Ty też jesteś tabloidowy!

Ty też jesteś tabloidowy!

Umberto Eco w zbiorze esejów „Jak podróżować z łososiem” pytał, jak rozpoznać film porno, jak odróżnić porno od nie-porno, dając tym samym pewne wskazówki, np. bohaterowie muszą dotrzeć z punktu A do punktu B.

A jak rozpoznać tabloid? Jest kolorowy, wręcz krzyczący kolorami, obrazy przeważają nad słowem, a słowa jedynie wyrażają to, co i tak widać, i niekoniecznie trzeba je nawet czytać. A jeśli już, to można je przeczytać jednym spojrzeniem, gdyż są tak krótkie i specyficznie ułożone, aby można było je objąć właśnie jednym rzutem oka, a nie wodzić wzrokiem jak przy lekturze książki. W pewnym sensie można go czytać spojrzeniem.

To na pozór dziwne stwierdzenie chciałbym uczynić punktem wyjścia dla swoich refleksji, choć prowokacyjny wniosek może być zaskakujący. Mają one na celu pokazać, iż tabloid, przy przyjęciu pewnego nastawienia, jest piękną, barwną, nadzwyczajną, przeciekawą opowieścią pochodzącą z dawnego komunikacyjnie świata. Choć oczywiście wszyscy czytamy za pomocą zmysłu wzroku (stąd m.in. nasz kulturowo-europejski wzrokocentryzm), to w przypadku tabloidu czytamy inaczej, gdyż jest to medium obrazkowo-oralne. Historie opowiadane za pomocą zdjęć i słów są tak naprawdę obrazami. Kierowanymi przez tabloid do czytelnika tak, jak gdyby tabloid był żywym człowiekiem opowiadającym historię.

Tabloidy nie mają dobrej prasy, choć właśnie z punktu widzenia historii prasy są genetycznie pierwsze i wyprzedzają inne gatunki, gdyż pochodzą ze spisywanych plotek. Tak, tak, to nie inteligenci zaczęli pierwsi trzymać gazety w dłoniach, choć ich forma było nieco inna niż dzisiejsza. Dzisiejszy tabloid opowiada tobie historię jak przyjaciel, który wrócił z dalekiej podróży, spoza naszego oswojonego świata, np. wsi czy miasteczka. Opowiada dziwy, które widział, abyś rozdziawił gębę i zadziwił się światem. Czysto informacyjny charakter nie jest dominujący. Z tego m.in. względu medioznawcy tak lubią poznęcać się nad tym medium. Ale czy w życiu chodzi tylko o informacje?

Tabloid jako medium obrazkowo-oralne cechuje się językiem emocjonalnym, mniej informacyjnym. Informacja jest tylko pretekstem do opowieści. Pociąga to za sobą fakt, iż mamy w nim do czynienia z wartościującą opinią (ktoś robi dobrze lub źle), a nie z analizą czy wyjaśnieniem. Etykietuje, generalizuje i stereotypizuje. Język jest hiperboliczny, kolokwialny, potoczny, mówiony, zwięzły, jasny, konkretny. Addytywny, czyli dodający do siebie kolejne elementy, ale ich nie analizujący. Używa metafor, aby zobrazować to, o czym mówi, a co i tak jest pokazane – jest obrazowy (np. Anna Powierza niczym nimfa wchodzi do jeziora). Zwraca się wprost do czytelnika, używając często figury apostrofy. „Wyobraź sobie”, „Czy wiedziałeś?”, „Co byś zrobił?”, „Kto to słyszał, żeby…”. Tym samym komunikuje: jesteś dla mnie ważny, jesteś kimś wartym wysłuchania tej historii.

O czym najczęściej opowiada tabloid?

O ekscesach i skandalach najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych lub posiadających najwyższy kapitał w postaci widzialności: aktorów, celebrytów, sportowców, dziennikarzy. Słowem: osób spoza świata zwykłych ludzi. Często zdradza ich tajemnice, o których wie tylko tabloid, ukazuje zatem kulisy życia klasy szampańskiej, przy czym nierzadko są to plotki. Tylko z tabloidu dowiemy się, ile emerytury ma Krzysztof Cugowski czy jaki był sekret piękna Marylin Monroe.

Na drugim biegunie znajdują się losy zwykłych ludzi. Co ciekawe, ci z medialnego Olimpu przedstawiani są jak zwykli ludzie, często ze swoimi słabościami (pijany Andrzej Chyra oddaje mocz w bramie), a zwykli ludzie jako niezwykli, nierzadko bohaterowie (ochroniarz z Biedronki uratował dziecko). Zabieg ten pokazuje, że nie jesteśmy aż tak różni, że oni („niezwykli”) są tacy jak my („zwykli”), a my także możemy być, i jesteśmy, w jakiś sposób wyjątkowi. Patrząc na takiego jak my normalsa, który dokonał wielkich czynów, myślimy od razu, czy nas byłoby na to stać. Tabloid jako „chanson de geste dla ubogich”.

Co z politykami i polityką? Tabloid to jedyne medium niepolityczne! Oddech od tego świata. Nie interesują go programy polityczne, partie, bieżące wydarzenia polityczne. Politycy, i to wszystkich ugrupowań, są pokazywani jako zwykli ludzie, ewentualnie przedstawiani analogicznie jak celebryci. Trudno byłoby udowodnić tezę, że tabloid jest np. prawicowy bądź liberalny, analogicznie, czy jest prokościelny (na serio pisze o cudach) czy antykościelny (często pisze o grzechach kleru).

Istotnym faktem jest to, iż zwykli ludzie czasami są przedstawiani w zderzeniu z potężnymi instytucjami, jak ZUS, które ich skrzywdziły. W tym sensie tabloid to medium stające po stronie zwykłych ludzi, wpisując się w ludową tradycję lamentu i skargi.

W tabloidzie obecne są treści krwawe, dramatyczne i tragiczne oraz sensacyjne. To wersja „true crime dla ubogich”. Nierzadko opisywane są elementy fantastyczne i nadprzyrodzone czy wprost ingerencje sił nadprzyrodzonych. To antropologicznie bardzo ciekawe nawiązanie do tradycji gabinetów osobliwości, curiosów, ludzkiego zoo, bytów fantastycznych i monstrualnych, ciał nienormatywnych. Bardzo dobrze obrazuje tę kwestię choćby film pt. „Człowiek słoń” Davida Lyncha. Trzeba dodać, że tabloid jest w tym aspekcie demokratyczny, gdyż znajdziemy nawiązania do chrześcijaństwa, mocy tajemnych, ale i do UFO.

Warto też wspomnieć o szeregu praktycznych porad dotyczących życia codziennego, np. jak dbać o zdrowie, nie dać się oszukać „metodą na…”, o wejściu w obieg nowych banknotów itp. Tabloid informuje także o sprawach istotnych, jak np. waloryzacja rent i emerytur, przy czym zawsze jest to konkretna informacja w formie tabelki: masz tyle, będziesz miał tyle, co też po części pokazuje, do kogo jest skierowany tabloid.

Obraz świata, jaki wyłania się z tabloidu, jest dualistyczny: my – oni, biedni – bogaci, zwykli ludzie – potężne organizacje, tutaj – tam, ale i manichejski: dobro – zło. Jednocześnie świat jawi się jako przednowoczesny, tj. niezwykły, nieprzewidywalny, zaczarowany, gdzie wszystko może się zdarzyć. Jeśli wziąć pod uwagę typologię kultur biegnących od wczesnotradycyjnych, poprzez religijne, po nowoczesne, to jest on mutacją pierwszej i drugiej z elementami trzeciej, gdyż mówi się także o nauce, przy czym często jest to dostosowane do wizji nauki przednowoczesnej.

Z tego względu komunikacja obrazowo-oralna świetnie współbrzmi z tabloidem, gdyż ten typ komunikacji jest właśnie przednowoczesny. Przy czym, co warto dodać, jest on dostosowany do naszej polskiej tradycji, gdyż zawiera moralne pouczenia, napomnienia, morały jak z bajki ludowej. Posiada także cechy przypowieści, kazania, pieśni dziadowskiej, opowieści z karczmy, opowieści weteranów wojennych. Słowem, jeśli spojrzy się na tabloid z punktu widzenia antropologii komunikacji, jawi się on jako medium fascynujące i świetnie dostosowane do mniej wykształconych odbiorców, którzy nie mają swojego papierowego medium.

Jakie funkcje spełnia tabloid?

Po pierwsze, daje jakiejś rozumienie świata i ułatwia poruszanie się w nim. Być może inne niż to nowoczesne, ale czy gorsze? Na pewno ciekawsze! Po drugie, umożliwia podejrzenie świata, do którego nie ma się dostępu, byłby zatem „voyeuryzmem dla ubogich”. Po trzecie, daje poczucie godności tym, którzy go potrzebują. Jako medium o opisanym typie komunikacji świetnie nadaje się jako pretekst do rozmowy („A słyszała pani?”). Któż z nas nie plotkuje? To po czwarte. Po piąte, daje pewną wizję moralności, mówi jasno i bez filozoficznego zadęcia, co jest dobre, a co złe (np. zbrodnia nie popłaca).

Lubię czytać tabloidy choćby z tego względu, że zajmując się mediami, uważam, iż przedstawiają świat, patrząc z punktu widzenia tabloidu właśnie, w straszliwie nudny sposób. Czytając codzienne gazety czy oglądając telewizyjną publicystykę często godzinami jest o tym samym i ciągle tak samo. A w tabloidzie jest zaklęta baśń, mit, cud, niezwykłość – trzeba tylko umieć to dostrzec. Leszek Kołakowski napisał kiedyś, że w echu rzygającego pijaka można usłyszeć metafizykę. Tabloid nie pomija zwykłych ludzi, można nawet mówić o mini-micie bohaterskim, nawet jeśli trochę podkoloryzowanym. A czy baśnie nie czyniły tego samego? I czy zawsze o samą prawdę idzie?

