Antypody

We wsi Znamienka na Syberii trudno było przedrzeć się do tajgi przez zwały śmieci. Kiedy dotarliśmy do wsi Ługawskoje, okazało się, że obory usytuowane są tak, aby łatwo było zrzucać gnój do Jeniseju. Rosjanie tłumaczyli, że dzikiej przyrody mają dużo i nie muszą troszczyć się o środowisko. W Australii dzikiej przyrody też jest dużo, ale parki narodowe spotyka się co krok, a śmieci nie ma wcale. Na przełęczy w jeżynach nasz towarzysz znalazł butelkę po ćwiartce wódki. Włożył ją do kieszeni, wniósł na szczyt i zniósł do podnóża góry, gdzie był śmietnik.

Wiadomo, że Australijczycy chodzą głową na dół, kangury kicają po trawiastym dachu parlamentu (już go ogrodzono), koale śpiące na eukaliptusach niedbale zwieszają łapki. Trzeba to jednak zobaczyć, ponieważ żaden album czy film nie odda przestrzeni, piękna i różnorodności egzotycznej przyrody. Dojechać nie jest łatwo. Podróż nawet przy dobrych połączeniach trwa przeszło dobę i kosztuje kilka tysięcy dolarów. Nie wiem, ile dokładnie, ponieważ wszystkie koszty naszego, ponad dwumiesięcznego pobytu, poniósł Związek Polskich Więźniów Politycznych. Gospodarze zorganizowali nam wiele spotkań publicznych z Polonią w Sydney, Melbourne, Adelajdzie oraz Perth, wywiadów w polonijnej prasie i radiu. W Australii rozgłośnie grup etnicznych są dofinansowane ze środków publicznych. Dwóch dziennikarzy z prasy anglojęzycznej prosiło o wywiad. Jeden pytał o neoliberalizm i globalizację, drugi o historię Lecha Wałęsy. Polacy w Australii są nadzwyczajnie dobrze zorientowani i zaangażowani w sprawy polskie. Spotkania nie różniły się od tych w Polsce. 10 kwietnia w Sydney i Melbourne odsłonięto tablice upamiętniające ofiary katastrofy.

W Australii wszyscy mają prawo do państwowej emerytury, rozwijany jest transport publiczny, wypłacane są zasiłki, funkcjonują programy adresowane do różnych grup społecznych, do młodzieży i seniorów. Ludzie pracują, niektórzy dużo i ciężko, jeśli chcą spłacić kredyty. Bezdomnych nie widzieliśmy. Wyszydzane w Polsce państwo opiekuńcze, w Australii ma się dobrze. Kryzys jest odczuwalny, ale gospodarka funkcjonuje, bezrobocie nie przekracza 6%, a dolar australijski stoi nie gorzej niż amerykański.

W porównaniu z USA, w Australii żyje się na luzie. Australijczycy są pogodni, życzliwi, lubią się bawić, podróżować, uprawiają sporty. Nawet skłonni do narzekania Polacy mówią, że żyje się tu dobrze. Marzeniem każdego Australijczyka jest wybranie się na emeryturze w podróż domem na kółkach po całym kontynencie. Podobno trzeba na to trzech lat.

Trzech lat nie mieliśmy, ale gospodarze zadbali, abyśmy w czasie wolnym zobaczyli jak najwięcej. Polacy dobrze się zapisali w historii Australii i dzisiaj też cieszą się dobrą opinią. Był projekt, aby nazwę najwyższego szczytu, Mount Kosciuszko, zmienić na aborygeńską. Taki ukłon w stronę poprawności politycznej. Od kilku lat Polacy organizują wielki festyn pod górą, połączony z biegiem na szczyt i z powrotem. Na zwycięzców czekają nagrody. Festyn cieszy się wielkim powodzeniem, w biegu uczestniczą nie tylko Polacy. O zmianie nazwy nikt już nie mówi.

Wbrew powszechnej opinii, Australia nie jest płaskim, pustynnym talerzem. Jest tu dużo pięknych gór, lasów, wodospadów i rzek. Sieć szlaków jest dobrze rozwinięta. Serce nam się kroiło, gdy na punktach widokowych czy w miejscach piknikowych patrzyliśmy na tabliczki kierujące na odlegle pasma górskie i szczyty. Wiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy tu na wędrówkę z namiotem, ale Andrzej włożył swój stary plecak do podróżnej torby i wniósł go na najwyższy szczyt („Nigdy by mi nie darował, gdybym go nie zabrał”).

Trudno nawet wymienić, a tym bardziej opisać cuda, które widzieliśmy. Największe wrażenie zrobiły na mnie australijskie pingwiny, wracające po całym dniu połowów. Małe, dzielne ptaki wspinają się na stromy brzeg i maszerują do nor, gdzie czekają głodne pisklęta. Nawoływania ze wszystkich stron tworzą przedziwną muzykę. Niezwykła była wędrówka kładką wśród koron drzew-gigantów, rejs katamaranem po oceanie, łowienie krabów, dżdżownice o długości kilku metrów, wypad w Góry Błękitne, spacer po lasach drzewiastych paproci, przejazd Great Ocean Road, zwiedzanie grot, kopalni złota i miasteczka-skansenu po czasach gorączki złota. Widzieliśmy też standardowe atrakcje, takie jak papugi, kangury, strusie, wieże widokowe, latarnie morskie, operę, ogrody botaniczne, oceanarium z rekinami pływającymi nad głową, ogród zoologiczny, gdzie tylko groźne zwierzęta, np. diabeł tasmański, są zamknięte w klatkach. Pod koniec pobytu byłam już tak zmęczona rozrywkami, że bez wstrętu myślałam o powrocie do naszych normalnych zajęć, takich jak demonstracja pod rosyjską ambasadą. Zdążyliśmy, mimo że samolot z Dubaju spóźnił się i musieliśmy nocować we Frankfurcie. Spadliśmy twardo na ziemię. Teraz Andrzej poszedł na demonstrację, ponieważ stołeczna straż miejska pobiła Michała Stróżyka, a ja piszę tekst dla „Nowego Obywatela”.

Nasz wyjazd do Australii spowodował nadzwyczajne ożywienie u naszych przeciwników. Dowiedzieliśmy się, że Andrzej w Australii agitował za głosowaniem na SLD, że Związek Polskich Więźniów Politycznych nie istnieje, że bezpieka sfinansowała nam wakacje – „Można ich zrozumieć, bo lubią podróżować, a nie mają pieniędzy”. Otóż dzięki specjalnym dodatkom do emerytur, które przyznał nam premier Kaczyński, pieniędzy mamy jak lodu.

Nie wiem, czy bezpieka na stare lata oszalała, czy ukrywa w Australii jakichś Eichmannów systemu komunistycznego. Będziemy musieli to sprawdzić.

Jesteśmy przegrani

Jesteśmy przegrani

O znaczeniu geologicznych zasobów Polski i o tym, jak utraciliśmy kontrolę nad gazem łupkowym, rozmawiamy z prof. Mariuszem-Orionem Jędryskiem, Głównym Geologiem Kraju w latach 2005-2007.

Jak działa w Polsce system przyznawania koncesji na eksploatację złóż surowców?

Mariusz-Orion Jędrysek: Koncesje są wydawane przez trzy organy, różnego stopnia: powiatowego (w imieniu starosty), wojewódzkiego (w imieniu marszałka) oraz Głównego Geolog Kraju, który reprezentuje ministra środowiska. Koncesje na odsłonięcia do 2 hektarów na żwir, piasek itp. wydaje geolog powiatowy. Tam, gdzie używa się środków wybuchowych, albo odsłonięcia są większe niż dwa hektary lub produkcja większa niż 20 tys. ton rocznie, decyzję podejmuje geolog wojewódzki. Główny Geolog Kraju ma w swojej pieczy pozostałe koncesje, główne kopaliny o znaczeniu strategicznym dla Polski.

Mankament istniejącej sytuacji polega na tym, że każdy z nich jest pozostawiony sam sobie, bez pomocy organów pomocniczych, bez współpracy. Nie ma służby geologicznej, która mogłaby reprezentować państwo. W związku z tym jej rolę pełni Państwowy Instytut Geologiczny, który jednak nie ma obowiązku myślenia kategoriami propaństwowymi. To zasadnicza wada tkwiąca w fundamentach, wynikająca z faktu, iż jest to jednostka przede wszystkim naukowa. Minister środowiska nie ma żadnej możliwości wpływu na to, co dzieje się w Instytucie. PIG może uczestniczyć w międzynarodowych grantach czy brać pieniądze z różnych źródeł, także obcych. Taka sytuacja jest niedopuszczalna dla instytucji mającej kluczowy wpływ na strategiczne zasoby kraju.

Wydaje się, że tutaj dość dobrym przykładem będzie gaz łupkowy, na wydobycie którego koncesje przejęły międzynarodowe korporacje. Jak do tego doszło?

M-O. J: W 2005 r., gdy zostałem Głównym Geologiem Kraju, wiedziałem, że łupki zawierać mogą znaczne ilości metanu. Takie pomysły zrodziły się nie tylko z dotychczasowej działalności naukowej, którą stanowiły m.in. badania mechanizmów powstawania i migracji metanu w osadach, ale „chodziło” to za mną od czasów studenckich, gdzie na ćwiczeniach terenowych śp. dr Adam Haydukiewicz pokazywał studentom występujące na powierzchni skały bogate w węglowodory. Niestety budżet GGK na potencjalne poszukiwania był bardzo mały, tymczasem mówimy o miliardowych inwestycjach. Żadna polska firma nie jest w stanie wyłożyć takich pieniędzy. Przy czym podkreślę, że nie jest argumentem to, iż dziś nie mamy technologii do wydobywania gazu łupkowego. Spore części tych technologii w Polsce są, a zanim się gaz znajdzie, jest czas, aby technologie opracować, pozyskać licencje, podjąć współpracę, poszukiwać wspólnie itd.

Pierwszego inwestora, na moją prośbę, sprowadził z USA dr Jan Krasoń, który od wielu lat prowadzi działalność geologiczną w USA i który umocnił mnie w przekonaniu, że w łupkach należy szukać gazu. Na moją prośbę dr Krasoń spędził wiele godzin w Departamencie Geologii i Koncesji Geologicznych w Ministerstwie Środowiska, tłumacząc od podstaw sprawę gazu łupkowego w USA. W tym czasie ani w Departamencie, ani w PIG-u wiedzy na ten temat nie było nawet takiej, żeby móc przygotować choćby notatkę. Zrobił to dla mnie w 2006 r., opierając się głownie na tym, co znalazł w Internecie, mgr Paweł Poprawa, pracownik PIG.

W USA rozpoczęto wydobycie na większą skalę w 2003 r., w 2006 r. mieliśmy szanse być drudzy. Moje działania polegały na przyznaniu po kilka koncesji różnym, obcym firmom, które mają rozwinięte technologie poszukiwawcze. „Rozrzuciłem” je po różnych częściach Polski, żeby były jak najdalej od siebie, aby nie tylko utrudnić im ewentualną współpracę bez naszego udziału, ale aby uzyskać w oparciu o ich weryfikowane raporty jak najszerszą wiedzę o jak największym i geologicznie różnorodnym terenie, z zamiarem wstrzymania koncesjonowania po udzieleniu kilkunastu koncesji i po zorganizowaniu Polskiej Służby Geologicznej. Miałem nadzieję sfinansować pieniędzmi uzyskanymi z opłat za koncesje dalsze polskie badania i rozwój polskich elementów technologii poszukiwań i wydobycia.

Jak miała wyglądać Polska Służba Geologiczna?

M-O. J.: Miała być wyspecjalizowanym organem państwa, o dużych kompetencjach działania w imieniu państwa. Służba miałaby merytorycznie i prawnie „pilnować geologicznego interesu”, a także weryfikować wiarygodność zainteresowanych firm, wspierać działania Ministerstwa Środowiska, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Gospodarki itd. Miało w niej pracować ok. 200 osób, ekspertów (nie urzędników). PSG miała być merytorycznym organem do tworzenia strategii dotyczącej surowców i struktur geologicznych, w tym choćby naszego udziału w przyszłej eksploatacji zasobów den oceanicznych. Finansowanie Służby miało pochodzić z opłat eksploatacyjnych, które i tak są dziś przeznaczane w największym stopniu na działania PIG-u. Jej trzon mieli stanowić najlepsi polscy geolodzy (choć nie tylko), ponadto mogłaby ona korzystać ze specjalistów pracujących w różnych regionach kraju. W tym celu zainicjowałem utworzenie bazy eksperckiej Gea, złożonej nie tylko z geologów i górników.

Jednak aby taka instytucja mogła zaistnieć, należało zmienić Prawo geologiczne i górnicze (Pgg). Przy okazji myślałem o kilku niezbędnych zmianach, w tym zliberalizowaniu działań geologicznych w Polsce, żeby miały one bardziej pozytywny wpływ na gospodarkę. Polska jest najbardziej surowcowym krajem w Unii Europejskiej, to jest podstawa gospodarki.

We wrześniu 2007 r. nowe PGG było przygotowane, niestety zmienił się rząd i stwierdziłem, że nie będę przekazywał ustawy do Sejmu, bo automatycznie trafi ona do kosza. Uznałem, że lepiej pozostawić je następcy, by to on „pociągnął” sprawę dalej.

Aby prawo geologiczne funkcjonowało, dyskutowałem sprawy z tym związane z Radą Geologiczną (społeczny organ doradczy głównego geologa kraju). Powołałem analogiczną Radę Górniczą, złożoną z praktyków i naukowców pracujących w różnych dziedzinach nauk górniczych, a także działający społecznie organ doradczy Ministra Środowiska – Honorowy Komitet Głównych Geologów Kraju, do którego weszli niemal wszyscy moi poprzednicy, łącznie z pełniącym tę funkcję w czasach PRL. Wszystkie te rady działały społecznie, a więc ich istnienie nie obciążało budżetu. Chodziło o oparcie się na ciągłości wiedzy i działań, bo w geologii wszystkie inwestycje są wieloletnie, w związku z tym nie można doprowadzić do nieciągłości polityki. Te organy konsultowały nowe prawo. Wszystkie one widziały konieczność powołania PSG.

Po zmianie rządu wszystkie rady zostały natychmiast rozwiązane i zrezygnowano z powołania Służby. Niemal gotowy projekt ustawy o PGG przejęto, ale poczyniono zmiany – zostało ono rozdęte do 1200 stron (z załącznikami będącymi częścią tej ustawy), skomplikowane i stało się wewnętrznie sprzeczne. Pewne regulacje zostały niekorzystnie zmienione. Komisja sejmowa w 2009 r. poprosiła mnie o opinię. Napisałem ją w dość krytycznym tonie, pokazując, co i dlaczego powinno być inaczej zapisane. Moje uwagi nie zostały uwzględnione. Rok później o to samo poprosił mnie Senat – zrobiłem aktualizację w podobnym duchu. Niestety ta opinia również niczego nie zmieniła, podobnie zresztą jak często się pokrywające tysiące (sic!) uwag wynikających z konsultacji społecznych.

W tym samym czasie głośna stała się sprawa gazu łupkowego. Wydano nowe koncesje, na niesprzyjających Polsce warunkach. Czym innym jest wydać kilka pierwszych koncesji na warunkach, które przewiduje prawo, żeby pilnie rozpocząć poszukiwania, gdy zależy nam na czasie, a inwestor ponosi 100% ryzyka, zaś czym innym na tych samych warunkach oddać kontrolę nad całością.

Czy Polska odniesie jakąś korzyść z tych koncesji?

M-O. J.: W tej chwili opłata za wydanie koncesji poszukiwawczej jest niska – powinna zależeć choć trochę od ryzyka inwestora. Do tego Pgg ma zawierać przygotowane przeze mnie rozporządzenie Ministra Środowiska, które zakładało stałe i dość niskie opłaty eksploatacyjne za wydobycie każdego surowca, zmieniane w oparciu o czynnik inflacji. Takie rozwiązanie było dobre jako rozporządzenie, które w każdej chwili można zmienić. Wstawiając to rozporządzenie do ustawy, utrudnia się możliwość późniejszego regulowania opłat i ewentualnego zwiększenia przychodów budżetowych, np. w oparciu o gaz łupkowy. To także utrata narzędzia negocjacyjnego i kontroli. Teraz firmy, które dostają koncesje, praktycznie nie płacą za informację geologiczną, która czasem jest warta miliardy złotych i w którą Polska włożyła bardzo dużo wysiłku intelektualnego i finansowego. Nie ma kontroli, czy te informacje nie wypływają gdzieś dalej. A jak Pan myśli – wypływają?

Jakie są następstwa tego rozdawnictwa koncesji?

M-O. J.: Rynek wycenił wartość koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego od 50 do 100 mln zł, co oznacza, że koncesjobiorcy zapłacili Skarbowi Państwa za uzyskanie koncesji na poszukiwania drobny ułamek tego, ile są one warte na rynku. W świetle proponowanego Pgg i podjętych już nieuzasadnionych decyzji udzielenia koncesji na poszukiwania, podobny problem strat Skarbu Państwa będzie dotyczył późniejszych koncesji na eksploatację, a przez to i samej eksploatacji. Większość sensownych koncesji zostało wydanych podmiotom zagranicznym, o których nic nie wiemy. Za mojej kadencji nieliczne koncesje wydałem znanym obcym firmom, których zachowanie jest przewidywalne, a także jednej firmie polskiej. Jeśli zacznie się śledzić proweniencję firm, którym później wydawano koncesje, to ta jasność czasem urywa się gdzieś na znikomym poziomie wiedzy. Dobry gospodarz na własnej ziemi nie dopuszcza do poszukiwań kogoś, o kim niczego nie wie i nie pozbawia się sam narzędzi kontroli. Tym bardziej, że są to surowce kluczowe, mogące zmienić w zupełności układ geopolityczny w Europie.

Jakie są możliwości odzyskania kontroli nad tymi zasobami?

M-O. J.: W tej chwili nie możemy już zrobić dosłownie nic albo bardzo niewiele. Polska jest w jakimś autoklinczu. Zgodnie z obowiązującym Pgg, pierwszeństwo ubiegania się o koncesje na eksploatację złóż ma firma, która dokonała odkrycia, w oparciu o wcześniejszą koncesję na poszukiwania. Tylko ta firma ma prawo do informacji geologicznej. Teoretycznie musi złożyć raport z wyników poszukiwań, ale co z tego, skoro może tam napisać coś trudno weryfikowalnego, jeśli nie ma PSG, która dysponuje warsztatem do zweryfikowania takich informacji. Nie ma żadnej służby, która mogłaby sprawdzić prawdziwość takiego raportu. Jesteśmy petentami u koncesjobiorców! To, że pan premier deklaruje, iż to będzie jego oczko w głowie, niewiele faktycznie znaczy, a wręcz trudno zrozumieć, co w ogóle znaczy. Gdyby chciał którejkolwiek z firm odebrać koncesje czy zmieniać warunki, to nie ma ku temu żadnych podstaw prawnych. Przegrałby sprawę w każdym polskim sądzie.

Niestety państwo utraciło kontrolę nad tym, co się dzieje. Trzeba szukać współpracy. Możliwe, że posłowie na ten temat milczą, bo nie za bardzo rozumieją zagadnienie – stąd zostawiają wolną rękę rządowi. W rządzie też nikt się w tym nie orientuje, więc zostawiają sprawę Ministrowi Środowiska. Minister się nie orientuje, ale uważa, że zastępcę, podsekretarza, ma po to, żeby ten wiedział, co robi. No i ten coś robi…

Wspomniał Pan, że Polska jest najbardziej surowcowym krajem Europy.

M-O. J.: Zdecydowanie tak. Mamy ponad 80 procent zasobów węgla kamiennego, ok. 14 miliardów ton. Warto spojrzeć na koncentrację tych zasobów – powierzchnia Polski wynosi 312 tysięcy km2, a jeśli policzymy stosunek zasobów do powierzchni, to współczynnik wynosi ok. 750. Dla pozostałej części Unii Europejskiej jest on mniejszy niż 50.

Węgla brunatnego mamy pomiędzy 10 a 20% zasobów unijnych. Chyba tylko Niemcy mają trochę więcej od nas. Jeśli chodzi o miedź, to ten współczynnik mamy na poziomie 160, podczas gdy dla pozostałej części Unii Europejskiej wynosi on 2,5. Jesteśmy drugim producentem srebra na świecie i piątym czy szóstym miedzi. Mamy szansę na eksploatację pierwiastków ziem rzadkich i to w dużych ilościach, a one są teraz kluczowe. Ale jesteśmy w zasadzie jedynym europejskim krajem bez własnej służby geologicznej, bo dziś PIG i wiele innych podmiotów wykonują zadania służby, ale żaden nią nie jest, nikt tej wiedzy strategicznie nie „spina”.

W ostatnim czasie węgiel jest mocno deprecjonowany jako surowiec energetyczny. Z jednej strony mamy porozumienia międzynarodowe o ograniczaniu emisji CO2, z drugiej strony nowe możliwości w energetyce. W jaki sposób można wykorzystać nasze zasoby węgla, jednocześnie nie łamiąc porozumień międzynarodowych?

M-O. J.: Istnieją rozwinięte technologie mikrobiologicznego zgazowania węgla, pozwalające uzyskać metan i wodór, a także cenne nawozy naturalne, które też wpłyną na ograniczenie emisji CO2 do atmosfery, emitowanego przy produkcji nawozów sztucznych. Mało tego, CO2 może być zatłaczany do złóż metanu (czy ropy) w celu wydobycia tego ostatniego na powierzchnię, a więc nie miałaby miejsce jego emisja do atmosfery (technologia EGR). Jest to pomysł zbliżony do promowanego w Unii zatłaczania CO2 do struktur geologicznych (CCS). Warto zwrócić uwagę, że EGR zastosowaliśmy jako pierwsi w Europie (PGNiG i INiG), a „gazowych” krajów jest trochę na kontynencie, np. Holandia czy Norwegia. Niestety, ze względu na politykę koncesyjną, na CCS/EGR w łupkach też nie zrobimy raczej tak dobrego interesu, na jaki niewątpliwe mieliśmy szanse.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 19 kwietnia 2011 r.

W kontrze do kliktywizmu

Kroku naprzód nie dokonamy na ekranie monitora. Przyszłością aktywizmu nie jest online-aktywizm.

