Przepis na dobre zarządzanie

Przepis na dobre zarządzanie

Komentatorzy życia społecznego, politycznego i gospodarki w obecnych czasach, reprezentujący różne przekonania, często wyrażają – używając odmiennych terminologii – przekonanie, że żyjemy w czasach schyłku lub rozpadu. Katastrofalne wizje pojawiają się z coraz większą intensywnością w różnych mediach i kontekstach. Z punktu widzenia naukowców zajmujących się zarządzaniem, te dramatyczne, aczkolwiek trudno definiowalne zjawiska wynikają z rzeczywistego rozpadu czegoś, co jest bardzo ważne, a nawet kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa, choć w przeważającej mierze niematerialne – struktur i instytucji społecznych.

Struktury to wzorce działań razem z rolami społecznymi i relacjami między nimi. Są przyjmowane na podstawie mniej lub bardziej świadomych umów i zwyczajów społecznych. Tylko czasami są formalizowane. Dzięki nim wiemy, jako uczestnicy życia społecznego, co do nas należy, czego oczekiwać po interakcjach z innymi uczestnikami społeczeństwa, a czego oni prawdopodobnie oczekują po nas. Przykładem mogą być zasady zachowania się w miejscu pracy czy w przychodni zdrowia. Łatwo rozpoznać lekarza, wiadomo mniej więcej, co robić, jeśli przychodzi się z objawami zapalenia spojówek. Dzięki funkcjonującym strukturom pacjent nie musi za każdym razem uzgadniać od nowa, kto jest kim, ustalać, komu ufać, a komu nie, co robić z receptą itd. Instytucje społeczne to także wzorce, tylko znacznie trwalsze i bardziej fundamentalne. Gdy działają sprawnie, są przyjmowane jako oczywiste, wręcz „naturalne”. Przykładami niech będą nowoczesna rodzina nuklearna czy zgodne z zainteresowaniami powszechnie dostępne studia wyższe.

Od jakiegoś czasu obserwujemy erozję, kruszenie się i upadek wielu spośród tych wzorców nie tylko ułatwiających, ale wręcz umożliwiających współdziałanie. Bez instytucji i struktur nie da się współpracować – zamiast systemów społecznych mielibyśmy raczej coś w rodzaju rojów lub tłumów. Powyższa kwestia wiąże się z zaufaniem. Zaufanie to taki „olej”, bez którego mechanizmy społeczne się zacierają. Więzi ludzkie nie funkcjonują bez nich. Brak elementarnego poziomu zaufania skutkuje brakiem wspólnoty i zbiorowości. Używając metafory gastronomicznej – niewłaściwie przyrządzone najszlachetniejsze nawet składniki nie są smaczne, ba, potrawa może być niejadalna, wręcz trująca, gdy kucharz nie umie łączyć składników we właściwych proporcjach i odpowiednio przygotować.

Z punktu widzenia wielu badaczy społecznych, takich jak Zygmunt Bauman, Guy Standing czy Wolfgang Streeck, obecny rozpad struktur związany jest w nowoczesnych czasach z destabilizacją systemu społeczno-ekonomicznego. Kapitalizm w ubiegłym stuleciu, mimo niekiedy bardzo poważnych kryzysów, zdolny był do samoregulacji, ponieważ, używając języka cybernetyki, sterowany był na zasadzie sprzężenia zwrotnego negatywnego, czyli sygnały zwrotne, takie jak np. protesty pracowników z powodu niestabilnej sytuacji zatrudnienia, używane były (wcześniej lub później) jako korekta systemów kontroli, np. pojawiała się legislacja chroniąca pracownika w relacji z zatrudniającym go zakładem pracy. Kapitalizm neoliberalny od lat 80. sięgnął po inny mechanizm kontroli, oparty na sprzężeniu zwrotnym dodatnim, polegającym w uproszczeniu na tym, że sygnały korygujące prowadzą do wzmocnienia istniejących procesów. Innymi słowy, protesty przeciwko zwolnieniom prowadzą w ostatnich dziesięcioleciach do poluzowania legislacji, by umożliwić osłabienie pozycji związków zawodowych; złe funkcjonowanie sprywatyzowanych instytucji publicznych prowadzi do dalszej prywatyzacji itd. W zarządzaniu takie mechanizmy sprzyjają powstaniu dysfunkcji znanej jako błędne koła – na dłuższą metę prowadzą do utraty równowagi systemu, utraty umiejętności uczenia się i upadku.

Takie właśnie mechanizmy w ostatnich dziesięcioleciach na skalę systemową obserwujemy. Mają one silne i bezpośrednie przełożenie na funkcjonowanie organizacji wszystkich sektorów: przedsiębiorstw, służby zdrowia, administracji publicznej, organizacji kultury i wielu innych. Niewydolny system generuje coraz większe nierówności i powoduje coraz większe patologie, bo działa na zasadzie „więcej tego samego” – to, co spowodowało problemy, jest wykorzystywane jako rozwiązanie, tworząc kolejne problemy itd. Próżno oczekiwać, że system sam się wyreguluje, bo utracił tę właściwość w epoce neoliberalizmu. Dla uważnego obserwatora wygląda to bardzo niebezpiecznie, a gdy weźmiemy pod uwagę także towarzyszący tym błędnym kołom rozpad struktur społecznych, rzeczywiście mamy do czynienia z trudną do powstrzymania katastrofą. W tej sytuacji nie dziwi dążenie, by siłą przejąć kontrolę nad wydarzeniami, uciekając się do przemocy. Stąd coraz większy udział socjopatów w zarządzaniu, nowe badania mówią o odsetku sięgającym 21% – socjopaci nie mają zahamowani, więc sprawiają wrażenie skutecznych, aczkolwiek to wrażenie okupione jest bardzo wysokimi kosztami społecznymi i nieodwracalnymi zniszczeniami. Nie dziwi też pasywna postawa, polegająca na przymykaniu oczy i udawaniu, że wszystko jest „normalnie”, albo że wkrótce znów normalne się stanie.

Kiedyś system społeczny zezwalał na alternatywne „przyszłości”, różne futurabilità, używając języka Franca „Bifo” Berardiego. Później je chętnie zawłaszczał i kooptował do tworzenia swoich kapitalistycznych innowacji, nawet jeśli miały w zamierzeniu sprowadzić nowy ustrój, kapitalizmem niebędący. Więc niestety nie dziwi teraz, że nie ma nowych rozwiązań – ale za to są nowe, coraz poważniejsze problemy – mimo gigantycznego postępu nauki. Społeczeństwa i organizacje są degradowane moralnie przez władze opierające swoją skuteczność na normalizacji wciąż to nowych patologii, takich jak niszczenie środowiska, grabież dobra wspólnego, bezrefleksyjne kształcenie sprzedawane na rynku usług, erozja norm i wartości społecznych, wyparcie wartości wyższych, systemowy brak empatii i szacunku dla drugiego człowieka, rosnące nierówności, bezdomność, śmierć ludzi uciekających z krajów dotkniętych koszmarem wojny, obozy w cywilizowanych krajach dla tych, którym się uciec udało, wreszcie – śmierć wielu obywateli cywilizowanych państw w trakcie obecnej pandemii z powodu niewydolności systemu zdrowotnego.

Nie przypuszczaliśmy, szczerze mówiąc, że to jest możliwe – normalizacja codziennej całkiem niepotrzebnej śmierci setek ludzi we własnym kraju (w innych jest podobnie, często gorzej) wydawała się nam granicą nie do przekroczenia, czymś, na czym system się wreszcie wyłoży.

Co nam w tej sytuacji pozostało? Podobnie jak Henry Mintzberg, jeden z największych myślicieli współczesnego zarządzania, uważamy, że nawet w tej wysoce niesprzyjającej sytuacji można przynajmniej starać się żyć sensownie na własnym podwórku i że może nam w tym pomóc wiedza o dobrym zarządzaniu. Dobre zarządzanie to tak jak dobry kucharz. Nie zmieni świata, nie sprawi, że znikną głód i bieda, ba, nawet w kwestii kulinarnej świata nie poprawi. Jednak dobry kucharz w domu czy w restauracji to skarb – potrafi przygotować smaczne danie z wystarczająco dobrych składników, potrafi te składniki dobrać, ba, umie nawet w razie potrzeby ugotować „zupę na gwoździu”. Nie lubi niczego marnować.

Dobre zarządzanie również polega na dbałości i trosce, i także potrafi zmienić kolosalnie jakość życia w określonym, ograniczonym w czasie i przestrzeni miejscu. Niesie nadzieję na stworzenie lepszych warunków do pracy i do utrzymania życia na naszej planecie, a także dla rozwoju ludzkiej cywilizacji i kultury w zgodzie z wartościami promującymi życie, twórczość i kondycję ludzką. W dłuższym czasie może to oznaczać, że dobrze zarządzane organizacje różnych sektorów mogą przechować wartości, wiedzę wypracowaną przez ludzkość, ciągłość cywilizacji, troszkę jak zakony w czasach tuż po rozpadzie imperium rzymskiego. Może się też okazać, że nowe struktury społeczne wykrystalizują się już niedługo – wówczas dobrze zarządzane organizacje mogą rozwinąć ważne ludzkie wartości i wspierać budowę nowego systemu społecznego, zwłaszcza jeśli będzie on bardziej oddolny i zdecentralizowany, niż obecny. Anarchiści mówią o organizowaniu prefiguratywnym, czyli takim, które odzwierciedla idee przyszłego społeczeństwa, jakiego pragnie grupa ludzi. Takie organizacje mogą pomóc nie tylko nam przetrwać, ale i wyobrazić sobie w działaniu, w jakim świecie właściwie chcielibyśmy żyć. Nie tylko możemy, ale musimy o tym myśleć, jeśli chcemy powstrzymać cywilizację znajdującą się na kursie do upadku i zagłady życia na naszej planecie.

Na chwilę warto się tutaj zatrzymać. Co rozumiemy poprzez „dobre” zarządzanie? Oczywiście, aż się prosi odpowiedzieć „to zależy”, jak to przeważnie w naukach społecznych się odpowiada, gdyż nie wychodzą one na wzory czy algorytmy, jak ma to miejsce w przypadku np. nauk ścisłych. Jednakże chyba powoli brakuje nam – ludzkości – czasu, aby dzielić się tutaj wszystkimi odcieniami szarości. Dla nas obojga „dobre zarządzanie” jest oparte na dwóch fundamentach. Pierwszy to „bycie” – organizacja jest po to, aby w jej ramach mogły znaleźć dla siebie najlepsze miejsce poszczególne jednostki. Nikt nie jest idealny, stąd mogą mieć one różne deficyty zrekompensowane talentami. Tym samym organizacja jest skierowana do wewnątrz, ma tworzyć przestrzeń, w której jej członkowie czują się spełnieni, mają poczucie sensu swoich działań i są po prostu szczęśliwi. Można za Andrzejem Bliklem stwierdzić, że jest to organizacja, która nie opiera się na systemach przemocowych. Drugie fundamentalne założenie to „wartość” – organizacja powinna jako pewna zbiorowość jednostek rozwiązywać problemy. Problemy codzienne, operacyjne, związane ze swoją bezpośrednią działalnością, a więc oferować dobre produkty, gdzie ich transakcja przyczynia się do tego, że obie strony tej transakcji są wygrane. Oraz również odnosić się do problemów wysokopoziomowych, dbając o dobro wspólne, a więc o jednostki nie przynależące do niej, o społeczeństwo na poziomie regionalnym, krajowym i globalnym.

Niestety w naszym kraju popularna w mediach i instytucjach szkolnictwa wersja zarządzania jest niemal całkowicie pozbawiona elementów refleksyjności i humanizmu oraz oderwana od tego, co, zgodnie z naszą najlepszą wiedzą, reprezentują współczesne nauki zarządzania. Erozja zaufania, która jest powszechnie widoczna w naszym kraju zarówno na poziomie polityków zarządzających krajem, jak również na mikropoziomach – w poszczególnych organizacjach/firmach, prowadzi do katastrofy, gdyż błędy są traktowane jako preteksty do pozbycia się aktywnej jednostki, wykluczenia jej ze zbiorowości, a nie jako doświadczenia edukacyjne, z których wyciąga się wnioski i ponownie próbuje wykonać dane działania, mądrzejszym o poprzednie, nieudane doświadczenie. Jest to podejście niemające z nauką zarządzania, taką jaka jest znana nam, piszącym te słowa, wiele wspólnego. W dodatku jest w przykry i szkodliwy sposób oderwane od polskich tradycji refleksji i praktyki w tej dziedzinie. Wielki polski uczony Karol Adamiecki już w latach 30. pisał o potrzebie harmonii ducha i współdziałania w organizacjach i o konieczności odpowiedniego nastawienia zarządzających. W czasach PRL i wczesnej transformacji mieliśmy wielu wybitnych naukowców zajmujących się zarządzaniem, podkreślających znaczenie wartości społecznych i humanistycznych, konieczność myślenia w kategoriach całości, obowiązek rozpatrywania rozwiązań zarządczych w szerszym kontekście. Wymienimy tylko kilka nazwisk, ze świadomością, że jest ich o wiele więcej: Stefan Kwiatkowski, Lech Pasieczny, Krystyna Bolesta-Kukułka, Andrzej Zawiślak. Nawet po transformacji mieliśmy w Polsce oryginalny i ustrukturalizowany nurt zarządzania, wnoszący silny, także międzynarodowy wkład w wiedzę o zarządzaniu humanistycznym, zawdzięczający swą dynamikę przede wszystkim Emilowi Orzechowskiemu i jego interdyscyplinarnej, głęboko wrażliwej idei zarządzania jako tworzenia kultury (nie tylko techniki).

Dyscyplina naukowa zarządzanie w dziedzinie nauk humanistycznych została zlikwidowana w ramach tzw. reformy Gowina. Na szczęście jednak polski dorobek w zakresie alternatywnego zarządzania nie uległ likwidacji. Istnieją (niestety rozproszone) środowiska zajmujące się nim, a także historiografia zarządzania reprezentowana przede wszystkim przez Tomasza Ochinowskiego, troskliwie ten dorobek gromadząca i opisująca dla przyszłych pokoleń. Mimo smutnego tonu naszego felietonu nie chcemy – i nie musimy – zakończyć go nutą ponurą.

Stąd na koniec tekstu, który ukaże się w ostatnich dniach karnawału, chcielibyśmy się podzielić przepisem nie na pączki, lecz właśnie na „dobre zarządzanie”. Nie będzie to przepis na danie główne, a jedynie właśnie na przystawkę, od której warto zacząć posiłek w swoim najbliższym gronie:

1) słuchaj innych – 50% składników

2) ufaj, że to, co inni próbują przekazać, jest dla nich ważne – 30% składników

i pozostałe 20% składników:

3) bądź trochę naiwny – daj drugiej osobie szansę,

4) zadaj sobie pytanie, czy ewentualne rozbieżności nie wynikają z Twojej niedoskonałej komunikacji,

5) ciesz się tym, że ktoś chce z Tobą rozmawiać i dzielić się swoją perspektywą.

Życzymy Państwu i sobie, aby rok 2021 był lepszy, niż 2020, abyśmy doświadczenia z 2020 roku przekuli na mądrzejsze działania, aby pomogły nam one stanąć wobec wyzwań ogólnoludzkich, przed którymi właśnie stanęliśmy. Aby wiosna przyszła piękna i lekka do nas wszystkich, co przy obecnie trwającej pandemii jest wyzwaniem. Aby Wasze dzieci wzbogaciły się w wiedzę na bazie obecnej sytuacji, bo one za chwilę będą odpowiadać za dobre zarządzanie – zarządzanie budujące nasze wspólne dobro.

prof. Monika Kostera, dr hab. Jakub Brdulak

Psychowarunki życia i pracy

Psychowarunki życia i pracy

Nawet co trzeci z nas może doświadczać zaburzeń psychicznych. W czasie pandemii to doświadczenie jest jeszcze bardziej intensywne. Niemal każdy z nas doświadcza osobiście jakiejś formy kryzysu psychicznego, albo zna kogoś, kto jej doświadcza.

Statystyki ZUS przeanalizowane przez Łukasza Komudę, kierującego serwisem Rynekpracy.org pokazują, gdzie w tym kryzysie jesteśmy. Liczba dni chorobowych w pracy z powodów depresji, zaburzeń lękowych i stresu nigdy wcześniej nie była większa niż teraz. Pod względem absencji w pracy oraz liczby zaświadczeń lekarskich wzrosty w okresie I-III kwartał 2020 rysowały się w następujący sposób: 40,6 proc. (wzrost absencji) i 28 proc. (wzrost zaświadczeń lekarskich). Depresja była powodem odpowiednio 33 proc. absencji i 23,8 proc. zaświadczeń. Zaburzenia lękowe wzrosły odpowiednio o 68,5 i 56,3 proc.

Powszechność odczuwania nadmiernego stresu powoduje trudności w radzeniu sobie z czynnościami życiowymi, budowaniu więzi, pracy zawodowej. Wszystkie wskaźniki stresu w Polsce od lat tylko rosną. Długotrwałe występowanie stresu może powodować doświadczenie traumy. Prof. Andrzej Cechnicki przekonuje, że najczęstszym współczesnym czynnikiem traumatyzującym są bieda, a także dyskryminacja (rasizm), zaniedbania i nadużycia wobec dzieci, prześladowania, migracje, gwałty i ataki fizyczne, zdrowie i stres matki przed porodem, komplikacje okołoporodowe. Osoby doświadczające trzech z wyżej wskazanych czynników aż 18 razy częściej cechowały się objawami psychotycznymi. Na podstawie tych danych można mówić o tzw. genie ryzyka, który uruchamia się w sytuacjach szczególnie nieprzyjaznych. Nie trzeba mieć bardzo rozwiniętej wyobraźni, żeby w kryzysie pandemicznym widzieć czas przebudzenia wszelkich możliwych traumatycznych doświadczeń, co przyczynia się do masowego wzrostu chorób i dysfunkcji jednostek i całych społeczności.

Wpływ instytucji

Fundamentalne znaczenie dla kondycji psychicznej ma praca. Dzieje się to w dwóch komplementarnych wymiarach. Po pierwsze, praca jest jednym z najskuteczniejszych czynników leczących. Zatem tworzenie warunków dla osób doświadczających trudności, wyrozumiałość i wsparcie w miejscu pracy mogą – nie tylko metaforycznie – ratować życie tysięcy ludzi i dobrostan ich rodzin. Stosunek do osób borykających się z zaburzeniami jest także miarą tego, na ile nasza praca ma faktycznie ludzką twarz.

Drugi wymiar związany jest z tworzeniem takiego środowiska pracy, które zmniejsza ryzyko wpychania ludzi w choroby psychiczne. Mark Fisher, który poświęcił w swojej twórczości dużo miejsca kondycji psychicznej, pokazuje lawinowy wzrost zaburzeń psychiczny, warunkowany przyjętymi rozwiązaniami gospodarczymi. W skrócie rzecz ujmując, można powiedzieć, że im bardziej tworzymy systemy samolubne i redukujące aktywność społeczną do konkurencji i wartości materialnej, tym groźniejszą skalę zaburzeń wytwarzamy. Większość elementów, na jakich osadzony jest system postfordyzmu (elastyczność produkcji i pracy, odchodzenie od postulatów pełnego zatrudnienia, słabnąca siła związków zawodowych i instytucji publicznych, nowe formy przemysłu informacyjnego i wiele innych) nie uwzględnia dobrostanu człowieka. Nie posiada też mechanizmów pozwalających na ukazanie wpływu, jaki rozwiązania społeczno-ekonomiczne wywierają na psychikę i relacje ludzi.

Najwyższa pora na ocknięcie się z pułapki indywidualizowania i prywatyzowania  dysfunkcji psychicznych, polegającej na tym, że koszty wpływu rozwiązań systemowych przerzucane są na osoby cierpiące. W praktyce i w dużym uproszczeniu wysyła się je (nas wszystkich) na terapię, coaching, szkolenia lepszego zarządzania sobą i uczenia się radzenia sobie ze stresem. Pomijając to, że wysyłanych nierzadko po prostu nie stać na dość drogie usługi tego typu, dodatkową trudnością, z jaką muszą sobie radzić, jest wciąż duża skala społecznej stygmatyzacji i wpędzanie tysięcy ludzi w poczucie winy, że to „z nimi jest coś nie tak”.

Światełko w tunelu

Nie wszystko, o czym tu mowa zamyka się w postulacie „finansowanie psychiatrii”, ale bez wątpienia jest ona doskonałym papierkiem lakmusowym naszej kondycji. Ze statystyk wynika, że Polska ma jeden z najniższych (drugi od końca) udział wydatków na opiekę psychiatryczną wśród krajów europejskich. Jednocześnie do myślenia powinno dawać, że stanowią one największy koszt ZUS, co przy nieszczęśliwym założeniu ekonomizacji usług publicznych już dawno spowodować powinno podjęcie skutecznych działań systemowych.

Jest jednak światło w tunelu. Dzięki staraniom liderek i liderów ruchu na rzecz zdrowia psychicznego w Polsce, skupionych wokół Kongresu Zdrowia Psychicznego, w 2017 roku powstał Pilotaż Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego na lata 2017-2022, kierowany przez dr. Marka Balickiego, pełnomocnika ds. reformy psychiatrii. Okrętem flagowym programu są Centra Zdrowia Psychicznego. Chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby każdy borykający się z trudnościami miał ułatwiony dostęp do wsparcia środowiskowego, gdyż taka metoda okazuje się najskuteczniejsza i najtrwalsza. W dłuższym czasie – przy włączeniu w nią pracodawców, związków zawodowych, samorządów i innych organizacji – powoduje też jakościową zmianę społeczną, wrażliwość, tolerancyjne postawy i głębsze więzi.

Największe wyzwania stojące obecnie przed tworzeniem systemowych rozwiązań służących kondycji psychicznej sprowadzają się do czterech zasadniczych postulatów:

1. Zwiększenie finansowania opieki psychiatrycznej z 3,2 proc. do 5 proc. ogółu wydatków państwa na zdrowie.

2. Przedłużenie pilotażu i powstanie Centrów Zdrowia Psychicznego w każdym powiecie na terenie całego kraju.

3. Przygotowanie ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, która definiowałaby i wzmacniała zarówno wydatki państwa na ten cel, jak i gwarantowała rozwój nowatorskich metod dbania o zdrowie psychiczne.

