przez Michał Wójtowski | poniedziałek 22 lutego 2016 | nasze rozmowy
Z Robertem Jacyno, wiceprzewodniczącym związku zawodowego NSZZ „Solidarność” w sieci handlowej Biedronka, rozmawiamy o trudnej sytuacji związku zawodowego w tej firmie, o polskim prawie pracy i sytuacji pracowników.
***
Zacznijmy od kwestii historycznych. O naruszeniach praw pracowniczych w sklepach Biedronka dowiedzieliśmy się 12 lat temu za sprawą Bożeny Łopackiej.
Robert Jacyno: Tak. I mniej więcej w tym czasie powstał nasz związek zawodowy w Biedronce. Jego korzenie sięgają regionu wielkopolskiego. Pierwszym przewodniczącym był Paweł Pawlak, kolejnym Piotr Adamczak. Wstąpiłem do związku w 2011 roku, więc tamten okres znam właściwie tylko z opowiadań. W 2009 roku, gdy rozpocząłem pracę w Biedronce, zetknąłem się od razu z informacjami o przełożonych, którzy dzwonili i ostrzegali przed związkami zawodowymi i prosili, by nie udzielać działaczom związkowym żadnych informacji. Od początku stykaliśmy się więc z negatywnym przekazem na temat związków: To jest coś złego, proszę z nimi nie rozmawiać. Do związku wstąpiłem w roku 2011, gdy dostałem umowę na stałe.
Na czym polega praca związkowa w Biedronce?
R. J.: Jako „Solidarność” w innych sieciach handlowych nie mamy problemu z wejściem do placówki i z kontaktem z pracownikami, oczywiście poza Lidlem, gdzie nasz związek został rozwiązany po długiej serii szykan. Jeżeli jestem w Kauflandzie, to wchodzę z przewodniczącym organizacji Kauflandu, który po prostu informuje, że wchodzimy rozmawiać z pracownikami. Obok budynku czy przy biurze dyrektora wisi kartka z nazwą organizacji związkowej i danymi kontaktowymi. Tymczasem w Biedronce powołują się na przepis dotyczący obrotu żywnością, który zabrania nam wchodzenia do obiektów. Mało tego, jedna z dyrektorek stwierdziła – mamy to w protokole Państwowej Inspekcji Pracy – że w Biedronce obowiązuje niepisana zasada, że nie wpuszcza się członków związków zawodowych do pomieszczeń sklepowych. Działamy więc jak partyzantka, spotykamy się z pracownikami, a ci są cały czas zastraszani. W Zamościu po tym, jak rozdawaliśmy ulotki i nasze wizytówki, otrzymaliśmy informację od pracownika, że kierownik sklepu ulotki zabrał, zniszczył i powiedział, że na drugi dzień będzie stał przed budynkiem „Solidarności” i zapisywał, kto wchodzi do budynku, żeby po prostu rozwiązać z tymi osobami umowy.
Najpierw powoływano się na to, że pracownicy nie powinni z nami rozmawiać, bo zakłócamy tok pracy. A my cały czas mówimy, że pracownik ma prawo do przerwy i jeśli chce ją wykorzystać na rozmowę z nami, to pracodawca nie powinien tego utrudniać. Nie wpuszcza się nas, jako działaczy związkowych, do pomieszczeń socjalnych, chociaż jesteśmy pracownikami firmy. Cały czas tłumaczy się, że pracodawca nie wyraża zgody na umieszczenie tablic związkowych. A nie wyraża, ponieważ w firmie są trzy organizacje związkowe, a pracodawca – powołując się na zasadę ich równouprawnienia – twierdzi, że skoro dwie z nich nie wieszają tablic, to trzecia także nie może. To jest po prostu utrudnianie działalności.
Dlaczego firmie miałoby na tym zależeć?
R. J.: Wynika to zapewne z założenia, że mniej świadomy pracownik to większy zysk. Mogę tu podać pewien przykład. Mieliśmy sprawę, w której chodzi o kwartalną ewidencję czasu pracy. Na arkuszu kwartalnej ewidencji czasu pracy znajdowała się informacja dla osób sprawujących opiekę nad dzieckiem do lat 4, na podstawie artykułu 178 par. 2 kodeksu pracy. Pytano, czy osoby takie wyrażają zgodę na pracę w godzinach nocnych, nadliczbowych, pracę w godzinach powyżej planu 8-godzinnego, oddelegowanie. W grudniu 2015 r. zmieniano formę tych dokumentów ewidencji. Obecnie znajduje się tam tylko informacja, że pracownik w związku z tym, że sprawuje opiekę nad dzieckiem do lat 4, wyraża zgodę we wszystkich tych sprawach. Wnosiliśmy właśnie pismo do pracodawcy o przywrócenie porządku prawnego. Odpowiedziano nam 8 lutego, że prawo nie reguluje formy tworzonych dokumentów wewnętrznych. Rozstrzygnie to jak zwykle zgłoszenie do PIP. Zdaję sobie jednak sprawę, że wiedza pracowników o prawie pracy jest taka, że gdyby nie było związku zawodowego, który takich spraw pilnuje, to pracownicy podpisywaliby dokument nie zdając sobie sprawy z tego, że dobrowolnie rezygnują z możliwości wyboru, czy chcą skorzystać ze swoich praw.
To wyjątkowo prosta zagrywka. Czy mieści się ona w granicach prawa?
R. J.: Z naszych opinii prawnych wynika, że taki zapis jest z prawem niezgodny, gdyż nie pozostawia decyzji pracownikowi. Ale świadczy jeszcze o innej sprawie, którą poruszałem 15 grudnia 2015 roku przed siedzibą firmy. Cały czas powtarzam, że z siedziby firmy nie widać zwykłego pracownika. Oni tam, u góry, siedzą, a na dole jest sklep Biedronki. Gdy tam byłem i przygotowywałem manifestację, widziałem, jak pracownica ciągnęła pół palety wody mineralnej wózkiem ręcznym. To narusza normy transportowe. Kiedy indziej widziałem wózek pozostawiony w sposób niebezpieczny. Tego wszystkiego nie widać z góry. A jeśli nie widzą tego, co jest pod nosem, to nie można oczekiwać, że zobaczą, co dzieje się gdziekolwiek indziej. Takie i inne patologie mają miejsce często. Biedronka może, zgodnie z prawem, zaplanować czas pracy i przerwy pracownika. Prawo mówi, że pracownikowi przysługuje 35 godzin przerwy w ujęciu tygodniowym. Natomiast nigdzie nie jest zapisane, że po pięciu dniach pracy wymagana jest przerwa. Jeśli więc wyda się pracownikowi w pierwszym tygodniu pracy 35 godzin na początku tygodnia oraz na końcu następnego tygodnia, to pracownicy u nas są w stanie pracować od 5 do nawet 11 kolejnych dni, po 10 godzin, czasem nawet w sumie 120 godzin.
Kolejna sprawa: kasjerom planuje się przerwę w godzinach 10-10.30 – o co zresztą cały czas walczyliśmy i walczymy – ale nie ma jej elektronicznej ewidencji. Pracownicy centrów handlowych mają elektroniczną ewidencję przerw pracowniczych. W niektórych sieciach podchodzą z identyfikatorem, przykładają do czytnika, a system rejestruje. U nas tego nie ma. Uważam, że pracodawca zdaje sobie sprawę, że w okresie świątecznym pracownicy nie wychodzą na przerwy śniadaniowe ze względu na źle pojmowany etos pracy. Czasami postępują tak nawet członkowie związku. Gdy chcemy wprowadzić elektroniczną ewidencję czasu pracy, która rzeczywiście będzie powodowała, że pracownicy będą korzystać z przerw, to pracodawca powołuje się w rozmowach na to, że mogłoby to być dla nich niekorzystne. Bo jeśli ktoś pali, to nie mógłby wychodzić na papierosa.
Generalnie w Biedronce wszelkie prawa traktuje się jak przywileje. A najgorsze jest to, że pracownicy sami na to pozwalają. Podam przykład. Gdy się zatrudniałem, pracowałem z czterema innymi osobami na zmianie. Koleżanka pracowała z czterema innymi osobami, dawali radę, więc pracodawca wyszedł z założenia, że nie musi płacić pięciu osobom, gdy może płacić czterem. Tak stopniowo doszliśmy do sytuacji, gdy pracodawca dopuszcza pracę jeden na jeden na zmianie. Mamy sytuację, w której wiceprzewodnicząca związku z Koszalina, pracując jeden na jeden, uległa wypadkowi w pracy. Wprawdzie istnieją normy transportowe, ale jeżeli na kasie siedzi tylko jeden kasjer i trzeba przełożyć kartony, to jest to nadmierne obciążenie pracą. Nie ma badań wysiłku energetycznego w pracy. Oczywiście istnieją przepisy BHP, które mówią, ile można dźwigać. Nikt jednak nie patrzy na to, że gdy przyjeżdża TIR z 35 paletami, to kobiety te 35 palet rozładowują. Nikt nie patrzy na to, że pracują przed świętami. W październiku i listopadzie oszczędza się godziny po to, by w grudniu te panie pracowały po 10 godzin.
To są ludzie, którzy zarabiają 2000 zł brutto – taka jest płaca dla kasjera, przy płacy minimalnej 1850 złotych. Podziwiam ich, bo za taką kwotę wykonują jednocześnie pracę kasjera, magazyniera, sprzątaczki, ochroniarza. W innych sieciach za minimalne wynagrodzenie wykonuje się jedną z tych czynności, a u nas w pracy się biega. Gdy pracownicy pytają mnie, jak zwiększyć liczbę etatów, przychodzi mi na myśl odpowiedź: trzeba przestać biegać, a zacząć chodzić. Jeśli tego nie nauczymy ludzi, to będzie ich coraz mniej, a jedna osoba odchodząca na L4 zdezorganizuje całą pracę. Jeśli więc pracodawca chce mieć dobrą obsługę, to musi zapewnić odpowiednią obsadę. W Biedronce pracuje się przy minimalnych obsadach. Jest to więc sprawne przedsiębiorstwo nastawione na zysk, ale zapomina o wymiarze społecznym, pracowniczym. A także o społecznej odpowiedzialności biznesu – bo ona polega przede wszystkim nie na fundowaniu samochodów ośrodkom zdrowia czy remontów przedszkolom, ale na tym, że dba się o pracownika. U nas ma miejsce jego nadmierna eksploatacja.
Do czego ona prowadzi?
R. J.: Jako związkowiec spotykam się bardzo często z dwoma przypadkami. Są to choroby związane z kręgosłupem oraz depresja. Nawet bardzo zaangażowani pracownicy, którzy pracują 13 czy 15 lat, pracownicy bardzo dobrzy – dochodzą do pewnego pułapu wynagrodzenia i stają się kosztem. Wtedy „udowadnia” im się, że nie są tacy dobrzy jak byli, w wyniku czego ludzie zapadają na depresję. Kiedyś w sądzie przedstawiciel pracodawcy zapytał mnie, czy to pojedyncze przypadki. To są przypadki częste. Zdarzają się także próby targnięcia się na życie z powodu pracy. Tak twierdzą pracownicy, ale w sądzie udowadnia się, że przyczyną była ukryta choroba psychiczna albo osoba miała problemy rodzinne.
Jakie relacje, jako związek, macie z pracownikami?
R. J.: Głównym problemem jest świadomość społeczna na temat praw pracowniczych. Ludzie nie zdają sobie z nich sprawy. Czasami musimy tłumaczyć pracownikowi: Nie musisz po pracy odbierać telefonów i jechać do sprawdzenia, bo włączył się alarm. Ty jesteś po pracy. Prawo jest dla pracowników i jest jednakowe dla wszystkich, ale pracownicy mają problem z pozbyciem się przekonania, że nie są własnością firmy i nie są zobowiązani do życia – jak w „Ziemi obiecanej” – rytmem zakładu pracy. Czasami mam wrażenie, że dziś u nas jest podobnie, jak w XIX wieku, że pracownicy za bardzo identyfikują się z firmą. Kiedy w naszej Biedronce robimy ankietę, czy pracownicy chcą 500 złotych podwyżki, to niektórzy twierdzą, że pracodawca ma zbyt duże obciążenie kosztami płac. Polska struktura Jeronimo Martins, czyli Biedronka, jak czytam, przynosi 67% zysku całej grupy kapitałowej, a koszty pracy wynoszą około 3,8-3,9% wszystkich kosztów, gdy inne sieci mają ten wskaźnik na poziomie 8-9%. Jeśli więc pracownik twierdzi, że otrzymuje wystarczające wynagrodzenie, to trudno się przebić do jego świadomości z informacją, że z tortu, jaki dostaje pracodawca, trzeba też wyciąć jakiś kawałek dla nas. Jeśli ludzie nie będą się sami szanować, to tym bardziej nie będzie ich szanować ktoś inny.
Biedronka to obecnie 2500 sklepów, centra dystrybucyjne, drogerie i 55 tysięcy pracowników. Jaka jest siła związku w tak dużej firmie?
R. J.: W tej chwili zrzeszamy 1600 pracowników. W marcu 2013 roku, gdy wchodziłem do zarządu Komisji Zakładowej, zrzeszaliśmy 1000 osób. Naszym głównym problemem, z którym chcemy wystąpić do Międzynarodowej Organizacji Pracy, jest to, że utrudnia się nam działalność. Chociażby przez to, że nie respektuje się konwencji MOP. Pracodawca twierdzi, że nie jest ona dla niego – podobnie jak opinie prawników „Solidarności” – wiążąca, że obowiązuje go tylko polskie prawo. A prawo w Polsce pozostawia wiele pola do interpretacji.
Jeśli dobrze rozumiem, jednym z utrudnień dla respektowania wolności działalności związkowej jest kształt polskiego prawa, a kolejni prawodawcy nie sprostali zadaniu?
R. J.: Z tego, co wiem, szykuje się nowelizacja Kodeksu Pracy, otrzymaliśmy nawet oficjalne informacje. Ustawa o związkach zawodowych pochodzi z 1991 roku. Zawiera ona zapisy, na przykład dotyczące konsultacji związkowych, które można odczytywać tak, że decydujący głos ma największa z zakładowych organizacji związkowych, albo tak, że decydują wszystkie organizacje związkowe. Takie nieprecyzyjne punkty powodują, że pracodawca wykorzystuje furtki prawne, które interpretuje na swoją korzyść. Dziś funkcje kontrolne zarówno Państwowej Inspekcji Pracy, jak i związków zawodowych, są ograniczane. Inaczej niż choćby w modelu norweskim, który powinien być dla nas wzorem. Kontrola i nacisk na pracodawcę – poza wykorzystaniem instytucji państwowych – są u nas słabsze. Myślę, że problem leży przede wszystkim po stronie ustawodawstwa, nie dającego wystarczających możliwości w danych warunkach.
Wśród propozycji mających cywilizować pracę w handlu wciąż powraca postulat zagwarantowania wolnych niedziel.
R. J.: Gdy ostatnio Święto Trzech Króli przypadało w niedzielę, to w sobotę nikt nie szedł na urlop, a ruch był dwa razy większy niż zwykle. To, czy pracodawca wyda nam 35 godzin przerwy z soboty na niedzielę, czy ze środy na czwartek, nie ma znaczenia. A dziś pracownicy sieci nie wiedzą, kiedy będą chodzili do pracy. Moja koleżanka miała w ciągu miesiąca 80 wersji grafiku. Obecnie, po naszych naciskach, pracodawca dopuszcza nie więcej niż 26 wersji grafiku w ciągu miesiąca. 26 wersji na 30 dni – jak pracownik ma zaplanować sobie życia prywatne? Po naszych naciskach i kontrolach PIP pracodawca wprowadził zasadę, że nie wolno zmieniać grafiku w dniach świątecznych, wolnych od pracy, pod nieobecność pracownika. Bo często było tak, że pracownicy wracali z urlopu i dowiadywali się, że pracują nie od poniedziałku po południu, lecz od poniedziałku rano. Sam przepracowałem kiedyś 11 kolejnych nocy, co prawda po 8 godzin.
I wtedy powinien wkraczać związek.
R. J.: W Biedronce, jeśli nie jest się członkiem związku zawodowego, można dostać rozwiązanie umowy za np. nieumiejętność zarządzania zespołem – na co „wskazuje” brudna podłoga – po ośmiu latach nienagannej pracy. Pracodawca mówi wtedy o „utracie zaufania”. Jest to jeden z wytrychów wykorzystywanych, by pracownika pozbawić pracy. Natomiast gdy ktoś jest w związku zawodowym, to wiadomo, że otrzyma naszą pomoc i ochronę. Obecnie główna część naszego zadania w Jeronimo Martins polega na tym, że gasimy pożary, bo wszędzie mamy sytuacje związane z dyskryminacją czy nękaniem psychicznym pracowników. Nie możemy spokojnie zająć się tą lepszą stroną działalności związkowej, która polegałaby na dialogu z pracodawcą w celu polepszania warunków pracy.
Zapytam o cele na przyszłość. Jak planujecie rozwijać „Solidarność” w przedsiębiorstwie?
R. J.: Celem jest rzeczywisty dialog. Obecnie nie ma go między związkiem a pracodawcą. Pracodawca zaprasza nas na cykliczne spotkania. Nie przynoszą one jednak żadnych skutków, możemy sobie na nich porozmawiać, ale to nie ma wpływu na rzeczywiste decyzje. Jeżeli zgłaszamy problem – jak chociażby z radami BHP, które powstały bez wiedzy związku zawodowego i wbrew zapisom ustawy, mówiącej, że powinni w nich zasiadać przedstawiciele związków – to dopiero po interwencji w Państwowej Inspekcji Pracy i jej kontroli respektuje się to, co powinno być normą. Pracodawca, pozorując dialog, jednocześnie nie respektuje praw, które powinny być oczywiste. Teraz będziemy prawdopodobnie wchodzić w spór zbiorowy, gdyż pracodawca odmawia negocjacji płacowych, powołując się na to, że nie musi ich podjąć. Nie ma tu dialogu, dlatego też zwracaliśmy się do ministerstwa, a w zeszłym roku w listopadzie byliśmy pod siedzibą firmy, organizowaliśmy pikietę, spotkaliśmy się z panem prezesem Soaresem dos Santos. Usłyszeliśmy zapewnienia, że firma popiera prawa pracownicze. Ale odpowiedzią na nasze pisma jest interpretacja prawa zawsze na korzyść pracodawcy – nigdy na korzyść pracowników. Cały czas unika się traktowania strony społecznej jako pełnoprawnego partnera. Nie jesteśmy za tym, by palić mosty i wysadzać w powietrze pracodawcę, nie jesteśmy też po to, by coś na nim wymuszać. My pośredniczymy między szklanymi oknami biurowca a oknami w marketach, ale pracodawca nie chce tego głosu usłyszeć, nie opłaca mu się, nie widzi potrzeby, by ten dialog był prawdziwy, a nie pozorowany.
Może wobec tego trzeba szukać sojuszników?
R. J.: Współpraca między centralami związkowymi jest ważna, by w szerokim zakresie wpływać na zmianę polityki czy – przede wszystkim – na zmianę ustawodawstwa w Polsce, bo to największa bolączka tego systemu. Wielkie konsorcja korzystają z wielkich firm prawniczych. Jesteśmy krajem, gdzie przecinek i kropka mają znaczenie. Współpracujemy ze związkiem Sierpień ‘80, piszemy skargi do Międzynarodowej Organizacji Pracy, naciskamy na forum państwowym. Zawsze jednak tłumaczę, że działamy na poziomie komisji zakładowej. Najważniejsze jest to, by pracownik poczuł, że najważniejszy jest on, że pracujemy na jego rzecz. Jeżeli którakolwiek partia lub opcja polityczna wyrazi chęć pomocy lub poruszy naszą sprawę na mównicy sejmowej, to dobrze. Dziś, jak za czasów pani Łopackiej, trudne jest przebijanie się do mediów z problemami organizacji związkowych czy pracowników Biedronki. Czasami mam wrażenie, że wynika to z tego, że jest to największy reklamodawca i nie ma w mediach chęci, by szczegółowo zainteresować się problemem, który istnieje w tej firmie.
Zatoczyliśmy koło, wróciliśmy do pani Łopackiej. Czy znów jesteśmy w punkcie wyjścia?
R. J.: Nie, czasy się zmieniły. Zmieniły się na lepsze kwestie związane z regulacją i ewidencją czasu pracy, z wypłatą wynagrodzeń za nadgodziny. Jednak podstawowa sprawa, która zaczęła się za czasów pani Łopackiej, to przedkładanie zysku nad, powiedzmy, politykę społeczną firmy. Oczywiście firma ma rozbudowany, dobry pakiet świadczeń socjalnych, ale należałoby spojrzeć na pracownika na kasie. I wprowadzić odgórnie procedurę, która zabraniałaby pracy powyżej sześciu kolejnych dni, ewidencję przerw, by nie dochodziło do sytuacji, w której pracownik boi się skorzystać z prawa do nich. Mieliśmy przecież skrajne sytuacje, gdy pracownicy musieli tłumaczyć się z tego, że chcieliby wyjść do toalety. Ciągle brakuje empatii ze strony pracodawcy, chociaż polski pracownik do sukcesu grupy Jeronimo Martins wniósł swój ogromny wysiłek.
Dziękuję za rozmowę.
Gdańsk, styczeń 2016 r. Rozmawiał Michał Wójtowski, współpraca Magda Komuda.
przez George Lakey | wtorek 16 lutego 2016 | opinie
Pracując nad utrwaleniem zdobyczy ruchu Occupy, warto przyjrzeć się innym krajom, w których masom ludowym udało się pokojowo wprowadzić wysoki poziom demokracji i sprawiedliwości ekonomicznej. W latach 30. XX wieku zarówno Szwecja, jak i Norwegia, po długich pokojowych walkach doświadczyły ogromnej zmiany u władzy. Oba kraje „zwolniły” 1% najbogatszych, do tej pory wyznaczający kierunek, w jakim miało podążać społeczeństwo, i położyły fundamenty pod nowe prądy.
Oba kraje mają za sobą historię przerażającej biedy. Kiedy rządził 1%, setki tysięcy ludzi emigrowały, aby uniknąć głodu. Jednak pod presją klasy robotniczej Szwecja i Norwegia zbudowały silne, doskonale funkcjonujące gospodarki, które niemal wyeliminowały ubóstwo, rozszerzyły zasięg bezpłatnego szkolnictwa, zlikwidowały slumsy, zapewniły doskonałą powszechną opiekę zdrowotną i stworzyły system pełnego zatrudnienia. W odróżnieniu od Norwegii, Szwecja nie odkryła złóż ropy, ale to nie powstrzymało jej przez zbudowaniem czegoś, co ostatnia edycja „World Factbook” CIA nazywa „godnym pozazdroszczenia standardem życia”.
Żaden z tych krajów nie jest ideałem, o czym wiedzą czytelniczki i czytelnicy kryminałów Stiega Larssona, serii Mankela o Kurcie Wallanderze oraz Jo Nesbo. Krytyczne lewicowe autorki i autorzy starają się popychać Szwecję i Norwegię do przodu na drodze do bardziej sprawiedliwych społeczeństw. Jako amerykański aktywista, który po raz pierwszy znalazł się w Norwegii w 1959 roku podczas studiów i nauczył trochę jej języka i kultury, zachwyciłem się osiągnięciami tego kraju. Przypominam sobie, jak godzinami jeździłem na rowerze po ulicach małego, przemysłowego miasta, na próżno szukając budynków mieszkalnych w złym stanie. Czasem, opierając się dowodom, które widziałem na własne oczy, wymyślałem sobie historyjki, które „odpowiadały” za to, co widziałem: to przecież „małe państwo”, „homogeniczne społeczeństwo”, które osiągnęło „konsensus w kwestii wartości”. W końcu zrezygnowałem z nakładania własnych ram na te kraje i odkryłem prawdziwe powody: ich własne historie.
Wówczas zacząłem rozumieć, że społeczeństwa Szwecji i Norwegii zapłaciły cenę za taki standard życia. Swego czasu robotnice i robotnicy Skandynawii nie spodziewali się, że polityka parlamentarna może przynieść zmianę, w jaką wierzyli. Zorientowali się, że z 1% u władzy cała „demokracja” parlamentarna była wymierzona przeciwko nim. Tym, co pozwoliło na prawdziwą zmianę układu sił, była pokojowa akcja bezpośrednia.
W obu krajach do obrony interesów 1% wezwano wojsko, zginęli ludzie. Nagradzany szwedzki reżyser, Bo Widerberg, jaskrawo odmalował te wydarzenia w filmie „Ådalen 31”, opowiadającym historię strajkujących robotników i robotnic zamordowanych w 1931 roku oraz o wybuchu strajku generalnego.
Budowa jednolitego ruchu społecznego była trudniejsza w Norwegii, której niewielka populacja – około trzech milionów ludzi – była rozsiana na terytorium wielkości Wielkiej Brytanii, podzielona górami i fiordami, posługująca się regionalnymi dialektami w odosobnionych dolinach. W XIX wieku Norwegią rządziła najpierw Dania, później Szwecja; dla Europy Norweżki i Norwegowie byli „wiejskimi prostakami” bez wpływu na cokolwiek. Dopiero w 1905 roku Norwegia uzyskała niepodległość.
Na początku XX wieku robotnice i robotnicy zrzeszający się w związki zawodowe kierowali się zasadami marksizmu, zmierzając ku rewolucji, jak i doraźnej poprawie życia. Z radością przyjęli obalenie caratu, a Norweska Partia Pracy dołączyła do tworzonej przez Lenina Międzynarodówki Komunistycznej. Nie została tam jednak długo. Główny rozdźwięk pomiędzy norweskim ruchem robotniczym a leninowską strategią dotyczył stosunku do rozwiązań siłowych: Norweżki i Norwegowie chcieli wygrać swoją rewolucję poprzez kolektywną, pokojową walkę, tworzenie spółdzielni i parlamentarną reprezentację polityczną.
W latach 20. trwała intensywna walka strajkowa. W mieście Hammerfest w 1921 roku powstała pod przywództwem rad robotniczych lokalna władza robotnicza – komuna, jednak została ona zdławiona interwencją armii. Klasa robotnicza odpowiedziała strajkiem generalnym. Kapitał wspierany przez państwo złamał ten strajk, co z kolei doprowadziło do strajku pracowników przemysłu metalurgicznego w latach 1923-24.
Norweski 1% nie pokładał wszystkich nadziei w armii. W 1926 stworzył ruch nazwany Ligą Patriotyczną, składający się głównie z klasy średniej. W latach 30. Liga liczyła około 100 tysięcy osób – w kraju o populacji zaledwie trzech milionów! – które zajmowały się m.in. zbrojną obroną łamistrajków.
W międzyczasie Partia Pracy otworzyła się na wszystkich, bez względu na członkostwo w związku zawodowym. Osoby podzielające poglądy marksistowskie pochodzące z klasy średniej, reformiści, pracownice i pracownicy sektora rolnego, a także właściciele małych gospodarstw – wszyscy oni dołączyli do partii. Przywództwo partii rozumiało, że w przedłużającej się walce konieczne będzie ciągłe poszerzanie bazy członkowskiej i wciąganie kolejnych warstw społecznych do pokojowej kampanii. Kolejna fala strajków i bojkotów przetoczyła się w roku 1928, w okresie rosnącej polaryzacji.
W 1931 roku uderzył Wielki Kryzys, a bezrobotnych było więcej niż w jakimkolwiek kraju nordyckim. W odróżnieniu od amerykańskich związków zawodowych norweskie syndykaty nie usuwały członkiń i członków, którzy z racji utraty pracy nie mogli płacić składek. Ta decyzja opłaciła się i stała wkrótce fundamentem masowej mobilizacji. Gdy konfederacje przemysłowców dokonywały lokautów, próbując zmusić robotnice i robotników do zaakceptowania obniżki płac, związki odpowiedziały masowymi demonstracjami.
Wiele osób dowiedziało się, że ich kredyty hipoteczne są zagrożone (brzmi znajomo?). Kryzys trwał, rolnicy nie byli w stanie spłacać długów. Niepokoje uderzyły w regiony rolnicze, odbywały się pokojowe protesty przeciw wyrzucaniu rodzin z ich gospodarstw. Partia Chłopska, zrzeszająca większych posiadaczy ziemskich, wcześniej blisko związana z Partią Konserwatywną, zaczęła się dystansować od 1%. Można było zauważyć, że zdolność wąskiej elity do rządzenia masami zaczyna się chwiać.
W 1935 roku Norwegia znalazła się na krawędzi. Konserwatywny rząd codziennie tracił „prawowitość”; 1% był coraz bardziej zdesperowany, a wśród klasy robotniczej i rolników rosły bojowe nastroje. Radykalne skrzydło ruchu robotniczego przewidywało, że do całkowitego obalenia władzy może dojść w ciągu kilku lat. Jednak nędza społeczeństwa stawała się coraz bardziej paląca, a Partia Pracy odczuwała rosnący nacisk swoich członkiń i członków na ulżenie cierpieniom biednych. Mogła to zrobić wyłącznie poprzez objęcie rządów po zawarciu kompromisu ze stroną przeciwną.
Zawarto kompromis, który pozwolił właścicielom zachować i kierować swoimi przedsiębiorstwami. W tym samym roku powstał rząd Partii Pracy i Partii Chłopskiej. Rząd rozwinął gospodarkę poprzez rozpoczęcie robót publicznych wraz z polityką pełnego zatrudnienia, która stała się podstawą norweskiej polityki gospodarczej. Sukcesy Partii Pracy oraz bojowe nastawienie klasy robotniczej umożliwiły stały atak na przywileje 1%, doprowadzając do przejęcia części dużych firm przez państwo.
1% utracił w ten sposób swoją odwieczną dominującą pozycję ekonomiczno-społeczną. Przez następne trzy dekady konserwatyści nie brali udziału w rządach. W międzyczasie zaakceptowali nowe zasady gry: wysoki wskaźnik publicznej własności środków produkcji i sektora publicznego w gospodarce, mocno progresywne opodatkowanie, surowe regulacje rynku i prawie całkowite wyeliminowanie biedy. Gdy w końcu zaczęli mieć wpływ na podejmowanie decyzji, próbowali wykonać zwrot w stronę polityki neoliberalnej – wówczas nastał kryzys, a gospodarka zmierzała ku katastrofie (brzmi znajomo?).
Partia Pracy wkroczyła do akcji, wzięła pod lupę trzy największe banki, zwolniła czołowych menedżerów, zostawiła największych akcjonariuszy samym sobie. Mniejszym bankom odmówiła publicznej pomocy finansowej na kontynuowanie dotychczasowej polityki. Tak oczyszczony sektor finansowy, dokładnie regulowany i kontrolowany w dużej mierze przez państwo, był solidny i oparł się kryzysowi 2008 roku.
Chociaż Norwedzy i Norweżki zapewne nie opowiedzą wam tego przy pierwszym spotkaniu, to fakty pozostają faktami – wysoki poziom wolności i powszechnego dobrobytu zaczął się, gdy klasa robotnicza i rolnicy wraz z sojusznikami z klasy średniej rozpoczęli pokojową walkę, która umożliwiła rządy ludu dla wspólnego dobra.
George Lakey
Tłumaczenie Mateusz Trzeciak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej commondreams.org w styczniu roku 2012.
przez Tereza Stöckelová | wtorek 9 lutego 2016 | opinie
Gdy mowa o produkcji globalnej i migracji zarobkowej, prawdopodobnie wyobrażamy sobie przepływ osób pomiędzy biednymi a bogatymi częściami świata. Globalną siłę roboczą można jednak mobilizować i zatrudniać także w inny sposób – wprawdzie bez przemieszczania się osób, za to z nie mniej dotkliwymi skutkami dla ich życia. Takimi jak te związane z często półlegalnym wykorzystywaniem zagranicznych pracowników na stanowiskach niewymagających wysokich kwalifikacji. Amerykański socjolog A. Aneesh badał funkcjonowanie indyjskich call center, które oferują korporacjom transnarodowym usługi w zakresie telemarketingu oraz windykacji dla klientów z bogatej anglojęzycznej części świata. W ramach swych badań etnograficznych Aneesh zatrudnił się na parę miesięcy w jednym z call center w indyjskim mieście Gurgaon niedaleko New Delhi.
Wyszkoleni do przydatności
Tytuł książki Aneesha „Neutral Accent. How Language, Labor, and Life Become Global” (Neutralny akcent. Jak język, praca i życie stają się globalne, 2015) odnosi się do szkolenia językowego, które przechodzą kandydaci do pracy w call center. Większość z nich – często absolwentów uniwersytetów lub szkół wyższych – bez problemu porozumiewa się w języku angielskim. Muszą oni jednak oduczyć się indyjskiego akcentu i przyswoić akcent „neutralny”. Językoznawca może zaprotestować (tak jak zaprotestował socjolog Aneesh podczas swej pierwszej, nieudanej rozmowy kwalifikacyjnej), twierdząc, że neutralny akcent nie istnieje. Indyjskie call center jednak same go wymyślają, ponieważ potrzebują pracowników przydatnych do obsługi amerykańskich, brytyjskich i australijskich klientów. Gdyby wyszkolić ich w jednej wersji języka angielskiego, ich przydatność byłaby ograniczona. Dodatkowo pracownicy muszą sobie przyswoić realia geograficzne i kulturowe klientów zagranicznych na drugim końcu linii, żeby być dla nich odpowiednimi partnerami do rozmowy. Neutralizacja i naśladownictwo to w tym przypadku dwa podstawowe założenia komunikacji.
Wydawać by się mogło, że nie jest to rozpaczliwie ciężka praca. Dodajmy jednak, że indyjscy pracownicy muszą funkcjonować w strefach czasowych obsługiwanych klientów. Oznacza to, że pracują w nocy i śpią w ciągu dnia. Z powodu braku transportu publicznego do ośmiogodzinnej nocnej zmiany należy doliczyć jeszcze kilkugodzinne podróże do pracy, w większości organizowane przez pracodawcę, który wynajmuje w tym celu kierowców zwożących i rozwożących pracowników. Dochodzi przez to do dramatycznego rozdziału czasu aktywności pracowników z czasem aktywności ich rodzin i przyjaciół. Kontakty międzyludzkie są ponadto bardzo ograniczone także w ramach zespołu pracowniczego. Jak zaznacza Aneesh, oprócz pierwszych tygodni szkolenia językowego i kulturowego, podczas którego grupa kandydatów mogła się zaprzyjaźnić, czas pracy w call center wypełnia stresująca seria setek rozmów telefonicznych każdego dnia – pracownicy rozpoczynają jedną rozmowę za drugą, z klientami, którzy często w ogóle nie chcą z nimi rozmawiać. Wszelkie relacje społeczne w miejscu pracy kurczą się w ten sposób do wspólnego obiadu w stołówce o północy.
Aneesh spotkał w gronie swoich współpracowników także tych, którym takie wyrwanie z rodziny i otaczającego społeczeństwa względnie odpowiadało w ich sytuacji życiowej. O wiele częściej jednak swoją pracę postrzegali jako gwałtowne odseparowanie od siebie ekonomicznego, społecznego i biologicznego wymiaru własnej egzystencji. Takie życie podsumował jeden ze współpracowników Aneesha następująco: Wróci do domu, nie ma żadnego życia towarzyskiego. De facto jest martwym gościem. Swój własny stan podczas badania terenowego w roli pracownika call center autor opisuje jako permanentne uczucie jet lagu, połączenia braku snu i poczucia utraty związku ze światem zewnętrznym. Aneesh przedstawia przekonujący przegląd literatury poświęconej związkowi pomiędzy zdrowiem a chronobiologią człowieka, który dość jasno ukazuje, że nie jest dla nas obojętne to, kiedy śpimy, a kiedy czuwamy. Długotrwałe nocne czuwanie szkodzi ludzkiemu ciału przysposobionemu do trybu dziennego – między innymi podwyższa ryzyka zachorowań na raka, wystąpienia otyłości oraz innych problemów zdrowotnych. Obecnie Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) klasyfikuje pracę w godzinach nocnych jako potencjalny czynnik rakotwórczy.
Architektura algorytmu
Autor przypomina w tym kontekście historyczną walkę o ośmiogodzinny dzień pracy i pyta, dlaczego dzisiaj nie istnieje podobna mobilizacja proletariuszy przeciwko pracy w godzinach nocnych. Ekonomiczny, społeczny i biologiczny wymiar naszego życia uległy tak dalekiemu rozszczepieniu, że nie istnieje żadne wspólne pojęcie „dobrego życia”, żaden uniwersalny punkt, w imię którego można by taką walkę rozpocząć. Przeciwnie, od trzydziestu lat regulacje dotyczące pracy nocnej w skali całego globu ulegają rozluźnieniu.
Praca w godzinach nocnych i problemy ze snem na skutek stresu zawodowego nie dotyczą dziś wyłącznie obywateli tzw. Trzeciego Świata. Dwudziestoczterogodzinna gospodarka globalna ingeruje w rytmy biologiczne pracowników na całej kuli ziemskiej. Negatywnych skutków nie rozwiązuje się poprzez zmianę warunków pracy, lecz farmakologicznie – za pomocą środków nasennych (w Stanach Zjednoczonych w 2005 r. wypisano 43 miliony recept na tego typu leki) oraz przez opracowanie procedur czyniących pracę nocną bardziej efektywną (np. podawanie regularnych dawek kofeiny albo stosowanie mocnego, bezpośredniego oświetlenia). Krytyczne ustalenia chronobiologii są najczęściej wykorzystywane na rzecz kapitalizmu, a nie w ramach oporu przeciwko niemu.
Aneesh koncentruje się jednak nie tylko na pracownikach call center, ale również na adresatach na drugim końcu linii. Kluczową rolę w telemarketingu odgrywają bowiem algorytmy, które wybierają „odpowiednie” numery telefoniczne na podstawie dostępnej bazy danych. Autor poświęca cały rozdział opisowi „algorytmokracji” (algocracy) czy też „władzy algorytmicznej”, która jego zdaniem w coraz bardziej zasadniczy sposób panuje nad naszym życiem. W odróżnieniu od biurokracji, kontrolującej zachowania poprzez socjalizację, wpajanie zasad i karanie za ich przekraczanie, algorytmokracja kształtuje środowisko, w którym zachowujemy się zgodnie z zaprowadzonymi normami, a nawet nie musimy ich znać. Przede wszystkim zaś nie możemy ich przekroczyć. Zostały one wprogramowane bezpośrednio w architekturę naszego świata lub, inaczej mówiąc, świat został wprogramowany w nie same. Możemy wprawdzie próbować dbać o swoje facebookowe, kredytowe i inne tożsamości nieustannie przeliczane przez algorytmy, zapewniając sobie przyszłość w systemie zer i jedynek. Jak jednak ostrzega John Naughton, algorytmy są dla większości z nas black boxami, czarnymi skrzynkami, o których nie wiemy, jak funkcjonują – i za które często nikt nie jest odpowiedzialny.
Niezbyt obszerna książka amerykańskiego etnografa płynnie łączy historie konkretnych osób, w tym samego Aneesha, z diagnozami z obszaru nauk społecznych i przyrodniczych. Oferuje niezwykłe spojrzenie ze stołówki indyjskiego call center na szybko globalizujący się świat. Autor przedstawia krytyczną analizę neutralności rozumianej jako obojętność wobec różnic stref czasowych, dnia i nocy, językowej specyfiki i sposobów życia. Co do płaszczyzny wspólnego oporu przeciwko dyktatowi korporacyjnej nocy, pozostaje jednak sceptyczny.
Tereza Stöckelová
Przekład: Krzysztof Kołek
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.
przez Konrad Malec | poniedziałek 8 lutego 2016 | nasze rozmowy
O ubóstwie energetycznym i jego konsekwencjach społecznych rozmawiamy z Agatą Miazgą, współautorką raportu „Ubóstwo energetyczne w Polsce – definicja i charakterystyka społeczna grupy”, opublikowanego w 2015 r. przez Instytut na Rzecz Ekorozwoju.
***
Wspólnie z Dominikiem Owczarkiem prowadziła Pani badania nad ubóstwem energetycznym Polaków. Czym jest ubóstwo energetyczne i z czego ono wynika?
A.M.: Ubóstwo energetyczne to w Polsce termin raczej nowy. To zjawisko polegające na trudności w zaspokajaniu podstawowych potrzeb energetycznych w miejscu zamieszkania, za rozsądną cenę. Wyróżniamy tutaj dwa elementy tej definicji – utrzymanie adekwatnego standardu ciepła i zaopatrzenie w pozostałe źródła energii, czyli np. energię elektryczną. To definicja, którą przygotowaliśmy razem z Dominikiem Owczarkiem na potrzeby naszych badań, ponieważ, mimo że badania nad ubóstwem energetycznym trwają w Europie od lat osiemdziesiątych, to do tej pory nie została wypracowana jedna, wspólna dla wszystkich definicja. W różnych dokumentach europejskich pojawiają się wzmianki o potrzebach cieplnych, potrzebach energetycznych, jednak dotychczas nie wypracowano spójnej definicji.
Mówi Pani, że ubóstwo to polega na tym, że ktoś ma problem z zaspokojeniem potrzeb – czy to dotyczących ogrzewania mieszkania czy potrzeb związanych z innymi źródłami energii. Jak zdefiniować moment, kiedy te potrzeby przestają być zaspokajane?
A.M.: Właśnie to było jednym z przedmiotów naszych badań – wyznaczenie standardu potrzeb energetycznych, którego niespełnienie oznacza ubóstwo energetyczne. Oczywiście jest to próg względny. Pomysłem, który do tej pory cieszył się największym powodzeniem i był na różne sposoby modyfikowany, jest porównanie wydatków energetycznych pomiędzy gospodarstwami domowymi, czyli osobami mieszkającymi w jednym mieszkaniu i wspólnie się utrzymującymi, a następnie zestawienie ich z dochodami tych gospodarstw. Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwiema podstawowymi miarami ubóstwa energetycznego: miarą absolutną, wedle której uznawaliśmy gospodarstwo domowe za ubogie energetycznie, jeżeli jego wydatki na energię przekraczały próg 10 proc. dochodów, oraz miarą relatywną LIHC (ang. Low Income High Costs).
Jeżeli zachodzi taka sytuacja, że ktoś nie wydaje aż tyle na energię, ale poświęca wiele czasu dziennie na zdobycie opału, np. znosząc drewno z lasu, to czy taka osoba jest uboga energetycznie?
A.M.: Niestety czas, jaki gospodarstwa domowe czy poszczególne osoby poświęcają na przyniesienie drewna, nie został uwzględnionych w danych, którymi dysponujemy. Wykorzystując naszą definicję ubóstwa energetycznego nie możemy uznać takich gospodarstw za ubogie energetycznie, choć oczywiście zgodnie z intuicją takie osoby mają problem z ogrzewaniem. Bardziej trafna jest według nas druga z wymienionych przeze mnie miar – definicja relatywna. W skrócie polega ona na tym, że porównujemy dochody i wydatki na energię jednego gospodarstwa domowego z dochodami i wydatkami innych gospodarstw domowych w społeczeństwie. To znaczy: jeżeli dana rodzina lub dane gospodarstwo domowe mają w porównaniu z innymi gospodarstwami dość niskie dochody i jednocześnie dość wysokie wydatki na energię, wtedy uznajemy je za ubogie energetycznie. Ważnym elementem definicji, które proponujemy, jest zastosowanie hipotetycznych wydatków na energię zamiast wydatków rzeczywistych. Brzmi to abstrakcyjnie, ale dzięki temu zabiegowi za ubogie energetycznie nie uznajemy osób przegrzewających mieszkania. Pozwala to natomiast uwzględnić osoby, które kosztem uregulowania wysokich wydatków energetycznych muszą ograniczyć wydatki na inne dobra, np. edukację czy żywność. Hipotetyczne wydatki na energię to takie wydatki, które dane gospodarstwo domowe, znajdujące się w danym typie budynku, powinno ponosić, by zaspokajać swoje podstawowe problemy energetyczne. Podstawowe potrzeby cieplne ustaliliśmy na poziomie utrzymywania w miejscu zamieszkania temperatury 21 stopni Celsjusza.
W raporcie pojawia się jeszcze jedna miara – 13 procent dochodów. Czemu 13? Wcześniej mówiła Pani o dziesięciu.
A.M.: Najpierw wytłumaczę, dlaczego nie dziesięć procent dochodów. To była miara najbardziej powszechna, którą wykorzystywano w Wielkiej Brytanii do 2012 roku, więc przyjęliśmy ją za punkt wyjścia. Stwierdziliśmy jednak, że próg dziesięciu procent jest w Polsce zbyt niski, ponieważ w ostatniej dekadzie średni udział wydatków na energię w dochodach wynosił właśnie ok. 10 procent. Bezsensowne byłoby więc przyjmowanie progu, który znajduje się na poziomie średniej dla kraju. Dlatego też widzieliśmy potrzebę znalezienia jakiegoś wyższego progu. 13 procent to propozycja techniczna. Została wyliczona na próbie, która została okrojona do gospodarstw domowych, które uznaliśmy za niebłędne. To znaczy usunęliśmy gospodarstwa domowe, które stwierdziły, że mają dochody ujemne lub że ich dochody w danym miesiącu są niższe niż wydatki na energię. Muszę jednak podkreślić, że przyjęcie jakiegokolwiek progu dochodów, czy to będzie 13, 15 czy 20 procent, jest decyzją arbitralną.
Skoro ta angielska miara 10 procent stosowana w Polsce wykazała, że znaczna część obywateli nie ma zaspokojonych podstawowych potrzeb energetycznych, to czy możemy się pokusić o uogólnienie, że polscy obywatele generalnie są ubodzy energetycznie?
A.M.: Myślę, że nie. Należy wziąć pod uwagę różnice pomiędzy krajami, np. pomiędzy Wielką Brytanią a Polską występują spore różnice w rodzaju budynków. W każdym polskim domu mamy jakieś źródło ciepła, czy to ogrzewanie centralne, czy piece na opał. W Wielkiej Brytanii natomiast nie jest to standardem, a przy zmieniającym się klimacie Brytyjczycy zaczynają odczuwać brak przystosowania budynków bardzo dotkliwie.
Jakie są następstwa ubóstwa energetycznego?
A.M.: Najbardziej bolesnymi skutkami są skutki zdrowotne: ludzie, którzy mieszkają w niedogrzanych pomieszczeniach, mają obniżoną odporność, częściej chorują, szczególnie na choroby związane z układem oddechowym. Jest to szczególnie dotkliwe w przypadku dzieci, ponieważ mieszkanie w niedogrzanych pomieszczeniach może skutkować zaburzeniami przyrostu wagi. Możemy mieć również do czynienia z wykluczeniem społecznym, ponieważ gdy rodzina nie ma dostępu do energii elektrycznej lub ma dostęp ograniczony, dzieci nie mogą korzystać np. z Internetu, może im to utrudniać naukę czy zdobywanie dodatkowych umiejętności.
Ilu polskich obywateli cierpi z powodu niedostatków energii?
A.M.: Według naszych badań 17 procent społeczeństwa, czyli około 6,4 mln Polaków. To miara relatywna, którą uważamy za najbardziej zgodną z rzeczywistością.
Czy do ubogich energetycznie możemy przyłożyć jedną miarę, mówić o jakiejś „wspólnocie dziejów”, o tym, że pochodzą z jednej klasy społecznej albo z określonego regionu Polski?
A.M.: Tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić na tym etapie badań. Jesteśmy za to w stanie powiedzieć, które gospodarstwa są najbardziej narażone. Są to gospodarstwa utrzymujące się z niezarobkowych źródeł, czyli np. z zasiłków dla bezrobotnych, są to też samotni rodzice z dziećmi, a także mieszkańcy wsi. Bardzo duża grupa to mieszkańcy jednorodzinnych domów wolnostojących.
A jeśli chodzi o podział na regiony Polski, to który z nich jest najbardziej narażony? I jakie są przyczyny tego stanu?
A.M.: To gospodarstwa z regionu Polski południowo-wschodniej. Przypuszczamy, że jest to związane z większą skalą ubóstwa dochodowego, które możemy tam zaobserwować, a także z warunkami klimatycznymi.
Z raportu wynika, że nie wszystkie osoby ubogie energetycznie są pod tak zwaną dochodową kreską. Niektóre osoby mające nawet średnie dochody mogą być dotknięte ubóstwem energetycznym. Z czego to wynika?