Świat pilnie potrzebuje rewolucji kulturowej. Podczas gdy jedni harują, by produkować dobra, na które nigdy nie będzie ich stać, inni zamęczają się, żeby móc konsumować luksusowe towary, których nie potrzebują. Jedni i drudzy ani nie żyją pełnią życia, ani nie są szczęśliwi. Wspólnie natomiast uczestniczą w postępującym oszpecaniu i wyjaławianiu Ziemi. Społeczeństwo konsumpcyjne tkwi w błędnym kole, które jednych przykuwa do stołów montażowych w fabrykach, a drugich do monitorów w biurowych boksach. Rodzi się coraz bardziej nieludzki cykl, który wymyka się spod kontroli, wciągając ludzkość w otchłań wojen klimatycznych i kulturowego obłędu.

Tyle wiemy. Niejasne jednak pozostaje, jak tę sytuację zmienić.

Odpowiedź, która zdominowała wszystkie inne, polega na twierdzeniu, że przyszłość aktywizmu obywatelskiego leży w jego internetowej odmianie. Oszołomieni obietnicą dotarcia do miliona osób za pomocą jednego kliknięcia, wydaliśmy ideę zmiany społecznej w ręce technokracji – programistów i „ekspertów ds. mediów społecznościowych”. Tworzą oni efekciarskie, wysokobudżetowe strony internetowe oraz kampanie wirusowe, gromadzące miliony adresów poczty elektronicznej. Biorąc liczbę adresów e-mail za równoznacznik liczby rzeczywistych członków, organizacje społeczne chełpią się własnym rozmiarem, lekceważąc jednocześnie niewielki wpływ na rzeczywistość. Zważają przede wszystkim na ilość. W celu ciągłego rozrostu korzystają z konsultacji specjalistów od marketingu, zapewniających, że „najlepsze praktyki” nakazują tworzenie przekazu zdolnego dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Stąd grupy fokusowe, testy A/B oraz badania bazy członkowskiej zastąpiły mocną filozofię, wizję radykalnej zmiany i zespół zagorzałych zwolenników.

Nic więc dziwnego, że wkrótce takie działania zaczęły przypominać kampanie reklamowe: wiadomości e-mail poddawane są badaniom rynkowym, a statystykom klikalności podporządkowuje się wszystkie inne kryteria. Jednak w pogoni za ilością pozostawiono w tyle pasję. Organizacje tego typu z każdym dniem coraz trudniej znajdują odzew u swoich „członków”. Ostatecznie branża online-aktywizmu osiąga swą żałosną średnią: mniej niż jeden na dwudziestu odbiorców otwiera przysłanego e-maila, większość po prostu klika przycisk „usuń”. Tajemnicą poliszynela jest, że postępowe organizacje pozarządowe z obszaru metropolitalnego San Francisco uzyskują z reguły współczynnik odpowiedzi rzędu 5%.

Mimo posiadania olbrzymiej listy mailingowej, organizacje nie mogą liczyć na uzyskanie dużego odzewu na jakąkolwiek ze swoich kampanii. W celu zwiększenia klikalności coraz bardziej łagodzą ton przekazu, „apele” stają się prostsze, a oczekiwane „działania” – mniej wymagające. Wkrótce wprowadza się sztuczkę, dzięki której samo otwarcie e-maila traktowane jest jak podpisanie petycji. A jednak, podczas gdy listy członkowskie tych organizacji dalej się rozrastają, znika aktywna część ich bazy. Co gorsza, działający w dobrej wierze cyberaktywiści odkryją w końcu, że są upupiani przez obłudne kampanie reklamowe, udające prawdziwy motor zmian.

Tak oto znaleźliśmy się w dziwacznej sytuacji, gdy słynna międzynarodowa organizacja działająca na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym, TckTckTck – posiadająca ponad 10 mln członków oraz ponad 350 organizacji partnerskich, w tym Greenpeace, WWF, Oxfam itd. – jest potajemnie prowadzona przez Havas Worldwide, szóstą co do wielkości agencję reklamową na świecie. Klientami Havas są np. Wal-Mart, Coca-Cola, Pfizer, BP i cała reszta tych, którym należą się słowa krytyki.

Oddając aktywizm w ręce technokratów, wyświadczyliśmy niedźwiedzią przysługę szlachetnej tradycji społecznych protestów, które przyniosły ludzkości postęp w kierunku równości. Zamieniliśmy trudny proces angażowania się w walkę w realnym świecie na beztroskę wysyłania e-maili oraz klikania w linki. Mówię tak, mając świadomość, że cyberaktywiści godzą się na to (a nowe pokolenie jest aż nadto ochocze, by zaofiarować swą pomoc), promując siebie samych jako pionierów przemiany adresów e-mailowych w realne osoby na ulicy. Musimy jednak odrzucić ich roszczenie do bycia ekspertami oraz ich pojęcie sukcesu oparte na kryterium ilościowym. Krok naprzód nie nastąpi za pośrednictwem ekranu monitora.

Właściwie pojmowany aktywizm dąży do przewrotu, uderzając w sedno. Stosuje rzeczową krytykę społeczną, której nie można rozładować czy też przyswoić bez gruntownej przemiany kulturowej. Każda epoka musi odnaleźć i wyostrzyć taką krytykę oraz wytrwale stosować ją w nieustannej walce z dominującym układem sił społecznych. Zasadnicza krytyka naszej generacji odbywa się z punktu widzenia ekologii umysłu, która traktuje konsumpcjonizm jak plagę, podsycaną przez skażenie środowiska mentalnego przez reklamodawców.

Przyszłością aktywizmu nie jest online-aktywizm. Jest nią wewnętrzny zryw przeciwko zanieczyszczaniu umysłu. Ten zaś rozpocznie się wraz z wyłączeniem naszych monitorów.

Tekst pochodzi z blogu autora. Jego rozszerzona wersja ukazała się w dzienniku „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora. Tłumaczenie: Krzysztof Kołek.

Zapłacą przyszłe pokolenia

Ile będzie nas kosztować energia atomowa? Kto za nią zapłaci? Czy jest opłacalna? Na te i inne pytania odpowiada Konrad Szymański z Inicjatywy AntyNuklearnej.

***

Komu i dlaczego zależy na budowie elektrowni atomowej w Polsce?

Konrad Szymański: Przede wszystkim elitom politycznym – wszystkie liczące się partie popierają ten pomysł. Swój interes mają też francuskie koncerny produkujące reaktory, na które w Europie od lat 90. nie ma zbytu, poza dwoma: budowanym w Finlandii i we Francji. Europa Zachodnia wycofała lub wycofuje się z energii atomowej, więc ten przemysł ledwo dyszy. W związku z tym koncerny, jak francuska AREVA, próbują tę technologię wyeksportować do biedniejszych krajów, którym można wmówić, że jest ona nowoczesna. Trzecią grupą są koncerny energetyczne, dążące do zmonopolizowania rynku, co duże i punktowe źródła energii ułatwiają. Kolejna to kartele bankowe, które na wielomiliardowym kredycie ze 100-procentowym poręczeniem rządu zarobią drugie tyle na odsetkach.

Naukowcy często wspierają budowę elektrowni atomowych.

K.Sz.: Fizycy jądrowi lobbujący za budową elektrowni atomowej mogą to czynić z powodu ambicji, dla prestiżu lub pieniędzy. Mogą też być zainteresowani wdrożeniem różnych swoich koncepcji w życie. Do tego dochodzi możliwość szkolenia kadr czy pracy w elektrowni atomowej, rozmaite sympozja, fundacje, kampania promocyjna itd. Wszystko to dla nich możliwość zarobku, samorealizacji itp.

Na ile wiarygodni są jednak eksperci, którzy po tym, co dzieje się w Japonii, przekonują, że właściwie nic się nie stało? Nawet we Francji oficjalnie przyznaje się, że te wydarzenia mogą być gorsze w skutkach niż eksplozja w Czarnobylu. Z jednej strony czytamy, że doszło do serii wybuchów i dawki promieniowania tysiąc razy przekroczyły normy, a obok komentarze autorytetów naukowych, że tak naprawdę to nic nie szkodzi. W takim razie po co są ustanawiane normy, skoro ich tysiąckrotne przekroczenie ponoć nikomu nie szkodzi i nie ma znaczenia?

Warto zauważyć, że atomiści zaangażowani w lobbing na rzecz programu atomowego założyli Stowarzyszenie Ekologów Na Rzecz Energii Nuklearnej. To grupa podstarzałych fizyków jądrowych, w większości kształconych w czasach radzieckich. W swoich materiałach negują skutki Czarnobyla, twierdząc, że zginęło tylko 31 strażaków, poza którymi nie da się udowodnić, że inne osoby zginęły wskutek tej katastrofy. Nie dostrzegają żadnych długofalowych skutków. Twierdzą, że dawki były niegroźne, powołując się na zmanipulowany wykres wzięty z UNSCEAR (Naukowy Komitet ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego), w którym skażenie radioaktywne uśredniono na cały ogromny obszar byłego Związku Radzieckiego. Wykres ten nie uwzględnia ani Białorusi, na którą spadła największa część opadu radioaktywnego, ani Ukrainy, na której terytorium to się wydarzyło, a 9% jej terytorium objęto strefą zamkniętą.

Skąd pomysł, że kupimy tę technologię od Francuzów? Są inni producenci technologii atomowych.

K.Sz.: Oficjalnie nie ma jeszcze decyzji, od kogo technologia zostanie kupiona. Jednak w 2008 roku, podczas wizyty we Francji, Donald Tusk ogłosił, że w Polsce rusza program atomowy i dał do zrozumienia, iż Polska jest zainteresowana zakupem reaktora właśnie od Francji. W materiałach lobby atomowego lansowany jest reaktor EPR, czyli model francuski. Czy stoją za tym jakieś ukryte interesy? Trudno powiedzieć. Choć to i tak chyba lepiej, niż zakup technologii od Rosjan.

Jakie zagrożenia niesie elektrownia atomowa?

K.Sz.: Zagrożenie zawsze istnieje, co dobitnie pokazały ostatnie wypadki w Japonii. Wbrew temu, co głoszą propagujący atom fizycy jądrowi, katastrofa w reaktorach wodnych, tzn. nie takich jak w Czarnobylu, jest, jak się okazało, możliwa. Oczywiście ktoś powie, że w Japonii było trzęsienie ziemi i tsunami, czyli miały miejsce warunki ekstremalne. Ale wybuchy w reaktorach nie nastąpiły wskutek trzęsienia ziemi, lecz z powodu zniszczenia systemu chłodzenia, co może mieć również inne przyczyny niż tsunami. Przykładowo, w lipcu 2006 r. w elektrowni Forsmark w Szwecji doszło do awarii układu chłodzenia z powodu spięcia podczas przeglądu technicznego. Przestały działać pompy chłodzące pręty paliwowe. Z czterech generatorów awaryjnych dwa nie zadziałały. A mogły nie zadziałać wszystkie.

Człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszelkich możliwych scenariuszy jeśli chodzi o kataklizmy naturalne, a z drugiej strony nie ma stabilności społecznej, gwarancji pokoju itp. Polska uczestniczy w wojnach okupacyjnych, a elektrownia atomowa może stać się celem dla terrorystów lub podczas wojny. Budowa elektrowni trwa nawet kilkanaście lat, projektowane funkcjonowanie to kiedyś 30 lat, dziś 60 lat, po których przez 30 lat będzie wygaszana. To cały wiek – w tym czasie może dojść do wojny, np. ubiegły wiek to dwie wojny światowe, a dziś sytuacja na świecie jest coraz mniej stabilna. Jak łatwo się dostać na teren tego typu obiektu, niejednokrotnie pokazywał Greenpeace.

Polska szykując się do budowy elektrowni atomowej, daje sygnał innym krajom, że ta technologia wraca do łask. Na przykład lobbyści atomowi ogłaszając renesans atomu mówią w Polsce, że Szwecja wraca do atomu, Szwedzi z kolei wskazują u siebie na Polskę. W ten sposób lobby stwarza fakty medialne na własny użytek. Na tej bazie biedne kraje starają się doścignąć bogate, więc też chcą budować elektrownie atomowe.

Poza spektakularnymi katastrofami, zawsze zdarzają się pomniejsze awarie. Pod wpływem promieniowania osłabiają się materiały konstrukcyjne, wielkie temperatury i ciśnienie sprzyjają korozji, zawory ulegają rozszczelnieniu, rury – pęknięciom, dochodzi do wycieków, a następnie do skażeń lokalnych. Podczas dekontaminacji są zmywane do wanien ściekowych, rozcieńczane do norm i spuszczane do akwenów wodnych. Z czasem jednak następuje ich powtórna kumulacja w łańcuchu pokarmowym. Najpierw pojawiają się np. w glonach, następnie w rybach, a później w organizmie człowieka. Promieniowanie ze źródeł wewnętrznych jest wielokrotnie bardziej niebezpieczne niż z zewnętrznych. W przypadku mniejszych dawek skutki zdrowotne pojawiają się losowo i rozwijają się latami w utajeniu – np. rak lub dziedziczne skutki. Żadna dawka nie jest bezpieczna, ale ryzyka nie da się wykazać na poziomie jednostki. W Polsce niewiele jest informacji na ten temat, podczas gdy za zagranicą częste są doniesienia o tym, że wokół elektrowni jądrowych czy zakładów przerobu paliwa wzrasta zachorowalność na białaczkę dziecięcą. Dzieci i płody są najmocniej zagrożone, bo komórki podczas intensywnego podziału są najbardziej podatne na uszkodzenia radiacyjne.

Jeszcze rzadziej mówi się o tym, że aby uzyskać dwieście ton paliwa produkuje się ubocznie 130 000 ton wysoce toksycznych, rakotwórczych odpadów. Nie wspominają o tym propagandyści porównujący kilogram uranu do kontenera węgla. Hałdy skał płonnych przy kopalniach uranu i toksyczny szlam z procesu wypłukiwania go chemikaliami, zawierające resztki uranu i inne pierwiastki radioaktywne oraz ich pochodne, w przeciwieństwie do wypalonego paliwa nie podlegają zazwyczaj specjalnemu składowaniu, a co za tym idzie są wypłukiwane przez deszcze do wód gruntowych lub rozprzestrzeniane z wiatrem w postaci pyłu.

Kolejnym problemem są składowiska. Okres połowicznego rozpadu plutonu wynosi 24 tysiące lat – to dłużej niż nasza cywilizacja. W przypadku produktów rozszczepienia jak cez czy stront to ok. 30 lat, co oznacza że groźne będą 10 razy dłużej. Nigdzie na świecie nie ma finalnego składowiska odpadów wysoko radioaktywnych. To jest kukułcze jajo dla przyszłych pokoleń. Ze składowisk dochodzi do wycieków i skażeń lokalnych, np. kilka lat temu we Francji, w wyniku przecieku skażeniu uległy wody gruntowe kilkanaście kilometrów od szampańskich winnic. Co ciekawe, takie rzeczy ujawniają dziennikarze lub aktywiści ekologiczni, a dziwnym zbiegiem okoliczności nie wykrywają ich odpowiednie służby.

Sprawa odpadów łamie fundamentalną zasadę ekologiczną, że to zanieczyszczający powinien płacić za posprzątanie po sobie. Firmy pojawiają się i znikają, nikt nam nie da gwarancji, że za sto lat będą istnieć dzisiejsi producenci odpadów promieniotwórczych czy firmy odpowiedzialne za ich składowanie. Zresztą nie sposób oszacować kosztów przyszłego zanieczyszczenia i sposobów postępowania z odpadami w przedziale setek czy tysięcy lat. Nawet jeśli istnieją pewne plany i projekty, na ich faktyczną realizację może najzwyczajniej nie być pieniędzy.

Rozpatrując zagrożenia związane z energią nuklearną należy zatem mówić o całym zestawie problemów, nie tylko o tych związanych bezpośrednio z elektrownią. Te problemy to jeszcze zatruwanie środowiska przez zakłady przerobu wypalonego paliwa – Greenpeace ujawnił że radioaktywność ścieków pompowanych z francuskiego la Hague do Atlantyku w ilości średnio 2 milionów litrów dziennie, przekracza normy 3900 razy.

Jaki jest koszt budowy elektrowni atomowej?

K.Sz.: Koszt fińskiej elektrowni Olkiluoto 3 szacowano pierwotnie na 2,5 mld euro, potem na 3,2 miliardy. Dziś przy czteroletnim opóźnieniu koszt ten przekroczył już 5,5 mld, a prawdopodobnie może dojść nawet do siedmiu. Warto dodać, że Finlandia ma już kadry specjalistów, infrastrukturę, prawo i wszystkie inne rzeczy, których w Polsce brak. W naszym przypadku należy doliczyć wymianę sieci przesyłowych, których obecny stan jest niedostosowany do mocy produkcyjnych elektrowni atomowej, a także wykształcenie kadry specjalistów, której nie mamy. W Polsce, według oficjalnych informacji, cały program jądrowy ma kosztować ok. 100 mld złotych. Inwestycja w energetykę atomową jest więc bardzo kosztowna, a okres zwrotu bardzo długi. Nawet Bank Światowy nie chce finansować elektrowni atomowych, traktując jako inwestycje wysokiego ryzyka. Państwo będzie musiało poręczyć kredyt. I teraz pytanie: co może zagwarantować państwo, któremu dług publiczny wzrasta w tempie miliarda złotych miesięcznie? Zadłużeniem wywołanym taką inwestycją zostaną obciążeni podatnicy. Po Three Mile Island i Czarnobylu, a teraz również Fukushimie, nikt nie ubezpieczy elektrowni atomowej, bo w przypadku katastrofy straty mogą być niemożliwe do pokrycia.

Kosztem zabezpieczenia i demontażu elektrowni po zakończeniu pracy – to od 30 do 100 procent kosztu budowy – oraz nadzorowania i składowania odpadów obciążone zostaną przyszłe pokolenia.

Węgiel jest teraz droższy, a biorąc pod uwagę handel emisjami możemy się spodziewać kolejnych podwyżek cen prądu. Niektórzy eksperci od energetyki wróżą, że niebawem będziemy musieli sprowadzać prąd z zagranicy. Może opłaca się zainwestować w elektrownię atomową?

K.Sz.: Polska ma własny węgiel, a według danych z Akademii Górniczo-Hutniczej możemy go wydobywać jeszcze przez 180 lat. Do tego Polska ma największe w Europie zasoby węgla w głębokich pokładach, którego sposoby pozyskania intensywnie się rozwijają. Tymczasem zasoby uranu też się wyczerpują i prawdopodobnie zabraknie go szybciej niż węgla – szacunki mówią, że opłacalne w wydobyciu pokłady wystarczą na ok. 50 lat. Już dziś znaczną część zapotrzebowania pokrywają demontowane głowice nuklearne, ale te wtórne zasoby wyczerpią się w kilkanaście lat. Można oczywiście intensywniej eksploatować coraz uboższe złoża, ale to będzie podnosiło znacząco cenę, będzie też miało jeszcze bardziej katastrofalny wpływ na środowisko. Poza tym eksport z dalekich krajów uzależnia nas od dostawców paliwa i skoków cen surowca.

Nie wyolbrzymiałbym też wpływu energii atomowej na zmniejszenie emisji CO2. Elektrownia zapewni 6% energii elektrycznej i tylko w takim stopniu będzie zmniejszać emisję. Natomiast jej koszty będą na tyle duże, że prawdopodobnie zablokują rozwój technologii odnawialnych i modernizację energetyki. Tymczasem większość elektrowni węglowych jest na granicy śmierci technologicznej. Elektrownia atomowa nie pozwoli na ich zastąpienie. Tymczasem współczesne elektrownie na parametry nadkrytyczne pozwalają spalać węgiel dużo wydajniej. To pozwoliłoby zmniejszyć emisje i zwiększyć moc produkcyjną. W przyszłości możliwe będzie wykorzystanie głębokich zasobów przez podziemne zgazowanie. Skierowanie większości funduszy na budowę elektrowni atomowej sprawi, że Polska i tak w 90% pozostanie zależna od węgla.

Jak plany związane z energią atomową mają się do polityki energetycznej?

K.Sz.: Tu jest pies pogrzebany. Zanim zaczniemy jakiekolwiek inwestycje, powinniśmy się zastanowić i policzyć, ile energii potrzebujemy i po co. Czy chodzi o zaspokojenie realnych potrzeb, czy o to, żeby sprzedawać jak najwięcej towaru klientom? W interesie koncernów energetycznych, które handlują energią jak każdym innym towarem, jest zarabianie pieniędzy – im więcej go sprzedadzą, tym więcej zarobią. Zależy im na zwiększaniu popytu, będą więc torpedować programy poszanowania energii.

Jak wyglądają konsultacje społeczne w tej sprawie, jak kształtuje się debata?

K.Sz.: Nie ma żadnej debaty. Zamiast niej mamy kampanię oswajania opinii publicznej z myślą, że wejście na drogę atomu jest koniecznością historyczną i że atom jest bezpieczny. To oswajanie zeszło już na poziom szkół, np. na lekcjach geografii uczy się dzieci, że elektrownia atomowa jest najbardziej ekologicznym źródłem energii o ile nie dojdzie do katastrofy, a na P.O. czy fizyce, że katastrofa jest niemożliwa. Oczywiście media się wpisują w ten schemat, 90% artykułów w prasie wysokonakładowej jest przychylnych energetyce jądrowej.

Zamiast dialogu z obywatelami, rząd ogłosił przetarg na kampanię promocyjną energii atomowej. W specyfikacji do kampanii społeczeństwo zostało podzielone na przyjaciół i wrogów, a otwarta debata jest w niej potraktowane jako zagrożenie dla powodzenia programu atomowego. W roli agitatorów przewiduje się m.in. bohaterów telenowel i księży. Wygląda na to, że rząd już oficjalnie uznał, że Polacy są idiotami, z którymi nie ma o czym rozmawiać, tylko trzeba nam odpowiednio zareklamować produkt. Przewiduje się także zakładanie stowarzyszeń, które będą miały zagwarantowane pieniądze na etaty dla ludzi prowadzących fora dyskusyjne w Internecie, by urobić opinię publiczną.

Co gorsza, ocena oddziaływania na środowisko została przygotowana w oparciu o materiały promocyjne ugrupowań lobbystycznych, a obywatele mieli miesiąc na zapoznanie się i wniesienie uwag do dokumentu liczącego ponad tysiąc stron, pisanego technicznym językiem. Aby dodatkowo sztucznie zmniejszyć zainteresowanie, opublikowano go w okresie przedświątecznym, choć po protestach m.in. Greenpeace termin nieco wydłużono. Propagandzistom płaci się za to, by promowali to rozwiązanie, a obywatele muszą poświęcić swój czas, by w ogóle zapoznać się z dokumentacją. Tak w praktyce wygląda prawo obywatela do rzetelnej informacji i współdecydowania o sprawach, które będą dotyczyły wielu pokoleń Polaków.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 30 marca 2011 r.

