Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym

Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski najpierw uznał, że klasztor z początków Państwa Polskiego nie jest wartościowy i należy go usunąć z granic parku narodowego, a teraz, że można zniszczyć rezerwat archeologiczny z czasów Imperium Rzymskiego…

Dyrektor ŚPN ciężko pracuje na opinię człowieka, który nie widzi żadnej wartości w unikalnych zabytkach objętych ochroną konserwatorską. Mówimy o zabytkach, które znajdują się również pod jego prawną opieką. Na marginesie dodam, że nie widzi też wartości przyrodniczych tych miejsc, które tam bez wątpienia występują. Mogło się wydawać, że wojna wytoczona Świętokrzyskiemu Parkowi Narodowemu i jego unikalnym wartościom kulturowym, historycznym i przyrodniczym toczy się tylko na jednym, ciężkim froncie na Łyścu, o czym pisałem w „Nowym Obywatelu” już kilkakrotnie. W listopadzie 2020 r. Jan Reklewski otworzył jednak drugi front.

24 listopada 2020 w „Gazecie Wyborczej Kielce” redaktor Grzegorz Walczak poinformował [1], że dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski ogłosił przetarg na 25-letnią dzierżawę działki z przeznaczeniem pod budowę farmy fotowoltaicznej. Do przetargu nikt się nie zgłosił.

Działka przeznaczona przez Reklewskiego do zabudowy infrastrukturą solarną jest własnością skarbu państwa w wieczystym użytkowaniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, „w sporządzonym operacie ewidencji gruntów do Planu Ochrony Świętokrzyskiego Parku Narodowego przy działce 654/4 (a zatem tej wystawionej w przetargu) jest informacja, że »proponuje się korektę polegającą na objęciu granicą ŚPN« m.in. tego terenu. Dokument przygotował Krzysztof Haczek z warszawskiego oddziału Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej” [2].

Od kwietnia 2019 roku trwają prace ministerstwa klimatu i środowiska, a wcześniej ministerstwa środowiska, nad zmianami granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego [3]. Rządowy plan rewizji granic pierwotnie przewidywał wycięcie z granic ŚPN ponad 5 ha unikalnego przyrodniczo i kulturowo terenu na Łyścu. Na skutek działań Stowarzyszenia MOST, obywateli, polityków opozycji oraz innych organizacji pozarządowych obecnie procedowany jest projekt rozporządzenia mający wyciąć z Łyśca 1,3 ha oraz włączyć do parku ponad 60 ha lasu pod Grzegorzowicami [4, 5]. Ani dyrektor Reklewski, ani ministrowie Henryk Kowalczyk, Michał Woś i Michał Kurtyka nie skorzystali z możliwości włączenia do ŚPN tej 4-hektarowej działki, o której obecnie mowa w związku z fotowoltaiką.

Nie jest to zwykła działka. Jan Reklewski co prawda wypowiada się o niej tak: „To dawne wyrobisko po kopalni w Rudkach. Taki grunt poprzemysłowy, który do niczego innego się nie nadaje. Leży poza granicami parku” [6]. Warto przypomnieć, co dyrektor ŚPN mówił „Gazecie Wyborczej” o wartościach przyrodniczych na Łyścu: „Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej przyrodniczej wartości, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku” [7]. Tymczasem na działce o powierzchni 4 ha o numerze ewidencyjnym 654/4 obręb Rudki znajduje się… rezerwat archeologiczny „Rudki” zlokalizowany w gminie Nowa Słupia w pobliżu miejscowości Rudki nad rzeką Pokrzywianką. Jest to najstarsza i zarazem jedyna znana w Europie poza granicami Imperium Rzymskiego głębinowa kopalnia rud żelaza. Kopalnia działała od I/II w. n.e. do 2. poł. III w. n.e. Złoże było też eksploatowane w czasach nowożytnych (XVIII i XIX w.).

Na pytania w tej sprawie sekretariat ŚPN odpowiedział w e-mailu z dn. 14.11.2020 między innymi: „Inwentaryzacja przyrodnicza wykonana na potrzeby Planu Ochrony ŚPN nie wykazała na tej działce gatunków cennych przyrodniczo”. Wygląda na to, że dyrekcji ŚPN umknęło, że jest to rezerwat archeologiczny chroniony prawem…

Stowarzyszenie MOST zapytało Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o to, czy wydawał zgodę dyrekcji SPN na budowę farmy solarnej na tej właśnie działce. W odpowiedzi z dn. 14.12.2020 czytamy: „[…] informuję, że Świętokrzyski Park Narodowy nie zwracał się z wnioskiem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Kielcach o zezwolenie na budowę farmy fotowoltaicznej na wskazanej działce”.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie dość, że nie zna wartości obiektów, którymi administruje, to jeszcze z łatwością i nonszalancją działa na rzecz ich zniszczenia i usunięcia z granic parku. To wszystko brzmi jak absurd, ale to się dzieje.

Łukasz Misiuna

Tekst powstał w ramach prowadzonego przez stowarzyszenie Most, z którym autor jest związany, projektu o nazwie „Korzenie. Projekt ochrony dziedzictwa przyrody i kultury Gór Świętokrzyskich” dofinansowanego w ramach Programu Aktywni Obywatele-Fundusz Krajowy.

Przypisy:

1. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,26541820,nie-ma-chetnych-do-budowy-farmy-fotowoltaicznej-w-poblizu-parku.html (dostęp:14.12.2020)
2. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,26541820,nie-ma-chetnych-do-budowy-farmy-fotowoltaicznej-w-poblizu-parku.html (dostęp: 14.12.2020)
3. https://dzikiezycie.pl/archiwum/2019/lipiec-i-sierpien-2019/zawal-w-sercu-lysogor (dostęp: 14.12.2020)
4. https://oko.press/minister-lasem-chce-placic-za-oddanie-zakonowi-cennej-czesci-swietokrzyskiego-parku-narodowego/ (dostęp: 14.12.2020)
5. https://obywatel3.macmas.pl/2020/10/11/ostatnia-bitwa-o-zachowanie-w-calosci-swietokrzyskiego-parku-narodowego/ (dostęp: 14.12.2020)
6. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,26541820,nie-ma-chetnych-do-budowy-farmy-fotowoltaicznej-w-poblizu-parku.html (dostęp: 14.12.2020)
7. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html (dostęp: 14.12.2020)

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

Istnienie gigantycznych problemów mieszkaniowych w społeczeństwie tak zamożnym jak nasze, to niewątpliwie wielki i oburzający paradoks. Wiele lat temu, jak wszyscy pewnie pamiętamy, usłyszeliśmy z ust największego autorytetu politycznego, że nigdy nie było nam tak dobrze [1]. Od tamtego czasu, według statystyk, gospodarka znacząco urosła. Ale problem mieszkaniowy czy raczej problem bezdomności, zamiast zmaleć – zwiększył się. Dziwne, prawda? W dzisiejszych czasach budowa domu zajmuje mniej czasu i wysiłku, niż kiedykolwiek wcześniej. Co w takim razie stoi na przeszkodzie? Czy niedobór gruntów? Na pewno nie. Brak pieniędzy? Mamy ich obecnie w obiegu więcej, niż śniłoby się to poprzednim pokoleniom – i ciągle ich przybywa. Mówią nam przecież, że dochód narodowy rośnie o 5% w skali roku.

Te dodatkowe 5% dochodu narodowego rocznie to dwa miliardy funtów. Cóż, tak na pierwszy rzut oka, powinno starczyć na wiele domów. Tylko że to tak nie działa. Wszystkie pieniądze generowane przez tzw. postęp są już „zaklepane” i nie idą na mieszkalnictwo. Idą – sami zresztą Państwo wiedzą, na co idą – na najprzeróżniejsze rzeczy, na przemysł samochodowy, transport lotniczy, podbijanie wskaźnika rocznych przepraw przez Kanał La Manche. A niedobór mieszkań jak był, tak jest. Potrafiliśmy skonstruować Concorde’a. Kosztowało nas to znacznie więcej, niż pierwotnie sądziliśmy, ale się udało. Planujemy budowę lotniska Maplin i tunelu pod Kanałem La Manche [2]. I oczywiście obydwa te projekty leżą w zasięgu naszych możliwości. Co to jest miliard? Jak to możliwe, że potrafimy dokonać takich rzeczy, a nie potrafimy rozwiązać problemu mieszkaniowego?

Powiedzą nam: „Tamto się robi, bo jest na to popyt”. Popyt? Skąd wiemy, że „jest popyt”? Maplin i tunel to projekty obliczone na wiele lat do przodu. Jak możemy przewidzieć, na co będzie popyt wiele lat do przodu? Ach, oczywiście, możemy, bo możemy, drodzy Państwo, mamy metody, mamy obliczenia. Obecne trendy wskazują, że liczba ludzi przekraczających rocznie Kanał La Manche wzrośnie nieomylnie z 23,7 miliona w roku 1970 do 49,7 miliona w 1980 i 97,7 miliona w 90. Naprawdę nie znali Państwo tych oczywistych faktów?

