przez Michał Szymański | poniedziałek 23 czerwca 2025 | opinie
W mowie potocznej przyjęło się powiedzenie, że najbardziej lubimy te melodie, które już znamy. Patrząc na powyborczy dyskurs nietrudno przyznać mu rację. Środowiska samozwańczego obozu demokratycznego, a przede wszystkim wspierające je media, zamiast spojrzeć w lustro i zastanowić się nad swoim blamażem, rozpoczęły poszukiwania winnych porażki ich kandydata – wiceszefa Platformy Obywatelskiej, Rafała Trzaskowskiego. Po miesiącach niezwykle brutalnej (zwłaszcza w jej ostatnich tygodniach) kampanii środowiska zgromadzone dookoła koalicji rządowej zostały skonfrontowane z niesprzyjającym wynikiem. Podawane razem z zamknięciem komisji wyborczych exit polls, które wskazywały na niewielką przewagę kandydata obozu rządzącego wydawały się jego otoczeniu na tyle miarodajne, żeby ogłosić zwycięstwo. Przez dwie godziny Rafał Trzaskowski miał możliwość poczuć się Prezydentem Rzeczpospolitej, choć w dość wyraźny sposób czuł się tak już dużo wcześniej. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna i już następnego ranka oddawał ją kursujący po internecie obrazek siedzącego w ławie sejmowej Jarosława Kaczyńskiego z podpisem „Kogo należy wystawić, aby wygrać z bezideowym kandydatem Koalicji Obywatelskiej? Kogokolwiek”.
Okres wyborczy rozciągnięty od etapu prekampanijnego, kiedy to komentatorzy próbują przewidzieć ewentualne kandydatury, aż po zaprzysiężenie nowej głowy państwa (i idące razem z nim ogólne zmęczenie debatą na ten temat), zawsze stanowi znakomitą okazję do przyjrzenia się mechanizmom debaty publicznej. To właśnie wtedy słyszymy o tym, jakie cechy kandydatów mogą przyciągać potencjalnych wyborców. Jak zagłosują duże miasta, a jak zagłosuje „Polska powiatowa”. O tym, kto bardziej nadaje się na urząd prezydenta Rzeczpospolitej – nieważne jak bardzo efemeryczne byłyby argumenty przemawiające za takimi stanowiskami (na myśl przychodzi anegdotka z „Tygodnika Powszechnego” o Rafale Trzaskowskim, który już jako dziecko był zapowiadany przez kolegów na stanowisko prezydenta). To wtedy dowiadujemy się o „ciemnych kartach” z życiorysów kandydatów, a przynajmniej tych, którzy stanowią na tyle duże zagrożenie dla największych obozów, że trzeba wytoczyć przeciwko nim jakieś oskarżenia. Jednak to dzień ostatecznych wyników jest tym, na który czekam z utęsknieniem, bo znów przychodzi usłyszeć starą dobrą melodię o tym, jak to demokracja ponoć nie działa.
Media różnych formatów – począwszy od wielkich telewizji, przez opiniotwórcze magazyny, aż po internetowe konta różnorakich osobistości – z oburzeniem zareagowały na zwycięstwo kandydata wspieranego przez Prawo i Sprawiedliwość. Rozpoczęła się, trwająca po dzień pisania tego tekstu, obława na wszystkich „niewykształconych”, „nieodpowiedzialnych” i „bogobojnych” Polaków, którzy odważyli się nie oddać głosu na kandydata rządowego. A czemu jest to znana melodia? Ponieważ po każdych wyborach, w których triumf odnosiło stronnictwo dowodzone przez Jarosława Kaczyńskiego – czyli wszystkich od ponad dekady, nie licząc ostatnich wyborów do parlamentów krajowego oraz europejskiego – słyszymy, że model demokratyczny nie spełnił swojego zadania, a reżim większości znowu stanowi element hamulcowy zmiany cywilizacyjnej. To wtedy rozgoryczone głosy liberalnego komentariatu w mniej lub bardziej świadomy sposób dokonują przetworzenia myśli Janusza Korwin-Mikkego, że demokracja jest złym ustrojem, ponieważ „dwóch facetów spod budki z piwem ma większą siłę niż profesor akademicki”.
Z jakiegoś powodu analiza powyborczych statystyk dotyczących grup wiekowych, miejsca zamieszkania i poziomu wykształcenia wyborców zdaje się zawsze poświęcać najwięcej czasu i uwagi temu ostatniemu elementowi. Mowa jest wtedy o niedojrzałości rodzimej demokracji, która wciąż ciągnie w stronę autokracji, a zebrani w studiach eksperci i goście mogą deliberować na temat potrzeby edukacji społeczeństwa, które to podobno zbyt łatwo nabiera się na populistyczne chwyty stosowane przez przeciwników obozu demokratycznego.
Warto zwrócić też uwagę na gravitas, z jakim cały czas oddziałuje teza sformowana w trakcie poprzedniej kampanii parlamentarnej. To właśnie wtedy Donald Tusk i jego koalicjanci mianowali się obozem demokratycznym, twierdząc, jakoby ich szeroki front stanowił zamknięty zbiór ugrupowań szanujących społeczeństwo obywatelskie i instytucje demokratyczne – nietrudno zauważyć, że znajdujące się poza tym zbiorem Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederację konsekwentnie przedstawiano jako zagrożenie dla demokracji, stawiając zbiór bliżej niedookreślonych i niedoprecyzowanych zarzutów, zwłaszcza pod adresem tych pierwszych. PIS, który wedle doniesień liberalnych mediów miał w razie swojej przegranej wyprowadzać wojsko na ulice, oddał władzę (nie licząc krótkiego okresu politycznej apopleksji albo teatru, kiedy to na premiera desygnowano Mateusza Morawieckiego i kazano mu utworzyć jakikolwiek rząd) i przeszedł do opozycji. Nie tworzono wówczas narracji dotyczącej systemowej niesprawiedliwości – politycy byłego rządu powtarzali jak mantrę, że wygrali (co patrząc na liczbę głosów było prawdą), ale nie doszukiwali się drugiego dna i oddali rządy Tuskowi. Budzi więc pewien niesmak, gdy środowiska przychylne obecnej władzy określają się na spektrum, które po jednej stronie formułuje zarzut oszustwa wyborczego, a na drugim jego krańcu wyraża rozczarowanie demokracją, która pozwala na zwycięstwo kogoś spoza kręgu ich sympatii.
Karolowi Nawrockiemu udało się, na przekór wszystkim prognozom, zdobyć głosy większości Polaków pomimo dalece nieuprzywilejowanej pozycji. PiS mimo kontroli nad narracją Telewizji Republika czy wPolsce24 póki co nie odbudował siły przekazu, jaką dawała mu kontrola nad publiczną telewizją za czasów swoich rządów. Do tego dochodzi niespotykana dotąd skala zarzutów i oskarżeń wysuwanych pod adresem Nawrockiego – zwieńczona wyjątkowo dywersyjnym i prawdopodobnie „odwrotnie skutecznym” wystąpieniem premiera na antenie Polsat News, w którym powoływał się na patocelebrytę skazanego za pomówienia. To wszystko składa się na obraz bardzo trudnej kampanii, która pomimo wieszczenia zwycięstwa Rafałowi Trzaskowskiemu przyniosła wynik szokujący dla wielu. Czy był on jednak tak szokujący i zaskakujący? Czy pierwsza tura wyborów, w której wyborcy mogli głosować w zgodzie ze swoim sumieniem, dająca 60% poparcia kandydatom spoza struktur rządowych, nie dawała wyraźnego znaku, że kredyt zaufania, który pozwolił objąć Donaldowi Tuskowi stanowisko Prezesa Rady Ministrów, właśnie się wyczerpał? Okres dwóch tygodni między pierwszą a drugą turą był zresztą bardzo ciekawy ze względu na zmianę narracji środowisk KO w stosunku do Konfederacji.
W sytuacji, gdy polityczna arytmetyka wymagała skapitalizowania głosów prawicy albo przynajmniej spacyfikowania ich zapału do oddania głosu w drugiej turze, Konfederacja na chwilę stała się w pełni poważanym graczem i próżno było doszukiwać się po stronie komentariatu głosów sprzeciwu odnośnie do wchodzenia w dialog ze skrajną prawicą. Na moment Sławomir Mentzen stał się w ich oczach (przynajmniej publicznie) pragmatycznym i dojrzałym politykiem, z którym trzeba wspólnie rozmawiać i realizować polską rację stanu. Po wyborach nie ma już tego problemu. Domniemany elektorat Mentzena, który zagłosował na Nawrockiego, „udowodnił” liberałom, że tamci stoją po złej stronie historii i nie dojrzeli jeszcze do dobrych wyborów (mówiąc zarówno metaforycznie, jak i bezpośrednio, biorąc pod uwagę popularność Mentzena wśród młodych wyborców).
Co w takim razie pozostało? W 2016 roku Slavoj Žižek jako zdeklarowany przeciwnik Donalda Trumpa głosił w mediach, że jego wygrana jest czymś niedobrym, ale potrzebnym. Porażka z takim przeciwnikiem powinna skłonić obóz Demokratów do refleksji nad prowadzoną przez nich polityką. To właśnie opisywana przez Žižka postać Trumpa – który zrodził się ze wszystkich bolączek niezaleczonych przez panujący establishment – miała być inspiracją dla zmian i ponownego obrania ideowego azymutu. Ta przewrotna myśl zakładała, że kolosalna porażka Demokratów długofalowo może dać ich obozowi nowy podmuch w żagle i skierować ich w stronę wyborców, którzy na nich głosują, ale z każdym dniem czują się coraz mniej reprezentowani przez swoich reprezentantów. Dalece dyskusyjnym jest to, czy środowisko amerykańskich Demokratów wzięło sobie do serca słowa Žižka, ale pewnym jest, że ekstrapolując to samo zagadnienie na polski grunt widzimy jak obóz władzy gotów jest doszukiwać się skutków swojej porażki wszędzie poza łazienkowym lustrem.
Cezary Tomczyk mówiący niepewnie na antenie TokFM: „może trzeba było rozliczać szybciej?”. Adrianowi Zandbergowi zebrało się za brak jednoznacznego poparcia dla Rafała Trzaskowskiego, a fakt, że zaproponował on poparcie Trzaskowskiego, gdyby ten wpłynął na premiera i doprowadził do przegłosowania ustawy o ochronie zdrowia, wygodnie przemilczano. Liberalne ośrodki opiniotwórcze założyły, że Trzaskowskiemu głosy wyborców Zandberga po prostu się należą i nawet estymacje zakładające, że przytłaczająca większość wyborców lidera Partii Razem oddała głos na wiceszefa Platformy nie jest w stanie zatrzymać cyklicznego obwiniania Partii Razem za porażkę PO – zbyt mali i nieistotni, by z nimi rozmawiać, ale bardzo istotni, gdy przychodzi czas na szukanie winnych.
Zapowiadana przez premiera rekonstrukcja rządu, której najgłośniejszym elementem jest ewentualna zmiana w fotelu Ministra Sprawiedliwości – z obecnie pełniącego tę funkcję Adama Bodnara na Romana Giertycha – pozwala nam się domyślać, że rząd chce w ten sposób wykonać ukłon w stronę najbardziej oddanego elektoratu i zapowiedzieć, że rozliczenia władzy Prawa i Sprawiedliwości nie ustaną, a wręcz przybiorą na sile. Ten sam Roman Giertych, pomimo deeskalacyjnych wypowiedzi premiera, nie porzuca obranej przez siebie ścieżki mobilizowania wyborców do składania protestów wyborczych, które w jego ocenie doprowadzą do zmiany Prezydenta-elekta. Powołano również rzecznika rządu, który stanowić ma remedium na zdiagnozowany przez Koalicję Obywatelską problem – brak skutecznej komunikacji z Polakami i powstałe w ten sposób niepowodzenia w przekazywaniu wszystkich sukcesów, jakie odnosi ten rząd (warta odnotowania jest również myśl głoszona przez jednego z posłów KO, że rząd powinien mieć trzech rzeczników – po jednym dla każdej grupy wiekowej).
Rozwiązanie to wskazuje, że kurs obecnej władzy pozostaje bez zmian. To nie brak sukcesów, to brak komunikacji. To wyborcy nie dostrzegają znakomitych rezultatów obecnego gabinetu, a część tych wyborców najwyraźniej potrzebuje przypomnienia, że jest dobrze, ponieważ nie rządzi Prawo i Sprawiedliwość. W jaki sposób ma to jednak pomóc w dalszej drodze obozu Koalicji Obywatelskiej, która dopiero co była świadkiem, że lewicowy kandydat spoza rządu zdobył więcej głosów niż ich lewicowa koalicjantka? Jak dalsze rozliczenia mają się do rozłamu Trzeciej Drogi, w której to osoba Szymona Hołowni zaczęła swoim kolegom z PSL-u bardziej ciążyć niż im pomagać? Jak ma się to do ogólnego marazmu rządu, który od czasu dojścia do władzy nie jest w stanie zaproponować Polakom jakiejkolwiek wizji przyszłości naszego kraju?
Koalicja Obywatelska i jej sojusznicy zapewne czują wiatr zmian i widzą, że ugrupowania prawicowe zyskują na sile w całej Europie, a kontynuacja dalszego rządzenia w oparciu o azymut obrany 15 października 2023 – „wygrajmy wybory, a potem się zobaczy” – nie przyniesie im długofalowo niczego poza porażką w kolejnych wyborach parlamentarnych. Zmiana w komunikacji ze społeczeństwem jest tylko formalnym zabiegiem, który w żaden sposób nie zmienia stylu realnie sprawowanej władzy. Odtrąbienie z dumą spadających wskaźników inflacyjnych nie znaczy już dzisiaj nic, bo Polacy zauważyli, że cena produktów w sklepach nie jest tak bardzo skorelowana z inflacją, jak mówiono za czasów poprzedniej władzy. Obietnice dotyczące budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego są pozbawione jakiegokolwiek zapału – ale jak mogło go nie brakować, gdy rolę pełnomocnika rządu w tej sprawie piastuje Maciej Lasek, wcześniejszy krytyk całego przedsięwzięcia. Pojawiające się cyklicznie stwierdzenie, że program 800+ stanowi osiągnięcie tego rządu jest równie miałkie, co chwalenie się najbezpieczniejszą granicą na wschodzie – wszystko to przez pryzmat stanowisk, jakie Koalicja Obywatelska zajmowała w czasach bycia w opozycji. Brakuje odwagi do jakichkolwiek przedsięwzięć, które wykraczają poza doraźne administrowanie aparatem państwa.
Nie pomagają również głosy koalicjantów, którzy po zweryfikowaniu społecznego poparcia próbują zaznaczyć swoją podmiotowość poprzez wychodzenie z bardziej radykalnymi postulatami. Szymon Hołownia nastawił się na formalną procedurę w sprawie odpolitycznienia spółek Skarbu Państwa – jego ugrupowanie złożyło już drugi projekt ustawy i intensywnie go promuje. Nie sposób jednak nie odczuć, że odpolitycznienie spółek skarbu państwa nie jest już tak nośnym sloganem, gdy sprawuje się władzę od ponad półtora roku i gdy zdążyło się już dokonać przetasowania obsadzonych tam za czasów l’ancien regime ludzi na swoich protegowanych. Tam, gdzie przejawia się inicjatywa – jak w przypadku powołania zespołu ds. deregulacji początkowo sygnowanego nazwiskiem właściciela InPostu Rafała Brzoski, który z końcem maja wypisał się z uczestnictwa – działania wydają się jak strzelanie na oślep. Program mieszkaniowy nie leży w strefie zainteresowania rządu, a jakiekolwiek dyskusje dotyczące wprowadzenia podatku katastralnego kończą się na argumentach pokroju „nie zabraniajmy Polakom się bogacić”. W swoim krótkim wystąpieniu po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów prezydenckich Donald Tusk zapewnił, że „bierzemy się do roboty” (po półtora roku rządów…), ale nie wiem, czy nawet jego najbliżsi współpracownicy byliby w stanie spójnie przekazać, na czym ta robota będzie polegać.
Przeciwnik zawsze jest na zewnątrz, a biblijna przypowieść o drzazdze w oku bliźniego nie wychodzi z mody. Elity w swoim przekonaniu nie potrzebują niczego zmieniać, a za wszelkie błędy odpowiadają niewyedukowane masy głosujące na populistów. Pochwała merytokracji i głęboka wiara środowisk liberalnych w swoją wyższość zarówno intelektualną, jak i kulturową sprawia, że klasistowskie wybryki, na które pozwala sobie chociażby profesor Markowski, mówiący o połowie społeczeństwa pracującej na klasy transferowe z drugiej połowy (nie jest zaskoczeniem, że koreluje on ten podział na wyborców Trzaskowskiego i Nawrockiego), nie są jedynie kontrowersyjnymi słowami radykała. Są wypowiedzianym na głos, pełnym resentymentu stosunkiem do wyborców, którzy nie przyjmują tej samej, liberalnej optyki. Nawet posługując się taką perspektywą nietrudno dostrzec w niej poważną niespójność. Skoro niewykształcona i zaściankowa, według nich, Polska powiatowa zdołała wykreować narrację pozwalającą na zwycięstwo ich kandydata, to czy nie byłoby zasadnym uznanie, że Polska dużych miast, wykształcona i obyta w świecie posiada znacznie więcej kapitału intelektualnego, który będzie w stanie zaoferować coś lepszego?
Okazało się, że nie, bo środowisko Trzaskowskiego jako metodę przyjęło skręt w prawo i papugowanie przemielonych postulatów Nawrockiego i Mentzena, licząc, że nieco wyalienowani lewicowcy i tak zagłosują na niego, bo z dwojga złego lepiej w tę stronę. Ale czy ktokolwiek zagłosował na Trzaskowskiego dopiero po tym, gdy rzucił hasłem o odebraniu świadczeń socjalnym Ukraińcom? Wątpię. Ci, którzy podpisują się pod takimi postulatami, słyszeli je już dużo wcześniej i nie potrzebują Trzaskowskiego oraz jego „umiarkowanej” wiarygodności, żeby mieć na kogo głosować. Po co kupować Maxi Colę, kiedy w lodówce jest zimna Coca Cola? Hiperelity, niczym dowolna postać inteligenta z filmów Barei, będą żyły oblężone przez chamstwo do następnych wyborów, które najpewniej przegrają, a potem znowu sezon emigracji i tych samych melodii…
Michał Szymański
Grafika w nagłówku tekstu: john dunbur from Pixabay
przez Michał Rydlewski | niedziela 15 czerwca 2025 | opinie
Etnologowie twierdzą, że opis oraz interpretacja są kluczem do poznania kultury, tj. uczynienia możliwym do zrozumienia sensów praktyk, które podejmują badane wspólnoty. Ich zdaniem każdy taki opis oraz interpretacja są w nieunikniony sposób także opisem samego opisującego, gdyż zazwyczaj nieświadomie, tj. milcząco dla własnej świadomości poznawczej, opisujący narzucają swoje przesądy, imputują coś opisywanym, co wcale nie musi się okazać prawdą z punktu widzenia czy doświadczenia tych ostatnich. Z tego powodu mówią o konieczności podjęcia próby podzielenia tego doświadczenia poprzez badania terenowe, zbliżenie się do świata życia tych ludzi tak bardzo jak się da, aby zobaczyć świat z ich punktu widzenia.
Jedną z praktyk kulturowych, którą polscy etnografowie opisywali z dużym zacięciem, była praktyka religijna polskiego ludu znana pod nazwą religijności ludowej czy religijności typu ludowego. Każdy, kto studiował etnologię czy socjologię, stykał się z klasykami polskiej myśli etnologicznej opisującymi wierzenia polskiego ludu. Szczególną rolę odegrały ustalenia skądinąd wybitnych polskich socjologów: Floriana Znanieckiego oraz Stefana Czarnowskiego. Sumując ustalenia tych i innych badaczy można podać najistotniejsze cechy religijności ludowej.
Pierwsza z nich to sensualizm, czyli wrażliwość na zmysłowy kontakt z obiektem kultury, który jest nie tyle symbolem świętości, ile świętość się w nim zawiera (to naleciałość myślenia magicznego). Druga to socjomorfizm, czyli przenoszenie na święte postaci wyobrażeń i ról społecznych znanych z rzeczywistości wioskowej. Trzecia to rytualizm wyrażający się w skrupulatnym przestrzeganiu sekwencji działań (ujawnia się tutaj tradycjonalizm), które jednak były, zdaniem badaczy, duchowo powierzchowne ze względu m.in. na słabą znajomość doktryny. Czwarta to uczuciowość, a nawet swoisty sentymentalizm i gorliwość we wspólnotowym i ostentacyjnym przeżywaniu rytuału. Piąta cecha to wspólnotowość, albowiem religijność ludowa wyraża się we wspólnocie – czy to narodowej („nacjonalizm wyznaniowy”) czy lokalnej (np. parafialnej, wioskowej) – a indywidualne przeżycie jest czymś wtórnym.
Nie trzeba nawet sięgać do profesjonalnej literatury etnologicznej, aby wyobrazić sobie oraz zrozumieć obraz świata kształtowany przez ten typ religijności. Wystarczy przeczytać „Konopielkę” Edwarda Redlińskiego lub obejrzeć znakomity film na jej podstawie.
Choć etnologiczne opisy trafnie rozpoznawały cechy dystynktywne tego typu religijności, pomijały coś niezwykle istotnego, wręcz fundamentalnego, co wybrzmiało w słowach Ludwika Stommy: „Do samego kościoła zagląda większość etnografów tylko po to, aby zauważyć, że na św. Szczepana (26 XII) sypią w niektórych okolicach ziarno z chóru. Reszta wydaje się redundantna nieistotna dla chłopskiej egzystencji. Jakby rzeczywiście nie chcieli etnografowie przyjąć do wiadomości dosyć oczywistego faktu, że «ten prosty naród wierzy» i że ma to istotne konsekwencje dla jego kultury”.
Do tego „oczywistego faktu” etnografowie, będący prawie zawsze inteligentami posługującymi się pozytywistyczno-scjentystyczną aparaturą pojęciową, docierali z trudem, o ile w ogóle byli nim zainteresowani.
Przyjmowali oni wobec religijności ludowej postawę mniej lub bardziej krytyczną, niekiedy wręcz ją piętnując lub wyśmiewając jako zabobon, wskazując na odejście od doktryny, jej synkretyzm z ludowymi kategoriami kulturowymi i pogańskimi naleciałościami. W efekcie uzyskaliśmy obraz religijności ludowej jako fasadowej, w ostateczności karykaturalnej i nieprawdziwej, gdyż nie przeżywanej z odpowiednią głębią. Zamiast przeżycia mamy do czynienia raczej z pustym gestem rytualnym spajającym lud w sensie wspólnotowo-społecznym niż dający jakoby jednostce kontaktu z transcendentnym Bogiem.
Czy interpretacja ta jest trafna? Czy ludowa wiara faktycznie jest tak powierzchowna i pozbawiona przeżycia wewnętrznego? Czy nie pobrzmiewa w etnograficznym opisie pycha inteligenckiej wyższości nad nie dość wykształconym ludem?
Bardzo trafnej krytyki etnograficznych opisów religijności ludowej dokonała Izabela Bukraba-Rylska w artykule „Religijność ludowa i jej niemuzykalni krytycy”. Mówiąc najkrócej, zdaniem tej socjolożki wsi opozycja powierzchowność – głębia, jest poznawczo wątpliwa. Słusznie bowiem pyta: dlaczego na przykład wrażliwość na zmysłowy konkret miałaby być czymś gorszym niż zdolność do symbolicznego traktowania tajemnicy wiary? Dlaczego silna emocjonalność, właściwa dla przeżywania katolickich obrzędów, zasługiwać musi na krytykę, jeśli czas misterium jest momentem rzeczywistego uobecnienia, a nie jedynie przypomnienia zbawczej obecności Boga? Z jakiego powodu zakładać, że intelektualizm i osobiste doświadczenie sacrum są czymś lepszym niż wspólnotowe, mocno przeniknięte uczuciem przeżywanie tajemnic wiary?
Bukraba-Rylska, w czym nie jest odosobniona, trafnie zwraca uwagę, że mamy do czynienia z obrazem jednostronnym, powierzchownym i będącym wynikiem dążenia do infantylizowania oraz deprecjonowania religijności ludowej – i że te wszystkie zabiegi wynikają ze światopoglądu samych badaczy.
Inaczej przedstawia się jakoby powierzchowna i rytualna wiara z perspektywy badaczy terenowych.
Na przykład Anna Niedźwiedź sprzeciwia się przekonaniu, że w religijności ludowej, traktowanej jako masowa, nie istnieje przeżycie wewnętrzne, duchowe. Wręcz przeciwnie, na podstawie rozmów z badanymi, słuchając tego, co mają oni do powiedzenia, stwierdza, że przedstawiciele tego typu religijności mają bardzo głębokie życie duchowe wynikającą właśnie z bezpośredniości powodującej intensywność przeżyć.
Mówić krótko, by przywołać tytuł pięknego tekstu Michała Łuczewskiego, Czarnowski zbłądził. Zbłądził, gdyż, jak wielu innych badaczy, był typowym polskim inteligentem, który, co widoczne jest także dzisiaj, nie rozumie ludu, gdyż nie jest z nim w relacji równości, lecz w relacji hierarchii. Zgodnie z ideałami Oświecenia ma cywilizować barbarzyński lud. Nie interesuje go, dlaczego lud jest taki, a nie inny, liczy się bowiem to, jaki być powinien – a powinien być tym, jak on go sobie wyobrazi. Trafnie zauważa Łuczewski, iż opisy wiary ludu przypominają raczej klasyczny dyskurs kolonialny niż bezstronną analizę. Odzwierciedlają przesądy samych badaczy, a nie badanych, tworząc karykaturę z ich przeżywanego świata. Łuczewski krok po kroku rozbraja utarte przekonania dotyczące religijności ludowej, pokazując jak od środka, z punktu widzenia badanych, są one przeżywane, oddając tym samym sprawiedliwość doświadczeniu konkretnego człowieka.
Przykładem jest jeden z bohaterów tekstu Łuczewskiego, Michał, o którym autor mówi, iż nie jest jedynie świadkiem „religijności ludowej”, lecz świadkiem Chrystusa. Dzięki obcowaniu z tym typem religijności sam badacz się nawraca, przyznając, iż procesem rozumienia w terenie, jakiego doświadcza badacz, jest konwersja religijna, która staje się w jego przypadku rzeczywistością, a nie metaforą.
To przykład tego, jak żywe doświadczenie wiary, jakoby nieobecne w tym modelu religijności, może przemienić podmiot zakorzeniony przecież w zdystansowanym oglądzie naukowym, któremu jednak umykałoby to, co najważniejsze. Co więcej, ten naukowy i jakoby bezstronny opis, chełpiący się swoją znajomością doktryny, może nie tylko fałszować obraz żywej wiary, ale wręcz ją unicestwiać.
Znakomicie zobrazował tę kwestię Roman Brandstaetter jako opis inteligenckiego grzechu w imię prawdy. W jednej z refleksji zawartej w „Kręgu Biblijnym” wspomina wieczorne lektury Pisma Świętego. Był wtedy dzieckiem odkrywającym dopiero piękno wiary, a jego przewodnikiem był dziadek, który uczył go obcowania ze Słowem. Czytaj powoli, nie połykaj liter, wejdź w siebie – radzi chłopcu. Po latach uzna on te wspólne chwile za najpiękniejsze momenty dzieciństwa, które znajdują swoje odzwierciedlenie w pierwszych wersach wspomnianej książki: „Nikt z nas nie posiada przepisu na dobre i właściwe przeżywanie Pisma Świętego ani nikt nie może nikomu takiej recepty przekazać. Każdy musi sam dla siebie zdobyć tę umiejętność, zwłaszcza, że jest ona zawsze równoznaczna z szukaniem tego, co pragniemy znaleźć w księdze, która udziela nam odpowiedzi na dręczące pytania. Ponieważ w zależności od naszych niepokojów i trosk stawiamy Świętej Księdze różne pytania, każdy z nas powinien ją na swój własny sposób czytać, przeżywać i wsłuchiwać się w udzielane przez nią nauki”.
Słowem, do tajemnicy Boga zawartej w Piśmie wiedzie wiele dróg, i nie jest On tylko tym, kogo trzeba czcić, lecz w którym trzeba mieszkać. W jednym z tekstów „Kręgu Biblijnego”, pt. „Wieczór pod lampą gazową”, Brandstaetter przywołuje namysł nad fragmentem z Drugiej Księgi Kronik, dotyczącej króla Manasesa, który zgrzeszył oddając cześć posągom pogańskich bóstw. Ale to nie jedyny jego grzech, gdyż znacznie poważniejszym było, poprzez swoje czyny, odebranie wiary innym, tj. swojemu ludowi. Są grzechy, mówi Dziadek, które ludzie popełniają w imię prawdy i ku chwale prawdy – i to one są najcięższe.
Jak to uzasadnia? Opowiada następującą przypowieść. W mieście Safed, w północnej Galilei, mieszkał pobożny Żyd imieniem Abraham. Pewnego dnia, gdy, jak codziennie, modlił się w synagodze, usłyszał kazanie jednego z bogobojnych i słynących z mądrości rabbiego, który na wspomnienie chwały Izraela, przypomniał dawny zwyczaj składania chlebów z Świątyni Pańskiej. Abraham słysząc lament rabbiego zapłakał nad smutnym losem swojego ludu i ślubował pobożnie składać raz w tygodniu dwa chleby. Wkładane po kryjomu do świętej arki bochenki znikały, co traktował on z radością jako dowód, iż Pan przychylnym okiem spojrzał na jego dary i spożył je ze smakiem. Wzruszony dziękował, że Bóg wysłuchuje jego gorących modlitw.
Pewnego dnia, składając swoje dary Panu, usłyszał za sobą głos stojącego za nim rabbiego, który zapytał go, co czyni i czy wie, co dzieje się z jego chlebami. Odpowiedział, zgodnie ze swoim przekonaniem, iż Pan okazuje mu łaskę spożywając jego ofiarę. Głupcze – pouczył go rabbi – przecież Bóg jest niewidzialny, nieskończony i nieograniczony ciałem, nie posiada żadnych cielesnych właściwości, tym bardziej ust, do których wkładałby twoje bochenki i trawiącego je żołądka. Jesteś prostakiem i nieukiem. Co więcej: dopuściłeś się grzechu. Twoje chleby zaś zjada nieuczciwy dozorca, którego przyłapałem na tym uczynku, chcąc dowiedzieć się, któż jest taki szalony, aby wkładać bochenki do arki.
Abraham zapłakał, zrozumiawszy, iż czcząc Pana wedle swojej najlepszej woli, zabluźnił przeciw Niemu swoim nieuctwem i głupotą. Rozgniewał Pana, który odwrócił oblicze od jego darów. Zgnębiony i rozczarowany opuścił świątynię i wrócił do domu.
W nocy do rabbiego przyszedł Bóg i powiedział: „Chciałeś wyprowadzić z błędu pobożnego człowieka, ale w swoim zacietrzewionym dążeniu do prawdy zapomniałeś o tym, że nie jest ważne, czy Ja, Pan Zastępów, spożywam te chleby, czy spożywa je nieuczciwy sługa boży. Albowiem ważne jest tylko, że Abraham, człowiek prostego serca, wierzył, iż Ja, Bóg, posiliłem się jego chlebem. A ty co zrobiłeś? Zabiłeś wiarę pobożnego człowieka! Kto zabija wiarę człowieka nawet w imię prawdy, winien jest śmierci, bo czyni tak, jakby zabił samego człowieka. Dlatego umrzesz, rabbi”.
Najczęściej ta prosta wiara jest postrzegana jako rzekomo nieskażona pogłębioną refleksją teologiczną, w związku z czym pozbawiona głębi intelektualnej, a zatem, prosty wniosek, nieprawdziwa. Wniosek to jednak nie tyle prosty, ile prostacki, gdyż polegający na wywyższeniu i zuniwersalizowaniu własnej postawy, jak gdyby tylko jedna droga biegła do Pana. Co więcej, w Ewangelii Św. Mateusza Chrystus mówi, że aby wejść do Królestwa Niebieskiego trzeba być jak dziecko, co oznacza między innymi, że tak jak ono trzeba stać się ufnym w nierefleksyjnym trybie (to wszak uczeni w piśmie mieli problemy z uwierzeniem).
Typowy polski inteligent, gardzący religią chrześcijańską, a szczególnie jej ludową wersją, uwielbia w internecie poinformować o podsłuchanych przez siebie strzępkach rozmów, najczęściej na cmentarzu we Wszystkich Świętych. W ogóle zrobiła się jakaś modą na podsłuchiwanie innych ludzi, by wyłowić jakieś sformułowanie i inteligencko zinterpretować językowy obraz świata. Szkoda że nie potrafi zobaczyć tej ulotnej chwili misterium nad grobami bliskich. Potrafi on jedynie wyśmiewać coś, czego nie pojmuje jego ograbiony z sacrum oraz ograniczony umysł uformowany przez nowoczesność, „religijną niemuzykalność”, indywidualizm i Rozum.