Przeciąg historii

Obywateli hipnotyzuje tzw. okno papieskie w krakowskim Pałacu Biskupim oraz okno mokotowskiej willi gen. Jaruzelskiego. Czy jednak nie warto byłoby przejść się czasem pod inne okno?

Zima niczyja?

Co roku, w nocy z 12 na 13 grudnia pod domem Wojciecha Jaruzelskiego pojawia się licząca od kilkudziesięciu do kilkuset osób grupa ludzi chcących upamiętnić rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Przeważającą większość stanowią przeciwnicy „czerwonego generała”.

Jeszcze parę lat temu odnosiło się wrażenie, że protestującym o coś chodzi, i że przynajmniej do pewnego stopnia reprezentują liczną grupę Polaków, według których stan wojenny był zbrodniczą próbą zduszenia „Solidarności”. Niestety, ostatnie manifestacje bardzo „zaniżyły poziom”. Wszelakiej maści krótko ostrzyżeni chłopcy stali się przytłaczającą większością, a „Zima wasza, wiosna nasza!” czy klasyczne „Precz z komuną!” – chwytliwe i bądź co bądź racjonalne hasła sprzed lat – ustąpiły „Wyłaź, szczurze”, „SLD – KGB” czy „Generale, smaruj pałę”.

Dlaczego zwykli obywatele przestają przychodzić pod dom Jaruzelskiego? Pokusiłbym się o hipotezę, że duży wpływ ma tu zwyczajny fakt, iż od 1981 r. minęło już sporo czasu i stan wojenny, choć rozmaicie oceniany, budzi coraz mniejsze emocje. Co więcej, pokolenia urodzone po upadku komunizmu są już zmęczone martyrologiczną narracją postsolidarnościową i na sprawie generała zwyczajnie położyły to, co NOP-owcy radzą mu smarować.

Skoro zbieranie się pod domem niemal 90-letniego starca i wykrzykiwanie mu po nocy haseł nie wydaje się dziś odpowiednią formą prowadzenia debaty historycznej, warto by się zastanowić, pod jakim innym oknem moglibyśmy ze znajomymi miło spędzić wieczór.

Nikt nic nie wie

Domyślam się, że każdy czytelnik ma własnego faworyta. Mimo to chciałbym zaproponować swojego kandydata: Leszka Balcerowicza.

Sukces tego adepta Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu był dla mnie zawsze zagadką porównywalną z tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego. Umiarkowanie znany akademicki ekonomista bez doświadczenia w kierowaniu zespołem ludzkim, na dodatek kiepski mówca – nagle zostaje wicepremierem i ministrem finansów pierwszego demokratycznego rządu. I to rządu, dodajmy, o zabarwieniu mocno lewicowym.

Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, co stało się z elitą „Solidarności”, która gdy tylko stworzyła własny gabinet polityczny, wykonała zwrot o 180 stopni, porzucając lewicowy program ustalony przy Okrągłym Stole (polityka pełnego zatrudnienia, zrównoważenia gospodarki, ewolucyjnych przemian ekonomicznych itd.). Następnie rozpoczęła realizację planu, którego historia, jeśli kiedykolwiek zostanie zekranizowana, mogłaby mieć tytuł jak jeden z filmów Woody’ego Allena: „Bierz forsę i w nogi”.

Dlaczego Mazowiecki, Kuroń czy Michnik – wszyscy otwarcie przyznający się do ekonomicznej ignorancji – tak łatwo zawierzyli neoliberalnym doradcom z USA (przezywanym Brygadą Marriotta), takim jak Jeffrey Sachs i George Soros? I jak to możliwe, że owoc prac zespołu wicepremiera, czyli pakiet ustaw nazwany potem planem Balcerowicza, wprowadzono bez konsultacji społecznych oraz oglądania się na krytykę czołowych ekonomistów i posłów (Bugaj, Kowalik, Modzelewski, Małachowski)?

Wreszcie, ludzkie pojęcie przechodzi nieświadomość rządu i prezydenta w kwestii tworzonego planu zepchnięcia kraju gospodarki nakazowo-rozdzielczej w odmęty wolnego rynku. Po latach Lech Wałęsa przyznał, że zaakceptował program wicepremiera, mimo że ten nie pofatygował się przedstawić mu go w finalnej wersji.

Jednak najbardziej zastanawia mnie fakt, że pomimo oczywistej porażki planu Balcerowicza, jego twórca nie stał się medialną persona non grata.

Księżycowa ekonomia

Jak od lat podkreśla prof. Tadeusz Kowalik, żaden PRL-owski plan nie rozminął się z rzeczywistością tak bardzo, jak plan Balcerowicza.

Weźmy bezrobocie. Oceniano, że osiągnie poziom 400 tys. osób (Sachs mówił wręcz o nieco ponad 100 tys.), a i to jako zjawisko tymczasowe. Jednakże na bruku wylądowały 3 mln Polaków. Inflacja miała spaść do jednocyfrowej – stało się tak dopiero pod koniec lat 90. Wzrost cen okazał się pięciokrotnie wyższy od zakładanego. Spadek produkcji przemysłowej pięć razy przekroczył przewidywania „speców” ministerstwa. I tak dalej…

Mylić się jest rzeczą ludzką. Osobiście jestem w stanie wiele bliźnim wybaczyć. Nawet wybór najbardziej radykalnego wariantu reform spośród rekomendowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nawet zabawę w laboratorium ekonomiczne pod batutą Miltona Friedmana (który radził Balcerowiczowi nie brać wzorów ze współczesnych, „socjalistycznych” Stanów Zjednoczonych, ale z ustroju tego kraju… sprzed stu lat), przy skocznych akordach kapitałów zachodnich skupujących za bezcen sektor państwowy.

Niech będzie. Trzeba rozumieć kontekst historyczny tamtych czasów i nawet chyba istotniejszy czynnik ludzki, który stał u podstaw błędów gabinetu Mazowieckiego. Ze strony Balcerowicza, którego kompetencji część środowiska ekonomistów nigdy wysoko nie ceniła, również wiele spodziewać się nie powinniśmy. Na czele gospodarki stanął człowiek o bezprecedensowym uporze, darze organizowania ludzi i – przepraszam – niewielkiej wiedzy o procesach gospodarczych i społecznych. To pozwoliło mu nie widzieć trudności i iść naprzód. Po prostu nie wiedział, że robi rzeczy niemożliwe – tak w 2005 r. dorobek wicepremiera ocenił obecny szef NBP, Marek Belka. Dlaczego jednak Balcerowicz, zamiast cichaczem wycofać się na „intelektualną Elbę” w postaci założonego przez siebie Forum Obywatelskiego Rozwoju, jako VIP bierze udział w najważniejszych debatach publicznych?

Ostatni niesprawiedliwy

Za społeczne skutki swojej wiary w neoliberalne dogmaty przeprosiło już wielu. Przede wszystkim Sachs, który wykonał niespodziewaną woltę i teraz jest głosicielem idei zrównoważonego rozwoju. Z 1990 r. rozliczali się także niektórzy politycy, np. ówczesny wicemarszałek Sejmu Aleksander Małachowski, a spośród członków gabinetu Mazowieckiego – Jacek Kuroń. Nawet pierwszy demokratyczny premier zdaje się przewartościowywać swoje spojrzenie na plan Balcerowicza (choćby w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 6 czerwca 2009 r.).

Także przy okazji debaty dotyczącej Otwartych Funduszy Emerytalnych widzimy, jak dawni zatwardziali neoliberałowie zmieniają poglądy. Najlepiej można to dostrzec w zaskakująco pragmatycznym stanowisku ministra finansów Jacka Rostowskiego, współtwórcy reform ustrojowych, a także doradcy premiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Mimo to Balcerowicz nadal nie traci rezonu. Zamiast karnie stanąć do szeregu i wyjść z ambarasu z twarzą, zgrywa pierwszej wody eksperta, który ma zawsze gotowe recepty na wszelkie bolączki gospodarki. Co gorsza, znajduje wielki posłuch u dziennikarzy. Niedawno na antenie radia TOK FM Janina Paradowska chwaliła go za to, że jego pomysł na OFE, w odróżnieniu od tego rządowego, jest… prosty.

Skoro elity polityczne, biznesowe oraz media nie chcą bądź nie są w stanie pojąć, że Balcerowicz jest ekonomiczną ofermą, obywatele powinni wziąć sprawy w swoje ręce. To chyba jedyna szansa na wytrącenie z letargu naczelnego doktrynera III RP.

Panu już dziękujemy

Przyznam, że nie wiem, gdzie mieszka szef Forum Obywatelskiego Rozwoju. Mam nadzieję, że w wypasionej chacie w samym centrum Warszawy, z dojazdem dogodniejszym niż pod dom Jaruzelskiego, dzięki czemu będziemy mogli gremialnie tam przybyć.

Gasnącego generała i historyczne demony zostawmy rzeczowej debacie historyków. Biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy „zasług” Balcerowicza, „okienny obóz protestu” należy przenieść spod okna na ul. Ikara pod dom ekonomisty. Dla wahających się mam dobrą wiadomość. Zamiast w mroźną, grudniową noc, spotykamy się we wrześniu – w tym samym miesiącu, w którym grupa ekspertów byłego wicepremiera stworzyła plan reform.

Mam już nawet pomysł na pierwszy okrzyk, który będziemy ochoczo wznosić: „Balcerowicz do domu!”.

Wszystko ma swoją cenę

W kapitalistycznym świecie wszystko musi zostać przeliczone na pieniądze, nawet bezcenne pamiątki kultury i natury.

W połowie lutego Ministerstwo Środowiska rozesłało do wszystkich parków narodowych polecenie wyceny wartości należących do nich terenów. Niebawem poznamy rynkową wartość Puszczy Białowieskiej – jednego z ostatnich niżowych lasów naturalnych Europy, Morskiego Oka, Maczugi Herkulesa czy jedynych w Europie ruchomych wydm nadmorskich. Ministerstwo twierdzi, że taki wymóg nałożyła nań ostatnia kontrola NIK, wskazując na zapisy ustawy o rachunkowości. Przedstawiciele Izby dziwią się jednak, że resort środowiska wybrał tę drogę, skoro mógł zwrócić się do posłów o zmianę ustawy, w nieżyciowy sposób podchodzącej do terenów chronionych.

Być może ministerstwo popełniło gafę, urzędnik, od którego należałoby oczekiwać wyprostowania sytuacji – nie pomyślał. To się zdarza. Rzecz w tym, że cała sytuacja doskonale pokazuje, jak wygląda postrzeganie wartości przez pryzmat pieniądza. Jak dziś pamiętam zajęcia z ekonomii w ochronie środowiska, na które uczęszczałem podczas studiów. Najbardziej utkwiło mi w pamięci przesłanie, że wszystko ma swoją wymierną wartość. Kiedy spytałem, jak wycenić Tatry, prowadząca wykład odrzekła, że trzeba zapytać, ile ktoś jest w stanie za nie zapłacić. Suma takich „ktosiów” da nam odpowiedź.

Wycena wyceną; ot, kolejny przejaw jałowego przeliczania wszystkiego na szmal, uznałem. Zmroziło mnie dopiero kilka chwil później. Dowiedziałem się bowiem, w jakich sytuacjach będzie można przeprowadzić destruktywne inwestycje w miejscach, które uznawałem za bezcenne. Oczywiście wówczas, gdy wartość inwestycji przekroczy nominalną wartość np. Doliny Chochołowskiej, Wigier czy Puszczy Kampinoskiej. To samo dotyczy zabytków, np. Wawelu, Zamku Królewskiego w Warszawie czy kolegiaty w Tumie. Z ekonomicznego punktu widzenia to tylko zbiory cegieł, dość starych, więc niewiele wartych. Wyższe partie Tatr to jedynie trudne w użytkowaniu łąki, z kolei zachowane w pierwotnym stanie fragmenty Puszczy Białowieskiej stanowią potencjalnie dość cenny zasób desek.

To, że powyższych dóbr, które ponadprzeciętnie ceni jedynie pewien zbiór naiwniaków, nikt jeszcze nie przetworzył na coś bardziej wartościowego, jest tylko zrządzeniem losu. Problem leży jedynie w tym, że z winy archaicznych przepisów na większości z nich nie można zarabiać jak należy, skoro bilety wstępu są sprzedawane po symbolicznych cenach, a do tego często limitowane.

Może wycena położy kres marnotrawstwu i pozwoli wreszcie godziwie na przyrodzie zarabiać? Skoro olbrzymia rzesza ludzi deklaruje, że jest ona dla nich ważną wartością, to może nareszcie zaczną za nią płacić? A jeśli nie, to rząd sprzeda zbędny zasób, łatając tym samym dziurę budżetową. Prywatny inwestor już będzie wiedział, jak na nim zarobić, a przy okazji odprowadzi podatek od zysku (do jakiegoś raju podatkowego). Stertami cegieł zajmiemy się w drugiej kolejności.

Walczyła o godność

Walczyła o godność

Jolanta Brzeska była działaczką Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Zaginęła 1 marca, tydzień później jej spalone zwłoki znaleziono w Lesie Kabackim. Tragicznie zmarłą wspomina Andrzej Smosarski, działacz lokatorski.

***

Jaką osobą była Jolanta Brzeska?

Andrzej Smosarski: Jola Brzeska to jedna z założycielek Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Miała niesamowity instynkt prawny, potrafiła rozpoznać skomplikowaną sytuację prawną z opowieści pokrzywdzonego lokatora, często bez dokumentów sprawy, i trafnie coś doradzić. Jak w każdym stowarzyszeniu „interwencyjnym”, tak i do WSL trafia sporo osób, które pojawiają tylko, by coś załatwić, dowiedzieć czegoś, a później znikają, choć chcielibyśmy, żeby zostali i działali. Jola z pewnością należała do twardego rdzenia. Była solidarna z innymi lokatorami i konsekwentna w walce.

Do Stowarzyszenia przystąpiła razem z mężem, który zmarł na nowotwór kilka lat temu. Oboje żyli pod silną presją, zwłaszcza od chwili, gdy człowiek, który przejął ich dom, włamywał się do nich, usiłował odciąć zawiasy, by wedrzeć się do środka. Podejrzewamy, że sytuacja mieszkaniowa mogła mieć wpływ na pogorszenie się stanu zdrowia męża Joli. Ona sama bardzo mocno przeżyła tę śmierć. Na jakiś czas nieco wycofała się z działalności, ale gdy doszła do siebie, rozpoczęła pracę z dawną energią.

W ostatnim czasie Jola była zdenerwowana swoją sytuacją mieszkaniową, bo konflikt z nowym właścicielem ciągle narastał. Marek Mossakowski, który przejął kamienicę zamieszkałą przez Jolę, podjął działania komornicze, miała nastąpić licytacja części majątku ruchomego. Liczyła się z tym, że utraci dorobek swojego życia. Nie była osobą zamożną, ale oczywiście posiadała wiele rzeczy osobistych. Miała też pamiątki z różnych etapów życia, które teraz chciano jej odebrać.

Była bardzo życzliwą osobą. I bardzo precyzyjnie rozumującą. Zastanawiamy się w Stowarzyszeniu, czy nie trafiła na ślad jakiejś afery związanej z reprywatyzacją, bo naprawdę miała prawniczego nosa. Posiadała umiejętność kojarzenia faktów czy sytuacji, wyłapywania szczegółów, rozumienia kontekstów Byliśmy kiedyś na szkoleniu prawnym u Piotra Ikonowicza. Piotr przedstawił problem, którego sam nie umiał początkowo rozwiązać, a Jola go rozwikłała w trzy minuty! W Stowarzyszeniu dużą rolę odgrywa zwykłe ludzkie ciepło i więzi międzyludzkie. Jedną z osób, która stworzyła taki klimat była Jola Brzeska.

Jak pani Jola weszła w konflikt z Mossakowskim?

A.S.: Budynek, w którym mieszkała, został zreprywatyzowany, przejął go Marek Mossakowski, znany w Warszawie jako człowiek, który wyciąga ręce po wiele budynków. Wszędzie tam, gdzie się pojawia, natychmiast następuje gwałtowny wzrost czynszów. Usiłuje opróżnić budynek z wieloletnich lokatorów, a następnie przekształca w miejsce najmu rynkowego lub wystawia mieszkania na sprzedaż. Pod jego „panowaniem” czynsz to już złotych nie setki, a tysiące,

Jola mieszkała w ponad 70-metrowym mieszkaniu, za które Mossakowski żądał prawie trzech tysięcy złotych miesięcznie. Tak potworne uderzenie w podstawy bytu przyszło znienacka do osoby, która zawsze stała na własnych nogach. Dla niej, jako emerytki, taki czynsz był nie do zapłacenia, mimo że nie była osobą bardzo ubogą. Zresztą problem reprywatyzacji nie dotyczy tylko osób w bardzo złej sytuacji materialnej. Przejęcie kamienicy może pogrążyć praktycznie każdą rodzinę o przeciętnych dochodach. Jola nie zgodziła się na podwyżkę czynszu i sprawa jej zasadności trafiła do sądu.

Wspólnie z Jolą i innymi lokatorami od lat próbowaliśmy zabiegać u władz Warszawy o rozsądną politykę mieszkaniową. Jeżeli miasto oddaje kamienicę, w efekcie czego nagle rosną opłaty i lokatorzy nie są w stanie wytrzymać presji czynszowej, to musi istnieć jakaś alternatywa dla tych ludzi, by mieli możliwość przeprowadzenia się do budynku w zasobie publicznym, gdzie ceny czynszu są regulowane. Jola też wystąpiła o możliwość przeniesienia do lokalu komunalnego. Nie upierała się, że musi zostać w dotychczasowym lokalu, mimo że mieszkała tu od 1951 r. i to była jej przestrzeń, jej życie, coś bardzo ważnego. Aby mieć prawo do lokalu komunalnego, nie wystarczy być w potrzebie mieszkaniowej, nie wolno też przekraczać niewielkiego dochodu. Ruchowi lokatorskiemu w stolicy udało się wymóc zwiększenie kryteriów dostępu do lokali komunalnych dla osób z budynków zreprywatyzowanych, ale mieszkań brakuje i – jak nam powiedziano już po tragicznej śmierci Joli – „sprawa była w toku”, choć dzięki zmianom nie było wątpliwości, że prawo do lokalu komunalnego jej przysługuje.

Kamienicznika denerwował fakt, że Jola pozostawała w dotychczasowym mieszkaniu, wywierał naciski, domagał się pieniędzy. To powodowało, że Jola żyła w ciągle wzrastającym napięciu i to było widać. Stowarzyszenie pomagało przetrwać jej tę sytuację. Miała kontakt z innymi ludźmi w podobnej sytuacji, co pomagało jej nie załamywać się i jakoś rozładować stres. Nie zmienia to faktu, że wiele lat żyła jednak w sytuacji osaczenia, ze świadomością, że ma do czynienia z facetem znanym ze swej brutalności i zwykle niestety działającym efektywnie – ludzie z przejętych przez niego kamienic zazwyczaj wyprowadzają się z lokali bądź są eksmitowani. W budynku przy ulicy Nabielaka, w którym mieszkała, została ostatnią osobą, która się broniła. Dla mnie jest oczywiste, że była to również walka o godność, nie tylko o mieszkanie. Jej własna, głęboko osobista przestrzeń nie powinna być obiektem ataków. Dla tych wszystkich ludzi, którzy byli wprowadzani do lokali komunalnych od lat 40., stanowią one podstawową przestrzeń bytu. Nie są to wprawdzie ich prywatne mieszkania, bo na takie ich nie stać, ale to całe dekady ich życia, radości, smutków, chwil przeżywanych z najbliższymi. Pojawiły się krzywdzące pogłoski, że Jola była jakąś desperatką. To absolutna nieprawda. Poddana wielkiej presji, była osobą zrównoważoną, bardzo sprawną intelektualnie. Twardą polską kobietą, która podjęła walkę, aby uratować się od bezdomności, przeżyć zamach na podstawy bytu i dorobek życia.

Skąd pomysł na samobójstwo? Samobójcy nie podpalają się w lesie.

A.S.: To sugestia policji. Jak wynika z doniesień prasowych, przyczyną śmierci Joli był szok termiczny – spłonęła żywcem. Dlaczego miałoby to oznaczać samobójstwo? Dlaczego Jola miałaby jechać do lasu i tam wybrać tak okrutną śmierć? To wszystko jest nieprawdopodobne.

Sprawa jej śmierci wydaje się nam bardzo podejrzana, nie sądzimy, aby zamierzała popełnić samobójstwo. Jola miała córkę i wnuka, których bardzo kochała, wspomagała i trudno sobie wyobrazić, aby zdecydowała się ich opuścić. W jednym z pokojów powiesiła na ścianie z dziesięć zdjęć wnuczka – jak mogłaby go zostawić? Wiemy, że na najbliższe miesiące miała plany związane z rodziną. Wersja z samobójstwem nie wydaje się wiarygodna. Sugestia policji jest za szybka, powiem więcej – zaskakująco szybka. Można odnieść wrażenie, że śledczy chcieliby po prostu szybko zakończyć trudną sprawę. A może jest jakaś inna przyczyna? Takie osoby jak Jola nie popełniają samobójstwa. Jola była osobą pełną godności osobistej, twardą, zdecydowaną i samodzielną. W warszawskim ruchu lokatorskim wrze i będziemy protestować, jeśli wersja samobójstwa zostanie uznana za oficjalną bez jednoznacznych dowodów.

Ile w Warszawie jest osób w takiej sytuacji jak pani Jola?

A.S.: Bardzo trudno to oszacować. Nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim i mało ludzi decyduje się na walkę, organizowanie się, działanie w grupie dla wspólnego celu. Dążymy do tego, aby lokatorzy byli stroną w sprawach związanych z reprywatyzacją kamienic. Mają przecież wiedzę o historii budynku, zazwyczaj swój wkład finansowy włożony w remonty czy konserwację, no i wyrok w oczywisty sposób wpływa na ich sytuację. Obecnie stronami są tylko miasto i spadkobiercy dawnych właścicieli. Lokatorzy nie są informowani ani o roszczeniach, ani o przebiegu postępowań sądowych, dopóki nie przyjdzie nowy właściciel, najczęściej od razu z zawiadomieniem o podwyżce czynszu, np. kilkusetprocentowej. A przecież informacje dla lokatorów pozwoliłyby wielu z nich na zrobienie jakiegoś wyprzedzającego ruchu dla uratowania się z opresji.

Nie ma żadnych statystyk, ale myślę, że problem dotyczy kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Reprywatyzacja w Warszawie trwa i się nasila. We wszystkich stowarzyszeniach lokatorskich dyżury prawników, udzielających porad społecznie, są oblegane. Ale większość wciąż do nas nie trafia. Brakuje świadomości własnego interesu. Za to dużo jest naiwności – ludzie wierzą w procedury, w jakość stanowienia i egzekucji prawa, a nade wszystko w obowiązki władz miasta, mimo że samorząd praktycznie się ich zrzeka. Bardzo niska jest świadomość tego, co kryje się za reprywatyzacją, rozumienie, że teraz to już najem innego typu, bardzo słabo chroniony przez państwo. Sądy nakazują przyznanie lokalu socjalnego zaledwie 50% eksmitowanych, a i na nie czeka się często latami. To są prawdziwe dramaty ludzkie, tragedie rodzin i jednostek, a jednocześnie grupa atakowana przemocą mieszkaniową jest wciąż nieświadoma rangi zagrożeń, niesprawności ochrony prawnej, pozbawiona informacji od decydentów i traktowana jako przedmiot, a nie podmiot w procesie reprywatyzacji.

Mossakowski jest wyjątkiem, czy inni właściciele zachowują się podobnie?

A.S.: Mossakowski żyje z przejmowania kamienic. Nasze nieoficjalne informacje mówią, że aspiruje do kilkudziesięciu kamienic w Warszawie, należy do tych, którzy skupują roszczenia. Oczywiście, znam przypadki, że nowy właściciel kamienicy zachował się w porządku wobec lokatorów, załatwił mieszkanie zastępcze, ale to wyjątki. Na ogół szybko dochodzi do konfliktu. Ludzie przejmują kamienice zazwyczaj w celu szybkiego zarabiania pieniędzy. Do nas zgłaszają się lokatorzy po wystąpieniu złych sytuacji, nie mamy więc całościowego obrazu stanu rzeczy. Intuicja podpowiada mi, że postępowanie Mossakowskiego jest typowe, z tym że on sam jest bardziej sprawny jako ten, który ma już duże pieniądze i prawników. Właściciele odzyskanych kamienic nie tyle chcą zarabiać na czynszu od dotychczasowych najemców, co po prostu opróżnić lokale. Wyrzucają także z mieszkania osoby nie zalegające z czynszem, na podstawie ustawowego wymówienia w trybie trzyletnim.

Jest jasne, że napięcie w stosunkach mieszkaniowych będzie rosło, bo między rokiem 2008 a 2012 zasób społeczny (komunalny i socjalny) ma stracić w stolicy 12% mieszkań. Zastanawiamy się, jaki jest cel takiej polityki. Czy aby nie jest tak, że miasto po pozbyciu się większości zasobu komunalnego nagle przejmie się prawami lokatorów i za publiczne pieniądze zacznie wynajmować mieszkania od prywatnych właścicieli? Wtedy pewny, bo publiczny płatnik zapłaci prywatnym właścicielom za najem cenę rynkową, a ci, rzecz jasna, wykorzystają to do podniesienia poziomu opłat czynszowych… Czy nie chodzi o stworzenie warunków do wielkiego transferu publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni pod pozorem ochrony lokatorów? Z punktu widzenia logiki zarządzania miastem obecna polityka mieszkaniowa władz stolicy nie ma żadnego sensu. Reprywatyzacja zwiększa liczbę osób, których nie stać na pozostanie w dotychczasowym mieszkaniu, natomiast przeznaczony dla nich zasób komunalny ciągle jest ograniczany… Miasto tworzy problem, a likwiduje narzędzie jego rozwiązywania – może chodzi o to, aby owo narzędzie potem kupić na rynku, za dużo większe pieniądze niż kosztuje utrzymanie własnej infrastruktury.

Wspomniałeś, że czasami chodzi po prostu o to, by się kogoś pozbyć z mieszkania. Po co właścicielowi puste mieszkanie, które przecież oznacza koszty i brak wpływów?

A.S.: Te mieszkania mogą zostać przeznaczone na biura, najem komercyjny lokatorom (tzw. krótkoterminowy) lub po prostu sprzedane. Ustawa o ochronie praw lokatorów działa w wielu zapisach tylko w odniesieniu do lokatorów długotrwałych. Duża część ochrony nie dotyczy najmu rynkowego, np. wynajmu przez studentów. Celem jest zamiana lokatorów, bo nowych można w razie potrzeby łatwiej i legalnie się pozbyć – i znacznie więcej na nich zarobić. Dodatkowo, w stolicy sama ziemia jest warta mnóstwo pieniędzy, często nie chodzi o budynek, ale właśnie o grunt, na którym można postawić biurowiec albo sprzedać deweloperowi. Kamienice komunalne rzeczywiście często są potwornie zaniedbane, więc samorząd chce się pozbyć kłopotu – lepiej nie mieć i nie musieć się troszczyć. Z badań robionych parę lat temu wiemy, że czynsze komunalne wystarczają na utrzymanie mieszkań, ale nie są w stanie pokryć wieloletnich zaniedbań. Władze miasta zapominają, po co jest budownictwo komunalne. Traktują je jak zdezelowany majątek, na utrzymywanie którego brak pieniędzy i lepiej się go pozbyć. Opowiadano mi o sytuacji, kiedy dawny właściciel nie chciał przejmować budynku i miasto samo się do niego zgłosiło. Urzędnicy potrafili przyjść od razu z kupcem i to już było przekonywujące, bo to jak dostać nieoczekiwany przelew na konto – kto by się nie skusił?

Miejscy urzędnicy ogóle nie myślą o tym, że jest to podstawa bytu dla tak wielu mieszkańców. Nie ma żadnych koncepcji zarządzania majątkiem mieszkaniowym, który uwzględniałby interesy beneficjentów. Przez lata nie zrobiono żadnych badań, aby zorientować się, kto właściwie zasiedla prawie sto tysięcy mieszkań komunalnych, jakie dochody i jaką sytuację osobistą mają ich lokatorzy, jaki jest poziom usług publicznych w tym rejonie. Dla urzędników jest to tylko infrastruktura techniczna, zdezelowana do szczętu i zamieszkiwana przez roszczeniowych ludzi. Oficjalna propaganda głosi, że zamieszkują w nich menele, którym nie chce się pracować. Albo cwaniacy, którzy żerują na podatniku, choć stać ich na najem rynkowy albo zakup mieszkania. Lokator jest na celowniku, czy wiedzie mu się znośnie, czy gorzej, bo albo robi się z niego naciągacza, albo leniwego pijaka. Tymczasem niedawna kontrola wykazała, że zaledwie 1% kontrolowanych narusza warunki najmu komunalnego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 18 marca 2011 r.

Zdjęcie w tle: Wikipedia

Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów – organizacja pozarządowa, działająca na rzecz najemców lokali. Istnieje od połowy roku 2006 skupiając kilkadziesiąt osób zaangażowanych w różne działania na rzecz lokatorów z budynków komunalnych oraz sprywatyzowanych byłych komunalnych. Główne dwa kierunki działania obejmują udzielanie pomocy prawnej lokatorom doświadczonym lub zagrożonym różnymi formami wyzysku opartego na stosunkach mieszkaniowych oraz reprezentowanie interesu grupowego najemców mieszkań wobec władz i instytucji publicznych, właścicieli budynków mediów i opinii publicznej. Do typowych działań Stowarzyszenia należą: prowadzenie bezpłatnych porad prawnych, nagłaśnianie szczególnie brutalnych działań kamieniczników wobec lokatorów (m.in. demonstracje w miejscu zamieszkania czy prowadzenia działalności gospodarczej tego typu właścicieli, kampanie medialne), tworzenie presji politycznej na polityków i urzędników lokalnych w celu zwiększenia zakresu budownictwa społecznego, ograniczenia liczby eksmisji oraz sprawniejszej ochrony prawnej lokatorów przez sądownictwo i organa porządku publicznego. W wyniku akcji organizowanych z innymi środowiskami lokatorskimi, w roku 2009 Rada Warszawy wprowadziła łatwiejszą ścieżkę dostępu do lokali komunalnych dla lokatorów budynków reprywatyzowanych. Od początku działalności Stowarzyszenie było aktywnie wspierane przez osoby i środowiska radykalnej lewicy, działające z pobudek światopoglądowych.

Na marginesie „Złotych żniw”

Na marginesie „Złotych żniw”

Staram się unikać zabierania głosu w sprawach związanych ze stosunkami polsko-żydowskimi, z filo- czy antysemityzmem. Robię to tylko wtedy, gdy sytuacja mnie do tego zmusza lub prowokuje. Czynię to niechętnie, dla przeciwstawienia się antysemickim, antypolskim czy po prostu szkodliwym wypowiedziom. Problematyka stosunków polsko-żydowskich nie jest przedmiotem moich zainteresowań, ale czasem milczeć nie można…

Wiadomo, że w czasie wojny, jak i po wojnie, poza pomocą udzielaną Żydom były i haniebne działania Polaków. Wśród Polaków, jak w każdym społeczeństwie, są tak uczciwi ludzie, jak i bandyci. Gdyby jednak ogół zachowywał się podczas okupacji tak, jak to opisują „Złote żniwa”, to mnie by nie było na świecie.

Byli szmalcownicy szantażujący Żydów i donoszący gestapo. Okupant nagradzał ich, promując takie postawy, a podbite państwo nie mogło temu skutecznie przeciwdziałać i karać bandytów. Za ich działania odpowiedzialność ponoszą – poza nimi samymi – ci, którzy na nie pozwalali i którzy je nagradzali. W czasie wojny nie było polskiego rządu kolaboracyjnego, a jedyne legalne polskie władze (Rząd Londyński) nakazywały wydawanie wyroków śmierci na szmalcowników, zaś AK jak mogła, te wyroki wykonywała. Byli też Polacy, którzy narażając własne życie ratowali ukrywających się Żydów.

Obecnie trwa rozmywanie odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej popełnione na Żydach, tak by trochę jej zdjąć z Niemców, aby trochę spadło na Polskę. Piszę to, mimo iż moi dziadkowie zginęli z rąk szmalcownika. Moja matka, Erna Rosenstein, wraz ze swoimi rodzicami uciekała z Warszawy na wieś, wydawało się, że tam będzie bezpieczniej. Człowiek, który zaoferował pomoc, zabrał ich pociągiem gdzieś pod Małkinię, ograbił i zabił. Mojej matce udało się uciec. Nie można jednak za to morderstwo obwiniać polskiego społeczeństwa. Dziesiątki ludzi próbowały im wcześniej pomagać, a wystarczył jeden bandzior, żeby ich zamordować. Za działania bandytów nie wolno obwiniać wszystkich Polaków, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, bo sporo ludzi pomagało jak mogło, mimo iż kraj był pod okupacją. Za zbrodnie odpowiadają ci, którzy je popełnili oraz hitlerowcy, którzy te działania promowali i nagradzali.

Byli szabrownicy, którzy po wojnie grabili mienie po pomordowanych Żydach. Rozkopywano także groby. Te bandyckie działania, brak skutecznej reakcji władz, muszą być oceniane na tle stanu państwa, w którym trwała wojna domowa, reforma rolna, trwało przemieszczanie ludności na niespotykaną skalę. Równolegle miało miejsce grabienie dworków na parcelowanej ziemi i masowy szaber mienia porzuconego przez Niemców na Ziemiach Odzyskanych.

Ponieważ w czasie wojny na terenie Polski zginęła kolosalna liczba Żydów, pozostał po nich ogromny majątek i oczywiście szaber w wielkim stopniu dotyczył właśnie ich mienia. To, co się działo, nie miało w żadnym stopniu charakteru działań narodowych wymierzonych specjalnie w mienie po Żydach, lecz były to akty bandytyzmu, które miewają miejsce po wojnie. Należy je potępiać, nie można ich w żaden sposób tłumaczyć, ale też nie wolno im przypisywać charakteru wyłącznie antysemickiego.

Taki charakter miał oczywiście pogrom w Kielcach, który spotkał się z masowym potępieniem, a przestępcy zostali osądzeni.

Na błędnych torach

Poczta Polska wchodzi w decydującą fazę ograniczania sieci swoich placówek. Nad urzędy pocztowe na wsi oraz w małych miastach – często stanowiące ostatni przyczółek struktur państwowych na prowincji – nadchodzi fala przekształceń. W najlepszym razie stają się one filiami urzędów z większych ośrodków. Co najmniej tysiąc placówek ma zostać zastąpionych agencjami pocztowymi, czyli prywatnymi firmami działającymi w imieniu Poczty Polskiej. Tak filie, jak i agencje świadczą zwykle mniejszy zakres usług niż urzędy pocztowe (np. nie przyjmują cięższych paczek). Ponadto są zwykle znacznie krócej czynne – istnieją w Polsce placówki pocztowe czynne zaledwie jedną godzinę dziennie (np. filia w Zawykach na Podlasiu w godz. 13.00-14.00, filia w Zalasowej w Małopolsce w godz. 10.00-11.00 czy filia w Domisławiu na Pomorzu w godz. 8.45-9.45).

Pocztowi reformatorzy zapewniają, że przekształcenia będą polegać wyłącznie na zamianie urzędów w filie i agencje, a nie całkowitych likwidacjach. Prawda jest jednak taka, że rząd zaakceptował już zmiany w przepisach, które pozwolą na zmniejszenie minimalnej liczby placówek pocztowych, czyli ograniczenie jedynego mechanizmu w jakikolwiek sposób gwarantującego powszechny dostęp do usług pocztowych. Dziś od Poczty Polskiej wymaga się utrzymywania 8240 placówek w całym kraju (w miastach: jedna placówka na 7 tys. mieszkańców, na wsi: jedna placówka na 85 km2). Zmiany, które mają wejść w życie w 2012 r., umożliwią zredukowanie sieci pocztowej o 1,5 tys. placówek!

Obecne plany przekształceń w filie i agencje w rzeczywistości stanowią więc forpocztę zupełnego wycofania się Poczty Polskiej z obsługi „prowincji”. Już dziś publiczny operator pocztowy obszar ten traktuje po macoszemu. Wiele placówek wliczanych do obowiązkowej sieci 8240 punktów pocztowych w rzeczywistości jest „zawieszonych”. Przykładowo, na terenie koszalińskiego oddziału rejonowego poczty obecnie zawieszona jest działalność 11 placówek, podobnie na terenie oddziału w Białej Podlaskiej, zaś na terenie oddziału kieleckiego zawieszonych jest 8 placówek. Występujący w każdym niemal oddziale rejonowym problem zawieszania placówek dotyczy przede wszystkim agencji pocztowych – ajenci rezygnują z obsługi prowadzonych punktów albo Poczta Polska nie jest w stanie porozumieć się z zewnętrznymi partnerami w kwestii warunków umów ajencyjnych. To pokazuje, jaka czeka nas rzeczywistość po przekształceniu tysięcy urzędów pocztowych w „elastyczne” agencje pocztowe.

Faza „reform”, w którą właśnie wchodzi Poczta Polska, niebezpiecznie przypomina przekształcenia dokonane w ciągu ostatnich kilkunastu lat na kolei. Polska sieć kolejowa skurczyła się o ponad jedną czwartą – w 1990 r. eksploatowano 26,2 tys. km sieci, by do 2008 r. skrócić ją do 19,6 tys. km (dane z raportów Eurostatu). Dodajmy, że codzienny ruch pasażerski obecnie prowadzony jest na zaledwie 13,3 tys. km sieci kolejowej. Kolej w wyniku rezygnacji z obsługi linii przynoszących najsłabsze wyniki finansowe przestała być powszechnym, ogólnokrajowym systemem transportu. W powiatach, do których w ogóle nie docierają pociągi pasażerskie, mieszkają 3 mln obywateli.

Ograniczanie sieci lokalnych połączeń spowodowało zmniejszenie potoków pasażerskich na głównych liniach kolejowych. Zasadniczym efektem prowadzonej przez ostatnich kilkanaście lat „reformy” likwidującej nierentowne połączenia był dramatyczny spadek liczby klientów kolei. Według danych międzynarodowej unii kolei UIC, w 1990 r. z usług kolei skorzystało 766 mln pasażerów, a w 2009 r. – zaledwie 211 mln. Jak widać, liczba podróżujących tym środkiem transportu spadła w Polsce o prawie 75%. Przy takim spadku liczby klientów i udziału kolei w rynku transportowym przewoźnicy nie mogli wyjść z problemów finansowych. I rzeczywiście, po dziś dzień wciąż słyszymy o długach i milionowych stratach notowanych przez spółki kolejowe.

Na błędną drogę kolejowych „reform” wkracza obecnie Poczta Polska. Tak jak kolej odcięła się od całych regionów, tak publiczny operator pocztowy wkrótce będzie mógł zlikwidować 1,5 tys. swoich placówek w Polsce powiatowej. Tak jak kolej na wciąż czynnych liniach zmniejszała liczbę połączeń do jednego-dwóch na dobę, zniechęcając do korzystania ze swoich usług nawet najwierniejszych klientów, tak Poczta otwiera swoje mniejsze placówki na zaledwie godzinę dziennie. Tak jak kolej, chcąc spijać śmietankę z rynku transportowego, ograniczyła się do obsługi głównych tras, tak publiczna poczta skupia się na obsłudze strumieni przesyłek w ramach największych aglomeracji. W efekcie tych zmian Poczta Polska – tak jak stało się to z koleją – straci swój powszechny, ogólnokrajowy zasięg. I wraz z nim przychody od milionów klientów.

Gwóźdź do trumny spółdzielczości?

Gwóźdź do trumny spółdzielczości?

25 lutego sejm przyjął ustawę o zniesieniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców, która umożliwi przekształcanie spółdzielni pracy w spółki prawa handlowego. Alfred Domagalski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej, wyjaśnia, co to oznacza oraz zarysowuje tło funkcjonowania spółdzielni w ostatnim dwudziestoleciu.

***

Jeśli ustawa zyska akceptację senatorów i prezydenta, umożliwi przekształcanie spółdzielni pracy w spółki prawa handlowego. Co to oznacza dla polskiej spółdzielczości?

Alfred Domagalski: Problem należy rozważać na tle całej polityki państwa wobec spółdzielczości po roku 1989. W reformowaniu polskiej spółdzielczości na początku lat 90. minionego stulecia popełniono niestety wiele błędów. Ich praprzyczyną było uznanie spółdzielczości za formę niewłaściwą dla systemu gospodarki rynkowej, brak dostatecznego zrozumienia spółdzielczej specyfiki oraz potrzeba otwarcia szerokiego pola dla tworzącego się sektora prywatnego.

Skutki tamtych decyzji okazały się bardzo dotkliwe dla ludzi związanych ze spółdzielczością. Wystarczy powiedzieć, że pracę w podmiotach spółdzielczych straciło aż 900 tys. osób, a udział spółdzielczości w tworzeniu PKB zmniejszył się z 9,5% do ok. 0,8%. Trzeba dodać, że także 900 tys. osób przestało być współwłaścicielami spółdzielczego majątku. Jeśli nawet przyjmiemy, że w czasie PRL spółdzielczość była w pewnym sensie nadwartościowana, to i tak czas po transformacji był najczarniejszym okresem w 150-letniej historii tego ruchu, pięknego i użytecznego dla ludzi i państwa. Dla porównania przypomnę, że spółdzielczość w krajach Unii Europejskiej tworzy niemal 5 milionów miejsc pracy, zrzesza 145 milionów członków i wytwarza ok. 6% PKB, w istotny sposób przyczyniając się do budowy społeczeństwa obywatelskiego, wzbogacenia rynku oraz poprawy jakości życia wielu ludzi.

Niepowetowane straty, jakie poniosła spółdzielczość, nie są stratami abstrakcyjnymi. Są to straty konkretnych ludzi, którzy pozostali bezsilni wobec obowiązującego prawa i cwaniactwa wąskich grup interesów. Są to określone straty społeczne, o których oszacowanie nikt się nie pokusił. Ludzie stracili nie tylko najbardziej bezpieczne miejsca pracy i wsparcie na trudnym komercyjnym rynku, ale przede wszystkim współwłasność i poczucie współgospodarzenia we własnym kraju. Zamiast polityki upowszechniania własności, państwo wspiera jej koncentrację. Zamiast dywersyfikacji systemu społeczno-gospodarczego, państwo buduje monolityczny rynek. Zamiast tworzenia warunków dla szerokiej aktywności społecznej i zawodowej obywateli, promuje się indywidualizm i bierność. Przez niemal 20 minionych lat żaden z rządów nie wykazywał zainteresowania problemami spółdzielczości i nie wyraził woli naprawienia popełnionych błędów.

Czy obecny rząd i jego działania to wyjątek?

A.D.: Wydaje się, że obecny rząd, nie chcąc być gorszym, idzie śladem poprzedników. Rząd Prawa i Sprawiedliwości rozdał spółdzielcze mieszkania, które i tak należały do członków spółdzielni mieszkaniowych, a rząd Platformy Obywatelskiej rozdaje majątek, który i tak należy do członków spółdzielni. To nic nie kosztuje, ale robi wrażenie. Być może pozwoli to też pozyskać jakąś grupę wyborców.

Paradoksalnie, wraz z powołaniem obecnego rządu PO-PSL pojawiła się nadzieja. Dzięki decyzji premiera Donalda Tuska i zaangażowaniu ministra Eugeniusza Grzeszczaka przygotowany został Raport o spółdzielczości polskiej, odbyła się, w ramach informacji bieżącej rządu, debata parlamentarna, a Prezes Rady Ministrów powołał międzyresortowy zespół do spraw przygotowania projektu założeń nowej ustawy Prawo spółdzielcze. Wszystko to pozwalało sądzić, że następuje długo oczekiwany zwrot w postrzeganiu spółdzielczości przez władze publiczne.

Niestety, powraca pomysł przekształcania spółdzielni pracy w spółki prawa handlowego, a posłowie PO składają w Sejmie własny projekt ustawy o spółdzielniach. Pogarsza on warunki funkcjonowania spółdzielni – i tak już znacznie trudniejsze niż firm prywatnych. Wszystko to dzieje się w czasie pracy zespołu międzyresortowego nad projektem założeń nowej ustawy Prawo spółdzielcze i tym samym każe się zastanowić nad rzeczywistymi intencjami rządu.

Jakie mogą być konsekwencje planowanych zmian?

A.D.: Trudniejsze warunki funkcjonowania spółdzielni niż spółek kapitałowych i odejście od międzynarodowych zasad spółdzielczych spowodowały wzmożoną ucieczkę z systemu spółdzielczego poprzez procesy likwidacyjne i silną presję na wprowadzenie prawnych możliwości przekształcania spółdzielni w spółki. Procesy te ułatwiło odejście ze spółdzielni dużej części członków.