A.M.: Ubóstwo energetyczne i dochodowe pokrywają się, tylko albo aż, w 30 procentach przypadków. Można powiedzieć, że ubóstwo energetyczne ma dwie twarze: pierwsza z nich to osoby ubogie energetycznie i dochodowo, czyli ci, którzy mają prawdopodobnie problem z opłaceniem rachunków za energię. Druga grupa, czyli ubodzy energetycznie, którzy nie mają problemów finansowych, to mogą być ludzie mający bardzo wysokie wydatki na energię z powodu nieracjonalnego gospodarowania energią albo mieszkania w domach nieefektywnych energetycznie, czyli starszych lub bardzo dużych – zdarza się że np. dwie osoby mieszkają w kilkusetmetrowym domu.
Jakiś czas temu czytałem książkę Tomasza Rakowskiego pt. „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy” o tym, w jaki sposób osoby ubogie radzą sobie z zaspokajaniem różnych potrzeb. Wbrew stereotypom okazuje się, że są one bardzo kreatywne, bo po prostu muszą takie być, żeby przetrwać. Zastanawiam się, czy w przypadku ograniczonych zasobów energii osoby, które mają jej niedobory, próbują sobie to rekompensować, zdobywając tę energię w inny sposób.
A.M.: Na pewno mamy do czynienia z przypadkami ogrzewania z wykorzystaniem nie tylko drewna opałowego, ale także ze spalaniem różnego rodzaju śmieci, opon. Wchodzi tu w grę także szara strefa. W najbardziej ekstremalnych przypadkach osoby mieszkające w niedogrzanych mieszkaniach rekompensują niską temperaturę w mieszkaniu ubierając się cieplej, w wiele warstw ubrań.
W raporcie zauważyła Pani, że osoby, które mają problemy z ubóstwem energetycznym, nie są najczęściej postrzegane jako ubogie w stereotypowym ujęciu ubóstwa. Pisze Pani, że w Polsce do tej pory niemożność dogrzania mieszkania nie była postrzegana jako jeden z wymiarów ubóstwa. Dlaczego tak jest? Czemu wcześniej nie zwracano na to uwagi?
A.M.: Myślę, że zwracano. Zauważano, że jest to potrzeba podstawowa, jednak nie postrzegano tego jako dodatkowego wymiaru ubóstwa. Proszę pamiętać, że to dość nowa tendencja – prowadzenie badań nad ubóstwem, które jako ubogich uwzględniają nie tylko tych, którzy nie mają środków finansowych, ale i tych, którzy nie mają dostępu do innego rodzaju dóbr. O ubóstwie nie decyduje tylko zasobność portfela, istnieją różne inne poziomy wykluczenia.
Czy w Polsce istnieją jakieś programy wsparcia, mogące zapewnić pomoc osobom z niedoborami energii? A jeśli istnieją, to czy pomagają tylko doraźnie, np. w przetrwaniu zimy, czy też w całościowym wyjściu z tej trudnej sytuacji?
A.M.: Obecnie funkcjonuje jeden taki instrument, jest to dodatek energetyczny, czyli pewna kwota, która jest przyznawana osobom spełniającym określone warunki – to znaczy określone kryterium powierzchniowe i dochodowe. Jest to dodatek bardzo niewielki, kilkanaście złotych miesięcznie. W Polsce korzysta z niego bardzo niewiele osób. Z jednej strony z powodu niskich kwot dodatku, z drugiej – dlatego, że Polacy o nim nie wiedzą. Poza tym jest to związane z bardzo wieloma formalnościami. Występują też inne instrumenty pomocowe, z tym że nie są one skierowane bezpośrednio do grupy ubogich energetycznie. Przykładowo są to programy, których celem jest ochrona środowiska. Składa się na nie termomodernizacja budynków jednorodzinnych, która podnosi efektywność energetyczną mieszkań i jednocześnie powoduje zmniejszenie rachunków za energię.
Jakie kroki Pani zdaniem powinny podjąć polskie władze, aby zapewnić wszystkim obywatelom dobrobyt energetyczny?
A.M.: Widzimy potrzebę działania w kilku kierunkach. Po pierwsze uważamy, że dawanie zasiłków nie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ nie likwiduje problemu. Rekomendujemy z jednej strony politykę nakierowaną na termomodernizację, czyli ocieplanie domów, wymianę dachów, poprawę jakości mieszkań w taki sposób, by wykorzystywały one mniejsze ilości energii. Konieczna jest także edukacja energetyczna, to znaczy uczenie, w jaki sposób oszczędnie wykorzystywać energię, np. nie wietrzyć mieszkania przy odkręconym kaloryferze, wyłączać światło w pomieszczeniach, które nie są wykorzystywane itp.
Dziękuję za rozmowę.
Styczeń 2016 r. Rozmawiał Konrad Malec, współpraca Magda Komuda.
przez Łukasz Kobeszko | wtorek 2 lutego 2016 | opinie
Konflikt pomiędzy różnymi obliczami demokracji przebiega nie tyle pomiędzy liberalnymi i nieliberalnymi wersjami tego ustroju, co wzdłuż dwóch odmian stylu rządzenia: monopolistycznego oraz opartego na porozumieniu. Historia najnowsza naszego regionu pokazuje, że modele zbudowane na dominacji jednej grupy przynoszą per saldo więcej strat niż zysków.
W sporze zwolenników oraz przeciwników zmian w funkcjonowaniu głównych instytucji państwa, wprowadzanych przez rząd wyłoniony po ostatnich wyborach parlamentarnych, część publicystów i komentatorów twierdzi, że panująca w Polsce od prawie ćwierćwiecza epoka demokracji liberalnej ma się ku końcowi. Tego rodzaju opinie podzielają zarówno ci pozytywnie nastawieni do lansowanej przez PiS idei „dobrej zmiany”, jak i jej gorący przeciwnicy. Obydwie grupy mają istotną trudność w zdefiniowaniu terminu, którym z taką chęcią się posługują. Stronnicy sejmowej większości z pewną, mało skrywaną, satysfakcją nadają pojęciu „liberalna demokracja” cechy pejoratywne, a szeroko pojęta opozycja widzi w nim bezdyskusyjny „wzorzec z Sèvres”.
Gorąca dyskusja na temat pożądanego przez polskie społeczeństwo modelu ustrojowego, tocząca się na przełomie 2015 i 2016 roku, wydaje się więc tyleż emocjonalna, co intuicyjna.
Zaczął Orbán czy Žižek?
Sympatycy „dobrej zmiany” z dużą dozą sympatii patrzą na politykę sprawującego władzę już drugą kadencję (a trzecią w całym swoim politycznym życiorysie) premiera Węgier Viktora Orbána. Wielu obserwatorów europejskiej i globalnej polityki stawia naddunajski kraj za przykład „demokracji nieliberalnej”. Utwierdzają w tym słowa samego lidera FIDESZ-u, który przy wielu okazjach zwracał uwagę, że liberalna demokracja nie jest jedyną odmianą ustroju, jaki zgodnie z greckim źródłosłowem oznacza władzę ludu. Warto zwrócić uwagę, że przy okazji ilustrowania swojej tezy konkretnymi przykładami Orbán wspomina takie kraje, jak Rosja, Chiny, Singapur, Brazylia, Japonia czy Indie. Formalnie rzeczywiście łączą je konstytucyjne zapisy stwierdzające demokratyczną formułę sprawowanych tam rządów. Niemniej, zupełnie inne ramy funkcjonowania ustrojowego mają zróżnicowane etnicznie, religijnie i społecznie Indie oraz Brazylia, zachowujące (mimo licznych problemów) instytucjonalnie bliską cywilizacji zachodniej formę rządów. Jeszcze inną – Japonia i Singapur (nazywane czasem „demokracjami dyscypliny i porządku”), a zupełnie odmienną – autorytarna Rosja i monopartyjne Chiny.
Lepiej od Orbána próbują definiować demokrację nieliberalną inni politycy węgierscy. Minister gospodarki Mihály Varga stwierdził, że demokracja liberalna to przede wszystkim rządy dominacji globalnego kapitału, drenujące małe kraje i przekształcające je w neokolonialne peryferia. Przeciwstawienie się takiemu ustrojowi należałoby jego zdaniem oprzeć na kombinacji keynesowskiej polityki pełnego zatrudnienia oraz „narodowego kapitalizmu”, zakładającego akumulację miejscowego kapitału i pobudzenie innowacyjności krajowej gospodarki. W takim ujęciu mamy do czynienia z utożsamieniem demokracji liberalnej z neoliberalnym modelem ekonomiczno-społecznym, masowo przyjętym po zakończeniu zimnowojennego podziału świata przez wiele krajów Europy Środkowej, Ameryki Łacińskiej i Azji. Jego wcieleniem jest tzw. konsensus waszyngtoński, opierający się na szerokim otwarciu rynków krajowych dla międzynarodowych inwestorów, prywatyzacji państwowej własności i deregulacji, skutkującej wycofywaniem się państwa z aktywnej roli w gospodarce, oraz na likwidacji protekcjonizmu i barier w handlu zagranicznym.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, Węgrzy nie są w Europie Środkowej pionierami w krytyce liberalnej demokracji. Znany filozof Slavoj Žižek już w 2001 roku w książce „On belief” (wydanej po polsku siedem lat później pod tytułem „O wierze”) ocenił, że współczesna demokracja liberalna to w istocie anemiczna ideologia polityczna pławiąca się w teoretycznych konstruktach w rodzaju „wolności” lub „praw człowieka”, wszystkich służących do maskowania kontroli, którą system ten osiągnął nad własnymi apologetami, powodując ich coraz głębsze zniewolenie. Opinia myśliciela rozumiana wulgarnie może stanowić element politycznego credo zarówno prawicowego, jak i lewicowego radykała, widzących w libertyńskim lub drobnomieszczańskim humanizmie i politycznie poprawnym koncyliaryzmie demokracji zachodniej dowód zepsucia współczesnej cywilizacji.
Spod warstwy ostrych słów przebija jednak inna intencja autora, którą jest nie tyle promowanie rozwiązań autorytarnych czy nawet totalitarnych (intuicyjnie wydających się znajdować na przeciwnym biegunie niż demokracja liberalna), co próba udowodnienia, że złudzeniem jest, promowana po 1989 roku, wizja liberalnego „końca historii” wraz z towarzyszącą mu depolityzacją życia publicznego. W eseju „Witajcie na pustyni rzeczywistości” Słoweniec stwierdził, że główna linia podziału we współczesnym świecie przebiega pomiędzy nowoczesną post-polityką i ekstremistyczną, prawicową repolityzacją. Przy użyciu przewrotnej argumentacji Žižek wydaje się bronić niestroniącej co prawda od konfliktów, ale potrafiącej dbać o dobro wspólne oświeconej demokracji, opartej na debacie i niełatwym kompromisie. Demokracji wcielanej w życie chociażby za czasów „wielkiego powojennego konsensusu” (great post-war consensus) w Wielkiej Brytanii, datującej się od czasów rządów gabinetu Clementa Attlee (1945-51), aż po premierostwo Jamesa Callaghana (1976-79), rządów IV i V Republiki we Francji aż do końca lat 80., modelu socjalnej gospodarki rynkowej w RFN czy w końcu demokracji włoskiej aż do czasów pojawienia się Silvio Berlusconiego.
Žižek w heglowskim stylu chce przezwyciężyć liberalną demokrację, aby ją ponownie zrozumieć i ochronić jej podstawową substancję. Słabością tego ustroju nie są dla niego zbytnia proceduralność lub konsensualizm, ale ukryta przemoc i dominacja, kryjące się za liberalną narracją pozornej zgody wszystkich ze wszystkimi. Całkiem otwarta przemoc towarzyszy (bo nie musi się już przecież ukrywać za parawanem liberalnych formuł) narracji autorytarnej. Liberalna demokracja ukrywająca konflikty i różne formy autorytaryzmu są więc w istocie dwiema stronami tego samego medalu. Analogicznie rzecz ujmując, dyktatorzy głoszący swoją niezależność od zglobalizowanego świata i hegemonii Zachodu, stanowią krzywe, a niekiedy tragikomiczne odbicie agresywnych międzynarodowych korporacji i imperialistycznej dominacji.
Lijphart i lekcja słowacko-chorwacka
Dość swobodne intuicje Žižka w nieoczekiwany, choć nad wyraz empiryczny sposób potwierdził wybitny holenderski politolog i badacz systemów partyjnych Arend Lijphart. W klasyfikacji systemów demokratycznych narodzonych w Europie Środkowo-Wschodniej po 1989 roku wyróżnił cztery zasadnicze modele: demokrację formalną, elitarną, autokratycznej większości (tyrannnical majorities) oraz demokrację upartyjnioną.
W przypadku demokracji formalnej mamy do czynienia z ustrojem sprowadzonym do fasadowych rytuałów i martwych zapisów prawnych. Nie istnieje w nim konkurencja wolnych sił (Rosja putinowska). Demokracja elitarna to rządy konkurujących ze sobą grup oligarchicznych, monopolizujących politykę, stanowienie prawa i gospodarkę (Ukraina w czasach prezydentury Leonida Kuczmy, większa część krajów poradzieckich, Serbia w epoce Miloševića). Demokracja autokratycznej większości to z kolei dość rozpowszechniony przypadek. Ma on zarówno swoje warianty łagodne, charakteryzujące się brakiem skłonności rządzącej większości do konsensusu politycznego z opozycją i niechęcią wobec ponadpartyjnego ustalenia racji stanu danego państwa. Jednak istnieją także przykłady bardziej drastyczne, gdy rządzący z góry odrzucają wszelki kompromis z politycznymi przeciwnikami, odmawiają im partycypacji w mechanizmach kontroli władzy, dyskryminują w dostępie do mediów publicznych oraz przedstawiają jako siły szkodliwe dla sformułowanej przez grupę rządzącą racji stanu. Z tego typu działaniami mieliśmy do czynienia za czasów rządów Vladimira Mečiara na Słowacji (1994-98) oraz w Chorwacji w latach prezydentury Franjo Tudjmana (1990-1999).
W pierwszym z tych krajów nowa rządząca większość na pierwszym posiedzeniu parlamentu, podczas trwającej całą noc sesji, wymieniła ponad 40 osób stojących na czele różnych instytucji państwowych, m.in. szefa Najwyższej Izby Kontroli, prokuratora generalnego, kierownictwo państwowego radia i telewizji wraz z członkami rad nadzorczych, i nie pozwoliła, żeby jakikolwiek z posłów opozycji stanął na czele komisji parlamentarnych. Przez cały okres sprawowania władzy przez koalicję przewodzonej przez Mečiara, rząd pozostawał w ostrym konflikcie z prezydentem Mihalem Kováčem oraz prezesem Trybunału Konstytucyjnego, kwestionując niemal wszystkie posunięcia polityczne ówczesnej głowy państwa oraz usiłując wpływać na najwyższy urząd orzekający o zgodności ustaw z konstytucją, aby ten ograniczał i tak wątłe prawa opozycji parlamentarnej.
Z kolei w Chorwacji rządząca partia, z której wywodził się prezydent, usiłowała metodami administracyjnymi hamować aktywność opozycji w strukturach samorządowych oraz mediach publicznych. Sam Tudjman używał, szczególnie w ostatnich latach swoich rządów, dość ostrego języka pod adresem opozycyjnych stronnictw, twierdząc, że podobnie jak w XIX wieku, są one klientami Budapesztu, Wiednia i Stambułu i wszystkich wielkich tego świata, którym nie podoba się niepodległa Chorwacja. (za: I. Radoś, Tudjman izbliza, Zagreb 2005).
W obydwu przypadkach Bratysława i Zagrzeb znalazły się w połowie lat 90. na peryferiach polityki globalnej, a elity zarządzające nimi w sposób zbliżony do autorytarnego musiały oddać władzę ugrupowaniom odwołującym się w swojej praktyce politycznej do bardziej demokratycznych i otwartych na porozumienie strategii sprawowania władzy.
Typowy dla młodych demokracji pozostaje ostatni w tej klasyfikacji model demokracji upartyjnionej. Scenę polityczną cechuje spore rozdrobnienie i konieczność zawierania nietrwałych porozumień koalicyjnych, skutkujących przewlekłymi tarciami oraz częstą zmianą rządów. Ten stan panował na początku transformacji na Węgrzech, w Polsce (czasowo powracając w latach 2006-2007 podczas rządów trójkoalicji PiS-Samoobrona-LPR), krajach nadbałtyckich, Słowenii, Czechach, Rumunii, Albanii oraz Serbii i Chorwacji po 2000 roku.
Klątwa tyranii większości
Z klasyfikacji Lijpharta widać jasno, że poważnymi zagrożeniami dla młodych demokracji są monopolistyczne modele elitarnej i autokratycznej większości. Polska również nie jest wolna od tego zagrożenia, choć przejawia się ono w sposób dużo bardziej subtelny niż w Słowacji i Chorwacji w latach 90. Dotyczy ono przede wszystkim zamkniętej formuły rządzenia państwem i awansu społecznego w jego ramach. Przez wiele lat ograniczała się ona do elit wchodzących do polityki przy Okrągłym Stole oraz do ich spadkobierców. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO-PSL miał miejsce proces marginalizowania opozycji oraz lekceważenia pozaparlamentarnych inicjatyw społecznych (osobny problem to pytanie, na ile stanowił on efekt słabości organizacyjnej i merytorycznej ówczesnych adwersarzy rządu). Prowadziło to w znacznym stopniu do odczuwalnego osłabienia poziomu debaty i kultury politycznej, faktycznego braku obiektywnej dyskusji o poważnych problemach związanych z przyszłością i modernizacją kraju (kwestie demograficzne, reformy emerytalnej, OFE, górnictwa i energetyki, zagadnienia polityki międzynarodowej i roli Polski w strukturach międzynarodowych). Rządzący oskarżali opozycję o działania niekonstruktywne, a opozycja rządzących – o zawłaszczanie państwa i naginanie prawa. Tego rodzaju „klątwa” w sposób zwielokrotniony przeszła na nowe władze wyłonione w wyborach powszechnych w ubiegłym roku decyzją większości głosujących. Przesadna polaryzacja promowana przez wielu polityków PiS i sprzyjających im ludzi mediów, sugerująca, że popieranie tej partii jest wyborem aksjologicznym i patriotycznym, prezentowanie drugiej strony (lub stron) konfliktu jako ogłupionych „lemingów” bez tożsamości i korzeni, powtarzające się wykorzystywanie i interpretowanie prawa zgodnie z interesem grupy znajdującej się aktualnie u władzy, nietypowy, „nocny” styl stanowienia i wykonywania prawa, lekceważenie konstytucyjnych organów państwa itp. wskazują, że polskie elity, niezależnie od politycznych barw, wciąż nie są w stanie wyzbyć się ciągot do tworzenia rządów autorytarnej większości.
Historia dojrzałych demokracji zachodnich oraz dzieje regionu wskazują, że zmienne preferencje elektoratu nie dają mandatu do budowy państwa konfrontacyjnego, niechętnego dialogowi społecznemu, wyśmiewającego głos opozycji i odrzucającego mozolne rozwiązywanie problemów przekraczających granice partyjne. Państwo autokratycznej większości, podobnie jak oparta na fałszywej zgodzie, niewłaściwie rozumiana liberalna demokracja, to dwie strony tej samej fałszywej monety. Zamiast walczyć z „komunistami i złodziejami” oraz „rodzącą się nową dyktaturą”, rządzący i opozycja powinni w zdrowych ramach politycznego sporu współtworzyć kulturę służącą rozwojowi społeczeństwa w złożonych warunkach ponowoczesności.
przez Konrad Malec | piątek 29 stycznia 2016 | nasze rozmowy
Z dr Julią Kubisą, socjolożką i publicystką zajmującą się przemianami świata pracy widzianymi z perspektywy płci, socjologią pracy oraz demokracją związkową, rozmawiamy o jej badaniach nad warunkami pracy i płacy wśród pielęgniarek i położnych.
***
Napisana przez Panią książka „Bunt białych czepków” opowiada o historii walk pielęgniarek o ich godność oraz o lepsze warunki zatrudnienia i standardy pracy. Jak obecnie wyglądają te warunki? Czy od momentu wydania książki sytuacja w tym sektorze zmieniła się na gorsze czy na lepsze?
Julia Kubisa: W minionym roku, tj. 2015, nastąpiła spora mobilizacja całego środowiska pielęgniarsko-położniczego, odbywały się demonstracje i po raz pierwszy została wprost wyartykułowana gotowość do strajku generalnego tych dwóch grup zawodowych. To bardzo ciekawe, bo w praktyce jest to dość skomplikowana procedura. Ze względu na rodzaj polskiego systemu rozwiązywania sporów zbiorowych pielęgniarki wchodzą w takie spory na poziomie szpitali, nie ma strajku generalnego, nie mogą wejść w spór z Ministerstwem Zdrowia − muszą go toczyć ze swoją placówką. Zagroziły jednak, że to zrobią, że są w stanie skoordynować taką akcję. Losy tej sprawy ważyły się bardzo długo, przez całe wakacje trwały rozmowy. Ciekawe jest także to, że obecnie negocjacje prowadzą zarówno Ogólnopolski Związek Pielęgniarek i Położnych, jak i Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych, czyli obowiązkowa organizacja, do której należą wszystkie czynne zawodowo przedstawicielki tych dwóch zawodów. O ile związek walczy o warunki zatrudnienia i płace, o tyle samorządowi chodzi o standardy wykonywania zawodu. To, że przedstawicielki samorządu włączyły się w bezpośrednią akcję, zajęły stanowisko mniej już neutralne jako grupa interesu, która wywiera nacisk na Ministerstwo Zdrowia, jest także bardzo ciekawe, bo zazwyczaj samorządy są instytucjami zachowawczymi. W wyniku tych działań nastąpiły długie negocjacje płacowe, ministerstwo zgodziło się na podwyżkę w pewnej kwocie, ale do tej pory nie wiadomo, jak to będzie wyglądało w praktyce – ile będzie tych pieniędzy i które pielęgniarki to obejmie. W międzyczasie nastąpiła bardzo duża zmiana, bo powstał nowy rząd i cały układ sił w parlamencie. Negocjacje wciąż trwają i, co ciekawe, podpisanie protokołu nie rozwiązuje jeszcze problemu, bo teraz tyle samo czasu zajmuje doprecyzowanie, na czym te podwyżki mają polegać, jak będą rozliczane, do których grup w obrębie społeczności pielęgniarek będą kierowane. Idealnie, jak rozumiem, byłoby, gdyby zostały przeznaczone dla wszystkich. Ale to wszystko skrywa problem znacznie głębszy – podwyżki to tylko absolutne minimum.
Podstawowy problem jest natomiast taki, że pielęgniarek brakuje. Nagłaśnia to od lat Izba Pielęgniarek i Położnych, mają swoją akcję „Ostatni dyżur”. Mam wrażenie, że wiedza o tym, że pielęgniarek rzeczywiście nie ma, upowszechnia się.
Mówiła Pani o strajkach i protestach. Wydaje mi się, że istnieje podstawowy problem – część pielęgniarek jest zatrudniona na etacie, ale coraz więcej przechodzi na kontrakty, w większości wbrew własnej woli. Zastanawiam się, jak wygląda możliwość strajku czy protestu w przypadku pielęgniarek kontraktowych.
J. K.: Formalnie to jest niemożliwe, bo one są już tylko podwykonawcami. Istnieje Stowarzyszenie Pielęgniarek i Położnych, zrzeszające osoby na kontraktach i, co ciekawe, było ono interesująco rozgrywane w 2011 r., gdy w sejmie prowadzono głosowanie na temat pakietu ustaw zdrowotnych i w jednej z nich zapisano swobodę zawierania formy kontraktu. Pielęgniarki protestowały, okupowały galerię sejmową. I wtedy przyjechały pielęgniarki kontraktowe, które powiedziały, że one są bardzo zadowolone z warunków zatrudnienia. No, ale one są tak samo zadowolone, jak zadowoleni są samozatrudnieni w Polsce: ta forma zatrudnienia pozbawiona jest regulacji dotyczących czasu pracy, brak też zabezpieczenia na przyszłość. Można też być zadowolonym tylko przez pierwsze dwa lata, gdy płaci się niższy ZUS. Ale wracając do pytania – nie ma tu możliwości strajku, co jest bardzo niepokojące, bo to osoby, którym przydałaby się zbiorowa reprezentacja, a jej nie mają. Tu można przejść do innego tematu, czyli wyroku Sądu Najwyższego, który w czerwcu 2015 r. ogłosił, że każdy, niezależnie od formy kontraktu, powinien mieć prawo do zrzeszania się, ale długa jeszcze do tego droga, bo wymaga to zmian legislacyjnych.
Jeśli chodzi o pielęgniarki kontraktowe – czy istnieje szansa, by zawiązały coś na kształt Porozumienia Zielonogórskiego i upominały się o swoje prawa?
J. K.: Już istnieje coś takiego, wspomniane Stowarzyszenie Pielęgniarek i Położnych. Nie jest ono jednak w stanie wywrzeć wpływu na rządzących. Raz, że ich organizacja nie jest jeszcze tak duża. Dwa, że nie pomaga obecne umocowanie prawne – bo na jakiej podstawie pracodawcy mieliby czy musieliby z nimi rozmawiać?
Może mogłyby stworzyć coś w rodzaju korporacji zawodowej, która negocjowałaby warunki zatrudnienia na kontraktach?
J. K.: Na zdrowy rozum tak właśnie powinno to wyglądać. Ale nawet związek zawodowy nie jest w stanie tego robić. Polski system ochrony zdrowia jest bardzo zdecentralizowany. Nie ma tutaj branżowego układu zbiorowego – zdarzają się międzyzakładowe. W przypadku pielęgniarek kontraktowych są to już tylko indywidualnie zawiązywane umowy. To, o czym Pan mówi, mogłoby być odpowiednikiem układu zbiorowego – ale skoro nie ma takich układów i skoro to nie działa tam, gdzie jest kodeks pracy i gdzie może obowiązywać ustawa o układach zbiorowych, to dlaczego miałoby działać w przypadku osób, które są na kontraktach? Jeśli nie działa coś bardzo podstawowego, to coś „ekstra” tym bardziej nie będzie działało. Jest tak – i to jest najciekawszy, ale też najbardziej wstrząsający paradoks – że pracodawcy powinni już od bardzo dawna starać się o pielęgniarki. Przecież na tym wygrywają lekarze, że jest ich za mało, szczególnie pewnych specjalizacji, i ci, którzy mają tę rzadką specjalizację, posiadają bardzo mocną kartę przetargową. W przypadku pielęgniarek w ogóle to nie działa i to jest właśnie najciekawsze – że jest ich za mało, ale nie nadszedł jeszcze moment, gdy ich skąpa liczebność zaczyna się przekładać na ich mocną pozycję przetargową.
Dlaczego tak jest?
J. K.: Trochę myśli się, że „dopóki się coś bardzo nie rypnie, to róbmy tak, jak robiliśmy do tej pory”. Drugi powód to fakt, że pielęgniarki są od wielu lat przyzwyczajone, by pracować w kilku miejscach równocześnie. System ochrony zdrowia przyzwyczaił się do łatania dziur pielęgniarkami: na cząstkowych etatach, na umowach zlecenie. Samozatrudnienie jest sztucznie pompowanym balonem zwiększenia zatrudnienia, bo nie liczy się przy nim wymiaru czasu pracy, nie ma limitów. Można taką pielęgniarkę zatrudnić na 300 godzin w miesiącu w jednym szpitalu, i ona tam po prostu będzie. W papierach szpitala będzie się zgadzało, że jest pielęgniarka, a to, jakiej jakości ona świadczy usługę, nie jest priorytetem. Lekarze także pracują w zbyt wielu miejscach na raz, weźmy choćby przykład anestezjologa, który umarł z przepracowania, bo pracował kilkadziesiąt godzin bez przerwy. W przypadku lekarzy jednak NFZ nadal wymaga tzw. minimalnego zatrudnienia, czyli muszą być zatrudnieni na kontraktach lekarze takiej, takiej i takiej specjalizacji. W przypadku pielęgniarek tego dolnego limitu nie ma, choć walczą, by się to zmieniło. Nie ma instytucjonalnego nacisku na szpitale, aby dostarczały opieki pielęgniarskiej dobrej jakości. Można „robić” tymi pielęgniarkami, które już są i jeszcze dokładać im godzin. A ponieważ tak kiepsko zarabiają, to zawsze chętnie wezmą nadgodziny i dodatkowe zlecenia.
Zastanawiam się, czy takie lekceważące podejście do pielęgniarek nie wynika ze sfeminizowania tego zawodu.
J. K.: Na pewno. Przecina się tu kilka rzeczy – raz, że istnieje właśnie sfeminizowanie, dwa, że jest to opieka, która jest przeniesieniem domowej, prywatnej relacji do świata zawodowego. Oznaką tego jest choćby to „siostrowanie”, od którego w innych krajach już się odeszło – mówi się po prostu „pielęgniarki”, a nie „siostry”. Występuje tu dyskryminacja ze względu na „ukobiecenie”, czyli skojarzenie z kobiecością, ze sferą prywatną, tak jakby opieka nie była czymś wyuczonym, lecz jej umiejętność brała się z samego faktu bycia kobietą.
Pracowałem kiedyś w służbie zdrowia jako tzw. średni personel medyczny i mam wrażenie, że do dziś pielęgniarki są traktowane jako pomoc dla lekarza, tak jakby ustawodawca, NFZ czy sami lekarze nie zauważyli, że przez te kilkanaście lat wiele się zmieniło. Wszystkie pielęgniarki obecnie mają wyższe wykształcenie. W wielu krajach to właśnie one wykonują czynności zastrzeżone w Polsce dla lekarzy.
J. K.: Tak, podobnie jest z położnymi – zakres ich obowiązków jest w innych krajach szerszy, np. prowadzą ciąże i pacjentki nie muszą wciąż chodzić do lekarza. Jeśli spojrzymy na zalecenia w dziedzinie zarządzania w służbie zdrowia, to są one takie, żeby iść w stronę zespołów terapeutycznych, czyli w stronę pracy zespołowej. Szpital jest ciekawym przypadkiem – istnieją tam bardzo duże różnice statusu między na przykład osobą sprzątającą a ordynatorem, a jednocześnie nikt nie może pracować bez innych osób. Wszyscy muszą pracować razem, żeby ta praca miała sens. Wydaje mi się, że niewiele jest miejsc pracy, gdzie istnieje taka bezpośrednia zależność jednych od drugich. I w tym duchu zaleca się, by traktować pracę szpitala jako pracę zespołową, przy wykonywaniu której każdy jest traktowany podmiotowo, bo każdy ma swój wkład w to, by doprowadzić pacjentów do zdrowia. W Polsce panują natomiast stosunki trochę feudalne, które nie mają odzwierciedlenia w prawie czy w ustawie o zawodzie, bo pielęgniarka i położna to samodzielne zawody. W socjologii pracy istnieje podział na grupy profesjonalne i półprofesjonalne. I ta grupa półprofesjonalna właściwie niczym się nie różni od profesjonalnej – a wyszczególnione są tam wykształcenie, standardy, wartości, wiedza naukowa, wiedza zawodowa – oprócz pewnego stopnia zależności. Lekarze są więc niezależni, a pielęgniarki zawsze przyjmują polecenia i je wykonują. W Polsce przekłada się to na ogromną dysproporcję, a przecież można byłoby o tym myśleć właśnie w kategoriach współpracy, a nie zależności, szczególnie jeśli pojedziemy do innego kraju i zobaczymy, że tam pielęgniarki mają większe pole manewru. Zmiany też wprowadzamy od niewłaściwej strony. Teraz np. pielęgniarki mogą wypisywać recepty. Ma to rozładować kolejki do lekarzy. Pomysł sam w sobie nie jest zły, prawda? Ma to iść w kierunku tego, jak jest w innych krajach – czyli z poważną chorobą idzie się do lekarza, a z przeziębieniem lub po receptę do pielęgniarki. Pielęgniarek jednak jest w Polsce za mało i już zbyt intensywnie pracują. Dołożenie im obowiązków i większej odpowiedzialności bez jednoczesnego znacznego zwiększenia płacy jest zatem postawieniem sprawy na głowie.
Jak dzisiaj wyglądają warunki pracy pielęgniarek? Czy coś zmienia się na lepsze czy jest to cały czas równia pochyła?
J. K.: O ile w szpitalach wiele się zmienia na lepsze, jeśli chodzi o wyposażenie, to niewiele inwestuje się w technologie, które wspierają pracę pielęgniarek: maszyny, podnośniki, które pomagają w obracaniu pacjentów, przenoszeniu ich, które sprawiałyby, że ta praca byłaby trochę mniej obciążająca fizycznie. Pamiętam jednak, że jedna z pielęgniarek mówiła mi, że była jakiś czas temu na wizycie studyjnej w Niemczech i zwiedzała kilka szpitali, i że właściwie, jeśli chodzi o poziom wyposażenia, wszystko jest u nich podobnie, tylko proporcje liczby pielęgniarek i lekarzy do liczby pacjentów są zdecydowanie inne. To cały czas ten sam wątek, o którym rozmawiamy od początku – jest ich po prostu za mało, a jeśli jest ich za mało, a pracy jest tyle samo, ile było, to po prostu są nią przeciążone. Poza tym pracują też na dodatkowe etaty, by dorobić do pensji. Mamy więc przepracowane pielęgniarki, które – bada to raz na jakiś czas związek – mają często różne choroby zawodowe, które jednak nie są traktowane jako zawodowe.
Wróćmy do warunków płacowych. Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy między innymi na fali obietnic socjalnych i obietnic porozumienia ze związkami zawodowymi. To sytuacja świeża, jednak czy widoczna jest jakaś różnica w sposobie rozwiązywania sporów obecnie i za poprzednich rządów?
J. K.: Kontakty i stosunki pielęgniarek i położnych z kolejnymi rządami można podsumować hasłem z Manify: „Każda ekipa – ta sama lipa”. One przerobiły w ciągu dwudziestu paru lat rządy wszystkich partii i wszelkie opozycje, i moim zdaniem poziom zaufania do jakiejkolwiek partii i jakiegokolwiek ministra zdrowia jest wśród nich bardzo niski. Mają do tego bardzo ostrożne podejście, wiedzą, że opozycja może bardzo łatwo zbić na pielęgniarkach kapitał polityczny, a potem wcale nie jest skora do realizacji postanowień i uzgodnień. Było to bardzo widoczne w Białym Miasteczku w 2007 r., kiedy przyszła tam Ewa Kopacz, który była wtedy posłanką, a potem została ministrem zdrowia i nie poprawiła wcale sytuacji pielęgniarek. Potem był Arłukowicz i za jego kadencji pielęgniarki próbowały ustanowić minimalną obsadę na oddziałach, czyli podpisać regulację ustanawiającą, ile minimalnie musi być tam pielęgniarek, rozmowy trwały i trwały, a efekt końcowy przedstawiony przez ministerstwo był taki, że rozwiązano wszystko oprócz tego zasadniczego problemu. Zrobiono to na zasadzie kruczków, nawet nie wiem, jak to nazwać – wszystko wygląda dobrze na papierze, dopóki się nie wczytać w szczegóły, bo wtedy okazuje się, że właściwie niewiele się zmieniło. Później był minister Zembala, który nie zaczął szczęśliwie, bo rozpoczął się strajk w Wyszkowie, pielęgniarki odeszły od łóżek, a on to bardzo ostro skrytykował. Potem jednak podpisał porozumienie o podwyżkach, ale nie zdążył tego porządnie wypracować, bo zmienił się rząd i teraz nie ma żadnego klarownego rozwiązania.
Trochę już mówiliśmy o tym, że jest to zawód, który się starzeje. Pielęgniarek ubywa, młode dziewczyny, które kończą studia, zazwyczaj wyjeżdżają za granicę. Czy są już jakieś pierwsze ruchy, znaki, które oznaczałyby próby zmiany status quo w tej dziedzinie? Nie chodzi tylko o podniesienie pensji, bo to nie rozwiązałoby problemu. Co jeszcze trzeba by zrobić?
J. K.: Rozmowy o podwyżkach to pierwszy krok: to, że uznano „tak, rzeczywiście za mało zarabiają”. Ale to nie są duże podwyżki. W porównaniu ze słynnymi zarobkami lekarzy, jest to niewiele. Konieczne byłyby zmiany dotyczące minimalnej obsady – musi być instytucjonalne rozwiązanie, które wywoła nagłą reakcję: szpitale zaczną poszukiwać pielęgniarek w pełnym wymiarze godzin, żeby mieć tę obsadę na przynajmniej minimalnym poziomie. Teraz mamy przecież do czynienia z przypadkami jak z XIX wieku: jedna pielęgniarka na trzydziestu pacjentów. Muszą być wyższe zarobki i musi być minimalna obsada, która sprawi, że intensywność pracy będzie mniejsza. To też odstrasza młode pielęgniarki, które przychodzą do pracy i orientują się, że za niewielkie pieniądze odpowiedzialność jest kolosalna a obciążenie pracą bardzo duże. Jest też wiele obowiązków administracyjnych, dużo papierkowej roboty. Wydaje mi się, że na razie w ogóle nie funkcjonuje myślenie o tym, jak zachęcić młodych ludzi, kobiety i mężczyzn, żeby zostawali pielęgniarkami i pielęgniarzami, i pozostali w Polsce. Czasem myśli się trochę z perspektywy pacjentów, czasem z perspektywy potrzeb szpitali, które mają „krótkie kołdry budżetowe”, ale nikt nie mówi: „zróbmy z tego zawodu coś naprawdę ekstra”.
Warto zwrócić uwagę także na to, że społeczeństwo się starzeje i praca pielęgniarek będzie coraz bardziej potrzebna.
J. K.: Są dwie sprawy związane ze starzeniem się społeczeństwa. Jedna to fakt, że wzrasta potrzeba regularnej opieki oraz podejścia profilaktycznego, które oznacza, że pielęgniarka powinna być obecna w życiu pacjentów, bo wszyscy będziemy żyli dłużej. Ale same pielęgniarki też się starzeją, co oznacza, że, patrząc na to z perspektywy zarządzania zasobami ludzkimi, należy zmienić sposób myślenia. Jaką pracę przydzielimy pielęgniarkom, które mają 59 czy 62 lata i będą nadal pracować?
To praca mocno obciążająca fizycznie, a jednocześnie w tym momencie obowiązuje podniesiony wiek emerytalny. Jak sobie radzą w szpitalach bardziej wiekowe pielęgniarki?
J. K.: Nie ma jeszcze 67-letnich pielęgniarek, ta reforma jeszcze ich nie obejmuje. Ale jeśli spojrzymy na to, co dzieje się w innych krajach europejskich – wyższy wiek emerytalny plus starzenie się społeczeństw – to okaże się, że nie jest to tylko nasza specjalność. Istnieją zalecenia Międzynarodowej Rady Pielęgniarek i Położnych, które mówią – trzeba to powiedzieć jasno – że starsza pielęgniarka nie jest w stanie wykonywać pracy obciążającej fizycznie, ale jest to jednocześnie zawód, w którym liczy się doświadczenie. Starsze pielęgniarki są bardzo cenne z punktu widzenia pacjentów i szpitali, ponieważ mają wieloletnie doświadczenie w radzeniu sobie z różnymi sytuacjami, rozmawianiu z pacjentami, wiedzą, co dobrze działa, a co słabiej, jak wykonywać opiekę pielęgniarską. Wszystkie zalecenia idą w tę stronę, żeby umieszczać je w zespołach, by mogły się dzielić wiedzą, być mentorkami, a odciążyć je od pracy fizycznej. Wprowadza się też różne technologie, które odciążają od pracy fizycznej. Ale to są trochę pobożne życzenia, bo to wszystko wymaga bardzo świadomego podejścia do zarządzania, a biorąc pod uwagę to, że polskie pielęgniarki pracują zwykle więcej niż na jeden etat i są traktowane niezbyt dobrze przez swoich kolegów-lekarzy, to o czym w ogóle mówimy? Międzynarodowe zalecenia dotyczą zarządzania zasobami ludzkimi na bardzo wyrafinowanym poziomie, a u nas wciąż panuje kultura folwarczna.
Jak wygląda uzwiązkowienie pielęgniarek i położnych? Jaka jest różnica pomiędzy placówkami publicznymi a komercyjnymi?
J. K.: W sektorze publicznym uzwiązkowienie jest relatywnie wysokie, natomiast w sektorze prywatnym jest z tym bardzo kiepsko. Po pierwsze jest tam więcej niestandardowych umów, które nie są już umowami o pracę, poza tym – są przekształcenia, np. szpitale są wykupywane czy odzyskiwane np. przez zakony i przekształcane w placówki świadczące opiekę zdrowotną. Słyszałam historie o podkładaniu do podpisania oświadczeń, że nie będzie związku zawodowego. Mam koleżankę, która chciała prowadzić badania nad pielęgniarkami w prywatnych placówkach w województwie lubuskim i nie była w stanie znaleźć ani jednej osoby do wywiadu. Zastanawiałyśmy się razem, jaką strategię przyjąć, by przekonać te osoby, aby chciały opowiedzieć o warunkach pracy, i nic nie zadziałało. Z moich doświadczeń badawczych wynika, że w sektorze publicznym znalezienie osoby, która chciałaby udzielić wywiadu nie stanowi dużego problemu, ale w sektorze prywatnym poziom strachu i obaw o utratę pracy jest tak wysoki, że po prostu żadna pielęgniarka nie chciała z nią rozmawiać.
Pracowałem w przychodni na przełomie poprzedniego i obecnego wieku, i wtedy, mam wrażenie, nastąpił najbardziej dynamiczny rozwój placówek prywatnych. I normą było to, że jeśli gdzieś w okolicy powstawała prywatna przychodnia, to podkupywała pielęgniarki, zwłaszcza te najpopularniejsze wśród pacjentów. Zastanawiam się, jak wyglądają zarobki pielęgniarek w sektorach publicznym i niepublicznym.
J. K.: W samym sektorze publicznym zróżnicowanie jest bardzo duże, w zależności od typu placówki i źródła finansowania. Różnice między szpitalami klinicznymi a powiatowymi są spore. W sektorze prywatnym natomiast zależy to od formy zatrudnienia – można mieć trochę wyższy kontrakt, ale być na samozatrudnieniu, więc tu należy się zastanowić, ile zostaje „na rękę” po odliczeniu kosztów ubezpieczenia, księgowej, samodzielnego odkładania na emeryturę itd. Wiele zależy od tego, jak wygląda lokalny rynek pracy i czy pracodawca ma jakąś konkurencję czy nie, czy pielęgniarki mają jakąś alternatywę, która wzmacnia ich pozycję.
Kontraktowanie pielęgniarek to więc spełnienie snu Korwina o tym, by każdy pracownik indywidualnie dogadywał się z pracodawcą.
J. K.: Ten scenariusz jest wytworem systemu, biorąc pod uwagę to, jak niewiele jest układów zbiorowych. Negocjuje się więc zarobki indywidualnie, są widełki. To ciekawe, bo mimo że szpitale to placówki publiczne, to nie podaje się tam siatki wynagrodzeń: ile się zarabia, do jakiej kwoty chce się i można dojść. Jest to zakorzenione w praktykach polskiego rynku pracy, gdzie w ogłoszeniach o pracę nie podaje się zarobków. Samozatrudnienie w szpitalach to w ogóle polska specjalność – takich rozwiązań nie ma w innych krajach. O ile na początku przynajmniej warunki kontraktów wydawały się nieco lepsze od warunków zatrudnienia na etacie, o tyle gdy szukałam jakiś czas temu informacji o tym, jak lokalnie wyglądają oferty dla pielęgniarek kontraktowych, zauważyłam, że te stawki malały. Kontraktowanie tak się upowszechniło, że zniknęła presja na pracodawców, by musieli oferować coś nieco lepszego, aby przekonać pielęgniarki do pracy na kontraktach, a nie na etatach. Teraz to już jest nowa norma, więc nie trzeba się aż tak starać.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiali Konrad Malec i Magda Komuda
styczeń-luty 2016 r.
przez Piotr Wójcik | wtorek 26 stycznia 2016 | opinie
Uchwalenie godzinowej stawki minimalnej dla umów zleceń zbliża się coraz większymi krokami i wiele wskazuje na to, że jeszcze w drugiej połowie bieżącego roku to rozwiązanie, które w polskich warunkach powinno być po prostu oczywistą koniecznością, w końcu się urzeczywistni. Wiele mówi o prawdziwym stanie polskiego rynku pracy fakt, że przepis, który ma jedynie zapewnić przestrzeganie prawa w zakresie minimalnego wynagrodzenia, może rzekomo doprowadzić do likwidacji miejsc pracy na wielką skalę. We wszystkich innych dziedzinach życia kogoś, kto użala się nad faktem, że nie będzie mógł już swobodnie łamać prawa, nazwalibyśmy co najmniej hipokrytą, jednak zasada ta dziwnym trafem nie obejmuje ekonomii. W debacie o gospodarce argumenty wysuwane przez podmioty regularnie łamiące przepisy zawsze były traktowane jako warte rozważenia, nawet jeśli w innych okolicznościach podobne tezy uznalibyśmy za ordynarny szantaż. Jako że kijem biegu Wisły nie odwrócę, zagram przez moment na tych wątpliwych warunkach.
Trzeba na początek ustalić jedno – wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej dla umów cywilnoprawnych nie jest jakąś łaską dla pracowników, lecz rozwiązaniem, które ma umożliwić realne funkcjonowanie przepisów od dawna już formalnie istniejących. Płaca minimalna w Polsce oficjalnie jest w miarę przyzwoita (jak na polskie bieda-warunki oczywiście). W roku 2015 wynosiła 1750 zł brutto, a przeciętne wynagrodzenie według GUS wyniosło 4121 zł, tak więc stanowiła ona ok. 42 procent średniej krajowej. W większości krajów europejskich, które wprowadziły ogólnokrajową płace minimalną (a tych jest 22), wskaźnik ten mieści się w przedziale 40-45 proc., więc nie odbiegamy tu od normy. Problem w tym, że w Polsce takie rozwiązanie to w dużej mierze fikcja. Pracodawcy, dzięki szerokim możliwościom nadużywania umów cywilnoprawnych, bez zażenowania oferują umowy zlecenie z taką godzinową stawką za pracę, która w żaden sposób nie koresponduje z oficjalną płacą minimalną. Godzinowa stawka minimalna wynikająca z przepisów o minimalnym wynagrodzeniu, która obowiązuje umowy kodeksowe, w przeliczeniu w 2015 r. wynosiła ok. 10 zł brutto, tymczasem w niektórych branżach (ochroniarstwo, firmy sprzątające) takie wynagrodzenie jawi się niczym niedościgłe marzenie – królują tam stawki kilkuzłotowe.
I właśnie m.in. dlatego jesteśmy w ścisłej unijnej czołówce, jeśli chodzi o odsetek pracowników zarabiających nie więcej niż wynosi pensja minimalna. Stanowią oni w Polsce aż około 10 proc. zatrudnionych, co jest piątym wynikiem w UE. Bez porównania mniej jest ich chociażby na Słowacji czy Węgrzech (po 4 proc.) czy nawet w Bułgarii (3 proc.). W Polsce ten wskaźnik jest tak „napompowany”, ponieważ poza osobami zarabiającymi pensję minimalną istnieje jeszcze spory segment rynku pracy wynagradzany poniżej jej poziomu.
Oczywiście istnienie takiego „triku” umożliwiającego swobodne płacenie głodowych stawek na umowach zlecenie, bez oglądania się na jakieś fanaberie w rodzaju przepisów o wynagrodzeniu minimalnym, musiało skończyć się eksplozją uśmieciowionego zatrudnienia. I właśnie dlatego jesteśmy już niemal światowym hegemonem w kategorii umów czasowych, na których, według najnowszego raportu OECD „Employment Outlook 2015”, pracuje 28,4 proc. polskich zatrudnionych. Co więcej, szybko gonimy Chile, które co prawda wciąż jest pierwsze (29,2 proc.), ale w kraju, gdzie reżimu elastyczności uczył sam generał Pinochet, ten wskaźnik regularnie co rok spada, natomiast nad Wisłą rośnie. O ile te akurat dane są dość dobrze znane i często w Polsce omawiane, to z niezrozumiałych powodów rzadko się u nas mówi o danych dotyczących pracujących zagrożonych ubóstwem, których jest tu zdecydowanie najwięcej w regionie. Jest to oczywiście bezpośrednim wynikiem umożliwienia płacenia im głodowych stawek. Pracownicy, którzy są zagrożeni ubóstwem, stanowią w Polsce aż 10,6 proc. ogółu zatrudnionych, tymczasem w Czechach jest ich zaledwie 3,6 proc., na Słowacji 5,7 proc., na Węgrzech 6,4 proc., a w Bułgarii 9,2 proc. W Europie wyprzedzają nas pod tym względem w zasadzie jedynie ciężko przechodzące kryzys kraje południa Europy (Portugalia 10,7 proc., Hiszpania 12,5, Grecja 13,4, ale już nie Chorwacja – 5,7 proc.) oraz Rumunia (19,6 proc.). W zdecydowanej większości krajów UE ten wskaźnik jest jednocyfrowy, jednak my do tej większości nie należymy. Niestety w wyniku masowego omijania przepisów o płacy minimalnej Polska stała się krajem, w którym praca nie chroni przed ubóstwem.
Ile mają wspólnego z prawdą ostrzeżenia, że wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej spowoduje eksplozję bezrobocia dobrze pokazuje przykład Niemiec, które w 2015 r. wprowadziły ją w całej federacji w kwocie 8,5 euro za godzinę. Była to nad Renem bez mała rewolucja, gdyż do tej pory nie funkcjonowała tam ogólnokrajowa płaca minimalna, tymczasem wprowadzono ją od razu na wysokim poziomie. W przeliczeniu na miesięczne zarobki płaca ta wynosiła w Niemczech 1473 euro, co przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oznaczało, że jest ona w Niemczech drugą najwyższą w UE, po Luksemburgu (bez uwzględnienia siły nabywczej piątą najwyższą). Mimo to nie nastąpił wróżony przez ekspertów wzrost bezrobocia – wręcz przeciwnie, spadło ono o pół punktu procentowego. Pod koniec 2014 r. wynosiło 5 proc., a pod koniec 2015 r., czyli po roku obowiązywania nowych przepisów, wyniosło 4,5 proc., co oznacza, że obecnie niemieckie bezrobocie jest… najniższe w UE.
Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń. Jednak te „bieda-prace” i tak są w istocie jedynie formą ukrytego bezrobocia, gdyż ubodzy pracujący, których jak widać jest w Polsce zdecydowanie najwięcej w regionie, muszą dodatkowo korzystać ze wsparcia chociażby pomocy społecznej. Zatem do tych najniżej wynagradzanych miejsc pracy, z których korzyści czerpią niektórzy pracodawcy, musimy dopłacać my wszyscy. Wszyscy zrzucamy się na pomoc socjalną dla ubogich pracujących, zapewniamy im opiekę zdrowotną, na którą sami nie mogą się składać lub składają się na nią jedynie w minimalnym wymiarze, a gdy przejdą na emeryturę znów będziemy ich wspierać transferami, gdyż pracując za głodowe stawki nie będą w stanie odłożyć składek wystarczających na godziwą emeryturę. Tymczasem zyski z tego, że można w Polsce całkowicie legalnie zatrudniać ludzi za kilka złotych na godzinę, powędrują do kieszeni poszczególnych cwaniaczków, którzy jeszcze w towarzystwie czy debacie publicznej uchodzić będą za wielkich przedsiębiorców, niemal w pojedynkę tworzących nasz mityczny PKB.
Trzeba w końcu jasno i wyraźnie powiedzieć, że „biznesmeni” oferujący „miejsca pracy” za 6 zł na godzinę bezczelnie żerują na całym społeczeństwie, a więc nie są żadnymi bohaterami kapitalizmu. Firmy, które mogłaby zarżnąć godzinowa stawka minimalna wysokości proponowanych przez rząd 12 złotych, nigdy nie powinny powstać, gdyż nie stanowią żadnej wartości dodanej dla polskiej gospodarki. Miejsca pracy, które oferują, to żadne miejsca pracy, bo wszyscy do nich dopłacamy. Zdrowszą już sytuacją będzie, gdy ci „przedsiębiorcy” przestaną udawać, że zatrudniają i płacą, państwo przestanie udawać, że bezrobocie jest niskie, a ci wszyscy biedni ludzie, którzy tracą nawet i po kilkanaście godzin dziennie ofiarowując swoją energię za bezcen, oficjalnie przejdą na jakiś czas na garnuszek państwa i skupią się na podwyższaniu swoich kwalifikacji oraz szukaniu lepszej pracy. Bo po 12 godzinach pracy w ochronie człowiek raczej nie ma już sił próbować popchnąć swoją karierę zawodową do przodu i może z tego powodu utknąć w takiej „bieda-pracy” na lata.
Dobrze o tym wiedzą ci, którzy korzystają z tej niemal darmowej pracy. Wartość dodaną dla Polski stanowią bez wątpienia firmy, które potrafią uzyskiwać niezłą rentowność dzięki oferowaniu unikalnych produktów, posiadaniu dobrego pomysłu na biznes czy konkurowaniu efektywną organizacją pracy. Firmy, które rentowność uzyskują dzięki temu, że mają do dyspozycji prawie darmową siłę roboczą, nie stanowią żadnej wartości i powinny upaść jak najszybciej, gdyż jedynie zaśmiecają rynek – stanowią nieuczciwą konkurencję wobec tych, którzy niekoniecznie chcą robić biznes na wyzysku, a także powodują obniżenie rynkowych stawek oraz zniekształcanie oficjalnych statystyk rynku pracy.
Jednak oczywiste jest, że zdecydowana większość miejsc pracy wycenianych poniżej pensji minimalnej przetrwa. Przecież niemożliwe jest, by różne podmioty nagle zrezygnowały z usług firm ochroniarskich czy sprzątających, a niektóre hipermarkety z kasjerek. Po prostu nie będą miały innego wyjścia, niż w końcu zapłacić swoim ludziom przyzwoicie. Trzeba będzie się pogodzić z faktem, że za niektóre produkty i usługi będziemy musieli zapłacić więcej, ale zrekompensuje nam to fakt, że zwiększymy dynamikę gospodarczą dzięki włączeniu w życie gospodarcze wielu osób, do tej pory z niego wykluczonych. Część ludzi na pewien czas straci pracę, która i tak nie była specjalnie wartościowa, za to dużo więcej osób dostanie wyższe pensje, dzięki czemu sytuacja na rynku pracy się polepszy, na czym ostatecznie skorzystają także ci pierwsi. No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że ci wątpliwej jakości pracodawcy pozwalniają wszystkie sprzątaczki i wszystkich ochroniarzy i sami chwycą za mopy albo staną w stróżówkach.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 19 stycznia 2016 | opinie
To było latem. Wioska po polskiej stronie, przy granicy ze Słowacją. Niedziela, lato, góry i górale. Przystanek busów, bez wiaty, ale z tablicą kursów. Na rozkładzie wywieszka kilku przewoźników. Sprawdziłem wcześniej – coś będzie jechało do Nowego Targu. Zdejmuję plecak, czekam. Trochę drepczę w miejscu. Zapalam papierosa, czekam. Przechodzą góralki w strojach ludowych, w dresach znaczy. Patrzę na góralki, czekam. Biegnie pies. A może to był kot. (W każdym razie coś biegło, z całą pewnością – biegł czas, czasokot taki, albo czasopies, ten pierwszy biegnie ciszej, ten drugi głośniej. Ten mój biegł coraz głośniej, bo busa nie było). Patrzę na zegarek, czekam. Patrzę w kierunku Tatr – z miejsca, gdzie stoję, dziwnym trafem nie zasłania ich żadna szmata reklamowa, góry nade mną jak niebo, niebo nade mną jak góry, robię się refleksyjny, ale bardziej jednak czekam. Jest już po czasie. Nic nie jedzie. Znów przechodzą góralki – tym razem w drugą stronę, znaczy wracają ze sklepu. Owszem, w niedzielę też czynny, jak Pan Bóg przykazał. Młody góral jedzie na rowerze. Ba, chyba nawet na ostrym kole, bo kilka metrów ode mnie źle wchodzi w zakręt, z górki na pazurki, i upada. Ale z upadku się podnosi – bardzo to ludzkie. Czas płynie, busa nie ma. Baba z wozu, koniom lżej. Przepraszam, chciałem napisać, że baba z wozu wysiada. Dużego wozu, to chyba SUV. Za kierownicą chłop. Patrzy na mnie wzrokiem ludu. Czuję się winny, gdy lud tak na mnie dziwnie patrzy, patrzy podejrzliwie – jesteś dłużnikiem, wielkim dłużnikiem ludu pracującego. Ale zasadniczo wciąż czekam, a czasopies biegnie i głośno już ujada. Wyciągam telefon. Chmury niebem emigrują na Słowację.
Jako się rzekło – czas płynie, busa nie ma, wyciągam telefon. Dzwonię do przewoźnika (numer widnieje na rozkładzie), że miał być bus do Nowego Targu. Przewoźnik mówi, że miał być, ale żebym zadzwonił do jego brata, brata jego rodzonego, że czemu nie ma. Co robić, zapisuję telefon do brata. Dzwonię, że czemu nie ma. Brat przewoźnika jest wyraźnie obrażony, że dzwonię. Pyta, skąd mam telefon. Grzecznie odpowiadam, że od brata jego rodzonego. To go nie wzrusza. Może się nie lubią, może się kiedyś ciupagami, hej, za owiecki, za barany. Kursu nie będzie. Klient nasz pan, ale kursu dziś nie będzie. Jestem zasadniczo wku…ny. Cóż, takimi będą drogi wasze. Stoję na przystanku. Chmury nadal emigrują, za chlebem, panie, za chlebem.
Stoję. Wedle rozkładu nic już nie pojedzie w czasie, w którym oczekiwanie nosiłoby chociaż pozór racjonalności. Drepczę w miejscu. Szczęśliwie mogę otworzyć furtkę, zza której przyszedłem, nie wyrzucą mnie. A jednak chciałbym jechać, żeby później jechać jeszcze dalej. Nie mam samochodu, Polak naprawdę gorszego sortu, człowiek nieodpowiedzialny, jak powiadają ostatnio w mediach prawicy miłującej ojczyznę i motoryzację. Zresztą, dlaczego miałbym jechać w góry samochodem, dokładać górom jeszcze więcej spalin i hałasu? Przepraszam, głupio pytam.
Stoję dalej. Właściwie trochę magicznie – skoro stoję, to coś przyjechać musi. Ale w gruncie rzeczy wszystko jedno, gdzie obmyślę, co czynić, więc stoję tu, tu, tu, tu. I wtedy, gdy czas już naprawdę dawno uciekł daleko, jak wiejski Burek zerwany z łańcucha, nadjeżdża bus. Okazuje się, że to inny bus, że nie do Nowego Targu, ale do Zakopanego, że przez Czarną Górę, Bukowinę Tatrzańską i Poronin. Macie wy odwagę Lenina? Mam, niech będzie, że przez Poronin. Wsiadam, kupuję bilet. Mówię kierowcy, że nie ma tego kursu na rozkładzie. On inkasuje pieniądze, potakuje mi głową zdawkowo, nie dziwi się, że kursu nie ma na rozkładzie, ja też się właściwie nie dziwię, ale się cieszę. Gdyż wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że czekam nadaremno, a wiara moja, mniejsza niż ziarnko gorczycy, busa mi przecież przyniosła. Moja Polska – czysta wiara i busy, które w planie są, a ich nie było. I te, których w planie nie było, a są! Oto wielka tajemnica polskości: jak lekko to wszystko jest przyszyte do rzeczywistości i jak ładnie łopocze chorągiewkami na wietrze… w którą stronę powieje.
A w Zakopanem wysiadam przy dworcu PKS, idę na cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Wita mnie niezmiennie czarna tablica z wyrytymi literami: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody, które tracą pamięć, tracą życie. Ściągam plecak, patrzę na w drewnie rzezane litery, zgadzam się co do joty, ale myślę kąśliwie, że ojczyzna to też sprawna infrastruktura publiczna, jakaś elementarna niebylejakość rzeczywistości w jej strukturach społecznych i materialnych. Ale wiem, że jestem tu, tu, tu, tu, więc kończę z tym lewackim malkontenctwem, zakładam plecak i wchodzę na cmentarz, na którym Zakopane przypomina jeszcze coś cennego, prawdziwego, zżytego z ziemią, krajobrazami, historią i kulturą. Przegniłe kości są prawdziwsze od miśka w markowych sportowych ciuchach i obuwiu, ciężko drepczącego przez Krupówki z wielkim hamburgerem w dłoni. Później idę na autobus. Jest tłoczno wewnątrz i tłoczno na drodze do Krakowa, bo pokolenie wychowane na Starym Dobrym Małżeństwie dobrze wie, że skoro dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba, to i do Zakopanego da się jakoś wcisnąć na czterech kołach naszych powszednich.
Przypomniało mi się to zdarzenie, gdy niedawno przeczytałem informację o turystach w Zakopanem, którzy zadzwonili na policję i dobijali się do TOPR, gdyż „utknęli” na asfaltowej drodze do Morskiego Oka. Zapewne część z państwa zna tę historię, ale pozwolę sobie ją przytoczyć w całości za portalem Polskiego Radia, tak jest pyszna: Zgłoszenie mówiło o kilkudziesięciu osobach, które utknęły na asfaltowej drodze do Morskiego Oka. Turyści schodząc w dół od strony schroniska liczyli, że zostaną zwiezieni w dół fasiągami. Jak powiedział rzecznik zakopiańskiej policji, aspirant Roman Wieczorek, gdy okazało się, że wozów już nie ma, turyści zaalarmowali między innymi policję twierdząc, że są w dramatycznej sytuacji. Zażądali, by ktoś ich zwiózł na dół. Policjant zaznaczył, że turystom nic nie groziło, pomocy udzielono tylko tym, którzy byli z małymi dziećmi. Reszta musiała zejść do Palenicy Białczańskiej na piechotę. […] Turyści, których na drodze z Morskiego Oka w stronę parkingu na Palenicy Białczańskiej zaskoczył brak transportu i zmrok, wykazali się wyjątkową lekkomyślnością.
Jeśli odłożyć anegdotyczny wymiar tego zdarzenia, zobaczymy rzecz arcyinteresującą. Mamy oto kilkudziesięciu turystów i mamy wolny rynek usług góralskich, czyli fasiągi: czterokołowe wozy zaprzęgnięte w konie. Ponieważ górale uwielbiają wartości, ale i dudkami nie pogardzą, te konie czasem padają na asfalcie do Morskiego Oka i wtedy turyści odwracają głowy i udają, że nic nie widzą, żeby sobie nie psuć wrażeń i pięknych widoków, albo cicho szemrają przeciw góralom, jakby nie mieli z tym nic wspólnego, albo jest im wszystko jedno. A w mediach podnosi się okolicznościowy zgiełk, który zwyczajowo zamiera po dniu czy dwóch.
Ale nie o tych szkapach konających dla ludzkiej rozrywki i dla ludzkiego zarobku chciałem pisać. Powtórzę – mamy wolny rynek fasiągów, mamy kilkudziesięciu turystów i mamy górali, którym nie chciało się już na tych turystów czekać, więc pojechali sobie do domu. Ta przykra niespodzianka okazała się ponad siły turystów, więc zadzwonili na policję i TOPR. Rynek ich zawiódł, pozostały służby publiczne, które musiały się zaangażować, co właściwie podpada – jako że mieliśmy do czynienia z fałszywym alarmem o zagrożeniu życia – pod prywatyzowanie zysków i upublicznianie strat. Nie wiem, ilu z tych turystów, którzy zostali „na asfalcie”, wyznaje na co dzień lumpenliberalizm (rachunek prawdopodobieństwa podpowiada, że spora ich część), ale w każdym razie musieli szukać ratunku w socjalizmie, gdyż jak w Polsce wiemy, państwo i jego jakiekolwiek struktury publiczne to socjalizm, względnie już neokomuna.
W tej historyjce jest jeszcze jeden smaczek, wynikły z rozziewu między liberalnymi fantasmagoriami a rzeczywistością. Widać wyraźnie napięcie między sloganem „klient nasz pan” (na który lubili się powoływać liberałowie w Polsce jeszcze w latach 90. XX w., wskazując, że to właśnie jest treść kapitalizmu i ona się nam zaraz spełni) a stwierdzeniem, że „rynek ma zawsze rację”. To drugie hasło, zaczynając od realiów kredytowych, a kończąc na fasiągach, które sobie pojechały nie czekając na turystów i ich małe dzieci, okazuje się jednak prawdziwsze. Ktoś przy okazji zapytał w internecie, czemu w Zakopanem nie kursują autobusy miejskie, które – jak to komunikacja publiczna w cywilizowanym świecie ma w zwyczaju – za sprawą regularności/racjonalności kursów mogłyby zapobiegać takim sytuacjom. Ale to pytanie zawisło w próżni. Było zbyt mało, że tak powiem, polskie. Choć, owszem, Zakopane zastanawia się nad zakupem autobusów i lokalną komunikacją publiczną. Być może to jeden z ciekawszych w skali kraju symptomów zmęczenia skutkami realnego liberalizmu i dostrzeżenia, że prywatne bogacenie w żaden sposób nie rozwiązuje wielu problemów o charakterze masowym/publicznym.
Niech ktoś po nas przyjedzie! Jest ciemno! – wołali turyści z asfaltowej drogi do Morskiego Oka. Ale wolny rynek ich nie usłyszał – miał wolne. Usłyszeli ich policja i TOPR. Nie wiem, czy liberałowie coś z tego zrozumieją, nie wiem, czy coś z tego zrozumieli turyści – ale kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy, jak się kończy w praktyce, w licznych życiowych drobiazgach, ideologia, która tak lubi deprecjonować i niszczyć państwo. A kto ma uszy do słyszenia, niech usłyszy, kto naprawdę pozostaje głuchy na ludzkie wołanie, gdy robi się źle.
przez redakcja | środa 13 stycznia 2016 | nasze rozmowy
Na potrzeby wielkich firm wysyłkowych (jak Amazon) i centrów handlowych robotnicy i robotnice harują w ogromnych magazynach. Ich pracą steruje zdalnie (za pomocą słuchawek) program komputerowy. Jak wygląda codzienna praca w takich magazynach? Jakie są jej polityczne skutki? Rozmawiamy o tym z Davidem Gaborieau, socjologiem pracy, który od 2004 r. przez kilka miesięcy w roku pracuje przy przygotowywaniu zamówień w centrach logistycznych supermarketów; autorem książki „Le nez dans le micro. Répercussions du travail sous commande vocale dans les entrepôts de la grande distribution alimentaire”.
***
Co oznacza „magazyn logistyczny”?
D. G.: Logistyka zajmuje się transportem i magazynowaniem towarów – począwszy od części pozwalających zbudować jakieś urządzenie, po to, co analizuję ja, czyli dostarczanie produktów do supermarketów. Magazyn Carrefoura czy Leclerca to 40-60 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni oraz 200 do 300 osób obsługi. Praca tam coraz częściej trwa 24 godziny na dobę, sześć dni w tygodniu – w niedzielę kierowcy muszą mieć dzień wolny, a zatem magazyn również nie pracuje. W magazynie są trzy rodzaje stanowisk: około 5% to kadra zarządzająca, 20% to operatorzy wózków widłowych, którzy zajmują się załadunkiem i rozładunkiem ciężarówek, a także rozmieszczeniem palet, a pozostałe prawie 75% to osoby odpowiadające za przygotowanie zamówień.
Jak wygląda typowy dzień pracy osoby przygotowującej zamówienia?
D. G.: Wchodzisz przez drzwi, których pilnują strażnicy, zbliżasz kartę magnetyczną do czytnika, przechodzisz między ciężarówkami i w końcu dochodzisz do samego magazynu, gdzie jeszcze raz musisz przyłożyć kartę. Odbierasz słuchawki wyposażone w mikrofon. Włączasz go i logujesz się, podając swój numer zespołu i numer pracownika. Słychać pikanie i sterowanie głosowe zostaje podłączone. Mówi ci: „rozpocznij zadanie”, ty odpowiadasz „OK” – i do dzieła. Do poruszania się po magazynie służy elektryczny wózek, na którym leży twoja paleta – 15 centymetrów nad ziemią. Kobiecy głos w słuchawkach podaje ci numer miejsca pierwszego pakietu, który należy odebrać. Przed paczką, którą masz wziąć, znajduje się tabliczka z kodem zabezpieczającym (code détrompeur), dzięki któremu możesz sprawdzić, czy na pewno dobrze trafiłeś. Podajesz kod przez mikrofon, zatwierdzasz liczbę paczek, ładujesz je, a następnie maszyna podaje ci kolejny numer miejsca, i tak dalej, aż do końca palety. Na tym etapie masz już przed sobą stos o wysokości nawet 1,80 m lub więcej. Oklejasz go plastikową taśmą (czasem za pomocą maszyny), umieszczasz na rampie, skąd będzie załadowany na ciężarówkę, i wracasz po nową paletę. I tak do końca dnia pracy.
Tak to działa we wszystkich magazynach na świecie?
D. G.: Szczególnie wyraźnie widać to w Europie, zwłaszcza we Francji i w Niemczech. W Stanach Zjednoczonych system jest znacznie mniej rozwinięty. Wydaje się, że w Azji, Afryce i Ameryce Południowej sterowanie głosowe nie istnieje, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ponad 70% magazynów wielkich francuskich sieci dystrybucji produktów spożywczych używa tego systemu. Jest on znacznie mniej popularny w magazynach innych sektorów. Na przykład w Amazonie go nie używają, ponieważ robotnicy dużo się przemieszczają, a zabierają niewiele towarów – mają za to interaktywne wyświetlacze noszone na nadgarstku i cyfrowe obrączki.
Kim są osoby przygotowujące zamówienia?
D. G.: Ponad 80% to mężczyźni, najczęściej w wieku od 25 do 35 lat. Kobiety częściej zatrudniane są w przemyśle tekstylnym i farmaceutycznym, gdzie zapewne stanowią większość. Obciążenie w tych sektorach wcale nie jest mniejsze, praca nie jest mniej fizyczna, ale te zawody kojarzone są z kobiecością, a zatem zatrudnia się tam kobiety. Struktura społeczna jest zróżnicowana w zależności od regionu. W okolicach Paryża jest wiele osób pochodzenia antylskiego [z departamentów i terytoriów zamorskich Francji – przyp. red. NO] i imigrantów. Na Zachodzie to raczej biali mieszkańcy terenów wiejskich i półwiejskich. Wszędzie można znaleźć osoby, które wcześniej pracowały w sektorach takich jak rolnictwo, petrochemia czy energetyka jądrowa. W agencjach pracy tymczasowej od rekruterek można usłyszeć, że: Kolesia, który pracował trzy miesiące w Charalu [francuski producent mięsa – przyp. red. NO], biorę od razu. Znać realia pracy w Charal to niemal gwarancja zatrudnienia. Dla niektórych robotników praca w magazynie jest ucieczką przed zapachem, krwią i zimnem przemysłu mięsnego czy oczywistością ryzyka w sektorze energetycznym. Należy o tym pamiętać, żeby właściwie odnieść się do szokującego charakteru sterowania głosowego – dla wielu jest to lepsze środowisko pracy niż te, które znali wcześniej.
Znacznie trudniej jest tym, którzy zdali maturę zawodową czy egzamin CAP z logistyki. Doradcy zawodowi mówili im, że będą „pracować przy komputerze”. Widzieli w tym awans. Po rozpoczęciu pracy szybko zdają sobie sprawę, że sterowanie głosowe to niezupełnie praca związana z informatyką. Że wymagające kwalifikacji stanowiska za ekranem są coraz rzadsze, zarządzanie – zadanie najbardziej prestiżowe – z każdym dniem bardziej zautomatyzowane, a „możliwości rozwoju”, których miraże przed nimi roztaczano, są iluzoryczne. Narasta u nich silne poczucie frustracji, czują, że zostali oszukani.
Jak działały magazyny przed wprowadzeniem sterowania głosowego?
D. G.: Magazyn tego rodzaju to bardzo stara forma, sięgająca XIX lub początków XX wieku. Przez dekady pracownicy znali swoje towary. Istniały tylko trzy rodzaje sardynek w puszkach, a oni wiedzieli, gdzie ludzie jedzą takie, a nie inne sardynki. Pierwsza duża zmiana to pojawienie się kodów kreskowych w latach sześćdziesiątych XX wieku. Teraz jest już tyle różnych rodzajów sardynek, że trudno jednemu człowiekowi wszystkie rozpoznać. Początkowo jednak organizacja pracy pozostaje w rękach pracowników. Praca opiera się na listach i ołówku. Zarządzanie towarem odbywa się poprzez nieustanny dialog między operatorami wózków a osobami przygotowującymi zamówienia.
W latach osiemdziesiątych eksperci, którzy ukończyli prestiżowe szkoły handlowe lub techniczne (grandes écoles), opracowali sieć dystrybucji, w której widzieli strategiczne źródło nowych dochodów, i spopularyzowali termin „logistyka”.
Wcześniej fabryka, która coś produkowała, dostarczała towary bezpośrednio do supermarketów, a więc zadania, które dzisiaj nazywamy „logistycznymi” (przygotowanie i dostarczenie paczek) były zintegrowane z procesem produkcji. To w latach dziewięćdziesiątych XX wieku pojawiły się prawdziwe strefy typowo logistyczne. Samorządy w zdewastowanych zagłębiach przemysłowych, takich jak Orlean czy Chalon sur Saône, kontaktują się z deweloperami nieruchomości logistycznych, którzy tworzą odpowiednie przestrzenie, a następnie znajdują klientów gotowych je wykorzystać. W tym samym czasie pojawiają się ręczne czytniki kodów kreskowych, co prowadzi do automatycznej hierarchizacji zadań i dyktowania ich pracownikom za pośrednictwem ekranów.
Na początku XXI wieku sterowanie głosowe pozwoliło programowi komputerowemu, który już wcześniej zarządzał ogólnym funkcjonowaniem magazynu, na bezpośrednią kontrolę tego, co ludzie robią w pracy. Dyskurs, który towarzyszył wprowadzaniu sterowania głosowego, to dyskurs wyzwolenia i autonomii: „To pozwoli uwolnić dłoń i oczy robotnika”. Zajęte wcześniej kartką i ołówkiem dłonie mogą teraz chwytać towary, z czym maszyny sobie nie radzą. Zadania przygotowania i dostarczenia paczek – po tym, jak zostały zidentyfikowane i wyodrębnione z reszty procesu produkcyjnego – odnotowują ponowny wzrost produktywności, co pozwala na osiągnięcie większych zysków.
Jak osoby przygotowujące zamówienia postrzegają wprowadzenie sterowania głosowego? Czy czują, że stają się robotami?
D. G.: W magazynie się o tym nie rozmawia, ale kiedy chcą opisać swoją pracę komuś z zewnątrz (zazwyczaj mnie – socjologowi), mawiają: Jasne, że jesteśmy robotami. Wiedzą, że to może być dla innych szokiem.
Mówi się za to wiele o atmosferze pracy: Kiedyś tak nie było, teraz mniej rozmawiamy… Według starych pracowników, coś zostało utracone. Z drugiej strony, każdy boi się zostać starym ramolem krytykującym każdą zmianę. Pewna nostalgia nie sprzęga się jednak z krytyką narzędzia jako takiego. A jako że żyjemy w czasach przyspieszonej rotacji pracowników, tych „starych” jest coraz mniej, a pamięć szybko się zaciera. Fakt, że wielu z nich przeszło przez cięższe prace, również odgrywa ważną rolę: może i kiedyś było lepiej, ale w każdym razie gdzie indziej jest jeszcze gorzej.
Jeśli o mnie chodzi, to myślę, że można byłoby zbudować narrację wokół obrony „zawodu”. Zrobienie „pięknej palety” na przykład, palety przemyślanej, która nie rozsypie się, kiedy tylko zdejmiemy plastikową taśmę, może być postrzegane jako kompetencja pracowników, która zanika za sprawą sterowania głosowego, ponieważ nie ma już dowolności, jeśli chodzi o kolejność odbioru paczek.
Robotnicy cały czas rozmawiają o „pięknej palecie”, ale nie staje się ona częścią dyskursu publicznego mającego na celu zwalczanie sterowania głosowego. Związki zawodowe nigdy nie poszły w tym kierunku, nie zareagowały nawet zresztą na pojawienie się tego narzędzia, chociaż są dość podatne na dyskurs nowoczesności. Należy również podkreślić, że poziom uzwiązkowienia jest bardzo niski wśród osób przygotowujących paczki, i że rzadko zdarza się, aby któraś z nich na stałe zaangażowała się w działalność związkową – stąd nieznajomość tego zawodu wśród tych, którzy powinni ich reprezentować. W związkach nigdy nie rozmawia się o sposobach wykonywania pracy.
Reakcje budzi przede wszystkim idea policyjnego nadzoru – to, że maszyna wprowadza ściślejszą kontrolę nad pracownikami. Niesie to konsekwencje dla wynagrodzeń, premii za wydajność i możliwości przekwalifikowania dla tych, którzy ewentualnie straciliby stanowisko przy okazji zmiany metody. Te sprawy podlegają negocjacjom.
Jeśli robotnicy nie walczą bezpośrednio ze sterowaniem głosowym, to jak sobie z nim radzą?
D. G.: Istnieją dwa główne sposoby współdziałania z maszyną, które zresztą stają się regularnie przedmiotem dyskusji między robotnikami. Pierwszy z nich to „gra według reguł” – starasz się wejść w faktyczną interakcję z maszyną, nawiązujesz dialog. Przechodzisz zatem przez kolejne etapy i odłączasz system, kiedy chcesz zrobić sobie przerwę. Druga postawa to próba omijania w jak największym stopniu schematów działania generowanych przez maszynę – starasz się podawać jej informacje, których się domaga, jak najszybciej – tak, by uzyskać pełną listę paczek, po które masz pójść. Następnie sam organizujesz wypełnianie swojej listy, a maszynę zostawiasz włączoną, nie słuchając jej. Kiedy między jedną paczką a drugą rozmawia się z pracownikiem, który tak funkcjonuje, można czasem usłyszeć w słuchawkach maszynę, która mówi mu w kółko „powtórz, powtórz…”, a ten dyskutuje sobie jak gdyby nigdy nic. Tutaj praca i maszyna wydają się rozłączne – omijanie maszyny to dodatkowa przeszkoda w wykonaniu zadanej pracy. Można to postrzegać jako sposób zyskiwania czasu przez pracownika, ponieważ nie przestrzega rytmu narzuconego przez maszynę. Jednak częstokroć to odzyskiwanie wiąże się również z chęcią zwiększania tempa pracy. Pracownicy, którzy „grają według reguł”, zarzucają to zresztą pozostałym.
Jak reaguje hierarchia?
D. G.: Kadry nie lubią zachowań, które mają na celu zmylenie sterowania głosowego. Po pierwsze, widzą w tym ryzyko zwiększenia prawdopodobieństwa błędu, a przecież ich obsesją jest jego minimalizowanie. Maszynowa kontrola w czasie rzeczywistym ma stanowić gwarancję, że na 1000 zamówionych paczek dokładnie 1000 właściwych paczek trafi na palety. Jeśli pracownik rozwija listę z wyprzedzeniem, a następnie idzie po paczki, może się od czasu do czasu pomylić. Chodzi tu także o kwestie symboliczne – tego rodzaju zachowanie jest na przekór ich fantazji o zarządzaniu totalnym.
Kolejnym ważnym tematem, który pojawił się kilka lat temu, jest zdrowie w pracy. Ci, którzy pracują zbyt szybko lub nie robią przerw, poddawani są dodatkowemu nadzorowi z obawy, że zrobią sobie krzywdę. Celem kadr jest sytuacja, w której wszyscy pracują wystarczająco szybko, ale niekoniecznie taka, gdy każdy pracuje najszybciej, jak potrafi. Premie za wydajność są zresztą liczone w taki sposób, że prawie wszyscy dostają je w całości. Jeśli będziesz robił 200% normy, nie zarobisz wcale więcej.
Jak pojawił się temat zdrowia w pracy?
D. G.: Okazuje się, że od czasu wprowadzenia sterowania głosowego bardzo wzrosła liczba wypadków przy pracy i chorób zawodowych, przekraczając w niektórych magazynach nawet liczbę wypadków w sektorze budowlanym, który jest w perspektywie historycznej liderem pod względem niebezpiecznej pracy. Nie należy sądzić, że firmy będą chciały to zamieść pod dywan – jeśli ciała robotników nie wytrzymują, to jest to dla nich poważny problem. Oczywiście nie ma mowy o tym, by kwestionowały one ogólne ramy sieci logistycznej i związanego z nią modelu kapitalizmu – należy wszak utrzymać zyski na odpowiednim poziomie. Jednym z rozważanych rozwiązań było zatrudnianie niepełnosprawnych, po przygotowaniu im stanowisk i pobraniu towarzyszących im subwencji, czy też recydywistów, zatrudnianych na krótki okres w ramach „reintegracji”. Ponieważ nie byliby oni uważani za pełnoetatowych pracowników, stanowiłoby to mniejszy problem. Naprawdę o tym myślano! Nie podoba się to jednak za bardzo dyrekcjom magazynów.
Jakiego rodzaju problemy zdrowotne grożą pracownikom magazynów?
D. G.: To przede wszystkim wypalenie. W tej pracy nie ma określonego momentu załamania. Może się to zdarzyć wieczorem w domu, kiedy nagle czujemy, że nie damy rady jutro pójść do roboty.
Sterowanie głosowe – będące bezpośrednim efektem optymalizacji w logistyce – polega na coraz większej koncentracji działań na najważniejszych (ekonomicznie) gestach. Organizowanie pracy, oklejanie palety plastikową taśmą, stawianie palety na wózku, chodzenie po towary – wszystko to kosztuje mniej, jeśli robi to maszyna. Człowiek jest dla niej konkurencją właściwie tylko w wykonywaniu gestu chwytania, kiedy trzeba wziąć paczkę i umieścić ją na palecie. Sam fakt, że mamy tylko jedno powtarzalne zadanie, ma ogromne konsekwencje dla naszego zdrowia. Nie niszczy się go w dwie minuty – rujnuje się je nieustannie.
Wszyscy wiedzą, że z powodu tego szybkiego zużywania się ciała najlepiej jest zmienić pracę, na przykład zdając egzamin na prawo jazdy kategorii C+E. W magazynie jeden pracownik, który latami przygotowywał zamówienia, miał wózek dostosowany do wszystkich swoich potrzeb. Inny, który pracował 10-20 lat z wieloma przerwami, został przydzielony do zbierania kartonów zalegających w alejkach. To strasznie przygnębiające, jak obelga. Każdy mówi sobie: Jeśli tu zostanę, tak właśnie skończę.
Zdrowie w pracy – czy to nie temat, którym mogłyby się zająć związki zawodowe?
D. G.: Robią to, ale mają ograniczone możliwości działania, bo ofensywna akcja związkowa w kwestii wypadków w pracy jest całkowicie zależna od wskaźników liczbowych. Żeby pokazać konkretne liczby, trzeba mieć odpowiednie narzędzia, a posiada je INRS – Narodowy Instytut Badań i Bezpieczeństwa. Kiedy tylko się pojawiają, wszędzie instalują kamery – na wózkach, na kaskach, które każą zakładać robotnikom… Filmują pracę, mierzą tętno itp. Przejście od potocznej klasyfikacji („to boli”) do bardziej specjalistycznego języka jest natychmiastowe. Prowadzi to często do bardzo indywidualizujących kategoryzacji rodzajów chorób. Przykładem może być stres. Inne ważne pojęcie to „samoprzyspieszenie” – podkreśla się, że pracownicy przyśpieszają tempo sami z siebie, co ma usprawiedliwiać dyrekcję. Dużym ryzykiem dla związków zawodowych jest pozwolenie na przyjęcie tego rodzaju definicji problemu i bezczynne przyglądanie się wprowadzaniu nowych szkoleń z gestów i postaw czy „zarządzania stresem”. Nie mówiąc już o czasie potrzebnym na badania epidemiologiczne – istnieje duża szansa, że zanim udowodni się wpływ pewnej technologii na zdrowie, może ona być już przestarzała.
Czy rozważa się pełną automatyzację magazynów?
D. G.: Od kilku lat wiele się o tym mówi, ale obecnie nie jest to realistyczne z ekonomicznego punktu widzenia. Automatyzacja gestu chwytania jest jeszcze bardzo trudna, a zatem bardzo, bardzo droga. Istnieje wiele badań na ten temat, ale nie widać znaczącej innowacji technicznej. To oczywiście temat zdrowia w pracy sprawia, że perspektywa automatyzacji wybija się na pierwszy plan. Mechanizację przedstawia się jako sposób na rozwiązanie problemów, które przyniosła mechanizacja.
Kiedy rzucasz ten temat w rozmowie z pracownikami, wypowiadają się twardo: Tak czy inaczej jesteśmy robotami, do niczego już się nie nadajemy. A za dziesięć lat i tak to wszystko będzie zautomatyzowane. Nie szkodzi, będziemy robić coś innego. Uderza mnie ideologiczna moc idei automatyzacji – wśród pracowników, ale też w związkach zawodowych. Zmienia sposób, w jaki będziemy dyskutować o pracy – delegitymizuje obronę zawodów, samą ideę dyskutowania o tym, jak się pracuje, ponieważ praca ta ma nieuchronnie zniknąć. Fabryka bez robotnika to póki co chimera, fantazmat, którego głównym efektem istnienia jest zaciemnianie rzeczywistości pracy w magazynach.
Czy można byłoby zastosować sterowanie głosowe w innych miejscach pracy?
D. G.: Sterowanie głosowe to tayloryzacja tych sfer pracy, które dotychczas prawie jej uniknęły. Transformacja ta ma przed sobą przyszłość – wiele sektorów można jeszcze przekształcić zgodnie z zasadą produkcji taśmowej. Jej twórcy na swojej stronie internetowej piszą o zastosowaniu tego systemu w szpitalach. To jedno z miejsc, które się dobrze do tego nadaje, m.in. ze względu na taryfikację działań. Jeden pokój, jeden pacjent – jeden pacjent, jedno działanie. Można już sobie z łatwością wyobrazić pielęgniarkę, która mówi do mikrofonu: „pokój 1 / OK / opatrunek / OK…”, a zmiana opatrunku jest od razu fakturowana na koncie pacjenta. Patrząc na ogromną machinę administracyjną, którą jest fakturowanie usług, myślę, że jest to marzeniem wielu. Oczywiście nie wszystkich…
Żeby zakończyć z nutą nadziei – czy trafił Pan podczas swoich badań na jakieś postawy zbiorowego oporu?
D. G.: Zdarzyło się, że skonfliktowani z dyrekcją załogi pracownicy rozkładali palety w magazynie, nie skanując ich, co oznaczało, że te „znikały”. W ten sposób pokazywali, że jeżeli ktoś zna ten magazyn, to nie jest to program komputerowy, ale oni – pracownicy. Tego rodzaju działania dotyczą małych zbiorowości, które często bardzo aktywnie domagają się spełnienia swoich postulatów w jednym magazynie, ale nie udaje się podejmowanie działań na szerszą skalę i w dłuższej perspektywie. Kiedy dochodzi do tego, że dołączają się związki zawodowe, jak w 1995 roku, wybucha strajk, który, blokując regionalne centra dystrybucji, może bardzo szybko opróżnić półki supermarketów.
Rozmawiał Mathieu Brier
Tłumaczenie: Barbara Brzezicka, współpraca: Michał Wójtowski
Wywiad pierwotnie ukazał się w piśmie „Revue Z” nr 9, wrzesień 2015. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | wtorek 12 stycznia 2016 | opinie
Ostatnie wybory zaowocowały stanem bez precedensu we współczesnej Europie: w polskim parlamencie nie ma żadnej partii lewicowej1. Co więcej, na obie lewicowe listy (Zjednoczona Lewica i Razem) oddano zaledwie 11 proc. głosów, podczas gdy cztery lata wcześniej lewica (SLD i ruch Palikota) zyskała 18 proc. Polska scena polityczna została sformatowana przez liberalno-konserwatywny duopol PO-PiS, choć być może na biegunie liberalnym Platforma zostanie zastąpiona przez Nowoczesną. To zaskakujące dla kogoś, kto pamięta, że dziesięć lat temu liberalno-konserwatywna PO i konserwatywno-liberalny PiS wydawały się naturalnymi partnerami koalicyjnymi (tak, tak, były takie czasy!). Później jednak zaostrzający się spór między nimi spolaryzował polskie społeczeństwo – Platforma przesunęła się na pozycje integralnie liberalne (np. w sprawie in vitro), a partia Kaczyńskiego, wchłonąwszy elektorat LPR i Samoobrony, stała się narodowo-konserwatywną. Dla lewicy w tym układzie sił nie ma miejsca: Nowoczesna/Platforma przejmują jej elektorat liberalny kulturowo, PiS – elektorat socjalny.
Sytuacja ta nie wróży też dobrze perspektywom lewicy, skazując ją na rolę sekundanta w sporze głównych sił. Opór przeciw nielewicowym posunięciom nowych władz pchał będzie lewicowców pod komendę dominujących liberałów, przypieczętowując satelityzację lewicy. Akceptując to lewica polska nieuchronnie utraci własną tożsamość.
Oczywiście jakaś „lewica” będzie istnieć, powstaje jednak pytanie, jaka ona będzie, kto będzie używał tego sztandaru. Nad jej przyszłością pochylają się wszyscy: zarówno ci wierzący w jej rychłe wskrzeszenie, jak i stawiający na jej ostateczny zgon. Tymczasem przyszłości nie ma, to fantasmagoria, wróżenie z fusów i projekcje własnych marzeń. Zamiast tego pomówmy o przeszłości. To trudne, bo choć wszystko, co nas otacza, jest bezpośrednim skutkiem przeszłości, to jednak żyjemy w społeczeństwie „krótkiej pamięci”, w którym kolejne newsy i mody bez ustanku wymazują wcześniejsze. Dlatego nawet ludziom – teoretycznie – pamiętającym poprzednią dekadę trudno jest sobie uświadomić, że w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał poparcie 41 procent wyborców! Po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej hegemonia lewicy wydawała się przypieczętowana na kolejne kadencje. Nikt nie spodziewał się katastrofalnego upadku, który niebawem nastąpił. I ten fenomen warto prześledzić.
Żadne zjawisko nie ma jednej przyczyny i również w przypadku zapaści polskiej lewicy możemy doszukać się wielu przyczyn. Spróbujmy uszeregować je od najgłębszych, obiektywnie zdeterminowanych, po doraźne, subiektywne, nawet przypadkowe. Po pierwsze, historia: w Polsce lewica zawsze była słaba, nigdy nie była ideowopolitycznym hegemonem, co wynikało tyleż z zacofania ekonomicznego kraju, co z indywidualistycznej i idealistycznej kultury politycznej Polaków (pomijam tu oczywiście PRL jako skutek ingerencji zewnętrznej). Lewicy w Polsce udawało się zyskiwać masowe poparcie tylko wtedy, gdy zgrywała swe działania z aspiracjami społeczeństwa: przykładami są walka niepodległościowa PPS, narodowy komunizm i „mała stabilizacja” w PRL.
I tu warto zwrócić uwagę, że typowy polski sympatyk lewicy nie ma najmniejszej ochoty na dostosowanie się, choćby taktyczne, do społeczeństwa, w którym żyje. On, ufny we wsparcie płynące z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, że zacytuję Kwaśniewskiego), chce dostosować społeczeństwo do siebie. Ustawia się w roli misjonarza cywilizującego zacofane peryferie, a gdy tubylcy uparcie obstają przy swoim – wtedy wojna. To jest właśnie przyczyna numer dwa porażek polskiej lewicy, tkwiąca w jej psychologii: autogettoizacja, samomarginalizacja. Mam wrażenie, że wielu lewicowców dobrze się czuje zamkniętych w ciasnym, ale przytulnym środowisku sobie podobnych, w poczuciu zgorzkniałej wyższości nad „ciemnogrodem”. To błędne koło: wyalienowana lewica przyciąga outsiderów i ekstrawagantów, outsiderzy i ekstrawaganci pogłębiają izolację lewicy. Jeśli ktoś przyłącza się do lewicy, to szuka światowości, egzotyki, a nie swojskości. Ale ludzie nie lubiący swego otoczenia, swego społeczeństwa, nie mogą oczekiwać, że to społeczeństwo polubi ich i poprze.
Przyczyna trzecia to zmiany strukturalne i demograficzne polskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach: po bolesnych konwulsjach transformacji lat 90. większość społeczeństwa odnalazła swe miejsce w nowym systemie, a ci, którzy zostali trwale zmarginalizowani, przestali się liczyć. Rozpadły się wielkie grupy społeczne stanowiące naturalne zaplecze lewicy (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), a rozrosły nowe, lewicowości obce lub nawet wrogie (klasa średnia). No i, nie oszukujmy się, cokolwiek mówiliby krytycy transformacji, poziom dobrobytu w ostatnim ćwierćwieczu generalnie wzrósł. Wszystko to skutecznie erodowało sentyment po PRL. I wreszcie po piąte – to błędy taktyczne kierownictwa SLD, które najpierw po sekciarsku (a do tego zupełnie nieprofesjonalnie) wystawiło własną kandydatkę na prezydenta, a potem dla odmiany zawarło nonsensowny (z uwagi na arytmetykę wyborczą) sojusz ze zużytym Palikotem i różnymi planktonowcami2.
Przede wszystkim jednak chciałbym skoncentrować się na przyczynie numer cztery – błędach strategicznych lewicy. Oczywiście zalicza się tu lekceważenie własnego elektoratu, jego interesów i oczekiwań, w imię obłaskawiania wyborców – przede wszystkim elit – centrowych. Traktowane było to jako wymóg pragmatyzmu, w przekonaniu, że lewicowy wyborca i tak nie znajdzie alternatywy dla SLD. Jak to powiedziałby klasyk, „ciemny lud wszystko kupi”. W rezultacie rozgoryczony elektorat socjalny odpłynął najpierw do Samoobrony, potem – często – do PiS.
Zasadniczy wszakże błąd popełniony został, moim zdaniem, w sferze metapolityki: lewica pozwoliła się zdelegitymizować. Pozwoliła – będąc nadal u władzy! – na zakwestionowanie swej narracji historycznej, swej ideologii, swych aksjologicznych fundamentów. Pozwoliła na to, mam wrażenie, świadomie, choć oczywiście nie rozumiejąc długofalowych konsekwencji tego zaniechania.
Trzeba uświadomić sobie, że główna siła lewicy, SLD, tworzona była przez późne pokolenie aparatczyków lat 80., traktujących „ideolo” jako pusty rytuał, niepotrzebny balast, przekonanych, że przegrali konfrontację z „Solidarnością” właśnie z powodu obciążenia „nieżyciową” ideologią wymagającą jakiejś tam sprawiedliwości społecznej. Co więcej (i tu znowu kłaniają się reguły psychopolityki), elita lewicy miała głęboki kompleks wobec elit postsolidarnościowych (zwłaszcza tych z okolic Agory), epatujących wielkoświatowym blichtrem i koneksjami. Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia3. Stąd zupełnie inny modus operandi niż przyjęty przez prawicę: o ile prawica systematycznie, krok po kroku, budowała swoje zaplecze medialne (które obrastało siecią organizacji społecznych), to lewica szukała akceptacji mediów głównego nurtu. Gdy prawica kreowała własne salony, lewica antyszambrowała w salonie Agory, ślepa na fakt, że tenże czasy świetności ma za sobą.
Z tym wiązał się też brak lewicowej polityki historycznej. To historia była zasadniczą kością niezgody między socjalliberałami z SLD a socjalliberałami z UD, dlatego ci pierwsi najchętniej zapomnieliby o swej przeszłości. Przedwyborcze mruganie okiem do nostalgicznego elektoratu, okazjonalne gesty posłanki Sierakowskiej, nie zmieniają faktu, że cały wysiłek SLD w tej sferze polegał na spuszczaniu wstydliwej zasłony nad spuścizną PRL. „Wybierzmy przyszłość!”, wołał Kwaśniewski. Inne były przyczyny historycznej abnegacji różnych ultralewicowych sekt, często nie obciążonych (jak trockiści) negatywnymi aspektami PRL. Tu współgrały ze sobą oikofobia (jakże w tej ciemnogrodzkiej Polsce mogłyby istnieć jakieś godne przypomnienia tradycje rewolucyjne?!) i doktrynerstwo (lewica zwrócona jest ku postępowi, ku przyszłości, grzebanie w starociach zostawmy prawicy!). Jeśli już przypominano jakieś fakty z historii polskiej lewicy, związane były one – cóż za niespodzianka! – z mieszkającymi na naszych ziemiach mniejszościami narodowymi. Czytelnik „Dalej!”, „Solidarności Socjalistycznej” czy „Barykady” lepiej znał dzieje lewicy na Sri Lance czy w Burkina Faso niż w kraju, w którym miał nieszczęście pomieszkiwać.
