przez Marceli Sommer | poniedziałek 2 lutego 2015 | Wywiad - kwartalnik, Zima 2014
– W polskiej debacie publicznej teza, której poświęcił Pan książkę, a dotycząca słabości polskiego państwa, pojawia się nagminnie od co najmniej dekady. Czy myśli pan, że eks-minister Sienkiewicz, autor słynnych już słów o „państwie istniejącym tylko teoretycznie” czytał tę książkę? A mówiąc bardziej serio, czy wydaje się Panu, że ten problem spędza sen z powiek polskim politykom?
– Dr hab. Artur Wołek: Nie wydaje mi się. Ale jednocześnie teza, którą wyraził minister Sienkiewicz, jest raczej rozpowszechniona wśród osób mających na co dzień do czynienia z naszym państwem, w tym wśród polityków. Mało kto chce o tym mówić publicznie, co jest zresztą zrozumiałe, bo oczekujemy przecież od urzędników stania na straży godności Rzeczypospolitej. Trudno byłoby jednocześnie tej godności bronić i wykazywać, że kategoria ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Niektórzy próbują – zrobił to np. Janusz Palikot w swojej pierwszej książce, ciekawej, bo pokazującej stan ducha elit Platformy Obywatelskiej w przededniu dojścia do władzy, elit uznających w zasadzie, że państwo jest w stanie tak złym, że nienadającym się już do reformy. Jedynym „lekarstwem”, jakie w związku z tym dostrzegali, był outsourcing tego państwa.
– W jakim sensie polskie państwo jest słabe? Gdzie lokalizuje Pan główne źródła tej słabości?
– W potocznym języku do worka z napisem „słabe państwo” wrzuca się bardzo wiele różnych mechanizmów i zjawisk. Od problemów ze sprowadzeniem wraku tupolewa ze Smoleńska po to, że nikt nie jest w stanie „ukrócić” o. Rydzyka. Jeżeli chcemy jednak mówić o tym problemie w sposób sensowny, jeżeli mamy np. rozpoznać, czy państwo się wzmacnia czy słabnie coraz bardziej, to trzeba tę intuicyjnie przez Polaków przyjmowaną tezę lepiej zdefiniować, ustalić, jakie są mechanizmy, z której owa słabość wynika. Postanowiłem w związku z tym, że spróbuję zidentyfikować główne czynniki słabości naszego państwa i główne obszary, gdzie ona się objawia. Zadałem przede wszystkim pytanie o działanie instytucji: czy są w stanie realizować zadania, które sobie stawiają? Żeby państwo w ogóle mogło istnieć, musi spełniać pewne warunki: skutecznie pobierać podatki, przynajmniej na elementarnym poziomie egzekwować przepisy prawa, zapewniać bezpieczeństwo i zapobiegać kryzysom (np. epidemiologicznym) itd., itp. Tu pojawia się oczywiście pytanie o hierarchię tych zadań. Starałem się to wszystko pogrupować i usystematyzować. Za najbardziej podstawowy wyznacznik tego, czy „państwo działa”, uznałem zdolność (capacity) do formułowania jakichkowiek celów, bez względu na to, jaka jest ich treść, i czy obierany kierunek rozwoju jest owocem świadomych decyzji. Innymi słowy, czy polityka stanowi wypadkową mnóstwa działań mniej lub bardziej przypadkowych, czy jednak istnieją procesy i procedury, które pozwalają na rekonstrukcję kolejnych etapów jej tworzenia. Do pewnego stopnia odpowiedź na to pytanie w odniesieniu do Polski może się wydawać banalna i oczywista – np. chcieliśmy przystąpić do Unii Europejskiej i ten cel osiągnęliśmy. Wiemy więc, że w pewnych przypadkach istnieje ta świadoma refleksja i jej przełożenie na poziom operacyjny. Ale czy poza celami geostrategicznymi da się analogiczne procesy odnaleźć i prześledzić? Tu rzecz robi się bardziej skomplikowana.
– A może państwo polskie, odkąd ma swoją konstytucję i mniej więcej kompletny system prawny, osiągnęło pewnego rodzaju „koniec historii”, może musi już tylko prowadzić geopolitykę, a wewnętrznie reguluje się samo poprzez procedury i nadzór administracyjny, i nie potrzebuje już żadnych wielkich celów? Może polityka w sensie wytyczania i realizowania celów strategicznych to anachronizm, jak przekonują zwolennicy idei państwa ograniczającego swoją rolę do administrowania i dbania o „ciepłą wodę w kranie”?
– Mogę się nawet zgodzić, że nie potrzebujemy „wielkich celów”. Ale nawet administrowanie państwem musi opierać się na wyznaczaniu zadań – choćby nawet raczej taktycznych, niż strategicznych – i ich realizacji. Weźmy np. podatki. Dobrze byłoby, gdyby decyzja o tym, kto ma przede wszystkim płacić podatki – biedniejsi, bogatsi czy klasa średnia – została w ogóle podjęta w sposób świadomy. W Polsce to się po dziś dzień nie stało. Zasadniczo wychodzi na to, że najwięcej płacą średniacy, ale bogaci w liczbach bezwzględnych też sporo. Najbiedniejsi z kolei płacą najwięcej relatywnie do swoich możliwości materialnych i wydatków konsumpcyjnych, co odbiera im szanse na oszczędzanie. Nie mamy w polskim systemie podatkowym jasnej sytuacji, jak np. w Skandynawii, gdzie w oczywisty sposób najwięcej płacą najzamożniejsi i średniacy, a biedni nie płacą prawie wcale, albo jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie raczej płacą biedni i bogaci, a najlepszą sytuacją, dzięki różnego rodzaju ulgom, cieszy się klasa średnia. Nigdy nie było u nas na ten temat nawet otwartej, uczciwej debaty. Nie da się powiedzieć, że została podjęta świadoma, zbiorowa decyzja. Podobnie jest np. z podziałem administracyjnym. Czy Polska jest państwem zdecentralizowanym? Trochę tak – mamy oddolnie tworzony samorząd, który posiada swoje kompetencje. Ale są to kompetencje bardzo ograniczone, bo polityka regionalna w ścisłym sensie tego słowa, związana z zarządzaniem rozwojem gospodarczym, polityką fiskalną itp., zarezerwowana jest dla rządu centralnego. Samorząd może ściągać inwestycje, ale gdy już się dokonają, to nie jest w stanie zrobić nic, żeby przedsiębiorcy było lepiej lub gorzej.
– Ktoś może powiedzieć, że to wszystko, o czym Pan mówi, to po prostu „droga środka”… Polityka wody letniej, zamiast zimnej albo gorącej.
– Nie jest to z mojej strony wyraz intelektualnego zamiłowania do jasnych sytuacji typu „tak – tak, nie – nie”. Tu nie chodzi o to, że przyjęte w Polsce rozwiązania są dla mnie zbyt umiarkowane. Chodzi o to, że nie wiadomo, jakie są. A nawet jeśli w jakiejś sferze mamy politykę pozornie „letnią”, to nie wynika to ze świadomie podjętej decyzji, lecz z dryfu, z siły bezwładu. Zasadniczy problem polega na tym, że gdy nie dokonujemy tych wyborów jako państwo, to wchodzą do gry silne grupy interesów, które wpływają na różne decyzje cząstkowe i powstaje chaos, mętna woda, na której korzystają najgrubsze ryby. Siła państwa, jak ją definiuję, to zatem zdolność wytyczania celów oraz realizowania ich – tak na poziomie głównych ośrodków władzy wykonawczej, jak i biurokracji niższych szczebli. Jest jeszcze trzeci element: mobilizowanie poparcia obywateli dla podejmowanych decyzji. W demokratycznym państwie polityka nie może funkcjonować bez czynnego zaangażowania obywateli. W Polsce nie mamy żadnych mechanizmów włączania obywateli w przygotowywanie i realizację decyzji publicznych.
Jeszcze na przełomie poprzedniego i obecnego wieku powszechne było przekonanie, że owszem, mamy problemy ze słabością państwa, z korupcją czy nadmiernym wpływem niektórych grup interesów, ale że te problemy nie dotyczą istoty mechanizmów demokratycznych, które działają jak należy. Ustrój mamy dobry, tylko „czynnik ludzki” zawodzi: klasa polityczna i urzędnicza. Na tej diagnozie oparli się choćby bracia Kaczyńscy, tworząc Porozumienie Centrum, a potem PiS – to była idea, że przede wszystkim trzeba mieć po swojej stronie np. 200 sprawiedliwych, którzy wejdą do istniejących instytucji i w dwa lata zrobią IV Rzeczpospolitą. W praktyce rządów lat 2005–2007 okazało się to bardziej skomplikowane, mówiąc oględnie.
To podejście ma w sobie oczywiście ziarno prawdy. Podstawowy kościec demokratycznych instytucji działa w miarę przyzwoicie. W Polsce, moim zdaniem, nie fałszuje się na przykład wyborów na dużą skalę. Przez ćwierć wieku procedury przekładania woli wyborców na skład Sejmu działały przyzwoicie. Ostatni skandal z PKW nie polegał przecież na tym, że ktoś nie mógł głosować lub zawieruszyły się oddane głosy. Bezpośrednio po wyborach PKW nie potrafiła wziąć odpowiedzialności za liczenie głosów w sytuacji kryzysowej, do której sama doprowadziła, ale nikt nie pokazał dowodów, że ten bałagan został wykorzystany do fałszowania wyników. W swoich badaniach staram się zwrócić uwagę na to, że słabość państwa tkwi w działaniu instytucji „na dole”, pod powierzchnią zasad konstytucyjnych, w codziennym funkcjonowaniu państwa, operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. To na poziomie tych reguł następuje korozja instytucji, wypaczenie sensu ich istnienia.
– Na przykład?
– Weźmy chociażby jakość stanowionego prawa – ulubiony obiekt narzekań wszelkiego rodzaju komentatorów, ekspertów i zwyczajnych jego użytkowników. Skąd bierze się złe prawo? Proces legislacyjny w Sejmie jest w miarę przejrzysty. Można oczywiście stawiać postulaty jeszcze większej jawności czy udoskonalenia procedur, ale zasadniczo w tym wymiarze dużo lepiej nie będzie. Na papierze proces legislacyjny po stronie egzekutywy też nie jest najgorszy – wprowadzono w miarę sensowne standardy przejrzystości, dostępu do informacji publicznej, obowiązkowe konsultacje etc. Rzecz jednak w tym, że absolutną władzę nad każdym projektem ustawy dzierży minister, który go składa. I właściwie w momencie, w którym ustawa jest już w procesie uzgodnień, nikt nie jest w stanie jej zatrzymać. Można powiedzieć, że nic dziwnego, bo taka jest istota rządu, ciała opartego na wzajemnym zaufaniu i współpracy, a skoro już minister został zaprzysiężony, to trudno, żeby nie mógł realizować swoich projektów. Jest to jednak ogromny problem. Nie ma ośrodka, który przyjrzawszy się ustawie, mógłby powiedzieć np., że ta ustawa jest sprzeczna z dziesięcioma celami strategicznymi naszego gabinetu. Inna sprawa, że nikt nie wie, jakie są te cele, być może w ogóle ich nie ma. Nie wykonuje tej funkcji premier, który teoretycznie powinien być takim centrum rządu, ani jego urzędnicy. Ustrój nie przewiduje takiego miejsca, z którego można byłoby przyjrzeć się pracy ministerstw, skontrolować je i ewentualnie zatrzymać ich pracę. Jeżeli coś pojawi się już w systemie tworzenia prawa, to prędzej czy później wyjdzie z tego ustawa. Ta wiedza istnieje już od czasów rządu Suchockiej (pierwszy zauważył ten problem Jan Rokita) i wiele mądrych głów pochylało się nad tym ustrojowym defektem, a jednak nie udało się go wyeliminować. Premier Tusk wprowadził zasadę, że pracuje się z początku nie nad projektem ustawy, lecz nad założeniami do ustawy, a dopiero później samą ustawę stworzą fachowcy-prawnicy. W praktyce jednak wobec wielu ustaw czynione są wyjątki od tego nowego modelu procedowania – właściwie dlaczego nie, chłopaki przygotowali projekt, to co będziemy gadać nad założeniami. I dotyczy to także naprawdę ważnych ustaw.
Problem tkwi również w założeniu, że funkcję centralną, taką pseudo-integracyjną, będą pełnić prawnicy. Zakłada się, że będą oni w stanie – przynajmniej na poziomie technicznym – wyłapać projekty ustaw, które są sprzeczne albo z obowiązującym prawem, albo z ogólną polityką rządu. Ale to jest utopia, prawnicy nie są od tego. Prawnicy są gwinciarzami, którzy potrafią zrobić, żeby śruba kręciła się w lewo albo w prawo, ale nie wiedzą, co to jest śruba. Ostatni skandal wokół Rządowego Centrum Legislacji i późnego ogłoszenia ustawy o rajach podatkowych bardzo dobrze pokazuje, że to jest super-techniczne biuro, które zostało powołane do produkowania tekstu prawa, a nie do ogarniania umysłem całego złożonego kontekstu. Prawo psuje się właśnie za sprawą mechanizmu, który powoduje, że nie ma w całym systemie administracji miejsca, z którego „widać”, co się dzieje. Jest to, nawiasem mówiąc, dziedzictwo PRL-u, w którym rząd nie miał tego rodzaju strategicznych kompetencji, był po prostu organem administracyjno-wykonawczym, służebnym wobec politbiura KC PZPR. I to na poziomie politbiura zapadały decyzje o ogólnym kierunku i integracji poszczególnych polityk resortowych. Teraz nie mamy politbiura – pozostała tylko ta przystawka, przystosowana do przerabiania decyzji politycznych na akty prawne. W normalnym kraju funkcję politbiura pełni rada ministrów, to ona nadaje kierunek i nadzoruje „techników”, pilnując, by nie wypaczyli jej intencji. W polskim systemie politycznym ministrowie przekształcają się tymczasem w przedstawicieli swoich urzędników.
– A może to jednak jest do pewnego stopnia problem personalny? Może brakuje nam ludzi, którzy byliby w stanie te problemy systemowe, o których Pan mówi, rozpoznać, myśleć w kategoriach procedur?
– W ostateczności wszystko jest problemem personalnym, oczywiście kadry decydują o wszystkim! [śmiech] Ale bardzo wielu polityków różnych opcji, o różnych kulturach organizacyjnych i różnym przygotowaniu – biznesowym, prawniczym, intelektualnym, biurokratycznym itd. – próbowało i żaden sobie nie poradził. To wskazywałoby jednak, że instytucjonaliści mają rację: formalne i nieformalne reguły są silniejsze od najlepszych nawet kadr.
– Diagnozy o słabości polskiego państwa były już wielokrotnie formułowane przez różnych intelektualistów, polityków i publicystów. Pojawiały się rozmaite jej ujęcia i interpretacje, tak naukowe, jak i publicystyczne, od hipotezy „układu”, przez tezę o „imposybilizmie prawnym”, po formułowane ostatnio diagnozy o post/neokolonialnym charakterze polskiego państwa. Co Pan sądzi o tych koncepcjach?
– Przytoczone przykłady odnoszą się raczej do mechanizmów społecznych, które stoją za słabością państwa, niż do mechanizmów instytucjonalnych, na które ja zwracam uwagę. Zajmuję się regułami, w ramach których działają mechanizmy społeczne i ich wpływem na te mechanizmy. Wydaje mi się, że jest to o tyle ważne, że wyjaśnia, dlaczego kolejne ekipy, w tym rząd Prawa i Sprawiedliwości, który w szczególnie wyrazisty sposób podnosił wymienione diagnozy, nie zdołały przeprowadzić obiecywanych zmian, nie wprowadziły nas do IV RP. Nie był do tego potrzebny żaden układ. Nie wykluczam, że układ istnieje, ale proponuję inne spojrzenie. Moja opinia jest taka, że nie ma po prostu narzędzi, dzięki którym można byłoby zbudować IV Rzeczpospolitą. Jedną z motywacji, która skłoniła mnie do napisania książki, było sprawdzenie, czy tezy stawiane na dość wysokim poziomie abstrakcji, choćby przez Jadwigę Staniszkis, odpowiadają rzeczywistości – i czy w ogóle da się to empirycznie sprawdzić. Na przykład teza, że nasza kompatybilność ze strukturami Zachodu ma charakter powierzchowny i „pastiszowy”, a rzeczywiste reguły walki o władzę są ustanawiane poza instytucjami demokratycznego państwa, właśnie ze względu na ich słabość. W efekcie wylądowałem dość daleko od tez prof. Staniszkis. Uważam, że jedną z głównych bolączek polskiej politologii i polskiego życia intelektualnego w ogóle stanowi to, iż większość autorów zatrzymuje się na etapie chwytliwej tezy, a mało komu chce się sprawdzać, czy istnieją realne zjawiska i fakty mogące to potwierdzić. Ciekawy wyjątek od tej praktyki stanowi zespół prof. Andrzeja Zybertowicza. Stawiana przez niego teza o „antyrozwojowych grupach interesu” funkcjonowała przez długi czas właśnie jako jeden z takich medialnych sloganów, ale w pewnym momencie udało mu się zebrać wokół siebie grupę naukowców i zainicjować proces rzetelnej weryfikacji. Efekty tej pracy – niezmiernie zresztą ciekawe – jak dotąd nie dały jednak jednoznacznego rozstrzygnięcia.
– Czy to wszystko oznacza, że działania na rzecz „wymiany elit” są pozbawione sensu?
– Przemiana instytucjonalno-prawna i personalno-środowiskowa nie wykluczają się. Z całą pewnością wymiana elit nie jest działaniem wystarczającym. A poza tym nikt jeszcze nie pokazał tych nowych, lepszych elit… Powtarzam: miewaliśmy już bardzo łebskich ludzi na najwyższych szczeblach politycznej drabiny – i nie pomogło.
– A jak słabość polskiego państwa wygląda na tle reszty naszego regionu?
– Ludwik Dorn wygrzebał w „Bolesławie Chrobrym” Antoniego Gołubiewa wypowiedź jednego z bohaterów – margrabi brandenburskiego czy kogoś podobnego – że na wschód od Odry są tylko „państwa na [drewnianym] koniku”. Królowie bawią się tu w królów, rycerze w rycerzy itd. Tylko na zachód od Odry państwa są naprawdę, a u nas wszystko jest udawane. Rzeczywiście większość państw Europy Środkowo-Wschodniej ma problemy z realizowaniem podstawowych funkcji – mniej więcej z tych samych przyczyn. Najświeższa z nich to logika transformacji schyłkowego komunizmu – która w swojej istocie była antypaństwowa, bo polegała na demontowaniu stworzonych wcześniej instytucji w celu ocalenia wpływów ludzi władzy. Wydaje mi się, że jest jeden pozytywny wyjątek od tej reguły środkowo-wschodnioeuropejskiej – Węgry. Co najmniej od czasu pierwszego rządu demokratycznego – a właściwie jeszcze od ostatniego rządu komunistycznego Miklósa Németha, który wystąpił z partii i stał się premierem autentycznie podmiotowym, dzięki czemu rozdział rady ministrów od partii dokonał się jeszcze przed demokratyzacją – bardzo świadomie budowano tam nowe instytucje. Oczywiście Węgrzy dysponowali też kulturą administracyjną o jeszcze XIX-wiecznych źródłach, którą udało się jakoś ochronić przez cały okres komunizmu. W czasie przełomu na Węgrzech postawiono jednoznacznie na wzmocnienie rządu jako głównego ośrodka podejmowania decyzji politycznych, w porę zmarginalizowano prezydenta, zbudowano silne partie… W 1998 r., kiedy Orbán po raz pierwszy przejął władzę, miał już w szufladzie niemal gotowy projekt ostatecznego „ukanclerzowienia” systemu politycznego. Dalej w tym samym kierunku szły działania postkomunistów podczas dwóch kadencji ich rządów. To dzięki całemu temu procesowi świadomego wzmacniania państwa Orbán może dziś zachowywać się tak, jak się zachowuje, wprowadzać swoje reformy i prowadzić Węgry w wymyślonym przez siebie kierunku. Ma on bowiem w swoim ręku narzędzia kontroli całej sfery publicznej: jest szefem partii, która ma konstytucyjną większość w parlamencie, jednoznacznie kontroluje całą administrację, w tym formalnie dość niezależne agencje regulujące różne sfery gospodarki, a także media, dość łatwo może wpływać na działania władz lokalnych. W Polsce premier, nawet o najbardziej etatystycznych poglądach, nie mógłby bez rewolucji np. wymienić prawie połowy urzędników w MSZ-cie…
– Dlatego też wielu komentatorów o bardziej liberalnym nastawieniu – np. prof. Wojciech Sadurski – obawia się takiego sprawnego państwa. Być może jeśli nie ufa się rodzimej tradycji politycznej i temu, co może ona wyprodukować w przyszłości, jest to w pewien sposób zrozumiałe?
– Rzeczywiście jest tak, że u fundamentów III RP leży niepisane porozumienie o „obniżaniu stawki w grze”. Mam tu na myśli pewną zgodę elit politycznych na sytuację, w której nikt nie będzie miał pełni władzy – nie w sensie podziału na władze ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, lecz w takim, że system niejako uniemożliwia przyjmowanie wyrazistych rozwiązań i manewrowanie państwem jako całością. Węgrzy kluczowe rozwiązania instytucjonalne przyjęli jeszcze przed demokratycznymi wyborami. One w tak wielkim stopniu były oparte na braku zaufania do silnej władzy, że dla wszystkich polityków węgierskich stało się jasne, iż w ramach takich instytucji nie da się rządzić. Stąd dążenie najpierw do maksymalnego umocnienia premiera jeszcze w ramach systemu okrągłostołowego, a potem rozsadzenie tych ram przez Orbána. Żeby była jasność – nie jestem wielkim miłośnikiem Orbána. Treść jego polityki w istotnej części wydaje mi się bardzo ryzykowna. Nie zmienia to jednak faktu, że jest on obecnie w regionie jedynym politykiem, który może realizować długofalowe strategie polityczne.
– Ale jednocześnie ten przykład z pewnego punktu widzenia może stanowić argument na rzecz „liberalizmu strachu”, potwierdzenie, że sprawne państwo jest potencjalnie czymś niebezpiecznym.
– Zdecydowanie tak. Co więcej, nie można tych obaw jednoznacznie odrzucić. Konieczna jest świadomość kulturowego kontekstu: silne państwa zachodnioeuropejskie zbudowane są na fundamencie wspólnej kultury politycznej, opartej na wartościach takich jak porozumienie, kompromis, samoograniczenie. Ich nowoczesne instytucje pojawiły się w momencie, kiedy ten grunt był już dojrzały. Węgry są tymczasem bardzo mocno podzielone kulturowo, niektórzy mówią, że trwa tam prawdziwy Kulturkampf, walka nie tyle polityczna, co odnosząca się do podstawowych wartości. Gdybym był tamtejszym lewicowym liberałem, pewnie obawiałbym się, że Orbán zrobi coś, co np. zmusi mnie do emigracji. Nikt nie ma tymczasem wątpliwości, że Cameron nie zrobi nic, co mogłoby zmusić do emigracji labourzystów, mimo że realizuje politykę, która jest dla nich nie do przyjęcia i na swój sposób radykalna, np. wobec Unii Europejskiej czy imigrantów. Ten lęk, o którym mowa, ma więc swoją racjonalność, czy może znamy korzenie jego irracjonalności. Pytanie, gdzie w tym układzie jest Polska. Wydaje mi się, że poziom napięcia i zróżnicowania kulturowego jest na Węgrzech zdecydowanie wyższy niż w Polsce, że spór między Platformą a PiS-em nie jest, jak obie strony próbują nam często wmówić, odzwierciedleniem jakiegoś fundamentalnego konfliktu kulturowego. Jest to natomiast spór, który w oczywisty sposób potęguje słabość państwa, bo w tym systemie oznacza on, że albo ma się za sobą ⅔ parlamentu, albo nie da się nic zrobić.
– Z drugiej strony pytanie o zasadność strachu przed sprawnym państwem wykracza trochę poza kwestię PO vs. PiS. Przyjmując liberalną optykę, można by powiedzieć, że sam Orbán jeszcze kilka–kilkanaście lat temu był zupełnie innym politykiem niż dzisiaj. Czy eskalacja konfliktu nie może i w Polsce doprowadzić do radykalizacji głównych sił politycznych?
– Nie jest to wykluczone, ale w dzisiejszej sytuacji Polski wydaje mi się to perspektywą na tyle odległą, że nawet nie ma co się nad nią zastanawiać. Wydaje mi się, że Tusk pokazał, ile da się wycisnąć z obecnego systemu. Był niezwykle sprawnym politykiem, który potrafił się poruszać po meandrach III RP, ale jego historia pokazuje też wyraźne ograniczenia władzy w tym systemie. Na przykład niemal wszystkie sukcesy jego rządu były owocem zastosowania ręcznej, politycznej koordynacji. W momencie, kiedy coś jest realnym priorytetem rządu i premier przez swoich ludzi trzyma rękę na pulsie, wówczas „państwo działa”. Ale natychmiast, kiedy zwraca swoją uwagę w inną stronę, ono działać przestaje. Nie działają więc instytucje i standardowe reguły, a tylko okazyjne wzmożenie woli politycznej. Z tego doświadczenia wzięła się odpowiedź, jaką proponuje Platforma, czyli koncepcja „outsourcingu państwa”. Polega ona na tym, żeby możliwie dużą część spraw publicznych przekazać w prywatne ręce, które będą miały swój prywatny interes w tym, żeby dane przedsięwzięcie się udało. Można powiedzieć, że przykładem sukcesu tej filozofii jest Euro 2012, realizowane przez spółkę prawa handlowego, której państwo przekazało wiele kompetencji władzy publicznej, a która nie była ograniczona więzami charakterystycznymi dla administracji.
– Outsourcing staje się więc, paradoksalnie, jak w dawnej wizji Janusza Palikota, sposobem na wzmocnienie państwa?
– Nic podobnego! Outsourcing może pomagać w realizacji konkretnych projektów, ale ostatecznie efekty są takie, jak zwykle w pracy metodą projektową – projekt się kończy i wszyscy o nim zapominają, równie dobrze mogłoby go nigdy nie być. No, po Euro zostaną stadiony, które zbudowaliśmy w dużej mierze niepotrzebnie, a utrzymanie ich kosztuje krocie.
– W swoich tekstach podkreśla Pan często, że rozmiar państwa i jego siła czy sprawność to dwie osobne sprawy, że państwo-moloch może być słabe. Czy to oznacza, że jest Pan zwolennikiem tezy odwrotnej: zwijanie czy redukcja państwa do liberalnego minimum jest receptą na uporanie się z problemami ze sprawnością i sterownością?
– Wydaje mi się, że Polacy jako obywatele radzą sobie z większością rzeczy lepiej niż ich państwo – i nie jest to tylko liberalny populizm. 25 lat przemian pokazało, że wiele jest sektorów, gdzie dopiero próby wprowadzania państwowych regulacji powodują problemy. Intuicyjnie pomysł zmniejszania państwa jest mi bliski. Ale faktem jest również, że bardzo często deregulacja oznacza wystawienie interesu publicznego na niebezpieczeństwo. Rewersem sensownej deregulacji zawsze musi być regulacja. Nawet najbardziej brawurowi thatcheryści wprowadzali mnóstwo nowych przepisów i instytucji w celu zabezpieczania interesu publicznego; inna sprawa, że efekty ich działania były niezbyt udane. Zwijanie państwa „w realu” nigdy nie wygląda tak, że państwo po prostu się wycofuje.
– To są fakty niepasujące do ideologii. Nie chce się o nich pamiętać, tak jak i o tym, że najbardziej radykalnym reformom rynkowym ostatnich dekad, np. tym realizowanym przez Ronalda Reagana, towarzyszył wzrost wydatków publicznych i wysokie deficyty budżetowe… Czy tzw. neoliberalizm, czyli ideologia, w duchu której projektowano polską transformację, odegrał istotną rolę w osłabianiu transformujących się państw Europy Środkowo-Wschodniej i czy istotne wydaje się Panu pytanie, czy i komu słabość państw w tej części świata służy?
– Jeśli namawia mnie pan na krytykę konsensusu waszyngtońskiego, to oczywiście bym się przyłączył… Nie widzę natomiast bezpośredniego przełożenia na to, jak urządziliśmy sobie państwo. Na potrzeby swojej książki przeprowadziłem studium przypadku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, które, wydaje mi się, dobrze pokazuje, na czym polega problem. Instytucje, które były w okresie transformacji przeszczepiane – albo, jak twierdzą inni, narzucane – ze świata zachodniego, musiały funkcjonować w zupełnie innym kontekście kulturowym i instytucjonalnym niż ten, w którym zostały wytworzone. W efekcie działały też zupełnie inaczej. Zresztą trudno się dziwić: jeśli ktoś liczy na to, że instytucja regulująca media oddana w ręce polityków, będzie „niezależna”, to jest po prostu niesamowicie naiwny. Istnieje oczywiście znacznie więcej przykładów dysfunkcjonalnie działających instytucji „skopiowanych” z Zachodu. Zanim Urząd Komunikacji Elektronicznej „zatrybił” pod rządami Anny Streżyńskiej, przez 7 czy 8 lat (w swoich poprzednich wcieleniach) był całkowicie nieefektywny i biernie przyglądał się choćby działaniom Telekomunikacji Polskiej, niewątpliwie szkodliwym dla polskiego rynku.
– Pytanie tylko, czy ta imitacja, której efekty okazują się dysfunkcjonalne z perspektywy polskiego interesu publicznego, rozpatrywana w szerszym kontekście nie okazuje się funkcjonalna dla poszczególnych koncernów czy grup wpływu?
– Wydaje mi się, że w diagnozie neokolonialnej jest sporo przesady. Jasne, że z perspektywy silnych graczy międzynarodowych i lokalnych lepiej mieć słabych partnerów tam, gdzie chcą robić interesy. Ale z drugiej strony pewna stabilność reguł i porządek instytucjonalny są często kluczowe dla tych samych podmiotów czy grup interesu. Z różnych badań wynika, że najwięcej inwestycji dokonuje się w krajach, gdzie są wysokie podatki i silne związki zawodowe. Dla biznesu są to obciążenia, ale stanowią one jednocześnie ubezpieczenie przed niepewnością. Z drugiej strony jest oczywiście taki rodzaj biznesu, który woli mieć urzędnika w kieszeni i minimalizować inne koszty. Ale sprawa jest złożona. To nie jest tak, że jeśli jesteśmy słabym państwem peryferyjnym, to stanowi to prosty efekt zmasowanych działań międzynarodowych koncernów. To bardziej złożona interakcja: w niektórych sektorach rzeczywiście tak jest, ale w innych, np. w sektorze bankowym, międzynarodowi gracze uzyskali swoje cele pomimo faktu, że polskie instytucje nie były bezwolnymi pacynkami i nierzadko stawiały twarde warunki. Pamiętamy choćby słynny konflikt wokół fuzji BPH i Pekao SA, kiedy to administracja prezydenta Kwaśniewskiego dogadała się z włoskim UniCredit, a prawicowy rząd wyrzucił te ustalenia później do kosza. To nie jest tak, że każdy inwestor dostawał to, czego sobie zażyczył. Z drugiej strony polityka polskich władz polegała też np. na przekazywaniu w obce ręce banków słabych, czego efektem jest fakt, że Polski nie dotknęła plaga bankructw instytucji finansowych po 2008 r., wraz z jej konsekwencjami w postaci np. dwóch lat recesji, która spotkała Czechy czy kraje bałtyckie. Ten przykład pokazuje, że nie można generalizować – ocena musi być zależna od sektora i okresu, o jakim mówimy.
– Jakie widzi Pan perspektywy wyjścia z kondycji słabego państwa? Od czego trzeba byłoby zacząć?
– Na seminariach, które prowadziłem w czasie pisania mojej książki też zawsze padało to pytanie i studenci byli bardzo nieusatysfakcjonowani moją odpowiedzią, że jedyną odpowiedzią są małe kroki. Do przeprowadzania wielkich projektów i budowania długofalowych strategii politycznych brakuje nam narzędzi. Musimy pracować na poziomie najprostszych procedur. To, że pracuje się już nie nad projektami ustaw, lecz nad założeniami, albo że wprowadzono oceny skutków regulacji jako obowiązkowy element procesu tworzenia prawa, to jedne z takich zmian na lepsze, na które nas stać. Teraz trzeba zrobić następny ruch: wyprowadzić zespoły, które dokonują oceny skutków regulacji, z departamentów prawnych i stworzyć jednostki podlegające bezpośrednio ministrom. Tego typu zmiany są może mało sexy, ale też dzięki temu są poniżej radaru wielu grup interesów i mają szanse się udać.
To nie znaczy, że powinniśmy zarzucić myślenie w długiej perspektywie – wprost przeciwnie. Potrzebujemy dyskutować o naszych celach, o tym, jak powinna wyglądać lepsza Polska. W chaosie bitewnym polskiej polityki rozważania nad strategiami dla kraju zeszły niestety na odległy plan. O „Polsce 2030” Michała Boniego, która została przyjęta jako obowiązujący program rządowy i nigdy jej oficjalnie nie odwołano – nie pamięta dziś pies z kulawą nogą ani w rządzie, ani w opozycji. Tymczasem trzeba takie rozważania prowadzić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się okno możliwości dla zmian.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Workfare state (państwo wspierające pracę) oraz welfare state (państwo dobrobytu) to dwie konkurencyjne drogi i wizje zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa socjalnego i godnego życia. Pierwsza z nich dąży do bezpieczeństwa zapewnionego przez pracę, druga – przez zabezpieczenie społeczne. Obie koncepcje mogą poszczycić się sporymi sukcesami. Obie stwarzają też pewne problemy, z którymi ich zwolennicy starają się walczyć, wypracowując na ich gruncie nowe, innowacyjne rozwiązania. Trzy spośród takich rozwiązań postanowiłem przedstawić tak, by czytelnik mógł sobie wyrobić zdanie, w którą stronę powinniśmy pójść jako społeczeństwo. Niestety Polska jest w tej specyficznej sytuacji, że nie wybrała jak na razie ani jednego, ani drugiego modelu, pozostając niezdolną do zapewnienia obywatelom jakiejkolwiek stabilizacji materialnej.
Po pierwsze „elaspieczeństwo”
Flexicurity jest jedną z tych innowacyjnych koncepcji rynku pracy, których praktyczne efekty możemy już oceniać, gdyż liczne jej elementy wprowadzono do ustrojów szeregu państw europejskich już dobrych kilka lat temu. Jej nazwa powstała z połączenia angielskich słów flexibility (elastyczność) i security (bezpieczeństwo). W istocie jest ona próbą połączenia ognia z wodą, a więc postulatów deregulacji rynku pracy (na co najczęściej naciskają pracodawcy, choć nie tylko oni) z potrzebą stabilności zatrudnienia, artykułowaną przez pracowników i ich organizacje. Twórcy tej koncepcji wyszli z założenia, że potrzeba stabilnego zatrudnienia jest w gruncie rzeczy potrzebą posiadania stabilnego źródła dochodów. A o ile elastyczne zatrudnienie z zatrudnieniem stabilnym połączyć raczej trudno, to już ze stabilnymi dochodami dużo łatwiej. Powstała więc konstrukcja łącząca mocno zderegulowany rynek pracy z wyjątkowo szczodrym systemem zabezpieczeń społecznych.
Flexicurity pojawiło się jako przemyślana koncepcja w latach 90., a jej nazwa przypisywana jest Holendrowi Hansowi Adriaansensowi, który w roku 1995 zaczął jej używać, opowiadając o swym pomyśle przejścia od „bezpieczeństwa pracy do bezpieczeństwa zatrudnienia”. Miało to oznaczać przeniesienie akcentów z walki o utrzymanie dotychczasowych stanowisk pracy na dążenie do maksymalnego skrócenia okresów przebywania na bezrobociu. Pod koniec tego roku holenderski minister polityki społecznej ogłosił memorandum „Flexibility and Security”, gdzie nacisk położono na deregulację rynku pracy oraz rozszerzenie praw pracowników nietypowych (czyli np. czasowych), co zapowiadało upowszechnienie elastycznych form zatrudnienia.
Dużo większą rozpoznawalność i zainteresowanie wśród ekonomistów (i nie tylko) uzyskał jednak duński wariant flexicurity. W modelu tym ułatwiono przedsiębiorcom zwalnianie pracowników, w zamian za to oferując tym ostatnim szeroki zakres zabezpieczenia w tzw. okresie przejściowym, czyli podczas przebywania na bezrobociu. W Danii zmiany rozpoczęto jeszcze przed 1995 r. Dwa lata przed pojawieniem się w szerszym obiegu terminu flexicurity przeprowadzono tam reformę, ustanawiając nowe zasady wypłacania zasiłków. Wprowadzono dwa okresy ich pobierania: pasywny i aktywny. W tym drugim bezrobotnego zaczynał obowiązywać program aktywizacji zawodowej, który warunkował otrzymywanie pomocy. Rozpoczęto także skracanie okresu pasywnego, z 4 lat w 1995 r. do 1 roku w 1999. Natomiast okres aktywny wzbogacono o szeroki program doradztwa zawodowego, szkoleń i różnych form przekwalifikowywania się w nowym miejscu pracy. Rozpoczęty proces reformy rynku pracy stał się też elementem konsensusu między głównymi siłami politycznymi, co jest dość typowe dla państw skandynawskich. Wdrażanie reform rozpoczął socjaldemokratyczny rząd Poula Rasmussena (1993–2001), jednak duży wpływ na ich kształt wywarł wcześniejszy, konserwatywny rząd Poula Schluetera, a w XXI w. kontynuowali je liberałowie pod wodzą Andersa Fogha Rasmussena. W tzw. Komisji Zeuthen, która pracowała nad zrębami duńskiego flexicurity, spotkali się zaś przedstawiciele w zasadzie wszystkich środowisk społecznych – od pracowników, przez naukowców, po pracodawców.
Duńska koncepcja składa się z trzech głównych elementów, które tworzą tzw. złoty trójkąt. Pierwszym z nich są elastyczne regulacje rynku pracy, wprowadzone przede wszystkim po to, by ułatwić zwalnianie pracowników. Znacznie skrócono więc okres wypowiedzenia, wyraźnie wydłużając za to okres próbnego zatrudnienia. Obniżono też wysokość odpraw. Jednak deregulacja nie dotyczyła samego tylko zwalniania. Liberalizację prawa osiągnięto przede wszystkim dzięki szerokiemu stosowaniu układów zbiorowych, które uszczegóławiały na poziomie zakładu krajowe regulacje oraz porozumienia obowiązujące w poszczególnych branżach. Dzięki temu istnieje w Danii spora dowolność dotycząca czasowego wymiaru pracy oraz relacji między wynagrodzeniem a wydajnością.
Drugim wierzchołkiem trójkąta jest oczywiście, co należy mocno podkreślić, hojny system zabezpieczenia społecznego. Dzięki niemu pracownik, pomimo prawdopodobieństwa utraty pracy, w nocy śpi całkiem spokojnie. Fundamentem systemu są zasiłki dla bezrobotnych, których kwota zastąpienia, czyli wysokość pomocy w stosunku do ostatniej pensji, wynosi czasem nawet 90 proc. (zależnie od sytuacji bezrobotnego), co w połączeniu z wysokimi płacami, umożliwiającymi zgromadzenie sporych oszczędności „na czarną godzinę”, sprawia, że pracobiorcy w Danii nie muszą się zbytnio martwić o byt. Okres wypłacania zasiłków został co prawda ostatnio skrócony i wynosi obecnie dwa lata, ale to i tak cztery razy dłużej niż w Polsce. A trzeba pamiętać, że system zasiłków dla bezrobotnych jest dopełniany przez równie hojny system pomocy społecznej, obejmujący osoby, którym zasiłek dla bezrobotnych już nie przysługuje.
Trzecim filarem flexicurity jest aktywna polityka rynku pracy (ALMP), nakierowana na jak najszybsze znalezienie przez bezrobotnego nowego zatrudnienia. Opiera się ona z jednej strony na skutecznym pośrednictwie pracy, a z drugiej na działaniach zmierzających do zwiększenia zatrudnialności nie tylko bezrobotnych, ale też obecnie pracujących. To powoduje, że ALMP ma w dużej mierze charakter profilaktyczny i jest kierowana także do pracowników, którzy przecież za jakiś czas mogą przestać nimi być. Taka dalekowzroczność systemu zabezpieczenia społecznego w Polsce musi się wydawać czymś wręcz z innej planety, a przecież to wszystko ma miejsce całkiem niedaleko od granicy naszego kraju. Z kursów poszerzających kompetencje zawodowe korzysta aż 33 proc. Duńczyków w wieku 24–64 lat, co przy średniej unijnej (9 proc.) wygląda wprost niewiarygodnie. Poprawa kompetencji pracowników i bezrobotnych opiera się oczywiście na systemie szkoleń, staży i doradztwa zawodowego, ale w przypadku osób pobierających zasiłki dochodzi jeszcze jeden element, mianowicie warunkowość udzielanej pomocy. Inaczej mówiąc, oprócz uprawnień, na bezrobotnych w aktywnym okresie pobierania zasiłku nakładane są także obowiązki. Od ich wypełniania uzależniona jest dalsza pomoc. Właśnie ten element jest najczęstszym powodem krytyki modelu flexicurity.
Owa warunkowość, a także nacisk na jak najszybsze znalezienie pracy, jest dla wielu świadectwem odchodzenia duńskiego systemu zabezpieczeń społecznych od skandynawskiej formuły welfare state, która charakteryzuje się przecież uniwersalnością świadczeń. Jej miejsce zajmować ma właśnie workfare state, czyli koncepcja typowa raczej dla państw anglosaskich lub nadreńskich (np. Niemiec), gdzie duża część pomocy (np. ulgi podatkowe) kierowana jest głównie do osób mających pracę lub takich, które niedawno ją utraciły, w związku z czym partycypowały w kosztach ubezpieczenia społecznego. Według krytyków na flexicurity korzystają głównie pracodawcy, mogący łatwo zwalniać pracowników, a traci reszta podatników, gdyż bezrobotni trafiają wtedy na garnuszek państwa. Dodatkowo warunkowość pomocy dla bezrobotnych oznacza de facto przymus szybkiego znalezienia zatrudnienia, co nierzadko wiąże się z koniecznością pracy poniżej umiejętności i oczekiwań np. płacowych. Trudno jednak do końca zgodzić się z tymi zarzutami. Po pierwsze, welfare state nie opiera się tylko na instytucjach rynku pracy, ale także na wielu innych narzędziach państwa opiekuńczego (chociażby polityce mieszkaniowej), którym wszak funkcjonowanie modelu flexicurity nie musi zagrażać i z których wciąż mogą korzystać osoby tracące zasiłek. Głównym zadaniem instytucji rynku pracy jest utrzymywanie niskiej stopy bezrobocia, więc trudno stawiać flexicurity zarzut, że do tego właśnie dąży. Trudno też uznać dwuletni okres pobierania zasiłku za „przymuszanie do szybkiego znalezienia pracy”. Wydaje się to wystarczająco długim okresem, żeby znaleźć zatrudnienie odpowiadające wymaganiom, szczególnie w takim kraju jak Dania, gdzie podaż dobrej pracy jest wysoka. Nie można też zgodzić się z tezą, że na flexicurity korzystają jedynie przedsiębiorcy, gdyż partycypują oni w jego tworzeniu poprzez system wysokich podatków i składek, które wydatnie zwiększają ich koszty. W istocie „elaspieczeństwo” polega właśnie na tym, że wszystkie zainteresowane strony z czegoś rezygnują, by w innym obszarze coś zyskać.
Niestety, taki układ nie wydaje się możliwy w Polsce, gdzie strona pracodawców jedynie wysuwa kolejne żądania deregulacji i uelastyczniania rynku pracy, a na jakiekolwiek plany podniesienia obciążeń reaguje szantażem przechodzenia do szarej strefy i zwalniania pracowników. Duński model flexicurity niesie dla Polski przede wszystkim jedna lekcję – w reformowaniu rynku pracy wszystkie strony muszą być gotowe do pewnych ustępstw, by w innych, dla nich najistotniejszych, zyskać. Dobry rynek pracy musi być oparty na konsensusie, gdyż nawet jeśli jedna strona, obojętnie która, przepchnie swe postulaty korzystając z przewagi siły, to ostatecznie odbije się to niekorzystnie na całej gospodarce, a więc rykoszetem trafi także w silniejszego. Nie mówiąc już o tym, że jeśli straci on swą przewagę, wszystkie zmiany wprowadzone w jego interesie mogą zostać zastąpione przez rozwiązania odwrotne.
Za flexicurity przemawiają także wyniki. Od momentu rozpoczęcia zmian bezrobocie w Danii wyraźnie spadło – z 9,5 proc. w 1993 r. do 3,4 proc. w roku 2008. Podczas kryzysu gospodarczego znacznie wzrosło, jak we wszystkich krajach Zachodu, jednak wciąż jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej – wg Eurostatu w roku 2013 wyniosło 7 proc., przy średniej unijnej 10,8 proc. Dodatkowo duńska gospodarka charakteryzuje się bardzo wysokim udziałem płac w PKB – w 2012 r. wskaźnik ten wynosił ok. 59 proc. i był jednym z najwyższych w UE (tymczasem w Polsce wyniósł on w tym okresie zaledwie 46,5 proc. i był jednym z najniższych). Wyniki te osiągnięto przy poziomie zabezpieczenia socjalnego, o którym Polacy mogą tylko pomarzyć. Wydaje się więc, że powinniśmy na duńskie rozwiązania spoglądać przynajmniej z zainteresowaniem.
Godna płaca w anglosaskim kapitalizmie
W roku 1997 późniejszy noblista, Amerykanin Edmund Phelps, napisał jedno ze swych najważniejszych dzieł: „Płaca za pracę”. Ten wielki zwolennik wolnej przedsiębiorczości i zagorzały przeciwnik keynesizmu po dokonaniu rzetelnej analizy amerykańskiej rzeczywistości lat 90. doszedł do wniosku, że nie wszystko jednak warto zostawiać wyrokom rynku. Stworzył pionierską koncepcję państwowych dopłat do najniższych wynagrodzeń, tak by wyraźnie zbliżyły się one do mediany płac (poziom płacy, poniżej którego zarabia 50 proc. zatrudnionych), dzięki czemu niewykwalifikowani pracownicy mogliby utrzymywać się z zarobków, a także zwiększać wydajność i kompetencje. Z drugiej strony rozwiązanie to nie zakłócałoby w żaden sposób konkurencji, gdyż nie narzucałoby pracodawcom w zasadzie żadnych dodatkowych zobowiązań.
Phelps zauważył, że płace względne (czyli odniesione do innych płac) najniżej opłacanych pracowników w USA zaczęły od lat 70. szybko spadać. Zarobki niewykwalifikowanych robotników tak bardzo oddaliły się od mediany płac, że zaczęli oni stanowić odrębną grupę społeczną, w zasadzie nieuczestnicząca w życiu gospodarczym całego społeczeństwa. Praca stała się dla nich tak mało opłacalna, że zaczęli czerpać dochód z działalności nielegalnej, która w dużo większym stopniu pozwalała im na utrzymanie. Bezrobotni stracili motywację do poszukiwania pracy, gdyż nie dawała im ona dochodów na tyle wyższych niż pomoc społeczna, by opłacalne było inwestowanie w poszukiwanie, a następnie utrzymanie jej. Wszystko to razem doprowadziło do wielu patologii, które na pierwszy rzut oka nie są związane z sytuacją na rynku pracy, takich jak narkomania czy ciąże nastolatek.
Phelps, wnikliwie obserwując amerykańskie społeczeństwo, stwierdził, że przytłaczająca większość problemów społecznych spowodowana jest niskimi płacami najsłabiej wynagradzanych pracowników. Dlatego uważał, że opłacalne byłoby wyłożenie na stworzenie proponowanego przezeń systemu dopłat choćby i dużych kwot, gdyż nawet w krótkim czasie mógłby on doprowadzić nie tylko do ograniczenia patologii (a więc do poprawy kondycji społeczeństwa jako całości), ale też do wymiernych oszczędności – chociażby dzięki ograniczeniu wydatków na system penitencjarny, organy ścigania czy pomoc społeczną. Doszedł więc do podobnych wniosków, co przedstawiciele szkoły sztokholmskiej kilkadziesiąt lat wcześniej w Szwecji – wydatki na instytucje państwa dobrobytu po prostu się opłacają. Jednak jako gorący zwolennik rynku, konkurencji i przedsiębiorczości przedstawił on inną koncepcję – zamiast welfare state stworzył własną, autorską odmianę: workfare state.
Phelps wychodzi z założenia, że pracodawcy płacą pracownikom stawki wynikające z ich wydajności. Płacenie stawek wyższych od wydajności prywatnej pracownika (czyli korzyści dla pracodawcy) nie jest opłacalne, gdyż wiązałoby się to z dopłacaniem do stworzonego miejsca pracy. Jednak każde miejsce pracy ma także swą wydajność społeczną, a więc wiąże się z korzyściami, jakie odnosi cała wspólnota z tego, że dany obywatel nie marnotrawi życia na podejrzaną działalność, lecz na miarę swych możliwości pracuje, utrzymuje się za zarobione pieniądze, zakłada rodzinę, wychowuje potomstwo itd. A dzięki regularnej pracy stopniowo poprawia wydajność i podnosi kompetencje, czym jeszcze bardziej przysługuje się gospodarce i społeczeństwu. I właśnie istnienie korzyści społecznej z każdego stanowiska pracy, wykraczające poza zwykłą korzyść pracodawcy, jest argumentem za tym, by stworzyć system subsydiów dla najmniej zarabiających.
System opierałby się na państwowych dopłatach do godzinowych stawek pracy. Trafiałyby one na konto pracodawcy w zamian za zatrudnienie nisko wykwalifikowanego pracownika za pensję wyższą niż jego prywatna wydajność. System dopłat obejmowałby tych pracowników, którzy spełnialiby pewne minimalne kryterium wydajności (Phelps określił je umownie na 4 dolary za godzinę). Osoby, których wydajność byłaby niższa (np. niepełnosprawni), kwalifikowałyby się do pomocy społecznej, której proponowany przez Phelpsa system nie miałby wcale zastąpić, a jedynie mocno ograniczyć niezbędny zakres jej działania. Dopłat nie otrzymywaliby także pracownicy zatrudnieni w niepełnymi wymiarze czasowym (minimum to 35 godzin tygodniowo). Zwroty miałyby trafiać do pracodawcy przede wszystkim w formie odliczeń od płaconych podatków (np. dochodowego od przedsiębiorstw), co gwarantowałoby korzystanie z dopłat jedynie przez firmy prowadzące realną działalność, dzięki czemu udałoby się uniknąć istnienia tzw. fabryk dopłat, a więc firm tworzonych tylko po to, by wyłudzić pieniądze od państwa.
Phelps pochyla się nad kilkoma innymi, konkurencyjnymi rozwiązaniami problemu niskich płac. Koncepcja negatywnego podatku dochodowego (dotacja wyrównująca dochód zgromadzony w danym roku do pewnego minimalnego poziomu) jest, według niego, nie do przyjęcia, gdyż jest on niezależny od zatrudnienia. W związku z tym mogłoby to doprowadzić chociażby do sytuacji, w której osoby już pełnoletnie (czyli mające już prawo do otrzymania dotacji), mając zapewniony byt na minimalnym poziomie, odkładałyby w nieskończoność wejście na rynek pracy. Phelps odrzuca także dopłaty liniowe – dla każdego pracownika dopłata ok. 3 dolarów za godzinę – gdyż byłyby one zbyt kosztowne, a dodatkowo kierowały wielki strumień pieniędzy do osób, które takiej pomocy nie potrzebują. Z tego samego powodu krytykuje koncepcję kwoty wolnej od opodatkowania – żeby jej skutki były dla najbiedniejszych naprawdę odczuwalne, musiałaby być bardzo wysoka, co odczułby budżet, a pomoc publiczna znów przy okazji trafiłaby także do bogatych.
W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem według Phelpsa jest system stopniowanych subsydiów, rozpoczynający się od 3 dolarów do pracy wartej 4 dolary za godzinę. Dzięki temu zabiegowi o połowę zmniejszy się dystans najniższych płac do mediany, która w okresie jego badań wynosiła 10 dolarów za godzinę. Od tego poziomu poczynając, dopłaty byłyby tym niższe, im wyższa pensja pracownika, a przestawałyby przysługiwać od poziomu 12 dolarów za godzinę wzwyż.
|
Koszt płacy za godzinę w dolarach
|
Dopłata za godzinę w dolarach
|
Płaca całkowita za godzinę w dolarach
|
|
4,00
|
3,00
|
7,00
|
|
5,00
|
2,29
|
7,29
|
|
6,00
|
1,65
|
7,65
|
|
7,00
|
1,12
|
8,12
|
|
8,00
|
0,71
|
8,71
|
|
9,00
|
0,43
|
9,43
|
|
10,00
|
0,24
|
10,24
|
|
11,00
|
0,13
|
11,13
|
|
12,00
|
0,06
|
12,06
|
Jak widać, dzięki temu, że dopłata nie spada zbyt szybko, pracownik przy kolejnych nie traci motywacji do podwyższania wydajności – każda podwyżka pomimo spadku dopłaty daje mu bowiem wzrost pensji. I na odwrót – pracodawca nie ma możliwości pozbawionego konsekwencji cięcia wynagrodzeń, gdyż każda obniżka o dolara, nawet pomimo wzrostu dopłaty, wiąże się ze spadkiem pensji, na którą zatrudniony już niekoniecznie będzie chciał przystać. Ograniczając dopłaty do zarobków na poziomie nie wyższym niż 12 dolarów za godzinę, państwo ma natomiast pewność, że nie dotuje osób zarabiających wystarczająco dobrze.
Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia finansowania całego systemu. Według Phelpsa w długiej perspektywie miałby się on samofinansować. W związku ze wzrostem najniższych płac następowałby bowiem wyraźny wzrost zatrudnienia – niewykwalifikowani bezrobotni chętniej szukaliby zatrudnienia, które teraz realnie by się im opłacało, a pracodawcy, w związku z dopłatami, nie mieliby oporów przed ich zatrudnianiem, gdyż realnie kosztowaliby ich tylko tyle, ile sami byliby skłonni zapłacić. To przełożyłoby się z kolei na wzrost wpływów z podatków dochodowych i składek. Dodatkowo, wiele osób powróciłoby do życia gospodarczego głównego nurtu (mogliby zrezygnować z działalności nielegalnej oraz włączyć się w zwykłe korzystanie z dóbr konsumpcyjnych), co wzmogłoby popyt, a także spowodowałoby wzrost wpływów z podatków. W połączeniu z wymienionymi wcześniej oszczędnościami (np. na systemie pomocy społecznej) stopniowane subsydia mogłyby nawet przynieść nadwyżkę finansową, nie mówiąc już o wielu korzyściach społecznych. Należałoby jednak wcześniej zadbać o finansowanie programu dopłat w krótkim okresie, gdy jeszcze nie pojawią się efekty działania skumulowanych procesów przezeń uruchomionych. Według pomysłodawcy wystarczyłoby czasowe wprowadzenie 2,5-procentowego podatku od wynagrodzeń. Całą wartość programu w początkowej fazie oszacował on na niespełna 2 proc. PKB Stanów Zjednoczonych, a więc nie tak znowu dużo. Przykładowo, Polska wydaje na instytucje państwa dobrobytu ok. 19 proc. PKB, a więc gdyby w naszym kraju takie dopłaty były proporcjonalnie podobne, stanowiłyby one jedynie niewielką część wszystkich wydatków socjalnych.
Bardzo ważnym elementem koncepcji Phelpsa jest „korzyść społeczna” związana z każdym stanowiskiem pracy, wykraczająca poza korzyść przedsiębiorcy z pracy pracownika. Idealna dopłata do pensji byłaby właśnie równowartością nadwyżki korzyści społecznej nad prywatną, oczywiście umownie oszacowaną. Korzyści tego rodzaju wymienia Phelps bez liku. Chociażby takie jak efekt sąsiedztwa – gdy część mieszkańców trudnych dzielnic zacznie pracować za godne pensje, siłą rzeczy zmieni nawyki i styl życia. Będzie to pozytywnie promieniować na resztę członków wspólnoty lokalnej. Będą oni mieli dodatkową motywację (poza wyższymi płacami), by podjąć pracę i zrezygnować z działalności nielegalnej. Wzrost płac najniżej wynagradzanych zatrzyma także dziedziczenie biedy, a godne zarobki ojców, którzy nagle dzięki swej pracy będą mogli utrzymać rodzinę, doprowadzi do wzrostu ich samooceny, konsolidacji rodzin i poprawy jakości wychowywania potomstwa. Na tych wszystkich procesach skorzysta całe społeczeństwo, także warstwy najwyższe, gdyż na ograniczeniu patologii społecznych zawsze korzysta cała wspólnota.
Oczywiście do koncepcji Phelpsa można mieć szereg zastrzeżeń. Przede wszystkim bezrefleksyjnie daje on wiarę przesądowi, że wysokość płacy jest zawsze odzwierciedleniem wydajności pracownika. Przykład Polaków, których płaca według wszystkich statystyk jest nieadekwatnie niska w stosunku do produktywności, świetnie pokazuje, że takie przekonanie to szkodliwy mit. Zatrudniając pracownika, przedsiębiorcy nie oszacowują dokładnie jego wydajności – najczęściej po prostu płacą mu najniższą stawkę, na jaką się zgodzi. Należy również zauważyć, że koncepcja Phelpsa prawie w ogóle nie dotyka problemu rozwarstwienia – owszem, proponowany przez niego program podniesie najniższe wynagrodzenia w stosunku do mediany, ale nie zahamuje szaleńczego wzrostu najwyższych zarobków. Postępujące rozwarstwienie mógłby powstrzymać jedynie progresywny system podatkowy, któremu Phelps raczej się sprzeciwia. A po badaniach Kate Pickett i Richarda Wilkinsona wiemy już, że za wiele patologii społecznych odpowiada nie tylko bieda bezwzględna, ale także rozwarstwienie dochodowe. Poza tym w wyniku stopniowanych subsydiów zostanie stworzony kosztowny system pomocy publicznej, do której dostęp będą mieli jedynie zatrudnieni (uwagę na to zwrócą w szczególności zagorzali przeciwnicy workfare state), a tymczasem nierozwiązany pozostanie problem bezrobotnych niepracujących nie dlatego, że im się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie ma dla nich zatrudnienia.
Nie ma co się tym zastrzeżeniom dziwić – w końcu Phelps to raczej zwolennik wolnego rynku (choć krytyczny), który całą swą koncepcję nazwał „rozwiązaniem rynkowym”, gdyż według niego nie ogranicza ona wolności gospodarczej. Jest to jednak wolnorynkowiec obdarzony niesłychaną wrażliwością społeczną. Nawet jeśli uznamy jego koncepcję za wadliwą czy niedoskonałą, to niewątpliwie wartościowe i unikalne obserwacje stanowią idea „korzyści społecznej” ze stanowiska pracy, która powinna zostać wyceniana i wliczana do płacy, a także teza, że za cały szereg patologii społecznych odpowiadają niewystarczające do utrzymania się płace, a ich podniesienie leży w interesie całego społeczeństwa.
Stabilizacja według prekariatu
Pozytywnego zdania na temat koncepcji Phelpsa na pewno nie podzieliłby Guy Standing, brytyjski ekonomista, były ekspert Międzynarodowej Organizacji Pracy i autor wydanej całej niedawno, lecz już kultowej książki pt. „Prekariat”. Opisuje ona nowo powstałą klasę społeczną – ludzi pozbawionych podstawowego zabezpieczenia socjalnego i stabilizacji, co jest skutkiem pracy w nietypowych formach zatrudnienia. Szczegółowa charakterystyka tej grupy nie jest nam jednak w tym momencie potrzebna, jako że ze względu na tematykę niniejszego artykułu bardziej interesujący jest model rynku pracy, który zarysowuje Standing. A jest to model przeciwstawny względem workfare state, nawet jego wrażliwej społecznie odmiany, którą zaproponował Phelps. Można nawet zaryzykować ostrzejsze sformułowanie – workfare state jest dla Standinga wrogiem publicznym numer 1. Natomiast modelem idealnym jest według niego porządek oparty o powszechny dochód gwarantowany, będący w istocie wariantem systemu bezpieczeństwa socjalnego zachowującym podstawowe cechy socjaldemokratycznej koncepcji welfare state – uniwersalność i bezwarunkowość.
Fundamentem koncepcji Standinga jest teza, że człowiek wcale nie pracuje tylko w miejscu zatrudnienia, ale także podczas wykonywania wielu innych czynności. I są to często zajęcia dużo bardziej korzystne społecznie niż praca zarobkowa. Mowa tu choćby o działalności społecznej (wolontariacie) czy opiekuńczej (wychowywanie dzieci, opieka nad starszymi członkami rodziny), ale nie tylko. Praca tego rodzaju także powinna być, według Standinga, premiowana przez społeczeństwo. Tymczasem obecnie fetyszyzuje się pracę zarobkową i w ogóle sam status osoby zatrudnionej. Niepracujący zarobkowo uznawani są za leni lub pasożytów, choć z punktu widzenia interesu społecznego nierzadko odgrywają ważniejszą rolę niż przedsiębiorcy albo etatowi pracownicy. Za tymi ostatnimi Standing raczej nie przepada – salariat, jak nazywa on etatowców, ma w panującym systemie monopol na zabezpieczenie społeczne, które należy się też w części prekariuszom, a więc ludziom bez stałego zatrudnienia. Jest to, jego zdaniem, wina warunkowej formuły workfare state, która zdominowała państwa Zachodu i w której pomoc uzależniona jest od „dobrego sprawowania się”, czyli albo stabilnego zatrudnienia, albo chociaż próby zdobycia go jak najszybciej, jak się da. To zaś sprawia, że ludzie podejmują pracę zarobkową marnej jakości i nie chodzi tu nawet o niskie pensje (choć o to też), ale głównie o niezgodność stanowiska z kompetencjami, charakterem czy zainteresowaniami pracownika. Tymczasem gdyby człowiek mógł się spełniać w tym, co go naprawdę interesuje i w czym jest najlepszy (nawet jeśli okresowo nie przynosi to żadnych profitów finansowych), dałoby to dużo lepszy efekt społeczny, niż wpychanie go na siłę w ramiona toksycznego zatrudnienia, które nie daje nic prócz poczucia braku spełnienia i skromnych zarobków.
Według Standinga formuła workfare state jest również sprzeczna z ideą wolnej gry rynkowej. Pracodawcy, wiedząc, że istnieje przymus społeczny podejmowania pracy, oferują niskie stawki oraz złe warunki pracy, ponieważ zdają sobie sprawę, że i tak prędzej czy później znajdą się chętni. Dlatego – jak zaskakująco by to nie brzmiało – należy jak najszybciej utowarowić pracę, czyli poddać ją w pełni swobodnej grze rynkowej. Na wolnym rynku pracy sprzedający (pracobiorca) nie będzie bowiem przymuszany do sprzedania swego „towaru” w związku z takim a nie innym porządkiem społecznym, lecz będzie go sprzedawał tylko wtedy, gdy uzna ofertę za satysfakcjonującą. Aby jednak zapewnić tego rodzaju wolność zawodu, oprócz zwalczenia przymusu społeczno-instytucjonalnego, trzeba jeszcze przełamać przymus ekonomiczny. A lekarstwem na to może być jedynie dochód podstawowy (minimalny dochód gwarantowany).
Dochód podstawowy to forma dotacji przysługująca wszystkim pełnoletnim osobom legalnie przebywającym na terenie danego kraju. Byłby on przelewany na konto osobiste każdego obywatela co pewien okres (np. miesiąc), w kwocie równej dla wszystkich i w wysokości mającej zapewnić byt na godnym, acz minimalnym poziomie. Nie byłby on warunkowany „dobrym sprawowaniem się”, określanym i weryfikowanym przez urzędników, nie mógłby być też odebrany (poza przypadkami ciężkich przestępstw). Dzięki temu zapewniłby ludziom prawdziwą wolność wyboru zatrudnienia i pracy, w związku z czym staliby się oni w negocjacjach z pracodawcą równorzędnym partnerem. Wartość pracy stałaby się wtedy prawdziwie rynkowa, gdyż nie byłaby warunkowana różnego rodzaju przymusem. W zasadzie można by wtedy nawet zrezygnować z wielu innych regulacji rynku pracy. Efektem byłoby zwiększenie wolności gospodarczej, i to dla wszystkich stron, a nie tylko tych posiadających przewagę kapitału.
Standing odpiera też niektóre zarzuty wysuwane przeciwko swojemu postulatowi. Tezę, że dochód podstawowy byłby demoralizujący, gdyż dawałby coś za nic, zbija celnie argumentem, że jego przeciwnicy bardzo często dostawali dużo więcej za nic – choćby w formie spadków. Dziedzice fortun nie zasłużyli sobie na nie niczym, dlaczego więc tylko oni mieliby korzystać z dorobku przodków, skoro jest on zawsze w jakiejś mierze owocem działań całej wspólnoty? Przecież to poprzednicy wszystkich obywateli tworzyli porządek umożliwiający bogacenie się. Dochód podstawowy można byłoby więc uznać za swego rodzaju dywidendę za osiągnięcia wcześniejszych pokoleń – wypłacaną każdemu, bo każdy powinien mieć udział w korzyściach wypracowanych przez wspólnotę na przestrzeni dekad i stuleci. Standing odpiera też zarzut mówiący, że taka sytuacja sprawi, iż wielu ludzi będzie beztrosko marnotrawić czas na lenistwie. Stawia on tezę, że leniwi stanowią drobny ułamek społeczeństwa (przyjął, że zaledwie 0,5 proc. populacji), tymczasem reszta z własnej woli będzie poszukiwać możliwie najbardziej wartościowej (zarówno dla siebie, jak i dla wspólnoty) formy pracy. Zatem prawo należy stworzyć z myślą o tych 99,5 procent. Garstce leniwych należy zaś pozwolić „swobodnie dryfować”, gdyż przymuszanie ich do pracy będzie w efekcie dużo bardziej kosztowne. Jakkolwiek oszacowanie części społeczeństwa niezbyt garnącej się do pracy na zaledwie 0,5 proc. wydaje się, delikatnie mówiąc, pewną przesadą, to z tym, że przeciętny człowiek wcale nie zamierza marnotrawić swojego życia na nicnierobienie, nawet w sytuacji bytu zapewnionego na minimalnym poziomie, można się chyba zgodzić. Podobnie jak z ogólną koncepcją tworzenia prawa odpowiadającego potrzebom i interesom większości społeczeństwa, a nie jego mniejszości.
Skąd Standing chce wziąć pieniądze na realizację swojego projektu? W tej kwestii jest już niestety dużo mniej konkretny. Uważa on, całkiem słusznie zresztą, że największym rezerwuarem kapitału, z którego należałoby czerpać, jest sektor finansowy, oferujący swym pracownikom nieproporcjonalnie wysokie zarobki. A dlaczego ktoś, kto ma unikalne umiejętności, dzięki którym sprawdza się w sektorze finansowym, ma żyć na tak dalece wyższym poziomie, niż ktoś, kto ma unikalne umiejętności w innej dziedzinie? Fakt, że praca w sektorze finansowym w obecnych warunkach daje szczególnie wysoką stopę zwrotu, nie oznacza wcale, że jest ona aż tyle warta dla społeczeństwa ani że na tyle powinna być wyceniana. Dlatego też słynny już podatek Tobina (podatek od wartości transakcji finansowych) mógłby być jednym ze sposobów zapewnienia środków dla dochodu podstawowego. Innym byłoby obciążenie inwestycji zagranicznych dokonywanych przez kapitał z danego kraju. Skoro firmy, dajmy na to, amerykańskie często przenoszą produkcję do krajów rozwijających się, powinny dzielić się zyskami z obywatelami państwa, z którego się wywodzą i które umożliwiło im wzrost aż do tego poziomu. Niestety nie przedstawia on żadnych, nawet pobieżnych, wyliczeń, które udowodniłyby, że ta koncepcja – przynajmniej na papierze – miałaby szansę się zrealizować. W przeciwieństwie do Phelpsa, który swą teorię wyliczył niemal co do dolara.
Standing w swej pracy przekonująco obalił zarzuty stawiane idei dochodu podstawowego z perspektywy moralnej. Może poza zbyt optymistycznym oszacowaniem odsetka leniwych, choć trzeba się z nim zgodzić, że takich osób jest zdecydowana mniejszość. Przedstawił też mnóstwo zalet ekonomicznych proponowanego przez siebie rozwiązania. Rzeczywiście dochód podstawowy wyraźnie zwiększyłby wolność i przejrzystość gry rynkowej, uwalniając najsłabsze jej strony od przymusu ekonomicznego. A to miałoby niebagatelne znaczenie dla uzdrowienia sytuacji gospodarczej, gdyż doprowadziłby przede wszystkim do urealnienia wyceny pracy, która obecnie często jest zaniżana, bo pracodawcy wykorzystują przymus ekonomiczny do oszczędzania na pracownikach. Niestety w kwestii finansowania jest dużo mniej przekonujący. Przyjmuje on niejako na wiarę tezę, że ludzkość osiągnęła już taki poziom rozwoju gospodarczego, że może sobie pozwolić na wprowadzenie instytucji powszechnego dochodu gwarantowanego. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tą tezą, to jednak fundamentalne dla całej koncepcji założenie powinno być przynajmniej oszacowane, a nie jest. Brak jakichkolwiek wyliczeń dotyczących finansowania stanowi zdecydowanie najsłabszy punkt pracy Standinga. Nie mówiąc już o takich kwestiach jak chociażby inflacja – przecież skoro nagle wszyscy mieliby zapewnione co miesiąc dajmy na to 2 tys. zł, to ich wartość mogłaby zacząć szybko spadać. To z kolei mogłoby się wiązać z koniecznością ciągłej waloryzacji i wchodzeniem w spiralę inflacyjną. Owszem, niekoniecznie musiałoby tak być (wbrew pozorom nie istnieją żadne niepodważalne prawa dotyczące inflacji), ale należałoby przynajmniej spróbować pokazać, że byłoby inaczej: że podatek Tobina przyniósłby odpowiednią ilość środków, że udałoby się stworzyć mechanizmy redystrybuujące część zysków z inwestycji zagranicznych na rzecz funduszu wypłacającego dochód podstawowy. A listę tę można jeszcze wydłużyć.
Dummy state, czyli państwo-atrapa
Spory prowadzone przez zwolenników modeli workfare state i welfare state muszą się nam wydawać abstrakcyjne. Polakowi jako wręcz absurdalne mogą się jawić pretensje do państwa o to, że dąży do jak najszybszego znalezienia pracy bezrobotnemu. Nasze państwo ani nie pomaga znaleźć pracy, ani nie zapewnia bezpieczeństwa socjalnego bezrobotnym. Przytłaczająca większość polskich bezrobotnych marzy o sytuacji, w której państwo przymuszałoby do podjęcia pracy, nawet za cenę utraty zasiłku. Gdyby polskie państwo było skuteczne w zapewnianiu zatrudnienia obywatelom, to niezwykle hojne z naszej perspektywy zabezpieczenie socjalne, typowe dla państw skandynawskich, mogłoby już sobie darować. Niestety, jak na razie mamy co najwyżej dummy state – państwo-atrapę, które samo dobrze nie wie, w którą stronę powinno iść. I tkwi w miejscu, na czym cierpimy wszyscy. Dlatego Polacy muszą jak najszybciej stworzyć przemyślany model bezpieczeństwa socjalnego. Czy będzie on oparty o welfare state, czy o work state, to w naszej nieciekawej sytuacji naprawdę sprawa drugorzędna. Na szczęście dla nas, jak widać, jest całkiem sporo koncepcji, z których możemy czerpać inspirację.
przez Michał Sobczyk | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
W wojnie na rynku usług doręczeniowych warto trzymać kciuki za Pocztę Polską. A przynajmniej mieć świadomość, jakie ukryte koszty łączą się z korzystaniem z tańszej, prywatnej konkurencji.
Pan Brzoska to jeden z najlepszych przedsiębiorców w naszym kraju. Niech wreszcie Poczta Polska, ten beznadziejny moloch utrzymywany z naszych podatków, obniży ceny i poprawi jakość obsługi, bo inaczej źle skończy – pod tym komentarzem młodej internautki prawdopodobnie podpisałaby się spora część opinii publicznej. Właściciel firmy InPost jest kreowany przez media na ikonę rodzimej gospodarki. Przede wszystkim jako twórca innowacyjnej sieci samoobsługowych punktów nadawania i odbioru paczek, funkcjonującej już w 20 krajach, ale także jako ucieleśnienie mitu „od pucybuta do milionera”. Z kolei Pocztę Polską powszechnie postrzega się jako relikt poprzedniej epoki, przyzwyczajony do zdzierstwa i lekceważenia klientów. Ich postępujący odpływ do niepublicznych operatorów wydaje się zatem sprawiedliwą karą wymierzoną niedawnemu monopoliście przez niewidzialną rękę rynku.
Odczuwalne zmiany w ofercie i jakości usług Poczty Polskiej rzeczywiście nastąpiły dopiero wówczas, gdy poczuła na plecach oddech konkurencji. Skoro rosnący udział Polskiej Grupy Pocztowej i InPostu w rynku przesyłek – w tym zlecanych przez instytucje publiczne – napędza rywalizację o względy klientów, powinniśmy chyba się z niego cieszyć? Niestety, rzeczywistość jest bardziej złożona niż liberalne slogany.
Niepolska Grupa Pocztowa
Warto zacząć od przyjrzenia się strukturze własnościowej poszczególnych przedsiębiorstw. Z Pocztą Polską sprawa jest prosta: założycielem i jedynym akcjonariuszem jest Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra administracji i cyfryzacji. Oznacza to, że zyski wypracowane przez spółkę pozostają do wyłącznej dyspozycji państwa, a ponadto gwarantuje rzetelne rozliczanie się przez nią z wszelkich danin publicznych. Natomiast pieniądze operatorów prywatnych mają potencjalnie wyjątkowo krętą drogę do publicznej kasy.
InPost Sp. z o.o. jest w 89,93% zależna od InPost Paczkomaty Sp. z o.o. Wraz z operatorem finansowo-ubezpieczeniowym InPost Finanse wchodzą one w skład notowanej na warszawskiej giełdzie Grupy Integer.pl. Założyciel i prezes zarządu Grupy, Rafał Brzoska, kontroluje 29,84% ogólnej liczby akcji poprzez firmę A&R Investments Limited z siedzibą na Malcie. Inny członek zarządu, Krzysztof Kołpa, kontroluje 5,39% akcji za pośrednictwem spółki L.S.S. Holdings Ltd., dla odmiany zarejestrowanej na Cyprze. Współwłaścicielami Grupy są także Otwarte Fundusze Emerytalne: włoskie Generali (8,69%) oraz holenderski AEGON (5,11%); pozostałe 50,96% akcji przypada na inwestorów indywidualnych. InPost twierdzi, że zarówno CIT, jak i VAT płaci w Polsce. Jednak furtka do tzw. optymalizacji podatkowej pozostaje w jego przypadku szeroko otwarta. Może się więc okazać, że kilkadziesiąt groszy oszczędzanych przez nas czy przez budżet państwa na każdym znaczku, biznes Brzoski „odbija” sobie na… budżecie państwa.
Z kolei Polska Grupa Pocztowa stanowi – wbrew nazwie – własność cypryjskiej spółki inwestycyjnej Badenhop Holdings Limited. W 2015 r. PGP zostanie formalnie przejęta przez InPost, z którym od dłuższego czasu prowadzi de facto wspólną działalność, zaś 40% akcji tej ostatniej firmy ma trafić na giełdę. Obraz sytuacji dodatkowo komplikuje fakt, że do 2 czerwca 2014 r. działalność pocztową prowadził tzw. stary InPost, zaś tego dnia przejęła ją inna spółka z tej samej grupy kapitałowej, czyli „nowy InPost” (poprzednio Nowoczesne Usługi Pocztowe). Odpowiedź na pytanie, na kogo naprawdę „głosujemy portfelami”, wybierając drugą co do wielkości grupę pocztową w Polsce, staje się coraz trudniejsza.
Listonoszu, dorzuć do znaczka
Ważnym elementem modelu biznesowego każdej firmy usługowej są standardy zatrudnienia. – Poczta Polska jest chyba jedyną spółką na rynku pocztowym zatrudniającą na umowy o pracę – inne firmy stosują bardziej elastyczne formy, co radykalnie odbija się na kosztach działalności, ale także na jakości świadczonych usług – przekonuje Zbigniew Baranowski, rzecznik prasowy państwowego giganta. Choć w przypadku szeregowych pracowników Poczty spadek realnych wynagrodzeń w toku restrukturyzacji jest odczuwalny, nadal mogą oni liczyć na przewidywalną wysokość wypłat oraz uczciwe odprowadzanie przez pracodawcę składek emerytalnych.
InPost twierdzi, że standardem jest u niego umowa o pracę, podpisywana po trzymiesięcznym okresie próbnym (z wyjątkiem osób pracujących dorywczo, 2–3 dni w tygodniu). Nawet jeśli wierzyć w te zapewnienia – Internet jest bowiem pełen relacji rozżalonych doręczycieli, którzy mimo kilkuletniego stażu w firmie nadal są zatrudnieni na umowy-zlecenia – problemem pozostaje skrajna „motywacyjność” systemu wypłat. Niepubliczny operator deklaruje, że jego listonosze zarabiają do nawet 5 tys. zł netto. Jednak podstawa wynagrodzenia wynosi zaledwie 1,8 tys. zł brutto, a reszta zależy od pracowitości doręczyciela i skuteczności realizowanych przez niego doręczeń. „Dziennik Gazeta Prawna” opublikował treść SMS-a wysyłanego pracownikom Poczty Polskiej przez rekrutującą dla InPostu agencję Work Service: propozycja zatrudnienia za płacę minimalną, tj. 1680 zł brutto, plus 90 groszy za każdy list dostarczony ponad dzienną normę (150 sztuk).
Abstrahując od wysokości stawek oraz normy, na pierwszy rzut oka układ może wydać się uczciwy: dostarczenie listu poleconego bezpośrednio do adresata wymaga przecież więcej pracy niż wrzucenie awizo do skrzynki. Rzecz w tym, że liczba i rodzaje przesyłek różnią się między rejonami oraz w zależności od aktualnego popytu na usługi firmy. Również to, ile osób uda się zastać w domach, jest niezależne od pracowników. „Motywacyjny system wynagrodzeń” w praktyce oznacza przerzucenie na nich części ryzyka biznesowego. – Nasi koledzy z InPostu nigdy nie wiedzą, czy w danym miesiącu zarobią tyle, że wystarczy im na spłatę kolejnej raty kredytu. Ich płace w dużej mierze zależą bowiem od kwestii, na które mają co najwyżej częściowy wpływ – opowiada jeden z „państwowych” listonoszy, któremu zdarza się rozmawiać ze spotykanymi w terenie doręczycielami konkurencji.
Dochodzi do tego spore zróżnicowanie zasad w ramach zdecentralizowanego systemu. Jak traficie na normalnego ajenta, nie szuję i cwaniaczka, co chce się dorobić na ludziach, to i zarobić możecie. W każdej placówce jest inaczej. Każdy ma inne stawki i dodatki czy premie, albo w ogóle nic nie ma. […] Znam ajentów co dają swoim doręczycielom dobrze zarobić, ale znam i takich, co ich grabią za wszystko. Są ludzie i ludziska – komentuje jeden z pracowników w ciekawym wątku pt. „Czy warto zostać listonoszem w InPoście?” na forum.hotmoney.pl. W Sieci można znaleźć także skargi na brak lub zbyt niski ekwiwalent za wykorzystywany w pracy własny środek transportu, rejony niemożliwe do obsłużenia w 8 godzin (zwłaszcza gdy doliczyć „papierkową robotę”), „cięcie” prowizji za skuteczne doręczenia, zaniżanie wypłat, ich opóźnianie lub wręcz niepłacenie za wykonaną pracę…
W Poczcie Polskiej działają dość silne związki zawodowe, w InPoście nie istnieje ani jeden. Ze względu na strukturę całego biznesu trudno sobie wyobrazić skoordynowaną zbiorową akcję na rzecz poprawy standardów zatrudnienia. Pracownikom niełatwo jest nawet bliżej się poznać – InPost nie prowadzi klasycznych „urzędów pocztowych”, jego system tworzą duże centra dystrybucyjne, gdzie listonosze meldują się po przesyłki, oraz Punkty Obsługi Klienta (POK), prowadzone na zasadzie franczyzy przez właścicieli sklepów i punktów usługowych. Gdy pracownicy zgłaszają do centrali nieprawidłowości mające miejsce w POK-ach, jej przedstawiciele umywają ręce: to są sprawy między doręczycielami a ajentami korzystającymi z ich usług.
Na pocztowej wolnoamerykance traci także sektor finansów publicznych. – Jestem ciekawy, kiedy w końcu ZUS weźmie się za tak zwanych agentów zewnętrznych, prowadzących własną działalność gospodarczą i współpracujących z InPostem na zasadach umowy franczyzowej. […] Otóż od początku prowadzenia działalności przez InPost niemal wszyscy agenci zatrudniali swoich pracowników, chodzi głównie o doręczycieli, niezgodnie z przepisami Kodeksu Pracy, mianowicie na umowę o dzieło. Przez kilka lat żaden z nich nie odprowadzał składek ZUS – alarmuje jeden z internetowych komentatorów.
Nie lepiej jest w PGP. Umowa-zlecenie ze stawką 8,47 zł brutto za godzinę pracy jest rekrutowanym osobom podtykana razem z wekslem mającym stanowić zabezpieczenie roszczeń odszkodowawczych pracodawcy względem pracownika (firmy nie zraża fakt, że Sąd Najwyższy uznał podobne praktyki za bezprawne) oraz taryfikatorem kar finansowych, np. za każde błędnie wypisane awizo.
Tanie państwo w praktyce
Prywatni operatorzy oszczędzają nie tylko na pracownikach, ale także na szeroko rozumianym standardzie usług. Nierzadko oznacza to wydatki czy fatygę dla nadawców lub adresatów przesyłek.
W listopadzie 2013 r. Centrum Zakupów dla Sądownictwa rozstrzygnęło przetarg na obsługę korespondencji wymiaru sprawiedliwości w dwóch kolejnych latach. Kontrakt wart 0,5 mld zł otrzymała PGP, której przychody ze sprzedaży usług pocztowych wyniosły w owym roku około… 27 mln zł. Co jeszcze bardziej istotne, firma nie posiada własnej infrastruktury. W ofercie zadeklarowała oparcie się o POK-i InPostu oraz kioski RUCH-u. Jakość i gęstość sieci placówek nie miały jednak istotnego znaczenia, gdyż w warunkach przetargu wprost zapisano, że jedynym kryterium oceny ofert będzie cena brutto za wykonanie zamówienia. Dzięki wyborowi konsorcjum firm prywatnych budżet zaoszczędził 84 mln zł, jednak kosztem dodatkowych wydatków dla obywateli. – Do mojego sądu – w największym mieście kraju! – ciągle przychodzą strony i świadkowie poskarżyć się, że dostali zawiadomienie o przesyłce oczekującej na odebranie np. 8 km od miejsca ich zamieszkania, zamiast w najbliższym urzędzie pocztowym – relacjonuje Barbara Zawisza, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Północ, a jednocześnie wiceprezes i rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.
Gdy w wyszukiwarkę placówek wydających awizowane przesyłki, znajdującą się na stronie PGP, wpiszemy losowo wybrane mniejsze miejscowości, szybko okaże się, że dla dużej części Polaków odbiór pisma z sądu oznacza kilkunastokilometrową wyprawę. Sąd Okręgowy w Płocku ogłosił, że jedna z przesyłek czekała na adresata ponad 40 km od jego domu. W tym kontekście odbieranie dokumentów w kioskach, z czym nieraz łączy się stanie w kolejce oraz podpisywanie potwierdzenia odbioru w czasie deszczu lub na mrozie, wydaje się drobną niedogodnością.
Również uchwała Rady Głównej Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP każe się zastanowić nad rzeczywistą ceną „najtańszej oferty”. Związek zwraca w niej uwagę, że współpraca z nowym operatorem wiąże się z dodatkowymi obowiązkami dla pracowników biur podawczych, którzy są zmuszeni m.in. do ważenia każdej wysyłanej paczki (wcześniej zajmował się tym personel Poczty Polskiej). Należy też doliczyć straty wywołane tym, że przez pierwsze miesiące obowiązywania kontraktu PGP i InPost pospiesznie zatrudniały brakujący personel, dopracowywały logistykę i procedury itd. Choć nowa rzeczywistość niesie wiele korzyści, to na dzień dobry odzywa się polski zaścianek – grzmiał na początku stycznia 2014 r. prezes Brzoska. Tak komentował publicznie wyrażane wątpliwości, czy zwycięskie konsorcjum jest przygotowane do przejęcia dotychczasowych obowiązków Poczty, w tym zagwarantowania odpowiedniej terminowości doręczeń i zapewnienia tajemnicy korespondencji awizowanej w kioskach.
Rzeczywistość przerosła nawet najczarniejsze wizje – dość powiedzieć, że w samym Sądzie Okręgowym we Włocławku w okresie od 1 stycznia do 6 marca z powodu niedoręczenia korespondencji odroczono 420 spraw, a zdesperowani przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości zaczęli tworzyć własne służby pocztowe (m.in. Płock) lub wzywać strony telefonicznie (np. Tarnów i Warszawa).
Trzeba oddać prywatnym operatorom, że po kompromitacji na początku realizacji kontraktu – oraz po zdyscyplinowaniu przez państwo porozumieniem wprowadzającym zryczałtowane odszkodowanie za każde opóźnienie – terminowość doręczania korespondencji z sądów i prokuratur odczuwalnie się poprawiła, co potwierdziła kontrola Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Nadal jednak dają o sobie znać problemy wprost wynikające z istoty modelu biznesowego InPostu, który opiera się na dużej rotacji słabo przeszkolonych i wynagradzanych pracowników „z łapanki”.
Przypadki zostawiania listów z sądu dzieciom czy sąsiadom to tylko jedno ze zmartwień. – Bardzo często wracają do nas nieodebrane przesyłki i okazuje się z pieczątek, że były awizowane krócej niż 14 dni, wymagane, by w świetle prawa mogły zostać uznane za doręczone – skarży się Barbara Zawisza. Dochodzą do tego przypadki skreślania adnotacji o awizowaniu danego dnia i wpisywania innej daty – trudno wówczas rozstrzygnąć, jak faktycznie wyglądały próby doręczenia. – Wszystko to może się wydawać mało istotne, ale niech się okaże, że przesyłka była awizowana dzień krócej niż wymaga ustawa i w efekcie np. wyrok zaoczny nie został skutecznie doręczony. Trzeba będzie wówczas cofnąć jego prawomocność, a jeśli został wykonany, np. dana osoba została doprowadzona do zakładu karnego, ma ona prawo wystąpić o odszkodowanie – wyjaśnia sędzia.
Na Berdyczów
– Trzech na czterech obecnych pracowników naszej firmy pracuje w niej 5 lat lub dłużej – podkreśla Zbigniew Baranowski. Tymczasem „prywatni” doręczyciele pojawiają się i znikają, co w połączeniu z przydzielaniem im kilkakrotnie większych rejonów niż obsługują ich koledzy z Poczty Polskiej skutkuje m.in. niewystarczającą znajomością terenu. – Jeżeli adres nie jest jasno opisany lub budynek nie jest w BARDZO czytelny sposób oznaczony lub numeracja nie jest łatwa do odgadnięcia to takiej przesyłki nie chce się im doręczyć, bo szkoda im czasu na myślenie – skarży się jeden z klientów. Zapewne nieświadomy, że w pogoni za wyrobieniem norm doręczyciele nie mają czasu na łamigłówki.
Notoryczne problemy z ginącymi czy spóźniającymi się przesyłkami sprawiły, że wiele firm i klientów indywidualnych ostatecznie wróciło do korzystania z usług Poczty. Zniechęcający jest także system udzielania informacji oraz (nie)rozpatrywania reklamacji. Podczas gdy państwowa poczta jest „uchwytna” – ma stałych pracowników, liczne oddziały, jasną hierarchię służbową – zdecentralizowany InPost przypomina firmę-widmo. Miałem niejasności co do regulaminu. Rzeczywiście można się było skontaktować, ale telefonicznie, a opłaty za minutę droższe niż przewidywał mój budżet. Trudno to zaakceptować i uznać za normalne – relacjonuje jeden z klientów. – Nie ma szans, żeby z infolinii połączyć się z żywym człowiekiem… Już to przerobiłam – ostrzega internautów inna rozczarowana – Niełatwe jest nawet… znalezienie numeru do lokalnego oddziału operatora.
Zamknijmy ten wątek historią spod wywiadu z prezesem Brzoską, który zapowiedział w nim, że „zbuduje polską Nokię w e-handlu”: Mam w domu przesyłki do nieznanych mi osób, które zostawił ktoś z InPostu. Może je Pan odebrać, bo pańska firma ma je w d****. Niepotrzebnie telefonowałem do was, bo jakaś blondynka kazała mi robić za listonosza i dostarczyć je do najbliższego punktu InPost. Nie potrafiła jednak wskazać miejsca, w którym on się znajduje.
Nie taki moloch straszny
Powstaje jednak pytanie, czy wady „prywaciarzy” są wystarczającym powodem, by korzystać z usług Poczty Polskiej, za którą również ciągną się negatywne opinie klientów.
Przedsiębiorstwo broni się, że jeśli zestawić liczbę wpadek ze skalą obsługiwanej korespondencji, państwowy gigant nie ma powodów do wstydu. Poczta Polska osiąga bardzo wysokie wyniki terminowości doręczeń. Przykłady? Terminowość Poczty Polskiej w zakresie korespondencji poleconej (z awizacją i bez awizacji) wynosi 96 proc.; Poczta Polska w 2013 roku dostała nagrodę Światowego Związku Pocztowego za jakość świadczonych usług; według badań Gfk Polonia Poczta Polska ma ponad dwukrotnie lepszą terminowość w zakresie przesyłek poleconych priorytetowych niż InPost – wyliczał na łamach „Forbesa” Zbigniew Baranowski, gdy prywatna konkurencja za pomocą ataków na operatora narodowego usiłowała odwrócić uwagę opinii publicznej od swoich problemów z obsługą sądów. Rzecznik podkreśla również, że w 2013 r. uzasadnione reklamacje dotyczyły w Poczcie zaledwie 0,0042% krajowych przesyłek poleconych.
Poprawa terminowości doręczania przez Pocztę Polską S.A. nierejestrowanych przesyłek listowych oraz paczek pocztowych w obrocie krajowym.
|
Przesyłki listowe
|
Termin doręczenia
|
Cel w zakresie terminowości doręczeń** (%)
|
Wynik badania (%)
|
|
2010
|
2011
|
I kw. 2012
|
II kw. 2012
|
|
priorytetowe
|
D+1
|
82
|
53,4
|
63,4
|
68,5
|
70,8
|
|
D+2
|
90
|
82,6
|
89,4
|
92,0
|
92,9
|
|
D+3
|
85
|
93,2
|
95,7
|
97,0
|
97,9
|
|
ekonomiczne
|
D+3
|
85
|
67,7
|
78,2
|
82,0
|
85,2
|
|
D+5
|
97
|
90,6
|
95,9
|
97,2
|
97,2
|
|
Paczki pocztowe
|
|
|
|
|
|
|
|
priorytetowe
|
D+1
|
80
|
63,5
|
70,6
|
86,3
|
88,2
|
|
ekonomiczne
|
D+3
|
90
|
94,3
|
96,2
|
100,0
|
100,0
|
* „D” oznacza dzień zawarcia umowy o świadczenie usługi polegającej na przyjęciu, przemieszczeniu i doręczeniu przesyłki, „n” oznacza liczbę dni, które upłynęły od dnia nadania do dnia doręczenia przesyłki (przy czym do terminów nie wlicza się dni ustawowo wolnych od pracy oraz sobót).
** Udział liczby przesyłek doręczonych w określonym terminie liczony od dnia nadania do dnia doręczenia (liczba przesyłek doręczonych w określonym terminie i w terminach go poprzedzających) do ogólnej liczby nadanych przesyłek, wyrażony w procentach.
Źródło: Urząd Komunikacji Elektronicznej
Kolejny powód, by nie skreślać publicznej firmy, stanowi coraz śmielsze dostosowywanie jej oferty do oczekiwań klientów oraz wyzwań przyszłości. – Poczta Polska to dziś w coraz większym wymiarze e-poczta, dzięki platformie cyfrowej Envelo, gdzie klienci bez wychodzenia z domu mogą wysłać kartkę lub list, które listonosz doręczy w tradycyjnej formie, czy wydrukować znaczek. Niebawem umożliwimy wysłanie tą drogą listu poleconego – obiecuje Baranowski. Udogodnienia takie jak e-faktura czy powiadomienia SMS przełamują stereotyp „reliktu poprzedniej epoki”, a przygotowywana usługa listu skanowanego zasługuje wręcz na miano małej rewolucji. Gdy na adres klienta, który podpisze stosowną umowę, zostanie wysłany tradycyjny list, drogą elektroniczną otrzyma on skan koperty. Po jego obejrzeniu będzie mógł zadecydować, czy dana przesyłka ma zostać zniszczona, zeskanowana czy doręczona pod wskazany adres bez otwierania.
Odkłamując czarną legendę państwowego doręczyciela, trzeba koniecznie wspomnieć o jego rzekomym finansowaniu z naszych podatków. – Poczta Polska nie korzysta z żadnych dotacji publicznych. Rozwój opiera na własnych środkach i zasobach – zapewnia rzecznik. Narodowy operator jest „na plusie” – i to mocnym. W sprawozdaniu finansowym za rok obrotowy 2013 wykazał 65 mln zł zysku z działalności gospodarczej oraz 29 mln zł zapłaconego podatku dochodowego. Jak przyznaje nawet lider pocztowej „Solidarności”, skonfliktowanej z władzami przedsiębiorstwa na tle wypowiedzianego układu zbiorowego, wszystkie daniny na rzecz państwa są przez Pocztę wyjątkowo rzetelnie odprowadzane, a ewidencja podatków czy składek emerytalnych i chorobowych prowadzona bardzo ściśle. Co więcej, Poczta Polska ma największe przychody spośród wszystkich firm w branży i dlatego jest głównym płatnikiem tzw. funduszu kompensacyjnego, o którym będzie jeszcze mowa.
Inna sprawa to pytanie, czy pomoc z budżetu państwa dla publicznego operatora byłaby czymś złym. Warszawski Instytut Pocztowy, którego celem statutowym jest informowanie o zmianach zachodzących na rynku usług pocztowych, przekonuje, że zostawienie firmy samej sobie jest błędem. Stowarzyszenie podaje przykład rządu niemieckiego, którego inwestycje w rozwój Deutsche Post sprawiły, że państwowe przedsiębiorstwo nie tylko w pełni zaspokaja potrzeby społeczne, ale także przekształciło się w grupę logistyczno-pocztową i podbija rynki zagraniczne.
Urząd nie tylko pocztowy
Silna pozycja państwowego operatora jest wartością samą w sobie ze względu na jego aktualną i potencjalną rolę jako nieformalnego przedłużenia administracji rządowej i samorządowej. Wyjątkowo rozbudowana sieć placówek w połączeniu z publiczną własnością pozwala wykorzystywać Pocztę Polską m.in. do poboru abonamentu RTV, obsługi korespondencyjnego głosowania osób niepełnosprawnych albo do komunikowania się wojska z obywatelami w razie ogłoszenia mobilizacji i w czasie wojny. Warto wspomnieć, że największa firma doręczeniowa posiada także inne, w tym niejawne, zadania ze sfery obronności. Wszystkie te obowiązki mogą rzecz jasna przejąć podmioty prywatne, czy jednak na pewno tego chcemy?
Inspirującego przykładu wykorzystania państwowej poczty do zaspokajania ważnych potrzeb społecznych dostarczają Czechy. Tamtejsze urzędy pocztowe są jednocześnie czymś w rodzaju zdalnych punktów dostępu do systemu administracji publicznej. Obywatele mogą w nich załatwić sprawy urzędowe, takie jak uzyskanie odpisu z księgi wieczystej czy mapy katastralnej bez konieczności wizyty w większym mieście.
Niestety, jak na razie Poczta rozwija działalność w zupełnie innych kierunkach. – „Hitem” ostatniego czasu jest presja na urzędy pocztowe i listonoszy, by sprzedawali słodycze, na dodatek drożej niż można je kupić w sklepie – żali się „Nowemu Obywatelowi” jeden z doręczycieli.
Przetarg inny niż wszystkie
Przed nami moment kluczowy dla kształtu rodzimego rynku pocztowego. W najbliższych miesiącach UKE rozstrzygnie konkurs na tzw. operatora wyznaczonego, czyli przedsiębiorstwo, które w latach 2016–2025 ma w imieniu państwa zagwarantować obywatelom wysokiej jakości usługi pocztowe w przystępnych cenach. Wszystkim obywatelom, co należy podkreślić.
Prywatne firmy pocztowe chętnie konkurują bowiem w dużych miastach, natomiast na obszarach wiejskich utrzymanie placówek oraz częste dostarczanie korespondencji rzadko kiedy jest opłacalne. Straty operatora wyznaczonego ponoszone na świadczeniu nierentownych, ale ważnych społecznie usług, są pokrywane ze specjalnego funduszu kompensacyjnego. Trafia do niego część dochodów wszystkich operatorów z usług komercyjnych, jak przesyłki przyjmowane od masowych nadawców na podstawie indywidualnie negocjowanych kontraktów czy wrzucanie ulotek do skrzynek. To, jaką część straty pokryje każda z firm, określa prezes UKE na podstawie wysokości przychodów, jednak składka nie może przekroczyć 2 proc.
W zamian za wsparcie operator wyznaczony jest zobowiązany do utrzymywania, bez względu na skalę zapotrzebowania na usługi, co najmniej jednej stałej placówki w każdej gminie oraz na każde 6 tys. mieszkańców w miastach i na każde 85 km2 na terenach wiejskich. Zgodnie z unijną dyrektywą pocztową i rozporządzeniem ministra infrastruktury musi także m.in. doręczać przesyłki w każdy dzień roboczy, z zachowaniem określonych prawem wskaźników, kontrolowanych corocznie przez UKE. Przepisy określają również minimalny procentowy udział nadawczych skrzynek pocztowych umieszczanych przez operatora wyznaczonego w sposób umożliwiający korzystanie z nich osobom niepełnosprawnym.
Wbrew mitom Polska ma najbardziej liberalny rynek pocztowy w Unii Europejskiej. Warszawski Instytut Pocztowy podkreśla, że jako pierwszy członek Wspólnoty wybieramy operatora wyznaczonego w drodze konkursu – w innych krajach podpisano wieloletnie umowy z firmami należącymi do państwa. Przykładowo, brytyjska Royal Mail, francuska La Poste i hiszpańska Correos zawarły kontrakty aż na 15 lat. Tymczasem Poczta Polska została wyznaczona do świadczenia tzw. usług powszechnych jedynie na lata 2013–2015. Warto wspomnieć, że związane z tym obowiązki, niespoczywające na operatorach prywatnych, są jedną z przyczyn, dla których mogą oni zaoferować niższe ceny. Jeśli InPost zostanie operatorem wyznaczonym, raczej nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowych stawek.
Walka bez wątpienia będzie bardzo ostra. W chwili pisania tego tekstu nadal nie są znane ani kryteria wyboru oferenta, ani waga poszczególnych ocen. W stanowisku wysłanym w listopadzie 2014 r. przez Warszawski Instytut Pocztowy do Departamentu Rynku Pocztowego UKE znalazł się apel, by zwycięzca nie był wyłaniany jedynie na podstawie ceny oferty. Chodzi o to, aby zgodnie z duchem dyrektyw Parlamentu Europejskiego obywatel miał wszędzie równy, pewny i tak samo dostępny poziom usług pocztowych po niewygórowanych cenach. Według Instytutu Pocztowego realizacja tego postulatu wymaga funkcjonowania już na dzień ogłoszenia konkursu sieci stabilnych i dobrze oznaczonych punktów doręczeń i odbioru. Warunki konkursu winny być tak określone, aby obywatel miał pewność odnajdywania placówki przez określony czas. Według nas nie do przyjęcia wydaje się praktyka, w której kolejna korespondencja odbierana jest co miesiąc w innym miejscu. Według nas bezpieczeństwo przesyłki zwiększa się, jeśli jest ona dostarczana przez jednego pracownika na danym obszarze doręczeń przez dłuższy czas. Dzięki temu istnieje możliwość budowy „kapitału zaufania” pomiędzy doręczycielem a jego klientami. Uważamy, że w związku z tym ważnym kryterium konkursowym powinien być sposób zatrudnienia, rekrutacji i stabilność pracy pracowników firm realizujących usługę powszechną – pisze w liście szef organizacji, Przemysław Sypniewski.
Podkreśla on również, że kryterium ceny – stosowane jako jedyne – sprawi, iż standard usług będzie niższy niż założony przez ustawodawcę oraz doprowadzi do wyboru oferenta, który nie zapewni pracownikom (lub podwykonawcom) odpowiedniego zaplecza socjalnego i emerytalnego. Przetarg na operatora wyznaczonego będzie miał duże znaczenie nie tylko ze względu na to, że określi kształt rynku pocztowego na najbliższą dekadę. Przede wszystkim wpłynie na standard infrastruktury i usług pocztowych dla przeciętnego obywatela i rozstrzygnie, czy będą one podlegały logice minimalizacji kosztów, czy polityce dobrych, dostępnych dla wszystkich usług publicznych – podsumowuje Sypniewski. Należy mieć nadzieję, że zostaną uwzględnione także takie czynniki jak możliwości działania danego operatora podczas stanu wyższego zagrożenia kraju oraz standard świadczenia usług osobom niepełnosprawnym.
Poczta Polska przekonuje, że jej zwycięstwo w konkursie leży w interesie publicznym. – Posiadana przez nas sieć około 7,5 tys. placówek pocztowych i liczba zatrudnionych ponad 25 tys. listonoszy może zagwarantować efektywne i bezpieczne usługi pocztowe na terenie całej Polski – akcentuje Baranowski.
Trzeciego awizo nie będzie
Państwowy operator nie jest ideałem. Niektóre działania Poczty niebezpiecznie przypominają filozofię jej konkurentów – np. przypadki zastępowania pracowników Pocztexu usługami zewnętrznymi. Bez wątpienia jest jednak firmą, w odniesieniu do której istnieją pewne mechanizmy kontroli społecznej, związane z publiczną własnością oraz funkcjonowaniem związków zawodowych. Jest też niezaprzeczalnie najlepiej przygotowana do świadczenia na obszarze całego kraju dobrej jakości usług o istotnym znaczeniu dla społeczeństwa, państwa i gospodarki. Utrata przez Pocztę znaczącej pozycji na rynku – do czego mogą się przyczynić polityka instytucji publicznych, poszukujących złudnych oszczędności, ale także nasze prywatne wybory – zaprzepaści ten potencjał.
Na razie jej prywatni rywale rosną w siłę. Po trzech kwartałach 2014 r. przychody z usług pocztowych Grupy Integer.pl wyniosły 357 mln zł, wobec 192,5 mln zł rok wcześniej. Do czerwca 2015 r. InPost planuje osiągnąć 30 proc. udziału w rynku.
Karp przyspiesza Wigilię
– Pańskim zdaniem konkurencja na rynku pocztowym jest sztucznie kreowana.
– Bogumił Nowicki, Przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej: Ma miejsce ewidentne pompowanie publicznych pieniędzy w stronę PGP, która jest „słupem” InPostu. Wspomniana spółka wygrała przetarg na obsługę wymiaru sprawiedliwości, mimo iż nie posiadała odpowiedniej sieci punktów odbiorczych, zresztą do tej pory jej nie zbudowała. Pozostaje także pytanie, dlaczego Poczta nie zaoferowała niższej ceny. Podobno wówczas Urząd Komunikacji Elektronicznej zarzuciłby jej, że stosuje dumping. Tymczasem instytucja publiczna z prawie 100-letnią tradycją powinna świadczyć usługi na rzecz państwa „po kosztach”: nie szukać na nim zysku, lecz dobrze je obsługiwać.
Zamiast skorzystać z tej możliwości, w zadziwiający sposób przekazano pół miliarda złotych podmiotowi o bardzo niejasnej własności, który dopiero teraz zatrudnia odpowiednią liczbę listonoszy. Następnie narodowy operator przegrał dwa kolejne przetargi: na obsługę KRUS oraz rządowego Centrum Usług Wspólnych. Mamy zatem kuriozalną sytuację: nawet Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, które jest właścicielem Poczty, będzie obsługiwane przez firmę prywatną… Dowiedziałem się, że oferty składane przez Pocztę w tych przetargach były mniej korzystne od stawek przygotowanych przez pracowników merytorycznych dla zarządu. Jeżeli to prawda, należy tutaj szukać znamion działalności przestępczej.
Kolejna rzecz dająca do myślenia: jeśli prześledzić parametry giełdowe InPostu z ostatnich miesięcy, okaże się, że ta firma ma poważne kłopoty. I w takim momencie nagle wygrywa dwa przetargi, dostając ewidentną kroplówkę finansową. Jeżeli wygra także konkurs na operatora wyznaczonego, wówczas w majestacie prawa będzie mogła otrzymywać państwową pomoc.
– Poważne pytania budzi także tempo otwierania rynku dla silnych operatorów narodowych z krajów zachodnich.
– W tej sprawie zmagałem się z parlamentem w pojedynkę, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony instytucji publicznych, a nawet właściciela Poczty. Minister Boni wręcz mnie zbeształ, że prowadzę działalność antyrządową, występując z postulatem, by zagwarantować państwowemu przedsiębiorstwu pocztowemu status operatora wyznaczonego przynajmniej na 10 lat. Tymczasem parlamenty Hiszpanii czy Francji w ogóle nie miały podobnych wątpliwości.
Przyznając Poczcie Polskiej jedynie trzyletni okres ochronny przed rozpisaniem konkursu na nowego operatora wyznaczonego, nasz kraj bardzo ambitnie wyszedł przed szereg w stosunku do unijnych wymogów w zakresie liberalizacji rynku przesyłek. Można powiedzieć, że występując z projektem stosownej ustawy rząd zachował się jak karp, który próbuje przyspieszyć Wigilię. Trudno uważać tych ludzi za durniów, choć być może niektórzy dali się przekonać z naiwności. Dlatego podejrzewam, że w podtekście tych decyzji były konkretne interesy. W końcu polski rynek usług pocztowych jest wart kilka miliardów złotych rocznie.
Przed laty spierałem się z kierownictwem Poczty, że działają na szkodę jej i Polaków, utrudniając funkcjonowanie naszej usługi kurierskiej, czyli Pocztexu. Kiedy złożyłem stosowne zawiadomienie, prokurator zapytał mnie, czy nie dopuszczam ewentualności, że to jest zwykła niezgułowatość dyrektorów. Otóż jestem zdania, że są granice niezgułowatości…
– Celowemu wspieraniu prywatnych operatorów towarzyszy świadome osłabianie ich państwowego konkurenta?
– Poczta Polska nigdy nie była dotowana, przeciwnie – zawsze była płatnikiem do budżetu. Jak zatem wytłumaczyć to, że kolejni ministrowie obecnej koalicji właściwi do spraw łączności niezbyt się nią interesowali?
Za celowe niszczenie Poczty należy uznać brak przepisów regulujących jej instytucjonalną współpracę z administracją. We Francji nikomu by nie przyszło do głowy, że rząd, samorząd i ich agendy mógłby obsługiwać ktoś inny niż państwowa poczta. Podobne zasady funkcjonują w krajach skandynawskich. Ponieważ jest jakiś problem z przygotowaniem aktu prawnego, który stworzyłby ramy dla takiej współpracy, „Solidarność” podjęła się opracowania stosownego projektu. Postawa wobec niego będzie wyznacznikiem faktycznego traktowania Poczty przez stronę rządową.
Mamy za sobą trzy przegrane przetargi, zaś przed sobą konkurs na operatora wyznaczonego. Uważam, że jest realizowany plan osłabienia narodowego operatora. A gdy już będzie osłabiony, a pracownicy pozwalniani, wówczas na nasz rynek wejdzie zewnętrzny kapitał, najprawdopodobniej niemiecki, i przejmie zyski, które do tej pory płynęły do budżetu państwa.
– Silna państwowa poczta może realizować nie tylko cele gospodarcze, ale także społeczne.
– Właściciel jednoosobowej spółki Skarbu Państwa, w tym przypadku minister administracji i cyfryzacji, może jej wyznaczać zadania zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Może np. uznać, że pierwszeństwo ma nie maksymalizacja zysku, ale zapewnienie obywatelom jak najszerszego dostępu do usług. Gdyby nasze państwo myślało o nas w sposób życzliwy, mielibyśmy dzisiaj np. o wiele szybszy i tańszy Internet, także na terenach wiejskich, albo o wiele lepszą i tańszą telefonię. Ponieważ jednak myślało w kategoriach jednorazowego zysku z prywatyzacji, a nie właściwego spożytkowania potencjału Telekomunikacji Polskiej, nadal mamy relatywnie drogi Internet oraz konkurencję na rynku telefonii komórkowej, która nie przynosi tak korzystnych rezultatów, jak choćby w Niemczech. Cywilizacyjna szansa została, mówiąc brutalnie, spieprzona – przez krótkowzroczność, naiwność czy interesowność urzędników wysokiego szczebla.
W przypadku Poczty Polskiej widzę pewnego rodzaju analogię. Otóż mamy odpowiednią bazę, na czele z dobrze rozbudowaną siecią urzędów, żeby zaspokajać rozmaite lokalne potrzeby, np. w imieniu samorządów powiatowych i wojewódzkich. Ten temat był poruszany przez związki zawodowe, jednak nie wiedzieć czemu nie znajduje zainteresowania ze strony właściciela ani zarządzających firmą. Zamiast tego narzuca się jej dziwne działania pseudobiznesowe, w rodzaju sprzedaży słodyczy.
– Już niedługo Poczta Polska będzie miała więcej właścicieli: ma trafić na giełdę jeszcze w 2015 r.
– W 2013 r. portugalski rząd zdecydował się sprywatyzować swoją pocztę przez inwestorów rozproszonych i rzucił na rynek gruby pakiet akcji. Sprzedaż 60% udziałów uznał za sukces, w związku z czym pozbył się następnych 30% – 10%, które pozostało w jego rękach, dawało złudną nadzieję, że kontroluje sytuację. Tymczasem niedawno wyszło na jaw, że 80% akcji portugalskiej poczty kupili Chińczycy. Jeżeli popełnimy podobne błędy, to za kilka lat może się okazać, że polski rynek przesyłek kontrolują Niemcy lub właśnie Chińczycy. Budzi to mój sprzeciw, gdyż uważam, że Polacy zasługują na usługi pocztowe świadczone w interesie społecznym, a pracownicy Poczty na godziwe warunki zatrudnienia. Chodzi też po prostu o to, żebyśmy jako kraj nie byli frajerami.
Rozmawiał Michał Sobczyk
przez Marceli Sommer | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
z prof. Ewą Thompson rozmawia Marceli Sommer
– Jako jedna z pierwszych stawiała Pani tezę, że teoria postkolonialna, czyli dziedzina humanistyki poświęcona spuściznom i konsekwencjom kolonializmu, może być użytecznym narzędziem do badania społeczeństw i kultur Europy Środkowej i Wschodniej czy Rosji. Z początku zajmowała się Pani przede wszystkim praktykami kolonialnymi i postkolonialnymi w języku literatury. W 2000 r. ukazał się po polsku zbiór Pani esejów pt. „Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm”. Opisywała w niej Pani, jak autorzy dzieł zaliczanych do kanonu kultury rosyjskiej przedstawiali kwestie związane z ekspansją terytorialną swojego kraju, w jaki sposób legitymizowali i utrwalali dominację nad podbitymi ludami, jak „wymazywali” tożsamości całych regionów i społeczności ze świadomości zbiorowej. Słowem, ukazywała Pani, w jaki sposób literatura rosyjska stawała się jednym z narzędzi imperializmu. Jak dochodziła Pani do nieoczywistego pomysłu, że pojęcia kolonializmu i postkolonializmu, kojarzone zwykle z praktykami mocarstw zachodnioeuropejskich w kontrolowanych przez siebie zamorskich dominiach, mają zastosowanie także wobec naszego regionu?
– Prof. Ewa Thompson: Z zawodu jestem literaturoznawczynią, a literaturoznawstwo często wymaga „wychyleń” w stronę historii, nauk politycznych i łączenia dyscyplin. W naturalny sposób to właśnie z badaniem literatury związane były początki moich dociekań. Do dziś mam też wrażenie, że to właśnie w literaturze praktyki imperialne zostały odzwierciedlone w sposób szczególnie czytelny – o wiele bardziej niż w jakichkolwiek traktatach politologicznych czy historycznych. O ile bowiem wszystkie teksty pisane są zawsze z określonego punktu widzenia – nie łudźmy się, że Oświecenie coś pod tym względem zmieniło, przesłanki epistemologiczne nadal pozostają kluczem do interpretacji – o tyle pisarze trzymają się swojej partykularnej perspektywy o wiele luźniej. Dotyczy to zresztą zarówno literatury państw imperialnych, jak i kolonizowanych. Dlatego jednym z lepszych sposobów na zrozumienie tożsamości rosyjskiej czy złożonych relacji w regionie pozostaje analizowanie np. jednej z najwybitniejszych powieści w historii, „Wojny i pokoju”, która pozostaje oczywiście wielka niezależnie od tego, że stanowi wyraz imperializmu rosyjskiego.
– Prowadzenie badań postkolonialnych nad klasykami literatury rosyjskiej, takimi jak Tołstoj, było pomysłem tym bardziej nowatorskim, że wedle popularnego stereotypu dorobek inteligencji rosyjskiej (zwłaszcza jej postępowych czy liberalnych segmentów), w tym literatura, miał stanowić domenę wolności duchowej oraz jedną z nielicznych w imperium sfer autonomicznych wobec polityki Kremla.
– Nie wiem, kto wprowadził to sentymentalne fałszerstwo do myślenia Europejczyków, ale ono rzeczywiście istnieje i wciąż ma się dobrze. Jest to rodzaj iluzji, która wynika z tego, że ludzie czytają teksty kultury rosyjskiej w sposób naiwny. Tymczasem żeby dostrzec sensy, o których tu mówimy, potrzebna jest „lektura podejrzliwa”. Brakującym elementem równania jest perspektywa, którą zachodni czytelnik stosuje – wybiórczo zresztą – do dzieł z własnego kręgu kulturowego, ale już nie do literatury kulturowo czy wręcz cywilizacyjnie obcej. Tymczasem narzędzia krytyczne postkolonializmu świetnie nadają się do analizy literatury rosyjskiej. Wystarczy je „przyłożyć” choćby do owych dzieł Tołstoja, by odkryć całe pokłady świadomie i nieświadomie propagowanego tam imperializmu i szowinizmu kulturowego, legitymizowania i umacniania kolonialnej władzy nad podbitymi ludami.
– W jaki sposób się to objawia?
– Przykład pierwszy z brzegu: w jednym z moich ostatnich artykułów zestawiam „Popioły” Żeromskiego i wspomnianą „Wojnę i pokój”. Oprócz talentu autora jednym z ważnych czynników, który sprawia, że „Wojna i pokój” jest tak atrakcyjna i wciągająca dla czytelnika, jest fabuła, którą charakteryzuje zarazem ciągłość i ogromne możliwości rozwoju, jakie są udziałem bohaterów. Dobrym przykładem jest postać Piotra Bezuchowa, który zaczyna właściwie od zera – jest bękartem, nie ma żadnego majątku – a kończy jako człowiek utytułowany, fantastycznie bogaty, ze wspaniałą żoną, dziećmi itd. Jego ojciec na łożu śmierci decyduje się go usynowić i Bezuchow dziedziczy po nim wielkie dobra. A z czego składały się owe dobra? Przede wszystkim z ziemi, którą Katarzyna Wielka odebrała polskim i rusińskim magnatom i przekazała magnatom rosyjskim. Krótko mówiąc, ojciec Bezuchowa wzbogacił się na rozbiorach Polski. Ten aspekt powieści umknął jednak zarówno czytelnikom rosyjskim, jak i polskim. Kwestie związane z podbojami i rosyjskim imperializmem nie są w rosyjskiej literaturze na pierwszym planie, ale choć przezroczyste dla niewprawnego oka, stanowią dla wielu opisywanych zdarzeń warunek zaistnienia. Mają też kolosalny wpływ na całokształt literackiego dorobku Polski i Rosji. Przebieg wydarzeń, w którym bohater szybko się bogaci, ponieważ jego kraj dokonuje znaczącej ekspansji terytorialnej, był nie do pomyślenia w realiach powieści Żeromskiego. Jeżeli bowiem przyjrzymy się „Popiołom”, których akcja toczy się mniej więcej w tym samym czasie, zobaczymy, że u Żeromskiego wszyscy bohaterowie – niezależnie od stanowego czy klasowego punktu wyjścia – stają się coraz biedniejsi. Droga do bogacenia się i rozwoju była na poziomie polskiej zbiorowości zamknięta, a na poziomie jednostek co najmniej mocno ograniczona. W tym drugim przypadku warunkiem powodzenia była zmiana narodowości, ewentualnie wysługiwanie się zaborcy. A jako że trudno zdobyć czy zachwycić czytelnika fabułą, w której wszyscy bohaterowie przegrywają, rozbiory były czynnikiem, który ograniczał rozwój nie tylko nowoczesnej polskiej gospodarki, instytucji politycznych czy powszechnej tożsamości narodowej, ale i literatury.
– Istotnym składnikiem literatury rosyjskiej czytanej przez pryzmat postkolonialny jest też, jeśli dobrze rozumiem, pewien obraz ludów i terytoriów podbitych, jaki ona utrwala.
– Cechą charakterystyczną kolonializmu rosyjskiego był fakt, że wprowadzał on na podbijanych ziemiach nowe nazewnictwo miast, regionów czy krain geograficznych. Zdobyte terytoria miały dzięki temu stać się rosyjskie w sposób dla nikogo niepodważalny, a ich pierwotna tożsamość – zatarta i zapomniana. Tak też się działo – i to już na bardzo wczesnych etapach rozwoju państwa moskiewskiego. Podbijano ziemie, które nie były rdzennie rosyjskie ani nawet słowiańskie, np. dolinę Wołgi. Kwestionowanie jej rosyjskości nikomu nie przyjdzie dziś do głowy, choć wbrew słowom znanej piosenki (Wołga, russkaja reka) była ona – i w dużym stopniu wciąż jest – zaludniona przez ludy tureckie. Olbrzymi Tatarstan, który był pierwszą terytorialną zdobyczą Moskwy w XVI w., miasta, takie jak Kazań czy Astrachań – kto dziś w Europie czy Ameryce pamięta, że kiedykolwiek znajdowały się poza rosyjskim imperium, kto pamięta o ich rdzennych mieszkańcach? Podobne zabiegi rusyfikacyjne stosuje się do dziś wobec Syberii czy wschodniej Ukrainy. Widać tu ogromną różnicę choćby z kolonializmem brytyjskim, który, nawiasem mówiąc, bywał równie okrutny. Brytyjczycy pozostawiali dawne nazwy niezmienione i nie targali się na historyczną czy tożsamościową odrębność podporządkowanych ludów. Istniała za to i utrzymywana była głęboka przepaść pomiędzy kolonizatorami a ludnością miejscową – niemal niespotykane były np. przypadki mieszanych małżeństw. Zaborczości Rosjan towarzyszyła zaś względna otwartość na cudzoziemców – ich kolonializm nie był nigdy rasistowski, nie uznawał podporządkowanych ludów za nieusuwalnie gorsze. Każdy, kto chciał, mógł zostać Rosjaninem i był przyjmowany jak Rosjanin – gorzej było, jeśli nie chciał. Wtedy zaczynała się systemowa dyskryminacja, blokowanie skolonizowanym ludom możliwości rozwoju. Rasizm w Rosji jest jednak zjawiskiem dość nowym. Proces kolonizacji opierał się tam zawsze na pacyfikacji separatyzmów i wchłanianiu kolejnych jednostek i społeczności.
– W „Trubadurach imperium” przypomina Pani także o tych niewidzialnych dla Zachodu, skutecznie wchłoniętych koloniach i o podbitych ludach, które zamieszkiwały ziemie obecnej Rosji. Nawet w Polsce mówi się o rosyjskim imperializmie niemal wyłącznie w kontekście historycznych i dzisiejszych działań i zakusów Kremla w stosunku do Europy Środkowo-Wschodniej, traktowanej jako „naturalna strefa wpływu”. Natomiast pomijane są kwestie związane z historycznymi źródłami i legitymizacją panowania Rosji nad jej usankcjonowanym międzynarodowo terytorium, z nielicznymi wyjątkami, takimi jak Czeczenia/Iczkeria.
– Zachodowi wygodniej jest uznać, że to wewnętrzne sprawy Rosji i nie kwestionować oficjalnej wersji historii. Tego wymaga przecież globalna realpolitik. Zbyt głębokie wnikanie w to, jak było naprawdę czy zbyt częste przypominanie Rosji, że nie rozliczyła się ze swojej kolonialnej przeszłości, mogłoby pobudzić separatyzmy, zaszkodzić relacjom między mocarstwami i zaburzyć międzynarodowy ład. A państwa zachodniej Europy są w większości przyzwyczajone do wizji świata związanej z tradycją Kongresu Wiedeńskiego.
Ale jest to także świadectwo niebywałej skuteczności rosyjskiej polityki asymilacji i zacierania granic między terenami podbitymi i kolonizowanymi a rdzennie rosyjskimi. Trzeba przyznać, że ta polityka przyniosła skutki nie tylko propagandowe – po pewnym czasie jej stosowania te dawne granice rozmywały się rzeczywiście. Od czasu do czasu pojawia się jednak jakieś ognisko oporu przeciwko władzy moskiewskiej, tak jak w przypadku Syberii na przełomie XIX i XX w. i w czasach rewolucji październikowej, a ostatnio na Kaukazie i w Tatarstanie.
– Jak ten tradycyjny rosyjski imperializm przejawiał się w historii najnowszej? Szczególnie interesujące pod tym względem wydają się dwa okresy: radziecki, kiedy władcy Rosji mieli na ustach retorykę antyimperialną, ale jednocześnie prowadzili – i to nie bez sukcesów – klasyczną politykę kolonialną, oraz ten po 1991 r. i to, jak Rosja radzi sobie z rozpadem swojego imperium i sfery wpływów.
– W okresie sowieckim zaobserwować można było ciekawe połączenie względnego liberalizmu wobec narodowości zniewolonych przez imperium z tłamszeniem jakiejkolwiek narodowej tożsamości, z wyjątkiem rosyjskiej. Wyrazem liberalizmu narodowościowego był choćby podział na republiki związkowe i autonomiczne. Z drugiej jednak strony wszystkie objawy autentycznej tożsamości – zawsze związanej z duchowym wymiarem egzystencji – były bezwzględnie tłumione. W rezultacie redukowano wszystkie nierosyjskie tożsamości narodowe do folkloru, zespołów pieśni i tańca, strojów ludowych, potraw regionalnych i tym podobnych powierzchownych oznak wspólnotowości. W chwili obecnej Rosja używa starych i wypróbowanych strategii rusyfikowania narodów, które znalazły się w jej granicach, takich jak ograniczanie nauczania narodowych języków w szkołach, likwidowanie wyższych uczelni, na których te języki są językami wykładowymi, duże nakłady książek rosyjskojęzycznych przy jednoczesnym ograniczaniu nakładów książek w językach narodowych, obfitość rosyjskojęzycznych programów telewizyjnych i możliwości promocji zawodowej dla tych, którzy rusyfikacji się poddają. Czas pokaże, czy metody te są skuteczne w epoce internetu.
– Na tle terytoriów, które na trwałe stały się częścią imperium rosyjskiego, Europa Środkowo-Wschodnia może się wydawać przykładem wielkiego historycznego sukcesu. W jakim sensie można jednak mówić w jej przypadku o kolonialnych relacjach z Rosją i o postkolonialnym dziedzictwie?
– Polityka osłabiania nierosyjskich tożsamości w tym regionie prowadzona była przez Rosję od czasów rozbiorów Polski. Ogólnie mówiąc, chodziło o przekształcenie „kraju prywislanskiego” w permanentne peryferie ekonomiczne i kulturowe. Jeszcze na początku XIX wieku Uniwersytet Wileński był największym i najlepszym uniwersytetem w Imperium Rosyjskim – w momencie jego likwidacji przez Mikołaja I po powstaniu listopadowym liczył 1322 studentów. Po likwidacji, księgozbiór uniwersytetu wysłano do Kijowa, gdzie Mikołaj zainaugurował nowy rosyjski uniwersytet, liczący 62 studentów. Jeżeli już jesteśmy przy księgozbiorach i uniwersytetach, pamiętajmy, że jeden z największych księgozbiorów świata w wieku XVIII, Biblioteka Załuskich w Warszawie, został wywieziony do Petersburga po powstaniu kościuszkowskim i przemianowany na Rosyjską Bibliotekę Narodową. Zaś ukradziona biblioteka Liceum Krzemienieckiego została przewieziona do Kijowa. W swojej monumentalnej książce „Dzieje handlu żydowskiego na ziemiach polskich” Ignacy Schiper podaje, że w latach 1831–1850 cło na tkaniny produkowane w Królestwie Kongresowym i wywożone do Rosji wynosiło 15 procent; inne kraje i terytoria płaciły mniejsze cło. To są przykłady dławienia polskiego rozwoju i polskiej tożsamości.
Kolonialne i postkolonialne praktyki wobec państw tego regionu ze strony Rosji trwają do dzisiaj – weźmy pod uwagę choćby kwestię manipulacji cenami i dostawami gazu i ropy naftowej czy próby ingerencji w prowadzoną przez poszczególne kraje regionu politykę pamięci czy postępowanie wobec pomników z czasów sowieckich. Europa Środkowo-Wschodnia pozostaje kartą przetargową w grze między wielkimi tego świata, a jej względna podmiotowość i przynależność do „bloku zachodniego” pozostają chwiejne, zależne od zmiennego układu interesów. Ze względu na stopień rozwoju tożsamości narodowych w regionie Kreml – i każdy inny imperialista – ma tu jednak i mieć będzie twardy orzech do zgryzienia.
Zgodziłabym się jednak, że możemy mówić do pewnego stopnia o sukcesie tożsamościowym państw tego regionu, który umożliwił zachowanie odrębności. W przypadku Polski, ale i innych terytoriów szczególnie długo zniewolonych przez Rosję – pewnych części Ukrainy czy państw bałtyckich – czynnikiem szczególnej wagi, swoistą szczepionką na rosyjski imperializm wydaje mi się (znienawidzony zresztą w Moskwie) katolicyzm. Był i jest on ważny m.in. dlatego, że w czasach moskiewskiej okupacji przypomina o historycznych i cywilizacyjnych związkach z Zachodem.
– Ale Zachód sam przecież bywał w naszym regionie kolonizatorem…
– Dotyczy to przede wszystkim państwa niemieckiego i jego historycznych poprzedników. Politykę Niemiec wobec Polski w ostatnich 25 latach można zapewne określić mianem neokolonialnej – polegającej na zdobywaniu i utrwalaniu dominacji gospodarczej. Fundamentalna różnica tkwi jednak w tym, że w dzisiejszych Niemczech panują rządy prawa, które stanowią czynnik ograniczający i dyscyplinujący zapędy imperialne. Rosja zna w polityce międzynarodowej tylko jedno prawo – prawo siły. Prawo stanowione jest zaś jedynie instrumentem w rękach moskiewskiej władzy i dlatego to ona stanowi dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej poważniejsze zagrożenie. Same mechanizmy kolonizacji pozostają jednak w przypadku obu mocarstw podobne. Polegają przede wszystkim na budowaniu zależności, przejmowaniu najcenniejszych zasobów oraz blokowaniu możliwości rozwoju – szczególnie w tych dziedzinach, w których kraj kolonizowany mógłby stanowić konkurencję dla kolonizatora. Dotyczyło i dotyczy to tak Rosji, jak i Niemiec.
– W przypadku Polski sytuację komplikuje fakt, że w swojej historii bywaliśmy zarówno kolonizującym, jak i kolonizowanym. Jak to wpływa na naszą tożsamość i na relacje z innymi państwami regionu?
– Mówimy tu przede wszystkim o historii relacji Polski z obecną Ukrainą, Białorusią oraz Litwą. Sprawa jest najbardziej zagmatwana w tym pierwszym przypadku, bowiem Ukraińcy są najliczniejsi i zarazem znajdują się w ważnym momencie kształtowania swojej tożsamości, który może zadecydować o jej charakterze na długie lata. Trzeba też pamiętać, że pomiędzy Polakami a Ukraińcami byli jeszcze Żydzi, którzy zbierali znienawidzone podatki i posiadali niemal pełny monopol w handlu detalicznym i hurtowym oraz w bankowości. Do nich lud ukraiński odnosił się z taką samą niechęcią, jak do Polaków. Te trzy społeczności – polskie, ukraińskie i żydowskie – zupełnie się nawzajem nie rozumiały. Tak, z punktu widzenia Ukraińców, Litwinów i Białorusinów Polska była kolonizatorem, który narzucił im jarzmo ekonomiczne, polityczne i niekiedy językowe. To, że Pierwsza Rzeczpospolita zyskała zdecydowaną większość terytoriów, o których tu mowa, na mocy unii dynastycznych i politycznych, a nie podboju, nie zmienia faktu, że była ona państwem polskim w sensie kulturowym. Na obszarze dzisiejszej Białorusi dyskryminacja na tle etniczno-kulturowym i konflikty z tym związane były mniej widoczne, bo tożsamość zbiorowa tamtejszej ludności zaczęła się rozwijać względnie późno. Jeśli chodzi o Litwinów, to tamtejsza warstwa szlachecka była oczywiście dopuszczona do wszystkich tytułów i miała pełne prawa obywatelskie…
– …ale za cenę polonizacji kulturowej, czy jak kto woli kulturowego „wchłonięcia” przez większego sąsiada. We wszystkich przypadkach – ukraińskim, białoruskim i litewskim – różnice narodowościowe i kulturowe nałożyły się na podziały stanowe. Dla chłopa rusińskiego czy litewskiego polskość kojarzyła się z pańskością – niezależnie od tego, czy jego pan był Polakiem w sensie etnicznym.
– Rzeczywiście na dłuższą metę do takiej polonizacji kulturowej doszło – czego sama, jako spolonizowana Litwinka, owoc polskiej kolonizacji, jestem najlepszym świadectwem [śmiech]. Ale jednocześnie trudno powiedzieć, żeby w okresie przedrozbiorowym kwestia języka była polem jakiegoś głębokiego konfliktu – język litewski był wtedy jeszcze w bardzo wczesnym stadium rozwoju i Litwini nie czuli się w związku z tym pokrzywdzeni faktem, że do pewnych celów potrzebna im była znajomość polskiego czy łaciny (używanej wciąż jeszcze na szeroką skalę). Nowoczesna tożsamość litewska, odrębna czy wręcz budowana w opozycji do polskiego języka i kultury, powstawała dopiero w okresie rozbiorów.
– Tożsamości wszystkich trzech narodów kształtowały się jednak w większym lub mniejszym stopniu w kontrze do polskości – czemu chyba trudno się dziwić.
– Tak jest. Ale ta kwestia ma jeszcze jeden ważny aspekt. Po rozbiorach np. Austriacy robili wszystko, żeby skłócić Ukraińców i Polaków. Część takich antagonizmów wynika zatem z polskiej polityki kolonialnej czy quasi-kolonialnej w stosunku do tych narodów. Inna część z mniej lub bardziej spontanicznej polonizacji kulturowej elit litewskich czy rusińskich. Jeszcze inna część z tego, że ani polski „pan”, ani rusiński wieśniak nie zajmowali się handlem i sprawami finansowymi, co wpychało obie strony w zależność od kupców żydowskich, a to z kolei generowało najrozmaitsze konflikty między tymi nacjami. I wreszcie: część z polityki divide et impera po stronie zaborców.
Dużo bardziej bolesny z perspektywy „polskiej winy” – w uproszczeniu rzecz tak nazywając – wydaje mi się natomiast okres międzywojenny, kiedy władze niepodległej Rzeczpospolitej popełniały w stosunku do mniejszości narodowych fatalne błędy. Odgórna próba polonizacji Ukrainy, osadnictwo – to były pomysły, delikatnie mówiąc, niezbyt udane, a przy okazji kompletnie chybione politycznie. Na skuteczną polonizację było wtedy już dwa stulecia za późno, a młody nacjonalizm ukraiński przeżywał rozkwit. Politykę kolonialną tamtych czasów Ukraińcy bardzo dobrze pamiętają i to ona stanowi z ich perspektywy największą zadrę w stosunkach z Polakami. Po stronie polskiej brakuje zaś niestety świadomości tej części historii, a często również gotowości do uderzenia się w piersi. Polacy pamiętają o niebywale wprost okrutnych mordach na Wołyniu, o których z kolei słuchać nie chcą Ukraińcy i które historycy ukraińscy wciąż starają się zbagatelizować. Słowem, polsko-ukraiński rachunek historyczny nie jest czysty – po obu stronach są uzasadnione pretensje, wyrzuty i resentyment, z których należałoby się rozliczyć.
Uważam, że polscy patrioci powinni postarać się zrozumieć perspektywę ukraińską. Wyobrazić sobie sytuacje, w których np. do ukraińskich wiosek wkraczała polska policja i zwalczała organizacje polityczne i kulturalne krzewiące tożsamość ukraińską. Warto wejść w buty strony słabszej pod względem tożsamościowym, młodego narodu, któremu blokowane są podstawowe aspiracje i możliwości rozwoju.
– Czy oprócz częstego braku świadomości Polaków na temat kolonialnego wymiaru relacji ich kraju z tzw. Kresami i nieporozumień z sąsiadami dotyczących postrzegania historii, dostrzega Pani jakieś długofalowe konsekwencje imperialistycznych aspektów polskiej historii dla aktualnej polityki RP bądź dla kształtu naszej świadomości narodowej?
– W „Trubadurach imperium” stawiam tezę, że o kolonializmie można mówić dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia z rozwiniętą świadomością narodowej odrębności, a więc w wypadku I Rzeczpospolitej na krótko przed rozbiorami, a potem krótko w II Rzeczpospolitej. Sytuacja dzisiejsza jest na tyle różna od tej z przeszłości, że poza stwierdzeniem „mea culpa” Polacy niewiele mogą czy powinni zrobić w tej sprawie. Zwłaszcza że nałożyły się na nią wydarzenia niewspółmierne z policyjnymi prześladowaniami, takie jak genocyd wołyński czy mordowanie żołnierzy AK przez Litwinów. Polski kolonializm to sprawa przeszłości i tak powinien być traktowany. Cieszą mnie obecne przyjazne stosunki między Polską a Ukrainą. Cieszy mnie to, że Białorusini na ogół odnoszą się do Polski przyjaźnie i znajdują podobnie przyjazny odzew w Polsce. Mam nadzieję, że stosunki polsko-litewskie też się poprawią – ale nawet jeżeli tak się nie stanie, wszystkie obecne zgrzyty polsko-litewskie to jednak drobiazgi w porównaniu z prawdziwymi problemami i Polski, i Litwy. Nie widzę żadnych zagrożeń neoimperialnych w stosunku do trzech wymienionych krajów, denerwuje mnie jednak sentymentalizm, z którym niektórzy „kresowiacy” piszą np. o Wilnie – bodaj tylko po to, aby się dobrze poczuć i użalić nad samymi sobą. To samo dotyczy wszelkich zabytków architektury – niegdyś polskich – na terytoriach Ukrainy, Białorusi i Litwy. To samo zdenerwowanie odczuwam, gdy Niemcy mówią o „ich” Wrocławiu. Z drugiej strony, równie denerwujące jest całkowite przemilczanie – zwłaszcza po stronie litewskiej – tego, że historie Litwy, Białorusi i Ukrainy są nierozłącznie związane z historią Polski od czasów jagiellońskich do II wojny światowej. Litwini posuwają się czasem do fałszowania historii, np. sprawa chrztu Litwy i dołączenie Litwy do społeczeństw europejskich to niewątpliwie dzieło Polaków, a nie – jak twierdzą rewizjonistyczni litewscy historycy – wcześniejszych władców Litwy.
Co do kolonializmu Niemiec, Anglii, Francji czy Rosji – niestety rezultaty ich wielowiekowej przeszłości kolonialnej są o wiele głębsze i bardziej destruktywne niż rezultaty kolonializmu polskiego. Często są niemożliwe do naprawienia: absurdalne granice państw afrykańskich, siłowe wtłaczanie afrykańskich społeczeństw w ramy europejskich struktur, długofalowe rezultaty wojen opiumowych w Chinach, zaś w przypadkach niemieckim i rosyjskim – niesłychane straty demograficzne i materialne Polski.
– Teorie postkolonialne oprócz tego, że stanowią pewną perspektywę i zbiór narzędzi o charakterze badawczym, miały i mają również swoje bardziej praktyczne próby zastosowania w świecie polityki i idei. Łączą się one często z marzeniem o solidarności, współdziałaniu i emancypacji narodów uciskanych. Czy ten pozytywny aspekt teorii postkolonialnych ma według Pani jakąkolwiek wartość i czy mógłby mieć jakiegoś rodzaju zastosowanie do rozważań o naszym regionie? Czy wspólne dziedzictwo postkolonialne może być czynnikiem sprzyjającym solidarności między narodami?
– Myślę, że poza bardzo szczególnymi wyjątkami, „solidarność postkolonialna” jest utopią. Najlepiej pokazują to realne stosunki między narodami Europy Środkowo-Wschodniej. W pewnym sensie koncepcja ta jest także reliktem minionej, zimnowojennej epoki, bo – nie ma się co oszukiwać – postkolonializm jako teoria był w tamtym okresie uwikłany w globalny konflikt. Zachodni badacze i teoretycy nie bez powodu nie odnosili teorii postkolonialnej do Europy Wschodniej ani do sowieckiej Azji. ZSRR w ramach globalnej rozgrywki z Zachodem wspierał dekolonizację wielu krajów azjatyckich czy afrykańskich i wspomagał tzw. ruchy narodowowyzwoleńcze. W związku z tym badacze postkolonialni czuli wobec sowieckiej Rosji silną lojalność.
Solidarność kolonizowanych jest utopią również dlatego, że tylko w teoriach marksistowskich możliwa jest wspólnota oparta wyłącznie na doświadczeniu ucisku. Kraje wschodnioeuropejskie – i dotyczy to także innych regionów postkolonialnych – są po prostu za biedne, żeby „iść razem”. Aby współpracować, konieczne jest pewne minimum bezpieczeństwa egzystencjalnego. Tymczasem narody postkolonialne są w znakomitej większości „na dorobku” i żyją w poczuciu, że podstawy ich bytu są niepewne, że może je podmyć pierwszy lepszy kryzys. Do autentycznej solidarności niezbędna jest gotowość do ponoszenia ofiar, a one nie mają czego ofiarować, bo wszystkie zasoby idą na zaspokajanie bieżących potrzeb.
– Są zbyt biedne, żeby współpracować, ale jeśli nie będą współpracować, to czy nie zmniejsza to ich szans na wydobycie się z tej biedy?
– Niekoniecznie – mamy przecież liczne przykłady skutecznych strategii rozwojowych na poziomie jednego państwa czy narodu. Oczywiście w idealnym świecie każdy – ja też – chciałby, żeby uciskane narody współpracowały. Byłam kiedyś na wykładzie Václava Klausa, na którym ktoś zapytał go o Trójkąt Wyszehradzki. A on się roześmiał i powiedział, że to jest byt czysto fasadowy, za którym w rzeczywistości nic nie stoi. Ponieważ działo się to w Stanach Zjednoczonych, to nie przyszło mu do głowy, że na sali mogą być jacyś Wschodnioeuropejczycy, i powiedział prawdę prosto z mostu. Bo ile ten Trójkąt ma dywizji, jaki ma budżet? Czy cały ten projekt nie polega wyłącznie na tym, że polscy, czescy, słowaccy i węgierscy podatnicy płacą dziesiątki tysięcy euro po to, żeby politycy spotkali się ze sobą kilka razy do roku, zjedli kolację, pogadali i wrócili do domu? Dopóki nie będzie gospodarczego i finansowego zaplecza, dopóty rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z bytem czysto wirtualnym.
– Fakt, że tego zaplecza nie ma, wynika też jednak w niemałym stopniu z decyzji politycznych i ze strategicznych priorytetów przyjmowanych przez poszczególne państwa… Te priorytety zaś z faktu, że rozwój zależny i kooperacja z silniejszym partnerem ekonomicznym – w przypadku Grupy Wyszehradzkiej z Niemcami – przynoszą doraźnie łatwiejsze i większe korzyści elitom. Efektem jest jednak pułapka rozwojowa w dłuższym terminie.
– Być może to prawda. Na dziś nie widzę jednak dobrego rozwiązania tej sytuacji. Chciałabym, żeby dało się uruchomić sieci sojuszów pomiędzy państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Ale próbowano to robić wiele razy, polscy romantycy polityczni wciąż piszą o Międzymorzu, lecz nie udaje się to nie bez przyczyny. Obecnie kraje tego regionu są zbyt ubogie, zbyt niesamodzielne i zbyt nastawione na konkurencję między sobą. Nie mówiąc już o tym, że często są wobec siebie nawzajem nastawione nieufnie. Jeśli ktoś mi pokaże strategię, która tę sytuację zmieni, to zwrócę honor i sama pierwsza poprę taki projekt.
– Jak jawi się polski „syndrom postkolonialny” na tle bliższych i dalszych regionalnych sąsiadów? Czy dostrzega Pani u nich podobne problemy? Czy radzą sobie z dziedzictwem kolonializmu jakoś wyraźnie lepiej lub gorzej?
– Jeśli chodzi o Węgry i Czechy, to sytuacja jest odmienna, bo nie są one zagrożone przez Rosję – a przynajmniej zagrożone się nie czują. Gdyby ziściło się marzenie Rosji o rewizji ładu w tej części Europy, to sądzę, że te kraje pozostawiono by w strefie wpływów Zachodu. Polska nie miałaby raczej tego luksusu. Istnieje więc zasadnicza różnica wyzwań i przekłada się ona na politykę prowadzoną przez te państwa. Problem biedy i gospodarczej słabości związanej z brakiem kapitału dotyczy natomiast większości państw postkomunistycznych w podobnym stopniu i wynika z polityki sowieckiej i przebiegu transformacji.
– A co z tym elementem postkolonialnego dziedzictwa, określanego czasem mianem kompleksu, który wiąże się z ograniczoną samodzielnością i podmiotowością, tendencją do szukania kolejnych „patronów”? Czy dostrzega Pani w naszym regionie taki problem, a jeśli tak, to czy poszczególne państwa radzą sobie z nim lepiej lub gorzej?
– W swoich tekstach naukowych posługuję się terminem „hegemona zastępczego”. Po paru stuleciach kolonializmu Polacy przyzwyczaili się do istnienia zewnętrznego patrona. To jest właśnie jedna z największych tragedii kolonializmu, że wspaniałe narody – i nie mówię tu tylko o Polakach – przyprawia o kompleks niższości. Ponieważ hegemon sowiecki uważany jest za coś cywilizacyjnie „niższego”, duża część Polaków znalazła sobie hegemona zastępczego – Zachód. Ten mechanizm wpłynął chociażby na przebieg transformacji, na fakt, że Polacy przyjęli w sposób całkowicie bezkrytyczny rady udzielane im przez świat euroatlantycki i przeprowadzili pospieszną prywatyzację, akceptując jednocześnie destruktywne trendy intelektualne i śmieciową popkulturę.
– W odniesieniu do naszego regionu można mówić o postkolonialnym dziedzictwie w kilku wymiarach życia zbiorowego. Z jednej strony można schematy z badań postkolonialnych odnosić choćby do historii tworzenia się i ewolucji tożsamości narodowych, a z drugiej można terminologie i instrumentarium teorii postkolonialnej stosować do analizy wewnętrznej struktury społeczeństw. Mówi się np. o reprodukowanych w krajach postkolonialnych modelach podziału i liniach konfliktu społecznego, między tzw. elitami kompradorskimi – czyli uwikłanymi w zależności z byłymi czy aktualnymi patronami – a klasami ludowymi i ich politycznymi reprezentantami.
– Mam wrażenie, że patrzenie na Polskę czy Europę Wschodnią przez pryzmat klas społecznych czy podziału elity-lud nie jest już do końca adekwatne. Jednym z podstawowych źródeł tak poczucia wspólnoty, jak i różnego rodzaju konfliktów społecznych, wydaje mi się powszechny brak poczucia bezpieczeństwa bytowego, w zasadzie niezależny od sytuacji osobistej czy położenia klasowego. W pewnym sensie wszyscy Polacy są „proletariuszami”, bo wszyscy są zależni – od patronów zewnętrznych albo zagranicznych firm, od państwa, od kredytu w banku albo po prostu od zachowania miejsca pracy. Wiąże się to ze wspomnianymi już ograniczonymi zasobami kapitału narodowego. Przy polskim potencjale ludnościowym i gospodarczym dałoby się tę sytuację stopniowo zmieniać, nawet bez solidarności z sąsiadami, ale do tego potrzebny byłby mądry rząd, którego brakuje.
– Teza o elitach kompradorskich, formułowana na różne sposoby, jest jedną z podstaw diagnozy stawianej przez prawicową opozycję wobec rządów Platformy Obywatelskiej.
– Rządzącym w Polsce brakuje wizji rozwoju, ponadto są skorumpowani, a afery, które wychodzą na jaw, takie jak Amber Gold, zamiatają pod dywan zamiast rozliczyć. Dlatego gdybym głosowała w Polsce, głosowałabym na opozycję. Mówiąc o postkolonializmie, wolę jednak wskazywać na mechanizmy i czynniki systemowe niż na osobiste winy Iksa czy Igreka, co nie znaczy, że nie powinni być z tych win sądownie rozliczeni. A najważniejszym takim czynnikiem systemowym jest, według mnie, zubożenie ogółu społeczeństwa, za co winiłabym wciąż raczej mocarstwa kolonialne niż tego bądź innego polityka czy nawet nomenklaturowego oligarchę.
– Czy oprócz zjawiska kompleksu postkolonialnego można mówić o czymś takim, jak kompleks post-imperialny, a jeśli tak, na ile skutecznie radzą sobie z nim dwa państwa regionu, które zmagają się z tego typu dziedzictwami: Rosja i Niemcy?
– Imperializm niemiecki pod względem militarnym jest na dzień dzisiejszy rozdziałem zamkniętym. Nadal mamy jednak do czynienia z imperializmem gospodarczym. Jeśli chodzi natomiast o przepracowywanie historii, Niemcy po okresie rozliczeń weszły niestety w okres, w którym starają się pewne aspekty przeszłości opowiedzieć na nowo. Mam tu na myśli manewry, które mają na celu rozmycie odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie czy sztuczne rozdymanie skali i znaczenia wewnątrzniemieckiej opozycji wobec Hitlera. Oglądałam ostatnio telewizyjny serial brytyjski oparty na opowiadaniach G.K. Chestertona o Ojcu Brownie. Akcja toczy się w powojennej Anglii. W pewnym momencie w serialu pojawia się postać katolickiego księdza z Niemiec. Po długich perypetiach okazuje się, że jest on Niemcem, który był więziony za antynazistowską działalność. Mowa jest także o cierpieniach poniesionych przez jego rodzinę. Ów Niemiec staje się jedną z głównych pozytywnych postaci serialu. Oczywiście tego wątku nie ma w oryginale u Chestertona. To znakomity przykład licznych działań z dziedziny niemieckiej polityki historycznej, aktywnej również poza granicami Niemiec, tworzącej w podświadomości widza nową sieć skojarzeń, w której Niemcy stają się przede wszystkim ofiarami Hitlera. Wydaje się, że gra toczy się o ocalenie niemieckiej tożsamości i dumy narodowej, o którą trudno przy zachowaniu jednoznacznej oceny okresu nazistowskiego.
– O ile w Niemczech, niezależnie od trendów rewizjonistycznych, mieliśmy jednak do czynienia z różnymi formami przepracowywania i rozliczania się z historii tego okresu, o tyle dużo mniej mówi się o imperialnej historii Niemiec sprzed Hitlera.
– Rzeczywiście, istnieje też u Niemców tendencja, żeby ograniczać rozliczenia z historią do okresu III Rzeszy. Reszta zostaje mniej lub bardziej zaaprobowana albo zapomniana. W redagowanym przeze mnie czasopiśmie „Sarmatian Review” ukazała się niedawno recenzja książki Kristin Kopp pt. „Germany’s Wild East”. Tytułowy „Dziki Wschód” Niemiec to oczywiście Polska. Ta znakomita książka pokazuje, w jaki sposób od stuleci narody zamieszkujące ziemie na wschód od Niemiec przedstawiane były w tamtejszej propagandzie jako „podludzkie”.
– Można odnieść wrażenie, że w popularnej historiografii europejskiej Hitler bierze się trochę znikąd. Jest takim na poły metafizycznym potworem, powstałym z pomieszania ogólnej atmosfery panującej w międzywojniu, kryzysu i „upokarzającego” Traktatu Wersalskiego. Ale nie ma raczej mowy o wcześniejszej historii imperialnej Niemiec.
– To prawda. Niemcy nie cierpią, delikatnie mówiąc, na nadmiar historyków czy intelektualistów, którzy chcieliby zająć się tym wątkiem sprawy, a z pewnością jest ich zbyt mało, żeby wprowadzić tę tematykę na stałe do szerszego obiegu. Z punktu widzenia dzisiejszych wyzwań Polski i Europy Środkowo-Wschodniej jest to jednak kwestia drugorzędna w porównaniu ze wspominanymi już tendencjami rewizjonistycznymi odnoszącymi się do II wojny światowej.
– Wszystko to razem wzięte może się zaś wydawać drugorzędne na tle skali problemów z imperialnym dziedzictwem w Rosji, która wyrasta w ostatnich latach na rewizjonistyczne mocarstwo sensu stricto… Czy na tym pesymistycznym tle są chociaż jakieś pojedyncze pozytywne przykłady zmagań z imperialnymi dziedzictwami, o których można by tu wspomnieć?
– Pojedyncze przypadki oczywiście się znajdą. Zawsze byli w Rosji ludzie starający się przekierować państwo na inne tory: normalnego kraju europejskiego, szanującego rządy prawa i istniejący ład międzynarodowy, akceptującego kształt własnych granic i koncentrującego się na zapewnieniu dobrobytu swoim mieszkańcom. Prawdą pozostaje jednak to, co napisałam w „Trubadurach imperium”: polityka Rosji od wieków się nie zmieniła. Co nie znaczy, że nie zmieni się w przyszłości. Czego sobie i Państwu życzę.
– Dziękuję za rozmowę.
Październik 2014 r.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Jeden ze wspólnych mianowników różnych postaw i poglądów krytycznych wobec tego, co dzieje się w Polsce, stanowi przekonanie, że jesteśmy zależni. Że nie rządzimy się sami i suwerennie, że istnieją jacyś „oni”, którzy dyktują „nam” wprost lub za pomocą niejasnych działań, co mamy robić w ich – nie swoim – interesie. Inaczej mówiąc, że jesteśmy czymś na kształt dawnych terytoriów kolonialnych, zależnych od potęg eksploatujących je i wysysających siły żywotne, zasoby, surowce itd. Termin „kolonia” nie jest tu kluczowy, bo inwencja nazewnicza krytyków status quo bywa spora. Sednem jest natomiast poczucie braku sprawczości i podmiotowości czy to polskiego państwa, czy społeczeństwa, czy narodu.
Dla jednych wspomnianymi złymi „onymi” będą globalny kapitalizm i wielkie korporacje, dla innych państwa należące do światowej czołówki gospodarczej, politycznej czy militarnej, dla kolejnych ponadnarodowe instytucje tylko pozorujące dobrowolność akcesu i korzyści dla krajów członkowskich, dla jeszcze innych natomiast różne ciemne figury rodem z najgłupszych teorii spiskowych. Podobieństw na poziomie diagnozy jest więc niewiele, ale nie sposób lekceważyć występującego w tylu środowiskach przekonania, że jesteśmy pionkiem przesuwanym przez innych.
Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy m.in. tej kwestii. Mówi o niej prof. Ewa Thompson, która od lat zajmuje się analizowaniem realiów naszej części świata za pomocą narzędzi, których używano do opisania „typowych” obszarów kolonialnych. Wiele na podobny temat – słabości polskiego państwa i jego instytucji – ma do powiedzenia nasz inny rozmówca, dr hab. Artur Wołek. Obie te postaci kojarzymy raczej z prawicą niż z lewicą. Specyfiką Polski jest bowiem nie od dziś to, że krytykę zależnego charakteru państwa czy gospodarki formułują częściej środowiska etykietowane lub samookreślające się jako prawica. Że nie jest to sytuacja typowa świadczy przykład Ameryki Łacińskiej. Tam to właśnie lewica i środowiska prospołeczne podnoszą od lat sztandar suwerenności, niezależności, piętnowania uzależnienia od globalnych potęg itp. Właśnie takim postawom z odległego kontynentu poświęciliśmy w tym numerze dwa artykuły – jeden o nowej fali latynoamerykańskiego socjalizmu, drugi o tamtejszym zaangażowaniu Kościoła przeciwko niesprawiedliwości.
O specyfice polskiego „(niedo)rozwoju zależnego” mówi sporo innych tekstów z bieżącego wydania „Nowego Obywatela”. Możemy przeczytać analizy tego, jak publiczna instytucja jest z udziałem państwa rozmontowywana i osłabiana w starciu z prywatnym podmiotem, którego właściciele trzymają fortuny na Cyprze i Malcie. Tekst o kondycji prasy lokalnej pokazuje, że w opałach znajduje się to, co w krajach „cywilizowanych” stanowi o sile kontrolnej społeczeństwa. Artykuł o konsekwencjach umów śmieciowych, wyjątkowo rozpowszechnionych w Polsce, diagnozuje, jak słaba jest u nas pozycja pracowników najemnych, czyli większości społeczeństwa. Z kolei analiza stanu polskiej armii wskazuje na bardzo kruche podstawy bezpieczeństwa, szczególnie w kontekście sytuacji za wschodnią granicą i niepewności w kwestii postaw i interesów tzw. sojuszników.
Wśród pozostałych materiałów chciałbym zwrócić uwagę na kilka tekstów o sprawach mniej wymiernych, lecz odnoszących się do samych fundamentów człowieczeństwa. Dr hab. Rafał Łętocha pisze o „ekonomii daru”, czyli takim myśleniu o gospodarce i społeczeństwie, które ma niewiele wspólnego z antyspołecznym kapitalizmem. Ceniony reportażysta młodego pokolenia, Andrzej Muszyński, podkreśla znaczenie lokalnej tożsamości, świadomości regionalnej i związków z otoczeniem przyrodniczym dla prawdziwego i głębokiego rozwoju człowieka. Niżej podpisany z kolei recenzuje książkę wskazującą, jak ważne dla ludzi – stokroć ważniejsze niż modna i sloganowa „ekologia” – jest zachowanie związków z konkretną i lokalną przyrodą.
To oczywiście nie wszystkie materiały, jakie przygotowaliśmy dla Was w tym kwartale. Zapraszam do lektury.