największego źródła zamówień na przewozy towarowe) i niekontrolowana eksplozja indywidualnej motoryzacji dokonały się w Polsce niemal z dnia na dzień, obnażając skansen myśli technologicznej i menedżerskiej, jakim w istocie była narodowa duma – PKP.
Proces separacji kolei od władztwa publicznoprawnego przebiegał stopniowo. W 1991 r. Polska nie była jeszcze członkiem Wspólnot Europejskich, jednak stawiając sobie za cel przystąpienie do nich, musiała do czasu akcesji dostosować swoje prawo do standardów wspólnotowych. Politycy i kolejarze długo bronili jednak monopolu PKP. Ustawa o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe” ujrzała światło dzienne w 2000 r. W artykule 15. nakazała ona powstałej na mocy ustawy PKP SA założyć spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe SA oraz określiła cel jej powołania, a w artykule 18. oddano nowemu zarządcy na własność odpowiadającą zakresowi jego obowiązków część mienia Polskich Kolei Państwowych. W ten oto sposób zarząd nad infrastrukturą kolejową, wraz z prawem własności do niej, objęła w miejsce przedsiębiorstwa państwowego spółka prawa handlowego. Jedynym założycielem została PKP SA, a głównym udziałowcem stał się Skarb Państwa. Działalność PLK została, z uwagi na jej monopolistyczny charakter i szczególną rolę, obwarowana licznymi ograniczeniami w odniesieniu do swobody rozporządzania własnym majątkiem. Procedura postępowania w przypadku likwidacji została unormowana w Ustawie o transporcie kolejowym z 2003 roku.
Spółka prawa handlowego nic nie musi… poza płaceniem podatków
Doświadczenie ostatnich kilku miesięcy dobitnie pokazało jednak, że pomimo ustawowych zabezpieczeń PLK bez przeszkód nadużywają uprawnień, jakie wynikają z ich ustroju. Tak było wówczas, gdy spółka zasłoniła się tajemnicą handlową, odmawiając dostępu do raportu McKinseya szerokiej publiczności9. Pomijając dywagacje, czy faktyczny monopolista na rynku krajowym ma powody do obaw przed ujawnieniem swoich tajemnic, jawność działalności podmiotu zarządzającego tak istotnym obszarem gospodarki powinna być oczywistością. Tajemnicą poliszynela pozostaje więc, że McKinsey w pierwszej kolejności zalecił spółce głęboką restrukturyzację zatrudnienia, o czym wspominał chociażby Jacek Prześluga10. Przede wszystkim jednak, korzystając z furtek zawartych w statucie, PLK omijają demokratyczną kontrolę jej działań, jaką stanowi wymóg zgody na likwidację tras ministra właściwego ds. transportu (w przypadku linii o znaczeniu państwowym działającego w porozumieniu z ministrem obrony narodowej), zastrzeżony w art. 9. Ustawy o transporcie kolejowym.
Trudno oczywiście uwierzyć, by ogon merdał psem bez wiedzy tego ostatniego. Minister Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej jawnie aprobował działania PLK, chociażby argumentując w Polskim Radiu, że te zmiany, które wprowadzamy, dotyczące optymalizacji ilości linii kolejowych, ograniczanie przywilejów, program dobrowolnych, podkreślam dobrowolnych, odejść z pracy z PKP PLK ma służyć temu, żeby potanić funkcjonowanie i żeby ta firma mogła racjonalnie wydawać publiczne pieniądze, które dostaje od nas11. Sławomir Nowak umieścił się tą wypowiedzią wśród autorów zmian, choć jednocześnie odnosi się do zarządcy jak do podmiotu zewnętrznego. Czyżby ustrój spółki został twórczo wykorzystany dla uchylenia się od dokonania trudnej decyzji politycznej? Podpis ministra pod planami zamknięcia kilku tysięcy kilometrów tras obciążyłby wszak bezpośrednio konto koalicji rządzącej, a „optymalizacja” dokonana przez PLK koncentruje uwagę społeczeństwa na zarządzie PLK i firmie McKinsey. Oczywiście, jak było naprawdę – stwierdzić nie sposób.
Na pewno wiadomo jedynie, że w wyniku przyjęcia przez PLK takiej strategii znajdujemy się w stanie zawieszenia, w którym status linii jest niedookreślony, a los każdej z nich rozstrzyga się spontanicznie. Dzieje się tak, ponieważ kasowanie sieci w białych rękawiczkach uniemożliwia systemowe, nieodpłatne usamorządowienie szlaków. Ustawodawca w art. 9. Ustawy o transporcie kolejowym nakazał zarządcy chcącemu likwidować linię kolejową obowiązkowe powiadomienie zainteresowanych przewoźników kolejowych i konsultacje z samorządami terytorialnymi, przez których teren linia przebiega. Oficjalnie działania prowadzone przez PLK nie mają jednak charakteru likwidacji linii, a stanowią jedynie „czasowe wyłączenie” ich z eksploatacji. Jest to bardzo przydatna procedura, przewidziana choćby na okoliczność prowadzenia prac remontowych. PLK nie mają wówczas, z samej natury „czasowości” wyłączenia linii z eksploatacji, obowiązku oferować samorządom przejęcia linii. Nawet gdyby to zrobiły, musiałoby się to odbyć na zasadach przewidzianych dla wszystkich zainteresowanych podmiotów w art. 18. Ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe”. Trudno tu nie dostrzec presji, jaką wywierają PLK na samorządy. A wszystkich linii nie da się, niestety, w ten sposób uratować. Biorąc zaś pod uwagę już dokonaną „rzeź” dotowanych przewozów autobusowych12 – kolejne tysiące Polaków zostają skazane na transport indywidualny.
Argumentem za restrukturyzacją jest przede wszystkim rzekomo katastrofalna sytuacja finansowa zarządcy. Struktura zadłużenia spółki jest jednak niezwykle interesująca, bowiem same długi z tytułu nierozliczonego przez PKP Polskie Linie Kolejowe SA podatku od towarów i usług wynoszą ponad 50 mln zł13. Największym dłużnikiem spółki są natomiast Przewozy Regionalne14 – przewoźnik, którego udziałowcami są jednostki samorządu terytorialnego. Posługując się pewnym skrótem myślowym, należałoby skonstatować, że państwo jest winne pieniądze samo sobie. A jednak w sytuacji, z którą mamy do czynienia, PLK ratuje płynność finansów komercyjnym kredytem w wysokości 400 mln zł15. Czy tak samo wyglądałaby sytuacja zarządcy będącego podmiotem prawa publicznego? Wątpliwe. GDDKiA otrzymała w 2011 r. od dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie korzystną dla siebie interpretację przepisów, z której wynika, iż Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad, jako podmiot odpowiedzialny ustawowo za pobór opłat elektronicznych i opłat za przejazd autostradą, działa w charakterze organu władzy publicznej, a w konsekwencji nie jest podatnikiem VAT. Stąd opłaty pobierane w imieniu Generalnego Dyrektora nie będą podlegać opodatkowaniu VAT. Opłaty te należy uznać za opłaty o charakterze administracyjnym16.
Budujący przykład Szwecji
Czy winni temu absurdowi są jednak bezduszni eurokraci, w szale uniformizacji narzucający na polskim gruncie doświadczenia skrojone dla Niemiec czy Francji? Bynajmniej. Wspomniana dyrektywa 1991/440/EWG pozostawiła państwom szeroki margines swobody wyznaczenia podmiotu zarządzającego siecią. Art. 3. dyrektywy definiuje instytucję zarządzającą infrastrukturą jako każdą instytucję publiczną lub przedsiębiorstwo odpowiedzialne w szczególności za budowę i utrzymanie infrastruktury kolejowej oraz nadzorujące systemy kontrolne i bezpieczeństwa. Ów margines swobody został wykorzystany przez Holandię, która do zarządzania siecią kolejową powołała agencję rządową. Jeszcze dalej posunęły się Szwecja czy Finlandia, w których ustanowiono jedną agencję rządową zarządzającą tak drogami, jak i siecią kolejową – co znacząco ułatwia zrównoważony rozwój infrastruktury w całym kraju. Podobny model przyjęto także w pozostającej poza UE Norwegii. Natomiast w tak często stawianych Polsce za wzór Niemczech, gdzie siecią również zarządza spółka-córka dawnego państwowego monopolisty, od czasu początków reformy na kolei dokonano cięć największych oprócz polskich – zlikwidowane zostało ponad 17% sieci.
W Szwecji natomiast reformę kolei prowadzono od końca lat 80. Ze szwedzkiego monopolisty Statens Järnvägar wydzielono, tak jak w Polsce, spółki przewozowe – pasażerską SJ i towarową Green Cargo. Na rynku przewozów panuje dziś bardzo wysoki poziom konkurencji, a sieć szwedzka od czasu reformy wzbogaciła się o nowe szlaki. Od 1990 do 2009 r. liczba pasażerokilometrów na szwedzkich torach wzrosła o ponad 70%, i to głównie dzięki dotowanym przewozom regionalnym17! Nieco gorzej jest w obszarze przewozów towarowych – po 2008 r. kryzys przyczynił się do spadku ich liczby i obecnie wskaźnik tonokilometrów znajduje się na poziomie z początku reformy sektora. Niemniej do 2008 r. również w tym sektorze odnotowywano stabilny wzrost18. Warto jednak w tym momencie podkreślić jedno – pomimo nie najniższych stawek dostępu do torów szwedzka infrastruktura kolejowa pozostaje obficie dotowana z budżetu państwa19. Szwedzi na kolei nie oszczędzają20. Administracja a zarządzanie to nie to samo.
Drogi bardziej publiczne?
W Polsce wywiera się na kolei presję „rentowności”. O pomysłach „optymalizacji”, czyli likwidowania sieci drogowej, nikt nad Wisłą nie słyszał. Tymczasem budowa i utrzymanie dróg to jedne z najbardziej deficytowych zadań publicznych, a ciężar tych zadań nie spoczywa bynajmniej na kierowcach czy przewoźnikach. Znakomita większość dróg publicznych to drogi wojewódzkie, powiatowe i gminne, te zaś budowane są z pieniędzy pochodzących z podatku dochodowego od osób fizycznych, podatku dochodowego od osób prawnych czy podatku od nieruchomości. Drogi spełniają wszelkie przesłanki do bycia uznanymi za modelowy przykład sieci i choć nigdy nie znalazły się na liście sektorów regulowanych, to na przykładzie dróg właśnie najwyraźniej widać przewagę znaczenia korzyści połączenia danego odcinka z siecią nad jego nierentownością mierzoną in abstracto. Choćby po drodze poruszać się miały dwa-trzy samochody na dobę, to ze względu na funkcję społeczną, jaką owa droga spełnia, po prostu się jej nie likwiduje. Za przewóz ładunków drogą lokalną jej zarządca nie oczekuje zapłaty. Zapłatą jest chęć lokowania przy drodze domów i miejsc pracy. Zapłatą dla podatników jest możliwość dojazdu.
Drogi różnią się oczywiście od kolei stopniem zaawansowania technicznego potrzebnego do ich użytkowania czy wyśrubowanych wymogów dotyczących bezpieczeństwa, a w związku z tym – krańcowym kosztem utrzymania. Na to konto jednak ponad miarę obciąża się drogi przewozem towarów, które z powodzeniem można by transportować koleją – gdyby tylko zapewniono dostęp do teoretycznie nierentownych szlaków, umożliwiających dalszy transport ładunków po całej sieci. A przeciążone drogi to większe koszty ich utrzymania. Argument o szczególnych dla kolei wymogach dotyczących bezpieczeństwa okazuje się zresztą nie być istotny akurat na liniach, których zamknięcie jest rozważane. Podkreśla to Tadeusz Syryjczyk w wywiadzie dla „Rynku Kolejowego”: Jeżeli chodzi o ruch osobowy, to moim zdaniem warto przeanalizować doświadczenia Szkocji. W tym kraju jest niska gęstość zaludnienia, więc potoki pasażerskie są rzeczywiście niewielkie i są linie, na których jeździ tylko kilka par pociągów dziennie. Na tych liniach zastosowano mijanki bezobsługowe. U nas to się wiąże z wielkimi nakładami, bo uważa się, że do tego potrzebne są scentralizowane urządzenia, znajdujące się w lokalnym centrum sterowania. Tam to rozwiązano bardzo tanio, w zupełnie inny sposób, ale jednocześnie bezobsługowy i bezpieczny, w związku z czym jest duża oszczędność21.
Podnoszenie przez PLK argumentu o ogromnych, nieprzekładających się na zyski kosztach, jakie należałoby ponieść, aby postawić na nogi pozostające często w stanie agonalnym linie lokalne, dowodzi jednej rzeczy: jeżeli czegoś zarządcy brakowało, to nie pieniędzy, lecz rządowego błogosławieństwa, aby je zdobyć. Odrzucając litanie nad nieumiejętnością wydawania przez PLK płynących szerokim strumieniem unijnych pieniędzy, skupmy się na pozytywnym przykładzie Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych, czyli tzw. schetynówek. Trudno mówić o jakichkolwiek bezpośrednich zyskach z tego programu – poza społecznymi oczywiście. Jego łączna wartość (w latach 2008–2015) opiewa jednak na 6,2 mld zł. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie dziś zarządcy polskiej infrastruktury kolejowej, który podobną sumę przeznacza wyłącznie na linie lokalne. Tylko czy państwo nie powinno stosować jednego standardu zarządzania siecią transportową?
Tak jak budowa schetynówki może gminę uratować, tak „rzeź” lokalnych linii kolejowych będzie mieć dla niej katastrofalne konsekwencje społeczne – pamiętajmy bowiem, że w raporcie McKinseya znalazło się wiele linii używanych dziś w ruchu zarówno towarowym, jak i pasażerskim. Z perspektywy Warszawy cięcia pod Szczecinem, Żywcem czy Jelenią Górą są oczywiście nieodczuwalne. Tyle że problemem nie jest już likwidacja połączeń między małymi miejscowościami – ten proces trwał w najlepsze od 20 lat i właśnie dobiega końca. Dziś zagrożone są połączenia kolejowe niemałych miast powiatowych z ich naturalnymi ośrodkami regionalnymi. Na ostatniej liście „likwidacyjnej” PLK pozostają odcinki łączące Pisz i Ełk z Olsztynem (Ełk już dziś lepiej jest połączony z Białymstokiem), Mielec z Rzeszowem, Międzychód z Poznaniem, Wadowice z Krakowem.
Jeżeli uznamy, że linia kolejowa, w przeciwieństwie do drogi, dedykowana jest przede wszystkim transportowi zbiorowemu, uznać też należy konsekwentnie, że pełni ona dalece donioślejszą rolę. Samym swym istnieniem gwarantuje bowiem możliwość komunikacji na dalsze odległości tym, którzy od transportu indywidualnego uzależnieni być nie mogą – z racji wieku, niepełnosprawności, braku środków.
Samobójcze skłonności PLK
Oczywiście, wrażliwość społeczna może być zarządowi PLK obca. Od profesjonalnego zarządcy sieci można by jednak wymagać elementarnego zrozumienia zasady działania tego sektora – przede wszystkim wspomnianego już efektu skali. A jednak tak nie jest. Wiele pozornie deficytowych odcinków stanowi zespół „dopływów” do linii głównych, generując na nich ruch, który przekłada się na przychody nie tylko zarządcy, ale całej gospodarki. Tymczasem na pierwszej liście linii przeznaczonych do „czasowego wyłączenia” znalazły się odcinki zapewniające obsługę tak ważnych dla polskiej gospodarki ośrodków przemysłowych jak Police (zakłady chemiczne), Płock (rafineria) czy Bełchatów (elektrownia), a także wiele mniejszych – Opoczno (ceramika) czy wspomniany już Mielec (przemysł lekki). Dobry zarządca sieci transportowej rozumie też konieczność prowadzenia ruchu za wszelką cenę – nawet w sytuacji wyłączenia części sieci. Tymczasem początkowo skazano na likwidację odcinki takie jak Rogoźno Wielkopolskie – Wągrowiec czy Krotoszyn – Grabowno Wielkie, które pozwoliły prowadzić ruch pociągów z Poznania do Wągrowca i z Poznania do Wrocławia na czas remontów odpowiednio linii nr 356 i 271 – a to utrudnienia związane z komasacją prac torowych nadwątliły ostatnio i tak już nie najlepszy wizerunek PLK . Porównajmy to znów z drogami: czy w związku z otwarciem kolejnych odcinków autostrad A1, A2 czy A4 ktokolwiek myślał o rozbiórce odpowiadających im dawnych odcinków krajowej „jedynki”, „dwójki” czy „czwórki”?