I jeszcze jedna, również psychologiczna bariera, której istnienie uświadomiłem sobie, gdy przez lewicowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja dotycząca Powstania Warszawskiego. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego lewica tak słabo odwołuje się do tradycji lewicowego ruchu oporu, dlaczego mitowi „Żołnierzy Wyklętych” nie przeciwstawia kontrmitu choćby Socjalistycznej Organizacji Bojowej (o GL/AL nie wspominam), dlaczego nie ukazuje młodzieży zafascynowanej bohaterami prawicy alternatywy w postaci heroizmu bojowców lewicy. I zrozumiałem, że współczesnej lewicy nadają ton ludzie, którzy przeciwni są heroizmowi jako takiemu. Dlaczego jednostka miałaby narażać się na dyskomfort, ból, śmierć w imię jakiejś tam „sprawy” (wszystko jedno, czy chodzi o Powstanie Warszawskie czy Komunę Paryską)? To sprzeczne z indywidualistycznym i hedonistycznym humanitaryzmem współczesnej lewicy. To nie jest materiał na rewolucjonistów. Takie sprawy woli więc omijać.
Tymczasem na opuszczone przez lewicowców pole wkroczyli historycy prawicy. Przekopywali archiwa, publikowali artykuły i książki, organizowali konferencje, zakładali instytuty i muzea, inspirowali twórców popkultury. Pracowicie przywracali pamięci społecznej nurty i postacie pomijane w PRL. Ale selektywnie! Zasada jest prosta: tym więcej uwagi, im bardziej na prawo. Niekomunistyczna lewica pokroju PPS była traktowana po macoszemu, starannie pomijano też niezgodne z prawicowym wariantem Politycznej Poprawności wątki takie, jak np. lewicowa geneza piłsudczyzny. Dekonstrukcja PRL4 nie otwierała więc drogi do odrodzenia lewicy niekomunistycznej, bo obowiązującą linią nie jest po prostu antykomunizm, ale integralna prawicowość5. Skoro nikt nie przypominał autentycznych tradycji polskiej lewicy, nic dziwnego, że w społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że cała lewica została tu zrzucona na spadochronach przez NKWD. Jeśli zaś taki – kolaborancki i zbrodniczy – jest rodowód lewicy, to jej spadkobiercy nie mają moralnego prawa bytu w III Rzeczpospolitej.
Wyrzeczenie się przez lewicę własnej historii ma jeszcze jeden paradoksalny skutek – przejmowanie za swoją historii cudzej. Lewica postkomunistyczna, która została wysadzona z siodła przez postsolidarnościowe elity, obecnie odnajduje się w roli najzagorzalszych orędowników dziedzictwa III Rzeczpospolitej: a więc planu Balcerowicza, konkordatu, interwencji w Iraku. Trudno to określić inaczej niż jako „syndrom sztokholmski” wiążący pokonanego z pogromcą, swoisty masochizm (już nawet nie uzasadniany obroną „mniejszego zła”, ale pełnym utożsamieniem się). Czyż jednak nie lepiej, zamiast wlec się w ogonie liberalnych obrońców Trzeciej, wystąpić jako samodzielna awangarda Piątej Rzeczypospolitej?
Przypisy:
1. Żeby było jasne: w tym tekście stosuję najprostsze możliwe kryterium lewicowości: autoidentyfikacji. Nie będę więc dzielił włosa na czworo, oddzielając lewicę „prawdziwą” (czymkolwiek miałaby być) od „nieprawdziwej”.
2. Wcześniej (2004-2005) takim błędem taktycznym zapoczątkowującym równię pochyłą, był wynikający z pychy konflikt kierownictwa SLD ze (względnie sprzyjającymi wcześniej) mediami czyli tzw. afera Rywina.
3. W „Okruchach Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego z końca 1992 r. można przeczytać: „Moi przyjaciele są zdumieni, że jestem […] czytelnikiem dziennika »Nowy Świat« [prawicowy dziennik, poprzednik »Gazety Polskiej« – przyp. J.T.]. /…/ czytam go namiętnie, ponieważ znajduję w nim /…/ publikacje obnażające niecne zamysły »lewicowców« spod znaku Mazowieckiego, Suchockiej, Michnika i Kuronia. Czyż mogłem kiedykolwiek marzyć, że ja – człowiek lewicy /…/ znajdę się /…/ w jednym szeregu z wyżej wymienionymi osobistościami?”. Opowiedz mi o swych marzeniach, a powiem ci, kim jesteś.
4. Utrwalająca komiksowy obraz PRL, w której żyjący w nędzy i terrorze naród, złożony niemal bez wyjątku z „żołnierzy wyklętych”, prowadził niezmordowaną walkę przeciw garstce cynicznych sprzedawczyków z obcego nadania, rujnującej spuściznę po mlekiem i miodem płynącej II Rzeczypospolitej.
5. Na jednym z prawicowych blogów znalazłem refleksje na temat tradycji PPS. Autor skłonny był zaakceptować lewicę o ile ta, po pierwsze – odetnie się od spuścizny PRL, po drugie – zaprzestanie walki z Kościołem i forsowania reform obyczajowych, po trzecie – uzna, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Tylko tyle. Wyjątki takie jak Piotr Lisiewicz http://www.gazetapolska.pl/33441-list-z-sekty-smolenskiej-do-partii-razem potwierdzają regułę. Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 4 stycznia 2016 | opinie
Przyjęło się uważać, że osoby ubogie lub tylko niezamożne są niezaradne i mniej obrotne od bardziej majętnych. Rzekomo nie potrafią rozsądnie korzystać ze swoich zasobów, które przecież każdy ma ograniczone i kwestią roztropności jest takie rozdysponowanie środków i wykorzystywanie okazji, by tychże zasobów wystarczyło na spełnienie potrzeb. Jeśli ktoś sobie z powyższymi zadaniami nie radzi, to po prostu nie przyswoił pewnych umiejętności i musi nad nimi czym prędzej popracować. Trzeba zauważyć, że i tak już mamy postęp, bo osoby ubogie w oficjalnym dyskursie nie jawią się już jako leniwe nieroby, lecz jako nieuki, nad którymi należy od święta się pochylić, z troską i sympatią, ale też słabo ukrywanym lekceważeniem podać „pomocną” dłoń i oczekiwać, że dzięki temu nie pozostanie im już nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce.
Bez wątpienia ten sposób myślenia, przyjęty przez większość społeczeństwa, jest wynikiem wytrwałej pracy grup homogenicznych nad lasowaniem mózgów. W ich interesie leży rozpropagowanie przeświadczenia, że to właśnie życiowa zaradność jest jedynym kluczem do sukcesu. Grupy te mają na podorędziu wielu pożytecznych idiotów w rodzaju Jurka Owsiaka czy „księdza” $tryczka, którzy z uśmiechem na ustach zawsze są gotowi do przeprowadzenia z rozmachem szeroko zakrojonej akcji koncesjonowanego miłosierdzia. Do dyspozycji mają też tabuny sportowców, aktorów i innych celebrytów, pierwszych do lansowania się w świetle kamer i masturbowania swojego ego cierpliwym wyciąganiem tych mniej umiejętnych Polaków z dołka, w jaki sami się przecież wpakowali swoim lekkomyślnym zachowaniem.
Jak to zawsze bywa, rzeczywistość jest zupełnie inna, niż chciałyby nam wmówić grupy dzierżące hegemonię. Gdyby prawda wyszła na jaw, poczułyby się one równie skonfundowane jak krezus, któremu dopiero co kupiony za ciężkie pieniądze śliczny puszysty kotek narobił po raz pierwszy na perski dywan. Biedni nie są tak niezaradni, jak chcieliby ci fałszywi samarytanie, którzy jedną ręką pomagają, a drugą bronią wizji świata uzasadniającej istnienie potrzebujących. Wręcz przeciwnie – gdyby wielu tych samarytan utknęło w podobnej sytuacji jak ci, nad którymi załamują ręce, byliby pewnie nieporadni jak dzieci. W gospodarce rynkowej biblijna zasada, według której dodane będzie tym, którzy już mają, a tym, którzy nie mają, odebrane będzie nawet to, co mają, wprowadzana jest dosłownie. Bogaci utrzymują swoją przewagę majątkową, gdyż w miarę bogacenia się otwierają się przed nimi nowe możliwości pomnażania majątku, zupełnie niedostępne dla osób na dole drabiny. Upośledzenie materialne rzuca ubogim kolejne kłody pod nogi – kłody, o istnieniu których zamożni nie mają nawet pojęcia. A wszystko to jest dodatkowo spięte klamrą mechanizmów wysysających środki z portfeli ubogich wprost do kieszeni zamożnych, w taki sposób, że ci drudzy nawet tego nie zauważają, dzięki czemu w najlepsze mogą sobie dalej mędrkować o nieporadności tych pierwszych.
Osoby dobrze zarabiające nie tylko mogą łatwiej otrzymać kredyt – przede wszystkim jest on dla nich dużo tańszy, ma niższe oprocentowanie i prowizję. Mają więc dostęp do dużo tańszego kapitału, choć byłyby w stanie zapłacić dużo więcej niż ubożsi. Dla osoby o niskich dochodach samo wzięcie kredytu jest dużo większym wysiłkiem, w dodatku musi zapłacić za niego więcej, nawet jeśli uda się uzyskać kredyt w normalnym banku, a nie w parabankowej instytucji kredytowej pobierającej lichwiarskie odsetki. Taka sytuacja byłaby jeszcze do zniesienia, gdybyśmy żyli w świecie, w którym nikt nikomu nie każe brać pożyczek. Jednak obecnie panująca wersja kapitalizmu oparta jest na kredycie, gdyż bez niego na wiele bardzo istotnych dóbr (mieszkanie, samochód) nie byłoby nas stać. Oparcie życia gospodarczego na pożyczce, w sytuacji, gdy ta jest bez porównania tańsza dla osób zamożnych, drastycznie zwiększa nierówności, i to w taki sposób, że nie jest to wykazywane w oficjalnych statystykach mierzących nierówności dochodowe.
Ale na tym nie koniec. Sektor finansowy nie tylko oferuje zamożnym tanie zadłużanie się, ale także szybkie i efektywne sposoby zarobku. Jednak te wysoko zyskowne instrumenty finansowe są zarezerwowane tylko dla górnej części hierarchii społecznej, bo minimalny wkład, jaki jest potrzebny, by się nimi posługiwać, jest poza zasięgiem niezamożnej części społeczeństwa. Ta ostatnia musi się zadowolić co najwyżej tradycyjnymi lokatami, często dającymi zysk zaledwie symboliczny. Co więcej, w obecnych czasach ograniczania publicznych systemów emerytalnych osoby bardziej majętne są wręcz zachęcane ulgami podatkowymi przez władze państwowe do inwestowania – ulgami, z których ubodzy nigdy nie skorzystają, ponieważ nie stać ich na akumulację środków na rynku finansowym. Zresztą zamożni ograniczają swe daniny publicznoprawne nie tylko wykorzystując ulgi: biura doradców podatkowych aż się palą, żeby zaoferować im usługi optymalizacyjne, dzięki czemu bogaci zyskują, lecz traci na tym budżet państwa. A w efekcie tracą warstwy ubogie, gdyż władze publiczne, szukając środków na załatanie deficytów wywołanych machinacjami możnych, przykręcają śrubę tym na dole drabiny społecznej, np. podwyższając podatki pośrednie, które uderzają w nich przede wszystkim.
Z drugiej strony, osobom niezamożnym gospodarka rynkowa permanentnie sypie piach w oczy. Jeżdżą starymi samochodami, więc płacą dużo wyższe obowiązkowe ubezpieczenie OC. Mieszkają w gorszych dzielnicach, więc jeśli chcieliby ubezpieczyć swoje mieszkanie także płaciliby wyższe stawki. Stać ich jedynie na lokum w gorszych miejscach, czasem wręcz poza miastem, w którym pracują, więc w podróży do pracy nie tylko tracą więcej paliwa, ale też czasu, który osoby zamożne mogą spożytkować np. na dodatkowy zarobek. Wykupują jedynie część leków, więc niezaleczone choroby wybuchają u nich w dwójnasób po jakimś czasie, co powoduje koszty jeszcze większe niż za pierwszym razem. Stać ich na żywność gorszej jakości, co jeszcze pogarsza ich stan zdrowia i generuje kolejne wydatki. Nie stać ich na wykupienie dodatkowych lekcji dla dzieci, więc te już na starcie mają pod górkę w rywalizacji z potomstwem ludzi zamożnych. Są wykluczeni z wielu obiegów informacji i kręgów towarzyskich, więc omija ich mnóstwo okazji do zarabiania, na które co i rusz natykają się osoby bywające w zamożnych środowiskach. Zabiegane i zajęte całymi dniami spinaniem końca z końcem nie mają czasu na budowanie sieci znajomości, które we współczesnej gospodarce rynkowej są niezbędne do osiągnięcia powodzenia materialnego.
Wisienką na tym niesprawiedliwym torcie są immanentne mechanizmy systemu, które wysysają środki z kieszeni mniej zamożnych wprost do kabz majętnych. Najlepszym przykładem jest rynek nieruchomości, które nie od dziś są traktowane jako znakomita lokata kapitału. Lokata jednak dostępna tylko dla tych, którzy mają wystarczającą (czyli dużą) ilość środków na ich zakup. Ten wygodny sposób zarabiania przez bogatych wiąże się ze wzrostem popytu na to dobro, a więc ze wzrostem ceny. Korzystają na tym ci, którzy w nieruchomości inwestują, za to tracą traktujący je nie jako lokatę, ale jako niezbędne miejsce do życia, czyli zazwyczaj ludzie młodzi, nieuprzywilejowani, dopiero wchodzący na rynek. Kupują drożejące mieszkania od bogatszych, dzięki czemu ci mogą zainwestować w kolejne, co jeszcze napędza ich cenę, więc dla kolejnych szukających dachu nad głową ludzi jego zakup staje się coraz większym wyrzeczeniem, za to zyski posiadaczy nieruchomości rosną. I oto mamy do czynienia w istocie z odwróconą redystrybucją – od biednych do bogatych.
Zresztą takich przykładów jest więcej. Innym jest opisany wyżej rynek kredytowy. Formalnie to bank udziela kredytu – jednak tak naprawdę jest on jedynie pośrednikiem. Pieniądze, które pożycza, z reguły nie należą do niego, lecz jego klienta innego rodzaju – depozytariusza. Ten dysponuje nadwyżką kapitału (czyli najczęściej jest człowiekiem majętnym) i decyduje o włożeniu pieniędzy na lokatę, by trochę na nich zarobić, dajmy na to 4%. Żeby ten zamożny mógł zarobić owe 4%, bank pożycza pieniądze człowiekowi w potrzebie na jeszcze większy procent, aby także zapewnić sobie zysk. W ten sposób relatywnie ubogi kredytobiorca spłacając z nadwyżką, dajmy na to, samochód niezbędny, by dojechać do pracy, daje zarobić bogatemu depozytariuszowi. Trzeba też pamiętać, że to właśnie ten mechanizm doprowadził do obecnego kryzysu – aby udobruchać amerykańskich pracowników, których realne pensje od lat stały w miejscu lub wręcz spadały, dano im możliwość wzięcia łatwego kredytu, dzięki czemu mogli jakoś zaspokoić niektóre z potrzeb. Niestety sytuacja wielu z nich była tak zła, że nie mogli ich spłacić, co doprowadziło do kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, a ten rozlał się na całą gospodarkę.
Jak widać, osoby ubogie wcale nie muszą być niezaradne. Często aby się utrzymać na powierzchni w ich sytuacji ekonomicznej, trzeba się wykazać zaradnością, z której istnienia ci „troskliwi” zamożni nawet nie zdają sobie sprawy. Upośledzenie materialne nie jest wcale wynikiem specyficznych cech charakteru lub braku jakichś umiejętności, lecz przede wszystkim miejsca w strukturze ekonomicznej społeczeństwa, „zajmowanego” najczęściej nie z własnej winy. Oczywiście nie zostanie to nigdy oficjalnie przyznane, gdyż obecnie dominujący przekaz jest wygodny dla grup hegemonicznych. W innym wypadku należałoby uznać, że progresywne systemy redystrybucji to nie jest łaska, którą bogaci dają biednym, ale niezbędny bezpiecznik systemu, w dużej mierze opartego na niesprawiedliwych mechanizmach. A o ileż łatwiej jest, zamiast płacić wyższe podatki, od czasu do czasu zaangażować się w akcję pomocową, a na co dzień korzystać ochoczo z usług swego doradcy podatkowego i innych specjałów przygotowanych przez system dla jego beneficjentów.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 21 grudnia 2015 | opinie
Przy okazji wiosenno-grudniowych porządków wyprałem białą chustę z zamalowanym na czerwono obrysem granic Polski, zdobnym w krótki, śnieżnobiały komunikat „STOP”. Wokół koliście biegnie napis: „Dość lekceważenia społeczeństwa. Ogólnopolskie dni protestu”. U góry okolicznościowej chusty zapisano: „14 września – Warszawa. Chodźcie z nami”. To był 2013 rok, związki zawodowe zorganizowały wówczas największy i właściwie jedyny w ciągu ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej wspólny protest środowisk prospołecznych i lewicowych. Zapewne część z was tam była, albo byli tam wasi przyjaciele, znajomi, matki, żony i kochanki. Były tam też niespełnione marzenia o sprawiedliwości społecznej, którą jacyś lepsi kpiarze zapisali w konstytucji III Rzeczpospolitej.
W większości mediów ówczesne wystąpienie środowisk propracowniczych przyjęto ze znacznym chłodem. Nie emocjonowali się nim także zbytnio ludzie, którzy dziś chcieliby na lewicy uchodzić za arbitrów elegancji pod względem tego, jak wypada, a jak nie wypada bronić demokracji, żeby nie sprawić przy okazji przykrości osobom z liberalnego centrum. Wyjątkiem były środki przekazu związane z Prawem i Sprawiedliwością, ale i to przecież nie z racji ich wielkiej miłości do związkowców czy praw pracowniczych, ale ze względu na wspólnego akurat wroga. Ogólnie media masowego rażenia jakoś nie chciały wołać z tysiącami ludzi: „Dość lekceważenia społeczeństwa!”; nie chciały z nami, wówczas maszerującymi (a szliśmy przecież razem i gromadnie z dość różnych kierunków ideowych), bronić elementarnych standardów propracowniczych, które wypadałoby chronić w państwie prawa, jeśli serio traktuje się jego, podobno demokratyczne, realia.
Uznani publicyści oraz prominentne szefostwo medialnego biznesu (dyskretnie niepokazujące twarzy w takich okolicznościach) zapewne szczerze by się oburzyli, gdyby im ktoś wówczas powiedział, że to był protest także przeciw łamaniu elementarnych demokratycznych standardów, przeciw przyzwoleniu ówczesnej władzy i instytucji państwa polskiego na lekceważenie praw pracowniczych, przeciw wyzyskowi, przeciwko śmieciowym pensjom i formom zatrudnienia – temu wszystkiemu, co wzmaga procesy skundlenia i ubezwłasnowolnienia wśród znacznej części niższych warstw społecznych. A to przecież, w połączeniu z supremacją establishmentu politycznego i biznesowego, zmieniło u nas w praktyce demokrację w system oligarchiczny. Właśnie tego pomieszania pojęć, tej władzy nielicznych, maskowanej demokracją parlamentarną, nieodmiennie bronią elity w burżuazyjnym państwie zbudowanym na neokolonialnym konsensusie. Zresztą tamten marsz to był bardziej teatr uliczny niż „walki barykadowe”, ale i to było nie w smak miłośnikom porządku panującego na co dzień w Warszawie.
Sytuacja jest rozwojowa. Wszak mocno promowana przez liberalny mainstream i jego lewicowe satelity partia Ryszarda Petru jeszcze lepiej niż Platforma Obywatelska jest przysposobiona do zaprowadzenia rządów plutokracji. Co gorsza, duża część klasy politycznej, łącznie z najnowszym „antysystemowym” zaciągiem, dość wyraźnie ewoluuje w stronę biernego lub czynnego przyzwolenia na taki stan rzeczy. Gdy spojrzeć zresztą choćby na niedawne zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące rozmontowania i tak bardzo u nas słabej Służby Cywilnej, to odnieść można wrażenie, że III Rzeczpospolita jest w ciągłym stanie larwalnym, żadna pewna forma nie nastała, żadne realne (pro)państwowe status quo nie jest nam dane – wciąż i wciąż mamy do czynienia z grą przeobrażających się interesów w sferze publicznej. To powoduje, że i tak rozbite społeczeństwo doświadcza dodatkowo poczucia iluzoryczności i przypadkowości struktur publicznych, które powinny okrzepnąć w jakąś stałą i przewidywalną formę. Niestety, jedynymi pewnikami są te dotyczące supremacji logiki rynku nad rzeczywistością. I może jeszcze coraz bardziej eskapistyczne formy ucieczki w plemienną religijność, która korzysta dla swoich celów z chrześcijańskiego imaginarium.
Dość już dawno temu, na kartach pracy „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa” Fryderyk Engels zapisał zdania, które warto przypomnieć i w Polsce, w 2015 roku, na przecięciu się rządów Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości: Ponieważ państwo powstało z potrzeby utrzymania w karbach przeciwieństw klasowych, a jednocześnie samo powstało wśród konfliktów tych klas, to z reguły jest ono państwem klasy najsilniejszej, ekonomiczniej panującej, która przy jego pomocy staje się również klasą panującą politycznie i w ten sposób zdobywa nowe środki do ciemiężenia i wyzyskiwania klas uciskanych.
Co mówi nam myśliciel dziś w Polsce wyklęty? Władzę w kapitalistycznym państwie sprawuje na ogół klasa ekonomicznie najsilniejsza, która staje się z czasem także władzą polityczną. Engels opowiada dzieje warstwy rządzącej w jego czasach państwami zachodnimi; warstwy, która odrzuciła dawne feudalne instytucje w takim stopniu, w jakim mogła uznać je za przeszkodę dla własnych interesów, i zachowała resztki konstytuujące przeszłość o tyle, o ile sprzyjało to legitymizacji nowego ładu. Tą warstwą jest burżuazja, która w kapitalistycznym świecie redefiniowała i ustaliła na nowo relacje z monarchią i Kościołem, kontrolowała także demokratyczne formy legitymizacji władzy i kontaktów z masami.
Jak jest dziś w Polsce? Kto jest klasą rządzącą? Partie polityczne są przecież tylko elementem pola gry, a ściślej – niektórzy partyjni decydenci współdecydują o formach władzy, sposobach redystrybucji środków oraz o tym, kto będzie beneficjentem w danych realiach, na prawach podwykonawcy. Partie parlamentarne są ważną częścią składową rodzimego ładu, ale i one dysponują ograniczonym potencjałem oddziaływania. Pozostali aktorzy to oligarchiczny biznes (i jego media), czyli na ogół „frakcja kosmopolityczna/europejska”. Dalej mamy kastę menedżerów i poddaną zwykle partyjnym lojalnościom kadrę dyrektorską ważnych centralnych instytucji. Później – średni i drobny biznes, który coraz częściej posługuje się retoryką narodową, ponieważ znaczna jego część dostrzegła już swój śmiertelny konflikt z „kosmopolitami”. Uwzględnić też trzeba Kościół w Polsce, który gra na zachowanie konsensusu z lat 90. XX w., czyli w swym głównym nurcie akceptuje polski ład społeczno-gospodarczy, w zamian za kilka dobrze znanych ustaw i rozwiązań służących transferowi środków publicznych do instytucji okołokościelnych.
Możemy też wskazać na inteligencję opiniotwórczą jako tę warstewkę, która szuka dla siebie kanałów dystrybucji pieniędzy i prestiżu między wyżej wskazanymi podmiotami. Z reguły składa ona hołd lenny „kosmopolitom”. Osobno należałoby poddać analizie, jak często przekonanie o słuszności praktyk politycznych, ekonomicznych i światopoglądu „kosmopolitów” wynika z możliwości uzyskania solidnej gratyfikacji. Niżej mamy – zwyczajowo – szeroką podstawę, czyli masy zdezorientowanych na ogół pracowników najemnych, łącznie z samozatrudnionymi „przedsiębiorcami”. Najniżej są ludzie trwale wykluczeni, postrzegani na ogół w realnym liberalizmie jako najwłaściwsza grupa „dla socjalu”.
W ciągu ostatniej dekady w Polsce doszło do wyraźnego zblatowania między jedną z partii, wielkimi mediami, decyzyjnymi ośrodkami unijnymi oraz wielkim biznesem. To był nasz rodzimy „burżuazyjny konsensus”, na tyle istotny, że w większości ośrodków tzw. czwartej władzy nigdy nie zaprzątano sobie głowy standardami rodzimej demokracji. Skoro rządziła właściwa część elity politycznej – wszystko było w porządku. Owszem, czasem coś zazgrzytało, ale rzadko które spory załatwiano na oczach publiczności. Jeśli protestowały masy – stosowano zwyczajową retorykę dyskwalifikującą ich sprzeciw jako populistyczny, demagogiczny, względnie propisowski. Dobrze to żarło, ale zdechło. I, jak się wydaje, polityczny zwornik został wymieniony na inny: nowa polityka na usługach kosmopolitycznej oligarchii nie ma już twarzy wiecznie młodego lidera Kongresu Liberalno-Demokratycznego, ale – znów młodą! – twarz milionera i eksperta od probankowej ekonomii, Ryszarda Petru. A Prawo i Sprawiedliwość? Cóż, partia nielicznej narodowej burżuazji i znacznie szerszej obecnie narodowej klasy średniej szuka sprzymierzeńca wśród warstw niższych – po części interesownie, po części z przekonania. I to obecnie jest najważniejszy metapolityczny spór w III RP. Wielką naiwnością jest sprowadzanie go do uliczno-medialnego spektaklu, w którym „okołoliberalni demokraci” ścierają się z „okołonarodowymi autorytarystami”.
Skoro była mowa o Engelsie: kilka uwag na temat relacji bytu do świadomości. Znamy dobrze powszechnie używany przez neoliberałów i oligarchię argument przeciw protestom słabo opłacanych, wyzyskiwanych, wyrzucanych z roboty choćby za próby założenia związku zawodowego pracowników najemnych: oto plebs/robole/roszczeniowcy nie myślą o niczym innym tylko o kiełbasie, i o tym, żeby napchać kałdun, i wykorzystać swojego pracodawcę-dobrodzieja. W takim opisie zawsze następuje celowo radykalne zerwanie między etyką, porządkiem sprawiedliwości społecznej a nader przyziemnym instrumentem zabezpieczenia praw wyższych, jakim jest pieniądz od czasów, gdy w skali globalnej zwyciężył kapitalizm. Gdy natomiast oligarchia dba o swoje interesy, również w naszych czasach, często piórami publicystów mainstreamowych i niszowych opłacanych za pośrednictwem niezbyt oczywistych dla szerszej publiki transferów finansowych, to już nie jest „troska o kałdun”. Elita, choć to pieniądz/majątek zabezpieczają jej wysoką pozycję, wpływy i możliwości kształtowania świata, jest arcysubtelna. Plebs to wulgarny materializm, kiełbasa i roszczenia, elita to idee, bywanie na salonach lewych czy prawych, majątek zabezpieczony przed fiskusem. Plebs chce podwyżek? To brzydko, to źle, to egoizm. Elita bierze sute dywidendy, odprawy i premie, zabezpiecza sobie dostęp do usług publicznych ale w wersji niedostępnej ogółowi szaraczków i rzuca granty utrwalaczom porządku? To wspaniale, to owoc ciężkiej pracy, to nagroda za rzetelność i zdolność do eksperckiej oceny rzeczywistości.
Ponieważ na lewicy również zwycięża stricte techniczny opis realiów społeczno-gospodarczych, który każe się odwoływać do pragmatycznych korzyści z redystrybucji i egalitaryzmu czy wręcz stanowi próbę „utylitarystycznego przekupstwa” warstw wyższych i prawicy, w myśl zasady „gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej”, to trudniej jest mówić, że niskie pensje, brak zabezpieczeń społecznych czy rugowanie praw pracowniczych są nieetyczne. Choć wielu Polaków ma poczucie, że to po prostu niemoralne płacić grosze za ciężką fizyczną pracę, ale także za odpowiedzialną pracę umysłową, albo płacić relatywnie coraz mniej za coraz większą liczbę narzucanych odgórnie obowiązków, to jednak publicznie Polacy wciąż w swojej masie nie potrafią tego zwerbalizować Ta dość nieliczna grupa, które wychodzi „bronić demokracji”, a której znaczna część milczy, gdy idzie o los zwykłych ludzi – nie pomoże tego zmienić. Nie bez powodu tak źle jest widziane w mainstreamowym dyskursie słowo „wyzysk” – ono wprost narzuca ciąg trafnych skojarzeń między ludzką krzywdą, niską płacą, ciężką pracą a czyjąś chciwością, egoizmem, bezkarnością, przywłaszczeniem cudzego dobra, zawłaszczeniem nadmiaru korzyści z ludzkiego wysiłku.
Dzieje się tak często: bezradni wobec lokalnych realiów kobiety i mężczyźni przywykli do faktu, że ich pensje nie rosną albo rosną nieznacznie, za to koszty życia bezwzględnie i szybciej wciąż idą w górę; przywykli też do faktu, że „tak już dziś jest” (dobry Boże, jak często słyszę ten manifest poddaństwa z ludzkich ust!), że często nikt ich nie obroni w sporze z pracodawcą, że państwo abdykowało, że elity są obce, że gdy włączą telewizor, nie dowiedzą się niczego o swoim losie, o swoich prawach, o swoim trudzie. Owszem, dowiedzą się co najwyżej, że mogą wziąć szybki kredyt przedświąteczny i że tyle jest wspaniałych rzeczy do kupienia przed Bożym Narodzeniem. Dowiedzą się też może, że odpowiednio krzykliwe nieszczęście, odpowiednio zdeformowana chorobą twarz dziecka i odpowiednio skruszona mina, wyjątkowo wiarygodny płacz do kamery – są gwarantami okolicznościowego szlachetnego pakunku. Dowiedzą się też, że aktualnie to multimilioner Ryszard Petru jest ostatnim dziś obrońcą demokracji. Ale gdzie tu właściwie jest miejsce na demokrację? W jaki sposób ludzie wyzyskiwani partycypują w niej? Smutna prawda jest taka, że dla nie tak małej części społeczeństwa III RP tym się realnie różni od PRL, że państwo na ogół nie koncesjonuje dostępu do dóbr materialnych i kulturalnych. Teraz profesjonalnie zajmuje się tym rynek, który za sprawą bodźców i barier finansowych bardzo precyzyjnie wskazuje każdemu jego miejsce w szeregu i reguluje relacje międzyludzkie i społeczne. Znaczna część społeczeństwa jest wycofana z życia publicznego właśnie w wymiarze lokalnym, w sprawach drobnych wspólnot, małych ojczyzn często skazanych na rządy miejscowych sitw, które w dzisiejszych czasach stanowią najróżniejsze mozaiki sił biznesowo-polityczno-klerykalnych.
Na koniec: nie rozumiem o co chodzi ludziom, którzy wypominają dziś partii Razem, że źle broni demokracji przed Prawem i Sprawiedliwością, ponieważ pozwala sobie przy tym na krytykę klasy panującej III RP i jej nowego pupila: partii .Nowoczesna. Otóż nie da się „dobrze bronić demokracji” wespół z panem Petru, bo koniec końców wilk zje owieczkę, która mu zaufa i za blisko do niego podejdzie. Albo jeszcze gorzej: kolejne pokolenie lewicy w Polsce będzie jadło z ręki neoliberałom. Powiedzmy to sobie jasno: pan Petru nie broni demokracji. Ludzi pokroju pana Petru w ogóle nie powinno być w polityce, jeśli ma ona faktycznie mieć demokratyczny charakter. Więcej jeszcze – pan Petru i jego formacja są zapowiedzią plutokracji po polsku. Nie bez powodu „Newsweek Polska”, kierowany przez Tomasza Lisa, w połowie grudnia 2015 r. ogłasza: „Sensacyjne wyniki nowego sondażu! Nie minęły dwa miesiące od wyborów i PiS traci prowadzenie. Nowoczesna wyprzedza PiS”. A wspólne zdjęcie Ryszarda Petru i Barbary Nowackiej (z palcami ułożonymi w geście „Solidarności”) to gruba kpina ze wszystkiego, co powinno być cenne dla społecznej lewicy, niezależnie od jej partyjno-środowiskowych afiliacji. Nikt przy zdrowych zmysłach, kto uznaje się za lewicę i ma problem z rządami PiS, nie może z tej przyczyny zapisywać się do Komitetu Obrony Plutokracji – nerwowe i interesowne sygnały, jakie dziś płyną w tej materii choćby z obozu Agory, powinny być ostrzeżeniem dla młodszych pokoleń lewicy. Jest sens krytykować partię, która aktualnie rządzi, ale nie ma najmniejszego sensu przy tej okazji poświęcać się dla dobra klasy długotrwale panującej III RP, choć pokusa jak zwykle jest dla lewicy duża.
przez Jarosław Górski | wtorek 15 grudnia 2015 | opinie
Jak każda jej poprzedniczka i każdy poprzednik w ostatnim dziesięcioleciu, nowa minister edukacji, Anna Zalewska, zapowiada reformę naszego systemu oświaty. Trudno jednak zorientować się w szczegółach tych planów, a ze szczątkowych zapowiedzi uskładać wizję jakiejś istotniejszej całościowej zmiany, poza „wygaszaniem” gimnazjów, które będzie raczej restauracją niż reformą. Dziś debata na temat polskiego systemu edukacji odbywa się pomiędzy nieprzejednanymi obrońcami reformy Handkego (mam wrażenie, że w dużej mierze broniącymi bardziej własnych biografii niż czegokolwiek innego) a jej równie nieprzejednanymi wrogami, którzy najchętniej reformy by po prostu wycofali, by wrócić do stanu sprzed nich, kiedy to podobno dzieci były grzeczne i dobrze się uczyły. W sporze o gimnazja na przykład słyszymy albo pełne egzaltacji zachwyty nad tym, jak to naszym gimnazjalistom udało się dognat’-pieregnat’ konkurentów z lepszego świata w znakomicie sprawdzających umiejętność rozwiązywania testów PISA testach PISA, albo głosy, że skoro w gimnazjaliści na lekcjach wkładają nauczycielom kosze na głowę, a o tym, co robią na przerwach, mówić się nie godzi, to trzeba zamknąć gimnazja na cztery spusty i zagonić towarzystwo z powrotem do podstawówek. Niestety, widać już, że kolejna minister edukacji będzie reformować system na zasadzie prostego wycofania rozwiązań, nawet nie tych, które według jakichś miarodajnych badań wpływają negatywnie na proces edukacji, ale tych, które budziły nagłośniony medialnie sprzeciw życzliwej PiS-owi części opinii publicznej. Czeka nas więc zniesienie obowiązku szkolnego dla sześciolatków, likwidacja „godzin karcianych”, wycofanie się z zakazu sprzedawania w szkołach śmieciowego jedzenia, ponoć także ograniczenie biurokracji. Z propozycji pozytywnych da się usłyszeć niewiele: coś o edukacji patriotycznej, której teraz jakoby jest za mało, coś o zmianach w listach lektur z języka polskiego. Wiele wskazuje więc na to, że reformy edukacji służyć będą nie edukacji, ale komunikacji społecznej i wojence z poprzednikami.
Propozycją najdalej idącą jest zapowiadane przez minister Annę Zalewską wygaszenie gimnazjów, choć ostatnio, m.in. w wywiadzie dla „W sieci”, jakby wycofywała się z tego pomysłu. Mówi się od dawna, że reforma Handkego nie przyniosła spodziewanych skutków (albo przyniosła opłakane), więc trzeba z niej zrezygnować. Ja myślę jednak, że reforma ta była zgodna z logiką całościowej reformy państwa Buzka-Balcerowicza, i w pewnym sensie odniosła ona sukces. Skoro Polska jako państwo wyznaczyła sobie rolę rezerwuaru wykorzystywanej na miejscu lub eksportowanej taniej siły roboczej dla europejskiej gospodarki, to system edukacji został stworzony także w tym duchu i wciąż całkiem dobrze się sprawdza, wypuszczając produkt o potencjałach bardzo potrzebnych taniej sile roboczej. Człowiek przez dwanaście pięknych lat swojego życia przebywający w środowisku, które w sposób dla niego niezrozumiały tworzy i w sposób bezwzględny (choćby przez zewnętrzny egzamin, od którego nie można się odwołać) egzekwuje od niego wymagania, znakomicie wyrobi w sobie cechy i odruchy potrzebne do niedrogiego wykonywania nieskomplikowanych prac. Między innymi akceptację dla zewnętrznie narzuconej hierarchii; poczucie niskiej własnej wartości i godności (rekompensowane znakomicie megalomaniami zbiorowymi: narodowymi, religijnymi, klasowymi) i co za tym idzie, akceptację dla poniżających warunków pracy; potrzebę dokładnego i bezdyskusyjnego wykonywania poleceń, których głębszego sensu i dalszego celu nie powinno się dociekać; skupienie na pojedynczym prostym zadaniu i pozostawienie zadań złożonych zwierzchności; postrzeganie wszelkiej twórczości i sprawczości jako czegoś przychodzącego z zewnątrz; postrzeganie innych jako konkurentów w wyścigu do przychylności zwierzchników i wiążącą się z tym niechęć do formułowania zbiorowych potrzeb i oczekiwań. Samo wygaszenie gimnazjów nie spowoduje żadnej istotnej zmiany, jeśli szkoła na każdym poziomie będzie wciąż kształtować takie właśnie kompetencje.
Myślę jednak, że w zapowiadającym się na długie lata zastoju można dostrzec szansę. Właśnie teraz, kiedy układ polityczny wygląda na trwały i widać, że będzie on utrwalał (z niewielkimi korektami) obecny system, warto toczyć w środowiskach lewicy debatę o zmianach radykalnych i wypracowywać nie tyle kolejne projekty zalepiania kwiatkami rdzy na machinie, która nie działa, ale ideał szkolnego systemu. Toczyć debatę, która – niepodlegająca ograniczeniom doraźności – rozpocznie się nie od pytań o budżetowe ograniczenia, konieczność dalszych oszczędności, ale od pytania o ideał wychowawczy, a więc o to, jak wyobrażamy sobie absolwenta naszego systemu edukacji i w ogóle świat, w którym ci absolwenci będą żyli i który będą współtworzyli. Debata taka, jak sądzę, powinna także odrzucić konserwatywno-utopijne przekonanie, że szkoła w największym stopniu oddziałuje na swoich wychowanków przekazując im określone intelektualne treści, i że reforma edukacji i wychowania dokonuje się przez korektę programów, a nie przez zmiany w strukturze systemu.
Myślę, że warto zastanawiać się, co robić, aby polska powszechna (a więc także obowiązkowa) szkoła wypuszczała absolwentów otwartych na świat i na innych ludzi, widzących we współistnieniu z innymi ludźmi raczej szansę niż zagrożenie, o mocnym poczuciu godności własnej i zrozumieniu dla godności innych, umiejących czuć dumę z siebie i ze zbiorowości, do których należą. Znających swoje potrzeby kulturalne i dążących do ich zaspokojenia. Ludzi ciekawych świata, lubiących i potrafiących się uczyć, umiejących także odnaleźć powiązania między wiadomościami z różnych dziedzin wiedzy. Twórczych i pracowitych, a więc wierzących w to, że twórczość i praca mają sens, że przynoszą korzyść komuś, dla kogo warto się wysilać – także im samym – a nie komuś, kto ten wysiłek po prostu zagrabi dla siebie. Jednak wiem, widzę to coraz wyraźniej, ucząc, że tego wszystkiego nie zdobywa się poprzez słuchanie lekcji i czytanie podręczników. Taka szkoła, jaką wciąż próbuje się raczej reanimować niż reformować, już nie działa. Pewien paradygmat edukacji powszechnej – nawet jeśli kiedyś przynosił pożądane (pytanie: przez kogo pożądane?) skutki – wyczerpał się. Dlatego myślę, że trzeba poszukiwać czegoś zupełnie nowego. A ponieważ uwielbiam zabierać głos w dyskusjach, których nikt nie toczy, proponuję poniżej zaprezentowany punkt widzenia.
***
Nie sądzę, aby w dalszej perspektywie trzeba było w Polsce likwidować gimnazja. Trzeba za to zastanowić się, czemu ma służyć podział wiekowy w szkole, i podzielić obowiązkową edukację tak, aby każdy jej segment miał swoją specyfikę wynikającą ze specyfiki wieku uczniów. Szkołę – po obowiązkowych dwóch latach przedszkola – podzieliłbym na:
- sześcioletnią podstawówkę,
- czteroletnie gimnazjum,
- dwuletnie liceum lub szkołę zawodową.
1. Szkoła podstawowa
Ten poziom edukacji – jak sądzę – wymaga największej reformy, bo sposób, w jaki się obecnie uczy w szkole podstawowej (zwłaszcza klasy 4-6), jest najbardziej sprzeczny z bardziej żywiołową i intuicyjną niż intelektualną naturą dziecka i przynosi rujnujące skutki wychowawcze oraz edukacyjne. Myślę, że powinno się tutaj dokonać cięć radykalnych: zlikwidować podział na lekcje, przedmioty, wyrzucić z klas ławki (nawet najładniejsze), zapomnieć o ocenach (także tych wszystkich erzacach: słoneczkach, uśmieszkach, opisach pełnych eufemizmów), pracach domowych. Kwestia darmowego czy też płatnego podręcznika powinna być rozwiązana radykalnie: żadnych podręczników, choć jak najwięcej dobrych darmowych podręczników dla nauczycieli, jak najwięcej darmowych publikacji, w których będą oni dzielić się własnymi pomysłami i doświadczeniami. Minimum programowe zakładałoby, że dzieci po dwuletnim obowiązkowym przedszkolu umieją czytać i pisać (na poziomie dziecka z pierwszej klasy), a po pierwszej klasie znają też podstawowe działania matematyczne i umieją się nimi posługiwać w zakresie do 100. Pozostałe umiejętności zdobywałyby metodą wspomaganego życzliwą pomocą nauczyciela samouctwa (ale w szkole – nie w domu).
Podział na przedmioty zostałby zastąpiony podziałem na trzy segmenty: aktywność kulturalna, obcowanie z przyrodą, aktywność fizyczna. Podziałem mniej więcej równym, a więc jeśli dziecko będzie obowiązkowo spędzało w szkole rocznie 1200 godzin, to zajęcia z każdego z segmentów zajmą mu 400 godzin. Jednak to, w jaki sposób będzie realizowana praca w każdym z segmentów, zależałoby od nauczycieli znających swoich podopiecznych i ich potrzeby, a także mających wolną rękę w planowaniu zajęć. Może być więc tak, że przy przygotowywaniu przedstawienia uczeń przez tydzień lub dwa przez cały czas pobytu w szkole (może z niewielkimi przerwami na grę w piłkę) będzie zajmował się tylko tym, a przy szczególnie wytężonych pracach w ogrodzie lub podczas kilkudniowej wycieczki w góry w ogóle nie będzie miał zajęć z pierwszego segmentu. Nauczyciele powinni także starać się, aby w jak największym stopniu łączyć w zajęciach treści poszczególnych segmentów.
Segment pierwszy: aktywność kulturalna. Nie żadna kolejna edukacja kulturalna, żadna wiedza o kulturze, historia sztuki, kulturoznawstwo, nie żaden dział w podręczniku do polskiego, nie żaden przykrojony do poziomu kilku-, kilkunastolatka bryk z akademickiej dziedziny. Obcowanie z kulturą żywe i twórcze.
Każde dziecko ze szkoły podstawowej (gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej zresztą także) przynajmniej raz w tygodniu powinno przeżyć spotkanie ze sztuką wysoką: zobaczyć przedstawienie teatralne na przyzwoitym poziomie – lalkowe, aktorskie, pantomimę, monodram, recytacje, performance; wysłuchać recitalu zespołu kameralnego, solisty albo i orkiestry symfonicznej prezentujących muzykę poważną, eksperymentalną lub wysokiej jakości rozrywkę; obejrzeć na prawdziwym kinowym ekranie film, który wszedł już do klasyki dziecięcego czy młodzieżowego repertuaru; obejrzeć wystawę dobrego malarstwa, rzeźby lub przejść się po budynku czy ogrodzie zaprojektowanym przez wybitnych artystów. Mogą temu towarzyszyć prelekcje, z których dzieci dowiedziałyby się czegoś o twórcach, technikach artystycznych, o epokach czy instrumentach, ale nie jest to warunek konieczny. Oczywiście przekaz powinien być skrojony na możliwości dziecięcego odbiorcy (a więc w podstawówce raczej przedstawienie na motywach Andersena, a nie Jelinek), ale najważniejsze jest to, żeby dziecko mogło obcować z wysoką kulturą, mogło ją przeżywać lub złościć się na nią, a nie już i natychmiast ją rozumiało. Nie zrozumie do końca i tak – tak jak i nas, dorosłych, zazwyczaj przerasta ta sztuka, która robi na nas największe wrażenie. Każde dziecko powinno jednak spotykać się z czymś, co je przerasta: i to z wielkiego miasta, i to z małej wioski – co najmniej raz w tygodniu.
Ależ tak, wiem, że to dzisiaj projekt utopijny, bo nie ma w Polsce tylu grup teatralnych, zespołów muzycznych, które mogłyby jeździć po kraju z występami dla dzieci, aby zaspokoić tak zwiększone zapotrzebowanie. Muzea i galerie nie mają możliwości organizowania objazdowych wystaw wieszanych w szkolnych korytarzach, a i pewnie nie mają kuratorów, którzy potrafiliby skomponować ekspozycje przystępne i zachęcające, a nie zniechęcające młodych odbiorców. Jednak między innymi właśnie dlatego należałoby rozpocząć reformę edukacji na kilka lat przed jej wdrożeniem, żeby się takie zespoły mogły stworzyć, żeby artyści – muzycy, aktorzy, reżyserzy – których nam chyba nie brakuje, mogli zacząć pracować nad repertuarem, zaplanować próby, przedstawić w odpowiedniej komórce ministerstwa swoje oferty, a potem podpisać umowy (wykształconych muzyków może brakować – ale przecież tych warto byłoby sprowadzać z miejsc, w których dzieje się gorzej niż w Polsce – niech u nas przeczekają, praktykując swoją sztukę). Żeby w szkołach przygotowano odpowiednie sale.
Nie trzeba tu układać jakiegoś szczegółowego planu i metodyki, bo obcowanie z kulturą wcale tego planu nie wymaga. Nie jest przecież tak, że inteligenccy rodzice prowadzą dziecko na „Dziadka do orzechów” dopiero wtedy, gdy nauczy się ono biografii Hoffmanna i Czajkowskiego, pozna szerokie konteksty romantycznej literatury i poromantycznej muzyki, technikę baletową. Ważna jest systematyczność. Dzieci muszą wyrobić sobie pewien nawyk, muszą być pewne tego, że często będą uczestnikami takich wydarzeń, i że szkole – a więc państwu polskiemu – bardzo na tym zależy, żeby było uczestnikiem.
A państwu musi w końcu na tym zacząć zależeć, i to nie jest nawet kwestia koncepcji pedagogicznej czy wizji systemu edukacji, ale być albo nie być i państwa, i demokracji, i ludzkiej podmiotowości naszych podopiecznych. Edukacja szkolna musi brać pod uwagę fakt istnienia gigantycznej machiny korporacyjnej świadomie wychowującej dzieci (dorosłych zresztą także) do kulturalnego, a więc i społecznego analfabetyzmu. Państwo nie może pozwolić sobie na to, żeby całkowicie oddać pole kulturalnego wychowania swoich obywateli – kształtowania gustów, postaw, wyobraźni, potrzeb kulturalnych – przemysłowi medialnemu, którego jedynym celem istnienia jest przynoszenie zysków właścicielom, z premedytacją tresującemu ludzi obojętnych na kulturę oraz własne i cudze wyższe potrzeby. Wiele stron zapisano już o tym, jak bardzo społeczeństwo nieuczestniczące w kulturze pozbawia się możliwości awansu, jak te jego części, którym do wyższej kultury – czytania, słuchania, oglądania – szczególnie daleko, zwykły dryfować w niebezpiecznych kierunkach. Jednocześnie wytwarzanie kulturalnych potrzeb i nawyków traktujemy jako sprawę prywatną, sprawę, którą należy zostawić rodzinie, a więc – na tym się zwykle kończy – telewizorowi, internetowi, reklamie. Nie, tworzenie powszechnej dostępności kultury to zadanie całej wspólnoty, a tam, gdzie państwo jest politycznym rzecznikiem interesów wspólnoty, jest to zadanie państwa.
Jednak konsumpcja kultury wysokiej to nie wszystko. W ramach szkolnego segmentu „obcowanie z kulturą” dzieci ze szkół podstawowych powinny także kulturę tworzyć. Tworzyć na miarę swoich możliwości i umiejętności, jak najwięcej wspólnie, choć przecież w każdym wspólnym dziele jest miejsce na indywidualne zabłyśnięcie. Przygotowywać wraz ze swoimi nauczycielami przedstawienia teatralne: pisać do nich scenariusze, tworzyć scenografię, kostiumy, lalki. Wspólnie pisać i odtwarzać piosenki. Kręcić filmy. Grać w szkolnych orkiestrach i śpiewać w chórach. Tworzyć murale na szkolnych ścianach, instalacje, wystawy własnego rysunku i malarstwa. Tworzyć makiety i modele zabytków ze swoich miejscowości lub ciekawych historycznych maszyn. Redagować pisma. Przeprowadzać wywiady ze starszymi mieszkańcami swoich miejscowości i opracowywać na tej podstawie dokumentację kulturalną (wspomnienia, podręczniki odchodzących w zapomnienie domowych rzemiosł, książki kucharskie itp.). Wspólnie – w szkole, a nie w domu w ramach pracy domowej – czytać sobie nawzajem proponowane przez nauczycieli wiersze, opowiadania, powieści; czytać nie po to, żeby potem w teście – PISA czy jakimkolwiek innym – udowodnić, że przeczytały ze zrozumieniem, czyli zrozumiały, jak ktoś ustalił, że się powinno rozumieć, ale żeby wraz z koleżankami i kolegami przeżyły literaturę, przemyślały, jak w tym, co przeczytały szukać w nich inspiracji do własnej ekspresji. To, co dzieci stworzą, powinno być ogólnie dostępne: występy teatralne czy muzyczne powinny odbywać się przed kolegami, rodzicami (jeśli zechcą przyjść), członkami lokalnej społeczności, może przed artystami, którzy przyjechali, żeby zaprezentować twórczość profesjonalną. Publiczny pokaz zastąpiłby szkolną ocenę – jestem pewien, że odpowiednio poprowadzonym dzieciom zależałoby na tym, żeby wypaść jak najlepiej o wiele bardziej niż na stopniu. Ważne jest to, żeby widziały i pokazywały innym efekt swojej pracy, wiedziały, czemu służył ich wysiłek. I przy okazji – myślę, że podobnie mogłaby być rozliczana – przez transparencję pracy i publiczny pokaz efektów zamiast piętrowej sprawozdawczości – praca nauczycieli.
Segment drugi: obcowanie z przyrodą. Tu też nie chodzi o tworzenie kolejnych przedmiotów, na których dzieci będą przez czterdzieści pięć minut uczyć się przyrody (biologii, fizyki, chemii, geografii), ale o kolejną okazję do wspólnej sensownej pracy. Samorządy – inna kwestia, czy wciąż w ich gestii powinno być finansowanie i prowadzenie szkół – powinny udostępnić szkołom możliwie nieodległe działki na szkolne ogrody, w których dzieci mogłyby pracować przy własnych uprawach, obserwować zasadzone przez siebie rośliny, ich wegetację, wzajemne oddziaływania. Nauczyciel planujący z dziećmi wyjście do lasu, parku, nad rzekę czy na łąki nie powinien martwić się, że straci w ten sposób czas na „realizację programu”, tylko tak je planować, aby w jego czasie dzieci miały szansę zrobić zielniki, kolekcje minerałów, dołożyć kilka zdjęć lub filmików do klasowego albumu zwierząt żyjących w okolicy, albo kilka nagrań do dokumentacji ptasich głosów. W szkolnym laboratorium można by zbadać i opisać przyniesione z wycieczki fragmenty gleb czy roślin, aby – na przykład – zobaczyć, jakie zanieczyszczenia powietrza się w nich skumulowały. W pracowni plastycznej mogłyby zająć się tworzeniem mapy przyrodniczej (albo gospodarczej) najbliższej okolicy.
Bardzo ważną częścią tego segmentu byłoby wytwarzanie w dzieciach nawyków służących ochronie przyrody. To jest – obok obcowania z kulturą – kompetencja niezbędna człowiekowi współczesnemu, lecz również traktowana jako sprawa całkowicie prywatna. Dzieci powinny uczyć się doświadczalnie skutków ekologicznej nonszalancji, choćby sprzątając zaśmiecone lasy i brzegi rzek, robiąc eksperymenty ze spalaniem w piecu ustawionym w szkolnym ogrodzie różnych paliw, poznając gatunki zwierząt i roślin w najbliższym otoczeniu i zjawiska najbardziej im zagrażające, porównując różnorodność biologiczną swojego regionu dziś i w przeszłości.
Ten segment przewidywałby także zajęcia zmierzające do wyrobienia w dzieciach nawyków higienicznych (choćby przy wspólnym myciu rąk po sprzątaniu brzegu rzeki) i związanych z prawidłowym odżywianiem (choćby przy wspólnym przygotowywaniu potraw), refleksji nad własnym ciałem, zdrowiem, chorobą (tu do edukacji powinni się włączyć szkolni lekarze i dentyści z fachowym przygotowaniem do tej roli; niech dzieci uczą się także podczas obowiązkowych wizyt u szkolnego lekarza, a nie tylko poddają magicznym – z ich punktu widzenia – zabiegom, które na nich wykonuje obcy lekarz), a także biologicznymi i społecznymi aspektami ludzkiej płciowości.
I w tym, podobnie jak w poprzednim segmencie, warto tak planować zajęcia, aby wymagały one od uczniów pracy wspólnej. Umiejętność współpracy, działania zespołowego, dzielenia się ich efektami, to jedna z najcenniejszych umiejętności w dzisiejszym świecie, z którą warto dzieci oswajać właśnie w szkole podstawowej. Sądzę, że polska atomizacja na poziomie społecznym, niezdolność do tworzenia wspólnoty działającej realnie, tworzącej aktywnie swój świat, wynika w dużej mierze właśnie z modelu edukacji od początku promującego rywalizację i wzajemną wrogość uczniów.
Segment trzeci: aktywność fizyczna. Sprawa chyba najbardziej oczywista. Dzieci ruchu potrzebują jak powietrza, a dziś mają ku niemu niewiele okazji, skoro wciąż siedzą w szkole, przy lekcjach, a machina komercyjno-medialna, o której już wspominałem, stara się na siłę wepchnąć im taki styl życia, w którym nie ma miejsca na wysiłek fizyczny. Tu oczywiście należałoby specjalistom powierzyć opracowanie takich pomysłów dydaktycznych, które pozwalałyby skłonić dzieci do wysiłku zbiorowego, choć niekoniecznie do rywalizacji, a także dawkowałyby zmęczenie w rozsądny sposób. Jeśli uczeń ma w tygodniu 10 godzin aktywności fizycznej, to powinny się tu znaleźć i gimnastyka, i gra w piłkę, i taniec, i praca przy budowie scenografii przedstawienia teatralnego, i spacer w poszukiwaniu ciekawych minerałów. Szkoła powszechna nie może być przecież kuźnią kadr wyczynowego sportu. Tu, podobnie jak w dwóch poprzednich segmentach, warto byłoby się zastanowić nad takimi rozwiązaniami, które pozwoliłyby pracować dla osiągnięcia jakiegoś konkretnego i dającego się pokazać celu: zorganizowania pokazowych rozgrywek, zaproszenia kolegów i rodziców na zawody, wysiłku fizycznego przy pracy w ogrodzie, budowie szkolnego placu zabaw itp.
2. Gimnazjum
Dopiero tutaj pojawiłyby się podręczniki, ale trzymane w szkole, oraz oceny. Cała obowiązkowa nauka (łącznie z czytaniem lektur) powinna odbywać się w szkole, w ramach lekcji, choć oczywiście warto zachęcać do samodzielnej pracy w domu. Myślę, że dopiero dwunasto-, trzynastolatków można zacząć katować podziałem na systematyczne akademickie przedmioty: język polski, matematykę, historię, fizykę itp. Można zacząć dopiero wtedy, gdy w szkole podstawowej wyrobi się w nich nawyki sprzyjające samodzielnej i grupowej pracy, popracuje, aby wyrobić (czy raczej: nie stłumić) ciekawość i badawcze nastawienie. To właśnie gimnazjum byłoby okresem integrowania wiedzy, przyswajania tego, co w naszym państwie zostanie uznane za intelektualne i kulturalne wspólne minimum. Minimum to powinno być definiowane inaczej niż do tej pory, a więc nie przez akademickich profesorów życzących sobie na starcie mieć studentów posiadających już sporą wiedzę (i bardzo dziś narzekających, że studenci nic nie umieją). Gimnazjum nie miałoby być etapem przygotowującym do wyższych studiów, ale szkołą oferującą minimum wiedzy stosownej dla nastolatka i potrzebnej człowiekowi niezależnie od tego, czy pójdzie na studia, czy nie. Nie miejscem, gdzie odsiewa się diamenty od popiołów (choć oczywiście byłoby znakomicie, gdyby nauczyciele byli uważni, potrafili zauważyć szczególne zdolności swoich uczniów i zaproponować jakieś dodatkowe zadania lub zajęcia), ale takim, gdzie każdy dostaje wspólne minimum. Także na tym etapie jednak do syntez i uogólnień dzieci powinny dochodzić drogą samodzielnych analiz i eksperymentów. Nie obawiam się, że w ciągu czterech lat nie można takiego minimum przyswoić. Szkoła podstawowa dałaby już dzieciom wiedzę sporą, choć chaotyczną (bo tak się właśnie dziecko uczy świata: chaotycznie wykształca i przejmuje ogromną liczbę różnych umiejętności i przyswaja ogromną ilość wiedzy), której teraz trzeba by nadać szlif pewnej systematyczności. Problemem dzisiejszego systemu edukacji jest i przeładowanie wiedzą, która w większej części zostanie zapomniana, i gigantyczne marnotrawstwo czasu i wysiłku dzieci uczących się wiadomości, które nigdy nie będą im do niczego potrzebne, nie będą powtarzane z praktycznej potrzeby lub ciekawości, a więc także nie utrwalą się w ich głowach – wyparują raczej prędzej niż później. Mniejsze minimum wspólnej wiedzy, które jednak dzięki sposobowi uczenia rozbudzającemu ciekawość, zachęcającemu do dalszych samodzielnych poszukiwań i studiów, zostanie przez uczniów dobrze przyswojone i utrwalone, przyda się bardziej, niż ogromny zasób wiedzy, którego młodzież i tak się nie nauczy.
Oczywiście szkoła publiczna, także na poziomie gimnazjum, powinna uczniom szczególnie zdolnym i poszukującym oferować rozmaite możliwości pracy dodatkowej, jednak to nie wybitny uczeń (a potem absolwent) powinien być punktem odniesienia dla minimum programowego, lecz przeciętny. Koniecznie należy poszukiwać takich metod uczenia, które uczniów szczególnie zdolnych zachęcą do dodatkowej pracy, a wszystkich, także tych przeciętnych, do przekraczania własnych ograniczeń. Jednak nie sądzę, aby wciąż należało pielęgnować rozwiązania edukacyjne, które już na starcie dają dużej części uczniów komunikat, że sprostanie wszystkim wymaganiom systemu jest całkowicie poza ich zasięgiem i w ten sposób pozbawiających ich motywacji.
Na tym etapie uczniom również powinno się oferować możliwość uczestniczenia w wysokiej kulturze (czy nawet tego wymagać), jednak już samym uczniom warto zostawić decyzję o rozwijaniu (lub nie) własnej twórczości w ramach zajęć dodatkowych lub pracy samodzielnej. Na tym etapie także warto zacząć bardziej systematyczną edukację patriotyczną i obywatelską młodzieży. Zajęcia szkoły podstawowej dadzą uczniom doświadczalne poczucie wspólnoty małej: rówieśniczej, szkolnej, lokalnej. Gimnazjum, które w dużej mierze będzie polegało na odejściu od edukacji przez działanie, uczestnictwo, w kierunku edukacji abstrakcyjnej, intelektualnej, będzie w stanie nabudować na wytworzonej wcześniej świadomości przynależności bliskiej, także bardziej dojrzałą świadomość przynależności bardziej odległej, wielkiej, świadomość wspólnie przez wieki wypracowywanego materialnego i duchowego dorobku, konieczności kontynuacji tej pracy i naszych zobowiązań wobec wspólnoty.
Nie sądzę, aby po gimnazjum konieczny był jakiś egzamin (dostęp do kolejnego etapu edukacji powinien być wolny), ale warto, aby pod koniec każdego z trzech pierwszych lat wprowadzić centralne sprawdziany i ankiety służące celom ewaluacyjnym (a więc uczniowie są nie tylko rozliczani z nabytych umiejętności, ale i pytani o swoje edukacyjne doświadczenia, trudności, refleksje). Pod koniec gimnazjum mógłby odbyć się oprócz sprawdzianów przedmiotowych sprawdzian z wiedzy zintegrowanej nabytej podczas całego cyklu kształcenia.
3. Po gimnazjum
Trzeci, dwuletni, etap obowiązkowej szkolnej edukacji byłby etapem przygotowawczym zawodu, dalszej specjalistycznej edukacji zawodowej albo do studiów akademickich. Młodzież w wieku 17-19 lat wykształca już pewne umiejętności działania w dłuższej perspektywie i nauka dla celu bardziej odległego nie musiałaby być teraz katorgą. U progu tego etapu uczeń powinien więc (jeśli trzeba – z pomocą wychowawców gimnazjalnych) zdefiniować z grubsza swoje zainteresowania i plany życiowe i wybrać taką szkołę ponadgimnazjalną, która pomoże mu je realizować. Szkołę tę wyobrażam sobie właściwie jako silnie sprofilowany kurs przygotowawczy do dalszych etapów edukacji lub do pracy. Obowiązkowa dla wszystkich byłaby kontynuacja czynnego uczestnictwa w kulturze, zajęć z wychowania fizycznego i edukacji prawno-obywatelskiej (koniecznej na tym etapie w związku z zyskiwaniem pełni praw i obowiązków obywatelskich), każdy uczeń natomiast sam wybierałby szkołę lub klasę, która pozwoliłaby mu przygotować się do uprawiania zawodu (szkoły zawodowe, rzemieślnicze) lub do dalszej edukacji.
Myślę, że dobrze byłoby, gdyby uczelnie wyższe powróciły do rekrutacji na podstawie egzaminów, stworzyły i opublikowały wymagania wstępne dla kandydatów (a także pytania egzaminów próbnych i dotychczasowych egzaminów wstępnych), a na tej podstawie szkoły ponadgimnazjalne stworzyłyby własne programy nauczania. Uczeń więc w liceum, poza wspomnianym niewielkim obowiązkowym segmentem, uczyłby się kilku rozszerzonych przedmiotów, które wybierałby dowolnie, myśląc o przyszłej edukacji i ewentualnych sprawdzianach czy egzaminach wstępnych do szkół policealnych. Ukończenie takiej szkoły, w dowolnym kształcie, dawałoby absolwentowi prawo do zdawania egzaminów na uczelnie czy do szkół policealnych. Uczelnie mogłyby więc wymagać wyłącznie świadectwa ukończenia szkoły, a nie konkretnych przedmiotów. Jeśli absolwent szkoły z jakichś powodów chciałby zmienić swoją decyzję co do wyboru studiów, i co za tym idzie, przedmiotów egzaminacyjnych, już po ukończeniu szkoły (nawet na wiele lat), mógłby przygotowywać się do egzaminów w dowolny sposób: albo w szkołach dla dorosłych, gdzie mógłby uczyć się wyłącznie interesującego go przedmiotu, albo drogą samouctwa. Nie sądzę, żeby był tu potrzebny jakikolwiek egzamin na koniec edukacji, powodzenie na zewnętrznym egzaminie byłoby najlepszym sprawdzianem i dla ucznia, i dla szkoły.
***
Tak to właśnie, z grubsza, sobie wyobrażam.
przez Tom Cahill | poniedziałek 7 grudnia 2015 | opinie
„Dobroczynne działania” Marka Zuckerberga to przebiegłe posunięcie, które pozwoli mu uniknąć płacenia podatków idących w miliardy dolarów. Facebook prawie ich nie odprowadza – a teraz jego założyciel również ich uniknie.
Na pierwszy rzut oka oświadczenie Marka Zuckerberga, założyciela Facebooka, że przeznaczy 99% własnych akcji przedsiębiorstwa – wartych około 45 miliardów dolarów – na działalność dobroczynną, wydaje się szczere. Inni znani miliarderzy, jak Warren Buffet czy Bill Gates, również obiecali, że ogromną część swoich majątków przekażą na takie cele. Jednak w rzeczywistości to sprytne ruchy, które pozwolą im uciec przed opodatkowaniem niewyobrażalnych fortun. Wraz z wychodzeniem na jaw faktów dotyczących nowej fundacji Zuckerberga, jego postępowanie coraz bardziej zaczyna wyglądać na wybieg podatkowy, a coraz mniej na działalność dobroczynną.
W odróżnieniu od fundacji non-profit Billa i Melindy Gatesów, nowo utworzona Inicjatywa Chan Zuckerberg (od nazwisk facebookowego potentata i jego żony, Priscilli Chan) jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (Limited Liability Company). Taki status pozwala na prowadzenie wszelkiej działalności – od inwestowania w sektor prywatny, przez finansowe wspieranie działalności dobroczynnej, po angażowanie się w politykę. Oświadczenie wydane przez Facebook potwierdza informacje na temat struktury nowego projektu Zuckerberga:
Inicjatywa Chan Zuckerberg będzie realizować swoją misję poprzez finansowe wspieranie organizacji non-profit, inwestycje w sektorze prywatnym oraz partycypację w debatach politycznych. Jej cel to wywarcie pozytywnego wpływu na obszary, gdzie występują duże potrzeby […] Wszelkie zyski pochodzące z inwestycji będą użytkowane w celu sfinansowania dodatkowych działań służących misji Inicjatywy.
Oświadczenie mówi również, że Zuckerberg zachowa kontrolę nad wszystkimi udziałami w Inicjatywie oraz w dającej się przewidzieć przyszłości będzie szefował organizacji. Robert W. Wood, dziennikarz „Forbesa”, twierdzi, że decyzja o zasileniu Inicjatywy akcjami giełdowymi, a nie gotówką, jest zręcznym krokiem biznesowym, stwarzającym dużo większe możliwości unikania opodatkowania:
Dlaczego akcje? Przekazując je na cele dobroczynne, ofiarodawca otrzymuje zależną od ich rynkowej wartości ulgę podatkową ze względu na działalność charytatywną. Wartość rynkowa i bazowa to dwie różne rzeczy, a różnica między nimi może oznaczać ogromne korzyści podatkowe. W przeszłości Zuckerberg przekazał setki milionów dolarów na działalność dobroczynną Silicon Valley Community Foundation. Oczywiście w akcjach, dzięki czemu uniknął podatku, który zostałby naliczony od wzrostu ich wartości. Facebook wszedł na giełdę w maju 2012. Ceną jednej akcji firmy była wtedy na poziomie 38 dolarów. Początkowo ich wartość spadła poniżej 20 dolarów, ale później wzrosła o ponad 25%, jeszcze zanim Zuckerberg dokonał wpłat na koniec roku. Ulga podatkowa Zuckerberga jest zależna od tej właśnie wartości rynkowej.
Alice Ollstein z portalu Think Progress napisała, że dzięki przekazaniu niemal wszystkich swoich akcji do spółki z.o.o, Zuckerberg oszczędzi co najmniej 20% podatku od zysków kapitałowych, który zostałby naliczony przy sprzedaży akcji. A Max, dziecko, które zainspirowało Zuckerberga do założenia Inicjatywy, zaoszczędzi miliony na podatku od dziedziczonych po ojcu nieruchomości. Jak tłumaczy Woods, darowizna na cele dobroczynne jest w rzeczywistości przelewaniem bogactwa z jednego konta na drugie – zwolnione z opodatkowania – pod pozorem dobroczynności.
W ostatecznym rozrachunku darowanie akcji oznacza, że zysk, który Zuckerberg wypracowałby przy ich sprzedaży, nigdy nie zostałby opodatkowany. Obdarowana organizacja może zatrzymać lub sprzedać akcje, ale jako spółka dobroczynna nie zapłaci podatku w przypadku pozbycia się ich, niezależnie od wysokości zysku. A Zuckerberg otrzyma zwrot podatku na podstawie wartości rynkowej przekazanych akcji, chroniąc kolejne miliardy zysków.
Tego typu strategia podatkowa nie jest właścicielowi Facebooka obca – jego pierwsza giełdowa oferta publiczna z 2012 roku była taką samą strategią. Dzięki ulgom, którymi objęte były „opcje na zakup akcji” (executive stock options), Facebook w pierwszym roku po wejściu na giełdę nie zapłacił ani centa podatków stanowych i federalnych. Jak donosi organizacja „Obywatele dla Sprawiedliwości Podatkowej” (Citizens for Tax Justice) w swoim raporcie z roku 2013, nie dość, że firma nie zapłaciła wcale podatku, to jeszcze dzięki konstrukcji swojej pierwszej oferty publicznej otrzymała 429 milionów zwrotu podatkowego.
Ten zwrot podatku dochodowego wynika z wykorzystania jednorazowej ulgi podatkowej, polegającej na możliwości odliczenia od podatku „opcji na zakup akcji” [prawo do wykupu przez pracowników firmy określonej liczby akcji po niższej cenie – przyp. red.]. Ulga obniżyła stanowe i federalne podatki dochodowe Facebooka o ponad miliard dolarów w 2012 roku, włączając w to zwrot podatku z poprzedniego roku w wysokości 451 milionów. Ale to nie koniec wszystkich opartych na „opcjach na akcje” zwolnień podatkowych, które wykorzystał Facebook przy okazji pierwszej oferty publicznej. Firma zyskała również prawo do przeniesienia na kolejny okres ulg podatkowych w wysokości 2,17 miliarda dolarów.
Niemiecki miliarder Peter Krämer dokładnie wie, o co chodzi w takiej „dobroczynności”, jak Inicjatywa Chan Zuckergerg. W wywiadzie udzielonym „Der Spiegel” w 2010 roku powiedział, że filantropia Warrena Buffeta i innych miliarderów, którzy obiecują przekazanie co najmniej 50% swoich majątków na cele dobroczynne, jest często jedynie wybiegiem umożliwiającym ucieczkę przed uczciwym opodatkowaniem: Tego typu inicjatywy w USA są bardzo problematyczne. Można odpisać sobie donacje dobroczynne od podatku. Bogaci podejmują więc decyzję, czy wolą ofiarować pieniądze organizacjom, czy płacić podatki. W ten sposób zajmują miejsce państwa. To nieakceptowalne.
„Der Spiegel”: Ale czy te pieniądze nie służą dobru wspólnemu?
Krämer: Chodzi o złą praktykę transferu władzy od państwa do miliarderów. To nie państwo decyduje, co jest dobre dla obywateli, tę rolę chcą przejąć bogacze. Taki rozwój sytuacji uważam za bardzo zły. Jakie prawo mają ci ludzie, żeby decydować, dokąd pójdą ogromne sumy pieniędzy?
Na obronę Zuckerberga można przywołać jego zapewnienia, że Inicjatywa przeznaczy fundusze na zapewnienie wszystkim podstawowej opieki zdrowotnej, zapobieganie, leczenie lub ograniczanie występowania większości istniejących chorób w ciągu następnych stu lat oraz fundowanie „spersonalizowanych” programów edukacyjnych online. W ubiegłomiesięcznym raporcie dla U.S. Uncut pisałem jednak, że poprzednia ofensywa Zuckerberga na polu filantropii powiązanej z sektorem edukacji oznaczała m.in. wpompowanie 100 milionów dolarów w program Chrisa Christiego, będący zasadniczo grabieżą szkół publicznych. Pieniądze zostały przeznaczone na zatrudnienie konsultantów opłacanych kwotą tysiąca dolarów dziennie, zwolnienie tysiąca nauczycieli i ośmiuset osób personelu pomocniczego oraz zamykanie szkół publicznych przy jednoczesnym otwieraniu prywatnych. Działania te były szeroko krytykowane w wielu programach informacyjnych.
Tłumaczenie Mateusz Trzeciak, współpraca Magda Komuda
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 3 grudnia 2015 r. na portalu U.S. Uncut, http://usuncut.com. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez redakcja | wtorek 1 grudnia 2015 | nasze rozmowy
Lewicowe władze Madrytu, wybrane w wyborach samorządowych w maju 2015, postanowiły zakończyć współpracę z agencjami ratingowymi Standard & Poor’s i Fitch. Bezpośrednią przyczyną tej decyzji były, według przedstawicieli koalicji Ahora Madrid, naciski ze strony agencji i groźby związane z prowadzeniem przez władze niezależnej polityki, w tym planami przeprowadzenia audytu długu.
Według „El País” kolejnym powodem zakończenia współpracy z agencjami były jej wysokie koszty. W bieżącym roku władze Madrytu wydały na ten cel ponad 107 tys. euro. W oświadczeniu wydanym przez Ratusz podkreślono, że władze zamierzają ograniczyć wszelkie wydatki, które nie przynoszą bezpośrednich korzyści obywatelom, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na cele społeczne oraz inwestycje.
Głównym zadaniem agencji ratingowych jest ocenianie zdolności do spłaty zobowiązań. W przeciwieństwie do państw, które są oceniane przez agencje niejako automatycznie, władze miast czy regionów muszą podpisać z nimi komercyjne umowy, aby otrzymać ocenę. Kontrowersje budzi fakt, że agencje ratingowe nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za trafność i skutki swoich ocen. Jak można przeczytać na portalu bankier.pl: niemożliwe jest obecnie sprzedanie aktywów na rynku, jeśli nie mają one wystawionego ratingu przez liczącą się agencję. Wątpliwości etyczne budzi to, że klient agencji jest jednocześnie ocenianym przez nią podmiotem.
***
Co się stało z agencjami ratingowymi? Dlaczego Ratusz uznał, że są już zbędne?
Carlos Sánchez Mato: To, co zrobił madrycki Ratusz, jest bardzo proste. Podjęto decyzję w sprawie umów, które miasto utrzymywało z agencjami. W przyjętych strategiach dla miasta, nie tylko na 2016, ale także na kolejne lata, nie przewidujemy dalszego zadłużania, ponieważ już teraz zbyt wielki dług spoczywa na naszych barkach. Logika zadłużania się bez końca nie ma sensu – zamierzamy zmierzyć się z długiem, który już został zaciągnięty przez miasto.
Jasne jest, że nasze stanowisko w sprawie tych agencji jest bardzo krytyczne. Nie tylko my jako Ahora Madrid, również niezależni eksperci i inne siły polityczne podzielają naszą krytykę. Na przykład podczas ostatniego posiedzenia Komisji Gospodarki i Finansów konserwatywna Partia Ludowa w bardzo stanowczy sposób kwestionowała sensowność ich analiz.
Decyzja o nieodnowieniu tych umów z Ratuszem ma równie czysto merytoryczne podstawy. Agencje cechowało to, że ich prognozy nigdy nie były trafione. Poza tym dalsze ich opłacanie jest zbędnym wydatkiem dla samorządu, który zamierza finansować swoje działania z dochodów, a nie poprzez dalsze zadłużanie się.
Czy brak ocen ze strony agencji nie będzie przeszkodą w pozyskaniu finansów z zewnątrz, gdyby były one potrzebne?
S. M.: Jeśli administracja publiczna chce wyemitować dług, np. obligacje czy różne rodzaje instrumentów finansowych, żeby kupili je inwestorzy, i zdobyć w ten sposób kapitał, jednym ze sposobów, który pozwala dystrybuować te instrumenty, jest zapłacenie agencjom za sprzedawanie tego produktu. Ale to przecież nie jest jedyny możliwy sposób finansowania.
Partie, które teraz są w opozycji, mówią o obniżaniu podatków i finansowaniu się za pomocą dalszego zadłużania…
S. M.: Model finansowania poprzez emisję długu był jak wykopywanie piłki daleko do przodu, żeby ktoś zapłacił za to później. Zaciąga się dług i w ten sposób ukrywa rzeczywisty koszt projektów i inwestycji. Ale jak Ratusz ma w przyszłości go spłacić? Cóż, trzeba spłacić go z dochodów miasta, czyli z podatków. Spłacamy go my, wszyscy mieszkańcy i wszystkie mieszkanki. Doprowadziło to do tego, że w 2014 r. z każdych 100 euro przychodu, jedna trzecia była przeznaczana na amortyzację długu i na spłatę odsetek z nim związanych. Widać wyraźnie, że to niedorzeczne, zupełnie bez sensu. W 2009 r. obsługa długu (amortyzacja i spłata odsetek) kosztowała 401 milionów euro. W 2014 r. koszt ten wzrósł do 1498 milionów. Przeniesienie siedziby władz miejskich do Palacio de Cibeles miało kosztować 40 milionów. Ostatecznie kosztowało 530 mln. Budowa tunelu dla drogi M-30 miała kosztować 1,7 miliarda, ale końcowy koszt wyniósł 6,3 miliarda. W takich przypadkach Ratusz prosi o pieniądze, których nie było w początkowych wyliczeniach, co sprawia, że dodatkowe koszty finansowe – koszty spłaty zadłużenia – również rosną.
Wszystkie dane ujawniają, pośród innych spraw, politykę fiskalną, która zafałszowywała rzeczywistość. Przy zabieraniu się za realizację projektów i spełnianie potrzeb mieszkańców Madrytu nie brano pod uwagę czegoś zupełnie podstawowego: zapytania obywateli i obywatelek, czy sfinansują je, wiedząc, ile naprawdę będzie to kosztowało. Działo się tak zarówno w madryckim ratuszu, jak i w wielu innych samorządach.
Ratusz wykazał nadwyżkę budżetową w 2014 na poziomie 1%, czyli 368,9 mln euro. Czy nadwyżka zostanie utrzymana w przyszłości? Jaka będą wyglądały wydatki na cele społeczne oraz polityka fiskalna w budżecie na 2016?
S. M.: Ratusz miał minimalną nadwyżkę w 2014, ale już nie w latach wcześniejszych. Będzie ją miał w 2015, jak również w budżecie na 2016. Będzie ona bardzo skromna, ponieważ Ahora Madrid zamierza zrealizować „obywatelski program ratunkowy”, który pozwoli zmierzyć się z najpoważniejszymi problemami społecznymi spowodowanymi przez kryzys hipoteczny, cięcia budżetowe, niestabilność na rynku pracy oraz masowe zwolnienia. W budżecie na 2016 rok zamierzamy podnieść wydatki na cele społeczne o około 17%. Aby to zrobić, zajmowaliśmy się polityką fiskalną podczas dwóch posiedzeń. Potrzebujemy poparcia ze strony Partii Socjalistycznej, aby projekt budżetu został przyjęty pod koniec tego roku. Nasza polityka w dziedzinie ściągania podatków jest związana z powszechnym obniżeniem podatku od nieruchomości, który jest kluczowym elementem lokalnego budżetu. Planujemy obniżenie go o 7% w odniesieniu do budynków mieszkalnych. Ale żeby wyrównać te straty na podatku od mieszkań, stawiamy na zróżnicowane podejście do budynków o funkcjach innych niż mieszkalne: przemysłowych, handlowych, rozrywkowych. Nie wszystkich, lecz tych, których wartość katastralna jest najwyższa. Nazywamy to zróżnicowaną stawką. To sposób na rozdzielenie wkładu do budżetu w inny sposób, choć tak naprawdę redystrybucja podatkowa jest podstawą społecznego państwa prawa, o którym mowa w Konstytucji.
Pozwolą Panu to zrobić? Co mówią o tym możni z sektora finansowego? Dostają państwo dyskretne sugestie albo bezpośrednie naciski?
S. M.: Każdy wie, z jakimi naciskami mamy do czynienia. Nie demonizuję tu konkretnych działań, ale najwyraźniejszym przykładem jest sposób, w jaki agencje ratingowe odnoszą się do obecnej ekipy rządzącej. Najwyraźniej spełniają swoje zadanie i działają logicznie. To przedsiębiorstwa, które chcą, żeby wszystko kręciło się w określony sposób. My jasno pokazaliśmy, że nie zamierzamy niejawnie pertraktować. To, o czym będziemy rozmawiać, przekażemy także obywatelom, ponieważ, to oczywiste, pracujemy dla nich. Nie używamy innego języka w zależności od tego, do kogo się kierujemy. Na posiedzeniach mówimy to samo, co w tej rozmowie lub podczas spotkań z bankierami i przedsiębiorcami. Mamy ten sam przekaz wszędzie tam, gdzie występujemy.
Naszym założeniem jest model miasta, które pracuje nad zmniejszeniem ogromnych nierówności, z jakimi się zmagamy. Można to zrobić tylko poprzez politykę podatkową nastawioną na redystrybucję oraz wydatki na cele społeczne tam, gdzie zdiagnozowano niedobory i problemy w tej sferze. Wszystko to wymaga pewnego wysiłku. Mogą znaleźć się duże firmy, którym nie spodoba się, że zejdziemy z drogi zadłużania w celu finansowania polityk publicznych, ponieważ, co jasne, robiły na tym dobry interes. Ale zasiadamy w ratuszu, aby służyć interesom ogółu, a nie po to, żeby być na usługach elit czy poszczególnych lobby, które występują w mieście.
Czy po utworzeniu takich mechanizmów jak Fundusz Opłacania Dostawców czy Fundusz Płynności Autonomicznej ma sens zamawianie ratingów przez samorządy i władze miast?
S. M.: To dwie zupełnie różne kwestie. Fundusz opłacania dostawców to mechanizm zależny od Ministerstwa Finansów, który powstał, aby zapobiec niewypłacalności ze strony władz lokalnych, jeśli te będą mierzyły się z opóźnieniami w opłaceniu faktur. Madryt dołączył do tego programu w przeszłości, ale w bieżącym roku obrachunkowym wszystkie faktury, które otrzymujemy od dostawców, są opłacane na czas, średnio w okresie krótszym niż 10 dni. Ratusz nie ma w planach wydłużać tego okresu ani ubiegać się o finansowanie z ministerialnego funduszu. To Wspólnota Madrytu [odpowiednik województwa, rządzona przez Partię Ludową – przyp. tłum.] dołączyła w zeszłym tygodniu do funduszu, ponieważ nie miała wystarczających środków, żeby opłacić swoje faktury w terminie. Madryckiego Ratusza to nie dotyczy.
Ile wynosi budżet Ratusza? Jaka część trafia do wielkich firm budowlanych w ramach kontraktów na świadczenie usług?
S. M.: Żeby dać obraz sytuacji: z 4,5 mld euro wszystkich wydatków, z amortyzacją długu włącznie, około 1,5 mld to umowy zlecone podmiotom zewnętrznym, wielkim firmom. Sprzątanie, oświetlenie, utrzymanie parków i ogrodów, ogromna większość miejskich usług publicznych jest realizowana przez zewnętrznych pośredników. Przez ostatnie dekady mieliśmy do czynienia z przyspieszonym procesem dyskredytacji sektora publicznego, co przyniosło korzyści licznym firmom. Ale w rzeczywistości prywatyzacje okazały się wyraźnie nieskuteczne i niegospodarne, jeśli chodzi o interes samego Ratusza. Jeden przykład: sprzątanie miasta i wywóz śmieci zarządzane publicznie przez Madryt kosztowały 42 euro na mieszkańca. Teraz, zarządzane prywatnie, kosztują 53 euro.
Czy audyt długu zakłada również skontrolowanie tych umów?
S. M.: Oczywiście, ponieważ wszystko to, o czym mówiłem wcześniej, jest w nieunikniony sposób powiązane. Audyt polityk publicznych to również poszukiwanie źródeł problemów związanych z zadłużaniem miasta. Wszystkie te procesy outsourcingu są związane z korzeniami i charakterystyką długu publicznego. Trybunał Obrachunkowy, którego nikt nie podejrzewa raczej o rewolucyjne zapędy, już w 2011 r. opublikował raport, gdzie wskazywał w oparciu o konkretne dane, że świadczenie usług publicznych w sposób bezpośredni jest znacznie tańsze niż te same usługi zakontraktowane u prywatnych przedsiębiorstw. To logiczne. Jest coś, co prywatna firma musi uwzględnić dostarczając tę samą usługę: jej uprawniony zysk.
Dodatkowo, kiedy broni się tezy o większej efektywności sektora prywatnego, wiele razy okazuje się, że opiera się ona na powszechnym „uśmieciowieniu” pracy. Dlatego bezskuteczna jest publiczna polityka zwalczania prekaryzacji, jeśli w tym samym czasie zleca się usługi zewnętrznym firmom, które zatrudniają ludzi na śmieciowych warunkach.
Czy w projekcie budżetu lokalnego będzie promowana partycypacja obywatelska?
S. M.: Przygotowanie budżetów partycypacyjnych jest podstawą. Jest częścią programu wyborczego Ahora Madrid i stanowi swoiste DNA tego projektu politycznego. W roku 2016 okazało się to technicznie niemożliwe, choć pojawi się w czasie składania poprawek partycypacja obywatelska na poziomie dzielnic. Natomiast od 1 stycznia 2016 r. rozpoczną się prace nad budżetem na 2017 rok. I tu można liczyć na szeroką możliwość partycypacji za pośrednictwem rad dzielnic. Nie tylko w sprawach dotyczących środków przeznaczonych na cele lokalne, w samych dzielnicach, ale też w projektach dotyczących sposobu działania całego miasta. Mówimy o około 100 milionach euro, co stawia nas w awangardzie Europy, przed takimi pionierami budżetów partycypacyjnych jak Paryż czy Reykjavik.
Wszystko to w ramach modelu integracji ponadnarodowej, jakim jest UE, a jednocześnie w ramach państwowego systemu instytucjonalnego, w którym władze miejskie niemal nie mają zdolności tworzenia prawa i uprawnień do działania… Nie obawia się Pan, że będzie miał związane ręce przy realizacji planów na przyszłość?
S. M.: To nie obawa, to rzeczywistość. Struktury prawne i państwowe ograniczają zdolność władz miejskich do prowadzenia własnej polityki. Ale liczyliśmy się z tym. I jak bardzo nie bylibyśmy związani, mamy narzędzia, którymi można przeciąć te więzy. Dużą różnicą w stosunku do innych miast i gmin jest to, że Madryt ma istotną zdolność do ściągania podatków. Madryt ma olbrzymi dług. Ale ma także możliwości podatkowe, które pozwalają na prowadzenie polityk publicznych i przeciwstawianie się naciskom, co w innym miejscu byłoby całkowicie niemożliwe.
Rozmawiał Antonio Girón. Tłumaczenie Jan Świeczkowski.
Wywiad pierwotnie ukazał się w internetowym czasopiśmie „CTXT. Contexto y Accion”, numer 35, 21.10.2015.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Reportażowy zapis upadku miasta-kolebki północnoamerykańskiego przemysłu samochodowego czyta się gorzko, ale świetnie. Tak najkrócej można zarekomendować książkę „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” Charliego LeDuffa.
Lektura ta może być zaskoczeniem dla polskiego czytelnika. Oto dziennikarz prasy głównego nurtu, który z nizin społecznych awansował do klasy średniej, staje po stronie zapracowanych, ale nierzadko wciąż biednych ludzi, a także po stronie bezdomnych, pozostawionych samym sobie starych kobiet, drobnych złodziejaszków. Po stronie strażaków – pracujących z przestarzałym sprzętem gaśniczym, ratujących miasto pełne pożarów wzniecanych przez wyłudzaczy ubezpieczeń. Po stronie szeregowych działaczy związkowych, z którymi nikt już nie chce i nie musi niczego negocjować. Zwraca się przeciw własnemu, bardziej zasobnemu światu, żeby pokazać, co dzieje się z jego rodzinnym miastem i z całym krajem.
LeDuff to amerykański pisarz, dziennikarz, publicysta, zdobywca nagrody Pulitzera. Ma na koncie m.in. współpracę z „The New York Times”, „The Times”, „The Detroit News”, telewizją Fox. Jest autorem książek „US Guys: The True and Twisted Mind of the American Man” i „Work and Others Sins: Life in New York City and Thereabouts”. Zanim zajął się dziennikarstwem, był pomocnikiem w fabryce konserw, stolarzem, rybakiem na niedużym statku do połowów dalekomorskich. Dlaczego został „pismakiem”? Jak stwierdza: jawiło mi się to jako jedyna – poza domokrążnym sprzedawaniem Biblii – praca, w której płacą ci za to, byś podróżował.
Warto pamiętać o tej ironicznej definicji, bo takiemu rozumieniu dziennikarstwa zawdzięczamy m.in. arcydzieło sztuki reportażu, czyli „Drogę na molo w Wigan” George’a Orwella. Pragnienie wędrówki wiąże się z ciekawością świata, chęcią zajrzenia pod jego podszewkę, z uznaniem jego złożoności sięgającej poza liczne sztampy i schematy. Autor „Detroit” jest spadkobiercą najlepszych, rzadko dziś pielęgnowanych, tradycji gazetowego dziennikarstwa.
Do rodzinnego Detroit wrócił LeDuff po dwudziestu latach wędrowania po Stanach i kontynentach. Nie zachował sielankowych wspomnień z rodzinnych stron: starsi ludzie lubią opowiadać mi o dawnych latach świetności, latach saturatorów, eleganckich sklepów i leniwych sobotnich nocnych przejażdżek. Ale prawda jest taka, że Detroit zaczęło umierać czterdzieści lat temu, gdy Japończycy doszli do tego, jak zrobić lepszy samochód. Gdy miasto zaczęło przegrywać, jego mieszkańcy w znacznej mierze stali się loserami, ludźmi klęski. To interesujący motyw, który niepokojąco przypomina opisy pierwszych lat polskiej transformacji: cały kraj z nas się śmiał. Z bandy leniwych, niewykształconych i niekompetentnych robotników. Pas rdzy zmienił się w zardzewiały klozet.
„Pas rdzy” (Rust Belt) to określenie z początku lat 80. XX w., opisujące rejon upadających przemysłowych miast na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych. Były wśród nich Cleveland, Toledo, Akron, Buffalo, Pittsburgh, Chicago, Youngstown. I Detroit – Miasto Silników. To ośrodek, w którym, zdaniem LeDuffa, narodził się amerykański styl życia: produkcja masowa, dobrze płatne posady robotnicze, kupowanie na własność domów i zaciąganie kredytów na masową skalę. W tym właśnie mieście robotnicy, biali i kolorowi, którzy przez kilka dekad cieszyli się dobrobytem (i mieli apetyt na więcej), ponownie doświadczyli upadku. Ameryka, ta wciąż lepiej sytuowana, a nierzadko ostentacyjnie coraz bogatsza, nie wybaczyła im niezawinionej klęski i przeklęła jako nieudaczników. A miasto z największą w USA liczbą posiadaczy domów własnościowych zamieniło się w stolicę nieruchomości zajętych przez komorników.
W 2008 roku mocno spadł indeks Dow Jones. Szefowie Wielkiej Trójki z Detroit, czyli Forda, General Motors i Chryslera, którym mocno dało się to we znaki, ruszyli do Waszyngtonu negocjować warunki państwowego wsparcia. Zapomniane i wyszydzone miasto urosło do rangi symbolu zachodzących w USA negatywnych przemian społeczno-gospodarczych. Stało się znakiem rozpoznawczym kraju, w którym supermarkety Wal-Mart były zatłoczone, a fabryki puste. I tak miejsce, w którym amerykański sen zamienił się w amerykański horror, zaczęło budzić zainteresowanie wielkich, opiniotwórczych mediów o zasięgu światowym.
LeDuff wspomina: Moje materiały z „Detroit News” – choć podpisane innymi nazwiskami – zaczęły pojawiać się w „Rolling Stone” i „Wall Street Journal”, na antenach NPR, PBS i CNN. Reporterzy bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zawracali sobie głowę tym, by jakoś wycieniować i uszczegółowić swoją wizję naszego miasta i jego miejsca w amerykańskim krajobrazie. Po prostu robili rundkę po ruinach, zrzynali nasze nagłówki, orzekali o okropieństwie sytuacji i wyjeżdżali. Z niezgody na tak obelżywe traktowanie narodziła się książka o Mieście Silników.
Skąd wzięło się Detroit – dosłownie i w przenośni – na mapie Stanów Zjednoczonych? Powstało w 1701 roku. Początkowo był to należący do Francuzów Fort Pontchartrain u wejścia do cieśniny, która łączy jeziora Erie i Huron oraz stanowi naturalną bramę do Wielkich Jezior. A cieśnina to po francusku détroit… Pierwotnym źródłem zysków miasta-strażnicy były bobry i handel ich skórami. Francuzi zazdrośnie strzegli przed Anglikami monopolu na intratny biznes.
W XIX wieku Detroit dzięki okolicznym lasom i złożom żelaza stało się ogólnokrajowym centrum produkcji kół i pieców. Najpierw produkowano tam powozy, a gdy mechanizacja poszła dalej – auta: Farmer Henry Ford zbudował swój pierwszy warsztat samochodowy w Highland Park w 1899 roku. Pierwsze ćwierćwiecze XX wieku przyniosło miastu skokowy wzrost ludności: z 300 tys. do 1,3 mln. W 1909 r. powstały zakłady General Motors. A następnie Chrysler, Packard, Studebaker, Hudson, Olds, Dodge. W 1930 r. w Detroit było już 1,6 mln mieszkańców, w tym 120 tys. „czarnych z Południa”.
I nagle pojawił się kredyt. W 1919 r. General Motors postawiło na nowy sposób walki z konkurencją, przede wszystkim z imperium Forda. Henry Ford był przeciwnikiem ratalnej sprzedaży samochodów. Proponował plan depozytowy, w ramach którego potencjalny nabywca każdego miesiąca wpłacałby określoną sumę, dzięki czemu po pięciu latach mógłby nabyć pojazd. General Motors zaproponowało konkurencyjny model. Zakup dokonywał się wraz z pierwszą zaliczką, a w następnych miesiącach nabywca spłacał raty powiększone o odsetki.
Amerykanie łyknęli ten sposób na zakupy – nie tylko samochodów, ale także pralek czy lodówek. Angielski historyk, liberalny polityk i myśliciel Ramsay Muir tak z zachwytem opisywał miasto w 1925 r.: to siedlisko produkcji masowej, bardzo wysokich zarobków i kolosalnych zysków; lekkomyślnych zakupów na raty i nadmiaru siły roboczej. Detroit postrzega samo siebie jako świątynię nowej ewangelii postępu, ewangelii, którą chciałbym nazwać wprost: detroizmem. Taka miała być cała Ameryka. W 1950 r. wydano pierwszą kartę kredytową – Diner’s Club, a General Motors strącił Forda z pozycji lidera światowej produkcji samochodów. I tak, według LeDuffa, amerykańska dominacja, konsumeryzm i tendencja do zadłużania się weszły w fazę pełnego rozkwitu.
Na początku XXI wieku Miasto Silników miało już za sobą najlepsze czasy. Określenie „detroizm”, gdyby użyć go do opisania nowych realiów, zdecydowanie zaprzeczyłoby swemu pierwotnemu znaczeniu. Detroit znalazło się na czele niechlubnych statystyk opisujących kondycję Stanów Zjednoczonych. Połowa dorosłej populacji miasta została bez stałej pracy. Fatalny los stolicy amerykańskiego przemysłu samochodowego świetnie wpisał się w nowe trendy społeczno-gospodarcze USA: W miastach i miasteczkach naszego kraju na aukcjach sprzedaje się całe fabryki. Faceci w ciężarówkach wywożą maszyny ślusarskie, aluminiowy siding, dźwigi i wodotryski z wodą pitną. Na naszych oczach żywcem wyrywa się mechaniczne serce kraju.
Jest w tym wszystkim jeszcze jedna szczególna rzecz, którą znamy nie tylko z Ameryki. W świecie, w którym usługi i służby publiczne są tragicznie niedoinwestowanie, zawsze znajdą się pieniądze na show, czy ściślej: show biznes. James Barren, były szef policji z Detroit, stwierdzał w rozmowie z LeDuffem, że środki, jakimi dysponuje policja, zredukowane są już do absolutnego minimum. Ale tydzień po ich rozmowie wydział policji wysłał na cmentarz dwa karawany w asyście czterech radiowozów. Skąd ten splendor? W karawanach jechały maskotki, które do Muzeum Historycznego Wytwórni Motown przynieśli fani Michaela Jacksona. Reportażysta podsumowuje: w miejskiej kostnicy wciąż mogło sobie spoczywać dwustu pięćdziesięciu nieodebranych nieboszczyków, ale przynajmniej zabawki były już bezpiecznie i godnie pochowane. Maskotki złożono na wieczny spoczynek na cmentarzu Woodlawn, tuż obok mauzoleum upamiętniającego symbol walki o prawa obywatelskie – Rosy Parks. A skąd tylu nieodebranych nieboszczyków w kostnicach? Nierzadko stąd, że rodziny nie miały pieniędzy na pogrzeb…
Prawie trzystustronicowy reportaż LeDuffa to szereg dość ściśle powiązanych ze sobą opowieści. Przedstawienie ich treści byłoby jak zdradzenie fabuły filmu. Jednak naszkicuję jedną z książkowych historii: losy Billa Alforda, przewodniczącego lokalnych związków w American Axle, wyłonionej z General Motors jeszcze w latach 90. XX w. spółce zależnej, oraz losy Dicka Dautcha, dyrektora generalnego i prezesa Axle.
Zakłady Axle leżały na granicy Detroit i Hamtramck, miasteczka, które najpierw należało do Polaków, a później do klasy robotniczej. Produkowano w nich osie do pick-upów. Dzięki przeprowadzonej restrukturyzacji GM nie musiało przejmować się związkowcami – negocjacje z nimi spoczywały na kierownictwie Axle. Stopniowo wygaszano produkcję w Hamtramck, co prowadziło do pauperyzacji osady robotniczej. Wreszcie na jednej z ulic otwarto ośrodek opieki społecznej.
Kolejny ze strajków doprowadził do tego, że mocno przetrzebione związki, niegdyś liczące dwa tysiące pracowników, zgodziły się na redukcję płac, a te w niektórych przypadkach spadły z 28 do 14 dolarów na godzinę. Dick Dautch w zamian zapewnił strajkujących, że zakłady nie będą zamknięte, a produkcja zostanie utrzymana. Po strajku zarząd Axle przyznał swojemu człowiekowi premię w wysokości 8,5 mln dolarów. A fabryka i tak została zlikwidowana: ponad pięciuset robotników otrzymało przesłany kurierem list, w którym zawiadamiano ich, że w najbliższym czasie zostaną zwolnieni.
Bill Alford był jednym z ostatnich, którzy opuścili miejsce pracy. Miał podpisaną umowę z firmą, musiał zawiadywać wywozem maszyn do Teksasu i Meksyku. Gorzko zwierzał się LeDuffowi: oni nie chcą tu już mieć klasy średniej. Dziennikarz opisał tę historię na łamach „Detroit News”. Co było dalej? W redakcji mój artykuł został odczytany jako głos dotyczący grupy społecznej, która zajmuje się biznesem; grupy, do której należeli także moi szefowie. Jeden z przełożonych odwiedził mnie przy moim redakcyjnym biurku. Powiedział: „Dick wierzył w to, że w amerykańskiej produkcji panuje duch konkurencyjności, i starał się, by ten duch zadziałał. Jednak nie udało mu się. Nie było to możliwe z winy robotników ze stanu Michigan”. Na tym nie koniec. Gdy Hamtramck upadało, a bezrobocie w stanie Michigan sięgnęło 15 proc., cena akcji American Axle wzrosła trzykrotnie. A Dick Dautch, który wierzył w ducha konkurencyjności i masowo pozbawiał ludzi roboty, otrzymał milion dolarów podwyżki.
LeDuff nie opatruje tej (i pozostałych) historii socjologiczną czy społeczno-gospodarczą analizą ani systemowym dociekaniem przyczyn sytuacji. Stąd jego „sekcja zwłok Ameryki” przypomina nieco malownicze grzebanie w bebechach rodem z thrillera, a nie naukowe zajęcie patomorfologa. LeDuff po prostu opowiada historie. Można to uznać za mankament książki. Może to ograniczenie nakłada reportaż jako gatunek dziennikarski, i to pisany w bardzo amerykańskim stylu, z dynamiczną i wciągającą narracją, nadającą się nieledwie na serialową adaptację. A może to skutek kulturowego dziedzictwa amerykańskiego autora, który wierzy, że klasa robotnicza nie potrzebuje walki klas, lecz dobrej współpracy z zatroskanym o gospodarkę narodową wielkim biznesem, a ostra krytyka społeczna nie musi się wykluczać z libertariańskim światopoglądem, który on sam publicznie deklaruje.
Nie mam tu pewności. Wiem tyle, że LeDuff wyraziście odmalowuje kolejne zjawiska stanowiące o specyfice współczesnych Stanów, jasno wskazując, po czyjej opowiada się stronie. I nie wierzy w dobrą wolę i kompetencje wielkiego biznesu ani polityków.
Pauperyzacja. To zjawisko spowodowało, że obraz Detroit, jaki wyłania się z książki, to obraz nędzy i rozpaczy: latarnie uliczne były zepsute albo z niewiadomych powodów powyłączane. Nie wywożono śmieci. Ścieki cofały się do domów, zalewając wszelkim paskudztwem całe ulice. Karetki były totalnie zajeżdżone i czasami nie pojawiały się przez kilka godzin od momentu wezwania. Znakiem rozpoznawczym miasta była plaga podpaleń, z którą bezskutecznie próbowała walczyć niedoinwestowana straż pożarna. Ale władze miasta wciąż szukały oszczędności, obierając znaną skądinąd strategię uzasadnień dla swoich decyzji, czyli publiczne sugestie, że ciężka praca strażaków to rzecz przynajmniej wątpliwa, a większość czasu zajmuje im „spanie i wcinanie steków”. Działo się to w tym samym czasie, gdy burmistrz Kilpatrick z żoną wozili się kosztownym cadillakiem escalade, kupionym za pieniądze podatników najbiedniejszego miasta w kraju.
LeDuff w nowojorskich czasach, już po 11 września 2001 roku, pracował w Strefie Zero. Wtedy, jak mówi, wiele nauczył się o strażakach, szorstkich i twardych ludziach, którzy kierowani poczuciem obowiązku i wolą niesienia pomocy wbiegają do płonących budynków: mają ograniczone horyzonty kulturowe i kiepski styl wypowiadania się, ale także masę historii, którymi niemal nikt nie ma ochoty się zajmować; aż do momentu, gdy nadejdzie katastrofa. Amerykańscy strażacy są jednym z głównych zbiorowych pozytywnych bohaterów jego reportażu.
I nie tylko zbiorowych. Na kartach „Detroit” LeDuff przedstawia bliżej zawodowe i życiowe perypetie strażaków z East Side, z drużyny trzeciej, pracującej w rejonie nr 23. Ich remiza mieści się obok opustoszałych zakładów samochodowych Packarda, czyli 250 hektarów ruiny przemysłowej: w poszukiwaniu metalu, który można by sprzedać na złom, często zapuszczają się tu śmieciarze. Czasami podpalają część budynków. Gdy tylko strażacy sumiennie ugaszą pożar, śmieciarze wracają, by zabrać ślicznie oczyszczone przez ogień dźwigary. Dziennikarz opisuje swoje pierwsze wrażenia: gdy popatrzyłem na wyposażenie oddziału – nadtopione hełmy, dziurawe buty i kurtki pokryte tak grubą warstwą sadzy, że ubrani w nie mężczyźni wyglądali jak wielkie zapałki – ci faceci wydali mi się garstką steranych żołnierzy, rzuconych na jakiś zapomniany przez Boga i ludzi front. Ekipa właśnie kończyła gaszenie pożaru. Mike Nevin, szef drużyny, podsumował: udało nam się uratować dom tej staruszki. Prawdopodobnie uratowaliśmy ją przed schroniskiem dla bezdomnych. Ta pani zaprasza nas na obiad.
Zwracam uwagę na tego rodzaju opisy, aż podejrzanie i ckliwie dobroduszne, bo pokazują one styl dziennikarstwa LeDuffa, ale i coś znacznie większego – wartość społeczną jego pisania. Strażacy to „wąsaci Janusze” Ameryki, w której standardy piękna wyznacza Hollywood: Nevin miał nos jak kartofel i okropną fryzurę na czeskiego piłkarza – z przodu krótką, a z tyłu długą. Ale to oni są Supermanami. I nie tylko oni. Reportażysta konsekwentnie buduje pozytywny obraz „ostatnich sprawiedliwych” Detroit. Jest wśród nich sędzia, który wydaje słuszny wyrok, jest menedżer niższego szczebla General Motors, którzy nie może pogodzić się z polityką firmy likwidującej lokalne miejsca pracy, są klnący, wiecznie zapracowani policjanci z wydziału kryminalnego, są robotnicy, którzy wciąż kochają swoją pracę, kochają umierający amerykański przemysł i umierający amerykański sen. Są wśród tych ostatnich sprawiedliwych samotne stare kobiety wychowujące wnuki i liczące swoich zmarłych, którzy zginęli w przypadkowych strzelaninach, kobiety, które tyrały całe życie, a na starość grozi im wysiedlenie do slumsów, ponieważ zapomoga z opieki społecznej nie wystarcza na czynsz.
Ale to właśnie opowieści o strażakach stanowią wciąż powracający motyw reportażu. Dlaczego? W jakiejś mierze wynika to z przyczyn niemal mitycznych: LeDuff widzi w nich ostatnich strażników dobra; ludzi, którzy próbują ocalić ład w świecie poddającym się chaosowi. A po części bierze się to stąd, że dostrzega w nich dziedziców amerykańskiej klasy pracującej, jej etosu i marzeń, wspólnot, jakie ona tworzyła w najlepszych i zbyt krótkich latach. I tak dziadek Mike’a Nevina, litewski emigrant, klepał zderzaki samochodowe w zakładach Packarda. Ojciec Nevina urodził się parę przecznic obok remizy i po trzydziestu latach służby w straży pożarnej przeszedł na emeryturę. A teraz pracował tam Nevin, wraz z innymi chłopakami starając się ochronić tę dzielnicę odpadów i zamieszkujących ją ludzi przed wypalaniem do gołej ziemi.
Pauperyzacja jednych stwarza niezwykłe wręcz możliwości wzbogacenia dla innych. LeDuff pokazuje mechanizmy korupcyjne, jakie rządziły miastem, i ludzi odpowiedzialnych za polityczne zepsucie i defraudację środków publicznych. W trakcie pracy dla „The Detroit News” dziennikarz natrafił na siedem milionów dolarów przeznaczonych na potrzeby miejscowej straży pożarnej, które nigdy tam nie trafiły. Te pieniądze miały być wydane na najbardziej podstawowe rzeczy dla niszczejących remiz, ale gdzieś podczas przerzucania się papierkami forsa po prostu wyparowała. Zgodnie z papierami w jednej z takich placówek dokonano gruntownego remontu. W rzeczywistości wciąż straszyły tam popękane podłogi, nie działało ogrzewanie i zapomniano o instalacji rur, które doprowadzałyby wodę dla wozów strażackich. Inne placówki, na które przeznaczano środki, w ogóle… nie istniały: miałem dokumentację dotyczącą remizy numer dwadzieścia dwa, której na nową podłogę przyznano pół miliona dolarów. Problem polegał na tym, że pod adresem, gdzie owa remiza miała się mieścić, dziesięć lat temu znajdowała się meksykańska restauracja. Później budynek zabito deskami i zostawiono, by powoli zapadał się pod ziemię. Z kolei Szkole Służby Pożarniczej przyznano półtora miliona dolarów na budowę wieży treningowej. Tyle że pieniądze rozpłynęły się w wielkomiejskiej mgle, a wieża nigdy nie uświetniła swoim widokiem krajobrazu Detroit.
Jeśli spojrzeć szerzej na reportaż LeDuffa, jest to swoisty moralitet. Scenariusz i scenerię dla niego stworzyła nagła transformacja społeczno-gospodarcza, która zmiotła z powierzchni ziemi dużą część amerykańskiego dobrobytu dostępnego dla ludzi pracujących ciężko i fizycznie. Dla LeDuffa to także opowieść rodzinna o miejscach, których już nie ma. To, co szczegółowe i to, co oddaje tendencje ogólne dopełnia się w miejscach, gdzie przenikają się przestrzeń materialna i symboliczna: zaparkowałem samochód i nie zamknąłem go na klucz. Nie wydało mi się, żeby było to konieczne. Okolica była zupełnie opuszczona, pełna wypatroszonych skorup domów, które kiedyś zamieszkiwała klasa średnia. Ostatnim razem, gdy byłem tu z matką, te domy były jeszcze zamieszkane. Upadek nadszedł bardzo szybko. […] Czy chodziło o to, że skończyła się praca przy samochodach, czy o to, że Wall Street wyruchało klasę średnią? A może po prostu ludzie się poddali? Nie wiem.
Gdy przyjrzymy się „Detroit”/Detroit jeszcze szerzej, to zobaczymy historię o zwykłych ludziach, którzy toczą nierówną walkę z otaczających ich światem. Opowieść, którą dałoby się napisać także w Polsce, gdyby rodzime dziennikarstwo nie straciło pazura i elementarnej wrażliwości na sprawy znacznej części społeczeństwa. LeDuff ocala swoich bohaterów, ocala ich godność, ukazuje sens ich starań. I to jest dobre.
Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, tłum. Iga Noszczyk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
W czasach wielkiego kryzysu gospodarczego lat 30. powstała monumentalna książka jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. lost generation, Johna Dos Passosa. Na publikację zatytułowaną „USA” składają się trzy części: „42 równoleżnik”, „1919” i „Ciężkie pieniądze”. Książka zyskała sławę i popularność zarówno za sprawą treści, która stanowiła wnikliwą analizę USA czasów kryzysu, jak i formy. Dos Passos zastosował bowiem nowatorską w tamtych czasach narrację polifoniczną, opierając ją na czterech elementach kompozycji powieści. Są to: oko kamery rejestrujące osobiste spostrzeżenia i wrażenia autora; kronika filmowa będąca zapisem zdarzeń bieżących, ujętych w formie tytułów z gazet, fragmentów artykułów, reklam czy piosenek; biografie polityków, finansistów, uczonych, aktorów odpowiedzialnych za kształt rzeczywistości amerykańskiej; narracja fabularna opowiadająca losy autentycznych i fikcyjnych postaci reprezentujących kategorię tzw. zwykłych Amerykanów. Najobszerniejszą część książki tworzą historie dwanaściorga głównych bohaterów, które łączą się i przeplatają w całej trylogii.
Podobnego zabiegu użył amerykański dziennikarz George Packer w swojej głośnej, nagradzanej książce, wydanej w Polsce pod tytułem „Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny”. Odwołanie do trylogii Dos Passosa jest aż nadto czytelne. Mamy tu do czynienia z podobną konstrukcją: książka przedstawia zarówno historie zwykłych Amerykanów, jak i demiurgów amerykańskiego życia politycznego, gospodarczego czy kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat, wreszcie zaś – odnajdujemy sekcje, które składają się z fragmentów piosenek, programów telewizyjnych i wycinków z gazet z lat 1978–2012. Zasadnicza różnica w porównaniu z dziełem Dos Passosa jest taka, że Packer opisuje tylko historie prawdziwe, a losy bohaterów nie splatają się w jego książce na podobieństwo tych z „USA”. Ze względu na podjętą tematykę można go też bez wątpienia nazwać dłużnikiem Johna Steinbecka czy George’a Orwella, by przypomnieć choćby „Grona gniewu” czy „Drogę na molo w Wigan”.
Osią książki Packera są historie trzech postaci. Pierwszą z nich jest Dean Price, pochodzący z Karoliny Północnej wielbiciel książki prekursora „literatury osobistego sukcesu” Napoleona Hilla pt. „Think and Grow Rich” oraz przedsiębiorca tworzący sieci sklepów, stacji benzynowych, fast foodów, wreszcie zaś zapaleniec poświęcający się kwestii biopaliwa, która staje się jego prawdziwą idée fixe. Druga to Jeff Conaughton, lobbysta, prawnik, były doradca obecnego wiceprezydenta Joe Bidena, autor książki „The Payoff: Why Wall Street Always Wins”. Trzecią jest Tammy Thomas, mieszkanka miasta Youngstown w Ohio, wieloletnia pracownica przemysłu stalowego w tym mieście oraz działaczka na rzecz lokalnej społeczności. Za czwartego bohatera książki możemy uznać Petera Thiela, mimo że rozdziały mu poświęcone nie zostały zatytułowane jego nazwiskiem, a występują pod ogólnym tytułem „Dolina Krzemowa”. Jest to zresztą postać dość symptomatyczna: twórca serwisu PayPal i jeden z głównych udziałowców Facebooka, miliarder, libertarianin, dziecko boomu w Dolinie Krzemowej, wizjoner, człowiek mający świadomość, że ze światem współczesnym coś jest nie tak, zatroskany jednak cały czas o ludzkość w wymiarze globalnym, chcący zmieniać świat kompleksowo i radykalnie, snujący marzenia o nieśmiertelności i hojnie wspierający badania nad wydłużeniem ludzkiego życia, niezainteresowany natomiast zupełnie „tu i teraz”, które zdaje się dla wizjonera jego pokroju czymś zbyt trywialnym i mało pociągającym. Obok nich w książce przewijają się historie innych zwykłych Amerykanów (rodzina Hartzellów), a także wpływowych postaci amerykańskiego establishmentu czy celebrytów, jak np. Newt Gingrich, Colin Powell, Robert Rubin, Elizabeth Warren, Oprah Winfery, Jay Z, Raymond Carver, Sam Walton czy Andrew Breitbart.
Opowieść Packera rozpoczyna się w 1978 r., w momencie, gdy amerykańskie wartości zostały, jego zdaniem, podważone i zaczęły być sukcesywnie niszczone przez turbokapitalizm nastawiony na jak największy zysk. Proces ten zapoczątkował powiększające się w oszałamiającym tempie dysproporcje między garstką nieprzyzwoicie bogatych a masami wpędzanymi w coraz większe ubóstwo. Opisywane czasy to lata zamrożenia płac klasy średniej, coraz szybciej rosnących nierówności oraz zerwania niepisanej umowy obowiązującej w krajach wysokorozwiniętych po II wojnie światowej, w myśl której każdy obywatel tych społeczeństw winien mieć godną płacę pozwalająca na utrzymanie. Ameryka upodabniała się wówczas do Wal-Martu: Zrobiła się oszczędna. Ceny i płace były niższe. Zmalała liczba miejsc pracy w fabrykach, w których działały związki zawodowe, a wzrosła – niepełnych etatów na takich stanowiskach jak witający gości. Małe miasteczka, które wyniosły pana Sama, stawały się coraz uboższe, co oznaczało, że konsumenci byli coraz bardziej uzależnieni od „codziennie niskich cen”, robili wszystkie zakupy w Wal-Marcie, a może nawet musieli w nim pracować. A w tych częściach Ameryki, które się bogaciły, na wybrzeżach i w niektórych wielkich miastach, wielu klientów z przerażeniem patrzyło na Wal-Mart oraz jego wielkie regały pełne tandetnych, jeśli nawet nie niebezpiecznych towarów „made in China”, i kupowało buty oraz mięso w drogich sklepach, jakby to, że przepłacają, mogło zaszczepić ich przed rozprzestrzeniającą się taniochą.
Packer kreśli portret Ameryki ostatnich kilkudziesięciu lat w sposób mistrzowski. Trzeba przyznać, że nie ucieka się do tanich sztuczek, które co rusz chwytałyby czytelnika za serce, nie znajdziemy u niego śladów – charakterystycznej zwłaszcza dla amerykańskiej produkcji filmowej – cukierkowatości, egzaltacji i sentymentalizmu. Brak również w tych historiach happy endu czy krzepiących przykładów, autor nie próbuje też wprawić czytelnika w lepszy humor poprzez dawanie nadziei, że idzie ku lepszemu, że pierwsze jaskółki przemian zaczynają być widoczne. Zarysowuje przykłady działań przynoszących określone efekty, pokazuje, że przeciwstawienie się tym negatywnym zjawiskom, które opisuje i piętnuje, bywa czasami możliwe, ale nie wyciąga z tego żadnych ogólnych optymistycznych wniosków. Nie stawia ich za wzór uniwersalnej metody, która sprawdza się i w związku z tym winna być powszechnie stosowana. Stara się też nie ferować wyroków. Z dystansem, niejako z zewnątrz i chłodnym okiem portretuje swoich bohaterów, w dużej mierze pozostawiając czytelnika z zadaniem wyciągnięcia samodzielnych wniosków i dając tylko pewne sugestie co do tego, jakie są przyczyny kryzysu i co z USA jest nie tak. Nie spina też książki i historii w niej przedstawionych bardziej ogólnymi refleksjami, co w moim odczuciu stanowi akurat pewną słabość, choć zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być to atutem. Jednostkowe historie mogą stanowić egzemplifikację szerszych zjawisk, ale nie zawsze wiemy, na ile są one wynikiem uwarunkowań systemowych, na ile zaś jedynie indywidualnych decyzji poszczególnych jednostek, ich błędów i słabości.
Czytelnikowi nie do końca wyrobionemu trudno jednoznacznie stwierdzić, czy osoby, o których pisze Packer, to niewinne ofiary, czy też ludzie, których uwiodła bajka o możliwości nieustannego i przybierającego monstrualne rozmiary konsumowania. W książce pojawiają się bowiem ludzie, którzy przyjęli pewien styl życia oparty na hiperkonsumpcji, ale poczuli się oszukani, gdy okazało się, że jego kontynuowanie nie jest możliwe, że obietnice, którymi ich zwodzono, nie zostaną spełnione. Czy jednak prowadzi ich to do refleksji nad fałszem paradygmatu, któremu pozwolili się omamić? Czy też raczej ich rozgoryczenie to konsekwencja wyłącznie tego, że życie ponad stan okazało się nazbyt kosztowne i nie jest już dłużej możliwe? Czytelnik w pewnym momencie orientuje się, że trudno jednoznacznie współczuć ludziom, których historie zostały opisane przez Packera – dorabiającym post factum pokrętną ideologię do wcześniejszych działań, głosującym ewidentnie wbrew własnym interesom, wegetującym w jakimś makabrycznym stuporze – z którego wyrywa ich dopiero groźba odcięcia kablówki, utraty Internetu lub odebrania kuponów na żywność – czy tracącym dorobek życia na spekulacjach nieruchomościami i za sprawą inwestycji w piramidy finansowe obiecujące natychmiastowy zysk itp.
Z drugiej strony nie można zapominać, że w dużej mierze są to ludzie wykluczeni, stłamszeni, złamani, zbędni i zrezygnowani, niemający już sił. Wykluczenie zaś, jak wiemy, utrudnia jednostce pełnienie określonych ról społecznych, korzystanie z dóbr publicznych, infrastruktury społecznej (rynku konsumpcji, pracy, szkolnictwa, pomocy społecznej, służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości itp.), praw politycznych czy gromadzenie zasobów. W literaturze naukowej używane jest pojęcie underclass wprowadzone przez szwedzkiego ekonomistę Gunnara Myrdala, który zaliczył do niej jednostki żyjące w bardzo złej sytuacji materialnej i zarazem dotknięte marginalizacją w ramach struktury społecznej. Ralf Dahrendorf wyodrębnił cechy charakterystyczne członków underclass: niskie zarobki, bezrobocie, brak kwalifikacji, zależność od opieki społecznej, dezorganizacja rodziny, skłonności do zachowań aberracyjnych. Zjawisko to ma swoje skutki długotrwałe, przekładające się na pozycję i status przyszłych pokoleń. Mamy więc do czynienia z utrwalaniem i dziedziczeniem wykluczenia społecznego – kolejne pokolenia mają zazwyczaj minimalne szanse poprawy swojej sytuacji i jej przezwyciężenia. Prawie każda z postaci przedstawionych przez Packera jest poniekąd tragiczna. Wszystkie zostały wciągnięte przez bezosobowe procesy gospodarcze, których zazwyczaj nie mogą zrozumieć, więc popadają w stan coraz większej dezorientacji i zagubienia w otaczającym świecie. Są to bez wyjątku osoby odczuwające tragiczny dysonans między otaczającą je rzeczywistością a hasłami, zaklęciami, ideami, które nieustannie są im podawane jako immanentny składnik amerykańskiej mitologii. Packer pokazuje, że ludzie ci zostali całkowicie zostawieni sami sobie – nie tylko nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc, ale w dodatku wszelkie podejmowane przez nich próby wydobycia się z tragicznej sytuacji napotykają na przeszkody, a oni sami na powrót są spychani przez bezduszną machinę finansowo-urzędniczą na pozycje outsiderów.
Chciwość jest dobra – mówił Gordon Gekko, bohater filmu „Wall Street” Olivera Stone’a. Packer kwestionuje tę opinię, pokazując do jakiego spustoszenia prowadzą nieokiełznana żądza zysku i niepohamowana zachłanność. Autor unika taniej agitacji, książka nie jest bowiem oskarżeniem pod adresem tej czy innej partii, polityków, menedżerów czy przedsiębiorców. Nie ucieka się do łatwych, acz powierzchownych konstatacji, wskazując raczej na chorobę Ameryki jako takiej. USA jawią się jako kraj bez nadziei, pełen ludzi przegranych i wypalonych. Nawet ci, którzy dorobili się miliardowych fortun, sprawiają wrażenie niezaspokojonych, sfrustrowanych lub pełnych lęku. Obraz ten przywodzi na myśl społeczeństwo Dobuańczyków opisane przez Ruth Benedict we „Wzorach kultury”: społeczność, w której lęk i poczucie zagrożenia były zasadą przenikającą wszystkie sfery życia. Benedict pisała o istniejącej pomiędzy mieszkańcami Dobu nieustannej podstępnej i ukrytej rywalizacji. Cała ich egzystencja była wręcz walką na noże, każdą korzyść uzyskiwało się kosztem pokonanego rywala, a za człowieka dobrego, takiego, któremu się powiodło, uważany był ten, który cichcem wysadził drugiego z siodła. Packer, opisując jedną z postaci, podkreśla: Matta najbardziej przygnębiało to, że w Ameryce zapanowała żądza pieniądza, że chodziło o osiągnięcie jak najwyższych zysków za jak najniższą cenę. Każdy myślał tylko o sobie i nie chciał nikomu pomóc. Lobbyści, politycy – wszyscy byli skorumpowani, żerowali na tych, którzy mieli najmniej. Ta erozja myślenia wspólnotowego, rozpad społeczeństwa, atrofia więzi międzyludzkich – wynikające z lansowania myślenia w kategoriach egoistycznych, nakierowania na jednostkowy prywatny, indywidualny sukces bez oglądania się na innych – to kolejny leitmotiv recenzowanej książki.
Za pewien mankament „Kryzysu wolnego rynku?” można uznać fakt, że zbyt mało wyraźnie uwypukla zmiany systemowe, które dokonały się w USA na przestrzeni ostatnich dekad. Szkoda, że autor nie próbuje jasno i wyraźnie wskazać na wydarzenia i przemiany, które w największym stopniu przyczyniły się do katastrofalnego stanu rzeczy, wyłaniającego się z kart jego dzieła. Wydaje się, że książce nie zaszkodziłyby krótkie rozdziały dotyczące kwestii bardziej ogólnych, zarysowujące tło dla tych jednostkowych historii, wskazujące na tendencje dominujące w kolejnych okresach opisywanych przez autora. Co prawda nie jest ona pozbawiona całkowicie tego rodzaju informacji i odniesień, są one jednak dość rozproszone.
Kilkakrotnie jako przykład rozmontowywania amerykańskiego systemu podaje Packer choćby zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, wprowadzonej w 1933 r. przez Franklina D. Roosevelta w celu stworzenia bariery między bankami inwestycyjnymi a komercyjnymi i uniemożliwienia im angażowania się w praktyki spekulacyjne. Na skutek lobbingu m.in. Alana Greenspana czy Roberta Rubina, bohatera jednego z rozdziałów książki Packera, w 1999 r. Glass-Steagall Act został uchylony. Deregulacja systemu finansowego, która dokonała się w tamtym czasie, spowodowała, że zyski sektora finansowego zaczęły błyskawicznie rosnąć, przewyższając w szybkim tempie te osiągane przez pozostałe sektory gospodarki. Nawet tego rodzaju amerykańskie firmy-symbole, jak General Electric, General Motors czy Ford osiągały na początku XXI w. większość swoich zysków z aktywności na rynkach finansowych, a nie dzięki działalności produkcyjnej, która była systematycznie ograniczana. W książce zarysowano proces rosnących lawinowo nierówności, jednak trudno zorientować się co do skali, jaką począwszy od lat 70. przybiera to zjawisko. Tymczasem, jak podaje Ha-Joon Chang, o ile wynagrodzenie dyrektora generalnego w USA w latach 60. i 70. było 30–40 razy wyższe niż dochody pracownika, o tyle na początku XXI w. już 300–400 razy wyższe. Jednocześnie przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy pomiędzy 1973 r. a 2007 zwiększyło się z 18,9 do 21,34 dolarów, co oznacza zaledwie 13-procentowy wzrost w ciągu 33 lat.
W rezultacie znakomita większość amerykańskiego społeczeństwa mogła stać się beneficjentami tego rzekomego dobrobytu i pozornie niekończącego boomu jedynie dzięki zadłużaniu się na niespotykaną dotąd skalę. Thomas Piketty podkreśla, że po najbardziej egalitarnej epoce w USA, którą był okres od lat 50. do 70. XX w., mamy do czynienia z eksplozją nierówności dochodów na bezprecedensową skalę, a jej efektem jest zwiększenie udziału najwyższego decyla z poziomu 30–35% dochodu narodowego na początku lat 70. do 45–50% na początku XXI w., przy czym udział najbogatszego 1% populacji wzrósł z 9% dochodu narodowego do 20%. Jeśli zaś skumulujemy całkowity wzrost gospodarki amerykańskiej z lat 1977–2007, to okazuje się, że 10% najbogatszych przejęło trzy czwarte tego wzrostu, w tym 1% najbogatszych – aż 60%. Ta bezprecedensowa zwyżka nierówności płac, pojawienie się superwynagrodzeń na szczycie hierarchii płacowej to, jego zdaniem, jedna z przyczyn kryzysu finansowego z 2008 r., o czym świadczy chociażby fakt, iż udział najwyższego decyla w amerykańskim dochodzie narodowym osiągnął dwa absolutne szczyty w 1928 r. oraz w 2007, co nie może być przypadkiem. Co więcej, Piketty wskazuje, że pomimo kryzysu tendencje te nie uległy odwróceniu i zwyżka ta trwa. Nie dość, że menedżerowie zarabiają nieproporcjonalnie dużo, to nie ponoszą oni praktycznie żadnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje i nie są karani za złe zarządzanie.
Przykład Roberta Rubina, przedstawiony w książce Packera, jest tutaj aż nadto wymowny. Rubin, pełniący do 1999 r. obowiązki Sekretarza Skarbu w gabinecie Billa Clintona, następnie zaś stojący na czele Citigroup, jedynego banku, którego nacjonalizację rząd USA brał poważnie pod uwagę w związku ze stratami wynoszącymi w momencie rozpoczęcia kryzysu finansowego 65 mld dolarów, nie miał sobie nic do zarzucenia. Okazało się, że wbrew opinii przewodniczącego Komisji Śledczej do Spraw Kryzysu Finansowego, Philipa Angelidesa, przed którą Rubin zeznawał, pobierane przez niego wynagrodzenie w wysokości 15 mln dolarów rocznie nie musi wiązać się z jakąkolwiek odpowiedzialnością. Gdy więc coś idzie nie tak – jak w przypadku kryzysu z 2008 r. – to podatnicy zostają zmuszeni do wykupienia czy wspomożenia upadających firm, podczas gdy menedżerowie, którzy doprowadzili do ich upadku, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Wszystko to w myśl spiżowego prawa współczesnego neoliberalizmu, nakazującego prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat.
Na przykładzie miasta Tampa na Florydzie możemy też obserwować spustoszenie wywołane za sprawą masowego udzielania tzw. kredytów subprime (wysokiego ryzyka). Trzeba jednak jasno powiedzieć, że wśród ofiar tej polityki kredytowej odnajdujemy różne osoby. Jedni, jak Usha Patel, chcąc zrealizować swoją American way of life, inwestują oszczędności całego życia i zapożyczają się w celu uruchomienia własnego interesu, inni to niewątpliwie ludzie zwiedzeni przez szaleńczy konsumpcjonizm, pragnący większego, bardziej komfortowego domu, choć ewidentnie ich na to nie stać. Jeszcze inni to spekulanci przekonani, że odnaleźli Świętego Graala biznesu i w związku z tym nastawieni na szybkie i krociowe zyski z handlu nieruchomościami, których ceny w tamtym czasie gwałtownie rosły: U szczytu szaleństwa, czyli w 2005 roku, 29 grudnia w Fort Mayers sprzedano dom za trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy sześćset, a 30 grudnia – za pięćset osiemdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dolarów. Liczba kredytów subprime lawinowo zwiększała się: o ile na początku lat 90. stanowiły one 10% rynku kredytów hipotecznych, to 10 lat później – już 80%. Wpływ na to miały zarówno zielone światło, które tego typu kredyty uzyskały od rządu (hasło Clintona: „Własny dom dla każdego Amerykanina”), jak i rozwój pośrednictwa finansowego. Pośrednicy finansowi, wynagradzani prowizyjnie od liczby sprzedanych kredytów, byli zainteresowani ich mnożeniem, a nie jakością. Wkrótce jednak, gdy stopy procentowe – wcześniej sztucznie utrzymywane na niskim poziomie – poszły w górę, okazało się, że większość dłużników ma problemy ze spłacaniem kredytów. W tym samym czasie ceny domów zaczęły spadać, natomiast banki rozpoczęły przejmowanie obciążonych nieruchomości i wystawianie ich na sprzedaż.
W ten sposób wiele osób zostało z dnia na dzień wepchniętych w spiralę zadłużenia, z którym nie mogły sobie poradzić. Co więcej, stało się jasne, że nikt oprócz nich nie jest zainteresowany tym, czy sprostają problemowi. Wyjątkowo perfidna okazało się polityka banków i instytucji finansowych, które z premedytacją niszczyły ludzi, aby odzyskać zainwestowane pieniądze. Tyle było tych spraw, a Sąd Najwyższy wywierał tak silną presję, aby szybko je rozpatrywać, że jeden starszy sędzia, mniej więcej siedemdziesięciopięcioletni, prowadził ich jednocześnie trzy tysiące. Pewnego grudniowego przedpołudnia na wokandzie sądu hrabstwa Hillsborough było sześćdziesiąt rozpraw; zaczynały się o dziewiątej rano od sprawy National City Mortgage przeciwko Christopherowi Meierowi, a kończyły się o dwunastej sprawą Chase Home Finance przeciwko Wiliamowi Martensowi. Na każdą z nich przypadały trzy minuty, a często sprawiedliwość wymierzano w jeszcze krótszym czasie. Po lunchu, zaczynając o pierwszej trzydzieści od sprawy Wells Fargo Bank przeciwko Stephanie Besser, a kończąc o piątej sprawą Deutsche Bank przeciwko Raymondowi Lucasowi, sędzia rozpatrywał sześćdziesiąt pozwów. Jeśli pani Besser albo pan Lucas byli reprezentowani przez adwokata, „szybka wokanda” – tak to nazywano – zwalniała i nie realizowano planu. Ale najgorzej, jeśli pani Besser albo pan Lucas stawiali się osobiście, bo wtedy sąd stykał się z ludzkim aspektem sprawy, widział zniekształconą niepokojem twarz wobec groźby utraty domu i całej procedurze towarzyszyło zakłopotanie, jakby na salę, w której lekarze omawiali przypadek śmiertelnie chorej pacjentki, weszła ona sama. Wtedy sędzia mógł zadać ostrzejsze pytanie przedstawicielowi powoda, ale na szczęście takie sytuacje nie zdarzały się prawie nigdy. Większość spraw przebiegała bez sprzeciwu, wyłącznie z udziałem prawnika reprezentującego bank. Banki permanentnie zwodziły i zastraszały klientów, nie odpowiadały na telefony, okłamywały ich tak, że gdy przychodził czas rozprawy, większość pozwanych nie miała już siły walczyć, poddawała się i sprawa odbywała się błyskawicznie pod ich nieobecność. Jak zauważyła jedna z bohaterek książki Packera, Sylvia Landis: Więcej czasu, niż dostali ci ludzie, którzy przecież tracili domy, spędzam przy okienku w McDonaldzie dla zmotoryzowanych.
Jedną z ulubionych książek miliardera z Doliny Krzemowej, Petera Thiela, jest wydana w 1967 r. „Le Défi Américain” francuskiego dziennikarza i polityka Jeana-Jacquesa Servana-Schreibera. Została w niej zarysowana wizja postindustrialnej utopii istniejącej w USA około 2000 r. Servan-Schreiber uważał, że dysproporcje między dochodami ludzi zaczną się wyrównywać, a komputery wyzwolą ludzi, którym wystarczy praca 4 dni w tygodniu po 7 godzin dziennie. Można zapytać, co potoczyło się nie tak: era informatyczna, przewidywana przez francuskiego dziennikarza, faktycznie nastała. Ale utopia, która wraz z nią miała zostać zrealizowana – nie zaistniała. W jakim kierunku poszedł rozwój gospodarek i w ogóle świata Zachodu w ostatnich kilkudziesięciu latach? Czy mieliśmy do czynienia ze spojrzeniem na gospodarkę z założeniem, że człowiek cokolwiek znaczy? Czy rewolucja teleinformatyczna stanowiła rzeczywiście taki przełom, że możemy mówić o erze postindustrialnej? Coraz więcej ekonomistów podważa dziś paradygmat świata postindustrialnego, podkreślając, że lekceważenie sektora wytwórczego było jedną z przyczyn współczesnego kryzysu gospodarczego i per saldo nie wyszło na dobre państwom wysoko rozwiniętym. Ha-Joon Chang ukuł słynny przykład, mówiący, że o wiele większą rewolucją niż Internet była pralka, która – redukując ilość wysiłku potrzebnego do utrzymania domu – pozwoliła kobietom wejść na rynek pracy.
Motyw ten przewija się również w książce Packera. Samochody, pociągi i samoloty nie były teraz wiele lepsze niż w 1973 roku. Rosnące ceny paliwa i żywności świadczyły o całkowitej porażce w rozwoju technologii energetycznej i rolniczej. Komputeryzacja nie stworzyła wystarczająco dużo miejsc pracy, żeby utrzymać klasę średnią, nie spowodowała rewolucyjnych zmian w produkcji i wydajności ani nie przyczyniła się do podniesienia poziomu życia we wszystkich klasach. Wszystko to spowodowało, jak konstatował Thiel, że Amerykanie przestali już po prostu wierzyć w przyszłość i liczyć, że coś dobrego może im ona przynieść.
Trudno powiedzieć, czy Packer wierzy w przyszłość, nie daje bowiem żadnych gotowych recept, nie wskazuje dróg wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się Ameryka, nie przesądza, za sprawą jakich działań mogłoby się dokonać uzdrowienie kraju. Wydaje się jednak, że mimo wszystko wierzy w Amerykanów i stara się odnajdywać wśród nich postaci, które – nie bacząc na piętrzące się przeciwności losu – zachowały i kultywują w sobie niemodne już ideały, jakie kiedyś dominowały w tym kraju. Mówi nam, że Ameryka to nie tylko Wall Street, celebryci i politycy z pierwszych stron gazet, że życie jest gdzie indziej, że tzw. amerykańskie wartości, sukcesywnie spychane na margines lub groteskowo wykoślawiane, ciągle jednak tlą się tu i ówdzie, mają nadal wyznawców i apostołów oraz ogromną siłę oddziaływania, a ich odrodzenie jest warunkiem wstępnym uzdrowienia amerykańskich realiów.
Uwagi, obserwacje i ostrzeżenia Packera, o czym warto pamiętać, nie odnoszą się jednak tylko do Ameryki. Nie można udawać, że problemy przez niego opisane nie dotyczą społeczeństw Starego Świata. Również i Europa boryka się z podobnymi trudnościami, na które jak na razie nie potrafi znaleźć skutecznego remedium. W Starym Testamencie opisana została instytucja roku jubileuszowego, obchodzonego przez Żydów co 50 lat. Za jego sprawą była przywracana naturalna homeostaza: długi umarzano, ziemia wracała do pierwotnych właścicieli, niewolników uwalniano. Można powiedzieć, że było to ówczesne prawo antymonopolowe zapobiegające procesom koncentracji majątku i władzy. W czasach współczesnych nie znamy tego rodzaju instytucji – a szkoda. Jednak fakt, że okres od końca II wojny światowej do lat 70. uznawany jest za czas względnego egalitaryzmu, świadczyć może o tym, iż taką rolę jak starotestamentowy rok jubileuszowy spełniła poniekąd wojna. Miejmy nadzieję, że nie będą potrzebne podobne wydarzenia, aby współczesne dysproporcje majątkowe zostały zniwelowane.
George Packer, Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny, tłum. Magdalena Słysz, Świat Książki, Warszawa 2015.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015, Wywiad - kwartalnik
– 28 grudnia 1895 r. w Salonie Indyjskim Grand Café w Paryżu bracia Lumière pokazali publiczności „Wyjście robotników z fabryki”. To początek kina, także filmu dokumentalnego. Zaczęło się od 48-sekundowego obrazu. 110 lat później na ekrany wszedł ponad dwugodzinny obraz „Śmierć człowieka pracy” Michaela Glawoggera, do którego zdjęcia autor kręcił w Ukrainie, Niemczech, Indonezji, Nigerii. Film dokumentalny ma się w naszych czasach o wiele lepiej niż klasa robotnicza.
– Artur Liebhart: Nie tylko bracia Lumière w tamtym czasie nagrywali pierwsze filmy. Byli też inni pionierzy kina, z Niemiec i Belgii, korzystający z własnych technologii, którzy na bohatera zbiorowego wybrali klasę robotniczą, ludzi wychodzących z fabryk. Glawogger po latach stwierdzał, że w naszym kręgu kulturowo-ekonomicznym klasa robotnicza zanika. Dla kontrastu: w 2005 roku film dokumentalny nabierał rozpędu. Twórcy byli w stanie, mówiąc językiem rachunku finansowego, od którego nie da się uciec także w tej branży, zdobyć znaczne fundusze na duże projekty z instytutów filmowych czy od różnych organizacji finansujących szeroko rozumianą sztukę.
Te czasy już minęły. Nawet największym twórcom kina dokumentalnego nie jest łatwo zdobyć pieniądze na projekty tworzone z rozmachem. A ci, którzy wciąż je dostają, muszą płacić cenę niezależności. Podam dwa przykłady. Wybitni twórcy, Werner Herzog i Wiktor Kossakowski, pracują obecnie nad wielkimi projektami filmowymi, które są na miarę ich ego i ambicji artystycznych. Otrzymali potrzebne pieniądze od olbrzymich organizacji medialnych, które postawiły warunek, że to one będą całkowicie kontrolować dystrybucję filmów na całym świecie. To oznacza, że tych obrazów najprawdopodobniej w ogóle nie zobaczymy w kinach. Zwykłemu widzowi pozostanie ekran laptopa, ewentualnie monitor telewizora.
Możni medialnego świata dostrzegli potencjał w filmie dokumentalnym, tym robionym z rozmachem przez głośne nazwiska. Próbują go zagarniać do swoich celów marketingowych, zrobić produkt ekskluzywny, na wyłączność, rozpowszechniany tylko za pośrednictwem VOD, czyli płatnego udostępniania treści multimedialnych. To bardzo zła praktyka. Niestety, w tę stronę ewoluuje cały świat medialny. To powoduje, że producenci nie chcą pokazywać filmów dokumentalnych na festiwalach czy publiczności w kinie. Liczą się abonament i zarobek.
– Czytałem niedawno wywiad z Joe NeCastro, dyrektorem do spraw rozwoju w Scripps Networks Interactive, zrobiony tuż po tym, jak ta firma sfinalizowała przejęcie TVN. Uderzał skrajnie zekonomizowany język opisu mediów.
– Nie ma dziś „przestrzeni mentalnej” na mówienie o czym innym. A nawet gdyby ktoś zaryzykował opis tego biznesu w innym świetle, najprawdopodobniej osoby odpowiedzialne w zarządzie choćby za kwestie PR-u uznałyby go za szaleńca.
– Gdy w 2012 r. po raz pierwszy byłem na festiwalu Planete+ Doc Film Festival, postrzegałem film dokumentalny jako rzecz nieco archaiczną. Po kilku dniach wyszedłem z Kinoteki zachwycony. Zobaczyłem m.in. „Projekt NIM” Jamesa Marsha, „Niech żyją Antypody!” Wiktora Kossakowskiego, „Chwała dziwkom” Michela Glawoggera, „Wodne dzieci” Aliony van der Horst. Miałem przed sobą cały świat. Potrafisz ująć różnorodność filmu dokumentalnego w kategorie, pokazać trendy jego rozwoju?
– Można się o to pokusić, choć film dokumentalny bardzo szybko się zmienia. Co kilka lat pojawia się obraz, który bardzo trudno zaklasyfikować. Filmoznawcy próbują oczywiście ująć ten świat w kategorie.
Moim zdaniem w naszych czasach na dalsze kierunki rozwoju filmu dokumentalnego ma wpływ rzecz tak trywialna, jak jego format. Albo film jest robiony dla telewizji i ma 55–60 minut, albo jego autor ma środki i zaufanie osób finansujących produkcję i wtedy to rzecz pełnometrażowa. To bardzo ważna sprawa, bo pozwala wykroczyć choćby poza zawężającą perspektywę ukazywania świata: krótkie pytanie, krótka odpowiedź. Wtedy dopiero widzimy film dokumentalny w jego bogactwie.
– I co się na nie składa?
– Mamy cinéma vérité, czyli film obserwacyjny. To „czysty dokument”, który polega na rejestracji rzeczywistości: reżyser stawia kamerę i idzie na piwo [śmiech].
Herzog jest krytykiem tego stylu, mówi: „bądźcie reżyserami, a nie muchami na ścianie”. Jego zdaniem twórcy muszą współtworzyć filmowe sytuacje, żeby „zagęszczać rzeczywistość”, odsuwać kotarę banalnej codzienności i ukazywać prawdziwe energie, które tworzą świat, rządzą nim lub na niego istotnie wpływają. Herzogowski styl powoli wygrywa w tej dziedzinie.
Inne filmy, w których lubują się głównie reżyserzy z krajów germanofońskich, to travelogi. To produkcje które pokazują jakiś temat, widziany z perspektywy różnych części świata, „filmy globalne”. Bardzo często opierają się one na zanegowaniu pozornych oczywistości funkcjonujących w danej kulturze. Można je traktować jako wyzwanie intelektualne i emocjonalne dla nieco bardziej wymagającej widowni. Za przykład niech posłużą obrazy Glawoggera. Jego „Megamiasta” z 1998 r. to jeden z pierwszych dużych, pełnometrażowych filmów dokumentalnych zrobionych jak fabuła, mocno zagęszczających rzeczywistość. Glawogger pokazał w nim Moskwę, Meksyk, Mumbaj, Nowy Jork. Na identycznym schemacie oparte są jego „Śmierć człowieka pracy” czy „Chwała dziwkom”, rzecz pokazująca realia prostytucji w różnych kręgach kulturowych współczesnego świata.
Są też filmy, które nazywam intymnymi. To długie dokumenty, które najczęściej są kręcone na bardzo długich planach, chcą nam pokazać prywatność bohaterów w sposób niemal namacalny.
