Źle się dzieje na rynku pracy

Źle się dzieje na rynku pracy

Spadła średnia miesięczna pensja. Polacy nadal tracą pracę, nawet w branżach uważanych dotąd za bezpieczne.

Jak informuje portal Salon24.pl, Główny Urząd Statystyczny podał dane, z których wynika z nich, że w maju 2024 r. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 0,2 proc. względem kwietnia 2024 r. A już kwiecień był miesiącem, w którym spadała liczba ludzi mających pracę. Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w kwietniu 2024 roku ukształtowało się na poziomie 6499,4 tys. i było o 0,4 proc. mniejsze niż przed rokiem.

Zmniejszenie etatów wynika głównie ze zmniejszenia zatrudnienia w przetwórstwie przemysłowym (-1,1 proc.), administrowaniu i działalność wspierającej (-2,5 proc.), wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną (-3,2 proc.), budownictwie (-0,8 proc.), naprawie samochodów (-0,2 proc.). Te branże notowały najgorsze dane, ale także te, u których zanotowano obecnie wzrost zatrudnienia miesiąc do miesiąca, obniżyły je względem roku minionego. Szczególnie handel detaliczny (-2,3 proc.), produkcja mebli (-4,4 proc.) i urządzeń elektrycznych (-4,9 proc.).

W maju 2024 r. także przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw spadło nominalnie w stosunku do kwietnia 2024 r. – i to aż o 3,3 proc. To pierwsza taka sytuacja od dawna, po stałym wzroście płac.

Walka trwa – do zwycięstwa!

Walka trwa – do zwycięstwa!

Trwa strajk u jednego z największych w Polsce producentów opakowań metalowych.

Nie strajkują tylko biura. Jak przekazuje Jakub Chamioło, przedstawiciel OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP: „Z całej produkcji strajkuje około 80% pracowników. Biura nie strajkują. Od czasu drugiej zmiany w pierwszym dniu strajku, dołączył do niego również zakład w Dębicy, gdzie olbrzymia większość pracowników strajkuje. Wielu pracowników, którzy nie podjęli strajku z różnych względów, przekazuje nam wyrazy wsparcia i wpłaca na rzutkę, którą prowadzimy na ekwiwalent wypłaty dla osób strajkujących”.

Zgodnie z polskim prawem, za okres strajku nie przysługują wynagrodzenia, chyba że pracodawca podejmie inną decyzję. Aby przeciwdziałać m.in. przerwaniu strajku przez lęk związany z brakiem wynagrodzenia, funkcjonują fundusze strajkowe. Załoga Canpack FIP, dla zasilenia swojego funduszu założyła zrzutkę, którą można wesprzeć:

https://zrzutka.pl/b5vmsf

W przesłanym w czwartek do redakcji TVN24 oświadczeniu, przedstawicielka firmy, Marta Kopcik poinformowała, że do strajku przystąpiło około 25% pracowników, a produkcja jest kontynuowana. Pracownicy podkreślają jednak, że obecnie nie ma mowy o produkcji: ,,Stoi praktycznie cały zakład, jeśli chodzi o produkcję. Idzie jedynie dział produkcji puszki i to nie wszystkie linie”.

Wynagrodzenia są nieproporcjonalne do dochodów firmy. Przed rozpoczęciem strajku pracownicy przeszli przez procedurę sporu zbiorowego, w ramach której mediacje okazały się bezowocne: „Jesteśmy zasmuceni, że mimo kilku miesięcy negocjacji pracodawca za każdym razem mówił na nasze propozycje: nie. Schodziliśmy wielokrotnie z naszymi oczekiwaniami w trosce o firmę oraz naszych klientów. Z naszej strony nie ma zgody na takie warunki finansowe, jakie są obecnie praktykowane w firmie”.

Wynagrodzenia w Canpack FIP są całkowicie nieproporcjonalne do dochodów firmy, które osiągają 67 milionów rocznie.

„Prawie 270 pracowników produkcji ma podstawę wynagrodzenia w okolicach najniższej krajowej. Są również osoby pracujące w zakładzie kilkanaście lat, które dopiero w tym roku podpisały aneks do umowy na niemalże najniższą krajową brutto”. Strajkujący walczą o 14,4% podwyżki dla wszystkich, co w skali roku wynosi zaledwie około 1 procenta dochodów firmy!

Jak przekazuje Jakub Chamioło, determinacja strajkujących jest na naprawdę wysokim poziomie. „Załoga jest bardzo zdeterminowana, co zauważył już pracodawca. W poniedziałek o 12 idziemy na spotkanie z Prezesem. Również w poniedziałek zawieszamy strajk. Jeśli znajdziemy porozumienie, to go zakończymy. Jesteśmy gotowi, aby negocjować. Jeśli nie, załoga jednogłośnie powiedziała, że strajk odwieszamy i nadal będziemy go prowadzić” – mówi związkowiec.

Strajk w Polsce jest prawnie ogromnie ograniczony. Choć mówi się o wolności strajkowej, to jednak aby w ogóle do niego doszło, pracownicy muszą wykazać się ogromną solidarnością w prowadzeniu wcześniejszych mediacji z pracodawcą. Sam fakt strajku w Canpack FIP jest słodko-gorzkim sukcesem związkowców. Jak mówi Jakub Chamioło: „Odbiór strajku w Brzesku, Dębicy i okolicach jest bardzo dobry. Lokalni mieszkańcy wspierają zrzutkę, wiele osób słowami nas również wspiera. Ponadto pracownicy drugiej firmy, która jest na tym samym terenie, również nas wspierają”.

Zewnętrzne wsparcie strajku jest ważne dla załogi, ponieważ wspiera morale w walce o lepsze życie. Wspólnie ze strajkującymi ponawiamy apel o wpłaty na fundusz strajkowy i udostępnianie go w mediach społecznościowych.

Dominika Lichańska

Walka o sprawiedliwe wynagrodzenia

Walka o sprawiedliwe wynagrodzenia

Zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP rozpoczęli strajk – trwa walka o sprawiedliwe wynagrodzenia!

W wyniku fiaska wielomiesięcznych negocjacji z dyrekcją, pracownicy Canpack FIP w Brzesku – 20 czerwca ogłosili pierwszy w historii zakładu strajk. Ich postulat to podwyżka pensji średnio o 14,4 procent. Frekwencja w referendum strajkowym wyniosła imponujące 66,11 procent, co przewyższa wyniki wyborów na radnych i burmistrzów w Brzesku i Dębicy, w których znajdują się zakłady produkcyjne korporacji. Tak ogromna solidarność pracownicza to słodko-gorzki manifest tego, że najwięcej jesteśmy w stanie zmienić, biorąc sprawy w swoje ręce. Każdy strajk, który odbywa się w Polsce, jest istotny dla ruchu pracowniczego. Wolność strajkowa jest ograniczona prawem, obarczającym związek zawodowy obowiązkiem przejścia przez żmudną procedurę sporu zbiorowego. Ponadto aż 92,22 procent pracowników biorących udział w referendum zagłosowało za strajkiem.

To wyraźny sygnał dla zarządu firmy, który dotychczas nie wykazywał chęci do ustępstw. Prezes Canpack FIP przyznał, że kompromis z Inicjatywą Pracowniczą to dla niego zaledwie 1,5 procent czystego zysku firmy z zeszłego roku – 1 milion z 67 milionów złotych. Mimo braku ekonomicznych argumentów przemawiających za utrzymaniem niskich stawek, zarząd największego w Polsce producenta opakowań metalowych obawia się, że spełnienie żądania pracowników da im poczucie choć minimalnego wpływu na firmę. Pracownicy Canpack FIP są zdeterminowani w walce o sprawiedliwe pensje i gotowi na dalsze działania.

Najpierw Brzesko, później Dębica

Gdy 20 czerwca o 6 rano rozpoczynał się strajk, obecna była na nim tylko pierwsza zmiana. W tym czasie strajkujący blokowali dostawy do brzeskiej fabryki. Jak przekazują uczestnicy, już od rana dołączenie do strajku deklarowali schodzący ze zmiany nocnej oraz pracownicy zmiany popołudniowej, co w ciągu zaledwie doby od rozpoczęcia strajku zablokowało praktycznie cały zakład.

Dzięki sprawnej mobilizacji do strajku dołączyli także pracownicy zakładu w Dębicy, oddalonego o około 40 minut jazdy samochodem. W sąsiadujących fabrykach, zatrudnionych jest około 650 pracowników i pracownic. Jak przekazują pracownicy – ich determinacja jest niezmienna, żądają podwyżek umożliwiających godne życie i będą strajkować, dopóki takich nie uzyskają.

Ciężka praca, by w ogóle móc zastrajkować

Procedura sporu zbiorowego w Polsce jest sformalizowana i ma liczne ograniczenia. Legalny strajk może być stosowany tylko jako ostateczny środek nacisku, po wcześniejszych rokowaniach i mediacjach. Organizatorami strajku mogą być wyłącznie związki zawodowe, a indywidualni pracownicy mają na tym polu ograniczone prawa. Jednym z ograniczeń jest wynikający z Art. 19 Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych zakaz zaprzestania pracy na wskazanych przez ustawę stanowiskach. Strajk w Polsce powinien mieć też żądania współmierne do strat nim wyrządzonych, co jest wymaganiem niespotykanym w innych krajach Europy, a sama ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych mocno ogranicza powody, dla których wolno nam zastrajkować.

Ograniczenie przyczyn uzasadniających strajki nie tylko uniemożliwia organizację strajków o charakterze politycznym, takich jak te dotyczące polityki społecznej lub gospodarczej władz państwowych, ale także sprowadza akcje strajkowe do poziomu mikro. W rezultacie strajki w Polsce po 1989 roku są rzadko organizowane i zazwyczaj nie przybierają masowego charakteru. Dostępne dane statystyczne wskazują, że lata 1992–1993 były ostatnimi, w których strajki były szeroko stosowanym narzędziem walki o interesy świata pracy. Wówczas zarejestrowano odpowiednio ponad 6 i 7 tysięcy akcji strajkowych.

Mimo wielu przeciwności, w ostatnich latach możemy mówić o wygranych strajkach! Jak na przykład, gdy w 2022 roku pracownicy Solarisa po 40 dniach od odejścia ze stanowisk pracy wywalczyli 500 zł podwyżki dla każdego.

Brak wynagrodzeń za strajk

Za czas strajku pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń, chyba że decyzję tę uchyli pracodawca. W związku z tym związkowcy zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza założyli zbiórkę na fundusz strajkowy. Zachęcamy do wsparcia oraz udostępnienia jej dalej!

https://zrzutka.pl/b5vmsf

Dominika Lichańska

Koniec pracy w banku

Koniec pracy w banku

Brytyjski bank NatWest zamknie swoją działalność w Polsce do końca 2025 r. Zwolni wszystkich 1600 pracowników.

Jak informuje Business Insider, rzecznik banku powiedział, że cała załoga banku w Polsce straci pracę, przy czym 45 proc. z tych miejsc pracy zniknie na dobre, a pozostałe 55 proc. zostanie przeniesionych do innych krajów, gdzie zostaną utworzone równoważne etaty – oczywiście nie dla Polaków.

Przedstawiciele banku twierdzą, że decyzja została podjęta po zakończeniu konkretnego projektu dotyczącego przestępstw finansowych w Polsce, co oznacza, że nie ma już pracy dla pracowników, którzy byli przy nim zatrudnieni.

Czas na strajk!

Czas na strajk!

Pracownicy producenta opakowań metalowych Canpack Food and Industrial Packaging zaczęli strajk w zakładach w Brzesku.

„Po miesiącach bezowocnych spotkań z zarządem, sięgamy po ostateczne narzędzie walki o godne warunki życia” – ogłosili pracownicy zrzeszeni w związku zawodowym Inicjatywa Pracownicza.

Swoją decyzję argumentują następująco: „Co roku wypracowujemy spółce wielomilionowe zyski – ciężką pracą na przestrzeni lat 2020-2023 niemal podwoiliśmy zysk netto z 35 do 67 milionów złotych rocznie. Pomimo tego, pensje niemal połowy fizycznych pracowników wciąż pozostają na poziomie bliskim minimalnej krajowej. Coroczne wzrosty płac, jakie oferuje zarząd, ledwo rekompensują inflację. Nasz postulat to podwyżka pensji średnio o 14,4 procent”.

Związkowcy przeprowadzili referendum strajkowe, w którym frekwencja wyniosła ponad 66 procent. – „Za strajkiem w sprawie podwyżki zagłosowało 92,22 procent pracowników biorących udział w referendum strajkowym”– zaznaczają.

Dziś stanęła praca w niemal całym zakładzie. Strajkujący blokują także wjazd samochodów z dostawami surowców do produkcji.

Woda i ścieki też podrożeją

Woda i ścieki też podrożeją

Mieszkańcy wielu polskich gmin mogą spodziewać się znaczących podwyżek opłat za wodę i ścieki jeszcze w tym roku.

Jak informuje portal Onet, ogólne zasady ustalania opłat za wodę i ścieki reguluje ustawa z 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków. Jednak inna ustawa, z roku 2017, sprawiła, że na 120 dni przed upływem trzyletniego okresu obowiązywania dotychczasowej taryfy każde przedsiębiorstwo wodociągowo-kanalizacyjne powinno złożyć wniosek o zatwierdzenie nowej taryfy organowi regulacyjnemu, którym są Wody Polskie.

W 2024 r. w przypadku wielu gmin kończy się okres obowiązywania dotychczasowych stawek opłat. Większych rachunków za wodę i ścieki mogą się spodziewać mieszkańcy wielu miast i gmin. Jak wynika z danych przekazanych Serwisowi Samorządowemu PAP przez Wody Polskie, średnio będą one wynosiły 33 proc. w przypadku cen za wodę oraz 40 proc. – za odprowadzanie ścieków. Na przykład od 24 maja zgodnie z nową taryfą mieszkańcy Sopotu płacą o 1,27 zł za m sześc. więcej za wodę i o 1,58 zł za m sześc. – za ścieki. Podwyżki dotkną również mieszkańców Suwałk, którzy będą płacić nawet o 35 proc. więcej.

Rosnące opłaty za wodę i ścieki w wielu polskich miastach są wynikiem trudnej sytuacji finansowej przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych. Jak informuje Izba Gospodarcza Wodociągów Polskich, w I kwartale br. niemal 65 proc. z nich poniosło stratę. Stan ten jest skutkiem wysokiej inflacji, podwyżek cen energii, wzrostu kosztów oczyszczania ścieków. Dodatkowo przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne aktualnie stoją również przed wyzwaniami związanymi z dostosowaniem działalności do nowych wymogów dyrektyw UE. Dotyczą one m.in. jakości wody pitnej.

Projekt zmian w ustawie o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków oraz ustawie Prawo wodne zamierza wprowadzić częściowe przywrócenie uregulowań obowiązujących przed wejściem w życie przepisów ustawy z dnia 27 października 2017 r. W efekcie ponownie to rady gmin będą miały kompetencje do zatwierdzania taryf za wodę i ścieki. Odbywać się to będzie mogło w drodze uchwały rady gminy co roku.

Primitívny volič idzie na wybory

Primitívny volič idzie na wybory

Ten tekst nie ma na celu dywagacji o tym, czy Robert Fico jest dobrym premierem, złodziejem, mafiosem, zagrożeniem dla wolności słowa i dla Unii Europejskiej lub wyzwolicielem Słowacji ze szpon globalistów. Nie zamierzam się tutaj rozwodzić nad tym, czy – jak to mówią mniej lub bardziej otwarcie liberalni komentatorzy z bratysławskich kawiarni i warszawskiego Placu Zbawiciela – postrzelony „sam jest sobie winny”. Jednak wychodząc od kwestii obwiniania – jakby na to nie patrzeć – ofiary o próbę jej zabójstwa można zaobserwować coś ciekawszego niż kolejne narzekanie na wybory słowackiego elektoratu. Jest to chęć układania ludziom schematów myślowych i preferencji wyborczych, utrzymując przy tym ton pogardy i głęboko nie-wolnościowego zachwytu nad szeroko pojętym liberalizmem przy jednoczesnym braku zrozumienia tych ludzi.

Bo Słowakowi nie wolno myśleć inaczej niż Čaputovo-liberalnie. A przynajmniej nie Słowakowi ze stolicy. Jeśli koalicję rządzącą Słowacją popiera jakiś Milan z Orawy, to pół biedy. Nazwie się go prymitywem, homofobem, postkomunistą, faszystą, a potem po raz kolejny zaniedba jego rodzinną wieś. Gorzej, jeśli na Fico zagłosował Peter z Bratysławy. Wtedy należy go zestawić z Milanem. I przy okazji pokazać, że skojarzenie go ze słowacką prowincją ma być dla skojarzonego powodem do wstydu. Właśnie ten jad sączony w stronę primitívnego voliča, zestawiony z kampaniami Smeru jest tematem tekstu.

Cofnijmy się do zeszłorocznej jesieni, czyli wyborów do słowackiego parlamentu. Exit poll wskazywał na zwycięstwo liberałów z partii Progresywna Słowacja. A potem liczono głosy. Najpierw wygrywał populistyczny Smer. Wyborcy Progresywnej Słowacji zapewne racjonalizowali sobie ten fakt zliczaniem najpierw głosów z mniejszych komisji. Ale Smer wciąż prowadził. Nawet przeliczenie głosów z Bratysławy nie zawróciło Roberta Ficy z drogi do władzy. „Co się stało?” – pyta Europa, pierwszy raz od lat zainteresowana Słowacją. „Jak to możliwe?” – zastanawiają się słowaccy badacze, którzy jakimś cudem nie przenieśli się jeszcze do Pragi lub Wiednia. Pada w końcu hipoteza, że wyborcy wychodzący z lokali nie przyznawali się do swoich preferencji wyborczych. I stąd chybiony wynik exit pollu. Takiej tezie towarzyszyło przywołanie nazwiska byłego premiera Mečiara (wśród liberałów uchodził za przykład autokracji), którego elektorat lata temu unikał odpowiedzi na pytania sondażowni. Na sam koniec wyświetlona została mapa Słowacji, na której najniższe poparcie dla ugrupowania Roberta Ficy jest w Bratysławie. Rozkład głosów przypomina trochę Węgry – stolica versus prowincja.

Gdybym znalazła się w gronie kawiarnianych liberałów posiadających monopol na słowackie salonowe komentatorstwo, zapewne złagodziłabym formę komunikacji, a najchętniej unikałabym rozmów politycznych jak ognia. Podobnie czuje się zapewne Słowak głosujący na którąś z partii koalicji rządzącej – socjaldemokratycznym (z domieszkami narodowymi) Smerem, lewicowym Hlasem lub nacjonalistycznym SNS-em. Żadna z tych partii nie wykształciła elit, które miałyby wpływ na „młodych wykształconych z wielkiego ośrodka”. Można tu wspomnieć nazwisko towarzysza (jak sam się każe tytułować) Ľuboša Blahy, kontrowersyjnego, wręcz na polskie warunki szalonego działacza Smeru, antyglobalisty i fana Che Guevary. Co prawda legitymuje się on doktoratem, ale nie zbudował dużej fanbazy informacyjno-trendsetterskiej. A nawet gdyby to zrobił, to nec Ľuboš contra plures. Zresztą czy na pewno Milan z Orawy interesowałby się Commandante? Według Blahy być może tak. Polityk ten nawet rozdawał mieszkańcom północno-wschodnich rubieży Słowacji książki o Guevarze podczas wiecu wyborczego. Ale to nie one zagwarantowały mu posadę europosła.

Tym, co umożliwiło towarzyszowi Ľubošpwi wejście do europarlamentu, jest język, jakim się posługiwał. Podczas spotkania w Preszowie przypomniał wyborcom Smeru o inwektywach, jakie słyszą na co dzień od elit. Było to kilka godzin po tym, jak aktorka Vášáryová nazwała elektorat partii Ficy „szumowinami”. Wtórował jej inny aktor, Kňažko, który tłumaczył czyn zamachowca na Ficę sfrustrowaniem sytuacją polityczną w kraju. Obecny europoseł Blaha sprawnie wytyka liberałom język pogardy skierowany w stronę wyborców Smeru. Na swoim instagramowym profilu zamieścił opis: „Masz dość Igora Matovica [były premier, lider liberalnej partii OL’aNO]? Dobrze trafiłeś”. Poseł Krúpa, wówczas działacz OL’aNO, niegdyś nazwała elektorat Smeru „świniami” i „śmierdzącymi fekaliami”. Połączywszy te słowa z zamachem na Roberta Ficę, którego dokonał pro-opozycyjny poeta, znajdujemy się w sytuacji, w której nawet otwarcie prorosyjski freak w koszulce z Guevarą wydaje się Milanowi z Orawy mniej antypatyczny od Progresywnej Słowacji niewychylającej nosa poza Bratysławę. Dla jasności warto nadmienić, że uczucia antykomunistyczne u naszych południowych sąsiadów są słabsze niż u nas; koszulka z Guevarą to w tamtejszych realiach dziwactwo, może ktoś się skrzywi, ale generalnie nie jest to nieakceptowalne społecznie; Słowacy nie mają problemu z tym, że niektórzy politycy Smeru składają kwiaty na grobach czechosłowackich komunistów.

Nie samym Blahą żyje Smer, lecz każdym posłem, który wstawi się za – cytując post z profilu partii – wyklętymi wyborcami. Politycy tego ugrupowania stale punktują zaniedbania prowincji. Trzeba wspomnieć, że na Słowacji jest ogromny problem z nierównomiernym rozwojem, a Bratysława kanibalizuje ośrodki miejskie położone na wschodzie i północy kraju. Trasa spotkań wyborczych kandydatów Smeru obejmowała w znaczącej większości miasta liczące 20-50 tysięcy mieszkańców. A politycy Smeru mówili nie o trudnych politologicznych terminach czy o tym, że „wstyd na całą Europę wysyłać ludzi nieznających języków do PE”, lecz o budowie węzła kolejowego w Žilinie. Czyli o czymś, z czego skorzysta w życiu codziennym primitívny volič.

Gdy premier Fico został postrzelony, głosy atakujące ofiarę (sic!) dobiegały z kraju i zagranicy. Tu należy zaznaczyć, że koalicja rządząca również nie była święta. Obwinianie opozycji o sytuację jeszcze przed oficjalnym ujawnieniem motywacji zamachowca, padające z ust ministra kultury, odbiega od standardów debaty publicznej. Jednak przykro się czyta, gdy polska pisarka Weronika Gogola mówiła dla Onetu: „W tej chwili wszystkie możliwe scenariusze są niepokojące – komentuje Gogola. – Chyba już nawet najwięksi fantaści nie zakładają optymistycznego zakończenia… Fico został postrzelony w klatkę piersiową. Nie wiadomo nawet, czy przeżyje zamach. Niezależnie od tego, jak się to skończy, zamach na premiera Słowacji stanie się orężem politycznym przeciwko opozycji. – Wczoraj rano miał miejsce protest w sprawie likwidacji systemowego wsparcia dla kultury, dziś miał się odbyć protest przeciwko nowej władzy – ale został odwołany. Już pojawiły się oskarżenia pod adresem opozycji i dziennikarzy krytycznych względem rządu. Nienawiść w stosunku do mediów i dziennikarzy ostatnio osiągnęła apogeum. To będzie kolejny zwrot przeciwko nim. Trwa przejmowanie radia i telewizji – to wszystko są klasyczne kroki w stronę totalitaryzmu”.

Jeśli rzeczywiście Fico chciałby budować państwo totalitarne odcięte od wolnych mediów oraz nastawiać społeczeństwo przeciwko dziennikarzom, to stosując zasadę wzajemności w obwinianiu ofiary – cieszyłby się zapewne sporym poparciem społecznym. Gogola w swojej histerii i wybiórczej empatii nie była sama. Na polskim podwórku podobnie wybrzmiały także głosy Ziemowita Szczerka i reszty liberalnego salonu. Nie podejrzewam co prawda słowackiego czytelnika o śledzenie polskich mediów internetowych, ale jestem pewna, że gdyby Smer częściej chciał mówić o „ulicy” będącej odpowiednikiem warszawskiej Chmielnej oraz o „zagranicy”, to dowodów na swoją pozycję oblężonej twierdzy miałby pod dostatkiem.

Ta sytuacja nie zaczęła się wczoraj. Nie zaczęła się też w chwili zamachu. O słowackich prymitywach zagraniczni komentatorzy mówią od lat. Gogola parę lat temu wypominała wyborcom Ficy homofobię, a przyjaciel Michnika, Martin Šimečka, wypomina obojętność będącą pierwszym stopniem do piekła mniejszości. W całej swojej tendencyjnej książce „Ufo nad Bratysławą” Gogola wskazuje jednak pewną interesującą rzecz. Jest to sposób działania Roberta Ficy, który podczas kampanii poszedł spawać. Tak, poszedł na nocną zmianę i spawał. Wyrobił ponad sto procent normy, nie będąc zawodowym spawaczem. Zajął się czymś, czym zajmuje się ten słynny primitívny volič. O ile niesione na sztandarach i banerach wyborczych przodownictwo pracy przywodzi na myśl komunę, o tyle…

O tyle jest to bliższe zwykłym ludziom i ich doświadczeniom niż to, co proponuje Progresywna Słowacja i bratysławskie kawiarnie. Čaputovej trzeba oddać, że lata temu walczyła o środowisko w swojej małej ojczyźnie. Co do reszty… Na przykład straszą Ficą –rosyjskim agentem. Profile social mediów Progresywnej Słowacji były wypełnione informacjami o prorosyjskości partii rządzącej. Być może w Polsce odniosłoby to sukces, chociaż i u nas ciągłe doszukiwanie się ruskich onuc w politycznych przeciwnikach, nie posiadając przy tym dowodów na działalność agenturalną, staje się coraz mniej znaczącym oskarżeniem. Natomiast Słowacy nie są aż tak proukraińscy, jak Polacy czy Litwini. W dodatku Słowacja, podobnie jak Węgry, jest uzależniona energetycznie od Rosji. A i Fico nie mówi: „tak, jestem prorosyjski i o co chodzi?”. Zresztą – on nawet taki nie jest. Faktem jest, że zgodnie z obietnicami wyborczymi nie wysyła Ukrainie bezpłatnej pomocy wojskowej. Na dobrą sprawę gdyby wysyłał, to zapewne opozycja by mu to wytknęła jako niedotrzymanie obietnicy. Partia rządząca mówi natomiast, że „jest po stronie pokoju” (cokolwiek to znaczy). Premier idzie w retorykę o niewysyłaniu młodych rodaków na śmierć za Ukrainę. Ale Fico nie zaprzestał wysyłania pomocy humanitarnej.

Słowaccy liberałowie w konkursie na najbardziej antypatyczną dla wyborców partii rządzących opozycję mogliby rywalizować chyba tylko z Krystyną Jandą porównującą cenę nocy z warszawską prostytutką do 500+. Albo z Gergelyem Karácsonym, burmistrzem Budapesztu, mówiącym o zduszeniu populistycznej zarazy za pomocą ginu z tonikiem. A Fico rządzi. W eurowyborach Progresywna Słowacja wygrała, ale po pierwsze nie dopisała frekwencja, po drugie – jako jedyna szła ona ze sztandarami mocnej postawy prounijnej. Do europarlamentu pojedzie sześciu liberałów, pięciu przedstawicieli partii Ficy, dwóch narodowców z Republiki, jedna chadeczka i jeden reprezentant populistyczno-lewicowego Hlasu. To nie była porażka wspólnotowej lewicy. Powiem nawet więcej, koalicja rządząca nie trzyma się źle. Zresztą trudno, aby było inaczej, gdy volič ma wybór pomiędzy mianem primitívneho a w zasadzie… trudno powiedzieć czym.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Leonhard Niederwimmer z Pixabay

Walka przeciw zwolnieniom

Walka przeciw zwolnieniom

Kilkuset pracowników w czwartek przed zakładem Yazaki Automotive Products Poland w Mikołowie (YAPP) protestowało przeciw zwolnieniom grupowym.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, należący do japońskiego koncernu mikołowski zakład produkuje wiązki elektryczne do samochodów. Zdecydowaną większość załogi stanowią kobiety. Pracę ma tam stracić 230 osób, czyli ponad 80 proc. załogi.

W demonstracji brali udział nie tylko pracownicy mikołowskiej fabryki, ale także wyposażeni w trąbki i transparenty przedstawiciele „Solidarności” z innych branż, a także szefowie regionalnych struktur związku. „Gdzie się podział duch Yazaki?”, „Dajecie niewiele, gdy oddaliśmy całych siebie”, „Nie dajmy się oszukać marnymi odprawami”, „Odchodzimy nie dla zabawy, należą nam się godne odprawy” – można było przeczytać na transparentach trzymanych przez związkowców.

W zakładzie trwa spór zbiorowy. Przewodnicząca „Solidarności” Katarzyna Grabowska mówiła, że pracodawca w trakcie negocjacji zaproponował pracownikom głodowe odprawy. Zdaniem Dominika Kolorza, szefa „Solidarności” w regionie śląsko-dąbrowskim, sytuacja w mikołowskim zakładzie to przykład brutalnego kapitalizmu, a japoński koncern stać na to, by przetrzymać trudne czasy w całym przemyśle motoryzacyjnym w Europie.

7 czerwca „Solidarność” w YAPP zwróciła się do pracodawcy z wnioskiem o wstrzymanie decyzji o przeprowadzeniu zwolnień grupowych w zakładzie. Związkowcy wskazali, że zgodnie z europejskimi i krajowymi przepisami redukcja zatrudnienia powinna być poprzedzona konsultacjami na poziomie Europejskiej Rady Zakładowej koncernu.

Zatrudnienie spada na łeb na szyję

Zatrudnienie spada na łeb na szyję

Zatrudnienie w pierwszym kwartale 2024 spadało w Polsce w najszybszym tempie w całej Europie.

Jak informuje Business Insider, na koniec marca w Polsce pracowało zarobkowo 17,3 mln osób. W ciągu trzech miesięcy ta liczba zmalała o aż 112 tys., a rok do roku o 134 tys. Zwalniani niekoniecznie od razu znajdują nowe zatrudnienie.

W ramach UE to w Polsce był największy spadek zatrudnienia kwartał do kwartału. U nas wyniósł on zmniejszenie liczby zatrudnionych o 0,6% kwartał do kwartału. Kolejna była Słowacja z wynikiem 0,4% oraz Szwecja z 0,1%. W pozostałych krajach UE nie zanotowano spadków.

W skali kwartału najbardziej w Europie spadła liczba pracujących w polskiej budżetówce (administracja publiczna, służba zdrowia, obrona, edukacja, sprawy socjalne), gdzie liczba pracowników zmniejszyła się o aż 48 tys. Na drugim miejscu jest znowu Polska i sektor rolniczy, gdzie w ciągu kwartału ubyło u nas 40 tys. pracowników Dalej mamy Hiszpanię i sektor przemysłowy, gdzie zwolniono 1,3 proc. stanu zatrudnionych, czyli 29 tys. osób. Na czwartym miejscu Włochy i sektor artystyczno-rekreacyjny, gdzie na koniec marca pracowało o 27 tys. mniej osób rok do roku.

Alojzy Bonczek: Oblicze śmierci (1931)

Alojzy Bonczek: Oblicze śmierci (1931)

Poniższy tekst publikujemy/wznawiamy w 130. rocznicę wydarzeń opisanych w nim. Dokumentuje on straszliwą katastrofę górniczą w Karwinie 14 czerwca 1894 roku. Karwina, dziś leżąca w granicach Czech, była wówczas miejscowością w większości polską. W spisie powszechnym w roku 1910 język polski jako używany w domu zadeklarowało ponad 80% mieszkańców Karwiny. Mimo to po czeskim najeździe zbrojnym w roku 1919, a następnie międzynarodowym arbitrażu miasto zostało przyznane Czechosłowacji. W dwudziestoleciu międzywojennym władze czechosłowackie podejmowały wiele działań wymierzonych w polską społeczność tzw. Zaolzia, w tym Karwiny. Po II wojnie światowej, w wyniku rabunkowej eksploatacji złóż węgla, dawna Karwina uległa niemal całkowitemu unicestwieniu, łącznie z wyburzaniem całych osiedli i przeniesieniem centralnych punktów miasta do niegdyś osobnej miejscowości Frysztat. Resztki zwartych społeczności polskich zostały rozproszone po nowych blokowiskach. Miejsce pochówku ofiar katastrofy opisanej w tekście znajduje się w dzielnicy Karwina Kopalnie, a tamtejszy cmentarz stanowi jeden z bardzo niewielu obiektów zachowanych po starej Karwinie, leżąc obecnie w niemal pustej przestrzeni, choć niegdyś był umiejscowiony w środku dużego rozwiniętego miasta przemysłowego. Karwina była także bardzo silnym ośrodkiem polskiego ruchu socjalistyczno-niepodległościowego, z którym związany był autor poniższego tekstu. 

Fragmenty katastrofy górniczej

Uwaga: Aby powieści nadać oryginalności w treści, pozostawiono wyrazy i nazwy używane w mowie między górnikami.

Podróżnik, przybywający zwiedzić miasteczko Karwinę, położone na szlaku kolei koszycko- bogumińskiej w powiecie frysztackim, zobaczyć może wiele ciekawych rzeczy i zachwycające panoramy. Dosyć obszerny dworzec kolejowy jakby tonął w otaczających jeziorach, przeplatanych fałdowanymi brzegami lub zasypanych po części odpadkami kopalnianymi. Na widnokręgu – szczególnie od strony północnej miasta – widać z dala w obrazie potężnych wysokich kominów i żelaznej konstrukcji wieży szybowych cztery główne szyby: Jan-Karol, Franciszka, Henryk i Głęboki, oto imiona szybów, które przeszło 100 lat wyrzucają przez otwór swych gardzieli z drugiego, dla wszystkich niedostępnego i nieznanego świata, miliony złota w postaci węgla kamiennego. Przed 50 laty tam, gdzie dziś widać jeziora i zapadliska, zieleniły się zboża i trawy.

Wspaniałe i wielkim nakładem zbudowane szyby stały się niewyczerpanymi gardzielami do wyrzucania węgla, bogactwa dla właściciela, lecz zarazem codziennych ofiar rannych lub zabitych górników. Do pojedynczych ofiar już się tak przyzwyczajono, że oprócz formalności komisyjnych, po odprawieniu pogrzebu z paradą i zasypaniu ziemią na cmentarzu karwińskim, nikt się więcej nie interesuje zabitym górnikiem. Były jednak w dziejach istnienia wspomnianych szybów momenty tak straszne i nadzwyczajne, że spowodowały wstrząśnienie nerwów nawet u codziennych widzów ofiar pracy. Masowe katastrofy dopełniały liczbę ofiar tych szybów. W okresie dziesięciolecia wydarzyły się na wspomnianych szybach dwie katastrofy, w których za jednym zamachem przeszło 400 górników utraciło życie. Pewna część z nich nawet nie została odszukana, aby znaleźć spoczynek na cmentarzu karwińskim.

Szyb Jana, zbudowany na końcu wschodniego pola górniczego, własność magnata śląskiego Larischa, pod względem wyposażenia technicznego należał początkowo do prymitywnie wybudowanych szybów z drzewa, na kształt wielkiej czworobocznej studni, rozdzielonej na poły. Jedna połowa, zwana po górniczemu „fonderschacht”, służyła do przesuwania klatki szybowej, jednej w dół, drugiej znów w górę. W drugiej połowie, zwanej „fahrschacht”, umieszczone były drabiny, służące górnikom dla schodzenia do kopalni. Obok drabin zawieszone były z wierzchu aż na dół rury żelazne od wodociągu maszynowego, osuszającego kopalnię z napływu wody podziemnej. Obok najbliżej położony i pod ziemią stale połączony z szybem Jana, był szyb Karol, wybudowany w nowszym czasie, murowany, technicznie doskonalszy. Łączność obu szybów była tego rodzaju, że górnicy nazywali je po prostu Jan-Karol.

Wodę nagromadzoną w kopalni ciągnięto na powierzchnię mechanizmem, który będąc w ruchu, powodował w szybie różne syki, piszczenie i inne nadzwyczajne głosy, a w człowieku, nie znającym przyczyn tego hałasu, budził różne przesądy o istnieniu w kopalni czegoś nadprzyrodzonego w postaci Pusteckiego, tak bowiem nazwali byli górnicy „ducha” podziemi. Od przesądu o istnieniu Pusteckiego powstawały także w głowach górniczych mniemania, że przy pomocy Pusteckiego w łatwiejszy sposób można było nakopać węgla, albowiem słyszano go bić w węglu kilofem lub młotem. Pękanie drzewa oznaczało groźbę Pusteckiego załamania chodników lub filaru. Z czasem, gdy szyb Jana został przerobiony, a budowę drzewną szybu zastąpiono cementowym betonem, wyrzucono z szybu wodociąg, ustały głosy Pusteckiego, a górnicy powoli zapominali na dobrotliwą pomoc i jego gniewne pomruki.

Także otoczenie szybu na powierzchni zasługuje na uwagę. W potężnej wysokiej hali widnieje żelazem okratowany otwór. Za każdym podniesieniem się klatki z szybu w górę, automatycznie podnoszą się przednie bramki szybu, czyniąc wolny otwór wstępu do klatki. Dyżurny szybu wsuwa przez wolny otwór do klatki wózek, dając następnie znak dzwonkiem maszyniście, podnosząc zarazem stawidła, na których spoczęła klatka podczas stania na powierzchni. W okamgnieniu spuszcza się klatka do szybu, aby dokonać wymiany drugiej klatki, przesuwającej się obok. W jednym kącie koło okna w hali szybowej stoi ogromny piec, zbudowany z części starego kotła parowego, siedlisko świerszczy, pluskiew oraz karakanów. Szczególnie w nocy, gdy fedrowanie się przerywa, a w hali nastąpi chwilowa cisza, rozpoczynała koncert orkiestra świerszczów za piecem hali. Dziewczyny i robotnicy wskutek przerwy w nocy próbują wypocząć, kładąc się na prymitywnie zrobionych ławach, ustawionych koło „bulera” (tak zwano ten piec), lecz o zaśnięciu nie było nawet mowy, gdyż mieszkańcy szpar w ścianach spokoju nie dały. W przeciwległym kącie znajdują się drzwi, wchód do hali maszyn. Hala nadzwyczaj ogrzana, lecz nie mniej zamieszkała przez nocnych awanturników, urządzających sobie w każdym kącie hali swój własny koncert. Drzwi wchodowe do hali szybowej są nadzwyczaj wielkie, złożone z dwóch części, gdzie w jednej połowie znajdują się małe drzwi, które w zimie czy w lecie mają zostać otwarte, umożliwiając łatwiejszy dostęp powietrza.

Pogłębianie szybu. Odkrycie pokładu

Przekrojem szybu Jan-Karol, a także Franciszki zapoznano się dokładnie z położeniem pokładów węglowych małego pola górniczego. Były to jednakowoż pokłady grubości najwyżej 1,5 m. Inżynierowie i geologowie górniczy mieli jednak pewność, że w głębi, pod pokładami już odkrytymi, znajdują się pokłady o znacznej grubości i dla eksploatacji korzystniejsze. Zdecydowano się z końcem roku 1890 dokonać pogłębienia szybu Jana, który, posiadając wodociąg, nadawał się na cel doświadczalnych prób najbardziej. Sprowadzono fachowych górników i rozpoczęto pogłębianie od piątego poziomu. Za niespełna półtora roku pogłębiono 70 m szybu i przystąpiono do użytku produktywnego. W tej części pogłębianego szybu odkryto ten krwawy, przeszło czterometrowej grubości pokład, zwany 19-tym. Był to naprawdę radujący duszę skarb przyrody, rokujący nie tylko właścicielowi horrendalne zyski, lecz i górnicy wróżyli sobie dobre zarobki, szczególnie gdy poznano jego składową krzewkość i położenie. Bez dalszych namysłów rzucono więc najzdolniejsze siły robocze w kierunku przysposobienia pokładu do produkcji.

Także w górniczym polu zachodnim na szybie Franciszki, wskutek wybicia kilka setek metrów od szybu głównego przekopu, został całkowicie odkryty pokład grubości czterometrowej. Tym sposobem skonstatowano grubość pokładu i rozmiar jego rozłożenia, tak w kopcu, jako też najniższego do szybu położenia. Zabrano się w sposób najbardziej intensywny do przeprowadzenia różnych górniczych zarządzeń technicznych przed eksploatacją. Na szybie Jana zaraz od szybu wystrzelono „filart” zwany szóstym – poziom, 8 m wysoki i 5 m szeroki, stosownie do odbudowania szybowego. Nowy „filart” zabudowano również drzewem dębowym półtora metra wysoko, przedzielono etażą bonową, przygotowując tym sposobem możliwość wsuwania do klatki szybowej naraz po 2 wózki, jeden nad drugim.

Z chwilą odkrycia i poznania pokładu było największą troską jak najśpieszniejsze wkroczenie do niego i wszczęcie złotonośnego wydobywania. Starano się wyszukać najpilniejszych i najzręczniejszych robotników do pracy nad kopaniem i strzelaniem zaraz od szybu głównego przekopu. Czas pracy oraz długość zmiany na szybach Larischa obowiązywał jeszcze 12 godzin, a później zmieniono go na 10 godzin. Mianowicie ranna zmiana zaczynała się o 6 rano do 4 popołudniu, zaś nocna od 4 do 2 w nocy.

W pilnych pracach porządek był tego rodzaju, że praca prowadzona była bez przerwy. Na trzy zmiany po 8 godzin sześciu kopaczy rozpoczęło kopanie w nowym pokładzie czterometrowego chodnika w dolnej części odkrytego pokładu. Pokład przeszło czterometrowej wysokości, od szybu Jana począwszy, rozdzielony był na dosyć ważne dwie części: przedziałkę przeszło metrowej grubości stanowił czarny łupek, przeplatany żyłkami węgla. Aby osiągnąć główny przekop, przynajmniej trzy metry wysoki, ustanowiono inną partię kopaczy, którzy śladem węgla, wykopanego „vorsilen”, za pomocą strzelania, dorabiali wierzch chodnika do potrzebnej wysokości i zarazem budowali drzewem „pary” w oddaleniu metra od siebie.

Było nas czterech kopaczy i dwóch wozaczy, wykonujących nasze powołanie jak najskrupulatniej, wiercąc ręcznymi świdrami, każdy dla siebie osobną dziurę, do której zaprawialiśmy sami nabój dynamitowy do strzału.

Potrzebny dynamit przed nastaniem szychty ,,fasował” w składzie naboi przodownik spomiędzy nas ustanowiony. Jak bardzo pośpiechem pracy i zdobyciem pokładu dla eksploatacji interesował się zarząd kopalni, dowodzi, że jeśli przy pracy nie siedział stale opiekun w osobie wyższego urzędnika, to na wymianę odwiedzani byliśmy bez przerwy przez różne wyższe osobistości górnicze, dające nam do zrozumienia, że już powinny z pokładu płynąć dla właścicieli pożądane skarby. Toteż posuwanie się naprzód tego głównego chodnika było niezwykle prędkie, bo 40-60 m za cztery tygodnie.

Jeszcze korzystniej przedstawiała się praca przez wkroczenie do pokładu od strony zachodniej na szybie Franciszki. Tam z głównego przekopu, eksploatowanego z szybu Głębokiego, zaczęto już w samym pokładzie przebijać w węglu w kierunku wschodnim tak zwany „Grunstrek”, który dla fiedrowania i przewożenia wózków z węglem połączony został z głównym przekopem wielkim wekslem, zbudowanym na przestrzeni jakich 8 m2, wyłożony płaskimi „blotniami” zamiast szynami. Tak samo praca nad odbudową dostępu do pokładu ze strony pola zachodniego wykonywana była z największym pośpiechem i niecierpliwością przez zarząd szybu Franciszki.

Już sam wygląd pokładu zaraz po jego odkryciu stał się przedmiotem specjalnych uwag górniczych odnośnie do bezpieczeństwa przy eksploatacji. Czterometrowa grubość węgla, położonego nierównolegle, działek czystego węgla z mieszaniną kamienia zwanego „mitlem” łupkowym, spowodowało gromadzenie się odpadków, zawierających część węgla z mieszaniną niedojrzałych kruszców siarczano-węglowych, które rzucano za siebie, wytwarzając w każdej sztolni hałdy nieużytków. Sam węgiel był bardzo krzewki, przepojony nadzwyczajną ilością tlenu. Skutkiem naturalnej krzewkości węgla, kruszenie skały węglowej było łatwiejsze, jednakowoż odpadki przy kopaniu kilofem przemieniały się w prochową kurzawę, która osiadała na ścianach i zabudowaniach sztolni. Kalorie węgla samego złożone były z nadzwyczaj zapalnych składników. Wszystkie przytoczone właściwości węgla tego nowego pokładu obudzić musiały u każdego fachowca – a do takich zaliczyć należy każdego starszego górnika – pewne zastanowienie i trwogę o bezpieczeństwo życia przy wydobywaniu. Także kierownictwo kopalni przewidywało następstwa, które zdarzyć się mogą, jeżeli praca w tym pokładzie prowadzona będzie lekkomyślnie, bez należytego przewietrzania i przy zaniedbaniu przepisów górniczo-policyjnych.

Tu wspomnieć muszę, że w owym czasie górnicy w kopalni świecili jeszcze lampkami napełnionymi oliwą, której po zgaszeniu nie było można w kopalni ponownie zaświecić. Na szybach Larischa powietrze od szybów wentylacyjnych zawierało 2–3% gazów zapalnych. Nierzadkie były wypadki, że badanie gazów za pomocą światła lampki olejowej wykazało zupełną czystość w czole pracy, a po odejściu strzału cały przód i złomy węgla stanęły w płomieniu niebieskim. Od strzałów zapaliły się gazy, a zarazem zwały odstrzelonego węgla. Powodem tak łatwego zapalenia się był proszkowaty węgiel, zawierający siarczan węglowy. Jako środek zapobiegawczy przeciwko łatwozapalności zarządzono skrapianie wodą wszystkiego, co znajdowało się w odległości 20 m wokoło strzału. W tym celu do każdego ,,przodku” prowadziły najmniej 5 cm grube rurki żelazne z dopływem wody z powierzchni.