Nieumiejętność zarządzania siecią widać też w braku odczytywania potrzeb pasażerów i dostosowania do nich infrastruktury. Ostatecznie postanowiono zlikwidować odcinek Nowy Zagórz – Łupków mimo wciąż rosnącej popularności Bieszczad jako celu turystycznego. Tnie się odcinki prowadzące ruch do istniejących lub potencjalnych przejść granicznych – Głuchołaz, Cieszyna, Hrebennego, Włodawy – powołując się na niski popyt. Brak popytu często wynika jednak z braku oferty dostosowanej do potrzeb pasażera. Ofertę taką mogliby złożyć przewoźnicy chociażby z sąsiednich państw. Powiązany kapitałowo z grupą PKP zarządca zazdrośnie jednak strzeże dostępu do infrastruktury, łamiąc zresztą normy unijne.
Inne drogi
Argument, że wiele linii kolejowych przebiega przez tereny zaludnione zbyt słabo, powinien rodzić wyłącznie refleksję nad zupełnym brakiem strategicznego zarządzania infrastrukturą w Polsce, jeżeli między lokalizacją linii i przystanków a lokalizacją obszarów zabudowy mieszkalnej nie wypracowano przez ostatnie dwie dekady żadnego funkcjonalnego powiązania. Zarządcy będącemu podmiotem prawa publicznego łatwiej byłoby budować długofalową strategię rozwoju pozostającą w dialogu z pozostałymi obszarami gospodarki (taki cel przyświecał zresztą Szwedom). Dla spółki trudniejsze jest stosowanie rozwiązań, które opłacalne są wyłącznie na dłuższą metę i których sensowność dostrzec można wyłącznie z perspektywy państwa jako pewnej złożonej machiny.
Reasumując, raport McKinseya powstać mógł jedynie na zamówienie zarządcy obsesyjnie skupionego na rocznym bilansie finansowym, a nie na realizacji swojej misji. Nie ma oczywiście nic zdrożnego w racjonalizacji kosztów działania. Nikt nie zaprzeczy, że pieniądze na kolei zarówno przed komercjalizacją, jak i po niej wydawane były źle. Jednak państwo, które nagradza zarządcę infrastruktury kolejowej wyłącznie za poprawę stanu finansów wewnętrznych (wątpliwą zresztą), samo sprowadza się do roli wynajętego audytora. Rolą państwa jest egzekwować rzetelne wywiązywanie się przez PLK z powierzonych im zadań. Jeżeli się nie wywiązują – państwo może i powinno przejąć realizację tych zadań, jednocześnie ucinając spekulacje o poplecznictwie w grupie PKP.
Państwo polskie, samorządy, kolejarze i obywatele muszą mieć odwagę przyznać, że oderwanie infrastruktury od zarządcy dokonało się w Polsce w stopniu niewystarczającym. W miejsce przedsiębiorstwa państwowego, które – czy to się komuś podoba, czy nie – w dawnym kształcie przetrwać nie mogło, mamy dziś do czynienia ze spółką, która jest powiązana kapitałowo z największymi przewoźnikami osobowym i towarowym. Niepewne są za to, jak się kilka miesięcy temu okazało, stopień i warunki zależności owej spółki od faktycznych interesów społeczeństwa i demokratycznie wybranej władzy. Przekazanie zarządu nad siecią kolejową agencji rządowej, a własności lokalnych linii (przynajmniej częściowo) samorządom leży w interesie wszystkich. Tym, którzy uważają, że niewidzialnej ręki rynku na torach jest za mało, powinno zależeć na ostatecznej separacji zarządcy infrastruktury od przedsiębiorstw świadczących inne usługi na kolei. Tym, którzy prezentują pogląd przeciwny, powinno zależeć na tym, by operatorem infrastruktury strategicznej dla gospodarki i zwykłych obywateli był podmiot prawa publicznego, winny obywatelom dostęp do informacji o prowadzonej działalności, niezwiązany wynikami za dany rok obrotowy i mogący myśleć perspektywicznie nie tylko w granicach własnej odpowiedzialności. A także, co nie jest bez znaczenia, niezmuszony do odprowadzania podatku od uzyskanych przychodów, co znacząco podnosi zarówno koszty działalności zarządcy, jak i koszty działalności całego państwa.
Niezbędnym warunkiem zmiany jest jednak strategiczna reorientacja polskiego rządu. Prawdziwą przeszkodą na drodze ku renesansowi polskiej kolei wydaje się być przede wszystkim oglądanie polskiej sieci transportowej zza szyby samochodu. Decydenci po pierwsze muszą nauczyć się widzieć system transportowy państwa jako złożony, wymagający regulacji system, czego dowodem byłoby utworzenie, tak jak w Szwecji, Norwegii czy Finlandii, jednej agencji rządowej zarządzającej infrastrukturą drogową i kolejową. Najistotniejsze jednak, by politycy przestali traktować lokalne linie kolejowe jako przykry balast, a dostrzegli w nich potencjał, który udało im się zobaczyć w schetynówkach. Szanse Polaków w globalnej gospodarce nigdy nie będą równe, jeżeli nie zostanie im zapewniony równy dostęp do sieci transportowej. Dodając do tego plany Unii Europejskiej dotyczące rozwoju sieci transportowej, kolej zasługuje w istocie na traktowanie preferencyjne względem sieci drogowej. Zapewnia ona bowiem bardziej efektywne wykorzystanie przestrzeni, a paradoksalnie koszty jej użytkowania są bardziej urealnione. Na naszych oczach dokonuje się też powolna internalizacja kosztów środowiskowych i społecznych, jakie wiążą się z masową motoryzacją – jazda samochodem będzie coraz droższa; płatne drogi to kwestia najdalej kilku dekad. Przyszłość transportu należy do kolei. Pytanie tylko, czy ta przyszłość nie wykracza poza horyzont niedawnych apologetów „ciepłej wody w kranie”.
Przypisy:
- https://obywatel3.macmas.pl/2011/07/15/kraj-coraz-wolniejszej-kolei/, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.era.europa.eu/Document-Register/Documents/Safety-Performance-Report-2011.pdf, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.nik.gov.pl/plik/id,4754,vp,6154.pdf, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/45105/Karnowski_To_byla_klasyczna_zmowa_cenowa.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://znpk.org/media/article/download/ZNPK_Wladze%20RP%20i%20UE_List%20otwarty%20przeciw%20likwidacji%20linii_20121204.pdf, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/41513/Zamykaja_2_tys_km_linii_kolejowych_Jakim_prawem.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://wyborcza.biz/biznes/1,100969,13884633,_Rz___Deutsche_Bahn_rusza_na_polskie_drogi__Kupili.html#TRNajCzytSST, dostęp: 11.05.2013.
- A. Mężyk, Uwarunkowania i efekty reformy kolei, Radom 2011, s. 27.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/41870/Syryjczyk_PKP_PLK_powinny_ujawnic_wszystkie_swoje_koszty_zanim_rozpoczna_redukcje_sieci.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/37786/Przesluga_Nierentowne_linie_kolejowe_da_sie_ocalic.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/37637/Nowak_Bez_restrukturyzacji_PLK_sie_nie_utrzyma.htm, dostęp: 11.05.2013.
- https://obywatel3.macmas.pl/2011/10/08/coraz-gorzej-z-pks/, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/37451/PKP_PLK_straca_plynnosc_finansowa_w_ciagu_6_miesiecy.htm, dostęp: 11.05.2013
- Ibid.
- Ibid.
- http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,9076063,Przejazd_panstwowa_autostrada_tanszy__bo_bez_VAT.html, dostęp: 11.05.2013.
- A. Mężyk, op. cit., s. 233.
- Ibid., s. 233.
- Ibid., s. 239.
- Ibid., s. 234.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/41870/Syryjczyk_PKP_PLK_powinny_ujawnic_wszystkie_swoje_koszty_zanim_rozpoczna_redukcje_sieci.htm, dostęp: 11.05.2013.
przez Darwin BondGraham | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
W 1995 r. Kalifornia przyznała prywatnej spółce prawo do zbudowania płatnych dróg ekspresowych wzdłuż autostrady – drogi stanowej 91, w regionie zamieszkanym przez miliony osób oraz o jednym z największych natężeń ruchu samochodowego w kraju. Była to pierwsza nowoczesna sprywatyzowana autostrada w USA. Kalifornijska Prywatna Spółka Transportowa (CPTC), będąca spółką złożoną z trzech przedsiębiorstw: Level 3 Communications, Granite Construction Inc. oraz francuskiego operatora płatnych dróg Cofiroute SA, ukończyła przedsięwzięcie za 130 mln dolarów pochodzących w większości z prywatnych źródeł. W celu zrekompensowania wydatku, a także aby zarobić, CPTC uzyskała 35-letnią koncesję na obsługę tej płatnej drogi. Władze stanowe obiecywały, że prywatna spółka zapewni większą wydajność i oszczędności, a społeczeństwo będzie korzystało z przejezdnych i bezpiecznych dróg, nawet podczas cięć budżetowych.
Wydarzenia potoczyły się szybko. Płatne drogi SR-91 nie odkorkowały miejscowego ruchu ulicznego. Władze lokalne i stanowe postanowiły poszerzyć pobliskie autostrady, aby zmniejszyć rosnące korki i zwiększyć bezpieczeństwo. W czasie gdy urzędy transportu ogłosiły plany usprawnienia komunikacji, niespodziewanie spółka CPTC złożyła pozew, powołując się na klauzulę o zakazie konkurencji z umowy o budowę i obsługę płatnych dróg. Prawo uniemożliwiło władzom Kalifornii usprawnienie autostrad, ponieważ mogłoby to obniżyć prywatne zyski. W 2003 r. Urząd ds. Transportu hrabstwa Orange (OCTA) został zmuszony do wykupienia płatnych dróg SR-91 za 208 mln dolarów, aby zakończyć patową sytuację.
W 2004 r. władze Kalifornii przerwały eksperyment z prywatyzacją autostrad. Nie powstrzymało to jednak innych stanów przed wprowadzaniem takich rozwiązań. Po 2000 r. w Wirginii i Teksasie zbudowano kilka ważnych sprywatyzowanych autostrad. Następnie w 2009 r. sytuacja wróciła do punktu wyjścia. Kalifornia ponownie zezwoliła tzw. partnerstwom publiczno-prywatnym na uczestnictwo w zamówieniach publicznych na autostrady i inne dobra publiczne. Pomimo że prywatyzacja przedsięwzięć transportowych okryta jest złą sławą, w dużej mierze w związku z kosztownymi eksperymentami Kalifornii sprzed ponad dekady, w całym USA główne autostrady i inne usprawnienia infrastrukturalne przekazywane są ponownie prywatnym inwestorom, obecnie pod nazwą partnerstw publiczno-prywatnych (public-private partnerships) – PPP.
Określenie PPP odnosi się do co najmniej trzech zjawisk. Wyrażenie to celowo przywołuje scenariusz współpracy obu stron, w którym równi partnerzy chcą osiągnąć wspólny cel. Przywódcy polityczni reklamują ten rodzaj prywatyzacji jako sposób na obniżające się wpływy z podatków oraz zmniejszającą się zdolność kredytową, podczas gdy spółki prywatne utrzymują, że oferują swoje doświadczenie i kapitał w duchu służby publicznej.
Wynika to z długiej ideologicznej kampanii przeciw związkom zawodowym z sektora publicznego oraz „dużemu rządowi”, które konserwatywni doradcy, eksperci i politycy obwiniają o rosnący deficyt i pogarszający się stan infrastruktury. Jednocześnie przekonanie to uznaje prywatne spółki i prywatny zysk za źródła wydajności i dyscypliny fiskalnej.
Poza tym PPP stwarza oczywiście możliwość zarobienia pieniędzy. Wspiera ją infrastrukturalno-przemysłowy układ złożony z globalnych korporacji budowlanych, banków inwestycyjnych, spółek private equity [private equity to średnio- lub długoterminowe finansowanie firm prywatnych nienotowanych jeszcze na giełdzie – przyp. redakcji] oraz prestiżowych kancelarii prawnych. Wspólnymi siłami starają się przeforsować nowe przepisy otwierające im drogę do kolejnych elementów publicznej infrastruktury, z których będą mogli czerpać zyski. W ostatnich latach po cichu im się to udaje.
Nowy rodzaj prywatyzacji
W celu zrozumienia modelu prywatyzacyjnego PPP najlepiej zacząć od podstaw tradycyjnego państwowego modelu rozbudowy infrastruktury. W USA określany jest on jako proces „projekt oferta budowa”. Rozważmy to na przykładzie autostrady stanowej. Inżynierowie stanowi zwykle opracowują projekt, czasami zlecając pracę przedsiębiorstwom inżynieryjnym. Gdy plany są gotowe, stanowy wydział transportu zezwala spółkom na udział w przetargu na roboty budowlane. W tym czasie stan pożycza pieniądze, sprzedając obligacje, zwykle za niską cenę, ponieważ banki konkurują między sobą o pozycję poręczyciela. Następnie stan wykorzystuje wpływy z obligacji do opłacenia firmy budowlanej, która złożyła najtańszą ofertę wykonania przedsięwzięcia. Posiadacze obligacji zostają spłaceni po dłuższym czasie, zwykle z wpływów z akcyzy na paliwo lub z innych podatków przeznaczonych na finansowanie infrastruktury. Cały proces charakteryzuje się monopolem stanu, zmuszającego spółki prywatne do konkurowania między sobą i tym samym obniżania kosztów inwestycji.
Prywatyzacja infrastruktury transportowej według modelu PPP różni się od prywatyzacji w zwyczajowym rozumieniu. Większość ludzi postrzega prywatyzację jako proces prowadzący do prywatnego prawa własności dróg, mostów, portów i innych dóbr używanych przez ludność. Prywatyzacja w wersji PPP nie umożliwia inwestorom posiadania autostrady, w zamian oferując spółkom prywatnym monopolistyczną kontrolę w różnym zakresie (w zależności od umowy) nad różnymi etapami przedsięwzięcia. Zgodnie z modelem PPP inwestorzy mogą mieć większą kontrolę nad projektem, finansowaniem, budową lub utrzymaniem dobra publicznego, co pozwala im na czerpanie zysków z infrastruktury publicznej bez potrzeby faktycznego jej posiadania na własność.
Czerpanie zysków
Główne źródło zysków sektora prywatnego w modelu PPP jest pochodną ograniczenia konkurencji na rynku. Inaczej niż w tradycyjnej procedurze zamówień publicznych dotyczącej infrastruktury, model PPP wyklucza konkurencyjne składanie ofert w dalszych etapach przedsięwzięcia. Konsorcja muszą jedynie konkurować z garstką innych bardzo bogatych firm budowlanych i banków inwestycyjnych o zawarcie umowy na realizację całej inwestycji. Rozmiar oraz złożoność umów PPP sprawiają, że wiele mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych spółek zostaje wykluczonych z przetargu. Dlatego w przetargach o umowy PPP uczestniczy zwykle mniej oferentów i w związku z tym koszty są wyższe.