Jak trafnie zapytuje Magdalena Zowczak, autorka znakomitej „Biblii ludowej” opowiadającej o interpretacji wątków religijnych w kulturze ludowej: „Dlaczego etnolodzy tak otwarci na myślenie mityczne czy magiczne, kiedy dochodzi do opisu tzw. ludowej religijności, wciąż powtarzają pejoratywne zabarwione określenia, zapożyczone od socjologów z minionej epoki: utylitaryzm, socjomorfizm, rytualizm, sensualizm, które stanowią powtórzenie odwiecznych zarzutów kierowanych przeciw katolicyzmowi przez protestantów czy prawosławnych?”.
Dlaczego nie dostrzec w religijności ludowej pierwocin magicznego doświadczenia świata? Intymnego kontaktu z sacrum, rekompensującego, a być może nawet przewyższającego poznanie intelektualne? Te pytania wybrzmiewają jeszcze wyraźniej, jeśli uświadomić sobie, że spora część dzisiejszych polskich posthumanistów o proweniencji tzw. lewicowej z lubością oddaje się powrotowi do magii w postaci „nowego animizmu”, ożywiania dawnych mitycznych wyobrażeń. Czynią zatem to, co było udziałem prostego ludu, który czuł kontakt z sacrum, a którego nie czują już oni, gdyż nazbyt się odczarowali. Lud wydaje się infantylny wierząc w „Boże stópki” (ślady Jezusa odciśnięte w kamieniach), ale rzeka mająca swoją ludzką czy zwierzęcą osobowość jest do przyjęcia. Samych siebie jednak za te przekonania nie piętnują, lecz wywyższają, co zdradza ich ideologiczność oraz obecność struktury długiego trwania w postaci postkolonialnej mentalności rzutującej nawet na ich obraz współczesnej polskiej religijności oraz osób wierzących.
Bardzo mądrze pisał Dariusz Czaja, krakowski etnolog podróżujący po włoskim Południu, jak nietrafnym określeniem jest opisywanie miejskiej procesji religijnej poprzez pojęcie jakoby zwietrzałego z treści „folkloru religijnego”: „Zwykliśmy czasem pytać – z troską albo trwogą – czy w tego rodzaju obrzędach wspólnotowych jest jeszcze dzisiaj pełnia przeżycia, czy są to już tylko wydrążone formy przywołujące pamięć niegdysiejszej świetności. Czy dzisiejsza procesja to tylko martwy skansen marionetek poruszanych sznurkami tradycji, czy forma żywa? Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Monte Sant’ Angelo wątpliwości te okazują się całkiem puste w środku. I jeśli nawet nie do końca wiadomo, co jest istotną treścią tego przeżycia (kto jest tak mądry, by nam to metodycznie wyłożyć?), to niezbędność tego corocznego spektaklu jest tutaj faktem. Spróbujcie tym wszystkim ludziom powiedzieć, że w przyszłym roku procesja się nie odbędzie! Co było – ma trwać, mówi ten korowód, a siła, z jaką to zaświadcza, nie pozwala wątpić w prawdziwość tego przekonania. W tym pochodzie ze śpiewem i chorągwiami nie ma nic z dewocyjnej ostentacji, nic z ducha religijnego tryumfalizmu. Jest natomiast coś swojskiego, naturalnego i zwykłego. Jest spokojna pewność, że dawne gesty są po to, by je powtarzać. Że jest tak, jak ma być. I że będzie tak jak jest”.
Religijność ludowa nie jest zachętą do braku religijnego namysłu, nie jest cyklicznie powtarzaną pustą formą. Jest inną formą doświadczenia sacrum, tj. jako namacalnego konkretu, realnego przeżycia zamiast intelektualnej abstrakcji. Inną – nie oznacza gorszą, do czego przecież zawsze przekonują nas etnologowie.
Uczuciowa siła tego religijnego przeżycia z całą mocą objawia się w tzw. ludowej sztuce nieprofesjonalnej, tworzonej przez osoby przesiąknięte ludowym typem religijności. Heródek, jeden z bohaterów „Sztuki zwanej naiwną” Aleksandra Jackowskiego, tworzący z wielkiej religijnej potrzeby, ustawiał wyrzeźbione przez siebie anioły na łące i siadał między nimi, tworząc własną, namacalną realność Nieba. Wzruszają szaty Chrystusa, które malował własną krwią. Ujmuje Józef Lurka, który rzeźbiąc „Zaparcie Św. Piotra” ćwiczył wyraz jego twarzy – płakał, czując swoją i Piotra małość w obliczu samotnego i upokorzonego Jezusa. W rzeźbie przedstawiającej pożegnanie Jezusa przez Marię dał jej twarz własnej matki.
Z uczucia wydobywa się głos być możne znacznie głębszy niż pochodzący z umysłów teologów: religio oznacza więź z Bogiem, tu i teraz obecną oraz przeżywaną, konkretną i prawdziwą jak krzesło, na którym siedzę. Bóg nigdy nie był bliżej człowieka.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Magdalena Okraska | wtorek 3 czerwca 2025 | opinie
Po pierwsze i najważniejsze: obroniliśmy Polskę przed pełnią władzy Donalda Tuska i spółki. Pełnia władzy tych ludzi byłaby koszmarem. Przez półtora roku pokazali, że nie liczą się z nikim i niczym, z żadnymi zasadami, instytucjami, regułami, obietnicami, z czymkolwiek. Gdyby mieli jeszcze swojego człowieka jako prezydenta, nie byłoby absolutnie żadnej zapory przed ich szaleństwem.
Mieli przywracać praworządność, a rządzą z obchodzeniem prawa, siłowym przejmowaniem instytucji i „demokracją taką, jak my ją rozumiemy”. Mieli wyjaśniać rzekome wielkie przekręty, a zrobili areszty wydobywcze, z których nic nie wynika poza kolejnymi materiałami usłużnych mediów – tych samych, których nie interesuje, czy obecna władza nie robi przekrętów. Miały być transparentność i rzetelność, a jest ręczne sterowanie wskaźnikami inflacji i sposobem obliczania luki VAT-owskiej. Miało nie być kumoterstwa i nepotyzmu, a instytucje publiczne są obsadzane wyłącznie samymi swoimi, nierzadko wręcz groteskowo marnymi. Konkurs dotacyjny Ministerstwa Kultury dla niewielkich czasopism był za rządów PiS skierowany do czasopism różnych opcji, w tym antypisowskich, a obecnie nie dostaje dotacji nikt, kto by krytycznie oceniał rządy PO – dotację straciliśmy my i wielu innych.
Po drugie, to nie jest tylko władza polityczna. To także całe otoczenie, które im służy. Wielkie media, w tym należące do kapitału zagranicznego. Media publiczne, stronnicze nie mniej niż za poprzedniej władzy, mówią jednym głosem z prywatnymi. Klakierzy PO i Tuska mają w sumie jakieś 90% rynku medialnego w Polsce. Media te nie zajmują się patrzeniem władzy na ręce, lecz zwalczaniem opozycji. A w trakcie kampanii wyborczej – nachalną promocją kandydata obozu władzy i nagonkami na jego przeciwnika.
Gdy jedno z nielicznych uczciwych mediów prywatnych, Wirtualna Polska, ujawniło próbę skręcenia wyborów za pomocą nielegalnej kampanii promocyjnej w internecie, finansowanej zza granicy, a koordynowanej przez „organizację pozarządową” Akcja Demokracja, wszystkie media nieprawicowe, w tym publiczne, wyciszały sprawę zamiast podjąć temat. To samo robiły obsadzone ludźmi Tuska instytucje, w tym NASK mająca nadzorować bezpieczeństwo w sieci. Dziś wiemy już, jak pisze Patryk Słowik z Wirtualnej Polski, że „Misja Obserwacji Wyborów prowadzona przez OBWE we wstępnych ustaleniach skrytykowała Polskę za niewystarczający nadzór nad finansowaniem kampanii na rzecz Rafała Trzaskowskiego w internecie ze źródeł nieznanego pochodzenia”.
Najwyższa Izba Kontroli zajmuje się głównie kontrolowaniem nie obecnej, lecz poprzedniej władzy. Duży biznes sprzyja obecnej władzy. Sprzyja jej też Unia Europejska, to znaczy niewybieralna brukselska technokracja. Do tego dochodzą „organizacje pozarządowe” finansowane uznaniowymi milionami przez zagranicę – wszystkie o jednakowym profilu ideologicznym i bliskie obecnej władzy.
Władza polityczna, instytucje publiczne, główne media i wielkie „organizacje” mówią w zasadzie jednym głosem, różniąc się sporadycznie i w drobnych sprawach. Gdyby to środowisko miało jeszcze urząd prezydenta, nastąpiłaby w Polsce tak wielka koncentracja realnej władzy, jakiej w III RP jeszcze nie było.
Po trzecie, nie było jeszcze kampanii wyborczej tak bezwzględnej, jednostronnej, tak totalnie nastawionej na zniszczenie człowieka, tak brutalnie walącej w kogoś, jego bliskich itp. Nie chodziło o patrzenie kandydatom na ręce – patrzono wyłącznie jednemu kandydatowi, a drugiego trzymano pod kloszem ochronnym, co przy takiej dysproporcji sił medialnych jest po prostu próbą „ustawienia” wyborów.
Tak jak PiS przedobrzył z negatywną kampanią o Tusku w 2023 r., tak teraz liberałowie przedobrzyli z szambem wylewanym pod adresem Nawrockiego. Ludzie nie są głupi. Widzą, że coś tu nie gra, że to już za dużo. Znamy wiele głosów osób, które wprost mówiły: gdyby tak mocno go nie atakowali, to nie wzbudziłby mojej sympatii i chęci głosowania na niego, zostałbym w domu, nie jestem pisowskim betonem itp.
Metody te, wbrew wyobrażeniom naiwnych, nie polegają na tym, że coś jest na rzeczy w formułowanych oskarżeniach. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Polegają na tym, że podobnie niszczony byłby każdy inny kandydat pisowski. Powiemy więcej: gdyby kiedyś w Polsce istniała silna i zarazem realnie antyliberalna lewica socjalna, to byłaby ona atakowana równie zajadle i bezpardonowo. Gdy ma kilka procent poparcia i głosuje za powstaniem rządu Tuska, może sobie do woli frazesowo lewicować. Gdyby nadepnęła na serio na odcisk możnym i wpływowym z rdzenia polskiej liberalnej oligarchii albo tylko w kilku sprawach współpracowała z PiS-em, byłaby atakowana nie mniej zajadle.
Podobną sprawą jest pogarda wobec wyborców. W liberalnych bańkach mówi się, że nie ma nic gorszego niż „pisowskie szczucie” na mniejszości czy migrantów. To jednak nie jest jedyne szczucie, które się odbywa. Żyjemy we wręcz instytucjonalnej pogardzie dla ubogich, niewykształconych, z problemami, z przeszłością, z „przaśnymi” nawykami, z miast, których nie umiemy wskazać na mapie. Także dlatego wygrał Karol Nawrocki – bo tak naprawdę im „gorszy” kandydat, tym bardziej jego wygrana zaboli elity i tzw. przyzwoitych ludzi. O to tutaj chodziło, nie o to, że komuś imponuje „sutener”. „Gazeta Wyborcza” już kilka godzin po przegranej liberałów rozsyłała newsletter o ogólnej wymowie typu „jak mogło do tego dojść?”. Niczego się nie nauczyli. To są trzecie wybory prezydenckie z rzędu, które przegrywa kandydat anty-PiS, bo używane są dokładnie te same metody: elitarność, obrażanie, te wszystkie Agnieszki Holland oraz Hołdysy spod kamienia, którzy „nie rozumieją, jak można” i „jakim człowiekiem trzeba być, żeby…”. Im bardziej oni pogardzają nami, tym bardziej my głosujemy przeciwko nim.
Po czwarte, Trzaskowski przegrał jednak przede wszystkim dlatego, że takie są skala niechęci wobec liberałów, poczucia zagrożenia ich rządami, przekonanie, że to łajdacy i szkodnicy. Społeczeństwo polskie naprawdę nienawidzi Tuska. Młodzi i ci, którym w latach 2007-2015 było dobrze, dali mu w 2023 r. kredyt zaufania. Większość z nich już uważa, że nie zrealizował obietnic. Prawda o Platformie jest taka, że ona nigdy nie robi obiecanych rzeczy. Pokój można wytapetować jej obietnicami, o których pamięć trwa tyle, co konferencja prasowa czy przeczytanie tweeta. Problem w tym, że kiedyś taki sposób uprawiania polityki („nie ma pieniędzy i o co wam w ogóle chodzi”, „cóż szkodzi obiecać”) był obowiązujący i nikt już na nic nie liczył. Niech sobie rządzą, jest marazm, idę pracować za tego piątaka na godzinę. Ale w 2015-2016 przestał być. Pojawił się u steru ktoś, kto robił zapowiedziane rzeczy. Różnie oceniane, ale robił. Tylko że Platforma tego nie ogarnęła. Ona chce wasz głos, bo jest Platformą, bo nie jest PiS-em. Śmieszy ją myśl, że miałby robić cokolwiek większego. Znowu wszystko jest „przeskalowane”, „kosztowne”, „niepotrzebne”, „nieopłacalne”. Będzie albo nie będzie. Może kiedyś.
Żaden z sondaży od kilku miesięcy nie wskazuje, że rządząca koalicja mogłaby liczyć na ponowne uzyskanie większości parlamentarnej. Po zaledwie półtora roku rządzenia. Tak jak o PO mówi się, że w wielkich nowoczesnych miastach mogą wystawić kukłę, a ona i tak wygra, tak w skali Polski przeciwko liberałom też można wystawić kukłę i ma się już na starcie ponad 40% osób, które by ją poparły. A człowieka z krwi i kości, który rzuca im rękawicę – tym bardziej i tym więcej.
Odrzucenie liberałów ma podwójny wymiar klasowy. Ten oczywisty to daleko idące różnice wśród wyborców. Na Nawrockiego głosowało niemal 70% robotników, ponad 80% rolników i niemal 65% bezrobotnych, którzy poszli na wybory. Na Trzaskowskiego niemal 64% osób z kategorii dyrektorzy, kierownicy i specjaliści, wygrał też, choć nie tak wyraźnie, wśród właścicieli i współwłaścicieli firm. Ale pęknięcie między liberałami i antyliberałami ma także wymiar kulturowy. Nie chodzi w nim o to, że wyborcy prawicy są „ciemniakami”, jak chcieliby zwolennicy liberałów. Odrzucają oni liberalną agendę kulturową, gdyż postrzegają ją jako szkodliwą dla siebie, wmuszaną, niezwiązaną z ich preferencjami. I jest to tendencja coraz bardziej widoczna także w krajach „zachodnich”, „nowoczesnych”, „niereligijnych” itp. Podobnie jest choćby w obiekcie westchnień polskich liberałów, czyli w Czechach – w kraju laickim populiści skutecznie grają kartą np. antyimigrancką, a ich bastionami wyborczymi nie jest „zacofana” wieś, lecz przemysłowe i poprzemysłowe podupadłe duże miasta i regiony zurbanizowane.
Po piąte, kartę hańby zapisało wiele osób i środowisk lewicowych, postępowych, rzekomo wrażliwych społecznie, „aktywistów” z „ruchów” takich czy siakich itp. Dołączyli do nagonki w wykonaniu neoliberałów i sprawców polskiej biedy z nędzą, wylewali wiadra klasistowskiej pogardy na kontrkandydata neoliberałów, głosowali na neoliberała, wyrzucili na śmietnik całe swoje wcześniejsze wywody o zasadach, wartościach, demokracjach, wrażliwościach itp. Ich postawa i ich współudział zostaną zapamiętane. Żadnych złudzeń w przyszłości.
Po szóste, nie mamy pojęcia, czy Karol Nawrocki będzie dobrym prezydentem. To kandydat skoncentrowany na prawicowej tożsamości i historii, a zbyt mało zainteresowany gospodarką i sprawami społecznymi i zbyt małą mający o nich wiedzę. To wszystko, wbrew zaklęciom bezpłodnej politycznie lewicy, jest jednak oparte na związkach z partią mającą największy dorobek prospołeczny w III RP oraz na umowie podpisanej z dużym związkiem zawodowym „Solidarność” w sprawie obrony zdobyczy socjalnych i pracowniczych. Nie mamy całkowitej pewności, że w tych kwestiach będzie dobrze w kontekście umów z Mentzenem i z długiem wobec wyborców prawicowo-prorynkowych. Ale wręcz dziecinną naiwnością jest przekonanie, że jawny wieloletni neoliberał Trzaskowski z partii, która chce „deregulować” gospodarkę, byłby lepszy pod tymi względami.
Nasze opinie o samym Nawrockim nie są jednak kluczowe. Po pierwsze taka jest wola ludu, bezwzględnej większości, na tym polega demokracja. Po drugie jakakolwiek zapora przed monowładzą liberałów jest lepsza niż brak takowej zapory. Na ocenę tej prezydentury przyjdzie jeszcze czas. Na razie wiemy, że walec neoliberalnej koalicji nie przejechał jednej z ostatnich zapór na swej drodze.
Magdalena Okraska, Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Robert Bazułka from Pixabay
przez Karol Trammer | niedziela 1 czerwca 2025 | opinie
Spółka CPK chce, żeby pociągi dużych prędkości jadące z Warszawy do Poznania mogły omijać Kalisz. Powróciły obawy, że szybka kolej będzie służyć tylko kilku największym metropoliom.
„Polska w 100 minut” – tym hasłem premier Donald Tusk pod koniec 2024 r. zapowiedział przyspieszenie polskiej kolei. Teraz spółka Centralny Port Komunikacyjny skupia się na tym, aby taki czas jazdy zdołały osiągnąć pociągi z Warszawy do Poznania po wybudowaniu kolei dużych prędkości.
Walka o 100 minut
Aktualne harmonogramy zakładają, że szybka kolej w 2032 r. połączy Warszawę z Łodzią, a następnie do 2035 r. powstanie dalszy jej odcinek z Łodzi do Wrocławia wraz z odnogą do Poznania. W spółce CPK podjęto decyzję, że na linii Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław pociągi mają jeździć z prędkością 320 km/h, a nie jak wcześniej planowano 250 km/h. Dzięki temu najszybsze pociągi mają pokonywać trasę z Warszawy do Poznania w 1 godz. 38 min.
Stawką jest nie tylko wpisanie się w slogan premiera, ale też jak największe pobicie czasu jazdy osiąganego na istniejącej linii z Warszawy do Poznania, którą najszybszy pociąg – jadąc z prędkością maksymalną 160 km/h – pokonuje w 2 godz. 18 min.
Jak wskazuje spółka CPK, bez decyzji o podniesieniu prędkości do 320 km/h podróż nową linią z Warszawy do Poznania trwałaby 2 godz. 5 min., a więc tylko 13 min. krócej niż istniejącą linią. Tak niewielka różnica podważałaby sens budowania nowej linii za dziesiątki miliardów.
W ramach walki o nieprzekroczenie 100-minutowego czasu podróży linią dużych prędkości z Warszawy do Poznania zmieniły się plany jej przebiegu przez Kalisz. Powstać ma odcinek umożliwiający przejazd szybkich pociągów z pominięciem tutejszej stacji. Nowa koncepcja wywołała kontrowersje w liczącym 93 tys. mieszkańców Kaliszu, największym po Łodzi mieście, które ma się znaleźć na rozgałęziającej się kolei dużych prędkości między Warszawą a Poznaniem i Wrocławiem.
Między metropoliami
W poprzednim wariancie – ogłoszonym w maju 2023 r. – zakładano, że szybka linia będzie przechodzić przez istniejącą stację w Kaliszu. Spółka CPK oznajmiła na swojej stronie internetowej, że „skorzystanie części pociągów z kolejowej obwodnicy Kalisza bez wjazdu do miasta zapewni najkrótsze czasy przejazdu dużych grup podróżnych między metropoliami”. CPK chce uspokoić kaliszan i zapewnia ich, że „część pociągów zjedzie do Kalisza i zatrzyma się tam, włączając to miasto w kolejową sieć dużych prędkości”.
Przyjęcie nowej koncepcji oznacza, że szybkie pociągi, aby obsłużyć Kalisz, będą musiały zjechać łącznicą na starą linię i po zatrzymaniu się na kaliskiej stacji wrócić na linię dużych prędkości. Zjeżdżając do miasta, będą musiały pokonać zbudowany w 1902 r. kręty odcinek od mostu nad Prosną do stacji Kalisz – tę pięciokilometrową serpentynę pociągi muszą pokonywać z prędkością 80-90 km/h. To budzi obawy, że operatorzy połączeń dużych prędkości nie będą chcieli trasować pociągów ze zjazdem z szybkiej linii do Kalisza.
Nie będziemy mieli nic
– „Mamy wrażenie, że zostaliśmy oszukani” – tak zmianę planów dotyczących przejścia szybkiej kolei przez Kalisz skomentował prezydent tego miasta Krystian Kinastowski. – „Ryzyko będzie takie, że my na tę kolej dużych prędkości będziemy mogli popatrzeć, pomachać poznaniakom i warszawiakom, którzy będą tutaj przejeżdżali, a my z tej kolei nie będziemy mieli nic”.
Prezydent Kalisza przypomniał przy tym, że gdy kilkanaście lat temu trwały prace planistyczne nad linią dużych prędkości Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław, to postawiono na wariant, w którym odnogi do Poznania i Wrocławia miały rozchodzić się między Kaliszem a Ostrowem Wielkopolskim. – „Ta koncepcja była dla nas bardzo korzystna” – zaznaczył Kinastowski. Wówczas Kalisz dysponowałby połączeniami dużej prędkości zarówno w relacji Warszawa – Poznań, jak i Warszawa – Wrocław. Gdy do koncepcji kolei dużych prędkości wrócono pod banderą CPK, zdecydowano, że ramiona szybkiej linii będą rozchodzić się koło Sieradza, przez co Kalisz znajdzie się już tylko na trasie połączeń Warszawa – Poznań. Teraz pojawiły się wątpliwości, ile z tych pociągów – po zmianie koncepcji przebiegu przez Kalisz – w ogóle zatrzyma się w tym mieście.
Krystian Kinastowski mówił o tym na odbywającym się w marcu 2025 r. w Kaliszu kongresie stowarzyszenia Tak dla CPK, organizacji założonej przez ludzi związanych ze spółką Centralny Port Komunikacyjny za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Na miejsce kongresu wybrali oni Kalisz jako symbol zmiany podejścia do roli szybkiej kolei. Wiceprezes stowarzyszenia Patryk Wild, twórca koncepcji kolejowych szprych do CPK, przekonywał, że doszło do uderzenia w inkluzywny charakter tego przedsięwzięcia: „Ten projekt był projektem spójnościowym, który miał zapewnić prawidłową obsługę komunikacyjną całego kraju” – mówił Wild i odniósł się do zmiany planowanego przejścia szybkiej linii przez Kalisz oraz decyzji o podniesieniu prędkości z 250 km/h do 320 km/h: „Powoduje to sztucznie wymuszoną sytuację, w której przewoźnikom nie będzie się opłacało zajechać do Kalisza, bo będą tracili dużo czasu, a przy większej prędkości będą tracili też radykalnie dużo energii”.
Trzy miliardy wątpliwości
Krytyka wobec planów rządowej spółki CPK płynie również z koalicji rządzącej. Zmienioną koncepcję przebiegu kolei dużych prędkości – jako grożącą pomijaniem Kalisza przez szybkie pociągi – skrytykował Szymon Hołownia: „Kalisz i inne ośrodki subregionalne zasługują na takie połączenia kolejowe” – mówił na konferencji prasowej na dworcu w Kaliszu przewodniczący Polski 2050, a należąca do tej partii minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz w rozmowie z portalem Money.pl stwierdziła: „Wątpliwość budzi wydawanie 3 mld zł na ominięcie Kalisza”.
Tyle ma bowiem kosztować wybudowanie bajpasu linii dużych prędkości omijającego stację Kalisz. Kaliscy aktywiści ruchu Tak dla CPK zebrali 3431 podpisów kaliszan pod petycją przeciw jego budowie i za powrotem do wariantu zakładającego przejście szybkiej linii przez kaliską stację.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl
przez Michał Rydlewski | niedziela 25 maja 2025 | opinie
Film Dennisa O’ Rourke’a „Cannibal Tours” należy do klasyki filmu etnograficznego. Oglądał go każdy, kto zajmuje się antropologią wizualną. W rzeczywistości oznacza to jednak, że nie jest on szczególnie znany, tym bardziej że został nakręcony w 1988 roku. Wynika to m.in. z faktu zdystansowanego podejścia samych antropologów do zastąpienia pisma kamerą oraz z kłopotów z definicją filmu etnograficznego.
Niestety nie jest on także znany szerszej publiczności spoza dyscypliny antropologicznej. A szkoda, gdyż ten nieco ponad godzinny film krytycznie i bezkompromisowo ukazuje turystykę jako niszczycielską praktykę kultury zachodniej. W interpretacji australijskiego reżysera i niedoszłego antropologa jest ona elementem budowania zachodniej hegemonii kulturowej, kapitalistyczną przemocą i uzależnieniem innych kultur od własnych ekonomicznych i symbolicznych wyobrażeń oraz zgodnie w tym wyobrażeniem tych kultur tworzeniem, kontynuacją kolonializmu i wyzysku, choć ideologicznie transparentną.
O’ Rourke, który interpretuje praktykę turystyczną poprzez obrazy, rozpoczyna swój film czarnobiałymi zdjęciami niemieckich kolonizatorów. W ten sposób dobitnie uświadamia widzowi, czym w istocie jest ta, jakoby nie wyrządzająca nikomu krzywdy, praktyka. Miejscem jego zainteresowania jest część Nowej Gwinei, na podstawie której reżyser opisuje przyśpieszony proces modernizacji oraz dekolonizacji tamtejszego społeczeństwa. Szczególnie interesują go jednak odwiedzający to miejsce turyści, którzy przybywają tam po misjonarzach oraz kolonizatorach.
Wędrujący wzdłuż rzeki Sepik turyści, którzy, jak sami mówią, widzieli już prawie wszystko, zostali zwabieni nie tylko egzotycznym rajem, ale przede wszystkim opowieścią o kanibalach – stąd tytuł filmu, który można przetłumaczyć jako „Wyprawy do kanibali”. Dla etnologa, a polskiego widza w szczególności, słowa, które wypowiada względem czasów kolonialnych za panowania Wilhelma II jeden z niemieckich turystów: „To były dobre czasy”, brzmią tak, jak gdyby nic się nie zmieniło w mentalności tych ludzi, a przemianie uległy jedynie środki nadzoru i czerpania korzyści, w tym przyjemności.
Na zdjęciach białe stroje i mundury niemieckich kolonizatorów wyraźnie odznaczają się na tle przyrody oraz wyraźnie odróżniają ich od czarnej skóry mieszkańców tego rejonu świata. Przypominają oni Obcych, analogicznie jak wielki biały statek turystów, którym przybędą oni dekady później przypomina kosmiczny obiekt, którego rzeka Sepik jeszcze nie widziała. Ta obcość to nie tylko kontynuacja dyskursywna (od kolonizatorów po turystów), ale swoista klamra, która otwiera i zamyka film. Zresztą motto filmu dobitnie uświadamia, kto tak naprawdę jest Obcy: to ci, którzy przybywają, żeby zobaczyć obcą krainę, a nie ci, którzy w niej mieszkają. Faktycznie, żadna inna kultura nie wymyśliła takiej egzotycznej praktyki, dzisiaj już nieomal bez reszty służącej kapitałowi i zaspokajaniu chęci „autentycznych przeżyć” oraz klasowo uwarunkowanego prestiżu. Słowem: to My jesteśmy dziwni, a nie Oni.
Film O’ Rourke’a ma jednak znacznie mocniejszy wydźwięk, albowiem krytyka praktyki turystycznej jest tylko pretekstem do wystawienia bardzo negatywnej opinii kulturze zachodniej jako takiej. To kultura kanibali, którzy pożerają inne kultury, pożerają ich symbole i odzierają ze znaczenia artefakty i świętości, beztrosko przejmując i bawiąc się nimi we własnym interesie. Sprawia to, że ekonomicznie słabsi muszą podporządkowywać się silniejszemu i udawać tego, kim nie są, gdyż określonego ich widoku (określenie Johna Bergera) pożąda turysta, albowiem chce zobaczyć prawdziwych kanibali. Tożsamość tubylców staje się odgrywana na potrzeby turystów, którzy nie są zainteresowani ich prawdziwym życiem, ale chcą zobaczyć swoje wyobrażenie o kanibalach, choć ci już realnie nie istnieją. Tylko to wyobrażenie jest dla nich turystycznie pociągające, stąd świat pod ich kontrolą przemienia się w produkt, towar dostosowany do ich potrzeb, choć nawet sobie tego nie uświadamiają, gdyż nie są do tego poznawczo zdolni. W takim ujęciu tytuł filmu można przetłumaczyć jako „Wyprawy kanibali”.
Chodzi jednak nie tylko o wymiar kradzieży symbolicznej oraz degradacji tożsamościowej, ale także o wymiar ekonomiczny. W kilku scenach filmu widzimy bowiem, jak wprowadzone przez białego człowieka reguły wymiany są niesprawiedliwe, gdyż sprzyjają tylko turystom. Jeden z tubylców negatywnie ocenia praktykę targowania się przez turystów. „Kiedy ja idę do sklepu, to tam nie ma pierwszej ceny, drugiej ceny czy trzeciej ceny” – mówi. Zarabianie pieniędzy przez tubylców to także przymus zgody na sprowadzenie siebie do fotografowanego obiektu, upokorzenie poprzez uprzedmiotowienie. W jednej ze scen widzimy fotografowanego przez kilkoro turystów wyraźnie zakłopotanego mężczyznę. Jedna z kobiet wręcza mu monetę, dziękując za możliwość zrobienia zdjęcia. Wtedy reżyser ujawnia swoją obecność, pytając: „Trudno zarobić dolara?”. Tak – odpowiada. Trzeba zobaczyć tę scenę, aby poczuć, w jak wielkim stopniu mamy do czynienia ze spektaklem upokorzenia, w której relacja biznesowa jest korzystna tylko dla jednej ze stron.
Warto podkreślić, że robienie zdjęć przez turystów nie jest praktyką bezproblemową. Aparat, to nieodzowne narzędzie turysty, bez którego praktyka ta właściwie by nie istniała, którym „strzela” się zdjęcia tak, jak kiedyś strzelbą, pokazuje, jak bardzo obrazy, pożądane widoki mogą być przemocą: choć nie zabijają fizycznie, zabijają poczucie godności.
Tę godność krajowcom przywraca O’ Rourke, który, zgodnie z antropologicznym wymogiem zaangażowania, staje po ich stronie w tej nierównej ekonomicznie i symbolicznie walce. Już sam sposób obrazowania/kadrowania tubylców oraz turystów nie pozostawia w tym względzie wątpliwości.
Turyści są kadrowani prawie zawsze grupowo i w ruchu, co podkreśla ich plemienny charakter. Przedstawia ich jako intelektualnie oraz moralnie wątpliwych (co i rusz wygłaszają jakieś „mądrości”), gdyż są kulturowymi rasistami, uznającymi, iż w gruncie rzeczy niosą pomoc tubylcom, pomagają im, są zatem szlachetni. Co i rusz wygłaszają sądy, w których z poczuciem wyższości oceniają kulturę tubylców, zachowując się jak dziewiętnastowieczni badacze lub podróżnicy czy trawelebryci pokoju Wojciecha Cejrowskiego. Ocena przychodzi im z niebywałą łatwością, gdyż Oni są przecież prostsi, My zaś jesteśmy przedstawicielami kultury wyższej. Pokazuje to mentalną strukturę długiego trwania o charakterze kolonialnym, myślenie kalkami oświeceniowymi i modernistycznymi.
Ten kulturowy rasizm jest widoczny nie tylko w warstwie mentalnej, ale nawet fizyczno-cielesnej. W jednej ze scen włoska turystka mówi do partnera, że chce mieć zdjęcie z dziećmi, traktując je w zasadzie jak małpki w zoo, które sympatycznie wskoczą na ramię. Dzieci jednak nie wydają się dość słodkie, zresztą jak tubylcy w ogóle, którzy są nastawieni za swój zysk i wydają się aroganccy (wiadomo, powinni być mili), a kobieta nie chce zbyt bliskiej obecności dzieci stających obok niej. Odpowiednie zachowanie dystansu mówi znacznie więcej: ona nie chce z nimi zbyt bliskiego kontaktu. Małpki są fajne, ale jako egzotyczne ozdoby.
Przejmujący i jednocześnie irytujący jest fakt, że turyści zupełnie nie rozpoznają realnych efektów swojej praktyki. Nie są świadomi swojego kulturowego rasizmu. Nie pojmują nawet, że to, co widzą oraz fotografują, jest wyreżyserowane przez samych tubylców, którzy ze względu na finansowe korzyści wytwarzają artefakty, zamieniają się w kanibali, nie do końca rozumiejąc zachwyty turystów nad własną plemiennością, ich turystyczną potrzebę podróżowania i oglądania ich. Turyści w ogóle nie widzą, że to, co jest im dane, to sztuczny skansen, a nie rzeczywistość. Nie ma to dla nich jednak znaczenia, gdyż fotografia, jako martwy artefakt, i tak nie odróżni, czy człowiek w stroju kanibala naprawdę nim jest, czy jest tylko za niego przebrany. Fotografia jako turystyczna pamiątka postawiona na komodzie w Berlinie będzie pokazywała i zaświadczała o tym, czego pożąda turysta – wycieczkę do prawdziwych kanibali, kolejne egzotyczne i autentyczne miejsce poza cywilizacją, w którym byłem.
Z kolei tubylców O’ Rourke pokazuje w konwencji portretu. Historia portretu sięga czasów nowożytnych. Były one wykonywane tylko ważnym osobom. Tym samym O’ Rourke pokazuje, iż to oni mają coś ważnego i przede wszystkim sensownego do powiedzenia, to oni znacznie lepiej widzą, co się rzeczywiście dzieje z nimi samymi, z ich kulturą i czym dla nich jest modernizacyjny postęp. Jest wyzyskiem i niemożnością życia w taki sposób, w jaki się chce, jest koniecznością dostosowania do obcych i niezrozumiałych reguł.
O ile nowoczesno-kapitalistyczne reguły białego człowieka są dla tubylców sztuczne i nie chcą się do nich dostosować, „zgrać” z nimi, to tak naprawdę film O’ Rourka opowiada o plemieniu turystów, a szerzej – o tym, co się stało z Europejczykami. Reżyser jakoś szczególnie im nie współczuje z powodu zaistniałej, na ich przecież życzenie, sytuacji kulturowej.
Jaka to sytuacja?
To sytuacja wyalienowania nie tylko z natury, ale i z własnej kultury.
Pierwsze kadry filmu pokazują zbiornik wodny z delikatnymi falami. To natura. Po chwili słyszymy radiowe trzaski, jak gdyby ktoś chciał się „dostroić”, „złapać” fale, tutaj radiowe, lecz to się nie udaje. Fale technologii nie zapewniają kontaktu ani ze światem, ani z innymi ludźmi, szczególnie jeśli ci nadają na innych kanałach. To dobra metafora braku komunikacji pomiędzy turystami a tubylcami: jedni i drudzy nadają na odmiennych falach.
„Cannibal Tours” to zatem film o absolutnym braku możliwości i chęci komunikacji pomiędzy tubylcami a turystami. Ci drudzy chcą jedynie doświadczyć swojego wyobrażenia autentycznego kanibala, nie pojmując, iż jest to żywy skansen powstały w wyniku ich, turystów, kulturowego wyalienowania. Nie mogą się oni porozumieć z tubylcami, gdyż wtedy zabiłoby to ich wyobrażenie. Można wyciągnąć wniosek, iż żyją oni w świecie własnej iluzji, utracili kontakt z rzeczywistością, albowiem świat kanibali istnieje o tyle tylko, o ile istnieje ich wyobraźnia oraz przymus ekonomiczny powołujący ich do życia. Odmowa komunikacji to odmowa przyznania się do własnej kulturowej porażki.
Turyści, jako przedstawiciele egzotycznej i dziwacznej kultury, są z niej wyalienowani, gdyż ich praktyka polega na poszukiwaniu autentyczności. Nowoczesność odczarowała ich świat i uczyniła pozbawionym sensu. Poszukują wśród kanibali czegoś żywego, prawdziwego, sami bowiem są ze świata, który im to odebrał. Ich wędrowanie z kraju do kraju jest tylko sposobem ucieczki od samego siebie, sprawdzeniem, czy przypadkiem prawdziwiej i autentyczniej nie jest gdzie indziej. Gna ich po świecie tęsknota za czymś, co utracili, a fotografowanie ma w jakiś sposób zatrzymać czas, utrwalić coś, co i tak przeminie, przypomnieć po latach, jak ciekawe miało się życie. W tym sensie zarówno turyści, jak i tubylcy są w jakiś sposób nieszczęśliwi i skrzywdzeni, przy czym ci drudzy ponoszą niezawinione przez siebie konsekwencje działań kultury turystycznej.
Bardzo wymowne jest zakończenie filmu, a w zasadzie dwa jego zakończenia, i co warte podkreślenia, zakończenia niezwykle bogate symboliczne. To siła antropologicznej interpretacji w wykonaniu O’ Rourke’a zbliżającego go do sztuki filmowej jako takiej. Choć „Cannibal Tours” uznaje się za film etnograficzny, to reżyser skonstruował niezwykle bogaty znaczeniowo symbol, na który składają się sceny na statku, gdy turyści opuszczają zwiedzaną przez siebie wioskę.
Turyści, pomalowani przez mieszkańców w lokalne wzory, zaczynają swoją zabawę: pozują z groźnymi minami, napinają mięśnie. To pokaz ich siły i męskości, zachowują się jak wyruszający do walki wojownicy plemienni. Jednak wzory, które odmalowali na ich twarzach mieszkańcy wioski to nie wzory wojowników, lecz wzory, jakie malowano zmarłym. Ironia, ten przecież, jak nam się wydaje, europejski wynalazek, okazuje się gestem oporu tubylców, ale jednocześnie przenikliwą diagnozą kultury zachodniej: przynosicie tylko śmierć, jesteście tym, co zabiera życie. Potrafimy was opisać lepiej niż wy nas. Turyści jednak nie są świadomi tego, że stali się obiektem drwiny ze strony tych, których uważają za „prymitywniejszych”, więc świetnie się bawią, a ich wygłupy przeradzają się w błazenadę.
O’ Rourke poprzez zwolnienie tempa scen i odpowiedni montaż oraz dodanie muzyki klasycznej Mozarta, stwarza symboliczny obraz tańca śmierci. Mozart jest znakiem kultury wysokiej, znakiem wyższości białego człowieka nad plemiennym bębnem. Jednak ta kultura wcale nie jest wyższa, przekonuje O’ Rourke. Nie jest nią, gdyż jedyne co potrafi, to niszczyć inne kultury, także wtedy, gdy zniszczyła własną, rozplatając związek między znaczonym a znaczącym, kiedy znaki przestały cokolwiek znaczyć i można się nimi dowolnie wymieniać, gdyż do niczego już się nie odnoszą. Dom duchów zniszczono najpierw u siebie, potem zaś u tubylców. Jedyne, co zostaje, to głupkowata zabawa, pozór, iluzja, tania przyjemność, pseudonaukowe „mądrości” i niczym nieuzasadnione poczucie wyższości oraz utrata kontaktu z rzeczywistością. Bardzo Baudrillardowska diagnoza.
Kultura europejska, której wyrazem jest praktyka turystyczna jako jej znak rozpoznawczy, jest martwa, albowiem jest już bezpłodna. Z tego względu musi żywić się innymi kulturami, bo sama nie ma nic do zaoferowania. W ostatnich scenach filmu, już po partii napisów końcowych, widzimy mężczyznę i kobietę żartujących z nabytych przez siebie plemiennych penisów. Przedstawiciele wykastrowanej kultury muszą zabrać to, czego nie mają, a czego symbolem jest penis: sprawczości, siły, męskości, płodności. Europejczyk został wykastrowany, a przez to cech potrzebnych do życia musi szukać gdzie indziej, doprowadzając owe „gdzie indziej” do degradacji. W tym sensie przestaje się on żywić nawet innymi kulturami, on spożywa już resztki – stając się padlinożercą.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: mannette from Pixabay
przez Remigiusz Okraska | wtorek 20 maja 2025 | opinie
Komentarz powyborczy na szybko. Najpierw sprawy natury systemowej, później opinia o wynikach poszczególnych kandydatów.
Pierwsza tendencja, jaką widać wyraźnie, to blamaż obecnego rządu. Po zaledwie półtora roku istnienia ma on większość społeczeństwa przeciwko sobie i jest to wyraźny szybki zjazd sympatii i poparcia. A był to rząd ze sporym kredytem zaufania, nadziejami i oczekiwaniami zmian na lepsze. Właściwie nie posiada on już mandatu do rządzenia i należy dążyć do przyspieszonych wyborów, szczególnie gdyby kandydat neoliberalnego rządu na prezydenta przegrał w II turze.
Druga tendencja jest taka, że w Polsce narasta fala sprzeciwu wobec elitarnego liberalizmu. Nie jest on tożsamy z liberalizmem gospodarczym. Stanowi raczej syntezę poczynań liberalnej oligarchii politycznej, kręgów wielkobiznesowych oraz liberalnej agendy kulturowej. Opcja krytyczna wobec niego otrzymała ponad 50% poparcia, gdy agenda przeciwna jakieś 40%, nie licząc Zandberga, który się temu podziałowi nieco wymyka. To spór trudniejszy do opisania niż dotychczasowe podziały i standardowe etykietki, a zarazem jest to spór zarysowujący się coraz bardziej w skali świata.
Określiłbym go jako wojnę silniejszych i słabszych – silniejszych i słabszych wieloaspektowo. Ten konflikt nie przebiega po liniach lewicy i prawicy, socjalności i liberalizmu itp. Przebiega raczej po liniach bogatsi i biedniejsi, „rozwinięci” i „zacofani”, wielkomiejscy i prowincjonalni, modni i niemodni, globalni i lokalni, decyzyjni i pozbawieni sprawczości, więksi i mniejsi itp., itd. Łatwo ten podział przeoczyć, a przede wszystkim wyszydzać wywodami typu „nie powiesz chyba że Janusz Biznesu z firmą na prowincji jest słabszy niż doktorantka ze stolicy czy przeciętny korpoludek z Krakowa czy Wrocławia”. Otóż rzecz w tym, że rozmaite kapitały, szanse, możliwości i atuty działają razem i jest to działanie inne niż gdyby tylko postawić przeciwko sobie kapitały finansowe przykładowych ludzi w danym momencie ich życia. Po stronie umownej prawicy są dzisiaj nie tylko wprost biedni/biedniejsi, choć już wcześniej dokonał się właśnie taki klasowy transfer z lewa na prawo, sprzeczny z tym, co było dawniej. Po jej stronie są także ci, którzy mają mniej/gorzej na innych płaszczyznach: symbolicznej, kulturowej, terytorialnej, lajfstajlowej, pod względem szans na rozwój itp., itd.
„Lud” nie ma dzisiaj wiele wspólnego z kanonicznymi lewicowymi czytankami, ale ma wspólny mianownik w postaci obiektywnego bycia słabszymi czy przynajmniej subiektywnego czucia się takimi – a polityka i nastroje społeczne to nie tylko fakty i dane, ale także emocje. A emocje są takie, że jeśli masz 50 lat i nawet jako taki biznesik na prowincji, to w sensie wymiernych aktywów masz w tej chwili więcej niż 30-letni wielkomiejski „aktywista” czy „nowoczesny” korpoludek niewysokiego szczebla, ale pod wszelkimi innymi względami możesz mieć gorzej lub czuć się gorzej oraz być bombardowany pouczeniami ze strony takiej hiperelity, z którą „aktywista” i „nowocześniacy” mają więcej wspólnego niż ty z tą samą hiperlitą. A gdy ten prowincjonalny biznesik to podupadający sklepik czy jednoosobowa naprawa laptopów, to ich właściciele są kilka pięter niżej niż ciut starszy naukowiec, bardziej doświadczony pracownik korpo czy zawodowy działacz z dużego NGO. Czytanie dzisiejszego podziału społecznego po liniach wyłącznie dochodów w danym momencie czy teoretycznego stanu posiadania (środki produkcji) nie mówi nam o świecie wszystkiego. I nie tylko w Polsce, także w USA czy we Francji, gdzie te linie podziałów na lud i elitę z jej otoczeniem nie są lewicowo-prawicowe czy praca najemna kontra własny biznes, lecz przemieszane z innymi atutami i formami wykluczenia. Kto tego nie widzi, będzie ślepy i będzie przegrywał.
To bardzo ładnie widać zresztą w polskich wynikach wyborów wśród robotników. Nawrocki dostał poparcie ponad 35% z nich, Mentzen 23%, Trzaskowski już tylko 17%, za to Braun niemal 11%, a Zandberg niespełna 3%. I mniej więcej tak samo jest wtedy, gdy zastosujemy inne klucze tematyczne z podobnej działki: wykształcenie, prowincję/wielkomiejskość itp.
Liberalna hiperelita jest odrzucana przez szeroki front słabszych. Nie pomogą tu zaklęcia mówiące, że robotnicy mają „fałszywą świadomość”, skoro głosują na libertariańskiego Mentzena, że „brunatna fala” coś tam coś tam, że spora część kobiet „zbłądziła na manowce”, bo głosuje na Nawrockiego, Mentzena czy Brauna. To jest jedynie wyraz politycznej i poznawczej bezradności podlanej paternalistycznym mędrkowaniem i niezrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego. Nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy „brunatnej fali”, to warto pogratulować tzw. antyfaszystom. To jedyny w świecie zawód, w którym możesz świetnie zarabiać, efekty twojej roboty są coraz gorsze, ale i tak, zamiast z niej wylecieć za marne wyniki – dostajesz kolejne zlecenia. Antyfaszyzm, czyli oficjalna ideologia współczesnej neoliberalnej oligarchii, to swoiste perpetuum mobile.
To wszystko nie oznacza, że Trzaskowski na pewno nie wygra w II turze. Liberalna hiperelita rzuci ogromne środki wszelakie, aby wygrał, nie cofnie się przed żadną prowokacją, kłamstwem itp. Po drugie, front „prawicowego” (piszę w cudzysłowie, bo w Polsce jest on obecnie faktycznie prawicowy, ale choćby sąsiednie Słowacja i Czechy przypominają, że to nie takie etykietki są kluczowe dla obecnego podziału społecznego) wkurzenia nie jest jednolity i wyniki jego kandydatów nie sumują się w prosty sposób. Ale mówię o tendencji i to o tendencji globalnej czy w „świecie zachodnim”. W nim hiperlita jest coraz bardziej odrzucana i coraz mocniej kontestowana przez szeroki front ludzi wykluczanych wieloaspektowo: nie tylko wprost finansowo czy zawodowo, ale także symbolicznie, kulturowo, terytorialnie itp. I to jest kluczowy trend polityczny nadchodzących czasów, zasadnicza linia podziałów. Nie lewice i prawice, nie socjal i wolnorynkizm itp., raczej obiektywne i nie mniej tym razem ważne subiektywne poczucie bycia słabszym, przegrywającym, marginalizowanym na różnych frontach lub którymś z nich.
No a teraz pora na personalia.
Trzaskowski – dostał fangę prosto w paniczowatą buźkę. Nie pomogła mu partia władzy, nie pomogła wieloletnia rozpoznawalność, nie pomogła wielka forsa, nie pomogło wsparcie 90% mediów publicznych i tych zwanych „wolnymi” (ich „wolność” świetnie widać właśnie w takich momentach, gdy jawnie i nachalnie stają po stronie neoliberalnej oligarchii), nie pomogło ujawnione kilka dni przed wyborami bezprawne skręcanie wyborów nielegalnym wspieraniem kampanii tego kandydata wielką forsą wydawaną na promocję internetową i na ataki na kontrkandydatów. Facet zrobił wynik mizerny jak na tyle aktywów, a tym bardziej gdy wiemy, że inni kandydaci neoliberalnej koalicji wypadli marnie i to nie oni odebrali mu głosy, jak było choćby w poprzednich wyborach z niezłym wynikiem Hołowni.
Nawrocki – niby to wynik tylko taki, jakie mniej więcej poparcie ma PiS. Ale dla faceta po pierwsze do niedawna szerzej nieznanego, po drugie mającego ostrą prawicową konkurencję, a po trzecie i najważniejsze zaatakowanego tak, jak potrafi tylko liberalna oligarchia. Przetrwał, wytrwał, prawie dogonił mydłka ze stołecznego ratusza, a przed II turą jest w ofensywie. W dodatku Nawrocki grał na swoich zasadach – on nie głosił niczego, w co by nie wierzył, nie lawirował. Tymczasem Trzaskowski, podobnie jak PO wcześniej, zrobili szmatę z własnych poglądów i wieloletniej narracji, idąc w antyimigranckość, antyukraińskość, obronę granicy, udawany twardy kurs wobec Niemiec, schowanie elitarnej „ekologii” i liberalnej obyczajówki itp. Co zresztą też znamionuje szerszą zmianę nastrojów społecznych.
Mentzen – nie zrobił wyniku, o jakim marzył, nie było mijanki z Nawrockim, na którą grała hiperelita liberalna i którą wieściło wielu analitycznych mózgowców o zawsze nietrafionych prognozach i zawsze dobrze za nie opłacanych. Ale zrobił wynik naprawdę konkretny, najwyższy w dziejach swojej formacji w jakichkolwiek wyborach, a w dodatku to jego narracja jest na topie i to właśnie on zrobił to, co od wielu lat zapowiadała lewica: zmienił dyskurs. Ja się z tym dyskursem nie zgadzam, ale obiektywnie to oni mają sukces.
Braun – papierek lakmusowy tego, jakie są nastroje, jak bardzo ludzie są wkurzeni na kształt świata. Może i wkurzeni ślepo i głupio, ale także na tym polega demokracja, a jeśli taka postać robi ponad 6% de facto z niczego, a przegania dwójkę kandydatów lewicy, w tym kandydatkę lewicy rządzącej, oraz marszałka sejmu i czarnego konia poprzednich wyborów, to mówi to samo za siebie, a załamywanie rąk i zaklęcia o brunatności są jedynie wyrazem bezradności w ogóle, a tym bardziej na tle tego, że Braun z takim wynikiem to dopiero trzeci pod względem poparcia kandydat mocno prawicowy.
Hołownia – totalna porażka, blamaż. Od popularności, niemal wizji bycia rozgrywającym i zdetronizowania Tuska/PO na liberalnej flance, po wynik poniżej progu wyborczego dla partii, a i to w momencie, gdy oprócz Polski 2050 był kandydatem PSL. To cena zapłacona za kunktatorstwo, bycie nieodróżnialnym od Trzaskowskiego, układ z PO, udział w marnych rządach, utratę efektu nowości i dołączenie do neoliberalnej oligarchii. W pełni zasłużona klęska, przypieczętowana w dodatku „przekazaniem” od razu głosów Trzaskowskiemu, czyli pełną wasalizacją. Cry, Szymon, cry.
Zandberg – i dobrze, i źle. Jak na kandydata partii z sondażowym poparciem 1-2%, partii obiektywnie słabej i ubogiej, jest to wynik niewątpliwie dobry. Tym lepszy, że uzyskał poparcie wyższe niż konkurentka z lewicy, która miała o wiele więcej aktywów od niego. To dobry punkt wyjścia do ofensywy i ugruntowania zauważalnego poparcia dla samodzielnej partii Razem. Z drugiej strony oczywiście jak na dekadę istnienia partii te niespełna 5% poparcia to wynik dość mizerny. Wystarczy porównać go z tym, co w podobnym czasie zrobiła Konfederacja, a tym bardziej gdy Zandberg nie miał bardzo silnej konkurencji z lewej. W dodatku kandydat największe poparcie zyskał w kręgach silnych i sytych, co stawia na głowie sens takiej lewicowości, a do tego część owego poparcia to chwilowy owczy pęd niestabilnych ludzi młodych i powtórzenie „efektu Zandberga” z roku 2015, później roztrwonionego, co jest dość słabym fundamentem pod budowę czegoś większego. Ale obiektywnie niezła robota na tle dotychczasowej mizerii tej partii. Oczywiście ten sukces został osiągnięty narracją i priorytetami, które tej partii tacy jak ja doradzali już dawno temu: dużo o socjalu, gospodarce i realnych problemach, a mało o obyczajówce i niszowych dziwactwach – no ale wtedy przez ludzi tej samej partii, która teraz to zrobiła, byliśmy masowo obrzucani błotem, a dzisiaj nas za to oczywiście nikt nie przeprosi i nie przyzna racji.
Biejat – wynik mizerny w ogóle, nawet poniżej sondażowych notowań Nowej Lewicy, a na tle wyniku Zandberga jest to wręcz blamaż. I trudno się dziwić, bo przestrzeń dla takich poglądów jest znikoma, gdy z jednej strony jest Trzaskowski, w którym nadzieje mogą lokować zarówno mniej bystrzy progresywiści obyczajowi, jak i skręcające w prawo, ale wciąż „nowoczesne” nieco progresywne mieszczaństwo (które już tak bardzo nie chce otwierania granic, Ukraińców, woke, ekologii i czego tam jeszcze, a Biejat wciąż chce), a z drugiej jest Zandberg, czyli opcja jako tako socjalna + wciąż nieprawicowa kulturowo. W dodatku to nie jest problem samej Biejat, bo ta partia przecież nie ma nikogo znacznie lepszego do wystawienia, lecz samej oferty partyjnej – dla kogo to w ogóle jest w tych czasach i dla kogo będzie, gdyby Razem jednak zaczęło orbitować w sondażach wokół progu wyborczego zamiast kręcić się w okolicach 1-2%.
Wyniki Hołowni i Biejat to zresztą prawdopodobnie wstęp do całkowitego zmarginalizowania ich formacji w koalicji rządowej. Tusk z jednej strony potrzebuje ich do większości, ale wie, że niemal nic nie znaczą, a oni jeszcze bardziej potrzebują Tuska, aby nie być zupełnym marginesem, a on to wykorzysta. Czyli będzie to rząd już zupełnie neoliberalno-hegemoniczny.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski