przez Michał Rydlewski | niedziela 3 sierpnia 2025 | opinie
Książka Catherine Liu „Luminarze postępu i cnoty. Rzecz przeciw profesjonalnej klasie menadżerskiej” przeszła w zasadzie niezauważona przez tych, których dotyczy. O ile nie cała tytułowa profesjonalna klasa menedżerska czyta eseje naukowo-humanistyczne, o tyle jej część, jak np. akademicy czy dziennikarze, już tak. A na pewno powinni. Z moich obserwacji wynika, że mało kto ze świata uniwersyteckiego słyszał o tej książce. Nic dziwnego, bo krytyka obu tych grup zawodowych, szczególnie pierwszej, akademickiej, to – wiadomo – myślozbrodnia i populistyczne uderzenie w elity, resentyment, ludomania etc. Książka Liu, a w zasadzie książeczka, gdyż jest niewielkich rozmiarów (do przeczytania w kilka godzin), dotyczy także tej grupy zawodowej, gdyż są oni częścią owej klasy.
Wieść o jej istnieniu nie rozeszła się w szerszych kręgach akademicko-intelektualnych, gdyż krytykuje tych, których powinno się wychwalać. Dlatego wygodniej zbyć ją milczeniem. Lepiej poczytać Didiera Eribona, bo on wprost mówi, „socjologicznie”, jak i zaświadczając własnym doświadczeniem, o swojej pogardzie wobec klasy ludowej. Eribon tak, albowiem klasa menedżerska, której częścią są akademicy, w pełni podziela (jawnie lub skrycie) ową pogardę. Liu nie, gdyż nie jest miło słyszeć krytykę samego siebie, tj. tego, że spora część akademickiego projektu wspiera to, co jakoby krytykuje, a czego jest częścią – twierdząc, że nią nie jest.
Liu twierdzi, i słusznie, że przyszedł czas, aby klasa menedżerska stawiła czoła swojej tożsamości jako klasy. I rozpoznała własną fałszywą świadomość, w której wierzy ona w siebie jako szlachetnego aktora historii (tytułowy luminarz postępu i cnoty) oraz złożyła samokrytykę, gdyż znakomicie służy ona kapitalizmowi oraz ideologicznie zniekształciła, wręcz wypaczyła lewicowy projekt oparty na solidarności z ekonomicznie wyzyskiwanymi. Jak pisze Liu: „Rozpoznając w kapitalizmie wroga, musimy też umieć wskazać i nazwać jego najbardziej fanatycznego nadwornego pochlebcę: profesjonalną klasę menedżerską”.
Po kolei jednak.
Kim jest profesjonalna klasa menedżerska?
To pracownicy umysłowi niebędący właścicielami środków produkcji, których główną funkcją w społeczeństwie jest reprodukcja kapitalistycznej kultury i kapitalistycznych stosunków klasowych. To klasa wynarodowionych licencjonowanych profesjonalistów złożonych z twórców przemysłu kulturalnego (pojęcie T. Adorno), dziennikarzy, naukowców, profesorów uczelni, inżynierów oprogramowania, lekarzy, prawników i bankierów – wszystkich odgrywających przywódcze role w dużych organizacjach.
Co poszło nie tak?
Liu twierdzi w swojej książce, a to jedna z jej podstawowych tez, że co najmniej od końca lat 60. XX wieku, czyli od kiedy sięga pamięcią, profesjonalna klasa menedżerska była zaangażowana w walkę klasową po stronie kapitalizmu, a przeciwko klasie robotniczej, którą de facto zdradziła. Zdradziła, choć nie zawsze tak było, albowiem na początku XX wieku była ona po stronie klasy robotniczej, broniąc jej przed ekonomicznym wyzyskiem. Była wtedy względnie bezinteresowna, nie musiała zabiegać o przychylność Kapitału, który by ją utrzymywał. Od lat 60. bez żadnej refleksji i wstydu proponuje natomiast swoje usługi i zasoby intelektualne Kapitałowi.
Słowem, kiedyś walczyli oni przeciwko takim robber barons jak np. Andrew Mellon, a dzisiaj stypendia jego fundacji są dla nich źródłem prestiżu i finansowania działań naukowych. Po prostu w pewnym momencie historii stanęli po stronie kapitalizmu, porzucając ideały socjalistyczne i lewicowe. Wybrali tych, którymi kiedyś pogardzali, aby dziś pogardzać kimś innym – klasą robotniczą. Zdradzili, przenieśli swoją lojalność z pracowników na Kapitał.
To wtedy doszło w Ameryce do podziału na „ciemnych” i „oświeconych”. Gdy ekonomiczna rzeczywistość i porządek społeczny obracają się na niekorzyść amerykańskich pracowników fizycznych, klasa menedżerska wybiera Kapitał i prowadzoną przeciwko klasie robotniczej wojnę kulturową, która zdaniem Liu zawsze była zastępczą wojną ekonomiczną.
Jaka jest funkcja profesjonalnej klasy menedżerskiej w kapitalistycznej kulturze?
Profesjonalną klasę menedżerską należy opisywać/scharakteryzować właśnie w perspektywie wojny kulturowej jako wojny klasowej pomiędzy postępowymi elitami a „populistycznym” „ciemnogrodem” klasy robotniczej. Od lat 60., czyli do czasu, kiedy „profesjonaliści” solidarnie stali po stronie ludzi pracy i wspierali ich w trudnej rzeczywistości, uznali samych siebie za najbardziej rozwinięte wcielenie gatunku ludzkiego. Zaczęli wyszydzać pracowników fizycznych – jednocześnie redukując ich etaty – za ich zły gust literacki, złą dietę, niestabilne rodziny, złe nawyki wychowawcze etc. Kolekcjonowali też wszelkie formy zsekularyzowanej cnoty. Jak pisze Liu o tej grupie: „W swoich wyszukanych upodobaniach i skłonnościach kulturowych znajduje uzasadnienie dla własnego poczucia wyższości nad codziennymi ludźmi z klasy robotniczej. Podczas gdy jej polityka sprowadza się do sygnalizowania cnót, nie kocha niczego ponad panikę moralną, którą podburza swoich członków co coraz bardziej bezsensownych form pseudopolityki i hiperpoprawności”.
Profesjonalna klasa menedżerska uwielbia zatem dyskusje o uprzedzeniach, rasizmie, widzialności i reprezentacji, tolerancji, faszyzmie – ale już nie o nierównościach społecznych, o kapitalizmie, o ekonomicznym wyzysku.
W takim ujęciu uważają oni siebie za bohaterów historii i postępu, stojąc w obronie i walcząc w imię bezradnych ofiar, lecz nie są już zainteresowani klasą robotniczą, gdyż ta nie zasługuje na ocalenie. Wynika to z faktu, że nie zachowuje się ona właściwie, albowiem nie jest zaangażowana politycznie lub jest źle zaangażowana.
Z tego względu głosy klasy pracującej przejmuje konserwatywna prawica, która – jak zauważa Liu – trafnie rozpoznała słabości „nowej” klasy. Kluczowym zarzutem ze strony konserwatystów wobec liberalnej klasy menedżerów jest ich pogarda dla reszty społeczeństwa, w tym klasy robotniczej, którą demonizują. Co więcej, stają się oni wręcz wrogami ludu i ludowych interesów klasowych, co można oddać słowami „Co mnie obchodzi zdanie biednych ludzi?”, wypowiedzianymi przez przedstawiciela warszawskich liberalnych elit – przedstawiciela profesjonalnej klasy robotniczej, który uważa siebie za lewicowca.
Ponadto najwyższa świecka cnota profesjonalnej klasy menedżerskiej, tolerancja, nie ma żadnego przełożenia politycznego ani ekonomicznego.
Liu nie popiera jednak konserwatywnej prawicy. Uważa, że projekt lewicowy (blisko jej do Berniego Sandersa) musi zwrócić się przeciwko profesjonalnej klasie menedżerskiej, ale nie z wykorzystaniem polityki tożsamości. Potrzeba nowego modelu intelektualisty – intelektualisty socjalistycznego, jak go nazywa. Powinien on odmówić noszenia płaszcza cnoty, erudycji i dystansu, a być przygotowanym na wejście w pole walki klasowej po stronie pracowników i wyzyskiwanych. Powinien odciąć się od gromadzenia kapitału oraz kolekcjonowania świeckich cnót, odciąć się od kryptopurytańskiej regulacji ludzkich popędów i relacji. Nie bać się wykluczenia, gdy będzie podążał za socjalistycznymi ideałami. Klasa menedżerska kontroluje dużą część naszego życia oraz grozi heretykom pozbawieniem prestiżu i zarobku. Intelektualista lewicowy musi być odważny i gotowy do poświęcenia i ofiary, a nie – jak ma to miejsce teraz – usłużny i sklejony z Kapitałem w imię swojego dobrego życia, wygody symbolicznej i ekonomicznej.
Wspomniałem wcześniej o Eribonie, którego „Powrót do Reims” był chętnie czytany i dyskutowany w murach akademii. Nikt z komentujących jego książkę nie zwrócił uwagi, że oprócz pierwszoplanowej narracji osobistej, podbudowanej zapleczem socjologii refleksyjnej, ma ona także polityczny wymiar, w którym Eribon przyznaje, iż projekt lewicowy ulegał degradacji (szerzej patrz: https://nck.pl/upload/2024/08/kw_4-2023-pojechac-do-tej-miesciny.pdf). Jest jednak tak skupiony na swoim doświadczeniu i swojej traumie, że nie potrafi tego, co proponuje Liu, czyli dokonania klasowej samokrytyki. Wynika to z faktu, że klasa ludowa po prostu go brzydzi. Pogarda sprawia, że nie można stanąć po stronie tej klasy. Pogardzani wiedzą i na każdym kroku odczuwają tę pogardę. Z tego względu będą głosowali zawsze przeciwko profesjonalnej klasie menedżerskiej, co jest z ich perspektywy uzasadnione i racjonalne. Samokrytyka, jeśli naprawdę chcemy coś zmienić, a piszę to jako pracownik uniwersytetu, musi zacząć się od rozbrojenia pogardy klasowej.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
przez redakcja | wtorek 29 lipca 2025 | klasyka, opinie
Z Paryża nadeszła wiadomość o ohydnej zbrodni, którą popełnili nadzbóje, wszechwładnie rządzący światem kapitalistycznym, Millerand, Lloyd George i spółka. Rozstrzygnięto spór cieszyński w sposób tak stronniczy, że nawet najbezczelniej przez żandarmów czeskich sfałszowany plebiscyt nie byłby gorzej popsuł sprawy. Dano Czechom całe zagłębie, dano im nawet Karwinę i Górną Suchą, które się tak bohatersko przeciw najazdowi czeskiemu broniły. Dla dogodzenia swawoli czeskiej przepołowiono i zrujnowano miasto Cieszyn. Dano Czechom Trzyniec, ten dzielny, tak świadomie polski Trzyniec, gdzie każdy kamień krzyczeć, każda bryła rudy wyć będzie przeciw tej zbrodni. Dano Czechom Jabłonków wraz z jego rdzennie polską okolicą, dano wierne Nawsie polsko-ewangelickie, zaprzedano im polskie Beskidy. Ażeby zaś już żadnego ułagodzenia tej krwawej krzywdy nie było, oddano Czechom także oba stoki Tatr wysokich.