I są filmy dokumentalne, które „chcą coś załatwić”, realizowane zarówno w formacie telewizyjnym, jak i pełnometrażowym. Bardzo rzadko są udane, często – przeciętne. Najczęściej to produkcje pokazujące różne zjawiska społeczne w sposób bardzo dydaktyczny. Najlepsze kino tego gatunku to takie, które pozwala nam myśleć i oglądać świat.
– Nie lubisz dydaktyki w filmie dokumentalnym?
– Problem raczej w tym, że ludzie przesiąknięci neoliberalnymi sposobami opisu świata odbierają kino z mocną tezą jako propagandę. Nie radzą sobie z mocno postawionymi tezami odmiennymi od poglądów, które uznają za oczywiste.
To wyraźny problem polskiego filmu dokumentalnego. U nas nie powstaje szerzej rozumiane kino polityczne. Owszem, doszliśmy do takiego etapu, że powstają w Polsce filmy o komunizmie. Robi się je dobrze, czasem nawet bardzo dobrze. To filmy naprawdę głębokie, które nie zestarzeją się i za sto lat. Na uwagę zasługuje kino Macieja Drygasa, który z absolutną konsekwencją tworzył oparte o archiwa filmy poświęcone czasom PRL. Ale niemal wszystko, co powstało w polskim dokumencie po 1989 r. i odnosiło się do nowych realiów, jest silnie naznaczone cenzurą wewnętrzną. Owszem, są wyjątki, np. „Balcerowicz. Gra o wszystko” Andrzeja Fidyka. To dobrze zrobiony film–pamflet. Z kolei „Bar na Wiktorii” Leszka Dawida to chyba jedyny znany mi film dokumentalny, który był na tyle delikatny, że mógł powstać, a dziś jego ranga rośnie. To tytuł, który pokazuje pierwszą falę emigracji Polaków do Anglii po akcesji do Unii Europejskiej. Stawia pytanie choćby o to, kim byli ludzie wyjeżdżający wówczas z kraju.
– Czy problem polega na tym, że nie stworzono u nas odpowiedniego języka filmowego do analizowania rzeczywistości czasów transformacji?
– Odwołam się do konkretnego przykładu. W 1997 r. ukazał się film dokumentalny Ewy Borzęckiej „Arizona”. To bardzo mocny film o końcu PGR-ów. Autorka weszła w tamten świat, ale nie spojrzała na niego szerzej. Pokazała widzom pijanych chłoporobotników, ale nie pokazała przyczyn ich demoralizacji i rozpaczy. Miała wielką szansę na zrobienie filmu wybitnego. Zrobiła film, który zdeterminował opis rzeczywistości. Mało kto od tamtej pory odważył się na pokazanie Polski-w-procesie: mam wrażenie, że przestraszyli się i twórcy, i potencjalni dysponenci środków finansowych.
Owszem, mamy filmy o nędzy, pokazujące biedne podwórka, szpitalne historie schorowanych ludzi. To jednak są obrazy o wykluczonych, lecz nie o tym, dlaczego ludzie są wykluczeni. Na to pierwsze ewentualnie można u nas zdobyć pieniądze. Ale brak nam sztuki kręcenia filmu dokumentalnego, który pomógłby Polakom zrozumieć, co się dzieje dookoła.
– W jednym z wywiadu wspominałeś, że film dokumentalny stał ci się bardzo bliski w czasie studiów na Wydziale Nauk Politycznych i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jakie obrazy oglądałeś? Jacy twórcy cię interesowali?
– Byłem wtedy pod wielkim wrażeniem kina dokumentalnego Krzysztofa Kieślowskiego, „czarnej serii polskiego dokumentu”, twórczości Wojciecha Wiszniewskiego. To były filmy, które mnie poraziły. Zacząłem szukać także zagranicznego filmu dokumentalnego. W wakacje jeździłem do Francji na winobranie, to były lata 80. XX w. Zacząłem tam szperać po księgarniach, bibliotekach, kupować filmy na kasetach VHS. Bardzo słabo znałem francuski, ale naprawdę byłem zafascynowany. Wtedy po raz pierwszy oglądałem filmy Raymonda Depardona. Na festiwalu, który mam zaszczyt prowadzić, pierwszą pokazaną przez nas retrospektywą były jego filmy… Depardon był nieledwie moim przewodnikiem po tym, czym może być film dokumentalny, jakim może być obrazem świata, relacji społecznych. Pamiętam bardzo dobrze jego filmy o rozprawie sądowej czy pogotowiu ratunkowym.
Wrócę jeszcze do Kieślowskiego. Rozczarował mnie, gdy odszedł od filmu dokumentalnego, podając powody niby-etyczne: że nie chce pokazywać czyjegoś cierpienia. Stwierdził, że film dokumentalny wyczerpał możliwości pokazywania świata. Uważam, że nasz wielki mistrz był w błędzie. To, co dotyczyło jego własnej drogi, podał jako uniwersalną prawdę.
– Gdy trzy lata temu przeprowadzałem z Tobą wywiad, mówiłeś: „polscy dokumentaliści lat 80. i 90. stracili strasznie dużo tematów. Nie powstał film dokumentalny o Kwaśniewskim. Nie powstał dokument o Lepperze. Nie powstał choćby duży, kręcony cztery, pięć lat film o Stadionie Dziesięciolecia, w którym można by pokazać nową klasę ekonomiczną w Polsce, która od łóżek polowych przez szczęki weszła do większego biznesu. To by mogły być filmy, do których pokolenia by nawiązywały”. Coś się w tym względzie zmieniło/zmienia na lepsze?
– Moim zdaniem nic się nie zmieniło. Doszły za to kolejne tematy. Można by nakręcić interesujący film dokumentalny pod tytułem „Polskie drogi”, którego bohaterem mógłby być mały podwykonawca jednej z polskich dróg ekspresowych czy autostrad, jego życie, praca, bankructwo. To się aż prosi o pokazanie. Tym bardziej, że trudno pojąć, dlaczego kilometr polskiej drogi jest droższy niż kilometr szwajcarskiej, gdy Szwajcaria ma bardzo górzysty teren i zdecydowanie trudniej wybudować tam autostrady. I nieco podobny temat: jak to jest, że kraje zachodnie wciąż inwestują w lokalne sieci kolejowe, w powszechny i dostępny transport pasażerski, a nasze władze nie są tym zainteresowane. Ten temat ściśle wiąże się z innymi: oszczędzaniem energii, mobilnością społeczną. Komunikacja zbiorowa jest przecież priorytetem innych krajów Unii Europejskiej – u nas to kompletnie leży.
To się wiąże z jeszcze jedną sprawą: brakuje nam filmów, które pokazywałyby procesy związane z transformacją, zachodzącymi w ciągu dekad przemianami kulturowymi, obyczajowymi, rynkowymi. Dla kontrastu, Helena Třeštíková, czeska dokumentalistka, ponad dwadzieścia lat temu zaczęła pracę nad kilkoma filmami równocześnie. Co dwa, trzy lata kończy któryś z projektów i pokazuje efekty. Zrobiła choćby film „René” o narkomanie, który zaczęła kręcić jeszcze pod koniec lat 80. XX w. A ostatnio pokazała film „Prywatny wszechświat” o małej, zwykłej czeskiej rodzinie. Obraz zaczyna się od historii kobiety i mężczyzny, którzy pobrali się pod koniec lat 80. i doprowadzony jest do 2013 roku, gdy ich syn wyjeżdża do Hiszpanii, żeni się tam, układa sobie życie. Třeštíková pokazała ludzki wszechświat jak w soczewce: zaczęła od małej czeskiej stabilizacji, która rozpadła się z początkiem lat 90., pokazała załamywanie się więzi rodzinnych po 1990 roku, perypetie zwykłego życia… Znakomity film, pokazujemy go w ramach Akademii Dokumentalnej.
W tym roku pokazywaliśmy na festiwalu obraz Nicolasa Geyrhaltera kręcony przez piętnaście lat, opowiadający o niewielkiej miejscowości na pograniczu Austrii i Czech. Punktem odniesienia jest tamtejsza mała fabryczka, zakład tekstylny, który funkcjonował od XIX w. i został zamknięty na początku XXI wieku. Takiego filmu brakuje mi w Polsce, takiej szerokiej perspektywy.
Zupełnie zgubiliśmy w sobie chęć pamiętania. Przelecieliśmy przez te ostatnich 25 lat jako społeczeństwo, zupełnie nie zdając sobie sprawy, ile rzeczy się w tym czasie zmieniło. A przecież, żeby wiedzieć, dokąd idziemy, musimy wiedzieć, skąd przyszliśmy. Skupiamy się na chwili obecnej, patrzymy w przyszłości, ale przestajemy rozumieć siebie. Sztuka filmowa całkowicie tutaj poległa.
Świat zmieniał się tak szybko, że nie wiadomo było, co zostanie, a co jest tylko chwilowe. Twórcy filmów dokumentalnych należeli do ówczesnej elity kraju – obracali się w „pewnych kręgach kulturowych”. Rok 1989 przyniósł zupełną deprecjację tego, co możemy nazwać dotychczasową elitą intelektualną. Zaczął się zmieniać kodeks wartości i spraw ważnych w życiu publicznym czy prywatnym. Nie bez znaczenia była też szersza zmiana trendów kulturowych. Ludzie, którzy uważali, że mają prawo obejrzeć w Telewizji Polskiej ambitny film dokumentalny rodzimego twórcy, nagle uznali, że ich prawem jako obywateli wolnego kraju jest stwierdzić, że to nudne i bez sensu. Twórcy filmów dokumentalnych zostali w jakiś sposób odrzuceni przez media młodego kapitalizmu i sami – moim zdaniem – uprzedzili się do niego.
– Lepiej się czuli w realnym socjalizmie?
– Nie rozumieli na ogół, co się dzieje. Nie pamiętam żadnego porządnego filmu dokumentalnego o polskich przemianach ekonomicznych. Mówię o solidnym filmie, zrobionym nie z dystansu i na podstawie materiału archiwalnego, ale wtedy nakręconym. Jest tylko „Arizona” Borzęckiej, znajdą się w archiwach telewizji krótkie reportaże o tamtych czasach. Ale generalnie dokumentaliści nie chcieli o tym mówić – zwyciężyło przekonanie, że to jest niewarte wyższej sztuki. Bardzo dobrze pamiętam, jak wyglądała ulica Marszałkowska w 1989/1990 r. zastawiona łóżkami polowymi. Gdybym wtedy był trochę starszy, sam robiłbym filmy o ludziach, którzy zdobywali pieniądze, żeby kupić towary, filmy o tym, jak zmieniało się wtedy ich życie.
– Pytanie, czy nie mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju cenzury.
– Sądzę, że tak. Wtedy nie było jeszcze Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a około 70 proc. pieniędzy na dokumenty dawała Telewizja Polska, która wybierała, jakie filmy chce. A w Ministerstwie Kultury debiutant, i to jeszcze dokumentalista, nie miał niemal żadnych szans na zdobycie środków. Trzeba było odbyć ścieżkę czeladnictwa, to znaczy najpierw zrobić kilka reportaży na zlecenie TVP, być grzecznym i posłusznym, żeby ewentualnie później zdobyć pieniądze na film dokumentalny.
Pamiętajmy, że w Polsce w ogóle nie robiło się pełnometrażowych filmów dokumentalnych, a jedynie krótkometrażowe na potrzeby telewizji. Mało kto wyobrażał sobie, że może zrobić pełny metraż dokumentalny.
– Znasz instytucję „półkowników”, czyli filmów dokumentalnych, które kończą w archiwach, bo wpływowi ludzie lub instytucje uznali je za nieodpowiednie dla widzów. Dobrym przykładem jest „Witajcie w życiu” Henryka Dederki z 1997 r., który pokazuje kulisy działalności firmy Amway. Dopiero w 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że TVP może wyświetlić film na swojej antenie „pod warunkiem usunięcia z niego nieprawdziwych danych o strukturze dochodów korporacji”.
– Dederkę spotkało prawdziwe inferno. To był wyraźny sygnał dla dokumentalistów: proszę się nie tykać spraw transformacji społecznej, w której istotną rolę odgrywa wielki biznes – w przeciwnym razie skończycie w sądzie. Nie jest to cenzura polityczna ani tematyczna. To jest wprost cenzura cywilna, która uruchamia w twórcach cenzurę wewnętrzną: nie będę się wychylał, mam rodzinę, chorą matkę, lepiej robić „fajne filmy”.
Jedna rzecz mnie uderza. To mianowicie, że wtedy nie zawiązała się żadna konfederacja twórców w obronie „Witajcie w życiu”. Mówię o różnych artystach, od malarzy czy rzeźbiarzy, przez pisarzy, po filmowców i radiowców. Atomizacja społeczna była już wówczas tak wielka, że ludzie w pojedynkę gryźli trawę na stadionie młodego kapitalizmu. Na ogół nikt nie chciał robić sobie problemów. Uznano powszechnie, że Dederko poszedł za daleko, więc za to zapłacił. Przypominano mu, że złamał prawo. W ten sposób prawo, rozumiane wbrew interesowi publicznemu, okazało się straszakiem i kagańcem. Los jego filmu naprawdę dobrze pokazuje zmiany świadomościowe, społeczne i etyczne w Polsce.
– W krajach zachodnioeuropejskich wolność dokumentalisty jest/była większa?
– Jeżeli twórcy dotykają zagadnień, które godzą w czyjeś interesy ekonomiczne, to w budżecie filmu są prawnicy. Ich zadaniem jest ocenianie ryzyka na bieżąco. Przygotowują się także do ewentualnej obrony i składają odpowiednią deklarację producentom i wszelkim podmiotom finansującym film, że podjęty temat jest ważki społecznie. Jeśli waga społecznego znaczenia filmu dokumentalnego jest uznana przez prawników, przez producentów i przez decydentów finansowych, to rzecz nabiera pewnego ciężaru, z którym bardzo, naprawdę bardzo trudno jest później wygrać. A to dlatego, że – w takim przypadku – interweniują ciała, które stoją na straży wolności obywatelskiej i wolności słowa.
– Dodajmy do tego znaczny mecenat państwowy w przypadku zachodniego filmu dokumentalnego. Na „Ambasadora” Madsa Bruggera wielkie środki wyłożył duński Totalizator Sportowy.
– Totalizator Sportowy jako instytucja-mecenas o wiele większe znaczenie niż w Skandynawii ma w Wielkiej Brytanii. Nie dają tych pieniędzy bezinteresownie. Redystrybucja środków finansowych za pośrednictwem kultury jest tam bardzo dobrze widziana. Totalizatory brytyjskie wręcz szukają twórców i pomysłów, sposobów na to, by pokazać się jako instytucje świadome społecznie.
– Kim są wielcy współczesnego dokumentu? Co decyduje o ich wielkości?
– Bezkompromisowość. Podam przykład Joshuy Oppenheimera, absolwenta Harvardu, reżysera „Sceny zbrodni” z 2014 r. Jeszcze kilka lat temu był on mało znanym twórcą, próbował kręcić filmy fabularne. „Scena zbrodni” to obraz o ludobójstwie dokonanym przez prawicowy reżim w Indonezji w latach 1965–1966. Oppenheimer „poczuł krew”, zobaczył, że temat tego ludobójstwa jest zupełnie przemilczany, a ludzie, którzy dopuścili się zbrodni, występują w tok-szołach jako bohaterowie. Wpadł na niesamowity pomysł: zaprosił tych ludzi rzekomo do zagrania w filmie fabularnym, który miał pokazywać ich glorię. Ukazał, jak pysznili się tym, że „uratowali Indonezję przed komunizmem”. Jego trzyletnia praca, konsekwencja i odwaga przyniosły niesamowity efekt.
Film dokumentalny wymaga od twórców wielkich poświęceń. Oczywiście istnieją takie przypadki także w fabule, ale jeśli porównamy te dwa gatunki, to dokument wymaga nierzadko absolutnego oddania się swojemu tematowi, swoim bohaterom. Tego trzeba, by ukończyć wiele filmów.
– Wspomniany już „Ambasador” Bruggera to właściwie dziennikarstwo śledcze.
– I nie tylko ten film. Na mnie olbrzymie wrażenie zrobił Erik Gandini, pół-Szwed, pół-Włoch, który w 2006 roku nakręcił pierwszy, moim zdaniem najlepszy, film o Guantanamo. Przeprowadził także – po wielu latach – niesamowite śledztwo dziennikarskie dotyczące tego, kto naprawdę wydał i zamordował Che Guevarę.
Praca dokumentalisty jest bardzo ciężka, niekiedy granicząca wręcz z obsesją, z poświęceniem swojego życia prywatnego. To powoduje, że film dokumentalny potrafi w odbiorcy wywołać bardzo silne emocje, które trudno porównać z tym, jak działa kino fabularne. A to dlatego, że są to emocje związane z tak deficytowym obecnie dobrem jak empatia, one rozbudzają chęć dowiedzenia się czegoś więcej o świecie, chęć działania.
– Chciałbym uniknąć dydaktycznej nuty, ale mam wrażenie, że festiwal filmu dokumentalnego, który stworzyłeś, pełni nieledwie rolę edukacyjną, wychowawczą.
– Nie boję się takich stwierdzeń. Ale ważne jest, że to dzieje się zupełnie nienachalnie. Film dokumentalny, nie tylko dla widowni naszego festiwalu, stał się dziełem pełnowartościowym. Ludzie, którzy zobaczyli kilka wartościowych, bardzo dobrych artystycznie dokumentów, nie mają oporów, żeby pójść do kina wieczorem „na dokument”. Nie mam problemu, żeby powiedzieć, że to również forma dobrej rozrywki. To jest dla mnie najważniejsze: film dokumentalny staje się równorzędnym, ważnym elementem konsumpcji kultury.
– Kilka lat temu wasz festiwal otrzymał nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Najważniejsze międzynarodowe wydarzenie filmowe roku”. W naszym kraju panuje dość powszechna nieufność względem instytucji publicznych. Cenisz tę nagrodę?
– PISF przyznał nam tę nagrodę za festiwal w 2008 roku. To była wówczas duża sensacja – jako młody festiwal zostaliśmy docenieni wcześniej niż warszawski czy krakowski festiwal filmowy i wcześniej niż Festiwal Nowe Horyzonty. Byłem wtedy w siódmym niebie, to była druga lub trzecia edycja nagród PISF.
Samo powstanie PISF dość powszechnie krytykowano w mediach, narzekano, że to kolejna biurokratyczna instytucja, na którą trzeba będzie płacić podatki. W rzeczywistości PISF nawiązuje do najlepszych wzorów zachodnich instytucji tego typu, które działają od lat i dają większą niezależność sztuce filmowej. Obecnie jesteśmy jedynym krajem w Europie Środowo-Wschodniej, który ma taką instytucję. Z perspektywy blisko dekady jej funkcjonowania widać tego efekty. Kilka lat temu, gdy PISF nabierał rozpędu, kino czeskie czy węgierskie było absolutnie rozpoznawalne, jeśli chodzi o naszą część Europy. A polskie kino było wówczas w najmniejszym poważaniu. Teraz sytuacja się zmieniła, z pomocą PISF udało się choćby znacznie wzmocnić prace nad rodzimym scenariuszem, który długo był najsłabszym elementem polskich filmów fabularnych. Do dziś nie jest z tym dobrze, ale już nie tak źle, jak kiedyś.
Na instytucjonalne wsparcie dla filmu warto spojrzeć szerzej. Mamy taki fenomen jak kino rumuńskie, które jest nieprawdopodobnie cenione na świecie, co rok ma „nowego proroka”, który dostaje nagrody czy to na Berlinale, czy to w Cannes, czy w Wenecji. To kino pokazywane jest na całym świecie, wszędzie – tylko nie w Rumunii.
– Kręcą filmy na eksport? To brzmi nieco groteskowo.
– Tym bardziej, że Rumuni specjalizują się w kinie społecznym. Dwukrotnie byłem członkiem jury na rumuńskich festiwalach filmowych. Okazało się, że tamtejsze sławy europejskiego kina nie mają u siebie nawet żadnego medium, które nagłaśniałoby ich produkcje, organizowało wokół nich dyskusje.
Cristian Mungiu, który w 2007 roku zdobył w Cannes Złotą Palmę za film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, pokazywał ten film w Rumunii za pośrednictwem kina objazdowego, które sam stworzył. Jeździł z filmem od Bukowiny po Timiszoarę. Od tego czasu sytuacja nie zmieniła się na lepsze. Zagadywałem Rumunów dwa lata temu: macie przecież jedną z najlepszych kinematografii w Europie. Odpowiadali, że nikt nie chce tego oglądać, że multipleksy nie chcą tego pokazywać, że w ogóle nie ma pomysłu na to, by zainteresować kinowych potentatów tą produkcją. A moim zdaniem widownia by się znalazła.
– Nie mają kin studyjnych?
– Nie, nie mają. Tymczasem z moich rozmów z filmowcami z całego świata wynika, że Polska jest uznawana za kraj kina. To, że u nas utrzymały się kina studyjne, jest wielką wartością. Pod tym względem jesteśmy w lepszej sytuacji niż Węgry, Słowacja czy Czechy, które mają wysoką kulturę kinową.
– I u nas znikają „małe kina”.
– Oczywiście, nie da się naszych realiów porównać ze znacznie lepszą sytuacją w wielu zachodnich krajach, w których istnieją znakomite kina art-house’owe z pięknymi salami. Nasze kina studyjne nie mają na ogół lekko, ale funkcjonują, kultura kinowa jest podtrzymywana, dzięki temu istnieje filmowy świat poza multipleksem.
– Od tego roku wasz festiwal zmienił nazwę na Docs Against Gravity Film Festival. Dlaczego tak się stało?
– Zakończyliśmy współpracę z kanałem tematycznym Planete, bo przestał interesować się filmem dokumentalnym zaangażowanym społecznie, który jest ważnym elementem naszego festiwalu. Pewne zmiany kapitałowe doprowadziły do tego, że Canal+, wraz ze swoim wspaniałym „ogrodem sztuk”, którego wiele krajów nam zazdrościło, został kupiony przez ITI. I tak powstała platforma NC+. Planete szuka obecnie innego widza, więc ani my nie czuliśmy się dobrze z nimi, ani oni z nami. Po dziewięciu latach współpracy rozstaliśmy się w zgodzie.
Przy okazji okazało się, że na dokument jednak jest zapotrzebowanie – Discovery zostało zaproszone przez NC+ do stworzenia dla nich nowego kanału. I tak powstał Discovery Canal+. To mnie cieszy, bo pokazuje, że film dokumentalny stał się na tyle ważny dla widza, iż nie sposób go pominąć w ofercie.
Bardzo się dziwię, że telewizja publiczna wciąż nie znalazła pieniędzy na otwarcie kanału dokumentalnego, bo byłby to pewny sukces. Taki kanał, nazwijmy go roboczo TVP Dokument, miałby od razu największą widownię ze wszystkich istniejących w Polsce kanałów dokumentalnych. A tym samym mógłby mieć od razu największy budżet reklamowy. Pewny sukces! Mówiłem o tym nie raz decydentom z telewizji publicznej, widzieli pełne sale na festiwalu… I pewnie kolejny raz spróbuję przekonać ich do tego projektu.
– A może to się u nas jednak szeroko nie sprzeda?
– Film dokumentalny może mieć olbrzymią wartość komercyjną. Najlepszym na to dowodem jest działalność HBO. Oni wydają na produkcję polskich filmów dokumentalnych bardzo duże pieniądze. Przyjmują strategię, o której wspominałem na początku rozmowy, tzn. traktują film dokumentalny bardzo ekskluzywnie: premierowo pokazują obrazy przede wszystkim u siebie, żeby na tym zarobić. Czasami robią wyjątek, jak w tym roku, dla wspaniałego filmu Hani Polak „Nadejdą lepsze czasy”, który już zdobył 18 nagród na świecie, w tym główną na naszym festiwalu.
Ten tytuł to zapis czternastu lat z życia głównej bohaterki, Julii, która wraz z matką żyje na największym w Europie wysypisku śmieci pod Moskwą. Gdy Polak zaczynała kręcić materiał, jej bohaterka miała jedenaście lat. Ten film ma duże szanse na nominację Oskarową, dlatego HBO pozwoliło pokazywać go wcześniej na festiwalach.
– Wasz festiwal odbywa się każdego roku w kilku miastach Polski. Czy rozstanie z Planete oznaczało dla Ciebie problemy ze zdobywaniem środków na to spore wydarzenie?
– Nie, nie mieliśmy takich problemów. I rzeczywiście, w tym samym czasie, co w Warszawie, jesteśmy od trzech lat z festiwalem także we Wrocławiu, z pięćdziesięcioma filmami. Od dwóch lat jesteśmy w Bydgoszczy, z około dwudziestoma pięcioma filmami. Oprócz tego w ciągu tych dziesięciu festiwalowych dni animujemy Weekend z festiwalem Docs AG, w ramach którego sześć filmów pokazujemy w dwudziestu innych miastach. Jest to ogromna operacja logistyczna, ale dzięki temu możemy wykorzystać synergię mediów w tym okresie, ich zainteresowanie. Tworzymy święto filmu dokumentalnego.
– Bydgoszcz to mniejszy ośrodek. To wasz ukłon w stronę prowincjonalnej Polski?
– Na to składa się kilka rzeczy. Po pierwsze, w Bydgoszczy, w Miejskim Domu Kultury i kinie „Orzeł” pracują światli ludzie, którzy kochają film dokumentalny i którzy chcieli się w taki projekt zaangażować. To jest najważniejsze. Zresztą Bydgoszcz ma bardzo duże tradycje filmu dokumentalnego, stamtąd pochodzi nestor polskiej dokumentalistyki Kazimierz Karabasz. Stamtąd pochodzą też młodzi dokumentaliści, jak Maciek Cuske. Nie jest to miejsce przypadkowe.
Ale jesteśmy także w większych ośrodkach, jak Wrocław, który jest bardzo filmowy, ma dwa wspaniałe kina studyjne, jedno jest prowadzone przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, a drugie przez instytucję wojewódzką, należy do Odra Film, jest czterosalowym, wspaniałym kinem art-house’owym, w którym odbywają się wrocławskie edycje naszego festiwalu.
– A gdyby ktoś wam zaproponował sprowadzenie festiwalu do Rzeszowa lub do wielkopolskiego Śremu?
– Bardzo chętnie. To jak zawsze zależy od ludzi. Nie traktujemy swojej działalności komercyjnie, lecz w kategoriach promocji kina dokumentalnego, myślenia o świecie filmem dokumentalnym.
– Musicie jakoś zdobywać środki na festiwal.
– Swoją działalność prowadzimy cały rok. Nie jesteśmy festiwalem, który w czerwcu się zamyka, a my kończymy pracę. Zajmujemy się dystrybucją zarówno filmów dokumentalnych, jak i fabularnych do kin, do telewizji, na portale VOD.
Mamy też własny projekt edukacyjny, Akademię Dokumentalną, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jesteśmy na czterech uniwersytetach w Polsce z fakultetem z filmu dokumentalnego, za który studenci otrzymują punkty w ramach Europejskiego Systemu Transferu Punktów (ECTS). Zaczynaliśmy trzy lata temu na Uniwersytecie Warszawskim. W pierwszym roku zajęło nam jeden dzień, żeby zapełnić 400-osobową salę w kinie „Luna”, w następnym – godzinę, w kolejnym – minutę. To jest płatny fakultet, studenci płacą 150 złotych za piętnaście spotkań, a później piszą pracę.
Dzięki temu wszystkiemu nasz bardzo mały zespół jest w stanie się utrzymać. Festiwal jest czubkiem góry lodowej: działamy przez cały rok, często w tych samych miejscach (i z ludźmi stamtąd), w których robimy festiwalowe odsłony. Poza tym mamy przedstawicieli w Trójmieście, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, którzy promują nasze filmy, przygotowują pokazy połączone z debatami, zaciekawiają lokalną publiczność tym, co oferujemy.
– Kino komercyjne i film dokumentalny to dziś całkowicie różne światy. Multipleksy nie potrzebują tego drugiego. Ale produkcje w rodzaju „Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy?” Michela Gondry’ego przyciągają nie tylko na festiwalu znaczną widownię.
– Są takie tytuły jak „Pina” Wima Wendersa, pełnometrażowy dokument poświęcony niemieckiej tancerce Pinie Bausch, nakręcony w technice 3D, który w Polsce „zrobił” 80 tys. widzów. Przypomnijmy sobie też film sprzed dwóch lat, czyli „Sugar Man” Malika Bendjelloul, historię muzyka z USA, Sixto Rodrigueza, który dopiero po dekadach dowiedział się, jak wielką zrobił karierę… w RPA. I jak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa, gdy całe życie żył bardzo skromnie. „Sugar Mana” obejrzało w kinach 120 tys. widzów, absolutny rekord w naszych czasach. Filmowi z pewnością pomogła ścieżka dźwiękowa puszczana niemal wszędzie, nostalgiczny soul z lat 60. Ten film odniósł wspaniały sukces, choć jest fatalnie zmontowany, widać na przykład, że reżyserowi zabrakło materiału, więc powtarza niektóre ujęcia, żeby zrobić „most” między poszczególnymi epizodami. Ale to nie ma znaczenia, bo sama historia głównego bohatera, okraszona muzyką, jest niesamowicie mocna i trafiła ludziom do serca.
Przy okazji: przypomnijmy sobie, że w 1988 r. na polski dokument pt. „Nienormalni” naszego klasyka Jacka Bławuta poszło do kin 800 tys. ludzi! Dziś to niewyobrażalne.
– Szukacie każdego roku dokumentów, które okażą się także komercyjnymi hitami?
– Zaraz po zakończeniu naszego festiwalu wsiadam w samolot i lecę do Cannes. Jestem tam przez tydzień i zaczynam selekcję filmów na przyszły rok. Z dużym wyprzedzeniem wiemy też od producentów, znajomych reżyserów, jakie będą filmy w przyszłym roku, gdzie będą miały światowe premiery, czy publiczność zobaczy je wcześniej na Berlinale, w Rotterdamie, w Amsterdamie. Jesteśmy festiwalem nastawionym głównie na publiczność i robionym dla publiczności. Celowo i świadomie nie mamy tzw. marketu, do nas przyjeżdżają goście na spotkanie z publicznością, a nie po to, żeby jednego dnia jeść wspólną kolację, a następnego konkurować o te same pieniądze na produkcję następnego filmu.
– Wspominałeś o Akademii Dokumentalnej, waszym projekcie edukacyjnym skierowanym do studentów. A co z młodszymi widzami – docieracie do nich?
– Akademia jest skierowana także do szkół podstawowych, gimnazjalnych, ponadgimnazjalnych. Zaczęliśmy ten projekt sami, bez żadnego wsparcia. Po dwóch latach, gdy okrzepliśmy, a szkoły regularnie zamawiały u nas pokazy, wystąpiliśmy o wsparcie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i je dostaliśmy. W szkołach podstawowych pokazujemy filmy, których u nas jeszcze się nie kręci, to głównie produkcje holenderskie, belgijskie, skandynawskie. To filmy dokumentalne produkowane z myślą o widzu, który ma 10–12 lat. Te filmy trwają 10–30 minut, ale są fantastyczne. Pokazują, jak radzić sobie z problemami rodzinnymi, jak akceptować czyjąś inność, jak rozumieć problemy innych ludzi. Jeden z tych filmów opowiada o chłopaku ze szkoły w Rotterdamie, który bardzo chciał należeć do baletu wodnego, przeznaczonego dla dziewczynek. Bez żadnych dwuznaczności: chciał przekonać swoje koleżanki, że może występować w takiej grupie, z zasady sfeminizowanej. No i udało mu się, pokazał im, że znajdzie się dla niego rola i miejsce w balecie wodnym. Zdobywali później nagrody.
– W jednym z wywiadów mówiłeś, że w Polsce obok młodych twórców ze zdwojonym wysiłkiem pracują także ci ze średniego i starszego pokolenia. Szukają tematów nie tylko na naszym podwórku, ale wychodzą dalej, w świat. Przyznam szczerze, że w tym roku z polskich filmów największe wrażenie zrobił na mnie bardzo prowincjonalny film dokumentalny, czyli „Biało-czerwoni z Chrząstawy” Krystiana Kamińskiego. A w ubiegłym „Sieniawka” Marcina Malaszczaka, młodego niemieckiego twórcy polskiego pochodzenia, rzecz także mocno prowincjonalna. Z drugiej strony bardzo rozczarował mnie „wychodzący w świat” „Fuck for Forest” Michała Marczaka.
– W przypadku ostatniego tytułu – zainwestowaliśmy w reżysera. Jego wcześniejszy film, „Koniec Rosji”, był naprawdę wybitny. Pokazał wielką odwagę młodego reżysera, który na dalekiej Syberii, w bazie wojskowej położonej na Przylądku Czeluskin, najdalej na północ wysuniętym punkcie obszaru euroazjatyckiego, nakręcił film o 19-letnim rosyjskim rekrucie. To był bardzo głośny obraz, Marczakiem zainteresowali się producenci na całym świecie. Młodemu reżyserowi udało się zdobyć zaufanie Rosjan z tej bazy wojskowej tak dalece, że pożyczyli mu helikopter do kręcenia zdjęć. Marczak pokazał świat zupełnie hermetyczny, nikomu niemal nieznany. To było naprawdę totalne kino dokumentalne.
„Fuck for Forest” to był bardzo ambitny, w swojej idei zdecydowanie herzogowski pomysł. Marczak chciał pokazać outsiderów, młodych Europejczyków, którzy chcą pomóc plemionom Amazonii. Puenta jest mocna: te światy zupełnie do siebie nie przystają, dobre chęci nie wystarczą dla zrozumienia „tych innych”, którzy nie są zainteresowani rolą tubylców, nad którymi biały człowiek pochyla się z troską. Oczywiście wielu widzów gubi się w tym filmie, on jest bardzo kontrowersyjny, ale i tak był to jeden z najgłośniejszych polskich filmów za granicą w ostatnich latach.
„Biało-czerwoni…” to z kolei obraz o Polsce C. To debiut reżysera, w dodatku rzecz robiona „hobbystycznie”, bo Kamiński musiał normalnie zarabiać na utrzymanie, a równocześnie kręcił swój film. Ten film to dla mnie jeszcze jeden dowód, że najmłodsze pokolenie dokumentalistów wydobędzie się z pułapki autocenzury i stworzy dzieła wybitne.
– Kino dokumentalne to także eksperyment. Dobrze to widać, jeśli porównamy filmy „Mundial. Gra o wszystko” Michała Bielawskiego oraz zdecydowanie eksperymentalny „Zagrajmy to jeszcze raz” Corneliu Porumboiu. Oba są znakomite, oba opowiadają o piłce nożnej i polityce, ale poza tym różni je niemal wszystko…
– Corneliu Porumboiu jest wielkim artystą, kręci przede wszystkim filmy fabularne. Miał w tym roku swój film na festiwalu w Cannes w konkursie głównym. Należy do reprezentantów rumuńskiej szkoły filmowej, o której mówiliśmy. Pomysł na „Zagrajmy…” wydaje się bardzo prosty. Reżyser wraz ze swoim ojcem, Adrianem Porumboiu, niegdyś sędzią piłkarskim, ogląda zapis telewizyjny meczu z grudnia 1988 r. między Dinamo Bukareszt a Steauą Bukareszt. Co ważne, Porumboiu–ojciec był głównym arbitrem tamtego spotkania. Pierwsza z drużyn była pupilem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, druga – rumuńskiej armii. Od początku do końca oglądamy tylko mecz sprzed kilku dekad, słuchamy rozmowy ojca z synem, jesteśmy świadkami opowieści o charakterze nie tylko politycznym.
Ten film wykraczał poza ekran. Z pozoru skupia uwagę na tym, co widać „w telewizorze”, ale w rzeczywistości daje wgląd w realia epoki. Drobny szczegół – w niektórych momentach kamery zamiast akcji na murawie pokazywały widownię albo obsypane śniegiem nagie drzewa. Adrian Porumboiu wyjaśnia, że nie wolno było w transmisji z wydarzeń sportowych pokazywać takich zachowań, jak sprzeczka zawodników czy kłótnia z sędzią. W socjalizmie takie rzeczy nie mogły się dziać. I wtedy kamerzyści kierowali swój sprzęt na drzewa…
Gdybyśmy samotnie musieli oglądać taki mecz, widzielibyśmy tylko (bardzo dobry) pojedynek toczony w śniegu. Ale Porumboiu, ojciec i syn, wyjaśniają nam tamten świat, z jego zapomnianymi kodami kulturowymi, obyczajowymi, drobnymi niuansami, które zmiótł czas. To także film o oglądaniu, o tym, że obrazy z przeszłości, rejestrujące świat, same w sobie są niewystarczające – coraz mniej widzimy, czyli rozumiemy, jeśli nie towarzyszy im ludzka opowieść, czyjeś wyjaśnienie. To dokument bardzo „meta-dokumentalny”: uświadamia, że nie wystarcza mieć dostępu do zdjęć czy nagrań, żeby rozumieć świat. To film o sztuce patrzenia, który może być dla widza okazją do skupienia uwagi i refleksji nad procesami poznawczymi, nad specyfiką świata audiowizualnego.
– Against Gravity, któremu szefujesz, wprowadziło na polski rynek wiele świetnych produkcji fabularnych. Choćby głośnego „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa i jego wcześniejszy film, „Elenę”. Choć i one, podobnie jak obrazoburcza „Trylogia” Ulricha Seidla, stanowią swoisty dokument epoki. To właśnie klucz do waszego zainteresowania tymi produkcjami?
– Staramy się wprowadzać te filmy fabularne, które poruszają ważne tematy, liczą się ze względu na sztukę filmową, wartości artystyczne. W tym roku wprowadziliśmy naprawdę wybitny film „Turysta” w reżyserii Rubena Östlunda. Rzecz opowiada historię Tomasa i Ebby, szwedzkiego małżeństwa, które spędza czas z dwójką dzieci w Alpach Francuskich. Mieszkają w luksusowym hotelu, życie jak w bajce. Gdy jedzą lunch na tarasie restauracji, z gór schodzi na nich lawina. Ebba chroni dzieci, Tomas ucieka. Nie dzieje się nic złego, mężczyzna wraca. Ale nie jest już bohaterem rodziny. Östlund kilka lat wcześniej zrobił też bardzo niepoprawny politycznie dokument o afrykańskich imigrantach w Göteborgu, którzy „grają siebie” wedle stereotypów przypisanych im przez lokalne społeczności: że są złodziejami, że dopuszczają się aktów przemocy i terroryzują białych.
Co do Andrieja Zwiagincewa, trzeba wyjaśnić, że producentem „Lewiatana” był człowiek wpływowy w Rosji, który dzięki licznym koneksjom mógł złożyć do tamtejszego Ministerstwa Kultury bardzo niepełny, pobieżny scenariusz filmu i dostał na niego pieniądze. Później ministerstwo chciało się z tego projektu wycofać, ale gdy okazało się, że „Lewiatan” został zakwalifikowany do konkursu głównego w Cannes, ktoś łebski – tak go sobie nazwijmy – uznał, że ze względów wizerunkowych lepiej pokazać światu, jak bardzo Rosja jest liberalna i jak bardzo nie boi się trudnych, własnych tematów. Sądzę jednak, że wymowa obrazu jest na tyle mocna, tak twarda, że przesłania fakt, iż w napisach pojawia się informacja, że film sfinansowało Ministerstwo Kultury. Do Oscarów „Lewiatan” rzeczywiście był zakazany w Rosji. Gdy już pozwolono na projekcje, Zwiagincew musiał wyciąć wszystkie przekleństwa. Zrobił to w ten sposób, że gdy bohaterowie na ekranie przeklinają, wtedy nie ma dźwięku. W tak okrojonej wersji film pojawił się w kinach. O dziwo, zobaczyło go 200 tysięcy osób. To dużo, bo film był przez kremlowskie media odsądzany od czci i wiary. To dla mnie drobny znak nadziei dotyczący rosyjskiego społeczeństwa. Kupiłem ten film z myślą o dystrybucji w Polsce, znając tylko scenariusz, czytałem go na festiwalu w Wenecji w 2013 roku, a film miał premierę w 2014 roku w maju, w Cannes. Wierzyłem, że to będzie arcydzieło.
– Dzięki wam polski widz mógł zobaczyć także „Szczęście ty moje” i „We mgle” Siergieja Łoźnicy. To reżyser fabularny, który ma w dorobku głośny dokument z 2014 roku – „Majdan. Rewolucja godności”.
– Pozwolę sobie na anegdotę. Łoźnica od jakiegoś czasu pracuje nad filmem o Babim Jarze, który obecnie leży w obrębie Kijowa. Projekt będzie koprodukcją kilku krajów z dużym budżetem, ok. 5–6 milionów euro. Pod koniec września 1941 r. Niemcy dopuścili się w Babim Jarze masowego zabójstwa na Żydach, a miejsce to już w latach 30. XX wieku wykorzystywało NKWD, by potajemnie chować swoje ofiary. To będzie trudny film także dla Ukraińców, bo ludność ukraińska pomagała niemieckim jednostkom wojskowym.
Łoźnica przyjechał do Kijowa pod koniec października 2013 r., żeby kręcić materiał. Wszedł na wzniesienie, które leży na wprost Kreszczatik, głównej ulicy Kijowa, ze specjalistą Larsa von Triera od dużego obrazu. Problem był następujący: jak kamerą cyfrową zrobić odpowiednio efektowną scenę otwierającą film, która miała pokazać wjazd Wehrmachtu na Kreszczatik. I olbrzymią eksplozję, bo wojska sowieckie zaminowały prawie całe centrum Kijowa. Reżyser wcześniej kręcił tylko z użyciem taśmy 35mm, to miał być jego pierwszy film cyfrowy. Stał ze specjalistą na wzgórzu, planowali ujęcia, a na dole zaczął się gromadzić tłum. Łoźnica zawiesił dotychczasowe plany. I taki był początek jego filmu o Majdanie.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 9 lipca 2015 r.
przez Sarah Jaffe | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Jeśli czytujecie prasę powszechnie uznawaną za feministyczną, zauważycie z pewnością jej skupienie na tzw. szklanym suficie, czyli barierach awansu zawodowego kobiet. Łatwo zaobserwować, jak feministyczne pisarki celebrują osiągnięcia Sheryl Sandberg, dyrektor generalnej Facebooka, cieszą się z posady, którą Christine Lagarde zdobyła w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, załamują ręce nad faktem, że dyrektor generalna Yahoo, Marissa Mayer, odmówiła nazywania siebie feministką albo zastanawiają się – jak to robiła Anne-Marie Slaughter na łamach „The Atlantic” – czy kobiety (białe, dobrze sytuowane, wykształcone) mogą „spełniać się pod każdym względem” [„to have it all” – wyrażenie to w tym kontekście nie oznacza „mieć wszystko”, ale „połączyć jedno i drugie”, czyli karierę zawodową i prowadzenie domu – przyp. tłum.].
Podczas gdy debatujemy nad sytuacją niektórych z najbardziej uprzywilejowanych kobiet świata, większość przedstawicielek naszej płci jest postawiona pod ścianą. Według badań Sargent Shiver National Center dotyczących Poverty Law [instytucji, która zajmuje się prawami osób o niskich dochodach do świadczeń socjalnych – przyp. tłum.] kobiety stanowią prawie połowę krajowej siły roboczej, ale już około 60 proc. pracujących za minimalne wynagrodzenie i 73 proc. pracowników utrzymujących się głównie z napiwków. W regionie Nowego Jorku aż 95 proc. pracowników sektora opieki to kobiety. Zdominowane przez nie sektory zatrudnienia, takie jak sprzedaż detaliczna, usługi gastronomiczne i domowa opieka nad chorymi, to jedne z najszybciej rozwijających się obszarów nowej gospodarki, ale nawet tam kobiety zarabiają mniej – np. w gastronomii otrzymują średnio 83 centy w stosunku do dolara zarabianego przez mężczyznę.
To właśnie w takich warunkach, a nie na najwyższych piętrach Googleplex [siedziba firmy Google – przyp. tłum.] żyje większość kobiet. I wraz z nimi, w takich a nie innych realiach, powinny spędzać swój czas feministki.
Stawka jest wysoka. Pracownice domowe, opiekunki osób chorych, pielęgniarki i inne zdominowane głównie przez kobiety segmenty rynku pracy muszą zorganizować się jako siła robocza – albo praca, którą wykonują, nadal będzie niedoceniana, świadczona na praktycznie nieuregulowanych zasadach i prekaryjna. „Odzwiązkowienie”, które sprawiło, że aż 88 proc. Amerykanów nie należy do związków zawodowych, odbije się na nas wszystkich. Jednak większości przedstawicielek feminizmu głównego nurtu sprawa jawi się tak, jakby nic się nie stało – jakby gospodarka nie uległa zmianom i jakby w całym tym zjawisku nie było nic wartego uwagi czy zbadania z perspektywy płci. I chociaż w Wisconsin i Ohio miały miejsce poruszające cały kraj wystąpienia związkowe dotyczące praw pracowniczych, chociaż ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej wyszedł na ulice na całym świecie, feministyczne dziennikarki nie poświęciły tematowi wiele uwagi, a jedynie zbiorczo wzruszają ramionami. Jest tak, jak Laurie Penny napisała w „New Statesman”: Kiedy my wszystkie martwimy się kwestią szklanego sufitu, miliony kobiet stoją w piwnicy i to zalewanej przez wodę.
Nowa, „wspaniała” gospodarka, która jest obecnie odbudowywana w następstwie krachu finansowego, bazuje na nisko płatnej pracy świadczonej w sektorze usług, jako że rola przemysłu jest coraz mniejsza, a sektor budownictwa tkwi w zastoju. Na początku Wielkiej Recesji, jak zauważyła w „Slate” ekonomistka Heather Boushey, liczba miejsc pracy w sektorach wytwórczym i budowlanym spadła dokładnie o połowę, tak samo jak w branży finansowo-biznesowej. Dziennikarze ogłaszali wtedy „męską recesję” (mancession) lub nawet, jak głosił tytuł popularnej książki Hanny Rosin, „koniec mężczyzny”. Ale, jak wskazywali inni, podczas gdy recesja trwała, to właśnie kobiety doświadczyły największych strat nie tylko wskutek bezpośrednich ataków na sektor publiczny, który był przez nie zdominowany pod względem zatrudnienia, lecz także w efekcie rosnącej konieczności konkurowania z mężczyznami, którzy zostali pozbawieni dotychczasowych etatów. Jak wykazały badania Institute of Women’s Policy Research, około 60 proc. miejsc pracy, które zostały zlikwidowane w sektorze publicznym, wcześniej zajmowały kobiety. Odzyskały one jednak tylko 12 proc. z nich, podczas gdy mężczyźni – aż 63 proc. utraconych posad.
Być może kobiety są nadreprezentowane w rozwijających się sektorach gospodarki, ale sektory te zapewniają im głodowe pensje. Cięcia zatrudnienia w sektorze publicznym, najbardziej ciążące na tym, że stopa bezrobocia zatrzymała się na 8 procent, dotknęły kobiet w nieproporcjonalnie dużym stopniu (a w kobiety o innym niż biały kolorze skóry zjawisko to uderzyło najmocniej). Dobre, otoczone związkową opieką miejsca pracy zniknęły, a zastąpiły je praca w Wal-Marcie za płacę minimalną – zresztą nawet w handlu detalicznym kobiety zarabiają tylko 90 proc. tego, co mężczyźni.
– Każda praca jest różnicowana płciowo. A nasza gospodarka, bazując na tym, przypisuje jej różne poziomy wartości – mówi Ai-Jen Poo, dyrektorka generalna National Domestic Workers Alliance. Poo trafiła do działalności związkowej dzięki ruchowi feministycznemu. Jak wyjaśnia, jako wolontariuszka w schronisku dla kobiet z Azji – ofiar przemocy domowej, zdała sobie sprawę, że to właśnie te kobiety, które miały możliwość pracy zawodowej, mogły wydostać się z błędnego koła przemocy. Poo do walki o szacunek dla pracowników i ich lepsze traktowanie wnosi ostrą perspektywę genderową – i upomina się przede wszystkim o szacunek dla kobiet, które „sprawiają, że każda inna praca jest możliwa” [chodzi o pracę najemną i reprodukcyjną – dzięki reprodukcyjnej pracy kobiet, czyli prowadzeniu gospodarstwa domowego, mężczyźni mogą łatwiej wykonywać pracę zawodową – przyp. tłum.]. – Z czasem społeczeństwo przestało cenić tę pracę – mówi o wszelkich czynnościach związanych ze sprzątaniem, opieką, gotowaniem i innymi zajęciami domowymi, głównie tymi niewidocznymi dla publicznego oka. – I myślę, że ma to wiele wspólnego z tym, kto ją wykonuje.
