Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się? – rozmowa z prof. Guyem Standingiem

– Skąd wziął się prekariat – „nowa niebezpieczna klasa”, jak określa go Pan w podtytule książki z 2011 r.? Jak powstał i czym właściwie jest? Czy to pozbawiony stabilności i pewności zatrudnienia proletariat? Dzieci klasy średniej pozbawione szans utrzymania statusu materialnego i stylu życia swoich rodziców? Pokrzywdzeni przez kryzys, którzy wychodzili na ulice w Grecji, Hiszpanii, Nowym Jorku czy podczas protestów związanych z obchodami europejskiego święta pracy (Euro May Day)? Cisi outsiderzy, „odpady” systemu, skłonni do wyżywania się na innych, jeszcze niżej od nich stojących jego ofiarach, elektorat prawicowych populistów? Pracownicy tymczasowi albo wypchnięci na „elastyczne” umowy w ramach jakiegoś „planu oszczędnościowego”?

Guy Standing: Wydaje mi się, że większość grup, które wymieniono, mieści się w kategorii prekariatu. Żeby osiągnąć optymalną definicję tej klasy, musimy jednak wznieść się ponad popularne ujęcia, uproszczenia i stereotypy. Wiąże się z nimi bowiem niebezpieczeństwo banalizacji i niezrozumienia sedna zjawiska, z którym mamy do czynienia. To, co wydaje mi się najistotniejsze, to fakt, iż prekariat jest produktem ubocznym bolesnej globalnej transformacji, przez którą przechodzimy, porównywalnej z „wielką transformacją”, do jakiej doszło u narodzin kapitalizmu, znakomicie opisaną przez słynnego socjologa Karla Polanyi’ego. Żyjemy w okresie strukturalnej przemiany, w ramach której cały globalny system rynkowy poddaje się dominacji kapitału finansowego. Neoliberalne przemiany i towarzyszące im otwarcie rynków wiązały się z utowarowieniem niemal wszystkiego, co mogło stać się towarem. Być może najbardziej znaczącym aspektem tej naszej transformacji jest czterokrotny wzrost światowej podaży pracy, co przekłada się na silny nacisk na obniżanie płac i standardów pracowniczych w Europie i w całym szeroko pojętym świecie zachodnim. Obniżaniu się lub w najlepszym przypadku stagnacji realnych zarobków towarzyszą rosnące zyski maleńkiej klasy plutokratycznej, w związku z czym rozkład dochodów staje się coraz bardziej nierówny. Do innych elementów transformacji należą: „uelastycznienie” rynków pracy; restrukturyzacja narodowych systemów zabezpieczenia społecznego, oznaczająca nierzadko ich daleko idący demontaż; osłabienie ducha solidarności. W rezultacie nastąpiła segmentacja tradycyjnego systemu klasowego. Nie sposób zrozumieć czy w należyty sposób wyjaśnić zjawiska prekariatu bez wzięcia pod uwagę przemian, jakie zaszły w toku tego procesu.

Często podkreślam, że musimy zwracać uwagę na narastające rozbieżności nie tylko między klasami, ale i wewnątrz poszczególnych klas i grup społecznych. To one odpowiadają bowiem za wiele spośród naszych najbardziej palących problemów, z którymi nie mogą sobie poradzić nasze elity polityczne.

Aby ująć rzecz skrótowo, powiedziałbym, że widzę tę nową, krzepnącą globalną strukturę klasową następująco: na szczycie mamy plutokrację, nielicznych oligarchów i „obywateli świata”. Jeśli nie zdołamy znaleźć sposobów na ograniczenie ich bogactwa i wpływów, nasze społeczeństwa będą miały poważne kłopoty. Dużo, dużo niżej mamy salariat, czyli tych, którzy zachowali długoterminowe bezpieczeństwo zatrudnienia i gwarantowane świadczenia, takie jak emerytury. To, co do niedawna stanowiło standard obejmujący wszystkich obywateli europejskich państw dobrobytu, obecnie dotyczy wciąż kurczącej się mniejszości. Dzisiejszy salariat skupiony jest przede wszystkim w wielkich korporacjach oraz w sektorze publicznym. Coraz większa część jego dochodów pochodzi z odsetek od kapitału, a nie z pensji, co stanowi jedną z przyczyn, dla których nie ma już sensu myślenie w kategoriach jednolitej klasy pracowniczej o zbliżonych interesach i miejscu w stosunkach produkcji.

Salariat skłonny był udzielać poparcia politycznego programowi neoliberalnemu, oczekując, że stanie się jego beneficjentem. Salariusze w coraz większym stopniu dostrzegają dziś jednak, że zagraża im – a przede wszystkim ich dzieciom – perspektywa społecznej degradacji i dołączenia do szeregów prekariatu. Równocześnie zwyczajnie obawiają się konsekwencji wzbierającego gniewu prekariuszy. Ich nastawienie wobec neoliberalizmu staje się w związku z tym bardziej krytyczne.

W zbliżonym do salariatu miejscu w strukturze dochodów znajduje się mniejsza grupa, którą określam mianem proficians – fachowców, ekspertów w swoich dziedzinach, zorientowanych na pracę w trybie projektowym, aktywnych. Korzystają oni na uelastycznionych reżimach pracy i osiągają znaczące dochody. Pod względem liczebnym proficians rosną obecnie w siłę. Następny w hierarchii pod względem zarobków jest tradycyjnie rozumiany proletariat – główna siła społeczna stojąca za dawnymi państwami dobrobytu, obecnie słabnąca zarówno pod względem liczebnym, jak i politycznym. Pod nimi lokuje się szybko powiększający się prekariat. Na samym dole systemu mamy podklasę, ludzi, dla których nie ma miejsca w tym nowym systemie, ludzi wykluczonych.

Muszę więc wnieść jedną poprawkę do propozycji, wedle której do prekariatu zaliczają się „odpady systemu”. To określenie wydaje mi się nietrafne. Prekariat powinien być raczej rozumiany jako funkcjonalny rdzeń nowego systemu, jego podstawowa siła napędowa. Należałoby prekariat definiować nie tylko poprzez niestabilne warunki pracy i niepewność jutra – choć są to niewątpliwie ważne elementy jego egzystencji. Ale o wiele donioślejsze społeczne konsekwencje ma fakt, iż prekariusze są zwykle dobrze wykształceni, że muszą pracować poniżej kwalifikacji oraz że brakuje im ustabilizowanej tożsamości związanej z wykonywaną pracą. Nie mają poczucia, że rozwijają swój potencjał i zdolności, że mają kontrolę nad własnym życiem. Muszą wykonywać niebotyczne ilości pracy, która nie jest za pracę uznawana, i nie wiąże się z nią ani wynagrodzenie, ani inne, niematerialne formy gratyfikacji. Prekariusze wykorzystywani są więc nie tylko w swoich miejscach pracy, ale i poza nimi. System stawia ich ciągle w pozycji petentów. Niczego im nie gwarantuje – wręcz przeciwnie, wraz z jego konsolidacją prekariusze tracą kolejne uprawnienia. Zmuszeni są prosić, niemalże błagać, o najbardziej podstawowe prawa, o dobre traktowanie, o możliwości rozwoju. Myślę, że ten status petenta jest jednym z istotniejszych, a być może najistotniejszym wyróżnikiem prekariatu.

– Gdy tematyka prekaryzacji pojawia się w mediach głównego nurtu, często towarzyszy temu mniej lub bardziej wprost wyartykułowana sugestia, że bycie prekariuszem to w pewnej mierze kwestia świadomie wybieranych wartości (takich jak niechęć do tradycyjnych struktur czy hierarchii, wolność, elastyczność), aspiracji i stylu życia. Ich sytuację przedstawia się nie w kategoriach odbieranych praw i strukturalnego przymusu, ale braku zainteresowania stabilnością i bezpieczeństwem jako wartościami. Jest w tym jakieś ziarnko prawdy?

– Myślę, że słuszna jest intuicja, iż prekariat nie składa się wyłącznie z ofiar. Istnieje realna różnica pod względem aspiracji. Prekariusze chcą innego życia zawodowego, chcą więcej wolności w jego ramach. Ale twierdzenie, że nie chcą lub nie cenią bezpieczeństwa, jest już nieuczciwe. Każdy potrzebuje podstawowego poczucia bezpieczeństwa, żeby móc funkcjonować, podejmować racjonalne decyzje i się rozwijać. Musimy po prostu dostrzec, że prekariat dąży do uzyskania innego typu bezpieczeństwa niż ta, o którą walczył tradycyjny proletariat – że nie chodzi im już o to, by całe życie spędzić na etacie, pracując w jednej branży. I myślę, że nie chcieć monotonnego życia jest nawet rzeczą zdrową i zrozumiałą. Uznanie tej zmiany w sferze aspiracji jest istotne, bo to jedna z podstawowych przyczyn, dla których prekariat nie odnajduje się w narracji i programie politycznym proponowanym mu przez partie socjaldemokratyczne oraz ruch związkowy. Związkowcy i socjaldemokraci skłonni są twierdzić, że rozwiązaniem problemów prekariatu jest stworzenie stabilnych, pełnowymiarowych miejsc pracy oraz przywrócenie dawnych zabezpieczeń społecznych. To błąd, za który tradycyjna lewica płaciła i wciąż płaci – nawet w obliczu kryzysu, jaki dotknął europejskie gospodarki. Ruchy stworzone jako reprezentacja proletariatu nie rozumieją w pełni potencjału społecznej zmiany, jaki tkwi w prekariacie.

– Na czym polega ten potencjał?

– Tematowi temu poświęciłem swoją ostatnią książkę, która w najbliższym czasie ma się ukazać po polsku, zatytułowaną „Karta Prekariatu” (The Preca­riat’s Charter). Analizuję w niej dotychczasowe ruchy polityczne uformowane wokół prekariatu i proponuję kartę 29 postulatów, które stanowić mają odpowiadające wyzwaniom „wieku prekariatu” nowe wcielenie republikańskiego ducha wolności, równości i braterstwa. Fundamentalnym założeniem moich propozycji jest przywrócenie podstawowego poczucia bezpieczeństwa, które umożliwi ludziom podejmowanie bardziej racjonalnych wyborów. To bezpieczeństwo mogłoby zostać zdefiniowane jako nowa forma wolności relacyjnej, rozumianej w duchu republikańskim jako pełniejsza kontrola nad własnym życiem oraz emancypacja spod władzy sił i interesów znajdujących się poza naszą kontrolą. Po drugie, zwracam w książce uwagę na konieczność stworzenia politycznej reprezentacji prekariatu. I wreszcie – przedstawiam strategię redystrybucji, która ograniczyłaby nierówności najbardziej dotkliwe dla prekariatu.

– Stawia Pan tezę, że tradycyjna klasa robotnicza przechodzi dziś, czy wręcz już przeszła, do historii. Czy nie jest to jednak stanowisko silnie europocentryczne, broniące się w odniesieniu do centrów świata kapitalistycznego, ale już nie jego rozległych peryferii? Czy nie wydaje się Panu, że proletariat wciąż może odegrać istotną rolę choćby w krajach globalnego Południa?

– Uważam, że myślenie w kategoriach jednolitej klasy robotniczej nie ma już sensu ani z analitycznego, ani z politycznego punktu widzenia. Nowa struktura klasowa ma w moim przekonaniu charakter globalny, ale zawsze nakłada się ona w jakiś sposób na lokalną specyfikę. Na przykład w Indiach wciąż funkcjonują elementy tamtejszego systemu feudalno-kastowego, ale nabudowana na nich jest ta sama struktura, jaką widzimy na Zachodzie. I tak w wielkich indyjskich miastach znajdziemy tamtejsze odpowiedniki prekariatu, salariatu i proficians, lokalną plutokrację etc. Pojęcie proletariatu nie pomaga w zrozumieniu współczesnych systemów klasowych choćby dlatego, że poszczególne segmenty dawnej klasy robotniczej mają różne, nierzadko sprzeczne interesy, aspiracje oraz świadomość klasową. Wtłaczanie tak zróżnicowanych grup do tej jednej kategorii jest po prostu bez sensu.

Jestem także przeciwny rozumieniu „prekarności” jako stanu charakterystycznego dla współczesnych społeczeństw, który dotyka wszystkich klas na równi. To teza stawiana często przez moich marksistowskich polemistów. We wszystkich społeczeństwach istnieją tymczasem wpływowe mniejszości, które czują się bardzo bezpieczne – bardziej niż jakiekolwiek klasy wyższe w przeszłości. Kluczowe dla mojej wizji współczesności jest rozumienie prekariatu jako grupy, która stopniowo zyskuje świadomość wspólnoty doświadczeń i dochodzi do wspólnych wniosków na temat tego, jak społeczeństwo powinno być zorganizowane. W przyspieszonym tempie proces ten obserwować możemy w krajach południowej Europy. Jego owocem jest powstanie nowych organizacji takich jak hiszpańskie Podemos, które są ruchem nowego typu, opartym na prekariacie i odrzucającym stary robotniczy program, poszukującym nowej, całościowej koncepcji regulacji gospodarki, zabezpieczenia społecznego i redystrybucji. Podobne ruchy pojawiają się również w Portugalii, Włoszech i Grecji.

– Jednym z dość oczywistych wyzwań dla prekariuszy jest problem wolnego czasu, który stanowił jeden z istotnych warunków politycznej organizacji klas w przeszłości. Jakie konsekwencje dla ruchów prekariackich może nieść, charakterystyczne dla kondycji tej klasy, zatarcie granic między pracą a wypoczynkiem?

– Moja teza jest taka, że musimy przejść przez różne fazy. Na początek ludzie muszą uświadomić sobie przynależność do prekariatu – i myślę, że od fali protestów z 2011 r. poczynając, świadomość bycia częścią tej nowej wyjątkowej grupy społecznej wzrosła już bardzo wyraźnie. Wraz z osiągnięciem tego etapu rozpoczyna się proces formowania swoich mediów społecznościowych, ruchów społecznych i partii, których główną funkcję stanowi aktywizacja polityczna prekariuszy. Widzieliśmy już całkiem skuteczne poczynania tego rodzaju, choć oczywiście wyzwania, o których mowa, bardzo je utrudniają. Rozpoznanie swojej przynależności klasowej wiąże się jednak z podmiotowością, z poczuciem, że możemy się zebrać, podjąć wspólne działania i zażądać zmian. To poczucie sprawczości jest udziałem zwłaszcza młodych wykształconych aktywistów, ale dostrzegam także, co szczególnie mnie cieszy, że upolitycznienie zaczyna dotykać również ludzi starszych, którzy widzą, jak ich dzieci i wnuki stają się prekariuszami, i biorą na siebie odpowiedzialność za budowę lepszego społeczeństwa dla kolejnych generacji. Rosnąca świadomość obywatelska i klasowa prekariatu będzie się z czasem przekładać na coraz to doskonalsze formy organizacji politycznej. Oznaczać to będzie ostateczne odejście od dwudziestowiecznego modelu politycznego, wraz z formacjami, na których się on opierał – socjaldemokracją, liberałami, chadecją i konserwatystami.

– Wspomniał Pan o doświadczeniach pokoleniowych – takich jak choćby funkcjonowanie w świecie mediów społecznościowych – jako o istotnym czynniku w procesie kształtowania się prekariatu. Istnieje zarazem tendencja, by redukować prekariat do rangi generacyjnego fenomenu. Jak oceniłby Pan w tym kontekście rolę aspektów klasowych i pokoleniowych w formowaniu się prekariatu?

– Potraktowanie prekariatu jako zjawiska czysto pokoleniowego byłoby niewątpliwie błędem. Wraz z wypychaniem kolejnych grup pracowników na elastyczne umowy, prekariat zasila coraz więcej osób niebędących częścią generacji Y. Zdecydowanie nie mamy do czynienia ze zwyczajnym dążeniem młodych ludzi do stabilizacji i ich trudnościami z dostosowaniem się do rzeczywistości ułożonej im przez dorosłych. Młodzi stanowią wciąż oczywiście znaczną część prekariatu, ponieważ prekariat jest młodym fenomenem, a wchodzący w dorosłość stanowią grupę szczególnie narażoną na prekaryzację. Gdyby rzecz sprowadzała się tylko do problemów pokoleniowych, wystarczyłoby wprowadzić programy wsparcia rozwoju kompetencji zawodowych oraz poprawiające konkurencyjność młodych absolwentów na rynku pracy. Nie sądzę jednak, żeby było to rzeczywiście obiecujące rozwiązanie. Musimy przyjąć do wiadomości istnienie pozademograficznych przyczyn zjawisk, z którymi mamy do czynienia. Prekariat jest owocem bardziej złożonych procesów – cechują go specyficzne miejsce w reżimie produkcji i dystrybucji dóbr oraz specyficzne relacje z państwem i jego instytucjami.

– W swojej pierwszej książce poświęconej prekariatowi zwracał Pan uwagę na brak ustabilizowanej tożsamości jako jedną z charakterystycznych cech nowej klasy. Czy dostrzega Pan w tej sferze jakieś przemiany? Czy da się tożsamość prekariatu zbudować inaczej niż w sposób negatywny – w oparciu o wspólne doświadczenia ekonomicznej niepewności i resentyment?

– Ponieważ prekariusze nie mogą swobodnie dysponować swoim czasem, a jednocześnie nie mają przed sobą przewidywalnej ścieżki kariery, nie są w stanie realizować własnego potencjału w ramach pracy zawodowej. W tej chwili wielu ludzi zmuszonych jest imać się zajęć nierozwojowych i nisko płatnych. W tym także tych najgorszych, oferowanych w ramach publicznych programów typu workfare, które potępiam w obu swoich książkach, gdzie przyjęcie zlecenia „z puli” stanowi warunek prawa bezrobotnego do korzystania z zasiłków i szeroko pojętej opieki społecznej. W ten sposób pozbawiani są poczucia kontroli nad własnym życiem. Brakuje programów i instytucji, które by im tę kontrolę przywracały, pozwalając łączyć różne formy aktywności w sposób zgodny z ich potrzebami, możliwościami i aspiracjami. Podstawowym postulatem jest tu równe traktowanie wszystkich rodzajów pracy nie tylko w sensie szacunku, ale także praw i zabezpieczeń – inaczej niż ma to miejsce w zaprojektowanych w XX w. systemach uznających wyłącznie pracę najemną. Musimy przedefiniować nasze rozumienie tego, czym jest praca. Dziś wiele spośród najbardziej satysfakcjonujących i pożytecznych społecznie form aktywności nie cieszy się należytym uznaniem ze strony instytucji państwa.

– Jakie formy aktywności ma Pan na myśli?

– Większość pracy opiekuńczej, jaką wykonujemy dla naszych bliskich, naszych wspólnot i instytucji, ale także działalność społeczna czy wolontariat, nie są uznawane za pracę w oficjalnych statystykach, w podręcznikach ekonomii ani w debacie publicznej. Tymczasem to wszystko jest praca! Więcej: to praca niezbędna dla egzystencji naszych społeczeństw i dla całej ludzkości. I musimy zapewnić jej należne w związku z tym traktowanie, odchodząc od wąskiego rozumienia pracy, które stanowi podwaliny wszystkich wielkich ideologii XX w., od marksizmu-leninizmu, przez socjaldemokrację, po neoliberalizm.

– W swojej pierwszej książce traktuje Pan prekariat nie tylko jako postępową siłę, która może wzbogacić demokratyczną politykę i na nowo nadać jej sens, ale i jako potencjalne zagrożenie dla europejskiego modelu i jego wartości. Wynika to m.in. z faktu, że jako klasa znalazł się całkowicie poza systemem – nie tylko w sensie reprezentacji, ale i najbardziej podstawowych praw obywatelskich. Wiąże się z tym potencjał radykalnej kontestacji systemu, która może przybrać reakcyjne formy. Zauważa Pan, że wspomniany wcześniej brak ustabilizowanej tożsamości oznacza, iż prekariat pozbawiony jest naturalnego podłoża, z którego rodzą się solidarność i wrażliwość społeczna. W efekcie może okazać się podatny na manipulacje politycznych demagogów, którzy będą próbowali skanalizować gniew przeciw dowolnie wybranemu kozłowi ofiarnemu. Czy prekariat, jako grupa niejednolita, połączona słabymi więzami wspólnej niepewności i wspólnych lęków, nadaje się na podmiot wielkiej przemiany, na jaką Pan liczy?

– To ważne pytanie. Wydaje mi się jednak, że od czasu moich pierwszych badań nad prekariatem byliśmy świadkami bardzo wyraźnych postępów. To, co jeszcze niedawno było tylko klasą w procesie tworzenia, poczyniło daleko idące kroki w kierunku stania się – posłużmy się językiem marksowskim – „klasą dla siebie”, połączoną wspólną świadomością i wspólną wizją politycznych przemian. Wraz z tymi postępami wyostrzyły się jednak także podziały wewnętrzne w łonie prekariatu. Składa się on dziś z trzech warstw. Łączą je podobne doświadczenia, ale dzielą warunki wyjściowe, co przekłada się m.in. na odmienne inklinacje polityczne.

Pierwsza warstwa to ludzie, którzy wywodzą się ze społeczności robotniczych, ale różnią się od swoich rodziców pod względem posiadanych możliwości. Zwykle brakuje im wykształcenia. Nazywam ich „atawistami”, ponieważ ich aspiracje i wyobrażenia związane są z dawnym porządkiem, z czego wynika frustracja i przekonanie, że nie mają szans nawet na utrzymanie statusu, jaki udało się osiągnąć ich przodkom. Stanowią oni główny obszar zainteresowania i główną bazę ugrupowań populistycznych, neofaszystowskich i szeroko pojętej nowej prawicy, która żywi się ludzkim strachem przed innością i przekonuje elektorat, by za swoje nieszczęścia winił imigrantów, mniejszości czy wykluczonych społecznie. Jest to część szerszego zjawiska, które określam mianem polityki piekła, która była i pozostaje częścią politycznego spektrum. Trzeba przy tym pamiętać, że niemała liczba reprezentantów piętnowanych przez populistów grup sama należy do prekariatu, stanowiąc część drugiej jego warstwy, którą nazwałem nostalgikami – to ci, którzy nie mają swojego miejsca, zakorzenienia ani tożsamości narzucanej im przez „chwilę obecną”. Żyją z dnia na dzień i przez większość czasu skupieni są na fizycznym przetrwaniu. Rosnąca wrogość ze strony instytucji państwa sprawia jednak, że stają się oni w ostatnich latach coraz bardziej upolitycznieni i stopniowo dołączają do masowych ruchów protestu.

Trzecią warstwę prekariatu określam mianem progresywnych. Grupa ta zyskuje dziś na sile i znaczeniu. To przeważnie młodzi absolwenci, którzy po ukończeniu studiów orientują się, że nie mają dokąd iść. Wiem, że w Polsce znaczna część tej grupy wpadła w sidła prawicowych populistów. W skali globalnej jednak większość tej grupy prekariuszy skłania się ku postępowym nurtom politycznym. Dzięki wykształceniu są oni zdolni do artykułowania aspiracji, wartości, interesów i politycznych postulatów prekariatu jako klasy. Spodziewam się, że sformułowany przez nich program okaże się atrakcyjny dla większości „nostalgików”. Mam nadzieję, że z czasem także część reprezentantów atawistów zrozumie, iż wyżywanie się na mniejszościach nie da im bezpieczeństwa i nie przywróci kontroli nad życiem. Już dziś możemy obserwować, jak polityczne oblicze jednoczącego się prekariatu nabiera kształtów zgodnie z naszkicowanym tu wzorcem. Potrzebujemy jednak przyspieszenia tego procesu.

– Zastanawiam się nad sformułowanymi przez Pana oczekiwaniami wobec „postępowej polityki prekariatu” w kontekście, w którym znaczna część aktualnych konfliktów związana jest wciąż z niszczeniem dawnych instytucji państwa dobrobytu – i z opozycją wobec tego procederu. Czy nie jest tak, że w związku ze swoją specyficzną pozycją klasową i związanym z nią resentymentem, prekariat stanowi łatwy cel manipulacji? Że nietrudno przekonać go do udzielenia poparcia dla neoliberalnych reform i zmobilizować przeciwko zagrożonym nimi grupom społecznym?

– Jestem optymistą. Kryzys, który zaczął się w 2008 r., pokazał, że neoliberalny program gospodarczy po prostu nie działa. Niesie za sobą groźbę przewlekłej deflacji, bezrobocia i, co najgorsze, rosnących nierówności. Nierówności w skali globalnej i we wszystkich naszych krajach z osobna osiągnęły już poziom, który jest niemożliwy do utrzymania bez wprowadzenia autorytaryzmu. Istniejące ruchy i partie polityczne nie znalazły na tę sytuację odpowiedzi. Na dłuższą metę system neoliberalny nie będzie jednak dla prekariuszy atrakcyjny, bo wiąże się dla nich z brakiem egzystencjalnego bezpieczeństwa i z modelem państwa, które nie zapewnia im praw.

– W swoich książkach przedstawia Pan etatowych pracowników jako jedną z grup o najwyższym statusie w kształtującej się strukturze społecznej XXI w. Zawdzięczają go rzadkiej w aktualnych warunkach stabilności zatrudnienia i płynącemu z niej poczuciu bezpieczeństwa. Z drugiej wszak strony ich kodeksowe „przywileje” i gwarantowane usługi publiczne znajdują się na celowniku neoliberalnych reformatorów. Czy wielka społeczna transformacja, jakiej zapowiedź stanowi pojawienie się prekariatu, wymaga zniesienia wszystkich społecznych osiągnięć XX w. i sprowadzenia wszystkich pracowników do najniższego wspólnego mianownika?

– Musimy pogodzić się z faktem, że nasze państwo dobrobytu i tak uległo już daleko idącemu demontażowi. Owocem tego demontażu jest system workfare oraz pełzający kryzys solidarności i uniwersalizmu. Niektórzy politycy wykorzystują aktualny stan państwa jako argument do dalszych cięć wydatków publicznych. Nie zmienia to faktu, że musimy przemyśleć dziś na nowo system zabezpieczeń społecznych i znaleźć sposób, by przywrócić życie uniwersalnym humanistycznym wartościom.