Trzeba także zwrócić uwagę, że projekt ustawy, wbrew pozorom, nie dotyczy tylko spółdzielni pracy, lecz także spółdzielni inwalidów i niewidomych, spółdzielni rękodzieła artystycznego „Cepelia” oraz spółdzielni socjalnych. W tej sytuacji wprowadzenie prawnej możliwości przekształcania spółdzielni pracy w spółki wydaje się być jednym z ostatnich kroków na rzecz wygaszenia systemu spółdzielczego w Polsce.

Pragnę jednak podkreślić, że nie jesteśmy w sposób doktrynalny przeciwni wprowadzeniu prawnych możliwości zmiany formuły prawnej funkcjonowania spółdzielni. Możliwość ta poprzedzona jednak powinna być odpowiednimi zmianami prawa spółdzielczego, sankcjonującymi odmienność spółdzielni od spółek kapitałowych, tak aby członkowie mogli dokonywać realnego, a nie pozornego wyboru. Brak takich rozwiązań będzie skutkować destrukcją całego systemu spółdzielczego i określonymi konsekwencjami społecznymi. W ciągu kilku lat znikną nie tylko spółdzielnie pracy, ale także większość spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, spółdzielni spożywców „Społem” oraz spółdzielni inwalidów i niewidomych. Nasili się proces wychodzenia z systemu spółdzielczego w pozostałych branżach. Za kilka lat trzeba będzie realizować kosztowne programy rządowe, mające na celu odbudowę tego systemu.

Pomimo negatywnej opinii większości środowiska spółdzielczego, niektóre spółdzielnie poparły zmiany, czemu?

A.D.: Jest kilka czynników składających się na poparcie przez część środowiska takich rozwiązań. Dwa są zasadnicze. Pierwszy to trudniejsze warunki prawne funkcjonowania spółdzielni w stosunku do spółek prawa handlowego. Wskutek braku dostatecznego rozumienia spółdzielczej istoty i specyfiki, ciągła manipulacja prawem spowodowała, że spółdzielnie stały się gorszej jakości spółkami. Jeśli ktoś ma do wyboru funkcjonowanie w gorszych i lepszych warunkach, to jest rzeczą naturalną, że wybierze te lepsze.

Po drugie, istnieje silna pokusa sięgnięcia, w sposób znacznie prostszy, po spółdzielczy majątek. Zerwanie więzi ekonomicznych członka ze spółdzielnią spowodowało brak zainteresowania członków swoimi spółdzielniami i odejście z nich wielu, często większości, członków. W sytuacji, gdy pozostało niewielu członków, a majątek jest duży, można sporo zyskać. Niektórzy chcą więc z tej możliwości skorzystać. Poparcie płynie przede wszystkim ze spółdzielni o niewielkiej liczbie członków i znaczącym majątku.

Czy projekt był konsultowany z KRS, jako samorządem spółdzielczym?

A.D.: Projekt formalnie był konsultowany ze środowiskiem spółdzielczym. Krajowa Rada Spółdzielcza jako naczelny organ samorządu spółdzielczego zajęła w tej sprawie stanowisko w piśmie do Marszałka Sejmu oraz Przewodniczącego Komisji „Przyjazne Państwo”, która rozpatrywała ten projekt. W pracach Komisji uczestniczył także przedstawiciel KRS. Wcześniej przedłożyliśmy swoją opinię Ministerstwu Gospodarki, gdzie projekt został przygotowany. Niestety zarówno rząd, jak i ustawodawca za bardziej wiarygodne uznali opinie wąskiego grona zainteresowanych osobiście wprowadzeniem takich przepisów, niż stanowiskiem Krajowej Rady Spółdzielczej, której żadnych interesów osobistych przypisać nie można. To zastanawiające. Odrzucono także wszystkie propozycje KRS, mające zasadnicze znaczenie dla osłabienia destrukcyjnego charakteru ustawy.

Nie jest tajemnicą, że część środowiska politycznego kieruje się ideową niechęcią i politycznymi uprzedzeniami do spółdzielczego systemu gospodarowania.

Nowe zapisy idą w kierunku odwrotnym, niż zalecenia ONZ, MOP czy UE, których Polska jest aktywnym członkiem. Czemu rząd postępuje wbrew tym zaleceniom?

A.D.: To dobre pytanie, ale właściwym adresatem powinien być rząd. Nie potrafię znaleźć na to racjonalnej odpowiedzi, tym bardziej, że jak wspomniałem, po raz pierwszy po 20 latach udało się nawiązać obiecujący dialog z rządem i przygotować bardzo dobry, w moim przekonaniu, Raport o spółdzielczości polskiej.

Wydawało się, że zmianie polityki rządu w stosunku do spółdzielczości sprzyjają nowe okoliczności. Kryzys ekonomiczny z roku 2008 uświadomił wszystkim, że opieranie strategii rozwoju wyłącznie na globalnych komercyjnych rynkach przynosi bardzo poważne zagrożenia. Oczy wielu intelektualistów zwróciły się w kierunku innych form prawnych aktywności społecznej i zawodowej obywateli, w tym ku systemowi spółdzielczemu, jako wspólnotowej zaradności ludzi. Walory tego systemu i jego znaczenie dla trwałego rozwoju społeczno-gospodarczego i budowania bezpieczeństwa społecznego zostały niejako odkryte na nowo.

Uczeni dali temu bardzo znaczący wyraz, przyznając nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii za 2009 rok amerykańskiej uczonej, Elinor Ostrom, za badania nad wspólnotami i spółdzielczością. Dowiodła ona, że w dłuższym okresie wspólnotowe gospodarowanie może być bardziej efektywne, bowiem prowadzi do optymalizacji ludzkich decyzji. Również Organizacja Narodów Zjednoczonych dla podkreślenie roli i znaczenia spółdzielczości oraz zwrócenia uwagi szerokiej opinii społecznej na tę problematykę, proklamowała rok 2012 Międzynarodowym Rokiem Spółdzielczości. ONZ zwróciła się do rządów krajów członkowskich o dokonanie przeglądu ustawodawstwa spółdzielczego pod kątem dostosowania go do międzynarodowych zasad spółdzielczych.

Nie potrafię więc odpowiedzieć, dlaczego rząd staje w poprzek nie tylko zaleceniom międzynarodowych organizacji, których Polska jest członkiem, ale także współczesnym tendencjom cywilizacyjnym.

Jak Pan wspomniał, udział spółdzielczości w polskim PKB spadł poniżej 1%, wobec średniej unijnej na poziomie 6%. Nowa ustawa nie poprawi tego bilansu. Jakich zmian w prawie potrzebujemy, by spółdzielczość mogła dynamiczniej działać i się rozwijać?

A.D.: Niestety, ten syntetyczny wskaźnik, obrazujący wkład spółdzielczości w rozwój społeczno-gospodarczy naszego państwa, jest smutnym bilansem dwudziestoletniej polityki rządów w stosunku do tego sektora. Śmiem twierdzić, że polityka ta prowadzona jest wbrew obowiązującym programom rozwoju naszego państwa, tj. Narodowej Strategii Spójności oraz Strategii Rozwoju Kraju, gdzie mocno podkreślana jest potrzeba budowy społeczeństwa obywatelskiego. Trudno sobie wyobrazić budowę takiego społeczeństwa bez spółdzielczości. Daje ona bowiem szansę dla wielu ludzi na aktywność społeczną i zawodową, stanowiącą podstawę społeczeństwa obywatelskiego.

Aby spółdzielczość mogła się właściwie rozwijać, trzeba zachować jej odmienność od sektora komercyjnego. Wystarczy powrócić do dobrych rozwiązań z przedwojennej Polski i do wzorców funkcjonujących współcześnie w wielu demokratycznych państwach, m.in. w państwach członkowskich Unii Europejskiej.

Do niezbędnych zmian prawnych, uwzględniających spółdzielczą specyfikę, zaliczyć należy, wzorem wielu innych krajów, przywrócenie więzi ekonomicznych członka ze spółdzielnią oraz wypracowanie i wdrożenie mechanizmów wsparcia akumulacji kapitału. Niestety wśród polityków i wysokich urzędników państwowych nie tylko brakuje zrozumienia tej kwestii, ale także woli rozmowy o tych problemach. W tym przypadku obowiązuje jedynie słuszna doktryna, prowadząca do zbudowania dwubiegunowego państwa. Na jednym biegunie podmioty komercyjne, na drugim zaś wolontariat. Takie państwo to państwo ułomne, pozbawione spójności i więzi społecznych, narażone na konflikty i kryzysy. Znaczna część jego obywateli będzie się czuła wyobcowana i pozbawiona motywacji do obywatelskiej aktywności.

Widzi Pan szanse na odrzucenie ustawy przez Senat lub niepodpisanie jej przez prezydenta?

A.D.: Przykro mi to mówić, ale nic nie wskazuje na to, aby taka refleksja miała nastąpić obecnie na którymkolwiek etapie legislacyjnym.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 14 marca 2011 r.

Warto przeczytać także nasz archiwalny wywiad z Alfredem Domagalskim: „Spółdzielczość to szkoła demokracji i solidarności”

Cała władza w ręce sondaży!

Jeśli miałbym wskazać polityka, który w największym stopniu reprezentuje moje poglądy, byłby nim Jan Kowalski.

Tradycyjnie przywoływane powody do narodowego samozadowolenia, jak odnalezienie się znacznej liczby Polaków w roli prywatnych przedsiębiorców czy kolejne rekordy hojności wobec fundacji Jerzego Owsiaka – wywołują u mnie odczucia dość ambiwalentne. Rodzimy kapitalizm oraz samoorganizację wokół wspólnych celów obserwuję poniekąd zawodowo i choćby dlatego jestem raczej powściągliwy w zachwytach nad naszą nacją. Polak jaki jest, każdy widzi – wymienić cały katalog naszych zbiorowych wad nie byłoby wielkim wyzwaniem. Daleko mi jednak do tych, którzy najchętniej wymieniliby własne społeczeństwo na jakieś inne, bardziej „nowoczesne” czy „europejskie”.

Mimo swoich ułomności, „statystyczny Polak”, jeśli mu się przyjrzeć bez elitarnych uprzedzeń, okazuje się bowiem mieć poukładane w głowie całkiem nieźle. A gdy wziąć poprawkę na dwie dekady neoliberalnego prania mózgów, poprzedzonego doświadczeniem prawie pół wieku realnego socjalizmu, ze stanu umysłu państwa Kowalskich możemy być wręcz dumni.

Do takiego wniosku skłaniają m.in. wyniki badań opinii społecznej. Choć potrafią niemile zaskoczyć – vide serdeczne uczucia, jakie obdarzony krótką pamięcią naród żywi wobec Jerzego Buzka – w zasadniczych kwestiach politycznych oraz gospodarczych przeciętni obywatele wykazują zwykle rozsądek i przyzwoitość.

Wobec tak zróżnicowanych zagadnień, jak idea podatku liniowego, zadania i optymalne rozmiary sektora publicznego, reprywatyzacja czy stosowanie modyfikacji genetycznych w rolnictwie – większość rodaków konsekwentnie prezentuje stanowisko propaństwowe oraz egalitarne. Z kolei gdy mowa o tematach pozornie kontrowersyjnych, jak dopuszczalność przerywania ciąży, rozdział Kościoła od państwa czy lustracja, Polacy okazują się zaskakująco odporni na postulaty skrajne.

Sondaże pokazują także wyraźnie proeuropejski rys naszego społeczeństwa oraz jego szacunek dla prawa międzynarodowego, czemu towarzyszy rosnący sceptycyzm wobec polityki Stanów Zjednoczonych. Tutaj przykłady mogą stanowić zdecydowany sprzeciw wobec naszego udziału w interwencjach militarnych w Iraku i Afganistanie (niestety, głównie werbalny) czy niechęć wobec budowy elementów tzw. tarczy antyrakietowej.

Gdyby podsumować poszczególne elementy światopoglądu Polaków, okaże się on bliski najlepszym tradycjom postępowym. Na przekór opiniotwórczym elitom, pozostajemy narodem zadeklarowanych socjaldemokratów, w dziedzinie kultury i obyczaju z niezłymi szansami na zachowanie równowagi między tradycyjnymi wartościami a emancypacją jednostki. Niestety, czynniki historyczne sprawiły, że poglądy znacznej części społeczeństwa nie są reprezentowane przez liczące się ugrupowania polityczne, a ich elity pozostają bezkarne wobec wyroków demokracji. Co gorsza, nie nadążają one mentalnie za resztą społeczeństwa, które intuicyjnie opowiedziało się za najbardziej efektywnym i sprawiedliwym ładem społeczno-gospodarczym. Oparcie go na programie zarysowanym przez samych obywateli – czego należałoby oczekiwać w systemie demokratycznym – przesunęłoby nas nawet nie tyle na Zachód, co na Północ Europy. Tymczasem polski establishment nadal żyje dawno skompromitowanym mitem „drugiej Ameryki”, względnie „drugiej Irlandii”.

Nie twierdzę, że demokracja plebiscytarna byłaby  panaceum na polskie bolączki. Więcej nawet: oczekuję od polityków, by nie obawiali się podejmować decyzji idących pod prąd społecznych oczekiwań, dopóki busolą będzie dla nich mądrze rozumiane dobro publiczne. Zmierzam do banalnej w gruncie rzeczy konstatacji, że technokracja – „rządy fachowców”, mających za nic kwestie takie jak umowa społeczna czy wartości wyznawane przez społeczeństwo – ostatecznie wyczerpała się jako forma rządów w Polsce. Wbrew nadziejom Lenina, nie każda kucharka jest w stanie nauczyć się zarządzać nowoczesnym państwem. Jednak nowoczesne państwo nie może także na dłuższą metę sprawnie funkcjonować, jeżeli światłe poglądy na temat jego zadań posiadają wyłącznie kucharki.

Zielona Wyspa szuka pracy

Zielona Wyspa szuka pracy

17 lutego br. na łamach ogólnopolskiego dziennika „Metro” ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem: „Jestem germanistką. Za 5 zł sklejam pudełka”. To pełna dramatyzmu relacja Ewy, młodej absolwentki bezskutecznie poszukującej pracy, z której mogłaby się utrzymać. Mamy w niej chyba wszystko to, co spotyka kończących studia Polaków na początku ich drogi zawodowej. Mianowicie: codzienne wertowanie gazet i portali z ogłoszeniami, wysyłanie dziesiątek CV i listów motywacyjnych (z czasem – gdzie popadnie), sporadyczne rozmowy kwalifikacyjne, dorywcze zajęcia, McPracę „na przeczekanie” – często trwające latami, bezpłatne staże, wolontariat, akwizycję, przedsiębiorców skłonnych rzucić kilka złotych, ale wyłącznie „pod stołem”, bezdusznych urzędników, dla których absolwent bez zajęcia to ofiara własnej nieudolności bądź roszczeniowiec oczekujący od razu prezesowskiego fotela… Już na wstępie redakcja stawia kilka interesujących pytań: A jeśli to nie jest wina Ewy? A jeśli takich osób jak Ewa jest znacznie więcej? Jak planować swoje życie, nie mogąc myśleć o choćby minimalnej stabilizacji? Przecież Polska to Zielona Wyspa!

Trudno posądzać bohaterkę artykułu o życiową nieporadność czy nieuleczalne lenistwo. Opanowała całe know-how, którego znajomość teoretycznie umożliwia znalezienie pracy. Jak sama przyznała, potrafi się przekonująco sprzedać. Kurs autoprezentacji byłby w jej przypadku stratą czasu. Tekst kończy się odważnym wyznaniem Ewy: Już się nie wstydzę, że jestem bezrobotna. To nie moja wina, tylko chorego systemu, który takich jak ja kopie w d... Wiedząc, że na nic innego nie będzie w stanie zaoszczędzić, odkłada na bilet do mroźnej Skandynawii; decyduje się zostawić Zieloną Wyspę dla białych nocy i białych niedźwiedzi. Życzmy jej powodzenia, mając świadomość, że w krajach skandynawskich gospodarka w pierwszej kolejności służy przeciętnemu obywatelowi, a nie transnarodowym korporacjom i elitom władzy.

Brak pracy to w naszym kraju problem od początku transformacji. Przeciętna stopa bezrobocia do momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej wynosiła ok. 16%, była i nadal jest ponad dwukrotnie wyższa niż w „starej” Unii. Na przełomie 2003 i 2004 r. osiągnęła zatrważający poziom 20%, bez pracy pozostawało ponad 40% młodzieży. Otwarcie granic przez Wielką Brytanię i Irlandię stało się buforem osłabiającym skutki wejścia na rynek pracy pokolenia wyżu demograficznego lat 80. Anglosasi doświadczali wówczas dotkliwych braków w tradycyjnie nisko opłacanych sektorach usług i handlu. Fala emigracji zarobkowej przekroczyła wtedy dwa miliony osób. Staliśmy się największym w Europie eksporterem taniej i nieźle wykwalifikowanej siły roboczej. W rodzinnych stronach wydłużałaby tylko kolejki w pośredniakach. Podobnie jest w Ameryce, której gospodarkę zasilają półdarmowi pracownicy z Meksyku, i w Azji, gdzie tę rolę spełniają Chińczycy.

Obecnie w grupie osób do 25. roku życia, wśród których są także absolwenci studiów wyższych, bezrobotni stanowią ponad 22% (GUS, dane na koniec 2010 r.). Każdy, kto choć przez krótki czas pozostawał bez pracy wie, jak negatywny wpływ wywołuje taka sytuacja. Uczucia wstydu i upokorzenia, stopniowa utrata wiary we własne siły, przedłużająca się apatia, demoralizacja należą tutaj do kanonu. Można wymienić również całą gamę skutków makroekonomicznych. Stagnacja, spadek popytu wewnętrznego, pogłębianie nierówności ekonomicznych, ucieczka najzdolniejszych – to tylko kilka najbardziej podstawowych.

Wskaźnik bezrobocia rejestrowanego, latami przekraczający 10%, oznacza ogromną armię ludzi bez pracy. Wbrew temu, co twierdzą nadwiślańscy liberałowie gospodarczy, taki stan rzeczy nie „oczyszcza” rynku, tylko go psuje. Sprawia między innymi, że stawki wynagrodzeń kształtują się na zaniżonym poziomie, skoro „jest wielu na twoje miejsce”. Tymczasem oni uparcie utrzymują, jakoby bezrobocie było w Polsce wydumanym zagadnieniem, „bo każdy, kto chce pracować, pracę w końcu znajdzie. Ci, co jej nie mają, pewnie sami są sobie winni – nie chce im się pracować, bo są leniwi i wolą brać wysokie zasiłki” (590 zł/mc!).

Kolejne ekipy rządzące niewiele sobie robią z bezrobocia. Pozostaje ono polem pozorowanych działań i politycznej hipokryzji. Lansowany od dwudziestu lat skrajny indywidualizm i neoliberalna propaganda zasiały w ludziach przeświadczenie, że za wszystkie swoje niepowodzenia odpowiadają oni sami (sukcesy natomiast politycy chętnie przypisują swoim działaniom) To bardzo wygodne dla rządzących. Dopóki ludzie są przekonani, że cała wina leży po ich stronie, politycy nie mają się czego obawiać. Tragedia bezrobocia jest sprowadzana do jednostkowego problemu, którego rozwiązanie zależy od obranej przez nas strategii. Tymczasem problem, z którym borykają się ponad dwa miliony czynnych zawodowo osób, trudno rozpatrywać w kategoriach indywidualnych. Jego rzeczywiste przyczyny tkwią w rozwiązaniach systemowych, które dopuszczają do takiej sytuacji, oraz w braku kompleksowej strategii przeciwdziałania. Długotrwałe pozostawanie bez zajęcia wiąże się nieuchronnie z zanikiem postaw obywatelskich. Bezrobotni zazwyczaj nie chodzą na wybory, więc politycy nie czują się zobligowani, aby o nich zadbać.

Przypominam sobie fragmenty książki George’a Orwella „Droga na molo w Wigan”. Za poetyckim tytułem nie kryje się niestety romantyczna treść. To zbiór reportaży z 1936 r. Autor „Folwarku zwierzęcego” i „Roku 1984” opisuje w nich życie i pracę górników w północnej Anglii. To czas naznaczony ciągle żywym wspomnieniem niedawnego Wielkiego Kryzysu. Orwell uchwycił istotę ówczesnego stosunku do bezrobocia: Klasa średnia powtarzała slogan o „leniwych, bezczynnych nygusach na zasiłku” oraz: „ci wszyscy ludzie, gdyby tylko naprawdę chcieli, mogliby łatwo znaleźć pracę” […]; czy: […] moja droga, ja nie wierzę w całą tę gadaninę o bezrobociu. Wyobraź sobie, że w zeszłym tygodniu szukaliśmy kogoś do wypielenia ogródka, no i nie znalazł się żaden chętny. Oni po prostu nie chcą pracować, ot, co!; oraz: Taki był wtedy społeczny stosunek do bezrobocia: uważano je za tragedię, która dotknęła ciebie, osobę indywidualną, tragedię, której ty sam jesteś sprawcą i przyczyną.

Brzmi znajomo?

Uciekają, drepcząc w miejscu

Elity odwracają się od PO – można było ostatnio przeczytać na łamach niejednej gazety.

Po publicznych deklaracjach rozczarowania partią rządzącą, które padły z ust kilku celebrytów, przyszły wyniki sondaży, zgodnie z którymi największy spadek poparcia Platforma odnotowuje wśród „młodych, wykształconych, z dużych miast” („Gazeta Wyborcza”, 25.02) Krytyczny wobec (neo)liberalnej wizji polityki obserwator w pierwszej chwili chciałby zakrzyknąć: nareszcie!

Czyżby dotarło w końcu nad Wisłę przewartościowanie w światowej debacie ekonomicznej, związane m.in. z kryzysem finansowym, co w połączeniu z realnymi skutkami tego ostatniego, jakich doświadcza na własnej skórze duża część polskiego społeczeństwa, zaowocowało przełomem? Nic z tego: elity pozostały tam, gdzie były. Bardziej prawdopodobne jest to, nad czym ubolewa Sławomir Sierakowski: Zniechęcające i demoralizujące jest to, że gdy Michał Boni i Jan Krzysztof Bielecki zaczęli odchodzić od neoliberalnych rozwiązań, Platforma zaczęła tracić, nie będąc w stanie obronić się przed populistyczną krytyką Balcerowicza i obrońców nieudanych reform (wywiad dla „Polska The Times”, 18.02).

