Nic nie umiera, wszystko ciągle wraca

Nic nie umiera, wszystko ciągle wraca

Druga połowa października to oficjalny sezon na duchy i upiory, toteż nie mogłem sprostać pokusie przygotowania tekstu dotykającego tematyki „nawiedzania”. Dla optymalnych warunków zachęcam czytelników do włączenia albumu „Disintegration Loops” Williama Basinskiego. Wydaje mi się adekwatnym tłem dla poniższego tekstu.

Ujęcie pierwsze – banda rozbawionych chłopaków gra w gry komputerowe, a na dole podpis:

„2019: Hej chłopaki, przez tego wirusa mamy dwa tygodnie wolnego! Kto gra całą noc?”.

Ujęcie drugie to kadr z dowolnego filmu, w którym osamotniony bohater jest na skraju załamania nerwowego. Jedyny tekst nałożony na klip to:

„2025:”

Wariacji na temat tej popularnej kliszy widziałem w tym roku prawdopodobnie dziesiątki. W zeszłym roku dokładnie tyle samo (naturalnie, data wskazywała wówczas na rok 2024), tak samo i rok wcześniej. Również komentarze wydają się być takie same: „Nie wiem, gdzie się podziało ostatnich pięć lat”, „Może wszyscy umarliśmy w 2020 i teraz serio jesteśmy w jakimś potrzasku?” albo „Jeśli tak wyglądają najlepsze lata naszego życia, to nie chcę wiedzieć jak będą wyglądały najgorsze”. Rok po roku ta sama klisza zdaje się odzwierciedlać apatycznego ducha czasu, zeitgeist, który nie jest w stanie nakreślić granicy między latami zlewającymi się w jedną masę. Ducha czasu, który, pozbawiony optymizmu, kurczowo trzyma się przeszłości, bezpieczeństwa dawnych lat. Zaryzykuję stwierdzenie, że do końca roku kalendarzowego zobaczę ją jeszcze kilka razy. W przyszłym roku również, bo zawsze wraca – w tej czy innej odsłonie.

Nic nie umiera, a wszystko może wrócić.

Do McDonald’sa wystrojonego w estetykę z początku XXI wieku wraca Filet-O-Fish, a Battlefield 6 „wraca do korzeni”. W sumie to każdy stary zespół wraca do korzeni. Archaiczny iPod wraca do łask, gra sprzed 10 lat zostaje wydana na nowo z dopiskiem Remastered, a twój ulubiony wykonawca wypuszcza specjalną wersję swojej starej, uznanej płyty z dopiskiem Remastered i w droższej wersji z dopiskiem Deluxe. Pasjonaci mody spekulują nad tym, czy estetyka wczesnych lat 2010. wróci do łask. Płyty winylowe stają się z roku na rok popularniejsze, a temat powrotu do fizycznych egzemplarzy filmów i albumów jest coraz częściej podchwytywany przez tradycyjne, zawsze opóźnione media. Wrócił Linkin Park. Taylor Swift, Sabrina Carpenter i inne ikony popu wypuszczają swoje wydawnictwa na kasetach, tych samych kasetach, które uznano za najbardziej awaryjny i kłopotliwy nośnik, skazany na śmietnik historii. Bruno Mars i Mark Ronson wypuszczają piosenkę rodem z lat 70., tych samych lat 70., które na swoim przedostatnim, uznanym za wizjonerski, albumie eksplorowali Arctic Monkeys. Fascynacja przeszłością w ich przypadku nie minęła, bo ich najnowszy album „The Car” eksploruje również wcześniejsze dekady.

W jednym ze swoich esejów Frederic Jameson – amerykański teoretyk literatury i socjolog – pisał, że z jakiegoś powodu nasza kultura zdaje się mieć coraz większe trudności w wytworzeniu „estetycznej reprezentacji naszych własnych doświadczeń”. Winą obarczał ekscesywny konsumpcjonizm, a w najgorszym wypadku naszą nieumiejętność w radzeniu sobie z czasem i historią. Mark Fisher natomiast spopularyzował tematykę „powolnego zanikania przyszłości” oraz wszechobecności kulturowych i ideologicznych duchów, które nie chcą zniknąć z naszego życia.

Popularne ostatnimi laty „przestrzenie liminalne” (z ang. liminal spaces; backrooms) to miejsca, a raczej „nie-miejsca”, które mają wprowadzić odbiorcę w stan niepokoju. Pusta szkoła skąpana w halogenowym chłodzie korytarzowych świateł. Zwyczajny kryty basen, oszczędnie doświetlony, by nie marnować prądu po godzinach zamknięcia. Pusty parking pod wygaszonym szyldem popularnej sieci fastfood, która powinna raczej kojarzyć się z tłumami gości. Nieobeznanych z tematem czytelników zachęcam do szybkiego wyszukania frazy liminal spaces, bo to, co mogę próbować oddać w kilku zdaniach, będzie zrozumiałe w ciągu kilku sekund. Przestrzenie, w których nie ma niczego groźnego, a zarazem poczucie, że nie powinniśmy tam być. Miejsca przejściowe, które nie są ani tym, skąd przychodzimy, ani tym, dokąd idziemy. Masowa popularność tej liminalności, w moim odczuciu, nie powinna być ograniczona do miejsca. Powinniśmy rozciągnąć ją na czas – żyjemy w „nie-czasie”, przestrzeni między naszą przeszłością i niedookreśloną przyszłością. Wszystko jest na swoim miejscu, a jednak coś jest nie tak.

Fisher zwykł mawiać, że życie w XXI wieku to tak naprawdę życie w nieograniczonym dostępie do XX wieku w rozdzielczości HD. Cybersfera, która wydaje się dzisiaj pojęciem archaicznym, zrealizowała się dzięki naszej permanentnej symbiozie ze smartfonami. Internet był kiedyś miejscem, do którego się szło – wymagało to uruchomienia komputera, elementarnej wprawności w odnajdywaniu treści i pewnej dozy intencjonalności naszych działań. Jeśli chciałeś znaleźć coś ciekawego, to najprawdopodobniej musiałeś wiedzieć, czego szukasz. Ta bariera, podstawowy wymóg sporej dozy zaangażowania, zniknęła, bo algorytmizacja i systemy dobierania treści podają nam „interesujące” rzeczy na srebrnej tacy. Internet nie jest już miejscem, do którego się wchodzi. W czasach, gdy duże korporacje oferują swojej kadrze menadżerskiej szkolenia na temat higieny pracy i sposobów radzenia sobie z „odłączeniem” od służbowego komunikatora w okresie urlopu. W czasach, gdy przytakujemy ekspertom mówiącym nam, że niebieskie światło powinno być ograniczone na godzinę przed snem, internet przestał być miejscem, do którego się wchodzi. Internet jest miejscem, z którego czasami trzeba wyjść. Udało nam się zabić zjawisko nudy, a jednocześnie wszystko jest nudne.

Ale czy nuda była bezcelowa? To nuda, znużenie, błądzenie po myślach jest naszą okazją na zmierzenie się z podświadomymi dylematami egzystencjalnymi. To właśnie wtedy pojawiają się w nas najciekawsze myśli, nasze własne myśli, a nasza kreatywność ma szansę na własny oddech. Zjawisko „śpiewania pod prysznicem” (w czasach przed Spotify na smartfonie leżącym obok umywalki) nie wzięło się znikąd, ot spontaniczna kreatywność, która wynika z tego, że nie można robić nic innego. Smartfony położyły kres nudzie – nigdy nie jesteśmy znudzeni, a jednak wszystko jest bardzo nudne. Życie staje się coraz szybsze, a kultura zdaje się spowalniać.

Jeśli w szczycie lat 80. puściłbym komuś wczesne nagrania Rolling Stonesów z lat 60., to w odbiorze przeciętnego słuchacza jawiłyby się one się jako mocno archaiczne. Dwie dekady wystarczyły, żeby dostrzec diametralny kontrast tych epok. Jeśli w latach 90. pożyczyłbym komuś singiel „Let’s Dance” Bowiego to najpewniej odchrząknąłby, że to przestarzałe brzemiennie. W dobie, gdy królowały grunge, Nirvana i muzyka alternatywna – popowa wersja Bowiego wydawałaby się kiczowata i przeterminowana. Relatywizując ten eksperyment do czasów dzisiejszych i zakładając, że mógłbym pokazać komuś w latach 90. Taylor Swift i Sabrinę Carpenter, założyłbym się, że muzyka ta nie wzbudziłaby nic poza obojętnością. Co więcej, zostałbym najprawdopodobniej zapytany „czy tak będzie brzmieć muzyka za 30 lat?”. Puszczony w latach 60. Peter Gabriel przyprawiałby o zawrót głowy, natomiast Arctic Monkeys w latach 90. nie byłoby ani trochę szokujące. O komizm zakrawało wydanie przez popularnego polskiego rapera, Taco Hemmingwaya, płyty „Pocztówka z Wakacji”, która musiała sięgać do nostalgii za pierwszymi albumami wydanymi raptem kilka lat wcześniej. O ile ten mityczny „powrót do korzeni” (rozumiany jako „dam wam to, czego ode mnie oczekujecie”) jest poniekąd zrozumiały w przypadku zespołów, które mają na koncie 15 albumów i cztery dekady występowania, o tyle w przypadku nowego artysty wydaje mi się to groteskowe.

Po latach dwutysięcznych trudno jest już przypisać odpowiednie teksty kultury do roku ich wydania. Wszystko wydaje się być zawieszone pomiędzy nowym a starym. Kultura permanentnego wracania, nawiązywania do przeszłości rusza się powoli i gubi w sobie elementy futuryzmu. Jak brzmi futuryzm? Nawet pojęcie futuryzmu zostało oderwane od idei „niezrozumiałej, nieeksplorowanej przyszłości”, a stało się synonimem brzmienia z pogranicza Kraftwerku, pikających oscylatorów i dużej ilości efektów dźwiękowych. To samo dzieje się w filmach i bestsellerowej literaturze. A bestseller to tutaj słowo-klucz. Uwarunkowania rynkowe i hegemonia kilku podmiotów wydawniczych – muzycznych, filmowych i literackich – są w pełni odpowiedzialne za to, że wszystko zlewa się w jedno. Kilka lat temu Billy Corgan ze Smashing Pumpkins powiedział, że w szczycie ich kariery – po wydaniu „Mellon Collie & Infinite Sadness” – szefostwo jego wytwórni powiedziało mu wprost: „daj mi więcej tego samego”. Ich prośba spotkała się ze sprzeciwem ze strony lidera zespołu, który powiedział, że nie jest w stanie poczuć tego samego po raz drugi i chce się skupić na czymś nowym. Wydany chwile później album „Adore” był sabotowany przez wytwórnię, która pozbawiła go promocji (co doprowadziło do jego komercyjnego fiaska w USA) i wolała szukać kogoś innego, kto da jej drugie „Mellon Collie”. Mimo tych animozji, „Adore” mogło powstać i spotkać się z ciepłym przyjęciem krytyków, którzy docenili odwagę zmiany artystycznej trajektorii zespołu.

Jakkolwiek dziurawy, to ówczesny parasol ochronny pozwalał artystom na eksperymentowanie i tworzenie rzeczy, które nie były zoptymalizowane wyłącznie na osiągnięcie komercyjnego sukcesu i spodobanie się każdemu. W kontraście do lat 90. (które i tak nie były już równie liberalne w zarządzaniu artystami jak wcześniejsze dekady) nasz obecny krajobraz wygląda jak ziemia niczyja, na której ścierają się tylko wielkie nazwiska. Śmierć jakiegokolwiek znanego artysty powoduje wysyp komentarzy w stylu „Wielcy odchodzą, następców nie widać”. Tylko skąd mamy wziąć tych następców, jeśli założenie zespołu, koncertowanie i nagranie albumu stało się przywilejem. Gdzie mają pojawiać się nowi, uznani malarze, jeśli szkoły artystyczne i akademie sztuk pięknych wróciły do burżuazyjnej struktury, w której na przyszłość mogą liczyć tylko ci, którzy pieniądze lub nazwisko mają już od urodzenia. Niewiele ponad tydzień temu dowiedziałem się z publikacji znajomej malarki, że za stanowisko na amatorskich targach sztuki należy zapłacić ponad 1500 zł. Stanowisko składa się z plastikowego stolika i jednej promocyjnej relacji na Instagramie organizatora. Ile plakatów czy obrazów należy sprzedać, by zarobić (po tym, jak wydamy jeszcze na paliwo czy coś do zjedzenia)? Organizatorzy powinni dopisać, że do stolika należy zabrać swoje krzesełko, swoje nazwisko (preferencyjnie ze znanej familii) oraz brak oczekiwań zarobkowych. Socjo-ekonomia ma ogromny wpływ na kulturę i ruchy artystyczne, wszak Berlin nie byłby w latach 80. wylęgarnią talentów, gdyby nie tanie mieszkania przy Murze Berlińskim i tanie studia nagraniowe. Punk nie mógłby pojawić się w dzisiejszym, ultra-drogim Londynie gdzie za skłotowanie wrzuca się delikwentów „na dołek”.

Żyjemy w czasach „po gorączce złota”, a w parze z naszą ciągotą do nostalgii idzie inflacja oczekiwań. Trudno sięgnąć za horyzont i powiedzieć: „Hej, nie mogę się doczekać nowego XYZ”. Taylor Swift wypuszcza kolejny album, który nawet wśród jej wiernego elektoratu zostaje uznany za infantylny i nieadekwatny do jej pozycji, a mimo to „Rolling Stone” (swego czasu bardzo wpływowe pismo) daje jej maksymalną notę 100/100 (czym przypomina o tym, że już nie jest wpływowym pismem). Mogłoby się wydawać, że kulturowa maszyna kroczy naprzód niezależnie od recepcji jej odbiorców. Tak, nowe „Gwiezdne wojny” były beznadziejne, ale oczywiście, że następne będą lepsze. Jeśli nie będą lepsze to zapomnimy o nich na chwilę – do czasu, aż nie zostanie zapowiedziany ich ponowny, tym razem triumfalny powrót. Wtedy już na pewno będą lepsze! Nawet jeśli nie będą lepsze od tych, które stworzył Lucas, to może będą lepsze od tych, które zrobił Abrams.

Paradoks zdaje się leżeć gdzieś tutaj, bo kultura wydaje się być oderwana od naszych własnych przeżyć, a największe jej figury żyją w takiej pozycji, która nie pozwala im na realne odniesienie się do pozycji jej odbiorcy. Maszyna na chybił-trafił celuje w jakieś jeszcze nieskapitalizowane ciągoty za przeszłością. Jeśli rynek zawładnięty jest przez ogromnych graczy, a miejsca dla nowicjuszy brak, to w jaki sposób wytwórnie mają sondować popularność i jakość artysty, jeśli nie jedyną miarą, jaką znają: kwartalnymi wynikami finansowymi.

„Kiedyś to było, a teraz to nie ma” stało się domyślną reakcją wpisaną w nasz spontaniczny pesymizm. Sugeruję jednak by sprostać pokusie otulenia się w przeszłość dostępną na wyciągnięcie ręki. A zamiast tego zastanowić się nad tym, czemu „teraz nie ma”.

Michał Szymański

Zdjęcie w nagłówku tekstu: SnapwireSnaps from Pixabay.

Wszyscy jesteśmy wskaźnikami recesji

Wszyscy jesteśmy wskaźnikami recesji

Recesja (łac. recessio – „cofanie się” oraz recedere – „ustępować, cofać się”) to zjawisko makroekonomiczne polegające na znacznym zahamowaniu tempa wzrostu gospodarczego, skutkujące najczęściej spadkiem produktu krajowego brutto (PKB). W znaczeniu technicznym recesja definiowana jest jako spadek PKB przez co najmniej dwa kolejne kwartały.

Oficjalnie nie jesteśmy zatem w recesji.

Ale czy wszystko nie robi się droższe i gorsze? Co sprawia, że na horyzoncie nie jawi się żadne wyjście z kryzysu mieszkaniowego, a – analogicznie do myśli Marka Fishera – łatwiej nam wyobrazić sobie spadek cen mieszkań wywołany wybuchem wojny niż ten spowodowany realną polityką naszego państwa. Czekolada kosztuje prawie 10 zł. Kolejne zakłady zamykają swoje linie produkcyjne, pozbawiając mniejsze miasta miejsc pracy idących w kilka punktów procentowych wszystkich zatrudnionych. Czekolada waży o kolejne 10 g mniej. Informacje z rynku pracy wskazują na najmniejszą dostępną ilość ofert zatrudnienia od czasu pandemicznego załamania latem 2020 roku. Sok jabłkowy stanowi 20,1% składu coraz większej ilości napojów – jego idealnie wykalkulowaną ilość pozwalającą zaklasyfikować napój jako nektar (preferencyjna stawka podatku, brak opłaty cukrowej). Wszystko smakuje gorzej. Jesteśmy samotni i coraz mniej czasu poświęcamy na socjalizację z innymi. Ale nie ma gdzie się socjalizować, „trzecie miejsce” przestało istnieć. Nawet ciepła posadka grawitująca dookoła mitycznego pojęcia klasy średniej obciążona jest egzystencjalną pustką przywodzącą skojarzenia z rolą Edwarda Nortona z „Fight Clubu” i interludium „Happier Fittier” z albumu „OK Computer” zespołu Radiohead. Społeczne rozwarstwienie przyśpiesza, a jakiekolwiek marzenia o odwróceniu się tej tendencji jawią się jako dalece życzeniowe.

Od dawna wierzę – powtarzając za Yannisem Varufakisem – że giełdowe markery i makroekonomia są w dużej mierze oderwane od realiów życia człowieka funkcjonującego poza parkietami Wall Street. Rosnąca wartość rynkowych assetów nie odzwierciedla realnego wzrostu i rozwoju stojących za nimi firm, a jest jedynie rezultatem skrzętnej polityki rad nadzorczych, kooperacji z bankami i rosnącej ilości miliarderów lokujących w rynku swoje kapitały. To jednak relatywnie życzeniowa perspektywa. Lokowanie fortun w giełdę zakłada jakiekolwiek ryzyko, natomiast lokowanie ich w rynek mieszkaniowy, na którym przeciętny Jan Kowalski i John Smith konkurują z grupami pokroju BlackRock i Vanguard o dostęp do dachu nad głową, jawi się jako bezpieczniejszy biznes. Dobra kondycja gospodarki coraz częściej pokrywa się ze sloganem „bogaci mają dobrze”, a spowolnienie gospodarcze czy tytułowa recesja oznacza kłopoty wszystkich poza najbogatszymi.

Chciałbym – w kontrze do technicznych indykatorów zakładających, że recesja to dwa spadkowe kwartały – postawić przed czytelnikami ryzykowną tezę, że jednak jesteśmy w recesji. Recesji wszystkiego.

Czytelnicy Nowego Obywatela raczej dobrze znają tematykę i problematykę lat 90. i okresu transformacji. Epokę bezrobocia, szarej Polski i zaciskania pasa na szyi. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że czas szerokorozumianej transformacji, a także późniejszy okres dołączenia do Unii Europejskiej miały w sobie coś, czego bardzo nam dzisiaj brakuje.

Nadzieję.

Nadzieję na lepsze jutro, poczucie, że trudne czasy są wadium postawionym na poczet lepszej przyszłości. Era wyrzeczeń i ciężkiej pracy miała miarowo wprowadzać nas do świata Zachodu, a razem z nim przynieść poprawę warunków życia i swoisty awans cywilizacyjny. Nie sposób nie przyznać, że w dużej mierze udało się to zrealizować. Polska przez ostatnie dwie dekady zmieniła się nie do poznania. Mówiąc bardzo ogólnikowo, nie mamy czego się wstydzić w porównaniu z globalnym Zachodem. Jesteśmy jego integralną częścią. Ale co teraz?

Razem z awansem do pierwszej ligi (a przynajmniej ławki rezerwowych pierwszej ligi) straciliśmy namacalny cel. Już jesteśmy tym Zachodem, ale co z tego? Wyobrażenia o dobrobycie nie mają pokrycia w otaczającej nas rzeczywistości. Tej samej rzeczywistości, która cały czas organizuje castingi na najemców mieszkania oraz tej samej rzeczywistości, która płaci pracownikom sektora publicznego wynagrodzenia oscylujące w okolicach minimalnej krajowej. Tej samej minimalnej krajowej, która, biorąc pod uwagę koszty życia, od następnego roku spadnie, przywodząc na myśl waloryzacje emerytur z czasów „pierwszego Tuska”, gdy emerytury waloryzowano o kilka złotych.

Jak układać nasz emocjonalny budżet domowy, jeśli nadzieja stała się towarem deficytowym? Permanentny stres spowodowany konfliktem zbrojnym na Ukrainie i mniej lub bardziej realistyczne widmo eskalacji konfliktu w stronę Polski i państw bałtyckich. Zapowiedzi cięć w sektorze publicznym i pogarszająca się kondycja rynku pracy. Opisywana wszędzie epidemia samotności. Proszę zastanowić się nad chociaż jednym czynnikiem, jedną rzeczą, która mogłaby napawać nas optymizmem. Zauważmy różnicę, która zaszła chociażby w dyskursie dotyczącym zmian klimatu. Mimo dużego oporu możemy odnotować malejącą popularność bezpośredniej negacji zmian klimatu – ale co z tego, skoro zastępuje je narracja o indywidualnej odpowiedzialności. „Może będzie gorzej, ale zrobię co mogę, żeby moja rodzina tego nie doświadczyła”, „Może będzie gorzej, ale mnie już wtedy nie będzie”. Przestajemy negować problemy, ale zamiast zastanawiać się nad systemowymi rozwiązaniami wszczepia nam się poczucie, że każdy musi nieść swój krzyż i odnaleźć się w nowej smutnej rzeczywistości. Zamiast wierzyć, że przyszłość przyniesie poprawę sytuacji pozostaje zakładać, że jeśli dam z siebie wszystko, to przyszłość nie zawali mi się na głowę.

Wykształcenie w industrialnym kompleksie edukacyjnym dalej się pauperyzuje. Studia, które wbijano do głów obecnej młodzieży, nie okazały się przepustką do dostatniego życia i stabilnej pracy – są w najlepszym wypadku wymogiem wstępnym znalezienia jakiejkolwiek pracy. Tak wielu nadmiernie wykwalifikowanych młodych ludzi musi pogodzić się z rozjazdem ich wykształcenia oraz wykonywaną pracą, a także wynikającą z tego frustracją. Frustrację tę podsyca fakt, że pomimo naszej gry pozorów jakoby to społeczeństwo opierało się na zasadach merytokracji realne wykształcenie i wiedza nie znaczą nic, jeśli nie są osadzone w materialnym, finansowym sukcesie. Stan posiadania i stan materialny stanowią jedyną metrykę sukcesu i co za tym idzie – kompetencji. Gdyby tego było mało – dorzućmy jeszcze sztuczną inteligencję, wszak wielkie firmy coraz dumniej chwalą się inwestorom planami dotyczącymi redukcji zatrudnienia i zastąpienia mniej wykwalifikowanej kadry (tej samej kadry, która jest prawdopodobnie zbyt wykwalifikowana do sprawowanych obowiązków) oprogramowaniami AI.

AI, które było sprzedawane nam jako narzędzie porównywalne z wynalezieniem internetu, w pierwszej kolejności przywodzi na myśl bota z infolinii, który usilnie robi wszystko, aby nie połączyć nas z konsultantem. Utopijna wizja przyszłości zakładała, że roboty i komputery będą wykonywały za nas większość pracy, a my skupimy się na piciu drinków z palemką, malowaniu obrazów i uczęszczaniu do klubów dyskusyjnych, ale póki co to właśnie przestrzeń kreatywna jako pierwsza padła ofiarą generatywnych modeli językowych.

Nie sposób nie dostrzec tragizmu Hayao Miyazakiego, twórcy słynnego japońskiego studia Ghibli, które stoi za kultowymi animacjami, jak chociażby „Mój sąsiad Totoro” i „Grobowiec świetlików”. Jego charakterystyczny styl padł ofiarą trendu, w którym każdy mógł przerobić swoje zdjęcie na podobiznę rodem z jego filmów. Masowość tego zjawiska sprawiła, że Miyazaki nazwał sztuczną inteligencję i jej brak poszanowania dla praw autorskich „obrazą dla samej egzystencji człowieka”. Sztuka, która od zawsze stanowiła przestrzeń wyrażania samego siebie i budowania emocjonalnej więzi z jej odbiorcami, jako pierwsza poległa w starciu z oprogramowaniem. Kogo miałby pozwać Miyazaki skoro sposób gromadzenia danych wykorzystywany przez AI jest zupełnie nietransparentny, a prawodawstwo jest kilka kroków za rozwojem technologii.

W jakiej sytuacji stawia to wszystkich aspirujących grafików, artystów i innych przedstawicieli sztuk pięknych, skoro nie sposób dzisiaj przejść po turystycznej części dużego miasta i nie dostrzec całej plejady wygenerowanych przez AI wydruków na koszulkach, logotypów i kawiarnianych potykaczy zapraszających nas na matcha latte czy jakikolwiek inny napój będący przedmiotem obecnej hiperkonsumpcyjnej fiksacji. Czy sprzedawane w dyskontach zeszyty z podobiznami rekina w trampkach i innych AI „brainrotów” są odbiciem stanu naszej kultury masowej? Co sprawia, że umiemy tak obojętnie przejść obok zjawiska „brainrotu” (z ang. brain – mózg, to rot – gnić) i nie dostrzegać w nim regresu, recesji naszej kultury. Kiedy w jednym z popularnych dyskontów zobaczyłem dubajską czekoladę (jak się okazało – wyrób czekoladopodobny) z wygenerowaną przez AI podobizną stworka Labubu – jednej z nowszych internetowych hiperfiksacji – coś we mnie pękło. Trudno mi sobie wyobrazić większe przemielenie wszystkich panujących mikrotrendów w bardziej jarmarczny produkt. Gdzie jest miejsce na nadzieję, skoro możemy bezpiecznie zakładać, że generatywne AI będzie coraz skuteczniejsze i coraz bardziej wszechobecne, a wynikające z tego korzyści przypadną wielkim firmom.

Opium ludu, o którym pisał Marks (i które tak często błędnie interpretujemy), podaje się nam na srebrnej tacy. Nieustanny przepływ informacji, media żerujące na naszej skłonności do polaryzacji i nieskończona ilość filmików do przesunięcia. Jesteśmy społecznie spacyfikowani, a mimo to musimy ciągle walczyć o utrzymanie się na powierzchni – w poczuciu winy, że używamy zbyt dużo telefonu, nie rozwijamy się (oczywiście w przestrzeni, która wymiernie wpływałaby na naszą wartość rynkową) i za mało czytamy. Na marginesie, w czasach, gdy wszystko musi mieć jakąś wymierną wartość – samo czytanie stało się czynnością niemal performatywną i zoptymalizowaną na pokazanie swojego statusu. Rosnąca popularność Goodreads pokazuje, że po co czytać, jeśli nie mógłbym dodać danej książki do swojego „portfolio”. Znana książka „Społeczeństwo spektaklu” nie straciła ani grama trafności zawartych w niej spostrzeżeń.

„Trzecie miejsce”, o którym wspomniałem wcześniej, również przestało istnieć. Koncepcja trzeciego miejsca zakłada przestrzeń spotkań i socjalizacji, która byłaby oderwana od rutyny na linii dom-praca. Kluby dyskusyjne, sklepy z płytami, gdzie lokalni pasjonaci mogliby porozmawiać o ich ulubionych albumach, amatorskie drużyny sportowe. Nasza rzeczywistość i wszechobecna gentryfikacja dowolnej aktywności sprawiają, że znalezienie trzeciego miejsca staje się niezwykle trudne – zwłaszcza, że coraz więcej z nich wymaga zainwestowania środków, wkupienia się w hobby. Przykro było mi usłyszeć opinię byłego szefa PZPN-u, który powiedział, że w dzieci w okolicach trzynastego roku życia często tracą szanse na rozwój w ramach klubów sportowych, ponieważ ich rodziców nie stać na ponoszenie związanych z tym kosztów. Równolegle do koncepcji trzeciego miejsca należy myśleć o hobby, zainteresowaniach. Te również wymagają coraz większego samozaparcia. Tyle lat powoływania się na slogan „przekuj swoje hobby w pracę, a nie będziesz musiał pracować ani dnia” doprowadziło do tego, że wiele zainteresowań już na starcie jawi się jako bezsensownych, bo zaszczepiono w nas poczucie, że każda kaloria naszej energii musi być wykorzystywana jak najbardziej efektywnie, a po co pisać, tworzyć i wymyślać, jeśli miałoby to trafić do szuflady i „nie odniosłoby sukcesu”.

Z każdym postępującym rokiem, pomimo niedookreślonej frustracji wynikającej z życia w systemie, który łamie naszego ducha, sytuacja wygląda coraz gorzej. Paradoksalnie, socjalizacji brakuje również w mediach, które w nazwie mają słowo „społecznościowe”. Czasy dawnego Instagrama minęły bezpowrotnie, a drobne posty z ogródka, zdjęcia swojego ulubionego kubka, pokazanie ulubionej muzyki zeszły na margines. Istnieje pewny lęk przed pokazaniem się zbyt bardzo, a paradoksalnie widzimy, że internetowe postaci wpuszczają nas do coraz to bardziej prywatnych sfer swojego życia. Słowo „cringe” (oznaczające ogólną żenadę, w kontrze do nonszalanckiego zdystansowania) od czasu, kiedy to w modzie jest doza pewnej pruderyjnej nonszalancji, stało się jedną z najbardziej bolesnych obelg, jakie może usłyszeć młody człowiek. Od lat odczuwam wpływ autocenzury, która każe mi zadawać sobie pytanie „Co ja mam takiego do powiedzenia, czego nie powiedział, nie pokazał jakiś znany influencer”. Aspekt społecznościowy wypadł z auta gdzieś po drodze i nie wiemy, jak go znaleźć.

System, w którym żyjemy, to zbiór naczyń połączonych, a dziejowy pesymizm stanowi – powtarzając za Žižkiem – „spontaniczną, bezrefleksyjną ideologię” naszych czasów. Kultura, gospodarka, praca i świat naszych wewnętrznych przeżyć są ze sobą nierozerwalne. Im bardziej świadomi będziemy opresyjności systemu, w którym żyjemy, tym większa jest nasza szansa na wyrażenie wobec niego sprzeciwu. Wierzę, że nie możemy się poddawać i popaść w rezygnację – powinniśmy wiedzieć, że nie jesteśmy w tym sami – niezależnie od tego, jak bardzo próbuje nam to wmówić indywidualistyczna narracja. Kultywowanie wspólnoty jawi się jako najlepsze lekarstwo w czasach społecznej atomizacji. Ciepła rozmowa z panią ekspedientką, poznanie swoich sąsiadów, mecz w piłkę z obcymi na lokalnym Orliku – budowanie małych wspólnot potrafi być remedium na egzystencjalną pustkę. Życzyłbym wszystkim i samemu sobie więcej odwagi w nawiązywaniu relacji z innymi, drobnych pogawędkach oraz wrzuceniu do internetu piosenki, którą napisałem. Nawet jeśli jest taka sobie.

I mniej smartfona, zdecydowanie mniej smartfona. Na tyle, na ile jest to możliwe.

Michał Szymański

Grafika w nagłówku tekstu: Adina Voicu from Pixabay

Do broni, piraci!

Do broni, piraci!

Duchy i upiory wracają ze zdwojoną mocą, by znowu zadać nam pytanie znane od tysiącleci (a przynajmniej od czasu, gdy w MTV królowali Michael Jackson i Peter Gabriel) – jaka jest cena słuchanej przez nas muzyki. Mija ponad dwadzieścia lat, odkąd Lars Ulrich z Metalliki, ubrany w garnitur i występujący w asyście dwóch prawników, zarzucił przedstawicielom firmy Napster kradzież muzyki zespołu. Czytelnikom, którzy nie mieli okazji korzystania z programów peer-to-peer we wczesnych latach dwutysięcznych, wyjaśnię tylko, że Napster był jednym z pierwszych programów, które pozwalały na pobieranie muzyki (czy innych treści) bezpośrednio z dysków innych użytkowników. W wielkim skrócie: tzw. file sharing zakładał, że nie istnieje żaden centralny serwer, do którego możemy się połączyć, ponieważ pliki pobierane są po kawałku od innych użytkowników, udostępniających go w zamian za możliwość pobierania kolejnych. Fakt, że sieć była oparta na prywatnych użytkownikach, sprawiał, iż trudno było wskazać, kto dokonał naruszenia prawa własności intelektualnej. Dystrybutor programu tłumaczył się, że w żadnym momencie nie rozpowszechniał nielegalnych utworów, a prywatni użytkownicy byli poza radarem wielkich holdingów dysponujących prawami autorskimi.

Pozew Larsa Ulricha był ważny dlatego, że przełamał nienamacalną barierę odpowiedzialności – poza atakiem na Napstera pokazał, iż przy odpowiedniej dawce dociekliwości możliwe jest również wskazanie, z imienia i nazwiska, wszystkich osób, które pobrały dany plik. Popularność perkusisty Metalliki sprawiła, że proces był relacjonowany w prasie oraz w głównych wydaniach amerykańskich wiadomości telewizyjnych. Zamiast przynieść zamierzony sukces, rezultat okazał się jednak odwrotny – medialny szum powiększył tylko grono użytkowników, którzy nie dowiedzieliby się o istnieniu Napstera gdyby nie szerokie zainteresowanie tematem w mediach. Bezpowrotnie odbiło się to także na reputacji zespołu, który w świetle postępowania jawił się jako banda bogaczy, którzy zapomnieli o swoich korzeniach; jako oderwanych od fanów biznesmenach optymalizujących zyski. Rozwój technologiczny sprawił, że formalne zwycięstwo Ulricha nie miało żadnego znaczenia – Napster, który przestał istnieć, został zastąpiony całym repertuarem nowych programów oraz stron z torrentami.

Mając za sobą to historyczne wprowadzenie – rozejrzyjmy się dookoła. Spotify i Apple Music stały się najpopularniejszymi abonamentami na świecie. Ostatnia dekada wypełniona była deklaracjami o śmierci piractwa i konkluzjami, jakoby dobra jakość świadczonych usług oraz atrakcyjna z punktu widzenia konsumenta cena były kluczem do sukcesu. Żaden artysta nie musi już przeżywać dramatu Zbigniewa Hołdysa, który wiele lat temu deklarował, że gdyby nie internetowi piraci to byłby jak Eric Clapton. Bezkres muzyki w cenie jednego obiadu w barze mlecznym. Piractwo się skończyło, a artyści wreszcie znaleźli parasol ochronny, który gwarantuje im uczciwe zarobki. Cięcie.

0,004 dolara. Tyle wynosi uśredniona stawka, którą Spotify wpłaca dystrybutorowi (bo nie mylmy tego z artystą) za jedno przesłuchanie piosenki. W zależności od ilości kont premium może ona wynosić mniej lub więcej, aż do zawrotnej kwoty 0,005 USD. Artysta otrzyma wynagrodzenie odpowiednio pomniejszone przez dystrybutora, który również ma swój udział – będzie to wytwórnia muzyczna, albo jeden z dostępnych w internecie dostawców, którzy w zamian za miesięczny abonament „wrzucą” naszą muzykę do serwisów streamingowych. O ile internetowi dystrybutorzy oferują bardzo dobre warunki, które pozwalają artystom na zachowanie praw do 100% należności od streamingów o tyle nie pomogą oni przy promocji i pozycjonowaniu potrzebnym do osiągnięcia rozgłosu – promocja pozostaje na barkach artysty. W przypadku wytwórni muzycznych potrącany muzykom procent nie jest już tak zadowalający. Szanowni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, że w swoich rękach trzymam właśnie umowę z jedną z czołowych wytwórni muzycznych na rodzinnym rynku fonograficznym. Przechodząc do ustępu zatytułowanego „Wynagrodzenie”, można w niej przeczytać następujący podpunkt:

„W zamian za przeniesienie praw, udzielenie wszystkich licencji i zezwoleń, o których mowa w niniejszej umowie NASZA FIRMA zobowiązuje się płacić wynagrodzenie w wysokości 18% od wszystkich Przychodów uzyskanych przez NASZĄ FIRMĘ na podstawie i wykonaniu niniejszej umowy z dystrybucji cyfrowej oraz 10% od wszystkich przychodów uzyskanych przez NASZĄ FIRMĘ na podstawie i wykonaniu niniejszej umowy ze zwielokrotniania i wprowadzania nagrania do obrotu na Płytach”.

Możemy oczywiście wspomnieć, że w przypadku wielkich artystów, obecnych na rynku od lat, ich umowy wyglądają zupełnie inaczej. Zwłaszcza jeśli dodatkowo są oni właścicielami własnych albumów. Natomiast w świecie młodych twórców standard jest daleki od zadowalającego. Zwykło się mawiać, że na albumach nie da się już zarobić, dlatego służą one jedynie jako pretekst do trasy koncertowej. Jednak od czasu pandemii pojawiają się głosy, które wskazują, że koncertowanie staje się coraz mniej opłacalne, a trasa służy jako pretekst do sprzedawania koszulek i płyt. Zestawmy to teraz z pytaniami, które pojawiają się za każdym razem, gdy jeden z tych wielkich zespołów ogłasza koniec kariery: „Kto ich teraz zastąpi?”, „Legendy odchodzą, a gdzie ich zastępstwo?”. Gdzie? Od 8:00 rano w pracy. Jak w wielu innych dziedzinach życia. Rynek sprzyja wielkim graczom i ulubieńcom tłumów, a wszystkich innych pozostawia w przydrożnym rowie.

Problem jest bardzo złożony. Po pierwsze – Spotify nie jest jednym winnym. Jest jedynie tym najbardziej winnym. Łatwo powiedzieć, że stawki konkurencji (Apple Music i Tidala) są wielokrotnie wyższe, ale i tutaj trudno mówić o rewelacji. Przewagą konkurencji jest jednak ich powściągliwość w komentowaniu obecnego stanu rynku fonograficznego. Damian Elk, CEO Spotify, od czasu do czasu wychodzi na sceny różnorakich konferencji, by powiedzieć z dumą, że „minęły już czasy, w których nagrywa się album co dwa lata i można z tego żyć”, podkreślając, że w dzisiejszych czasach artyści powinni „angażować swoje grono odbiorców jak najczęściej i nie dać o sobie zapomnieć”. Zakładam, że ma na myśli powrót do lat 60. i wydawanie singli, które nijak nie mają związku z albumem. Prezes Elk spotkał się także z falą krytyki (która była bezpośrednią inspiracją dla napisania tego tekstu), gdy niedawno postanowił zainwestować pieniądze zarobione na Spotify. Jego inwestycja w niemiecki startup, produkujący bojowe drony oparte na sztucznej inteligencji, opiewała na ponad 600 milionów euro. Doprowadziła do ucieczki ze Spotify wielu rozpoznawalnych wykonawców, którzy mieli poczucie, że należne im pieniądze trafiły do niemieckiej zbrojeniówki.

Gdyby tego było mało – kierownictwo Spotify podjęło decyzję o zaprzestaniu wypłat należności za utwory, które nie wygenerowały przynajmniej tysiąca odsłuchań. Ku zaskoczeniu nikogo, chwilę po podjęciu tej decyzji spotkała ich fala krytyki, bo skoro można podjąć decyzję o wyznaczeniu arbitralnej ilości odsłuchań, które uprawniają utwór do należności licencyjnych to czemu nie można byłoby tej ilości podnieść? Są pewne granice, których nie powinno się przekraczać, jednak kierownictwo szwedzkiej platformy nie bierze tego pod uwagę, bo podczas wystąpienia dla inwestorów (tzw. Investors call) przekazano, że granica „wypłacalności” ulegnie zmianie. Z przyzwyczajenia zaryzykuję prognozę – na gorsze.

Wojskowe drony oparte na AI nie są jednym wątkiem związanym ze sztuczną inteligencją. Spotify nie ma problemu z tworzeniem własnych „artystów” AI, którzy pozwalają uniknąć im wydatków na najbardziej kłopotliwy koszt ich działalności – wypłatę wynagrodzeń należnych artystom.

Warto pamiętać o jeszcze jednej kwestii, która dotyczy wszystkich platform streamingowych. Yannis Varoufakis, grecki minister finansów z czasów kryzysu strefy Euro, lubi w swoich wystąpieniach podkreślać, że 2008 rok (upadek banku Lehmann Brothers i kryzys na giełdzie) nigdy się nie skończył, a problem, który wypłynął wówczas na wierzch – nigdy nie został rozwiązany. W podobnym tonie mógłbym powiedzieć, że 1998 rok również się nigdy się nie skończył i skandal tak zwanej payolla został zamieciony pod dywan, dalej podtruwając wszystkich w pomieszczeniu. Payolla polegała, w telegraficznym skrócie, na podporządkowaniu lokalnych nadawców i rozgłośni radiowych wielkim holdingom, co doprowadziło do sytuacji, w której ramówka programowa nie była indywidualna dla każdej z nich. Zamiast setki lokalnych DJ’ów i ich osobistych gustów muzycznych amerykańskie stacje radiowe dostawały listy piosenek, które miały pojawiać się w repertuarze rozgłośni. Ku zaskoczeniu nikogo, na ramówki i ich kompozycję miały wpływ licytujące się ze sobą wytwórnie muzyczne pokroju Sony ATV czy Universal Music Group. Ten, który zapłacił najwięcej, mógł skuteczniej lansować artystów ze swojej stajni. Naiwnym byłoby zakładanie, że proceder ten został w jakikolwiek sposób ukrócony – nagłośnienie tej patologii w końcówce lat 90. było jedynie wypadkiem przy pracy. Odczucia mówiące, że „w kółko leci to samo”, nie biorą się znikąd.

Wyprzedzająco chciałbym odnieść się do pytania, które może krążyć w głowie czytelnika: „Czego w takim razie używać, jeśli nie Spotify”. Odpowiedzi jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Najprostszym rozwiązaniem będzie przejście na inną aplikację, na przykład na Tidala, który płaci artystom wielokrotnie więcej, a ponadto oferuje specjalną bonifikatę, która zakłada, że najpopularniejszy artysta w miesięcznym zestawieniu otrzyma 25% wysokości abonamentu opłacanego przez użytkownika. W sieci można znaleźć mnóstwo programów i stron internetowych, które gwarantują bezbolesne przenosiny i zachowanie skrzętnie układanych playlist. Opcją drugą, równie stosowną, jest powrót na burzliwe morza i dołączenie do pirackiej załogi. Zyskujący na popularności slogan: „Jeśli kupno nie czyni mnie właścicielem, to piractwo nie jest kradzieżą”, popycha coraz więcej osób w tym właśnie kierunku. Mógłbym przytoczyć anegdotę o tym, jak próbowałem, w legalny sposób, obejrzeć film biograficzny o Elvisie – tylko po to, żeby się poddać (mimo płacenia za AppleTV) i skorzystać z pewnej rosyjskiej strony, ale tematykę filmów pozostawię na osobny materiał.

Moglibyście zadać pytanie: jaki jest sens rekomendowania piractwa, skoro punktem wyjścia dla artykułu było stwierdzenie, że Spotify jest złe, bo nie płaci artystom. Czy korzystanie z torrentów i zatoki piratów nie jest jeszcze gorsze? W mojej opinii nie – groszowe stawki wypłacane muzykom nie są warte tego, by legitymizować biznes pokroju Spotify. Stąd coraz częstsza praktyka wykonawców, którzy publikują swoje nagrania na pirackich serwisach, z dopiskiem „jeśli ci się podoba, to kup naszą płytę na Bandcampie”. Jeśli słuchacze mają możliwość, chęć i środki na kupowanie albumów i biletów na koncerty, to powinni wspierać swoich ulubionych artystów w ten sposób, ale marginalne wynagrodzenia oferowane przez korporację dowodzoną przez Elka nie powinny brać nas na zakładnika. To właśnie przedstawienie piractwa jako niemoralnego nijako legitymizuje płacenie firmie pokroju Spotify za dostęp do muzyki.

W czasach, gdy domyślną formą konsumpcji muzyki było kupowanie albumów, piractwo jawiło się, mniej lub bardziej słusznie, jako kradzież. Dzisiaj staje się wyrazem buntu przeciwko cyfrowym gigantom i ich wrodzonej potrzebie maksymalizacji zysków i cięcia kosztów. Sytuacja na rynku fonograficznym nie poprawi się, dopóki nie podupadnie pozycja szwedzkiego giganta. Tego samego giganta, który na rynku pojawił się jako firma zajmująca się obsługą reklamodawców – muzyka nigdy nie była tu priorytetem.

Michał Szymański

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Bardziej na lewo z tym krzyżem

Bardziej na lewo z tym krzyżem

Postępująca atomizacja społeczeństwa, brak jakiejkolwiek optymistycznej wizji, która stanowiłaby przeciwwagę dla uniwersalnego marazmu zagłady klimatycznej, umacniania się pozycji bogatych ponad klasą pracująca czy dominacji wielkich korporacji (to tylko kilka z „najbardziej popularnych” upiorów, jakie wiszą nad obecnym dyskursem) sprawiają, że pozycja ideologów ugrupowań lewicowych jest bardzo trudna. Uniwersalny problem ugrupowań lewicowych leży w kompletnym rozwodzie elektoratu – obecnego oraz pożądanego z punktu widzenia potencjalnego sukcesu w wyborach. Na tym froncie nie zmienia się zbyt wiele.

Młodzi wyborcy z dużych miast, wchodzący w rolę oświeconego mieszczaństwa, zainteresowani są przede wszystkim kwestiami światopoglądowymi, z naciskiem na ideologiczny liberalizm i prawa indywidualne. W jaki sposób można pogodzić oczekiwania antyklerykalnego, liberalnego i progresywnego elektoratu z oczekiwaniami elektoratu ludowego, który dalej zakorzeniony jest w sferze kultury katolickiej, a jego nastawienie do kwestii ruchów LGBT rozciąga się między umiarkowanym zainteresowaniem i jawną niechęcią? Jak rozmawiać o migracji, gdy absolwent z Wrocławia żali się, że kolega z Indii dostał awans w korpo zamiast niego, a jego babcia, wspominająca z tęsknotą czasy PRL, utożsamia każdego uchodźcę z obozami na ulicach Paryża. Nie sposób zanegować, że świat, w którym żyje współczesna młodzież, jest diametralnie inny od rzeczywistości poprzednich pokoleń – niezależnie jak bardzo kurczowo mogą próbować się jej trzymać.

Zewnętrzny wpływ debaty publicznej, wielkich firm i środków przekazu nie dotyka każdego w taki sam sposób. Grupa wiekowa 50+ jest w zdecydowanym stopniu mniej dotknięta chociażby algorytmicznym profilowaniem Tindera, a ludzie w wieku emerytalnym nie traktują Instagrama jako integralnej części swojego życia. Poprzednie pokolenia najprawdopodobniej kupiły swoje mieszkania i nie stały się w takiej mierze ofiarami całych tabunów spekulantów, którzy gotowi są zalewać rynek lokalami użytkowymi nadającymi się do hodowli klatkowej, a nie do zakładania rodziny. Telewizja – najważniejsze źródło informacji dla starszego pokolenia, zdaje się ześlizgiwać coraz bardziej w przepaść, ustępując szybkim dawkom informacji na TikToku czy publicystyce YouTubowej. Jakich kroków należy dokonywać, aby zanadto nie alienować żadnej ze stron tej politycznej monety? Czy lewica potrafi jeszcze trafić do milionów Polaków, którzy pracując w pocie czoła dalej muszą żyć „od pierwszego do pierwszego”, boją się migrantów, a Kościół stanowi dla nich ważny element tożsamości? A jednocześnie nie zmarnować kredytu zaufania, które dostała od młodych; patrząc na wyniki niedawnych wyborów prezydenckich widoczny jest trend popularności Zandberga i Biejat wśród młodszych wyborców. Niestety odpowiedź nie jest prosta, a rzeczywistość dostarcza nam jedynie przykładów alienacji elektoratu ludowego.

Relatywny sukces Partii Razem i Adriana Zandberga – myśląc życzeniowo – przynosi nadzieję, że otwarte wypowiedzenie wojny umiarkowanie konserwatywnej, wierzącej w Boga i niezbyt przychylnej ruchom LGBTQ części społeczeństwa mamy już za sobą. Zandberg w ciągu ostatnich miesięcy skupiał się na dostępie do ochrony zdrowia, gospodarce, budownictwie i opodatkowaniu korporacji, pozostawiając zagadnienia ideologiczne na dalszym planie. Mimo sukcesu, jaki możemy zmierzyć w internetowych komentarzach typu: „Nie lubię lewicy, ale tego Zandberga to nawet szanuję”, widzimy zarazem dynamiczny wzrost popularności Konfederacji oraz Grzegorza Brauna. Istotne jest, by powiedzieć wprost: nie wiemy, co wydarzy się na lewicy do następnych wyborów. Wiemy jednak, że przez ostatnią dekadę lewica nie umie się wydostać z przestrzeni kilkuprocentowych wyników, a w oczach wielu wyborców (nie tylko zadeklarowanych zwolenników prawicy) kojarzy się bardziej z antyklerykalizmem, polityką otwartych granic, bieganiem na granicę z pizzą.

Antyklerykalizm i podejście do Kościoła są w polskim dyskursie bardzo istotnymi czynnikami. Rządzący na początku tysiąclecia Sojusz Lewicy Demokratycznej nie kreował się przed wyborcami na antyklerykalnych zwolenników nowego, ateistycznego oświecenia. SLD nie wygrało wyborów obiecując zerwanie z „Polską zabobonną”, nawet jeśli większość wysoko postawionych działaczy partii miała niezbyt przychylne opinie dotyczące roli Kościoła w Polsce. Sojusz Lewicy zdawał sobie sprawę z wagi, jaką ma w oczach opinii publicznej Kościół katolicki, a jakiekolwiek próby konfrontacji z nim zrażą tylko ludowy elektorat. Obecna lewica porzuciła ten modus operandi i do tej pory mieliśmy co najwyżej symboliczne akty próbujące trafić w preferencje młodego wyborcy, któremu bliżej do aktu apostazji, niż wysiłki na rzecz znalezienia sojusznika w wierzącym, umiarkowanym konserwatyście.

Rzadko w obecnym dyskursie lewicowym pojawia się myśl, że religia może być nośnikiem uniwersalizmu, podobnie jak naród czy rodzina. Wiele razy w historii były nim i jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa. Nowy przekaz lewicowej strony sceny politycznej bazuje na założeniu, jakoby tylko indywidualizm miał stanowić źródło emancypacji – kompletnie lekceważąc bardziej unitarne koncepcje. Skoro lewica przez ostatnie lata zdawała się budować swój kapitał na Strajku Kobiet i wynajdywać swojego największego rywala w episkopacie (bo neoliberałowie z Platformy mogliby się jeszcze jakoś odgryźć, a krytyka ich polityki wymaga odwagi cywilnej), to możemy zakładać, że wyborca ludowy nie jest obiektem zainteresowania tego ugrupowania. Ten sam wyborca pozostawiony w roli politycznej sieroty zwróci się w stronę ugrupowań prawicowych, które przecież obiecują gospodarczą sanację państwa, a jednocześnie nie zaatakują jego tożsamości. Czy alienacja tego wyborcy jest korzystna dla lewicy? Jeśli jej celem jest pozostanie w granicach 10% poparcia, w roli wiecznego opozycjonisty albo wymuszonego koalicjanta – to tak.

Kwestia wyznania jest bardzo ważna dla zrozumienia problematyki, z jaką przychodzi się zmagać wszystkim ugrupowaniom biorącym udział w kreowaniu politycznego dyskursu. Dzieje się tak, pomimo że czynne zainteresowanie praktykami religijnymi (w przypadku naszego kraju zdominowanymi przez obrządek katolicki) stale spada. Konfrontacja ze statystykami udostępnionymi przez Centralne Biuro Opinii Społecznej jasno wskazuje, że coraz więcej obywateli traktuje wiarę jako kwestię marginalną, deklaruje się jako osoby niewierzące, a nawet idzie o krok dalej, dokonując aktów apostazji. Na przestrzeni wszystkich grup wiekowych możemy zauważyć drastyczny spadek zaangażowania w praktyki religijne i coraz większy stopień deklarowania się jako osoby niewierzące. Opinia młodych o strukturze Kościoła katolickiego jest bardzo negatywna – zarówno z powodu wychodzących na jaw skandali dotyczących pedofilii wśród hierarchów, jak również z uwagi na przekonanie, że to właśnie Kościół jest w dużej mierze odpowiedzialny za podtrzymywanie panujących w społeczeństwie nastrojów konserwatywnych i patriarchalnych. Ugrupowania obozu władzy po porażce Trzaskowskiego przekonywały o korelacji między zaangażowaniem w praktyki religijne a preferencjami politycznymi – wszak zdecydowana większość osób wierzących deklaruje poparcie dla PiS-u oraz Konfederacji. Krytyka PiS-u i jego polityki łączy się z krytyką Kościoła i jego wiernych, jakoby ci byli odpowiedzialni za „wyprowadzanie Polski z Europy”, „średniowieczne praktyki” i „ciemnogród”.

W takiej przestrzeni bardzo trudno jest identyfikować się z Kościołem. Wśród młodzieży temat wiary – pozornie – nie istnieje. W wielkomiejskich, dobrze wykształconych środowiskach deklarowane wsparcie dla Kościoła nie jest postrzegane w pozytywnym świetle. Przywiązanie do wiary jest widziane jako opaska na oczach, która zakrzywia „racjonalną” rzeczywistość. Tak czy inaczej lewica jest między młotem a kowadłem. Młodzież liczy na teatralne gesty antagonizowania się wobec „Polski zabobonnej”, a ich rodzice nierzadko upatrują tam elementu swojej tożsamości kulturowej.

O ile badania CBOS-u możemy traktować jako wiarygodne źródło dotyczące zmian w powszechnym postrzeganiu religii, o tyle możemy zadać pytanie, czy wiara jako taka stała się przeżytkiem i nie ma na nią miejsca w obecnych czasach. Jakkolwiek fundamentalne w swojej naturze, pytanie to może poprowadzić nas do bardzo ciekawej obserwacji. Ta sama młodzież, która nierzadko głośno deklaruje niechęć wobec Kościoła, staje się bardzo podatnym gruntem dla wszelkiej maści ideologii i zachowań przywodzących na myśl zorganizowane grupy religijne. Cancel culture, które ma na celu przypisanie odpowiedzialności i skazanie na publiczny ostracyzm, działa niczym fundamentalistyczna sekta mająca na celu „oczyszczenie” przestrzeni publicznej. Z innej strony Instagram i TikTok przepełnione są treściami o charakterze około-duchowym. Romantyzacja powrotu do natury i „duchowych korzeni” stała się niemalże osobnym gatunkiem treści internetowych. Począwszy od horoskopów czy tarota, poprzez aprobatę dla wierzeń pokroju taoizmu, a kończąc na rozkwicie neopogańskich ruchów mających na celu „przywrócenie więzi z Matką Naturą”. Popularność hasztagów #astrology, #faith czy #fate przypomina oświeceniowy dyskurs, w którym oświecone mieszczaństwo krytykowało „katolicki zabobon”, samemu oddając się w ręce „Istoty Najwyższej” przybierającej formy różnorakich sił opatrzności. Na myśl przychodzi zawarta w książce poświęconej esejom Theodora W. Adorno wypowiedź amerykańskiego filozofa J. M. Bernsteina: „Współczesny okultyzm jest […] przetwarzany w drodze jego zinstytucjonalizowania w mediach masowych, a fakt niekompatybilności okultyzmu z postępem w nauce przyrodniczej, astrologii z astrofizyką, jest dziś jaskrawy i niezaprzeczalny. Stąd ci ludzie łączący «wiarę» w jedno i drugie, zmuszeni są do intelektualnego regresu, który niegdyś nie był w ogóle potrzebny”. Sam Adorno w pracy „Stars Down To Earth” starał się opisać, skąd bierze się popularność praktyk ezoterycznych i w jaki sposób pomagają one ich zwolennikom w radzeniu sobie z otaczającą rzeczywistością: „O tyle, ile system społeczny stanowi los większości jednostek niezależnie od ich woli i interesu, jest on projektowany na gwiazdy, by uzyskać w ten sposób większą godność i uzasadnienie, w jakim jednostki mają nadzieje same uczestniczyć. Idea, że gwiazdy, gdy właściwie się w nich czyta, dają nam jakieś porady, łagodzi zarazem ten sam lęk przed nieprzeniknionością procesów społecznych, które wytwarza sam obserwator gwiazd”. Ezoteryzm i popularność sfery duchowej to tylko jeden z elementów krajobrazu w społeczeństwach, które odchodzą od klasycznego modelu wiary opartego tradycyjnych strukturach wyznaniowych.

Rzeczywistość społeczeństw rozwiniętych oferuje dziś niezwykle różnorodne środki, idee i figury, które mogłyby wypełnić duchową pustkę i nie muszą one mieć w żaden sposób związku z metafizyką. Świecki charakter kultu bogactwa, jaki praktykują postaci pokroju, podupadłego już nieco w oczach internautów, Andrew Tate’a – multimilionera słynącego ze swojej bardzo bezpośredniej persony nastawionej na bogactwo i definiującej sukces w życiu przede wszystkim poprzez aspekt materialny – jest jednym z bardziej zauważalnych trendów. Nie wchodząc w detale i w to, na ile istotny jest jeszcze sam Tate (bo nawet jeśli nie publikuje już treści to wciąż możemy odnajdywać w nim ojca założyciela hiper-kapitalistycznej parodii „od pucybuta do milionera”), jest on jednym z adwokatów szeroko pojętej „hustle culture”, oddziałującej szczególnie na młodych mężczyzn. Jedna z definicji opisuje „Hustle culture” jako powszechne, współczesne środowisko pracy, które kładzie nacisk na ciężką pracę i długie godziny spędzane w niej jako na klucz do sukcesu. Każda minuta dnia powinna być wykorzystana jak najbardziej produktywnie, a każdy krok powinien być obliczony na zysk. Ostatnio staje się to coraz bardziej popularne, a wiele firm zachęca swoich pracowników do włożenia dodatkowego wysiłku i pracy w celu osiągnięcia lepszych wyników. Na pierwszy rzut oka tego typu podejście wydaje się racjonalne, aczkolwiek internetowe figury pokroju Tate’a mają tendencję do całkowitej akceleracji tego pojęcia. Koreluje to z problematyką zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi, ciągle wystawionych na zewnętrzne bodźce „motywujące” ich do cięższej pracy, większego wysiłku i permanentnej konkurencji z innymi.

Koncepcja „hustle culture” zdobyła prestiż dzięki przedsiębiorcom, którzy są postrzegani jako „udani”, ponieważ pracują długie godziny, nie biorąc przerw na odpoczynek ani na spędzanie czasu z rodziną. Te jednostki często są przedstawiane jako wzorce do naśladowania dla aspirujących przedsiębiorców, którzy może nie zdają sobie sprawy, jak szkodliwe bywa postawienie pracy ponad wszystko inne w życiu. Istnieje silna korelacja między mediami społecznościowymi a zdrowiem psychicznym, a media społecznościowe tylko pogorszyły ten problem. Instagram, TikTok i Facebook umożliwiły influencerom i celebrytom dzielenie się obrazami swojej pracy do późnej nocy, gloryfikując i podtrzymując niebezpieczny sposób myślenia wśród młodszych pokoleń, które patrzą na nich jako na źródło inspiracji. Postawy propagowane przez influencerów pokroju Andrew Tate’a idą w parze z kultem jednostek takich jak chociażby prezes Tesli i najbogatszy człowiek na świecie – Elon Musk. Biznesmen ten za pomocą mediów społecznościowych stworzył wizerunek, który wydaje się być niezwykłą inspiracją dla młodych ludzi. Musk przedstawia siebie jako geniusza, szalonego naukowca rodem z komiksów o Iron Manie, oderwanego od biznesowego aspektu prowadzenia działalności. Świat obiegły zdjęcia, na których Musk śpi na podłodze fabryki samochodów Tesla, a miało to ukazać jak pomimo swojego bogactwa i statusu nigdy nie porzucił pasji związanych z technologią. Obecny właściciel Twittera (Portalu X) dba o swój wizerunek i sposób, w jaki odbierany jest przez opinię publiczną, która w dużej mierze postrzega go jako „jednego z nas”.

Fałszywa solidarność klasowa, jaka tworzy się między takimi influencerami a gronem ich odbiorców/zwolenników, jest z punktu widzenia systemu bardzo korzystna. Rzesze młodych będą starały się oddać wszystko za możliwość osiągnięcia „sukcesu” wzorem swoich idoli. Problem leży jednak w tym, że większość zwolenników postaci pokroju Muska czy Tate’a nie dysponuje takimi możliwościami jak oni. Elon Musk pochodzi z bardzo zamożnej rodziny posiadającej kopalnie minerałów w RPA (co usilnie stara się zamaskować), a Tate, który nigdy nie wypowiadał się na temat tego, w jaki dokładnie sposób zarabia pieniądze, usłyszał zarzuty dotyczące handlu ludźmi na Bałkanach, z których pochodzi.

W jaki sposób ugrupowania lewicowe mogą wypełnić pustkę, która powstała w dobie spadającej popularności zinstytucjonalizowanych ruchów religijnych, tych samych ruchów, które stanowiły spoiwo tkanki społecznej na przestrzeni ostatnich stuleci. Jak wypełnić pustkę, gdy idee stały się czymś niebezpiecznym i wręcz niepożądanym w procesie „rzetelnego i racjonalnego” zarządzania aparatem państwa.
Czy można w jakikolwiek sposób znaleźć sposób na wykorzystanie uniwersalizmu Ewangelii tak, aby wykreować nową narrację, która nie zniechęciłaby progresywnych wyborców, a jednocześnie stanowiłaby moralne oparcie dla bardziej konserwatywnego elektoratu? Czy jest szansa na wykorzystanie czegoś na kształt „bezwyznaniowego chrześcijaństwa”, o którym w latach siedemdziesiątych mówił (wówczas bardzo lewicowy) Jacek Kuroń? A może kwestia spraw okołoduchowych w ogóle powinna zostać pominięta w kreowaniu nowego planu dla lewicy i trzeba pozostawić ją jako sferę indywidualną każdego człowieka i nie wprowadzać jej do debaty publicznej? Jak przemówić uniwersalnym językiem do tych, którzy stanowią trzon obecnej klasy pracującej, ale nie wierzą, że klasy społeczne wciąż istnieją?

Model społeczeństw Zachodu spełnia proroctwa Karola Marksa, który przepowiadał wyrafinowaną zdolność Kapitału do wkradania się w różne, oddalone od ekonomii, sfery naszego życia. Wspomniany Tinder pokazuje, w jaki sposób pojęcia używane dotychczas w świecie finansów przeszły do powszechnego wokabularza definiującego relacje interpersonalne („Co druga osoba ma mi do zaoferowania?”, „Czy przypadkiem nie ma lepszej okazji?”). Sfera duchowa też podlega zjawisku komercjalizacji – figury influencerów oferują nam „zbawienie” w ramach funkcjonującego systemu. Polega ono na osiągnięciu sukcesu rozumianego w kategoriach materialnych albo ucieki przed niepokojem wynikającym z naszej partycypacji w systemie. Sprzedawane nam przez kulturę i social media mantry dotyczące wykreowania własnego świata, swojej bańki i przestrzeni, stanowią tylko reakcyjny sposób na radzenie sobie z otaczającą rzeczywistością.

W zbiorze „Przemysł kulturalny” Adorna możemy znaleźć bardzo interesującą myśl: „Rozrywka to przedłużenie pracy w późnym kapitalizmie. Poszukuje jej ten, kto chce wymknąć się systemowi zmechanizowanej pracy, aby na nowo móc mu sprostać. Ponieważ mechanizacja ma taką władzę nad czasem wolnym człowieka i określa tak dogłębnie wytwarzanie artykułów rozrywkowych, doświadczenia kultury masowej są jedynie wtórnymi obrazami samego procesu pracy”. O ile cytat odnosi się do rozrywki i kultury w ujęciu masowym, o tyle jest bardzo aktualny w szerszym ujęciu dzisiejszego krajobrazu socjoekonomicznego. Kultura masowa istnieje teraz na styku mediów, biznesu, polityki, sztuki i spajających to w jedną całość aplikacji społecznościowych. Młodzi artyści korzystają z biznesowych praktyk internetowych specjalistów od Public Relations. Humorystyczne profile na Instagramie tworzą swoje skecze w oparciu o wydarzenia ze świata polityki. Zatraceni w „hustle culture” aspirujący biznesmeni starają się być na bieżąco z estetycznymi trendami publikowania filmików na TikToku. Tak, aby odpowiednio dobrana piosenka pozwoliła wygenerować większy zasięg materiału mającego w ten czy inny sposób odbić się na prowadzonej przez nich działalności. Postrzegany w ten sposób kulturowy tygiel jawi się jako strefa niesamowicie integralna dla naszego życia i światopoglądu. Jak jednak uciec od polityki i światopoglądowych konfrontacji, skoro wszystko jest ze sobą tak bardzo połączone?

Bardzo trudnym zadaniem byłoby stworzenie nowego programu, nowej narracji, bez świadomości wpływu sfery kultury masowej na kształtowanie postaw i preferencji wyborczej wśród ludzi (zwłaszcza w silnie rozwiniętych państwach globalnego Zachodu). Socjologicznie rzecz biorąc, należałoby oczekiwać nastania kulturalnego chaosu wskutek upadku zinstytucjonalizowanych religii, rozwoju technologicznego i społecznego zróżnicowania oraz zaniku ostatnich przedkapitalistycznych reliktów, ale nic podobnego nie następuje. Kultura nigdy nie była bardziej zunifikowana i zintegrowana. Pod względem jednolitości kultura bije dziś na głowę wszystko. Film, muzyka, telewizja czy czasopisma stanowią zwarty system. Kultura stała się jawnie i bezczelnie przemysłem posłusznym tym samym regułom produkcji, co wszyscy inni wytwórcy towarów. Czy wśród tego, moim zdaniem dystopijnego, krajobrazu nie dałoby się stworzyć narracji, która zamiast dołować daje nadzieję?

Interdyscyplinarne podejście wydaje mi się, w przypadku rozważań dotyczących kursu polityki, dalece zasadne. To właśnie na styku wiary, kultury masowej, wydarzeń geopolitycznych i popularnych środków przekazu plasują się nasze ideowe koordynaty. Hipotetycznym pytaniem jest to, jak wykorzystać panujący duch czasów i w jaki sposób dotknąć społecznej wrażliwości w taki sposób, by zbudować skuteczną narrację. Nawet jeśli pytanie jawi się jako trudne, lub wręcz niemożliwe, to wydaje się być bardziej budujące niż polityczne przepychanki Magdaleny Biejat i Adriana Zandberga, którzy w hipotetycznym sojuszu oscylowaliby w okolicy dziesięciu procent poparcia. Sama Konfederacja powoli zapatruje się na dwukrotność tego wyniku. A przecież to oni mieli nigdy nie być w stanie przekonać „normalnych ludzi”, czyż nie?

Michał Szymański

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Ci, którzy nie odbijają się w lustrze

Ci, którzy nie odbijają się w lustrze

W mowie potocznej przyjęło się powiedzenie, że najbardziej lubimy te melodie, które już znamy. Patrząc na powyborczy dyskurs nietrudno przyznać mu rację. Środowiska samozwańczego obozu demokratycznego, a przede wszystkim wspierające je media, zamiast spojrzeć w lustro i zastanowić się nad swoim blamażem, rozpoczęły poszukiwania winnych porażki ich kandydata – wiceszefa Platformy Obywatelskiej, Rafała Trzaskowskiego. Po miesiącach niezwykle brutalnej (zwłaszcza w jej ostatnich tygodniach) kampanii środowiska zgromadzone dookoła koalicji rządowej zostały skonfrontowane z niesprzyjającym wynikiem. Podawane razem z zamknięciem komisji wyborczych exit polls, które wskazywały na niewielką przewagę kandydata obozu rządzącego wydawały się jego otoczeniu na tyle miarodajne, żeby ogłosić zwycięstwo. Przez dwie godziny Rafał Trzaskowski miał możliwość poczuć się Prezydentem Rzeczpospolitej, choć w dość wyraźny sposób czuł się tak już dużo wcześniej. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna i już następnego ranka oddawał ją kursujący po internecie obrazek siedzącego w ławie sejmowej Jarosława Kaczyńskiego z podpisem „Kogo należy wystawić, aby wygrać z bezideowym kandydatem Koalicji Obywatelskiej? Kogokolwiek”.

Okres wyborczy rozciągnięty od etapu prekampanijnego, kiedy to komentatorzy próbują przewidzieć ewentualne kandydatury, aż po zaprzysiężenie nowej głowy państwa (i idące razem z nim ogólne zmęczenie debatą na ten temat), zawsze stanowi znakomitą okazję do przyjrzenia się mechanizmom debaty publicznej. To właśnie wtedy słyszymy o tym, jakie cechy kandydatów mogą przyciągać potencjalnych wyborców. Jak zagłosują duże miasta, a jak zagłosuje „Polska powiatowa”. O tym, kto bardziej nadaje się na urząd prezydenta Rzeczpospolitej – nieważne jak bardzo efemeryczne byłyby argumenty przemawiające za takimi stanowiskami (na myśl przychodzi anegdotka z „Tygodnika Powszechnego” o Rafale Trzaskowskim, który już jako dziecko był zapowiadany przez kolegów na stanowisko prezydenta). To wtedy dowiadujemy się o „ciemnych kartach” z życiorysów kandydatów, a przynajmniej tych, którzy stanowią na tyle duże zagrożenie dla największych obozów, że trzeba wytoczyć przeciwko nim jakieś oskarżenia. Jednak to dzień ostatecznych wyników jest tym, na który czekam z utęsknieniem, bo znów przychodzi usłyszeć starą dobrą melodię o tym, jak to demokracja ponoć nie działa.

Media różnych formatów – począwszy od wielkich telewizji, przez opiniotwórcze magazyny, aż po internetowe konta różnorakich osobistości – z oburzeniem zareagowały na zwycięstwo kandydata wspieranego przez Prawo i Sprawiedliwość. Rozpoczęła się, trwająca po dzień pisania tego tekstu, obława na wszystkich „niewykształconych”, „nieodpowiedzialnych” i „bogobojnych” Polaków, którzy odważyli się nie oddać głosu na kandydata rządowego. A czemu jest to znana melodia? Ponieważ po każdych wyborach, w których triumf odnosiło stronnictwo dowodzone przez Jarosława Kaczyńskiego – czyli wszystkich od ponad dekady, nie licząc ostatnich wyborów do parlamentów krajowego oraz europejskiego – słyszymy, że model demokratyczny nie spełnił swojego zadania, a reżim większości znowu stanowi element hamulcowy zmiany cywilizacyjnej. To wtedy rozgoryczone głosy liberalnego komentariatu w mniej lub bardziej świadomy sposób dokonują przetworzenia myśli Janusza Korwin-Mikkego, że demokracja jest złym ustrojem, ponieważ „dwóch facetów spod budki z piwem ma większą siłę niż profesor akademicki”.

Z jakiegoś powodu analiza powyborczych statystyk dotyczących grup wiekowych, miejsca zamieszkania i poziomu wykształcenia wyborców zdaje się zawsze poświęcać najwięcej czasu i uwagi temu ostatniemu elementowi. Mowa jest wtedy o niedojrzałości rodzimej demokracji, która wciąż ciągnie w stronę autokracji, a zebrani w studiach eksperci i goście mogą deliberować na temat potrzeby edukacji społeczeństwa, które to podobno zbyt łatwo nabiera się na populistyczne chwyty stosowane przez przeciwników obozu demokratycznego.

Warto zwrócić też uwagę na gravitas, z jakim cały czas oddziałuje teza sformowana w trakcie poprzedniej kampanii parlamentarnej. To właśnie wtedy Donald Tusk i jego koalicjanci mianowali się obozem demokratycznym, twierdząc, jakoby ich szeroki front stanowił zamknięty zbiór ugrupowań szanujących społeczeństwo obywatelskie i instytucje demokratyczne – nietrudno zauważyć, że znajdujące się poza tym zbiorem Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederację konsekwentnie przedstawiano jako zagrożenie dla demokracji, stawiając zbiór bliżej niedookreślonych i niedoprecyzowanych zarzutów, zwłaszcza pod adresem tych pierwszych. PIS, który wedle doniesień liberalnych mediów miał w razie swojej przegranej wyprowadzać wojsko na ulice, oddał władzę (nie licząc krótkiego okresu politycznej apopleksji albo teatru, kiedy to na premiera desygnowano Mateusza Morawieckiego i kazano mu utworzyć jakikolwiek rząd) i przeszedł do opozycji. Nie tworzono wówczas narracji dotyczącej systemowej niesprawiedliwości – politycy byłego rządu powtarzali jak mantrę, że wygrali (co patrząc na liczbę głosów było prawdą), ale nie doszukiwali się drugiego dna i oddali rządy Tuskowi. Budzi więc pewien niesmak, gdy środowiska przychylne obecnej władzy określają się na spektrum, które po jednej stronie formułuje zarzut oszustwa wyborczego, a na drugim jego krańcu wyraża rozczarowanie demokracją, która pozwala na zwycięstwo kogoś spoza kręgu ich sympatii.

Karolowi Nawrockiemu udało się, na przekór wszystkim prognozom, zdobyć głosy większości Polaków pomimo dalece nieuprzywilejowanej pozycji. PiS mimo kontroli nad narracją Telewizji Republika czy wPolsce24 póki co nie odbudował siły przekazu, jaką dawała mu kontrola nad publiczną telewizją za czasów swoich rządów. Do tego dochodzi niespotykana dotąd skala zarzutów i oskarżeń wysuwanych pod adresem Nawrockiego – zwieńczona wyjątkowo dywersyjnym i prawdopodobnie „odwrotnie skutecznym” wystąpieniem premiera na antenie Polsat News, w którym powoływał się na patocelebrytę skazanego za pomówienia. To wszystko składa się na obraz bardzo trudnej kampanii, która pomimo wieszczenia zwycięstwa Rafałowi Trzaskowskiemu przyniosła wynik szokujący dla wielu. Czy był on jednak tak szokujący i zaskakujący? Czy pierwsza tura wyborów, w której wyborcy mogli głosować w zgodzie ze swoim sumieniem, dająca 60% poparcia kandydatom spoza struktur rządowych, nie dawała wyraźnego znaku, że kredyt zaufania, który pozwolił objąć Donaldowi Tuskowi stanowisko Prezesa Rady Ministrów, właśnie się wyczerpał? Okres dwóch tygodni między pierwszą a drugą turą był zresztą bardzo ciekawy ze względu na zmianę narracji środowisk KO w stosunku do Konfederacji.

W sytuacji, gdy polityczna arytmetyka wymagała skapitalizowania głosów prawicy albo przynajmniej spacyfikowania ich zapału do oddania głosu w drugiej turze, Konfederacja na chwilę stała się w pełni poważanym graczem i próżno było doszukiwać się po stronie komentariatu głosów sprzeciwu odnośnie do wchodzenia w dialog ze skrajną prawicą. Na moment Sławomir Mentzen stał się w ich oczach (przynajmniej publicznie) pragmatycznym i dojrzałym politykiem, z którym trzeba wspólnie rozmawiać i realizować polską rację stanu. Po wyborach nie ma już tego problemu. Domniemany elektorat Mentzena, który zagłosował na Nawrockiego, „udowodnił” liberałom, że tamci stoją po złej stronie historii i nie dojrzeli jeszcze do dobrych wyborów (mówiąc zarówno metaforycznie, jak i bezpośrednio, biorąc pod uwagę popularność Mentzena wśród młodych wyborców).

Co w takim razie pozostało? W 2016 roku Slavoj Žižek jako zdeklarowany przeciwnik Donalda Trumpa głosił w mediach, że jego wygrana jest czymś niedobrym, ale potrzebnym. Porażka z takim przeciwnikiem powinna skłonić obóz Demokratów do refleksji nad prowadzoną przez nich polityką. To właśnie opisywana przez Žižka postać Trumpa – który zrodził się ze wszystkich bolączek niezaleczonych przez panujący establishment – miała być inspiracją dla zmian i ponownego obrania ideowego azymutu. Ta przewrotna myśl zakładała, że kolosalna porażka Demokratów długofalowo może dać ich obozowi nowy podmuch w żagle i skierować ich w stronę wyborców, którzy na nich głosują, ale z każdym dniem czują się coraz mniej reprezentowani przez swoich reprezentantów. Dalece dyskusyjnym jest to, czy środowisko amerykańskich Demokratów wzięło sobie do serca słowa Žižka, ale pewnym jest, że ekstrapolując to samo zagadnienie na polski grunt widzimy jak obóz władzy gotów jest doszukiwać się skutków swojej porażki wszędzie poza łazienkowym lustrem.

Cezary Tomczyk mówiący niepewnie na antenie TokFM: „może trzeba było rozliczać szybciej?”. Adrianowi Zandbergowi zebrało się za brak jednoznacznego poparcia dla Rafała Trzaskowskiego, a fakt, że zaproponował on poparcie Trzaskowskiego, gdyby ten wpłynął na premiera i doprowadził do przegłosowania ustawy o ochronie zdrowia, wygodnie przemilczano. Liberalne ośrodki opiniotwórcze założyły, że Trzaskowskiemu głosy wyborców Zandberga po prostu się należą i nawet estymacje zakładające, że przytłaczająca większość wyborców lidera Partii Razem oddała głos na wiceszefa Platformy nie jest w stanie zatrzymać cyklicznego obwiniania Partii Razem za porażkę PO – zbyt mali i nieistotni, by z nimi rozmawiać, ale bardzo istotni, gdy przychodzi czas na szukanie winnych.

Zapowiadana przez premiera rekonstrukcja rządu, której najgłośniejszym elementem jest ewentualna zmiana w fotelu Ministra Sprawiedliwości – z obecnie pełniącego tę funkcję Adama Bodnara na Romana Giertycha – pozwala nam się domyślać, że rząd chce w ten sposób wykonać ukłon w stronę najbardziej oddanego elektoratu i zapowiedzieć, że rozliczenia władzy Prawa i Sprawiedliwości nie ustaną, a wręcz przybiorą na sile. Ten sam Roman Giertych, pomimo deeskalacyjnych wypowiedzi premiera, nie porzuca obranej przez siebie ścieżki mobilizowania wyborców do składania protestów wyborczych, które w jego ocenie doprowadzą do zmiany Prezydenta-elekta. Powołano również rzecznika rządu, który stanowić ma remedium na zdiagnozowany przez Koalicję Obywatelską problem – brak skutecznej komunikacji z Polakami i powstałe w ten sposób niepowodzenia w przekazywaniu wszystkich sukcesów, jakie odnosi ten rząd (warta odnotowania jest również myśl głoszona przez jednego z posłów KO, że rząd powinien mieć trzech rzeczników – po jednym dla każdej grupy wiekowej).

Rozwiązanie to wskazuje, że kurs obecnej władzy pozostaje bez zmian. To nie brak sukcesów, to brak komunikacji. To wyborcy nie dostrzegają znakomitych rezultatów obecnego gabinetu, a część tych wyborców najwyraźniej potrzebuje przypomnienia, że jest dobrze, ponieważ nie rządzi Prawo i Sprawiedliwość. W jaki sposób ma to jednak pomóc w dalszej drodze obozu Koalicji Obywatelskiej, która dopiero co była świadkiem, że lewicowy kandydat spoza rządu zdobył więcej głosów niż ich lewicowa koalicjantka? Jak dalsze rozliczenia mają się do rozłamu Trzeciej Drogi, w której to osoba Szymona Hołowni zaczęła swoim kolegom z PSL-u bardziej ciążyć niż im pomagać? Jak ma się to do ogólnego marazmu rządu, który od czasu dojścia do władzy nie jest w stanie zaproponować Polakom jakiejkolwiek wizji przyszłości naszego kraju?

Koalicja Obywatelska i jej sojusznicy zapewne czują wiatr zmian i widzą, że ugrupowania prawicowe zyskują na sile w całej Europie, a kontynuacja dalszego rządzenia w oparciu o azymut obrany 15 października 2023 – „wygrajmy wybory, a potem się zobaczy” – nie przyniesie im długofalowo niczego poza porażką w kolejnych wyborach parlamentarnych. Zmiana w komunikacji ze społeczeństwem jest tylko formalnym zabiegiem, który w żaden sposób nie zmienia stylu realnie sprawowanej władzy. Odtrąbienie z dumą spadających wskaźników inflacyjnych nie znaczy już dzisiaj nic, bo Polacy zauważyli, że cena produktów w sklepach nie jest tak bardzo skorelowana z inflacją, jak mówiono za czasów poprzedniej władzy. Obietnice dotyczące budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego są pozbawione jakiegokolwiek zapału – ale jak mogło go nie brakować, gdy rolę pełnomocnika rządu w tej sprawie piastuje Maciej Lasek, wcześniejszy krytyk całego przedsięwzięcia. Pojawiające się cyklicznie stwierdzenie, że program 800+ stanowi osiągnięcie tego rządu jest równie miałkie, co chwalenie się najbezpieczniejszą granicą na wschodzie – wszystko to przez pryzmat stanowisk, jakie Koalicja Obywatelska zajmowała w czasach bycia w opozycji. Brakuje odwagi do jakichkolwiek przedsięwzięć, które wykraczają poza doraźne administrowanie aparatem państwa.

Nie pomagają również głosy koalicjantów, którzy po zweryfikowaniu społecznego poparcia próbują zaznaczyć swoją podmiotowość poprzez wychodzenie z bardziej radykalnymi postulatami. Szymon Hołownia nastawił się na formalną procedurę w sprawie odpolitycznienia spółek Skarbu Państwa – jego ugrupowanie złożyło już drugi projekt ustawy i intensywnie go promuje. Nie sposób jednak nie odczuć, że odpolitycznienie spółek skarbu państwa nie jest już tak nośnym sloganem, gdy sprawuje się władzę od ponad półtora roku i gdy zdążyło się już dokonać przetasowania obsadzonych tam za czasów l’ancien regime ludzi na swoich protegowanych. Tam, gdzie przejawia się inicjatywa – jak w przypadku powołania zespołu ds. deregulacji początkowo sygnowanego nazwiskiem właściciela InPostu Rafała Brzoski, który z końcem maja wypisał się z uczestnictwa – działania wydają się jak strzelanie na oślep. Program mieszkaniowy nie leży w strefie zainteresowania rządu, a jakiekolwiek dyskusje dotyczące wprowadzenia podatku katastralnego kończą się na argumentach pokroju „nie zabraniajmy Polakom się bogacić”. W swoim krótkim wystąpieniu po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów prezydenckich Donald Tusk zapewnił, że „bierzemy się do roboty” (po półtora roku rządów…), ale nie wiem, czy nawet jego najbliżsi współpracownicy byliby w stanie spójnie przekazać, na czym ta robota będzie polegać.

Przeciwnik zawsze jest na zewnątrz, a biblijna przypowieść o drzazdze w oku bliźniego nie wychodzi z mody. Elity w swoim przekonaniu nie potrzebują niczego zmieniać, a za wszelkie błędy odpowiadają niewyedukowane masy głosujące na populistów. Pochwała merytokracji i głęboka wiara środowisk liberalnych w swoją wyższość zarówno intelektualną, jak i kulturową sprawia, że klasistowskie wybryki, na które pozwala sobie chociażby profesor Markowski, mówiący o połowie społeczeństwa pracującej na klasy transferowe z drugiej połowy (nie jest zaskoczeniem, że koreluje on ten podział na wyborców Trzaskowskiego i Nawrockiego), nie są jedynie kontrowersyjnymi słowami radykała. Są wypowiedzianym na głos, pełnym resentymentu stosunkiem do wyborców, którzy nie przyjmują tej samej, liberalnej optyki. Nawet posługując się taką perspektywą nietrudno dostrzec w niej poważną niespójność. Skoro niewykształcona i zaściankowa, według nich, Polska powiatowa zdołała wykreować narrację pozwalającą na zwycięstwo ich kandydata, to czy nie byłoby zasadnym uznanie, że Polska dużych miast, wykształcona i obyta w świecie posiada znacznie więcej kapitału intelektualnego, który będzie w stanie zaoferować coś lepszego?

Okazało się, że nie, bo środowisko Trzaskowskiego jako metodę przyjęło skręt w prawo i papugowanie przemielonych postulatów Nawrockiego i Mentzena, licząc, że nieco wyalienowani lewicowcy i tak zagłosują na niego, bo z dwojga złego lepiej w tę stronę. Ale czy ktokolwiek zagłosował na Trzaskowskiego dopiero po tym, gdy rzucił hasłem o odebraniu świadczeń socjalnym Ukraińcom? Wątpię. Ci, którzy podpisują się pod takimi postulatami, słyszeli je już dużo wcześniej i nie potrzebują Trzaskowskiego oraz jego „umiarkowanej” wiarygodności, żeby mieć na kogo głosować. Po co kupować Maxi Colę, kiedy w lodówce jest zimna Coca Cola? Hiperelity, niczym dowolna postać inteligenta z filmów Barei, będą żyły oblężone przez chamstwo do następnych wyborów, które najpewniej przegrają, a potem znowu sezon emigracji i tych samych melodii…

Michał Szymański

Grafika w nagłówku tekstu: john dunbur from Pixabay