przez dr Jan Skarbek-Kazanecki | niedziela 11 maja 2025 | opinie
Uniwersytet Łódzki wchodzi w jubileuszowy rok w cieniu starych sporów i nowych napięć. Historia uczelni robotniczej Łodzi spotyka się dziś z logiką rankingów, punktów i mierzalnej efektywności. W tle toczy się mniej widoczna, ale kluczowa rozmowa o tożsamości akademii: czy zdoła ona oprzeć się pokusie forsowanego przez Ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i pozostać otwarta nie tylko dla elit?
24 maja 1945 r. Rada Ministrów uchwaliła dekret powołujący do życia Uniwersytet Łódzki. Rzecz jasna, jak to zwykle bywa z proklamacjami tego rodzaju, ówczesny rząd nie tyle stwarzał nową uczelnię, ile raczej potwierdzał pewien stan faktyczny – sankcjonował proces, który rozpoczął się wraz z początkiem marca, tj. dwa miesiące przed wejściem w życie aktu kapitulacji Niemiec.
Początków Uniwersytetu Łódzkiego upatrywać można zresztą jeszcze w czasach przedwojennych w powstałym w 1928 r. łódzkim oddziale Wolnej Wszechnicy Polskiej: warszawskiej uczelni kojarzonej z tradycjami lewicowymi, od początku otwartej dla słuchaczy o żydowskim pochodzeniu oraz osób spoza kręgu elit. Dość wspomnieć, że w Łodzi na przełomie 1936 i 1937 r., gdzie WWP prowadziła kilka kierunków studiów, m.in. filozofię, historię czy studia ekonomiczno-społeczne, ponad 35% wszystkich studentów pochodziło z rodzin pracowników fizycznych lub rolników. Jak pisano w tym okresie w kręgach endeckich, Wolna Wszechnica miała trudnić się „masową produkcją proletariatu inteligenckiego”, oferując „półinteligentom” zdobywanie „pozorów wyższego wykształcenia” (tygodnik „Myśl Narodowa” z 3 marca 1935). Wraz z końcem wojny rektor właśnie tej uczelni, prof. Teodor Vieweger, objął rolę pierwszego rektora pierwszego uniwersytetu państwowego robotniczej Łodzi.
Dwa dni przed proklamacją wspomnianego dekretu prof. Vieweger zginął w wypadku samochodowym. W połowie lipca jego funkcje przejął prof. Tadeusz Kotarbiński, etyk i logik, przedstawiciel szkoły lwowsko-warszawskiej – dziś unieśmiertelniony w brązie patron Uniwersytetu Łódzkiego, stojący na cokole przy drzwiach wejściowych Rektoratu. Jak na początku lat 50. pisał historyk prof. Marian Serejski, Uniwersytet w tym okresie „wkroczył zdecydowanie na tory normalnej szkoły akademickiej i ukształtował się na jej wzór” („Pierwsze pięć lat humanistyki na UŁ”).

Podkreślę przy tym, że przed ustawą o szkołach wyższych z 1951 r. uczelnie cieszyły się względną autonomią – nie istniały w każdym razie ścisłe wytyczne czy odgórne instrukcje, poprzez które władze centralne miałyby narzucać szkołom wyższym ich „oblicze społeczno-ideologiczne”. Z tej perspektywy pierwsze lata Uniwersytetu Łódzkiego możemy postrzegać w kategoriach otwartego procesu negocjowania jego charakteru. Uwidacznia to już choćby skład Komitetu Organizacyjnego. W źródłach z tego czasu powtarza się informacja, że większość jego członków „była znana z działalności w ruchach liberalno-postępowych lub wyraźnie lewicowych” (J. Chałasiński, „Początki Uniwersytetu robotniczej Łodzi”, s. 52), w rzeczywistości jednak historie „ojców (i jednej matki) założycieli” tej Uczelni były znacznie bardziej skomplikowane. I tak na przykład dr Jan Oko – profesor z Wilna, twórca filologii klasycznej w Łodzi, tj. mojej własnej Katedry i kierunku – jeszcze w 1939 r. sympatyzował z faszyzmem, pisząc peany na cześć Mussoliniego, „wielkiego wychowawcy swojego narodu” („Mussolini a pomniki starożytnego Rzymu” z „Kuriera Wileńskiego”). Tym samym u początku Uniwersytetu ścierały się ze sobą różne wrażliwości czy wizje powojennej akademii jako takiej: uczelni robotniczej, otwartej nie tylko dla wąskich elit; szkoły „miejskiej”, silnie osadzonej w kontekstach lokalnych i odpowiadającej na potrzeby społeczności Łodzi; uniwersytetu przedwojennego, elitarnego, „liberalno-mieszczańskiego”.
Wykluwająca się z tych napięć łódzka Uczelnia stała się przestrzenią ogólnopolskiego eksperymentu. Tak na przykład w 1946 r. wprowadzono do senatu – bodaj po raz pierwszy w Polsce – przedstawicieli społeczności studenckiej (niestety, decyzję po dwóch latach cofnięto z powodu nacisków Ministerstwa). W tym samym okresie w łódzkim czasopiśmie „Kuźnica” toczone były także debaty dotyczące m.in. idei autonomii uniwersyteckiej w perspektywie reform socjalistycznych.
Jak zauważył Michał Serejski, za rektoratu prof. Kotarbińskiego Uniwersytet Łódzki „wkroczył na tory” trzeciej z wyszczególnionych wizji, tj. uczelni elitarnej. Przy czym nie musiał być to proces podyktowany świadomą decyzją czy wypracowaną w toku debaty strategią. Dalszy bieg historii uczelni wyznaczyła raczej „pamięć instytucjonalna”, sięgająca czasów sanacji. Mam na myśli przyzwyczajenia kadry dydaktyczno-naukowej i wzorce pracy oraz nauczania, jakie większość z nich mniej lub bardziej świadomie reprodukowała przez kolejne lata. Nie oznacza to również, że dwa pozostałe kierunki na zawsze zniknęły z horyzontu strategii, celów czy tożsamości właściwych dla uniwersytetu i społeczności, które przez kolejne 80. lat będą go współtworzyć.
Przede wszystkim nie sposób oddzielić łódzkiej uczelni od kontekstów lokalnych, miejskich. Od samego początku ponad połowa osób studiujących pochodziła z województwa łódzkiego. Przyjazd studentów spoza regionu oznaczał zaś nie tylko przyrost tzw. kapitału społecznego, lecz także inwestycje w infrastrukturę (plan budowy miasteczka akademickiego przygotowano już w 1947 r.). Jednocześnie przemysłowa Łódź, posiadająca w II poł. XIX i na pocz. XX w. „charakter miasta półkolonialnego, pozbawionego całego szeregu instytucji właściwych wielkim miastom, a zwłaszcza instytucji kulturalnych”, staje się sprawdzianem dla marksistowskich wyobrażeń o roli nauki – zmierzających do „ścisłego powiązania działalności uniwersytetów z całością procesów społecznych w okresie przebudowy ustrojowej” (Jan Szczepański, „Uniwersytet Łódzki na tle potrzeb kulturalnych miasta Łodzi”, 1952). Otwartą kwestią pozostaje, czy UŁ wywiązał się z tego zadania. Dość wspomnieć jednak, że biblioteka akademicka, której zręby powstały już w lutym 1945 r., pięć lat później liczyła ponad 80-tysięczny księgozbiór, dostępny dla wszystkich mieszkańców.

Oprócz nowych obiektów, projektów rewitalizacyjnych czy działalności kulturalnej, obecność Uniwersytetu w mieście wyrażała się poprzez procesy demokratyzacji jego życia społecznego. Sztandarowym przykładem jest, rzecz jasna, trwający 28 dni i angażujący ponad 8 tys. osób okupacyjny strajk studencki – pokłosie sierpnia 1980 r., powstanie, które z protestami łódzkich pracowników dzieliło postulaty, klimat społecznego niezadowolenia czy formy oporu. Zaangażowanie osób studiujących w protesty w Łodzi sięga zresztą daleko wstecz: jego przejawy odnaleźć można już w latach 50. i źródłach dotyczących na przykład strajków tramwajarzy (zob. „Opowiedzieć Uniwersytet. Łódź akademicka w biografiach…”, 2015).
O ile Łódź XIX-wieczna zawdzięczała swój rozwój pracownicom i pracownikom fabrycznym, w XX wieku (zwłaszcza pod koniec tego stulecia) stała się miastem studenckim sensu stricto. W wypadku miasta postindustrialnego, które po roku 90. borykało się ze spadkiem produkcji przemysłowej, wysokim bezrobociem, niekorzystnymi trendami demograficznymi i innymi społecznymi kosztami tzw. transformacji ustrojowej Planu Balcerowicza, obecność tak wielu szkół wyższych stanowiła ratunek – a przynajmniej ważny punkt zaczepienia zarówno dla dalekosiężnych planów strategicznych, jak i bardziej ulotnych wyobrażeń i lokalnej tożsamości. Powojenna historia miasta w dość oczywisty sposób krzyżuje się więc z rozwojem samego Uniwersytetu – w kontekście przemian ustrojowych można zaś powtórzyć słowa prof. Stanisława Liszewskiego, byłego rektora UŁ: „Łódź akademicka to jest wszystko, co najlepsze mogło się przytrafić Łodzi”.
Uniwersytet Łódzki kończy 80. lat. Nadchodzi tym samym okres obchodów jubileuszowych i podsumowań – mam nadzieję, że także refleksji nad tożsamością wspólnoty akademickiej i kierunkiem jej dalszego rozwoju.
W dotychczasowych debatach dostrzegam napięcia, jakie zarysowały się już u jego początku. Z jednej strony słyszę o uczelni elitarnej – aspirującej do miana „uczelni badawczej” w rozumieniu ustawy ministra Jarosława Gowina z 2018 roku. W tym modelu na pierwsze miejsce wysuwa się ambicja stania się silnym i konkurencyjnym ośrodkiem naukowym. Z drugiej strony mówi się o uczelni młodej, awangardowej, inkluzywnej, „dziecku robotniczej Łodzi”, zrodzonym w okresie powojennym dzięki oddolnym wysiłkom lokalnych działaczy oświatowych.
Co istotne, tak jak w okresie powojennym kierunki rozwoju UŁ zdeterminowały dawne nawyki i wzorce pracy akademickiej, tak i dziś horyzont akademickiej „normalności” wyznacza ideologia neoliberalizmu lat 90., wywierająca na uczelnie wyższe wolnorynkową presję opłacalności czy krótkoterminowej „racjonalności” ekonomicznej, tym samym gubiąca dalekosiężne cele czy wartości (pisał o tym na początku b.r. dr Aleksander Ostapiuk). I podobnie jak miało to miejsce w okresie powojennym, realna autonomia akademii słabnie pod naciskiem forsowanych przez Ministerstwo modeli przemian („adaptacji”) uczelni wyższych. Zamiast bezpośrednich nacisków przymus sprawowany jest jednak poprzez subwencje, przyznawane, jak wiadomo, w oparciu o kategorie oraz rankingi, w większości oparte o kryteria ilościowe (liczbę publikacji), premiujące aspiracje elitarne (model uczelni badawczej), nie cele dydaktyczne czy wspieranie przez akademię demokracji i wartości społecznych.
Kryteria oceny działalności akademickiej w ostatnich latach stały się celem samym w sobie. Pogoń za tego rodzaju wskaźnikami nie może jednak przesłaniać nam fundamentalnych wartości, które definiują społeczności akademickie. Dość wspomnieć trzy filary Uniwersytetu Łódzkiego, zapisane w jego dokumentach strategicznych: kategorie wolności, odwagi i niezależności. Zobowiązują nas one do szerszego spojrzenia na rolę akademii i docenienia wizji uniwersytetu otwartego: inkluzywnego, wspierającego; uniwersytetu, którego władze będą opierać się pokusie forsowanego przez ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i doceniać nie tylko przyrost punktów za publikacje, lecz także wysiłki wkładane przez pracowników w dydaktykę czy budowanie lokalnych społeczności. Nie zapominajmy przy tym o silnych związkach uczelni z ich miejskim otoczeniem. Przy czym ostatni postulat stanowi obustronne zobowiązanie, angażujące także władze miejskie. Jeżeli chcą one, aby miasta, którymi zarządzają, cieszyły się renomą „akademickich”, same także muszą dać coś od siebie: budować miejskie akademiki, zapewniać dobry i tani transport zbiorowy czy we współpracy z władzami uniwersytetów oferować młodym pracownikom tanie mieszkania.
Bo jak pisano w „Dzienniku Łódzkim” z lutego 1946 r., „Trzeba gdzieś mieszkać, aby móc pracować. Muszą się znaleźć mieszkania dla nauczycielstwa uniwersyteckiego, a w mieszkaniach – elementarne zaopatrzenie”.
dr Jan Skarbek-Kazanecki
Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay
przez Michał Rydlewski | środa 7 maja 2025 | opinie
18 maja odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Na rozstrzygnięcie wyborów, czyli tego, kto zostanie prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, przyjdzie nam zapewne poczekać do drugiej tury, gdyż żaden z głównych kandydatów raczej nie zgromadzi takiej większości, czyli ponad pięćdziesięciu procent, aby wygrać w pierwszej turze. Na podstawie sondaży można zasadnie przewidywać, że w drugiej turze spotkają się Rafał Trzaskowski oraz Karol Nawrocki.
Kto wygra wybory bardzo trudno przewidzieć, gdyż różnica w oddanych głosach na pewno nie będzie wielka. Choć obaj główni konkurenci zapewniają o swojej „obywatelskości”, niezależności od głównych sił politycznych, do których przynależą, formalnie, jak Trzaskowski, lub nie, jak Nawrocki, to jasnym jest, że reprezentują Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. W wyborach prezydenckich idzie jednak o to, aby uzyskać głosy nie tylko swojego partyjnego elektoratu, ale także głosy wyborców innych partii oraz głosy oddawane na kogoś innego w pierwszej turze. Te przepływy nigdy nie są oczywiste, a to one są decydujące. Można przypuszczać, że wyborcy lewicowo-liberalni (Hołownia, Lewica) oddadzą swój głos na Trzaskowskiego, uznając go za tzw. mniejsze zło niż Nawrockiego. Nawrocki może liczyć na głosy kandydatów prawicowych, choć nie do końca jest przewidywalne, jak zachowają się wyborcy Sławomira Mentzena: czy będą głosowali bardziej bazą, tj. kwestiami ekonomicznymi, tutaj wolnorynkowymi, czy nadbudową, czyli światopoglądem. Nawiasem mówiąc zapewne obaj kandydaci w drugiej turze będą walczyli o głosy Konfederatów, zapewniając o swoim wolnorynkowym podejściu. Dodatkowo Trzaskowski będzie zapewne mówił o „umiarkowanym” podejściu względem tzw. obyczajówki – w tym sensie jego wykonany w czasie debaty gest odłożenia na bok tęczowej flagi podarowanej mu przez Nawrockiego, choć pewnie spontaniczny, nie był tak błędny, jak może się wydawać (pytanie, czy uda mu się przekonać konfederatów, że nie jest „Tęczowym Rafałem”?). Moim zdaniem większość wyborców Mentzena zagłosuje jednak na Nawrockiego i to te głosy zapewnią mu wygraną.
Śledząc kampanię wyborczą, jednocześnie spekulując nad rozstrzygnięciem uwarunkowanym m.in. dobrze lub źle prowadzoną kampanią, można powiedzieć o kilku kwestiach ujętych w perspektywie zmediatyzowania pola polityki.
Można tutaj poruszyć szereg zagadnień, jak np. rola memów czy debaty telewizyjne.