Ponadto, ujmując przedsięwzięcie w jednej umowie, PPP zapewnia prywatnemu konsorcjum znaczną możliwość cięcia swoich kosztów. Wykonawcy mogą osiągnąć większe zyski, zmieniając projekt, zatrudniając nieuzwiązkowionych podwykonawców lub płacąc niższe wynagrodzenie.
Zyski biorą się też ze złożonych uzgodnień finansowych, które stanowią zasadniczą część umowy. W przeciwieństwie do tradycyjnych przedsięwzięć infrastrukturalnych spółki PPP korzystają z prywatnego kapitału oraz zadłużenia, a także z dotacji do państwowych kredytów na budowę autostrady. Przedsięwzięcia PPP opierają się na kilku źródłach prywatnego finansowania. Inwestycja „kapitałowa” pochodząca ze środków obrotowych partnerów konsorcjum zapewnia im niewielki udział na etapie budowy przedsięwzięcia. Zwolennicy PPP twierdzą, że gdy partnerzy prywatni ryzykują utratę swoich pieniędzy, mają motywację do terminowego ukończenia przedsięwzięcia poniżej kosztów realizacji.
Głównym źródłem finansowania przedsięwzięcia są jednak banki inwestycyjne, które pożyczają środki partnerom konsorcjum. Zwolennicy PPP uważają, że takie prywatne źródło finansowania jest odpowiedzią na ograniczenia budżetowe rządów, które mierzą się z ogromnymi zaległościami w odkładanych inwestycjach infrastrukturalnych. Niedawne sprawozdanie Urzędu Budżetowego Kongresu (CBO) ukazuje jednak błąd w tym rozumowaniu. Argumentuje się czasem, że korzystanie z funduszy z prywatnych rynków kapitałowych do finansowania dróg może zwiększyć środki dostępne na potrzeby budowy, obsługi i utrzymania dróg – stwierdza sprawozdanie. Jednak źródła funduszy dostępnych do opłacenia kosztów przedsięwzięcia autostradowego, bez względu na to, czy korzysta się z tradycyjnego podejścia do finansowania, czy z partnerstwa publiczno-prywatnego, są jednakowe: są to opłaty ponoszone przez użytkowników lub podatki pobierane przez rząd federalny albo stanowy lub władze lokalne.
Ostatecznym źródłem finansowania przedsięwzięcia jest zatem zawsze społeczeństwo, poprzez opłaty lub podatki. Dlaczego więc pozwalać prywatnym bankom na pobieranie środków z prywatnych rynków kapitałowych, aby mogły działać jako pośrednicy? Pozwalając inwestorom prywatnym na finansowanie budowy przedsięwzięcia, stan uprawnia ich do stawiania monopolistycznych roszczeń w związku z przyszłymi przepływami podatkowymi lub wpływami z opłat.
Ryzyko publiczne, zyski prywatne
Prywatne finansowanie i obsługa infrastruktury publicznej są w rzeczywistości droższe, niż gdyby zapewniały je władze państwowe i dlatego ryzyko jest najistotniejszym czynnikiem, którym zwolennicy PPP tłumaczą prywatyzację infrastruktury. Twierdzą oni też, że tradycyjny model projekt oferta budowa, obejmujący własność państwową, obsługę i utrzymanie autostrady, naraża stan na ryzyko wzrostu kosztów przedsięwzięcia.
Źródłem ryzyka mogą być np. zmiany wysokości odsetek albo strajki pracowników, a mogą oni (i czasami tak się dzieje) zmówić się, żeby zwiększyć koszty przedsięwzięcia. Zwolennicy modelu PPP uważają, że przekazanie finansowania, budowy i innych etapów przedsięwzięcia prywatnemu konsorcjum za wcześniej ustaloną cenę jest równocześnie przekazaniem im tego ryzyka. Dodatkowe pieniądze, które stan musi wypłacić konsorcjum PPP, w postaci zysków inwestorów prywatnych, są więc uzasadnione, ponieważ ponoszą oni ryzyko. Sądzi się, że stan zapewnia sobie mniejsze zagrożenie niepowodzeniem w zamian za większą kwotę.
Branża PPP pracowała jednak ciężko w ostatnich latach nad dopilnowaniem, aby jej członkowie byli narażeni na bardzo niewielkie ryzyko. Zyski z przedsięwzięć PPP zbudowanych w Kalifornii, Teksasie, Wirginii i na Florydzie w latach 90. XX w. i na początku XXI w. pochodziły w większości od społeczeństwa w postaci opłat drogowych. Te jednak nie zawsze są wystarczające, żeby prywatne spółki na tym zarobiły. Kilka zbudowanych na początku płatnych autostrad PPP okazało się porażką, gdy założenia o natężeniu ruchu nie sprawdziły się. Doprowadziło to do bankructw prywatnych firm, a wiele kosztów i tak musiało ponieść społeczeństwo.
Płatna droga ekspresowa South Bay w Kalifornii, będąca własnością australijskiego banku inwestycyjnego Macquarie Capital, zbankrutowała w 2010 r. W następstwie postępowania w sądzie upadłościowym amerykańscy podatnicy, którzy dotowali przedsięwzięcie poprzez kredyty federalne, ponieśli 42% kosztów. Płatna droga Camino Colombia w Teksasie także zbankrutowała, gdy mniejszy od zakładanego ruch nie przyniósł wpływów wystarczających do spłaty inwestorów. W 2004 r. została sprzedana na licytacji. Główny wierzyciel drogi, John Hancock Life Insurance, kupił Camino Colombia za 12 mln dolarów, rok później zmienił plany i odsprzedał ją teksańskiemu Wydziałowi ds. Transportu za 20 mln dolarów.
Chociaż społeczeństwo pokryło sporą część kosztów nieudanych przedsięwzięć opartych na opłatach drogowych, lobbyści PPP nakłaniają do stworzenia nowego systemu finansowania. Na nowo napisali prawo stanowe w Alabamie, Arizonie, Kalifornii, Georgii, Illinois, Luizjanie, Oregonie, Teksasie i na Florydzie, żeby zbliżyć się do modelu „płatności za dostępność”. System ten jest podobny do dzierżawy – stan płaci prywatnemu deweloperowi za utrzymanie drogi do użytku publicznego. Środki na ten cel pochodzą bezpośrednio z wpływów z akcyzy na paliwo i innych podatków zamiast z bezpośrednich opłat od kierowców. Taki system chroni deweloperów przed ryzykiem związanym z finansowaniem płatnych dróg, ponieważ właściciele dróg nie muszą już szacować natężenia przyszłego ruchu czy makroekonomicznych tendencji, na które nie mają wpływu. Posiadają bowiem gwarancję finansowania bezpośrednio z kasy stanu przez okres kilku dekad.
Pomimo że PPP reklamuje się jako wykorzystywanie potencjału prywatnych rynków kapitałowych do inwestowania w infrastrukturę publiczną, w rzeczywistości inwestorzy PPP po prostu otrzymują ogromne państwowe dotacje. Na przykład spółki prywatne budujące przedsięwzięcia autostradowe w tej formule standardowo spodziewają się, że stany udzielą im uprawnień do emisji obligacji w celu sfinansowania ich działalności. W przeciwieństwie do zadłużania się na prywatnych rynkach kapitałowych odsetki od tych obligacji są zwolnione z podatków federalnych, ponieważ wpływy z nich zostaną wykorzystane do budowy dóbr użyteczności publicznej, a nie przedsięwzięć służących jedynie prywatnym osobom czy grupom. Obligacje nie są opodatkowane, więc dłużnik może uzyskać środki niższym kosztem. Taka forma finansowania jest zatem z założenia ulgą podatkową dla banków inwestycyjnych i korporacji podpisujących umowę PPP. Amerykańskie Ministerstwo Transportu standardowo przyznaje również kredyty deweloperom PPP na mocy ustawy o finansowaniu infrastruktury transportowej i innowacji (TIFIA). Kredyty przyznawane na tej podstawie zapewniają spółkom znacznie niższe odsetki i elastyczniejsze warunki spłaty niż te dostępne na prywatnych rynkach kapitałowych – ponieważ po raz kolejny dotuje je społeczeństwo.
Krótko mówiąc, spółki PPP mają obecnie niemal zagwarantowane zyski z inwestycji. Odejście od opłat drogowych oraz częstsze korzystanie z modelu płatności za dostępność oznacza, że inwestorzy PPP nie muszą się już martwić o natężenie ruchu ulicznego. Gwarantowane płatności z tytułu dzierżawy, niskie odsetki od kredytów dotowanych przez rząd, a także obligacje zwolnione z opodatkowania – oznaczają pewność profitów.
Jednocześnie partnerstwa publiczno-prywatne stwarzają nowe rodzaje ryzyka dla rządu i społeczeństwa. Złożone zobowiązania umowne, stworzone, aby chronić prywatne zyski, dają spółkom prywatnym ogromne możliwości, wiążąc ręce władzom stanowym. Z niedawnego raportu na temat partnerstw publiczno-prywatnych Kalifornijskiego Urzędu Analiz Ustawodawczych wynika, że pozwalając prywatnym korporacjom na posiadanie udziału finansowego w infrastrukturze publicznej, rząd naraża się na większe prawdopodobieństwo nieprzewidzianych wyzwań, podczas gdy jego „elastyczność” w radzeniu sobie z tymi wyzwaniami jest ograniczona.
Układ infrastrukturalno-przemysłowy
Biorąc pod uwagę wysokość potencjalnych zysków, wpływowe spółki zainwestowały wiele czasu i środków, aby przyjąć ustawy PPP w ponad 30 stanach. Garstka międzynarodowych firm budowlanych, banków inwestycyjnych i spółek private equity dominujących na rynku PPP przeznacza co roku miliony na lobbing w najważniejszych amerykańskich stanach. Poza kupowaniem projektów ustaw dopuszczających prywatyzację autostrad rozszerzają obecnie zakres działalności na prywatyzację inwestycji publicznych (takich jak np. budynki sądów), garaży parkingowych, systemów urządzeń pomiarowych i inną tzw. infrastrukturę społeczną.
Prestiżowe kancelarie prawne pracują nad wprowadzaniem ustaw dotyczących partnerstw publiczno-prywatnych w wielu stolicach stanów. W Los Angeles kancelaria prawna Nossaman LLP na swojej stronie internetowej stwierdza wprost, że nasz model ustawy PPP jest dla ustawodawców na poziomie lokalnym, regionalnym i stanowym wartościowym punktem odniesienia. Znaczna część dochodów kancelarii Nossaman pochodzi z doradzania inwestorom prywatnym i firmom budowlanym startującym w przetargach na kontrakty PPP, dlatego kancelarii zależy, żeby ustawy o PPP zostały uchwalone w jak największej liczbie stanów. Mając poparcie głównych wykonawców w przetargach PPP, Amerykańska Rada Wymiany Legislacyjnej (ALEC), konserwatywna organizacja wspierająca korporacje, która stara się przepchnąć modelowe projekty ustaw parlamentach stanowych w całym kraju, lobbuje obecnie na rzecz partnerstw publiczno-prywatnych. Grupa poparła projekt ustawy stanowej o powołaniu partnerstwa publiczno-prywatnego, który przedstawiony został przez wiceprezesa australijskiego banku inwestycyjnego Macquarie Capital. Macquarie jest członkiem korporacyjnym rady ALEC.
Część urzędników rządowych często przemawia na konferencjach branżowych, promując PPP. Na przykład w październiku 2012 r. José Luís Moscovich z Zarządu Transportu San Francisco wygłosił wykład przed uczestnikami Konferencji Finansowej Posiadaczy Obligacji West Coast na temat drogi Presidio Parkway, sprywatyzowanej na mocy 30-letniej umowy z niemiecką firmą budowlaną Hochtief i francuskim bankiem inwestycyjnym Meridiam. Byli urzędnicy rządowi są także zaangażowani w promocję PPP – pracując w spółkach prywatnych lub dla think tanków. Dale Bonner, szef stanowej Agencji ds. Biznesu, Transportu i Mieszkalnictwa za rządów byłego gubernatora Kalifornii Arnolda Schwarzeneggera, pracuje teraz dla Cal-Infra Advisors Inc. – firmy lobbingowej i konsultingowej współpracującej z deweloperami stającymi do przetargów PPP. Dale Bonner promuje model PPP także jako starszy doradca w Milken Institute. W 1989 r. fundacja Reason Foundation, prawdopodobnie intelektualna kolebka prywatyzacji w ramach PPP, pomogła w sporządzeniu pierwszej ustawy PPP w Kalifornii. Od 2009 r. wiceprezes ds. strategii tej fundacji zasiada w Kalifornijskiej Komisji Doradczej ds. Infrastruktury Publicznej, organie stanowym odpowiedzialnym za wytypowanie projektów drogowych do prywatyzacji. Reason Foundation jest również członkiem korporacyjnym rady ALEC.
Inwestorzy PPP utworzyli nawet własne ogólnokrajowe stowarzyszenie zawodowe – Krajową Radę na rzecz Partnerstw Publiczno-Prywatnych (NCPPP), która opracowała „narzędzia legislacyjne” dla ustawodawców stanowych. NCPPP rozprowadza też materiały prasowe, które mają przekonać dziennikarzy, że wcale nie jest tak, że gdy do gry wchodzi sektor prywatny […] w ostatecznym rozrachunku obywatele muszą zapłacić za usługi więcej oraz że to nieprawda, iż spółki prywatne, świadcząc usługi, idą po linii najmniejszego oporu, aby zwiększyć zyski.
Interes publiczny
Pomimo wpływów zwolenników PPP prywatyzacja infrastruktury publicznej nie jest w USA czymś oczywistym. Wiele problemów i złe doświadczenia związane z prywatyzacjami osłabiają społeczną akceptację i poparcie władz. Zamówienia publiczne w formule PPP są droższe. Stwarzają tyle samo nowych rodzajów ryzyka dla społeczeństwa, ile rzekomo eliminują. Do tego dochodzi kwestia oporu ze strony różnych instytucji – stanowe i miejscowe agencje transportu korzystają z modelu projekt → oferta → budowa od ponad stu lat. Przejście na model PPP wymaga złożonych zmian w prawie i przekształcenia procedur rządowych, a także wielu nowych kompetencji od urzędników stanowych, a żadne z nich nie zachodzą bez ogromnych nakładów czasu i pracy.
Pomimo tych przeszkód zwolennicy prywatyzacji odnieśli znaczące zwycięstwa w Teksasie, Wirginii, Illinois, na Florydzie i ostatnio w Kalifornii. Zarząd Zawodowych Inżynierów w Kalifornii złożył pozew, żeby zablokować przekształcenie drogi Presidio Parkway, która kosztować miała pół miliarda dolarów, w przedsięwzięcie PPP, którego koszt miałby wynieść ponad miliard dolarów. Wbrew temu, że argumentację prawną związku podjęły dwie agencje rządowe, które wyraziły wątpliwości co do zagwarantowania w kalifornijskiej ustawie o PPP z 2009 r. możliwości korzystania z płatności za dostępność, sędzia orzekł na niekorzyść związku i zezwolił na kontynuowanie przedsięwzięcia.
Kalifornijski Urząd Analiz Ustawodawczych (LAO) skrytykował urzędników ds. transportu, którzy zatwierdzili przekształcenie Presidio Parkway w przedsięwzięcie PPP, zwracając w raporcie z listopada 2012 r. uwagę, że prywatyzacja drogi może kosztować podatników dodatkowe 140 mln dolarów, ale ta analiza niemal nie została odnotowana w stanowych mediach. Poza związkiem i LAO ani społeczeństwo, ani organizacje nadzorujące nie zgłosili sprzeciwu. Urzędnicy kalifornijscy planują prywatyzację jeszcze czterech autostrad w rejonie Los Angeles, jednak nie wygląda na to, żeby plany te miały spotkać się ze zorganizowanym sprzeciwem.