– W debacie publicznej diagnozy postawione przez Pana w „Prekariacie” łączy się zazwyczaj z postulatem wprowadzenia podstawowego dochodu gwarantowanego, czyli równej, określonej „pensji” wypłacanej przez państwo każdemu obywatelowi w celu zabezpieczenia podstaw jego bytu – niezależnie od tego, czy pracuje. Czy stanowi on coś w rodzaju kamienia filozoficznego, który rozwiąże wszystkie problemy prekariatu? A może jest to tylko symbol ogólniejszego kierunku, jaki jest pożądany, pierwszego kroku na długiej drodze ku systemowi sprawiedliwszemu społecznie?

– Wierzę, że system oparty na podstawowym dochodzie gwarantowanym jest dziejową koniecznością i musimy zmierzać w jego kierunku. PDG to najlepsze remedium na nierówności i niepewność, jakie cechują współczesne społeczeństwa. Promuję to rozwiązanie od wielu lat, wskazując na liczne argumenty – filozoficzne, etyczne, społeczne i ekonomiczne – za jego docelowym przyjęciem.

Podkreślam jednocześnie, że nikt w ruchu na rzecz PDG (zorganizowanym w strukturach Światowej Sieci na rzecz Dochodu Podstawowego BIEN) nie uważa, że PDG to panaceum na wszystkie problemy. To po prostu jeden z elementów postępowej strategii rozwojowej, niezbędny, aby prekariat się wyzwolił i stał się podmiotem zmiany.

Na 29 rozwiązań, które proponuję w „Karcie Prekariatu”, PDG rozmyślnie umieściłem pod numerem 25. Jego wprowadzenie to odległa perspektywa. Na początek musimy powalczyć o poważne traktowanie tej koncepcji w debacie publicznej. M.in. dlatego bardzo się cieszę, że mieliśmy możliwość realizowania programów pilotażowych w Indiach i Afryce, gdzie zapewnialiśmy dochód podstawowy lub gromadziliśmy na ten cel środki, a następnie badaliśmy, jak wpływa na życie jego beneficjentów, porównując je z sytuacją tych, którzy z PDG nie skorzystali. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że otrzymujący PDG pracują więcej, a nie mniej, są bardziej produktywni, bardziej tolerancyjni i czują się bardziej wolni. PDG jest dla mnie niezbywalną częścią postępowej strategii politycznej i może stać się jednym z wyróżników powstającego ruchu alternatywnego wobec tradycyjnej lewicy socjaldemokratycznej, która w dzisiejszym kontekście jest de facto formacją konserwatywną.

– Muszę zauważyć, że w Polsce i wielu innych krajach peryferyjnych ruch związkowy pozostaje jednym z nielicznych konsekwentnie prospołecznych podmiotów. To także związki poruszają u nas często problemy ważne dla prekariatu i artykułują jego interesy – np. żądając dla zatrudnianych na śmieciowych umowach godzinowych płac minimalnych, ubezpieczeń społecznych oraz prawa do zrzeszania się. Czy biorąc pod uwagę tego typu przypadki dostrzega Pan szanse na współpracę czy wręcz zbliżenie stanowisk między instytucjami związanymi ze „starym” ruchem pracowniczym a nowymi ruchami społecznymi?

– Sam należę do związku zawodowego i zawsze ruch związkowy popierałem. Nie zmienia to faktu, że w którymś momencie drugiej połowy XX w. główny nurt tego ruchu przestał być siłą progresywną. Zbyt długo był częścią frontu obrony systemu opartego na uprzywilejowanym statusie pracy najemnej. Teraz to związkowcy muszą dowieść, że chcą i mogą stać się sojusznikami prekariatu i wspierać jego postulaty. Potrzebujemy organizacji pracowniczych, które reprezentować będą nasze interesy. Ale związki muszą się zmienić, ewoluować wraz z naszym rozumieniem tego, czym jest praca. Szczegółowe postulaty w tej materii zawarłem w artykułach 5–10 „Karty”. Na szczęście pewne zmiany w łonie ruchu związkowego już są widoczne – w dużej mierze dzięki najmłodszym członkom. Generalnie jednak działaczom związkowym z trudem przychodzi uwewnętrznienie ducha Oświecenia, którego ożywienie jest według mnie kluczem do rozwiązania problemów prekariatu. Organizacje pracownicze wciąż uznają niestabilne miejsca pracy i brak pewności zatrudnienia za główne problemy prekariatu. Naturalną odpowiedzią wydaje im się więc zatrudnienie bardziej stabilne i bezpieczniejsze. Inaczej mówiąc, zakładają, że rozwiązanie, które było dobre dla proletariatu, sprawdzi się także w stosunku do prekariatu. Choć na tle projektu neoliberalnego (jeszcze mniej stabilności i bezpieczeństwa) podejście to może się wydawać postępowe, nie jest ono zadowalające, bo nie rozwiązuje problemu systemowego i nie jest zakorzenione w doświadczeniach i potrzebach prekariatu.

Na przykład akceptacja elastycznych form zatrudnienia jest z perspektywy prekariuszy jak najbardziej do pomyślenia, jeśli tylko wyposażymy je w odpowiednie zabezpieczenia i damy pracownikowi poczucie kontroli. Związki zawsze były wrogo nastawione do idei PDG. Nigdy nie walczyły też o poszerzenie naszego rozumienia pracy o dotychczas nieuznawane jej formy. Można argumentować, że to nie ich zadanie, ale jeśli dyskutujemy o tym, kto może odegrać czołową rolę w nadchodzących przemianach społecznych, a kto niekoniecznie, to trzeba sobie wprost powiedzieć, że generalnie związki zawodowe zawiodły w kwestiach ważnych dla prekariatu. Trudno zachować dystans i równowagę pozwalające łączyć poparcie dla ruchu związkowego z krytycyzmem wobec pewnych jego aspektów oraz z nadzieją, że w ostatecznym rozrachunku będą zdolne do zmiany na lepsze i odegrania pozytywnej roli politycznej w wielkiej transformacji.

– W pewnym momencie lektury „Prekariatu” do głowy przyszedł mi znany fragment „Manifestu komunistycznego”, który często przytacza się, by pokazać fascynację Marksa przemianami związanymi z wczesnym kapitalizmem: „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu i ludzie muszą w końcu spojrzeć trzeźwym okiem na swoją pozycję życiową, na swoje wzajemne stosunki”. Zastanawiam się, czy byłby Pan gotów dokonać porównywalnej apologii w odniesieniu do świata ponowoczesnego kapitalizmu, który powołał do życia prekariat. Czy dostrzega Pan w zmianach, jakie zaszły w ostatnich dekadach, podobny do opisywanego przez Marksa rodzaj modernizującego, emancypacyjnego potencjału?

– Żyjemy w fascynującym okresie rozwoju globalnego kapitalizmu, w którym tendencja do traktowania wszystkiego – od dóbr i usług, przez całą domenę publiczną, idee, powietrze i przestrzeń, po politykę – jako towaru jest silna jak nigdy i jednocześnie staje się niebywale wprost toksyczna, sprawiając, że powrót wartości oświeceniowych i romantycznych wydaje się czymś zgoła niezbędnym.

Koszmar, jakim grozi dalszy niekontrolowany rozwój obecnej formy globalnego kapitalizmu, skłania coraz to liczniejszych do wypatrywania nowego Oświecenia. W reakcji na widmo totalnej kontroli i zniewolenia w państwowym socjalizmie światowa ekonomia polityczna doszła do drugiego ekstremum – nihilizmu i totalnej wolności dla kapitału oraz rozporządzającej nim plutokracji. Efektem jest najbardziej niesprawiedliwy rozkład bogactwa w dziejach świata.

Proszę mnie nie uznawać za deterministę – chcę powiedzieć tyle: jestem zdania, że lepszy świat jest w naszym zasięgu i musimy o niego walczyć. Technologiczne i materialne warunki, jakimi dysponujemy, są dziś wystarczające, żeby zbudować sprawiedliwy porządek społeczny. Stać nas na przyznanie każdemu obywatelowi podstawowego dochodu. O tym, czy uda nam się te potencjały zrealizować, rozstrzygnie walka polityczna.

Nie powinniśmy dramatyzować – nie trzeba nam rewolucyjnych pokrzykiwań. Powinniśmy przeciwstawiać się globalnemu kapitalizmowi, pokazując, że możemy mieć więcej wolności, równości i braterstwa, i wiemy, jak do tego doprowadzić. Wierzę, że prekariat poprowadzi nas w tej walce do zwycięstwa.

– Dziękuję za rozmowę.

Polska na peryferiach – rozmowa z dr Anną Sosnowską

Polska na peryferiach – rozmowa z dr Anną Sosnowską

– Od kiedy tak naprawdę jesteśmy peryferiami, czyimi i jakie to ma znaczenie dla dzisiejszej rzeczywistości Polski i naszego regionu?

Dr Anna Sosnowska: Polska historiografia i socjologia historyczna, którą analizowałam w swojej książce „Zrozumieć zacofanie. Spory historyków o Europę Wschodnią (1947–1994)”, a w ślad za nią lub równolegle naukowcy z innych krajów, odpowiadają dwojako na pytanie o początek naszej peryferyjności. Marian Małowist i jego uczniowie, do których należy np. znany amerykański myśliciel Immanuel Wallerstein, dopatrują się źródeł gospodarczej zależności Europy Wschodniej w XVI w. i początkach nowożytności. Według autorów tej koncepcji był to bowiem okres ekspansji terytorialnej Zachodu i zarazem czas narodzin kapitalizmu. Twierdzili oni, że kształtująca się wtedy struktura handlu europejskiego zdecydowała o tym, że Europa Wschodnia stała się dostawcą surowców i peryferiami, a północny zachód Europy – wytwórcą dóbr przetworzonych i centrum nowego systemu światowego. Europę Wschodnią rozumiał zaś Małowist szeroko – od Europy Bałtyckiej (w tym ziem polskich), przez Karpacką, aż po Bałkany, choć typ gospodarki w każdej z tych stref był inny: my handlowaliśmy zbożem, Europa Środkowa bydłem i innymi zwierzętami, a Bałkany kruszcami. Małowist stawiał jednak tezę, że pod względem strukturalnym mechanizm był we wszystkich trzech przypadkach podobny: lokalne elity arystokratyczne weszły w relacje handlowe z dynamicznymi kupcami z Zachodu, którzy organizowali handel między wschodem a zachodem Europy. Europa Wschodnia stała się w rezultacie źródłem tanich surowców: zboża, zwierząt, metali. W tym samym czasie, gdy rodzące się gospodarki kapitalistyczne rozwijały się, gospodarki wschodnioeuropejskie popadały w stagnację i uzależnienie od eksportu surowcowego, utrwalając feudalne status quo u siebie. Wedle tej wizji Europa Wschodnia byłaby więc pierwszą kolonią gospodarczą i peryferiami świata zachodniego. Warto tu dodać, że Małowist, o ile mi wiadomo, nie znał teorii zależności, choć jej zręby istniały już w czasie, gdy formułował swoje hipotezy, wyrażone np. w tezach argentyńskiego ekonomisty Raula Prebischa. Podobne próby wyjaśnienia zacofania powstały więc niezależnie od siebie w dwudziestowiecznej Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej.

– A druga odpowiedź na pytanie o źródła zależności naszego regionu?

– Koncepcje Małowista miały w polskiej historiografii bardzo poważnych krytyków. Argumentowali oni, że jego tezy stanowią projekcje realiów nowoczesnego globalnego kapitalizmu w przeszłość. Najważniejsi polemiści Małowista – Jerzy Topolski i Andrzej Wyczański – twierdzili, że dopiero od XIX w. można zacząć mówić o kapitalistycznym systemie światowym i o kolonialnych zależnościach między Zachodem a innymi regionami. To prawda – powiadają – że rozwój społeczno-gospodarczy Europy Wschodniej między XVI a XVIII w. przebiegał inaczej niż na Zachodzie, ale nie wynikało to z zależności międzynarodowych. Przeprowadzone przez nich szczegółowe badania wskazywały, że bilans w handlu międzynarodowym był dla XVI-wiecznej Rzeczpospolitej dodatni. Ilość zboża eksportowanego z polskich folwarków na Zachód była przy tym na tyle mała w stosunku do ogółu produkcji, a liczba folwarków nastawionych na produkcję towarową i eksport tak niewielka, że to nie eksport zbożowy decydował o charakterze krajowej gospodarki.

Jednak, inaczej niż Małowist, jego polemiści nie stworzyli „eleganckiego” kontr-modelu rozwoju Europy Wschodniej, nie podali atrakcyjnej i wpływającej na zbiorową wyobraźnię odpowiedzi na pytanie o przyczyny upadku Rzeczypospolitej czy regionalnego zacofania. Andrzej Wyczański argumentował, że Rzeczpospolita XVI w. była średnim, nieco opóźnionym w stosunku do północnych Włoch, Francji, a także Niemiec, krajem europejskim. Była słabiej zaludniona, z mniej rozwiniętą – zwłaszcza w litewskiej części kraju – siecią instytucji tworzących ówczesną cywilizację: kościołów, miast, uniwersytetów, szkół. Według niego XVI w. był jednak naprawdę Złotym Wiekiem historii Polski, w którym z powodzeniem imitowała i doganiała ona europejską awangardę cywilizacyjną. Dopiero wiek XVII i XVIII przyniósł osłabienie pozycji kraju. Rzeczpospolita ze swoją demokracją szlachecką i dominacją szlachty nad chłopem pozostała wyjątkiem w Europie. Jerzy Topolski kojarzył natomiast ukształtowanie się osobnych dróg wschodu i zachodu Europy z XV–XVI w., ale kryzys tutejszego modelu lokował dopiero w XVII i XVIII w. Na poziomie wyliczeń i argumentów faktograficznych Topolski i Wyczański byli w stanie przekonująco wykazać, że uzależnienie od międzynarodowego handlu zbożowego w przedrozbiorowej Polsce po prostu nie miało miejsca, a źródła wtórnej pańszczyzny okresu nowożytnego tkwiły przede wszystkim w niższej gęstości zaludnienia.

– Czyli ten spór został rozstrzygnięty, a teza Małowista została w sposób ostateczny obalona?

– Nie, nie można tak powiedzieć. W debatach dotyczących odległej historii weryfikacja tez przebiega inaczej niż w fizyce. Interpretacja, a nie teoria, jest formą wyjaśnienia w historiografii. Do wielu danych nie mamy już dostępu i w tym sensie trudno o jednoznaczny wyrok. Możliwe są tylko interpretacje ograniczonego materiału badawczego, żadnej teorii nie jesteśmy w stanie zweryfikować empirycznie, np. przez przeprowadzenie eksperymentu.

Z historycznego punktu widzenia wyliczenia Topolskiego i Wyczańskiego dotyczące handlu zbożowego wydają się jednak przekonujące. Z drugiej strony warto dodać, że w modelu Małowista – inaczej niż choćby u inspirującego się jego myślą Wallersteina – ważne są nie tylko czynniki ekonomiczne, związane z wyzyskiem czy strukturą handlu, ale także kwestie społeczno-kulturowe. O tym mianowicie, czy jakiś kraj popadł w zależność od eksportu surowcowego, decydować miały według niego do pewnego stopnia lokalne elity. Małowist zwraca uwagę chociażby na przypadek XIX-wiecznej Japonii, która miała przed sobą podobne dylematy i zagrożenia, a jednak nie weszła na ścieżkę rozwoju zależnego. Miało to w jego ocenie związek ze stosunkiem lokalnych elit do Zachodu. Dla magnatów wschodnioeuropejskich Zachód i styl życia jego elit stanowiły obiekty fascynacji i aspiracji. W tym kontekście można byłoby brać pod uwagę hipotezę, że grupa posiadaczy ziemskich, która eksportowała swoje towary na Zachód, mogła być stosunkowo niewielka, ale mieć szczególne wpływy, szczególnie w sensie kulturowym. Wydaje się, że quasi­-kolonialnego modelu Małowista można bronić jako interpretacji, która wykracza poza potwierdzone fakty historyczne.

– Czy powinniśmy zatem odrzucić jako naukowo nieudowodnioną tezę o peryferyjności Europy Wschodniej czy o jej kolonialnej zależności wobec Zachodu?

– Nie do utrzymania jest ten z wariantów wspomnianej interpretacji, który ostatecznie lokuje źródła zależności już w XVI w. To wciąż kwestia sporna. Koncepcja zacofania czy peryferyjności, przyjmowana przez Małowista, Witolda Kulę czy wspomnianego już Wallersteina, kojarzy je z wejściem w orbitę kontaktów politycznych i gospodarczych, a przede wszystkim handlowych, z silniejszym partnerem na zachodzie Europy. Natomiast nie do zbicia jest teza, że Europa Wschodnia jeśli nie w XVI, to w kolejnych wiekach, znalazła się w tej orbicie.

Dość powszechnie przyjęta jest w naukach społecznych – od historii po ekonomię – ocena, że od XIX w. możemy już z całą pewnością mówić o świecie w pełni zglobalizowanym, silnie współzależnym, w którym istnieją centra rozwoju oraz regiony i państwa peryferyjne. Od tego momentu nie możemy już mówić w Europie Wschodniej o rozwoju autonomicznym i nie da się badać jej gospodarki w oderwaniu od tego, co dzieje się na świecie, a szczególnie na Zachodzie.

– Wróćmy jeszcze do XVI-wiecznej refeudalizacji Rzeczpospolitej, która – można argumentować – przyczyniła się do wejścia na tory rozwoju zależnego w późniejszym okresie. Jak ją wytłumaczyć bez odwołania się do wymiaru struktur międzynarodowego handlu?

– Utrzymanie pańszczyzny w XVI w. można tłumaczyć, za Wyczańskim, niską gęstością zaludnienia. W warunkach niskiego zaludnienia prawo ekonomii klasycznej nie działa – niska podaż siły roboczej nie skutkuje jej wysoką ceną, lecz zniewoleniem. Tak stało się w Europie Wschodniej i w skolonizowanych Amerykach. Mnie przekonuje jednak wyjaśnienie Jerzego Topolskiego. Według niego zawinił dość złożony, nieszczęśliwy dla naszego regionu splot okoliczności, którego negatywne skutki były widoczne dopiero w XVII w. Dopiero wtedy pańszczyźniana praca okazała się niewydajna, a oparta na niej gospodarka – niezdolna do konkurencji z gospodarką Zachodu, bazującą na wolnej sile roboczej i dążącym do pomnażania zysków mieszczaństwie. Do tego doszły wojny i polityczna słabość Rzeczypospolitej wobec absolutystycznych, ekspansywnych krajów europejskich. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, że np. na Bałkanach nie było pańszczyzny, a mimo to podążyły one drogą podobną do Rzeczpospolitej i znalazły się pod wpływem zachodnich mocarstw, zanim zostały włączone do Imperium Osmańskiego. W Rosji z kolei istniała pańszczyzna, a jej sytuacja gospodarcza była podobna do naszej, lecz kraj ten wyrósł w kluczowym momencie na potęgę polityczną i militarną. Hiszpania, która była mocarstwem kolonialnym i nie miała pańszczyzny, popadła w XVII w. w ogromne tarapaty gospodarcze.

– A jakie konsekwencje miał peryferyjny status dla dalszej historii Polski i regionu? Jak wpłynął on np. na rozwój i strukturę jej społeczeństw?

– W moim najgłębszym przekonaniu, co najmniej od XIX w. podział klasowy zarysowuje się nie tylko w ramach konkretnego społeczeństwa, ale również na poziomie systemu globalnego. Globalna elita jest usytuowana w centrum systemu, peryferie zamieszkiwane są zaś przez elity niższych rzędów oraz przez – mocno nadreprezentowane – klasy niższe. Cechą charakterystyczną społeczeństw peryferyjnych był np. stosunkowo duży udział ludności rolniczej, chłopskiej, często pracującej (do XIX w.) w warunkach niewolniczych lub półniewolniczych.

– Te różnice wynikają z faktu, że nowe globalne zależności nałożyły się na wcześniejsze odmienności (o mniej lub bardziej przypadkowych przyczynach) i je zakonserwowały? Czy może wejście w obieg handlu międzynarodowego spowodowało jakiegoś rodzaju regres społeczny?

– Różnice między wschodem a zachodem Europy czy między Ameryką Łacińską a Zachodem są oczywiście głębsze i mają przyczyny w przeszłości odleglejszej niż powstanie kapitalizmu. W przypadku zachodu i wschodu Europy, oprócz wspomnianej już niższej gęstości zaludnienia na tym drugim obszarze, wymienia się m.in. fakt, że Europa Wschodnia nie znalazła się pod bezpośrednim wpływem Cesarstwa Rzymskiego lub stosunkowo późniejsze pojawienie się w niej chrześcijaństwa. Szczególnie podkreślałabym wagę tego pierwszego czynnika. Historycy gospodarki są zgodni, że duża gęstość zaludnienia sprzyja rozwojowi, handlowi, pojawieniu się miast, innowacjom, podziałowi pracy, a więc procesom cywilizacjotwórczym. Ale wypada docenić także znaczenie dziedzictwa greko-rzymskiego, bo to z niego wypływają takie elementy cywilizacyjnego dorobku Zachodu, jak koncepcja autonomii jednostki oraz jej praw i wolności, a także szczególna rola polityki. W Europie Wschodniej te idee weszły do obiegu później i miały słabszą siłę oddziaływania niż w Europie Zachodniej. Innym ważnym czynnikiem rozwojowym na Zachodzie był specyficzny rozkład sił między ważnymi grupami społecznymi, między panem, chłopem i mieszczaninem, i przebieg gry między nimi. W konsekwencji zbiegnięcia się tych wszystkich czynników na peryferiach później pojawiają się mieszczaństwo i koncepcja praw politycznych, których źródłem nie jest urodzenie, lecz zamożność, później powstaje przemysł i wreszcie później tworzą się nowe klasy, które – szukając zysku – jeszcze bardziej napędzają rozwój ekonomiczny.

Charakterystycznym zjawiskiem związanym z peryferyjnością jest też wspomniane zakonserwowanie cech anachronicznych, związanych z minionymi już epokami w życiu społeczno-gospodarczym. Do tej kategorii zaliczyłabym długie trwanie pańszczyzny (np. w Polsce) czy niewolnictwa (np. w Brazylii), a później – różnego rodzaju ich relikty w relacjach społecznych, takie jak silna pozycja ziemiaństwa w II Rzeczpospolitej. Paradoksalnie, tego typu syndromy zacofania są często związane nie, jak się potocznie uważa, z izolacją prowincji od nowoczesnego świata, lecz właśnie z wejściem w relacje i zależności z nim. Nieprzypadkowo najlepiej radziły sobie z wyzwaniami rozwojowymi te kraje, które mogły odpowiadać na nie w sposób samodzielny i autonomiczny. Spotkanie społeczeństw feudalnych czy półfeudalnych z silniejszymi partnerami zakłóca rozwój tych pierwszych, wymuszając np. wchodzenie przez kraje peryferyjne w role optymalnych rynków zbytu dla produktów z centrum oraz źródeł taniej pracy i surowców, potrzebnych konsumentom społeczeństw rozwiniętych. Te nowe funkcje są często wypełniane przez regiony nowo włączone do systemu przy użyciu starych instytucji społecznych: niewolnictwa czy pańszczyzny. Pod wpływem spotkania z wyższą – tak, nie bójmy się tego określenia – cywilizacją zmieniają się również style życia, poziom konsumpcji i aspiracje lokalnych klas wyższych, które tym chętniej maksymalizują poziom wyzysku klas niższych. Jeden z najlepszych przykładów tego typu mechanizmów pochodzi z badań Witolda Kuli nad XVIII-wiecznymi manufakturami magnackimi. Magnaci do wytwarzania tkanin używali importowanych z Anglii i Francji maszyn tekstylnych. Używali jednak nie – jak działo się to na Zachodzie – nisko opłacanego robotnika, który pracował pod ekonomicznym przymusem, ale był przy tym wolnym człowiekiem, lecz eksploatowali przywiązanych do ziemi (i do pana feudalnego) chłopów pańszczyźnianych, których praca była darmowa. Rozwój oznacza tu więc zmianę w wybranych sferach, która odbywa się kosztem utrwalenia status quo w innych sferach. Podział ten ma istotny wymiar klasowy. Elity mogą podróżować, podwyższać swój standard materialny, edukować się, żyć jak na Zachodzie, ale właśnie dlatego i dzięki temu, że klasy niższe żyją inaczej niż ich odpowiednicy na Zachodzie. Taka zmiana oznacza więc wzrost nierówności i społecznej polaryzacji względem wcześniejszych epok.

– Czy pojawienie się w naszej części Europy kapitalizmu i związanych z nim relacji podległości z Zachodem miało, oprócz konserwowania stanu zastanego, jakieś pozytywne efekty? Czy wykształciły się nowe, swoiste dla tej sytuacji społeczno-ekonomicznej klasy lub strategie rozwojowe?

– Sądzę, że miało. Jestem zwolenniczką modelu hybrydalnego, autorstwa Witolda Kuli. Podkreśla on, że rozwój kapitalizmu na peryferiach ma trzy „warstwy”. Po pierwsze: elementy uniwersalne, takie jak uprzemysłowienie i migracje ze wsi do miast. Są one uniwersalne w tym sensie, że pojawiały się w każdym kraju, który wchodził na drogę intensywnego, nowoczesnego rozwoju. Najwcześniej wystąpiły w krajach centrum i jako takie zostały opisane przez klasyczne teorie socjologiczne. Druga warstwa to cechy wspólne dla wszelkich regionów zacofanych. Są to międzynarodowe migracje zarobkowe z regionów mniej rozwiniętych do bardziej rozwiniętych, które na peryferiach stały się w epoce nowoczesnej typową strategią radzenia sobie z zacofaniem. Typowe dla wszystkich peryferii jest również to, że jedną z głównych linii podziałów ideologicznych jest spór o kulturowy, gospodarczy i polityczny stosunek do centrum; o to, czy imitować, zabiegać i się jednoczyć, czy też szukać osobnych dróg rozwoju, buntować się i oddzielać. Żadne z tych zjawisk nie występowało w najstarszych krajach dzisiejszego centrum, ale w Japonii, pierwszym niezachodnim kraju, który zanim dołączył do centrum przeszedł przez fazę półperyferyjną – tak. Po trzecie wreszcie, o ścieżce rozwoju peryferii decyduje to, co specyficzne dla konkretnej zbiorowości – tu mieszczą się wszystkie kulturowe odrębności, także te związane z położeniem geograficznym. Jedno z tych zjawisk lokalno-kulturowych, szczególnych dla Europy Wschodniej, jest starsze niż kapitalizm, ale zostało wzmocnione przez nowoczesny kapitalizm. Chodzi o rodzaj podległości kulturowej, o fascynację i aspirowanie do Zachodu, które to tendencje mają swoje początki w epoce Renesansu. Inaczej niż na innych peryferiach, ze względu na wspólnotę religii, tradycji instytucjonalnych i bliskości geograficznej, w Europie Środkowo-Wschodniej częściej niż w innych peryferiach mamy przekonanie, że jesteśmy częścią Zachodu. Dylematy charakterystyczne dla krajów postkolonialnych rozgrywane są w związku z tym jako czysto kulturowe, często bez świadomości ich zakorzenienia w strukturach gospodarczych. A w kapitalizmie XIX–XX-wiecznym tendencje te jeszcze się zaostrzyły. Należało żyć tak, jak żyły klasy wyższe na Zachodzie. Wypadało tak samo się ubierać, tak samo mieszkać, to samo czytać – nawet jeśli po poobiedniej lekturze wymierzało się baty swojemu chłopu pańszczyźnianemu, co w bardziej rozwiniętej części Europy było już nie do pomyślenia.

– W polskiej narodowej historiografii często ścierają się ze sobą dwie wizje. Z jednej strony narracja martyrologiczno-niepodległościowa, która gloryfikuje utraconą Rzeczpospolitą przedrozbiorową. Niewiele uwagi poświęca się w niej pańszczyźnie czy polskiej kolonizacji tzw. Kresów Wschodnich, a dużo więcej – „złotej wolności szlacheckiej”, parlamentaryzmowi, społeczno-kulturowej różnorodności, domniemanej tolerancji itd. Większość historycznych problemów i nieszczęść, jakie spotkały nasz kraj, sprowadza się wedle niej do czynników zewnętrznych, przede wszystkim imperialnej polityki sąsiadujących mocarstw. Z drugiej strony mamy do czynienia z wizją liberalno-demaskatorską (do tego nurtu zaliczałaby się też, paradoksalnie, część tradycji endeckiej), która – wręcz przeciwnie – źródła naszych perturbacji dopatruje się w czynnikach wewnętrznych: polskim charakterze narodowym, niezdolności do zbudowania państwa silnego i zaspokajającego potrzeby swoich mieszkańców. Co bardziej radykalni zwolennicy tej narracji bywają wręcz skłonni twierdzić, że to zawsze siły zewnętrzne były w Polsce nośnikami postępu, modernizacji, a wewnętrzne – kołtuństwa i reakcji. Ostatnio ważne, szeroko dyskutowane książki mieszczące się w tym nurcie myślenia o polskiej historii opublikowali Jan Sowa i Andrzej Leder. Jak widzi Pani w tym kontekście znaczenie wpływów wewnętrznych i zewnętrznych na naszą peryferyjność?

– Oba wymienione podejścia są mi raczej obce. Prawicowi gloryfikatorzy szlacheckiego republikanizmu pomijają zwykle fakt, że był on ufundowany na wyzysku i zniewoleniu chłopów, czyli grupy ogromnej, stanowiącej większość społeczeństwa – zniewoleniu, które trwało aż do drugiej połowy XIX w., a także na nędzy małomiasteczkowych Żydów, żyjących z drobnego handlu i usług (wbrew mitowi o Polsce jako „żydowskim raju”, tylko garstka z nich stała się pod koniec XIX i w ciągu XX w. częścią lokalnej burżuazji i inteligencji) etc. Można oczywiście zrozumieć, z czego wynika ta idealizacja Rzeczpospolitej szlacheckiej. W dużej mierze jest to owoc tego, że – obarczone oczywiście wielkimi kosztami społecznymi – procesy modernizacyjne, związane z uprzemysłowieniem i wielkimi migracjami ludności do miast, odbywały się w Polsce pod zaborami, a więc i poza odpowiedzialnością lokalnych elit państwowych. Wolność kraju skojarzona została w tym dyskursie z obrazem przednowoczesnej, przedprzemysłowej, wiejskiej idylli. Tomasz Zarycki, mój kolega z zespołu badań nad peryferyjnością, szczegółowo zbadał przetrwanie i zachowanie kulturotwórczej roli polskiej arystokracji w PRL-u. Mimo utraty majątku, prześladowań, utrudnionego dostępu do edukacji i zatrudnienia przez dwa pokolenia, arystokracja zachowała silną pozycję w kulturze, tak, że ciągle wydaje się wzorotwórcza, jest cool. Ja tego osobiście, jako osoba o konkretnej biografii, wnuczka małorolnych chłopów z Mazowsza, zupełnie nie rozumiem. Jako socjolog przyjmuję wyjaśnienie Zaryckiego – w peryferiach słabych politycznie, rola kapitału kulturowego jest większa niż w centrum – przynosi on większe zyski, łatwiej się go reprodukuje, jest być może najpewniejszym rodzajem kapitału na szarpanych zmianami peryferiach. W Polsce szlachecki i magnacki styl życia stał się w XVI w. hegemoniczny. Jak mówił Małowist, kult spokojnej gospodarskiej satysfakcji pod lipą Jana Kochanowskiego rozwijał się w tym samym czasie, gdy nowymi bohaterami społeczeństw północno-zachodniej Europy stawali się odważni żeglarze, zamorscy kupcy i podróżnicy. Badania niedawno zmarłego Jacka Kochanowicza nad kulturą gospodarczą naszego peryferyjnego kapitalizmu (opisane w artykule pt. „Duch kapitalizmu na peryferiach”) wskazują, że ten wzór dobrego szlacheckiego życia okazał się bezkonkurencyjny przez następnych parę wieków, był atrakcyjny dla awansujących Żydów i chłopów, a nawet dla osiadłych tu Niemców-przemysłowców. Nie ma tak silnego i atrakcyjnego wzorca bycia Polakiem-przedsiębiorcą, fabrykantem, urzędnikiem czy robotnikiem.

To, że tak się nie musiało stać, pokazuje przypadek Rosji, kraju słabego gospodarczo, ale potężnego politycznie, gdzie szlachta utraciła znaczenie.

Zupełnie obce jest mi jednak również podejście, które kwestionuje sens istnienia suwerennej polskiej państwowości, a ociepla za to wizerunek obcych imperializmów. Wydaje mi się ono w gruncie rzeczy naiwne politycznie i szkodliwe. Z badań historyków, politologów i socjologów wynika, że struktury państwowe odegrały ogromną rolę w XIX-wiecznych przemianach modernizacyjnych i tworzeniu podstaw rozwoju gospodarczego na całym Zachodzie. W dotychczasowej historii nie można wskazać żadnego społeczeństwa, które z sukcesem przeszłoby modernizację poza strukturami własnego państwa narodowego. Przywoływany czasem w tym kontekście przykład Czech, najbardziej uprzemysłowionego regionu Imperium Habsburskiego w XIX w., jest o tyle niefortunny, że lokalna ludność czeska odgrywała tam rolę ludu skolonizowanego. To jest wielka debata także o roli kolonializmu dla rozwoju gospodarczego Ameryk, Azji, Afryki. Rozstrzygnięcia są tu polityczne, a nie czysto naukowe. Jestem przekonana, że kolonializm jest zły dla całościowo rozumianego zrównoważonego rozwoju, a państwo narodowe – dobre (jeśli nie wywołuje wojen).

– Leder i Sowa mogliby odpowiedzieć, że nie negują postępowej roli struktur państwa ani na Zachodzie, ani w Polsce. Zauważają jedynie, że w polskim przypadku były to przede wszystkim struktury obcych państw, kolonizatorów. W domyśle: nieprzypadkowo, bo Polacy są niezdolni do samodzielnej modernizacji.

– Przesłanie tych prac nie jest chyba aż tak esencjalizujące, przesądzające o naturze Polaków. To byłoby krzywdzące wobec Sowy i Ledera. Jednak w przesłaniu obu książek jest ta, zupełnie mi obca, niechęć do polskich tradycji politycznych. Państwo jest narzędziem obosiecznym – można wykorzystywać jego struktury na rzecz modernizacji, ale można też blokować przy jego pomocy różne potrzebne zmiany. Warto wziąć jednak pod uwagę to, jaka była polityka europejskich państw narodowych ukształtowanych w epoce nowożytnej, równolegle do przemysłowego kapitalizmu. Wiek XIX to okres kulminacji nacjonalizmu, tj. umacniania państw narodowych. Nacjonalizm rozumiem tu – za Ernestem Gellnerem – jako ideał polityczny, zgodnie z którym granice państwowe pokrywają się z granicami etnicznymi. Jak pokazują badania jego czy Michaela Manna, ukształtowanie się państw narodowych związane było z demokratyzacją: upowszechnieniem praw i wolności obywatelskich, parlamentaryzmu. W dziedzinie gospodarki wiązało się natomiast z protekcjonizmem, patriotyzmem konsumenckim i polityką nastawioną na wspieranie rozwoju rodzimego przemysłu i lokalnej burżuazji. Hasła tak rozumianego nacjonalizmu oraz m.in. postulaty reformy rolnej podnosiły również polskie stronnictwa niepodległościowe.

Widzę, jak nośne i atrakcyjne okazały się tezy Sowy i Ledera, gdy obserwuję moich kolegów humanistów – literaturoznawców i kulturoznawców. Jednak problem z interpretacjami w stylu Sowy i Ledera jest taki, że są kompletnie niefalsyfikowalne, tzn. nie da się ich poprzeć twardymi dowodami ani zweryfikować eksperymentalnie. Są one nie do przyjęcia z perspektywy nauk społecznych i historycznych skoncentrowanych na procesach gospodarczych. Nie można wskazać żadnego kraju na świecie, który rozkwitłby gospodarczo na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci w warunkach innych niż państwo narodowe. Ich wywody historyczne dobrze się czyta, ale mają one cechy samopotwierdzających się interpretacji – trochę jak w psychoanalizie, do której obaj się odwołują. Nawet podważające ich tezy zjawiska i fakty historyczne stają się dla nich ostatecznie potwierdzeniami problematyczności polskiej kultury i państwowości.

– Według narracji popularnych w debacie publicznej ostatnich 25 lat źródeł naszego zapóźnienia należy doszukiwać się przede wszystkim w okresie PRL i w narzuconym Polsce, niewydolnym ekonomicznie ustroju, jakim był realny socjalizm. W swoich pracach przypomina Pani, że strukturalne przyczyny zacofania polskiej gospodarki leżą głębiej. Jak zdefiniowałaby Pani w tym kontekście rzeczywistą rolę PRL-u? Czy był on po prostu – jak dowodzi w innej szeroko dyskutowanej książce ostatnich lat Adam Leszczyński – kolejną, dostosowaną po prostu do określonych realiów geopolitycznych próbą dokonania w naszym kraju modernizacji i przezwyciężenia peryferyjności? Jak widzi Pani bilans tego projektu? Czy przez 45 lat jego trwania zapóźnienie Polski względem centrów systemu światowego pogłębiło się czy zredukowało?

– Stan i poziom debaty nad tą częścią historii, zarówno w publicystyce, jak i w naukach społecznych, od lat 90., kiedy rzeczywiście prymitywne i ahistoryczne ujęcia problematyki zacofania były na porządku dziennym, bardzo się poprawiły. Dziś chyba już nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że PRL-u nie można ocenić jako okresu społeczno-gospodarczego upadku. Oprócz wspomnianej monografii Adama Leszczyńskiego „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” do grona prac, które przyczyniły się do tej zmiany można zaliczyć choćby „Odwieczny naród” Michała Łuczewskiego czy publikacje Tomasza Zaryckiego.

Z mojego punktu widzenia PRL była kolejną, nie pierwszą i nie ostatnią w polskiej historii, próbą przezwyciężenia zacofania. Podobnie jak poprzednie okazał się próbą niezbyt udaną. Wydaje mi się, że niespecjalnie owocne jest dziś zastanawianie się, czy PRL była radziecką kolonią, czy też nie. Badania historyczne okresu powojennego – o ile można zaufać ich konkluzjom, mimo że nie są poparte żadnymi sondażami – wskazują, że wprowadzenie zmian kojarzonych z realsocjalizmem miało poparcie większości obywateli. Mam na myśli takie podstawowe rozstrzygnięcia ustrojowe jak reforma rolna (jedna z najważniejszych niezałatwionych spraw II Rzeczpospolitej), upowszechnienie dostępu do edukacji czy zniesienie tytułów i konfiskata majątków arystokratycznych. Były one zarówno wyczekiwane, jak i potrzebnych z punktu widzenia rozwoju kraju.

– Z drugiej strony mówi się o rysach wspólnych reform powojennych po obu stronach żelaznej kurtyny. Zarówno kapitalistyczny Zachód, jak i komunistyczny Wschód wprowadzały w tamtym okresie powszechne usługi publiczne i nie bały się interwencjonizmu państwowego – zarówno tego prorozwojowego, np. w postaci inwestycji w nowoczesny przemysł, jak i prospołecznego, związanego z ograniczaniem nierówności. Zgodnie z tym „ponadblokowym” podejściem należałoby stwierdzić, że z dwóch modeli opartych na istotnej roli państwa, to ten zachodni okazał się skuteczniejszy i bardziej rozwojowy.

– Intuicja historyczno-socjologiczna podpowiada mi, że europejskie welfare state najprawdopodobniej nie rozwinęłoby się w takim stopniu, gdyby nie istniał konkurencyjny model ustrojowy wspierany przez potężny po wojnie ZSRR. Bez tej presji ideologiczno-propagandowej ze strony bloku wschodniego przesunięcie konsensusu politycznego na lewo i wzmocnienie strony pracowniczej w stosunkach pracy na Zachodzie wydaje mi się mało prawdopodobne. Trzeba pamiętać, że model radziecki jawił się w pierwszych powojennych dekadach jako atrakcyjny, a kompromitacje na tle gospodarczym i politycznym były dopiero przed nim. Ale to oczywiście są tylko spekulacje.

– Równie nieumotywowany i ahistoryczny charakter mają jednak sugestie „polonosceptyków”, zwolenników przeprowadzenia ogólnonarodowej psychoanalizy itd., że bez radzieckiej „czapy” nie przeprowadzilibyśmy w Polsce żadnej modernizacji ani prospołecznych reform. Twierdzą tak, mimo że wszystkie ugrupowania Państwa Podziemnego przesunęły się w okresie wojny i okupacji na lewo pod względem programowym, co odzwierciedlają oficjalne dokumenty wydawane przez Radę Jedności Narodowej i poszczególne stronnictwa.

– To prawda, to także są tylko spekulacje. Świadczy to o fakcie, że stosunek do tej kwestii determinują przede wszystkim tożsamości i światopoglądy polityczno-ideowe. To, co jest jasne, to tyle, że PRL miał swoje ciemne strony zarówno na poziomie politycznym (represje, brak podstawowych wolności obywatelskich), jak i społeczno-gospodarczym. Przemiany w ideologii, propagandzie i praktyce politycznej ówczesnych władz, ich stopniowe odchodzenie od marksizmu w stronę różnie pojmowanego pragmatyzmu, stanowią zresztą świadectwo, że same zdawały sobie do pewnego stopnia sprawę z bankructwa pierwotnych założeń.

– A czy wydaje się Pani, że dla sytuacji rozwojowej regionu istotne znaczenie miała geopolityka, tzn. to, w czyjej strefie wpływów poszczególne kraje lądowały lub na jakie ośrodki się orientowały? W polskim przypadku kwestia wydaje się szczególnie istotna w związku z okresem zaborów.

– Pozycja biednego regionu w ramach bardziej rozwiniętego organizmu politycznego niekoniecznie musi być lepsza niż pozycja silnego gospodarczo regionu w ramach mniej rozwiniętego mocarstwa. Na przykład Wielkopolska miała zdecydowanie bardziej rolniczy charakter niż Kongresówka. Chociaż jednocześnie było to rolnictwo nowocześniejsze, bardziej wydajne, chłopi pracowali w lepszych warunkach i obowiązkowo uczęszczali do niemieckich szkół. Znaczna część najważniejszych zakładów przemysłowych, które powstały na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX w., znajdowała się na terenach zaboru rosyjskiego. Gęstość sieci kolejowej była największa w zaborze pruskim, ale już ich wykorzystanie przez przemysł było większe w rosyjskim.

– Jakie znaczenie w tym kontekście może mieć w przyszłości fakt, że część naszego regionu przyłączyła się w ostatnim 25-leciu do Unii Europejskiej? Czy integracja ze strukturami europejskimi trwale podzieli region pod względem rozwojowym na „Europę Wschodnią dwóch prędkości”?

– Na wejście krajów regionu do Unii Europejskiej trzeba patrzeć jak na kolejną strategię przezwyciężenia zacofania. Jest to oczywiście projekt zupełnie inny niż realny socjalizm. Upodabnia je do siebie jedynie fakt, że oba są oparte na imitacji pewnego gotowego modelu, a nie wytworzone lokalnie w sposób autonomiczny. Tyle że tym razem przywieziono nam rozwiązania w teczkach bez wsparcia bagnetów i policji politycznej. Oczywiście jest to różnica zasadnicza, ale problem z modelami z importu polega na tym, że niekoniecznie zakorzenione są one w realnych potrzebach tutejszych społeczeństw. Jest za wcześnie, żeby orzec, na ile projekt unijny jest udany z perspektywy jego wschodnioeuropejskich uczestników. Jeśli jednak porównamy dzisiejszą sytuację członków Unii w naszym regionie z krajami, które do Unii nie weszły, to odnosi się wrażenie, że akcesja w każdym niemal przypadku była korzystna.

– A czy dostrzega Pani jakieś negatywne dla krajów naszego regionu skutki uboczne wejścia do Unii lub spodziewa się, że z czasem mogą się one ujawnić?

– Przez ostatnią dekadę zajmowałam się przede wszystkim problematyką międzynarodowych migracji, bo wydaje mi się, że ogniskuje ona w sobie wiele problemów i wiele aspektów globalnych zależności. Od 200 lat migracje stanowią jeden z najbardziej podstawowych i zarazem najpewniejszych wskaźników peryferyjności w ramach świata kapitalistycznego. Ludzie migrują w poszukiwaniu pracy i zarobku z krajów biedniejszych do bogatszych, z peryferyjnych do centralnych. Zdarzają się przypadki odmienne, jak migrujący pracownicy korporacji, którzy są delegowani z centrum do obejmowania stanowisk w krajach peryferyjnych, ale główny strumień migracji to migracje zarobkowe.

Myślę, że migracje są też jedną ze sfer, z którymi wiązać się może sporo napięć i niebezpieczeństwo pojawienia się skutków ubocznych. Migracje, które miały spełniać w europejskim systemie funkcję swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, w praktyce okazują się dla obywateli najmłodszych i zarazem najbiedniejszych państw członkowskich osobną strategią radzenia sobie z peryferyjnością w ramach elitarnego klubu Unii Europejskiej. I jako strategia łatwo okazać się mogą półśrodkiem – swego rodzaju „zapchajdziurą” budżetów domowych i krajowych, prowadzącą jednocześnie do rozpowszechnienia zjawiska pracy poniżej kwalifikacji, problemów demograficznych czy choćby do załamania się systemów emerytalnych, nie przyczyniając się przy tym do długotrwałego rozwoju.

– Jak i na ile Pani zdaniem zmieniła się sytuacja, jeśli chodzi o uznanie i rozpoznanie w głównym nurcie debaty publicznej i naukowej problematyki globalnych zależności czy też podziałów centroperyferyjnych? Wspominała Pani, że monografia „Zrozumieć zacofanie” powstała do pewnego stopnia w kontrze do ducha czasów i atmosfery, jaka panowała wówczas w polskich naukach społecznych.

– Gdy pisałam pierwszy artykuł dotyczący kwestii pozycji Europy Wschodniej wobec Zachodu w połowie lat 90. („Tu, Tam – pomieszanie”; ukazał się w „Studiach Socjologicznych” w 1997 r.), miałam wrażenie, że poruszam się po terenach nierozpoznanych, niemal pustych. W tym czasie ukazały się prace o zbliżonej tematyce, w tym autorstwa wybitnych i znanych socjologów – Jacka Kochanowicza, Jadwigi Staniszkis czy Witolda Morawskiego. Moja koleżanka z tej samej grupy badaczy peryferyjności, Agnieszka Kolasa-Nowak, która bada dyskurs transformacyjny, twierdzi, że autentyczny przełom nastąpił w okolicach połowy pierwszej dekady XXI w. Być może wynikało to z zachodzącej stopniowo zmiany pokoleniowej. Inne wyjaśnienie Kolasy to zmiany świadomości po wejściu do Unii Europejskiej, co oznaczało – także dla socjologów – konfrontację z jej realnością. Europa przestała być wtedy mitycznym tworem i odległym celem. Moja książka wyszła akurat w momencie wejścia do Unii Europejskiej, wiosną 2004 r. Jednak poza środowiskiem naukowym wzbudziła zainteresowanie bodaj wyłącznie w środowiskach radykalnej lewicy, które doceniły poważne (nawet jeśli krytyczne) potraktowanie tezy kolonialnej przez kogoś spoza własnego grona. Wydaje mi się, że prawdziwy przełom w dyskursie publicznym następuje dopiero teraz, w drugiej dekadzie XXI w., wraz z ukazywaniem się wspomnianych książek Sowy, Ledera, Leszczyńskiego czy Łuczewskiego. Cieszy przy tym fakt, że debata o peryferyjności Polski i jej regionu oraz o strategiach jej przezwyciężania wyszła poza nisze tego czy innego obozu politycznego.

– A jak jest z wychodzeniem tej tematyki z niszy akademickiej i przebijaniem się do szerszej publiczności?

– Mam wrażenie, że ten proces również ma miejsce. Patrząc na to odrobinę cynicznie, można by podejrzewać, że ma on związek z faktem, iż problemy społeczne związane z aktualnym etapem rozwoju globalnego kapitalizmu oraz naszej pozycji w tym systemie zaczęły dotykać także wpływowych, opiniotwórczych grup pochodzących z klasy średniej – włącznie z pracownikami mediów, naukowcami, publicystami. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak bezrobocie wśród osób z wyższym wykształceniem, problem umów śmieciowych, a ostatnio problemy kredytobiorców. Gdy pisałam „Zrozumieć zacofanie”, te zjawiska były niemal nieobecne. Klasa średnia w powszechnym – a także własnym – mniemaniu była wielką beneficjentką reform rynkowych i czuła, że duch historii jest po jej stronie. A problemy społeczne, określane wdzięcznie mianem „patologii”, miały być niemal wyłączną domeną środowisk robotniczych, chłopskich, PGR-ów i małych miasteczek. Bardzo dobrze pamiętam – i z goryczą wspominam w kontekście obecnej debaty nad pomocą państwa dla zadłużonych we frankach – protesty zadłużonych rolników zorganizowanych przez Leppera. Media im wtedy nie współczuły, mimo że ich sytuacja była bezpośrednią konsekwencją polityki pieniężnej prowadzonej przez państwo. Zgodnie z liberalnymi dogmatami twierdzono, że setki obywateli same są sobie winne, bo gdy się bierze kredyt, to trzeba się liczyć z ryzykiem. Oczywiście ten nieproporcjonalny wpływ klasy średniej na debatę publiczną i politykę to nie jest tylko polska przypadłość. Od kilku lat zajmuję się badaniami nad społeczeństwem amerykańskim i mogę powiedzieć, że tego typu mechanizmy funkcjonują również tam. Jeśli jakiś problem dotyka klasy średniej, wykształconej, mającej dostęp do mediów, będącej w stanie sformułować i wyartykułować w atrakcyjny sposób swoje postulaty, nagłośnić je i wzbudzić współczucie opinii publicznej, wtedy wchodzi on do mainstreamu.

– Krytykuje Pani podejście, które definiuje polskie wyzwania modernizacyjne w kategoriach „doganiania Zachodu”, ale sama używa Pani w swoich pracach pojęcia „zacofanie”, które wydaje się pochodzić z tego samego rejestru, stosowanego niejednokrotnie do uzasadniania z jednej strony imitacji, a z drugiej quasi-kolonialnej interwencji. Dlaczego?

– Rozumiem, że chodzi o to, iż termin „zacofanie” czy „zapóźnienie” kojarzy się z ewolucjonistycznym, liniowym sposobem myślenia o rozwoju: że są jakieś etapy wspólne dla wszystkich społeczeństw, jest przód i tył. Tak rzeczywiście jest, ma prawo tak się ewolucjonistycznie kojarzyć, ale nie mamy lepszego słownika. Wybrałam słowo „zacofanie” na oznaczenie słabości gospodarczej kraju lub regionu i używam go opisowo, bez tej ewolucjonistycznej interpretacji. Zależność, peryferyjność, opóźnienie – to już konkretne interpretacje przyczyn zacofania. Słabość gospodarcza to z kolei pojęcie zbyt szerokie, nie skłaniające do pytań o kontekst systemowy. Choć z grubsza o to po prostu chodzi: zacofanie to względna – wobec centrum – słabość. Pamiętam, że gdy przedstawiałam swoją książkę kolegom z New York University – to byli w większości socjologowie kultury i socjologowie edukacji – w dyskusji pojawiło się skojarzenie, które mnie dotknęło: Aha, zacofanie, rozumiemy, to coś jak „kultura biedy”. „Kultura biedy” jest zaś określeniem, którego używa się w amerykańskim dyskursie publicznym do wyjaśniania nędzy Portorykańczyków czy Afro-Amerykanów w sposób, który zakłada winę, a przynajmniej pewną wrodzoną niezdolność tych nędzarzy do bycia kimś innym. Uświadomiłam sobie wtedy, że mówienie na Zachodzie o wschodnioeuropejskim zacofaniu może mieć inne implikacje niż u nas.

