Narcyz i pryszcze

Narcyz i pryszcze

Czyli powiastka o poszukiwaniu naszego miejsca w kulturze zachodniej, pokazanym poprzez przypadki Piętaszka reprezentującego diasporę i prekariat w jednej skromnej osobie.

Wspołczesna kultura globalnego Zachodu – rozumiana jako wytwór zdominowany przez kraje anglojęzyczne – przypomina dziś Narcyza pochylonego nad sadzawką (czy też, jeśli wolicie, the pond), zakochanego w sobie i szukającego pryszczy. Tak, Narcyz ma nowe hobby. Wokoło niego stoi kilku paziów, którzy mu pomagają krzycząc – o tu tu, i pokazując coraz to nowy, prawdziwy czy wyobrażony, różowy punkcik na czole. Narcyz daje im za to cukierki. Co jakiś czas któryś z paziów, rozczarowany zapłatą, wysadza Narcyzowi kopa w rear end, powodując w ten sposób u ofiary salwy śmiechu. Tak się mianowicie składa, że Narcyz rozwinął w sobie poważny masochizm.

Obok Narcyza kręci się Piętaszek. Chociaż zdarzają się Piętaszki miejscowe, ten akurat Piętaszek jest przyjezdny, 15 lat temu wpadł na pół roku, żeby zarobić trochę w służbie u Narcyza, a pomimo kilku prób awans na pazia nie wchodzi w grę – jeszcze długo, długo nie. „Piętaszku, pyta Narcyz, nie odrywając wzroku od swego odbicia – czy ty należysz do jakiejś mniejszości? Hmmm, nie, powiadasz? Wypełnij ten oto kwestionariusz. Zajrzyj w głąb swej duszy, no już, no? Nazwijmy rzeczy po imieniu Piętaszku: beze mnie nie będziesz nawet wiedział, co przeżyłeś” (nawiązuję do tytułu książki Marii Janion „Czy będziesz wiedział co przeżyłeś”). „Dalej nic? To może idź sobie zbadaj DNA? Może akurat…”.

Narcyz jest odziany w koszulkę z Che Guevarą, trzyma na widoku relikwie: portret Marksa, egzemplarz „Kapitału”, a także pudełeczko Commie mints – taki z niego intelektualista. Narcyz posiada też dwa Land Rovery, które smoczą po 16 litrów każdy, jednak, ponieważ obsesyjnie wręcz dba o ekologię – nakazuje Piętaszkowi myć wielkie ucho ekologicznym płynem z etycznego sklepu. Płyn jest dziadowski, więc Piętaszek wysila mózg i wymyśla przekręt stulecia – przelewa do ładnych butelek zwykły płyn, który działa.

Piętaszek wielbi Narcyza i uważa, że Narcyz jest the best. Podczas urlopu stara się zaszczepiać w Piętaszkowicach różne narcyzowe mody. Sceptycyzm tubylców niezwykle go wkurza: „A to prymityw” mruczy, czując się niezwykle wyrafinowany. Jednak kiedy w ucho wpadnie mu „Przez twe oczy zielone”, ze zgrozą przyłapuje swoją prawą nogę na rytmicznych podrygach i musi się wewnętrznie zbesztać, po czym traci humor na resztę dnia.

Służba u Narcyza to nie miód. Powiedzmy tylko tyle, że Piętaszek nauczył się trzymać język za zębami, nie zadawać pytań, na które jeszcze nie ma odpowiedzi – i niczemu się nie dziwić.

Jako zakonspirowany nonkonformista (a co!) Piętaszek oburza się na algorytmy, przechytrza je więc rozpoczynając poszukiwania od piątej strony popularnej wyszukiwarki. W ten oto sposób, pewnego ponurego jak covid dnia, podczas wycieczki w króliczą norę internetu, Piętaszek dowiaduje się, że wyraźnie przyspieszyło wymieranie piętaszkokultury „i proces ten można w zasadzie już uznać za nieodwołalny”, jak przeczytał. Niebo wali mu się na głowę. Reewaluuje życiowe wybory. Reewaluuje – o nie, co to jest? Skąd wzięło się takie słowo! Stało się, Piętaszek zapomniał własny język (własnego języka?) i wyrabia nowe słowa z języka Narcyza. Piętaszek zachwyca się Lee Child, ale przegapił Szczepana Twardocha, ma ambicję, aby stać się częścią globalnej kultury, ogarnia go jednak niepokój na myśl, że zatraca własną, że zapomni nie tylko własnego, ale i jakiegokolwiek języka w gębie, żeby o niej wystarczająco dobrze opowiedzieć światu. Zastanawia się, czy wniesie do rozmowy coś oryginalnego czy zupełnie się w niej rozpuści. Jeśli już ma być tak, że w tej historiii przypada mu wiecznie rola sługi, to Piętaszek wolałby być Rzędzianem niż Piętaszkiem – i to nie tylko dlatego, że w następnej części każdej z tych historii Rzędzian się bogaci, a Piętaszek ginie…

Narcyz prędzej pęknie niż wydusi z siebie „Rzędzian, sam tu”, bo Narcyz nie chce i nie musi uczyć się piętaszkojęzyków ani rozumieć piętaszkoepiki. Narcyz nie poszukuje „nowego” poza sobą, lecz tylko w sobie. W globalnej sadzawce Narcyz widzi wyłącznie własne odbicie. Może więc, drogi Piętaszku, „waćpanu trzeba porzucić tę służbę”?

Magdalena Bieńczak

Epidemia cięć

Epidemia cięć

Rządząca województwem kujawsko-pomorskim koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego dokonała masowych cięć połączeń kolejowych.

Mroczne czasy

Niecały miesiąc przed zmianą rozkładu jazdy okazało się, że samorząd województwa kujawsko-pomorskiego podjął decyzję o likwidacji ruchu na dwóch liniach w Borach Tucholskich: Wierzchucin – Szlachta i Laskowice Pomorskie – Czersk.

Z linii Laskowice Pomorskie – Osie – Śliwice – Czersk pociągi zniknęły dokładnie w momencie podniesienia przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe prędkości z 80 km/h do 100 km/h na jednej trzeciej długości trasy.

Przez ostatnie miesiące poprzedzające likwidację połączeń rozkłady jazdy ułożone były w sposób przypominający mroczne czasy wygaszania popytu na podróże koleją. Na przykład popołudniowy pociąg z Czerska przyjeżdżał do Laskowic Pomorskich o 17:54 – kilka minut po opuszczeniu tej stacji przez pociągi do Bydgoszczy (odjazd o 17:49) i do Grudziądza (odjazd o 17:50). Nie starano się też dopasować godzin kursowania pociągów do godzin pracy w zlokalizowanych tuż przy stacji kolejowej w Osiu zakładach mięsnych Gzella, które zatrudniają ponad 500 osób.

Część pasażerów linia Laskowice – Czersk straciła przez to, że na prawie trzy miesiące, od połowy marca do końca maja 2020 r., zawieszono tu ruch pociągów.

Wygaszanie popytu

W marcu 2020 r., co samorząd tłumaczył epidemią koronawirusa, ruch zawieszono na czterech ciągach. O ile na linie Laskowice – Czersk i Wierzchucin – Szlachta pociągi wróciły w połowie 2020 r., o tyle linie Toruń – Lipno – Sierpc i Laskowice – Wierzchucin nadal pozostają bez ruchu. W ich przypadku epidemię wykorzystano jako pretekst do ostatecznego wycięcia połączeń. Na obydwu liniach bowiem już od kilku lat funkcjonowały kuriozalne rozkłady jazdy. Przed wstrzymaniem ruchu w marcu 2020 r. pociągi w kierunku Torunia odjeżdżały z powiatowego Lipna o 4:21 i 18:13, zaś z Torunia pociągi wyruszały o 2:59 (!) i 15:49. Trudno było spodziewać się, aby taka oferta – i to na linii wybiegającej wprost z miasta wojewódzkiego – przyciągnęła pasażerów. Mimo to decyzję o likwidacji połączeń samorząd województwa bezczelnie tłumaczył małą liczbą podróżnych.

Znów przypomniały się mroczne czasy, gdy najpierw liczbę pociągów ograniczano poniżej akceptowalnego minimum, by potem stwierdzić, że niewielkie potoki pasażerskie uzasadniają likwidację połączeń. Gdy tory są puste, na równoległej drodze krajowej 10 na wlocie do Torunia tworzą się korki.

Linii nijak nie pomogło to, że w gminie Lipno mieszka Aneta Jędrzejewska z PSL, członkini zarządu województwa kujawsko-pomorskiego, której podlega departament transportu. W listopadzie 2018 r. portal lipno.naszemiasto.pl zapytał Jędrzejewską o zamierzenia na kolejną kadencję, które odczują mieszkańcy jej małej ojczyzny. Członkini zarządu szczegółowo omówiła planowane remonty dróg, a kwestię biegnącej przez powiat lipnowski linii kolejowej kompletnie przemilczała.

