przez Łukasz Stec | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Choć Irlandia ma już za sobą okres niespotykanego wzrostu gospodarczego, nadal mieszka tam około 130 tysięcy Polaków. Mówią, że dzięki życiu na Zielonej Wyspie stali się bardziej otwarci, tolerancyjni i spokojni.
Pierwsza rzecz w Dublinie, na jaką niemal każdy zwraca uwagę, to brak pośpiechu. Szczególnie gdy przyjeżdża się tu z Warszawy, w zdziwienie wprawia tłum ludzi, niczym turyści spokojnie kroczący głównymi ulicami: O’Connell i Grafton. Wśród jadących samochodów nie sposób usłyszeć dźwięk klaksonu, a kierowcy jeżdżą na tyle uważnie, że odsetek śmiertelnych wypadków na irlandzkich drogach jest jednym z najniższych w Europie. Dziwi też wszechobecne casual talk, czyli niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi. A wszystko to w stolicy kraju, w mieście liczącym ponad milion mieszkańców, będącym główną europejską siedzibą wielkich korporacji takich jak Microsoft, Google, PayPal, eBay czy Facebook.
Kraj bez UKIP
Choć często zjawiska polskiej migracji do Anglii i Irlandii traktuje się jako tożsame, kraje te różnią się również innym czynnikiem, znacznie istotniejszym niż wspomniany brak pośpiechu: mieszkańcy Irlandii są bardzo przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców przyjeżdżających na wyspę. Irlandzkiej otwartości na imigrantów należy doszukiwać się przede wszystkim w historii kraju. Przez większą jej część Irlandia była właśnie krajem „wysyłającym”, o czym najlepiej świadczy fakt, że dziś poza jej granicami żyje ponad 70 milionów osób o irlandzkich korzeniach (przy ledwo 4 milionach Irlandczyków zamieszkujących Republikę Irlandii). Niemal każdy mieszkaniec Zielonej Wyspy ma bliższych lub dalszych krewnych poza granicami kraju – głównie w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie i Australii.
To przede wszystkim tu należy doszukiwać się źródła różnic między nastawieniem do imigrantów w Anglii prowadzącej przez lata kolonialną politykę a traktowaniem ich w niewielkiej Irlandii, kraju okupowanym przez 800 lat, z którego większość mieszkańców wyjeżdżała z powodu dotkliwej biedy. To dzięki bolesnym historycznym doświadczeniom Irlandczycy potrafią życzliwie spojrzeć na przybywających imigrantów, widząc w nich odbicie samych siebie. – Różnice między Wielką Brytanią a Irlandią są tu bardzo ciekawe – przyznaje dr John O’Brennan, socjolog z National University of Ireland Maynooth. – W Irlandii nie ma partii podobnej do UKIP [United Kingdom Independence Party – Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa] i nic nie zapowiada, by mogła taka powstać. Nie widać tu bowiem sprzeciwu wobec imigrantów z Polski, a raczej uznanie dla wkładu, jaki wnieśli do rozowju irlandzkiego społeczeństwa. Pocieszające jest to, że w samym środku ogromnej recesji gospodarczej nie zrealizowała się pokusa, by o wszystko obwiniać cudzoziemców. Irlandzki system wyborczy sprzyja rozwojowi partii ksenofobicznych z powodu braku progu wyborczego, natomiast system wyborczy Wielkiej Brytanii sprawia, że małym partiom znacznie trudniej jest się rozwinąć. To jednak w Wielkiej Brytanii doszło do tego, że UKIP zajęła pierwsze miejsce w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego. Brak ksenofobii w Irlandii może mieć związek z naszymi historycznymi i obecnymi doświadczeniami w byciu emigrantami oraz w tym, że prawie każdy Irlandczyk albo mieszkał poza Irlandią w przeszłości, albo przynajmniej ma w rodzinie kogoś, kto mieszka za granicą. Sam mieszkałem w Australii, Wielkiej Brytanii, Francji i Bułgarii…
Irlandia przez kilkanaście lat była krajem z wielu względów interesującym dla imigrantów. Na miejscu spotykali się z wielką przychylnością zarówno ze strony polityków, jak i obywateli, w życiu codziennym czekał ich natomiast bardzo atrakcyjny styl życia. Oczywiście, niemal nikt by tu nie przyjeżdżał, gdyby nie czynnik ekonomiczny. Od połowy lat 90. ubiegłego wieku do roku 2007 w Irlandii miał miejsce ogromny wzrost gospodarczy, dzięki któremu imigranci byli w kraju wręcz potrzebni. Z czasem prosperity coraz bardziej zwiększało to zapotrzebowanie, ponieważ pojawił się schemat, w którym Irlandczycy masowo brali kredyty na zakup kolejnych nieruchomości, najpierw budowanych przez imigrantów, a następnie przez nich wynajmowanych. Oprócz czynnika kulturowego pojawił się zatem także aspekt ekonomiczny irlandzkiej otwartości na obcokrajowców.
Szok kulturowy
Zaledwie w ciągu dekady Irlandia przebyła drogę od kraju „zaściankowego” do społeczeństwa multikulturowego, w którym swoje miejsce znalazło ponad pół miliona imigrantów. Aby uzmysłowić sobie skalę tej zmiany, wystarczy przeliczyć ten wskaźnik na polskie warunki – dałoby to około 5 milionów obcokrajowców, którzy w ciągu dziesięciu lat osiedliby nad Wisłą. I choć ekonomiczne realia Irlandii bardzo zmieniły się w ciągu ostatnich sześciu lat, gdy panowała tam gospodarcza recesja, na wyspie pozostało około 130 tys. Polaków (z 250 tys. w roku 2007) i nadal przybywają kolejni imigranci – tym razem głównie z Brazylii, Hiszpanii i Włoch. A wszystko to w czasie, w którym Zieloną Wyspę opuściło kolejne 300 tys. Irlandczyków.
Multikulturowość Irlandii mocno podkreśla Daniel Żuchowski, mieszkający w Dublinie od 2007 r. Spotyka się z nią na co dzień, nie tylko podczas pracy nauczyciela angielskiego w szkole języków obcych. Na początku tego roku irlandzkie wydawnictwo opublikowało zbiór jego opowiadań „The New Dubliners”. Książkę napisał w języku angielskim i nie planuje jej tłumaczyć na polski, mówiąc, że większość Polaków w Irlandii dobrze zna język Szekspira. – Ludzie tu mieszkający, a w szczególności imigranci, zdają się nie traktować innych przyjezdnych w kategoriach „kto skąd jest” – zauważa Żuchowski. – Irlandia, a zwłaszcza Dublin, jest tak wielokulturowym miejscem, że po prostu nie zwraca się uwagi na takie rzeczy jak kraj pochodzenia. Pewne wartości muszą się więc uniwersalizować. Dla mnie najważniejszymi wartościami są wolność i tolerancja, dlatego tak dobrze mi się tu żyje. Irlandia jest jednym z najbardziej otwartych na inność krajów, dającym swoim mieszkańcom bardzo dużą wolność osobistą. Patrząc na różne kultury, które za nowy dom wybrały sobie Irlandię, głównie na przybyszy z państw o największych ograniczeniach wolności, dostrzec można pewne rozluźnienie wrodzonych wręcz ograniczeń, a także większą otwartość na człowieka. Wielu potrafi się tu ocknąć i stwierdzić, że można żyć inaczej. O tym właśnie jest książka, którą napisałem. Często w historiach, które opowiadam, a wszystkie są historiami prawdziwymi, nie mówię o narodowości bohaterów. Służy to właśnie temu, aby pokazać, że w żadnym stopniu taka wiedza nie wpłynęłaby na przebieg opowiadanej historii czy postrzeganie pewnych uniwersalnych wartości.
Równolegle do postępującego uniwersalizmu kulturowego i wtapiania się w społeczeństwo multikulturowe od kilku lat zaobserwować można zdecydowany wzrost postaw patriotycznych wśród irlandzkiej Polonii. Jest to zjawisko względnie nowe, a za jego początek uznaje się 2010 r. i wydarzenia, jakie miały miejsce po katastrofie smoleńskiej. – Można zaobserwować lawinowy wzrost postaw patriotycznych, również u osób, które wcześniej publicznie odżegnywały się od jakichkolwiek zachowań tego typu – mówi Piotr Słotwiński, polonijny bloger mieszkający od 2004 r. w Cork. – Nie są to tylko zwykłe deklaracje, ponieważ wraz z nimi następuje ich swoiste zinstytucjonalizowanie. Nawet w stosunkowo niewielkim Cork, oprócz dotychczas działających organizacji polonijnych, w ostatnim czasie spontanicznie powstały takie stowarzyszenia jak Polski Klub Patriotyczny, Narodowy Front Emigrantów czy Ruch Narodowy – Cork. Coraz większego znaczenia nabiera również działalność lokalnego oddziału Niepoprawnego Radia, które jest organizatorem sporej części spotkań z zapraszanymi z Polski osobami zaangażowanymi politycznie, a same spotkania gromadzą stale rosnącą liczbę uczestników.
To, na co zwraca uwagę najwięcej imigrantów z Polski, to jednak przyswajanie wartości oraz codziennych zachowań od Irlandczyków. – Polacy wiele czerpią z irlandzkiej kultury – przyznaje Barnaba Dorda, pracownik irlandzkiego związku zawodowego SIPTU. – Stają się bardziej otwarci, pozytywnie nastawieni do innych, częściej wychodzą z domu, by spotkać się z przyjaciółmi. Natomiast życzliwe podejście większości Irlandczyków jest wręcz ujmujące.
Pod względem poziomu codziennych relacji międzyludzkich i pełnego szacunku podejścia do drugiego człowieka Irlandia różni się od Polski tak bardzo, że większość Polaków po powrocie nad Wisłę choćby na kilka dni mówi, że przeżywa szok kulturowy. Podczas reemigracji lub krótkich wizyt w Polsce emigranci zaczynają znacznie wyraźniej dostrzegać brak typowej dla Irlandii serdeczności w kontaktach z obcymi ludźmi – w sklepie, na lotnisku, ulicy. Jeden z moich rozmówców określił nawet ten polski stan słowem „szczękościsk”.
Istnienie szoku kulturowego po powrocie do Polski potwierdza również o. Marcin Lisak – dominikanin, w latach 2006–2010 duszpasterz irlandzkiej Polonii, doktor socjologii zajmujący się badaniami nad emigracją. Zjawisko to ilustruje historią znajomego studenta, który powrócił z Irlandii do Polski. – Opowiedział mi kiedyś, jak w pewnym małym polskim miasteczku widział Azjatów próbujących zagadnąć po polsku przechodniów i o coś zapytać. Ludzie śmiali się z nich, traktując jak obcych. Dla tego studenta był to szok, ponieważ sam już poznał, że świat jest różnorodny. Jest w tym też pewne poczucie solidarności. Gdy kiedyś samemu było się gdzieś przybyszem, inaczej patrzy się na tych, którzy w Polsce są przybyszami, i bardziej docenia się ich wysiłki.
Bezpośredniość
Otwartość i swobodny styl bycia Irlandczyków przekładają się również na stosunki panujące w życiu zawodowym oraz na relacje przełożony–podwładny. Dominuje styl nieformalny, a sprawami drugorzędnymi są struktury i hierarchie pracowników. Za przykład może posłużyć choćby moja rozmowa z dr. O’Brennanem, który bardzo szybko poprosił, abym zwracał się do niego po imieniu, a nie za pomocą jego tytułu naukowego. – Jesteśmy bardzo nieformalni, nawet w środowisku uniwersyteckim – wyjaśnia irlandzki wykładowca. – Ma to swoje źródło w tym, że przez długi czas byliśmy tak biedni, że – inaczej niż u naszych angielskich sąsiadów – nie wytworzył się tu system klasowy.
Dr Lisak zauważył tę bezpośredniość kontaktów nawet w przypadku urzędującego ministra integracji oraz innych pracowników rządu, z którymi miał styczność. – Minister podczas oficjalnych spotkań był jak człowiek z sąsiedztwa – wspomina dominikanin. – W Polsce przeciętny burmistrz zachowuje większy dystans wobec innych. W Irlandii łatwość kontaktów z przełożonymi jest dużo łatwiejsza, ponieważ panuje ogólne przekonanie, że wszyscy jesteśmy wielką rodziną. W Polsce dominuje styl formalno-prawny, czyli kultura wzmagająca stratyfikację społeczną.
Lisak zauważa, że na taki stan rzeczy wpływ miały przede wszystkim historyczne różnice w panujących systemach prawa. Zarówno w przypadku Polski, jak i Irlandii swój największy ślad odcisnęły kraje, pod których dominacją się znajdowały. W polskim systemie najbardziej widoczny jest formalno-prawny komponent pruski z elementem absolutyzmu. Ranga przepisów i zasad wzmaga stratyfikację społeczną i powstawanie chociażby klasy wysokich menedżerów. Im bardziej coś jest zależne od menedżera, tym bardziej wzrasta jego pozycja, a ten chcąc utwierdzić się w hierarchii, przyjmuje to jako sposób relacji interpersonalnych. Na Irlandię największy wpływ miał natomiast brytyjski system prawa, nie będący zestawem poszczególnych przepisów, lecz prawem zwyczajowym (common law), w którym najważniejsze były zwyczaje powszechnie uznane przez społeczeństwo.
Te dwa zupełnie inne w swoich założeniach systemy prawa w naturalny sposób wytworzyły olbrzymie różnice w funkcjonowaniu społeczeństw oraz relacjach międzyludzkich. Polscy imigranci w Irlandii łatwo odnaleźli swoje miejsce w tym obcym z początku systemie, chwaląc m.in. brak biurokracji, łatwość nawiązywania relacji interpersonalnych między osobami na różnych stanowiskach czy duży wpływ jednostki na sprawy publiczne.
– Polacy w Irlandii przekonali się, że europejskie standardy pracy to nie tylko lepsze zarobki, ale też kultura w relacjach przełożony–podwładny – mówi Magdalena Orzeł, autorka książki „Dublin. Moja polska karma”. – Życie w Irlandii nauczyło mnie obywatelskiego spojrzenia na politykę, tego, że państwo jest dla mnie, a nie ja dla państwa. Osoby wracające do Polski z doświadczeniami emigracyjnymi mają już inne oczekiwania, wyobrażenia i marzenia niż te, które wypchnęły je „za chlebem” na obczyznę. Polacy nauczyli się w Irlandii otwartości i tolerancji nie w deklaracjach, lecz w codziennym życiu. Sami raczej niczego pozytywnego w sferze wartości do Irlandii nie przywieźli. Ja również nie czuję, żebym mogła coś w tej sferze przekazać Irlandczykom, raczej to ja dostałam. Oczywiście, wielu Polakom tam mieszkającym wydaje się, że wnoszą bardzo wiele, ponieważ mają na przykład bogatsze tradycje religijne.
Starsi Irlandczycy, szczególnie w mniejszych miejscowościach, często podziwiają religijność Polaków. Ci jednak i pod tym względem przejmują zwyczaje mieszkańców wyspy, której kościoły coraz wyraźniej świecą pustkami. Na msze do polskojęzycznego duszpasterstwa uczęszcza regularnie mniej niż 10 proc. polskich imigrantów. Jeszcze mniej pojawia się na nabożeństwach prowadzonych przez irlandzkich księży. – Emigracja sprawia, że jest to religijność z wyboru – przyznaje o. dr Lisak. – Nie ma tu miejsca na presję społeczną czy przyzwyczajenia. Do kościoła chodzą ci, którzy to wybierają.
Ślad w życiu Irlandczyków pozostawiają natomiast Polacy na płaszczyźnie obyczajów związanych ze świętami. Dopiero pod wpływem polskich imigrantów stopniowo zaczęli świętować wigilię Bożego Narodzenia, wcześniej obchodząc wyłącznie dwa dni świąteczne. – Wszyscy moi znajomi Irlandczycy wiedzą o polskim dniu dziecka, lanym poniedziałku i tłustym czwartku – mówi Marlena Murphy, Polka pracująca w East Coast Radio. – Moja niesamowita irlandzka rodzina Murphych i Sheehych świętuje polskie tradycje razem ze mną. Są prezenty pod choinką w Wigilię, jest i poranek świąteczny.
Drugie pokolenie
Warto w tym miejscu podkreślić pewne zjawisko, które niemal zupełnie umknęło uwadze polskich mediów – pojawianie się drugiego pokolenia polskiej emigracji „poakcesyjnej” w Irlandii. Część polskich mediów zachłysnęła się łatwym i efektownym tematem tzw. eurosierot, co socjolodzy określili mianem siania paniki moralnej, czyli generalizowania pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymiania. W rzeczywistości skala tzw. eurosieroctwa to bardzo niewielki odsetek, a większość tego typu przypadków przestała istnieć już na początku irlandzkiej recesji gospodarczej. Wówczas nastąpił proces unifikacji rodzin, które decydowały się na wspólne przeniesienie do Irlandii lub do Polski. W Irlandii pojawiło się natomiast nowe pokolenie Polaków (część urodzona już na wyspie, część przeniosła się tam z rodzicami w bardzo młodym wieku), które jest bardzo mocno zintegrowane z irlandzką społecznością, przede wszystkim dzięki uczestnictwu w miejscowym systemie edukacji. Za ciekawostkę mogą posłużyć historie o tym, jak polskie dzieci uczące się w Irlandii, chcąc zachować swoje sekrety lub ukryć coś przed rodzicami, mówią między sobą po irlandzku.
Język narodowy jest czymś, czego wielu Irlandczyków zazdrości Polakom, podkreślając, że zachowaliśmy ojczystą mowę nawet mimo zaborów. Osiem wieków okupacji angielskiej przyniosło bowiem niemal całkowite zmarginalizowanie języka irlandzkiego, którym na co dzień posługuje się obecnie ok. 77 tys. osób, głównie mieszkańców małych miejscowości na zachodnim wybrzeżu. Irlandzki to jednak oficjalny język urzędowy (obok angielskiego) i jest powszechnie nauczany w miejscowych szkołach. Tu jednak bardzo często dzieci irlandzkie i polskie poznają go w ten sam sposób, czyli jako zupełnie nowy język.
Polaków coraz częściej można dostrzec nie tylko w irlandzkich szkołach podstawowych i średnich, ale i na miejscowych uniwersytetach. – Dziesięć lat temu Polacy na irlandzkich uniwersytetach byli rzadkością, teraz jest to całkiem powszechne – zauważa dr O’Brennan. – Moją najlepszą studentką na studiach licencjackich z europeistyki jest Polka. Przyjechała tu ze swoimi rodzicami, gdy miała 12 lat. Reprezentuje pokolenie młodych ludzi z polskich rodzin, którzy większość życia spędzili już w Irlandii.
Najlepiej wykształceni emigranci
Z przeprowadzonego w 2006 r. spisu powszechnego wynikało, że ówczesna średnia wieku Polaków w Irlandii wynosiła 27,5 lat. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że średnia ta zapewne wzrosła, mówimy tu o emigracji bardzo młodej, i to pod dwoma względami – wieku jej uczestników oraz bardzo krótkiego okresu jej istnienia. O ile z punktu widzenia historii polskich migracji jest to okres bardzo krótki, o tyle z perspektywy jednostek rzecz może się przedstawiać zupełnie inaczej.
Charakterystyczny dla polskiej emigracji w Irlandii jest zarówno jej młody wiek (głównie osoby urodzone w latach 70. i 80.), jak i wysoki poziom wykształcenia – z badań Narodowego Banku Polskiego wynika, że jest to najlepiej wykształcona Polonia spośród wszystkich krajów będących popularnymi kierunkami migracji po 2004 r. Te dwa czynniki w naturalny sposób przyczyniły się do wysokiego stopnia otwartości zarówno na irlandzką kulturę, miejscowy styl życia, jak i przyswajanie pewnych uniwersalnych wartości pojawiających się w społeczeństwie wielokulturowym.
– Fakt, że z Polski wyjechało tyle osób, często traktuje się jak tragedię – zauważa o. dr Lisak. – Jest to myślenie w kategoriach etnocentrycznych. Brakuje podejścia mówiącego, że emigracja jest dla dobra jednostek. To, że te jednostki wyjechały, nie oznacza, że są ofiarami. Można powiedzieć, że były ofiarami tego, że w Polsce nie ma perspektyw, jednak wyjeżdżając, wyzwalają się z bycia ofiarą. To brak migracji byłby oznaką poddania się. Warto zauważyć, że nie jest to jednak migracja tylko „za chlebem”, tak jak to miało miejsce w XIX w. To migracja za czymś jeszcze, czymś „do chleba”. Wyjechali ci, którzy w Polsce jakoś żyli, jednak było to dla nich życie niewystarczające, nieadekwatne i chcieli czegoś więcej.
Część Polaków mieszkających w Irlandii traktuje Zieloną Wyspę jako przystanek w dalszej życiowej drodze. Wiele osób już przeniosło się stąd do Kanady lub Australii, poniekąd idąc wydeptanymi przez dziesięciolecia drogami migracyjnymi Irlandczyków i nieraz korzystając z ich sieci kontaktów. Jednak to właśnie Irlandia wytworzyła w nich pewien kapitał migracyjny, za którym idzie otwartość na innych ludzi i łatwość dostosowywania się do nowych warunków życia. To Irlandia jest dla wielu z nich miejscem, w którym po raz pierwszy zetknęli się z dorosłym, samodzielnym życiem. Tym miejscem okazał się kraj tylko z pozoru podobny do Polski – państwo o zupełnie innym systemie prawnym, innym modelu relacji panujących w strefie zawodowej, innym poziomie relacji interpersonalnych, innym tempie życia, innym stopniu multikulturowości. Na polskich emigrantów taka różnica nie mogła pozostać bez wpływu. Głównie ze względu na swój młody wiek znacznie częściej to oni przyjmowali wartości i styl życia Irlandczyków, niż sami przekazywali coś w tej sferze innym. Tej otwartości sprzyjała jednak nie tylko metryka czy wysoki poziom wykształcenia, lecz i sama „zawartość” tego, co zaoferowała Irlandia, a co Polacy uznali za bardzo atrakcyjną propozycję.
przez Jan Przybylski | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Jesienno-zimowy spadek temperatury konfliktu na wschodzie Ukrainy daje okazję do spojrzenia z pewnego dystansu na naszą sytuację strategiczną oraz wyzwania stojące przed polską obronnością. Warto zwrócić przy tym uwagę, że mimo nieraz zaskakujących zwrotów akcji, stan rzeczy, jaki wyłania się z wydarzeń ostatniego roku, trudno nazwać całkiem „nowym”. Zmiany, jakie zaszły, wisiały bowiem w powietrzu przynajmniej od roku 2008. Wojna w Gruzji wykazała, że Rosja nie będzie cofała się przed bardzo zdecydowanymi działaniami w krajach „bliskiej zagranicy”, a jej armia ma już w znacznej mierze za sobą okres postsowieckiej smuty. Programy modernizacji rosyjskich sił zbrojnych zaczęły przechodzić ze sfery propagandy w rzeczywistość odczuwalną w jednostkach.
Sytuacja w samej Ukrainie wydaje się w pewnych granicach stabilna. Zmiana statusu Krymu, oderwanego od reszty kraju, leży w przewidywalnym horyzoncie czasowym zupełnie poza zakresem możliwości Kijowa. Sierpniowa klęska sił rządowych, dążących do zduszenia separatystów w obwodach ługańskim i donieckim, uczyniła jawną interwencję Moskwy zbędną z punktu widzenia Kremla. Do podtrzymania bytu tamtejszych organizmów parapaństwowych wystarczyło wsparcie oczywiste, ale mimo wszystko dające się kamuflować, a pauza operacyjna pozwoli na ich wzmocnienie, które przy stosunkowo niewielkim – z uwagi na poniesione straty i problemy finansowe – potencjale Kijowa zapewne okaże się dostateczne. Ewentualne znaczące rozszerzenie skali działań bojowych wojsk ukraińskich mogłoby zaś spowodować wrzenie w pozostałej części Ukrainy, spowodowane bardzo poważnym kryzysem społeczno-gospodarczym.
Potencjalne scenariusze dla Polski
Sytuacja Polski w aspekcie bezpieczeństwa pozostaje klarowna: jedynym potencjalnym zagrożeniem militarnym w przewidywalnym horyzoncie czasowym jest dla nas Rosja. Znajduje to wyraz w przyjętej w październiku 2014 r. przez rząd Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, ukryty co prawda wśród politycznie poprawnej nowomowy, oraz ostatnich zapowiedziach zmiany pokojowej dyslokacji Wojska Polskiego przez przesunięcie większych sił w kierunku wschodnim. Kwestią otwartą pozostają jednak możliwe formy materializacji tego zagrożenia. Dotychczas wydawało się, że istnieją dwa potencjalne scenariusze konfliktu zbrojnego. Pierwszy to pełnoskalowa wojna, będąca elementem realizacji szerszego zamierzenia strategicznego i angażująca siłą rzeczy całe NATO – w przypadku braku adekwatnej reakcji na działania mające na celu zajęcie terytoriów państw członkowskich sojusz straciłby rację bytu; ewentualne działania prowadzące do zdrady według scenariusza monachijskiego byłyby widoczne ze znacznym wyprzedzeniem, umożliwiając manewr polityczny krajom, które miałyby paść jej ofiarami. Drugi scenariusz to – oparta na schematach znanych z Jugosławii z roku 1999 czy Gruzji z 2008 – wojna z założenia ograniczona, krótkotrwała, mająca skłonić Polskę do uległości w jakiejś konkretnej sprawie czy też doprowadzić do wyłączenia jej z rozgrywki strategicznej.
Wydarzenia ukraińskie zdają się sugerować z kolei trzecią możliwość: zaangażowanie Polski w konflikt nieprzekraczający progu otwartej wojny. Jedną z dróg wiodących do takiego stanu rzeczy mógłby być ostry kryzys lub rozpad państwa ukraińskiego, wymagający podjęcia działań interwencyjnych w celu zabezpieczenia granic Polski czy też ustabilizowania sytuacji zapobiegającego masowemu exodusowi uchodźców. Scenariusz „dziwnej wojny” grozi także państwom bałtyckim, będącym członkami NATO i UE. Szczególnie dotyczy to Łotwy i Estonii, gdzie występuje nierozwiązywalny i stanowiący potencjalne ognisko zapalne problem licznej mniejszości rosyjskiej (ponad 25 proc. mieszkańców obu krajów), który może stać się podłożem zbrojnych tendencji separatystycznych. Radykałowie, stanowiący póki co niszę w ramach rosyjskich społeczności w państwach bałtyckich, otwarcie głoszą tezy o analogii ich sytuacji do tej występującej na Krymie. Natomiast działania Moskwy, takie jak niedawne porwanie przez rosyjskie służby oficera estońskiego kontrwywiadu, mogą budzić podejrzenia o chęci zaognienia sytuacji, a docelowo – zapalenia zielonego światła dla rebelii. Polska może stanąć w obliczu konieczności podjęcia działań stanowiących realizację postanowień traktatowych – czyli wsparcia zbrojnego sojuszników – ponieważ potencjały militarne państw bałtyckich pozostają niewielkie mimo podjętych ostatnio w Łotwie i Estonii działań mających na celu utworzenie jednostek zmechanizowanych poprzez zakupy pojazdów pancernych wycofanych przez, odpowiednio, Wielką Brytanię i Holandię.
Nie da się wreszcie zupełnie wykluczyć takiego rozwoju wypadków, w którym działania o charakterze „nieregularnym” wystąpiłyby na terenie samej Polski. Scenariusz taki, w założeniu prowadzący do destabilizacji wewnętrznej, mógłby z perspektywy Kremla stanowić bezpieczniejszą i „bardziej kulturalną” alternatywę dla ograniczonej wojny. O ile trudno wyobrazić sobie oparcie go o pretekst mniejszościowy, o tyle nie jest niewyobrażalne pojawienie się w naszym kraju tendencji politycznej, choćby i najbardziej eklektycznej, zrzeszającej środowiska od tradycjonalistów katolickich po komunistów, stanowiącej zaplecze dla „zielonych ludzików”. Do prowokacji na terenach przygranicznych nie byłby zresztą potrzebny żaden szczególny pretekst.
Stan armii i bieżące plany zakupowe
Diagnozę stanu polskiej obronności w kontekście historycznym przedstawiłem w tekście „Armia i nowy początek historii”, opublikowanym w numerze 2/2011 „Nowego Obywatela”. Trzy lata, które upłynęły od jego publikacji, nie przyniosły niestety zasadniczych zmian naszej sytuacji. W ramach znowelizowanego planu modernizacji, tym razem obejmującego lata 2013–22, kontynuowane są procedury pozyskiwania nowego sprzętu na potrzeby poszczególnych rodzajów wojsk. W odniesieniu do innych nastąpiło określenie harmonogramów i planowanych do pozyskania ilości systemów. Jednak realne postępy nastąpiły tylko w bardzo ograniczonym zakresie.
Najważniejszymi wydarzeniami dla Wojsk Lądowych, których trzon stanowią 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, 12 Szczecińska Dywizja Zmechanizowana i 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana, były w ostatnim czasie: podjęcie decyzji o zakupie 105 czołgów Leopard 2A5 i 14 Leopard 2A4, które uzupełnią posiadany już arsenał 128 pojazdów drugiej z wymienionych wersji, a także rozszerzenie umowy na dostawy kołowych transporterów opancerzonych Rosomak o 307 egzemplarzy (dotychczas dostarczono ich 690 w różnych wersjach). Wspomniany plan przewiduje również modernizację posiadanych czołgów Leopard 2A4, dostosowującą je do realiów współczesnego pola walki m.in. poprzez wzmocnienie opancerzenia i montaż nowoczesnych urządzeń obserwacyjno-celowniczych. Niestety jednak przewlekła procedura przetargowa sprawia, że nie da się zrealizować planów zakładających zakończenie modernizacji w latach 2015–2018. Pozostałe posiadane czołgi, 233 sztuki PT-91 i ponad 500 T-72 (z konstrukcji których wywodzą się te pierwsze), zostały niejako „odpuszczone” przez wojsko. Nie zamawia ono dla nich nawet nowoczesnej amunicji, co wyklucza efektywne zastosowanie tych pojazdów w konflikcie, w którym przeciwnik będzie dysponował własną bronią pancerną. Zastępstwem dla tych wozów miałoby być 300 pojazdów zakupionych w ramach programu Gepard, bazujących na Uniwersalnej Modułowej Platformie Gąsienicowej – tej samej, co przyszły bojowy wóz piechoty, który ma zostać pozyskany w liczbie, według zamierzeń, nie mniejszej niż 500 sztuk. Jednak założenia tego programu, wedle których miałby to być pojazd lekki (35 ton), co nie może nie odbić się na pancerzu zasadniczym, są kontrowersyjne, a jego finansowanie niepewne. Wojsko chciałoby, aby prototyp pojazdu powstał w roku 2016 i wtedy dopiero będzie można ten projekt wiążąco ocenić. Bojowy wóz piechoty powstały na wspomnianej platformie, być może opracowany wespół z innymi państwami Grupy Wyszehradzkiej (obecnie trwa konkurs, który ma doprowadzić do wyłonienia odpowiedniego projektu), zastąpiłby zupełnie przestarzałe BWP-1, których uzbrojenie i opancerzenie nie spełnia już żadnych wymogów pola walki, a niestety stanowią one zasadnicze uzbrojenie gąsienicowych batalionów zmechanizowanych.
Kluczowy dla Wojsk Lądowych program modernizacji artylerii napotyka niestety na problemy związane z produkcją ważnego komponentu dział samobieżnych – nośnika wieży. Okazało się, że odpowiedzialne za podwozie zakłady Bumar-Łabędy utraciły wskutek braku zamówień znaczną część zdolności konstrukcyjno-wykonawczych, co zaowocowało niespełnieniem wymagań – testy ogniowe okazały się wręcz kompromitujące, ponieważ blachy nośnika pękały. W połączeniu z likwidacją produkujących silniki zakładów PZL-Wola stworzyło to konieczność poszukiwania alternatywnego podwozia, które według ostatnich informacji będzie wytwarzane przez integratora całości systemu, zakłady HSW, na licencji południowokoreańskiej.
Powinno to otworzyć drogę do realizacji zamierzeń zakładających wystawienie do roku 2025 pięciu dywizjonów Krabów (120 dział), uzupełnionych przez działa tego samego kalibru 155 mm Kryl na podwoziu kołowym (na razie zakładane jest wystawienie jednego dywizjonu, liczącego 24 pojazdy). Obecnie jednak nasza artyleria lufowa oparta jest w całości na wzorach pochodzących z czasów Układu Warszawskiego (Dana i 2S1), mocno już przestarzałych, odznaczających się m.in. zupełnie niezadowalającą donośnością. Ten niekorzystny stan rzeczy poprawia tylko artyleria rakietowa, dysponująca nowoczesnymi zestawami WR-40 Langusta, i wyposażenie jednostek w wysokiej klasy rodzime radary artyleryjskie Liwiec. Zwiększające zdolność rażenia WL na szczeblu operacyjnym (zasięg powinien sięgać 300 km), zestawy wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe powinny zacząć trafiać do jednostek w ramach programu Homar w roku 2017. Realizacja programów modernizacji artylerii, prowadząca do znacznego zwiększenia jej donośności oraz precyzji rażenia, pozwoli uzyskać skuteczny oręż do rażenia kolumn zmechanizowanych przeciwnika przed dotarciem na pole walk, obiektów takich jak przyfrontowe stanowiska dowodzenia, lotniska/lądowiska czy infrastruktura transportowa. Co istotne, przyczyni się w znaczącym stopniu do zmniejszenia zagrożenia ze strony Obwodu Kalinigradzkiego. Jego całość znajdzie się w zasięgu rażenia, co będzie miało zasadnicze znaczenie dla ograniczenia swobody korzystania w położonych w nim lotnisk, baz marynarki wojennej czy też działania, wykorzystywanych silnie przez rosyjską propagandę jako straszak, systemów rakietowych ziemia-ziemia typu Iskander.
Lotnictwo Wojsk Lądowych w dalszym ciągu operuje na starych i zużytych śmigłowcach pochodzenia sowieckiego – szturmowych Mi-24 oraz wielozadaniowych Mi-8/17, uzupełnionych flotą rodzimych maszyn W-3 Sokół oraz SW-4. Pierwsze mają zostać zastąpione przez maszyny, których nabycie planowane jest w ramach programu Kruk, a ich liczbę szacuje się wstępnie na 32, ale może to nastąpić dopiero po roku 2020. Procedura przetargowa, która ma wyłonić następcę drugich (48 maszyn dla WL) w chwili pisania tekstu trwa, a wybór maszyny (S-70 Black Hawk, EC725 Caracal lub AW149) powinien nastąpić na początku roku 2015. W roku 2015 powinno również rozpocząć się finansowanie i dostawy zestawów bezzałogowych statków powietrznych różnych klas – mini, mini pionowego startu, krótkiego zasięgu, pionowego startu krótkiego zasięgu, średniego zasięgu i klasy operacyjnej (MALE) – których łączna liczba ma sięgnąć niemal 100, prowadząc do znaczącego rozwoju zdolności WP w zakresie rozpoznania i świadomości sytuacyjnej. Zdolności te pozwoli wykorzystać zbudowany z zastosowaniem najnowszych technologii Zintegrowany System Dowodzenia i Kierowania Środkami Walki – przyszły mózg i rdzeń kręgowy armii, którego elementy mają zacząć napływać do odpowiednich jednostek od roku 2015.
Przedstawienie stanu armii należy uzupełnić – w szczególności w odniesieniu do Wojsk Lądowych i Wojsk Specjalnych – o uzbrojenie i wyposażenie osobiste żołnierzy (w tym sprzęt łączności) oraz obronę przeciwpancerną. W tych obszarach sytuację wypada ocenić jako ogólnie dobrą (w przypadku Wojsk Specjalnych – bardzo dobrą). Misje zagraniczne pozwoliły na sprawdzenie w warunkach bojowych i dopracowanie broni strzeleckiej oraz broni ciężkiej piechoty, a istniejące braki, np. w zakresie efektywnego indywidualnego uzbrojenia przeciwpancernego, można w razie konieczności dość szybko uzupełnić. Pozyskanie nowych granatników przeciwpancernych dla Wojsk Lądowych zostało zapowiedziane w ostatnich dniach października 2014 r. Zadowalający stan obrony przeciwpancernej uzyskano dzięki wprowadzeniu do uzbrojenia pocisków Spike, których dostawy powinny być kontynuowane od roku 2015. Satysfakcjonujące dzięki ciągłym zakupom jest również wyposażenie wojska w zakresie transportu samochodowego.
Jaskrawym przeciwieństwem dość dobrego stanu wojsk lądowych są obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Jest to nadal pięta achillesowa polskiej obronności, a jej zapaść w ciągu ostatnich kilku lat pogłębiła się. Obrona przeciwrakietowa nie istnieje, a przeciwlotnicza średniego zasięgu jest iluzoryczna – stanowią ją wyłącznie przestarzałe i niezdatne do stawienia czoła aktualnym zagrożeniom zestawy S-200 Wega, które według obecnych planów pozostaną w służbie do roku 2019. Nieco lepszy poziom reprezentują – mało nowoczesne mimo modernizacji – zestawy krótkiego zasięgu Sił Powietrznych (Newa SC) oraz Wojsk Lądowych (Kub i Osa), które jednak, poza Osami, w ciągu kilku najbliższych lat będą wymagały wycofania. Zasadniczym pozytywem jest wszczęcie programu modernizacji OPL, który ma w założeniach doprowadzić do całkowitej wymiany w ciągu nadchodzącej dekady jej sprzętu i stworzenia realnych zdolności obrony przeciwrakietowej. W zakresie obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu i przeciwrakietowej realizowany jest program „Wisła”, który ma doprowadzić do zakupu systemów zdolnych do rażenia celów powietrznych w odległości do 100 km oraz rakiet balistycznych krótkiego zasięgu (do 1000 km). Bieżące plany zakładają pozyskanie od roku 2018 ośmiu baterii (powinno to przekładać się na ok. 400 pocisków), z zakończeniem dostaw poza horyzontem bieżącego ogólnego planu modernizacji, tj. po roku 2022. Ocena ofert doprowadziła do wyłonienia dwóch finalistów konkursu: amerykańskiego koncernu Raytheon (zestaw Patriot) i konsorcjum Eurosam (firmy Thales i MBDA-France, zestaw SAMP/T). Należy zaznaczyć, że wymagania stawiane przez MON będą mogły spełnić dopiero opracowywane wersje tych systemów, a ostatnio pojawiły się niepokojące sygnały o możliwości przesunięcia dostaw nawet względem tych odległych terminów (do 2022 r. tylko 2 baterie zamiast 6; informacje te zostały co prawda zdementowane przez ministra obrony narodowej, który dopuścił jednak harmonogram 4+4 baterie). Zestawy Newa i Kub mają zostać zastąpione przez systemy zakupione w ramach programu Narew (wyłonienie dostawcy w 2016, dostawa do 2022 r. 9 baterii). W realizacji obu wspomnianych programów, zgodnie z deklaracjami MON, maksymalny możliwy udział ma mieć polski przemysł zbrojeniowy. Lepszy obraz prezentują tylko obrona przeciwlotnicza bardzo krótkiego zasięgu (oparta na nowoczesnych krajowych zestawach Grom – w przyszłości Piorun – i ich samobieżnej wersji Poprad, oraz artylerii lufowej) oraz, last but not least, radiolokacja i systemy dowodzenia/łączności, które dzięki dotychczasowym oraz planowanym dostawom nowoczesnego sprzętu będą zdolne do wykorzystania możliwości nowych systemów rakietowych.
Podstawową siłę lotnictwa polskiego stanowi 48 wielozadaniowych samolotów bojowych F-16C/D Block 52+ (4 eskadry). Te wciąż nowoczesne maszyny uzupełnia 31 myśliwców MiG-29, których część poddawana jest płytkiej modernizacji. Kolejny typ samolotu pamiętający czasy PRL, szturmowo-bombowy Su-22M4, miał według obowiązujących jeszcze niedawno zamierzeń zniknąć z linii w ciągu najbliższych dwóch lat. Zarzucenie planów zakupu samolotów szkolno-bojowych (LIFT) lub kolejnej eskadry F-16 spowodowało jednak podjęcie wiosną 2014 postanowienia o przedłużeniu eksploatacji 18 spośród 32 posiadanych „Suchojów” o 10 lat, co pozwoli utrzymać jedną eskadrę lotnictwa taktycznego, która w innej sytuacji musiałaby zostać rozwiązana. O ile decyzję tę należy pochwalić ze względów politycznych, albowiem będzie stanowiła dla wojska argument w rozmowach z decydentami na temat zakupu w przyszłości nowych samolotów, a ponadto pozwoli uniknąć propagandowych oskarżeń o „wyścig zbrojeń”, o tyle z punktu widzenia wojskowego te ponad 30-letnie maszyny, które nigdy nie były głębiej modernizowane i nie planuje się tego w przyszłości, są niemal bezwartościowe. Niewiele lepiej w istocie ma się sprawa z MiGami-29 – dobremu płatowcowi nie towarzyszy ani wartościowe wyposażenie awioniczne, ani uzbrojenie, przez co ich przydatność w boju jest bardzo wątpliwa. Ponadto utrzymanie tych samolotów w eksploatacji może okazać się problematyczne, ponieważ w aspekcie dostaw części eksploatacyjnych Polskie Siły Powietrzne są całkowicie uzależnione od Rosji. Realizacja ich jest często nieterminowa, narzucane koszty np. silników – horrendalne, a zaostrzenie sytuacji politycznej może sprawy jeszcze pogorszyć. Doprowadzenie do wycofania MiGów byłoby zresztą dla Rosji niekorzystne, skoro może ona czerpać całkiem znaczne korzyści finansowe z utrzymywania nieefektywnego sprzętu w linii u potencjalnego przeciwnika.
W bieżącym planie modernizacji WP nie są przewidywane w najbliższych latach zakupy nowych samolotów bojowych. Kryzys ukraiński nie przyniósł w tym aspekcie żadnych zmian. Z decyzją o zakupie pocisków manewrujących AGM-158A JASSM (zasięg 370 km, na razie 40 sztuk), stanowiącą element programu budowy potencjału odstraszania (bardziej prozaicznie – uderzeń na ważne cele w głębi terytorium przeciwnika), określanego propagandowo jako „Polskie Kły”, będzie wiązała się potrzebna już modernizacja ich nosicieli – samolotów F-16 – o nowe wyposażenie oraz oprogramowanie. MON ogłosił zamiar wejścia w posiadanie nowych maszyn wielozadaniowych po roku 2020 (do 2030). Polska miałaby według tego planu kupić aż 64 samoloty V generacji. Z uwagi na przewidywane koszty realizacja programu w takiej skali wydaje się jednak mało prawdopodobna – cenę takiej maszyny z uzbrojeniem oraz minimalnym zapasem części zamiennych należy szacować na przynajmniej 150 milionów dolarów. Przy niskiej wartości bojowej MiGów i Suchojów posiadane F-16 w razie konfliktu byłyby nadmiernie obciążone obowiązkami. Słabość naziemnej obrony przeciwlotniczej sprawia, że ich zdolności w tym zakresie zyskują nieproporcjonalnie wielkie znaczenie, poza tym spoczywałyby na nich zadania związane z wykonywaniem uderzeń na cele naziemne na większą głębokość. Do skutecznej realizacji całej tej gamy obowiązków posiadana liczba maszyn jest zdecydowanie zbyt mała (a zakup pocisków JASSM spowoduje dojście do nich jeszcze roli nosiciela uzbrojenia „strategicznego”) – nieprzypadkowo analizy prowadzone na początku wieku określały pożądaną liczbę nowoczesnych wielozadaniowych samolotów bojowych na co najmniej 160 sztuk. Późniejsze korekty, spowodowane uwzględnieniem ograniczeń finansowych, spowodowały tu redukcję do 96–112 maszyn, jednak cały czas w domyśle chodzi o samoloty nowoczesne. Widać jasno, że skoro o nowoczesności będzie można mówić tylko w przypadku 48 z 97 samolotów, lotnictwo cierpi na potężny niedobór, który bez zmiany planów utrzyma się przez najbliższą dekadę, a i później jego uzupełnienie będzie prawdopodobnie wymagało wyasygnowania specjalnych środków finansowych.
Niewątpliwym pozytywem ostatnich lat historii Polskich Sił Powietrznych jest podjęcie w końcu decyzji o zakupie nowych samolotów szkolenia zaawansowanego – 8 maszyn M-346 z opcją na 4 kolejne. Pozwoli to na utrzymanie i rozwój krajowego systemu szkolnictwa lotniczego. Również zaspokojenie potrzeb w zakresie transportu lotniczego należy oceniać jako zadowalające.
Ostatnie miejsce tak w prezentacji, jak i w bieżącej hierarchii rodzajów sił zbrojnych, objawiającej się dotychczasowym dostępem do środków na realizację programów modernizacyjnych, zajmuje Marynarka Wojenna. Obejmuje ona dwie dobiegające 35. roku życia pozyskane od Stanów Zjednoczonych fregaty typu „Oliver Hazard Perry”, mocno zużyte i przede wszystkim mające symboliczną efektywność z powodu złego stanu systemów pokładowych i przestarzałości/braku uzbrojenia. Znajdujący się w gorszym stanie ORP „Gen. K. Pułaski” przejdzie w latach 2015–16 kosmetyczny remont, który powinien spowodować odzyskanie podstawowych zdolności w zakresie świadomości sytuacyjnej, ale nie przyniesie żadnej poprawy w zakresie uzbrojenia. Mamy także trzy niezłe małe okręty rakietowe projektu 660, jeden duży okręt podwodny typu 877 i cztery małe, dobiegające 50. roku eksploatacji, ex-norweskie okręty podwodne typu „Kobben”. „Kobbeny” zostaną wycofane ze służby w latach 2014–2017, młodziutki przy nich, ledwie 30-letni „Orzeł”, ma po remontach posłużyć podwodnikom do roku 2022. MON prowadzi obecnie kilka znajdujących się w fazie wstępnej programów rewitalizacji Marynarki Wojennej. Najważniejszy, noszący kryptonim „Orka”, zakłada zakup do roku 2023 trzech nowoczesnych okrętów podwodnych. Duże emocje budzi ewentualność uzbrojenia ich w pociski manewrujące do zwalczania celów lądowych (potencjalnie o zasięgu rzędu 800–1000 km, a nawet większym), które miałyby stanowić jeden z elementów „Polskich Kłów”. Trzon przyszłych sił nawodnych stanowić mają 3 okręty obrony wybrzeża – w istocie, według ujawnionych założeń, chodzi o uniwersalne duże korwety, ze wszechstronnym zestawem uzbrojenia rakietowo-artyleryjskiego, umożliwiającego zwalczanie celów nawodnych, podwodnych, powietrznych i lądowych. Ich pozyskanie planowane jest w latach 2017–2019 w ramach programu Miecznik. Do tego mają dojść trzy okręty patrolowe z funkcją zwalczania min (program Czapla, planowane wejście do służby w latach 2020–2022) oraz okręt patrolowy „Ślązak”, stanowiący pokłosie nieudanego programu budowy korwet typu „Gawron” (gotowy kadłub jedynej jednostki, z radykalnie w stosunku do zamierzeń zredukowanym zestawem uzbrojenia), który powinien wejść do służby w roku 2016. Z lądu potencjał MW uzupełnia Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy wyposażony w pociski NSM o zasięgu rzędu 200 km, przeznaczone zasadniczo do rażenia celów nawodnych, zdatne jednak również do zwalczania stacjonarnych obiektów lądowych, przez co stanowią pewne zagrożenie dla instalacji w Obwodzie Kalinigradzkim. Plany zakładają rychłe sformowanie drugiego takiego dywizjonu. Brygada Lotnictwa MW, dysponująca dotychczas śmigłowcami i lekkimi samolotami patrolowymi Bryza, ma zostać uzupełnione o trzy średnie samoloty patrolowe, zdolne do zwalczania okrętów podwodnych i być może również nawodnych.
Stan większości obszarów naszej obronności należałoby określić jako zły, zaś terminy jego zmiany poprzez zakupy nowego wyposażenia są dość odległe. Szczególną trwogę budzi to w przypadku regularnej obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej, absolutnie kluczowej zarówno w scenariuszu wojny pełnoskalowej, jak i ograniczonej. To na tej gałęzi sił zbrojnych spoczywa bowiem zadanie ochrony kluczowych obiektów strategicznych – lotnisk, baz wojskowych, elementów infrastruktury, centrów politycznych – w razie ataku z powietrza, który niechybnie będzie pierwszym i najważniejszym działaniem przeciwnika. Na podstawie doświadczeń płynących z dotychczasowych konfliktów zbrojnych można zakładać, że odparcie uderzenia powietrznego doprowadzi do załamania planów operacyjnych przeciwnika, a przypadku wojny „ograniczonej”, w której jest ono zasadniczym sposobem oddziaływania na zaatakowanego, do całkowitego fiaska agresji. Zadania tego nie będzie w stanie spełnić relatywnie niewielkie i niezbyt mocne sprzętowo lotnictwo, które samo potrzebuje ochrony lotnisk, w szczególności przed uderzeniami rakietowymi. Przy możliwej ewolucji sytuacji w regionie może okazać się, że zastrzyk sprzętu planowany na okolice roku 2020 będzie przysłowiową musztardą po obiedzie, na podobieństwo zamówionych w 1939 r. nowoczesnych francuskich i angielskich samolotów myśliwskich, które zaczęto ekspediować drogą morską na początku września…
Sytuacji tej można zaradzić albo poprzez doprowadzenie do rozmieszczenia na terytorium Polski sojuszniczych środków przeciwlotniczych (co może być dość problematyczne z uwagi na prawdopodobny brak woli politycznej ich dysponentów, poza ewentualnością wojny pełnoskalowej, a kolektywne systemy NATO są w powijakach), albo dzięki zakupowi czy wypożyczeniu przynajmniej względnie nowoczesnych systemów do czasu wejścia do służby rozwiązań docelowych. Z tym drugim rozwiązaniem wiążą się jednak dwa problemy: obciążenie dla budżetu (które jednak wobec niepewnej sytuacji politycznej prawdopodobnie warto ponieść) oraz zakłócenie procedury przetargowej – jedyną bowiem realną opcją byłoby sięgnięcie po amerykański system Patriot PAC-2 z zasobów Stanów Zjednoczonych lub innych dotychczasowych użytkowników, co stawiałoby USA w uprzywilejowanej pozycji jako dostawcę systemów perspektywicznych. Rozstrzygnięcie przetargu tę niedogodność wyeliminuje, jednak według dostępnych informacji opcja wzmocnienia OPL w okresie przejściowym nie jest rozważana.
Drugim istotnym problemem w odniesieniu do wspomnianych scenariuszy jest słabość lotnictwa bojowego, opartego na przestarzałych MiGach-29 i Su-22. Staje się ona tym bardziej dotkliwa, że minął czas, w którym zakupione F-16 zapewniały przewagę techniczną nad lotnictwem rosyjskim. Wchodzenie do służby dość licznych nowych maszyn – Su-35S, Su-30SM, Su-34 oraz modernizacja starszych powoduje co najmniej zniwelowanie tej przewagi. Obecne plany rozwoju tego segmentu naszej obronności zdają się opierać na wątpliwym założeniu, że do roku 2020 (a właściwie 2025, biorąc pod uwagę czas uzyskiwania gotowości bojowej) nic się nie w regionie nie wydarzy i będzie można spokojnie czekać na zapowiadane samoloty. Wydaje się, że leżącym w zasięgu ręki rozwiązaniem byłoby jak najszybsze zastąpienie wspomnianych maszyn przez równoważną im liczbę starszych F-16C/D, które mogłyby – nawet przy braku głębszej modernizacji – z powodzeniem realizować odpowiednie zadania, zachowując akceptowalne parametry jeszcze przez dekadę. Pozostając przy lotnictwie, warto wspomnieć o braku pocisków do zwalczania nieprzyjacielskich stacji radiolokacyjnych – skoro kupujemy „agresywne” pociski JASSM, wypadałoby zwiększyć zdolności w zakresie przełamywania obrony przeciwlotniczej. Brakuje także, dysponujących dalekiego zasięgu radarami i rozbudowanym wyposażeniem komunikacyjnym, maszyn wczesnego ostrzegania i dowodzenia, które pozwoliłyby relatywnie niewielkim kosztem na znaczne zwiększenie efektywności posiadanych eskadr (w jakiejś mierze można tu liczyć na zasoby NATO, jednak oparcie się na własnych nie leży poza zasięgiem naszych możliwości).
W odniesieniu do wojsk lądowych dolegliwość dzisiejszych braków, poza przestarzałością artylerii (rozwiązanie jest tu jednak, jako się rzekło, w drodze), jest nieco mniejsza. Można krytykować niezbyt zrozumiałą politykę modernizacyjną w kwestii czołgów Leopard – wersję 2A5 uznaje się za spełniającą wszelkie wymogi współczesnego i przyszłego (w perspektywie dekady) pola walki, co w odniesieniu do pojazdu reprezentującego poziom technologiczny końca lat 90. stanowi jednak spore nadużycie. Większość innych problemów, takich jak wspomniany brak nowoczesnej amunicji do starszych modeli czołgów (a i w przypadku Leopardów nie jest pod tym względem różowo) można rozwiązać w perspektywie kilku miesięcy, składając odpowiednie zamówienia u dostawców.
Stan Marynarki Wojennej trudno byłoby poprawić środkami tymczasowymi, które byłyby adekwatne i nie stanowiły marnowania funduszy. Można jednak uznać, że zagrożenie od strony morza nie jest obecnie – mimo modernizacji rosyjskiej Floty Bałtyckiej – kluczowe dla bezpieczeństwa naszego kraju. Zadania patrolowe w sytuacji innej niż otwarta wojna czy związane z ochroną strefy ekonomicznej jest w stanie wykonywać skutecznie Marynarka Wojenna, a stworzenie Nabrzeżnego Dywizjonu Rakietowego ogranicza swobodę działania potencjalnego przeciwnika na Bałtyku.
Nieco odmiennie przedstawia się sytuacja w odniesieniu do nadmienionej na wstępie ewentualności udziału Polski w lokalnych konfliktach o skali zbliżonej do tego, co obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach we wschodniej Ukrainie. W przypadku tego typu scenariusza braki w dziedzinie obrony przeciwlotniczej czy lotnictwa nie byłyby kwestią kluczowego znaczenia (zakładając oczywiście, że nie nastąpiłaby eskalacja). Przydatne mogłyby się natomiast okazać doświadczenia nabyte w Afganistanie i Iraku – tak w odniesieniu do taktyki stosowanej w tego rodzaju konfliktach, jak i w technicznych środkach ograniczania strat własnego personelu. Wydaje się, że Wojsko Polskie jest do takiego scenariusza nieźle przygotowane i byłoby w stanie się w nim sprawdzić, również, jak wspomniano tu wcześniej, dzięki dopracowanemu uzbrojeniu i wyposażeniu osobistemu żołnierzy. Brak nowoczesnych hełmów, opancerzenia osobistego czy indywidualnych systemów noktowizyjnych był bardzo dotkliwy dla ukraińskich sił rządowych na początku operacji skierowanych przeciw separatystom. W razie potrzeby możliwe byłoby ponadto zapewne szybkie sięgnięcie do oferowanych nieodpłatnie sojusznikom zasobów amerykańskich pojazdów minoodpornych, których pewna liczba zostanie notabene w najbliższym czasie pozyskana w ramach programu Excess Defense Articles.
Kluczowe strategiczne znaczenie ma również sam model armii. Od procesu profesjonalizacji armii czynnej nie ma, jak się wydaje, odwrotu w dającej się przewidzieć perspektywie. Zwolennicy powrotu do masowej armii poborowej często abstrahują od kwestii finansowania, właściwie rozumianych realiów pola walki, w których liczne, ale słabiej wyszkolone i wyposażone siły zbrojne w warunkach bezwzględnej dominacji techniki sprawdzają się słabo, czy wreszcie od czynników socjokulturowych, warunkujących niechęć do przymusowej służby wojskowej i jej często skuteczne unikanie przez wielu poborowych, w szczególności tych wyżej wykwalifikowanych, którzy byliby dla armii najbardziej przydatni. Jednak kwestia przygotowania sił rezerwowych, dostępnych jako uzupełnienie armii zawodowej w razie wojny, zyskała na znaczeniu. Problem ten mógłby stać się szczególnie dotkliwy w przypadku długotrwałego konfliktu asymetrycznego, wiążącego się z koniecznością „luzowania” jednostek zmęczonych monotonną i trudną służbą oraz uzupełniania może niewielkich, ale nieuniknionych i stałych strat. Na braki w tych zakresach wskazują choćby analitycy szwedzcy, badający stan armii swojego kraju po przeprowadzeniu uzawodowienia.
W Polsce teoretycznie takim rezerwuarem miały być Narodowe Siły Rezerwy, liczące 20 tys. ochotników, jednak czwarty rok funkcjonowania tej formacji wskazuje na zasadnicze niedomagania pierwotnej koncepcji. Przeszkolono co prawda kilkadziesiąt tysięcy ochotników, ale liczebność NSR nie przekracza wciąż 10 tys., a wielu chętnych traktuje służbę w nich jako przystanek w drodze do armii. Słuszne wydają się zatem postulaty reformy NSR idące w kierunku jej terytorializacji i włączenia licznych pozarządowych terytorialnych organizacji paramilitarnych do systemu rezerw. Rozsądnie zdefiniowana (jako cenne uzupełnienie, ale w żadnym razie alternatywa dla armii regularnej), relatywnie liczna Obrona Terytorialna jest właściwym punktem docelowym, musi jednakowoż występować przełożenie na finansowanie i adekwatne rozwiązania organizacyjno-prawne, takie jak zabezpieczenie statusu zawodowego osób służących w tego rodzaju formacjach. Konieczne byłoby też, jak się wydaje, uwzględnienie nie tylko partyzanckiego, ale i policyjno-patrolowego charakteru działania oraz zapewnienie odpowiedniego wyposażenia, takiego jak wspomniane pojazdy minoodporne.
Ramy funkcjonowania armii tworzy oczywiście finansowanie. Teoretycznie polskie wskaźniki w tym zakresie są na tle europejskiej mizerii dobre, jednak wynika to po części z faktu, że WP wychodzi z głębokiej zapaści, trwającej od początku lat 80. Ponadto w ciągu ostatnich lat mieliśmy w armii do czynienia z kreatywną księgowością – w planie budżetu MON zapisywano środki w wysokości spełniającej wymogi ustawowe, jednak z mniej czy bardziej ukrytym założeniem, że część z nich nie zostanie wykorzystana. W latach 2008–2013 wojsko straciło w ten sposób 10 mld zł, czyli kwotę odpowiadającą mniej więcej trzem eskadrom nowych F-16 lub spełnieniu 50 proc. wymagań w zakresie obrony przeciwlotniczej. Trudno w tej sytuacji pozytywnie oceniać powagę postulatów zwiększenia wydatków na obronność z poziomu 1,95 proc. PKB do 2 proc. Zresztą nawet w odniesieniu do ogłaszanych zapowiedzi modernizacyjnych taka kwota mogłaby okazać się za mała – szczególnie, jak wspomniałem, wątpliwa wydaje się realność zakupu 64 wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji.
Sytuacja międzynarodowa i sojusze
Bieżącą koniunkturę międzynarodową trudno uważać za korzystną dla Polski. Z jednej strony mamy Rosję, prowadzącą zdecydowaną, a zarazem umiejętną politykę i wychodzącą z postsowieckiej smuty militarnej. Ogłoszone właśnie rosyjskie plany na rok 2015 zakładają wzrost wydatków na obronność z obecnych 3,4 proc. do 4,2 proc. PKB (w latach późniejszych ma nastąpić stabilizacja na poziomie 3,6–3,7 proc.). Oznacza to, że Rosja, przy ponad 7-krotnie większej armii niż Polska (wliczając u nas NSR), wydaje na jednego żołnierza o 10 proc. więcej. Oczywiście można zadawać pytania dotyczące marnotrawienia części tych środków, jednak w przeciwieństwie do ubiegłej dekady trudno zbywać rosyjskie programy modernizacyjne jako zapowiedzi bez pokrycia. Mimo różnych problemów czy opóźnień nowoczesny sprzęt faktycznie napływa do rosyjskich jednostek. Z drugiej strony mamy Stany Zjednoczone realizujące pivot to Pacific (zwrot ku Pacyfikowi) z uwagi na kluczowe dla interesów amerykańskich zagrożenie ze strony coraz potężniejszych Chin. Mamy też gnuśne europejskie kraje NATO, tnące wydatki na obronność, zwykle do poziomu ok. 1–1,5 proc. PKB. Dopiero wydarzenia roku 2014 spowodowały wyhamowane czy odwrócenie tego ostatniego trendu w niektórych krajach, np. w Holandii czy Norwegii. Kluczowy europejski sojusznik z NATO, Niemcy, ogłasza wszem i wobec swą niemoc – według alarmistycznych doniesień sprawnych miałoby być zaledwie 9 ze 109 posiadanych przez ten kraj myśliwców Eurofighter Typhoon (bardziej ostrożne i, jak się wydaje, realistyczne szacunki mówią o sprawności na poziomie 40 proc.). Informacje te można oceniać jako odbicie rzeczywistych problemów trapiących niedofinansowaną Bundeswehrę, ale również jako tworzenie alibi dla powstrzymania się od wypełnienia zobowiązań przewidzianych przez artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. W związku z tym trudno się dziwić, że propozycja polskich władz sprzed paru miesięcy, dotycząca rozmieszczenia w naszym kraju dwóch brygad ciężkich NATO spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem, a szpica NATO, której powstanie ogłoszono na szczycie w Newport, wiązać się będzie z jedynie symboliczną obecnością sojuszniczych jednostek, podobnie jak miało to miejsce w przypadku amerykańskich F-16 stacjonujących w Łasku.
Rozważania o polskich zdolnościach obronnych oczywiście nie mogą abstrahować – nawet przy świadomości tych trudności – od NATO. Biorąc pod uwagę brak własnego potencjału w tym zakresie – a także brak wyobrażalnej perspektywy jego stworzenia – nasz kraj nie dysponuje żadnym alternatywnym nuklearnym gwarantem bezpieczeństwa. Nie można również żadną miarą lekceważyć trudnego do zniesienia uzależnienia od kolektywnych systemów rozpoznania (w tym satelitarnego i radioelektronicznego) czy obrony, w szczególności przeciwrakietowej. Wydaje się jednak, że obok rozwoju samodzielnego potencjału, należy tam, gdzie to możliwe, poszukiwać alternatywnych związków regionalnych. Zakorzeniony w polskim myśleniu o polityce zagranicznej szlak wyszehradzki jawi się tu jako bardzo mało perspektywiczny. Węgry, Czechy i Słowacja są militarnie bardzo mało znaczącymi partnerami, współpraca z nimi w dziedzinie wspólnego opracowywania i pozyskiwania uzbrojenia to pasmo porażek, a przede wszystkim problematyczna jest wspólnota na poziomie interesów geopolitycznych. W odniesieniu do kryzysu ukraińskiego kraje te zajęły stanowisko odmienne od polskiego, sytuując się w unijnym obozie prorosyjskim – szczególnie widoczne było to w przypadku Węgier. Dzieje się tak z uwagi na determinanty przestrzenne – o ile Polska leży w Europie bałtyckiej, o tyle tamte kraje w dunajskiej, zatem mają odmienne priorytety, obawy i możliwości realizacji interesów.
Historycznie rzecz biorąc, na naturalnej, wyraźnej granicy wyznaczanej przez pasmo Karpat urywały się trwałe, owocne związki polityczne. W obu obszarach orientowano się na odmienne ośrodki polityczne i zawierano inne sojusze, wydarzenia dziejące się w jednej strefie miały zazwyczaj ograniczony wpływ na drugą, który jeżeli występował, był zapośredniczony przez dźwignie rywalizacji o wymiarze globalnym. Wspólnota losów (niepełna zresztą, vide porównanie dziejów Polski i Czech) występowała tylko przy apokaliptycznych wydarzeniach, takich jak rewolucja bolszewicka i jej promieniowanie za granicę czy II wojna światowa. Oczywiście członkostwo Polski i jej południowych sąsiadów w tych samych organizacjach tworzy pewne pole interesów wspólnych, jednak różnice zaangażowań w poszczególne wektory polityki wspólnotowej czy zdań na temat zagrożeń należy przyjąć jako stan naturalny.
W związku z tym należy bardzo poważnie wziąć pod uwagę strategiczne partnerstwo z innymi krajami bałtyckimi, szczególnie ze Szwecją, która potraktowała wydarzenia zapoczątkowane oderwaniem Krymu od Ukrainy jako memento, a w związku z uzasadnionymi obawami przed zagrożeniem płynącym ze wschodu podjęła działania mające na celu zmniejszenie deficytów bezpieczeństwa przez wzrost wydatków na obronność (przewidywany w ciągu najbliższych lat jego poziom wzrostu wynosi 13 proc.). W obliczu nie do końca zadowalających wyników wcześniejszej współpracy czysto skandynawskiej, którą ograniczała np. przynależność do NATO Danii i Norwegii oraz rezerwa przejawiana przez Finlandię, Sztokholm dąży także do zacieśnienia związków z Sojuszem. Szwecja jest przy tym – mimo oczywistych ograniczeń wynikających choćby z niewielkiej populacji – krajem dość silnym militarnie, którego obecny potencjał porównywalny jest z polskim, oraz potencjalnie wartościowym partnerem jako dostawca uzbrojenia czy w zakresie współpracy przemysłowej (jak dotąd ten potencjał jest realizowany w niewielkim tylko stopniu). Podobna wspólnota interesów, determinowana przez definicję sytuacji i podstawowych zagrożeń bezpieczeństwa, łączy Polskę z Norwegią i Finlandią. Z nimi również możliwa jest np. wspólna realizacja dużych programów zakupowych – np. Finlandia będzie poszukiwała konstrukcji, która w latach 20. zastąpi obecnie eksploatowane myśliwce wielozadaniowe F/A-18C/D Hornet. Kierunek ten jest niestety jak dotąd politycznie bardzo słabo eksploatowany.
Podobnie ma się sprawa z relacjami z Turcją, również obawiającą się posunięć rosyjskich, silną wojskowo, dynamicznie rozwijającą przemysł. Dysponuje ona wieloma interesującymi technologiami, takimi jak projektowane pociski manewrujące pozbawione politycznej problematyczności, o jaką należy podejrzewać wzory amerykańskie. Na podstawie wiedzy na temat doświadczeń innych krajów z zakupami systemów rażenia dalszego zasięgu z tego kraju można bowiem domniemywać, że Stany Zjednoczone również i w naszym przypadku zastrzegą sobie daleko idącą kontrolę nad użyciem sprzedawanej broni tego rodzaju. Półksiężyc Sztokholm-Warszawa-Ankara należy uznać za bardzo pożądany układ, kompensujący wiele z niedostatków NATO, którego stan nie wykazuje dziś symptomów poprawy.
Podsumowanie
Rekapitulując, należy stwierdzić, że rok 2014 przyniósł, zapowiadający się od 2008, chyba definitywny koniec postpolitycznego, wygodnego ciepełka w Europie Środkowej i nadziei, że jutro będzie mniej więcej tak samo jak dziś. Nie ma sensu snucie apokaliptycznych scenariuszy, ale należy gotować się na to, co parę lat temu leżało w sferze niewyobrażalnego. Stan polskiej obronności nie jest na szczęście fatalny, ale wiele pozostało jeszcze do zrobienia. Przede wszystkim wypada zadać pytanie, czy obronnościowe perspektywy planistyczne kreślone przez naszych decydentów w tym zakresie nie są nadmiernie odległe czasowo, przez co przy niewykluczonym złym rozwoju wypadków nie pozostaną w sferze, która będzie przedmiotem smutnych rozważań „co by było gdyby”…
przez Diane Brooks | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Po tym, jak ubiegłej zimy nauczyciele z Gimnazjum im. Garfielda w Seattle jednogłośnie zbuntowali się przeciwko zestandaryzowanym egzaminom, ich życie przyjęło dość niezwykły obrót. Choć ich czwartkowa konferencja prasowa przyciągnęła uwagę krajowych mediów elektronicznych i drukowanych, to jednak odpowiedź od przełożonego z miejscowego kuratorium, José Bandy, dotarła do ich skrzynek poczty elektronicznej dopiero w poniedziałkowe popołudnie. Była stonowana w porównaniu z groźbą 10-dniowego bezpłatnego zawieszenia w pełnieniu obowiązków, jaka nadeszła tydzień później, ale przekaz był jasny: nie do przyjęcia jest nauczycielski bojkot Testu Postępów Nauczania, znienawidzonego w tym okręgu szkolnym.
Zanim roztrzęsieni nauczyciele przemyśleli problemy związane z tą wiadomością, zabrzmiał dzwonek na przerwę obiadową, a przez głośniki ogłoszono, że pewien nauczyciel z Florydy postawił im stos gorących pizz w geście solidarności. – Poczuliśmy się mocni – opowiada Jesse Hagopian, nauczyciel historii, lider bojkotu. Uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy sami. To działo się w całym kraju. Gdybyśmy się poddali, zrezygnowalibyśmy z walki nie tylko o naszą sprawę. To chyba ta myśl utwierdziła wielu nauczycieli w woli wytrwania.
Rodzice, uczniowie i nauczyciele z całego kraju mieli wkrótce wzniecić rewoltę – „oświatową wiosnę”. Forsowane przez władze coraz częstsze egzaminy wywołały rosnące niezadowolenie z powodu godzin zmarnowanych na „uczenie się do egzaminu”, obniżenia statusu przedmiotów humanistycznych, demoralizacji uczniów i poczucia, że nauczyciele są niesprawiedliwie obciążani winą za skutki głęboko zakorzenionych problemów społeczno-ekonomicznych. – Stawiamy właśnie duży krok wstecz – mówi Carol Burris, dyrektor Gimnazjum w South Side w stanie Nowy Jork, zdobywczyni wielu wyróżnień i komentator edukacyjny gazety „The Washington Post”. – Ludzie mają dość. Są źli, że egzaminy i płynące z nich dane są wykorzystywane do niszczenia szkolnictwa.
Wiosną 2013 r. stan Nowy Jork wdrożył jako pierwszy Ujednolicone Egzaminy Stanowe – kluczowy element inicjatywy „Wyścig na szczyt” autorstwa administracji Obamy. Burris zebrała dane pokazujące drastyczny wzrost ilości czasu poświęcanego przez uczniów na te egzaminy. W największym stopniu dotknęło to piątoklasistów: od 170 minut w 2010 r. do 540 minut w 2013 r.
Mark Naison, profesor Uniwersytetu Fordham w Nowym Jorku, szacuje, że rodzice około 10 tys. uczniów w całym stanie przystąpili w kwietniu do „ruchu odmowy”, decydując, że ich dzieci nie podejdą do Ujednoliconych Egzaminów Stanowych. – To chyba największy taki bunt we współczesnej historii Ameryki – mówi. Zainspirowany oddolną rewolucją z Nowego Jorku, Naison współtworzył Stowarzyszenie Niepokornych Pedagogów, które do połowy stycznia objęło ponad 36 tys. członków w oddziałach rozmieszczonych we wszystkich 50 stanach. Najliczniejszą reprezentację miała Floryda – ponad 1500 nauczycieli.
– Publiczne zajmowanie stanowiska wymaga wiele odwagi. Stowarzyszenie daje nam poczucie, że nie jesteśmy osamotnieni. Dzięki temu, że wspieramy się nawzajem, mamy siłę, by protestować – opowiada Naison. Mamy bystrych ludzi, którzy potrafią tworzyć strony internetowe, blogi i filmy na YouTube. Nasza organizacja jest zadziwiająco elastyczna.
Arne Duncan, sekretarz Departamentu Edukacji, mimowolnie sprawił w listopadzie 2013 r. PR-owski upominek ruchowi odmowy, piętnując wyłaniający się blok mainstreamowych oponentów Ujednoliconych Egzaminów Stanowych jako białe mamy z przedmieść, których dzieci okazały się nie aż tak błyskotliwe, a szkoły nie tak dobre. Wcześniej Duncan za złą prasę egzaminów winił ekstremistów z Tea Party. I rzeczywiście – konserwatywni Republikanie należą do największych krytyków programu. Dostrzegają oni niepokojące uzurpowanie sobie przez rząd federalny prawa do kontroli nad lokalnymi szkołami i podchodzą z głęboką podejrzliwością do znormalizowanych wymogów programowych, promujących rzekomo liberalizm.
W tej sprawie ze skrajnymi Republikanami zgadzają się jednak również postępowi Demokraci (wraz z należącymi do nich członkami Stowarzyszenia Niepokornych Pedagogów), oburzeni, że można obwiniać i karać nauczycieli i szkoły za słabe wyniki testów. Ich zdaniem testy wielokrotnego wyboru z garstki przedmiotów nie pokazują wpływu nauczyciela na życie uczniów i niewiele mówią o realnych postępach w nauce. – Zamiast zająć się ubóstwem, segregacją rasową w szkolnictwie i brakiem świadczeń społecznych, polityka ta orientuje się na wyniki testów – mówi Burris. Innymi słowy, jak napisała na Twitterze Priscilla Sanstead, współzałożycielka Stowarzyszenia Niepokornych Pedagogów: Ocenianie nauczyciela ze szkoły dla dzieci z ubogich rodzin w oparciu o dane z egzaminów przypomina ocenianie wyników dentysty z gabinetu zakładowego w fabryce słodyczy na podstawie skali występowania próchnicy.
Jak do tego doszło?
David Labaree, profesor Pedagogicznej Szkoły Podyplomowej w Stanford, przygląda się kulejącej polityce edukacyjnej rządu federalnego od czasów zimnej wojny, gdy wystrzelenie Sputnika zapoczątkowało wyścig w kosmos. – W latach 70. i 80. miejsce Rosji jako głównego obiektu obaw przed utratą technologicznej przewagi zajęła Japonia, później Niemcy, a aktualnie Chiny – stwierdza. Egzaminy kwalifikacyjne zaczęły się pojawiać w latach 70., wpływając na kryteria promocji uczniów do kolejnych klas i ukończenia szkoły. Wcześniej nauczyciele cieszyli się dużą samodzielnością w wyborze podręczników i metod nauczania. Szkołę uznawano za dobrą, gdy absolwenci znajdowali zatrudnienie i byli mobilni. – Wprowadzanie wspólnych standardów spowodowało zawężenie programów nauczania – w większości przypadków do matematyki, kilku innych przedmiotów ścisłych, literatury i jakichś nauk społecznych – co miało stać się kluczowym elementem w wyścigu USA o ekonomiczną i polityczną dominację na arenie międzynarodowej – zauważa Labaree.
Współczesna testomania nie tylko wpływa znacząco na karierę nauczyciela – wpłynęła także istotnie na treści nauczania. – Oznacza to wyważenie drzwi prowadzących do klasy – tłumaczy Labaree. – Zmusza nauczycieli, by równali do szeregu i uczyli do egzaminów. W związku z tym charakter pracy nauczyciela zmienia się mocno na niekorzyść. „Zrozum, naprawdę nie jestem już nauczycielem, tylko sprawnym dostawcą umiejętności dla kapitału ludzkiego”. Tak brzmi ten zupełnie nowy język.
Wyścig na szczyt
„Ruch na rzecz odpowiedzialności” [postulujący standaryzację systemu oceniania – przyp. tłum.] otrzymał w 2002 r. silne wsparcie w postaci podpisanej przez prezydenta George W. Busha ustawy o wyrównywaniu szans w edukacji (No Child Left Behind Act). Wszystkie szkoły publiczne korzystające ze środków federalnych zostały po raz pierwszy zobowiązane do egzaminowania uczniów raz w roku w klasach 3–8 szkoły podstawowej i dwa razy w klasach gimnazjalnych, z zastosowaniem znormalizowanych testów stanowych z matematyki i czytania.
W 2009 r. Prezydent Obama i Sekretarz Duncan zainicjowali konkurs „Wyścig na szczyt”. Aby zakwalifikować się do tego programu grantowego o wartości 4,35 mld dolarów, dany stan musiał przyjąć Ujednolicone Egzaminy Stanowe z matematyki i przedmiotów humanistycznych. Do programu przystąpiło w pełni 45 stanów i Dystrykt Kolumbii. Teksas, Virginia, Alaska i Nebraska odmówiły udziału. Stan Minnesota przystąpił częściowo, odrzucając standardy w matematyce. Wymogi obejmują m.in. zastosowanie wyników egzaminów w ocenie nauczycieli.
Obecnie wiele stanów na nowo rozpatruje swój udział w programie. Osiem z nich cofnęło, zawiesiło lub znacznie opóźniło jego realizację. Legislatury pozostałych stanów kontynuują debatę.
Niektóre stany wycofują się z przyczyn technicznych. Na przykład jeden z urzędników stanu Oklahoma ujawnił „Education Weekly”, że tylko jedna na pięć szkół dysponuje wystarczająco szybkim Internetem i komputerami, by móc przeprowadzać u siebie egzaminy, a przewidywany czas im poświęcony wzrósłby z 2–3 do 9 godzin.
Nauczyciele z Gimnazjum Garfielda w Seattle w swojej litanii narzekań na egzaminy wspominają o podobnych problemach technicznych. Wprowadzenie Testu Postępów Nauczania wymusiło m.in. zamknięcie wszystkich trzech sal komputerowych Garfielda na 4 miesiące w czasie każdego roku szkolnego.
Kontrakty nauczycieli z Seattle umożliwiają wykorzystanie wyników Testu Postępów Nauczania do ich oceny, mimo że nawet przedstawiciel twórcy testu wątpi, czy się do tego nadają. Administracja okręgu szkolnego utrzymuje, że wyniki nie są obecnie wykorzystywane w ten sposób.
Ziarno rewolucji zasiała w grudniu 2012 r. koordynatorka egzaminów w Garfieldzie, Kris McBride, mówiąc sfrustrowanej nauczycielce prowadzącej dokształcanie w czytaniu, Mallory Clarke, że może odmówić przeprowadzenia testu. Obie panie poszukały poparcia dla swego sprzeciwu wśród humanistów i matematyków, a otrzymawszy je, zwróciły się z podobnym apelem do całego personelu pedagogicznego. Nie licząc kilku głosów wstrzymujących się, nauczyciele z Garfielda poparli jednogłośnie bojkot styczniowo-lutowego cyklu Testu Postępów Nauczania. – To przeważyło szalę. Niemoralnym byłoby odbierać uczniom czas normalnej nauki – powiedziała Clarke. – Przekonanie to narastało w szkole, a zmiana wydawała się nieuchronna.
Po grudniowym głosowaniu nauczyciele z Garfielda wysłali do biura kuratora Bandy wiele listów, lecz nie otrzymali odpowiedzi, więc 10 stycznia 2013 r. zorganizowali konferencję prasową.
Poparcie bojkotu
Protest rozlał się natychmiast na cały kraj. Brawo dla nauczycieli z Garfielda. Wspieramy was i dziękujemy za odważne stanowisko – napisała w e-mailu do Hagopiana Jane Maisel, liderka grupy proponującej zmianę programu egzaminów klasyfikacyjnych.
Zorganizowany 6 lutego „krajowy dzień wsparcia nauczycieli z Garfielda” zainspirował wiece w całym kraju. Na przykład, rodzice uczniów z 37 szkół w Chicago zebrali podpisy pod petycjami przeciwko testom. Biuro Bandy zostało zalane e-mailami. Natomiast majowy „międzynarodowy dzień wsparcia” przyniósł słowa otuchy od nauczycieli i rodziców z Japonii, Australii i Wielkiej Brytanii – opowiada Hagopian.
W okresie od kilku tygodni do kilku miesięcy od deklaracji z Garfielda do bojkotu Testu Postępów Nauczania dołączyli nauczyciele z 6 innych szkół w Seattle. A gdy mimo to biuro kuratora Bandy’ego nakazało administracjom szkół przeprowadzenie egzaminu, rewoltę wsparli rodzice około 600 uczniów, nie wyrażając zgody na ich udział w testach zimowych.
Kurator Banda zwołał grupę roboczą w celu zbadania problemu, a w maju zapowiedział częściową rezygnację z dotychczasowej polityki: Testy Postępów Nauczania w gimnazjach miały stać się opcjonalne. Mimo wcześniejszej groźby 10-dniowych bezpłatnych zawieszeń, żaden z nauczycieli nie poniósł konsekwencji za odmowę przeprowadzenia Testu.
– Było to nie tylko zwycięstwo nad jednym egzaminem, ale i szansa na przeforsowanie naszego kluczowego postulatu – konsultowania z nauczycielami spraw takich, jak testy i nauczane treści, przed zasięgnięciem opinii kosztownych konsultantów i bogatych sponsorów – komentuje Hagopian.
W międzyczasie „oświatowa wiosna” rozlewała się po kraju zgromadzeniami, marszami, bojkotami testów i debatami. Najbardziej spektakularny przykład to demonstracja z 9 lipca w Albany, stolicy stanu Nowy Jork, która zgromadziła ponad 10 tys. pedagogów i rodziców.
Hagopiana zaczęły rozchwytywać szkoły i lokalne związki nauczycieli z całego kraju. Jeździł od Hawajów po Florydę, opowiadając historię Garfielda i pomagając innym pedagogom sprzeciwić się znormalizowanym testom.
Efektywniejsza ocena
Podczas swych wyjazdów Hagopian dowiedział się o istnieniu Nowojorskiego Zrzeszenia na rzecz Normalizacji Wyników Nauczania – koalicji 28 gimnazjów stanowych. Szkoły te mierzą postępy uczniów ocenami opartymi na wynikach w nauce. Zamiast zdawać zestandaryzowane egzaminy uczniowie prowadzą zaawansowane badania, piszą opracowania, uczą się myśleć, rozwiązywać problemy, krytykować i ustnie przedstawiać swoje projekty. Zdaniem Hagopian podejście to nie tylko zapewnia bardziej efektywną ocenę uczniów, lecz również premiuje krytyczne myślenie ponad „wkuwaniem”.
Ubiegłej jesieni dwoje nauczycieli i dyrektor Ted Howard z Garfielda odwiedzili należące do Zrzeszenia szkoły z Zespołu im. Julii Richman na Manhattanie, skąd zaczerpnęli nowe inspiracje. Według Howarda nauka jest efektywna wówczas, gdy wiąże się z przyjemnością, a tę wymazało ze współczesnych szkół ukierunkowanie na testy. Szkoły ze Zrzeszenia postrzegają nauczanie jako „formę sztuki”, odrzucając rutynę służącą wyłącznie poprawie wyników egzaminów. – Mamy do czynienia z ludźmi i ludzkimi zachowaniami, a te bywają niemierzalne – zauważa Howard. – Uczniowie [ze szkół należących do Zrzeszenia] naprawdę cieszą się, że do nich trafili. Dyrektor Howard planuje wysłać w lutym dwóch dodatkowych nauczycieli na odwiedziny do kolejnej, tym razem większej szkoły ze Zrzeszenia. – Swą pracę uważam za życiową misję – mówi Howard. – Mam nadzieję, że wspólnie uda nam się zmienić szkołę na lepsze. Nie zrobimy tego z dnia na dzień, więc musimy być konsekwentni. Mówimy w imieniu uczniów, którzy nie mają głosu, więc musimy wytrwać.
Jesienią 2013 r. do licznej grupy stanów, które wdrożyły Ujednolicone Egzaminy Stanowe, ma dołączyć stan Waszyngton. Aktywiści ruchu odmowy z całego kraju przewidują, że nadchodzi kolejna, jeszcze gorętsza „oświatowa wiosna”.
– To będzie coś dużego – twierdzi Naison ze Stowarzyszenia Niepokornych Pedagogów. – Nie zdziwię się, jeśli na wiosnę nawet 100 tys. uczniów ze stanu Nowy Jork odmówi udziału w egzaminie. Przewiduje również spore zamieszanie w Kalifornii, Florydzie, Illinois i być może Teksasie. Aktualnie planuje wielki marsz na Waszyngton – radosne trzydniowe zdarzenie z kulminacyjnym marszem na Departament Edukacji 28 lipca1. – Liczymy na festiwal ze spontanicznymi zgromadzeniami, przedstawieniami, śpiewem i udziałem zespołu muzycznego. Wyobraźcie sobie 10 tys. nauczycieli, rodziców i uczniów – część w kostiumach, grający na instrumentach, z dużymi transparentami – żądających uwolnienia kreatywności nauczycieli i uczniów. To będzie impreza roku. Celebracja tego, czym może być nauczanie i uczenie się, a z drugiej strony próba zawstydzenia tych, którzy odzierają szkołę z radości i kreatywności.
Diane Brooks
Tłum. Ireneusz Sojka
Tekst pierwotnie ukazał się 14 marca 2014 r. na stronie internetowej amerykańskiego kwartalnika „Yes! Magazine” (www.yesmagazine.org). Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, poczyniono bardzo drobne skróty.
Przypis:
- W marszu wzięło udział ponad 500 nauczycieli, rodziców i aktywistów z ponad 38 stanów; kilkuosobowa reprezentacja demonstrujących spotkała się następnie z wysokimi urzędnikami Departamentu Edukacji, przedstawiając swoje zastrzeżenia do programu „Wyścig na szczyt” i proponując alternatywne rozwiązania – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”.
przez Monika Stasiak | poniedziałek 2 lutego 2015 | Wywiad - kwartalnik, Zima 2014
– Od kiedy umówiliśmy się na rozmowę, kilkunastu moich znajomych udostępniło na portalach społecznościowych artykuł wychwalający fiński system edukacji. Zacznijmy zatem od prostego pytania: czy poza wyrażaniem zachwytu możliwe jest przeniesienie tamtejszych rozwiązań na polski grunt?
– Dr hab. Kazimierz Musiał: Jeśli bardzo intensywnie zajmujemy się krajami nordyckimi, to zauważamy, że istnieje wiele cech, które są wyjątkowe, ale zarazem specyficzne dla tego obszaru. Przeniesienie ich gdziekolwiek indziej, podobnie jak całego modelu nordyckiego, jest moim zdaniem, niemożliwe. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie praktyki społeczne, a co za tym idzie – również instytucje, które wytworzono, są ugruntowane kulturowo, zakorzenione w pewnej niepowtarzalnej tradycji. Nie jesteśmy w stanie powtórzyć fińskiej miłości do edukacji jako cechy, która jest budulcem społeczeństwa. Nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić, jak wielką wagę Finowie przywiązują do edukacji, jeśli nie zauważymy, jak wielką rolę edukacja odegrała w rozwoju narodowym Finlandii, która spod panowania cara rosyjskiego wybijała się na niepodległość. Na pewno jest tam wiele cech i zjawisk, które bardzo pięknie wyglądają w rankingach. Żeby natomiast móc te cechy powtórzyć, trzeba zrobić więcej niż tylko przełożyć na inny grunt metody np. szkolenia nauczycieli. Należałoby też mieć uczniów, którzy będą w podobny sposób reagowali na to, co nauczyciele im powiedzą. A z tym byłoby już trudniej, szczególnie w społeczeństwach, które są o wiele bardziej zindywidualizowane niż Finowie.
– Jakie są wartości kulturowe i historyczne, o które oparty jest model Finlandii i bez których nie może on funkcjonować?
– Pierwsza rzecz, jaka z polskiego punktu widzenia jest uderzająca, to kolektywizm. Po stronie fińskiej mamy do czynienia z dużo większą niż w Polsce skłonnością do współpracy, a jeżeli tak jest, również można zapytywać, z czego to wynika. Mówiąc o fińskim systemie edukacyjnym, ale też o tamtejszym modelu społecznym, nie sposób nie sięgnąć do tego momentu w historii, w którym Finlandia zbliża się ku niepodległości. To są lata I wojny światowej. Następnie wybucha rewolucja radziecka i ona powoduje pojawienie się małego okienka możliwości dla Finlandii. Nie wszyscy obywatele tego kraju się jednak na to godzą, wybucha krwawa wojna domowa, w efekcie której w latach 1919–1920 naród fiński zostaje mocno rozdarty. Zwycięża opcja, powiedzielibyśmy, „białych”, opcja burżuazyjna albo opcja mieszczańska, jakkolwiek ją nazwiemy. Jest ona bardziej zachowawczą, zwróconą przede wszystkim na zachód Europy elitą, w większości oprócz fińskiego mówiącą też po szwedzku. Finlandia tamtego czasu jest narodem w większości chłopskim, dość biednym. Silny jest tu kompleks bogatego szwedzkiego sąsiada. „Mieszkańcy Finlandii powinni stać się w miarę jednorodnym społeczeństwem” – taką narrację wytworzono na użytek wspólnego wysiłku edukacyjnego. Według tej wizji można i należy biednego Fina, nawet z głębokiej prowincji, edukować do poziomu Fina-obywatela nowej republiki. Edukacja zyskuje na znaczeniu nieproporcjonalnie bardziej niż w wielu innych krajach. Finlandia jest krajem demokratycznym, zaś demokracja wymaga tego, że obywatele są czynni, piśmienni, są bardzo zaangażowani. W związku z tym wszystkim Republika Fińska postawiła na edukację jako na ten czynnik, który będzie w stanie zjednoczyć naród. Edukacja stała się przedmiotem ponadpartyjnej zgody. Elity polityczne uznały, że trzeba edukować robotnika leśnego z dalekiej Karelii, że całą rodzącą się klasę robotniczą trzeba postawić być może nie na równi z mieszkańcami Turku czy Helsinek, ale dać jej równe szanse edukacyjne. Problemem Finlandii wówczas, w latach 20. i 30., było również to, że choć wygrali „biali”, to wciąż istniała dość silna agitacja komunistyczna. Uważano zatem, że im więcej ludzie będą wiedzieli, im bardziej będą wykształceni i nie będą mieli poczucia wykluczenia społecznego, tym mniejsza szansa na popularność ruchów wywrotowych wszelkiego rodzaju.
– A jak to wygląda we współczesnej Finlandii? Jak tradycje kolektywistyczne opierają się dzisiejszemu, po części rynkowemu naciskowi, aby dążyć do indywidualizmu? Czy ma to jakieś odzwierciedlenie w edukacji?
– Mamy do czynienia z ofensywą nie tylko retoryki neoliberalnej, ale również praktyki neoliberalnej. W roku 1991, po upadku Związku Radzieckiego, Finlandia przechodzi bardzo poważny kryzys gospodarczy. W 1995 r. ma miejsce akcesja do Unii Europejskiej i w dużej mierze przejęcie światowych trendów w wymiarze gospodarczym. Jak długo mieliśmy do czynienia w Unii Europejskiej (wtedy jeszcze Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej) z trendem neoliberalnym, przejawiającym się nowym zarządzaniem publicznym, Finowie szli w tym kierunku, częściowo demontując, ale i usprawniając państwo opiekuńcze.
Natomiast dla wymiaru edukacyjnego, o którym rozmawiamy, jest to ciekawa sytuacja, bo od roku 1991 przez kilka lat kryzysowych, kiedy gospodarka kurczy się o kilkanaście procent, Finowie co prawda nie podwyższają wydatków na sektor edukacyjny, ale też drastycznie ich nie zmniejszają. Nakłady na sektor edukacyjny powróciły mniej więcej do tego samego poziomu dopiero w roku 1998, ale przez poprzednich siedem lat nie oznaczało to, że powiedziano: „Aby oszczędzać, musimy zamknąć szkoły, musimy zamknąć uniwersytety”. Powiedziano natomiast: „Musimy zmienić ich jakość, bo powinniśmy kształcić społeczeństwo dla innych wyzwań i potrzeb, skoro tak uprzednio korzystny handel ze Związkiem Radzieckim już pewnie nigdy nie wróci. Musimy się otworzyć na świat, a oprócz przemysłu papierniczego, drewna i jego wyrobów musimy zaoferować światu coś innego. Finlandia może stać się konkurencyjna dzięki swoim najlepszym zasobom – dobrze wykształconym obywatelom”. Wówczas, na początku lat 90., jednym z bardzo silnych nurtów intelektualnych była teoria kapitału ludzkiego. Finowie przetwarzali ją na swoje potrzeby, czyli interpretowali tak, że należy podnieść jakość tego atutu, którym mogą konkurować na arenie międzynarodowej, a jeśli tym atutem rzeczywiście są ludzie, to należy w nich zainwestować. Pojawia się dyskurs społeczeństwa opartego na wiedzy, który po kilku latach stał się przedmiotem powszechnego konsensu na scenie politycznej. Zainwestowanie w kapitał ludzki oznaczało przestawienie całego sektora, również usług, z bardzo tradycyjnego, przemysłowego charakteru, na postindustrialny. Można zaryzykować stwierdzenie, że bez bardzo silnej tradycyjnej pozycji wiedzy i edukacji w społeczeństwie Finlandii rządzący na początku lat 90. nie zdecydowaliby się na to, aby priorytet nadać właśnie wykształceniu, wiedzy i umiejętnościom miękkim.
– Odkąd u nas pojawiło się hasło „kapitału ludzkiego”, mam wrażenie, że bardziej mamy do czynienia z kapitałem niż z kapitałem ludzkim, że ten czynnik zasłaniania różnych praktyk ładnymi pojęciami, przydawania im na pozór ludzkiej twarzy, jest u nas bardzo silny.
– Dlaczego w Finlandii istnieje co najmniej równowaga pomiędzy kapitałem a czynnikiem ludzkim, jeżeli wręcz nie przewaga czynnika ludzkiego nad kapitałem? Odpowiedzią, która się nasuwa, jest być może dość prosta formuła zawarta w słowie „merytokracja”. U Finów aspekt edukacyjny jest mocno eksponowany jako element wyrównujący szanse społeczne. On był całkiem świadomie używany przez ekipy rządzące w latach 60. i 70., żeby powiedzieć „dzięki edukacji wszyscy możemy być równi”, a w każdym razie otrzymuje się równe szanse. Cały proces umasowienia szkolnictwa wyższego odbywał się właśnie pod hasłem zaoferowania równych szans wszystkim, niezależnie od tego, w jakim rejonie Finlandii mieszkają. Kiedy decydowano o lokalizacji uniwersytetów w północnych regionach Finlandii, to mimo iż nie było to opłacalne, uznano, że powinny one być uniwersytetami w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaufano wówczas ekspertom, którzy w sposób profesjonalny przekonali klasę polityczną do takich rozwiązań. Poza tym w 1991 r., gdy przyszedł kryzys rosyjski, Finowie, w ramach budowania czy podnoszenia kapitału ludzkiego, postanowili stworzyć system politechnik, których do tej pory nie mieli. W Finlandii mamy w tej chwili 22 politechniki, zarządzane w dużej mierze przy współudziale lokalnych interesariuszy, czyli lokalnych pracodawców, którzy zasiadają w radach nadzorczych takich szkół. Podnosząc kapitał ludzki, państwo fińskie intensywnie wsłuchuje się w głosy beneficjentów systemu edukacji.
To wszystko spowodowało, że proces edukacyjny w Finlandii wygenerował całą rzeszę ludzi przekonanych o tym, iż dzięki zdobyczy, jaką jest powszechny dostęp do edukacji, każdy jest w stanie uplasować się na właściwym dla swych umiejętności i wiedzy miejscu w społeczeństwie. Istnieje duże przekonanie o tym, że do stanowisk dochodzimy ciężką pracą, a nie dzięki znajomościom. To jest ten pierwiastek merytokratyczny i być może on decyduje o tym, dlaczego Finów trudno jest przekonać do tego, by zaufali wielkiemu kapitałowi. Poczucie sprawiedliwości społecznej, osiągnięte dzięki wsparciu edukacyjnemu, powoduje, że zaczynamy poznawać i cenić swoją wartość, jednocześnie rozpoznając, że ci, z którymi mamy do czynienia, też są na właściwym miejscu. Nie ma podejrzeń, że ktoś coś komuś załatwił. W Finlandii niczego się nie „załatwia”, to kraj o poziomie korupcji jednym z najniższych. Wszystko jest transparentne, choć reguły merytokratycznego działania też bywają twarde. Silna jest wiara w państwo. To jedna z kluczowych kwestii, dzięki którym udaje się mieszkańcom Finlandii osiągać sukcesy. Edukacja jest czynnikiem budowania tej wiary.
– Jakie są inne z kluczowych różnic pomiędzy realiami fińskimi a polskimi?
– Finowie nie są zbyt gadatliwi, uchodzą za zamkniętych w sobie. A jednocześnie są bardzo skłonni do współpracy, do aktywności społecznej, grupowej. Mamy do czynienia ze społeczeństwem, które ze sobą współpracuje nie dlatego, że ktoś nakłada taki obowiązek, lecz ponieważ jest to potrzebne, by przetrwać. W realiach skandynawskich, nordyckich, kiedy temperatura potrafi spaść do – 20, – 30 stopni Celsjusza, i zima w wielu regionach Finlandii trwa 5–6 miesięcy, nie przetrwamy, jeżeli nie żyjemy we wspólnocie. Oczywiście gdy dzisiaj mamy do czynienia z bardzo nowoczesnym społeczeństwem ery cyfrowej, można zapytywać, ile tych dawnych cech jest jeszcze zachowanych. Twierdzę, że niemało. Nawet uchodzący za całkiem zamożnych mieszkańcy miast i miasteczek, w jednym, a najdalej w dwóch pokoleniach wstecz byli najpewniej chłopami. To dziedzictwo, przynajmniej w przekazie ustnym, rodzinnym, jest żywe. W tradycji lokalnej i swego rodzaju determinizmie klimatycznym można upatrywać podstaw współpracy, ufania sobie nawzajem. Ufanie sobie nawzajem i współpraca, czasem wbrew partykularnym interesom, składały się na strategię przetrwania.
– A może im mniej będzie osób, które pamiętają tę biedną dawną Finlandię, tym bardziej ten system będzie się rozpadał?
– Można by tak przypuszczać, choć każde przewidywanie przyszłości jest bardzo trudne. Kwestią decydującą jest to, na ile pewna narracja wspólnoty narodowej, jakkolwiek ona będzie definiowana, pozostanie silniejsza od kosmopolityzmu. Jak na razie udaje się szkole wykształcić dyspozycje do współpracy i przekazać w sposób zinstytucjonalizowany to, co z poprzednich pokoleń zostało wpisane, można powiedzieć, w genotyp Finów. Pomocniczość i skłonność do współpracy, ufania sobie nawzajem były kiedyś naturalne, a dzisiaj są uczone – podkreślam słowo „są”, gdyż to się faktycznie dzieje. W systemie edukacyjnym uczy się ludzi współpracy. Przekłada się to na bardzo prozaiczne rozwiązanie chociażby w związku z tym, jak odrabiamy prace domowe, w jaki sposób ustawione są ławki w klasach, czy mamy więcej zabawy i grupowego rozwiązywania zadań, czy w ogóle oceniamy w szkole dzieci do pewnego wieku. Oprócz tego, że uczy się współpracy, receptą jest przyjmowanie do zawodu nauczyciela ludzi, którzy naprawdę są w tym dobrzy. Tutaj merytokracja, o której mówiłem, odgrywa ogromną rolę. Bycie nauczycielem w Finlandii oznacza bycie osobą bardzo ważną, kompetentną, również dobrze wykształconą. Nauczyciele mają poczucie misji, realizowania pasji uczniów, ale też otrzymują do tego narzędzia. Eksperymentów edukacyjnych jest dość dużo, choć trzeba powiedzieć, że są to eksperymenty w ramach jednego krajowego systemu. To cecha bardzo typowa, odróżniająca Finlandię od innych krajów. W Finlandii, jeśli eksperymentuje się ze szkolnictwem wyższym lub zmienia się zasady jego funkcjonowania, to zmienia się je systemowo, całościowo, bez wyjątków np. dla szkół prywatnych czy dla szkół, które dla specjalnie zdolnych będą tworzyły specjalne klasy. Dość powiedzieć, że dziś fińskie plany w ministerstwie edukacji obejmują cztery lata, to jest typowy plan rozwojowy dla jednostki, która została objęta jakąś umową z ministerstwem edukacji. Czyli dyrektor szkoły ma gwarancję, że mniej więcej przez 3–4 lata niewiele się zmieni, a jeśli już, będzie on na to przygotowany, gdyż w ostatnim roku obowiązywania takiego planu przystąpi się do negocjacji nad nowym. Nam się wydawało, że żyliśmy w ustroju, który bardzo dużo planował. Dość powiedzieć, że w Finlandii na przełomie lat 70. i 80. najdłuższym okresem planowania dla szkolnictwa i systemu edukacyjnego było dwadzieścia lat! A więc planowanie długofalowe jest tradycyjnie bardzo ważne, a jednocześnie towarzyszy mu nastawienie na ulepszenie istniejących rozwiązań, na zmianę, która będzie zmianą systemową, aczkolwiek nie zaskakującą z roku na rok albo z miesiąca na miesiąc pracowników edukacji.
– Jedną z cech fińskiego systemu edukacji jest brak oceny na początkowych etapach nauczania. Ale jak, przy braku oceniania, zbudować w dzieciach, a później w młodzieży, umiejętność rozpoznawania swoich mocnych i słabych stron?
– Zacznijmy od szerszego ujęcia tematu. Moi fińscy znajomi mówią, że trudno im sobie wyobrazić posyłanie dzieci do tzw. szkoły społecznej. Takich szkół do niedawna wcale nie było. W tej chwili już są, ale niemal wszyscy Finowie posyłają dzieci do szkół państwowych. Z jednej strony dlatego, że tak wypada, a z drugiej – ideał równości społecznej, który został zakorzeniony jeszcze w czasach bardziej socjaldemokratycznych, cały czas pozostaje żywym ideałem. To, że należy mimo wszystko dążyć do równości społecznej, bo jest ona lepsza od elitaryzmu, stanowi powszechne przekonanie wśród obywateli Finlandii. Kluczem do tego jest zbudowanie systemu edukacyjnego, który nie będzie nawet pozwalał na wykształcenie się poczucia elitarności. Dzieci zdolne i niezdolne uczą się w klasie razem, lecz ta zdolność lub niezdolność nie decyduje o tym, jak dziecko będzie się czuło w klasie, ponieważ przez bardzo długi czas wcale nie jest oceniane. Zatem jeżeli w polskiej szkole mamy ten element, który segreguje i stratyfikuje dzieciaki od bardzo wczesnego wieku, to powoduje, że otrzymujemy społeczeństwo, które też jest mocno zhierarchizowane. W przypadku społeczeństwa fińskiego hierarchiczność jest maksymalnie spłaszczona, systemowo wręcz ukrywana, co też ma przełożenie na życie codzienne. W tej oficjalnej formule wszyscy jesteśmy sobie równi i demokratyczni. W każdym razie z równymi prawami.
Nie wiem, czy dzieci potrzebują konkurencji od początku. Gdy rozmawiam z polskimi pedagogami, bardzo trudno przekonać ich, żeby od razu nie budować hierarchiczności, która wynika z oceniania. Po raz pierwszy z brakiem ocen w szkole spotkałem się nie w Finlandii, lecz w Danii, gdzie do poziomu klasy szóstej czy siódmej dzieci nie wiedziały o ocenach, które były im wystawiane, nawet o ocenach opisowych, bo na ten temat rozmawiano z rodzicami, a nie z uczniami. Rodzicom przekazywano, co zdaniem nauczycieli należałoby zmienić, ulepszyć. Sytuacja w Finlandii jest podobna. Jeżeli zostajemy wychowani w tradycji równościowej, a w każdym razie w tradycji promującej równość jako pewien ideał, to również na wejściu w dorosłe życie będziemy postrzegali świat jako taki, który powinien dążyć raczej do równości niż do stratyfikacji. Nie będziemy uniżeni wobec tych, którzy są wielcy, którzy należą do elit. Bo te elity to my, przyzwoicie wykształceni i świadomi swych równych praw obywatele.
– Czy nie istnieje zagrożenie, że całkowity brak ocen może iść w stronę hurraoptymizmu związanego z własnymi umiejętnościami, że „czego bym nie zrobił, to i tak jest dobrze”.
– Oczywiście, że może. Natomiast to, że nie ma ocen, nie oznacza, że dzieci nie są edukowane również w wymiarze etycznym. U nas bardzo często, być może poprzez budowanie zhierarchizowanego środowiska szkolnego, dlatego że ktoś otrzymuje lepszą lub gorszą ocenę, wydaje się, że już jest wypełniona funkcja wychowawcza, że ci, którzy są gorsi, powinni starać się podciągnąć do tych lepszych. Tymczasem często jest tak, że oni w pewnym momencie, gdy widzą, że czego by nie zrobili, to nie dogonią tych najlepszych – odpuszczają sobie. W systemie fińskim nie zniechęca się uczniów do próbowania, aby osiągać lepsze wyniki, jednak odbywa się to w wymiarze indywidualnym, nie w ciągłej konkurencji z rówieśnikami. Więc owszem, można mieć obawy, że głaskanie jest równie szkodliwe jak karanie, ale myślę, że istnieje sposób na dużo bardziej zniuansowane pokazywanie ludziom możliwości i umiejętności, które mają, niż stawianie im ocen np. już w wieku 10 lat.
– I na czym może taki zniuansowany system polegać?
– Przede wszystkim musimy mieć do czynienia z bardzo dobrym kontaktem pedagogicznym ucznia z kimś, kto prowadzi zajęcia. Na poziomie szkoły podstawowej czy średniej chodzi głównie o to, by ten uczeń nie bał się pytać, nie obawiał się wyrażać ciekawości świata. Nauczyciele muszą być otwarci na to, by współpracować z uczniami bardzo blisko. Im więcej nauczycieli oraz im mniej dzieci w danej grupie, tym mamy większą szansę, że dialog będzie nawiązany lepiej. Często w klasie szkolnej w Finlandii jest tak, że mamy nie jednego nauczyciela, ale np. dwóch, czasami jednego odpowiedzialnego za wiedzę, a drugiego za kompetencje i umiejętności, co daje możliwość bardziej zniuansowanego dotarcia do uczniów. Poza tym od pedagogów wymaga się bardzo dobrego wykształcenia i bycia na bieżąco z tym, co się dzieje w ich dziedzinie. Kompetencje pedagogiczne są u nas formalnie wymagane, ale ponieważ sam mam dzieci w wieku szkolnym, widzę, jak zatraca się kontakt nauczyciela z uczniem. Pod presją testów, pod presją osiągnięć, które gdzieś muszą być udowodnione, nie ma już czasu na ten dobry kontakt. Mam wrażenie, że w fińskim systemie mamy po prostu więcej dialogu.
– Jak udaje się osiągnąć równowagę między planowaniem, myśleniem systemowym, pewnym naciskiem a jednocześnie dobrem jednostki? To coś, co często w naszym społeczeństwie wypomina się krajom północnym, że szkoła w dużej mierze ma kontrolę nad wychowaniem dzieci, że rodzicom nie wolno pewnych rzeczy robić, że muszą postępować w określony sposób.
– Z punktu widzenia społeczeństwa polskiego, wychowanego w wartościach dużo bardziej konserwatywno-liberalnych, a tym bardziej neoliberalnych, mamy wrażenie, że podporządkowywanie się pewnym rozwiązaniom wspólnotowym, tak jak w Finlandii, może być problematyczne. Natomiast jeżeli wrócimy do podstawowych wartości, które leżą u podstaw skandynawskiego czy nordyckiego systemu społecznego, to w tym momencie dużo łatwiej zrozumieć, dlaczego obywatele gotowi są podporządkować się państwu. Mówimy tutaj o kolektywizmie jako postawie, z którą wszyscy są gotowi się identyfikować, o pojęciu dobra wspólnego, które jest dużo bardziej zinternalizowane. Państwo nie zawsze wie lepiej, ale państwo jest gotowe przygotowywać się na jakąkolwiek zmianę, spytać ekspertów, powołać specjalne komisje, które doradzają rządowi, zlecić badania na dany temat. Dopiero potem przyjmuje się określoną politykę, która być może będzie dla kogoś niedogodna. Ale ponieważ, po pierwsze, następuje to powoli, po drugie jest ugruntowane w wiedzy socjologicznej, politologicznej, a w przypadku edukacji często także psychologicznej, to w zasadzie takie decyzje są trudne do podważenia. Nie można bowiem powiedzieć, że merytorycznie ugruntowana wiedza to czyjeś widzimisię. Przyjmuje się, że jest to wiedza ekspercka, która na obecnym etapie rozwoju społecznego stanowi wiedzę maksymalną, jaką można uzyskać dla danego zjawiska i którą się można posiłkować, żeby zmieniać rzeczywistość czy zaradzić jakimś niekorzystnym trendom. Zatem odpowiedzią na wątpliwości jest zakorzenienie decyzji politycznych w podstawach merytokratycznych. A jednocześnie mamy tkwiący cały czas w społeczeństwach nordyckich kolektywizm, co powoduje, że jednostka jest bardziej skłonna podporządkować się władzy i regulacjom w imię dobra wspólnego.
– Czy z punktu widzenia polskiego pracownika naukowego to ugruntowanie decyzji politycznych w wiedzy eksperckiej może budzić poczucie pewnego niedowartościowania?
– Niewątpliwie nie ma w Polsce utrwalonej tradycji zapytywania środowiska naukowego o decyzje, które są podejmowane w sferze politycznej. Z jakiegoś względu panuje przekonanie, że ktoś, kto wchodzi do sejmu i ma wykształcenie kilku klas szkoły zawodowej, jest większym ekspertem w niektórych dziedzinach niż profesor uniwersytetu, który spędził lata, badając określone środowisko czy stanowisko. Część winy leży jednak także po stronie środowisk naukowych, które nie zawsze są gotowe wyjść z wieży z kości słoniowej i wejść w dialog z otoczeniem społecznym, żeby pokazać możliwości zastosowania wiedzy akademickiej do rozwiązywania bardzo konkretnych kwestii społecznych. Należy ubolewać nad tym, że środowiska naukowe nie są aktywne, że politycy nie chcą nas słuchać, ale przede wszystkim nie ma rozwiązania systemowego. Dla krajów nordyckich charakterystyczne jest właśnie to, że tradycja merytokratyczna wręcz nakazuje pytać ekspertów. „Nasączenie” decyzji politycznych najbardziej aktualną wiedzą naukową jest bardzo duże.
– Rozmawialiśmy wiele o fińskim nawyku współpracy oraz o edukacji. Gdy przypomniałam sobie pracę w grupach na różnych etapach mojego kształcenia, to niezmiennie mam w głowie obraz dwóch osób, które pracują, i całej reszty, która udaje, że pracuje, i zdaje się na tamte pozostałe. Jak zorganizować pracę w grupie, żeby ona rzeczywiście opierała się naszemu samorzutnemu anarchizmowi i dążeniu do scedowania obowiązków na innych.
– Musi to być zbudowane na wielkiej uczciwości i zrozumieniu wartości współpracy przez osoby, które uczestniczą w takiej pracy. Studentom skandynawistyki, na przykład, którzy przychodzą na rok na moje zajęcia, nakazuję zorganizować się w grupy własnego wyboru, liczące po 4–5 osób. Taki podział zostaje zachowany przez cały semestr albo dwa. Te grupy muszą naturalnie wśród siebie wyłonić przywódcę, muszą wytworzyć sposób komunikowania między sobą. Moje doświadczenia po paru ostatnich latach pracy w tym systemie są pozytywne. W zeszłym roku miałem nawet taki projekt, nazywał się „Sylabus negocjowany”, w ramach którego zaprosiłem studentów do współtworzenia treści edukacyjnych. Dyskutowaliśmy, negocjowaliśmy, i właśnie w tych grupach okazywało się to fantastycznym polem do dialogu i uczenia się. Podczas zbierania ankiet ewaluacyjnych pod koniec roku okazywało się, że są tylko dwie osoby, którym praca grupowa się nie podobała. A wszyscy inni odpowiadali: „Tak, znaleźliśmy się w tym. Co więcej, widzimy sens”. Oczywiście nie ma tradycji, studenci nie są tego uczeni. Na zadane w grupie skandynawistów pytania: „Kto z was działa w organizacji pozarządowej?”, „Kto jest aktywny, kto ma swoją siatkę społeczną, która jest pozauniwersytecka?”, spośród 45–50 osób zgłasza się jedna. Podczas gdy w Skandynawii czy Finlandii każdy obywatel jest członkiem średnio co najmniej trzech organizacji społecznych. Z jednej strony nasz indywidualizm jest być może twórczy, ale w momencie edukacyjnego doświadczenia jest trudno przekładalny na innowacje. Nie będzie innowacyjności bez umiejętności współpracy. Nie będzie cudów. Indywidualnie bardzo rzadko wpada się na genialny pomysł. W grupie? Często. My jesteśmy trochę bardziej anarchistyczni, mamy złe doświadczenie z państwem, które było opresyjne. I w tym momencie nie jesteśmy gotowi, aby zmieniać metody edukacyjne na całej linii, ale być może warto tworzyć przyczółki takiej dobrej zmiany, dobrego przykładu, który będzie zarażał innych.
– Kiedy pomyślę o polskim systemie edukacji, to jest to dla mnie system zamknięty, w którym nie ma należytego finansowania, więc sytuacja się pogarsza, klasy są przegęszczone, nauczyciele nie mogą poświęcać uczniom tyle uwagi, ile by chcieli, muszą dorabiać poprzez korepetycje, a uczniowie czują się w obowiązku brać te korepetycje, żeby nadążać.
– Niewątpliwie u nas nie docenia się nauczycieli. W systemie fińskim nauczyciel jest rzeczywiście „kimś” w sensie pozycji społecznej, która jest i przyzwoicie wynagrodzona, i pozwala na uzyskanie satysfakcji zawodowej. O Finlandii można powiedzieć, że system edukacyjny, który jest odpowiedzialny za to, jakie społeczeństwo otrzymamy, jest bardzo stabilnie finansowany. Na uniwersytetach jest to być może zdanie nie do końca podzielane, szczególnie w ostatnich latach – w 2010 r. zaczęła obowiązywać nowa ustawa o uniwersytetach, która uczyniła z nich jednostki bardziej „ekonomicznie samostanowiące”, zrzucając na nie w dużej mierze odpowiedzialność za samodzielność finansową. To powoduje, że uniwersytet musi dużo bardziej dostosowywać się do rynku. Natomiast szkoły podstawowe i średnie wciąż mają w Finlandii stabilną pozycję, powiedziałbym, że uprzywilejowaną na tle całego sektora publicznego.
– Czy konieczność dostosowywania się uniwersytetów do rynku nie grozi uzależnieniem ich od tegoż rynku?
– Podstawową zasadą fińskiego szkolnictwa, nie tylko wyższego, ale na każdym poziomie, jest brak odpłatności za usługi edukacyjne. To jedyny warunek, który państwo postawiło tym już samodzielnym uniwersytetom. Na 16 obecnie funkcjonujących w Finlandii szkół wyższych o statusie uniwersyteckim dwie z nich są fundacjami. Pozostałe uniwersytety są korporacjami prawa publicznego, a dwa z nich fundacjami prawa prywatnego. Funkcjonują więc na zasadzie normalnych firm, a z drugiej strony świadczą usługę edukacyjną na rynku, na którym nie mogą pobierać opłat. Mają, oczywiście, sporą dotację, uniwersytety-fundacje bazują na dość dużym kapitale początkowym otrzymanym od państwa. Mamy więc do czynienia ze zmianą statusu i przestawieniem na efektywność rynkową, lecz w taki sposób, aby realia rynkowe i konieczność zapłaty nie pojawiły się natychmiast. Jeżeli już ktoś ma za to płacić, to być może naukowcy, którzy nie otrzymają grantu, a nie otrzymają grantu dlatego, że ich praca czy wytwór ich pracy naukowej nie jest wystarczająco do tego rynku przystosowany albo wystarczająco innowacyjny. Nie pojawi się na pewno w systemie fińskim konieczność płacenia za studia. Zatem użytkownik końcowy, taki jak student czy – jak powiedzielibyśmy w języku korporacyjnym – interesariusz zewnętrzny, nie odczuje za bardzo zmiany statusu uniwersytetu. Dzisiaj ponad połowa Finów ma wyższe wykształcenie, więc nie jest ono automatycznie gwarancją zatrudnienia. Jeśli więc wyższe wykształcenie ma dawać również szansę na rynku pracy, to musi się ono dostosowywać do tego rynku i jego zmiennych wymogów.
– Zastanawiałam się, myśląc o dużym odsetku studentów w Finlandii, jak to się przekłada na nasze realia, gdzie w pewnym momencie odsetek studentów zrobił się ogromny i zaczęliśmy dostrzegać niedobór szkół technicznych, zawodowych, kształcących techników i rzemieślników.
– Istnieje zasadnicza różnica, polegająca na tym, że duża liczba fińskich studentów wynika oczywiście z tego, że studia stają się powszechne, masowe, natomiast nie ma dowolności w otwieraniu kierunków studiów. To, gdzie, jakie i na jakich kierunkach powstają możliwości studiowania, jest centralnie zarządzane poprzez porozumienia wykonawcze zawierane między ministerstwem a uniwersytetami. Dzieje się to w ramach polityki dostosowywania rynku edukacyjnego do potrzeb rynku pracy. Uniwersytet może oczywiście wystąpić z wnioskiem o kierunek, który by zupełnie nie przystawał do realiów rynkowych, ale Ministerstwo Edukacji i Kultury, które zawiaduje szkolnictwem wyższym, po prostu nie dopuści do funkcjonowania takiego kierunku. Utrąci go już na poziomie wniosku, ewentualnie każe poprawić, aby był bardziej przystawalny rynkowo do potrzeb formułowanych przez pracodawców. Ministerstwo zawiera z każdym uniwersytetem trzyletnie porozumienia wykonawcze, czyli kontrakty na określone kierunki studiów i określone „profile” studentów. Jest to główna różnica między fińskim a polskim systemem, w którym pozwolono na rozwój wyższego szkolnictwa prywatnego. Polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nadzoruje, ale nie zarządza szkolnictwem wyższym w tym wymiarze. Nadzoruje uczelnie, ale już do oferty edukacyjnej szkolnictwa prywatnego się nie wtrąca. W Finlandii jest to nie do pomyślenia, bo prywatnych uczelni wyższych w tym kraju nie ma. Całe szkolnictwo wyższe podlega tam zarządzaniu i planowaniu ministerialnemu. Od 2010 r. uległo to pewnej zmianie, ale nawet uniwersytet, który posiada obecnie formułę fundacji, ma potężny udział kapitału państwowego, a więc można przypuszczać, że interesariusze w tejże fundacji nie będą podejmowali decyzji wbrew intencjom organu nadzorczego. Wiara Finów w sprawność nadzorczą i merytoryczność aparatu państwa pozostaje cały czas silna.
Gdańsk, 16 października 2014 r.
przez dr Rafał Bakalarczyk | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Rola umów cywilnoprawnych (zwanych śmieciowymi) w kształtowaniu stosunków pracy budzi w ostatnich latach rosnące zainteresowanie opinii publicznej. Warto uważniej przyjrzeć się niekorzystnym skutkom takich form zatrudnienia.
W poszukiwaniu istoty problemu
Mówiąc o umowach cywilnoprawnych, ograniczę się do omówienia dwóch typów umów określanych potocznie jako śmieciowe – umowy o dzieło i umowy-zlecenia1. Nie będę tym samym poruszał tematu społecznych konsekwencji czasowych umów o pracę, które niekiedy w debacie publicznej są stawiane w jednym szeregu z umowami cywilnoprawnymi, jako tzw. nietypowe/niestandardowe formy zatrudnienia. W związku z tym nie będę też stosował pojęcia umów śmieciowych jako zamiennego dla umów cywilnoprawnych – także dlatego, że uważam te pojęcia za nie w pełni tożsame. Umowy cywilnoprawne stają się śmieciowymi, gdy są stosowane niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, w miejsce lepiej chroniących zatrudnionego umów o pracę.
Warto zacząć od odpowiedzi na pytanie: co sprawia, że umowy cywilnoprawne są przedmiotem zainteresowania zarówno badaczy, jak i komentatorów społecznych? Oto szereg możliwych wyjaśnień:
a) istnienie umów cywilnoprawnych – kontrowersje budzi sama obecność tego typu umów w kontekście wcześniej obowiązujących regulacji stosunków pracy;
b) skala ich występowania – w tej perspektywie krytykowana jest nie tyle sama możliwość występowania umów cywilnoprawnych czy fakt ich stosowania, ile zbyt duża skala zjawiska;
c) nadużycia w ich stosowaniu – w myśl tej optyki kontrowersje odnoszą się do tego, czy i na ile omawiane tu umowy stosowane są zgodnie z przeznaczeniem, a na ile ich stosowanie wykracza poza ustalony zakres przypadków;
d) konstrukcja prawna – w tej perspektywie kontrowersje odnoszą się nie tyle do istnienia umów cywilnoprawnych czy częstości ich występowania, ile do tego, jak prawo je definiuje oraz na ile istniejący kształt prawny umożliwia zabezpieczenie osoby zatrudnionej w oparciu o tego typu umowę.
Wprawdzie w debacie publicznej stanowisko całkowicie przeciwne stosowaniu umów cywilnoprawnych w stosunkach pracy jest zupełnie marginalne, jednak słyszalne są głosy krytyczne wobec skali zjawiska, praktyk ich nadużywania, a także obecnej konstrukcji prawnej tego typu umów. Moim zdaniem źródłem zagrożeń jest nie sama możliwość wykorzystywania umów cywilnoprawnych (ta posiada w przypadku niektórych prac istotne walory), ale raczej fakt, że umowy te są stosowane zbyt często, co wiąże się z nadużyciami (wtedy to przede wszystkim umowa cywilnoprawna funkcjonuje jako „umowa śmieciowa”), oraz to, że osoby wykonujące pracę w oparciu o tego typu umowy – często pozbawione możliwości wyboru innej formy zatrudnienia – nie są odpowiednio zabezpieczone społecznie. Przy czym deficyty zabezpieczenia społecznego mogą wynikać – jak pokażę dalej – zarówno z konstrukcji samej umowy, jak i z innych mechanizmów lub zaniechań polityki społecznej.
Atuty
Choć, moim zdaniem, w obecnym funkcjonowaniu umów cywilnoprawnych na polskim rynku pracy zagrożenia przeważają nad korzyściami, zacznijmy od tego, jakie atuty stoją za tego typu umowami. Można tu wskazać dwa powiązane ze sobą czynniki.
Po pierwsze – możliwość zawarcia cywilnoprawnej umowy pozwala na wykonanie odpłatnie pracy, na którą nie byłoby popytu w ramach umowy o pracę. Przykładowo, artysta plastyk, który chce sprzedać namalowany przez siebie obraz, nie miałby szansy zbyć go w ramach umowy o pracę. Mówiąc bardziej ogólnie, umowy cywilnoprawne są dopasowane do sprzedaży dóbr i usług, których wykonanie nie mieściłoby się w klasycznym stosunku pracy. Eliminacja takich umów z systemu prawnego ograniczyłaby szanse produkowania legalnie pewnych dóbr i wykonywania usług, przyczyniając się do pomniejszenia ogólnego dobrobytu oraz pozbawiając środków do życia część przedstawicieli niektórych profesji2.
Po drugie – zawarcie umowy cywilnoprawnej umożliwia wykonanie legalnie pracy, na którą nie byłoby w danym miejscu i czasie popytu, lecz nie tyle ze względu na charakter wykonywania tej pracy, ile na zdolność/skłonność do jej wynagrodzenia. Przykładowo, w społecznościach dotkniętych recesją część pracodawców może nie być skłonna zatrudniać w oparciu o umowę o pracę, gdyż rodzi ona większe bezpośrednie koszty i wymusza większą trwałość stosunku pracy. Dzięki prawnej „furtce” możliwe jest zamawianie wykonania określonych dóbr i usług, dzięki czemu nakręca się lokalną koniunkturę.
Przyjęcie powyższej argumentacji nie powinno jednak być stosowane zbyt szeroko i bez zastrzeżeń, gdyż mogłoby ono doprowadzić do wniosku o konieczności zastąpienia umów o pracę umowami cywilnoprawnymi jako uniwersalnym remedium służącym rozwojowi gospodarki i społeczeństwa. Tymczasem umowy te, zwłaszcza gdy są stosowane na dużą skalę i nie zawsze zgodnie ze swym normatywnym przeznaczeniem, niosą także szereg poważnych zagrożeń, zarówno krótkookresowo, jak i w dłuższej perspektywie czasowej. Dlatego, jak będę się starał wykazać, należy bronić tradycyjnych form zatrudnienia (co nie znaczy, że również ich nie należy modyfikować w ramach kodeksu pracy) i dążyć do tego, by umowy cywilnoprawne nie były stosowane poza sytuacjami, w których ich zawarcie jest funkcjonalną konsekwencją charakteru wykonywanej czynności.
Zagrożenia
Mówiąc o zagrożeniach, można zaproponować następujący ich podział.
- Ze względu na zakres podmiotowy (dla poszczególnych grup społecznych):
– zagrożenia dla osoby wykonującej pracę i jej bliskich;
– zagrożenia dla ogółu społeczeństwa, w tym zwłaszcza dla jego członków znajdujących się w obliczu socjalnego ryzyka (np. starości, wypadku czy braku zdrowia).
- Ze względu na zakres przedmiotowy (wymiar indywidualnego i społecznego dobrostanu):
– zagrożenia związane z kondycją socjalno-bytową,
– zagrożenia związane z życiem rodzinnym i opieką,
– zagrożenia związane z kondycją zdrowotną.
- Ze względu na horyzont czasowy:- zagrożenia krótkookresowe (obecne w trakcie wykonywania umowy lub wkrótce po ustaniu stosunku prawnego),
– zagrożenia długookresowe (zagrożenia, których wystąpienie i skutki mogą być dostrzegalne dopiero w dalszej perspektywie, po wielu latach, np. po osiągnięciu wieku emerytalnego).
Pierwsza grupa zagrożeń wiąże się z niemożnością zaspokojenia określonych potrzeb materialnych czy socjalnych – w trakcie wykonywania pracy, po ustaniu stosunku prawnego lub w dalszej perspektywie czasowej. Wśród czynników, które powodują te zagrożenia, możemy wymienić:
- Brak objęcia umów cywilnoprawnych wynagrodzeniem minimalnym.
Płaca minimalna nie obejmuje umów cywilnoprawnych, w związku z czym istnieje możliwość wynagradzania pewnych prac na poziomie poniżej tak czy inaczej zdefiniowanego poziomu ubóstwa.
- Niemożność zaangażowania w związkach zawodowych, które działają m.in. na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pracy osoby zatrudnionej.
Zgodnie z polskim prawem jedynie pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę mogą zrzeszać się w związkach zawodowych, choć zgodnie ze stanowiskiem Międzynarodowej Organizacji Pracy prawo to powinno być rozszerzone na osoby niemające statusu pracowniczego3. Pozbawienie pracujących w oparciu o umowę o dzieło czy zlecenie prawa do zrzeszania się w związkach prowadzi do tego, że w obliczu nagannych zachowań pracodawców (np. w zakresie regulowania wynagrodzenia) mają oni ograniczone szanse, że działająca w danym zakładzie pracy organizacja związkowa skutecznie stanie w ich obronie, nie mogą też powołać nowej struktury związkowej.
- Nieobjęcie wsparciem w ramach środków pochodzących z funduszu socjalnego w przedsiębiorstwie.
Środki gromadzone w funduszu socjalnym są z mocy prawa przeznaczane na wsparcie socjalne pracowników i ich rodzin. Istniejące regulacje wyłączają z tego mechanizmu osoby niezatrudnione w oparciu o umowę o pracę. Tym samym tracą one możliwość korzystania z takich świadczeń, jak choćby dopłaty do wczasów czy paczki na święta dla dzieci.
- Łatwość rozwiązania umowy, w oparciu o którą wykonywana jest praca, co pozbawia dochodów osoby ją wykonujące.
Wykonywanie pracy w oparciu o umowę cywilnoprawną jest nietrwałe. Jako że jest ona zawierana na czas określony, zazwyczaj niezbyt długi, po ukończeniu zlecenia lub dzieła wykonawca pozostaje bez dochodów, jeśli nie otrzyma kolejnego zlecenia lub dzieła do wykonania.
- Brak składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe (w przypadku umów o dzieło), co skutkuje zwielokrotnionym ryzykiem ubóstwa z tytułu zaistnienia któregoś ryzyka socjalnego.
Istotną cechą umów cywilnoprawnych jest to, że nie wiążą się one z opłacaniem składek na tych zasadach, co umowy o pracę. Między umową-zlecenie a umową o dzieło zachodzą pod tym względem pewne różnice – od umowy-zlecenia odprowadza się składki emerytalną, rentową i zdrowotną, a od umowy o dzieło nie. W przypadku umowy-zlecenia, jeśli osoba wykonuje kilka zleceń jednocześnie, składkę odprowadza się od jednej z nich. Rodzi to pokusę dla zleceniodawcy, by wybrać jako podstawę oskładkowania zlecenie o najniższej wartości, a to przekłada się na wysokość świadczeń emerytalno-rentowych w przyszłości. Brak oskładkowania oznacza zaś, że osoby przez lata pracujące na tego typu zasadach zostaną – w momencie przejścia w wiek emerytalny czy w obliczu dotknięcia nieszczęściem, przed którym ubezpieczają nas świadczenia rentowe – bez zgromadzonych w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych odpowiednich środków, gwarantujących godziwy poziom zaspokojenia potrzeb bytowych.
Zagrożenia zdrowotne
Obok zagrożeń uderzających bezpośrednio w materialne podstawy życia istnieje szereg innych, niekiedy mniej wymiernych niebezpieczeństw, które odnoszą się do kondycji zdrowotnej i jej zabezpieczenia, a także do możliwości realizacji potrzeb oraz pełnienia ról związanych z życiem rodzinnym i sprawowaniem opieki nad osobami bliskimi. Jeśli chodzi o związane z pracą na umowach cywilnoprawnych zagrożenia dla dobrostanu zdrowotnego, można wymienić np.:
- Brak odprowadzania składki na ubezpieczenie zdrowotne (w przypadku umowy o dzieło).
O ile umowa-zlecenie została w końcu objęta ubezpieczeniem w NFZ, o tyle umowa o dzieło pozostaje nadal poza systemem zabezpieczenia zdrowotnego. Zapowiedzi zmiany tego stanu rzeczy jak dotychczas nie doczekały się realizacji.
- Brak prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego.
Ważnym czynnikiem różnicującym pozycję pracownika kodeksowego względem wykonującego umowę cywilnoprawną, jest fakt, że temu ostatniemu nie przysługuje urlop wypoczynkowy (dotyczy to zarówno umowy-zlecenia, jak i umowy o dzieło). Brak możliwości wypoczynku, zwłaszcza gdy praca jest wykonywana w trudnych warunkach, może mieć trwały, negatywny wpływ na kondycję zdrowotną.
- Brak obowiązku objęcia profilaktycznymi badaniami w ramach medycyny pracy.
- Stres związany z tymczasowością zatrudnienia.
- Zwiększone ryzyko przeciążenia w związku z brakiem limitu godzinowego czasu pracy.
Zagrożenia dla zdrowia, towarzyszące pracy na umowach cywilnoprawnych, odnoszą się więc zarówno do ograniczeń w zakresie korzystania z opieki zdrowotnej (w związku z brakiem ubezpieczenia i zagwarantowanej, obligatoryjnej medycyny pracy), jak i do długofalowych czynników ryzyka (zwiększony stres w związku z niestabilnością zatrudnienia, przeciążenie i brak odpoczynku).
Zagrożenia rodzinno-opiekuńcze
Trzecia grupa zagrożeń dla osób pracujących na umowach cywilnoprawnych wiąże się z pełnieniem przez nie funkcji rodzinnych, a zwłaszcza z wykonywaniem czynności opiekuńczych. Można wskazać następujące zagrożenia:
- W zakresie dostępu do urlopu i zasiłku macierzyńskiego.
Uprawnienia związane z macierzyństwem, a dokładniej mówiąc możliwość pobierania zasiłku macierzyńskiego, są realne w przypadku umów-zleceń, o ile zleceniobiorca podlega ubezpieczeniu chorobowemu (co w przypadku tego rodzaju umów jest możliwe, lecz nieobligatoryjne). Jeszcze gorzej wygląda sytuacja pracujących w oparciu o umowy o dzieło, które z zasady nie podlegają ubezpieczeniu chorobowemu. Wykonujący je nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego.
- W zakresie korzystania z zasiłku opiekuńczego (związanego z czasowym zwolnieniem się z pracy z powodu opieki nad chorym członkiem rodziny)4.
Podobnie jak urlop macierzyński, zasiłek opiekuńczy ma charakter świadczenia z tytułu ubezpieczenia chorobowego, więc (dobrowolnie, a w praktyce często w zależności od woli pracodawcy, będącego silniejszą stroną) mogą być nim objęci zleceniobiorcy, natomiast nie przysługuje on pracującym w oparciu o umowę o dzieło.
- W zakresie zdolności kredytowej (która pośrednio wpływa na decyzje prokreacyjne).
Pracujący w oparciu o umowę-zlecenie lub o dzieło cierpią zazwyczaj na ograniczenia zdolności kredytowej, co wielu z nich wyklucza z możliwości zaciągnięcia kredytu hipotecznego i utrudnia znalezienie własnego lokum. Tymczasem w świetle badań CBOS to właśnie trudności mieszkaniowe są jednym z powodów, dla których młodzi ludzie nie decydują się na posiadanie dzieci lub odraczają takie decyzje.
Zagrożenie dla systemu społecznego, w tym dla osób dotkniętych ryzykiem socjalnym
Obok zagrożeń dla osoby pracującej w oparciu o umowy cywilnoprawne i jej rodziny, skala ich stosowania, wraz z towarzyszącymi nadużyciami, niesie też zagrożenia dla stabilności całego ładu społecznego – zwłaszcza systemu zabezpieczenia społecznego. Szczególnie dotkliwie odbija się to na sytuacji obywateli zagrożonych wykluczeniem socjalnym. Zagrożenia tego typu możemy podzielić na trzy grupy:
- zmniejszone wpływy systemu zabezpieczenia społecznego w wyniku skromniejszych przychodów ze składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych,
- wzrost kosztów publicznej służby zdrowia związany z pogorszeniem się sytuacji zdrowotnej społeczeństwa na skutek pogłębienia stresu, przeciążenia czy wyłączenia części obywateli z systemu profilaktyki zdrowotnej (mówiąc o kosztach zdrowotnych, trzeba pamiętać zarówno o tych naprawczych, związanych z kosztami leczenia, jak i alternatywnych, związanych z ograniczeniem społeczno-ekonomicznego potencjału ludzi, którzy popadli w zły stan zdrowia),
- zachwiana piramida demograficzna, związana z ograniczeniem lub opóźnieniem decyzji prokreacyjnych wbrew deklarowanym przez obywateli potrzebom i preferencjom. W dłuższej perspektywie czynnik ten pogłębi wspomniane w punkcie pierwszym tendencje ograniczania wpływów do systemu zabezpieczenia społecznego i zdrowotnego. I choć teoretycznie możliwe jest zniwelowanie tego efektu np. poprzez wydłużanie okresu zatrudnienia względem okresu pobierania świadczeń emerytalnych, to w praktyce może okazać się to trudne, choćby ze względu na zjawisko wskazane w punkcie drugim – niekorzystną sytuację zdrowotną społeczeństwa, wpływającą na malejący potencjał zarobkowy, zwłaszcza w starszych kategoriach wiekowych.
Współwystąpienie zagrożeń z trzech omówionych grup może doprowadzić do zachwiania całego systemu zabezpieczenia społecznego (zwłaszcza w wymiarze zdrowotnym i emerytalno-rentowym), a pośrednio – ładu społecznego jako takiego.
Warto zauważyć, że skala negatywnych skutków zawierania umów cywilnoprawnych jest zależna od tego, jak ukształtowane jest ich otoczenie instytucjonalne – zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej czy świadczeń związanych z opieką nad dzieckiem. Jeśli więc chcemy ograniczać zagrożenia wynikające z zawierania tego typu umów, można zarówno próbować zmienić ich konstrukcję (obejmując je składką zdrowotną), jak i kształtować otoczenie instytucjonalne tak, by forma zatrudnienia nie decydowała o możliwości korzystania z publicznych świadczeń.
Podobnie jest w przypadku zagrożeń demograficznych. Jeśli w systemie polityki rodzinnej działają uniwersalne zasiłki z tytułu wychowywania dziecka oraz powszechnie dostępne są usługi opiekuńcze dla wszystkich małych dzieci, wówczas to, czy rodzic pracuje w oparciu o umowę o pracę, czy o umowę cywilnoprawną, będzie miało drugorzędne znaczenie dla decyzji prokreacyjnych i dla dobrostanu dziecka.
Ocena skutków umów cywilnoprawnych, jeśli chcielibyśmy ją osadzić w szerszym kontekście polskiej polityki społecznej, nie może zatem abstrahować od konstrukcji systemu świadczeń socjalnych (rodzinnych, zdrowotnych, mieszkaniowych), realnego do nich dostępu oraz dynamiki zmian, które niekiedy zmierzają w kierunku poszerzenia realnego dostępu, jak to ma miejsce w odniesieniu do opieki na dzieckiem do lat 3. Analiza tych czynników wykracza poza ramy niniejszego opracowania. Orientacyjnie można jednak wskazać, że jeśli chodzi o politykę na rzecz rodziny, ograniczony pozostaje dostęp do wsparcia nieuwarunkowanego statusem rodziców na rynku pracy. Podejmowane są wszakże publiczne działania na rzecz zmiany tego stanu rzeczy, czego efektem jest wzrost dostępu do opieki żłobkowej i przedszkolnej w ostatnich latach5 czy zapowiadane rozszerzanie grona uprawnionych do urlopów rodzicielskich o osoby niebędące pracownikami. Nie widać jednak po stronie rządowej dążenia do upowszechnienia dostępu do podstawowej opieki medycznej poprzez oparcie go na statusie obywatelskim (bycie obywatelem Polski, nie zaś płacenie składek na NFZ, jako warunek bezpłatnej opieki zdrowotnej). W związku z tym osoby pracujące w oparciu o umowę o dzieło pozostawione są bez zabezpieczenia zdrowotnego, o ile nie są ubezpieczone z innego tytułu lub nie skorzystają z dobrowolnego ubezpieczenia, którego comiesięczne opłacanie w obecnie obowiązującej kwocie bywa jednak dla wielu niemożliwe.
Jak przeciwdziałać zagrożeniom?
Istnieją różne podejścia do tego, jak wyeliminować lub złagodzić zagrożenia związane ze stosowaniem umów cywilnoprawnych. Można jednak wyróżnić dwie podstawowe strategie:
- dążenie do zmniejszenia skali procederu zatrudniania na umowy cywilnoprawne – zwłaszcza tam, gdzie są one stosowane niezgodnie z zamierzonym przez prawodawcę przeznaczeniem,
- dążenie do ograniczenia negatywnych społecznych konsekwencji umów cywilnoprawnych, które już są zawierane.
Zmniejszanie skali można próbować osiągnąć na dwóch poziomach:
- poprzez ścisłą kontrolę baczącą, by nie były one nadużywane, oraz nakładanie i egzekwowanie sankcji za tego typu praktyki (już dziś istnieje w naszym prawie procedura wystąpienia do sądu o udowodnienie stosunku pracy i zamianę stosunku cywilnoprawnego na umowę o pracę, gdy jest ku temu formalne i merytoryczne uzasadnienie);
- poprzez wzmocnienie siły przetargowej strony pracowniczej, np. zmniejszanie bezrobocia. Dzięki temu pracodawcy będzie trudniej narzucić mniej korzystne warunki wynagrodzenia za pracę (w tym poprzez zastępowanie umów o pracę umowami cywilnoprawnymi)6.
Ograniczenie negatywnych społecznych skutków umów cywilnoprawnych można próbować osiągnąć dwoma rodzajami działań:
- poprzez zmianę konstrukcji prawnej umów cywilnoprawnych, tak aby były one silniej osadzone w systemie zabezpieczeń społecznych (głównym mechanizmem może być ich oskładkowanie, ale do zwiększenia bezpieczeństwa i dobrostanu pracującego w oparciu o taką umowę może przyczynić się także umożliwienie im działalności związkowej, objęcie medycyną pracy, wsparciem z funduszu socjalnego etc., co wszak nie musiałoby być uzależnione od tego, czy za pracujących na tego typu umowach opłaca się składki czy nie);
- poprzez rozwój świadczeń, które zabezpieczałyby jednostkę niezależnie od jej statusu na rynku pracy (tzw. dekomodyfikacja) – w tym od rodzaju umowy, na której jest zatrudniana.
|
Ograniczenie zjawiska
|
Ograniczanie negatywnych skutków
|
|
Działania bezpośrednio związane ze stosowaniem umów cywilnoprawnych.
|
Wzmocnienie publicznej i społecznej kontroli nad warunkami zatrudnienia, karanie bezprawnego zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi i/lub zaostrzenie sankcji.
|
Przyznanie zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych przywilejów i części uprawnień kodeksowych (np. poprzez ich oskładkowanie czy objęcie prawem przynależności do związków zawodowych itd.).
|
|
Działania pośrednio wpływające na zawieranie umów cywilnoprawnych i ich konsekwencje.
|
Przekształcanie stosunków pracy w kierunku wzmocnienia strony pracowniczej, co częściowo może ukrócić proceder nadużywania umów mniej korzystnych dla pracującego.
|
Budowanie systemu zabezpieczenia społecznego i usług publicznych w taki sposób, by dostęp do nich był powszechny, niezależny od statusu ekonomicznego.
|
Jak pokazuje powyższa tabela, aby polityka przeciwdziałająca nadużywaniu umów cywilnoprawnych i jego następstwom była całościowa i skuteczna, warto wykroczyć poza instrumenty bezpośrednio odnoszące się do prawa pracy (jego stanowienia, egzekucji i kontroli). Należy uwzględnić także inne elementy systemu opieki społecznej, takie jak inkluzywność rynku pracy i systemu zabezpieczenia socjalnego czy powszechność usług publicznych.
Wnioski
Mimo że umowy cywilnoprawne mogą w jednostkowych przypadkach dawać korzyści pracownikowi, są zwykle źródłem poważnych zagrożeń dla niego i jego rodziny, grup dotkniętych ryzykiem socjalnym, a także dla ładu społecznego jako całości. Zagrożenia te wiążą się nie tyle z istnieniem umów cywilnoprawnych, ile ze skalą ich używania (w wielu przypadkach nadużywania), konstrukcją prawną (ograniczony zakres zabezpieczenia społecznego pracownika), a także z szerszym instytucjonalnym kontekstem polskiego państwa, w którym niewielki jest udział uniwersalnych świadczeń społecznych.
Zakres i skala zagrożeń nie są jednakowe w przypadku poszczególnych rodzajów umów cywilnoprawnych. W znacznie większym stopniu dotykają one osób pracujących długotrwale w oparciu o umowę o dzieło, która nie jest w ogóle oskładkowana, niż na umowę-zlecenie, która podlega ubezpieczeniu zdrowotnemu, a dobrowolnie także chorobowemu, co daje tak zatrudnionym uprawnienia także do świadczeń związanych z macierzyństwem.
Pułapka polskiego systemu zabezpieczenia społecznego zdaje się polegać na tym, że jego konstrukcja opiera się z jednej strony na silnym uzależnieniu sytuacji jednostek od ich pozycji na rynku pracy (komodyfikacja). Dzieje się to w sytuacji, w której stosunki pracy stają się coraz bardziej niestabilne. Efektem jest niestety pozbawienie rosnącej części polskich pracowników możliwości korzystania z wielu elementów dorobku cywilizacyjnego nas wszystkich, jakie znalazły wyraz m.in. w Kodeksie Pracy.
Niniejszy tekst jest rozwinięciem tez, jakie autor wygłosił podczas konferencji naukowej „Nietypowe formy zatrudnienia – fakty i mity”, Warszawa 6 marca 2013 r.
Przypisy:
- Jeśli chodzi o inne formy umów cywilnoprawnych jak samozatrudnienie i ich skutki, warto odesłać do analizy Marii Skóry pt. Will self-employment Save Polnd from Crisis, w „European Social Journal” http://www.social-europe.eu/2013/05/will-self-employment-save-poland-from-crisis/ (dostęp z 29.11.2013).
- Niekiedy stosuje się argument, że elastyczne formy zatrudnienia stanowią szansę na wejście na rynek pracy dla grup defaworyzowanych (osoby uczące się, młodzi pracownicy wchodzący na rynek pracy, matki z dziećmi niemogące w danych warunkach pracować w pełnym wymiarze etatowo, niepełnosprawni i osoby starsze).
- Por. http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/609199,pracujacy_na_umowach_cywilnoprawnych_moga_tworzyc_zwiazki_zawodowe.html (dostęp z 28.11.2013 r.).
- Szczegółowe zasady pobierania owego zasiłku można poznać na oficjalnym portalu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych http://www.zus.pl/default.asp?p=4&id=433
- O zmianach w tym zakresie opieki nad małym dzieckiem można dowiedzieć się na specjalnie utworzonym w tym celu rządowym portalu http://www.zlobki.mpips.gov.pl/; szerzej o rozwiązaniach prorodzinnych na portalu http://www.rodzina.gov.pl/
- Jak wskazuje badacz bezrobocia, prof. Mieczysław Kabaj, to właśnie wysokie zagrożenie bezrobociem, zwłaszcza wśród młodzieży, jest jednym z powodów, dla których osoby takie często godzą się na mniej korzystne dla siebie stosunki zatrudnienia, por. np. http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,74817,10722121,Mlodzi_biora_dzis__co_daja.html
przez Bartosz Oszczepalski | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Sytuacja niezależnych mediów lokalnych w Polsce nie należy do najłatwiejszych. Dysponując często mniejszymi środkami finansowymi niż ich korporacyjne i samorządowe odpowiedniki, muszą radzić sobie z naciskami polityków i lokalnego establishmentu.
Kontrola władzy w powiatach, gminach i małych miastach jest niezwykle ważna dla prawidłowego funkcjonowania demokracji. Dziennikarz Jerzy Jachowicz na portalu pogotowiedziennikarskie.pl zauważa, że media lokalne mają większe możliwości nacisku na władzę w regionie niż media ogólnopolskie i centralne na ministrów czy na to, co dzieje się w stolicy. Według niego, o ile głos mediów warszawskich ginie w ogólnym szumie informacyjnym, o tyle artykuł odnoszący się do działań władzy lokalnej jest bardziej słyszalny. Dlatego też media lokalne są szczególnie zagrożone działaniami polityków i notabli, którzy zdając sobie sprawę z siły ich oddziaływania, często próbują ograniczać niezależność i stosować cenzurę.
Ekstra gmina?
Zacznę od własnych doświadczeń. W marcu ubiegłego roku na terenie trzech gmin w powiecie kieleckim powstało pismo „Extra Gmina”, wydawane przez prywatnego przedsiębiorcę na zasadzie franczyzy od ogólnopolskiego koncernu Extra-Media. W styczniu 2014 r. weszliśmy również na rynek kielecki i zmieniliśmy nazwę na „Extra Gazeta”. Jednak wcześniej mieliśmy okazję przekonać się, jak władze lokalne mogą reagować na działania mediów od nich niezależnych.
Zanim „Extra Gmina” pojawiła się na rynku, w gminie Sitkówka-Nowiny, zarządzanej od wielu lat przez wójta Stanisława Baryckiego, lokalnym monopolistą prasowym był „Głos Nowin”, wydawany ze środków budżetowych gminy. Kiedy czyta się „Głos Nowin”, można odnieść wrażenie, że gmina to kraina płynąca mlekiem i miodem, mieszkańcy nie uskarżają się na żadne problemy, a opozycyjni radni nie mają wobec wójta zastrzeżeń. O czym w takim razie przeczytamy w tej gazecie? O imprezach gminnych, nowych inwestycjach, które w ostatnim czasie poczyniła lokalna władza, albo o spotkaniach Ochotniczej Straży Pożarnej, podczas których wójt bawił się wspólnie ze strażakami. Trudno było natomiast znaleźć w gazecie informacje np. o licznych sporach między wójtem a radnymi z opozycyjnego klubu Wspólne Dobro.
Pierwszy z brzegu przykład: rok temu radni głośno protestowali przeciwko planowanej przez wójta budowie centrum sportowo-rekreacyjnego. Sprzeciw uzasadniali tym, że przedsięwzięcie wiązałoby się ze zbyt dużymi kosztami. Opisaliśmy sprawę na łamach „Extra Gminy”, ale w „Głosie Nowin” nie znalazła się nawet wzmianka o całym wydarzeniu. Na stronie internetowej Urzędu Gminy Sitkówka-Nowiny ukazał się za to artykuł wójta, w którym skrytykował radnych. Zabrakło natomiast tekstu polemicznego przewodniczącego Rady Gminy Sebastiana Nowaczkiewicza. Według niego wójt po prostu odmówił publikacji artykułu. Kilka miesięcy wcześniej między wójtem a radnymi wywiązała się debata dotycząca ustalenia opłat za śmieci. Radni poprosili wójta o umieszczenie ich stanowiska w tej sprawie w „Głosie Nowin”, jednak i tym razem otrzymali odpowiedź odmowną.
Jeśli jakieś artykuły dotyczące konfliktów politycznych w gminie pojawiały się w „Głosie Nowin”, to miały one charakter rażąco stronniczy. Za przykład może posłużyć artykuł o planowanym połączeniu dwóch instytucji kulturalnych z numeru zeszłorocznego. Już sam tytuł „Czytelne korzyści po połączeniu biblioteki i GOK-u nieczytelne dla radnych” każe podejrzewać, że tekst jest pisany pod tezę, lektura całego artykułu również nie pozostawia wątpliwości. Takie przykłady można mnożyć.
Sytuacja ta stworzyła pole do popisu dla nas – osób tworzących pismo niezależne od władz. Staramy się przedstawiać czytelnikom racje zarówno opozycji, jak i wójta w toczących się sporach oraz opisywać problemy społeczne w gminie. Jeśli dzieje się coś dobrego, to o tym piszemy, ale nie udajemy, że gminy nie nękają żadne bolączki. Można podejrzewać, że taka postawa nie spodobała się wójtowi, bo pewnego razu wyrzucił do kosza egzemplarze, które znajdowały się w holu Urzędu Gminy. Gdy w marcu 2013 r. zwróciliśmy się do gminy z prośbą o kolportaż gazet na terenie urzędu, otrzymaliśmy od jednej z urzędniczek następującą odpowiedź: Gazetę można pozostawić na dole, przy głównym wejściu. Jednocześnie informuję, że w przypadku opublikowania treści, które uznamy za nieodpowiednie, gazeta zostanie usunięta. Już wtedy dano do zrozumienia, że postawa niezależna i krytyczna wobec władzy nie będzie mile widziana.
Po tym wydarzeniu w „Extra Gazecie” ukazał się mój artykuł pt. „Wójta władza absolutna”, w którym opisałem, jak władza w gminie odnosi się do niezależnych mediów i w jaki sposób wykorzystuje gazetę samorządową „Głos Nowin” do celów propagandowych. Czytelnicy dzwonili do nas i gratulowali, że ktoś w końcu odważył się opisać problem. Wielu zwracało uwagę, że fakty przywołane w tekście są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a lista grzechów władzy jest o wiele dłuższa. Bez istnienia mediów niezależnych od władzy w tej gminie – i w wielu innych – takie informacje i refleksje nie miałyby szans zaistnienia w obiegu publicznym.
Wyrzucony za prawdę
O tym, jak trudno zachować niezależność, pracując w gazetach samorządowych, przekonał się jakiś czas temu Wiktor Jaworski, redaktor naczelny „Głosu Nidzickiego”. Jaworski funkcję naczelnego pełnił przez 5 i pół roku. Musiał opuścić stanowisko po tym, jak burmistrz Nidzicy Dariusz Szypulski zarzucił mu promowanie na łamach pisma „krwawych i sensacyjnych historii”. Nie jest pan dziennikarzem śledczym, tylko redaktorem naczelnym organu Rady Miejskiej, gazety służącej promocji i informacji – powiedział burmistrz Jaworskiemu podczas sesji rady gminy. Jednym z głównych powodów zwolnienia dziennikarza był napisany przez niego w listopadzie 2013 r. artykuł o 19-letnim Robercie, brutalnie pobitym przez policjantów w nidzickiej komendzie. Nastolatek złożył zeznania obciążające funkcjonariuszy, a ci próbowali go wrobić w kradzież samochodu. Obecnie sprawą zajmują się Komenda Wojewódzka Policji w Olsztynie i Prokuratura Rejonowa w Szczytnie. Szef prokuratury potwierdza, że zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy.
Na posiedzeniu Rady Miasta, na którym dojść miało do odwołania Jaworskiego z zajmowanego stanowiska, burmistrz twierdził, że tego typu artykuły powinny się ukazywać w gazetach komercyjnych, a nie w informacyjnych pismach samorządowych, mających na celu promocję gminy. Ponadto Szypulski wywodził, że tego rodzaju publikacje dezorganizują dochodzeniową pracę policji. Jego punkt widzenia podzielali radni, którzy głosowali za odwołaniem dotychczasowego naczelnego gazety. Jedynie dwóch radnych – Józef Kotwicki i Alfred Potapiuk – wyłamało się i zagłosowało przeciwko temu wnioskowi, a czterech wstrzymało się. Potapiuk przyznaje, że był zaskoczony decyzją swoich kolegów, a artykuł o policjantach uważa tylko za pretekst do zwolnienia. Kotwicki wprost mówi o zamykaniu ust dziennikarzom.
Jaworski w rozmowie ze mną nie kryje rozżalenia. – To była „ustawka” skierowana przeciwko mojej osobie. Używano absurdalnych argumentów, że okładki są za mało wesołe, a kryminalne teksty niepotrzebnie bulwersują obywateli. Tymczasem artykuły dotyczyły problemów zwykłych ludzi. Oprócz historii z policjantami pisałem również o lekarzu, który nie przyjął pacjenta do szpitala, a ten się wykrwawił. Przedstawiałem gminę w dobrym świetle, ale jednocześnie nie bałem się pisać o sprawach trudnych. Nie szukałem skandali na siłę, ale nie byłem też pupilkiem władzy. To się mogło nie spodobać włodarzom gminy – tłumaczy. Mój rozmówca zwraca uwagę na zmiany, jakie zaszły w „Głosie Nidzickim” po jego odejściu. – Teraz ta gazeta wygląda jak organ propagandowy władzy. Za moich czasów panowały pluralizm i wielogłos. Teraz możemy o tym zapomnieć.
Nierówna konkurencja
W gminie Łask w powiecie łódzkim wychodzą dwa pisma – miesięcznik „Panorama Łaska” oraz „Mój Łask”. Pierwsze jest wydawane za pieniądze samorządowe, drugie – przez prywatną spółkę. Jakiś czas temu Magdalena Hodak, naczelna „Mojego Łasku”, złożyła doniesienie na samorządową gazetę do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Hodak skarżyła się na ataki ze strony burmistrza Gabriela Szkudlarka, jakie ukazywały się na łamach „Panoramy…”. Opinia fundacji była jednoznaczna: W gminie Łask […] rozwój niezależnej prasy jest hamowany przez władze samorządowe.
Zaczęło się od tego, że w pierwszym numerze „Mojego Łasku” ukazał się artykuł krytyczny wobec urzędników, którzy w godzinach pracy korzystali z portali społecznościowych i udostępniali sprośne filmiki oraz zdjęcia. Tekst był okraszony prześmiewczą grafiką. Szkudlarek obraził się i złożył doniesienie do prokuratury, ale śledczy nie znaleźli podstaw do wszczęcia postępowania. Burmistrz bardzo często w specjalnej rubryce pozwala sobie na recenzowanie „Mojego Łasku”. – Chyba najbardziej bulwersująca jest wypowiedź burmistrza, gdy chwalił chamskie komentarze jednego z internetowych „hejterów”, który każe nam wynosić się z Łasku – mówi Magdalena Hodak. Zarówno redaktor naczelny Ryszard Poradowski, jak i burmistrz nie zgadzają się z zarzutami o wykorzystywanie przez władze „Panoramy Łaskiej” do politycznych rozgrywek. Tłumaczą, że „Panorama Łaska” nie jest gazetą, a jedynie biuletynem informacyjnym, a burmistrz nie ingeruje w to, w jaki sposób tworzone są artykuły. Stała obecność felietonów burmistrza w gazecie przeczy jednak tym ocenom.
Hodak zarzuca również „Panoramie Łaskiej” publikowanie ogłoszeń prywatnych firm, czego w świetle prawa nie powinny robić gazety wydawane ze środków samorządów. Samorządowe gazety często stosują ten proceder, który służy prowadzeniu nieuczciwej konkurencji z prywatnymi gazetami. Helsińska Fundacja Praw Człowieka również odniosła się do tych praktyk „Panoramy Łaskiej”: Działalność wydawnicza samorządów budzi wątpliwości nie tylko z powodu ograniczania wolności słowa, ale także właśnie z braku zgodności z zasadami uczciwej konkurencji. Jednostki samorządu terytorialnego prowadzące działalność wydawniczą stają się konkurencją dla niezależnych lokalnych tytułów.
Wydawca „Mojego Łasku” posiada jeszcze dwie gazety, które ukazują się w okolicach Łodzi – „Nowe Życie Pabianic” oraz „Rzgowska Prawda”. Pisma te również redaguje Magdalena Hodak, która przyznaje, że także w Pabianicach i Rzgowie spotykała się z problemami ze strony władz. – „Nowe Życie Pabianic” to nasza najstarsza gazeta. Ujawnialiśmy afery i musieliśmy się potem tłumaczyć w prokuraturze. Zdarzyło się również, że dyrektor ds. medycznych Pabianickiego Centrum Medycznego podała nas do sądu. Chodziło o to, że najpierw opublikowaliśmy wywiad z jej podwładnym, który oskarżał dyrektor o szukanie na niego haków, a później wyśmialiśmy jej postępowanie w rubryce satyrycznej. Ponadto za krytykę władz wyrzucono nas z zajmowanego lokalu – opisuje. Hodak przyznaje jednak, że w Pabianicach gazeta istnieje już długo i władze przyzwyczaiły się do krytyki. – Politycy zrozumieli w końcu, że atakujemy wszystkich, niezależnie od opcji politycznej. W Rzgowie i Łasku na razie jest pod tym względem gorzej – dodaje.
Regionalne antylokalne
Prasie lokalnej zagraża również rosnąca i coraz silniejsza konkurencja ze strony mediów regionalnych, coraz częściej tworzących lokalne dodatki, stałe rubryki itp. Tymczasem, jak wskazuje raport pt. „Kondycja prasy lokalnej”, autorstwa Lidii Pokrzyckiej a wydany przez Biuro Analiz Sejmowych, mamy do czynienia z procesem koncentracji własności oraz ekspansją wydawców prasy regionalnej. Autorka jako przykład tych zjawisk podaje praktyki znanego zagranicznego koncernu Verlagsgruppe Passau, którego częścią jest m.in. wydawnictwo Polskapresse. Spółka od lat przejmuje kolejne tytuły regionalne, a zdarza się też, że np. przyłącza tygodniki regionalne i lokalne do weekendowych wydań swoich dzienników. Pokrzycka twierdzi, że choć działania takie sprzyjają uniezależnieniu się lokalnych tytułów od władz samorządowych, to wiążą się one zarazem z zagrożeniem komercjalizacją i unifikacją licznych niedochodowych tytułów.
Żeby lepiej uzmysłowić sobie skalę problemu, warto przytoczyć informacje podane przez portal wpolityce.pl, według których już tylko pięć tytułów prasy regionalnej nie należy do Polskapresse. – To pełen kolonializm medialny nieznany nigdzie w Europie – piszą dziennikarze. Niemiecki koncern stał się właścicielem około 90 proc. gazet i portali regionalnych po tym, jak rok temu przejął kontrolę nad drugim co do wielkości wydawcą gazet lokalnych – spółką Media Regionalne (wcześniej należącą do brytyjskiego Mecomu). Już przed tą transakcją do Polskapresse należało 49,8 proc. mediów regionalnych. Przejmując głównego konkurenta, koncern do swojego „arsenału” regionalnych potentatów prasowych dołączył m.in. „Echo Dnia” (świętokrzyskie), „Gazetę Codzienną Nowiny” (podkarpackie), „Gazetę Lubuską”, „Gazetę Pomorską”, „Gazetę Współczesną” (warmińsko-mazurskie), „Głos – Dziennik Pomorza”, „Kuriera Porannego” (podlaskie) oraz „Nową Trybunę Opolską”. Niemiecki kapitał zdominował więc polski rynek medialny, a ponadto doszło do niespotykanego wręcz monopolu informacyjnego w regionach ze strony jednego koncernu.
Według posła Ryszarda Terleckiego, który złożył zapytanie w tej sprawie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i nie otrzymał konkretnej odpowiedzi, monopolizacja może doprowadzić do tego, że jeden koncern będzie przejmować większość zysków z reklam i to on będzie dyktował ceny. Ponadto zagraża ona pluralizmowi na rynku prasy. Badania przeprowadzone przez Lidię Pokrzycką wskazują, że liczne problemy związane z wykupywaniem mediów lokalnych przez zagraniczne koncerny dostrzegają także dziennikarze. W ich opinii kapitał zagraniczny może doprowadzić do zaniku lokalnego charakteru przejmowanych mediów – np. w sytuacji, gdy udziałowiec chce stworzyć kalkę produktu, który istnieje już na innych rynkach lokalnych. Niektórzy dziennikarze zwracają uwagę na to, że kapitał tego typu interesuje się mediami tylko dla zysku i nie dba o ich aspekt misyjny. Pojawiają się jednak również opinie, że kapitał zagraniczny w postaci zamożnego koncernu może zapewniać większą stabilność finansową i niezależność od władz lokalnych.
Biedni jak mysz redakcyjna
Wspomniany raport Lidii Pokrzyckiej dostarcza ciekawej wiedzy na temat głównych problemów dziennikarzy oraz niezależnych mediów lokalnych. Jednym z największych jest sytuacja finansowa gazet. Te niezależne wydawane są najczęściej przez prywatnych przedsiębiorców, więc mogą sobie pozwolić na bardziej otwartą krytykę władz niż gazety samorządowe, które są uzależnione od swoich pracodawców/sponsorów, i nie mogą ich krytykować. Gazety prywatne utrzymują się dzięki pozyskanym reklamom oraz pozaredakcyjnym środkom z działalności gospodarczej wydawców. Według szacunków medioznawców tylko 9,4 proc. pism lokalnych wypracowuje zysk.
Dodatkowo, jak zauważa autorka raportu, ich rywalizacja z tytułami prowadzonymi przez samorządy jest nierówna. Gminne media dzięki większej stabilności finansowej mogą wychodzić w formie bezpłatnej lub po niższej cenie niż pisma prywatne. To prowadzi natomiast do braku równowagi na rynku prasowym. Spore kontrowersje budzi też umieszczanie płatnych reklam w gazetach dotowanych przez samorządy. Ten proceder jest bardzo częsty, choć Regionalne Izby Obrachunkowe wielokrotnie wydawały orzeczenia mówiące, iż w gazetach samorządowych reklam być nie powinno. O możliwość zamieszczania reklam w gazecie gminnej zabiegał m.in. wspominany już burmistrz Łasku. Odpowiedź Ryszarda Krawczyka, prezesa Regionalnej Izby Obrachunkowej w Łodzi, była jednoznaczna: Zamieszczanie ogłoszeń i reklam od przedsiębiorców lokalnych oraz zewnętrznych nie prowadzi do zaspokojenia zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej, a tym samym nie jest zadaniem użyteczności publicznej. W konsekwencji za niedopuszczalne należy uznać zamieszczanie ogłoszeń reklamowych w wydawnictwie gminy – napisał.
W raporcie Pokrzyckiej znajduje się również istotny fragment dotyczący standardów pracowniczych w mediach lokalnych. Ankietowani dziennikarze do swoich głównych problemów zawodowych zaliczali m.in. zbyt niskie płace w stosunku do stopnia ponoszonej odpowiedzialności. Autorzy raportu wskazują na to, że wielu dziennikarzy nie ma etatów i pracuje na umowach śmieciowych. W artykule „Szanse i zagrożenia dla dziennikarzy prasy lokalnej na przykładzie Lubelszczyzny” Pokrzycka podaje, że aż 30 proc. dziennikarzy utrzymuje się z wierszówki lub prowadzi działalność gospodarczą. Artykuł pochodzi z 2006 r., więc od tego czasu mogło się już sporo zmienić na niekorzyść. Potwierdzają to badania prof. Bogusławy Dobek-Ostrowskiej z 2012 r., według których jedynie 60 proc. dziennikarzy deklaruje posiadanie stałego zatrudnienia. Taka sytuacja nie sprzyja ich bezpieczeństwu w razie popadnięcia w konflikt z pracodawcą czy władzami lokalnymi.
Na pytanie o status zawodowy 90 proc. ankietowanych dziennikarzy odpowiedziało, że jest on średni lub stale maleje. Dziennikarze narzekają również na status materialny, wynikający m.in. ze słabej kondycji finansowej wielu małych lokalnych tytułów. Problemem jest również to, że bardzo często pracownicy mediów zmuszani są do pracy w zakresie o wiele szerszym niż wynika to z umowy podpisanej z pracodawcą. Niejednokrotnie zdarza się więc, że redaktor zatrudniony na ¼ etatu naprawdę pracuje w pełnym zakresie godzin. Jak mówi Tomasz Nieśpiał, lubelski dziennikarz i redaktor naczelny portalu pogotowiedziennikarskie.pl, na Lubelszczyźnie, która jest mi najbliższa, współpracownik lokalnego tygodnika zarabia średnio 1,5 tys. zł. Oczywiście doświadczony reporter jest w stanie wypisać nawet dwukrotnie większą wierszówkę, jednak aktywnych zawodowo dziennikarzy ze stażem pracy większym niż np. 15–20 lat trudno przekonać do pracy na umowę o dzieło czy zlecenie za pensję ledwo dobijającą do średniej krajowej. Jak więc w tej sytuacji dbać o poziom merytoryczny mediów lokalnych? – pyta. Zwraca również uwagę, że przy niełatwych warunkach pracy ten poziom bywa niekiedy zbyt niski. – Powierzchowność, brak dociekliwości czy opieranie znacznej części gazety na „gotowcach” wysłanych przez organizatorów różnorakich imprez – takie zarzuty można postawić wielu lokalnym gazetom. Jednak media lokalne to również fantastyczne źródło informacji i znam wiele przykładów (zarówno konkretnych tekstów, jak i całych tytułów), które stanowią wyjątki od opisanego stanu rzeczy – stwierdza.
Kto nas (nie) kupi?
Choć niezależne gazety prywatne częściej mogą sobie pozwolić na krytykę władzy, to i one czasem ulegają naciskom różnych grup interesu. Potwierdzają to odpowiedzi, jakich udzielali dziennikarze w ankiecie będącej podstawą wspomnianego raportu. Przedstawiciele mediów skarżą się, że zakusy lokalnych biznesmenów i polityków na wolność wypowiedzi są ich chlebem powszednim. Według nich daje się zauważyć postępujący proces uzależniania dziennikarzy od pracodawców i lokalnych układów. Odpowiadając na ankietę Pokrzyckiej, zauważają oni, że media niepotrzebnie „dają się manipulować siłom z zewnątrz”, kierując się chęcią zdobycia pieniędzy z reklam za wszelką cenę. Przyczynia się to do obniżenia statusu zawodowego i prestiżu pracy dziennikarskiej.
Zdarza się, że lokalne małe tytuły dla własnych korzyści i wygód dają się „kupować” politykom. Według Tomasza Nieśpiała na Lubelszczyźnie, […] problem upolitycznienia tytułów lokalnych widać aż za dobrze. Właściwie każdy liczący się lokalny wydawca jest lub był związany z polityką. Jeden z wydawców, z którym współpracuję, nie odżegnuje się od swojej krótkiej przygody z polityką, której ostatecznie nie dało się pogodzić z prowadzeniem wydawnictwa. Ale zawsze powtarza wszystkim swoim dziennikarzom: „jeśli zrobię coś niezgodnego z prawem – macie o tym napisać”. Znam też przykłady świetnie redagowanych lokalnych tytułów, które wprost promują konkretnych polityków – opisuje.
Niestety bardzo często małym prywatnym mediom po prostu nie opłaca się być krytycznym wobec władzy oraz lokalnych „układów”, ponieważ wiąże się to z utratą reklamodawców. Jedną z takich sytuacji opisuje Nieśpiał na portalu pogotowiedziennikarskie.pl. Przedstawia przypadek Mirosława Sznajdera, przedsiębiorcy, który w latach 90. założył „Nowiny Kraśnickie”. Była to pierwsza samofinansująca się prywatna gazeta w regionie. Sznajder był jednocześnie jej wydawcą i redaktorem naczelnym. Sam pisał artykuły, które pozwoliły wydobyć na światło dzienne wiele afer z udziałem urzędników, sędziów i burmistrza. Jednak coraz silniejsza krytyka lokalnego układu skutkowała stopniową utratą reklamodawców i gazeta po pewnym czasie zmuszona była zakończyć działalność. Sznajder do dziś nie może znaleźć w Kraśniku etatowej pracy, a jego żonie, zatrudnionej w urzędzie, grożono zwolnieniem. Obecnie Sznajder prowadzi już tylko bloga, a z obawy przed konsekwencjami nie porusza na nim tematów politycznych…
Bez prawa
Spory wpływ na ograniczanie wolności słowa ma archaiczny przepis prawny pochodzący jeszcze z okresu PRL – art. 212 Kodeksu Karnego, mówiący o zniesławieniu. Zdaniem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich coraz częściej zdarza się, że dziennikarze, którzy informują opinię publiczną o aferach i kontrowersyjnych sprawach, dochowując wszelkich dziennikarskich standardów, są straszeni pozwami, karami finansowymi i prywatnymi aktami oskarżenia na podstawie właśnie tego przepisu. Centrum Monitoringu Wolności Prasy alarmuje, że liczba procesów cywilnych i karnych wytaczanych dziennikarzom rośnie z roku na rok.
W ankiecie przeprowadzonej na potrzeby raportu Lidii Pokrzyckiej dziennikarze mówią również o problemach z komunikacją na linii prasa – urzędnicy i przedstawiciele samorządów. Występują kłopoty z uzyskaniem rzetelnych informacji od lokalnych urzędników, a także z dostępem do dokumentów. Nie zawsze przestrzegane są przepisy o dostępie do informacji publicznej – bywa, że urzędnicy celowo je zatajają. Ponadto bardzo często samorządowcy domagają się możliwości „autoryzowania” całych tekstów, nawet jeśli udzielają tylko krótkiej, jednozdaniowej wypowiedzi – a gdy dziennikarz odmawia, to grożą, że już nigdy więcej nie udzielą mu informacji.
W grupie siła
W obliczu tych problemów część środowiska dziennikarskiego tworzy inicjatywy mające na celu pomoc niezależnym mediom lokalnym. Jednym z przykładów takich przedsięwzięć jest Stowarzyszenie Gazet Lokalnych – organizacja powołana w 1999 r. przez wydawców i redaktorów naczelnych ponad 20 największych w Polsce prywatnych gazet lokalnych. Celem SGL jest propagowanie, wspieranie i obrona niezależnej prasy lokalnej, integrowanie środowisk jej wydawców oraz stymulowanie kooperacji między nimi. O tym, jak ta pomoc może wyglądać w praktyce, mówi Alicja Molenda, prezes stowarzyszenia: Prowadzimy projekt pod nazwą Porozumienie Reklamowe Tygodnik Lokalny. To sieć pozyskująca ogłoszenia dla wydawców lokalnych gazet z całej Polski. Nie tylko stowarzyszonych. Dużej grupie łatwiej niż pojedynczym tytułom starać się o zlecenia reklamowe – mówi.
Moja rozmówczyni dodaje, że stowarzyszenie kładzie nacisk na wymianę doświadczeń i dostarczanie wiedzy przydatnej na trudnym rynku medialnym. – Przykładem może być zjazd wydawców zrzeszonych w naszym stowarzyszeniu, który odbył się w maju 2014 r. Ważnymi punktami programu były warsztat wymiany pomysłów marketingowych oraz szkolenie z zakresu prawa w Internecie w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Ponadto wkrótce chcemy uruchomić cykl szkoleń dotyczących prowadzenia lokalnych portali internetowych – wymienia. Stowarzyszenie ma również inne plany. – Przygotowujemy wspólne przedsięwzięcia wydawnicze. Pracujemy nad zagadnieniem systemowej pomocy prawnej dla naszych wydawców, celując w pozyskanie silnego partnera dla tego projektu – dodaje pani prezes.
Kolejnym ciekawym projektem tego typu jest „Pogotowie Dziennikarskie”, w ramach którego powstał wspominany portal pogotowiedziennikarskie.pl. To inicjatywa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, finansowana z grantu z funduszy szwajcarskich. Na portalu zamieszczane są teksty, które nie mogły ukazać się w lokalnych mediach ze względu na naciski ze strony władz lub inne okoliczności. Dzięki działalności Pogotowia światło dzienne ujrzały dziesiątki artykułów dotyczących spraw istotnych dla lokalnych społeczności, przygotowanych przez doświadczonych dziennikarzy z różnych regionów. Czytelnicy mieli okazję przeczytać m.in. artykuł Błażeja Torańskiego o trudnych relacjach dziennikarzy „Mojego Łasku” z burmistrzem, tekst Łukasza Zalesińskiego o gminie Prażnów, która wprowadziła opłaty za dostęp do informacji publicznej, czy materiał przygotowany przez Tomasza Nieśpiała o wójcie gminy Sosnowica, który postanowił walczyć z radnymi za pośrednictwem samorządowego biuletynu. Pogotowie Dziennikarskie to jednak nie tylko artykuły. – Każdego dnia zgłaszają się do nas mali wydawcy, pasjonaci dziennikarstwa, ale i doświadczeni redaktorzy – z prośbą o pomoc w sprawach prawnych i stricte dziennikarskich. Dzięki gronu prawników oraz zespołowi dziennikarzy z wieloletnią praktyką możemy kompleksowo wspierać dziennikarzy w całej Polsce. Dzieląc się wiedzą i doświadczeniem pomagamy też tworzyć nowe, niezależne media, które dzięki Pogotowiu Dziennikarskiemu podnoszą świadomość Polaków o przysługujących im prawach i mechanizmach, jakie towarzyszą sprawowaniu władzy lokalnej – mówi o portalu jego redaktor naczelny Tomasz Nieśpiał.
Pisząc przyszłość
Obecne czasy nie są dla dziennikarstwa łatwe, co odbija się także na sytuacji mediów lokalnych. Nastąpił spadek statusu zawodu dziennikarza. Choć profesja cieszy się nadal poważaniem, to sytuacja materialna i zawodowa osób trudniących się dziennikarstwem znacznie się pogorszyła. Nie najlepiej wygląda również kondycja finansowa wielu małych czasopism lokalnych, które w przeciwieństwie do gazet samorządowych nie mają budżetowych dotacji i muszą walczyć o reklamy. Ze względu na powiązania lokalnych firm z politycznymi i urzędniczymi sitwami niełatwo dorobić się stałej grupy reklamodawców i zachować przy tym niezależność, nie stając się tylko słupem reklamowym albo gazetą piszącą jedynie o lokalnych festynach. Z tego powodu wiele mediów zatraca misję publiczną, a te, które decydują się na pójście swoją drogą i otwartą konfrontację z władzami, bardzo często po pewnym czasie upadają.
Oczywiście nie wszystko wygląda tak tragicznie. Istnieje mnóstwo lokalnych gazet i portali, które w sposób rzetelny i wolny od nacisków, a przynajmniej mówiąc innym głosem niż władze, informują czytelników o tym, co dzieje się w gminach, powiatach i województwach. To one właśnie pozwalają mimo wszystko patrzeć optymistycznie w przyszłość. Cieszy również to, że – jak pokazują badania – środowisko dziennikarskie ma świadomość problemów z jakimi boryka się prasa lokalna, i próbuje je rozwiązywać.