Niepopularna medialnie decyzja w sprawie OFE, a w jej następstwie konflikt na dość szerokim froncie z papieżem polskiego liberalizmu ekonomicznego, wpłynęły na skalę politycznego poparcia dla PO. To, że wbrew oczekiwaniom niektórych ugrupowanie to nie stało się w części kwestii „bardziej papieskie od papieża” chwali się mu, ale też nie przesadzajmy z tym odejściem od neoliberalizmu. Skala problemów budżetowych, z którymi mierzy się obecnie Tusk, w znacznej mierze jest wynikiem działań – i to względnie świeżych – w których PO miała swój udział, a których sensowności dotąd nie zakwestionowała, ani w praktyce, ani w retoryce.

Problemy na własne życzenie

Chodzi mi oczywiście o mit niskich podatków, który zmaterializował się za czasów PiS, ku aprobacie PO. Spowodowało to spadek przychodów budżetowych, co teraz próbuje się równoważyć zmniejszaniem wydatków. Oczywiście wydatków socjalnych, mimo że nakłady na zabezpieczenie społeczne w relacji do PKB są w Polsce na jednym z niższych poziomów w UE, więc nie ma powodu, by oszczędności szukać akurat w tej sferze (a jedynie sposobów na bardziej efektywne wykorzystanie tych środków). Mitu o rozdętym systemie wydatków socjalnych PO także nie odrzuciła; swoją drogą, to dopiero byłaby rewolucja, choć obiektywnie patrząc byłoby to tylko uznanie łatwo sprawdzalnego faktu. Także podatek CIT, zmniejszony za czasów jeszcze wcześniejszej ekipy rządzącej (SLD), został przez PO podtrzymany na niewysokim na tle UE poziomie.

Broniłbym dziś ekipy Tuska, gdyby ongiś głośno protestowała przeciwko zmniejszaniu podatków lub przynajmniej cicho wyartykułowała sprzeciw rękami swych przedstawicieli podczas sejmowego głosowania w tej sprawie. Ba, spojrzałbym życzliwiej na niezdarne łatanie budżetu przez rząd, gdyby ten uderzył się w pierś i powiedział, że nie należało wówczas zmniejszać przychodów publicznych. Niestety, nic z tych rzeczy nie ma miejsca. Obecne problemy premiera są zatem w dużej mierze na własne życzenie. Obniżenie podatków i składki rentowej nie było ekonomiczną koniecznością, ale świadomymi decyzjami politycznymi, z których konsekwencjami trzeba było się liczyć.

Z władzy ludowej nieraz kpiono, że odnosi sukcesy w rozwiązywaniu problemów, które sama wywołuje. Zdanie to pasuje także do elit nowego ustroju, które są równie nieudolne. PO obok rozwiązań sensownych podejmuje też działania mało rozsądne, jak podwyżka stawek VAT (uderzająca w niezamożnych, a dodatkowo mogąca spowolnić gospodarkę), drastyczne zmniejszenie wydatków na aktywną walkę z bezrobociem czy brak waloryzacji wysokości progów uprawniających do świadczeń rodzinnych i tych z pomocy społecznej, co generuje długofalowe koszty społeczne i ekonomiczne.

Zerwanie umowy czy z dogmatem?

Nawet głośna sprawa OFE nie czyni z Tuska polityka, który wyzwolił się ze ślepo przyjmowanych dogmatów i odważnie rzucił rękawicę wpływowemu finansowemu lobby. Po pierwsze dlatego, że propozycji zmian nie wiąże on ani jego zaplecze – w odróżnieniu od minister Jolanty Fedak – z zakwestionowaniem logiki istniejącego systemu. Podyktowane są one raczej bieżącymi trudnościami z dopinaniem budżetu i zmniejszaniem długu, do którego wielkości, jak wspomniałem, PO się wcześniej przyczyniła. Przekonująco brzmi stanowisko Prezydium OPZZ w sprawie zmian w systemie emerytalnym, w którym czytamy: bezpośrednią przyczyną proponowanych zmian jest zła kondycja finansów państwa oraz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, do której doprowadziły rządy poprzez obniżenie podatków i składki rentowej, a nie chęć poprawy sytuacji przyszłych emerytów.

Po drugie, zaproponowane zmiany są mimo wszystko dość zachowawcze. Nie obejmują np. likwidacji obowiązkowego ubezpieczenia w OFE, a jedynie zmniejszenie składki (której wysokość ma z czasem znów wzrosnąć), w dodatku przewidują ulgi podatkowe dla oszczędzających dobrowolnie w prywatnych funduszach. Zarówno kapitałowe filary systemu emerytalnego, jak i administrowanie zgromadzonymi w nich środkami przez graczy rynków finansowych – pozostają nienaruszone. Propozycje te zakładają więc co najwyżej korektę systemu, zaś to, że funkcjonują w debacie publicznej jako rewolucyjne i wywołują jedną z najżywszych po ’89 r. dyskusji ekonomicznych, pokazuje jedynie, jak silnie budowany ład społeczny zakorzenił się w relacjach władzy (także tej czwartej) i myśleniu ludzi.

Przeciwnicy zmian w funkcjonowaniu OFE lubią powoływać się na niegdysiejszą „umowę społeczną”, która  rzekomo jest obecnie brutalnie zrywana. Przywołuje się w tym kontekście stanowisko Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych z 1997 r. Otóż jak przypomniała podczas niedawnej konferencji Jolanta Fedak, wokół tamtej umowy narosło wiele mitów. Pani minister podkreśliła, że nie zdefiniowano wówczas ani wielkości składki, ani wysokości prowizji dla funduszy, a ponadto w stanowisku napisane było, że nie wszystkie uwagi partnerów społecznych zostały uwzględnione przez stronę rządową.

Swoją drogą istnieją bardziej ewidentne, a niemal przemilczane przejawy negowania umów społecznych, jak ta w sprawie płacy minimalnej, której wysokość rząd ostatecznie ustanowił na niższym poziomie, niż uzgodniono to na forum Komisji Trójstronnej. Poza tym, nawet jeśli coś powstało ponad dekadę temu jako „społeczna umowa”, czy oznacza to, że musi trwać w niezmienionej postaci już wiecznie, niezależnie od zmieniających się okoliczności i potrzeb?

Mówienie o zerwaniu umowy jest więc przesadą. Jeśli coś zostało zerwane, a przynajmniej lekko naderwane, to dogmat o tym, że rynki zawsze wiedzą lepiej, a pieniądze zarządzane przez firmy prywatne są zawsze bezpieczniejsze niż te zarządzane przez organy publiczne. Niestety, w Polsce podawanie w wątpliwość owego dogmatu wciąż bywa postrzegane jako szarganie świętości. Działania którejkolwiek partii, które wychodzą temu problemowi naprzeciw, zasługują na poparcie, ale na mówienie, że Platforma Obywatelska odchodzi od neoliberalizmu, jest jeszcze znacznie za wcześnie. Podobnie jak na mówienie o tym, że polskie elity przejrzały na oczy.

Wołanie dla Puszczy

Wołanie dla Puszczy

Od połowy lutego trwa akcja na rzecz ochrony najcenniejszych obszarów Puszczy Białowieskiej. O jej celu i przebiegu rozmawiamy z Robertem Cyglickim, dyrektorem Greenpeace Polska.

***

Czemu Puszcza Białowieska jest ważna?

Robert Cyglicki: To ostatni naturalny las nizinny w strefie umiarkowanej w Europie. Jest on olbrzymim laboratorium naukowym, ale również miejscem, w którym możemy zobaczyć, jak wyglądały lasy pokrywające Europę kilka tysięcy lat temu, zanim człowiek zaczął je eksploatować.

Dlaczego Greenpeace rozpoczął obecną akcję w obronie Puszczy?

R. C.: Cofnijmy się do sierpnia ubiegłego roku. Organizacjom ekologicznym udało się wówczas podpisać porozumienie z Ministerstwem Środowiska, na mocy którego miało zostać ograniczone pozyskiwanie drewna z Puszczy. Ten warunek został spełniony. Równocześnie wycinka drzew miała ulec przeniesieniu poza tereny najcenniejsze przyrodniczo. W tej sprawie miało dojść do spotkania ekspertów, aby sprecyzować, jakie kryteria przyjmiemy dla określenia, czym są takie obszary.

Niestety ten warunek nie został dotrzymany przez stronę rządową. Wiemy, że kryteria, które Ministerstwo przesłało do Lasów Państwowych, nie pokrywają się z kryteriami przygotowanymi przez naukowców. Zorganizowaliśmy leśne patrole w Puszczy Białowieskiej, aby zweryfikować, czy w najcenniejszych obszarach tego unikalnego lasu trwa wycinka. Niestety, okazało się, że wbrew obietnicom i publicznym deklaracjom Ministra Środowiska, wycinka trwała i trwa. Przygotowujemy mapę tych miejsc, którą przekażemy Ministerstwu i oczekujemy, że na jej podstawie plany cięć zostaną zweryfikowane. Rzeczniczka ministra Kraszewskiego zapowiada to w mediach od początku trwania naszych patroli.

Jak przebiega akcja?

R. C.: Weryfikujemy w terenie miejsca potencjalnego konfliktu, które wyznaczyliśmy w oparciu o analizę przygotowaną przez naukowców i przy pomocy geograficznych systemów informacyjnych pod kątem tego, gdzie planowana jest wycinka. Pracujemy w trzech zespołach, w każdym mamy zawodowego przyrodnika – osobę, która pomaga nam porównać dane zawarte w tabelach z tym, co widzimy w terenie. W ten sposób sprawdzamy również, jakiego rodzaju cięcia są planowane na terenie Puszczy Białowieskiej oraz w jaki sposób będą one oddziaływać na dany fragment naturalnego lasu. Będąc w Puszczy, sprawdzamy również na miejscu, gdzie wycinka już miała miejsce. Po kilku dniach zidentyfikowaliśmy co najmniej dziesięć obszarów cennych przyrodniczo, na których doszło do wycinki drzew, a tym samym zniszczono ciągłość pokoleniową lasu.

Greenpeace ma opinię organizacji „zadymiarskiej”, tymczasem okazuje się, że współpracują z Wami naukowcy. Jacy naukowcy i czemu zdecydowali się na wsparcie „zadymiarzy”?

R. C.: Nie jesteśmy „zadymiarzami”. Akcje organizujemy dopiero wtedy, gdy inne metody zawodzą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie siedziałby 2 tygodnie w lesie przy -20 stopniach, jeśli można by to było załatwić rozmową. Niestety inne metody zawiodły. Minister Środowiska wydaje się być głuchy na nasze argumenty lub nie panuje nad własnym resortem.

Naukowcy wspierają nas przy każdej kampanii. Nie jest tajemnicą, że badacze Puszczy Białowieskiej zabiegają od co najmniej kilkunastu lat o poszerzenie Białowieskiego Parku Narodowego i zmniejszenie pozyskania drewna w Puszczy Białowieskiej. Niestety, przez te kilkanaście lat niewiele udało się zrobić. Argumenty merytoryczne, opracowania naukowe, dziesiątki spotkań – nie przyniosły pożądanego efektu.

Obecną akcję rozpoczęliśmy po odpowiednim przygotowaniu i zapewnieniu wsparcia naukowców i badaczy Puszczy, którym od lat zależało na jej ochronie. Współpracujemy głównie z biologiem lasu, prof. Tomaszem Wesołowskim, a także z prof. Wiesławem Walankiewiczem, który na zlecenie stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wykonał wiele opracowań dotyczących Puszczy. Dzięki ich analizom wiemy, gdzie są cenne tereny, które powinniśmy chronić. Lista naukowców jest o wiele dłuższa i nie sposób wszystkich wymienić, więc pozwolę sobie zwrócić uwagę jeszcze tylko na prof. Jerzego Gutowskiego oraz dr. Przemysława Chylareckiego.

Społeczność lokalna jest nastawiona raczej niechętnie do organizacji ekologicznych. Jak przyjmują obecną akcję Greenpeace’u i jakie propozycje Greenpeace ma dla społeczności lokalnej?

R. C.: Ci ludzie są nieufni wobec akcji dotyczącej rozszerzania parku narodowego, bo jak sami podkreślają, zdarzało się w przeszłości, że byli oszukiwani. Wsłuchujemy się w te głosy, bo nie jesteśmy zamknięci na dialog. Wydaje nam się, że najpilniejszą potrzebą lokalnej społeczności jest to, aby rzeczywistością stały się deklaracje ministra z października ubiegłego roku – chodzi o przeznaczenie drewna na opał dla lokalnych potrzeb. Takiego drewna w tym momencie nie ma. To jest do zrobienia, ale wymaga szczególnego podejścia wobec Puszczy Białowieskiej i zaprzestania sprzedaży drewna przez Lasy Państwowe za pomocą aukcji internetowych.

Czemu drewno nie trafia do społeczności lokalnej, skoro jest pozyskiwane na miejscu?

R. C.: Wynika to z ogólnopolskiego zarządzenia Generalnego Dyrektora Lasów Państwowych, które reguluje sposób sprzedaży drewna. Zgodnie z nim, większość drewna musi być sprzedawana poprzez aukcje internetowe. Lokalna ludność nie jest w stanie stanąć do takiego przetargu i konkurować z dużymi nabywcami.

Pozostaje mi życzyć powodzenia w działaniach na rzecz objęcia całej Puszczy Białowieskiej parkiem narodowym.

R. C.: Oczywiście byłoby dobrze, gdyby cały obszar Puszczy został objęty ochroną w formie parku narodowego, ale takie stwierdzenie działa na lokalną ludność jak płachta na byka. Powinniśmy dążyć do tego, aby Puszcza Białowieska była dobrze chroniona. Możemy to osiągać poprzez zadania planu Natura 2000, ograniczenie pozyskania drewna, powołanie nowych rezerwatów – form ochrony Puszczy Białowieskiej jest mnóstwo, brakuje tylko ich wdrożenia.

Osobiście jestem ciut zawiedziony…

R. C.: Prowadzimy kampanie po to, żeby je wygrywać, nie po to, żeby je prowadzić. Jeżeli są inne metody ochrony Puszczy Białowieskiej, to nie będziemy się upierać przy parku narodowym. Nie o to chodzi, abyśmy nazywali sobie coś tak czy inaczej. Przypomnę tylko, że Minister Środowiska chciał włączyć do parku narodowego istniejące rezerwaty przyrody. Jaką korzyść przyniosłoby to z punktu widzenia ochrony Puszczy? Żadną. Nazwanie czegoś parkiem narodowym, a jednocześnie utrzymanie takiego a nie innego rygoru gospodarki leśnej, spowoduje, że nie będzie się to niczym różniło od sytuacji, gdyby to nadal był rezerwat czy leśny kompleks promocyjny. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju działalność będzie tutaj prowadzona. Proszę pamiętać, że około 60% cięć na terenie Puszczy Białowieskiej to tzw. cięcia sanitarne. Takie cięcia robi się też na terenie parków narodowych w całej Polsce. Parki narodowe same w sobie nie są gwarantem bezwarunkowej ochrony przyrody.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 22 lutego 2011 r.

Wolny rynek vs kapitalizm

Choć powszechnie traktowane jako synonimy, kapitalizm ma mało wspólnego z wolnym rynkiem. Rozróżnienie między nimi ma znaczenie nie tylko semantyczne, ale wręcz systemowe w skali gospodarki.

Wolny rynek i kapitalizm to tak naprawdę pojęcia wzajemnie się wykluczające, zaś na gruncie aksjologii różnice między nimi można przyrównać do różnic między demokracją a totalitaryzmem. Kapitalizm oznacza ni mniej ni więcej, tylko wręcz nieograniczoną akumulację kapitału, ze wszystkimi tego patologicznymi skutkami. Według skrajnych ideologów tego nurtu, nic nie powinno stać na przeszkodzie gromadzeniu pieniądza. W wersji najbardziej aberracyjnej mówi się nawet o tzw. anarchokapitalizmie, który oznacza pełną swobodę działalności gospodarczej, bez jakiejkolwiek kontroli ze strony państwa. Jedynym regulatorem ma być wyniesiony na ołtarze nieomylny rynek, na którym zwyciężają najsilniejsi. Takie podejście prowadzi wprost do darwinizmu społecznego, oznaczającego ekonomiczny faszyzm, wiodący do eksterminacji najsłabszych jednostek w sensie zarówno gospodarczym, jak i fizycznym.

Na drugim biegunie znajduje się wolny rynek, rozumiany jednak w znacznie szerszym ujęciu niż marksistowski schemat. Wolny rynek oznacza bowiem pełny i swobodny dostęp wszystkich podmiotów spełniających podstawowe warunki brzegowe, by uczestniczyć w grze rynkowej. Do warunków tych na wstępie trzeba zaliczyć zdolność do czynności prawnych, dostęp do niskooprocentowanego kredytu i gwarancji ochrony na początku działalności oraz niezagrożone przez znacznie silniejszych graczy funkcjonowanie w danej przestrzeni gospodarczej. W takim ujęciu, wolny rynek zdecydowanie różni się od libertariańskich wizji. By mógł istnieć i w pełni funkcjonować – rzeczą niezbędną są silne regulacje antykoncentracyjne oraz skuteczna kontrola państwa, nie dopuszczającego do nadmiernego rozrostu podmiotów osiągających swoją pozycję na skutek różnych manipulacji za pomocą kontrolowanego kapitału.

W Polsce niestety dominuje nieprzyjazne słabszym podmiotom darwinowskie podejście do gospodarki. Znajduje ono szczególny wyraz w Konstytucji RP w art. 20, 21 i 64, które niemalże do rangi świętości windują własność prywatną, kosztem innych form — społecznej i spółdzielczej. Tym samym stają się one podstawą rozwoju kapitalistycznego, którego beneficjentami nie są jednak przeważnie podmioty miejscowe, lecz zagraniczne, cieszące się silną pozycją na arenie międzynarodowej. Co gorsza, wspomniana asymetria zaczyna powoli przeważać w prawodawstwie Unii Europejskiej, znajdując wydźwięk m.in. w Karcie Praw Podstawowych, w art. 17. Z praktyki widać, że tzw. społeczna gospodarka rynkowa, mimo że literalnie zapisana w polskiej Konstytucji i mogąca być praktyczną emanacją wolnego rynku, jest tutaj sprowadzona do roli zasłony, nieudolnie maskującej brutalne realia ringu bokserskiego.

 

Na początku lat 90. przedsiębiorstwa państwowe rzucono na głębokie wody budowanej gospodarki kapitalistycznej. Nic dziwnego, że podmioty te, którym struktura nie pozwalała spełniać ich podstawowych funkcji w nowych warunkach, pozbawione restrukturyzacyjnej ochrony państwa – upadły. Odrzuciło ono wówczas fundamentalną zasadę wolnego rynku, zakładającą, że głównym zadaniem produkcyjnej działalności społecznej nie jest „tępy” wskaźnik czystego zysku, ale akumulacja nadmiaru siły roboczej. Ta zasada miała podstawowe znaczenie zwłaszcza w momencie zmiany ustroju, zaś jej zastosowanie pozwoliłoby uchronić olbrzymią część społeczeństwa przed szokiem spowodowanym neoliberalną transformacją. Właściwe wdrożenie tego podejścia, w postaci umiejętnego przekształcenia przedsiębiorstw i przekwalifikowania pracowników w celu przystosowania ich do działalności na wolnym rynku, zaowocowałoby awansem cywilizacyjnym całego kraju.

Niestety, dyktowane z zewnątrz kapitalistyczne reguły gry poskutkowały sprzedażą monopoli państwowych przedsiębiorstwom zagranicznym, które nie były zainteresowane utrzymywaniem konkurencyjnych przedsiębiorstw na terenie Polski. Efekty są widoczne do dzisiaj, zaś sam proces trwa w najlepsze, by wspomnieć choćby likwidację fabryki samochodów na warszawskim Żeraniu. Oddanie w ręce prywatne tego zakładu zaowocowało zwolnieniem kilkudziesięciu tysięcy ludzi na przestrzeni kilkunastu lat. Pozbawionych pracy wskutek nieodpowiedzialnych decyzji musiało, przynajmniej przez jakiś czas, utrzymywać państwo (czyli każdy z podatników), w formie zasiłków dla bezrobotnych lub masowo przyznawanych rent, nie licząc pozostałych kosztów, jak dodatkowe szkolenia z urzędów pracy czy zwiększone nakłady na bezpieczeństwo publiczne.

Kolejnym przykładem konsekwencji wdrażania kapitalizmu kosztem wolnego rynku jest tzw. proces gentryfikacji miast, tj. przekształcania stref mieszkalnych w strefy tylko dla zamożnych. Bynajmniej nie chodzi tutaj o efekt działań rewitalizacyjnych, jak remonty ulic i elewacji. Przewaga własności prywatnej nad komunalną skutkuje wzrostem czynszów lokali wynajmowanych np. na małe punkty usługowe. Tym samym słabsze podmioty, którymi są np. kioski z warzywami, restauracyjki czy puby, czyli miejsca często odwiedzane, zamieniane są na coraz droższe sklepy, butiki czy placówki bankowe. W efekcie – miasto umiera. Jednym z przykładów wspomnianego zjawiska jest powolna „śmierć cywilna” warszawskiego placu Wilsona, jednego z głównych placów historycznej dzielnicy Żoliborz, zawłaszczonego przez międzynarodowe banki. Doszło do tego, gdyż prywatni właściciele, dążący do maksymalizacji zysków z posiadanych lokali, znaleźli firmy zdolne do ponoszenia ponadnormatywnych opłat. Gdyby zastosować tutaj podejście wolnorynkowe, miasto wdrożyłoby program ochrony, który zapewniłby funkcjonowanie małych firm w tej przestrzeni.

W proces zwalczania wolnego rynku przez kapitalizm wpisywało się także dopuszczenie do budowy super- i hipermarketów w postaci galerii handlowych w centrach polskich miast. Skutkiem takiego podejścia stała się monopolizacja handlu kosztem miejscowych przedsiębiorców, którzy musieli zakończyć działalność nie tylko z powodu braku możliwości konkurencji cenowej, ale także fizycznej likwidacji ich dotychczasowych miejsc pracy wskutek wykupu lokali przez podmioty znacząco silniejsze.

Na przeciwległym biegunie znajduje się nader pozytywny przykład płynący z Europy Zachodniej. Wystarczy spacer po ulicach włoskich, belgijskich czy angielskich miast, by zauważyć, że dominują tam małe, rodzinne przedsiębiorstwa. Wielkie sklepy należące do międzynarodowych korporacji wyrzucane są poza nawias miejski, gdzie ich działalność nie szkodzi lokalnym konkurentom. W Polsce próbą zatrzymania kapitalistycznej ekspansji w celu odrodzenia wolnego rynku była ustawa o wielkopowierzchniowych obiektach handlowych, ostatecznie zniesiona w lipcu 2008 r. wskutek potężnego nacisku lobby korporacyjnego, wspieranego przez media liberalne, utrzymywane m.in. z reklam podmiotów wchodzących w skład tego lobby.

W opisywany trend wpisuje się także wspomniana na wstępie promocja własności prywatnej, wywyższanej ponad innymi jej formami. Do rangi aksjomatu wyniesiono twierdzenie, że jest to najdoskonalszy i niemalże jedyny możliwy sposób posiadania. Tym samym wycofano państwo i społeczeństwo z tej sfery, implicite czyniąc z nich wroga własności. To właśnie na tej kanwie polska spółdzielczość została potraktowana niczym zorganizowana grupa przestępcza, choć ogólna liczba nieprawidłowości w porównaniu do skali działalności jest w niej relatywnie niewielka. Te nieliczne przypadki, zwłaszcza na polu mieszkaniowym, są jednak nader często pokazywane w mediach prywatnych jako obraz patologii własności.

W podobny sposób traktowana jest bankowość spółdzielcza, która stała się obiektem nieustannych ataków ze strony międzynarodowych korporacji finansowych (często wspieranych przez państwo), dążących do stworzenia oligopolu w tej branży. W efekcie spółdzielczość nie jest przedmiotem edukacji obywatelskiej, nie istnieją państwowe formy jej promocji jako sprawdzonego sposobu walki z bezrobociem i wykluczeniem społecznym, a przede wszystkim – doskonałej formy wdrażania zasad zrównoważonego rozwoju. Jak fantastyczne efekty przynosi ta forma własności, widać na przykładzie Francji, a zwłaszcza Hiszpanii, która z niegdyś zacofanego kraju przeistoczyła się w jedną z podpór europejskiej wspólnoty.

Co warte podkreślenia, wolny rynek nie podnosi ekonomicznej konkurencji do rangi świętości. Wręcz przeciwnie – zakłada zgodną współpracę w celu osiągnięcia ceny, którą może zapłacić jak największa liczba osób, za towar lub usługę o własnościach najlepiej dopasowanych do potrzeb danej grupy (społeczności, narodu). Wymaga to swobodnej wymiany wiedzy, której zdobywanie finansowane jest przede wszystkim ze środków publicznych.

By ten cel mógł zostać zrealizowany, potrzebna jest właściwa edukacja, w ramach której akcent zostałby wyraźnie położony nie na „wyścig szczurów”, lecz na solidaryzm. W sposób znakomity system ten działa w państwach skandynawskich, w których olbrzymi nacisk kładzie się na pracę zespołową dzieci. Takie egalitarne podejście przynosi znakomite efekty, plasując zwłaszcza Finlandię w gronie najbogatszych państw świata. Ogromne znaczenie mają tutaj również nakłady na edukację. W Polsce sięgają one rocznie kwoty ok. 3 tys. USD na dziecko, podczas gdy średnia dla państw OECD wynosi 7 tys. USD, zaś w państwach skandynawskich wydatki na ten cel sięgają 9 tys. USD na ucznia. Nie dziwi zatem, że to właśnie w tych krajach skala korupcji jest najmniejsza, zaś ogólny poziom życia – niezwykle wysoki.

Niskie nakłady na edukację mają swoje uzasadnienie w kapitalizmie. Źle wykształconym społeczeństwem jest niezwykle łatwo manipulować, a tym samym stosować ekonomiczny wyzysk. I na odwrót: społeczeństwo dobrze wykształcone jest w pełni świadome swoich praw. Niezwykle łatwo tutaj wykazać korelację statystyczną. W krajach, w których odsetek osób dotkniętych tzw. wtórnym analfabetyzmem (w uproszczeniu – nieumiejętnością czytania ze zrozumieniem) jest najwyższy, nie ma wolnego rynku w przedstawianym ujęciu. Tam, gdzie jest najniższy, notowany jest najwyższy rozwój ekonomiczno-społeczno-polityczny. Mowa tutaj właśnie o Skandynawii, ale też o Holandii czy Szwajcarii. Czy zatem wolny rynek ma rację bytu w polskich warunkach?

Podstawą jego istnienia jest zmiana podejścia, a przede wszystkim radykalne wykluczenie neoliberalnego dyskursu. Dopóki będzie w Polsce dominowało kryterium najniższej ceny i prywatnej własności, dopóty kapitalizm, ze wszystkimi jego patologiami, będzie destrukcyjnie wpływał na społeczeństwo. Warto sobie uświadomić, że odrzucenie kapitalizmu tylko w jego najbardziej drastycznej formie może zaowocować nie tylko zmianą jakościową ogólnego poziomu życia, ale także zmianą pozycji międzynarodowej naszego kraju.

Fiat Auto Wyzysk

Fiat Auto Wyzysk

Rok temu, jako pierwsi, pisaliśmy o fatalnym traktowaniu pracowników Fiat Auto Poland. Tydzień temu media doniosły, że w tyskiej fabryce miał miejsce sabotaż – uszkodzono ok. 300 samochodów. O sytuacji w zakładzie rozmawiamy z Fiatowcem, redaktorem bloga pracowniczego i przedstawicielem Tajnej Komisji Zakładowej „Solidarność.pl”.

***

Przed rokiem rozmawialiśmy o fatalnej sytuacji pracowników polskiego oddziału Fiata. Czy coś się przez ten czas zmieniło?

Fiatowiec: W tym czasie doszło do eskalacji niepokojących zjawisk. Znacząco nasiliły się mobbing i dyskryminacja. Kierownicy ciągle straszą pracowników zwolnieniem lub nieprzedłużeniem umowy o pracę. Wmawiają robotnikom, że wypisanie się ze związku zawodowego pomoże im w awansie lub przedłużeniu umowy o pracę.

W dodatku w ubiegłym roku, w okresie postojów, zmuszano pracowników do podpisywania podań o urlop bezpłatny oraz do pokrywania urlopem wypoczynkowym dni postojowych. Prokuratura w Tychach prowadzi w tej sprawie postępowanie. Wszystkie te działania potwierdziła w protokole pokontrolnym Państwowa Inspekcja Pracy.

Załoga czuje się obecnie zastraszona i zaszczuta. Nawet zmiany z pozoru pozytywne, jak wstrzymanie pracy w soboty, spowodowały realny spadek zarobków.

Podczas poprzedniego spotkania Pan i inni rozmówcy wskazywaliście na patologie związków zawodowych, które bardziej były zainteresowane dobrymi układami z dyrekcją, niż ochroną pracowników. Czy w tej kwestii coś uległo zmianie?

F.: Od naszej ostatniej rozmowy część związków, a szczególnie „Solidarność”, zaczęła aktywniej bronić praw pracowniczych i domagać się godnej zapłaty za pracę 5 dni w tygodniu. „Solidarność” zorganizowała cykl pikiet przed bramami FAP, co odbiło się szerokim echem w mediach. Następnie, jeszcze w ubiegłym roku, wszczęła procedurę sporu zbiorowego, bo to najskuteczniejsza metoda uzyskania podwyżek dla załogi.

To jednak spotkało się z nieprzychylnym komentarzami „dyrektorskich” związków zawodowych, szczególnie „Sierpnia ’80”, który przez całe lata był zblatowany z dyrekcją. Jego działacze twierdzili, że „Solidarność” prowadzi niebezpieczną grę z dyrekcją. Takie twierdzenia to czysta głupota, bo to „Solidarność” jako jedyny związek zawodowy potrafiła wybronić pracowników przed zwolnieniami. Mało tego, to „Solidarność” w trakcie negocjacji, gdy ustalano premię świąteczną (tzw. nagrodę na karpia) argumentowała, że ujemny wynik finansowy nie jest faktycznym odzwierciedleniem kondycji firmy, która w minionym roku zainwestowała w tyską fabrykę prawie 1,4 mld zł. Jednak inne związki obecne przy stole negocjacyjnym nie bardzo rozumiały, o czym mówią negocjatorzy „Solidarności” i ich przedstawiciele torpedowali te wypowiedzi. Taki jest prawdziwy obraz „Sierpnia ’80”. Związek ten robi dużo szumu medialnego, za którym nie idzie praktyka, a przecież liczą się tylko słowa mające pokrycie w czynach i faktach.

Ostatnie działania „sierpniowców” zaskakują, ale przyczyna jest dość prozaiczna. Okazało się, że „dyrekcyjnym” działaczom zajrzał strach w oczy, bo pracownicy zaczęli się masowo wypisywać z „wakacyjnego związku”, jak go określają w fabryce. Z naszych ustaleń wynika, że do tej pory wypisało się ponad 200 osób, więc w efekcie dyrekcja FAP podobno chce „Sierpniowi ‘80” zabrać jeden etat biurowy. Właśnie tego boją się pseudodziałacze – powrotu do pracy na liniach montażowych.

Mniej więcej w październiku, pseudozwiązkowcy z „Sierpnia ’80” zaczęli informować załogę, że „od kilku dni” (cytat z ulotki) bronią praw pracowniczych. Oczywiście nikt w to nie uwierzył, bo przecież to niemożliwe, skoro przez 17 lat sprzedawali nas za marne srebrniki i chodzili na pasku dyrekcji. Od tego momentu zaczęli pokazywać pazurki i nie przystali na propozycję dyrekcji, by odpracować kilka dni postojowych w soboty w roku 2011. Niestety stało się to przyczyną nieprzedłużania przez dyrekcję umów o pracę na czas określony lub przedłużano je tylko o kolejny miesiąc. Wywołało to niezdrową sytuację i zaczęło się szukanie winnych przez załogę we własnych szeregach.

Przed kilkoma dniami media obiegła sensacyjna wiadomość o celowym uszkodzeniu ponad 300 samochodów przez zdesperowanych pracowników, którym nagle obcięto pensje. Proszę przybliżyć te wydarzenia.

F.: Zacznijmy od tego, że pensje nie zostały obcięte. Nasze niskie zarobki za styczeń są efektem porozumień podpisywanych – m.in. przez „Sierpień ’80” – z dyrekcją przez ostatnie kilkanaście lat. Przecież dyrekcja, za ich przyzwoleniem, uzależniła nasze wypłaty od dodatków do pensji. Te niby coroczne podwyżki pensji były tylko dodatkami zależnymi od pracy w soboty. Było to tak: jeśli pracujesz w sobotę lub niedzielę, to masz kasę – nie pracujesz, to masz znacznie mniej.

Wtedy Franciszek Gierot, szef „Sierpnia ‘80” w FAP, nie myślał, co będzie, gdy skończą się soboty pracujące lub dyrekcja stwierdzi, że kondycja firmy jest słabsza. To właśnie dzięki Gierotowi i jego kumplom z zarządu „Sierpnia ’80” mamy to, co mamy w Fiat Auto Poland. Podpisywał, co dyrekcja kazała i sądził pewnie, że boom na nasze samochody będzie trwał wiecznie, a my będziemy pracowali w soboty jeszcze długo.

Niestety tak się nie stało i teraz odczuwamy skutki. Pracownicy, szczególnie młodzi, poczuli się oszukani, gdy 10 lutego br. otrzymali wypłaty po 1400-1600 zł na rękę. Wtedy właśnie powstał szum w fabryce, był to temat, na który żywo dyskutowali robotnicy, szczególnie na wydziale montażu. Nie mogli tego przepuścić działacze „Sierpnia ’80” i podsycali ten niepokój w rozmowach z załogą.

Czy oni podsunęli pomysł celowego uszkadzania aut? Tego nie wiem, ale jakoś dziwnie od II zmiany zaczęło schodzić coraz więcej samochodów, które miały usterki. W każdej fabryce samochodów w trakcie procesu produkcyjnego dochodzi do odstępstw, które są korygowane w specjalnej komórce, u nas w FAP zwanej „funkcjonowanie”. Właśnie tam trafiają auta, które mają jakieś usterki i tam są one usuwane. Zwykle jest to niewielki procent produkcji. 300 uszkodzonych samochodów to nie jest normalne. Jeśli uszkodzenia były celowe, to najpewniej powstały na „zamówienie” Gierota, by miał „medialne newsy”. Zastanawiam się, na czyje zlecenie działał Franciszek Gierot mówiąc o tym, że załoga sabotowała produkcję. Czy ktoś mógł go o to poprosić? Czy może to gra polityczna? Przecież w tym roku mamy wybory parlamentarne, a „sierpniowcy” są powiązani z Polską Partią Pracy, która zawsze startuje.

Ten człowiek nigdy nie bronił pracowników. Gdy przychodzili do niego pracownicy, straszył ich, mówiąc „ja cię załatwię, przestaniesz pracować, zadzwonię do twojego kierownika”, co zresztą przyznawali sami działacze jego związku. Wcześniej zmuszali ludzi do pracy w soboty i w niedziele, udowadniając im, że mają obowiązek pracy w te dni, zamiast bronić ich przed pracą niezgodną z Kodeksem pracy. Zawsze twierdził, że on nic nie może, więc najlepiej niech się teraz sam zwolni, nim go ludzie na taczkach wywiozą za bramę fabryki.

Pierwsze przesłanki ku takim obawom już ma. Wieść zakładowa niesie, że w sobotę, 12 lutego, pracownicy po III zmianie nie wytrzymali jego insynuacji i manipulacji medialnych, poszli do jego siedziby i ją zdemolowali, bo jego samego tam nie zastali. Dzięki jego ostatniemu medialnemu szaleństwu, z tzw. sabotażem, mamy zaostrzony rygor w pracy. Nic w ten sposób nie osiągnięto.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 18 lutego 2011 r.

Stokłosa, JOW-y i smród

Powrót Henryka Stokłosy do Senatu i zmiany kodeksu wyborczego to nie „wypadki przy pracy”, lecz symptomy tendencji przybierających na sile co najmniej od trzydziestolecia.

W okręgu pilskim przeprowadzono wybory uzupełniające po tym, gdy tamtejszy senator przeniósł się na fotel prezydenta miasta. Przy frekwencji wynoszącej niewiele ponad 6%, wygrał je – dystansując kandydatów nominowanych przez czołowe partie polityczne – Henryk Stokłosa, przedsiębiorca od lat wymieniany w gronie 100 najbogatszych Polaków. Nie jest to bynajmniej jego parlamentarny debiut – swój pierwszy mandat zdobył w „kontraktowych” wyborach do Senatu z czerwca 1989 r., a następnie przez kolejnych 11 lat nieprzerwanie wygrywał w wyścigach o fotel senatora. Novum stanowi fakt, że obecny sukces wyborczy osiągnął w kilka lat po głośnym ściganiu go międzynarodowym listem gończym i pobycie w areszcie, z którego wyszedł jedynie dzięki wysokiemu poręczeniu majątkowemu i zastosowaniu szeregu środków zapobiegawczych. Nadal oskarżony jest o 21 przestępstw, w tym o korumpowanie urzędników państwowych różnych szczebli (z Ministerstwem Finansów włącznie) i wielomilionowe oszustwa podatkowe.

Istotną pozycję w jego dorobku biznesowym oraz kolekcji prokuratorskich zarzutów zajmuje też utylizacja padłych w czasie hodowli zwierząt oraz produkcja z nich mączki mięsno-kostnej. W należącym do Stokłosy „Farmutilu” odpady zwierzęce po prostu zakopywano na terenie zakładu i w pobliskim lesie, nieopodal ujęć wody pitnej, a podejrzewaną o wywoływanie „choroby wściekłych krów” mączkę wysypywano na pola. Firma inkasowała potem z budżetu zwrot 98% fikcyjnych kosztów utylizacji niebezpiecznych odpadów. Od czasu do czasu nakładano kary, po których zapłaceniu firma nadal robiła swoje, alarmujący urzędników i media lokalni społecznicy byli zastraszani, szykanowani i w końcu fizycznie atakowani, a ich dane osobowe w tajemniczy sposób „wyciekały” z policji do bezpośrednio zainteresowanego. Póki co, sprawa nie doczekała się finału, a mieszkańcy Śmiłowa i innych miejscowości w Pilskiem nadal są podtruwani…

Kariera gospodarcza „króla padliny” rozpoczęła się jeszcze w poprzednim systemie, w przedsiębiorstwach państwowych, by wraz z organizowaną przez ostatnią ekipę władzy PRL częściową liberalizacją przenieść się do „prywatnej inicjatywy”. Na styku biurokratycznie reglamentowanej i nieoficjalnej gospodarki tzw. realnego socjalizmu szybko zbił imponujący majątek, w czym przydatne były posiadane kontakty i informacje. Stokłosa-polityk objawił się natomiast dzięki kontraktowi Okrągłego Stołu, który obok rozdziału miejsc w Sejmie gwarantował wolne wybory do Senatu, przeprowadzone według ordynacji większościowej. Był wtedy jedynym zwycięskim kandydatem zarówno spoza strony partyjno-rządowej, jak i solidarnościowej, co w apologetycznej wizji transformacji miało stanowić dowód na charakteryzujący polskie przemiany już od 1989 r. pluralizm i „świeży powiew wolności”.

Jest truizmem, że w przypadku skazania Stokłosa straci mandat. Jeszcze większym truizmem jest ogłaszane przez medialnych ekspertów w aurze „odkrycia” spostrzeżenie, że biedna, zagrożona bezrobociem lub już bezrobotna część mieszkańców byłego województwa pilskiego traktuje przedsięwzięcia należące Stokłosy jako jedyne źródło środków koniecznych do przeżycia. Można się co prawda zastanawiać, dlaczego tysiące ludzi ze zrozumiałej kalkulacji materialnej wyciągnęło aż tak daleko idące wnioski polityczne, oraz czy jakiegoś wpływu na tę decyzję nie miało wieloletnie bombardowanie frazesami o przedsiębiorcach „dających innym pracę”. Nie od rzeczy byłoby też zapytać np. o aktywną politykę gospodarczą państwa, interweniującą dla większego zatrudnienia na lepszych warunkach, oraz o zasiłki i pomoc socjalną dla pozbawionych źródeł dochodu. Taka perspektywa ułatwiłaby nieco inne spojrzenie nie tylko na wybory w Pile, ale również wiarygodność komentujących je przedstawicieli medialnego i politycznego establishmentu. Burżuazja uwielbia karcić się własnymi dłońmi – te słowa wybitnego włoskiego reżysera Piera Paola Pasoliniego jak ulał pasują do tańca marionetek symulującego w tych warunkach demokrację i debatę publiczną. Obowiązkiem obserwatorów casusu Stokłosy jest w pierwszym rzędzie dopilnowanie, by został sprawiedliwie ukarany, w drugim zaś – uważne przyjrzenie się zasadom, które wprowadziły go do polityki. Problem jest bowiem znacznie szerszy.

Otóż z początkiem stycznia Sejm przyjął senackie poprawki do kodeksu wyborczego. Po wejściu ich w życie senatorowie w całej Polsce i radni gmin niezależnie od liczby mieszkańców (z wyjątkiem powiatów grodzkich) wybierani będą w jednomandatowych okręgach wyborczych, potocznie zwanych JOW-ami.

Trudno się dziwić popularności tego rozwiązania, biorąc pod uwagę wszystkie szkodliwe z punktu widzenia interesu ogólnospołecznego działania aparatów partyjnych z głównego nurtu polskiej polityki. Okręgi jednomandatowe można w tej sytuacji zachwalać chwytliwym hasłem „głosowania na ludzi, a nie listy partyjne”. To jednak demagogia – na skutek zmian w ordynacji dotychczasowe partie polityczne przecież nie znikają, nie zmieniają się także ich wewnętrzne mechanizmy wyłaniania kandydatur. Wymiernym efektem funkcjonowania okręgów jednomandatowych jest natomiast realne ograniczenie wyboru: wszystkie głosy oddane na kandydatów, którzy uplasują się za liderem z danego okręgu, idą na marne. Nawet jeśli wyborców kandydatów „mniejszościowych” jest faktycznie więcej – nie mają żadnej reprezentacji w wybieranym w ten sposób ciele. W praktyce procedura ta przynosi sukces najpopularniejszym w danym regionie partiom, w ich obrębie zaś – przedstawicielom najbardziej wpływowych frakcji i koterii.

Innym wariantem będą „niezależni” kandydaci pokroju Stokłosy, którzy będą w stanie pośrednio lub niemal dosłownie kupować swoich wyborców. Świadomi tych mechanizmów lobbyści na rzecz okręgów jednomandatowych dopuszczają się więc manipulacji podobnej do chwytu często stosowanego przy prezentacji informacji gospodarczych. Zgodnie z nim, o poziomie zarobków w kraju świadczyć ma zaprezentowana średnia arytmetyczna płac (licząc od adwokatów i menedżerów po nauczycieli i sprzedawczynie), zamiast miar opisujących środkowe wartości skali zarobków.

Zwolennicy JOW-ów przywołują wielowiekową tradycję funkcjonowania tej instytucji na Wyspach Brytyjskich i w Stanach Zjednoczonych. Rozumowanie to jest jednak ahistoryczne i abstrahuje od kontekstu społecznego początków parlamentaryzmu w obydwu anglosaskich kulturach politycznych. W średniowiecznej Anglii zalążkiem wybieranej systemem większościowym Izby Gmin były dość prężne samorządy mieszczan i rzemieślników, częstokroć też wspólne zarządzanie przez chłopów gromadzką ziemią na wsi; notabene już u schyłku średniowiecza ów parlament stał się areną wyłaniania „nowej arystokracji” – oligarchii budującej swój stan posiadania na grabieży majątku cechów i grodzeniu folwarków. Jeśli zaś chodzi o wzorzec zza oceanu, to jak wykazali Mary i Charles Beardowie w swym obszernym „Rozwoju cywilizacji amerykańskiej”, lokalne izby reprezentantów potrafiły dość sprawnie organizować życie poszczególnych kolonii, ale do postrzegania i koordynowania swoich działań w kategoriach ponadregionalnych potrafiła skłonić kolonistów tylko konieczność zdecydowanej walki z przedstawicielstwem Korony. Zresztą i w tych warunkach proces jednoczenia kolonii – na ogół egoistycznie, aż do obsesji broniących swej odrębności – trwał ponad stulecie…

W dobie globalizacji, atrofii szeroko rozumianej sfery publicznej i atomizacji społecznej, realnym zagrożeniem wydaje się proces prowadzący w przeciwnym kierunku, czyli postępująca regionalizacja, dezintegracja czy zgoła bałkanizacja średnich i mniejszych państw (w wariancie łagodniejszym: promocja kulturowego i środowiskowego separatyzmu za cenę postponowania dobra wspólnego), na czym zyskiwać mogą w pierwszym rzędzie gospodarcze i geopolityczne potęgi. Obecną ordynację zdecydowanie należałoby zmienić, ale w stronę gwarantującą większą reprezentatywność i pluralizm składu przedstawicielskiego (co byłoby możliwe przy zachowaniu zasady proporcjonalności i wielomandatowości, ale np. z wyeliminowaniem przeliczników i progów wyborczych oraz zmniejszeniem liczby podpisów wymaganej przy rejestracji komitetów i list), a także możliwość bieżącej kontroli jego pracy.