Memy to forma komunikacji internetowej o charakterze ironicznym, będąca szybkim komentarzem do rzeczywistości, która może wpływać na ukształtowanie wizerunku danego polityka poprzez skuteczne wyśmianie go, np. jego nieautentyczności. Przykładowo Trzaskowski został „Bonżurem”, a memy dotyczące jego podróży „telekomunikacją” miejską w Warszawie skutecznie pokazały, iż kreowanie się na zwykłego Warszawiaka nie bardzo ma sens. Polityk chce nas przekonać, że jest jednym z nas, lecz nie jest, gdyż w istocie jest „resortowym dzieckiem”.
W tym ujęciu wpisanie Trzaskowskiego w scenariusz panicza z bogatego domu, w przeciwieństwie do Nawrockiego jako „chłopaka z osiedla”, jest z pewnością na korzyść tego drugiego, albowiem większość ludzi nie miała zapewnionego startu takiego jak prezydent stolicy.
Ponadto przeczytanie w jednej z debat przez Krzysztofa Stanowskiego fragmentu książki „Rafał”, dotyczącego niezwykłej odwagi Trzaskowskiego wśród rekinów i walki z węgorzem, spowodowało, iż stał się raczej obiektem memiarskich drwin niż poważnego traktowania. Memy, jak kiedyś reklama, poprzez humor są w stanie związać nas z określonym wizerunkiem, analogicznie jak miało to miejsce w przypadku Bronisława Komorowskiego jako poczciwego, „bigosującego” wuja.
Rola debat telewizyjnych także nie jest bez znaczenia, szczególnie że były stosunkowo chętnie oglądane.
Pokazują one, że po pierwsze, klikalność i popularność w internecie nie przekłada się automatycznie na dobry występ w telewizji. Najlepszym chyba tego przykładem jest Sławomir Mentzen. Konfederacja jest partią internetowo bardzo sprawną, być może nawet najsprawniejszą w tym medium, gdyż potrafią stworzyć merytorycznie treściwy, zabawny oraz zapadający w pamięć tik-tokowy przekaz. Telewizja to jednak nie to samo, co internet, nagrywanie filmików i, koniec końców, kontrola przekazu.
Po debacie w Końskich, zorganizowanej przez sztab Trzaskowskiego, a przeprowadzonej przez TVP, stracił on pięć punktów procentowych, a tyle samo zyskał Nawrocki. Trudno rzecz jasna przesądzić, skąd taki spadek, jakie czynniki wchodzą w grę, ale z pewnością Trzaskowski wyglądał na zmęczonego, pozbawionego energii i refleksu oraz zestresowanego. To swoją drogą ciekawe, że politycy tak obeznani z mediami wciąż się denerwują, choć tego zdenerwowania nie było widać np. u Szymona Hołowni czy Marka Jakubiaka. Ten pierwszy jest wychowany przed kamerami, drugi z kolei, jak każdy, kto ma przemyślane poglądy i autentycznie wierzy w to, co mówi, szybko analizuje wypowiedzi innych i kontruje je ze swojego punktu widzenia. Podobnie jest z Adrianem Zandbergiem, który znakomicie, bo merytorycznie, wypada w debatach.
Myślę, że Trzaskowski zdaje sobie sprawę, iż jego przekaz nie jest spójny, i choć zapewne ma przećwiczone odpowiedzi na kłopotliwe pytania, to podskórnie czuje, że jest to nieprzekonujące – być może nawet dla niego samego. Widać, że w trudnych momentach, jak chociażby ten z flagą LGBT postawioną przed nim przez Nawrockiego, nie potrafi zareagować: gdyby naprawdę wspierał to środowisko, przyjąłby flagę i odpowiednio to skomentował, co przecież nie jest jakoś kłopotliwe – można było to świetnie obrócić na swoją korzyść. Zresztą gestu takiego można było się spodziewać, by przypomnieć tylko postawienie przez Andrzeja Dudę proporczyka z logiem PO przed Bronisławem Komorowskim w czasie walki o prezydenturę nieomal dekadę temu. Świetnie zachowała się Magdalena Biejat, która nie wstydziła się tęczowej flagi, a dzięki temu gestowi, jej poparcie wzrosło, gdyż okazała się autentycznie przywiązana do swoich wartości.
Pewnym kłopotem dla Trzaskowskiego okazała się także informacja, iż w jego sztabie, także przed debatą w Końskich, znalazła się znana psycholog Natalia de Barbaro, która miała go do tego występu przygotowywać. Psychologowie współpracują z politykami, jednak ujawnienie takiej informacji nie robi dobrego wrażenia, gdyż przedstawia Trzaskowskiego jako kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, tj. nie jest na tyle silny, aby sobie poradzić samodzielnie. Oczywiście w pewnym sensie nie ma w tym nic złego, ale jednak pozostawia pewną wątpliwość względem siły jego charakteru, nawet jeśli tylko na poziomie emocji a nie racjonalności.
Ponadto należy docenić zorganizowanie debaty przez TV Republikę, która – zaryzykowałbym takie stwierdzenie – przełamała hegemonię mediów lewicowo-liberalnych. Brak udziału Trzaskowskiego w tej debacie nie zrobił dobrego wrażenia na Polakach, gdyż prawie 45 procent negatywnie oceniło decyzję o odmowie uczestniczenia w niej. Uważam, że Trzaskowski nie przyszedł, bo wiedział, że w mediach innych niż sprzyjające PO po prostu nie da sobie rady.
Jak medialnie „ustawić” starcie obu głównych kandydatów, aby wygrał Nawrocki?
Nawrocki musi stać się przedstawicielem całej opozycji, wszystkich tych, którzy nie chcą „domknięcia systemu”, by użyć sformułowania Grzegorza Schetyny zdradzającego rolę prezydenta z PO. Wszystkich ludzi niezadowolonych z obecnych rządów, a tych jest większość, która dodatkowo rośnie, niż zadowolonych. Trzaskowski musi zostać pokazany tym, kim jest: przedstawicielem liberalnych elit, którym zależy tylko na władzy (czytaj: dostępie do środków finansowych), podwładnym Donalda Tuska, słabo radzącym sobie prezydentem Warszawy, post-polityczną wydmuszką PR-ową bez własnego zdania i poglądów. Kimś, kto tak jak typowy przedstawiciel bezkrytycznego uwielbienia dla Unii Europejskiej, jest w gruncie rzeczy marionetką w rękach przedstawicieli tzw. starej Unii, co świetnie widać przy okazji m.in. obecnych planów rozwoju systemu przemysłu zbrojeniowego w krajach Unii.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay
przez redakcja | wtorek 15 kwietnia 2025 | opinie
***
Przedsłowie
W ciągu ostatnich lat, gdy studenci i studentki w Polsce na nowo zaczęli organizować się wokół spraw dziejących się tu i teraz, powróciło pytanie o formy oporu i ich społeczną skuteczność. „Od Jowity do Kamionki” to nie tylko tytuł, ale też metafora przemieszczania się studenckiego gniewu i nadziei – od lokalnych zajęć budynków po ogólnopolski rezonans.
Publikacja, którą oddajemy w ręce czytelniczek i czytelników Nowego Obywatela to analiza tych wydarzeń, ze szczególnym naciskiem na relacje medialne z okupowanego w maju zeszłego roku akademika Kamionka w Krakowie. To też próba uchwycenia, jak okupacje uniwersyteckich przestrzeni zmieniają język, w którym mówimy o protestach, władzy i sprawiedliwości społecznej. Autorki łączą perspektywę uczestniczącą z badawczą wrażliwością, przyglądając się, jak ruch studencki wpływa na dyskurs medialny – i co z tego wynika dla przyszłości społecznych mobilizacji w Polsce.
Zamiast nostalgii za dawnymi buntami, mamy tu żywą refleksję nad tym, jak dzisiejsze pokolenie formułuje swoje postulaty, jak radzi sobie z represjami i jak przebija się przez medialny szum, przyjmując momentami ton know-how dla wszystkich ruchów oddolnych, które próbują zyskać medialną widzialność.
Tekst, który macie Państwo przed sobą pochodzi z wydanej niemalże rok po zakończeniu strajku w domu studenckim Kamionka książki ,,Kamionka Zostanie”.
Cała książka dostępna jest za darmo pod linkiem: https://www.ozzip.pl/publikacje/ksiazki-i-broszury/item/3079-kamionka-zostanie-rok-okupacji
Zachęcamy do zapoznania się z zawartymi w niej tekstami!
Od Jowity do Kamionki. Jak studenckie okupacje zmieniają dyskurs medialny?
Od wielu lat media nie musiały zadawać sobie specjalnego trudu, by relacjonować strajki studenckie. Nie musiały, bo zwyczajnie ich nie było. Od kiedy studenci i studentki okupujący w 2018 roku rektorat UW w sprzeciwie wobec reformy Jarosława Gowina opuścili budynek, w Polsce ten rodzaj aktywności protestacyjnej po prostu nie miał miejsca.
Grudzień 2023 roku przyniósł istotne zmiany, a od okupacji poznańskiej Jowity mieliśmy i mamy do czynienia kolejno z: okupacją Domu Studenckiego „Kamionka” oraz okupacjami propalestyńskimi na Uniwersytetach Warszawskim, Jagiellońskim i Wrocławskim. To zasadnicza zmiana trendu. Nie sugerujemy tutaj, że ruch studencki to coś, co odrodziło się nagle po latach stagnacji. Zaznaczamy wyłącznie, że w dyskursie medialnym studenckie strajki okupacyjne to coś stosunkowo nieznanego i paradoksalnie… w dużym stopniu to od nas zależy, jak „przesunie się” mityczny „dyskurs”.
W książce „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego” mogłyśmy przeczytać tekst „Jak sprzedać radykalny protest mainstreamowym mediom”. Po okupacji Kamionki pora spojrzeć na media z nieco innej perspektywy. W końcu od zakończenia okupacji Jowity minął rok, od Kamionki zaś kilka miesięcy, a Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej ciągle działają i pozostają widoczne. Pochylmy się więc nad tym, jak relacjonowano majową okupację oraz co mówi to o obecnym miejscu ruchu studenckiego w mediach głównego nurtu? Zastanówmy się, jakie korzyści i wyzwania wiązały się z naszą obecnością w mainstreamie, co zmieniło się od okupacji Jowity i jaką rolę obecnie odgrywają te wydarzenia dla samych studiujących. Naszą analizę oparłyśmy z jednej strony na doświadczeniach z wewnątrz strajku, z drugiej – posłużyłyśmy się historyczną analizą dyskursu, mającą na celu dekonstrukcję warstwy językowej i ideologicznej danego przekazu, ujawnienie dominacji, nierówności, manipulacji, utartych motywów, kontekstów, a nawet budowania teorii spiskowych. Przyjrzałyśmy się około dwudziestu materiałom powstałym w różnych momentach procesu mobilizacji i walki o akademik, a płynące z analizy wnioski przedstawiamy w tym krótkim, ale, mamy nadzieję, prostym i przydatnym dla ruchów społecznych tekście.
Od działania do nagłówków
Choć konflikt wokół Jowity trwał miesiącami, jego eskalacja, a jednocześnie największe zainteresowanie z zewnątrz przypadło na okres prowadzonej w domu studenckim okupacji. Gabriela Wilczyńska, jedna z uczestniczek okupacji Jowity, relację z mediami wspomina następująco: „Pamiętam, że siedzieliśmy w środku i sprawdzaliśmy, czy wieść zaczęła się już nieść. Gdy pojawił się pierwszy artykuł, dalej poszło z górki”. Z kolei Amelia Antonowicz, uczestnicząca w okupacji Kamionki, zwraca uwagę: „Wraz z kolejnymi dniami, walka studentów z kryzysem mieszkaniowym przestała wzbudzać równie duże zainteresowanie”. Dodaje również, że odbiór strajkujących był zależny od mediów: „Były to reakcje oscylujące między dumą a niezrozumieniem, czasem nawet lekką kpiną, jakby w Jowicie odgrywany był jakiegoś rodzaju performans. Pamiętam wzrok dziennikarzy wyrażający zaciekawienie i współczucie, który wraz ze zmianą stron wypowiadających się w materiale momentalnie stawał się profesjonalny i poważny”. Dla strajkujących ogromnym zaskoczeniem było to, że wraz z okupacją po raz pierwszy w mediach pojawiły się ich postulaty oraz treści dotyczące kwestii socjalnych. Gabriela wspomina: „Mówiono o kryzysie mieszkaniowym, patrzono przychylnie na postulat utrzymania akademika, porównywano stan uczelni sprzed dekad z obecnym i faktycznie przebił się przekaz o młodości, którego wcześniej nie dostrzegaliśmy na taką skalę”. W naszej rozmowie Amelia zwróciła uwagę na sposób prowadzenia narracji przez media. Jak przekonacie się w dalszej części tekstu, szerszy kontekst konfliktu o akademik pojawił się w nich dopiero z czasem: „W gruncie rzeczy wszystkie nagłówki wyglądały bardzo podobnie, co tylko dowodziło, jak małe zainteresowanie wzbudzały kwestie kryzysu mieszkaniowego, polityki uczelni i prywatyzowania jej zaplecza socjalnego. Czytelników przyciągał przede wszystkim fakt „okupowania” czy „strajku”, a teksty dziennikarek i dziennikarzy często nie wychodziły poza stan DS „Jowita”, przez co sekcje komentarzy pod ich artykułami przepełnione były rozgoryczonymi trollami internetowymi”.

Rozmowa z mediami po zerwanych negocjacjach, 20.05.2024 r. (fot. Jakub Straszewski)
Z oczywistych względów pierwsza studencka okupacja od lat wzbudziła zainteresowanie mediów. Była „klikalna”, była interesująca, dotykała problemów ogromnej części społeczeństwa, bo przecież akademiki to także infrastruktura mieszkaniowa, a problemy mieszkaniowe w przypadku większości z nas nie znikają po studiach.
Kto mówił o Kamionce?
Z inicjatywy członków i członkiń Krakowskiego Koła Młodych OZZ IP media zostały zaangażowane w walkę o Kamionkę od samego początku. Już 23 kwietnia 2024 roku, czyli w dniu publikacji petycji w obronie Kamionki, pisały o niej lokalne media. Love Kraków [1], Eska Kraków [2] czy Radio Kraków [3] skupiały się na udostępnianiu informacji o akademiku, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie praca krakowskich działaczy. Informacje dotyczyły między innymi dobrego faktycznego stanu technicznego Kamionki wbrew wszelkim zapewnieniom Senatu Uczelni. O komentarz do sytuacji media prosiły zarówno działaczy Inicjatywy Pracowniczej, jak i rzecznika prasowego Uniwersytetu Jagiellońskiego – uwaga medialna była gdzieś pośrodku. W cieniu problemów socjalnych na prestiżowym uniwersytecie odbyła się kampania wyborcza przed wyborami na nowego rektora. Rektor elekt, profesor Piotr Jedynak, nie pozostał obojętny wobec medialnego szumu i przekazał „Gazecie Wyborczej” [4] informację o możliwości remontu Kamionki. Najpierw wyszedł do mediów, nie do studentów. To dość dobitny sygnał dbania przede wszystkim o swój dobry PR. Sama okupacja Kamionki została wspomniana w lokalnych mediach, jak choćby w „Gazecie Krakowskiej” czy TVP Kraków, a także ogólnopolskich tygodnikach i portalach. Wśród nich głos zabrała „Polityka”, w artykule z nagłówkiem Strajk okupacyjny w Kamionce. Studenci walczą o krakowski akademik [5]. Również na lewicującym OKO.press pojawiło się kilka artykułów, w materiałach wideo oddano głos członkiniom KMIP i opatrzonymi nagłówkiem wyrażającym studencką perspektywę: Okupacja akademika w Krakowie: UJ obiecuje, że Kamionka zostanie. Studenci nie wierzą [6]. W „Krytyce Politycznej” ukazywały się artykuły dokumentujące kolejno każdy przełomowy moment okupacji [7].

