Ucieczka od wspólnoty

Na ile osiedla grodzone, które Pan bada, są jakościowo nowym zjawiskiem w historii rozwoju miast? Czy mówiąc o miastach jako o bytach otwartych i różnorodnych, o wspólnych dobrach i publicznej przestrzeni, nie idealizujemy? Przed powstaniem osiedli grodzonych były w miastach miejsca, do których dostęp był ograniczony albo w których pewne kategorie ludzi nie miały czego szukać, były enklawy luksusu i były slumsy…

Jacek Gądecki: Na pewno tak. Możemy szukać też analogii do przedwojennych czasów, kiedy istniały ekskluzywne kamienice, w których występował concierge i bronił dostępu postronnym przechodniom. W metropoliach takich jak Paryż tradycje grodzenia sięgają nawet XVIII–XIX w. Nie było to jednak zjawisko rozpowszechnione na taką skalę i nie było tak silnie związane z lękiem i poczuciem zagrożenia, wskazywanymi współcześnie w większości badań jako główne motywacje do zamieszkania na osiedlu grodzonym. Historia współczesnej ekspansji osiedli zamkniętych zaczyna się w latach 80. w USA, kiedy to wskaźniki przestępczości osiągnęły apogeum. Boom na takie osiedla trwał dzięki podtrzymywaniu i podsycaniu lęku przez deweloperów i media. Również do Polski została przeszczepiona strategia reklamy i promocji tego typu osiedli oparta na strachu. Ale to prawda, że raczej niż idealizować przeszłość i demonizować stan obecny, powinniśmy dostrzegać, że niemal od początku historii miast istniały dwie wizje ich rozwoju – emancypacyjna, wedle której miasto miało „czynić wolnym”, i druga, elitarystyczna i ekskluzywna, będąca dziedzictwem jednego z ojców założycieli socjologii Georga Simmela, zgodnie z którą miasto zniewala, zwłaszcza przy pomocy pieniądza i zawrotnego tempa życia, jakie narzuca mieszkańcom. One oczywiście często się ze sobą splatają, istnieje cała paleta stanowisk. Osobiście czuję się jednak mocno związany z tą pierwszą, wolnościową koncepcją miasta, i jestem przekonany, że dla takiego modelu rozwoju kluczowe jest istnienie przestrzeni publicznych. Osiedla grodzone są zaprzeczeniem przestrzeni publicznej i stoją w związku z tym w konflikcie z projektem emancypacyjnym.

Od pewnego czasu Polska jest jednym z europejskich liderów rankingów dotyczących liczby osiedli zamkniętych. Wspominał Pan o strachu jako jednej z głównych motywacji, którymi grają deweloperzy. Jak widzi Pan szersze przyczyny, dla których w Polsce ten specyficzny segment rynku mieszkaniowego rozwija się szybciej i bardziej ekspansywnie niż gdzie indziej?

Lęk jako motywacja kupna mieszkania na osiedlu grodzonym nie musi mieć realnych podstaw – wystarczy, że będzie umiejętnie kreowany i podsycany. Prowadzi to do absurdów, np. w połowie minionej dekady na targach nieruchomości w Krakowie zaczęły pojawiać się tzw. panic roomy, czyli małe „domowe schrony”, wyposażone w niezależne systemy łączności, zapasy wody itd. Kiedy napadają pana w domu, to musi pan do niego dobiec, zamknąć się w nim i oczekiwać na pomoc. To rozwiązanie było bardzo modne szczególnie w Kalifornii na początku lat 90. XX wieku. Mimo że w Polsce nie mamy do czynienia z nasileniem napadów rabunkowych, lęk stanowi ważny czynnik skłaniający Polaków do zamieszkania na osiedlu zamkniętym. Drugą najczęściej deklarowaną przez mieszkańców takich osiedli motywacją jest potrzeba spokoju i porządku.

Jednocześnie ze statystyk wynika, że ani samo grodzenie, ani inne elementy ochrony wcale nie zwiększają realnego bezpieczeństwa mieszkańców. Wynikałoby z tego, że efekt grodzenia jest przede wszystkim psychologiczny…

Tak jest. Są nawet badania, które pokazują, że im droższe i bardziej obwarowane mieszkanie, tym niższy poziom bezpieczeństwa. Wynika to z faktu, że te wszystkie ogrodzenia, kamery monitoringu, drzwi antywłamaniowe i panic roomy, a przede wszystkim wynajęta ochrona, powodują postępujące ograniczanie odpowiedzialności obywatelskiej. Zasada „płacę, więc wymagam” bierze górę nad tradycyjnym dozorem sąsiedzkim do tego stopnia, że oczekuje się, iż ochroniarze i operatorzy osiedla zastąpią wszystkie zwyczajne, prospołeczne odruchy mieszkańców. Zanikają tradycyjne formy dozoru sąsiedzkiego i budowania zaufania wewnątrz małej społeczności: nie zerka się już, co u sąsiada, nie reaguje na drobne akty wandalizmu. Bo skoro zdecydowałem się na mieszkanie na takim osiedlu, to kupiłem sobie bezpieczeństwo i nie muszę się nim już zajmować.

Czy są według Pana – oprócz spokoju i bezpieczeństwa – jeszcze jakieś ważne aspiracje, które kierują ludźmi nabywającymi mieszkanie w tego rodzaju osiedlu, o których, być może, mówią mniej chętnie niż o tych dwóch pierwszych?

Najważniejszą, choć nie zawsze uświadamianą funkcją grodzonych osiedli, wydaje mi się funkcja „statusowni” – miejsca, gdzie wytwarzany jest status społeczny i tożsamość nowej klasy średniej. Kupno mieszkania na osiedlu zamkniętym oznacza bowiem nie tylko awans klasowy poprzez nabycie własności i zmianę ważnego elementu otoczenia, jakim jest mieszkanie. Razem z nim kupuje się cały pakiet oczekiwań, aspiracji i dążeń. Nawet jeśli poprzestać na dwóch wartościach kluczowych z punktu widzenia deklaracji głównych zainteresowanych – spokoju i bezpieczeństwie – pojawia się przed nami rozległy obszar marzeń, nadziei i obaw, jakie stają się udziałem tej grupy społecznej, a z drugiej strony obietnic, jakie składają jej deweloperzy. W Polsce rynek osiedli grodzonych nie poszedł jeszcze w kierunku charakterystycznym dla Stanów Zjednoczonych, gdzie charakteryzuje go daleko posunięte „profilowanie” (np. po linii wyznaniowej), co doprowadziło do powstawania silnie zintegrowanych społeczności. W Polsce mamy ogrodzenia, ale nie mamy wspólnot – ludzi, którzy mieszkają w zamkniętych osiedlach, niewiele ze sobą łączy. Wiem o osiedlu buddystów i o inicjatywie jednego ze stołecznych deweloperów, który będąc wierzącym i praktykującym katolikiem, oferuje rodzinom katolickim zniżki na mieszkania. Generalnie jednak w polskich osiedlach grodzonych mamy raczej do czynienia z niespełnioną obietnicą wspólnoty.

Czemu przypisać w takim razie grodzenia wtórne, dotykające wielu starych budynków?

Grodzeniem wtórnym się nie zajmowałem, ale wiem, że często następuje ono (na żądanie wspólnot mieszkaniowych) w reakcji np. na ulokowanie w tej okolicy mieszkań socjalnych lub innych nowych inwestycji. Socjolog miasta Lesław Michałowski opowiadał mi kiedyś o domu w Trójmieście, którego mieszkanka – emerytowana pracownica Urzędu Skarbowego – przekonała swoją wspólnotę do zainstalowania wokół domu kamer i megafonu, po czym każdy z mieszkańców musiał obowiązkowo monitorować teren przed domem przez określoną liczbę godzin, a gdy zauważył coś niepokojącego, to mógł przez megafon przegonić intruza. Z kolei Włodzimierz Pessel w monografii poświęconej Warszawie z perspektywy śmieci wskazuje na problem grodzenia śmietników. Motywacje do wtórnego grodzenia są różne, ale najczęściej dominuje tu chęć uniknięcia „pasażerów na gapę”, korzystających za darmo z dóbr wspólnoty takich jak śmietnik czy miejsce parkingowe.

Rozparując osiedla grodzone w kategoriach rynkowych, natkniemy się na kwestię wysokiego popytu na mieszkania w tego typu osiedlach. Znalazłem np. dane, które mówią, że na takich osiedlach chciałoby mieszkać aż 60 proc. warszawiaków. Ale interesująca jest także strona podażowa, tzn. na ile pojawienie się zjawiska osiedli zamkniętych na taką skalę wynika po prostu z faktu, że są one bardziej opłacalne dla deweloperów niż klasyczne osiedla? Dodajmy do tego fakt, że po prostu mieszkania na osiedlach strzeżonych stanowią znaczną część, jeśli nie większość nowych mieszkań na rynku. Głównie takie mieszkania promuje też państwo w ramach programu Mieszkania dla Młodych.

Oczywiście, jest to jeden z ważnych czynników. Jak wspominałem, nie jest tak, że osiedla pojawiły się w Polsce, ponieważ w naszym kraju mamy niebotyczny poziom przestępczości, zdarzają się masowe porwania dzieci czy krwawe walki ulicznych gangów – a takie było tło społeczne pojawienia się tej tendencji w Stanach Zjednoczonych. Głównym powodem, dla którego zdobywają one w Polsce popularność, jest po prostu to, że osiedle grodzone to towar dobry do sprzedania, bo niesie ze sobą te wszystkie tożsamościowo-egzystencjalne obietnice, o których już rozmawialiśmy: spokój, bezpieczeństwo, zamknięcie, ekskluzywny charakter. Osobną kwestią jest to, na ile te obietnice są w rzeczywistości spełniane.

Osiedla dobrze się sprzedają, a nie są przesadnie koszto- ani materiałochłonne. W czasie największego boomu mieszkaniowego deweloperzy otaczali teren osiedla np. drewnianym parkanem o wysokości 150 cm, a później reklamowali je jako „grodzone i monitorowane”. Jeszcze gorzej bywa z jakością innych aspektów budowy. A koszty ochrony ponoszone są zwykle już nie przez inwestora, lecz przez samą wspólnotę. Deweloperzy często optymalizują zyski poprzez wtłaczanie w wąskie, porolne działki podmiejskie maksymalnej możliwej liczby budynków. Tak naprawdę więc natura, reklamowana jako atut osiedla, jest często tym nieznacznym terenem, którego nie pozwalają zabudować przepisy. Takie podmiejskie, grodzone osiedla ze względu na swoje koszty wpisują się idealnie w schemat programów takich jak MdM czy wcześniejsza Rodzina na Swoim, pogłębiając chaos przestrzenny i społeczne podziały za państwowe pieniądze.

Trend jest tak powszechny, że niemal nie spotyka się w gazetach ogłoszeń, w których osiedla definiowane byłyby jako niegrodzone. Budownictwo społeczne to obecnie margines. Niedaleko mojego miejsca zamieszkania jest osiedle, które reklamuje się jako „zrównoważone”. I rzeczywiście, jest w nim sporo zadbanej zieleni, ruch samochodowy i pieszy są rozdzielone, ale jednocześnie jest to klasyczne osiedle grodzone.

W swoich analizach podkreśla Pan często estetyczny wymiar decyzji o zamieszkaniu na grodzonym osiedlu – ucieczki z miasta, które jest brzydkie, chaotycznie zabudowane, zaśmiecone itd. Czy popularność osiedli grodzonych w Polsce – i szerzej w Europie Wschodniej – wiązałby Pan z doświadczeniami i fobiami nabytymi w okresie realnego socjalizmu – czy wręcz przeciwnie, widziałby ją Pan jako owoc procesów ostatniego 25-lecia?

Raczej z tym drugim. Wbrew stereotypom nie wydaje mi się, żeby trafne było kojarzenie minionego ustroju z brzydotą i chaotyczną zabudową miast. Oczywiście w poszczególnych okresach PRL-u bywało pod tym względem różnie, ale przypadki takie jak Nowa Huta i fakt, że jej mit jako „miasta idealnego” jest nadal żywy wśród samych mieszkańców, należą raczej do urbanistycznych utraconych skarbów. Źródłem problemu osiedli grodzonych jest raczej to, co zaczęło się dziać po socjalizmie, czyli dzika, nieuregulowana, błyskawiczna i nierzadko dość prowizorycznie realizowana turbourbanizacja. Miasta nie były na tę chaotyczną rozbudowę przygotowane, a osiedla grodzone są w tym procesie, moim zdaniem, zarówno przyczyną, jak i skutkiem. Z jednej strony pogłębiają chaos, ale z drugiej, na poziomie indywidualnym, oferują mieszkańcom pewien rodzaj ładu estetycznego, który stanowić może ucieczkę od tego co „na zewnątrz”. Nie mam tu, rzecz jasna, na myśli estetyki odnoszącej się do stylu architektonicznego czy piękna – chodzi mi raczej o bardziej podstawowe kategorie czystości i zadbania. Ludzie, z którymi rozmawiałem, czy ci, których wypowiedzi pojawiały się w mediach, często mówili np., że uciekli ze swoich pierwotnych lokalizacji, bo mieli dość śmieci, bałaganu, bazgrołów na ścianach klatek schodowych itp., a tu jest taki porządek i spokój. Co nie zmienia z kolei faktu, że gdy mają psa, to sprzątają po nim na osiedlu, ale jeśli wychodzą na spacer poza osiedle, to już hulaj dusza. Wybór osiedla grodzonego wiąże się zatem z dość jednostronnym i egoistycznym podejściem do ładu i czystości.

O ładzie i czystości mówi Pan jako o częściowo spełnionej obietnicy grodzonych osiedli. Podobnie jest chyba z realizacją niepisanej funkcji „statusowej”. Na ile jest tak, że generalnie mieszkańcy tego typu osiedli są zadowoleni ze swojego wyboru, a na ile na dłuższą metę się rozczarowują?

Z moich badań i obserwacji wynika, że większość konfliktów na osiedlach grodzonych nie dotyczy, paradoksalnie, jego relacji ze światem zewnętrznym, wobec którego mur ma być barierą, lecz relacji wewnątrz wspólnot. Media informują o tym rzadko, ale natychmiast wychodziło to w prowadzonych przeze mnie wywiadach. Bardzo szybko okazuje się bowiem, że chociażby spokój dla ludzi starszych jest czymś zupełnie innym niż dla rodziców z dziećmi, a jak mówiłem, w Polsce nie mamy raczej osiedli sprofilowanych w stylu amerykańskim. I bardzo liczne są przypadki, że np. starsze małżeństwo kupuje sobie mieszkanie na powstającym dopiero osiedlu, ale po wprowadzeniu okazuje się, że właśnie pod nim zlokalizowano piaskownicę dla dzieci. Protestują. Piaskownica zostaje przeniesiona, ale wtedy z kolei rodzice są niezadowoleni, bo chcą widzieć dzieci w czasie zabawy. Piaskownica trafia w okolice dyżurki ochrony osiedla, ale to powoduje jakiś następny sprzeciw. Konflikty się namnażają, atmosfera się zagęszcza, co sprzyja wybuchaniu kolejnych sporów. Do naturalnego zróżnicowania mieszkańców dokłada się jeszcze istnienie grupy rentierów, za sprawą której na osiedla trafiają np. studenci i inne grupy najemców, pochodzące zwykle z zupełnie innego świata niż zdecydowana większość właścicieli mieszkań. Co ciekawe, konflikty wybuchające w ramach osiedli zamkniętych niemal zawsze rozwiązywane są nie bezpośrednio między zainteresowanymi stronami, lecz poprzez administrację osiedla, ochroniarzy czy wręcz policję.

Wróćmy jeszcze do rozczarowań, jakie przeżywa znaczna część wprowadzających się do nowych osiedli. Większość z nich powstaje na obszarach przedmiejskich, często w znacznym oddaleniu od jakiejkolwiek infrastruktury czy usług publicznych – bez dostępu do transportu miejskiego, szkół, przedszkoli, przychodni itd. Na ile jest to dla mieszkańców problem, a na ile ich styl życia – podziemne garaże, brak zainteresowania ofertą społeczno-kulturalną miasta, prywatna służba zdrowia i opieka nad dziećmi – sprawia, że ta izolacja jest tolerowana czy wręcz aprobowana?

Na pewno jest to dla nich codzienność, do której chcąc nie chcąc muszą się przyzwyczaić. Trudno powiedzieć, na ile jest to traktowane jako dopust boży. Każdy z nas stara się jakoś racjonalizować swoje wybory, ale zjawisko dysonansu poznawczego w przypadku zakupu nieruchomości bywa szczególnie dojmujące. Może to być coś, z czym trudno sobie poradzić czy zracjonalizować, ale z drugiej strony nie jest to też czynnik prowadzący do jakiegoś fundamentalnego przewartościowania swoich wyborów związanych ze stylem życia.

Niemal wszystkie badania i analizy wskazują, że w Polsce akt własności mieszkania jest uznawany za jeden z najistotniejszych czynników poczucia egzystencjalnego bezpieczeństwa i stabilności. Różni nas to od wielu innych krajów europejskich, gdzie bardziej doceniane są tanie mieszkania na wynajem. Jak widziałby Pan na tym tle kwestię rozwoju osiedli grodzonych? Czy źródła polskiej specyfiki w tych dwóch sprawach jakoś by Pan ze sobą wiązał?

Oczywiście. Różnica statusu między najemcą a właścicielem mieszkania jest w Polsce kolosalna. W kontekście problematyki własności, kredytu itd. mówiłbym też o bezpieczeństwie, pojętym znacznie szerzej niż jako ograniczony lęk przed przestępczością – faktyczną czy urojoną. Istotne wydaje mi się po prostu bezpieczeństwo bytowe. Własny dom to ostoja bezpieczeństwa w zmiennych warunkach zewnętrznych. W swojej książce nadałem nawet jednemu z rozdziałów tytuł porównujący dominujące w naszym kraju sposoby myślenia o tych kwestiach do Dzikiego Zachodu. Wzięło się to stąd, że kilka z badanych przeze mnie osób powtórzyło w wywiadach niezależnie od siebie to samo porównanie, opisując spotkania mieszkańców. Wedle ich relacji zawsze jest ktoś, kto przyjmuje role szeryfa, opiekuna osiedla itd. Wiąże się to właśnie ze wspomnianym niezwykle silnym poczuciem przywiązania do swojej własności i ze społecznym prestiżem, jaki z niej wynika. Nawet akt własności w wersji obarczonej 30-letnim kredytem jest czymś ważnym i pożądanym.

Czy nie jest też tak, że w Polsce dominującym kierunkiem aspiracji jest posiadanie domu jednorodzinnego, a mieszkanie na osiedlu z ogrodzeniem stanowi pewną jego namiastkę czy też rozwiązanie pośrednie pomiędzy posiadaniem domu a życiem w mieście?

Osiedle grodzone stanowi rzeczywiście pewnego rodzaju erzac niedoścignionego wzorca kulturowego, jakim jest dom pod miastem. Wiele osób określa zresztą mieszkanie na tych osiedlach jako etap przejściowy, bo „docelowo chcemy mieszkać poza miastem”, najlepiej w domu jednorodzinnym. Postawa taka jest głęboko zakorzeniona w micie domu z ogrodem czy jeszcze lepiej dworku – wiejskiej idylli itp. Taka interpretacja wyjaśniałaby wiele, choćby wątki natury, jakie pojawiają się w licznych materiałach promujących w Polsce osiedla zamknięte.

Mówi się też, że zarówno myślenie o akcie własności jako o gwarancji życiowego bezpieczeństwa, jak i samą formę osiedli grodzonych zaimportowaliśmy ze Stanów Zjednoczonych, jako wciąż podstawowego wzorca świata, do jakiego aspirujemy. Z drugiej jednak strony charakterystyczne jest to, że grodzenie jest bardzo popularne w krajach trzeciego świata, a związany z nim model rozwoju miast skorelowany jest z nierównościami społecznymi. Jak widzi Pan wpływ tego czynnika na fakt, że polskie miasta wypełniają się tego typu zabudową?

Kiedy Fundacja Instytut Architektury przygotowywała w Krakowie wystawę pt. „Zamieszkiwanie”, skatalogowano różne formy zamieszkiwania we współczesnej Polsce i przyjęto jako jeden z punktów odniesienia Indeks Giniego, mierzący nierówności społeczne, który jest w Polsce dość wysoki. Nie jest może tak, jak czasem się mówi, że Warszawa jest „stolicą trzeciego świata”, choć wiele cech jej i innych polskich miast, takich jak schematy związane z akumulacją prywatnej własności i wypychaniem lokatorów mieszkań socjalnych i komunalnych na obrzeża cywilizacji, rzeczywiście przypominają warunki trzecioświatowe. Tak czy inaczej poziom nierówności jest bardzo znaczący i na pewno pośrednio wpływa na taką, a nie inną ścieżkę rozwoju polskich miast.

Chciałbym dopytać jeszcze o klasowy wymiar osiedli grodzonych. Czy rzeczywiście dążenie do izolacji od życia wspólnotowego wiąże się w Polsce z przynależnością do klasy średniej? A może są to aspiracje o bardziej powszechnym charakterze, tyle że nie każdy ma środki, aby je realizować?

Myślę jednak, że grodzenie ma w Polsce wyraźnie klasowy charakter. W stereotypowych opiniach o „osiedlach lemingów” jest zdecydowanie sporo racji. Jeśli zgodzilibyśmy się na definicję klasy opartą o kategorie statusu i stylu życia, która wydaje mi się we współczesnym świecie użyteczniejsza niż ta odwołująca się wyłącznie do kwestii własności środków produkcji, to zobaczymy, że tożsamość związana z mieszkaniem na osiedlu grodzonym jest atrakcyjna przede wszystkim dla członków klasy średniej. Ukazanie tych uwarunkowań jest jednym z głównych celów mojej pracy badawczej. Dobrym przykładem na uzasadnienie tezy o klasowym charakterze osiedli był słynny konflikt w Marinie Mokotów w Warszawie, gdzie powstały sklepy, których najemcy zaczęli się skarżyć na brak klientów. W odpowiedzi administracja osiedla otworzyła bramy osiedla, co wzbudziło jednak stanowczy sprzeciw mieszkańców. Menedżerowie uspokajali, podkreślając istnienie licznych i świetnie działających systemów bezpieczeństwa, kamer monitoringu itd. Ale przekaz mieszkańców pozostawał niewzruszony: nie chcemy tutaj społecznej „szumowiny” i żądamy zamknięcia bram. Pokazuje to, że obawa przed przestępczością jest dla nich dużo mniej ważna niż status osiedla zamkniętego przed „elementami obcymi klasowo”.

