przez Dominika Lichańska | wtorek 20 sierpnia 2024 | opinie
Milcz, wężu łysy! Ja żem jest postacią tragiczną
i ofiarą przemian ustrojowych w tym nienormarnym kraju.
pisownia oryginalna, Ferdynand Kiepski w odcinku 180 – Waldemar
Renesans serialu
W ostatnich latach, szczególnie w kulturze internetu, możemy zaobserwować swoisty renesans „Świata według Kiepskich”. Przejawia się on ogromną ilością doomer memów, które przedstawiają, zwykle czarno-białe, kadry z serialu, z wyrwanymi z kontekstu cytatami wypowiedzi bohaterów. Oglądając znienawidzony przez elity początku lat dwutysięcznych sitcom (np. wypowiedź Olgi Lipińskiej ,,Jeżeli Polsce podoba się [Świat według Kiepskich], to pora umierać…”), możemy nie zwrócić uwagi na dialogi, które pod płaszczem komizmu językowego i ludyzmu produkcji, skrywają kolejne warstwy. Bo „Świat według Kiepskich” jest jak cebula – ma wiele warstw. Warstwy te prawdopodobnie zostały zaszczepione do serialu z pełną premedytacją. Jego pierwotni twórcy (do 282 odcinka), stanowili wrocławską awangardę świata sztuki. Na przykład Aleksander Sobiszewski i Janusz Sadza tworzyli projekt Mader Faker Studio, przedstawiający krótkie skecze, nawiązujące do subkultury blokersów, a jednocześnie kpiące z polskiej inteligencji. Sadza był jednocześnie mieszkańcem wrocławskiego Trójkąta Bermudzkiego, w którym osadzona została akcja serialu, inspirowana jego doświadczeniami.
Kiepska analiza
„Świat według Kiepskich” to nie byle jaki kamp. To dzieło kultury symbolicznej. Bije z niego obcość, bije marginalizacja, a życie bohaterów jest wypadkową tego, jak radzą sobie ze skutkami transformacji ustrojowej. Jednocześnie trajektorie życia bohaterów przedstawione zostały w sposób humorystyczny, co prawdopodobnie było jednym z powodów tak wysokiej oglądalności serialu i jego sukcesu. Z Kiepskimi można było się utożsamiać. Aż 55% polskiego społeczeństwa to przegrani terapii szokowej, dla których wartości i gusty promowane przez neoliberalne elity, były niedoścignione.
Społeczeństwo, którego habitus nastawiony był na egalitaryzm, etatyzm i konformizm, zderzyło się z kultem indywidualizmu, konsumpcjonizmem, mobilnością, przedsiębiorczością, niespełniającymi oczekiwań zbiorowości pogrążonej w recesji na niemal każdym polu życia. Mimo wszystko, bohaterowie sitcomu musieli jakoś radzić sobie z traumą, a ich przerysowane przygody choć trochę łagodziły ładunek emocjonalny, jaki niosły ze sobą czasy przełomu lat 90. i 2000. Z jednej strony mamy innowacyjnego, próbującego wzbogacić się w nowej kapitalistycznej rzeczywistości Mariana Paździocha, a z drugiej biernego, zrezygnowanego, niego anarchicznego – głównie konsumującego piwo jednej marki – Ferdynanda Kiepskiego.
Balcyrewicz musi odejść…
Tytuł 161 odcinka serialu jest parodią słynnego sloganu politycznego używanego przez przeciwników Planu Balcerowicza. Maksyma „Balcerowicz musi odejść” była używana, aby wyrazić krytykę wobec przemian, które narzuciły obywatelom elity polityczne po 1989 roku. Używali jej związkowcy, ale także politycy krytykujący polską „terapię szokową”, np. Andrzej Lepper.
Wspomniany odcinek rozpoczyna nocna scena, w której Ferdynand Kiepski zastaje lamentującego w toalecie Arnolda Boczka. Powodem trosk wrocławskiego rzeźnika, jest, jak mówi „znalezienie się na dnie struktury społecznej”. Załamany Boczek próbuje przekazać Ferdkowi, co spowodowało, że znalazł się w takim położeniu. Opowiada historię swojego pochodzenia, która wywarła wpływ na to, jak ubogi jest obecnie. Z rozpaczy posunął się aż do kradzieży, co jest naruszeniem jego wszelkich zasad moralnych. Kolejnego ranka, gdy Ferdek chce zjeść śniadanie, w kuchni zastaje zapłakanego syna – Waldusia. Okazuje się, że lodówka jest pusta, za co winą obarczają najpierw Halinkę: „Ta matka to nas zajeździ, no przecież ona ni ma żadny odpowiedzialności za rodzinę”. Z dyskusji mężczyzn wyłania się jednak szerszy obraz sytuacji, w której się znaleźli. Waldemar narzeka, że nie może znaleźć pracy, nie może sobie na nic pozwolić, nic kupić, że „Jedne mają wszystko, a my nie mamy nic”.