Wszystko to, co prawda, nie na długo. Żadne bowiem łajdactwo eks-socjalisty, a obecnego prześladowcy francuskiego ruchu robotniczego Milleranda, żadna zbrodnia byłego radykała, a obecnego sługusa magnatów angielskich Lloyd George’a nie potrafi nadać trwałości tej śmiesznej łataninie, jaką jest republika czesko-niemiecko-słowacko-madziarsko-rusińsko-polsko-rumuńska. Do dwóch lat ta łatanina pstrokata się rozleci, a wtenczas polski lud pracujący odbierze, co jego prawowitą własnością jest i pozostanie.
Nie boimy się więc o przyszłość polskiego Śląska. Niedorzeczne „mocarstwo” wielkoczeskie pryśnie jak bańka mydlana, a Polska Polską będzie i z woli ludu odbierze, co swoje.
Ale ciężkie i gorzkie dni czekają dwieście tysięcy zaprzedanych Polaków pod czeskim jarzmem!
Pewno że naród polski, który cały przetrwał sto pięćdziesiąt lat niewoli, przetrwa i tę nową klęskę. Ale na razie ta klęska na nas spadła, więc zastanówmy się: jak się to mogło stać?
Gdyby istotnie wiążącą ustawą świata, a nie pośmiewiskiem wszystkich przebiegłych łotrów były szlachetne zasady Wilsona – nie mogłoby się to stać.
Gdyby naprawdę obowiązującym prawem było samostanowienie narodów – nigdy by się to stać nie mogło.
Zdeptano wolę górników i hutników polskich, którzy z bronią w ręku, śmiało patrząc w oczy śmierci, na ochotnika szli odpierać najazd czeski na swoją ziemię ojczystą. Uczyniono to nawet bez tej wymówki, że trzeba koniecznie tak uczynić dla zabezpieczenia istnienia i dobrobytu narodu czeskiego. Bo wszak dowiedliśmy Czechom bodaj dwadzieścia razy z rzędu, że ani do istnienia, ani do dobrobytu im naszych polskich gmin na Śląsku nie trzeba, że węgla mają gdzie indziej dość, że połączenia kolejowe między Morawami a Słowacczyzną mają gdzie indziej, że zresztą z łatwością mogą sobie wybudować przynajmniej dwa dalsze połączenia. Dogodzono więc po prostu nienasyconej chciwości Czechów, aby ich wynagrodzić za to, że podczas wojny pomagali koalicji rozbić Austrię. Za tę zasługę nie tylko im darowano polską ziemię, której żaden francuski minister nie miał prawa darować, ale darowano im także dwieście tysięcy żywych Polaków jako niewolników.
A przecież podobno wojnę światową prowadzono o to właśnie, żeby miecz zdobywcy brutalną przemocą nie rozcinał żywych narodów i ich obszarów, nie oddawał ludności wbrew jej najświętszym uczuciom pod obce jarzmo. Wojnę, tak ustawicznie głosili obecni zwycięscy, wojnę przeciwko Niemcom prowadzi się w imię samostanowienia narodów. A teraz ci sami zwycięzcy wprost swawolnie to samostanowienie depczą!
Wojnę, tak również od sześciu lat nieustannie głoszono, prowadzi się o nie tykalność umów międzynarodowych. Niemcy naruszyli umowę o neutralności Belgii, ogłosili tę świętą umowę za „marny świstek papieru” – więc ich za to srodze ukarano i srogą tą karą przywrócono porządek boski na ziemi.
A umowa z 5 listopada? [autor ma na myśli podpisaną 5 listopada 1918 roku umowę, sygnowaną przez przedstawicieli polskiej Rady Narodowej Śląska Cieszyńskiego oraz czeskiej Narodowej Rady Ziemi Śląskiej. Mówiła ona o tymczasowym podziale tego regionu mniej więcej wedle kryterium etnicznego. Na jej mocy Polsce przypadła znaczna część spornych terenów, z powodu dużej przewagi liczebnej ludności polskiej. Ostateczne rozstrzygnięcie ws. przebiegu granicy miało zapaść na szczeblu umów międzypaństwowych z wykorzystaniem plebiscytu na tym obszarze. Nie doszło do tego nigdy, gdyż w styczniu 1919 Czesi najechali ten teren zbrojnie, a w lipcu 1920 roku, czego dotyczy niniejszy tekst, sporny teren przyznano Czechosłowacji – przyp. redakcji Nowego Obywatela].
Tę umowę Czesi złamali nie mniej swawolnie, nie mniej zbrodniczo, niż Niemcy umowę o Belgię. A za to ich nie ukarano, za to ich wynagrodzono, i to z królewską hojnością!
Wspaniałe huty żelazne w Trzyńcu, niezmiernie cenne kopalnie i koksownie karwińskie, źródła lecznicze darkowskie, pół Cieszyna, Jabłonków, Beskidy, tudzież arcyważny węzeł kolejowy bogumiński i samą kolej bogumińsko-koszycką, ułatwiającą im trzymanie pod jarzmem buntujących się Słowaków – to wszystko otrzymali Czesi pomimo to, a może raczej właśnie dlatego, że tak bezwstydnie złamali dobrowolnie z nami zawartą umowę z 5 listopada 1918 roku.
Jeśli więc nie chodzi ani o samostanowienie narodów, ani o nietykalność umów – więc o cóż chodzi właśnie? Chyba tylko o prastarą zasadę wszystkich barbarzyńców, że „łup do zwycięzców należy”!
Ależ najcelniejszym orędownikiem tej zasady był przecież Wilhelm II, cesarz niemiecki i król pruski!
Jeśli więc światem nadal mają rządzić zasady Wilhelma II, to po cóż była wojna światowa? Po co spustoszono tyle krajów, po co wywołano powszechną nędzę, po co zabito miliony ludzi?
W. G.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski. Organ Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 163/1920, Frysztat, 30 lipca 1920 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 105. rocznicę decyzji aliantów o przyznaniu Czechosłowacji większościowo polskiej części Śląska Cieszyńskiego. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Uchodźcy z Zaolzia składają wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza w Zawierciu. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.
przez Michał Szymański | niedziela 27 lipca 2025 | opinie
Postępująca atomizacja społeczeństwa, brak jakiejkolwiek optymistycznej wizji, która stanowiłaby przeciwwagę dla uniwersalnego marazmu zagłady klimatycznej, umacniania się pozycji bogatych ponad klasą pracująca czy dominacji wielkich korporacji (to tylko kilka z „najbardziej popularnych” upiorów, jakie wiszą nad obecnym dyskursem) sprawiają, że pozycja ideologów ugrupowań lewicowych jest bardzo trudna. Uniwersalny problem ugrupowań lewicowych leży w kompletnym rozwodzie elektoratu – obecnego oraz pożądanego z punktu widzenia potencjalnego sukcesu w wyborach. Na tym froncie nie zmienia się zbyt wiele.
Młodzi wyborcy z dużych miast, wchodzący w rolę oświeconego mieszczaństwa, zainteresowani są przede wszystkim kwestiami światopoglądowymi, z naciskiem na ideologiczny liberalizm i prawa indywidualne. W jaki sposób można pogodzić oczekiwania antyklerykalnego, liberalnego i progresywnego elektoratu z oczekiwaniami elektoratu ludowego, który dalej zakorzeniony jest w sferze kultury katolickiej, a jego nastawienie do kwestii ruchów LGBT rozciąga się między umiarkowanym zainteresowaniem i jawną niechęcią? Jak rozmawiać o migracji, gdy absolwent z Wrocławia żali się, że kolega z Indii dostał awans w korpo zamiast niego, a jego babcia, wspominająca z tęsknotą czasy PRL, utożsamia każdego uchodźcę z obozami na ulicach Paryża. Nie sposób zanegować, że świat, w którym żyje współczesna młodzież, jest diametralnie inny od rzeczywistości poprzednich pokoleń – niezależnie jak bardzo kurczowo mogą próbować się jej trzymać.
Zewnętrzny wpływ debaty publicznej, wielkich firm i środków przekazu nie dotyka każdego w taki sam sposób. Grupa wiekowa 50+ jest w zdecydowanym stopniu mniej dotknięta chociażby algorytmicznym profilowaniem Tindera, a ludzie w wieku emerytalnym nie traktują Instagrama jako integralnej części swojego życia. Poprzednie pokolenia najprawdopodobniej kupiły swoje mieszkania i nie stały się w takiej mierze ofiarami całych tabunów spekulantów, którzy gotowi są zalewać rynek lokalami użytkowymi nadającymi się do hodowli klatkowej, a nie do zakładania rodziny. Telewizja – najważniejsze źródło informacji dla starszego pokolenia, zdaje się ześlizgiwać coraz bardziej w przepaść, ustępując szybkim dawkom informacji na TikToku czy publicystyce YouTubowej. Jakich kroków należy dokonywać, aby zanadto nie alienować żadnej ze stron tej politycznej monety? Czy lewica potrafi jeszcze trafić do milionów Polaków, którzy pracując w pocie czoła dalej muszą żyć „od pierwszego do pierwszego”, boją się migrantów, a Kościół stanowi dla nich ważny element tożsamości? A jednocześnie nie zmarnować kredytu zaufania, które dostała od młodych; patrząc na wyniki niedawnych wyborów prezydenckich widoczny jest trend popularności Zandberga i Biejat wśród młodszych wyborców. Niestety odpowiedź nie jest prosta, a rzeczywistość dostarcza nam jedynie przykładów alienacji elektoratu ludowego.
Relatywny sukces Partii Razem i Adriana Zandberga – myśląc życzeniowo – przynosi nadzieję, że otwarte wypowiedzenie wojny umiarkowanie konserwatywnej, wierzącej w Boga i niezbyt przychylnej ruchom LGBTQ części społeczeństwa mamy już za sobą. Zandberg w ciągu ostatnich miesięcy skupiał się na dostępie do ochrony zdrowia, gospodarce, budownictwie i opodatkowaniu korporacji, pozostawiając zagadnienia ideologiczne na dalszym planie. Mimo sukcesu, jaki możemy zmierzyć w internetowych komentarzach typu: „Nie lubię lewicy, ale tego Zandberga to nawet szanuję”, widzimy zarazem dynamiczny wzrost popularności Konfederacji oraz Grzegorza Brauna. Istotne jest, by powiedzieć wprost: nie wiemy, co wydarzy się na lewicy do następnych wyborów. Wiemy jednak, że przez ostatnią dekadę lewica nie umie się wydostać z przestrzeni kilkuprocentowych wyników, a w oczach wielu wyborców (nie tylko zadeklarowanych zwolenników prawicy) kojarzy się bardziej z antyklerykalizmem, polityką otwartych granic, bieganiem na granicę z pizzą.
Antyklerykalizm i podejście do Kościoła są w polskim dyskursie bardzo istotnymi czynnikami. Rządzący na początku tysiąclecia Sojusz Lewicy Demokratycznej nie kreował się przed wyborcami na antyklerykalnych zwolenników nowego, ateistycznego oświecenia. SLD nie wygrało wyborów obiecując zerwanie z „Polską zabobonną”, nawet jeśli większość wysoko postawionych działaczy partii miała niezbyt przychylne opinie dotyczące roli Kościoła w Polsce. Sojusz Lewicy zdawał sobie sprawę z wagi, jaką ma w oczach opinii publicznej Kościół katolicki, a jakiekolwiek próby konfrontacji z nim zrażą tylko ludowy elektorat. Obecna lewica porzuciła ten modus operandi i do tej pory mieliśmy co najwyżej symboliczne akty próbujące trafić w preferencje młodego wyborcy, któremu bliżej do aktu apostazji, niż wysiłki na rzecz znalezienia sojusznika w wierzącym, umiarkowanym konserwatyście.
Rzadko w obecnym dyskursie lewicowym pojawia się myśl, że religia może być nośnikiem uniwersalizmu, podobnie jak naród czy rodzina. Wiele razy w historii były nim i jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa. Nowy przekaz lewicowej strony sceny politycznej bazuje na założeniu, jakoby tylko indywidualizm miał stanowić źródło emancypacji – kompletnie lekceważąc bardziej unitarne koncepcje. Skoro lewica przez ostatnie lata zdawała się budować swój kapitał na Strajku Kobiet i wynajdywać swojego największego rywala w episkopacie (bo neoliberałowie z Platformy mogliby się jeszcze jakoś odgryźć, a krytyka ich polityki wymaga odwagi cywilnej), to możemy zakładać, że wyborca ludowy nie jest obiektem zainteresowania tego ugrupowania. Ten sam wyborca pozostawiony w roli politycznej sieroty zwróci się w stronę ugrupowań prawicowych, które przecież obiecują gospodarczą sanację państwa, a jednocześnie nie zaatakują jego tożsamości. Czy alienacja tego wyborcy jest korzystna dla lewicy? Jeśli jej celem jest pozostanie w granicach 10% poparcia, w roli wiecznego opozycjonisty albo wymuszonego koalicjanta – to tak.
Kwestia wyznania jest bardzo ważna dla zrozumienia problematyki, z jaką przychodzi się zmagać wszystkim ugrupowaniom biorącym udział w kreowaniu politycznego dyskursu. Dzieje się tak, pomimo że czynne zainteresowanie praktykami religijnymi (w przypadku naszego kraju zdominowanymi przez obrządek katolicki) stale spada. Konfrontacja ze statystykami udostępnionymi przez Centralne Biuro Opinii Społecznej jasno wskazuje, że coraz więcej obywateli traktuje wiarę jako kwestię marginalną, deklaruje się jako osoby niewierzące, a nawet idzie o krok dalej, dokonując aktów apostazji. Na przestrzeni wszystkich grup wiekowych możemy zauważyć drastyczny spadek zaangażowania w praktyki religijne i coraz większy stopień deklarowania się jako osoby niewierzące. Opinia młodych o strukturze Kościoła katolickiego jest bardzo negatywna – zarówno z powodu wychodzących na jaw skandali dotyczących pedofilii wśród hierarchów, jak również z uwagi na przekonanie, że to właśnie Kościół jest w dużej mierze odpowiedzialny za podtrzymywanie panujących w społeczeństwie nastrojów konserwatywnych i patriarchalnych. Ugrupowania obozu władzy po porażce Trzaskowskiego przekonywały o korelacji między zaangażowaniem w praktyki religijne a preferencjami politycznymi – wszak zdecydowana większość osób wierzących deklaruje poparcie dla PiS-u oraz Konfederacji. Krytyka PiS-u i jego polityki łączy się z krytyką Kościoła i jego wiernych, jakoby ci byli odpowiedzialni za „wyprowadzanie Polski z Europy”, „średniowieczne praktyki” i „ciemnogród”.
W takiej przestrzeni bardzo trudno jest identyfikować się z Kościołem. Wśród młodzieży temat wiary – pozornie – nie istnieje. W wielkomiejskich, dobrze wykształconych środowiskach deklarowane wsparcie dla Kościoła nie jest postrzegane w pozytywnym świetle. Przywiązanie do wiary jest widziane jako opaska na oczach, która zakrzywia „racjonalną” rzeczywistość. Tak czy inaczej lewica jest między młotem a kowadłem. Młodzież liczy na teatralne gesty antagonizowania się wobec „Polski zabobonnej”, a ich rodzice nierzadko upatrują tam elementu swojej tożsamości kulturowej.
O ile badania CBOS-u możemy traktować jako wiarygodne źródło dotyczące zmian w powszechnym postrzeganiu religii, o tyle możemy zadać pytanie, czy wiara jako taka stała się przeżytkiem i nie ma na nią miejsca w obecnych czasach. Jakkolwiek fundamentalne w swojej naturze, pytanie to może poprowadzić nas do bardzo ciekawej obserwacji. Ta sama młodzież, która nierzadko głośno deklaruje niechęć wobec Kościoła, staje się bardzo podatnym gruntem dla wszelkiej maści ideologii i zachowań przywodzących na myśl zorganizowane grupy religijne. Cancel culture, które ma na celu przypisanie odpowiedzialności i skazanie na publiczny ostracyzm, działa niczym fundamentalistyczna sekta mająca na celu „oczyszczenie” przestrzeni publicznej. Z innej strony Instagram i TikTok przepełnione są treściami o charakterze około-duchowym. Romantyzacja powrotu do natury i „duchowych korzeni” stała się niemalże osobnym gatunkiem treści internetowych. Począwszy od horoskopów czy tarota, poprzez aprobatę dla wierzeń pokroju taoizmu, a kończąc na rozkwicie neopogańskich ruchów mających na celu „przywrócenie więzi z Matką Naturą”. Popularność hasztagów #astrology, #faith czy #fate przypomina oświeceniowy dyskurs, w którym oświecone mieszczaństwo krytykowało „katolicki zabobon”, samemu oddając się w ręce „Istoty Najwyższej” przybierającej formy różnorakich sił opatrzności. Na myśl przychodzi zawarta w książce poświęconej esejom Theodora W. Adorno wypowiedź amerykańskiego filozofa J. M. Bernsteina: „Współczesny okultyzm jest […] przetwarzany w drodze jego zinstytucjonalizowania w mediach masowych, a fakt niekompatybilności okultyzmu z postępem w nauce przyrodniczej, astrologii z astrofizyką, jest dziś jaskrawy i niezaprzeczalny. Stąd ci ludzie łączący «wiarę» w jedno i drugie, zmuszeni są do intelektualnego regresu, który niegdyś nie był w ogóle potrzebny”. Sam Adorno w pracy „Stars Down To Earth” starał się opisać, skąd bierze się popularność praktyk ezoterycznych i w jaki sposób pomagają one ich zwolennikom w radzeniu sobie z otaczającą rzeczywistością: „O tyle, ile system społeczny stanowi los większości jednostek niezależnie od ich woli i interesu, jest on projektowany na gwiazdy, by uzyskać w ten sposób większą godność i uzasadnienie, w jakim jednostki mają nadzieje same uczestniczyć. Idea, że gwiazdy, gdy właściwie się w nich czyta, dają nam jakieś porady, łagodzi zarazem ten sam lęk przed nieprzeniknionością procesów społecznych, które wytwarza sam obserwator gwiazd”. Ezoteryzm i popularność sfery duchowej to tylko jeden z elementów krajobrazu w społeczeństwach, które odchodzą od klasycznego modelu wiary opartego tradycyjnych strukturach wyznaniowych.
Rzeczywistość społeczeństw rozwiniętych oferuje dziś niezwykle różnorodne środki, idee i figury, które mogłyby wypełnić duchową pustkę i nie muszą one mieć w żaden sposób związku z metafizyką. Świecki charakter kultu bogactwa, jaki praktykują postaci pokroju, podupadłego już nieco w oczach internautów, Andrew Tate’a – multimilionera słynącego ze swojej bardzo bezpośredniej persony nastawionej na bogactwo i definiującej sukces w życiu przede wszystkim poprzez aspekt materialny – jest jednym z bardziej zauważalnych trendów. Nie wchodząc w detale i w to, na ile istotny jest jeszcze sam Tate (bo nawet jeśli nie publikuje już treści to wciąż możemy odnajdywać w nim ojca założyciela hiper-kapitalistycznej parodii „od pucybuta do milionera”), jest on jednym z adwokatów szeroko pojętej „hustle culture”, oddziałującej szczególnie na młodych mężczyzn. Jedna z definicji opisuje „Hustle culture” jako powszechne, współczesne środowisko pracy, które kładzie nacisk na ciężką pracę i długie godziny spędzane w niej jako na klucz do sukcesu. Każda minuta dnia powinna być wykorzystana jak najbardziej produktywnie, a każdy krok powinien być obliczony na zysk. Ostatnio staje się to coraz bardziej popularne, a wiele firm zachęca swoich pracowników do włożenia dodatkowego wysiłku i pracy w celu osiągnięcia lepszych wyników. Na pierwszy rzut oka tego typu podejście wydaje się racjonalne, aczkolwiek internetowe figury pokroju Tate’a mają tendencję do całkowitej akceleracji tego pojęcia. Koreluje to z problematyką zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi, ciągle wystawionych na zewnętrzne bodźce „motywujące” ich do cięższej pracy, większego wysiłku i permanentnej konkurencji z innymi.
Koncepcja „hustle culture” zdobyła prestiż dzięki przedsiębiorcom, którzy są postrzegani jako „udani”, ponieważ pracują długie godziny, nie biorąc przerw na odpoczynek ani na spędzanie czasu z rodziną. Te jednostki często są przedstawiane jako wzorce do naśladowania dla aspirujących przedsiębiorców, którzy może nie zdają sobie sprawy, jak szkodliwe bywa postawienie pracy ponad wszystko inne w życiu. Istnieje silna korelacja między mediami społecznościowymi a zdrowiem psychicznym, a media społecznościowe tylko pogorszyły ten problem. Instagram, TikTok i Facebook umożliwiły influencerom i celebrytom dzielenie się obrazami swojej pracy do późnej nocy, gloryfikując i podtrzymując niebezpieczny sposób myślenia wśród młodszych pokoleń, które patrzą na nich jako na źródło inspiracji. Postawy propagowane przez influencerów pokroju Andrew Tate’a idą w parze z kultem jednostek takich jak chociażby prezes Tesli i najbogatszy człowiek na świecie – Elon Musk. Biznesmen ten za pomocą mediów społecznościowych stworzył wizerunek, który wydaje się być niezwykłą inspiracją dla młodych ludzi. Musk przedstawia siebie jako geniusza, szalonego naukowca rodem z komiksów o Iron Manie, oderwanego od biznesowego aspektu prowadzenia działalności. Świat obiegły zdjęcia, na których Musk śpi na podłodze fabryki samochodów Tesla, a miało to ukazać jak pomimo swojego bogactwa i statusu nigdy nie porzucił pasji związanych z technologią. Obecny właściciel Twittera (Portalu X) dba o swój wizerunek i sposób, w jaki odbierany jest przez opinię publiczną, która w dużej mierze postrzega go jako „jednego z nas”.
Fałszywa solidarność klasowa, jaka tworzy się między takimi influencerami a gronem ich odbiorców/zwolenników, jest z punktu widzenia systemu bardzo korzystna. Rzesze młodych będą starały się oddać wszystko za możliwość osiągnięcia „sukcesu” wzorem swoich idoli. Problem leży jednak w tym, że większość zwolenników postaci pokroju Muska czy Tate’a nie dysponuje takimi możliwościami jak oni. Elon Musk pochodzi z bardzo zamożnej rodziny posiadającej kopalnie minerałów w RPA (co usilnie stara się zamaskować), a Tate, który nigdy nie wypowiadał się na temat tego, w jaki dokładnie sposób zarabia pieniądze, usłyszał zarzuty dotyczące handlu ludźmi na Bałkanach, z których pochodzi.
W jaki sposób ugrupowania lewicowe mogą wypełnić pustkę, która powstała w dobie spadającej popularności zinstytucjonalizowanych ruchów religijnych, tych samych ruchów, które stanowiły spoiwo tkanki społecznej na przestrzeni ostatnich stuleci. Jak wypełnić pustkę, gdy idee stały się czymś niebezpiecznym i wręcz niepożądanym w procesie „rzetelnego i racjonalnego” zarządzania aparatem państwa.
Czy można w jakikolwiek sposób znaleźć sposób na wykorzystanie uniwersalizmu Ewangelii tak, aby wykreować nową narrację, która nie zniechęciłaby progresywnych wyborców, a jednocześnie stanowiłaby moralne oparcie dla bardziej konserwatywnego elektoratu? Czy jest szansa na wykorzystanie czegoś na kształt „bezwyznaniowego chrześcijaństwa”, o którym w latach siedemdziesiątych mówił (wówczas bardzo lewicowy) Jacek Kuroń? A może kwestia spraw okołoduchowych w ogóle powinna zostać pominięta w kreowaniu nowego planu dla lewicy i trzeba pozostawić ją jako sferę indywidualną każdego człowieka i nie wprowadzać jej do debaty publicznej? Jak przemówić uniwersalnym językiem do tych, którzy stanowią trzon obecnej klasy pracującej, ale nie wierzą, że klasy społeczne wciąż istnieją?
Model społeczeństw Zachodu spełnia proroctwa Karola Marksa, który przepowiadał wyrafinowaną zdolność Kapitału do wkradania się w różne, oddalone od ekonomii, sfery naszego życia. Wspomniany Tinder pokazuje, w jaki sposób pojęcia używane dotychczas w świecie finansów przeszły do powszechnego wokabularza definiującego relacje interpersonalne („Co druga osoba ma mi do zaoferowania?”, „Czy przypadkiem nie ma lepszej okazji?”). Sfera duchowa też podlega zjawisku komercjalizacji – figury influencerów oferują nam „zbawienie” w ramach funkcjonującego systemu. Polega ono na osiągnięciu sukcesu rozumianego w kategoriach materialnych albo ucieki przed niepokojem wynikającym z naszej partycypacji w systemie. Sprzedawane nam przez kulturę i social media mantry dotyczące wykreowania własnego świata, swojej bańki i przestrzeni, stanowią tylko reakcyjny sposób na radzenie sobie z otaczającą rzeczywistością.
W zbiorze „Przemysł kulturalny” Adorna możemy znaleźć bardzo interesującą myśl: „Rozrywka to przedłużenie pracy w późnym kapitalizmie. Poszukuje jej ten, kto chce wymknąć się systemowi zmechanizowanej pracy, aby na nowo móc mu sprostać. Ponieważ mechanizacja ma taką władzę nad czasem wolnym człowieka i określa tak dogłębnie wytwarzanie artykułów rozrywkowych, doświadczenia kultury masowej są jedynie wtórnymi obrazami samego procesu pracy”. O ile cytat odnosi się do rozrywki i kultury w ujęciu masowym, o tyle jest bardzo aktualny w szerszym ujęciu dzisiejszego krajobrazu socjoekonomicznego. Kultura masowa istnieje teraz na styku mediów, biznesu, polityki, sztuki i spajających to w jedną całość aplikacji społecznościowych. Młodzi artyści korzystają z biznesowych praktyk internetowych specjalistów od Public Relations. Humorystyczne profile na Instagramie tworzą swoje skecze w oparciu o wydarzenia ze świata polityki. Zatraceni w „hustle culture” aspirujący biznesmeni starają się być na bieżąco z estetycznymi trendami publikowania filmików na TikToku. Tak, aby odpowiednio dobrana piosenka pozwoliła wygenerować większy zasięg materiału mającego w ten czy inny sposób odbić się na prowadzonej przez nich działalności. Postrzegany w ten sposób kulturowy tygiel jawi się jako strefa niesamowicie integralna dla naszego życia i światopoglądu. Jak jednak uciec od polityki i światopoglądowych konfrontacji, skoro wszystko jest ze sobą tak bardzo połączone?
Bardzo trudnym zadaniem byłoby stworzenie nowego programu, nowej narracji, bez świadomości wpływu sfery kultury masowej na kształtowanie postaw i preferencji wyborczej wśród ludzi (zwłaszcza w silnie rozwiniętych państwach globalnego Zachodu). Socjologicznie rzecz biorąc, należałoby oczekiwać nastania kulturalnego chaosu wskutek upadku zinstytucjonalizowanych religii, rozwoju technologicznego i społecznego zróżnicowania oraz zaniku ostatnich przedkapitalistycznych reliktów, ale nic podobnego nie następuje. Kultura nigdy nie była bardziej zunifikowana i zintegrowana. Pod względem jednolitości kultura bije dziś na głowę wszystko. Film, muzyka, telewizja czy czasopisma stanowią zwarty system. Kultura stała się jawnie i bezczelnie przemysłem posłusznym tym samym regułom produkcji, co wszyscy inni wytwórcy towarów. Czy wśród tego, moim zdaniem dystopijnego, krajobrazu nie dałoby się stworzyć narracji, która zamiast dołować daje nadzieję?
Interdyscyplinarne podejście wydaje mi się, w przypadku rozważań dotyczących kursu polityki, dalece zasadne. To właśnie na styku wiary, kultury masowej, wydarzeń geopolitycznych i popularnych środków przekazu plasują się nasze ideowe koordynaty. Hipotetycznym pytaniem jest to, jak wykorzystać panujący duch czasów i w jaki sposób dotknąć społecznej wrażliwości w taki sposób, by zbudować skuteczną narrację. Nawet jeśli pytanie jawi się jako trudne, lub wręcz niemożliwe, to wydaje się być bardziej budujące niż polityczne przepychanki Magdaleny Biejat i Adriana Zandberga, którzy w hipotetycznym sojuszu oscylowaliby w okolicy dziesięciu procent poparcia. Sama Konfederacja powoli zapatruje się na dwukrotność tego wyniku. A przecież to oni mieli nigdy nie być w stanie przekonać „normalnych ludzi”, czyż nie?
Michał Szymański
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
przez Karol Trammer | poniedziałek 21 lipca 2025 | opinie
Z programu Kolej Plus wykreślono Turek oraz Jastrzębie-Zdrój, największe miasto pozbawione kolei. Za tymi decyzjami stoi polityka.
Po zmianie rządu Ministerstwo Infrastruktury i spółka PKP Polskie Linie Kolejowe zabrały się za weryfikację stworzonego za czasów Prawa i Sprawiedliwości programu Kolej Plus. – „Podchodzimy do racjonalizacji i optymalizacji tego programu” – mówił w październiku 2024 r. w sejmie wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. Są już pierwsze ofiary tej optymalizacji.
Niesprawiedliwa transformacja
Z programu Kolej Plus wypadł liczący 24 tys. mieszkańców Turek, drugie największe miasto województwa wielkopolskiego bez połączeń kolejowych.
Budowa linii Konin – Turek to jedna z pięciu koncepcji zgłoszonych do Kolei Plus przez władze Wielkopolski, których celem było to, aby dzięki programowi doprowadzić połączenia do wszystkich w regionie miast powiatowych pozbawionych kolei. Dla Gostynia, Śremu, Czarnkowa i Międzychodu przewidziano rewitalizację nieczynnych linii, a dla Turku budowę nowej linii (do miasta docierała kolej wąskotorowa z Kalisza, którą pociągi pasażerskie kursowały do 1991 r.).
Koncepcja budowy linii Konin – Turek wpisywała się w sprawiedliwą transformację, czyli działania Unii Europejskiej na rzecz regionów odczuwających negatywne skutki społeczno-gospodarcze odchodzenia od węgla. Konińskie zagłębie węgla brunatnego jest wśród europejskich regionów objętych mechanizmem sprawiedliwej transformacji, który – jak wskazuje Komisja Europejska – „jest kluczowym narzędziem służącym zapewnieniu, by transformacja na rzecz gospodarki neutralnej dla klimatu przebiegała w sposób sprawiedliwy, nie pozostawiając nikogo samemu sobie”.
W dokumencie „Koncepcja sprawiedliwej transformacji Wielkopolski Wschodniej” z 2021 r. wskazywano, że „kluczowa jest budowa linii kolejowej Konin – Turek, mająca na celu likwidację luki w systemie sieci kolejowej”. Przyjęty w 2022 r. przez Komisję Europejską „Terytorialny plan sprawiedliwej transformacji Wielkopolski Wschodniej” wśród wyzwań wymienił zmniejszanie wykluczenia komunikacyjnego i poprawę mobilności mieszkańców, wskazując, że realizacja przyjętych celów wymaga inwestycji w rozwój infrastruktury transportowej, w tym kolei.
W ramach Kolei Plus planowano budowę jednotorowej linii zelektryfikowanej, która umożliwiłaby przedłużenie do Turku trasy pociągów Kolei Wielkopolskich kursujących obecnie w relacji Poznań – Konin.
W sierpniu 2023 r. spółka PKP Polskie Linie Kolejowe za 16,2 mln zł zamówiła dokumentację projektową linii Konin – Turek. Pierwszym etapem było opracowanie koncepcji programowo-przestrzennej, która określiła, że budowa 38-kilometrowej linii pochłonie 1,1 mld zł. To prawie dwukrotny wzrost od 2021 r., kiedy to we wstępnym studium planistyczno-prognostycznym – zamówionym przez wielkopolski samorząd i w ramach naboru do Kolei Plus przekazanym spółce PKP PLK – koszt budowy linii został oszacowany na 660 mln zł. Program Kolej Plus opiera się na tym, że 15% kosztów pokrywają samorządy. Gdy więc koszty rosną, zwiększa się również samorządowy wkład – w przypadku linii z Konina do Turku z 99 mln zł do 165 mln zł.