Tabloid jest obiektem drwin przede wszystkim ze względów klasowych. Wiadomo: jest dla Januszy i ciemnogrodu. Ale czy naprawdę jest aż tak odległy od tego, co często robimy? Na przykład skrolowania Facebooka mieszającego treści różne gatunkowo? Od oglądania 15-sekundowych filmików na Tik-toku, które co chwila dostarczają nowych i różnych emocji, analogicznie jak w tabloidzie, gdzie na jednej stronie śmierć sąsiaduje z karnawałem? Tik-toka czytamy za pomocą rąk (kciuka) i oczu, tak jak tabloid, tylko kciuk zostaje zamieniony na ośliniony palec do przewracania stron. Oto cielesna historia mediów.

Tematycznie również jest podobnie, tyle że (po)nowocześni słuchają truecrimowych podcastów i podglądają życie gadających do nich influencerów, naiwnie wierząc, że ci są ich przyjaciółmi. I choć nie lubią tabloidowych cudów chrześcijaństwa i medalików z papieżem, jakoś nie śmieszą ich jednak na poważnie brane manifestacje i afirmacje, „internetowe estetyki”, astrologia i moc kamieni, „mówiące rzeki” i ich opiekunowie.

Strukturalnie, w sensie komunikacyjnym, nie jesteśmy odlegli aż tak bardzo, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. To paradoksalne i nawet zabawne, że (po)nowocześni chcą być dzisiaj przednowocześni (wracają do mitu) i jednocześnie wyśmiewają prawdziwie przednowoczesnych – czytelników tabloidów. Obie przednowoczesności muszą się oczywiście różnić, głównie ze względów klasowych dystynkcji, przy czym pierwsza jest realnie przeżywana i szczera, druga zaś jest wtórna i związana z kapitalistycznymi modami, których celem jest jakieś odnalezienie się w świecie i usensownienie go, poprzez rzecz jasna zakup rzeczy związanych z daną „estetyką”. Wszyscy potrzebujemy trochę magii, mitu oraz baśni, tyle że każda grupa różnych. Wolę tę pierwszą.

Nie warto zatem poznawczo znęcać się nad tabloidami i ich czytelnikami, albowiem różni ludzie mają swoje media, a to, że ktoś nie rozumie innego (i to w pewnym sensie bardzo podobnego), nie znaczy, że powinno się nim pogardzać, gdyż pogardza się wtedy samym sobą – bo Ty też jesteś tabloidowy.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Иван z Pixabay

Za dobrzy na transformację – w sam raz do likwidacji

Za dobrzy na transformację – w sam raz do likwidacji

To nie z zamykaniem śląskich kopalń rząd będzie miał trudności. To już chyba przesądzone. Kością w gardle stoi im natomiast kopalnia Bogdanka. Po prostu jest za dobra, żeby ją ot tak zamknąć. Trzeba więc zrobić wszystko, aby była nierentowna albo po cichu udusić. Taką właśnie politykę przyjęto w grupie kapitałowej Enea. Dlaczego? W imię zasad. Zasad Zielonego Ładu. W tym ładzie tylko dolar jest zielony.

Od prawie 30 lat, niezależnie od zmian politycznych i gospodarczych, Bogdanka ciągle się rozwijała i modernizowała. Stawała się coraz bardziej nowoczesną i wydajną kopalnią. Przynosiła coraz większe zyski i znacząco zasilała budżety państwa i gmin, płacąc sowite podatki. Planowano, że będzie ostatnią kopalnią do zamknięcia, a być może przetrwa transformację, bo jakaś ilość węgla na pewno będzie potrzebna. Przemawiały za tym wszystkim twarde dane ekonomiczne i technologiczne. Jednak okazało się, iż nic w Polsce nie jest na tyle dobre, żeby nie można było tego popsuć.

Właściwie z dnia na dzień powiedziano niedawno w centrali, że Bogdanka ma przed sobą 10, góra 15 lat. Dalej nie mamy nic oprócz agonii, upadku i przymusowej emigracji ludności, bo perspektyw na inne, dobre i stabilne miejsca pracy – nie widać. Te w regionie zapewniała w dużej liczbie jedynie Bogdanka. I bezpośrednio, i pośrednio, poprzez dobre dochody i wzrost siły nabywczej miejscowej ludności, na czym opierała się lokalna gospodarki i inne miejsca pracy w usługach publicznych i prywatnych.

Wszyscy wiedzą, że nawet przy największym rozwoju odnawialnych źródeł energii, muszą w podstawowym systemie energetycznym pracować stabilne źródła energii. Do tych zalicza się energetyka węglowa. To jest to, czym dysponujemy jako kraj i jesteśmy w tym niezależni od nikogo. Mimo wszystko rząd postanowił, że paliwem przejściowym będzie gaz, który trzeba importować. Póki mamy węgiel, jesteśmy w miarę niezależni od wahań cen gazu, a jak niedawno się okazało, mogą one wzrastać skokowo do bardzo wysokiego poziomu. W przyszłości planuje się, że stabilnym źródłem energii ma być atom. W jakiej przyszłości nie wiemy, ale już ochoczo przystępujemy do likwidacji tego, co mamy pewne.

Likwidacja bloków węglowych przyniesie redukcję miejsc pracy w górnictwie i energetyce – wytwarzaniu. To pierwszy poważny koszt dla pracowników i społeczności z okolic Łęcznej, Kozienic czy Połańca. Zysk dla odbiorców żaden, bo zasilanie gazem też jest obłożone opłatami emisyjnymi, więc nie przyniesie obniżki cen energii. Kto zyska? Importerzy i zagraniczne koncerny. Należy wspomnieć, że koncerny niemieckie planują inwestycje w wydobycie węgla w Chinach czy w Indiach. Tu się nic nie zgadza, poza zwyczajowym założeniem rynków, że zyski zostaną sprywatyzowane, a straty uspołecznione. Przy czym założenie to mają wykonać w Polsce spółki skarbu państwa…

Pod hasłem ochrony klimatu otrzymujemy teraz ofertę taniej, zielonej energii. Wszyscy takiej chcemy. Chcemy oddychać czystym powietrzem i płacić niskie rachunki za prąd, bez względu na to, ile nas to będzie kosztować. To taka trawestacja jednego z prześmiewczych haseł z czasów PRL: oszczędzajmy bez względu na koszty. A koszty będą, gdyż, póki co, obowiązuje druga zasada termodynamiki, że układ nie wykona pracy bez pobrania energii z zewnątrz. Przerzucimy miejsca pracy do krajów, gdzie koszt siły roboczej jest o wiele niższy, tyle że nie wynika z ekonomicznego cudu wolnego rynku i niskich podatków, lecz z bezwzględnej eksploatacji ludzi i zasobów najbiedniejszych krajów, gdzie często władze sprawują krwawe reżimy. Za takie obniżenie kosztów zmniejszających zyski oraz za nieco obniżoną cenę, żeby nabywca się cieszył i przestał czuć się pracownikiem, a zaczął czuć się konsumentem, pracownicy zapłacą dwa razy. Jedni utratą dobrej pracy i dochodu, drudzy niewolniczą pracą.

Ale co to ma wspólnego z ekologiczną energią? Zielona energia jeszcze długo nie wyprze węglowej energetyki z globalnej gospodarki, a prognozy przewidują w okresie przejściowym zastąpienie węgla wydobywanego w Europie – węglem wydobywanym poza Europą. Europa i Polska bez problemu spaliłyby całe swoje zapasy węgla w okresie przejściowym do pełnej dekarbonizacji, ale zdecydowano się na węgiel z eksportu. Decyduje więc wyłącznie ekonomiczny interes.

Pracownicy branży energetycznej, w tym górnictwa, nie mogą być ciągle postrzegani jako relikt przeszłości i grupa, którą trzeba w końcu jakoś spacyfikować, wygasić i najlepiej mieć z głowy. To, że węgiel jest na cenzurowanym, nie oznacza, iż będziemy musieli się godzić na jakiekolwiek warunki płacowe, że nie będziemy żądać podwyżek i zaakceptujemy rolę „trucicieli”. Nie możemy się godzić na powstrzymywanie naszych żądań tylko po to, aby nie podnosić kosztów wydobycia i wytrzymać konkurencję z krajami, gdzie te koszty są faktycznie niższe, bo jest dumping podatkowy a za walkę o prawa pracownicze można trafić tam do kolonii karnej lub zostać zamordowanym. Mamy prawo wymagać, że jako demokratyczne państwo prawa będziemy przestrzegać klauzul społecznych i nie pozwolimy na degradację stanowisk pracy w górnictwie i energetyce, wymuszaną przez nieludzkie uwarunkowania rynkowe, w których jedyną konkurencyjność stanowi łamanie praw człowieka i pracownika. Mamy prawo wysuwać żądania płacowe, nie godząc się na szantaż, że jeśli się nie powstrzymamy, to nas zlikwidują jeszcze szybciej.

Nie pierwszy raz górnicy zwracają uwagę na pułapki Zielonego Ładu i na jego hipokryzję. Pisanie o tym staje się żmudne, bo to ciągłe powtarzanie tez, które puszczane są mimo uszu albo w ogóle nie są poddawane poważnej debacie publicznej. Wszystko to dyskutowane jest w branżowej niszy, a przecież ma wpływ na całe państwo. To nie tylko kwestia cen energii dla indywidualnych odbiorców, ale także być albo nie być całego przemysłu i rolnictwa. Energetycy, górnicy i rolnicy protestują przeciw Zielonemu Ładowi nie dlatego, że nie chcą czystego powietrza czy środowiska. Oni widzą w nim przede wszystkim zagrożenie dla swojej egzystencji, bo w istocie Zielony Ład jest instrumentem czysto ekonomicznym. Wystarczy tylko wspomnieć o opłatach za emisję CO2, z której nic dla klimatu nie wynika, za to stały się narzędziem gromadzenia kapitału do celów spekulacyjnych. To są zyski wymierne, ale nie takie, jakie miał przynieść Zielony Ład. Tych, które miał przynieść, nie widać i długo nie będzie można zobaczyć, za to straty społeczne już są i będą na pewno wyższe.

