Magistrala wstydu

Magistrala wstydu

Modernizacja linii Kraków – Katowice to największa kompromitacja w historii programu inwestycji spółki PKP Polskie Linie Kolejowe.

2 października 2017 r. spółka PKP Polskie Linie Kolejowe podpisała z konsorcjum firm Torpol i Budimex wartą 596,7 mln zł umowę na modernizację linii Kraków – Katowice na odcinku między Krzeszowicami a Trzebinią. Do zawarcia kontraktu doszło w Krzeszowicach, rodzinnym mieście ministra infrastruktury i budownictwa Andrzeja Adamczyka. – Umowa gwarantuje, że szybsze i wygodniejsze staną się podróże z Krakowa w stronę Katowic – powiedział obecny przy podpisaniu kontraktu minister.

Przyglądający się uroczystemu zawarciu kontraktu przeżywali déjà vu – podobne deklaracje padały już w grudniu 2010 r., gdy spółka PKP PLK podpisywała wartą 393,3 mln zł umowę z konsorcjum firm OHL ŽS i Tor-Kar-Sson na zaprojektowanie i wykonanie modernizacji dokładnie tego samego odcinka Krzeszowice – Trzebinia.

Pod koniec 2010 r. pokonanie liczącej 77 km linii Kraków – Katowice zabierało pociągom od 1 godz. 43 min. do 2 godz. 1 min. Magistralę przez lata obejmowano bowiem kolejnymi ograniczeniami prędkości – nawet do 20-30 km/h na długich odcinkach. Takie są skutki polityki wstrzymywania konserwacji i remontów danej linii w związku ze spodziewaną jej modernizacją.

Już w 2006 r. – gdy najszybszy pociąg pokonywał trasę z Krakowa do Katowic w 1 godz. 16 min. – Centrum Zrównoważonego Transportu wskazywało, że linia łącząca stolice województw małopolskiego i śląskiego „wymaga najpilniejszej modernizacji ze wszystkich linii magistralnych w kraju”. W 2007 r. posłanka Prawa i Sprawiedliwości z Małopolski Zachodniej Beata Szydło wystąpiła do ministra transportu z wnioskiem o przyspieszenie realizacji unowocześnienia linii i skrócenie czasu przejazdu koleją z Krakowa do Katowic.

Długo oczekiwane rozpoczęcie procesu modernizacji linii Kraków – Katowice nastąpiło w ostatnich miesiącach 2010 r., kiedy to obok umowy obejmującej odcinek Krzeszowice – Trzebinia, spółka PKP PLK zawarła kontrakty na projekt i realizację prac także na innych odcinkach magistrali łączącej Małopolskę i Śląsk: Kraków – Krzeszowice (konsorcjum PNI, PKP Energetyka i PPMT) oraz Trzebinia – Sosnowiec Jęzor (konsorcjum PRKiI Wrocław, Infrakol i PNiUIK Kraków). Całość prac na 58-kilometrowym odcinku od stacji Kraków Główny do wlotu do aglomeracji śląsko-dąbrowskiej na stacji Sosnowiec Jęzor miała zostać zrealizowana do czerwca 2014 r.

Porzucone prace

Do połowy 2014 r. na przeważającej długości magistrali Kraków – Katowice nie przystąpiono do realizacji żadnych robót modernizacyjnych. Przez trzy i pół roku udało się je przeprowadzić jedynie na krótkich fragmentach linii. Między stacjami Dulowa i Trzebinia zdołano wymienić 2,5 km jednego toru wraz z siecią trakcyjną. Na liczącym 5,5 km odcinku Kraków Mydlniki – Zabierzów prace rozpoczęte w kwietniu 2012 r. po kilku miesiącach zostały przerwane i porzucone.

Obydwa tory wraz z siecią trakcyjną udało się wymienić jedynie na 6-kilometrowym odcinku między stacjami Jaworzno Szczakowa i Sosnowiec Jęzor – nie udało się tu jednak uniknąć poważnych opóźnień. W październiku 2011 r. rozpoczęto demontaż starego toru z założeniem, że w czasie prac rozbiórkowych uda się uzyskać pozwolenie na budowę, by następnie płynnie przejść do budowy nowej infrastruktury. Rozbiórka zakończyła się w styczniu 2012 r., lecz pozwolenie na budowę – głównie z powodu kolejnych błędów w dokumentacji projektowej – udało się uzyskać dopiero półtora roku później. Prace budowlane rozpoczęły się więc dopiero w maju 2013 r. W czasie półtorarocznego przestoju pociągi musiały w obu kierunkach jeździć jednym torem, który z uwagi na zły stan techniczny objęty był ograniczeniem prędkości do 30 km/h, zaś w miejscu po rozebranym drugim torze zdążyły wyrosnąć chwasty.

Niewystarczająco, nieskutecznie

Przedstawiciele spółki PKP Polskie Linie Kolejowe jako powód kilkuletniego opóźnienia modernizacji linii Kraków – Katowice wskazują przede wszystkim upadłość firmy PNI we wrześniu 2012 r. Owszem, PNI było liderem konsorcjum wykonawczego, ale tylko dla odcinka Kraków – Krzeszowice, a więc odpowiadało za jeden z trzech kontraktów na magistrali łączącej Kraków z Katowicami. Dodajmy, że upadłość PNI nastąpiła rok po prywatyzacji, dokonanej przez Grupę PKP w momencie realizacji przez to przedsiębiorstwo kilku dużych kontraktów modernizacyjnych na rzecz PKP PLK (sprzedaż przez PKP S.A. 100% udziałów w PNI koncernowi Budimex nastąpiła w sierpniu 2011 r.).

jaworzno.jpg_732-419

Najwyższa Izba Kontroli za główny problem modernizacji linii Kraków – Katowice uznała „niewystarczający i nieskuteczny nadzór sprawowany przez służby PKP PLK nad realizacją dokumentacji projektowej i uzyskaniem decyzji administracyjnych przez wykonawców i w konsekwencji niezrealizowanie całej inwestycji”.

Do końca 2015 r., a więc do momentu rozliczenia perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2007-2013, w ramach której miała zostać w całości zrealizowana modernizacja na linii Kraków – Katowice, zaawansowanie realizacji przedsięwzięcia wynosiło zaledwie około 2%.

Reset za porozumieniem stron

– Przy modernizacji linii Kraków – Katowice musieliśmy zmierzyć się z wszystkimi ryzykami, na jakie jest narażona inwestycja: problemami związanymi z upadłością projektantów i wykonawców, protestami społecznymi, uwagami konserwatora zabytków, które wymogły zmiany w projekcie, zmianami w obszarach Natura 2000, kolizjami linii kolejowej z instalacjami, których część w ogóle nie była ujęta na mapach – informowała w październiku 2015 r. Dorota Szalacha ze spółki PKP PLK, po tym gdy spółka ogłosiła dokonanie „resetu” procesu modernizacji linii Kraków – Katowice. – W 2014 r. intensywnie pracowaliśmy nad najlepszym scenariuszem wyjścia z trudnej sytuacji i opracowaliśmy plan dalszego prowadzenia prac. Zakończenie prac na odcinku Kraków – Kraków planujemy na koniec 2018 r.

„Reset” opierał się na zawarciu porozumień z kontrahentami o dokończeniu przez nich etapu projektowania modernizacji oraz przyjęciu robót zrealizowanych na liczącym 6 km odcinku między stacjami Jaworzno Szczakowa i Sosnowiec Jęzor. Realizację pozostałych prac modernizacyjnych przeniesiono na okres unijnej perspektywy finansowej obejmującej lata 2014-2020.

Ugody objęły ponadto rezygnację przez PKP PLK z dochodzenia od konsorcjów wykonawczych kar z tytułu nieterminowej realizacji umów, co uzasadniono tym, że „opóźnienia były niezawinione bezpośrednio przez wykonawców”.

Gdy w grudniu 2014 r. spółka PKP PLK podpisywała porozumienie z konsorcjum OHL ŽS i Tor-Kar-Sson, odpowiedzialnym za modernizację odcinka z Krzeszowic do Trzebini, pracownikiem firmy OHL ŽS był Janusz Pluta – w przedsiębiorstwie tym został on zatrudniony w listopadzie 2013 r. jako koordynator ds. realizacji inwestycji, potem w 2016 r. awansował na stanowisko prezesa OHL ŽS Polska. Co zaskakujące, wcześniej – od stycznia 2010 r. do stycznia 2013 r. – Janusz Pluta był dyrektorem modernizacji linii Kraków – Katowice w Centrum Realizacji Inwestycji PKP PLK.

2018, 2019, 2020…

Kolejnym etapem „resetu” – po dokończeniu prac projektowych przez dotychczasowych kontrahentów – był wybór przez PKP PLK nowych wykonawców robót modernizacyjnych. Przetarg dla odcinka Kraków Mydlniki – Krzeszowice został ogłoszony w kwietniu 2014 r., dla odcinka Kraków Główny – Kraków Mydlniki w grudniu 2014 r., a dla odcinków Krzeszowice – Trzebinia oraz Trzebinia – Jaworzno Szczakowa we wrześniu 2015 r. Procedury przetargowe ciągnęły się długimi miesiącami.

Do zawierania nowych kontraktów przystąpiono dopiero w 2016 r. Spółka PKP PLK w styczniu 2016 r. podpisała umowę z konsorcjum firm Vias y Construcciones, Dragados i Electren na wykonanie modernizacji odcinka Kraków Mydlniki – Krzeszowice, w listopadzie 2016 r. realizację robót na odcinku Kraków Główny – Kraków Mydlniki powierzono firmie Torpol, natomiast w grudniu 2016 r. zawarto umowę z konsorcjum firm Trakcja PRKiI, Comsa, PKP Energetyka i Porr na przeprowadzenie modernizacji odcinka Trzebinia – Jaworzno Szczakowa.

Ostatnia umowa – na wykonanie modernizacji odcinka z Krzeszowic do Trzebini – zawarta została z konsorcjum firm Torpol i Budimex. Uroczyste podpisanie umowy, do którego doszło w Krzeszowicach na początku października 2017 r. w obecności ministra Andrzeja Adamczyka, stanowiło symboliczne zwieńczenie przeciągającego się „resetu”. Podpisanie kontraktu na modernizację odcinka Krzeszowice – Trzebinia nastąpiło aż dwa lata po ogłoszeniu przetargu.

Przyczyną wydłużenia tego postępowania przetargowego było to, że spółka PKP PLK umieściła w warunkach przetargowych nieprecyzyjny zapis o wymaganiach wobec kierownika robót telekomunikacyjnych. Część oferentów zinterpretowała ten zapis inaczej niż rozumiała go spółka PKP PLK, przez co Centralne Biuro Zamówień PKP PLK wykluczyło ich z postępowania. Sprawa trafiła do Krajowej Izby Odwoławczej przy Urzędzie Zamówień Publicznych, która nakazała ponowne dopuszczenie wykluczonych oferentów do przetargu. Ostatecznie to właśnie jednemu z odwołujących się uczestników przetargu – konsorcjum firm Torpol i Budimex – udało się zdobyć kontrakt.

W chwili zawarcia ostatniego z nowych kontraktów zapowiedziano, że modernizacja na linii Kraków – Katowice potrwa do końca 2020 r. Natomiast jeszcze w styczniu 2016 r., po zawarciu pierwszej z czterech nowych umów, spółka PKP PLK deklarowała, iż modernizacja na linii Kraków – Katowice zakończy się w czerwcu 2019 r. A przypomnijmy, że w październiku 2015 r. – po opracowaniu w ramach „resetu” planu dalszej realizacji prac – obiecano, że modernizacja wydłuży się „tylko” do końca 2018 r.

Dekada modernizacji, minuta zysku

„Reset” niestety nie został wykorzystany do korekty błędów w projekcie modernizacji, który przewiduje zdegradowanie do roli przystanków aż czterech stacji: Rudawa, Dulowa, Jaworzno Ciężkowice i Balin. Skutkiem tego będzie zmniejszenie liczby punktów umożliwiających przejazd pociągu na drugi tor oraz przede wszystkim przepuszczanie szybszych składów przez te poruszające się wolniej. Zemści się to problemami z przepustowością na zmodernizowanej linii. Charakterystyczną cechą ciągu Kraków – Katowice zawsze był bowiem bardzo intensywny ruch pociągów poruszających się z różnymi prędkościami: dalekobieżnych, regionalnych i towarowych.

Wątpliwości budzi również sprawa czasu jazdy, jaki ma być osiągnięty po zakończeniu modernizacji. – Czas przejazdu z Krakowa do Katowic skróci się do 1 godz. 5 min. – deklaruje minister Andrzej Adamczyk. Doprecyzujmy, że spółka PKP PLK przystępując w 2010 r. do modernizacji, informowała, że czas jazdy z Krakowa do Katowic po zakończeniu prac wyniesie 1 godz. 3 min. dla pociągów dalekobieżnych oraz 1 godz. 27 min. dla pociągów regionalnych. Może to robić wrażenie co najwyżej w porównaniu z obecnym czasem podróży z Krakowa do Katowic wynoszącym od 2 godz. 5 min. do 2 godz. 24 min., który wynika z kumulacji utrudnień wywołanych realizacją robót na części odcinków i ograniczeń prędkości z powodu złego stanu toru na innych odcinkach.

Gdy jednak porównamy sytuację sprzed rozpoczęcia prac oraz poprzedzającego ich okresu drastycznego pogorszenia się stanu linii, okaże się, że modernizacja przyniesie niewielkie skrócenia czasu jazdy. I to w sytuacji, gdy celem modernizacji jest wprowadzenie na znaczącej części magistrali Kraków – Katowice prędkości maksymalnej 160 km/h, a dotychczas na tej linii pociągi nigdy nie kursowały szybciej niż 120 km/h. Jeszcze w 2005 r. pociąg InterCity „Wawel” pokonywał odcinek z Krakowa do Katowic w 1 godz. 10 min., a najszybszy pociąg pospieszny „Śnieżka” w 1 godz. 15 min., zaś najszybszy pociąg z postojami na wszystkich stacjach i przystankach jechał 1 godz. 28 min. – po modernizacji składy regionalne mają osiągać czas jedynie o minutę krótszy!

Dodajmy, że historyczny rekord czasu jazdy pochodzi sprzed ponad 50 lat i należy do ekspresu „Ślązak”, który w 1962 r. odcinek z Krakowa Głównego do Katowic przejeżdżał w 59 min. Wygląda więc na to, że po dekadzie modernizowania linii Kraków – Katowice, rekordu z czasów Gomułki nie uda się pobić.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/92 listopad-grudzień 2017); www.zbs.net.pl. Fotografia w tekście: FAREN, SM42.pl

Niestrawne jagódki

Niestrawne jagódki

Kilkanaście lat temu zdarzyło mi się jechać koleją z ciekawymi współpasażerami – niepozorną, najzwyklejszą starszą panią i jej dorosłym wnuczkiem. Wnuczek chciał być dla babci uczynny, ale w praktyce okazywał się nadgorliwy w jej udziecinnianiu: „Babuniu, popatrz, jakie za oknem miasto, babuniu, a w gazecie papież, a może dla babuni jagódkę, taka dobra jagódka”. Zmęczona tym nadmiarem troski pani dosiadła się do współpasażerki, trochę młodszej od siebie, z opaską na włosach i w anilanowym swetrze, wyglądającej jak jedna z niepozornych, niewidocznych osób, pracujących w usługach na zapleczu świata, osób, które sprawiają, że rzeczywistość jakoś działa i toczy się z dnia na dzień. Od słowa do słowa, obie kobiety zaczęły wymieniać się ulubionymi łacińskimi sentencjami, a potem przeszły do rozmowy o Arystotelesie. Bawiły się wspaniale. Nie były to wcale księżniczki w przebraniu kopciuszków – pewnie po prostu chodziły do tuż powojennych szkół średnich, w których języków klasycznych nauczano powszechnie (do lat 60.), i choć nie zostały osobami na tzw. stanowiskach, to wiedza i radość z niej czerpana zostały z nimi na dobre.

Wiem, że zabrzmiało to jak pouczająca opowiastka kołcza życiowego Grzegorza Mateusiaka, być może brakuje jeszcze tylko puenty „a potem cały pociąg wstał i zaczął bić brawo”. Ale co poradzić, musicie wierzyć mi na słowo. Nie mam ani talentu reportera-podsłuchiwacza, ani dobrej pamięci, ale ta historia, która jakby spadła z nieba jako specjalna lekcja o nieoczywistości świata, włącza mi się w głowie od czasu do czasu. Zwykle wtedy, kiedy przypomina mi się druga anegdota, którą lubię opowiadać i pewnie przytaczałam już nieraz w innych kontekstach. Gdy legendarny bluesman Leadbelly opuścił więzienie i udał się w trasę koncertową ze zbieraczem amerykańskiego folkloru Johnem Lomaxem, ten chciał, by Leadbelly występował wciąż w drelichu i śpiewał surowe bluesy zza krat. To wywołało niezgodę między muzykiem a jego odkrywcą: jako wolny człowiek, już z wyrobioną marką, Leadbelly marzył o nowym garniturze i o tym, by grać miejski jazz, co uważał za naturalną ewolucję – wyrok zakończony, mógł już grać jak wolny człowiek. Lomax wolał zamrozić go w skamielinie „autentyzmu”, nie biorąc pod uwagę wyborów samego artysty.

„Zwyczajni ludzie” nie mają w życiu łatwo nie tylko ze względu na jego materialną prozę, ale także dlatego, że nie są traktowani serio, za to często – instrumentalnie. Każdy wstrętny i krzywdzący komentarz o „ciemnym ludzie”, „plebsie”, „niecywilizowanej hołocie”, których naczytaliśmy się w ostatnich latach o wiele za wiele i za które również na łamach „Nowego Obywatela” niejeden dostawał zasłużone bęcki, ma swój rewers w postaci fałszywej, instrumentalnej sympatii dla szarego człowieka. To czasami dobrze znana, stara chłopomania, ale czasami coś o wiele gorszego – instrumentalny, chytry paternalizm. Ten, kto stosuje takie metody, posługuje się wyobrażonym „zwykłym człowiekiem” jako pałką służącą do zdzielenia jakiejś grupy, której aktualnie nie lubi. Na pewno znacie to doskonale.

Wyobraźcie sobie „ulubionego” publicystę (na pewno takiego macie), który nagrywa filmik o tym, jak szama prosto z puszki paprykarz szczeciński i zagryza pasztetową, choć na co dzień na pewno jada lepiej, i opowiada przy tym, że wstrętne lewaki nie wiedzą co dobre, jedzą tylko trawę. Albo kiedy uznany aktor w wywiadzie przyznaje, że tak w ogóle to nie bardzo lubi towarzystwo ludzi, chyba że na Podkarpaciu, bo tam lud prosty, żyje zgodnie z intuicją i bez trucizn sączonych w niewinne dusze przez słowo pisane i nowoczesne wynalazki. Można oczywiście uważać, że gdzieś za Tarnowem zaczyna się jakiś średniowieczny park tematyczny, w którym prąd wytwarzają biegające chomiki, a mieszkańcy hołdują stylowi życia z czasów Piasta Kołodzieja. Jeśli jednak o czymś świadczą takie opinie, to o odklejeniu mówiącego, który Podkarpacie odwiedził chyba we śnie. Miałam znajomego z tamtych okolic, który żartował, że oczywiście, wszyscy mieszkają w skansenie w Sanoku – malowanie sobie podkarpackiego „czarnego luda” przez Warszawę to powracający refren. Tyle że w zależności od tego, kto mówi i w jakich okolicznościach, to albo ludek prosty a poczciwy, który uroczo klnie, albo demoniczna tłuszcza gotowa zdzielić za darmo sztachetą.

Można też, jak niektórzy robią dla szpanu, używać przeciętnego obywatela jako rekwizytu w swoim własnym teatrze jednego aktora. W latach 80. powstało określenie „trustafarians” na ludzi, którzy głosili pochwałę nieskomplikowanego życia, bo było ich na to stać – byli rentierami, gwiazdami telewizji czy dziedzicami fortun, a z hippisowskiej chatki na końcu świata, w której żyli prosto i zgodnie z naturą, mógł ich w razie potrzeby ewakuować prywatny helikopter. To o takich przypadkach śpiewał zespół Pulp w dość nieoczywistym przeboju „Common people”, którego bohaterka „chciałaby żyć jak zwyczajni ludzie”, choć oczywiście wcale nie musi.

Tymczasem w Polsce mamy to szczęście, że – o ile faktycznie nie jesteśmy spadkobiercami milionerów – w większości nie musimy udawać zwyczajnych ludzi, bo nimi jesteśmy. Oczywiście, ostatnie dekady przyniosły stopniowe pogłębianie się podziałów między ludźmi i izolację, a wiele drabin społecznego awansu połamano, ale pamiętajmy, że wciąż mamy niezłe zapasy, z których można coś zbudować. Większość z nas chodziła do publicznych szkół, nadal istnieją darmowe studia dzienne i stypendia, wychowywaliśmy się często na niegrodzonych osiedlach, gdzie sąsiedzi reprezentowali bardzo różne światy, a historie w poszczególnych domach to nadal pamięć różnych kolei losu, w tym przenosin ze wsi do miasta, faktycznych szans, jakie dała szkoła, biedy albo życia tuż nad kreską, pracy kiepskiej, żmudnej, ale dającej satysfakcję, a czasami żadnej. Różnice między nami istnieją i nieprawdą jest, że żyjemy w płaskim klasowo społeczeństwie, jak wydawało się niektórym, ale będę się upierać, że mamy szansę na budowę relacji opartych na solidarności i zrozumieniu, że dobro drugiego człowieka służy także nam.

Dziki kapitalizm zniszczył i podzielił bardzo wiele, ale nie unicestwił wszystkiego. W większości, jako obywatele, nadal jedziemy na różnych piętrach, ale jednak tego samego, niezbyt wysokiej jakości wózka. Znajdujemy się na spektrum niepewności i skromnego stanu posiadania – od bardzo skromnego, po „w porządku”, a zewnętrzne oznaki stabilizacji bywają makietą z tektury. Nawet stateczna menedżerka z lśniącego biurowca może swoją gorliwością w szlusowaniu do aktualnych standardów i mody maskować „słoikowe” poczucie niedopasowania (co zresztą jest zjawiskiem starszym niż III RP – o psychologicznych zawiłościach awansu społecznego mówi sympatyczny film „Warszawskie gołębie” z lat 80.). A ponieważ często ciuch od projektanta jest z lumpeksu, sushi z dyskontu, a dekoracje w stylu prowansalskim pochodzą z hurtowni „Upominex”, makieta może się okazać stosunkowo łatwa w demontażu. Kto wie, może dlatego taką popularnością cieszą się opowieści o latach 90., może sięgają po zwykłą pokoleniową nostalgię – przypominają czas, gdy kolorowe gazety trąbiły o tym, że każdy może zostać milionerem, ale z drugiej strony rzeczywistość sama uczyła o tym, jak różni bywają ludzie i ich życiorysy. Mogliśmy, mieszkając w domu jednorodzinnym, odwiedzić po lekcjach koleżankę z klasy w kamienicy bez łazienki, albo samemu mieszkając w kamienicy wpaść do mieszkania kolegi z bloku, żeby pograć na amidze. Dorastającym w realiach, gdzie wszystko jest ogrodzone, wszędzie trzeba wpisywać kody i za wszystko trzeba płacić, ta nauka na pewno przychodzi trudniej – trzeba przekroczyć coś zastanego.

W eseju poświęconym obcości w literaturze science fiction Ursula K. LeGuin pisze: „Jeśli zaprzeczasz więzi z drugim człowiekiem albo grupą ludzi, jeśli twierdzisz, że są zupełnie odmienni niż ty – tak, jak mężczyźni zrobili to wobec kobiet, jedna klasa wobec innej, naród wobec narodu – możesz zacząć ich nienawidzić lub ubóstwiać, ale w każdym z tych przypadków zaprzeczasz waszej duchowej równości, ludzkiej realności. Zmieniasz ich w rzecz, z którą jedyna możliwa relacja to relacja oparta na władzy. W ten sposób dokonujesz zgubnego w skutkach zubożenia swojej własnej rzeczywistości. Wyobcowujesz się”. Myślę o tym zawsze, kiedy przypominam sobie sytuacje, w których lewicowcy wydają się podchodzić do możliwie szeroko rozumianego „ludu” jak do jeża. Boją się, nie wiedzą, jak się zachować, jak mówić o ludziach, z którymi sympatyzują i chcieliby okazać solidarność, wreszcie – wyobrażają sobie na ich temat niekoniecznie właściwe rzeczy. Na temat ludzi, którzy są przecież w zasięgu rozmowy!

Pytam siebie w duchu: co się z nami podziało? Dlaczego zachowujemy się, jakbyśmy odlecieli na różne planety? Jakbyśmy nigdy nie mieli sąsiadów, nie mieszkali teraz czy kiedyś na blokowisku, nie chodzili do publicznej szkoły i nie odwiedzali kolegów z klasy, a w dorosłym życiu nie łączyły nas relacje z ludźmi, którzy mogli pracować w zawodzie, o którym my nie mamy pojęcia, ale razem z nami łazili po górach, bunkrach albo słuchali podobnej muzyki? Co jest tym biletem na inną planetę, co stawia te bariery? Wykształcenie, nawet jeśli nigdy nie pracowaliśmy w zawodzie lub nie dotrwaliśmy do magistra? Praca? A może – o ironio – uświadomienie sobie, że w społeczeństwie nie wszyscy mamy równe szanse, co jakimś dziwnym sposobem sprawia, że zaczynamy się dystansować wobec kogoś, z kim niedawno moglibyśmy wypić piwo i porozmawiać o zbieraniu płyt (bo „co on sobie o mnie pomyśli, muszę mieć salon wypisany na twarzy”).

Skąd się to bierze, to pouczanie i pielęgnowanie poczucia winy, samokrytyka zamiast faktycznej polityki, autoanaliza i przykrawanie się do wzorca zamiast bardziej praktycznego i empatycznego przymknięcia oka na różnorodność postaw ludzkich, przyznania, że ja jestem taka, a ty śmaka, ale łączą nas podobne cele, monitorowania drobiazgów zamiast stwierdzenia – ok, ale idź i nie grzesz więcej? Jest jakiś straszny paradoks w tym, że czasem wiedza i samoświadomość zamienia się w pancerz. Teoria habitusów Bourdieu, skądinąd bardzo odkrywcza w socjologii, przeniesiona na poziom rozmów międzyludzkich i osobistych postaw robi dziwne rzeczy z Polakami i Polkami. Widziałam najlepsze umysły mego pokolenia pochłonięte przez nieustanne rachunki sumienia. Czy może mi się podobać ta piosenka? Czy to wypada, czy nie wypada? Czy nie wydaję się za głupi lub za mądry? Czy moje gusta nie są elitarne albo przeciwnie, pozerskie? Jak Molierowski pan Jourdain, który po 40 latach uświadomił sobie, że mówi prozą, tak biedny, zdezorientowany sympatyk lewicy uświadamia sobie, że mógł mieć w życiu nieco więcej fartu. Świadomość różnych punktów startowych w życiu to sama w sobie dobra rzecz, bo czas najwyższy dać sobie spokój z mitem „od zera do milionera”, ale problem zaczyna się wtedy, gdy ta świadomość, zamiast oświecać, staje się ciężarem, o którym pisała LeGuin.

Tak powstaje uprzedzenie, z mieszaniny obaw i lęków: mogę zrobić coś źle, więc na wszelki wypadek będę się trzymać z daleka. Ktoś dotychczas znany staje się w naszych oczach obcym, człowiekiem z innego świata, niezrozumiałym; pogłębia się między nami rów, choć świadomość i empatia powinna raczej sprzyjać jego zasypywaniu. Wyobcowujemy się również wobec samych siebie. Jeśli jesteśmy wykształceni albo mieliśmy szczęście znaleźć dobrą pracę – zaczynamy się za siebie wstydzić, postrzegać swój (mimo wszystko nadal skromny) status jako barierę w komunikacji, ciężar większy niż w rzeczywistości. Widziałam realizację tego scenariusza kilka razy i za każdym z nich wyglądało to podobnie: jakby bardziej świadomie deklarowany akces do lewicy sprawiał, że wcześniej zwyczajnie otwarty na świat (i prospołeczny w praktyce) człowiek wolał schować się do nory i pogrążyć w nieskończonych debatach o tym, kim jesteśmy i dokąd tuptamy. Można poświęcać się wtedy w nieskończoność cyzelowaniu mowy i własnych przyzwyczajeń tak, by były jak najmniej dokuczliwe dla innych grup społecznych. Takie dyskusje odbywają się zwykle w niewielkich gronach, co czyni je niszowym sportem. Redaktorzy i czytelnicy „NO”, którzy słuchają metalu, a jest nas tu kilkoro, zapewne pamiętają tragikomiczne debaty sprzed kilkunastu lat o tym, kto nadaje się na TRVE metalowca, a kto już naraża się na pozerstwo; zwykle kończyło się to tym, że w zbiorze TRVE zostawała może jedna wzorcowa osoba. Po co doskonale pozbawiony uprzedzeń język, skoro nie zamierzamy go używać, skoro boimy się porozmawiać?

Ten lęk i pewna sztywność, samoalienacja – wszystko to może niestety przełożyć się na próbę rozmowy. Ktoś, kto nie jest pewien, jak mówić do drugiego człowieka w obawie, że ten jest „zupełnie inny niż ja”, zaczyna babciojagódkować, robiąc wrażenie takie, jakie zrobił – mimo najlepszych intencji – wnuczek z kolejowej anegdoty. Nikt nie lubi, gdy się ktoś nad nim, dorosłym obywatelem, pochyla i załamuje rączyny. Nikt nie chce, żeby mu na siłę wpychać nawet najsmaczniejsze jagódki. Nieco naiwną, ale może skuteczną (bo nie ma zmiany bez dozy naiwności) receptą na wyjście z tego stanu rzeczy jest dać się polubić, najlepiej osobiście. Szukanie poziomych płaszczyzn porozumienia, idących w poprzek podziałów narzuconych nam z góry. Za tzw. moich czasów, w latach 90. i wczesnych zerowych, takim wspólnym gruntem były subkultury. Dzisiaj mogą być to rzeczy powszechnie lubiane, jak sport, ciuchy, ogródek czy makijaż, albo nieco bardziej niszowe, jak stare auta, szydełkowanie albo UFO. Jeśli nasi rozmówcy są nieco starsi, mogą spokojnie zdeklasować wiedzą magistra, bo oczywistą rzeczą było dla nich oglądanie Teatru Telewizji i „Wielkiej Gry”, może czytanie wielkonakładowych magazynów w rodzaju „Przekroju” czy „Nowej Wsi”. To oni wygraliby z nami w „Jednym z dziesięciu”.

Stanisław Barańczak zastanawiał się w latach 70., dlaczego tak wielu widzów bynajmniej nienoszących cylindra i fraka kochało „Kabaret Starszych Panów”, ignorując jednocześnie łopatologiczne filmy i powieści milicyjne. Odpowiedzią był szacunek dla widza. Nie można bowiem podważać czyjejś zdolności do myślenia. Zakładać, że ktoś jest z zasady pozbawiony wyobraźni, umiejętności autorefleksji, poczucia humoru (w tym dystansu wobec samego siebie). Dzisiaj autorzy blogów i kanałów Youtube poświęconym teoriom spiskowym, płaskiej Ziemi albo Reptilianom, nie stronią od wykładania teorii filozoficznych (nawet jeśli są to teorie wzięte z kompletnie innego wymiaru, albo z pewnej części ciała) i wcale nie unikają trudnych słów. I chociaż opowiadają bajki, to trzeba oddać im sprawiedliwość, że realizują postulat Barańczaka o tym, żeby szanować swojego odbiorcę. Warto wziąć sobie to do serca. Nawet jeśli nasz obecny lub potencjalny znajomy, sąsiad, współpracownik nie ma czasu na czytanie powieści, nie znaczy to, że zna góra sto słów, a to, że ma daleko do najbliższej galerii sztuki, nie powoduje, że sztuki nie może zrozumieć. Dlaczego zakładamy, że nie można jednocześnie lubić grillowania i czytania książek, albo słuchać disco polo, poezji śpiewanej i Chopina, w zależności od humoru i okazji? Swoją drogą, czy wiedzieliście, że zespół Boys na początku inspirował się INXS i Duran Duran, a wczesne piosenki Akcentu to przeróbki standardów z „krainy łagodności”? No to już wiecie.

Polityka w życiu codziennym to także lekcja wyrozumiałości, zwłaszcza jeśli nie chcemy uprawiać gwiazdorskiej autopromocji, lecz zaprosić na wspólny pokład jak najwięcej osób. Kiedy byłam nastolatką, zdarzyło mi się na chwilę „przykucnąć”, uwierzyć w liberalizm i dać się oszołomić przekonaniu, że każdy jest kowalem własnego losu (na szczęście ta chwila nie trwała długo). Hipiso-punki z małych miast nosiły wtedy koszulki z napisem „Każdy inny, wszyscy równi”, a ja dziwiłam się, co też oni wymyślają. Dzisiaj muszę ich przeprosić. Bo tak trzeba żyć.

Olga Drenda

Jak Maziarskiemu wolność odbierano

Jak Maziarskiemu wolność odbierano

Ostatnimi czasy przez media przetoczyła się dyskusja na temat niedziel wolnych od handlu. Nie pierwszy raz. Podobna debata odbyła się choćby kilka lat temu. Tak wtedy, jak i teraz neoliberałowie stali w pierwszym szeregu ludzi przerażonych pomysłem pracowników mających prawo do dnia wolnego. Przyjrzyjmy się argumentacji jednego z najzagorzalszych dziennikarskich zwolenników doktryny neoliberalnej – Wojciecha Maziarskiego. Zobaczmy dzięki temu, w jaki sposób Maziarski wykorzystuje słowo „wolność” do przedstawienia swojego stanowiska jako zdroworozsądkowego oraz dlaczego jego wizja wolności jest problematyczna. Warto to zrobić, ponieważ „wolność” wciąż pozostaje jednym z najpotężniejszych narzędzi retorycznych wykorzystywanych przez neoliberałów.

Temat wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w niedzielę felietonista „Gazety Wyborczej” poruszył w czerwcu 2013 roku. Bezpośrednim punktem odniesienia był dla niego tekst Konrada Sawickiego, również opublikowany w „Wyborczej”, a także opinia Jacka Żakowskiego wyrażona w Radiu TOK FM. Zarówno Sawicki, jak i Żakowski opowiadali się za niedzielami wolnymi od handlu, czyli za podjęciem określonej decyzji politycznej związanej z funkcjonowaniem naszej gospodarki, a także – albo nawet przede wszystkim – z prawami pracowniczymi.

Maziarskiemu ten pomysł się nie spodobał. I choć zaczyna on swoje rozważania od anegdoty wspominkowej, to bardzo szybko wchodzi na pole filozoficznych rozważań, aczkolwiek nonszalancki ton, w jakim wypowiada swoje sądy, sprawia, że łatwo tę filozoficzność przeoczyć. Publicysta „Wyborczej” pisze w pewnym momencie tak: „Czy jako wolny obywatel żyjący w ideologicznie neutralnym państwie prawa mogę wybrać taki model życia i spędzania wolnego czasu, który nie podoba się ideologom lewicy, teologom katolicyzmu i działaczom związkowym?”.

consumption

Jak łatwo zauważyć, Maziarski wprowadza ostry podział na tych, którzy są za wolnością obywateli (w tej roli obsadza siebie), oraz tych, którzy są przeciwko tej wolności (w tej roli ideolodzy lewicy, teolodzy katoliccy i działacze związkowi). Wolność jest traktowana jako wartość centralna, a stosunek do niej pozwala odróżnić „tych dobrych” od „tych złych”. Dwa akapity dalej Maziarski raz jeszcze uderza w podobny ton: „Więc pytam: wolno mi czy mi nie wolno? Czy redaktorzy Sawicki i Żakowski pozwolą mojej rodzinie spędzać czas tak, jak lubimy i jak sami sobie wybraliśmy, czy będą nas uszczęśliwiać na siłę, wyłączając w niedzielę »świątynie konsumpcji«?”.

Na pozór cały spór o handel w niedzielę, szczególnie w wersji, w jakiej przedstawia go Maziarski, nie kryje w sobie żadnych filozoficznych założeń. Jest grupa ludzi takich jak dziennikarz „Wyborczej”, którzy chcą mieć swobodę robienia niedzielnych zakupów w centrach handlowych, oraz są ci, którzy pragną tego zakazać. Można dyskutować, kto ma rację w tym sporze, ale czy występują w nim jakieś głębsze problemy związane z naszym stosunkiem do wolności? Czy nie jest raczej tak, że mamy do czynienia z prostym przypadkiem, gdy z jednej strony są zwolennicy wolności, a z drugiej ludzie chcący poświęcić jej część w imię innych wartości? Na to ostatnie pytanie można by udzielić odpowiedzi twierdzącej tylko wtedy, gdybyśmy do dwóch aktorów występujących w przytoczonych fragmentach tekstu Maziarskiego – wolnych obywateli dokonujących zakupów, kiedy tylko chcą (czyli de facto wolnych konsumentów) i ludzi, którzy pragną im tę wolność zabrać – nie dodali trzeciego aktora: pracowników i pracowniczek.

Jednym z podstawowych argumentów za zakazem handlu w niedzielę jest to, że pracownicy nie byliby już zmuszani do pracy w ten właśnie dzień. Maziarski odnosi się do niego, gdy pisze: „[…] nie ma obowiązku bycia sprzedawczynią, a po doświadczeniach pracy w prasie niedziele sprzedawczyń nie wydają mi się jakąś szczególną torturą”. Rzecz w tym, że większość osób zatrudnionych w marketach robi to, ponieważ nie jest w stanie znaleźć lepszej pracy – z różnych powodów, między innymi z braku odpowiednich ofert w ich miejscu zamieszkania, ale też często dlatego, że z tego czy innego względu ludzie ci nie posiadają formalnych kwalifikacji do wykonywania innych prac. Choć więc teoretycznie Maziarski ma rację, gdy pisze, że bycie sprzedawczynią nie jest obowiązkiem, to w praktyce wiele osób stoi przed wyborem: praca w markecie albo bezrobocie. Kiedy zaś wybierają pierwsze wyjście, są stroną o wiele słabszą niż pracodawca, ponieważ ten może zawsze zagrozić, że jeśli pracownik nie spełni jego wymagań (na przykład nie będzie pracował w niedzielę), to go po prostu zwolni, ponieważ ma wielu chętnych na jego miejsce. Zresztą, nie musi nawet dochodzić do bezpośredniego szantażu. Pracownicy doskonale orientują się w podstawowych zasadach konkurencji na rynku pracy. Jak piszą ekonomiści Robert Frank i Philip Cook: „[…] kiedy wynagrodzenia zależą od dokonań względnych, żadna osoba nie może pracować mniej bez uszczerbku dla swoich szans na odniesienie sukcesu”. Przy czym „sukcesem” w omawianym przypadku jest często po prostu zachowanie pracy.

Frank i Cook przytaczają obserwacje Thomasa Schellinga dotyczące hokeistów. Gdy zawodnicy stoją przed dylematem „grać w kasku bądź bez”, wybierają zazwyczaj tę drugą możliwość. W anonimowych ankietach większość opowiada się jednak za regulaminem zabraniającym gry bez kasku, a tym samym zapewniającym większe bezpieczeństwo. Jak to wyjaśnić? Zdaniem Franka i Cooka każdy hokeista wie, że w sytuacji, gdy inni mogą grać bez kasków, samemu też najlepiej wybrać takie rozwiązanie, ponieważ w przeciwnym wypadku rywale uzyskają przewagę. Kiedy jednak rozmawiamy nie o pojedynczych wyborach, lecz o ogólnej zasadzie, większość hokeistów wolałaby, aby kaski były obowiązkowe. Formalny nakaz ich noszenia chroniłby zawodników przed presją skłaniającą do wyboru mniej bezpiecznego rozwiązania. Podobnie może być ze sprzedawczyniami i sprzedawcami. Nawet ci pracownicy, którzy „dobrowolnie” pracują w niedziele, mogliby pragnąć wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w ten dzień.

Czy zatem osoby pracujące w marketach mogą cieszyć się pełną wolnością? Wszystko zależy od idei wolności, jaką przyjmiemy za punkt odniesienia. Jeśli uważamy, jak neoliberałowie, że wolność traci się przede wszystkim w wyniku ingerencji państwa, które coś zakazuje albo nakazuje, wtedy odpowiedź jest prosta i brzmi: ludzie pracujący nie tracą wolności, ponieważ nie ma państwowego nakazu „bycia sprzedawczynią”. Wolność stracą natomiast konsumenci, jeśli państwo utrudni im dokonywania zakupów w niedzielę. Mamy do czynienia z obrazowym przedstawieniem działania neoliberalnej hierarchii wartości w praktyce.

Jednakże podejście neoliberalne nie jest jedynym możliwym. Z łatwością da się argumentować, że sprzedawczyni stojąca przed wyborem: albo godzę się pracować w niedzielę, albo jestem zwolniona i z powrotem ląduję na bezrobociu bez większych szans na znalezienie lepszej pracy, za to ze sporym prawdopodobieństwem popadnięcia w poważne tarapaty finansowe – nie jest w pełni wolna. Dochodzi do tego presja społeczna. Nie-neoliberalne idee wolności zakładają zazwyczaj wizję człowieka jako jednostki zakorzenionej w określonym kontekście społecznym i przez niego warunkowanym. Stąd sprzedawczyni może czuć się zmuszona do pracy w niedzielę także z powodu obawy, że jej niechęć do takiego rozwiązania zostanie odczytana przez otoczenie jako oznaka lenistwa. Dla kogoś, kto wyznaje skrajnie indywidualistyczne stanowisko, taki dylemat nie istnieje, ponieważ niezależnie od czynników zewnętrznych wszystko sprowadza się do tego, że sprzedawczyni może powiedzieć „Nie, nie będę pracowała w ten dzień”, a w związku z tym nikt nie pozbawia jej wolności. Z perspektywy osoby przyjmującej bardziej społeczno-wspólnotową koncepcję człowieka sprawa nie jest tak prosta.

Warto też pamiętać o teoriach wolności, którą wskazują na problemy związane z relacjami władzy i podporządkowania. Zdaniem Quentina Skinnera, brytyjskiego filozofa, już samo bycie podporządkowanym komuś, nawet jeśli ten ktoś tego nie wykorzystuje, ogranicza naszą wolność. W omawianym przypadku możliwość zwolnienia przez szefa ogranicza pole działania ludzi zastanawiających się, czy prosić o wolne niedziele. Jeszcze inaczej podszedłby do tego problemu zwolennik wolności pozytywnej. Mógłby on na przykład zauważyć, że dzięki wolnej niedzieli pracownicy marketów dostają większe możliwości realizacji własnych potrzeb czy też wewnętrznego doskonalenia, a tym samym ułatwia się im zrealizowania wolności w sensie pozytywnym.

Dla jasności: nie chcę podejmować w tym miejscu socjologiczno-psychologicznych dociekań, dlaczego osoby pracujące w niedziele w marketach, to robią. Z pewnością nie ma na to jednej odpowiedzi. Nie chcę także rozstrzygać, na ile zakaz handlu w ten dzień byłby dobrym rozwiązaniem pod względem gospodarczym. Chodzi tylko o to, że istnieje grupa osób – o czym często mówią przedstawiciele związków zawodowych – która czuje się zmuszana do pracy w niedzielę, czy to w wyniku bezpośredniej presji, a w zasadzie szantażu ze strony pracodawców, czy też z powodu pośrednich czynników kulturowo-społecznych. Jak duża jest ta grupa osób, pozostaje problemem do rozstrzygnięcia dla socjologów. Niezależnie od jej rozmiarów ustawowy zakaz handlu w niedzielę mógłby zwrócić tym ludziom cząstkę wolności – w tym sensie, że nie byliby już zmuszeni pracować w ten dzień.

Przy takim postawieniu sprawy zamiast konfliktu „wolność kontra jej przeciwnicy” otrzymujemy raczej konflikt „wolność konsumentów kontra wolność pracowników”. Maziarski nie rozważa jednak takiej możliwości. I bynajmniej nie dlatego, że ma jakieś dane naukowe wskazujące na brak istnienia ludzi, dla których obecne rozwiązania oznaczają ograniczenie wolności. Dlaczego zatem? Powodem jest przyjęta przez niego, świadomie bądź nie, neoliberalna idea wolności. Jej zarysy można dostrzec już w przywołanym tekście. Zarówno to, że Maziarski w tak jednoznaczny sposób potępia pomysł ingerencji państwa (wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę), jak i to, że w ogóle nie bierze pod uwagę ewentualności, iż możemy mieć do czynienia z konfliktem różnych wolności, podpowiada, jakie rozumienie tej wartości przyjmuje. Inne jego teksty dostarczają kolejnych wskazówek.

W kwietniu 2016 roku Maziarski wrócił do tematu handlu w niedzielę w tekście „Jak nam zakazami wolność odbierają”, tym razem przy okazji inicjatywy jednego z posłów partii rządzącej domagającego się zamknięcia marketów w ten dzień. Publicysta „Wyborczej” zaczyna od mini-rekonstrukcji historycznej: „Od upadku komunizmu Polska, z większymi lub mniejszymi zahamowaniami, luzowała nadzór władzy nad obywatelem i budowała system oparty na wolności, w którym każdy ma prawo sam dokonywać wyborów i decydować o swoim życiu”. Raz jeszcze widać, że dla Maziarskiego wolność to przede wszystkim brak ingerencji i to ingerencji ze strony konkretnego podmiotu: państwa/władzy. Ponownie możemy też zobaczyć, że nie interesują go ani materialne uwarunkowania wolności, ani sytuacja pracowników. O krzywdzie tych ostatnich wypowiada się ironicznie, nazywając ją „rzekomą”: „Niby-prawica znalazła sojusznika w związkowej lewicy, która włączyła się w kampanię ograniczania wolności w imię obrony rzekomo krzywdzonych mas pracowniczych”. Dochodzi do tego ponowna sugestia, że przecież ktoś, komu nie odpowiadają warunki danej pracy, może ją po prostu zmienić: „Gdyby wolne niedziele były dla mnie strasznie ważne, po prostu zmieniłbym miejsce pracy”. Żadne strukturalne uwarunkowania (dostępna liczba miejsc pracy w określonych regionach Polski, okoliczności związane z kapitałem społecznym, wykształceniem, niemożnością pozwolenia sobie na choćby miesiąc bez pracy ze względu na potrzebę utrzymywania rodziny) nie pojawiają się w tekście Maziarskiego nawet na chwilę.

W przeciwieństwie do poprzedniego felietonu poświęconego temu tematowi Maziarski zdaje się jednak zauważać, że pracownicy są pełnoprawnym aktorem w opisywanej sprawie. Wprawdzie nie idzie tak daleko, aby uznać, że w sporze o handel ich wolność także wchodzi w grę, ale dostrzega konflikt dwóch „chceń” – tego, czego chcą pracownicy, i tego, czego chcą klienci. Przy czym zdecydowanie opowiada się za „chceniem” tych drugich. Świadczy o tym nie tylko to, że Maziarski rezerwuje słowo „wolność” wyłącznie dla opisania praw klientów, lecz także następujący fragment, w którym dziennikarz wprost daje do zrozumienia, po czyjej stronie stoi: „Jakoś panu przewodniczącemu nie przychodzi do głowy, że sklepy mają być otwarte wtedy, gdy klienci chcą do nich przychodzić, a nie wtedy, gdy pracownicy mają ochotę pracować”.

Prawo klienta i konsumenta zostaje przedstawione przez Maziarskiego jako naczelna zasada, jako najwyższa wartość organizująca zasady handlowe. Felietonista „Wyborczej” nie dostrzega zarówno tego, że stawianie na piedestale wolności konsumpcyjnej jest wynikiem przyjęcia określonych założeń filozoficznych związanych z tą wartością i odbywa się kosztem pracowników, jak i tego, że nawet po stronie konsumentów ta wolność jest cokolwiek problematyczna. Po pierwsze, nie każdy cieszy się nią w równym stopniu (co oczywiście z perspektywy neoliberalnej, w której równość nie jest priorytetem, nie stanowi problemu). Wiele osób może pozwolić sobie na konsumpcję tylko za cenę życia na kredyt. Jak słusznie zauważa Paul Mason, uzależnienie od kredytów nie jest zaś wynikiem indywidualnych decyzji, lecz konsekwencją finansjalizacji gospodarki – uważanej przez niego za jedną z podstawowych cech charakterystycznych neoliberalizmu – która przejawia się między innymi w tym, że realny wzrost wysokości pensji został zastąpiony różnymi możliwościami zadłużania się. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której liczni ludzie są zniewoleni koniecznością niestannego spłacania długów. Innymi słowy, ich wolność dokonywania zakupów w dowolny dzień jest niczym więcej jak tylko substytutem wolności, którą daje niezależność finansowa.

Po drugie, podejście Maziarskiego zawęża pojmowanie wolności, nawet jeśli ograniczamy się tylko do jej neoliberalnego rozumienia. Pisał o tym między innymi Zygmunt Bauman: „W praktyce ponowoczesnej wolność sprowadza się głównie do wyboru konsumpcyjnego. Aby z niej skorzystać, trzeba być wpierw spożywcą – im bardziej pełnokrwistym (zasobnym), tym lepiej. To wstępne wymaganie eliminuje miliony, których na wybór konsumpcyjny godny tego miana nie stać. […] Wolność w jej nowym, rynkowo zorientowanym wydaniu jest nadal przywilejem. Ale stwarza ona też nowe, przedtem nieznane problemy. Gdy potrzeby zbiorowe tłumaczy się na język jednostkowych aktów kupna, wspomniana redukcja wolności nie może nie odbić się boleśnie na wszystkich – bogatych czy biednych, pełnosprawnych czy kulejących – spożywcach; są przecież potrzeby, których nie da się zaspokoić za pomocą obojętnie ilu nabytych na rynku towarów. Nie można wykupić się prywatnie od nasyconego spalinami powietrza miejskiego, nie ma na rynku środków na zapełnienie dziury w ochronnej warstwie ozonu, lub na obniżenie poziomu promieniowania”.

Cały wywód Maziarskiego zostaje ponownie zwieńczony mocnym podziałem na zwolenników wolności i jej przeciwników: „W ostatecznym rozrachunku pisowsko-związkowo-socjalistyczny sojusz na rzecz pozbawienia obywateli prawa wyboru, czyli wolności, musi przegrać. Z prostego powodu – ludzie lubią być wolni i chcą mieć prawo do decydowania o swoim życiu”. Ani to, co pisze Bauman o niebezpieczeństwach związanych z uświęcaniem wolności konsumenckiej, ani to, co piszą ludzie tacy jak Skinner o odmiennych koncepcjach wolności, ani to, co mają do powiedzenia o sytuacji pracowników na konkurencyjnym rynku ekonomiści w rodzaju Cooka oraz Franka, nie stanowi dla publicysty żadnego punktu odniesienia. Maziarski w ogóle nie jest zainteresowany czymkolwiek, co skomplikowałoby jego prosty obraz świata. W opisywanej przez niego rzeczywistości istnieją tylko samotne jednostki, które czegoś chcą albo nie chcą i mogą się na coś godzić bądź nie. Nie ma w tym świecie zjawisk w rodzaju strukturalnego bezrobocia, systemowych nierówności, presji społecznej, niedostatecznej liczby dobrych miejsc pracy i tym podobnych rzeczy. W pewnym sensie jest to piękny świat. Problem polega na tym, że ma on niewiele wspólnego z rzeczywistością, w której poruszamy się na co dzień. Dlatego też rozumienie wolności Maziarskiego bardziej pasuje do jakiejś bajkowej krainy, najpewniej tej samej, w której egoistyczni piekarze i inni przedsiębiorczy ludzie pracują na dobrobyt wszystkich obywateli, a nie do Polski czy jakiegokolwiek innego kraju z XXI wieku.

dr Tomasz S. Markiewka

Poniższy tekst jest lekko zmodyfikowanym fragmentem książki „Język neoliberalizmu”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK.

Sztuczki poprawiające życie ubogim i żyjącym bez celu

Sztuczki poprawiające życie ubogim i żyjącym bez celu

Późny kapitalizm jest jak nasze życie uczuciowe: oglądane przez filtr na Instagramie wygląda dużo mniej ponuro. Powolny rozpad umów społecznych sprawił, że pojawiły się tematy zastępcze w postaci nowoczesnej manii zdrowego odżywiania, eko-stylu życia, osobistej odpowiedzialności za cały świat oraz wezwań w rodzaju „mocno pokochaj samego siebie”. Taka wizja rzeczywistości zmusza nas do wiary, że być może, chociaż istnieje wiele dowodów na to, iż to nieprawda, nasza egzystencja stanie się pełna i znacząca dzięki utrzymywaniu pozytywnego podejścia, podążaniu za własnym przeznaczeniem oraz robieniu ćwiczeń rozciągających, podczas gdy świat płonie. Im gorzej bowiem wygląda sytuacja gospodarcza i im wyżej podchodzą wody powodzi spowodowanych przez globalne ocieplenie, tym bardziej dysputa publiczna zwraca się w kierunku opiewania indywidualnego spełniania się jednostek – w desperackiej próbie zapewnienia nas, że nadal mamy jakąś kontrolę nad własnym życiem.

Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.

Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.

Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.

apples

Taki rodzaj przymusu podłapali także przedsiębiorcy. Autorzy wspomnianej książki piszą: „Pracownicy magazynów Amazona, zatrudnieni na kontrakty typu zero godzin, chociaż znajdują się w sytuacji prekariuszy, muszą ukrywać swoje uczucia i pokazywać światu, jacy są pewni siebie, optymistyczni i zatrudnialni”. Czas odpowiedzieć sobie na pytanie: dla kogo właściwie jesteśmy „dobrzy”?

Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.

Izolująca nas od siebie nawzajem ideologia „dobrego samopoczucia” działa na przekór takiej solidarności na dwa znaczące sposoby. Po pierwsze – wmawia nam, że jeśli czujemy się chorzy, smutni lub wyczerpani, to nie jest to problem ekonomiczny. Zgodnie z takim podejściem nie występują tu żadne zaburzenia równowagi strukturalnej – istnieje tylko złe przystosowanie jednostki do warunków, i wymaga ono, by to właśnie ta jednostka podjęła działania naprawcze. Myślę, że trzeba nazwać taką retorykę nadużyciem i manipulacją, która wpędza ludzi w ponure myśli nad tym, czy wszystko jest z nimi psychicznie w porządku. A co głosi taka retoryka? Że jeśli jesteśmy w kiepskiej kondycji lub wściekli, ponieważ nasze życie to ciągła walka z niedostatkiem lub cudzymi uprzedzeniami, to właśnie my mamy problem – zawsze i wyłącznie my. Społeczeństwo nie jest złe ani nieodpowiednio zorganizowane – to my tacy jesteśmy.