Linia okazała się nieracjonalna
– „Budowa linii kolejowej Konin – Turek, po dokonaniu kolejnych analiz, okazała się nieracjonalna pod kątem niezbędnych nakładów finansowych” – oznajmił wielkopolski wicemarszałek Wojciech Jankowiak z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Słowa te padły na spotkaniu spółki PKP PLK, samorządu województwa wielkopolskiego i samorządów lokalnych w lutym 2025 r. w Poznaniu, gdzie oficjalnie ogłoszono koniec prac nad przedsięwzięciem.
Że tak się stanie, zapowiedział już pół roku wcześniej wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak: „W przypadku nowych linii kolejowych koszty zostały, i Konin – Turek jest tego przykładem, źle oszacowane” – mówił w sejmie w październiku 2024 r. – „Trwają uzgodnienia inwestora, PKP PLK, z marszałkiem i władzami lokalnymi, żeby zakończyć realizację tego zadania na etapie dotyczącym kwestii projektowych”.
Malepszak wskazywał, że na wzrost kosztów wpłynęły błędy popełnione przy planowaniu linii: we wstępnym studium uznano, że nowa linia przekroczy Wartę 30-metrowym mostem, ale potem konieczna okazała się budowa 600-metrowej przeprawy nad całą doliną i terenami zalewowymi.
Projekt po prostu zły
Piotr Malepszak od początku był sceptyczny wobec tego, że poza rewitalizacją nieczynnych linii do programu Kolej Plus włączono budowę nowych linii. W kwietniu 2022 r. jeszcze jako niezależny ekspert – półtora roku przed objęciem funkcji wiceministra – mówił „Gazecie Wyborczej”: „Mam duże wątpliwości, czy takie inwestycje jak linia z Konina do Turku – mimo że zostały zatwierdzone – będą realizowane i czy powinny być kwalifikowane do tego programu”.
Ze wszystkich koncepcji, które znalazły się w Kolei Plus, to właśnie linia Konin – Turek była najczęściej krytykowana przez Malepszaka: „To ślepy tor, który nie łączyłby się z inną linią kolejową w Turku. To jeszcze bardziej obniża możliwości wykorzystania takiej linii. Z ekonomicznego punktu widzenia ta inwestycja nie ma szans” – mówił „Gazecie Wyborczej” w marcu 2021 r. Gdy jednak pojawiły się głosy, że powstanie linii Konin – Turek może być pierwszym etapem tworzenia nowego ciągu łączącego Poznań z Łodzią i dogęszczającego rzadką sieć kolejową na styku województw wielkopolskiego i łódzkiego, Malepszak w lipcu 2024 r., już jako wiceminister, oznajmił portalowi Rynek Kolejowy: „Pomysły o ewentualnym wydłużeniu linii Konin – Turek w kierunku Łodzi wkładam między bajki, bowiem nie będzie to uzasadnione ekonomicznie, a przede wszystkim będzie konkurencją dla linii Y, która połączy przecież Łódź z Poznaniem przez Kalisz. To jest wymyślanie na siłę dodatkowego uzasadnienia do projektu, który jest po prostu zły. Kolej nie może dojeżdżać wszędzie i za wszelką cenę, bo nikogo nie stać na wożenie powietrza w pociągach za dziesiątki milionów po torach za miliardy złotych”.
Tam, gdzie zjeby są
Rządzący województwem wielkopolskim sojusz Koalicji Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Lewicy, która w swoim programie ma doprowadzenie kolei do wszystkich powiatów, nie podjął walki o zachowanie linii Konin – Turek w programie Kolej Plus.
Pozbawiony połączeń kolejowych powiat turecki jest – wraz z całą wschodnią częścią Wielkopolski – bastionem PiS. Partia ta uzyskuje tu znacznie lepsze wyniki niż w reszcie województwa. W wyborach do sejmu w 2023 r. PiS otrzymał w powiecie tureckim 47% głosów, a Koalicja Obywatelska 19%. Okręg senacki obejmujący powiaty turecki, kolski, koniński i miasto Konin to jedyna część województwa wielkopolskiego, w której wygrał kandydat PiS. Powiat turecki to też wyjątkowy jak na Wielkopolskę powiat, którego starosta należy do PiS. O wschodniej Wielkopolsce Donald Tusk w ujawnionej przez telewizję wPolsce24 rozmowie z Romanem Giertychem mówił: „Tam, gdzie zjeby są”.
Poseł PiS z Turku Ryszard Bartosik twierdzi, że rezygnacja z budowy kolei do tego miasta jest motywowana politycznie. – „Zamknięto już elektrownię i kopalnię węgla brunatnego. A nowa linia kolejowa mogłaby powiat turecki wspomóc i rozwinąć” – mówił w październiku 2024 r. na konferencji prasowej w Turku. I w kontekście zwołanego na czerwiec 2025 r. unijnego szczytu regionów węglowych w Koninie dodawał: „Ciekaw jestem, czy działacze Platformy Obywatelskiej pochwalą się tam, że zablokowali najbardziej ekologiczny środek transportu, projekt prorozwojowy dla regionu konińskiego i powiatu tureckiego”.
Rezygnacja z budowy linii stała się ponadto tematem kampanii prezydenckiej. – „Planowano połączenie kolejowe pomiędzy Koninem a Turkiem” – mówił w styczniu 2025 r. na wiecu w Turku Karol Nawrocki. – „Te inwestycje, które miały dać możliwość rozwoju całej aglomeracji konińskiej i sieci komunikacyjnej, jak powiedzieli mi samorządowcy, są wstrzymane”.
Symbol Kolei Plus
Z programu Kolej Plus znika też położone na południowym zachodzie województwa śląskiego Jastrzębie-Zdrój. Liczy ono 82 tys. mieszkańców i jest największym polskim miastem pozbawionym kolei. Gdy w 2001 r. z Jastrzębia-Zdroju odjeżdżał ostatni pociąg, miasto liczyło 97 tys. mieszkańców.
Zgłoszona do Kolei Plus przez samorząd województwa śląskiego koncepcja „Uzupełnienie sieci kolejowej o połączenie kolejowe Jastrzębia-Zdroju z Katowicami” zakładała odbudowę zlikwidowanych odcinków Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie i Żory – Orzesze oraz wykorzystanie istniejących odcinków Pawłowice Śląskie – Żory i Orzesze – Mikołów – Katowice.
Gdy w 2022 r. samorząd województwa śląskiego zawarł umowę z PKP PLK o przystąpieniu do programu w celu odbudowy linii do Jastrzębia-Zdroju, portal Rynek Kolejowy pisał, że „największe miasto bez kolei w naszej części Europy jest jednym z symboli programu Kolej Plus”. W 2022 r. władza w województwie śląskim była w rękach PiS, a prezydentem Jastrzębia-Zdroju była popierana przez KO i PSL Anna Hetman. Dziś jest odwrotnie: województwem śląskim rządzi sojusz KO, PSL i Lewicy, a prezydentem miasta jest Michał Urgoł z PiS. Jastrzębie-Zdrój to nie tylko największe miasto bez kolei, ale także – od wyborów samorządowych w 2024 r. – największe miasto, którego prezydentem jest polityk PiS.
Fatalny koniec sporu
W sierpniu 2023 r. PKP Polskie Linie Kolejowe za 11,9 mln zł zamówiły projekt odbudowy odcinków Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie i Żory – Orzesze. Wtedy zapowiedziano, że prace projektowe będą prowadzone do 2026 r., po czym zaczną się prace budowlane, które potrwają do 2029 r. i wówczas uruchomione zostaną pociągi relacji Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie – Żory – Orzesze – Katowice. Oprócz Jastrzębia-Zdroju zyskałyby też 62-tysięczne Żory, które obecnie nie mają bezpośrednich połączeń do Katowic.
Jastrzębie-Zdrój zostało objęte nie tylko realizowanym przez PKP PLK programem Kolej Plus, ale też planami spółki Centralny Port Komunikacyjny dotyczącymi budowy biegnącej do Czech linii dużych prędkości Katowice – Ostrawa z odnogą do Jastrzębia-Zdroju. Założono, że odnoga planowana przez CPK wbiegnie do miasta od zachodu, a linia reaktywowana w ramach Kolei Plus od wschodu (przed likwidacją kolei wbiegały do Jastrzębia-Zdroju trzy linie: od wschodu, zachodu i południa).
Linie miały połączyć się na planowanej stacji Jastrzębie-Zdrój Centrum, docelowo umożliwiając średnicowy przejazd przez miasto pociągów kursujących w dłuższych relacjach. Jednakże podczas uzgadniania przebiegu dwóch linii oraz ich punktu styku wybuchł między CPK i PKP PLK konflikt. Doszło nawet do tego, że w 2023 r. spółka CPK złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez władze PKP PLK, zarzucając im opieszałość narażającą skarb państwa na znaczną szkodę.
Wreszcie w marcu 2025 r. ogłoszono koniec sporu. „Dzięki współpracy CPK oraz PKP PLK dokonano rewizji założeń inwestycyjnych w regionie Śląska oraz uzgodnień w zakresie dalszej realizacji rozbudowy sieci kolejowej” – oznajmiono na stronie internetowej CPK, przytaczając słowa członka zarządu Piotra Rachwalskiego: „Kończymy wieloletni spór i wprowadzamy racjonalne rozwiązanie infrastrukturalne, które przyniesie mieszkańcom województwa śląskiego szybkie, komfortowe i nowoczesne połączenia kolejowe”.
W branżowych portalach zaroiło się od takich tytułów: „Koniec wieloletniego sporu – nowe perspektywy dla kolei na Śląsku”, „Współpraca zamiast rywalizacji”, „Koniec sporu PKP PLK i CPK o Jastrzębie-Zdrój”. Tak na te wieści zareagował na antenie Radia 90 prezydent największego polskiego miasta bez kolei Michał Urgoł: „To jest fatalna informacja dla mieszkańców Jastrzębia-Zdroju”.
Temat jest już ustalony
Konflikt spółek PKP Polskie Linie Kolejowe i Centralny Port Komunikacyjny postanowiono zakończyć decyzją, że zaplanowanej w programie Kolej Plus odbudowy linii do Jastrzębia-Zdroju nie będzie. – „Ze względu na powiązanie i podobny projekt realizowany przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny po zakończeniu dokumentacji projektowej nie przewidujemy dalszej realizacji linii kolejowej pomiędzy Jastrzębiem a Katowicami. Ten temat jest już ustalony pomiędzy spółkami. To jest drugi z projektów, którego na dzień dzisiejszy, można powiedzieć, nie będziemy realizować” – mówił na początku czerwca 2025 r. podczas poświęconego programowi Kolej Plus posiedzenia sejmowej komisji infrastruktury Rafał Banaszkiewicz, pełnomocnik zarządu PKP PLK ds. przygotowania inwestycji.
Warte 11,9 mln zł prace projektowe nie zostały przerwane, co w Jastrzębiu-Zdroju budzi nadzieje na zmianę decyzji o wykreśleniu miasta z programu Kolej Plus. „Niedopuszczalne byłoby zaniechanie tej inwestycji” – napisał jastrzębski poseł PiS Grzegorz Matusiak w interpelacji do resortu infrastruktury. W odpowiedzi wiceminister Piotr Malepszak przekonywał: „Należy podkreślić, że w ramach projektu realizowanego z programu Kolej Plus zakładany czas przejazdu na odcinku Katowice – Jastrzębie-Zdrój dla pociągów regionalnych (z postojami na wszystkich stacjach i przystankach) to około 1 godz. 12 min., natomiast w ramach projektu kolei dużych prędkości to jedynie 35 min.”.
To dwa razy szybciej. Tyle że linią, którą ma zbudować spółka CPK, pociągi z Jastrzębia-Zdroju do Katowic wyruszą nie za cztery lata, lecz dopiero – o ile wszystko dobrze pójdzie – za lat kilkanaście.
W 2029 r. – na kiedy planowane było otwarcie odbudowanego w ramach programu Kolej Plus ciągu do Jastrzębia-Zdroju – linia dużych prędkości z Katowic do Ostrawy z odnogą do Jastrzębia-Zdroju jeszcze nawet nie będzie budowana. – „Inwestycja jest na etapie ukończonej koncepcji programowo-przestrzennej oraz procedowanego wniosku o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. Według aktualnego harmonogramu zakończenie etapu projektowego zaplanowano na rok 2030, a rozpoczęcie prac budowlanych zaplanowano po roku 2032” – mówi rzecznik prasowy CPK Agnieszka Stefańska-Krasowska. I dodaje, że otwarcie linii jest planowane – według aktualnego harmonogramu – na 2037 r. Na razie nie są ustalone źródła finansowania tego przedsięwzięcia. – „Staramy się w przypadku inwestycji kolejowych korzystać zarówno ze środków budżetowych, jak i finansowania unijnego, gdyż jak większość projektów infrastrukturalnych ważnych w kontekście realizacji polityk klimatycznych Unii Europejskie ma on duże szanse na dofinansowanie ze środków unijnych – zapewnia rzeczniczka CPK.
Nie ma dziś żadnej pewności, czy za kilka lat – w sytuacji problemów z finansowaniem – ktoś nie podejmie decyzji, aby linię dużych prędkości z Katowic do Ostrawy budować jednak bez odnogi do Jastrzębia-Zdroju.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/137 lipiec-sierpień 2025)
http://www.zbs.net.pl
przez Karol Trammer | wtorek 8 lipca 2025 | opinie
Polityczna polaryzacja obejmuje nawet bilety – po zmianie rządu prace nad integracją taryf transportu publicznego zaczęły się od nowa. Czy Ogólnopolski Bilet Zintegrowany uda się wprowadzić do końca kadencji?
Mija jedna trzecia kadencji rządów partii, które do wyborów szły z obietnicami wprowadzenia ogólnopolskiego taniego biletu sieciowego na transport publiczny.
Już w styczniu 2023 r. stworzenia takiego biletu domagała się od rządu Prawa i Sprawiedliwości partia Polska 2050, wtedy jeszcze będąca w opozycji. – „Apelujemy, żeby rząd wprowadził jeden bilet za około 150 zł, to 5 zł dziennie. Za te 5 zł dziennie każdy z nas ma możliwość jazdy komunikacją miejską, regionalną i ponadregionalną” – mówił Szymon Hołownia. Następnie w programie wyborczym kierowanej przez niego Polski 2050 stanęło: „Wprowadzimy jeden bilet miesięczny, dzięki któremu będziemy mogli podróżować wszystkimi środkami transportu zbiorowego po całej Polsce za 150 zł”.
Z kolei Lewica w swoim programie zawarła punkt „Transport lokalny za 59 zł miesięcznie” i obiecała: „Na wzór niemiecki wprowadzimy abonament na komunikację miejską, gminną oraz kolej regionalną w całym kraju”.
PolenTicket?
Na polskich politykach wrażenie zrobił 9-Euro-Ticket, który przez trzy miesiące – od czerwca do sierpnia 2022 r. – funkcjonował w Niemczech. Kupując bilet za 9 euro, a więc za niecałe 40 zł, można było przez miesiąc bez ograniczeń podróżować w całych Niemczech koleją regionalną, autobusami lokalnymi i transportem miejskim. Następcą biletu 9-Euro-Ticket jest działający od maja 2023 r. Deutschlandticket – umożliwia on korzystanie z kolei regionalnej, autobusów lokalnych i transportu miejskiego w całym kraju za 58 euro miesięcznie (około 240 zł). Działa na zasadzie subskrypcji – bilet kupuje się na rok i co miesiąc z konta bankowego pobierana jest kwota 58 euro. Pod koniec 2024 r. wykupione bilety Deutschlandticket miało 13,5 mln osób. Bilet funkcjonuje dzięki dofinansowaniu rządu federalnego i landów, które przeznaczają w sumie 3 mld euro rocznie na pokrycie przewoźnikom przychodów utraconych przez to, że osoby posiadające Deutschlandticket nie kupują już standardowych biletów.
W Austrii od 2021 r. dostępny jest Klimaticket, który kosztuje na rok 1179,30 euro (około 4900 zł). Ważny jest on nie tylko w transporcie miejskim, autobusach lokalnych i pociągach regionalnych, ale także w pociągach dalekobieżnych – zarówno państwowego przewoźnika ÖBB, jak i prywatnych spółek WestBahn i RegioJet.
W Węgrzech od 2023 r. dostępny jest sieciowy bilet miesięczny na cały kraj, który kosztuje 18900 forintów (czyli około 200 zł) – jest honorowany w pociągach regionalnych i dalekobieżnych, autobusach lokalnych oraz transporcie miejskim w Budapeszcie. Tani bilet sieciowy stworzono po tym, gdy w
2021 r. państwowy przewoźnik kolejowy MÁV został właścicielem działającego w całym kraju operatora autobusowego Volánbusz.
Gdy Lewica i Polska 2050 weszły do koalicji rządowej, szybko stopniał ich zapał do wprowadzenia w Polsce biletu sieciowego na wzór rozwiązań funkcjonujących w Niemczech, Austrii i Węgrzech.
Wykolejony Wspólny Bilet
W umowie koalicyjnej zawartej w listopadzie 2023 r. przez Koalicję Obywatelską, Polskie Stronnictwo Ludowe, Polskę 2050 i Lewicę znalazł się taki oto ogólny zapis: „Utworzymy zintegrowany system pozwalający kupić bilet na przejazd z wykorzystaniem dowolnych środków transportu zbiorowego”.
Zaledwie trzy miesiące później namiastka takiego rozwiązania – istniejąca od 2018 r. i obejmująca wszystkich przewoźników kolejowych oferta taryfowa Wspólny Bilet – została pozbawiona sensu. Taki jest skutek wprowadzonej w lutym 2024 r. drastycznej podwyżki cen Wspólnego Biletu (kolejna była w styczniu 2025 r.). Przykładowo cena Wspólnego Biletu z Radomia do Łukowa z przesiadką w Dęblinie z Kolei Mazowieckich na Polregio w ciągu roku wzrosła najpierw z 22,50 zł do 40 zł, a następnie do 44 zł. Tym samym Wspólny Bilet stał się znacznie droższy od biletów kupowanych oddzielnie – wówczas za przejazd z Radomia do Łukowa płaci się 35,80 zł (12,80 zł za bilet Kolei Mazowieckich Radom – Dęblin i 23 zł za bilet Polregio Dęblin – Łuków).
Wspólny Bilet, wprowadzony w 2018 r. pod auspicjami Ministerstwa Infrastruktury, miał być stopniowo rozwijany. W 2020 r. resort – kierowany wówczas przez Andrzeja Adamczyka z PiS – zapowiadał rozwój oferty między innymi poprzez „rozszerzenie jej o przewoźników autobusowych oraz lokalny transport zbiorowy w poszczególnych aglomeracjach”.
Ministerstwo nie posiada kompetencji
Gdy po zmianie władzy znacząco wzrosły ceny Wspólnego Biletu, dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” poprosił Ministerstwo Infrastruktury o stanowisko w tej sprawie. – „Warunki funkcjonowania Wspólnego Biletu określa umowa zawarta pomiędzy uczestnikami tej inicjatywy. Ministerstwo Infrastruktury nie jest stroną umowy i nie posiada kompetencji do akceptowania działań przewoźników podejmowanych w jej ramach” – odparł w lutym 2024 r. Rafał Jaśkowski z resortu infrastruktury.
Ministerstwo z jednej strony dystansowało się od właśnie zepsutej podwyżką oferty Wspólny Bilet, a z drugiej strony zapowiedziało wprowadzenie… wspólnego biletu. W marcu 2024 r. minister infrastruktury Dariusz Klimczak z PSL oznajmił na antenie TVP Info: „Około roku 2027 będziemy mieli wspólny bilet”.
Nieco więcej szczegółów podał w maju 2024 r. wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak: „Ministerstwo Infrastruktury bada możliwość wprowadzenia Ogólnopolskiego Biletu Zintegrowanego, łączącego różne rodzaju transportu publicznego. Wspomniany projekt to zaawansowany i kompleksowy koncept odpowiadający na rosnące wyzwania związane z mobilnością miejską i regionalną oraz potrzebą promowania zrównoważonych form transportu w Polsce” – mówił rok temu w telewizji TVN24. – „Docelowo system powinien obejmować cały transport publiczny, na zasadzie dobrowolności”.
Biletowe déjà vu
Dopiero w lutym 2025 r. minister Dariusz Klimczak wydał zarządzenie powołujące zespół do spraw projektu Ogólnopolski Bilet Zintegrowany. W skład tego zespołu weszli między innymi wiceminister Piotr Malepszak (jako przewodniczący komitetu sterującego), dyrektor Instytutu Kolejnictwa Andrzej Massel i szef ministerialnego departamentu kolejnictwa Tomasz Warsza.
Czytając zarządzenie ministra Klimczaka, można poczuć déjà vu. Dziewięć lat temu podobny akt wydał bowiem jego poprzednik z rządu Prawa i Sprawiedliwości: Andrzej Adamczyk zarządzeniem z maja 2016 r. powołał komitet sterujący do spraw projektu Wspólny Bilet. Bilet pod tą nazwą został wprowadzony w grudniu 2018 r. Choć prace komitetu trwały aż dwa i pół roku, to ofertę wdrożono z szeregiem niedoskonałości. Nie umożliwiono zakupu Wspólnego Biletu u drużyn konduktorskich i w automatach biletowych. Gdy część podróży odbywa się Kolejami Mazowieckimi, to nie da się kupić Wspólnego Biletu przez internet, a gdy Kolejami Dolnośląskimi, to nie można go kupić w kasie biletowej. Co więcej, z Wspólnego Biletu nie można skorzystać, gdy podróż zawiera przesiadkę trwającą krócej niż 10 minut.
Wbrew zapowiedziom na temat rozwoju Wspólnego Biletu nie zdołano rozszerzyć tej oferty o bilety okresowe. Na polskiej kolei brakuje biletu miesięcznego pozwalającego na przejazdy pociągami regionalnymi i dalekobieżnymi. Przede wszystkim na tych odcinkach, gdzie dopiero pociągi z obydwu segmentów łącznie zapewniają atrakcyjną ofertę. Na przykład z Olsztynka do Olsztyna kursuje tylko pięć pociągów regionalnych dziennie (o 5:08, 6:36, 8:46, 15:08 i 19:35), ale już razem z pociągami PKP Intercity połączeń jest 12 na dobę (o 5:08, 6:36, 7:58, 8:46, 9:58, 11:58, 15:08, 15:59, 18:01, 19:35, 20:03, 22:01). Jak dotąd tylko na trasie Warszawa – Łódź wprowadzono zasadę, że bilety okresowe PKP Intercity są honorowane w pociągach spółek Polregio i Łódzka Kolej Aglomeracyjna. Już mało kto pamięta, że kilkanaście lat temu na polskiej kolei bilety miesięczne i kwartalne na pociągi regionalne były ważne również w pociągach dalekobieżnych.
Za rządów PiS Ministerstwo Infrastruktury – mimo składanych zapowiedzi – nie zdołało rozszerzyć Wspólnego Biletu o lokalne połączenia autobusowe i transport miejski.
Po zmianie rządu resort infrastruktury, zamiast jednak udoskonalić i rozwinąć istniejącą ofertę Wspólny Bilet, postanowił prace nad integracją taryfową zacząć od zera – najpierw od wymyślenia nowej nazwy.
Jak widać, polityczna polaryzacja obejmuje nawet kwestię biletów. Każda strona sceny politycznej zaczyna od początku prace nad rozwiązaniami, które mają zapewnić integrację taryfową różnych środków transportu publicznego.
Jak wynika z założeń Ministerstwa Infrastruktury, w ramach Ogólnopolskiego Biletu Zintegrowanego wprowadzone mają zostać bilety jednorazowe i miesięczne na daną relację bez względu na przewoźnika i godzinę odjazdu, a także bilet obejmujący wszystkich kolejowych przewoźników regionalnych i komunikację miejską, przy czym resort na razie nie zdradza, czy miałby być to, podobnie jak Deutschlandticket, bilet ogólnokrajowy.
Razem, a jednak osobno
W Polsce obecnie nie istnieje bilet sieciowy, który umożliwiałby poruszanie się pociągami wszystkich przewoźników regionalnych.
Bilet Turystyczny – który kosztuje 59 zł i ważny jest od 18:00 w piątek do 6:00 w poniedziałek – honorowany jest w pociągach spółek Polregio, Koleje Małopolskie, Koleje Wielkopolskie, Łódzka Kolej Aglomeracyjna i Arriva. Ci sami przewoźnicy honorują też RegioKarnet – bilet sieciowy w cenie 93 zł, który ważny jest przez trzy dowolnie wybrane doby w ciągu dwóch miesięcy. Z akceptowania Biletu Turystycznego i RegioKarnetu najpierw w 2018 r. wycofały się Koleje Dolnośląskie, a następnie w 2021 r. Koleje Śląskie (biletów tych nigdy nie uznawały Koleje Mazowieckie, Warszawska Kolej Dojazdowa i PKP Szybka Kolej Miejska w Trójmieście).
Równocześnie istnieje Wspólny Bilet Samorządowy – kosztuje on 59 zł i uprawnia do podróżowania przez 24 godziny pociągami wszystkich z wyjątkiem Polregio spółek regionalnych: Kolei Mazowieckich, Warszawskiej Kolei Dojazdowej, Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, Kolei Śląskich, Kolei Małopolskich, Kolei Wielkopolskich, Kolei Dolnośląskich i Arrivy.
Prologiem działań Ministerstwa Infrastruktury na rzecz integracji taryf mogłoby być wyjście z inicjatywą zszycia Wspólnego Biletu Samorządowego, Biletu Turystycznego i RegioKarnetu w spójną paletę sieciowych biletów czasowych – dobowych, weekendowych czy trzydniowych – uznawanych przez wszystkich bez wyjątku regionalnych przewoźników kolejowych. Wskazane byłoby przy tym nawiązanie współpracy z organizatorami połączeń autobusowych, aby włączyli się w ofertę sieciowych biletów czasowych, dzięki czemu byłyby one uznawane na przykład przez Komunikację Beskidzką, Podkarpacką Komunikację Samochodową czy Grodziskie Przewozy Autobusowe. Niektórzy organizatorzy komunikacji autobusowej mogą być otwarci na taką współpracę, jako że sami z siebie już premiują pasażerów kolei. Grodziskie Przewozy Autobusowe dają 45% zniżki na bilety miesięczne osobom, które posiadają bilet miesięczny Kolei Mazowieckich lub Warszawskiej Kolei Dojazdowej, zaś w komunikacji autobusowej gminy Kobierzyce posiadaczom biletów okresowych Kolei Dolnośląskich przysługują bezpłatne przejazdy liniami dowozowymi do stacji kolejowych.
Pożądane byłoby też wyjście z propozycją do zarządów transportu w miastach, aby i oni honorowali sieciowe bilety czasowe, które mogłyby powstać po zszyciu ofert Bilet Turystyczny, RegioKarnet i Wspólny Bilet Samorządowy.
Podjęcie przez Ministerstwo Infrastruktury kooperacji z przewoźnikami kolejowymi, organizatorami lokalnych połączeń autobusowych i zarządami transportu miejskiego w kwestii czasowych biletów sieciowych stworzyłoby platformę praktycznej współpracy u progu prac nad Ogólnopolskim Biletem Zintegrowanym, które mają wiązać się z takimi wyzwaniami jak ujednolicenie ulg ustawowych, spajanie systemów sprzedaży biletów czy stworzenie wyszukiwarki połączeń obejmującej wszystkie środki transportu zbiorowego.
Stworzenie sieciowych biletów czasowych byłoby również wyjściem w stronę realizacji składanych przed wyborami parlamentarnymi przez Lewicę i Polskę 2050 obietnic dotyczących stworzenia atrakcyjnego cenowo biletu obejmującego kolej, autobusy lokalne i transport miejski w całej Polsce. Pytanie tylko, czy partie te jeszcze pamiętają, że obiecały wprowadzenie takiego rozwiązania.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Małgorzata Greszta | niedziela 29 czerwca 2025 | opinie
Szpital jest miejscem urzeczywistniania się socjalistyczno–biblijnej egalitarnej utopii – połowicznie, bo tylko w grupie pacjentów. Król kładzie się do łóżka nagi – bez rzeczy, bez autorytetu. Istnieje co prawda bardzo wątpliwy system nadawania wybranym statusu vipowskiego, ale w rzeczywistości nie wpływa on znacząco na opiekę.
Pewna elegancka kobieta, w dość dobrej jeszcze kondycji fizycznej, spała na jedwabnej poduszce i odtwarzała Brahmsa na spotifaju. Trudno powiedzieć, czy chodziło o bunt przeciwko odebraniu jej kontroli, czy o pogardę i wstręt dla innych chorych, czy o lęk przed śmiercią. Jedwabie szybko zabrudziły się płynami ustrojowymi, duszące perfumy wymieszały z wonią moczu, a Brahmsa zagłuszyły jęki bezdomnego pacjenta z sali obok. Przegrała batalię o władzę nad tą wspólną i jednakową dla każdego rzeczywistością, ale szybko wyszła. Prawdopodobnie ma jeszcze trochę czasu, żeby przygotować się na ostateczną miarę i wagę swojego dobytku i pożegnanie z siłą. Nie pamiętam jak ta kobieta miała na imię, nie nawiązałam z nią relacji, ale z ciekawością ją obserwowałam. Stała się dla mnie jakimś symbolem.
Ciało
Nigdy wcześniej nie dotykałam nagiego ciała zupełnie obcego człowieka. Robiłam kurs przez internet – wątpliwy tryb nauki, ale braki kadrowe są tak duże, że nie stanowiło to problemu. Funkcja opiekuna medycznego to nie są skomplikowane czynności. Małe ryzyko popełnienia błędu śmiertelnego w skutkach, raczej wyłącznie fizyczny wysiłek, ale sypiać zaczęłam dopiero po tygodniu. Pamiętam pierwsze zdania, które powiedziała do mnie starsza opiekunka: „Popatrz, pani krwawi z dróg rodnych. Szybko. Musimy założyć nowego pampersa bo zaraz śniadanie”. No to założyłyśmy. Udawałam, że to dla mnie chleb powszedni. To była Pani Maria, emerytowana inżynier. Ciągle prosiła o papierosy. Leżała pod tlenem – patowa sytuacja. Sama wtedy paliłam, więc wiem jak jej tego brakowało.
Gdy maszyna ludzka kładzie się w łóżku, jest w położeniu przeciwko życiu. Im bardziej zawęża się perspektywa – do czterech ścian sali, ruchu gałek ocznych – tym bliżej śmierci. Martwota to brak ruchu. Im więcej lataniny, harmidru wokół, tym więcej życia. Jeden z pacjentów nazywał mnie „muszką”. Jego uwaga skupiała się na biegu, w jakim byłam bez ustanku – w opozycji do jego położenia. Z biegiem czasu perspektywa się zawęża. Wszystko odnosi się do rzeczywistości szpitalnej, do tego, co dzieje się na tej odizolowanej wyspie. Tu są inne prawa, obyczaje, to inna strefa psychiczna – graniczna.
Szpital jest żałosny, upokarzający, obrzydliwy, piękny i prawdziwy. Powstrzymując się przed wymiotami, które wywołują zapachy kału, krwi, ropy, można jednocześnie dotykać najbardziej ważkich pojęć ontologicznych. Smród chorującego ciała jest mistyczny – może być. W majestacie śmierci wszystko się rozpada, unieważnia, traci wartość. Thomas de Quincey, który napisał „Ostatnie dni Emmanuela Kanta”, uważał, że portretować ludzi należy, gdy się starzeją, bo nie zostaje już czasu i siły na grę w pozory. Kiedy słabną możliwości poznawcze, sypią się wszystkie obudowy, pancerze: klasowe, kulturowe, społeczne. Intelektualne tuzy czasem maleją w mgnieniu oka.
To, co w zasadzie jest oczywiste i przewidywalne, wywołuje szok. Człowiek u swojego kresu staje goły, zwykły, bezwzględnie równy w swojej marności wobec innych chorych i starych. I wtedy widać właściwie tylko sumę wyrządzonego zła i dobra, pokory lub buty, tego, czy się świat uniosło – czy nie. Ci lepiej sytuowani mają czasami trochę lepszą opiekę, dodatkowe dyżury pielęgniarskie albo częstszą zmianę pampersa w zamian za obdarowywanie personelu słodkimi tortami. Ale odchody ludzkie zawsze śmierdzą tak samo, a brak kontroli nad swoim ciałem upokarza i zawstydza każdego bez wyjątku. Każdemu jednakowo zakłada się cewnik i wkłucie dożylne.
Szpitale są wyspami cierpienia w rzeczywistości, w której kłamliwie zapewnia się nas, że za odpowiednią cenę można się od niego wykupić. Są syntezą prawdy o sobie samym i życiu – miażdżącą. Dorobek cywilizacyjny jest właściwie woalem zakrywającym ostateczną istotę bytu. Życie w zdrowiu jest trwaniem w iluzji i samooszukiwaniem, chroniącym przed okrucieństwem prawdy wypchniętej poza świadomość. Konfrontacja z nią odbywa się często na granicy szaleństwa, jest upokorzeniem.
Adrenalina
To była interna, nie oddział psychiatryczny, ale w powietrzu wisiały obłęd i panika. Jedni zarażali się od drugich. Kadra od pacjentów. Chorobę po prostu ciężko unieść, ciężko zachować jasność umysłu, chociaż neurolog nie stawia żadnej diagnozy. Ludzie – zwłaszcza z karetek, przyjeżdżają w szoku. Dramatycznie się boją i cierpią. Różnie sobie z tym radzą, niektórzy biją, plują, bluzgają. Zawsze jest co najmniej jeden taki pacjent na oddziale. Wedle egzystencjalistów, każde cierpienie emocjonalne sprowadza się do lęku przed śmiercią – bojaźni i drżenia. Tkwiący w podświadomości strach przed roztrwonieniem życia, zniweczeniem go, można uznać za przyczynę wszelkich zaburzeń psychicznych.
Lęk tanatyczny to jedno. Szpital jest instytucją totalną. Ręka podniesiona na pielęgniarkę może być wyrazem braku zgody na proceduralne ubezwłasnowolnienie. Zniesione są tu wszelkie hierarchie obowiązujące na zewnątrz. Zastępuje je hierarchia władzy nad życiem. Kolejno najpierw ustawia się lekarzy jako posiadających największą sprawczość, a następnie – wedle sprawczości właśnie – resztę kadry medycznej. Później jest wielka przepaść i pacjenci – niemal zupełnie pozbawieni władzy i siły. Szpital sankcjonuje tę stratę, jest nią napędzany. Stanowi ona usprawiedliwienie jego istnienia i potwierdza zasadności panujących reguł.
Każdy oddział szpitalny jest osobnym organizmem – chorym. Ciało medyczne: pielęgniarskie, lekarskie, opiekuńcze, krąży wokół łóżek pacjentów jak krew wokół toczonych chorobą organów. Właściwie choruje cały budynek. Chore jest powietrze, chora jest cała aparatura. I tak od dyżuru do dyżuru choruje każdy, kto przekroczy próg szpitala. To się po prostu jakoś chłonie. Dopóki się tam jest, dopóki czuje się ten zapach.
Anormalne funkcjonowanie uzasadnia uzależnienie od adrenaliny. Połowa opiekunów mówi, że jest tu na jakiś czas, że nie da rady tak pracować do końca życia, kręgosłup nie wytrzyma. Ja przeciążenie czułam jeszcze miesiąc po odejściu z pracy. Pacjenci mówili: „dziecko, zawołaj kogoś, przecież ty masz rączki jak gałązki”. Chciałabym nie mieć, ale takie rzeczywiście mam. Nie dawałam rady z pacjentami, którzy ważyli dwa, trzy razy tyle, co ja. Na adrenalinie człowiek może naprawdę dużo – oczywiście do czasu. I dlatego to się jakoś kręci. Albo się tam idzie pracować już od niej uzależnionym, albo to przychodzi w trakcie. Może nie każdemu, ale to powszechne.
W dniu, gdy przyjechałam do kadr podpisać umowę, zatrudniano młodego chłopaka. Wyglądał jak przerośnięty maturzysta. Był w moim wieku. Zaprzyjaźniliśmy się. Jeździłam z nim potem do poradni odwykowej, szukałam ośrodków zamkniętych. Opowiadał, jak było na detoksie, kogo poznał, że kolegę Chady, mokotowskich. Ciągle coś opowiadał, był pogodny, trochę dziecinny. Na oddziale były pacjentki urodzone jeszcze przed wojną. Nie mieściło im się w głowie, że będzie je dotykał młody chłopak. Być może to był tylko wstyd, ale mogły to być też traumy okupacyjne. Hela, gdy tylko widziała, że Mateusz się zbliża, wrzeszczała: „Wynoś się, gnoju, won”. W końcu oddziałowa kategorycznie zakazała mu wchodzenia na jej salę. Któregoś dnia mi powiedział: „Gdy cię nie było, to Hela mnie zawołała i przytuliła”. Ciężko było się na niego gniewać, nie lubić go. Nie wiem, czy najpierw były narkotyki czy szpital, ale to się świetnie uzupełnia. To wszystko, co dzieje się w szpitalu, może zastępować używki – albo odwrotnie.
Pracownicy nie mają wsparcia psychologicznego, nie są uczeni radzenia sobie ze stresem. Kiedy byłam zatrudniana w marcu 2024 roku, nie musiałam przedstawiać ani zaświadczeń ani o niekaralności, ani o niefigurowaniu w rejestrze przestępców seksualnych. Okazanie takich dokumentów jest konieczne do podjęcia pracy np. w bibliotece. Taki stan rzeczy ukazuje zasadniczy problem: braku ludzi. Kiedyś w windzie pielęgniarka powiedziała mi, że dojeżdża z lubelskiego – a pracowałyśmy w Warszawie.
Hierarchie
Pracownicy funkcjonują w systemie konserwatywnej hierarchii, która nosi znamiona być może pańszczyźnianej jeszcze przemocy. Zwierzchność przy okazji służy wentylowaniu psychiki z frustracji i zmęczenia.
Kadra niższego stopnia nie ma przywileju prowadzenia rozmów z pacjentami. Tylko zwięzłe treści, czasem przemycane półuśmiechy i współczujące spojrzenia. Łatwo zostać oskarżonym o miganie się od obowiązków, opóźnianie pracy, działanie na niekorzyść ogółu. Czas dla chorych jest reglamentowany. Lekarzy zazwyczaj zna się z imienia i nazwiska, pielęgniarki i opiekunki czasem z imienia – gdy się je usłyszy albo zapyta. Do obowiązku lekarza należy prowadzenie empatycznego dialogu z pacjentem, do obowiązku kadry niższej – nie. Nie ma na to czasu.
Kiedy pacjent mówi po imieniu, to nobilitacja. Nigdy nie czułam się tak szanowana za wykonywaną pracę jak wtedy, gdy pacjenci żegnali się ze mną po zakończeniu dyżuru. Po imieniu. Wychodziłam tylnymi drzwiami i słyszałam zza pleców jak pacjentka woła: „Do widzenia, pani Małgosiu!”. Ona dalej w szlafroku, ponuro zaciąga się papierosem, ja już po cywilnemu, wracam do świata zdrowych, ale wciąż czuję działanie adrenaliny, dopaminy, endorfiny. Już za ogrodzeniem robi się tak lekko, życie jest proste, problemy wcześniej poważne – trywialne. Ta praca ustawia obserwatora w szlachetnym dystansie. To nie tylko zmiana perspektywy, ale także chemia mózgu – triada szczęścia. Wydzielające się podczas dyżurów hormony często przesądzają o pozostaniu w zawodzie, pomagają znieść więcej i więcej, pracować na drugi etat, wytrzymać poniżanie.
Pierwszego dnia przyszłam za pięć siódma na dyżur, a o siódmej dziesięć, po ekspresowej rozmowie z oddziałową, poszłyśmy z Władzią na sale robić swoje. Władzia miała ze sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i mniej więcej tyle samo kilometrów pokonywała w drodze do pracy. Twarda baba, z silnym temperamentem i pogodą ducha. Przedsiębiorcza – nie mogła się oduczyć oszczędzania na rękawiczkach, za co regularnie dostawała reprymendy od pielęgniarek. To chyba było silniejsze od niej. Mówiła, że bardzo wcześnie musiała zacząć pracować, że w domu było sporo gęb do wykarmienia, bieda. Jedni ją kochali za to, że przytuliła, potrzymała za rękę, pocieszyła. Inni kompletnie nie tolerowali i wnosili skargi na „rażące nieprzestrzeganie procedur higieny i niestosowne uwagi”. Dawno by przez to wyleciała, ale nie było nikogo na jej miejsce. Największą kosę miała z łapówkarzami, z pacjentami, których rodziny obdarowywały pielęgniarki prezentami, albo po prostu z tymi, po których na pierwszy rzut oka widać było pozycję społeczną. Nie uznawała podziałów na lepszych i gorszych – i bardzo mi tym imponowała. Miała swoją godność klasową i chociaż czasem trochę przesadzała, to trzymałam jej front.
Minął rok, ale wciąż pamiętam imiona pacjentów. Olę, dwa lata starszą ode mnie, chorowała na marskość wątroby. Nie miała już nawet zębów, gdy woziłam ją na gastroskopię. Pana Krzysztofa, emerytowanego kompozytora. Bardzo cierpiał, miał martwicę, owrzodzenia. Jasię, Anielcię, Piotrka. Wszyscy nie żyją. W ciągu dwóch miesięcy umarło osiem osób.
Największym ciężarem tej pracy są wydarzenia pozamedyczne. Inżynieryjny punkt widzenia nauki w zderzeniu z nagłą emanacją lęków tkwiących w podświadomości, doprowadza do wielu klęsk komunikacyjnych. Szpital jest punktem kontrolnym, czasem ostatnim, zazwyczaj pobyt tam ma znaczenie fundamentalne, strategiczne z perspektywy ogółu życia człowieka. Śmierć jest paroksyzmem życia, jak pisał de Chardin. Szpital jest kondensacją prawdy i istoty trwania. W mgnieniu oka okazuje się, że środowiska i klasy są sztuczne, poglądy polityczne są sztuczne, maniery, tytuły, wiedza – to ostatecznie jest wszystko nic nie warte i zmyślone. Gdy się już człowiek tego wyzbędzie, gdy to uleci, gdy się położy w białej pościeli, to zostaje tylko spojrzenie i to, co jest w oczach. Rdzeń, prawda.
Małgorzata Greszta
PS. Imiona zostały zmienione ze względu na ochronę prywatności.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Engin Akyurt from Pixabay.