Zakład zniknie

Zakład zniknie

W Radomiu swój oddział zamyka firma TOHO Poland, specjalizująca się w produkcji metalowych i plastikowych części łożysk. Pracę straci 115 osób, czyli wszyscy zatrudnieni.

Według informacji portalu echodnia.eu, TOHO Poland jest pierwszym i jedynym zakładem z Grupy TOHO w Europie specjalizującym się w produkcji wysokiej jakości części do łożysk kulkowych. Od 2010 roku jest również producentem części metalowych bezpośrednio dla przemysłu motoryzacyjnego, między innymi do amortyzatorów. Radomski oddział firmy TOHO Poland powstał w 2002 roku na terenie Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Firma jest własnością japońskiej firmy TOHO Industrial.

Szefostwo firmy tłumaczy swoją decyzję wzrostem kosztów energii i surowców. Pracownicy są zaskoczeni decyzją o likwidacji firmy. Przyznają, że sytuacja w firmie pogarszała się wskutek spadku zamówień w ostatnich miesiącach, ale nikt nie spodziewał się zamknięcia zakładu.

Wygaszanie części procesów w radomskim zakładzie TOHO ma rozpocząć się już w drugiej połowie roku 2024, a ostatecznie zakład przestanie w pełni funkcjonować w III kwartale 2025 roku. Pracownikom odchodzącym z firmy ma zostać zaproponowany pakiet, który będzie zawierał dodatkowe, ponadustawowe rekompensaty finansowe wraz z programem wsparcia w celu poszukiwania nowej pracy.

Twój gust jest lepszy niż mój?

Twój gust jest lepszy niż mój?

Natalia Przybysz została w programie Łukasza Jakóbiaka „20m2” zapytana, co jej się nie podoba w Polakach. Odpowiedziała, że ich fascynacja średniowieczem oraz ich mentalne utkwienie w tej epoce. Ma o tym świadczyć fakt, iż będąc w Rynie na wakacjach mogła zaobserwować swoich rodaków zwiedzających znajdujący się tam zamek. Z kolei średniowieczna mentalność „ludu” polskiego, jak mówi artystka, została odnotowana podczas spływu kajakowego. To z jego perspektywy, bezpiecznej odległości, mogła poprzyglądać się „mięsożernej masie Polaków”, którzy na brzegu rzeki, o zgrozo, kąpali się i grillowali. „I te dźwięki, które wydają ludzie zmasowani, Polacy, z grillem, kiełbasą, z brzuchem, z czerwoną taką głową opaloną, taką spaloną, to jest coś średniowiecznego” – mówi.

Pismo nie odda jednak wyższości i pogardy, z jaką Przybysz wypowiada te słowa. Obecne w jej wypowiedzi chamofobia oraz klasizm to nic dziwnego, wszak to cechy dystynktywne polskiej „klasy szampańskiej”. Nie dziwi nawet stygmatyzująca ocena czyjejś cielesności, gdyż „oni” są zawsze brzydcy, a „my” piękni. Aż strach pomyśleć, na jakie zarzuty można by się narazić, gdyby ocenić wygląd samej Przybysz (jeśli ona może, dlaczego nie mogę ja?), która wypowiadając słowa względem ludu, jako że jest bardzo szczupła, wręcz chuda, i krótko ostrzyżona, przypomina zagłodzone dziecko lub przybysza z innej planety. Podejrzewam, że spora część tego męskiego „ludu” jest na szczęście ciałopozytywna: kto jak nie „typowy Janusz”, by użyć tej figury, akceptuje siebie takim, jakim jest? Można się tylko od niego w tym względzie uczyć!

Ale nie o stygmatyzację ciała tutaj idzie, lecz o jedzenie: kiełbasę i grilla. Kilka lat temu Maciej Stuhr namawiał, aby nie wyśmiewać Polaków za disco polo i grilla, lecz edukować ich, aby kiełbasę zastąpili bakłażanem. Kiełbasa stała się zatem, jak schabowy i rosół w niedzielę, elementem dystynkcji klasowej. „My” mamy gust, nie tylko muzyczny, ale i kulinarny, „oni” są go pozbawieni.

Jedzenie jako czynność jest uwarunkowane zarówno biologicznie oraz kulturowo. Jako organizmy żywe, ssaki, musimy jeść, by przetrwać (chyba, że żywimy się słońcem, jak gwiazdy Hollywoodu), lecz to, co, jak, kiedy, z kim, dlaczego i co nam smakuje – jest już zależne od kultury. Przykładowo, nic w ludzkiej biologii nie przesądza, czym powinniśmy jeść: rękoma, nożem i widelcem czy pałeczkami. Gdy biologia człowieka coś przesądzała w tej kwestii, to nie byłoby różnorodnych sposobów jedzenia. Jedzenie jako zbiór czynności kulturowych jest także uwarunkowane klasowo w ramach jednego społeczeństwa (przypomnę, że jedzeniu był poświęcony cały numer „Nowego Obywatela”). Klasy wyższa oraz średnia, które jedzenie traktują jako wyraz prestiżu społecznego oraz wyraz swojego gustu, najczęściej z niesmakiem krzywią się na jedzenie klasy ludowej.

Widać to w szeregu programów telewizyjnych, by wymienić tylko najbardziej wymowne pod kątem konstruowania obcości i inności klasy ludowej, czyli „Damy i wieśniaczki” oraz „Biedny dom, bogaty dom”. „Dama”, rzecz jasna, nie zje smażonej kapusty, bo ta śmierdzi – jeśli kapusta, to tylko w postaci kimchi. Zresztą ona i tak nie gotuje, lecz je w restauracjach. Wszak ten program, i sama postać „damy” to ideologiczny konstrukt, do którego trzeba dążyć pozbywając się znaków swojej klasowości: od wyglądu, przez zapach, po jedzenie. „Bogaci” nie wiedzą, co kupić na obiad za kwotę, którą średnio wydają na pół chleba. To, co jemy, świadczy o naszym klasowym pochodzeniu. To, co potrafimy ugotować i z jakich składników – także.

Ta ostatnia kwestia jest dobrze widoczna w programach kulinarnych przeznaczonych dla dzieci, typu „Master Chef Junior”. Rzadko kiedy dzieci są skonfundowane jakimś ekskluzywnym produktem, z którego mają przygotować danie, jak np. homar, co świadczy, że są z nim zaznajomione. To z kolei pokazuje, że ich rodziców stać na taki produkt. Dziecko z biednej rodziny, w której nie przygotowywano danej potrawy, miałoby znacznie utrudnione możliwości rywalizacji z dziećmi z rodzin bogatych, bo oczywistym jest, że wygra ten, kto więcej ćwiczył i nabył doświadczenia w obchodzeniu się z danym produktem.

Nawiasem mówiąc nie mogę się pozbyć wrażenia, obserwując ten program, że gotowanie i marzenie o byciu kucharzem to raczej zachcianka i fanaberia bogatego dziecka, któremu rodzice pozwalają na takie ekskluzywne hobby, ale w pewnym momencie życia dziecka powiedzą coś w stylu: „No dobrze, fajnie, że umiesz gotować i masz swoje wysublimowane podniebienie, możesz się tym zawsze pochwalić, ale teraz idź na studia prawnicze, żeby potem przejąć kancelarię rodziców”. Kucharz to nie jest zawód dla bogatych dzieci.

Klasowość jedzenia świetnie widać w programie „Ugotowani”. Polega on na tym, że cztery osoby wzajemnie zapraszają się na kolację. Opis programu mówi, iż uczestnicy to „zwykli ludzie z niezwykłymi umiejętnościami kulinarnymi”, ludzie różnych zawodów czy pasji. Z punktu widzenia klasowego są oni stosunkowo podobni: najczęściej mają zawody związane z klasą kreatywną lub związane z pracą umysłową, są dobrze wykształceni, bardzo dobrze zarabiają, co widać po wystroju mieszkania lub domu, mają oryginalne pasje, bardzo dużo podróżują w celu gromadzenia licznych doświadczeń, w tym kulinarnych. Jedzenie jest przedłużeniem ich osobowości, wyrazem ich pasji, chęci poznawania świata. Przygotowywane przez nich jedzenie jest wysublimowane i ekskluzywne. Nieumiejętność obchodzenia się z jakimś produktem lub nieodtworzenie oryginalnego smaku danej potrawy czy też przygotowanie jej z produktów zastępczych, naraża uczestnika na przegraną. Jest oczywistym, że jeśli przygotowujesz curry, to musisz użyć przypraw prosto z Indii, najlepiej stamtąd przywiezionych, a mówiąc pół żartem, pół serio: samodzielnie uprawianych. Jeśli dodasz przyprawy z Lidla, a nawet te kupione w wielkomiejskich sklepach z kuchniami świata, to i tak narazisz się na sadystyczno-szczerą ocenę (wygłaszaną przy okazji wystawiania noty za kolację), gdyż wytrawne podniebienie uczestnika poinformuje, iż „Byłem tam i to tak nie smakuje”.

Ocena jest tutaj kluczowa, gdyż program na charakter konkursowy. Potrawy są przygotowywane w kuchni przez uczestnika, który często się stresuje, co przypomina pracę na szybkich obrotach w restauracji. W tym czasie trójka gości komentuje wystrój mieszkania, dochodzące zapachy, dźwięki lub zbyt długi czas oczekiwania na potrawy. Uczestnicy nie wiedzą, co zostanie im zaserwowane, lecz mogą domyślać się dzięki rozszyfrowaniu nazwy potrawy, która zazwyczaj brzmi egzotycznie, np. „Błękitna laguna” lub „Zielone Indie”.