Na spotkaniach ze związkowcami z branży większość polityków zgadza się z tym, co tutaj napisano. Ale co poradzić? To nam narzuca Unia – mówią. Unia locuta, causa finita. Unia powiedziała, sprawa skończona, nic nie da się zrobić! Związkowcy z Bogdanki i Kozienic nie przyjmują do wiadomości takiej postawy. Słusznie mówią, że taka kapitulancka postawa jest w polityce nie do przyjęcia. Podejmują walkę o miejsca pracy i przyszłość branży. W niedalekiej przyszłości zorganizują protesty związkowe i już próbują naciskać na polityków. Do akcji przyłączyli się samorządowcy z powiatów i gmin górniczych. Jak na razie nie ma odzewu. Z pewnością dojdzie do eskalacji i radykalizacji działań związkowych. Potrzebna jest mobilizacja pracowników całego przemysłu w Polsce oraz rolników, bo wszystko wskazuje na to, że Zielony Ład znacznie zmniejszy udział przemysłu i rolnictwa w PKB. Redukcja tego przemysłu wpłynie negatywnie na rynek pracy i może spowodować bezrobocie strukturalne w regionach. Jeśli Zielony Ład ma przynieść takie skutki, należy jak najszybciej go zastopować albo co najmniej zdecydowanie skorygować pod względem skutków społecznych, których na razie nie bierze się pod uwagę.

Sytuacja Bogdanki i okolic jest jednak szczególna. W regionie, w którym o gospodarce decyduje jeden duży zakład, niezbędne jest stworzenie dokładnego planu ewentualnej restrukturyzacji i podpisanie wiążącej umowy społecznej. Bez tego zapowiedzi o likwidacji są antyspołeczne i skandaliczne. Tym bardziej, że z informacji płynących z centrali Enei wynika, że rząd ma zamiar zlikwidować najlepszą polską kopalnię w białych rękawiczkach, rękami jej właścicieli. Związkowcy podejrzewają, że Enea na likwidacji własnej dochodowej spółki górniczej może dobrze zarobić, pozyskując pieniądze na likwidację górnictwa. Mogłaby zarabiać również na jej działalności, ale jak widać neoliberalna doktryna ma się dobrze i stąd korporacyjne założenia, że najlepiej optymalizować zyski obracając finansami i pozbywając się obciążającej i kapitałochłonnej produkcji.

Korporacyjny ład usiłowano wprowadzać w Bogdance już w 2015 roku. Po zmianie rządu zapędy te nieco ustały, choć kolejne zarządy wprowadzały swoje korporacyjne pomysły, które przeważnie okazywały się szkodliwe i przynosiły jedynie komplikacje, wydłużanie czasu procesów i rozmywanie odpowiedzialności. Mimo wszystko załoga produkcyjna stawała na wysokości zadania i wypracowywała coraz większe zyski, mimo że te korporacyjne pomysły potrafiły uprzykrzać pracownikom życie i wprowadzać niepotrzebny stres.

Pracownicy i związkowcy mają wrażenie, że Bogdanka jest spółką niewygodną dla rządu, gdyż zadaje kłam oficjalnej propagandzie o natychmiastowej konieczności likwidacji górnictwa i dlatego jak najszybciej należy ją zlikwidować, żeby już bez żadnych przeszkód i dysonansów w publicznym przekazie likwidować to, co przeszkadza rynkom finansowym w nieludzkiej optymalizacji zysków.

Jarosław Niemiec

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia

Handel wymienny w czasach autarkii

Handel wymienny w czasach autarkii

Dlaczego pękło serce młodego chłopca z miasta powiatowego? To, co przez nich samych – inceli, zostało uznane za przyczynę nieszczęścia, jest jego skutkiem. Incel to młody mężczyzna, który nie jest w stanie nawiązać relacji intymnej z kobietą, ponieważ – jak sądzi, posiada nieodpowiednie geny; incele w większości mają negatywny stosunek do kobiet, uznając je za powierzchowne, interesowne i wyrachowane, a także posiadające silniejszą pozycję. Niniejszy tekst to notatki na marginesie książki „Przegryw”, autorstwa Patrycji Wieczorkiewicz i Aleksandry Herzyk, traktującej właśnie o incelach.

Alienacja, w której tkwią incele, jest konsekwencją doświadczanej przemocy, biedy, niedostosowania społecznego, nieleczonych chorób i zaburzeń. Nie da się z tej czeluści tak po prostu wyjść. No bo co potem – stanąć na chwilę w dziennym świetle, w kolejce po dziewczynę z przydziału? Tylko do czego z nią wracać, do tej samej ciemni, z której się wyszło?

Długoterminowa relacja romantyczna dwóch osób opiera się przede wszystkim na miłości, ale nie mniej ważne są wzajemne wsparcie czy podział obowiązków domowych. Małżeństwo z kolei to układ emocjonalny, ekonomiczny i prawny funkcjonujący na zasadach wymiany. Wchodząc w dojrzały związek najuczciwiej jest stawić się z walizką może nie pustą, ale bagaż powinien być jako tako poukładany i w tej walizce zamknięty. Tymczasem incele są w proszku. Z dna samotności, z którego dobiega krzyk rozpaczy, mogłaby wyciągnąć ich praca terapeutyczna. Na boleść duszy nie pomogą stosunki cielesne. Miejsc na kozetkach dla zagubionych w zawiłościach własnej psychiki – niestety nie ma. Właściwie są, ale za grube pieniądze, co nie wchodzi w tym wypadku w grę.

Wraz ze zwiększeniem dostępności wiedzy i usług psychologicznych zwiększyła się również przepaść pomiędzy tymi, którzy mają środki i kapitał – nie tylko finansowy, lecz także społeczny i kulturowy – i z łatwością dotrą do nich, a tymi, którzy zostaną z pustymi rękami. Kolejnym problemem jest wykształcenie. Uprzywilejowanym, z dużych miast, łatwiej jest utrzymać lub zdobyć pozycję zawodową, ale także nauczyć się nowych obyczajów, zaadaptować się w rzeczywistości, którą zmieniła czwarta fala feminizmu. Koncept blackpillu i redpillu żeruje na trzech niedostatkach: niskich kompetencjach społeczno-emocjonalnych, niskiej pozycji zawodowej, niedostosowaniu.

Jedynie niedostosowanie można jakkolwiek powiązać z kryzysem tożsamości. Rozpadły się tradycyjne archetypy mężczyzny i kobiety. Ta dezintegracja przypisanych między innymi przez rynek ról zawodowych i ról płciowych – która z założenia jest słuszna – zachwiała zwłaszcza męskością. Kobiety są zobowiązane podwójnie od dawna, mężczyźni dopiero się z takim stanem rzeczy oswajają. Mierzą się jednocześnie z demonopolizacją sfery zawodowej i koniecznością wykonywania części prac reprodukcyjnych, z których wcześniej byli zwolnieni. Jest to kierunek zmian sprawiedliwy, ale na pewno trudny. Oprócz pokory wymaga również więcej wysiłku i nauki bez późniejszej gratyfikacji.

Ciężko też o nową identyfikację cech konstytuujących płeć. Stopniowo zanika powiązanie pomiędzy nimi a wykonywaną pracą: zawodową i reprodukcyjną. Natomiast żeby zrozumieć istotę problemu, należy przeanalizować historię podziału pracy reprodukcyjnej i podziału ról płciowych. Są one pamiątką po czasach, kiedy relacje romantyczne układały się wedle nienegocjowalnego barteru. Ktoś taki porządek kiedyś usankcjonował i zrósł się on z tożsamościami płciowymi. Zarówno kobietom, jak i mężczyznom odebrało to prawo do indywidualnych ekspresji. Wiązanie płci z określonymi pracami miało praktyczne i ekonomiczne uzasadnienia – gorzej z psychologicznymi i biologicznymi. Życie ludzkie od wieków porządkuje jednak ekonomia. Ferdynand Braudel uważał, że pryncypialną funkcją rodziny jest akumulacja. Małżeństwa w rodzinach senioralnych są zawierane ze szczególnym uwzględnieniem umacniania jej pozycji i prestiżu.

Poza tym aspektem, który niekoniecznie musi być brany pod uwagę, decyzja o wspólnym życiu zawsze wiąże się z podziałem pracy. Wedle badań wskaźnik średniej ilości godzin poświęcanych na pracę reprodukcyjną na osobę utrzymywał się twardo na poziomie ok. 20 godzin tygodniowo przez cały XX wiek. Jest to więc ekwiwalent połowy etatu.

Na przełomie stu lat, wraz ze wzrostem liczby zatrudnionych kobiet, zwiększyła się rola mężczyzn w pracach reprodukcyjnych. Ze statystyk opartych m.in. o dzienniki gospodyń jasno wynika, że ilość czasu poświęcanego na prace reprodukcyjne w gospodarstwie wieloosobowym to wymiar około etatu. Na początku ubiegłego stulecia niemalże cały był on przydzielany kobietom. Ówcześnie zatrudnionych było ok 20% z nich, w latach 50. XX w. już ok 35%, w roku 2005 – 60%. Wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia kobiet, wzrostem zatrudnienia, rewolucją feministyczną, podział pracy reprodukcyjnej stopniowo wyrównuje się między płciami.

Na początku XX wieku kobiety zatrudnione nie cieszyły się jednak dobrą opinią jako kandydatki na żony. We „Włókniarkach” Marta Madejska cytuje tekst z „Gońca Łódzkiego”: „Czy robotnice pracujące w takich warunkach mogą zostawać żonami, a nawet zostawając nimi, czy tworzą ognisko rodzinne – to rzecz więcej niż wątpliwa. Ich zupełne niedołęstwo na punkcie zajęć gospodarczych zmusza je do porzucania domu i dzieci i szukania nędznego zarobku w fabryce, gdy tymczasem umiejąc pracować w domu, nie rozprzęgałaby ona rodziny, lecz wprowadzałaby do niej, dzięki samej tylko swej obecności, ład i porządek”.