Wszystko pogarsza jeszcze wizyta Edzia Listonosza, który oznajmia, że przyniósł rachunki i woda podrożała o 2 złote. Podstawowy zasób, który według Ferdynanda powinien być za darmo. Drugi z sąsiadów rodziny Kiepskich również nie może poradzić sobie z warunkami, w których przyszło mu żyć. W wyraźnie niepokojącym stanie, z wiatrówką w rękach, krzyczy na korytarzu, że „Balcyrewicz musi odejść!”. Nie uspokaja go nawet żona, która w myśl obietnic początku lat 90. XX wieku mówi, że „Jutro będzie lepiej”. Gdy demokratyczne metody radzenia sobie z trudnościami nie działają, a Balcyrewicz pozostawia wysłany przez bohaterów list bez odpowiedzi, postanawiają oni obalić ten, jak mówi Paździoch, „Bandycko gospodarczo niemoralny społecznie system”, stosując przemoc.
Już w czasach emisji odcinka, czyli w 2001 roku, oceny procesu transformacji ustrojowej były różne. Głosy na ekranie są jednoznacznie krytyczne. Nie znając nawet jednego odcinka serialu, jesteśmy w stanie połączyć zdanie „W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” z Ferdynandem Kiepskim. Fraza ta może być próbą afirmacji własnej porażki. Jednak za tą porażką, szczególnie w tak mocno nacechowanych politycznie odcinkach jak „Balcyrewicz musi odejść”, mogą stać czynniki strukturalne. W okresie potransformacyjnym jednym z największych problemów było bezrobocie. W wyniku otwarcia polskiego rynku na import towarów z zachodu, a także załamania rynku zbytu oraz dokonania prywatyzacji, doszło do zamknięcia wielu zakładów pracy, płace były niskie, wzrastała „szara strefa”, czyli odsetek osób pracujących bez umowy. Już w 1991 roku, od stycznia do grudnia bezrobocie wzrosło z 6,6% do 12,2%. Przez lata zwiększało się, osiągając najbardziej krytyczny moment w lutym 2003 roku, wynosząc 20,7% – co piąta osoba w wieku produkcyjnym była zarejestrowana w urzędzie pracy – aktywnie jej poszukując.
Stan psychiczny Waldusia w odcinku może być całkowicie uzasadniony. To właśnie jego generacji, czyli pokoleniu wyżu demograficznego, wchodzącemu na rynek pracy po 2000 roku, najtrudniej było ją znaleźć. Sytuacja Ferdynanda jest mniej jednoznaczna, bowiem w odcinku „Syn Nilu” jego bezrobocie ukazano jako klątwę faraona, zaś w wielu innych („Chłopaki okej!”; „Kreatura mody”; „Browary Hills”; „Kazachstaskije wieciera”; „Casino de renta 2000”; „Umarł odbiornik, niech żyje odbiornik”; „Spółdzielnia Radiowęzeł”; „Pograbek”; „Lato w mieście”; „Kocham biurokrację”; „Okrutna pizza”; „Fryzjer”; „Grunt to Prund”) Ferdynand dąży do otwierania małych biznesów. Samo pragnienie Ferdka do bycia kowalem własnego losu nosi znamiona nowej, neoliberalnej narracji. Absurdalne, często absolutnie niepotrzebne pomysły na interes to przedstawienie w ironiczny sposób zwycięzców transformacji, czyli drobnych przedsiębiorców, menedżerów i specjalistów. W odcinkach tych Ferdynand nie przedstawiał siebie jako ofiary transformacji ustrojowej, lecz brał udział w kapitalistycznym performansie, posługując się aparatem pojęciowym Bourdieu i wyznawał retorykę sukcesu.
Prześmiewczy charakter tych przedsiębiorczych odcinków jest często wyłożony widzom bezpośrednio. Na przykład w odcinku „Firma”, gdy nad Kiepskim zawisła groźba wyrzucenia z mieszkania, postanawia on znaleźć pracę. W piwnicy kamienicy przy ul. Ćwiartki ¾ poznaje art biznes dajrektor of internaszynal konsulting – Malinowskiego. Dyrektor, jak sam o sobie mówi, prowadzi szkolenia z zakresu „mobbingu, kołczingu, słiczingu, czendżingu”. W odcinku dominuje korporacyjny żargon, pełen ,,-ingów” i ,,-mentów”. Choć postawa ta imponuje Ferdkowi, szybko okazuje się, że jest czysto fasadowa. Menedżer, który miał być nowym kapitalistycznym wynalazkiem, zostaje skompromitowany, a jego trywialny charakter i mętność są demaskowane. Obiecany awans społeczny i promowanie przedsiębiorczości były zabiegami, mającymi legitymizować szybkie tempo przemian oraz zamaskować ogrom nierówności piętrzących się w ich efekcie, obarczając winą za nie, rzekomo nieprzystosowane społecznie, jednostki.