4. Powołanie krajowego ośrodka zdrowia psychicznego.

Wyrażając nasza wdzięczność dla liderek i liderów tego ruchu, jako Komitet Dialogu Społecznego KIG wraz z Laboratorium Więzi oraz innymi partnerami, włączamy się w działania zwiększające społeczną świadomość problemu zdrowia psychicznego i wspieramy przedstawione wyżej postulaty. W pierwszej kolejności nasze kroki kierujemy w stronę pracodawców publicznych i prywatnych, związków zawodowych, samorządów oraz liderek i liderów życia publicznego. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że kryzys, w jakim się znaleźliśmy, każe nam wszystkim myśleć o kondycji psychicznej jak o współczesnej racji stanu. Dziękując za życzliwość redakcji „Nowego Obywatela”, zachęcam do zapoznania się ze szczegółami programu i jego poparcia. Przygotowany przez nas dokument pt. „Nowe spojrzenie na zdrowie psychiczne w Polsce i Europie – rekomendacje” znajduje się tutaj, zachęcamy do pobrania i lektury.

Konrad Ciesiołkiewicz

Orlen – wielki sponsor wszystkiego?

Orlen – wielki sponsor wszystkiego?

Drużyna piłkarzy ręcznych, Orlen Wisła Płock, gra w PGNiG Superlidze, a Anwil Włocławek zmaga się w koszykarskiej Energa Basket Lidze. Co łączy ze sobą te wszystkie nazwy? Według ambitnych planów wszystkie wymienione firmy będą stanowić jedną grupę kapitałową, a to tylko ułamek skali działania Mega Orlenu. Multienergetyczny koncern będzie odpowiadał za większość perspektywicznych dyscyplin sportowych.

Monopol na sporty drużynowe

Koszykówka, siatkówka, piłka ręczna i piłka nożna. To najpopularniejsze dyscypliny drużynowe w Polsce. Obecnie każda z nich jest sponsorowana przez inną firmę. PGNiG od lat wspiera szczypiornistów. Na koszulkach kadry koszykarzy widnieje logo Energi. Głównym sponsorem reprezentacji w piłce nożnej jest Lotos, a Orlen towarzyszy siatkarzom. Te cztery firmy mają zostać połączone w jeden multienergetyczny koncern. Do grupy Orlen od dawna należy również spółka Anwil Włocławek. Mega Orlen odpowiadałby więc za wszystkie cztery reprezentacje, a także za niektóre kluby i rozgrywki klubowe. W rozgrywkach, w których sponsorem tytularnym jest jedna firma z tego grona, biorą udział zespoły sponsorowane przez inną firmę z tej grupy. Taka sytuacja ma miejsce w lidze piłki ręcznej i koszykówki.

Sponsorowanie lig, klubów i reprezentacji tak popularnych dyscyplin przez jedną firmę stwarza zagrożenie dla przyszłości tych dyscyplin. Jedna decyzja podjęta w wąskim gronie może całkowicie zmienić politykę sponsorską firmy. Występowanie kilku dużych podmiotów, chętnych do wspierania sportowców gwarantowało stabilność. Gdy jedna firma rezygnowała ze wsparcia, dostępne były alternatywy. W przypadku problemów finansowych Mega Orlenu rozwój wielu dyscyplin może być zagrożony. Taką sytuację obserwujemy obecnie w kolarstwie. Z powodu pandemii firma CCC, wieloletni sponsor profesjonalnego zespołu kolarskiego z Polkowic, wycofała się ze wsparcia drużyny. Decyzja zapadła już w kwietniu ubiegłego roku, ogłosił ją Dariusz Miłek, przewodniczący Rady Nadzorczej CCC. Włodarze zespołu natychmiast ogłosili redukcję kontraktów personelu pomocniczego i zmniejszyli pensje zawodnikom. Nie udało się znaleźć innego sponsora. Ostatecznie jedyna polska grupa zawodowa w historii kolarskiego World Tour przestaje istnieć. CCC Team sprzedało licencję uprawniającą do startów w kolarskiej elicie. To smutny przykład na to, jak niebezpieczne jest uzależnianie sportu od kondycji finansowej jednej firmy.

Orlen sponsoruje również lekkoatletykę, sporty motorowe i kolarstwo. Firma była także sponsorem Polskiego Związku Kolarskiego, jednak wycofała finansowanie ze względu na utratę zaufania do władz Związku. Wciąż jednak wspiera tę dyscyplinę, angażując się w liczne zawody. To nie koniec. Lotos wspiera tenis i sporty narciarskie, a Energa żeglarstwo. Gdyby Mega Orlen miał powstać dziś, wspierałby Polski Związek Piłki Nożnej, Polski Związek Piłki Siatkowej, Polski Związek Koszykówki, Związek Piłki Ręcznej w Polsce, Polski Związek Lekkiej Atletyki, Polski Związek Narciarski i Polski Związek Tenisowy. Do tego dodać należy programy wsparcia indywidualnego. Tak gigantyczna firma będzie mieć na swoich barkach los wielu sportowców, ale także działaczy sportowych, sędziów, trenerów, personelu pomocniczego – oraz kibiców.

Koniec sportowego średniowiecza?

Losy polskich sportowców to często katorga. Koszmarne warunki treningowe, finansowanie występu z własnych pieniędzy i bezpodstawne oczekiwanie sukcesu to norma w wielu dyscyplinach. W 2009 r. Anita Włodarczyk zdobyła złoty medal mistrzostw świata w rzucie młotem. Do zawodów przygotowywała się, trenując pod mostem. Pięć lat później Zbigniew Bródka zdobył złoty medal olimpijski. Trenował za granicą lub na prowizorycznych obiektach. W wielu dyscyplinach sytuacja znacząco się poprawiła. Powstały kompleksowe obiekty służące tenisistom czy biathlonistom, jednak w niektórych dyscyplinach warunki wciąż są amatorskie pomimo imponujących osiągnięć.

„Jak do tej pory nie otrzymałam żadnej nagrody za pierwszy złoty medal Mistrzostw Świata… za ten »historyczny« wynik nie dostałam nawet grosza, kwalifikacje olimpijskie jak na razie opłacam sama, bilety do Paryża, gdzie osiągnęłam kolejny sukces były zakupione tydzień przed wyjazdem z powodu braku środków na koncie… Przykro mi, że tak właśnie wygląda moja walka o Igrzyska Olimpijskie” – pisała w ubiegłym roku Dorota Banaszczyk. Na szczęście mistrzyni znalazła sponsora… Grupę Energa.

Koncentracja tak wielu dyscyplin pod jednym szyldem to zagrożenie w przypadku zmiany polityki sponsoringowej firmy. Wielu sportowców może nagle pozostać bez wsparcia. Jednocześnie stwarza to szansę na kompleksowe podejście do rozwoju sportu w naszym kraju. Dotychczas mieliśmy od czynienia z polityką zagospodarowania sukcesu. Gdy polscy sportowcy dokonują spektakularnych osiągnięć, o których piszą media, warto podpiąć się pod sukces i umieścić obok swoje logo. Jednak w okresie przygotowawczym, obarczonym licznymi wyrzeczeniami, wielu sportowców nie może liczyć na wsparcie.

Koncern wspierający kilkanaście dyscyplin będzie w stanie dostrzec instytucjonalne problemy polskiego sportu i rozwiązywać je w sposób kompleksowy. Na przykład dbając o równomierny rozwój wszystkich klas rozgrywkowych, sekcji męskich i żeńskich oraz wpierając powstanie rozproszonych, wielofunkcyjnych obiektów sportowych, tak aby młodzież w każdym zakątku Polski mogła korzystać z profesjonalnej infrastruktury. Obecne rozproszenie, wynikające z wydzielania każdej dyscypliny do osobnego związku, nie służy temu. Przykładowo w Niemczech funkcjonuje jeden związek dla wszystkich sportów zimowych. W Polsce mamy ich kilka.