Warto też poważnie zastanowić się nad sensownością utrzymywania Izby Wyższej polskiego parlamentu, w jej obecnej formule. Jak wykazała praktyka, wbrew zapowiedziom i deklaracjom sprzed ponad dwudziestu lat Senat częściej dodatkowo pogarsza, niż koryguje stanowione prawo (działo się tak np. z ostatnimi projektami regulacji rynku medialnego). W żadnym wypadku natomiast nie można się zgodzić na wchodzenie z deszczu obecnego partyjnego oligopolu pod rynnę monopolizacji i niemal całkowitej blokady dla jakichkolwiek oddolnych inicjatyw politycznych.

Na przykładzie zwycięskiego w „większościowej” procedurze wyborczej Stokłosy oraz legionu jego następców, czekających na swoją kolej w przypadku dalszego pomyślnego forsowania JOW-ów, widać doskonale, jak zazębiają się polskie, a w pewnym sensie również międzynarodowe dylematy i dramaty: odgórne instalowanie pozornie „wolnościowych” instytucji, częściowa ciągłość elit poprzedniego i obecnego ustroju, podział łupów między PZPR, Komitety Obywatelskie i indywidualnych biznes-gangsterów jako akt założycielski polskiej demokracji, bieda odbierana z pocałowaniem ręki jako rozsądna alternatywa wobec całkowitej nędzy, hipokryzja albo bezczelność korporacyjno-liberalnych autorytetów na pełen etat i neokonserwatywno-libertariańska „opozycja” z jej prostackimi lekarstwami jeszcze gorszymi od chorób. W tym wszystkim czuć coś ze smrodu z „Farmutilu”.

Już dawno zarobili na emeryturę

Już dawno zarobili na emeryturę

Już dawno zarobili na emeryturę

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych przygotowało obywatelski projekt ustawy emerytalnej. Umożliwi on przejście na emeryturę po przepracowaniu 35 lat przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn, niezależnie od wieku. O założeniach projektu i jego losach rozmawiamy z Grzegorzem Ilką, sekretarzem prasowym OPZZ.

***

Proszę powiedzieć o założeniach inicjatywy OPZZ.

Grzegorz Ilka: Projekt ustawy stworzyliśmy z myślą o osobach, które wcześnie rozpoczęły pracę zawodową. Chcemy, aby można było przechodzić na emeryturę, jeżeli ma się przepracowane 35 lat w przypadku kobiet i 40 lat w przypadku mężczyzn. Ten postulat zaistniał już wśród 21. postulatów w sierpniu 1980 r., z tą różnicą, że wówczas żądano przejścia na emeryturę po 30 i 35 lat. Od tamtej pory wydłużyła się średnia długość życia, więc go lekko zmodyfikowaliśmy.

W PRL istniało wiele szkół przyzakładowych, w których po roku nauki od razu przystępowało się do pracy, w ramach zajęć praktycznych. Tak było np. w górnictwie. Dotyczyło to przede wszystkim zawodów fizycznych. W trakcie zbierania podpisów dotarło do nas, że taka sytuacja występowała również w rzemiośle. Na przykład jeśli młody człowiek kończył szkołę podstawową i szedł na przyuczenie do fryzjera, to przyuczenie polegało na praktyce, czyli zwykłej pracy. Otrzymywaliśmy wiele listów, w których ludzie opisywali, że rozpoczynali pracę zawodową przed ukończeniem 18. roku życia. Problem polega na tym, że w tej chwili to są osoby dość mocno wyeksploatowane fizycznie i psychicznie.

To ciekawy postulat, zważywszy na dominujące wśród ekonomistów przekonanie, że należy wydłużać czas pracy.

G.I.: Ludzie, którzy przepracowali 35-40 lat, wypracowali sobie taką składkę, że mogą spokojnie przejść na całkiem przyzwoitą emeryturę, niezależnie od tego, czy osiągnęli ustawowy wiek 60 lub 65 lat. Nasza propozycja zawiera wyliczenia pokazujące, że te osoby mają wypracowaną emeryturę. Mówiąc brutalnie, osoby, które bardzo wcześnie rozpoczęły pracę fizyczną, rzadko dożywają sędziwego wieku, zatem kwoty wypłacane z ZUS w ramach świadczenia emerytalnego nie byłyby szaleńcze.

Chcemy dać im szansę skorzystania z uroków emerytury. Byłoby to też elementarnie sprawiedliwe, aby ludzie, którzy rozpoczęli pracę w wieku np. 16 lat, nie musieli pracować dłużej od tych, którzy weszli na rynek pracy jako 24-latkowie. Obecnie są po prostu zmuszeni przez ustawodawstwo do znacznie dłuższej i ciężkiej pracy, pomimo tego, że tak naprawdę ich składki emerytalne już od dawna „leżą” w ZUS-ie.

Brzmi to bardzo pięknie, tymczasem rząd mówi o braku pieniędzy w publicznej kasie na „wcześniejsze” emerytury.

G.I.: To taka „zabawa” z cyklu „ratujemy finanse publiczne”. Rząd nam mówi, żebyśmy odkładali pieniądze na emerytury, żebyśmy sobie na nie zarobili. Jeśli przyjąć taki sposób myślenia, jaki promują ekipy liberalne, to ci ludzie już dawno zarobili na odpoczynek, tyle że nie w OFE, lecz w ZUS.

To, że państwo traktuje ZUS tylko jak kawałek wydzielonego konta budżetu, nie zaś jako formę samoistnego funduszu, nie jest winą ciężko pracujących ludzi. Przez wiele lat kolejne rządy traktowały ZUS jak dojną krowę. Nawet jeśli w ZUS były pieniądze większe niż przewidywano, to zwyczajnie je wciągano do budżetu. I teraz ciężko spracowanym ludziom, którzy na swój fundusz emerytalny do ZUS przez lata regularnie płacili, mówi się, że Polska ma problemy ekonomiczne. Przecież to nie ich wina, że państwo w międzyczasie wydało te pieniądze na inne rzeczy.

Nie wydaje się Panu dziwne, że z jednej strony mamy wysokie bezrobocie, a z drugiej zmusza się ludzi do dłuższej pracy?

G.I.: Z punktu widzenia rynku pracy to zupełny absurd, ale w tym szaleństwie jest metoda. Pozwala to utrzymywać wysokie bezrobocie, a to z kolei ułatwia szantażowanie pracowników, gdy zaczynają się upominać o podwyżki. Mam wrażenie, że w uzasadnieniach ludzi typu Jeremi Mordasewicz, gdzieś w podtekście leży właśnie takie myślenie. Przecież ludzie wycieńczeni wieloletnim wysiłkiem, przy coraz bardziej niestabilnym rynku pracy, nie znajdą sobie miejsca. Pozostanie im zasilić szeregi bezrobotnych.

Nie widzę żadnej racjonalności w zwiększaniu liczby ludzi pracujących, gdy pracy brakuje. Ekonomicznie dłuższy czas pracy może mieć uzasadnienie w przypadku wybitnego fachowca. Załóżmy, że ktoś jest najlepszym szlifierzem czy tokarzem, to może rzeczywiście znajdzie się dla niego miejsce w charakterze nauczyciela czy przyuczającego do zawodu. Ale nie oczekujmy że 60-latek zjedzie pod ziemię fedrować węgiel.

Oczywiście zdaję sobie sprawę ze specyfiki polskiego rynku pracy – są zawody, w których brakuje fachowców. Po 1989 roku upadły szkoły przyzakładowe, upadło szkolnictwo zawodowe, w wyniku czego, po 20 latach tego procesu, zaczynają występować braki w takich zawodach, zwłaszcza gdy wymagane jest średnie wykształcenie zawodowe. To konsekwencja tego, że w ministerstwie pracy czy edukacji nie pomyślano i podjęto głupią decyzję. W Stanach Zjednoczonych liczy się, ile osób jest potrzebnych za 5 czy 10 lat w danym zawodzie i pod tym kątem tworzy się szkolnictwo zawodowe. Natomiast w Polsce zlikwidowano niemal całe szkolnictwo zawodowe, więc w efekcie mamy bezrobocie przy jednoczesnym braku ludzi w wielu zawodach.

Na to wszystko nakłada się otwarcie niemieckiego rynku pracy, połączone z propozycjami nauki dla pracowników w zakresie średniego szkolnictwa zawodowego. Dopiero teraz łapiemy się za głowy i zastanawiamy, co robić, żeby ludzie nie wyjechali masowo do Niemiec.

Wiele z osób, o których mówimy, po zmianie systemu pracowało na czarno lub w szarej strefie. Czy to nie wpłynie na ich niższe emerytury, jeśli zdecydowaliby się skorzystać z możliwości, jaką dałoby im rozwiązanie proponowane przez OPZZ?

G.I.: W naszym projekcie jest mowa o ludziach, którzy mają udokumentowane okresy składkowe. Nie chcieliśmy wchodzić w jakąś straszną wojnę z ministerstwem finansów. Wyliczyliśmy to w taki sposób, że wprowadzenie w życie proponowanych rozwiązań nie rodzi, a raczej nie powinno rodzić w normalnych warunkach żadnych negatywnych skutków dla budżetu. Dlatego proponujemy, aby to były wyliczone okresy składkowe – te, za które pieniądze zostały odprowadzone do ZUS. Nie chcieliśmy się „ładować” w jakieś dodatkowe oboczne rzeczy, choć oczywiście zdajemy sobie sprawę z problemów, jakie istnieją w związku z przyszłymi emeryturami ludzi, którzy w ostatnim dwudziestoleciu pracowali na czarno.

Ile udało się zebrać podpisów i jaki jest obecny los tego projektu?

G.I.: Zebraliśmy 290 tysięcy podpisów. Projekt uzyskał akceptację w pierwszym czytaniu, przeciwny był tylko klub Platformy Obywatelskiej, który wnioskował o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. Natomiast ku naszemu zdumieniu projekt zyskał poparcie PSL. Był to efekt naszych działań i zabiegów lobbingowych. Dzięki temu projekt został skierowany do pracy w komisjach.

Niestety 15 grudnia ub.r. projektem zajęła się sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny. I na wniosek posłów Platformy Obywatelskiej w drugim czytaniu zarekomenduje odrzucenie projektu w całości. W komisji za wnioskiem PO głosowało 17 posłów, przeciwko 8 – przy czym Komisja liczy 40 posłów. Tak więc nie udało nam w okresie przedświątecznym zmobilizować wielu posłów.

Czy obywatele mogą jakoś wpłynąć na los tego projektu?

G.I.: Oczywiście. Prosimy, aby wszyscy, którym bliski jest nasz pomysł, napisali list do posłów ze swojego okręgu wyborczego, szczególnie z Platformy Obywatelskiej – i nimi niejako potrząsnęli. Prosimy o namawianie ich do nacisków na marszałka, by skierował projekt do dalszych prac parlamentarnych i oczywiście żeby zagłosowali za przyjęciem ustawy.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 1 lutego 2011 r.

Za murem normalności

Jednym z aspektów wykluczenia społecznego jest sposób traktowania przez społeczeństwo osób chorych psychicznie. Boleśnie przypomniały o tym niedawne wydarzenia w Starogardzie.

Świat za murem normalności pozostaje wstydliwie i głęboko ukryty w świadomości społecznej. Pomijając okazjonalne kampanie społeczne temat ten nie zajmuje mediów, nie odbywają się debaty publiczne dotykające tej kwestii – bo i po co, skoro „normalni ludzie” mają własne problemy. Choroba psychiczna, upośledzenie psychofizyczne wciąż w wielu przypadkach stygmatyzuje i wypycha poza nawias życia, nie mniej niż ubóstwo czy trwałe bezrobocie. To jedno. A drugie: chorzy zamknięci w zakładach zdani są na łaskę i niełaskę panujących tam warunków i obyczajów, niejednokrotnie wciąż urągających godności osoby ludzkiej. Mury wokół psychicznie chorych zbudowane są nie tylko z cegieł, ale także z obojętności „zwykłych ludzi” i ich niechęci wobec choroby, z karygodnych praktyk personelu medycznego oraz z oszczędzania na pacjentach przez instytucje publiczne.

W grudniu 2010 r. rzecznik praw dziecka przeprowadził kontrolę na Oddziale Psychiatrii Sądowej szpitala w Starogardzie Gdańskim, będącą reakcją na anonimowy list opisujący brutalne traktowanie przebywających tam nieletnich. W jej wyniku ustalono: Niższy personel, czyli niektórzy pielęgniarze, salowe i pielęgniarki, nie tylko zmniejszali racje żywnościowe dzieciom, ale też zjadali ich szpitalne posiłki, spożywali również żywność należącą do pacjentów. Pielęgniarze np. usypywali tzw. ścieżki z cukru pudru i detergentów pacjentowi uzależnionemu od narkotyków z komentarzem „wciągnij sobie”, na polecenie ordynatora oddziału zmuszano pacjentów do chodzenia na zebrania społeczności i zajęcia szkolne w slipkach na głowie. Dzieciom aplikowano zastrzyki z soli fizjologicznej oraz haloperidolu, jako sposób na zdyscyplinowanie, wyprowadzano boso na mróz i śnieg przed budynek szpitala. Niższy personel broni się, twierdząc, że realizował jedynie polecenia ordynatora. Nastoletniego pacjenta zapinano w pasy, ponieważ nie chciał brać udziału we wspólnym śpiewie…

Jakimi słowami określić zachowanie ludzi, których pieczy oddano chore psychicznie dzieci? Zobojętnienie? Zdziczenie? Wypalenie zawodowe? Brak sumienia i przyzwoitości? Poczucie bezkarności w kontakcie z ludźmi zdanymi na ich łaskę i niełaskę? Pogarda? Złość? To wszystko możliwe. Ale też przykład Starogardu nie jest odosobniony. Samo zagadnienie nie jest bynajmniej nowe, tyle że rzadko poruszane. Przecież chorzy psychicznie nie wyjdą protestować na ulice, nie staną pod Sejmem, nie mają swoich lobbystów. Nie zaoferują nikomu „wyjazdów szkoleniowych” do ciepłych krajów. Zamknięci w świecie choroby, odgrodzeni od rzeczywistego świata, zdani są na cudzą wolę, dobrą i złą.

W 2004 r. „Newsweek” opublikował artykuł pt. „Szpitale chore psychicznie”. Czytamy tam: W ubiegłym roku zespół ochrony zdrowia rzecznika praw obywatelskich przeprowadził kontrolę ośmiu szpitali (w Starogardzie Gdańskim, Drewnicy k. Warszawy, w Gostyninie, Stroniu Śląskim, Lubiążu k. Legnicy, Toszku k. Gliwic, Suwałkach i Pruszkowie). We wszystkich środki przymusu były traktowane jako „normalna procedura lecznicza” zamiast ostateczność. Ale przemoc fizyczna i psychiczna wobec chorych nie zaczęła się przecież w III RP, problem ten istniał już w PRL, praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. W demokratycznej Polsce szpitale psychiatryczne to wciąż zamknięte przed ludzkimi oczyma „rewiry”, a wstyd rodzin, lęk przed losem chorych, stygmatyzacja i poczucie bezradności (nieszczęsny problem kondycji społeczeństwa obywatelskiego!) powodują, że pacjentom pozostaje liczyć na anonimowe donosy osób, które poruszy sumienie.

Jean Vanier, założyciel chrześcijańskiej wspólnoty Arka, pisał w książce „Każda osoba jest historią świętą”: W 1964 roku, kiedy powstawała Arka, ciągle jeszcze bardzo wiele osób z upośledzeniami umysłowymi żyło zamkniętych w swoich domach przez rodziców. Sąsiedzi nie wiedzieli o ich istnieniu. Kiedyś, w pewnym gospodarstwie, spotkałem młodego mężczyznę związanego łańcuchami w garażu! Wiele z tych osób zamknięto w domach opieki, szpitalach psychiatrycznych, w brudnych i zaniedbanych przytułkach. W niektórych szpitalach znajdowały się ponure sale, gdzie upychano wszystkich tych ludzi razem i traktowano jak rośliny. Odczucie, że nie musimy sobie zaprzątać głowy problemami, które nas bezpośrednio nie dotyczą, powoduje, iż nie zastanawiamy się, w jakiej mierze opisana sytuacja odnosi się do dzisiejszych polskich realiów. Ludzie wykluczeni przez choroby, starość, zniedołężnienie czy nędzę, zamknięci w swoich ciałach bądź środowiskach jak w pułapkach, zepchnięci na margines społeczeństwa jako „nieproduktywni”; ludzie, którzy dla dość prymitywnie pojmowanej „ekonomii społecznej” istnieją jedynie jako „nie zwracający się wydatek” – nigdy nie znajdą zbyt wielu orędowników.

A jednak inny świat jest możliwy. A przynajmniej: możliwe jest budowanie innych światów, innych realiów, takich systemów wartości, które ocalają godność słabych i pomagają im żyć w społeczeństwie. Jednym z takich miejsc jest krakowski Pensjonat „U Pana Cogito”. W 2007 r. napisałem reportaż o tym niezwykłym przedsięwzięciu, dającym pracę ludziom dotkniętym kryzysami i chorobami psychicznymi. Agnieszka Lewonowska-Banach, kierownik Pensjonatu, mówiła wtedy: Nasza działalność mieści się w ramach gospodarki społecznej, o której wiele się dyskutuje, ale trudniej ją praktykować. […] Gospodarka społeczna to profesjonalna działalność gospodarcza, z której zysk przeznaczany jest na cele społeczne, przy dużym udziale osób, na rzecz których podejmuje się starania. Naszym zadaniem jest włączanie osób po kryzysach psychicznych w pełnoprawne życie rodzinne, społeczne. Praca, jak w przypadku każdego z nas, pozwala im godniej, lepiej żyć, zmienić swój status. Z tym wiąże się terapeutyczna rola pracy, wykonywanej codziennie, regularnie: nasi pracownicy mają po co wstać, umyć się, odpowiednio ubrać, elegancko wyglądać; są w kontakcie z innymi, nie są skazani na cztery ściany domu, czyjąś litość, rentę. Trzeba pamiętać, że bardzo często ludzie chorzy psychicznie nie tylko chowają się w domach, ale są w nich chowani przed oczyma świata; boją się wszelkich wyzwań i są w tym strachu utwierdzani.

Choroba psychiczna, podobnie jak starość, bieda, kalectwo czy „złe pochodzenie”, nie muszą być zatem, ostatecznie, przyczyną wykluczenia. Możliwe, że są raczej pretekstem do niego, łatwą wymówką dla naszej obojętności, dla lenistwa i krótkowzroczności elit politycznych, dla płycizny debat publicznych. Łatwiej jest przecież przemilczeć i zapomnieć, zgodzić się na cudzą tragedię, byle działa się poza naszym wzrokiem, pozornie bez konsekwencji dla naszego życia. Ale jeśli „normalność normalnych” ma być murem dla innych, to będzie ostatecznie jedynie żałosną podłostką. I wyrzutem sumienia. I lękiem przed przyszłością: dobra, którego odmówimy swoim bliźnim i nam z pewnością prędzej czy później odmówią…

Krzysztof Wołodźko

Archipelag Indesit

Wymiar sprawiedliwości przykłada różne miary do zabijających dla zysku.

Ktoś zabija dla pieniędzy. Przed sądem wykazuje skruchę, zarzeka się, że nie chciał odebrać życia. Dowody wskazują, że oskarżony rzeczywiście liczył się jedynie z pomniejszymi obrażeniami u swojej ofiary. Sąd wydaje wyrok skazujący: dwa i pół roku więzienia, w zawieszeniu na pięć lat – za czyjąś śmierć. Czy tak powinna wyglądać sprawiedliwość?

Załóżmy, że sprawcą jest kieszonkowiec ze złej dzielnicy. Usiłował wyciągnąć portfel z kieszeni „klienta”. Ten się zorientował, doszło do szamotaniny, ofiara niefortunnie upadła. Po wyroku w zawieszeniu moglibyśmy się spodziewać społecznego oburzenia. A jeśli człowiek zostanie zabity przy użyciu maszyny, którą obsługuje – na skutek niesprawnego systemu zabezpieczeń? System nie działał, bo był rozłączony, a sytuacja została wymuszona przez szefów fabryki, którym zależało na jak najszybszej produkcji.

W obu przypadkach zysk jest motywacją do łamania prawa, w obu doszło do śmierci człowieka. Złodziej nigdy wcześniej nikogo nawet nie pobił, tymczasem w fabryce już wcześniej dochodziło do groźnych wypadków.

W czwartek ogłoszono wyrok w sprawie śmierci Tomasza Jochana, młodego robotnika z łódzkiej fabryki koncernu Indesit (o tym wypadku obszernie pisałem w „Obywatelu” 6/2006 (32)). Po pięciu latach dochodzenia i sprawy sądowej, dyrektorzy i kierownicy usłyszeli wyroki od roku do dwóch i pół roku więzienia w zawieszeniu. W uzasadnieniu stwierdzono, że śmiertelny wypadek był efektem zaniedbań w dziedzinie bezpieczeństwa i higieny pracy. Sędzia podkreśliła, że młodzi oskarżeni ponieśli już wystarczającą karę w postaci zasiadania na ławie oskarżonych. Wyraziła też przekonanie, że więcej nie dopuszczą się podobnych czynów.

Odpuszczenie win jest piękne i szlachetne, resocjalizacja działa lepiej niż więzienie. Po drodze powinien się jednak pojawić rzeczywisty żal za zbrodnię i podjęcie próby naprawy wyrządzonego zła. Tymczasem po śmierci Tomka jeszcze długo w fabryce wszystko działało tak, jak wcześniej. Zabezpieczenia były odłączone, a pracowników zmuszano do przebywania w miejscach, gdzie groziła im utrata życia. Drogi przeciwpożarowe zastawione wyprodukowanym sprzętem. Dla lepszej precyzji, kobiety zmuszano do pracy bez rękawiczek, przez co ostre elementy kaleczyły im dłonie.

Sytuacja uległa zmianie dopiero wówczas, gdy stało się jasne, że winni staną przed sądem. Zapewne w tym momencie pojawiły się również „wyrzuty sumienia”. Czy rzezimieszek wykazujący prawdziwą skruchę za nieumyślną zbrodnię mógłby liczyć na podobnie łagodne potraktowanie przez sąd?

Konrad Malec