Czasami warto posłuchać człowieka

Czasami warto posłuchać człowieka

„Ćma” to polski film z 1980 roku, w reżyserii Tomasza Zygadły. Główny bohater, Jan, grany przez Romana Wilhelmiego, prowadzi nocną audycję „Radiotelefon”, przeznaczoną dla osób cierpiących na bezsenność oraz tych wszystkich, którzy czują się samotni i zagubieni, poszukują sensu życia, szczególnie w nocy odczuwając egzystencjalne lęki i niepokoje. Zamknięty w dusznym studiu radiowym, paląc papierosy, wsłuchuje się w zwierzenia dzwoniących do niego ludzi. Nierzadko bardzo intymne i dramatyczne. Traktują go oni jak kogoś bliskiego, przyjaciela, człowieka, któremu można powiedzieć to, czego nie chce się lub nie wypada mówić innym, nawet bliskim.

Telefon kolejnego słuchacza sygnalizowany jest zapalającą się lampką. To ważny symbol w filmie. „Majaczą gdzieś w oddali światła – ludzie słowa” – słyszymy w filmie słowa, fragment wiersza jego kolegi-poety, które Jan wyśpiewuje w kulminacyjnej scenie, gdy ociera się o szaleństwo.

Dlaczego do tego dochodzi?

Jan to tytułowa ćma (choć nie tylko on nią jest). Jak wiadomo, owad ten leci do światła i czasami, nie widząc granicy pomiędzy sobą a światłem, spala się, ginie. Podobnie nasz bohater: nie widzi granicy pomiędzy sobą a innymi, tak głęboko współodczuwa ich dylematy i lęki, że spala się nie tylko zawodowo (wypala, jak dzisiaj byśmy powiedzieli), ale także jako człowiek. Jego życie prywatne nie należy do udanych (trudno o takie, gdy przesypia się całe dnie), choć trudno wywnioskować, czy jest takie ze względu na pracę, czy to praca jest ucieczką od takiego życia. Faktem jest jednak, że Jan poświęca w pracy siebie, wręcz składa na ołtarzu medium radia oraz dziennikarstwa, w którym liczy się drugi człowiek, będący zawsze celem, nigdy środkiem, by przywołać maksymę Kanta wybrzmiewającą w wierszu kolegi-poety.

Nie jest moim zdaniem prawdą to, co możemy przeczytać w opisie tego filmu: że Jan popada w obłęd, gdyż ma nieudane życie rodzinne. Jest tak z innego względu. Mianowicie prowadzenie nocnej audycji daje mu wgląd w sferę życia ludzi, która pozostaje w mroku nocy, gdyż za dnia zastępuje ją „uśmiechnięta gęba poranka”. Symbolika jasności i ciemności jest bardzo mocno obecna w filmie: dzień, jasność, to pozory, w których musimy się uśmiechać, być miłym. W nocy, w ciemności, gdy świat zamiera, zaczynamy być sam na sam z sobą, do głosu dochodzą nasze niepokoje, z którymi nie mamy się z kim podzielić, jeśli nie ma wokół nas bliskich osób.

Ale jest Jan i jego „Radiotelefon”. On, dosłownie i metaforycznie, ratuje ludzi. Zatapia się w ciemności, zagląda pod spód, zyskując dużą porcję wiedzy o własnym społeczeństwie i jego uśmiechniętym spektaklu (skojarzenie ze „Społeczeństwem spektaklu” Guy Deborda jest jak najbardziej zasadne). Uśmiech jest tutaj metaforą, która maskuje wcale niewesołą rzeczywistość wnętrza, czymś widzialnym, maską przysłaniającą lęk i ból samotności i wyalienowania. Słowem, Jan zaczyna mieć za dużo wiedzy, przekracza próg krytyczny refleksji, po którym nic już nie jest takie samo. Wręcz ma efekt paraliżujący, jak w przypadku przywołanego przez niego Atosa, jednego z muszkieterów, który zaczął za dużo myśleć – i w efekcie zginął. Oto koszty zaglądania pod spód.

W jednej ze scen Jan przygląda się za dnia ludziom, którzy wydają się toczyć normalne życie. Wie jednak, że to oni dzwonią w nocy, że to, co widzi, jest iluzją, gdyż ludzie udają – w przeciwnym razie kto by do niego dzwonił? Kamera pokazuje dwójkę osób rozmawiających za pomocą języka migowego. Migają, za pomocą znaków, osoby niesłyszące, czyli pozbawione zmysłu słuchu: to znaki mają zastąpić bardziej intymny zmysł, jakim jest słuch. Radio jest medium na tym zmyśle ufundowanym. Z tego względu, jak pisał Walter J. Ong, jest medium wtórnej oralności. Scena ta pokazuje, iż za dnia jesteśmy w jakiś sposób upośledzeni, nasza komunikacja jest upośledzona, a dzięki medium radia oraz człowieka zdolnego do słuchania, możemy pobyć z kimś naprawdę blisko, wsłuchać się w jego słowa, czego nie daje nawet medium telewizji, gdyż dołącza obraz, likwidując intymność i jednokierunkowe skupienie się na słowie.

W takim ujęciu audycja Jana jest dla dzwoniących wentylem bezpieczeństwa nie tylko przed samotnością, ale i popadnięciem w szaleństwo. On jednak nie ma swojego światła, które mogłoby go wysłuchać, gdyż to on jest światłem dla innych. W tym sensie jest postacią tragiczną i jednocześnie bohaterem romantycznym, wszak ćma u romantyków to symbol zbłąkanej duszy, a Jan błądzi od jasności do ciemności. Jest kimś, kto nie może, i nie chce, być innym niż jest, bo wie, że nikt go w tej roli nie zastąpi; roli, co warto podkreślić, radiowca i jednocześnie człowieka. On jednak sam nie potrafi być dla siebie wentylem, a ciśnienie rozsadza ścianki jego osoby, która przeżywa wszystkie ludzkie dramaty.

W pewnym momencie Jan, rozpoznając u siebie niepokojące objawy utraty kontaktu z rzeczywistością, co znakomicie obrazują oniryczne sceny filmu, postanawia udać się do psychiatry. Grany przez Piotra Fronczewskiego lekarz mówi, że i on słucha jego audycji i kilka razy miał ochotę zadzwonić. Stwierdza, iż Jan robi to samo, co on, ale zapewne z lepszym skutkiem. Radzi Janowi, aby sprofesjonalizował swoją audycję, zachował, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, równowagę pomiędzy życiem a pracą. Żeby był raczej aktorem odgrywającym rolę, niż autentycznie zaangażowanym człowiekiem. Żeby jego audycja stała się spektaklem, lecz tylko pozornie przeżywanym. Jeśli nie znajdzie tej granicy, grozi mu rozdwojenie jaźni i w konsekwencji obłęd. Forma musi ulec konwencjonalizacji. Na to Jan nie może przystać, gdyż oznaczałoby to jego całkowitą przemianę: ze słuchającego zwierzeń w udającego słuchającego. Aby wybrnąć z niemożności metamorfozy, zaprasza psychiatrę do audycji, która kończy się całkowitą klęską, gdyż słuchacze nie chcą diagnoz, medykalizowania ich problemów, lecz chcą być wysłuchani jako ludzie. Lekarz tak naprawdę ich nie słucha, albo słucha o tyle, aby to, co mówią, sklasyfikować jako objaw danej jednostki chorobowej wyrażanej w absolutnie niezrozumiałym języku. A nie tego oczekują ludzie, którzy potrzebują bliskiego człowieka, a nie lekarza: chcą innej komunikacji, opartej na zrozumieniu, a nie na tłumaczeniu, iż „przerywanie metabolizmu informacyjnego prowadzi do zjawiska projekcji”.

W kulminacyjnej scenie filmu Jan wyśpiewuje, na góralską melodię, wiersz kolegi-poety. Audycja zostaje przerwana. Wersy: „Za ciasno nam pod gwiazdami, tłumią i więzią ramy / prawo moralne w sercu, niebo gwiaździste nad nami / i w każdym miejscu na ziemi, ktoś swoje dziwi otworzy, zawsze ktoś wokół twarzy / W milczeniu i w cierpieniu rodzi się świat od nowa” – zostają zagłuszone muzyką. Kolejnej audycji nie jest już w stanie dokończyć: wypowiada słowa modlitwy „Chryste Panie, zmiłuj się nad nami”. Wie, że jako jednostka nie jest w stanie uczynić ludzi mniej samotnymi (to może odbyć się tylko drogą zmian społecznych, na co wskazuje psychiatra), a nie ma już na to siły. Zrobił już wszystko, co mógł, poświęcając przy tym siebie: był wentylem-medium, przez który wydobywało się to wszystko, co utajone, i co budowało wspólnotę cierpiących słuchaczy.

Po kuracji w sanatorium czy szpitalu psychiatrycznym (widzimy jak bohater odpoczywa na słońcu i przyjmuje leki) wraca pociągiem, w którym dosiada się do niego obcy mężczyzna opowiadający mu o UFO. Uśmiechnięty, wyleczony już Jan, mówi, że nie chce o tym słuchać. „Czasami warto posłuchać człowieka” – odpowiada urażony odmową komunikacji mężczyzna. Wyleczenie jest tożsame z utratą zmysłu słuchu.

Ostatnia scena filmu jest rodem z Felliniego: wszyscy, tj. Jan, jego dwie żony, kochanka, syn z dziewczyną i przyjaciel, siedzą w jasnym świetle i uśmiechają się do siebie. Oto metafora nowego świata: uśmiech, spektakl, jasność. Nic, co naruszałoby komfort i przyjemność, iluzja szczęścia. Stłumienie lęku i niepokoju, zepchnięcie w mrok niewygodnej prawdy, że jesteśmy samotni, wyalienowani, skazani na sen: uśpienie samych siebie.

O czym jest ten film?

„Ćma” to film o medium, a dokładniej mówiąc o medium radia, które oparte jest na zmyśle słuchu. Zgodnie z determinizmem technologicznym w ujęciu Marshalla McLuhana treść medium jest nieistotna, gdyż liczy się sama jego materialna forma, która determinuje charakter komunikatu (medium is a massage). W takim ujęciu radio to medium intymne, oparte na bliskości słowa. „Ćma” jednak zadaje kłam temu determinizmowi, albowiem wcale nie jest nieważne to, co się mówi i czy ktoś potrafi słuchać. W filmie mamy dwie sceny, w których słuchamy audycji radiowej oprócz tej prowadzonej przez Jana. Na początku filmu spikerka podaje nam temperaturę i inne liczby, których, jak sama przyznaje, nie rozumie i nie wie, po co je mówi. To zwykła gadanina. Nic ważnego. Nic bliskiego. Radio gra także u psychiatry, a audycja dotyczy krów i ich odchodów, co jasno wskazuje, że audycje radiowe stają się gówniane. Mamy zatem do czynienia z ukazaniem, czym może być radio, jeśli jest człowiek, który potrafi wykorzystać jego potencjał, a czym staje się, gdy tego człowieka brakuje. Medium nie jest z istoty jakieś, ale swój potencjał rozwija w określonym splocie relacji społecznych oraz praktyk kulturowych. W tym sensie umiejętność słuchania jest konieczna, analogicznie jak posiadanie czegoś ważnego do powiedzenia.

„Ćma” to film o komunikacji. O tym, jak degradują się nasze zmysły, szczególnie słuch. Przestaliśmy siebie słuchać, wręcz odmawiamy słuchania, a jeśli już słuchamy, to nie słyszymy tego, co mówi do nas drugi człowiek. Słuchając, już odpowiednio klasyfikujemy słowa, a klasyfikacja jest przedustawna wobec sensu nadawanego im przez mówiącego.

Przykładem może być ukazana w filmie medykalizacja, w postaci psychiatryzacji życia (i języka), będącego m.in. efektem wymknięcia się dyskursu psychologicznego i psychoterapeutycznego z gabinetów. Nie chodzi rzecz jasna o to, aby nie stawiać diagnoz, ale o to, żeby, po pierwsze, umieć słuchać drugiego człowieka, a nie stawiać mu od razu diagnozy, szczególnie jeśli nie jest się psychiatrą. Po drugie, słyszeć człowieka, a nie tylko doszukiwać się w tym, co ktoś mówi, problemów, objawów, dysfunkcji, zaburzeń.

Medykalizacja w postaci psychiatryzacji oraz psychologizacji skutkuje, czy może skutkować, nieustannym diagnozowaniem siebie, mogącym prowadzić do nadmiernego spsychoterapeutyzowania skutkującym koniecznością poddania się terapii. Być może w pewnych wypadkach pomogłaby rozmowa z kimś bliskim, o ile w ogóle kogoś bliskiego obok siebie mamy (bliskiego nie w sensie fizycznym, ale duchowym). Można by zasadnie pytać, na ile epidemia depresji wynika z samotności (to, że coraz bardziej stajemy się samotni, jest faktem) i z tego, że straciliśmy medialne wentyle bezpieczeństwa oraz słuch nakierowany nie na swoje wnętrze (a tego nauczyła nas psychoanaliza i psychologia, jak twierdzi np. Richard Sennett), lecz na drugiego człowieka. Film pokazuje, że tylko prawdziwe i głębokie bycie z innymi ludźmi sprawia, że cierpienia i lęki stają się możliwe do oswojenia. Jak wielu problemów psychicznych dałoby się uniknąć, gdybyśmy umieli słuchać innych ludzi, a nie od razu ich diagnozować?

„Ćma” to także film o granicy. O granicy pomiędzy Ja a Innym. Bez niej – giniemy w Innym, spalamy się w jego świetle. Gdy wyznaczymy ją równo ze swoją skórą – tracimy zmysły, nie tylko metaforycznie, bo być może także dosłownie. To także film o tym, jak tworząc te granice tworzymy nasz społeczny świat i jaka w nim rola przypada choćby dziennikarzowi, czy szerzej, mediom. W niektórych mitologiach ćma w jest tricksterem mediującym pomiędzy światami. Czyż nie takie zadanie może przyświecać dziennikarzowi?

„Wyleczenie” Jana sprawiło, że pewna ludzka sfera rzeczywistości pozostała w mroku: cierpimy, ale już w samotności, gdyż nie ma nikogo, kto chciałby nas wysłuchać: tak po ludzku, albowiem nasze problemy nie zawsze są tożsame z zaburzeniem. Tym, którzy będą chcieli nas słuchać, trzeba będzie zapłacić lub zapłacić sobą w medialnym spektaklu, dla którego jesteśmy tylko narzędziem do zarabiania.

Ćma to także symbol śmierci. Być może umarło coś więcej niż tylko audycja „Radiotelefon”?