Zabrakło rozwoju

W ostatnich dniach przed zmianą rozkładu jazdy zapadła decyzja o likwidacji połączeń na kolejnej linii: Chełmża – Bydgoszcz. Ruch na tej trasie został reaktywowany w 2008 r. Przywrócenie zlikwidowanych w 2000 r. połączeń było możliwe po pierwszym w Polsce przetargu na wykonywanie połączeń kolejowych. W ogłoszonym w 2007 r. przetargu zwyciężyła Arriva, oferując dużo niższe stawki niż PKP Przewozy Regionalne. Uzyskane oszczędności zdyskontowano na uruchomienie połączeń między Bydgoszczą ą Chełmżą.

– „Kiedy w 2007 r. przełamano monopol państwowego przewoźnika PKP Przewozy Regionalne, można było odnieść wrażenie, iż samorząd dąży do rozwoju kolei. Przybyło autobusów szynowych, zwiększyła się liczba połączeń” – mówi Rafał Wąsowicz ze Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Transportu Publicznego w Koronowie. – „Później zabrakło już rozwoju siatki połączeń, pojawiły się drastyczne ograniczenia na liniach Toruń – Lipno – Sierpc i Laskowice Pomorskie – Wierzchucin”.

Cichy plan

Pierwszy niepokojący sygnał miał miejsce w 2014 r., gdy kujawsko-pomorski sejmik uchwalał „Plan zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego”. Pierwszy zaprezentowany projekt dokumentu zakładał ograniczenie roli kolei: po 2020 r. miały zniknąć połączenia z aż sześciu linii: Grudziądz – Brodnica, Laskowice Pomorskie – Czersk, Wierzchucin – Szlachta, Toruń – Sierpc, Grudziądz – Kwidzyn i Bydgoszcz – Chełmża.

A przecież na przełomie XX i XXI wieku nad regionem przeszło kilka fal cięć, które nie ominęły nawet stolic powiatów: Rypina, Golubia-Dobrzynia i Żnina. W 2011 r. pociągi zniknęły z Ciechocinka. Zakładający kolejne cięcia projekt planu transportowego wywołał więc duże kontrowersje: wpłynęło prawie 600 uwag. W tej sytuacji samorząd województwa ostatecznie przyjął plan transportowy, który co prawda nie zakładał reaktywacji, ale przewidywał zwiększenie liczby pociągów na czynnych liniach.

Tak się jednak składa, że cięcia przeprowadzone w marcu i grudniu 2020 r. w dużej mierze pokrywają się z czarną listą z nieuchwalonej wersji planu transportowego.

Przynajmniej na jakiś czas

– „Niektóre połączenia musiały zostać, przynajmniej na jakiś czas, zawieszone” – mówi rzeczniczka samorządu województwa kujawsko-pomorskiego Beata Krzemińska. – „Samorząd po wielomiesięcznych trudnych negocjacjach został zmuszony do podpisania niesatysfakcjonujących umów z operatorami kolejowymi”.

W grudniu 2020 r. kończyły się umowy samorządu z przewoźnikami: dziesięcioletnia z Arrivą i pięcioletnia z Polregio. Nowe kontrakty z przewoźnikami samorząd zawarł tuż przed zmianą rozkładu jazdy. Umowę z Arrivą podpisano 11 grudnia 2020 r. Z kolei 12 grudnia 2020 r. – zaledwie kilka godzin przed wejściem w życie nowego rozkładu jazdy – została podpisana umowa z Polregio. – „Przedstawiciele tej spółki usiedli do stołu z żądaniem stawek dwukrotnie wyższych” – mówi Krzemińska. – „Zostaliśmy postawieni w sytuacji, w której nie stać nas na opłacenie siatki połączeń w takim kształcie, w jakim funkcjonowała ona w ubiegłym roku”.

Polregio – które w 2020 r. dostawało dopłatę 13,06 zł za pociągokilometr – na 2021 r. zażyczyło sobie dopłaty wynoszącej 24,12 zł. Podczas negocjacji samorządowi udało się wytargować kwotę 23,75 zł. Oczekiwania Arrivy też wzrosły. Sytuacja była o tyle podbramkowa, że w budżecie województwa zmniejszono wydatki na połączenia kolejowe: z 99,2 mln zł w 2020 r. do 82,6 mln zł w 2021 r.

Negocjacje wyglądały więc tak, że z przygotowanego rozkładu jazdy, by zmieścić się w finansowych żądaniach przewoźników, wykreślano kolejne połączenia spółek Arriva i Polregio. Nie ma linii, której nie dotknęłyby cięcia. Na koniec pertraktacji zdecydowano o wycięciu wszystkich pociągów regionalnych z kolejnego odcinka: Włocławek – Kutno.

Ponadpartyjne protesty

Cięcia połączeń spotkały się z bardzo dużą krytyką. Do marszałka województwa Piotra Całbeckiego z PO trafiły dziesiątki protestów od samorządów lokalnych, radnych sejmiku, organizacji pozarządowych, administracji rządowej oraz parlamentarzystów. Na konferencji prasowej przeciwko cięciom połączeń wspólnie wystąpili posłowie z odległych politycznie ugrupowań: Paulina Matysiak z Lewicy, Mariusz Kałużny z Solidarnej Polski i Paweł Szramka z Kukiz’15.

Media regularnie donoszą o codziennych problemach mieszkańców Kujaw i Pomorza z dojazdami, a społeczności lokalne zbierają podpisy pod petycjami na rzecz przywrócenia połączeń. – „Społeczeństwo jest coraz bardziej świadome jak powinien wyglądać transport regionalny, i kolej jest tu na pierwszym miejscu” – mówi Rafał Wąsowicz.

Co istotne, rządzącą województwem koalicję spotkała krytyka płynącą również od polityków reprezentujących te same barwy partyjne: od prezydenta Włocławka Marka Wojtkowskiego z PO czy od radnej sejmiku Agnieszki Kłopotek z PSL. Władze regionu szybko przekonały się, że to już nie te czasy, gdy można było likwidować pociągi bez większego sprzeciwu.

Bez możliwości dojazdu

Samorząd województwa podjął próby ratowania sytuacji. Z początkiem stycznia 2021 r. na zlecenie samorządu uruchomiono autobusy mające zastąpić kolej na liniach, na których zniknęły wszystkie połączenia – „Nikt nie zostanie bez możliwości dojazdu” – zapewnił marszałek Piotr Całbecki, dodając przy tym, że koszt przejazdu kilometra przez autobus to tylko 3,50 zł.

Autobusów – mimo znacznie niższej stawki – wprowadzono jednak mniej niż było pociągów. Ponadto podróż autobusem trwa dużo dłużej niż przejazd pociągiem. Na przykład trasę z Włocławka do Kutna autobus pokonuje w 1 godz. 55 min., a pociągi regionalne przejeżdżały tę relację w 45-62 min. Autobusy muszą kluczyć, by obsłużyć wszystkie stacje i przystanki kolejowe. Ponadto autobusy nie zaspokajają nawet podstawowych potrzeb. Przykładowo pierwszy autobus z kierunku Kutna przyjeżdża do Włocławka dopiero na 8:35 (pociągi umożliwiały dojazd na 6:00 i 8:00). Do Osia – największej w Borach Tucholskich miejscowości pozbawionej pociągów – autobusy wcale nie dotarły.

W końcu samorząd zapewnił, że na linie Laskowice Pomorskie – Czersk i Chełmża – Bydgoszcz niewielka liczba pociągów wróci 18 stycznia 2021 r. Przywrócony ma też być ruch na odcinku Włocławek – Kutno, ale tylko do leżącej przed granicą województwa stacji Kaliska Kujawskie.

Przetarg, którego nie było

Jak w województwie kujawsko-pomorskim doszło do kolejowego kryzysu, który obecnie władze regionu nieudolnie próbują zażegnać?

Samorządy, zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej, tylko do końca 2020 r. mogły powierzyć realizację przewozów kolejowych bez organizowania przetargu – maksymalnie na 10 lat. Większość regionów zawarła umowy z Polregio na całą dekadę. Nie wszystkie dobrze na tym wyszły. Stawki dopłat w różnych regionach zaskakująco się bowiem różnią. Najniższą wynegocjował Dolny Śląsk (13,60 zł za pociągokilometr), zaś na najwyższą przystało województwo lubelskie (38,20 zł za pociągokilometr).

Brak przetargów dał spółce Polregio zielone światło do dowolnego windowania stawek. Kujawsko-pomorski samorząd nie tylko nie chciał się na to zgodzić, ale przede wszystkim nie był na to przygotowany.

Cofnijmy się do stycznia 2019 r., kiedy to kujawsko-pomorski samorząd ogłosił zamiar rozpisania przetargu na wykonywanie przewozów kolejowych. Zamówienie miało dotyczyć dalszej obsługi wszystkich linii czynnych w ruchu regionalnym. Zwycięzca przetargu miał przystąpić do realizacji przewozów w grudniu 2020 r. i wykonywać je przez 15 lat. Zapowiedziany długi okres realizacji kontraktu dawał nadzieję na to, że do przetargu stanie większa liczba oferentów, którym będzie opłacało się zainwestować w tabor i inne zasoby, a konkurencyjny tryb wyboru pozwoli uzyskać atrakcyjne ceny.