Kamionka w czasie strajku, 24.05.2024 r. (fot. Przemysław Mitka)
Nie zabrakło tekstów w najpopularniejszych portalach internetowych, jak choćby w Wirtualnej Polsce [8], Interii [9], Onecie [10] czy RMF24 [11]. Pierwszy z nich traktował o ratowaniu Kamionki i w akapicie o „tragicznej” sytuacji mieszkaniowej w Krakowie rysował kontekst protestu. Interia opowiadała o „obronie” akademika, umieszczając cytaty zarówno Rektora UJ, jak i członków Krakowskiego KMIP. Ostatni alarmował Studenci nadal okupują budynek! Najbardziej mainstreamowi mogliśmy się jednak poczuć dzięki materiałowi z „Wydarzeń 18.50” na Polsacie, a także artykułom i materiałom z TVN24. Imponujące lub nie – Polska znów mogła usłyszeć o studentach i naszych problemach. Czy uwaga była przelotna, a my staliśmy się kolejnym linkiem w otchłani internetu? Czy jednak to, jak nas przedstawiono, wpłynie na przyszłość ruchu studenckiego?
Teksty balansują na cienkiej granicy obiektywizmu, czasem nieznacznie tracąc równowagę, przechylając się w stronę pro- lub antystudencką. Nie znalazłyśmy jednak treści, które jednoznacznie potępiałyby działania protestujących. Popularne portale zachęcają do kliknięcia chwytliwymi nagłówkami, ukazują członków Kół Młodych Inicjatywy Pracowniczej na zdjęciach z transparentami, zapewniają krótki opis wydarzeń i niewielki, ale pomocny kontekst strajku okupacyjnego. Teksty stron, które spokojnie można określić mianem „lewicujących”, opisują szczegóły wydarzeń bardzo dokładnie, prezentując listę żądań studentów, ilustrując artykuły zdjęciami czy filmiki. Jak jednak mówili o nas i naszych protestach „najwięksi gracze”?
„Wydarzenia 18.50”
Materiał z Polsatu był na początku prac nad tekstem niczym lost media. Obie go pamiętałyśmy, widziałyśmy go na własne oczy i wydawało nam się, że istnieje. Dotarcie do niego nie było jednak takie proste. Nie udało się odnaleźć go na stronach Polsatu, nie pojawiał się również w kolejnych kartach żadnej z głównych wyszukiwarek. Z pomocą przyszło nam jednak Internet Archive, a nasze małe śledztwo dowiodło, że faktycznie o Kamionce mówiono w „Wydarzeniach”! Już choćby ta sytuacja obrazuje, jak ważne jest zbieranie danych, materiałów i dokumentowanie naszych działań – wiele rzeczy ginie w otchłani internetu, przesyconego „kontentem” na każdy możliwy temat.

Najważniejsze decyzje były podejmowane przez wszystkich okupujących na wspólnych zebraniach, 22.05.2024 r. (fot. Adam Ochwat)
20 maja 2024 roku miały mieć miejsce rozmowy protestujących z przedstawicielami Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Wydarzeniom” Polsatu nie mogła się trafić lepsza okazja do nagrania materiału o strajku. Oto w jednym miejscu spotykają się strony konfliktu sugerowanego już w tytule materiału: Spór o akademik. Stronami sporu byli oczywiście strajkujący i władze uniwersytetu. Takie postawienie sprawy burzy wizję jakiejkolwiek akademickiej wspólnoty. Podtrzymywany od pokoleń mit „wspólnoty” akademickiej stopniowo zajęły indywidualizacja systemowych problemów, nieustający pęd i powszechna rywalizacja. Nad wszystkim zaś panuje niepodzielnie absolutna „spychologia” stosowana przez władze uczelni.
Podczas wizyty dziennikarzy w Kamionce doszło do niespodziewanej sytuacji, idealnie oddającej siłę, którą dostrzegamy w przekazach medialnych. 20 maja 2024 roku mieliśmy rozpocząć mediacje, a realizacja postulatów doprowadziłaby do zakończenia strajku. Podążając za wieloletnim doświadczeniem naszego związku, wiedzieliśmy, że nie możemy dopuścić do rozmów za zamkniętymi drzwiami. To klasyczna taktyka pracodawców stosowana w celu złamania zjednoczonej wokół problemu załogi. Poza tym media w przypadku tak dużej dysproporcji autorytetów są bezwzględnym zabezpieczeniem przed przekraczaniem kompetencji przez władze. Mimo wszystko w tak stresującym momencie czujemy się bezpieczniej, wiedząc, że ktoś „z zewnątrz” zrelacjonuje sposób prowadzenia rozmów.
Głowy Uniwersytetu Jagiellońskiego przyjechały do nas jednak z innymi założeniami: już od początku, bez konsultacji z nami rozpoczęto wypraszanie mediów z pomieszczenia, w którym mieliśmy rozmawiać. Był to moment zerwania negocjacji, który w materiale dla Polsatu kanclerz Uniwersytetu Jagiellońskiego Monika Harpura podsumowała słowami: „Musimy przerwać te rozmowy na chwilę, aż emocje opadną. [Strajkujący] Nie są zainteresowani rzeczywistym rozwiązaniem tego konfliktu. Są zainteresowani tylko tym, żeby pozostać w budynku”. Słowa te padły przed Kamionką, po której opuszczeniu władze Uniwersytetu Jagiellońskiego od razu zawłaszczyły kamery i przedstawiały obszerną relację, konstruując negatywny wizerunek strajkujących jako rozemocjonowanych, radykalnych outsiderów. Bez wątpienia próbowano również wykorzystać media do kreowania retoryki wykluczenia, opierającej się na budowaniu dychotomii „my” kontra „oni”. Ten zabieg często prowadzi do obarczania „obcych” winą za zjawiska społeczne będące rezultatem znacznie bardziej złożonych procesów. Dodatkowo w trakcie konferencji prasowej posługiwano się retoryką strachu przy opisywaniu tego, co robimy w Kamionce. Bo to ze względu na nasz strajk i nieakceptowalną przez Uniwersytet Jagielloński taktykę (wszystkie sprawy według władz powinien rozwiązywać samorząd), stwarzamy zagrożenie. Żeby jeszcze bardziej nas „zabezpieczyć”, w budynku należało odciąć prąd i gaz, kreując własny wizerunek medialny jako strony zatroskanej i zaniepokojonej samą formą protestu.
Nakręcony przez Polsat materiał trwał około czterech minut. Większość tego ekranowego czasu otrzymali strajkujący. Nie stawia to oczywiście materiału ani stacji w pozycji polityczno-ideologicznie prostudenckiej, jednak z całą pewnością został przygotowany w sposób rzetelny, zarysowując szerszy kontekst konfliktu zrozumiały dla niezaangażowanych odbiorców. Przypomniano historię obronionej w grudniu 2023 roku Jowity oraz załączono wypowiedź Szymona Radomskiego z Inicjatywy Pracowniczej, dotyczącą relacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza ze studentami i studentkami chcącymi do Jowity wrócić. Radomski wskazywał w istocie na brak relacji pomiędzy władzą a studentami, wpisując tym samym całą sytuację w topos „ciężaru”, którym byłaby bezpośrednia relacja uczelni ze studentami – gdyby w ogóle istniała. Rozmowy i spotkania miałyby stanowić logistyczny problem i brzemię. W mniemaniu uczelni trudno je zrealizować. Bierność Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza wobec Jowity, jak relacjonował w analizowanym materiale doktor Marcin Wysocki, nie wynikała z braku chęci czy zaangażowania w problem, ale raczej wynikała z czynnika zupełnie zewnętrznego, czyli „wyników konkursu architektonicznego”. W tej narracji nie ma winnych tragicznej sytuacji mieszkaniowej na poznańskim uniwersytecie. Zatem czy doszukiwanie się winnych nie jest siłowym stwarzaniem problemu? To pytanie wynikające z wykreowanej przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza narracji pada gdzieś między wierszami.
W materiale z „Wydarzeń” przedstawione zostały także statystyki dotyczące liczby miejsc w polskich domach studenckich, dołączono wypowiedź eksperta ds. rynku nieruchomości, który wypowiadał się na temat horrendalnych cen wynajmu mieszkań w Krakowie, a dziennikarka przygotowująca materiał zaznaczyła, że koszty życia studentek i studentów w ciągu ostatnich sześciu lat wzrosły dwukrotnie. Nie zabrakło także wypowiedzi samych strajkujących oraz kilku zdań o najważniejszym postulacie dotyczącym oddania Kamionki. W krótkim reportażu pokazano obrazy z codziennego życia w Kamionce podczas strajku, nasze pokoje i ogólnie panujący porządek. Usytuowało to materiał z Polsatu w kategorii rzetelnego sprawozdania.
TVN24
W przeciwieństwie do „Wydarzeń 18.50” materiały o Kamionce, które pojawiły się w TVN2415, są wciąż dostępne na oficjalniej stronie programu. Portal TVN24 zamieścił je, opatrując dwoma artykułami – z 21 oraz 28 maja 2024 roku. Pierwszy z nich nosi tytuł Studenci okupują nieczynny akademik, by „uchronić budynek przed sprzedażą”. Uczelnia zerwała rozmowy, drugi – Studenci kończą okupację akademika po porozumieniu z władzami uczelni.
Wybór treści TVN24 jednoznacznie wypływa z głównonurtowego charakteru stacji. Wiele osób regularnie ogląda ten kanał telewizyjny oraz przegląda serwis internetowy (według danych stacji, ponad 9 milionów użytkowników miesięcznie). Duża liczba widzów i czytelników mogła więc usłyszeć o okupacji w Domu Studenckim „Kamionka”. Oba teksty nie mają charakteru ani prouczelnianego, ani prostudenckiego. Opisują one niektóre wydarzenia strajku okupacyjnego, wśród nich: próby rozmów i ich zawieszenie, żądanie oddania Kamionki do użytku studentom, odcięcie prądu i gazu w akademiku przez władze uczelni, odejście od sprzedaży i deklaracja Uniwersytetu Jagiellońskiego w sprawie remontu, porozumienie stron. Materiały nawiązują do problemów młodego pokolenia związanych z edukacją wyższą oraz obecną sytuacją ekonomiczną, a także hierarchii charakteryzującej relację student–rektor. Natomiast nie pojawiają się w materiałach ani informacje dotyczące szerokiego kontekstu działań naszej organizacji, ani sformułowanie „ruch studencki”. Jest natomiast nawiązanie do okupacji Jowity z grudnia 2023 roku, ale jedynie pod postacią linku odsyłającego do poświęconego jej artykułu. Poprzednia okupacja została opisana nieco dokładniej, a informacje na jej temat umieszczono w znacznie szerszym kontekście.
W tym samym czasie pojawił się również około trzyminutowy materiał w „Faktach”. Przytoczmy jego fragment:
Grupa studentów 17 maja rozpoczęła strajk okupacyjny należącego do Uniwersytetu Jagiellońskiego nieczynnego Domu Studenckiego Kamionka, żądając wycofania się władz uczelni z decyzji o sprzedaży akademika, remontu budynku i możliwości zamieszkiwania tam od kolejnego roku akademickiego. Wskazywali na wysokie ceny mieszkań w Krakowie i duże zapotrzebowanie na miejsca w domach studenckich (TVN24, 28.05.2024).
„Ramowanie” (czyli sposób, w jaki informacje są przedstawiane, aby wpłynąć na interpretację lub postrzeganie danego tematu przez odbiorców) omówionych przez nas materiałów polega na przedstawieniu sytuacji w Kamionce jako konfliktu pomiędzy, z jednej strony, Kołami Młodych Inicjatywy Pracowniczej, a władzami Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz, z drugiej, głównym podmiotem strony uniwersyteckiej, Samorządem Studenckim. Zestawione zostają wypowiedzi i komunikaty prasowe dwóch stron, ich opinie i racje. W pierwszym artykule przeważają cytaty władz uczelni. Perspektywa studentów zostaje wyjaśniona dopiero na końcu przez przywołanie fragmentu oświadczenia KMIP i wypowiedzi jednej ze strajkujących. W artykule zamieszczonym później występuje większy balans wypowiedzi, aczkolwiek pojawia się stwierdzenie dotyczące stanowiska medialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego: „W dokumencie tym władze uczelni po raz kolejny potwierdziły, że jeszcze przed rozpoczęciem okupacji podjęły decyzję o wstrzymaniu procedury sprzedaży budynków dawnego akademika przy ul. Kamionka 11 i 11a”. Wszystko to cementuje obraz strony uczelnianej jako bardziej wiarygodnej, jednocześnie burząc wizję wspólnotowego charakteru uniwersytetu.
W tekstach uwypuklony zostaje aspekt prawny sytuacji, a relacja władzy mocno podkreślona. Dzieje się to poprzez użycie słów takich jak: „strony”, „władze”, „studenci”, „protestujący”, „uchwała”, „postulat”, „nielegalny”, „żądają”, „domagają się”. W tekstach brak słów silnie nacechowanych emocjonalnie – nie występują słowa „walka” czy „ratunek”. Określenia są pozornie neutralne. Mimo to malują one barwny obraz nierównych starań, oscylujących na granicy prawa i bezprawia. Z jednej strony uchwała, z drugiej – żądanie. Strona konfliktu nazywana Studentami i/lub Protestującymi zostaje przedstawiona jako grupa domagająca się czegoś od drugiej, silniejszej i praworządnej strony. Musi jednak uważać, żeby nie posunąć się zbyt daleko i nie zaprzepaścić szansy na osiągnięcie swojego celu. Dobrze odzwierciedla to relację faktycznie łączącą studentów z rektorem. Jedyną szansą na spełnienie naszych postulatów, podobnie jak w walkach na gruncie zakładu pracy, jest zbudowanie siły przetargowej, czyli zaangażowanie w konflikt jak największej liczby osób. Pojedynczy studenci, występując przeciw instytucji uniwersytetu, mogą zostać, niestety, łatwo zignorowani.
Artykuły relacjonują narracje, jakie przedstawiają na swój temat strony konfliktu. Segment tekstu z 21 maja nosi tytuł: Strajkują studenci UJ? „Są w mniejszości”. Autorzy przytaczają słowa Samorządu Studentów: „od początku strajku wśród protestujących zdecydowaną mniejszość (pojedyncze osoby) stanowią studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego – głównie są to osoby niezwiązane z UJ”. Tuż pod spodem cytat członków Krakowskiego KMIP: „Rektor nie uznał nas za reprezentantów interesu społeczności studenckiej i odesłał do samorządu, który zignorował nasze postulaty dotyczące DS Kamionka. Nie mieliśmy innego sposobu na kontynuowanie działań niż podjęcie akcji bezpośredniej”. Czy protestujący kłamią, że są studentami? A może rektor ignoruje swoich studentów? Autorzy nie stwierdzają, co jest prawdą. Unikają drażliwej kwestii, czy „jacyś związkowcy”, jak o sobie mówią, mogą być w ogóle studentami?
Oba materiały wideo o okupacji Kamionki przedstawione w TVN24 trwają ponad minutę. Przedstawiają perspektywy stron w sposób możliwie symetryczny – jeden zawiera cytat rzecznika prasowego Uniwersytetu Jagiellońskiego mówiącego o potrzebie zebrania przez Samorząd danych stwierdzających, czy Kamionka może być ponownie zamieszkana, drugi – studentki i przedstawicielki Inicjatywy Pracowniczej opowiadającej o trudnościach z otrzymaniem miejsca w akademiku. Słowom towarzyszy obraz wypowiadających je osób wraz z ujęciami: studentów w okupowanym akademiku podczas wykładu, rozkładu zajęć, korytarzy i plakatów. Widz zostaje zabrany do wnętrza Kamionki, gdzie obserwuje panujący spokój, czyta nasze postulaty na plakatach oraz ogląda wykłady prowadzone w ramach naszego miniaturowego uniwersytetu. Artykuły natomiast opatrzono zdjęciami, na których uwiecznieni zostali studenci i studentki oraz ich hasła, a także sam akademik z transparentem „Ratujmy Kamionkę”. Mityczni protestujący rzekomo niezwiązani z uniwersytetem mimo wszystko mają twarze, uśmiechy i realne potrzeby. Nie sieją chaosu, działają w sposób zorganizowany, mają swój cel.
W treściach TVN24 odnajdujemy retorykę oporu i konfliktu, a także topos niesprawiedliwości. Z jednej strony zwykli studenci zmagający się z ciężką sytuacją ekonomiczną spierają się z najstarszym uniwersytetem w Polsce w słusznej, z ich perspektywy, sprawie. Z drugiej strony zaskoczona, szanowana instytucja publiczna zmaga się z zakłócającymi porządek protestującymi.
Zarówno artykuły, jak i materiały wideo cechuje rzeczowa narracja, jednak są one krótkie i tym samym dosyć pobieżne. Jednocześnie nawet dzięki chwilowemu spojrzeniu do środka Kamionki widzimy życie, jakie protestujący tchnęli w niezamieszkany budynek. Przedstawione zostają nasze postulaty i mamy okazję sami się wypowiedzieć w swojej sprawie. Nie jesteśmy ignorowani – jesteśmy stroną konfliktu z żądaniami, która mimo dużo mniejszej siły ostatecznie osiąga swój cel. Co więcej, kilka miesięcy później, w „Faktach” TVN pojawia się materiał o wysokich cenach akademików. Pokazuje to, że być może nasze działania i obecność w mediach głównego nurtu wpłynęły na nie nieco bardziej trwały sposób.
Ruch studencki w mainstreamie – narzędzie czy iluzja?
W znacznym stopniu to my sami zadbaliśmy o pojawienie się studenckich postulatów w mediach głównego nurtu. Każde większe działanie było zaplanowane, a punktem tego planu, były również notki prasowe i zaproszenia kierowane do redakcji, do których udało nam się pozyskać kontakt. Ogromną trudnością jest jednak przebicie się do głównych graczy rynku informacyjnego. Każdego dnia mogą oni wybierać, które spośród licznych wydarzeń zrelacjonują i które z nich okażą się najbardziej interesujące dla ich odbiorców. Samo zaistnienie w mediach nie było, nie jest i nie może być celem samym w sobie. Największe zmiany wynikają z bezpośredniego oporu, a dotarcie do mediów w przypadku ruchu studenckiego jest zbyt małym krokiem, aby naprawić lata zaniedbań polskiej akademii. Należy o tym pamiętać, ponieważ bardzo łatwo wpaść w pułapkę mediatyzacji protestu, stylizowaniu go tak, aby był atrakcyjny dla mediów, aby przekaz był wystarczająco zachowawczy, by w ogóle się nim zainteresowano. Wymyślanie coraz to nowszych form mających szokować, ponieważ to, co szokujące z większym prawdopodobieństwem zainteresuje redakcje i pojawi się w publikatorach z przyciągającymi nagłówkami, nie jest właściwą drogą.
Media to jednak wciąż doskonałe narzędzie wywierania presji na strony konfliktu, mogące zabezpieczać przed łamaniem naszych praw. Funkcjonujące na kształt korporacji uczelnie stanowczo nie mogą pozwolić sobie na skazy na własnym PR-ze. Poza tym dominująca narracja o sytuacji młodych osób wchodzących na rynek pracy, studentek i studentów, przedstawia nas jako biernych, leniwych i roszczeniowych. Od pewnego czasu obok nagłówków karmiących negatywne przekonania na nasz temat (Pokolenie Z pójdzie do pracy? Wystarczy drobny kryzys i wracają do rodziców czy Albo mieszkanie na kredyt, albo podróże po świecie. Zetki muszą określić swoje priorytety), pojawiają się artykuły relacjonujące trudności, z którymi musimy się mierzyć (Studenci szukają mieszkań na wynajem: ceny zwalają z nóg). To duża odmiana w kraju karmionym od dekad neoliberalnymi złudzeniami dotyczącymi sukcesu, zaradności, prywatyzującymi każdą życiową trudność. Zakładamy, że liczba tych artykułów może rosnąć i zapewne z czasem będzie coraz mniej klikalna, ponieważ zwyczajnie oswoimy się z tematyką studencką w mediach. To jednak nic złego dla ruchu, ponieważ to, co robimy, nie powinno nikogo szokować. Zajmujemy się przecież zasadniczymi problemami życia codziennego.
Z jednej strony dla organizacji tak młodej jak nasza media mogą być też okazją do przyciągania nowych członkiń i członków, a tym samym nowych perspektyw i pomysłów, które mogą się przerodzić w nowe działania. Im więcej członków i członkiń w naszych szeregach, tym większa siła przebicia. Pozytywne narracje medialne są też w stanie wpłynąć na społeczną przychylność. W jednym momencie nie jesteśmy już niebezpiecznymi radykałami, lecz ludźmi protestującymi w słusznej sprawie. Z większym poparciem łatwiej osiągnąć nasz cel.
Z drugiej strony czyhają na nas zagrożenia, jak choćby „zmęczenie materiału”, którego zalążki dostrzegłyśmy w przypadku materiałów TVN24 na temat przeprowadzonych przez nas strajków okupacyjnych. Jak wspomniałyśmy, pierwszy z nich został potraktowany z większym zainteresowaniem niż drugi. Możliwe, że z kolejną okupacją to zainteresowanie będzie jeszcze mniejsze, również w przypadku innych stacji i stron internetowych. Media mają również tendencję do faworyzacji tematów sensacyjnych, nowych, szokujących – prawdopodobnie dlatego narracja konfliktu aż tak wybrzmiała w tekstach na temat Kamionki. W kalkulacjach mediów nie liczą się zwycięstwa, a liczba widzów i wyświetleń. Niskie zainteresowanie medialne grozi w dłuższej perspektywie trudnościami w spełnianiu naszych potrzeb przez uniwersytety, a ich reakcje są dziś, jak wspomniałyśmy, motywowane głównie strachem przed negatywnym PR-em.
Z kolei powielana narracja konfliktu może wpłynąć na postrzeganie członków KMIP jako buntowników rujnujących porządek, wprowadzających jeszcze większy chaos w i tak dosyć chaotyczną rzeczywistość, wiecznie walczących nie wiadomo o co, kiedy na świecie jest już tyle innych problemów. Inne organizacje – radykalne, głośne, często pojawiające się w mediach – są z pasją nienawidzone przez użytkowników internetu i widzów programów informacyjnych. Możemy oczywiście uznać, że nie przejmuje nas fakt posiadania złej sławy, jednak nie możemy zaprzeczać, że mogłaby ona zrodzić również negatywne konsekwencje. Dzięki takim narracjom mediom łatwo napędzać wojny pokoleniowe, obyczajowe, akademickie czy polityczne. Wojny te nie prowadzą do zwycięstwa żadnej ze stron i jedynie polaryzują społeczeństwo. Jednak nie warto rezygnować ze swojego wizerunku tylko po to, aby wpisać się w ramy medialnej akceptowalności.
Po dwóch okupacjach akademików członków i członkiń Kół Młodych przybywa. Rozmawiając z ludźmi z naszego otoczenia, często dowiadujemy się, że słyszeli o Jowicie lub Kamionce. Zwykle nawet słyszymy słowa poparcia dla sprawy. Widzimy pojedyncze artykuły i materiały nagłaśniające nasze problemy, pojawiające się w mediach różniących się od siebie światopoglądowo – przykładem jest wspomniany materiał na temat cen akademików w „Faktach” z 31 sierpnia 2024 oraz tekst Klubu Jagiellońskiego opatrzony nagłówkiem: Studia w Polsce tylko dla „bananów”? Studenci okupujący akademiki mają rację. Przebija się narracja inna niż ta wykorzystująca negatywne stereotypy, a studenci i studentki stają się widoczniejsi jako grupa społeczna, która również zmaga się z trudną sytuacją ekonomiczną, ciężko pracuje, próbuje łączyć koniec z końcem. Mimo że przed nami dużo pracy związanej z większą rozpoznawalnością (w tym wśród studentów i studentek) oraz zrzeszaniem większej liczby osób czy realizacją naszych postulatów, to jesteśmy na dobrej drodze. Podejmowane przez nas dotychczas decyzje i działania przynoszą pozytywne skutki. Mamy zalążek medialnej uwagi, mającej szansę stać się czymś więcej, a już teraz zmieniającej dyskurs medialny dotyczący studentów. Jak nie zaginąć w natłoku newsów, jednocześnie nie gubiąc sensu swoich działań? By o nas mówiono i pisano, musimy pozostać głośni, a jednocześnie szczerzy, aby nie wpaść w pułapkę medialnej gry wizerunków. Powinniśmy starać się aktualizować sposoby naszych działań, by nie doszło do przesytu, jednocześnie nie zapominając o skutecznych, sprawdzonych strategiach. Musimy nagłaśniać problemy, z jakimi spotykamy się na co dzień, nie tracić momentu, przeć naprzód. Musimy kraść uwagę medialną i korzystać z każdej szansy na wywiad, reportaż czy podcast. Jeśli tego nie zrobimy, z pewnością okazję wykorzysta ktoś z grona przedstawicieli władzy. Jest to lekcja o znaczeniu nie tylko dla Kół Młodych Inicjatywy Pracowniczej, ale wszystkich ruchów, walczących na rzecz trwałej zmiany społecznej.
Dominika Lichańska, Agata Zadrożna
Przypisy:
1. K. Poniewozik, UJ sprzedaje akademik, jest za daleko od uczelni, Love Kraków, https://lovekrakow.pl/aktualnosci/uj-sprzedaje-akademik-jest-za-daleko-od-uczelni-zdjecia_56234.html [dostęp: 30.10.2024].
2. S.Ka, Studenci UJ nie chcą sprzedaży akademików w Czyżynach. Rektor uczelni postanowił zareagować, Eska Kraków, https://krakow.eska.pl/studenci-uj-nie-chca-sprzedazy-akademikow-w-czyzynach-rektor-uczelni-postanowil-zareagowac-aa-rbht-nwyd-Eb97.html [dostęp: 30.10.2024].
3. M. Bożek, Co dalej z budynkami DS Kamionka w krakowskich Czyżynach? Zdaniem studentów niewielki remont mógłby wskrzesić dawny akademik UJ, Radio Kraków, https://www.radiokrakow.pl/aktualnosci/krakow/co-dalej-z-budynkami-ds-kamionka-w-krakowskich–czyzynach-zdaniem-studentow-niewielki-remont-moglby-wskrzesic-dawny-akademik-uj [dostęp: 30.10.2024].
4. K. Kaczorowska, Strajk okupacyjny w Kamionce: studenci walczą o krakowski akademik, Polityka, https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2257253,1,strajk-okupacyjny-w-kamionce-studenci-walcza-o-krakowski-akademik.read [dostęp: 30.10.2024].
5. M. Wandas, Okupacja akademika w Krakowie: UJ obiecuje, że Kamionka zostanie. Studenci nie wierzą, OKO.press, https://oko.press/okupacja-akademika-kamionka [dostęp: 30.10.2024]; M. Wansas, Kamionka, Kraków, UJ: okupacja, Oko.press, https://oko.press/kamionka-krakow-uj-okupacja [dostęp: 30.10.2024]; J Theus, Kamionka zostaje: UJ nie sprzeda krakowskiego akademika, który okupowali studenci, 2024, OKO.press, https://oko.press/na-zywo/na-zywo-relacja/kamionka-zostaje-uj-nie-sprzeda-krakowskiego-akademika-ktory-okupowali-studenci [dostęp: 30.10.2024].
6. K. Przyborska, Strajk okupacyjny domu studenckiego Kamionka: jest nadzieja na przełom, Krytyka Polityczna, https://krytykapolityczna.pl/kraj/strajk-okupacyjny-domu-studenckiego-kamionka-jest-nadzieja-na-przelom/ [dostęp: 30.10.2024]; Redakcja, List otwarty do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego ws. okupacji domu studenckiego Kamionka, Krytyka Polityczna, https://krytykapolityczna.pl/kraj/list-otwarty-do-wladz-uniwersytetu-jagiellonskiego-ws-okupacji-domu-studenckiego-kamionka/ [dostęp: 30.10.2024]; W. Malinowska, Historia Kamionki: co dają strajki studenckie?, Krytyka Polityczna, https://krytykapolityczna.pl/kraj/historia-kamionki-czyli-co-daja-strajki-studenckie-wyjasniamy/ [dostęp: 30.10.2024].
7. K. Staszko, Ratujmy Kamionkę: studenci UJ okupują były akademik, Wirtualna Polska, https://wiadomosci.wp.pl/ratujmy-kamionke-studenci-uj-okupuja-byly-akademik-7029596347521696a [dostęp: 30.10.2024].
8. J. Krzywiecki, Strajk okupacyjny w Krakowie: studenci bronią akademika, Interia, https://wydarzenia.interia.pl/malopolskie/news-strajk-okupacyjny-w-krakowie-studenci-bronia-akademika,nId,7517609 [dostęp: 30.10.2024].
9. M. Waluś, Studenci rozpoczęli okupację akademika w Krakowie: mają listę żądań, Onet, https://wiadomosci.onet.pl/krakow/studenci-rozpoczeli-okupacje-akademika-w-krakowie-maja-liste-zadan/rbhj7tg [dostęp: 30.10.2024].
10. A. Guz, UJ nie sprzeda akademika Kamionka: studenci nadal okupują budynek, RMF24, https://www.rmf24.pl/regiony/krakow/news-uj-nie-sprzeda-akademika-kamionka-studenci-nadal-okupuja-bud,nId,7529449 [dostęp: 30.10.2024].
11. S. Kulik, Akademiki drożeją, ale studenci wciąż je wybierają. Co ciekawe, nie w Warszawie są najdroższe pokoje, TVN24, https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu/akademiki-drozeja-ale-studenci-wciaz-je-wybieraja-co-ciekawe-nie-w-warszawie-sa-najdrozsze-pokoje-st8061605 [dostęp: 30.10.202
przez Małgorzata Greszta | niedziela 13 kwietnia 2025 | opinie
Odpowiadając na pytanie clickbaitowego tytułu – istnieją pasożytnictwo społeczne, klasa próżniacza, apatia, strajk włoski, nonszalancja, praktyka wu wei, ale „lenistwo” wydaje się wprowadzać tylko zamęt pojęciowy. Bezruch w ogóle, „lenistwo” są relatywne – wartościowane przez doktryny polityczno-filozoficzne, systemy religijne, normy kulturowe, ze względu na przynależność klasową itd. Zbyt rozległa definicja „lenistwa” spłyca np. problem astenii – objawu chorobowego charakteryzującego się przewlekłym zmęczeniem, ale również cynicznego żerowania na pracy innych osób, aby zaspokoić potrzeby i cele własne. Mowa tu zarówno o wyzysku systemowym, jak i o patologicznych zachowaniach jednostek.
Zięć Karola Marksa, Paul Lafargue, w 1883 roku opublikował „Prawo do lenistwa” („Le Droit à la paresse”). W książce przedstawia swoje radykalne poglądy – ówcześnie sprzeczne z dążeniami ruchu socjalistycznego, obecnie częściowo z nim zbieżne. Autor uważa, że walka o poprawę warunków pracy paradoksalnie zmierza do rozszerzenia zakresu niewolnictwa, a zamiast „prawa do pracy” postuluje „prawo do lenistwa”.
Krytykuje on kult pracy i wskazuje na spadek produktywności z niego wynikający. Uważa lenistwo za prawo człowieka, za warunek rozwoju indywidualnego i społecznego. Podkreśla również wartość życia samego w sobie, które nie powinno być redukowane jedynie do pracy i wysiłku. W manifeście zawarte są również krytyka nadprodukcji oraz zwrócenie uwagi na brak korzyści z rozwoju technologicznego, który nie prowadzi do większej ilości czasu wolnego. „Lenistwo” jest przez Lafargue’a używane jako synonim czasu wolnego od pracy.