Są też odcinki, które odsłaniają przed nami zawodową przeszłość Ferdka w PRL-u. Na przykład w odcinku „Puste butle” był przodownikiem pracy, zaś w kilku innych odcinkach, np. „Krótki dzień pracy”, dowiadujemy się, że główny bohater serialu był pracownikiem kablociągu. Z tej perspektywy jego nieudane próby wejścia w kapitalistyczną grę o sukces możemy rozpatrywać jako próbę dostosowania się do nowej rzeczywistości, w której życie nie toczy się już wokół zakładu pracy, nie ma instytucji takich jak przyzakładowe żłobki, przedszkola, szkoły zawodowe, mieszkania pracownicze, nie ma życia społecznego i kulturalnego organizowanego przez zakład. Dawny robotnik pozostawiony jest samemu sobie, a ze względu na brak nowych, pożądanych w neoliberalnym systemie cech – przegrywa tę grę i jest dla społeczeństwa niewidzialny.
W przypadku Arnolda Boczka w odcinku „Balcyrewicz musi odejść…” warto zwrócić uwagę na to, że dzięki zwiększonej mobilności społecznej lat 90. i 2000 w porównaniu z PRL-em, udało mu się przeprowadzić z podlaskiej wsi do Wrocławia. Jednak mimo tego, że pracował, nie ominęły go konsekwencje terapii szokowej polskiej gospodarki. Pogarszająca się sytuacja finansowa i wzrost cen zmusiły go do kradzieży. Sam wzrost cen w okresie po transformacji ustrojowej ukazany jest na przykładzie drożejącej wody. Wskaźnik inflacji w okresie emisji serialu wynosił około 10%, niemniej galopująca drożyzna z okresu po 1990 roku pozostawiła piętno i lęk w pamiętających ją osobach. Bohater czuje się bezradny wobec tej sytuacji, czuje, że pozostał mu tylko płacz i nie jest w stanie wspiąć się wyżej, mimo ciężkiej pracy.
Poza materialną marginalizacją bohaterów „Świata według Kiepskich” samo tytułowe przekręcenie nazwiska ojca polskiej transformacji systemowej wskazuje na brak kompetencji językowych wynikających z kapitału kulturowego. Gust Kiepskich i ich sąsiadów nie był wyszukany, np. spędzanie czasu przed telewizorem, stanie w bramie ze znajomymi, krótkie pogawędki przy zbiorowej toalecie. Wszyscy posługiwali się ograniczonym kodem językowym, determinowanym przez pochodzenie, które było nie do przełknięcia dla mecenasów sukcesu, pokroju Solorza-Żaka, chcącego zdjąć problematyczny serial z anteny własnej stacji.
Świat ukazany w sitcomie dekonstruuje również tezę o śmierci klas społecznych, która była obecna w humanistyce lat 90. i 2000. Współczesne prace naukowe wskazują na ideologiczny charakter tego typu twierdzeń, a serial w najbardziej popkulturowej, topornej formie obrazuje, że nierówności społeczne to problem, że nie każdy staje się klasą średnią, a klasy istnieją. Stworzenie fantastycznej, nieparenetycznej komedii na bazie wypartych poza sferę widzialności wizerunków klas najniższych, wydaje się być nieprzypadkowym zabiegiem, w obliczu znajomości karier jego twórców. Intelektualnymi elitami wstrząsnęło wówczas wulgarne poczucie humoru, natomiast obecnie możemy zastanawiać się nad tym, co pociągało w tym sitcomie osoby konsumujące jednocześnie „Dynastię” czy „Na dobre i na złe”, promujące kapitalistyczną rzeczywistość. No i co właściwie sprawiło, że moje pokolenie – pokolenie Z – ogląda Kiepskich?
Przełamanie genderowych oczekiwań i mizoginia
Świat według Kiepskich to nie tylko „wygibasy na tapczanie” i choć nie chcę popełniać nadinterpretacji, to muszę zwrócić uwagę na te mniej materialne aspekty wpływu transformacji ustrojowej na bohaterów. Lub może wręcz odwrotnie – bohaterów serialu na przełamanie konserwatywno-liberalnego dyskursu postaci promowanych w nowym systemie. Pożądanym wówczas modelem rodziny był taki, w którym małżeństwo decyduje się na świadome rodzicielstwo, w którym to sukces równy sukcesowi mężczyzny może odnieść kobieta, jednak jej główną życiową rolą wciąż jest macierzyństwo, wychowanie dzieci i stanie na straży domowego ogniska.
„Świat według Kiepskich” łamie tę genderową zależność, wciąż uważaną za istotną, mimo rzekomej drogi ku nowemu. Mimo afirmatywnego stosunku Ferdynanda do bycia głową rodziny, to jego żona, Halina odpowiadała za jej utrzymanie, pracując w niedofinansowanej ochronie zdrowia. Ich relacja była u podłoża mizoginistyczna. Mimo pracy zarobkowej, wszelką troskę o domostwo, zakupy, gotowanie, pracę opiekuńczą w postaci wychowania dzieci i zajmowania się swoją starą schorowaną matką – wykonywała Halinka Kiepska. Jej relacja z mężem była z jednej strony odwróceniem relacji, które telewidz mógł podziwiać w serialach typu „Moda na sukces”, z drugiej była podtrzymaniem przemocowego status quo, w którym to kobieta zajmuje się domem i wykonuje całą nieodpłatną pracę opiekuńczą. Przez całą, liczącą ponad 800 odcinków serię to Halinka była antagonizowania, to ona próbowała zapędzić do pracy męża, to ona często negowała jego pijackie pomysły, była racjonalna – niszczyła dobrą zabawę. To, co z jednej strony przełamuje genderowe oczekiwania w wykpiwający je sposób, z drugiej, jest męską utopią, w której to kobieta mimo swojej heroicznej pracy, wciąż jest postacią drugoplanową, nader spiętą i czepialską.
Rodzina przedstawiona w serialu z całą pewnością nie wpisywała się w model rodziny idealnej, w neoliberalny dyskurs lat 90. i 2000. Była też raczej wyjątkiem w popkulturze, która po części miała tę politykę legitymizować. Była z marginesu, od którego (co nie jest prawdą, przecież serial był emitowany 23 lata) nowe społeczeństwo miało odwracać wzrok.
„Rzeczy, które się fizjologom nie śniły”
Tekst nie jest laurką dla produkcji Polsatu, lecz próbą zrozumienia, czy w tym, do cna kampowym, serialu możemy znaleźć coś więcej. To o tyle istotne, że „Świat według Kiepskich” naprawdę przeżywa renesans, a jego odbiór jest znacznie łatwiejszy z perspektywy czasu, niż miało to miejsce w czasach telewizyjnej emisji. Ten nowy odbiór to nie tylko tworzenie memów, ale także krytyczne spojrzenie na bohaterów, na ich zachowanie, historie, na zjawiska takie jak alkoholizm czy przemocowość bohaterów, depresja, krzywdzący stosunek do bliskich i absolutny brak zahamowań w kreowaniu serialowego świata – o czym więcej w ciekawej książce pod redakcją Michała Glińskiego – „Nikt Nikomu Nie Tłumaczy. Świat według Kiepskich w kulturze”. Prawdopodobnie w takim samym stopniu, w jakim wciąż uwielbiamy sitcom, cieszymy się, że jego emisja nie jest kontynuowana. Poza tym przyglądanie się „Światu według Kiepskich” w coraz to nowszych opracowaniach naukowych i publicystycznych to bez wątpienia „rzeczy, które się fizjologom nie śniły”. A na pewno nie liberałom, którzy postawili nasze życie na głowie lub w innych wymyślnych figurach gimnastycznych.
Dominika Lichańska
przez Dominika Lichańska | niedziela 23 czerwca 2024 | opinie
Trwa strajk u jednego z największych w Polsce producentów opakowań metalowych.
Nie strajkują tylko biura. Jak przekazuje Jakub Chamioło, przedstawiciel OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP: „Z całej produkcji strajkuje około 80% pracowników. Biura nie strajkują. Od czasu drugiej zmiany w pierwszym dniu strajku, dołączył do niego również zakład w Dębicy, gdzie olbrzymia większość pracowników strajkuje. Wielu pracowników, którzy nie podjęli strajku z różnych względów, przekazuje nam wyrazy wsparcia i wpłaca na rzutkę, którą prowadzimy na ekwiwalent wypłaty dla osób strajkujących”.
Zgodnie z polskim prawem, za okres strajku nie przysługują wynagrodzenia, chyba że pracodawca podejmie inną decyzję. Aby przeciwdziałać m.in. przerwaniu strajku przez lęk związany z brakiem wynagrodzenia, funkcjonują fundusze strajkowe. Załoga Canpack FIP, dla zasilenia swojego funduszu założyła zrzutkę, którą można wesprzeć:
https://zrzutka.pl/b5vmsf
W przesłanym w czwartek do redakcji TVN24 oświadczeniu, przedstawicielka firmy, Marta Kopcik poinformowała, że do strajku przystąpiło około 25% pracowników, a produkcja jest kontynuowana. Pracownicy podkreślają jednak, że obecnie nie ma mowy o produkcji: ,,Stoi praktycznie cały zakład, jeśli chodzi o produkcję. Idzie jedynie dział produkcji puszki i to nie wszystkie linie”.
Wynagrodzenia są nieproporcjonalne do dochodów firmy. Przed rozpoczęciem strajku pracownicy przeszli przez procedurę sporu zbiorowego, w ramach której mediacje okazały się bezowocne: „Jesteśmy zasmuceni, że mimo kilku miesięcy negocjacji pracodawca za każdym razem mówił na nasze propozycje: nie. Schodziliśmy wielokrotnie z naszymi oczekiwaniami w trosce o firmę oraz naszych klientów. Z naszej strony nie ma zgody na takie warunki finansowe, jakie są obecnie praktykowane w firmie”.
Wynagrodzenia w Canpack FIP są całkowicie nieproporcjonalne do dochodów firmy, które osiągają 67 milionów rocznie.
„Prawie 270 pracowników produkcji ma podstawę wynagrodzenia w okolicach najniższej krajowej. Są również osoby pracujące w zakładzie kilkanaście lat, które dopiero w tym roku podpisały aneks do umowy na niemalże najniższą krajową brutto”. Strajkujący walczą o 14,4% podwyżki dla wszystkich, co w skali roku wynosi zaledwie około 1 procenta dochodów firmy!
Jak przekazuje Jakub Chamioło, determinacja strajkujących jest na naprawdę wysokim poziomie. „Załoga jest bardzo zdeterminowana, co zauważył już pracodawca. W poniedziałek o 12 idziemy na spotkanie z Prezesem. Również w poniedziałek zawieszamy strajk. Jeśli znajdziemy porozumienie, to go zakończymy. Jesteśmy gotowi, aby negocjować. Jeśli nie, załoga jednogłośnie powiedziała, że strajk odwieszamy i nadal będziemy go prowadzić” – mówi związkowiec.
Strajk w Polsce jest prawnie ogromnie ograniczony. Choć mówi się o wolności strajkowej, to jednak aby w ogóle do niego doszło, pracownicy muszą wykazać się ogromną solidarnością w prowadzeniu wcześniejszych mediacji z pracodawcą. Sam fakt strajku w Canpack FIP jest słodko-gorzkim sukcesem związkowców. Jak mówi Jakub Chamioło: „Odbiór strajku w Brzesku, Dębicy i okolicach jest bardzo dobry. Lokalni mieszkańcy wspierają zrzutkę, wiele osób słowami nas również wspiera. Ponadto pracownicy drugiej firmy, która jest na tym samym terenie, również nas wspierają”.
Zewnętrzne wsparcie strajku jest ważne dla załogi, ponieważ wspiera morale w walce o lepsze życie. Wspólnie ze strajkującymi ponawiamy apel o wpłaty na fundusz strajkowy i udostępnianie go w mediach społecznościowych.
Dominika Lichańska
przez Dominika Lichańska | sobota 22 czerwca 2024 | opinie
Zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP rozpoczęli strajk – trwa walka o sprawiedliwe wynagrodzenia!
W wyniku fiaska wielomiesięcznych negocjacji z dyrekcją, pracownicy Canpack FIP w Brzesku – 20 czerwca ogłosili pierwszy w historii zakładu strajk. Ich postulat to podwyżka pensji średnio o 14,4 procent. Frekwencja w referendum strajkowym wyniosła imponujące 66,11 procent, co przewyższa wyniki wyborów na radnych i burmistrzów w Brzesku i Dębicy, w których znajdują się zakłady produkcyjne korporacji. Tak ogromna solidarność pracownicza to słodko-gorzki manifest tego, że najwięcej jesteśmy w stanie zmienić, biorąc sprawy w swoje ręce. Każdy strajk, który odbywa się w Polsce, jest istotny dla ruchu pracowniczego. Wolność strajkowa jest ograniczona prawem, obarczającym związek zawodowy obowiązkiem przejścia przez żmudną procedurę sporu zbiorowego. Ponadto aż 92,22 procent pracowników biorących udział w referendum zagłosowało za strajkiem.
To wyraźny sygnał dla zarządu firmy, który dotychczas nie wykazywał chęci do ustępstw. Prezes Canpack FIP przyznał, że kompromis z Inicjatywą Pracowniczą to dla niego zaledwie 1,5 procent czystego zysku firmy z zeszłego roku – 1 milion z 67 milionów złotych. Mimo braku ekonomicznych argumentów przemawiających za utrzymaniem niskich stawek, zarząd największego w Polsce producenta opakowań metalowych obawia się, że spełnienie żądania pracowników da im poczucie choć minimalnego wpływu na firmę. Pracownicy Canpack FIP są zdeterminowani w walce o sprawiedliwe pensje i gotowi na dalsze działania.
Najpierw Brzesko, później Dębica
Gdy 20 czerwca o 6 rano rozpoczynał się strajk, obecna była na nim tylko pierwsza zmiana. W tym czasie strajkujący blokowali dostawy do brzeskiej fabryki. Jak przekazują uczestnicy, już od rana dołączenie do strajku deklarowali schodzący ze zmiany nocnej oraz pracownicy zmiany popołudniowej, co w ciągu zaledwie doby od rozpoczęcia strajku zablokowało praktycznie cały zakład.