Czasami warto posłuchać człowieka.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Jin Kim z Pixabay

Nie chcę, żeby mój kraj został sprzedany

Nie chcę, żeby mój kraj został sprzedany

Sam Kurt Vonnegut w liście do przyjaciela napisał: „Jest to po prostu najlepszy i najbardziej szczery pisarz, jakiego kiedykolwiek czytałem”.

Urodził się 26 czerwca 1952 roku w Wirginii Zachodniej. Bardzo możliwe, że w ogóle o nim nie słyszeliście, chociaż niektórzy wymieniali jego nazwisko obok takich twórców jak Ernest Hemingway, William Faulkner, James Joyce czy Flannery O’Connor. Nie była mu dana wieloletnia kariera. W wieku 26 lat popełnił samobójstwo. Zostawił po sobie tylko 12 opowiadań. Breece D’J Pancake to odkrycie literackie, outsider, myśliciel, a przede wszystkim mieszkaniec Appalachów.

Pochodzenie to odgrywa kluczową rolę w jego twórczości. Jest to jeden z biedniejszych regionów Stanów Zjednoczonych. Pasmo górskie ciągnie się od jeziora Ontario w Pensylwanii aż po północne rejony Alabamy. Po drodze przecina jeszcze takie stany jak Wirginia, Wirginia Zachodnia, Ohio, Kentucky, Tennessee, Północna oraz Południowa Karolina, a także fragment Georgii. Obfitujące w złoża węgla, niegdyś przyciągało tysiące ludzi do prężnie działających kopalni. Od końca XIX w. do schyłku kolejnego stulecia przy wydobyciu tego surowca w takich stanach jak Kentucky czy Wirginia Zachodnia znalazła zatrudnienie ogromna rzesza ludzi. Powstały liczne osady górnicze, takie jak Baxter (Kentucky), Matoaka (Wirginia Zachodnia) czy Itmann (Wirginia Zachodnia), dla których kres epoki węgla oznaczał upadek ekonomiczny. Dzisiejsza Appalachia jest wyłącznie cieniem samej siebie z okresu I połowy XX w. Wyludniający się region, którego większą część pokrywają lasy. Pomimo tak trudnej historii, lokalna ludność potrafiła wykształcić przez kilka pokoleń własną kulturę, która pomagała im znosić trudy codzienności.

Mieszkańcy Appalachów, kojarzeni z biedą i prowincjonalnością, stali się obiektem drwin opartych na stereotypach powielanych przez popkulturowe produkcje. Jedną z nich był survivalowy thriller „Uwolnienie”. Wyprodukowany w 1972 roku, opowiadał historię czterech mężczyzn na kajakowym wypadzie, który przemienia się w walkę o przetrwanie, kiedy „dzicy tubylcy” postanawiają zapolować na turystów. Produkcja w reżyserii Boormana odbiła się szerokim echem i spopularyzowała negatywną łatkę tzw. hillbilly, czyli mieszkańców wiejskich obszarów Appalachów. Termin ten stał się popularny z początkiem XX w. Chociaż dzisiaj już stosowany w sposób mniej pejoratywny, to w 1900 r. w gazecie „New York Journal” można było przeczytać taką definicję: „Hill-Billie to wolny i niczym nieskrępowany biały mieszkaniec Alabamy, który mieszka w górach, nie ma o czym rozmawiać, ubiera się, jak może, mówi, jak chce, pije whisky, kiedy mu się podoba, i strzela z rewolweru, gdy poniesie go fantazja”.

Tak krzywdzące obrazy niestety trafiały się coraz częściej, a zarobki niskie w porównaniu do obszarów miejskich, marne standardy bytowania i idący za tym brak wykształcenia utrudniały obronę przed skrzywionym obrazem rzeczywistości Appalachów. Takie wizje miały wkrótce zderzyć się z wyzwaniem rzuconym przez rodzimego twórcę.

Breece D’J Pancake jako nieliczny z jego rodzinnych stron otrzymał szansę uzyskania wyższego wykształcenia. Studiował na Marshall University w Huntington, gdzie w 1974 roku uzyskał tytuł licencjata z nauczania języka angielskiego. Pobierał też kursy z twórczego pisania na Uniwersytecie Wirginii. Pomimo tego, nigdy nie zapomniał o swoim pochodzeniu, o czym mogą świadczyć poniższe słowa zawarte w liście do matki z 1972 roku: „…Chcę poznać mój kraj. Chcę dotknąć, posmakować, powąchać, usłyszeć i zobaczyć tę krainę. Jeśli na polach śmierdzi nawozem, chcę to wiedzieć. Jeśli woda na którejkolwiek górze jest słodka, chcę wiedzieć, jak słodka. Chcę słyszeć wiatr w trawie i widzieć, jak popycha drzewa. Ale najpierw chcę poczuć to wszystko. Chcę wiedzieć z pierwszej ręki. Nie chcę, żeby Greyhound Company lub jakakolwiek inna firma pompowała mi do płuc nieświeże, zregenerowane powietrze czy puszczała do uszu nagrany dźwięk. Jeśli mam być Amerykaninem (a jestem), nie chcę, żeby mój kraj został sprzedany” (tłum. własne: źródło).

Motywacje pisarza są jasne. Są wyrazem sprzeciwu wobec postępującej industrializacji, na co zwracał uwagę m.in. Jon Michaud w artykule z „New Yorkera”. Pancake uważał ją (słusznie zresztą) za źródło ogromnego bezrobocia w górniczych regionach. Wielkie koncerny nie przejmowały się lokalnymi społecznościami, a wyłącznie oszczędnością, którą dawała tania siła robocza i bliskość surowców. Degradacja środowiska stanowiła dla nich wyłącznie efekt uboczny. Dla zwykłych ludzi nieregulowana ekspansja przemysłowa oznaczała brak własnej przestrzeni i utratę zdrowia.

„Trylobity” napisał w 1977 roku. Debiut zebrał masę pochlebnych opinii, m.in. po opublikowaniu części tekstów w bostońskim piśmie „The Atlantic Monthly”. Phoebe-Lou Adams, redaktorka gazety, mówiła, że przez wiele miesięcy otrzymywali listy od czytelników, w których ci wyrażali swój podziw wobec prozy Pancake’a i prosili o więcej. Z czasopismem związana jest również historia charakterystycznego imienia D’J, jakim autor później się posługiwał. Był to bowiem wyłącznie błąd korektorski dotyczący jego imion: Breece Dexter i John.

Zbiór „Trylobity” jest pierwszym opublikowanym i bodajże najbardziej rozpoznawalnym dziełem pisarza. Już w nim możemy zauważyć, z jaką płynnością Pancake posługiwał się słowem. Zdania budował w sposób prosty, bez wyszukanych wyrazów i skomplikowanych konfiguracji. Wszystko ogranicza się właściwie do niezwykle realistycznej charakterystyki świata. Nie da się jednak traktować tego jak opisu dla samego opisu. Każde nakreślone zdanie spełnia w tekście swoją rolę.

Przez otaczające bohaterów przestrzenie przemawia najwięcej. Czytając te opowiadania, dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że gdyby nie ten zapach letniego deszczu, gdyby nie krajobraz doliny przeoranej autostradą, gdyby nie oposica uciekająca przed człowiekiem – niemożliwe stałoby się zrozumienie bohaterów. A wszystko dlatego, że człowiek w tych historiach stanowi nieodłączny element górskiej scenerii. To próba mierzenia się człowieka z przyrodą. Wątek ten mocno wybrzmiewa w opowiadaniu „Łowcy lisów”, gdy pijani mężczyźni próbują upolować tytułowe zwierzę. Podobno sam Pancake nie przepadał za polowaniami, jednak w treści książki kilkukrotnie widzimy kogoś, kto zadaje śmierć dzikim zwierzętom. Powody tych zachowań są różne, czasami z braku jedzenia, innym razem dla rozrywki, a jeszcze innym z przyzwyczajenia. Autor nie formułował ocen, pozostawiał to czytelnikowi. Dzięki temu opowiadania nie sprawiają wrażenia moralizatorskich przypowiastek. Prowokują do różnych interpretacji, przez co pozostają z nami na dłużej.

To dzięki tej umiejętnej grze literackiej czytelnik może utożsamiać się z bohaterami. Bo chociaż fabuła opowiadań dotyczy innych miejsc w innych czasach, to czytając je niedawno w moim pokoju, wiedziałem, jak czuł się osamotniony Beaou. Mowa o wspomnianym opowiadaniu o polowaniu na lisy, w którym patrzymy na świat z perspektywy kilkunastoletniego chłopaka zamieszkującego jeden z wiejskich obszarów Appalachów. Jego życie obraca się wokół pracy w warsztacie samochodowym i miłości do kelnerki Lucy z lokalnego baru. Zdawałoby się, że to niewiele, natomiast, jak się szybko okazuje, dla młodego człowieka zdecydowanie za dużo. Beaou stara się z jednej strony podążać własną ścieżką, nie tłamsić swoich „dziwactw” (jak np. chodzenie rano piechotą do pracy), a z drugiej dopasować do tradycyjnie męskiej społeczności.

Jakkolwiek autor osadził opowieść w obcej nam scenerii i czasach, to przeżycia bohatera są uniwersalne. Jego samotność, gdy wybiera się na polowanie ze swoim szefem, nie jest opisana wprost. Czujemy ją w momencie, w którym czytamy o kilkunastoletnim chłopaku w otoczeniu pijanych, wulgarnych i agresywnych mężczyzn. W ich zachowaniu trudno znaleźć przewidywalność. Z jednej strony ktoś chwali nastolatka, że się z nimi wybrał, z drugiej natomiast wyśmiewa za zakochanie się w „puszczalskiej” Lucy. Zresztą szybko się okazuje, że „polowanie” było wyłącznie pretekstem do wspólnego pijaństwa, w czym Beaou niechętnie uczestniczy. Jego wrażliwa natura przejawia się w scenie, w której ratuje życie dzikiego lisa, na którego trop wpadły psy myśliwskie jako jedyne trzeźwe na polowaniu. Tym samym poświęca swoją pozycję w lokalnej społeczności na rzecz wewnętrznej szczerości. Czy postąpił źle, sprzeciwiając się własnej naturze? Autor, chociaż nie wprost, zostawia nas z tym pytaniem.

Prozaiczność sytuacji, a jednocześnie ich głęboka emocjonalna wymowa jest tym, co zachwyca w opowiadaniach. Tak jak choćby nostalgia czy poczucie straty, które przepełniało Collina, głównego bohatera „Trylobitów”. Młody mężczyzna, który został na prowincji z dużymi połaciami ziemi, nie może pogodzić się z uczuciem przemijania. Z jednej strony nie potrafi uprawiać roli, jak jego nieżyjący już ojciec, a z drugiej nie chce wyjeżdżać z rodzinnych stron. Emocje zaczynają dokuczać mu tym mocniej, kiedy w okolicy pojawia się jego dawna miłość, która już jakiś czas temu ułożyła sobie życie w mieście. Akcja toczy się na przestrzeni zaledwie kilku dni, ale nam jest dane poznać odczucia Collina wobec całego dotychczasowego życia. Chociaż jest to opowiadanie o objętości nieco ponad dwadzieścia stron, to mieści w sobie naprawdę dużą ilość materiału do interpretacji. Od zakresu emocjonalnego i psychologicznego, po krytykę bezduszności działania rynku. Sam tytuł wiele sugeruje, albowiem pasją głównego bohatera jest zbieranie skamielin, a największe trofeum stanowią właśnie trylobity, czyli dawno wymarłe stworzenia. Ich czas na ziemi się skończył. Jedyne, co o nich przypomina, to węgielny ślad w lasach Appalachów.

Najkrótszy ze zbioru, choć wyjątkowo dosadny utwór Breece’a, „Pokój na zawsze” opowiada o robotniku pracującym na rzecznych holownikach, który w sylwestra wylądował w jednym z przybrzeżnych miasteczek. Poszukując rozrywki, trafia na młodą dziewczynę pracującą jako prostytutka. Jak się okazuje, był to pierwszy raz, gdy kobieta chciała sprzedać ciało za pieniądze. I chociaż mężczyzna postanowił zaoferować jej pomoc czy raczej to, co rozumiał przez pomoc, ta odmawia. Nie poznajemy ani jej imienia, ani powodów znalezienia się w takiej sytuacji. Poznajemy jednak ogromne rozgoryczenie i bezradność, bo, jak stwierdza sam bohater, „nikt nie dostaje tutaj żadnych szans”. Chociaż jest prostym robotnikiem nienawidzącym pracy na holowniku, to ma świadomość szczęścia i swojej wygodnej pozycji względem kobiety, mimo iż dobrze zdaje sobie sprawę z faktu, że sam balansuje niebezpiecznie blisko wylądowania na ulicy. Z tego też powodu, razem z bohaterem, współczujemy młodej kobiecie pozbawionej imienia i alternatyw.

Pancake w twórczości poruszał problemy zwykłych ludzi. Ich żal, nostalgię, tęsknotę, uniwersalne uczucia, które właściwie nie zmieniają się w zależności od naszego położenia na świecie. Uczucia przebijające z tych 12 opowiadań są głosem nie tylko samego pisarza, ale otoczenia, w jakim się wychował. Był tym artystą, którego nie interesowały wielki świat, gospodarka i szybkie zmiany. On chciał przedstawiać życie takim, jakie jest naprawdę. Możliwe, że próbował nadać brzmienie również swojemu, które niestety o wiele za wcześnie się skończyło.

Tomasz Murczenko

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Bryan Hanson z Pixabay.

Walka trwa – do zwycięstwa!

Walka trwa – do zwycięstwa!

Trwa strajk u jednego z największych w Polsce producentów opakowań metalowych.

Nie strajkują tylko biura. Jak przekazuje Jakub Chamioło, przedstawiciel OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP: „Z całej produkcji strajkuje około 80% pracowników. Biura nie strajkują. Od czasu drugiej zmiany w pierwszym dniu strajku, dołączył do niego również zakład w Dębicy, gdzie olbrzymia większość pracowników strajkuje. Wielu pracowników, którzy nie podjęli strajku z różnych względów, przekazuje nam wyrazy wsparcia i wpłaca na rzutkę, którą prowadzimy na ekwiwalent wypłaty dla osób strajkujących”.