W miarę postępu czasu, postępowała także praca nad zupełnym odkryciem i poćwiartkowaniem pokładu węglowego. Przebijano wprzód główne sztolnie fiedrunkowe i wiatrowe, następnie szeroką pochylnię („Bremsberg”) kilkadziesiąt metrów długą, dla połączenia ich z polem zachodnim od strony szybu Franciszki. W celu regularnego prowadzenia kierunku wiatrowania, na przechodzie łącznikowym kazano wybudować tamę murowaną, zaopatrzoną na środku w podwójne ciężkie drzwi drewniane, zamknięte na klucz. Drzwi przedstawiały symbol sprawności pomiarów geometrycznych pokładu i służyły dla urzędników jako przejście podziemne z jednej kopalni na drugą. Górnikom jednakowoż przejście to służyło na wypadek katastrofy.

Zarząd kopalni zaraz od chwili odkrycia pokładu powiększył siły robocze przez dosadzanie załogi w pokładzie 19-tym, składającej się z młodych, zdrowych i śmiałych górników i sił pomocniczych: taczników i wozaczy. Opodal szybu wybudowano dosyć obszerną stajnię na pomieszczenie 10 koni.

Po upływie nadzwyczaj krótkiego okresu czasu pokład 19-ty, przeorany niezliczonymi krzyżującymi się na wszystkie strony 3-4 metry szerokimi sztolniami, przygotowany był do tak zwanej rabunkowej eksploatacji. Około 200 kopaczy, rozlokowanych w poszczególnych sztolniach, łamało w nadludzki sposób ten złotodajny kruszec, który siły pomocnicze, ładując w taczki i wózki, wydobywały masowo na powierzchnię. Na przestrzeni na kilkanaście setek metrów długiego przekopu, na podwójnej parze kolei –mijały się pociągi konne z pełnym ładunkiem pod szyb, zaś próżne pod pochylnię fiedrunkową. Z chwilą rozpoczęcia szychty w całym pokładzie mocno wrzała praca; pyłek węglowy, unosząc się od każdego kopnięcia kilofem lub rzucenia łopaty węgla do taczek, zasypał wszystko w swoim otoczeniu, opadając jak zawieja śnieżna, wypełniał wszystkie wolne miejsca, powodując hałdy kurzawy. Bardzo ciekawy obraz przedstawiali nasi górnicy, zajęci pracą w powietrzu przesyconym pyłem węglowym; wyglądali jak nieme widma w łoskotliwym ciemnym zaułku, dostrzegalni tylko za pomocą ledwo żarzącego się punktu światła lampki, aby się uchronić od zbytecznego łykania pyłu węglowego. W pracy panowało grobowe milczenie, przerywane od czasu do czasu silnym splunięciem górnika, wyrzucającym w ten sposób z ust sok tabaki włożonej sobie za ząb na śliwkę dla podniesienia animuszu.

Ówczesny dyrektor górniczy hr. Larischa rodem Francuz, pan Grey, zarządził pracę na trzy zmiany, zaś w każdą niedzielę całe masy górników zmuszano do pracy uzupełniającej w tym pokładzie. Nie upłynęło ani całe dwa lata tej szalonej pracy, a pokład przewiercono do tego stopnia, że rzadko znaleziono filar grubości 20 m. Rozpoczęto od strony tzw. sprągu rabowanie filarów, tak ze strony szybu Jana, jak i Franciszki. Ogromna grubość pokładu, gęsto przewierconego, powodowała nadnaturalne miażdżenie węgla w filarach, co przyczyniało się do łatwiejszego rabowania. Dwaj kopacze we filarze zdołali na jednej zmianie nakopać 50–60 wózków o pojemności 12 q. Za wózek płacono początkowo 16 ct., a później, gdy panowie widzieli, że kopacz zarabiał w porównaniu do innych pokładów cośkolwiek więcej, zredukowano kontrakt na 12 ct. za jeden wózek. Pan radca górniczy Grey, który był zapalonym myśliwym i rybołowcą, zadawalał się tym, gdy urzędnicy podczas raportu głosili: „Fiedrunk w 19 pokładzie podniósł się o 50 wózków”. – „Brawo, moi panowie!” – z uśmiechem zareagował p. Grey. Tak kończył się raport. Szalejący za zyskiem przedsiębiorcy i inżynierowie nie chcieli ani zastanowić się nad tym, co nastać może w otwartym pokładzie, rozciągającym się na 6 km2, w polu napełnionym po wyrabowaniu węgla gazami palnymi, a w niektórych miejscach pół metra grubości pyłem siarkowo-węglowym. Nikomu z tych panów ani się śniło, by wyrabowane pole kazać zawozić odpadkami węgla i zamurować lub leżący pył węglowy należycie skropić wodą. Po wyrabowaniu filara nakazywano kopaczom, aby w interesie oszczędzania drzewa na podbijanie stropu, rabowano jeszcze niepołamane drzewo, tak zwane orgie, chcąc przyśpieszyć załamanie się stropu i przynajmniej dla upozorowania łatwym sposobem spowodować zawalenie wyrabowanego pola. Każdy górnik zrozumiał, że tego rodzaju zapełnianie próżnych miejsc powoduje jeszcze większe niebezpieczeństwo, gdyż czterometrowej grubości wybrane pole w przyrodzony sposób u dołu zawala się i zapełnia wybrane miejsca, jednakowoż u góry zostawia próżnię, którą z natury rzeczy wypełniają gazy, jako lżejsze od powietrza. Kilka sporadycznie zdarzających się wypadków zapalenia gazów w odosobnionych czołach starano się możliwie ukryć przed ogółem górników, zaś zarząd kopalni wcale na takie drobnostki nie zwracał uwagi.

Krytyczny dzień

Pamiętny to dzień 14 czerwca 1894. Po gorącym południu, górnicy, podnieceni przez wezwanie przy zapisie do podniesienia fiedrunku, szczególnie z 19 pokładu, cisnęli się do szybu, aby jak najprędzej zjechać do kopalni i ochłodzić się w głębokościach z prażącego letniego żaru. Załoga w 19-tym pokładzie w tym dniu składała się z przeszło 200 młodych i najlepszych górników. Animusz do pracy i zarobkowania nie pozwalały na zmarnowanie chwili, aby zdobyć się na rekordowy dziś fiedrunek. Jeszcze nie ukończono zupełnie wjazdu wszystkich górników do kopalni, a już pociąg wózków z 19-tego pokładu dobijał pod szyb, aby jak najprędzej został wydobyty na wierzch. Dozorca Szerzyna, zjechawszy na dół, odzywa się do narażaczy pod szybem: „Dziś musicie o 50 wózków więcej wyfiedrować!”.

Wezwaniu dozorcy starano się uczynić zadość to też narażacze, rozebrawszy się prawie do koszuli, na wyścigi jęli się szybowania wózków pod szyb dwuetażowej klatki, która w okresie trzyminutowego czasu na przemian z dwoma wózkami dokonać miała rekordowego fiedrunku. Upływała godzina za godziną, jeden za drugim pociąg pełnych wózków, ciągniętych końmi, dobijał pod szyb Jana 6-tego poziomu, już prawie połowę rekordowego fiedrunku z 19-tego pokładu wyrzucono gardzielą szybową na powierzchnię, aż tu naraz, jakby uderzeniem pioruna, kres położono fiedrunku.

Koło pół do dziesiątej wieczór naraz dał się słyszeć ogromny huk, wstrząsający całą kopalnią, przerażając nas wszystkich swym łoskotem, połączonym z zupełnym przerwaniem prądu powietrza. Pracujący po drugiej stronie, na polu wschodnim, rzucili się po ciemku (gdyż huk zgasił im lampki) do ucieczki, lecz każdy zrozumie, jak daleko można bez światła w kopalni uciekać… Omawiając rozmaite powody słyszanego straszliwego huku, drapaliśmy się na główny chodnik, wiodący pod szyb. Napotykamy dozorcę rewirowego Hyrboczka, który tak samo pyta się, co się stało, gdyż i jemu gwałtowna detonacja była zupełnie niezrozumiałą.

Mając na szczęście światło, gdyż dozorcy byli już zaopatrzeni w lampki benzynowe, podążyliśmy ku głównym drzwiom, oddalonym o jakie 20 m. Zbliżywszy się do drzwi, dał się już czuć ogromnie nieznośny swąd dymu, jakoś rzadko górnikowi znajomy. Z wielką ostrożnością dozorca próbuje drzwi otworzyć; przy otwarciu owiał nas czarny kłęb dymu. zatykając nam usta i tamując oddech. Dopiero zrozumieliśmy, że jest to widoczna oznaka katastrofy, na razie nie dająca się osądzić, gdzie i w jakich rozmiarach powstała. Ogromnie przerażeni, zostaliśmy chwilę zamyśleni, co teraz czynić, gdyż ucieczka pod szyb została nam tym sposobem odcięta. Wspomnieliśmy sobie, że z szóstego do piątego poziomu prowadzi stara, częściowo już załamana pochylnia, możliwa w tym straszliwym położeniu jedyna droga ucieczki. Chcąc się dostać pod tę, w tej chwili szczęśliwą pochylnię, musieliśmy wrócić od szybu jakie 500 m, któreśmy przebiegli prędzej, aniżeli może ptak byłby w stanie je przelecieć. Stanąwszy nad pochylnią, której długość wynosiła przeszło 800 m, a w której drzewo zabudowań było zbutwiałe i połamane, wszędzie pełno kamieni, zmuszeni czołgać się na czworakach, z trudem wielkim dostaliśmy się do piątego poziomu. Pomimo tych przeszkód, jak i położenia pochylni, zmuszeni uciekać w górę, doszliśmy pod szyb Karola. Do szybu Jana trudno było się dostać, gdyż nie tylko dym, wydobywający się z głębi szóstego poziomu, tamował drogę, lecz wyrzucony pełny wózek z węglem do szybu siłą eksplozji a rozpierający się pomiędzy zabudowaniem szybowym, uniemożliwiał opuszczanie klatki na miejsce postoju i pośpieszne wydobywanie na wierzch ratujących się górników. Ponieważ w tym poziomie dozorcy mieli już bliższe wyjaśnienie, że nic innego stać się nie mogło, jak tylko wybuch gazów w szóstym poziomie, powstała panika nie do opisania. Każdy chciał być pierwszy w klatce i na powierzchni. Bez jakiegokolwiek uwzględniania przepisanej ilości pakowano ludzi do klatki, ile tylko umieścić zdołano. Za kilkadziesiąt minut byliśmy już na powierzchni, oddychając świeżym powietrzem.

Dalsza sytuacja

Lotem błyskawicy, pomimo że był to późny wieczór, detonacja ta wywołała nie tylko wszystkich urzędników z ich pomieszkań, ale przychodzili także górnicy z kolonii Sowińca o ćwierć godziny drogi od kopalni oddalonej, jedni zobaczyć, co się stało, drudzy, aby ratować, co możliwe.

Ponieważ już jednak uznano za prawdopodobne, że wybuch nastąpił w szóstym poziomie, do którego dojazd bezpośredni tylko szybem Jana był możliwy, przeto koło szybu Jana zgromadzonych było setki osób, tak mężczyzn, jak i płaczących kobiet. W okamgnieniu nadszedł rozkaz udania się do kopalni w celu niesienia pomocy. Otrzymawszy świeżą lampkę, nie myśleliśmy o niczym innym, jak tylko o ratunku; pojechaliśmy szybem Jana na powrót do kopalni. Zjechawszy na dół, musieliśmy czołgać się kilka metrów w dół po zabudowaniu szybowym, gdyż klatką nie było już można dojechać na postój (stawidła), ponieważ wyrzucony pełny wóz do szybu uniemożliwiał dojazd klatki na dół.

Przyczołgawszy się na dół (dym powybuchowy w międzyczasie uniósł się już z powietrzem), spostrzegliśmy, że 4 posuwaczy szybowych brakuje. Jeden z nich półmartwy siedział już całkiem bez jakiegokolwiek znaku życia w objęciu dębowego stempla, do którego palce obu rąk były głęboko wtłoczone. Okurzony i osmalony dymem i sadzami, z szeroko otwartymi ustami, słabym oddechem okazywał jeszcze pozory życia. Zapytaliśmy się go, co się stało i gdzie ma kolegów. Po chwili odpowiedział, że nie wie, co się stało i nie wie, gdzie są jego koledzy. Tu spostrzegliśmy, że trzej jego towarzysze pracy zostali siłą wybuchu zmieceni 70 m w głąb szybu na siódmy poziom.

Znalezienie jednego jeszcze żywego górnika (któregośmy natychmiast wywieźli na wierzch) dodało odwagi innym górnikom i urzędnikom do energicznej akcji ratunkowej z przypuszczeniem, że jeszcze więcej żyjących zdołamy uratować.

Nie upłynęło jednak całej pół godziny, a znajdowało się nas znów koło 50-ciu z dozorcami i urzędnikami w kopalni, w miejscu katastrofy, gdzie jedni mieli się udać z przyrządami do cucenia zemdlałych do czół, gdzie robotnicy pracowali w miejscach koło 500 do 600 metrów oddalonych od szybu; drudzy znów mieli się udać do 7-mego poziomu, wydobywać trupy brakujących spod szybu 3 narażaczy. Każdy z nas z gotowością poniesienia największej ofiary rozmyślał nad tym, jakie szczęście dla niego będzie, jeżeli zdoła chociaż jednego górnika żywego z pola katastrofy uratować. Każdy myślał o tylu ojcach rodzin, braciach, kolegach i dobrych znajomych, którzy w otchłani śmierci czekają ratunku.
Takim samym sposobem rzucono się na ratunek z zachodniej strony na szybie Franciszki i Głębokim, gdyż te szyby były połączone z sobą przebitymi sztolniami, a objęte zostały katastrofą. Na szybie Franciszki pod komendą szychtmistrza Kurca tym śmielej udano się na ratunek w liczbie około 40 osób, gdyż detonacja w tym oddziale nie była tak silna, jak na szybie Jana. Tak samo ze strony szybu Głębokiego rzucono się na ratunek, gdyż z tej strony pracowali w tym pokładzie górnicy.

Naraz, gdy rozpoczęli akcję ratunkową, dała się słyszeć ponowna detonacja i zupełna przerwa dopływu powietrza, który był o wiele silniejszym, jak zwyczajnie. Zostaliśmy przerażeni, co znów się stało, lecz ani na chwilę nie przypuszczaliśmy o możliwości drugiej eksplozji. Hart ducha, powodowany uczuciami do setek nieszczęśliwych braci górników, usuwał sprzed oczu widmo jeszcze dalszego nieszczęścia. Dopiero po pewnym czasie, kiedy kilku nas wróciło na miejsce najbliższych z wiadomością, że spotkaliśmy tylko trupy, równocześnie od przybywających do nas z wierzchu sił pomocniczych dowiedzieliśmy się, że nastąpił nowy wybuch, gwałtowniejszy od pierwszego, gwałtownością objął zachodnie pole szybu Franciszki. Myśmy na szybie Jana dziwnym trafem ocaleli, tylko w uszach zalegało nam do tego stopnia, że długi czas pozostaliśmy głuchymi. Na szybie Franciszki wybuch drugi spowodował ogromne spustoszenia. Zaskoczył całą załogę ratunkową, wraz z urzędnikami, znajdującą się prawie na głównym przekopie, a śpieszącą na ratunek, rozszarpując wszystkich w kawałki.