Po drugie, zapobiega to podjęciu, czy nawet rozważaniu, przez nas szerszych, bardziej kolektywnych działań i reakcji na kryzys rynku pracy, biedę i niesprawiedliwość. Taką logiką wykazuje się w swoim poradniku pt. „Prawda o radzeniu sobie z obowiązkami” („The Truth About Getting Things Done”) Mike Fritz, guru osobistej produktywności, który twierdzi, iż „Największą barierą w osiągnięciu sukcesu takiego, jakim go w swoim życiu definiujesz, nigdy nie jest inna osoba lub okoliczności, które napotykasz. Największą barierą jesteś prawie zawsze ty sam… Dr Maxwell Maltz, autor »Psychocybernetyki«, ujął to najlepiej, kiedy powiedział: Robienie rzeczy, które nigdy nie wydawały ci się możliwe, jest teraz w twoim zasięgu. Zyskasz dostęp do władzy i siły, gdy tylko zmienisz swoje przekonania”.

To oczywiście kłamstwo – ale tak czy owak zwodnicze. Miło byłoby móc uwierzyć, że aby zmienić własne życie, wystarczy powtarzać pod nosem afirmacje i kupić kalendarz na notatki, tak jak przyjemnie było dawniej niektórym z nas wierzyć, że trudy życia na ziemi zostaną wynagrodzone wiecznym szczęściem w niebie. Z tego właśnie powodu rytuały dbania o ciało i duszę są wypełniane z precyzją oddawania czci bóstwu (zrób to i będziesz ocalony, zrób to i będziesz bezpieczny) – to praktyka wyznawców. Warto pamiętać, że marksowska definicja religii jako „opium ludu” często bywa błędnie interpretowana. W czasach Marksa opium było uważane nie tylko za uzależniający narkotyk, lecz także za środek przeciwbólowy, ukojenie w chwili, gdy przetrwanie wydawało się niemożliwe.

W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.

Jest w tym trochę prawdy. Ale prawdziwy jest także fakt, że niektórzy młodzi ludzie nie są najlepsi w dbaniu o samych siebie – to osoby, których problemem nie jest to, że nie piją wystarczająco dużo wody szparagowej [nowa moda w USA – butelka wody z kłączami szparagów, które oddają do niej cenne mikroelementy – przyp. tłum.], lecz to, że nie piją prawie niczego, co nie byłoby tanim winem z plastikowych toreb. To oni brali udział w protestach studenckich i w Ruchu Occupy w latach 2010-2012 i, krótko mówiąc, doświadczyli innego życia. Dowiedzieli się, co to znaczy być częścią społeczności podzielającej wspólne cele, w której pomoc wzajemna i wsparcie nie znajdują się na szarym końcu listy postaw i wartości. Poznali, co oznacza doznać krótkiego odpoczynku od indywidualnych dążeń i zamiast tego budować wspólnie społeczeństwo przyszłości. Samotna praca nad „dbaniem o siebie”, podczas gdy świat ma się zmienić bez naszego udziału, to ubogi substytut wspólnej walki. Kiedy jesteśmy zmęczeni i wypaleni stawaniem na pierwszej linii ognia w walce politycznej, naprawdę irytujące jest usłyszeć, że powinniśmy się więcej uśmiechać i jadać więcej razowych produktów.

Jeśli współczesny świat uczy nas nienawidzić samych siebie, a za chwilę sprzedaje nam szybkie triki na ukojenie naszej rozpaczy, zrozumiałe jest, iż zaczynamy się wahać, co jest dobrą strategią. Znerwicowani millenialsi mają obecnie wybór pomiędzy desperackim narcyzmem a popadnięciem w przygnębiającą niedolę. Co jest lepsze? To pytanie nie jest retoryczne. Z jednej strony, instagramowi guru sprawiają, że mam ochotę utopić się w smoothie z jarmużu. Z drugiej jednak – męczy mnie przyglądanie się, jak najbystrzejsi ludzie, których znam, aktywiści, działacze, myśliciele społeczni, których praca mogłaby z pewnością przynieść korzyść światu, traktują samych siebie oraz siebie nawzajem w absurdalnie ohydny sposób, używając mniej lub bardziej uzewnętrznionej wymówki, że każde inne podejście do życia jest kontrrewolucyjne.

Część lewicowej krytyki „dbania o siebie” jako neoliberalnego spisku ma trochę wspólnego z umniejszaniem pracy, jaką kobiety i osoby queer muszą wykonać, by przetrwać. Profesor Sara Ahmed z Uniwersytetu Londyńskiego napisała: „Słyszałam już głosy umniejszające feminizm jako formę samopobłażania”. Ja także miałam styczność z takimi opiniami. Widziałam na lewicy mężczyzn spisujących na straty politykę antyrasistowską i antyseksistowską, gdyż uznawali ją za „beznadziejnie indywidualistyczną” – a jednocześnie odmawiających podjęcia się w aktywności społecznej podstawowych zadań, które miałyby na celu podniesienie ducha i wzajemną troskę działaczy o siebie nawzajem. Ich zdaniem taka praca to zadanie dla kobiet, nieatrakcyjne w porównaniu z obserwowaniem własnego smutnego życia w oczekiwaniu na nadejście rewolucji lub na dziewczynę, która pozbiera ocalałe resztki – którykolwiek z tych momentów nadejdzie pierwszy.

Lewica ma wyjątkowy talent do pławienia się w bezproduktywnych, teoretycznych debatach. „Neoliberalizm zawłaszczył zbyt wiele, jeśli wszelkie przejawy dbałości o kogokolwiek nazywamy neoliberalnymi” – pisze Ahmed. „Kiedy feministyczna i antyrasistowska robota, która wymaga od nas dzielenia się uczuciami, poczuciem zranienia i żalu jest nazywana neoliberalną, można poczuć się załamaną i wyrzuconą za próg”.

W tym momencie muszę wyznać, że ćwiczę jogę od dwóch lat i zmieniło to moje życie w takim stopniu, że prawie mnie to oburza. Musiałam nad sobą panować, by nie wybuchnąć śmiechem, gdy po zakończeniu ćwiczeń na macie instruktorka mówiła: „Niech światło we mnie odda hołd światłu w tobie”. Instruktorka jest szalenie miłą osobą, która uśmiecha się bez przerwy jak pijana przedszkolanka, i prawdopodobnie mogłaby mnie zabić tylko przy użyciu kaloryfera na swoim brzuchu, powstrzymałam się zatem od wyznania jej, że „światło we mnie” to często wizja płonącego rządowego budynku.

Pies z twarzą w dół [jedno z ćwiczeń jogi – przyp. tłum.] nie jest pozycją radykalną. Niemniej jednak, ta akurat asana jest jednym z niewielu ustępstw, jakie robię na rzecz „dbania o siebie” podczas oczekiwania na koniec patriarchatu i zniszczenie systemu wymiany pieniężnej. Drogie napoje z węglem drzewnym w składzie [nowa moda w USA – charcoal drinks – przyp. tłum.] nie wyzwolą nikogo i niczego, z wyjątkiem pieniędzy z naszych portfeli i, bardzo prędko, naszej okrężnicy – ale za to spacer po parku jest darmowy, zatem czasem wybieram się tam, by pochodzić w słońcu i wystawić się na działanie witaminy D bez zamartwiania się rakiem skóry, topniejącymi czapami śniegowymi i milionami ludzi, którzy toną w Bangladeszu. Przestałam żywić się wyłącznie złością, nuggetsami z kurczaka i papierosami. Czasem biorę wolny dzień, ponieważ stało się dla mnie jasne, że rewolucja nie będzie wcale rozwijała się szybciej, jeśli poświęcę jej swoje zdrowie i będę cały czas smutna. Późny kapitalizm jest dobrą wymówką, by nie wychodzić z łóżka, ale tkwienie w pościeli i zamartwianie się Donaldem Trumpem to bardzo niepraktyczny sposób walki.

Problem z miłością do samego siebie – w takim rozumieniu, jakie panuje obecnie – to kłopot z naszą wizją miłości. Jest ona zbyt często i w zbytnim uproszczeniu definiowana jako nadzwyczajne uczucie, na które odpowiadamy falą kwiatów i serduszek, fantazjami, rytuałami oraz namiętnością. Nowoczesność zmusza nas do głupich zachowań, takich, jakie przejawiają np. smutne, nieco przerażające nastolatki – czyli do robienia selfie i powtarzania sobie, jacy wspaniali i idealni jesteśmy. To nie jest wcale prawdziwa miłość – a przynajmniej nie bardziej niż miłością są uliczne zaczepki stosowane przez mężczyzn, którzy podziwiają każdą przechodzącą kobietę.

Czeka nas cięższa i nudniejsza praca – „dbanie o siebie” jako wykonywanie serii codziennych wysiłków, które czasem wydają się niemożliwe do podjęcia, wstawianie rano i nadążanie za swoim życiem, w świecie, który wolałaby nas widzieć zahukanych i uległych. Świecie, który stosuje logikę wyzysku i nadużyć, każącą nam nie dostrzegać problemów strukturalnych, lecz jedynie „problemy ze sobą”, problemy marginalizowanych i wystawionych na przemoc ze strony systemu. Prawdziwa miłość, taka, która trwa i działa na nas kojąco, to nie uczucie – to czynność. Chodzi o to, co robimy dla drugiej osoby przez dnie, miesiące i lata, o pracę włożoną w opiekę, o koncentrację na jej potrzebach. Mamy na lewicy ogromny kłopot z kierowaniem takiego rodzaju miłości ku samym sobie.

Szerzej rozumiana lewica mogłaby się pod tym względem wiele nauczyć od ruchu queer – np. tego, iż dbałość o samego siebie oraz o innych nie jest tylko elementem walki, lecz jest walką samą w sobie. Pisarka Kate Bornestein mówi: „Róbmy, co trzeba, by nasze życie było warte przeżywania. Po prostu nie bądźmy dla siebie wredni”. Jest bardziej niż prawdopodobne, że to, iż społeczności transpłciowe, queer i LGBT rozwijają się i stają rozpoznawalne w kulturze, wynika z ich wzajemnej pomocy, wsparcia i troski o siebie nawzajem – bo to także mogą być narzędzia walki i oporu. Po masakrze w Orlando członkowie społeczności LGBTQ z całego świata zaczęli pozować do zdjęć i oznaczać je hasztagiem #queerselflove. Pośrodku fali strachu i publicznej żałoby ludzie w różnym wieku i o różnym pochodzeniu zaangażowali się w radosną, wzajemną celebrację samych siebie.

Ideologia well-being może prowadzić do wyzysku, a lewicowa tendencja do fetyszyzowania rozpaczy wydaje się zrozumiała – ale nie możemy jej zaakceptować. Jeśli będziemy tracić energię na nienawiść do siebie samych, nie dokonamy nigdy żadnej ze zmian, których pragniemy. Jeśli zaś nie potrafimy zdobyć się na żywienie nadziei na przyszłość, to możemy zrobić choć jeden mały krok i dbać o siebie na podstawowym poziomie.

W swoich najgorszych chwilach przypominam sobie słowa poetki i działaczki społecznej Audre Lorde, która wiedziała, jak przetrwać w tym nieludzkim świecie. Pisała: „dbałość o siebie nie jest samopobłażaniem, lecz ochroną własnej osoby – i jest to jednocześnie akt walki politycznej”.

Laurie Penny

Tłumaczyła Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w czerwcu 2016 r. na stronie internetowej www.baffler.com

Kowboje znad Wisły

Są sprawy, z których w Polsce możemy być naprawdę dumni i które nam całkiem nieźle wyszły. Nie ma ich aż tak wiele, więc tym bardziej powinniśmy na nie chuchać i dmuchać, żeby tych nie tak bardzo licznych „przewag konkurencyjnych” przypadkiem nie stracić. Jedną z takich kwestii jest bez wątpienia bezpieczeństwo. W statystykach bezpieczeństwa bijemy na głowę większość krajów Europy. Liczba kradzieży na 100 tys. mieszkańców jest nad Wisłą trzecią najniższą w UE. Liczba gwałtów – ósmą najniższą. Trudno to przecenić – dzięki temu nie tylko podnosi się poziom życia obywateli, ale też Polska staje się bardziej atrakcyjnym celem wypadów turystycznych czy inwestycji. Nie mamy ciepłego i słonecznego klimatu, palm czy rajskich wysepek, turyści nie walą do nas drzwiami i oknami, jak do Grecji, więc bezpieczeństwo jest naszym ważnym walorem.

Również w najważniejszej statystyce przestępstw wypadamy doskonale. W Polsce notujemy 0,75 zabójstw na 100 tys. mieszkańców. To trzeci najniższy wynik w UE. We Francji morderstwa są notowane dwa razy częściej, a w Belgii ponad 2,5 razy częściej. Nie mówiąc już o USA, gdzie popełnianych jest 5,2 zabójstw na 100 tys. mieszkańców rocznie, a więc siedem razy więcej. Żeby zostać zamordowanym w Polsce, trzeba się naprawdę postarać albo mieć koszmarnego pecha. Co ważne, ten wysoki poziom bezpieczeństwa stworzyliśmy będąc krajem wciąż jeszcze niezamożnym, a więc też powodów do grzeszenia przeciw bliźniemu mamy proporcjonalnie znacznie więcej niż na Zachodzie. Co więcej, jesteśmy krajem postkomunistycznym, a w wielu takich krajach gwałtowne przemiany po upadku ZSRR sprzyjały uformowaniu się lokalnych mafii i gangów. W Polsce jednak po burzliwych latach 90. udało nam się zrobić z tym porządek. Dodatkowo graniczymy z Ukrainą i Rosją, których mafie próbują się panoszyć w krajach ościennych, a do krajów bałtyckich, które należą do najniebezpieczniejszych w UE, mamy rzut beretem. Mimo tych bardzo niesprzyjających warunków udało nam się stworzyć jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie. To cholernie duży powód do dumy.

Poziom bezpieczeństwa jest zawsze wypadkową wielu czynników: sprawności służb i infrastruktury bezpieczeństwa, regulacji i kodeksów, efektywności wymiaru sprawiedliwości czy kwestii kulturowych. W każdym wypadku ciężko stwierdzić, co „zagrało” w przypadku danego kraju. Są przecież państwa z bardzo sprawnymi służbami, w których poziom bezpieczeństwa jest relatywnie niski. Są także kraje bardzo jednolite kulturowo, w których lepiej nie wychodzić po zmroku z domu. Bez krzty wątpliwości można powiedzieć jedno – architektura bezpieczeństwa to bardzo delikatna konstrukcja. Wyciągnięcie jednego elementu może zburzyć całą misterną układankę. Trzeba być skończonym idiotą, żeby zacząć grzebać przy podstawach bezpieczeństwa tak bezpiecznego kraju jak Polska.

A jednak znaleźli się tacy, którzy chcą przy nich grzebać – i to mocno. W Sejmie pojawił się projekt ustawy zmieniającej polskie przepisy dotyczące posiadania broni. Wnieśli go posłowie Kukiz’15, a partia rządząca zgodziła się na skierowanie go do prac w komisji. To rodzi realne niebezpieczeństwo, że jeden z elementów architektury polskiego bezpieczeństwa wewnętrznego, jakim jest bardzo trudny dostęp do broni, zostanie wyciągnięty. Oczywiście zwolennicy tego projektu próbują mydlić oczy, twierdząc, że projekt ten wcale nie zakłada ułatwienia w dostępie, a tylko go porządkuje, oskarżając przeciwników projektu, że go nie czytali itp. Łukasz Warzecha podczas wywiadu w Onet Rano przez cały czas powtarzał, że „to jest ustawa racjonalizująca dostęp do broni, a nie rozszerzająca”. Prowadzący Bartosz Węglarczyk zresztą bardzo ułatwił mu opowiadanie tych dyrdymałów, bo na samym początku rozmowy bez cienia żenady przyznał, że projektu nie czytał. Na szczęście projekt wpłynął do Sejmu i jest dostępny, warto więc na niego rzucić okiem, żeby nie dać sobie nawijać makaronu na uszy.

Projekt ten wprowadza „obywatelską kartę broni”. Do posiadania takiej karty będzie miał prawo w zasadzie każdy obywatel, który skończył 21 lat, nie był skazany i nie jest chory psychicznie. Za to może już być spokojnie uzależniony od alkoholu albo narkotyków, co obecne przepisy uniemożliwiają. Obywatel będzie musiał wskazać uzasadniony powód, ale to tylko formalność, bo wystarczy, że wskaże jeden z wymienionych w ustawie (np. zamiar posiadania broni do celów samoobrony) – i nie będzie mógł spotkać się z odmową. Zdrowie psychiczne chętnego do posiadania broni poświadczyć musi… lekarz pierwszego kontaktu. Tak, dokładnie ten sam, który stwierdza, że mamy anginę. Posiadacz obywatelskiej karty broni będzie uprawniony do posiadania broni kategorii C, czyli np. broni krótkiej bocznego zapłonu jednostrzałowej i powtarzalnej, której długość nie przekracza 280 mm. Czyli de facto każdy po krótkiej wizycie u lekarza i w urzędzie miasta (bo pozwolenie będzie wydawał prezydent miasta lub starosta powiatu, a nie policja, jak obecnie) będzie mógł sobie kupić rewolwer. To jeszcze nie będzie rewolucja, bo tak na dobrą sprawę, jeśli ktoś koniecznie chce mieć rewolwer, to już teraz może legalnie kupić czarnoprochową replikę konstrukcji sprzed 1885 r.

Obywatelska karta broni to jednak nie jest jeszcze właściwe pozwolenie. To nazywałoby się „pozwoleniem podstawowym” i byłoby wydawane analogicznie jak karta, ale wymagałoby dodatkowo zdania egzaminu. Jednak osoby posiadające obywatelską kartę broni od co najmniej trzech lat – byłyby z tego egzaminu zwolnione. Pozwolenie podstawowe byłoby wydawane na czas nieokreślony i uprawniałoby m.in. do zakupu broni centralnego zapłonu i krótkiej bocznego zapłonu samopowtarzalnej. Inaczej mówiąc, każdy Polak, po odczekaniu trzech lat od wyrobienia karty, będzie mógł kupić sobie Walthera P99 kaliber 9 mm. A jeśli będzie mu się bardzo spieszyło, to po prostu pójdzie zdać egzamin. Gdy go zda, nie możliwości, by mu odmówiono prawa do niej.

Jak jest obecnie? Pozwolenie na posiadanie broni wydaje policja. Może wydać je w celu ochrony osobistej, jednak otrzymać je jest niezwykle trudno. Trzeba udowodnić, że jest się w niebezpieczeństwie. Zwykły obywatel, nie pełniący funkcji publicznej, który nie był wcześniej ofiarą udokumentowanego przestępstwa, może raczej zapomnieć o takim pozwoleniu. Mówi się, że restrykcje można przecież obejść, zdobywając pozwolenie na broń do celów sportowych. Przyjrzyjmy się, jak to wygląda. Najpierw trzeba przejść trzymiesięczny staż w klubie strzeleckim z określoną liczbą treningów. Następnie zdać egzamin na patent strzelecki. Następnie trzeba wystąpić o licencję sportową i zaświadczenie o członkostwie w klubie strzeleckim. Licencja jest wydawana tylko na rok, a do jej przedłużenia potrzebna jest odpowiednia liczba startów w zawodach. Wymagane są również zaświadczenia od odpowiednich lekarzy, m.in. psychologa i okulisty. Dopiero mając to wszystko, można złożyć na policji wniosek o pozwolenie na broń do celów sportowych. Jak widać, jest to zupełnie nieporównywalne – wymaga sporo zachodu, egzaminów, zaświadczeń od lekarzy i przedłużania licencji co roku, co wiąże się ze startami w zawodach. Ustawa klubu Kukiz’15 dawałaby niemal każdemu prawo do posiadania broni na czas nieokreślony, a nawet bez egzaminu, jeśli tylko ktoś wykaże się cierpliwością.

Zresztą nie trzeba analizować zapisów ustawy, żeby się przekonać, iż autorom projektu nie chodzi o uporządkowanie posiadania broni, ale o jej rozpowszechnienie. Wystarczy zerknąć do uzasadnienia, w którym czytamy takie oto absurdalne słowa: „Historyczne uwarunkowania pozwalają na odpowiedzialne i kategoryczne twierdzenie, że dostęp Polaków do broni jest wprost wpisany w pojęcie polskiego patriotyzmu. Zawsze gdy w Polsce odradzał się patriotyzm, powodowało to wzrost zainteresowania bronią – sytuację taką obserwujemy także obecnie”.

Nasuwa się więc pytanie, po co w ogóle ruszać te przepisy? Zwolennicy ustawy biją na alarm, że Polska jest „najbardziej rozbrojonym społeczeństwem w Europie”. Rzeczywiście, w Polsce na 100 obywateli przypada zaledwie 1,3 sztuki broni. W Niemczech, Francji i Skandynawii to ponad 30, a w Finlandii nawet 45. Ale w gruncie rzeczy, czy to coś złego, że wśród polskich obywateli jest mało broni? Przecież broń to nic dobrego – z definicji służy do zabijania i ranienia. Dlaczego więc mielibyśmy się martwić bardzo małą liczbą sztuk broni wśród Polaków? Przecież to raczej powód do zadowolenia. I nie ogranicza to zdolności obronnych naszego kraju. Współczesna wojna nie polega na tym, że obywatele strzelają się na pistolety. Jeśli ktoś będzie chciał nas zaatakować, to zrobi to przy pomocy rakiet i samolotów, ewentualnie jednostek specjalnych. Zwiększenie liczby sztuk broni w społeczeństwie nie zwiększy naszych zdolności obronnych – w tym celu należy modernizować armię zawodową.

Kolejny argument jest taki, że broń potrzebna jest do obrony własnej i ochrony miru domowego. Ale po co w jednym z najbezpieczniejszych krajów świata broń do ochrony miru domowego? Przecież w Polsce niemal nikt nie napada na domy czy mieszkania z pistoletem w ręku. W Polsce nawet zawodowi przestępcy w zdecydowanej większości nie mają broni, poza nielicznymi gangsterami, którym służy ona głównie do porachunków między sobą. Można oczywiście stwierdzić, że pistoletem łatwiej jest obronić się przed zwykłym bandziorem z nożem. Ale jeśli upowszechnimy dostęp do broni, to ten bandzior też zapewne będzie miał pistolet. Upowszechnienie broni w Polsce zmniejszy bezpieczeństwo Polaków, a nie zwiększy. To bezpieczeństwo, które takim wysiłkiem udało nam się przez ostatnie lata zapewnić. Jego poziom będzie bardzo trudno jeszcze podnieść, za to bardzo łatwo można go obniżyć właśnie takim nieodpowiedzialnym grzebaniem w fundamentach naszego bezpieczeństwa.

Zwolennicy rozszerzenia dostępu do broni mydlą nam oczy, podają drugorzędne argumenty, np. że w Szwajcarii jest mnóstwo broni, a jest bezpiecznie, a w Hondurasie broni jest bardzo mało, zabójstw za to zatrzęsienie. Po kolejnych masakrach zwracają uwagę na wszelkie niuanse, byle tylko udowodnić, że łatwy dostęp do broni wcale nie był przyczyną. Wciąż jednak nie potrafią odpowiedzieć na kluczowe pytanie – po co w tak bezpiecznym kraju jak Polska upowszechniać broń palną. Ale odpowiedź możemy znaleźć sami. Otóż za projektem ustawy nie stoją specjaliści od bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie, za nią stoją różne środowiska amatorów strzelania. Wąska grupa hobbystów broni zamierza spełnić swoje wydumane zachcianki, obniżając przy tym bezpieczeństwo nas wszystkich. Opowiadanie o bezpieczeństwie to puste dyrdymały mające ukryć fakt, że grupka chłopców lubi sobie postrzelać i polansować się z bronią. A teraz muszą przy tym spełniać jakieś formalności, startować w zawodach itd. Mentalnym kowbojom do podreperowania swojego ego potrzebny jest pistolet w ręce. Wtedy czują, że są silni i ważni – nawet jeśli ten pistolet we współczesnym społeczeństwie wśród cywili nie ma żadnego uzasadnienia. Skoro tak bardzo brakuje im poczucia własnej męskiej wartości, to niech się zapiszą na boks – to też jest męska rywalizacja.

Piotr Wójcik

O wątpliwych korzyściach z udawania idioty

Nie lubimy w Polsce słuchać rzeczywistości. Skłonni do wiary w słowa i gesty, nie doceniamy tego, co może nam ona powiedzieć. A może nam powiedzieć kilka niewygodnych prawd. Od wyszukanej erudycji po rynsztokowy ściek, znajdujemy sposoby na wyparcie tego, co nam mówi.

Niewygodne prawdy nie dochodzą do naszych uszu. Rzeczywistość, którą wypieramy, może nam przypomnieć, iż koniec Polski był dziełem Polaków. To cechy wewnętrzne społeczeństwa polskiego doprowadziły do upadku państwa. Konstrukcja i charakter zbiorowości, a także przymioty jednostek, zadecydowały o końcu na długo przed rozbiorami. Prawdą jest również, iż na liście wewnątrzpolskich przyczyn klasowy egoizm ustępuje jedynie głupocie. Upadek Polski był naturalnym rezultatem upartych destrukcyjnych wyborów polskiej elity: wyboru systemu społecznego, gospodarczego, instytucjonalnego. Wciąż i wciąż osiągając gorsze rezultaty, Pierwsza Rzeczpospolita konsekwentnie ciążyła na dno. Są to kwestie znane, a jednak wolimy karmić się opowieściami o winie garstki zdrajców i łupieżczych sąsiadach, zamiast przyznać, że upadek to logiczna i nieunikniona konsekwencja intelektualnego niemowlęctwa.

Tradycja krytyczna uznaje, że przepracowanie rodzimych wad nie ujmuje godności narodowej, lecz jest zasadniczym obowiązkiem obywatela. Wartość tej wiedzy nie jest bowiem antykwaryczna, a ma zasadnicze znaczenie dla kształtowania się przyszłych losów narodu. Rzeczywistość mówi bowiem, że lekcje z przeszłości są aktualne, a popełniając podobne błędy, jesteśmy na drodze do podobnego końca. Podobieństwo do teraźniejszości nie jest wydumane. Aleksander Świętochowski wykazał w „Genealogii teraźniejszości” żywotność i „teraźniejszość” w latach 30. XX wieku tych samych patologii i bolączek, które doprowadziły do katastrofy Polski w wieku XVIII. Czy lub na ile polski charakter zmienił się od czasu, gdy nad jego brakiem rozwoju lamentował Świętochowski?

Dzisiejszy polski krajobraz skrzy się od artefaktów nowoczesności, a obok tej zewnętrznej powłoki w przekonaniu o nowoczesności zdają się utwierdzać nas twarde fakty. Rosnące PKB, widoczne pozytywne zmiany wielu aspektów społecznej codzienności – wszystkie niezaprzeczalne sukcesy transformacyjnego popeerelowskiego ćwierćwiecza. Do tej pory tego pozytywnego obrazu nie zakłóciło żadne „sprawdzam”. Na ile dzisiejsze zakorzenienie Polski w Zachodzie, w przeciwieństwie np. do losu Ukrainy, podyktowane jest wewnętrznym rozwojem, a na ile szczęśliwym położeniem geograficznym, uruchamiającym szereg procesów, na czele z instytucjonalnym dostosowaniem do integracji z Unią Europejską? Jak będziemy potrafili bez opatrznej pomocy kształtować nasze jutro?

Coraz częstsze ewidentnie samoszkodliwe działania (na przykład polski minister spraw zagranicznych wyzywający niemieckiego polityka od niedouczonych „lewaków”) wprawiają nas w osłupienie lub stają się pożywką dla drwin. W istocie powinny stać się wkładem do pilnej diagnozy obecnego stanu rzeczy. Czy rację może mieć Jan Sowa, w „Fantomowym ciele króla” wskazujący, iż polskie nieracjonalne działania mogą być nieuświadomioną realizacją popędu śmierci? Wiemy na pewno, że żyjemy w kraju, w którym wysoki rangą funkcjonariusz państwowy, z życiorysem zaświadczającym o teoretycznym przygotowaniu do pełnienia swojej funkcji, uporczywie nie uznaje istnienia rzeczywistości.

Wiara w siłę sprawczą własnego wyobrażenia o świecie jest w niemal równie dużym stopniu rozpowszechniona wśród polskich elit różnych odcieni i ma się dobrze w całym społeczeństwie. Dlatego naiwne jest pokładanie nadziei w wymianie elit na jeden z istniejących nurtów ideowopolitycznych. Nie istnieje w Polsce bowiem żaden silny nurt zapewniający społeczny rozwój. Andrzej Zybała zebrał w swojej ostatniej książce „Polski umysł na rozdrożu” esencję polskiej kultury umysłowej. Wnioski: króluje myślowe, poznawcze lenistwo, brak jest nawyków krytycznej analizy. Bez ewolucji w polskim systemie społecznym i wypracowania choćby aspirujących alternatyw trwamy w klinczu, w którym proeuropejski technokratyzm wzmacnia tylko populistyczną radykalizację. Chociaż zagrożenie (nieświadomie) antyeuropejskiego kierunku polityki zagranicznej jest stworzone przez jedno środowisko elit politycznych, to brak modernizacji cechuje wszystkie środowiska. Nie została wypracowana żadna „metoda” dobrego myślenia o sprawach publicznych, która chroniłaby nas przed popadnięciem w inne pułapki nierzeczywistości.

Nowy sposób myślenia o sprawach społecznych, oparty na więcej niż deklaratywnej wierze w godność i wartość obywatela w procesie budowy społeczeństwa i państwa – jest konieczny, ale czy możliwy? O ten nowy sposób dopomina się wiele niszowych środowisk, od lewicowych sygnatariuszy „Listu”, przez umiarkowane centrum (Kongres Obywatelski), po proinstytucjonalną prawicę (Klub Jagielloński). Bez godności obywateli nie zbudujemy republiki zdolnej do rozwoju. Niestety, nie są to dobre czasy dla godności, a zły przykład płynie z góry.

Społeczne mechanizmy napiętnowania są silniejsze niż kiedykolwiek, a Internet zdaje się intensyfikować uzależnienie od upokarzania. Dehumanizacja w różnych obliczach staje się standardem. Reakcja polskich opiniotwórców jest symptomatyczna. Manichejski konflikt wyjaławia umysłowo, a jednoczenie się wobec „wroga” zaciera podziały, równając do poziomu „swojego” najniższego wspólnego mianownika. Stawia to nas w trudnej sytuacji, gdy z już niskiego pułapu polskie zasoby umysłowe raźno szorują w dół.

Poziom wypowiedzi ludzi tworzących sferę publiczną systematycznie się obniża. Niski poziom nie ma na celu „nazywania rzeczy po imieniu”, krytycznego zmazywania samozadowolenia. Niebojąca się status quo, przemyślana krytyka niedomagań rzeczywistości byłaby przecież konieczna. Taki poziom wynika jednak z czego innego: z potrzeby celowego spłaszczania przekazu. Normą stała się autocenzura wypowiedzi, stosowana celem wyeliminowania z niej niuansów, złożoności, półcieni – słowem: rozumu. Udawanie idioty wchodzi w krew i staje się normą. Belki TVP Info i sondy wPolityce powoli przestają szokować. Ten specyficzny, prowadzący odbiorcę ton przejmuje też druga strona – wybrane artykuły strony „opozycyjnej” w podobny sposób kształtują swoich „konsumentów”. Dehumanizacja i szczucie, oto coraz częstszy posmak życia w sferze wspólnej obywateli, także za sprawą opiniotwóczych elit.

Działanie wbrew polskiej racji stanu staje się usankcjonowaną normą, dzięki przybraniu różnych masek, pod jakimi występuje głupota. Minister spraw zagranicznych Waszczykowski przejął publicystyczny ton i prowadzi politykę wiary we własne słowa. Przesada przestaje być przesadą, niepostrzeżenie znika cudzysłów, a udający szaleńca staje się szaleńcem.

Brak wyczucia własnego interesu, odejście od rzeczywistości. Skutkiem dla narodów jest najpierw ciąg błędów, a później zawężające się pole gry. Coraz mniejsza ilość dobrych wyjść, coraz mniejsza ilość jakichkolwiek wyjść. Może to trwać pokolenia, a może tylko dekady, ale koniec jest jeden. Na końcu tej drogi nie znajdują się ani niskie standardy, ani podzielone społeczeństwo, lecz śmierć Rzeczpospolitej.

Krzysztof Mroczkowski