Zgodnie z polskim prawem, za okres strajku nie przysługują wynagrodzenia, chyba że pracodawca podejmie inną decyzję. Aby przeciwdziałać m.in. przerwaniu strajku przez lęk związany z brakiem wynagrodzenia, funkcjonują fundusze strajkowe. Załoga Canpack FIP, dla zasilenia swojego funduszu założyła zrzutkę, którą można wesprzeć:

https://zrzutka.pl/b5vmsf

W przesłanym w czwartek do redakcji TVN24 oświadczeniu, przedstawicielka firmy, Marta Kopcik poinformowała, że do strajku przystąpiło około 25% pracowników, a produkcja jest kontynuowana. Pracownicy podkreślają jednak, że obecnie nie ma mowy o produkcji: ,,Stoi praktycznie cały zakład, jeśli chodzi o produkcję. Idzie jedynie dział produkcji puszki i to nie wszystkie linie”.

Wynagrodzenia są nieproporcjonalne do dochodów firmy. Przed rozpoczęciem strajku pracownicy przeszli przez procedurę sporu zbiorowego, w ramach której mediacje okazały się bezowocne: „Jesteśmy zasmuceni, że mimo kilku miesięcy negocjacji pracodawca za każdym razem mówił na nasze propozycje: nie. Schodziliśmy wielokrotnie z naszymi oczekiwaniami w trosce o firmę oraz naszych klientów. Z naszej strony nie ma zgody na takie warunki finansowe, jakie są obecnie praktykowane w firmie”.

Wynagrodzenia w Canpack FIP są całkowicie nieproporcjonalne do dochodów firmy, które osiągają 67 milionów rocznie.

„Prawie 270 pracowników produkcji ma podstawę wynagrodzenia w okolicach najniższej krajowej. Są również osoby pracujące w zakładzie kilkanaście lat, które dopiero w tym roku podpisały aneks do umowy na niemalże najniższą krajową brutto”. Strajkujący walczą o 14,4% podwyżki dla wszystkich, co w skali roku wynosi zaledwie około 1 procenta dochodów firmy!

Jak przekazuje Jakub Chamioło, determinacja strajkujących jest na naprawdę wysokim poziomie. „Załoga jest bardzo zdeterminowana, co zauważył już pracodawca. W poniedziałek o 12 idziemy na spotkanie z Prezesem. Również w poniedziałek zawieszamy strajk. Jeśli znajdziemy porozumienie, to go zakończymy. Jesteśmy gotowi, aby negocjować. Jeśli nie, załoga jednogłośnie powiedziała, że strajk odwieszamy i nadal będziemy go prowadzić” – mówi związkowiec.

Strajk w Polsce jest prawnie ogromnie ograniczony. Choć mówi się o wolności strajkowej, to jednak aby w ogóle do niego doszło, pracownicy muszą wykazać się ogromną solidarnością w prowadzeniu wcześniejszych mediacji z pracodawcą. Sam fakt strajku w Canpack FIP jest słodko-gorzkim sukcesem związkowców. Jak mówi Jakub Chamioło: „Odbiór strajku w Brzesku, Dębicy i okolicach jest bardzo dobry. Lokalni mieszkańcy wspierają zrzutkę, wiele osób słowami nas również wspiera. Ponadto pracownicy drugiej firmy, która jest na tym samym terenie, również nas wspierają”.

Zewnętrzne wsparcie strajku jest ważne dla załogi, ponieważ wspiera morale w walce o lepsze życie. Wspólnie ze strajkującymi ponawiamy apel o wpłaty na fundusz strajkowy i udostępnianie go w mediach społecznościowych.

Dominika Lichańska

Walka o sprawiedliwe wynagrodzenia

Walka o sprawiedliwe wynagrodzenia

Zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP rozpoczęli strajk – trwa walka o sprawiedliwe wynagrodzenia!

W wyniku fiaska wielomiesięcznych negocjacji z dyrekcją, pracownicy Canpack FIP w Brzesku – 20 czerwca ogłosili pierwszy w historii zakładu strajk. Ich postulat to podwyżka pensji średnio o 14,4 procent. Frekwencja w referendum strajkowym wyniosła imponujące 66,11 procent, co przewyższa wyniki wyborów na radnych i burmistrzów w Brzesku i Dębicy, w których znajdują się zakłady produkcyjne korporacji. Tak ogromna solidarność pracownicza to słodko-gorzki manifest tego, że najwięcej jesteśmy w stanie zmienić, biorąc sprawy w swoje ręce. Każdy strajk, który odbywa się w Polsce, jest istotny dla ruchu pracowniczego. Wolność strajkowa jest ograniczona prawem, obarczającym związek zawodowy obowiązkiem przejścia przez żmudną procedurę sporu zbiorowego. Ponadto aż 92,22 procent pracowników biorących udział w referendum zagłosowało za strajkiem.

To wyraźny sygnał dla zarządu firmy, który dotychczas nie wykazywał chęci do ustępstw. Prezes Canpack FIP przyznał, że kompromis z Inicjatywą Pracowniczą to dla niego zaledwie 1,5 procent czystego zysku firmy z zeszłego roku – 1 milion z 67 milionów złotych. Mimo braku ekonomicznych argumentów przemawiających za utrzymaniem niskich stawek, zarząd największego w Polsce producenta opakowań metalowych obawia się, że spełnienie żądania pracowników da im poczucie choć minimalnego wpływu na firmę. Pracownicy Canpack FIP są zdeterminowani w walce o sprawiedliwe pensje i gotowi na dalsze działania.

Najpierw Brzesko, później Dębica

Gdy 20 czerwca o 6 rano rozpoczynał się strajk, obecna była na nim tylko pierwsza zmiana. W tym czasie strajkujący blokowali dostawy do brzeskiej fabryki. Jak przekazują uczestnicy, już od rana dołączenie do strajku deklarowali schodzący ze zmiany nocnej oraz pracownicy zmiany popołudniowej, co w ciągu zaledwie doby od rozpoczęcia strajku zablokowało praktycznie cały zakład.

Dzięki sprawnej mobilizacji do strajku dołączyli także pracownicy zakładu w Dębicy, oddalonego o około 40 minut jazdy samochodem. W sąsiadujących fabrykach, zatrudnionych jest około 650 pracowników i pracownic. Jak przekazują pracownicy – ich determinacja jest niezmienna, żądają podwyżek umożliwiających godne życie i będą strajkować, dopóki takich nie uzyskają.

Ciężka praca, by w ogóle móc zastrajkować

Procedura sporu zbiorowego w Polsce jest sformalizowana i ma liczne ograniczenia. Legalny strajk może być stosowany tylko jako ostateczny środek nacisku, po wcześniejszych rokowaniach i mediacjach. Organizatorami strajku mogą być wyłącznie związki zawodowe, a indywidualni pracownicy mają na tym polu ograniczone prawa. Jednym z ograniczeń jest wynikający z Art. 19 Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych zakaz zaprzestania pracy na wskazanych przez ustawę stanowiskach. Strajk w Polsce powinien mieć też żądania współmierne do strat nim wyrządzonych, co jest wymaganiem niespotykanym w innych krajach Europy, a sama ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych mocno ogranicza powody, dla których wolno nam zastrajkować.

Ograniczenie przyczyn uzasadniających strajki nie tylko uniemożliwia organizację strajków o charakterze politycznym, takich jak te dotyczące polityki społecznej lub gospodarczej władz państwowych, ale także sprowadza akcje strajkowe do poziomu mikro. W rezultacie strajki w Polsce po 1989 roku są rzadko organizowane i zazwyczaj nie przybierają masowego charakteru. Dostępne dane statystyczne wskazują, że lata 1992–1993 były ostatnimi, w których strajki były szeroko stosowanym narzędziem walki o interesy świata pracy. Wówczas zarejestrowano odpowiednio ponad 6 i 7 tysięcy akcji strajkowych.

Mimo wielu przeciwności, w ostatnich latach możemy mówić o wygranych strajkach! Jak na przykład, gdy w 2022 roku pracownicy Solarisa po 40 dniach od odejścia ze stanowisk pracy wywalczyli 500 zł podwyżki dla każdego.

Brak wynagrodzeń za strajk

Za czas strajku pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń, chyba że decyzję tę uchyli pracodawca. W związku z tym związkowcy zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza założyli zbiórkę na fundusz strajkowy. Zachęcamy do wsparcia oraz udostępnienia jej dalej!

https://zrzutka.pl/b5vmsf

Dominika Lichańska

Primitívny volič idzie na wybory

Primitívny volič idzie na wybory

Ten tekst nie ma na celu dywagacji o tym, czy Robert Fico jest dobrym premierem, złodziejem, mafiosem, zagrożeniem dla wolności słowa i dla Unii Europejskiej lub wyzwolicielem Słowacji ze szpon globalistów. Nie zamierzam się tutaj rozwodzić nad tym, czy – jak to mówią mniej lub bardziej otwarcie liberalni komentatorzy z bratysławskich kawiarni i warszawskiego Placu Zbawiciela – postrzelony „sam jest sobie winny”. Jednak wychodząc od kwestii obwiniania – jakby na to nie patrzeć – ofiary o próbę jej zabójstwa można zaobserwować coś ciekawszego niż kolejne narzekanie na wybory słowackiego elektoratu. Jest to chęć układania ludziom schematów myślowych i preferencji wyborczych, utrzymując przy tym ton pogardy i głęboko nie-wolnościowego zachwytu nad szeroko pojętym liberalizmem przy jednoczesnym braku zrozumienia tych ludzi.

Bo Słowakowi nie wolno myśleć inaczej niż Čaputovo-liberalnie. A przynajmniej nie Słowakowi ze stolicy. Jeśli koalicję rządzącą Słowacją popiera jakiś Milan z Orawy, to pół biedy. Nazwie się go prymitywem, homofobem, postkomunistą, faszystą, a potem po raz kolejny zaniedba jego rodzinną wieś. Gorzej, jeśli na Fico zagłosował Peter z Bratysławy. Wtedy należy go zestawić z Milanem. I przy okazji pokazać, że skojarzenie go ze słowacką prowincją ma być dla skojarzonego powodem do wstydu. Właśnie ten jad sączony w stronę primitívnego voliča, zestawiony z kampaniami Smeru jest tematem tekstu.

Cofnijmy się do zeszłorocznej jesieni, czyli wyborów do słowackiego parlamentu. Exit poll wskazywał na zwycięstwo liberałów z partii Progresywna Słowacja. A potem liczono głosy. Najpierw wygrywał populistyczny Smer. Wyborcy Progresywnej Słowacji zapewne racjonalizowali sobie ten fakt zliczaniem najpierw głosów z mniejszych komisji. Ale Smer wciąż prowadził. Nawet przeliczenie głosów z Bratysławy nie zawróciło Roberta Ficy z drogi do władzy. „Co się stało?” – pyta Europa, pierwszy raz od lat zainteresowana Słowacją. „Jak to możliwe?” – zastanawiają się słowaccy badacze, którzy jakimś cudem nie przenieśli się jeszcze do Pragi lub Wiednia. Pada w końcu hipoteza, że wyborcy wychodzący z lokali nie przyznawali się do swoich preferencji wyborczych. I stąd chybiony wynik exit pollu. Takiej tezie towarzyszyło przywołanie nazwiska byłego premiera Mečiara (wśród liberałów uchodził za przykład autokracji), którego elektorat lata temu unikał odpowiedzi na pytania sondażowni. Na sam koniec wyświetlona została mapa Słowacji, na której najniższe poparcie dla ugrupowania Roberta Ficy jest w Bratysławie. Rozkład głosów przypomina trochę Węgry – stolica versus prowincja.

Gdybym znalazła się w gronie kawiarnianych liberałów posiadających monopol na słowackie salonowe komentatorstwo, zapewne złagodziłabym formę komunikacji, a najchętniej unikałabym rozmów politycznych jak ognia. Podobnie czuje się zapewne Słowak głosujący na którąś z partii koalicji rządzącej – socjaldemokratycznym (z domieszkami narodowymi) Smerem, lewicowym Hlasem lub nacjonalistycznym SNS-em. Żadna z tych partii nie wykształciła elit, które miałyby wpływ na „młodych wykształconych z wielkiego ośrodka”. Można tu wspomnieć nazwisko towarzysza (jak sam się każe tytułować) Ľuboša Blahy, kontrowersyjnego, wręcz na polskie warunki szalonego działacza Smeru, antyglobalisty i fana Che Guevary. Co prawda legitymuje się on doktoratem, ale nie zbudował dużej fanbazy informacyjno-trendsetterskiej. A nawet gdyby to zrobił, to nec Ľuboš contra plures. Zresztą czy na pewno Milan z Orawy interesowałby się Commandante? Według Blahy być może tak. Polityk ten nawet rozdawał mieszkańcom północno-wschodnich rubieży Słowacji książki o Guevarze podczas wiecu wyborczego. Ale to nie one zagwarantowały mu posadę europosła.

Tym, co umożliwiło towarzyszowi Ľubošpwi wejście do europarlamentu, jest język, jakim się posługiwał. Podczas spotkania w Preszowie przypomniał wyborcom Smeru o inwektywach, jakie słyszą na co dzień od elit. Było to kilka godzin po tym, jak aktorka Vášáryová nazwała elektorat partii Ficy „szumowinami”. Wtórował jej inny aktor, Kňažko, który tłumaczył czyn zamachowca na Ficę sfrustrowaniem sytuacją polityczną w kraju. Obecny europoseł Blaha sprawnie wytyka liberałom język pogardy skierowany w stronę wyborców Smeru. Na swoim instagramowym profilu zamieścił opis: „Masz dość Igora Matovica [były premier, lider liberalnej partii OL’aNO]? Dobrze trafiłeś”. Poseł Krúpa, wówczas działacz OL’aNO, niegdyś nazwała elektorat Smeru „świniami” i „śmierdzącymi fekaliami”. Połączywszy te słowa z zamachem na Roberta Ficę, którego dokonał pro-opozycyjny poeta, znajdujemy się w sytuacji, w której nawet otwarcie prorosyjski freak w koszulce z Guevarą wydaje się Milanowi z Orawy mniej antypatyczny od Progresywnej Słowacji niewychylającej nosa poza Bratysławę. Dla jasności warto nadmienić, że uczucia antykomunistyczne u naszych południowych sąsiadów są słabsze niż u nas; koszulka z Guevarą to w tamtejszych realiach dziwactwo, może ktoś się skrzywi, ale generalnie nie jest to nieakceptowalne społecznie; Słowacy nie mają problemu z tym, że niektórzy politycy Smeru składają kwiaty na grobach czechosłowackich komunistów.

Nie samym Blahą żyje Smer, lecz każdym posłem, który wstawi się za – cytując post z profilu partii – wyklętymi wyborcami. Politycy tego ugrupowania stale punktują zaniedbania prowincji. Trzeba wspomnieć, że na Słowacji jest ogromny problem z nierównomiernym rozwojem, a Bratysława kanibalizuje ośrodki miejskie położone na wschodzie i północy kraju. Trasa spotkań wyborczych kandydatów Smeru obejmowała w znaczącej większości miasta liczące 20-50 tysięcy mieszkańców. A politycy Smeru mówili nie o trudnych politologicznych terminach czy o tym, że „wstyd na całą Europę wysyłać ludzi nieznających języków do PE”, lecz o budowie węzła kolejowego w Žilinie. Czyli o czymś, z czego skorzysta w życiu codziennym primitívny volič.

Gdy premier Fico został postrzelony, głosy atakujące ofiarę (sic!) dobiegały z kraju i zagranicy. Tu należy zaznaczyć, że koalicja rządząca również nie była święta. Obwinianie opozycji o sytuację jeszcze przed oficjalnym ujawnieniem motywacji zamachowca, padające z ust ministra kultury, odbiega od standardów debaty publicznej. Jednak przykro się czyta, gdy polska pisarka Weronika Gogola mówiła dla Onetu: „W tej chwili wszystkie możliwe scenariusze są niepokojące – komentuje Gogola. – Chyba już nawet najwięksi fantaści nie zakładają optymistycznego zakończenia… Fico został postrzelony w klatkę piersiową. Nie wiadomo nawet, czy przeżyje zamach. Niezależnie od tego, jak się to skończy, zamach na premiera Słowacji stanie się orężem politycznym przeciwko opozycji. – Wczoraj rano miał miejsce protest w sprawie likwidacji systemowego wsparcia dla kultury, dziś miał się odbyć protest przeciwko nowej władzy – ale został odwołany. Już pojawiły się oskarżenia pod adresem opozycji i dziennikarzy krytycznych względem rządu. Nienawiść w stosunku do mediów i dziennikarzy ostatnio osiągnęła apogeum. To będzie kolejny zwrot przeciwko nim. Trwa przejmowanie radia i telewizji – to wszystko są klasyczne kroki w stronę totalitaryzmu”.

Jeśli rzeczywiście Fico chciałby budować państwo totalitarne odcięte od wolnych mediów oraz nastawiać społeczeństwo przeciwko dziennikarzom, to stosując zasadę wzajemności w obwinianiu ofiary – cieszyłby się zapewne sporym poparciem społecznym. Gogola w swojej histerii i wybiórczej empatii nie była sama. Na polskim podwórku podobnie wybrzmiały także głosy Ziemowita Szczerka i reszty liberalnego salonu. Nie podejrzewam co prawda słowackiego czytelnika o śledzenie polskich mediów internetowych, ale jestem pewna, że gdyby Smer częściej chciał mówić o „ulicy” będącej odpowiednikiem warszawskiej Chmielnej oraz o „zagranicy”, to dowodów na swoją pozycję oblężonej twierdzy miałby pod dostatkiem.

Ta sytuacja nie zaczęła się wczoraj. Nie zaczęła się też w chwili zamachu. O słowackich prymitywach zagraniczni komentatorzy mówią od lat. Gogola parę lat temu wypominała wyborcom Ficy homofobię, a przyjaciel Michnika, Martin Šimečka, wypomina obojętność będącą pierwszym stopniem do piekła mniejszości. W całej swojej tendencyjnej książce „Ufo nad Bratysławą” Gogola wskazuje jednak pewną interesującą rzecz. Jest to sposób działania Roberta Ficy, który podczas kampanii poszedł spawać. Tak, poszedł na nocną zmianę i spawał. Wyrobił ponad sto procent normy, nie będąc zawodowym spawaczem. Zajął się czymś, czym zajmuje się ten słynny primitívny volič. O ile niesione na sztandarach i banerach wyborczych przodownictwo pracy przywodzi na myśl komunę, o tyle…

O tyle jest to bliższe zwykłym ludziom i ich doświadczeniom niż to, co proponuje Progresywna Słowacja i bratysławskie kawiarnie. Čaputovej trzeba oddać, że lata temu walczyła o środowisko w swojej małej ojczyźnie. Co do reszty… Na przykład straszą Ficą –rosyjskim agentem. Profile social mediów Progresywnej Słowacji były wypełnione informacjami o prorosyjskości partii rządzącej. Być może w Polsce odniosłoby to sukces, chociaż i u nas ciągłe doszukiwanie się ruskich onuc w politycznych przeciwnikach, nie posiadając przy tym dowodów na działalność agenturalną, staje się coraz mniej znaczącym oskarżeniem. Natomiast Słowacy nie są aż tak proukraińscy, jak Polacy czy Litwini. W dodatku Słowacja, podobnie jak Węgry, jest uzależniona energetycznie od Rosji. A i Fico nie mówi: „tak, jestem prorosyjski i o co chodzi?”. Zresztą – on nawet taki nie jest. Faktem jest, że zgodnie z obietnicami wyborczymi nie wysyła Ukrainie bezpłatnej pomocy wojskowej. Na dobrą sprawę gdyby wysyłał, to zapewne opozycja by mu to wytknęła jako niedotrzymanie obietnicy. Partia rządząca mówi natomiast, że „jest po stronie pokoju” (cokolwiek to znaczy). Premier idzie w retorykę o niewysyłaniu młodych rodaków na śmierć za Ukrainę. Ale Fico nie zaprzestał wysyłania pomocy humanitarnej.

Słowaccy liberałowie w konkursie na najbardziej antypatyczną dla wyborców partii rządzących opozycję mogliby rywalizować chyba tylko z Krystyną Jandą porównującą cenę nocy z warszawską prostytutką do 500+. Albo z Gergelyem Karácsonym, burmistrzem Budapesztu, mówiącym o zduszeniu populistycznej zarazy za pomocą ginu z tonikiem. A Fico rządzi. W eurowyborach Progresywna Słowacja wygrała, ale po pierwsze nie dopisała frekwencja, po drugie – jako jedyna szła ona ze sztandarami mocnej postawy prounijnej. Do europarlamentu pojedzie sześciu liberałów, pięciu przedstawicieli partii Ficy, dwóch narodowców z Republiki, jedna chadeczka i jeden reprezentant populistyczno-lewicowego Hlasu. To nie była porażka wspólnotowej lewicy. Powiem nawet więcej, koalicja rządząca nie trzyma się źle. Zresztą trudno, aby było inaczej, gdy volič ma wybór pomiędzy mianem primitívneho a w zasadzie… trudno powiedzieć czym.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Leonhard Niederwimmer z Pixabay

Alojzy Bonczek: Oblicze śmierci (1931)

Alojzy Bonczek: Oblicze śmierci (1931)

Poniższy tekst publikujemy/wznawiamy w 130. rocznicę wydarzeń opisanych w nim. Dokumentuje on straszliwą katastrofę górniczą w Karwinie 14 czerwca 1894 roku. Karwina, dziś leżąca w granicach Czech, była wówczas miejscowością w większości polską. W spisie powszechnym w roku 1910 język polski jako używany w domu zadeklarowało ponad 80% mieszkańców Karwiny. Mimo to po czeskim najeździe zbrojnym w roku 1919, a następnie międzynarodowym arbitrażu miasto zostało przyznane Czechosłowacji. W dwudziestoleciu międzywojennym władze czechosłowackie podejmowały wiele działań wymierzonych w polską społeczność tzw. Zaolzia, w tym Karwiny. Po II wojnie światowej, w wyniku rabunkowej eksploatacji złóż węgla, dawna Karwina uległa niemal całkowitemu unicestwieniu, łącznie z wyburzaniem całych osiedli i przeniesieniem centralnych punktów miasta do niegdyś osobnej miejscowości Frysztat. Resztki zwartych społeczności polskich zostały rozproszone po nowych blokowiskach. Miejsce pochówku ofiar katastrofy opisanej w tekście znajduje się w dzielnicy Karwina Kopalnie, a tamtejszy cmentarz stanowi jeden z bardzo niewielu obiektów zachowanych po starej Karwinie, leżąc obecnie w niemal pustej przestrzeni, choć niegdyś był umiejscowiony w środku dużego rozwiniętego miasta przemysłowego. Karwina była także bardzo silnym ośrodkiem polskiego ruchu socjalistyczno-niepodległościowego, z którym związany był autor poniższego tekstu. 

Fragmenty katastrofy górniczej

Uwaga: Aby powieści nadać oryginalności w treści, pozostawiono wyrazy i nazwy używane w mowie między górnikami.

Podróżnik, przybywający zwiedzić miasteczko Karwinę, położone na szlaku kolei koszycko- bogumińskiej w powiecie frysztackim, zobaczyć może wiele ciekawych rzeczy i zachwycające panoramy. Dosyć obszerny dworzec kolejowy jakby tonął w otaczających jeziorach, przeplatanych fałdowanymi brzegami lub zasypanych po części odpadkami kopalnianymi. Na widnokręgu – szczególnie od strony północnej miasta – widać z dala w obrazie potężnych wysokich kominów i żelaznej konstrukcji wieży szybowych cztery główne szyby: Jan-Karol, Franciszka, Henryk i Głęboki, oto imiona szybów, które przeszło 100 lat wyrzucają przez otwór swych gardzieli z drugiego, dla wszystkich niedostępnego i nieznanego świata, miliony złota w postaci węgla kamiennego. Przed 50 laty tam, gdzie dziś widać jeziora i zapadliska, zieleniły się zboża i trawy.

Wspaniałe i wielkim nakładem zbudowane szyby stały się niewyczerpanymi gardzielami do wyrzucania węgla, bogactwa dla właściciela, lecz zarazem codziennych ofiar rannych lub zabitych górników. Do pojedynczych ofiar już się tak przyzwyczajono, że oprócz formalności komisyjnych, po odprawieniu pogrzebu z paradą i zasypaniu ziemią na cmentarzu karwińskim, nikt się więcej nie interesuje zabitym górnikiem. Były jednak w dziejach istnienia wspomnianych szybów momenty tak straszne i nadzwyczajne, że spowodowały wstrząśnienie nerwów nawet u codziennych widzów ofiar pracy. Masowe katastrofy dopełniały liczbę ofiar tych szybów. W okresie dziesięciolecia wydarzyły się na wspomnianych szybach dwie katastrofy, w których za jednym zamachem przeszło 400 górników utraciło życie. Pewna część z nich nawet nie została odszukana, aby znaleźć spoczynek na cmentarzu karwińskim.

Szyb Jana, zbudowany na końcu wschodniego pola górniczego, własność magnata śląskiego Larischa, pod względem wyposażenia technicznego należał początkowo do prymitywnie wybudowanych szybów z drzewa, na kształt wielkiej czworobocznej studni, rozdzielonej na poły. Jedna połowa, zwana po górniczemu „fonderschacht”, służyła do przesuwania klatki szybowej, jednej w dół, drugiej znów w górę. W drugiej połowie, zwanej „fahrschacht”, umieszczone były drabiny, służące górnikom dla schodzenia do kopalni. Obok drabin zawieszone były z wierzchu aż na dół rury żelazne od wodociągu maszynowego, osuszającego kopalnię z napływu wody podziemnej. Obok najbliżej położony i pod ziemią stale połączony z szybem Jana, był szyb Karol, wybudowany w nowszym czasie, murowany, technicznie doskonalszy. Łączność obu szybów była tego rodzaju, że górnicy nazywali je po prostu Jan-Karol.

Wodę nagromadzoną w kopalni ciągnięto na powierzchnię mechanizmem, który będąc w ruchu, powodował w szybie różne syki, piszczenie i inne nadzwyczajne głosy, a w człowieku, nie znającym przyczyn tego hałasu, budził różne przesądy o istnieniu w kopalni czegoś nadprzyrodzonego w postaci Pusteckiego, tak bowiem nazwali byli górnicy „ducha” podziemi. Od przesądu o istnieniu Pusteckiego powstawały także w głowach górniczych mniemania, że przy pomocy Pusteckiego w łatwiejszy sposób można było nakopać węgla, albowiem słyszano go bić w węglu kilofem lub młotem. Pękanie drzewa oznaczało groźbę Pusteckiego załamania chodników lub filaru. Z czasem, gdy szyb Jana został przerobiony, a budowę drzewną szybu zastąpiono cementowym betonem, wyrzucono z szybu wodociąg, ustały głosy Pusteckiego, a górnicy powoli zapominali na dobrotliwą pomoc i jego gniewne pomruki.

Także otoczenie szybu na powierzchni zasługuje na uwagę. W potężnej wysokiej hali widnieje żelazem okratowany otwór. Za każdym podniesieniem się klatki z szybu w górę, automatycznie podnoszą się przednie bramki szybu, czyniąc wolny otwór wstępu do klatki. Dyżurny szybu wsuwa przez wolny otwór do klatki wózek, dając następnie znak dzwonkiem maszyniście, podnosząc zarazem stawidła, na których spoczęła klatka podczas stania na powierzchni. W okamgnieniu spuszcza się klatka do szybu, aby dokonać wymiany drugiej klatki, przesuwającej się obok. W jednym kącie koło okna w hali szybowej stoi ogromny piec, zbudowany z części starego kotła parowego, siedlisko świerszczy, pluskiew oraz karakanów. Szczególnie w nocy, gdy fedrowanie się przerywa, a w hali nastąpi chwilowa cisza, rozpoczynała koncert orkiestra świerszczów za piecem hali. Dziewczyny i robotnicy wskutek przerwy w nocy próbują wypocząć, kładąc się na prymitywnie zrobionych ławach, ustawionych koło „bulera” (tak zwano ten piec), lecz o zaśnięciu nie było nawet mowy, gdyż mieszkańcy szpar w ścianach spokoju nie dały. W przeciwległym kącie znajdują się drzwi, wchód do hali maszyn. Hala nadzwyczaj ogrzana, lecz nie mniej zamieszkała przez nocnych awanturników, urządzających sobie w każdym kącie hali swój własny koncert. Drzwi wchodowe do hali szybowej są nadzwyczaj wielkie, złożone z dwóch części, gdzie w jednej połowie znajdują się małe drzwi, które w zimie czy w lecie mają zostać otwarte, umożliwiając łatwiejszy dostęp powietrza.

Pogłębianie szybu. Odkrycie pokładu

Przekrojem szybu Jan-Karol, a także Franciszki zapoznano się dokładnie z położeniem pokładów węglowych małego pola górniczego. Były to jednakowoż pokłady grubości najwyżej 1,5 m. Inżynierowie i geologowie górniczy mieli jednak pewność, że w głębi, pod pokładami już odkrytymi, znajdują się pokłady o znacznej grubości i dla eksploatacji korzystniejsze. Zdecydowano się z końcem roku 1890 dokonać pogłębienia szybu Jana, który, posiadając wodociąg, nadawał się na cel doświadczalnych prób najbardziej. Sprowadzono fachowych górników i rozpoczęto pogłębianie od piątego poziomu. Za niespełna półtora roku pogłębiono 70 m szybu i przystąpiono do użytku produktywnego. W tej części pogłębianego szybu odkryto ten krwawy, przeszło czterometrowej grubości pokład, zwany 19-tym. Był to naprawdę radujący duszę skarb przyrody, rokujący nie tylko właścicielowi horrendalne zyski, lecz i górnicy wróżyli sobie dobre zarobki, szczególnie gdy poznano jego składową krzewkość i położenie. Bez dalszych namysłów rzucono więc najzdolniejsze siły robocze w kierunku przysposobienia pokładu do produkcji.

Także w górniczym polu zachodnim na szybie Franciszki, wskutek wybicia kilka setek metrów od szybu głównego przekopu, został całkowicie odkryty pokład grubości czterometrowej. Tym sposobem skonstatowano grubość pokładu i rozmiar jego rozłożenia, tak w kopcu, jako też najniższego do szybu położenia. Zabrano się w sposób najbardziej intensywny do przeprowadzenia różnych górniczych zarządzeń technicznych przed eksploatacją. Na szybie Jana zaraz od szybu wystrzelono „filart” zwany szóstym – poziom, 8 m wysoki i 5 m szeroki, stosownie do odbudowania szybowego. Nowy „filart” zabudowano również drzewem dębowym półtora metra wysoko, przedzielono etażą bonową, przygotowując tym sposobem możliwość wsuwania do klatki szybowej naraz po 2 wózki, jeden nad drugim.

Z chwilą odkrycia i poznania pokładu było największą troską jak najśpieszniejsze wkroczenie do niego i wszczęcie złotonośnego wydobywania. Starano się wyszukać najpilniejszych i najzręczniejszych robotników do pracy nad kopaniem i strzelaniem zaraz od szybu głównego przekopu. Czas pracy oraz długość zmiany na szybach Larischa obowiązywał jeszcze 12 godzin, a później zmieniono go na 10 godzin. Mianowicie ranna zmiana zaczynała się o 6 rano do 4 popołudniu, zaś nocna od 4 do 2 w nocy.

W pilnych pracach porządek był tego rodzaju, że praca prowadzona była bez przerwy. Na trzy zmiany po 8 godzin sześciu kopaczy rozpoczęło kopanie w nowym pokładzie czterometrowego chodnika w dolnej części odkrytego pokładu. Pokład przeszło czterometrowej wysokości, od szybu Jana począwszy, rozdzielony był na dosyć ważne dwie części: przedziałkę przeszło metrowej grubości stanowił czarny łupek, przeplatany żyłkami węgla. Aby osiągnąć główny przekop, przynajmniej trzy metry wysoki, ustanowiono inną partię kopaczy, którzy śladem węgla, wykopanego „vorsilen”, za pomocą strzelania, dorabiali wierzch chodnika do potrzebnej wysokości i zarazem budowali drzewem „pary” w oddaleniu metra od siebie.

Było nas czterech kopaczy i dwóch wozaczy, wykonujących nasze powołanie jak najskrupulatniej, wiercąc ręcznymi świdrami, każdy dla siebie osobną dziurę, do której zaprawialiśmy sami nabój dynamitowy do strzału.

Potrzebny dynamit przed nastaniem szychty ,,fasował” w składzie naboi przodownik spomiędzy nas ustanowiony. Jak bardzo pośpiechem pracy i zdobyciem pokładu dla eksploatacji interesował się zarząd kopalni, dowodzi, że jeśli przy pracy nie siedział stale opiekun w osobie wyższego urzędnika, to na wymianę odwiedzani byliśmy bez przerwy przez różne wyższe osobistości górnicze, dające nam do zrozumienia, że już powinny z pokładu płynąć dla właścicieli pożądane skarby. Toteż posuwanie się naprzód tego głównego chodnika było niezwykle prędkie, bo 40-60 m za cztery tygodnie.

Jeszcze korzystniej przedstawiała się praca przez wkroczenie do pokładu od strony zachodniej na szybie Franciszki. Tam z głównego przekopu, eksploatowanego z szybu Głębokiego, zaczęto już w samym pokładzie przebijać w węglu w kierunku wschodnim tak zwany „Grunstrek”, który dla fiedrowania i przewożenia wózków z węglem połączony został z głównym przekopem wielkim wekslem, zbudowanym na przestrzeni jakich 8 m2, wyłożony płaskimi „blotniami” zamiast szynami. Tak samo praca nad odbudową dostępu do pokładu ze strony pola zachodniego wykonywana była z największym pośpiechem i niecierpliwością przez zarząd szybu Franciszki.

Już sam wygląd pokładu zaraz po jego odkryciu stał się przedmiotem specjalnych uwag górniczych odnośnie do bezpieczeństwa przy eksploatacji. Czterometrowa grubość węgla, położonego nierównolegle, działek czystego węgla z mieszaniną kamienia zwanego „mitlem” łupkowym, spowodowało gromadzenie się odpadków, zawierających część węgla z mieszaniną niedojrzałych kruszców siarczano-węglowych, które rzucano za siebie, wytwarzając w każdej sztolni hałdy nieużytków. Sam węgiel był bardzo krzewki, przepojony nadzwyczajną ilością tlenu. Skutkiem naturalnej krzewkości węgla, kruszenie skały węglowej było łatwiejsze, jednakowoż odpadki przy kopaniu kilofem przemieniały się w prochową kurzawę, która osiadała na ścianach i zabudowaniach sztolni. Kalorie węgla samego złożone były z nadzwyczaj zapalnych składników. Wszystkie przytoczone właściwości węgla tego nowego pokładu obudzić musiały u każdego fachowca – a do takich zaliczyć należy każdego starszego górnika – pewne zastanowienie i trwogę o bezpieczeństwo życia przy wydobywaniu. Także kierownictwo kopalni przewidywało następstwa, które zdarzyć się mogą, jeżeli praca w tym pokładzie prowadzona będzie lekkomyślnie, bez należytego przewietrzania i przy zaniedbaniu przepisów górniczo-policyjnych.

Tu wspomnieć muszę, że w owym czasie górnicy w kopalni świecili jeszcze lampkami napełnionymi oliwą, której po zgaszeniu nie było można w kopalni ponownie zaświecić. Na szybach Larischa powietrze od szybów wentylacyjnych zawierało 2–3% gazów zapalnych. Nierzadkie były wypadki, że badanie gazów za pomocą światła lampki olejowej wykazało zupełną czystość w czole pracy, a po odejściu strzału cały przód i złomy węgla stanęły w płomieniu niebieskim. Od strzałów zapaliły się gazy, a zarazem zwały odstrzelonego węgla. Powodem tak łatwego zapalenia się był proszkowaty węgiel, zawierający siarczan węglowy. Jako środek zapobiegawczy przeciwko łatwozapalności zarządzono skrapianie wodą wszystkiego, co znajdowało się w odległości 20 m wokoło strzału. W tym celu do każdego ,,przodku” prowadziły najmniej 5 cm grube rurki żelazne z dopływem wody z powierzchni.

W miarę postępu czasu, postępowała także praca nad zupełnym odkryciem i poćwiartkowaniem pokładu węglowego. Przebijano wprzód główne sztolnie fiedrunkowe i wiatrowe, następnie szeroką pochylnię („Bremsberg”) kilkadziesiąt metrów długą, dla połączenia ich z polem zachodnim od strony szybu Franciszki. W celu regularnego prowadzenia kierunku wiatrowania, na przechodzie łącznikowym kazano wybudować tamę murowaną, zaopatrzoną na środku w podwójne ciężkie drzwi drewniane, zamknięte na klucz. Drzwi przedstawiały symbol sprawności pomiarów geometrycznych pokładu i służyły dla urzędników jako przejście podziemne z jednej kopalni na drugą. Górnikom jednakowoż przejście to służyło na wypadek katastrofy.

Zarząd kopalni zaraz od chwili odkrycia pokładu powiększył siły robocze przez dosadzanie załogi w pokładzie 19-tym, składającej się z młodych, zdrowych i śmiałych górników i sił pomocniczych: taczników i wozaczy. Opodal szybu wybudowano dosyć obszerną stajnię na pomieszczenie 10 koni.

Po upływie nadzwyczaj krótkiego okresu czasu pokład 19-ty, przeorany niezliczonymi krzyżującymi się na wszystkie strony 3-4 metry szerokimi sztolniami, przygotowany był do tak zwanej rabunkowej eksploatacji. Około 200 kopaczy, rozlokowanych w poszczególnych sztolniach, łamało w nadludzki sposób ten złotodajny kruszec, który siły pomocnicze, ładując w taczki i wózki, wydobywały masowo na powierzchnię. Na przestrzeni na kilkanaście setek metrów długiego przekopu, na podwójnej parze kolei –mijały się pociągi konne z pełnym ładunkiem pod szyb, zaś próżne pod pochylnię fiedrunkową. Z chwilą rozpoczęcia szychty w całym pokładzie mocno wrzała praca; pyłek węglowy, unosząc się od każdego kopnięcia kilofem lub rzucenia łopaty węgla do taczek, zasypał wszystko w swoim otoczeniu, opadając jak zawieja śnieżna, wypełniał wszystkie wolne miejsca, powodując hałdy kurzawy. Bardzo ciekawy obraz przedstawiali nasi górnicy, zajęci pracą w powietrzu przesyconym pyłem węglowym; wyglądali jak nieme widma w łoskotliwym ciemnym zaułku, dostrzegalni tylko za pomocą ledwo żarzącego się punktu światła lampki, aby się uchronić od zbytecznego łykania pyłu węglowego. W pracy panowało grobowe milczenie, przerywane od czasu do czasu silnym splunięciem górnika, wyrzucającym w ten sposób z ust sok tabaki włożonej sobie za ząb na śliwkę dla podniesienia animuszu.

Ówczesny dyrektor górniczy hr. Larischa rodem Francuz, pan Grey, zarządził pracę na trzy zmiany, zaś w każdą niedzielę całe masy górników zmuszano do pracy uzupełniającej w tym pokładzie. Nie upłynęło ani całe dwa lata tej szalonej pracy, a pokład przewiercono do tego stopnia, że rzadko znaleziono filar grubości 20 m. Rozpoczęto od strony tzw. sprągu rabowanie filarów, tak ze strony szybu Jana, jak i Franciszki. Ogromna grubość pokładu, gęsto przewierconego, powodowała nadnaturalne miażdżenie węgla w filarach, co przyczyniało się do łatwiejszego rabowania. Dwaj kopacze we filarze zdołali na jednej zmianie nakopać 50–60 wózków o pojemności 12 q. Za wózek płacono początkowo 16 ct., a później, gdy panowie widzieli, że kopacz zarabiał w porównaniu do innych pokładów cośkolwiek więcej, zredukowano kontrakt na 12 ct. za jeden wózek. Pan radca górniczy Grey, który był zapalonym myśliwym i rybołowcą, zadawalał się tym, gdy urzędnicy podczas raportu głosili: „Fiedrunk w 19 pokładzie podniósł się o 50 wózków”. – „Brawo, moi panowie!” – z uśmiechem zareagował p. Grey. Tak kończył się raport. Szalejący za zyskiem przedsiębiorcy i inżynierowie nie chcieli ani zastanowić się nad tym, co nastać może w otwartym pokładzie, rozciągającym się na 6 km2, w polu napełnionym po wyrabowaniu węgla gazami palnymi, a w niektórych miejscach pół metra grubości pyłem siarkowo-węglowym. Nikomu z tych panów ani się śniło, by wyrabowane pole kazać zawozić odpadkami węgla i zamurować lub leżący pył węglowy należycie skropić wodą. Po wyrabowaniu filara nakazywano kopaczom, aby w interesie oszczędzania drzewa na podbijanie stropu, rabowano jeszcze niepołamane drzewo, tak zwane orgie, chcąc przyśpieszyć załamanie się stropu i przynajmniej dla upozorowania łatwym sposobem spowodować zawalenie wyrabowanego pola. Każdy górnik zrozumiał, że tego rodzaju zapełnianie próżnych miejsc powoduje jeszcze większe niebezpieczeństwo, gdyż czterometrowej grubości wybrane pole w przyrodzony sposób u dołu zawala się i zapełnia wybrane miejsca, jednakowoż u góry zostawia próżnię, którą z natury rzeczy wypełniają gazy, jako lżejsze od powietrza. Kilka sporadycznie zdarzających się wypadków zapalenia gazów w odosobnionych czołach starano się możliwie ukryć przed ogółem górników, zaś zarząd kopalni wcale na takie drobnostki nie zwracał uwagi.

Krytyczny dzień

Pamiętny to dzień 14 czerwca 1894. Po gorącym południu, górnicy, podnieceni przez wezwanie przy zapisie do podniesienia fiedrunku, szczególnie z 19 pokładu, cisnęli się do szybu, aby jak najprędzej zjechać do kopalni i ochłodzić się w głębokościach z prażącego letniego żaru. Załoga w 19-tym pokładzie w tym dniu składała się z przeszło 200 młodych i najlepszych górników. Animusz do pracy i zarobkowania nie pozwalały na zmarnowanie chwili, aby zdobyć się na rekordowy dziś fiedrunek. Jeszcze nie ukończono zupełnie wjazdu wszystkich górników do kopalni, a już pociąg wózków z 19-tego pokładu dobijał pod szyb, aby jak najprędzej został wydobyty na wierzch. Dozorca Szerzyna, zjechawszy na dół, odzywa się do narażaczy pod szybem: „Dziś musicie o 50 wózków więcej wyfiedrować!”.

Wezwaniu dozorcy starano się uczynić zadość to też narażacze, rozebrawszy się prawie do koszuli, na wyścigi jęli się szybowania wózków pod szyb dwuetażowej klatki, która w okresie trzyminutowego czasu na przemian z dwoma wózkami dokonać miała rekordowego fiedrunku. Upływała godzina za godziną, jeden za drugim pociąg pełnych wózków, ciągniętych końmi, dobijał pod szyb Jana 6-tego poziomu, już prawie połowę rekordowego fiedrunku z 19-tego pokładu wyrzucono gardzielą szybową na powierzchnię, aż tu naraz, jakby uderzeniem pioruna, kres położono fiedrunku.

Koło pół do dziesiątej wieczór naraz dał się słyszeć ogromny huk, wstrząsający całą kopalnią, przerażając nas wszystkich swym łoskotem, połączonym z zupełnym przerwaniem prądu powietrza. Pracujący po drugiej stronie, na polu wschodnim, rzucili się po ciemku (gdyż huk zgasił im lampki) do ucieczki, lecz każdy zrozumie, jak daleko można bez światła w kopalni uciekać… Omawiając rozmaite powody słyszanego straszliwego huku, drapaliśmy się na główny chodnik, wiodący pod szyb. Napotykamy dozorcę rewirowego Hyrboczka, który tak samo pyta się, co się stało, gdyż i jemu gwałtowna detonacja była zupełnie niezrozumiałą.

Mając na szczęście światło, gdyż dozorcy byli już zaopatrzeni w lampki benzynowe, podążyliśmy ku głównym drzwiom, oddalonym o jakie 20 m. Zbliżywszy się do drzwi, dał się już czuć ogromnie nieznośny swąd dymu, jakoś rzadko górnikowi znajomy. Z wielką ostrożnością dozorca próbuje drzwi otworzyć; przy otwarciu owiał nas czarny kłęb dymu. zatykając nam usta i tamując oddech. Dopiero zrozumieliśmy, że jest to widoczna oznaka katastrofy, na razie nie dająca się osądzić, gdzie i w jakich rozmiarach powstała. Ogromnie przerażeni, zostaliśmy chwilę zamyśleni, co teraz czynić, gdyż ucieczka pod szyb została nam tym sposobem odcięta. Wspomnieliśmy sobie, że z szóstego do piątego poziomu prowadzi stara, częściowo już załamana pochylnia, możliwa w tym straszliwym położeniu jedyna droga ucieczki. Chcąc się dostać pod tę, w tej chwili szczęśliwą pochylnię, musieliśmy wrócić od szybu jakie 500 m, któreśmy przebiegli prędzej, aniżeli może ptak byłby w stanie je przelecieć. Stanąwszy nad pochylnią, której długość wynosiła przeszło 800 m, a w której drzewo zabudowań było zbutwiałe i połamane, wszędzie pełno kamieni, zmuszeni czołgać się na czworakach, z trudem wielkim dostaliśmy się do piątego poziomu. Pomimo tych przeszkód, jak i położenia pochylni, zmuszeni uciekać w górę, doszliśmy pod szyb Karola. Do szybu Jana trudno było się dostać, gdyż nie tylko dym, wydobywający się z głębi szóstego poziomu, tamował drogę, lecz wyrzucony pełny wózek z węglem do szybu siłą eksplozji a rozpierający się pomiędzy zabudowaniem szybowym, uniemożliwiał opuszczanie klatki na miejsce postoju i pośpieszne wydobywanie na wierzch ratujących się górników. Ponieważ w tym poziomie dozorcy mieli już bliższe wyjaśnienie, że nic innego stać się nie mogło, jak tylko wybuch gazów w szóstym poziomie, powstała panika nie do opisania. Każdy chciał być pierwszy w klatce i na powierzchni. Bez jakiegokolwiek uwzględniania przepisanej ilości pakowano ludzi do klatki, ile tylko umieścić zdołano. Za kilkadziesiąt minut byliśmy już na powierzchni, oddychając świeżym powietrzem.

Dalsza sytuacja

Lotem błyskawicy, pomimo że był to późny wieczór, detonacja ta wywołała nie tylko wszystkich urzędników z ich pomieszkań, ale przychodzili także górnicy z kolonii Sowińca o ćwierć godziny drogi od kopalni oddalonej, jedni zobaczyć, co się stało, drudzy, aby ratować, co możliwe.

Ponieważ już jednak uznano za prawdopodobne, że wybuch nastąpił w szóstym poziomie, do którego dojazd bezpośredni tylko szybem Jana był możliwy, przeto koło szybu Jana zgromadzonych było setki osób, tak mężczyzn, jak i płaczących kobiet. W okamgnieniu nadszedł rozkaz udania się do kopalni w celu niesienia pomocy. Otrzymawszy świeżą lampkę, nie myśleliśmy o niczym innym, jak tylko o ratunku; pojechaliśmy szybem Jana na powrót do kopalni. Zjechawszy na dół, musieliśmy czołgać się kilka metrów w dół po zabudowaniu szybowym, gdyż klatką nie było już można dojechać na postój (stawidła), ponieważ wyrzucony pełny wóz do szybu uniemożliwiał dojazd klatki na dół.

Przyczołgawszy się na dół (dym powybuchowy w międzyczasie uniósł się już z powietrzem), spostrzegliśmy, że 4 posuwaczy szybowych brakuje. Jeden z nich półmartwy siedział już całkiem bez jakiegokolwiek znaku życia w objęciu dębowego stempla, do którego palce obu rąk były głęboko wtłoczone. Okurzony i osmalony dymem i sadzami, z szeroko otwartymi ustami, słabym oddechem okazywał jeszcze pozory życia. Zapytaliśmy się go, co się stało i gdzie ma kolegów. Po chwili odpowiedział, że nie wie, co się stało i nie wie, gdzie są jego koledzy. Tu spostrzegliśmy, że trzej jego towarzysze pracy zostali siłą wybuchu zmieceni 70 m w głąb szybu na siódmy poziom.

Znalezienie jednego jeszcze żywego górnika (któregośmy natychmiast wywieźli na wierzch) dodało odwagi innym górnikom i urzędnikom do energicznej akcji ratunkowej z przypuszczeniem, że jeszcze więcej żyjących zdołamy uratować.

Nie upłynęło jednak całej pół godziny, a znajdowało się nas znów koło 50-ciu z dozorcami i urzędnikami w kopalni, w miejscu katastrofy, gdzie jedni mieli się udać z przyrządami do cucenia zemdlałych do czół, gdzie robotnicy pracowali w miejscach koło 500 do 600 metrów oddalonych od szybu; drudzy znów mieli się udać do 7-mego poziomu, wydobywać trupy brakujących spod szybu 3 narażaczy. Każdy z nas z gotowością poniesienia największej ofiary rozmyślał nad tym, jakie szczęście dla niego będzie, jeżeli zdoła chociaż jednego górnika żywego z pola katastrofy uratować. Każdy myślał o tylu ojcach rodzin, braciach, kolegach i dobrych znajomych, którzy w otchłani śmierci czekają ratunku.
Takim samym sposobem rzucono się na ratunek z zachodniej strony na szybie Franciszki i Głębokim, gdyż te szyby były połączone z sobą przebitymi sztolniami, a objęte zostały katastrofą. Na szybie Franciszki pod komendą szychtmistrza Kurca tym śmielej udano się na ratunek w liczbie około 40 osób, gdyż detonacja w tym oddziale nie była tak silna, jak na szybie Jana. Tak samo ze strony szybu Głębokiego rzucono się na ratunek, gdyż z tej strony pracowali w tym pokładzie górnicy.

Naraz, gdy rozpoczęli akcję ratunkową, dała się słyszeć ponowna detonacja i zupełna przerwa dopływu powietrza, który był o wiele silniejszym, jak zwyczajnie. Zostaliśmy przerażeni, co znów się stało, lecz ani na chwilę nie przypuszczaliśmy o możliwości drugiej eksplozji. Hart ducha, powodowany uczuciami do setek nieszczęśliwych braci górników, usuwał sprzed oczu widmo jeszcze dalszego nieszczęścia. Dopiero po pewnym czasie, kiedy kilku nas wróciło na miejsce najbliższych z wiadomością, że spotkaliśmy tylko trupy, równocześnie od przybywających do nas z wierzchu sił pomocniczych dowiedzieliśmy się, że nastąpił nowy wybuch, gwałtowniejszy od pierwszego, gwałtownością objął zachodnie pole szybu Franciszki. Myśmy na szybie Jana dziwnym trafem ocaleli, tylko w uszach zalegało nam do tego stopnia, że długi czas pozostaliśmy głuchymi. Na szybie Franciszki wybuch drugi spowodował ogromne spustoszenia. Zaskoczył całą załogę ratunkową, wraz z urzędnikami, znajdującą się prawie na głównym przekopie, a śpieszącą na ratunek, rozszarpując wszystkich w kawałki.

To jednak nie potrafiło nas odstraszyć od dalszej pracy, jeżeliby już pomoc jakakolwiek była zbyteczną, przynajmniej co najprędzej zająć się wydobywaniem trupów na wierzch. Naszą odwagę wzmacniała jeszcze ta okoliczność, że pomimo iż już byliśmy świadkami dwóch krótko po sobie powtarzających się eksplozji, nie przedstawił sobie żaden, z jakiego powodu mogły powstać. Nawet urzędnicy z samym dyrektorem, straciwszy chwilowo głowy, nie przeczuwali nic innego, jak tylko zwykłą eksplozję gazów. Sam radca górniczy Grey zjechał do szybu, by na własne oczy widzieć spustoszenie, które przeważnie spowodowała lekkomyślna manipulacja i rabunkowa gospodarka na szybach Larischa. Po drugiej eksplozji, kiedy Grey poczuł huk i świst powietrza, zmiarkował, że coś złego się dzieje i prędko kazał się wywieść na wierzch, zostawiając nas bezradnych na pastwę losu.

W międzyczasie na rozkaz urzędnika wysłano dwóch kopaczy, Kubiczka i Luzara do 5-tego poziomu, polecając im zaszalowanie jednej sztolni koło „Gezenku”, gdzie uchodziło powietrze, omijając katastrofą objęty 19-ty pokład. Według rozkazu kopacze poszli, lecz już więcej nie powrócili, znaleźliśmy ich po 4 latach uduszonych z narzędziami w rękach przy pracy.

Zatrwożeni już tymi wiadomościami, dzieląc się na grupki po 4-5, chwytaliśmy się pracy, usuwania zwalisk z kolei, robiąc sobie wolny przejazd pod szyb. Począwszy od samego szybu, główny przekop przedstawiał straszliwy obraz: zawalony drzewem i kamieniami ze sterczącymi kawałkami wózków, poszarpanych koni i ludzkich ciał. Chodnik, prowadzący do 19-tego pokładu, przedstawiał się jak osmalony komin, zapełniony szczątkami drzewa, żelaza i pełny gryzącego dymu. Smutna to była praca, gdyśmy z wielkim trudem doszli do stopów zwęglonych zwłok, nie mogąc ich na raz zabrać z sobą, gdyż przed zawałami i grożącym jeszcze większym zawaleniem praca była dla nas ogromnie niebezpieczna. Wszystkie zabudowanie było już wybite w tym zasmolonym kanale, napełnionym swądem, tak, że trudno było rozpoznać trupa zabitych i zwęglonych górników. Trwoga przejęła każdego, gdyśmy przeczołgali się na czwórkach przez ogromny zawał jakie 500 metrów od szybu pod główną pochylnię, po której spuszczano każdodziennie fiedrunek z tego pokładu. Pod pochylnią znaleźliśmy około 20 wózków, zbitych w jeden wielki stos, między którymi sterczały dwa zabite konie i kilka trupów ludzkich, bez nóg i rąk, bezkształtne masy ciała ludzkiego. Z pochylni wydobywał się czarny dym, uniemożliwiając nam oddech, co nas upomniało w przekonaniu, że w kopcu w tym dymie nikt żyć nie może. Wszystkie przemurowania i podziałki prądu powietrza zostały wybuchem zdemolowane, kto więc nie zginął od samego wybuchu, musiał się udusić z powodu braku dopływu powietrza.

Dym gwałtownie z pochylni buchający przeraził nas ogromnie, zwłaszcza gdy obecny nadsztygar Lange wykrztusił: „Uciekajmy, bo tam w końcu musi się palić!”. Było nas 15, lecz po tych słowach żaden nie chciał być ostatnim w ucieczce. W największym pośpiechu poczęliśmy wracać do szybu z powrotem.

Za jakie 20 minut, dobiwszy pod szyb, przełażąc po brzuchu przez największe zawalenie, niedaleko dał się słyszeć silny głos: „Jak najprędzej wszystko na wierzch, taki przyszedł rozkaz!”. Nie wiedzieliśmy, co to ma znaczyć. Nastał popłoch nie do opisania, gdyż wszyscy naraz chcieli wleźć do klatki i być jak najprędzej na wierzchu. Szczęśliwie wydobyto nas na powierzchnię około pół do siódmej rano. Urzędnicy, stojąc gromadnie, gwarzyli po niemiecku, czego i tak nikt rozumieć nie był w stanie, gdyż płacz i szlochanie kobiet i dzieci otaczających szyb wszystko głuszył i tłumił. Żandarmeria usuwała publiczność od szybu, myśmy zaś usiedli zmęczeni w lokalu maszyny fiedrunkowej i zamierzaliśmy się nieco posilić dostarczoną nam czarną kawą. Nagle daje się słyszeć ogromny huk, ziemia się zatrzęsła, a ze szybu, z któregośmy dopiero wyjechali, buchnął dym z ogniem. Krzyk, rozpacz straszliwa ogarnęła wszystkich. Każdy szukał okna lub drzwi, aby uciekać jak najdalej od szybu. Kilka kobiet zostało wybuchem rzuconych na ziemię, wzmógł się krzyk dzieci, powstała wokoło prawdziwa panika. Była to trzecia z rzędu eksplozja, a według wyrządzonej szkody na powierzchni, uważana za najsilniejszą. Siła wybuchu zniszczyła całą maszynerię na szybach wiatrowych Henrychy i Fiedrunku. Na szybie Jana ogromne drzwi wchodowe zostały wyrwane i wyrzucone kilka metrów w pole, schody żelazne przymocowane do tzw. wierzchniego bonu, urwane i zmiażdżone. Stojąca na podstawach klatka szybowa siłą wybuchu wyrzucona została jak kawałek papieru kilka metrów w górę. Urzędnicy teraz stracili głowę, poznano bowiem, że w kopalni pali się węgiel, czyli że jest to pożar kopalniany, który nie da się niczym innym stłumić, jak tylko przez zupełne wstrzymanie dopływu powietrza do kopalni. Teraz przypomniano sobie hałdy suchego pyłu węglowego w 19-tym pokładzie, wyrabowane próżne pola, napełnione gazami palnymi. Pierwszy wybuch usunął wszystkie tamy i przeszkody w kopalni, dlatego ponowny wybuch nagromadzonych gazów był tym gwałtowniejszy.

Bergrat Grey pędzi ze strony swego zamku, a trzymając ręce na głowie, krzyczy: „Rany boskie, pożar w kopalni, zakryć natychmiast kopalnię!”. Rozkaz, który poniekąd okazał się koniecznością, zaraz wykonano. W mgnieniu oka dowieziono z niedaleko znajdującej się piły parowej grube deski i zaczęto nakrywać szyb, uzupełniając nakrycie grubą warstwą ziemi, by jakikolwiek dostęp powietrza zatamować. Zamknięto szczelnie szyb, zamykając w ogniu przeszło 300 górników. Odpowiedz dawały niemilknące łkania i płacz przed szybem stojących żon i dzieci, złorzecząc mordercom ich żywicieli. Panowie usprawiedliwiali zamknięcie szybów koniecznością zatamowania powietrza i ugaszenia pożaru, pocieszając pozostałych, że po tych eksplozjach, których było kilka po sobie, nie może żaden żywy w kopalni się ostać. Zamknięto szyby Jan i Karol, Franciszka i Głęboki, mające łączność podziemną ze sobą. Że nieszczęśliwi górnicy, skutkiem wybuchu nie wszyscy zostali na miejscu uśmierceni, wykazały później znalezione trupy w różnych pozycjach, dowodzące najlepiej, że pewna część była spalona, a inni z chustkami lub innym przedmiotem w ręku ratowali się, robiąc tym sposobem sztuczne powietrze, ale pozbawieni światła nie mogli się ocalić. Pozostaje na zawsze nierozwiązaną zagadką, czy w chwili szczelnego zamknięcia szybów nie znajdował się już nikt żywy z górników w kopalni.

Po zupełnym zamknięciu szybów Jana i Karola, Franciszki i Głębokiego, jako też przynależnych do tego pola szybów wiatrowych i po pogrzebaniu trzech górników, których znaleziono pod szybem zabitych, na kopalniach zapanowała cisza grobowa. Pomimo wstrzymania dopływu powietrza do kopalni wskutek zakrycia szybów, następowało jeszcze kilka po sobie powtarzających się eksplozji wybuchowych o słabszej detonacji, dosłyszanej jednakowoż na wierzchu. Na każdym zamkniętym szybie zmontowano przyrządy do mierzenia siły wybuchowej i rozmiarów pożaru. Wyniki badań zapisywano co kwadrans, później co pół godziny, do czego na każdym szybie przeznaczono zaufanego górnika. Górników kilka setek, pozostałych teraz bez zarobku, rozesłano na sąsiednie kopalnie w zagłębiu, a pewna część, przerażona katastrofą, uciekła, aby więcej na kopalnie nie wracać.

W kopalni tymczasem 330 mężczyzn w sile wieku spoczęło w szalejącym ogniu 300 m głębokiego szybu. Zjeżdżały się komisje górniczo-rządowe, nie tyle dla badania przyczyn straszliwej katastrofy, lecz aby radzić nad sposobem dostania się do kopalni i ugaszenia żywiołowego pożaru. Po każdej komisji i jej obradach krążyły pomiędzy górnikami różne dociekania. Jedni mówili, że kopalnie zostaną zalane wodą, inni znów, że dostęp kopalni na kilka lat zostanie zamknięty, aby tym sposobem spowodować ugaszenie pożaru. Następnie około każdego szybu ustawiono straż szybową, złożoną z kilku starszych górników, którzy mieli pilnować dostępu obcym do szybu.

Los załogi szybowej

Tragedia katastrofy nie ograniczyła się tylko do ofiar pozostałych w kopalni, lecz dotknęła całej załogi szybowej. Skutkiem zamknięcia szybów, pozbawionych zostało setki górników pracy i zarobku. Po upływie około sześć tygodni po katastrofie wyszedł rozkaz od nadeszłych całkiem obcych urzędników kopalnianych (gdyż urzędnicy kopalni, z wyjątkiem kilku sztygarów i jednego inżyniera, razem z bergratem Greyem po katastrofie z kopalni się usunęli), aby z szybu Głębokiego, jako pola najbardziej oddalonego od miejsca katastrofy, jak również w poziomie najgłębszym rozpocząć pracę i śledztwo tak za ogniem, jak również za rozmiarem objętych przez pożar pól węglowych.

Katastrofa przeraziła wszystkich górników do tego stopnia, że ciężko było znaleźć odważnego ochotnika, który zgodziłby się pierwszy zjechać do kopalni (szyb Głęboki aż do tej chwili również był szczelnie zamknięty). Długo namyślaliśmy się, stawiając sobie przed oczy prawdziwy obraz pożaru w pokładzie 19-tym, zanim zgodziliśmy się zaryzykować swe życie i spuścić się w głębiny gorejącego piekła. Brak zarobku dodawał nam odwagi. Kilku najśmielszych w towarzystwie dozorców przecież zgodziło się pojechać w dół.

Rozpoczęliśmy pracę, torując sobie zaraz od szybu głównym przekopem ku starej pochylni prowadzącej połączenie wiatrowe na główny „Querschlag” pod szyb wiatrowy szybu Franciszki. Główny ten przechód łączył także pole 19-tego pokładu, objętego pożarem.

Praca to była okropna, nie dająca się nawet opisać. Rozdzieloną szychtę na cztery zmiany po 6 godzin każdy z nas w największym strachu i pocie czoła w kopalni przeżywał. Każdy najmniejszy szelest spadających kamieni lub pękanie drzewa, przestraszał nas tak, że uciekaliśmy aż pod szyb.

Po kilku dniach żmudnej pracy dotarliśmy na wspomniany główny „Querschlak”, jakie 500–600 m nad pochylnią prowadzącą od samego szybu Głębokiego. Zaznaczyć tu wypada, że pracę tę zaraz od szybu wykonywaliśmy w aparatach, w które ubierali się trzej górnicy i za pomocą sztucznie tłoczonego przez węże powietrza, wprowadzanego aż do maski, posuwaliśmy się do otwartego pola naprzód. Co kilkanaście metrów budowaliśmy przejścia naprzód, zamykając szczelnie całą szerokość oczyszczonego chodnika, spowodowaliśmy tym sposobem zamknięcie dopływu zdrowego powietrza do katastrofalnego pola pożaru. W ten sposób etapami posuwaliśmy się coraz bliżej miejsca pożaru.

Gdy doszliśmy w ten sposób na główny chodnik, który krzyżował się w stronę szybu wiatrowego, zamknęliśmy murem 30 cm przychód w stronę szybu Franciszki. Panowie fachowcy, kierujący całą akcją i pracą w kopalni, skonstatowali, że przez wykończenie powyższej tamy został pożar zlokalizowany. Dla oszczędności kosztów dalszej pracy uznali za stosowne puścić w ruch maszynę wiatrową (wentylator) szybu Głębokiego.

Co postanowili, to też wykonali. Za kilka godzin po puszczeniu w ruch wentylatora powstała nowa straszna detonacja, szczęśliwym trafem w innym poziomie. Byliśmy o jedno piętro wyżej w maskach, w zamiarze zamurowania w szybie starego otworu w tak zwanym trzecim horyzoncie.

Pomimo szelestu, jaki nam sprawiało powietrze sztucznie wciskane do aparatu, odczuliśmy straszny łoskot i zachwianie się podstaw ziemi. Klatka szybowa, na której znajdowaliśmy się, wykonując przekazaną pracę, gwałtownie wyrzucona została w górę i znów opadła. Objęci wszyscy trzej rękami, drżąc na całym ciele, czekaliśmy co dalej z nami będzie. Po kilku minutach daliśmy znak do wyjazdu. Wyjechawszy na wierzch, zobaczyliśmy tłum ciekawej i szlochającej publiczności, docierającej się do szybu, aby się przekonać, czy jesteśmy żywi, gdyż z szybu wiatrowego buchał pełną gardzielą czarny dym wraz z płomieniami ognia. Byliśmy ocaleni. Nasze ocalenie przypisywano temu, że siła większa wybuchnęła do otwartego szybu Głębokiego i w jego stronę, gdzie na szczęście w tym dniu aż do zamurowania przez nas wspomnianego starego otworu, w pracy na dole nikogo nie było.

Konsylium fachowców

Po tym wybuchu uznano, że pożar jest daleko bardziej rozszerzony, aniżeli początkowo przypuszczano. Ponownie zamknięto dopływ powietrza do szybów. Wszystkie roboty w tych 4 kopalniach, czyszczenie przejść, przeprowadzano wyłącznie w maskach, bez używania pomocy maszyn wiatrowych.

Trwoga nad dalszą sytuacją

Ponowny zjazd obcych urzędników i fachowców górnictwa, narady i komentarze wytworzyły w opinii publicznej trwogę o dalszy los pożarem ogarniętych kopalń. Zrozumiano, że pożar nie ograniczył się do odpadków węglowych, nagromadzonych w pokładzie wyratowanych pól, lecz ogarnąć musiał węgiel nienaruszonych, lecz drobno poćwiartkowanych filarów.

Za kilka dni wydano polecenie rozpoczęcia ponownej pracy w szybie Głębokim, lecz nikt nie chciał wdziewać na siebie aparatu i jechać do kopalni. Nie pomagały przyrzeczenia 2 K oprócz należytej zapłaty normalnej na zmianę, jako dodatkowe wynagrodzenie, każdy drżał ze strachu, w obawie o własne życie, nawet gotowość podwyższenia płacy nie wywarła pożądanego skutku. Staliśmy w otoczeniu urzędników przed zamkniętym szybem Głębokim, gdzie wszystko przygotowano, aby wjechać do szybu. Nakrycie szybu składało się z podwójnych grubych desek, zrobionych drzwi na rozsuwanie, każda połowa składała się z dwóch części, sporządzonych tak, aby otwór dla puszczenia klatki szybowej jak najprędzej znów było można zamknąć. Klatka (Schata) już przygotowana do wjazdu, uzbrojona była w przyrządy telefoniczne i bezpieczeństwa. Na ścianie klatki zawieszono tabliczkę z przepisem, jak należy zachować się górnikom, którzy wjadą do kopalni, zarazem zarządzono oświetlenie elektryczne za pomocą lamp. Ustanowiono na końcu czterech starszych górników, którzy na wymianę po dwóch wykonywać mieli obowiązki straży bezpieczeństwa, szczególnie pozostawać w stałym kontakcie z trzema górnikami wpuszczonymi do kopalni. Widząc zarządzenia jak najbezwzględniejszego bezpieczeństwa, wystąpiłem z oświadczeniem, że decyduję się iść w głąb kopalni razem z dozorcą K., wyznaczonym przez zarząd kopalni. Drugi zgłosił się na ochotnika murarz S. Było nas trzech przygotowanych ubierać się do maskowego aparatu. Wyznaczeni dwaj rzemieślnicy zaczęli nas ubierać, kładąc nam przez głowy z nieprzemakalnej materii sporządzoną maskę z rękawami, okrywającą nas do pasa, gdzie ściągnięta została silnie rzemieniami. Górna część maski, sztywna na wzór głowy, okrywała głowę z przodu do twarzy, posiadając szklane, okrągłe okienko do otwierania.

Minęło jakie pół godziny czasu, zanim zdołano nas ubrać w aparaty, w myśl podanej przez specjalnego technika instrukcji. Już jesteśmy przygotowani, aby wstąpić do klatki, aż tu naraz obok stojący murarz S. otwiera okienko aparatu i krzyczy: „Zrzuć ze mnie aparat, nie pojadę do szybu, mam jeszcze czworo małych dzieci w domu!”. Nic nie pomagały namowy urzędników i zachęcania z otoczenia. Musiano go zwolnić i szukać pomiędzy otoczeniem innego ochotnika. Po dłuższej rozwadze zgłosił się R., również murarz kopalniany, którego prędko ubrano w maskę i nareszcie stanęliśmy w klatce nad szybem. Pomaleńku, żegnanych jeszcze przez pozostałych na wierzchu, zaczęto nas wpuszczać w głąb kopalni. Z chwilą opuszczenia klatki zasunięto prędko za nami drzwi szybowe, zalepiając szczelnie każdą szparę do szybu.

Zjechawszy na dół, zaraz przekonaliśmy się, jakie spustoszenie spowodowała przed kilku dniami ponowna eksplozja. Świadczyły o tym zaraz zwały podszybowe. Jęliśmy się pracy we dwójkę, zaś dozorca nasz pilnie przestrzegał przepisów bezpieczeństwa, sygnalizując raz po raz na powierzchnię szczegóły pracy.

Po kilku dniach pracy, prowadzonej z półgodzinnymi, a później jednogodzinnymi zmianami, dotarliśmy do miejsc zamurowanych, sporządzonych przed kilkoma tygodniami przed ostatnim wybuchem. Tam mogliśmy skonstatować siłę detonacji, gdyż z naszego muru ani jedna cegła nie leżała na drugiej, wszystko było wymiecione. Zmuszeni byliśmy ponownie zamurować wszystkie otwory, naturalnie zabrało to więcej czasu, gdyż tylko trzej mogliśmy pracować, a to jeden murował lub budował, zależnie od potrzeby, drugi mu przyświecał, trzeci donosił materiał. Zaznaczyć muszę, że powietrze nas otaczające napełnione było taką masą gazów, że niemożliwym było nawet na sekundę otworzyć szklane drzwiczki od aparatu w celu przemówienia. Przy pracy zmuszeni byliśmy porozumiewać się za po mocą migawek. Szelest prawie koło uszu cisnącego się zdrowego powietrza dwoma kanalikami do aparatu, uniemożliwiał jakikolwiek słuch.

W ten sposób postępowała praca, że w aparatach przeszliśmy 50-100 metrów głównym chodnikiem, zamykając mniejsze boczne chodniki za sobą cienkim murem. Do tych wskazanych metrów sięgały też węże, prowadzące powietrze do aparatu. Tam znów zrobiliśmy (w aparatach) poprzeczny podwójny mur 3-4 m oddalony od siebie. Do każdego poprzecznego muru (ściany) wprawione zostały drzwi, mające w środku szklane okienko. Kiedy to było gotowe, posunięto całą pracę o tyle metrów naprzód. Miniętą tzw. szleisę zdemolowano i znów dalej robiono nową itd. postępowano do osiągnięcia ponownych 50 lub 100 m, zależnie od sposobu zrobienia nowego odgraniczenia, czyli szleisy. Bardzo praktycznie zbudowany został przyrząd do prowadzenia zdrowego powietrza do aparatów maskowych przewodami rurowymi z wierzchu od maszyny kompresowej aż do miejsca prowadzenia pracy. Kilka metrów przedmurowano poprzednią ścianę chodnika, położono trzy drewniane wyżłobione koła osadzone na podstawach w ten sposób, aby łatwo można nimi obracać.

Na koła natoczono gumowe węże, nie przepuszczające powietrza, które następnie połączono z przewodem powietrza z powierzchni. Drugi koniec węży przymocowano do tułowia aparatu i w ten sposób do aparatu stale dopływało powietrze. Z chwilą, gdy zostaliśmy już uzbrojeni w aparaty, otwarły się pierwsze drzwi szleisy i stanęliśmy pomiędzy murami, zamykając za sobą pierwsze drzwi, które starannie obmazywano ślinem, aby uniemożliwić najmniejszy dostęp powietrza za nami. Każde drzwi posiadały na samym spodzie wyrżnięty otwór na pomieszczenie węża, który każdy sam dla siebie ciągnął jako jedyną arterię swego życia. Z chwilą, gdy już pierwsze drzwi szleisy zostały szczelnie zamknięte, dano nam znak lampką przez szklane okienko, że możemy iść dalej, po czym otwarliśmy drugie drzwi i wstąpili do dalszej pracy. Przed szleisą, przy kołach z natoczonymi wężami, siedział zawsze dozorca, zobowiązany pilnie strzec nasze ruchy za szleisą. Gdy już oddaliliśmy się zbyt daleko lub chodnik miał skrzywienia, zmuszeni byliśmy co 5 minut przychodzić jeden aż do drzwi okienka i dawać znak lampą, że praca idzie w porządku. Na wypadek grożącego niebezpieczeństwa lub natrafienia na ciała ludzi trzej przychodziliśmy do szleisy, zamykając za sobą drzwi.

Pierwsze zwłoki zabitych dwóch kolegów znaleźliśmy jakie 20 m od głównego chodnika prowadzącego do szybu Głębokiego, w położeniu siedzącym, opartych o ścianę węgla, w tzw. chodniku wiatrowym. Z pozycji tych nieszczęśliwych było można wywnioskować, że zostali uduszeni bądź zaraz po eksplozji, lub później z braku powietrza, kiedy szyby zamknięto. Natrafienie na pierwsze ofiary strasznego nieszczęścia wywarło na nas niesamowite wrażenie; stanął przed nami ten straszliwy obraz walki żywotów ludzkich z żywiołem, jaki miał miejsce w dniu wybuchu i zapalenia się węgla w kopalni. Przejęci do głębi uczuciami do nieszczęśliwych ofiar, przygotowaliśmy nasze nerwy do następnych tego rodzaju niemiłych spotkań.

W piekielnej otchłani

Kiedyśmy doszli do tak zwanego głównego chodnika (Querszlaku) jako łącznikowej arterii 19-go pokładu, na głównym wekslu leżały hałdy zwęglonych i straszliwie zszarpanych ciał ludzkich, pokryte zwałami kamieni i drzewa. Kilka zmian pracy minęło, zanim zdołaliśmy usunąć przeszkody i przystąpić do wydobywania już prawie w rozkładzie znajdujących się ciał ludzkich. Kilkutygodniowe powodzenie w naszej pracy dodało otuchy także innym górnikom, którzy zgłaszali się na ochotników do pracy w głębinach kopalni. W międzyczasie zdołano zorganizować kilka oddziałów zluzowania oraz załóg wymiennych. Podobne prace podjęto też ze strony pola wschodniego od szybu Jana i Karola. Prawie mijał rok po katastrofie, gdy zaczęto wydobywać zwłoki zabitych górników. Rzadko niestety natrafiono na całe ciało człowieka, znaleźliśmy przeważnie tylko cząstki ciał.

Wydobywanie trupów zarządzono w ten sposób, że ciało przynieśliśmy do szleisy, gdzie były przygotowane trumny, które następnie zabito gwoździami i odesłano do trupiarni na cmentarz karwiński, z której odbywał się pogrzeb.

Z chwilą zamknięcia szybów po katastrofie ustało także wszelkie pompowanie wody z kopalni. W następstwie tego niżej położone pola ze strony szybu Jana i Karola zostały zatopione, woda wystąpiła aż do wysokości szóstego poziomu, w którym znajdował się nieszczęśliwy 19 pokład. Polegli górnicy, którzy pracowali w poziomie szóstym 19 pokładu zostali zatopieni, a zarazem wszystkie konie w dzień katastrofy spoczywające w stajni, jako też przy zaprzęży wozów.

Wydobywanie ciał nastąpiło w rok po katastrofie i trwało przeszło dwa lata, tak, że znalezione ciała były w zupełnym rozkładzie. Przy tej pracy dostarczono nam gumowych rękawic, które miał każdy nosić. Jeżeli widok zeszpeconych i spalonych ciał ludzkich, znalezionych w miejscach suchych, przerażał, co dopiero mówić o znalezionych w zatopionych miejscach. Straszliwie śmierdzącą wonią nacuchnęliśmy tak, że na wierzchu nikt nas rozbierać z aparatów nie chciał.

Jakie męczarnie musieli ci biedacy górnicy znieść, świadczyły najlepiej te straszne zszarpane i zwęglone trupy. Jeszcze gorzej musiało dziać się z tymi, których znaleźliśmy w pozycjach ratunkowych. Na przykład w jednym czole znaleźliśmy koło 20 razem, jednych siedzących, drugich leżących w zdartych i zarzuconych na głowę koszulach, inni trzymali się w objęciach. Było widać, że nie zostali zabici skutkiem eksplozji, a zginęli od uduszenia.

Koło trzech lat trwała tego rodzaju praca dająca materiał o rozmiarach i skutkach katastrofy. Przeszukano skrupulatnie główniejsze chodniki i sztolnie, by ciała nieszczęśliwych górników odnaleźć.

Pomimo największych wysiłków i ofiar i pracy nie można było dotrzeć do wszystkich miejsc, gdzie górnicy przed katastrofą pracowali. Pewne miejsca, tak zwane rabunki, siłą eksplozji lub z powodu zbutwienia drzewa, zostały w taki sposób zwalone, że stały się niedostępnymi dla człowieka. Strop nad 19 pokładem był bardzo słaby, toteż zawały sięgały w niektórych miejscach kilkadziesiąt metrów w górę. Nikt nie jest w stanie podać dokładnie liczby, ilu z robotników zdołano wydobyć na wierzch i pogrzebać, a ilu zostało pogrzebanych w kopalni.

W miarę postępowania prac oczyszczających w kopalniach przybywało coraz więcej ochotników do pracy w aparatach, tak, że w trzecim roku po katastrofie, gdy wydobywanie trupów było już na ukończeniu, załogi zmienne liczyły już po 200 górników. W końcu przyszła kolej na oczyszczenie stajni, w których leżało uduszonych przeszło 30 koni. Otrzymaliśmy rozkaz udać się do V i VI poziomu dla oczyszczenia stajni z padliny końskiej. Każdy otrzymał nowe kauczukowe rękawice i topór osadzony na dłuższym „helmisku”, za pomocą którego kazano nam padlinę końską rąbać w kawałki i pakować do specjalnych krytych wozów do tego celu sporządzonych. Dochodząc przed drzwi stajni i zobaczywszy ten niezwykły obraz, w różnych pozycjach leżące konie, nie mogliśmy na razie opanować nerwów, aby wykonać przekazaną pracę. Za kilka tygodni zostały i stajnie oczyszczone, padlina wydobyta na wierzch i pogrzebana w głębokim rowie koło hałdy odpadków szybu Jana i Karola.

Uczuciowe objawy hr. Larischa

Opis fragmentów katastrofy nie byłby zupełny, gdybym omieszkał podnieść, z jakimi uczuciami odnosił się do ofiar katastrofy przedsiębiorca bogobojny dr. Larisch. Karwińskim probostwem zarządzali wówczas Jezuici, sprowadzeni do Karwinej na skutek zabiegów dr. Larischa. Jezuici byli też najwierniejszymi doradcami w takim wypadku, gdy chodziło o wyraz uczuciowy w obrazie bigoteryjnym dla nieszczęsnych następstw katastrofy. Dla zagłuszenia wyrzutów sumienia Larischa i zagłuszenia płaczu wdów i setek sierót, polecono Larischowi wybudować skromną kaplicę, na polu około drogi w pobliżu dworu Henryka.

W miejscu, gdzie wystawiono kaplicę, 240 metrów pod ziemią znajduje się prawie środek nieszczęśliwego pola górniczej katastrofy dnia 14 czerwca 1894. Na tym miejscu spoczywa do dziś dnia kilkadziesiąt ofiar katastrofy.

Skutkiem katastrofy (której przyczyna nie została ujawniona) postradało życie setki zdrowych w sile górników, ojców rodzin, pozostawiając setki sierót i wdów. Kaplica ma być dowodem uczucia i łaski dla nieszczęśliwych.

Dla górników, szczególnie postępowych, kaplica jest świadkiem zbrodni popełnionej na bezrobotnym robotniku przez nieubłagany i nienasycony wyzysk przedsiębiorców. Jest to zarazem widoczny znak wołających o pomstę za krzywdy, która nastąpi wtenczas, kiedy górnicy uzbrojeni w silną organizację, zmienią dzisiejszy morderczy porządek w górnictwie, który przedsiębiorcy przynosi krocie zyski, a nie zna litości a krzywd wdów i sierót.

Końcowe uwagi

Fragment katastrofy górniczej, zobrazowany w niniejszym prawdziwym streszczeniu, stanowi tylko ogniwo tego zbrodniczego łańcucha, którym opasane są kopalnie węgla.

Nastręcza się pytanie o przyczyny wyjątkowego zainteresowania się prawie tą katastrofą z 14 czerwca 1894 r. z pominięciem dziesiątek podobnych nieszczęść na innych kopalniach. Wyjątkowo charakteryzuje tę katastrofę znaczenie historyczne, określające lekkomyślność wobec życia robotnika. Istnieje przynajmniej zwyczaj, że po nieszczęściu szuka się następnie przyczyn i winowajców tego złego. W tym wypadku stwierdzenie przyczyn pośrednich i znalezienia winnego katastrofy, w której prawie cała załoga pokładu zginęła – stało się prawie niemożliwym. Różne osądzenia i przypuszczenia nie mogły być uznane za wiarygodne, tym bardziej, że katastrofa nie ograniczyła się do jednego katastrofalnego wybuchu, który powtórzył się co najmniej siedmiokrotnie.

A jednak przyczyna tego straszliwego nieszczęścia była i jest do dziś dnia widoczną. Znajduje ona wyraz w zachowaniu się właściciela kopalni, w stosunkach prawnych zobowiązań, wobec widma niebezpieczeństwa widocznego każdodziennie. Bez najmniejszych skrupułów i zastanowienia się nad następstwami, rabunkowa eksplozja grubego na 4 metry pokładu, przepełnionego najwyższym procentem palnych gazów nakazywała zachowanie największej ostrożności. Tajemnicą pozostaje na zawsze, w czym leży przyczyna katastrofy, czy zapalenie gazów nastąpiło od strzału lub lampy. Bezpośrednią przyczynę tej katastrofy przypisać należy tej okoliczności, że nie dopatrzono ostrożności nawet w najprymitywniejszych zarządzeniach.

Następstwa po katastrofie również stanowią wyróżniające okoliczności. Przeszło 4 lata po katastrofie musiano zupełnie zamknąć nie tylko szyb Jan Karol wraz z pokładem 19 i produkcję zastawić, lecz odbiło się to na reszcie szybów Larischa. Przeszło trzy tysiące górników zostało pozbawionych pracy i zarobku, zmuszonych bądź szukać pracy na sąsiednich kopalniach lub zupełnie pożegnać górnictwo. Kopalnie, objęte katastrofą, wczoraj jeszcze w szalonym tempie produkcji, zamienione zostały na smętne grobowce, odwiedzane codziennie przez płaczące wdowy i sieroty. Koło kopalni zamiast kręcących się urzędników, naganiaczy do pośpiechu w pracy produkcji, widać tylko jakiegoś starszego górnika, któremu powierzono obecnie dozór nad szczelnie zamkniętą kopalnią. Kolonie górnicze przedstawiały pustkowie. Mężczyźni albo spoczywali w głębi szybu, a inni zmuszeni wędrować za pracą, tygodniami całymi nie wracali do rodziny. Trudno opisywać te przeżycia górników po katastrofie, do czasu, gdy po 4 latach w pojedynkę powracali znów na swoje stare miejsca, aby oglądnąć już na własne oczy następstwa strasznej katastrofy.

Katastrofa na szybie Jan Karol w dniu 14 czerwca powinna być wcielona w historię walki w obliczu śmierci.

Alojzy Bonczek

 

Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem autora, Drukarnia Ludowa we Frysztacie, 1931. Na potrzeby niniejszej publikacji dokonano drobnych poprawek językowych dostosowujących polszczyznę do współczesnych reguł, ale zachowując jak najwięcej pisowni oryginalnej. Oryginalne wydanie broszury znajduje się w zbiorach Książnicy Cieszyńskiej i jest zdigitalizowane przez nią. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska.

 

Alojzy Bonczek (1865-1937) – urodzony w Suchej Górnej na Śląsku Cieszyńskim w rodzinie robotniczej, po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął pracę jako taczkarz w kopalni Handwerk/Gabriela w Karwinie. Jako 16-latek był jednym z inicjatorów dzikiego strajku taczkarzy. Po odbyciu czteroletniej służby wojskowej pracował jako rębacz w kopalni Jan-Karol w Karwinie aż do roku 1905. Należał do pierwszego robotniczego zrzeszenia w zagłębiu karwińsko-ostrawskim – „Prokop”, które stanowiło zalążek lewicowego związku zawodowego Unia Górników, którego był jednym z lokalnych liderów. W roku 1900 był członkiem komitetu strajkowego podczas ogromnego, 11-miesięcznego strajku powszechnego górników w zagłębiu karwińsko-ostrawskim. Od początku XX wieku działacz austriackiej partii socjaldemokratycznej, a od roku 1905 Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. Należał do inicjatorów powołania pierwszej na Śląsku Cieszyńskim spółdzielni spożywców – utworzonej w 1897 roku w Stonawie – która dała początek silnemu ruchowi spółdzielczemu na tym terenie. Wieloletni współpracownik pism lewicowych: „Górnik” (w latach 1915-1918 był jego redaktorem prowadzącym), „Kropidło” i „Robotnik Śląski”. W momencie formowania się niepodległych państw na gruzach monarchii był członkiem Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego. Po przyznaniu jego rodzinnych stron Czechosłowacji, należał do twórców i liderów Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. W obliczu jej skrętu w kierunku „internacjonalizmu”, w 1935 należał do rozłamowej grupy, która utworzyła Polską Partię Socjalno-Demokratyczną. Pełnił rozmaite funkcje społeczne – w ruchu związkowym, spółdzielczym, w samorządzie lokalnym. Autor kilku broszur lewicowych – ideologicznych oraz historyczno-wspomnieniowych, a także „Historii budowy kościoła w Stonawie”.