Grupa Badawcza Interesu Publicznego Ohio (PIRG) opublikowała ostatnio badanie krytykujące plany prywatyzacji Ohio Turnpike, 241-milowej płatnej drogi obsługiwanej i będącej własnością publiczną, podważając tezę, iż prywatyzacja przyniesie środki, które można od razu zainwestować w inne stanowe drogi. Badacze PIRG stawiają też pytania dotyczące planów prywatyzacji w innych stanach: jeżeli pewne działania przynoszą oszczędności, to dlaczego władze stanowe nie mogą robić tego samego co operator prywatny? W jaki sposób umowa z operatorem prywatnym może ograniczyć możliwości stanu związane z usprawnieniem równorzędnych dróg publicznych? Jakie trudności mogą wyniknąć, gdy kierowcy, próbując uniknąć wyższych opłat, zaczną korzystać z pobliskich dróg bezpłatnych?
Zorganizowany sprzeciw wobec partnerstw publiczno-prywatnych na skalę stanu i kraju, przeciwstawiający się układowi infrastrukturalno-przemysłowemu, stworzonemu przez zwolenników PPP, aktualnie nie istnieje. Sprzeciw wobec prywatyzacji infrastruktury w USA jest fragmentaryczny i niekonsekwentny, więc przedsięwzięcia PPP są często realizowane z pominięciem jakiejkolwiek krytycznej analizy.
Być może powodem jest względnie wczesny etap i niewielka skala przedsięwzięć PPP, z których jedynie ok. 377 ukończono w USA – w porównaniu do dziesiątków tysięcy dróg finansowanych w tradycyjny sposób. Jedynie niewielki ułamek infrastruktury transportowej został tam przekazany inwestorom prywatnym. Względny brak sprzeciwu wynika również ze złożonosci transakcji PPP – umowy dotyczą wielu banków wierzycieli, inwestorów private equity, licznych doradców prawnych i technicznych, setek stron wiążących zobowiązań oraz niejasnych zapisów określających należności płatne podczas obowiązywania koncesji.
Oprócz tego urzędnikom i społeczeństwu można wmówić, że sposobem na rozwiązanie problemów budżetowych rządu jest korzystanie z kapitału prywatnego przy budowie infrastruktury. W każdym razie w miarę jak różne stany wprowadzają plany prywatyzacji autostrad i innych elementów infrastruktury, pojawiają się kontrowersje związane z warunkami finansowymi, nowymi rodzajami ryzyka dla społeczeństwa oraz przekonaniem, że PPP w rzeczywistości nie odciążają budżetu, a wręcz mogą go jeszcze bardziej obciążać.
Tłum. Anna Kleina
Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim czasopiśmie „Dollars & Sense” (listopad/grudzień 2012). Na potrzeby przedruku poczyniono niewielkie skróty oraz zrezygnowano z ramek opisujących wybrane przykłady, zrozumiałe jedynie przy znajomości amerykańskiej specyfiki.
przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Jednym z najpopularniejszych usprawiedliwień braku sukcesów w walce z bezrobociem jest specyficzny rodzaj kultury, mającej ponoć wytwarzać się w rodzinach dotkniętych długotrwałym brakiem pracy. Powiązane z nim przeświadczenie, że do „dziedziczenia bezrobocia” przyczyniają się świadczenia socjalne, jakoby wzmacniające postawy bierności, bywa istotnym drogowskazem przy projektowaniu polityki społecznej. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej złożona niż powszechne mity.
Zacznijmy od tego, że nie sposób znaleźć jakichkolwiek wiarygodnych badań na temat przekazywania w polskich rodzinach wzorców bierności zawodowej – tak twierdzi dr hab. Ryszard Szarfenberg z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje jednocześnie, że jeśli przyjąć założenie o istnieniu tego rodzaju mechanizmu psychologicznego, to biorąc pod uwagę hojność – na tle Polski – brytyjskiego systemu świadczeń socjalnych, należałoby się spodziewać, że wśród mieszkańców Wysp zjawisko „wychowania do bezrobocia” ma szczególnie duży zasięg. Tym ciekawsze są wyniki badań przeprowadzonych w zubożałych sąsiedztwach Glasgow oraz Middlesbrough1 na zlecenie Joseph Rowntree Foundation, organizacji pozarządowej działającej w sferze polityki społecznej.
Autorzy opracowania2mówią wprost: klimat wychowawczy panujący w rodzinach bezrobotnych nie stanowi istotnej przyczyny marginalizacji kolejnych pokoleń na rynku pracy. Wspomniane badania pokazały, że wbrew zakorzenionemu stereotypowi rodziny utrzymującej się z zasiłków już trzecią generację, do którego odwołują się często decydenci (nie tylko brytyjscy), czynniki kulturowe same w sobie nie są ważnym źródłem bezrobocia, w tym długotrwałego. Badacze podkreślają, że niełatwo znaleźć rodzinę, w której choćby dwa kolejne pokolenia nigdy nie pracowały i były uzależnione od „socjalu”.
Co więcej, w analizowanych gospodarstwach domowych w ogóle nie stwierdzono czegoś, co można by nazwać „kulturą bezrobocia” – ugruntowanych postaw, które uniemożliwiają zdobycie zatrudnienia, a jednocześnie wzmacniają uzależnienie od wsparcia socjalnego. Osoby w wieku produkcyjnym wychowane w domach naznaczonych długotrwałym bezrobociem okazały się przypisywać pracy taką samą wartość, jak ich „normalni” rówieśnicy, traktując samodzielność finansową jako ważny element dorosłości i zdecydowanie przedkładając ją nad świadczenia z pomocy społecznej. Ponadto młodzi Brytyjczycy ze zubożałych środowisk ujawnili silną motywację, by uniknąć losu rodziców. Również starsze pokolenia odbiegają od medialnych wyobrażeń. Trwale wykluczeni zawodowo rodzice aktywnie angażują się w pomoc dzieciom w znalezieniu pracy. Ich własne, długotrwałe bezrobocie wynika ze splotu przyczyn strukturalnych i da się przekonująco wytłumaczyć bez odwoływania się do rzekomej skazy kulturowej.
Punktem wyjścia badań była zaskakująco skromna liczba danych empirycznych mogących potwierdzić narosłe stereotypy. Zespół naukowców postanowił zidentyfikować rodziny, które ze względu na położenie społeczne wydają się „pewniakami” do przekazywania kultury bezrobocia w kolejnych generacjach. Pierwszą niespodziankę stanowił fakt, że mimo wytężonych wysiłków nie udało się znaleźć ani jednej rodziny, w której trzy kolejne pokolenia nigdy nie podjęły pracy zawodowej. Z innych danych wynika, że brak jakichkolwiek doświadczeń zawodowych przedstawicieli dwóch kolejnych pokoleń występuje w mniej niż 0,1% brytyjskich rodzin3.
Po znalezieniu odpowiedniej liczby rodzin dotkniętych traumą bezrobocia badacze wytypowali 20, w przypadku których długookresowy brak pracy występował w dwóch następujących po sobie generacjach. Ponieważ najstarsi członkowie wspomnianych rodzin w większości nie żyli lub byli przewlekle chorzy, pogłębionymi wywiadami retrospektywnymi objęto po jednym przedstawicielu pokoleń „średniego” (trzydzieści kilka – pięćdziesiąt kilka lat, co najmniej pięć lat dorosłego życia bez pracy) oraz „młodego” (wiek produkcyjny, aktualnie pozostający bez pracy, w większości bez wcześniejszych doświadczeń zawodowych). Celem rozmów było zidentyfikowanie jawnych oraz nieuświadomionych wartości i postaw mogących być źródłem problemów na rynku pracy, a w razie ich stwierdzenia – znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy są one przekazywane w rodzinach.
Co istotne, badacze skoncentrowali się na rodzinach doświadczających szczególnie dotkliwych problemów materialnych oraz w kwestii funkcjonowania społecznego. Mało któremu z ich rozmówców ze średniego pokolenia można przypisać jeden decydujący powód długotrwałego pozostawania poza rynkiem pracy. Normą był raczej kompleks poważnych kłopotów wynikających z biedy i wykluczenia społecznego, a zarazem tę marginalizację wzmacniających. Wśród jego częstych składników można wymienić brak/słabe wykształcenie, nadużywanie alkoholu, wplątanie się – w obliczu braku alternatyw – w nielegalne sposoby zarobkowania (np. handel narkotykami), problemy z prawem, bycie ofiarą przestępstw lub przemocy domowej, niestabilną sytuację mieszkaniową. Wspólnym dla większości badanych źródłem wykluczenia, wynikającym nierzadko z wymienionych poprzednio, były kłopoty ze zdrowiem, w tym psychicznym. Na i tak ciasnym rynku zatrudnienia kombinacja tego rodzaju problemów osobistych i rodzinnych ustawia doświadczające ich jednostki na samym końcu długiej kolejki za pracą. Przedstawiciele młodszego z badanych pokoleń usiłowali wejść na rynek zatrudnienia w okresie wysokiego bezrobocia, szczególnie dotkliwego w skali lokalnej. Domy rodzinne, trapione rozmaitymi brakami, nie zapewniły im dobrej pozycji startowej, jednak ich indywidualne problemy nie były aż tak rozległe czy niezwykłe, by wyjaśnić brak jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę silną motywację do jej znalezienia. Przy lepiej funkcjonujących gospodarkach lokalnych prawdopodobnie wielu z tych młodych ludzi znalazłoby zajęcie – czytamy w podsumowaniu badań.
Pogłębione wywiady nie wykazały śladów przekazywania w rodzinach wartości, postaw czy wzorów zachowań przypisywanych kulturze bezrobocia. Niezależnie od wieku badani wykazywali autentyczne zrozumienie społecznych, finansowych i psychologicznych korzyści z utrzymywania się z pracy, podczas gdy alternatywę tego stanu postrzegali jako degradującą. Z ich rozmów z badaczami wyłania się skala wyzwań – zarówno praktycznych, jak i emocjonalnych – którym muszą na co dzień stawiać czoła rzekomo beztroscy bezrobotni. Co prawda wielu przedstawicieli pokolenia rodziców sprawiało wrażenie pogodzonych z losem, tj. niewielkimi szansami na znalezienie pracy, biorąc pod uwagę czas pozostawania poza rynkiem zatrudnienia czy skalę przeżywanych problemów, jednak te same osoby bez wyjątków pragnęły odmiennego losu dla swoich dzieci. W tym celu podejmowały konkretne działania, np. towarzyszyły potomkom podczas rozmów o pracę czy od małego uczyły ich zarabiania, np. za pomocą roznoszenia gazet czy ulotek.
Młodzi uczestnicy badań również akcentowali pragnienie, by nie podzielić losu niesamodzielnych rodziców. W toku wywiadów ujawniali przywiązanie do tradycyjnych wyobrażeń na temat wartości pracy, a swoje aspiracje życiowe i materialne – wbrew stereotypowi roszczeniowej postawy klientów opieki społecznej – ściśle łączyli z wysiłkiem niezbędnym do ich realizacji. Dowodem na to, że powyższe deklaracje nie są jedynie próbą budowania pozytywnego wizerunku w oczach rozmówcy, jest duża aktywność badanej młodzieży w poszukiwaniu zatrudnienia, mierzona m.in. liczbą wysłanych listów motywacyjnych.
Środowiska dotknięte chronicznym bezrobociem wiązane są często ze zjawiskiem pracy na czarno, jednak brytyjscy badacze nie znaleźli potwierdzenia tego stereotypu. Tym niemniej wielu bohaterów wywiadów okazało się posiadać zajęcie poza sektorem rejestrowanego, odpłatnego zatrudnienia. Zwłaszcza kobiety świadczyły pracę opiekuńczą na rzecz dzieci czy chorych członków rodziny. Jej wymiar czasowy, w połączeniu z trudną sytuacją ogólną, w praktyce bardzo często uniemożliwiał jakikolwiek udział w kursach doskonalenia zawodowego, „przekwalifikowanie się” czy korzystanie z innych recept na poprawę swego losu, zazwyczaj rekomendowanych bezrobotnym przez osoby stojące wyżej na społecznej drabinie.
Co ciekawe, wielu ankietowanych, np. osoby niezdolne do podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu ze względu na zły stan zdrowia, okazało się angażować w pracę nieodpłatną (wolontariat), czerpiąc z niej część korzyści społecznych i psychologicznych niedostępnych zwykle bezrobotnym, a jednocześnie świadcząc wartościowe usługi na rzecz otoczenia. Rzecz jasna zdarzały się także, zwłaszcza wśród starszych badanych, przypadki działalności kryminalnej, którą zwykle stanowiły kradzieże sklepowe lub handel narkotykami, przy czym obie te postawy dotyczyły głównie osób uzależnionych.
Badania potwierdziły ponadto zdroworozsądkowe przypuszczenie, że teza o „izolacji kulturowej” jednostek, rodzin i społeczności doświadczonych przez długotrwałe bezrobocie, wpisana w stereotyp o „wyuczonej bezradności”, daleko odbiega od rzeczywistych doświadczeń takich ludzi. Wyobrażenia na temat kultur bezrobocia zakładają, że długotrwale pozbawieni pracy są odcięci od tych, którzy ją posiadają, oraz że uczestniczą w sieciach relacji, w których bezrobocie stanowi swego rodzaju normę społeczną. Zważywszy na wysokie wskaźniki bezrobocia w sąsiedztwach objętych badaniem, nie stanowiło zaskoczenia, iż ankietowani pozostają w regularnych interakcjach z osobami w podobnym położeniu. Tym niemniej nawet w bardzo zubożałych okolicach bezrobotni nie stanowią większości. Ankietowani znali wiele normalnie pracujących osób. […] Bardzo często inni członkowie rodziny, w tym rodzeństwo, mieli pracę. […] Dla młodszych członków badanych rodzin ich członkowie posiadający pracę często stanowili wzorce osobowe.
W podsumowaniu raportu z badań autorzy jednoznacznie stwierdzają, że nie udało im się uchwycić niczego takiego jak przekazywane w rodzinie wzorce kulturowe niepodejmowania pracy, możliwego dzięki istnieniu sieci zabezpieczenia socjalnego. Argumentują, że skoro nie występują one w przypadkach wielowymiarowego, skrajnego wręcz – jak na brytyjskie warunki – wykluczenia społecznego, trudno przypuszczać, by mogły być istotną przyczyną bezrobocia w skali całego społeczeństwa. Tymczasem, także w Polsce, przekonanie o demoralizujących skutkach ubocznych wsparcia socjalnego jest bardzo silne i w dużej mierze „ustawia” dyskurs oraz praktykę polityki społecznej.
Z kolei centralne założenie realizowanych polityk rynku pracy stanowi przeświadczenie, że jedną z zasadniczych przyczyn bezrobocia jest, mówiąc w skrócie, mentalne niedopasowanie części społeczeństwa do wymagań współczesnej gospodarki. W związku z tym należy bezrobotnych „aktywizować”, a wręcz tresować, np. uzależniając zakres świadczonego wsparcia materialnego od oczekiwanych aktywności, które stanowić będą dowód, że dana osoba rzeczywiście stara się poprawić swój los.