Kilkunastogodzinny dzień pracy dyskwalifikował je więc z miejsca. Nie miałyby czasu podjąć dodatkowego etatu reprodukcyjnego, co od żony było wymagane. Lepiej myślano o służących, ponieważ były idealnie wykwalifikowane do prowadzenia domu. One z kolei w małżeństwie widziały ratunek od niewolniczej pracy. Wierzyły, że po ślubie będą mogły uciec od służby u złej pani, od gwałtów pana, od spania po kątach itp.

W latach 70. włoskie feministki (Lotta feminista) walczyły o zmianę postrzegania pracy reprodukcyjnej oraz o jej regulację. Żądały czasu wolnego, wynagrodzeń, miały dość bycia nieograniczonymi robotnicami, doświadczania przemocy ekonomicznej. W eseju z 1940 roku „In Woman’s Defense” Mary Inman pisze o tym, że „żony pracowników Firestone poprzez wykonywanie pracy reprodukcyjnej, mają swój udział w procesie produkcji, a ich praca jest tak samo nierozerwalnie związana z wytwarzaniem opon, jak praca ich mężów”. Wykonanie prac domowym jest konieczne, aby funkcjonował system produkcji i dystrybucji. W sytuacji, gdy kobieta nie podejmowała pracy zawodowej i wykonywała jedynie pracę reprodukcyjną, podział godzinowy między mężczyzną i kobietą był mniej więcej równy. Następnie wraz z aktywizacją kobiet zmienił się na ich niekorzyść – musiały pracować na dwa etaty. Z biegiem czasu podział wyrównuje się, ale dodatkowy etat reprodukcyjny – rozdzielony teraz na kobietę i mężczyznę – wciąż jest nieuregulowany i nieopłacany.

Kapitalizm zyskał ogromne zasoby ludzkie – pracę kobiet. Wzrósł wyzysk ekonomiczny obu płci. Pod przykrywką przyjęcia feministycznych postulatów lejce zostały zaciśnięte jeszcze ciaśniej, rozwijając tym samym atmosferę bezwzględności i egoizmu.

Jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało: każda osoba nie będąca wystarczająco samodzielną, nie posiadająca podstawowych umiejętności i minimum zasobów ekonomicznych, społecznych i intelektualnych, będzie trudnym kandydatem do związku. Najsłabsi dostają po głowach równo – bez względu na płeć. Kiedyś biedne chłopskie córki, bez posagu, umiejętności polerowania sreber i przyrządzania leguminy, dziś synowie uzależnionych glazurników i kasjerek o niskich kompetencjach społecznych, nie umiejący o siebie zadbać.

Opisane dwa akapity wyżej dwudziestowieczne realia to pospolity handel wymienny. Transakcja. Ten porządek nie był kontestowany wystarczająco mocno, aby przestał obowiązywać (ale nawet w najpiękniejszej utopii i tak w jakimś stopniu by się ostał). Sytuacja stała się jednak bardzo zawiła ze względu na to, że wypracowując względną równość, otrzymaliśmy osobistą autarkię. Kobiety są samowystarczalne finansowo, a mężczyźni nauczyli się już gotować i robić pranie. Co więcej, każdy żyje w przekonaniu, że może mieć wszystko. Próg wejścia jest wysoki – należy sprawdzać się w obu rolach na przyzwoitym poziomie. Czasy w ogóle zrobiły się ciężkie, bo trzeba mieć wszystko, umieć wszystko, robić wszystko – tylko nikt nie wie, co właściwie ma, czego chce i kim ma być. W tym chaosie relacje romantyczne wciąż są jednak wspomnianą wymianą. Teraz dokonywaną pod stołem – nie tak bezczelnie jak sto lat temu. Na szali jest przede wszystkim podział etatu reprodukcyjnego – utarg o rozdzielenie nadgodzin. W chwili romantycznych uniesień może wydawać się, że to bez znaczenia, ale w perspektywie lat to dziesiątki tysięcy godzin nieopłacanej, nienormowanej pracy.

Incele rzeczywiście są na przegranej pozycji, ale nie ze względu na wygląd, wzrost czy geny, lecz z powodu niesamodzielności. Nie będą w stanie wedle sprawiedliwego podziału funkcjonować w gospodarstwie domowym, bo potrzebują opieki i wsparcia – jak zresztą każda osoba z deficytami. Właśnie ta niezaspokojona potrzeba pomocy wywołała agresywną rozpacz. Incel, który miałby dziewczynę czy żonę, nadal byłby przecież incelem, bo nadal by cierpiał – kobiety nie są lekiem na całe zło. Małżeństwa, które miały uratować służące, kończyły się nową „niewolą”, jak same to opisywały. To ten sam poziom beznadziejnej naiwności i braku poczucia sprawstwa, które niestety jest najsłabszym odbierane przemocą.

Należy więc zacząć od zwrócenia sprawstwa, które pozwoliłoby osiągnąć pożądaną dziś samowystarczalność – autarkię. Jest to standard będący konsekwencją kapitalistycznego indywidualizmu, stanowiącego przeciwieństwo wspólnotowości, współtroski, mało humanistyczny, po prostu słaby, ale obowiązujący. Może właściwie lepiej zmienić ten wrogi drugiemu porządek? Wymaganie samowystarczalności od człowieka, który od zawsze żył we wspólnotach, jest ostatecznie postulatem absurdalnym. Postulatem oczywiście rynkowym, dla rynku niezwykle wygodnym.

Małgorzata Greszta

Grafika w nagłówku tekstu: Piyapong Saydaung z Pixabay

Kto przetrzyma?

Kto przetrzyma?

Połowa roku 2024 w wojnie obronnej Ukrainy stoi pod znakiem dalszego ciągu braku spektakularnych wydarzeń, przełomów i perspektyw przeciągnięcia się „pełzanej” kampanii na rok kolejny, gdy coś w rodzaju rozstrzygnięcia mogłoby przynieść wyczerpanie możliwości jednej ze stron lub zmianę tła politycznego. W przypadku Ukrainy to wyczerpanie dotyczyłoby zdolności stawiania oporu w kontekstach militarnym i ogólnospołecznym. W przypadku Rosji – potencjału wyprowadzania kolejnych uderzeń bez liczenia się ze stratami własnymi w ludziach i sprzęcie.

Nie spełniły się obawy żywione w związku z rozpoczętą 10 maja rosyjską operacją w obwodzie charkowskim. Mimo początkowych zdobyczy terenowych agresora i słabości obrony, nie zmaterializowały się czarne scenariusze formułowane przez niektórych obserwatorów. Zgodnie z nimi armia ukraińska miała wskutek otwarcia nowego frontu pęknąć, ze skutkiem w postaci co najmniej upadku Charkowa. Ukraińcy zdołali skoncentrować siły wystarczające, aby powstrzymać Rosjan relatywnie szybko, a w lipcu nawet odzyskać niewielką część utraconych terenów. Odbyło się to jednak kosztem osłabienia innych odcinków frontu, na których trwał napór nieprzyjaciela. Zgodnie z obecną interpretacją, atak na Charkowszczyźnie był zatem klasyczną operacją pozbawioną właściwego celu, odwracającą uwagę przeciwnika i zmuszającą go do reakcji oraz przerzucenia wojsk skądinąd. Warto jednak pamiętać choćby o znanych z historii II wojny światowej sowieckich operacjach ofensywnych, które po szybkim rozbiciu się ich na oporze nieprzyjaciela były kwitowane w oficjalnej historiografii jako lokalne działania bez istotnego znaczenia i dopiero żmudne badania archiwów pozwalają ocenić początkowy rozmach.

Mimo poniesienia przez stronę rosyjską poważnych strat, domniemane odwrócenie uwagi okazało się skuteczne. Na froncie zaporoskim Ukraińcy są bliscy utraty ostatnich zdobyczy terenowych uzyskanych podczas ostatniej jak dotąd (i prawdopodobnie przynajmniej podczas obecnej odsłony wojny) ubiegłorocznej operacji ofensywnej. Na froncie donieckim natomiast Rosjanie wywierają stałą presję, posuwając się w pierwszowojennym tempie kilkuset metrów czy pojedynczych kilometrów tygodniowo i zajmując kolejne wioski, których nazwy byłoby próżno wymieniać. Niemniej jednak konsekwentnie wypierają Ukraińców na zachód, tracąc masowo ludzi i sprzęt, ale zużywając także siły przeciwnika.

Taki bieg wypadków nie grozi w przewidywalnej perspektywie rozsypaniem się ukraińskiego frontu i błyskotliwą rosyjską operacją sięgającą celów istotnie strategicznych. Ściera jednak stopniowo mającą istotne problemy strukturalne armię ukraińską, pogarsza jej i tak już obniżone morale, a w horyzoncie roku może doprowadzić do istotnego kryzysu. Pojawia się zatem kluczowe pytanie: na jak długą wojnę materiałową, znamionowaną zasypywaniem drugiej strony ludźmi i sprzętem bez przejmowania się stratami własnymi, stać jeszcze Rosjan? I czy armia ukraińska będzie w stanie dotrwać w choćby przyzwoitej zdolności bojowej do momentu potencjalnego kryzysu u wroga?

Opublikowane ostatnio opracowane przez zachodnie ośrodki szacunki rosyjskich strat od 22 lutego 2022 sięgają w zabitych od 106 000 do nawet 140 000. Licząc rannych, zdemobilizowanych z przyczyn psychicznych etc., rosyjskie ubytki w sile żywej mogą przekraczać pół miliona ludzi. Straty w czołgach przekroczyły 2700 maszyn, w przypadku bojowych wozów piechoty sięgnęły horrendalnej liczby niemal 3800, a doliczyć należy jeszcze ponad 1700 transporterów opancerzonych. Samobieżnych systemów artyleryjskich Rosjanie stracili już niemal 750. Straty w samolotach bojowych i wsparcia walki wynoszą nie mniej niż 97 maszyn. W odniesieniu do zasobów ludzkich, według (zawsze niepewnych) szacunków analityków Rosjanie mogą być na progu zdolności uzupełniania strat w obecnie ponoszonej wysokości lub wręcz spadli poniżej niego. W kwestii sprzętu odnotowano obecność na froncie pochodzących z lat 1940./50. systemów, takich jak czołgi T-54 czy armaty M-46. Analizy zdjęć satelitarnych rosyjskich składowisk sprzętu wojennego dają wynik dość jednoznaczny: zostały w porównaniu ze stanem sprzed wojny wyczyszczone niemal do cna.

Wszystko to prowadzi do, ponownie niepewnego, wniosku, że i w tej materii Rosja znajduje się mimo produkcyjnej mobilizacji gospodarki na progu, a w 2025 może zacząć mieć poważne problemy z uzupełnianiem strat. Szczególnie źle wygląda sytuacja z masowo traconymi bojowymi wozami piechoty, stąd próby kompensacji ich starymi czołgami (np. T-62) ze specyficznymi stodołowatymi zabudowami służącymi do transportu piechoty. Niewykluczone zatem, że przełom roku obecnego i przyszłego będzie krytyczny dla losów wojny. Rosjanie mogą planować rzutem na taśmę jeszcze jedną dużą ofensywę.

Armia ukraińska ma problemy równie głębokie – co prawda odblokowanie w kwietniu amerykańskiego 60-miliardowego pakietu pomocy pozwoliło na złapanie oddechu, sprzęt jednak wciąż napływa wąską strużką. Co gorsza, nie ma już nawet nadziei na uruchomienie na Zachodzie lub pod jego egidą jakiejkolwiek „mobilizacyjnej” produkcji, która byłaby w stanie poprawić sytuację. Marnie wygląda także kwestia zasobów ludzkich – co prawda wysiłki mobilizacyjne pozwalają łatać straty, ale wyszkolenie i morale już zdecydowanie nie takie, jak na początku wojny. Ukraińcy zatem mogą realnie myśleć też tylko o rzucie na taśmę i przetrzymaniu w obronie do potencjalnego kryzysu rosyjskiego potencjału uzupełniania strat. Zamiary ofensywne wydają się być całkowicie wykluczone.

Sytuację Ukrainy powinno poprawić anonsowane jako już rychłe przybycie kilkudziesięciu F-16A/B MLU z zasobów europejskich krajów NATO i zaanonsowane przekazanie przez Francję pewnej niewielkiej liczby Mirage 2000-5. O ile Mirage mogą mieć znaczenie ofensywne, jako maszyny przenoszące pociski Storm Shadow/SCALP-EG przeznaczone do rażenia rosyjskiej infrastruktury, o tyle zasadniczym zadaniem F-16 będzie prawdopodobnie defensywa.

Na jesień i zimę szykuje się bowiem bitwa o ukraińską energetykę. Wskutek osłabienia wydolności obrony przeciwlotniczej, Rosjanom udało się bowiem porazić przeważającą liczbę obiektów innych niż nuklearne. Można zakładać, że trwają intensywne prace mające na celu naprawienie tego, co możliwe w krótkim okresie, przygotowania rozproszonej sieci alternatywnych źródeł energii, tudzież sztukowania mocy dostawami z innych krajów. Jednak także Rosjanie zdają sobie z tego niestety sprawę i przy znaczącej produkcji pocisków manewrujących pewna jest kolejna ich ofensywa powietrzna przeciwko infrastrukturze, ukierunkowana na wywołanie zimą kryzysu humanitarnego i politycznego.

Koalicja wspierająca Ukrainę gromadzi z tego powodu ze wszystkich możliwych źródeł systemy przeciwlotnicze, z Patriotami na czele, jednak siłą rzeczy dostawy te będą ograniczone. Stąd potencjalna znacząca rola F-16, do których szczęśliwie dostępne są bardzo duże zasoby uzbrojenia zdolnego skutecznie razić pociski manewrujące czy godne tego drony.

Natomiast Ukraińcy przestali być, jak w pierwszym roku wojny, dłużni Rosjanom w kwestii ataków na ich infrastrukturę, włącznie z tą w głębi Rosji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy odnotowano całkiem liczne uderzenia dronami na rosyjski przemysł naftowy, infrastrukturę energetyczną czy wreszcie zakłady zbrojeniowe i obiekty wojskowe. Co prawda te pierwsze spotkały się początkowo z niechętną reakcją Waszyngtonu, obawiającego się szczególnie niekorzystnego w roku wyborczym wzrostu cen ropy, jednak w pewnym sensie zniesiona została wreszcie nieznośna nierównowaga, w której Rosjanie rujnują Ukrainę, a ich terytorium trwa w błogim spokoju w imię wydumanej „nieeskalacji”. Możliwości Ukraińców w tym zakresie są niestety skromne, warto jednak nadmienić, że gros zachodnich sojuszników, w tym długo niechętni Amerykanie, zezwoliło na ataki na cele w Rosji z użyciem swojego uzbrojenia. Niechybnie zwiększy to dolegliwość przeciągania wojny dla Rosjan, jednocześnie wskazując na daleko idący dystans Zachodu względem szantażu nuklearnego Moskwy.

W otoczeniu międzynarodowym wojny zaszło kilka potencjalnie istotnych procesów. Wpływu wyniku wyborów na rządy we Francji nie udało się uzyskać podejrzewanemu o zamiary sprzyjania Rosji Zjednoczeniu Narodowemu. Co prawda sympatie w kierunku Moskwy wyrażane przez klan Le Penów, a nawet otrzymywanie stamtąd wsparcia finansowego są faktami bezspornymi, nie musiałyby jednak w sytuacji zmiany roli przekładać się na bieżącą politykę. Niemniej jednak pozostanie to pieśnią ewentualnej przyszłości, pozycję głównego rozgrywającego na francuskiej scenie politycznej przy praktycznie pewnym parlamentarnym klinczu zachowuje szeroko rozpościerający jastrzębie skrzydła Emmanuel Macron. W Stanach Zjednoczonych w obliczu dramatycznie już manifestującego się senilizmu Joego Bidena i chaosu w obozie Demokratów w kwestii wymuszenia wyboru ewentualnego zastępcy w wyborczym wyścigu, zdecydowanym faworytem staje się Donald Trump, skądinąd dodatkowo uskrzydlony nieudanym zamachem, dzięki któremu zyskał bezcenną ikonografię. Zamiary Trumpa w kwestii Ukrainy i Rosji pozostają niemożliwe do racjonalnego przewidywania. Może nastąpić zarówno odcięcie Ukraińców od pomocy, jak i radykalne jej zwiększenie czy wręcz podjęcie jakiejś pokerowej gry skierowanej przeciwko Moskwie.

Po drugiej stronie zawarty został określany jako strategiczne porozumienie pakt Putin-Kim, który poza mglistymi wizjami wspierania przeciwników Zachodu na całym świecie ma dać Moskwie szerszy dostęp do północnokoreańskich zasobów materiału wojennego i mocy produkcyjnych na tej niwie. Korea Północna może wspomagać „partnerów” amunicją artyleryjską i rakietami balistycznymi. Aczkolwiek według dostępnych analiz użycia środków tego rodzaju już dostarczonych Rosji są one dość pośledniej jakości. Jest w stanie dostarczać artylerię lufową czy rakietową, ale nie będzie mogła na przykład w istotny sposób uzupełnić rosyjskich braków w dziedzinie bojowych wozów piechoty, jako że sama dysponuje tylko bardzo nielicznymi BMP-1, a poza tym pojazdami bardzo prymitywnymi, klasy mniej więcej MT-LB. Na pewno za to będzie kazała za dostawy płacić sobie słono.

Pakt Moskwa-Pjongjang wywołał otwarcie nieprzychylną reakcję Korei Południowej. Seul zadeklarował, że w takiej sytuacji jest gotów przemyśleć zaopatrywanie Ukrainy w materiał wojenny, choćby na zasadzie produkcji na zlecenie koalicji wspierającej Kijów czy sprzedawania jej zapasów, które miałyby trafić na front. Mogłoby to otworzyć drzwi do pokaźnych, a nienaruszonych dotychczas zasobów. Potencjalnie niekorzystny dla Kremla może z kolei okazać się wynik wyborów prezydenckich w Iranie, który wygrał wewnątrzsystemowy reformator Masud Pezeszkian. Nie można rzecz jasna oczekiwać radykalnej zmiany frontu przez Teheran, ale artykułowana przez nową ekipę in statu nascendi chęć powrotu do poszukiwania porozumienia z Zachodem może otwierać drogę do pewnego zniuansowania jego polityki.

Nie ulega wątpliwości, że przełom 2024 i 2025 będzie dla Ukrainy rokiem niezwykle trudnym. Jeżeli Rosjanie mają stanąć wskutek kryzysu możliwości odtworzeniowych w obliczu problemów z kontynuacją bieżącego sposobu prowadzenia wojny (a na taką świadomość mogą wskazywać ostatnie pokojowe balony próbne, „skromnie” ograniczające cesje terytorialne do granic administracyjnych obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego, a warunki polityczne do wycofania akcesu do NATO), niechybnie podejmą choćby ostatni w bieżącym rozdaniu intensywny wysiłek mający na celu osiągnięcie znaczących postępów na froncie oraz w sferze destrukcji ukraińskiej infrastruktury. Przygotowują się na to wyraźnie tak Ukraińcy, jak i wspierająca ich koalicja. Jeżeli te przygotowania odniosą skutek, nagrodą będzie nie słodycz zwycięstwa, a zmniejszenie intensywności wojny lub zamrożenie jej na liniach rozgraniczenia wojsk… Lepszej perspektywy jednak póki co nie widać.

dr Jan Przybylski

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay

Doktor bez recepty

Doktor bez recepty

Póki nie będziemy mieli pracy przewozowej, która pozwoli na rozwijanie skrzydeł, to musimy je zwijać – mówi tymczasowy prezes PKP Cargo.

„Make Cargo great again”, ten slogan – wzorowany na haśle, z którym Donald Trump w 2016 r. wygrał wybory prezydenckie – przyjął jako swoją dewizę Marcin Wojewódka, gdy w kwietniu 2024 r. został członkiem rady nadzorczej PKP Cargo, następnie na trzy miesiące oddelegowanym do tymczasowego pełnienia obowiązków prezesa spółki. Czy Wojewódka skieruje PKP Cargo na właściwe tory i przewoźnik ten znów stanie się wielkim?

Wielkie PKP Cargo coraz mniejsze

PKP Cargo to wciąż największy przewoźnik towarowy w Polsce. W 2023 r. koleją przetransportowano 231,6 mln ton towarów, z czego jedną trzecią – 72,6 mln ton – przewiozły pociągi PKP Cargo. Dla porównania, w 2013 r. koleją przewieziono 233,2 mln ton towarów, z czego pociągami spółki PKP Cargo – wchodzącej wówczas na giełdę papierów wartościowych – przejechało 113,4 mln ton, czyli prawie połowa.

Gdy PKP Cargo traci swoją pozycję, udziały w rynku zwiększają inni przewoźnicy – tacy jak będąca częścią koncernu Orlen spółka Lotos Kolej, niemieckie DB Cargo, czeskie ČD Cargo czy należące do kapitału amerykańskiego firmy Freightliner i Rail Polska. W Polsce działa już kilkudziesięciu przewoźników towarowych, ale przewozy od kilkunastu lat utrzymują się na podobnym poziomie. Stagnacja wynika z wielu czynników. Jednym z nich jest nierówna konkurencja z przewoźnikami drogowymi, którzy płacą za korzystanie tylko z części głównych dróg, podczas gdy przewoźnicy kolejowi muszą płacić za każdy przejechany kilometr zarówno liniami magistralnymi, jak i lokalnymi. W ramach modernizacji linii kolejowych degradowano stacje do roli przystanków i zmniejszano na stacjach liczbę torów dodatkowych – jest więc zbyt mało punktów, w których składy towarowe mogą puścić pociągi pasażerskie. Skutek jest taki, że na wielu liniach brakuje miejsca dla składów towarowych, które z wyruszeniem w drogę muszą czekać do zakończenia szczytu w ruchu pasażerskim lub aż do pory nocnej. Jednocześnie zamykanie linii kolejowych, a także odcinanie bocznic i likwidowanie ładowni na czynnych liniach spowodowało, że przewóz towarów koleją do wielu miejsc Polski nie jest możliwy. Zamiast więc zdobywać nowych klientów, przewoźnicy skupiają się na podbieraniu sobie dużych kontraktów. Choćby ostatnio, wiosną 2024 r., czeskie ČD Cargo odebrało spółce PKP Cargo kontrakt na dowóz 1 mln ton węgla rocznie ze Śląska do Elektrowni Połaniec.

Uśmiechnięta twarz obecnego rządu

– „Mamy tysiące stojących w krzakach pięknie wyremontowanych wagonów, dla których nie mamy pracy. Mamy dzisiaj setki, tysiące pracowników, dla których nie mamy pracy. Nie mamy zleceń, nie mamy pracy przewozowej” – mówił Marcin Wojewódka na odbywającym się 5 czerwca 2024 r. posiedzeniu sejmowej podkomisji ds. transportu kolejowego. – „Mamy w tym roku plany przewozowe na 80 mln ton masy. Módlmy się, żeby się w tę stronę zbliżać”.

Swoją misję w spółce PKP Cargo Marcin Wojewódka zaczął od tego, czym zajmuje się od dawna. Jego specjalnością – jako doktora ekonomii i radcy prawnego zajmującego się prawem pracy – są redukcje zatrudnienia. Wojewódka nie kryje się z tym, że w 2023 r. na zlecenie koncernu Scania w trzy miesiące przeprowadził proces zwolnień grupowych w likwidowanym zakładzie produkcji nadwozi autobusów w Słupsku – pracę straciło 847 osób. W lutym 2024 r. Wojewódka był prelegentem na konferencji „Zwalnianie pracowników”. Jest też autorem wielu publikacji, w jednej z nich – artykule „Restrukturyzacja zatrudnienia w firmie” na łamach magazynu „HR Business Partner” – nazwał zwolnienie pracownika „uwolnieniem od ciężaru otrzymywania comiesięcznego przelewu od pracodawcy”. Trudno, żeby osoba z takim życiorysem i takim podejściem nie budziła niepokoju załogi. I rzeczywiście, jedną z pierwszych decyzji Wojewódki było wdrożenie nieświadczenia pracy – na przymusowe wolne wysłano już jedną piątą pracowników PKP Cargo, obniżając im wypłaty o 40%. – „Czy uśmiechniętą twarzą obecnego rządu jest twarz Marcina Wojewódki, który szczyci się tym, że jego specjalizacją są zwolnienia i zamykanie firm? To jest jego pasja!” – grzmiał Leszek Miętek, szef Związku Zawodowego Maszynistów.

Psychologia zarządzania

Dialog ze związkami zawodowymi Marcin Wojewódka zaczął od małostkowego upomnienia działaczy, aby adresując do niego pisma, nie zapominali o wpisywaniu przed jego nazwiskiem stopnia doktora. Wypomniał też związkowcom wybranym przez pracowników do reprezentowania ich w radach nadzorczych, że nie legitymują się należytym wykształceniem do zasiadania w takich organach.

Jednocześnie Wojewódka, nie przebierając w słowach, oskarża związkowców, że w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości wspólnie z upolitycznionymi zarządami doprowadzili do obecnej sytuacji PKP Cargo. – „Ta spółka została wręcz zaorana przez działające na jej szkodę byłe zarządy i związki zawodowe” – mówił portalowi Onet. – „Część ich działaczy swoimi grabieżczymi działaniami oraz politycznymi działaniami pociągnęła spółkę głęboko w dół. Chcę, by ludzie o tym wiedzieli i zrobili z tym porządek jako pracownicy. Część z tych osób powinna bać się stanąć przed lustrem, bo zobaczą tam współwinnych bardzo trudnej sytuacji spółki”.

Gdy pod warszawską centralą PKP Cargo odbywała się manifestacja związkowców z „Solidarności” przeciwko działaniom tymczasowego zarządu PKP Cargo, Marcin Wojewódka podjął decyzję o wystawieniu przed głównym wejściem dużych luster, by protestujący mogli się w nich przejrzeć jako, zdaniem obecnych władz spółki, współwinni trudnej kondycji przewoźnika. Gdy natomiast zapadła decyzja o wysyłaniu pracowników na nieświadczenie pracy, na stronie internetowej PKP Cargo zamieszczono informację, że „zarząd zwrócił się do rady nadzorczej o wyznaczenie osoby z zarządu spółki, która będzie delegowana na nieświadczenie pracy”. Było to niczemu nie służące działanie, bo delegowani do zarządu członkowie rady nadzorczej nie są pracownikami spółki. Marcin Wojewódka – który szczyci się ukończonymi studiami podyplomowymi z psychologii zarządzania personelem – nie mógł sobie odmówić żartów z trudnej sytuacji pracowników PKP Cargo w obliczu nagłej obniżki zarobków o 40% przez cały okres nieświadczenia pracy.

Jak ogłoszenie upadłości

Tymczasowy zarząd PKP Cargo nie ograniczył się tylko do decyzji o skierowaniu 30% załogi na nieświadczenie pracy. Następnie wypowiedziany został pakt gwarancji pracowniczych, zawarty w 2013 r. przy wejściu spółki na giełdę, oraz zakładowy układ zbiorowy pracy, który obowiązuje od 2004 r.

W sejmie Wojewódka sugerował, że te decyzje są konieczne, aby uniknąć zwolnień: – „Naszym celem – żeby była jasność – nie jest w żadnym stopniu pozbywanie się ludzi czy zwalnianie pracowników” – mówił 5 czerwca 2024 r. na posiedzeniu podkomisji ds. transportu kolejowego. Ale już miesiąc później, 3 lipca 2024 r., spółka ogłosiła plan przeprowadzenia zwolnień grupowych, które mają objąć do 4,1 tys. osób, czyli 30% załogi. Stało się to po złożeniu przez zarząd spółki wniosku o sądowe postępowanie sanacyjne. Na stronie spółki z jednej strony poinformowano, że jest ono „drogą do uratowania PKP Cargo”, a z drugiej strony, że „wywołuje w zakresie praw i obowiązków pracowników i pracodawcy takie same skutki jak ogłoszenie upadłości”.

Podjąć wyzwanie

W połowie maja 2024 r. prezes Stowarzyszenia Ekspertów i Menedżerów Transportu Szynowego Józef Marek Kowalczyk – który w latach 2001-2005 był pierwszym prezesem PKP Cargo po podziale kolei na spółki – skierował do ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka apel o interwencję: „Należy podjąć wyzwanie przejmowania ładunków z transportu samochodowego, którym wozi się już ponad 2 mld ton. Dla zachowania miejsc pracy w PKP Cargo i uratowania spółki wystarczy przenieść na kolej 1%, czyli 20 mln ton”.

Choć za czasów Kowalczyka przewozy też spadały, to jednak z innego poziomu – w 2001 r. PKP Cargo przewiozło 165,7 mln ton, a w 2005 r. 144,7 mln ton. Dziś Kowalczyk zaapelował do zarządu PKP Cargo o „opracowanie nowej polityki handlowej, zakładającej odzyskanie do końca 2024 r. poziomu przewozów ładunków z 2023 r., następnie zaś ich sukcesywne zwiększanie, o co najmniej 10 mln ton w skali roku, do poziomu 120 mln ton”.

Apel Kowalczyka o przyjęcie polityki zakładającej rokroczny wzrost przewozów został przez aktualne władze PKP Cargo właściwie wyśmiany: „W ocenie obecnego zarządu postulat przygotowania PKP Cargo, także pod względem kadrowym, do przewozu rzędu 120 mln ton rocznie jest całkowicie nierealny. Z danych ekonomicznych i finansowych, do których otrzymaliśmy dostęp po objęciu funkcji, jasno wynika, że w obecnej sytuacji spółka nie jest w stanie sprostać takiemu wyzwaniu” – napisali w odpowiedzi Marcin Wojewódka i Monika Starecka z zarządu PKP Cargo. – „W zakresie określenia zasobów materialnych i pracowniczych obecnie są podejmowane działania zmierzające do dopasowania ich do sytuacji rynkowej oraz elastycznej reakcji na zmiany, a nie zaś do przyjętego z góry określonego poziomu”.

Stanowisko to niebezpiecznie przypomina doktrynę Polskich Kolei Państwowych z lat 90.: „Podstawowym i wspólnym celem działań wszystkich komórek i jednostek organizacyjnych PKP jest poprawa sytuacji finansowej i ekonomicznej szczególnie przez dostosowanie majątku trwałego do aktualnych potrzeb przewozowych” (cytat z planu PKP na 1995 r.). Doktryna z lat 90. – dopasowująca kolej do spadku przewozów – spowodowała, że potem przez lata brakowało zasobów, aby odbić się od dna.

Gwoździe do trumny

Za małe zasoby były powodem kryzysu, który pogrążył PKP Cargo w 2017 r. Wskutek decyzji o całkowitym zamknięciu magistrali Lublin – Warszawa na czas jej modernizacji przewoźnik musiał skierować objazdami pociągi wożące węgiel z Bogdanki do Kozienic, Połańca i Ostrołęki. Tylko trasa z Bogdanki do Kozienic wydłużyła się z 128 km do 232 km.

Ówczesny prezes PKP Cargo Maciej Libiszewski alarmował, że w sytuacji wydłużonych objazdami obiegów taboru wystąpił niedobór 5 tys. węglarek. Zakłócenia dostaw węgla rozlały się na cały kraj: elektrownie raportowały, że mają za małe zapasy, a jednocześnie kopalnie alarmowały, że kończy się im miejsce do składowania wydobytego węgla, bo PKP Cargo nie podstawia pociągów.

Jako że węglarki to wagony uniwersalne, problemy dotknęły nie tylko branżę energetyczną. „Wszystko to spowodowało zagrożenie dostaw do hut, elektrowni, cukrowni, zakładów chemicznych i zakładów papierniczych, a także na budowy dróg i kolei” – napisał Libiszewski w oświadczeniu, po czym podał się do dymisji.

Maciej Libiszewski zwracał uwagę, że w latach 2008-2015 zmniejszono zasoby taborowe spółki: „W tym czasie z ponad 80 tys. wagonów zostało nieco ponad 60 tys.” – mówił jeszcze przed kryzysem w 2017 r.

Kolejny poważny kryzys dotknął spółkę pięć lat później. „Sytuację PKP Cargo dramatycznie pogorszyła polityczna decyzja z 2022 r. o realizacji rządowego zlecenia na transport węgla. Związane z nim porzucenie innych kontraktów negatywnie wpłynęło na kondycję i sytuację finansową spółki w kolejnych latach” – czytamy dziś na stronie internetowej PKP Cargo. Akurat w tej kwestii panuje zgoda między zarządem spółki a związkowcami. W sejmie Leszek Miętek przyznał: „To był ostatni gwóźdź do trumny tej spółki”.

Mowa o rządowym nakazie dla spółki PKP Cargo, aby priorytetowo potraktowała przewozy węgla. W 2022 r. – po wprowadzeniu embarga na rosyjski węgiel – Polska stała bowiem w obliczu poważnych problemów energetycznych. Politycy ówczesnej opozycji rozliczali rządzących z działań na rzecz ich rozwiązania, a media biły na alarm: „W Polsce brakuje węgla” (TVN), „Rząd zawalił sprawę z węglem” („Gazeta Wyborcza”), „Czy zabraknie nam prądu” („Tygodnik Powszechny”).

Polska sprowadziła węgiel między innymi z Australii, Republiki Południowej Afryki i Indonezji. PKP Cargo dostało, wydawałoby się, proste zadanie: dowieźć ten węgiel z bałtyckich portów w głąb kraju. Spółka nie była jednak w stanie temu podołać, realizując jednocześnie wszystkie inne kontrakty przewozowe. W efekcie część zleceń porzucono, wpychając tym samym klientów w objęcia konkurencji. Ponownie zemściła się doktryna dopasowywania zasobów do bieżących przewozów, która nie brała pod uwagę możliwości wystąpienia nagłych potrzeb.

Odzyskać kontrakty

Dwa największe kryzysy przewozowe spółki PKP Cargo za czasów Prawa i Sprawiedliwości były wywołane niedoborem zasobów. Dlatego niepokojące są słowa Marcina Wojewódki z rozmowy z TVP Info: „Jesteśmy dzisiaj za dużą strukturą w stosunku do tego, jakie mamy zamówienia”.

Zniechęcanie i zwalnianie pracowników to odsyłanie ich do konkurencyjnych firm, które poszukują rewidentów taboru, ustawiaczy czy manewrowych, a przede wszystkim maszynistów – najbardziej rozchwytywanych z uwagi na to, że proces szkolenia osób nowo wchodzących do tego zawodu trwa dwa lata.

– „Nawet jak dzisiaj jesteśmy w trakcie negocjacji pewnych kontraktów, nawet jak je dopniemy, to one dotyczą przyszłego roku czy za półtora roku. Taka jest specyfika sprzedaży usługi transportowej dla kruszyw, dla węgla czy dla tego rodzaju towarów” – mówił w TVP Info Wojewódka, mimo że choćby przetargi koncernów energetycznych zwykle ogłaszane są na dwa-trzy miesiące przed rozpoczęciem kontraktu.

– „My potrzebujemy przede wszystkim pozyskać nowe kontrakty i odzyskać kontrakty, niestety ta spółka nie ma ku temu zasobów” – mówił Wojewódka, by chwilę później samemu sobie zaprzeczyć: „My jesteśmy przeinwestowaną spółką w tabor, w pewnym stopniu wyrzucono pieniądze w błoto: mamy piękne wagony, super działające, najlepsze, tylko one są nam po prostu niepotrzebne”.

Jeśli spółka zacznie odzyskiwać kontrakty i zagospodaruje zasoby taborowe, to może okazać się, że brakuje ludzi. – „W Lidlu sobie tych pracowników nie kupicie” – mówił Leszek Miętek do Wojewódki w sejmie.

– „Póki nie będziemy mieli pracy przewozowej, która pozwoli na rozwijanie skrzydeł, to musimy je zwijać” – oznajmił Marcin Wojewódka. Okres tymczasowego pełnienia obowiązków prezesa PKP Cargo kończy się 25 lipca 2024 r. Czy również dla jego następców pomysłem na reformę będzie zwijanie skrzydeł?

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/131 lipiec-sierpień 2024)
https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Goran Horvat z Pixabay

Powrót bez powrotu

Powrót bez powrotu

Zachwyt w lewicowej bańce Didierem Eribonem to dla mnie od dawna dość niezrozumiała fascynacja. Realia francuskie i polskie są znacząco różne – pod względami politycznymi, społecznymi, klasowymi. Rzeczy, warunki, zjawiska, które we Francji sytuowały białego człowieka „wśród ludu”, nie równały się właściwie nigdy naszym uwarunkowaniom. Uległo to zmianie wraz z nasiloną imigracją do Francji – ale i tak twierdzenie, że „lud francuski” i „lud polski” są do siebie przystawalne, a ich sytuacja bezpośrednio nawzajem przekładalna, wydaje się sporym nadużyciem. I ze strony Eribona, i polskich czytelników wywodzących się z inteligencji, którzy chcieliby wzruszać się cudzym Reims, ale do własnego Reims, czyli Przasnysza, Pułtuska albo Moniek, nie jeżdżą wcale, ponieważ woleliby o nim nie pamiętać.

To taki powrót bez powrotu.

„Życie, starość i śmierć kobiety z ludu”, druga przełożona na polski książka Eribona, jeży włos na głowie. Autor radośnie eksploatuje przeszłość, historię, teraźniejszość swojej najbliższej rodziny, a szczególnie kobiety, która, bezlitośnie opisywana, nie może się bronić – własnej matki. Już sam fakt uczynienia z bliskiej osoby bohaterki, która jednocześnie nie jest bohaterką, musi budzić przynajmniej pewien moralny sprzeciw, który narasta wraz z przewracaniem kart książki. Owszem, bywały już podobne projekty i pomysły, bo pisarze-mężczyźni lubują się w opisach swoich rodzin, w tym matek. Owszem, porównywana z Eribonem (nie wiem dlaczego, pewnie dlatego, że oboje są Francuzami) Annie Ernaux także pisze o swojej rodzinie – ale jednak głównie o sobie. To jej życie, jej ciało, jej myśli są głównymi podmiotami narracji. Tymczasem Eribon bez żenady opisuje matkę – bezlitośnie, ale nie dogłębnie. Opisuje ją jak ciało szykujące się na śmierć, jak skorupę, która miała może jakieś życie, ale oczywiście najbardziej istotne jest, co syn o tym życiu sądzi. Taki szczery, prosty opis mógłby stanowić podstawę dla świetnej prozy – ale tak się nie dzieje.

Bo „Życie…” to żadna powieść. Nawet do dobrej prozy wyznaniowej mu daleko. Książka Eribona to coś w rodzaju narzekań mężczyzny w średnim wieku, przeplatanych wspomnieniami oraz – i to rozbija formę oraz czyni książkę nie-powieścią – długimi rozważaniami o kondycji francuskiej służby zdrowia i w ogóle państwa francuskiego, o opiece społecznej, o starości. W zamierzeniu ma to mieć postać (chyba) eseju z wieloma cytowaniami z innych dzieł, także filozoficznych i medycznych. W praktyce autor uparcie wraca do jednej książki Simone de Beauvoir („Starość”) oraz cytuje, kogo się da, by wyjaśnić czytelnikowi meandry społeczne starości i przebywania w zorganizowanych ośrodkach opiekuńczych. Czyni to chłodno, bez empatii, w sposób akademicki, i, niestety, nudnawy. Te wstawki, których jest multum, kawałkują, wręcz rozdzierają narrację syna umierającej (a potem martwej) kobiety. Która to narracja zresztą też nie odznacza się szczególną wrażliwością i wdziękiem.

„Cóż za doskonały przykład rozminięcia się teorii z praktyką i postulatów z działaniami!” – napisała o tej książce Natalia Królikowska, recenzentka prowadząca stronę Propsiki. Podczas lektury towarzyszyło mi podobne uczucie i identyczne konstatacje. Eribon chce zwrócić uwagę na starzenie się społeczeństwa, kwestię starości w ogóle i opieki nad ludźmi starymi w szczególności (kto powinien, kto jest odpowiedzialny, jak się z tego wywiązują instytucje), ale udaje mu się głównie przedstawić samego siebie jako niezbyt sympatycznego bufona, który matkę, kruchą, nagą, umierającą, stawia całemu światu przed oczami jako egzemplifikację zjawiska społecznego. Czyni to przy tym bez empatii, choć jednocześnie nie pozwala zapomnieć czytelnikowi o rzekomo zalewających go wyrzutach sumienia (znacie te wybuchy rozpaczy we włoskim stylu: „Ach, czemu pojechałem do niej tylko dwa razy!”, „Całe życie byłem synem i już nie jestem!”) i obficie tłumaczy się ze swojego braku działania. Na jaw przy okazji wychodzą inne rodzinne nieporozumienia, jak np. fakt, że autor widuje jednego z braci raz na trzydzieści lat, gdyż „bardzo się od siebie różnią”, i żaden z nich nie widzi w tym niczego złego. Niestety, sam sposób prowadzenia narracji bardzo wyraźnie pokazuje, że Eribon nie lubi swojej rodziny, czuje się z nią niekomfortowo, „wyrodził się”. Gesty, które niechętnie wykonuje, są puste i automatyczne, nie niosą treści.

Czy jest obowiązek kochania matki? Czy koniecznie należy uczestniczyć w jej pogrzebie? Te pytania stawia autor i stawiają czytelnicy. Jak widziałam w kilku internetowych dyskusjach o książce, polscy zwolennicy „bycia sobą” pospieszyli już Eribonowi z odsieczą, twierdząc, że oczywiście matce, z którą „drogi się rozeszły”, aż tak pomagać czy odwiedzać jej nie trzeba (magiczne „zerwij kontakt z toksycznymi osobami”), na pogrzeb też niekoniecznie trzeba, bo to pusty rytuał, a żałobę nosi się w sercu. Eribon – i zachodnia lewica – w ogóle nie dostrzegają, że samotność starych ludzi i automatyzacja opieki wynikają właśnie z tego, iż w zindywidualizowanym świecie każdy społeczny czy rodzinny obowiązek ceduje się chętnie za pieniądze na innych. Skoro „nic nie trzeba”, to nie pomożemy. I nam też nikt nie pomoże, będą nam tyłki podcierali imigranci, jeśli naszemu państwu w ogóle starczy na opiekę.

Te rozważania są dość nieprzyjemne, jednak należy je przeprowadzić, chociaż mam wrażenie, że autor usprawiedliwia się pod publikę, a jego napady wyrzutów sumienia są dość płytkie. Chciałabym jednak, abyśmy nie przyjmowali tej perspektywy jako jedynej. Matka Eribona nie była „toksyczną osobą”. Lubiła telewizję, czytała romanse (o tym, jak bezlitośnie Eribon ocenia jej gust i smak, porozmawiamy za chwilę), wypytywała synów o różne sprawy, pracowała, starała się spełniać nałożone na nią role społeczne i rodzinne. To wszystko. Jej bycie „kobietą z ludu” przydaje się Eribonowi, gdy szuka tematu na książkę (teraz ja jestem bezlitosna, trudno) i gdy sam chce pokazać, że sam nie jest z klasy wyższej czy nawet średniej, lecz „z ludu” – jednym słowem, legitymizuje się pochodzeniem matki i rodziny, gdyż we Francji to modne. Z drugiej strony, naprawdę widać w jego opowieści, i to nie tylko tam, gdzie sam chce to uwypuklić, jak daleko odszedł od klasy, z której pochodzi.

Jedna z historii, w których jest to widoczne, a którą autor przytacza w dobrej wierze, oczekując od czytelnika zrozumienia, to wątek romansów w formie książkowej, które czytywała jego matka. Chodzi o książki znane w Polsce jako „harlekiny”: ona kocha jego, a on ją nie wiadomo, na przeszkodzie miłości stoi stara ciotka lub tajemniczy nieznajomy itp. Kolorowe okładki z obściskującą się parą, srebrne lub złote liternictwo tytułu. Wciągające historie, dające odprężenie po pracy. Po śmierci matki Eribon postanawia kupić sobie jeden z takich romansów i przeczytać go, aby poczuć się z nią więź i poznać coś, czymś się interesowała. Dochodzi do wniosku, że… nie wie, gdzie taką książkę się kupuje. Gdy okazuje się, że w dyskoncie spożywczym, z ulgą rezygnuje z zakupu, bo… nie chodzi do takich miejsc. Cały ten wątek jest groteskowy – czy dyskont słabszej marki/sieci to jak kupowanie po zmroku narkotyków w zakazanej imigranckiej dzielnicy? Dlaczego nie może tam po prostu iść po tę jedną rzecz? A jeśli naprawdę nie chce, to czy podobnej książki nie można zamówić w internecie? Krok wykonany ku „poznaniu matki” jest tak naprawdę trzema krokami w tył, w dodatku ośmieszającymi autora, bo czytelnik zaczyna się głowić o cóż mu, do jasnej cholery, chodzi.

Mniej zabawny, a bardziej przerażający jest wątek wyborów politycznych matki, pokazywany oczami syna. Eribon nie przegapi żadnej okazji na 288 stronach książki, aby podkreślić expressis verbis, że jego matka jest/była „rasistką”. Cytuje wielokrotnie jej uwagi co do koloru skóry osób występujących w programach telewizyjnych, krytycznie odnotowuje jej zdziwienie i zawód, że „Francja nie jest już taka, jak była”. Poprawia ją, poucza, prosi, by tak nie mówiła. Gdy opisuje, jak w domu opieki jest świadkiem rozmowy z odwiedzającym ją starym znajomym na temat głosowania na Marine Len Pen, padają znamienne słowa: „Zdałem sobie sprawę, że znajduję się w pokoju z dwójką faszystów”. Liberalny, salonowy, de facto mieszczański „antyfaszyzm” każe mu potępiać publicznie własną matkę przez dwa czy trzy podrozdziały. Eribon wręcz lubuje się tym wątku. Nie szczędzi matce wyrazów niesmaku i oburzenia. Ona już nie odpowie.

Autor jest w książce karykaturalnie niedojrzały, a zdaje się tego nie widzieć. Nie jest to przy tym powieść fabularyzowana, lecz coś w rodzaju autobiograficznego eseju, zatem trudno zwalić to wrażenie na konstrukcję świata przedstawionego i powiedzieć, że taki jest po prostu bohater. Nie, to sam Eribon w takim tonie opisuje siebie i rodzinę – domagając się jednocześnie współczucia, że „to” (śmierć matki i rozterki) go spotkało. Brak tu namysłu nad swoimi działaniami i, przede wszystkim, podejściem. Bardzo ludzkie, cielesne doświadczenie zadarcia woalu pomiędzy życiem a śmiercią wydaje się niewiele w nim zmieniać, jeśli w ogóle cokolwiek. A przecież śmierć rodzica jest i przeżyciem granicznym, i formacyjnym (żeby nie być gołosłowną: jestem półsierotą i towarzyszyłam ojcu w agonii i śmierci, zatem nie teoretyzuję; dzielę z Eribonem to samo doświadczenie). Banalne, ale potem już prawie nic nie jest takie samo. Przestajemy być dziećmi. Mam wrażenie, że Eribon czuje się trochę urażony, że musiał przestać nim być. Ma także ogromne poczucie nieadekwatności z powodu konieczności uczestniczenia w całej sytuacji. A przecież nie ma w ogóle mowy o długiej opiece, codziennych odwiedzinach czy zamieszkaniu z umierającą matką! Autor odwiedza ją literalnie dwa razy, bo matka umiera szybciej niż się spodziewano. Nie ma go również przy jej boku, gdy ta śmierć następuje. Trochę mało, jak na książkę „o starości i śmierci”.

Krytyk Marcin Bełza nazywa tę książkę „odrażającym esejem służącym obronie/podbiciu pozycji” i pisze: „Pogrzebów nie lubi, więc gdzieżby miał pojechać na pogrzeb matki; jedyny jaki pamięta i jedyny jaki go wzruszył to – a jakże [co za przykra niezamierzona ironia!] – pogrzeb Bourdieu”. Tak, tak. Temat smutny, ale ja się tutaj jednak śmieję.

Powiedziawszy to wszystko, co powyżej, absolutnie nie twierdzę, że książki Eribona nie warto czytać, że jest nudna czy że byłby to czas stracony. Nie. Przeczytałam ją w półtora dnia, co prawda zgrzytając zębami i stawiając ironiczne, pełne gniewu wykrzykniki na marginesach oraz pstrząc karty książki ołówkowymi dopiskami typu „he he” (nie z rozbawienia dowcipem autora, niestety). Przeczytałam, bo chciałam zobaczyć, czy tak osobista, realna historia do czegoś dąży.

No i nie dąży specjalnie do niczego, chyba że za cel dążenia uznamy intuicję autorstwa Bełzy. A najgorsze jest chyba to, że Eribon uważał za stosowne „udzielić głosu” niemej kobiecie i zapewne ma wrażenie, że ją tym wyemancypował. Nie, nie – wyemancypował swoje projekcje, a teraz co najwyżej przyjmuje kondolencje i gratulacje.

Magdalena Okraska

Eribon Didier, Życie, starość i śmierć kobiety z ludu, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski