Dobre, bo publiczne

W debatach medialnych regularnie pojawia się odmieniany przez wszystkie przypadki termin „prywatyzacja”. Najczęściej dzieje się to, gdy któraś z państwowych spółek przechodzi ciężkie chwile lub gdy na tapetę trafia temat niewydolności służby zdrowia. Prywatyzacja urasta w takich sytuacjach do najbardziej rozsądnego rozwiązania proponowanego przez szanowanych ekspertów, przeciw któremu występują głównie roszczeniowe i bojące się rozwoju grupy społeczne. W tym spontanicznym sprzeciwie objawia się intuicyjna mądrość ludu, a za popieraniem prywatyzacji przez różnej maści ekspertów stoi często ich uwikłanie w interesy środowisk, z których się wywodzą. W związku z takim podziałem ról do opinii publicznej nie docierają uporządkowane i jasno artykułowane argumenty przeciw prywatyzacji i za utrzymaniem szerokiego sektora publicznego. Sprawia to wrażenie, że owe postulaty są przejawem warcholstwa i obrony własnych interesów. Jest zgoła przeciwnie – mają one głębokie uzasadnienie społeczne, instytucjonalne i ekonomiczne.

Jeszcze publiczne czy już prywatne?

Termin „prywatyzacja usług publicznych” jest bardzo szeroki i w powszechnym odbiorze często oznacza również zjawiska takie jak „komercjalizacja”, „urynkowienie” czy „outsourcing”. Prywatyzacja w ścisłym znaczeniu tego terminu to sprzedaż zorganizowanego majątku publicznego lub jego części, tymczasem „komercjalizacja usług publicznych” lub ich „urynkowienie” niekoniecznie muszą wiązać się ze sprzedażą mienia publicznego. Komercjalizacja to zmiana celów, jakimi kierują się jednostki wykonujące zadania publiczne – z jak najlepszego świadczenia usług na rentowność i zysk. Odbywa się to np. poprzez zmianę zasad zarządzania lub wprowadzenie państwowego przedsiębiorstwa na giełdę, gdzie musi się ono dostosować do panujących reguł, jednak przy zachowaniu większościowej własności państwa. Urynkowienie natomiast to wprowadzenie do usług publicznych konkurencji, a więc stworzenie dla nich specyficznego rynku. Można to osiągnąć poprzez wprowadzenie kilku dostawców danej usługi lub dopuszczenie do świadczenia usług także prywatnych świadczeniodawców, np. ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy muszą konkurować o pacjenta. Outsourcing zaś to po prostu zlecenie świadczenia danej usługi prywatnemu podmiotowi na zasadach ustalonych przez instytucje publiczne, z nadzieją, że wykona je on lepiej. Wszystkie wymienione rozwiązania nie muszą się wiązać z prywatyzacją, jednak często zbiorczo określa się je tym terminem – to właściwie zasadne, gdyż wszystkie one wiążą się z podobnymi zagrożeniami.

Głównym argumentem za prywatyzacją usług publicznych jest przeświadczenie, że podmioty działające na zasadach rynkowych są bardziej efektywne. A zatem, jeśli wprowadzimy te zasady również do sektora publicznego, poziom usług wzrośnie. Problem w tym, że nie ma dowodów, iż dzieje się tak zawsze. Nie tylko dlatego, że sam rynek jest zawodnym mechanizmem, ale także z tego powodu, że sektor publiczny kieruje się innymi zasadami i celami niż prywatny. I nawet jeśli wśród tych rozmaitych celów pojawia się również zysk, to nie jest on jedyną ani główną racją – administracja publiczna nie może przecież zrezygnować ze świadczenia danej usługi tylko dlatego, że jest nieopłacalna. Na przykład przy decyzji o podciągnięciu wodociągów do niewielkich osad w górskich rejonach nie można kierować się rentownością projektu, gdyż prawdopodobnie koszty nie zwrócą się nigdy. Ale obywatele tam mieszkający mają takie same prawo posiadania dostępu do bieżącej wody. Sektor publiczny musi też brać pod uwagę o wiele więcej względów niż prywatny. Administracja publiczna ma dbać o interesy przeróżnych grup, często ze sobą sprzeczne, gdy tymczasem sektor prywatny dba głównie o własny interes i nawet jeśli także w nim pojawia się konflikt celów (np. między pracownikami a akcjonariuszami spółki), to jest on nieporównywalnie mniej złożony. Relacja obywatel–administracja publiczna jest zupełnie inna niż klient–sprzedawca. Zakłada ona wzajemną odpowiedzialność, nakłada na obywatela nie tylko uprawnienia, ale i obowiązki, i nie kończy się w momencie uzyskania usługi. „Obywatel” jest pojęciem dużo szerszym i bardziej złożonym niż „klient”.

W związku z tymi różnicami niedoskonałości mechanizmów i podejścia rynkowego muszą się ujawniać w sektorze publicznym jeszcze bardziej niż w prywatnym. Można się bardzo pomylić, gdy kierujemy się obniżeniem kosztów dostępu do usług publicznych podczas zlecania ich prywatnym podmiotom. Gdy np. jeden z podmiotów zdominuje pozostałe i po przejściowym obniżeniu ceny oraz zduszeniu konkurencji nagle zacznie owe koszty dostępu podnosić, wówczas powstanie monopol prywatny, nieskończenie bardziej niebezpieczny od publicznego, gdyż nie poddany demokratycznej kontroli społecznej. Nawet jeśli bezpośrednie koszty trwale spadną, to w ich miejsce pojawią się nowe koszty transakcyjne, związane głównie z egzekwowaniem wymogów poziomu świadczonych usług i kontrolowaniem przestrzegania umów. W przypadku przerwy w świadczeniu usług oraz konieczności błyskawicznego znalezienia nowego usługodawcy (gdy pozycja negocjacyjna administracji drastycznie się obniży) straty mogą być ogromne. Jednak nawet jeżeli prywatyzacji nie będą towarzyszyć żadne dramatyczne wydarzenia, wzrost kosztów transakcyjnych i tak może spowodować, że bilans okaże się negatywny, tym bardziej jeśli nie ma się kadry odpowiednio przeszkolonej do monitorowania poziomu prywatyzowanych usług. W sytuacji gdy sektor prywatny stać często na najlepszych prawników, egzekwowanie umów przez państwo czy samorządy może okazać się fikcją.

Bardzo częstym elementem urynkowienia i komercjalizacji usług publicznych jest tzw. selekcja negatywna. Poszczególni usługodawcy mogą nie dbać o „klientów” szczególnie problematycznych lub wręcz zniechęcać ich do wybrania właśnie ich usług. Ma to szczególnie duże znaczenie przy komercjalizacji służby zdrowia. Prywatne podmioty stawiają na wykonywanie najbardziej zyskownych procedur, a ubezpieczyciele z otwartymi ramionami przyjmują głównie pacjentów o końskim zdrowiu. Wtedy mniej zyskowne, aczkolwiek równie istotne obszary (jak np. geriatria) leżą odłogiem, a schorowani pacjenci mają problem z ubezpieczeniem się. Najbardziej prawdopodobna jest reaktywacja podmiotów publicznych właśnie w tych mało zyskownych obszarach (podczas gdy zyskowne zostają już w rękach prywatnych), co jest kolejnym przykładem zjawiska „prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat”.

Bardzo istotne zagrożenie to zmniejszanie się wpływu władzy publicznej na rzeczywistość. Gdy oddajemy rynkowi kolejne obszary życia, wspólnotą w coraz większym stopniu zaczyna rządzić pieniądz, a w coraz mniejszym demokracja. Może to ostatecznie doprowadzić do zaistnienia fasadowej demokracji, w której obywatele głosują, lecz nie ma to większego znaczenia, bo władza i wpływy zostały już wcześniej wykupione przez najzamożniejszych. Nawet jeśli nie spełni się najgorszy scenariusz, to i tak reagowanie władzy publicznej na zagrożenia stanie się utrudnione, gdyż odpowiedzialność usługodawców będzie miała jedynie charakter kontraktowy, sprowadzający ją do zapisów w umowie. Bardzo ogranicza to paletę działań władzy oraz wydłuża czas potrzebny do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności i do naprawienia złej sytuacji. Rozszerzanie się zasad rynkowych na kolejne obszary życia niewątpliwie odbije się także negatywnie na transparentności życia społecznego – w sektorze prywatnym nie obowiązuje taki poziom jawności informacji jak w publicznym.

Konkretne zagrożenia mogą w różny sposób ujawniać się w poszczególnych formach prywatyzacji usług. W przypadku partnerstwa publiczno-prywatnego rośnie ryzyko drożyzny, ponieważ partner prywatny, mając ograniczoną ilość czasu na czerpanie zysków z inwestycji, może windować ceny, by maksymalnie zrekompensować sobie poniesiony wkład. Drastycznie rosną też koszty transakcyjne, bo pojawia się częsta konieczność renegocjowania umów – partnerstwo trwa czasem kilkanaście lub więcej lat, więc zmieniają się okoliczności. Nawet jeśli poszczególne niewydolności rynku uwydatniają się w usługach publicznych z różną intensywnością, można znaleźć wiele przykładów, które każą się przynajmniej zastanowić, czy prywatyzacja jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Prywatni leserzy, publiczni prymusi

Z powyższych zjawisk, które mogą towarzyszyć prywatyzacji, najczęstszym i najłatwiejszym do wykazania jest wzrost cen usług publicznych, często drastyczny. Drożyzna to chleb powszedni dla obywateli, którym usługi publiczne zapewniają prywatne podmioty. Przekonali się o tym Francuzi po prywatyzacji sieci wodociągowych – w gminach, które zdecydowały się na ten krok, ceny wody były o ok. 20 proc. droższe od cen w miejscach, gdzie tego nie uczyniono. Dodatkowo wykazano, że prywatni operatorzy osiągali nieproporcjonalnie wysokie zyski w stosunku do kosztów. W Boliwii sprzedaż systemu wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel w 1999 r. momentalnie przyniosła trzykrotny wzrost opłat za wodę, co skończyło się zamieszkami i renacjonalizacją systemu.

Najbardziej szokujący przykład olbrzymich kosztów, które wiązały się z prywatyzacją publicznego systemu, to reforma emerytur z czasów generała Pinocheta w Chile. Wprowadzona w roku 1981, oddawała los emerytur Chilijczyków w ręce prywatnych funduszy emerytalnych. Rachunek za ten krok był wyjątkowo słony. W latach 1981–2008 suma składek wpłaconych do AFP (tamtejszego OFE) wyniosła 59 mld dol., natomiast suma pobranych z tego tytułu prowizji to aż 19,9 mld. Co trzeci dolar ze składek emerytalnych Chilijczyków trafiał więc do kieszeni funduszy emerytalnych. Byłoby to do zniesienia, gdyby w zamian wypracowały one mieszkańcom Chile godne emerytury, jednak nawet to się nie zdarzyło. Okazało się, że emerytury wypracowane w prywatnym systemie były o 50 proc. mniejsze, niż byłyby, gdyby wciąż obowiązywał stary system. Aż ⅔ członków AFP nie zebrało środków wystarczających do uzyskania świadczeń umożliwiających przeżycie. W związku z tym trafili na garnuszek państwa, które musi wypłacać im pomoc socjalną. Jest to jednym z przykładów wyżej opisywanych kosztów transakcyjnych – za nieudolność (lub też zwyczajną pazerność) prywatnych funduszy muszą płacić wszyscy podatnicy.

Przykład prywatyzacji chilijskich emerytur obrazuje jeszcze jedno z zagrożeń – powierzanie zabezpieczenia społecznego rozwiązaniom rynkowym wiąże się z ogromnym ryzykiem i brakiem stabilności. Na skutek obecnego kryzysu AFP straciły aż 60 proc. zysków wypracowanych do roku 2007, czyli ponad połowę tego, co wypracowywały przez ćwierćwiecze. Tę naukę należy bez wątpienia rozciągnąć na inne usługi publiczne (bo ubezpieczenie społeczne jest jedną z nich) – nie warto powierzać rynkowi usług, od których zależy egzystencja społeczeństw, gdyż koniunktura rynkowa bywa zmienna, a dostępność do takich świadczeń musi być stabilna. Przynajmniej częściową stabilność mogą zapewnić przede wszystkim instytucje publiczne ukierunkowane na wypełnianie potrzeb społecznych, a nie na zysk. Dobrze wiedział o tym zresztą sam generał Pinochet – służby mundurowe, z których się wywodził, pozostawił w starym publicznym systemie emerytalnym.

Chile jest najbardziej szokującym przykładem nieudanej prywatyzacji emerytur. Na dobrą sprawę krok ten jeszcze nigdzie się nie udał, a kolejne kraje wycofują się z niego rakiem, tak jak Polska czy Węgry. Tymczasem na drugim biegunie są tzw. emerytury bezskładkowe, czyli po prostu finansowane z budżetu i wypłacane przez publiczne podmioty – w zasadzie sprawdzają się wszędzie, gdzie je wprowadzono, np. w Australii czy Nowej Zelandii. W Nowej Zelandii przysługują wszystkim osobom, które ukończyły 65 lat i mieszkają na wyspie przynajmniej od dekady. Emerytura wynosi 72,5 proc. średniej płacy netto (dla osób samotnych jest trochę wyższa) i jest wliczana do dochodu podlegającego opodatkowaniu. Dzięki temu, że jest ona całkiem wysoka i właściwie równej wysokości dla wszystkich (z rozróżnieniem jedynie na stan cywilny), znakomicie przeciwdziała ubóstwu i rozwarstwieniu. Chwalą ją dosłownie wszyscy – w roku 1997 odbyło się referendum w sprawie wprowadzenia w zamian modelu emerytur kapitałowych, wzorowanych na chilijskich, jednak propozycja została masowo odrzucona przez obywateli (przeciw było 93 proc. głosujących przy frekwencji 80 proc). W Australii system działa na podobnych zasadach, z tym że obowiązuje kryterium majątkowe – emerytury nie są wypłacane osobom najbardziej zamożnym.

Ktoś mógłby stwierdzić, że to kraje dość bogate, więc mogą sobie pozwolić na tak szczodry system. Jednak system publicznych emerytur bezskładkowych sprawdza się również w krajach o średnim dochodzie (np. RPA) oraz bardzo biednych (Boliwia, Botswana, Nepal). W RPA emerytura wynosi 50 proc. przeciętnego dochodu gospodarstwa domowego. Przysługuje wszystkim obywatelom – mężczyznom, którzy ukończyli 65 lat, a kobietom od 60. roku życia. Systemem administruje publiczna agencja South African Social Agency, która stworzyła złożoną strukturę wypłacania świadczeń nawet w miejscach głęboko zapóźnionych cywilizacyjnie, wykorzystując m.in. pojazdy wyposażone w bankomaty oraz pomoc administracji lokalnej, często asystującej starszym osobom w dzień wypłaty. System działa bardzo sprawnie i przynosi znakomite efekty w zwalczaniu ubóstwa. Głównymi problemami, z którym muszą borykać się administratorzy systemu, są wysokie opłaty za dostarczanie emerytur, jakich żądają prywatni dostarczyciele przesyłek wypłacający świadczenia w niektórych miejscach, a także niechęć do otwierania filii przez banki w rejonach wiejskich. Świetnie działający publiczny system emerytalny w RPA napotyka kłopoty głównie tam, gdzie musi współpracować z sektorem prywatnym…

Najsłynniejszym przykładem drożyzny prywatnego systemu jest amerykańska opieka zdrowotna. Niemal w całości prywatny (zarówno świadczeniodawcy, jak i ubezpieczyciele są prywatni), lecz generuje ogromne koszty, niespotykane w żadnym innym miejscu na świecie. W USA na opiekę zdrowotną wydaje się 17,6% PKB i jest to rekord w skali globu. Amerykanie wydają przeciętnie na osobę 8500 dol., a tymczasem druga pod tym względem Norwegia „zaledwie” 5670 dol. Ta sytuacja przekłada się często na ludzkie dramaty aż 46% upadłości konsumenckich w Stanach jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów niezwykle drogiej opieki medycznej. Około 15% Amerykanów (46milionów) nie stać na opłacenie prywatnego ubezpieczenia i nie zmieniła tego stanu nawet reforma „Obamacare”, wprowadzająca system tanich ubezpieczeń. Co ciekawe, te olbrzymie nakłady niespecjalnie przekładają się na efekty w kategorii „stan zdrowia” obywateli Stany Zjednoczone plasują się na ok. 30 miejscu na świecie.

Tymczasem odrobinę na północ funkcjonuje służba zdrowia stanowiąca antytezę systemu amerykańskiego. System kanadyjski opiera się na środkach publicznych, które stanowią aż 70 proc. wszystkich kosztów opieki medycznej w tym kraju. Nakłady wynoszą 10,6 proc. PKB, a więc są o wiele mniejsze niż w USA, a mimo to nie ma żadnych problemów z nieubezpieczonymi – system gwarantuje opiekę wszystkim obywatelom, niezależnie od zatrudnienia czy innych czynników. Uderzające są przede wszystkim wyniki porównania wyceny poszczególnych zabiegów medycznych. Różnice są ogromne – zwykła wizyta u specjalisty jest wyceniana w Kanadzie na 30 dol., a w USA trzy razy drożej; wycięcie wyrostka robaczkowego w Kanadzie to koszt 400 dol., gdy w USA ponad tysiąc; badanie naczyń krwionośnych w USA kosztuje 900 dol., a za północną granicą już jedynie 35 dol. Kanadyjska opieka medyczna jest nie tylko tania, ale także dość efektywna – pod tym względem plasuje się ona na 21. miejscu na świecie, tymczasem amerykańska dopiero na 44.

Skuteczności publicznych służb zdrowia dowodzi też niedawny raport naukowców z Cambridge i Uniwersytetu w Kalifornii pt. „Porównanie działania prywatnych i publicznych systemów opieki zdrowotnej w krajach o niskim i średnim poziomie płac”. Zbadali oni efektywność systemów w krajach o PKB per capita maksymalnie niewiele ponad 12 tys. dol. Ich wnioski są dość jednoznaczne – sektor państwowy wykazuje się lepszymi, nawet aż o 85 proc., wynikami w leczeniu (np. w Pakistanie). Sektor prywatny często nadużywa niektórych procedur medycznych – w RPA 62 proc. porodów przyjmowanych przez prywatnych usługodawców kończy się cesarskim cięciem, a przez publicznych jedynie 18 proc. Pracownicy sektora publicznego posiadali także lepsze kompetencje i rzadziej łamali przepisy. Wykazano również, że prywatyzacja systemu oznacza wzrost kosztów opieki oraz cen przepisywanych lekarstw. Interesujące, że wzrost kosztów wiązał się głównie z wyraźnym skokiem kosztów administracyjnych – np. w Kolumbii po prywatyzacji wynoszą one, w co aż trudno uwierzyć, 53 proc. Dla porównania – w Polsce koszty administracyjne NFZ to zaledwie 1 proc. Z raportu wynika, że mocną stroną prywatnej służby zdrowia są głównie mniejsze kolejki i bardziej uprzejmy personel, jednak te zalety nie są w stanie zmienić bilansu, który jest jednoznacznie pozytywny dla sektora publicznego.

Nie tylko służba zdrowia lub system emerytalny przynoszą dowody na to, że prywatyzacja nie zawsze musi być dobrym rozwiązaniem. Wielka Brytania wycofała się z prywatyzacji infrastruktury kolejowej z 1993 r., gdyż prywatny operator, tnąc koszty, nie kwapił się do remontów, a w efekcie była ona w fatalnym stanie i dochodziło do wielu poważnych wypadków. Okresowe przerwy w dostępie energii elektrycznej przeżyli mieszkańcy Kalifornii – słynny blackout z 2001 r. spowodował tam ogromne straty, a miał miejsce z powodu kłopotów, w jakie popadli prywatni dostawcy energii. Wisienką na torcie niech będą polskie doświadczenia z partnerstwem publiczno-prywatnym, których efektem są autostrady jedne z najdroższych dla użytkowników w skali europejskiej.

To może się opłacać

Innym problemem jest kwestia prywatyzacji przedsiębiorstw publicznych, które świadczą działalność produkcyjną. W takiej sytuacji dużo większe znaczenie mają cele i uwarunkowania ekonomiczne, takie jak zysk czy rentowność. Fakt, że prywatne przedsiębiorstwo kieruje się głównie zyskiem, nie oznacza od razu, że przedsiębiorstwo publiczne musi być ślepe na inne względy. Nie ulega jednak wątpliwości, że czerpanie zysków z państwowych firm pod postacią dywidendy jest bardzo ważnym argumentem za utrzymaniem takiego charakteru własności. Coraz powszechniejsza staje się tzw. optymalizacja podatkowa, więc wpływy budżetowe są coraz bardziej zagrożone. W takiej sytuacji pozostawienie w ramach majątku publicznego zyskownych firm może być zgodne z interesem publicznym, tym bardziej, że państwowe spółki są zazwyczaj najlepszymi płatnikami składek, dodatkowo wspierającymi budżet. Może się to zmienić po ewentualnej prywatyzacji – spółki prywatne często tną koszty, oszczędzając właśnie na składkach pracowników i wprowadzając niestabilne formy zatrudnienia.

Oprócz względów fiskalnych pojawia się również inny argument – sektor publicznych przedsiębiorstw może być ostoją wysokich standardów zatrudnienia, dając dobry przykład reszcie rynku pracy. Dobrze więc, gdy jest on odpowiednio szeroki. Istotne jest także utrzymanie pod kontrolą państwa tzw. sektorów strategicznych. Globalna konkurencja gospodarcza jest często bezwzględna, a wiele sektorów, takich jak energetyka czy finanse, służy do wywierania nacisku przez jedne państwa na inne. Utrzymanie pod kontrolą choćby sektora energetycznego może być więc podyktowane chęcią zwiększenia bezpieczeństwa kraju oraz zabezpieczenia suwerenności gospodarczej.

Publiczne przedsiębiorstwo jest najlepszym wyjściem także w sytuacji istnienia „naturalnego monopolu”, czyli warunków, w których głównym kosztem jest stworzenie sieci dystrybucyjnej (np. wodociągi). Gdy taka sieć już istnieje, najrozsądniejsze z punktu widzenia ekonomicznego jest rozszerzanie bazy klientów jednego dostawcy, gdyż przy każdym kolejnym kliencie spada koszt jednostkowy (główna część kosztów została już poniesiona w trakcie budowy sieci). W związku z faktem, że monopol państwowy jest zdecydowanie bezpieczniejszy dla społeczeństwa niż prywatny, najlepiej aby tym jedynym dostawcą było przedsiębiorstwo publiczne. Innym idealnym miejscem dla zaistnienia firmy państwowej jest raczkujący dopiero sektor, który wymaga sporych nakładów na badania i rozwój, bez żadnej gwarancji zwrotu tej inwestycji. Sektor prywatny jest dużo mniej skłonny do ryzyka, szczególnie długoterminowego, celując raczej w inwestycje dające krótko- lub średnioterminowy pewny zysk. Państwo może tworzyć przedsiębiorstwa wzorcowe, które staną się podstawą rozwoju nowego segmentu gospodarki w danym kraju.

Wielu przeciwników wspólnej własności w gospodarce opiera argumentację na tezie, którą można sprowadzić do stwierdzenia „wspólne, czyli niczyje” – ludzie nieszczególnie dbają o mienie, które nie jest ich prywatną własnością. Tyle że przytłaczająca większość interesariuszy średnich i dużych firm, mających olbrzymi wpływ na ich działalność (np. pracownicy, kontrahenci, członkowie zarządu itd.), nie jest ich właścicielami, a mimo to nie przeszkadza im to w wykonywaniu swojej pracy porządnie i/lub dbaniu o odnoszenie przez nie korzyści. Oczywiste, że pracownikom zależy na utrzymaniu miejsc pracy, a kontrahentom na stabilnej współpracy, jednak te motywacje nie tracą wcale mocy w przedsiębiorstwach państwowych, więc kwestia własności jest drugorzędna. Spółki państwowe to kuszący owoc dla elit rządzących, bo można w ich zarządach „upychać” niekoniecznie kompetentnych „swoich”, co negatywnie odbija się na poziomie kierowania firmą. Można sobie z tym jednak poradzić, tworząc jasne i skuteczne przepisy regulujące zatrudnianie menedżerów. Tak jest np. w Norwegii, której gospodarka w ogromnym stopniu oparta jest na sektorze publicznym (wg OECD udział tylko jej największych państwowych przedsiębiorstw w dochodzie narodowym brutto wynosi 25 proc.), a norweskie spółki państwowe (np. Statoil) są wzorem dobrego zarządzania.

Z samego procesu prywatyzacji płyną inne rodzaje zagrożeń. Porządne jego przeprowadzenie może być dużo bardziej wymagającym zadaniem, niż dobre zarządzanie spółkami państwowymi. Dobrze prywatyzować potrafią tylko sprawne administracje, więc, wbrew pozorom, dysponując mało skutecznymi instytucjami publicznymi bezpieczniej jest utrzymać państwową formę własności i zahamować sprzedaż publicznego mienia do momentu, gdy będzie można ją przeprowadzić bez strat dla społeczeństwa. Rządy jednak decydują się na sprzedaż państwowej firmy najczęściej wtedy, gdy przedsiębiorstwo przechodzi kłopoty i staje się obciążeniem dla władzy publicznej (zarówno budżetowym, jak i wizerunkowym). Jest to, wbrew pozorom, najgorszy moment na sprzedaż, gdyż rynkowa wartość firmy będzie wtedy prawdopodobnie mocno niedoszacowana, więc trudno będzie uzyskać satysfakcjonująca cenę. Sekwencja działań jest wtedy często następująca: najpierw restrukturyzacja, a następnie sprzedaż. Ale skoro możliwa jest restrukturyzacja firmy w warunkach publicznego zarządzania, to może ona z powodzeniem nadal funkcjonować pod państwowym zarządem. Po co ją w ogóle sprzedawać, skoro włożono tyle wysiłku w jej uzdrowienie i najgorsze już minęło?

Kolejnym wyzwaniem jest znalezienie dobrego inwestora, który zagwarantuje rozwój, utrzymanie produkcji i poziomu zatrudnienia. Na to pozwoli tylko solidne rozpoznanie oferentów, do czego również potrzeba dobrze przygotowanej administracji. Przy wyborze inwestora bardzo łatwo popełnić błąd, za który cała wspólnota będzie potem płacić. Trzeba też wspomnieć o zagrożeniu korupcyjnym, które podczas procesu prywatyzacyjnego jest bardzo wysokie. Z drugiej strony, zupełnie nietrafione są argumenty zwolenników prywatyzacji, którzy twierdzą, że należy ograniczać sektor publiczny, gdyż jest on w jakiś szczególny sposób narażony właśnie na korupcję. Korupcja w sektorze prywatnym jest nawet częstsza niż w publicznym, a dodatkowo dużo trudniejsza do wykrycia z powodu mniejszej jawności działań.

Szkodliwe efekty małych słabostek

Pojawiające się co jakiś czas przypadki złego zarządzania w państwowych spółkach stają się natychmiast powszechnie przywoływanymi argumentami przeciw publicznej własności w gospodarce. Za to liczne przykłady katastrofalnego zarządzania w firmach prywatnych już nie są wykorzystywane w taki sposób. A przecież Polacy mogą akurat powiedzieć bardzo wiele o słabościach sektora prywatnego, które w polskiej gospodarce widać jak na dłoni. Wielu z nas męczy się na co dzień w źle zarządzanych spółkach prywatnych, w których często jedynym pomysłem na biznes jest cięcie kosztów pracy. Mimo to wciąż dogmat o wyższości własności prywatnej w naszym kraju trzyma się mocno; niespecjalnie nawet nadszarpnął go obecny kryzys, choć przecież przyniósł wiele nowych przykładów słabości i błędów w zarządzaniu firmami prywatnymi. Symbolem obecnego kryzysu gospodarczego stał się upadek banku Lehman Brothers w 2008 r., a więc zaledwie kilka lat po słynnej upadłości Enronu, która wstrząsnęła USA. Raport zespołu śledczego Valukasa, pokazujący główne przyczyny upadku banku, jest również świetnym przeglądem zagrożeń, które pojawiają się w warunkach własności prywatnej. Zespół Valukasa postawił kierownictwu Lehman Brothers trzy główne zarzuty: kreatywną księgowość, ukrywanie prawdziwej sytuacji finansowej, ignorowanie sytuacji finansowej firm, które pożyczały środki Lehmanowi. Ogromna skala lekkomyślności wynikała oczywiście z pazerności menedżerów nakierowanych na krótkoterminowy zysk, co jest jedną z częstych cech sektora prywatnego.

W podobnym duchu jest napisany niedawny raport KPMG o nadużyciach gospodarczych. Okazało się, że kryzys spowodował drastyczny wzrost nadużyć finansowych wśród członków zarządów spółek – odsetek ten skoczył z 22 proc. w 2007 do 44 proc. w roku 2010. Jest to spowodowane wielką presją akcjonariuszy na utrzymanie wyników, co kończyło się m.in. masowymi manipulacjami przy wynikach sprzedaży. Z raportu wynika, że 80 proc. nadużyć finansowych ma miejsce w przedsiębiorstwach prywatnych, a same firmy wykrywają zaledwie 24 proc. z nich, co oznacza, że spółki nie radzą sobie z kontrolą wewnętrzną. Ciekawe również, że jednym z najczęściej występujących nadużyć jest preferowanie konkretnego dostawcy podczas zakupów. Odbywa się to m.in. poprzez skracanie terminu na złożenie ofert, aby zdążył tylko wcześniej poinformowany kontrahent, oraz formułowanie specyfikacji zamówienia pod konkretnego producenta. Jak widać, praktyki, które są słusznie wytykane sektorowi publicznemu, również w prywatnym są na porządku dziennym.

Publiczni czempioni w globalnej grze

Firmy publiczne potrafią sobie znakomicie radzić na globalnym rynku w przeróżnych branżach. Niejeden Polak byłby zaskoczony, gdyby się dowiedział, że nasi państwowi operatorzy telekomunikacyjni (Telekomunikacja Polska i Polska Telefonia Cyfrowa) zostali „sprywatyzowani” w taki sposób, że sprzedano ich… państwowym operatorom innych krajów – czyli odpowiednio France Telecom (obecnie Orange) i Deutsche Telekom, które są czołowymi spółkami telekomunikacyjnymi świata. Własność publiczna ma również swój duży udział w jednej z najlepszych firm motoryzacyjnych świata, Volkswagenie – od początku jej istnienia władze Dolnej Saksonii posiadają 20 proc. udziałów i przez dziesięciolecia blokowały próby przejęcia przez inne koncerny; dopiero w 2008 r. kontrolę nad spółką przejął koncern Porsche. Podobny przykład stanowi brazylijski Embraer, czołowy producent samolotów odrzutowych krótkiego zasięgu, który najszybciej rozwijał się, gdy był własnością państwa. Obecnie państwo brazylijskie pozostawiło sobie tzw. złotą akcję (1 proc. udziałów), dzięki której może zablokować szczególnie istotne decyzje.

Znakomitym przykładem świetnie działającego przedsiębiorstwa publicznego jest Brazylijski Narodowy Bank Rozwoju (BNDES). Zajmuje się on finansowaniem i kreowaniem narodowych czempionów. BNDES jest najlepszym bankiem rozwoju na świecie – na jednego zatrudnionego pracownika przypadają 2 mln dolarów zysku. Powstał w roku 1952, by zapewnić Brazylii finansowanie dużych inwestycji infrastrukturalnych (kolej, elektrownie, później przemysł stalowy) i miał olbrzymi wkład w złoty okres brazylijskiej gospodarki, która od lat 70. przez kolejne ćwierć wieku osiągała średnioroczne tempo wzrostu PKB na poziomie 7 proc. Strategia banku polega na zapewnianiu finansowania wybranym firmom oraz przejmowaniu części udziałów. W ten sposób stał się m.in. właścicielem firmy JBD, która dzięki wsparciu BNDES jest największą korporacją na świecie zajmującą się przetwórstwem wołowiny. BNDES, a więc de facto państwo brazylijskie, ma w niej 30 proc. udziałów. Firmom, które wspiera oraz częściowo wykupuje BNDES, publiczna forma własności nie przeszkadza w osiąganiu dobrych wyników. Spółki, których udziałowcem stał się BNDeS, osiągały o 7 pkt. proc. wyższą stopę zwrotu z aktywów niż pozostałe spółki notowane na brazylijskiej giełdzie w latach 1995–2009. Co więcej, każdy wzrost udziałów banku o 10 pkt. proc. pociągał za sobą wzrost stopy zwrotu o 7,25 pkt. proc. – są to w tej branży wyniki tak dobre, że aż zdumiewające.

Singapur charakteryzuje się jednym z największych wśród państw rozwiniętych udziałów państwa w gospodarce, wynoszącym ok. 20 proc. PKB. Państwowe spółki lub Rady Statutowe (np. Rada Mieszkalnictwa i Rozwoju) zajmują się tam różnymi dziedzinami – od budownictwa mieszkaniowego, przez produkcję przemysłową, aż do doradztwa biznesowego. Państwowy koncern Temasek Holdings posiada większościowe lub kontrolne udziały w firmach produkcyjnych (np. półprzewodniki, zbrojeniówka), frachtowych, stoczniowych, energetycznych czy kolejowych. Temasek, którego wyłącznym udziałowcem jest Ministerstwo Finansów Singapuru, posiada też 57 proc. udziałów w Singapore Airlines – jednych z najlepszych linii lotniczych świata. Państwowy charakter własności w żaden sposób nie przeszkadza im w osiąganiu znakomitych wyników. W ciągu 35 lat istnienia firma ani razu nie zanotowała straty, co wśród linii lotniczych jest osiągnięciem niespotykanym.

W 2013 r. ekonomiści z OECD opublikowali na portalu voxeu.org analizę, według której sektor państwowy, dotychczas nastawiony głównie na rynki krajowe, bardzo szybko zaczyna się rozwijać na rynku globalnym. Według badaczy państwowe spółki należą obecnie do najszybciej rozwijających się firm na świecie. Wśród 2000 największych firm świata państwowych jest 204, a ich łączne obroty wyniosły w 2011 roku 3,6 bln dol., dużo więcej niż PKB Francji czy Wielkiej Brytanii. A trzeba pamiętać, że te szacunki są mocno zaniżone, bo badacze wzięli pod uwagę tylko te firmy, w których państwo posiada ponad 50 proc. własności, tymczasem aby kontrolować spółkę, wcale nie musi mieć ich aż tyle, co udowadnia chociażby wyżej opisany przykład Embraera, w którym zaledwie 1 proc. udziałów pozwala państwu na zachowanie sporego wpływu na firmę. W gronie rozwiniętych państw najwyższy odsetek państwowych firm wśród największych krajowych przedsiębiorstw ma Norwegia (48 proc.), za nią jest Singapur (23 proc.), Francja (17 proc.) i Niemcy (11 proc.). Na samym szczycie jednak znajdują się głównie państwa szybko rozwijające się, takie jak Chiny (96 proc.), Indonezja (69 proc.), Malezja (68 proc.), Indie (59 proc.) czy Brazylia (50 proc.). I właśnie na ten fakt ekonomiści zwracają uwagę w swoich końcowych wnioskach – skoro państwa charakteryzujące się dużym odsetkiem państwowych firm mają obecnie bardzo szybkie tempo wzrostu, to wielce prawdopodobne jest, że przedsiębiorstwa państwowe w przyszłości będą się nadal dynamicznie rozwijały na międzynarodowych rynkach, zwiększając na nich swoją obecność. Warto te wnioski zapamiętać, gdyż wiele wnoszą do rozumienia współczesnej gospodarki.

Walczmy o sektor

Nie warto zbyt łatwo pozbywać się silnego sektora publicznego, ponieważ może on się stać podstawą dynamicznego rozwoju. Jak widać, nie jest on żadnym przejawem archaicznego porządku – w rozwiniętych krajach wciąż odgrywa znaczącą rolę, a w krajach rozwijających się jest wręcz fundamentem, na którym buduje się przyszłość. Słabości sektora publicznego nie są argumentami przeciw sektorowi jako takiemu, ale przeciw złym rozwiązaniom, które trzeba zmieniać oraz patologiom, które należy zwalczać. Gdy raz pozbawimy się sektora publicznego, odbudować go będzie niezmiernie trudno. A zacierać ręce z tego powodu będą przede wszystkim nasi przeciwnicy w globalnej konkurencji gospodarczej, w której każdy używa swego sektora publicznego jako jednej z decydujących kart. Ograniczenie sektora leży głównie w interesie silnych podmiotów zagranicznych (często zresztą również publicznych), zajmujących miejsce po nim błyskawicznie, oraz najbardziej zamożnej części rodzimego sektora prywatnego, która może wtedy uzyskać kosztem obywateli zyski nieproporcjonalne do poniesionych nakładów. W naszym interesie jest naprawienie go, by stał się również naszą najmocniejszą kartą.

Pierwszym krokiem niech będzie podejmowanie rękawicy przeciwko każdemu, kto będzie starał się upowszechniać frazesy o bezwzględnej wyższości własności prywatnej i skuteczności prywatyzacji. Walczmy o silny i możliwie szeroki sektor publiczny piórem, mową i uczynkiem – bo to nasze wspólne dobro, a nie obciążenie.

Doktryna silniejszego

Władze Rio de Janeiro posłużyły się wielkimi imprezami sportowymi – Mistrzostwami Świata w piłce nożnej oraz Igrzyskami Olimpijskimi – jako pretekstami dla wprowadzenia „stanu wyjątkowego”. W jego trakcie mogły przeforsować prywatne projekty deweloperskie i neoliberalne reformy.

Idąc ulicami Rio w dzień otwarcia mundialu, byłam zaskoczona ilością haseł protestacyjnych: Nie będzie Mistrzostw! Przeciw autorytarnemu państwu policyjnemu! Chcę tylko szczęśliwie żyć w faweli, gdzie się urodziłem. Masy ludzi szły tego dnia ulicami z jednego powodu: oskarżały brazylijski rząd o nadmierne wydatki oraz korupcję i protestowały przeciw FIFA i MKOl.

Karioka (potoczna nazwa mieszkańców Rio) są znani z miłości do futbolu. Ale ogromne społeczne brzemię megaimprezy nie umknęło uwadze obywateli i obywatelek Rio. Miasto w lecie 2014 r. gościło osiem meczów mundialu, jest również jedynym gospodarzem letnich Igrzysk Olimpijskich w 2016 r. Tylko w związku z organizacją Igrzysk trwa właśnie realizacja 21. Strategicznych Projektów Rozwoju, od nowych linii autobusowych po budowę osiedli, których łączny koszt wynosi 10 miliardów dolarów. Wiele z tych wydatków jest jedynie luźno powiązanych z wydarzeniami sportowymi. Wśród przeciwników organizacji wielkich imprez powszechne jest pomstowanie na międzynarodowe komitety zarządzające sportem, jak FIFA i MKOl. Nienawiść do komercyjnych struktur, które, przebierając się w piórka organizacji non profit, naciągają państwa na miliardy dolarów, jest całkowicie uzasadniona.

FIFA i MKOl mają bardzo wiele do powiedzenia na temat tego, jak wyglądają megaimprezy w goszczących je krajach. Po zwycięstwie w konkursie na organizatora kraj musi podpisać umowę Host City Agreement (z FIFA) lub Matrix of Responsibilities (z MKOl), zawierającą złagodzone wymogi wizowe dla pracowników i współpracowników organizacji, zwolnienia podatkowe, pełnomocnictwo do upiększania okolic infrastruktury sportowej oraz wyłączne prawa dla sponsorów i oficjalnych partnerów do sprzedaży produktów na stadionach i w strefach kibica.

Obarczanie winą za marnotrawstwo środków publicznych jedynie FIFA i MKOl byłoby jednak pomyłką. FIFA wymaga od państw-organizatorów jedynie ośmiu stadionów na Mundial, tymczasem poprzedni rząd Brazylii, pod przewodnictwem prezydenta Luiza Inácio Luli da Silvy, postanowił wybudować ich dwanaście. Sporą część przygotowań do Igrzysk stanowiła przyspieszona „restrukturyzacja” regionu Porto Maravilha, mimo że w zwycięskiej ofercie miasta jego wykorzystanie nie było kluczowe.

Dlaczego zatem Brazylia i Rio de Janeiro wprowadzają w życie projekty przekraczające wymagania FIFA i MKOl? Otóż megaimprezy jawią się jako szansa dla miast na globalną promocję i na walkę z innymi miastami o inwestycje finansowe.

Miasta są transformowane w duchu neoliberalnej globalizacji: prywatyzują swój majątek i poddają decyzje dotyczące polityki publicznej logice globalnego rynku. Powstają nowe partnerstwa publiczno-prywatne, a gminy zmuszone są do współzawodnictwa na poziomie państwowym i międzynarodowym. Rio i inne miasta postępują jak przedsiębiorstwa, poszukując zagranicznych inwestorów poprzez tworzenie wizerunku opartego głównie na turystyce i handlu.

Siła polityczno-ekonomiczna ulega przekształceniu – międzynarodowe organizacje i korporacje uzyskują wpływy i notują zyski, podczas gdy samorządy obarczane są ryzykiem niepohamowanego rozwoju. Technokratyczni eksperci mogą już prowadzić interesy na całym świecie, oferując usługi samorządom oraz pomagając im w konkurowaniu z innymi. Tam, gdzie jeszcze istnieją, usługi publiczne skupione są na kontrolowaniu ludzi pozbawionych praw obywatelskich, przegranych w neoliberalnej rozgrywce. A organizacja megaimprez stała się w tej grze kluczowa.

Nie zawsze tak było. Do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles z 1984 r. megaimprezy były okazją do osiągania zysków poprzez korporacyjny sponsoring oraz sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych. Igrzyska w Barcelonie (1992) przeniosły potencjał komercjalizacji o stopień wyżej, gdy Barcelona włączyła olimpijską modernizację do miejskich planów strategicznych, głównie w celu przyciągnięcia zagranicznych inwestorów.

Rio de Janeiro poszło tą drogą. Z pomocą katalońskich konsultantów Jordiego Borji i Manoela de Forn Rio stało się pierwszym miastem Ameryki Południowej, które stworzyło plan rozwoju oparty na promocji miasta jako kierunku turystycznego i na włączeniu go w obieg megaimprez. Ale Rio poszło za daleko, doprowadzając proces do takich ekstremów, że krytycy od Brazylii do Barcelony sygnalizują faul: za dużo prywatyzacji, za dużo przesiedleń, za dużo pieniędzy zainwestowanych w infrastrukturę olimpijską.

Fetysz rozwoju spotyka neoliberalizm

Brazylijskie miasta przeszły w ostatnich pięćdziesięciu latach ogromne przekształcenia. Pod rządami wojskowej junty w latach 1964–1985 wzrost miast odbywał się w warunkach centralnego planowania, a rząd nadzorował większość rozwoju ekonomicznego i urbanistycznego. W tym kształcie program rozwoju przedkładał ambicje krajowe nad miejskie. Wraz z transformacją ustrojową oraz presją wywieraną przez ruchy miejskie, domagające się reformy przestrzennej, nowy rząd włączył do konstytucji z 1998 r. rozdział o polityce miejskiej. Miasta uzyskały jeszcze szerszą autonomię w 2001 r. wraz z wprowadzeniem Statutu Miast Brazylijskich (Brazil’s City Statute), który uczynił władze miejskie odpowiedzialnymi za tworzenie „planów ramowych” poprzez szeroką partycypację społeczną.

Raquel Rolnik, brazylijska urbanistka, aktualnie Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. Mieszkalnictwa, mówi, że te nowe zasady doskonale wpasowały się w tworzoną właśnie globalną agendę neoliberalną. W procesie, który nazywa „perwersyjnym sprzężeniem” między prawami miejskimi a neoliberalną prywatyzacją, wspomniany Statut przekazał w ręce samorządów sporą władzę, podczas gdy miasta stawały się przedsiębiorstwami rywalizującymi o państwowe i międzynarodowe fundusze. Nacisk położony na szeroką partycypację i konsultacje umożliwił prywatnym firmom uzyskanie rosnącego wpływu w kręgach tworzących prawo i oddziaływanie na przepływ funduszy od rządu centralnego.

A fundusze te płyną szerokim strumieniem. Chociaż brazylijski rząd sprywatyzował dużą część narodowego majątku i przetransferował ogromne źródła przychodów do sektora prywatnego, w kilku kluczowych kwestiach pozostał wciąż pod wpływem fetyszu rozwoju: koncentracji na wzroście ekonomicznym i tworzeniu miejsc pracy poprzez inwestycje w infrastrukturę. Nacisk ten wzmógł się po wybuchu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. Gdy wiele państw wprowadzało kryzysową politykę cięć i oszczędności w wydatkach budżetowych, rządząca Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores, PT) rozpoczęła program wielkich projektów infrastrukturalnych w ramach antykryzysowego pakietu stymulacyjnego. Znaczenie ma jednak sposób, w jaki fundusze zostają rozdysponowane oraz wydane. Samorządy, jak korporacje, są albo zmuszone do konkurowania z innymi o część funduszy, albo uzyskują je bezpośrednio, z racji bliskich stosunków politycznych z decydentami.

Czasami obie te sytuacje występują równocześnie, a „zwycięzcami” są ci, którzy mają odpowiednie dojścia. Nie jest przypadkiem, że np. Odebrecht SA – największa cywilna firma budowlana w Brazylii oraz poważny sponsor partii rządzącej – od swojego powstania za czasów wojskowej dyktatury zdobywa ogromną część rządowych kontraktów zawartych w projekcie rozwojowym państwa. Tutaj właśnie fetysz rozwoju spotyka się z neoliberalizmem, jako że państwowe inwestycje infrastrukturalne w projekty rozwoju skutkują transferem funduszy z publicznej kiesy w ręce prywatne.

Rio de Janeiro przystępuje do realizacji projektów z entuzjazmem. Mundial 2014 i Igrzyska Olimpijskie 2016 dały miastu możliwość reorganizacji strategicznych planów rozwoju, czyli, mówiąc słowami brazylijskiego urbanisty Ermínia Maricato, stania się cidade corporativa, miastem-korporacją. Transformację Rio w korpomiasto łatwiej zrozumieć, jeśli skupimy się na trzech projektach powiązanych z megaiprezami: prywatyzacji Maracany, „rewitalizacji” Porto Maravilha i pacyfikacji faweli.

Maracanã 2.0

Każdy, kto interesuje się futbolem, słyszał o Maracanie. To prawdopodobnie najsłynniejszy stadion świata, znany z sektora stojącego, który może się dwukrotnie powiększyć na meczach reprezentacji narodowej. To stadion, który wielu z najlepszych piłkarzy w historii, jak Pele i Garrincha, nazywało domem. To tam miało miejsce niesławne „Maracanazo”, kiedy w meczu finałowym Mundialu z 1950 r. Urugwaj zwyciężył Brazylię, doprowadzając do jednego z największych rozczarowań w historii futbolu. Wciąż, mimo wielu lat wojskowej dyktatury i powszechnego ubóstwa, ta porażka jest dla wielu Brazylijczyków najciemniejszym punktem w historii państwa. Innymi słowy, Maracanã pozostaje dla brazylijskich kibiców czymś więcej niż tylko budynkiem. Zmieniło się to jednak dramatycznie wraz z Mundialem i Igrzyskami. Stadion został przebudowany do takiego stopnia, że trudno go teraz rozpoznać. Wygląda obecnie jak każdy inny sterylny obiekt przeznaczony do rozgrywania międzynarodowych spotkań. Obiekt, w którym korporacyjne boksy zastąpiły stojący tłum, jest dokładnie takim rodzajem sterylnego środowiska, jakie samorządy budują, aby piąć się w górę w światowej hierarchii miast, mogących przyciągnąć jeszcze więcej imprez, turystów i kapitału. Ogromne kwoty publicznych pieniędzy zostały zainwestowane w przebudowę stadionu w zgodzie z wytycznymi FIFA. Władze krajowe, regionalne i samorządowe wydały na ten cel około 598 milionów dolarów – dwukrotnie więcej, niż początkowo zakładano.

Jak pisze geograf Chris Gaffney, problem nie polega wyłącznie na wielkości inwestowanych kwot. Stadion mógł stać się „misiem na miarę brazylijskich możliwości”, wykorzystywanym tylko podczas megaimprez. Bardziej frapujący jest jednak fakt, że miejsce niegdyś publiczne zostało przekształcone w przestrzeń prywatną, gdzie wszystkie wydarzenia są podporządkowane generowaniu zysku dla spółki publiczno-prywatnej, która aktualnie zarządza stadionem. Maracanã jest również doskonałym przykładem nowo powstających specjalnych stref prawnych, które charakteryzują neoliberalną globalizację. Stadion i jego okolice są aktualnie „strefą wyłączności”, rynkiem wydzielonym dla FIFA i jej korporacyjnych sponsorów. Budweiser, Coca-Cola i McDonald’s sprzedają bez ograniczeń swoje produkty, za to nie uświadczy się tam podstawowych artykułów brazylijskich – churrasco, guaraná, czy açaí – jak również sprzedawców, którzy handlem nimi zarabiali na życie całymi latami.

Wielu brazylijskich komentatorów opisuje tę sytuację jako stan wyjątkowy: demokratyczne zasady zostają zawieszone na rzecz autorytarnych i nieprzejrzystych form zarządzania, kształtowanych przez niewybieralne, niezwiązane z rządem organizacje jak FIFA, MKOl i nowo utworzone w Rio ciało – Public Olympic Authority. Co ważne, brazylijski rząd nie znika w tym równaniu: jest konieczny do pisania prawa, które pozwala na tworzenie stref wyłączności i nowych instytucji. Stan wyjątkowy dotyczy również obywateli i obywatelek mieszkających w okolicy stadionu, ich miejsc pracy, domów i ciał, które uczyniono spisanym na straty odstępstwem od normy. W neoliberalnym mieście to właśnie biedni są pierwszymi do usunięcia w imię zysku.

Porto Maravilha

Megaimprezy nie ograniczają się do stadionów. Porto Maravilha (Cudowny Port) jest przedstawiany jako największy okołoolimpijski projekt w Rio. Całkowity koszt przebudowy pięciu kilometrów kwadratowych to bajońska kwota 4 miliardów dolarów.

A przecież ten projekt nie jest kluczowy dla organizacji Igrzysk, ma się tam odbyć jedynie kilka pomniejszych wydarzeń. Jego celem jest dalsza konsolidacja władzy w rękach największego partnerstwa publiczno-prywatnego, jakie widziała Brazylia. Okolice portu w Rio de Janeiro mają bogatą historię. To tam umiejscowione było centrum atlantyckiego handlu niewolnikami. Dzielnica wciąż pozostaje centrum kultury afrobrazylijskiej. Była domem dla portugalskiej monarchii, gdy jej przedstawiciele zbiegli z Półwyspu Iberyjskiego, a jeszcze niedawno mieściła się tam siedziba rządu. Ale wraz z przeprowadzką stolicy do Brasilii w latach 60., deindustrializacją w kolejnej dekadzie i odpływem firm do zachodniej części miasta w latach 80. okolica popadła w ekonomiczną zapaść. Dziś mieszczą się tu opuszczone budynki fabryczne, a mieszkańcy okolicy żyją w ubóstwie.

Firmy budowlane, inżynierskie i architektoniczne – wszystkie one mają chrapkę na „rozwój” portu. Projekty jego rewitalizacji zostały umieszczone na widocznym miejscu w strategii korpomiasta, obliczonej na przyciągnięcie zagranicznego kapitału, firm i turystów. W miastach na całym świecie dzielnice portowe – Puerto Vell w Barcelonie, Atlantic Gateway w Manchesterze, Inner Harbor w Baltimore, a teraz Porto Maravilha w Rio – są traktowane jako potencjalne centra turystyki, kultury, handlu nieruchomościami i biznesu.

Megaimprezy w Rio, tak jak podobne spektakle na całym świecie, sprzyjają powstawaniu istnych „stanów wyjątkowych”. Jak zauważają badaczki Fernanda Sánchez i Anne-Marie Broudehoux, zmianie uległy regulacje dotyczące podziału miasta, udzielono ulg podatkowych i zreformowano mechanizmy prawne w celu stworzenia największego konsorcjum prywatnych spółek, jakie kiedykolwiek było odpowiedzialne za realizację projektu w Brazylii. Rzeczone konsorcjum, nazwane Porto Novo, składa się z trzech firm – Odebrecht, Carioca i OAS, biorących udział w wielu projektach przebudowy Rio.

Poważni gracze od dłuższego czasu dążyli do stworzenia strategii przebudowy portu i nie jest przypadkiem, że oni właśnie realizują projekt. Mieli go na oku od wielu lat. Według Gusmão de Oliveiry nowa regulacja samorządowa, dająca im prawo do projektu, była w zasadzie kopią propozycji sektora prywatnego w sprawie przebudowy portu z roku 2009, stworzonej przez te właśnie firmy. Pośpiech związany z olimpiadą umożliwił szybkie przeprowadzenie zmian bez odpowiedniego publicznego nadzoru.

Ale liczy się nie tylko to, kto zyskuje na tych mechanizmach. Równie istotne jest to, kto i jak zostaje wypchnięty. Osiedla i dzielnice mogą zostać „zrewaloryzowane”, jeśli wcześniej uległy „dewaluacji”. Za zaniżających ich wartość uważani są biedniejsi lokatorzy. Ludzie, którzy przez pokolenia byli uciskani i zostawiani sami sobie, teraz zostaną wypchnięci ze swoich domów. Tego dokonuje się poprzez język i koncepcje rewitalizacyjne. Meu Porto Maravilha, interaktywna wystawa mająca na celu prezentację planów przebudowy, określa dzielnicę portową jako „pustą” i „porzuconą”. Ale szybki rzut oka na okolicę ukazuje pełne życia społeczności skupione wokół swoich domów, ludzi pracujących na ulicach i lokalne biznesy serwujące tłumom jedzenie w porze lunchu. Opisywanie dzielnicy jako martwej i opuszczonej wymazuje z obrazu tysiące ludzi. Retorycznie usuwana w celu legitymizacji procesu, uboga populacja Rio zostanie stąd wysiedlona, a wartość ziemi i nieruchomości poszybuje w górę w spekulacyjnym amoku.

Uciszyć fawele

Trudno o proces, w który rasa, klasa i retoryka opuszczenia wpisują się lepiej niż w pacyfikację faweli Rio. Te ubogie społeczności rosły bardzo szybko w ostatnich czterdziestu latach jako rezultat ogromnej fali urbanizacji, rozwijając się na wzgórzach i innych zielonych terenach otaczających miasto – jedynych obszarach dostępnych dla przybyszów zarobkowych z całego kraju.

Historyczna marginalizacja i pozostawienie faweli samym sobie przez rząd centralny i samorządy, sprawiły, że ich mieszkańcy nie mają normalnego dostępu do miejskiej infrastruktury i usług publicznych. Na przełomie lat 80. i 90., po kolejnych falach deindustrializacji przetaczających się przez kraj, Rio otrzymało szczególnie dotkliwe ciosy. Handel narkotykami okopał się w fawelach miasta jak w twierdzy. Było to szczególnie frapujące dla mediów i władz miasta, ponieważ fawele zlokalizowane są w sąsiedztwie niektórych bogatszych dzielnic Zona Sul. W związku z tym oczywistym zagrożeniem dla bogatych władze regionalne i krajowe postanowiły zdławić przemoc. Megaimprezy dostarczyły pretekstu do wdrożenia tego planu. Zajęcie faweli przez żandarmerię jest centralnym punktem strategii Rio dla wielkich wydarzeń sportowych. Pierwsza operacja militarna na wielką skalę odbyła się na krótko przed Igrzyskami Panamerykańskimi w 2007 r. Setki żandarmów wkroczyły do Complexo do Alemão, położonego w ubogiej Zona Norte, pod hasłem „odebrania” dzielnicy handlarzom narkotyków. Dziewiętnaście osób, głównie młodych czarnoskórych mężczyzn, zostało zabitych w trakcie operacji. W 2008 r., krótko po wygraniu przez Brazylię konkursu na organizatora Mundialu 2014, gdy Rio składało ofertę w konkursie na gospodarza Igrzysk Olimpijskich, władze miasta wdrożyły program Oddziału Policyjnej Pacyfikacji (Police Pacification Unit, UPP). Stworzony rzekomo w celu kontroli terytorium, na którym odbywała się spora część handlu narkotykami, doprowadził do stałej obecności sił policyjnych w wielu fawelach. Complexo do Alemão i inne ubogie społeczności zostały dotknięte najazdem sił UPP. Media przedstawiały obecność sił policyjnych jako sposób na uratowanie „niewinnych” mieszkańców faweli oraz ochronę zagranicznych turystów i gości w Rio.

Program pacyfikacji opracowano w części po to, aby zabezpieczyć megaimprezy i „chronić” mieszkańców faweli, mimo że to właśnie oni giną z rąk żandarmerii. Ale wpisuje się on również w szerszą neoliberalną strategię Rio. Mieszkańcy zubożałych dzielnic mówią, że pierwszymi, którzy wkraczali do faweli po żandarmerii, byli pracownicy firmy Light, sprywatyzowanej (dawniej państwowej) spółki zajmującej się infrastrukturą elektryczną. Po nich były oddziały banków oraz służby oczyszczania miasta. Program UPP jest częścią strategii integracji faweli z resztą Rio i zapewnienia wsparcia rządu tam, gdzie dotychczas go brakowało. Ale umożliwił również wprowadzenie permanentnego nadzoru policyjnego i otworzył fawele na sankcjonowany przez państwo rozwój ekonomiczny.

Pacyfikacyjna retoryka sławiła drobnych przedsiębiorców i próbowała przyciągnąć firmy do społeczności postrzeganych wcześniej jako „niebezpieczne” i „niewykorzystane”. Aktualnie organizuje się wydarzenia obliczone na wykorzystanie biznesowych możliwości oferowanych przez fawele. Impreza nazwana „Bairro Chic” (Szykowna Dzielnica), która odbyła się w maju 2014 r. w jednym z okazałych teatrów zgromadziła akcjonariuszy z sektora prywatnego na rozmowie o potencjalnych zyskach możliwych do uzyskania w spacyfikowanych fawelach. Takie wydarzenia, celujące w wypromowanie faweli, sprawienie, że będą modne, są w Rio na porządku dziennym.

Podczas gdy spacyfikowane fawele są sprzedawane w imię komercyjnego rozwoju, wartość ziemi rośnie. Zwłaszcza w Zona Sul, która oferuje piękny widok na ocean, spekulacja osiąga zatrważające rozmiary od czasu pacyfikacji. Do tego stopnia, że Vidigal, fawela położona po zachodniej stronie Zona Sul, wkrótce stanie się domem piłkarskiej megagwiazdy, Davida Beckhama.

Znów na ulicach

Tego dnia, w inaugurację mundialu, stałam z protestującymi. Grupy mieszkańców faweli skandowały hasła przeciw policyjnej przemocy towarzyszącej pacyfikacji. Aktywiści trzymali transparenty mówiące o prawdziwym obliczu „rewitalizacji” w dzielnicy portowej. Byli też wyrzuceni z okolic Maracany sprzedawcy oferujący im jedzenie.

Tego dnia, kiedy protestujący stali ramię w ramię na chodniku, związki stawały się oczywiste: renowacja, rewitalizacja i pacyfikacja. Wszystkie wiążą się z prywatyzacją mienia publicznego, wywłaszczają ubogich członków i członkinie społeczeństwa. Wszystkie są nieodłączną częścią skutków megaimprez organizowanych w Rio.

Jest prawdą, że niektórzy Brazylijczycy i Brazylijki zarobią pieniądze na Mundialu i Igrzyskach. To, co jest szczególnie zdradliwe w neoliberalnym mieście Brazylii owładniętej fetyszem rozwoju, to fakt, że ogromne sumy publicznych pieniędzy są inwestowane w rozwój infrastruktury, aby przynieść zysk tym, którzy już są bogaci i blisko powiązani finansowo i politycznie z głównymi partiami.

Ale ludzie są wściekli. Obywatele i obywatelki domagają się zmiany, demonstrując na ulicach Rio de Janeiro i innych brazylijskich miast. Retoryka i medialna dyskusja o protestach muszą wykroczyć poza krytykę megaimprez. Ruchy społeczne i demonstrujący, niezadowoleni z rewitalizacji Rio, muszą kontynuować dyskusję na ulicach i w salach konferencyjnych, biorąc na cel struktury władzy i ideologie, które sprawiły, że współzawodnictwo o fundusze i poszukiwanie zysku stały się jedynym możliwym i oczywistym kierunkiem rozwoju miasta.

Ze wszystkich miast, które zostały dotknięte prywatyzacją przez megaimprezy, może właśnie Rio jest w stanie rozegrać sprawę inaczej. Brazylijskie ruchy miejskie pokazały w przeszłości, że są w stanie doprowadzić do znaczących zmian. To dzięki nim prawa miejskie są zapisane w brazylijskiej konstytucji. Teraz nowe pokolenie aktywistów walczy, by nadać im w Rio prawdziwe znaczenie.

tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Jacobin Magazine” nr 15–16, jesień 2014 r. Więcej o piśmie: www.jacobinmag.com

Rozwój dla wszystkich – rozmowa z prof. Ladislauem Dowborem

– Ma Pan dość niezwykły życiorys: syn uciekinierów z Polski czasów wojennych i ważna postać brazylijskiego życia publicznego, znawca myśli Oskara Langego i Michała Kaleckiego i lewicowy partyzant o pseudonimie Jamil, dowódca i główny ideolog Ludowej Awangardy Rewolucyjnej w czasach rządów wojskowej junty, powszechnie szanowany profesor ekonomii, jeden z doradców prezydenta Luli da Silvy… Jak stał się Pan rewolucjonistą? Czy to była kwestia idei czy charakteru i usposobienia? I dlaczego z czasem przestał Pan nim być, przesuwając się na pozycje reformistyczne?

Prof. Ladislau Dowbor: Działalność wywrotowa, rewolucyjna, to nie był wybór podyktowany ideologią. Zadecydowało połączenie wielu czynników: wartości przekazywanych mi przez rodzinę, wstrząsającej biedy i nierówności, z jakimi zetknąłem się w Recife, gdzie zamieszkałem po przybyciu do Brazylii… Przystąpienie do partyzantki było w tamtym czasie w Brazylii jedynym sposobem wyrażenia sprzeciwu wobec władzy junty, jako że wszelka pokojowa działalność opozycyjna – czy to polityczna, czy związkowa – była brutalnie tępiona, a morderstwa działaczy i tortury były na porządku dziennym. Jako że charakter naszej dyktatury był charakterystyczny dla Ameryki Łacińskiej i par excellence prawicowy – generałów wspierali bowiem lokalni oligarchowie, wielki międzynarodowy kapitał i Stany Zjednoczone – to odruch opozycyjny w naturalny sposób przybierał raczej lewicową formę. Podjęliśmy więc walkę zbrojną, która poniosła miażdżącą klęskę w obliczu przeważających sił wojska i policji politycznej. Sam byłem dwukrotnie więziony i torturowany, za drugim razem wyszedłem z trudem, wymieniony na porwanego przez współtowarzyszy ambasadora Niemiec. Wtedy czułem już, że nasza walka nie ma perspektyw, a jej koszty są zbyt duże. Z więzienia przewieziono mnie do samolotu i wysłano do Algierii. Jakiś czas zabiegałem o kontakt z organizacją, czułem jednak, że sprawa jest coraz bardziej beznadziejna. W końcu zdecydowałem się na wyjazd do Europy na studia. Byłem w Szwajcarii na studiach dla bankierów, później na warszawskim SGPiS-ie, zrobiłem doktorat. Kiedy trafiłem do kraju w połowie lat 80., po tym jak junta oddała władzę, w naturalny sposób wróciłem do pracy na uniwersytecie.

– Czyli w momencie, gdy dyktatura przestała istnieć, rewolucyjne metody przestały mieć dla Pana rację bytu?

– Zgadza się. Byłem rewolucjonistą w czasach dyktatury, ale nie widziałem powodów, żeby nim pozostawać w systemie demokratycznym. Pojawiło się bowiem bardzo wiele innych możliwości działania politycznego. Można było zakładać partie polityczne, związki zawodowe, uprawiać pracę organiczną, uczyć na uniwersytecie w sposób nieskrępowany. Jacyś rewolucjoniści jeszcze się w Brazylii ostali, ale zdecydowana większość dawnych partyzantów wolała w nowych warunkach działać metodami pokojowymi. Oprócz czynnika, jakim była dyktatura, trzeba pamiętać też o tym, że nasza walka przypadła na szczególny okres, lata 60. i 70. – czas wojny w Wietnamie, maja ’68 i rozkwitu rewolucyjnych ruchów narodowowyzwoleńczych i lewicowych na całym świecie, zwłaszcza w Ameryce Południowej i Afryce. To był taki czas. Ludzie, którzy nie chcieli albo nie potrafili podporządkować się uciskowi i represjom, którzy próbowali coś we własnych krajach, na miarę swoich możliwości, zmienić, w naturalny sposób odwoływali się do symboliki i metod rewolucyjnych. Jeśli przyjrzymy się obecnej scenie politycznej czy organizacjom pozarządowym, to zobaczymy, że niemało aktywnych dziś ludzi i środowisk zaczynało działalność w strukturach opozycyjnych czasów dyktatury. Dotyczy to także samego Luli, który działał w ruchu związkowym, oraz jego następczyni, Dilmy Rousseff, która podobnie jak ja walczyła w partyzantce. A cele pozostają wciąż te same: demokratyzacja rządów i gospodarki, zmniejszenie nierówności społecznych oraz ochrona środowiska naturalnego.

– Czy wierzy Pan w demokratyczny socjalizm? A może uznaje się Pan dziś za pragmatyka niezwiązanego z żadną ideologią?

– Na pewno czuję się związany z demokratycznym socjalizmem, uważam, że to zasadniczo jest dobre podejście. Chociaż wolę dziś używać nieco konkretniejszego pojęcia demokracji ekonomicznej. Wiąże się to z przekonaniem, że w dzisiejszych realiach do osiągnięcia pełnej demokracji nie wystarczy głosowanie raz na cztery lata. Cały system międzynarodowy, który ma gigantyczny wpływ na nasze życie, pozostaje wówczas nieuregulowany. Wielkie koncerny czy banki dysponują środkami, dzięki którym mogą wpływać na przebieg i wyniki wyborów, zniekształcając wolę narodów. Mamy więc przed sobą wielkie wyzwania. Potrzebujemy nowego ładu i nowych instytucji, które będą chronić i poszerzać sferę demokracji. Potrzebujemy mediów, które będą rzetelnie informować, oraz nowych form podejmowania i konsultowania decyzji dotyczących wspólnie wypracowywanych zasobów, które będą gwarantować zaspokajanie najbardziej palących potrzeb społecznych.

– Jest Pan najbardziej znany z doradzania Luli, prezydentowi, który w ogromnej mierze przesądził o kształcie współczesnej Brazylii, ale doradzał Pan wielu rządom państw rozwijających się, politykom europejskim, był Pan ekspertem przy ONZ. Jak to się stało, że w latach 80. i 90., a więc czasie największych triumfów ideologii rynku, udało się Panu przebić do mainstreamu z ideami tak „heretyckimi” jak np. regulacje działań międzynarodowego kapitału?

– Pracowałem w tym czasie przede wszystkim w krajach afrykańskich, jak Angola, Gwinea-Bissau, Republika Zielonego Przylądka czy RPA po przejęciu władzy przez Mandelę. Były to kraje specyficzne, o nieortodoksyjnym i postępowym spojrzeniu na różne kwestie. Zaprosili mnie do siebie, za pośrednictwem ONZ-u, także np. sandiniści z Nikaragui. Moimi atutami była znajomość języków, zainteresowania związane z ekonomią rozwoju, ale także pragmatyzm – przekonanie, że to lokalne uwarunkowania i potrzeby, a nie przyjęty z góry abstrakcyjny model, muszą mieć decydujący wpływ na wybór rozwiązań. Podobne otwarte podejście przyjąłem już w Brazylii.

– A czy interesował się Pan w tym okresie przemianami, do jakich dochodziło w Europie Wschodniej? A jeśli tak, to czy myśli Pan, że była tu możliwa inna droga, inny model transformacji?

– Na początku lat 70. wyszedłem z więzienia i wkrótce potem przyjechałem do Polski studiować. Razem ze mną przyjechała moja żona, Fatima. W Warszawie, w szpitalu przy ul. Madalińskiego, urodził się mój pierwszy syn. Obserwowaliśmy, jak bardzo Polacy są niechętni systemowi, jak bardzo narzekają, ale przyznam, że nie bardzo wtedy rozumieliśmy dlaczego. Nie rozumieliśmy gloryfikowania Zachodu, wyobrażenia, że po tamtej stronie żelaznej kurtyny jest jakiś raj na ziemi. Z kolei Polacy często nie rozumieli nas i doświadczeń ludzi, którzy zaznali życia w biedniejszej, mniej demokratycznej części tego „raju”. Dla nas kapitalizm to był system, który ojca Fatimy skazał na więzienie za to, że uczył biednych czytać i pisać, a socjalizm to było to, o co walczyliśmy. Ale Polakom socjalizm kojarzył się z niesprawiedliwością i opresją. Spędziliśmy w Polsce trzy lata, podczas których bardzo uważnie śledziłem tutejszą politykę i rozmaite rozwiązania systemowe. I np. do dziś uważam, że opieka zdrowotna była w PRL-u naprawdę przyzwoicie zorganizowana, że był niemal powszechny dostęp do kultury (w tym kultury wysokiej), że szkolnictwo wyższe i nauka były na bardzo dobrym poziomie. O wielu rozwiązaniach z tych obszarów dyskutowaliśmy potem w Brazylii, a nierzadko się nimi inspirowaliśmy – choćby programami profilaktyki medycznej.

– Czy po wyjeździe z Polski obserwował Pan jeszcze Europę Wschodnią? Jak reagował Pan na rozwój wypadków: powstanie opozycji demokratycznej, a potem „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego i wreszcie, na przełomie lat 80. i 90. neoliberalną terapię szokową?

– Uważałem, że Polska potrzebuje z całą pewnością reform, zarówno gospodarczych, jak i politycznych: uwolnienia przedsiębiorczości, ograniczenia biurokracji, poszerzenia praw obywatelskich. Ale nie sądziłem, że cały system, cały dorobek PRL nadaje się tylko do wyrzucenia na śmietnik. I chyba dalszy rozwój wydarzeń przyznał mi rację. Przed kilkoma dniami ukazał się świetny artykuł Amartyi Sena, w którym pokazuje on, jak zbawienne skutki społeczne i ekonomiczne ma powszechny i bezpłatny dostęp do służby zdrowia. Istnieją oczywiście sfery, którym służy konkurencja rynkowa. W zdrowej gospodarce jest miejsce zarówno dla sektora publicznego czy spółdzielczego, jak i prywatnego. Rzecz w tym, żeby nie traktować wszystkich obszarów życia społecznego i gospodarczego jedną ideologiczną sztancą, do czego tendencję miał zarówno fundamentalizm typu sowieckiego, jak i „eksperci” rodem ze szkoły chicagowskiej. Istnieją sfery, takie jak edukacja, zdrowie, bezpieczeństwo czy komunikacja, które powinny pozostać pod kontrolą publiczną. Nie ma natomiast najmniejszej potrzeby, żeby to samo dotyczyło produkcji ubrań, otwarcia baru, piekarni czy zakładu fryzjerskiego.

– Pytanie jednak, czy w tamtym konkretnym momencie historycznym w reformującej się Europie Wschodniej możliwe było do przyjęcia takie zdroworozsądkowe podejście. W polskiej debacie na ten temat, także wśród części komentatorów o lewicujących poglądach, powszechne jest przekonanie, że slogan Margaret Thatcher „There is no alternative”, nawet jeśli niesłuszny, był prawdziwy w odniesieniu do warunków, w jakich znalazł się nasz region, że presja lobby konsensusu waszyngtońskiego była zbyt silna, by się jej przeciwstawić, a nastroje społeczne sprzyjały terapii szokowej.

– Jestem przekonany, że alternatywa istniała i istnieje niezależnie od tych okoliczności. Uczyłem się ekonomii w Polsce i w Szwajcarii, a potem projektowałem i obserwowałem z bliska realizację różnego typu reform – w krajach socjalistycznych i kapitalistycznych, bogatszych i biedniejszych. Dzięki temu zrozumiałem, że można przeprowadzać mądre zmiany niezależnie od okoliczności. Jeśli oparcie się wyjątkowo silnej presji międzynarodowego kapitału i instytucji finansowych było możliwe w wielu krajach Afryki czy Ameryki Łacińskiej, to nie widzę powodu, żeby nie dało się pomyśleć w Europie Wschodniej.

– Czy zgadza się Pan z poglądem, że konsensus międzynarodowy przesuwa się obecnie na lewo? Czy o czymś świadczy np. fakt, że tacy ludzie, jak Jeffrey Sachs czy George Soros, którzy eksportowali neoliberalne rozwiązania do świata postkomunistycznego, albo instytucje takie jak Bank Światowy deklarują dziś zaniepokojenie problemem światowych nierówności i rewidują część dawniejszych dogmatów? Czy też mamy do czynienia jedynie z pewną zmianą retoryki, która w praktyce łączyć się będzie z zabiegami, by zmieniło się jak najmniej?

– Jako uczestnik różnego rodzaju międzynarodowych debat i konferencji ostatnich dekad, poczynając od Szczytu Ziemi, który odbył się w 1992 r. w Rio de Janeiro, mam wrażenie, że rzeczywiście tworzy się nowy konsensus. Mamy do czynienia z dwoma ogromnymi problemami o globalnym charakterze, których nie sposób ignorować. Po pierwsze: nierówności społeczne. Niedawno ukazał się raport Oxfamu na ten temat, który w sposób wiarygodny wykazuje, że 80 najbogatszych dysponuje dziś większym majątkiem niż cała biedniejsza połowa świata, 3,5 mld ludzi. A trend jest wciąż negatywny. I wszyscy, niezależnie od ideologii, zdają sobie sprawę, że system, który prowadzi do tak głębokich nierówności, jest nie do utrzymania, że on zmierza do samozagłady. 800 mln ludzi głoduje, z czego 200 mln to dzieci. 1,3 mld ludzi nie ma dostępu do elektryczności. Potrzebujemy odwołać się do doświadczenia 30-lecia powojennego, kiedy szybki rozwój łączył się z niwelowaniem nierówności i włączaniem mas ludzi do systemu. Dziś konieczne jest zrealizowanie tego typu przedsięwzięcia w skali globalnej.

– A drugi problem?

– Degradacja środowiska. Wymierają kolejne gatunki, szczególnie dramatyczna jest sytuacja oceanów. Warto zwrócić uwagę na wstrząsające dane zgromadzone w ostatnim raporcie WWF: od roku 1970 do 2010 poziom bioróżnorodności na naszej planecie spadł o ponad 50 proc.! Co roku tracimy ponadto ok. 70 tys. kilometrów kwadratowych żyznej ziemi. Wycinamy lasy równikowe w Indonezji, w Afryce, u nas w Brazylii. Problemy społeczne i ekologiczne nakładają się na siebie. Nie możemy zapewnić trwałego i zrównoważonego rozwoju, jeśli połowa ludzkości nie będzie miała zasobów umożliwiających dostęp do podstawowych dóbr i usług. Nie mamy jeszcze na te zjawiska łatwych odpowiedzi, ale wiemy, że nie możemy się im dłużej przyglądać bezczynnie.

Niedawno ukazał się raport UNEP-u (Program Środowiskowy ONZ), według którego łączna wartość światowych rynków finansowych wynosi ponad 300 bln dolarów, podczas gdy wartość wypracowywana przez całą ludzkość w ciągu roku to nieco ponad 70 bln. Takiej skali sumami obraca to globalne kasyno w czasie, w którym potrzebujemy tych zasobów – bardziej niż kiedykolwiek – żeby zasypać gigantyczne dysproporcje w rozwoju i stanie posiadania między ludźmi i narodami oraz inwestować w nowe technologie, które pozwolą powstrzymać degradację środowiska. Jednocześnie, za sprawą rozwoju mediów, coraz większa jest świadomość nierówności w tej biedniejszej części świata. Ludzie żyjący w nędzy odczuwają swoje położenie bardziej dotkliwie niż kiedykolwiek oraz czują, że mają prawo żądać zmian, walczyć o lepszą jakość życia, której im się odmawia. Z drugiej strony świadomość rośnie także po stronie beneficjentów obecnego ładu. Świadectwem może być tu fakt, że wspomniany już raport Oxfamu o nierównościach ma zostać oficjalnie zaprezentowany na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Jeszcze kilka lat temu podobne diagnozy można było usłyszeć co najwyżej w Porto Alegre… System pęka na całym świecie – tzw. arabska wiosna i inne masowe wystąpienia ostatnich lat, a z drugiej strony np. światowy terroryzm, to tylko jedne z bardzo wielu symptomów tego procesu. Amerykanie określają go mianem slow-motion catastrophe, katastrofą w zwolnionym tempie. Jasne jest, że próby izolowania świata zachodniego od tej katastrofy, symbolizowane przez mury graniczne między USA a Meksykiem czy Izraelem a Palestyną albo przez działania europejskiego Fronteksu w basenie Morza Śródziemnego, na dłuższą metę nie stanowią żadnej odpowiedzi i skazane są na porażkę. Musimy podjąć wspólny wysiłek na rzecz zmiany dotychczasowego modelu rozwoju.

– A czy ten nowy model przyjdzie według Pana właśnie od góry – ze strony organizacji międzynarodowych, w wyniku zmiany konsensusu w świecie naukowym i politycznym – czy może od dołu, od nowych ruchów społecznych?

– W jednym z artykułów, który napisałem wspólnie z francuskim ekonomistą polskiego pochodzenia Ignacym Sachsem i Carlosem Lopesem, dyrektorem Instytutu ONZ ds. Badań i Szkoleń, zwracamy uwagę na fakt, że dalsze pogłębianie się kryzysu jest dziś niebezpieczne dla wszystkich, od świata finansów poczynając, na obywatelach krajów Globalnego Południa kończąc. Świat międzynarodowej polityki jest podzielony i chaotyczny, brakuje mu narzędzi do rozwiązywania problemów o charakterze globalnym. Jak mówią politolodzy, mamy tu do czynienia z luką w systemie zarządzania (governance gap). Za rozwiązywanie problemów globalnych próbują się brać różnorakie gremia reprezentujące najbogatszych i najbardziej wpływowych, w rodzaju G8 czy G20. Ale z problemami naprawdę globalnymi, o których tu mówię, nie uporamy się, dopóki nie dojdzie do ustaleń w gronie G193 i dopóki nie stworzymy narzędzi do skutecznego wdrażania tych ustaleń. Jednocześnie ludzie, których dotykają te problemy albo ich konsekwencje, coraz silniej reagują na nie oddolnie, ponieważ widzą, że nie mają wpływu ani na swoją własną sytuację, ani na podejmowane „na górze” ustalenia dotyczące przyszłości świata. „Na górze” pojawiają się jednak nowe tendencje, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom wyrażanym przez nowe ruchy społeczne. Bardzo wyraźne jest to chociażby w świecie nauk ekonomicznych – zaczęło się od jednostek, takich jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman czy Thomas Piketty. Dziś na całym świecie mnożą się wpływowe środowiska i instytucje: we Francji Alternatives Économiques, w Wielkiej Brytanii New Economics Foundation, w Stanach Real World Economics, w Indiach prężne środowisko tworzy wokół siebie Deepak Nayyar. I między tymi przemianami świadomości „na górze” i „na dole” wytwarza się z czasem synergia.

– Wielu przeciwników nieskrępowanego kapitalizmu wypatrujących „innej polityki”, która mogłaby zainspirować zmiany na całym świecie, z nadzieją spogląda na Brazylię. Ten największy kraj Ameryki Łacińskiej za pomocą mądrze zaprojektowanych programów społecznych w ostatniej dekadzie włączył do życia gospodarczego i politycznego miliony wykluczonych obywateli, pokazując, że zrównoważony rozwój nie jest tylko sloganem. Czym tłumaczy Pan wyjątkowy na tle wielu innych prób prowadzenia alternatywnej polityki gospodarczej sukces Brazylii pod rządami Luli?

– Źródłem skuteczności Luli była jego ostrożność. Od początku wiedział, że jeśli chce dokonać prawdziwej zmiany, a nie tylko zostać kolejną kultową figurą romantycznego rewolucjonisty, nie może rzucać się do realizacji wszystkich swoich celów na raz. Prawica i stojące za nią grupy interesu były i pozostają bowiem silne – mają znaczące wpływy w parlamencie, decydujące w regionach i w sądownictwie. Pod kontrolą oligarchii pozostają najważniejsze media. Brazylijska lewica pamięta też o doświadczeniach 1964 r., kiedy to prezydent João Goulart usiłował przeprowadzić reformę rolną oraz podwyższenie płacy minimalnej – i przypłacił to wojskowym zamachem stanu. Dlatego zarówno Lula, jak i jego następczyni Dilma, przyjęli strategię „pozycyjną”. Utrzymują tyle przywilejów brazylijskiej elity finansowej, ile muszą, aby przeprowadzać najgłębsze zmiany, na jakie w danym momencie mogą sobie pozwolić. Dobrą ilustracją tego sposobu działania jest brazylijskie powiedzenie: żeby przeprowadzić bydło przez rzekę, trzeba zabić kilka krów i dać piraniom na pożarcie. Wtedy wszystkie piranie rzucają się na zabite krowy i reszta stada może bezpiecznie przejść na drugą stronę. Naszej oligarchii trzeba było dać dość dużo, żeby pozwoliła na reformy. Bilans pierwszej kadencji rządów Luli to było 5 proc. wzrostu dochodów najbogatszych i 10 proc. – najbiedniejszych. Gdy wziąć pod uwagę wyjściową stopę życiową tych ostatnich, nie był to może jeszcze do końca ten zrównoważony rozwój, o jakim Lula marzył, ale najważniejsze, że dysproporcja malała, postęp był rzeczywisty, a jednocześnie oligarchia wciąż zarabiała, więc nie mogła zanadto narzekać.

Drugą rzeczą, która pomogła nam w osiągnięciu sukcesu, było uświadomienie sobie prostego faktu, że zmiana sytuacji najbiedniejszych to nie jest wcale kwestia niebotycznych pieniędzy. Bo o ile komuś, kto zarabia 20 tys. dolarów, dodatkowe 3 tys. nie zrobią wielkiej różnicy, o tyle dla kogoś, kto miesięcznie ma 200 dolarów, kolejne 200 oznacza ogromną poprawę jakości życia. Dzieci w tej rodzinie będą się lepiej odżywiać i lepiej uczyć, a w odleglejszej przyszłości ta biedniejsza część nowej generacji będzie bardziej produktywna. Nie mówimy tu o jakichś szaleństwach ideologicznych – to są naprawdę kwestie elementarnego rozsądku.

– W związku z tym, co powiedział Pan o chwiejnej w gruncie rzeczy pozycji lewicowej władzy w systemie, rodzi się pytanie: na ile trwałe są zdobycze rządów Luli i Dilmy, a na ile mogą być w kolejnych kadencjach łatwo cofnięte?

– Sytuację polityczną w Brazylii należałoby określić mianem chwiejnej równowagi między prawicą a lewicą. To, co dla nas szczególnie niepokojące, to coraz bliższe kontakty prawicowej inteligencji młodego pokolenia z czterema oligarchicznymi „familiami”, które kontrolują w Brazylii najważniejsze kanały telewizyjne (organizacyjną bazą ich zbliżenia jest m.in. potężny think tank Instituto Millenium). Stąpamy po cienkim lodzie. Do tej pory koncentrowaliśmy się na reformach, które dla prawicy i wielkiego biznesu były neutralne albo wręcz pozytywne, a to oznacza, że największe wyzwania są jeszcze przed nami. Na przykład doprowadzenie elektryczności do 2 mln gospodarstw domowych, które były od niej odcięte, to wielki sukces z perspektywy równościowej, ale jednocześnie dla wielkiego biznesu oznacza to zysk, bo na rynku pojawiają się nowi konsumenci, którzy kupują różnego rodzaju sprzęt. W tym samym czasie niezmieniony pozostaje np. de facto degresywny system podatkowy. Pilnej racjonalizacji wymaga też skartelizowany system finansowy. Zaciągnięcie debetu wiąże się dziś np. z odsetkami wysokości 180 proc. Jeśli nawet minimalnie przekroczę swój limit kupując coś przy pomocy karty kredytowej, bank może nałożyć na mój dług oprocentowanie na poziomie kilkuset proc. Trzecią reformą, którą trzeba przeprowadzić, a wobec której prawica stawiać będzie gigantyczny opór, jest reforma prawa wyborczego. W roku 1997 poprzednik Luli, prezydent Cardoso, wprowadził zapisy umożliwiające bezpośrednie finansowanie kampanii wyborczych przez prywatne przedsiębiorstwa. I w efekcie nasz parlamentaryzm jest doszczętnie skorumpowany – nie ma dziś w zasadzie deputowanego, który nie byłby wynajęty przez którąś z wielkich grup finansowych, koncernów rolnych lub firm deweloperskich. Nie ma autentycznej reprezentacji obywateli, a bez tego nie może się utrzymać żaden system demokratyczny. Tego samego doświadczają Amerykanie, u których kilka lat temu wprowadzono podobne prawo. Moi amerykańscy przyjaciele śmieją się, że ten system daje nam the best government money can buy, najlepszy rząd, jaki można kupić. Napięcie polityczne w Brazylii będzie w najbliższym czasie rosło, bo po stronie lewicy rośnie determinacja, żeby przejść do etapu przeprowadzania zmian strukturalnych. A reakcja prawicy na próby naruszenia któregoś z elementów status quo będzie z całą pewnością bardzo stanowcza. Myślę, że dojdzie do próby impeachmentu Dilmy.

– Sądzi Pan, że obóz prezydencki jest wciąż za słaby, by dokonać trwałych, strukturalnych zmian?

– Siły są skromne. Ale mam nadzieję, że się uda. Jednym z kluczy do sukcesu byłyby demokratyzacja i decentralizacja systemu komunikacji i mediów. Obecny układ, w którym kluczowe media są pod kontrolą czterech rodzin, jest według mnie nie do utrzymania na dłuższą metę. Każdy stan Brazylii powinien dysponować własnymi mediami regionalnymi, co jest wskazane nie tylko ze względu na pragmatykę polityczną, ale też na fakt, że Brazylia jest krajem nie tylko bardzo dużym, ale także znacznie zróżnicowanym społecznie i kulturowo. Ale są też pozytywne czynniki, przede wszystkim poczucie, że nie jesteśmy sami, bo do zmian dochodzi w całym regionie – od Wenezueli, przez Boliwię, po Chile, Argentynę i Urugwaj – w każdym kraju na miarę jego możliwości i potrzeb. Odczuwamy, że w jakimś sensie historia jest po naszej stronie – bo jak inaczej wytłumaczyć drugą wygraną Dilmy pomimo negatywnej kampanii, rozpętanej w mediach na naprawdę ogromną skalę? Myślę, że prawica, pozwalając nam na wprowadzenie wielkich programów walki z biedą, takich jak Fome Zero (Zero głodu), nie wzięła pod uwagę ich konsekwencji politycznych. Ludzie dzięki nim wrócili do normalnego życia społecznego i gospodarczego, stali się również aktywnymi obywatelami i wyborcami, którzy są odporni na propagandę, bo po prostu czują, że dzięki nam żyje im się lepiej. Ci ludzie okazali się poważną siłą polityczną i razem z ruchem związkowym (przede wszystkim największą centralą Central Única dos Trabalhadores, reprezentującą 7,5 mln pracowników), pozostają wierni Partii Pracujących, mimo że nie są z nią dobrze skomunikowani ani w żaden sposób zorganizowani. Niektóre zmiany są więc trwałe. Od roku 1991 do 2010 średnia długość życia Brazylijczyków wzrosła o 10 lat, a pod względem wskaźnika rozwoju społecznego (HDI) wyciągnęliśmy przeszło 80 proc. naszych gmin z głębokiej biedy.

– Brazylia w odpowiednim momencie udowodniła światu, że rządy społecznej lewicy i niwelowanie nierówności mogą iść w parze z szybkim rozwojem gospodarczym, poprawą w dziedzinie finansów państwa (za rządów Luli Brazylia z dłużnika stała się pożyczkodawcą) oraz wzrostem pozycji międzynarodowej.

– Najważniejsze zasady, na jakich się oparliśmy, zawarto później w rekomendacjach CEPAL – Komisji Gospodarczej ONZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów – w dokumencie zatytułowanym „Czas równości”. Ten 200-stronicowy dokument zawiera kilka prostych, acz istotnych konstatacji, takich jak ta, że wydatki na ochronę zdrowia są wydatkami inwestycyjnymi. Podobnie jest z wydatkami socjalnymi, które wyprowadzają ludzi z nędzy. Szczególnie kiedy mamy do czynienia ze światowym kryzysem, który uderza w zyski z produkcji na eksport, wzmocnienie popytu wewnętrznego stanowi jeden z ważnych sposobów na ustabilizowanie gospodarki. Z drugiej strony państwo, dzięki silnemu systemowi bankowemu, zagwarantowało eksporterom kredyty w rodzimej walucie, dzięki czemu mogli oni utrzymać działalność. Przyjęliśmy pragmatyczną zasadę, że pomagamy tym, którzy naprawdę na kryzysie cierpią.

– Rządy Partii Pracujących bywają jednak w ostatnich latach coraz częściej krytykowane także z lewej strony. W 2013 r. odbyły się w brazylijskich miastach wielkie protesty, podczas których domagano się powstrzymania podwyżek biletów komunikacji i szeroko pojętej komercjalizacji przestrzeni publicznej, sprzeciwiano się korupcji władzy i brutalności policji. Niektórzy określali je mianem „brazylijskiej wiosny”. Konflikty wybuchały także na linii rząd – ruch ekologiczny, m.in. w związku z budową wielkiej tamy na Amazonce. Czy coraz bardziej napięte stosunki partii władzy z jej naturalnym zapleczem nie świadczą o jej wypaleniu?

– To za czasów Luli minister środowiska zyskał w rządzie silną pozycję i nie był postacią przypadkową ani reprezentantem lobby rolniczego, jak to bywało wcześniej. Jako rząd podeszliśmy do tych problemów bardzo poważnie. Przez negocjacje i nacisk na największych nabywców drewna z Brazylii, takich jak Ikea, udało się doprowadzić do radykalnego ograniczenia wyrębu puszczy – z 28 tys. kilometrów kwadratowych wycinanych w 2002 r. do ok. 4 tys. w roku minionym. Na JDF, jednym z największych koncernów mięsnych na świecie, udało się wymóc politykę niekupowania mięsa pozyskiwanego od bydła hodowanego na pastwiskach powstałych wskutek wyrębu. Jeśli chodzi o konflikt dotyczący zapory na Amazonce, należy wyjaśnić, że mówimy tu o zatopieniu 450 kilometrów kwadratowych puszczy. Na tym terenie mieszkają Indianie, którzy będą zmuszeni do przenosin i to będzie dla nich wielka tragedia. Ale kiedy ekolodzy twierdzą, że „tama zniszczy bezpowrotnie bagniska Amazonki”, to jest to absurdalne, bo mówimy o zalaniu przestrzeni 20 na 20 kilometrów nad rzeką, która liczy sobie tysiące kilometrów długości. O wiele większym problemem są te 4 tys. kilometrów kwadratowych puszczy, które są wciąż wyrąbywane każdego roku, na których to terytoriach też mieszkają zresztą Indianie. Ponieważ jednak są to grunty prywatne, to się o tym nie mówi. Co innego marginalne zniszczenia, które są wynikiem inicjatywy rządowej, mającej na celu pozyskanie czystej, odnawialnej energii elektrycznej.

Przyznam jednak, że problem „zużycia się władzy” istnieje. Partie polityczne w ogóle przestały nadążać za dynamiką głębokich zmian społecznych, jakie się obecnie dokonują. Dlatego zaskakują je ich symptomy, takie jak wspomniane protesty roku 2013, kiedy na ulice brazylijskich miast wyszły miliony ludzi, za którymi nie stała żadna wielka organizacja. Dynamikę naszej sytuacji dobrze podsumowują następujące słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta: Nie wiemy, co się dzieje. I właśnie to się dzieje. Musimy z pokorą podchodzić do tych nowych zjawisk społecznych i spontanicznych przemian.

– Jaką rolę w projekcie polityczno-rozwojowym, który stworzyli Lula i Dilma, odgrywa dyplomacja? Trudno chyba nie zauważyć, że dla wzrostu znaczenia Brazylii w światowej polityce istotne było pojawienie się nieformalnego porozumienia „mocarstw wschodzących” BRICS, działających na rzecz „ładu wielobiegunowego”.

– Gdy Partia Pracujących dochodziła do władzy, handel z USA stanowił ok. 50 proc. naszej wymiany zagranicznej. Dziś to już tylko 25 proc. Kolejne 25 proc. to handel z Europą, a reszta jest rozproszona między Chiny, Indie, kraje afrykańskie i – w rosnącej mierze – partnerów z Ameryki Łacińskiej. Słowem, doszło do daleko idącej dywersyfikacji. Ponadto relacje z państwami BRICS pozwoliły na znaczne wzmocnienie pozycji Brazylii jako eksportera, dzięki czemu pozbyliśmy się deficytu handlowego. Jesteśmy dziś pożyczkodawcą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a nie na odwrót – i jest to chyba najbliższa niezależności sytuacja, jaką można sobie wyobrazić w zglobalizowanym, współzależnym świecie. Ważnym projektem BRICS, który pokaże, czy grupa ta może stanowić coś więcej niż forum współpracy, będzie powstający właśnie Nowy Bank Rozwoju, pomyślany jako alternatywa dla zdominowanych przez USA Banku Światowego i MFW. Ale podkreślam, że jest jeszcze drugi ważny wymiar naszej dyplomacji – integracja i współpraca państw Ameryki Południowej. Potrzebujemy wspólnego silnego głosu na arenie międzynarodowej. W kręgach brazylijskiej elity finansowej wciąż pokutuje przekonanie, że powinniśmy się jednoczyć tylko z USA, bo USA to raj. My tymczasem uważamy, że naszym celem jest suwerenność, a bronią solidarność – południowoamerykańska i transkontynentalna.

– Czy wobec tego za polityką międzynarodową Brazylii stoi jakiś pozytywny projekt przyszłego porządku światowego?

– Brazylia bardzo się wzmocniła w ostatnich latach, ale mam wrażenie, że pozycja USA jest wciąż nie do ruszenia. A czy zmieni się to w dłuższej perspektywie? Myślę, że tak. Coraz bardziej widać, że Amerykanie przechodzą do defensywy. Miałem na ten temat dość ciekawą rozmowę z amerykańskim teoretykiem zarządzania Peterem Senge, który mówił mi, że w Stanach panuje dziś coraz głębsze poczucie niepewności – widać bowiem, że dzisiejsze dzieci nie doświadczą materialnego awansu w stosunku do rodziców, tak jak działo się to od pokoleń, a być może wręcz nie osiągną ich standardu. Takie poczucie niepewności w kraju, którego scena polityczna jest zabetonowana, a który posiada potężne wojsko i specsłużby, jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Rozstrzygnięciem ważnym dla przyszłości USA będzie kwestia tzw. Transatlantyckiego Partnerstwa (TTIP) z Europą, które jeśli zostanie zawarte, może przedłużyć życie USA jako globalnego supermocarstwa. Wydaje mi się, że BRICS i tworzone przez nie nowe instytucje finansowe czy informacyjne rzeczywiście mogą się stać zalążkami jakiegoś nowego, wielobiegunowego ładu. Z drugiej strony uważam, że jest i będzie dla świata bardzo ważne, żeby USA były demokratyczne.

– Wspominał Pan o tym, że porównuje się czasem wolnościowe ruchy związkowe czasów dyktatury w Polsce i Brazylii, Lulę z Wałęsą itd. Biorąc pod uwagę mniej i bardziej uzasadnione analogie między naszymi krajami, jakie wnioski i inspiracje z doświadczeń brazylijskich ostatnich dekad Polska powinna Pana zdaniem wysnuć?

– Kiedyś przygotowałem taką analizę na prośbę polskich polityków. Podstawową sprawą, jaką akcentowałem, było ograniczenie nierówności. Z jednej bowiem strony wyższe dochody najuboższych łączą się nie tylko z poprawą sytuacji społecznej, ale także z rosnącym popytem oraz zaktywizowaniem obywatelskim całej rzeszy ludzi. Z drugiej strony akumulacja bogactwa przez niewielką, elitarną grupę także ma negatywne konsekwencje – tworzy się bowiem wyjątkowo silna grupa wpływu, która zakłóca właściwe działanie mechanizmów demokratycznych. Druga moja uwaga była taka: najważniejszym sektorem gospodarczym nie jest już tradycyjny przemysł, lecz usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy komunikacja zbiorowa, oraz kultura. Spójrzmy chociażby na USA – jaki sektor jest dziś najważniejszy dla tamtejszej gospodarki? Sektor medyczny. Dlatego kluczową sprawą dla rozwoju w kolejnych dekadach będą jakość i powszechny dostęp do szeroko pojętej infrastruktury społecznej.

– Dziękuję za rozmowę.

Szczepionka na neoliberalizm

Szczepionka na neoliberalizm

Od dłuższego czasu niektóre środowiska w Polsce alarmują, że stajemy się ekonomiczną neokolonią. Opinii tej zaprzeczają inne, często związane z elitami odpowiedzialnymi za model reform wprowadzanych w Polsce po roku 1989. Po jednej stronie dominuje wyrywkowość i ogólnikowość diagnoz, po drugiej dążenie do ochrony „świętych” i nietykalnych życiorysów oraz – pośrednio – obrony obecnego status quo i jego beneficjentów.

Tło historyczne neoliberalizmu i jego skutki w Polsce

Neoliberalny model ekonomii był od lat 80. promowany przez kraje G7 jako propozycja dla ekonomicznej i społecznej transformacji takich regionów, jak Afryka i Ameryka Łacińska oraz, następnie, krajów postkomunistycznych, np. Polski. W praktyce oznacza on umożliwienie zagranicznemu kapitałowi:

  • przejmowania zysków z lukratywnych rynków państw będących w trakcie transformacji oraz ich najwartościowszych aktywów;
  • przejęcia potencjalnej konkurencji technologicznej (np. wrocławskie Elwro);
  • zapewnienia stabilnych ram ekonomicznych dla maksymalizacji zysków i unikania ich opodatkowania.

Większość transformujących się państw poddała się takiej kuracji, wyjątek stanowią Chiny. Instytucjami zajmującymi się promowaniem „neokolonialnych” ram ekonomicznych były Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), Bank Światowy (BŚ) czy Światowa Organizacja Handlu (WTO), w których dominowały kraje G7, a obecnie swoje wpływy zwiększają Chiny.

Metodą perswazji była warunkowość. Kraje mające problemy ze spłatą zagranicznych długów, jak Polska w 1989 r., zwracały się o pomoc finansową np. do MFW, a ten udzielał jej pod warunkiem zobligowania się do wprowadzenia pakietu reform według neoliberalnej miary.

Ważnym narzędziem utrzymania globalnych neoliberalnych ram jest Międzynarodowe Centrum Rozstrzygania Sporów Inwestycyjnych. Odpowiada ono za arbitraż, który jest de facto przebiega w oderwaniu od podstawowych zasad prawnych, takich jak prawo do odwołania czy jawność postępowań.

Obecnie w warunkach polskich pociąga to za sobą rozmaitość negatywnych skutków. Wiele zagranicznych korporacji unika płacenia podatku CIT, co zwiększa presję podatkową na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa, klasę średnią w ogóle i prowadzi do zubożenia kraju. Jednocześnie ma miejsce przejmowanie dochodowych rynków, np. w dziedzinach handlu i finansów, oraz wypieranie z nich rodzimego kapitału. Problemy pojawiają się także w dziedzinie demografii – pracownicy, postrzegani jako „koszt bez praw”, nie mają warunków do zakładania rodzin i wychowania dzieci, co prowadzi do masowej emigracji i technologicznego pustynnienia kraju. Neoliberalne ramy ekonomiczne wpływają również na niekorzystny dla nas podział zysków w polskiej gospodarce oraz zachęcają podmioty międzynarodowe do ekspansji ekonomicznej.

Czy Polska obecnie jest neokolonią?

Odpowiedź na takie pytanie wymaga przedstawienia statystyk, które opisywałyby strukturę głównych rynków i obszarów, udział w nich własności zagranicznej, podział na małe i średnie oraz duże przedsiębiorstwa oraz poziom płaconego CIT. Właśnie obserwując rozwój udziałów zagranicznej własności w poszczególnych rynkach/obszarach, można ocenić stan i kierunki „neokolonizacji”.

Jak jednak zdefiniować pojęcie rynków? Ponieważ nie poruszamy się w dziedzinie nauk ścisłych, definicja ta powinna być umowna i zgodna ze zdrowym rozsądkiem, zaś jej granice nieostre. Dość ogólnie definiuje rynki tygodnik „Polityka” w swoim corocznym rankingu 500 największych firm. Analizując go, widzimy, że brakuje tam najciekawszych danych – np. informacji o płaconym CIT, opisu praktyk transferu pieniędzy za granicę celem niewykazania zysków w Polsce, udziałów własności polskiej i zagranicznej, udziału firmy w rynku, kluczowych powiązań kapitałowych ułatwiających praktyki kartelowe, zależności holdingowych itd. O co chodzi, widać w poniższym diagramie rynku banków, który należy do kluczowych wskaźników w rozróżnianiu, czy dany kraj jest podmiotem czy przedmiotem globalnej ekonomii, ponieważ decyduje, kto zarządza prywatnymi oszczędnościami, będącymi podstawą finansowania inwestycji krajowych.

Obserwując polską gospodarkę przez pryzmat tendencji w wybranych obszarach, można zrozumieć, jak postępuje neoliberalna „infekcja” krajowej gospodarki oraz zastanowić się nad „szczepionką”. Chcę jednak podkreślić, że zagraniczny kapitał, nawet w opisywanych tu rynkach nietechnologicznych, nie jest zły ani dobry. Jest konieczny – to miejsca pracy, innowacje w zarządzaniu, konkurencja itd. Natomiast gdy ramy prawne są złe, przejmuje on kontrolę nad rynkami – tworzy kartele, oligopole, monopole czy unika płacenia podatków; gdy jest go za dużo w wybranych sektorach – wówczas dusi rozwój słabszego polskiego kapitału, który mógłby z czasem stać się dojrzały do ekspansji zagranicznej. Kluczem są więc odpowiednie ramy prawne.

Dla dalszych rozważań zastosuję uproszczony podział na sześć obszarów, istotnych z punktu widzenia odwracania tendencji neoliberalnych: a) bezpieczeństwo finansowe, b) bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym), c) obszary wrażliwe społecznie, d) media, wiedza i informacja, e) handel detaliczny, f) inne dochodowe rynki nietechnologiczne.

Bezpieczeństwo finansowe

wykres1

W wyniku nieroztropnej metody prywatyzacji polskich banków kapitał zagraniczny kontroluje ponad 60% polskiej bankowości. Oto zagrożenia wynikające z nadmiernej koncentracji zagranicznego kapitału:

  • Drenaż zysku za granicę, zamiast krajowych reinwestycji.
  • Brak zainteresowania tworzeniem produktów kredytowych wspomagających rozwój polskich przedsiębiorstw, zdolnych konkurować np. z ważnymi klientami banku-matki z kraju jego pochodzenia.
  • Uniemożliwianie wytworzenia się silnych polskich grup bankowych, zdolnych do zagranicznej ekspansji.
  • Ryzyko używania oszczędności Polaków do finansowania ważnych inwestycji, np. infrastruktury energetycznej, dróg, itd. w kraju banku-matki zamiast w Polsce.
  • Ryzyko zmów kartelowych.
  • Ryzyko użycia polskich oszczędności do rozwiązywania problemów finansowych i bilansowych banku-matki.

Rozwiązaniem jest zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym. Jednym z celów mogłoby być osiągnięcie udziału co najmniej 70-procentowego, jak w Austrii czy Holandii, a także ułatwienie rozwoju regionalnej bankowości spółdzielczej. Warto też rozważyć rozdział bankowości oszczędnościowej od inwestycyjnej – jego brak naraża oszczędności obywateli na ryzykowne spekulacje finansowe, jak miało to miejsce na świecie w 2008 r. Kolejnym działaniem może być zamknięcie kont w niepolskich bankach przez instytucje publiczne i otworzenie ich albo w PKO BP, albo w krajowych bankach spółdzielczych.

Rynek obowiązkowych składek emerytalnych jest szczególnie atrakcyjny dla zagranicznych instytucji finansowych, gdyż prowizje od gromadzonego kapitału to znaczne kwoty i łatwy zysk. Ryzyko związane z nadmiernym wpuszczeniem prywatnych instytucji finansowych na ten wrażliwy społecznie rynek, jest następujące:

  • Wygórowane prowizje, przez wieloletnią kumulację znacznie zmniejszające emerytury.
  • W przypadku nieostrożnych zmian prawnych – ryzyko użycia tych długoterminowych oszczędności do finansowania inwestycji poza Polską, np. w strategiczną infrastrukturę energetyczną czy transportową.

W przypadku OFE warto zwrócić uwagę na kilka ważnych elementów:

  • Nie ma żadnego śladu analizy skutków czy szacunku kosztów utworzenia OFE. Jeśli ich nie ma, to znaczy, że cała reforma, mająca wpływ na emerytury milionów Polaków, została wprowadzona „na oko”.
  • Zmiany z roku 2014 r. de facto jedną ustawą znacjonalizowały prywatne oszczędności milionów Polaków odłożone w funduszach.

Z tego punktu widzenia istotna jest optymalizacja zarządzania obowiązkowymi oszczędnościami emerytalnymi. Powinno się rozważyć likwidację OFE, ale bez nacjonalizacji zebranych oszczędności. Wystarczyłoby powołanie jednej instytucji, która zatrudniłaby 50 świetnie opłacanych, polskich specjalistów ds. finansów. Miałoby to wymierny wpływ na wysokość emerytur, ponieważ zwiększyłyby się one o obecne wysokie prowizje od zgromadzonego kapitału firm obsługujących OFE. Koszty funkcjonowania takiej instytucji byłyby dużo mniejsze niż obecne opłaty.

wykres2

Wielkość długu publicznego ma znaczenie o tyle, o ile jego nadmiar, zagrażający niewypłacalnością państwa, jest kartą przetargową wielkiego kapitału przy wymuszaniu neoliberalnych reform. Obserwując wzrost długu publicznego w Polsce w stosunku do rosnącego PKB i rozwój kosztów obsługi odsetek i spłaty długu (Wykres 2), a także ostatnie manewry władz w celu sztucznego zmniejszenia długu publicznego, można wyraźnie dostrzec, że dług publiczny wciąż rośnie wraz ze wzrostem PKB i spadkiem oprocentowania długu. Towarzyszy temu manipulowanie sposobem obliczania długu i PKB, czyli księgowe zaniżanie wartości długu, co niestety realnie go nie zmniejsza.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że dług zagraniczny jest dużo bardziej ryzykowny od krajowego. Wynika to m.in. z ryzyka wahań walutowych, o czym świetnie wiedzą „frankowicze”.

Istotne jest uszczelnienie konstytucyjnej kontroli nad długiem publicznym. Polska klasa polityczna zachowuje się pod tym względem nieodpowiedzialnie (tabela 1). Należy pozbawić ją możliwości obchodzenia art. 216 Konstytucji RP, który można by zmienić np. od 2019 r. w następujący sposób: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3⁄5 wartości rocznego produktu krajowego brutto z roku 2018. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa z roku 2014. Taka przykładowa zmiana uniemożliwi triki księgowe i powiększanie długu kraju w wyniku wzrostu PKB. Dług zagraniczny powinien być zmniejszany w pierwszej kolejności.

Tabela 1. Rozwój długu publicznego Polski

Rok

Dług publiczny w mld. zł

Roczny przyrost długu publicznego w mld. zł

1991

210

10

1995

220

10

1997

230

10

1998

210

10

1999

250

10

2000

260

10

2001

270

10

2002

280

10

2003

352

72

2004

408

56

2005

440

32

2006

466

26

2007

506

40

2008

527

21

2009

597

70

2010

669

72

2011

747

78

2012

774

27

Sporo zaczyna się mówić w Polsce o tym, że duże zagraniczne korporacje unikają płacenia podatku od dochodu kapitałowego CIT, przy pomocy sztuczek księgowych nie wykazując zysków w Polsce. Równolegle słyszy się o tym, że najbogatsi Polacy przesuwają kapitały do zagranicznych fundacji lub np. do Monako albo na Cypr celem unikania podatku CIT lub spadkowego. Skutkuje to dokręcaniem śruby podatkowej klasie średniej, która ma mniejsze możliwości wywierania presji na władzę, a także utrudnia np. zwiększanie kwoty wolnej od podatku czy dofinansowanie publicznej służby zdrowia. Ponieważ neoliberalizm jest doktryną służącą superbogatym, takie opodatkowanie regresywne, de facto zwalniające najbogatszych z podatku dochodowego i spadkowego, jest globalnym trendem, który powoduje zwiększanie się rozwarstwienia majątkowego.

Propozycja rozwiązania to wprowadzenie zrównoważonego, zrozumiałego i progresywnego systemu podatkowego. Aby zapewnić odpowiednie finansowanie obszarów ważnych społecznie, urząd skarbowy powinien poprosić właścicieli dużego kapitału, aby rzetelnie płacili podatki. Natomiast ekspansja gospodarcza – zwłaszcza zagraniczna – polskich milionerów powinna być promowana przez państwo. W parze z takim wsparciem powinny jednak iść obowiązki, a uczciwe płacenie podatków to jeden z nich. W ten sposób można by odciążyć podatkowo polską klasę średnią i zwiększyć kwoty wolne od podatku dla najmniej zarabiających, co korzystnie wpłynie na demografię.

Niedawny przypadek „frankowiczów” – kredytobiorców we frankach szwajcarskich, pokazuje, że klienci są niedoinformowani oraz manipulowani przez pożyczkodawców. Pozostawienie ich samym sobie może doprowadzić do sytuacji podobnej jak w Hiszpanii, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi zostało wprowadzonych w błąd przy udzielaniu kredytów hipotecznych, a ich życie zrujnowano. Propozycją jest więc regulacja rynków kredytów prywatnych, która wymuszałaby na kredytodawcach solidną informację dla potencjalnych klientów na temat ryzyka pożyczek, np. hipotecznych, czyli choćby o ryzyku walutowym czy groźbie załamania się rynku nieruchomości. Ponieważ zysk agentów wynika z liczby i wysokości sprzedanych kredytów w ogóle (a nie tylko kredytów bezpiecznych), warto tu antycypować ryzyko. Można również pomyśleć o edukacji obywatelskiej w tym obszarze.

Warto także wspomnieć o kapitale spekulacyjnym. Jest on formą hazardu i służy „rozbujaniu” rynków, np. towarów czy akcji celem wyprowadzania zysków. Jest bardzo szkodliwy dla długoterminowego i zrównoważonego rozwoju realnej gospodarki. Niewielki podatek obrotowy, na przykład 2 promile, od każdej transakcji, tzw. podatek Tobina, jest tu optymalnym rozwiązaniem. Nie należy jednak mylić kapitału spekulacyjnego z kapitałem zagranicznym w ogóle, korzystnym i koniecznym dla polskiej gospodarki.

Bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym)

Polska powinna zachować konieczną kontrolę nad własnymi strategicznymi zasobami i aktywami, a wypracowane przez nie zyski powinny służyć finansowaniu ważnych usług publicznych.

Kontrola nad ziemią rolną to ważne zagadnienie z niedocenianej dziedziny, jaką jest bezpieczeństwo żywnościowe. To problem strategiczny, gdyż obecnie wykup ziemi rolnej przez fundusze inwestycyjne czy państwa ma miejsce na masową skalę np. w Afryce. Wydaje się, że polscy politycy nie popełnili błędu wyprzedaży nadmiernej ilości ziemi zagranicznemu kapitałowi.

Rynkiem bardzo dochodowym i kluczowym z punktu widzenia energetycznego bezpieczeństwa państwa są surowce mineralne (metale, węgiel, gaz itp.), zwłaszcza w perspektywie ostatnich wydarzeń za wschodnią granicą. Na szczęście polskie firmy tej branży nie podzieliły losu banków, więc krajowy kapitał ma tu wciąż spory udział.

Warto zwrócić uwagę, że toczy się globalny wyścig o zapewnienie dostępu do kurczących się rezerw surowców. Wielki kapitał specjalizuje się w nabywaniu tych zasobów. W takim właśnie kontekście warto obserwować niedawny kryzys górniczy w Polsce, a zwłaszcza zmiany we własności złóż, prawie do ich wydobycia i opodatkowaniu zysków.

Tania energia jest kluczowa dla rozwoju gospodarczego każdego kraju. Ma również znaczenie społeczne, bo gdy jest zbyt droga, odbiera uboższym Polakom np. możliwość ogrzania domów w zimie. Warto ten społeczny wpływ kalkulować przy długoterminowym planowaniu inwestycji w rozwój infrastruktury energetycznej i jej kosztów.

Rynek energii jest bardzo dochodowy, a polski kapitał wciąż ma tu sporo do powiedzenia. Obecnie toczy się bezwzględna walka o kierunek energetycznego rozwoju Polski – od jej wyniku będzie zależeć, kto zarobi na naszych przyszłych rachunkach za prąd i ogrzewanie. Ważne jest więc opracowanie i wdrożenie zrównoważonej strategii energetycznej, skrojonej na potrzeby i możliwości Polski. Widać obecnie, że państwo nie radzi sobie z zagadnieniem tak ważnym dla naszego sukcesu ekonomicznego.

Sektor telekomunikacji to kolejny strategiczny i dochodowy rynek, zazwyczaj zdominowany przez kilku wielkich graczy. Telekomunikacja Polska została „sprywatyzowana” przez sprzedaż państwowej francuskiej spółce telekomunikacyjnej. Natomiast w telefonii komórkowej konkurują ze sobą trzy firmy, przy czym właścicielem tylko jednej jest Polak. Tym samym ważne jest promowanie zwiększenia udziału polskiego kapitału w rynku telekomunikacji oraz uniemożliwianie zagranicznemu kapitałowi całkowitego przejęcia go.

Obszary wrażliwe społecznie

Warto również postulować zablokowanie urynkowienia obszarów wrażliwych społecznie. Sektory, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy usługi komunalne nie powinny być nastawione na maksymalizację zysku wypłacanego właścicielom, lecz na dostępność dla ogółu, a tym samym powinny zachować charakter publiczny.

Dostępność powszechnej i darmowej edukacji jest rzeczą ważną i powinno się unikać prywatyzacji edukacji finansowanej z podatków. Inną jednak sprawą jest, czy opłaca się społeczeństwu np. bezwarunkowo darmowa (i bardzo droga) edukacja lekarzy lub inżynierów, z których wielu zaraz po studiach wyjeżdża do pracy za granicę. Jest to temat wart dyskusji – czy prawo do darmowej edukacji pociąga za sobą obowiązki względem sponsorującego ją społeczeństwa, czy też nie. W każdym razie bez wysokiego poziomu edukacji publicznej Polska nie ma szans na awans w światowej lidze państw. Ewentualna prywatyzacja edukacji ograniczy społeczeństwu dostęp do niej, a w konsekwencji obniży jego zdolność do globalnej konkurencji.

Bardzo ważny obszar społeczny stanowi służba zdrowia. Również w tej sferze prywatyzacja podraża dostęp do usług, wyklucza mniej zamożną część społeczeństwa oraz koncentruje się na generowaniu zysku, a nie na tanim i skutecznym wyleczeniu czy profilaktyce. Problem ochrony zdrowia w Polsce polega również na tym, że obowiązkowe składki zdrowotne finansują w coraz większym zakresie działalność prywatnych spółek lekarskich, siłą rzeczy zorientowanych na zysk, a nie na dostępność usług i tanie, lecz skuteczne leczenie. Ze względu na optymalizację dostępu do usług medycznych publiczne zakłady opieki zdrowotnej funkcjonują lepiej niż prywatne. Natomiast prywatne ubezpieczenia zdrowotne, finansowane tylko z dobrowolnej składki zdrowotnej, powinny rozwijać się nieskrępowanie.

Obecnie w Polsce systematycznie zmniejsza się udział płacy w PKB. Według „Polityki” (23 grudnia 2013), polscy pracownicy stracili aż 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat. Według danych Eurostatu z 2013 r. w Polsce udział płac w PKB wynosi tylko 35,6% PKB, gdy w Niemczech aż 51,6%. Równocześnie systematycznie rośnie udział dochodów kapitałowych w PKB. Pracownik został sprowadzony do roli „nadmiernego kosztu”. Warto myśleć, jak systematycznie zwiększać udział płac do przynajmniej 50% PKB.

Tu propozycją jest ulepszenie prawa pracy. Ochrona pracowników jest ważną funkcją państwa. Wspieranie tworzenia rad pracowniczych, związków zawodowych, promowanie umów zbiorowych, nadanie właściwego znaczenia Komisji Trójstronnej, wspieranie dialogu społecznego, stałych umów o pracę, rozsądnej płacy minimalnej i kwoty wolnej od podatku – wszystko to są ważne cechy cywilizowanego państwa oraz wyraz elementarnego szacunku wobec obywateli.

Niestety, jednej rzeczy nie da się obejść. Pracodawca musi mieć bezproblemową możliwość zwolnienia pracownika w przypadku tarapatów finansowych. Za to pracownik powinien mieć solidne ubezpieczenie od bezrobocia, aby zwolnienie nie było zupełną tragedią. Inaczej trudno pogodzić zdolność do konkurowania kapitału z poczuciem bezpieczeństwa pracowników.

Podobnie jak z ochroną zdrowia, prywatyzacja usług komunalnych (wodociągi, kanalizacja, wywóz i utylizacja śmieci) prowadzi do wzrostu cen, wykluczenia z nich uboższej części społeczeństwa oraz drenażu zysku do kieszeni prywatnych monopolistów.

Swobodny dostęp społeczeństwa do przyrody jest ważny, więc państwowa własność w tym zakresie powinna być chroniona. Lasy stały się państwowe i takie powinny pozostać, aby każdy mógł z nich korzystać. O żadnej reprywatyzacji nie powinno być mowy.

W kwestii produkcji żywności zauważyć można powolny spadek jej jakości, m.in. z powodu nacisku hipermarketów i dyskontów na cięcie kosztów produkcji. W konsekwencji może dojść do sytuacji analogicznej jak w USA – tylko niezdrowa żywność jest dostępna dla warstw uboższych, czego rezultatami są otyłość i związane z nią problemy zdrowotne. Oczywiście ma to też spore, choć pośrednie znaczenie dla kosztów służby zdrowia. Widać również powolną ekspansję produktów modyfikowanych genetycznie i niezdrowej żywności sprzedawanej przez zagraniczne sieci gastronomiczne. Trudno ocenić, jakie są udział zagranicznego kapitału w sektorze produkcji żywności oraz jego struktura, ale jest to temat wart analizy i wyciągnięcia wniosków.

Tutaj postulatem jest uregulowanie rynku w duchu promowania żywności zdrowej i taniej. Powinno się za pomocą norm dbać o wysoką jakość żywności oraz promować rozwój polskich przedsiębiorstw, w tym rzemiosła (piekarze, masarze itd.), oraz o dobrą edukację zawodową dla przyszłych rzemieślników. Warto też podchodzić z ostrożnością do żywności modyfikowanej genetycznie, bo tu głównym graczem są globalne koncerny, nieponoszące odpowiedzialności za długoterminowe skutki jej wprowadzania na rynek.

Spółdzielczość jest bardzo niewygodna dla doktryny neoliberalnej, ponieważ ogranicza udział prywatnego kapitału w dochodowych rynkach, takich jak handel, produkcja, finanse czy budownictwo. Widać, że państwo nie dba o tę formę działalności gospodarczej. Wspieranie rozwoju spółdzielczości to sprawienie, aby ramy prawne zarządzania spółdzielczością zostały poprawione, a sama kooperacja promowana np. w budownictwie, handlu czy bankowości.

Sfera opinii publicznej i emocji społecznych

Obszar ten ma szczególne znaczenie dla rozwoju społeczeństwa i budowania tak niewielkiego w Polsce zaufania społecznego oraz dla upodmiotowienia Polaków. W tym obszarze odbywa się każdy publiczny spór i ma on wpływ na tendencje opinii publicznej, jej gusta czy fobie.

Nie ma co się łudzić, że prywatna własność w mediach nie kieruje się chęcią zysku. Ofiarą tego pada jakość informacji, stającej się zwykłym towarem, wypieranym przez produkt tańszy i gorszy. Widoczny jest deficyt mediów publicznych, bezkarność mediów brukowych, znaczne uzależnienie prasy od kapitału zagranicznego oraz uzależnienie mediów prywatnych od reklamodawców. Dobrym krokiem wydaje się ucywilizowanie rynku mediów w duchu interesu publicznego. Powinno się promować silne media publiczne dbające o interes społeczny i narodowy oraz za pomocą regulacji uniemożliwiać nadmierną koncentrację kapitału w mediach prywatnych. Warto też stworzyć takie ramy, aby zagraniczny kapitał miał warunki działania uniemożliwiające przejęcie poszczególnych rynków medialnych. Na rynku doradztwa i konsultingu dominuje kilka zagranicznych spółek. Temat wart jest pogłębionej analizy potencjalnych praktyk kartelowych i ich wpływu na powstanie i okrzepnięcie polskich spółek doradczych. Warto też monitorować, jaki obrót mają obecni potentaci i jaki wykazują zysk. Ponadto firmy takie nie powinny pełnić istotnej roli przy wspieraniu tworzenia polskiego prawa, gdyż zachodzi tu oczywisty konflikt interesów, wyrażony ryzykiem promowania rozwiązań prawnych korzystnych dla wielkich zagranicznych klientów, w tym państw i korporacji.

Słuchając w Polsce radia czy oglądając telewizję, można przeżyć prawdziwy koszmar z powodu ciągłych, długich i często „niesmacznych” reklam. Reklamy znacząco zaśmiecają także przestrzeń publiczną. Jednocześnie drogie reklamy stanowią ważne źródło dochodów prywatnych mediów. Warto rozważać, w jakim stopniu wpływa to na obiektywność oceny reklamodawcy i jego konfliktu z interesem społecznym czy publicznym.

Powinno się więc rozważyć lepsze uregulowanie rynku reklam, m.in. z punktu widzenia szkodliwości społecznej niektórych typów reklam (np. leków), relacji reklamodawców z mediami, a także zaśmiecania przestrzeni publicznej.

Mogłyby również powstawać instytuty monitorujące media pod względem ich obiektywności względem podmiotów zamawiających reklamy.

Handel detaliczny

W handlu detalicznym można zauważyć rosnącą dominację zagranicznego kapitału oraz następujące zagrożenia i zaniedbania:

  • Wypychanie z rynku polskich sklepów, co uniemożliwia im wzrost i wytworzenie masy krytycznej, pozwalającej na ekspansję zagraniczną.
  • Ryzyko drenażu zysku celem unikania płacenia podatku CIT.
  • Nadmierną koncentrację kapitału w handlu, będącą zagrożeniem dla całej strefy produkcyjnej polskich małych i średnich przedsiębiorstw zaopatrujących sklepy. Uniemożliwia im ona „zdrowy” wzrost, niezależną ekspansję zagraniczną czy osiąganie większych zysków, ponieważ duże sieci handlowe mają swoje metody ograniczania rentowności małych dostawców. Taka dominacja degeneruje polską ekonomię.

Rynek hipermarketów jest całkowicie przejęty przez kapitał zagraniczny. Jego nadmierny rozrost, poza ogólną logiką wynikającą z powyższych rozważań, powoduje eliminację polskiej konkurencji w handlu spożywczym, kosmetykami, chemią domową czy elektroniką, a także generuje spore ryzyko tworzenia zmów kartelowych.

Rynek ten należy uregulować. Pierwszym instrumentem powinien być solidny podatek obrotowy nałożony na hipermarkety. Drugim – regulacja jasno definiująca ograniczenia w powstawaniu nowych hipermarketów oraz uniemożliwiająca ich nadmierną ekspansję. Kolejnym elementem winien być surowy monitoring antykartelowy wraz z odpowiednimi karami finansowymi wraz z nadzorem nad kapitałowymi relacjami między hipermarketami a dyskontami. Powinno się też ucywilizować relacje z dostawcami, często polskimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, obecnie „drenowanymi” i marginalizowanymi przez nadmiernie silną pozycję hipermarketów.

Rynek sklepów spożywczych i dyskontów jest częściowo zdominowany przez zagraniczny kapitał, zwłaszcza w średnich i dużych miastach. Ryzykiem jest możliwość powiązań kapitałowych z hipermarketami. Jego nadmierny rozrost powoduje wymieranie rodzinnych, osiedlowych sklepików.

Stąd istotne jest także uregulowanie i tego rynku. Kapitał zagraniczny powinien móc swobodnie funkcjonować, ale nie mieć możliwości przejęcia większości rynku. Głównym instrumentem powinien być również i tu progresywny podatek obrotowy. Progresja powinna zaczynać się od obrotu, od którego wielkość dyskontu zaczyna być szkodliwa dla zdrowego funkcjonowania rynku. Regulację należałoby zdefiniować tak, aby otworzyła przestrzeń dla rozwoju i koncentracji polskiego kapitału, czy to przez jego wzrost, czy organizowanie się w grupy dyskontów, czy to powstawanie spółdzielni.

Warto podkreślić, że rozproszony kapitał krajowy zaczyna się bronić, np. za pomocą zrzeszania się w polskiej grupie kapitałowej Nasz Sklep. To jedna z właściwych dróg.

Inne dochodowe rynki

Wiele znanych produktów codziennego użytku, jak sprzęt do golenia, pasty do zębów, przekąski, napoje gazowane, woda, lody, gumy do żucia czy alkohole, jest kontrolowanych przez kilka wielkich funduszy inwestycyjnych, posiadających w skali globu, przez łańcuszek firm, setki znanych marek. Deformujący wpływ takiej koncentracji na rynki w Polsce i na polską konkurencję, wytwarzającą podobne produkty, musi być ogromny, choć rzadko się słyszy, aby było to przedmiotem publicznej analizy. Mimo iż są to potężni, globalni gracze, często zarządzający kapitałem większym, niż kilkuletni PKB Polski.

Powyższe przykłady można by mnożyć, ale widać, że cały neoliberalna kolonizacja Polski jest urządzona według schematu: przejąć dochodowe rynki i wydrenować z nich nieopodatkowane zyski oraz wykupić wartościowe aktywa, jak surowce, ziemia uprawna czy lasy; przy okazji uniemożliwić wyrośnięcie lokalnej konkurencji, którą się od siebie uzależnia lub – za pomocą dumpingu cenowego – doprowadza do bankructwa (jak w przypadku Malmy czy obecnych prób wobec Fakro), wraz z tanią i pozbawioną praw siłą roboczą. Dodatkowo prywatyzuje się obszary wrażliwe społecznie celem tworzenia nowych obszarów zysku.

Ponieważ w Polsce wciąż jeszcze są rynki i „zasoby” nieskomercjalizowane, jak sektor energetyczny, ziemia, złoża mineralne czy lasy, do pełnej „neokolonizacji” jeszcze trochę brakuje, jednakże „neoliberalny rak” systematycznie postępuje. W przypadku niewypłacalności Polski temat „prywatyzacji” tych obszarów wróci jako warunek restrukturyzacji długu.

Jak „obalić” neoliberalizm i upodmiotowić Polskę?

Ponad 25 lat po obaleniu komunizmu trzeba się zastanowić, jak wprowadzić w życie art. 2. Konstytucji RP. Stanowi on, iż Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Dotychczas mieliśmy natomiast do czynienia z urzeczywistnianiem zasad neoliberalizmu.

Oczywiście zagraniczny kapitał będzie się bronił przed utratą wpływów, rynków i dochodów. Jego instrumentami wywierania nacisku na rządy, prawodawstwo i opinię publiczną są działy dużych korporacji ds. relacji z rządami i ich lobbingowe organizacje, presja medialna, oparta na kosztownej reklamie, czy oferowanie lukratywnych ofert pracy we wpływowych koncernach. Specyficznym i skutecznym narzędziem wpływu są fundacje finansowane przez różnej maści globalnych spekulantów lub rządy silnych państw trzecich. Wywierają one tzw. miękki wpływ na naszą rzeczywistość przez umiejętny i dyskretny lobbing pozornie bezstronnych specjalistów.

Innymi metodami ułatwiającymi wywieranie wpływu są przejmowanie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał, skargi do Unii Europejskiej, używanie międzynarodowego arbitrażu. Wszystkie te instrumenty presji są uruchamiane w razie potrzeby. Tak właśnie działo się w czasie zmniejszenia zasięgu OFE i tak będzie się dziać, gdy zostanie zagrożony zysk zagranicznego kapitału w Polsce. Można się też spodziewać „spontanicznych” protestów pracowników w obronie miejsc pracy, mimo że obecnie te same koncerny aktywnie zwalczają organizowanie się w związki zawodowe czy rady pracownicze oraz płacą, mimo sporej rentowności, pensje minimalne lub zmuszają do bezpłatnych nadgodzin czy pracy ponad siły. Należy być świadomym, że takie trudności będą częścią procesu zmian.

W zasadzie „szczepionka na neoliberalizm” powinna polegać na:

  • Stopniowym zmniejszeniu udziału zagranicznego kapitału w newralgicznych obszarach ekonomii do bezpiecznego poziomu i zastąpienie go dojrzewającym kapitałem polskim.
  • Umożliwieniu wzrostu i zagranicznej ekspansji polskiego kapitału.
  • Opodatkowaniu ukrywanych zysków zagranicznych korporacji i wprowadzeniu podatków progresywnych.
  • Zablokowaniu ekspansji prywatnych rynków na obszary, które mają duże znaczenie społeczne, oraz na dbałości o rozwój tych obszarów.
  • Trzymaniu w ryzach długu publicznego, aby nie było możliwe użycie głównego instrumentu presji na utrzymanie status quo.

Ponieważ nie da się prowadzić nowoczesnej i roztropnej polityki bez stosownej wiedzy, należy umożliwić rozwój polskich think tanków promujących polski interes społeczny i narodowy. Zagraniczne firmy konsultingowe wchodzą tu w oczywisty konflikt interesów i nie powinny odgrywać istotnej roli w procesach „naprawy” neoliberalizmu i doradztwa polskim instytucjom politycznym i gospodarczym. Dlaczego? Wystarczy wspomnieć ich doradczą rolę przy prywatyzacji.

Takie dobrze dofinansowane think tanki powinny regularnie tworzyć skrojone na polskie potrzeby analizy, raporty czy statystyki konieczne dla skutecznego aplikowania „antyneoliberalnej szczepionki” i dla zrównoważonego rozwoju Polski. Na podstawie tych analiz powinno się „skalować” regulacje w każdym istotnym obszarze. W sytuacji zaś opierania się instytucji państwowych przy tworzeniu prawa na raportach zagranicznych firm konsultingowych warto wymóc absolutną przejrzystość działań.

Polska podpisała wiele międzynarodowych zobowiązań, które ograniczają pole manewru, choć nie uniemożliwiają zmian. Po pierwsze, prawo Unii Europejskiej zabrania narodowych preferencji w regulacjach. Dlatego żadna polska regulacja nie może rozróżniać narodowości kapitału, gdyż zostanie unieważniona przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Natomiast znając strukturę rynków i charakterystykę części zagranicznego kapitału, można działać skutecznie bez wyrażania wprost celu zawartego w regulacjach. Na przykład można opodatkować hipermarkety 2-procentowym podatkiem obrotowym, ale to, że opodatkowaniu podlega w tym przypadku kapitał zagraniczny, ma wynikać z analizy rynku, a nie z zapisów ustawy. Podobnie z dyskontami – jeśli analiza mówi, że zagraniczny kapitał dominuje, mając 3 mld PLN rocznego obrotu, a polski ma maksymalnie 1 mld PLN, należy wprowadzić podatek obrotowy 1,5-procentowy i zrobić wyjątek dla firm mających roczny obrót mniejszy od 2 mld PLN, a wszystko to uczynić pod hasłem promowania małej i średniej przedsiębiorczości.

Po drugie, warto uwzględniać to, że zagraniczne korporacje mają możliwość odwołania się do międzynarodowego arbitrażu, i tak definiować regulacje, aby nie było podstaw do skargi. W tym kontekście należy zachować ostrożność w ograniczaniu praw polskiego sądownictwa w zakresie relacji z międzynarodowym kapitałem.

Podsumowanie

Narracje neoliberalizmu i jego praktyczne tendencje stoją w sprzeczności z upodmiotowieniem się Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP. Żądanie korekty jego wadliwych elementów nie neguje wartości wolnego rynku jako takiego, lecz dąży do korekty jego zdegenerowanych elementów, stojących w jawnej sprzeczności ze sprawiedliwością społeczną i interesem narodowym Polski i Polaków.

Takie usystematyzowanie powinno ułatwić wypracowanie spójnej i uniwersalnej wizji dla różnych rozproszonych organizacji, które chcą działać w społecznym, lokalnym czy narodowym interesie. Różnice światopoglądowe nie powinny tu mieć znaczenia.

Spróbowałem opisać, za pomocą jakich instrumentów można praktycznie doprowadzić do zmiany. Oczywiście są one bardzo ogólne i zapewne niedoskonałe. Do precyzyjnego wymodelowania takich procesów trzeba sztabu specjalistów, procesu legislacyjnego, konsultacji społecznych. Chodzi jednak o pokazanie ogólnych założeń. Osiągnięcie takich zmian to kilkanaście lat systematycznej pracy, której metody są ograniczone przez międzynarodowe zobowiązania Polski. „Ograniczone” nie znaczy jednak „niemożliwe do wprowadzenia” – tyle że trzeba być kreatywnym oraz świetnie znać praktykę wdrażania prawa międzynarodowego i precedensy.

Nie powinno się również potępiać kapitału zagranicznego jako takiego. Natomiast temu mniej pożytecznemu, w przypadku nadmiernej koncentracji mającemu tendencje do tworzenia karteli, spekulacji czy uniemożliwiania rozwoju polskiej konkurencji, warto stworzyć ramy działania korzystne z punktu widzenia interesu Polski. Interes publiczny, społeczny i narodowy Polski i Polaków musi stać się wartością nadrzędną, będącą ponad interesem zagranicznych korporacji wspieranych przez neoliberalny dyskurs i jego akolitów.

Kim lub czym chcemy być za 15–20 lat? Zamożnym, w miarę sprawiedliwym społecznie, średnim podmiotem na międzynarodowej scenie, podobnym do Korei Południowej czy Szwecji, czy też przedmiotem w globalnej rozgrywce, smutną, niesprawiedliwą, zwasalizowaną neokolonią, zdominowaną przez zagraniczne korporacje, podobną do wielu krajów postkolonialnych? Wybór wciąż jeszcze należy do nas.

Odzyskajmy marzenia

Co w dzisiejszym świecie jest najgorsze? Bieda, wyzysk, nierówności społeczne? Potęga korporacji, banków, miliarderów? Kryzysy finansowe, spekulacje marnujące oszczędności pariasów, zamykanie przedsiębiorstw i wypędzanie pracowników na bruk? Być może. A może to, że przestaliśmy umieć marzyć?

Slogan, którym posługiwała się Margaret Thatcher, mówiący, że nie ma alternatywy, nie dotyczy tylko procesów ekonomicznych czy decyzji politycznych. Dotyczy także tego, jak myślimy o świecie, życiu, zmianach. A myślimy niezbyt odważnie. Mówiąc wprost: boimy się marzyć.

Zostaliśmy zakładnikami status quo. Nasze umysły zamknięto na kłódkę, zakuto w kajdany, związano i zakneblowano. Jesteśmy zastraszeni. Najchętniej schowalibyśmy się w mysiej dziurze. Ponieważ niemal wszystkie zmiany, jakie zachodzą w dzisiejszym świecie, są niekorzystne dla „zwykłych ludzi”, zaczęliśmy się obawiać wszelkich zmian. Wierzymy w zgrany slogan, że lepsze jest wrogiem dobrego.

Ba, tak nas stłamszono, że uważamy, iż lepsze i dobre są wrogami złego! Jest kiepsko, ale lepiej niech nic się nie zmienia, bo obawiamy się, że będzie jeszcze gorzej. Wielcy tego świata często mówią o zmianach, a my niekiedy przyklaskujemy ich wizjom – korzystnym głównie dla nich – lecz zupełnie straciliśmy chęci i odwagę, żeby wierzyć w takie zmiany, które polepszą los nasz, nie ich. Czasami wierzymy w ich wizje, ale nie potrafimy tworzyć swoich. A jeszcze bardziej boimy się dzielić marzeniami z innymi, podobnymi nam. Tylko czasami, w czterech ścianach M-3, coś przychodzi nam do głowy. Ale milczymy – bo jeszcze wezmą nas za wariatów, bo po co się wychylać, bo mało komu ufamy…

Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy w sporej części odwadze marzenia o lepszym świecie i projektowania go. Zaczynamy od tekstu, który proponuje zarys strategii takich zmian, które wyrwałyby Polskę z bezwładnego dryfu i eksploatacji, jakiej podlega ona od lat. Nie są to wcale zmiany rewolucyjne, bo dobrze znane z innych krajów – choć w naszych realiach niektóre brzmią jak utopia. Ale utopia to nie ślepa uliczka, lecz inspiracja do działania. Kto nie zrobi kroku naprzód, ten nigdzie nie zajdzie. Mówi o tym wywiad z Ladislauem Dowborem, który był jednym ze współtwórców „zrealizowanej utopii” w Brazylii, gdzie odważna polityka i śmiałość marzeń pozwoliły wyciągnąć z nędzy miliony ludzi. Mówi o tym także tekst o własności publicznej, która – wbrew liberalnej propagandzie – jest efektywna i rozwojowa w wielu miejscach świata. Również artykuł o powstańcach z biednego meksykańskiego stanu Chiapas, którzy odbili się od bardzo głębokiego dna, pokazuje, że można lepiej urządzić rzeczywistość.

Ale nie tylko o „realnym świecie” jest mowa w tym numerze. Dwa teksty poświęciliśmy rozbijaniu mitów na poziomie idei i dominujących wzorców kulturowych. Nie ma dnia, żebyśmy od głównych mediów i ich pomniejszych klonów nie usłyszeli, że egoizm jest dobry, że dbanie o innych (chyba że chodzi o rodzinę) to frajerstwo, że tylko wolny rynek i dążenie do zysku – choćby po trupach – są naturalne, normalne i przynoszą efekty, a inne postawy to szkodliwa naiwność. Jest jednak dokładnie odwrotnie: liberalne frazesy to zwykłe bzdury. Naukowcy badający inne kultury lub dawne zachowania, a także współcześni psychologowie, udowadniają, że dzisiejsza cywilizacja i jej „wartości” wcale nie są jedynie słuszne, nie są naturalne, nie bazują na niekwestionowanych faktach, nie mają oparcia w powszechnych zachowaniach. Wręcz przeciwnie – to, co dziś propagowane jest jako norma, to tylko krótkotrwały epizod w dziejach ludzkości. Epizod nieprzypadkowy, bo służący interesom silnych i zamożnych. Możliwy tylko dzięki temu, że całkowicie wyzbyliśmy się odwagi marzenia i wymyślania świata lepszego niż obecny. Tak być nie musi. Tak być nie powinno.

To oczywiście nie wszystkie materiały, jakie przygotowaliśmy dla Was w tym kwartale. Zapraszam do lektury.