Przetarg miał być ogłoszony na początku 2020 r., ale ostatecznie nawet nie został rozpisany. Odstąpienie od przetargu zbiegło się z powołaniem w styczniu 2020 r. Tomasza Moraczewskiego na stanowisko szefa departamentu transportu samorządu województwa kujawsko-pomorskiego.

Dwa gabinety Moraczewskiego

Nieoficjalnie dowiadujemy się, że Moraczewski po objęciu funkcji dyrektora departamentu transportu za główny cel postawił obniżenie kosztów funkcjonowania połączeń kolejowych. Do współpracy przy tworzeniu oferty przewozowej Moraczewski zaprosił Stanisława Biegę, eksperta związanego z pozarządowym Centrum Zrównoważonego Transportu. Obaj panowie współpracowali między innymi przy tworzeniu połączeń InterRegio w latach 2009-2010, gdy Moraczewski był prezesem Przewozów Regionalnych. Po odejściu z tej spółki w 2010 r. został szefem bydgoskiego portu lotniczego, którego większościowym akcjonariuszem jest samorząd województwa kujawsko-pomorskiego.

Od stycznia 2020 r. Moraczewski funkcję prezesa bydgoskiego lotniska łączy z posadą dyrektora departamentu transportu w siedzibie kujawsko-pomorskiego samorządu przy Placu Teatralnym w Toruniu. Dwa gabinety Moraczewskiego dzieli 50 km. Wiąże się to z konfliktem interesów: większe pieniądze na kolej mogą skutkować ograniczeniem funduszy na lotnisko.

Na ostatnią chwilę

Umowę ze Stanisławem Biegą samorząd województwa kujawsko-pomorskiego zawarł w kwietniu 2020 r. – po tym, gdy samorząd zrezygnował z przetargu. Zadaniem Biegi było opracowanie rozkładu jazdy obowiązującego od grudnia 2020 r. do grudnia 2021 r. wraz z ułożeniem obiegów taboru i drużyn pociągowych, zapewnieniem cykliczności kursowania pociągów oraz skomunikowań. Kolejna umowa – dotyczącą wdrożenia rozkładu jazdy – została zawarta z Biegą w listopadzie 2020 r.

Plan Biegi opierał się na rozbudowie oferty na ciągach między największymi miastami kosztem pewnych redukcji na bocznych liniach, co miało poprawić ekonomikę kolei w regionie. Plan ten nie brał jednak pod uwagę wzrostu oczekiwań finansowych przewoźników.

Gdyby rozpisano zapowiadany przetarg, to przewoźnicy prawdopodobnie zaoferowaliby niższe stawki niż przy powierzeniu im realizacji przewozów z wolnej ręki. Pozycję negocjacyjną samorządu pogorszyło to, że pertraktacje z Polregio i Arrivą prowadzono na ostatnią chwilę. Obaj przewoźnicy uznali, że samorząd będzie chciał w pełni realizować zaplanowany rozkład jazdy i przystanie na zwiększenie dopłat.

Czarny koń

Jako że samorząd województwa kujawsko-pomorskiego zawarł zarówno z Polregio, jak i z Arrivą umowy tylko na jeden rok, to – w myśl unijnych regulacji – przewoźnika, który będzie obsługiwał połączenia od grudnia 2021 r., nie będzie można wybrać inaczej aniżeli w przetargu.

Czarnym koniem przetargu może okazać się Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Tym bardziej, że ten niewielki przewoźnik aktualnie sprowadza z Holandii 32 używane składy spalinowe typu DM90. Jak poinformował SKPL, negocjacje z Nederlandse Spoorwegen trwały od grudnia 2019 r. Może więc kujawsko-pomorski samorząd zrezygnował z przetargu zapowiadanego na 2020 r., żeby poczekać aż SKPL będzie gotowy na złożenie oferty. Dodajmy, że na początku grudnia 2020 r. Piotr Całbecki oznajmił, iż pojawił się trzeci gracz, sugerując, że może on przynieść rozwiązanie problemów. Władze regionu liczą też na udział w przetargu przewoźników Leo Express czy RegioJet z Czech.

Pytanie, czy samorząd zdoła w niecały rok przeprowadzić i rozstrzygnąć nowy przetarg, a startujący w nim nowi przewoźnicy będą w stanie w tak krótkim czasie przygotować się do realizacji przewozów. Najważniejszym pytaniem jest jednak to, jak najszybciej odbudować zaufanie mieszkańców Kujaw i Pomorza do transportu kolejowego.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/111, styczeń-luty 2021).

O demokracji w Ameryce i europejskim 500+

O demokracji w Ameryce i europejskim 500+

Kiedyś nie chciałem interesować się Stanami Zjednoczonymi, bo uważałem je – niemądrze – za kraj bez historii. Jak wiele osób z mojego pokolenia wchodziłem w świadome życie polityczne w czasach amerykańskich „wojen z terroryzmem”. Wojen, do których głośno i zgodnym chórem zachęcały polskie elity od prawa do lewa – inaczej brzmiał tylko głos Jana Pawła II i niektórych lewicowych radykałów. W tej sytuacji, i nie mówię tu chyba tylko za siebie, ale prawdopodobnie również za sporą część mojego pokolenia, któremu Ameryka kojarzyła się przede wszystkim z samozadowolonym imperializmem i płaskim komercjalizmem – nie spodziewałem się, żeby coś mogło wyjść z Ameryki (z wyjątkiem może niektórych książek osamotnionych i wyobcowanych akademickich radykałów).

Odkąd, kilka lat temu, zacząłem pracować z Amerykanami (głównie katolikami lub „liberalnymi” protestantami głosującymi na Demokratów) i poznawać Amerykanów prywatnie (głównie charyzmatycznych protestantów głosujących na Republikanów), i odkąd zacząłem się zagłębiać w tradycję amerykańską, zwłaszcza w paradoksalną, równocześnie popularną i intelektualną, tradycję amerykańskiego „progresywnego populizmu”, mocno zmieniłem zdanie. Bardzo przywiązałem się do Ameryki i Amerykanów i wciągam się w dawne i obecne dzieje tego wielkiego kraju coraz bardziej.

O tym, co się niedawno działo i wciąż dzieje w USA mógłbym i chciałbym napisać dużo.

Chciałbym napisać chrześcijanom, żeby nie wchodzili w to, co w charyzmatycznym slangu nazywamy „mentalnością ofiary”; a co zawsze wiąże się z przerzucaniem odpowiedzialności za nasze porażki i nasze grzechy na innych. Tutaj: z przerzucaniem winy za zamieszki na Kapitolu na Antifę, Black Lives Matters, Bidena itd. Nie. Trzeba wziąć odpowiedzialność. I trzeba powiedzieć „OK, nie udało się. Nie będziemy rozwalać wspólnych instytucji, dlatego że tym razem przegraliśmy. Nauczymy się przegrywać i spróbujemy za cztery lata”. Tak jak powiedzieli Demokraci po przegranych Ala Gore’a czy Johna Kerry’ego, kiedy to wielu z nich uważało, że G. W. Bush został prezydentem USA tylko dzięki oszustwom i nieprawidłowościom przy liczeniu głosów.

Chciałbym, żeby chrześcijanie dwa razy zastanowili się, zanim prześlą dalej kolejny film promujący kolejną teorię spiskową; bo za wiarę w takie teorie spiskowe – a nie za wiarę w Jezusa – zginęło na Kapitolu kilkoro ludzi. I ci ludzie, którzy niepotrzebnie zginęli, byli dla kogoś siostrą, mężem albo córką, a teraz naprawdę nie żyją.

Chciałbym też napisać tym znajomym lewicowcom, którzy cieszą się, że Twitter zablokował bezterminowo konto Prezydenta Trumpa i tym lewicowym znajomym, którzy krytykują Facebooka co najwyżej za to, że bierze się za cenzurę za późno, żeby nie wierzyli w to, że niedemokratyczne, przed nikim nie muszące tłumaczyć się ze swoich decyzji gigantyczne monopole zbudują nam dzięki cenzurze lepszy świat. Nie zbudują. Wyrzucenie Donalda Trumpa i jego zwolenników z Twittera czy Facebooka może pomóc odreagować, zaspokoić lewicowe pragnienie zemsty, ale w żaden sposób nie deeskaluje konfliktu ani nie ułatwia radzenia sobie z treściami rzeczywiście nawołującymi do przemocy. [1]

OK, może ktoś powiedzieć, ale co właściwie mamy zrobić w tej sytuacji – jeśli po jednej stronie nakręcają się teorie spiskowe, a po drugiej tężeje wola ich prewencyjnego wyduszenia z użyciem maszyny monopolistycznej?

Myślę, że odpowiedź, jedną z wielu, można znaleźć uważnie przyglądając się przyczynom dobrego wyniku Prezydenta Trumpa w ostatnich wyborach. Dlaczego Donald J. Trump mimo katastrofalnych efektów pandemii w USA (aż 19% procent zmarłych na COVID to mieszkańcy USA, mimo że ludność USA stanowi tylko 4% światowej populacji) zdobył tak wiele głosów? Odpowiedzi, jak zwykle w przypadku złożonych problemów społecznych, jest wiele, ja chciałbym wskazać na jedną – przez większość polskich komentatorów raczej pomijaną.

Drugą najważniejszą sprawą dla amerykańskich wyborców był – zaraz po pandemii – stan gospodarki. I do samego końca pozostała to jedyna kwestia, w której większość respondentów wskazywała Donalda Trumpa, a nie Joe Bidena, jako kandydata, który ich zdaniem lepiej poradzi sobie z gospodarką. Co więcej, Trump prowadził też w sondażach wśród tych wyborców, którzy właśnie stan gospodarki uważali za najważniejszą sprawę decydującą o ich decyzjach wyborczych. Dlaczego tak było, mimo bezrobocia najwyższego od czasów Wielkiego Kryzysu?

I dlaczego Trump był pierwszym republikańskim kandydatem na prezydenta od lat 60., któremu udało się zdobyć nowe głosy wśród nie-białych – czarnych, latynoskich i azjatyckich – wyborców?

Ktoś mógłby powiedzieć, że radykalnie wolnorynkowych wyborców przyciągnęły ulgi podatkowe, które Trump ofiarował najbogatszym. Takie rozwiązanie mogło się spodobać beneficjentom „socjalizmu dla bogatych”, którzy skorzystali na ulgach, ale wśród szerszych mas republikańskich wyborców była to jedna z najmniej popularnych decyzji prawie-już-byłego Prezydenta USA. Wydaje się, że znacznie większy wpływ na rosnącą popularność prezydenta wśród amerykańskiej klasy pracującej, w tym, przypominam, nie-białej klasy pracującej, mogło mieć niskie bezrobocie, które np. wśród czarnych mężczyzn było przed pandemią najniższe od wielu lat. [2]

No i sprawa by może najciekawsza. Otóż za prezydentury Donalda Trumpa faktem stał się postulat bardzo podobny do postulatu, o który dla naszego kontynentu walczy inicjatywa, w którą jestem zaangażowany – Pacjent Europa – i który wśród większości europejskich decydentów wciąż uznawany jest za niemożliwy do realizacji: Tymczasowy Dochód Podstawowy. Bo „Stimulus Check”, który latem przegłosował amerykański Kongres, to rozwiązanie bliskie dochodowi podstawowemu (choć bynajmniej z nim nietożsame)[3] w wysokości miesięcznej federalnej pensji minimalnej trafiające do każdego bezrobotnego dorosłego Amerykanina.

Do każdego czeku dołączony był list z podpisem Prezydenta.

To, jak twierdzą osoby na co dzień pracujące z Amerykanami latynoskiego pochodzenia, mogło być jednym z powodów, dla których tak wielu niezamożnych Amerykanów różnych ras zagłosowało na prezydenta, który bezpośrednio im pomógł wysyłając podpisany przez siebie czek w sytuacji, gdy oni mieli do zapłacenia ratę kredytu, czynsz za mieszkanie lub musieli kupić jedzenie dla siebie i rodziny.

Co powinna zrobić Unia Europejska – w sytuacji, w której właśnie być może rozsypuje się rząd włoski – jeśli chce odzyskać zaufanie Europejczyków? Wysłać im taki czek, podpisany przez UE. Europejskie 500+.

To konieczne nie tylko z przyczyn ekonomicznych, jeśli chcemy naprawdę rozruszać gospodarkę i jeśli chcemy szybko i skutecznie pomóc ludziom, którzy tracą pracę, pracują na część etatu lub muszą zamykać swoje małe i średnie firmy.

To także konieczne do odbudowy zaufania. Bo to zaufanie jest walutą, którą płaci się za wyjście z kryzysu. Bez odbudowy podstawowego zaufania do władz publicznych nie pomogą ani szczepionka ani lockdowny. Odbudowa zaufania – zwłaszcza w sytuacjach trudnych, kiedy wymaga się od obywateli rzeczy trudnych, takich jak zamknięcie się w domu z dziećmi, takich jak czasowa rezygnacja z wielu wolności – jest możliwa, jeśli władze publiczne umieją pokazać, że biorą sprawę poważnie. A trudno uwierzyć, że biorą sprawę całkiem poważnie, jeśli nie są skłonne wydać na tę ważną sprawę pieniędzy, pomagając swoim obywatelom.

Sytuacja, w której my będziemy udawać, że stosujemy się do restrykcji, a władze będą udawać, że nam pomagają – jest nie do utrzymania i nie wyprowadzi nas z pandemii.

Do Dochodu Podstawowego można mieć zastrzeżenia. Sam nie byłem jego zwolennikiem w „normalnych”, przedpandemicznych czasach, mając więcej sympatii do takich narzędzi, jak Gwarancja Zatrudnienia. [4] Ale czasy nie są normalne i Tymczasowy Bezwarunkowy Dochód Podstawowy jest niezbędny w sytuacji, gdy wielu ludzi nie może i nie powinno chodzić do pracy.

W USA są już – po wszystkich politycznych stronach – politycy, którzy to rozumieją. Od twardego konserwatysty, nowo narodzonego chrześcijanina Marco Rubio, który zadeklarował, że zagłosuje za ambitniejszą wersją zimowego pakietu „Stimulus Check”, po progresywnego przedsiębiorcę i kandydata na burmistrza Nowego Jorku Andrew Yanga. Kiedy przed kilku laty Andrew Yang zaczynał kampanię na rzecz Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego, idea była niepopularna i niezrozumiała. Dziś to jedno z najpopularniejszych rozwiązań wśród wyborców w USA po obu stronach barykady.

Mam nadzieję, że europejscy politycy, z którymi będziemy się spotykać jako Pacjent Europa w najbliższych tygodniach, też to zrozumieją.

Zanim ktoś zacznie szturmować ich Kapitol.

dr Mateusz Piotrowski

 

Przypisy:

1. Deeskalację ułatwiłoby chociażby realne wsparcie mniej spolaryzowanych mediów lokalnych, które to media zostały przez monopole – napędzane przez promonopolistyczne ustawodawstwo – pożarte w ostatnich latach. O pożeraniu mediów lokalnych przez medialne monopole piszą jedni z ciekawszych amerykańskich analityków gospodarczych, Matt Stoller i Sarah Miller, związani z American Economic Liberties Project. Donald Trump being banned from social media is a dangerous distraction.

W polskim kontekście o medialnym niemieckim prywatnym monopolu przejętym niedawno sprawnie za pomocą jednej transakcji przez monopol państwowy mówili i pisali Krzysztof Mroczkowski oraz Filip Konopoczyński. Zobacz: Repolonizacja mediów. Przejęcie Polska Press przez Orlen – Krzysztof Mroczkowski; Filip Konopczyński, Digital Empire in the Making. Law and Justice Party’s Conquest of Polish Traditional and Digital Media.

2. „[…] stopa bezrobocia wśród czarnych mężczyzn w wieku od 25 do 54 lat wzrosła do 19,7 procent w marcu 2010, co stanowiło wskaźnik o niemal 9 punktów wyższy niż stopa bezrobocia wśród wszystkich mężczyzn w tym wieku. Do października 2019 wskaźnik ten obniżył się do 4,2 procent, był więc tylko o niecałe 2 punkty wyższy niż stopa bezrobocia wśród wszystkich mężczyzn”. Przyczyny tego stanu rzeczy stara się zbadać tekst Orena Cassa, dyrektora republikańskiego i sceptycznego wobec wolnorynkowego fundamentalizmu think tanku The American Compass. Zobacz: Oren Cass, Some Like it Hot.

3. Andrew Yang stwierdził, że „Zasadniczo idea Stimulus Check jest niemalże identyczna z ideą Powszechnego Dochodu Podstawowego”. Główna różnica polega na tym, że jak pisze na stronach Tax Policy Center Leonard E. Burman, Stimuls Check „to jednorazowe, a nie comiesięczne świadczenie. Simulus Check nie jest także świadczeniem uniwersalnym”. Leonard E. Burman, Is The Stimulus Rebate A Universal Basic Income?

4. Jan J. Zygmuntowski, Work for All.

Monsieur Hulot w świecie Premium

Monsieur Hulot w świecie Premium

W roku ZOZO nie było tradycyjnej firmowej imprezy świątecznej. Było świąteczne zebranie online, tak drętwe, że pracownicy zatęsknili za niezbyt lubianym korpopijaństwem. Część z nich umówiła się na nieformalnego śledzika na zoomie. Też żadna rewelacja, ale przynajmniej miało się wrażenie, że jakiś rytuał został dopełniony. Popijali i gawędzili, wymieniając się plotkami, w tym roku mniej licznymi niż zazwyczaj, i smętkami, na które był w 2020 szczególny urodzaj. W pewnym momencie temat rozmowy zszedł na mało lubianego szefa, człowieka nieustającego sukcesu, Przywita. Znów miał awansować, tym razem już za granicę. Troszkę się z tego pośmiali, troszkę nad tym poubolewali. Ten facet zdawał się mieć kupon na złotą karierę.

„Ale słuchajcie: czy ktoś wie, dlaczego on właściwie tak awansuje? Czy on ma wuja w zarządzie? Czy gra z kimś ważnym w golfa? Z kimś śpi? Ten facet nic nie umie, on nawet nie jest psychopatą” – powiedział ktoś.

„Fakt. On jest zerem” – zgodzili się pozostali. Nikt nic nie wiedział o żadnym wuju w zarządzie ani o wpływowej protektorce. Bo też nikogo takiego nie było. Przywit był zerem pod każdym względem. I dzięki temu właśnie szybował na prądach powietrznych Zeitgeistu. Zawsze mówił cokolwiek. Najczęściej powtarzał i lekko przetwarzał cokolwiek wcześniej wypowiedziane przez kogoś oczko ważniejszego. Starał się zachowywać i wyglądać jakkolwiek, najchętniej względnie podobnie do kogoś o oczko ważniejszego. Pytany o strategiczne kierunki rozwoju firmy, zawsze wygłaszał jakiś powszechnie znany najgorszy scenariusz i orzekał, że należy się doń dostosować, bo teraz tak będzie i trzeba się z tym pogodzić. I to wszystko. Skąd ta szczęśliwa gwiazda? I skąd wrażenie, że (nieskutecznie) konkurująca z nim o wyższe stanowisko Przemysława była osobą przegraną? W odróżnieniu od Przywita, miała ona pomysł na strategię w tych trudnych czasach. Prezentowała jakieś możliwe scenariusze, argumentowała, że należy przyjąć bardziej optymistyczny z nich i działać proaktywnie, gubiąc po drodze konkurencję. Głosiła konieczność dbania o pracowników, zapewnienia im bezpieczeństwa zatrudnienia, przeciwdziałania wysokiej rotacji personelu i wskazywała na szkodliwość outsourcingu. Niby wszyscy wiedzieli, że to są sensowne i ważne propozycje. A jednak towarzyszyła jej ta chmura porażki…

Czym to wytłumaczyć? Tego nie uczą podręczniki do zarządzania – ani te stare, chwalące namysł i wizję strategiczną, ani te nowe, promujące autentyczne przywództwo. To bystra Przemysława miała wizję i strategię, nie masłomózgi Przywit. To energiczna Przemysława wyglądała na przywódczynię, a nie mdły i nijaki Przywit. Nie powinno nas jednak za bardzo dziwić, że podręczniki budujące kompetencje zarządzania nie przewidują zwycięstw Przywitów nad Przemysławami. Bo też niezbyt dobre to przykłady kompetencji zarządczej – raczej pewien rodzaj oportunizmu naszych czasów, do którego nie są potrzebne wiedza ani nawet umiejętność gry w golfa czy spania z właściwymi osobami. Wynika on z tego, że w naszej schyłkowej epoce neoliberalnego kapitalizmu pęd zdarzeń wiedzie ku coraz większemu rozpadowi i deterioracji. To, co wczoraj było mroczną wizją, dzisiaj jest faktem, jutro staje się normalnością.

Jak się wyraził jeden z moich studentów, ledwie przyzwyczaimy się do czegoś, co jest naprawdę bardzo słabe, a już to się kończy i zmienia na coś, co jest jeszcze gorsze i przy czym to słabe wydaje się rewelacją. Ten stan rzeczy polski socjolog Zygmunt Bauman opisywał, za Antonio Gramscim, jako interregnum – czas pomiędzy działającymi systemami, gdy stare struktury niekiedy jeszcze działają siła bezwładu, ale generalnie zasady i wzorce życia społecznego ulegają dezintegracji i zniszczeniu. Nie wiadomo jak długo to będzie trwało, ale wiadomo, że samo z siebie się nie naprawi, nie zmieni na lepsze – dopóki nie wypracujemy nowego systemu, który będzie można budować i rozwijać. W obecnych czasach sprawczość społeczna jest mało prawdopodobna. Dzieje się tak, dlatego, że zbiorową sprawczość zapewniają funkcjonujące struktury, czyli właśnie i dokładnie to, co na naszych oczach rozsypuje się w pył. Taka sytuacja znana jest w ujęciu systemowym jako rosnąca entropia – wzrastająca miara nieuporządkowania systemu. Dla złożonych systemów żywych: biologicznych, społecznych, wzrost entropii prowadzi do śmierci.

W czasach interregnum pozory sprawczości miewają Przywitowie – postaci, które współdziałają z rozpadem i wzrostem entropii. W odróżnieniu od energicznej Przemysławy, Przywit zawsze przewiduje, że będzie gorzej, i tak faktycznie sytuacja się rozwija. Jego propozycje reakcji na nią są w istocie deklaracją kapitulacji, moralnym złożeniem broni – „skoro będzie gorzej, to znaczy, że gorzej jest normalnie a nawet dobrze; nie ma nic złego, by na tym korzystać”. Kluczowe dla jego kariery są pomysły, jak skorzystać na wszechobecnym rozpadzie. To nie strateg, to nie przywódca tak postępuje. Tak działa hiena epoki interregnum.

Gdy ktoś, tak jak Przemysława, zakłada, że może być lepiej, przestrzela ze swoimi przewidywaniami, nie trafia. Jej wizje są śmiałe i wartościowe według niemal dowolnego podręcznika zarządzania, ale w oczach zarządu firmy, gdzie pracowała – dyskwalifikujące, bo się (same z siebie) nie sprawdzają. Jej proponowane decyzje wymagają zaangażowania zasobów właściwie w ciemno, wbrew dowodom empirii. (Przemysława odeszła z korpo i założyła z koleżanką firmę rzemieślniczą, tworzącą gry uczące współpracy; czują, że kiedyś bardzo się przydadzą wspólnemu dobru.)

Do tych ogólnoświatowych trendów zbiorowej bezsilności epoki interregnum dołącza jeszcze, intensyfikująca ją, polska specyfika. Świat Zachodu wpłynął w neoliberalizm z zupełnie innych pozycji, niż byłe kraje bloku wschodniego. Ten pierwszy na ogół miał co roztrwonić i przetracić, miał za sobą powojenne prosperity państwa dobrobytu, ogromne nagromadzone dobro wspólne, a do tego obietnice demokratyzacji i włączania obywateli w ogólny dostatek. Polska potransformacyjna jest czymś zupełne innym. Jeśli już ma być do czegoś podobna, to raczej do Polski późnego Gierka (choć transformację i modernizację Gierkowską więcej różni niż łączy). Została zbudowana z nieadekwatnych elementów według niemożliwego do zrealizowania wzoru. W czasach późnego Gierka ujawniła się fasadowość i pozorność polskiego dobrobytu – był to sen o dobrobycie, dostępny dla nielicznych w sklepach za żółtymi firankami, w Peweksach i w całej wewnętrznej szaro-czarnej strefie dolarowej. Był to styl życia podobny do zachodniego, na którym był wzorowany, ale – inaczej niż obiecywano – dostępny był tylko dla wybranych i tylko pod warunkiem, że byli w stanie przymknąć oczy na kruchą i niesprawiedliwą podwalinę, na jakiej został zbudowany. Był to piękny, kuszący i kolorowy sen, ale nawet ci, którzy mogli i potrafili go śnić, lądowali w zupełne innej rzeczywistości, gdy życie mówiło sprawdzam. Te same problemy z dostawą prądu, ta sama zapaść służby zdrowia – mimo to, że kliniki dla prominentów były na lepszym poziomie, ale jednak nie był to Zachód. Nie mówiąc już o tym, że w decydującej chwili okazywało się, że jednak większość uprzywilejowanych grup społecznych nie zalicza się do coraz węższej warstwy prominentów. Zamek z zachodnich kart budowany był na biedzie i niedostatku.

Tak samo rzecz się ma teraz i dokładnie to samo zaczyna być widoczne między szparami lukrowanego świata z donicami na chodnikach jak w Niujorku i z produktami premium na galeriowych półkach. Pomalowano trawniki i wypucowano fasady, by przypominały to, co prominenci naszych czasów zapamiętali z okien taksówki wiozącej ich przez Nowy Jork, gdy w latach 90. zaprosił ich ten czy inny instytut, a także to, co zwykły obywatel pamiętał z wyjazdów na zbieranie truskawek pod El Dorado. Polska zaczęła przypominać fantazmat Zachodu oglądany z zewnątrz. A pod spodem – surowa bieda, która staje się coraz bardziej głośna i którą coraz trudniej jest ignorować. Ona obrzydza, burzy porządek, zakłóca cukierkowy sen. Do tego dochodzą pandemia i kryzysy kolejnych instytucji społecznych, do których mieliśmy jako naród zaufanie. Coraz trudniej tego nie widzieć, choć wielu moich ziomków dokonuje cudów w dziedzinie ignorowania dysonansów poznawczych. Pomagają im w tym kolejni decydenci, starając się zakrzyczeć, zaklajstrować, zakitować to, co widzą a raczej wyczuwają na peryferyjnej wizji, gdy suną limuzyną przez świat, wskazać winnych – raz hołota, raz LGBT, raz zacofane polactwo, raz Żydzi i Unia Europejska. To dzielenie, wydalanie, wypraszanie. To jest skutek naszej wschodniej „transformacji”.

Właśnie tu widać, czemu Polska Gierkowska i transformacyjna były różne. Bo ta pierwsza tworzona była w intencji dla wszystkich. Ta druga – dla tych, którzy są jej godni, a więc można z niej wykluczać pewne kategorie obywateli. Była dla przedsiębiorczych, dynamicznych, nie była dla roszczeniowców i komuchów. Ta pierwsza skończyła się bolesnym przypomnieniem, co to znaczy „wszyscy”, które obudziło ducha społeczeństwa. Czym kończy się ta druga? Obawiam się, że nie ma już poczucia „wszyscy”, bo ono nie zostało nam w tej fazie dane. Gdy nic nas nie łączy, pozostaje tylko rosnąca entropia.

Ale jednak… Ludzki chaos to nie to samo, co entropia. Genialny francuski reżyser Jacques Tati nakręcił w 1967 roku piękny i profetyczny firm „Playtime”, rozgrywający się w supernowoczesnej dzielnicy miasta pełnej idealnie proporcjonalnych, doskonale czystych, szklanych wieżowców, błyszczących od pustki korytarzy, sterylnych ulic, siedzib firm i mieszkań. Wszystko jest absolutnie nowoczesne, przezroczyste, triumfujące swą racjonalnością nad niedoskonałością ludzkiej natury. Przestrzeń miejska jest idealnie gładka, zaplanowana, domknięta w każdym detalu. Jeden z bohaterów – Monsieur Hulot, postać grana przez samego reżysera, szuka w tej przestrzeni kogoś z kim się umówił, ale dziwnym trafem rozmija się z nim, za to wpada na inne, znane i nieznane mu osoby. Podobnie błądzą i znajdują się inni bohaterowie, przede wszystkim fale turystów, wpompowywane i przepompowywane przez system komunikacji z pobliskiego nowoczesnego lotniska. Przestrzeń ma tu własną dynamikę i jest to dynamika władcza. Pod jej kierunkiem Monsieur Hulot, turyści i mnóstwo innych osób trafiają wieczorem do lokalu, idealnie wydesignowanego i zorganizowanego, gdzie każdy gość ma swój wyznaczony stolik, obsługiwany przez superefektywnych kelnerów. Na podium gra zespół muzyczny. Wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, gdy fragment dekoracji wnętrza urywa się i spada na salę. Psują się kolejne elementy instalacji, zawodzą jednak nie do końca nieskazitelne architektoniczne rozwiązania. Ujawnia się niedoskonałość tej twierdzy doskonałości, jaką jest uosobiona w dzielnicy miasta nowoczesność, rozpada się idealny porządek. Na podium wchodzi spontaniczna pianistka – jedna z gości, która jednak całkiem nieźle gra. Ludzie zaczynają chaotycznie tańczyć, rozmawiać ze sobą „ponad” przypisanymi stolikami, pić więcej, niż proponuje menu. Nawet kelnerzy wyglądają coraz mniej perfekcyjnie. W pewnym momencie pojawia się, wśród wrażenia powszechnej entropii, coś, czego wcześniej nigdzie w nowoczesnej dzielnicy nie było i co przejmuje całkowicie definicję miejsca i czasu – cudowne, chaotyczne ludzkie bycie razem. Jest po prostu zajebiście. Absolutnie nie ma znaczenia, że zabawa ma miejsce w szklanym nowoczesnym wieżowcu z gigantycznymi oknami, przez które przypadkowy przechodzień może obserwować życie dzielnicy we wszelkich szczegółach. Nie ma znaczenia, że przestrzeń jest idealnie zaplanowana, ale całkiem prozaicznie się rozsypuje. Bawiąc się, ludzie tworzą własną przestrzeń na wskroś, w poprzek, obok zadanego porządku – i intensyfikującego się nieporządku rozpadu. Nie minął rok od produkcji filmu i przez Paryż przepłynął wielki playtime 1968.

Co to wszystko znaczy, co ma do powiedzenia Polakom AD 2021 Monsieur Hulot z 1967 roku? Czy teraz stworzymy coś takiego jak chaotyczna ludzka wspólnota, mimo że przez 30 lat musieliśmy się raczej obejść bez poczucia jedności, siostrzeństwa i braterstwa? Kto wie! Gdy skończy się pandemia i gdy wylegniemy na ulice bez maseczek, bez strachu, bez wirusa. Kto wie, co wtedy może się stać. Mieliśmy zapowiedź tego podczas protestów kobiet: mocna niemieszczańska poezja połączonego solidarnością tłumu, muzyka do rewolucji i do tańca, żywy teatr romantyków na warszawskiej ulicy, spontaniczna sztuka i odwaga cywilna, która przenosi góry. Do przedefiniowania przestrzeni à la Tati brakowało tylko jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy – swobody ludzkiego ciała, by poddać się grawitacji wspólnoty – najpotężniejszemu antidotum na rosnącą entropię.

prof. Monika Kostera

O prawo do zasięgu

O prawo do zasięgu

Na fali dyskusji o cenzurze w internecie doszliśmy do arcyciekawego momentu. Najbardziej przypomina on badanie zachowania się cząsteczek – śledzimy zachowanie znanych nam atomów i zaczynamy dostrzegać wyraźnie interesujące procesy, które powoduje jakiś nieznany czynnik. Nie wiemy jeszcze, czym jest, jakie ma właściwości, nie umiemy go wyizolować i zbadać odrębnie, ale wiemy, że tam jest. Jak biała plama, wokół której krążymy coraz bliżej i bliżej.

Tak jest dzisiaj w przypadku dyskusji o social mediach i wszechwładzy cyfrowych korporacji. Dyskusji, która została wywołana zablokowaniem kont Donalda Trumpa i wykasowaniem z popularnych serwisów wielu profili prezentujących skrajnie prawicowe poglądy.

Próbujemy opisać tę sytuację posługując się pojęciem wolności słowa, ale to błąd. To nie wolność słowa. Trump nie został pozbawiony prawa do wypowiedzi ani nie został pociągnięty do odpowiedzialności za żadne ze swoich licznych kłamstw czy obrzydliwości, tak samo jak i miażdżąca większość zablokowanych użytkowników. Coś jednak stracił, coś, co podświadomie chcemy nazwać prawem, ale z braku właściwego pojęcia rozciągamy na to pojęcie „wolność słowa”, próbując wepchnąć drugą głowę w ten sam gumowy czepek. Mówimy o wolności słowa, ale czujemy inne prawo. Prawo, które wyrosło wraz z globalnym, cyfrowym światem. Światem, który pęczniał w tempie, z jakiego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wraz z kolejnymi serwisami i portalami coraz więcej treści zaczęliśmy tworzyć oddolnie, samodzielnie, w sposób niekontrolowany. Cyfrowi giganci udostępniali nam przestrzenie, które pozwalały zagospodarować je tak jak chcemy, przestrzenie, które gwałtownie rosły wraz z kolejnymi użytkowniczkami i użytkownikami dołączającymi do Facebooka, Twittera, Instagrama i innych najróżniejszych forów czy komunikatorów. Przestrzeń, która przerosła nasze pojmowanie. Ale nie pojmowanie ludzi, którzy ją udostępnili.

To oni pierwsi dostrzegli potencjał w kontrolowaniu tego, co zobaczymy zaglądając do „bulionu pierwotnego”, jakim jest internet. Najpierw wyszukiwarki internetowe, a następnie social media. Oddając nam coraz większą przestrzeń i możliwości, sobie pozostawili prawo selekcji. I właśnie widzimy jak autorytarnie to prawo kontrolują. Nazwijmy je, z braku lepszego pojęcia, prawem zasięgu. Mówiąc najprościej, cyfrowi giganci ściśle kontrolują proces, który przesądza o tym, co będzie popularne, a co nie, co pozostanie w sieci, a co zostanie z niej usunięte. Czy za sprawą bezdusznych algorytmów, ustawionych w celu wygenerowania maksymalnego zaangażowania, zaprzęgnięcia naszych nerwów i czasu do nieustannych, coraz ostrzejszych kłótni i awantur, które zatrzymują nas przed komputerami i telefonami, w przestrzeni w której jesteśmy znakowani (profilowani) i karmieni reklamami jak tuczniki. Czy też za sprawą arbitralnych decyzji, które cyfrowi możni podejmują bez konsultacji z nikim, a które przesądzają o tym, czyj głos będzie słyszalny w internecie, a czyj zniknie. Minimalizując zasięgi naszych postów czy blokując nasze konta w serwisach, nie naruszają naszego prawa do wolności słowa, ale schowali przed nami i pozostawili sobie pełną władzę nad tym, co wyrosło na ich oczach, na ich własnych platformach – prawo do bycia słyszanym. Cyfrowi magnaci są jak kelner, który przynosi nam przygotowane potrawy, przy czym arbitralnie decyduje o tym, co znajdzie się w karcie, z której możemy wybierać.

To właśnie o odzyskanie „prawa do zasięgu” powinniśmy walczyć. O prawo do przejrzystych i otwartych reguł, o prawo wglądu do algorytmów i systemów, o prawo do wyznaczania ram dla warunków usług i regulaminów. Powinniśmy walczyć o to, aby w przestrzeni cyfrowej, którą tworzymy, która żyje naszym życiem, którą napędzamy swoją aktywnością – mieć wpływ na reguły rządzące tym światem, tak jak ustanawiamy prawo nad innymi dziedzinami życia społecznego. Jeśli będziemy w stanie odnaleźć, opisać oraz wyznaczyć ramy dla „prawa do zasięgu” (czy prawa do bycia słyszaną/słyszanym), to być może w przestrzeni jego wzajemnego oddziaływania z prawem do wolności słowa odnajdziemy narzędzia, które pozwolą zmierzyć się z plagami cyfrowego świata: dezinformacją, kłamstwem, hejtem i manipulacją.

Bartosz Migas

Praca jako wyrzut sumienia

Praca jako wyrzut sumienia

Polska jest w światowej czołówce pod względem liczby godzin spędzanych w pracy – przy jednocześnie radykalnie kurczącym się czasie wolnym. Jesteśmy europejskim liderem pod względem odczuwania stresu w miejscu pracy, a przy tym mamy trudności w godzeniu obowiązków służbowych z prywatnymi, w relacjach społecznych i w porozumiewaniu się z przełożonymi. Zmagamy się z poczuciem przytłoczenia i nieskończoności zadań. Co siódma czynna zawodowo osoba w Polsce uznaje swoją pracę za pozbawioną sensu.

Obciążenie psychiczne w miejscu pracy

Przed pandemią (w latach 2011-2017) ZUS odnotował siedemdziesięcioprocentowy wzrost zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych. Od ubiegłego roku problem znacząco się pogłębił. Pierwsze miesiące trwania pandemii przyniosły ponad dwukrotny wzrost tego typu zwolnień. Zauważamy dużo niespójności w kwestii notowania nadużyć
w środowisku pracy. Statystyki Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) dotyczące mobbingu i innych form uznawanych za przemocowe ukazują jedynie ich śladową skalę. Jeszcze mniej można wywnioskować na podstawie statystyk sądowych. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę informacje z badań, to okazuje się, że 14 procent z osób pracujących było ofiarami przemocy w miejscu pracy, 46 procent zetknęło się mobbingiem, 39 proc. doświadczało dyskryminacji, a 46 proc. skarży się na poczucie wykluczenia przez innych pracowników (dane za raportem Koalicji Bezpieczni w Pracy 2019). Badania CBOS (2014) pokazują podobne tendencje, np. 24 proc. doświadczyło molestowania i uwag naruszających godność, a 22 proc. niestosownych gestów ze strony przełożonych i wykładowców (9 proc. ze strony współpracowników). Kiedy Centralny Instytut Ochrony Pracy przebadał nauczycieli w jednym z projektów wiele lat temu, 10 proc z nich deklarowało doświadczenie mobbingu. Według PIP zachowania tego typu mogą powodować nawet połowę absencji zawodowej.

Ostatnio przeczytałem książkę Edwarda Karolczuka „»Nagie życie« ofiar wyzysku pracy i wojny”, która jest dla mnie jak ukłucie sumienia wobec współczesnych stosunków pracy. Uważam, że powinna ona zostać lekturą obowiązkową dla osób przyjmujących za normalność zjawiska nazywane – przez Jerzego Kociatkiewicza – zinstytucjonalizowaną nieodpowiedzialnością. Mowa o procedurach, zasadach, skryptach i działaniach, które zaakceptowaliśmy jako naturalne, a które z perspektywy godności człowieka nigdy nie powinny nam spowszednieć. W ogromnej mierze dotyczy to właśnie stosunków pracy i całego katalogu spraw wokół nich, w tym relacji społecznych w środowisku pracy, rosnących wskaźników stresu zawodowego, permanentnego lęku przed utratą pracy, wypalenia zawodowego lub uzależnienia od pracy, mobbingu, dyskryminacji czy molestowania, a także innych nienazwanych form nadużywania władzy w relacjach pracowniczych, stanowiących powszedniejący margines tzw. normalności.

Karolczuk ukazuje szokującą analogię między obozowym syndromem muzułmaństwa, niewolnictwa a wieloma aktualnymi problemami – konsekwencjami współczesnego wyzysku, w tym bezrobocia, migracji i wypalenia zawodowego. Powołując się na definicję Mieczysława Krąpca, autor podkreśla podobieństwa stanów, procesów, zdarzeń i relacji wobec aktualnych zjawisk na rynku pracy. Analogia ta z natury jest niejednoznaczna.
W niektórych przypadkach te porównania traktować można metaforycznie, ale w innych mają one swoje namacalne potwierdzenie.

Przede wszystkim traktuje ona o alienacji pracy i ludzkiej egzystencji, a więc stanie wyobcowania z własnego środowiska społecznego, izolacji, ubezwłasnowolnienia i poddania się realizacji woli innych lub wytworom własnej pracy. Dotyczy to zarówno jednostek jak i systemu społeczno-ekonomicznego, niepoddającego się kontroli instytucjom demokratycznym i nieprzekładającego ducha (a nierzadko także litery) praw człowieka na stosunki pracy.

Współczesne muzułmaństwo pracy

Przypomnijmy, że muzułman obozowy był człowiekiem całkowicie ubezwłasnowolnionym. Więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych (oraz sowieckich łagrów) to osoba wycieńczona fizycznie i psychicznie, zdemolowana duchowo, o charakterystycznym mętnym spojrzeniu, bezmiernym smutku rysującym się na twarzy przypominającej maskę. Zanik mięśni powodował coraz bardziej ograniczone i mechaniczne ruchy oraz przygarbioną postawę. Na stronach Muzeum Auschwitz-Birkenau możemy przeczytać, że w początkowej fazie muzułmanie charakteryzowali się nadpobudliwością i silną koncentracją uwagi na zdobywaniu pożywienia. Z czasem stawali się obojętni na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne, następnie kierowani byli na śmierć. Ich dola traktowana była jako osiągnięcie „obozowego dna”. Wiemy, z relacji świadków, że także w miejscach sowieckich i nazistowskich kaźni obserwowano całe spektrum zachowań – od muzułmaństwa, stanów lękowych, depresji, po wolę walki przejawiającą się agresją, posłuszeństwem, całkowitym poddaństwem, a nawet idealizowaniem oprawców i identyfikacją z nimi.

W celu biologicznego przetrwania w głęboko nieludzkim systemie, wyłączeniu musiały ulec wszelkie ludzkie odruchy. W wielu przypadkach jedynym środkiem mogącym ratować przed śmiercią był mechanizm odcięcia się od własnego człowieczeństwa. Primo Levi mówił, że „»Ocalali« z obozu wcale nie byli jednostkami najwartościowszymi, czyniącymi wyłącznie dobro, przekazującymi jakieś przesłanie; zgodnie z tym, co widziałem i przeżyłem, było całkiem inaczej. Zachowywali życie najczęściej gorsi, egoistyczni, brutalni, niewrażliwi, kolaboranci »szarej strefy«, donosiciele. Nie było to regułą ścisłą (nie ma w sprawach ludzkich reguł ścisłych), ale jednak było regułą”. Przywołując treści z książki „Co zostaje z Auschwitz” Giorgio Agambena, pisarz referuje problem wiarygodności świadków w powojennych procesach. Z jednej strony poszukiwano „pełnych świadectw”, które mogłyby być przekazane wyłącznie przez tych, którzy osiągnęli „obozowe dno”, jak muzułmanie. Z drugiej strony, żeby być uznanym za właściwego świadka należało utrzymać podstawowe zdolności poznawcze, umiejętność refleksji i analizy, co bezpowrotnie tracone było przez muzułmana w toku grzęźnięcia w obozowym piekle. Agamben uznaje zatem, że muzułman jest „świadkiem całkowitym” – nie musi werbalizować zeznań, sam jest żyjącym „zeznaniem” – świadectwem totalnie zdehumanizowanego systemu.

Jaką analogię dostrzega zatem Karolczuk między muzułmaństwem obozowym a muzułmaństwem pracy? Jest nią przede wszystkim doświadczenie bezrobocia, pracy przymusowej i wypalenia zawodowego. Chciałbym się skupić na tym ostatnim aspekcie, będącym w swojej istocie objawem wielu złożonych zjawisk nazywanych psychospołecznymi uwarunkowaniami miejsca pracy. Przypomnijmy, że wypalenie zawodowe związane jest, najogólniej mówiąc, z długotrwałym stresem, i zawiera zespół przynajmniej trzech składowych: wyczerpania emocjonalnego, depersonalizacji rozumianej jako cyniczny stosunek wobec innych, a także niskiego poczucia osobistych umiejętności. Jego charakterystycznym rysem jest to, że podlegają mu osoby najbardziej zaangażowane, co znajduje swoje odzwierciedlenie w powiedzeniu „żeby się wypalić, najpierw trzeba płonąć”.

Autor opisuje wypalonych zawodowo jako wykonujących swoje obowiązki za wszelką cenę, zabierających pracę do domu, żeby tylko nie narazić się swoich szefom, pracujących bezpłatnie poza formalnymi ramami stosunków pracy. Stan nieustanej presji wywołany jest permanentną rywalizacją, a z czasem przeradza się w samoizolację i samodegradację. Chcąc przetrwać, człowiek taki stopniowo odcina się od swoich emocji, przestaje też być wrażliwy na przeżycia innych. Dalsze trwanie w takim stanie prowadzi do utraty poczucia własnej tożsamości, kończąc się schorzeniami psychicznymi i somatycznymi, kłopotami rodzinnymi, a nawet tragediami życiowymi. Nierzadko towarzyszą mu inne zjawiska – przyjmowanie nowych zadań bez najmniejszego oporu, pełne posłuszeństwo, poddawanie się różnym formom przemocy i nadużyć, także mobbingowi, gdyż funkcjonujący w silnym stresie wypalony „bezrefleksyjnie oddaje swoje wszystkie siły witalne w służbę kapitałowi”. Strach przed utratą pracy i długotrwałym bezrobociem może prowadzić do całkowitej rezygnacji z własnego systemu wartości.

Problem tematyzacji dyskursu o pracy

Z przeprowadzonej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG analizy dyskursu medialnego wokół relacji pracowniczych wynika, że w prawie 80 procentach oceniane były jako złe i bardzo złe. To tylko wierzchołek góry lodowej, za którą kryją się nierzadko dramatyczne i traumatyczne doświadczenia tysięcy ludzi. Jednocześnie problemy te nie znajdują odzwierciedlenia w poważnej debacie o metodach zarządzania, stosunkach pracy i instytucjach dialogu społecznego. Można też zauważyć tendencję do przerzucania odpowiedzialności i społecznych kosztów na jednostkę w duchu swoistego „prywatyzowania problemu”. Wyrazem tego są rekomendacje zapisania się na psychoterapię, coaching, treningi uważności, nie wspominając o typowej radzie „wzięcia się w garść”. Wiele z tych kierunków, nawet jeśli słusznych, wymaga radzenia sobie z problemami na własną rękę, a także dodatkowych nakładów finansowych, energii i czasu. Zdziwienie rośnie, kiedy uwzględnimy, że to właśnie zasoby mentalne człowieka znajdują się dzisiaj w centrum eksploatacji, w zasadzie bez względu na rodzaj wykonywanej pracy. Jakbyśmy odwracali się plecami od doświadczanych, opisanych problemów. Jak w niedojrzałym mechanizmie obronnym – nie chcemy widzieć tego, czego sami jesteśmy częścią, a często twórcami.

Karolczuk, powołując się na Jerzego Kochana („Życie codzienne w matriksie”), posługuje się kategorią tematyzacji dyskursu publicznego dokonywanego za pośrednictwem mediów i instytucji władzy. Według Kochana „tematyzacja jest formą określania w świadomości społecznej sposobu mówienia o jakimś wydarzeniu, tworzeniu i zamykaniu pewnego słownika, zamiany narzucających się określeń z języka potocznego na inne, maskujące, przesuwające znaczenie, kryjące niewygodną rzeczywistość pod skrótem, zmieniające pojęciowość na zbiór działań, na pozbawioną niebezpiecznej metafizyki konkretność
i pragmatyczność”. Wydaje się, że jedną z głównych przyczyn ignorowania jakościowej strony relacji pracowniczych jest właśnie tematyzacja dyskursu wokół nich, utożsamianych niemal wyłącznie z aspektami ekonomicznymi. Stąd każda próba rozmowy o sensie pracy sprowadzana zostaje do statystyk i mierzalności „rynku pracy”, a próba podejścia do prawa pracy i praw człowieka – wydawałoby się w duchu personalistycznych zapisów Konstytucji RP (art. 24 o ochronie pracy i jej warunków) – jednoznacznie wskazuje na ograniczanie jej zakresu do prawa prywatnego. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że instytucja zatrudniająca i pracownik negocjują swoje warunki jak równy z równym. Pomijane są również zjawiska, które spełniają kryteria prawa karnego (np. różne formy przemocy, w tym mobbing), choć
w prawie pracy traktowane są jak sprawy cywilne.

Praca – w oczach wybitnego psychiatry Antoniego Kępińskiego – ma fundamentalne znaczenie w kształtowaniu poczucia sprawczości i własnej tożsamości. Jak pisał: „dlatego, choć człowiek niejednokrotnie narzeka na pracę, nie może się bez niej obejść. W niej bowiem realizują się jego transcendentne tendencje”. Odebranie wykonywanej pracy znaczenia metafizycznego i nieuznawanie jej za miejsce odkrywania własnej godności czy sprowadzanie wyłącznie do statystyk – jest działaniem na wskroś antyhumanistycznym. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” prof. Monika Kostera w następujący sposób ukazuje ten punkt widzenia: „Praca jest częścią kondycji ludzkiej, człowiek ma potrzebę pracy i współpracy z innymi ludźmi, [świadczy to] że człowiek jest homo homo faber, gdyby nie miał takiej potrzeby, nigdy nie wyszlibyśmy z jaskiń. […] Człowiek lubi współpracować, lubi też konkurować. Ale opieranie całego modelu gospodarczego i modelu zarządzania tylko na jednej stronie – tej konkurencyjnej – jest wbrew ludzkiej kondycji […]”.

Karolczuk przytacza też wypowiedzi Karla Poppera wskazujące na stosunek do form rozwoju nazywanych neoliberalnymi. Autor koncepcji „społeczeństwa otwartego”, podkreślając wartość wolnego rynku, nie zgadzał się na czynienie z niej bożka. Za sprawę fundamentalną w końcu swojego życia uznał za to „humanitaryzm w polityce gospodarczej”.

Relacyjny charakter pracy jest jej istotą. Takie stanowisko akcentują przeróżne środowiska: personalista Józef Tischner, nazywający pracę szczególnym rodzajem dialogu społecznego i międzypokoleniowego, Charles Taylor, twórca koncepcji „społecznego imaginarium”, nauczanie społeczne papieży, a także Karol Marks piszący, że praca jest zawsze relacją „z kimś”. Krótko mówiąc, ludzki wymiar pracy łączy różne wrażliwości i światopoglądy. Konstatacja tego rodzaju nie ma jednak wyraźnego odzwierciedlenia w obecnym ładzie instytucjonalnym.

Omawiana pozycja niesie ze sobą grozę. Szczególnie gdy uświadomimy sobie, że system nastawiony na brutalne przetrwanie, a taki związany jest zawsze z przypisaniem konkurencji cech cnoty i traktowaniem go jako najwyższej formy rozwoju społeczno-ekonomicznego, niekoniecznie prowadzi do przetrwania najbardziej wartościowych i tworzenia wspólnotowej mądrości. Przeciwnie, promować może szczególnie egoistyczne, niewrażliwe, brutalne postawy, osoby zdolne do oportunizmu i przepychania się łokciami. Karolczuk nie jest pierwszym szukającym analogii między współczesnymi systemami gospodarczymi a systemem obozowym. Wspomniany już przeze mnie słynny psychiatra, Kępiński, także przestrzegał przed „społeczeństwem maszynowym”, w których technika, wskaźniki wzrostu i efektywności, a także ślepe wypełnianie rozkazów, górują nad godnością człowieka i poczuciem odpowiedzialności za los drugiego. W takich warunkach faktyczny rozwój człowieka „ulega skarłowaceniu”.

Użycie analogii z obozowym muzułmaństwem na pierwszy rzut oka razi. Musi razić. Lektura książki Karolczuka nikogo nie powinna pozostawić w błogim spokoju sumienia. Pozwala otworzyć oczy na to, co chore. Szczególnie wymowna może być dla wszystkich z innych ideowych „baniek” niż jej autor (jak ja sam), pracowników, ale i zarządzających, mających ponadprzeciętny zawodowy wpływ na innych (jak ja sam), wszystkich rodzajów władz publicznych. Życie i doświadczenia tysięcy wypalonych, eksploatowanych duchowo i fizycznie, mierzących się z dysfunkcjami i zaburzeniami psychicznymi – są żywymi dowodami istnienia wad i powinny być lekcją skłaniającą do rozwijania humanistycznych metod zarządzania oraz stosunków pracy „z ludzką twarzą”.

Konrad Ciesiołkiewicz

Edward Karolczuk, „Nagie życie” ofiar wyzysku pracy i wojny, Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2016.