Mogę również podać Państwu liczbę przekraczających rocznie Kanał podróżnych-zmotoryzowanych: 1970 – 4,1 mln, 1980 – 9,6 mln, 90 – 20,1 mln. I istotnie, wobec tych szacunków jedyną racjonalną reakcją jest ta, na którą się zdecydowaliśmy. Jeśli chcemy być konsekwentni w naszej zabawie w „wiedzę”, zwyczajnie musimy zbudować nowe lotnisko i kanał podmorski. Nie musimy jednak, jak wszystko na to wskazuje, budować domów. Czy znajdzie się ekonomista, który narysowałby nam wykres pokazujący, ilu ludzi w Wielkiej Brytanii nie będzie miało dachu nad głową w 1980 i 1990?

Ilu ludzi bezdomnych będzie żyć w naszym kraju, gdy kolejni turyści przyjdą i odejdą? Nikt nie zaprzeczy, że istnieje popyt na mieszkania – na domy. W znacznej swojej części wszakże nie jest on, jak to się mówi w ekonomii, „efektywny”, ponieważ tych, którzy mieszkań najbardziej potrzebują, zwyczajnie nie stać na nie.

Na to możemy powiedzieć, że społeczeństwa nie interesuje popyt, który nie może zostać zaspokojony. Ale czy to faktycznie kwestia społeczeństwa? Ludzie nie pozostają obojętni – spójrzcie choćby na ustawodawstwo ostatnich dekad. Jak wiele wydano ustaw mających ulżyć bezdomnym i poprawić warunki bytowe w slumsach. Ale żadna nie rozwiązała problemu. Niemal bez wyjątku dzięki nim bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze bardziej zdesperowani, choćby ich liczba jako taka się zmniejszyła. Mówiąc wprost: większość legislacji, zamiast rozwiązaniem problemu, okazała się częścią problemu; w związku z czym jasne stało się, że ten problem istnieje i ma jakieś źródła, i dopóki do tych źródeł nie dotrzemy, reszta na nic się nie przyda.

Co leży jednak u źródeł problemu? Cóż, nie zgrywam bynajmniej eksperta z dziedziny polityki mieszkaniowej, ale poświęciłem sprawie sporo namysłu; przeczytałem te wszystkie niezliczone raporty, jakie o niej napisano; i doszedłem do wniosku, że kwestią zasadniczą jest tutaj system prywatnego posiadania ziemi.

To, rzecz jasna, mało oryginalna konkluzja. W ciągu wieków wielu ludzi domagało się zniesienia indywidualnej własności ziemskiej – nie tylko Karol Marks – i nic z tego nie wynikało. Bo jedynym możliwym rozwiązaniem wydawała się nacjonalizacja.

Według jednej teorii, jedyną możliwą metodą nacjonalizacji ziemi jest wykup. Ale jak uzasadnić ogólnonarodową kampanię wykupu prywatnych nieruchomości? Inni, oczywiście, powiedzą na to: „Właśnie – dlatego potrzeba rozwiązań radykalnych: zakwestionowania istniejącego porządku i dokonania konfiskaty”.

Ale, pytajmy dalej, kto mógłby na serio bronić konfiskaty? Wracając zaś do wykupu: skąd rząd miałby wyczarować tak ogromną sumę pieniędzy, jaka byłaby potrzebna do jego przeprowadzenia? W tym martwym punkcie debata o nacjonalizacji ziemi się zatrzymuje. Po pierwsze, abolicja indywidualnej własności ziemi jest możliwa wyłącznie na drodze wykupu (tak się uważa), co wymagałoby gigantycznych funduszy, których nie ma skąd wziąć; po drugie wszakże, i ważniejsze, publiczna własność ziemi wiązałaby się, jak nam mówią, w sposób konieczny z jakąś formą centralnego planowania – i obydwie te perspektywy są nieakceptowalne i niebezpieczne.

Pytanie zasadnicze brzmi jednak: dlaczego w ogóle chcemy zmienić system własności ziemskiej? Odpowiedź zaś mnie przynajmniej wydaje się oczywista: aby zakończyć proceder spekulacji gruntem, proceder wykorzystywania dla prywatnych zysków tak znacznego w przypadku ziemi czynnika wartości dóbr rzadkich, zatrzymać, jak moglibyśmy powiedzieć, „cornering” rynku gruntowego – wiedzą Państwo, co to znaczy „cornering”, to praktyka polegająca na wykupie, na przykład, całego zasobu jakiegoś dobra, którego ludzie potrzebują niezbędnie do życia i którego podaż nie może zwiększać się w miarę wzrostu cen. To właśnie „cornering”. I grunty stanowią idealny wprost przedmiot „corneringu”. Pewna „baza” gruntowa to rzecz niezbędna do życia. Wraz ze wzrostem wskaźników – wzrostem mobilności, produkcji, wymiany – wartość gruntów (niezależnie od inflacji) to, że tak powiem, ulica jednokierunkowa. Posiadacz monopolu ziemskiego musi tylko chwilę poczekać, aby stał się zawrotnie bogaty. Stawiam następującą tezę: że ten typ własności indywidualnej, który może być dobrym rozwiązaniem w wypadku dóbr wytworzonych przez człowieka – bo podaż ich może zwiększać się względnie swobodnie dzięki ludzkiej pracy i inwencji – kompletnie nie sprawdza się w przypadku dobra takiego, jak grunt.

Jakie mamy zatem alternatywy, skoro nacjonalizacja, jak się ją zazwyczaj rozumie, nie wchodzi w grę? Poszukajmy drogi środka, jakiegoś nowego rozwiązania, które pozwoliłoby nam uniknąć pułapek zarówno indywidualnej własności ziemi, jak i jej nacjonalizacji. Czy uda nam się opracować model własności gruntów (a być może i innych nieruchomości), który po pierwsze i przede wszystkim wyeliminuje element spekulacyjny; po drugie – położy tamę nieproporcjonalnym, niesprawiedliwym zyskom, jakie przynosi w naszych czasach posiadanie ziemi i jakie wzrastają jeszcze w przypadkach zastosowania „corneringu”; rozwiązanie, po trzecie, które nie spowoduje strat obecnych posiadaczy, a zatem nie będzie oznaczać konieczności ich wynagradzania; które, po czwarte, nie przysporzy obecnym właścicielom ziemskim trudności, pod warunkiem, rzecz jasna, że ich działania mieszczą się w granicach prawa?

Powiedzą pewnie Państwo, że to jakieś szaleństwo, ale zastanówmy się chwilę. Dotrzymajcie mi towarzystwa na ścieżkach mego rozumowania. Każdy dziś skrawek ziemi w Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, ma jakąś konkretną wartość czy cenę. Każdy właściciel, gdyby chciał sprzedać, co jego, mógłby zyskać przynajmniej ogólne pojęcie, być może po konsultacjach z profesjonalistą, ile może zarobić. Przyjmijmy więc, że udało nam się określić wartość ogółu gruntów Wielkiej Brytanii – zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Oczywiście, wartość ta uwzględniałyby choćby obecne plany gospodarowania przestrzennego oraz inne podobne czynniki. Wartości w ten sposób uzyskane nazywam wartościami rejestrowymi gruntów brytyjskich na lipiec 1973. Szacowano by je w funtach szterlingach według obecnej mocy nabywczej tej waluty. Aby uprzedzić problem inflacji, rząd mógłby opublikować specjalny aneks określający zasady przeliczania funta z 1973 do funta z dowolnego momentu w przyszłości. Dzięki temu naszą wartość rejestrową można by z łatwością dostosować do warunków, gdyby zachodziła taka konieczność. Zmierzam do tego, że właściciel danej działki, gdyby chciał ją sprzedać, powinien dostać za nią nie więcej niż wynosi wartość rejestrowa wyrażona w funtach szterlingach z uwzględnieniem inflacji. Transakcja musiałaby być zapośredniczona przez samorząd lokalny, odgrywający w całym przedsięwzięciu rolę czysto bierną, o ile rzecz jasna sam nie zamierzałby wejść w rolę nabywcy. Jeśli nie, prywatny – jak powiadam – kupiec mógłby zapłacić prywatnemu sprzedawcy najwyżej równowartość ceny rejestrowej – i ani pensa więcej.

Ale co jeśli, na przykład ze względu na zmiany w gospodarowaniu przestrzennym, wartość tych lub innych gruntów znacząco wzrosła? W takim przypadku będzie wielu potencjalnych nabywców – zorganizuje się aukcję i wygra ten, kto da najwięcej, ale – uwaga – właściciel otrzyma tylko wartość rejestrową, nadwyżka zaś trafi na, jak to nazywam, lokalny fundusz gruntowy. Co zaś z wartością rejestrową? Jeśli w sposób opisany wyżej cena działki faktycznie została podbita, ta nowa najwyższa cena staje się zarazem nową wartością rejestrową. A co jeśli działka jest na sprzedaż, ale nie znajdzie się nikt, kto zaoferowałby za nią przynajmniej cenę równą wartości rejestrowej? Właściciel może sprzedać ją za mniej – i wartość rejestrowa spadnie do poziomu tej nowej, niższej ceny.