Ten argument był podstawą do walki o dostęp kobiet do zatrudnienia poza sektorem „różowych kołnierzyków” [„pink-collar workers” – pracownicy sektora usług – opieki, nauczycielskiego, drobnego handlu, obsługi restauracyjnej; głównie kobiety – przyp. tłum]. Być uwięzioną w „kobiecej pracy” oznacza być na zawsze złapaną w pułapkę pewnej określonej wizji kobiecości. Wyłamanie się z zawodów tego rodzaju było więc formą ucieczki od „mistyki kobiecości”, którą potępiła Betty Friedan. Ale sama praca nadal musi być wykonywana i, jak zauważa Poo, warunki, które od dawna cechowały obowiązki domowe i panowały w sektorze usług – brak stabilności, szkoleń i możliwości rozwoju zawodowego oraz niskie płace – stają się codziennością wszystkich amerykańskich pracowników, nie tylko kobiet. Gdy koncentrujemy się na równościowym dostępie do pracy i rozwoju „na górze”, przegapiamy prawdziwą historię, którą opisuje Bethany Moreton: Nie chodzi już o: „Och, kobiety są prawniczkami”, ale o to, że ludzie zostają zdegradowani do roli zwykłych popychadeł.
Pracodawcy nauczyli się nie tylko korzystać z możliwości płacenia kobietom mniej, lecz także bazować na specjalnych umiejętnościach i cechach tej płci. W swojej książce „To Serve God and Wal-Mart” Moreton szczegółowo opisuje, jak ten potwór handlu eksploatuje szczególne umiejętności białych kobiet – pochodzących z Południa USA chrześcijanek, które po raz pierwszy idą do pracy poza domem i godzą się pracować za niskie wynagrodzenie, ponieważ nigdy wcześniej za nic im nie płacono. Tradycja „usługiwania”, w której zostały wychowane, sprawiła, że pragnęły utrzymać nawet tę nisko płatną pracę, a także utrudniała im dostrzeżenie dyskryminacji płciowej, dziejącej się przecież na ich oczach – przynajmniej do momentu złożenia przez kilka z nich pozwu sądowego.
Warunki, w jakich znajdują się kobiety z samego dołu drabiny społecznej, mają wpływ na każdego z pracowników, jako że środkowe jej szczeble rozchwiały się lub zniknęły. Używanie wymówki, że chodzi o „opiekę”, aby płacić kobietom mniej, jeszcze bardziej ściągnęło płace w dół, gdyż „różowe” zawody stanowią obecnie coraz większą część gospodarki, określając warunki życia rosnącej rzeszy pracowników. Gdy najszybciej rozwijające się gałęzie gospodarki to te, w których praca jest najgorzej płatna, nie jest to w żadnym razie „zwycięstwo kobiet”, chociaż, jak zauważa Poo, daje to możliwość przewartościowania sposobu, w jaki postrzegamy pracę w usługach, tak by stała się ona mniej prekaryjna i by udało się stworzyć realną ochronę dla jej wykonawców. Innymi słowy, nie chodzi tylko o deklaracje, że nadchodzi „koniec prymatu mężczyzn”, ale także o przydanie pracy kobiet prawdziwej wartości i znaczenia.
To oczywiście prawica używa argumentu, że kobiety dobrowolnie wybierają nisko opłacane formy zatrudnienia, ponieważ wolą wykonywać prace związane z opieką albo potrzebują dużo wolnego czasu dla swoich dzieci. – Nie istnieje żaden powód, aby przypuszczać, że przeciętne kobiety kiedykolwiek będą miały takie same preferencje jak mężczyźni w kwestii pogodzenia zatrudnienia z rodzicielstwem, albo że kiedykolwiek nadejdzie moment, gdy będą chciały zostać bibliotekarzami lub kierowcami ciężarówek na taką skalę jak oni – napisał Ramesh Ponnuru, felietonista magazynu „Bloomberg”, „wyjaśniając”, dlaczego nie powinniśmy chcieć, aby nierówności płacowe ze względu na płeć odeszły w przeszłość. Jeśli dany zawód jest od dekad uznawany za jedną z akceptowalnych profesji dla kobiety (zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn), to czy jest niespodzianką, że kobiety go „wybierają”? A gdy pracownice wykonujące tę profesję organizują się, by wywalczyć dla siebie szacunek, ich walki są postrzegane przez zbyt wielu teoretyków jako znajdujące się poza sferą zainteresowania lub wpływu feminizmu.
Nauczyciele z Chicago rozpoczęli strajk we wrześniu 2013 r. The Chicago Teachers Union (CTU) składa się w 87 proc. z kobiet. Związek dowodzony jest przez Karen Lewis, reformatorkę, która była jedyną Afroamerykanką w swoim roczniku w college’u Dartmouth. Prominentni dziennikarze płci męskiej natychmiast stanęli po stronie burmistrza z ramienia Demokratów, Rhama Emanuela, w jego walce ze związkiem, powtarzając jak echo anyzwiązkową retorykę na temat przepłacanych pracowników sektora publicznego. Nicholas Kristof na łamach „New York Times” nazwał żądania strajkujących nauczycieli „horrendalnymi i bez sumienia” i wzywał ich, aby „odważyli się” zrezygnować z części standardów dotyczących swojego zawodu. Dana Goldstein, dziennikarka feministyczna pisząca o edukacji, zamieściła na swoim blogu wpis, w którym wskazuje na feministyczną historię związków zawodowych nauczycieli i wyjaśnia, że decyzja o zatrudnieniu kobiet na stanowiskach nauczycielskich została podjęta, gdy państwo zdecydowało się zapewnić obywatelom publiczną edukację, ponieważ kobiety były tańszymi pracownikami – a politycy i publicznie wypowiadający się intelektualiści postarali się ukryć ten tok rozumowania, prezentując kobiety jako te, które są „naturalnymi opiekunami”.
Gdy tylko nauczycielki rozpoczęły pikiety, ta zdominowana przez kobiety profesja natychmiast zaczęła być demonizowana. Obie główne partie polityczne żądały cięć wynagrodzeń oraz „rentowności”, co przybrać miało formę wprowadzenia standaryzowanych testów dla uczniów i mniejszej ochrony pracownic. Nie było żadnej fali publicznego oburzenia, takiej jak choćby wtedy, gdy Susan G. Komen wycofała finansowanie należne Planned Parenthood. I to wszystko pomimo faktu, że 81 proc. nauczycieli w szkołach podstawowych i gimnazjach stanowią kobiety. Gloria Steinem wystosowała gorące poparcie dla strajku jako współzałożycielka Coalition of Labor Union Women (Koalicji Związków Pracowniczych Kobiet), ale inne znane feministki poświęciły problemom strajku mało uwagi lub wcale.
30 września 2013 r. gubernator stanu Kalifornia, Jerry Brown, zawetował historyczną ustawę, która dałaby pracującym w domu ochronę podobną do tej, jaką cieszy się większość pozostałych pracowników – drugą po nowojorskiej ustawę tego typu w kraju. Praca domowa jest od dawna przedmiotem zainteresowania twórców analiz feministycznych, a także tematem, wokół którego podejmowane są próby organizowania się. Jednak nawet w 2012 roku, w czasie trwania „wojny wypowiedzianej kobietom” – jak politycy Demokratów nazywali ten okres w e-mailach wysyłanych w celu zbierania finansów na kampanię wyborczą – gubernator-Demokrata czuł się na tyle pewnie, żeby zawetować ochronę obejmującą głównie pracowników-kobiety. – Jaki będzie to miało ekonomiczny i ludzki wpływ na niepełnosprawnych czy osoby starsze i ich rodziny, gdy personel, który zapewnia im całodobową opiekę, zażąda nadgodzin, odpoczynku i przerw na posiłki? – pytał Brown w swoim stanowisku po tym, jak pochwalił „szlachetność ich działań”. – Jakie będą dodatkowe koszty i jaka jest zdolność finansowa tych, którzy zajmują się swoimi ukochanymi członkami rodziny w ostatnich latach ich życia? Pracujący w domu, wydaje się mówić Brown, są zatem mniej ważni, niż ludzie, o których dbają.
Feministki znają tę argumentację już zbyt dobrze. Historia walki o uznanie pracy domowej ciągnie się od dawna. W latach 60. i 70. ruch Wages for Housework (Pensje za Pracę Domową) stał się gruntem, na którym kobiety kolektywnie domagały się uznania dla swoich zajęć. Selma James argumentowała: Organizujemy walkę o pensje za pracę, którą wykonujemy w domu. Żądamy, by uznana została ona za obowiązek, który, jak każdy w społeczeństwie kapitalistycznym, wykonujemy pod przymusem i którego nie kochamy, ale, jak wszyscy inni pracownicy, musimy go wykonywać, bo my i nasze dzieci umarlibyśmy z głodu, gdybyśmy go zaniechały.
Kobiety z ruchu Wages For Housework jawnie mówiły, że żądanie płac za ten rodzaj pracy jest częścią ich strategii odmowy pracy. Domagać się płacy, jak udowadniały, to odrzucić założenie, że praca domowa/opiekuńcza jest naturalnym elementem życia kobiet. The National Domestic Workers Alliance nie popiera do końca rezygnacji z pracy w domu, ale – wzywając do nadania jej uczciwych standardów i do wypłacania wyższych płac – członkowie tej organizacji mówią, że praca, którą wykonują, jest tak samo wartościowa jak każda inna, i że sprzątanie po innych nie jest „naturalnym” zajęciem dla kobiet, głównie tych o innym niż biały kolorze skóry oraz imigrantek.
Podczas gdy takie kobiety jak James walczyły o uznanie zajęć domowych za prawdziwą pracę, główny nurt feminizmu walczył o porzucenie jej na rzecz „kariery”. Jak wskazała Barbara Ehrenreich w książce „Global woman”, bohaterka drugiej fali feminizmu Betty Friedan szalała z gniewu wymierzonego przeciwko społeczeństwu, które przypisało wykształconym kobietom obowiązki, które ona postrzegała jako właściwe sprzątaczkom, a więc poniżej możliwości kobiet o przeciętnej inteligencji, a także, według cytowanych przez nią niezidentyfikowanych badań, szczególnie pasujące do dziewcząt ociężałych umysłowo.
Jednym z fundamentalnych założeń ruchu robotniczego było zawsze to, że każda praca zasługuje na szacunek – nie ma degradujących zawodów, są tylko poniżające warunki ich wykonywania. Nie chodzi o to, jak przekonuje Ehrenreich, że praca w domu była pracą fizyczną, i to, według Friedan, sprawiło, że wydawała się poniżająca, ale raczej o to, iż została osadzona w poniżających relacjach i nieuchronnie służyła ich wzmocnieniu. Robienie bałaganu, z którym inna osoba będzie musiała się uporać – rozrzucone skarpetki, pasta do zębów rozpryśnięta na łazienkowym lustrze, brudne naczynia pozostawione po nocnej przekąsce – służy pokazywaniu dominacji w jednej z najcichszych i najbardziej intymnych form.
Jak pisze Ehrenreich, National Organization for Women walczyła o objęcie pracy w domu ustawą Fair Labor Standards Act (Ustawa o Uczciwych Standardach Pracy), ale w sposób, który wydawał się zakładać, że płatna praca w domu jest koniecznością dla „pewnych kobiet”, tak by pozostałe mogły spełniać się w innych, bardziej satysfakcjonujących zawodach. Pod pewnym względem, jak się wydaje, walczyła ona więc o prawo do rzucania skarpetek czy pozostawiania brudnych naczyń i chociaż działaczki z NOW chciałyby, żeby inne kobiety, te wykonujące „brudną robotę”, miały zapewnione bezpieczeństwo pracy, to nadal wydawały się ją postrzegać jako profesję, do której one same są w pewnym sensie „zbyt dobre”.
Ehrenreich sugerowała, że fakt, iż walka o pracę w domu wciąż wydaje się niezakończona, ma prostą przyczynę – ludzie, którzy podtrzymywali to zagadnienie przy życiu, to w dużej mierze dobrze sytuowane osoby z klasy wysoko wykwalifikowanych pracowników, dziennikarze, teoretycy, politycy, profesorowie, a więc opiniotwórcza elita. To oni właśnie pozwolili, by kwestia pracy znikła z widoku, zastąpiona przez wizerunek „zajętej, pracującej zawodowo profesjonalistki, która w pośpiechu wybiega rano z domu”.
To klasa społeczna stworzyła i podtrzymuje podział między feministkami-profesjonalistkami a kobietami, które szukają pomocy w związkach zawodowych, a nie w ruchu feministycznym. Nie znajdziemy samozwańczej feministki, która przynajmniej deklaratywnie nie skłania się ku idei równej płacy za równą pracę, ale nie widać wielkiego związku między deklaracjami dostrzegania problemu a działaniami, które mogłyby zostać podjęte, żeby naprawić tę krzywdę. Ustawa Paycheck Fairness Act, dotycząca transparentności wynagrodzeń, która pozwala pracownikom dyskutować między sobą o otrzymywanych płacach, by mogli odkryć ich rozbieżności, była reklamowana jako część rozwiązania problemu rozziewu płac wynikającego z różnic płci. Ale już idea organizowania się pracowników w związki zawodowe, z pomocą których wchodziliby w układy zbiorowe dotyczące lepszej płacy i warunków pracy, wydaje się na tym etapie dawno zapomniana.
Gdy mówimy jedynie o kwestii równej płacy za równą pracę, koncentrujemy się tylko na indywidualnych stawkach płacowych konkretnych kobiet w porównaniu ze stawkami konkretnych mężczyzn. Zakładamy również, że ta praca ma miejsce w pewnego rodzaju środowisku „białych kołnierzyków”, gdzie czyjaś pensja może być negocjowana raczej indywidualnie niż zbiorowo. Marilyn Sneiderman, przez całe życie zawodowe angażująca się w działalność związkową jako liderka Jewish Service Corps, zauważa, że starania prawniczki, by zostać partnerką w kancelarii to walka indywidualna, ale już kelnerka, sprzątaczka czy pokojówka hotelowa to nie są zawody, w których pracownice karmią się nadzieją na zdobycie lepszej pracy w przyszłości za pomocą awansu zawodowego. Chodzi im raczej o płatny urlop zdrowotny, o bezpieczeństwo, o podwyżkę – a to są rzeczy, które można zdobyć tylko organizując się wraz ze współpracownicami.
Kobiety działają w ruchu pracowniczym od początku jego istnienia, poczynając od podżegającej lud do walki Mary Harris „Mother” Jones po anarchistki takie jak Lucy Parsons czy Emma Goldman. Poo wskazuje, że pierwszy odnotowany strajk pracownic domowych w kraju miał miejsce już w 1881 r. Kobiety te musiały w dodatku walczyć o swoje miejsce wewnątrz ruchu robotniczego. Daniel Katz, dziekan National Labor College, napisał, że w 1909 r., gdy miał w Nowym Jorku miejsce słynny strajk pracownic fabryk odzieżowych, a 20 tysięcy kobiet wyszło na ulice, by protestować przeciwko warunkom w fabrykach, nie walczyły one tylko przeciwko swoim szefom: Kobiety powstały przeciwko fabrykom odzieżowym, ale to było powstanie również przeciw mężczyznom. Domagały się równych praw także w związku zawodowym.
W tym samym czasie, gdy złożony głównie z imigrantek ruch pracownic fabryk odzieżowych walczył o swoje prawa, również ruch sufrażystek był w pełnym rozkwicie. Sufrażystki pochodziły głównie z klasy średniej i były częścią większego ówczesnego ruchu postępowego, który starał się „ciągnąć w górę” ubogich. Katz zauważa, że postrzegały to jako walkę dwutorową, której jedna część dotyczyła powstania przeciwko potężnym, a druga – przeciwko „kulturze ubogich”. Ubodzy mieli zatem zostać „uratowani”, a nie pytani o jakąkolwiek opinię.
Podczas gdy kobiety z fabryk odzieżowych prowadziły strajk, mężczyźni ze związków zawodowych zostawili je w dużej mierze same sobie, ale przyłączyły się do nich niektóre z sufrażystek, łącznie ze znanymi i dobrze sytuowanymi kobietami, takimi jak Nancy Astor czy Alva Vanderbilt Belmont, które, jak opisuje to Katz, miały znacznie więcej pieniędzy niż właściciele fabryk. Ale z biegiem lat pracownice fizyczne zaczęły wahać się, czy pozwolić bogatym kobietom z klasy średniej dyktować im zasady, na jakich miały działać związki zawodowe w przemyśle.
Dorothy Sue Cobble w swojej książce „The Other Women’s Movement” („Ruch Innych Kobiet”) przygląda się „związkowym feministkom”, których aktywność pomiędzy erą sufrażystek a drugą falą feminizmu uczyniła wiele dla kobiet w miejscach ich zatrudnienia. Argumentuje ona, że nie da się zrozumieć batalii między „równościowymi” feministkami a feministkami prospołecznymi, które organizowały się poprzez ruch pracowniczy, bez przyjrzenia się kwestiom klasowym.
W dzisiejszym ruchu feministycznym kwestia ta wcale nie wygląda inaczej. Znane twarze są w większości białe i dobrze wykształcone, to autorki książek i felietonistki, dyrektorki generalne w organizacjach zajmujących się jednym wybranym celem. Ale dzisiejsze feministki mają już większe pojęcie o tych kwestiach, a przynajmniej powinny je mieć. Cecile Richards, dyrektorka Planned Parenthood, zaczęła najpierw działać w Justice for Janitors (Sprawiedliwość dla Sprzątaczy), rewolucyjnej kampanii z lat 90., mającej na celu sprawienie, by pracodawcy i cały świat zaczęli dostrzegać godność i człowieczeństwo pracowników, którzy sprzątają nie tylko w domach, ale także na skalę przemysłową. Większość sprzątaczy stanowiły kobiety, najczęściej imigrantki o kolorze skóry innym niż biały.
Podział jednak nadal trwa. Kiedy Narodowa Liga Piłki Nożnej zastosowała w roku 2013 lokaut wobec związku zawodowego sędziów, wydawało się, że jej członkowie rozkoszują się wykorzystywaniem znanego antagonizmu „kobiety kontra praca”, posyłając je po raz pierwszy na boisko jako zastępstwo dla szykanowanych sędziów. Feministki wiwatowały, mężczyźni ze związku narzekali, a część ludzi lewicy schowała twarze w dłoniach, zagniewana tym cynicznym ruchem. Chcieliśmy cieszyć się z nowego pola wywalczonego dla kobiet, ale zamiast tego musieliśmy odebrać nową, trudną lekcję, mówiącą, że nie wszystkie pierwsze kroki uczynione przez kobiety oznaczają dla nich postęp. Czy chodzi o rzeczniczkę Rady Miasta Nowy Jork Christine Quinn, blokującą płacę za dni urlopu zdrowotnego, Marissę Meyer, obejmującą stery nad Yahoo, czy też Shannon Eastin, przejmującą za mniejsze wynagrodzenie obowiązki pracownika objętego lokautem – musimy zdawać sobie sprawę z faktu, że niektóre zmiany w sytuacji kobiet na rynku pracy dokonują się kosztem innych pracowników, wśród których nie brakuje także kobiet.
Dziś wiele feministek postrzega „ratowanie” pracownic seks-biznesu jako odpowiednią dla siebie działalność, ale nie uczestniczą już w strajkach i pikietach nauczycielek, pielęgniarek i pokojówek hotelowych. Gdy Dominique Strauss-Kahn został oskarżony o zgwałcenie Nafissatou Diallo, pokojówki hotelowej, feministki pospieszyły w jej obronie, ale to wsparcie nie doprowadziło do wzrostu poparcia dla związków zawodowych działających w hotelach, mimo że pracownicy hoteli Hyatt zaangażowali się w ogólnokrajowy bojkot, a UNITE HERE, związek zawodowy pracowników hotelowych, wspierał Diallo i nadal broni pracownic przed zwolnieniem z pracy za głośny sprzeciw wobec wykorzystywania seksualnego. Natomiast bardzo emocjonalne reakcje feministek skupiły się w tamtym czasie wokół Christine Lagarde, która zajęła miejsce Strauss-Kahna w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.
Tak długo jak kobiety wychwalają własne awanse na stanowiska członkiń rad nadzorczych i innych ciał decyzyjnych ze względu na cele równościowe i nie kwestionują tego, co dzieje się w owych radach i ciałach, do prawdziwego wyzwolenia droga jest wciąż daleka.
W lipcu 2013 r. grupa kobiet-działaczek, przywódczyń lokalnych społeczności, aktywistek oraz pracownic restauracji i punktów handlowych zgromadziła się przy frontowych schodach ratusza w Nowym Jorku, aby otwarcie zabrać głos w sprawie płatnych zwolnień chorobowych. Gloria Steinem, znana feministka, nie walczyła na pierwszej linii ognia, ale stała się częścią wydarzenia, dzięki temu, że tego samego ranka opublikowała na stronach „New York Times” tekst popierający ustawę o płatnych zwolnieniach i wywarła presję na rzeczniczkę Rady Miejskiej Christine Quinn – która miała nadzieję zostać pierwszą kobietą-burmistrzem Nowego Jorku – by poparła poddanie ustawy pod głosowanie.
Quinn bez wątpienia liczyła, że podczas kampanii wyborczej poprą ją „twarde” feministki. Ale Steinem, Ai-Jen Poo, a także około dwustu innych wpływowych kobiet podpisało list mówiący, że ich poparcie dla jej kandydatury zależne jest od tego, czy pozwoli na głosowanie nad ustawą o płatnym urlopie chorobowym. Tak długo, jak kobiety będą głównymi opiekunami dla swoich rodzin, a także stanowić będą większość nisko opłacanych, pozbawionych zasiłków pracowników w mieście, walka o zmianę ich sytuacji pozostanie zadaniem dla feministek. Nie da się ukryć tego faktu za apelami o przebicie szklanego sufitu w gabinecie burmistrza.
Zorganizowanie publicznej kampanii nacisku na Quinn, by ujęła się za wszystkimi kobietami, pokazuje, jak liderki ruchu praw kobiet walczą na rzecz jego celów – jednak to stanowczo zbyt rzadki widok. Quinn nie zmieniła zdania w wyniku nacisków. Ale kampania w sprawie płatnych zwolnień jest znakiem niosącym nadzieję, znakiem, że być może ruch feministyczny na nowo rozpatruje swoje miejsce w pierwszej linii walk pracowniczych. Wąska strużka, jaką feminizm sączy się z góry ku kobietom znajdującym się niżej w strukturze społecznej – nie wystarczy.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w amerykańskim lewicowym czasopiśmie „Dissent” w numerze z zimy 2013.
tłum. Magda Komuda
przez Adela Marta Jurkowska | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Charleston w Karolinie Południowej jest najpiękniejszym miastem, w jakim byłam. Spędziłam tam tylko kilka godzin, w tym część przespałam z nogami na kierownicy w wynajętym samochodzie. Podczas spacerów między wielkimi rezydencjami w kolonialnym stylu wetknęłam sobie za ucho kolorowy kwiatek, jeden z milionów kolorowych kwiatków, rosnących szybciej, niż meksykańscy ogrodnicy nadążają z przycinaniem ich do gustownej nienachalności. Odkryłam w sobie wtedy wstydliwą empatię wobec żołnierzy oraz żon i córek Konfederacji. Zrozumiałam, że bronili nie tylko niewolnictwa, tej „dziwnej instytucji” (peculiar institution – popularny eufemizm okresu przedwojennego), która wykorzystała drobną fizyczną odmienność, by stworzyć rasę. Przede wszystkim bronili stylu życia, swojego komfortu psychicznego, swojego spokojnego snu, swoich białych dłoni. Walczyli o poczucie słuszności, o to, że mają rację, że mają święte i niezbywalne prawo do czucia się lepszymi i postrzegania innych jako gorszych i takiegoż ich traktowania. Koncepcja supremacji rasowej (white supremacy) dawała poczucie ważności, lepszości, poczucie bycia wartościowym, nawet gdy nie miało się nic i nie osiągnęło się nic, i nie było się nikim więcej niż istotą ludzką.
Dylann Storm Roof chciał się poczuć kimś, ale nie miał żadnej właściwości (property) poza białym kolorem skóry. Ale nawet ta właściwość może stać się cenną własnością (property), gdy daje ci miejsce w wygodniejszym wagonie kolejowym (patrz: sprawa Plessy vs. Ferguson1) lub zapewnia przeżycie, gdy inni giną.
Dylann Roof ma 21 lat i fryzurę „na garnek”, modną wśród polskich chłopów pańszczyźnianych w XV wieku. W środę 17 czerwca 2015 r. włożył swojego Glocka kaliber 45 mm, kupionego za pieniądze z prezentu urodzinowego od rodziców, do saszetki i poszedł na zebranie kółka biblijnego. Do tego momentu jest żałośnie i może nawet trochę śmiesznie, potem robi się strasznie. Roof wybrał grupę edukacji biblijnej, zbierającą się w Emanuel African Methodist Church w najpiękniejszym mieście, w którym w życiu byłam, nazywanym też Holy City, bo jest w nim tak wiele kościołów…
Charleston może nie jest oficjalnie najbardziej rasistowskim i „skonfederowanym” miastem w Stanach Zjednoczonych, jednak miałby do tego tytułu spore prawa. Po pierwsze, był głównym portem dla przypływających z Afryki statków z niewolnikami (nawet dla 70 procent z nich Charleston to pierwszy przystanek na amerykańskiej ziemi). Kiedy w 1808 roku zakazano wreszcie zamorskiego importu niewolników (Jezu, nie wierzę, że użyłam wobec ludzi słowa „import”, ale to przecież prawda, wstrętna prawda), Charleston zmienił się w krajowe centrum handlu wiadomo-kim. To w Charleston w grudniu 1860 roku przyjęto „rozporządzenie o secesji”. Karolina Południowa była pierwszym stanem, który opuścił Unię, a pierwsze strzały wojny secesyjnej padły z Fortu Sumter, czyli de facto z miasta-portu Charleston. Roof w swoim manifeście wyjaśnia, że wybrał Charleston, ponieważ jest najbardziej „historycznym” miastem w stanie i niegdyś miało najwyższą proporcję Czarnych wobec Białych w całym kraju.
Dziś Charleston jest w trzech czwartych biały (dane z 2010 r). Jeszcze w latach 80. proporcja ta wynosiła pół na pół. Ciekawe, czy pisząc o demograficznej przewadze Czarnych w okresie przedwojennym Roof, zadał sobie trud, by pomnożyć ich liczbę przez trzy piąte. Bo tym właśnie, według pierwszej konstytucji amerykańskiej, był Afrykanin mieszkający w Ameryce lub Amerykanin afrykańskiego pochodzenia – trzema piątymi człowieka.
Swój manifest Roof opublikował na prymitywnej stronie internetowej, która wypaliła mi dziurę w mózgu. Jest tam część fotograficzna, przedstawiająca Roofa w przydomowym ogródku, w wędkarskim kapelusiku i ciemnych okularach zsuniętych na koniec nosa jak u aktorki z Beverly Hills 90210. Do wizerunku najbardziej wyśmiewanego chłopaka w szkole dodane są, niczym okrutne nieporozumienie, atrybuty twardogłowego południowca: flaga Konfederacji, płonąca flaga USA (wydaje się, jakby była podpalona od grilla, który stoi w tle), pistolet (prawdziwy! choć w tej scenerii trudno w to uwierzyć) i tablica rejestracyjna z napisem „Skonfederowane Stany Ameryki”. Do tego, jak w albumie każdego licealisty, kilka zdjęć z wycieczek: tu cmentarz walecznych białych przodków, tam pomnik tychże, jeszcze dalej muzeum niezmiennie monotematyczne. I wypisana patykiem na piasku liczba 1488 – 14 oznacza w neonazistowskim slangu czternastowyrazowy slogan w typie „white power”, a 88 to „Heil Hitler”. Ogólnie: żałość. Ale też trochę strach ściska za gardło.
Hitem Internetu jest zdjęcie Roofa w czarnej kurtce z przyszytymi flagami RPA czasów apartheidu i Rodezji – państwa istniejącego w latach 1964–1979, zamieszkanego w większości przez Czarnych, a rządzonego wyłącznie przez Białych. Czarni przejęli władzę na drodze wyborów i w 1980 r. zmienili nazwę Rodezji na Zimbabwe. Roof najwyraźniej bolał nad tą przemianą, ponieważ swoje przesłanie zamieścił pod adresem lastrhodesian.com („Ostatni Rodezyjczyk”).
Pozostała część strony to manifest, który byłby pewniakiem w konkursie na największą liczbę nienawistnych bzdur na jednostkę objętości tekstu. Pierwszym, co zakłuło mnie w oczy, było użycie wielkiej litery, gdy mowa jest o „Białych” i małej w słowie „czarni”. Niewielka to rzecz, a boleśnie znacząca. Roof w dość nietypowy sposób dzieli ludzi na „rasy” (Żydzi jego zdaniem są rasą, wschodni Azjaci też stanowią rasę) i opisuje każdą, najwięcej miejsca poświęcając Czarnym (używam tego słowa jako politycznie neutralnego oraz w tym kontekście potrzebnego). Czarnuchy są głupie i okrutne – wnikliwie zauważa autor, który kilka godzin później zamorduje dziewięć osób. Porównuje Afroamerykanów do psów i twierdzi, że stąd bierze się współczucie dla ich krzywdy – tak jak współczuć będziemy psu bitemu przez człowieka, gdyż pies jest niższym gatunkiem. Roof chwali się, że przeczytał „setki niewolniczych wspomnień” i że większość z nich jest pozytywna. Niektórzy panowie NAWET nie zezwalali na biczowanie niewolników na swoich plantacjach. Och, co za łaska! Błąd tkwi w tym, że niewolniczych wspomnień jest naprawdę niewiele, chyba nawet jedna setka się nie uzbiera. Poza tym styl autora Roofa sugeruje, że nie przeczytał w życiu nic ponad „jakąkolwiek lekturę w drugiej klasie amerykańskiej podstawówki”. Zdaniem zamykającym ten myślowy rynsztok jest „wybaczcie błędy, nie miałem czasu tego sprawdzić”. Błędy w pisowni (typos) oczywiście, bo przecież nie błędy merytoryczne.
Jako początek swoich zainteresowań problematyką rasy i opresji wywieranej przez Czarnych na Białych (tak, w tej kolejności) Roof wskazuje sprawę zabójstwa Trayvona Martina w lutym 2012 roku. Martin – nieuzbrojony czarny 17-latek – został zastrzelony przez szefa straży sąsiedzkiej (neighbour watch) George’a Zimmermana w Stanford na Florydzie. Policja nawet nie aresztowała sprawcy, ponieważ uznała zamordowanie chłopca za działanie podjęte w obronie własnej – między Zimmermanem a Martinem doszło do sprzeczki popartej argumentem pięści. Po tym jak przez cały kraj przetoczyła się fala protestów, Zimmerman został oskarżony o morderstwo, ale ława przysięgłych uznała go za niewinnego. Departament Sprawiedliwości ogłosił, że nie ma wystarczających dowodów, by wszcząć śledztwo federalne w sprawie przestępstwa motywowanego nienawiścią (hate crime).
Roof uważał za oczywiste, że słuszność leżała po stronie Zimmermana. Wiedziony ciekawością zapytał wujka Google’a o „przestępstwa popełniane przez Czarnych na Białych” (black on white crime). Pierwszym wynikiem była – i dziś również jest – strona Rady Konserwatywnych Obywateli (Council of Conservative Citizens), której angielska nazwa skraca się do CCC, co chyba nie tylko mnie kojarzy się z KKK (Ku Klux Klan). Prezesem tej szacownej organizacji jest Earl Holt – 62-latek udostępniający najbiedniejszym z biednych mieszkania na wynajem o standardzie urągającym przyzwoitości (jego zawód to slumlord). W ten w-ogóle-nie-obrzydliwy sposób zarabia na dostatnie życie i swój konserwatywny aktywizm. Rada wspiera swoimi funduszami polityków partii republikańskiej co bardziej zaangażowanych w walkę o świętą Nierówność i upragnioną Nietolerancję. Zaraz po masakrze wszyscy wsparci zaczęli na wyścigi zwracać dotacje lub przeznaczać je na cele charytatywne. CCC powstało w latach 50. w znanym z szalejącego rasizmu stanie Mississippi. Jego głównym celem było zapobieganie integracji rasowej w szkołach po wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Brown vs. Board of Education. Gdy konserwatywni obywatele odnieśli porażkę w bronieniu swoich dzieci przed krzywdą przebywania w jednej klasie z Afroamerykanami, przerzucili się na zwalczanie międzyrasowych małżeństw i lobbowanie przeciwko imigrantom. Monitorują również sytuację Białych zamordowanych przez Czarnych. Według statystyk FBI stanowią oni niewielki procent wszystkich ofiar, bo najwyraźniej Biali najbardziej lubią zabijać się nawzajem. Entuzjaści tematu mogą śledzić te 13,6% morderstw, których ofiary były białe, a sprawcy czarni, za pomocą wygodnych i łatwych w obsłudze mediów społecznościowych, np. wpisując na Twitterze #whitegenocide.
Zamachowiec nie przypadkiem wybrał za cel ataku Emanuel African Methodist Church. Jest on bowiem najstarszym czarnym kościołem na południe od Baltimore. Założony w 1816 roku, był miejscem, gdzie niewolnicy mogli poczuć się jak pełnoprawne jednostki ludzkie – w oczach Boga równe innym ludziom. W myśl zasady, że wiedza równa się władzy, sztukę czytania i pisania skrywano przed niewolnikami, więc kościoły były jedynymi instytucjami edukującymi społeczność niewolniczą. Denmark Vesey – jeden z założycieli kościoła – przewodził słynnemu powstaniu niewolników. Skala powstania była niewielka, zostało szybko stłumione, a wszyscy jego uczestnicy straceni. Ale zjednoczeni, zbuntowani niewolnicy byli najgorszym koszmarem dla białych plantatorów, tak przerażonych rebelią, że nawet kościół spalili do gołej ziemi.
Proboszczem tej ważnej parafii był wielebny Clementa C. Pinckney. Po wejściu do kościoła zamachowiec poprosił o wskazanie mu pastora Pinckney’a i usiadł obok niego, co może sugerować, że to on był głównym celem ataku. Wielebny Pinckney był znaną osobą publiczną, aktywnym działaczem społecznym, zasiadał w senacie stanowym Karoliny Południowej. Zawodowe obowiązki senatora wymagały od niego codziennego przebywania w budynku władz stanowych w Columbii, nad którym, zupełnie niezawstydzona swoim niemoralnym dziedzictwem, powiewa flaga Konfederacji (flaga wojenna, przypomina drugą „państwową” flagę Skonfederowanych Stanów Ameryki). Po masakrze, decyzją gubernatorki stanu Nikki Haley, flagi USA Karoliny Południowej zostały opuszczone do połowy masztu na dziewięć dni – po jednym dniu za każdą z ofiar zamachu. Jednak flaga Konfederacji – najbardziej kontrowersyjna, ponieważ bardzo często wykorzystywana jako symbol białej supremacji – pozostała na szczycie masztu. Gubernatorka ubolewa nad tym faktem, ale decyzja nie należy do niej – nad tą konkretną flagą władzę sprawuje senat stanu. Gdy piszę te słowa, senat debatuje nad usunięciem flagi: izba niższa już przychyliła się do tego wniosku.
Ale co flaga właścicieli niewolników i przeciwników Unii w ogóle robi na terenie należącym do władz stanu? Otóż umieszczono ją nad Kapitolem w Columbii w 1962 r. na znak SPRZECIWU wobec ruchu na rzecz praw obywatelskich (Civil Rights Movement), a dokładnie na rzecz równości praw obywatelskich dla wszystkich obywateli niezależnie od koloru skóry. W roku 2000, pod naciskiem protestów obywatelskich, flagę Konfederacji zdjęto z budynku senatu stanowego i umieszczono przed budynkiem. Nieważne, czy z dachu, czy z trawnika, flaga Konfederacji codziennie przypomina czarnym urzędnikom i mieszkańcom, kim ich stan chciał, by byli – niewolnikami. Czarne dzieci chodzą do szkół nazwanych imionami konfederackich generałów – ludzi, którzy oddali życie za to, by owe dzieci nie mogły się uczyć. Liczne ulice w miastach Południa noszą imiona bohaterów Konfederacji. Nawet Emanuel African Methodist Church stoi przy ulicy Johna C. Calhouna – gorącego zwolennika niewolnictwa (z nurtu: niewolnictwo to jest dobra, dobra rzecz) i jednego z najgorliwszych orędowników secesji.
Z całej dyskusji użytek dla siebie, jak zawsze, zrobią marketingowcy: największe sieci sklepów w Ameryce, w tym np. Amazon, wycofały ze sprzedaży wszystkie gadżety przedstawiające flagę konfederacji. Zapowiada się powstanie czarnego rynku ręczników plażowych, foteli rybackich i kubków termicznych.
Gdy grupa biblijna rozpoczęła dyskusję nad wybranym fragmentem Pisma, Roof najpierw słuchał, potem rozzłoszczony zabrał głos, a następnie wstał, wyjął pistolet i zaczął strzelać. Musiał pięciokrotnie przeładować magazynek, by uśmiercić wszystkich.
Cynthia Marie Graham Hurd (54 lata) – członkini grupy biblijnej i kierowniczka biblioteki publicznej hrabstwa Charleston.
Susie Jackson (87 lat) – członkini grupy biblijnej i chóru kościelnego.
Ethel Lee Lance (70 lat) – kościelny w Emanuel African Methodist Church.
Depayne Middleton-Doctor (49 lat) – pastor oraz administrator i koordynator działu rekrutacji w Southern Wesleyan University.
Clementa C. Pinckney (41 lat) – proboszcz Emanuel African Methodist Church i senator stanu Karoliny Południowej.
Tywanza Sanders (26 lat) – członek grupy biblijnej.
Daniel Simmons (74 lata) – pastor pracujący w Greater Zion AME Church w Awendaw.
Sharonda Coleman-Singleton (45 lat) – pastorka oraz logopeda i trenerka bieania w Goose Creek High School.
Myra Thompson (59 lat) – nauczycielka grupy biblijnej.
Wypisałam te nieraz trudne do wymówienia nazwiska ofiar, ponieważ ważne jest, abyśmy o nich pamiętali. Byśmy wiedzieli, kim byli, jak wyglądali, jak istotni byli dla swojej społeczności. Zbyt często zapamiętuje się tylko nazwisko i obmierzłą twarz mordercy, stającego się medialnym celebrytą. Przypomina się o nim wciąż na nowo, przy okazji procesu, potem apelacji, potem, gdy wyda swoją biografię, później zrobią o nim film dokumentalny i nawet jego śmierć na krześle elektrycznym będzie pokazana w full HD i oglądana przez miliony. A po ofiarach nie pozostanie nic poza wspomnieniami. Mamy obowiązek je pielęgnować.
Roof pozostawił przy życiu jedną osobę. Kolejne dwie, w tym dziecko, uratowały się, udając martwych. Kobiecie, która przeżyła, zamachowiec nakazał poinformowanie opinii publicznej o przebiegu zamachu i jego motywach. On sam planował prawdopodobnie popełnić samobójstwo, jednak gdy udało mu się bez problemów opuścić kościół, wsiadł w samochód i odjechał. Aresztowano go następnego dnia, 250 mil od miejsca zbrodni, już za granicą stanu – w Shelby w Karolinie Północnej. Na Dylanna Roofa jako potencjalnego mordercę wskazali jego ojciec, wuj i najbliższy przyjaciel, którzy po obejrzeniu doniesień w telewizji zawiadomili policję. Roof poprosił o ekstradycję i został przetransportowany do Karoliny Południowej. Podczas pierwszej rozprawy, która ma na celu przedstawienie zarzutów i wyznaczenie kaucji, rodziny ofiar przekazały zamachowcowi słowa przebaczenia w duchu chrześcijańskim. Roof nie wydawał się ani wzruszony, ani w ogóle… żaden. Nie był nawet przejęty tym, że grozi mu dziewięciokrotna kara śmierci.
Kobieta, mająca być posłanniczką wiadomości Roofa, jest w stanie głębokiego szoku i znajduje się pod opieką lekarzy. Jej krewna, której udało się z nią porozmawiać, przekazała, że zanim Roof zaczął strzelać, Tywanza Sanders próbował przemówić mu do rozsądku. „Nie musisz tego robić” – przekonywał. Odpowiedzią było: „Tak [muszę]. Gwałcicie nasze kobiety i przejmujecie nasz kraj”. Argument o „gwałceniu naszych (białych) kobiet” jest stary jak historia konfliktu rasowego w Ameryce. Był on podnoszony jeszcze przed zniesieniem niewolnictwa: wtedy usprawiedliwiał ten haniebny proceder jako „konieczną obronę Białych przed Czarnymi”. Potem był fałszywym pretekstem do niemal wszystkich linczów, działalności Ku Klux Klanu i praw Jima Crowa, czyniących rasową dyskryminację legalną. Entuzjaści tego wyssanego z palca konceptu, w tym morderca Roof, najwyraźniej za nic mają sobie statystki wykazujące, że w przytłaczającej większości gwałtów sprawca i ofiara mają ten sam kolor skóry.
Załóżmy jednak na chwilę, w ramach eksperymentu myślowego, że Roof naprawdę jest przekonany o tym, że czarni mężczyźni nie robią nic innego, tylko gwałcą białe kobiety. I chciał ich z tego powodu zabić. Zabić czarnych mężczyzn, by chronić białe kobiety. Na liście najlepszych miejsc i pór do zrealizowania tego celu „kościół w środowy wieczór” z pewnością zająłby jedną z ostatnich pozycji. Kobiety, niezależnie od pochodzenia etnicznego, są o wiele bardziej religijne niż mężczyźni, nie powinno więc dziwić, że na spotkanie poświęcone dyskusjom o Biblii przyszły głównie one. I to w większości kobiety poniosły śmierć – stanowiły sześć z dziewięciu ofiar.
A może właśnie to kobiety były celem od początku, nawet jeśli morderca nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie byłby to pierwszy przypadek połączenia rasizmu z seksizmem. Gdy przedstawiciele grup niegdyś nadrzędnych (w tym przypadku biali mężczyźni), dziś zmuszeni do wykazania się czymś więcej niż posiadaniem białej skóry i penisa, by zyskać pozycję w społeczeństwie, nie są w stanie osiągnąć upragnionego prestiżu, zwracają frustrację przeciwko grupom historycznie dyskryminowanym. Ten przerośnięty maltuzjanizm traktuje prawa i wolności obywatelskie jako dobra, których zasób jest skończony, więc jeśli ktoś je uzyskuje, to automatycznie ja je tracę. Na szczęście druga poprawka do konstytucji umożliwia mi obronę tego, co moje. Obronę zbrojną.
Barack Obama stworzył całkowicie nowy gatunek krasomówstwa – przemówienie postmasakrowe. Oficjalna wypowiedź po zamachu w Charleston była jego czternastym oświadczeniem wydanym po masowym morderstwie dokonanym przy użyciu broni palnej. Obama wygłosił kilka zużytych frazesów o tym, że niewinni ludzie zginęli po części dlatego, że ten, kto chciał wyrządzić im krzywdę, nie miał problemu z pozyskaniem broni oraz że on, prezydent, odmawia udawania, że wystarczy pogrążyć się w żałobie, a każda próba działania będzie upolitycznianiem problemu. Nic nowego. Zacytował też przemówienie Martina Luthera Kinga sprzed 52 lat, wygłoszone po śmierci trzech czarnych dziewczynek w zamachu bombowym na kościół w Birmingham w Alabamie. Z tego, że ów cytat jest wciąż aktualny, płynie jeden wniosek – przez pół wieku nic się nie zmieniło.
W Stanach Zjednoczonych działają 784 „grupy nienawiści” (hate groups). Monitorowaniem ich działalności zajmuje się Southern Poverty Law Center, które prowadzi bardzo profesjonalną stronę internetową i wykonuje ogrom dobrej, merytorycznej pracy. Grupy nienawiści podzielone są na kategorie pod względem przedmiotu nienawiści: występują zatem stowarzyszenia neonazistowskie, anty-LGBT, neokonfederackie oraz, moje ulubione, stowarzyszenia „ogólnej nienawiści” (general hate). Ich istnienie jest jak najbardziej legalne, bo pierwsza poprawka gwarantuje wolność słowa. Mogą się zbroić i tworzyć własne armie, bo druga poprawka zapewnia prawo do posiadania broni. A dzięki bezkrytyczności opinii publicznej mogą przedstawiać szaleństwo nienawiści jako poglądy racjonalne, logiczne, „prawdziwie amerykańskie” i, zupełnie bez zażenowania, jako prawowitą agendę polityczną. Łącznie z tym, że stowarzyszenia potomków i potomkiń prominentnych konfederatów wciąż planują secesję od Unii.
Dlaczego masakry w Charleston nie nazywa się atakiem terrorystycznym? – pytają komentatorzy. Dlaczego nawet określenie „przestępstwo motywowane nienawiścią” (hate crime) jest używane nader ostrożnie? Czyżby dlatego, że przeczyłoby to lansowanej przez władze koncepcji terroryzmu jako działań złych muzułmanów przeciwko dobrym Amerykanom? Koncepcji, w której to „Inni”, „Obcy” żywią nienawiść do nas, a my tylko nadstawiamy drugi policzek, bo „tak zrobiłby Jezus”. „What would Jesus do?” (co zrobiłby Jezus?) jest popularnym sloganem chrześcijańskiej prawicy, często drukowanym na koszulkach, naklejkach itp. Prawicowe media energicznie grzebią w przeszłości Roofa, by znaleźć dowody nadużywania narkotyków lub historię problemów psychicznych. Tak, w marcu 2015 aresztowano go za posiadanie narkotyków. Tak, pod koniec lat 90. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne debatowało nad wpisaniem rasizmu na listę chorób psychicznych, czego ostatecznie nie zrobiono. Nie, działanie mózgu Dylanna Roofa nie było w chwili popełnienia dziewięciu morderstw ani upośledzone przez chorobę, ani zmienione przez substancje psychoaktywne. Było napędzane zwykłą, nagą nienawiścią.
Czytam w ostatnich dniach nowo wydane po polsku eseje Emmy Goldman. Tekst „Psychologia terroryzmu” przypomniał mi o tym, że zwykłam empatyzować z więźniami i zamachowcami, gdyż wychodzę z założenia, że większość aktów przemocy ma swoją przyczynę w poczuciu krzywdy i ostatecznej bezsilności. I taka była, moim zdaniem, przyczyna tragicznych wydarzeń w Charleston. Dylann Roof czuł się ofiarą, czuł, że coś mu niesprawiedliwie odebrano. Wierzył, że za sam fakt bycia białym mężczyzną należą się prestiż społeczny, pieniądze i wygodne życie. Gdy zorientował się, że współczesny świat nie rządzi się tymi samymi regułami, co przedwojenne Południe, poczuł się skrzywdzony, a potem wściekły. Biali mężczyźni naprawdę stracili na równości praw obywatelskich. Jako biała kobieta powiem: i bardzo dobrze!
PS. Mam nadzieję, że czytelnik/-czka nie czuje się urażony/-a nieco prześmiewczym tonem artykułu. Sarkazm, ironia i złośliwość były dla mnie terapeutycznymi narzędziami zastosowanymi, by zło i ludzkie nieszczęście, z którymi obcowałam w trakcie zbierania materiałów, nie doprowadziły mnie do apopleksji. Czuję przeogromny smutek i współczucie dla ofiar i ich rodzin, a także najwyższe obrzydzenie wobec sprawcy.
Przypis:
- Homer Plessy był osobą o mieszanym „pochodzeniu rasowym” i został z tego powodu wyproszony z wagonu pierwszej klasy „tylko dla białych”. Wyrok Sądu Najwyższego z 1896 roku w sprawie Plessy vs. Ferguson uznawał doktrynę „oddzielne, ale równe” (separate but equal) za zgodną z konstytucją. W praktyce oznaczało to przyzwolenie na segregację rasową w miejscach publicznych. Wyrok pozostał w mocy do roku 1954, kiedy został uchylony decyzją Sądu Najwyższego w sprawie Brown vs. Board of Education.