A czy nie mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, to znaczy czy sami mieszkańcy nowych osiedli nie stają się obiektem stygmatyzacji, przede wszystkim za sprawą narracji wytwarzanych przez inne segmenty wielkomiejskiej klasy średniej? Czy nie bywają oni wpisywani chociażby w podział na „prawdziwych mieszczan od pokoleń” i „słoiki” czy prawdziwą inteligencję i bezrefleksyjne „lemingi”?

Takie zjawiska rzeczywiście istnieją, choć są one dość nowe i wymagają jeszcze pogłębionych badań. Warto zwrócić uwagę na fakt, że przez jakieś 15 lat w zasadzie nie dyskutowano problemów związanych z ekspansją grodzonych osiedli. W przekazach medialnych były one pokazywane w wyłącznie pozytywnym świetle, jako forpoczta modernizacji, a pejoratywne ujęcia pojawiły się właściwie dopiero w ostatnich 2–3 latach, wraz z rozwojem i popularyzacją tzw. ruchów miejskich i ich walki o przestrzeń publiczną. Dlatego mimo wszystko postrzegałbym te stereotypy, epitety czy czasem wątpliwych lotów dowcipy odnoszące się do mieszkańców osiedli grodzonych jako uboczny skutek szerszych, pozytywnych zmian w myśleniu o mieście. I to zmian, które wykraczają już poza grono mieszczańskich aktywistów, obejmując również przedstawicieli klasy średniej, do niedawna potencjalnych kupców mieszkań na zamkniętych osiedlach. Obraz staje się coraz bardziej złożony i jest to świadectwo dojrzewania polskiego społeczeństwa i jego refleksji o mieście.

Bardzo optymistycznie postrzega Pan sytuację. Powstanie subkultury „miejskich prawdziwków” i wybranie mieszkańców osiedli grodzonych lub „słoików” na ich kozły ofiarne – byłoby wyrazem czegokolwiek więcej niż prosta dystynkcja?

Oczywiście stygmatyzacja tej grupy społecznej to jest ten aspekt sprawy, z którego się nie cieszę. Ale z drugiej strony trzeba wiedzieć, że osiedla grodzone są ważnym ogniwem debaty o miejskości i mieszkaniu w mieście.

Ale czy stygmatyzacja „słoików”, „lemingów” itp. nie jest symptomem czegoś innego – że miejsce poszerzonej debaty o mieście inkluzywnym i demokratycznym, także pod względem przestrzennym, zajmuje wyścig o społeczny prestiż między poszczególnymi grupami mieszkańców?

Jest takie zagrożenie. Przeprowadzka do Krakowa 5 lat temu była dla mnie pod tym względem wielką nauczką. Stąd wziął się zresztą mój pomysł na badania Nowej Huty – była to próba odnalezienia i opisania alternatywnego myślenia o miejskości wobec tej linii tradycyjno-mieszczańsko-snobistycznej, która jest w Krakowie wyjątkowo silna. Na pewno jest to inny wariant tego samego, co robi znaczna część mieszkańców nowych osiedli, czyli budowania statusu w oparciu o dystynkcję i wykluczenie. Ale powiedzmy, że traktuję to jako pewien rodzaj nieuniknionego folkloru miejskiego, który w tej czy innej formie funkcjonował od dziesięcioleci. Ważniejsze jest dla mnie, jaki jest długofalowy kierunek rozwoju.

W jednym z wywiadów wspominał Pan, że w USA mieszkańcy osiedli grodzonych tworzą grupy politycznego nacisku, np. na rzecz ograniczenia lokalnych podatków. Czy w Polsce zauważa Pan jakieś analogiczne przejawy politycznej mobilizacji? Czy wydzielanie ze wspólnej przestrzeni kolejnych osiedli generuje albo generować będzie nowe interesy, nowe konflikty?

Obecnie mieszkańcy osiedli zamkniętych nie są grupą wystarczająco zintegrowaną, żeby byli w stanie uzgodnić ze sobą wspólne interesy na poziomie miasta jako całości. Przypadki mobilizacji dotyczą raczej spraw bezpośrednio związanych z osiedlem, takich jak protest przeciwko lokalizacji jakiejś inwestycji, niemniej nawet w tego typu kwestiach zwykle nie są w stanie przeforsować swoich postulatów. Na razie nie wykazują potencjału, by stać się zorganizowanymi grupami interesu, zdolnymi do przemodelowania myślenia o mieście na swoją rzecz.

Nie obawia się Pan, że to właśnie na puchnących wciąż osiedlach grodzonych, a nie w ruchach miejskich, wykuwa się tożsamość polskiej klasy średniej? Mogłoby to oznaczać dominację postaw aspołecznych i egoistycznych na wiele pokoleń naprzód…

Z jednej strony wydaje mi się, że tego typu postawy mogą rzeczywiście stanowić spore wyzwanie, szczególnie w wymiarze pokoleniowym. O ile wśród współczesnych mieszkańców zamkniętych osiedli przeważają trzydziestolatkowie, dla których istotnymi punktami odniesienia pozostają choćby „okołotrzepakowe” wspomnienia z dzieciństwa, rzeczywistość państwowych szkół itp., o tyle ich dzieci będą w dużej mierze pozbawione tego typu doświadczeń. To może rodzić pewne problemy. Z drugiej strony masowe powstawanie osiedli grodzonych wywołuje coraz dalej idący ferment i z czasem spodziewam się silnego odwrotu od tej tendencji. Rosnąca mobilność młodych ludzi może skłaniać do poszukiwania alternatyw wobec mieszkań własnościowych – np. wzrost liczby komunalnych mieszkań czynszowych czy pojawienie się kooperatyw mieszkaniowych wydaje mi się absolutnie normalnym i, co więcej, pożądanym trendem. Tego typu przemiany mogą objąć także dzieci wychowujące się za ogrodzeniami. Wydaje mi się, że mija zachłyśnięcie się Zachodem w wersji rodem z westernu…

Dziękuję za rozmowę.

Lipiec 2014 r.

Nau(cz)ki zza oceanu

Interesujesz się Polską i obserwujesz tutejszą rzeczywistość od ponad trzech dekad. Zwykle wypowiadasz się jednak na tematy związane z tematyką twoich książek: historią „Solidarności” i jej uwikłaniem w przemiany ustrojowe i gospodarcze. Dlatego w tej rozmowie będę chciał poruszyć inne wątki z twoich polsko-amerykańskich doświadczeń. Na początek: dlaczego zainteresowałeś się Polską i naszą częścią świata?

David Ost: Zaczęło się, gdy jako 10-letni chłopiec poszedłem z rodzicami na pochód przeciwko wojnie w Wietnamie i usłyszałem od kontrdemonstrantów okrzyki: „Wracajcie do Rosji!”, „Better dead than red!”. Szybko zrozumiałem, że aby powiedzieć coś krytycznego na temat amerykańskiej rzeczywistości, trzeba umieć obronić się przed zarzutem, iż jest się zwolennikiem ZSRR, a w tym celu wypada po prostu znać rzeczywistość „bloku wschodniego”. Zacząłem uczyć się rosyjskiego w szkole średniej, a jako student trafiłem najpierw latem 1973 r. do Leningradu, a dwa lata później na cały semestr do Moskwy. Interesowałem się tamtejszą opozycją, bo jako młodociany buntownik, raczej trockista, byłem przeciwnikiem zarówno kapitalizmu, jak i komunizmu w wersji radzieckiej. Ale w tamtym czasie w Rosji opozycja praktycznie nie istniała. Do Polski trafiłem po raz pierwszy w styczniu 1976 r., jeszcze przed Radomiem, bezpośrednio z Moskwy. Już wtedy poczułem, że atmosfera jest tu zupełnie inna niż w Rosji, ludzie są mniej zastraszeni, swobodniej mówią i myślą o polityce. Wróciłem rok później, już po powstaniu KOR-u, i postanowiłem, że wrócę do Polski na studia doktoranckie. I tak znalazłem się tam w 1981 r. Zachłysnąłem się „Solidarnością”, bo to było to, czego szukałem – źródło inspiracji do walki z patologiami obu systemów władzy i pokaz autentycznej, oddolnej, robotniczej demokracji.

Po tym doświadczeniu nie mogłem sobie jako socjolog „odpuścić” Polski czy przestać ją obserwować. Niestety, to, co widziałem w kolejnych latach, skłaniało mnie raczej do krytyki przemian, za które „Solidarność” współodpowiadała.

A jak postrzegasz Polskę ostatnich lat, tę jeszcze przez siebie nieopisaną? Co cię w niej najbardziej dziwi, co cieszy, a co martwi?

W Polsce zaszły zarówno pozytywne, jak i negatywne zmiany. Jedną z rzeczy, które mnie cieszą, jest to, że mówi się o kapitalizmie, że ludzie używają tego słowa. Nie mówi się, jak dawniej, wyłącznie o „budowie demokracji”. Kiedy przyjeżdżałem do Polski we wczesnych latach 90. i na różnych spotkaniach zwracałem uwagę, że budujecie również kapitalizm, ta – wydawałoby się – oczywista teza, traktowana była jak coś niezwykle kontrowersyjnego i obrazoburczego. Definiowanie w taki sposób przemian gospodarczych było, zwłaszcza przez ludzi „Solidarności”, negowane albo przedstawiane w kategoriach „przywracania normalności”. „Normalność” w ogóle była jednym z kluczowych pojęć tamtych czasów, eufemizmem, który odwracał uwagę od dzikiej, niezrównoważonej formy gospodarki rynkowej, jaką wprowadzano pod jej pretekstem. W słowniku budowniczych III RP nie było miejsca na kapitalizm – on był dla nich po prostu jednym z nieodzownych elementów ustroju demokratycznego. Z tym zjawiskiem próbowałem walczyć w swojej pierwszej książce wydanej w Polsce, czyli „Klęsce »Solidarności«”. Pokazywałem, że system zaprowadzony w Polsce po 1989 r. jest systemem kapitalistycznym i ma to, a raczej powinno mieć, konsekwencje polityczne. Że nowe reguły gospodarcze przełożyły się szybko na powstanie nowych interesów i podziałów klasowych.

W zeszłym roku odwiedziłem siedzibę Komisji Krajowej „Solidarności” w Gdańsku. Nie byłem tam od czasów Krzaklewskiego. Wszedłem do jednego z biur i stanąłem oniemiały, bo nigdzie nie było portretów papieży, na ścianie wisiał natomiast portret Karola Marksa! Wynika to chyba stąd, że ludzie „Solidarności” zintegrowali się z europejskimi strukturami związkowymi, zobaczyli, że wielu spośród ich sprzymierzeńców na Zachodzie odnosi się do Marksa z aprobatą, i zrozumieli, że wynika ona z tego, iż Marks krytykował kapitalizm, czyli system, z którym mają do czynienia tu i teraz. Po odejściu Krzaklewskiego „Solidarność” przestała krytykować samych tylko „lewaków” i „liberałów” i zrozumiała, że także prywatny kapitał jest dla nich przeciwnikiem. Piotr Ostrowski, socjolog i związkowiec związany z Konfederacją Pracy, mówił mi, że na zjeździe Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych w Brukseli był świadkiem ciekawej rozmowy działacza „Solidarności” ze związkowcem amerykańskim. Amerykanin mówił, że ma ogromny podziw dla Wałęsy, a solidarnościowiec na to, że dzień wcześniej Wałęsa brał udział w uroczystości odsłonięcia pomnika Ronalda Reagana w Gdańsku. Amerykański związkowiec nie mógł w to uwierzyć, był wściekły. Tego typu interakcje i ideowo-symboliczne dysonanse poznawcze czegoś polskich związkowców nauczyły. Doprowadziły do wzmocnienia świadomości politycznej i klasowej. Oczywiście „Solidarność” posiada w tych kwestiach pewną przewagę nad innymi związkami – może być bardzo radykalna, może nawet zawiesić na eksponowanym miejscu portret Marksa, a i tak nikt nie oskarży ich o marksizm czy socjalizm.

Przypomniała mi się sprawa listu, który „Solidarność” wystosowała do Wałęsy, odcinając się od poparcia, jakiego były prezydent udzielił Mittowi Romneyowi. Związek w tym stanowisku wyraźnie odwołał się do myślenia w kategoriach międzynarodowej solidarności pracowniczej. A mogło się wydawać, że tak rozumiany internacjonalizm w Polsce jest już dawno „spalony”, szczególnie właśnie w „Solidarności”.

Pojawiła się świadomość funkcjonowania w systemie kapitalistycznym wraz z jego specyficznymi regułami. A skoro mamy kapitalizm, to związki zawodowe, szczególnie w kraju, w którym znaczna część gospodarki opanowana jest przez podmioty zagraniczne, potrzebują współpracy z organizacjami pracowniczymi z innych państw. Wydaje mi się, że w Polsce dopiero w ostatnich latach pojawia się „normalność” – w tym sensie, że konflikt polityczny nie kręci się już tylko wokół problematyki światopoglądowej, że pojawiają się nowe podziały związane z realnymi interesami klasowymi, a w niektórych przypadkach biorą one górę nad sporami tożsamościowymi. Przykładem może być tu współpraca, jaką nawiązały ze sobą trzy największe centrale związkowe, do tej pory poróżnione o sprawy historyczne. Można odnieść wrażenie, że polski ruch związkowy musiał stać się słaby, żeby odbić się od dna i dojść do odpowiednich wniosków.

W ostatnich latach można odnieść wrażenie, że w polskie związki zawodowe wstąpiło nowe życie…

To prawda, ale trzeba to zjawisko widzieć w całościowym kontekście. Polityka poszczególnych central stała się bardziej „bojowa”, ale ma to miejsce w momencie, gdy deindustrializacja Polski w ogromnej mierze już się dokonała. Pod względem bazy społecznej ruch związkowy jest dziś niestety słabszy niż w latach 90. Najliczniejsza i najbardziej radykalna wówczas grupa członków związków – robotnicy niewykwalifikowani – wylądowała na bezrobociu i musiała szukać pracy w sektorach nieuzwiązkowionych: handlu, usługach, małych i średnich przedsiębiorstwach itp. Dzisiejsze związki stają się bardziej radykalne, bo nie mają już wiele do stracenia.

Z drugiej strony mamy jednak działania największych central związkowych, aby tę bazę społeczną poszerzyć, przede wszystkim poprzez ekspansję i stopniowe uzwiązkawianie tych nowych sieci handlowo-usługowych. Ich dopełnienie stanowią z jednej strony masowe protesty, np. w sprawie reformy emerytalnej, a z drugiej ofensywa na polu wizerunkowym. Związki starają się pokazać jako bojowe, gotowe do zdecydowanej walki, ale i konstruktywne, kompetentne, zdolne do uczestnictwa w debacie nad przyszłością kraju (np. poprzez organizowanie przemyślanych kampanii medialnych czy zgłaszanie inicjatyw ustawodawczych).

Zdarzają się wartościowe inicjatywy, a nawet pojedyncze zwycięstwa, zgoda. Ale nadal, podobnie jak w USA, rozwój, o którym mówisz, nie daje szans nawet na zbliżenie się do dawnej siły. Już w zeszłym roku z moich rozmów ze związkowcami wynikało, że ostatecznie projekty ekspansji są zarzucane i liderzy skłaniają się do stawiania na nadal najsilniejszy segment robotniczych niedobitków. Chociaż, z drugiej strony, muszę przyznać, że działania na rzecz praw związkowych i socjalnych ludzi zatrudnianych na umowach śmieciowych, protesty przeciwko reformie emerytalnej czy projekty ustaw to są ważne gesty, bo pokazują, że związkom chodzi o coś więcej niż obrona partykularnych interesów pracowników tej czy innej uzwiązkowionej branży, że są gotowe sformułować wizję, która dotyczy całego społeczeństwa, i o nią walczyć. Ważny jest fakt, że do związków przychodzi trochę ludzi z młodego pokolenia, nieuwikłanych w historyczne spory.

„Solidarność” w ostatnich latach jest związkiem pod wieloma względami najbardziej bojowym, radykalnym, ale też widocznym, rozpoznawalnym, mającym zdolność mobilizowania społeczeństwa. Czyżby zasób historyczny i symboliczny, który mógł wydawać się już martwy, a przynajmniej mocno uśpiony, związany z „Solidarnością” lat 1980–81 z jednej strony oraz z tradycyjną czy wręcz bogoojczyźnianą oprawą kulturowo-obyczajową z drugiej, nadal był ważnym źródłem wspólnotowych więzi i postaw, które dają pewną siłę do walki z silniejszym przeciwnikiem – władzą czy kapitałem?

Oczywiście, wspólnota kulturowa jest zawsze ważnym zasobem. To, czego jeszcze nie wiemy, to czy „Solidarność” byłaby równie radykalna, gdyby u władzy było Prawo i Sprawiedliwość.

A jak wygląda – w perspektywie historycznej – kwestia relacji między ruchem związkowym a polityką w Stanach Zjednoczonych?

W USA nie było nigdy katolickich czy chrześcijańskich związków zawodowych. Amerykańskie związki nie były też zbytnio lewicowe. Bardzo długo były one natomiast niemal wyłącznie białe. Podział rasowy przecinał się i przenikał z klasowym. Zaczęło się to zmieniać – relatywnie, bo w niektórych sektorach kwestia rasowa jest aktualna do dziś – dopiero od momentu powstania Kongresu Przemysłowych Związków Zawodowych (CIO) w latach 30. Postawił on sobie za cel zorganizowanie i reprezentowanie robotników niewykwalifikowanych pracujących w największych fabrykach i stanowił wyraźną przeciwwagę dla największej dotąd organizacji, Amerykańskiej Federacji Pracy (AFL), która zrzeszała głównie rzemieślników i robotników wykwalifikowanych. Dopiero wówczas zaczęła się ekspansja związków zawodowych w przemyśle samochodowym czy stalowym, gdzie pracowali głównie imigranci i Afroamerykanie. Wcześniej dominujący model, realizowany przez AFL, opierał się na pewnego rodzaju grupowym egoizmie. Było to skuteczne, jeśli chodzi o poprawę warunków w poszczególnych, silnie uzwiązkowionych (a przy okazji niemal wyłącznie białych) branżach i przedsiębiorstwach. Ale AFL nie interesowało reprezentowanie robotników jako klasy ani walka o propracownicze rozwiązania na poziomie państwa. AFL nie miała zresztą na poziomie deklaratywnym żadnej ideologii, żadnego projektu politycznego. Z doświadczeń ich i ich poprzedników wynikało po prostu, że polityczne zaangażowanie nic związkom zawodowym nie daje. W poszczególnych stanach wprowadzano regulacje prawne korzystne dla związków, ale następnie były one podważane przez sądy, które stwierdzały, że ich działalność jest niezgodna z konstytucją. Państwo wydawało się więc ówczesnemu ruchowi związkowemu bezużyteczne – nie wierzono, że może ono stać się adwokatem czy gwarantem praw pracowniczych. Było za to postrzegane jako obrońca interesów przedsiębiorców i nieskrępowanego wolnego handlu. Jedyną liczącą się bronią była siła przetargowa zjednoczonych, świadomych swoich interesów robotników wykwalifikowanych, których nie da się ot tak wyrzucić z pracy i łatwo zastąpić. Ta „warstwa” robotników stawiała więc żądania na poziomie konkretnego zakładu, wobec właściciela firmy – a następnie przeforsowywała je poprzez strajk lub negocjacje. AFL to były związki zawodowe dostosowane do systemu radykalnie wolnorynkowego, działające w myśl jego logiki. Nowa centrala związkowa, CIO, powstała w odpowiedzi na fakt, że coraz liczniejsi robotnicy niewykwalifikowani byli pozbawieni nie tylko reprezentacji, ale też siły przebicia i możliwości działania tymi metodami co związki robotników wykwalifikowanych. Kondycja robotnika niewykwalifikowanego wiąże się bowiem z tym, że każda jednostka jest łatwo zastępowalna. Odpowiedzią na strajk niewykwalifikowanej siły roboczej, jeśli brakuje zabezpieczeń prawnych lub możliwości ich egzekucji, będzie po prostu zwolnienie części lub całości załogi. Ważnym czynnikiem zmiany było też zainteresowanie ruchem związkowym po stronie rozwijającej się lewicy: komunistów, trockistów i socjalistów. Również Roosevelt uznał, że jest to siła na tyle poważna, iż konieczne jest wprowadzenie części robotniczych postulatów – i tak powstał Nowy Ład. Roosevelt stał się jedyną ikoną tych zmian, mimo że bez połączenia sił ruchu związkowego i lewicy najprawdopodobniej nigdy by do nich nie doszło.

Mam wrażenie, że dzisiaj to właśnie Nowy Ład i Roosevelt – a niekoniecznie działalność ówczesnych związków zawodowych – stanowi najważniejszy punkt odniesienia dla liberalnej lewicy amerykańskiej.

To niestety prawda, ale rzeczywista walka toczy się wciąż na polu pracowniczym i związkowym. Nawet tak osłabione jak obecnie, stanowią one dla establishmentu realne zagrożenie, są wciąż mniej lub bardziej brutalnie zwalczane. Ruch związkowy był w USA liczącą się siłą aż do czasu Reagana, tej ikony neoliberalizmu (który sam był swego czasu związkowcem). Dopiero za jego prezydentury prawica przypuściła na związki bezpardonowy atak i udało jej się radykalnie ograniczyć siłę zorganizowanych pracowników. Lewicowcy stanowili istotną część ruchu w latach 30. i 40. Podczas wojny związki zawodowe zawiesiły protesty, by w 1946 r. wywołać jedną z największych pod względem liczby uczestników falę strajków w historii. Robotnicy stwierdzili, że skoro już wygraliśmy wojnę, to teraz czas na nas, na nasze zwycięstwo. W odpowiedzi Republikanie w 1947 r. wprowadzili ustawę Tafta-Hartleya, ograniczającą prawa związkowe. Mniej więcej w tym samym czasie doszło do eskalacji nastrojów antykomunistycznych, które zapoczątkowały okres makkartyzmu. Czystki personalne dotknęły wówczas także lewicowców działających w związkach zawodowych. Ograniczenie praw związkowych i jednoczesne pozbycie się z organizacji pracowniczych ludzi ideowych wiązało się niestety z bardzo poważnymi skutkami ubocznymi. Jeśli ruch związkowy ma w Stanach od lat złą reputację, jeśli pewne jego segmenty opanowała zorganizowana przestępczość, to wynika to w istotnej mierze właśnie z wydarzeń przełomu lat 40. i 50. Doświadczenia tamtego czasu i trwałe przemiany, jakim uległ wówczas ruch robotniczy, spowodowały też, że rodząca się około dekadę później „nowa lewica” nie czuła się już z nim związana i nie widziała perspektyw we współpracy ze związkowcami.

Do czasu tych przemian poziom uzwiązkowienia w USA był wysoki?

Szczyt liczebności związków przypadł na lata 50., kiedy należało do nich 35 proc. zatrudnionych – czyli dość dużo, zwłaszcza jeśli uwzględnić fakt, iż prawo amerykańskie nie przyznawało praw związkowych wielu grupom robotników, np. pracownikom najemnym na wsi (warto dodać, że dzisiejszy poziom uzwiązkowienia wynosi ok. 12 proc., mniej więcej tyle co w Polsce). W końcu, mimo ciosu w prawa związkowe, lata 50. były w Stanach apogeum fordyzmu i okresem rozwoju instytucji państwa dobrobytu. Wielkie amerykańskie przedsiębiorstwa funkcjonowały de facto na prawach monopolu, poza jakąkolwiek konkurencją. Konkurencja pojawiła się dopiero w latach 60.-70. Do tego czasu panowało przymierze między przedsiębiorcami a związkami oczyszczonymi z „ideologów” i radykałów. Właściciele firm starali się oferować robotnikom dobre warunki w zamian za spokój w zakładzie, gaszenie nastrojów strajkowych itp. W latach 70., pod wpływem nowej lewicy, pojawili się nowi związkowcy, bardziej nastawieni na demokratyzację zakładów. W owym czasie, około połowy lat 70., pracowałem w Nowym Jorku jako taksówkarz i byłem członkiem związków zawodowych. W 1976 r. pojawił się nawet ruch pod nazwą „Taxi Drivers for Democracy”. To był już czas, kiedy związki przestawały spełniać nawet swoje najbardziej podstawowe zadania – nasze kontrakty były coraz gorsze. A na zebraniach delegatów naszego związku, gdy ktoś bez wcześniejszego uzgodnienia zgłaszał się do głosu, nasyłano na niego zbirów i usuwano z sali obrad.

A jakie były relacje między związkami zawodowymi a partyjnym duopolem Demokratów i Republikanów?

Relacje były, ale nieformalne. Ruch pracowniczy kształtował się w latach 30. niezależnie od administracji Roosevelta, jednak Demokraci go z czasem „przejęli”. Robotnicy zakochali się w Roosevelcie. Partia Demokratyczna zdawała sobie w związku z tym sprawę, że robotnicy stanowią istotny segment elektoratu. Jednocześnie do lat 60.–70. ważną częścią bazy społecznej Demokratów byli biali mieszkańcy rolniczego południa. Dzisiaj często o tym zapominamy, ale do niedawna podział polityczny w kwestiach rasowych i zaplecza społeczne poszczególnych partii wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Demokraci byli związani z farmerskim Południem, a Abraham Lincoln był przecież Republikaninem. Jeszcze ustawy Nowego Ładu napisane były tak, żeby nie obejmowały robotników nieprzemysłowych z południowych stanów – czyli pracowników rolnych, służby domowej itp., w przytłaczającej większości czarnych. Działać w związkach zawodowych mogli natomiast Afroamerykanie z Północy, którzy zatrudniali się np. w zakładach Forda. To był czas pewnej schizofrenii Partii Demokratycznej, bo zupełnie inną politykę prowadziła ona na Północy, a inną na Południu. Jej tożsamość w kwestiach rasowych domknęła się w latach 60., wraz z rozwojem ruchu na rzecz równouprawnienia rasowego i praw obywatelskich. Zacieśniły się wtedy również kontakty Demokratów z ruchem związkowym. Związki wówczas były jeszcze silne, ale zarazem „konserwatywne”, „oczyszczone” z lewicowych aktywistów. Kiedy młode pokolenie, zaangażowane w ruchy emancypacyjne i kontrkulturowe, wystąpiło przeciwko wojnie w Wietnamie, związkowcy bronili władzy. To była prawdziwa mentalnościowa przepaść. Konflikt między nową lewicą a patriotycznie nastawionym ruchem związkowym trwał aż do 1995 r., kiedy to przewodniczącym centrali AFL-CIO został John Sweeney. Niestety, w tym czasie było już za późno, żeby sojusz lewicowo-związkowy mógł dokonać cudów – obie strony były wykończone ofensywą neoliberalizmu spod znaku Reagana i jego następców. W ruchu związkowym względną siłę przebicia zachowały tylko poszczególne sektory i przedsiębiorstwa, np. tradycyjnie mocno uzwiązkowiony przemysł samochodowy. Jednak nawet ten przyczółek został zlikwidowany w ramach „ratowania” fabryk po kryzysie 2008 r.; utracono niemal wszelkie zdobycze wywalczone przez lata. W ostatnich 10–20 latach główną bazą rozwojową związków stali się pracownicy sektorów „nietradycyjnych”, zdominowanych często przez kobiety i imigrantów, np. pracownicy hotelowi czy ochroniarze. Względną siłę przebicia zachowują związki pracowników sektora publicznego, z czego najliczniejszą grupę stanowią nauczyciele. Jeśli chodzi o współpracę czy sojusze z innymi partiami, to były to raczej zjawiska marginalne, ograniczone do lokalnych przypadków. W stanie Minnesota przez kilkadziesiąt lat prężnie działała klasyczna partia lewicowa – Minnesota Farmer-Labor Party, ale nie udało się tego modelu upowszechnić. Współpraca ruchu związkowego z Republikanami nie wykraczała nigdy poza pojedyncze incydenty.

Słabości związków zawodowych, podobnie jak słabości społecznej lewicy – czy to w USA, czy w Polsce – nie da się jednak sprowadzić do tożsamości ideowej, do nadmiernie bojowej bądź ugodowej polityki tej czy innej centrali i do zdolności nawiązywania przez nie taktycznych sojuszy…

Podstawową przyczyną słabości ruchu związkowego jest deindustrializacja gospodarek oraz towarzysząca globalizacji ucieczka przemysłu na peryferie, gdzie można korzystać z taniej siły roboczej. Usługi publiczne – w Stanach mało rozbudowane – stanowią dziś ostatni bastion związków zawodowych. Za prezydentury Reagana rozpoczął się proces eliminacji związków z sektora prywatnego. Wyglądało to tak, że w pewnym momencie przemysłowcy przestawali negocjować ze stroną pracowniczą, pozwalali na wybuchanie strajków, a następnie łamali je za pomocą masowych zwolnień. Stopniowo udało im się sterroryzować załogi i „oczyścić sobie pole”. W ostatnich latach arena antyzwiązkowej kampanii przeniosła się do sektora publicznego, a jej głównym narzędziem stało się podburzanie większości pozbawionej instrumentów walki o swoje prawa w miejscu pracy przeciwko „przywilejom” pracowników szkół i innych instytucji państwowych. Niestety ta filozofia „równania w dół” okazuje się dość skuteczna. Dwa lata temu w stanie Wisconsin tamtejszy gubernator, republikanin, który jest często typowany jako kandydat do prezydentury, zerwał umowę ze związkowcami sektora publicznego, ograniczając ich prawo do nawiązywania układów zbiorowych oraz odbierając im finansowanie z automatycznie pobieranych składek pracowniczych. Jego działania wywołały co prawda wielką falę protestów i doprowadziły do rozpisania przedterminowych wyborów, jednak ostatecznie gubernator wygrał reelekcję i zachował swoje stanowisko.

W ostatnich latach związkom zawodowym udało się wprawdzie przyciągnąć młodych pracowników sektora publicznego, mają coraz więcej członków, ale nie przekłada się to na wyraźną poprawę warunków ich zatrudnienia. A tam, gdzie związki są skuteczne, wykorzystuje się to przeciwko nim, jako argument na rzecz tezy, że związkowcy posiadają nieuprawnione przywileje. Mało komu przychodzi do głowy, że zamiast obwiniać związkowców za te „przywileje”, lepiej samemu założyć związek i wywalczyć sobie takie same. Wynika to ze wspomnianej już złej prasy, która jest do pewnego stopnia zasłużona, a częściowo także z faktu, że – podobnie jak w Polsce po 1989 r. – wobec wieloletniej nagonki ze strony polityków i ludzi biznesu – ruch związkowy był osamotniony, nie znalazł prawie żadnych adwokatów np. w środowiskach intelektualnych. To wynikało z uwarunkowań strukturalnych, z faktu, że w realnym socjalizmie państwo było pracodawcą zarówno robotnika, jak i intelektualisty. Sprzyjało to wytworzeniu się wspólnej, pracowniczej tożsamości. Po 1989 r. bardzo szybko wraz ze strukturą gospodarczą zmieniały się w Polsce tożsamości. Niedawni „wielcy związkowcy” przestawali myśleć o sobie jako o części ruchu pracowniczego. W USA takim przełomowym momentem był okres lat 50. Wyrzuceni ze związków lewicowi intelektualiści oddalali się od nich także w sensie modelu życia, idei i politycznych priorytetów. Ruch pracowniczy jawił im się jako coraz bardziej konserwatywny i egoistyczny.

Innymi słowy dla nowej lewicy i związanych z nią ruchów kontrkulturowych lat 60. i 70. robotnik przestał być „sexy”?

Z tym było różnie. Nowa lewica rodziła się w latach 60. jako ruch przede wszystkim studencki. Ich główne postulaty dotyczyły demokratyzacji życia społecznego (w tym uniwersytetów), walki z rasizmem i praw obywatelskich. Kolejnym istotnym składnikiem jej tożsamości był sprzeciw wobec wojny w Wietnamie. Związki zawodowe były w tym okresie blisko związane z Partią Demokratyczną, więc z perspektywy ruchów studenckich podejrzane. I rzeczywiście polityczne oblicze związków po czystkach lat 50. było nieciekawe. Stały one bardzo daleko od rozkwitających wówczas ruchów walczących o prawa obywatelskie, były uwikłane w konserwatywną politykę rasową wobec Południa i zimnowojenną propagandę Trumana, Kennedy’ego i Johnsona. Mimo to znaczna część nowej lewicy chciała i starała się nawiązywać do tradycji robotniczych. Próbowali zbliżyć się do środowisk związkowych, ale okazywało się to coraz trudniejsze. Potem pojawili się młodzi, w znacznej mierze apolityczni ludzie, którzy masowo „zapisali się” do kontrkultury lat 60. – dla nich to już były po prostu sprawy nieistotne. Trzeba także dodać, że był to wciąż jeszcze czas, kiedy stosunkowo łatwo było znaleźć pracę w fabryce. We wczesnych latach 70. spora fala kontrkulturowej młodzieży trafiła do fabryk, a przez nie – do ruchu związkowego. Wielu z nich było mocno lewicowych i chciało walczyć ze związkowym betonem o bardziej demokratyczne i postępowe oblicze swoich organizacji. To wtedy pojawiają się ruchy jak wspominany przeze mnie „Taxi Drivers for Democracy”. Ale znaczna część nowolewicowych intelektualistów rzeczywiście stwierdziła po prostu, że związki zawodowe są niepotrzebne, że stanowią siłę w gruncie rzeczy reakcyjną. Najbardziej znanym, a może i najbardziej typowym przypadkiem takiej ewolucji był Herbert Marcuse, który w „Człowieku jednowymiarowym” (z roku 1964) pisał o ruchu związkowym jako części „systemu”, z którym lewica siłą rzeczy musi walczyć. Bardzo podobne mechanizmy można było zaobserwować w Polsce lat 90. Z jednej strony postsolidarnościowi intelektualiści stwierdzali, że robotnicy to „ciemnogród”, oszołomy albo po prostu głupki, które nic tylko oglądają sitcomy w telewizji i narzekają. A z drugiej strony związki zawodowe – dotyczy to zarówno „Solidarności”, jak i OPZZ-u – faktycznie stawały się wtedy bardziej wsobne, skupione na walce o partykularne interesy oraz zaakceptowały model przemian wytyczony przez elity.

Truizmem jest dziś stwierdzenie, że w ciągu ostatnich kilku dekad rozwojowi gospodarczemu towarzyszył drastyczny wzrost poziomu nierówności społecznych. Jak Twoim zdaniem odnalazła się w tej sytuacji amerykańska klasa średnia i intelektualiści? Jak odniosła się do ludzi, którzy się „nie załapali” i zostali przez ten nowy system wypluci na margines? Na mnie np. zawsze robiło wrażenie stosowanie w amerykańskich metropoliach (i nie tylko metropoliach), w trybie niejako neutralnym, określenia „trailer trash”, czyli przyczepowe śmieci, w odniesieniu do jednej z najbiedniejszych i najbardziej wykluczonych grup społecznych w Stanach, tzn. ludzi (przeważnie białych), którzy mieszkają na osiedlach przyczep i kontenerów, lokowanych zwykle z dala od miast i jakiejkolwiek infrastruktury społecznej, gdzie ziemia jest najtańsza.

Zwroty takie jak „trailer trash” czy „white trash” funkcjonują już od dawna i zostały częściowo zaadaptowane i zneutralizowane przez popkulturę czy literaturę naukową. Ale faktem jest, że poprawność polityczna nowego systemu nie objęła biednych albo objęła ich w niewielkim tylko stopniu.

W latach 50. czy 60. nie mówiło się „white trash”, lecz „white working class” albo po prostu „working class”. Ta biała klasa robotnicza była zorganizowana w związkach zawodowych i głosowała na Demokratów. A przede wszystkim ludzie ci mieli stałe zatrudnienie, więc nie byli „śmieciami”. Wtedy ograniczony dostęp do rynku pracy mieli Afroamerykanie, kobiety czy Latynosi. Pojawił się natomiast ruch na rzecz równouprawnienia rasowego i praw obywatelskich, który walczył m.in. z segregacją i dyskryminacją na rynku pracy. W latach 70. obecność Afroamerykanów w tradycyjnie białych sektorach gospodarki stała się faktem, mocno wzrosła też ich pozycja polityczna. Jednakże w tym samym czasie przemysł zaczął wchodzić w fazę spadkową. Globalizacja nabierała tempa, wojna w Wietnamie była przegrana, a amerykańskie fabryki coraz gorzej radziły sobie ze świeżo upieczonymi konkurentami z krajów rozwijających się, przede wszystkim z Azji Wschodniej. Biali robotnicy po raz pierwszy od lat 30. zaczęli ulegać społecznej degradacji, tracić pracę itp. W „zwijającym się” przemyśle nie było miejsca dla wszystkich i konkurencja o pozostałe miejsca pracy przybrała na sile. Najłatwiejszym psychologicznie wyjaśnieniem sytuacji dla wielu robotników tracących grunt pod nogami okazał się rasizm. Republikanie wyczuli tę koniunkturę – zaczęli odwoływać się do tego resentymentu i udało im się przechwycić znaczną część elektoratu zdegradowanych społecznie pracowników przemysłu. Lewica była wobec tych zjawisk podzielona. W 1968 r. odbył się słynny, przełomowy strajk nowojorskich nauczycieli przeciwko decyzji Rady Edukacji umożliwiającej tworzenie „sąsiedzkich” czy też „społecznych rad szkoły” (community control boards), które dawałyby decydujący wpływ na szkołę mieszkańcom danej dzielnicy. Oznaczało to, że na terenach, na których liczebnie dominują czarnoskórzy, mogliby oni wprowadzać członków swojej społeczności do kadry nauczycielskiej. Byłoby to wbrew przywilejom wywalczonym przez związki zawodowe w tej materii. Mój ojciec, zawsze sympatyzujący ze związkami, po raz pierwszy świadomie złamał wtedy strajk. Miał swoje wątpliwości, ale uważał, że sprawiedliwość historyczna wymaga, żeby grupa dotąd wykluczona została dopuszczona do podejmowania najistotniejszych decyzji w sprawach jej dotyczących. W latach 80., 90. i w pierwszej dekadzie XXI w. fabryki już po prostu padają albo przenoszą się do krajów rozwijających się. Weźmy np. Rochester w stanie Nowy Jork, miasto nieopodal którego mieszkam. Jego powstanie i rozwój były ściśle związane z przemysłem, a przede wszystkim z jednym koncernem – Kodak. Kodak dobrze dbał o to miasto – finansował wspaniałą miejską orkiestrę symfoniczną, inwestował w dobre biblioteki itd. Dziś największymi pracodawcami są uniwersytet i szpital. Podobnie wyglądała historia bardzo wielu amerykańskich miast. Znaczna część białych robotników, którzy stracili w tych latach pracę, przeszła na stronę Republikanów. A intelektualiści i klasa średnia, szczególnie z Północy i obu wybrzeży, czują wobec tych ludzi coraz większą wyższość. Nie dlatego, że stracili oni pracę, ale ponieważ za swoje niepowodzenie obwiniają innych, słabszych – czarnoskórych i kobiety, a w dodatku głosują na Republikanów, którzy obiecują powrót dawnych, rasistowsko-patriarchalnych porządków. Skoro tak, to jesteście dla nas nikim, jesteście bezrobotnymi bezwartościowymi śmieciami – tak rozumuje to środowisko. Część lewicy stara się z tym sposobem myślenia walczyć i traktuje osoby piętnowane jako „white trash” czy „trailer trash” w charakterze potencjalnych sojuszników. Kilka lat temu był taki kandydat na prezydenta, a później przez pewien czas przywódca struktur partyjnych Demokratów, Howard Dean. Mówił, że możemy i powinniśmy przekonywać do siebie ludzi, którzy od nas odpłynęli, a w których interesie ekonomicznym działamy.

A jak pod tym względem postrzegasz sytuację w Polsce? Wydaje się, że mechanizmy generowania wykluczenia różnego rodzaju „moherów” bywają podobne. Polska świeżo upieczona klasa średnia często demonizuje chociażby lokatorów miejskich czynszówek, bezdomnych, odbiorców pomocy społecznej czy mieszkańców wsi i mniejszych ośrodków miejskich. Jednym z popularnych uzasadnień dla pogardliwego stosunku wobec wspomnianych grup jest ich domniemany konserwatywny, ksenofobiczny światopogląd.

To prawda, pisałem o tym zresztą w „Klęsce »Solidarności«”. To było fascynujące i przygnębiające zarazem – obserwować, jak szybko środowisko „Gazety Wyborczej” zaczęło mówić bardzo wyższościowym i pogardliwym językiem o tych samych ludziach, których jeszcze przed chwilą wynosiło pod niebiosa, czasem nawet niesłusznie. O ile przed 1989 r. polski lud był dla nich bezgrzeszny, o tyle po 1989 r. całe ogromne rzesze ludzi mogły już tylko grzeszyć. Decydujący był stosunek do ogólnego kierunku reform, wytyczonego przez Plan Balcerowicza. Wraz z procesem rozrastania się klasy średniej tego rodzaju poglądy i emocje zyskiwały na popularności, bo dobrze odpowiadały na potrzebę dystynkcji, jaka często wiąże się z awansem społeczno-kulturowym. Popularność Radia Maryja czy fakt, że znaczna część zdegradowanej materialnie klasy robotniczej głosuje na prawicę, to oczywiście wielkie porażki lewicy. Niestety, radykalne odrzucenie tych ludzi przez liberalno-lewicową inteligencję i momentami uwłaczający język, jaki pojawiał się w mediach, spowodowały, że zaczęli oni szukać bezwarunkowej tożsamościowej afirmacji. A tę potrafiła im dać tylko antyliberalna prawica.

Widzisz jakiekolwiek szanse na odwrócenie tych procesów?

Taka nadzieja przyświecała mi, gdy pisałem „Klęskę »Solidarności«”. Wtedy wydawało mi się, że sprawa nie jest jeszcze całkiem przegrana. Zanim zaczęliśmy nagrywać rozmowę, mówiłeś o tym, że moja książka zaskakuje, bo krytykuję w niej polskich liberałów, ale przyjmuję ich założenia. Myślę, że stało się tak dlatego, iż tylko w nich widziałem wtedy w Polsce jakikolwiek lewicowy potencjał. Pamiętałem ich przecież jako działaczy związkowych, bardzo prorobotniczych. Ludzie nie poszli wtedy jeszcze do prawicowych partii ani do Radia Maryja. Pisząc „Klęskę »Solidarności«”, chciałem zapobiec przesunięciu robotników na prawo. Wydawało się, że w czym jak w czym, ale pod tym względem zgadzamy się ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Dlatego starałem się w niej mówić językiem liberalno-pragmatycznym. Nie chcecie, żeby „lud” stał się „ciemnogrodem”? Możecie temu zapobiec. Ale jeśli chcecie to zrobić, musicie zerwać z Balcerowiczem i zachować się przynajmniej tak jak cyniczni amerykańscy Demokraci, którzy do każdych wyborów idą z hasłami populistycznymi. Populizm czy plebejskość mają w postarystokratycznej Europie złą prasę – w USA zawsze były ważnymi elementami uprawiania polityki. Polscy liberałowie podążyli ścieżką najgorszą z możliwych, destrukcyjną zarówno dla siebie, jak i dla ogółu społeczeństwa. Nie dość, że nie godzili się na pragmatyzm programowy, negocjowany z interesem wielkich grup społecznych, to jeszcze wprowadzili ten „antypopulistyczny” język polityczny, w myśl którego prawdziwe reformy muszą być bolesne i wiązać się z wielkimi wyrzeczeniami – oczywiście nie dla wszystkich, tylko akurat dla wielkoprzemysłowych robotników, pracowników PGR-ów i innych grup, których interesy predestynowały do popierania polityki z ducha socjaldemokratycznej. A potem dziwili się, że ci ludzie czują się oszukani i z lewicowym liberalizmem nie chcą mieć już nic wspólnego.

Populizm nie cieszy się poparciem nawet wśród znacznej części polskiej nowej lewicy, która wciąż wciąga na swoje sztandary raczej „dysydentów w rozciągniętych swetrach” niż trybunów ludowych czy choćby socjaldemokratycznych pragmatyków, poszukujących kompromisu pomiędzy partykularnymi interesami grupowymi.