Krótko mówiąc: koniec niesprawiedliwych zysków z ziemi teraz i w przyszłości. Nadwyżki trafiają nie do prywatnej, a publicznej kieszeni – zasilają lokalny fundusz gruntowy. W tych wyjątkowych przypadkach, w których cena jakiejś działki spadła, właściciel faktycznie może nie odzyskać włożonych w nią pieniędzy, ale to przecież ryzyko, które ponosi każdy, kto kupuje kawałek gruntu, albo – jak kto woli – cena, jaką płaci się za ów nadzwyczajny przywilej, jakim jest bycie właścicielem ziemskim.

Zachęcam Państwa do zastanowienia się nad tą propozycją. Uważam, że stanowiłaby ona rzeczywiście złoty środek, „złote” rozwiązanie problemu własności ziemskiej. Nie utrudni w żaden sposób legalnej aktywności obecnych właścicieli. Ich sytuacja pozostanie jak obecnie, nie doświadczą żadnych kłopotów. Obecność nowych regulacji odczują dopiero, jeśli zdecydują się swoją działkę sprzedać – w przypadku, gdy jakiś właściciel ziemski zapragnie przestać być właścicielem ziemskim.

Uważam, że mój plan znacząco ułatwiłby władzom lokalnym kupowanie gruntów na cele publiczne po uczciwych cenach i pozwolił przekierowywać do wspólnej puli niesprawiedliwe nadwyżki generowane przez stale rosnące zapotrzebowanie na ziemię; ale tylko, jeśli pochodziłyby one z dobrowolnej transakcji między kupującym i sprzedającym. Krótko mówiąc, pozwalamy prawom rynku działać swobodnie, jeśli chodzi o wolną wymianę między prywatnymi obywatelami; niemniej, upewniamy się także, by ta wolna wymiana nie prowadziła do kumulacji fortun; sfera publiczna zaś, w tym wypadku samorząd lokalny, zyskuje dobre zabezpieczenie przed spekulacją.

Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły; wszystkie je można ustalić już po wprowadzeniu mojego planu w życie. Nie twierdzę również wcale, że wraz z rozwiązaniem problemu własności gruntów problem mieszkaniowy rozwiąże się samoczynnie. Wydaje mi się jednak, że poszłoby nam z nim znacznie łatwiej.

Pozwolą teraz Państwo, że przejdę do innej myśli. Od dość długiego czasu interesuje mnie kwestia właściwych rozmiarów, właściwej miary rzeczy. Wydaje mi się, że to temat bodaj najbardziej zaniedbany we współczesnym społeczeństwie. „Państwo”, napisał Arystoteles dwadzieścia trzy wieki temu, „nie powinno być większe lub mniejsze ponad pewną miarę, podobnie jak inne rzeczy: rośliny, zwierzęta, czy narzędzia, bo żadne z tych nie może działać właściwie, jeśli jest za duże lub za małe, ale traci swoją naturę albo ulega zepsuciu”. Trudno doścignąć język starożytnych. Wyobraźmy sobie małą wyspę z – powiedzmy – dwoma tysiącami mieszkańców. Pewnego dnia do brzegów naszej wyspy przybija łódka i wysiada z niej człowiek, którego właśnie zwolniono z więzienia na kontynencie. Były więzień wraca do domu. Czy ta hipotetyczna wspólnota doświadczy jakichkolwiek trudności, aby się nim zająć, zapewnić mu minimum ludzkich kontaktów, znaleźć dla niego pracę i rozpocząć proces ponownego włączenia go do społeczeństwa? Nie sądzę. A teraz wyobraźmy sobie wyspę z populacją dwadzieścia pięć tysięcy razy większą, wynoszącą jakieś pięćdziesiąt milionów ludzi; i że co roku wraca na nią nie jeden, a dwadzieścia pięć tysięcy więźniów. Automatycznie jak gdyby, wdrożenie tych tysięcy do normalnego życia staje się zadaniem ogromnie trudnym, zadaniem, do rozwiązania którego potrzeba armii ministrów i przepracowanych, zestresowanych kuratorów sądowych. Jakiż gigantyczny problem! Problem, istotnie, którego nikt nie zdołał jeszcze w satysfakcjonujący sposób rozwiązać.

Mniemam, że już coś, jak to mówią, „dzwoni”, że mamy przynajmniej sporo materiału do przemyśleń. Albo wyobraźmy sobie na przykład, że zamiast jednego więźnia pojawia się na naszej małej wyspie z dwutysięczną populacją bezdomna rodzina licząca pięć osób, a nawet dwie takie rodziny (razem dziesięć osób). Dach nad głową dla dziesięciu osób znajdzie się od ręki. Ale zwiększmy skalę razy dwadzieścia pięć tysięcy i wyobraźmy sobie, że wspólnota licząca pięć milionów ludzi ma coś zrobić z dwustu pięćdziesięcioma tysiącami bezdomnych. Udręka. Znów: ministerstwa, urzędy, prawa, regulacje, przesyły finansowe, ogromne trudności i ogromne wysiłki – i znów (na ile nam doświadczenie podpowiada) żadnych realnych rozwiązań.

Opublikowałem dopiero co niewielką rozprawę zatytułowaną „Małe jest piękne” i otrzymałem list od czytelnika, w którym wyjaśnia on ów dziwny i wymagający problem skali z matematycznego punktu widzenia. Cytuję: „Kluczowe znaczenie ma fakt, że gdy jakaś jednolita organizacja zwiększa swój rozmiar, ilość problemów komunikacyjnych zachodzących między jej częściami składowymi rośnie wykładniczo. Generalnie przyjmuje się, że maksymalna liczebność produktywnej grupy badawczej wynosi dwanaście. Jeśli się ją przekroczy, badacze, zamiast badać, tracą czas na ustalaniu, co kto powiedział i co robi reszta”.

Przed około dwudziestu laty, pracując dla National Coal Board [3] zainteresowałem się kwestią bezpieczeństwa pracy w kopalniach. W tamtym czasie mieliśmy dwieście pięćdziesiąt tysięcy wypadków rocznie. Ktoś zwrócił wtedy moją uwagę na inną kopalnię, nie węgla, ale jakiegoś chyba minerału, w każdym razie korzystającą z dokładnie takich samych metod wydobycia, jak my. Wskaźnik wypadków był początkowo w owej kopalni taki sam, jak w „naszych”. Pewnego dnia jednak zarząd postanowił podjąć kroki – i wypadki zupełnie niemal się skończyły. Przyjrzeliśmy się tamtym rozwiązaniom, bardzo zresztą logicznym, i powiedzieliśmy sobie: „Udało się im, uda się i nam!”. Co prawda to była jedna kopalnia, a naszych było sześćset, ale przecież jeśli chodzi o ilość zaopatrzenia, pracowników i tak dalej musiały zachodzić tutaj podobne proporcje. NBC powiedziało sobie: „Ochrona życia i zdrowia ludzkiego to kwestia niecierpiąca zwłoki. Zastosujmy te metody we wszystkich sześciuset kopalniach od razu”. I – nic. Żadnych efektów. Choć, rzecz jasna, przez te dwadzieścia lat, jakie minęły od tamtego czasu, poziom bezpieczeństwa w kopalniach podniósł się niepomiernie. W tamtym jednak wypadku to, co udało się w tej jednej kopalni, w „naszych” sześciuset się nie udało.

Wiele czasu zajęło mi zrozumienie tych osobliwych i paradoksalnych wydarzeń. Jeśli jeden kompetentny inspektor bezpieczeństwa z zespołem potrafi zrobić porządek w jednej kopalni, dlaczego sześciuset inspektorów w sześciuset kopalniach – nie? Odpowiedź brzmi: ponieważ jeden inspektor nie potrzebuje do wykonywania swojej pracy potężnej „nadbudowy” o charakterze administracyjnym; on sam, jako szef zespołu, jest tą „nadbudową”. Ale sześciuset szefów sześciuset zespołów już takiej „nadbudowy”, takiego koordynującego nadzoru wymaga (a przynajmniej wszyscy myślą, że tak jest).

Pozwolą Państwo, że zwrócę teraz uwagę na jedną rzecz: administracja, jeśli ma być skuteczna, to przedsięwzięcie nadzwyczajnie trudne, wymagające nieprzeciętnej inteligencji. Znacznie trudniejsze, niż zapobieganie wypadkom pod ziemią. Wynika stąd, że do pracy w administracji nadają się tylko ludzie wyjątkowo utalentowani; i jeśli chcemy stworzyć administracyjną superstrukturę odpowiednią do skali przedsięwzięcia (sześćset kopalni, przypominam), to wtedy naturalnym biegiem rzeczy najlepsi pracownicy muszą wziąć na siebie właśnie funkcje administracyjne, wykonanie właściwych zadań powierzyć trzeba zaś pracownikom drugiego i trzeciego rzędu.

Podkreślam to tutaj bardzo mocno, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Owszem, potrzebujemy rozbudowanych struktur, ale przecież nie biurokracji!”. Tylko że jeśli nie chcemy, aby nasza administracja była biurokratyczna, musimy – powtarzam – przekierować do niej naszych najlepszych ludzi. A i to nie wszystko. Bo jeśli w ogóle zachodzi potrzeba wytworzenia dla jakiejś operacji „nadbudowy” administracyjnej, w naturalny sposób pion wykonawczy (bez niczyjej winy) nie może rozwinąć skrzydeł, podlegając nadzorowi urzędników, z którymi nie ma (choćby ze względu na dystans przestrzenny) bezpośredniego kontaktu i których nigdy ani nawet nie spotkał, chyba że na krótkich, oficjalnych „konferencjach”.

To doświadczenie, wespół z wieloma innymi, jakie uzbierały się przez te dziwne dwadzieścia lat, przekonało mnie ostatecznie, że małe jest piękne – przy czym mówiąc „małe” mam na myśli nie coś groteskowo czy nieskończenie małego, ale miarę, którą można w pełni objąć umysłem – i że najlepiej radzić sobie bez rozbudowanych struktur administracyjnych.

Dobra administracja, powtórzę, wymaga nieprzeciętnego talentu i inteligencji; zła administracja zaś to chyba najgorsza rzecz, jaka może istnieć. Dlatego też, jak powiedziałem, kwestię miary, rozmiaru, uważam za naraz najważniejszą i najbardziej zaniedbaną w obecnej debacie publicznej. Cytowałem już Arystotelesa i zacytuję go jeszcze raz: „Gdy rzeczy stają się za duże lub za małe, tracą swoją naturę lub ulegają zepsuciu” albo, jak mawiała moja babcia: „Wszystko, co »za« jest, od złego pochodzi”.

Na koniec, pozwólcie, że podsunę Państwu jeszcze inną myśl. Zacząłem od tego, że to istotnie bardzo dziwne, że my, żyjący w społeczeństwie tak bardzo bogatym, nie umiemy poradzić sobie z rozwiązaniem problemu mieszkaniowego. I istotnie, nie da się naszych niepowodzeń w tej materii nijak usprawiedliwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wobec nich cała nasza gadanina o sprawiedliwości społecznej zaczyna brzmieć po prostu śmiesznie. Podobnie jak i wszelkie nasze pretensje do ekonomicznej racjonalności, bo kosztów społecznych niedoboru mieszkań – takich jak na przykład rosnący wskaźnik przestępczości, problemy ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, trwałe bezrobocie – tych kosztów społecznych zwyczajnie nie da się zrekompensować; i nie mam żadnych wątpliwości, że są one dużo większe, niż potencjalne koszty realnej polityki mieszkaniowej.

Jak by z tym jednak było, nie chcę zostawiać Państwa z przekonaniem, że obecne bogactwo Wielkiej Brytanii, czy całej w ogóle Europy Zachodniej, to osiągnięcie trwałe, niezagrożone z wewnątrz czy zewnątrz. Owo tak zwane „osiągnięcie” stanowi bowiem skutek pewnych konkretnych i przygodnych praktyk oraz okoliczności, będących dzisiaj – by to ująć kolokwialnie, ale prawdziwie – „na końcówce”. Gdy mówię „praktyki”, mam na myśli życie z kapitału raczej, niż z pracy. Dzisiaj bowiem znaczną część naszego kapitału stanowi ropa – surowiec nieodnawialny, nad wydobyciem i dystrybucją którego my tutaj w Europie Zachodniej nie mamy właściwie żadnej kontroli. „Okoliczności” zaś to po prostu system pozwalający nam swobodnie ową ropę kupować – układ sił, który dynamicznie się zmienia. Gospodarka światowa (termin ten oznacza rzecz jasna przede wszystkim zamożne dwadzieścia procent ludzkości) potrzebuje siedmioprocentowego wzrostu dostaw ropy w skali roku, podczas gdy znaczna liczba producentów tego surowca, myśląc w perspektywie długoterminowej stabilności, podjęła decyzję o utrzymaniu produkcji na poziomie z roku 1971. Uczyniły to już Wenezuela, Libia i Kuwejt; i te trzy kraje odpowiadają za wydobycie więcej niż jednej trzeciej (trzydziestu pięciu procent, dokładnie) zapasów ropy naftowej trafiającej na rynek międzynarodowy. Czym okazują się wszystkie owe projekty, o których mówiłem, projekty mające rozkręcić transport zmotoryzowanych i niezmotoryzowanych turystów przez Kanał La Manche, w perspektywie realnych trudności – zaburzeń dostaw czy nagłego wzrostu cen, na przykład – na rynku ropy naftowej?

Jeżeli dalej będziemy żyć w przeświadczeniu, że możemy jeść, pić i popuszczać pasa, bo nasze dzieci i tak będą bogatsze od nas, to – może powiem w ten sposób: jeśli ktoś tak myśli, to najwyraźniej nie zapytał o zdanie ludzi, dzięki którym tak ogromny wzrost poziomu bogactwa, jaki miał miejsce w Europie Zachodniej, w ogóle stał się możliwy. Czy to wszystko nie wskazuje na konieczność fundamentalnej przemiany tego, co zwykło nazywać się naszym „sposobem bycia”? Ta zaś implikuje coś, co wielu z moich politycznych przyjaciół określa mianem „reformy systemowej” – zwrot w kierunku daleko posuniętej decentralizacji i samowystarczalności małych wspólnot oraz, przede wszystkim, znacznie bardziej elastycznego, sprawiedliwego i racjonalnego systemu własności ziemi, oprócz – rzecz jasna – wielu innych rzeczy.

Ernst Friedrich Schumacher

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to zapis wykładu wygłoszonego na spotkaniu Katolickiego Towarzystwa Pomocy Mieszkaniowej w 1973 roku, a następnie opublikowany przez tę organizację.

Przypisy:

1. Chodzi o wypowiedź premiera Harolda Macmillana (1894-1986), konserwatysty, z 1957 roku. W tym samym przemówieniu zaatakował także „doktrynerstwo” socjaldemokratów i przestrzegał przed zbyt dynamicznym wzrostem pensji.

2. Lotnisko Maplin, właściwie lotnisko Ujście Tamizy czy u ujścia Tamizy. Obydwa przedsięwzięcia stanowiły ówcześnie „oczko w głowie” rządów brytyjskich. Tunel powstał w latach 90. jako tzw. Eurotunel, lotnisko do dziś pozostaje w fazie projektu.

3. Krajowa Rada Węglowa, instytucja powołana w 1946 do nadzoru nad znacjonalizowanym przemysłem węglowym Wielkiej Brytanii.

Ernst Friedrich Schumacher (1911-1977) – niemieckiego pochodzenia ekonomista i statystyk, który już w okresie studiów związał się z kulturą anglojęzyczną. Studiował w Wielkiej Brytanii i USA, gdzie następnie pracował w biznesie. Po objęciu władzy przez nazistów pozostał w Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny był jako obywatel niemiecki internowany, został uwolniony po interwencji Johna Maynarda Keynesa. Po wojnie brał udział w pracach związanych z planem Marshalla. Od roku 1950 do 1970 związany zawodowo z publicznym sektorem górniczym w Wielkiej Brytanii. Brał także udział w pracach organizacji i instytucji pomocowych dla krajów rozwijających się. Pod wpływem wizyt w Birmie i Indiach związał się z inicjatywami ekologicznymi, m.in. był szefem Soil Association – brytyjskiej organizacji działającej na rzecz rolnictwa ekologicznego, drobnego, nieprzemysłowego. W roku 1973 ukazał się zbiór jego esejów – książka „Małe jest piękne”, która przyniosła mu światową sławę i stała się „biblią” ruchu ekologicznego. W swoich poglądach łączył wątki socjalizmu (szczególnie nieetatystycznego). niemieckiego ordoliberalizmu, dystrybucjonizmu, katolickiej nauki społecznej i refleksji ekologicznej. Publikowaliśmy już jego inny tekst: Koniec balu 

Szkoła wśród-nas-biorczości

Szkoła wśród-nas-biorczości

Od siedmiu lat badam organizacje alternatywne wytwarzające wartość ekonomiczną, między innymi spółdzielnie. Bardzo często wraca w moim materiale badawczym wątek współpracy, w pewien mocny i szczególny sposób. Bardzo trafnie oddaje ten sposób wypowiedź warszawskiego spółdzielcy, nazwijmy go Świętopełkiem: „Im więcej ludzie działają razem, tym bardziej widzą, że mogą zrobić dużo więcej. […] Nie uczą nas tego w szkole, na uniwersytecie; cały czas jest tylko o przedsiębiorczości, konkurencji, ale nie ma o współpracy. A potem mówią, że ludzie nie współpracują i że konkurencja jest naturalna. Musimy się wszystkiego uczyć sami”.

W Polsce działa ogromna ilość uczelni wyższych posiadających przedsiębiorczość w nazwie lub oferujących pełną edukację na poziomie wyższym w zakresie przedsiębiorczości. Oferowane są kursy przedsiębiorczości dla studentów różnych niezwiązanych z biznesem kierunków, od szkół teatralnych po medyków. Przedsiębiorczość pojawia się w podstawach programowych polskich liceów i techników. Uczą się przedsiębiorczości także uczniowie zasadniczych szkół zawodowych.