Podobnie uważał Tołstoj, choć jego esej był raczej filozoficznym rozważaniem a nie jak u Lafargue’a manifestem politycznym. W tekście „Nieaktywność” porusza kwestie związane z działaniem, bezczynnością oraz sensem życia. Tołstoj bada kontrast między aktywnością a bezczynnością, wskazując, że wiele podejmowanych działań nie przynosi prawdziwego sensu ani wartości. Podkreśla, że często ludzie angażują się w pracę, która jest pusta i nie przynosi realnych korzyści dla nich samych ani dla społeczeństwa.
Esej ten odzwierciedla poszukiwania Tołstoja, który w późniejszym etapie swojego życia skupił się na duchowych wartościach, prostocie i życiu w zgodzie z naturą. Porównuje w nim dwa stanowiska dotyczące stanu umysłów współczesnych ludzi, reprezentowane przez przemówienie Emila Zoli i list Aleksandra Dumasa. Po jednej stronie postawiony jest Zola, który uważa pracę na rzecz postępu za misję ludzkości, po opozycyjnej Dumas ponad wszystko przedkładający zrozumienia świata. Wskazuje on, że aby dokonały się zmiany potrzeba refleksji, zrozumienia i solidarności, a za jej fundament uważa wewnętrzną transformację.
Rozważania Tołstoja o „nieaktywności” wiążą się z filozofią chińską. Jest to niewątpliwie pewna interpretacja „lenistwa” na bardzo głębokim poziomie, jednak rozważania wciąż dotyczą stosunku do pracy, działania i ich sensu. Filozof był tak zafascynowany taoizmem, że przetłumaczył nawet księgę autorstwa Lao Tzu. Jeden z jej fragmentów głosi (tu w tłumaczeniu Ursuli le Guin):
Nie muszę wychodzić za próg,
żeby wiedzieć, czym żyje świat.
Nie muszę wyglądać za okno,
żeby zobaczyć drogę na niebie.
Im dalej wędruję,
tym mniej wiem.
Roztropna dusza
nie wędruje, a wie;
nie patrzy, a widzi;
nie robi, a przez nią
wszystko już zrobione.
Kolejnym filozofem, który zajął się lenistwem, był Bertrand Russel. W „Pochwale lenistwa” autor, zbieżnie z Lafarguem, zwraca uwagę na niesprawiedliwości wynikające z podziału pracy i czasu wolnego. Wskazuje, że nowoczesna technologia stwarza możliwości sprawiedliwego podziału czasu pracy, co mogłoby prowadzić do większej równości społecznej. Postuluje więcej czasu wolnego, a także krytycznie analizuje koncepcję obowiązku oraz rolę władzy w społeczeństwie. Russell podkreśla, że pojęcie obowiązku było historycznie wykorzystywane przez posiadaczy władzy, aby zmusić innych do działania w interesie elit, a nie ich własnym. W takim kontekście „lenistwo” może być rozpatrywane jako uzasadniony bunt w imię sprawiedliwości społecznej.
Nie ma dziś w tych rozważaniach nic zasadniczo kontrowersyjnego ani olśniewająco odkrywczego – oprócz oczywiście tytułów, które do dziś mogą wywoływać oburzenie. Sieć skojarzeń prowadzi bowiem zazwyczaj głównie do bumelanctwa, natomiast interpretacje w świadomości zbiorowej są wykoślawione przez potęgi ustanawiające normy – grupy, które zorganizowały antagonistyczny porządek współżycia społecznego i ustawiły się w roli pasożytów. Zazwyczaj zwykli oni też o pasożytnictwo oskarżać swoich żywicieli.
Wspomniane społeczne pasożytnictwo to termin odnoszący się do zjawiska, w którym pewne jednostki lub grupy korzystają z zasobów, pracy lub wsparcia innych bez zamiaru wnoszenia w nie adekwatnych wkładów. Można to rozumieć jako formę nieuczciwego wykorzystywania wspólnoty lub systemu społecznego, w którym część ludzi odnosi korzyści kosztem innych.
W rodzinach czy miejscach zatrudnienia zdarzają się przypadki wykorzystywania pracy innych na rzecz zaspokajania potrzeb własnych. Zdarza się również intencjonalne, nieuzasadnione nadużywanie systemu wsparcia społecznego i to jest właśnie obraz najsilniej w świadomości społecznej powiązany z lenistwem. Obraz gnuśnego nieroba pozostającego na łasce państwa lub rodziny. Przypowiastki o leniwych patusach są gremialnie rozpowszechniane przez klasy panujące, które nie mogą znieść, że stracą choć jednego żywiciela. Tacy ludzie oczywiście istnieją, ale najbardziej szkodzą swojej najbliższej rodzinie, a nie panom finansjery, którym na rękę jest rozpowszechniać ten uwłaczający godności mit, bo trzyma on w ryzach zakładników i kieruje uwagę na pojedyncze kamyki, podczas gdy problemem jest masyw górski.
Tym masywem jest tzw. klasa próżniacza (leisure class). Termin ten wprowadził amerykański ekonomista i socjolog Thorstein Veblen. Używa on go do opisania grupy ludzi, którzy nie są zaangażowani w produkcję dóbr materialnych, a ich status społeczny opiera się na konsumpcji i luksusowym stylu życia. Klasa próżniacza charakteryzuje się m.in. dążeniem do wydawania pieniędzy na dobra, które nie mają praktycznego zastosowania, co ma na celu manifestację statusu społecznego, zdobycie prestiżu i uznania w społeczeństwie. I jest to cała klasa, nie jednostka, nie przypadek. Mająca wielowiekowe, usystematyzowane podwaliny klasa pasożytnicza.
Manifestacją statusu tej klasy jest również trwonienie czasu. Czas na „nieaktywność”, na pozostawanie w bezruchu jest w zasadzie największym wyznacznikiem prestiżu i choć dyskusje zawsze toczą się wokół konsumpcji, to najbardziej uniwersalnym pragnieniem jest pragnienie posiadania czasu. Czasu, z którego rabowani są żywiciele. Ta klasa – liczna i władna, to istne gniazdo parazytoidów leniwie trwoniących skradziony czas.
Prawdziwe pasożyty społeczne uwielbiają jednak o lenistwo oskarżać swoich żywicieli. W średniowiecznym utworze „Satyra na leniwych chłopów” w istocie lenistwem okazuje się być unikanie wyzysku pańszczyźnianego, zaradność i sprytne formy buntu przeciwko pańskiej opresji. Znów więc termin „lenistwo” wprowadza zamęt, mąci stan rzeczy i myli żywicieli z karmicielami.
Pańszczyzna miała i ma po dziś dzień fundamentalny wpływ na kulturę pracy. Ukształtowała relacje społeczne, postawy i organizację życia zawodowego. Mityczne tłumaczenie biedy i ubóstwa „lenistwem”. Wymaganie od fizoli pracy możliwie najcięższej, żeby poczuć wreszcie upragnione schadenfreude, czyli radość z nieszczęścia innych. Wykorzystywanie cudzej męki jako kontrastu dla własnych błogich chwil beztroski, aby podbić ich wartość i poczuć ulgę. Przekazywanie doświadczonej przemocy nowym ofiarom. To wszystko czkawka po pańszczyźnie.
Ręka w rękę z doświadczeniami niewolniczej pracy szedł jednak również coraz bardziej zdezaktualizowany wiejski etos pracy, który ma swoje uzasadnienia. To, że „harowanie jak wół” jest cnotą, tłumaczy po prostu konieczność przetrwania w ciężkich warunkach przyrodniczych, co na obecnym poziomie rozwoju technologii nie ma już przełożenia. Praca na wsi oprócz tego że była przymusem, była też przekazywanym kolejnym pokoleniom dziedzictwem, wzmacniała więzi społeczne, rozwijała solidarność, wokół niej rozwijała się kultura. Uczyła elastyczności oraz szacunku i miłości do ziemi i przyrody. Była jednoznaczna z obecnością w świecie i życiu wspólnoty lokalnej i rodzinnej. To o wiele więcej niż praca daje człowiekowi ówcześnie.
Można pokusić się o stwierdzenie, że obecnie praca mniej daje niż zabiera. Tymczasem za lenistwo mogą być brane wielorakie objawy chorobowe, za leniwych uznawani są ludzie zmagający się z chorobą i cierpieniem. Badania przeprowadzone na różnych gatunkach wykazywały związek między stresem a zachowaniami anhedonicznymi. Anhedonia to stan, w którym osoba traci zdolność do odczuwania przyjemności, co w znacznym stopniu wpływa na motywację do działania. Astenia z kolei to stan chronicznego zmęczenia, który może być spowodowany chorobami psychicznymi, somatycznymi oraz silnym stresem generowanym na potęgę przez kapitalizm, który wkradł się już do wszystkich sfer życia człowieka. Fragment abstraktu opisu jednej z prac naukowych („Testing hypotheses about the harm that capitalism causes to the mind and brain: a theoretical framework for neuroscience research”; Kokorikou, Sarigannidis, Fiore) brzmi jednak: „Zakładamy, że badania neurobiologiczne są zdominowane przez dyskursy związane z wolnym rynkiem, medykalizacją cierpienia oraz patologizacją jednostek, które nie spełniają standardów niezależności rynkowej”.
Nie na rękę grupie pasożytniczej mówić na głos o medycznych konsekwencjach, jakie niesie totalna eksploatacja ich żywicieli. Lepiej docisnąć ich butem i rozpowszechniać przypowiastki o zgnuśniałych nierobach.
Wyżej opisana anhedonia wiąże się również bezpośrednio z pojęciem socjologicznym, jakim jest anomia – stan niepewności norm, celów, przyszłości, którego efektem jest dezintegracja społeczna, nihilizm. Osoby, które doświadczają anomii, mogą być bardziej podatne na anhedonię, ponieważ brak celów i wartości może prowadzić do depresyjnych stanów emocjonalnych. Z drugiej strony, anhedonia może również pogłębiać poczucie anomii. Osoba, która nie odczuwa przyjemności, może mieć trudności z odnalezieniem sensu w swoim życiu i w społeczeństwie.
W skrócie, oba zjawiska mogą się wzajemnie przenikać i potęgować. Gdy dochodzi do takiego stanu rzeczy, „lenistwo” nie jest nawet buntem, lecz samoczynnym krzykiem duszy i ciała domagających się odpoczynku, oddechu, bycia w czasie.
Podczas gdy religia za lenistwo gani, wartość bezruchu zawsze doceniano w kulturze i filozofii. Wu wei, często tłumaczone jako „niedziałanie” lub „działanie bez wysiłku”, jest pojęciem kluczowym w taoizmie i filozofii chińskiej. Oznacza ono podejście do życia, które polega na działaniu w zgodzie z naturalnym rytmem świata, zamiast przeciwstawiania się mu.
Wu wei nie oznacza całkowitego braku działania, lecz raczej działanie, które jest spontaniczne, płynne i niewymuszone. W praktyce oznacza to, że osoba stosująca tę zasadę potrafi wykorzystać swoją energię w sposób najbardziej naturalny i efektywny, co prowadzi do osiągania celów bez nadmiernego wysiłku. Właśnie tą koncepcją zainspirowany był Lew Tołstoj podczas pisania wspomnianego eseju. Takich głęboko osadzonych leniwych koncepcji jest wiele.
Kolejna z nich to gelassenheit. To termin kojarzony przede wszystkim z Martinem Heideggerem i w kontekście jego filozofii rozumiany jako „uwolnienie” i pozwolenie rzeczom na bycie czymkolwiek one są. Łączy się on z ideą wewnętrznego spokoju, akceptacji i harmonii z otaczającym światem. Słowo „gelassenheit” można przetłumaczyć na polski jako spokój lub opanowanie. W tym sensie, gelassenheit może być postrzegane jako cnota, która pomaga w osiąganiu równowagi psychicznej i emocjonalnej. Choć nie ma tu mowy bezpośrednio o lenistwie, to jest to koncepcja zbieżna z wspomnianą wyżej wu wei, której celem jest swobodne wiosłowanie po rzece – nie wyścig w sztafecie olimpijskiej, napieranie pod prąd.
Dandysi, choć kojarzą się źle i właściwie zbratali się z wrogiem, przeprowadzili w kręgach klas wyższych tak naprawdę swego rodzaju niewidzialną rewolucję. Nonszalancko wprosili się na salony a jednocześnie bezceremonialnie wzgardzili ich gospodarzami, czym w przewrotny sposób udało się im zjednać ich. Wszystko w aurze nonszalanckiej bierności, obojętności – froideur. Taki właśnie leniwy, bezczelny bunt, okazał się zadziwiająco skuteczny. Dandysi uważali brak dumy i ambicji za szczyt elegancji, ukrywając i zaprzeczając tym samym swoim kompleksom i poczuciu niewystarczalności. Dandyzm był powierzchowny, chodziło o wrażenia, nie wchodzili głębiej niż do kostek w kwestie duchowe, jednak dandysi przypominali w obyciu – przynajmniej z daleka – taoistów, byli Jeffem Lebowskim swoich czasów.
Odnosili dzięki temu spektakularne sukcesy w niezamierzonej walce klasowej, walce o uznanie. Będąc ustawieni poniżej piedestału, z łatwością wstępowali na niego, zasiewając wśród dworzan wątpliwość co do ich własnej wartości. Była to też być może buntownicza reakcja na zmierzch czasów. Dandysi stawiali siebie nie tylko ponad masami, ale ponad wszystkim. Jako grupa społeczna byli na tyle egotyczni i nihilistyczni, że nie należy stawiać ich za wzór, natomiast warto odnotować jak skuteczne były ich działania poprzez niedziałanie.
Ciężko być leniwym, gdy jest się żywicielem, zwłaszcza takim, który jest wyłącznie eksploatowany. Ale najwyższy czas zakopać protestancki etos pracy, który napędza pasożytnictwo i służy wyłącznie zaciskaniu jarzma. Został on przekształcony w kult konsumpcjonizmu, wspiera przyzwolenie na wyzysk, dewaluuje wartość człowieka i czasu wolnego. Należy uświęcić lenistwo, najpierw oddzielając je od systemowego pasożytnictwa, które jest formą przemocy. Polega ono na zaprzęganiu szeregów wyzyskiwanych zakładników, aby osiągnąć stan spokojnego, obfitego bycia w chwili teraźniejszej – bez ograniczeń. Czas wolny to nienaruszalna świętość, z której nie wolno dać się ograbić i nie wolno się jej wyrzec. I jeśli dziś brzmi to jak mieszczańskie pouczenia epatujące beztroską, to niech przestanie. Nadawanie rangi cnoty harówie w pocie czoła umacnia wyzysk w wykonaniu klasy pasożytniczej.
Czym ostatecznie jest lenistwo? Naturalnym dążeniem człowieka, potrzebą oddechu, radości i jedności ze światem, ożywioną obecnością, warunkiem zachowania zdrowia, odpoczynkiem, koniecznością i spełnieniem, drogą. Czasem cichym buntem, bezgłośnym krzykiem, walką o godność, bezwładną bezsilnością. Jest tak ważne, że być może właśnie z głębokiej potrzeby lenistwa powstały pasożytnicze systemy polityczno-ekonomiczne. Z atawistycznego pragnienia pozostawania w bezruchu. I tak właśnie systemową przemocą odebrano prawo do niego jednym, aby drudzy mogli się nim cieszyć do syta i bez reszty. Być może ta przewaga jednych nad drugimi jest ważniejsza nawet od władzy – na pewno nie mniej ważna. Walka toczy się więc o błogie trwanie, o to, żeby spokojnie stać nad wodą, patrzeć w chmury, czuć się częścią chwili, która się dzieje, jednocześnie nie musząc nic. To prawo powszechne.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Michał Rydlewski | niedziela 6 kwietnia 2025 | opinie
W ostatnich wyborach parlamentarnych, jak osoba o lewicowych poglądach, nie głosowałem na tzw. lewicę, czyli Nową Lewicę oraz Razem. Głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, gdyż ta partia, obok Razem, to jedyna w Polsce partia lewicowa, tj. oparta na modelu socjalnym w opozycji do neoliberalnego, który wymaga myślenia wspólnotowego, a nie indywidualistycznego. Wszak pod hasłem „Polska solidarna, nie liberalna” PiS wygrało pierwsze wybory, o czym nie powinno zapominać, i przejęło władzę z rąk absolutnie skompromitowanej Platformy Obywatelskiej.