Staram się, na ile mogę, tłumaczyć to choćby działaczom „Krytyki Politycznej”. Możemy oczywiście przyjąć, że odrzucamy demokrację parlamentarną, jako system obarczony wieloma wadami. Wtedy możemy sobie pozwolić na to, żeby nie interesować się przyciągnięciem do siebie robotników czy innych wielkich grup społecznych. Ale dopóki żyjemy w systemie opartym na wyborach powszechnych, dopóty szukanie wspólnego języka z wyborcami jest obowiązkiem każdego podmiotu politycznego.

Popularna jest też diagnoza, według której upadek przemysłu oznacza koniec klasy robotniczej jako podstawowego punktu odniesienia dla lewicowej polityki i najważniejszej części elektoratu, a kluczem do politycznego sukcesu jest dziś przyciągnięcie do siebie wielkomiejskiej klasy średniej i przekonanie, że poparcie postępowych postulatów leży w jej interesie. Co o tym myślisz i jak byś to odniósł do sytuacji amerykańskiej? Czy i tam tradycyjny elektorat lewicy został przez nią w pewien sposób osierocony?

Ten proces w USA dokonał się w latach 60. i 70. Podstawowym adresatem nowej lewicy stała się z jednej strony kontrkulturowa młodzież, a z drugiej professionals, pracownicy umysłowi z wyższym wykształceniem. Oni nie czuli się pracownikami najemnymi. Do tradycyjnej klasy robotniczej było im daleko. Ale okazało się, że nie są oni w stanie sami wygrywać wyborów. Jakakolwiek lewica ma szanse na odegranie roli politycznej dopiero wtedy, gdy umie zmobilizować i pracowników umysłowych, i tradycyjną klasę robotniczą, pozostającej ważną częścią elektoratu, której interesów, bardzo zagrożonych przez współczesny kapitalizm, po prostu należy bronić. Republikanie za czasów Reagana i Busha wygrywali dzięki przejęciu znacznej części białych robotników, będących dotąd trzonem tradycyjnego elektoratu lewicowego. Demokraci byli zaś podzieleni i niezdolni do podjęcia walki – chcieli oczywiście utrzymać poparcie robotników, ale jednocześnie byli pod presją nowej klasy średniej, która żądała od nich podkreślania kwestii rasowych i światopoglądowych, i od mniejszości rasowych, stających się coraz ważniejszą częścią elektoratu w dużych miastach. Na tym tle zaskakuje zwycięstwo w ostatnich wyborach na burmistrza Nowego Jorku Billa de Blasio, lewicowca ideowego i konsekwentnego. Nie należał on do tych, którzy odrzucili robotników jako nie dość postępowych, ani nie traktował ich protekcjonalnie, tylko szukał z nimi wspólnego języka i zabiegał o ich głosy. Wygrał przygniatającą większością 73 proc. To w najnowszej historii USA absolutny ewenement.

Czy z perspektywy amerykańskiej sądzisz, że trwający od 2008 r. kryzys finansowy przyniósł lub przyniesie jeszcze jakieś fundamentalne zmiany polityczne? Na ile istotna może być pewna zmiana koniunktury w publicystyce i naukach społecznych, symbolizowana przez nazwiska takie jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman, Amartya Sen czy Thomas Piketty, która wydaje się częściowo przenikać także do języka używanego np. przez międzynarodowe instytucje finansowe? A z drugiej strony – jak widzisz rolę i perspektywy rozwoju nowych ruchów społecznych ostatnich lat, takich jak Occupy Wall Street? Czy dostrzegasz szanse na jakieś „życie po życiu” tego efemerycznego zwrotu w stronę oddolnej demokracji?

Te dwie sprawy są powiązane. OWS nie przeobraziło się w masowy ruch społeczny, ale z całą pewnością przyczyniło się do powstania pewnego fermentu intelektualnego i do zaistnienia w szerszej świadomości kwestii związanych z radykalnym wzrostem nierówności ekonomicznych. Z tego fermentu narodziło się w ostatnich latach np. wiele ważnych i ciekawych czasopism i środowisk intelektualnych, takich jak „Jacobin Magazine”, „The Baffler” czy „N+1 Magazine”. Te tendencje z kolei na pewno pomogły przebić się do mainstreamu postaciom takim jak Piketty. Do osiągnięć OWS zaliczyłbym też np. fakt, że niecały rok temu prezydent Obama miał pierwsze przemówienie na temat nierówności społecznych, w którym otwarcie opowiedział się m.in. za podniesieniem płacy minimalnej. Mit amerykański niemal od zawsze był przede wszystkim mitem klasy średniej. To nie znaczy, że każdy obywatel musi być zamożny, ale w teorii każdy ma szansę się wzbogacić i każdy ma zapewniony przynajmniej względny dobrobyt. Teraz zaczyna się to zmieniać. Dociera do Amerykanów świadomość tego, że żyją w kraju radykalnie spolaryzowanym. To odbija się już nawet na strukturze gospodarki. Największe pieniądze robi się obecnie nie na klasie średniej, lecz albo na przysłowiowym jednym procencie, czyli na rynku towarów luksusowych dla ludzi obscenicznie bogatych, albo na biedocie z przyczep i kontenerów. Najistotniejszymi czynnikami dla „zmiany klimatu” były oczywiście bezpośrednie skutki kryzysu takie jak wzrost bezrobocia wśród klasy średniej, gigantyczne pieniądze przekazywane przez rząd bankom i przedsiębiorstwom „zbyt dużym, by upaść” oraz informacje o astronomicznych pensjach kadr kierowniczych tych instytucji. Jednak działania oddolnych inicjatyw takich jak OWS też na pewno miały swoją wagę. Wspomniane już zwycięstwo de Blasio w Nowym Jorku jest również symptomem tego samego procesu. Żeby nie popadać w hurraoptymizm, należy wspomnieć, że według sondaży należy się spodziewać zwycięstwa Republikanów w nadchodzących wyborach do Senatu. I muszę przyznać, że nie do końca to rozumiem. Czy interpretować to jako zwycięstwo mechanizmu opisanego przez Thomasa Franka w książce „Co z tym Kansas”? Innymi słowy – czy nadal działa strategia konserwatywnej mobilizacji milczącej większości „zwykłych, patriotycznych Amerykanów” przeciwko „wyalienowanym liberalnym elitom”? To wyjaśniałoby wiele, ale nie wyjaśnia, dlaczego w dalszym ciągu ci wyborcy akceptują retorykę antyegalitarną, przeciwko podwyższaniu podatków dla najbogatszych czy inwestycjom w usługi publiczne.

Gdy myślisz o tych dwóch punktach odniesienia, amerykańskim i polskim, to czy wydaje ci się, że lewica potrzebuje narodowej symboliki, narodowego odniesienia? Zawsze potrzebuje narodowego odniesienia, bo musi wchodzić w dialog i bronić konkretnego społeczeństwa. Osobną kwestią jest to, jak się ten naród rozumie i definiuje. Jednocześnie, w ramach polityki uprawianej na arenie narodowej, lewica powinna oczywiście kłaść nacisk przede wszystkim na kwestie klasowe, bo odniesienie się do tych podziałów umożliwia budowanie bardziej otwartego i bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Na początku lat 70., jeszcze jako licealista, współpracowałem z lewicowym amerykańskim tygodnikiem „Guardian” (nie mylić z brytyjską gazetą codzienną). Pewnego razu zobaczyłem na jej łamach zdjęcia, na których podpalano amerykańską flagę. Napisałem list – to była zresztą moja pierwsza publikacja – w którym opowiadałem się przeciwko takim działaniom, bo przecież chcemy przekonać ludzi, że interes klasowy robotników jest zarazem amerykańskim interesem narodowym, a więc powinniśmy flagę przejąć, a nie ją niszczyć. I to zdanie podtrzymuję: walka klasowa i walka o postępową treść symboli i mitów narodowych – to jedno.

Dziękuję za rozmowę.

Maj 2014, Geneva, NY.

Społeczeństwo obywatelskie jako wentyl bezpieczeństwa? – rozmowa z dr. Pawłem Załęskim

Społeczeństwo obywatelskie jako wentyl bezpieczeństwa? – rozmowa z dr. Pawłem Załęskim

Zacznijmy od genezy pojęcia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dlaczego cenzura okresu bierutowskiego w 1949 r. wprowadziła to pojęcie?

Paweł Załęski: To prawdopodobnie jedna z licznych wówczas manipulacji na języku. Pewne terminy stały się zakazane i takim było m.in. społeczeństwo cywilne – tzn. to, co w terminologii okresu nowoczesności określano sferą prywatnych przedsięwzięć, czyli po prostu wolnym rynkiem. W tamtych czasach określało się go pojęciem społeczeństwa cywilnego i zrozumiałe, że w warunkach scentralizowanej gospodarki socjalistycznej termin ten musiał zostać w jakiś sposób usunięty z tłumaczeń Marksa i Engelsa. Wówczas to wprowadzono określenie „społeczeństwo obywatelskie”, które jest na tyle niesprecyzowane i wieloznaczne, że idealnie pasowało jako narzędzie dezorientowania.

Czy już wtedy to społeczeństwo obywatelskie było przeciwstawione społeczeństwu politycznemu?

Wydaje mi się, że pojęcie społeczeństwa obywatelskiego zostało wprowadzone po to, aby zagmatwać różnicę między społeczeństwem cywilnym a społeczeństwem politycznym, nie żeby ją podkreślać. Później – we współczesnym dyskursie – przerodziło się to w usytuowanie społeczeństwa obywatelskiego między rynkiem a państwem.

Przenieśmy się teraz do połowy lat 70. W swojej książce „Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie” piszesz o środowisku polskich dysydentów we Francji, w Paryżu. Twoim zdaniem Aleksander Smolar interpretował wtedy pojęcie społeczeństwa obywatelskiego jako niezależnego społeczeństwa politycznego w opozycji do komunistycznego aparatu państwowego.

Udało mi się natrafić na wątek wskazujący, że to Aleksander Smolar jest niejako pierwszą „ofiarą” pomieszania pojęć – wprowadzenia terminu „społeczeństwo obywatelskie” zamiast „społeczeństwo cywilne”. To on zaczyna odnosić je do polskiej opozycji politycznej, i to jeszcze przed czasami „Solidarności”. Jest to istotne, ponieważ z reguły narodziny dyskursu o społeczeństwie obywatelskim wiąże się z „Solidarnością”. Widać jednak wyraźnie, że po pierwsze narodził się on wcześniej, a po drugie, że „Solidarność” – i to jest kolejne odkrycie – w ogóle go nie znała. To jest tylko mit. Zbadałem ówczesną prasę, dokumenty, prześledziłem wszystkie najważniejsze wątki i okazało się, że solidarnościowy dyskurs opierał się na zupełnie innych kategoriach, na innych pojęciach. To wszystko doprowadziło mnie do kolejnego odkrycia, że „społeczeństwo obywatelskie” jest dziełem komunistycznej propagandy. Można powiedzieć, że stanowi szczytowe osiągnięcie nowomowy polskich komunistów.

A jak wyglądał proces przeszczepiania tego pojęcia na nasz grunt?

Koncepcja zaproponowana przez Smolara rozwijała się niezależnie wśród zachodnich intelektualistów, dysydentów czy emigrantów z krajów Europy Wschodniej. Najważniejszymi osobami w tym kontekście, poza samym Smolarem, byli Jacques Rupnik (pochodzący z Czech) oraz Andrew Arato (pochodzący z Węgier). Bardzo wyraźnie widać, że jeśli w tym czasie ktoś z Polski zaczynał pisać o aktywności obywatelskiej i później wyjechał na Zachód, to po powrocie stosował już pojęcie społeczeństwa obywatelskiego.

W takim razie czy można mówić o „Solidarności” jako społeczeństwie obywatelskim?

Członkowie „Solidarności” definiowali się jako samorządna rzeczpospolita. To określenie jest pierwszą ofiarą dyskursu o społeczeństwie obywatelskim.

Samorządna rzeczpospolita ma bardzo wyraźny charakter wspólnotowy i odwołuje się do klasycznych republikańskich idei związanych z poczuciem solidarności. Była to wspólnota obywateli, a głównie wspólnota robotników, bo pierwsza „Solidarność” była przede wszystkim ruchem robotniczym. Później zaczyna się coraz większa ingerencja intelektualistów, a robotnicy zostają w tle rozmów i działań „Solidarności”. Wtedy dochodzi do głosu neoliberalny dyskurs o społeczeństwie obywatelskim, który podkreśla pluralizm, różnorodność – a nie wspólnotowość. To zupełne przeciwieństwo tego, czym była pierwsza „Solidarność”, dlatego wydaje mi się nadużyciem stosowanie terminu „społeczeństwo obywatelskie” w odniesieniu do pierwszej „Solidarności” – to były dwie zupełnie inne jakości pojęciowe i ideowe.

Jakie były dalsze losy pojęcia „społeczeństwo obywatelskie”? Z lektury Twojej książki wynika, że rok 1989 niekoniecznie był przełomem – wprowadzenie tego terminu w gruncie rzeczy miało na celu manipulację, odsunięcie na bok koncepcji społeczeństwa politycznego.

W książce wysnułem tezę o alienacji polityczności, czyli o odsunięciu tejże z życia potocznego. Twierdzi się dzisiaj, że polityka to coś, co dzieje się daleko od nas, a my tak właściwie zajmujemy się czymś zupełnie innym i to nas nie dotyczy. Jest to jednak zaprzeczenie klasycznych podejść do polityki czy do życia politycznego we wspólnocie państwowej, gdzie każdy gest mógł być gestem politycznym. Tak było chociażby w czasach zaborów. Związek sportowy był wówczas organizacją polityczną, ponieważ krzewił polską krzepę – działał właściwie przeciwko zaborcy. Dotyczyło to wielu różnych organizacji w tym czasie. Natomiast działalność propagandy komunistycznej, to, że społeczeństwo obywatelskie pojawiło się w języku generała Jaruzelskiego, związane było właśnie z tym – o czym napisał wówczas Bronisław Geremek – że oto dzisiaj, w 1989 r., mamy możliwość stowarzyszania się, zakładania rozmaitych organizacji, ale myśli o całkowitej demokratyzacji, o pełnym pluralizmie politycznym musimy odsunąć na później. Proszę zwrócić uwagę, że Polska była jedynym krajem, który w okresie transformacji nie dokonał od razu pełni reform politycznych. Zrealizowano głównie reformy gospodarcze, czyli plan Balcerowicza, który nie został wprowadzony na zasadach demokratycznych, gdyż Polska stała się demokratyczną dopiero w 1991 r.

Czy byłoby inaczej, gdyby te reformy polityczne zostały wprowadzone? Czy są może jeszcze inne przyczyny tego, że taki właśnie projekt społeczeństwa obywatelskiego ma się dobrze?

W latach 90. właśnie dzięki temu, że w 1989 r. termin „społeczeństwo obywatelskie” zaczął się pojawiać na łamach „Trybuny Ludu” i pokrewnych czasopism, trafił on do publicznej świadomości. I to na masową skalę. Widać, jak zaczyna on opisywać zjawiska, które wcześniej definiowano wyłącznie jako organizacje społeczne. Stał się ideologiczną przykrywką dla trzeciego sektora, takim pojęciem-kluczem, legitymizującym powstanie i idealizującym działanie tego sektora jako jednego z elementów współczesnych demokracji. Podczas gdy żadne badania nie pokazują, że te organizacje są jakoś szczególnie zaangażowane w procesy polityczne! To, czym się zajmują, to głównie pełnienie funkcji usługodawczych w stosunku do instytucji publicznych. One się zajmują tymi samymi kwestiami, którymi zajmuje się dobrze funkcjonujące państwo opiekuńcze, przede wszystkim takimi jak edukacja, zdrowie czy opieka społeczna.

Opisujesz te organizacje jako neoliberalne hybrydy wolnego rynku i państwa opiekuńczego. W związku z tym nie są one w stanie podjąć działań antysystemowych. Czy możliwe jest odwrócenie tego porządku, tak aby obywatele mogli się rzeczywiście oddolnie i spontanicznie organizować?

Musiałaby nastąpić skonsolidowana ingerencja polityczna ze strony osób zainteresowanych taką zmianą. Takie osoby są zwodzone obecnością organizacji trzeciego sektora po to, żeby nie protestować przeciwko przemianom. Trzeci sektor stanowi bufor bezpieczeństwa pomiędzy obywatelami a państwem, które wycofuje się ze swoich funkcji. Obecnie te organizacje niby coś robią, ale tak właściwie, w porównaniu z tym jak funkcjonowało państwo opiekuńcze, są to działania pozorowane. Mają niesamowity PR, dużo się mówi o ich działaniach, ale faktycznie to wygląda inaczej. Nie korzystają z dorobku państwa opiekuńczego, bo są one przecież w opozycji do państwa – przynajmniej ideowo. Natomiast korzystają z państwowych pieniędzy. W Polsce to najczęściej środki z funduszy europejskich, natomiast w bogatszych państwach zachodu takie organizacje są finansowane bezpośrednio przez instytucje rządowe. Ta sytuacja, moim zdaniem, jest antydemokratycznym atakiem neoliberalnych elit politycznych na państwo opiekuńcze. Pojawienie się trzeciego sektora w jego współczesnej postaci jest związane z postępami neoliberalnych ideologii i neoliberalnych rozwiązań oraz z przemianami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, zmierzającymi do demontażu instytucji państwa opiekuńczego.

Schemat wygląda tak, że organizacje pozarządowe pojawiają się często jako organizacje polityczne. Najbardziej wyraźnie słychać to w dyskursie feministycznym. Organizacje, które mają działać na rzecz praw kobiet, stają się powoli organizacjami usługodawczymi, realizującymi projekty zlecane przez instytucje państwowe, co nazwane zostało przez jedną z niemieckich feministek, Sabine Lang, procesem NGO-izacji. Istnieje realne zagrożenie, że jeżeli nie będzie działań politycznych sprzeciwiających się temu procesowi, to dojdzie do sytuacji, że organizacje te będą musiały się skomercjalizować albo po prostu zniknąć. Te usługi, które obecnie wykonują dzięki pieniądzom z instytucji państwowych, będą wykonywały nadal, lecz na zasadach komercyjnych, czyli trzeba będzie płacić, żeby z nich skorzystać. Ale organizacje trzeciego sektora nie są zainteresowane podważaniem podstaw własnego funkcjonowania. Protest przeciwko zachodzącym zmianom, czyli osłabianiu państwa opiekuńczego, nie może wyjść od nich. Głównym oszustwem dyskursu o społeczeństwie obywatelskim jest zatem sugestia, że organizacje trzeciego sektora reprezentują obywateli. Jest to raczej grupa interesu, która rywalizuje z tradycyjnymi instytucjami państwa opiekuńczego.

W tym kontekście piszesz też w swojej książce o młodych ludziach, których działanie i zaangażowanie jest kanalizowane przez organizacje. Czy jest szansa na wyjście z tego zaklętego koła instytucjonalizacji działań, tak aby pozostały naszymi oddolnymi inicjatywami?

Myślę, że to bardzo trudne. Przeszkodą są ideologiczne klisze, którymi posługują się działacze trzeciego sektora na własny użytek. Takie działanie, o jakim wspomnieliście, jest obce trzeciemu sektorowi. Oni funkcjonują dzięki temu, że realizują odgórnie wyznaczone projekty, które ktoś tam gdzieś podpisuje i akceptuje. Same te organizacje mają niewielką siłę na poziomie oddolnym czy lokalnym. Mam wrażenie, że bardziej dynamiczne i oddolne są inicjatywy na polu ekonomicznym, co objawia się na poziomie rozmaitych rozwiązań o charakterze gospodarczym, które ludzie próbują razem realizować – w formie wymiany barterowej, czyli wzajemnej wymiany usług. Organizacje pozarządowe dostają pieniądze na aktywizację ludzi na poziomie lokalnym, a niestety tłumią tę aktywność. Wchodzą w role reprezentantów biernych osób, stając się aktorami, którzy wyręczają obywateli z możliwości zaangażowania politycznego. Bywa również, że same dość skutecznie tłumią głosy lokalnej społeczności. W związku z tym, ostatnim rozwiązaniem takich projektów jest np. propozycja, aby mieszkańcy i przedstawiciele organizacji pozarządowych spotykali się osobno. Wszystko dlatego, że przedstawiciele organizacji, ze względu na swój większy kapitał kulturowy i dyskursywny, nadają ton całej dyskusji, marginalizując mieszkańców.

Wyobraźmy sobie, że zakładamy stowarzyszenie lub fundację i chcemy działać dla dobra wspólnoty lokalnej. Aby przystąpić do konkursu i zdobyć jakieś finansowanie naszych działań, musimy spełnić odgórne warunki – czyli od początku jesteśmy skazani na wpisanie w format. Tracimy w ten sposób impet oddolnego autentycznego działania.

To jest właśnie wspomniana NGO-izacja. Mamy kilku ludzi, którzy coś robią razem i raptem wpadają na pomysł, żeby zamienić tę nieformalną grupę w stowarzyszenie, sądząc przy okazji, że może zdobędą dzięki temu jakąś dotację. To jest taka spirala wciągająca w system grantowy, która podporządkowuje sobie organizację i czyni ją podwykonawcą usług, którymi kiedyś zajmowało się państwo. Oczywiście są również pozytywne tego aspekty. Podkreślam tylko, że cały ten proces odbywa się pewnym kosztem – kosztem tradycyjnych rozwiązań i instytucji państwa opiekuńczego. W związku z określonymi przemianami, które nazwałem restrukturyzacją systemów opiekuńczych, tracimy coś, co zostało kiedyś wywalczone przez ojców naszych ojców. Te przemiany są związane z kolei z neoliberalnymi politykami, czyli pewnym odgórnym projektem. To, co wygląda jak oddolna aktywność, okazuje się elitarystycznym projektem polityczno-ekonomicznym.

Czyli takie neoliberalne chomąto?

Chomąto jest dla aktywistów i działaczy tych organizacji, natomiast dla osób, które teoretycznie mają być beneficjentami ich działań, tak właściwie jest to redukcja funkcji opiekuńczych. Państwo się wycofuje, zamiast tego wchodzą organizacje trzeciego sektora, które niekoniecznie robią lepiej to, co kiedyś robiło państwo.