Niektóre szkoły podstawowe oferują lekcje przedsiębiorczości, a wśród celów edukacji na poziomie klas IV-VII wymienia się „rozwijanie kompetencji takich jak kreatywność, innowacyjność i przedsiębiorczość”. Ba, nawet niektóre przedszkola uczą przedsiębiorczości. Uczniowie mają do dyspozycji podręczniki i zeszyty do ćwiczeń z przedsiębiorczości, a przedszkolaki – bajki o przedsiębiorcach. Dzieci i młodzież uczą się podejmowania decyzji finansowych, projektowania działań przedsiębiorstwa, nabywają „podstawowe umiejętności konkurencyjnych zachowań”. Wśród celów zajęć z przedsiębiorczości dla liceów i szkół zawodowych występuje „Docenianie roli przedsiębiorców budujących w sposób odpowiedzialny konkurencyjną gospodarkę oraz dostrzeganie znaczenia wolności gospodarczej i własności prywatnej jako filarów gospodarki rynkowej”. Uczeń szkoły zawodowej, między innymi, „rozpoznaje mocne i słabe strony własnej osobowości”; odnosi je do cech osoby przedsiębiorczej; „zna korzyści wynikające z planowania własnych działań i inwestowania w siebie” oraz „sporządza projekt własnego przedsiębiorstwa oparty na biznesplanie”. Konieczność nabywania takiej wiedzy uzasadniana jest w następujący sposób:

[Uczniowie] powinni więc posiadać podstawową wiedzę nie tylko z zakresu nauk ścisłych, przyrodniczych i humanistycznych, ale także społecznych, a zwłaszcza ekonomicznych. Wiedza ta daje podstawy do kształtowania umiejętności oraz postaw przedsiębiorczych potrzebnych do funkcjonowania we współczesnej, globalnie uwarunkowanej gospodarce.

Nie ma natomiast nigdzie mowy o konieczności kształtowania postaw współdziałania i współpracy ani o tym, że są one potrzebne we współczesnej gospodarce. Przedmiot współpraca nie istnieje. Nie ma programów z wzajemności (mimo że istnieje taki obszar badawczy, m.in. w naukach zarządzania, i ma się bardzo dobrze). Nie ma wyższych szkół współpracy i współodpowiedzialności. Nie ma wśród celów edukacyjnych rozwijania umiejętności współdecydowania ani działania na rzecz dobra wspólnego.

Jakie to ma skutki? Ano takie, że Świętopełk i jego koleżanki i koledzy muszą uczyć się wszystkiego od nowa, wielkim nakładem energii, wysiłku i zdrowia, a zdolność ich ciężko zdobytej wiedzy do akumulacji systemowej jest niewielka. Do akumulacji wiedzy potrzebne są struktury szkoły i akademii. Wszyscy kolejni Świętopełkowie muszą wypracowywać tę wiedzę od nowa, albo prawie od nowa (na szczęście wzajemność jest silnym impulsem działania człowieka, więc uczą się, jak się dzielić wiedzą z „konkurencją” – używając języka obowiązującego w naszych czasach). Ale ma to także skutki dla zwykłych ludzi, w zwykłych korporacjach. Następująca historia Ścibory i Świętomiry jest, niestety, dość typowa.

Ścibora kierowała zespołem jakości od wielu lat. Była bardzo energiczna – podejmowała dziesiątki inicjatyw jednocześnie, zawsze miała w toku więcej projektów, niż mieściło się w opisie działań zespołu na stronie firmy. Chroniła swój zespół przed zakusami władz, które wciąż szukały „wolnych mocy przerobowych”. Jednak nie umiała delegować. Wszystkie te projekty robiła sama, a właściwie – sama przy pomocy wyrobników z zespołu, którzy dostawali do wykonania jakiś fragment, ale bez przynależnej odpowiedzialności i mocy decyzyjnej. Była jedyną osobą znającą całokształt tych projektów i gdy zlecała innym kawałki zadań, nigdy nie opowiadała o ich znaczeniu dla całości. W jej zespole pracowało kilka naprawdę kompetentnych osób, w tym Świętomira, która widziała dokładnie, co się dzieje, ponieważ miała naprawdę duże doświadczenie w branży i niejeden taki projekt z powodzeniem prowadziła. Ścibora zorientowała się w pewnym momencie, jak bardzo kompetentną osobą jest Świętomira i wówczas coś się zmieniło, ale nie tak, jak, zgodnie z zasadami dobrego zarządzania, powinno. Wręcz przeciwnie. Ścibora zaczęła ukrywać przed Świętomirą co bardziej interesujące projekty, zaczęła jej podbierać kontakty, bez jej wiedzy i zgody przejęła jej sztandarowy projekt, w którym współpracowała z wieloma partnerami, którzy bardzo ją cenili i znali od wielu lat. Za to zaczęła mikrozarządzać Świętomirą, de facto utrudniając jej wykonanie nawet prostych zadań. Tak jakby starała się ją powstrzymać przed wykonaniem dobrej pracy. Świętomira, osoba naprawdę zaangażowana w swoją pracę, poprosiła szefową, by po prostu wyznaczyła jej jakąś rolę, a sama zarządzała całością. Nie miała ambicji gwiazdorzenia, chciała móc pracować w spokoju. Ścibora jakby wówczas się opamiętała i przez jakiś czas współpraca była niezła. Szefowa brylowała, Świętomira pracowała. Jednak nie interesowała się w ogóle tym, co jej pracowniczka robi i nie odpowiadała na e-maile, jakby po prostu odpuściła sobie cały obszar projektu, nad którym Świętomira pracowała – sama, bo pozostałymi członkami zespołu Ścibora zarządzała dokładnie tak samo, jak od początku, to znaczy mikrokontrolując wszystko, przepytując za plecami jednych z tego, co robią drudzy, podsycając plotki, siejąc niedomówienia.

Sama tyrała jak nieprzytomna. Organizm nie dawał już rady na zakrętach, zażywała anydepresanty i piła coraz więcej alkoholu po godzinach. W pewnym momencie rodzina odmówiła współpracy i została sama – mąż nie chciał rozwodu po wieloletnim małżeństwie, ale stwierdził, że nie daje rady funkcjonować w związku i wyprowadził się „na próbę” z domu. Ścibora zareagowała na to wzmożoną aktywnością zawodową. Przyjęła dodatkowy projekt gigant, który miał być sztandarowy dla polskiego oddziału korporacji. Wszyscy spodziewali się, że tym razem zmobilizuje do pracy zespół, który przygotował się do boju. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Wyglądało na to, że Ścibora idzie na samotne zderzenie czołowe z największym projektem firmy. Projekt był widoczny i modny, więc naczelny w końcu uszczęśliwił ją na siłę pomocnikiem, który biegał między gabinetami jej i szefa z coraz bardziej sztucznym i zestresowanym uśmiechem. Ścibora nie miała na ten projekt zasobów, nie miała kompetencji, nie miała czasu. Miała zespół, który był gotowy zmobilizować swoje kompetencje i zawalczyć o zasoby. Ale nie skorzystała z tej możliwości. Nie zatrudniła też nowych osób, co sugerował jej (o dziwo) naczelny. Coraz bardziej widać było, że spóźnia się z innymi, zwykłymi projektami. Coraz bardziej widać było, że przestała się w ogóle zajmować zespołem, skończyły się nawet plotki za plecami i mikrosterowanie. Przez dwa miesiące pracowała na 3 etaty z niedającym się zrealizować projektem polegającym na wymyślaniu dziesiątek procesów, wdrożeniu nowych technologii, zorganizowaniu nowych sieci działania. Wszystkie te procesy po wdrożeniu wymagają nadzoru. To też zdawała się próbować robić sama. Świętomira próbowała z nią porozmawiać, zaproponowała pomoc i radę. Ścibora nawet już się nie denerwowała, miała pusty wzrok, patrzyła przez nią na ścianę naprzeciwko. Następnego dnia wysłała do wszystkich pracowników e-mail, że bardzo im dziękuje, że ich ceni i szanuje, ale że musi zrezygnować, bo doznała wypalenia zawodowego. Po prostu nie przyszła do pracy. Wszystkie projekty leżały rozgrzebane tu i ówdzie, właściwie w czasach, gdy wszystko jest online nie bardzo było nawet wiadomo, gdzie kawałków szukać. A może ich nie było w ogóle. W dokumentacji panował nieprawdopodobny chaos. Zespół w końcu dostał projekty do pracy, ale w postaci stajni Augiasza, nie do ogarnięcia, wielkiej piramidy nieprzystających do siebie bezsensownych kawałków, z których nie da się nic sensownego złożyć. Zamiast wykorzystać swoje doświadczenie, Świętomira została czymś w rodzaju śmieciarki lub grabarki skądinąd bardzo ciekawych projektów, które z przyjemnością by w normalnych warunkach z koleżankami i kolegami porealizowała. Ścibora leczy się psychiatrycznie i jest po rozwodzie.

Wracając do pytania o skutki jednostronnej edukacji – wypalenie Ścibory jest jednym z nich. Ścibora byłaby pewnie energiczną i zdolną szefową w bardziej zespołowym systemie pracy. Rażące niewykorzystanie umiejętności i doświadczenia Świętomiry, to karygodne marnotrawstwo potencjału społecznego i kolejny typowy skutek nierównowagi systemu. Każdy szanujący się zespół przyjąłby ją z otwartymi ramionami. Ba, Świętomira ma tyle lat, że pamięta taką pracę zespołową i wspomina ją bardzo dobrze. Mogłaby przekazać wiedzę młodszym od siebie, bo wie, jak to robić. Ale młodsi nie mają na to czasu, nie mają do tego głowy, nie wiedzą na ogół, że jest im to potrzebne. W mediach trwa kampania o „nieblokowanie etatu przez starych młodym zdolnym”. Wyzwala to w ludziach uczucia wręcz przeciwne do chęci dzielenia się tym, co mają i umiejętności przyjmowania dobrych rzeczy od innych. To też skutek tej nierównowagi – w ludziach utrwala się przekonanie, że muszą poradzić sobie ze wszystkim sami, bo inni są ich konkurentami, naturalnymi wrogami. Gdy im się to nie udaje, to poszukują rozwiązań, które nie są dla nikogo pożyteczne, takich jak fasadowość i wyuczony narcyzm, jak pokonywanie w sobie ludzkich odczuć, jak poczucie permanentnej porażki, jak ciągła, jątrząca się zazdrość. Bo inni coś mają, a ja nie.

To czasami zdaje się być podobne do poczucia sprawiedliwości, ale jest czymś radykalnie od niego odmiennym. Aby odróżnić zazdrość od poczucia sprawiedliwości trzeba mieć kompetencje we współpracy i współodpowiedzialności. Bez tego nawet próby działania razem w dobrym celu w końcu się fragmentaryzują, przychodzi czas lansu jednych i marginalizacji drugich. Te dynamiki sprawiają, że święte protesty i społeczne bunty nie przerodzą się w konstruktywne budowanie lepszego świata, ale łatwo je rozładować nienawiścią, poczuciem własnej wyższości moralnej, agresją, obwinianiem drugiego (aczkolwiek zgodnie z moją najlepszą wiedzą, kobiety współpracują znacznie lepiej, niż mężczyźni, nawet w naszych czasach). Ale może o to właśnie chodzi władcom naszego świata? Może to jest zgodne z dynamiką sprawowania władzy na zasadzie „dziel i rządź”? Może to permanentny dzień bardzo wkurzonego i potwornie samotnego świstaka?

Więc jeśli identyfikujemy się ze Świętomirą, i pewnie troszkę ze Ściborą, jeśli kibicujemy Świętopełkowi i jego współspółdzielcom, to może znaczy, że pora przestać wszystko przed się brać (niczym pewien słynny egipski żuczek) i stać się znów człowiekiem? W końcu ludzie nie dlatego awansowali w ewolucji, że potrafili toczyć przed sobą kule większe od samych siebie, ale dlatego, że umieli współpracować. Może pora domagać się nowych programów edukacyjnych. I nowych sposobów wyrażania tego, co w nas – i wśród nas – ludzkie.

prof. Monika Kostera

Czas na Wielki Reset

Czas na Wielki Reset

Możemy wyjść z tego kryzysu jako lepszy świat, jeśli będziemy działać szybko i wspólnie. Zmiany, które już zaobserwowaliśmy w odpowiedzi na COVID-19, udowadniają, że możliwy jest reset podstaw naszej gospodarki i społeczeństwa. To nasza najlepsza szansa, aby zainicjować kapitalizm interesariuszy – oto, jak możemy go osiągnąć.

Zakazy związane z COVID-19 mogą się stopniowo rozluźniać, lecz niepokój o społeczną i ekonomiczną przyszłość ciągle się zwiększa. Niepokój ten ma uzasadnienie: gwałtowne załamanie koniunktury gospodarczej już się zaczęło, możemy stać w obliczu najgorszej depresji od lat 30. ubiegłego wieku. Jednak, nawet jeśli taki rozwój wypadków jest prawdopodobny, to nie jest on nieunikniony.

Aby osiągnąć lepsze realia, świat musi działać wspólnie i szybko w celu przebudowy wszystkich aspektów naszych społeczeństw i gospodarki, począwszy od edukacji, po kontrakty społeczne i warunki pracy. Każdy kraj, od Stanów Zjednoczonych po Chiny, musi brać w tym udział, każdy rodzaj przemysłu, od ropy i gazu po sektor technologiczny musi zostać zmieniony. Krótko mówiąc, potrzebujemy „Wielkiego Resetu” kapitalizmu.

Jest wiele powodów, by przeprowadzić „Wielki Reset”, lecz najważniejszym z nich jest COVID-19. Pandemia stanowi jeden z najgorszych w najnowszej historii kryzysów zdrowia publicznego. Doprowadziła już do setek tysięcy zgonów. Co więcej, daleko jeszcze do końca, ponieważ w wielu częściach świata liczba ofiar wzrasta.

Wszystko to będzie miało poważne długofalowe konsekwencje dla wzrostu gospodarczego, długu publicznego, zatrudnienia i ludzkiego samopoczucia. Według „Financial Times” globalny dług rządów osiągnął już poziom najwyższy w czasach pokoju. Co więcej, bezrobocie w wielu krajach astronomicznie wzrasta: dla przykładu USA, od połowy marca jeden na czterech pracowników zaczął ubiegać się o zasiłek dla bezrobotnych, a nowe zgłoszenia co tydzień przekraczają historyczne rekordy. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że światowa gospodarka skurczy się o 3% – to spadek o 6,3 punktów procentowych w ciągu zaledwie czterech miesięcy.

Wszystko to dodatkowo zaostrzy kryzys klimatyczny i trwające już kryzysy społeczne. Niektóre kraje użyły już COVID-19 jako wymówki, by osłabić ochronę środowiska i jej egzekwowanie. Nasila się też frustracja spowodowana przez problemy takie, jak pogłębiająca się nierówność społeczna – zsumowany majątek miliarderów z USA zwiększył się w czasie kryzysu.

Pozostawione bez odpowiedzi, kryzysy te, w połączeniu z COVID-19, jeszcze się pogłębią i spowodują, że świat będzie coraz mniej zrównoważony i bardziej niestabilny, a ludzie mniej równi. Wprowadzanie stopniowych zmian i napraw ad hoc nie będzie wystarczające, aby zapobiec spełnieniu się tego scenariusza. Musimy zbudować całkowicie nowe podstawy dla naszych systemów ekonomicznych i społecznych.

Oznacza to bezprecedensowy poziom współpracy i ambicji. Nie jest to jednak marzenie niemożliwe do spełnienia. W rzeczywistości jedną z dobrych stron pandemii okazało się być to, iż pokazała ona, jak szybko możemy poczynić radykalne zmiany w naszym stylu życia. Prawie natychmiastowo kryzys zmusił biznesy i jednostki do porzucenia praktyk, które długo wydawały się nieodzowne, od częstych podróży lotniczych po pracę w biurze.

Podobnie ludność wykazała w przeważającej części gotowość do poniesienia ofiar dla dobra pracowników opieki zdrowotnej i innych kluczowych pracowników, jak również wrażliwych członków populacji, takich jak ludzie starsi. Wiele firm poczyniło kroki, by wspierać swych pracowników, klientów i społeczności lokalne, zwracając się tym samym czynnie w stronę kapitalizmu interesariuszy (stakeholder capitalism), o którym poprzednio tylko dużo mówiły.

Wola, aby zbudować lepsze społeczeństwo, wyraźnie istnieje. Musimy użyć jej, by przeprowadzić „Wielki Reset”, który jest tak bardzo potrzebny. Będzie to wymagało zaistnienia w państwach silniejszych i bardziej skutecznych rządów, jakkolwiek nie oznacza to ideologicznego nacisku na rozbudowę tychże rządów. Dodatkowo będzie to wymagało ciągłego zaangażowania ze strony sektora prywatnego.

Cele „Wielkiego Resetu” miałyby trzy główne elementy. Pierwszy z nich skierowałby rynek w stronę bardziej sprawiedliwych rezultatów. Aby to osiągnąć, rządy powinny poprawić koordynację (na przykład w polityce podatkowej, regulacjach i polityce fiskalnej), ulepszyć umowy handlowe i stworzyć warunki dla powstania „gospodarki interesariuszy” (stakeholder economy). W czasie, gdy podstawy opodatkowania zmniejszają się, a dług publiczny rośnie, rządy mają silne zachęty do podjęcia takiego właśnie działania.

Co więcej, rządy powinny wdrożyć od dawna potrzebne reformy, które będą sprzyjać bardziej sprawiedliwym rezultatom społecznym. W zależności od kraju mogą one obejmować zmiany w podatkach majątkowych, wycofanie dopłat do paliw kopalnych i nowe zasady rządzące własnością intelektualną, handlem i konkurencją.

Drugi element „Wielkiego Resetu” miałaby zapewnić, że inwestycje wspierają cele wspólne, takie jak równouprawnienie i zrównoważony rozwój. Tu właśnie ogromne programy wydatków wprowadzane obecnie przez wiele rządów pokazują wielką szansę na postęp. Dla przykładu, Komisja Europejska zaprezentowała plany dotyczące przeznaczenia 750 miliardów euro (826 miliardów dolarów) na fundusz odbudowy po pandemii. USA, Chiny i Japonia również planują wprowadzenie ambitnych stymulantów ekonomicznych.

Zamiast używać tych funduszy i podatku od inwestycji od podmiotów prywatnych i funduszy emerytalnych, aby łatać pęknięcia w starym systemie, powinniśmy użyć ich do tego, by stworzyć nowy system – taki, który będzie bardziej odporny, sprawiedliwy i zrównoważony w perspektywie długoterminowej. Oznacza to np. budowanie „zielonej” infrastruktury miejskiej i stwarzanie zachęt dla różnych branż, by poprawiały swoje wyniki w dziedzinach ochrony środowiska, społecznej odpowiedzialności i ładu korporacyjnego.

Trzecim i ostatecznym spośród głównych celów „Wielkiego Resetu” jest wykorzystanie osiągnięć Czwartej Rewolucji Przemysłowej, by wspierać dobro publiczne, szczególnie poprzez zajęcie się wyzwaniami zdrowotnymi i społecznymi. Podczas kryzysu COVID-19 firmy, uniwersytety i inne podmioty połączyły siły, aby wypracować diagnostykę, terapię i możliwe szczepionki, założyć ośrodki testowania, stworzyć mechanizmy do śledzenia zainfekowanych i umożliwić działanie telemedycyny. Wyobraźmy sobie, co byłoby możliwe, gdyby podobny wspólny wysiłek został poczyniony we wszystkich sektorach.

Kryzys związany z COVID-19 dotyka każdego aspektu ludzkiego życia w każdym zakątku świata. Nie ma konieczności, aby jedynym skutkiem tego kryzysu była tragedia. Wręcz przeciwnie, pandemia prezentuje rzadko nadarzającą się i szybko przemijającą okazję, by coś przemyśleć, zmienić i przestawić nasz świat tak, aby wypracować zdrowszą, bardziej sprawiedliwą i dostatnią przyszłość.

Klaus Schwab

Tłum. Magdalena Bieńczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej Światowego Forum Ekonomicznego www.weforum.org

Najpierw wsparcie, później oczekiwania

Najpierw wsparcie, później oczekiwania

Sport dostarcza nam licznych emocji. Wiele osób utożsamia się z zawodnikami biorącymi udział w zmaganiach. Czasami można odnieść wrażenie, że cała Polska staje do rywalizacji. Sukces zawsze jest „nasz” wspólny. Natomiast wysiłek, poświęcenie i problemy w przygotowaniach to indywidualne problemy każdego sportowca.

Gdy Iga Świątek w imponującym stylu wygrała French Open wszyscy odnotowali to jako sukces. Czy to uprawniona postawa? Czy możemy utożsamiać się z czyimś osiągnięciem? Czy możemy oczekiwać sukcesu i stawiać wymagania? Tenisista Jerzy Janowicz w jednym z wywiadów wyraził się dość dosadnie: „Co zrobiliście, żeby mieć jakieś oczekiwania wobec nas?”. Zwracał również uwagę na zubożałą infrastrukturę sportową, mówiąc „trenujemy gdzieś po szopach i to nie tylko w tenisie”. W tych ostrych słowach jest przecież sama prawda. Sportowcy w całej swej karierze przeżywają często katorgę.

Temat wraca regularnie. W 2009 Anita Włodarczyk pobiła rekord świata w rzucie młotem i zdobyła złoty medal Mistrzostw Świata. Problem w tym, że przygotowując się do tej imprezy trenowała dosłownie pod mostem. Stadion jej ówczesnego klubu, Skry Warszawa, do dziś bardziej przypomina scenerię horroru niż obiekt treningowy. Na profesjonalne warunki treningowe nie mogli liczyć również złoci medaliści olimpijscy Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka.

Wiele się w tej kwestii zmienia. Profesjonalnej infrastruktury przybywa. Jednak jeden wielki obiekt nie wystarczy. Co z tego, że w dużym mieście mamy monumentalną budowlę, która przyciągnie największe światowe sławy, skoro młodzież w mniejszych miejscowościach wciąż trenuje „po szopach”. W przypadku tenisa jest podobno inaczej. Mirosław Skrzypczyński, prezes Polskie Związku Tenisa w jednym z wywiadów mówił, że w przypadku tenisa nie jest tak źle, z wyjątkiem Warszawy.

Mamy Narodowy Program Upowszechniania Tenisa „Rakiety Lotosu”. Współfinansuje ten program Grupa Lotos oraz Fundacja ARP. Dzięki temu 100 klubów w Polsce otrzymuje dofinansowanie do prowadzenia „pierwszego kroku” – pierwszych naborów i pierwszych szkółek dla najmłodszych. Mamy więc rozproszone, regionalne wsparcie, niezbędne, aby wyłapać i zmotywować talenty z każdego zakątka kraju. Dzięki rządowemu wsparciu istnieje również profesjonalna infrastruktura na potrzeby kadry narodowej – Akademia Tenisowa w Kozerkach. Taki obiekt pomimo starań związku nie powstał w Warszawie. Jednak dzięki regionalizacji mniejsze miasta zyskują specjalizację, wokół której mogą budować swój rozwój. Lokowanie każdej znaczącej inwestycji w Warszawie to pogłębianie procesu wyludniania mniejszych miejscowości. Rozproszona, regionalna infrastruktura to krok w dobrym kierunku.

Sport to mozolna, systematyczna praca, która często odbywa się w prowizorycznych warunkach. Młodzi sportowcy muszą starać się łączyć trening ze szkołą czy pracą i zmagać z szeregiem napotykanych trudności. Nie zawsze mogą liczyć na pomoc w przełamywaniu ograniczających ich barier. Problem został dostrzeżony na poziomie centralnym. Ministerstwo Sportu wspólnie z Polską Fundacją Narodową stworzyło program „Team 100”. Operatorem i partnerem merytorycznym projektu jest Instytut Sportu – Państwowy Instytut Badawczy. Jest to model bezpośredniego, dodatkowego i pozazwiązkowego wsparcia młodych zawodników będących częścią kadr narodowych indywidualnych dyscyplin olimpijskich. Kwota 40 tys. złotych przyznawana jest bezpośrednio sportowcom, tak aby mogli samodzielnie zarządzać swoimi przygotowaniami. To najlepsze wyjście, biorąc pod uwagę różnorodne trudności stojące na drodze do sukcesu. Elastyczny, indywidualny model pozwala pokonywać problemy często niezauważalne z poziomu centralnego, odmienne dla każdej z dyscyplin.

Środki na ten cel zapewnia Polska Fundacja Narodowa, finansowana przez 17 spółek skarbu państwa z sektora energetycznego, transportowego, paliwowego czy ubezpieczeniowego. Każdy z nas, korzystając z usług tych przedsiębiorstw, przyczynia się do przełamywania barier i realizacji marzeń wielu młodych ludzi chcących dumnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Rewolucyjne w tym projekcie jest to, że wsparcia udziela się z pominięciem związków sportowych, które nie zawsze potrafią umiejętnie wspierać rozwój dyscypliny. „Team 100” zrzesza 250 sportowców, również zawodników z niepełnosprawnościami. Beneficjentką tego projektu była również Iga Świątek.

Rozwój sportowców wspierany jest z publicznych środków już na wczesnym etapie ich kariery. Każdy z nas pośrednio dokłada do tego cegiełkę. Zanim jednak zaczniemy domagać się medali, tytułów i pucharów, warto sprawdzić, w jakich warunkach trenują nasi reprezentanci. Sukcesów możemy domagać się tylko wtedy, gdy podjęliśmy wcześniej stosowne inwestycje.

Mateusz Perowicz

Baliśmy się Trumpa – czy powinniśmy obawiać się Bidena?

Wszystko wskazuje na to, że 20 stycznia 2021 roku Joe Biden obejmie obowiązki głowy państwa, kończąc niespokojną erę Donalda Trumpa. Chociaż w poprzednich wyborach triumf tego ostatniego był według doniesień medialnych nieprzyjemnym zaskoczeniem dla polskiego obozu władzy, stawiającego na wygraną Hillary Clinton i pozbawionego kontaktów w środowisku politycznym miliardera, teraz dla odmiany krajowe czynniki dość wyraźnie ociągały się z uznaniem explicite rozstrzygnięcia na korzyść przedstawiciela Partii Demokratycznej, jak gdyby nie odrzucając całkowicie kreślonych przez co większych fantastów scenariuszz, zgodnie z którymi władzę miałby utrzymać Republikanin.

W roku 2016 czynniki polskie, w tym tradycyjnie sympatyzujący z Republikanami obóz PiS, obawiały się Donalda Trumpa z powodu wygłaszanych przezeń w trakcie kampanii i odwzajemnianych przez Kreml pozytywnych sądów na temat Władimira Putina. A także wskutek spekulacji na temat jego pozytywnych rzekomych „niebezpiecznych związków” z Rosją i faktycznych ingerencji Moskwy w przebieg poprzednich wyborów, które według części opinii miały wręcz zapewnić miliarderowi zwycięstwo. Zaniepokojenie budziły zapowiedzi rewizji polityki zagranicznej w duchu izolacjonizmu.

Z perspektywy czasu obawy te nie sprawdziły się. Przy całej kontrowersyjności uprawianej polityki Trump nie tylko nie zniszczył NATO ani nie uznał de iure rosyjskich zdobyczy terytorialnych na Ukrainie, ale wręcz podjął działania mające na celu zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowej. Nałożone przez jego administrację sankcje spowodowały również poważne kłopoty dla budowy traktowanego jako strategiczne zagrożenie gazociągu Nord Stream 2. Rosjanie niekorzystnie oceniali również politykę administracji Trumpa w odniesieniu do zbrojeń – wzrost ogólnych wydatków, wycofanie się Waszyngtonu z traktatu INF (o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu). Kłopotliwe dla Moskwy pozostawały amerykańskie działania wobec jej aliantów (rząd Syrii, Wenezuela, bardziej skomplikowany przypadek Iranu).

Ogólna retoryka obozu Bidena dla odmiany nie dawała polskim władzom asumptu do obaw. Kandydat Demokratów w kampanii wskazywał kategorycznie Rosję jako przeciwnika Stanów Zjednoczonych, zapowiadał też bardziej zdecydowane i ostrzejsze retorsje wobec naruszeń amerykańskich interesów i odtworzenie naruszonej przez politykę Trumpa koordynacji wspólnej państw zachodnich wobec Moskwy. Jednak bardziej szczegółowa analiza deklaracji wskazuje, że zapowiedź zaostrzenia stanowiska wobec Rosji może pozostać pusta (nie towarzyszą jej żadne konkretne koncepcje), a faktyczna polityka będzie bardziej koncyliacyjna, nastawiona na pewną normalizację stosunków między mocarstwami. Biden deklarował, w przeciwieństwie do Trumpa, bezwarunkowe przedłużenie traktatu o redukcji zbrojeń strategicznych New START. Nowa administracja może być też skłonna do redukcji nakładów na zbrojenia, aczkolwiek w świetle globalnej konfrontacji z Chinami pozostaje to spekulacją. Zapowiadany powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego z Iranem nie musi być z punktu widzenia Moskwy jednoznacznym pozytywem. Wydaje się, że żadna administracja amerykańska w przewidywalnym horyzoncie czasowym nie będzie dążyła do przekroczenia progu wojny z krajem rządzonym przez ajatollahów. Natomiast ostry kurs wobec Teheranu ogranicza jego pole manewru w polityce międzynarodowej i skazuje go na Rosję, chociaż interesy obu krajów nie są bynajmniej tożsame. Trudno jednak mówić o koncepcjach „strategicznego resetu” z relacjach z Rosją, który nastąpił na początku prezydentury Baracka Obamy. Wydaje się, że w polityce amerykańskiej na tym odcinku będzie przeważała kontynuacja, natomiast wielki przewrót w stosunkach, mający na celu rozbicie układu chińsko-rosyjskiego, pozostaje możliwą ewentualnością niezależnie od konkretnej administracji amerykańskiej.

Wstrzemięźliwość obozu PiS wobec Bidena ma zatem prawdopodobnie przyczyny odmienne niż geostrategia sensu stricto. Wydaje się pewne, że polska polityka wewnętrzna będzie przez nową administrację amerykańską postrzegana znacznie gorzej niż za czasów Trumpa i może to stanowić spory problem wizerunkowy dla polskiego rządu. Republikański Waszyngton pozostawał wszak neutralny wobec koncepcji PiS dotyczących porządku prawnego, co pozwalało na arenie wewnętrznej przedstawiać Stany Zjednoczone i stosunki z nimi jako pozytywny kontrast wobec problemów w relacjach z Unią Europejską. Tymczasem Biden w trakcie kampanii wyborczej posunął się do zestawienia Polski i Węgier z Białorusią, co wskazuje na zdecydowanie negatywną ocenę polityki wewnętrznej ekipy PiS. Obawy obecnych władz Polski mogą budzić też wyraźne nadzieje Niemiec na odtworzenie bliskiej współpracy z Ameryką – stosunki między tymi krajami za kadencji Trumpa uległy znacznemu pogorszeniu.

Z drugiej strony należy pamiętać, że rządy Republikanina nie były dla PiS w żadnej mierze idyllą. Amerykanie niechętnie odnosili się do tych samych polskich koncepcji dotyczących polityki historycznej, które spowodowały ostry sprzeciw Izraela. W Waszyngtonie nie znajdowały żadnego zrozumienia formułowane przez krajowe władze stanowiska niechętne mniejszościom seksualnym, co zresztą nie powinno stanowić zaskoczenia dla nikogo, wszak między Republikanami a Demokratami nie ma pod tym względem żadnych różnic. Potencjalna niechęć administracji Bidena wobec Warszawy będzie nie tyle problemem w relacjach polsko-amerykańskich, co kłopotem dla obozu PiS, z jednej strony skrajnie, wręcz bezalternatywnie proamerykańskiego, z drugiej grającego w sferze światopoglądowej na nutach bardzo źle widzianych w Waszyngtonie, co swoją drogą wydaje się być koncepcją mocno osobliwą. Ślepy zaułek, w który wpędziło się PiS może z drugiej strony przełożyć się negatywnie na obiektywne polskie interesy – przy przemożnej orientacji na Stany Zjednoczone w dziedzinie zakupów uzbrojenia (realizowane programy dostaw systemów obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu Patriot oraz artylerii rakietowej HIMARS, podpisana umowa na zakup myśliwców wielozadaniowych F-35) zła chemia polityczna może dawać Amerykanom asumpt do traktowania dostaw jako elementu nacisku, tudzież wymuszania przyjęcia stanowiska amerykańskiego przy różnicach zdań w kwestii offsetu i współpracy przemysłowej, pojawiających się choćby w odniesieniu do drugiej fazy dostaw systemów Patriot.

Trudno oczekiwać, aby lobbyści amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego przestali wykorzystywać niezwykle silną i uprzywilejowaną pozycję w polskich sferach rządowych, którą zdobyli za rządów PiS, w szczególności za kadencji Mariusza Błaszczaka jako szefa MON. Tu również słabe notowania rządów partii Jarosława Kaczyńskiego w Waszyngtonie będą im de facto sprzyjać.

Trudno spodziewać się, aby to akurat środowisko było zdolne do głębszej rewizji polityki i postawienia w większej mierze na partnerów europejskich czy dalekowschodnich, potencjalnie znacznie bardziej otwartych na współpracę przemysłową i transfer technologii. Można obawiać się forsowania dobrych technicznie, ale fatalnych z punktu widzenia współpracy i transferu ofert amerykańskich jako elementu obłaskawiania niechętnego Waszyngtonu.

Paradoksalnie „dobrą zmianą”, jaką do relacji amerykańsko-polskich wniesie ekipa Bidena, może być kwestia obsady stanowiska ambasadora. Wystarczy, że Georgette Mosbacher z jej ostentacją przywodzącą na myśl rosyjskich przedstawicieli z epoki schyłku I RP zastąpi ktoś bardziej dyskretny. Oczywiście nie sposób łudzić się, że będzie egzekwował interesy amerykańskie w sposób mniej bezwzględny niż „wiceimperatorowa”, ale może chociaż w lepszym stylu, na co skądinąd może też wpłynąć większy dystans między Warszawą a Waszyngtonem, zapobiegający tak niesłychanym wpadkom proceduralnym jak symboliczne zrównanie pozycji prezydenta RP i pani ambasador Stanów Zjednoczonym. Z kolei spodziewane większe zniuansowanie amerykańskiej polityki bliskowschodniej i jej mniej gorliwa proizraelskość być może zaoszczędzi Polsce powtórek z wątpliwej rozrywki w rodzaju żenującej „organizacji” niesławnej konferencji z lutego 2019.

Na zakończenie należy wspomnieć o perspektywach polityki na najważniejszym dla Stanów Zjednoczonych odcinku, a mianowicie chińskim. W tym aspekcie spodziewana jest kontynuacja strategicznej konfrontacji, pod której znakiem stały rządy Donalda Trumpa. Chińskie zagrożenie jest bowiem postrzegane w Stanach Zjednoczonych na zasadzie powszechnego konsensusu jako największe wyzwanie w polityce globalnej. Spodziewane są zmiany taktyczne w postaci większego dążenia do międzynarodowej koordynacji polityki mającej ma celu powstrzymywanie Chin. Z jednej strony intensyfikacji powinna ulec współpraca z Indiami, Japonią i Australią, z drugiej spodziewany „reset” z Niemcami ma przynieść włączenie tak Berlina, jak i pomniejszanego przez Trumpa NATO do globalnej strategii antychińskiej. Z perspektywy polskiej te zagadnienia mają jednak w obecnej sytuacji znaczenie marginalne, wszak Warszawa zrezygnowała z choćby prób podmiotowego lawirowania między Waszyngtonem a Pekinem, przyjmując stanowisko jednoznacznie proamerykańskie ze skłonnością do wychodzenia przed szereg.

dr Jan Przybylski