Oczywiście nie powinno się wyciągać zbyt daleko idących wniosków z pojedynczych badań, zrealizowanych ponadto w kraju o pod wieloma względami odmiennych realiach społecznych. Kolejne eksploracje świata kulturowego osób dotkniętych marginalizacją, w Polsce podejmowane m.in. przez Tomasza Rakowskiego, Anitę Gulczyńską czy Elżbietę Tarkowską4, współbrzmią jednak w swoich konkluzjach. Okazuje się, że pod względem obecności w nim takich wartości jak (szeroko rozumiana) przedsiębiorczość, odpowiedzialność czy pragnienie autonomii nie różni się on zasadniczo od rzeczywistości „normalnych”. Podobnie jest z zachowaniami o charakterze aspołecznym, np. wyłudzaniem świadczeń socjalnych, spotykanym na wszystkich poziomach zamożności. W tym kontekście upatrywanie źródeł wykluczenia z rynku pracy w zakorzenionych postawach osób nim dotkniętych – nawet opatrywane zastrzeżeniem, że „to przecież nie ich wina” – dowodzi, owszem, wyuczonej bezradności. Tyle że nie bezrobotnych, lecz publicznych służb zatrudnienia oraz polityków, pozbawionych pomysłów na stymulowanie prozatrudnieniowego wzrostu gospodarczego, zwłaszcza w skali lokalnej.
Nie chodzi rzecz jasna o bagatelizowanie traumy, jaką stanowi wieloletni brak pracy, którego skutki mogą rzutować także na szanse życiowe dzieci osób bezrobotnych. Kwestionowanie istotnego znaczenia „kultury bezrobocia” nie oznacza także negowania sensu pracy pedagogicznej z rodzinami oraz całymi społecznościami podlegającymi marginalizacji lub zagrożonymi nią. Wreszcie, nie może być wątpliwości, że bezrobocie znacznie utrudnia zapewnienie dzieciom dobrego startu w dorosłe życie, a istotne znaczenie ma tutaj mniejszy kapitał kulturowy rodzin o niskim statusie materialnym. Działania państwa we wszystkich tych sferach powinny stanowić ważne uzupełnienie polityk rozwoju oraz rynku pracy. Te zaś będą mogły stać się bardziej skuteczne, gdy odpowiedzialni za ich kreowanie przestaną nieproporcjonalnie dużą część istniejących problemów przypisywać ofiarom swojej bezradności.
Przypisy:
- Miasto w północno-wschodniej Anglii liczące 140 tys. mieszkańców, silnie dotknięte upadkiem lokalnego przemysłu w latach 70. i nazywane czasem „najgorszym miejscem do życia w całej Wielkiej Brytanii”.
- Tracy Shildrick, Robert MacDonald, Andy Furlong, Johann Roden oraz Robert Crow, Are „cultures of worklessness” passed down the generations, Joseph Rowntree Foundation, grudzień 2012. Tekst dostępny na www.jrf.org.uk. Informacja o publikacji została zaczerpnięta ze strony internetowej R. Szarfenberga: rszarf.ips.uw.edu.pl.
- Ściślej: gospodarstw domowych, w skład których wchodzą osoby w wieku produkcyjnym.
- Rozmowy ze wspomnianymi badaczami opublikowaliśmy odpowiednio w numerach 51, 55 oraz 58.
przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Zacznijmy od ogólnego określenia aktualnego i potencjalnego znaczenia Bałtyku oraz opartych na nim tzw. przemysłów morskich w życiu ekonomicznym kraju.
Tomasz Szubrycht: Państwa można podzielić na zorientowane na morze oraz te, które są zorientowane na ląd. Wśród naszych rodaków panuje przekonanie, które dobrze oddaje cytat ze sztuki „Flisacy”: „Po co Polakowi morze, kiedy sieje i orze?”. Przez wiele wieków nie potrafiliśmy dostrzec jego znaczenia, mimo że w okresie I Rzeczypospolitej największe zyski na handlu polskim zbożem osiągał Gdańsk, a nie szlachta. Zapominaliśmy i nadal zapominamy o tym, co dawno zrozumieli Brytyjczycy, którzy twierdzą, że kto włada morzem, włada bogactwem.
W czasopiśmie „Orzeł Biały” krótko po zakończeniu I wojny światowej zamieszczono artykuł, w którym dokładnie wyliczono, ile uzyskuje się z morgi ziemi (zboża, mięsa), a ile z morgi morza – okazuje się, że porównanie to wypada na korzyść morza, a przecież morza nie trzeba uprawiać, lecz jedynie „zbierać plony”. Tymczasem przeciętny Polak przypomina sobie o morzu dwa razy do roku: gdy planuje urlop i kiedy ma ochotę na śledzika. Zupełnie zapominamy np. o tym, że transport morski jest wielokrotnie tańszy od lądowego oraz że to właśnie morzem przewożone jest 90% globalnej wymiany towarowej. Idąc do sklepu i kupując np. wyprawkę szkolną dla swojego dziecka, nie rozmyślamy, jak dostały się do Polski składające się na nią produkty i ile musiałaby ona kosztować, gdyby nie były transportowane drogą morską. Morze ma także ogromne znaczenie dla naszego eksportu. Przez Gdynię, Gdańsk, Szczecin i Świnoujście przechodzi rocznie prawie 31 mln ton towarów, które sprzedajemy za granicę. Łącznie w polskich portach przeładowywane jest każdego roku prawie 60 mln ton towarów, czyli nieco ponad 1,5 tony na statystycznego Polaka, nawet tego spod Rzeszowa. Co ważne, przeładunki w naszych portach zwiększają się – może nie aż tak, jak byśmy chcieli, ale jednak. W przewozach drogą morską tkwią jeszcze spore niewykorzystane rezerwy gospodarcze.
Warto pamiętać, że największe zyski osiąga się dzięki samodzielności, np. wydobywając ropę, przetwarzając ją i sprzedając na stacjach. Dlaczego my nie mielibyśmy produkować towarów, sami je przewozić morzem, a następnie sprzedawać?
Transport morski zawsze był, jest i będzie. Zmienia się co najwyżej jego filozofia. Obecnie ważnym trendem jest tworzenie tzw. hubów, czyli portów głównych. Podam przykład Morza Śródziemnego: wszystkie statki przypływają np. na Maltę do portu La Valetta, tam się rozładowują, ponownie załadowują i wypływają, a następnie przypływają do tego portu mniejsze statki, które rozwożą dostarczone towary do mniejszych portów i przywożą z nich ładunki, które później załadowywane są na przypływające duże jednostki. Aktualnie toczy się intensywna walka o to, żeby taki hub dla Morza Bałtyckiego powstał w Polsce, w oparciu o Gdańsk czy Gdynię.
Co się tyczy przemysłu stoczniowego, to często słyszy się, że jest on nierentowny, gdyż Chińczycy czy Koreańczycy budują statki o wiele taniej. To prawda, ale jedynie w przypadku najprostszych konstrukcji, gdyż te specjalistyczne dalej budowane są w portach europejskich. Co więcej, zapominamy, że jeśli sprzedajemy statek, to zarabiamy nie tylko na „blachach”, ale również na tym, co jest w środku: wyposażeniu, meblach, sprzęcie gospodarstwa domowego, kafelkach itd. Stocznia jest tylko miejscem, gdzie się statek „montuje” – w tym samym czasie na jej rzecz produkują huty z południa Polski, wytwórnie laminatów i wiele innych zakładów. Z jedną polską stocznią współpracowało łącznie 800 krajowych podmiotów, dlatego upadek tego sektora gospodarki morskiej oznaczał problemy nie tylko dla Wybrzeża, ale i np. dla zakładów Cegielskiego w Poznaniu czy innych firm zajmujących się automatyką, armaturą, urządzeniami do sterowania i mnóstwem innych rzeczy.
Nie pamiętamy także o tym, że przemysł stoczniowy to również jachty i łodzie rekreacyjne. W Polsce w 2011 r. wybudowaliśmy 535 jachtów, z czego 528 zostało wyeksportowanych. Proszę mi pokazać drugą dziedzinę produkcji, w której 99% stanowi produkcja eksportowa. Oprócz jachtów budujemy też duże łodzie motorowe, wyprodukowaliśmy 340 takich jednostek, z czego 95% sprzedano za granicę.
Wydaje się, że duży potencjał rozwojowy mają także różne gałęzie turystyki.
W dokumencie „Zielona Księga. W kierunku przyszłej unijnej polityki morskiej: europejska wizja oceanów i mórz” stwierdzono, że łączna wartość wędkarstwa morskiego w Unii Europejskiej została oszacowana na 10 mld euro rocznie, na co składają się m.in. łodzie, czartery i sprzęt. Również u nas część dawnych rybaków zajmuje się organizowaniem wypraw na połowy dorsza czy belony. Do tego dochodzi płetwonurkowanie, rozwija się też żeglarstwo, co widać po rosnącej liczbie marin. Jak widać – jest to bardzo lukratywny rynek usług.
Potencjał rozwoju posiada ponadto przemysł surowcowy – nie tylko na Bałtyku, gdzie pozyskiwane są kruszywa budowlane czy ropa naftowa i gaz ziemny (np. platforma Petrobalticu), ale również np. na Morzu Północnym, gdzie firma Lotos ma pewne udziały w polach naftowych. Dalej: energetyka wiatrowa. W Polsce dopiero raczkuje, niemniej na Półwyspie Helskim czy wzdłuż Środkowego Wybrzeża widać coraz więcej farm wiatrowych, a mają one powstawać również na morzu. Oczywiście daleko nam jeszcze do Danii, która już teraz ok. 16–17% zapotrzebowania na energię elektryczną zaspokaja dzięki morskim farmom wiatrowym.
A jest jeszcze przecież rybołówstwo (w tym dalekomorskie) oraz branże przyszłościowe, takie jak akwakultura, czyli uprawy morskie, np. wszelkiego rodzaju alg, stosowanych choćby w przemyśle kosmetycznym. No i nie zapominajmy o tym, że jesteśmy potęgą w dziedzinach eksploatacji i jubilerstwa bursztynu.
Nasza gospodarka nie czerpie za to korzyści z rozwoju żeglugi, gdyż nasze statki pływają pod tzw. tanimi banderami.
Nim przedstawię problem żeglugi morskiej, odniosę się do innego zagadnienia. Otóż często słyszę zarzut: „po co nam trzy uczelnie morskie, kiedy mamy tak mało statków?”. Tymczasem wspomniane szkoły kształcą nie tylko nawigatorów czy mechaników, ale też np. elektryków, którzy równie dobrze mogą wykonywać swój zawód na lądzie, a także logistyków czy towaroznawców, poszukiwanych w różnych sektorach gospodarki. Niektóre państwa zlikwidowały szkolnictwo morskie, a teraz gdy chcą je odtworzyć, muszą zmierzyć się z wielkimi wyzwaniami i problemami, a co więcej – jego odbudowa trwa bardzo długo. Być może błędem było stopniowe wygaszanie kierunku budownictwo okrętowe (teraz to się nazywa oceanotechnika) na politechnikach, chociaż mieliśmy i mamy znaczące osiągnięcia w tej dziedzinie.
Wracając do meritum: to nieprawda, że nie mamy własnej floty. Otóż mamy – 120 jednostek, a łączny tonaż naszych statków powolutku rośnie. Trzeba również pamiętać, że ludzie pracujący na statkach nawet tych pływających pod obcymi banderami zarabiają pieniądze, które wydają na utrzymanie rodzin w Polsce, w związku z czym środki te trafiają ostatecznie do naszej gospodarki. Ponadto skoro pływają u obcych armatorów, to w dużej części świadczenia emerytalne również będą pobierali z krajów innych niż Polska.
Podsumowując wszystko, co zostało powiedziane do tej pory: mimo że państwo traktuje szeroko rozumianą gospodarkę morską po macoszemu, ona nie daje się tak łatwo. Bezpośrednio zatrudnionych jest w niej obecnie 83 tys. osób. Zakładając, że rodzina liczy średnio 4 osoby, ok. 320 tys. ludzi żyje z morza. Do tego dochodzą kooperanci, których liczbę trudno rzetelnie wyliczyć np. w przypadku zakładu, który zatrudnia 500 osób, ale tylko część produkcji wykonuje na potrzeby gospodarki morskiej. W ostatnich latach inwestycje (publiczne i prywatne) w ten sektor wynosiły zaledwie 0,5% inwestycji w pozostałych gałęziach gospodarki, przyniosły natomiast zysk netto aż o połowę większy w stosunku do poniesionych nakładów. To również pokazuje olbrzymie możliwości rozwojowe szeroko rozumianej gospodarki morskiej.
Oczywiście trzeba do profitów z gospodarki morskiej przykładać odpowiednią miarę. Kiedy wcześniej wspominałem, że łączne przeładunki we wszystkich polskich portach wynoszą 60 mln ton, ktoś mógłby dla porównania przywołać jeden tylko port – Rotterdam – gdzie wielkość przeładunku jest sześciokrotnie większa niż we wszystkich portach polskich. Ale musimy wziąć pod uwagę, że Bałtyk jest jednak akwenem peryferyjnym, chociaż zyskującym na znaczeniu. Okazuje się np., że są nim zainteresowani Chińczycy, ponieważ w ich ocenie dostarczenie towarów stosunkowo tanią koleją transsyberyjską, a następnie ich transport z portów bałtyckich do Europy byłby o wiele szybszy, a w wielu przypadkach czas to pieniądz.
Morze ma mnóstwo niewykorzystanego potencjału, który mógłby stanowić jedno z kół zamachowych polskiej gospodarki. Nie jest rzecz jasna żadnym panaceum na wszystkie trudności, ale można czerpać z niego poważne korzyści, jeśli umiejętnie wykorzystuje się nadmorskie położenie państwa. Wystarczy popatrzeć na Holandię, która właściwie nie ma żadnych bogactw naturalnych, a żyła początkowo z rolnictwa, później – z handlu morskiego. Historia daje przykłady wielu państw, które zbudowały swoją potęgę na gospodarce morskiej.
Do jakiego stopnia niedorozwój przemysłów morskich wynika z niewłaściwie prowadzonej polityki państwa: inwestycyjnej, własnościowej, naukowej, zagranicznej etc.?
Na sytuację poszczególnych branż złożyło się mnóstwo czynników obiektywnych, ale też błędów i zaniechań, w tym oczywiście również tych na poziomie polityki. Nie można jednak powiedzieć, że winę ponosi ta czy inna opcja polityczna, lecz każda, która sprawowała władzę lub współrządziła od lat 90. Inwestycje w gospodarkę morską zwracają się bowiem w ciągu kilku-kilkunastu lat, a politycy myślą zwykle w perspektywie bieżącej kadencji – także dlatego, że długofalowe inwestycje mogłyby być wykorzystane przez ich konkurentów politycznych. Co więcej, Polska wśród państw nadbałtyckich – pomijając Rosję – ma stolicę najbardziej oddaloną od wybrzeża, może i w tym należałoby upatrywać powodów takiego zaniechania w odniesieniu do morza i gospodarki morskiej.
Istotną kwestią jest ponadto świadomość obywateli. Tu trzeba się uderzyć w piersi. Wielokrotnie powtarzałem, że za lekceważenie sfery, o której mowa, winę ponoszą również ludzie morza. Nie potrafimy przekonać społeczeństwa, że gospodarka morska przynosi zysk każdemu, także mieszkańcom Krakowa, Krosna czy Poznania. Jeśli my ich do tego nie przekonamy, to później bardzo często na postulat zwiększenia nakładów na gospodarkę morską i marynarkę wojenną politycy odpowiadają, że brak na takie posunięcie przyzwolenia społecznego. Nawiasem mówiąc to, że przez ostatnie lata część najważniejszych stanowisk w państwie obejmowały osoby pochodzące z Wybrzeża, wcale nie oznaczało niczego dobrego dla gospodarki morskiej. W niektórych przypadkach wspomniani politycy byli nawet bardziej sceptyczni czy zachowawczy niż inni, właśnie dlatego, aby im nie zarzucono, iż preferują interesy swojego regionu.