W wyniku takiego systemowego działania, państwo w świadomości obywateli jako podmiot mający pełnić określone funkcje nie tyle traci na znaczeniu, co zanika.

Tak, świetnie to ujęliście. Wspomniane organizacje są czymś w rodzaju bufora, który odseparowuje obywatela od źródła politycznych decyzji, czyli od tego, w jaki sposób będą wypełniane obowiązki w zakresie opiekuńczości. Kiedyś szło się do urzędnika, rozmawiało z nim, można było trafić wyżej, a w tej chwili jest ta bariera. Są organizacje, które zajmują się określonym fragmentem rzeczywistości i one umywają ręce od odpowiedzialności za działania, które realizują na rzecz zleceniodawców. Jest to związane z rozmyciem odpowiedzialności politycznej za decyzje, wynikającym z przemian funkcji opiekuńczych państwa. Z horyzontu przeciętnego obywatela giną decydenci odpowiedzialni za konkretne decyzje, w tym rozmontowanie państwa opiekuńczego.

Konsekwencją takiego charakteru trzeciego sektora jest odseparowanie obywateli od polityczności. Nietrudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki. Przestaniemy zwracać uwagę na to, kto, jakie i dlaczego w naszym imieniu podejmuje decyzje, wpływające przecież bezpośrednio na rzeczywistość, w której żyjemy. Jak możemy i czy w ogóle możemy się upolitycznić?

Proces depolityzacji był charakterystyczny zarówno dla nowoczesnego projektu liberalnego, a w tej chwili projekt ponowoczesny neoliberalny stanowi wzmocnienie i przyspieszenie tego zjawiska. Rządy tzw. technokratów są przykładem tego, że to specjaliści decydują za nas o czymś, co powinno być w naszych rękach. Wydaje mi się, że dobrym kierunkiem jest to, że na poziomie lokalnych społeczności władze decydują się na konsultacje społeczne. Wprowadzenie zasady pytania o zdanie obywatela jest ważne dla jakości demokracji. Państwo opiekuńcze w naszym kraju zostało dość mocno zredukowane. Jak wspominałem, zaczęły je zastępować organizacje trzeciego sektora. I tutaj rodzi się pytanie, czy nie powinniśmy wrócić do tego, żeby państwo zracjonalizowało czy ulepszyło proces redystrybucji. Ona się odbywa, ale uprzywilejowane są te grupy, które mają najlepszy dostęp do twardej polityki. Wiadomo, że osoby biedne czy wykluczone tego dostępu nie mają.

Czy to by oznaczało wycofanie się z zasady pomocniczości?

Może rozsądniejsze i bardziej świadome z niej korzystanie. Moja książka została napisana, aby ujawnić pewne mechanizmy i pokazać, że jest tu wiele rzeczy do zrobienia. Organizacje mogą funkcjonować, ale tak, abyśmy wiedzieli, co one robią i za jakie pieniądze, żeby ich działania były bardziej transparentne finansowo. Chodzi też o to, żebyśmy mogli decydować, mieć wpływ na ich aktywność. Ale przejrzystość ich działań jest podstawową barierą.

Ideałem byłoby pewnie wspólne ustalanie, konsultowanie celów polityk publicznych, a później ewentualnie wykorzystanie organizacji pozarządowych do ich realizacji, przy klarowności i jasności sytuacji oraz możliwości kontroli ich działań. Wracając jednak do idei pomocniczości – według Zygmunta Baumana staje się ona nieco karykaturalna, ponieważ polega na cedowaniu, zrzekaniu się odpowiedzialności przez państwo. Być może czeka nas jakiś renesans roli państwa, zwiększenia zakresu jego działalności?

Wydaje mi się, że już najwyższy czas na to. Jesteśmy w takim momencie, w którym coraz donośniejsze stają się głosy krytykujące neoliberalne oczywistości lat 90. Sądzę też, że mamy szansę zacząć dyskusję na temat roli państwa: czym to państwo dla nas jest, jakie role powinno spełniać, czy to, co robi w tej chwili, robi właściwie. Z punktu widzenia systemów opiekuńczych najważniejszą funkcją państwa jest redystrybucja zasobów od bogatych do biednych. Natomiast w tej chwili, dzięki neoliberalnej ofensywie, pieniądze trafiają na pomoc bankom, dużym, upadającym instytucjom, a budżet opieki społecznej czy szkolnictwa podstawowego jest ograniczany. To zasługa potężnego lobby gospodarczego, elit ekonomicznych, które dążą do korzystnej dla siebie redystrybucji zasobów. Szersza dyskusja na ten temat mogłaby usprawnić i zdemokratyzować decyzje polityczne. Ale jesteśmy w dość trudnym momencie, gdy język neoliberalnych oczywistości zdominował nasze myślenie i wszelkie socjaldemokratyczne rozwiązania stygmatyzuje się jako komunizm.

Dziękujemy za rozmowę.

Celowy rozstrój gospodarczy

Jaki jest rzeczywisty stan i perspektywy polskiej gospodarki? Rząd konsekwentnie przekonuje, że w dobie kryzysu nasz kraj pozostaje „zieloną wyspą” na mapie Europy oraz że jesteśmy coraz poważniejszym graczem na arenie międzynarodowej.

Artur Śliwiński: „Zielona wyspa” jest już przedmiotem wielu żartów. Nikt z poważnych ekonomistów nie traktował tego określenia na serio. Nawet eksperci stanowiący – skądinąd bardzo słabe – zaplecze doradcze rządu, mocno się od niego dystansowali. Obserwujemy tu specyficzny mechanizm propagandowy, który można odszyfrować dopiero gdy zobaczymy, jak faktycznie wyglądają statystyki.

Po pierwsze, w Polsce od 1990 r. nie liczy się dochodu narodowego, co jest fenomenem na skalę międzynarodową – oprócz nas nie robi się tego tylko na Węgrzech. Dzieje się tak, mimo iż metodologia rachunku narodowego (jednego z działów statystyki) zakłada konieczność liczenia dochodu narodowego jako jednej z podstawowych kategorii makroekonomicznych. Usłyszałem kiedyś od internauty zarzut, że mylę się, ponieważ w roczniku statystycznym można znaleźć wielkość dochodu narodowego. Rzeczywiście, podaje się te dane – tyle tylko, że nie są one faktycznie wyliczane. Liczy się jedynie Produkt Krajowy Brutto, a następnie poprzez niezbyt wiarygodną i dość sztuczną korektę szacuje się dochód narodowy. To nie tylko niepokoi, ale wręcz pokazuje potęgę manipulacji. Oczywiście, pod tym kryje się ewidentny zabieg ukrywania prawdziwego stanu rzeczy. Różnica jest bowiem zasadnicza.

Mówiąc w uproszczeniu, PKB jest liczony dla całej gospodarki, niezależnie od tego, kto go wytwarza, natomiast dochód narodowy jest to produkt gospodarki krajowej. Decyduje więc tutaj kryterium własności. Wyobraźmy sobie, że trafiamy do Iraku. Można przypuszczać, że PKB tego kraju jest obecnie wyższy niż za czasów Saddama Husajna, ponieważ wlicza się np. eksploatację przez zachodnie koncerny zasobów ropy przechwytywanych niemal za darmo, albo koszty stacjonowania wojsk amerykańskich. Gdybyśmy liczyli dochód narodowy, widać byłoby to, co zwykle się ukrywa, czyli ile dokładnie jest w gospodarce własności polskiej, a ile zagranicznej. I ile dochodów należy do Polaków, a ile do międzynarodowych korporacji.

Trzeba jeszcze powiedzieć o czymś bardziej zasadniczym. Otóż ocena stanu gospodarki wedle takich syntetycznych wskaźników jak PKB, czy nawet dochód narodowy, nie jest wystarczająca. Wiedza ekonomiczna nie opiera się na przedstawianiu rezultatów gospodarczych, lecz przede wszystkim na analizie zależności między różnymi komponentami gospodarki, w tym dysproporcji i dysharmonii w jej funkcjonowaniu. Żaden porządny ekonomista nie będzie lekceważył zależności między podstawowymi kategoriami ekonomicznymi, np. między konsumpcją a inwestycjami czy między dochodami z kapitału a dochodami z pracy. To są bardzo istotne charakterystyki stanu gospodarki.

Na Zachodzie wskaźnik PKB jest obecnie bardzo krytykowany.

A. Ś.: Przede wszystkim dlatego, że „zapomina” o zasobach, a przecież jeśli one znikają, musi się to odbić na całej gospodarce, nawet jeśli na początku skutki tego ubytku są niewidoczne, tak jak w przypadku zasobów naturalnych w krajach zachodnich. U nas z kolei zdewastowano zasoby rodzimego kapitału. I to jest według mnie główny powód naszych obecnych trudności, które nie są echem kryzysu amerykańskiego czy europejskiego, lecz wewnętrznym kryzysem, powstałym oczywiście w konkretnym kontekście historycznym i globalnym.

Otóż istnieje pewien mechanizm propagandowy, polegający na tym, że dane statystyczne są po prostu zmanipulowane. Obliczenia GUS trafiają do jednostek, które prowadzą statystykę międzynarodową – do Eurostatu (powołanego przecież do kontroli jakości statystyk), Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, do CIA (które prowadzi jeden z największych portali statystycznych na świecie) – skąd następnie wracają do Polski, już jako oficjalne potwierdzenie stanu rzeczywistości gospodarczej w naszym kraju. Jest to jakby mechanizm legitymizowania tychże danych statystycznych. To jest takie samo zjawisko, które obserwujemy w prasie: są dziennikarze, którzy piszą oceny sytuacji politycznej, społecznej czy historycznej w Polsce, a następnie poddają je autoryzacji silniejszych mediów zagranicznych. Bardzo trudno jest potem walczyć z niewiarygodnymi danymi, skoro mają one oparcie w autorytecie instytucji międzynarodowych.

Przypomnijmy sobie wszystkie perypetie na tle danych statystycznych, braku rzetelnej informacji gospodarczej, jakie Węgrzy przeżywali za czasów premiera Gyurcsánya. Zobaczmy: te same mechanizmy, co w Polsce i na Węgrzech, wystąpiły także w Grecji. Hipokryzją było oburzanie się, że Grecy fałszują statystyki, ponieważ już od dawna budziły one wątpliwości w kwestii poprawności metodologicznej i prawidłowości obliczeń.

Widać, że rządy nie dbają o prowadzenie informacyjnej polityki gospodarczej, bądź inaczej rzecz ujmując – prowadzą politykę gospodarczą bez dbałości o jej realizm, pozbawiając społeczeństwo wiarygodnych informacji. Zakres pozbawiania społeczeństwa informacji jest olbrzymi. Radio włączam z rosnącym przerażeniem, ponieważ codziennie, we wszystkich niemal rozgłośniach, główną informacją są zatory i wypadki drogowe. W dalszej kolejności relacjonowane są przestępstwa rodzinne, następnie – niewielkie sensacje czy to kryminalne, czy polityczne. Mamy w tej chwili potężny kryzys światowy, a do informacji o nim również od samego początku ograniczano dostęp. Pamiętam sytuację sprzed dwóch lat, gdy napisałem o tym artykuł, zatytułowany „Głucho wszędzie, cicho wszędzie”. Ile problemów miałem wtedy z redaktorem, zdumionym opisywanym przeze mnie kryzysem! A trwał on już wtedy pół roku.

Skoro mówimy o manipulowaniu statystykami, warto podać kilka przykładów.

A. Ś.: Weźmy to, jak w Polsce liczy się inwestycje, których szacunki, jako przyrostu kapitału, winny być przecież poddane pewnym rygorom. Otóż okazuje się, że inaczej myślimy o inwestycjach w sensie prywatnym, a inaczej – w państwowym. Zakup budynku jest dla nas inwestycją, natomiast dla całej gospodarki – nie, ponieważ był on już liczony jako inwestycja w momencie budowy. Ideą jest tutaj unikanie tzw. podwójnego czy wielokrotnego liczenia. Jednak gdybyśmy się dokładniej przyjrzeli, jak są w Polsce skonstruowane statystyki, okazałoby się, że wbrew tej deklaracji liczy się wielokrotnie te same inwestycje, co można sprawdzić biorąc do ręki rocznik statystyczny.

Weźmy teraz konsumpcję. Otóż zgodnie z międzynarodowymi standardami każdemu, kto ma własne mieszkanie czy dom jednorodzinny, dopisuje się do dochodów czynsz umowny z tego tytułu. Tam, gdzie społeczeństwa są bardzo zamożne, udział tej cząstki dochodów, oczywiście fikcyjnej, nie ma szczególnego znaczenia. W Polsce, gdzie poziom dochodów ludności jest bardzo niski, automatycznie bardzo znacząco, choć jedynie „na papierze” powiększa te dochody.

Ostatni przykład dotyczy zatrudnienia, a więc pośrednio tego, jak się liczy bezrobocie. Z grubsza biorąc, metody jego rachowania są u nas zgodne ze standardami międzynarodowymi, ale jest jeden osobliwy wyjątek. Otóż do pracujących zalicza się w Polsce osoby, które w badanym tygodniu przez co najmniej godzinę wykonywały pracę przynoszącą zarobek lub dochód, albo pomagały, bez wynagrodzenia, w prowadzeniu rodzinnego gospodarstwa w rolnictwie lub rodzinnej działalności poza rolnictwem. Wystarczy jedna godzina – np. odśnieżenie komuś podjazdu do garażu, żeby zarobić na butelkę piwa – i już ankieter włącza tę osobę do grupy pracujących! Nie ma też w statystykach zatrudnienia tego, co było dawniej uwzględniane, a mianowicie rozdzielenia pełnoetatowców i etatowców częściowych, co prowadzi do wielu zniekształceń. Zauważmy, że wszystko to idzie w jednym kierunku. To nie przypadek, że wszystkie te czynniki prowadzą do niedoszacowania, a nie przeszacowania rzeczywistego poziomu bezrobocia.

W swoich publikacjach zwraca Pan także uwagę na niewłaściwy sposób liczenia i podawania zadłużenia Polski.

A. Ś.: Problem polega na tym, że gdy mówimy o PKB, dochodzie narodowym czy jeszcze innych wskaźnikach makroekonomicznych w ramach rachunku narodowego, to mówimy o analizie realnych procesów ekonomicznych – nie obejmuje on finansowej strony życia gospodarczego. Natomiast jeśli mówimy o zadłużeniu, to istnieje coś takiego jak zadłużenie potencjalne, nazywane także ukrytym. Zadłużenie przyszłych okresów, wyliczane przy użyciu odpowiedniej metodyki, ujmuje się w ramach tzw. rachunku międzypokoleniowego. Większość krajów zachodnich przeprowadza takie analizy. Jest to przejaw racjonalnego myślenia ekonomicznego i społecznego. W Polsce ich brakuje. W publicznej debacie ciągle słyszymy tylko o stanie bieżących zobowiązań, tymczasem perspektywa wielopokoleniowa pozwala ocenić obciążenia, które nie mają charakteru doraźnego – na dziś czy na konkretny rok – lecz grożą naszym dzieciom i wnukom.

Polemika na temat tego, co jest ważniejsze, dług publiczny czy rachunek międzypokoleniowy, jest oczywiście absurdem, bo zarówno jedno, jak i drugie wskazuje na różne aspekty zadłużenia. Gdybyśmy jednak mieli powiedzieć, co jest groźniejsze dla gospodarki i społeczeństwa, to niewątpliwie jest to rachunek międzypokoleniowy, szacowany przez Janusza Jabłonowskiego z Narodowego Banku Polskiego na 3 bln zł. W oficjalnym dokumencie NBP znajdujemy założenie, że jest to zdyskontowane na dzień dzisiejszy zadłużenie długookresowe, przy założeniu, że nie zmienią się zasadnicze warunki polityczne i gospodarcze. Jest w tym nutka optymizmu, ale przecież jest równie prawdopodobne, że czasy zmienią się na gorsze.

Jest to poważny problem, jednak za najistotniejszy uznaję błąd, popełniany zresztą nie tylko w Polsce, który widzimy przy ocenie kryzysu światowego. Zauważmy, że w pierwszej jego fazie, gdy w połowie 2008 r. przejawił się przede wszystkim na rynku kredytów hipotecznych, uznano – i trwało to ponad rok – że jest to kryzys finansowy oraz kryzys instytucji finansowych. I tak to rzeczywiście wyglądało, przez to, że jak gdyby oderwano kryzys finansowy od drugiej części zagadnienia, od realnych procesów gospodarczych, które są z kryzysem ściśle powiązane. Samo określenie „kryzys finansowy” mocno zawęża zasięg obserwacji tego, co się na świecie dzieje. Czynniki i procesy, które spowodowały kryzys, rzeczywiście uzewnętrzniły się bardzo silnie w sektorze finansowym. Natomiast jest to kryzys całej gospodarki amerykańskiej oraz wielu gospodarek europejskich, który przejawił się również w handlu, przemyśle i rolnictwie.

Przez to przeoczenie popełniono wiele błędów, bo pytając o to, jak poradzić sobie z kryzysem, szukano odpowiedzi tylko pośród rozwiązań dotyczących finansów. Pomoc instytucjom finansowym odbyła się kosztem całej gospodarki i społeczeństwa. Stąd trudno się dziwić, że w Stanach Zjednoczonych, a także w części krajów europejskich, zagrożonych restrykcjami oszczędnościowymi, panuje olbrzymie niezadowolenie społeczne i wręcz negatywne spojrzenie na sektor finansowy. Teraz problem pomocy w kryzysie staje się aktualny również u nas. Polska wyasygnowała na pomoc bankom ponad 9,5 mld złotych, które w dużej części trafiły przecież do banków zagranicznych. To są kwoty, które z powodzeniem wystarczyłyby na poprawę sytuacji np. w służbie zdrowia.

Rozmawiamy o kryzysie ostatnich kilku lat, tymczasem w „Życiu wśród łupieżców” dowodzi Pan, że kryzys jest w przypadku Polski zjawiskiem trwałym (i narastającym), nawet jeśli nie zawsze łatwo dostrzegalnym. Inaczej mówiąc, ma on charakter strukturalny.

A. Ś.: Warto zwrócić uwagę na istotną cechę potężnych kryzysów ekonomicznych: mają one zawsze dwie fazy. Pierwsza to faza chaosu, zamieszania, w której dotychczasowe oceny, poglądy, a także teorie ekonomiczne przestają być wiarygodne. Pojawia się zbyt dużo czynników, które podważają istniejący obraz i przestaje on być czytelny. Nieprzypadkowo wcześniej posługiwano się pojęciem paniki, które lepiej oddaje emocjonalny i chaotyczny charakter sytuacji kryzysowych – jak podczas pożaru dużego budynku publicznego, gdy każdy stara się ratować własne życie.

Dopiero po tym następuje druga faza, w której dochodzi do pewnych przemyśleń. Jeden z ekonomistów zachodnich przekonywał nawet, że kryzys jest czymś dobrym, bo zmusza do myślenia. W tej fazie w świadomości ludzi zaczyna występować przymus opanowania zmian zachodzących w gospodarce. Proces ten trwa długie lata, a my dopiero zaczynamy w niego wkraczać. W wielu miejscach chaos zaczyna pomału zanikać, choć emocje i obawy z nim związane wciąż są żywe. Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto odważyłby się powiedzieć, że obecny kryzys jest częścią wielkiego, kilkudziesięcioletniego cyklu koniunkturalnego Kondratiewa, a nie 40-miesięcznego cyklu Kitchina. Oznaczałoby to bowiem, że cały ustrój społeczno-gospodarczy przechodzi kryzys.

Myśmy w Polsce zapomnieli, czym jest ustrój, bo już go nie widzimy – nie wiemy, w jakim ustroju żyjemy. Kapitalizm to nie ustrój, lecz formacja historyczna. Ustrój definiuje się poprzez określenie ładu społeczno-gospodarczego. Jest to konstrukcja, która wprowadza pewien porządek. Dobre ustroje społeczno-gospodarcze są świadomie wcielane w życie. Kryje się za nimi pewna wiedza, doświadczenie historyczne, a także określona kultura. Tymczasem w Polsce w 1989 r. uznano, że nowy ustrój społeczno-gospodarczy ukształtuje się samoczynnie. Rzecz jasna trudno przypuszczać, żeby ci, których nazywamy reformatorami, byli na tyle naiwni lub bezmyślni, aby nie wiedzieć, iż jest to co najmniej bardzo ryzykowne stwierdzenie, bez pokrycia w doświadczeniach historycznych. W ten oto sposób pewne środowiska zafundowały społeczeństwu chaos i bezład ustrojowy, w zamian opowiadając bajeczki na temat wolności i demokracji. Natomiast przepisy, choćby zawarte w Konstytucji, stają się jedynie deklaratywne bez odpowiednich instytucji tworzących ustrój.

Jak w sferze gospodarczej przejawia się ów kryzys ustrojowy?

A. Ś.: Zjawiska, które doprowadziły do kryzysu w innych gospodarkach, miały odzwierciedlenie także w Polsce. Chodzi tutaj głównie o procesy globalizacyjne oraz związane z dominacją doktryny neoliberalnej. Przy czym w przypadku globalizacji nie mówimy tylko o warstwie intelektualnej i politycznej, lecz mamy na myśli przede wszystkim jej warstwę realną, a więc to, co dzieje się w handlu, w stosunkach finansowych między krajami itd. Jeżeli tak to określimy, to pojęciami globalizacji i neoliberalizmu możemy z powodzeniem posługiwać się wymiennie.

Spójrzmy na ewolucję, która dokonywała się w Stanach Zjednoczonych i z pewnym opóźnieniem także w innych krajach, i która od II wojny światowej uprawdopodobniała fakt, że doszliśmy do gospodarki wolnej konkurencji. Taki był punkt wyjścia, który został bardzo silnie wyeksponowany właśnie w koncepcjach neoliberalnych. Gospodarka zaczęła się jednak zmieniać, tymczasem część koncepcyjna, intelektualna okazała się niestety mniej podatna na zmiany, wręcz skostniała. Co się okazało? Gospodarka przestała być wolnorynkowa, a stała się gospodarką korporacyjną, czyli opanowaną przez dominujące grupy interesu. Ten proces występował, oczywiście w mniejszej skali, już wcześniej. Jednak dopiero z czasem został usankcjonowany poprzez zmiany przepisów prawnych oraz tworzenie instytucji, które stanęły na straży interesów wielkich korporacji. W efekcie rządy zaczęły być im podporządkowywane. Mówimy „rynek finansowy”, ale to przecież nie jest rynek; to potężna, światowa korporacja finansowa. Możemy tylko spierać się, czy posiada ona jedno centrum, czy dwa lub trzy. Mówi się, że rynek finansowy „ocenia” lub „weryfikuje”. Tymczasem to nie rynek ocenia, tylko Wall Street.