Co możemy powiedzieć, nie brnąc w żargon, jakich słów użyć, żeby diagnoza sytuacji była dla nas jednocześnie mobilizująca do rozwoju, żeby nie wpędzała nas w kompleksy, a Zachodu nie utwierdzała w jego stereotypach na nasz temat? Możemy z tych dylematów wybrnąć tylko nazywając rzecz po imieniu. Lubię używać w tym kontekście anegdoty ze świata sztuki: polski reżyser teatralny, Cezary Tomaszewski, wystawił w 2009 r. w Wiedniu sztukę opartą na operetce „Wesoła wdówka” Franza Lehara. W rolach głównych obsadził cztery polskie sprzątaczki, naturszczyczki, choć niektóre miały za sobą studia wyższe. W finale sztuki ubrał je w futra z norek – wbrew rekomendacji ambasady RP, sponsorującej przedstawienie. W Wiedniu panował bowiem stereotyp na temat polskich sprzątaczek, jakoby przeznaczały swoje pierwsze zaoszczędzone pieniądze na futra. Wydaje mi się, że jako socjologowie z kraju peryferyjnego też musimy te metaforyczne norki założyć, mówić o naszych krajach poprzez doświadczenia sprzątaczek, a nie ukrywać się za poezją Miłosza i muzyką Pendereckiego. To muszą robić politycy i dyplomaci.

– A jak zmieniał się w ostatnich dekadach obraz Europy Wschodniej na Zachodzie? Na ile kwestia jej peryferyjności była tam zauważana?

– W światowych naukach społecznych teza o kolonialnym charakterze relacji naszego regionu z Zachodem ma się bardzo dobrze, jeśli nie jest wręcz dominująca. Podejście kolonialne było tam poważnie traktowane nawet w latach 90., gdy tak trudno było przekonać do niego polskich kolegów i koleżanki, przebić się z nim na uczelniach i w mediach. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie reakcje zachodnich odbiorców na moje referaty, gdy okazywało się, że rzeczy niezwykle kontrowersyjne w polskim kontekście, są np. w USA trochę wyważaniem otwartych drzwi. Dla tamtejszych nauk historycznych jednym z podstawowych punktów odniesienia w myśleniu o naszym regionie był i pozostaje do dziś Witold Kula. Na konferencjach i stypendiach na Zachodzie zorientowałam się, że to, co dla europejskich badaczy jest w Europie Wschodniej najbardziej interesujące, to skutki liberalnych reform dla struktury tutejszych społeczeństw – powstanie miejskiej podklasy, problem strukturalnego bezrobocia czy sytuacja w byłych PGR-ach. Czyli dokładnie te sprawy, od których polska socjologia uciekała.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozwój dla wszystkich – rozmowa z prof. Ladislauem Dowborem

– Ma Pan dość niezwykły życiorys: syn uciekinierów z Polski czasów wojennych i ważna postać brazylijskiego życia publicznego, znawca myśli Oskara Langego i Michała Kaleckiego i lewicowy partyzant o pseudonimie Jamil, dowódca i główny ideolog Ludowej Awangardy Rewolucyjnej w czasach rządów wojskowej junty, powszechnie szanowany profesor ekonomii, jeden z doradców prezydenta Luli da Silvy… Jak stał się Pan rewolucjonistą? Czy to była kwestia idei czy charakteru i usposobienia? I dlaczego z czasem przestał Pan nim być, przesuwając się na pozycje reformistyczne?

Prof. Ladislau Dowbor: Działalność wywrotowa, rewolucyjna, to nie był wybór podyktowany ideologią. Zadecydowało połączenie wielu czynników: wartości przekazywanych mi przez rodzinę, wstrząsającej biedy i nierówności, z jakimi zetknąłem się w Recife, gdzie zamieszkałem po przybyciu do Brazylii… Przystąpienie do partyzantki było w tamtym czasie w Brazylii jedynym sposobem wyrażenia sprzeciwu wobec władzy junty, jako że wszelka pokojowa działalność opozycyjna – czy to polityczna, czy związkowa – była brutalnie tępiona, a morderstwa działaczy i tortury były na porządku dziennym. Jako że charakter naszej dyktatury był charakterystyczny dla Ameryki Łacińskiej i par excellence prawicowy – generałów wspierali bowiem lokalni oligarchowie, wielki międzynarodowy kapitał i Stany Zjednoczone – to odruch opozycyjny w naturalny sposób przybierał raczej lewicową formę. Podjęliśmy więc walkę zbrojną, która poniosła miażdżącą klęskę w obliczu przeważających sił wojska i policji politycznej. Sam byłem dwukrotnie więziony i torturowany, za drugim razem wyszedłem z trudem, wymieniony na porwanego przez współtowarzyszy ambasadora Niemiec. Wtedy czułem już, że nasza walka nie ma perspektyw, a jej koszty są zbyt duże. Z więzienia przewieziono mnie do samolotu i wysłano do Algierii. Jakiś czas zabiegałem o kontakt z organizacją, czułem jednak, że sprawa jest coraz bardziej beznadziejna. W końcu zdecydowałem się na wyjazd do Europy na studia. Byłem w Szwajcarii na studiach dla bankierów, później na warszawskim SGPiS-ie, zrobiłem doktorat. Kiedy trafiłem do kraju w połowie lat 80., po tym jak junta oddała władzę, w naturalny sposób wróciłem do pracy na uniwersytecie.

– Czyli w momencie, gdy dyktatura przestała istnieć, rewolucyjne metody przestały mieć dla Pana rację bytu?

– Zgadza się. Byłem rewolucjonistą w czasach dyktatury, ale nie widziałem powodów, żeby nim pozostawać w systemie demokratycznym. Pojawiło się bowiem bardzo wiele innych możliwości działania politycznego. Można było zakładać partie polityczne, związki zawodowe, uprawiać pracę organiczną, uczyć na uniwersytecie w sposób nieskrępowany. Jacyś rewolucjoniści jeszcze się w Brazylii ostali, ale zdecydowana większość dawnych partyzantów wolała w nowych warunkach działać metodami pokojowymi. Oprócz czynnika, jakim była dyktatura, trzeba pamiętać też o tym, że nasza walka przypadła na szczególny okres, lata 60. i 70. – czas wojny w Wietnamie, maja ’68 i rozkwitu rewolucyjnych ruchów narodowowyzwoleńczych i lewicowych na całym świecie, zwłaszcza w Ameryce Południowej i Afryce. To był taki czas. Ludzie, którzy nie chcieli albo nie potrafili podporządkować się uciskowi i represjom, którzy próbowali coś we własnych krajach, na miarę swoich możliwości, zmienić, w naturalny sposób odwoływali się do symboliki i metod rewolucyjnych. Jeśli przyjrzymy się obecnej scenie politycznej czy organizacjom pozarządowym, to zobaczymy, że niemało aktywnych dziś ludzi i środowisk zaczynało działalność w strukturach opozycyjnych czasów dyktatury. Dotyczy to także samego Luli, który działał w ruchu związkowym, oraz jego następczyni, Dilmy Rousseff, która podobnie jak ja walczyła w partyzantce. A cele pozostają wciąż te same: demokratyzacja rządów i gospodarki, zmniejszenie nierówności społecznych oraz ochrona środowiska naturalnego.

– Czy wierzy Pan w demokratyczny socjalizm? A może uznaje się Pan dziś za pragmatyka niezwiązanego z żadną ideologią?

– Na pewno czuję się związany z demokratycznym socjalizmem, uważam, że to zasadniczo jest dobre podejście. Chociaż wolę dziś używać nieco konkretniejszego pojęcia demokracji ekonomicznej. Wiąże się to z przekonaniem, że w dzisiejszych realiach do osiągnięcia pełnej demokracji nie wystarczy głosowanie raz na cztery lata. Cały system międzynarodowy, który ma gigantyczny wpływ na nasze życie, pozostaje wówczas nieuregulowany. Wielkie koncerny czy banki dysponują środkami, dzięki którym mogą wpływać na przebieg i wyniki wyborów, zniekształcając wolę narodów. Mamy więc przed sobą wielkie wyzwania. Potrzebujemy nowego ładu i nowych instytucji, które będą chronić i poszerzać sferę demokracji. Potrzebujemy mediów, które będą rzetelnie informować, oraz nowych form podejmowania i konsultowania decyzji dotyczących wspólnie wypracowywanych zasobów, które będą gwarantować zaspokajanie najbardziej palących potrzeb społecznych.

– Jest Pan najbardziej znany z doradzania Luli, prezydentowi, który w ogromnej mierze przesądził o kształcie współczesnej Brazylii, ale doradzał Pan wielu rządom państw rozwijających się, politykom europejskim, był Pan ekspertem przy ONZ. Jak to się stało, że w latach 80. i 90., a więc czasie największych triumfów ideologii rynku, udało się Panu przebić do mainstreamu z ideami tak „heretyckimi” jak np. regulacje działań międzynarodowego kapitału?

– Pracowałem w tym czasie przede wszystkim w krajach afrykańskich, jak Angola, Gwinea-Bissau, Republika Zielonego Przylądka czy RPA po przejęciu władzy przez Mandelę. Były to kraje specyficzne, o nieortodoksyjnym i postępowym spojrzeniu na różne kwestie. Zaprosili mnie do siebie, za pośrednictwem ONZ-u, także np. sandiniści z Nikaragui. Moimi atutami była znajomość języków, zainteresowania związane z ekonomią rozwoju, ale także pragmatyzm – przekonanie, że to lokalne uwarunkowania i potrzeby, a nie przyjęty z góry abstrakcyjny model, muszą mieć decydujący wpływ na wybór rozwiązań. Podobne otwarte podejście przyjąłem już w Brazylii.

– A czy interesował się Pan w tym okresie przemianami, do jakich dochodziło w Europie Wschodniej? A jeśli tak, to czy myśli Pan, że była tu możliwa inna droga, inny model transformacji?

– Na początku lat 70. wyszedłem z więzienia i wkrótce potem przyjechałem do Polski studiować. Razem ze mną przyjechała moja żona, Fatima. W Warszawie, w szpitalu przy ul. Madalińskiego, urodził się mój pierwszy syn. Obserwowaliśmy, jak bardzo Polacy są niechętni systemowi, jak bardzo narzekają, ale przyznam, że nie bardzo wtedy rozumieliśmy dlaczego. Nie rozumieliśmy gloryfikowania Zachodu, wyobrażenia, że po tamtej stronie żelaznej kurtyny jest jakiś raj na ziemi. Z kolei Polacy często nie rozumieli nas i doświadczeń ludzi, którzy zaznali życia w biedniejszej, mniej demokratycznej części tego „raju”. Dla nas kapitalizm to był system, który ojca Fatimy skazał na więzienie za to, że uczył biednych czytać i pisać, a socjalizm to było to, o co walczyliśmy. Ale Polakom socjalizm kojarzył się z niesprawiedliwością i opresją. Spędziliśmy w Polsce trzy lata, podczas których bardzo uważnie śledziłem tutejszą politykę i rozmaite rozwiązania systemowe. I np. do dziś uważam, że opieka zdrowotna była w PRL-u naprawdę przyzwoicie zorganizowana, że był niemal powszechny dostęp do kultury (w tym kultury wysokiej), że szkolnictwo wyższe i nauka były na bardzo dobrym poziomie. O wielu rozwiązaniach z tych obszarów dyskutowaliśmy potem w Brazylii, a nierzadko się nimi inspirowaliśmy – choćby programami profilaktyki medycznej.

– Czy po wyjeździe z Polski obserwował Pan jeszcze Europę Wschodnią? Jak reagował Pan na rozwój wypadków: powstanie opozycji demokratycznej, a potem „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego i wreszcie, na przełomie lat 80. i 90. neoliberalną terapię szokową?

– Uważałem, że Polska potrzebuje z całą pewnością reform, zarówno gospodarczych, jak i politycznych: uwolnienia przedsiębiorczości, ograniczenia biurokracji, poszerzenia praw obywatelskich. Ale nie sądziłem, że cały system, cały dorobek PRL nadaje się tylko do wyrzucenia na śmietnik. I chyba dalszy rozwój wydarzeń przyznał mi rację. Przed kilkoma dniami ukazał się świetny artykuł Amartyi Sena, w którym pokazuje on, jak zbawienne skutki społeczne i ekonomiczne ma powszechny i bezpłatny dostęp do służby zdrowia. Istnieją oczywiście sfery, którym służy konkurencja rynkowa. W zdrowej gospodarce jest miejsce zarówno dla sektora publicznego czy spółdzielczego, jak i prywatnego. Rzecz w tym, żeby nie traktować wszystkich obszarów życia społecznego i gospodarczego jedną ideologiczną sztancą, do czego tendencję miał zarówno fundamentalizm typu sowieckiego, jak i „eksperci” rodem ze szkoły chicagowskiej. Istnieją sfery, takie jak edukacja, zdrowie, bezpieczeństwo czy komunikacja, które powinny pozostać pod kontrolą publiczną. Nie ma natomiast najmniejszej potrzeby, żeby to samo dotyczyło produkcji ubrań, otwarcia baru, piekarni czy zakładu fryzjerskiego.

– Pytanie jednak, czy w tamtym konkretnym momencie historycznym w reformującej się Europie Wschodniej możliwe było do przyjęcia takie zdroworozsądkowe podejście. W polskiej debacie na ten temat, także wśród części komentatorów o lewicujących poglądach, powszechne jest przekonanie, że slogan Margaret Thatcher „There is no alternative”, nawet jeśli niesłuszny, był prawdziwy w odniesieniu do warunków, w jakich znalazł się nasz region, że presja lobby konsensusu waszyngtońskiego była zbyt silna, by się jej przeciwstawić, a nastroje społeczne sprzyjały terapii szokowej.

– Jestem przekonany, że alternatywa istniała i istnieje niezależnie od tych okoliczności. Uczyłem się ekonomii w Polsce i w Szwajcarii, a potem projektowałem i obserwowałem z bliska realizację różnego typu reform – w krajach socjalistycznych i kapitalistycznych, bogatszych i biedniejszych. Dzięki temu zrozumiałem, że można przeprowadzać mądre zmiany niezależnie od okoliczności. Jeśli oparcie się wyjątkowo silnej presji międzynarodowego kapitału i instytucji finansowych było możliwe w wielu krajach Afryki czy Ameryki Łacińskiej, to nie widzę powodu, żeby nie dało się pomyśleć w Europie Wschodniej.

– Czy zgadza się Pan z poglądem, że konsensus międzynarodowy przesuwa się obecnie na lewo? Czy o czymś świadczy np. fakt, że tacy ludzie, jak Jeffrey Sachs czy George Soros, którzy eksportowali neoliberalne rozwiązania do świata postkomunistycznego, albo instytucje takie jak Bank Światowy deklarują dziś zaniepokojenie problemem światowych nierówności i rewidują część dawniejszych dogmatów? Czy też mamy do czynienia jedynie z pewną zmianą retoryki, która w praktyce łączyć się będzie z zabiegami, by zmieniło się jak najmniej?

– Jako uczestnik różnego rodzaju międzynarodowych debat i konferencji ostatnich dekad, poczynając od Szczytu Ziemi, który odbył się w 1992 r. w Rio de Janeiro, mam wrażenie, że rzeczywiście tworzy się nowy konsensus. Mamy do czynienia z dwoma ogromnymi problemami o globalnym charakterze, których nie sposób ignorować. Po pierwsze: nierówności społeczne. Niedawno ukazał się raport Oxfamu na ten temat, który w sposób wiarygodny wykazuje, że 80 najbogatszych dysponuje dziś większym majątkiem niż cała biedniejsza połowa świata, 3,5 mld ludzi. A trend jest wciąż negatywny. I wszyscy, niezależnie od ideologii, zdają sobie sprawę, że system, który prowadzi do tak głębokich nierówności, jest nie do utrzymania, że on zmierza do samozagłady. 800 mln ludzi głoduje, z czego 200 mln to dzieci. 1,3 mld ludzi nie ma dostępu do elektryczności. Potrzebujemy odwołać się do doświadczenia 30-lecia powojennego, kiedy szybki rozwój łączył się z niwelowaniem nierówności i włączaniem mas ludzi do systemu. Dziś konieczne jest zrealizowanie tego typu przedsięwzięcia w skali globalnej.

– A drugi problem?

– Degradacja środowiska. Wymierają kolejne gatunki, szczególnie dramatyczna jest sytuacja oceanów. Warto zwrócić uwagę na wstrząsające dane zgromadzone w ostatnim raporcie WWF: od roku 1970 do 2010 poziom bioróżnorodności na naszej planecie spadł o ponad 50 proc.! Co roku tracimy ponadto ok. 70 tys. kilometrów kwadratowych żyznej ziemi. Wycinamy lasy równikowe w Indonezji, w Afryce, u nas w Brazylii. Problemy społeczne i ekologiczne nakładają się na siebie. Nie możemy zapewnić trwałego i zrównoważonego rozwoju, jeśli połowa ludzkości nie będzie miała zasobów umożliwiających dostęp do podstawowych dóbr i usług. Nie mamy jeszcze na te zjawiska łatwych odpowiedzi, ale wiemy, że nie możemy się im dłużej przyglądać bezczynnie.

Niedawno ukazał się raport UNEP-u (Program Środowiskowy ONZ), według którego łączna wartość światowych rynków finansowych wynosi ponad 300 bln dolarów, podczas gdy wartość wypracowywana przez całą ludzkość w ciągu roku to nieco ponad 70 bln. Takiej skali sumami obraca to globalne kasyno w czasie, w którym potrzebujemy tych zasobów – bardziej niż kiedykolwiek – żeby zasypać gigantyczne dysproporcje w rozwoju i stanie posiadania między ludźmi i narodami oraz inwestować w nowe technologie, które pozwolą powstrzymać degradację środowiska. Jednocześnie, za sprawą rozwoju mediów, coraz większa jest świadomość nierówności w tej biedniejszej części świata. Ludzie żyjący w nędzy odczuwają swoje położenie bardziej dotkliwie niż kiedykolwiek oraz czują, że mają prawo żądać zmian, walczyć o lepszą jakość życia, której im się odmawia. Z drugiej strony świadomość rośnie także po stronie beneficjentów obecnego ładu. Świadectwem może być tu fakt, że wspomniany już raport Oxfamu o nierównościach ma zostać oficjalnie zaprezentowany na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Jeszcze kilka lat temu podobne diagnozy można było usłyszeć co najwyżej w Porto Alegre… System pęka na całym świecie – tzw. arabska wiosna i inne masowe wystąpienia ostatnich lat, a z drugiej strony np. światowy terroryzm, to tylko jedne z bardzo wielu symptomów tego procesu. Amerykanie określają go mianem slow-motion catastrophe, katastrofą w zwolnionym tempie. Jasne jest, że próby izolowania świata zachodniego od tej katastrofy, symbolizowane przez mury graniczne między USA a Meksykiem czy Izraelem a Palestyną albo przez działania europejskiego Fronteksu w basenie Morza Śródziemnego, na dłuższą metę nie stanowią żadnej odpowiedzi i skazane są na porażkę. Musimy podjąć wspólny wysiłek na rzecz zmiany dotychczasowego modelu rozwoju.

– A czy ten nowy model przyjdzie według Pana właśnie od góry – ze strony organizacji międzynarodowych, w wyniku zmiany konsensusu w świecie naukowym i politycznym – czy może od dołu, od nowych ruchów społecznych?

– W jednym z artykułów, który napisałem wspólnie z francuskim ekonomistą polskiego pochodzenia Ignacym Sachsem i Carlosem Lopesem, dyrektorem Instytutu ONZ ds. Badań i Szkoleń, zwracamy uwagę na fakt, że dalsze pogłębianie się kryzysu jest dziś niebezpieczne dla wszystkich, od świata finansów poczynając, na obywatelach krajów Globalnego Południa kończąc. Świat międzynarodowej polityki jest podzielony i chaotyczny, brakuje mu narzędzi do rozwiązywania problemów o charakterze globalnym. Jak mówią politolodzy, mamy tu do czynienia z luką w systemie zarządzania (governance gap). Za rozwiązywanie problemów globalnych próbują się brać różnorakie gremia reprezentujące najbogatszych i najbardziej wpływowych, w rodzaju G8 czy G20. Ale z problemami naprawdę globalnymi, o których tu mówię, nie uporamy się, dopóki nie dojdzie do ustaleń w gronie G193 i dopóki nie stworzymy narzędzi do skutecznego wdrażania tych ustaleń. Jednocześnie ludzie, których dotykają te problemy albo ich konsekwencje, coraz silniej reagują na nie oddolnie, ponieważ widzą, że nie mają wpływu ani na swoją własną sytuację, ani na podejmowane „na górze” ustalenia dotyczące przyszłości świata. „Na górze” pojawiają się jednak nowe tendencje, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom wyrażanym przez nowe ruchy społeczne. Bardzo wyraźne jest to chociażby w świecie nauk ekonomicznych – zaczęło się od jednostek, takich jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman czy Thomas Piketty. Dziś na całym świecie mnożą się wpływowe środowiska i instytucje: we Francji Alternatives Économiques, w Wielkiej Brytanii New Economics Foundation, w Stanach Real World Economics, w Indiach prężne środowisko tworzy wokół siebie Deepak Nayyar. I między tymi przemianami świadomości „na górze” i „na dole” wytwarza się z czasem synergia.

– Wielu przeciwników nieskrępowanego kapitalizmu wypatrujących „innej polityki”, która mogłaby zainspirować zmiany na całym świecie, z nadzieją spogląda na Brazylię. Ten największy kraj Ameryki Łacińskiej za pomocą mądrze zaprojektowanych programów społecznych w ostatniej dekadzie włączył do życia gospodarczego i politycznego miliony wykluczonych obywateli, pokazując, że zrównoważony rozwój nie jest tylko sloganem. Czym tłumaczy Pan wyjątkowy na tle wielu innych prób prowadzenia alternatywnej polityki gospodarczej sukces Brazylii pod rządami Luli?

– Źródłem skuteczności Luli była jego ostrożność. Od początku wiedział, że jeśli chce dokonać prawdziwej zmiany, a nie tylko zostać kolejną kultową figurą romantycznego rewolucjonisty, nie może rzucać się do realizacji wszystkich swoich celów na raz. Prawica i stojące za nią grupy interesu były i pozostają bowiem silne – mają znaczące wpływy w parlamencie, decydujące w regionach i w sądownictwie. Pod kontrolą oligarchii pozostają najważniejsze media. Brazylijska lewica pamięta też o doświadczeniach 1964 r., kiedy to prezydent João Goulart usiłował przeprowadzić reformę rolną oraz podwyższenie płacy minimalnej – i przypłacił to wojskowym zamachem stanu. Dlatego zarówno Lula, jak i jego następczyni Dilma, przyjęli strategię „pozycyjną”. Utrzymują tyle przywilejów brazylijskiej elity finansowej, ile muszą, aby przeprowadzać najgłębsze zmiany, na jakie w danym momencie mogą sobie pozwolić. Dobrą ilustracją tego sposobu działania jest brazylijskie powiedzenie: żeby przeprowadzić bydło przez rzekę, trzeba zabić kilka krów i dać piraniom na pożarcie. Wtedy wszystkie piranie rzucają się na zabite krowy i reszta stada może bezpiecznie przejść na drugą stronę. Naszej oligarchii trzeba było dać dość dużo, żeby pozwoliła na reformy. Bilans pierwszej kadencji rządów Luli to było 5 proc. wzrostu dochodów najbogatszych i 10 proc. – najbiedniejszych. Gdy wziąć pod uwagę wyjściową stopę życiową tych ostatnich, nie był to może jeszcze do końca ten zrównoważony rozwój, o jakim Lula marzył, ale najważniejsze, że dysproporcja malała, postęp był rzeczywisty, a jednocześnie oligarchia wciąż zarabiała, więc nie mogła zanadto narzekać.

Drugą rzeczą, która pomogła nam w osiągnięciu sukcesu, było uświadomienie sobie prostego faktu, że zmiana sytuacji najbiedniejszych to nie jest wcale kwestia niebotycznych pieniędzy. Bo o ile komuś, kto zarabia 20 tys. dolarów, dodatkowe 3 tys. nie zrobią wielkiej różnicy, o tyle dla kogoś, kto miesięcznie ma 200 dolarów, kolejne 200 oznacza ogromną poprawę jakości życia. Dzieci w tej rodzinie będą się lepiej odżywiać i lepiej uczyć, a w odleglejszej przyszłości ta biedniejsza część nowej generacji będzie bardziej produktywna. Nie mówimy tu o jakichś szaleństwach ideologicznych – to są naprawdę kwestie elementarnego rozsądku.

– W związku z tym, co powiedział Pan o chwiejnej w gruncie rzeczy pozycji lewicowej władzy w systemie, rodzi się pytanie: na ile trwałe są zdobycze rządów Luli i Dilmy, a na ile mogą być w kolejnych kadencjach łatwo cofnięte?

– Sytuację polityczną w Brazylii należałoby określić mianem chwiejnej równowagi między prawicą a lewicą. To, co dla nas szczególnie niepokojące, to coraz bliższe kontakty prawicowej inteligencji młodego pokolenia z czterema oligarchicznymi „familiami”, które kontrolują w Brazylii najważniejsze kanały telewizyjne (organizacyjną bazą ich zbliżenia jest m.in. potężny think tank Instituto Millenium). Stąpamy po cienkim lodzie. Do tej pory koncentrowaliśmy się na reformach, które dla prawicy i wielkiego biznesu były neutralne albo wręcz pozytywne, a to oznacza, że największe wyzwania są jeszcze przed nami. Na przykład doprowadzenie elektryczności do 2 mln gospodarstw domowych, które były od niej odcięte, to wielki sukces z perspektywy równościowej, ale jednocześnie dla wielkiego biznesu oznacza to zysk, bo na rynku pojawiają się nowi konsumenci, którzy kupują różnego rodzaju sprzęt. W tym samym czasie niezmieniony pozostaje np. de facto degresywny system podatkowy. Pilnej racjonalizacji wymaga też skartelizowany system finansowy. Zaciągnięcie debetu wiąże się dziś np. z odsetkami wysokości 180 proc. Jeśli nawet minimalnie przekroczę swój limit kupując coś przy pomocy karty kredytowej, bank może nałożyć na mój dług oprocentowanie na poziomie kilkuset proc. Trzecią reformą, którą trzeba przeprowadzić, a wobec której prawica stawiać będzie gigantyczny opór, jest reforma prawa wyborczego. W roku 1997 poprzednik Luli, prezydent Cardoso, wprowadził zapisy umożliwiające bezpośrednie finansowanie kampanii wyborczych przez prywatne przedsiębiorstwa. I w efekcie nasz parlamentaryzm jest doszczętnie skorumpowany – nie ma dziś w zasadzie deputowanego, który nie byłby wynajęty przez którąś z wielkich grup finansowych, koncernów rolnych lub firm deweloperskich. Nie ma autentycznej reprezentacji obywateli, a bez tego nie może się utrzymać żaden system demokratyczny. Tego samego doświadczają Amerykanie, u których kilka lat temu wprowadzono podobne prawo. Moi amerykańscy przyjaciele śmieją się, że ten system daje nam the best government money can buy, najlepszy rząd, jaki można kupić. Napięcie polityczne w Brazylii będzie w najbliższym czasie rosło, bo po stronie lewicy rośnie determinacja, żeby przejść do etapu przeprowadzania zmian strukturalnych. A reakcja prawicy na próby naruszenia któregoś z elementów status quo będzie z całą pewnością bardzo stanowcza. Myślę, że dojdzie do próby impeachmentu Dilmy.

– Sądzi Pan, że obóz prezydencki jest wciąż za słaby, by dokonać trwałych, strukturalnych zmian?

– Siły są skromne. Ale mam nadzieję, że się uda. Jednym z kluczy do sukcesu byłyby demokratyzacja i decentralizacja systemu komunikacji i mediów. Obecny układ, w którym kluczowe media są pod kontrolą czterech rodzin, jest według mnie nie do utrzymania na dłuższą metę. Każdy stan Brazylii powinien dysponować własnymi mediami regionalnymi, co jest wskazane nie tylko ze względu na pragmatykę polityczną, ale też na fakt, że Brazylia jest krajem nie tylko bardzo dużym, ale także znacznie zróżnicowanym społecznie i kulturowo. Ale są też pozytywne czynniki, przede wszystkim poczucie, że nie jesteśmy sami, bo do zmian dochodzi w całym regionie – od Wenezueli, przez Boliwię, po Chile, Argentynę i Urugwaj – w każdym kraju na miarę jego możliwości i potrzeb. Odczuwamy, że w jakimś sensie historia jest po naszej stronie – bo jak inaczej wytłumaczyć drugą wygraną Dilmy pomimo negatywnej kampanii, rozpętanej w mediach na naprawdę ogromną skalę? Myślę, że prawica, pozwalając nam na wprowadzenie wielkich programów walki z biedą, takich jak Fome Zero (Zero głodu), nie wzięła pod uwagę ich konsekwencji politycznych. Ludzie dzięki nim wrócili do normalnego życia społecznego i gospodarczego, stali się również aktywnymi obywatelami i wyborcami, którzy są odporni na propagandę, bo po prostu czują, że dzięki nam żyje im się lepiej. Ci ludzie okazali się poważną siłą polityczną i razem z ruchem związkowym (przede wszystkim największą centralą Central Única dos Trabalhadores, reprezentującą 7,5 mln pracowników), pozostają wierni Partii Pracujących, mimo że nie są z nią dobrze skomunikowani ani w żaden sposób zorganizowani. Niektóre zmiany są więc trwałe. Od roku 1991 do 2010 średnia długość życia Brazylijczyków wzrosła o 10 lat, a pod względem wskaźnika rozwoju społecznego (HDI) wyciągnęliśmy przeszło 80 proc. naszych gmin z głębokiej biedy.

– Brazylia w odpowiednim momencie udowodniła światu, że rządy społecznej lewicy i niwelowanie nierówności mogą iść w parze z szybkim rozwojem gospodarczym, poprawą w dziedzinie finansów państwa (za rządów Luli Brazylia z dłużnika stała się pożyczkodawcą) oraz wzrostem pozycji międzynarodowej.

– Najważniejsze zasady, na jakich się oparliśmy, zawarto później w rekomendacjach CEPAL – Komisji Gospodarczej ONZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów – w dokumencie zatytułowanym „Czas równości”. Ten 200-stronicowy dokument zawiera kilka prostych, acz istotnych konstatacji, takich jak ta, że wydatki na ochronę zdrowia są wydatkami inwestycyjnymi. Podobnie jest z wydatkami socjalnymi, które wyprowadzają ludzi z nędzy. Szczególnie kiedy mamy do czynienia ze światowym kryzysem, który uderza w zyski z produkcji na eksport, wzmocnienie popytu wewnętrznego stanowi jeden z ważnych sposobów na ustabilizowanie gospodarki. Z drugiej strony państwo, dzięki silnemu systemowi bankowemu, zagwarantowało eksporterom kredyty w rodzimej walucie, dzięki czemu mogli oni utrzymać działalność. Przyjęliśmy pragmatyczną zasadę, że pomagamy tym, którzy naprawdę na kryzysie cierpią.

– Rządy Partii Pracujących bywają jednak w ostatnich latach coraz częściej krytykowane także z lewej strony. W 2013 r. odbyły się w brazylijskich miastach wielkie protesty, podczas których domagano się powstrzymania podwyżek biletów komunikacji i szeroko pojętej komercjalizacji przestrzeni publicznej, sprzeciwiano się korupcji władzy i brutalności policji. Niektórzy określali je mianem „brazylijskiej wiosny”. Konflikty wybuchały także na linii rząd – ruch ekologiczny, m.in. w związku z budową wielkiej tamy na Amazonce. Czy coraz bardziej napięte stosunki partii władzy z jej naturalnym zapleczem nie świadczą o jej wypaleniu?

– To za czasów Luli minister środowiska zyskał w rządzie silną pozycję i nie był postacią przypadkową ani reprezentantem lobby rolniczego, jak to bywało wcześniej. Jako rząd podeszliśmy do tych problemów bardzo poważnie. Przez negocjacje i nacisk na największych nabywców drewna z Brazylii, takich jak Ikea, udało się doprowadzić do radykalnego ograniczenia wyrębu puszczy – z 28 tys. kilometrów kwadratowych wycinanych w 2002 r. do ok. 4 tys. w roku minionym. Na JDF, jednym z największych koncernów mięsnych na świecie, udało się wymóc politykę niekupowania mięsa pozyskiwanego od bydła hodowanego na pastwiskach powstałych wskutek wyrębu. Jeśli chodzi o konflikt dotyczący zapory na Amazonce, należy wyjaśnić, że mówimy tu o zatopieniu 450 kilometrów kwadratowych puszczy. Na tym terenie mieszkają Indianie, którzy będą zmuszeni do przenosin i to będzie dla nich wielka tragedia. Ale kiedy ekolodzy twierdzą, że „tama zniszczy bezpowrotnie bagniska Amazonki”, to jest to absurdalne, bo mówimy o zalaniu przestrzeni 20 na 20 kilometrów nad rzeką, która liczy sobie tysiące kilometrów długości. O wiele większym problemem są te 4 tys. kilometrów kwadratowych puszczy, które są wciąż wyrąbywane każdego roku, na których to terytoriach też mieszkają zresztą Indianie. Ponieważ jednak są to grunty prywatne, to się o tym nie mówi. Co innego marginalne zniszczenia, które są wynikiem inicjatywy rządowej, mającej na celu pozyskanie czystej, odnawialnej energii elektrycznej.

Przyznam jednak, że problem „zużycia się władzy” istnieje. Partie polityczne w ogóle przestały nadążać za dynamiką głębokich zmian społecznych, jakie się obecnie dokonują. Dlatego zaskakują je ich symptomy, takie jak wspomniane protesty roku 2013, kiedy na ulice brazylijskich miast wyszły miliony ludzi, za którymi nie stała żadna wielka organizacja. Dynamikę naszej sytuacji dobrze podsumowują następujące słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta: Nie wiemy, co się dzieje. I właśnie to się dzieje. Musimy z pokorą podchodzić do tych nowych zjawisk społecznych i spontanicznych przemian.

– Jaką rolę w projekcie polityczno-rozwojowym, który stworzyli Lula i Dilma, odgrywa dyplomacja? Trudno chyba nie zauważyć, że dla wzrostu znaczenia Brazylii w światowej polityce istotne było pojawienie się nieformalnego porozumienia „mocarstw wschodzących” BRICS, działających na rzecz „ładu wielobiegunowego”.

– Gdy Partia Pracujących dochodziła do władzy, handel z USA stanowił ok. 50 proc. naszej wymiany zagranicznej. Dziś to już tylko 25 proc. Kolejne 25 proc. to handel z Europą, a reszta jest rozproszona między Chiny, Indie, kraje afrykańskie i – w rosnącej mierze – partnerów z Ameryki Łacińskiej. Słowem, doszło do daleko idącej dywersyfikacji. Ponadto relacje z państwami BRICS pozwoliły na znaczne wzmocnienie pozycji Brazylii jako eksportera, dzięki czemu pozbyliśmy się deficytu handlowego. Jesteśmy dziś pożyczkodawcą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a nie na odwrót – i jest to chyba najbliższa niezależności sytuacja, jaką można sobie wyobrazić w zglobalizowanym, współzależnym świecie. Ważnym projektem BRICS, który pokaże, czy grupa ta może stanowić coś więcej niż forum współpracy, będzie powstający właśnie Nowy Bank Rozwoju, pomyślany jako alternatywa dla zdominowanych przez USA Banku Światowego i MFW. Ale podkreślam, że jest jeszcze drugi ważny wymiar naszej dyplomacji – integracja i współpraca państw Ameryki Południowej. Potrzebujemy wspólnego silnego głosu na arenie międzynarodowej. W kręgach brazylijskiej elity finansowej wciąż pokutuje przekonanie, że powinniśmy się jednoczyć tylko z USA, bo USA to raj. My tymczasem uważamy, że naszym celem jest suwerenność, a bronią solidarność – południowoamerykańska i transkontynentalna.

– Czy wobec tego za polityką międzynarodową Brazylii stoi jakiś pozytywny projekt przyszłego porządku światowego?

– Brazylia bardzo się wzmocniła w ostatnich latach, ale mam wrażenie, że pozycja USA jest wciąż nie do ruszenia. A czy zmieni się to w dłuższej perspektywie? Myślę, że tak. Coraz bardziej widać, że Amerykanie przechodzą do defensywy. Miałem na ten temat dość ciekawą rozmowę z amerykańskim teoretykiem zarządzania Peterem Senge, który mówił mi, że w Stanach panuje dziś coraz głębsze poczucie niepewności – widać bowiem, że dzisiejsze dzieci nie doświadczą materialnego awansu w stosunku do rodziców, tak jak działo się to od pokoleń, a być może wręcz nie osiągną ich standardu. Takie poczucie niepewności w kraju, którego scena polityczna jest zabetonowana, a który posiada potężne wojsko i specsłużby, jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Rozstrzygnięciem ważnym dla przyszłości USA będzie kwestia tzw. Transatlantyckiego Partnerstwa (TTIP) z Europą, które jeśli zostanie zawarte, może przedłużyć życie USA jako globalnego supermocarstwa. Wydaje mi się, że BRICS i tworzone przez nie nowe instytucje finansowe czy informacyjne rzeczywiście mogą się stać zalążkami jakiegoś nowego, wielobiegunowego ładu. Z drugiej strony uważam, że jest i będzie dla świata bardzo ważne, żeby USA były demokratyczne.

– Wspominał Pan o tym, że porównuje się czasem wolnościowe ruchy związkowe czasów dyktatury w Polsce i Brazylii, Lulę z Wałęsą itd. Biorąc pod uwagę mniej i bardziej uzasadnione analogie między naszymi krajami, jakie wnioski i inspiracje z doświadczeń brazylijskich ostatnich dekad Polska powinna Pana zdaniem wysnuć?

– Kiedyś przygotowałem taką analizę na prośbę polskich polityków. Podstawową sprawą, jaką akcentowałem, było ograniczenie nierówności. Z jednej bowiem strony wyższe dochody najuboższych łączą się nie tylko z poprawą sytuacji społecznej, ale także z rosnącym popytem oraz zaktywizowaniem obywatelskim całej rzeszy ludzi. Z drugiej strony akumulacja bogactwa przez niewielką, elitarną grupę także ma negatywne konsekwencje – tworzy się bowiem wyjątkowo silna grupa wpływu, która zakłóca właściwe działanie mechanizmów demokratycznych. Druga moja uwaga była taka: najważniejszym sektorem gospodarczym nie jest już tradycyjny przemysł, lecz usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy komunikacja zbiorowa, oraz kultura. Spójrzmy chociażby na USA – jaki sektor jest dziś najważniejszy dla tamtejszej gospodarki? Sektor medyczny. Dlatego kluczową sprawą dla rozwoju w kolejnych dekadach będą jakość i powszechny dostęp do szeroko pojętej infrastruktury społecznej.

– Dziękuję za rozmowę.

Edukacja dla rozwoju i równości

– Od kiedy umówiliśmy się na rozmowę, kilkunastu moich znajomych udostępniło na portalach społecznościowych artykuł wychwalający fiński system edukacji. Zacznijmy zatem od prostego pytania: czy poza wyrażaniem zachwytu możliwe jest przeniesienie tamtejszych rozwiązań na polski grunt?

Dr hab. Kazimierz Musiał: Jeśli bardzo intensywnie zajmujemy się krajami nordyckimi, to zauważamy, że istnieje wiele cech, które są wyjątkowe, ale zarazem specyficzne dla tego obszaru. Przeniesienie ich gdziekolwiek indziej, podobnie jak całego modelu nordyckiego, jest moim zdaniem, niemożliwe. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie praktyki społeczne, a co za tym idzie – również instytucje, które wytworzono, są ugruntowane kulturowo, zakorzenione w pewnej niepowtarzalnej tradycji. Nie jesteśmy w stanie powtórzyć fińskiej miłości do edukacji jako cechy, która jest budulcem społeczeństwa. Nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić, jak wielką wagę Finowie przywiązują do edukacji, jeśli nie zauważymy, jak wielką rolę edukacja odegrała w rozwoju narodowym Finlandii, która spod panowania cara rosyjskiego wybijała się na niepodległość. Na pewno jest tam wiele cech i zjawisk, które bardzo pięknie wyglądają w rankingach. Żeby natomiast móc te cechy powtórzyć, trzeba zrobić więcej niż tylko przełożyć na inny grunt metody np. szkolenia nauczycieli. Należałoby też mieć uczniów, którzy będą w podobny sposób reagowali na to, co nauczyciele im powiedzą. A z tym byłoby już trudniej, szczególnie w społeczeństwach, które są o wiele bardziej zindywidualizowane niż Finowie.

– Jakie są wartości kulturowe i historyczne, o które oparty jest model Finlandii i bez których nie może on funkcjonować?

– Pierwsza rzecz, jaka z polskiego punktu widzenia jest uderzająca, to kolektywizm. Po stronie fińskiej mamy do czynienia z dużo większą niż w Polsce skłonnością do współpracy, a jeżeli tak jest, również można zapytywać, z czego to wynika. Mówiąc o fińskim systemie edukacyjnym, ale też o tamtejszym modelu społecznym, nie sposób nie sięgnąć do tego momentu w historii, w którym Finlandia zbliża się ku niepodległości. To są lata I wojny światowej. Następnie wybucha rewolucja radziecka i ona powoduje pojawienie się małego okienka możliwości dla Finlandii. Nie wszyscy obywatele tego kraju się jednak na to godzą, wybucha krwawa wojna domowa, w efekcie której w latach 1919–1920 naród fiński zostaje mocno rozdarty. Zwycięża opcja, powiedzielibyśmy, „białych”, opcja burżuazyjna albo opcja mieszczańska, jakkolwiek ją nazwiemy. Jest ona bardziej zachowawczą, zwróconą przede wszystkim na zachód Europy elitą, w większości oprócz fińskiego mówiącą też po szwedzku. Finlandia tamtego czasu jest narodem w większości chłopskim, dość biednym. Silny jest tu kompleks bogatego szwedzkiego sąsiada. „Mieszkańcy Finlandii powinni stać się w miarę jednorodnym społeczeństwem” – taką narrację wytworzono na użytek wspólnego wysiłku edukacyjnego. Według tej wizji można i należy biednego Fina, nawet z głębokiej prowincji, edukować do poziomu Fina-obywatela nowej republiki. Edukacja zyskuje na znaczeniu nieproporcjonalnie bardziej niż w wielu innych krajach. Finlandia jest krajem demokratycznym, zaś demokracja wymaga tego, że obywatele są czynni, piśmienni, są bardzo zaangażowani. W związku z tym wszystkim Republika Fińska postawiła na edukację jako na ten czynnik, który będzie w stanie zjednoczyć naród. Edukacja stała się przedmiotem ponadpartyjnej zgody. Elity polityczne uznały, że trzeba edukować robotnika leśnego z dalekiej Karelii, że całą rodzącą się klasę robotniczą trzeba postawić być może nie na równi z mieszkańcami Turku czy Helsinek, ale dać jej równe szanse edukacyjne. Problemem Finlandii wówczas, w latach 20. i 30., było również to, że choć wygrali „biali”, to wciąż istniała dość silna agitacja komunistyczna. Uważano zatem, że im więcej ludzie będą wiedzieli, im bardziej będą wykształceni i nie będą mieli poczucia wykluczenia społecznego, tym mniejsza szansa na popularność ruchów wywrotowych wszelkiego rodzaju.

– A jak to wygląda we współczesnej Finlandii? Jak tradycje kolektywistyczne opierają się dzisiejszemu, po części rynkowemu naciskowi, aby dążyć do indywidualizmu? Czy ma to jakieś odzwierciedlenie w edukacji?

– Mamy do czynienia z ofensywą nie tylko retoryki neoliberalnej, ale również praktyki neoliberalnej. W roku 1991, po upadku Związku Radzieckiego, Finlandia przechodzi bardzo poważny kryzys gospodarczy. W 1995 r. ma miejsce akcesja do Unii Europejskiej i w dużej mierze przejęcie światowych trendów w wymiarze gospodarczym. Jak długo mieliśmy do czynienia w Unii Europejskiej (wtedy jeszcze Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej) z trendem neoliberalnym, przejawiającym się nowym zarządzaniem publicznym, Finowie szli w tym kierunku, częściowo demontując, ale i usprawniając państwo opiekuńcze.

Natomiast dla wymiaru edukacyjnego, o którym rozmawiamy, jest to ciekawa sytuacja, bo od roku 1991 przez kilka lat kryzysowych, kiedy gospodarka kurczy się o kilkanaście procent, Finowie co prawda nie podwyższają wydatków na sektor edukacyjny, ale też drastycznie ich nie zmniejszają. Nakłady na sektor edukacyjny powróciły mniej więcej do tego samego poziomu dopiero w roku 1998, ale przez poprzednich siedem lat nie oznaczało to, że powiedziano: „Aby oszczędzać, musimy zamknąć szkoły, musimy zamknąć uniwersytety”. Powiedziano natomiast: „Musimy zmienić ich jakość, bo powinniśmy kształcić społeczeństwo dla innych wyzwań i potrzeb, skoro tak uprzednio korzystny handel ze Związkiem Radzieckim już pewnie nigdy nie wróci. Musimy się otworzyć na świat, a oprócz przemysłu papierniczego, drewna i jego wyrobów musimy zaoferować światu coś innego. Finlandia może stać się konkurencyjna dzięki swoim najlepszym zasobom – dobrze wykształconym obywatelom”. Wówczas, na początku lat 90., jednym z bardzo silnych nurtów intelektualnych była teoria kapitału ludzkiego. Finowie przetwarzali ją na swoje potrzeby, czyli interpretowali tak, że należy podnieść jakość tego atutu, którym mogą konkurować na arenie międzynarodowej, a jeśli tym atutem rzeczywiście są ludzie, to należy w nich zainwestować. Pojawia się dyskurs społeczeństwa opartego na wiedzy, który po kilku latach stał się przedmiotem powszechnego konsensu na scenie politycznej. Zainwestowanie w kapitał ludzki oznaczało przestawienie całego sektora, również usług, z bardzo tradycyjnego, przemysłowego charakteru, na postindustrialny. Można zaryzykować stwierdzenie, że bez bardzo silnej tradycyjnej pozycji wiedzy i edukacji w społeczeństwie Finlandii rządzący na początku lat 90. nie zdecydowaliby się na to, aby priorytet nadać właśnie wykształceniu, wiedzy i umiejętnościom miękkim.

– Odkąd u nas pojawiło się hasło „kapitału ludzkiego”, mam wrażenie, że bardziej mamy do czynienia z kapitałem niż z kapitałem ludzkim, że ten czynnik zasłaniania różnych praktyk ładnymi pojęciami, przydawania im na pozór ludzkiej twarzy, jest u nas bardzo silny.

– Dlaczego w Finlandii istnieje co najmniej równowaga pomiędzy kapitałem a czynnikiem ludzkim, jeżeli wręcz nie przewaga czynnika ludzkiego nad kapitałem? Odpowiedzią, która się nasuwa, jest być może dość prosta formuła zawarta w słowie „merytokracja”. U Finów aspekt edukacyjny jest mocno eksponowany jako element wyrównujący szanse społeczne. On był całkiem świadomie używany przez ekipy rządzące w latach 60. i 70., żeby powiedzieć „dzięki edukacji wszyscy możemy być równi”, a w każdym razie otrzymuje się równe szanse. Cały proces umasowienia szkolnictwa wyższego odbywał się właśnie pod hasłem zaoferowania równych szans wszystkim, niezależnie od tego, w jakim rejonie Finlandii mieszkają. Kiedy decydowano o lokalizacji uniwersytetów w północnych regionach Finlandii, to mimo iż nie było to opłacalne, uznano, że powinny one być uniwersytetami w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaufano wówczas ekspertom, którzy w sposób profesjonalny przekonali klasę polityczną do takich rozwiązań. Poza tym w 1991 r., gdy przyszedł kryzys rosyjski, Finowie, w ramach budowania czy podnoszenia kapitału ludzkiego, postanowili stworzyć system politechnik, których do tej pory nie mieli. W Finlandii mamy w tej chwili 22 politechniki, zarządzane w dużej mierze przy współudziale lokalnych interesariuszy, czyli lokalnych pracodawców, którzy zasiadają w radach nadzorczych takich szkół. Podnosząc kapitał ludzki, państwo fińskie intensywnie wsłuchuje się w głosy beneficjentów systemu edukacji.

To wszystko spowodowało, że proces edukacyjny w Finlandii wygenerował całą rzeszę ludzi przekonanych o tym, iż dzięki zdobyczy, jaką jest powszechny dostęp do edukacji, każdy jest w stanie uplasować się na właściwym dla swych umiejętności i wiedzy miejscu w społeczeństwie. Istnieje duże przekonanie o tym, że do stanowisk dochodzimy ciężką pracą, a nie dzięki znajomościom. To jest ten pierwiastek merytokratyczny i być może on decyduje o tym, dlaczego Finów trudno jest przekonać do tego, by zaufali wielkiemu kapitałowi. Poczucie sprawiedliwości społecznej, osiągnięte dzięki wsparciu edukacyjnemu, powoduje, że zaczynamy poznawać i cenić swoją wartość, jednocześnie rozpoznając, że ci, z którymi mamy do czynienia, też są na właściwym miejscu. Nie ma podejrzeń, że ktoś coś komuś załatwił. W Finlandii niczego się nie „załatwia”, to kraj o poziomie korupcji jednym z najniższych. Wszystko jest transparentne, choć reguły merytokratycznego działania też bywają twarde. Silna jest wiara w państwo. To jedna z kluczowych kwestii, dzięki którym udaje się mieszkańcom Finlandii osiągać sukcesy. Edukacja jest czynnikiem budowania tej wiary.

– Jakie są inne z kluczowych różnic pomiędzy realiami fińskimi a polskimi?

– Finowie nie są zbyt gadatliwi, uchodzą za zamkniętych w sobie. A jednocześnie są bardzo skłonni do współpracy, do aktywności społecznej, grupowej. Mamy do czynienia ze społeczeństwem, które ze sobą współpracuje nie dlatego, że ktoś nakłada taki obowiązek, lecz ponieważ jest to potrzebne, by przetrwać. W realiach skandynawskich, nordyckich, kiedy temperatura potrafi spaść do – 20, – 30 stopni Celsjusza, i zima w wielu regionach Finlandii trwa 5–6 miesięcy, nie przetrwamy, jeżeli nie żyjemy we wspólnocie. Oczywiście gdy dzisiaj mamy do czynienia z bardzo nowoczesnym społeczeństwem ery cyfrowej, można zapytywać, ile tych dawnych cech jest jeszcze zachowanych. Twierdzę, że niemało. Nawet uchodzący za całkiem zamożnych mieszkańcy miast i miasteczek, w jednym, a najdalej w dwóch pokoleniach wstecz byli najpewniej chłopami. To dziedzictwo, przynajmniej w przekazie ustnym, rodzinnym, jest żywe. W tradycji lokalnej i swego rodzaju determinizmie klimatycznym można upatrywać podstaw współpracy, ufania sobie nawzajem. Ufanie sobie nawzajem i współpraca, czasem wbrew partykularnym interesom, składały się na strategię przetrwania.

– A może im mniej będzie osób, które pamiętają tę biedną dawną Finlandię, tym bardziej ten system będzie się rozpadał?

– Można by tak przypuszczać, choć każde przewidywanie przyszłości jest bardzo trudne. Kwestią decydującą jest to, na ile pewna narracja wspólnoty narodowej, jakkolwiek ona będzie definiowana, pozostanie silniejsza od kosmopolityzmu. Jak na razie udaje się szkole wykształcić dyspozycje do współpracy i przekazać w sposób zinstytucjonalizowany to, co z poprzednich pokoleń zostało wpisane, można powiedzieć, w genotyp Finów. Pomocniczość i skłonność do współpracy, ufania sobie nawzajem były kiedyś naturalne, a dzisiaj są uczone – podkreślam słowo „są”, gdyż to się faktycznie dzieje. W systemie edukacyjnym uczy się ludzi współpracy. Przekłada się to na bardzo prozaiczne rozwiązanie chociażby w związku z tym, jak odrabiamy prace domowe, w jaki sposób ustawione są ławki w klasach, czy mamy więcej zabawy i grupowego rozwiązywania zadań, czy w ogóle oceniamy w szkole dzieci do pewnego wieku. Oprócz tego, że uczy się współpracy, receptą jest przyjmowanie do zawodu nauczyciela ludzi, którzy naprawdę są w tym dobrzy. Tutaj merytokracja, o której mówiłem, odgrywa ogromną rolę. Bycie nauczycielem w Finlandii oznacza bycie osobą bardzo ważną, kompetentną, również dobrze wykształconą. Nauczyciele mają poczucie misji, realizowania pasji uczniów, ale też otrzymują do tego narzędzia. Eksperymentów edukacyjnych jest dość dużo, choć trzeba powiedzieć, że są to eksperymenty w ramach jednego krajowego systemu. To cecha bardzo typowa, odróżniająca Finlandię od innych krajów. W Finlandii, jeśli eksperymentuje się ze szkolnictwem wyższym lub zmienia się zasady jego funkcjonowania, to zmienia się je systemowo, całościowo, bez wyjątków np. dla szkół prywatnych czy dla szkół, które dla specjalnie zdolnych będą tworzyły specjalne klasy. Dość powiedzieć, że dziś fińskie plany w ministerstwie edukacji obejmują cztery lata, to jest typowy plan rozwojowy dla jednostki, która została objęta jakąś umową z ministerstwem edukacji. Czyli dyrektor szkoły ma gwarancję, że mniej więcej przez 3–4 lata niewiele się zmieni, a jeśli już, będzie on na to przygotowany, gdyż w ostatnim roku obowiązywania takiego planu przystąpi się do negocjacji nad nowym. Nam się wydawało, że żyliśmy w ustroju, który bardzo dużo planował. Dość powiedzieć, że w Finlandii na przełomie lat 70. i 80. najdłuższym okresem planowania dla szkolnictwa i systemu edukacyjnego było dwadzieścia lat! A więc planowanie długofalowe jest tradycyjnie bardzo ważne, a jednocześnie towarzyszy mu nastawienie na ulepszenie istniejących rozwiązań, na zmianę, która będzie zmianą systemową, aczkolwiek nie zaskakującą z roku na rok albo z miesiąca na miesiąc pracowników edukacji.

– Jedną z cech fińskiego systemu edukacji jest brak oceny na początkowych etapach nauczania. Ale jak, przy braku oceniania, zbudować w dzieciach, a później w młodzieży, umiejętność rozpoznawania swoich mocnych i słabych stron?

– Zacznijmy od szerszego ujęcia tematu. Moi fińscy znajomi mówią, że trudno im sobie wyobrazić posyłanie dzieci do tzw. szkoły społecznej. Takich szkół do niedawna wcale nie było. W tej chwili już są, ale niemal wszyscy Finowie posyłają dzieci do szkół państwowych. Z jednej strony dlatego, że tak wypada, a z drugiej – ideał równości społecznej, który został zakorzeniony jeszcze w czasach bardziej socjaldemokratycznych, cały czas pozostaje żywym ideałem. To, że należy mimo wszystko dążyć do równości społecznej, bo jest ona lepsza od elitaryzmu, stanowi powszechne przekonanie wśród obywateli Finlandii. Kluczem do tego jest zbudowanie systemu edukacyjnego, który nie będzie nawet pozwalał na wykształcenie się poczucia elitarności. Dzieci zdolne i niezdolne uczą się w klasie razem, lecz ta zdolność lub niezdolność nie decyduje o tym, jak dziecko będzie się czuło w klasie, ponieważ przez bardzo długi czas wcale nie jest oceniane. Zatem jeżeli w polskiej szkole mamy ten element, który segreguje i stratyfikuje dzieciaki od bardzo wczesnego wieku, to powoduje, że otrzymujemy społeczeństwo, które też jest mocno zhierarchizowane. W przypadku społeczeństwa fińskiego hierarchiczność jest maksymalnie spłaszczona, systemowo wręcz ukrywana, co też ma przełożenie na życie codzienne. W tej oficjalnej formule wszyscy jesteśmy sobie równi i demokratyczni. W każdym razie z równymi prawami.

Nie wiem, czy dzieci potrzebują konkurencji od początku. Gdy rozmawiam z polskimi pedagogami, bardzo trudno przekonać ich, żeby od razu nie budować hierarchiczności, która wynika z oceniania. Po raz pierwszy z brakiem ocen w szkole spotkałem się nie w Finlandii, lecz w Danii, gdzie do poziomu klasy szóstej czy siódmej dzieci nie wiedziały o ocenach, które były im wystawiane, nawet o ocenach opisowych, bo na ten temat rozmawiano z rodzicami, a nie z uczniami. Rodzicom przekazywano, co zdaniem nauczycieli należałoby zmienić, ulepszyć. Sytuacja w Finlandii jest podobna. Jeżeli zostajemy wychowani w tradycji równościowej, a w każdym razie w tradycji promującej równość jako pewien ideał, to również na wejściu w dorosłe życie będziemy postrzegali świat jako taki, który powinien dążyć raczej do równości niż do stratyfikacji. Nie będziemy uniżeni wobec tych, którzy są wielcy, którzy należą do elit. Bo te elity to my, przyzwoicie wykształceni i świadomi swych równych praw obywatele.

– Czy nie istnieje zagrożenie, że całkowity brak ocen może iść w stronę hurraoptymizmu związanego z własnymi umiejętnościami, że „czego bym nie zrobił, to i tak jest dobrze”.

– Oczywiście, że może. Natomiast to, że nie ma ocen, nie oznacza, że dzieci nie są edukowane również w wymiarze etycznym. U nas bardzo często, być może poprzez budowanie zhierarchizowanego środowiska szkolnego, dlatego że ktoś otrzymuje lepszą lub gorszą ocenę, wydaje się, że już jest wypełniona funkcja wychowawcza, że ci, którzy są gorsi, powinni starać się podciągnąć do tych lepszych. Tymczasem często jest tak, że oni w pewnym momencie, gdy widzą, że czego by nie zrobili, to nie dogonią tych najlepszych – odpuszczają sobie. W systemie fińskim nie zniechęca się uczniów do próbowania, aby osiągać lepsze wyniki, jednak odbywa się to w wymiarze indywidualnym, nie w ciągłej konkurencji z rówieśnikami. Więc owszem, można mieć obawy, że głaskanie jest równie szkodliwe jak karanie, ale myślę, że istnieje sposób na dużo bardziej zniuansowane pokazywanie ludziom możliwości i umiejętności, które mają, niż stawianie im ocen np. już w wieku 10 lat.

– I na czym może taki zniuansowany system polegać?

– Przede wszystkim musimy mieć do czynienia z bardzo dobrym kontaktem pedagogicznym ucznia z kimś, kto prowadzi zajęcia. Na poziomie szkoły podstawowej czy średniej chodzi głównie o to, by ten uczeń nie bał się pytać, nie obawiał się wyrażać ciekawości świata. Nauczyciele muszą być otwarci na to, by współpracować z uczniami bardzo blisko. Im więcej nauczycieli oraz im mniej dzieci w danej grupie, tym mamy większą szansę, że dialog będzie nawiązany lepiej. Często w klasie szkolnej w Finlandii jest tak, że mamy nie jednego nauczyciela, ale np. dwóch, czasami jednego odpowiedzialnego za wiedzę, a drugiego za kompetencje i umiejętności, co daje możliwość bardziej zniuansowanego dotarcia do uczniów. Poza tym od pedagogów wymaga się bardzo dobrego wykształcenia i bycia na bieżąco z tym, co się dzieje w ich dziedzinie. Kompetencje pedagogiczne są u nas formalnie wymagane, ale ponieważ sam mam dzieci w wieku szkolnym, widzę, jak zatraca się kontakt nauczyciela z uczniem. Pod presją testów, pod presją osiągnięć, które gdzieś muszą być udowodnione, nie ma już czasu na ten dobry kontakt. Mam wrażenie, że w fińskim systemie mamy po prostu więcej dialogu.

– Jak udaje się osiągnąć równowagę między planowaniem, myśleniem systemowym, pewnym naciskiem a jednocześnie dobrem jednostki? To coś, co często w naszym społeczeństwie wypomina się krajom północnym, że szkoła w dużej mierze ma kontrolę nad wychowaniem dzieci, że rodzicom nie wolno pewnych rzeczy robić, że muszą postępować w określony sposób.

– Z punktu widzenia społeczeństwa polskiego, wychowanego w wartościach dużo bardziej konserwatywno-liberalnych, a tym bardziej neoliberalnych, mamy wrażenie, że podporządkowywanie się pewnym rozwiązaniom wspólnotowym, tak jak w Finlandii, może być problematyczne. Natomiast jeżeli wrócimy do podstawowych wartości, które leżą u podstaw skandynawskiego czy nordyckiego systemu społecznego, to w tym momencie dużo łatwiej zrozumieć, dlaczego obywatele gotowi są podporządkować się państwu. Mówimy tutaj o kolektywizmie jako postawie, z którą wszyscy są gotowi się identyfikować, o pojęciu dobra wspólnego, które jest dużo bardziej zinternalizowane. Państwo nie zawsze wie lepiej, ale państwo jest gotowe przygotowywać się na jakąkolwiek zmianę, spytać ekspertów, powołać specjalne komisje, które doradzają rządowi, zlecić badania na dany temat. Dopiero potem przyjmuje się określoną politykę, która być może będzie dla kogoś niedogodna. Ale ponieważ, po pierwsze, następuje to powoli, po drugie jest ugruntowane w wiedzy socjologicznej, politologicznej, a w przypadku edukacji często także psychologicznej, to w zasadzie takie decyzje są trudne do podważenia. Nie można bowiem powiedzieć, że merytorycznie ugruntowana wiedza to czyjeś widzimisię. Przyjmuje się, że jest to wiedza ekspercka, która na obecnym etapie rozwoju społecznego stanowi wiedzę maksymalną, jaką można uzyskać dla danego zjawiska i którą się można posiłkować, żeby zmieniać rzeczywistość czy zaradzić jakimś niekorzystnym trendom. Zatem odpowiedzią na wątpliwości jest zakorzenienie decyzji politycznych w podstawach merytokratycznych. A jednocześnie mamy tkwiący cały czas w społeczeństwach nordyckich kolektywizm, co powoduje, że jednostka jest bardziej skłonna podporządkować się władzy i regulacjom w imię dobra wspólnego.

– Czy z punktu widzenia polskiego pracownika naukowego to ugruntowanie decyzji politycznych w wiedzy eksperckiej może budzić poczucie pewnego niedowartościowania?

– Niewątpliwie nie ma w Polsce utrwalonej tradycji zapytywania środowiska naukowego o decyzje, które są podejmowane w sferze politycznej. Z jakiegoś względu panuje przekonanie, że ktoś, kto wchodzi do sejmu i ma wykształcenie kilku klas szkoły zawodowej, jest większym ekspertem w niektórych dziedzinach niż profesor uniwersytetu, który spędził lata, badając określone środowisko czy stanowisko. Część winy leży jednak także po stronie środowisk naukowych, które nie zawsze są gotowe wyjść z wieży z kości słoniowej i wejść w dialog z otoczeniem społecznym, żeby pokazać możliwości zastosowania wiedzy akademickiej do rozwiązywania bardzo konkretnych kwestii społecznych. Należy ubolewać nad tym, że środowiska naukowe nie są aktywne, że politycy nie chcą nas słuchać, ale przede wszystkim nie ma rozwiązania systemowego. Dla krajów nordyckich charakterystyczne jest właśnie to, że tradycja merytokratyczna wręcz nakazuje pytać ekspertów. „Nasączenie” decyzji politycznych najbardziej aktualną wiedzą naukową jest bardzo duże.

– Rozmawialiśmy wiele o fińskim nawyku współpracy oraz o edukacji. Gdy przypomniałam sobie pracę w grupach na różnych etapach mojego kształcenia, to niezmiennie mam w głowie obraz dwóch osób, które pracują, i całej reszty, która udaje, że pracuje, i zdaje się na tamte pozostałe. Jak zorganizować pracę w grupie, żeby ona rzeczywiście opierała się naszemu samorzutnemu anarchizmowi i dążeniu do scedowania obowiązków na innych.

– Musi to być zbudowane na wielkiej uczciwości i zrozumieniu wartości współpracy przez osoby, które uczestniczą w takiej pracy. Studentom skandynawistyki, na przykład, którzy przychodzą na rok na moje zajęcia, nakazuję zorganizować się w grupy własnego wyboru, liczące po 4–5 osób. Taki podział zostaje zachowany przez cały semestr albo dwa. Te grupy muszą naturalnie wśród siebie wyłonić przywódcę, muszą wytworzyć sposób komunikowania między sobą. Moje doświadczenia po paru ostatnich latach pracy w tym systemie są pozytywne. W zeszłym roku miałem nawet taki projekt, nazywał się „Sylabus negocjowany”, w ramach którego zaprosiłem studentów do współtworzenia treści edukacyjnych. Dyskutowaliśmy, negocjowaliśmy, i właśnie w tych grupach okazywało się to fantastycznym polem do dialogu i uczenia się. Podczas zbierania ankiet ewaluacyjnych pod koniec roku okazywało się, że są tylko dwie osoby, którym praca grupowa się nie podobała. A wszyscy inni odpowiadali: „Tak, znaleźliśmy się w tym. Co więcej, widzimy sens”. Oczywiście nie ma tradycji, studenci nie są tego uczeni. Na zadane w grupie skandynawistów pytania: „Kto z was działa w organizacji pozarządowej?”, „Kto jest aktywny, kto ma swoją siatkę społeczną, która jest pozauniwersytecka?”, spośród 45–50 osób zgłasza się jedna. Podczas gdy w Skandynawii czy Finlandii każdy obywatel jest członkiem średnio co najmniej trzech organizacji społecznych. Z jednej strony nasz indywidualizm jest być może twórczy, ale w momencie edukacyjnego doświadczenia jest trudno przekładalny na innowacje. Nie będzie innowacyjności bez umiejętności współpracy. Nie będzie cudów. Indywidualnie bardzo rzadko wpada się na genialny pomysł. W grupie? Często. My jesteśmy trochę bardziej anarchistyczni, mamy złe doświadczenie z państwem, które było opresyjne. I w tym momencie nie jesteśmy gotowi, aby zmieniać metody edukacyjne na całej linii, ale być może warto tworzyć przyczółki takiej dobrej zmiany, dobrego przykładu, który będzie zarażał innych.

– Kiedy pomyślę o polskim systemie edukacji, to jest to dla mnie system zamknięty, w którym nie ma należytego finansowania, więc sytuacja się pogarsza, klasy są przegęszczone, nauczyciele nie mogą poświęcać uczniom tyle uwagi, ile by chcieli, muszą dorabiać poprzez korepetycje, a uczniowie czują się w obowiązku brać te korepetycje, żeby nadążać.

– Niewątpliwie u nas nie docenia się nauczycieli. W systemie fińskim nauczyciel jest rzeczywiście „kimś” w sensie pozycji społecznej, która jest i przyzwoicie wynagrodzona, i pozwala na uzyskanie satysfakcji zawodowej. O Finlandii można powiedzieć, że system edukacyjny, który jest odpowiedzialny za to, jakie społeczeństwo otrzymamy, jest bardzo stabilnie finansowany. Na uniwersytetach jest to być może zdanie nie do końca podzielane, szczególnie w ostatnich latach – w 2010 r. zaczęła obowiązywać nowa ustawa o uniwersytetach, która uczyniła z nich jednostki bardziej „ekonomicznie samostanowiące”, zrzucając na nie w dużej mierze odpowiedzialność za samodzielność finansową. To powoduje, że uniwersytet musi dużo bardziej dostosowywać się do rynku. Natomiast szkoły podstawowe i średnie wciąż mają w Finlandii stabilną pozycję, powiedziałbym, że uprzywilejowaną na tle całego sektora publicznego.

– Czy konieczność dostosowywania się uniwersytetów do rynku nie grozi uzależnieniem ich od tegoż rynku?

– Podstawową zasadą fińskiego szkolnictwa, nie tylko wyższego, ale na każdym poziomie, jest brak odpłatności za usługi edukacyjne. To jedyny warunek, który państwo postawiło tym już samodzielnym uniwersytetom. Na 16 obecnie funkcjonujących w Finlandii szkół wyższych o statusie uniwersyteckim dwie z nich są fundacjami. Pozostałe uniwersytety są korporacjami prawa publicznego, a dwa z nich fundacjami prawa prywatnego. Funkcjonują więc na zasadzie normalnych firm, a z drugiej strony świadczą usługę edukacyjną na rynku, na którym nie mogą pobierać opłat. Mają, oczywiście, sporą dotację, uniwersytety-fundacje bazują na dość dużym kapitale początkowym otrzymanym od państwa. Mamy więc do czynienia ze zmianą statusu i przestawieniem na efektywność rynkową, lecz w taki sposób, aby realia rynkowe i konieczność zapłaty nie pojawiły się natychmiast. Jeżeli już ktoś ma za to płacić, to być może naukowcy, którzy nie otrzymają grantu, a nie otrzymają grantu dlatego, że ich praca czy wytwór ich pracy naukowej nie jest wystarczająco do tego rynku przystosowany albo wystarczająco innowacyjny. Nie pojawi się na pewno w systemie fińskim konieczność płacenia za studia. Zatem użytkownik końcowy, taki jak student czy – jak powiedzielibyśmy w języku korporacyjnym – interesariusz zewnętrzny, nie odczuje za bardzo zmiany statusu uniwersytetu. Dzisiaj ponad połowa Finów ma wyższe wykształcenie, więc nie jest ono automatycznie gwarancją zatrudnienia. Jeśli więc wyższe wykształcenie ma dawać również szansę na rynku pracy, to musi się ono dostosowywać do tego rynku i jego zmiennych wymogów.

– Zastanawiałam się, myśląc o dużym odsetku studentów w Finlandii, jak to się przekłada na nasze realia, gdzie w pewnym momencie odsetek studentów zrobił się ogromny i zaczęliśmy dostrzegać niedobór szkół technicznych, zawodowych, kształcących techników i rzemieślników.

– Istnieje zasadnicza różnica, polegająca na tym, że duża liczba fińskich studentów wynika oczywiście z tego, że studia stają się powszechne, masowe, natomiast nie ma dowolności w otwieraniu kierunków studiów. To, gdzie, jakie i na jakich kierunkach powstają możliwości studiowania, jest centralnie zarządzane poprzez porozumienia wykonawcze zawierane między ministerstwem a uniwersytetami. Dzieje się to w ramach polityki dostosowywania rynku edukacyjnego do potrzeb rynku pracy. Uniwersytet może oczywiście wystąpić z wnioskiem o kierunek, który by zupełnie nie przystawał do realiów rynkowych, ale Ministerstwo Edukacji i Kultury, które zawiaduje szkolnictwem wyższym, po prostu nie dopuści do funkcjonowania takiego kierunku. Utrąci go już na poziomie wniosku, ewentualnie każe poprawić, aby był bardziej przystawalny rynkowo do potrzeb formułowanych przez pracodawców. Ministerstwo zawiera z każdym uniwersytetem trzyletnie porozumienia wykonawcze, czyli kontrakty na określone kierunki studiów i określone „profile” studentów. Jest to główna różnica między fińskim a polskim systemem, w którym pozwolono na rozwój wyższego szkolnictwa prywatnego. Polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nadzoruje, ale nie zarządza szkolnictwem wyższym w tym wymiarze. Nadzoruje uczelnie, ale już do oferty edukacyjnej szkolnictwa prywatnego się nie wtrąca. W Finlandii jest to nie do pomyślenia, bo prywatnych uczelni wyższych w tym kraju nie ma. Całe szkolnictwo wyższe podlega tam zarządzaniu i planowaniu ministerialnemu. Od 2010 r. uległo to pewnej zmianie, ale nawet uniwersytet, który posiada obecnie formułę fundacji, ma potężny udział kapitału państwowego, a więc można przypuszczać, że interesariusze w tejże fundacji nie będą podejmowali decyzji wbrew intencjom organu nadzorczego. Wiara Finów w sprawność nadzorczą i merytoryczność aparatu państwa pozostaje cały czas silna.

Gdańsk, 16 października 2014 r.

Państwo tylko teoretyczne?

– W polskiej debacie publicznej teza, której poświęcił Pan książkę, a dotycząca słabości polskiego państwa, pojawia się nagminnie od co najmniej dekady. Czy myśli pan, że eks-minister Sienkiewicz, autor słynnych już słów o „państwie istniejącym tylko teoretycznie” czytał tę książkę? A mówiąc bardziej serio, czy wydaje się Panu, że ten problem spędza sen z powiek polskim politykom?

Dr hab. Artur Wołek: Nie wydaje mi się. Ale jednocześnie teza, którą wyraził minister Sienkiewicz, jest raczej rozpowszechniona wśród osób mających na co dzień do czynienia z naszym państwem, w tym wśród polityków. Mało kto chce o tym mówić publicznie, co jest zresztą zrozumiałe, bo oczekujemy przecież od urzędników stania na straży godności Rzeczypospolitej. Trudno byłoby jednocześnie tej godności bronić i wykazywać, że kategoria ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Niektórzy próbują – zrobił to np. Janusz Palikot w swojej pierwszej książce, ciekawej, bo pokazującej stan ducha elit Platformy Obywatelskiej w przededniu dojścia do władzy, elit uznających w zasadzie, że państwo jest w stanie tak złym, że nienadającym się już do reformy. Jedynym „lekarstwem”, jakie w związku z tym dostrzegali, był outsourcing tego państwa.

– W jakim sensie polskie państwo jest słabe? Gdzie lokalizuje Pan główne źródła tej słabości?

– W potocznym języku do worka z napisem „słabe państwo” wrzuca się bardzo wiele różnych mechanizmów i zjawisk. Od problemów ze sprowadzeniem wraku tupolewa ze Smoleńska po to, że nikt nie jest w stanie „ukrócić” o. Rydzyka. Jeżeli chcemy jednak mówić o tym problemie w sposób sensowny, jeżeli mamy np. rozpoznać, czy państwo się wzmacnia czy słabnie coraz bardziej, to trzeba tę intuicyjnie przez Polaków przyjmowaną tezę lepiej zdefiniować, ustalić, jakie są mechanizmy, z której owa słabość wynika. Postanowiłem w związku z tym, że spróbuję zidentyfikować główne czynniki słabości naszego państwa i główne obszary, gdzie ona się objawia. Zadałem przede wszystkim pytanie o działanie instytucji: czy są w stanie realizować zadania, które sobie stawiają? Żeby państwo w ogóle mogło istnieć, musi spełniać pewne warunki: skutecznie pobierać podatki, przynajmniej na elementarnym poziomie egzekwować przepisy prawa, zapewniać bezpieczeństwo i zapobiegać kryzysom (np. epidemiologicznym) itd., itp. Tu pojawia się oczywiście pytanie o hierarchię tych zadań. Starałem się to wszystko pogrupować i usystematyzować. Za najbardziej podstawowy wyznacznik tego, czy „państwo działa”, uznałem zdolność (capacity) do formułowania jakichkowiek celów, bez względu na to, jaka jest ich treść, i czy obierany kierunek rozwoju jest owocem świadomych decyzji. Innymi słowy, czy polityka stanowi wypadkową mnóstwa działań mniej lub bardziej przypadkowych, czy jednak istnieją procesy i procedury, które pozwalają na rekonstrukcję kolejnych etapów jej tworzenia. Do pewnego stopnia odpowiedź na to pytanie w odniesieniu do Polski może się wydawać banalna i oczywista – np. chcieliśmy przystąpić do Unii Europejskiej i ten cel osiągnęliśmy. Wiemy więc, że w pewnych przypadkach istnieje ta świadoma refleksja i jej przełożenie na poziom operacyjny. Ale czy poza celami geostrategicznymi da się analogiczne procesy odnaleźć i prześledzić? Tu rzecz robi się bardziej skomplikowana.

– A może państwo polskie, odkąd ma swoją konstytucję i mniej więcej kompletny system prawny, osiągnęło pewnego rodzaju „koniec historii”, może musi już tylko prowadzić geopolitykę, a wewnętrznie reguluje się samo poprzez procedury i nadzór administracyjny, i nie potrzebuje już żadnych wielkich celów? Może polityka w sensie wytyczania i realizowania celów strategicznych to anachronizm, jak przekonują zwolennicy idei państwa ograniczającego swoją rolę do administrowania i dbania o „ciepłą wodę w kranie”?

– Mogę się nawet zgodzić, że nie potrzebujemy „wielkich celów”. Ale nawet administrowanie państwem musi opierać się na wyznaczaniu zadań – choćby nawet raczej taktycznych, niż strategicznych – i ich realizacji. Weźmy np. podatki. Dobrze byłoby, gdyby decyzja o tym, kto ma przede wszystkim płacić podatki – biedniejsi, bogatsi czy klasa średnia – została w ogóle podjęta w sposób świadomy. W Polsce to się po dziś dzień nie stało. Zasadniczo wychodzi na to, że najwięcej płacą średniacy, ale bogaci w liczbach bezwzględnych też sporo. Najbiedniejsi z kolei płacą najwięcej relatywnie do swoich możliwości materialnych i wydatków konsumpcyjnych, co odbiera im szanse na oszczędzanie. Nie mamy w polskim systemie podatkowym jasnej sytuacji, jak np. w Skandynawii, gdzie w oczywisty sposób najwięcej płacą najzamożniejsi i średniacy, a biedni nie płacą prawie wcale, albo jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie raczej płacą biedni i bogaci, a najlepszą sytuacją, dzięki różnego rodzaju ulgom, cieszy się klasa średnia. Nigdy nie było u nas na ten temat nawet otwartej, uczciwej debaty. Nie da się powiedzieć, że została podjęta świadoma, zbiorowa decyzja. Podobnie jest np. z podziałem administracyjnym. Czy Polska jest państwem zdecentralizowanym? Trochę tak – mamy oddolnie tworzony samorząd, który posiada swoje kompetencje. Ale są to kompetencje bardzo ograniczone, bo polityka regionalna w ścisłym sensie tego słowa, związana z zarządzaniem rozwojem gospodarczym, polityką fiskalną itp., zarezerwowana jest dla rządu centralnego. Samorząd może ściągać inwestycje, ale gdy już się dokonają, to nie jest w stanie zrobić nic, żeby przedsiębiorcy było lepiej lub gorzej.

– Ktoś może powiedzieć, że to wszystko, o czym Pan mówi, to po prostu „droga środka”… Polityka wody letniej, zamiast zimnej albo gorącej.

– Nie jest to z mojej strony wyraz intelektualnego zamiłowania do jasnych sytuacji typu „tak – tak, nie – nie”. Tu nie chodzi o to, że przyjęte w Polsce rozwiązania są dla mnie zbyt umiarkowane. Chodzi o to, że nie wiadomo, jakie są. A nawet jeśli w jakiejś sferze mamy politykę pozornie „letnią”, to nie wynika to ze świadomie podjętej decyzji, lecz z dryfu, z siły bezwładu. Zasadniczy problem polega na tym, że gdy nie dokonujemy tych wyborów jako państwo, to wchodzą do gry silne grupy interesów, które wpływają na różne decyzje cząstkowe i powstaje chaos, mętna woda, na której korzystają najgrubsze ryby. Siła państwa, jak ją definiuję, to zatem zdolność wytyczania celów oraz realizowania ich – tak na poziomie głównych ośrodków władzy wykonawczej, jak i biurokracji niższych szczebli. Jest jeszcze trzeci element: mobilizowanie poparcia obywateli dla podejmowanych decyzji. W demokratycznym państwie polityka nie może funkcjonować bez czynnego zaangażowania obywateli. W Polsce nie mamy żadnych mechanizmów włączania obywateli w przygotowywanie i realizację decyzji publicznych.

Jeszcze na przełomie poprzedniego i obecnego wieku powszechne było przekonanie, że owszem, mamy problemy ze słabością państwa, z korupcją czy nadmiernym wpływem niektórych grup interesów, ale że te problemy nie dotyczą istoty mechanizmów demokratycznych, które działają jak należy. Ustrój mamy dobry, tylko „czynnik ludzki” zawodzi: klasa polityczna i urzędnicza. Na tej diagnozie oparli się choćby bracia Kaczyńscy, tworząc Porozumienie Centrum, a potem PiS – to była idea, że przede wszystkim trzeba mieć po swojej stronie np. 200 sprawiedliwych, którzy wejdą do istniejących instytucji i w dwa lata zrobią IV Rzeczpospolitą. W praktyce rządów lat 2005–2007 okazało się to bardziej skomplikowane, mówiąc oględnie.

To podejście ma w sobie oczywiście ziarno prawdy. Podstawowy kościec demokratycznych instytucji działa w miarę przyzwoicie. W Polsce, moim zdaniem, nie fałszuje się na przykład wyborów na dużą skalę. Przez ćwierć wieku procedury przekładania woli wyborców na skład Sejmu działały przyzwoicie. Ostatni skandal z PKW nie polegał przecież na tym, że ktoś nie mógł głosować lub zawieruszyły się oddane głosy. Bezpośrednio po wyborach PKW nie potrafiła wziąć odpowiedzialności za liczenie głosów w sytuacji kryzysowej, do której sama doprowadziła, ale nikt nie pokazał dowodów, że ten bałagan został wykorzystany do fałszowania wyników. W swoich badaniach staram się zwrócić uwagę na to, że słabość państwa tkwi w działaniu instytucji „na dole”, pod powierzchnią zasad konstytucyjnych, w codziennym funkcjonowaniu państwa, operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. To na poziomie tych reguł następuje korozja instytucji, wypaczenie sensu ich istnienia.

– Na przykład?

– Weźmy chociażby jakość stanowionego prawa – ulubiony obiekt narzekań wszelkiego rodzaju komentatorów, ekspertów i zwyczajnych jego użytkowników. Skąd bierze się złe prawo? Proces legislacyjny w Sejmie jest w miarę przejrzysty. Można oczywiście stawiać postulaty jeszcze większej jawności czy udoskonalenia procedur, ale zasadniczo w tym wymiarze dużo lepiej nie będzie. Na papierze proces legislacyjny po stronie egzekutywy też nie jest najgorszy – wprowadzono w miarę sensowne standardy przejrzystości, dostępu do informacji publicznej, obowiązkowe konsultacje etc. Rzecz jednak w tym, że absolutną władzę nad każdym projektem ustawy dzierży minister, który go składa. I właściwie w momencie, w którym ustawa jest już w procesie uzgodnień, nikt nie jest w stanie jej zatrzymać. Można powiedzieć, że nic dziwnego, bo taka jest istota rządu, ciała opartego na wzajemnym zaufaniu i współpracy, a skoro już minister został zaprzysiężony, to trudno, żeby nie mógł realizować swoich projektów. Jest to jednak ogromny problem. Nie ma ośrodka, który przyjrzawszy się ustawie, mógłby powiedzieć np., że ta ustawa jest sprzeczna z dziesięcioma celami strategicznymi naszego gabinetu. Inna sprawa, że nikt nie wie, jakie są te cele, być może w ogóle ich nie ma. Nie wykonuje tej funkcji premier, który teoretycznie powinien być takim centrum rządu, ani jego urzędnicy. Ustrój nie przewiduje takiego miejsca, z którego można byłoby przyjrzeć się pracy ministerstw, skontrolować je i ewentualnie zatrzymać ich pracę. Jeżeli coś pojawi się już w systemie tworzenia prawa, to prędzej czy później wyjdzie z tego ustawa. Ta wiedza istnieje już od czasów rządu Suchockiej (pierwszy zauważył ten problem Jan Rokita) i wiele mądrych głów pochylało się nad tym ustrojowym defektem, a jednak nie udało się go wyeliminować. Premier Tusk wprowadził zasadę, że pracuje się z początku nie nad projektem ustawy, lecz nad założeniami do ustawy, a dopiero później samą ustawę stworzą fachowcy-prawnicy. W praktyce jednak wobec wielu ustaw czynione są wyjątki od tego nowego modelu procedowania – właściwie dlaczego nie, chłopaki przygotowali projekt, to co będziemy gadać nad założeniami. I dotyczy to także naprawdę ważnych ustaw.

Problem tkwi również w założeniu, że funkcję centralną, taką pseudo-integracyjną, będą pełnić prawnicy. Zakłada się, że będą oni w stanie – przynajmniej na poziomie technicznym – wyłapać projekty ustaw, które są sprzeczne albo z obowiązującym prawem, albo z ogólną polityką rządu. Ale to jest utopia, prawnicy nie są od tego. Prawnicy są gwinciarzami, którzy potrafią zrobić, żeby śruba kręciła się w lewo albo w prawo, ale nie wiedzą, co to jest śruba. Ostatni skandal wokół Rządowego Centrum Legislacji i późnego ogłoszenia ustawy o rajach podatkowych bardzo dobrze pokazuje, że to jest super-techniczne biuro, które zostało powołane do produkowania tekstu prawa, a nie do ogarniania umysłem całego złożonego kontekstu. Prawo psuje się właśnie za sprawą mechanizmu, który powoduje, że nie ma w całym systemie administracji miejsca, z którego „widać”, co się dzieje. Jest to, nawiasem mówiąc, dziedzictwo PRL-u, w którym rząd nie miał tego rodzaju strategicznych kompetencji, był po prostu organem administracyjno-wykonawczym, służebnym wobec politbiura KC PZPR. I to na poziomie politbiura zapadały decyzje o ogólnym kierunku i integracji poszczególnych polityk resortowych. Teraz nie mamy politbiura – pozostała tylko ta przystawka, przystosowana do przerabiania decyzji politycznych na akty prawne. W normalnym kraju funkcję politbiura pełni rada ministrów, to ona nadaje kierunek i nadzoruje „techników”, pilnując, by nie wypaczyli jej intencji. W polskim systemie politycznym ministrowie przekształcają się tymczasem w przedstawicieli swoich urzędników.

– A może to jednak jest do pewnego stopnia problem personalny? Może brakuje nam ludzi, którzy byliby w stanie te problemy systemowe, o których Pan mówi, rozpoznać, myśleć w kategoriach procedur?

– W ostateczności wszystko jest problemem personalnym, oczywiście kadry decydują o wszystkim! [śmiech] Ale bardzo wielu polityków różnych opcji, o różnych kulturach organizacyjnych i różnym przygotowaniu – biznesowym, prawniczym, intelektualnym, biurokratycznym itd. – próbowało i żaden sobie nie poradził. To wskazywałoby jednak, że instytucjonaliści mają rację: formalne i nieformalne reguły są silniejsze od najlepszych nawet kadr.

– Diagnozy o słabości polskiego państwa były już wielokrotnie formułowane przez różnych intelektualistów, polityków i publicystów. Pojawiały się rozmaite jej ujęcia i interpretacje, tak naukowe, jak i publicystyczne, od hipotezy „układu”, przez tezę o „imposybilizmie prawnym”, po formułowane ostatnio diagnozy o post/neokolonialnym charakterze polskiego państwa. Co Pan sądzi o tych koncepcjach?

– Przytoczone przykłady odnoszą się raczej do mechanizmów społecznych, które stoją za słabością państwa, niż do mechanizmów instytucjonalnych, na które ja zwracam uwagę. Zajmuję się regułami, w ramach których działają mechanizmy społeczne i ich wpływem na te mechanizmy. Wydaje mi się, że jest to o tyle ważne, że wyjaśnia, dlaczego kolejne ekipy, w tym rząd Prawa i Sprawiedliwości, który w szczególnie wyrazisty sposób podnosił wymienione diagnozy, nie zdołały przeprowadzić obiecywanych zmian, nie wprowadziły nas do IV RP. Nie był do tego potrzebny żaden układ. Nie wykluczam, że układ istnieje, ale proponuję inne spojrzenie. Moja opinia jest taka, że nie ma po prostu narzędzi, dzięki którym można byłoby zbudować IV Rzeczpospolitą. Jedną z motywacji, która skłoniła mnie do napisania książki, było sprawdzenie, czy tezy stawiane na dość wysokim poziomie abstrakcji, choćby przez Jadwigę Staniszkis, odpowiadają rzeczywistości – i czy w ogóle da się to empirycznie sprawdzić. Na przykład teza, że nasza kompatybilność ze strukturami Zachodu ma charakter powierzchowny i „pastiszowy”, a rzeczywiste reguły walki o władzę są ustanawiane poza instytucjami demokratycznego państwa, właśnie ze względu na ich słabość. W efekcie wylądowałem dość daleko od tez prof. Staniszkis. Uważam, że jedną z głównych bolączek polskiej politologii i polskiego życia intelektualnego w ogóle stanowi to, iż większość autorów zatrzymuje się na etapie chwytliwej tezy, a mało komu chce się sprawdzać, czy istnieją realne zjawiska i fakty mogące to potwierdzić. Ciekawy wyjątek od tej praktyki stanowi zespół prof. Andrzeja Zybertowicza. Stawiana przez niego teza o „antyrozwojowych grupach interesu” funkcjonowała przez długi czas właśnie jako jeden z takich medialnych sloganów, ale w pewnym momencie udało mu się zebrać wokół siebie grupę naukowców i zainicjować proces rzetelnej weryfikacji. Efekty tej pracy – niezmiernie zresztą ciekawe – jak dotąd nie dały jednak jednoznacznego rozstrzygnięcia.

– Czy to wszystko oznacza, że działania na rzecz „wymiany elit” są pozbawione sensu?

– Przemiana instytucjonalno-prawna i personalno-środowiskowa nie wykluczają się. Z całą pewnością wymiana elit nie jest działaniem wystarczającym. A poza tym nikt jeszcze nie pokazał tych nowych, lepszych elit… Powtarzam: miewaliśmy już bardzo łebskich ludzi na najwyższych szczeblach politycznej drabiny – i nie pomogło.

– A jak słabość polskiego państwa wygląda na tle reszty naszego regionu?

– Ludwik Dorn wygrzebał w „Bolesławie Chrobrym” Antoniego Gołubiewa wypowiedź jednego z bohaterów – margrabi brandenburskiego czy kogoś podobnego – że na wschód od Odry są tylko „państwa na [drewnianym] koniku”. Królowie bawią się tu w królów, rycerze w rycerzy itd. Tylko na zachód od Odry państwa są naprawdę, a u nas wszystko jest udawane. Rzeczywiście większość państw Europy Środkowo-Wschodniej ma problemy z realizowaniem podstawowych funkcji – mniej więcej z tych samych przyczyn. Najświeższa z nich to logika transformacji schyłkowego komunizmu – która w swojej istocie była antypaństwowa, bo polegała na demontowaniu stworzonych wcześniej instytucji w celu ocalenia wpływów ludzi władzy. Wydaje mi się, że jest jeden pozytywny wyjątek od tej reguły środkowo-wschodnioeuropejskiej – Węgry. Co najmniej od czasu pierwszego rządu demokratycznego – a właściwie jeszcze od ostatniego rządu komunistycznego Miklósa Németha, który wystąpił z partii i stał się premierem autentycznie podmiotowym, dzięki czemu rozdział rady ministrów od partii dokonał się jeszcze przed demokratyzacją – bardzo świadomie budowano tam nowe instytucje. Oczywiście Węgrzy dysponowali też kulturą administracyjną o jeszcze XIX-wiecznych źródłach, którą udało się jakoś ochronić przez cały okres komunizmu. W czasie przełomu na Węgrzech postawiono jednoznacznie na wzmocnienie rządu jako głównego ośrodka podejmowania decyzji politycznych, w porę zmarginalizowano prezydenta, zbudowano silne partie… W 1998 r., kiedy Orbán po raz pierwszy przejął władzę, miał już w szufladzie niemal gotowy projekt ostatecznego „ukanclerzowienia” systemu politycznego. Dalej w tym samym kierunku szły działania postkomunistów podczas dwóch kadencji ich rządów. To dzięki całemu temu procesowi świadomego wzmacniania państwa Orbán może dziś zachowywać się tak, jak się zachowuje, wprowadzać swoje reformy i prowadzić Węgry w wymyślonym przez siebie kierunku. Ma on bowiem w swoim ręku narzędzia kontroli całej sfery publicznej: jest szefem partii, która ma konstytucyjną większość w parlamencie, jednoznacznie kontroluje całą administrację, w tym formalnie dość niezależne agencje regulujące różne sfery gospodarki, a także media, dość łatwo może wpływać na działania władz lokalnych. W Polsce premier, nawet o najbardziej etatystycznych poglądach, nie mógłby bez rewolucji np. wymienić prawie połowy urzędników w MSZ-cie…

– Dlatego też wielu komentatorów o bardziej liberalnym nastawieniu – np. prof. Wojciech Sadurski – obawia się takiego sprawnego państwa. Być może jeśli nie ufa się rodzimej tradycji politycznej i temu, co może ona wyprodukować w przyszłości, jest to w pewien sposób zrozumiałe?

– Rzeczywiście jest tak, że u fundamentów III RP leży niepisane porozumienie o „obniżaniu stawki w grze”. Mam tu na myśli pewną zgodę elit politycznych na sytuację, w której nikt nie będzie miał pełni władzy – nie w sensie podziału na władze ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, lecz w takim, że system niejako uniemożliwia przyjmowanie wyrazistych rozwiązań i manewrowanie państwem jako całością. Węgrzy kluczowe rozwiązania instytucjonalne przyjęli jeszcze przed demokratycznymi wyborami. One w tak wielkim stopniu były oparte na braku zaufania do silnej władzy, że dla wszystkich polityków węgierskich stało się jasne, iż w ramach takich instytucji nie da się rządzić. Stąd dążenie najpierw do maksymalnego umocnienia premiera jeszcze w ramach systemu okrągłostołowego, a potem rozsadzenie tych ram przez Orbána. Żeby była jasność – nie jestem wielkim miłośnikiem Orbána. Treść jego polityki w istotnej części wydaje mi się bardzo ryzykowna. Nie zmienia to jednak faktu, że jest on obecnie w regionie jedynym politykiem, który może realizować długofalowe strategie polityczne.

– Ale jednocześnie ten przykład z pewnego punktu widzenia może stanowić argument na rzecz „liberalizmu strachu”, potwierdzenie, że sprawne państwo jest potencjalnie czymś niebezpiecznym.

– Zdecydowanie tak. Co więcej, nie można tych obaw jednoznacznie odrzucić. Konieczna jest świadomość kulturowego kontekstu: silne państwa zachodnioeuropejskie zbudowane są na fundamencie wspólnej kultury politycznej, opartej na wartościach takich jak porozumienie, kompromis, samoograniczenie. Ich nowoczesne instytucje pojawiły się w momencie, kiedy ten grunt był już dojrzały. Węgry są tymczasem bardzo mocno podzielone kulturowo, niektórzy mówią, że trwa tam prawdziwy Kulturkampf, walka nie tyle polityczna, co odnosząca się do podstawowych wartości. Gdybym był tamtejszym lewicowym liberałem, pewnie obawiałbym się, że Orbán zrobi coś, co np. zmusi mnie do emigracji. Nikt nie ma tymczasem wątpliwości, że Cameron nie zrobi nic, co mogłoby zmusić do emigracji labourzystów, mimo że realizuje politykę, która jest dla nich nie do przyjęcia i na swój sposób radykalna, np. wobec Unii Europejskiej czy imigrantów. Ten lęk, o którym mowa, ma więc swoją racjonalność, czy może znamy korzenie jego irracjonalności. Pytanie, gdzie w tym układzie jest Polska. Wydaje mi się, że poziom napięcia i zróżnicowania kulturowego jest na Węgrzech zdecydowanie wyższy niż w Polsce, że spór między Platformą a PiS-em nie jest, jak obie strony próbują nam często wmówić, odzwierciedleniem jakiegoś fundamentalnego konfliktu kulturowego. Jest to natomiast spór, który w oczywisty sposób potęguje słabość państwa, bo w tym systemie oznacza on, że albo ma się za sobą ⅔ parlamentu, albo nie da się nic zrobić.

– Z drugiej strony pytanie o zasadność strachu przed sprawnym państwem wykracza trochę poza kwestię PO vs. PiS. Przyjmując liberalną optykę, można by powiedzieć, że sam Orbán jeszcze kilka–kilkanaście lat temu był zupełnie innym politykiem niż dzisiaj. Czy eskalacja konfliktu nie może i w Polsce doprowadzić do radykalizacji głównych sił politycznych?

– Nie jest to wykluczone, ale w dzisiejszej sytuacji Polski wydaje mi się to perspektywą na tyle odległą, że nawet nie ma co się nad nią zastanawiać. Wydaje mi się, że Tusk pokazał, ile da się wycisnąć z obecnego systemu. Był niezwykle sprawnym politykiem, który potrafił się poruszać po meandrach III RP, ale jego historia pokazuje też wyraźne ograniczenia władzy w tym systemie. Na przykład niemal wszystkie sukcesy jego rządu były owocem zastosowania ręcznej, politycznej koordynacji. W momencie, kiedy coś jest realnym priorytetem rządu i premier przez swoich ludzi trzyma rękę na pulsie, wówczas „państwo działa”. Ale natychmiast, kiedy zwraca swoją uwagę w inną stronę, ono działać przestaje. Nie działają więc instytucje i standardowe reguły, a tylko okazyjne wzmożenie woli politycznej. Z tego doświadczenia wzięła się odpowiedź, jaką proponuje Platforma, czyli koncepcja „outsourcingu państwa”. Polega ona na tym, żeby możliwie dużą część spraw publicznych przekazać w prywatne ręce, które będą miały swój prywatny interes w tym, żeby dane przedsięwzięcie się udało. Można powiedzieć, że przykładem sukcesu tej filozofii jest Euro 2012, realizowane przez spółkę prawa handlowego, której państwo przekazało wiele kompetencji władzy publicznej, a która nie była ograniczona więzami charakterystycznymi dla administracji.

– Outsourcing staje się więc, paradoksalnie, jak w dawnej wizji Janusza Palikota, sposobem na wzmocnienie państwa?

– Nic podobnego! Outsourcing może pomagać w realizacji konkretnych projektów, ale ostatecznie efekty są takie, jak zwykle w pracy metodą projektową – projekt się kończy i wszyscy o nim zapominają, równie dobrze mogłoby go nigdy nie być. No, po Euro zostaną stadiony, które zbudowaliśmy w dużej mierze niepotrzebnie, a utrzymanie ich kosztuje krocie.

– W swoich tekstach podkreśla Pan często, że rozmiar państwa i jego siła czy sprawność to dwie osobne sprawy, że państwo-moloch może być słabe. Czy to oznacza, że jest Pan zwolennikiem tezy odwrotnej: zwijanie czy redukcja państwa do liberalnego minimum jest receptą na uporanie się z problemami ze sprawnością i sterownością?

– Wydaje mi się, że Polacy jako obywatele radzą sobie z większością rzeczy lepiej niż ich państwo – i nie jest to tylko liberalny populizm. 25 lat przemian pokazało, że wiele jest sektorów, gdzie dopiero próby wprowadzania państwowych regulacji powodują problemy. Intuicyjnie pomysł zmniejszania państwa jest mi bliski. Ale faktem jest również, że bardzo często deregulacja oznacza wystawienie interesu publicznego na niebezpieczeństwo. Rewersem sensownej deregulacji zawsze musi być regulacja. Nawet najbardziej brawurowi thatcheryści wprowadzali mnóstwo nowych przepisów i instytucji w celu zabezpieczania interesu publicznego; inna sprawa, że efekty ich działania były niezbyt udane. Zwijanie państwa „w realu” nigdy nie wygląda tak, że państwo po prostu się wycofuje.

– To są fakty niepasujące do ideologii. Nie chce się o nich pamiętać, tak jak i o tym, że najbardziej radykalnym reformom rynkowym ostatnich dekad, np. tym realizowanym przez Ronalda Reagana, towarzyszył wzrost wydatków publicznych i wysokie deficyty budżetowe… Czy tzw. neoliberalizm, czyli ideologia, w duchu której projektowano polską transformację, odegrał istotną rolę w osłabianiu transformujących się państw Europy Środkowo-Wschodniej i czy istotne wydaje się Panu pytanie, czy i komu słabość państw w tej części świata służy?

– Jeśli namawia mnie pan na krytykę konsensusu waszyngtońskiego, to oczywiście bym się przyłączył… Nie widzę natomiast bezpośredniego przełożenia na to, jak urządziliśmy sobie państwo. Na potrzeby swojej książki przeprowadziłem studium przypadku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, które, wydaje mi się, dobrze pokazuje, na czym polega problem. Instytucje, które były w okresie transformacji przeszczepiane – albo, jak twierdzą inni, narzucane – ze świata zachodniego, musiały funkcjonować w zupełnie innym kontekście kulturowym i instytucjonalnym niż ten, w którym zostały wytworzone. W efekcie działały też zupełnie inaczej. Zresztą trudno się dziwić: jeśli ktoś liczy na to, że instytucja regulująca media oddana w ręce polityków, będzie „niezależna”, to jest po prostu niesamowicie naiwny. Istnieje oczywiście znacznie więcej przykładów dysfunkcjonalnie działających instytucji „skopiowanych” z Zachodu. Zanim Urząd Komunikacji Elektronicznej „zatrybił” pod rządami Anny Streżyńskiej, przez 7 czy 8 lat (w swoich poprzednich wcieleniach) był całkowicie nieefektywny i biernie przyglądał się choćby działaniom Telekomunikacji Polskiej, niewątpliwie szkodliwym dla polskiego rynku.

– Pytanie tylko, czy ta imitacja, której efekty okazują się dysfunkcjonalne z perspektywy polskiego interesu publicznego, rozpatrywana w szerszym kontekście nie okazuje się funkcjonalna dla poszczególnych koncernów czy grup wpływu?

– Wydaje mi się, że w diagnozie neokolonialnej jest sporo przesady. Jasne, że z perspektywy silnych graczy międzynarodowych i lokalnych lepiej mieć słabych partnerów tam, gdzie chcą robić interesy. Ale z drugiej strony pewna stabilność reguł i porządek instytucjonalny są często kluczowe dla tych samych podmiotów czy grup interesu. Z różnych badań wynika, że najwięcej inwestycji dokonuje się w krajach, gdzie są wysokie podatki i silne związki zawodowe. Dla biznesu są to obciążenia, ale stanowią one jednocześnie ubezpieczenie przed niepewnością. Z drugiej strony jest oczywiście taki rodzaj biznesu, który woli mieć urzędnika w kieszeni i minimalizować inne koszty. Ale sprawa jest złożona. To nie jest tak, że jeśli jesteśmy słabym państwem peryferyjnym, to stanowi to prosty efekt zmasowanych działań międzynarodowych koncernów. To bardziej złożona interakcja: w niektórych sektorach rzeczywiście tak jest, ale w innych, np. w sektorze bankowym, międzynarodowi gracze uzyskali swoje cele pomimo faktu, że polskie instytucje nie były bezwolnymi pacynkami i nierzadko stawiały twarde warunki. Pamiętamy choćby słynny konflikt wokół fuzji BPH i Pekao SA, kiedy to administracja prezydenta Kwaśniewskiego dogadała się z włoskim UniCredit, a prawicowy rząd wyrzucił te ustalenia później do kosza. To nie jest tak, że każdy inwestor dostawał to, czego sobie zażyczył. Z drugiej strony polityka polskich władz polegała też np. na przekazywaniu w obce ręce banków słabych, czego efektem jest fakt, że Polski nie dotknęła plaga bankructw instytucji finansowych po 2008 r., wraz z jej konsekwencjami w postaci np. dwóch lat recesji, która spotkała Czechy czy kraje bałtyckie. Ten przykład pokazuje, że nie można generalizować – ocena musi być zależna od sektora i okresu, o jakim mówimy.

– Jakie widzi Pan perspektywy wyjścia z kondycji słabego państwa? Od czego trzeba byłoby zacząć?

– Na seminariach, które prowadziłem w czasie pisania mojej książki też zawsze padało to pytanie i studenci byli bardzo nieusatysfakcjonowani moją odpowiedzią, że jedyną odpowiedzią są małe kroki. Do przeprowadzania wielkich projektów i budowania długofalowych strategii politycznych brakuje nam narzędzi. Musimy pracować na poziomie najprostszych procedur. To, że pracuje się już nie nad projektami ustaw, lecz nad założeniami, albo że wprowadzono oceny skutków regulacji jako obowiązkowy element procesu tworzenia prawa, to jedne z takich zmian na lepsze, na które nas stać. Teraz trzeba zrobić następny ruch: wyprowadzić zespoły, które dokonują oceny skutków regulacji, z departamentów prawnych i stworzyć jednostki podlegające bezpośrednio ministrom. Tego typu zmiany są może mało sexy, ale też dzięki temu są poniżej radaru wielu grup interesów i mają szanse się udać.