Mówiąc o zrozumieniu znaczenia morza, warto posłużyć się pewnym przykładem. Otóż przed wojną najsilniejsze oddziały Ligi Morskiej i Kolonialnej były na Śląsku – dlatego że Ślązacy wiedzieli, że flota jest potrzebna do eksportu węgla, widzieli więc korzyści, jakie daje im morze. Tak jak wówczas, tak i teraz bardzo trudno jest ludzi przekonać, że z morza można mieć korzyści, a inwestycje w gospodarkę morską nie są fanaberią. Wymowny jest fakt, na który w jednej ze swoich książek zwrócił uwagę były minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski: „[…] gdy się odwiedza kraje bałtyckie, to tam nazwy głównych ulic, budynków czy sal są często związane z tematyką morską, a u nas nawet nad morzem tak nie jest”.
Czy jednak wydarzenia ostatnich lat – przyjęcie kilku dokumentów o charakterze strategicznym, powstanie ministerstwa gospodarki morskiej (następnie włączonego w struktury resortu transportu, budownictwa i gospodarki morskiej) oraz Międzyresortowego Zespołu ds. Polityki Morskiej RP – nie świadczą o pewnym dowartościowaniu tematyki morskiej?
Zapytam prowokacyjnie: czy jest Pan w stanie podać przykłady planów, które zostały w Polsce w pełni zrealizowane? Jesteśmy perfekcyjni w pisaniu dokumentów, w opracowywaniu raportów, natomiast można zauważyć przewagę ducha romantycznego nad pozytywistycznym. Codzienna, mozolna praca, wytrwałość i konsekwencja – to nasze słabe strony.
Nadal właściwie nie mamy polityki morskiej. Proszę spytać któregokolwiek polityka, jakie akweny mają żywotne znaczenie dla Polski. Powie: Bałtyk. A co z innymi? Czy żywotnego znaczenia dla naszego kraju nie mają Morze Czerwone i cieśnina Bab al-Mandab, przez które przewożona jest ropa naftowa? Czy nie mamy aby interesów w Cieśninach Bałtyckich, a może ważny jest dla nas jedynie Kanał Kiloński? Musimy najpierw odpowiedzieć sobie, które akweny mają dla nas kluczowe znaczenie, a następnie określić, jakie są nasze interesy morskie, i dopiero na tej podstawie można tworzyć politykę i strategię morską.
Brak kompleksowej wizji gospodarki morskiej wynika głównie z mentalności, tj. z braku świadomości, że morze jest Polsce potrzebne. Jeżeli w dokumencie „Narodowy Plan Rozwoju. Wstępny projekt 2007–2013”, który liczy ponad 100 stron, sprawom morskim poświęcono w sumie 10 wersów, a restrukturyzacji rolnictwa ponad 30 stron, to pokazuje, jak postrzegamy tę problematykę. Dlatego potrzebna jest nam praca u podstaw, bo wtedy łatwiej będzie wszystkich, także polityków, przekonać do pewnych działań.
Inna sprawa, że bardzo trudno stworzyć zespół, który by opracował strategię morską. W ramach różnych działów gospodarki morskiej są wspólne, ale i sprzeczne interesy: to, co jest dobre dla ludzi chcących rozwijać turystykę morską, nie zawsze jest zgodne z tym, czego domagają się rybacy, których interesy są z kolei często sprzeczne z oczekiwaniami ekologów; armatorom nie zawsze jest po drodze z przemysłem stoczniowym itd.
Panu szczególnie bliski jest temat bałtyckiego wymiaru bezpieczeństwa państwa.
Ostatnio miał miejsce Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego, zorganizowany przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego pod patronatem Prezydenta. Jeśli przeciągniemy linię przechodzącą przez Toruń, to obszar na północ od tej linii był reprezentowany w pracach tego zespołu zaledwie przez dwie osoby: ówczesnego rektora Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, inspektora Letkiewicza, oraz byłego dowódcę Marynarki Wojennej Pana admirała Łukasika. Czy taki zespół może właściwie postrzegać sprawy morskie? Przecież bezpieczeństwo morskie jest istotnym elementem bezpieczeństwa narodowego – nie tylko militarnego, ale również np. energetycznego. Jak można dyskutować o dywersyfikacji dostaw nośników energii i gazoporcie, jeśli w zespole nie ma nikogo z tamtego rejonu?
Przejdźmy do konkretnych postulatów środowisk morskich.
Trwają bardzo trudne negocjacje dotyczące rejestrowania statków przez polskich armatorów pod polską banderą, co w warunkach globalnej konkurencji jest obecnie nieopłacalne. Jeśli chodzi o przewozy morskie, mamy naprawdę znikomy tranzyt towarów przez porty polskie z państw takich jak Białoruś, Czechy czy Słowacja. Dla naszych południowych sąsiadów o wiele bardziej atrakcyjny jest niemiecki Rostock. Najważniejsza rzeczą, jaką może tutaj zrobić państwo, jest dokonać inwestycji w infrastrukturę transportową, bez której nie da się rozwijać przewozów morskich i portów. Aby dowieźć do portu towary albo je z niego wywieźć, potrzeba dobrych, tanich i nowoczesnych dróg i linii kolejowych. Nie wolno zapominać, że najtańszym środkiem transportu jest żegluga śródlądowa, a wiemy, jak wygląda ona w Polsce, a jak w Niemczech czy w Holandii. Musimy przy tym powiedzieć sobie jasno: Niemcy nie są w tym przypadku naszymi przyjaciółmi, lecz konkurentami. Spory dotyczące toru wodnego Szczecin-Świnoujście, o których niewiele się mówi, służą temu, by maksymalnie osłabić te porty, a wzmocnić pozycję portu Rostock.
Na dodatek środowiska morskie podnoszą zagadnienia związane z budową gazoportu, nowego terminalu kontenerowego w Gdańsku, szeregiem niezbędnych modernizacji w portach i na Wybrzeżu Środkowym, budową marin oraz pewną liberalizacją prawa, np. w zakresie płetwonurkowania. W wielu przypadkach wystarczy jednak zasada z kodeksu Hipokratesa: „po pierwsze nie szkodzić”. Niech politycy nie przeszkadzają gospodarce morskiej i niech będą otwarci na sugestie, bo środowisko związane z morzem wie najlepiej, co jest dla niego dobre i jakie działania należy podjąć.
Co zatem można zrobić dla podźwignięcia z upadku polskiego okrętownictwa – do niedawna ważnego sektora rodzimej gospodarki?
Rozwijajmy produkcję specjalną. Zadzwoniłem kiedyś do biura projektowego Stoczni Gdynia S.A. i spytałem, ile kosztuje kontenerowiec – okazuje się, że koszt nowoczesnej, średniej wielkości jednostki tego typu to około 60 mln dolarów, podczas gdy za najtańszy kuter patrolowy trzeba zapłacić o połowę więcej. Co się zatem bardziej opłaca budować? Jeśli jednak chcemy sprzedawać jakikolwiek sprzęt wojskowy innym państwom, musimy go najpierw mieć na wyposażeniu własnych sił zbrojnych. Gdyby Pan zobaczył, że sąsiad uprawia pomidory, ale sam je warzywa od innych rolników, to czy kupowałby Pan od niego? Skoro nie chce jeść swojego produktu, to znaczy, że jest on słabej jakości.
Zwróćmy uwagę, że Szwecja – państwo prowadzące politykę neutralną – jest jedną z największych potęg w dziedzinie produkcji uzbrojenia: eksportuje okręty, samoloty, wyposażenie, uzbrojenie rakietowe i artyleryjskie itd. Nasz sprzęt wojskowy również jest bardzo dobry, ale wymaga właściwej promocji. Powinniśmy tutaj brać przykład choćby z Rosji, która w swojej strategii morskiej zawarła zapis, że jednym z ważnych zadań sił morskich są wizyty w portach zagranicznych z zadaniem promowania krajowego wyposażenia i sprzętu wojskowego.
Rozwijanie budowy okrętów wymaga jednak pewnych decyzji politycznych. W przypadku większości państw wygląda to następująco: kupuje się licencję i buduje jeden okręt, później stara się opracować własne konstrukcje na swoje potrzeby, wreszcie – uruchamia się produkcję na eksport, zazwyczaj w ramach różnego rodzaju konsorcjów. Tak robimy ze śmigłowcami, więc dlaczego nie mamy tego robić z okrętami? I wcale nie musimy zaczynać z najwyższego pułapu – nie mamy potencjału, żeby budować lotniskowce, ale możemy konstruować dobrej klasy niszczyciele min, jednostki patrolowe, okręty specjalistyczne. Skoro budowaliśmy kontenerowce czy zbiornikowce, to dlaczego nie mielibyśmy budować okrętów wsparcia logistycznego dla innych państw?
Możliwości rozwoju polskiego okrętownictwa są, tylko musimy mieć świadomość, że proces jego odbudowy wymagać będzie czasu i cierpliwości, a także wsparcia ze strony państwa. Wędkarz zanim zacznie łowić ryby, najpierw je zanęca, podkarmia. Tak samo trzeba robić w biznesie: najpierw zanęcanie kosztem mniejszych zysków, by po pewnym czasie stały się one coraz większe. W dziedzinie produkcji uzbrojenia (również budowy okrętów) trwa bezpardonowa walka konkurencyjna, bo toczy się ona o naprawdę olbrzymie pieniądze. Polska również powinna podjąć walkę na tym rynku.
Jak Pan ocenia prężność inicjatyw na rzecz dowartościowania morza i powiązanych z nim gałęzi gospodarki?
Wiodącą w tym zakresie jest Liga Morska i Rzeczna. Oczywiście współczesnej Lidze bardzo daleko do zasięgu oddziaływania przedwojennej Ligi Morskiej i Kolonialnej, która miała ponad milion członków. Co więcej, praktycznie w każdym województwie w zarządzie Ligi był wówczas jakiś generał, wojewoda, minister czy poseł. Ten establishmentpolityczno-wojskowy nie tylko nadawał rangę organizacji, ale również zapewniał realną możliwość skutecznego działania politycznego. Obecnie w Lidze Morskiej i Rzecznej nie działają politycy, a jedynie pasjonaci. Bardzo aktywne są oddziały w Kołobrzegu, ale również w Ulanowie k. Tarnobrzega czy w Wyszogrodzie, skąd pochodzi orkiestra reprezentacyjna organizacji, a także w Bielsku-Białej, Poznaniu czy Łodzi, gdzie jednak zajmują się głównie szeroko pojmowanym wychowaniem wodnym. Ci ludzie, zwykle młodzi, ale też nauczyciele czy emeryci, mają autorytet w swoich środowiskach, natomiast w szerszej skali ich głos nie jest tak znaczący jak kiedyś. Może gdyby do Ligi Morskiej i Rzecznej należało kilku celebrytów, byłoby o niej głośniej? Swoją drogą wiele znanych osób zajmuje się żeglarstwem, jednak my – ludzie, którym leży na sercu Polska morska – nie potrafimy tego wykorzystać.
Zmieniła się także ranga morza w procesie wychowania. Ile jest programów telewizyjnych o tematyce morskiej? Wiele osób z mojego pokolenia wyrosło na programach red. Sienkiewicza, na „Bractwie Żelaznej Szekli”, „Latającym Holendrze”, czasopismach takich jak „Morze” czy książkach z serii „Miniatury Morskie”, które można było dostać w każdym kiosku w Polsce. Obecnie takich czasopism już nie ma, a książki o morzu często są za drogie dla młodego czytelnika. Dni Morza kiedyś były centralnym świętem, którego obchody organizowano w Gdyni albo w różnych innych miejscach w Polsce, a przyjeżdżały na nie najważniejsze osoby w państwie. A teraz? Ile osób wie, kiedy jest Święto Morza?
Natomiast cieszy mnie, że w Radzie Budowy Okrętów – pierwszej w powojennej Polsce organizacji obywatelskiej działającej na rzecz rozwoju polskiej floty wojennej oraz powiązanych z nią sektorów – są nie tylko osoby związane z tą sferą, ale i posłowie. To jeden z nielicznych przykładów, kiedy politycy wszystkich opcji wyrazili gotowość współpracy „ponad podziałami”. Szeroko pojęta gospodarka morska potrzebuje reakcji takiej jak na żaglowcu podczas alarmu do żagli: wszystkie ręce na pokład! Nie czas na szukanie winnych obecnej zapaści, bo to tylko powoduje powstawanie konfliktów. Trzeba powiedzieć: jest taki, a nie inny stan gospodarki morskiej i marynarki wojennej, ale co możemy wspólnie zrobić na rzecz poprawy tej sytuacji? Ocenę przeszłości zostawmy historykom albo przynajmniej przełóżmy ją na czas, kiedy gospodarka morska będzie w o wiele lepszej kondycji; teraz myślmy o tym, co zrobić, żeby naprawić aktualny stan rzeczy. Takie założenie przyświecało powstaniu Rady Budowy Okrętów: dopóki ta organizacja i jej działania będą apolityczne, będzie ona miała rację bytu.
Trzeba koniecznie reaktywować problematykę morską w świadomości ludzi, edukację zaczynając od przedszkola. Niemcy, gdy budowali swoją potęgę morską, zaczynali od tworzenia kół przyjaciół morza i marynarki. Może od tego właśnie trzeba zacząć, od teleturniejów i konkursów dla dzieci, wykładów otwartych dla studentów itd.
Osób skupionych wokół morza wcale nie jest tak mało, tylko każdy zajmuje się wyłącznie swoim obszarem. Są to modelarze, żeglarze, windsurfingowcy, miłośnicy turystyki wodnej, pasjonaci okrętów i historii marynarki itp. Gdyby ich wszystkich zebrać i gdyby politycy uświadomili sobie, że ci ludzie tworzą razem znaczącą grupę, można by wówczas im powiedzieć: skoro nic nie robicie dla morza, to i miłośnicy morza nic dla was nie zrobią w dniu wyborów.
Wydaje się, że zwłaszcza marynarka wojenna to dla przeciętnego Polaka szczególnie trudny do zaakceptowania kierunek publicznych inwestycji: mamy pokój, Bałtyk jest morzem niedużym itd.
Pozwoli Pan, że coś przeczytam: „Przeciętny polski obywatel nie twierdzi już wprawdzie, że nam morze niepotrzebne, ale z chwilą, gdy zaczyna się mówić o marynarce wojennej, przypomina wielce strusia chowającego głowę w piasek. Tych strusi są u nas trzy rodzaje. Struś pierwszy: małe wybrzeże – marynarka niepotrzebna. Struś drugi: nie mamy pieniędzy, marynarka bardzo drogo kosztuje. Struś trzeci: choćby i zbudowali, to nas pobiją, więc wysiłek będzie stracony. Po czym chór śpiewa znany motyw: tyle mamy ważniejszych i pilniejszych spraw: brak nam dróg, szpitali, szkół, fabryk, przytułków, różnych instytucji kulturalnych czy społecznych. I będziemy budować flotę?… Zbrodnia”. To fragment książki Juliana Ginsberta „Prawda morska” z 1934 r. Czy od tego czasu coś się zmieniło w mentalności społeczeństwa polskiego?
Zacznijmy od argumentów natury ekonomicznej. Jak obliczył jeden z moich kolegów, aż 35% kosztów budowy okrętu dla marynarki wojennej wraca do budżetu, m.in. w ramach VAT-u oraz różnych podatków, w tym od pensji pracujących przy nim stoczniowców – nie mówiąc o tym, że gdyby go nie budowali i nie mieliby pracy, trzeba byłoby im wypłacić zasiłki dla bezrobotnych. Poza tym inwestycje w marynarkę procentują w postaci postępu technicznego. Wszelkiego rodzaju batyskafy, skafandry do nurkowania czy kamizelki ratunkowe, podobnie jak radary, GPS i sprzęt łączności, będące obecnie standardowym wyposażeniem statków i jachtów – to wszystko miało swój początek w marynarce wojennej i służyło najpierw celom militarnym, a dopiero później znalazło zastosowania cywilne.
Oczywiście nieszczęściem marynarki jest to, że okręty dużo kosztują. Co więcej, aby jednostka określonego typu mogła prowadzić działania operacyjne, trzeba mieć wielokrotność trzech okrętów, ponieważ z każdej trójki tylko jeden okręt może prowadzić działania, bo dwa pozostałe np. przygotowują się do rejsu lub kończą wykonywanie zadania. I nagle okazuje się, że potrzebne są olbrzymie pieniądze. Zapomina się jednak o tym, że eksploatacja okrętu trwa ok. 30 lat – rozkładając koszty na tak długi okres, zobaczymy, że nie są one aż tak wielkie. Przede wszystkim należy jednak odwrócić pytanie: ile kosztuje nieposiadanie dobrze rozwiniętej marynarki wojennej? Większość osób jest zdziwionych, słysząc, że wiele państw śródlądowych również posiada swoją flotę. Aż 35 państw członkowskich Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego nie ma dostępu do morza, a Czechy i Słowacja są na jej forum o wiele bardziej aktywne niż Polska. Dlaczego? Bo mają świadomość potencjalnych zysków. Pamiętajmy, że większość obszarów na lądzie została już podzielona, podczas gdy na morzu – nie. Gdy zacznie się rywalizacja o ten „tort”, którym są akweny morskie i ich zasoby, ożywione i nieożywione, to kto będzie miał głos decydujący? Proszę zwrócić uwagę, ile pieniędzy wydała Rosja, nagłaśniając swoje roszczenia do obszarów Północy, swoją drogą zrobiła to bardzo sprawnie. Kurczą się zasoby surowców na lądzie, natomiast morze ma ich bardzo dużo i coraz częstsze będą spory o obszary morskie, które będzie można eksploatować dopiero za kilkadziesiąt albo więcej lat. Czy silna marynarka wojenna nie będzie wówczas istotnym argumentem w takich sporach?
Idźmy dalej. Wszyscy politycy mówią o konieczności dywersyfikacji dostaw nośników energii. Kto zagwarantuje bezpieczeństwo gazowcom, kiedy już wybudujemy gazoport? Inne pytanie powinno brzmieć następująco: czym będzie przewożona ropa naftowa przez Morze Czarne, gdy zostanie ukończony rurociąg Odessa – Brody, a także kto będzie zapewniał ochronę tych przewozów po wodach Morza Czarnego? Rosjanie? Co zrobi Polska, jeśli z powodu różnego rodzaju zagrożeń w rejonach Zatoki Perskiej czy Gwinejskiej konieczne będzie zapewnienie ochrony jednostek przewożących ropę naftową lub gaz ziemny również do Polski – gdy będziemy musieli wysłać tam okręty dla zabezpieczenia dostaw, a polska marynarka wojenna nie będzie posiadała okrętów zdolnych do wykonania takiego zadania? Wówczas najprawdopodobniej będziemy musieli zapłacić państwom, które będą to robiły za nas.
Musimy być świadomi, że jeśli zmniejszamy potencjał naszej marynarki wojennej, wycofując okręty i nie wprowadzając na ich miejsce nowych jednostek, to natychmiast muszą za tym iść dwa pytania: których zadań ma nie realizować marynarka wojenna oraz na których akwenach ich nie będziemy realizować? Bo nie da się obniżać potencjału marynarki wojennej, pozostawiając bez zmian zakres zadań i ich geograficzny zasięg. Gdy ktoś dobrowolnie wyzbywa się jednego z instrumentów realizacji polityki państwa, w nieunikniony sposób staje się uboższy, mniej elastyczny, ma mniejszą siłę oddziaływania.
A jakie jest czysto militarne uzasadnienie dla zwiększania inwestycji w rozwój marynarki wojennej?
Jak zareagowaliby Polacy, gdyby prezydent, premier czy minister obrony narodowej oświadczyli, że nasza armia jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo, integralność i suwerenność obszaru Polski za wyjątkiem województwa świętokrzyskiego? Otóż wody terytorialne to taka sama integralna część Polski jak województwo świętokrzyskie, a ich powierzchnia jest nawet ciut większa od tego województwa. Tymczasem kiedy mówimy o bezpieczeństwie, o suwerenności, to bardzo często zapominamy o obszarach morskich.
Można również podać inne porównanie. Czy jest nam wygodnie, siedząc się na krześle, które ma jedną nogę za krótką? Czy wolno w takim razie doprowadzić do sytuacji, że mamy trzy rodzaje sił zbrojnych, które dysponują adekwatnym do potrzeb potencjałem, oraz jeden, który jest rażąco niedoinwestowany? Nie da się pewnych rzeczy zrobić bez udziału sił marynarki wojennej, której rola we współczesnych konfliktach systematycznie wzrasta. Choćby dlatego, że w odróżnieniu od wojsk lądowych marynarka wojenna ma swobodę manewru – nie potrzebuje zgody, aby się poruszać poza wodami terytorialnymi. Jeśli krążownik obcego państwa będzie stał 12,5 mili od wybrzeży Polski, nic nie możemy zrobić, gdyż nie będzie naruszał żadnych przepisów międzynarodowych. A jeśli zechce wejść do Gdyni bez naszej zgody, wystarczy mu pół godziny, albo jeśli zagrozi nam ostrzałem rakietowym – jak na to zareagujemy, nie mając dobrze rozwiniętej własnej floty?
Kiedy rozpoczyna się konflikt na morzu, to nawet jeśli dane państwo należy do paktu militarnego, to i tak wsparcie nie przyjdzie od razu. Jeśli w tym czasie przeciwnik zdobędzie panowanie na morzu, to żaden kraj nie przyśle swoich okrętów na taki akwen. Każde państwo powinno mieć zatem taką marynarkę, która uniemożliwi potencjalnym agresorom uzyskanie panowania na morzu przez czas niezbędny dla uzyskania wsparcia od sojuszników. Dążąc do tego celu, nie powinniśmy myśleć wyłącznie o Bałtyku.
Pamiętajmy, że Bałtyk jest praktycznie morzem wewnętrznym Unii Europejskiej, a leżące nad nim państwa – nie licząc Rosji, Finlandii i Szwecji – należą również do NATO. Kiedy okaże się, że potrzebne jest działanie na akwenach morskich, w ramach art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, to jakie siły, jako członkowie Paktu, zaangażujemy?
I jeszcze jedno. Jeśli chcemy, żeby nasz głos się liczył, musimy brać czynny udział w różnych operacjach, np. w ramach Paktu Północnoatlantyckiego. Pamiętajmy, że operacje lądowe zawsze będą generowały niebezpieczeństwo utraty życia przez naszych żołnierzy, tymczasem udział w operacjach morskich nie wiąże się z takim ryzykiem. Wobec tego wiele państw woli wysyłać okręty, wiedząc, że dzięki temu prawdopodobieństwo utraty życia przez ich obywateli w ramach operacji morskiej jest znacznie mniejsze.
Od prawie 10 lat nasz kraj jest członkiem Unii Europejskiej. Jakie z tego wynikają konsekwencje dla istniejących i potencjalnych sposobów gospodarczego wykorzystania Bałtyku i jego wybrzeża?
Unijny – mówiąc brzydko – bat nad nami ma ten pozytywny efekt, że wymusza stosowanie się do pewnych standardów. Wymóg, by każde państwo wytwarzało określoną część energii ze źródeł odnawialnych stał się impulsem do rozwoju elektrowni wiatrowych, również na Wybrzeżu oraz bezpośrednio na Bałtyku. Ponadto wiele naszych plaż może być wykorzystywanych turystycznie tylko dzięki działaniom wymuszającym ze strony Brukseli. Korzystna jest też możliwość wspólnego działania w ramach różnych organizacji, jak np. European Sea Ports Organisation, skupiająca porty krajów UE.
Ale, jak to mówią, każdy kij ma dwa końce. Sytuacja gospodarki morskiej po naszym wstąpieniu do Unii jest analogiczna do sytuacji rolnictwa. Oczywiście, są dopłaty, dzięki którym można np. nawet w małych miejscowościach nadmorskich stworzyć coś atrakcyjnego turystycznie, ale również pewne ograniczenia, limity (np. w rybołówstwie) i zwiększone wymagania. Żaden przepis nie daje gotowych rozwiązań, jedynie stwarza możliwości i ograniczenia. To od nas zależy, jak się w nich odnajdziemy i jakie wyciągniemy z nich korzyści.
Morze Bałtyckie jest jedynym akwenem, dla którego UE przygotowała osobną strategię. Jednocześnie nadal nie ma ona wspólnej polityki morskiej, gdyż w sferze gospodarki morskiej istnieje wiele sprzecznych interesów państw członkowskich. Dlatego musimy pamiętać, że dokumenty tworzone dla całej Unii nie zawsze muszą być korzystne dla Polski – i my musimy walczyć o nasze interesy. Aby było to możliwe, musimy je najpierw zrozumieć.
Dziękuję za rozmowę.
Gdynia, 21 kwietnia 2013 r.
przez Katarzyna Gajewska | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Protesty i strajk studentów w Quebecu uznano za jeden z ruchów protestu, w jakie obfitował rok 2012. Co pozostało z mobilizacji społecznej, nazwanej „wiosną klonową”, a przede wszystkim z jej najciekawszego i ponadczasowego elementu, jakim była demokracja bezpośrednia?
Iskra
Protesty miały miejsce między 13 lutym a 7 września ubiegłego roku. Ich momentem kulminacyjnym był trzymiesięczny strajk studencki. Bezpośrednią przyczyną buntu stał się plan podwyżek opłat za studia w Quebecu. Do tej pory były one najniższe w całej Kanadzie. Przez prawie 40 ostatnich lat opłaty za studia były zamrożone. Rząd Jeana Charesta, premiera prowincji Quebec, zapowiedział podwyżkę, która początkowo miała wynosić 325 dolarów rocznie przez pięć lat, a później została zmniejszona do 245 dolarów rocznie przez siedem lat (co w sumie oznacza większą kwotę niż w przypadku pierwszej propozycji).
Według ankiety firmy badawczej Léger Marketing, zrealizowanej dla federacji studentów uniwersytetów prowincji Quebec (FEUQ), w 2009 r. 80% studentów studiów licencjackich pracowało, zarabiając średnio 10220 dolarów rocznie. Opłaty związane ze studiami i materiały potrzebne do nauki kosztują 3560 dolarów rocznie. Choć nie jest to szczególnie duża kwota, koszty utrzymania są stosunkowo wysokie. Z badania wynika, że 39% respondentów otrzymywało kredyt studencki w wysokości 3140 dolarów, 26% studentów pobierało stypendium o średniej wysokości 3950 dolarów, 69% studentów poniżej 24. roku życia dostawało pieniądze od rodziców (średnio w wysokości opłat za studia), 48,5% studentów niemieszkających z rodzicami korzystało z kredytu studenckiego, a 33% spośród tych studentów otrzymywało stypendium. FEUQ szacuje, że 65% studentów w Quebecu jest zadłużonych po skończeniu (trwającego 3 lata) licencjatu. Wysokość długu wynosi średnio 15 tys. dolarów.
Na ulice
Zapowiedzi podwyżek wywołały masową mobilizację. Po pierwszych wzmiankach o rządowych planach na ulice wyszło 200 tys. osób w regionie zamieszkałym przez niespełna 8 milionów ludzi. Zwycięstwo wyborcze Partii Quebeckiej (Parti Quebecois) we wrześniu 2012 r. przypisywane jest złożeniu przez nią obietnicy zamrożenia opłat za studia. Jednak po trzech miesiącach od wygrania wyborów nowy rząd Quebecu zapowiedział duże cięcia (124 mln dolarów) w budżecie przeznaczonym dla uniwersytetów.
Protesty i strajk utrudniły życie codzienne i pracę uczelni wyższych. Mobilizacja trwała sześć miesięcy i zaangażowanych w nią było wedle organizacji zrzeszających młodzież akademicką ok. 300 tys. studentów w Quebecu. Wprowadzono rozporządzenia zapobiegające blokowaniu ulic. Artykuł 78, uchwalony przez rząd prowincji 18 maja 2012 r., został uznany przez prawników współpracujących ze studentami za niekonstytucyjny z powodu ograniczenia wolności słowa i swobody zgromadzeń. Prawo wymaga powiadomienia policji o trasie organizowanej demonstracji z ośmiogodzinnym wyprzedzeniem, jeśli ma brać w niej udział więcej niż 50 osób. Organizacje studenckie mogłyby się liczyć z karą w wysokości 125 tys. dolarów w przypadku niedopełnienia tego obowiązku.
Aresztowania uczestników protestów były na porządku dziennym. Podczas ponad 700 demonstracji między lutym a wrześniem 2012 r. dokonano 1868 aresztowań. W zimie brutalność policji uległa nasileniu. Podczas trzech marcowych demonstracji w 2013 r. dokonano ponad 650 aresztowań. Przeciętna grzywna wynosiła 634 dolary. Oskarżenia wobec pojedynczych policjantów w większości przypadków są rozstrzygane na ich korzyść. Aktywiści organizują monitoring policjantów poprzez publikowanie ich zdjęć i numerów służbowych na blogu, Facebooku i Dropboxie, aby ułatwić pozew zbiorowy. Tymczasem sami zostali postawieni w stan oskarżenia za organizację demonstracji przy braku zgody władz. Sprawa, a właściwie wiele spraw, jest nadal w toku. Strategia aktywistów to zakwestionowanie całego prawa, a nie bronienie poszczególnych przypadków.
Gadanina
Wiele osób poniosło osobiste konsekwencje działalności. Jednak organizacje studenckie i część profesorów nadal chcą zniesienia opłat za studia. W dniach 25–26 lutego 2013 r. odbył się kongres na temat szkolnictwa wyższego, zorganizowany przez nowy rząd premier Pauline Marois. Piętnaście zespołów obradowało na temat przyszłości edukacji. Zrzeszenie studentów ASSE (L’Association pour une solidarité syndicale étudiante), liczące 70 tys. członków z Quebecu i będące głównym motorem wiosennego strajku, postanowiło zbojkotować to spotkanie, gdyż zniesienie opłat za studia nie było planowane jako przedmiot obrad. Wspomniana wcześniej FEUQ, licząca 125 tys. członków, wzięła udział w spotkaniu, ale zapowiedziana przez rząd Marois podwyżka opłat za studia o 70 dolarów rocznie zawiodła stowarzyszenie.
Z kolei grupa Profesorowie Przeciw Podwyżkom (Profs contre la hausse) sprzeciwia się zaproponowanej przez nowy rząd formie obrad na temat edukacji, argumentując, że dyskusja jest ograniczona do aspektu ekonomicznego edukacji, skoncentrowanego na korzyściach finansowych dla prowincji, umiejscowionego w dogmacie neoliberalnym. „Profs” bronią natomiast humanistycznej i demokratycznej misji edukacji. Anna Kruzynski, adiunkt w School of Community and Public Affairs na Uniwersytecie Concordia i aktywistka-anarchistka, wyjaśnia decyzję ASSE o bojkocie w kontekście stosunków między społeczeństwem obywatelskim a państwem neoliberalnym. Państwo zaprasza przeciwników reform do rozmów, by przeforsować swoje cele. Ta taktyka stawia opozycję w trudnej sytuacji: W momencie, gdy opozycja zasiada przy stole z rządzącymi, aktywiści czują się ograniczeni w możliwościach krytyki podjętych decyzji, co prowadzi do oddalenia się od strategii konfrontacyjnych i akcji bezpośrednich, które umożliwiłyby ponowne zakwestionowanie tych decyzji i przyjętych struktur organizacyjnych prowadzonych debat. Na ulicy stowarzyszenia też mogą brać udział w debacie i przedstawiać swoją wizję edukacji1.