Dzięki sprawnej mobilizacji do strajku dołączyli także pracownicy zakładu w Dębicy, oddalonego o około 40 minut jazdy samochodem. W sąsiadujących fabrykach, zatrudnionych jest około 650 pracowników i pracownic. Jak przekazują pracownicy – ich determinacja jest niezmienna, żądają podwyżek umożliwiających godne życie i będą strajkować, dopóki takich nie uzyskają.
Ciężka praca, by w ogóle móc zastrajkować
Procedura sporu zbiorowego w Polsce jest sformalizowana i ma liczne ograniczenia. Legalny strajk może być stosowany tylko jako ostateczny środek nacisku, po wcześniejszych rokowaniach i mediacjach. Organizatorami strajku mogą być wyłącznie związki zawodowe, a indywidualni pracownicy mają na tym polu ograniczone prawa. Jednym z ograniczeń jest wynikający z Art. 19 Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych zakaz zaprzestania pracy na wskazanych przez ustawę stanowiskach. Strajk w Polsce powinien mieć też żądania współmierne do strat nim wyrządzonych, co jest wymaganiem niespotykanym w innych krajach Europy, a sama ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych mocno ogranicza powody, dla których wolno nam zastrajkować.
Ograniczenie przyczyn uzasadniających strajki nie tylko uniemożliwia organizację strajków o charakterze politycznym, takich jak te dotyczące polityki społecznej lub gospodarczej władz państwowych, ale także sprowadza akcje strajkowe do poziomu mikro. W rezultacie strajki w Polsce po 1989 roku są rzadko organizowane i zazwyczaj nie przybierają masowego charakteru. Dostępne dane statystyczne wskazują, że lata 1992–1993 były ostatnimi, w których strajki były szeroko stosowanym narzędziem walki o interesy świata pracy. Wówczas zarejestrowano odpowiednio ponad 6 i 7 tysięcy akcji strajkowych.
Mimo wielu przeciwności, w ostatnich latach możemy mówić o wygranych strajkach! Jak na przykład, gdy w 2022 roku pracownicy Solarisa po 40 dniach od odejścia ze stanowisk pracy wywalczyli 500 zł podwyżki dla każdego.
Brak wynagrodzeń za strajk
Za czas strajku pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń, chyba że decyzję tę uchyli pracodawca. W związku z tym związkowcy zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza założyli zbiórkę na fundusz strajkowy. Zachęcamy do wsparcia oraz udostępnienia jej dalej!
https://zrzutka.pl/b5vmsf
Dominika Lichańska
przez Dominika Lichańska | wtorek 21 maja 2024 | opinie
Feminizm – którędy droga?
Odnalezienie się w feminizmie to niemałe wyzwanie. Z jednej strony do młodych kobiet za pośrednictwem internetu dociera więcej feministycznych treści, niż którakolwiek z naszych starszych koleżanek mogłaby sobie wymarzyć. Z drugiej zaś wyrastamy na popfeminizmie, dla którego kluczowe są tzw. empowerment, sukces zawodowy (najlepiej w korporacji!), estetyzacja feminizmu, wręcz trywializacja przekazu i dekonstrukcja postulatów obecnych w ruchu feministycznym tak, aby w miękkiej, przypudrowanej formie, z odrobiną różu na policzkach, przemawiały do grup wrogo nastawionych wobec feminizmu.
W odnalezieniu się nie pomaga też elityzacja feminizmu, na którą, jak na ironię, zwracano uwagę wielokrotnie, głównie w środowiskach akademickich. Źródeł takiego obrotu spraw w Polsce powinnyśmy doszukiwać się w transformacji ustrojowej. W latach 90. zaangażowanie społeczne było na niskim poziomie ze względu na trudną sytuację materialną, bezrobocie i ogromną niepewność związaną z przyszłością. Biorąc pod uwagę fakt, że to kobiety były (i są!) bardziej narażone na problem ubóstwa [1], a jednocześnie czuły silną presję na wywiązywanie się z roli przypisywanej im ze względu na płeć (która wciąż pozostaje w mocy), słabsze zaangażowania w ruchy kobiece nie powinien dziwić.
Niemniej jednak, jeszcze w 1992 roku poziom uzwiązkowienia w Polsce wynosił 16%, trzykrotność dzisiejszego poziomu [2]. Co za tym idzie, obserwowano również większą aktywność protestacyjną i strajkową. To w latach 1989-1994 Polska była świadkiem pierwszej i najbardziej intensywnej fali strajków w swojej najnowszej historii. Osiągając szczyt w latach 1992 i 1993, stały się jednymi z najbardziej dynamicznych w całej Europie [3]. Trzeba wyartykułować to, co bywa pomijane w dyskursie akademickim – kobiety stanowiły front, zaplecze i gigantyczną siłę w walkach w zakładach pracy! Ten rodzaj zaangażowania w ruchy społeczne nie powinien dziwić wobec cięcia świadczeń socjalnych i opieki socjalnej, prywatyzacji zakładów pracy i zamykania przyzakładowych żłobków, przedszkoli i stołówek, co uderzało w kobiety bezpośrednio, obarczając je skutkami reform, mających być „szansą na lepsze jutro”. Media, stojąc na straży dyskursu, pomijały niewygodne dla neoliberałów głosy, i tak, na co zwróciła uwagę Ewa Charkiewicz w tekście „Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce”, głosy kobiet były trywializowanie, a echo strajkujących słabło. Idealnym przykładem tego podejścia są komentarze kierowane w stronę protestujących przeciwko eksmisjom i brakom lokali socjalnych matek z Wałbrzycha, tytułowe „matki do sterylizacji” [4].
Przestrzeń, szczególnie tę medialną, bez większego trudu zdominowały więc feministki liberalne, pozbawione perspektywy klasowej, posiadające znaczny kapitał finansowy i szerokie kręgi towarzyskie wśród klasy rządzącej. W ruchu, którym rządzi rzekome siostrzeństwo, utrwaliła się tendencja do indywidualizacji odpowiedzialności za systemowe nierówności, prowadząc do obciążania pojedynczych kobiet za problemy, które są wynikiem szerszych, strukturalnych dysfunkcji. Siostrzeństwo kończy się więc tam, gdzie pojawia się konflikt interesów.
W badaniu Gallupa „41% kobiet o wyższych dochodach oświadczyło, że nie są feministkami, zaś w grupie kobiet o niskim dochodzie już tylko 26% kobiet twierdziło podobnie” [5], jednak wciąż w dużym stopniu głosem feministek są bogate kobiety, których interesy absolutnie nie pokrywają się z socjalnymi potrzebami większości z nas. Choć te spostrzeżenia są banalne, za koniecznością ich wypowiedzenia przemawia to, że wciąż walczymy o zmianę dominującego paradygmatu.
Szukając drogowskazu na „feminizm”, nietrudno się pogubić. Możemy poczuć, że to nie jest w pełni o nas. Jednak dróg w tym kierunku jest wiele, a inicjatywy takie jak Socjalny Kongres Kobiet pokazują, że feminizm to nasza kolektywna broń i siła.
Narodziny ruchu – I Socjalny Kongres Kobiet Rok 2018
W 2018 roku, pod hasłem „O wyższe płace i niższe czynsze”, odbyło się nasze pierwsze wydarzenie. Był to czas, gdy opiekunki ze żłobków, pracownice instytucji kultury oraz lokatorki postanowiły zainicjować ruch mający na celu wspólne przeciwdziałanie wyzyskowi w miejscach pracy oraz szeroko pojętej niesprawiedliwości społecznej. Kongres miał być przestrzenią otwartą, gdzie każda uczestniczka mogła wyrazić swoje zdanie, podzielić się doświadczeniami, nierzadko pierwszy raz w życiu. Zamiast tradycyjnego panelu, zdecydowano się na otwartą dyskusję, mającą dotknąć realnych problemów kobiet w miejscach pracy i zamieszkania. Była to jednocześnie próba zrozumienia przeszkód organizacyjnych oraz walk, które musimy toczyć na co dzień. Pierwszy kongres zaowocował listą postulatów, które były bezpośrednim wynikiem walk socjalnych kobiet. Wokół tych postulatów toczy się praca przez cały rok, a wydarzenia służą ich aktualizacji i rozszerzeniu. Socjalny Kongres Kobiet to także akt oporu wobec liberalnych wydarzeń feministycznych, gdzie głos zabierają politycy, jak np. podczas Kongresu Kobiet w 2022 roku, gdy Donald Tusk, jeszcze długo przed powołaniem nowego rządu, otrzymał nagrodę za działania sprzed lat oraz kampanijne obietnice. I Socjalny Kongres Kobiet nie był reakcyjnym wydarzeniem, a kontynuacją walki kobiet marginalizowanych przez rządy, media i opinię publiczną. Rozwijanie tej platformy to tworzenie feminizmu siły.
Wspólna siła w działaniu
Przez wiele lat nasze progi przekraczały przedstawicielki licznych grup społecznych, tworząc mozaikę różnorodności. W minionym roku podczas Kongresu obserwowałyśmy wyjątkowo obszerną reprezentację. Swoją obecnością zaszczyciły nas związki zawodowe z różnych branż, stowarzyszenia lokatorskie, kobiece organizacje i ruchy socjalne [6]. Z ogromną radością przyjęłyśmy także działaczki związkowe i feministyczne z zagranicy, które dołączyły do nas, wzbogacając nasze spotkanie o międzynarodowy wymiar.
Łączą nas różne doświadczenia, jednak przyświecają wspólne cele
Jako kobiety młodsze i starsze, kobiety pracujące, lokatorki, matki możemy się zastanawiać nad tym, jaką rolę właściwie powinien pełnić w naszym życiu feminizm. Uczestnicząc w ruchu, który ukształtował się przy Socjalnym Kongresie Kobiet, możemy wskazać na obszary, których analiza przez pryzmat feminizmu socjalnego daje wiele nadziei na lepszą przyszłość. Nie chcemy przecież wiele, choć nasze żądania z perspektywy indywidualnej mogą wydawać się niemożliwe do realizacji. Szczególnie że postulaty ruchu feministycznego bywają efemeryczne, i choć również w tej niedookreśloności jest ich siła, potrzebujemy też zmian możliwych do wprowadzenia w krótszym okresie. Takich, które będą służyły tym z nas, które pozbawione są przywilejów ekonomicznych i które jeszcze kilka lat temu czuły się bezsilne i niereprezentowane. Sama deklaracja o byciu feministką jest niewystarczająca. Wiele z nas przekonało się o tym na własnej skórze, gdy byłyśmy mobbingowane przez nasze szefowe, progresywne, otwarte feministki lub gdy doświadczałyśmy wykluczenia z ruchu, ponieważ za kuluarami ustalono, że nasz feminizm nie jest wystarczająco feministyczny.
Łączą nas różne doświadczenia, jednak przyświecają wspólne cele. Chcemy uznania i godziwego wynagrodzenia za naszą pracę, niezależnie od tego, gdzie jest wykonywana. Chcemy rozwoju publicznych instytucji opiekuńczych, które wesprą nasze rodziny. Chcemy dostępu do środków utrzymania, które są niezbędne każdego dnia. Chcemy bezpieczeństwa socjalnego, które da nam poczucie stabilności. Chcemy wpływu na wszystkie dziedziny naszego życia, aby móc kształtować naszą rzeczywistość. Chcemy mieć większy wpływ na funkcjonowanie naszych miejsc pracy i móc strajkować. Chcemy wyzwolić się z roli taniej siły roboczej i żyć z szacunkiem i godnością, na którą zasługujemy. Chcemy darmowej, bezpiecznej aborcji. Nasze życie nie może sprowadzać się do bycia tanią siłą produkcyjną i reprodukcyjną.
Aktualnie pracujemy wokół postulatów udostępnionych na stronie internetowej OZZ Inicjatywa Pracownicza: Postulaty IV SKK
Jesteśmy feministkami ze związków zawodowych i stowarzyszeń lokatorskich
Żądania materialne rezonują z wszystkimi sferami życia. Tym, co gwarantuje feminizm w związkach zawodowych, jest posiadanie siły przetargowej, która w bezpośredni sposób wpływa na naszą sprawczość. Poprzez związki zawodowe jesteśmy w ciągłym kontakcie, a nasze kampanie mają realny wpływ na funkcjonowanie zakładów pracy (np. dodatkowa przerwa na karmienie w Amazonie) czy politykę w szerokim tego słowa znaczeniu. W tym roku przeprowadzimy 4 bloki tematyczne: „Podwyżki to za mało!”, „Chcemy więcej niż tylko pracować”, „O wyższe płace i niższe czynsze – walki na polu miasta” oraz „Praca Kobiet i technologia” – blok będący wydarzeniem na skalę ogólnopolską, na którym po raz pierwszy omówimy problemy kobiet w IT i mediach, przeprowadzimy pogłębioną dyskusję o tym, jak nowe technologie wpływają na naszą pracę.
Zachęcamy do zapoznania się z programem V Socjalnego Kongresu Kobiet, który znajdziecie pod linkiem:
Program V Socjalnego KK
Choć dróg w feminizmie jest wiele, głęboko wierzymy, że budując silny, socjalny ruch, dążymy do zmian systemowych, a związki zawodowe, co pokazuje historia, mają wpływ na prowadzenie polityki państwa. Polityki, która wreszcie powinna pójść za głosem kobiet!
Dominika Lichańska
Grafika w nagłówku tekstu: María_Alberto z Pixabay
Przypisy:
1. Górnicz-Mulcahy A., Lewandowicz-Machnikowska M., 2021. Społeczne i prawne aspekty dyskryminacji płacowej kobiet, Prawo pracy i prawo socjalne : teraźniejszość i przyszłość: księga jubileuszowa dedykowana Profesorowi Herbertowi Szurgaczowi, s. 77-84.
2. Raport CBOS, Związki Zawodowe w Polsce, 2019.
3. Sekuła P., 2013. Aktywność protestacyjna polaków w latach 1989-2009. „Polityka i Społeczeństwo” 3(11).
4. Charkiewicz E., 2008. “Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce, cz. I”.
5. Krzyżnowska N., 2015. Elityzacja i stygmatyzacja w polskim ruchu kobiet po 1989 r., [w]: Odkrywając współczesną młodzież. Studia interdyscyplinarne (pp.103-134).
6. Dostęp online: https://www.ozzip.pl/informacje/ogolnopolskie/item/2958-iv-skk-relacja