To jednak nie potrafiło nas odstraszyć od dalszej pracy, jeżeliby już pomoc jakakolwiek była zbyteczną, przynajmniej co najprędzej zająć się wydobywaniem trupów na wierzch. Naszą odwagę wzmacniała jeszcze ta okoliczność, że pomimo iż już byliśmy świadkami dwóch krótko po sobie powtarzających się eksplozji, nie przedstawił sobie żaden, z jakiego powodu mogły powstać. Nawet urzędnicy z samym dyrektorem, straciwszy chwilowo głowy, nie przeczuwali nic innego, jak tylko zwykłą eksplozję gazów. Sam radca górniczy Grey zjechał do szybu, by na własne oczy widzieć spustoszenie, które przeważnie spowodowała lekkomyślna manipulacja i rabunkowa gospodarka na szybach Larischa. Po drugiej eksplozji, kiedy Grey poczuł huk i świst powietrza, zmiarkował, że coś złego się dzieje i prędko kazał się wywieść na wierzch, zostawiając nas bezradnych na pastwę losu.

W międzyczasie na rozkaz urzędnika wysłano dwóch kopaczy, Kubiczka i Luzara do 5-tego poziomu, polecając im zaszalowanie jednej sztolni koło „Gezenku”, gdzie uchodziło powietrze, omijając katastrofą objęty 19-ty pokład. Według rozkazu kopacze poszli, lecz już więcej nie powrócili, znaleźliśmy ich po 4 latach uduszonych z narzędziami w rękach przy pracy.

Zatrwożeni już tymi wiadomościami, dzieląc się na grupki po 4-5, chwytaliśmy się pracy, usuwania zwalisk z kolei, robiąc sobie wolny przejazd pod szyb. Począwszy od samego szybu, główny przekop przedstawiał straszliwy obraz: zawalony drzewem i kamieniami ze sterczącymi kawałkami wózków, poszarpanych koni i ludzkich ciał. Chodnik, prowadzący do 19-tego pokładu, przedstawiał się jak osmalony komin, zapełniony szczątkami drzewa, żelaza i pełny gryzącego dymu. Smutna to była praca, gdyśmy z wielkim trudem doszli do stopów zwęglonych zwłok, nie mogąc ich na raz zabrać z sobą, gdyż przed zawałami i grożącym jeszcze większym zawaleniem praca była dla nas ogromnie niebezpieczna. Wszystkie zabudowanie było już wybite w tym zasmolonym kanale, napełnionym swądem, tak, że trudno było rozpoznać trupa zabitych i zwęglonych górników. Trwoga przejęła każdego, gdyśmy przeczołgali się na czwórkach przez ogromny zawał jakie 500 metrów od szybu pod główną pochylnię, po której spuszczano każdodziennie fiedrunek z tego pokładu. Pod pochylnią znaleźliśmy około 20 wózków, zbitych w jeden wielki stos, między którymi sterczały dwa zabite konie i kilka trupów ludzkich, bez nóg i rąk, bezkształtne masy ciała ludzkiego. Z pochylni wydobywał się czarny dym, uniemożliwiając nam oddech, co nas upomniało w przekonaniu, że w kopcu w tym dymie nikt żyć nie może. Wszystkie przemurowania i podziałki prądu powietrza zostały wybuchem zdemolowane, kto więc nie zginął od samego wybuchu, musiał się udusić z powodu braku dopływu powietrza.

Dym gwałtownie z pochylni buchający przeraził nas ogromnie, zwłaszcza gdy obecny nadsztygar Lange wykrztusił: „Uciekajmy, bo tam w końcu musi się palić!”. Było nas 15, lecz po tych słowach żaden nie chciał być ostatnim w ucieczce. W największym pośpiechu poczęliśmy wracać do szybu z powrotem.

Za jakie 20 minut, dobiwszy pod szyb, przełażąc po brzuchu przez największe zawalenie, niedaleko dał się słyszeć silny głos: „Jak najprędzej wszystko na wierzch, taki przyszedł rozkaz!”. Nie wiedzieliśmy, co to ma znaczyć. Nastał popłoch nie do opisania, gdyż wszyscy naraz chcieli wleźć do klatki i być jak najprędzej na wierzchu. Szczęśliwie wydobyto nas na powierzchnię około pół do siódmej rano. Urzędnicy, stojąc gromadnie, gwarzyli po niemiecku, czego i tak nikt rozumieć nie był w stanie, gdyż płacz i szlochanie kobiet i dzieci otaczających szyb wszystko głuszył i tłumił. Żandarmeria usuwała publiczność od szybu, myśmy zaś usiedli zmęczeni w lokalu maszyny fiedrunkowej i zamierzaliśmy się nieco posilić dostarczoną nam czarną kawą. Nagle daje się słyszeć ogromny huk, ziemia się zatrzęsła, a ze szybu, z któregośmy dopiero wyjechali, buchnął dym z ogniem. Krzyk, rozpacz straszliwa ogarnęła wszystkich. Każdy szukał okna lub drzwi, aby uciekać jak najdalej od szybu. Kilka kobiet zostało wybuchem rzuconych na ziemię, wzmógł się krzyk dzieci, powstała wokoło prawdziwa panika. Była to trzecia z rzędu eksplozja, a według wyrządzonej szkody na powierzchni, uważana za najsilniejszą. Siła wybuchu zniszczyła całą maszynerię na szybach wiatrowych Henrychy i Fiedrunku. Na szybie Jana ogromne drzwi wchodowe zostały wyrwane i wyrzucone kilka metrów w pole, schody żelazne przymocowane do tzw. wierzchniego bonu, urwane i zmiażdżone. Stojąca na podstawach klatka szybowa siłą wybuchu wyrzucona została jak kawałek papieru kilka metrów w górę. Urzędnicy teraz stracili głowę, poznano bowiem, że w kopalni pali się węgiel, czyli że jest to pożar kopalniany, który nie da się niczym innym stłumić, jak tylko przez zupełne wstrzymanie dopływu powietrza do kopalni. Teraz przypomniano sobie hałdy suchego pyłu węglowego w 19-tym pokładzie, wyrabowane próżne pola, napełnione gazami palnymi. Pierwszy wybuch usunął wszystkie tamy i przeszkody w kopalni, dlatego ponowny wybuch nagromadzonych gazów był tym gwałtowniejszy.

Bergrat Grey pędzi ze strony swego zamku, a trzymając ręce na głowie, krzyczy: „Rany boskie, pożar w kopalni, zakryć natychmiast kopalnię!”. Rozkaz, który poniekąd okazał się koniecznością, zaraz wykonano. W mgnieniu oka dowieziono z niedaleko znajdującej się piły parowej grube deski i zaczęto nakrywać szyb, uzupełniając nakrycie grubą warstwą ziemi, by jakikolwiek dostęp powietrza zatamować. Zamknięto szczelnie szyb, zamykając w ogniu przeszło 300 górników. Odpowiedz dawały niemilknące łkania i płacz przed szybem stojących żon i dzieci, złorzecząc mordercom ich żywicieli. Panowie usprawiedliwiali zamknięcie szybów koniecznością zatamowania powietrza i ugaszenia pożaru, pocieszając pozostałych, że po tych eksplozjach, których było kilka po sobie, nie może żaden żywy w kopalni się ostać. Zamknięto szyby Jan i Karol, Franciszka i Głęboki, mające łączność podziemną ze sobą. Że nieszczęśliwi górnicy, skutkiem wybuchu nie wszyscy zostali na miejscu uśmierceni, wykazały później znalezione trupy w różnych pozycjach, dowodzące najlepiej, że pewna część była spalona, a inni z chustkami lub innym przedmiotem w ręku ratowali się, robiąc tym sposobem sztuczne powietrze, ale pozbawieni światła nie mogli się ocalić. Pozostaje na zawsze nierozwiązaną zagadką, czy w chwili szczelnego zamknięcia szybów nie znajdował się już nikt żywy z górników w kopalni.

Po zupełnym zamknięciu szybów Jana i Karola, Franciszki i Głębokiego, jako też przynależnych do tego pola szybów wiatrowych i po pogrzebaniu trzech górników, których znaleziono pod szybem zabitych, na kopalniach zapanowała cisza grobowa. Pomimo wstrzymania dopływu powietrza do kopalni wskutek zakrycia szybów, następowało jeszcze kilka po sobie powtarzających się eksplozji wybuchowych o słabszej detonacji, dosłyszanej jednakowoż na wierzchu. Na każdym zamkniętym szybie zmontowano przyrządy do mierzenia siły wybuchowej i rozmiarów pożaru. Wyniki badań zapisywano co kwadrans, później co pół godziny, do czego na każdym szybie przeznaczono zaufanego górnika. Górników kilka setek, pozostałych teraz bez zarobku, rozesłano na sąsiednie kopalnie w zagłębiu, a pewna część, przerażona katastrofą, uciekła, aby więcej na kopalnie nie wracać.

W kopalni tymczasem 330 mężczyzn w sile wieku spoczęło w szalejącym ogniu 300 m głębokiego szybu. Zjeżdżały się komisje górniczo-rządowe, nie tyle dla badania przyczyn straszliwej katastrofy, lecz aby radzić nad sposobem dostania się do kopalni i ugaszenia żywiołowego pożaru. Po każdej komisji i jej obradach krążyły pomiędzy górnikami różne dociekania. Jedni mówili, że kopalnie zostaną zalane wodą, inni znów, że dostęp kopalni na kilka lat zostanie zamknięty, aby tym sposobem spowodować ugaszenie pożaru. Następnie około każdego szybu ustawiono straż szybową, złożoną z kilku starszych górników, którzy mieli pilnować dostępu obcym do szybu.

Los załogi szybowej

Tragedia katastrofy nie ograniczyła się tylko do ofiar pozostałych w kopalni, lecz dotknęła całej załogi szybowej. Skutkiem zamknięcia szybów, pozbawionych zostało setki górników pracy i zarobku. Po upływie około sześć tygodni po katastrofie wyszedł rozkaz od nadeszłych całkiem obcych urzędników kopalnianych (gdyż urzędnicy kopalni, z wyjątkiem kilku sztygarów i jednego inżyniera, razem z bergratem Greyem po katastrofie z kopalni się usunęli), aby z szybu Głębokiego, jako pola najbardziej oddalonego od miejsca katastrofy, jak również w poziomie najgłębszym rozpocząć pracę i śledztwo tak za ogniem, jak również za rozmiarem objętych przez pożar pól węglowych.

Katastrofa przeraziła wszystkich górników do tego stopnia, że ciężko było znaleźć odważnego ochotnika, który zgodziłby się pierwszy zjechać do kopalni (szyb Głęboki aż do tej chwili również był szczelnie zamknięty). Długo namyślaliśmy się, stawiając sobie przed oczy prawdziwy obraz pożaru w pokładzie 19-tym, zanim zgodziliśmy się zaryzykować swe życie i spuścić się w głębiny gorejącego piekła. Brak zarobku dodawał nam odwagi. Kilku najśmielszych w towarzystwie dozorców przecież zgodziło się pojechać w dół.

Rozpoczęliśmy pracę, torując sobie zaraz od szybu głównym przekopem ku starej pochylni prowadzącej połączenie wiatrowe na główny „Querschlag” pod szyb wiatrowy szybu Franciszki. Główny ten przechód łączył także pole 19-tego pokładu, objętego pożarem.

Praca to była okropna, nie dająca się nawet opisać. Rozdzieloną szychtę na cztery zmiany po 6 godzin każdy z nas w największym strachu i pocie czoła w kopalni przeżywał. Każdy najmniejszy szelest spadających kamieni lub pękanie drzewa, przestraszał nas tak, że uciekaliśmy aż pod szyb.

Po kilku dniach żmudnej pracy dotarliśmy na wspomniany główny „Querschlak”, jakie 500–600 m nad pochylnią prowadzącą od samego szybu Głębokiego. Zaznaczyć tu wypada, że pracę tę zaraz od szybu wykonywaliśmy w aparatach, w które ubierali się trzej górnicy i za pomocą sztucznie tłoczonego przez węże powietrza, wprowadzanego aż do maski, posuwaliśmy się do otwartego pola naprzód. Co kilkanaście metrów budowaliśmy przejścia naprzód, zamykając szczelnie całą szerokość oczyszczonego chodnika, spowodowaliśmy tym sposobem zamknięcie dopływu zdrowego powietrza do katastrofalnego pola pożaru. W ten sposób etapami posuwaliśmy się coraz bliżej miejsca pożaru.

Gdy doszliśmy w ten sposób na główny chodnik, który krzyżował się w stronę szybu wiatrowego, zamknęliśmy murem 30 cm przychód w stronę szybu Franciszki. Panowie fachowcy, kierujący całą akcją i pracą w kopalni, skonstatowali, że przez wykończenie powyższej tamy został pożar zlokalizowany. Dla oszczędności kosztów dalszej pracy uznali za stosowne puścić w ruch maszynę wiatrową (wentylator) szybu Głębokiego.

Co postanowili, to też wykonali. Za kilka godzin po puszczeniu w ruch wentylatora powstała nowa straszna detonacja, szczęśliwym trafem w innym poziomie. Byliśmy o jedno piętro wyżej w maskach, w zamiarze zamurowania w szybie starego otworu w tak zwanym trzecim horyzoncie.

Pomimo szelestu, jaki nam sprawiało powietrze sztucznie wciskane do aparatu, odczuliśmy straszny łoskot i zachwianie się podstaw ziemi. Klatka szybowa, na której znajdowaliśmy się, wykonując przekazaną pracę, gwałtownie wyrzucona została w górę i znów opadła. Objęci wszyscy trzej rękami, drżąc na całym ciele, czekaliśmy co dalej z nami będzie. Po kilku minutach daliśmy znak do wyjazdu. Wyjechawszy na wierzch, zobaczyliśmy tłum ciekawej i szlochającej publiczności, docierającej się do szybu, aby się przekonać, czy jesteśmy żywi, gdyż z szybu wiatrowego buchał pełną gardzielą czarny dym wraz z płomieniami ognia. Byliśmy ocaleni. Nasze ocalenie przypisywano temu, że siła większa wybuchnęła do otwartego szybu Głębokiego i w jego stronę, gdzie na szczęście w tym dniu aż do zamurowania przez nas wspomnianego starego otworu, w pracy na dole nikogo nie było.

Konsylium fachowców

Po tym wybuchu uznano, że pożar jest daleko bardziej rozszerzony, aniżeli początkowo przypuszczano. Ponownie zamknięto dopływ powietrza do szybów. Wszystkie roboty w tych 4 kopalniach, czyszczenie przejść, przeprowadzano wyłącznie w maskach, bez używania pomocy maszyn wiatrowych.

Trwoga nad dalszą sytuacją

Ponowny zjazd obcych urzędników i fachowców górnictwa, narady i komentarze wytworzyły w opinii publicznej trwogę o dalszy los pożarem ogarniętych kopalń. Zrozumiano, że pożar nie ograniczył się do odpadków węglowych, nagromadzonych w pokładzie wyratowanych pól, lecz ogarnąć musiał węgiel nienaruszonych, lecz drobno poćwiartkowanych filarów.

Za kilka dni wydano polecenie rozpoczęcia ponownej pracy w szybie Głębokim, lecz nikt nie chciał wdziewać na siebie aparatu i jechać do kopalni. Nie pomagały przyrzeczenia 2 K oprócz należytej zapłaty normalnej na zmianę, jako dodatkowe wynagrodzenie, każdy drżał ze strachu, w obawie o własne życie, nawet gotowość podwyższenia płacy nie wywarła pożądanego skutku. Staliśmy w otoczeniu urzędników przed zamkniętym szybem Głębokim, gdzie wszystko przygotowano, aby wjechać do szybu. Nakrycie szybu składało się z podwójnych grubych desek, zrobionych drzwi na rozsuwanie, każda połowa składała się z dwóch części, sporządzonych tak, aby otwór dla puszczenia klatki szybowej jak najprędzej znów było można zamknąć. Klatka (Schata) już przygotowana do wjazdu, uzbrojona była w przyrządy telefoniczne i bezpieczeństwa. Na ścianie klatki zawieszono tabliczkę z przepisem, jak należy zachować się górnikom, którzy wjadą do kopalni, zarazem zarządzono oświetlenie elektryczne za pomocą lamp. Ustanowiono na końcu czterech starszych górników, którzy na wymianę po dwóch wykonywać mieli obowiązki straży bezpieczeństwa, szczególnie pozostawać w stałym kontakcie z trzema górnikami wpuszczonymi do kopalni. Widząc zarządzenia jak najbezwzględniejszego bezpieczeństwa, wystąpiłem z oświadczeniem, że decyduję się iść w głąb kopalni razem z dozorcą K., wyznaczonym przez zarząd kopalni. Drugi zgłosił się na ochotnika murarz S. Było nas trzech przygotowanych ubierać się do maskowego aparatu. Wyznaczeni dwaj rzemieślnicy zaczęli nas ubierać, kładąc nam przez głowy z nieprzemakalnej materii sporządzoną maskę z rękawami, okrywającą nas do pasa, gdzie ściągnięta została silnie rzemieniami. Górna część maski, sztywna na wzór głowy, okrywała głowę z przodu do twarzy, posiadając szklane, okrągłe okienko do otwierania.

Minęło jakie pół godziny czasu, zanim zdołano nas ubrać w aparaty, w myśl podanej przez specjalnego technika instrukcji. Już jesteśmy przygotowani, aby wstąpić do klatki, aż tu naraz obok stojący murarz S. otwiera okienko aparatu i krzyczy: „Zrzuć ze mnie aparat, nie pojadę do szybu, mam jeszcze czworo małych dzieci w domu!”. Nic nie pomagały namowy urzędników i zachęcania z otoczenia. Musiano go zwolnić i szukać pomiędzy otoczeniem innego ochotnika. Po dłuższej rozwadze zgłosił się R., również murarz kopalniany, którego prędko ubrano w maskę i nareszcie stanęliśmy w klatce nad szybem. Pomaleńku, żegnanych jeszcze przez pozostałych na wierzchu, zaczęto nas wpuszczać w głąb kopalni. Z chwilą opuszczenia klatki zasunięto prędko za nami drzwi szybowe, zalepiając szczelnie każdą szparę do szybu.

Zjechawszy na dół, zaraz przekonaliśmy się, jakie spustoszenie spowodowała przed kilku dniami ponowna eksplozja. Świadczyły o tym zaraz zwały podszybowe. Jęliśmy się pracy we dwójkę, zaś dozorca nasz pilnie przestrzegał przepisów bezpieczeństwa, sygnalizując raz po raz na powierzchnię szczegóły pracy.

Po kilku dniach pracy, prowadzonej z półgodzinnymi, a później jednogodzinnymi zmianami, dotarliśmy do miejsc zamurowanych, sporządzonych przed kilkoma tygodniami przed ostatnim wybuchem. Tam mogliśmy skonstatować siłę detonacji, gdyż z naszego muru ani jedna cegła nie leżała na drugiej, wszystko było wymiecione. Zmuszeni byliśmy ponownie zamurować wszystkie otwory, naturalnie zabrało to więcej czasu, gdyż tylko trzej mogliśmy pracować, a to jeden murował lub budował, zależnie od potrzeby, drugi mu przyświecał, trzeci donosił materiał. Zaznaczyć muszę, że powietrze nas otaczające napełnione było taką masą gazów, że niemożliwym było nawet na sekundę otworzyć szklane drzwiczki od aparatu w celu przemówienia. Przy pracy zmuszeni byliśmy porozumiewać się za po mocą migawek. Szelest prawie koło uszu cisnącego się zdrowego powietrza dwoma kanalikami do aparatu, uniemożliwiał jakikolwiek słuch.

W ten sposób postępowała praca, że w aparatach przeszliśmy 50-100 metrów głównym chodnikiem, zamykając mniejsze boczne chodniki za sobą cienkim murem. Do tych wskazanych metrów sięgały też węże, prowadzące powietrze do aparatu. Tam znów zrobiliśmy (w aparatach) poprzeczny podwójny mur 3-4 m oddalony od siebie. Do każdego poprzecznego muru (ściany) wprawione zostały drzwi, mające w środku szklane okienko. Kiedy to było gotowe, posunięto całą pracę o tyle metrów naprzód. Miniętą tzw. szleisę zdemolowano i znów dalej robiono nową itd. postępowano do osiągnięcia ponownych 50 lub 100 m, zależnie od sposobu zrobienia nowego odgraniczenia, czyli szleisy. Bardzo praktycznie zbudowany został przyrząd do prowadzenia zdrowego powietrza do aparatów maskowych przewodami rurowymi z wierzchu od maszyny kompresowej aż do miejsca prowadzenia pracy. Kilka metrów przedmurowano poprzednią ścianę chodnika, położono trzy drewniane wyżłobione koła osadzone na podstawach w ten sposób, aby łatwo można nimi obracać.

Na koła natoczono gumowe węże, nie przepuszczające powietrza, które następnie połączono z przewodem powietrza z powierzchni. Drugi koniec węży przymocowano do tułowia aparatu i w ten sposób do aparatu stale dopływało powietrze. Z chwilą, gdy zostaliśmy już uzbrojeni w aparaty, otwarły się pierwsze drzwi szleisy i stanęliśmy pomiędzy murami, zamykając za sobą pierwsze drzwi, które starannie obmazywano ślinem, aby uniemożliwić najmniejszy dostęp powietrza za nami. Każde drzwi posiadały na samym spodzie wyrżnięty otwór na pomieszczenie węża, który każdy sam dla siebie ciągnął jako jedyną arterię swego życia. Z chwilą, gdy już pierwsze drzwi szleisy zostały szczelnie zamknięte, dano nam znak lampką przez szklane okienko, że możemy iść dalej, po czym otwarliśmy drugie drzwi i wstąpili do dalszej pracy. Przed szleisą, przy kołach z natoczonymi wężami, siedział zawsze dozorca, zobowiązany pilnie strzec nasze ruchy za szleisą. Gdy już oddaliliśmy się zbyt daleko lub chodnik miał skrzywienia, zmuszeni byliśmy co 5 minut przychodzić jeden aż do drzwi okienka i dawać znak lampą, że praca idzie w porządku. Na wypadek grożącego niebezpieczeństwa lub natrafienia na ciała ludzi trzej przychodziliśmy do szleisy, zamykając za sobą drzwi.

Pierwsze zwłoki zabitych dwóch kolegów znaleźliśmy jakie 20 m od głównego chodnika prowadzącego do szybu Głębokiego, w położeniu siedzącym, opartych o ścianę węgla, w tzw. chodniku wiatrowym. Z pozycji tych nieszczęśliwych było można wywnioskować, że zostali uduszeni bądź zaraz po eksplozji, lub później z braku powietrza, kiedy szyby zamknięto. Natrafienie na pierwsze ofiary strasznego nieszczęścia wywarło na nas niesamowite wrażenie; stanął przed nami ten straszliwy obraz walki żywotów ludzkich z żywiołem, jaki miał miejsce w dniu wybuchu i zapalenia się węgla w kopalni. Przejęci do głębi uczuciami do nieszczęśliwych ofiar, przygotowaliśmy nasze nerwy do następnych tego rodzaju niemiłych spotkań.

W piekielnej otchłani

Kiedyśmy doszli do tak zwanego głównego chodnika (Querszlaku) jako łącznikowej arterii 19-go pokładu, na głównym wekslu leżały hałdy zwęglonych i straszliwie zszarpanych ciał ludzkich, pokryte zwałami kamieni i drzewa. Kilka zmian pracy minęło, zanim zdołaliśmy usunąć przeszkody i przystąpić do wydobywania już prawie w rozkładzie znajdujących się ciał ludzkich. Kilkutygodniowe powodzenie w naszej pracy dodało otuchy także innym górnikom, którzy zgłaszali się na ochotników do pracy w głębinach kopalni. W międzyczasie zdołano zorganizować kilka oddziałów zluzowania oraz załóg wymiennych. Podobne prace podjęto też ze strony pola wschodniego od szybu Jana i Karola. Prawie mijał rok po katastrofie, gdy zaczęto wydobywać zwłoki zabitych górników. Rzadko niestety natrafiono na całe ciało człowieka, znaleźliśmy przeważnie tylko cząstki ciał.

Wydobywanie trupów zarządzono w ten sposób, że ciało przynieśliśmy do szleisy, gdzie były przygotowane trumny, które następnie zabito gwoździami i odesłano do trupiarni na cmentarz karwiński, z której odbywał się pogrzeb.

Z chwilą zamknięcia szybów po katastrofie ustało także wszelkie pompowanie wody z kopalni. W następstwie tego niżej położone pola ze strony szybu Jana i Karola zostały zatopione, woda wystąpiła aż do wysokości szóstego poziomu, w którym znajdował się nieszczęśliwy 19 pokład. Polegli górnicy, którzy pracowali w poziomie szóstym 19 pokładu zostali zatopieni, a zarazem wszystkie konie w dzień katastrofy spoczywające w stajni, jako też przy zaprzęży wozów.

Wydobywanie ciał nastąpiło w rok po katastrofie i trwało przeszło dwa lata, tak, że znalezione ciała były w zupełnym rozkładzie. Przy tej pracy dostarczono nam gumowych rękawic, które miał każdy nosić. Jeżeli widok zeszpeconych i spalonych ciał ludzkich, znalezionych w miejscach suchych, przerażał, co dopiero mówić o znalezionych w zatopionych miejscach. Straszliwie śmierdzącą wonią nacuchnęliśmy tak, że na wierzchu nikt nas rozbierać z aparatów nie chciał.

Jakie męczarnie musieli ci biedacy górnicy znieść, świadczyły najlepiej te straszne zszarpane i zwęglone trupy. Jeszcze gorzej musiało dziać się z tymi, których znaleźliśmy w pozycjach ratunkowych. Na przykład w jednym czole znaleźliśmy koło 20 razem, jednych siedzących, drugich leżących w zdartych i zarzuconych na głowę koszulach, inni trzymali się w objęciach. Było widać, że nie zostali zabici skutkiem eksplozji, a zginęli od uduszenia.

Koło trzech lat trwała tego rodzaju praca dająca materiał o rozmiarach i skutkach katastrofy. Przeszukano skrupulatnie główniejsze chodniki i sztolnie, by ciała nieszczęśliwych górników odnaleźć.

Pomimo największych wysiłków i ofiar i pracy nie można było dotrzeć do wszystkich miejsc, gdzie górnicy przed katastrofą pracowali. Pewne miejsca, tak zwane rabunki, siłą eksplozji lub z powodu zbutwienia drzewa, zostały w taki sposób zwalone, że stały się niedostępnymi dla człowieka. Strop nad 19 pokładem był bardzo słaby, toteż zawały sięgały w niektórych miejscach kilkadziesiąt metrów w górę. Nikt nie jest w stanie podać dokładnie liczby, ilu z robotników zdołano wydobyć na wierzch i pogrzebać, a ilu zostało pogrzebanych w kopalni.

W miarę postępowania prac oczyszczających w kopalniach przybywało coraz więcej ochotników do pracy w aparatach, tak, że w trzecim roku po katastrofie, gdy wydobywanie trupów było już na ukończeniu, załogi zmienne liczyły już po 200 górników. W końcu przyszła kolej na oczyszczenie stajni, w których leżało uduszonych przeszło 30 koni. Otrzymaliśmy rozkaz udać się do V i VI poziomu dla oczyszczenia stajni z padliny końskiej. Każdy otrzymał nowe kauczukowe rękawice i topór osadzony na dłuższym „helmisku”, za pomocą którego kazano nam padlinę końską rąbać w kawałki i pakować do specjalnych krytych wozów do tego celu sporządzonych. Dochodząc przed drzwi stajni i zobaczywszy ten niezwykły obraz, w różnych pozycjach leżące konie, nie mogliśmy na razie opanować nerwów, aby wykonać przekazaną pracę. Za kilka tygodni zostały i stajnie oczyszczone, padlina wydobyta na wierzch i pogrzebana w głębokim rowie koło hałdy odpadków szybu Jana i Karola.

Uczuciowe objawy hr. Larischa

Opis fragmentów katastrofy nie byłby zupełny, gdybym omieszkał podnieść, z jakimi uczuciami odnosił się do ofiar katastrofy przedsiębiorca bogobojny dr. Larisch. Karwińskim probostwem zarządzali wówczas Jezuici, sprowadzeni do Karwinej na skutek zabiegów dr. Larischa. Jezuici byli też najwierniejszymi doradcami w takim wypadku, gdy chodziło o wyraz uczuciowy w obrazie bigoteryjnym dla nieszczęsnych następstw katastrofy. Dla zagłuszenia wyrzutów sumienia Larischa i zagłuszenia płaczu wdów i setek sierót, polecono Larischowi wybudować skromną kaplicę, na polu około drogi w pobliżu dworu Henryka.

W miejscu, gdzie wystawiono kaplicę, 240 metrów pod ziemią znajduje się prawie środek nieszczęśliwego pola górniczej katastrofy dnia 14 czerwca 1894. Na tym miejscu spoczywa do dziś dnia kilkadziesiąt ofiar katastrofy.

Skutkiem katastrofy (której przyczyna nie została ujawniona) postradało życie setki zdrowych w sile górników, ojców rodzin, pozostawiając setki sierót i wdów. Kaplica ma być dowodem uczucia i łaski dla nieszczęśliwych.

Dla górników, szczególnie postępowych, kaplica jest świadkiem zbrodni popełnionej na bezrobotnym robotniku przez nieubłagany i nienasycony wyzysk przedsiębiorców. Jest to zarazem widoczny znak wołających o pomstę za krzywdy, która nastąpi wtenczas, kiedy górnicy uzbrojeni w silną organizację, zmienią dzisiejszy morderczy porządek w górnictwie, który przedsiębiorcy przynosi krocie zyski, a nie zna litości a krzywd wdów i sierót.

Końcowe uwagi

Fragment katastrofy górniczej, zobrazowany w niniejszym prawdziwym streszczeniu, stanowi tylko ogniwo tego zbrodniczego łańcucha, którym opasane są kopalnie węgla.

Nastręcza się pytanie o przyczyny wyjątkowego zainteresowania się prawie tą katastrofą z 14 czerwca 1894 r. z pominięciem dziesiątek podobnych nieszczęść na innych kopalniach. Wyjątkowo charakteryzuje tę katastrofę znaczenie historyczne, określające lekkomyślność wobec życia robotnika. Istnieje przynajmniej zwyczaj, że po nieszczęściu szuka się następnie przyczyn i winowajców tego złego. W tym wypadku stwierdzenie przyczyn pośrednich i znalezienia winnego katastrofy, w której prawie cała załoga pokładu zginęła – stało się prawie niemożliwym. Różne osądzenia i przypuszczenia nie mogły być uznane za wiarygodne, tym bardziej, że katastrofa nie ograniczyła się do jednego katastrofalnego wybuchu, który powtórzył się co najmniej siedmiokrotnie.

A jednak przyczyna tego straszliwego nieszczęścia była i jest do dziś dnia widoczną. Znajduje ona wyraz w zachowaniu się właściciela kopalni, w stosunkach prawnych zobowiązań, wobec widma niebezpieczeństwa widocznego każdodziennie. Bez najmniejszych skrupułów i zastanowienia się nad następstwami, rabunkowa eksplozja grubego na 4 metry pokładu, przepełnionego najwyższym procentem palnych gazów nakazywała zachowanie największej ostrożności. Tajemnicą pozostaje na zawsze, w czym leży przyczyna katastrofy, czy zapalenie gazów nastąpiło od strzału lub lampy. Bezpośrednią przyczynę tej katastrofy przypisać należy tej okoliczności, że nie dopatrzono ostrożności nawet w najprymitywniejszych zarządzeniach.

Następstwa po katastrofie również stanowią wyróżniające okoliczności. Przeszło 4 lata po katastrofie musiano zupełnie zamknąć nie tylko szyb Jan Karol wraz z pokładem 19 i produkcję zastawić, lecz odbiło się to na reszcie szybów Larischa. Przeszło trzy tysiące górników zostało pozbawionych pracy i zarobku, zmuszonych bądź szukać pracy na sąsiednich kopalniach lub zupełnie pożegnać górnictwo. Kopalnie, objęte katastrofą, wczoraj jeszcze w szalonym tempie produkcji, zamienione zostały na smętne grobowce, odwiedzane codziennie przez płaczące wdowy i sieroty. Koło kopalni zamiast kręcących się urzędników, naganiaczy do pośpiechu w pracy produkcji, widać tylko jakiegoś starszego górnika, któremu powierzono obecnie dozór nad szczelnie zamkniętą kopalnią. Kolonie górnicze przedstawiały pustkowie. Mężczyźni albo spoczywali w głębi szybu, a inni zmuszeni wędrować za pracą, tygodniami całymi nie wracali do rodziny. Trudno opisywać te przeżycia górników po katastrofie, do czasu, gdy po 4 latach w pojedynkę powracali znów na swoje stare miejsca, aby oglądnąć już na własne oczy następstwa strasznej katastrofy.

Katastrofa na szybie Jan Karol w dniu 14 czerwca powinna być wcielona w historię walki w obliczu śmierci.

Alojzy Bonczek

 

Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem autora, Drukarnia Ludowa we Frysztacie, 1931. Na potrzeby niniejszej publikacji dokonano drobnych poprawek językowych dostosowujących polszczyznę do współczesnych reguł, ale zachowując jak najwięcej pisowni oryginalnej. Oryginalne wydanie broszury znajduje się w zbiorach Książnicy Cieszyńskiej i jest zdigitalizowane przez nią. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska.

 

Alojzy Bonczek (1865-1937) – urodzony w Suchej Górnej na Śląsku Cieszyńskim w rodzinie robotniczej, po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął pracę jako taczkarz w kopalni Handwerk/Gabriela w Karwinie. Jako 16-latek był jednym z inicjatorów dzikiego strajku taczkarzy. Po odbyciu czteroletniej służby wojskowej pracował jako rębacz w kopalni Jan-Karol w Karwinie aż do roku 1905. Należał do pierwszego robotniczego zrzeszenia w zagłębiu karwińsko-ostrawskim – „Prokop”, które stanowiło zalążek lewicowego związku zawodowego Unia Górników, którego był jednym z lokalnych liderów. W roku 1900 był członkiem komitetu strajkowego podczas ogromnego, 11-miesięcznego strajku powszechnego górników w zagłębiu karwińsko-ostrawskim. Od początku XX wieku działacz austriackiej partii socjaldemokratycznej, a od roku 1905 Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. Należał do inicjatorów powołania pierwszej na Śląsku Cieszyńskim spółdzielni spożywców – utworzonej w 1897 roku w Stonawie – która dała początek silnemu ruchowi spółdzielczemu na tym terenie. Wieloletni współpracownik pism lewicowych: „Górnik” (w latach 1915-1918 był jego redaktorem prowadzącym), „Kropidło” i „Robotnik Śląski”. W momencie formowania się niepodległych państw na gruzach monarchii był członkiem Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego. Po przyznaniu jego rodzinnych stron Czechosłowacji, należał do twórców i liderów Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. W obliczu jej skrętu w kierunku „internacjonalizmu”, w 1935 należał do rozłamowej grupy, która utworzyła Polską Partię Socjalno-Demokratyczną. Pełnił rozmaite funkcje społeczne – w ruchu związkowym, spółdzielczym, w samorządzie lokalnym. Autor kilku broszur lewicowych – ideologicznych oraz historyczno-wspomnieniowych, a także „Historii budowy kościoła w Stonawie”.

Nie będzie podwyżek dla budżetówki

Nie będzie podwyżek dla budżetówki

W przyszłym roku brak zauważalnych podwyżek dla budżetówki.

Planowane podwyżki płac tej grupy w roku 2025 wyniosą około 4%. O sprawie informuje „Dziennik Gazeta Prawna”. Według jego informacji budżetówka nie otrzyma w 2025 realnych podwyżek. Podwyżka o 4,1% będzie bowiem odpowiadała inflacji. To oznacza podwyżkę w wartościach nominalnych, a nie realnych. A i to tylko pod warunkiem, że inflacja nie będzie wyższa niż planowane 4,1% rok do roku.

„Dziennik Gazeta Prawna” ustaliła, że w 2025 r. urzędnicy i służby mundurowe będą mogli liczyć na wzrost uposażenia zaledwie o 4,1 proc. Tak wynika z dokumentu ministra finansów przekazanego członkom rządu. Gazeta informuje także, iż przedstawiciele związków zawodowych są pełni gniewu – żądają podwyżek w przedziale 10-15%.

Proponowana w zapowiedziach rządu pensja minimalna na umowie o pracę ma wynieść w 2025 roku 4626 zł brutto. Oznacza to wzrost o 326 zł brutto w stosunku do kwoty obowiązującej od 1 lipca 2024 r. (4300 zł), czyli o 7,6 proc. Donald Tusk mówi jednak o jeszcze mniejszej kwocie brutto i mniejszym wzroście – 4-5%.

Duże podwyżki cen gazu

Duże podwyżki cen gazu

Od lipca szykują się duże podwyżki cen gazu.

Jak informuje PGNiG, od 1 lipca zaczną obowiązywać nowe taryfy dotyczące sprzedaży i dystrybucji gazu. W tej chwili, na mocy ustawy z 15 grudnia 2022 roku, gospodarstwa domowe i inni odbiorcy mogą korzystać z niższych cen gazu dzięki ochronie taryfowej. Stawka za gaz dla tych użytkowników wynosi 24,62 gr/kWh brutto, a opłaty abonamentowe i dystrybucyjne są na poziomie z końca 2022 roku.

Nowe, wyższe ceny gazu oraz stawki opłat od 1 lipca 2024 roku zaczną obowiązywać klientów chronionych taryfowo. PGNiG Obrót Detaliczny podniesie cenę gazu o około 45 procent – z 24,62 gr/kWh do 35,79 gr/kWh brutto (z 20,02 gr/kWh do 29,10 gr/kWh netto) dla gazu wysokometanowego grupy E. Również stawki opłat abonamentowych wzrosną. Podobnie będzie w przypadku gazu zaazotowanego. Dla podgrupy Lw cena wzrośnie z 24,62 gr/kWh do 35,79 gr/kWh brutto, a dla podgrupy Ls z 24,62 gr/kWh do 36,29 gr/kWh brutto. To oznacza podwyżkę odpowiednio o 45 proc. i 47 proc.

Dla odbiorców objętych ochroną taryfową, średni wzrost cen gazu od 1 lipca 2024 roku wyniesie około 45-47 proc. Odbiorcy nieobjęci ochroną taryfową odczują podwyżki na poziomie około 59 procent już od lipca 2024 roku.

Dokąd jedzie Polska?

Wiele jest tematów, o których piszemy od lat. Nie z powodu braku innych pomysłów. Dlatego, że są one bardzo ważne pod względem społecznym. Innym szybko się nudzą. My uważamy, że dopóki problem trwa, dopóty trzeba o nim pisać. Należy do nich temat transportu zbiorowego i jego różnych aspektów.

Zajmujemy się tym od pierwszego numeru pisma „Obywatel”, na bazie którego powstał później „Nowy Obywatel”. To już 24 lata. W tym czasie pisaliśmy wielokrotnie o kolei i jej niszczeniu. O wykluczeniu transportowym. O zapaści komunikacji zbiorowej na prowincji. O stale rosnącej motoryzacji indywidualnej. O tym, że na kolej nigdy „nie ma” poważnych środków, ale zawsze są grube miliardy na drogi. Ale także o tym, że ludzie są często skazani na samochody, po zniszczeniu innych form transportu. I że nie jeżdżą nimi na złość całemu światu i planecie, lecz z braku innych możliwości.

Trwało to przez lata. W tym czasie mainstreamowe media pisały o „nierentownych” pociągach i autobusach. O tym, że autostrady to nowoczesność, a kolej to relikt przeszłości. O tym, że gdy państwo czy powiat dokładają do transportu zbiorowego, jest to marnotrawstwo, ale gdy niezamożny człowiek tankuje co miesiąc auto za kilkaset złotych, żeby w ogóle móc dojechać do pracy, to jest rentownie i racjonalnie. Obok tych wywodów umieszczano za setki tysięcy reklamy koncernów motoryzacyjnych. W ramach rzetelności dziennikarskiej, rzecz jasna.

Później mody się zmieniły. Bo ekologia, bo rządził PiS, bo wielkomiejska klasa komentatorska ma pod nosem metro i resztę świetnego transportu zbiorowego. Zaczęło się zatem a to nagłe i znacznie spóźnione lamentowanie nad wykluczeniem komunikacyjnym, a to żądanie stworzenia na zawołanie świetnego transportu zbiorowego, a to pomstowanie na „ciemniaków”, którzy jeżdżą dieslami wbrew zmianom klimatycznym itd. Neofici są zazwyczaj najbardziej zapalczywi, więc był to dość kiepski teatrzyk.

Wracamy dzisiaj kolejny raz do tematyki transportu w Polsce. W gronie autorów, którzy zajmują się tym od lat, konsekwentnie i wnikliwie. Zgromadziliśmy w jednym numerze najlepszych fachowców, choć oczywiście nie wszystkich. Mówią i piszą o CPK – sensie i sednie tej inwestycji. O tym, co dalej z koleją w Polsce, żeby była naprawdę przydatna. Dlaczego sprawny transport zbiorowy jest swoistym prawem człowieka. Jak wygląda wykluczenie komunikacyjne i jego przeróżne aspekty. Ile kosztowałoby wyeliminowanie tego problemu. Ile wydajemy na drogi i dlaczego tak dużo. Jak stworzyć alternatywę dla samochodów lub częstej jazdy nimi – ale bez moralizowania ludziom i pohukiwania na nich. Czy kluczowa jest mobilność przestrzenna – czy raczej brak konieczności przemieszczania się za wieloma sprawami. Jakie są przykłady sprawnego lokalnego transportu zbiorowego w Polsce. I o jeszcze innych aspektach i wyzwaniach dotyczących tej dziedziny życia.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział czasopismo niebranżowe, które w jednym numerze oferuje taką dawkę informacji o transporcie w Polsce. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

W Radomiu też zwolnienia

W Radomiu też zwolnienia

W trzech radomskich zakładach zostaną przeprowadzone zwolnienia grupowe. Z problemami borykają się firmy metalurgiczne oraz odzieżowa.

Jak informuje portal money.pl, firma odzieżowa B&M Clothing Company z Radomia planuje zwolnić w swoim zakładzie 123 osoby. Chodzi o brak możliwości efektywnego konkurowania z odzieżą sprowadzaną z Chin.

Problemy ma także spółka Altha Powder Metallurgy. Tutaj zwolnienia dotknęły już 33 pracowników. Altha Powder Metallurgy od ponad 20 lat jest dostawcą części produkowanych technologią metalurgii proszków.

Kolejnym z zakładów składających wniosek dotyczący zwolnień w powiatowym urzędzie pracy jest Toho Poland. To polski oddział japońskiej firmy specjalizującej się w produkcji metalowych oraz plastikowych części łożysk. Oddział w Radomiu zostanie zlikwidowany, a pracę straci 115 osób. Zamykanie zakładu potrwa dwa lata.

To nie koniec zwolnień w regionie. W miejscowości Maków oddalonej od Radomia o 10 km, 119 osób straci pracę w działającej od ponad 25 lat hucie szkła Solbika – donosi Radio Plus.

Odzieżówka też zwalnia

Odzieżówka też zwalnia

Znane polskie przedsiębiorstwo odzieżowe ogłosiło, że dokonało poważnych cięć kadrowych. Marka 4F zwolniła 130 pracowników.

Jak informuje Business Insider, OTCF, firma której częścią jest marka sportowa 4F, ograniczyła znacząco zamówienia nowych kolekcji. Ograniczono także większe inwestycje oraz zmniejszono główne pozycje kosztowe, co wiązało się z redukcją zatrudnienia o ponad 130 osób.

Firma za swoje niepowodzenia wini ogólne warunki gospodarcze oraz zaprojektowanie nietrafionej kolekcji ubrań, która nie zainteresowała klientów.

Ubywa pracy

Ubywa pracy

Negatywne tendencje zaczynają być widoczne w statystykach rynku pracy.

Jak informuje salon24.pl, na polskim rynku pracy nie dzieje się ostatnimi czasy najlepiej. Polacy tracą pracę nawet w branżach uważanych dotąd za bezpieczne. Świadczą o tym nowe dane GUS.

Wprawdzie z danych Eurostatu wynika, że pod koniec kwietnia 2024 r. stopa bezrobocia wyniosła w Polsce 5,1 proc., co przekłada się na ponad 780 tys. osób bezrobotnych – czyli najmniej od 1991 roku. Ale dla osób tracących pracę to niewielkie pocieszenie, tym bardziej że odzwierciedla to tendencje demograficzne, czyli ubytek osób w wieku produkcyjnym w całej populacji.

Natomiast ludzi zwalnianych z pracy jest coraz więcej. Tylko na Mazowszu w ciągu pierwszych miesięcy tego roku pracę straciło ponad 2,5 tysiąca osób z aż 38 zakładów. W całym kraju w marcu zwolnienia grupowe zadeklarowało 159 firm i objęły one w sumie 17 tys. pracowników. To więcej niż przed rokiem. W kwietniu 2024 r. grupowo zwalniały kolejne 43 zakłady, pozbywając się w sumie ponad 2,4 tys. pracowników. Oprócz tego trwają zwolnienia na mniejszą skalę. Na przykład w branży IT w pierwszym kwartale 2024 roku pracę straciło 45 tys. osób. Przy wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną zatrudnienie rok do roku zmniejszyło się o ponad 3%.

GUS podaje, że w marcu powstało 88,1 tys. nowych ofert pracy – to o 9,1 proc. mniej niż rok temu. Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w kwietniu 2024 roku wyniosło 6 499 400 osób i było o 0,4 proc. mniejsze niż przed rokiem.

Wyścig z czasem

Wyścig z czasem

Zaczynają się modernizacje finansowane z Krajowego Planu Odbudowy. Trzeba je zrealizować do połowy 2026 roku. Będzie z tym duży problem.

– „Na chwilę obecną przyjmuje się ukończenie wszystkich zaplanowanych przedsięwzięć w terminie do końca drugiego kwartału 2026 r.” – mówi rzecznik prasowy PKP Polskich Linii Kolejowych Karol Jakubowski. I zapewnia: „PKP PLK stale monitorują projekty, aby zminimalizować wystąpienie ryzyka i zrealizować projekty w terminie przyjętym w Krajowym Planie Odbudowy”.

Dokument KPO wskazuje, że realizacja przedsięwzięć prowadzonych ze wsparciem z tego źródła musi skończyć się do 30 czerwca 2026 r.

Choć sam dokument został uzgodniony przez Polskę i Komisję Europejską w 2022 r., to następnie z powodu ciągnącego się dwa lata konfliktu o fundusze KPO mocno skurczył się czas na realizację przedsięwzięć.

To się nie uda

Z podpisaniem kilku dużych umów na modernizacje linii kolejowych w ramach KPO spółka PKP PLK musiała wstrzymywać się prawie rok. W przetargu na modernizację linii Pszczyna – Żory oferty otwarto w czerwcu 2023 r., a umowę z wykonawcą zawarto w marcu 2024 r. Również w marcu 2024 r. podpisana została umowa na rewitalizację linii Kępno – Oleśnica, na którą oferty otwarto w maju 2023 r. Dzięki przywróceniu tej linii do życia znów będzie możliwy dojazd koleją do Wrocławia z pogranicza województw wielkopolskiego, łódzkiego, opolskiego i dolnośląskiego. Linia ma zostać zelektryfikowana, a pociągi mają na niej rozpędzać się do 160 km/h.

Na razie musi rozpędzić się wykonawca. Zgodnie z warunkami umowy, dokumentacja projektowa ma powstać w 10 miesięcy od podpisania umowy, czyli do stycznia 2025 r., a dokumentacja wykonawcza w kolejne siedem miesięcy, czyli do sierpnia 2025 r. Ten harmonogram pozostawia więc niecały rok na prace torowe, instalację nowych urządzeń sterowania ruchem, budowę dwóch podstacji trakcyjnych i elektryfikację linii.

Warunki umowy wskazują, że prace na linii mają zakończyć się 27 miesięcy od podpisania umowy, a więc dokładnie w czerwcu 2026 r. Jak widać, nie założono nawet jednego miesiąca rezerwy.

W marcu 2024 r. podpisano wartą 2,4 mld zł umowę na kompleksową przebudowę nieczynnego w ruchu pasażerskim od 2004 r. odcinka Nowy Sącz – Limanowa (wraz z projektowaną linią Piekiełko – Podłęże ma on stworzyć nowy ciąg łączący Sądecczyznę z Krakowem). Jak oznajmiono w informacji prasowej, „czas wykonania prac PKP PLK określiły na 31 miesięcy”. To oznacza, że termin zakończenia robót wyznaczono na październik 2026 r., a więc już po dacie, do której trzeba zdążyć z przedsięwzięciami realizowanymi w ramach KPO. Termin ten i tak należy uznać za optymistyczny – zlecenie obejmuje bowiem drążenie tunelu o długości 3,8 km oraz budowę linii częściowo nowym śladem.

Plan odbudowy kolei

Większe szanse na wyrobienie się z pracami do połowy 2026 r. dają mniejsze przedsięwzięcia objęte Krajowym Planem Odbudowy. Ich celem jest zwiększenie przepustowości i likwidacja wąskich gardeł.

To między innymi budowa posterunków odstępowych, które umożliwią zwiększenie częstotliwości kursowania pociągów. Mają one powstać na odcinkach Bardo – Kłodzko, Koluszki – Tomaszów Mazowiecki, a także na odcinku Łask – Pabianice, na którym zlecono stworzenie posterunku odstępowego Kolumna – w miejscu, gdzie taki posterunek istniał do 2020 r., lecz został zlikwidowany podczas modernizacji linii.

Na linii Warszawa – Częstochowa na stacji Rozprza zostanie odbudowany dodatkowy tor, co ułatwi przepuszczanie pociągów pasażerskich przez składy towarowe. Mówiąc nawiasem, tor – którego odbudowa będzie kosztować 11,2 mln zł – został zlikwidowany przez PKP PLK podczas przebudowy stacji w latach 2014-2015.

KPO zdalnie sterowane

Część funduszy z KPO spółka PKP PLK postanowiła przeznaczyć na upowszechnienie komputerowych systemów zdalnego sterowania ruchem kolejowym.

Na przykład na linii Radom – Dęblin z nastawni na stacji Jedlnia-Letnisko zdalnie sterowane będą stacje Pionki, Żytkowice i Garbatka-Letnisko. Z kolei stacja Rząsawa na linii Częstochowa – Chorzew-Siemkowice będzie zdalnie sterować pozostałymi stacjami na tej trasie: Cykarzew, Brzeźnica nad Wartą i Biała Pajęczańska. Jest to o tyle zaskakujące, że na tych trzech stacjach podczas zrealizowanej w latach 2018-2021 modernizacji wybudowano nowe nastawnie.

Dzięki funduszom z KPO w różnych częściach Polski mają zostać zainstalowane na peronach wyświetlacze informujące pasażerów o ruchu pociągów, natomiast na skrzyżowaniach torów z drogami urządzenia samoczynnej sygnalizacji przejazdowej.

Dostosowanie do realnych możliwości

Rzecznik PKP PLK zapewnia, że spółka poważnie podchodzi do terminowości prac. – „Wszystkie projekty monitorowane są na bieżąco i w sytuacji możliwości wystąpienia ryzyka podejmowane są działania w zakresie ich łagodzenia” – mówi Karol Jakubowski, precyzując, jakie to działania: „Dbanie o terminowość w procesie pozyskiwania decyzji, współpraca z organami prowadzącymi postępowania oraz utrzymywanie stałych i dobrych relacji, nadzór ściśle określonych terminów, a także unikanie konieczności uzupełniania braków formalnych w dokumentach”.

W spółce PKP PLK zapytaliśmy, które z przedsięwzięć objętych KPO uważa się za najbardziej zagrożone opóźnieniami. Karol Jakubowski nie wskazał konkretnych, już zleconych zadań, ale zapewnił: „Trwa przegląd projektów i możliwości ich realizacji. W zależności od wyników tej analizy będą podejmowane decyzje co do zasadności ich finansowania z funduszy KPO lub ewentualnie z innych źródeł”.

Analiza ta dotyczy przede wszystkim tych przedsięwzięć, dla których wciąż jeszcze nie zostały podpisane umowy z wykonawcami.

Z kolei Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej w ramach rewizji – której celem jest „dostosowanie przyjętych zobowiązań do realnych możliwości Polski” – zaplanowało rozmowy z Komisją Europejską na temat zmiany terminu zakończenia przedsięwzięć z zakresu infrastruktury kolejowej. Resort chce zaproponować przesunięcie terminu zaledwie o dwa miesiące – do 31 sierpnia 2026 r.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/130 maj-czerwiec 2024)
https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski.

Fachowcy kontra Bodnar

Fachowcy kontra Bodnar

Przedstawiciele Instytutu Transportu Samochodowego negatywnie ocenili propozycję złagodzenia przepisów o konfiskacie pojazdów pijanym kierowcom.

Jak informuje portal brd24.pl, przez pierwsze dwa miesiące obowiązywania prawa o konfiskacie policja zatrzymała pijanym kierowcom prawie 1000 pojazdów, a liczba wypadków powodowanych przez nietrzeźwych spadła w tym roku aż o 40 proc. Mimo to Ministerstwo Sprawiedliwości proceduje projekt nowelizacji Kodeksu karnego, który zmieni to narzędzie. Zmiany prawa zakładają zniesienie obowiązkowego odbierania pojazdów pijanym kierowcom. Zawsze decydował o tym będzie sędzia. Nowelizacja Bodnara zniesie też obowiązek zapłaty równowartości pojazdu w przypadku, gdy pijany lub będący pod wpływem narkotyków kierowca nie jest jego jedynym właścicielem.

Ministerstwo Sprawiedliwości przekazało projekt zmian do konsultacji publicznych. Jedną z instytucji, która wyraziła opinię o projekcie, jest Instytut Transportu Samochodowego. To podmiot, który od dekad zajmuje się m.in. badaniami dotyczącymi bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce i prowadzi Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

23 kwietnia ITS przekazał negatywną opinię na temat proponowanych zmian. Badacze napisali: „Jako instytucja od lat zajmująca się badaniami i analizami przyczyn zagrożeń na drogach popieramy zaostrzenie kar w stosunku do pijanych kierowców przede wszystkim jako działanie profilaktyczne, powstrzymujące kierowców od niebezpiecznych zachowań. W tym kontekście stoimy na stanowisku, że przedstawiona propozycja złagodzenia kar za prowadzenie pojazdów pod wpływem alkoholu z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego jest niekorzystna i może spowodować zmniejszenie wpływu tego środka prawnego na zachowania kierujących”.

Badacze zauważają też, że ze względu na bezpieczeństwo ruchu drogowego bardzo ważna jest nieuchronność kary i szybka jej realizacja, a „zaproponowane zmiany w znaczny sposób odsuną w czasie wykonanie kary”. Przedstawiciele ITS zaznaczyli też, że „istotą zmienianej ustawy była dotkliwość kary i wyeliminowanie niebezpiecznych kierowców z ruchu, czyli ochrona uczestników ruchu przed zagrożeniem powodowanym przez kierowców prowadzących pojazd pod wpływem alkoholu” oraz że „zniesienie minimalnej kwoty nawiązki zasądzanej przez Sąd oraz zniesienie obligatoryjnej konfiskaty pojazdu stanowi istotne złagodzenie kary, a tym samym znacznie zmniejszy profilaktyczny wymiar kary”.

Naukowcy przytoczyli ministrowi dane dotyczące wypadków, które w 2023 r. spowodowali pijani kierowcy. Stanowiły one 7 proc. wszystkich wypadków drogowych w Polsce, ale „w ich wyniku zginęło aż 12 proc. zabitych na drogach.

Tu przeczytasz nasz tekst o wsparciu Bodnara dla pijanych kierowców: Święty Bodnar – patron drogowych pijaków? 

Kolejni na bruk

Kolejni na bruk

230 osób ma stracić pracę w ramach zwolnień grupowych w Yazaki Automotive Products Poland w Mikołowie.

Portal tysol.pl pisze, że 7 czerwca ma się odbyć kolejna runda rozmów między zarządem spółki i przedstawicielami związków zawodowych na temat regulaminu zwolnień grupowych. Redukcja zatrudnienia ma zostać przeprowadzona w dwóch turach. Pracę ma zachować jedynie 37 osób, jednak nie wiadomo, czym będą się one zajmować. Zakład zakończył kontrakt na dostawę wiązek do samochodów Maserati, a innych projektów nie ma. – „Przez lata byliśmy mamieni obietnicami, godziliśmy się na kolejne wyrzeczenia, żeby ratować zakład. Ludzie czują się oszukani – mówi Katarzyna Grabowska, przewodnicząca „Solidarności” w YAPP.

Zwolnienia grupowe dotknęły załogę firmy już w 2020 roku. Pracę straciło wtedy 500 osób, a w Mikołowie zakończyła się produkcja wiązek elektrycznych do Fiata 500. – „Wówczas zapewniano nas, że w zakładzie przeprowadzone zostaną inwestycje, m.in. w automatyzację części produkcji. Zgodziliśmy się na redukcję zatrudnienia, na pogorszenie warunków płacowych, na brak podwyżek w kolejnych latach. Dzisiaj z obietnic pracodawcy nie zostało nic” – mówi „Tysolowi” przewodnicząca związku. Kolejna fala zwolnień oznacza niemal likwidację firmy. Z niegdyś ponad 700 zatrudnionych pracę ma zachować zaledwie niespełna 40 osób.

Ponad minimum zagwarantowane przepisami polskiego prawa, zarząd YAPP zaoferował pracownikom dodatkowe świadczenie w wysokości miesięcznego wynagrodzenia pracownika oraz 6500 zł brutto. „Solidarność” postuluje znacznie wyższe odprawy. Podczas pierwszej fali zwolnień grupowych w 2020 roku pracownicy z najdłuższym stażem dostali 15-krotność pensji.

Zatrzymać likwidację zakładu!

Zatrzymać likwidację zakładu!

Zwalniani pracownicy Walcowni Rur „Andrzej” w Zawadzkiem i mieszkańcy miasta protestowali przed bramą zakładu.

O sprawie informuje związek zawodowy „Solidarność”. „My jako pracownicy Walcowni Rur Andrzej i jako mieszkańcy Zawadzkiego i całego województwa opolskiego najbardziej potrzebujemy znalezienia inwestora, który by mógł uratować ten zakład, uratować miejsca pracy” – powiedział podczas konferencji prasowej przed protestem Dariusz Brzęczek, przewodniczący Solidarności w Walcowni Rur Andrzej i jednocześnie przewodniczący Zarządu Regionu Śląsk Opolski NSZZ „Solidarność”.

„Koniunktura w obecnej chwili jest rzeczywiście zła. Ale nigdy nie było tak, żeby był spadek w linii prostej. Zawsze były drgania, zawsze hutnictwo wychodziło z nich na wyższy poziom. Czy dzisiaj potrzebujemy hutnictwa? (…) Czy jako kraj stać nas na kolejną likwidację zakładu hutniczego? Jak to możliwe, że pracodawca przez tyle lat nie doinwestował zakładu?” – pytał z kolei Andrzej Karol, przewodniczący Krajowej Sekcji Hutnictwa NSZZ „Solidarność”.

Michał Rytel, burmistrz gminy Zawadzkie powiedział zaś: „Dla nas to, co dzieje się z walcownią, to jednocześnie nie lada tragedia, ale też wyzwanie. (…) Powstaje czarna dziura na mapie gminy Zawadzkie. Nikt nie ma pomysłu, co będzie się dalej działo z tym terenem”. Dodał, że likwidacja walcowni to także dramat dla samej gminy, do której co miesiąc wpływało kilkaset tysięcy złotych z tytułu podatków od właściciela zakładu. Ta decyzja doprowadzi też więc do zubożenia okolicy.

W samym proteście oprócz pracowników walcowni brali udział przedstawiciele NSZZ „Solidarność” z innych regionów i zakładów pracy, przede wszystkim z branży hutniczej. Zjawili się także mieszkańcy Zawadzkiego. Duża część z nich pracuje lub pracowała w walcowni. Ludzie krzyczeli pod adresem właściciela walcowni, firmy Alchemia: „Nigdy więcej Alchemii na opolskiej ziemi!”, „Złodzieje!”. Mówili, że są rozgoryczeni decyzją właścicieli walcowni. Często w zakładzie pracują bowiem całe rodziny, które nagle, często po kilkudziesięciu latach pracy, zostaną z niczym. Podczas protestu pracownicy walcowni opowiadali o tym, jak wielką stratą dla lokalnej społeczności jest zamknięcie zakładu. Przed walcownię przyjechały także dwa wozy ciężarowe reprezentując firmy, które współpracują z zakładem, a które na decyzji o jego zamknięciu także stracą.

Zdjęcie w nagłówku tekstu pochodzi ze strony internetowej Tygodnika Solidarność.