Organizacja oporu
Renaud Poirier St-Pierre, były rzecznik prasowy CLASSE (szerszej koalicji skupionej wokół ASSE), tak opisuje strategię i przebieg strajku. Przygotowania trwały dwa lata. Początkowo studenci okazywali brak zainteresowania akcjami, co uświadomiło organizatorom potrzebę odbudowania ruchu studenckiego. Uważano również, że aby zachęcić do strajku, należy pokazać, że inne środki były nieskuteczne. Zbiórka podpisów pod petycją, stanowiąca pierwszy etap akcji, miała też na celu rozpowszechnienie informacji na temat planów rządu. Następnie organizacja różnych akcji i happeningów pozwoliła na ocenienie, ile osób byłoby zainteresowanych bardziej radykalnymi formami protestu. Przed głosowaniem nad podjęciem strajku organizatorzy przeanalizowali, które kampusy najprawdopodobniej udzieliłyby poparcia tej inicjatywie. Właśnie tam zorganizowano głosowania w pierwszej kolejności, aby uzyskane pozytywne wyniki zachęciły inne kampusy2.
Wybuch wiosennych protestów bazował na liczącej ponad dziesięć lat tradycji protestów antykapitalistycznych w Quebecu. W kwietniu 2001 r. miały tam miejsce demonstracje przeciw szczytowi państw północnoamerykańskich, dotyczącym powołania strefy wolnego handlu w obu Amerykach (Free Trade Area of the Americas, FTAA). Przy okazji protestów zawiązała się koalicja grup antykapitalistycznych (Convergence des lutes anticapitalistes, CLAC), która do dzisiaj organizuje co miesiąc zgromadzenia swoich członków.
Organizacje studenckie biorące udział w protestach przeciwko podwyżkom odzwierciedlają cechy nowych ruchów społecznych. Oznacza to nie tylko sprzeciw wobec kapitalistycznych reguł i wartości, ale także praktykowanie zasad demokracji bezpośredniej. Stoi za tym wizja systemu zdecentralizowanego, w którym decyzje podejmowane są przez obywateli w formie komitetów i zgromadzeń. Takie rozwiązanie stanowi odpowiedź na ograniczenia systemu opartego na delegowaniu. Samorządność i samoorganizacja są głównymi zasadami ruchu.
Organizacja CLASSE, będąca koalicją grup studenckich w czasie strajków, bazowała na luźnej współpracy, horyzontalnych strukturach i braku przywódców3. Uczestnictwo w CLASSE było dla dziesiątek tysięcy studentów okazją, by poznać, jak funkcjonuje demokracja bezpośrednia.
„To nie tylko strajk studentów, to przebudzenie społeczeństwa”
Protesty studentów pociągnęły za sobą dalszą mobilizację. W Montrealu powstały społeczne autonomiczne zgromadzenia dzielnic (Assemblées populaires autonomes de quartier, APAQ). Ideą przewodnią tych działań był rozwój demokracji bezpośredniej na poziomie dzielnic.
Nicolas van Caloen, jeden z organizatorów zgromadzenia mieszkańców montrealskiej dzielnicy Pointe-St-Charles i jeden z twórców projektu „Documentaire Semences” (serii filmów na temat alternatywnych rozwiązań społecznych w Ameryce Łacińskiej4), znał osoby zaangażowane w podobne struktury w Argentynie, utworzone w wyniku kryzysu w 2001 r. Otrzymał od nich dwie rady na temat zgromadzeń. Po pierwsze powinny one być uznane jako struktury stałe i regularne od samego początku. Po drugie powinny sformułować swój cel długofalowy i „większy”, zamiast być tylko odpowiedzią na bieżące wydarzenia. W dzielnicy Pointe-St-Charles organizatorzy zgromadzeń byli zainspirowani wolnościową wizją społeczeństwa. Warto przyjrzeć się temu zjawisku, ponieważ jest to rzadki przykład próby wcielenia w życie demokracji bezpośredniej, która nadal jest bardziej teorią niż praktyką.
W Pointe-St-Charles, ubogiej dzielnicy robotniczej, mającej długą – bo sięgającą końca lat 60. – tradycję mobilizacji społecznych, lokalni anarchiści inicjowali spotkania mieszkańców. Organizatorzy starali się uniknąć koncentracji władzy. Po pierwszych dwóch spotkaniach wprowadzono rotację zadań, takich jak pisanie sprawozdań, planowanie następnego zebrania i prowadzenie zgromadzenia. Łączono w grupy zadaniowe osoby, które miały już wprawę z poprzednich tygodni z tymi, które jeszcze nie miały takiego doświadczenia, aby wprowadzić i nauczyć jak najwięcej osób. Celem organizatorów nie było zrealizowanie konkretnej wizji, lecz stworzenie miejsca, gdzie obywatele mogą się spotkać, by przedstawić, sformułować, przedyskutować i wspólnie zadecydować o własnej wizji. Ten proces sam w sobie i zdolność wspólnego podejmowania decyzji były uważane za urzeczywistnienie celu wolnościowego.
Spotkania w tej dzielnicy trwały do momentu, gdy studenci zdecydowali o zakończeniu strajku. Zgromadzenie miało zamiar wesprzeć pobliską szkołę wyższą w razie protestu, ale po decyzji zaprzestania strajku pomoc okazała się zbyteczna. Według François Genesta z dzielnicy Plateau Mont-Royal koniec mobilizacji w wielu zgromadzeniach był również związany z wyborami, w które część członków ruchu się zaangażowała.
Comiesięczne zebrania w dzielnicy Hochelaga-Maisonneuve nadal się odbywają. W dzielnicy Rosemont-Petite-Patrie na początku na spotkania przychodziło 200 osób. Później grupa wykruszyła się do ok. 20 uczestników. Pierwsze zebrania były poświęcone dyskusjom, a po kilku miesiącach zaczęto organizować comiesięczne warsztaty na tematy polityczne, takie jak mieszkalnictwo, brutalność policji, suwerenność, nacjonalizm. Ponadto mieszkańcy pracują nad organizacją wspólnej kuchni, rodzajem kolektywu kuchennego. Zbiorowe przygotowywanie jedzenia jest dość popularną praktyką, pozwalającą na zaoszczędzenie czasu i pieniędzy. W Montrealu działa ok. 500 takich kuchni. Ten projekt różni się jednak nieco od większości tego typu inicjatyw, ponieważ uczestnicy zdobywają część produktów poprzez odzyskiwanie jedzenia, które byłoby wyrzucone przez sklepikarzy.
Jak (nie) działać
W Pointe-St-Charles ze zróżnicowanej grupy, liczącej na początku 75 osób, na końcu zostali głównie anarchiści. Spadek zaangażowania miał charakter stopniowy. Anna Kruzynski uważa, iż to doświadczenie, następne po ruchu Occupy, pokazuje, że tego typu społeczne przebudzenie służyło jako platforma dla spotkań i dyskusji wśród sąsiadów. Wiele niezwykłych rzeczy wyniknęło z tych zgromadzeń. Jednak jak w każdej zaczątkowej próbie urzeczywistnienia demokracji bezpośredniej, pojawiły się spięcia, gdy uczestnicy próbowali uzgodnić wspólne stanowisko. Dyskusje były długie i czasem nudne, przez co niektórych odstraszyły. Zawsze łatwiej jest zdefiniować to, przeciw czemu jesteśmy, niż sformułować wspólnie rozwiązania.
Nicolas van Caloen z tej samej dzielnicy miał wrażenie, że uczestnicy, skoncentrowani na załatwieniu konkretnych spraw, nie byli zmotywowani, by podjąć dyskusję na temat stworzenia wizji nowego społeczeństwa. Nie zrozumieli procesu, jakim jest demokracja bezpośrednia. Według niego obecny sposób funkcjonowania społeczeństwa kładzie nacisk na szukanie szybkich rozwiązań, natomiast głębsza refleksja na temat zmiany społecznej nie jest postrzegana jako priorytet. Z tego powodu ludzie nie są przyzwyczajeni do uczestniczenia w spotkaniu, gdzie nie ma wcześniej określonych propozycji i rozwiązań i gdzie uczestnicy decydują wspólnie, czym chcą się zajmować, jakie propozycje i rozwiązania rozpatrywać podczas spotkania. W takiej sytuacji mogą czuć się zdezorientowani. Dla niektórych zgromadzenia były zbyt ukierunkowane na proces.
Innym elementem kontekstu kulturowego, mającego wpływ na przebieg zgromadzeń, jest fetyszyzacja ekspertyzy, co może prowadzić do zjawiska autocenzury wśród osób, które nie są pewne swojej wiedzy. Ponieważ w społeczeństwie panuje dominacja intelektualna, jak zauważa van Caloen, demokracja bezpośrednia wymaga emancypacji intelektualnej uczestników i wypracowania przekonania, że każdy może mieć coś wartościowego do dodania, niezależnie od formalnej wiedzy czy doświadczenia. Należy stworzyć bezpieczną przestrzeń, gdzie wszystkie typy opinii są „na miejscu”. Niektóre osoby miały wrażenie, że pomimo zachęty, aby dzielić się swoimi poglądami, ich opinie nie mogą być swobodnie wyrażone, nie czuły się pewnie.
François Genest z dzielnicy Plateau Mont-Royal był od długiego czasu zainteresowany polityką, ale dopiero przy okazji ruchu Occupy i zajęcia przez protestujących placu Victoria 15 października 2011 r., które zostało przerwane przez policję po sześciu tygodniach, zaczął brać udział we wspólnych akcjach. Następnie zorganizowano mniejsze protesty w dzielnicach. Genest zaobserwował, że dzięki udziałowi w akcjach wiele osób zyskało poczucie pewności i wiarę we własne zdolności do podjęcia inicjatywy i organizowania się. Jego zdaniem nie należy oczekiwać ponownej masowej mobilizacji w ramach zgromadzeń dzielnicowych. Ci mieszkańcy, którzy stali się aktywni politycznie, będą raczej angażować się w inne ruchy społeczne i organizacje lub tworzyć nowe.
W dzielnicy Plateau z początkowych ok. 50 osób pod koniec listopada do dzisiaj działa już tylko kilka. François Genest tłumaczy spadek zaangażowania rozczarowaniem ludzi, którzy na początku przyszli pełni zapału, a potem okazało się, że proces podejmowania decyzji w strukturach demokracji bezpośredniej wymaga dużo czasu, cierpliwości i wysłuchania każdego. Jego zdaniem te osoby, które nie miały doświadczenia w ruchach społecznych i organizacjach, zniechęciły się, natomiast ci mający już wcześniej do czynienia z aktywnością publiczną działają nadal. Prawdopodobnie brak szybkich decyzji oraz dyskusje na temat spraw spornych nie spodobały się tym pierwszym.
Szerszy kontekst
Społeczny zryw i próby zainicjowania struktur demokracji bezpośredniej w Montrealu ilustrują ograniczenia wizji systemu zdecentralizowanego. Niekoniecznie należy uznać tę próbę za powód do krytyki całego modelu, lecz raczej jako okazję do uzmysłowienia sobie problemów koniecznych do rozwiązania w przyszłości. Doświadczenie ze zgromadzeń można rozpatrzyć w dwojaki sposób: jako ograniczenia wynikające z dynamiki relacji między uczestnikami zgromadzeń (mogące odzwierciedlać podziały społeczne) lub jako ograniczenia wynikające z bardziej ogólnych zmian charakteryzujących pokolenia ruchów społecznych. Na przykład warto rozważyć dalszy rozwój umiejętności komunikacji i tworzenia atmosfery do dyskusji. Refleksja na temat, w jaki sposób stworzyć kulturę demokracji bezpośredniej w realiach kultury zorientowanej na rezultaty, a nie na proces, jawi się jako główne zadanie ruchów wolnościowych, obywatelskich, lewicowych itp.
Można też analizować doświadczenie zgromadzeń z Montrealu w kontekście sposobu, w jaki działają współczesne ruchy społeczne. W tym świetle wniosek z doświadczeń z Quebecu mógłby brzmieć: centralizacja oraz odgórne i/lub szybkie podejmowanie decyzji nie są taką formą uczestnictwa w życiu politycznym, która odpowiada współczesnym obywatelom. Richard J.F. Day opisuje pokolenia ruchów społecznych, których taktyki ewoluują dzięki wyciągnięciu wniosków z błędów poprzednich pokoleń. Nowoczesne ruchy społeczne nie są zainteresowane hegemonicznymi rozwiązaniami5. Mimo że spotkania na poziomie dzielnic były skoncentrowane na działaniach i decyzjach zapadających wśród zebranych osób, więc nie przypominały sposobu funkcjonowania starszych ruchów, mogły one być zinterpretowane jako działania hegemoniczne. Organizatorzy i aktywiści mają przed sobą trudne zadanie dostosowania formy zgromadzeń lub stworzenia przestrzeni dla partycypacji, które biorą pod uwagę nieufność obywateli wobec organizacji.
„Idziemy powoli, ponieważ zmierzamy daleko” – zapatyści
W roku 2012 można było zaobserwować mobilizację społeczną w różnych miastach Polski. Warto więc zastanowić się nad strategią ruchów społecznych i ich próbami zaktywizowania obywateli w kontekście doświadczeń z innych krajów. Montreal to jeden z ostatnich przykładów, lecz nie jedyny. Spadek aktywności zgromadzeń w Buenos Aires, której erupcja miała miejsce w 2001 r., również może służyć jako lekcja z tego typu eksperymentu, gdzie jednym z problemów był udział partii politycznych i demobilizacja przez interwencję państwa, np. poprzez oferowanie liderom zgromadzeń posad w instytucjach państwowych. Jednak w niektórych dzielnicach rozwinęły się grupy autonomiczne, chcące uniezależnić się od państwa poprzez system barterowy, anektowanie przestrzeni miejskiej na działania społeczne czy zajmowanie pustostanów na cele mieszkalne. W miejscach tych praktykowane są horyzontalne struktury i wspólne podejmowanie decyzji. Według Mariny A. Sitrin tego typu zgrupowania są formą stworzenia i praktykowania władzy, która nie bazuje na posiadaniu wpływu na innych (power over), lecz jest wyrazem potencjału i autonomii społeczeństwa, które są zawarte w relacjach między członkami grup (power with)6.
Przypisy :
- Anna Kruzynski, ASSÉ de se faire avoir! Boycotter le Sommet, décision stratégique. http://www.lapointelibertaire.org/node/2143 (17 lutego 2013).
- Wywiad Mathiasa Marchala z Renaud Poirier St-Pierre, Dans les coulisses du mouvement étudiant, „Journal Metro”, 19 marca 2013.
- Anna Kruzynski, Rachel Sarrasin i Sandra Jeppesen (Collectif de recherche sur l’autonomie collective „CRAC”), It didn’t start with Occupy, and it won’t end with the student strike! The persistence of anti-authoritarian politics in Quebec, „WI: Journal of Mobile Media” (Out of the Mouth of „Casseroles”), Spring issue 2012 (http://wi.mobilities.ca/it-didnt-start-with-occupy-and-it-wont-end-with-the-student-strike-the-persistence-of-anti-authoritarian-politics-in-quebec/).
- Można oglądać je na stronie www.documentairesemences.blogspot.com
- Day Richard J. F. (2004): From hegemony to affinity: The political logic of the newest social movements, „Cultural Studies” 18(5): 716–748. Day Richard J. F. (2005): Gramsci is Dead: Anarchist Currents in the Newest Social Movements. London: Pluto Press and Toronto: Between the Lines.
W książce Mariny A. Sitrin „Everyday Revolutions: Horizontalism and Autonomy in Argentina” (wydanej w 2012 przez Zed Books) nowa logika organizacji ruchów społecznych bazująca na przykładzie Argentyny jest dogłębnie zanalizowana. Polecam również artykuł po angielsku na temat przyczyn demobilizacji zgromadzeń obywatelskich, zatytułowany „The Fall of the Argentine Assembly Movement”, opublikowany na stronie New Compass.