Wcześniej jednak pojawił się inny, równie ważny, mocno wpływowy gracz w postaci wielkiego kompleksu militarno-przemysłowego w USA. Już Eisenhower, sam przecież generał armii amerykańskiej, kończąc prezydenturę wygłosił przemówienie krytykujące ten kompleks, wskazując na łączące się z nim niebezpieczeństwa dla społeczeństwa i gospodarki.

Wreszcie trzeci element, o którym najmniej się mówi: sieci handlu wielkopowierzchniowego, w obrębie których, paradoksalnie, przestają działać mechanizmy rynkowe. Warto wziąć do ręki książkę Fishmana „Efekt Wal-Martu”, aby uzmysłowić sobie, jak wielki i niszczący dla gospodarki jest wpływ wielkich korporacji handlowych. To one dyktują dostawcom niskie ceny zakupu, co doprowadza przedsiębiorstwa do bankructwa lub w najlepszym razie do wyhamowania rozwoju. Wszystko to są bardzo daleko idące zmiany. Przewaga korporacji nad innymi obszarami życia gospodarczego jest tak silna, że następuje załamanie całego systemu.

Spójrzmy na Polskę oraz resztę Europy Środkowej i Wschodniej. Ekspansja wielkich korporacji nastąpiła tutaj przy wydatnej pomocy polityków, dyplomatów i służb wywiadowczych. Jeżeli wrócimy teraz do pytania, dlaczego nie zbudowano w Polsce żadnego ustroju, dlaczego nie tworzono przejrzystej, zharmonizowanej, mądrej konstrukcji ładu społecznego, to odpowiedź jest prosta: było to po prostu niepotrzebne. Ograniczałoby to bowiem swobodę działania korporacji.

Weźmy organizacje międzynarodowe. Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest krytykowany właśnie za to, że jest agendą interesów amerykańskich; podobnie jest z Bankiem Światowym. Spójrzmy także na Unię Europejską. W licznych oficjalnych dokumentach jej władze piszą, że prowadzą dialog z dominującymi grupami interesu, o lobbingu i zakulisowych spotkaniach. To jest legalne i tego się nie ukrywa, wręcz chwali się tym. Bruksela uważa, że wystarczy zapewnić w miarę dobrą przejrzystość tych kontaktów. Ale przejrzystość nie wystarcza, bo tu nie chodzi o przejrzystość, lecz o interesy.

Podam konkretny przykład. Dla mnie najbardziej bulwersujący był 7. Program Ramowy w zakresie badań i rozwoju technologicznego. Jego budżet ustanowiono w wysokości ok. 56 mld euro, z czego 95% to fundusze przeznaczone na wprowadzanie zaawansowanych technologii. Program został skonstruowany tak, żeby inicjatywa w zakresie zarządzania tymi funduszami należała do zachodnich korporacji. Nazywano to enigmatycznie platformami gospodarczymi. Były to porozumienia wewnątrzbranżowe, które składały projekty, a Unia przekazywała na ich realizację fundusze bez żadnej pewności co do ich wykorzystania i bez możliwości zwrotu.

Tutaj ciekawa rzecz: ze strony polskiej nie pojawiła się żadna korporacja, żadna platforma, żadna osoba ze świata praktyki gospodarczej, która uczestniczyłaby w tego rodzaju pośrednim finansowaniu wielkiego biznesu.

Sporo pisał Pan o tym, jak w ramach transformacji systemowej nasza gospodarka została szeroko otwarta na eksploatację przez grupy interesu. Zwracał Pan uwagę np. na kolejne decyzje, które stopniowo otwierały pole do wyzbywania się przez Polskę kontroli nad strategicznymi przedsiębiorstwami czy zasobami.

A. Ś.: Żyjemy w błędnym przekonaniu, wynikającym z poglądów neoliberalnych, że w Polsce dominują procesy żywiołowe, że to wszystko miało charakter spontaniczny. Zakres procesów żywiołowych jest dość duży, ale tylko na niskich szczeblach drabiny społecznej. Na piętrze sklepikarzy, rzemieślników czy drobnych rolników procesy gospodarcze mają rzeczywiście charakter rynkowy. Natomiast jeśli chodzi o wyższe piętra, gdzie dochody są duże, gdzie stosuje się kosztowne technologie – tam mamy do czynienia z bardzo kontrolowanymi procesami. Reżyseria i dobrze przygotowane projekty opanowania określonych obszarów gospodarki to znaczące czynniki zmian, które miały miejsce w Polsce.

To się wiąże z tym, co nazywa się u nas „kosztami transformacji”. Istnieje tzw. rachunek kosztów i korzyści, stosowany w praktyce od lat 70. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że rachunek ten został przeprowadzony np. w stosunku do prywatyzacji czy innych reform o charakterze gospodarczym, jak choćby przedsięwzięć likwidacyjnych (przedsiębiorstw czy instytutów naukowych). Mówienie bez tego rachunku o kosztach transformacji jest opowiadaniem bajek. Tymczasem w Polsce taki rachunek przeprowadzono tylko raz, eksperymentalnie – zrobiła to jedna z zachodnich firm konsultingowych, na dodatek dotyczył bardzo wąskiego zakresu, konkretnie planowanych zmian części przepisów BHP.

Decyzje tak istotne, jak likwidacja przemysłu stoczniowego, powinny podlegać szczegółowemu rachunkowi. I nie chodzi tylko o wąsko rozumiane korzyści finansowe, ale także o szerszy wymiar kosztów i korzyści społecznych. Dlaczego tego nie zrobiono? Bo stwarzałoby to barierę dla przejmowania rodzimego kapitału. Dlaczego nie powołano Prokuratorii Generalnej? Była to konsekwencja likwidacji mechanizmów kontroli. W tym naszym nowym pseudosystemie ustrojowym nauczono nas nie lubić słowa „kontrola”. Tymczasem tam, gdzie jest dobro publiczne, musi istnieć i sprawnie funkcjonować kontrola zewnętrzna.

Na początku odwilży w stosunkach między krajami zachodnimi a PRL w czasach rządów Jaruzelskiego, Bank Światowy dokonał pełnej inwentaryzacji polskich przedsiębiorstw. Powstało wspaniałe rozpoznanie, gdzie są rodzynki, a gdzie zakalec, jaki jest poziom technologii, jakie kadry itd. – a to była dopiero połowa lat 80.! Być może udostępnienie serwisu informacyjnego o polskiej gospodarce było podstawowym punktem uzasadniającym wspomnianą odwilż. Bank Światowy już wtedy przygotowywał odpowiedni program. Było już wiadomo, że tu na Wschodzie wszystko zaczyna się rozpadać.

Wtedy pojawiła się dość prymitywna wizja ekspansji. Wyobrażano sobie, że pojawia się przed Amerykanami obszar takiej samej przygody, jak Dziki Zachód. Ale wizja ta nie była prymitywna z punktu widzenia interesów gospodarczych, bo stanowiła udoskonalenie doświadczeń wyniesionych z Ameryki Łacińskiej, już wyniszczanej przez wielkie korporacje. W krajach takich jak Chile, Brazylia i Argentyna oraz w kilku mniejszych państwach, korporacje wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w znacznym stopniu zniszczyły miejscowe gospodarki. Mechanizmy, które tam wykorzystano, zostały dopracowane i wprowadzone na obszar Europy Środkowej i Wschodniej.

Wystarczy popatrzeć, jak przeprowadzono w latach 90. ataki spekulacyjne na kraje azjatyckie czy Ameryki Łacińskiej. Argentyna stanowi przykład ofiary ataku spekulacyjnego bliźniaczo podobny do Grecji: ten sam model, te same postacie, w tym drugim przypadku jedynie uzupełnione przez kanclerz Angelę Merkel, która dała przyzwolenie na wykonanie ataku w imieniu Unii Europejskiej.

Nie chodzi o to, że określone kraje czy społeczeństwa weszły w konflikt. To jest przestarzały sposób rozumowania. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że walki toczą się albo między narodami, albo w obrębie jakiegoś terytorium. Tutaj natomiast mamy do czynienia z różnymi przejawami dominacji tych grup interesu, które zaczęły zmieniać charakter gospodarek. Co się stanie później? Myślę, że jest mało realne, by można to było kontynuować; to jest sprawa najwyżej kilku lat.

Nastanie metanoja, czyli mówiąc w dużym uproszczeniu głębokie przewartościowanie (rozumiane w sensie społecznym): zapatrywań, przekonań, sposobu widzenia świata. W ujęciu teologicznym metanoja to głębokie poczucie winy, chęć poprawy i duchowego odrodzenia. Tego typu procesy przebiegały w Polsce już kilkakrotnie. W tej chwili metanoję, nieprzypadkowo, przechodzą Grecy, co wyraźnie wyczuwa się w ich publikacjach. Mija już początkowy chaos i szok, a w ich miejsce pojawiają się nowe wartości.

Jest też tendencja przeciwstawna. To kwestia nasilającej się fali maltuzjanizmu, tzn. przyzwolenia na całkowite odrzucenie jakichkolwiek wartości humanistycznych, na przejście do prawa dżungli. W wymiarze praktycznym oznacza to przyzwolenie na agresję już bez żadnych ograniczeń etycznych. Trzeba więc zmienić nastawienie. Podsumowując, kryzys ma tę dobrą cechę, że zmusza ludzi do myślenia.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 6 stycznia 2011 r.

Radykalna Matka Polka – rozmowa z Sylwią Chutnik

Dlaczego zdecydowałyście się zająć sytuacją i prawami matek, a nie ogólnie kobiet?

Sylwia Chutnik: Było to spowodowane przede wszystkim naszym prywatnym doświadczeniem macierzyństwa. I co za tym idzie – odczuciem na własnej skórze tych problemów, o których rozwiązanie obecnie walczymy. Okazało się, że są to problemy nie tylko nasze czy naszych koleżanek, lecz po prostu matek.

Ponadto zauważyłyśmy, że kwestia macierzyństwa stanowi lukę, a wręcz problem w polskim ruchu kobiecym i feministycznym. Obecnie to się trochę zmieniło i myślę, że ta pozytywna zmiana jest również efektem działalności naszej fundacji. Jednak gdy w 2006 r. podejmowałyśmy tematykę bycia matką, macierzyństwo było postrzegane w środowisku feministycznym może nie jako zdrada na rzecz patriarchatu, ale na pewno jako coś, co niezbyt mieściło się w ramach tematyki poruszanej przez ten ruch. Również w ramach studiów genderowych, w szerszym, wydawałoby się, dyskursie akademickim, owa problematyka nie była podejmowana.

Organizacje pozarządowe, jak Fundacja „Rodzić po Ludzku” czy Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, podejmują ważne dla nas tematy, ale ich sposób patrzenia i rozłożenie akcentów są już inne. Dlatego pomyślałyśmy, że będziemy czymś pomiędzy, a zarazem czymś zupełnie nowym.

To, czym się zaczynałyśmy zajmować, wynikało zazwyczaj bezpośrednio z doświadczenia naszego albo najbliższych osób. Zależało nam, aby zachować poczucie działania rzeczywiście „od wewnątrz”. Problemów społecznych nie brakuje, lecz jeżeli miałybyśmy zajmować się wszystkimi, straciłybyśmy poczucie, że wiemy, o czym mówimy. Zależy mi, aby być możliwie blisko realnych problemów, doświadczyć ich na własnej skórze, aby być nie tylko rzetelną „panią ekspertką”, ale przede wszystkim – osobą kompetentną emocjonalnie. Założenie to szybko stało się regułą nadrzędną Fundacji.

O co, mówiąc najbardziej ogólnie, walczy MaMa?

S. Ch.: Przede wszystkim o postrzeganie matek jako oddzielnej grupy społecznej z bardzo specyficznymi problemami, dodatkowo zróżnicowanymi w zależności od tego, czy kobieta jest biedna, czy bogata, czy mieszka na wsi, czy w mieście, czy jest wierząca, czy nie. W ciągu tych 5 lat działalności znacznie się namnożyło szczegółowych tematów, którymi się zajmujemy. Wśród nich prym wiodą kwestie związane z rynkiem zatrudnienia, np. łamanie praw pracowniczych matek. Podejmujemy również kwestie ekonomiczne, szczególnie temat nieodpłatnej pracy domowej kobiet oraz pracy opiekuńczej. Zajmujemy się wreszcie czymś, co nazwałabym wspólnym mianem problemów społeczno-kulturowych, czyli tych, które wynikają ze stereotypizacji postrzegania matek przez społeczeństwo.

Działamy też w sferze kultury: organizujemy wystawy, współpracujemy z muzeami i galeriami. Prowadzimy również warsztaty edukacyjne dla dzieci, dotyczące głównie sztuki współczesnej, teorii miasta i historii Warszawy. Różnimy się od innych organizacji czy placówek prywatnych, których jest obecnie mnóstwo, że robimy to także po to, by trochę odciążyć rodziców i pokazać im, jak można fajnie spędzać czas z dzieckiem.

Prowadzimy też porady prawne, próbujemy nawiązywać kontakty z władzami lokalnymi i parlamentarzystami. Staramy się mieć wpływ na to, jak będą wyglądać poszczególne ustawy. Jesteśmy czymś w rodzaju grupy nacisku.

Czy można nazwać Fundację MaMa związkiem zawodowym kobiet?

S. Ch.: Mam nadzieję że związkowcy się nie obrażą i nie powiedzą, że to nadużycie, ale w pewnym sensie – tak. Zajmujemy się kwestiami bliskimi większości organizacji kobiecych, np. dyskryminacją, ale oprócz tego nieformalnie zrzeszamy matki i walczymy o ich prawa.

Wydawałoby się, że organizacja działająca w Warszawie ma styczność tylko z matkami wielkomiejskimi, lecz to nieprawda. Dzięki e-mailom i telefonom oraz jeżdżeniu po kraju, mamy kontakt z bardzo różnymi osobami. Zresztą w samej stolicy stykamy się z szerokim przekrojem grup społecznych i problemów.

Teraz jest bardzo dużo „matkowego”: powstały dziesiątki portali internetowych, sporo klubokawiarni, wiele warsztatów… Wszystkie one bardzo afirmują macierzyństwo. My na te inicjatywy nie wybrzydzamy, ale pokazujemy też wiążące się z nimi problemy. Dlatego jesteśmy specyficzne – i w ruchu kobiecym, i na rynku dzieciowo-matkowym.

W ramach kampanii „Opowieści Grozy” Fundacja zbierała i nagłaśniała przykłady łamania praw pracowniczych matek.

S. Ch.: Kampania rozpoczęła się w 2006 r., gdy prawie nikt nie mówił o „matce w pracy”. Dopiero po 2007 r. wystartowało mnóstwo unijnych projektów i szkoleń typu „Mama wraca do pracy”. Na marginesie: nie spotkałam się z żadnym projektem w rodzaju „Tata wraca do pracy”. W naszym społeczeństwie mężczyźni rzadko są postrzegani jako ojcowie, a kategoria „ojca w pracy” nie istnieje. To kobieta ma problem z tzw. work-life balance, czyli równowagą między życiem zawodowym i prywatnym; to ona musi nieraz wybierać między dzieckiem a karierą, co buduje straszne napięcie pomiędzy byciem matką i pracownicą.

Wracając do „Opowieści Grozy”: bodźcem do rozpoczęcia kampanii było uświadomienie sobie, jak mnóstwo jest przypadków łamania Kodeksu pracy, który sam w sobie nie jest zły – widnieje w nim wiele zapisów, które bronią kobiet w miejscu pracy. W praktyce jednak można przejść obok przepisów bokiem, albo łamać je w tzw. białych rękawiczkach. Zgromadziłyśmy mnóstwo przykładów naprawdę poważnych sytuacji, kiedy łamane było wszystko, poczynając od praw pracowniczych, kończąc na elementarnych zasadach człowieczeństwa. Pokrzywdzone zwykle nie znały prawa, albo były w szoku, że coś takiego im się przytrafiło, bądź po prostu były zbyt zanurzone w swojej nowej roli jako matki. Szczególnie przy pierwszym dziecku kobieta na rok po prostu „odpływa w kosmos”. Trudno iść do Państwowej Inspekcji Pracy czy do sądu kłócić się z pracodawcą, kiedy nie wiemy, w co włożyć ręce w domu… Takie kobiety zgłaszały się do Fundacji.

Nazwa kampanii wzięła się z obrazu, jaki wyłaniał się z historii tych osób. Zebrałyśmy je i w święto Halloween zawiozłyśmy w wielkiej dyni Joannie Kluzik-Rostkowskiej, ówczesnej minister Departamentu ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji. Nasze opowieści z sieci fast foodów i innych korporacji – ale i współwłaścicielek firm, które po urodzeniu dziecka zostały wyrolowane przez wspólników – spotkały się z historiami „z wyższych sfer”, opowiedzianymi nam przez p. Kluzik. Uświadomiłam sobie wtedy, jak szerokim problemem się zajmujemy. Okazało się, że to kwestia mentalności całego społeczeństwa, nie tylko wąskiej warstwy. Najbardziej bolesne były historie o kobietach zwalnianych bądź „deptanych” przez inne kobiety – bo nie udawajmy, że tylko źli mężczyźni zwalniają biedne młode matki. Zobaczyłyśmy, jak duża jest skala patologii i że jest ona niezależna od miejsca pracy czy poziomu życia. Po tym spotkaniu ministerialni prawnicy zajęli się właściwie wszystkimi przypadkami, gdzie można było jeszcze coś zdziałać. Również media zainteresowały się wieloma bohaterkami „Opowieści Grozy”, np. kobietą zwolnioną po utracie ciąży, która na domiar złego przegrała w sądzie. Dzięki naszej kampanii o podobnych problemach zaczęto wreszcie mówić.

Które z nich występują najczęściej?

S. Ch.: „Opowieści Grozy” były jednorazową kampanią, lecz do tej pory kolekcjonujemy historie opowiadane przez kobiety. Często dzwonią lub piszą do nas nie dlatego, że oczekują pomocy, nieraz ich sprawy już dawno się zakończyły. To, co jest dla nich ważne, to utracone honor i wiara we własną wartość. Nierzadko chcą się po prostu wygadać, ale także aby ktoś coś z tym zrobił na przyszłość, by inne kobiety nie podzieliły ich losu.

Najczęściej padającym pytaniem jest nie: „Co ja teraz zrobię?”, tylko: „Jak oni mogli mi to zrobić?”. Pokrzywdzone zwykle zdają sobie sprawę, że starały się bardziej, niż wymagało ich stanowisko. Znalazły żłobek, przedszkole, wyrabiały po godzinach 200% normy, żeby pokazać szefowi, jak się starają. To bardzo częste wśród pracujących matek: wydaje im się, że muszą być dwa razy fajniejsze niż do tej pory, bo przecież są pierwsze do zwolnienia. I kiedy wreszcie do niego dochodzi, czują się podwójnie oszukane. Potworne poczucie niesprawiedliwości to leitmotiv bardzo różnych doświadczeń, z którymi styka się Fundacja.

Jak można polepszyć sytuację kobiet na rynku pracy?

S. Ch.: Przede wszystkim należy podkreślać, że w pracy są rodzice, a nie tylko matka. Wprowadzenie instytucji urlopu ojcowskiego – choć obecnie trwa on zbyt krótko – zrobiło dla tej sprawy bardzo dużo. Pokazało, że można przekroczyć myślenie determinowane biologią kobiety. Karmienie piersią jest tylko wymówką, choćby dlatego, że nie wszystkie mamy to robią. To niesamowite, że w XXI w. ktoś ci mówi: „Wybacz, ale to Ty musisz zostać w domu, bo karmisz piersią”. Przecież istnieją różne rozwiązania tego problemu.

Pilnie potrzebne jest powstanie modelu „taty w pracy”. Obecnie ogranicza się on do zwyczaju przyznawania dodatkowego dnia wolnego, gdy facetowi urodzi się dziecko oraz opijania tego faktu z kolegami z biura czy zakładu. Dopóki tak będzie i ojcowie sami nie poczują odpowiedzialności, na co na razie się nie zanosi, sytuacja kobiet na rynku pracy nie polepszy się znacząco.

Innym niezbędnym działaniem jest edukacja pracodawców. Wciąż pokutuje wśród nich przekonanie, że dzieci nieustannie chorują, więc matki chodzą na niekończące się zwolnienia, a kiedy już udaje im się wrócić do pracy, to myślą jedynie o maleństwie pozostawionym w przedszkolu.

W samym Kodeksie pracy dużo bym nie zmieniała, choć nie jestem prawniczką, dlatego nie chcę się tutaj za bardzo wymądrzać. Nasza organizacja czasem wypowiada się na temat istniejących ustaw czy propozycji legislacyjnych, ale główne pole jej działań stanowi ludzka mentalność.

MaMa zajmuje się także poradnictwem prawnym oraz interwencjami w konkretnych przypadkach problemów kobiet. Jakie efekty daje taka działalność?

S. Ch.: Efektywność zależy od serca naszych prawniczek, które zazwyczaj robią to za darmo. Udzielamy porad e-mailowych, telefonicznych oraz indywidualnych na terenie Warszawy. Na naszej stronie internetowej są adresy poradni udzielających bezpłatnej pomocy w każdym większym mieście. Nasze porady zwykle dotyczą rynku pracy, ale także prawa rodzinnego, szczególnie opieki nad dziećmi i podziału opieki po rozwodzie oraz alimentów. W przypadku przemocy domowej staramy się kierować poszkodowane do bardziej specjalistycznych organizacji.

Fundacja MaMa podejmuje również problem dowartościowania nieodpłatnej pracy domowej.

S. Ch.: W październiku 2009 r. zrobiłyśmy minibadanie, w ramach którego prosiłyśmy kobiety, aby wypisały, co robią w domu, stawiając plus przy tych czynnościach, przy których pomaga im mąż, partner czy dzieci. Pozwoliło to m.in. uświadomić im, ile faktycznie robią, kiedy „siedzą w domu”. Później zorganizowałyśmy pierwszą edycję Koła Gospodyń Miejskich, obecnie trwa już trzecia. W jego ramach spotkały się gospodynie domowe, babcie i młode mamy, te mieszkające w odrapanych kamienicach i te ze strzeżonych osiedli, pracujące i nieaktywne zawodowo. Łączył je ogrom obowiązków domowych oraz wynikająca z tego olbrzymia frustracja i zmęczenie. Ale w organizowanych przez nas spotkaniach z psycholożkami, prawniczkami czy mediatorkami rodzinnymi nie chodziło o bicie piany, lecz o skonstruowanie programu pozytywnego.

Efektem było opracowanie, wespół z gronem ekspertek, szeregu tropów stanowiących głos grupy społecznej, której interesy wspiera nasza organizacja, a nie gotowym projektem ustaw (w sprawie szczegółów tych rekomendacji odsyłam na naszą stronę internetową: www.fundacjamama.pl). Trafiły one do Sejmu w styczniu 2010 r., będąc konkretnym sygnałem, podjęcia jakich problemów oczekujemy od polityków. Wspierał nas i zorganizował wspólną konferencję Marek Balicki, poseł niezrzeszony. Zależało nam, żeby był to facet oraz osoba pozapartyjna, choć jednocześnie nie jest dla nas ważne, kto zajmie się rozwiązywaniem problemu; może to być PiS, ma to po prostu być zrobione i tyle. Następnie naszymi działaniami zainteresował się Ludwik Dorn, równolegle ukazało się bardzo dużo artykułów na ten temat. Niestety, wydarzyła się katastrofa smoleńska, która odciągnęła uwagę mediów i polityki od spraw bardziej „przyziemnych”. W rezultacie musimy na nowo zainteresować polityków nieodpłatną pracą kobiet, bo przez kilka miesięcy właściwie nic nie udało się zrobić.

Fajne jest to, że opracowałyśmy listę czynności domowych w formie tabeli, którą polecamy kobietom do wywieszania w mieszkaniach. Jeden z pomysłów na jej wykorzystanie adresowany jest zwłaszcza do młodych rodziców: jest nim zbieranie „plusików” za wykonywanie obowiązków domowych. Ten z partnerów, który w ciągu tygodnia zgromadzi ich więcej, może wyjść wieczorem w weekend; taki przedszkolny system nagród i kar, który – jak się okazało – świetnie sprawdza się w przypadku dorosłych.

Jednymi z najczęstszych przedmiotów konfliktów są prace domowe i opieka nad dziećmi, z nieuniknionym „bo ja ciągle” i „bo Ty nigdy”, co stanowi błędne koło. Taka tabelka pokazuje czarno na białym, co kto robi.

Jak ocenia Pani skuteczność kampanii poświęconych prawom społecznym i ekonomicznym kobiet?

S. Ch.: Coraz częściej „kampania społeczna” wygląda w Polsce tak, że organizacja dostaje pieniądze z Unii Europejskiej, robi billboard, wydaje tysiąc broszur, które zalegają następnie w jej biurze, a na koniec przeprowadza „warsztaty”. Nie znaczy to, że billboardy same w sobie są złe lub że złe są szkolenia – absolutnie nie. Natomiast zauważam pewnego rodzaju sztampę w robieniu kampanii społecznych.

Dla skuteczności walki o prawa kobiet bardzo ważna jest współpraca z mediami reprezentującymi szerokie spektrum opinii – najbardziej ekstremalnym przykładem jest tutaj wywiad udzielony przeze mnie Telewizji Trwam. Nie ma bowiem nic gorszego niż kampania prowadzona we własnym środowisku – chyba że będzie to np. kampania skierowana do organizacji pozarządowych, żeby przestały robić te cholerne billboardy [śmiech]. Tymczasem organizacje często boją się wychylać; chcą dostępu do mediów, ale wybranych oraz na własnych prawach. Nie ma jednak tak łatwo, zazwyczaj trzeba się trochę ugiąć: „Wy trochę i ja trochę”.

Mimo tego, że jestem z Warszawy, gdzie wszystkie telewizje i redakcje mam „tuż za rogiem”, wiem, jak dużym problemem są kontakty z mediami dla grup nieformalnych czy NGOs-ów spoza większych miast. Czasem jednak zdarza się, że wystarczy dobry, niekonwencjonalny pomysł, aby zwrócić uwagę środków masowego przekazu. W ten sposób wracamy do kwestii dotacji. Chciałyśmy nakręcić teledysk hip-hopowy, poświęcony dłużnikom alimentacyjnym, ale za nic nie mogłyśmy uzyskać dofinansowania (traf chciał, że ostatecznie znalazła się prywatna firma, która wyłożyła na to środki). Bo z dotacjami jest właśnie tak, że prędzej dadzą ci pieniądze na druk tysięcy ulotek niż zrobienie teledysku hip-hopowego. Jednak pomimo tego, że wiele kampanii społecznych jest sztampowych, wierzę, że przynoszą one rezultaty. Będę się upierać: wszystko, co wspólnie robimy, przynosi jakiś efekt.

Jak uwzględniane są szczególne potrzeby kobiet – nie tylko matek – w polityce społecznej?

S. Ch.: Wątpię, czy w ogóle istnieje w Polsce coś takiego jak polityka społeczna. Jest jedynie zbiór pomysłów różnych partii, którym udało się je przepchnąć. Tymczasem przez politykę społeczną czy rodzinną rozumiem zbiór ustaw i projektów składających się na program o długoletnim zasięgu – a tego u nas po prostu nie ma. Polityka społeczna jest jak kukułcze jajo, które wszyscy sobie podrzucają. Zamiast niej są kampanie społeczne realizowane ze środków publicznych, typu „posyłajmy dzieci do przedszkola, bo badania dowiodły, że dzieci się w przedszkolu socjalizują”. Samych przedszkoli jednak nie ma, albo brakuje w nich miejsc… Albo weźmy kampanię na rzecz podejmowania przez kobiety działalności gospodarczej: „zakładajcie firmy, bo tylko wtedy Was nie zwolnią – bo przecież same siebie nie zwolnicie. Proszę bardzo, mamy dofinansowanie z urzędu pracy, jednorazowe, bezzwrotne. Bierzcie i kupcie sobie kserokopiarkę”. Po czym kobiety, które prowadzą działalność gospodarczą, nie mają możliwości brania urlopów macierzyńskich. To nie jest polityka społeczna!

Kolejne ekipy rządzące sporo mówiły o „polityce prorodzinnej” – jak ma się ona do rzeczywistych problemów kobiet?

S. Ch.: Przede wszystkim mają problem z chodzeniem do lekarza w trakcie ciąży, szczególnie na prowincji. Nie mają też za bardzo jak rodzić. Akcja „Rodzić po ludzku” jest super, ale nie sprawiła przecież, że szpitale spełniły wszystkie standardy. W obliczu braku żłobków problemem jest też oczywiście powrót do pracy. Kolejną bolączką matek dzieci do 3. roku życia jest brak wsparcia ze strony partnerów, brak partycypacji w opiece i wychowaniu – to również łączy się z polityką państwa. Urlop „tacierzyński” jest dopiero pierwszym krokiem w kierunku zmiany sytuacji.

Co jeszcze można w tej kwestii zrobić?

S. Ch.: Obawiam się, że nie jestem najlepszą osobą do omawiania akurat tej kwestii, ponieważ jestem pełna złości, przez co moje wypowiedzi mocno tracą na obiektywizmie. Moja osobista teoria jest taka, że kobiety przeszły cały proces emancypacyjny, trwający mniej więcej 150 lat. Rozpoczęła go emancypacja gospodyń domowych, następnie miała miejsce rewolucja seksualna, ekonomiczna i „matkowa”, które w pewnych kręgach szły równolegle. Tymczasem wśród mężczyzn nie doszło do żadnej mentalnej czy obyczajowej rewolucji, w pewnym sensie zatrzymali się więc w połowie XIX stulecia. Fundacja MaMa nie będzie robiła tego, co powinna robić Fundacja TaTa, gdyby taka kiedykolwiek powstała. Oczywiście, w interesie kobiet jest to, żeby wreszcie dostały godnych siebie partnerów, którzy zrozumieją, że posprzątanie raz na jakiś czas mieszkania nie zasługuje na Medal Odwagi i Fantastyczności, a po drugie – nie wystarczy. Wszystko, co możemy zrobić, to dawać sygnały, dbać o to, wykłócać się, robić wspomnianą tabelkę – oraz w odpowiedni sposób wychowywać nowe pokolenie mężczyzn.

Jak działalność Fundacji wpisuje się we współczesny polski ruch kobiecy?

S. Ch.: Przede wszystkim pokazałyśmy, że feministka może być mamą. Po drugie – że problemy matek nie są problemami „trzeciej płci”, lecz są bardzo konkretnie, ekonomicznie i prawnie zsynchronizowane z ogólnymi problemami kobiet, stanowiąc nieraz ich najcięższą postać. Matki są grupą, która ma specyficzne doświadczenia, np. nigdy nie są „jednoosobowe” – zawsze są z dzieckiem lub dziećmi. Pokazałyśmy, że jest to grupa społeczna, która potrzebuje naszego feministycznego wsparcia. Ruch kobiecy zaczął dostrzegać nowe rzeczy.

Problemy, które porusza MaMa – jak nieodpłatna praca domowa czy sytuacja matek na rynku zatrudnienia – przebiły się do centrum zainteresowania ruchu feministycznego, czy też dopiero torują sobie do niego drogę?

S. Ch.: Powoli torują. Gdy bodaj w 2007 r. organizowałyśmy Wózkową Masę Krytyczną, przyszło na nią bardzo mało naszych koleżanek-feministek. Na nasze wkurzenie odpowiedziały, że przecież nikt ich specjalnie nie zapraszał. Nie wiedziały, że mimo iż nie mają dzieci, też mogą przyjść. A wręcz powinny: nikt nie musi być specjalnie zapraszany np. na Marsz Równości. Tu chodzi o solidarność. Wtedy poczułyśmy, że macierzyństwo wciąż jest dużym problemem dla ruchu feministycznego, szczególnie dla średniego pokolenia feministek, które nie ma dzieci i trudno mu zrozumieć nas, pokolenie trzydziestoparolatek, które dzieci mają świadomie – i jeszcze czerpią z tego energię. Feministki Drugiej Fali walczyły z różowym, z Barbie i wyborami miss, a feministki Trzeciej Fali zaczęły przechwytywać to, przeciw czemu walczyły te pierwsze. Walczyły o niezależność kobiet na każdej płaszczyźnie i pewnie dlatego łatwiej rozumieją singielkę, bo jest im ideowo bliższa niż my, które świadomie ładujemy się w niekończące się obowiązki.

Jak wygląda współpraca MaMy i innych organizacji feministycznych ze środowiskami, z którymi łączy Was część deklarowanych celów, np. katolickimi organizacjami kobiecymi czy działającymi na rzecz rodziny?

S. Ch.: Często wchodzimy w koalicje z bardzo różnymi organizacjami społecznymi. Po drodze nam choćby z wszelkimi organizacjami „mamowymi” czy „rodzicowymi”, jak Fundacja „Sto Pociech”, oraz z wieloma grupami nieformalnymi, jak wyrastające niczym grzyby po deszczu kluby mam. Jeśli chodzi o organizacje katolickie, to jest to zwykle współpraca na rzecz bardzo konkretnych kwestii. Weźmy choćby gospodynie domowe. Tym tematem najbardziej zainteresowane są właśnie organizacje katolickie, jak Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus”.

Przy czym to nie jest tak, że my się łaskawie zgadzamy z nimi współpracować. Dla nich to też jest problem, że my jesteśmy takie, a nie inne. Ale ja już zupełnie wyrosłam z siedzenia we własnym getcie i robienia rzeczy po kryjomu, żeby się nikt nie dowiedział. Jestem w stanie robić różne rzeczy, aby osiągnąć swój cel. Nie znaczy to, że będę współpracowała z nie wiadomo kim, ale w pewnych sytuacjach, kiedy wiem, że to przyniesie rezultat, jestem w stanie wejść w różne koalicje, ponieważ zależy mi na sprawie, a nie na swoim ego.

Można iść ramię w ramię pomimo różnic w podejściu do pozostałych spraw?

S. Ch.: Tak, bo wtedy przestaje się myśleć o sobie, a myśli się o czymś znacznie ważniejszym. Z drugiej strony, często okazuje się, że ci ludzie są bardzo fajni, są kompetentni, są ekspertami – gdzie ja bym drugich takich znalazła? Mają inne poglądy, ale to bywa inspirujące. Czasami nas wkurzają, ale mój Boże – my ich też wkurzamy.

Jakie najważniejsze cele stoją przed obywatelkami w walce o ich prawa?

S. Ch.: Myślę, że obecnie kobiety robią dla siebie bardzo dużo. Nie mówię wyłącznie o działalności społecznej. Chodzą na niezliczone kursy i szkolenia, robią doktoraty, rozwijają pasje. Cały czas w siebie inwestują. Pytanie, na ile są w tym wszystkim traktowane poważnie; do jakiego stopnia to jest jednak „zabawa w…”. Myślę, że powinny robić to, co robią, bo to jest fantastyczne, ale jednocześnie bardziej działać społecznie. Ale do tego potrzeba społeczeństwa obywatelskiego, czyli takiego, w którym realnie funkcjonuje kultura działalności społecznej. Gdzie aktywista czy społecznik nie kojarzy się z PRL-em lub oszołomem, który wykłóca się o wycięte drzewko. W Polsce działacze organizacji pozarządowych nadal są postrzegani jako krętacze, którzy wyciągają pieniądze z Unii Europejskiej i zarabiają miliony. „Oni coś z tego muszą mieć, skoro to robią. Za darmo by tego na pewno nie robili” – tak funkcjonuje podejrzliwość społeczna. Zresztą badania pokazują, że Polacy nie ufają nikomu poza własną rodziną. W takich warunkach działania obywatelskie i ruchy społeczne bywają z góry skazane na niepowodzenie.

Nie mogę nie zapytać o „radykalną gospodynię domową”. Czy w tym nieco żartobliwym samookreśleniu odnaleźć można ślady jakiegoś nowego, czy też osobiście przez Panią preferowanego modelu społecznej aktywności kobiet?

S. Ch.: Tak. Wymyśliłam to określenie na bazie prywatnych doświadczeń. Urodziłam dziecko – planowane! – dość wcześnie. Moi znajomi, wydawało mi się, że całkiem bliscy, wciąż tropili dowody mojego „wymiękania”. Urodziłam dziecko, dlatego koniec imprez, koniec działań społecznych, bo wiadomo: „są obowiązki”. Nic takiego się nie stało, co wywołało u nich dysonans poznawczy między tym, jak sobie wyobrażali matkę, a tym, kim ja jestem. „Radykalna gospodyni domowa” oznacza deklarację: „OK, jestem kurą domową, ale nadal radykalną”. Do tego doszły znaczenia wiążące się z nieodpłatną pracą domową kobiet i mówieniem otwarcie o byciu gospodynią.

Mimo tego, że pracuję zawodowo i robię w związku z tym mnóstwo rzeczy, to jednak jestem gospodynią domową. Mam określony rytm dnia, w który wpisane jest zajmowanie się domem i dzieckiem. Moim zdaniem zbyt rzadko się o tych sprawach mówi. To, co robi się w domu, jest szalenie ważne. „Gospodyni domowa” to w Polsce swego rodzaju stygmat; to trochę tak, jakbym się nazwała Żydówką albo pedałem. Gospodyni domowa tylko siedzi w wałkach i pasożytuje na mężu oraz podatnikach, bo przecież sama nie zarabia – każdy by chciał tak sobie siedzieć w domu. Skoro każdy, to proszę bardzo.

Dziękuję za rozmowę.

Wszyscy potrzebujemy solidarności – rozmowa z Piotrem Dudą

Jak Pan sądzi, co zadecydowało o wyborze Pana na przewodniczącego „Solidarności”? Innymi słowy, jakiego rodzaju zmian w formule funkcjonowania związku oczekują jego członkowie?

Piotr Duda: Wydaje mi się, że najważniejszym czynnikiem było to, iż koleżanki i koledzy mieli możliwość przez osiem lat obserwować moją pracę jako przewodniczącego Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Samo wyjście na mównicę podczas Zjazdu, zaprezentowanie się przez 15 minut i odpowiedzenie na kilka pytań na pewno nie spowodowałyby, że większość delegatów przekonałaby się do mnie. Również teraz moja „kampania wyborcza” będzie trwała nieprzerwanie przez całą kadencję.

Myślę jednocześnie, że dla delegatów szczególnie ważne były dwa elementy przedstawione na Zjeździe we Wrocławiu. Po pierwsze, związek zawodowy „Solidarność” nie ma stać z dala od polityki, lecz „pośrodku”. To znaczy angażować się w życie polityczne, ale nie trzymać strony żadnej partii.

To łączy się z drugim elementem mojego programu: decentralizacją związku. Jako liderzy związkowi powinniśmy być bliżej zwykłych pracowników – nie tylko siedzieć w Gdańsku i przyjmować kolejne uchwały, ale przebywać wśród ludzi. Sam staram się to robić, przez ostatnie 100 dni przejechałem ponad 40 tys. km. Dzisiaj wróciłem z Kołobrzegu – to niby jeden z mniejszych regionów, a na spotkanie przyszli członkowie stu organizacji zakładowych! To pokazuje, że ludzie tego po prostu potrzebują. Liderzy zresztą też – wiem, że równie wiele nauczę się na spotkaniu z ludźmi „na dole”, co od koleżanek i kolegów z Komisji Krajowej.

Związek liczy 700 tys. osób, dlatego niejednokrotnie już na poziomie zakładów działacze odrywają się od ludzi, np. nie odwiedzając poszczególnych wydziałów nawet przez rok. W przypadku Komisji Krajowej ten dystans jest siłą rzeczy jeszcze większy. Dlatego tak ważne są dla mnie spotkania z szeregowymi członkami związku, podczas których można dowiedzieć się o ich problemach, a także zweryfikować sensowność własnej polityki. Jestem typem „słonia”, nie „krokodyla”. Krokodyl ma dużą gębę, która mu się nigdy nie zamyka; ja wolę być jak słoń, który ma duże uszy.

W rodzinie, nawet jeśli czasem nie można komuś pomóc w konkretnej sprawie, to należy po prostu być z nim. Tak samo jest w związkach zawodowych. Gdy problemy mają pracownicy z małej miejscowości, to powinniśmy tam z nimi być. W zeszłym roku robotnicy bronili przed powodzią hutę szkła w Sandomierzu. Gdybym był wtedy przewodniczącym, to najbliższe posiedzenie Komisji Krajowej odbyłoby się właśnie tam. I nie tylko powinniśmy ogłosić oficjalne stanowisko, ale złapać za worki i łopaty i iść pomagać pracownikom. Niby nic, ale tak naprawdę bardzo ważne – ludzie po prostu potrzebują solidarności.

Wielokrotnie publicznie odnosił się Pan z uznaniem do dorobku swego poprzednika.

P. D.: Ostatnia zmiana na stanowisku przewodniczącego Komisji Krajowej jest dla mnie modelowym przykładem, jak takie sprawy powinny wyglądać: coś się kończy, ale jest też kontynuacja. Gdy mnie pytano, czy jestem „lepszy od Janusza”, odpowiadałem, że nie. Janusz Śniadek całe serce oddawał, oddaje i na pewno będzie oddawał związkowi, po prostu mamy inną jego wizję. Przykładowo, chyba za bardzo „przechylił” się w jedną stronę, chciał być bliżej jednej partii politycznej. Co nie znaczy, że gdyby żył śp. Lech Kaczyński, nie byłby postacią numer jeden także dla mnie. To była osoba, która „czuła” związek, związkowiec z krwi i kości.

Za kadencji poprzedniego przewodniczącego związek odniósł wiele sukcesów. Tylko że my się nimi nie potrafimy chwalić. Niejednokrotnie na naszej stronie internetowej znaleźć można było wyłącznie biadolenie. A to rząd nam zabrał, a to nam nie chce dać, a to się nie chce spotkać… Będziemy się starali w większym stopniu pokazywać, że potrafimy być skuteczni.

Proszę zatem opowiedzieć o tym, co się związkowi udało w ostatnich latach.

P. D.: Bardzo trudno byłoby wymienić spektakularne, efektowne medialnie sukcesy, bo ich po prostu nie było. I być nie mogło, z jednego powodu: związek przechodzi dużą metamorfozę, dostosowuje się do panujących realiów. Gdybyśmy przez te lata stali w miejscu, czekając na to, że na słowo „Solidarność” będą się otwierać kolejne drzwi, bylibyśmy dzisiaj w głębokiej defensywie. Postawiliśmy na stopniowy, konsekwentny rozwój związku, szczególnie w super- i hipermarketach oraz w ochronie, a także na przyciąganie do „Solidarności” ludzi młodych.

Są to jednak procesy długotrwałe. Nie przekona się ludzi z dnia na dzień, ani nawet z miesiąca na miesiąc do zapisania się do związku zawodowego. Najpierw trzeba dotrzeć do ich świadomości. W przypadku młodych ludzi trzeba nieraz wytłumaczyć, że „Solidarność” jest związkiem zawodowym, a nie partią polityczną, bo często na propozycję wstąpienia odpowiadają odmownie, gdyż „chcą pozostać apolityczni”. Między innymi w celu walki z takim pomyleniem pojęć prowadzimy od kilku lat kampanię „Zorganizowani mają lepiej”, którą mam zamiar kontynuować.

To według mnie najlepszy przykład dobrych działań z poprzednich lat. Do tego oczywiście dochodzą różnego rodzaju sprawy, które udało nam się załatwić. Dla mnie ważne są nie tylko sukcesy na skalę całego kraju, ale także skuteczna pomoc jednemu zakładowi czy nawet osobie. Liczne małe zwycięstwa składają się na wielką pozytywną zmianę.

Jakie miejsce w „Solidarności” pod Pańskim kierownictwem zajmować będzie historia związku? Dotychczas jej pielęgnowanie było jednym z bardziej zauważalnych medialnie kierunków jego działania, co przekładało się na relacje z partiami politycznymi czy innymi związkami.

P. D.: Przez ostatnie 20 lat ludzie polityki, którzy wywodzili się ze Związku, przypominali sobie o nim „od uroczystości do uroczystości”, zresztą głównie w latach wyborczych. To my przez ten czas pielęgnowaliśmy historię, własnym wysiłkiem i za związkowe pieniądze, choć jest to obowiązek państwa. Tym bardziej, że większość osób, które po roku 1990 zasiadały w rządzie, zawdzięcza to nie tylko swojej elokwencji czy wspaniałości, ale przede wszystkim temu, że wywodzili się z nurtu solidarnościowego. Zaniedbania państwa wykorzystali inni, i zaczęliśmy słyszeć, że to nie „Solidarność”, a upadek muru berlińskiego czy aksamitna rewolucja w Czechosłowacji sprawiły, że żyjemy w wolnej Europie. Dopiero wtedy nastąpiło pewne otrzeźwienie.

Staramy się promować to, co stało się w Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu, Lublinie i wielu innych miejscach, dlatego że związek zawodowy „Solidarność” ma bardzo ważne miejsce w historii. Przypominam, że w 1980 r. powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Wiem, że to był wielki ruch, który miał najpierw doprowadzić do powstania wolnych związków, a docelowo do obalenia systemu. Nikt nie może jednak umniejszać roli w tym wszystkim związku zawodowego, bo dopiero robotnicy wynieśli do władzy tych, którzy obecnie zajmują piękne pałace. Powinni o tym pamiętać, a tymczasem są współwinni sytuacji, że dzisiaj członkowie „Solidarności” są dyskryminowani, a struktury związkowe w niektórych zakładach pracy są traktowane przez pseudopracodawców jak organizacje przestępcze.

Czy jednak historyczny dorobek „Solidarności” jest wystarczającym magnesem, by przyciągać do związku młodych ludzi? Zwłaszcza, że części z nich kojarzy się on nie z obroną interesów pracowniczych, a ze święceniem sztandarów, z obchodami rocznic różnych dramatycznych wydarzeń. Mam wrażenie, że proporcje zostały tutaj zachwiane, przynajmniej jeśli chodzi o komunikat idący „na zewnątrz”.

P. D.: Rzeczywiście, trochę tak było. Jak mówiłem na Zjeździe, nie chcę być kustoszem historii „Solidarności”, lecz przewodniczącym organizacji pracowniczej. Trzeba utrzymywać równowagę między sprawami bieżącymi a przeszłością. Nie wszyscy młodzi ludzie, którzy w ogóle będą chcieli przynależeć do związku zawodowego, „złapią się” na etos „Solidarności”. Absolutnie nie – oni żyją zupełnie inaczej, a związek zawodowy traktują bardziej jak firmę ubezpieczeniową, w której opłaca się składki „na wszelki wypadek”. Nic jednak w tym złego, na historię przyjdzie czas po roku czy czterech. Ci młodzi ludzie dostaną o niej wiedzę niejako przy okazji.

W jednym z przedsiębiorstw młodzi ludzie, żyjący już „po europejsku”, w pewnym momencie sami doszli do wniosku, że kilka tysięcy złotych zebranych ze składek chcą przeznaczyć nie na jakiś piknik, ale na zakładowy sztandar, i poświęcić go na Jasnej Górze. Nikt ich do tego nie zmuszał, po prostu do tego dojrzeli i byli z tego dumni, a ja, jako szef Regionu Śląsko-Dąbrowskiego – z nich. To jest dla mnie właściwa droga: małych kroków. Oni w tej chwili działają bardzo skutecznie jako związkowcy, a z drugiej strony mają wiedzę o historii najnowszej, i jest ona dla nich ważna.

Przejdźmy do wizerunku Związku: w dużych mediach dominuje narracja przedstawiająca „Solidarność” i inne związki jako roszczeniowe, będące hamulcami gospodarki itp.

P. D.: Rząd i pracodawcy (oczywiście nie wszyscy) zrobią co się da, żeby utrwalić ten wizerunek. Jesteśmy bowiem ostatnią przeszkodą w realizacji ich liberalnych celów: nie będzie związków, to będą robili, co zechcą. Dlatego zawsze będą mówić, że hamujemy rozwój gospodarczy. Tymczasem odpowiedzialne związki zawodowe niejednokrotnie ratują zakłady pracy, pomagając pracodawcom, którzy jednak często szybko o tym zapominają, gdy sytuacja się poprawia – związek zawodowy znowu staje się dla nich przeszkodą.

Nie rozumiem, dlaczego pracodawcy, w których firmach powstaje związek zawodowy, zadają sobie pytanie „co ja takiego złego zrobiłem, że pracownicy się zorganizowali?”. No nic takiego! Ludzie się organizują, żeby codziennie inny pracownik nie musiał przychodzić do pracodawcy ze swoimi problemami, tylko żeby w imieniu wszystkich ich reprezentant rozmawiał o kwestiach związanych np. z bezpieczeństwem pracy. Również podczas akcji protestacyjnej lepiej dla obu stron, gdy z ramienia związków zawodowych jest wyznaczona osoba odpowiedzialna, także prawnie, za to, co dzieje się w zakładzie pracy – kiedy jej nie ma, wszystko odbywa się „na dziko”, w sposób niekontrolowany. Pracodawcy muszą do tego dojrzeć.

Tymczasem dominują narracje takie, jak wspomniane. Przyjmuję to ze spokojem, bo przyzwyczaiłem się do nich już za komuny, kiedy również mówiono, że „na czele pochodu idą spasieni działacze z władz związku”. Puszczam takie teksty mimo uszu, bo wiem, co mam robić; działalność związkową mam w sercu i zrobię wszystko, żeby pracownikom było lepiej. Nie znaczy to, że nie staram się wspierać pracodawców. Sam nim jestem, w Gdańsku zatrudniam prawie 160 pracowników Komisji Krajowej, z którymi muszę rozmawiać, płacić za nich składki ubezpieczeniowe itp. Dlatego rozumiem punkt widzenia pracodawców, tylko niech oni zrozumieją nas, związkowców.

Czy „Solidarność” planuje objąć szczególnie intensywnymi działaniami jakąś wybraną grupę pracowników? W ostatnich latach energicznie podjęliście m.in. problemy osób zatrudnionych w handlu oraz w ochronie.

P. D.: Wspomniane branże są dla związków bardzo trudnym obszarem działania. Zwłaszcza dotyczy to firm ochroniarskich, których pracownicy są przeważnie zatrudniani na umowę-zlecenie lub na czas określony, mają coraz to nowych formalnych pracodawców itp. Ale jestem uparty. W sprawie pracowników Biedronki dotrę do samego Platiniego, z którym już jestem umówiony w Genewie – zapytam go, jak jednym z głównych sponsorów polskiego futbolu i pośrednio Euro 2012 może być firma podejrzewana o prześladowanie związków zawodowych.

Kolejna branża, w której zamierzamy być wyjątkowo aktywni, to szeroko rozumiany transport, a więc np. kierowcy tirów. Ci ludzie ciężko pracują, są oderwani od rodzin, a pracodawcy traktują ich bardzo różnie. Chłopaki ze świętochłowickiej firmy Delta Trans, jeżdżący po całej Europie, sami powiedzieli „dość”, skrzyknęli się i powołali Komisję Międzyzakładową NSZZ „Solidarność”. Wspieramy ich w walce o to, by warunki ich pracy były lepsze.

To spore wyzwanie, bo praca w transporcie jest specyficzna. Ci ludzie dzisiaj są w Brukseli, jutro w Berlinie, pojutrze jeszcze gdzie indziej – trudno w takich warunkach zorganizować spotkanie czy choćby wybory przewodniczącego. Gdy jeszcze trafi się pseudopracodawca, próbujący „rozgrywać” pracowników, to dochodzi np. do odsuwania działaczy związkowych od kursów pod byle pretekstem. Tymczasem wiadomo: gdy się nie jeździ, to się nie ma pieniędzy. Tak próbuje się zmiękczyć tych ludzi, żeby tylko dali sobie spokój ze związkami. Jest to bardzo przykre, lecz pracownicy nieraz próbują stawiać czoła takim sytuacjom, jak we wspomnianej Delta Trans. Będziemy chcieli pomagać takim, jak oni.

Coraz więcej problemów związanych z ochroną pracowników czy sytuacją gospodarczą ma wymiar ponadnarodowy, z racji chociażby tego, że liczne przedsiębiorstwa działające w Polsce mają zagranicznych właścicieli. Jak „Solidarność” zamierza wyjść naprzeciw temu problemowi?

P. D.: Jesteśmy afiliowani we wszystkich europejskich oraz światowych strukturach związkowych i naprawdę dobrze postrzegani, jako związek bardzo merytoryczny. Mamy wręcz modelowe kontakty międzynarodowe; przykładowo, w sprawie Biedronki kontaktujemy się ze związkami z Portugalii. Na forum europejskim związki zawodowe z poszczególnych krajów powinny mówić jednym głosem, ale gdy przyjeżdżamy do siebie, mamy także indywidualne problemy. Nie miałem pretensji do kolegów związkowców z Niemiec, gdy wynegocjowali ze Schröderem 7 lat okresu przejściowego na pełne otwarcie niemieckiego rynku pracy dla Polaków. Niech jednak oni też nie mają pretensji, że nie bronimy tak zaciekle fabryki Opla w Niemczech, tylko w Gliwicach.

Związki zawodowe korzystają współcześnie z najróżniejszych metod zabiegania o interesy pracownicze – od strajków przez lobbing parlamentarny po kampanie medialne czy działalność szkoleniową. Które z bogatej palety możliwości były do tej pory nie dość wykorzystywane przez „Solidarność”, a Pan chciałby to zmienić?

P. D.: Na pewno chcielibyśmy rozwijać kampanie społeczne, nagłaśniające określone problemy pracownicze – takie jak UsmiechnietaKasjerka.pl. Tyle że wymagają one znacznych środków, dlatego muszą być bardzo dobrze przemyślane. Będziemy też kontynuować realizację programów unijnych, czym ostatnio intensywnie się zajmujemy. W ich ramach staramy się nie tylko szkolić pracowników, ale także współpracować z pracodawcami. Gdy byłem przewodniczącym Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, bardzo dobrze współpracowało mi się z katowicką Izbą Rzemieślniczą, organizowaliśmy wspólne szkolenia, byliśmy prekursorami projektów z dziedziny społecznej odpowiedzialności biznesu. To naprawdę bardzo ważne – pokazywać, że można współpracować, skoro jesteśmy na siebie skazani.

Jako przewodniczący największego polskiego związku zawodowego nie wykluczam także tego, że jeżeli państwo będzie uchylało się od odpowiedzialności np. za obronę ludzi wyrzucanych z pracy za aktywność związkową – a jest to jego konstytucyjnym obowiązkiem – będziemy próbowali działać w sposób, nazwijmy to, niekonwencjonalny. Może nawet będziemy tych pseudopracodawców, którzy nie wypłacają wynagrodzeń, choć mają pieniądze (czym innym jest bowiem sytuacja, gdy cała firma przeżywa kłopoty), wymieniać z imienia i nazwiska jako złodziei – i patrzeć, jak zareagują? Takich ludzi trzeba piętnować, bo najbardziej ich boli, gdy pokaże się ich firmę w złym świetle.

Będziemy robić takie kampanie – najwyżej mnie podadzą do sądu czy nawet zamkną. Nie boję się, bo ja od tego jestem.

W dyskusjach na tematy społeczno-gospodarcze, jak ostatnie spory o Otwarte Fundusze Emerytalne, głos związków wydaje się słabo słyszalny. Pracodawcy mają swoje lobby, przychylne biznesowi organizacje eksperckie czy komentatorów w mediach. Tymczasem rzadko się zdarza, by w studiu telewizyjnym naprzeciw kogoś z Centrum im. Adama Smitha zasiadł np. renomowany naukowiec, który w imieniu „Solidarności” obalałby liberalne tezy.

P. D.: Mamy nie gorszych, a może nawet lepszych ekspertów. W telewizyjnych debatach reprezentuje nas m.in. Henryk Nakonieczny, członek Prezydium związku, zasiadający także w radzie nadzorczej ZUS-u, wspaniały specjalista. W takich przypadkach można porównać argumentację obu stron; naprawdę nie boimy się konfrontacji. I właśnie dlatego jesteśmy rzadko zapraszani do mediów: wyszłoby na jaw, że eksperci pracodawców niejednokrotnie opowiadają banialuki, a związkowcy są normalni, mają swoich ekspertów, a nie tylko ganiają się z policjantami po ulicach. Komuś jeszcze mogłoby przyjść do głowy, że warto się zapisać do związku…

Nie znaczy to, że biernie godzimy się na tę sytuację. Staramy się przeciwdziałać próbom narzucania takiego wizerunku związków, wkrótce będziemy mieli swoich stałych ekspertów m.in. w programach stacji TV Biznes.

Solidarność” jest w wolnej Polsce nieustannie krytykowana za to, w jaki sposób włącza się w życie polityczne.

P. D.: Zacznijmy od tego, że każdy członek związku jest jednocześnie obywatelem RP i nikt nie może mu zabronić angażowania się w inne formy aktywności publicznej niż działalność związkowa. Weźmy samorząd: jestem gorącym zwolennikiem tego, żeby działacze związkowi angażowali się w życie swoich „małych ojczyzn”, zasiadali w radach powiatów czy samorządach wojewódzkich. Niech startują w wyborach nie jako kandydaci jednego ugrupowania, ale choćby koła wędkarskiego – bo gdy dojdzie do rozwiązywania konkretnych problemów, będą stanowić ponadpartyjne lobby pracownicze. Weźmy zakończony sukcesem pracowników spór w szpitalu w Dąbrowie Górniczej. Tamtejsi radni w ogóle nie rozumieli, o co chodzi protestującym salowym – brakowało właśnie radnego-związkowca, który czuje takie sprawy.

Mamy też pozytywne przykłady z polityki na szczeblu centralnym. Niektórzy posłowie są jednocześnie członkami „Solidarności” i jako szef związku mam z nich wielką pociechę – nie zapominają, skąd się wywodzą i można zawsze liczyć na ich pomoc w obszarach istotnych dla pracowników.

Mówi Pan o indywidualnych zaangażowaniach związkowców – co natomiast z modelem obecności w polityce związku jako takiego ?

P. D.: Tam, gdzie zapadają decyzje dotyczące spraw pracowniczych – a one będą zawsze zapadać w Sejmie, Senacie i w rządzie – muszą być związkowcy. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby „Solidarność” pod moim kierownictwem tworzyła własną reprezentację do Sejmu czy poparła jakąkolwiek partię polityczną. Nie – chcemy wspierać konkretnych ludzi w konkretnych inicjatywach na rzecz pracowników. Ludzi, którzy widzą dla związków bardzo ważną rolę w życiu społecznym, oraz te elementy programów poszczególnych partii, które będą to realizowały. Tym bardziej, że w każdej partii znaleźć można ludzi, którzy gdyby mogli, utopiliby związki zawodowe w łyżce wody.

Do tej pory nierzadkie było podejmowanie przez „Solidarność” także zagadnień nie związanych bezpośrednio z gospodarką czy polityką społeczną, jak stosunek do przeszłości (np. lustracja), podziały w łonie tzw. obozu posierpniowego czy wręcz kwestie światopoglądowe, jak aborcja i obecność wartości chrześcijańskich w życiu publicznym.

P. D.: Chciałbym, żeby związek był przede wszystkim skuteczny w sprawach pracowniczych, a dopiero jeżeli zostaną mu czas i siły, niech się wypowiada w innych obszarach.

Marzę o tym i idę w tym kierunku, żeby związek zawodowy „Solidarność” był po pierwsze społeczny i pracowniczy, a dopiero później w polskich realiach prawicowy, bo od tego przecież nie uciekniemy – na podobnej zasadzie, jak konieczne jest zachowanie równowagi między sprawami bieżącymi a historią. Mamy naprawdę mnóstwo problemów związkowych i pracowniczych, w których rozwiązywanie powinniśmy się angażować w pierwszej kolejności.

Chciałbym zapytać o Pańską wizję współpracy z pozostałymi związkami zawodowymi. Zdarzają się wspólne akcje czy oświadczenia, np. na kolei, niemniej jednak relacje te były tradycyjnie raczej napięte, m.in. z powodu kontekstu, jaki tworzyły powiązania poszczególnych central z partiami politycznymi.

P. D.: Powiem w ten sposób: gdyby nie było między nami różnic, byłby tylko jeden związek zawodowy. Niejednokrotnie są one wielkie, np. „Solidarność” ma odmienne stanowisko od OPZZ w sprawie OFE. Nie mam do nich o to pretensji. Jako odpowiedzialni działacze związkowi musimy przede wszystkim rozmawiać ze sobą, np. gdy pracujemy razem w Komisji Trójstronnej. I w tych obszarach, w których się zgadzamy, trzeba występować wspólnie, a jeśli w pozostałych nie wypracujemy jednego stanowiska – trudno. Na poziomie zakładów pracy powinno być tak samo. Przy czym do tej pory zwykle było tak, że „im wyżej, tym gorzej”, gdyż w większym stopniu były brane pod uwagę sprawy inne niż pracownicze, np. światopoglądowe czy historyczne.

Będę rozmawiał z wszystkimi, i nie mówię w tej chwili tylko o związkach zawodowych. Jestem otwarty na współpracę z każdym, kto ma w sercu uznanie bardzo ważnej roli związków zawodowych w procesach społecznych i gospodarczych. „Solidarność” usiądzie do stołu nawet z diabłem, byleby pomóc ludziom.

W ostatnim czasie podejmowaliście sporo kwestii fundamentalnych, jak wysokość płacy minimalnej czy kształt systemu emerytalnego. Jakie problemy społeczno-pracownicze są obecnie bezwzględnym priorytetem?

P. D.: W tej chwili podstawowym celem, co potwierdziliśmy uchwałą Krajowego Zjazdu Delegatów, jest wymuszenie tego, czego nie chce zrealizować rząd. Mamy już przygotowany projekt nowelizacji ustawy o płacy minimalnej i chcemy zbierać pod nim podpisy, nie tyle jako związek, ale jako ludzie związani ze związkiem zawodowym, bo to jest inicjatywa obywatelska. Chcemy, aby płaca minimalna w kilku kolejnych latach doszła do poziomu 50% przeciętnego wynagrodzenia. Chcemy także, aby jej wysokość była uzależniona od wysokości PKB, a nie od widzimisię polityków.

Tak się składa, że oprócz bycia szefem „Solidarności” jestem wiceprzewodniczącym Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Niekiedy zazdroszczę kolegom z innych krajów, że politycy są w nich trzymani daleko od wielu spraw. Mam tutaj na myśli przede wszystkim ponadzakładowe układy zbiorowe pracy, bardzo rozwinięte zwłaszcza w Niemczech – to kolejna kwestia ważna dla związku, która w Polsce kuleje.

U nas brakuje partnera do rozmowy na takie tematy. Pracodawcy niby zasiadają w Komisji Trójstronnej, ale reprezentujące ich organizacje zrzeszają zaledwie 1,5% z nich. W efekcie mamy obecnie jedynie dwa układy branżowe, i to dalekie od ideału – dla przemysłu hutniczego i górnictwa węgla kamiennego. Tymczasem takie porozumienia bardzo by pomogły w wielu obszarach. Za ich pomocą można by m.in. określać płacę minimalną w poszczególnych sektorach gospodarki. Byłyby pomocne także przy zamówieniach publicznych. Nie byłoby dłużej tak, że otrzymują je cwaniacy, którzy zaniżają płace swoim pracownikom – koszty pracy w firmach stających do przetargów byłyby już podobne. Dlatego szukamy rozwiązań, w tym rozmawiamy z przedsiębiorcami, mobilizujemy ich do organizowania się w swoiste związki zawodowe pracodawców, żebyśmy mogli z nimi podpisywać ponadzakładowe układy zbiorowe. Przypominam sobie, jak de facto zakładaliśmy związek zawodowy pracodawców przemysłu hutniczego, żeby mieć stronę do podpisania układu.

Swego czasu chcieliśmy go podpisać z marszałkiem województwa śląskiego, jako właścicielem wszystkich szpitali, i do tej pory dopominamy się o takie porozumienie. W Częstochowie ponadzakładowy układ zbiorowy pracy zawarty został – to duża zasługa przewodniczącego Regionu – z prezydentem miasta, który jest organem założycielskim dla wszystkich tamtejszych placówek pomocy społecznej. Dzięki temu określono płacę minimalną dla ich pracowników.

Dla zachodnich związkowców, którzy walczą np. o korzystniejszą indeksację wynagrodzeń, nasze problemy są jak z Księżyca. My chcemy po prostu normalności, takiej jak w państwach Unii Europejskiej, w których obowiązuje dialog.

Publicznie nazwał Pan rząd antyzwiązkowym.

P. D.: Bo taki jest. Dialog społeczny leży w gruzach. Rząd zrobił sobie z Komisji Trójstronnej „punkt informacyjny”, za pośrednictwem którego powiadamia stronę społeczną, co ma zamiar zrobić.

Chcę się też spotkać z panem marszałkiem Schetyną, żeby go poinformować o różnych dziwnych sejmowych praktykach. Przykładowo, o godz. 16.00 dostajemy wiadomość, że następnego dnia o 10.00 rano odbędzie się w Sejmie posiedzenie którejś z ważnych komisji – najwidoczniej z nadzieją, że „może nie przyjadą”. Albo do zaopiniowania projekt ustawy o składowaniu odpadów, z terminem do 9 grudnia, choć rząd już ją pozytywnie zaopiniował… 26 listopada. Autentyczny dialog powinien wypływać z potrzeby, by skonsultować z partnerami społecznymi ważną kwestię, a nie tylko z tego, że tak stanowi odpowiedni paragraf, więc trzeba iść do tych „hamulcowych”, a potem i tak zrobić po swojemu, bo „my jesteśmy mądrzejsi, skoro nas wybrał naród”. To nie jest dialog.

Jeżeli minister Sikorski mówi, że Polska chce być w europejskiej Lidze Mistrzów, to niech rząd najpierw popatrzy, jak tam jest prowadzony dialog społeczny. Tam też nie jest idealnie, ale to, co robią polskie władze, bardziej kojarzy się z XIX-wiecznym kapitalizmem niż z demokratycznym rządem, który szanuje społeczeństwo i jego przedstawicieli.

Dziękuję za rozmowę.

Katowice, 11 lutego 2011 r.