W moim uniwersytecko-inteligenckim otoczeniu mój głos zawsze budzi zdziwienie. Jak to? Głosujesz na „konserwę”? Popierasz homofobiczny język oraz zakaz aborcji do dwunastego tygodnia? Pytania te słyszałem tyle razy, i prawie nigdy bez autentycznej ciekawości, a zawsze z ledwie skrywanym pouczeniem, że postanowiłem napisać o tym, dlaczego lewicowiec głosuje na PiS.
Dlaczego nie głosowałem na lewicę?
Po pierwsze z powodu bezkrytycznego podejścia do Unii Europejskiej, co przejawia się w ogólnym podejściu, jak i w poszczególnych działaniach. Lewica nie dostrzega ekonomicznej gry interesów ze strony m.in. Niemiec, wierząc, że nasz interes narodowy jest zawsze zgodny z interesem Unii Europejskiej: realizując ten drugi, realizujemy polski. Polityka lewicowa, jeśli chce być skutecznie prowadzona, musi opierać się na silnym, sprawnym, samodzielnym i suwerennym państwie (póki co nie ma, jak sądzę, lepszego rozwiązania).
Lewica zagłosowała za kierunkiem federalizacji państw narodowych, który uważam za błędny. Lewica prawie każdą i często trafną krytykę działań Unii Europejskiej ze strony PiS-u traktuje jako germanofobię, twierdząc, iż wróg jest na „Wschodzie”, a nie na „Zachodzie”. Oczywiście, że tak jest, nie należy jednak bezkrytycznie podchodzić do wszelkich działań Brukseli, gdyż nierzadko realizuje ona interesy najsilniejszych państw kosztem tych mniejszych lub/i słabszych. Przykładem jest niemiecka polityka prowadzona ponad naszymi głowami i naszą częścią Europy (Nord Stream).
Po drugie, co łączy się z powyższym, lewica nie rozpoznała zagrożenia ze strony Rosji, które rozpoznało Prawo i Sprawiedliwość, szczególnie w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dopiero po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku zaczęła zmieniać swoją „pacyfistyczną” optykę, w której kwestię bezpieczeństwa nierzadko sprowadzano do bezpieczeństwa na drodze (nawiasem mówiąc, to PiS wprowadził przepisy to bezpieczeństwo polepszające), gdyż „wojny i tak nie będzie”. Ważniejsza od armii miała być budowa przedszkoli. W tym sensie PiS był dla nich, jak i dla KO, rusofobami. Rzeczywistość działań Rosji przyznała rację PiS-owi.
Trzecia kwestia to łatwowierność w liberalny przekaz medialny np. względem migracji. Niedługo po wyborach ukazał się artykuł dziennikarki „Gazety Wyborczej” Małgorzaty Tomczak, w którym wprost przyznała, że przez długi czas dziennikarze „wytwarzali fałszywą wiedzę”, czyli po prostu kłamali, w sprawie kryzysu na polsko-białoruskiej granicy. Nawet po tym, jak wprost powiedziano, że kłamano, a jest przecież oczywiste, że jest to element wojny hybrydowej, jedna z posłanek lewicy i tak nie zmieniła swojej humanitarnej optyki, która choć szlachetna (to jest właśnie wykorzystywane przez Putina i Łukaszenkę), jest po prostu niebezpieczna. Migrant na granicy polsko-białoruskiej jest bytem hybrydowym, co utrudnia podejmowanie decyzji na zasadzie albo-albo (być może nawet nie da się wypracować takiego rozwiązania, które godziłoby narrację „humanitarną” oraz narrację skupioną na bezpieczeństwie).
Po czwarte, lewicy brak jakiejkolwiek wspólnotowej narracji, choć deklaruje solidarność społeczną etc. W wypowiedziach jej polityków przebija ledwo skrywana niechęć do patriotyzmu i przywiązania do tradycji (jakiegoś nawet minimum patriotycznego) kosztem wychwalania wszystkiego, co jakoby jest postępowe i nowoczesne, czyli „zachodnie”, a koniec końców indywidualistyczne i obejmujące głównie kwestie tzw. światopoglądowe. Trafnie tę kwestię sportretował kiedyś Remigiusz Okraska. Mam bardzo podobne obserwacje. Uważam, że narracja wspólnotowa, i poniekąd patriotyczna, rozumiana jako troska o swój kraj, jest konieczna dla jego przetrwania. Przy okazji wojny w Ukrainie widać, że część mężczyzn w wieku poborowym, za łapówki, ucieka przed obroną swojego kraju. Wystarczy przejść się ulicami Wrocławia, aby zobaczyć, ilu zdrowych Ukraińców w wieku poborowym tu mieszka). Eksperci śledzący wojnę w Ukrainie wskazują, że armia tego kraju składa się w większości z mężczyzn w wieku średnim (40 plus). Nie da się obronić kraju bez zasobów ludzkich, zdeterminowanych, aby kraju bronić. Z tego m.in. powodu (istnieje ich rzecz jasna więcej), jest bardzo prawdopodobne, że Ukraina wojnę przegra, tak jak przegra każdy kraj, którego wróg ma większe morale lub potrafi zmusić przemocą swoich obywateli do walki (tak, jak czyni to Rosja). Wojna w Ukrainie pokazuje, że kraj, który chce stawić czoło napaści, musi mieć nie tylko dobrą armię, ale i rezerwy zdolne zastąpić regularne wojsko, gdyż ono będzie ginąć. Bez powrotu obowiązkowej służby wojskowej, co jest koniecznością (analogicznie jak w Izraelu) i to w sposób równy, tj. dla mężczyzn i kobiet, zaatakowany kraj sobie nie poradzi. Byłem świadkiem wielu skrajnie negatywnych emocji, kiedy rząd jedynie zasygnalizował możliwe powołanie określonych roczników na ćwiczenia wojskowe. Jeśli nie chce się wziąć udziału w ćwiczeniach, to co będzie, gdy pojawi się realne zagrożenie? Można wyśmiewać narrację o husarii i żołnierzach wyklętych, którą PiS sprytnie podpowiedział części młodych ludzi wykluczonych ekonomicznie i kulturowo-symbolicznie, ale jest ona lepsza niż hiperindywidualizm i mówienie o Polsce per „ten kraj”.
Bywa, że pytam studentów, kto z nich broniłby Polski, gdyby została napadnięta przez Rosję. Wszyscy poza wyjątkami mówią, że wyjechaliby z kraju, gdyż nic ich z nim nie łączy, jego losy są im obojętne, „ten kraj nic dla nich nie zrobił”. Wszyscy są anty-PiS, gdyż, jak mówili, nie wyobrażają sobie głosowania na partię, która zakazuje aborcji i „prześladuje” osoby LGBTQ+ (o ile zgadzam się, że wielu polityków PiS-u używa homofobicznego języka, określenie „prześladowanie” jest zbyt mocne). Analogicznie jak u polskiego inteligenta hierarchia wartości koncentruje się wokół tych dwóch kwestii. Takie podejście, w którym słowo „Polska” czy patriotyzm nie przechodzi przez gardło, jest widomym znakiem, że – mówiąc kolokwialnie – coś poszło nie tak, gdyż stosując tę logikę, już nas, jako państwa, nie ma. Kto by nas zatem bronił? PiS-owski beton, który jest bardziej patriotyczny niż anty-PiS, w tym także ci wszyscy, którymi inteligent i spora część młodego pokolenia tak bardzo pogardza: „sebixy”, „kibole”, mężczyźni z klasy robotniczej, prekariusze, wyborcy Konfederacji (w badaniu odsetek deklarujących bronienie kraju był w tej grupie jednym z najwyższych), słowem ci wszyscy, którzy zamiast wielkomiejskiego coachingu dostali patriotyczną, oczywiście „kiczowatą” (jak łatwo pośmiać się z odzieży patriotycznej, boki zrywać) narrację o husarii i żołnierzach wyklętych.
Ponadto lewica fetyszyzuje „młodych”, którzy jakoby „skręcają w lewo” i to po nich spodziewa się najwięcej. Tymczasem „na lewo” oznacza tutaj po prostu progresywny liberalizm światopoglądowy. Nawiasem mówiąc, lewica czulszym okiem spogląda w stronę kobiet, głosząc nawet, bardzo nieinkluzywne hasło, iż „Lewica jest kobietą”. Uważam to za naiwność, gdyż po pierwsze tylko część młodego pokolenia jest progresywna światopoglądowo (co nie jest związane z byciem lewicowym w sensie socjalnym) i nie równa się stawaniu po stronie biedniejszych. Raczej wierzy się w narrację samodzielnego sukcesu, indywidualizm, wybór konsumencki jako posiadający polityczną sprawczość, troskę o siebie, a nie o innych. Solidaryzm oraz inkluzywność dotyczą raczej określonych grup mniejszościowych, nie zagrażających interesowi ekonomicznemu, bo w przypadkach, gdy trzeba zrezygnować z części swojego dochodu na rzecz kogoś innego, postawa ta staje się coraz bardziej problematyczna. Po drugie, obserwując studentów dwóch uniwersytetów, powiedziałbym, że światopoglądowo są dużo bardziej „wypośrodkowani” niż progresywni, a wielu z nich wcale nie jest za „pisowskim rozdawnictwem”.
Ponadto istnieje spory rozdźwięk pomiędzy mężczyznami a kobietami. W takim ujęciu lewica popełniła błąd stygmatyzując sporą część mężczyzn, którzy ex definitione jawili się jako siły wrogie kobietom. W walce płci stanęła w dużej mierze po stronie kobiet, dopiero ostatnimi czasy patrząc na mężczyzn jako podmioty podległe licznym presjom społecznym i nierzadko pokrzywdzonym w pewnych obszarach (wiek emerytalny, służba wojskowa etc.). Słowem: lewica zaniedbała mężczyzn, stąd nie jest dziwne, że kierują się w stronę tych, dla których są ważni albo tam odnajdują jakąś narrację usensowniającą świat.
Po piąte, spora część wyborców lewicy wcale nie jest lewicowa. Jest neoliberalna. Tym, co skłania ją do głosowania na lewicę, są sprawy światopoglądowe czy liberalno-progresywny sposób podejścia do mniejszości seksualnych, aborcji, niechęć do Kościoła katolickiego. To o tyle ważne, że jeśli jej wyborcy wcale nie są lewicowi, będą na partii wymuszać rozwiązania właśnie nielewicowe, zaś partia, aby istnieć, będzie robiła to, czego chcą i jacy są jej wyborcy, gdyż to od nich jest zależna. Przykładem może być podejście do pracy w niedziele wyborców lewicy: 66% jej wyborców chce przywrócenia pracy w niedziele, w odróżnieniu od wyborców PiS-u, których tylko 13% oczekuje zniesienia zakazu handlu w niedzielę. Zatem dla wyborców tej partii kwestie światopoglądowe są ważniejsze niż lepsze życie klasy robotniczej. Co więcej, politycy lewicy także nie są lewicowi, lecz neoliberalni, w tym sensie, że bronią rozwiązań klasy ludzi zamożnych, gdyż sami do niej należą. Posłowie Lewicy, jak m.in. Maciej Gdula, Krzysztof Śmiszek czy Dariusz Wieczorek, mają po kilka mieszkań, a ten ostatni dwa domy. Są oni przeciwni wprowadzeniu podatku katastralnego, czyli wyższego podatku od więcej niż jednej nieruchomości. Nic w tym dziwnego, bronią swojego interesu klasowego. Ich pokrętną logikę znakomicie obnażył Robert Mazurek w rozmowie z Dariuszem Wieczorkiem.
Po szóste, znaczna część wyborców lewicy, których znam, szczególnie z kręgów uniwersyteckich, ledwie skrywa swoją niechęć, a niekiedy wręcz pogardę wobec klasy ludowej, która różni się od nich światopoglądowo (nie jest tak bardzo progresywna i „postępowa”, nawet jeśli nie jest szczególnie konserwatywna), ale także swoimi gustami („jak można lubić disco polo?”), przyzwyczajeniami, szeroko pojętym sposobem bycia.
Widać to dokładnie w książce Didiera Eribona „Powrót do Reims”, w której autor wprost i szczerze mówi o swojej niechęci do klasy, z której się wywodzi, i którą, jako że jest z natury zła, musi wyegzorcyzmować. Lewica bywa także chamofobiczna, wspierając de facto postrzeganie klasy ludowej przez liberałów jako cywilizacyjny przeżytek, który trzeba „wyedukować”, aby przestała być tym, kim jest, gdyż w takiej postaci stanowi zakałę nowoczesnego świata i blokuje światopoglądowy postęp. Jej zwyczaje, obserwowane zawsze z inteligenckim dystansem, należy wyśmiać, ukazując w krzywym zwierciadle.
Jednym z ciekawszych artykułów na temat błędów i niezrozumienia prowincji jako głównego terenu życia klasy ludowej jest tekst Arkadiusza Bednarczuka „Źródła niechęci lewicy wobec aktywizmu grup lokalnych” („Zeszyty Wiejskie” 2023, t. 29). Autor dowodzi w nim, że lewicowa krytyka lokalnego aktywizmu opiera się na schematach zaczerpniętych z dyskursu modernizacyjnego i często ujawnia klasizm wobec uboższych warstw społeczeństwa. Co więcej, twierdzi autor, lewicowa krytyka lokalnego aktywizmu często powtarza schematy wartościujące, które zostały wykorzystane w trakcie transformacji systemowej w latach 90. XX w., służąc wówczas jako ideologiczne usprawiedliwienie wyzysku i przewagi klasy średniej. Wszystko to sprawia, że lewicowa krytyka aktywizmu lokalnego jest de facto krytyką klasową, prowadzoną w interesie klasy średniej, co wiąże się ze zmianą tradycyjnego lewicowego dyskursu i przeorientowaniem go na problemy kulturowe, a także z politycznym zagospodarowaniem wielkomiejskiej klasy średniej. Radykalizacja żądań w odniesieniu do sfery kultury w celu politycznego pozyskania klasy średniej sprawia, że z perspektywy społeczności lokalnych dyskurs lewicowy traci swoją wiarygodność jako siła zdolna do zmiany systemowej i ograniczenia ubóstwa.
Po siódme, przeszkadza mi „zakochanie się” lewicy w Donaldzie Tusku. Oglądając wiele programów publicystycznych, w których brali udział przedstawiciele lewicy, nie słyszałem ani jednej wyraźnej krytyki neoliberalnych rządów tego polityka, jak i wielu błędów związanych z jego polityką „resetu” z Rosją, czyli koniec końców uczynieniem Polski krajem słabym i zależnym od silniejszych sąsiadów, czego konsekwencje zawsze ponoszą najbiedniejsi (zarówno w czasie pokoju, jak i w czasie wojny, co widać na Ukrainie). Często „sceniczną”, powtarzaną argumentacją, jest sformułowanie, że to już historia, którą nie należy się zajmować; „zakulisowo” zaś można usłyszeć, że „Tusk się zmienił”. Uważam to za absolutną naiwność, bo niby dlaczego miałby się zmienić? Zmienić swój neoliberalny i proniemiecki kurs polityczny, jeśli wygrywa wybory i potrafi stworzyć rząd z partią, która w programie ma lewicowe postulaty, lecz prawdopodobnie nie zrealizuje większości z nich? Po co było krytykować neoliberalny kapitalizm, jeśli teraz popiera się polityka, który prowadził i dalej będzie prowadził taką samą politykę?
Ponadto lewica weszła w sojusz z politykami, którzy ewidentnie dokonują czynów nielegalnych i niepraworządnych. Mam na myśli Joannę Scheuring-Wielgus, która jest zastępczynią ministra Sienkiewicza i sankcjonuje jego działania. Dokonał on siłowego przejęcia Telewizji Polskiej oraz wyłączył nadawanie TVP Info, co spotkało się z krytyką Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Co ciekawe, był z tą Fundacją związany Adam Bodnar, minister sprawiedliwości, który jednak teraz „ma pełne zaufanie do pana ministra”, a zdanie Fundacji mało go interesuje. Osiem lat opozycja krzyczała: „konstytucja”, „praworządność”, a pierwszym, co robi po wyborach, jest jej łamanie, w czym nie widzi niczego złego, gdyż jest to stan „wyższej konieczności”, jak powiedział minister Sienkiewicz. Chodzi o to, jakoby mowa nienawiści względem Pawła Adamowicz lejąca się z TVP Info była odpowiedzialna za jego śmierć. Jest to tłumaczenie, na które może się nabrać tylko wyborca partii (rzetelna analiza faktów niczego takiego nie potwierdza), nie mówiąc już o tym, że nawet sąd wydając wyrok na mordercy prezydenta Gdańska, wskazał, że nie można mówić o politycznej inspiracji mordercy. Tutaj warto przypomnieć słowa posła Macieja Koniecznego w jednym z programów publicystycznych, który powiedział, że nie podobają mu się takie działania względem TVP. Konieczny dodał jednak, że jest to tylko jego prywatna opinia. To potwierdza moją obserwację, że sprawczość partii Razem równa się zero. Cieszę się, że opuścili szeregi Nowej Lewicy, ale nie ma to w obecnej chwili, po pierwsze, żadnego znaczenia, po drugie, faktem jest, że dali obecnemu rządowi votum zaufania, co jest dla mnie niewybaczalne. Poza tym jej wyborcy rozpoznawali w moim polu cyfrowej widzialności za błąd niewejście do rządu oraz są za wyrzuceniem z partii Pauliny Matysiak.
Podsumowując: ze względu na błędne, podstawowe koordynaty rzeczywistości, nietrafne oznaczenie punktów orientacyjnych i rozpoznania terytorium społecznego nie ufam Lewicy, gdyż de facto realizuje plan polityków neoliberalnych, w dodatku w nadbudowie, w gruncie rzeczy, konserwatywnych. Z powyższych względów byłem sceptyczny wobec działań Lewicy. Używając słowa „błędne”, ma myśli fakt, że lewicowa narracja przegrywa w zderzeniu ze społeczną rzeczywistością działań innych aktorów i tworzonych przez nich obrazów i konstrukcji: Rosja okazała się śmiertelnym zagrożeniem.
Czarę goryczy przelała jedna wypowiedź, która padła w debacie wyborczej w TVP Info, gdzie Lewicę reprezentowała Joanna Scheuring-Wielgus, która wcześniej należała do ultraneoliberalnej partii Nowoczesna. Akceptując fakt, iż można zmienić zdanie, chciałbym odnotować jedną jej wypowiedź, która moim zdaniem pokazała, że nowe barwy lewicowości nie zmieniają jej myślenia o klasach społecznych, szerzej – ich istnieniu. Padła ona przy okazji pytania o migrację: „Każdy z nas kiedyś chciał wyjechać do innego kraju po lepsze życie. Ja sama wyjeżdżałam, jak byłam studentką, do Londynu, i pracowałam na zmywaku. I tak samo przyjeżdżają do nas ludzie za chlebem i lepszą pracą”. Otóż pracowałem zaraz po studiach rok w Irlandii (wcześniej, pomiędzy czwartym a piątym rokiem studiów, trzy miesiące jako student). Pracowałem przy rozładunku tirów, w hotelu, take away’u, sklepie Centra (coś jak nasza Żabka), aby ostatecznie trafić do firm archeologicznych. Mieszkałem w kilku miejscach w Carlow, zawsze jednak z chłopakami z klasy ludowej kilka lat starszymi ode mnie: z małych miejscowości, robotnikami, bez wyższego wykształcenia. Nikt z nich nie chciał jechać po lepsze życie, jak widzi to posłanka Lewicy, lecz został do tego przymuszony sytuacją ekonomiczną w Polsce, do której doprowadziły rządy neoliberalnej Platformy Obywatelskiej (pamiętam wypowiedzi polityków tej partii, że jak komuś jest tutaj źle, to są otwarte granice). To nie był ich wybór, bo nikt z nich nie chciał zostawiać swojego świata (żon, dzieci, rodzin, przyjaciół itp.) i jechać do innego. Dla nich to nie była wakacyjna wyprawa studentki czy wielokulturowa przygoda, lecz niełatwa konieczność i perspektywa pozostania tam na lata. Nie ma zatem tego „my”, o którym ona mówi – w tym sensie jej podejście jest nielewicowe, albowiem znikają u niej klasy oraz ich sytuacje ekonomiczne i egzystencjalne, a tak myśli neoliberał. Mówiąc krótko: chodzi o to, żeby nie było konieczności wyjazdu, trzeba zatem budować dobrobyt u siebie, aby nie musieć wyjeżdżać. Posłanka Lewicy przedstawiła tego rodzaju wyjazd jako bezproblemową oraz indywidualną decyzję o poszukiwaniu lepszego życia, podczas gdy „warunki lepszego życia” nie są w ogóle opisane.
Nawiasem mówiąc, ci młodzi mężczyźni (dzisiaj powiedzielibyśmy „przegrywy”), z jakimiś piętnem porażki, które zawsze towarzyszy emigrantom, w Irlandii świetnie się odnaleźli pomimo słabej znajomości angielskiego. Potrafili naprawiać samochody, sprzedawać je, zorganizować sobie domowe siłownie. Czując, że godnie zarabiają, odkładali pieniądze, bo zaczynało mieć to sens. Byli oszczędni, świetnie gotowali, byli w najwyższym stopniu zaradni. Okazywali się zatem, w sprzyjających warunkach ekonomicznych, dobrymi pracownikami, osobami, które potrafiły zaadaptować się do nowych warunków, jeśli jakieś państwo, tak jak Irlandia, dawało im szansę, której w neoliberalnej Polsce nie mieli.
Można teraz zapytać, czy był to dobry wybór. „Nie” powiedziałbym lewicy także po raz drugi.
Dlaczego?
Po pierwsze wchodząc do koalicji z neoliberałami i umiarkowanymi konserwatystami, czyli ludźmi od siebie biegunowo odległymi, poparli rząd, który wyzyskiwał, wyzyskuje i będzie wyzyskiwał sporą część Polaków, doprowadzał do większego bezrobocia, zwolnień, biedy, obniżenia jakości życia i zdrowia. Neoliberał nie potrafi po prostu nic innego i wie o tym każdy, kto pamięta pierwsze rządy obecnego premiera. Niczego innego nie potrafi także Nowa Lewica. Przedstawiciele Nowej Lewicy potrafili nawet dobijać coś, co i tak od dekad jest niszczone, czyli polską naukę. Dostając tak mało znaczące ministerstwo mogli się wykazać. Minister Dariusz Wieczorek oraz Maciej Gdula wykazali się „znakomicie”…
Ta pseudo-lewica powinna już zostać raz na zawsze wchłonięta przez PO i zniknąć ze sceny politycznej. Czas już na nową, inną lewicę, gdyż obecna stanowić może coś na zasadzie „lewego” skrzydła postpolitycznej PO, która potrafi tylko niszczyć przy wsparciu, jawnym bądź milczącym, Nowej Lewicy.
dr Michał Rydlewski
Powyższy tekst to zmieniona wersja artykułu, który wcześniej ukazał się w piśmie „Dyskurs i Dialog”. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay.
przez redakcja | niedziela 30 marca 2025 | klasyka, opinie
Umysł człowieka, interesującego się sprawami młodzieży pracującej zadaje sobie przede wszystkim pytanie: ilu ich jest? Gdzie są, gdzie pracują? A potem już (wyraz troski): jakże im jest?
Ilu ich jest?… Już przy tym pierwszym pytaniu potykamy się o przeszkodę główną, która nas potem – w naszych zainteresowaniach młodzieżowymi sprawami – będzie prześladować stale: jest to przeszkoda niewiedzy, braku danych, braku badań, braku informacji. W życiu bowiem młodej (licząc od odrodzenia) Polski zagadnienia młodzieży należą dziś jeszcze do najbardziej zaniedbanych, do traktowanych wciąż jeszcze po macoszemu.
Z konieczności tedy musimy się zadawalać bardzo przybliżonymi, bardzo ogólnikowymi informacjami. Liczba młodzieży obojga płci w wieku 15-19 lat wynosiła w Polsce na 01.01.1929 roku trzy i pół miliona (dokładnie: 3 565 277 osób). Są to ostatnie dane, jakimi rozporządza dziś Główny Urząd Statystyczny. Młodzież więc w stosunku do ogółu ludności wynosi około 10%.
Jaka część tej młodzieży utrzymuje się z pracy zarobkowej?
Tu liczby stają się jeszcze mniej określone, jeszcze bardziej względne. Możemy przy tym odwołać się tylko do odległych dat z pierwszego polskiego spisu ludności, który uwzględniał podział ludności zawodowo czynnej na grupy wieku. Otóż podług tych danych z r. 1921 młodzież zawodowo czynna w wieku 16-19 lat wynosiła blisko dwa miliony (1 890 858 osób). Uwzględniając pominięty tu rocznik piętnastoletnich i okoliczność, że pracują również dzieci poniżej piętnastu lat (np. nr 2 „Życia Dziecka”, artykuł Janiny Miedzińskiej „Praca zarobkowa młodzieży”) oraz przyrost ludności, należy sądzić, że liczba młodzieży zawodowo czynnej w Polsce dosięga z pewnością trzech milionów osób. Poważna tedy, olbrzymia armia. W armii tej zawierać się jeszcze powinny (nie dające się obliczyć) szeregi bezrobotnej młodzieży, zastępujące się dziś z zawodowo czynnymi. Umysł człowieka, skupionego nad sprawami młodzieży, zaskoczony jest rozmiarami tej armii. Jak to? Tak dużo ich?
Około dziesiątej części całej ludności polskiej.
Cóż o nich wiemy? Gdzie są, gdzie pracują, jacy są.
Niewiele o nich wiemy. To znaczy – każdy człowiek w życiu codziennym, w pracy, na spacerze, przy rozrywce, ociera się przecie o liczne jednostki z nieokreślonych, jako całość, szeregów tej armii. Ociera się, styka się z nimi, wchodzi z nimi w kontakt, najczęściej przypadkowy, przyjazny – lub niechętny, lub wrogi. Nieprzypadkowy, stały kontakt, związany z obowiązkami służbowymi, ma z nimi kilkunastotysięczna armia nauczycieli szkół dokształcających i zawodowych, lekarzy, działaczy zawodowych i politycznych, działaczy w różnych organizacjach społecznych, nie mówiąc już o codziennym kontakcie towarzyszy pracy. Gdy jednak spytać nawet takiego – o nieprzypadkowym z młodzieżą kontakcie – człowieka, jak wygląda życiowy przydział tej młodzieży w zarobkowaniu, w stosunku do całej rzeszy młodzieży, otrzymamy w najlepszym wypadku bardzo ogólnikowy pogląd. Działa tu już bowiem silnie owa główna przeszkoda – niewiedzy, braku poważniejszego zainteresowania młodzieżą w społeczeństwie.
Najliczniejszą jest niezawodnie wśród młodzieży grupa związana z rolą, pracująca – w tej czy innej płaszczyźnie stosunków najmu – na wsi. Wychodząc w stosunku ludności rolniczej do ogółu ludności, można obliczać ją na około 2 milionów. Są to więc synowie i córki gospodarzy wiejskich, pracujących na swoim (mowa o zamożniejszych gospodarzach); są to dzieci ordynariuszy, robotników rolnych, pracujących u obszarnika; jest to młodzież zamieszkała na wsi, a pracująca sezonowo gdzie się da, przy rozmaitych naprawach i budowach dróg, mostów, dorywczo przy zbiorach itp. Z tej to, związanej jeszcze mocno ze wsią, młodzieży, rekrutuje się również znaczna część młodej załogi robotniczej pracującej w przemyśle: a więc w cegielniach, cukrowniach, hutach szklanych, kamieniołomach, tartakach, położonych zazwyczaj daleko od miast; w przędzalniach i tkalniach takich ośrodków jak Bielsko-Biała, Częstochowa, miasta powiatowe województwa łódzkiego. Młodzież ta najczęściej nie zrywa bezpośredniego kontaktu ze wsią, dojeżdżając lub dochodząc (codziennie, względnie kilka razy w tygodniu) do miejsca pracy.
Mniej liczne od tej pierwszej grupy młodzieży, związanej ściślej z wsią, a liczniejsze od grupy właściwego proletariatu fabrycznego, są grupy młodzieży czynnej w warsztatach rzemieślniczych i chałupniczych, w handlu umiejscowionym w sklepach i wędrownym, w rozmaitych rodzajach sprzedaży ulicznej. Niestety żadnymi cokolwiek bądź odpowiedzialnymi liczbami dla bliższego określenia rozmiarów tych grup nie rozporządzamy. Grupa młodzieży z warsztatów rzemieślniczych waha się prawdopodobnie w granicach 80-100 tysięcy, ale granice jej nie są wyraźne, bowiem nie sposób przeprowadzić ścisłej liczby demarkacyjnej pomiędzy warsztatem rzemieślniczym a chałupniczym, tak jak nie istnieje właściwie taka wyraźna linia pomiędzy większym warsztatem rzemieślniczym a malutką fabryczką. Grupa zaś młodzieży zatrudnionej w chałupnictwie jest na pewno jeszcze dużo liczniejsza, a wystawa pracy chałupniczej wyłowiła na pewno tylko drobny odsetek młodocianych chałupników. Tak samo możemy powiedzieć o liczbie młodzieży czynnej w handlu stałym, nie mówiąc już o wędrownym, liczbie młodzieży zajętej w przemyśle gastronomicznym i hotelowym, w rozmaitych instytucjach rozrywkowych i widowiskowych; liczbie dziewcząt zatrudnionych w służbie domowej. Dopiero w stosunku do właściwego proletariatu możemy operować ściślejszymi liczbami. W okresie najlepszej w Polsce koniunktury gospodarczej (w r. 1928) młodzież 15-18-letnia pracowała w przemyśle w liczbie 68 tysięcy: stanowiło to wówczas 7,4% ogółu robotników przemysłu. Od roku 1929 Polska, jak wiadomo, wchodzi w okres pogłębiającej się z każdym rokiem depresji gospodarczej i załoga robotnicza wciąż się kurczy. Kurczy się w niej stosunkowo bardzo znacznie i odsetek młodzieży: wynosi ona w stosunku do ogółu robotników (w r. 1931) – zaledwie 4,7%. Zachodzi to zjawisko nie tylko dlatego, że w latach kryzysu, jak to podnosi inspektorka pracy Miedzińska, można dostać dorosłą kobietę, a nawet mężczyznę za stawkę płacy, którą w latach koniunktury otrzymywał młodociany – ale i dlatego, że żyjemy dziś właśnie w okresie, kiedy przychodzi do pracy młodzież urodzona lub hodowana w dzieciństwie pod wpływami wojny: urodzeni w latach 1916-1918 mają w 1931-1933 owe piętnaście lat, to jest wiek rozpoczynania pracy zarobkowej. Są to roczniki zdziesiątkowane, nadszczerbione, skurczone tak dalece, że gdy w Polsce dzieci w wieku szkoły powszechnej wynosiły w r. 1921/1922 przeszło 5 milionów, w r. 1925/1926 – liczba ich zmalała do niecałych 4 milionów, w r. 1927/1928 – obliczaną była na niewiele ponad 3 i pół miliona (patrz: Szkoły Powszechne Rzeczypospolitej, Wydawnictwo MWRiOP, str. XXV). Jest to zjawisko międzynarodowe, a przynajmniej aktualne dla narodów i krajów, które przeszły przez straszliwe cięgi wojny europejskiej: w Niemczech Instytut Badania Koniunktur oznaczał młodzież w wieku lat 15-20 równą w r. 1928 wskaźnikowi 100, w r. 1932 = 83, w r. 1935 = 60, dopiero od r. 1936 przewiduje podnoszenie się tej liczby (patrz: Merses, „Die erwerbstätige Jugend”, Berlin 1929, str. 5). Że i u nas mamy jeszcze do czynienia z tymi wyszczerbionymi rocznikami, wskazuje na to malejąca liczba młodzieży wśród ludności: gdy w r. 1929 młodzież lat 15-19 wynosiła w Polsce, jak mówiliśmy, 3 565 277 osób, w r. 1927 było jej 3 653 733.
Praca młodzieży w przemyśle jest pod kontrolą inspekcji pracy, a od r. 1925 poczynając – dodatkowo pod kontrolą specjalnych inspektorek do spraw kobiet i młodocianych, przydzielanych do okręgów inspekcyjnych. Ustawa o ochronie młodocianych, czynna od r. 1925, sprawiła, że się cokolwiek więcej wie o młodzieży w przemyśle, gdyż obowiązuje odrębna jej rejestracja, podlega ona pewnym specjalnym przepisom ochronnym. Możemy tedy powiedzieć, że z przemysłów najwięcej młodzieży pochłania przemysł metalowy (około trzeciej części ogółu młodzieży), dalej – włókienniczy, drzewny, spożywczy. Natomiast najwyższy odsetek młodzieży w stosunku do ogółu załogi robotniczej w tym przemyśle – ma przemysł krawiecki, w ogóle odzieżowy, po nim – szklany, metalowy, poligraficzny. Praca dziewcząt w ostatnich latach rozrasta się w przemysłach metalowym, chemicznym, praca chłopców – w maszynowym, metalowym, poligraficznym (obecnie w tym ostatnim ogranicza się pracę uczniów).
Tak więc, w ogólnych zarysach, wygląda rozlokowanie pracy młodzieży w rozmaitych gałęziach i rodzajach zatrudnienia.
Teraz przychodzimy do ostatniego z wysuniętych na początku zagadnień: jakże im jest?
Można odpowiedzieć na to pytanie bardzo krótko, wysuwając pewien standard średni, przeciętny dla całej młodzieży pracującej polskiej. Jest niedorozwinięta fizycznie z powodu chorób przebytych i złych warunków odżywiania; jest dziesiątkowana przez choroby płuc, serca, oczu, skóry w odsetkach, niewspółmiernych do odsetków tych chorób wśród dorosłych; jest nadwątlana stale, w przemyśle – przez nadmierny wysiłek prac w akordzie i na premię; zarabia średnio 5-10 zł w tygodniu; nie może korzystać z dobrodziejstw nauki dokształcającej dzięki stałemu, nigdy niewygasającemu przemęczeniu; słabo uczestniczy w sportach, w życiu zawodowym; jest wyzyskiwaną (chłopcy szczególnie) pod pozorem nauczania jej zawodu w warsztacie pracy. Młodzież pracująca zamieszkuje przeważnie lokale jednoizbowe, przepełnione ludźmi, sypia najczęściej we wspólnych posłaniach, często w towarzystwie przygodnych ludzi – chwilowych sublokatorów. Młodzież nasza nie zna niemal dzieciństwa, zbyt wcześnie stykając się z troską, zmartwieniem i nędzą, zbyt wcześnie rozpoczynając życie płciowe. Zapewne, młodzież nasza ma bardzo żywe zainteresowania i dążenia, ale nie ma żadnych warunków dla rozwinięcia swych zainteresowań.
Tyle, gdy chodzi o standard.
Arystokrację bodaj wśród młodzieży pracującej fizycznie stanowią metalowcy. Ci mają na ogół wyższe płace (w przemyśle oczywiście, nie w rzemiośle) w wielkich fabrykach stołecznych mogą wyrabiać 60 do 80 zł miesięcznie; mają nadzieję zostać w przyszłości tzw. wykwalifikowanym, dobrze płatnym robotnikiem. Na tę intencję znoszą latami kuksańce od majstrów i brygadierów, wymyślania i złe humory starszych towarzyszy pracy; bardzo często wszystko to na darmo, bo po latach „praktyki” następuje… redukcja… Charakteryzuje ich zewnętrznie specyficzne czarnosine, o metalowym połysku, zabrudzenie twarzy i rąk, umysłowo – większe rozgarnięcie: pracując w brygadach lub pod ręką wykwalifikowanych tokarzy, ślusarzy obcują oni najczęściej z robotnikiem inteligentnym i wyrobionym, bardzo często uświadomionym i zorganizowanym zawodowo. Dość zresztą wejść do większej fabryki metalowej, ażeby odczuć tę specyficzną tężyznę i swoisty czar środowiska prawdziwego proletariatu: chłopcy mają tu w kim znaleźć oparcie i obronę, i trzeba stwierdzić, że pomimo przepaści dzielącej tzw. praktykantów od wykwalifikowanego robotnika, właśnie w fabrykach metalowych najwcześniej wystąpiła troska przedstawicielstwa robotniczego o normowanie warunków pracy młodzieży, o zabezpieczenie jej przyszłości w pracy, zastrzegane w klauzulach umów zbiorowych.
Również arystokracją robotniczą, jakkolwiek innego rodzaju, są drukarze i w ogóle pracownicy poligraficznego przemysłu, a więc linotypiści, maszyniści drukarscy. Drukarze jednak mają już w sobie mniej z cech właściwego proletariatu, raczej tworzą rodzaj robotniczej inteligencji, ale wyższa stopa życiowa, wyższe wymagania, wzorowane – przy ich podnoszeniu – na wymaganiach warstw mieszczańskich (lepszy strój, umeblowanie, oszczędności itp.) – nadają im już pewnych cech mieszczańskich. Młodzież jednak, pracującą w przemyśle poligraficznym, dzieli tak znaczny dystans od wykwalifikowanego zecera, maszynisty lub linotypisty, że wszystko tu powiedziane o drukarzach nie ma do tej młodzieży zastosowania. Młodzież w przemyśle poligraficznym – to dziewczęta – nakładaczki i odbieraczki przy płaskich maszynach, dziewczęta w introligatorstwie i chłopcy przeważnie uczniowie zecerscy. Dziewczęta nisko płatne, bez żadnej lepszej przyszłości, gdyż w tym przemyśle nie zajmą żadnych innych lepszych stanowisk, choćby po wielu nawet latach. Uczniowie – chłopcy? Są to „murzyni” podług obrazowego określenia samych pracodawców drukarskich, tych większych, – gdy chcą utrącić konkurenta lichszego, zatrudniającego wyłącznie młodzież i kalkulującego niżej swą produkcję. Prawdziwi murzyni: przychodzą tu, posyłani najczęściej przez rodziców, pod urokiem przyszłych wysokich zarobków zecera, nie stawiają – bo i nie mogą dziś stawiać – żadnych absolutnie wymagań; wyuczają się byle jak składania i rozbiórki tekstu, a w daninie składają swoje zdrowie, gdyż nie tylko szkodliwość produkcji, ale fatalny stan higieny w drukarniach mają tu głos decydujący. Wszelkie zaś widoki na jaśniejszą przyszłość przekreśla ogromna rezerwa bezrobotnych – wykwalifikowanych drukarzy i możność zatrudniania coraz to nowych, młodszych, prawie bezpłatnych adeptów sztuki drukarskiej. W drukarniach bowiem utarło się, że uczeń pracuje póty, póki nie zgłosi wymagań o wyższą stawkę płacy… po czym ustępuje miejsca nowemu uczniowi. Wprawdzie władze państwowe, w obliczu wzrastającej klęski bezrobocia, wydały już dziś zarządzenia ograniczające młodzieży dostęp do pracy w drukarniach; istnieją też przepisy, utrudniające stosowanie pracy bezpłatnej uczniów – w rzeczywistości jednak rozstrzyga dziś nadmierna podaż rąk bezrobotnych i słabość klasy robotniczej. Położenie młodzieży w zastępach drukarskich, pozornie – uprzywilejowanej, w istocie jest bardzo smutne.
Mali chłopcy w hutach szklanych, często jeszcze dziś analfabeci w ośrodkach prowincjonalnych, odległych od szkół, umorusane dzikusy – pomoc starszych robotników; pracujący w szopach, brudnych i zaniedbanych, pod działaniem żaru pieców z jednej, przeciągów z drugiej strony; niejednokrotnie za 50 groszy dziennie; sylwetki te migają niekiedy na szpaltach dzienników robotniczych, w reportażach, dziś częstych, z dziedziny stosunków społecznych. Chłopcy z tartaków – najczęściej nieogrzewanych w największe nawet mrozy, produkujących przy udziale maszyn niebezpiecznych, chłopcy ci znaczą swą ciężką pracę chorobami płuc, reumatyzmem stawów, tak jak szklani – rozedmą płuc, chorobami serca…
Ale wyjdźmy już z przemysłu, tego „kraju marzeń i pragnień” każdego chłopca ze wsi, z warsztatu rzemieślniczego lub chałupniczego. Zwróćmy się do tych chłopców. Tu panują jeszcze powszechnie stosunki jakby średniowieczne. Do warsztatów nie dociera prawie administracja państwowa, powołana do ochrony robotnika, nie dociera niemal wcale związek zawodowy, rzecznik obrony interesów ekonomicznych robotnika. Działa tu natomiast zjawisko ,,władzy i opieki ojcowskiej” właściciela warsztatu, majstra nad uczniem – opieki najczęściej jakże gorzkiej, jakże mało ludzkiej. Występuje tu niejednokrotnie całkowita bezradność chłopca, powierzonego i zaufanego majstrowi przez własnych rodziców… znów w nadziei na te przyszłe zarobki, na te kwalifikacje, na tę… karierę życiową… Jaką jest ta kabała, widzimy z plastycznego opisu warunków pracy młodzieży w rzemiośle inspektorki pracy Rusinowej, z terenu, przecie najkulturalniejszego w Polsce – Pomorza (patrz nr 2 „Życia dziecka”, art. A. Rusinowej). Pracują po 10, 14, 16 godzin dziennie. A resztę czasu? Śpią… „Nie chodzicie do kina? Nie czytacie? – próbuję wypytywać nierozmownych chłopców. – Teraz nie takie zarobki, żeby światło wypalać – odzywa się mistrz. – Słońce, powietrze, ruch – to za co się może nie płacić – jest tu dla młodzieży niedostępne. Izbę i warsztat wolno opuścić na czas trwania lekcji w szkole dokształcającej, jeśli idą na nabożeństwo i jak trzeba odnieść robotę – poza tym – majster nie daje lumpować – wygania spać”. Zarobki? kto by tam o to pytał w drobnych warsztatach rzemieślniczych! Oddało się chłopca na „lekki chleb” do miasta, – raczej się za niego trzeba opłacić majstrowi mąką, kartoflami, według ugody…
A chłopcy na roli? No, tu przynajmniej mają słońca do woli, powietrze, ruch z konieczności. Ale praca w żniwa ciężka, bez kresu godzin, podług tego słońca, od wschodu do zachodu, no i mieszkanie, odżywienie, warunki kulturalne życia… ciężko jest o tym myśleć.
Wreszcie – duże miasto, w ogóle miasto. Mali kelnerzy, pikolacy, bladzi chłopcy restauracji, hoteli i dancingów; nigdy nie wyspani; za wcześnie, od niewłaściwej strony „zawodowo” zetknięci z najwstrętniejszymi cechami i przejawami życia burżuazji, w ogóle klas zamożniejszych. Chłopcy, mimo woli wzorujący się na gestach, grymasach, sposobach „zabijania” życia, podpatrzonych u tych konsumentów kolacji, obiadów, napojów, dancingów, gabinetów itp.
I w końcu – sprzedaż uliczna. Małe zwinne figurki najrozmaitszych ulicznych sprzedawców, a wśród nich popularna w stolicy i wielkich miastach sylwetka gazeciarza. Czepiający się wozów tramwajowych, wypędzany przez konduktora, nawoływany przez publiczność, w mróz fioletowo-siny, skostniały mimo niezwykłej żywości ruchów, ucierający nosa rękawem, wrzeszczący na najrozmaitsze głosy: „Doobry Wieczór – Warszawski – Abecee…”. Wszyscy ich znamy… Różne są ich powiązania z administracjami pism, różne możliwości i szanse zarobkowe, różna zresztą zaradność i umiejętność wciskania przechodniowi nie zawsze potrzebnej mu gazety. Konkurencja i tu jest ogromna; przechodnie nie rzadko są świadkami dotkliwych razów, jakie wymierzają sobie chłopcy za wtargnięcie na zajęty odcinek ulicy. Każdy też z nas niejednokrotnie kupić musiał późno w nocy, niepotrzebny już nikomu, numer popołudniowy, przygwożdżony argumentem: „nie mogę dziś nic sprzedać… zmarzłem tak bardzo… głodny jestem…”.
A dziewczęta? Cóż je łączy wszystkie, cóż je wyodrębnia od chłopców, kiedy upośledzenie ich w płacy, w warunkach pracy jest podobne (większe jeszcze u dziewcząt), kiedy – zarówno w przemyśle jak rzemiośle i chałupnictwie – należą wraz z chłopcami do tych najbardziej bezbronnych, do tych najgorzej wyzyskiwanych? Łączy je wszystkie poza tym – płeć, która w stosunkach pracy z najmu, pracy zarobkowej w ogóle i w dzisiejszym okresie kryzysu szczególnie, stanowi o ich dodatkowym, często tragicznym upośledzeniu. I tu znów do inspektorek pracy muszę się odwołać i dzięki świadectwom inspektorki Przedborskiej z Łodzi (artykuły i przemówienia w radiu) stwierdzić mogę, że w latach kryzysowych w kalkulacji kobiecej robocizny mieści się nieoficjalnie ta okoliczność, że od kobiety – a szczególnie młodej dziewczyny – pobrać można prócz pracy jej ciało.
Strach przed utratą pracy, strach przed redukcją, obniżką i tak śmiesznie niskiej płacy sprawia, że zjawisko wyzyskiwania dziewcząt od tej strony staje się dziś tak jaskrawym i powszechnym.
Społeczne tło stosunków pracy młodzieży jest tedy niewesołe. Kryzys i bezrobocie wyjaskrawia wszystkie ujemne strony tych stosunków, niezadowalających i nieuporządkowanych nawet w okresie najlepszej koniunktury gospodarczej.
Młodzież nasza jest liczną grupą społeczeństwa i grupą najbardziej ważką i znaczną z punktu widzenia interesów państwowych polskich. Na tej bowiem grupie, jej wartościach, jej odporności fizycznej, jej tężyźnie moralnej oprze Polska całą swą przyszłość.
Z tego punktu widzenia do najpilniejszych zadań państwa należy dziś czynna troska o młodzież, o jej wychowanie fizyczne i intelektualne, o uzdrowienie warunków jej pracy i bytu.
Halina Krahelska
Powyższy tekst Haliny Krahelskiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie Dziecka” nr 6/1933, a następnie w postaci osobnej broszury w tym samym roku. Od tamtej pory nie był wznawiany. Poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Narodowe Archiwum Cyfrowe.