Narodowa odpowiedzialność biznesu

Orlen już jest olbrzymią firmą, największą w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Zajmuje pierwsze miejsce w rankingu TOP 500 CEE 2020, a przecież jeszcze urośnie! PGNiG zajmuje w tym rankingu 6. miejsce, Lotos plasuje się na 9. pozycji, a Energa na 48. Tak gigantyczny koncern ma obowiązek brać na siebie odpowiedzialność w rozwiązywaniu niektórych problemów społecznych.

Orlen zadeklarował osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 r., przystąpił także do Europejskiego Sojuszu na rzecz Czystego Wodoru. Ekologia i ochrona środowiska naturalnego to jedna z dziedzin, w której tak duża firma musi podejmować stosowne działania. Kolejną jest kultura, również fizyczna. Mega Orlen będzie odpowiadał za znaczną część budżetu Polskiej Fundacji Narodowej, na którą składa się 14 spółek skarbu państwa, w tym Orlen, Lotos, PGNiG oraz Energa. To PFN współtworzy program wsparcia dla młodych sportowców pod nazwą „Team 100”. Na liście beneficjentów programu znajdziemy 250 zawodników, w tym będącą niedawno na ustach wszystkich Igę Świątek.

Na barkach Mega Orlenu spoczywać więc będzie olbrzymia odpowiedzialność za energetykę, ekologię, sport, kulturę czy wzrost innowacyjności polskiej gospodarki. Wchodząca w skład koncernu Energa, należała do grona firm współtworzących Electromobility Poland, firmę odpowiedzialną za polski samochód elektryczny, która niedawno ogłosiła powstanie fabryki w Jaworznie.

Biorąc pod uwagę tylko sponsoring sportowców, wyraźnie widać, jak olbrzymią skalę działania uzyska powstające imperium z orłem w logotypie. Jeśli dodać do tego inne dziedziny i aktywa, uzyskamy firmę aspirującą do roli hegemona nie tylko w Polsce, ale w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Mateusz Perowicz

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Sekularyzm jest przekleństwem

„Największym problemem społeczeństwa współczesnego jest oddzielenie tego, co duchowe, od tego, co materialne”, pisze Glenn Frank [1]. Separację duchowego i materialnego wymiaru życia nazywamy sekularyzmem. „Sekularyzm jest plagą współczesności”, poucza ojciec święty Pius XI. Edukacja bez religii to nie edukacja, a informacja. Polityka bez religii to nie polityka, a partyjniactwo. Gospodarka bez religii to nie gospodarka, a komercjalizm. Religia pomoże na wiele, na co dzień i na niedzielę.

Utylitaryzm

Gdy filozofowie angielscy „wyzwolili” się już zupełnie z więzów filozofii średniowiecznej, stworzyli coś, co nazywa się dziś utylitaryzmem. Utylitarystyczni myśliciele: Lock, Hobbes i Hume, wychowali uczniów – (f)utylitarystycznych [2] ekonomistów szkoły manchesterskiej. Od czasu powstania szkoły manchesterskiej, szkoły leseferyzmu, religia straciła związek z ekonomią polityczną – ponieważ ekonomia polityczna straciła związek z etyką społeczną.

Ekonomia futylitarystyczna

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej twierdzili, że realizacja materialnych interesów jednostek w czarodziejski sposób doprowadzi do realizacji powszechnego interesu ludzkości. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej definiowali dobrobyt jako stan społeczny, w którym wszyscy obywatele dorabiają na boku. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej wierzyli w prawo popytu i podaży i nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, w której byłoby za dużo podaży i za mało popytu.

Państwa futylitarystyczne

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej uważali, że biznes to biznes i państwu nie wolno mieszać się do gospodarki. Według futylitarystycznych ekonomistów szkoły manchesterskiej państwo to wielki windykator na usługach bogaczy. Wojna roku 1914 i pokój roku 1919 to ledwie logiczne konsekwencje głupich przekonań manchesterskich futylitarystów. Anglia, Francja i Ameryka, państwa futylitarystyczne, większość czasu i energii poświęcają obecnie na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez ekonomiczną ignorancję futylitarystycznych ekonomistów z Manchesteru.

Państwa totalitarne

Anglia, Francja i Ameryka wierzą, że przetrwają obecny kryzys nie zmieniając znacząco swej polityki z osiemnastego wieku. Rosja, Włochy i Niemcy odrzuciły system dwu- czy trójpartyjny i wprowadziły monopartyjny. Motto państwa futylitarystycznego brzmi: „Pilnuj swego interesu”. Motto państwa totalitarnego: „Rób, co ci każę, bo inaczej wylądujesz w obozie koncentracyjnym”.

Pluralizm

Humaniści wierzą, wespół z Robertem Burnsem [3], że „człowiek to człowiek, mimo wszystko”. Teiści wierzą, że Bóg stworzył świat, że jest ojcem wszystkich ludzi, ludzie zaś są braćmi wszystkich ludzi. Protestanci wierzą, że Bóg-Ojciec posłał swego Syna jednorodzonego, aby zadośćuczynił za grzechy świata. Katolicy wierzą, że ten Syn, Jezus Chrystus, założył Kościół – Kościół Katolicki. Humaniści to humaniści. Teiści to humaniści plus teiści. Protestanci to humaniści plus teiści plus chrześcijanie. Katolicy to humaniści plus teiści plus chrześcijanie plus katolicy.

Państwo pluralistyczne

Wszyscy – humaniści, teiści, protestanci i katolicy – wierzą w to, że człowiek jest osobą. Na tej wierze łatwo mogliby zbudować razem państwo pluralistyczne. Państwa futylitarystyczne i totalitarne nie opierają się na cywilizacyjnych tradycjach Zachodu. Państwo pluralistyczne to takie, w którym humaniści starają się być ludźmi, ortodoksyjni Żydzi – Żydami, protestanci – chrześcijanami, a katolicy – katolikami.

Wspólnymi siłami

Państwo pluralistyczne nie jest zagrożeniem dla ruchów społecznych opartych na osobistej odpowiedzialności. Kooperatyzm, korporacjonizm, agraryzm, komunitaryzm są w państwie pluralistycznym u siebie. Państwo pluralistyczne nie rozwiązuje problemów poprzez legislację czy tworzenie nowych urzędów, ale właśnie usuwając ze swych kodeksów wszelkie przepisy krępujące działalność społeczną opartą na osobistej odpowiedzialności. Państwo pluralistyczne opiera się na autorytecie, a więc jest wolne od autorytaryzmu.

Peter Maurin

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pochodzi z książki „Catholic Radicalism” (1949).

Przypisy tłumacza:

1. Prawdopodobnie chodzi tu o Glenna Franka (1887-1940), dziennikarza, wykładowcę i rektora Uniwersytetu Wisconsin-Madison w latach 1925-37, agrarystę i krytyka prezydenta Roosevelta.

2. Gra słów od łacińskiego futil – daremny, bezsensowny.

3. Robert Burns (1759-96) – poeta szkocki chłopskiego pochodzenia, prekursor romantyzmu, popularyzator szkockiej sztuki ludowej i przedstawiciel pogodnego „liberalizmu agrarnego” XVIII stulecia.

Peter Maurin (1877-1949) był francuskim rolnikiem, jednym z 24 rodzeństwa. Początkowo związany z ruchem Sillion, w latach 20. wyemigrował do USA, gdzie pracując w slumsach Nowego Jorku przeżył nawrócenie religijne i postanowiwszy rozpocząć prawdziwie katolicką akcję społeczną założył Katolicki Ruch Robotniczy i czasopismo „The Catholic Worker”, a także stał się mentorem wielu młodszych pisarzy, np. eks-komunistki Dorothy Day. Ze względu na swoje nastawienie prospołeczne, pacyfistyczne i antyfaszystowskie, był bardzo zwalczany przez konserwatywną hierarchię. Deklarował się jako „katolicki anarchista” bądź „katolicki radykał”. Często posądzany o ignorancję, był świetnym samoukiem i erudytą (czerpał głównie z filozofii personalistycznej Jacques’a Maritaina i dystrybucjonizmu Gilberta Keitha Chestertona). Charakterystycznym narzędziem literackim, którym się posługiwał, były tak zwane „proste eseje”, szczególny gatunek prozy wierszowanej, którego celem jest przekazanie trudnych i ważnych prawd w przystępnej, często dowcipnej, formie, z szerokim wykorzystaniem kalamburów, powtórzeń, żartów, paradoksów, zaskakujących metafor czy porównań.

Syrizy droga do zatracenia

Syrizy droga do zatracenia

Gdy 25 stycznia 2015 r. ogłoszono wyniki wyborów parlamentarnych, wszystkie oczy skierowane były na Grecję. Po raz pierwszy partia radykalnej lewicy – poza socjaldemokratami, którzy od lat dzielą z prawicą program neoliberalny – miała szansę na dojście do władzy w kraju europejskim. Dla większości wyborców centrolewica i centroprawica stały się niemal nie do odróżnienia, opowiadając się za zaciskaniem pasa i traktując dyscyplinę fiskalną i konkurencyjność jak ewangelię. Zwycięstwo Syrizy wydawało się rewolucją w Unii Europejskiej, bo ta oferowała warunki cieplarniane dla polityki prorynkowej.

Sama Syriza przewodziła przez pięć lat masowym protestom w całym kraju. Jej platforma wyborcza w 2015 r., czyli program z Salonik, obiecywała zniesienie surowych obostrzeń Trojki, które pogrążyły kraj. Partia utrzymywała w swoim haśle, że „euro nie jest fetyszem” i wydawała się gotową do przeciwstawienia się elitom rządzącym na kontynencie.

Cztery filary programu Syrizy okazały się bardzo popularne: stawienie czoła greckiemu kryzysowi humanitarnemu, ponowne uruchomienie gospodarki i promowanie sprawiedliwości podatkowej, przywracanie utraconego zatrudnienia oraz pogłębienie demokracji poprzez transformację systemu politycznego. Oczekiwano, że środki te mogą zapobiec exodusowi całego pokolenia, ponieważ z Grecji wyjechało ponad 600 tysięcy młodych ludzi, gdy kraj pogrążył się w kryzysie finansowym.

Grecy mieli dość. W ciągu poprzednich pięciu lat doszło do katastrofy społecznej i gospodarczej: Grecja straciła około 25% swojego PKB, bezrobocie wzrosło do 28%, płace realne straciły jedną trzecią wartości, a parlament stał się maszynką do przypieczętowania europejskich napomnień, które obiecywały jeszcze więcej tego samego. Potrzeba zmian politycznych była wielka.

Po wyniku wyborczym Syrizy (36,3 proc. głosów) po raz pierwszy od wielu lat pojawiła się nadzieja. Wreszcie podjęta zostanie prawdziwa walka z establishmentem, baronami medialnymi i grecką oligarchią! My też w to wierzyliśmy, jako nowi posłowie tego ruchu powstańczego. Niestety, jak teraz wiemy, opór ten okazał się krótkotrwały.

Pierwsze miesiące

Syriza weszła do rządu z oficjalnym stanowiskiem „koniec z wyrzeczeniami dla euro”, co zostało zinterpretowane w partii jako znak, że będziemy gotowi do realizacji planu B w naszych negocjacjach z władzami europejskimi w sprawie zadłużenia – łącznie z potencjalnym wyjściem z Unii. Jednak od wczesnych etapów stało się jasne, że tak naprawdę nie to było strategią Alexisa Tsiprasa i grupy przywódczej. Byli oni zdecydowani prowadzić negocjacje w taki sposób, aby nie zagrozić członkostwu Grecji w strefie euro czy sojuszowi z NATO. Oprócz zmniejszenia jakiegokolwiek wpływu, jaki mogliśmy mieć, oznaczało to gwarancję, że nie nastąpi rzeczywiste przeniesienie władzy z oligarchii do parlamentu i do innych organów decyzyjnych obywateli.

Potem nastąpiła trwająca sześć miesięcy powolna klęska ruchów, które doprowadziły Syrizę do władzy. Dzień po dniu rozchodziły się wieści o prowadzonych gdzieś daleko negocjacjach, a ludzie, którzy mieli nadzieję zostać ich głównymi bohaterami, stopniowo stawali się tylko widzami. Oczywiście dla grupy przywódców musiało być jasne już od samego początku, że obietnice, dla realizacji których zostaliśmy wybrani, nie mogą zostać osiągnięte w toku tego typu negocjacji. Ale one nadal trwały – a Europa i świat zostały poddane przedłużającemu się i daremnemu dramatowi.

Trojka była zdeterminowana, by uczynić Grecję przykładem dla innych krajów i narodów, które odważyły przeciwstawić się stworzonej przez nią dyktaturze finansowej. Zdawała sobie sprawę, że Grecja symbolizuje walkę więcej niż jednego kraju – była w tej walce zjednoczona z Hiszpanią, Portugalią, Włochami i Irlandią, a poza tym odzwierciedlała aspiracje milionów ludzi co do nowego i bardziej sprawiedliwego porządku społecznego.

To właśnie przeciwko tej groźbie Trojka się zmobilizowała. I ten kontekst sprawił, że podejście Alexisa Tsiprasa i jego sojuszników – wiara w ustępstwa Trojki – było oczywistym błędem. Jednak potem, latem 2015 r., żar niezadowolenia ludu, który wypalił ziemię starego greckiego systemu politycznego i stworzył Syrizę, został ponownie rozniecony przez kampanię referendalną.

W lipcu, po zakończonych na niczym negocjacjach, rząd zwrócił się do obywateli z pytaniem o kwestię przestrzegania przez Grecję obostrzeń. Wbrew wszelkim założeniom, 61,3 procent z nich zagłosowało za odrzuceniem żądań Trojki w sprawie dalszych oszczędności i popadania w niewolę zadłużenia. Ludzie powiedzieli „nie”.

To „nie” było ważnym momentem patriotycznej i internacjonalistycznej dumy, przypominającej o jednoczących zdolnościach greckiej lewicy w czasie okupacji hitlerowskiej (i rzeczywiście, w przypadku eurodeputowanego Syrizy i byłego bojownika ruchu oporu Manolisa Glezosa, istnieje tu prawdziwa historyczna ciągłość). Był to również wyraz sprzeciwu wobec szerszego międzynarodowego porządku finansowego zakorzenionego w amerykańskiej hegemonii, który narzucił programy dostosowania strukturalnego tak wielu krajom.

Lud wybrał. Zainwestował w bezinteresowność i zbiorową odpowiedzialność. Przez całą kampanię oligarchowie i baronowie medialni przestrzegali go przed konsekwencjami, ale był przygotowany na poniesienie ofiary i na wielkie koszty. Walczono o bezcenną wartość greckiego społeczeństwa, o jego odchodzącą młodość i o jego przyszłość. Niestety, odwaga naszego rządu nie dorównała odwadze ludu.

Porażka

W ciągu kilku godzin stało się jasne, że kierownictwo partii pod wodzą Alexisa Tsiprasa nie jest przygotowane do podążania za duchem referendum. Wybrali polityczny oportunizm i władzę, aby być administratorami „obostrzeń z ludzką twarzą”. Dokonali wyboru, z pominięciem procedur własnej partii i jej organów doradczych.

Porażka i związane z nią upokorzenie stały się jasne i widoczne. Trojka nie tylko nie chciała zaakceptować uczciwego kompromisu po wyniku referendum, ale, rozwścieczona ujawnieniem swojego systemu politycznego i gospodarczego, zażądała bezwarunkowej kapitulacji i natychmiastowego głosowania nad memorandum w sprawie trzeciego pakietu. Wkrótce lewica, której byłem częścią i która odmówiła przyjęcia kapitulacji, została usunięta. Niemieccy i amerykańscy przywódcy polityczni z wielką ulgą odnieśli się do tego sygnału odpowiedzialności ze strony niegdyś radykalnej partii lewicowej.

Chociaż grecka prawica przegrała w referendum, w rzeczywistości wygrała bitwę ideologiczną. Program oszczędnościowy i przywiązanie do europejskiej ortodoksji zaczęły być akceptowane. Przywództwo Syrizy, którego umiarkowane poglądy polityczne zostały zrekompensowane doskonałymi umiejętnościami komunikacyjnymi, przegrało ideologiczną bitwę, na bazie której wyewoluowało, ale zdobyło władzę, by prowadzić politykę, z którą niegdyś walczyło.

Głęboka rana powstała po tym referendum i jego następstwach jest nadal otwarta. Nie goi się. Zwłaszcza u greckiej lewicy, która wygrywała i przegrywała bitwy, ale zawsze zachowywała moralną legitymację i przywództwo polityczne. Od czasu greckiej wojny domowej miała w swoich szeregach niezliczonych męczenników, ale także zgromadziła w pamięci historycznej Greków wielkie i ponadczasowe dziedzictwo, które utrzymywało ich przy życiu jak czerwona nić historii naszego narodu [czerwona nić przeznaczenia z mitu o Tezeuszu – przyp. tłum.].

W chwili referendum naród grecki zażądał jej zerwania. Domagał się historycznego punktu zwrotnego, uczciwego porozumienia dla Grecji, zakończenia obsługi zadłużenia – nawet jeśli oznaczało to opuszczenie strefy euro w celu uzyskania niezależności gospodarczej. Ale rząd zmienił to wydarzenie w ruch taktyczny. Czyniąc to, złamał przymierze z ludem, szkodząc lewicy w stopniu, który nie został jeszcze nawet w pełni zrozumiany.

Klika skupiona wokół Tsiprasa twierdziła, że referendum było narzędziem do wzmocnienia ich karty przetargowej w negocjacjach z Trojką. Ten argument został obalony w ciągu kilku minut. Inni bez wątpienia liczyli na bardziej zbliżony wynik obu opcji lub na porażkę, aby legitymizować wycofanie naszego programu politycznego. Ostatecznie nie otrzymali żadnej legitymacji – i chociaż wygrali wybory, które odbyły się na gruzach tamtego lata, nigdy później nie byli już prawdziwą siłą w społeczeństwie. Syriza stała się czymś zupełnie innym.

Od oporu do cynizmu

W tym momencie pojawiło się coś, czego do tej pory nie widzieliśmy u Alexisa Tsiprasa: swoisty cynizm, całkiem obcy tradycyjnej lewicy. Skapitulowawszy przed wierzycielami, Tsipras po raz kolejny przywołał ducha referendum i oporu, aby wygrać wybory. Udawał, że stoi na straży jego słuszności – nawet wtedy, gdy unieważnił jego wynik.

W istocie Tsiprasowi udało się zakomunikować, że jego własna kapitulacja nie była wynikiem odwrotu lub braku przygotowania. Zamiast tego twierdził, iż była nieunikniona. Opór wobec dyktatury rynkowej i zamachu stanu dokonanego przeciwko narodowi greckiemu był niemożliwy. Polityka ponownie stała się bytem, w którym nadzieje mogły tylko umrzeć.

W następnych trzech latach Alexis Tsipras i jego rząd zdołali osiągnąć to, czego nie potrafiły nawet poprzednie rządy popierające obostrzenia europejskie. W pełni wdrożyli trzeci „program naprawczy”, zakończyli duże prywatyzacje, zdemontowali instytucjonalne ramy zabezpieczenia społecznego i upowszechnili elastyczną, niepewną i niedostatecznie płatną pracę – wszystko to przy minimalnym oporze społecznym. Duch zaplecza ruchu został złamany.

Osiągnęli to, świadomie zakładając, że wyczerpane społeczeństwo nie da rady przeciwstawić się w takim stopniu, jak to robiło w latach 2010-2012. Ale wiedzieli również, że przemiana Syrizy stworzyła polityczny scenariusz, który dostarczył ostatecznego dowodu na skuteczność doktryny TINA (Nie ma alternatywy), z którą wszyscy walczyliśmy.

Wyznaczając jako swój główny cel wyjście ze zobowiązań wobec Unii Europejskiej przed końcem kadencji, bez względu na koszty społeczne, Syriza nie tylko zaakceptowała wszystkie warunki wstępne, których żądała Trojka, ale także zobowiązała się do nieustannego zaciskania pasa, a nawet zgody na unijny nadzór nad grecką gospodarką aż do 2060 r.

Najpierw poświęcono jedną zasadę, potem drugą, i wkrótce nie było już współrzędnych. To nie przypadek, że Syriza nie przyjmuje już nawet tożsamości lewicy, mimo że nawet sama jej nazwa oznacza po grecku „Koalicja Radykalnej Lewicy”. Obecnie określa się jako „postępowa” i przyjmuje stanowisko centrolewicy – ledwo odróżnialne pod względem politycznym od centroprawicy.

Urok władzy okazał się nieodparty dla wielu długoletnich kadr lewicy. Ważną lekcją płynącą z tego doświadczenia jest to, że urzędnicy partyjni – przeniesieni w tryby państwa jako doradcy i biurokraci – mogą dość łatwo nawrócić się na wiarę w system.

W ubiegłym roku podczas wyborów Alexis Tsipras zrobił sprawę ze zignorowania zaproszenia greckich przemysłowców do zabrania głosu na ich zjeździe. Ale w tym roku, gdy wybory dobiegły końca, mógł w nim uczestniczyć i mówić, co myśli. „Dobrze jest pamiętać, że często, aby znaleźć się po właściwej stronie historii, trzeba wyjść poza siebie i swoje ograniczenia” – powiedział podczas zjazdu.

Alexis Tsipras i Syriza rzeczywiście wykroczyli poza siebie, wykrzywiając cały projekt polityczny i przechodząc od pomysłu, który służył ludowi, do takiego, który służył władzy. Musimy pamiętać, że wygrywanie wyborów to nie to samo, co kształtowanie i przekształcanie społeczeństwa w interesie ludzi. Ważne jest, abyśmy wyciągali wnioski z tych błędów, tak samo, jak wyciągamy je z naszych wielkich momentów.

Jeśli doświadczenie greckie udowadnia choć jedną kwestię, to taką, że ludzie są zdolni do wielkiej odporności, gdy zostaną poddani poniżaniu i szantażowi. Walka o socjalizm powinna zachęcać nas do wyciągania do nich ręki, zamiast podporządkowywać sobie ich rolę i udział w decydujących momentach historii. Jeśli nam się to uda, razem dotrzemy do Itaki.

Konstantinos (Costas) Isychos

tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na tronie internetowej pisma „Tribune” (https://tribunemag.co.uk/).

„Crack”, czyli hipokryzja, rasizm i klasizm

„Crack”, czyli hipokryzja, rasizm i klasizm

Uciąć programy socjalne, zderegulować rynki, obalać rządy okolicznych socjalistów, rozpocząć wojnę z narkotykami, a całość okrasić nutką rasizmu i uprzedzeń klasowych. Co może pójść źle? Wszystko. I o tym mówi dokument „Crack. Kokaina, korupcja i konspiracja”, który zagościł ostatnio na Netflixie. Nie zrażajcie się tytułem, to nie kolejna sensacyjna opowiastka na nośny temat.

And everybody know, another kilo
From a corner from a brother to keep another below
Stop illin’ and killing, stop grillin’
Yo, Black, yo (We are willing!) – 

tak rymował pod koniec lat 80 Chuck D, ikona rapu zaangażowanego społecznie. Crack był już wtedy integralną częścią amerykańskich gett. Jedni robili na nim fortuny, kupowali cadillaki i obwieszali się złotem, inni za jego sprawą tracili zdrowie, życie lub wolność, jeszcze inni po prostu bywali na haju.

Czym jest crack? To kokaina zmieszana i podgrzewana najczęściej z sodą, co zmienia ją z proszku w zdatne do palenia grudki. Palony w fifce pęka wydając charakterystyczny dźwięk, stąd jego nazwa. Wdychany do płuc dym działa szybciej i mocniej niż wciągany do nosa proch. Crack jest tańszy od kokainy, a to oznacza, że jest dostępny nie tylko dla ludzi od klasy średniej wzwyż, sięgają po niego również, a może przede wszystkim biedni. Kokaina zasypywała salony, crack rozgościł się na ulicach. Choć jedno i drugie to de facto ta sama substancja.

Stanley Nelson, stary wyga filmu dokumentalnego, o cracku opowiada nam ustami byłych dilerów, narkomanów, policjantów, ale również naukowców i ludzi ze świata kultury. Nie ma tu narracji z offu, są za to mocne obrazy Ameryki sprzed trzech dekad, której daleko było do utopijnej krainy wolności i dobrobytu z hollywoodzkiej laurki. Nelson stawia na prostą dokumentalną formę, solidną faktografię, nie dokładając technicznych fajerwerków. Dobrze zmontowane zdjęcia z obfitego archiwum, podlane hip hopem z lat 80. i 90. pozwalają nam wejść do getta, zanurzyć się w jego oparach i lepiej zrozumieć problem – znacznie bardziej złożony, niż wielu z nas mogłoby się wydawać.

Przywrócimy nadzieję tym, którzy ją utracili i zaprosimy ich do wielkiej narodowej krucjaty, by uczynić Amerykę znów wielką. Make America great again.

W 1981 r. Amerykanie wybrali na prezydenta średnio utalentowanego aktora, który kampanię wyborczą zbudował na powyższym haśle. Ronald Reagan rozpoczął neoliberalną epokę zachodniego świata. Od tej pory królować miał wolny rynek, a jego niewidzialna ręka miała rozwiązywać problemy nękające obywateli wolnego świata. Administracja Reagana konsekwentnie likwidowała wszelki socjal. I tutaj zaczyna się historia sukcesu cracku. Z jednej strony ludzie pogrążeni w biedzie poszukujący taniego haju, z drugiej ci sami ludzie bombardowani sloganami o amerykańskim śnie, o „chciwości, która jest dobra”, o braniu losu we własne ręce, a jednak bez perspektyw na legalną karierę. Crack dał odpowiedź jednym i drugim. Pierwsi dostali haj, drudzy śnili swój american dream, zostali ulicznymi kapitalistami w najczystszej wolnorynkowej formie. Sprzedawali bez regulacji, bez hamulców, bogacili się nie zawracając sobie głowy konsekwencjami. Crack rozprzestrzeniał się po USA niczym wirus, a Stanley Nelson w swoim najnowszym dokumencie starannie kreśli społeczno-polityczny kontekst tej zarazy.

„Somoza może jest skurwysynem, ale to nasz skurwysyn” – powiedział o krwawym dyktatorze z Nikaragui przywódca wolnego świata Reagan. Parafrazując: może skurwysyn, ale rynku nam nie zamknie i nie ureguluje. Sandiniści, którzy Anastasio Somozę obalili, mieli poglądy mieli marksistowskie. Poza tym trwała zimna wojna, więc każdy zalążek socjalizmu USA próbowały dławić. Administracja Reagana wspierała nikaraguańską prawicową partyzantkę. Kiedy Kongres zadecydował, że Amerykanie nie będą dłużej opłacać wojny domowej obcego państwa, rząd wraz z CIA wymyślili alternatywę. Do Iranu toczącego wojnę z Irakiem nielegalnie sprzedawano broń, a część pieniędzy transferowano do Nikaragui. Gotówkę CIA dostarczało samolotami. Po wyładowaniu dolarów na pokład awionetek trafiała kokaina, która w ten sposób docierała do USA. Tak partyzanci zarabiali na wojnę. Reagan z kolei wypowiedział już wtedy wojnę narkotykom. Hipokryzja?

Nelson pokazuje, jak wojna z narkotykami sprowadziła problem narkomanii i uzależnień do kwestii kryminalnej, całkowicie pomijając aspekt ochrony zdrowia. Narkomanom, zwłaszcza tym niebiałym i niezamożnym, nie proponowano leczenia, lecz więzienie. Wykluczonym jeszcze większe wykluczenie. Politykę twardej ręki kontynuował zarówno Bush, jak i demokrata Clinton. Dyskusja o sensie lub bezsensie antynarkotykowej krucjaty zaczęła kiełkować dopiero w czasach Obamy, choć nie przyniosła ona zasadniczego zwrotu w polityce. W efekcie za kratami amerykańskich więzień odsiadują dziś wyroki 2 miliony osób – tyle samo, ile zamieszkuje np. Słowenię. Ponad połowa to czarni, ponad połowa za przestępstwa narkotykowe. Popularny wśród biedniejszych Afroamerykanów crack jest obłożony stokrotnie wyższą sankcją niż kojarzona z klasą średnią i elitą kokaina. Echa rasizmu?

I know this crackhead who said she gotta smoke nice rock
And if it’s good, she’ll bring you customers and measuring pots
But yo, you gotta slide on a vacation
Inside information keeps large niggas erasin’ and their wives basin’

– rymował 20-letni Nas.

 

„Crack” odtwarza medialną histerię, która w latach 80. wybuchła wokół używki. Widzimy dziennikarzy bezrefleksyjnie powtarzających wprowadzające w błąd slogany i przepisujących niesprawdzone statystyki, stygmatyzując całe społeczności. Przyglądamy się politykom prześcigającym się na to, kto będzie twardszy, kto bardziej bezkompromisowy. Brzmi znajomo? Przypomnijmy sobie debatę na temat dopalaczy.

Autor „Cracku” skupia się na swoim podwórku. Stawia pytania o to, jak crack zmienił jego kraj, co doprowadziło do eksplozji popularności narkotyku, czy wojna z narkotykami jest gorsza niż same narkotyki. Stany Zjednoczone jako supermocarstwo miały największy wpływ na kreowanie światowej polityki narkotykowej, dobrze więc spojrzeć na jej korzenie. Potem warto zadawać kolejne pytania. Chyba że wystarczy nam odpowiedź pierwszej damy Nancy Reagan. Co zrobić, kiedy ktoś proponuje ci narkotyki? Just Say No! I po problemie.

Przemysław Ciupka