przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 3 października 2017 | opinie
Sumeryjski wyraz „amargi” jest uznawany za najstarszy znany nam odpowiednik słowa „wolność”. Używany był najczęściej do opisania sytuacji osoby, która uwolniła się od długów. Zdaniem Davida Graebera, słynnego amerykańskiego antropologa, podobny związek między wolnością a długiem istniał w języku hebrajskim. W Biblii „bycie wolnym” oznacza często „bycie wolnym od długów”. W starożytnym Rzymie wolność była początkowo powiązana przede wszystkim z instytucją niewolnictwa: człowiek wolny to po prostu człowiek, który nie był niewolnikiem. Jak zauważa Graeber, takie podejście również wpisuje się w historię relacji między wolnością a długami, gdyż w świecie starożytnym niemożność spłacenia należności często prowadziła do popadnięcia w stan niewoli.
W badaniach CBOS-u z 2015 roku 41% Polaków i Polek deklarowało, że ich gospodarstwo domowe ma długi. Z kolei według raportu BIG InfoMonitor w marcu 2016 roku ponad dwa miliony rodaków nie radziło sobie z terminowym regulowaniem zobowiązań finansowych. Dla nikogo nie powinno to być zaskoczeniem. Badacze kapitalizmu od dłuższego czasu podkreślają, że współczesne społeczeństwa to „społeczeństwa życia na kredyt”. W znaczącej części państw zachodnich realne płace przedstawicieli klasy średniej i niższej stoją w miejscu od lat 80. XX wieku, więc dla większości ludzi jedynym sposobem zaspakajania potrzeb takich jak posiadanie mieszkania jest wzięcie kredytu. Nie słychać jednak, aby media ostrzegały, że tracimy cząstkę swojej wolności z powodu konieczności życia na kredyt. Nie wynika to bynajmniej z braku zainteresowania tematem wolności. Żadna inna wartość nie cieszy się współcześnie tak dużym poważaniem jak wolność. Wielu dziennikarzy i intelektualistów prześciga się w deklaracjach, kto jest jej większym obrońcą.
Dlaczego zatem mało kto staje w obronie wolności dłużników? Dlaczego nie słyszymy głosów oburzenia, że system oparty na kredytach jest systemem, który z definicji musi ograniczać wolność? Dlaczego autorytety medialne nie biją na alarm, że konstrukcja współczesnych społeczeństw jest głęboko wadliwa pod tym względem? Powód jest prosty. Pojęcie wolności zostało zawłaszczone przez neoliberałów, dla których zniewolenie objawia się przede wszystkim w postaci interwencjonizmu państwowego, a nie w formie ograniczeń wynikających z nierówności społecznych. Dlatego o wiele łatwiej natrafić w mediach na narzekania, że wolność odbierają nam podatki, niż na głosy upominające się o swobody ludzi zmuszonych żyć na kredyt.
Żeby było jasne – nie chodzi o to, że „wolność od długów” jest tą prawdziwą wolnością, a wszystkie inne są fałszywe. Szukanie jedynego właściwego znaczenia słów jest zazwyczaj ryzykowne, szczególnie w przypadku wyrazów o długiej i skomplikowanej historii. Bezsensowne byłoby też stwierdzenie, że wolność wiąże się wyłącznie z naszą sytuacją materialną. Przedstawiciele wielu grup społecznych, na przykład kobiet oraz mniejszości seksualnych, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że swobodę działania można ograniczać na wiele sposobów. Jednak rozpatrywanie wolności w perspektywie zjawisk takich, jak dług czy nierówności społeczne, jest w pełni uzasadnione – zarówno historycznie, jak i filozoficznie.
Nie trzeba być marksistą, żeby dojść do takiego wniosku. O tym, że bieda lub niestabilność finansowa mogą wpływać na nasz poziom wolności pisali znani myśliciele liberalni: Isaiah Berlin i John Rawls. Niestety cechą charakterystyczną polskiego liberalizmu – a przynajmniej tej jego postaci, która dominuje w przekazie publicznym – jest to, że pozycję autorytetów zajmują Milton Friedman i Leszek Balcerowicz, a nie jakiś tam Rawls. Rację ma Andrzej Szahaj, gdy złośliwie nazywa ten światopogląd „sarmackim popliberalizmem”.
W tej układance, z oczywistych względów, prawie w ogóle nie ma miejsca dla myśli lewicowej. Widać to choćby po tym, że przedstawiciele lewicy często starają się nie tyle zaproponować własne rozumienie wolności, co raczej mówić, że oprócz wolności liczy się także równość czy sprawiedliwość. Takie podejście jest rzecz jasna zrozumiałe – gdy lewica dobije się już do swojego 30-sekundowego okienka w mediach, to nie bardzo ma czas, aby tłumaczyć zawiłości związane z tym, czym jest wolność. Co nie zmienia faktu, że w społeczeństwie z silną lewicą, to neoliberałowie mieliby językowy problem z wolnością. Musieliby głowić się nad tym, jak mówić o niej w oderwaniu od równości, ponieważ zależność jednej od drugiej byłaby uznawana za punkt wyjścia.
Wolność to nie jedyny przykład tego, jak dalece język polityczny jest podporządkowany neoliberalnemu światopoglądowi. Weźmy popularne ostatnio słowo „symetryzm”. Media oraz neoliberalni politycy przez lata robili wiele, aby zacierać różnice między lewicą a prawicą. Wszystko, co wyłamywało się z neoliberalnego konsensusu, było populizmem. Zresztą ta strategia obowiązuje do dzisiaj. Witold Gadomski, Wojciech Maziarski czy Cezary Michalski dokładają wszelkich starań, aby wdrukować w głowy swoich czytelników przekonanie, że „PiS i Razem w jednym stoją domku”. Choć każda uczciwa osoba – niezależnie od stosunku do PiS-u oraz Razem – musi przyznać, że różnice między tymi partiami w sprawach takich, jak Unia Europejska, demokracja, prawa kobiet, mniejszości seksualnych czy imigrantów, są olbrzymie. W mediach głównego nurtu nie toczy się jednak burzliwa debata na temat symetryzmu neoliberałów. Naczelni „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka” nie besztają swoich dziennikarzy za szerzenie relatywizmu. Tłumaczyć muszą się tylko ludzie, którzy na pytanie „PiS czy Platforma Obywatelska?”, odpowiadają „ani to, ani to”. Mówiąc inaczej, tłumaczyć musi się tylko lewica. Czasami przed ludźmi, którzy lubią się przedstawiać jako jej sympatycy.
Słowo „populizm” jest kolejnym przykładem udanego spychania lewicy do defensywy. W ostatnich latach „szerzenie się populizmu” zostało uznane za największe zagrożenie cywilizacyjne. Jednak, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych felietonów dla „Nowego Obywatela”, w oczach neoliberałów populistyczny jest zarówno szczujący na imigrantów Donald Trump, jak i walczący z nierównościami społecznymi hiszpański Podemos.
Stworzenie z populizmu głównego wroga demokracji stawia lewicę w trudnym położeniu. Rodzi bowiem pokusę, aby pogodzić się z tym, że słowo „populizm” stało się synonimem zła wszelkiego, a wszystko, co można zrobić, to spróbować je przedefiniować. Na przykład zacząć mówić o „populizmie prawicowym” albo „liberalnym”. Gdy owo przedefiniowanie jest wystarczająco mocne, na przykład polega na zupełnym odwróceniu ról i nazywaniu „populistami” ludzi, którzy najchętniej sięgają po to słowo, wtedy możemy mówić o ciekawym i względnie skutecznym rozwiązaniu. Gdy jednak przedstawiciele lewicy przyjmują zbyt wiele elementów liberalnego rozumienia słowa „populizm”, popełniają wtedy strategiczny błąd, przed którym przestrzegają badacze zajmujący się analizą retoryki politycznej. Najgorsze, co możesz zrobić, to zacząć mówić językiem swojego przeciwnika – twierdzi George Lakoff, amerykański kognitywista, która napisał książkę o tym, dlaczego przez lata Demokraci przegrywali w amerykańskich wyborach z Republikanami. To trochę tak jakby zgodzić się na rozgrywanie meczu na boisku rywala.
Łatwo zbyć tego typu rozważania jako dotyczące w gruncie rzeczy spraw nieistotnych. Co tam język – czy rzecz nie w tym, aby mieć odpowiedni program i organizować się w celu jego realizacji? Oczywiście, zarówno program, jak i organizowanie się są niezwykle potrzebne, ale to naprawdę nie jest przypadek, że w trakcie wyborów partie nie ograniczają się do opublikowania zestawu własnych propozycji. Język jest ważny, bo to za jego pomocą myślimy i kształtujemy nasze poglądy na świat. Jakakolwiek formacja polityczna, która chce odnieść sukces, musi wprząść własne wartości do języka, którym rozmawiają ze sobą na co dzień Polki i Polacy. Chyba każda przedstawicielka lewicy przynajmniej raz spotkała się z sytuacją, gdy uzbrojona w wiedzę i odpowiednie dane przemawiające na rzecz jej poglądów, rozbijała się ostatecznie o to, że jej dyskutant miał neoliberalne wyobrażenia na temat tego, czym jest wolność.
Lewica walkę o język przegrała w większości krajów rozwiniętych. W Polsce ta klęska jest jednak szczególnie dotkliwa. Złożyło się na nią kilka czynników. Jednym z nich była nasza specyficzna sytuacja historyczna. Uwolnienie się od wpływów rosyjskich było w polskim przypadku równoznaczne z wejściem do świata kapitalizmu w jego najdzikszej – neoliberalnej – postaci. Język neoliberalnego kapitalizmu został więc u nas utożsamiony z językiem demokracji i wolności. Co odbija się nam czkawką do dzisiaj, gdy na manifestacjach w obronie demokracji ludzie uchodzący za autorytety nawołują do dokończenia prywatyzacji Polski albo wygadują bzdury na temat 500 plus. Nie pomogło również to, że przez lata za przedstawicieli lewicy uważano w Polsce ludzi gotowych pójść na każdy kompromis z neoliberałami. I tak oto dorobiliśmy się „lewicy”, która uważa, że związki zawodowe są przestarzałe (Magdalena Środa), otwarcie gardzi „ludem” (Jan Hartman), rzuca na prawo i lewo oskarżeniami o populizm (Andrzej Celiński) i stara się być bardziej neoliberalna niż partie liberalne (SLD za rządów Leszka Millera).
Jakie wnioski wynikają z tej smutnej opowieści? Nade wszystko należy mieć świadomość, że odbudowa lewicy w Polsce nie odbędzie się z dnia na dzień. I żaden lider ani żadne zjednoczenie nie przyspieszą gwałtownie tego procesu. Na mrzonki o istnieniu cudownej recepty na odrodzenie lewicy mogą sobie pozwolić publicyści w rodzaju Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego. Dla nich wymarzonym ugrupowaniem lewicowym byłoby takie, które przyjmuje neoliberalne warunki gry, a jedynie od czasu do czasu wspomina nieśmiało o sprawiedliwości i solidarności. Czyli coś na wzór lewego skrzydła Platformy, nic więcej. To jest ten sposób myślenia, który zepchnął lewicę do defensywy i stanowi receptę na jej dalszą marginalizację.
Lewica musi przede wszystkim pokazać, że istnieje inny wybór niż ten między neoliberalizmem a prawicą – między PO i Nowoczesną z jednej strony a PiS-em z drugiej. Aby to zrobić, musi mówić konsekwentnie swoim językiem. Językiem, w którym wolność oznacza możliwość godnego życia dla wszystkich obywatelek i obywateli, a nie kolejne przywileje dla korporacji i bogaczy. Językiem, w którym demokracja to nie tylko zapisy prawne, ale także możliwość realnego uczestnictwa w procesach kształtujących nasze społeczeństwo. Językiem, w którym solidarność jest jedną z najważniejszych wartości współczesnego świata, a nie wspomnieniem mitologizowanej przeszłości. Musi mówić o tym przy każdej okazji. Do każdego, kto chce słuchać, i każdego, kto słuchać nie chce.
To jest niewdzięczna robota. Bo jedynym efektem widocznym na pierwszy rzut oka są wyzwiska ze strony przeciwników: „symetryści”, „komuchy”, „neobolszewicy”, „głupcy” itd. Ale innej drogi nie ma. Nie da się zbudować silnej lewicy w kraju, w którym ludzie potrafią używać słowa „wolność” do upominania się o niższe podatki, a nie potrafią po nie sięgnąć, gdy mowa o społeczeństwie zmuszającym dużą część z nas do życia w stanie zadłużenia.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Szymon Majewski | wtorek 26 września 2017 | opinie
Wbrew temu, co może się wydawać na pierwszy rzut oka, życie w wielkim mieście przynosi korzyści nie tylko najbardziej oczywistym beneficjentom istniejącego porządku: deweloperom, kamienicznikom czy spędzającej dni w przeszklonych biurowcach kaście menedżerskiej, która przechodzi na samozatrudnienie, żeby uniknąć płacenia wyższej stawki podatku od swoich niebotycznych wynagrodzeń. Współczesne metropolie z całym swoim wewnętrznym bogactwem i mnogością występujących w nich opcji mają ofertę przyjemnego życia także dla grup, które niekoniecznie muszą mieścić się na samym szczycie tradycyjnie pojmowanej hierarchii klasowej. Jedną z nich jest zbiorowość, którą z braku lepszego określenia, należałoby nazwać wrażliwą i subtelną inteligencją. Należą do niej ludzie wyposażeni w wysoki kapitał kulturowy i oddający się zajęciom zapewniającym poczucie dobrego i pożytecznego życia, wykraczającego poza nużącą rutynę ustawicznej harówki umożliwiającej w zasadzie tylko przetrwanie i zaspokojenie najbardziej przyziemnych potrzeb. Ludzie o ugruntowanym poczuciu sensu, opartego na czynnościach mądrych i wzniosłych – dyskusjach o literaturze, kinie i muzyce, zaangażowaniu społecznym czy dywagacjach o naturze i problemach naszego świata. Ludzie, którzy odczuwają satysfakcję i pewne, nie zawsze całkowicie uchwytne, spełnienie, a przy tym wykazują się – czasami tylko frazesową, ale nierzadko prawdziwie szczerą – wrażliwością społeczną.
W dalszej części tekstu postaram się naszkicować klasowy charakter stylu życia polegającego na częstym kontakcie z kulturą czy różnych formach partycypacji oraz przedstawić kilka propozycji, które – w moim przekonaniu – lewica powinna bardzo poważnie wziąć pod uwagę, jeżeli zależy jej na realizacji swojego najważniejszego celu, czyli budowie wspólnoty wolnych i równych obywateli i obywatelek, w której dostęp do wspólnego dziedzictwa i twórczych aktywności nie będzie tylko przywilejem zastrzeżonym dla wybranych.
Wielu i wiele z nas zna to przyjemne uczucie, kiedy w jesienny wieczór wychodzi się z seansu w niewielkim i przytulnym kinie studyjnym i z głową pełną nowych, wzbogacających wrażeń można razem z towarzyszem czy towarzyszką wizyty wymienić się opiniami na temat właśnie obejrzanego filmu Larsa von Triera albo Michaela Haneke. Myśli wędrują wtedy w jakieś wyższe i oderwane od prozy codzienności rejony, a wszystko nabiera pewnej wyjątkowej lekkości. Zamiast zwykłego wyjścia do kina – jeżeli mamy trochę szczęścia i talent do wynajdowania ciekawych okazji – trafimy w nim na takie perełki jak tygodniowy przegląd kinematografii irańskiej albo cykl największych arcydzieł szkoły polskiej czy włoskiego neorealizmu. Można udać się także w inne miejsca, które pozwolą spędzić czas w kształcący i rozwijający sposób. Być może będzie to spotkanie na temat nowej książki cenionego przez nas autora, gdzie głos zabiorą osoby powszechnie szanowane za swoją dogłębną znajomość tematu i wieloletnie środowiskowe wyrobienie. Innym razem przypadkowo trafimy zaś na wystawę jedynych w swoim rodzaju, fascynujących fotografii przedwojennej Huculszczyzny albo – gdy najdzie nas pewna szczególna fantazja – weźmiemy udział w otwartych warsztatach z majsterkowania czy miejskiego ogrodnictwa, czyli umiejętności, które w dzisiejszych czasach coraz bardziej wypada sobie przyswoić. Równie dobrze możemy też wylądować na panelu dyskusyjnym poświęconym poetyce performatywnych strategii oporu podczas niedawnych masowych demonstracji, w których oczywiście także wzięliśmy udział. W grę wchodzi również odbywający się w klimatycznym klubie koncert jakiegoś dobrego zespołu, tudzież seminarium na temat jakiegoś wycinka myśli społecznej.
Nie ograniczamy się jednak tylko do roli biernych odbiorców i odbiorczyń tego, co zostanie dla nas przygotowane przez innych. Razem z koleżankami i kolegami ze swojej organizacji chętnie włożymy trochę wysiłku w poszerzenie kulturalno-aktywistycznej oferty naszego dużego i tętniącego życiem miasta o kolejne interesujące pozycje. Przyciągną one podobnych do nas koneserów i koneserki o wyrobionym guście, smaku i poglądach. Dni mijają nam na płynnym przechodzeniu pomiędzy tymi kolejnymi odsłonami kreatywnego zaangażowania i kumulacji przeżywanych doświadczeń, windujących nas ponad przytłaczającą przeciętność i szarzyznę. Gdzieś w tle oczywiście jest jakaś praca zarobkowa (albo jeszcze czasami nauka), bo w większości nie jesteśmy rentierami i musimy jakoś zdobywać pieniądze. Nie pochłania ona jednak całości naszego czasu, umożliwia zachowywanie upragnionego work-life balance, a nawet jakoś wiąże się z naszymi ogólnymi zainteresowaniami, co czyni ją dodatkowo bardziej znośną albo i wręcz miłą. Nasze życie niekoniecznie jest usłane wyłącznie różami, miewamy na przykład przejściowe problemy mieszkaniowe, a jako przedstawiciele i przedstawicielki prekariatu nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie o to, co będzie się z nami działo za dziesięć lat. Podstawowa równowaga jest jednak zachowana, przynajmniej w takim stopniu, że budząc się rano nie musimy przeklinać rozpoczynającego się dnia, który w swojej monotonii nie będzie niczym się różnił od poprzedniego i następnego.
Praca, pieniądze, mieszkanie – jeżeli chwilę się nad tym zastanowić, to nietrudno zauważyć, że do zaistnienia wszystkich wymienionych przyzwyczajeń potrzebne jest pewne wymierne podłoże materialne. Żeby móc w spokoju uczestniczyć w kulturalnych i społecznych inicjatywach, trzeba mieć po prostu zapewnione niezbędne bytowe bezpieczeństwo i możliwość choćby względnej kontroli nad własnym życiem. Praca musi trwać odpowiednio krótko, a finanse starczać na więcej niż kupno żywności, opłacenie czynszu, rachunków i karty miejskiej. Aktywność zawodowa nie może wysysać wszystkich fizycznych i umysłowych sił, nie jest też wskazane, żeby odbywała się w warunkach upokarzającego podporządkowania, które odbiera ochotę na inne sposoby relaksowania się niż wieczorne znieczulanie za pomocą piwa. Słusznie potępiana za uderzanie w prawa pracownicze oraz infekowanie pracujących niepewnością i lękiem, „elastyczność” czasami okazuje się rozwiązaniem wygodnym i ułatwiającym wiele spraw. Termin ten będzie bowiem znaczył zupełnie coś innego dla zatrudnionego na śmieciówce przez agencję pracy tymczasowej magazyniera, który w każdej chwili może stracić swoje jedyne, mizerne źródło utrzymania, a co innego dla mogącego swobodnie planować swój czas grafika. Tylko druga z tych osób będzie miała możliwość takiego ułożenia dnia, które połączy w sobie przyjemne z pożytecznym i pozostawi spory margines na samorozwój i aktywizm.
Nie należy także zapominać o niebagatelnym znaczeniu czynników środowiskowo-towarzyskich. Tak zwane „otwarty umysł” i „ciekawość świata” (skądinąd, o ile nie są udawane, to naprawdę cenne właściwości, których nie zamierzam deprecjonować, warto jednak zdawać sobie sprawę ze stojących za nimi uwarunkowań) często są wynoszone jeszcze z domów rodzinnych, w których od małego miało się szansę na kontakt z całym tym specyficznym sznytem osób kulturalnych i bywałych. Stabilna pozycja społeczno-ekonomiczna rodziców umożliwia kilka lat względnego spokoju podczas darmowych studiów wyższych. Podczas nich aspirujący do wrażliwej inteligencji młodzi ludzie poszerzają erudycję o kolejne poznane książki, pojęcia i nazwiska, zdobywając w ten sposób kolejne atuty w grze o kulturowy prestiż. Wyniesione w trakcie studiów znajomości znacznie ułatwiają dalsze radzenie sobie na rynku pracy dla kreatywnych i twórczych. Wszystko to razem tworzy kolejne z nieskończonych konfiguracji inteligenckich sieci, o których na łamach „Nowego Obywatela” w zeszłym roku bardzo interesująco opowiadał prof. Tomasz Zarycki. Możemy znajdować się na ich bliższych lub dalszych orbitach, mniej lub bardziej oddalonych od dzierżącego hegemonię „rdzenia”, z którym miewamy styczność np. podczas odwiedzanych przez nas paneli dyskusyjnych. Poruszanie się po nich nie zawsze jest łatwe, ale i tak zapewniają one swoim uczestnikom wiele przyjemnych i pożytecznych możliwości. Często niedostrzegalna dla znajdujących się wewnątrz tej struktury osób bariera wejścia staje się coraz wyższa i trudniejsza do pokonania dla innych, którzy tym samym zostają odcięci od wielu rzeczy i spraw, często nie bez powodu uznawanych za godne, dobre i mądre.
Wrażliwa i subtelna inteligencja nie jest w wielkim mieście sama – za swoich jedynych towarzyszy nie ma też tylko wymienionych na początku tekstu oligarchicznych elit. Gdy jej przedstawicielki i przedstawiciele kierują się do któregoś z ulubionych małych kin albo klubokawiarni, mijają wiele miejsc, w których mnóstwo ludzi spędza całe dnie na pracy. Pracy, która raczej nie pozwala na rozwijanie skrzydeł fantazji i nie zapewnia poczucia satysfakcji czy dumy z własnych osiągnięć albo pozytywnego wkładu w rzeczywistość. Dużo częściej polega za to na wykonywaniu powtarzalnych i nudnych czynności, które wymagają sporego wysiłku i to nie tylko stricte fizycznego. Wytrzymanie dziesięciu godzin w sklepie położonym w odizolowanej od zewnętrznego światła i powietrza galerii handlowej, z nieustająco sączącym się z głośników „muzakiem” oraz nieprzebranym morzem przechadzających się we wszystkie strony klientek i klientów, na których potrzeby i kaprysy trzeba odpowiadać z całą wyuczoną, lukrowaną uprzejmością – również jest bardzo trudnym zadaniem, o czym zresztą miałem okazję przekonać się kiedyś osobiście. Można przytoczyć bardzo wiele przykładów miejsc pracy, które w powszechnym odbiorze nie są wysoko wartościowane, a dla zajmujących je osób czasami stanowią nawet pewien powód do wstydu, zwłaszcza, w zdarzających się niekiedy konfrontacjach z ludźmi zajmującymi się rzeczami ocenianymi jako lepsze czy napawające dumą. Wszystkie te miejsca pracy są jednak niezbędne po to, by nieprzerwanie utrzymywać w ruchu sprawną machinę nowoczesnego i światowego stylu życia, a wakaty szybko doprowadziłyby do zakłóceń poważnych i odczuwalnych dla osób uprzywilejowanych.
Kultura jest jednym z tych obszarów, w których podziały klasowe odznaczają się bardzo wyraźnym i dotkliwym piętnem. Napisano o tym już niezwykle dużo, chciałbym jednak zobrazować to pewnym wymyślonym i być może zupełnie niedoskonałym przykładem. Wyobraźmy sobie kończącego/ą zmianę o godzinie dwudziestej drugiej pracownika czy pracownicę Żabki, który/a wychodząc zmęczony/a ze sklepu po całym dniu stania za ladą, rozkładania towarów na półkach i skanowania kodów kreskowych, mija opuszczającą właśnie budynek kina grupkę osób pogrążonych w dyskusji. Wszystkie uczone teorie socjologiczne o dystynkcji klasowej i przemocy symbolicznej materializują się i nabierają nieznośnie – czasami wręcz boleśnie – konkretnych kształtów. Pomiędzy pracownikiem/pracownicą a rozprawiającym o właśnie obejrzanym filmie (a może o jakiejś książce albo nowym miejskim happeningu?) ludźmi przebiega niewidoczna, lecz niemal namacalna linia demarkacyjna. Nikt raczej nie wypowie tego na głos, ale wszyscy dobrze wiedzą, kto stoi po przegranej a kto po wygranej stronie takiego układu; kto znajduje się w jakiejś swoistej glorii, a kto skrywa się w poświacie bezsensu, wyczerpania, poczucia marnowania czasu i uwiądu sił witalnych. Możemy z tym gorączkowo polemizować, powołując się na nasze prospołeczne i egalitarne przekonania, potępiać klasizm i deklarować otwarcie na wszystkich ludzi bez względu na to, gdzie pracują i w jaki sposób spędzają czas. To wszystko naprawdę może być całkowicie szczere i wypływać ze szlachetnych pobudek, rzeczywistość społeczna jest jednak bezlitosna i drwi sobie z idealistycznych uniesień, niszcząc je swoimi surowymi wyrokami. Klasowość wisi w powietrzu, przenika nas i nasze codzienne zachowania, w znacznym stopniu determinuje formy przestrzeni, wygląd, ubiór czy nawet dosyć banalne nawyki. Nieustannie dzieli ludzi i uniemożliwia przejście do świata opartego na wspólnym, powszechnym korzystaniu z dóbr kultury i obywatelskim aktywizmie. Nie ma od niej ucieczki, a przynajmniej tak długo, dopóki nie zdecydujemy się na pewne konkretne i wymierne działania, które zmienią wytwarzające ją warunki.
Dość często występujące przekonanie o tym, że istnieją dwie przeciwstawne sobie kategorie ludzi światłych i ciemnych („ci, którym się chce i pchają świat do przodu” vs „ci, którzy się tylko przyglądają”, „Polska Agnieszki Chylińskiej” vs „Polska Zenka Martyniuka”) jest nie tylko niesłychanie aroganckie, ale również zwyczajnie naiwne. Nasze gusta, upodobania i przyzwyczajenia nie są żadnymi naturalnymi cechami, które w wyniku zrządzenia jakiejś tajemniczej siły czynią nas lepszymi albo gorszymi. Stanowią wypadkową bardzo wielu jak najbardziej namacalnych uwarunkowań. Trudno rozwijać w sobie wrażliwość, umiłowanie piękna i zapał do zmieniania świata, jeżeli najzwyczajniej w świecie nie ma się na to czasu, siły ani środków. Nawet jeżeli na chwilę pominąć znaczenie naszkicowanych wcześniej barier symbolicznych, ludziom pochłoniętym ciężką i długą pracą najemną zazwyczaj nie uda się znaleźć momentu odpowiedniego na czynności właściwe dla tych, którzy/e nie muszą dźwigać takiego ciężaru. Materialny wymiar życia zawsze wskaże inne i bardziej palące obowiązki, niezbędne dla podtrzymywania codziennej ciągłości, a oddawanie się „uwznioślającym” zajęciom pozostaje luksusem, na który ciągle brakuje odpowiedniej chwili.
W Warszawie często zwracam uwagę na widniejące na drzwiach sklepów i dyskontów godziny ich otwarcia. To, w jakim stopniu skrócony jest czas pracy w weekendy, zakrawa na jawną kpinę z pracownic i pracowników. Zamiast rozpoczynania dnia o godzinie szóstej albo siódmej i kończenia o dwudziestej drugiej, tak jak dzieje się to od poniedziałku do piątku, personel Carrefourów Express, Żabek czy Freshów w niedziele zyskuje niebywały przywilej przyjścia na ósmą albo dziewiątą i pozostania do dwudziestej albo dwudziestej pierwszej. Czy ktoś może mieć jakiekolwiek wątpliwości, że ta jedna godzina więcej wystarczy na cokolwiek innego niż jeszcze moment snu – a nikt przecież nie lubi zrywać się z łóżka z samego rana – i zjedzone pośpiesznie w biegu śniadanie, a wieczorem nieco szybszy powrót do domu, gdzie jedyną rzeczą na jaką ma się ochotę jest położenie się do łóżka? Tak, praca w takich miejscach najczęściej odbywa się w systemie zmianowym – od rana do popołudnia albo od popołudnia do wieczora. Nadal jednak jest to niewielka pociecha i niewielki zysk w postaci raptem kilku odzyskanych dla siebie godzin, podczas których nierzadko i tak trzeba zająć się na przykład obowiązkami domowymi. W tym samym czasie wiele osób może w spokoju udawać się na spotkania autorskie, wernisaże i spacery albo po prostu siedzieć w parku z książką. Żadne „wzniosłe” myśli, idee czy pomysły raczej nie narodzą się w sytuacji ustawicznego obciążenia organizmu powtarzalnym i hipnotyzującym wysiłkiem. Do rozwijania twórczych aspektów ludzkiej natury potrzeba pewnej zagwarantowanej sfery nieskrępowanej ekonomicznym przymusem wolności, która dla mas ludzi nie jest osiągalna w systemie nastawionym na eksploatację i korzystanie z czyjejś nisko opłacanej pracy.
Część czytelniczek i czytelników może zarzucić mi zbyt ironiczne opisanie stylu życia grupy nazwanej przeze mnie na początku wrażliwą i subtelną inteligencją. Niektóre z tez mogą zostać uznane za niesłuszny i podyktowany jakimiś dziwnymi powodami atak. Warto zatem w tym miejscu podkreślić, że nie takie są moje intencje, a „kulturalne” spędzanie czasu uznaję za coś wartościowego i cennego. Rzecz tylko i aż w tym, żeby zdjąć z nich odium klasowego przywileju i uczynić czymś osiągalnym dla każdej i każdego – pierwszym krokiem w tym kierunku może być zaś zdanie sobie sprawy – jeżeli czujemy, że sami/e zaliczamy się do opisanej grupy – z własnej pozycji i zastanowienie się nad tym, co możemy zrobić żeby również inne osoby mogły korzystać z tego z czego my już korzystamy. Pamiętajmy o przesłaniu Ludwika Krzywickiego, który w wydanej po raz pierwszy w 1908 roku broszurze „Takimi będą drogi wasze” w następujących słowach uświadamiał ówczesną socjalistyczną młodzież o klasowej naturze kulturowych podziałów i wzywał ją do traktowanej jako etyczny obowiązek solidarności z tymi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia: Pacholę szczęśliwe, któreś w życiu swoim nie zaznało męczarni głodu ani nie pożerało w oknach kramiku zgniłych łakoci okiem pożądliwym, mroźnej nocy nie drżałoś z zimna otulone w łachmany, nie skowyczałoś z bólu w kącie brudnej izdebki, skatowane przez pijaka-ojca! Uczęszczasz do szkoły i nauczyciel ani razu nie rzucił ci w twarz obelgi, iż cuchniesz od brudu, nie wchłaniasz w siebie miazmatów zbrodni, zatruwających lata młodociane tych, co nie z ojców na świat przyszli, jeno z pyłu przydrożnego, siostra twoja nie będzie o zmroku tułała się po zaułkach i za pieniądze nie obnaży wdzięków swoich przed nieznanym przechodniem. Odrosłoś zaledwie od ziemi, a już odsłonił się przed tobą uroczy świat Ideału: książka opowiada ci o męczennikach myśli, których hartu nie złamały płomienie stosów, o wytrwałych pionierach dróg nowych, co w lodach dalekiej północy szukają uspokojenia lub niosą żar swój w gorące strefy południa. Po główce twojej snują się rojenia o imieniu i o sławie, o zagrzewaniu serc ludzkich i budzeniu umysłów […] Oto masz czym głód swój uśmierzyć, zarówno głód ciała, jak ducha. Rówieśnicy twoi liczni łakną zaś kawałka chleba powszedniego, a duch ich nawet nie ocknął się z bezwładności sennej niemowlęcia. Marzysz o czynach wielkich, o tym, jak z towarzyszami rojeń swoich opaszesz wspólnymi ramiony ziemskie kolisko. A tłumy pacholąt istnieją na świecie, które zaledwie coś dosłyszały, iż książka istnieje […] Wiedz, że podwoje świątyń sztuki i nauki dlatego stoją przed tobą otwarte, a świat Ideału odsłonił swoje powaby, ponieważ inni ciemnotą swoją i nędzą okupili dostatek domu twojego, żmudnym zaś i ciężkim wysiłkiem opłacają poloty twego ducha.
Zachowując odpowiednie proporcje – na całe szczęście bieda w roku 2017 wygląda inaczej niż w 1908 – przekaz ten jest nadal aktualny i w dalszym ciągu może stanowić pewne moralne i ideowe wytyczne dla lewicy zorientowanej na obalanie klasowych barier. Jak do tego dążyć? Pierwszymi nasuwającymi się na myśl ruchami polityczno-prawnymi są takie posunięcia jak skrócenie czasu pracy, zapewnienie każdej obywatelce i każdemu obywatelowi wyzwalającego od ekonomicznego zniewolenia bezwarunkowego dochodu podstawowego czy – w bliższej perspektywie – znaczące ograniczenie albo całkowite zakazanie pracy w niektórych sektorach w niedziele, które powinny na nowo stać się zagwarantowanym jako powszechne prawo czasem wolnym. Prawdopodobnie w jakimś stopniu będzie to wymagało zrezygnowania przez osoby lepiej sytuowane z części swoich wygód, takich jak robienie zakupów o dowolnej porze. Jest to jednak niewielka cena, jeżeli poważnie myślimy o zaprojektowaniu lepszego i sprawiedliwszego społeczeństwa. Kolejnym istotnym wyzwaniem, o którym nie wolno zapomnieć, jest wzięcie przez państwo większej odpowiedzialności za umożliwienie wszystkim dostępu do dobrej i zróżnicowanej oferty kulturalnej. Nie mam wystarczających kompetencji, aby sformułować tutaj szczegółowe rozwiązania. Jestem jednak pewien, że organy publiczne mogą mieć tutaj duże pole do popisu, a dotowanie zegalitaryzowanej kultury na wysokim poziomie powinno stać się jednym z priorytetów wszystkich nastawionych prospołecznie władz, tak aby jedyną szeroko osiągalną ofertą nie pozostawała jedynie skomercjalizowana papka dosyć miernej jakości. Z racji osobistych doświadczeń, scenerią dla mojego tekstu było wielkie miasto – niezmiernie ważne jest jednak to, żeby taka infrastruktura jak kina, biblioteki, galerie czy miejsca otwarte na różnego rodzaju aktywność społeczną znajdowały się także w mniejszych miejscowościach. Nie możemy dłużej milcząco akceptować geograficznego wykluczenia, które pozbawia mieszkańców i mieszkanki obszarów poza dużymi ośrodkami możliwości uczestnictwa w kulturze. Inicjatywa leży także w rękach grupy, która obecnie zachowuje w tej materii swego rodzaju monopol – od organizatorek i organizatorów różnych inicjatyw może zależeć to, czy ich propozycje będą przedstawiane w inkluzywny sposób czy nie. Występując z pomysłem jakiegoś wydarzenia artystycznego, debaty albo integrującej lokalną społeczność imprezy sąsiedzkiej, zastanawiajmy się, co można zrobić, żeby dotrzeć z nim do ludzi, którzy do tej pory nie stanowili naszego domyślnego targetu, jakie kanały i środki komunikacji mogą się tu okazać najbardziej skuteczne. Za każdym razem, kiedy w takim wydarzeniu weźmie udział ktoś, kogo wcześniej się tam nie spodziewaliśmy, będzie to sukces, który zbliży nas do założonego celu. Obecny stan rzeczy bowiem jest nie do pogodzenia z lewicowym ideałem równości, szczęścia i samorozwoju dla wszystkich i warto podejmować starania, żeby to zmienić.
Szymon Majewski
przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 21 września 2017 | opinie
Dawno, dawno temu za siedmioma rzekami żył sobie siwobrody mędrzec, który odkrył kamień filozoficzny umożliwiający transmutację, czyli przemianę jednej substancji w inną, przeistaczanie świata wedle swej woli, ba – nawet uszlachetnienie ludzkiej duszy. Tym kamieniem filozoficznym była Praca, a mędrzec nazywał się Karol Marks.
Trudno przecenić rolę pracy w teorii marksistowskiej. W aspekcie ściśle ekonomicznym to praca tworzy wartość dodatkową, co pozwala uzasadnić zbędność kapitalisty w procesie produkcji. W aspekcie społecznym praca – stanowiąca zasadniczą formę kontaktu człowieka z otaczającą go rzeczywistością – umożliwia przekształcanie tejże rzeczywistości, ale jest też źródłem – inspiracją – wszelkich pomysłów i idei. W aspekcie antropologicznym praca odegrała zasadniczą rolę w uczłowieczeniu małpy – wyrabiając inteligencję, wymuszając społeczne współdziałanie, tworząc materialne zręby cywilizacji. Dlatego celem marksistów było WYZWOLENIE PRACY poprzez przezwyciężenie jej alienacji. Owszem, zięć Marksa, dziennikarz Paul Lafargue, popełnił był pamflet „Prawo do lenistwa”, pozostawał jednak w swych poglądach osamotniony wśród produktywistycznie zorientowanych marksistów. W większym stopniu konstruktywistycznego ducha marksizmu oddawał Stanisław Brzozowski, który pracy nadawał mistyczną wręcz wartość, uznając ją za manifestację istoty człowieczeństwa, za specyficznie ludzką zdolność tworzenia, celowego przekształcania rzeczywistości.
Marx is dead. Jego idee też. Porzucają je nawet jego spadkobiercy, a ściślej mówiąc: bękarty Fouriera podające się za potomków Marksa. Postlewica, zaaferowana swymi kulturowymi obsesjami1, zapoznała nie tylko materialistyczną zasadę prymatu bazy nad nadbudową (teza, że „byt kształtuje świadomość” to wszak esencja marksizmu!), ale też wartość pracy. Na flagach postlewicy wypisane zostało nowe hasło: WYZWOLENIE OD PRACY. Już nie „Pracy i chleba” domagają się współcześni lewacy – ale „Chleba i igrzysk”.
Jak do tego doszło, że (post)lewica zaprzecza samej sobie? W myśl marksistowskiej teorii, o wszystkim decydują stosunki klasowe. Dawna lewica swój przekaz adresowała do ludzi pracy, do robotników. Wychowywałem się w robotniczym środowisku i wciąż – mimo całego tornada transformacji – w zasadzie w takim żyję. Mój sąsiad z lewej to górnik, z prawej – szofer komunikacji miejskiej. Tu praca nigdy nie była dopustem bożym ale powodem do dumy, sposobem spędzania czasu, hobby nawet. Nieroby i niedołęgi byli w pogardzie, szacunkiem cieszył się ten, co znał się na robocie, co potrafił pracować ciężko i fachowo. Po powrocie z zakładu ludzie często zajmowali się majsterkowaniem, pracami przydomowymi, uprawą ogródka. Oczywiście nie byli robotami – spotykali się z kumplami w knajpach i krewniakami na imieninach, chodzili na zabawy i jeździli na wczasy, pili alkohol w ilościach zabójczych dla współczesnego hipstera. W mordę też potrafili dać. Normalni ludzie. Prawdziwi ludzie2.
Dezindustrializacja sprawiła jednak, że przemysł został wypchnięty przez usługi, w których dominują elastyczne formy zatrudnienia. Klasa robotnicza, zdziesiątkowana i zepchnięta do głębokiej defensywy, nie jest już obiektem zainteresowania nowej lewicy. Nawet jeśli postlewica od święta zadeklamuje mantrę o „prawach pracowniczych” wepchniętych gdzieś między prawa mniejszości a prawa zwierząt, to jej bohaterem stał się „prekariusz”, którym może być zarówno sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy3. Transformacja ekonomiczna znalazła swe odzwierciedlenie w psychologii społecznej. Nowa baza nowej lewicy to zblazowani hipsterzy i zdemoralizowani lumpenproletariusze – przebodźcowane, powierzchowne, egocentryczne, histeryczne dzieci cywilizacji high tech, niestabilne tyleż społecznie, co emocjonalnie, ogarnięte manią zabawy i rozrywki, traktujące pracę jako w najlepszym razie zło konieczne. Oni nie chcą wyzwolenia pracy, bo nie potrafią sobie wyobrazić takiej, która by ich wciągała. W końcu każda praca zajmuje czas, który można poświęcić na rozrywkę czy lenistwo!
Na usługi nowej bazy stają postlewicowi ideologowie przeczesujący internet w poszukiwaniu mód i nowinek. Jest, mam – robotyzacja! To najnowszy trend. Oto aktualna jedynie słuszna droga do utopii. Nie trzeba robić żadnej rewolucji, która – nie bójmy się tego powiedzieć – oznacza niewygody i ryzyko, która tak naprawdę wcale nie jest przyjemna! Przemiana nastąpi sama z siebie. No i nareszcie: nie trzeba będzie pracować! Wszystko za nas zrobią roboty. A z czego będziemy żyć? To proste: BDP, czyli Bezwarunkowy Dochód Podstawowy.
Powiem wprost: dla mnie, wychowanego na aktywistycznym, heroicznym micie ujarzmiania przyrody,
Maszyniście
zakutemu w żelazo,
górnikowi rwącemu pokłady rud
kadzisz,
kadzisz w niemej ekstazie,
wysławiasz ludzki trud.
to wybitnie żałosny ideał. Ideał trutnia. Ideał absolutnie burżuazyjny – o ile dotąd pasożytniczy charakter miała burżuazja, to teraz postlewica woła o pasożytnictwo dla każdego. Znam osoby, rodziny, niemalże całe osiedla od lat żyjące z różnego rodzaju zasiłków. Czy nastąpił w tym środowisku rozkwit nieskrępowanej twórczości artystycznej, eksplozja aktywności społecznej? Zdziwicie się – NIE. To sfrustrowani, znerwicowani, zakompleksieni konsumenci seriali telewizyjnych i tanich używek, wyalienowani z tkanki społecznej kokonem swojej kanapy, w najlepszym razie bywalcy dyskotek i meczów4.
Ale zgoda, to rzecz gustu, jeden woli Majakowskiego, inny Kapelę. Są ludzie, którym taki styl życia („cywilizacja bonobo”)5 może odpowiadać. Jednak za fasadą tego gnuśno-konsumpcyjnego „szczęścia”, w cieniu Podstawowego Dochodu Gwarantowanego przez roboty, czai się niebezpieczeństwo.
Zacznijmy od najgorszego scenariusza. Robotyzacja oznacza, że ludzka siła robocza staje się ZBĘDNA. A więc zgodnie z kapitalistyczną logiką stanowi obciążenie dla gospodarki i społeczeństwa. Co robi się z takim balastem? Pozbywa się go, redukuje jak nie przymierzając pogłowie koni pociągowych. Jednym słowem: eksterminacja. Oczywiście nie zamierzam tu straszyć anachronicznymi wizjami rodem z XX w.: komory gazowe, krematoria, obozy zagłady itp. Czułe sumienia współczesnej upper i upper middle class wzdragałyby się przed tak drastycznymi formami „ostatecznego rozwiązania kwestii proleckiej”. Ale doskonale można sobie wyobrazić wykorzystanie socjotechniki skłaniającej do „dobrowolnej” autodestrukcji, starannie opracowanego zestawu bodźców ekonomicznych i manipulacji psychologicznych: ograniczanie przyrostu naturalnego, upowszechnianie środków psychotropowych, umożliwianie eutanazji przy równoczesnym ograniczaniu dostępu do świadczeń socjalnych, zwłaszcza zaopatrzenia emerytalnego i opieki zdrowotnej. Jesteś niepotrzebny, więc przysłuż się społeczeństwu – zabij się sam! Czy tylko ja mam wrażenie, że te środki już są, na razie drobnymi kroczkami, wdrażane przez establishment?
Niewiele wspólnego z tradycyjnymi ideałami lewicy ma jednak też scenariusz „optymistyczny”, czyli ten, w którym robotyzacja zapewni obfitość dóbr gwarantującą każdemu Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nawet entuzjaści tego rozwiązania przyznają, że praca w nowym społeczeństwie pozostanie jako przywilej dla nielicznych. W praktyce oznacza to, że pracujący będą otrzymywali płace znacząco wyższe od BDP, bonus motywujący ich do wysiłku. Oczywiście znajdą się hobbyści, którzy zadowalając się dochodem podstawowym będą wytwory swojej pracy udostępniali za darmo, ale sektor prywatny będzie robił wszystko, by jego produkty były bardziej atrakcyjne niż te darmowe. Nie ma podstaw sądzić, by te wysiłki nie były skuteczne – wszak Linux nie doprowadził Microsoftu do bankructwa. W rezultacie ukształtuje się system kastowy o charakterze piramidy. Jej wierzchołek stanowić będzie nieliczna grupa właścicieli środków produkcji, dysponentów globalnych bogactw; środkowe piętro zajmą dobrze opłacani profesjonaliści; podstawa to wegetujący na socjalu proleci. Nowy Wspaniały Świat.
Co istotne: o ile dawny proletariat stanowił fundament społeczeństwa przemysłowego, które bez jego pracy nie byłoby w stanie istnieć, to bezproduktywni beneficjenci BDP będą żyli wyłącznie z łaski klas wyższych, bo z punktu widzenia ekonomii nie będą do niczego potrzebni. A to oznacza, że niemożliwą okaże się jakakolwiek rewolucja, bo proleci będą skazani na wieczną zależność od profesjonalistów obsługujących gospodarkę.
Robotyzacja będzie miała – zwłaszcza w swej początkowej fazie – jeszcze jeden skutek w wymiarze globalnym. Dynamiczny rozwój, jaki odnotowały w ostatnim ćwierćwieczu przynajmniej niektóre kraje Azji i Afryki, zawdzięczają one możliwości konkurowania z Zachodem niższymi kosztami siły roboczej. Gdy praca robotów będzie tańsza niż praca robotnika z Kambodży, to okienko rozwoju zamknie się dla Trzeciego Świata. A zarazem krajów tych (może poza Chinami) nie będzie stać na robotyzację. Te koszty też należałoby wkalkulować w naszą technologiczną utopię. Uwaga na marginesie: polska „lewica” obnosi się ze swym „internacjonalizmem”, ten jednak sprowadza się do zapatrzenia w Zachód i marzenia „żeby u nas było tak jak w Europie”. Ale „cały świat” to nie Europa, to nie Zachód – to także (a nawet przede wszystkim) Trzeci Świat6.
Żeby nie przedłużać: wiara w mesjańską misję robotów jest kolejnym wcieleniem naiwnej technoutopii. Saint-Simon w XIX w. wierzył, że ludzkość wyzwolą mechanizacja i industrializm. W nie tak odległych latach 90. rozpowszechnione było przekonanie o rewolucyjnej roli internetu, który miał jakoby wprowadzić nas w postkapitalistyczne „społeczeństwo informacyjne”. I co?
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
- Z analizy czołowego polskiego portalu postlewicowego wynika, że bardzo zaawansowane są przygotowania do przeprowadzenia rewolucji w Westeros.
- Czas przeszły nie jest tu precyzyjny: ci ludzie wciąż żyją i na ogół pozostali sobą. Czas przeszły jednak ma podkreślać, że odeszła formacja społeczna, której nadawali ton.
- Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od dygresji: moda na odnajdywanie „proletariackości” przyjmuje niekiedy formy dość komiczne. Oto odkryłem w internecie „pracowników poezji” (a przynajmniej jedną). Marksista zapytałby: a jakąż to wartość dodatkową wytwarzają poeci i kto ich z niej wywłaszcza?
- Opiszę wam walkę klas, jakiej byłem kiedyś świadkiem. Otóż familoki w mojej dzielnicy zasiedla dziś lumpenproletariat, utrzymujący się ze złomiarstwa i zbierania węgla na hałdzie. Pod jednym z familoków trwały roboty drogowe, robotnicy kopali rowy. Jeden z „wykluczonych” zaczął ot tak, z nudów, wyzywać drogowców z okna. Ci nie pozostali mu dłużni i tak od słowa do słowa zaczęła się awantura. „Wykluczeni” skrzyknęli się i w ciągu kwadransa była akcja 10 na 2. Drogowcy wycofali się zostawiając łopaty… Sięgnijmy po Marksa: „Lumpenproletariat, ten bierny wytwór gnicia najniższych warstw starego społeczeństwa […] wskutek całej swej sytuacji życiowej jest raczej skłonny do sprzedawania się jako narzędzie reakcyjnych knowań”.
- Notabene bonobo, jak wykazują nowsze badania, wcale nie są pokojowo nastawione.
- Np. dawna lewica krytykowała „drenaż mózgów” i rąk dokonywany przez Zachód z krajów postkolonialnych – postlewica stała się czołowym entuzjastą tego procederu.
przez Jan Koziar | niedziela 17 września 2017 | gospodarka społeczna, opinie
I. Nawiązania projektu
Projekt ten jest syntezą amerykańskiego systemu ESOP i polskiego przedwojennego systemu Gazoliny. Oprócz tego zawiera pewne nowe rozwiązania.
Elementem ESOP-u jest oparcie systemu na ustawowej regulacji państwowej, ograniczonych ulgach podatkowych i możliwości pobierania kredytu przez depozyt kapitału pracowniczego (tu Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego).
Elementem Gazoliny są wpłaty pracowników (w ESOP – wpłaty wnosi tylko firma), ustalenie ich minimalnej obowiązkowej wielkości i równoważnych im świadczeń firmy.
Elementami nowymi jest dwuczłonowość Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego oraz sposób pracowniczej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych.
***
W czasie transformacji ustrojowej własność pracownicza mogła być wykorzystana głównie do prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Obecnie powinna być stosowana (tak jak we Stanach Zjednoczonych) głównie do zwiększania efektywności przedsiębiorstw prywatnych.
II. Skrótowe omówienie projektu
1. Dwuczłonowy „Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny” (PFI)
System jest wprowadzany do przedsiębiorstwa dobrowolnie przy akceptacji właściciela (właścicieli) i minimum 51% pracowników. Pozostali pracownicy mogą do niego nie wchodzić. W przedsiębiorstwie wprowadza się (niezależny od jego struktur i zarządzany przez pracowników-akcjonariuszy) dwudzielny Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny (PFI), składający się z dwóch członów: Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego (PFIE) i Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego (PFIO).
2. Człon pierwszy – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjno-Emerytalny (PFIE)
Jest on głównym elementem akcjonariatu, ograniczonym tylko do wpłat firmy, pracowników i zaciąganych kredytów (fundusz zamknięty). Pracownicy wpłacają do niego na swoje konta indywidualne obowiązkowo minimum 5% poborów, potrącanych bezpośrednio z listy płac. Tyle samo wpłaca im firma. Jedne i drugie wpłaty nie są opodatkowane. Uzasadnione jest to emerytalnym charakterem PFIE, jak również istotnym zwrotem środków do budżetu poprzez większą efektywność przedsiębiorstw z akcjonariatem.
Wysokość wpłat do PFIE może być corocznie dobrowolnie podnoszona na zasadzie uzgodnienia między pracownikami-akcjonariuszami i firmą, lecz nie może łącznie przekroczyć 25% funduszu płac (12,5% wpłat pracowników i 12,5% wpłat firmy), co odpowiada limitowi zwolnień podatkowych w ESOP-ach. Wpłaty te mogą też być w danym roku zawieszane w przypadku złej kondycji firmy.
Ponieważ wpłaty własne pracowników i wpłaty firmy są proporcjonalne do zarobków, dla ograniczenia jednych i drugich (dla uniknięcia „kominów” wpłat) i tym samym dla zapewnienia demokratycznej struktury akcjonariatu, wprowadza się górny limit obu wpłat na konto danego pracownika, równy odpowiedniemu procentowi z dwukrotnego średniego zarobku w danej firmie.
Nie ogranicza to w ogóle wpłat pracowników. Mogą być one dodatkowo dokonywane, ale w sposób nie kolidujący z demokracją akcjonariatu i bez ulg podatkowych (o czym dalej).
Gromadzony w powyższy sposób kapitał inwestowany jest wyłącznie we własną firmę lub służy do jej wykupu (częściowego lub całkowitego) z rąk innych współwłaścicieli.
Pracownik nie może wycofywać swojego kapitału z PFIE przez cały okres zatrudnienia (to żelazne prawo akcjonariatu). Otrzymuje go tylko w przypadku zmiany miejsca zatrudnienia i przy przejściu na emeryturę. W tym drugim przypadku stanowi on jego dodatkowe zabezpieczenie emerytalne (trzeci filar). W przypadku zmiany miejsca zatrudnienia pracownik nie otrzymuje kapitału pochodzącego z wpłat firmy o ile nie przepracował pięciu lat od momentu jego wpłacenia. W tym czasie zachodzi tzw. nabywanie przez pracownika prawa własności (am. „vesting”) do wpłat firmy. Przy przejściu na emeryturę to ograniczenie nie obowiązuje.
Dodatkowe ograniczenie prawa własności pracownika do wpłat firmy ma miejsce w przypadku spłaty kredytu zaciągniętego przez PFI (o czym dalej).
Kapitał gromadzony w PFIE daje indywidualne właścicielskie prawo głosu (o czym dalej) i uprawnia do pobierania dywidendy.
3. Człon drugi – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty (PFIO)
Jest to element nowy, nie występujący w innych typach akcjonariatu, a spełniający w stosunku do PFIE ważną funkcję pomocniczą.
W Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty mogą inwestować dodatkowo i w sposób nieograniczony sami pracownicy przedsiębiorstwa, ich rodziny, inni członkowie społeczności lokalnej, kooperanci. Mogą też inwestować dowolne podmioty. Wpłaty te nie podlegają ulgom podatkowym i mogą być w każdej chwili wycofywane, co dla pracowników przedsiębiorstwa spełnia funkcję zakładowej kasy oszczędności na wypadek szczególnych sytuacji życiowych. Gromadzone w ten sposób środki inwestowane są (tak jak poprzednio) wyłącznie we własną firmę lub służą do jej wykupu z rąk innych współwłaścicieli.
Wpłaty do Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego nie dają żadnych uprawnień decyzyjnych, a jedynie uprawniają do pobierania dywidendy.
4. Głosowanie, wybór władz PFI i jego zarządzanie
Głosowanie i wybór władz PFI odbywa się tylko w obrębie uczestników Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego. Jego w miarę wyrównany skład kapitałowy pozwala (na wzór ESOP-ów demokratycznych) na wprowadzenie spółdzielczej zasady „jeden człowiek – jeden głos”, z tym że każda dekada uczestnictwa w akcjonariacie zwiększa siłę głosowania o jeden głos. To również przedkłada w sposób spółdzielczy człowieka ponad kapitał.
Zgodnie z takimi zasadami głosowania uczestnicy akcjonariatu wybierają radę nadzorczą całego Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego (a więc obu jego funduszy składowych), ta zaś ustanawia jego zarządcę. Przy dużych akcjonariatach może to być fachowiec wynajęty spoza firmy.
Corocznie, przed walnym zgromadzeniem akcjonariuszy firmy (obejmującym również współwłaścicieli zewnętrznych), uczestnicy Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego zwołują własne zebranie, gdzie przegłosowują własną strategię realizowaną później przez swojego przedstawiciela na zgromadzeniu walnym. Przedstawicielem może być zarządca, ale może być nimi też doraźnie wybrany inny przedstawiciel pracowników akcjonariuszy. Przedstawiciel ten na zgromadzeniu walnym dysponuje siłą głosu (w stosunku do udziałowców zewnętrznych) odpowiednią do sumy kapitału zgromadzonego w obu funduszach.
5. Zaciąganie i spłacanie kredytu przez PFI
PFI jest ustawowo uprawniony (na wzór ESOP-ów) do zaciągania kredytu. Można również (na wzór amerykański) wprowadzić ustawowo ulgi podatkowe dla banków kredytujących akcjonariat pracowniczy.
Pobrany kredyt wykorzystywany jest wyłącznie na inwestycje we własne przedsiębiorstwo lub na wykup jego akcji z rąk innych współwłaścicieli.
Spłata kredytu odbywa się z opisanych wcześniej regularnych wpłat pracowników i firmy do PFIE, z tym że prawo własności do wpłat firmy, spłacających kredyt, nabywa pracownik-akcjonariusz dopiero po spłacie zadłużenia.
Spłaty mogą być również dokonywane z funduszy PFIO. W sytuacjach kryzysowych może nastąpić mobilizacja pracowników, ich rodzin i całej społeczności lokalnej (sytuacje znane z praktyki) i zasilenie PFIO znacznymi doraźnymi wpłatami.
6. Obowiązkowe wprowadzenie systemu partycypacyjnego zarządzania przedsiębiorstwem
Amerykańskie badania wykazały ponad wszelką wątpliwość, że sama własność pracowniczego kapitału ma niewielki wpływ na zwiększenie efektywności przedsiębiorstwa. Natomiast jej połączenie z jakimś systemem partycypacyjnego zarządzania zwiększa efektywność w sposób bardzo istotny (patrz: www.rp-gospodarna.pl/stany_efektywnosc.htm). W związku z tym należy obligatoryjnie wprowadzać w akcjonariatach któryś z wielu systemów partycypacyjnego zarządzania. Upowszechnienie najbardziej zaawansowanego z nich – Wielkiej Gry w Biznes (Great Game of Business; www.greatgame.com) mogłoby zrewolucjonizować polską gospodarkę.
W Polsce istnieje totalne nierozumienie pozytywnego znaczenia pracowniczego partycypacyjnego zarządzania (frazeologia „trójkąta bermudzkiego” wymierzona swego czasu w samorządy pracownicze). Razem więc z wprowadzaniem akcjonariatu należy dążyć do wyjaśniania jego sensu i znaczenia w skali całego społeczeństwa.
7. Konieczne zaangażowanie związków zawodowych w akcjonariat pracowniczy
W Polsce rozpropagowano błędną opinię, że akcjonariat pracowniczy jest sprzeczny z instytucją związku zawodowego. Tymczasem, zgodnie z doświadczeniami amerykańskimi, związek zawodowy, angażując się w akcjonariat, poszerza swój zakres działania. Zachowując swe funkcje ochronne, związek zawodowy wchodzi w funkcje związku pracowników-właścicieli. Staje się przez to bardziej potrzebny pracownikom niż w swej tradycyjnej postaci (zobacz: www.rp-gospodarna.pl/stany_zwiazki.htm oraz www.rp-gospodarna.pl/zwiazki_szansa.pdf).
Dla efektywnego rozwoju akcjonariatu pracowniczego w Polsce niezbędne jest zaangażowanie się w niego związków zawodowych, w pierwszym rzędzie NSZZ „Solidarność”. Jest to też niezbędnym warunkiem odnowienia się „Solidarności” i zwiększenia przez nią swej liczebności i znaczenia.
8. Pracownicza prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych
Prywatyzacja pracownicza (na wzór Słowenii) była wielką i zmarnowaną szansą Polski w czasie transformacji ustrojowej. Pozostaje jednak nadal zabiegiem aktualnym dla niektórych istniejących jeszcze przedsiębiorstw państwowych, w szczególności dla niektórych kopalń. Zachowuje również duże znaczenie w przyszłości dla odkupowanych przez państwo przedsiębiorstw (repolonizowanych lub źle zarządzanych), jak też dla tworzonych przez państwo przedsiębiorstw nowych, potrzebnych gospodarce narodowej, a z różnych względów będących poza inicjatywą kapitału prywatnego. Formą docelową takiej prywatyzacji powinny być spółki pracownicze.
Przy obecnie obowiązujących regulacjach prawnych wszyscy pracownicy prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego otrzymują za darmo 15% jego wartości. Kapitał ten nie buduje żadnego akcjonariatu i jest regularnie wykorzystywany tylko do celów konsumpcyjnych.
Przyznawanie kapitału darmowego powinno zostać ograniczone tylko do tych przedsiębiorstw państwowych i ich załóg, które zdecydowały się (decyzją ponad 50% pracowników) tworzyć spółkę pracowniczą. A w ich ramach tylko do tych pracowników, którzy większościowo podjęli taką decyzję. W takiej sytuacji pakiet darmowy można podwyższyć do 20%, a nawet 25% wartości przedsiębiorstwa.
W przedsiębiorstwie wprowadza się, tak jak poprzednio, dwuczłonowy Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny i cały pakiet darmowy umieszcza się w jego PFIO. Traktowany jest on tam jako zbiorowa inwestycja pracowników w przedsiębiorstwo, zatem nie jest tam rozlokowywany na rachunki indywidualne. Pracownicy od razu uzyskują na jego bazie zbiorowe prawo głosu i zbiorową dywidendę dzieloną równo między nimi, niezależnie od zarobków. Pakiet ten nigdy jednak nie staje się ich własnością i nie bierze udziału w spłacaniu pracownika przy jego odchodzeniu z przedsiębiorstwa. Przechodzi natomiast jako własność zbiorowa (model spółdzielczy) na nowych pracowników, co ułatwia wymianę pokoleniową pracowników-właścicieli. W wyjątkowym przypadku sprzedaży przedsiębiorstwa, państwo odzyskuje prawo własności nad inicjalnym pakietem darmowym.
Indywidualną własność pracowniczą generuje tylko PFIE. Przy osiągnięciu przez ten fundusz ponad 30% (25%) wartości przedsiębiorstwa staje się ono, w połączeniu z 20% (25%) inicjalnym pakietem darmowym, spółką pracowniczą.
Jan Koziar
Powyższy tekst stanowi streszczenie większego projektu, który jest dostępny pod tym adresem.
przez Ignacy Husarski | wtorek 12 września 2017 | opinie
Im bardziej prawicowe są nastroje, szczególnie w Internecie, tym bardziej rozważa się zalety potencjalnego Polexitu, czyli wyjścia Polski ze struktur Unii Europejskiej. Zastanówmy się zatem, co by to oznaczało dla Polski na zasadzie analogii z Brexitem i jak powinna się zachować względem tego zagadnienia propaństwowa, niepostkomunistyczna lewica społeczna.
Rozpoczęcie procesu Brexitu było zagrywką premiera Camerona, wymierzoną w UKIP i jej lidera Nigela Farage’a. Wielka Brytania ma tak silną pozycje w UE i czerpie z niej takie korzyści, że ani Cameron, ani nikt z elit politycznych Wielkiej Brytanii nie traktował serio pomysłu Brexitu. Ot, blef. Jednak, jak uczeń czarnoksiężnika, Cameron wypowiedział zaklęcie i stracił nad nim kontrolę. Było to o tyle łatwe, że brytyjskie bulwarówki od lat regularnie pisywały negatywnie o Unii Europejskiej. Ponieważ większościowa ordynacja wyborcza uniemożliwia natychmiastowe wymierzenie kary za złe decyzje przez społeczeństwo w kolejnych wyborach, konserwatyści zarządzający Brexitem zostali po czerwcowych wyborach tylko osłabieni, a nie odwołani.
UKIP oszukał Brytyjczyków przed referendum, głosząc, że wyjście z UE to 8,5 mld funtów rocznie zysku dla Brytyjczyków (tyle przeciętnie wynoszą roczne wpłaty netto Wielkiej Brytanii do UE). Na samym początku negocjacji w kwietniu 2017 r., UE zażądała 100 mld euro rachunku brexitowego za różne zobowiązania zaciągnięte względem UE, np. wpłaty do budżetu UE do końca obecnej perspektywy finansowej do 2020 r. Londyn odrzucił te żądania jako bezzasadne, a obecnie zgadza się na 40 mld euro, podczas gdy UE zredukowała swe oczekiwania do 65 mld euro, co stanowi odpowiednio 1,7% i 2,8% brytyjskiego PKB z 2016 r. Nie zapominajmy przy tym, że Wielka Brytania jest, w przeciwieństwie do Polski, płatnikiem netto do budżetu UE.
Negocjacje brexitowe muszą, zgodnie z Traktatem UE, zakończyć się do 29 marca 2019 r. Jest to mało prawdopodobne z wielu powodów. Po tej dacie UE i Londyn mogą nie mieć umowy o wolnym handlu i wrócą do wysokich ceł na handel towarami i usługami. Gospodarka UE (bez Wielkiej Brytanii) jest ponad 5 razy większa od gospodarki Wielkiej Brytanii, a rynek UE to 47% eksportu (240 mld euro) Wielkiej Brytanii w 2015 r., zaś rynek Wielkiej Brytanii to tylko 16% eksportu UE. Łatwo więc wyobrazić sobie, kto zostanie rozjechany, gdy dojdzie do zderzenia. Inni partnerzy handlowi Wielkiej Brytanii to zaledwie 15% eksportu do USA, 7,2% do Szwajcarii, 6% do Chin, 2,1% do Hong Kongu, 1,2% do Kanady i 1% do Norwegii. Zanim więc Londyn się jakoś odkuje, część instytucji finansowych z Londynu i spora część produkcji nastawionej na eksport do UE przeniosą się do UE. Wrzuci to Wielką Brytanię w potężny kryzys ekonomiczny. Odbije się on w pierwszej kolejności na zwiększonym bezrobociu w regionach przemysłowych, które tak ochoczo głosowały za Brexitem. Stąd „kara niewidzialnej ręki rynku” będzie wymierzona w pierwszej kolejności zwolennikom Brexitu.
Polska w latach 2004-2020 otrzyma z UE w sumie 162 mld euro netto, czyli około 10 mld euro rocznie, średnio jakieś 3% PKB. Polski eksport to w 80% rynek UE, w tym 27% do Niemiec (w tym sporo prefabrykatów do niemieckich łańcuchów dostawczych, a nie produktów finalnych), a w drugą stronę to tylko 3% i 4,3% (kalkulacja z bazy danych trademap.org). Największe nieunijne rynki eksportowe dla Polski to USA (2,8% polskiego eksportu), Rosja (2,7%), Turcja (1,7%), Ukraina (1,5%), Norwegia (1,4%), Chiny (1,2%) i Szwajcaria (1%). Reszta to drobnica poniżej 1%. Liczenie na Chiny, popularne wśród części prawicy, jest złudne, zwłaszcza że one nie potrzebują Polski poza UE, lecz jako platformy dostępu do rynku UE. Zapewne więc rachunek za Polexit byłby słony i wynosił kilka razy więcej niż 1,75% PKB brytyjskiego, kraju będącego płatnikiem netto. Prawdopodobnie byłoby to około 1,5% PKB za zobowiązania bieżące (składki itd.), a ile zwrotu Unia chciałaby z około 40% polskiego obecnego rocznego PKB, które UE wpompowała w Polskę netto od 2004 r., to nawet strach się zastanawiać… Ponadto polska gospodarka poprzez odcięcie od rynków unijnych zostałaby wrzucona w otchłań kryzysu. Być może dlatego prawica odkurza kwestię reparacji wojennych od Niemiec. Cóż, zapewne moralnie ma to w oczach prawicowych radykałów jakiś sens, choć jest nierealne, nieprofesjonalne i raczej infantylne.
Polexit spowodowałby ogromny kryzys gospodarczy w Polsce, wysokie bezrobocie, wzrost kosztów obsługi długu publicznego do 5-10% odsetek i zapaść finansów publicznych, wyhamowanie inwestycji w modernizację, w technologie obronne, infrastrukturę energetyczną, koniec z 500+, koniec z bezpośrednimi dopłatami dla rolników. I w ogóle koniec marzeń o zamożnej i sprawiedliwej społecznie Polsce na dziesiątki lat. Poza tym – wzrost dominacji Rosji na Ukrainie, w Białorusi i w Polsce. Jednym słowem, Polexit to pogrzebanie „Trójmorza”, które i tak jest mało realne, poza wybudowaniem dobrych sieci transportowych (autostrady i szybka kolej) i energetycznych (zwłaszcza przesył gazu). Polska to 3-4% gospodarki UE, więc byłoby to zderzenie mrówki ze słoniem i zatopienie ekonomiczne Polski. Polexit to marzenie Putina.
Jak do tego wszystkiego powinna się odnieść lewica społeczna? Ano właściwie i w oparciu o konkrety komunikować te ryzyka swojemu potencjalnemu elektoratowi, obecnie często głosującemu na radykalną i konserwatywną prawicę. Powinna również tworzyć pozytywną wizję rozwoju UE i punktować faktami i statystykami eurosceptyków. Pozwolę sobie na kilka sugestii co do takiej komunikacji:
1. Warto analizować rachunek brexitowy i skutki gospodarcze Brexitu dla gospodarki Wielkiej Brytanii i nagłaśniać je w Polsce, modelując potencjalne koszty Polexitu – makro dla całej gospodarki oraz mikro w kontekście utraconych bezpośrednich dopłat dla rolników, kilometrów zbudowanych autostrad itd.
2. Krytycznie analizować argumentację radykalnej prawicy względem korzyści z Polexitu. Jeśli to będą korzyści z intensyfikacji relacji z Chinami czy miliardy z odszkodowań niemieckich, to warto podkreślać, że „zagłobowe Niderlandy” byłyby bardziej realne.
3. Brexit został poprzedzony latami szczucia na UE w bulwarowej prasie brytyjskiej. Obecnie można podobny proces zauważyć w prawicowych mediach czy na licznych antyunijnych stronach facebookowych, gdzie trudno znaleźć zrównoważony przekaz o UE. Może to prowadzić do powolnego, ale systematycznego spadku poparcia Polaków dla członkostwa w UE, Obecnie jest ono bardzo wysokie i wynosi około 88%. Jest tajemnicą poliszynela, że pieniądze Kremla wspierają radykalną antyunijną prawicę, pracując nad zniechęcaniem Polaków do UE. Tym samym warto aktywnie promować zalety UE, zwalczać tendencyjnie negatywny przekaz i uczyć się, jak UE funkcjonuje, jak się w niej skutecznie działa i jak pracować nad jej ulepszaniem.
4. Po wyborach w Niemczech ruszy dyskusja o dalszym rozwoju Unii. Polska obecnie nie bierze w tych rozważaniach żadnego sensownego udziału na poziomie roboczym, poza PR-em i ogólnikami. Warto rozmawiać na lewicy na ten temat i krytycznie analizować podejście i logikę polskiego rządu, która wygląda mniej więcej tak, żeby w przyszłości polski sejm czy rząd mogły wetować niekorzystne dla Polski decyzje UE. Jest to myślenie magiczne i niemieszczące się w realnym polu manewru. Niemcy i Francja będą szły w przeciwnym kierunku, czyli dalszej integracji, więc Polska powinna się odpowiednio do tego odnieść. Próba narzucania własnej życzeniowej wizji jest jak zawracanie Wisły kijem, oznacza postępującą izolację, marginalizację i ewentualnie Polexit, jeśli wywoła się falę społecznej niechęci do Unii. Co oznacza Polexit, już opisałem: potężny kryzys ekonomiczny i koniec polskich marzeń o spokoju, dostatku i bezpieczeństwie.
5. Stworzyć pozytywną i realną wizję rozwoju UE, zgodną z interesem Polski i jej obywateli. Polegałaby ona między innymi na promowaniu unii wspólnotowej, a nie międzyrządowej, promowanej przez rząd PiS i będącej na rękę największym krajom UE. Mianowicie UE z silną Komisją Europejską (i silną pozycją Polski w niej) i Parlamentem UE daje większą gwarancję ochrony interesów mniejszych państw, a UE z kluczową rolą Rady (czyli rządów) daje przewagę silnym, dużym państwom Unii, mającym wystarczający potencjał swoich administracji do forsowania własnych interesów.
6. Rozwijać strategię wejścia do strefy euro (jak, kiedy, pod jakimi warunkami itd.) i dyskutować o niej.
Ignacy Husarski
przez Tomasz S. Markiewka | środa 6 września 2017 | opinie
Smuci mnie, gdy widzę, ilu ludzi w internecie jest w stanie bronić do ostatniego tchu milionerów oraz miliarderów przed wysokimi podatkami. Tym bardziej, że w większości przypadków ci obrońcy sami zarabiają najwyżej w okolicach średniej krajowej, więc ich solidarność z rodzinami Kulczyków czy Gatesów jest cokolwiek zadziwiająca. Argumenty są zawsze te same: „Po co zabierać pieniądze ludziom, którzy sobie na nie zapracowali?” oraz „Co mnie obchodzi, ile zarabiają inni, niech każdy zajmie się sobą”. Chciałbym, aby takie osoby rozważyły dwie rzeczy.
Po pierwsze, zastanówcie się, proszę, nad wieloznacznością słów takich jak „zarabiać” czy „zapracować”. Komuś, kto pracuje kilkadziesiąt godzin tygodniowo, żeby mieć na bieżące wydatki i ewentualnie trochę odłożyć, zarabianie kojarzy się z regularnym wykonywaniem bardziej lub mniej męczących czynności. Łatwo przez to ulec złudzeniu, że najbogatsi robią mniej więcej to samo, tylko mądrzej, ciężej i dłużej. Jednak w rzeczywistości człowiek bogaty może sobie pozwolić na zarabianie w inny sposób: za pomocą odsetek. Kiedy masz dużo pieniędzy, możesz je pożyczać innym – bezpośrednio lub za pośrednictwem wszelakich instytucji finansowych. Te pożyczki zazwyczaj są oprocentowane na tyle wysoko, aby przynieść przyzwoity zarobek. Innymi słowy, milioner nie musi produkować żadnych towarów czy usług, nie musi dodawać żadnej wartości do gospodarki. Wystarczy, że ma odpowiednią ilość pieniędzy, aby z nich samych mógł wygenerować jeszcze więcej pieniędzy. Na podobnej zasadzie działa renta, czyli zarabianie na tym, co się ma (np. na ziemi), a nie na wytwarzaniu dodatkowej wartości.
No ale skąd bogaci mają to, co mają? Niektórzy – bylibyście pewnie zdziwieni jak wielu z nich – po prostu odziedziczyli majątek po rodzicach. Inni mieli odpowiednie dojścia i wystarczająco mało skrupułów, aby wykupić po okazyjnej cenie prywatyzowany majątek państwowy. Tak dorobiło się wielu rosyjskich oligarchów, a także Carlos Slim, swego czasu najbogatszy człowiek na świecie. Jeszcze inni, jak Bill Gates, mogli polegać na pomocy bogatych rodziców oraz szczęśliwych zbiegach okoliczności. Ależ – zakrzykniecie – taki Gates oprócz tego musiał się wykazać intuicją, smykałką do interesów, kreatywnością i innymi pięknymi rzeczami! Z pewnością, tak samo jak wykazuje się nimi codziennie niezliczona liczba ludzi, którzy nie mieli szczęścia urodzić się w odpowiednim domu, w odpowiedniej okolicy, w odpowiednim kraju, w odpowiednim czasie.
Nawet gdy pominiemy wymienione „szczegóły”, warto pamiętać, że każdy bogaty człowiek w ten czy inny sposób korzysta z pomocy państwa. Wozi towary po drogach zbudowanych dzięki pieniądzom z podatków, korzysta z pracowników wykształconych w szkołach publicznych, używa innowacji naukowych, które sfinansował rząd. Gdyby poprzednie pokolenia bogatych płaciły tak niskie podatki jak dzisiaj (kiedyś najwyższa stawka podatkowa w USA wynosiła 90%), to nie istniałaby duża część infrastruktury, z której współcześni milionerzy i miliarderzy korzystają, aby powiększać swój majątek.
Dlatego mówienie, że bogaci sami sobie zapracowali na wszystko, co mają, jest dalekim uproszczeniem. Tak samo jak twierdzenie, że ich dochody są ich i tylko ich, a państwo ze swoimi podatkami ma się odczepić. Zauważcie, że nie dotknęliśmy nawet tego, jak wysoką cenę za bogacenie się dużej części milionerów i miliarderów musiała zapłacić przyroda. Ta zaś wystawi rachunek nam wszystkim, a nie tylko tym, którzy najbardziej ją eksploatowali.
No dobrze – powiecie – ale czy nie jest tak, że gdy państwo nie męczy bogatych wysokimi podatkami, to mają oni więcej środków na inwestycje w miejsca pracy albo innowacyjne projekty? I czy ostatecznie wszyscy na tym nie korzystamy? Niestety, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Bogaci wcale nie są tak chętni do inwestowania w realną gospodarkę. Często trzymają pieniądze na kontach, kiedy indziej wydają je na spekulacje lub, o czym była mowa, zarabiają na odsetkach. Jak na razie nie udało się też nikomu dowieść, że menedżer zarabiający na przykład 4 miliony dolarów rocznie pracuje bardziej efektywnie albo ma większą motywację niż osoba na tym samym stanowisku zarabiająca, powiedzmy, 300 tysięcy dolarów.
Ponadto strategię obniżania podatków dla najbogatszych praktykujemy już od kilkudziesięciu lat, więc możemy przyjrzeć się jej efektom. Okazuje się, że z przepowiedni „obniżmy podatki, bogaci więcej zarobią, przez co przeznaczą więcej na inwestycje, dzięki czemu wszyscy skorzystają” sprawdził się tylko jeden element. Bogaci rzeczywiście stali się jeszcze bardziej bogaci. Realne zarobki całej reszty obywateli państw zachodnich stoją zaś w miejscu. W Polsce jeszcze nie odczuwamy tego aż tak bardzo, ponieważ jesteśmy krajem na dorobku. Ale jeśli nic się nie zmieni, my również w pewnym momencie zderzymy się ze ścianą. Zresztą już teraz większość z nas ma te same problemy, co obywatele innych państw rozwiniętych. Jedynym sposobem zapewnienia sobie mieszkania, czyli miejsca do życia, jest wzięcie kredytu. Inni potrzebują go nawet do tego, aby przetrwać studia, ponieważ ani płace rodziców, ani marne stypendia nie wystarczają do utrzymania się w obcym mieście. Zastanówcie się, kto korzysta na tym, że niskie zarobki zmuszają nas do brania kredytów. W czyim interesie jest tworzenie społeczeństwa zdominowanego przez kredyty, w którym duża część obywatelek i obywateli musi płacić odsetki?
Prawda jest taka, że gospodarkę pobudzają nie bogaci, lecz popyt. Kiedy pracodawcy są gotowi zatrudnić kolejnego pracownika? Gdy zapotrzebowanie na proponowane przez nich towary lub usługi jest na tyle duże, że potrzeba więcej rąk do pracy. Żeby jednak istniał popyt, ludzie muszą mieć pieniądze na zakupy. Osoby biedne i średniozamożne, w przeciwieństwie do miliarderów, wydają większość pieniędzy na rzeczy takie jak jedzenie, meble czy komputery. To dzięki nim kręci się gospodarka, a ludzie mają pracę. Jasne, bogaci potrafią czasem wydawać pieniądze w sposób mądry i pożyteczny. Nie chodzi o to, że wszystko robią źle. Trudno jednak traktować ich jako dobrodziejów naszych społeczeństw. Na bogactwie ludzi zamożnych korzystają przede wszystkim oni sami. Tak po prostu. Nie ma więc sensu wierzyć w bajki o bogaczach, dzięki którym nam wszystkim żyje się lepiej.
Po drugie, zanim powiecie „A co mnie to w ogóle…”, zastanówcie się, czy tak samo lekceważylibyście zagrożenie ze strony imperatora, którego nikt demokratycznie nie wybrał i którego nikt demokratycznie nie może odwołać. Bogaci są właśnie takimi imperatorami, którzy oddziałują na nasze życie na setki sposobów. Na przykład bracia Koch, amerykańscy miliarderzy, nie żałują pieniędzy na utrudnianie walki z globalnym ociepleniem. I wiecie co? Idzie im całkiem nieźle. Teraz mają nawet prezydenta, który im pomaga. To dla nas bardzo zła wiadomość. Gdy zmiany klimatyczne zaczną być coraz bardziej uciążliwe, bogaci sobie poradzą, przynajmniej przez pewien czas. Gorzej z resztą, bo dla nas ucieczka przed negatywnymi skutkami globalnego ocieplenia będzie o wiele trudniejsza.
No i jest jeszcze kwestia mediów. Wystarczy pooglądać przez dzień programy polityczne w TVP, żeby zobaczyć, co się dzieje, gdy media są kontrolowane przez niewielką grupę osób. Bogaci mają zaś wiele sposobów oddziaływania na przekaz medialny, choć, trzeba im to oddać, zazwyczaj są o wiele subtelniejsi w swoich działaniach niż PiS. Niektórzy z nich po prostu sobie media kupują, inni mają przeróżne sposoby wywierania na nie wpływu. Od presji ze strony reklamodawców, po skuteczne propagowanie swojego punktu widzenia. Jeden z brytyjskich dziennikarzy zauważył ostatnio, że wiele tekstów prasowych niewiele różni się od folderów reklamowych najpotężniejszych korporacji.
Bogaci mają jeszcze wiele innych sposobów urządzania świata po swojemu. Na przykład w USA kandydaci na prezydentów zabiegają u nich dniem i nocą o pokaźne datki na kampanię wyborczą. Muszą więc uważać, aby za bardzo nie zdenerwować swoich zamożnych darczyńców. Bogaci mają też niestety darmową pomoc ludzi, którzy potrafią spędzić wiele godzin w internecie, broniąc ich przed podatkami i rzekomymi komunistami. Jeśli jesteś jedną z takich osób, zadaj sobie proste pytanie. Czy naprawdę milionerzy są tą grupą społeczną, która potrzebuje twojej darmowej obrony – twojego czasu i energii? Czy nie byłoby lepiej, gdybyś bronił swoich własnych interesów, a nie ich? Gdybyś zastanowił się, jak na przykład proponowana zmiana podatkowa wpłynie na ciebie, twoje zarobki, twoje możliwości korzystania z usług publicznych, twoje otoczenie? Zapewniam cię, że jeśli rzetelnie się nad tym zastanowisz, szybko okaże się, że nie jedziesz na tym samym wózku, co bracia Koch. Co gorsza, oni doskonale zdają sobie z tego sprawę…
dr Tomasz S. Markiewka