Ile kosztuje życie?

Jedno z ostatnich upublicznionych zdjęć Barry’ego Hinesa przedstawia go stojącego na tle ciągnącej się w dół ulicy w rodzinnej osadzie górniczej Hoyland Common. To nieopodal Barnsley w Południowym Yorkshire, jednym z głównych zagłębi węglowych w Anglii. Oczywiście wydobycia węgla już dawno tam nie ma. Nie ma też między nami samego Hinesa. Zmarł w marcu ubiegłego roku. Ostatni poważniejszy tekst napisał w roku 2000, niewiele później zdiagnozowano u pisarza chorobę Alzheimera. Nie ma już wydobycia węgla i nie ma już Hinesa, ale została jego książka „Cena węgla”. „The Price of Coal” to dwuczęściowy film telewizyjny z roku 1977, wyreżyserowany przez Kena Loacha na podstawie scenariusza Hinesa. Później, na bazie skryptu, powstała sama książka. Dokładnie odwrotnie było niemal dekadę wcześniej przy okazji takiej współpracy, dzięki której obaj twórcy stali się znani szerokiej publiczności. Hines w roku 1968 wydał swą drugą powieść, „A Kestrel for a Knave”, która przyniosła mu pewną popularność, a rok później Loach na jej podstawie nakręcił film zatytułowany „Kes” – piękną, popularną, dziś już wręcz kultową opowieść o przyjaźni wrażliwego chłopca i sokoła, osadzoną w realiach górniczej miejscowości i dość bezdusznego systemu społecznego i edukacyjnego.

„Cena węgla” – w dzisiejszych czasach brzmi to dość myląco. Spodziewamy się raczej analizy wpływu CO2 na środowisko naturalne, jakość powietrza i klimat planety. A może rozprawy o tym, ile „wszyscy” „dopłacamy” do wydobycia węgla i utrzymania kopalń, w których jacyś dziwni ludzie – bo przecież ta narracja wskazuje, że nie należą do grona „wszystkich”, zwanych też czasami „podatnikami” – hobbystycznie lub na złość reszcie społeczeństwa zajmują się wydobyciem węgla. Którego, oczywiście, nikt nie chce i nie potrzebuje, bo przemysł nie bazuje na energetyce węglowej, w gniazdkach nie mamy prądu pochodzącego głównie z węgla, a nasze mieszkania i domy są zazwyczaj ogrzewane czymś innym.

Więc tak: to nie jest książka o klimacie ani o podatnikach. Jest o węglu i górnikach w epoce, w której cała nasza cywilizacja i dobrobyt bazowały na tym surowcu energetycznym. Bez niego nie byłoby prawie niczego, w tym nie byłoby późniejszych etapów rozwoju społeczeństwa, które już może myśleć i być w stanie przejść do rzeczywistości nie bazującej na węglu w tak dużym stopniu, a być może tylko w stopniu zaledwie niewielkim. Jest to książka o kapitalizmie, dążeniu do zysku, nieszanowaniu ludzkiej pracy i ludzkiego życia przez zarządców systemu. Jest o tym, że system, który oszczędza na ochronie zdrowia i życia zwykłych ludzi, nie oszczędza na fanaberiach elit. Jest o tym, że zwykli ludzie dostrzegają fałsz, niespójność i podłość tego wszystkiego, choć nie zawsze chcą i mogą to wyrazić lub są władni zmienić na lepsze. Nie jest to zatem książka o węglu, choć węgiel ma w tytule, a cała jej akcja kręci się wokół wydobycia węgla. Być może za 20 czy 50 lat ktoś napisze podobną książkę pod tytułem „Cena energii odnawialnej”. Bo dopóki nie zniknie system nakierowany na zysk i nie szanujący pracy, zdrowia i życia tych, którzy ów zysk zapewniają swoim wysiłkiem, dopóty takie książki będą powstawały. Nie o źródła energii tu bowiem idzie.

Akcja „Ceny węgla” rozgrywa się w (wymyślonej) kopalni Milton Colliery nieopodal wspomnianego Barnsley. Jej szefostwo dowiaduje się, iż zakład odwiedzi książę Karol w ramach dwudniowej wizyty w okolicy i zwyczajowego pokazywania księcia społeczeństwu, a księciu – społeczeństwa. Oczywiście nikt tu niczego nie ogląda na serio. Od początku chodzi o starannie wyreżyserowany teatrzyk. Kopalnia, jak wszystkie wówczas w Wielkiej Brytanii, jest państwowa, więc teoretycznie istnieją tam pracownicze ciała doradcze. Nikt się jednak nie przejmuje ich opiniami. Główny bohater, Syd, doświadczony górnik, zgłasza sprzeciw wobec wizyty oraz oświadcza, że jeśli mimo to dojdzie ona do skutku, to książę powinien zobaczyć kopalnię w jej stanie naturalnym. Jest to jednak gadanie do ściany. Zarząd wie lepiej, nie ma dyskusji, a jedyne, co udaje się wymóc, to tyle, żeby całą pokazówkę zrobić choć częściowo tak, aby jakieś drobne ulepszenia miały charakter długofalowy, nie tylko na czas wizyty.

I zaczyna się istny cyrk. Odnawianie tej – i tylko tej – części zakładu, którą odwiedzi „dostojny gość”. Sprzątanie, którego od bardzo dawna nie było. Sadzenie drzew i krzewów, malowanie latarni, ustawianie tabliczek informacyjnych (z łacińską sentencją Ex Tenebris Lux, co wyjątkowo zdumiewa górników rozmawiających w lokalnym dialekcie), malowanie szybu i wind pierwszy raz od dawien dawna (nie pamięta tego górnik pracujący „w Miltonie” od 30 lat), montowanie gumowych podkładek na siedzeniach kolejki wożącej węgiel, wmurowanie pod ziemią na ścianie jednego z pokładów tablicy upamiętniającej planowaną wizytę, zamówienie srebrnej grawerowanej laski sztygara jako prezentu dla księcia. Mnóstwo zamieszania, wysiłku i kosztów. Wszystko to na tle opisanego sucho, lecz wymownie górniczego wysiłku – ciężkiej, monotonnej i ryzykownej pracy. Z upływem czasu jeszcze przybywa zadań i kosztów. Jest remont drogi dojazdowej, która od lat była dziurawa. Jest zmiana kształtu hałdy i posadzenie na niej krzewów i kwiatów. Jest remont pomieszczeń biurowych, żeby podjąć gościa w luksusowych warunkach. Kolejne pomysły, starania, wydatki. Armia ludzi krząta się wokół „odpicowania” kopalni. Pozostała część górników musi pracować jeszcze bardziej ciężko, żeby utrzymać plan wydobycia. Bo wizyta wizytą, ale funty szterlingi muszą się zgadzać.

Wspomniany Syd robi za dyżurnego malkontenta. Ale nie dlatego, że po prostu lubi narzekać. Syd ma lewicowe poglądy. Cała ta szopka z rodziną królewską to nie jest jego bajka, a co dopiero, gdy rzecz dotyczy bezsensownych wydatków i wysiłków w kopalni, w której on pracuje. W jednej z rozmów w gronie kolegów z zakładu Syd oznajmia: „Mówię o wydawaniu tysięcy funtów z pieniędzy społecznych na wizytę, która nie potrwa dłużej niż dwie godziny. Podobno nas przycisnęło, podobno wszyscy mamy zaciskać pasa? Jak można się spodziewać, że ludzie będą to brali na poważnie, skoro widzą takie rzeczy?”.

Ale inni biorą to na poważnie. Hines sprawnie odmalowuje mechanizm, który polega na tym, żeby ludzi nie mających niemal nic, uczynić dumnymi i zadowolonymi z niematerialnego splendoru związanego z de facto przypadkową w tej kopalni oraz rutynową w ogóle wizytą księcia. „Ludzie tego chcą”, „ludzie pragną”, „ludzie są zadowoleni”, „zaszczyt”, „wyróżnienie”, „wyjątkowy traf”… Takie „argumenty” zamykają usta niemal wszystkim. A komu się nie uda zamknąć ich w ten sposób – jak Sydowi czy jednemu z emerytowanych górników (o porządkach na cześć księcia mówi on: „Pracowałem w tej kopalni przez pięćdziesiąt jeden lat, ale dla mnie nigdy nie zamietli placu”) – temu przywali się już bez patyczkowania i miłych słówek zupełnie inaczej. Słyszą, że są ekstremistami. I że w okolicznych kopalniach, gdzie działają bojowe związki zawodowe i dlatego to nie tam złoży wizytę książę, związkowcy to ponoć komuniści, choć nie ma żadnych dowodów na ich faktycznie komunistyczne poglądy czy przynależność organizacyjną. Znów mamy tu bardzo celnie odmalowany mechanizm urabiania opinii – gdzie nie wystarczy poczucie dumy z fantomowych korzyści, tam trzeba wykreować wroga i unurzać krytyków w błocie pomówień. Nawiasem mówiąc, czytelnikom i czytelniczkom wychowanym po naszej stronie dawnej żelaznej kurtyny jedyny „komunizm”, jaki przychodzi do głowy podczas lektury – jeśli nie są maniakalną prawicą, jakiej dzisiaj pełno – to podobieństwo opisu przygotowań do wizyty księcia Karola do opisów podobnych „ustawek” na cześć PZPR-owskich kacyków.

Z czasem coraz więcej pracowników zaczyna dostrzegać absurdalność podejmowanych starań. Bo koszty rosną i rosną – okazuje się choćby, że książę przyleci jednak helikopterem, co oznacza, iż remont rzadko uczęszczanej drogi nie miał wiele sensu, za to trzeba przygotować jeszcze i lądowisko. Zanim doszło do wizyty, ulewa zmyła wszystko z dawnej hałdy i zniweczyła wysiłki oraz sprawiła, że pieniądze wyrzucono w błoto – całkiem dosłownie. Przybywa natomiast wysłannik księcia, który szczegóły pokazówki planuje ze stoperem w ręku – kto ile kroków przejdzie w jakim tempie, kto gdzie stanie, kto co powie…

Wizyta księcia odbywa się zgodnie z planem. Wszystko udało się niemal idealnie, zarząd kopalni jest zadowolony. Książę odlatuje. I wtedy trzeba zejść na ziemię. W tym przypadku – pod ziemię. A pod ziemią są pieniądze, zysk, wyniki finansowe, poziom wydobycia. Wszystko tam jest, także ludzka harówka, choć ona okazuje się najmniej ważna. Bo oto czas i pieniądze stracone wskutek przygotowań do wizyty trzeba odzyskać za wszelką cenę. Naciska na to zarząd związku kopalń, więc szefostwo kopalni Miltona naciska na pracowników. W żołnierskich słowach dyrektor Forbes ruga sztygara Taylora i każe mu czym prędzej naprawić silnik jednego z urządzeń służących wydobyciu węgla, choć tamten sygnalizuje telefonicznie spod ziemi, że to nie taka prosta sprawa. Co kieruje dyrektorem? „Już widzę, co teraz będzie: stracimy dwie szychty i wydobycie spadnie. W okręgu rzucą okiem na dane i ten cholerny telefon nigdy się nie przestanie urywać” – wyjaśnia sekretarce. A sztygar pod ziemią mówi: „Wszyscy je [kłopoty] będziemy mieli, jak nie zrobimy tego silnika na piętnastce i nie zaczniemy dawać węgla. Forbes już mnie za to ochrzanił”.

Doświadczony górnik Frank Morris i praktykant Steve Oates zostali skierowani do naprawy silnika, a przy okazji mieli zrobić kilka innych rzeczy. Pośpiech, stres, brak doświadczenia młodego pomocnika – wszystko to skutkuje wybuchem metanu. Pod ziemią znajdowało się wielu pracowników. Większości udało się wydostać z rejonu wybuchu. Wśród nich był syn Syda, Tony. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Od razu znaleziono trzy ciała. Losy kolejnych czterech osób nie są znane przez długie partie książki. Wśród nich jest kopalniany „ekstremista” i „wichrzyciel”. Jego syn, wraz z innymi górnikami, wezwanymi rodzinami i ludźmi z lokalnej społeczności, długo czeka na wieści z dołu. Choć jest lekko ranny, zgłasza się do ekipy mającej podjąć próbę usunięcia zwałowiska, które zatrzymało oddział ratowników.

Świetnie, choć dość beznamiętnie odmalowane napięcie i oczekiwanie na uratowanie zasypanych górników jest dopełniane przez inne wątki. Na przykład rozmowy górników o przyczynach wypadku. „Robotnicy omijają przepisy bhp i nie stosują się do nich w imię produkcji, a kierownictwo przymyka oczy i ma nadzieję, że się uda” – mówi Bob Stacey. – „W końcu to nic dziwnego, no nie, jak nas tak naciskają? Gdybyśmy robili tak jak każą w książkach, to przez szychtę byśmy nie dawali nawet łyżki węgla. Wszyscy o tym wiedzą. Właściwie to aż dziwne, jak często nam to uchodzi”. A inny z górników, Jimmy, odpowiada na to swego rodzaju manifestem wplecionym między kolejne kęsy spożywanej kanapki: „Nie mielibyśmy nawet połowy tych wypadków, gdyby zamiast wiecznego kija i marchewki była należycie zorganizowana praca… […] Chodzi mi o to, że gdybyśmy mogli wprowadzić robotę na dniówki i samemu określać cele produkcyjne, to zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo, prawda? Już byśmy dopilnowali, żeby bezpieczna praca i wydajność szły ze sobą w parze. Wtedy byśmy czuli, że to leży w naszym własnym interesie, no nie?”. Młody górnik, oczekujący na wieści o losach zasypanego ojca, przypomina sobie wówczas, iż „tata twierdził, że demokracja w przemyśle jest równie ważna jak walka o zarobki”. Nie, drodzy państwo, nie czytacie jakiegoś barrrrrrdzo rrrrradykalnego manifestu politycznego. To po prostu literatura popularna z czasów, gdy jej twórcy mieli prospołeczne poglądy, a zarówno im, jak i wielu czytelnikom/czytelniczkom przyświecała wiara w możliwość zaistnienia świata ciut lepszego niż ten zastany. Neoliberalizm nastał kilka lat później, zniszczył i nadzieję, i przemysł, i robotnicze społeczności, w których takie myśli mogły kiełkować nie tylko wśród intelektualistów.

Opis katastrofy w „Cenie węgla” to także inne wątki poboczne, mniej wprost polityczne, ale równie wymowne. Na przykład gdy na miejsce katastrofy przybywają dziennikarze żądni tylko sensacji – to chyba początek tabloidyzacji mediów – a górnicy o mało ich nie linczują. Albo gdy później ci sami dziennikarze natarczywie nagabują czekającą na wieści o mężu małżonkę Syda, wciąż nieodnalezionego, choć z czterech zasypanych jeden już zdołał ocaleć (uratowany i niesiony przez ratowników, stwierdza: „Ale kufelek to bym wypił”), a dwóch znaleziono martwych i pokawałkowanych siłą wybuchu. Kath z wściekłością rzuca w twarz gryzipiórkom: „Poczekajcie tylko, aż to wszystko przeminie, a my wystąpimy o następne podwyżki. Wtedy to już będzie inna śpiewka, co? Wtedy to będzie chciwość górników albo spisek komunistyczny. Znów będziemy nakładać okup na cały kraj. Wszystko, byle tylko zwrócić ludzi przeciwko nam… Jakoś nie chcieliście pisać o nas łzawych kawałków, jak były strajki w siedemdziesiątym drugim i siedemdziesiątym czwartym, co? Wtedy nie chcieliście odwiedzać nas w domach…”. Brzmi znajomo, prawda? Jak oskarżenie wobec niefikcyjnych liberalnych gadzinówek, które na przemian szczuły na górnictwo i „roszczeniowych związkowców” oraz tonęły w szlochach i wyrazach współczucia „dla ofiar tragedii i ich rodzin”, gdy w Rudzie Śląskiej i innych miastach zagłębi węglowych dochodziło do katastrof w kopalniach.

Syd przeżył. „Ma złamaną nogę, złamaną miednicę i ciężkie oparzenia piersi i ramion […] Był nieprzytomny, kiedy go wyciągnęli…”. I to już w zasadzie koniec książki. Bez happy endu, bo trudno za taki uznać śmierć pięciu górników i poważne dolegliwości głównego bohatera. Bez moralizowania i podawania na tacy jakiejś interpretacji przeczytanej historii, bo przecież czytelnicy/czytelniczki nie są głupi. Potrafią wyciągnąć wnioski z przebiegu wydarzeń, z szastania forsą na wizytę księcia, a oszczędzania na bezpieczeństwie w kopalni. Z całego, ledwie tu wzmiankowanego, tła tej historii – realiów ciężkiej pracy, skromnego życia rodzinnego, powtarzalności i monotonii losów górniczych rodzin, w których do rangi święta urasta czy to przyjazd księcia, czy lokalne rozgrywki w krykieta. Albo z takich, zapisanych gdzieś mimochodem dialogów, jak ten, w którym rodzice i żony oczekujący na wieści o zaginionych, rozmawiają o nich. Pani Dobson o synu: „Nigdy nie powinniśmy mu byli pozwolić na pracę w kopalni. Ja zawsze byłam temu przeciwna”. Pani King o mężu: „Nasz Ronnie dopiero miesiąc temu przestał brać zasiłek. Jak zamknęli Melton Main, był bez pracy sześć miesięcy. Nie miał gdzie pójść. Nie miał wyboru, jak tylko wrócić do tego”. To wszystko. Mimo iż wiecie, jak się skończyła ta historia, warto przeczytać książkę, bo to dobra literatura o ważnych sprawach. Najważniejszych.

Remigiusz Okraska

Barry Hines, Cena węgla, Książka i Wiedza, Warszawa 1985, przełożył Robert Ginalski. Książkę wydano „za komuny” w sporym nakładzie – 30 tys. egz. – dzięki czemu można ją bez trudu znaleźć dzisiaj w antykwariatach internetowych czy na Allegro w przystępnych cenach.

Co może polityka?

Każda poważna dyskusja o dzisiejszej Polsce, wychodząca poza bieżączkę polityczną czy najbardziej ortodoksyjną propagandę Wspaniałego Ćwierćwiecza 1989-2014, dość nieuchronnie prowadzi do wniosków, że sytuacja jest średnia. Mamy gospodarkę o niewysokim jak na Europę PKB, tkwiącą w pułapce średniego dochodu, płacącą rentę kolonialną, mało innowacyjną. A przy tym wszystkim kiepskie perspektywy demograficzne. Powstaje pytanie, jakie są możliwości zmiany tego stanu rzeczy przez bieżące działania polityczne i na ile strategie w rodzaju tej ogłoszonej przez wicepremiera Morawieckiego są propagandowymi zbiorami pobożnych życzeń, a na ile jednak jakimiś szansami.

Myślenie kategoriami długiego trwania, wielkich formacji historyczno-gospodarczych, określonych przez kształtujące się w ciągu stuleci habitusy determinant rozwoju lub jego braku może prowadzić do pewnej lekceważenia niewiary w skutki działań doraźnych. Na drugiej szali można położyć chętnie przywoływane przykłady potężnych awansów cywilizacyjnych, jakich doznały w XX wieku Korea Południowa, Tajwan, a także, last but not least, nieco później Chiny kontynentalne. Nierzadko pada jednak argument o możliwej nieadekwatności takich porównań z uwagi na odmienne kręgi cywilizacyjne i moment historyczny. Warto być może zatem poszukać sytuacji w historii Polski, w których szanse modernizacyjne zostały przegapione czy zaprzepaszczone z uwagi na nietrafione decyzje polityczne w kluczowych momentach.

Przedrozbiorowa historia Polski wydaje się nie obfitować z potencjalne punkty zwrotne. Ukształtowany ostatecznie, niesprzyjający innowacji, model gospodarki folwarcznej był mocno zakorzeniony w czynnikach obiektywnych. Był ceną płaconą za zaskakującą odporność populacji ziem polskich (czy szerzej, zachodniosłowiańskich) na zarazy, dziesiątkujące w późnym Średniowieczu ludność Europy Zachodniej, ale nie oszczędzające też terenów obecnej Rosji. Znikome straty ludnościowe ułatwiły osiągnięcie przez państwo polsko-litewskie potęgi politycznej, jednak dostępność rąk do pracy sprawiła, że była ona tania i nie istniały impulsy do poszukiwania pozarolniczych źródeł dochodu czy sposobów zrekompensowania braku ludzi efektywniejszymi metodami gospodarowania lub wynalazkami technicznymi. Doskonała opłacalność produkcji rolnej w wiekach XV i XVI odbierała sens inwestowaniu w wytwórstwo protoprzemysłowe, to po prostu się nie kalkulowało. Korzystała na tym w istocie całość ludności, jednak później pozbawieni siły politycznej kmiecie mieli zapłacić za to obróceniem w faktycznych niewolników. Podobnie dobrodziejstwem inwentarza, wynikającym ze specyficznego, odmiennego od zachodniego modelu feudalizmu, było dysfunkcyjne spełnianie roli zachodniego stanu trzeciego przez liczną szlachtę, która szybko od rycerstwa przeszła do roli faktycznych przedsiębiorców, nadużywających przywilejów wynikających z pozycji politycznej i pozbawionych konkurencji (przez co mogli stanowić prefigurację dzisiejszych „Januszów biznesu”), oraz Żydów, których formacja intelektualna nie zmieniła się wiele od Średniowiecza i miała bardzo mało punktów stycznych z tym, co działo się na zachodzie Europy.

W tej sytuacji znaczące oddalenie się trajektorii rozwojowej Rzeczypospolitej od dominującej w wyznaczającej trendy części kontynentu – było w zasadzie nieuniknione. Pewną zmianę mogło zapewne przynieść powodzenie wysiłków mających na celu wzmocnienie roli monarchy i centralizację władzy – silna stała armia królewska stymulowała wszędzie powstawanie zakładów zbrojeniowych pracujących na jej rzecz, które w Rzeczypospolitej nie zaistniały. Byłaby to zmiana istotna, jednak raczej punktowa i nie wpływająca szczególnie na model gospodarczy panujący w kraju. Poruszanie się po bocznym torze, acz niekorzystne, samo w sobie nie było jednak tragedią. Wszak Rosja we wcale nie lepszych warunkach stała się dzięki wielkości terytorialnej i ludnościowej potęgą – a tych parametrów nie brakowało i Rzeczypospolitej, niezależnie od pogłębiającego się zacofania cywilizacyjnego. Klucz do losów kraju leżał w sferze czystej polityki. Radykalna całościowa modernizacja była co do istoty praktycznie niemożliwa choćby przez samą trudność konceptualizacji (choć silna władza centralna mogłaby na zasadzie imitacji wdrażać ją efektywnie na pewnych odcinkach), ale też nie stanowiła warunku sine qua non utrzymania państwowości.

Rozbiory i XIX wiek przyniosły zasadniczą zmianę. Po pierwsze dawny model polityczno-społeczno-gospodarczy zbankrutował w sposób wyraźny jako jedna z przyczyn katastrofy państwa. Po drugie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa. W nieoptymalnych warunkach politycznej „Rzeczypospolitej jeden i pół”, która wyłoniła się z zawieruchy wojen napoleońskiej, pojawiła się właściwa odpowiedź na problem. Przybrała ona postać polityki interwencjonistycznej, stymulującej odgórnie rozwój, a prowadzono ją z inicjatywy księcia Druckiego-Lubeckiego. Chociaż z uwagi na ograniczający rynek wewnętrzny brak uwłaszczenia chłopów również środowisko społeczno-gospodarcze nie było optymalne, efekty osiągnięte do roku 1830 były bardzo obiecujące. Rozwijały się przemysły górniczy i włókienniczy, poprawie ulegała infrastruktura. Szacowane wskaźniki gospodarcze Królestwa Polskiego były porównywalne z ówczesną Szwecją. Niestety, represje po przegranym Powstaniu Listopadowym uniemożliwiły kontynuację tej polityki, a wprowadzenie barier handlowych na wywóz towarów do Rosji w znacznej mierze zniweczyło jej osiągnięte dotychczas efekty. Co gorsza, likwidacji uległa niedawno założona warszawska politechniczna Szkoła Przygotowawcza, co bardzo utrudniło przygotowywanie kadr inżynierskich – nauka wiązała się z koniecznością wyjazdu do Rosji lub emigracji. XIX-wieczne powstania miały oczywiście szereg przyczyn, niemniej jednak za każdym razem ich rozpoczęcie stanowiło pewną decyzję polityczną, mającą alternatywy i trudno uznawać je za bezwzględne konieczności. Za każdym razem były fatalnie nietrafione czasowo – gdyby któreś wybuchło w czasie wojny krymskiej, miałoby znacznie większe widoki na korzystny wynik. O ile bilans powstań w sferze świadomości narodowej jest kwestią dyskusyjną, w której można sensownie (choć bez możliwości ostatecznego rozstrzygnięcia) formułować różne stanowiska, o tyle w odniesieniu do poziomu cywilizacyjnego większości ziem, które złożyły się na odrodzoną Polskę, wydaje się być jednoznacznie zły. Szansa modernizacyjna przepadła.

Polska, odzyskawszy niepodległość w 1918, była gospodarczą peryferią, w której kumulowały się zapóźnienia wynikające z bocznotorowego rozwoju przed rozbiorami oraz bardzo ograniczonego uczestnictwa w modernizacji będącej plonem rewolucji przemysłowej. Sytuację pogarszały bardzo poważne zniszczenia wojenne. Przywołana wcześniej Szwecja, nienależąca przecież do przodującego gospodarczo centralnego obszaru Europy Zachodniej, zdążyła w ciągu 100 lat uzyskać dwukrotną przewagę w aspekcie rozwoju wyrażonego jako PKB per capita (a do wybuchu II wojny światowej wzrosła ona do dwuipółkrotności). Rozwój przemysłu i infrastruktury w II RP przebiegał niezwykle opornie, mimo inwestycji podejmowanych przez państwo. Ubogi rynek wewnętrzny nie zapewniał tym usiłowaniom przyjaznego środowiska, a obciążenia fiskalne wsi, z których czerpano środki na inwestycje, jeszcze pogarszały sprawę. Kraj bardzo źle zniósł Wielki Kryzys – PKB per capita spadał nieprzerwanie do 1933, osiągając w tym roku 75% wartości z 1929.

Wieś w ogromnej mierze pozostawała na poziomie życia znanym z XIX wieku, była też bardzo przeludniona. A to ona, skupiając w 1931 roku 73% mieszkańców kraju, stanowiła klucz do powodzenia modernizacji. Ogólne ubóstwo było uwarunkowane przez strukturę własnościową: 1% przeważnie ziemiańskich gospodarstw wielkoobszarowych (powyżej 50 ha) zajmowało w 1921 roku 48% gruntów. Progu produkcji towarowej, wynoszącego 5 hektarów, nie przekraczały 62% gospodarstw, a 1/3 chłopów była bezrolna. Reforma rolna była koniecznością. Niestety, przyjęto zupełnie niesatysfakcjonujące rozwiązania „kropelkowe”. Pakt lanckoroński przewidywał parcelację ledwie 200 000 hektarów rocznie, a ułożenie się formacji sanacyjnej z ziemiaństwem w Dzikowie i Nieświeżu spowodowało, że nawet te założenia nie były realizowane i w efekcie w 1938 r. średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego spadła w porównaniu z 1921 z 5,7 ha do 5 ha, natomiast liczba niesamowystarczalnych gospodarczo minifundiów wzrosła do 64,5%.

Efektywna, napędzająca modernizację kraju reforma musiałaby być radykalna, być może nawet realnie wywłaszczeniowa. Zapewne nad ziemiańską Arkadią zniszczoną przez narodowych bolszewików roniłoby się dziś łzy, ale byłby to potężny impuls, dzięki któremu rozwój przemysłu albo dokonywałby się w miarę samoistnie, albo, prowadzony przez państwo, nie wisiałby w próżni. A przy okazji zapewne częściowo rozbroiłoby to fatalną sytuację narodowościową – tutejszy, otrzymawszy od polskiego państwa ziemię, dwa razy zastanowiłby się, czy czuje się Ukraińcem, o którym prawią młodzi agitatorzy, czy może jednak Polakiem, do czego zachęca władza, dysponująca obok kija także marchwią. To też była decyzja. Mógł Ziuk postawić jednego pasjansa mniej, mógł Pan Roman wróciwszy z Wersalu przeczytać bardzo ciekawą książkę, „Myśli nowoczesnego Polaka”, i pójść w kierunku modernizacyjno-populistycznym, a nie uprawiać konserwatyzm potrzebny zacofanej Polsce jak dziura w moście.

Dzięki dokonanym u siebie reformom i reformom własnościowym zaczęły Polskę wyprzedać podobnie postfeudalne nędze, jakimi były kraje bałtyckie (dokonywane przez krajowych obserwatorów porównania wsi litewskiej i polskiej wypadały dla tej drugiej bardzo niekorzystnie) oraz Finlandia. Warto przyjrzeć się przez chwilę przykładowi tej ostatniej. Dokonane w latach 20. kompleksowe reformy rolne przyczyniły się w sposób decydujący do szybkiego wzrostu gospodarczego – PKB per capita wzrósł między 1929 a 1920 o niemal połowę. Wielki Kryzys odbił się również na gospodarce tego kraju, jednak do 1933 roku omawiany wskaźnik wrócił do poziomu z 1929 r., aby do chwili wybuchu wojny wzrosnąć o kolejną jedną trzecią. Reformy przyczyniły się też do scalenia politycznego kraju, podzielonego przez wojnę domową między białymi a czerwonymi. W 1939 społeczeństwo fińskie przeciwstawiło się konsekwentnie i jednomyślnie sowieckiej inwazji, a propaganda najeźdźców nie znajdowała praktycznie żadnego posłuchu. Jednocześnie przemiany nie spowodowały alienacji społecznej dotychczasowych właścicieli ziemskich – szwedzkiej szlachty. Można zatem zakładać, że i Polska mogła na podobnym programie bardzo skorzystać. Siła gospodarcza przełożyłaby się na wojskową, zwiększającą poważnie szanse przetrwania w niezwykle trudnym otoczeniu, oraz na polityczną.

Ostatnią dotychczasową niewykorzystaną szansą modernizacyjna jawią się być czasy pogomułkowskie, kiedy w sumie całkiem sensowne gierkowskie inwestycje, równoległe do dokonywanych w Korei Południowej i idące w podobnych kierunkach, zamiast nadać impet, rozmyły się z powodu braku możliwego przecież urynkowienia gospodarki, zwiększającego popyt i rozwiązującego nierozwiązywalne przy centralistycznym dogmatyzmie problemy typu brak sznurka do snopowiązałek. Pewna szansa występowała jeszcze za czasów generała Jaruzelskiego. Wystarczyło, imitując drogę chińską, zamiast wolności politycznej zwiększyć zakres swobody gospodarczej. Tych parę lat do i tak nieuniknionego upadku systemu dałoby czas temu, co stworzono w poprzedniej dekadzie na okrzepnięcie zamiast gnicia oraz na wejście do otwartej konkurencji światowej na o wiele lepszych warunkach (vide Czechy czy Słowenia).

Nie ma powodu przypuszczać, że drzwi na klatkę schodową są już nieodwołalnie zamknięte i jesteśmy skazani na snucie się po obecnie zajmowanym piętrze. Polska ma, jak by nie patrzeć, kapitał w postaci sporej wielkości populacji. Najpierw, po zebraniu przez władzę centralną do kupy barbarzyńców, pozwolił on sam w sobie wystrzelić z państwem, które było w stanie oprzeć się w konfrontacji dawnym kolegom w barbarzyństwie, którzy jakieś 700 lat wcześniej zaczęli korzystać z dobrodziejstw. Nie udało się to mniej licznym barbarzyńskim pobratymcom z zachodu, tym ze wschodu sami zaczęliśmy wchodzić w szkodę. Ten sam kapitał pozwolił po ogarnięciu się i ubraniu butów zamiast łapci zacząć grać o wysokie stawki. Od XVII wieku pozostaje niestety niewykorzystany, ale istnieje. Dlatego np. ewentualny rozpad Wielkich Współprac i powrót protekcjonizmów nie jest dla nas wyłącznie zagrożeniem, ale może być też szansą – byle wstrzelić się z decyzjami…

dr Jan Przybylski

Znowu ta pijana zakonnica w ciąży na przejściu dla pieszych

23 lipca 2017 r. opublikowano podpisany przez wiele osób z różnych organizacji lewicowych List Otwarty do środowisk lewicowych „Żegnaj, III RP”. List ten zachęca do integracji środowisk lewicowo-demokratycznych i prospołecznych. Łopatologicznie argumentuje, że nie da się obecnie bronić demokratycznego systemu bez zawalczenia z radykalną prawicą parlamentarną (PiS i Kukiz’15) o biedniejsze grupy społeczne, osierocone przez III RP i głosujące obecnie na prawicę. Liberalne elity nie są już dla nich wiarygodne.

Tego samego dnia na blogu „Polityki” redaktor Edwin Bendyk skomentował ten list w tekście „Przyszłość, lewica, dialog. Dlaczego nie podpisałem listu do środowisk lewicowych”. Jest to generalnie bardzo życzliwy tekst, którego najważniejszym fragmentem jest ten:

Dlaczego więc nie podpisałem listu? Świetne towarzystwo znakomitych sygnatariuszek i sygnatariuszy zachęca. Odpowiedź wymaga autotematycznego zmierzenia się z własną biografią – gdybym podpisał, byłbym po prostu hipokrytą. Owszem, projekt III RP wyczerpał się, a jego instytucjonalną słabość ujawnił PiS. Nie mogę jednak zapomnieć, że sam projekt III Rzeczypospolitej z dumą współtworzyłem i jest on ważnym elementem mojej dorosłej biografii. Realizował w dużym stopniu to, o co na swój sposób walczyłem – z reżimem PRL w latach 80. Ba, przez wiele lat bliska mi była dominująca, neoliberalna ideologia. […] III RP skończyła się. Czy jednak trzeba ją przekreślać w trybie rewolucyjnym, potępiając w czambuł jej instytucje i elity?

To uczciwe postawienie sprawy, ale obawiam się, że mało pragmatyczne.

Następnie 1 sierpnia 2017 r. „Polityka” piórem redaktor Anny Dąbrowskiej namaściła Kamilę Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej i Borysa Budkę z PO na wielkie nadzieje opozycji. Można odnieść wrażenie, że całej opozycji. A co z listem otwartym do środowisk lewicowych i zawartymi w nim tezami? Wydaje się, że Gasiuk-Pihowicz i Budka mają być odpowiedzią i na PiS, i na ochronę biografii budowniczych III RP. Sądzę, że jest to myślenie życzeniowe.

Rzućmy okiem na ostatnie sondaże: prawica (PiS i Kukiz’15) ma w nich około 40-50% poparcia, liberałowie i budowniczowie III RP (PO, Nowoczesna, SLD i PSL) około 40%, a namiastka lewicy społecznej (Razem) ok. 2-4%. Jeśli PiS i Kukiz’15 utrzymają większość swojego elektoratu, wdzięcznego głównie za programy socjalne (sądzę, że w sumie stanowi on około 30% wszystkich wyborców), a PiS odpowiednio zmieni ordynację wyborczą, prawica może mieć po kolejnych wyborach większość konstytucyjną. A wtedy rewolucja PiS się dokona.

Te 30% to przegrani neoliberalnych praktyk III RP, niekoniecznie ortodoksyjni katolicy spod znaku Radia Maryja. Neoliberalne elity III RP, czy to seniorzy, jak prof. Balcerowicz, redaktor Michnik, Frasyniuk, czy namaszczani przez nich juniorzy, jak Gasiuk-Pihowicz i Budka, najzwyczajniej w świecie nie są dla nich wiarygodni. WPolityce, Do Rzeczy, TVP czy media publiczne będą w nich waliły jak w bęben pod hasłem Balcerowicz i Michnik = Gasiuk-Pihowicz i Budka. I coś tu będzie na rzeczy.

Kto może więc wyszarpać od PiS-u i Kukiz’15 te 30% ogółu elektoratu? Wyłącznie propaństwowa lewica społeczna, nieumoczona w neoliberalne praktyki i ich skutki z ostatnich 28 lat.

Redaktor Bendyk nie musi więc być hipokrytą i wyrzekać się swojej biografii, jeśli nie chce 8 lat rządów PiS i większości konstytucyjnej dla radykalnej prawicy. Wystarczy pragmatyzm i rzetelna ocena nie tylko niewątpliwych sukcesów III RP (UE, NATO, niezłe instytucje, nienajgorsza gospodarka itd.), ale i fatalnych jej skutków, zwłaszcza w zakresie polityki społecznej, ochrony zdrowia, przemysłowej czy prywatyzacji. Bo przecież efekt uboczny neoliberalnych wysiłków elit III RP to także wytworzenie sporego ubóstwa, ogromnej emigracji zarobkowej oraz śmieciowego rynku pracy („Nowy Obywatel” pisze o tym od kilkunastu lat)… oraz oddanie w ręce radykalnej prawicy sporej części obecnego elektoratu PiS i Kukiz’15.

Warto zastanowić się, czy dla tych 30% elektoratu mogą ponownie lub pierwszy raz stać się wiarygodni Balcerowicz, Michnik, Tusk, Schetyna, Petru, Miller, Pawlak, ale też Gasiuk-Pihowicz i Budka. Jeśli elity III RP na serio uważają, że tak, to prezes Kaczyński już może chłodzić szampana.

Jeśli jednak nie, to warto zastanowić się, kto to może zrobić. Może prospołeczna i propaństwowa lewica nieumoczona w stworzenie patologii III RP, jak sygnatariusze Listu Otwartego do środowisk lewicowych?? Moim zdaniem tylko tak można zawalczyć o socjalny elektorat prawicy, tak zawiedziony poczynaniami liberalnych elit III RP.

Liberalne partie i tak będą miały około 30% poparcia, ale chyba na tym kończą się ich możliwości. Ale to, czy prawica będzie miała 50% i większość konstytucyjną, a społeczna lewica 3%, czy też lewica okroi prawicę do 35% i sama zdobędzie 10-15% w kolejnych wyborach, do pewnego stopnia zależy od politycznej wnikliwości i realizmu wciąż wpływowych mediów wywodzących się z III RP.

Społeczna lewica w swoim Otwartym Liście symbolicznie już podjęła decyzję, że nie pójdzie pod jednym sztandarem z liberalnymi elitami III RP, w tym z SLD, w kolejnych wyborach. Tak po prostu – społeczna lewica i liberałowie, w tym SLD, to zupełnie inne środowiska i wartości, choć demokracja liberalna i społeczna są sobie bliższe, niż demokracja liberalna i demokracja nieliberalna.

Celebryci polskiej humanistyki

Wyobraźcie sobie dwóch badaczy. Jeden z nich jest humanistą, a dokładnie psychologiem społecznym od lat zajmującym się badaniem społeczeństwa polskiego. Drugi to biolog i psycholog analizujący wpływ uwarunkowań genetycznych na różne cechy człowieka. Jak myślicie, który z nich okaże się głosicielem tezy, że ludzkie szczęście determinują przede wszystkim geny?

Jeśli czytaliście wywiad Jacka Żakowskiego z Januszem Czapińskim oraz reakcję Wojciecha Dragana, to wiecie, że pytanie jest podchwytliwe. Czapiński, psycholog społeczny, we wspomnianym wywiadzie opowiada o silnym wpływie genów na nasze szczęście. Stwierdza między innymi, że nikt nie znajdzie więcej szczęścia niż „ma zapisane w genach”. Mówi też o genach indywidualistycznych oraz kolektywistycznych (te drugie mają jego zdaniem np. Chińczycy) oraz o tym, że polityka musi dostosowywać się do genów. Jeśli chodzi o Polaków, to Czapiński głosi, że jesteśmy genetycznie uwarunkowani do budowania „kultury niechętnej eksperymentom i burzeniu istniejących struktur”. Dragan zwrócił uwagę, że tego rodzaju mocne tezy nie mają podstaw naukowych, ponieważ nie istnieje tak silne i bezpośrednie przejście od genotypu do naszych uczuć, poglądów czy zachowań. Wpływy środowiskowe są zbyt ważną zmienną, aby używać genów jako głównego czynnika wyjaśniającego, jaki poziom szczęścia możemy osiągnąć. Nie istnieją również żadne badania naukowe, które potwierdzałyby tezy Czapińskiego na temat wrodzonego konserwatyzmu Polaków i Polek. Innymi słowy, to przesada za przesadą.

Dragan zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz. Tezy Czapińskiego są nie tylko przesadne, ale też niebezpieczne. Mogą bowiem prowadzić do wniosku, że za poczucie niezadowolenia w danym społeczeństwie odpowiadają przede wszystkim nie zjawiska polityczne, np. głębokie nierówności społeczne, lecz czynniki biologiczne. Od takiego wniosku już tylko krok do umniejszania wagi wszelkich reform mających na celu poprawę ludzkiego losu. Dragan ma rację. Coraz większa liczba badaczy przestrzega nas przed tym, że tworzymy społeczeństwa, w których powiększa się przepaść między bogatymi a resztą. Co więcej, bogactwo i bieda są w dużej mierze dziedziczne, nie biologicznie, lecz społecznie: dzieci ludzi bogatych mają nieporównywanie łatwiejszy start w dorosłość niż dzieci ludzi biednych. W takiej sytuacji wypada się zastanowić dwa razy, nim bez odpowiednich dowodów naukowych zaczniemy wygłaszać tezy o genetycznych przyczynach ludzkiego szczęścia lub jego braku, tudzież o takiej lub innej konstrukcji psychicznej społeczeństwa. Możemy się bowiem niechcący (choć w niektórych przypadkach pewnie i chcący) przyczynić do naturalizacji tego, co jest wytworem określonych decyzji politycznych. Dokładnie o tym niebezpieczeństwie pisze William Davies w książce „Happiness Industry”, zrecenzowanej przeze mnie w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela”.

Czy to nie zabawne, a jednocześnie zasmucające, że naukowiec zajmujący się na co dzień genami musi pouczać psychologa społecznego o ryzyku związanym z przecenianiem czynników biologicznych kosztem czynników społecznych i politycznych? Co gorsza, dla nikogo, kto śledzi polskie media, ta sytuacja nie powinna być zaskoczeniem – jest ona raczej potwierdzeniem smutnego wzorca. Byłoby rzecz jasna grubą przesadą twierdzić, że wypowiedź Czapińskiego mówi coś szczególnego o polskiej humanistyce jako takiej. Przedstawiciele szeroko rozumianych nauk humanistycznych prezentują bowiem w Polsce przeróżne poglądy. Niesprawiedliwe byłoby też sprowadzanie całego dorobku Czapińskiego do jego nonszalanckich opinii na temat wpływu uwarunkowań genetycznych na nasze szczęście. Jednak trudno nie zauważyć, że gdy idzie o tych przedstawicieli polskiej humanistyki, którzy brylują w mediach, to w przypadku większości ich wypowiedzi powtarza się jeden motyw: całkowite lekceważenie problemów związanych ze współczesnym kapitalizmem oraz nierównościami społecznymi, które on generuje. Kapitalizm i będące jego pochodną stosunki społeczne najczęściej w ogóle nie są brane pod uwagę przez naszych intelektualnych celebrytów. Prowadzi to często do tego, że wygłaszają oni tezy tyleż komiczne, co przerażające.

Weźmy wypowiedź filozofa Tadeusza Gadacza, o której zrobiło się głośno niedługo po wywiadzie Czapińskiego. Zdaniem Gadacza: „jeżeli szkolnictwo wyższe ma być finansowane z budżetu, to studenci powinni mieć zakaz pracy” (cytat za kontem Nowoczesnej na Twitterze). Swój pogląd polski filozof uzasadniał tym, że duża część studentów zaniedbuje obowiązki studenckie, ponieważ chodzi do pracy. Logicznym wyjściem, jego zdaniem, jest zatem zakazać im pracy, gdyż w przeciwnym wypadku marnotrawi się publiczne pieniądze idące na edukację wyższą. Niestety, Gadacz nie zadał sobie kilku pytań, które nasuwają się każdemu, kto zna rzeczywistość większości studentów. Dlaczego tak wielu młodych ludzi musi dorabiać w trakcie studiów? Czy zakaz pracy nie sprawi, że na studia zaczną przychodzić tylko ci, którzy mają odpowiednio bogatych rodziców? Czy nie mamy w kraju poważnego problemu z zapewnieniem młodym ludziom godnego startu w dorosłość? Zamiast tego, Gadacz zachowuje się jak człowiek, który nie słyszał o takich rzeczach, jak umowy śmieciowe, darmowe staże, nierówny dostęp do edukacji czy dziedziczenie kapitału społecznego.

Podobnymi problemami nie zaprzątał też sobie głowy Jan Hartman, gdy publikował w „Gazecie Wyborczej” głośny swego czasu tekst na temat szkoły, pt. „Umarła klasa”. Polski filozof twierdził w nim, że szkolnictwo powszechne to archaiczna i coraz mniej potrzebna instytucja. Bo jeśli ktoś jest leniwy i nie chce się uczyć, to nie ma sensu go zmuszać. Bo nie istnieje już coś takiego jak uniwersalna wiedza. Bo i tak wszystko można znaleźć w Internecie. Doskonałą polemikę z Hartmanem napisał Marcin Zaród, wystarczy zatem przytoczyć jego podstawowe argumenty. Przede wszystkim Hartman, tak jak Czapiński i Gadacz, w ogóle nie bierze pod uwagę kontekstu społecznego. Zaród słusznie zauważa, że dzieci „leniwe” to często dzieci biedne i niedożywione: nie mające ani warunków (w tym tak trywialnych, jak miejsce na odrabianie zadań domowych), ani energii, ani motywacji do podjęcia odpowiedniego wysiłku edukacyjnego. Mówienie o tym, kto się nadaje do szkoły, a kto nie, bez uwzględniania takich czynników, jest przykładem niebezpiecznego bajdurzenia. Nie ma też sensu wychwalanie możliwości, jakie zapewnia Internet, bez uwzględnienia społecznych uwarunkowań jego użytkowników. Internet jest niezwykle zróżnicowanych środowiskiem i bez wcześniejszego nabycia odpowiednich kompetencji kulturowo-społecznych będzie nas on prowadził raczej do kolejnego mema z fake newsem niż do rzetelnych analiz rzeczywistości. Hartman żadnej z tych rzeczy nie dostrzega, a wizja świata wyłaniającego się z jego tekstu to kreskówkowa utopia, w której każdy zdobywa to, na co sobie zasłużył własną pracą.

Jednakże pierwsze miejsce w konkurencji „jak bardzo nie dbam o problemy społeczne wytwarzane przez współczesny kapitalizm” należy się socjologowi Radosławowi Markowskiego za wywiad „Drodzy młodzi, dobrze już było”, opublikowany niepełna rok temu w „Gazecie Wyborczej”. Paradoksalnie, Markowski jako jedyny z wymienionych dotychczas medialnych ekspertów zauważa, że kapitalizm to nie bajka, a gospodarka światowa zmierza w nieciekawym kierunku. Jednak wnioski, jakie wyciąga z tych obserwacji, są zdumiewające.

Polski socjolog zaczyna od wygłoszenia pieśni pochwalnej na temat roli elit w demokracji: „Historycznie to raczej elity socjalizują lud do polityki, gospodarki i kultury. Lud to łyka i potem głosuje w wyborach zgodnie z pomysłami podsuniętymi przez elity. Tak było zawsze i tak będzie. […] W dziejach demokracji nic się nie dzieje bez elit. Ani złego, ani dobrego”. Następnie przechodzi do sedna swojej diagnozy problemów współczesnej polityki, a jednocześnie propozycji, jak możemy sobie z nimi poradzić.

Warto przytoczyć dłuższy cytat, aby w pełni pojąć, co mówi Markowski: „Powód, dla którego w większości krajów europejskich mamy problem z populizmem, zwłaszcza zaś ze wzrostem oczekiwań, bierze się stąd, że elity zaniechały odpowiedzialnej socjalizacji obywateli do realiów nowego świata. Kiedy się patrzy na różne badania, widać, że europejska część gatunku Homo sapiens uwierzyła pochopnie, że stały wzrost PKB w granicach 2-4 proc. to jest norma i będziemy coraz bardziej, niemal liniowo, bogacić się także w przyszłości. Niestety, mam złą wiadomość, zwłaszcza dla młodych ludzi w Europie: nie będziecie żyć coraz lepiej, będziecie mieli dużo szczęścia, jeśli zachowacie obecny poziom życia, a najlepiej zacząć się przygotowywać do tego, że będzie wam gorzej niż pokoleniom żyjącym po II wojnie światowej. Mówią o tym wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści – takie są makrozjawiska, na które nie będzie można poradzić. Zamiast nakręcać obietnice, należy rozpocząć edukacyjne prace nad niwelowaniem ludzkich aspiracji. W przeciwnym razie skończymy otoczeni sfrustrowanymi masami. Niestety nie usłyszycie tego od nieodpowiedzialnych polityków – oni jeszcze do tego nie dorośli”.

Gdyby to komuś umknęło: Markowski twierdzi, że największym problemem współczesnej polityki jest to, że „masy”, w tym ludzie młodzi, chcą mieć lepiej, a przynajmniej nie gorzej niż dotychczas. To przez takie fanaberie głosują nie na tych, co trzeba. Jako rozwiązanie tego problemu polski socjolog proponuje szeroką akcję edukacyjną (ktoś mniej życzliwy mógłby to nazwać zbiorowym praniem mózgów), której celem ma być wytłumaczenie krnąbrnemu ludowi, że „dobrze już było”. Gdy masy pogodzą się ze swoim losem, to przestaną podskakiwać i buntować się przeciw starym partiom liberalnym. Zapanuje powszechny spokój, a neoliberałowie będą mogli dalej rządzić.

Markowski twierdzi, że o podobnych rzeczach mówią „wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści”. Jest to zdecydowanie zbyt skromne postawienie sprawy. Markowski nie docenia swojego oryginalnego wkładu w ich analizy. Prawdą jest, że liczni badacze zauważają, iż wzrost gospodarczy na dotychczasowym poziomie jest z wielu względów nie do utrzymania. Pisze o tym między innymi Thomas Piketty. Jednakże badacze ci wyciągają z tej analizy inne wnioski niż polski socjolog. Na przykład wspomniany Piketty mówi o potrzebie wprowadzenia globalnych zmian podatkowych, które zapobiegną pogłębianiu się nierówności społecznych. Pozostali badacze, podobnie jak francuski ekonomista, podkreślają, że nie możemy sobie dłużej pozwolić na świat rządzony przez bogaczy i międzynarodowe korporacje, świat, w którym tak niewielu ma tak wiele, a reszta walczy między sobą o resztki z pańskiego stołu. Duża część z nich dodaje, że dotychczasowy model kapitalizmu uległ wyczerpaniu. Do tego dochodzi troska o zmiany klimatyczne wywoływane modelem wzrostu opartym na niszczeniu środowiska. Gdy idzie o źródła popularności prawicowego radykalizmu, to wiele pisze się o zawodzie, jaki sprawiły partie liberalne oraz o braku porządnej alternatywy lewicowej. Jak widać, diagnoz i prognoz nie brakuje, jednakże pomysły w rodzaju tych wyznawanych przez Markowskiego – „edukowanie” ludzi, że mają się pogodzić z obniżaniem standardu życia – rzadko przedostają się do domeny publicznej. Dlatego Markowski nie powinien chować oryginalności własnej myśli za autorytetem innych badaczy.

Richard Rorty, znany amerykański filozof, miał bardzo romantyczną wizję humanistów. Uważał, że ich głównym zadaniem jest wywoływanie w młodzieży niepokoju, namawianie do buntu wobec zastanych zasad społecznych i skłanianie do postępu moralnego. Niestety, duża część medialnych gwiazd polskiej humanistyki widzi sprawę inaczej. Zamiast inspirować, poucza. Zamiast ujawniać niesprawiedliwości społeczeństwa kapitalistycznego, lekceważy je lub, co gorsza, próbuje naturalizować. Zamiast nieść nadzieję, narzeka na zły lud. Duża w tym „zasługa” mediów głównego nurtu, które nie kwapią się do poszukiwania na uniwersytetach idei mogących naruszyć ich dobre samopoczucie. Mówimy o tych samych mediach, które później z przerażeniem ogłaszają, że polska demokracja jest zagrożona i każdy porządny człowiek powinien jej bronić. Pytanie, jak długo ludzie zechcą bronić niedoskonałej wersji demokracji, którą budowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jeśli będą słyszeli, że „dobrze już było”.

dr Tomasz Markiewka

Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka uchodzą do Polski

Teorie spiskowe i inne tego rodzaju niestworzone historie to zjawisko funkcjonujące od lat. Tkwiły one sobie spokojnie na marginesie debaty publicznej, zainteresowani je zgłębiali, poszukujący śmiechu czytali je „dla beki”, a reszta społeczeństwa miała o nich mgliste pojęcie. Jednak w ostatnim czasie, w ramach modnej walki z poprawnością polityczną, wpuszczono te opowieści z krypty wprost do głównego nurtu debaty. Ludzie mają prawo wiedzieć, mówili. Chyba nie chcecie wprowadzać cenzury, pytali retorycznie. Efektem zgody na to, że można mówić wszystko, jest zupełny bajzel w informacyjnej przestrzeni publicznej. Teorie wyssane z palca funkcjonują w najlepsze w dyskursie, roszcząc sobie prawo do bycia równorzędnym partnerem z teoriami przemyślanymi i podpartymi danymi. Narobiły bałaganu i teraz człowiek musimy ich wysłuchiwać, przedzierać się przez ich treści i wykonywać czasochłonne czynności w celu odcedzenia tez i poglądów pełnowartościowych, tj. mających przynajmniej jakiekolwiek uzasadnienie. A ich autorzy najczęściej są w doskonałych humorach, uważając się za dyspozytorów wiedzy, która do tej pory była tajemna, lecz dzięki ich staraniom ma do niej dostęp „zwykły obywatel”, bo to w jego interesie jest ona ujawniana. No przecież.

Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka myślą nad wyjazdem do Polski

Jedną z takich teorii jest zbliżająca się rzekomo do Polski wielkimi krokami fala uchodźców z… zachodniej Europy. Mowa głównie o „rodowitych” Francuzach, Skandynawach czy Niemcach, którzy mają mieć już serdecznie dosyć obaw o swoje bezpieczeństwo i podobno to właśnie Polska jawi im się jako wymarzony raj wolny od islamskiego terroryzmu. Nieoceniony Stanisław Janecki w niedawnym numerze „wSieci” opublikował tekst „Azyl Polska”, w którym możemy przeczytać, że „wkrótce Polska może mieć problem nie z imigracją z Ukrainy, lecz z napływem dobrze wykształconych i sytuowanych mieszkańców Zachodu”. Zamożni zachodni Europejczycy, bojąc się o swoje bezpieczeństwo, tysiącami zjawią się nad Wisłą, dzięki czemu unikną niechybnej śmierci z rąk islamskiego zamachowca.

Żeby w ogóle brać pod uwagę tak absurdalną hipotezę, do dużych zamachów musiałoby na zachodzie UE dochodzić chyba co tydzień. W 2016 r. w zamachach w UE (a dokładnie w Belgii, Francji i Niemczech) zginęło w sumie 141 osób. To oczywiście o 141 za dużo, ale prawda jest taka, że ten akurat rodzaj śmierci to zupełna nisza. Dla trzech wymienionych krajów wskaźnik śmiertelności z powodu ataku terrorystycznego wynosi niecały 0,1 przypadków na 100 tys. mieszkańców. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że ktoś wpadnie po pijanemu do jeziora i utonie.

Potraktujmy jednak teorie publicysty „wSieci” poważnie. Być może rzeczywiście wskaźnik śmiertelności dla innych rodzajów przedwczesnej śmierci jest na tyle podobny, że drastycznie wyższa, choć wciąż mikroskopijna, możliwość śmierci w zamachu robi różnicę. Być może rzeczywiście nasz kraj może być bezpieczną przystanią dla Szwedów uchodzących z ich kraju „trawionego przez wojnę domową”. Czyżby Polska miała potencjał, by stać się schronieniem dla udręczonych i uciekających przed śmiercią przedstawicieli starej Unii?

Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka uciekają przed śmiercią do Polski

Generalnie najpowszechniejszymi przyczynami przedwczesnej śmierci są rak, choroby serca, śmierć w wypadku samochodowym oraz samobójstwo. Zamach terrorystyczny nie doczekał się jeszcze osobnej kategorii, bo jak zostało wyżej powiedziane, są dziesiątki bardziej prawdopodobnych rodzajów przedwczesnego zgonu. Aby nie dłubać w liczbach o wartościach kilku setnych, posłużymy się większą kategorią, czyli śmiercią z powodu morderstwa – w której oczywiście zawierają się osoby zabite w zamachach. I rzeczywiście, oglądając statystyki morderstw można dojść do wniosku, że Polska to dosyć bezpieczny azyl w Europie. Wskaźnik śmiertelności w tym przypadku wynosi w Polsce 0,75 ofiary na 100 tys. osób. W Niemczech trochę więcej – 0,81, a w Szwecji rocznie zabijana jest nieco ponad jedna osoba na 100 tys. mieszkańców. Najgorzej jest we Francji i Belgii – we Francji prawdopodobieństwo śmierci z powodu zabójstwa jest dwa razy wyższe niż w Polsce (1,53/100 tys. os.), a w Belgii rocznie giną niemal 2 osoby na 100 tys. obywateli. Nieźle, chyba Stanisław Janecki ma rację – szczególnie z perspektywy Belgii i Francji ucieczka do Polski jawi się jako atrakcyjna propozycja. W końcu kto by nie chciał dwukrotnie zmniejszyć prawdopodobieństwa swojego zgonu z powodu morderstwa? Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka pakują więc manatki i zabierają się do Polski. Już niedługo przekroczą granicę.

Szwedka ginie w wypadku samochodowym

Niestety nasza kochana czwórka naczytała się bzdur autorstwa polskich publicystów i nawet nie zdaje sobie sprawy, że z perspektywy jej bogatych krajów trafiła do prawdziwego piekła. Nasi goście jeszcze nawet nie wysiądą z samochodu, a już prawdopodobieństwo ich śmierci drastycznie rośnie. W Polsce w wypadkach samochodowych rocznie ginie 7,7 osoby na 100 tys. mieszkańców. To szósty najwyższy wynik w UE. Dla Szwedki to kosmos – dla niej ryzyko rośnie niemal trzykrotnie (2,7 ofiary/100 tys. os.). Dla Niemca „tylko” prawie dwukrotnie (4,3), dla Francuza (5,2) i Belgijki (6,5) już nie aż tak bardzo, ale wciąż wyraźnie. I trzeba zauważyć, że mówimy tutaj już o poziomach wyraźnie wyższych niż w przypadku morderstwa, które nawet w Belgii jest 3 razy mniej prawdopodobne niż śmierć w wypadku. Zatem tu dwukrotnie większe ryzyko realnie robi znacznie większą różnicę. A naprawdę wysokie wskaźniki dopiero przed nami.

Oczywiście zawsze można powiedzieć, żeby nasi goście nie jechali samochodem – niech przylecą i na miejscu niech trzymają się z dala od środków transportu samochodowego. Niestety ich sytuacja niewiele się poprawi. Jak wyliczyła Politechnika Warszawska, w latach 2009-2013 w Polsce w wypadkach samochodowych zginęło 3,4 pieszych na 100 tys. mieszkańców. Biedna Szwedka (0,47), nawet nie zdaje sobie sprawy, że w Polsce 7 razy bardziej ryzykuje śmierć pod kołami rozpędzonego auta, niż w bezpiecznym kraju ojczystym. Niemiec ryzykuje 5 razy bardziej, a Belgijka ponad 4 razy. No i niestety, podczas uroczej wizyty w Sandomierzu Szwedkę potrącił 17-letni Volkswagen Golf, jeżdżący po drodze tylko dlatego, że szwagier kierowcy podpisał mu lewy przegląd. Poniosła śmierć na miejscu.

Francuz umiera na raka płuc

Śmierć w Polsce czai się nie tylko na drodze, ale też w powietrzu. Zanieczyszczenie powietrza w naszym kraju zupełnie nie przystaje do standardów „upadających” krajów zachodniej UE. Co trzeci mieszkaniec polskich miast jest narażonych na zbyt wysokie stężenie pyłów PM10. W Szwecji i Francji jest ich proporcjonalnie dwa razy mniej. W Niemczech i Belgii jedynie co piąty mieszczanin ma podobny problem.

Smogowy koszmar, z którym mamy do czynienia każdej zimy, odbija się na zdrowiu Polaków. I wszystkich innych, którzy tutaj żyją. Widać to chociażby po statystykach zgonów na raka płuc. W Polsce wskaźnik śmiertelności z powodu tego rodzaju raka wynosi 68,4 przypadki na 100 tys. osób. W Niemczech i Francji wskaźnik umieralności na raka płuc jest o 25% niższy niż w Polsce, a w Belgii „jedynie” o 10%. W Szwecji wskaźnik śmiertelności na raka płuc jest nawet prawie dwa razy niższy. A trzeba pamiętać, że teraz już rozmawiamy o naprawdę wysokich prawdopodobieństwach, w przeciwieństwie do tych mikroskopijnych wskaźników dotyczących morderstw i zamachów. W przypadku raka płuc dwukrotnie wyższy wskaźnik, jak między Polską i Szwecją, czyni już gigantyczną różnicę – to wręcz przepaść.

No i niestety, przekonał się o tym Francuz. Po 15 latach wdychania krakowskiego powietrza zachorował na raka płuc i umarł. Jego nieprzystosowane do wdychania smoły płuca szybko poddały się intruzowi. Biedak, nie doczekał się nawet emerytury. Choć może to i dobrze, w końcu byłaby to polska emerytura.

Belgijka schodzi na zawał

Stanu polskiej służby zdrowia nikomu opisywać nie trzeba. Pracownicy opieki medycznej robią, co mogą, a często nawet więcej, jednak za takie pieniądze po prostu lepiej się nie da. A te pieniądze w proporcji do PKB są jednymi z najniższych na świecie. Nic więc dziwnego, że nasza opieka medyczna jest klasyfikowana na poziomie Bałkanów. Według indeksu EHCI Polska służba zdrowia jest na 31. miejscu w Europie – czyli piątym od końca. Udało nam się wyprzedzić Czarnogórę, Albanię, Rumunię i Bułgarię. Nie trzeba chyba dodawać, że służby zdrowia w krajach świeżo upieczonych zachodnioeuropejskich uchodźców są na drugim końcu skali – najwyżej jest belgijska (5. miejsce).

Oczywiście nieciekawy stan naszej służby zdrowia odbija się na śmiertelności. Widać to szczególnie w chorobach kobiecych – nad Wisłą prawdopodobieństwo śmierci na raka szyjki macicy jest czterokrotnie wyższe niż we Francji oraz 2,5-krotnie wyższe niż w Szwecji, Belgii i Niemczech. Rak szyjki macicy to jednak dość rzadki powód przedwczesnego zgonu. Problem w tym, że różnicę w opiece medycznej widać przy dużo bardziej „popularnych” chorobach – np. chorobach serca, które są jedną z najpowszechniejszych przyczyn śmierci. W Polsce wskaźnik śmiertelności z przyczyny choroby serca wynosi 140 zgonów na 100 tys. mieszkańców. We Francji jest on prawie trzykrotnie niższy, a w Belgii dwukrotnie.

No i niestety przekonała się o tym nasza Belgijka. Od pewnego czasu zaczęło ją pobolewać w klatce piersiowej. Zamierzała pójść do lekarza, jednak podczas rejestracji okazało się, że najbliższy wolny termin do kardiologa jest za trzy miesiące. Machnęła więc na to ręką i „olała” temat. Niestety podczas kolejnej kłótni ze swoim przełożonym-tyranem miała zawał – nie udało się jej uratować.

Niemiec popełnia samobójstwo

Polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna jest wyjątkowo nieprzyjazna. Co ciekawe, pomimo że nie ma u nas islamistów, a ta garstka muzułmanów, która nam się jakimś przypadkiem trafiła, jest zupełnie umiarkowana i dobrze się zintegrowała. A mimo to nadwiślańska rzeczywistość nie uśmiecha się jakoś bardzo miło, raczej szczerzy kły. Niskie płace, niska stabilność zatrudnienia, niewydolne instytucje niechroniące obywateli – nic dziwnego, że pod względem wskaźnika samobójstw bijemy inne kraje na głowę. Szczególnie wśród mężczyzn – samobójstwa odpowiadają za 33 zgony na każde 100 tys. Polaków. Mężczyźni w Niemczech zabijają się 2,5 razy rzadziej, a w Szwecji i Francji prawie dwa razy rzadziej. W Belgii wskaźnik samobójstw wynosi 23 zgony na 100 tys. mieszkańców, jest więc niemal o jedną trzecią niższy.

My się już zdążyliśmy przyzwyczaić i nawet nauczyć przybierać dobrą minę do tej fatalnej gry. Jednak dla uchodźcy z zachodniej Europy polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna musiałaby być niemałym szokiem. Niestety nasz Niemiec dał się naciągnąć na zainwestowanie pieniędzy w lipny instrument finansowy, na którym stracił oszczędności życia. Aby wyjść z kłopotów finansowych, wziął kilka krótkoterminowych pożyczek, w efekcie czego wpadł w spiralę długów. A gdy jego szef po raz piąty w krótkim czasie wywindował „targety” do wyrobienia, uchodźca znad Renu załamał się – pewnego dnia po prostu się powiesił.

Tak, w Polsce prawdopodobieństwo śmierci w zamachu jest de facto zerowe. Jeśli nie jesteśmy gangsterami, nie musimy komuś oddać sporek kwoty za narkotyki, albo nie zajmujemy się stręczycielstwem, na 99,99% nikt nas nie zamorduje. Wskaźnik śmiertelności w przypadku morderstwa jest w naszym kraju nawet 2-3 razy niższy niż w niektórych krajach zachodniej Europy. Problem w tym, że nawet w tych krajach ten wskaźnik jest mikroskopijny, więc nawet i trzykrotna różnica jest zupełnie niezauważalna. Tymczasem w przypadku najpowszechniejszych przyczyn przedwczesnej śmierci prawdopodobieństwo zgonu jest w naszym kraju nawet kilka razy wyższe niż w zamożnych krajach UE.

Żeby w takiej sytuacji twierdzić, iż Polska mogłaby być bezpieczną przystanią dla mieszkańców „starej UE”, trzeba być albo matematycznym analfabetą, albo wyimaginowanym husarzem, albo publicystą automatycznie klepiącym wierszówki. Owszem, Francuza nad Wisłą nie dopadnie żaden islamista – za to jest dużo bardziej prawdopodobne, że wpadnie pod ciężarówkę. Zresztą nawet jeśli uda mu się uniknąć wypadku, zawału albo raka płuc, to zawsze jeszcze może umrzeć ze śmiechu – oglądając TVP Info.

Piotr Wójcik

Jak nowoczesne trendy żywieniowe niszczą świat

Jak nowoczesne trendy żywieniowe niszczą świat

Nigdy nie pojmowałem trendów rynku gastronomicznego. Oczywiście rozumiem to, jak funkcjonują, ale nie chwytam kierujących nimi zasad. Jak jedzenie może stać się modne? Jakim sposobem konkretna żywność może być „na fali”, a za chwilę wypaść z łask? Jeśli mowa o rynku tekstylnym i jego modach – projektant może zaproponować coś nowego pod względem estetycznym, co na chwilę „chwyci”, zanim w końcu stanie się na tyle dostępne i popularne, że zainteresowanie użytkowników poszybuje w stronę Następnego Wielkiego Trendu. Rozumiem to. Jednak jedzenie to co innego. Ostatnimi czasy na przykład niesłychanie modnym produktem spożywczym jest jarmuż. Po jego spożywaniu poznamy hipstera równie skutecznie, jak po krzaczastej brodzie i ścianach zbudowanych z surowych cegieł – a przecież jarmuż istniał od zawsze i zawsze był dla nas dostępny. Dlaczego zatem nagle jest o wiele bardziej modny niż 10 lat temu?

1

Oczywiście to pytanie przynajmniej w części retoryczne: jarmuż jest trendy, ponieważ jedzą go modni ludzie, czyli 20- i 30-latkowie o kosmopolitycznym nastawieniu, którzy mają wielu obserwujących na Instagramie i umieszczają na swoich profilach w mediach społecznościowych cieszące oko zdjęcia modnych posiłków, przyrządzonych z modnych składników wolnych od piętna firmy Monsanto. Czasami jedzą tak ze względów zdrowotnych, czasami nie. Tak czy owak – to absurd.

Jeżeli mieszkacie w największych miastach Zachodu i jesteście choć odrobinę rozeznani w obecnie panujących chwilowych modach, prawdopodobnie rozumiecie, co mam na myśli, pisząc, że żywność może być „na fali”. Tak, jak wspomniałem – jarmuż jest na fali. Tosty z avocado? Zdecydowanie na fali. Komosa ryżowa może trochę pachnie rokiem 2012, ale i ona zdecydowanie mieści się w tej kategorii. Zielone warzywa liściaste? To po prostu ferrari wśród jarzyn. Może i mamy do czynienia z jakąś sekretną kampanią promującą żywność, której istnienia nie jestem świadomy, ale widzę pewną prawidłowość – zazwyczaj tego typu produkty trafiają na szczyty popularności, gdy przedstawiciele świadomej wartości rozsądnego odżywiania, obeznanej z mediami klasy średniej, odkrywają którąś z mniej znanych zdrowotnych korzyści ich spożywania i nagle zaczynają się nimi ponad normę objadać.

Najświeższe trendy kulinarne są nieuchronnie podchwytywane przez działy lifestyle’owe wielkomiejskich czasopism, co wykładniczo zwiększa ich popularność. Zanim się zorientujemy, są już wszędzie wokół i dyskutuje się o nich w taki sposób, że jeśli ich nie znasz, czujesz się jak ostatni kołtun kulinarny. Jest w tym niejaka ironia: chociaż afekt wobec tych produktów żywnościowych jest często uważany za wykładnik kosmopolitycznego wyrafinowania, ma on także ciemną stronę, o której rzadko się wspomina. Mimo że pokarmy te reprezentują tak zwany liberalny styl życia, ich rosnąca popularność ma często destrukcyjny wpływ na ubogie społeczności, które tradycyjnie na nich polegały. Koncepcja „trendy jedzenia” może brzmieć absurdalnie, ale jest prawdziwa – tak samo, jak prawdziwa jest gentryfikacja żywności.

Weźmy na przykład komosę ryżową. To południowoamerykańskie zboże po raz pierwszy pokazał mi przyjaciel-hipis, który lubi spędzać weekendy na wałęsaniu się na bosaka po angielskich wsiach oraz opowiadaniu bez cienia ironii o „energii” i „wszechświecie”. W niektórych częściach Peru i Boliwii, gdzie zboże to jest uprawiane od kilku tysiącleci, komosa jest fundamentem lokalnej diety, tak samo, jak ryż w Azji czy chleb w Europie. Ale to właśnie skok popytu ze strony Europy Zachodniej sprawił, że jej cena pomiędzy 2006 a 2013 rokiem wzrosła trzykrotnie.

Pod koniec tego okresu komosa osiągnęła w Limie cenę wyższą niż mięso kurczaka, a wizja lukratywnych sum, jakie można było zarobić na eksportowaniu jej do dobrze sytuowanych krajów zamorskich, sprawiła, że zapasy na miejscu zaczęły się kurczyć. To zaś zmusiło lokalną ludność do wydawania pieniędzy na tańsze, importowane zachodnie jedzenie o niskiej wartości odżywczej, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na wiele więcej. To tyle na temat hippisowskich ideałów powszechnej miłości.

Podobne wnioski można wyciągnąć na przykładzie rosnącej popularności zielonych warzyw liściastych, które znienacka stały się ulubionym pożywieniem amerykańskich „klas paplających”. Zielenina ta do tej pory była pokarmem warstw ubogich i używano jej do gotowania głównie na Południu USA, gdzie służyła za podstawę kuchni społeczności afroamerykańskich. Za nagłą popularnością nieuchronnie nadszedł wzrost cen, sytuując znane od lat warzywo poza zasięgiem ekonomicznym tych, którzy do tej pory jedli je z konieczności, a nie z powodu hipsterskiej obsesji bycia „autentyczną” klasą robotniczą. Wielu czarnych komentatorów otwarcie protestowało przeciwko temu trendowi i nazywało go – ponownie – gentryfikacją żywności.

Kolejny superpokarm [ang. super food – żywność, której przypisuje się nadzwyczajne wartości zdrowotne i odżywcze – przyp. tłum.] uwielbiany przez kawiorową lewicę z Zachodu, to awokado. Wysokie zapotrzebowanie na ten produkt, jak i spore zyski, które za tym idą, doprowadziły do problemu wylesienia w Meksyku, gdzie rolnicy ze stanu Michoacan wycinają lasy sosnowe i jodłowe, by zrobić miejsce pod uprawy awokado. Ponadto, ponieważ sady z uprawami tej rośliny potrzebują dwa razy więcej wody od lasów, które wycięto, by je tam posadzić, następuje swoisty efekt domina – lokalne uprawy i żyjące w okolicy zwierzęta zostają pozbawione wody. Kolejny problem to fakt, że awokado jest odpowiedzialne za wzrost przestępczości: na przykład w Nowej Zelandii złodzieje włamują się na farmy z uprawą tej rośliny i odsprzedają dalej owoce, które zdołają ukraść; w Meksyku zaś kartele narkotykowe, takie jak Knights Templar, grabią lokalnych rolników uprawiających awokado i wymuszają od nich haracze. Ten rodzaj przemocy, tak jak i przemoc związana z handlem narkotykami, nie jest napędzany przez samo istnienie żywności, o której mówimy, lecz przez zapotrzebowanie na nią ze strony Pierwszego Świata. Popyt sprawia, że produkty te stają się opłacalne, a pogoń za zyskiem pozostawia ślad w postaci lekkomyślnego i przemocowego zachowania.

W tym wszystkim tkwi okrutna ironia. Liberałowie z klasy średniej, którzy chodzą na brunche do wegańskich kafejek i wrzucają na Instagram ujęcia swoich sałatek z komosą i tostów z awokado, prawdopodobnie uważają, że ich wybory dietetyczne świadczą o przyrodzonej otwartości umysłu – podczas gdy są one nowoczesną formą kolonializmu. Tak, jak Brytyjczycy grabili Indie z herbaty i przypraw, tak i owe współczesne układy popytu i podaży wykorzystują finansowy argument, jakim posługują się kraje rozwinięte, przeciwko biedzie i desperacji tych, którzy pozbawieni są jakiejkolwiek władzy. Oczywiście to wymiana ekonomiczna, trudno zatem mówić o okropieństwach czasów niewolnictwa, jednak nadal oznacza to czystą eksploatację. Pieniądze po prostu owijają ją w cywilizowany woal i dają nam pigułkę na uspokojenie sumień.

Aleks Eror
Tłumaczenie Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej highsnobiety.com w październiku 2016 r.