To nie znaczy, że powinniśmy zarzucić myślenie w długiej perspektywie – wprost przeciwnie. Potrzebujemy dyskutować o naszych celach, o tym, jak powinna wyglądać lepsza Polska. W chaosie bitewnym polskiej polityki rozważania nad strategiami dla kraju zeszły niestety na odległy plan. O „Polsce 2030” Michała Boniego, która została przyjęta jako obowiązujący program rządowy i nigdy jej oficjalnie nie odwołano – nie pamięta dziś pies z kulawą nogą ani w rządzie, ani w opozycji. Tymczasem trzeba takie rozważania prowadzić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się okno możliwości dla zmian.

– Dziękuję za rozmowę.

(Dez)organizacje

Jaka jest dziś kondycja polskiego społeczeństwa obywatelskiego oraz jego rzeczywistej bądź domniemanej emanacji, czyli tzw. trzeciego sektora? Jak ma się rzeczywistość do ideału społeczeństwa aktywnego i podmiotowego?

Grażyna Piechota: Społeczeństwo obywatelskie w Polsce jest wciąż bardzo słabe. Jak wynika z cyklicznie przygotowywanej „Diagnozy Społecznej”, sytuacja ta od wielu lat praktycznie się nie zmienia. Minimalna poprawa na poziomie pojedynczych wskaźników, takich jak ocena zachowań aspołecznych, np. niepłacenia podatków, kradzieży prądu czy jeżdżenia na gapę, wynika z rosnącego poziomu edukacji Polaków, wzrostu ich kompetencji społecznych i obywatelskich. Polacy wciąż nie są jednak zainteresowani tworzeniem dobra wspólnego, nie postrzegają tej wartości jako czegoś ważnego. Nie widzimy związku między jakością własnego życia a aktywną postawą i świadomością obywatelską. Widać to doskonale na przykładzie frekwencji wyborczej. Wciąż ponad połowa uprawnionych dokonuje politycznego samowykluczenia, nie biorąc udziału w wyborach, a zatem nie przyjmując odpowiedzialności za kierunek naszego rozwoju i związany z nim poziom życia. Szczególnie rażąco ta abdykacja z zaangażowania w życie wspólnoty przejawia się na poziomie lokalnym, gdzie podejmowane są najważniejsze decyzje kształtujące jakość życia mieszkańców. A sięgając jeszcze niżej, znakomicie widać ją choćby na przykładzie frekwencji podczas zebrań wspólnot mieszkaniowych, w których średnio bierze udział ok. 10–15 proc. mieszkańców.

Inny problem, jaki dostrzegam, to rosnący strach przed wyrażaniem opinii i przyjmowaniem postaw krytycznych, kontestujących rzeczywistość. Zdarza się, że jednostki, które sprzeciwiają się różnym patologiom, ponoszą dotkliwe konsekwencje bycia aktywnym – zyskują opinię „wichrzycieli”, tracą pracę lub możliwości awansu itp. Pomimo nieznacznego wzrostu poziomu kompetencji społecznych i obywatelskich, wielu Polaków nadal nie zna swoich praw i nie przestrzega obowiązków – i jest to niestety postawa szeroko akceptowana. Coraz bardziej powszechne staje się natomiast przejawianie aktywności obywatelskiej w rzeczywistości wirtualnej. Internauci korzystają z możliwości finansowania społecznościowego (crowdfundingu), wyrażają w Sieci swoje niezadowolenie, angażują się w projekty polityczne, ekonomiczne czy ekologiczne. Często biorą też udział w przedsięwzięciach wykraczających poza granice kraju czy wręcz globalnych. Trzeci sektor ulega tymczasem stopniowej profesjonalizacji.

To dobrze czy źle?

Skutki profesjonalizacji działalności pozarządowej są ambiwalentne. Z jednej strony mamy z pewnością do czynienia ze wzrostem kompetencji osób zaangażowanych w działalność trzeciego sektora, co przekłada się na coraz efektywniejsze funkcjonowanie organizacji, sprawniejsze procesy komunikowania się ze społeczeństwem oraz poprawę standardów współpracy z administracją publiczną. Z drugiej strony profesjonalizacja w pewnym stopniu niestety zabija społecznikostwo i spontaniczność, które były dotąd niezbywalnymi atrybutami działalności organizacji oddolnych. Ich miejsce zastępuje w coraz większym stopniu świadome zarządzanie emocjami otoczenia, tak aby organizacja mogła skutecznie realizować swoje działania.

Z czego wynikają te przemiany?

Ważną rolę odegrało z jednej strony wprowadzenie nowych regulacji dotyczących działalności pożytku publicznego w 2003 r., które m.in. unormowały status wolontariuszy oraz wyodrębniły spośród ogółu organizacji pozarządowych (NGO) grupę organizacji pożytku publicznego (OPP). Z drugiej strony istotną rolę odegrało wprowadzenie możliwości finansowania tych organizacji jednoprocentowym odpisem z PIT. Wymusiło to na OPP, które chciały ubiegać się o tego typu finansowanie, projektowanie profesjonalnych kampanii społecznych i innych działań komunikacyjnych skierowanych do opinii publicznej, a to z kolei wiązało się ze zwiększonym zainteresowaniem mediów. Jednocześnie pojawiły się także liczne konkursy grantowe, które stawiają przed organizacjami ubiegającymi się o fundusze daleko idące wymagania formalne. Zmiany te przyczyniły się do zaistnienia OPP na szerszą skalę w świadomości społecznej. Jeśli chodzi o gotowość obywateli do angażowania się w ich działania, wciąż jednak są to zmiany nieznaczne, a stan rzeczy odległy od tego, który moglibyśmy określić mianem aktywnego społeczeństwa obywatelskiego.

Polskie NGO swoimi działaniami oraz przyjętymi strategiami komunikacyjnymi także nie przyczyniają się do zmiany postaw dominujących wśród Polaków.

Jak to?

Najczęściej spotykane w sferze publicznej przekazy NGO nastawione są przede wszystkim na oddziaływanie na emocje odbiorców – zwykle po to, aby skłonić ich do wsparcia działań określonej organizacji. Brakuje natomiast w tych przekazach zabiegów na rzecz zwiększania kompetencji społeczeństwa, objaśniania długofalowych zadań i celów, jakim służą organizacje pożytku publicznego. Bez takich działań trudno sobie tymczasem wyobrazić możliwość formułowania racjonalnych oczekiwań społecznych wobec NGO. Koncentrowanie się wyłącznie na doraźnych celach – a takie intencje przyświecają wielu organizacjom w ich działaniach komunikacyjnych – powoduje, że ludzie nierzadko wspierają przedsięwzięcia społeczne bez zrozumienia ich, dociera do nich bowiem tylko ten powierzchowny emocjonalny przekaz. Konkurencja między organizacjami odbywa się zatem bardzo często nie w oparciu o merytoryczne argumenty i realne osiągnięcia, ale o to, kto lepiej w sensie marketingowym zaprojektuje działania promocyjne.

Jak ocenia Pani system finansowania organizacji pozarządowych w Polsce? Jak wpływa on na ich podmiotowość względem administracji państwowej z jednej, a biznesu z drugiej strony?

Polskie organizacje pozarządowe są niestety uzależnione od dotacji i grantów – albo tych płynących z administracji publicznej, albo pozyskiwanych w ramach innych projektów, np. finansowanych przez biznes.

Syndrom tzw. grantozy to nie tylko konkurencja o granty, ale przede wszystkim ich „przerabianie” – koncentracja na rozliczaniu projektów, zamiast na celach społecznych, które organizacja powinna osiągać. Myślenie w horyzoncie krótkoterminowym, w którym zanikają priorytety organizacji – także te ogólne, takie jak integracja społeczna, aktywizowanie jednostek (nie tylko dla potrzeb formalnej realizacji grantu), otwarcie na nowe koncepcje, projekty i na ludzi „z zewnątrz” – a liczą się tylko policzalne cele wyznaczone przez grantodawcę. Kilka lat temu prof. Mirosława Marody wskazała, iż „Większość fundacji i stowarzyszeń III sektora to zbiurokratyzowane (w weberowskim tego słowa znaczeniu) instytucje, zajęte głównie polowaniem na granty, których »przerabianie« jest podstawową racją ich istnienia”. To zdanie nadal nie straciło na aktualności.

Uzależnienie się organizacji od grantów jest wyrazem słabości polskiego trzeciego sektora. Powoduje, że organizacje nie zajmują się tym, co jest istotne, lecz tym, na co można zdobyć grant. Kierunek rozwoju całego sektora kształtują więc w dużej mierze podmioty dysponujące funduszami, a nie autonomiczne decyzje poszczególnych NGO czy diagnoza potrzeb otoczenia. Przy czym charakter i znaczenie poszczególnych grantodawców mogą być różne w zależności od miejsca, w którym organizacja działa, oraz obranej przez nią domeny działalności. W dużych miastach NGO mają zwykle większe możliwości wyboru i dywersyfikacji źródeł finansowania – granty oferują tam zarówno władze publiczne, jak i organizacje i koncerny międzynarodowe. Na gruncie lokalnym często samorząd jest jedynym dysponentem funduszy. Mechanizm dostosowywania prowadzonych działań do oferty grantodawców stoi w sprzeczności z sensem istnienia organizacji pozarządowych, jako ulokowanych poza rządem i poza rynkiem. Poleganie na grantach powoduje często, że organizacje muszą podporządkować się celom politycznym wyznaczanym przez samorząd albo celom biznesowym fundacji korporacyjnych. Taka sytuacja, delikatnie mówiąc, nie sprzyja rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego.

Lekarstwem na te problemy miał być wspomniany wcześniej odpis podatkowy.

Tak, to miało być nowe, ważne źródło finansowania dla organizacji, wpływające na wzrost ich niezależności wobec arbitralnych sponsorów. Kategorię OPP stworzono równolegle z systemem jednoprocentowych odpisów podatkowych, wzorując się na rozwiązaniach węgierskich, w celu wyselekcjonowania i uregulowania organizacji pozarządowych uprawnionych do pozyskiwania środków z 1 proc. Przed Polską podobne rozwiązania wprowadziły również takie kraje byłego bloku wschodniego, jak Słowacja, Rumunia czy Litwa. Nie wydaje mi się natomiast, żeby sam fakt posiadania statusu OPP stanowił miarę społecznej użyteczności danej organizacji. Takiego statusu często nie posiadają małe, lokalne organizacje, które spełniają ważne funkcje społeczne.

Polacy jednak masowo skorzystali z nowej możliwości wspierania OPP.

To prawda. Jak wynika jednak z badań przeprowadzonych przeze mnie w 2010 r., masowość wspierania organizacji 1 proc. podatku dochodowego wynika głównie z liberalizacji przepisów i przeniesienia obowiązku przekazywania odpisów na urzędy skarbowe. Mówiąc inaczej: Polacy pomagają, bo nic ich to nie kosztuje.

A czy system przekazywania 1 procent spełnił pokładane w nim nadzieje, jeśli chodzi o finansowe upodmiotowienie OPP, uniezależnienie od grantodawców itp.?

W uzasadnieniu projektu ustawy o odpisach z PIT podnoszono właśnie, iż ten sposób wspierania organizacji pozwoli na ich finansowe usamodzielnienie, gdyż środki płynące od obywateli w ramach odpisów podatkowych będą dotyczyć konkretnych organizacji. Już przytoczone badania, które cytowano w uzasadnieniu do projektu ustawy, wskazywały jednak, iż respondenci podkreślali zamiar finansowania przede wszystkim organizacji, które pomagają chorym i niepełnosprawnym lub zajmują się pomocą społeczną. Szybko okazało się, że środki z odpisu podatkowego trafiają przede wszystkim do tego szczególnego typu podmiotów, nie wpływając znacząco na sytuację finansową innych NGO. Dominują one wśród organizacji, które pozyskują najwyższe kwoty z odpisu podatkowego (powyżej miliona złotych). W 2013 r. aż ok. 25 proc. kwoty przekazanej przez podatników wpłynęło na konto tylko jednej organizacji, która gromadzi środki na tzw. subkontach przypisanych konkretnym beneficjentom. A nie był to jedyny podmiot w gronie pozyskujących najwyższe kwoty z 1 proc. OPP, który działał w ten właśnie sposób.

Jak ten swoisty oligopol w sferze pozyskiwania środków z 1 proc. wpływa na ogólną strukturę sektora?

Te organizacje, które pozyskują wysokie kwoty z 1 proc., są zwykle zarazem najskuteczniejsze w zdobywaniu grantów i najszybciej się rozwijają. Ale zdecydowana większość organizacji, które zdobywają z odpisów symboliczne, kilkutysięczne kwoty, musi korzystać z grantów i innych sposobów finansowania działalności, żeby w ogóle przetrwać. Z badań, które prowadziłam w 2013 r., wynikało, że w grupie OPP pozyskujących z odpisów kwoty od 2 do 5 tys. złotych – a to tych organizacji co roku jest najwięcej – suma przychodów z 1 proc. stanowiła przeciętnie ok. 17 proc. rocznego budżetu.

Istnieją oczywiście i takie organizacje, które sobie dobrze radzą, skutecznie pozyskują znaczne kwoty (z odpisu podatkowego i nie tylko), zatrudniają pracowników, notują stały rozwój swojej działalności, a wreszcie – mają istotne znaczenie w społeczności, w której funkcjonują. Ale istnieje też wiele świetnie prosperujących OPP, które z pozyskiwania odpisu jednoprocentowego uczyniły sobie sposób na działalność, niekoniecznie postępując przy tym etycznie. Szeroko opisywane przez media były choćby przypadki organizacji, które zbierały środki na subkontach udostępnianych później organizacjom, które same nie były uprawnione do gromadzenia środków z 1 proc. Reakcji środowiska trzeciego sektora na takie praktyki nie było.

Jak Pani tłumaczy nierówną dystrybucję środków z 1 proc.?

Polacy wspierają organizacje pozarządowe lub ich beneficjentów, kierując się przede wszystkim zasadami altruizmu i empatii, regułą wzajemności oraz doborem krewniaczym. Trudno znaleźć natomiast wśród motywacji te, które dotyczą budowania dobra wspólnego i działania na rzecz poprawy jakości życia. W ostatnich latach nie doszło do wzrostu poziomu aktywności obywatelskiej ani zainteresowania wolontariatem. Nie odnotowano nawet zwiększonego wsparcia finansowego Polaków dla organizacji ze źródeł innych niż odpis podatkowy.

Może taka – „pomocowa” – już jest specyfika polskiego sektora pozarządowego i społecznych oczekiwań wobec niego, i należy się z tym pogodzić, a działań na rzecz dobra wspólnego wypatrywać gdzie indziej?

W pewnym stopniu taki pomocowy charakter odpisu podatkowego jest chyba rzeczywiście elementem polskiej specyfiki, choć nie tylko polskiej – podobne skutki mechanizm odpisów przyniósł na Słowacji i Węgrzech. Dopóki opieka zdrowotna i społeczna będą w Polsce na takim poziomie, na jakim są, dopóty ludzie będą przede wszystkim szukać substytutów dla nich. Trudno oczekiwać, że ktoś będzie myślał o tworzeniu dobra wspólnego, kiedy wie, że jakieś dziecko w rodzinie albo wśród znajomych potrzebuje pomocy finansowej, aby przeżyć. Osobną sprawą jest, na ile NGO są w stanie wypełnić te braki podstawowych usług publicznych.

Ale innym wnioskiem, jaki wypływa z moich badań, jest to, że pieniądze z 1 proc. są najważniejsze i najpotrzebniejsze dla organizacji lokalnych, choć obiektywnie nie chodzi w ich przypadku o wysokie kwoty. Odpis podatkowy ma dla nich bardzo istotną wartość integrującą. Fundusze przekazywane są bowiem przez osoby związane z organizacją, adresatów jej działań, członków lokalnej wspólnoty. Choć pewna grupa OPP profesjonalizuje swoją działalność, to większość z nich nadal stanowią organizacje typu społecznikowskiego, opierające się na zaangażowaniu i wolontariacie wspólnot lokalnych.

Jak problemy z finansowaniem wpływają na warunki pracy i morale pracowników NGO w Polsce?

Na tak postawione pytanie nie potrafię odpowiedzieć precyzyjnie – nie było to przedmiotem moich badań ani zainteresowań. Faktem jest natomiast, że zatrudnienie w polskim trzecim sektorze rośnie z roku na rok. Na koniec 2010 r. zatrudnionych było około 190 tys. pracowników; jeszcze w 2006 roku było to 115 tys. pracowników, a w 2008 – 140 tys. Praca w trzecim sektorze raczej nie powinna być kojarzona z wysokimi zarobkami. Motywacja do zatrudnienia w organizacji zwykle wynika raczej z pozapłacowych elementów, takich jak realizacja misji organizacji, spełnianie ważnych społecznie celów, satysfakcja z pomagania innym itd.

Czy winą autorów ustawy jest porażka systemu 1 proc. odpisów od PIT, jeśli chodzi o spełnianie części zamierzonych celów?

Stworzone przepisy były już kilkakrotnie nowelizowane. Na przykład obostrzono wymagania wobec NGO – na status OPP szanse mają jedynie te, które działają od co najmniej 2 lat, dzięki czemu udało się uszczelnić system i zapobiec tworzeniu OPP tylko po to, aby zdobywać pieniądze z 1 proc. Jednocześnie dla mniejszych organizacji ograniczono wymogi związane ze sprawozdawczością, wprowadzając tzw. uproszczone sprawozdanie merytoryczne.

Czego zabrakło?

Przede wszystkim działań edukacyjnych, tłumaczących Polakom, na czym polega i jakim celom powinien służyć odpis 1 proc. PIT dla OPP. Nie podjął ich ani rząd, ani zainteresowane organizacje czy podmioty je zrzeszające. W efekcie potocznie utożsamia się często 1 proc. PIT z darowizną. OPP twierdzą, że wiąże się to z ograniczeniem innych niż odpisy form wsparcia.

A organizacjom wygodniej jest uznać, że tłumaczenie nowych zasad nie należy do ich obowiązków?

Połączenie luk w wiedzy Polaków o tym, czym jest 1 proc., z brakiem zaangażowania NGO w formułowanie przekazów innych niż czysto marketingowe i z koncentracją na walce o pieniądze z odpisu podatkowego, daje taki rezultat, jaki obserwujemy w ponad dziesięcioletniej praktyce. Z rywalizacji zwycięsko wychodzą naturalnie najsilniejsze organizacje. Znaczące kwoty trafiają do kilkunastu OPP (np. w 2013 r. 60 proc. zgromadzonych odpisów podatkowych trafiło do 65 organizacji), zaś zdecydowana większość otrzymuje relatywnie niskie sumy. Współpraca między mniejszymi organizacjami, dyskryminowanymi przez obecny podział środków, mogłaby tę sytuację zmienić. W 2013 r. prowadziłam badania, których wyniki zostały zebrane w monografii pt. „Fakty i mity o jednym procencie podatku” (ukaże się za kilka miesięcy) – potwierdzają one, że OPP rzadko ze sobą współpracują, a w przypadku pozyskiwania 1 proc. praktycznie wcale. Brakuje integracji, zwłaszcza na poziomie lokalnym.

Czy system 1 proc. przełożył się w jakiś sposób na zainteresowanie lub aktywne uczestnictwo Polaków w działalności dotowanych organizacji?

Jak wspomniałam, dzięki 1 procent PIT organizacje zaistniały w świadomości społecznej. Media masowe częściej informują o działalności organizacji i wprowadzają je do debaty publicznej. Dzięki temu wzrosła rozpoznawalność organizacji oraz ich kompetencje komunikacyjne wobec otoczenia. Wzrosła także wrażliwość i tolerancja społeczna Polaków. Trudno jednak powiedzieć, żeby 1 proc. wpłynął jakoś szczególnie na aktywność obywatelską. Z pewnością grupa organizacji aktywnych medialnie – przy czym mam tu na myśli także aktywność w nowych mediach czy na portalach społecznościowych – zwiększa dzięki temu możliwości pozyskiwania wolontariuszy, młodych ludzi, którzy mają zapał do pracy. Największe strumienie wolontariuszy kierują się do tych organizacji, które potrafią się z nimi komunikować, także posługując się ich językiem i wykorzystując te kanały komunikowania, które są młodym ludziom bliskie. Nowe media stają się zresztą coraz istotniejszym kanałem nie tylko komunikacji z otoczeniem, ale i pozyskiwania finansowania dla konkretnych projektów (crowdfunding) czy też poparcia dla nowych ruchów społecznych i głoszonych przez nie idei. Z prowadzonych przeze mnie badań wynika jednak, że generalnie organizacje słabo radzą sobie z komunikacją poprzez nowe media. Albo takiej komunikacji nie prowadzą w ogóle, albo jest ona nieefektywna, nie angażuje użytkowników.

Wspomniała Pani o crowdfundingu. Jak widzi Pani przyszłość takich form finansowania czy choćby na nowo odkrywanej ekonomii społecznej, a jak perspektywy rozwojowe i możliwości udoskonalanie obecnie „przodujących” metod – systemów grantowych, mecenatu publicznego i prywatnego czy tradycyjnych składek członkowskich?

W mojej ocenie będzie rosnąć rola crowdfundingu oraz finansowania działań organizacji w ramach programów CSR-owych (społeczna odpowiedzialność biznesu), które coraz częściej wdrażane są przez firmy i korporacje. Wzrost znaczenia pierwszego z wymienionych narzędzi finansowania działań organizacji wynikał będzie z rozwoju komunikacji przez nowe media i serwisy społecznościowe. Jeśli organizacje będą potrafiły zaangażować użytkowników w komunikację w tych mediach, a w konsekwencji także w obserwowanie i wspieranie swoich działań, to będą również zdolne do efektywnego korzystania z finansowania społecznościowego. W przypadku finansowania organizacji przez firmy i korporacje w ramach projektów CSR-owych znaczenie będzie miał projekt, który do finansowania zaproponuje organizacja – jego kreatywność oraz dopasowanie do oczekiwań beneficjentów, np. lokalnej społeczności. Należy pamiętać, że firmy i korporacje w Polsce coraz częściej powołują własne fundacje, za pomocą których gromadzą również odpis jednoprocentowy (tzw. fundacje korporacyjne). Dzięki takim fundacjom, także ze środków pozyskanych z 1 proc., firmy i korporacje prowadzą działania kreujące ich wizerunek jako fundatora (najczęściej nazwa fundacji zawiera w sobie nazwę fundatora).

Należy sądzić, że również ekonomia społeczna będzie notować wzrost zainteresowania i rozwój wynikający z szukania alternatywnych sposobów aktywizacji określonych grup społecznych oraz wspierania partycypacji w wytwarzaniu dóbr. Coraz bardziej stajemy się bowiem społeczeństwem wymiany, a nie posiadania.

W moim przekonaniu maleć będzie natomiast członkostwo w organizacjach, a w ślad za nim strumień środków ze składek. Wiąże się to przede wszystkim z coraz większą mobilnością ludzi, zmiennością ich zainteresowań, chwilowymi fascynacjami różnymi projektami – tego rodzaju tendencje nie sprzyjają budowaniu trwałych relacji.

Jak można byłoby udoskonalić obecne otoczenie prawno-administracyjne NGO, szczególnie w kwestiach związanych z finansowaniem?

Organizacje powinny stanowić ważny budulec życia wspólnotowego, być swoistym inkubatorem i nośnikiem nowych wartości, idei i społecznej energii. Tego w Polsce nie widzę. Jak twierdzi prof. Jerzy Hausner, o ile obecnie organizacje jakoś radzą sobie finansowo, o tyle gdyby zabrakło środków z dotacji czy grantów, los wielu z nich byłby przesądzony. Problemem organizacji jest to, że nie potrafią dotrzeć do otoczenia (głównie w przestrzeni lokalnej).

Jak zagwarantować lepsze niż obecnie wypełnianie swojej funkcji i reprezentację „strony społecznej” przez organizacje pożytku publicznego? Jak powiązać je silniej z lokalnym środowiskiem raczej niż z państwowym czy prywatnym grantodawcą?

To w znacznym stopniu zależy od samych organizacji – ich zdolności do komunikowania się z otoczeniem, rozpoznania potrzeb i oczekiwań społeczności oraz umiejętności dotarcia do niej z ofertą swoich usług. Polski trzeci sektor potrzebuje innowacyjnych działań, kreatywnego, a nie biurokratycznego podejścia do rozwiązywania problemów. Świetnym przykładem takiego podejścia jest np. inicjatywa Krakowski Alarm Smogowy, która podjęła walkę o czystość powietrza w mieście, wykorzystując różnorodne strategie i formy przekazu: działania poprzez media społecznościowe, happeningi i manifestacje, szeroko zakrojoną kampanię informacyjną dla mieszkańców i turystów. Na efekty nie trzeba było długo czekać – udało się przyciągnąć uwagę mass mediów i skłonić władze Krakowa do szybkiego podjęcia realnych kroków na rzecz poprawy sytuacji.

Kolejne wyzwanie, przed jakim stoją dziś OPP, to zmiana postaw w relacjach z innymi organizacjami. NGO stają się coraz bardziej zamknięte i coraz mniej skłonne do współdziałania z osobami spoza swoich struktur. Tym samym, na poziomie lokalnym (a na tym obszarze koncentrują się prowadzone przeze mnie badania) zauważalne jest istnienie kilku, a czasem i większej liczby (zależnie od wielkości wspólnoty) zamkniętych środowisk, które raczej ze sobą rywalizują niż współpracują. Nie sprzyja to ani wypełnianiu funkcji reprezentanta lokalnej społeczności (np. wobec władz samorządowych), ani prowadzeniu otwartego i owocnego dialogu publicznego.

Ważna dla organizacji jest także umiejętność dostosowywania się do zmiennych warunków społecznych, np. do rozwoju nowych mediów i sieci społecznościowych. Te ostatnie stają się coraz bardziej istotne i stanowią czasami jedyny sposób na dotarcie z prospołecznym przekazem do młodych ludzi.

Dziękuję za rozmowę.