Na drugim biegunie tego ponowoczesnego stylu życia, którego częścią jest jedzenie, znajduje się mniej lub bardziej tradycyjny styl życia ze swoją specyfiką znajdującą wyraz w potrawach. Nie ma on jakiejś wyraźnej reprezentacji w telewizji, a jeśli już jest pokazywany, to raczej jako coś wstydliwego, co musi zostać szybko przekształcone w formę bardziej odpowiadającą pożądanemu wyobrażeniu o guście kulinarnym. Ma za to, a raczej miał (o czym za chwilę) odzwierciedlenie w popularnej prasie w postaci „Przyślij przepis!”.

Przepisy do niej wysyłali właśnie „zwykli ludzie”, najczęściej z małych miasteczek lub wsi, niekiedy tylko z miast średniej wielkości, rzadko z większych. Potrawy są typową kuchnią domową, choć zawsze urozmaiconą jakimś rodzinnym smakiem lub zabiegiem gospodyni. Naczelne zasada to: tanio, smacznie, szybko, zdrowo. To zazwyczaj ludzie ciężko pracujący, głównie fizycznie, nie mający czasu na potrawy zajmujące dużo wysiłku, o czym piszą w opisach. Przytoczę kilka z nich: „Od wielu lat zajmuję się domem, od niedawna jestem szczęśliwą babcią. Te roladki przygotowuję dla córki, która je uwielbia”. „Danie jest bardzo smaczne i szybko się je robi. Ma wyrazisty słodko-ostry smak. Mój maż, choć nie przepada za drobiem, bardzo je lubi”. „Mąż oraz córka bardzo chwalą moją kuchnię. Brokułowe babeczki to bardzo zdrowe danie na ciepło”. „Od czterech lat jestem mężatką i matką 2,5-letniego synka. Obecnie zajmuję się jego wychowaniem. Koreczki to świetna przegryzka”. „Nie pracuję zawodowo. Na co dzień zajmuję się wychowaniem dwójki dzieci. Lubię gotować, a wielu potraw nauczyła mnie babcia. Zaglądam często do jej zeszytu z przepisami. Boczek zapiekany to jeden ze specjałów, które polecam” (podaję za „Przyślij przepis!”, nr 1/2010).

Ponadto każdy numer zawierał opis obiadu u jakiejś rodziny, do którego pismo zachęcało następująco: „Pochwal się swoją rodziną i potrawą, którą wspólnie gotujecie”.

Gazetka ta przeszła jednak ewolucję: od przepisów prostych, domowych i tanich (ludzi tych nie stać na homara), choć zawsze zrobionych i przyozdobionych zgodnie ze swoim gustem, do coraz bardziej wyszukanych, zdrowych. Zastępuje się kostkę rosołową, unika „biedniejszych” produktów, np. parówek. Pewnie te najnowsze, których już nie kupuję, bo wolę stare, niewiele się różnią od przepisów dla bogatszych kobiet, które i tak często nie gotują. Być może to efekt naśladowania kuchni bardziej elitarnej i światowej, potrzeby spróbowania czegoś nowego i eksperymentowania, choć na swoich warunkach, a może nawet chęci przynależenia do klasy wyższej. Czy oznacza to, że proces unowocześnienia kuchni klasy ludowej się powiódł? A może już inni ludzie wysyłają przepisy? Kwestia do zbadania.

Wyobraźmy sobie jednak spotkanie „ugotowanego” i starego „przyślijprzepisowca”. Załóżmy, że ten drugi zaprasza pierwszego na obiad. Co by estetycznie i smakowo raziło, wręcz obrzydzało, „ugotowanego”? Co naraziłoby na śmieszność i krytykę „przyślijprzepisowca”? Co byłoby kiczem kulinarnym, wyznaczanym rzecz jasna z wyższościowej pozycji „ugotowanego”?

Po pierwsze: nazwy potraw, takie, jak: „Szalone pierogi”, „Kieszonki teściowej”, „Placek Tadzika”, „Sałatka prościutko”. Są rodzinne, swojskie, zwykłe: dla „ugotowanego” za mało tajemnicze i „tutejsze”. Po drugie: ozdoby i dekoracje, których naczelną zasadą estetyczną jest kolorowość. W dobrej „przyślijprzepisowej” dekoracji nic do siebie nie pasuje: naleśniki są z mięsem i pieczarkami, ale podane na sałacie, z papryką i kwiatkiem wyciętym z pomarańczy. Im więcej kolorów tym lepiej! Minimalizm? Wykluczone! Po trzecie: naśladowanie potraw droższych z tanim zamiennikiem, np. Boeuf Stroganow z parówek. Po czwarte: łączenie produktów do siebie niepasujących, np. owsianka zrobiona na kostce rosołowej z dodatkiem rozpuszczonego serka topionego z pokrojoną w plasterki parówką (dodam, że potrawa ozdobiona jest listkiem bazylii). Albo inny przykład: pożywna zupa warzywna z tostami (z serem i szynką). Po piąte: kiepska jakość produktów (np. parówki, kostka rosołowa, paluszki krabowe). Po szóste: zdjęcia jedzenia. Jako że fotografują to amatorzy, zdjęcia nie zawsze wychodzą „apetycznie”, gdyż fotografia kulinarna to trudna sztuka. Po siódme: tania i niekompletna zastawa, w której wszystko jest z innej parafii. Elementy można by mnożyć.

Łatwo z wyżyn kulinarnego, ekskluzywnego gustu pośmiać się i zawstydzić w ten sposób gotujących ludzi. Powiedzieć, że „mój gust jest lepszy niż twój”.

Tylko coś się traci. Traci się to, czego zawsze brakowało mi w „Ugotowanych”. Wspólnej przyjemności gotowania (u „przyślijprzepisowców” każdy ma swoją rolę i widać, że nie jest to na pokaz), sprawiania radości tym, których się kocha, a nie narcystycznego popisu swoich umiejętności, w którym zadowolenie podniebienia innych jest nagrodą dla twojego ego. Czasami uśmiech z keczupu na omlecie jest więcej warty niż jajka, z których został zrobiony. Bywa i tak, że jedzenie tego, co jadły nasze babcie i mamy, daje poczucie łączności z nimi, bo korzenie, także te kulinarne, są ważne. Może czasami warto wrócić do potraw robionych przez nasze babcie i mamy? Do dawnych smaków dzieciństwa i okresu nastoletniego, kiedy nie mądrzyliśmy się jeszcze o klasowym wymiarze jedzenia, tylko ze smakiem jedliśmy mokry chleb z cukrem albo mieszaliśmy słone paluszki z czekoladą? Lubię myśleć, że te smaki z nami zostają. Szkoda, że wielu z nich nigdy już nie spróbujemy. Nikt nigdy nie zrobi takich pierogów jak nasze Mamy.

Badacze społeczno-klasowych gustów mówią o pojęciu „wszystkożerności”. Oznacza ono, że gust tzw. klasy wyższej wcale nie jest ograniczony wyłącznie do kultury wysokiej. Nie wiem, czy tak jest w przypadku jedzenia (intuicja mi podpowiada, ze nie). Myślę, że część z nas, spoza klasy wyższej, pomieszkuje w różnych kuchniach, w tym sensie jesteśmy, już dosłownie, wszystkożerni. I chyba dobrze. Oby tylko zapatrzenie w wysmakowaną kuchnię nie pożarło czegoś więcej.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Żyjemy krócej niż europejska średnia

Żyjemy krócej niż europejska średnia

Oczekiwana średnia długość życia w Unii Europejskiej w 2023 roku to 81,5 lat, podczas gdy Polsce 78,6 lat. Żyjemy krócej niż w wielu innych państwach Europy, a długość życia w zdrowiu także jest u nas niższa niż w większości krajów Unii Europejskiej.

Jak informuje portal Rynek Seniora, największym zabójcą w polskiej populacji są choroby układu krążenia i choroby nowotworowe. Pod koniec minionej dekady powodowały one 65 proc. zgonów, przy czym choroby układu krążenia aż 40 proc. z nich. Te dane zasadniczo się nie zmieniły.

Obciążenie behawioralnymi czynnikami ryzyka ma większy wpływ na zdrowie Polaków niż statystycznie wygląda to dla całej Europy. Około 50 proc. młodych ludzi w Polsce w wieku 13-15 lat ma za sobą wypalenie pierwszego papierosa. Ponad 50 proc. piętnastolatków sięgnęło po piwo, a 30 proc. z nich przyznaje się, że przynajmniej raz w życiu byli pijani.

Duże szkody zdrowotne wyrządza zanieczyszczenie powietrza. Jeszcze w minionej dekadzie zespół badaczy w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu pokazał wyniki analizy, z której wychodziło, że przy nasilonym smogu w górnośląskiej aglomeracji liczba zawałów serca rośnie średnio o 12 proc., udarów o 16 proc., a przypadków zatorowości płucnej – o 18 proc.

 

Niedziela nie jest od handlu

Niedziela nie jest od handlu

Polacy nie są przychylni pomysłowi powrotu handlu w niedziele. Tak wynika z najnowszego sondażu.

Jak informuje Wirtualna Polska, większość obywateli wcale nie chce przywrócenia niedzielnego handlu. W sondażu przeprowadzonym przez United Surveys dla Wirtualnej Polski wynika, że tylko 27 proc. respondentów opowiada się za zniesieniem zakazu handlu w niedziele. Zdecydowana większość, bo 64,9 proc. ankietowanych opowiada się przeciwko przywróceniu niedzielnego handlu. 30 proc. pytanych wybrało odpowiedź „raczej nie”, a 34,9 proc. odpowiedziało „zdecydowanie nie”. Z kolei 8,1 proc. ankietowanych jest niezdecydowanych w tej kwestii.

Najwięcej zwolenników zakazu handlu w niedzielę jest wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości. 77 proc. z nich opowiada się przeciwko przywróceniu handlu w ten dzień. Przeciwko handlowi w niedzielę opowiadają się także wyborcy Trzeciej Drogi. 68 proc. z nich nie popiera przywrócenia niedzielnego handlu.

Więcej przeciwników niż zwolenników handlu w niedzielę jest także wśród wyborców Lewicy i Konfederacji. Jedynie wyborcy Koalicji Obywatelskiej opowiadają się za przywróceniem niedzielnego handlu. Za otwarciem sklepów w niedzielę opowiedziało się 51 proc. z nich, a przeciw 34 procent. 15 proc. wyborców PO nie ma zdania w tej kwestii.

Mrożonki do zamknięcia

Mrożonki do zamknięcia

Przejęta przez Ukraińców pod koniec 2023 r. kaliska firma Calfrost zostanie zamknięta, a wszyscy zatrudnieni stracą pracę.

Jak informuje Business Insider w ślad za „Faktami Kaliskimi”, Calfrost powstał 70 lat temu jako Chłodnia Składowa. Od 20 lat należał do polskiego producenta mrożonek – firmy Nordis, która pod koniec 2023 r. przeszła w ręce ukraińskiej spółki Three Bears, również specjalizującej się w mrożonkach i lodach. Ukraińcy mieli inwestować w produkcję w Polsce i eksportować towar na rynki zachodnie. Tak przynajmniej utrzymywał szef firmy w rozmowach z mediami po przejęciu Calfrosta. Stało się jednak zupełnie odwrotnie.

Pod koniec stycznia 2024 r. pracownicy Calfrostu dostali zawiadomienie o zwolnieniach grupowych. W marcu i kwietniu otrzymali wypowiedzenia, a z końcem czerwca kończy się im okres świadczenia pracy. Załoga zakładu to 54 osoby, niektórzy są związani z firmą od ponad 30 lat.

„Jako powód zwolnień podano trudną sytuację ekonomiczną spółki spowodowaną wzrostem cen i kosztów związanych z prowadzeniem firmy, co skutkować będzie koniecznością zaprzestania prowadzenia działalności” – poinformował „Fakty Kaliskie” Tomasz Karski z Powiatowego Urzędu Pracy w Kaliszu. Dodał, że PUP wysłał do pracodawcy pismo, proponując zorganizowanie spotkania dla zwalnianych pracowników i ustalenie zakresu wsparcia dla nich. Ukraińska spółka jednak nie zareagowała na propozycję.

Produkcja została wygaszona. Pracownicy, którzy próbowali negocjować z pracodawcą, usłyszeli, że nie ma możliwości uratowania zakładu.

Pozytywny mit. Neoliberalny

Pozytywny mit. Neoliberalny

„To ma być pozytywny mit! To ma być pozytywny mit!” – nakazuje dyrektor Teatru im. Słowackiego, Krzysztof Głuchowski, w kontekście musicalu „1989”. No i powstaje blaga, bo każdy tego typu nakaz jest przecież z założenia generatorem ściemy.

Marcin Napiórkowski, współscenarzysta i autor większości tekstów, próbuje dorzucić jakieś niuanse, jakieś wątpliwości, ale nic z tego nie wychodzi – żaden klin nie wbija się w ten ideowo monolityczny przekaz. Miał wraz z innymi współscenarzystami ponoć wiele pomysłów, które szły dalej w przyszłość, poza 1989 rok, ale (co zresztą przyznaje sam Głuchowski) zostały one przez dyrektora krakowskiego teatru stłamszone. Stało się tak, ponieważ ten ostatni wierzy, że 4 czerwca 1989 roku jest „największym zwycięstwem w historii Polski”, a poza tym ci młodzi nie mogą nic z tego pamiętać (serio, taki argument Głuchowski wysuwa w wywiadzie w przerwie spektaklu).

I nic tu nie pomogły drobne ustępstwa ze strony Głuchowskiego. Ani spór w celi Kuronia z Frasyniukiem o kształt państwa, gdy już dojdą do władzy – bo słowa Kuronia o konieczności reformowania socjalizmu (w kontrze do frasyniukowego oczekiwania na walec kapitalizmu) nie brzmią poważnie, gdy wiemy, że Kuroń z pełną mocą będzie potem wspierał całą tę antyspołeczną degrengoladę. Ani też straszenie przez Jaruzelskiego, że jeszcze lud zatęskni za komuną, gdy pozamykają stocznie i walcownie – bo Jaruzelski jest tu przedstawiony jak upiór z najgorszych dystopijnych koszmarów, trudno więc żebyśmy komuś takiemu wierzyli. A już na pewno klina nie wbija ostatni monolog Kuronia, w którym ten obawia się, że może kiedyś on i reszta ekipy stwierdzą „byliśmy głupi”, co mogłoby być nawiązaniem do faktycznego uderzenia się w pierś przez Kuronia dwa lata przed śmiercią, gdy ostatecznie stwierdził, że to nie była dobra droga, że można było inaczej, że podżyrowanie przez niego Planu Balcerowicza było wręcz grzechem. Niestety najbardziej z tego monologu zapada w pamięć, że Kuroń obawia się, że przyjdzie nowy Leszek i przyprowadzi brata Jarka.

Mamy więc ubraną we frywolny kostium, niemal niezniuansowaną liberalną narrację. I kolejną próbę wmówienia widzowi, że hurraoptymizm po 4 czerwca 1989 roku jest częścią pamięci kolektywnej całego społeczeństwa. No nie, kochani wygrani, to jest wasza pamięć – pamięć kolektywu beneficjentów transformacji, z którym rzesze Polek i Polaków nie są w stanie się utożsamić. Gdzie się podziali robotnicy, których nowa władza potraktowała jeszcze gorzej niż poprzednia? Gdzie się podział jeden z najważniejszych motywów tamtych przemian – cyniczny piruet nowych elit, które pogrzebały własne idee? Gdzie motyw byłych robotników, będących teraz u władzy, mających w dupie robotników obecnych? A byli związkowcy niszczący teraz związki zawodowe? Tego w spektaklu nie ma – historia urywa się w końcu na „największym zwycięstwie w historii Polski”.

Dostajemy więc jednotorową opowieść o radości milionów, kolejny raz zrekonstruowany mit-ściemę, sankcjonujący neoliberalny porządek. Trafne pytania zadaje Agata Sikora: „Jak ten spektakl odbierają – czy raczej »odbierałyby« – osoby z zamkniętych stoczni, którym się nie udało? Czy »pozytywne mity« konstruowane retrospektywnie mogą służyć komuś innemu niż zwycięzcom?”.

Czekam (ale się nie doczekam) na dekonstrukcję mitu założycielskiego III RP, zamiast kolejnej rekonstrukcji. Bo zamiast katharsis i odświeżenia dyskursu otrzymujemy tu przypudrowanego nowoczesną formą, uśmiechniętego po fajnopolacku trupa. Udającego, że wszystko poszło tak, jak powinno. To ma być pozytywny mit! To ma być, kurwa, pozytywny mit!

Grzegorz Janoszka

Zdjęcie w nagłówku tekstu: kadr z teledysku promującego musical „1989”.

Handlowcy wcale nie chcą pracujących niedziel

Handlowcy wcale nie chcą pracujących niedziel

Polska Izba Handlowa złożyła wniosek o odrzucenie projektu poselskiego, który przewiduje przywrócenie handlu w dwie niedziele każdego miesiąca.

Jak informuje portal dlahandlu.pl, od momentu wprowadzenia ograniczeń handlu w niedziele w marcu 2018 roku biznesy w Polsce dostosowały swoje operacje do sześciodniowego tygodnia pracy. Zdaniem PIH, powrót do siedmiodniowego tygodnia wiązałby się ze znaczącymi dodatkowymi kosztami. Pracodawcy musieliby zapewnić pracownikom podwójne wynagrodzenie za pracę w niedzielę lub oferować im dni wolne w środku tygodnia, co mogłoby uczynić otwarcie sklepów w te dni nieopłacalnym.

PIH podkreśla również, że przepisy miałyby wejść w życie w trakcie roku obrotowego, co stanowiłoby dodatkowe obciążenie dla przedsiębiorców, zwłaszcza tych najmniejszych. Zdaniem Izby, nowe regulacje mogłyby negatywnie wpłynąć na całą branżę handlową w Polsce.

Projekt ustawy przewidującej przywrócenie handlu w dwie niedziele w miesiącu będzie przedmiotem pierwszego czytania podczas najbliższego posiedzenia Sejmu, zaplanowanego na 12-14 czerwca.

Sieć handlowa zwalnia

Sieć handlowa zwalnia

E.Leclerc zwalnia pracowników w Kędzierzynie-Koźlu oraz Malborku.

Jak informuje money.pl, do końca czerwca zostaną zamknięte sklepy E.Leclerc w Malborku i Kędzierzynie-Koźlu. Sieć podkreśla, że jeden market zostanie zlikwidowany ze względu na „niekorzystne warunki czynszowe”. Pracę straci po około 50 osób w każdym ze sklepów. Niedawno zamknięto markety tej sieci w Śremie i Stalowej Woli.

Wypowiedzenia wręczono już pracownikom sklepu w Malborku. W urzędzie pracy zgłoszono zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych.

Produkcja myśli o zwolnieniach

Produkcja myśli o zwolnieniach

Do 14,2 proc. wzrosła liczba firm produkcyjnych, które myślą o zwolnieniach, o ile ich już nie zaplanowały.

Jak informuje Business Insider, planowane redukcje zatrudnienia mogą być bardziej znaczące niż zapowiadano w ostatnich czterech miesiącach. Wynika to wprost z raportu GUS na temat koniunktury w przemyśle, handlu i usługach. „Przedsiębiorstwa zgłaszające bariery najczęściej wskazują na trudności związane z kosztami zatrudnienia (57,4 proc. w maju br., 58,4 proc. w analogicznym miesiącu ub.r.)”.

Choć GUS podkreśla stabilizację koniunktury gospodarczej w Polsce, to w kontekście zatrudnienia można mówić o pogorszeniu. Zapowiada się kontynuacja zbiorowych zwolnień. Szczególnie w firmach przemysłowych. W tej kluczowej dla Polski branży w maju już 14,2 proc. firm myśli o redukowaniu zatrudnienia, a tylko 5,1 proc. o jego zwiększaniu. W przypadku planów zwolnień, to o 2,5 pkt proc. więcej niż w kwietniu 2024 i o 0,9 pkt proc. więcej niż rok temu w analogicznym miesiącu. W przypadku planów zatrudnienia nowych osób (5,1 proc. firm produkcyjnych) to o 1,6 proc. mniej niż w kwietniu i o 1,8 pkt proc. mniej niż w maju 2023.

Już 19,2 proc. firm produkcyjnych oczekuje pogorszenia sytuacji finansowej (o 1,5 pkt proc. więcej niż w kwietniu), 15,9 proc. spodziewa się spadku produkcji (o 1,2 pkt proc. więcej niż w kwietniu). Powodem jest spadek zamówień, szczególnie zagranicznych.

Przewaga szykujących zwolnienia nad tymi, którzy chcą zatrudniać nowe osoby oprócz wspomnianego wyżej przemysłu, jest jeszcze w branżach: zakwaterowania i gastronomii (9,6 proc. chce zwalniać, 8,9 proc. zatrudniać), handlu detalicznym (7,9 proc. zamierza zwalniać, 6,6 proc. zatrudniać), handlu hurtowym (odpowiednio 8,9 i 4,6 proc.), budownictwie (odpowiednio 7,4 i 5,4 proc.) – wynika z danych GUS.

Pocztowcy oczekują wsparcia

Pocztowcy oczekują wsparcia

Związkowcy wysłali do premiera list z żądaniem natychmiastowego wsparcia.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, reprezentatywne organizacje związkowe zrzeszające przeszło 1/3 wszystkich zatrudnionych w Poczcie Polskiej – OM NSZZ „Solidarność” i Związek Zawodowy Pracowników Poczty – skierowały 21 maja pismo do premiera Donalda Tuska.

Związkowcy przypominają, że w 2008 roku rząd doprowadził do komercjalizacji i przekształcenia Poczty w spółkę akcyjną, co odcięło ją od pomocy publicznej. Następnie od 2013 roku Poczta była zobowiązana świadczyć usługę powszechną, co tylko pogłębiło straty finansowe. Zdaniem związkowców spółka była zaniedbywana w czasie, gdy sektor pocztowy przechodził transformację, co doprowadziło do zapóźnień.

Tylko w 2024 roku pracę może utracić nawet 10 tys. zatrudnionych w Poczcie, a więc co szósty pracownik. W ocenie związkowców skutkiem działań obecnego Zarządu będzie „całkowita zapaść Poczty Polskiej” czy niezdolność do realizowania powierzonych zadań.

Przestrzegli również przed próbą likwidacji spółki, która ma strategiczne znaczenie dla państwa polskiego. „Zwracamy się z prośbą o udzielenie zdecydowanego i natychmiastowego wsparcia w walce o zatrzymanie demontażu i likwidacji Poczty Polskiej i niezwłoczne podjęcie poważnej debaty o przyszłości Poczty Polskiej w państwie i społeczeństwie” – zaapelowali do premiera Tuska.

Annie myje włosy szamponem Elseve

Annie myje włosy szamponem Elseve

Ernaux pisze książki o konflikcie i awansie klasowym – to najszybsza i najkrótsza odpowiedź na pytanie w rodzaju „o czym to jest?”. Można oczywiście wikłać się w długie opowieści: „to jest o dziewczynie, która próbuje się wykształcić na nauczycielkę, a po drodze boryka się z rozmaitymi problemami”. Ale to będzie dokładnie ta sama opowieść.

Co ciekawe, w naszej części Europy postrzegamy awans klasowy nieco inaczej, bo takie podejście wpoiła nam radykalna poprawa warunków życia wielu osób pomiędzy przedwojniem a czasami PRL. Oczekujemy zatem historii ogromnej zmiany, wręcz przemiany szarego ptaka w łabędzia, oczekujemy dziewczynki z zapałkami jako punktu wyjściowego. To właśnie definicja awansu w stylu polskim – a na nią nakładają się jeszcze amerykańskie, silnie u nas obecne kalki, czyli mit „od pucybuta do milionera”.

Tymczasem historia Annie Ernaux skupia się na niuansach tego konfliktu i walki. Na drobnych znakach, które dawały jej koleżanki z internatu czy studiów, by pokazać, że „nie jest taka jak one”, a może nawet „nigdy nie będzie”, jak by się nie starała. Annie, bohaterka i właściwie alter ego autorki – bo to są powieści biograficzne – nie jest sierotą czy córką murarza, lecz pary sklepikarzy. Jej pomysły na kształcenie się, zapisywanie do kolejnych szkół, zdobywanie dyplomów nie są zupełnie niedorzeczne dla klasy społecznej, w której się wychowała. Mimo to okazuje się, że każda próba przekroczenia niewidzialnych (niby) ram tej klasy jest sabotowana – przez otoczenie i przez samą Annie. Najsilniej zaś drzwi trzymają ci, do których świata miałaby ewentualnie dołączyć.

Czytając „Ciała”, jak i „Lata”, poprzednią powieść Ernaux, sama przyłapywałam się chwilami na „polskiej” wykładni tego konfliktu. Chociaż czułam ból i nieadekwatność bohaterki dla pewnych środowisk (bo znam je z własnego doświadczenia), to czasami dowody na poczucie jej nieprzystawalności wydawały mi się błahe. Ktoś coś szeptał i zamilkł, gdy weszła do pomieszczenia? Może po latach pamięć to wyolbrzymia. Nigdy nie uśmiechała się do zdjęć, a powodem były krzywe zęby? Mam ten sam problem.

A jednak, choć wydaje nam się, że Annie ostatecznie trafiła tam, dokąd chciała, kreśli ona obraz społeczeństwa francuskiego lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jako wręcz kastowego, pełnego pułapek i nieprzekraczalnych granic, za zbliżenie się do których grożą dotkliwe kary.

„Ciała” są oczywiście o ciele. Ciele – narzędziu pracy, ciele – źródle przyjemności seksualnej i związanych z tym obszarem problemów. Ciele oczekującym na płód, bo życie przedwcześnie chce postawić bohaterkę w roli matki. Wszystkie te funkcje ciała autorka ponownie wiąże w jedno i układa w kontekstach klasowych. „Z jednej strony były inne dziewczyny, te z pustymi brzuchami, z drugiej ja”, pisze Ernaux, podkreślając wprost, że ta „wpadka” to bezpośredni rezultat bycia córką jej klasy społecznej. Wie, że wczesna, przekreślająca szanse na dalszą edukację ciąża to zjawisko immanentne dla jej środowiska. „Inne dziewczyny” nie mają tych problemów – może nie angażują się w kontakty seksualne z przypadkowymi mężczyznami, a może w potrzebie mają się do kogo zwrócić „z problemem”. Annie nie może porozmawiać ani z rodzicami, ani z koleżankami, które uważają ją za „puszczalską”. Chłopak, który jest sprawcą ciąży, ledwo odpisuje na list i pozostawia jej wolną rękę, co brzmi dobrze, ale nie znaczy absolutnie nic, a wręcz krzyczy przesłaniem „nic mnie to nie obchodzi, radź sobie sama”.

Bohaterka musi zatem pokątnie załatwić aborcję – sama sobie, nie mając pieniędzy ani odpowiednich kontaktów. Nie jest to łatwe we Francji końca lat pięćdziesiątych. Żaden system nie wydaje się jej chronić. Pierwsza, najbardziej zapadająca w pamięć część książki, dotyczy właśnie wątpliwości i miotania się bohaterki, bo „zaraz zacznie być widać”. Przemierzamy z nią ulice miasta, szukając pokątnie zapisanych na karteczce adresów akuszerek, odwiedzamy gabinety drogich lekarzy, którzy udają, że nie wiedzą, o co Annie chodzi, obserwujemy, jak zdobywa się na wyznania, które i tak nie przynoszą spodziewanej ulgi. To totalna opowieść o ciele – ciele, w którym jest inne ciało, którego bohaterka książki chce się pozbyć. Udręka bohaterki jest silnie wyczuwalna – ta część powieści to najbardziej przykuwające fragmenty.

Ciało jest także przedmiotem (a może podmiotem?) kolejnych tekstów z tego tomu, bo książka Ernaux to kilka zebranych opowiadań, opublikowanych wcześniej przez francuską prasę. Czytamy o walce z nadwagą, która to (nadwaga i walka) ma oczywiście kontekst klasowy. Bohaterka czuje się „za ciężka”, klocowata, niezgrabna przy swoich wiotkich koleżankach z klasy średniej i wyższej. Postanawia zatem nie jeść, by im dorównać – im, a raczej ich ciałom. Ta opowieść o pokrętnych relacjach kobiety z jedzeniem i uzależnianiu poczucia własnej wartości od liczby kilogramów jest bardzo na czasie i dotyczy niemal każdej z nas.

U Ernaux jest mnóstwo dosadności, lecz nie jest ona wulgarna dzięki wyjątkowemu językowi, jakim opisane są kwestie fizjologiczne, poronienie, seks. W jej książkach pełno jest potu, spermy, śliny, krwi i innych wydzielin, ale czytelnik nie ma wcale wrażenia, że czyta coś, co zostało napisane, by szokować. Żadne z „cielesnych” wyznań nie wydaje się dodane jako niepotrzebny ozdobnik. Ernaux po prostu nam opowiada – o sobie, o swoim życiu – biorąc na warsztat te emanacje i manifestacje ludzkich przeżyć, które zazwyczaj się w takim opisie pomija. Nie koncentruje się tylko na „myślałam”, ale także na „czułam”, i to w dodatku „czułam ze wszystkimi tego fizycznymi przejawami”: potem, drżeniem, podnieceniem seksualnym, głodem, krwawieniem. Ciało jako obiekt, ale i podmiot, absolutnie króluje u Ernaux. Jest swoim ciałem. Wszyscy jesteśmy swoimi ciałami.

Niesłychanie gęsty, niepodrabialny język autorki czyni tę prozę wyznaniową więcej niż znośną. Ta „opowieść o dorastaniu we Francji”, jakich zapewne wiele, błyszczy dzięki bezlitosnemu ujęciu, na jakie autorka się zdecydowała. Mamy wrażenie, że mówi nam wszystko, że wraz z nią zaglądamy wprost do głowy piętnasto- czy dwudziestopięcioletniej Annie, że widzimy jej przeżycia od wewnątrz, a nie po prostu obserwujmy opisywaną bohaterkę. Historia kobiety, która opowiada o swojej młodości, to wyświechtany motyw literacki. Ernaux podjęła go jednak z ziemi, uprała, wysuszyła, i zastanowiła się, co można z niego zrobić. Sztukowanie narracji gęstym językiem niesie te powieści dalej, niż autorka pewnie mogła sobie wymarzyć. To powieść autobiograficzna, praca z pamięcią – ale przy ciągłej obecności Ernaux jako współczesnej, równoległej narratorki, która opisuje „tamtą Annie”, jednocześnie wtrącając coś od dzisiejszej siebie. Dwie kobiety – ta, którą była i ta, którą się stała – niosą trud tej opowieści. Opowieści odważnej, bezkompromisowej, także politycznie i społecznie, a nie tylko w wymiarze osobistym. Znane hasło „prywatne jest polityczne” znajduje odzwierciedlenie w książkach Ernaux. Obrywa się od niej Francji, stosunkom społecznym, systemowi edukacji i ochrony zdrowia. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje, a sama pozycja autorki na drabinie klasowej także ewoluuje. Na ile potrafi dotrzeć do „tamtej dziewczyny”, odcyfrować po latach jej odczucia i motywacje? Ma się wrażenie, że robi to bez wysiłku, a przecież jest to wciąż jednak opowieść na pograniczu prozy wyznaniowej i fikcji literackiej. Mimo to czytelnik nie ma innego wyjścia niż w nią wierzyć.

Magdalena Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: StockSnap z Pixabay

30 niedziel pracujących

30 niedziel pracujących

Rządzący liberałowie nie ustają w wysiłkach na rzecz zmuszania pracowników handlu do niedzielnej harówki.

Poselski projekt nowelizuje ustawę o zakazie handlu w niedziele. Zakaz handlu obejmie maksymalnie dwie niedziele w miesiącu, a sprzedawcy mają mieć gwarantowany za niedzielę dzień wolny plus podwójną stawkę.

Jak informuje portal infor.pl, odpowiedni przepis nowelizacji stanowi tak: pracownikowi wykonującemu pracę w niedzielę przysługuje za ten dzień wynagrodzenie w podwójnej wysokości oraz pracodawca jest obowiązany zapewnić mu inny dzień wolny od pracy w okresie sześciu dni kalendarzowych poprzedzających lub następujących po takiej niedzieli. Jeżeli wykorzystanie przez pracownika dnia wolnego w takim okresie nie jest możliwe, pracodawca jest obowiązany zapewnić pracownikowi dzień wolny do końca okresu rozliczeniowego.

Przypomnijmy jednak, że okres rozliczeniowy nie musi wynosić miesiąc, lecz może wynosić nawet cztery miesiące, a dyskonty stosują zazwyczaj właśnie długie okresy rozliczeniowe czasu pracy. Ponadto pracodawca jest obowiązany zapewnić pracownikowi co najmniej dwie niedziele wolne od pracy w miesiącu kalendarzowym.

Autorzy poselskiego projektu ustawy chcą, by handel był zakazany tylko w dwie niedziele w miesiącu, konkretnie w pierwszą i trzecią niedzielę miesiąca. Dodatkowo przewiduje szczególny tryb ustalania liczby niedziel handlowych w marcu lub w kwietniu oraz w grudniu, a więc niedziel poprzedzających Wielkanoc i Boże Narodzenie.

Projekt przewiduje wejście zmian w życie z początkiem miesiąca następującego po publikacji. Realnie więc przywrócenie handlu w niedzielę mogłoby mieć miejsce już we wrześniu br. Jednak posłowie liczą się z wetem prezydenta, co oznacza że z procedowaniem nie ma się co spieszyć – przynajmniej do sierpnia 2025 roku, gdy kończy się kadencja Andrzeja Dudy.

Nieład przestrzenny

Nieład przestrzenny

Decyzje gmin o warunkach zabudowy były wydawane z naruszeniem prawa. Koszty chaosu przestrzennego wynoszą dziesiątki mld złotych. To ustalenia NIK.

Jak informuje portal teraz-srodowisko.pl, tylko 1/3 powierzchni Polski objęta jest obowiązującymi miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego. Przeprowadzona przez NIK kontrola dotyczyła wydawania przez organy wykonawcze gmin decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Dokumenty tej rangi są publikowane dla terenów nieobjętych planami. Jak pokazują przytoczone przez Izbę dane Głównego Urzędu Statystycznego, tylko w 2022 r. decyzji o warunkach zabudowy wydano w Polsce 138 630, a 24 724 o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego. Nadużywanie tzw. wuzetek prowadzi według NIK do społecznych, ekonomicznych i środowiskowych problemów, wykazanych w poprzednich działaniach Izby. Aktualna kontrola odbyła się w latach 2019-2023 i dotyczyła piętnastu gmin z czterech województw – zachodniopomorskiego, małopolskiego, lubuskiego i kujawsko-pomorskiego.

Kontrola wykazała niewielki udział miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego w sprawdzanych gminach. Według stanu z 30 czerwca 2023 r. tylko 13,2% ich powierzchni było objęte ustaleniami planów.

Skala występujących nieprawidłowości przy wydawaniu „wuzetek” okazała się bardzo duża – Izba pisze o 85% skontrolowanych przypadków, występujących w dwunastu na piętnaście gmin. Naruszanie prawa i błędy dotyczyły m.in. niezgodności z przepisami kodeksu postępowania administracyjnego, ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, nierzetelnej dokumentacji, opóźnień czy źle wykonywanych obowiązków sprawozdawczych. NIK punktuje również „nieskuteczne mechanizmy kontrolne nad realizacją zadań”, które odnotowano we wszystkich kontrolowanych urzędach, opóźnienia w wydawaniu decyzji, a także „bardzo wysoki poziom ryzyka” związanego z konfliktem interesów i mechanizmami korupcyjnymi. W trzech gminach decyzje wydawano bez koniecznych uzgodnień związanych m.in z zagrożeniem powodziowym czy ochroną zabytków. Ponad 29% zbadanych decyzji nie posłużyło wnioskodawcom do uzyskania pozwolenia na budowę (najwięcej, bo 83% w zachodniopomorskiej gminie Postomino), co według NIK może świadczyć o tym, że część wniosków o wydanie „wuzetek” miało służyć nie realizacji inwestycji, ale podniesieniu wartości nieruchomości.

Niekontrolowana urbanizacja stwarza ryzyko pogorszenia warunków życia mieszkańców oraz obniżenia jakości przestrzeni publicznej – brzmi syntetyczna ocena Izby, która politykę przestrzenną opartą o wydawanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowaniu tereny uznaje za działanie niegwarantujące zachowania zasad zrównoważonego rozwoju oraz ładu przestrzennego. Skutki są zobrazowane wyliczeniami podanymi za raportem Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju Polskiej Akademii Nauk. Jak się dowiadujemy, koszty budowy infrastruktury i obsługi nadmiernie rozproszonej zabudowy mają wynosić 20,5 mld zł w skali kraju; z kolei straty związane z transportem (m.in długimi dojazdami do pracy i korkami) oszacowano na 31,5 mld zł. Konsekwencje dla rolnictwa, takie jak wyłączanie zbyt wielu terenów z produkcji rolnej, mają kosztować 8,8 mld zł, a koszty zewnętrzne w środowisku – wydatki na jego ochronę, ponoszone koszty zdrowotne czy usuwanie skutków klęsk żywiołowych – 12,6 mld zł. Całościowy ciężar finansowy chaosu przestrzennego to, według przywołanych estymacji, 84,3 mld zł.

Kongres Kobiet musi być socjalny

Kongres Kobiet musi być socjalny

Feminizm – którędy droga?

Odnalezienie się w feminizmie to niemałe wyzwanie. Z jednej strony do młodych kobiet za pośrednictwem internetu dociera więcej feministycznych treści, niż którakolwiek z naszych starszych koleżanek mogłaby sobie wymarzyć. Z drugiej zaś wyrastamy na popfeminizmie, dla którego kluczowe są tzw. empowerment, sukces zawodowy (najlepiej w korporacji!), estetyzacja feminizmu, wręcz trywializacja przekazu i dekonstrukcja postulatów obecnych w ruchu feministycznym tak, aby w miękkiej, przypudrowanej formie, z odrobiną różu na policzkach, przemawiały do grup wrogo nastawionych wobec feminizmu.

W odnalezieniu się nie pomaga też elityzacja feminizmu, na którą, jak na ironię, zwracano uwagę wielokrotnie, głównie w środowiskach akademickich. Źródeł takiego obrotu spraw w Polsce powinnyśmy doszukiwać się w transformacji ustrojowej. W latach 90. zaangażowanie społeczne było na niskim poziomie ze względu na trudną sytuację materialną, bezrobocie i ogromną niepewność związaną z przyszłością. Biorąc pod uwagę fakt, że to kobiety były (i są!) bardziej narażone na problem ubóstwa [1], a jednocześnie czuły silną presję na wywiązywanie się z roli przypisywanej im ze względu na płeć (która wciąż pozostaje w mocy), słabsze zaangażowania w ruchy kobiece nie powinien dziwić.

Niemniej jednak, jeszcze w 1992 roku poziom uzwiązkowienia w Polsce wynosił 16%, trzykrotność dzisiejszego poziomu [2]. Co za tym idzie, obserwowano również większą aktywność protestacyjną i strajkową. To w latach 1989-1994 Polska była świadkiem pierwszej i najbardziej intensywnej fali strajków w swojej najnowszej historii. Osiągając szczyt w latach 1992 i 1993, stały się jednymi z najbardziej dynamicznych w całej Europie [3]. Trzeba wyartykułować to, co bywa pomijane w dyskursie akademickim – kobiety stanowiły front, zaplecze i gigantyczną siłę w walkach w zakładach pracy! Ten rodzaj zaangażowania w ruchy społeczne nie powinien dziwić wobec cięcia świadczeń socjalnych i opieki socjalnej, prywatyzacji zakładów pracy i zamykania przyzakładowych żłobków, przedszkoli i stołówek, co uderzało w kobiety bezpośrednio, obarczając je skutkami reform, mających być „szansą na lepsze jutro”. Media, stojąc na straży dyskursu, pomijały niewygodne dla neoliberałów głosy, i tak, na co zwróciła uwagę Ewa Charkiewicz w tekście „Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce”, głosy kobiet były trywializowanie, a echo strajkujących słabło. Idealnym przykładem tego podejścia są komentarze kierowane w stronę protestujących przeciwko eksmisjom i brakom lokali socjalnych matek z Wałbrzycha, tytułowe „matki do sterylizacji” [4].

Przestrzeń, szczególnie tę medialną, bez większego trudu zdominowały więc feministki liberalne, pozbawione perspektywy klasowej, posiadające znaczny kapitał finansowy i szerokie kręgi towarzyskie wśród klasy rządzącej. W ruchu, którym rządzi rzekome siostrzeństwo, utrwaliła się tendencja do indywidualizacji odpowiedzialności za systemowe nierówności, prowadząc do obciążania pojedynczych kobiet za problemy, które są wynikiem szerszych, strukturalnych dysfunkcji. Siostrzeństwo kończy się więc tam, gdzie pojawia się konflikt interesów. 

W badaniu Gallupa „41% kobiet o wyższych dochodach oświadczyło, że nie są feministkami, zaś w grupie kobiet o niskim dochodzie już tylko 26% kobiet twierdziło podobnie” [5], jednak wciąż w dużym stopniu głosem feministek są bogate kobiety, których interesy absolutnie nie pokrywają się z socjalnymi potrzebami większości z nas. Choć te spostrzeżenia są banalne, za koniecznością ich wypowiedzenia przemawia to, że wciąż walczymy o zmianę dominującego paradygmatu.

Szukając drogowskazu na „feminizm”, nietrudno się pogubić. Możemy poczuć, że to nie jest w pełni o nas. Jednak dróg w tym kierunku jest wiele, a inicjatywy takie jak Socjalny Kongres Kobiet pokazują, że feminizm to nasza kolektywna broń i siła.

Narodziny ruchu – I Socjalny Kongres Kobiet Rok 2018

W 2018 roku, pod hasłem „O wyższe płace i niższe czynsze”, odbyło się nasze pierwsze wydarzenie. Był to czas, gdy opiekunki ze żłobków, pracownice instytucji kultury oraz lokatorki postanowiły zainicjować ruch mający na celu wspólne przeciwdziałanie wyzyskowi w miejscach pracy oraz szeroko pojętej niesprawiedliwości społecznej. Kongres miał być przestrzenią otwartą, gdzie każda uczestniczka mogła wyrazić swoje zdanie, podzielić się doświadczeniami, nierzadko pierwszy raz w życiu. Zamiast tradycyjnego panelu, zdecydowano się na otwartą dyskusję, mającą dotknąć realnych problemów kobiet w miejscach pracy i zamieszkania. Była to jednocześnie próba zrozumienia przeszkód organizacyjnych oraz walk, które musimy toczyć na co dzień. Pierwszy kongres zaowocował listą postulatów, które były bezpośrednim wynikiem walk socjalnych kobiet. Wokół tych postulatów toczy się praca przez cały rok, a wydarzenia służą ich aktualizacji i rozszerzeniu. Socjalny Kongres Kobiet to także akt oporu wobec liberalnych wydarzeń feministycznych, gdzie głos zabierają politycy, jak np. podczas Kongresu Kobiet w 2022 roku, gdy Donald Tusk, jeszcze długo przed powołaniem nowego rządu, otrzymał nagrodę za działania sprzed lat oraz kampanijne obietnice. I Socjalny Kongres Kobiet nie był reakcyjnym wydarzeniem, a kontynuacją walki kobiet marginalizowanych przez rządy, media i opinię publiczną. Rozwijanie tej platformy to tworzenie feminizmu siły.

Wspólna siła w działaniu

Przez wiele lat nasze progi przekraczały przedstawicielki licznych grup społecznych, tworząc mozaikę różnorodności. W minionym roku podczas Kongresu obserwowałyśmy wyjątkowo obszerną reprezentację. Swoją obecnością zaszczyciły nas związki zawodowe z różnych branż, stowarzyszenia lokatorskie, kobiece organizacje i ruchy socjalne [6]. Z ogromną radością przyjęłyśmy także działaczki związkowe i feministyczne z zagranicy, które dołączyły do nas, wzbogacając nasze spotkanie o międzynarodowy wymiar.

Łączą nas różne doświadczenia, jednak przyświecają wspólne cele

Jako kobiety młodsze i starsze, kobiety pracujące, lokatorki, matki możemy się zastanawiać nad tym, jaką rolę właściwie powinien pełnić w naszym życiu feminizm. Uczestnicząc w ruchu, który ukształtował się przy Socjalnym Kongresie Kobiet, możemy wskazać na obszary, których analiza przez pryzmat feminizmu socjalnego daje wiele nadziei na lepszą przyszłość. Nie chcemy przecież wiele, choć nasze żądania z perspektywy indywidualnej mogą wydawać się niemożliwe do realizacji. Szczególnie że postulaty ruchu feministycznego bywają efemeryczne, i choć również w tej niedookreśloności jest ich siła, potrzebujemy też zmian możliwych do wprowadzenia w krótszym okresie. Takich, które będą służyły tym z nas, które pozbawione są przywilejów ekonomicznych i które jeszcze kilka lat temu czuły się bezsilne i niereprezentowane. Sama deklaracja o byciu feministką jest niewystarczająca. Wiele z nas przekonało się o tym na własnej skórze, gdy byłyśmy mobbingowane przez nasze szefowe, progresywne, otwarte feministki lub gdy doświadczałyśmy wykluczenia z ruchu, ponieważ za kuluarami ustalono, że nasz feminizm nie jest wystarczająco feministyczny.

Łączą nas różne doświadczenia, jednak przyświecają wspólne cele. Chcemy uznania i godziwego wynagrodzenia za naszą pracę, niezależnie od tego, gdzie jest wykonywana. Chcemy rozwoju publicznych instytucji opiekuńczych, które wesprą nasze rodziny. Chcemy dostępu do środków utrzymania, które są niezbędne każdego dnia. Chcemy bezpieczeństwa socjalnego, które da nam poczucie stabilności. Chcemy wpływu na wszystkie dziedziny naszego życia, aby móc kształtować naszą rzeczywistość. Chcemy mieć większy wpływ na funkcjonowanie naszych miejsc pracy i móc strajkować. Chcemy wyzwolić się z roli taniej siły roboczej i żyć z szacunkiem i godnością, na którą zasługujemy. Chcemy darmowej, bezpiecznej aborcji. Nasze życie nie może sprowadzać się do bycia tanią siłą produkcyjną i reprodukcyjną.

Aktualnie pracujemy wokół postulatów udostępnionych na stronie internetowej OZZ Inicjatywa Pracownicza: Postulaty IV SKK

Jesteśmy feministkami ze związków zawodowych i stowarzyszeń lokatorskich

Żądania materialne rezonują z wszystkimi sferami życia. Tym, co gwarantuje feminizm w związkach zawodowych, jest posiadanie siły przetargowej, która w bezpośredni sposób wpływa na naszą sprawczość. Poprzez związki zawodowe jesteśmy w ciągłym kontakcie, a nasze kampanie mają realny wpływ na funkcjonowanie zakładów pracy (np. dodatkowa przerwa na karmienie w Amazonie) czy politykę w szerokim tego słowa znaczeniu. W tym roku przeprowadzimy 4 bloki tematyczne: „Podwyżki to za mało!”, „Chcemy więcej niż tylko pracować”, „O wyższe płace i niższe czynsze – walki na polu miasta” oraz „Praca Kobiet i technologia” – blok będący wydarzeniem na skalę ogólnopolską, na którym po raz pierwszy omówimy problemy kobiet w IT i mediach, przeprowadzimy pogłębioną dyskusję o tym, jak nowe technologie wpływają na naszą pracę.

Zachęcamy do zapoznania się z programem V Socjalnego Kongresu Kobiet, który znajdziecie pod linkiem:

Program V Socjalnego KK

Choć dróg w feminizmie jest wiele, głęboko wierzymy, że budując silny, socjalny ruch, dążymy do zmian systemowych, a związki zawodowe, co pokazuje historia, mają wpływ na prowadzenie polityki państwa. Polityki, która wreszcie powinna pójść za głosem kobiet!

Dominika Lichańska

Grafika w nagłówku tekstu: María_Alberto z Pixabay

Przypisy:

1. Górnicz-Mulcahy A., Lewandowicz-Machnikowska M., 2021. Społeczne i prawne aspekty dyskryminacji płacowej kobiet, Prawo pracy i prawo socjalne : teraźniejszość i przyszłość: księga jubileuszowa dedykowana Profesorowi Herbertowi Szurgaczowi, s. 77-84.

2. Raport CBOS, Związki Zawodowe w Polsce, 2019.

3. Sekuła P., 2013. Aktywność protestacyjna polaków w latach 1989-2009. „Polityka i Społeczeństwo” 3(11).

4. Charkiewicz E., 2008. “Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce, cz. I”.

5. Krzyżnowska N., 2015. Elityzacja i stygmatyzacja w polskim ruchu kobiet po 1989 r., [w]: Odkrywając współczesną młodzież. Studia interdyscyplinarne (pp.103-134).

6. Dostęp online: https://www.ozzip.pl/informacje/ogolnopolskie/item/2958-iv-skk-relacja

Kolejna firma pod nóż

Kolejna firma pod nóż

Walcownia rur „Andrzej” w Zawadzkiem kończy działalność. Pracę straci niemal pół tysiąca osób.

Jak informuje portal nto.pl, Zarząd spółki Alchemia zdecydował o rozpoczęciu procesu likwidacji swojego zakładu w Zawadzkiem. To jedna z firm-żywicielek dla mieszkańców tej gminy.

Decyzję o rozpoczęciu procesu likwidacji przekazali przedstawiciele Boryszewa, spółki zależnej od Alchemii S.A., do której należy oddział w Zawadzkiem. Z raportu wynika, że Walcownię Rur Andrzej czeka definitywny koniec.

Pracownicy Walcowni Rur Andrzej są zaskoczenie takim obrotem spraw, bo zarząd nie sygnalizował wcześniej planów likwidacji. Jeśli likwidacja dojdzie do skutku, to będzie ona miała katastrofalne skutki dla lokalnego rynku pracy. Walcownia Rur Andrzej jest bowiem jednym z największych pracodawców w powiecie strzeleckim. W roku 2023 zatrudniała ona 455 osób.

To kolejny już zakład, który spółka Alchemia wskazała do likwidacji. Wcześniej podobny los spotkał Kuźnię Batory w Chorzowie.

Prawa pracownicze bez ochrony

Prawa pracownicze bez ochrony

Nowe badania wykazały, że prawa pracownicze należą do najsłabiej chronionych praw człowieka na świecie.

Jak informuje portal naukawpolsce.pl, wyniki stanowią część nowego raportu opublikowanego w ramach CIRIGHTS Data Project, największego na świecie zbioru danych dotyczących praw człowieka. Od roku 1981 w ramach projektu sporządza się ranking krajów na całym świecie pod względem poszanowania praw człowieka, tworząc coroczny „raport” na temat 25 praw człowieka uznawanych na arenie międzynarodowej.

Według najnowszego raportu, opublikowanego w „Human Rights Quarterly”, pięć krajów z najlepszymi wynikami ogólnymi to Kanada, Szwecja, Nowa Zelandia, Norwegia i Portugalia. Pięć krajów o najniższych wynikach ogólnych to Iran, Syria, Korea Północna, Chiny i Irak.

Prawa pracownicze, w tym prawo do tworzenia związków zawodowych i prawo do rokowań zbiorowych należą do najsłabiej chronionych praw człowieka. Jak napisali autorzy raportu, prawa pracownicze „zawsze są w pewnym stopniu łamane”. Choć jednak demokratyczne i bogate kraje rzekomo chronią prawa pracownicze bardziej niż inne, nierówności ekonomiczne wzrosły niemal wszędzie.

Projekt współprowadzi David Cingranelli, profesor nauk politycznych na Binghamton University. „Wcześniejsze badania pokazują, że jest mało prawdopodobne, aby rządy chroniły prawa do odpowiedniej płacy minimalnej, bezpieczeństwa i higieny pracy lub rozsądnych ograniczeń godzin pracy (w tym dobrowolnej pracy w godzinach nadliczbowych), chyba że pozwolą pracownikom na tworzenie niezależnych związków zawodowych i rokowania zbiorowe” – powiedział Cingranelli. – „Innymi słowy, prawo do tworzenia związków zawodowych, rokowań i strajku to prawa o podstawowym znaczeniu (gateway rights). Jeśli będą chronione, prawdopodobnie chronione będą również wszystkie inne prawa pracownicze. Jednak na całym świecie prawa te są ograniczane”.

Uniwersytet Jagielloński zrywa negocjacje ze strajkującymi

Uniwersytet Jagielloński zrywa negocjacje ze strajkującymi

W poniedziałek, 20 maja 2024 r. o godz. 10:30 na terenie DS Kamionka miało odbyć się spotkanie negocjacyjne pomiędzy strajkującymi studentkami i studentami a delegacją władz uniwersyteckich. Osoby okupujące Kamionkę przygotowały w budynku przestrzeń do rozmowy oraz zaprosiły przedstawicieli mediów do wzięcia w niej udziału.

Na miejscu zjawili się rektor elekt Piotr Jedynak, kanclerka Monika Harpula, zastępca kanclerza ds. administrowania nieruchomościami Marek Uliński oraz rzecznik prasowy UJ Adam Koprowski.

Po rozpoczęciu przez studentów spotkania, rzecznik prasowy zaczął wypraszać reporterów z sali. Po opuszczeniu przez media budynku studenci przerwali swoje wypowiedzi i zaapelowali do władz o ponowne wpuszczenie mediów. Przedstawiciele władz, mimo braku takich ustaleń w trakcie rozmów na Collegium Novum z soboty, odmówili udziału w negocjacjach w obecności kamer oraz mikrofonów i opuścili budynek. Wraz z wyjściem władz z budynku (10:33) na oficjalnych kanałach UJ pojawiło się oświadczenie, które wyraża silną dezaprobatę w stosunku do pokojowego strajku okupacyjnego Kamionki i zrywa wszelkie rozmowy z okupującymi. Co warto zauważyć, oświadczenie pojawiło się w trakcie tego krótkiego spotkania, co sugeruje, że od początku ze strony władz nie było woli pojednania się ze strajkującymi.

Studentki i studenci ruszyli za przedstawicielstwem po schodach, skandując „wpuścić media” i „dość polityki zamkniętych drzwi”. Dookoła władz zebrała się grupa dziennikarzy, prowadząc z nimi wywiad, w tym czasie studentki i studenci rozpoczęli spontaniczną pikietę pod budynkiem kamionki, wygłaszając przemówienia.

Po godz. 13:00 na skrzynce mailowej krakowskiego KMIP pojawił się komunikat od Adama Koprowskiego. Była to kolejna próba zastraszenia pokojowo strajkujących studentek i studentów. W liście studentki i studenci wezwani zostali do opuszczenia budynku, stwierdzono, że osoby, które nie wyjdą z niego dobrowolnie, „pozostają w nim na własne ryzyko z pełną świadomością konsekwencji prawnych, odpowiedzialności karnej i cywilnej”.

Po 16:00 z polecenia władz uniwersyteckich w okolicach DS Kamionka pojawiła się prywatna firma ochroniarska oraz pracownicy techniczny uniwersytetu. Po jakimś czasie wkroczyli do akademika i rozpoczęli wymianę zamków w drzwiach wejściowych. Następnie pozbawili studentów prądu – wyłączyli bezpieczniki, a skrzynkę elektryczną zamknęli na klucz. Studenci i studentki są obecnie pozbawieni prądu, a ochrona przebywa cały czas na terenie Kamionki, wywołując uczucie dyskomfortu w uczestnikach okupacji. Mimo wszystko, uczestnicy strajku nie rezygnują z okupacji, otrzymują wsparcie studentów, pracowników naukowych, mieszkańców osiedla oraz wielu organizacji i fundacji niezwiązanych bezpośrednio ze strajkiem. Serdecznie zapraszają wszystkich chętnych do wzięcia udziału w okupacji! Kamionka zostaje!

Informacje o celu akcji studentów znajdziesz tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2024/05/18/policja-przeciw-studentom/

Drogi po kolei

Drogi po kolei

Szykują się kolejne sytuacje, w których rozbudowa sieci dróg pogrzebie szanse na rewitalizację nieczynnych linii kolejowych.

Planowana przez Wielkopolski Zarząd Dróg Wojewódzkich północno-wschodnia obwodnica Kościana ma przerwać linię kolejową Kościan – Gostyń, którą pociągi pasażerskie jeździły do 1991 r. Przerwanie toru nową drogą utrudni przywrócenie tej linii do życia, a zapewniała ona najkrótsze połączenie Gostynia z Poznaniem.

Również w Wielkopolsce planowana przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad modernizacja drogi 24 ma przerwać nieczynną linię Poznań – Pniewy – Międzychód.

Będą to kolejne przypadki, gdy rozbudowa dróg odbywa się kosztem infrastruktury kolejowej, poważnie utrudniając lub wręcz uniemożliwiając powrót kolei w przyszłości. Przypomnijmy, że tylko w ostatnich latach śladem linii kolejowych poprowadzono na Pomorzu Zachodnim drogę krajową 26 w Myśliborzu i drogę wojewódzką 151 w Barlinku, a między tymi miastami nieczynną linię przerwano drogą ekspresową S3.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/130 maj-czerwiec 2024)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer

Już po naszym bezpieczeństwie lekowym

Już po naszym bezpieczeństwie lekowym

Ministerstwo Rozwoju i Technologii poinformowało, że rząd zrezygnował z pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy, które miały być przeznaczone na wsparcie produkcji substancji krytycznych w Polsce.

Jak pisze „Dziennik Gazeta Prawna”, rząd wycofał się z opracowania listy leków krytycznych, której przedstawienie było warunkiem otrzymania pieniędzy z KPO na wsparcie wytwarzania leków w Polsce. W ocenie Ministerstwa Rozwoju i Technologii decyzja o rezygnacji z dalszych prac nad listą jest podyktowana stanowiskiem branży, która podnosiła problem zbyt krótkich terminów na rozliczenie projektów oraz niezadowoleniem ze wskazanej w KPO formy pomocy, czyli pożyczek zamiast grantów. Branża farmaceutyczna jest jednak zaskoczona taką decyzją i twierdzi, że wcale nie chciała wyrzucać pomysłu do kosza.

Rząd wycofał się z opracowania listy leków krytycznych, której przedstawienie było warunkiem otrzymania 139,5 mln euro z KPO. Przygotowanie listy oraz poprzedzających ją regulacji prawnych było konieczne do uruchomienia wypłat na rozwój infrastruktury służącej do wytwarzania w Polsce aktywnych substancji farmaceutycznych (API) do produkcji leków. Nad listą od 2021 roku pracował ministerialny Zespół ds. aktywnych substancji farmaceutycznych. Na liście tej znalazły się m.in. leki przeciwzakrzepowe (m.in. enoksyparyna sodowa, rywaroksaban), leki przeciwcukrzycowe (m.in. insuliny, metformina), leki o działaniu przeciwbólowym (m.in. paracetamol, ibuprofen), antybiotyki (m.in. amoksycylina + kwas klawulanowy, ceftriakson, wankomycyna czy meropenem), czy też leki onkologiczne (m.in. pembrolizumab, ipilimumab czy cetuksymab). 31 z tych substancji czynnych to API wytwarzane chemicznie, a 21 biologicznie.

Producenci są zaskoczeni rezygnacją z unijnego wsparcia, a decyzję rządu oceniają jako zaprzepaszczenie szansy na zapewnienie Polakom bezpieczeństwa lekowego.

Media zarabiają na straszeniu rodziców

Media zarabiają na straszeniu rodziców

„To koniec 800 plus! Tym rodzicom odebrane zostanie świadczenie rodzinne. Oto kiedy nie dostaniesz pieniędzy na dziecko? Sprawdź!”. „Koniec 800 plus w 2024 roku? Te osoby nie mają co liczyć na zwaloryzowane świadczenie”. Czy te nagłówki to pocztówki z alternatywnej wersji rzeczywistości, w której władzę nad Polską przejęli skrajni neoliberałowie? Nie, to tylko nasze media, które nie mają oporów przed zarabianiem na lękach rodziców.

Czego dowiemy się, kiedy dokonamy upragnionego przez twórców materiału kliknięcia w tenże tytuł? Okaże się, że tak naprawdę świadczenie to ma zostać odebrane bardzo niewielkim grupom społecznym, które nawet policzone razem stanowią drobny ułamek społeczeństwa. Znajdziemy wśród nich m.in. osoby, które już pobierają świadczenie na dziecko w innym kraju. Tych, których dzieci, mimo niepełnoletniości, wstąpiły w związek małżeński lub same mają potomków (bądź też jedno i drugie), a także rodziców, których podopieczni znajdują się w placówce zastępczej. W niektórych artykułach „dowiemy się” nawet, że świadczenie nie jest przyznawane na dziecko, które… przekroczyło osiemnasty rok życia!

„800 plus na dziecko. Oni dostaną o połowę niższe świadczenie” – głosi inny tytuł. Jak się jednak okazuje, chodzi o rodziców, którzy wychowują dziecko w systemie opieki naprzemiennej. W takim wariancie każdy z rodziców otrzymywać będzie po 400 złotych – zatem na dziecko będzie przyznane, standardowo, 800 złotych. O połowę niższe świadczenie dostaną zatem „on” oraz „ona”, ale tytułowi „oni” dostaną tyle, co wszyscy. Poza tym z artykułu dowiemy się, że transza 800 plus zostanie pomniejszona, jeśli przypada na miesiąc urodzin dziecka lub osiągnięcia przezeń pełnoletniości. Pomniejszenie to będzie proporcjonalnie do części miesiąca, jaki przypada na okres prenatalny bądź, z drugiej strony, na jego dorosłość. Przyznać jednak trzeba, że „Jednorazowo dostaniesz kilkadziesiąt/kilkaset złotych mniej!” klika się zdecydowanie gorzej.

Jeszcze dalej idzie tytuł artykułu sprzed kilku miesięcy – „Koniec z 500 plus na każde dziecko. Pieniądze będą przelewane tylko do końca 2023 roku. Co dalej ze wsparciem rodzin?”. Określenie „koniec z 500 plus” okazuje się być pewną metaforą, hiperbolą i przenośnią zwiększenia tego świadczenia – chodzi bowiem o to, że 500 plus się kończy, gdyż zamiast niego wdrożone ma zostać 800 plus.

Artykuł ze stycznia – „To koniec 800 plus? Wrzesień może przynieść rewolucję”. Na czym ma polegać owa rewolucja? Na odebraniu wsparcia wszystkim rodzinom akurat na rozpoczęcie nowego roku szkolnego? Bynajmniej – w dalszej części tekstu autor straszy „jedynie” rodziny uchodźców z Ukrainy. W dodatku, jak się okazuje, straszy swoimi spekulacjami bazującymi na tym, że ustawa, na podstawie której uchodźcy ci dostają to świadczenie, została przedłużona tylko o pół roku. Jak jednak wszystko obecnie wskazuje, świadczenie to zostanie dla uchodźców z Ukrainy, przynajmniej przez jakiś czas, utrzymane. Brane jest jednak pod uwagę uzależnienie jego wypłacania od realizacji obowiązku szkolnego.

Wszystkie powyższe nagłówki natomiast, a zwłaszcza ich niejednokrotnie zakończone wykrzyknikami (bądź pytajnikami) pierwsze zdania, sugerują, że świadczenie ma zostać odebrane ogromnej masie rodziców.

Gdybym był np. samotną matką piątki dzieci, dla której 800 plus jest istotnym składnikiem domowego budżetu, widząc takie tytuły, dostałbym zawału. Jednak spokój ducha beneficjentów tego świadczenia nie jest jedynym problemem, jaki wiąże się z tego rodzaju nieuczciwymi nagłówkami. Najgorsza jest aura niepewności, jaką roztaczają one wokół programu 800 plus, jego trwałości i stałości. Na tego rodzaju oddziaływanie paradoksalnie najbardziej narażone są osoby, które dzieci nie mają (ale potencjalnie, w przyszłości mogą je mieć) – jako że likwidacja 800 plus aktualnie nie dotknęłaby ich w najbardziej bezpośredni sposób, będą oni znacznie mniej skłonni do sprawdzenia, na ile chwytliwy tytuł jest zbieżny z rzeczywistością. Plus jest taki, że nie klikając go, nie dadzą zarobić jego twórcom, a tym samym nie będą stymulować powstawania kolejnych tego typu medialnych tworów.

Podstawowe pytanie brzmi jednak: czy świadczenie, którego stałość jest nieustannie podważana, które jawi się jako kruche i efemeryczne, może posiadać jakiekolwiek oddziaływanie pronatalistyczne? Inaczej – czy ktokolwiek zdecyduje się na dziecko, bazując na wierze, że nawet w przypadku utraty pracy będzie w stanie zapewnić mu godny byt dzięki programowi 800 plus, jeśli jednocześnie będzie przekonany, że program ten może w każdej chwili zostać zlikwidowany? Przyjmując spiskową interpretację dziejów, można by uznać, że za tymi zatrważającymi, clickbaitowymi nagłówkami, stoją jakieś mroczne siły, mające na celu depopulację Polski. Realnym wyjaśnieniem jest niestety pazerność koncernów medialnych.

Na tym tle najlepiej prezentować zdaje się artykuł Super Expressu, słynącego z nagłówków budzących szok i niedowierzanie. Tekst, zatytułowany „Koniec z 800 plus? Jasnowidz Jackowski mówi nam o swojej wizji. Teraz zaczną się problemy”, bardzo precyzyjnie określa źródło informacji. Kiedy jednak zajrzymy do artykułu, okaże się, że Jackowski nie mówi o likwidacji 800 plus, lecz o jego, mającym nastąpić w 2025 r., „obwarowaniu” różnymi warunkami. Jak widać, przeinaczeniu mogą ulec nawet słowa wróżbity. Czy w tym państwie nie ma już żadnych świętości?

Aleksander Sieracki

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay.