przez Marceli Sommer | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015, Wywiad - kwartalnik
– Od kiedy tak naprawdę jesteśmy peryferiami, czyimi i jakie to ma znaczenie dla dzisiejszej rzeczywistości Polski i naszego regionu?
– Dr Anna Sosnowska: Polska historiografia i socjologia historyczna, którą analizowałam w swojej książce „Zrozumieć zacofanie. Spory historyków o Europę Wschodnią (1947–1994)”, a w ślad za nią lub równolegle naukowcy z innych krajów, odpowiadają dwojako na pytanie o początek naszej peryferyjności. Marian Małowist i jego uczniowie, do których należy np. znany amerykański myśliciel Immanuel Wallerstein, dopatrują się źródeł gospodarczej zależności Europy Wschodniej w XVI w. i początkach nowożytności. Według autorów tej koncepcji był to bowiem okres ekspansji terytorialnej Zachodu i zarazem czas narodzin kapitalizmu. Twierdzili oni, że kształtująca się wtedy struktura handlu europejskiego zdecydowała o tym, że Europa Wschodnia stała się dostawcą surowców i peryferiami, a północny zachód Europy – wytwórcą dóbr przetworzonych i centrum nowego systemu światowego. Europę Wschodnią rozumiał zaś Małowist szeroko – od Europy Bałtyckiej (w tym ziem polskich), przez Karpacką, aż po Bałkany, choć typ gospodarki w każdej z tych stref był inny: my handlowaliśmy zbożem, Europa Środkowa bydłem i innymi zwierzętami, a Bałkany kruszcami. Małowist stawiał jednak tezę, że pod względem strukturalnym mechanizm był we wszystkich trzech przypadkach podobny: lokalne elity arystokratyczne weszły w relacje handlowe z dynamicznymi kupcami z Zachodu, którzy organizowali handel między wschodem a zachodem Europy. Europa Wschodnia stała się w rezultacie źródłem tanich surowców: zboża, zwierząt, metali. W tym samym czasie, gdy rodzące się gospodarki kapitalistyczne rozwijały się, gospodarki wschodnioeuropejskie popadały w stagnację i uzależnienie od eksportu surowcowego, utrwalając feudalne status quo u siebie. Wedle tej wizji Europa Wschodnia byłaby więc pierwszą kolonią gospodarczą i peryferiami świata zachodniego. Warto tu dodać, że Małowist, o ile mi wiadomo, nie znał teorii zależności, choć jej zręby istniały już w czasie, gdy formułował swoje hipotezy, wyrażone np. w tezach argentyńskiego ekonomisty Raula Prebischa. Podobne próby wyjaśnienia zacofania powstały więc niezależnie od siebie w dwudziestowiecznej Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej.
– A druga odpowiedź na pytanie o źródła zależności naszego regionu?
– Koncepcje Małowista miały w polskiej historiografii bardzo poważnych krytyków. Argumentowali oni, że jego tezy stanowią projekcje realiów nowoczesnego globalnego kapitalizmu w przeszłość. Najważniejsi polemiści Małowista – Jerzy Topolski i Andrzej Wyczański – twierdzili, że dopiero od XIX w. można zacząć mówić o kapitalistycznym systemie światowym i o kolonialnych zależnościach między Zachodem a innymi regionami. To prawda – powiadają – że rozwój społeczno-gospodarczy Europy Wschodniej między XVI a XVIII w. przebiegał inaczej niż na Zachodzie, ale nie wynikało to z zależności międzynarodowych. Przeprowadzone przez nich szczegółowe badania wskazywały, że bilans w handlu międzynarodowym był dla XVI-wiecznej Rzeczpospolitej dodatni. Ilość zboża eksportowanego z polskich folwarków na Zachód była przy tym na tyle mała w stosunku do ogółu produkcji, a liczba folwarków nastawionych na produkcję towarową i eksport tak niewielka, że to nie eksport zbożowy decydował o charakterze krajowej gospodarki.
Jednak, inaczej niż Małowist, jego polemiści nie stworzyli „eleganckiego” kontr-modelu rozwoju Europy Wschodniej, nie podali atrakcyjnej i wpływającej na zbiorową wyobraźnię odpowiedzi na pytanie o przyczyny upadku Rzeczypospolitej czy regionalnego zacofania. Andrzej Wyczański argumentował, że Rzeczpospolita XVI w. była średnim, nieco opóźnionym w stosunku do północnych Włoch, Francji, a także Niemiec, krajem europejskim. Była słabiej zaludniona, z mniej rozwiniętą – zwłaszcza w litewskiej części kraju – siecią instytucji tworzących ówczesną cywilizację: kościołów, miast, uniwersytetów, szkół. Według niego XVI w. był jednak naprawdę Złotym Wiekiem historii Polski, w którym z powodzeniem imitowała i doganiała ona europejską awangardę cywilizacyjną. Dopiero wiek XVII i XVIII przyniósł osłabienie pozycji kraju. Rzeczpospolita ze swoją demokracją szlachecką i dominacją szlachty nad chłopem pozostała wyjątkiem w Europie. Jerzy Topolski kojarzył natomiast ukształtowanie się osobnych dróg wschodu i zachodu Europy z XV–XVI w., ale kryzys tutejszego modelu lokował dopiero w XVII i XVIII w. Na poziomie wyliczeń i argumentów faktograficznych Topolski i Wyczański byli w stanie przekonująco wykazać, że uzależnienie od międzynarodowego handlu zbożowego w przedrozbiorowej Polsce po prostu nie miało miejsca, a źródła wtórnej pańszczyzny okresu nowożytnego tkwiły przede wszystkim w niższej gęstości zaludnienia.
– Czyli ten spór został rozstrzygnięty, a teza Małowista została w sposób ostateczny obalona?
– Nie, nie można tak powiedzieć. W debatach dotyczących odległej historii weryfikacja tez przebiega inaczej niż w fizyce. Interpretacja, a nie teoria, jest formą wyjaśnienia w historiografii. Do wielu danych nie mamy już dostępu i w tym sensie trudno o jednoznaczny wyrok. Możliwe są tylko interpretacje ograniczonego materiału badawczego, żadnej teorii nie jesteśmy w stanie zweryfikować empirycznie, np. przez przeprowadzenie eksperymentu.
Z historycznego punktu widzenia wyliczenia Topolskiego i Wyczańskiego dotyczące handlu zbożowego wydają się jednak przekonujące. Z drugiej strony warto dodać, że w modelu Małowista – inaczej niż choćby u inspirującego się jego myślą Wallersteina – ważne są nie tylko czynniki ekonomiczne, związane z wyzyskiem czy strukturą handlu, ale także kwestie społeczno-kulturowe. O tym mianowicie, czy jakiś kraj popadł w zależność od eksportu surowcowego, decydować miały według niego do pewnego stopnia lokalne elity. Małowist zwraca uwagę chociażby na przypadek XIX-wiecznej Japonii, która miała przed sobą podobne dylematy i zagrożenia, a jednak nie weszła na ścieżkę rozwoju zależnego. Miało to w jego ocenie związek ze stosunkiem lokalnych elit do Zachodu. Dla magnatów wschodnioeuropejskich Zachód i styl życia jego elit stanowiły obiekty fascynacji i aspiracji. W tym kontekście można byłoby brać pod uwagę hipotezę, że grupa posiadaczy ziemskich, która eksportowała swoje towary na Zachód, mogła być stosunkowo niewielka, ale mieć szczególne wpływy, szczególnie w sensie kulturowym. Wydaje się, że quasi-kolonialnego modelu Małowista można bronić jako interpretacji, która wykracza poza potwierdzone fakty historyczne.
– Czy powinniśmy zatem odrzucić jako naukowo nieudowodnioną tezę o peryferyjności Europy Wschodniej czy o jej kolonialnej zależności wobec Zachodu?
– Nie do utrzymania jest ten z wariantów wspomnianej interpretacji, który ostatecznie lokuje źródła zależności już w XVI w. To wciąż kwestia sporna. Koncepcja zacofania czy peryferyjności, przyjmowana przez Małowista, Witolda Kulę czy wspomnianego już Wallersteina, kojarzy je z wejściem w orbitę kontaktów politycznych i gospodarczych, a przede wszystkim handlowych, z silniejszym partnerem na zachodzie Europy. Natomiast nie do zbicia jest teza, że Europa Wschodnia jeśli nie w XVI, to w kolejnych wiekach, znalazła się w tej orbicie.
Dość powszechnie przyjęta jest w naukach społecznych – od historii po ekonomię – ocena, że od XIX w. możemy już z całą pewnością mówić o świecie w pełni zglobalizowanym, silnie współzależnym, w którym istnieją centra rozwoju oraz regiony i państwa peryferyjne. Od tego momentu nie możemy już mówić w Europie Wschodniej o rozwoju autonomicznym i nie da się badać jej gospodarki w oderwaniu od tego, co dzieje się na świecie, a szczególnie na Zachodzie.
– Wróćmy jeszcze do XVI-wiecznej refeudalizacji Rzeczpospolitej, która – można argumentować – przyczyniła się do wejścia na tory rozwoju zależnego w późniejszym okresie. Jak ją wytłumaczyć bez odwołania się do wymiaru struktur międzynarodowego handlu?
– Utrzymanie pańszczyzny w XVI w. można tłumaczyć, za Wyczańskim, niską gęstością zaludnienia. W warunkach niskiego zaludnienia prawo ekonomii klasycznej nie działa – niska podaż siły roboczej nie skutkuje jej wysoką ceną, lecz zniewoleniem. Tak stało się w Europie Wschodniej i w skolonizowanych Amerykach. Mnie przekonuje jednak wyjaśnienie Jerzego Topolskiego. Według niego zawinił dość złożony, nieszczęśliwy dla naszego regionu splot okoliczności, którego negatywne skutki były widoczne dopiero w XVII w. Dopiero wtedy pańszczyźniana praca okazała się niewydajna, a oparta na niej gospodarka – niezdolna do konkurencji z gospodarką Zachodu, bazującą na wolnej sile roboczej i dążącym do pomnażania zysków mieszczaństwie. Do tego doszły wojny i polityczna słabość Rzeczypospolitej wobec absolutystycznych, ekspansywnych krajów europejskich. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, że np. na Bałkanach nie było pańszczyzny, a mimo to podążyły one drogą podobną do Rzeczpospolitej i znalazły się pod wpływem zachodnich mocarstw, zanim zostały włączone do Imperium Osmańskiego. W Rosji z kolei istniała pańszczyzna, a jej sytuacja gospodarcza była podobna do naszej, lecz kraj ten wyrósł w kluczowym momencie na potęgę polityczną i militarną. Hiszpania, która była mocarstwem kolonialnym i nie miała pańszczyzny, popadła w XVII w. w ogromne tarapaty gospodarcze.
– A jakie konsekwencje miał peryferyjny status dla dalszej historii Polski i regionu? Jak wpłynął on np. na rozwój i strukturę jej społeczeństw?
– W moim najgłębszym przekonaniu, co najmniej od XIX w. podział klasowy zarysowuje się nie tylko w ramach konkretnego społeczeństwa, ale również na poziomie systemu globalnego. Globalna elita jest usytuowana w centrum systemu, peryferie zamieszkiwane są zaś przez elity niższych rzędów oraz przez – mocno nadreprezentowane – klasy niższe. Cechą charakterystyczną społeczeństw peryferyjnych był np. stosunkowo duży udział ludności rolniczej, chłopskiej, często pracującej (do XIX w.) w warunkach niewolniczych lub półniewolniczych.
– Te różnice wynikają z faktu, że nowe globalne zależności nałożyły się na wcześniejsze odmienności (o mniej lub bardziej przypadkowych przyczynach) i je zakonserwowały? Czy może wejście w obieg handlu międzynarodowego spowodowało jakiegoś rodzaju regres społeczny?
– Różnice między wschodem a zachodem Europy czy między Ameryką Łacińską a Zachodem są oczywiście głębsze i mają przyczyny w przeszłości odleglejszej niż powstanie kapitalizmu. W przypadku zachodu i wschodu Europy, oprócz wspomnianej już niższej gęstości zaludnienia na tym drugim obszarze, wymienia się m.in. fakt, że Europa Wschodnia nie znalazła się pod bezpośrednim wpływem Cesarstwa Rzymskiego lub stosunkowo późniejsze pojawienie się w niej chrześcijaństwa. Szczególnie podkreślałabym wagę tego pierwszego czynnika. Historycy gospodarki są zgodni, że duża gęstość zaludnienia sprzyja rozwojowi, handlowi, pojawieniu się miast, innowacjom, podziałowi pracy, a więc procesom cywilizacjotwórczym. Ale wypada docenić także znaczenie dziedzictwa greko-rzymskiego, bo to z niego wypływają takie elementy cywilizacyjnego dorobku Zachodu, jak koncepcja autonomii jednostki oraz jej praw i wolności, a także szczególna rola polityki. W Europie Wschodniej te idee weszły do obiegu później i miały słabszą siłę oddziaływania niż w Europie Zachodniej. Innym ważnym czynnikiem rozwojowym na Zachodzie był specyficzny rozkład sił między ważnymi grupami społecznymi, między panem, chłopem i mieszczaninem, i przebieg gry między nimi. W konsekwencji zbiegnięcia się tych wszystkich czynników na peryferiach później pojawiają się mieszczaństwo i koncepcja praw politycznych, których źródłem nie jest urodzenie, lecz zamożność, później powstaje przemysł i wreszcie później tworzą się nowe klasy, które – szukając zysku – jeszcze bardziej napędzają rozwój ekonomiczny.
Charakterystycznym zjawiskiem związanym z peryferyjnością jest też wspomniane zakonserwowanie cech anachronicznych, związanych z minionymi już epokami w życiu społeczno-gospodarczym. Do tej kategorii zaliczyłabym długie trwanie pańszczyzny (np. w Polsce) czy niewolnictwa (np. w Brazylii), a później – różnego rodzaju ich relikty w relacjach społecznych, takie jak silna pozycja ziemiaństwa w II Rzeczpospolitej. Paradoksalnie, tego typu syndromy zacofania są często związane nie, jak się potocznie uważa, z izolacją prowincji od nowoczesnego świata, lecz właśnie z wejściem w relacje i zależności z nim. Nieprzypadkowo najlepiej radziły sobie z wyzwaniami rozwojowymi te kraje, które mogły odpowiadać na nie w sposób samodzielny i autonomiczny. Spotkanie społeczeństw feudalnych czy półfeudalnych z silniejszymi partnerami zakłóca rozwój tych pierwszych, wymuszając np. wchodzenie przez kraje peryferyjne w role optymalnych rynków zbytu dla produktów z centrum oraz źródeł taniej pracy i surowców, potrzebnych konsumentom społeczeństw rozwiniętych. Te nowe funkcje są często wypełniane przez regiony nowo włączone do systemu przy użyciu starych instytucji społecznych: niewolnictwa czy pańszczyzny. Pod wpływem spotkania z wyższą – tak, nie bójmy się tego określenia – cywilizacją zmieniają się również style życia, poziom konsumpcji i aspiracje lokalnych klas wyższych, które tym chętniej maksymalizują poziom wyzysku klas niższych. Jeden z najlepszych przykładów tego typu mechanizmów pochodzi z badań Witolda Kuli nad XVIII-wiecznymi manufakturami magnackimi. Magnaci do wytwarzania tkanin używali importowanych z Anglii i Francji maszyn tekstylnych. Używali jednak nie – jak działo się to na Zachodzie – nisko opłacanego robotnika, który pracował pod ekonomicznym przymusem, ale był przy tym wolnym człowiekiem, lecz eksploatowali przywiązanych do ziemi (i do pana feudalnego) chłopów pańszczyźnianych, których praca była darmowa. Rozwój oznacza tu więc zmianę w wybranych sferach, która odbywa się kosztem utrwalenia status quo w innych sferach. Podział ten ma istotny wymiar klasowy. Elity mogą podróżować, podwyższać swój standard materialny, edukować się, żyć jak na Zachodzie, ale właśnie dlatego i dzięki temu, że klasy niższe żyją inaczej niż ich odpowiednicy na Zachodzie. Taka zmiana oznacza więc wzrost nierówności i społecznej polaryzacji względem wcześniejszych epok.
– Czy pojawienie się w naszej części Europy kapitalizmu i związanych z nim relacji podległości z Zachodem miało, oprócz konserwowania stanu zastanego, jakieś pozytywne efekty? Czy wykształciły się nowe, swoiste dla tej sytuacji społeczno-ekonomicznej klasy lub strategie rozwojowe?
– Sądzę, że miało. Jestem zwolenniczką modelu hybrydalnego, autorstwa Witolda Kuli. Podkreśla on, że rozwój kapitalizmu na peryferiach ma trzy „warstwy”. Po pierwsze: elementy uniwersalne, takie jak uprzemysłowienie i migracje ze wsi do miast. Są one uniwersalne w tym sensie, że pojawiały się w każdym kraju, który wchodził na drogę intensywnego, nowoczesnego rozwoju. Najwcześniej wystąpiły w krajach centrum i jako takie zostały opisane przez klasyczne teorie socjologiczne. Druga warstwa to cechy wspólne dla wszelkich regionów zacofanych. Są to międzynarodowe migracje zarobkowe z regionów mniej rozwiniętych do bardziej rozwiniętych, które na peryferiach stały się w epoce nowoczesnej typową strategią radzenia sobie z zacofaniem. Typowe dla wszystkich peryferii jest również to, że jedną z głównych linii podziałów ideologicznych jest spór o kulturowy, gospodarczy i polityczny stosunek do centrum; o to, czy imitować, zabiegać i się jednoczyć, czy też szukać osobnych dróg rozwoju, buntować się i oddzielać. Żadne z tych zjawisk nie występowało w najstarszych krajach dzisiejszego centrum, ale w Japonii, pierwszym niezachodnim kraju, który zanim dołączył do centrum przeszedł przez fazę półperyferyjną – tak. Po trzecie wreszcie, o ścieżce rozwoju peryferii decyduje to, co specyficzne dla konkretnej zbiorowości – tu mieszczą się wszystkie kulturowe odrębności, także te związane z położeniem geograficznym. Jedno z tych zjawisk lokalno-kulturowych, szczególnych dla Europy Wschodniej, jest starsze niż kapitalizm, ale zostało wzmocnione przez nowoczesny kapitalizm. Chodzi o rodzaj podległości kulturowej, o fascynację i aspirowanie do Zachodu, które to tendencje mają swoje początki w epoce Renesansu. Inaczej niż na innych peryferiach, ze względu na wspólnotę religii, tradycji instytucjonalnych i bliskości geograficznej, w Europie Środkowo-Wschodniej częściej niż w innych peryferiach mamy przekonanie, że jesteśmy częścią Zachodu. Dylematy charakterystyczne dla krajów postkolonialnych rozgrywane są w związku z tym jako czysto kulturowe, często bez świadomości ich zakorzenienia w strukturach gospodarczych. A w kapitalizmie XIX–XX-wiecznym tendencje te jeszcze się zaostrzyły. Należało żyć tak, jak żyły klasy wyższe na Zachodzie. Wypadało tak samo się ubierać, tak samo mieszkać, to samo czytać – nawet jeśli po poobiedniej lekturze wymierzało się baty swojemu chłopu pańszczyźnianemu, co w bardziej rozwiniętej części Europy było już nie do pomyślenia.
– W polskiej narodowej historiografii często ścierają się ze sobą dwie wizje. Z jednej strony narracja martyrologiczno-niepodległościowa, która gloryfikuje utraconą Rzeczpospolitą przedrozbiorową. Niewiele uwagi poświęca się w niej pańszczyźnie czy polskiej kolonizacji tzw. Kresów Wschodnich, a dużo więcej – „złotej wolności szlacheckiej”, parlamentaryzmowi, społeczno-kulturowej różnorodności, domniemanej tolerancji itd. Większość historycznych problemów i nieszczęść, jakie spotkały nasz kraj, sprowadza się wedle niej do czynników zewnętrznych, przede wszystkim imperialnej polityki sąsiadujących mocarstw. Z drugiej strony mamy do czynienia z wizją liberalno-demaskatorską (do tego nurtu zaliczałaby się też, paradoksalnie, część tradycji endeckiej), która – wręcz przeciwnie – źródła naszych perturbacji dopatruje się w czynnikach wewnętrznych: polskim charakterze narodowym, niezdolności do zbudowania państwa silnego i zaspokajającego potrzeby swoich mieszkańców. Co bardziej radykalni zwolennicy tej narracji bywają wręcz skłonni twierdzić, że to zawsze siły zewnętrzne były w Polsce nośnikami postępu, modernizacji, a wewnętrzne – kołtuństwa i reakcji. Ostatnio ważne, szeroko dyskutowane książki mieszczące się w tym nurcie myślenia o polskiej historii opublikowali Jan Sowa i Andrzej Leder. Jak widzi Pani w tym kontekście znaczenie wpływów wewnętrznych i zewnętrznych na naszą peryferyjność?
– Oba wymienione podejścia są mi raczej obce. Prawicowi gloryfikatorzy szlacheckiego republikanizmu pomijają zwykle fakt, że był on ufundowany na wyzysku i zniewoleniu chłopów, czyli grupy ogromnej, stanowiącej większość społeczeństwa – zniewoleniu, które trwało aż do drugiej połowy XIX w., a także na nędzy małomiasteczkowych Żydów, żyjących z drobnego handlu i usług (wbrew mitowi o Polsce jako „żydowskim raju”, tylko garstka z nich stała się pod koniec XIX i w ciągu XX w. częścią lokalnej burżuazji i inteligencji) etc. Można oczywiście zrozumieć, z czego wynika ta idealizacja Rzeczpospolitej szlacheckiej. W dużej mierze jest to owoc tego, że – obarczone oczywiście wielkimi kosztami społecznymi – procesy modernizacyjne, związane z uprzemysłowieniem i wielkimi migracjami ludności do miast, odbywały się w Polsce pod zaborami, a więc i poza odpowiedzialnością lokalnych elit państwowych. Wolność kraju skojarzona została w tym dyskursie z obrazem przednowoczesnej, przedprzemysłowej, wiejskiej idylli. Tomasz Zarycki, mój kolega z zespołu badań nad peryferyjnością, szczegółowo zbadał przetrwanie i zachowanie kulturotwórczej roli polskiej arystokracji w PRL-u. Mimo utraty majątku, prześladowań, utrudnionego dostępu do edukacji i zatrudnienia przez dwa pokolenia, arystokracja zachowała silną pozycję w kulturze, tak, że ciągle wydaje się wzorotwórcza, jest cool. Ja tego osobiście, jako osoba o konkretnej biografii, wnuczka małorolnych chłopów z Mazowsza, zupełnie nie rozumiem. Jako socjolog przyjmuję wyjaśnienie Zaryckiego – w peryferiach słabych politycznie, rola kapitału kulturowego jest większa niż w centrum – przynosi on większe zyski, łatwiej się go reprodukuje, jest być może najpewniejszym rodzajem kapitału na szarpanych zmianami peryferiach. W Polsce szlachecki i magnacki styl życia stał się w XVI w. hegemoniczny. Jak mówił Małowist, kult spokojnej gospodarskiej satysfakcji pod lipą Jana Kochanowskiego rozwijał się w tym samym czasie, gdy nowymi bohaterami społeczeństw północno-zachodniej Europy stawali się odważni żeglarze, zamorscy kupcy i podróżnicy. Badania niedawno zmarłego Jacka Kochanowicza nad kulturą gospodarczą naszego peryferyjnego kapitalizmu (opisane w artykule pt. „Duch kapitalizmu na peryferiach”) wskazują, że ten wzór dobrego szlacheckiego życia okazał się bezkonkurencyjny przez następnych parę wieków, był atrakcyjny dla awansujących Żydów i chłopów, a nawet dla osiadłych tu Niemców-przemysłowców. Nie ma tak silnego i atrakcyjnego wzorca bycia Polakiem-przedsiębiorcą, fabrykantem, urzędnikiem czy robotnikiem.
To, że tak się nie musiało stać, pokazuje przypadek Rosji, kraju słabego gospodarczo, ale potężnego politycznie, gdzie szlachta utraciła znaczenie.
Zupełnie obce jest mi jednak również podejście, które kwestionuje sens istnienia suwerennej polskiej państwowości, a ociepla za to wizerunek obcych imperializmów. Wydaje mi się ono w gruncie rzeczy naiwne politycznie i szkodliwe. Z badań historyków, politologów i socjologów wynika, że struktury państwowe odegrały ogromną rolę w XIX-wiecznych przemianach modernizacyjnych i tworzeniu podstaw rozwoju gospodarczego na całym Zachodzie. W dotychczasowej historii nie można wskazać żadnego społeczeństwa, które z sukcesem przeszłoby modernizację poza strukturami własnego państwa narodowego. Przywoływany czasem w tym kontekście przykład Czech, najbardziej uprzemysłowionego regionu Imperium Habsburskiego w XIX w., jest o tyle niefortunny, że lokalna ludność czeska odgrywała tam rolę ludu skolonizowanego. To jest wielka debata także o roli kolonializmu dla rozwoju gospodarczego Ameryk, Azji, Afryki. Rozstrzygnięcia są tu polityczne, a nie czysto naukowe. Jestem przekonana, że kolonializm jest zły dla całościowo rozumianego zrównoważonego rozwoju, a państwo narodowe – dobre (jeśli nie wywołuje wojen).
– Leder i Sowa mogliby odpowiedzieć, że nie negują postępowej roli struktur państwa ani na Zachodzie, ani w Polsce. Zauważają jedynie, że w polskim przypadku były to przede wszystkim struktury obcych państw, kolonizatorów. W domyśle: nieprzypadkowo, bo Polacy są niezdolni do samodzielnej modernizacji.
– Przesłanie tych prac nie jest chyba aż tak esencjalizujące, przesądzające o naturze Polaków. To byłoby krzywdzące wobec Sowy i Ledera. Jednak w przesłaniu obu książek jest ta, zupełnie mi obca, niechęć do polskich tradycji politycznych. Państwo jest narzędziem obosiecznym – można wykorzystywać jego struktury na rzecz modernizacji, ale można też blokować przy jego pomocy różne potrzebne zmiany. Warto wziąć jednak pod uwagę to, jaka była polityka europejskich państw narodowych ukształtowanych w epoce nowożytnej, równolegle do przemysłowego kapitalizmu. Wiek XIX to okres kulminacji nacjonalizmu, tj. umacniania państw narodowych. Nacjonalizm rozumiem tu – za Ernestem Gellnerem – jako ideał polityczny, zgodnie z którym granice państwowe pokrywają się z granicami etnicznymi. Jak pokazują badania jego czy Michaela Manna, ukształtowanie się państw narodowych związane było z demokratyzacją: upowszechnieniem praw i wolności obywatelskich, parlamentaryzmu. W dziedzinie gospodarki wiązało się natomiast z protekcjonizmem, patriotyzmem konsumenckim i polityką nastawioną na wspieranie rozwoju rodzimego przemysłu i lokalnej burżuazji. Hasła tak rozumianego nacjonalizmu oraz m.in. postulaty reformy rolnej podnosiły również polskie stronnictwa niepodległościowe.
Widzę, jak nośne i atrakcyjne okazały się tezy Sowy i Ledera, gdy obserwuję moich kolegów humanistów – literaturoznawców i kulturoznawców. Jednak problem z interpretacjami w stylu Sowy i Ledera jest taki, że są kompletnie niefalsyfikowalne, tzn. nie da się ich poprzeć twardymi dowodami ani zweryfikować eksperymentalnie. Są one nie do przyjęcia z perspektywy nauk społecznych i historycznych skoncentrowanych na procesach gospodarczych. Nie można wskazać żadnego kraju na świecie, który rozkwitłby gospodarczo na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci w warunkach innych niż państwo narodowe. Ich wywody historyczne dobrze się czyta, ale mają one cechy samopotwierdzających się interpretacji – trochę jak w psychoanalizie, do której obaj się odwołują. Nawet podważające ich tezy zjawiska i fakty historyczne stają się dla nich ostatecznie potwierdzeniami problematyczności polskiej kultury i państwowości.
– Według narracji popularnych w debacie publicznej ostatnich 25 lat źródeł naszego zapóźnienia należy doszukiwać się przede wszystkim w okresie PRL i w narzuconym Polsce, niewydolnym ekonomicznie ustroju, jakim był realny socjalizm. W swoich pracach przypomina Pani, że strukturalne przyczyny zacofania polskiej gospodarki leżą głębiej. Jak zdefiniowałaby Pani w tym kontekście rzeczywistą rolę PRL-u? Czy był on po prostu – jak dowodzi w innej szeroko dyskutowanej książce ostatnich lat Adam Leszczyński – kolejną, dostosowaną po prostu do określonych realiów geopolitycznych próbą dokonania w naszym kraju modernizacji i przezwyciężenia peryferyjności? Jak widzi Pani bilans tego projektu? Czy przez 45 lat jego trwania zapóźnienie Polski względem centrów systemu światowego pogłębiło się czy zredukowało?
– Stan i poziom debaty nad tą częścią historii, zarówno w publicystyce, jak i w naukach społecznych, od lat 90., kiedy rzeczywiście prymitywne i ahistoryczne ujęcia problematyki zacofania były na porządku dziennym, bardzo się poprawiły. Dziś chyba już nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że PRL-u nie można ocenić jako okresu społeczno-gospodarczego upadku. Oprócz wspomnianej monografii Adama Leszczyńskiego „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” do grona prac, które przyczyniły się do tej zmiany można zaliczyć choćby „Odwieczny naród” Michała Łuczewskiego czy publikacje Tomasza Zaryckiego.
Z mojego punktu widzenia PRL była kolejną, nie pierwszą i nie ostatnią w polskiej historii, próbą przezwyciężenia zacofania. Podobnie jak poprzednie okazał się próbą niezbyt udaną. Wydaje mi się, że niespecjalnie owocne jest dziś zastanawianie się, czy PRL była radziecką kolonią, czy też nie. Badania historyczne okresu powojennego – o ile można zaufać ich konkluzjom, mimo że nie są poparte żadnymi sondażami – wskazują, że wprowadzenie zmian kojarzonych z realsocjalizmem miało poparcie większości obywateli. Mam na myśli takie podstawowe rozstrzygnięcia ustrojowe jak reforma rolna (jedna z najważniejszych niezałatwionych spraw II Rzeczpospolitej), upowszechnienie dostępu do edukacji czy zniesienie tytułów i konfiskata majątków arystokratycznych. Były one zarówno wyczekiwane, jak i potrzebnych z punktu widzenia rozwoju kraju.
– Z drugiej strony mówi się o rysach wspólnych reform powojennych po obu stronach żelaznej kurtyny. Zarówno kapitalistyczny Zachód, jak i komunistyczny Wschód wprowadzały w tamtym okresie powszechne usługi publiczne i nie bały się interwencjonizmu państwowego – zarówno tego prorozwojowego, np. w postaci inwestycji w nowoczesny przemysł, jak i prospołecznego, związanego z ograniczaniem nierówności. Zgodnie z tym „ponadblokowym” podejściem należałoby stwierdzić, że z dwóch modeli opartych na istotnej roli państwa, to ten zachodni okazał się skuteczniejszy i bardziej rozwojowy.
– Intuicja historyczno-socjologiczna podpowiada mi, że europejskie welfare state najprawdopodobniej nie rozwinęłoby się w takim stopniu, gdyby nie istniał konkurencyjny model ustrojowy wspierany przez potężny po wojnie ZSRR. Bez tej presji ideologiczno-propagandowej ze strony bloku wschodniego przesunięcie konsensusu politycznego na lewo i wzmocnienie strony pracowniczej w stosunkach pracy na Zachodzie wydaje mi się mało prawdopodobne. Trzeba pamiętać, że model radziecki jawił się w pierwszych powojennych dekadach jako atrakcyjny, a kompromitacje na tle gospodarczym i politycznym były dopiero przed nim. Ale to oczywiście są tylko spekulacje.
– Równie nieumotywowany i ahistoryczny charakter mają jednak sugestie „polonosceptyków”, zwolenników przeprowadzenia ogólnonarodowej psychoanalizy itd., że bez radzieckiej „czapy” nie przeprowadzilibyśmy w Polsce żadnej modernizacji ani prospołecznych reform. Twierdzą tak, mimo że wszystkie ugrupowania Państwa Podziemnego przesunęły się w okresie wojny i okupacji na lewo pod względem programowym, co odzwierciedlają oficjalne dokumenty wydawane przez Radę Jedności Narodowej i poszczególne stronnictwa.
– To prawda, to także są tylko spekulacje. Świadczy to o fakcie, że stosunek do tej kwestii determinują przede wszystkim tożsamości i światopoglądy polityczno-ideowe. To, co jest jasne, to tyle, że PRL miał swoje ciemne strony zarówno na poziomie politycznym (represje, brak podstawowych wolności obywatelskich), jak i społeczno-gospodarczym. Przemiany w ideologii, propagandzie i praktyce politycznej ówczesnych władz, ich stopniowe odchodzenie od marksizmu w stronę różnie pojmowanego pragmatyzmu, stanowią zresztą świadectwo, że same zdawały sobie do pewnego stopnia sprawę z bankructwa pierwotnych założeń.
– A czy wydaje się Pani, że dla sytuacji rozwojowej regionu istotne znaczenie miała geopolityka, tzn. to, w czyjej strefie wpływów poszczególne kraje lądowały lub na jakie ośrodki się orientowały? W polskim przypadku kwestia wydaje się szczególnie istotna w związku z okresem zaborów.
– Pozycja biednego regionu w ramach bardziej rozwiniętego organizmu politycznego niekoniecznie musi być lepsza niż pozycja silnego gospodarczo regionu w ramach mniej rozwiniętego mocarstwa. Na przykład Wielkopolska miała zdecydowanie bardziej rolniczy charakter niż Kongresówka. Chociaż jednocześnie było to rolnictwo nowocześniejsze, bardziej wydajne, chłopi pracowali w lepszych warunkach i obowiązkowo uczęszczali do niemieckich szkół. Znaczna część najważniejszych zakładów przemysłowych, które powstały na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX w., znajdowała się na terenach zaboru rosyjskiego. Gęstość sieci kolejowej była największa w zaborze pruskim, ale już ich wykorzystanie przez przemysł było większe w rosyjskim.
– Jakie znaczenie w tym kontekście może mieć w przyszłości fakt, że część naszego regionu przyłączyła się w ostatnim 25-leciu do Unii Europejskiej? Czy integracja ze strukturami europejskimi trwale podzieli region pod względem rozwojowym na „Europę Wschodnią dwóch prędkości”?
– Na wejście krajów regionu do Unii Europejskiej trzeba patrzeć jak na kolejną strategię przezwyciężenia zacofania. Jest to oczywiście projekt zupełnie inny niż realny socjalizm. Upodabnia je do siebie jedynie fakt, że oba są oparte na imitacji pewnego gotowego modelu, a nie wytworzone lokalnie w sposób autonomiczny. Tyle że tym razem przywieziono nam rozwiązania w teczkach bez wsparcia bagnetów i policji politycznej. Oczywiście jest to różnica zasadnicza, ale problem z modelami z importu polega na tym, że niekoniecznie zakorzenione są one w realnych potrzebach tutejszych społeczeństw. Jest za wcześnie, żeby orzec, na ile projekt unijny jest udany z perspektywy jego wschodnioeuropejskich uczestników. Jeśli jednak porównamy dzisiejszą sytuację członków Unii w naszym regionie z krajami, które do Unii nie weszły, to odnosi się wrażenie, że akcesja w każdym niemal przypadku była korzystna.
– A czy dostrzega Pani jakieś negatywne dla krajów naszego regionu skutki uboczne wejścia do Unii lub spodziewa się, że z czasem mogą się one ujawnić?
– Przez ostatnią dekadę zajmowałam się przede wszystkim problematyką międzynarodowych migracji, bo wydaje mi się, że ogniskuje ona w sobie wiele problemów i wiele aspektów globalnych zależności. Od 200 lat migracje stanowią jeden z najbardziej podstawowych i zarazem najpewniejszych wskaźników peryferyjności w ramach świata kapitalistycznego. Ludzie migrują w poszukiwaniu pracy i zarobku z krajów biedniejszych do bogatszych, z peryferyjnych do centralnych. Zdarzają się przypadki odmienne, jak migrujący pracownicy korporacji, którzy są delegowani z centrum do obejmowania stanowisk w krajach peryferyjnych, ale główny strumień migracji to migracje zarobkowe.
Myślę, że migracje są też jedną ze sfer, z którymi wiązać się może sporo napięć i niebezpieczeństwo pojawienia się skutków ubocznych. Migracje, które miały spełniać w europejskim systemie funkcję swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, w praktyce okazują się dla obywateli najmłodszych i zarazem najbiedniejszych państw członkowskich osobną strategią radzenia sobie z peryferyjnością w ramach elitarnego klubu Unii Europejskiej. I jako strategia łatwo okazać się mogą półśrodkiem – swego rodzaju „zapchajdziurą” budżetów domowych i krajowych, prowadzącą jednocześnie do rozpowszechnienia zjawiska pracy poniżej kwalifikacji, problemów demograficznych czy choćby do załamania się systemów emerytalnych, nie przyczyniając się przy tym do długotrwałego rozwoju.
– Jak i na ile Pani zdaniem zmieniła się sytuacja, jeśli chodzi o uznanie i rozpoznanie w głównym nurcie debaty publicznej i naukowej problematyki globalnych zależności czy też podziałów centroperyferyjnych? Wspominała Pani, że monografia „Zrozumieć zacofanie” powstała do pewnego stopnia w kontrze do ducha czasów i atmosfery, jaka panowała wówczas w polskich naukach społecznych.
– Gdy pisałam pierwszy artykuł dotyczący kwestii pozycji Europy Wschodniej wobec Zachodu w połowie lat 90. („Tu, Tam – pomieszanie”; ukazał się w „Studiach Socjologicznych” w 1997 r.), miałam wrażenie, że poruszam się po terenach nierozpoznanych, niemal pustych. W tym czasie ukazały się prace o zbliżonej tematyce, w tym autorstwa wybitnych i znanych socjologów – Jacka Kochanowicza, Jadwigi Staniszkis czy Witolda Morawskiego. Moja koleżanka z tej samej grupy badaczy peryferyjności, Agnieszka Kolasa-Nowak, która bada dyskurs transformacyjny, twierdzi, że autentyczny przełom nastąpił w okolicach połowy pierwszej dekady XXI w. Być może wynikało to z zachodzącej stopniowo zmiany pokoleniowej. Inne wyjaśnienie Kolasy to zmiany świadomości po wejściu do Unii Europejskiej, co oznaczało – także dla socjologów – konfrontację z jej realnością. Europa przestała być wtedy mitycznym tworem i odległym celem. Moja książka wyszła akurat w momencie wejścia do Unii Europejskiej, wiosną 2004 r. Jednak poza środowiskiem naukowym wzbudziła zainteresowanie bodaj wyłącznie w środowiskach radykalnej lewicy, które doceniły poważne (nawet jeśli krytyczne) potraktowanie tezy kolonialnej przez kogoś spoza własnego grona. Wydaje mi się, że prawdziwy przełom w dyskursie publicznym następuje dopiero teraz, w drugiej dekadzie XXI w., wraz z ukazywaniem się wspomnianych książek Sowy, Ledera, Leszczyńskiego czy Łuczewskiego. Cieszy przy tym fakt, że debata o peryferyjności Polski i jej regionu oraz o strategiach jej przezwyciężania wyszła poza nisze tego czy innego obozu politycznego.
– A jak jest z wychodzeniem tej tematyki z niszy akademickiej i przebijaniem się do szerszej publiczności?
– Mam wrażenie, że ten proces również ma miejsce. Patrząc na to odrobinę cynicznie, można by podejrzewać, że ma on związek z faktem, iż problemy społeczne związane z aktualnym etapem rozwoju globalnego kapitalizmu oraz naszej pozycji w tym systemie zaczęły dotykać także wpływowych, opiniotwórczych grup pochodzących z klasy średniej – włącznie z pracownikami mediów, naukowcami, publicystami. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak bezrobocie wśród osób z wyższym wykształceniem, problem umów śmieciowych, a ostatnio problemy kredytobiorców. Gdy pisałam „Zrozumieć zacofanie”, te zjawiska były niemal nieobecne. Klasa średnia w powszechnym – a także własnym – mniemaniu była wielką beneficjentką reform rynkowych i czuła, że duch historii jest po jej stronie. A problemy społeczne, określane wdzięcznie mianem „patologii”, miały być niemal wyłączną domeną środowisk robotniczych, chłopskich, PGR-ów i małych miasteczek. Bardzo dobrze pamiętam – i z goryczą wspominam w kontekście obecnej debaty nad pomocą państwa dla zadłużonych we frankach – protesty zadłużonych rolników zorganizowanych przez Leppera. Media im wtedy nie współczuły, mimo że ich sytuacja była bezpośrednią konsekwencją polityki pieniężnej prowadzonej przez państwo. Zgodnie z liberalnymi dogmatami twierdzono, że setki obywateli same są sobie winne, bo gdy się bierze kredyt, to trzeba się liczyć z ryzykiem. Oczywiście ten nieproporcjonalny wpływ klasy średniej na debatę publiczną i politykę to nie jest tylko polska przypadłość. Od kilku lat zajmuję się badaniami nad społeczeństwem amerykańskim i mogę powiedzieć, że tego typu mechanizmy funkcjonują również tam. Jeśli jakiś problem dotyka klasy średniej, wykształconej, mającej dostęp do mediów, będącej w stanie sformułować i wyartykułować w atrakcyjny sposób swoje postulaty, nagłośnić je i wzbudzić współczucie opinii publicznej, wtedy wchodzi on do mainstreamu.
– Krytykuje Pani podejście, które definiuje polskie wyzwania modernizacyjne w kategoriach „doganiania Zachodu”, ale sama używa Pani w swoich pracach pojęcia „zacofanie”, które wydaje się pochodzić z tego samego rejestru, stosowanego niejednokrotnie do uzasadniania z jednej strony imitacji, a z drugiej quasi-kolonialnej interwencji. Dlaczego?
– Rozumiem, że chodzi o to, iż termin „zacofanie” czy „zapóźnienie” kojarzy się z ewolucjonistycznym, liniowym sposobem myślenia o rozwoju: że są jakieś etapy wspólne dla wszystkich społeczeństw, jest przód i tył. Tak rzeczywiście jest, ma prawo tak się ewolucjonistycznie kojarzyć, ale nie mamy lepszego słownika. Wybrałam słowo „zacofanie” na oznaczenie słabości gospodarczej kraju lub regionu i używam go opisowo, bez tej ewolucjonistycznej interpretacji. Zależność, peryferyjność, opóźnienie – to już konkretne interpretacje przyczyn zacofania. Słabość gospodarcza to z kolei pojęcie zbyt szerokie, nie skłaniające do pytań o kontekst systemowy. Choć z grubsza o to po prostu chodzi: zacofanie to względna – wobec centrum – słabość. Pamiętam, że gdy przedstawiałam swoją książkę kolegom z New York University – to byli w większości socjologowie kultury i socjologowie edukacji – w dyskusji pojawiło się skojarzenie, które mnie dotknęło: Aha, zacofanie, rozumiemy, to coś jak „kultura biedy”. „Kultura biedy” jest zaś określeniem, którego używa się w amerykańskim dyskursie publicznym do wyjaśniania nędzy Portorykańczyków czy Afro-Amerykanów w sposób, który zakłada winę, a przynajmniej pewną wrodzoną niezdolność tych nędzarzy do bycia kimś innym. Uświadomiłam sobie wtedy, że mówienie na Zachodzie o wschodnioeuropejskim zacofaniu może mieć inne implikacje niż u nas.
Co możemy powiedzieć, nie brnąc w żargon, jakich słów użyć, żeby diagnoza sytuacji była dla nas jednocześnie mobilizująca do rozwoju, żeby nie wpędzała nas w kompleksy, a Zachodu nie utwierdzała w jego stereotypach na nasz temat? Możemy z tych dylematów wybrnąć tylko nazywając rzecz po imieniu. Lubię używać w tym kontekście anegdoty ze świata sztuki: polski reżyser teatralny, Cezary Tomaszewski, wystawił w 2009 r. w Wiedniu sztukę opartą na operetce „Wesoła wdówka” Franza Lehara. W rolach głównych obsadził cztery polskie sprzątaczki, naturszczyczki, choć niektóre miały za sobą studia wyższe. W finale sztuki ubrał je w futra z norek – wbrew rekomendacji ambasady RP, sponsorującej przedstawienie. W Wiedniu panował bowiem stereotyp na temat polskich sprzątaczek, jakoby przeznaczały swoje pierwsze zaoszczędzone pieniądze na futra. Wydaje mi się, że jako socjologowie z kraju peryferyjnego też musimy te metaforyczne norki założyć, mówić o naszych krajach poprzez doświadczenia sprzątaczek, a nie ukrywać się za poezją Miłosza i muzyką Pendereckiego. To muszą robić politycy i dyplomaci.
– A jak zmieniał się w ostatnich dekadach obraz Europy Wschodniej na Zachodzie? Na ile kwestia jej peryferyjności była tam zauważana?
– W światowych naukach społecznych teza o kolonialnym charakterze relacji naszego regionu z Zachodem ma się bardzo dobrze, jeśli nie jest wręcz dominująca. Podejście kolonialne było tam poważnie traktowane nawet w latach 90., gdy tak trudno było przekonać do niego polskich kolegów i koleżanki, przebić się z nim na uczelniach i w mediach. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie reakcje zachodnich odbiorców na moje referaty, gdy okazywało się, że rzeczy niezwykle kontrowersyjne w polskim kontekście, są np. w USA trochę wyważaniem otwartych drzwi. Dla tamtejszych nauk historycznych jednym z podstawowych punktów odniesienia w myśleniu o naszym regionie był i pozostaje do dziś Witold Kula. Na konferencjach i stypendiach na Zachodzie zorientowałam się, że to, co dla europejskich badaczy jest w Europie Wschodniej najbardziej interesujące, to skutki liberalnych reform dla struktury tutejszych społeczeństw – powstanie miejskiej podklasy, problem strukturalnego bezrobocia czy sytuacja w byłych PGR-ach. Czyli dokładnie te sprawy, od których polska socjologia uciekała.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Łukasz Maślanka | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Znaczenie terminu „Ameryka Łacińska” jest dla wszystkich oczywiste: chodzi o kraje położone na południe od USA, które (poza małymi wyjątkami) łączą język i kultura dwóch dawnych mocarstw kolonialnych Półwyspu Iberyjskiego – Hiszpanii i Portugalii. Tak silna więź nie przeszkadza jednak istnieniu potężnych różnic kulturowych między poszczególnymi narodami i państwami; różnic, które przekładają się także na współczesny ustrój i porządek społeczny. Ograniczywszy się do terenu Ameryki Południowej, stajemy w obliczu dwóch wyrazistych podziałów, z których jeden ma oblicze polityczne, drugi społeczne.
Pierwszy z nich polaryzuje się wokół stosunku do Stanów Zjednoczonych, drugi zaś – do Europy. Podział polityczny dotyczy dziedzin tak kluczowych z punktu widzenia każdego państwa, jak system ekonomiczny i poglądy na suwerenność narodową. W Ameryce Południowej wciąż są państwa, które przyszłość widzą w zacieśnianiu stosunków gospodarczych z Ameryką Północną na zasadach wolnego handlu i przepływu kapitałów w stosunkach zewnętrznych oraz dyscypliny fiskalnej – w wewnętrznych. Do tej grupy zaliczamy Kolumbię Peru, Chile, zaś poza kontynentem południowoamerykańskim także Meksyk. Wkrótce dołączy do niej prawdopodobnie Paragwaj. Drugą stroną tego sporu są kraje dopatrujące się przyczyn złej (czasami wręcz katastrofalnej) sytuacji społecznej właśnie w tej polityce, której głównymi promotorami były Stany Zjednoczone, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Jako alternatywę proponują niezależność od strefy dolarowej, silną (mniej lub bardziej inkluzywną) tożsamość narodową i dążącą do autarkii politykę gospodarczą, opartą o silny przemysł, mniej rozwarstwione społeczeństwo i bogactwa naturalne. Najgłośniejszymi i najbardziej skrajnymi reprezentantami tej grupy są oczywiście Wenezuela, Boliwia i Ekwador (wraz z Kubą tworzące Sojusz Boliwariański dla Ludów naszej Ameryki – ALBA), lecz należą do niej także Argentyna, Brazylia i Urugwaj (współpracujące ze sobą w ramach grupy MERCOSUR).
Podział społeczny dotyczy natomiast stopnia identyfikacji ludności tych krajów z kulturą byłej metropolii – nie chodzi tutaj tylko o Hiszpanię i Portugalię, lecz także o wszystkie inne kierunki, z których napływała tam imigracja: Włochy, Niemcy, Polska… Przebiega ona częściowo zgodnie z granicami państwowymi: bardzo zeuropeizowane Chile i Argentyna obok niezwykle silnie identyfikującej się z kulturą autochtoniczną Boliwii; częściowo zaś z klasowymi: zasadniczo większe ciążenie klasy średniej i wyższej ku kulturze europejskiej versus przywiązanie do kultur indiańskich wśród klas uboższych.
Chciałbym, aby niniejszy artykuł był próbą rozrachunku z moimi własnymi poglądami, które przedstawiłem m.in. w tekście „Notatki iberoamerykańskie”, opublikowanym ponad rok temu na portalu „Nowe Peryferie”. Wyrażałem w nim wówczas entuzjazm w stosunku do nowej fali łagodnego, jak wówczas sądziłem, eksperymentu populistycznego w niektórych, bardziej zeuropeizowanych krajach kontynentu południowoamerykańskiego, zwłaszcza w Argentynie. Wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy wystawiły mój optymizm na poważną próbę, a w końcu doprowadziły do załamania wiary w sensowność działań podejmowanych przez rządzącą ekipę peronistyczną. Zarysowywanie się natomiast w skali światowej swoistej osi kleptokratycznej, złożonej z państw odrzucających reguły wolnego rynku tam, gdzie ich transparentność utrudnia działania korupcyjne na wielką skalę, zaś nie wyrzekających się dziewiętnastowiecznego wyzysku tam, gdzie chodzi o maksymalizację zysków (Chiny, Rosja, Wenezuela, Argentyna, Iran), sprawiło, że znacznie wzrosła moja nieufność do formułowanych alternatyw wobec kapitalizmu, w tym wobec jego europejskiej wersji socjaldemokratycznej.
Bankructwo argentyńskie pierwszej dekady XXI wieku uznane zostało przez wielu ekonomistów (np. przez Josepha Stiglitza) za najbardziej efektowny przykład porażki neoliberalnej koncepcji ekonomicznej, wdrażanej w wielu krajach tego regionu od początku lat 80. W samej Argentynie widać to było w pełnej krasie dopiero po upadku dyktatury wojskowej, zwłaszcza podczas przypadającej na całą dekadę lat 90. prezydentury Carlosa Saúla Menema. Dokonano wtedy prywatyzacji (i praktycznej likwidacji) większości liczących się gałęzi przemysłu oraz rozczłonkowania infrastruktury energetycznej, kolejowej, drogowej, gazowej itd. Procesy te przebiegały z intensywnością zupełnie nieporównywalną do krytykowanych często – skądinąd słusznie – zjawisk polskich reform po 1989 roku. Powszechnej wyprzedaży majątku narodowego i gwałtownej redukcji obciążeń fiskalnych, mających na celu pobudzenie inicjatywy prywatnej, nie towarzyszyła jednak redukcja dość obfitych – ze względu na silnie zakorzenione w Argentynie tradycje syndykalistyczne – przywilejów socjalnych, głównie w postaci dotacji. Inflację, która była zmorą poprzednich dekad, udało się opanować poprzez wymianę waluty i ścisłe powiązanie nowego peso z dolarem (w parytecie 1:1). Obrona tego kursu wymagała, zwłaszcza w chwili, gdy kryzys dał już o sobie znać, poważnych interwencji na rynku walut, finansowanych przez dług zagraniczny. Ekipa Menema zastała państwo argentyńskie w stanie dość poważnego zadłużenia, którego siłą sprawczą byli przede wszystkim wojskowi oraz pierwsza administracja demokratyczna. W ciągu dziesięciu lat swoich rządów doprowadzili oni jednak dług do sumy 130 miliardów dolarów, zaś jego obsługa przestała być w pewnym momencie możliwa.
Lewicowi krytycy ideologii neoliberalnej mają rację, gdy wskazują na bardzo duże koszty społeczne tego typu systemu. Nie jest jednak tak, że zawsze musi się on skończyć zapaścią w stylu argentyńskim. Jest wręcz przeciwnie. Ośmielę się stwierdzić, że jego popularność w międzynarodowych organizacjach finansowych nie wynika tylko z tego, że umożliwia łatwiejsze instalowanie się kapitału krajów wysoko rozwiniętych w państwach biednych i średnio zamożnych. Wynika ona raczej z jego prostoty i właśnie stabilności, jaką zapewnia. Przykładem może być chociażby graniczące z Argentyną Chile, a także postkomunistyczne kraje Europy Środkowej. Wyjątkowość przypadku argentyńskiego polegała natomiast na tym, że doszło w tym kraju do zetknięcia się dwóch silnych prądów polityczno-ideologicznych, z których jeden, dominujący, był w stanie zabezpieczyć interesy swojej klienteli bez brania jednocześnie pod uwagę globalnej sytuacji ekonomicznej kraju.
Od ponad pół wieku rozwija się w Argentynie silna tradycja populistyczna, której duchowym patronem jest kontrowersyjne małżeństwo Peronów. Choć pierwotnie usadowiona wśród proletariatu i wielkomiejskiej biedoty, skupiająca się na przekształcaniu płynących z Europy idei (głównie socjalistycznych, ale też faszystowsko-korporacjonistycznych), z czasem okrzepła wśród struktur państwa, wytworzyła własną elitę polityczno-oligarchiczną i cieszy się wsparciem części klasy średniej, przede wszystkim z niewielkich miast i odleglejszych prowincji. Przyznawanie się do peronizmu nie wiąże się obecnie z żadnym konkretnym światopoglądem, lecz jest raczej akcesem do korporacji czasami wzajemnie wspierającej się, a czasem zwalczającej się na różnych poziomach. Peronistą był ultraliberał Carlos Menem, jest nim również skrajna interwencjonistka Cristina Fernández de Kirchner, kończąca w tym roku drugą kadencję prezydencką. Tym, co łączy wszystkich peronistów bez wyjątku, jest raczej styl uprawiania polityki, charakteryzujący się konfliktowaniem kolejnych grup społecznych i podporządkowywaniem aparatu urzędniczego potrzebom elity i elektoratu. Jako że pogodzenie tak różnorodnych i często sprzecznych wymagań jest bardzo trudne, prowadzi to do instytucjonalnego i merytorycznego chaosu.
Radykałowie tworzą drugą wielką tradycję polityczną Argentyny. Ma ona nieco starszy rodowód i wywodzi się ze zwycięskich bojów ideologicznych, jakie pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku toczyła świecka i liberalna inteligencja z rządzącymi elitami konserwatywnymi, cieszącymi się głównie poparciem posiadaczy ziemskich. Radykałowie, nawiązując do programu podobnych środowisk we Francji i we Włoszech, zdołali dojść do władzy w latach 20. i 30. XX wieku, przeprowadzając wiele śmiałych i postępowych reform, które uczyniły Argentynę wielkim graczem międzynarodowego handlu żywnością. Zreformowali – choć dopiero pod wpływem dramatycznych protestów studenckich – ustrój uniwersytetów, rozpowszechnili edukację i wspierali uprzemysłowienie, bez jednoczesnego sięgania zbyt często po narzędzia interwencji państwowej. Z czasem politycy radykalni stali się ostoją establishmentu i reprezentantami wielkomiejskiej, zeuropeizowanej klasy średniej, ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej obciążeniami, które nam mogą się kojarzyć z wizerunkiem nieboszczki Unii Wolności. Nie mieli oni również zbyt wielkiego szczęścia po upadku dyktatury: pierwszym demokratycznym prezydentem został radykał Raúl Alfonsin, powszechnie szanowany w kraju za odbudowę instytucji państwa prawa, lecz jednocześnie lekceważony za miękkość i nieumiejętność radzenia sobie z narastającym kryzysem gospodarczym w latach 80. Postępująca inflacja i narastający dług przekonały Argentyńczyków, że niezbędne są rozwiązania radykalne, które zaoferowali „prawicowi” peroniści Menema. Drugi, o wiele krótszy epizod rządów radykalnych, nastąpił po jego odejściu w 1999 r., gdy urząd prezydenta objął Fernando de la Rúa. Mimo mandatu społecznego de la Rúa nie był w stanie uporać się z „dziedzictwem” poprzednika, postulowane przez niego reformy oszczędnościowe były atakowane przez opozycję, a on sam nie wykazał się – jako kolejny polityk radykalny – wystarczająco silnym charakterem i odszedł ze stanowiska przed końcem kadencji w nie najlepszym stylu. W efekcie, w sposób w dużej mierze niezawiniony, radykałowie utrwalili w głowach Argentyńczyków swój wizerunek jako ci, którzy „nie umieją rządzić”, co trafnie podsumował jeden z publicystów najpoważniejszego argentyńskiego dziennika „La Nación”: żeby zrozumieć współczesną sytuację polityczną w Argentynie, trzeba przyjąć do wiadomości, że ekipie rządzącej od dwudziestu lat udało się wmówić, iż wszystkie nieszczęścia kraju wydarzyły się w ciągu dwóch lat, podczas których nie rządziła.
Stabilność polityczną udało się krajowi odzyskać dopiero w 2003 r., gdy wybory prezydenckie wygrał dość niespodziewanie lewicowy peronista i milioner z Patagonii, Nestor Kirchner. Energicznie przystąpił do renegocjacji długu zagranicznego Argentyny, na którym to polu odniósł poważny sukces: ok. 90% najpoważniejszych wierzycieli (w tym wszystkie państwa, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi) zgodziło się na redukcję zadłużenia do zaledwie 25% jego pierwotnej sumy. Do nieprzejednanych należała grupa wierzycieli prywatnych, głównie banków i funduszy inwestycyjnych, które wcześniej wykupiły obligacje od prywatnych właścicieli za bezcen, a następnie domagały się od państwa argentyńskiego całej sumy. W tym właśnie wydarzeniu tkwi zarzewie obecnego kryzysu. Trzeba od razu dodać, że ówczesny emitent obligacji oddał jurysdykcję w ich sprawie sądowi stanu Nowy Jork, wychodząc ze słusznego założenia, że sądownictwo zasadniczo sprzyjające wierzycielowi spowoduje niższe oprocentowanie długu.
Fundusze spekulacyjne wygrały w zeszłym roku proces przed sądem amerykańskim, co wywołało falę zrozumiałego oburzenia w Argentynie. Rząd postanowił jednak wykorzystać okazję do rozpętania kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym w ogóle, zaś ekipie Baracka Obamy w szczególności – tej samej ekipie, która wcześniej umorzyła 75% długu państwowego Argentyny, a następnie opowiedziała się przed sądem – występując jako amicus curiae – przeciwko funduszom spekulacyjnym. Jeden z opozycyjnych publicystów napisał, że Cristina Kirchner nie rozumie lub raczej nie chce zrozumieć, iż sądy w USA nie działają tak samo jak w Argentynie czy Wenezueli i nie są „na telefon”. Przeoczył jednak fakt, że w bardzo podobnej sprawie dotyczącej sprzymierzonego z USA Konga, prezydent George W. Bush uniemożliwił wykonanie wyroku, argumentując, że sąd wkracza w obszar kompetencji władzy wykonawczej, wyrokując w sprawie długów państw.
Kirchner zadowolił się porozumieniem z większością wierzycieli, mając nadzieję, że uda mu się na drodze sądowej unieważnić roszczenia mniejszości lub zmusić ją do przystąpienia do ugody zawartej z większością. Przedsięwziął jednocześnie realizowanie redystrybucyjnych obietnic wyborczych, finansując je w dużej mierze z dochodów eksportowych. Przez długie lata pierwszej dekady XXI w. szczęście dopisywało jego administracji – na rynkach międzynarodowych obowiązywały wysokie ceny eksportowanych przez Argentynę surowców, przede wszystkim soi. Pozbawiony możliwości zadłużania się przez emisję obligacji, kraj związał nadzieje na rozwój z handlem materiałami nieprzetworzonymi, co upodabnia go trochę do Rosji, Wenezueli czy państw Zatoki Perskiej. Patrząc z perspektywy roku 2015, można stwierdzić, że tego rodzaju gospodarki skłonne są do przyjmowania podobnego modelu politycznego. Argentyna, w porównaniu z reżimami Putina, ajatollahów czy Cháveza-Maduro, oczywiście jest wciąż krajem bardzo demokratycznym, lecz metody walki z opozycyjną prasą, traktowanie opozycji przez ekipę rządzącą czy maksymalizowanie zysków z eksportu surowców kosztem praw ludności indiańskiej, zbliżają ją niebezpiecznie do tego modelu. Podobnie jak to możemy zaobserwować w Rosji czy Wenezueli, zakres swobód ograniczany jest wraz z pogarszaniem się sytuacji na rynkach i pozbywaniem się przez elektorat złudzeń co do obranego modelu rozwoju.
Latem 2014 r. w dzienniku „Die Welt” ukazał się obszerny artykuł o kosztach społecznych ciągłego poszerzania obszarów upraw soi w północnej Argentynie w prowincji Formosa. Współpraca właścicieli plantacji – często wielkich koncernów, takich jak Monsanto czy Bayer, których doskonałe stosunki z rządem są kolejnym dowodem na ideową niekonsekwencję tego ostatniego – z lokalną policją prowadzi do brutalnych przesiedleń, a nawet morderstw wśród lokalnej ludności1. Spadek cen soi i ekstensywny charakter rolnictwa w Argentynie wymusza powiększanie obszarów uprawnych w coraz większym tempie, gdyż budżet kraju jest w sporej części uzależniony od zysków z eksportu tej rośliny2. O sytuacji nie informuje także opozycyjna zazwyczaj prasa ogólnokrajowa, co może świadczyć o istnieniu jakiejś ponadfrakcyjnej zmowy milczenia.
Trzeba podkreślić, że propaganda ekipy rządzącej Argentyną, zupełnie jak w Rosji i Wenezueli, wciąż mówi o industrializacji, nowoczesności i postępie, podczas gdy coraz bardziej uzależnia się ona od trzecioświatowych metod pozyskiwania kapitału i towarów. Mam na myśli m.in. wspomniany już eksport surowców oraz długoterminowe umowy importowe z Chinami, przypominające te, które mocarstwo azjatyckie zawiera z krajami afrykańskimi.
Należy jednak przyznać, że reformy socjalne przyniosły również pozytywne efekty. Podróżując przez północno-zachodnie pogranicze kraju dowiedziałem się na przykład, że udało się dokonać elektryfikacji najbardziej oddalonych nawet miejscowości górskich, instalując w nich kolektory słoneczne. Po raz pierwszy w historii obowiązek oświatowy zaczął być konsekwentnie egzekwowany, gdyż państwo zaczęło zapewniać transport dzieci i młodzieży do placówek edukacyjnych. Wśród licznych nacjonalizacji, które przedstawiano jako naprawienie błędów poprzedników, były także te niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego lub wynikające z ewidentnej złej woli nowych właścicieli, dążących do zniszczenia przejętych przez siebie przedsiębiorstw. Można tu wymienić przykład argentyńskich linii lotniczych (działających obecnie wyłącznie dzięki ogromnym dotacjom państwowym, lecz jednocześnie uratowanych od likwidacji), koncernu naftowego YPF lub sporej części infrastruktury energetycznej. Nacjonalizacje za czasów rządów Cristiny Kirchner były często dokonywane bez odszkodowania, co naraziło Argentynę na kosztowne i przegrane procesy przed międzynarodowymi organami sądowniczymi i arbitrażowymi. Odszkodowanie dla hiszpańskiego Repsolu, byłego właściciela YPF, ma wynosić 9 miliardów dolarów. Czy zarząd państwowy, składający się często z co ambitniejszych działaczy młodzieżówek peronistycznych, będzie w stanie wyprowadzić przejęte przedsiębiorstwa na prostą i sprawić, by przynosiły zyski? Przykłady Aerolineas Argentinas czy nieskuteczność argentyńskich wysiłków w kierunku eksploatacji złóż gazu i ropy w Patagonii, nie nastrajają optymistycznie.
Poprawa sytuacji nastąpiła jednak głównie w prowincjach słabo zaludnionych i związana była z rozbudową infrastruktury. Sytuacja warstw uboższych w wielkich aglomeracjach jest gorsza niż 15 lat temu, gdyż na skalę dotychczas w Argentynie nienotowaną rozwija się przestępczość i – wspierany przez wysoko postawionych polityków – handel narkotykami. Wciąż niewyjaśniona została afera udzielenia przez państwo zgody na import efedryny będącej składnikiem narkotyków metaamfetaminowych3. Środek ów służył również do produkcji innych leków, lecz w jednym roku sprowadzono go do Argentyny w ilości kilkunastokrotnie przewyższającej zapotrzebowanie. Utrudniane przez władze wykonawczą postępowanie prokuratorskie wykazało, że ślady afery prowadzą do pałacu prezydenckiego. Z raportu agendy ONZ wynika, że Argentyna jest obecnie trzecim światowym eksporterem kokainy4. Ta sama organizacja alarmuje o najwyższej w Ameryce Łacińskiej liczbie napadów rabunkowych – 973,3 napady na 100 tys. mieszkańców w 2013 r.
Szok społeczny, jakim była niewypłacalność 2001 roku, dotknął nie tylko wyborców, ale także polityków. Ekipa Kirchnera była w zasadzie jedyną zdeterminowaną wówczas do objęcia rządów w kraju. Ten stan rzeczy utrzymuje się do dziś. Głównym opozycjonistą wobec Cristiny Kirchner nie jest żadna partia parlamentarna, lecz stołeczna prasa. Zachęca to do naginania zasad demokracji i zacierania podziałów między sferami prywatną, partyjną i państwową.
Warto zadać pytanie, czy ów projekt ideologiczny, który ta ekipa realizuje, ma charakter socjaldemokratyczny lub przynajmniej jest do nich zbliżony. Tak właśnie mogło się wydawać przez pierwszych kilka lat jego funkcjonowania. Wzrost gospodarczy był wysoki lub bardzo wysoki. Bezrobocie spadło z 22 do ok. 7%. Dochody ludności – po zapaści z początku XXI wieku – na powrót zaczęły rosnąć, zagrożenie inflacyjne utrzymywano pod kontrolą do mniej więcej 2011 r. Jednak głębsze spojrzenie na argentyński model społeczny prowadzi do wniosku, że z zachodnioeuropejskim państwem dobrobytu miał on (i ma) niewiele wspólnego. Większa część transferów socjalnych odbywa się poprzez dotacje przypominające system dopłat w realnym socjalizmie (a obecnie w Rosji, do niedawna także w Ukrainie), a nie poprzez świadczenia skierowane do konkretnych grup społecznych. Państwo „na ślepo” dopłaca ogromne sumy do cen energii, ciepła, środków komunikacji publicznej, żywności, wody, mieszkań itd., co sprawia, że zatraca się poczucie realnej wartości produkowanych dóbr i świadczonych usług.
System taki mógł być utrzymywany, gdy Argentyna zarabiała na handlu zagranicznym. Jednak spadek cen surowców zmusił władze do finansowania świadczeń emisją pieniądza, a więc dzieje się to za cenę inflacji. W tej chwili sięga ona ok. 30–35% w skali roku (rząd przez kilka ostatnich lat fałszował dane na tym polu), zaś wzrost płac dawno przestał nadążać za wzrostem cen. Według danych Ministerstwa Pracy pensje między czerwcem 2013 a czerwcem 2014 roku wzrosły o 29,7 procent, podczas gdy minimalny koszt utrzymania (żywność, mieszkanie, edukacja, podstawowa rozrywka) aż o 44,5%5.
Rząd argentyński coraz bardziej ogranicza swobodę działalności gospodarczej na bardzo podstawowym poziomie. Pojawiają się pomysły dyktowania przedsiębiorcom cen, po jakich mają sprzedawać swoje towary, co, pod pretekstem walki z wyzyskiem, jest oczywiście narzędziem mogącym łatwo doprowadzić ich do bankructwa. Coraz bardziej ogranicza się możliwości legalnego handlu dewizami – doprowadziło to do rozkwitu czarnego rynku walutowego, z którego zyski czerpie również świat przestępczy. Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że mechanizmy takie mają na celu walkę z kapitalizmem jako takim. Chodzi raczej o pognębienie biznesu spoza peronistycznej rodziny; to praktyka znana nam lepiej z realiów putinowskiej Rosji. O ile zatem kirchneryzm jest odległy od socjaldemokracji, która – mówiąc w największym skrócie – polega na redystrybucji części zysków wysokowydajnej gospodarki kapitalistycznej na cele społeczne, o tyle nie jest on również – tu w kontraście z modelem wenezuelskim – zakwestionowaniem kapitalizmu. Chodzi raczej o stworzenie korzystniejszych warunków rozwoju dla jednych podmiotów kosztem innych. Model ów nie jest całkowicie oryginalny także w kontekście Argentyny, gdyż nawiązuje do systemu stworzonego w tym kraju przez rodzinę Peróna w latach 40. i 50. XX wieku.
Największa iluzja wielu Argentyńczyków zadowolonych z rządów Kirchnerów polegała na przekonaniu, że stwarzają one podstawy trwałego rozwoju kraju. Spadek cen surowców oraz niekorzystny dla Argentyny wyrok amerykańskiego sądu w sprawie niezrestrukturyzowanej części zadłużenia były – jak to określił „The Economist” – momentem, w którym nastąpił odpływ i okazało się, że pływający nie ma kąpielówek. Oczywiście moje spojrzenie na „konieczne reformy” różni się zapewne nieco od spojrzenia redaktorów brytyjskiego tygodnika, jednak faktem jest, że trudno mówić o budowie potęgi przemysłowej w sytuacji, gdy w kraju otwierane są głównie filie wielkich koncernów zagranicznych, zaś podstawowy dochód eksportowy czerpie się ze sprzedaży soi.
Zmiana koniunktury na rynkach światowych skłoniła argentyńską prezydent, podobnie jak jej kolegów z Wenezueli, Rosji, Iranu, Południowej Afryki czy nawet Brazylii, do pomstowania na spisek międzynarodowego kapitalizmu przeciwko ich nowemu modelowi rozwojowemu. Nie zwracają oni przy tym uwagi na to, że przez szereg poprzednich „lat tłustych” bogacili się dzięki temu kapitalizmowi w sposób nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do stopnia bezpieczeństwa inwestycyjnego, jaki oferują ich gospodarki6. Ani przez chwilę Argentyna nie miała szansy stać się tygrysem gospodarczym, gdyż jej społeczeństwo było i jest zbyt zamożne, żeby zaakceptować wiążące się z tym ograniczenia charakterystyczne dla społeczeństw azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Ta sama uwaga zresztą dotyczy Chile (neoliberalni piewcy chilijskiego cudu zaklinają rzeczywistość równie umiejętnie), a także – przy wszystkich różnicach wynikających z położenia i faktu przynależności do UE – naszego kraju.
Obecną sytuację należy po prostu traktować jako oczekiwanie posiadaczy kapitałów z krajów rozwiniętych na lepsze dostosowanie gospodarek krajów rozwijających się do ich wymagań. Wymagania te należy oczywiście podzielić na toksyczne i korzystne dla społeczeństw. Niebezpieczeństwa zbytniego konformizmu w stosunku do zewnętrznego otoczenia ekonomicznego nie powinny jednak przysłaniać faktu, że zbyt mało zrobiono dla zmniejszenia poziomu korupcji, uproszczenia regulacji prawnych czy urealnienia cen poprzez zastąpienie dotacji nowoczesnym systemem wsparcia socjalnego. W przypadku Argentyny dochodzi jeszcze notoryczne łamanie prawa międzynarodowego i umów dwustronnych w zakresie regulacji celnych poprzez arbitralne wydawanie zakazów i ograniczeń eksportowych i importowych (działania znane nam również z praktyki rosyjskiej). Z tej perspektywy błędem wydaje się nadmierna łagodność krajów wysoko rozwiniętych, które w ostatnich latach, kierując się chciwością w zdobywaniu nowych rynków, były skłonne przyjmować do swego grona kraje zupełnie lekceważące zasady wolnego handlu, czego symbolem było wstąpienie Chin i Rosji do WTO w ostatnich latach. Założony w latach 90. XX, na wzór europejski, wspólny rynek kilku krajów kontynentu południowoamerykańskiego MERCOSUR (skupiający Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Wenezuelę) stał się instytucją praktycznie martwą ze względu na ostre konflikty interesów poszczególnych członków (zwłaszcza Argentyny i Brazylii oraz Argentyny i Urugwaju), którym oczywista dla tego typu organizacji idea wolnego handlu nie jest w smak.
Moje zbyt optymistyczne spojrzenie na populizm argentyński było skorelowane z nadmiernie surową oceną polityki chilijskiej lewicy. Pod wieloma względami życie w tym zamożniejszym i zdrowszym gospodarczo kraju jest trudniejsze od życia w Argentynie. Każdy krok w lewą stronę (np. wprowadzenie darmowych studiów dziennych) okupiony jest latami drobiazgowych negocjacji, co kończy się zazwyczaj znacznym okrojeniem planowanej reformy. Zaletą tego stanu rzeczy jest fakt, że najważniejsze decyzje podejmowane są w warunkach konsensusu narodowego, co sprawia, że polityka wewnętrzna Chile jest znacznie bardziej stabilna, zaś scena polityczna nie jest areną ciągłej wojny stronnictw. Wbrew moim przewidywaniom druga kadencja socjalistki Michelle Bachelet nie przyniosła bardziej socjalnego kursu w stosunku do lat 2006–2010. O ile jednak poprzednio byłbym w stanie uważać to za wadę tej ostrożnej i doświadczonej polityk, o tyle obecnie – patrząc na degrengoladę społeczno-gospodarczą Argentyny i Wenezueli – zaczynam doceniać zalety tej taktyki. Gospodarka Chile znacznie bardziej niż argentyńska przypomina kraje wysokorozwinięte. Oczywiście, istotną rolę odgrywa w niej wydobycie kopalin (zwłaszcza miedzi; niedawno KGHM otworzył w północnym Chile jedną z największych kopalni tego metalu na świecie), lecz ważne w skali całego kontynentu są również takie branże jak lotnicza (linie LAN są największe w całej Ameryce Łacińskiej) czy telekomunikacyjna.
Otwartość, a nawet pewna ekspansywność kapitału chilijskiego sprawia, że państwo to prowadzi zupełnie odmienną od wschodniej sąsiadki politykę zagraniczną i woli tworzyć podwaliny jedności kontynentalnej wspólnie z Peru i Kolumbią (w ramach tzw. Sojuszu Pacyfiku), niż z tymi krajami, które obrały bardziej protekcjonistyczną drogę rozwoju. Paradoksalnie głównym celem Sojuszu Pacyfiku jest rozwój kontaktów gospodarczych z Chinami, co jest również wielkim marzeniem Argentyny, Brazylii, Boliwii, Kuby i Wenezueli. O ile jednak wymienione przed chwilą kraje są w pewnym sensie klientami ChRL, gdyż, poza Brazylią, posiadają ograniczony dostęp do dewiz, niewielkie możliwości zadłużania się na wolnym rynku, a tym samym nieskrępowanego handlu zagranicznego, o tyle Chiny są dla Chile tylko jednym z wielu partnerów, zaś nadrzędnym celem pozostaje utrzymanie dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, co w obecnych realiach politycznych jest na tym kontynencie rzadką postawą.
Stosunek do Wielkiego Brata z Północy jest bardzo delikatnym, choć silnie zmitologizowanym zagadnieniem. USA popełniły w stosunku do Ameryki Łacińskiej wiele zbrodni i błędów głównie w okresie największego napięcia zimnowojennego, w ramach kissingerowskiej Realpolitik oraz podczas rządów Ronalda Reagana (na ten ostatni okres przypada również największa intensywność promieniowania doktryny neoliberalnej). Problem polega jednak na tym, że głębokie przeżycia społeczeństw latynoamerykańskich z tamtych czasów znajdują odzwierciedlenie w dzisiejszym stosunku do Stanów Zjednoczonych, które są już zupełnie inne. Ich zainteresowanie Ameryką Łacińską jest minimalne, co w przyszłości może mieć dla tego mocarstwa niedobre skutki (ekspansja Chin i zainteresowanie Rosji, rozwój karteli narkotykowych). Odejściu od roli nowego kolonizatora nie towarzyszy żadna inna spójna i pozytywna polityka, co trochę przypomina stosunek dawnych europejskich mocarstw kolonialnych wobec Afryki. Ponieważ nie można już oskarżać Białego Domu o popieranie dyktatur na kontynencie (wszystkie pozostałe mają charakter lewicowy), retoryka antyamerykańska miesza się z ogólnym potępieniem dla kapitalizmu i odwróceniem od atlantyckiego kręgu cywilizacyjnego, będącego przecież naturalnym środowiskiem również dla Ameryki Łacińskiej.
Konkluzja niniejszego artykułu musi być raczej pesymistyczna. Krótka analiza sytuacji społeczno-gospodarczej Argentyny i Chile wykazuje, że obydwa te kraje, mimo dużych kontrastów, łączą dwie cechy: w jednym i drugim rządzi ekipa lewicowa, lecz jednocześnie żaden z nich nie stał się terenem reform w duchu socjaldemokratycznym. Władze Argentyny przyjęły krótkowzroczną politykę ekstensywnego rozwoju w duchu wenezuelsko-rosyjskim, bez jednoczesnej możliwości uruchomienia zasobów drzemiących w tym bogatym kraju. Chile – mimo nastawania po sobie konkurencyjnych ekip partyjnych – nie odeszło od swojej roli wzorca z Sèvres modelu neoliberalnego, zaś poważne turbulencje innych państw regionu, które się na to odejście zdecydowały, sprawią, że Michelle Bachelet z pewnością będzie jeszcze ostrożniejsza. Trudno zresztą mieć do niej o to pretensje. Kraj o dość burzliwej historii najnowszej, wciąż zmagający się ze świeżymi ranami po dyktaturze, zdołał wypracować bardzo wysoki poziom kultury politycznej i konsensualnego rozwiązywania problemów. To prawda, że junta Pinocheta ustawiła punkt wyjścia tego konsensusu bardzo mocno po prawej stronie. Zanosi się jednak na to, że w najbliższych latach Argentyna będzie lizała rany po kolejnym okresie niewypłacalności i w końcu zostanie zmuszona do radykalnego poskromienia inflacji, podczas gdy Chile w sposób nieprzerwany, choć powolny będzie się pięło w górę i zwiększało gospodarczą wiarygodność.
Przypisy:
- Por.: http://www.welt.de/wirtschaft/article130331317/Das-ist-ein-programmierter-Genozid.html
- Obowiązuje specjalny kurs dolara do peso dla eksportu soi (ok. 6 pesos za dolara, czyli dwukrotnie niższy od rynkowego), co stanowi rodzaj podatku.
- Por.: http://www.perfil.com/contenidos/2014/12/12/noticia_0064.html
- Por.: http://www.nuevatribuna.es/articulo/america-latina/argentina-renuncio-a-controlar-el-trafico-de-drogas-segun-el-informe-de-la-auditoria-general-de-la-nacion/20130711095927094633.html
- http://www.lanacion.com.ar/1712233-la-canasta-basica-se-encarecio-22-en-el-primer-semestre-en-la-capital-federal
- Por.: http://www.latribune.fr/opinions/tribunes/20140820trib000845108/ou-vont-les-pays-emergents.html
przez Marcin Rzepa | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
1 stycznia 1994 r. meksykański stan Chiapas zwrócił na siebie uwagę świata. Wraz z wejściem w życie traktatu ustanawiającego Północnoamerykańską Strefę Wolnego Handlu (NAFTA), którą utworzyły Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk, Indianie z jednego z najbiedniejszych regionów państw-założycieli podnieśli bunt i pod szyldem Zapatystowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego (Ejército Zapatista de Liberación Nacional, EZLN) podjęli walkę z państwem meksykańskim.
EZLN to ruch polityczno-wojskowy walczący o interesy grup ludzi zmarginalizowanych, głównie chłopów i ludności rdzennej. Nazwa ruchu odwołuje się do Emiliano Zapaty Salazara (1879–1919), przywódcy partyzantki chłopskiej w czasie rewolucji meksykańskiej, opowiadającego się po stronie najbiedniejszej części społeczeństwa. Aktywność EZLN jest określana jako guerrilla nowego typu, ponieważ w odróżnieniu od wcześniejszych „podobnych” przedsięwzięć (rewolucjonistów kubańskich, Świetlistego Szlaku w Peru, przedsięwzięć Ernesto Che Guevary w Boliwii itd.) nie dąży do zbrojnego przejęcia władzy w państwie. Kładzie nacisk na polityczną mobilizację społeczeństwa obywatelskiego. Zamiast obalać rząd, zapatyści wzywają do oddolnych reform i budowy alternatywnego systemu polityczno-gospodarczego, a ich taktyka opiera się na zdecentralizowanych działaniach zbrojnych, podejmowanych na niewielką skalę.
Zapatyści są produktem lat 90., które wytworzyły w Meksyku nową sytuację. Rok 1992, rocznica „Spotkania dwóch światów” – jak określa się dotarcie Krzysztofa Kolumba do Ameryki – był ważnym momentem dla ruchu indiańskiego. Nastąpił wzrost kontaktów między różnymi grupami etnicznymi, a ludy rdzenne zaczęły silniej akcentować swoją tożsamość. Wcześniej główną ideą odnoszącą się do ich praw był indygenizm, który przyjmował charakter paternalistyczny i miał na celu włączenie autochtonów do społeczeństwa za pomocą naśladowania przez nich głównego nurtu kultury. Lata 90. to natomiast rozkwit indianizmu, zakładającego dążenie do społeczeństwa, w którym Indianie kultywują tożsamość i sami o sobie decydują. Ruch zapatystów, w skład którego wchodzą głównie różne grupy Majów (Tzotzil, Tzeltal, Tojolab’al, Ch’ol, Mam), walczy o ich prawa, solidaryzując się jednak ze wszystkimi zmarginalizowanymi w Meksyku i na świecie.
Geneza i historia
Początków EZLN można upatrywać w guerrilli utworzonej około 1968 r. Zbrojne grupy chciały wywołać narodowe powstanie i sformować socjalistyczny rząd. Ostre represje w latach 70. i 80. doprowadziły do ostrego kryzysu w łonie opozycji. Ci, którzy przeżyli, przyłączyli się do walczących Indian. Ludność rdzenna w Meksyku tworzyła grupy samoobrony dla indiańskich chłopów i bezrolnych pracowników, którzy organizowali się w związki zawodowe i stowarzyszenia dla przeciwdziałania represjom. W 1974 r. w Chiapas miał miejsce kongres Indian – pierwsze oficjalne spotkanie ludności rdzennej nie podlegające silnej presji ze strony rządu. Przyniosło ono rozbudzenie świadomości i powstanie kanałów komunikacji między społecznościami Indian. Wielcy właściciele ziemscy, od wieków żyjący z półniewolniczej pracy ludności, nie zamierzali z niej rezygnować, a państwo nie chciało popierać „dzikich”. 17 listopada 1983 r. założono organizację polityczno-militarną pod nazwą Ejército Zapatista de Liberación Nacional, która była zbrojnym ramieniem ruchu społecznego. Była to grupa samoobrony, która miała przeciwstawić się uzbrojonym bandytom, zatrudnianym przez właścicieli wielkich majątków ziemskich.
EZLN było początkowo tradycyjną organizacją guerrilli, opierającą się na partyzantce wiejskiej, skrytym poparciu miejscowej ludności i potyczkach z małymi oddziałami. Początkowo organizacja miała charakter marksistowski, jednak przeszła transformację. Decyzja o rozpoczęciu wojny w latach 90. spotkała się z uznaniem reprezentantów wspólnot lokalnych, ale była sprzeczna z wolą większości wykształconych kadr miejskich. Wielu marksistowskich intelektualistów opuściło EZLN, które zostało tym samym zdominowane przez ludność miejscową. Był to pierwszy przypadek, w którym szeregowi członkowie guerrilli zadecydowali o kierunku, w jakim ma ewoluować ugrupowanie. Zazwyczaj decyzja ta należała do przywódców partyzantki (comandantes). Tym samym EZLN pozostało pod kontrolą Indian.
Ugrupowanie zyskiwało coraz większe poparcie kosztem innych organizacji chłopskich. Zapatyści dawali nadzieję na zmianę trudnego położenia regionu. Stan Chiapas, mimo bogactw (surowców mineralnych i rozwiniętego rolnictwa), niemal od zawsze znajdował się w trudnej sytuacji ekonomicznej. Był na uboczu wielkich wydarzeń i procesów w Meksyku. Nadmierne podatki, oszustwa, manipulacje prawne i wyzysk gospodarczy były powodem licznych buntów przeciwko właścicielom wielkich majątków. Na początku lat 90. prawie 60 proc. mieszkańców żyło za mniej niż 5 dolarów dziennie, 60 proc. dzieci nie chodziło do szkoły, a analfabeci stanowili 30 proc. obywateli stanu. Polityka władz uderzała w ludność rdzenną i chłopów, co postrzegane było jako kontynuacja wcześniejszych działań kolonizatorów, osadników i latyfundystów. Sytuację pogorszyło zniesienie limitów w imporcie kukurydzy i ochrony cen kawy, co sprawiało, że podstawowe produkty miejscowej gospodarki musiały konkurować z tańszymi z importu. Chiapas, jako jeden z najbiedniejszych stanów Meksyku, miał ponieść szczególnie wysokie koszty porozumienia NAFTA z powodu wycofania subsydiów rządowych, komercjalizacji własności indiańskiej oraz liberalizacji cen artykułów rolnych.
W walce
1 stycznia 1994 r. zapatyści rozpoczęli powstanie zbrojne, które przyniosło im międzynarodową sławę. Od 2 do 5 tys. słabo uzbrojonych rebeliantów – mężczyzn i kobiet, Indian z różnych grup etnicznych, a także Metysów i „miejskich intelektualistów” – zajęło główne miejscowości Chiapas: San Cristóbal de las Casas, Altamirano, Ocosingo, Las Margaritas. Choć kontrola zapatystów nad miastami trwała tylko kilka godzin, udało się im poinformować o swojej walce cały świat.
Przywódca buntowników, subcomandante („wicekomendant”) Marcos, z balkonu ratusza w San Cristóbal de las Casas zadeklarował początek rewolucji. Marcos to jeden z głównych przywódców powstania i rzecznik ruchu. Charakterystycznie ubrany (nieodłączne kominiarka, kapelusz i fajka), poruszający się czarnym motocyklem, przyciąga uwagę mediów. Jest on, co warto podkreślić, rzecznikiem i strategiem ruchu, a nie jego przywódcą. Pewien czas temu zrzekł się tytułu „wicekomendanta”, a w maju 2014 r. ogłosił, że jego osoba była „przebraniem”, hologramem ruchu. W wygłoszonym wówczas przemówieniu zadeklarował, że jego postać schodzi ze sceny, co w żaden sposób nie wpłynęło na działalność zapatystów.
Wypowiedziano wojnę armii i rządowi oraz wezwano obywateli do wspierania walki. Głównymi postulatami były: przeprowadzenie uczciwych wyborów, rezygnacja z nowego modelu ekonomicznego, parcelacja państwowych latyfundiów, zakaz sprzedaży ziemi wspólnotowej. Meksykańska armia przystąpiła do kontrofensywy i powstańcy wycofali się na tereny leśne. W walkach zginęło wtedy po kilkadziesiąt osób z grona powstańców, cywilów, żołnierzy i policjantów, a wojsko prawdopodobnie rozstrzelało kilkudziesięciu pojmanych guerrilleros. Powstanie zwalczały nie tylko siły rządowe (17 tys. żołnierzy), ale także właściciele ziemscy i ich oddziały paramilitarne oraz wywiad i wsparcie taktyczne z USA i Gwatemali. 12 stycznia specjalny wysłannik prezydenta Meksyku doprowadził do rozpoczęcia rozmów pokojowych, a 27 stycznia podpisano porozumienie o zawieszeniu broni, uwolnieniu więźniów i rozpoczęciu negocjacji. W marcu nastąpiła stabilizacja granicy między armią a zapatystami. Rozmowy pokojowe znalazły się w impasie, a rebelianci odrzucili propozycje rządowe.
W lutym 1995 r. miała miejsce nieudana akcja wojsk meksykańskich – porwanie dowódców EZLN. Na ulice wyszło 100 tys. obywateli wyrażających poparcie dla zapatystów. W odpowiedzi siły rządowe rozpoczęły okupację wiosek oraz budowę baz wojskowych na terenie stanu. W marcu parlament Meksyku wprowadził nowe prawo, ułatwiające wznowienie dialogu i załagodzenie konfliktu, oraz utworzył specjalną komisję, mającą wesprzeć negocjacje. Pierwsze spotkanie odbyło się w San Miguel; w kolejnych miesiącach rozmowy były wielokrotnie przerywane i wznawiane. W trakcie negocjacji zapatyści zorganizowali konsultacje ludowe, w których wzięły udział (w całym Meksyku) prawie 2 mln obywateli, w większości popierających plan przekształcenia EZLN w siłę polityczną. Zapatyści zachowali jednak broń.
Głównym punktem dyskusji między władzą a powstańcami w latach 1995–1996 stały się zwyczajowe prawa indiańskie: własne trybunały, kolektywna własność ziemi, język, medycyna tradycyjna, szacunek do natury itd. EZLN zaprosiło do rozmów kilkuset lokalnych, krajowych i międzynarodowych doradców, z których wielu było ekspertami w zakresie praw tubylczych. Osiągnięto konsensus w kwestii praw kulturowych (związanych z odrębnością Indian, sposobem ubierania się, leczeniem, kultem przodków, solidarnością, sakralizacją ziemi itp.) i w lutym 1996 r. podpisano Porozumienia z San Andrés, gwarantujące autonomię ludności rdzennej. Rząd nie dotrzymał jednak obietnic. Problem dotyczył przede wszystkim zachowania własności ziemi w kontekście podejrzeń o istnieniu w Chiapas złóż ropy naftowej. Przez stan przeszła fala przemocy, wbrew przyjętym zobowiązaniom nastąpiły ataki wojska. 23 grudnia 1997 r. doszło do ataku wspieranych przez rząd grup paramilitarnych na wieś Acteal w regionie Altos, zakończonego masakrą 43 cywilów.
Od połowy 1998 r. postępowała demobilizacja ruchu, spowodowana ustaleniem granicy między wojskiem i zapatystami oraz względnym spokojem po ostrych represjach. Nasilenie aktywności nastąpiło dopiero pod koniec 2002 r. W międzyczasie, w grudniu 2000 r., doszło do zmiany władzy. Opozycyjna Partia Akcji Narodowej zwyciężyła w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Zapatyści wyrazili wówczas nadzieję na poprawę współpracy oraz sformułowali prośbę o spełnienie trzech warunków niezbędnych dla kontynuacji dialogu: wypełnienie Porozumień z San Andrés, uwolnienie przetrzymywanych zapatystów i likwidację siedmiu baz wojskowych w regionach zapatystowskich. W lutym 2001 r. zapatyści przemawiali w Kongresie, apelując o gwarancje autonomii dla ludności tubylczej. W kwietniu tego samego roku wprowadzono ustawę dotyczącą uznania praw autochtonów, jednak nie była ona zgodna z najważniejszymi postulatami ruchu indiańskiego. Stany o największym udziale ludności rdzennej odrzuciły reformę, odbierając ją jako kolejną zdradę.
Zapatyści postanowili, że Porozumienia z San Andrés zostaną wprowadzone na terytoriach powstańczych metodą faktów dokonanych. Zawieszono kontakty z rządem federalnym i partiami. Zapowiedziano bojkot rządowych programów i odrzucenie władzy państwa. Utworzono strefy autonomiczne, których rząd nie uznał de iure, ale de facto zmuszony był to uczynić. W ten sposób rozpoczęła się nowa faza działalności zapatistas. Pierwszą odpowiedzią prezydenta Carlosa Salinasa de Gortari było oskarżenie rebeliantów o to, że nie są Indianami; w rządowej propagandzie twierdzono, że zapatyści to agitatorzy z zagranicy, gwatemalscy komuniści itp. W rzeczywistości większość bojowników i sympatyków EZLN to Majowie. Również większość przywódców ruchu (poza Marcosem) należała do ludności rdzennej. Strategia rządu polegała też na izolacji rebeliantów i zwiększeniu militaryzacji stanu Chiapas (wysłano tam 70 tys. żołnierzy). Do stanu, gdzie żyło niespełna 4 proc. populacji kraju, skierowano ⅓ armii. Uwięziono niektórych przywódców EZLN oraz mobilizowano i wspierano grupy paramilitarne. Rząd usiłował podzielić wspólnoty Indian i osłabić poparcie dla zapatystów w regionie. Wszystkie te działania nie przyniosły jednak pożądanych skutków.
Przywódcy EZLN pozostają celem ataków oddziałów paramilitarnych, wspieranych przez lokalną administrację. Przykładem może być wydarzenie z maja 2014 r., kiedy w zasadzce zabito nieuzbrojonego compañero Galeano – działacza oświatowego, mówcę, niezależnego doradcę, zapatystę. Brutalny atak miał na celu sprowokowanie zbrojnego odwetu, co z kolei uzasadniłoby dalsze represje i ataki wojsk rządowych. Celem przemocy są nie tylko partyzanci, ale także działacze społeczni związani z zapatystami.
Największym zagrożeniem z punktu widzenia władz jest sukces autonomii, pokazujący, że inny świat jest możliwy. Po wybuchu rewolucji zwiększono pomoc rządową dla Chiapas, m.in. na opiekę zdrowotną, edukację, rozwój wspólnot, kupno ziemi i subwencje rolnicze. Wszystkie działania prowadzone były odgórnie, bez konsultacji społecznych. Równolegle dążono do zniszczenia EZLN, odizolowania go od ludności cywilnej oraz zdobycia jej poparcia. Rząd chciał przede wszystkim zakończyć „stan wojny” i powrócić do „normalności”, co oznaczało dla niego stan sprzed rewolucji, a więc taki, który był przyczyną jej wybuchu.
Ideologia, postulaty i metody walki
Korzeni zapatyzmu można doszukiwać się w socjalizmie, municypalizmie (decentralizacji, samorządności, konfederacji miast), ruchu Indian i teologii wyzwolenia. Zwłaszcza ta ostatnia odegrała dużą rolę w krystalizacji oblicza ruchu. Księża katoliccy nie tylko wspierali i legitymizowali działania opozycyjne, ale także pomagali kształcić aktywistów chłopskich, choć przeciwstawiali się walce zbrojnej.
Zapatismo stanowi kombinację dwóch elementów. Pierwszy to tradycyjny światopogląd Majów, postrzegających świat jako twór zróżnicowany kulturowo, ale zarazem oparty na fundamencie uniwersalnych wartości oraz dialogu. Prowadzi to do odnalezienia wspólnego języka i konsensusu, który pozwala zbudować lepszy świat. Drugi nurt to natomiast alterglobalizm i krytyka neoliberalizmu. Ruch zapatystów to nowy, postmodernistyczny nurt guerilli (guerilla posmoderna). Zaprzestali używania siły inaczej niż w samoobronie, przy atakach wojska, policji czy oddziałów paramilitarnych na ich pozycje. Rozwiązania militarne miały także pozostać możliwym do wykorzystania sposobem na zwrócenie uwagi elit rządzących.
Nie uważają się za rewolucjonistów, lecz za buntowników (rebeldes), których motywacją jest dążenie do demokracji i sprawiedliwości. Nie chcą władzy, ich hasłem jest: „Dla wszystkich wszystko, dla nas nic” (Para todos todo, para nosotros nada). Ruch zapatystów uznał społeczeństwo za „katalizator demokratycznego przełomu w Meksyku”. Chciał zmobilizować obywateli przeciwko elitom oraz budować autentyczny samorząd lokalny. Jak stwierdził subcomandante Marcos: to społeczeństwo obywatelskie musi przekształcić Meksyk – my jesteśmy tylko małą częścią tego społeczeństwa, uzbrojoną częścią – naszą rolą jest bycie gwarantami przestrzeni politycznej, której to społeczeństwo potrzebuje.
Ideologia zapatystów koncentruje się wokół sprzeciwu wobec neoliberalizmu oraz rozwijania autentycznej, oddolnej demokracji. Są przeciwni globalizacji, wolnemu rynkowi, elitom finansowym. W swoich deklaracjach stwierdzają, że: Kapitalizm wraz z neoliberalną globalizacją niszczy państwa, które zdobywa, ale także dostosowuje i zmienia wszystko na swój sposób, który przynosi mu korzyści i pozbywa się sprzeciwu. […] niszczy to, co stanowi o tych państwach, niszczy ich kulturę, ich język, ich system gospodarczy, ich system polityczny, a także zależności między mieszkańcami tych państw. Uważają, że globalny neoliberalizm przekształca świat w jeden „kraj”, w którym podstawową wartość stanowi kapitał. Tradycyjne przekonania ludności rdzennej dotyczące podboju, wyzysku, eksploatacji, ucisku i wykluczenia zostały więc powiązane z poglądami na porządek globalny. Zapatyści chcą walczyć ze skutkami reform gospodarczych oraz z istniejącym porządkiem geopolitycznym. Ich ideologię cechuje wyraźny dualizm: decydującą rolę odgrywają podziały między globalną finansjerą i biznesem a lokalnymi grupami etnicznymi, między bogatym centrum a biednymi peryferiami, między rządem a obywatelami. Wierzą, że istnieje alternatywa: system oparty na realnej równości szans obywateli i narodów.
Sprzeciwiają się polityce w takim kształcie, jaki zakłada demokracja przedstawicielska. Czy mówimy, że polityka nie służy żadnemu celowi? Nie, chcemy powiedzieć, że TAKA polityka nie służy żadnemu celowi. Nie służy, ponieważ nie bierze pod uwagę ludzi, nie słucha ich, ignoruje, a zbliża się do nich tylko na czas wyborów. Zapatyści chcą działać inaczej: zamierzamy słuchać i rozmawiać bezpośrednio, bez mediatorów, ze zwykłymi i skromnymi Meksykanami i, zgodnie z tym, co usłyszymy i czego się dowiemy, […] zaczniemy budować, razem z tymi ludźmi […] narodowy program walki […] o sprawiedliwość, demokrację i wolność dla ludu meksykańskiego […] spróbujemy innej drogi uprawiania polityki.
Inny z celów to dbałość o interesy różnych grup etnicznych, społecznych, religijnych i ideologicznych, żeby w ten sposób budować solidarną wspólnotę. Domagają się więc tolerancji i gwarancji praw ludności indiańskiej do zachowania różnic kulturowych, etnicznych i ideologicznych. Zabiegają także o prawa i lepszy los robotników rolnych i przemysłowych, ludzi zmarginalizowanych, studentów, kobiet, młodych ludzi, mniejszości seksualnych, księży, zakonnic i ludzi świeckich, którzy wspierają lud w jego walce, działaczy ekologicznych oraz aktywistów społecznych, poświęcających życie walce o lepszy los ludzi wyzyskiwanych. Odwołują się do tradycji indiańskiej demokracji wspólnotowej i walczą z wykluczeniem i autorytarnym podejmowaniem decyzji. Dążą do zapewnienia wszystkim obywatelom pracy, ziemi, mieszkań, żywności, opieki zdrowotnej, bezpłatnej edukacji.
Ważnym elementem koncepcji zapatystowskich jest także szacunek dla natury. Na terenach kontrolowanych przez EZLN nie używa się pestycydów, nie buduje zapór wodnych, nie wycina lasów. Indianie promują ekoturystykę i zrównoważony rozwój. Terytoria przez nich zarządzane to lasy o jednym z największych na świecie wskaźników różnorodności biologicznej. Majowie od wieków prowadzili zrównoważoną gospodarkę wiejską w taki sposób, aby jednocześnie chronić różnorodność biologiczną oraz produkować żywność potrzebną do przetrwania lokalnych społeczności. Według miejscowej kosmowizji Indianie stanowią jedność z naturą i mają obowiązek chronić jej równowagę, gdyż śmierć ekosystemu oznaczać będzie także śmierć dla nich.
Komunikacja i symbole
Bardzo ważne miejsce w działaniach EZLN zajmuje podejście do komunikacji ze światem. Ruch zapatystów nazywany jest pierwszym ruchem informacyjnym lub postmodernistycznym. Od początku zapewniono mediom stosunkowo wolny dostęp do informacji o działalności zapatystów, nawet w strefach objętych działaniami zbrojnymi, a także do kwater głównych ruchu. Dzięki temu wytworzyła się sytuacja, w której istniało wielu nadawców informacji i nikt nie był w stanie kontrolować ich przepływu. Media alternatywne demaskowały rządową propagandę, wywierając nacisk na oficjalne ośrodki informacyjne. Raporty dziennikarzy, działaczy humanitarnych, obserwatorów religijnych i indiańskich potwierdzały wersje zapatystowskie i obciążały meksykański rząd.
Główną bronią zapatystów stało się słowo, rozpowszechniane dzięki relacjom z prasą międzynarodową i użytkownikami internetu. Wykorzystywano różne środki przekazu. Zapatyści publikowali także communiqués dla prasy, deklaracje (tzw. Deklaracje z Selwy Lakandońskiej – główne manifesty ideologiczne ruchu), książki, eseje, wywiady, artykuły, opowiadania. Zwoływali konferencje prasowe, organizowali marsze (m.in. do stolicy) i masowe zebrania. Uwagę przyciągały także przypadki uwalniania więźniów, konsultacje społeczne, publiczne głosowania i proces podejmowania decyzji we wspólnotach zapatystowskich. Społeczeństwo obywatelskie zostało uznane przez zapatystów za największego sprzymierzeńca i wiele wysiłków poświęcono nie tylko propagowaniu inicjatyw EZLN, ale także wymianie poglądów i doświadczeń. W dużej mierze dzięki temu udało się zapobiec represjom wojska i oddziałów paramilitarnych wobec ludności cywilnej Chiapas.
Indianie zyskali światowy rozgłos i miliony zwolenników. Nacisk międzynarodowej opinii publicznej sprawił, że rząd meksykański został zmuszony do ustępstw: negocjacji, ograniczenia represji, zwrócenia uwagi na prawa ludności. Zagraniczne wsparcie przyjmowało różne formy: od czysto moralnego, przez polityczne, po pomoc materialną (leki, ubrania, opatrunki, komputery itd.).
Bardzo ważnym elementem symboliki zapatystów jest czarna kominiarka. Ma ona pokazać, że do ich grona może przystąpić każdy, bez względu na kolor, płeć czy przynależność etniczną – wszystko to znajduje się pod spodem i jest nieważne, liczy się tylko chęć wspólnej walki. Kominiarka podkreśla też jedność ruchu oraz ma chronić przed represjami ze strony rządu, gdyż zapewnia anonimowość. Sprawia również, że wizerunek polityka/lidera jest nieistotny – liczy się tylko jego skuteczność i to, jak spełnia obowiązki powierzone mu przez obywateli.
Świat kupił chwytliwy wizerunek zrewoltowanych autochtonów. Fotogeniczni Indianie, często pozujący do zdjęć, noszący kolorowe ubrania, kominiarki, balaclavas (chusty na twarzy i szyi) itp., przyciągają uwagę mediów. Zapatystowskie wspólnoty pełne są murali z Che Guevarą, Zapatą, Matką Boską z Guadalupe z balaclava na szyi oraz rewolucyjnymi hasłami.
Autonomia i ustrój
Gdy mowa o ustroju wprowadzonym przez zapatystów, musimy mieć na uwadze dwie kwestie: strukturę organizacyjną samego EZLN oraz autonomie municypalne tworzone na obszarach zapatystowskich.
Struktura zbrojnego ramienia zapatystów składa się z trzech poziomów: 1) baz wsparcia (bases de apoyo), złożonych z organizacji, które zapewniają EZLN zaplecze logistyczne i ekonomiczne, 2) członków milicji, którzy mają okresowe szkolenia wojskowe i mogą być powołani do służby w zależności od potrzeb, 3) powstańców, którzy są na stałej służbie, zorganizowani według rang i uzbrojeni. Najwyższy szczebel to Dowództwo Generalne (Comandancia General), na której czele stał subcomandante Marcos, a obecnie jest to subcomandante insurgente Moisés. Struktura polityczna jest połączona z militarną na najwyższym szczeblu, ale opiera się na zorganizowanych oddolnie organizacjach delegatów i na zgromadzeniach lokalnych, a kończy na Tajnym Rewolucyjnym Komitecie Indiańskim (Comité Clandestino Revolucionario Indígena, CCRI). Jest on sformowany spośród cywilnych przywódców obojga płci z każdej z 11 autochtonicznych grup oraz z Metysów. Komitet reprezentuje najwyższą władzę polityczną w ruchu i sprawuje zwierzchnictwo także nad Dowództwem Generalnym EZLN. Zadaniem komitetu jest dowodzenie operacjami wojskowymi, a do 2003 r. odpowiadał on również za sprawy cywilne. W lipcu tegoż 2003 r. doszło do reformy: CCRI zachowało wojskowe i polityczne funkcje, ale kwestiami gospodarczymi i cywilnymi oraz usługami dla ludności zajęły się organy cywilne. Wojskowe skrzydło zapatystów znalazło się więc pod kontrolą obywateli i w zasadzie utraciło decyzyjność, zachowując jedynie funkcję doradczą.
Niektórzy twierdzą, że zapatyści demokrację mają we krwi, ponieważ są Indianami. Ma to związek z funkcjonującą od wieków romantyczną wizją Indianina – dumnego, wolnego, posiadającego szczególne relacje z naturą. Należy jednak pamiętać, że w praktyce demokracja zapatystowska pozostaje kwestią problematyczną. Wiele wspólnot żyjących w Chiapas cechuje system autokratyczny. Co więcej, zapatyści mieli początkowo charakter nie tubylczy, lecz chłopski i meksykański. W zasadzie nie wiadomo do końca, na ile EZLN funkcjonuje w zgodzie z głoszonymi przez siebie demokratycznymi regułami, ponieważ ma ono charakter półjawny, a groźba represji państwa powoduje, że wiele informacji musi być trzymanych w tajemnicy. Inaczej jest z systemem wspólnot zapatystowskich, których funkcjonowanie zostało zbadane.
Gdy kolejne rundy negocjacji z rządem nie przyniosły rozwiązania konfliktu i konkretnych zmian legislacyjnych, zapatyści skoncentrowali się na tworzeniu autonomicznych rządów we wspólnotach lokalnych w tych strefach, nad którymi utrzymali kontrolę. W rezultacie powstały 32 autonomie zapatystowskie (Municipios Autónomos y Rebeldes Zapatistas; MAREZ), do których należy ponad 2200 wspólnot, zamieszkanych przez ok. 100 tys. ludzi. Poprzez system komunalnych zebrań i narzędzia demokracji uczestniczącej organizują one ochronę zdrowia i edukację oraz nadzorują system sprawiedliwości i redystrybucji. Ich strategia polega na samoorganizacji przeciwko niesprawiedliwemu i skorumpowanemu systemowi politycznemu, bez użycia przemocy. W systemie tym każdy może brać bezpośredni udział w rządach. Warunkiem jest posłuszeństwo wobec wspólnoty, która go wybrała – innymi słowy, funkcjonuje tu mandat imperatywny. Rozwiązanie to polega na tym, że nikt z zewnątrz nie przychodzi tu, by rządzić, ale to sami ludzie decydują miedzy sobą, kto i jak będzie rządził, a jeśli nie jest posłuszny – musi odejść. Jest to tzw. zarządzanie przez posłuszeństwo (mandar obedeciendo), wyrażające całkowitą zależność władzy wykonawczej od decyzji ustalonych przez obywateli.
Model zapatystowski to wizja oddolnej demokratyzacji rozwijana na poziomie wiosek. System jest tak skonstruowany, żeby mieszkańcy mieli jak największy wpływ na proces podejmowania decyzji. Podczas zgromadzeń w wioskach każdy ma prawo głosu, niezależnie od płci, wieku czy przynależności etnicznej. Decyzja podejmowana jest 66-procentową większością głosów, co wymaga większej jednomyślności niż 50 proc. znane z demokracji przedstawicielskiej. Zawsze jednak dąży się do konsensusu i próbuje wypracować rozwiązanie, które odpowiada wszystkim.
Istotne problemy są omawiane z innymi wspólnotami zapatystowskimi poprzez system konsultacji i ponadlokalnych zgromadzeń. Organizuje się też zgromadzenia regionalne. Żadna ważna decyzja strategiczna czy polityczna nie może być podjęta bez przedyskutowania i przyjęcia przez wszystkie zgromadzenia. Podjęcie ważnych decyzji zabiera zwykle ok. 6 miesięcy. Lokalne zgromadzenia rozstrzygają natomiast wszelkie kwestie dotyczące życia danej wspólnoty oraz organizują wybory do rządu zapatystowskiego. Obecność na zebraniach wspólnotowych jest obowiązkowa dla wszystkich ludzi starszych niż 12 lub 15 lat – usprawiedliwienie nieobecności stanowić mogą tylko praca lub choroba. Zebrania gromadzą zwykle od 50 do 200 ludzi, zależnie od wielkości wspólnoty. Ich przebieg jest zawsze podobny: tzw. koordynator wyjaśnia problem, toczy się dyskusja (która może mieć różny przebieg), zazwyczaj wyłania się kilka pomysłów czy propozycji i koordynator je podsumowuje. Potem uzgadnia się wspólne stanowisko. Na zgromadzeniach każdy może się wypowiedzieć, a podjęcie decyzji poprzedzają niekiedy długie debaty. Panują przy tym zasady pełnej otwartości i wolnego przepływu informacji.
Zgromadzenia mieszkańców wybierają dwie lub cztery osoby reprezentujące ich w samorządach obejmujących po kilkanaście wsi. Reprezentanci wybierani są w jawnym i otwartym głosowaniu na 1–3 lata. Zmieniają się co 7–10 dni tak, aby mieć możliwość prowadzenia swoich gospodarstw lub innej działalności. Dodatkowo każda wspólnota wspiera przedstawicieli za pomocą projektów wspólnotowych (głównie związanych z hodowlą), a także opiekując się ich gospodarstwami, dostarczając żywność lub opłacając transport, kiedy pełnią oni funkcje publiczne. Te ostatnie są bowiem zajęciami nieodpłatnymi. Wprowadzono też mechanizm rotacji, by zabezpieczyć zgromadzenia przed przerostem władzy personalnej.
W zapatystowskiej strefie wpływów utworzono 5 regionalnych centrów (caracoles), które koordynują działania rządu cywilnego, zarządzają stosunkami z zagranicą, funduszami i projektami poprawy usług dla ludności oraz organizują plany produkcyjne dla zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności. Mieszkańcy przy pomocy zapatystów sami tworzą i zajmują się sprawami edukacji, zdrowia i pracy. Nie ma tam narzucania decyzji ani rozwiązywania problemów za kogoś. Niektóre usługi, jak edukacja, ochrona zdrowia czy żywność, dostępne są także dla nie-zapatystów – ludzi, którzy nie biorą udziału w systemie i nie deklarują związku z ruchem.
W 2003 r. powołano Zgromadzenia Dobrych Rządów (Juntas de Buen Gobierno) – po jednym w każdym centrum zapatystowskim. Przejęły one od EZLN funkcje administracyjne we wspólnotach. Podział administracyjny autonomii zapatystowskich jest inny niż rządowy, ma na celu równą dystrybucję usług, dóbr oraz pomocy z zewnątrz. Caracoles stały się w efekcie centrami administracyjnymi i przejęły formalne kontakty ze światem zewnętrznym. Zadania Zgromadzeń to natomiast koordynacja działalności gmin, ułatwienie wymiany informacji, mediacje. Miały one pokazać m.in., że do sprawowania władzy nie trzeba „profesjonalnych polityków” i każdy nadaje się do uczestnictwa w rządzie – tym, czego chcemy uniknąć, jest sytuacja, w której polityka jest uprawiana przez profesjonalistów i przekształca się w zawód czy sposób życia. Ustrój jest elastyczny: zasady, które się nie sprawdzają, są zmieniane przez wspólnoty. Decyzja obywateli ma tu zawsze charakter nadrzędny wobec istniejących reguł.
Zapatyści nie akceptują przejawów obecności państwa meksykańskiego na swoim terenie. Obywatele sami stanowią prawo i domagają się uznania przez państwo tradycyjnych indiańskich procedur, związanych ze sposobem życia, organizowaniem się, kolektywnym podejściem do pracy i podejmowania decyzji. Zapatystowskie struktury władzy są równoległe i konkurencyjne wobec rządowych. Organy autonomii pozostają w konflikcie z oficjalną władzą, zwłaszcza w kwestii kontroli nad surowcami naturalnymi oraz wymiaru sprawiedliwości i edukacji. Zapatyści i ich sympatycy stosują wobec oficjalnych instytucji bierny opór oraz wielowymiarowy bojkot, w tym podatkowy. Nie biorą także udziału w wyborach. Do roku 1997 zapatyści byli radykalnie przeciwni rządzącej partii i nakłaniali do głosowania na opozycję, jednak później zaprzestali udziału w wyborach i konsekwentnie wzywali do ich bojkotu. Odmówili zgody na umieszczenie na swoim terenie urn i zbrojnie odpierają próby narzucenia im obowiązku wyborczego (w Meksyku, jak w wielu państwach Ameryki Łacińskiej, funkcjonuje przymus wyborczy).
Odrzucają też wsparcie finansowe od agend rządowych. Jak sami twierdzą: Oczywiście, że brak akceptacji dla rządowej „pomocy” jest czasami trudny – bardzo trudny. Ale to, co oznacza dla nas „pomoc”, to mówienie nam, jakie są nasze problemy, narzucenie nam ich modelu rozwoju, mówienie nam, jak powinniśmy żyć […], często oznacza to przeniesienie na bardziej zurbanizowane tereny albo w miejsca, gdzie możemy po prostu zostać zapomniani. Obywatele Chiapas nie chcą jałmużny, lecz szansy na stworzenie innej rzeczywistości dla siebie samych. Odrzucenie programów socjalnych państwa nie oznacza, że zapatyści dążą do secesji czy autarkii, ale ma być sprzeciwem wobec braku uznania państwa dla ich praw obywatelskich i postulatów. Wspólnoty otrzymują natomiast wsparcie od organizacji pozarządowych. Samowystarczalność wiosek i lokalnie wybranej administracji uzupełnia więc globalna sieć organizacji humanitarnych.
W 2005 r. rozpoczęto tzw. Inną Kampanię (Otra Campaña), czyli projekt, w ramach którego meksykańskie społeczeństwo obywatelskie poznaje i uczy się, z pomocą zapatystów i ich sympatyków, alternatywnych metod uprawiania polityki i zarządzania wspólnotą. Inicjatywa miała na celu m.in. zerwanie z marginalizowaniem Indian i innych poszkodowanych grup. Skierowana była zaś do tych, którzy są „na dole i po lewej” w strukturze społecznej. Zapatyści chcieli w ten sposób wyjść ze swoimi ideami poza caracoles i pokazać całemu Meksykowi, że ich system może skutecznie zwalczać korupcję, nepotyzm, klientelizm i wyzysk.
Podsumowanie
W regionie Chiapas trwa nieprzerwana walka zapatystów z armią meksykańską. Wojna jest określana jako „konflikt o małym nasileniu”. Od 1994 r. ginie tam około 100 osób rocznie. Jednocześnie postępuje pauperyzacja ludności Chiapas, co powoduje z kolei radykalizację jej dążeń. Zapatystów jest prawdopodobnie mniej niż kilkanaście lat temu, ale też jest to ruch o trwałym charakterze, do którego przystępują wciąż nowi członkowie.
Według niektórych danych sytuacja społeczna w Chiapas pogarsza się – zwiększa się ilość analfabetów, biednych (78 proc. obecnie w porównaniu z 75 proc. w roku 1994), niedożywionych (48 proc. obecnie w porównaniu z 46 proc. w roku 1990). Trudno powiedzieć, na ile są to skutki polityki rządu i neoliberalizacji, a na ile porażka projektów zapatystów. Należy pamiętać, że obszar kontrolowany przez rebeliantów to tylko część Chiapas, a pogarszająca się sytuacja w regionie może świadczyć w równym stopniu o błędach zapatystów, co o fiasku rządowej polityki socjalnej.
Z drugiej strony, dzięki współpracy między wspólnotami udało się rozwiązać wiele problemów. Skutkiem działalności EZLN jest uznanie wielokulturowego charakteru Meksyku, nadanie nowych praw Indianom i wzrost szacunku dla tej grupy etnicznej. Sami Majowie twierdzą: Nie jesteśmy tymi, którzy oczekują łaski i jałmużny od tych, którzy udają, że pomagają, podczas gdy w rzeczywistości – kupują, i którzy nie ułaskawiają, ale poniżają tych, którzy przez samo istnienie wyrażają bunt i stanowią dla nich wyzwanie. We wspólnotach indiańskich zreformowano działanie służby zdrowia i oświaty. Wydano podręczniki szkolne w językach tubylczych. Trwa walka z biedą, brakiem ziemi, niedożywieniem, niewystarczającą opieką medyczną i analfabetyzmem. Są to problemy, które mają źródło w podboju Meksyku przez Hiszpanów, w polityce Europejczyków wobec regionu, we wpływach Stanów Zjednoczonych oraz w polityce kolejnych rządów meksykańskich – i nie da się rozwiązać ich z dnia na dzień. Za sukcesy na terenach autonomicznych uznaje się stopniowy spadek absencji szkolnej, niedożywienia i śmiertelności niemowląt, a także zmniejszenie zasięgu alkoholizmu i przemocy domowej. Są także pozytywne wskaźniki dotyczące warunków życia, związane ze zmniejszeniem przeludnienia, poprawą warunków mieszkaniowych czy dostępem do wody. Tutaj również trudno powiedzieć, czy dzieje się tak dzięki sytuacji w caracoles, czy też jest to szerszy proces, obejmujący cały region.
Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość zapatismo. Wydaje się, że ruch ten jest na tyle trwałym zjawiskiem, iż dalej będzie się rozwijał, choć prawdopodobnie bez spektakularnych akcji czy radykalnego zwiększenia poparcia. Przykładem na to, że zapatyści nadal działają, może być cichy marsz około 20 tys. zapatystów w październiku 2014 r. w proteście przeciwko „zniknięciu” i najprawdopodobniej zamordowaniu 43 studentów, o co oskarża się lokalne władze i policję współpracującą z lokalnym gangiem narkotykowym.
Warto pamiętać o postawie tysięcy zwykłych ludzi, którzy chwycili za broń: karabin (często będący jedynie drewnianą atrapą), słowo i działanie, aby walczyć o swoje przekonania i zrzucić jarzmo niewoli. Jak twierdzą zapatyści w jednym z manifestów: ludzie, którzy nie kontrolują swoich przywódców, są skazani na bycie niewolnikami, a my walczymy o to, aby być wolnymi, a nie o zmianę pana co 6 lat.
przez Łukasz Komuda | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Podczas niedawnej konferencji w Paragwaju Carlos Slim Helú – rywalizujący z Billem Gatesem o tytuł najbogatszego człowieka na Ziemi – rzucił postulat skrócenia tygodnia pracy do trzech dni. Niezależnie od tego, co pracownicy mieliby dać w zamian, jego głośna propozycja skłania do refleksji na temat tego, dlaczego przy nieustającym wzroście wydajności pracy cały czas pracujemy tak długo.
Propozycja Slima brzmi świetnie – każdy wyobraża już siebie odtrąbiającego weekend w środowe popołudnie. Ale zaraz przychodzi refleksja: nie ma darmowych obiadów. Życiowe doświadczenie podpowiada nam, że jeśli za zmianę trzeba zapłacić, to ponoszącymi koszty będziemy ostatecznie my sami. Gdybyśmy chcieli pracować na pół etatu, to byśmy takiej pracy szukali – tyle że zdecydowana większość z nas nie zdołałaby się utrzymać za połowę aktualnej pensji.
Jednak wizja multimiliardera nie musi być postrzegana jak science fiction – zakłada on, że dzień pracy wydłużyłby się do 11 godzin. Jeśli pracujemy aktualnie 8 godzin przez pięć dni, to łatwo wyliczyć, że tydzień pracy skróciłby się z 40 do 33 godzin, czyli o 7 godzin (17,5%). Jeśli nie oczekujemy manny z nieba, powinniśmy spodziewać się zmniejszenia poziomu wynagrodzeń o zbliżoną wielkość, czyli o prawie 1⁄5 – co dla wielu mieszkańców Zachodu (oraz krajów aspirujących do standardu i dochodów Zachodu) byłoby zapewne do przyjęcia. Co ciekawe, skrócenie tygodnia pracy do wymiaru 4⁄5 etatu jest właśnie tematem dyskusji Brytyjczyków, których zainspirowały teksty opublikowane m.in. na łamach „The Observer”. Namawiały one tych, których na to stać, do poświęcenia 1⁄5 dochodów poprawie jakości życia: zdrowia, relacji z rodziną, życia towarzyskiego i społecznego.
Drugi element koncepcji meksykańskiego potentata o libańskich korzeniach może być nieco trudniejszy do przełknięcia: zakłada on, że pracować będziemy do siedemdziesiątki (kobiety i mężczyźni). To, że moglibyśmy odpoczywać po pracy aż cztery dni, ma nas przekonać, że bylibyśmy w stanie fizycznie unieść trud pracy o kilka lat dłużej niż do tej pory. Jego ideę można więc zinterpretować przede wszystkim jako interesujący sposób na ocalenie systemów emerytalnych w ich obecnym schemacie oraz – i tu robi się ciekawiej – na redystrybucję pracy. Żyjemy bowiem w świecie, w którym w sytuacji stałego wzrostu wydajności pracy (napędzanego robotyzacją, automatyzacją, oprogramowaniem, lepszą organizacją) zasoby tejże pracy zdają się kurczyć. Z drugiej strony coraz częściej dostrzegamy problem zaburzenia równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym/prywatnym – wiele osób skarży się, że na to drugie brakuje im czasu i sił. Skoro jednak wielu z nas stać na to, by pracować mniej, to dlaczego pracujemy tak dużo, poświęcając inne ważne dla nas sprawy?
Plusy i minusy krótszego tygodnia pracy
Dotychczas kwestia skracania czasu pracy pojawiała się za sprawą samoorganizacji pracowników (i szerzej: obywateli) domagających się limitowania zapędów pracodawców i regulowania czasu pracy oraz wynagrodzeń za nadgodziny. Równolegle do takich ruchów skłaniała rosnąca zamożność społeczeństw oraz przekonanie, że przy wyższym poziomie dochodów warto pokusić się o więcej wolnego czasu – bo sprzyja on większej konsumpcji (wzrost gospodarczy) oraz ma wpływ na stan zdrowia społeczeństwa.
Nie brakuje ekonomistów, którzy twierdzą, że nieznaczne skrócenie tygodnia pracy może być racjonalne także dla pracodawców. Mniej zmęczony pracownik jest bowiem bardziej kreatywny i wydajny, krótsze przebywanie w pracy sprzyja dyscyplinie (nie ma potrzeby załatwiania prywatnych spraw w godzinach pracy), mniej zestresowani pracownicy rzadziej chorują… W praktyce efekty bywają różne: doświadczenia Szwedów z miasta Kiruna1 oraz Francuzów, którzy przez kilka lat cieszyli się krótszym tygodniem pracy (35-godzinnym) pokazały, że pracownicy nadrabiają brakujące roboczogodziny dodatkowym wysiłkiem, co potrafi skutecznie eliminować korzyści w zakresie zdrowia i poziomu stresu. Tomasz Kasprowicz, publicysta portalu Obserwator Finansowy, zestawił szereg badań dotyczących problemu, które pokazują rozmaite efekty takiej operacji:
- Crépon i Kramarz (2002 r.) na przykładzie Francji (obniżenie czasu pracy z 40 do 39 godzin) wykazują utratę pracy przez 2–4 proc. pracowników, szczególnie tych o wyższych pensjach;
- Gonzaga i inni (2003 r.) na przykładzie Brazylii (obniżenie czasu pracy z 48 do 44 godzin) – brak wpływu na bezrobocie;
- Hunt (1999 r.) na przykładzie Niemiec pokazuje spadek zatrudnienia w branżach dotkniętych wynegocjowanymi redukcjami czasu pracy;
- Skans (2004 r.) na przykładzie Szwecji (5-procentowe zmniejszenie tygodniowego wymiaru czasu pracy w przemyśle wydobywczym i firmach produkcyjnych) wykazuje spadek liczby przepracowanych godzin;
- Skuterud (2007 r.) na przykładzie Kanady (obniżenie tygodniowego czasu pracy z 44 do 40 godzin w prowincji Quebec) bez wpływu na bezrobocie, choć liczba przepracowanych godzin spadła;
- Varejão (2006 r.) na przykładzie Portugalii (obniżenie tygodniowego czasu pracy z 44 do 40 godzin) wykazuje marginalny spadek bezrobocia;
- Estevão i Sá (2008 r.) na przykładzie Francji (obniżenie czasu pracy z 39 do 35 godzin) wykazuje zmniejszenie liczby przepracowanych godzin i zwiększenie ryzyka utraty pracy.
W połowie powyższych analiz skracanie tygodnia pracy skutkowało niewielkim, ale zauważalnym zwiększeniem bezrobocia. Choć trzeba podkreślić, że odbywało się to bez ułatwienia pracodawcom obniżenia wynagrodzeń proporcjonalnie do zmiany liczby roboczogodzin w tygodniu. Problem wydaje się bardzo złożony, a efekty reformy zależą od wielu czynników osadzonych na poziomie prawnym, kulturowym i ekonomicznym.
Niechętne dzielenie się pracą
W każdym kraju rozwiniętym istnieje możliwość legalnego zatrudnienia na ułamek etatu. W 2013 r. w krajach OECD – w których mieszka prawie 1,3 mld ludzi i na które przypada ok. 45% PKB globu – na pół, ćwierć lub inny ułamek pełnoetatowego kontraktu zatrudnionych było 16,8% pracujących. W Unii Europejskiej (0,5 mld ludności i 17% globalnego PKB) takich osób było zaś 32,7%. Z jednej strony można powiedzieć, że to całkiem sporo – szczególnie zwracając uwagę na wskaźniki wybranych krajów, takich jak np. Holandia (38,7% wg metodyki OECD), Szwajcaria (26,4%), Australia (24,8%) czy Wielka Brytania (24,5%). Z drugiej strony nie brakuje krajów, gdzie przy zbliżonym poziomie wynagrodzeń i PKB per capita zjawisko „part time job” jest znacznie mniej rozpowszechnione. W Korei Południowej jest to 11,1%, w Stanach Zjednoczonych – 12,3%, w Finlandii – 13,0%, a we Francji – 14,0%. Dla porządku warto zaznaczyć, że Polska z udziałem niepełnoetatowego zatrudnienia na poziomie 7,7% jest na piątym miejscu wśród krajów OECD, w których występuje ono najrzadziej (ustępujemy Rosji, Węgrom, Czechom i Łotwie).
Dlaczego to rozwiązanie nie stało się furtką dla masowego zmniejszenia obciążenia pracą i w konsekwencji zyskania wolnego czasu, jaki można przeznaczyć na odpoczynek, działania społeczne lub zacieśnienie więzi z bliskimi?
Przyczyn może być kilka. Po pierwsze i najważniejsze – poziom dochodów. Łatwo zauważyć korelację między pułapem wynagrodzeń a popularnością pracy niepełnoetatowej. Jeśli np. z ⅔ etatu nie można się utrzymać, to pracownicy starają się znaleźć pracę na cały etat. Nie może dziwić, że wśród rekordzistów OECD jeśli chodzi o wysoki udział ułamkowych etatów dominują państwa, w których zarabia się najwięcej na świecie.
Po drugie – względy kulturowe. Definiują one podział ról między płciami, ale także to, w jaki sposób postępujemy z dostępnym nam czasem. W Korei Południowej i Japonii duża część kobiet zajmuje się domem. W dużej części krajów zachodnich, np. w Wielkiej Brytanii, Holandii i Szwecji, coraz popularniejsze jest natomiast bardziej symetryczne dzielenie się obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi. Prowadzi to w pierwszym rzędzie do większego wskaźnika zatrudnienia kobiet (w tym zatrudnienia na część etaty), a w drugiej fazie może prowadzić także do rezygnacji z części etatu również przez ojców – akcja nawołująca panów do przejścia na 4⁄5 etatu przetoczyła się niedawno przez Zjednoczone Królestwo.
Po trzecie w końcu – polityka państwa. Nie ulega wątpliwości, że zatrudnienie dwóch osób na pół etatu jest dla pracodawcy bardziej kosztowne niż jednej na cały etat. Gdzie istnieją różne formy promowania i wspierania niepełnoetatowego zatrudnienia (np. Holandia, Niemcy), tam jest ono popularniejsze. Promocja ta, połączona z polityką ułatwień dla matek małych dzieci, prowadzi czasem do wyraźnej popularyzacji zatrudnienia na część etatu. W Holandii na niepełny etat zatrudnionych jest 77% pracujących kobiet, w Szwajcarii – 61%, a w Niemczech – 46% (dane Eurostatu).
Dzielenie etatów jest także jednym z pomysłów na spadającą liczbę miejsc pracy w nowoczesnych gospodarkach. Koncepcja ta miała być także odpowiedzią na kryzys. Trzeba jednak zauważyć, że można ją z sukcesem realizować tam, gdzie rozwiązane zostaną problemy na trzech wspomnianych poziomach:
- praca na część etatu musi dawać wystarczający poziom dochodów, by pozwalać na poziom konsumpcji, jaki narzuca nam presja społeczna,
- powinna pasować do ogólnie przyjętego modelu funkcjonowania jednostki w społeczeństwie,
- nie może być odrzucana przez pracodawców, którzy wymagają różnych form zachęty dla częstszego stosowania part time job.
Ci ostatni mogą wprawdzie przyjąć takie rozwiązanie jako standard pod wpływem sił rynkowych, ale tylko w okolicznościach wyjątkowo sprzyjających pracownikom – a na takie w nadchodzących latach raczej nie mamy co liczyć.
Prognoza Keynesa na 2028 rok
Na długość tygodnia pracy warto jednak popatrzeć z innej strony i zadać pytanie: dlaczego ciągle pracujemy tak długo? Nasi przodkowie w XIX wieku, schylający karki na polach i w fabrykach, pracowali dłużej niż my, ale za sprawą tysięcy wynalazków, specjalizacji i lepszej organizacji praca jest dziś o wiele wydajniejsza. W 1928 r. John Maynard Keynes, jeden z największych ekonomistów w historii, napisał esej pt. „Economic Possibilities for Our Grandchildren”, w którym prognozował, że za sprawą stale poprawiającej się wydajności dzień pracy będzie się stopniowo skracał aż do trzech godzin w roku 2028. Zdaniem Keynesa 15 godzin pracy w tygodniu wystarczy dla zaspokojenia (z dużą nadwyżką) popytu na wszelkie dobra i usługi, a ludzkość stanie przed zupełnie nowym wyzwaniem: co zrobić z nadwyżką wolnego czasu? Przykłady z Ameryki lat 20. XX wieku nie nastrajały optymistycznie: kobiety z bogacącej się klasy średniej zatrudniały niańki i służące, które wykonywały za nie większość prac domowych, co skazywało panie domu na nudę i depresję.
Keynes przewidywał, że rozmiary globalnej gospodarki powiększą się w ciągu stulecia siedmiokrotnie w przeliczeniu na mieszkańca planety. Faktyczny wzrost był zbliżony: z 3,3 bln dolarów w roku 1920 do 71,8 bln dolarów w roku 2012 (obie wartości w przeliczeniu na przeciętną wartość dolara w roku 2012): niemal 22-krotny wzrost globalnego PKB przy 3,5-krotnym wzroście ludności oznacza 6,5-krotnie wyższy PKB per capita. Realny PKB per capita w Stanach Zjednoczonych wzrósł w tym czasie 6-krotnie. Błyskotliwy ekonomista przewidział więc wzrost wydajności ze zdumiewającą precyzją, jednak zupełnie błędnie ocenił zmianę ludzkiego zachowania. Dlaczego więc nadal pracujemy tyle, by czuć się przytłoczonymi nadmiarem obowiązków zawodowych?
Chociaż w kinie, to ciągle w pracy
Ann Burnett z University of North Dakota analizowała listy z wakacji pod względem ich zawartości. Okazuje się, że od 50 lat coraz rzadziej pojawiały się w nich informacje o przyjemnościach, odpoczynku i pogodzie, a coraz więcej – o zmęczeniu pracą i obowiązkami domowymi, nagromadzonym przez cały ubiegły rok. Badaczka wysunęła więc tezę, że żyjemy w czasach, w których zmęczenie i nadmiar obowiązków jest elementem statusu. Nie wypada być wypoczętym, wyspanym i zrelaksowanym, ani mieć wiele wolnego czasu. Imponują nam ludzie, którzy śpią cztery godziny i robią bardzo wiele dla rodziny i dla swoich firm, szczególnie gdy firmy te są ich własnością. Takie osoby wzbudzają szacunek i stawiane są za wzór. Przepracowanie miałoby być efektem nie tyle próby zaspokajania realnych materialnych potrzeb, ile presji społecznej.
Zmęczenie i poczucie przytłoczenia bierze się także stąd, że coraz bardziej zacierają się granice między pracą i relaksem a obowiązkami domowymi i zawodowymi. Brigid Schulte, dziennikarka „Washington Post”, w tekście na temat zapracowania Amerykanów zwróciła uwagę, że wizytę w lokalnym sklepiku, a nawet wyprawę do kina z dziećmi wpisujemy do planu zadań na dany dzień obok obowiązków dalece bardziej stresujących i obciążających. Wywołuje to w nas samych wrażenie wypełnienia każdej minuty dnia. A ponieważ mamy zwyczaj stałego sprawdzania służbowej skrzynki e-mailowej – także w kinie z dziećmi czy na zakupach – mentalnie nie wychodzimy „z trybu pracy”. Brak psychicznej higieny pracy sprawia, że budujemy poczucie pracy w trybie ciągłym, co dla wielu z nas jest bardzo wyczerpujące.
Schulte zwróciła jednak uwagę na to, że powód do przemęczenia i narzekania mają szczególnie kobiety. Nawet w relatywnie zamożnej Ameryce ⅔ matek dzieci w wieku szkolnym pracuje zawodowo (a wśród nich ⅓ zarabia więcej niż mężowie!), ale praca na cały etat nie zmieniła podziału obowiązków domowych. Na kobiety, jeśli uwzględnić pochłaniany czas, przypada 70–80% zadań domowych
Pracujemy długo, bo pracujemy długo?
Celność w prognozowaniu wzrostu gospodarczego przez Keynesa i jego zupełna nieudolność w kwestii przewidywania długości dnia pracy zafrapowały włoskich badaczy Lorenzo Pecchiego i Gustavo Pigę, którzy o wyjaśnienie zagadki poprosili ekonomistów z całego świata. Szereg naukowców zwróciło uwagę na fundamentalny błąd w myśleniu klasyka: zakładał on, że istnieją ściśle zdefiniowane potrzeby, na których spełnienie pracujemy. Tymczasem lista potrzeb wydłuża się i dziś kupujemy rzeczy i usługi, o których nie śniło się ludziom sto lat temu, od sprzętów domowych po coraz bardziej wyrafinowane rozrywki. Wraz ze wzrostem dochodów rosły nasze apetyty, co sprawiło, że nie mogliśmy pozwolić sobie na skrócenie dnia pracy – stwierdzają np. Gary Becker z University of Chicago i Luis Rayo z London School of Economics.
Tymczasem Joseph Stiglitz z Columbia University ma na ten temat nieco inny pogląd. Jego zdaniem sposób funkcjonowania jednostek wynika z konwencji kulturowych utrwalanych w społeczeństwach, czyli ludzie konsumują, pracują i odpoczywają w taki sposób jak ich otoczenie, co sprawia, że zwyczaje te są trwałe i łatwo stają się powszechne. Stiglitz wskazuje tu różnice między Amerykanami i np. Włochami czy Francuzami. Podczas gdy ci pierwsi nie mają zagwarantowanych prawnie dni urlopowych, ci drudzy i trzeci cieszą się regularnymi wakacjami. Zakosztowawszy uroków czasu wolnego, Europejczycy stale dyskutują o dalszym cięciu liczby godzin pracy, podczas gdy Amerykanie pracują wciąż dużo więcej i zamiast myśleć o wakacjach, po prostu… więcej kupują. Wiele badań pokazuje na przykład, że w ciągu dwudziestolecia – za sprawą rosnącego poziomu konsumpcji, ale i spadku cen wywołanego globalizacją – Amerykanki zwiększyły liczbę kupowanych sztuk odzieży od 3 do 10 razy. A trudno chyba bronić tezy, że w latach 90. nie miały się w co odziać…
Trzecia grupa wyjaśnień zbudowana została na jeszcze innej płaszczyźnie. Edward Phelps z Columbia University zwraca uwagę, że w ramach nowoczesnych społeczeństw to właśnie praca zapewnia większość, jeśli nie wszystkie osiągalne drogi samorealizacji. Richard Freeman, akademik z Harvardu, wtóruje mu, dodając, iż jest tak wiele do nauczenia i do osiągnięcia, że powinniśmy się raczej dziwić, czemu ludzie nie pracują więcej niż dziś.
Skamlący yuppies
Oczywiście wzrost wynagrodzeń za godzinę pracy, jaki historycznie towarzyszy wzrostowi wydajności i który powinien przynosić sposobność do skrócenia tygodnia pracy, jest – mówiąc ironicznie – zjawiskiem statystycznym, czyli dotyczy wartości przeciętnych. W praktyce zupełnie inaczej wygląda sytuacja osób o niskich dochodach, a inaczej – osób ze szczytu ekonomicznej drabiny. Dla przykładu, w ciągu ostatniego dwudziestolecia w Stanach Zjednoczonych społeczeństwo – pomijając 10% najlepiej zarabiających – nie cieszyło się wzrostem wynagrodzeń, jeśli policzymy jego realną wartość. Owoce wzrostu wydajności pracy konsumowali wyłącznie ci z najwyższego decyla.
Mimo to, choć podobnie długie godziny w pracy spędzają ludzie o różnym poziomie dochodów, najczęściej i najgłośniej uskarżają się na to menedżerowie wysokiego szczebla oraz inni świetnie opłacani specjaliści. Nad tą asymetrią w świecie różnicujących się dochodów postanowili pochylić się Daniel Hamermesh z University of Texas i Jungmin Lee z Sogang University w Seulu, którzy stereotypowe marudzenie na długą i ciężką pracę świetnie zarabiających fachowców nazwali „skamleniem japiszonów”. Badacze doszli do wniosku, że osoby o niskim poziomie dochodów pracują długo, bo inaczej nie mogą zaspokoić swoich potrzeb konsumpcyjnych, które zresztą zdają się stale narastać, więc coraz trudniej im sprostać. Tymczasem zapracowanie yuppies podlega innym mechanizmom. Są oni zatrudnieni w wysoce konkurencyjnych środowiskach, gdzie o premie i pozycję rywalizuje się m.in. poprzez swoistą eskalację godzin pracy, np. wygrywa ten, kto wychodzi z pracy ostatni. Wiele analiz potwierdza, że w tej grupie dochodowej każda kolejna godzina pracy jest opłacana lepiej niż poprzednia – a np. premia za pracę ponad 40 godzin tygodniowo zwiększyła się w USA dwukrotnie w ciągu ostatnich 30 lat, gdy wziąć pod uwagę zarobek za godzinę.
Konsumpcyjny multitasking
Jaki jednak sens ma praca np. 70 godzin w tygodniu, skoro nie sposób skonsumować jej owoców z braku czasu? Cóż, z tym ostatnim zamożni radzą sobie znakomicie, co z resztą przewidział w latach 70. XX wieku szwedzki ekonomista Staffan Burenstam Linder. Obserwując dotychczasowe trendy, doszedł on do wniosku, że bogacąca się upper-middle class (zamożniejsza klasa średnia) staje się stopniowo zabieganą klasą próżniaczą (harried leisure class), która zarabiając coraz więcej, musi zmieścić w ograniczonym czasie coraz więcej „jednostek konsumpcji”. Zdaniem Lindera prowadzi to najpierw do sięgania po produkty klasy premium i towarów luksusowych, a w następnym kroku – do równoległego, jednoczesnego konsumowania wielu rzeczy na raz. Jako przykład podawał człowieka sukcesu, który po długim dniu w biurze siada w fotelu kupionym w sklepie z antykami, zapala cygaro, popija francuski koniak i czyta sprowadzonego zza oceanu „New York Timesa”. Dziś bez trudu dostrzeżemy ten konsumpcyjny multitasking w mainstreamie popkultury.
W naszych dociekaniach na temat pomyłki Keynesa nie możemy zapominać o jednym: Brytyjczyk, prócz doraźnego pragmatyzmu, był marzycielem i sądził, że mechanizmy ekonomii oraz polityka ekonomiczna pozwolą rozwiązać nam wiele palących problemów. Uważał przy tym, że część z nich zakorzeniona jest w istocie kapitalizmu, ale wierzył, że obfitość owoców tego systemu potrafi go zmienić na lepsze, a szczególnie wyeliminować te praktyki biznesowe i zwyczaje ugruntowane w społeczeństwie, które choć sprzyjają akumulacji kapitału, to są po prostu nieetyczne i szerzą niesprawiedliwość – jak pisał.
Niestety, zróżnicowanie płac narasta, ubóstwo nie przestaje być problemem nawet w krajach rozwiniętych, a pracownicy harują zaniedbując często życie prywatne i rodzinne – szczególnie w Polsce, która jest pośród krajów OECD w czołówce tych, gdzie pracuje się najwięcej. Aby to ostatnie uległo zmianie, potrzeba być może trzęsienia na miarę rewolucji przemysłowej – a skoro już dziś zaczynamy się bać o pracę, którą w przyszłości może nam podbierać sztuczna inteligencja, to przełom taki może być za progiem. Jednak bez głębokich przemian społecznych sytuacja większości mieszkańców naszej planety po takiej rewolucji może się tylko pogorszyć.
W tekście wykorzystałem fragmenty artykułu Elizabeth Kolbert opublikowanego 26 maja 2014 r. na łamach „The New Yorker”.
Powyższy artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu, który pierwotnie ukazał się na portalu http://rynekpracy.org/.
Przypis:
- Szwedzi od ponad 20 lat testują krótszy tydzień pracy w wielu regionach kraju i miastach. Aktualnie trwa eksperyment w Göteborgu. Podobnie jak w szeregu poprzednich prób, część urzędników zatrudniona została na krótszy (w tym przypadku 6-godzinny) dzień pracy. Po 12 miesiącach przeanalizowane zostaną różne aspekty kosztu pracy, m.in. kwestie zwolnień lekarskich czy efektów pracy poprzez porównanie wybranej grupy i pozostałych urzędników.
przez Jan Przybylski | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Jednym z zasadniczych zadań sił dążących do zapewnienia podmiotowości Polski jest prawidłowe określenie kierunków poszukiwań sojuszów zagranicznych. Można mieć liczne i uzasadnione wątpliwości co do solidarności partnerów z Unii Europejskiej, NATO czy USA z wieloma strategicznymi celami polityki polskiej. Są rzecz jasna i obszary, gdzie wspólnota interesów ma miejsce, ale potrzebujemy także węższego grona partnerów, z którymi łączy nas najwięcej.
Narzucają się tu oczywiście więzi regionalne, a szczególnie popularna koncepcja Międzymorza. Jej zwolennicy odwołują się do długiej tradycji, obejmującej z jednej strony jagiellońską politykę dynastyczną, a z drugiej rozważania nad pozycją geopolityczną Polski i najlepszymi odpowiedziami na położenie średniej wielkości kraju pomiędzy dwoma potężnymi państwami o mocarstwowych aspiracjach – Niemcami i Rosją. Wydawałoby się, że wspólnota losów w latach 1945–1989, a także później, w geopolitycznym czyśćcu lat transformacyjnych, zakończona dopiero przyjęciem krajów Środkowo-Wschodniej Europy do NATO, a następnie Unii Europejskiej, powinna stanowić zaczyn żywotnych i mocnych związków. Tymczasem rezultaty ponad dwóch dekad współpracy w Grupie Wyszehradzkiej są raczej rozczarowujące, a ostatnie poczynania Budapesztu i Bratysławy czy – w mniejszym stopniu – Pragi, coraz mocniej wskazują, że zasadniczo rozbieżne są faktyczne interesy nasze i „braci Słowian” czy też „bratanków”. W dzisiejszych warunkach węgierska droga do podmiotowości może wieść przez Moskwę, a polska – w żadnym wypadku. Stąd odmienne reakcje Madziarów np. na rosyjskie projekty w zakresie polityki energetycznej czy na kryzys ukraiński.
Kuleje także współpraca krajów Grupy Wyszehradzkiej w dziedzinie militarnej. Zasadniczym uzbrojeniem krajów, które opuściły Układ Warszawski, były identyczne wzory sowieckiego pochodzenia. Ich starzenie się czy konieczność dostosowania do wymogów NATO nakazywały podejmowanie analogicznych wysiłków w celu modernizacji czy pozyskania nowego sprzętu. Wydawałoby się, że powinno to skłaniać do podejmowania wspólnych programów wykonawczych czy zakupowych oraz do łączenia sił przemysłów poszczególnych krajów pozostających na zbliżonym poziomie technologicznym. Mówiąc krótko, do daleko posuniętej koordynacji polityk obronnych. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej była znikoma. O wiele bardziej spektakularne były niepowodzenia takie jak krach programu wspólnej modernizacji śmigłowców Mi-24 na początku poprzedniej dekady. Problemy napotyka również aktualny program budowy wspólnego radaru trójwspółrzędnego dla obrony powietrznej, w którym siłą rzeczy wiodącą rolę odgrywałby polski przemysł.
Nie jest również koordynowana polityka zakupowa tam, gdzie konieczne jest pozyskanie sprzętu spoza Grupy. Chociaż Polska, Czechy i Węgry równolegle poszukiwały nowych, zachodnich wielozadaniowych samolotów bojowych, każde z państw prowadziło procedury oddzielnie. W efekcie Polska kupiła F-16C/D, a Czesi i Węgrzy wypożyczyli szwedzkie JAS-39 Gripen. Perspektywy rozwoju współpracy wojskowej między krajami Grupy Wyszehradzkiej w dalszej przyszłości też nie wyglądają zachęcająco. Nie wydaje się np., aby partnerzy wyszehradzcy byli zainteresowani dołączeniem do polskich poszukiwań samolotu V generacji, który miałby zostać zakupiony w latach 20. Nie istnieje najmniejsza nawet koordynacja z nimi naszego programu modernizacji obrony przeciwlotniczej. Jedynym oficjalnie anonsowanym obszarem współdziałania są prace nad pozyskaniem bojowego wozu piechoty nowej generacji, jednak nawet w odniesieniu do tego projektu trudno być optymistą. Jeżeli zaś współpraca militarna w obrębie Grupy Wyszehradzkiej jest bardzo słaba, to nie istnieje ona niemal w ogóle w relacjach z innym filarem koncepcji Międzymorza – Rumunią oraz z traktowaną nieco bardziej marginalnie Bułgarią.
Dlaczego to nie działa? Czy może zadziałać?
Rozbieżność interesów krajów Międzymorza wynika przede wszystkim z położenia w różnych podobszarach geopolitycznych. Polska w leży w Europie Bałtyckiej, kraje zatatrzańskie – w Dunajskiej. Rozdzielające je potężne pasmo Karpat różnicowało losy, izolując w pewnym sensie od siebie nawzajem narody leżące po przeciwległych stronach. Nierzadko chroniło mieszkających po jednej stronie łańcucha przed zagrożeniami, które były fundamentalnymi po drugiej, oraz kierowało ku współpracy z różnymi ośrodkami politycznymi.
Nieprzypadkowo wspólne formacje państwowe – za czasów Piastów, Andegawenów czy Jagiellonów – były efemeryczne. Krwawe wojny toczone przez Czechów pod koniec Średniowiecza i u progu nowożytności, decydujące o ich losach i tożsamości, były dla Polaków dalekimi burzami bez szczególnego znaczenia, i vice versa. Dla Węgrów naturalniejszym oparciem okazał się bliższy, leżący w tej samej co oni przestrzeni, habsburski ośrodek polityczny. Rosja była dla Polaków ciemiężcą, a dla wielu kręgów czeskich – nadzieją. Dwie wojny światowe Polskę spustoszyły, zaś Czechom i Słowakom (a nawet, w mniejszym stopniu, Rumunom) nie przyniosły istotnych strat. Różnice geopolitycznych perspektyw nie były bez znaczenia dla niemożności zaistnienia współpracy polsko-czechosłowackiej w okresie międzywojennym. Oparty teoretycznie na mocnych fundamentach alians polsko-rumuński, w chwili próby rozpadł się jak domek z kart. Węgry natomiast znajdowały się w obozie rewizjonistycznym wobec regionalnego ładu, ustalonego w traktatach kończących Wielką Wojnę.
Mimo pozornej atrakcyjności koncepcji Międzymorza istniejące bariery geopolityczne są silniejsze niż siły przyciągające do siebie kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Czesi i Słowacy mogą mieć zasadne nadzieję, że wydarzenia mające bardzo negatywne skutki dla Polski pozostawią ich bez szwanku, zaś Węgrzy mogą wręcz liczyć na odniesienie z nich pewnych korzyści. Osłabia to więzy solidarności oraz zmniejsza skłonność do ponoszenia ryzyka na rzecz partnera, który leży po prostu w polu innych sił i toczy inną grę. W związku z tym trwały alians międzymorski jest co najmniej problematyczny.
Należy również zastanowić się, czy korzyści, które mógłby przynieść, są tak wielkie, jak głoszą ich rzecznicy. Blok Międzymorza miałby wedle nich stanowić przeciwwagę dla Niemiec oraz Rosji. Niemcy mają ponad 81 mln mieszkańców, osiągają PKB w wysokości 3,4 bln dolarów, a na zbrojenia wydają ok. 48 mld. Te statystyki, zdające sprawę z orientacyjnej siły państwa, dla Rosji wynoszą odpowiednio 144 mln, 2 bln i ok. 90 mld. Dla Polski – 38,5 mln mieszkańców, PKB wysokości 488 mld dolarów, a wydatki zbrojeniowe – ponad 9,2 mld dolarów. Czesi mają 10,5 mln ludzi, PKB wynoszący 196 mld dolarów i wydatki na obronność niewiele przekraczające 2 mld dolarów. Słowacy – 5,4 mln, 92 mld i niecały miliard. Węgrzy – poniżej 10 mln, 127 mld i 1,2 mld. Ograniczając się do kierunku południowego i należących do NATO oraz UE państw dawnego Układu Warszawskiego, które z racji wspólnoty historii w ciągu ostatnich 70 lat oraz najsilniejszych więzi formalnych powinny być w największym stopniu predestynowane do współpracy w ramach bloku politycznego, należałoby uwzględnić jeszcze Rumunów – odpowiednio niecałe 20 mln, 169 mld i 2,5 mld, a także Bułgarów – 7,2 mln, 51 mld i 838 mln. Zatem potencjał państw międzymorskich daje dość imponującą liczbę ludności, ale już połączone potencjały gospodarcze stanowią zaledwie nieco ponad połowę rosyjskiego i ⅓ niemieckiego. Zupełnie kiepsko jest zaś pod względem militarnym: wszyscy partnerzy razem wzięci wydają niewiele ponad ¾ tego, co sama Polska. Wydatki na zbrojenia całego, bardzo rozległego geograficznie bloku, wynoszą raptem ⅓ niemieckich i mniej niż 1⁄5 rosyjskich.
Sedno problemu nie tkwi jednak w liczbach. Alians musi bowiem być spajany siecią wzajemnych powiązań gospodarczych, inwestycji, wspólnych przedsięwzięć. Do roli głównego ośrodka i inicjatora predestynowana jest Polska. Tymczasem pozostaje ona, w stopniu nie mniejszym niż inne kraje, a pod pewnymi względami nawet w większym, krajem gospodarczo niezbyt wydolnym, o neokolonialnej strukturze, którego „renacjonalizacja” (w sensie zespołu działań na rzecz autonomicznego rozwoju krajowej gospodarki, niekoniecznie państwowych form własności), np. odbudowa przemysłu i sektora kapitałowego, nie jest nawet na początku drogi – taki cel dopiero czeka na polityczną artykulację. Walka o odzyskanie podmiotowości gospodarczej samej Polski byłaby zapewne tak długa i trudna, że trudno określić horyzont czasowy, w jakim mogłaby ona przedstawić sąsiadom atrakcyjne oferty i uzyskać zdolność walki o wpływy z gigantycznymi globalnymi koncernami. Nie inaczej rzecz ma się w branży zbrojeniowej. Wszystkie kraje potencjalnego sojuszu są przede wszystkim konsumentami technologii. O sukcesie można tu mówić, gdy znaczący zakup, np. wielozadaniowych samolotów bojowych czy systemów obrony przeciwlotniczej, zostanie efektywnie skonsumowany przez krajowy przemysł, dzięki czemu choć część wydanych środków nie wypływa za granicę. Skonstruowanie własnymi siłami „międzymorskiego” samolotu, czołgu czy systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu pozostaje poza zakresem naszych możliwości.
Istotne znaczenie ma tu również nieduży potencjał militarny bliższych i dalszych południowych sąsiadów Polski, wynikający z niewielkich wydatków. Pozyskanie po jednej eskadrze nowych myśliwców to wszystko, na co stać Czechów i Węgrów. Dla Rumunów zakup eskadry zmodernizowanych wiekowych F-16A/B był dużym wysiłkiem. Bułgarzy, mimo planów formułowanych od niemal dekady, nie byli jak dotąd w stanie zdobyć się nawet na to. Żaden z tych krajów nie przeprowadził kompleksowej modernizacji sprzętu pancernego, jaka stała się udziałem Wojska Polskiego, żaden nie planuje też podobnych do polskich inwestycji w nowoczesną obronę przeciwlotniczą. Nawet abstrahując od kluczowego przecież problemu „państw teoretycznych” czy braku zgody elit co do istotności racji stanu jako takiej, projekt Międzymorza przypomina żartobliwe tłumaczenie na czeski wezwania z „Manifestu komunistycznego”: Gołodupki hop do kupki.
Alternatywą dla koncepcji Międzymorza jest obszar Europy Bałtyckiej, obejmujący obok państw leżących na wybrzeżu rzeczonego morza również Białoruś i Ukrainę.
Nieco historii
Rola wojen szwedzkich w skierowaniu Polski na tory wiodące ku jej upadkowi jest nie do przecenienia. Nieco uważniejsze spojrzenie na ten okres pokazuje jednak, że, jak wskazywał Paweł Jasienica, wynikały one raczej z nieszczęśliwych splotów okoliczności niż z naturalnej, geopolitycznie uzasadnionej wrogości. Polska rywalizowała ze Szwecją o ziemie, które de facto były dla niej mało istotne. Oba państwa były zarazem zagrożone przez wzmacniającą się Moskwę. Oba miały w istocie zbieżne interesy w krajach niemieckich, wreszcie dla obu fatalną okolicznością okazał się wzrost potęgi Prus. Nieprzypadkowo karta w rywalizacji regionalnej zaczęła odwracać się na niekorzyść Szwecji w XVIII w., gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów stała się państwem fantomowym. Wkrótce zaś po tym, kiedy państwo polskie definitywnie upadło, na początku wieku XIX Szwedzi utracili status mocarstwa. Nie byli w stanie oprzeć się ekspansji Rosji i Prus samodzielnie – z przyczyn ekonomicznych i demograficznych – a po rozbiorach Polski nie było już w regionie wystarczająco mocnych kandydatów na sojuszników.
Od tego czasu datuje się era formalnej neutralności Szwecji i trzymania się przez nią na uboczu wielkich konfliktów. Neutralność ta w żadnym razie nie oznaczała jednak bezbronności. Szwecja, która nigdy nie przekroczyła progu 10 mln obywateli, nie mogła myśleć o powrocie do minionej chwały i zbudowaniu sił zbrojnych porównywalnych z potęgami grającymi w skali globalnej, ale zawsze miały one potencjał, którego nie można było lekceważyć. Dochodziły do tego niebagatelne zaplecze przemysłowe, oparte o posiadane złoża surowców, a także wysoki po rewolucji przemysłowej poziom ogólnego rozwoju i zamożności. Istotne było także dogodne położenie, dzięki przestrzeni morskiej oddalającej od tras, po których toczyły się walce historii, a po I wojnie światowej także istnienie niezależnej Finlandii, spełniającej rolę bufora od wschodu. Zabezpieczało to Szwedów przed przykrościami ze strony sąsiadów, wyjątkowo agresywnych w XX w. Pozwalało zarazem na prowadzenie względnie aktywnej polityki zagranicznej w dziedzinie bezpieczeństwa, której przejawem było np. istotne wsparcie dla Finów wojujących w latach 1939–1944 z ZSRR. Warto wspomnieć także o istotnej roli Szwecji jako dostawcy uzbrojenia oraz technologii wojskowych dla II Rzeczypospolitej.
Zimna Wojna przyniosła kontynuację tradycyjnego szwedzkiego podejścia do spraw międzynarodowych. Neutralny i pozostający poza wielkimi sojuszami wojskowymi (chociaż NATO gwarantowało bezpieczeństwo Szwecji) Sztokholm utrzymywał w związku z sowieckim zagrożeniem (narastającym ze względu na znaczny wpływ uzyskany przez Moskwę na Finlandię) liczące się w regionie siły zbrojne. Prowadził jednocześnie politykę bardzo dużej samodzielności w zakresie produkcji uzbrojenia. Najbardziej znanym jej symbolem jest seria odrzutowych myśliwców firmy Saab, reprezentowana przez tak słynne maszyny, jak J 29 Tunnan, J 35 Draken, J 37 Viggen, a ostatnio JAS 39 Gripen. Ale Szwedzi budowali i budują również okręty, w tym zaawansowane i wysoko oceniane przez specjalistów jednostki podwodne, większość asortymentu uzbrojenia wojsk lądowych czy rakiety przeciwokrętowe. Przez ćwierć wieku prowadzili poważny program nuklearny, który jednak z uwagi na opozycję wewnętrzną i naciski USA nie doprowadził do uzyskania własnej broni jądrowej.
Po roku 1989 świadomość zagrożenia utrzymywały powtarzające się incydenty z rosyjskimi okrętami podwodnymi, penetrującymi szwedzkie wody terytorialne. Jednak smuta u jedynego niebezpiecznego sąsiada, wyjście spod jego wpływów Finlandii, a wreszcie przystąpienie do Unii Europejskiej odbiły się na szwedzkich wydatkach obronnych. Stopniowo spadały one z 2,6 proc. PKB w roku 1990 do 1,2 proc. w 2008. Mimo drastycznych redukcji liczebności ogólnej – z 850 tys. żołnierzy przewidywanych na czas „W” w 1988 r. do 54 tys. wedle planów z roku ubiegłego – prowadzona była jednak ciągła modernizacja armii. Kontynuowano najważniejsze programy, takie jak myśliwiec Gripen czy korweta „Visby” (co prawda w okrojonej formie), a ponadto zakupiono od Niemców 280 nowych i używanych czołgów Leopard 2. Aż do 2010 r. utrzymywano też powszechny pobór.
Dzień dzisiejszy
Szwecja roku 2015 jest nadal krajem pozostającym poza wielkimi blokami wojskowymi. Całość jej armii to 15,7 tys. żołnierzy, podoficerów i oficerów służby czynnej, 11,7 tys. utrzymywanych w bieżącej rezerwie, 5,7 tys. pracowników cywilnych wojska oraz 22 tys. żołnierzy obrony terytorialnej. Wojska lądowe utrzymują dwie brygady, jedną ciężką i jedną zmotoryzowaną, wyposażonych łącznie w 45 czołgów pozostających na stopie czynnej, po 160 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych oraz 24 haubice samobieżne; obronę przeciwlotniczą zapewniają 2 bataliony wyposażone w rakiety bliskiego zasięgu. Siły te wspiera wspomniana obrona terytorialna, podzielona na 40 batalionów. Chociaż takie ilości sprzętu wydają się znikome, należy pamiętać o jego znacznych zasobach utrzymywanych w rezerwie – znajduje się w niej np. większość szwedzkich Leopardów 2A5, nieco nowocześniejszych od pojazdów pozyskiwanych obecnie przez Wojsko Polskie.
Głównym komponentem sił powietrznych są 4 dywizjony wyposażone łącznie w 80 wielozadaniowych samolotów bojowych JAS 39C/D Gripen, wspierane przez 2 samoloty wczesnego ostrzegania S200D i 2 maszyny rozpoznania radioelektronicznego S102B. W rezerwach znajduje się ok. 50 samolotów Gripen w wersji A/B, starszej, ale i tak znacznie przewyższającej maszyny MiG-29 i Su-22, na utrzymywanie których w aktywnej służbie jeszcze przez ponad dekadę będzie skazane, jeżeli nic się nie zmieni, lotnictwo polskie. Zasadniczą siłę Królewskiej Marynarki Wojennej stanowią okręty podwodne. Obecnie w służbie pozostają 4, wszystkie względnie nowe i nowoczesne. Na powierzchni towarzyszy im 7 korwet, w tym 5 należących do odznaczającego się obniżoną wykrywalnością, w dużej mierze awangardowego typu „Visby”, oraz pewna liczba mniejszych jednostek.
Generalnie siły te należy ocenić jako znaczące w skali europejskiej. Każda strona planująca działania w obszarze Bałtyku będzie musiała brać je pod uwagę. Siły zbrojne Szwecji są pod względem ogólnego potencjału porównywalne z polskimi – choć wojska lądowe Skandynawów są znacznie mniej liczne, to już ich lotnictwu wypada przyznać pewną przewagę, m.in. dzięki posiadaniu maszyn wczesnego ostrzegania. Podobnie jest z marynarką wojenną. Możliwości bojowe Szwecji zwiększa dopracowywana teoretycznie i praktycznie od dłuższego czasu sieciocentryczność, utrudniająca porażenie całej struktury obronnej i ułatwiająca odtwarzanie jej gotowości. Za piętę achillesową uznać należy natomiast zasadniczą słabość obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu oraz zupełny brak przeciwrakietowej.
Szwecja posiada też znaczącą samowystarczalność w produkcji uzbrojenia. Procesy konsolidacyjne sprawiły, że zasadniczym producentem stał się koncern Saab Group. Sztandarowym jego produktem jest myśliwiec Gripen. Poza tym koncern wytwarza m.in. wysokiej klasy radary naziemne, morskie i montowane na samolotach, pociski rakietowe różnego rodzaju – przeciwokrętowe, przeciwlotnicze oraz współprodukowane z EADS lotnicze manewrujące – a także bardzo zaawansowane kompleksowe systemy dowodzenia, kontroli i łączności, symulatory etc. Nieco mniej znaczący dla całokształtu obronności kraju sektor produkcji uzbrojenia wojsk lądowych został sprzedany podmiotom zagranicznym. Z kolei nabycie przez niemiecki koncern HDW (który następnie stał się częścią jeszcze potężniejszego ThyssenKrupp) stoczni Kockums, będącej „nadwornym” dostawcą szwedzkiej marynarki wojennej, w ostatnich miesiącach doprowadziło do rozwoju wypadków w pouczającym kierunku. Przejęcie nastąpiło w 1999 r., z uwagi na kłopoty finansowe wywołane cięciami w wydatkach obronnych Szwecji i innych państw skandynawskich, które doprowadziły do zamrożenia realizacji planów budowy okrętu podwodnego „Viking” (miał zasilić również floty Danii i Norwegii) oraz spadku wartości programu korwety „Visby”. Niemieckiego właściciela zaczęto w Szwecji oskarżać, że przejęcie miało wrogi charakter i jego celem jest doprowadzenie do zniknięcia konkurencji dla zakładów w Niemczech. Koncern Saab złożył w związku z tym ofertę odkupienia ThyssenKrupp Marine Systems AB (tak obecnie nazywa się Kockums) i podjął działania w tym kierunku, w czym wspierany był przez władze, wywierające presję na niemieckich właścicieli. Zabiegi zakończyły się pełnym sukcesem Szwedów: ThyssenKrupp za symboliczną kwotę 340 mln koron szwedzkich sprzedał stocznię Saabowi.
Czego boją się Szwedzi
Zgodnie z obowiązującym planem obrony szwedzkie siły zbrojne mają za zadanie bronić terytorium całego kraju i zapewniać jego integralność. Jako potencjalne zagrożenia szwedzcy analitycy wymieniają ataki mające na celu neutralizację kluczowych obszarów strategicznych: Sztokholmu, infrastruktury rozpoznania dalekiego, systemu portów na południowym wybrzeżu, obszaru południowo-centralnego, w którym mogłaby potencjalnie być rozwijana pomoc sojusznicza lub, w przypadku kryzysu w obszarze Arktyki, północy Szwecji. Pod uwagę brane są scenariusze o różnym stopniu eskalacji.
Jednoznacznie określonym przeciwnikiem jest Rosja, którą szwedzkie czynniki polityczne za zagrożenie uznawały zawsze, a za dzwonek alarmowy, przerywający postzimnowojenną drzemkę, uznano wojnę w Gruzji w roku 2008, wieszczącą powrót użycia siły na dużą skalę w stosunkach europejskich. Wydarzenia, takie jak rajd w okolice granic kraju pod koniec marca 2013 r. rosyjskich bombowców, ćwiczących atak na cele w rejonie Sztokholmu, czy obserwacja przez odpowiednie służby intensyfikacji rosyjskiej działalności agenturalnej utwierdzały Szwedów w poczuciu zagrożenia.
Jednocześnie krytycznie ocenia się tam obecnie własne możliwości obronne. Prowadzone w ostatnich latach analizy zdolności operacyjnych armii w kontekście przewidywanych działań wroga wskazywały jednoznacznie, że zmniejszenie finansowania i związane z nim drastyczne redukcje liczebne wojsk operacyjnych i obrony terytorialnej, wynikające z całkowitego uzawodowienia tych pierwszych rozmontowanie systemu uzupełnień, oraz braki sprzętowe każą sceptycznie spoglądać na zdolności do obrony. Pokłosiem tych rozważań był m.in. wywiad, jakiego jeszcze w lutym 2013 r. udzielił wicepremier Jan Arne Björklund. Postulował m.in. zwiększenie wydatków na obronność, podniesienie liczebności wojsk operacyjnych do 30 tys. żołnierzy w czasie pokoju, rozbudowę systemu rezerw i zakup systemów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych Patriot w celu rozmieszczenia ich na Gotlandii.
Jeżeli Gruzja była sygnałem alarmowym, sprawę Krymu potraktowano w Sztokholmie jako dzwon na trwogę. Ciąg deklaracji i konkretnych działań układa się tu w spójną całość. Na początku marca 2014 r. ówczesna minister obrony Karin Enström zdecydowała o opóźnieniu o dwa miesiące publikacji raportu o bezpieczeństwie kraju w celu uwzględnienia w nim zmiany sytuacji strategicznej. Niedługo później Riksrevisionen, parlamentarny organ audytu nadzorujący pracę rządu, zalecił przeznaczenie w ciągu najbliższych 10 lat dodatkowych funduszy, stanowiących równowartość 5–8 mld dolarów, na zakupy nowego sprzętu dla wojska oraz poddał krytyce przebieg profesjonalizacji sił zbrojnych. Ministerstwo obrony zadeklarowało natomiast zwiększenie z 60 do 70 sztuk zamówienia na myśliwce Gripen E nowej generacji, o istotnie zwiększonych możliwościach bojowych. Rozważa się również wyposażenie ich w pociski manewrujące dalekiego zasięgu, szacowanego na ponad 500 km. Podkreśla się także konieczność przyspieszenia zakupu nowej generacji zestawów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych średniego zasięgu.
Wszystkie te działania zyskały aprobatę komisji ds. obrony szwedzkiego parlamentu. Zaleciła ona ponadto m.in. istotne wzmocnienie obrony terytorialnej, rozbudowę sił stacjonujących na Gotlandii, zwiększenie liczby operacyjnych okrętów podwodnych do pięciu, pozyskanie nowego typu rakiet przeciwokrętowych oraz skierowanie uwagi na zagadnienie bezpieczeństwa cybernetycznego. W aspekcie finansowym zalecono zwiększenie rocznych wydatków na obronność o ok. 13 proc. – już w bieżącym roku resort obrony otrzyma dodatkowo równowartość niemal 100 mln dolarów. Co ważne, wszystkie te działania podejmowane są w atmosferze ponadpartyjnej zgody. Socjaldemokraci, do września 2014 r. pozostający w opozycji, postulowali wręcz większą hojność na rzecz obronności niż ówczesna koalicja rządząca, a przejąwszy stery, bynajmniej nie zmienili zdania.
Strategiczne poszukiwania
Szwedzka polityka obronna nie jest oczywiście realizowana w próżni. Kraj ten nie jest w stanie odgrywać roli mocarstwa, przede wszystkim z uwagi na ograniczoną populację. Szwedzi są tego w pełni świadomi i starają się oprzeć bezpieczeństwo o szerszy układ międzynarodowy. Roli takiej nie może, poza określonymi aspektami, spełniać Unia Europejska. Bardzo ważne znaczenie strategiczne mają natomiast relacje z NATO – obecne scenariusze obrony opracowywane w Sztokholmie zakładają współdziałanie z Sojuszem Północnoatlantyckim.
Pojawiają się tu jednak po obu stronach zasadnicze problemy. Szwecja członkiem paktu nie jest, a zmiana tego stanu rzeczy i odstąpienie od dwuwiekowej tradycji neutralności wymagałyby swoistej rewolucji mentalnej. Dopóki tak się nie stanie, ograniczone są zarówno możliwości NATO, jak i jego chęci. Ograniczenia w pierwszej sferze wynikają z niekompatybilności infrastruktury Szwecji z sojuszem – od braku baz po odmienne standardy w zakresie łączności, wymiany danych czy identyfikacji „swój-obcy”. Sfera druga jest prostą pochodną stanu formalno-prawnego: skoro Szwecja nie partycypuje w sojuszniczej solidarności, to pozostając poza strukturami paktu nie może liczyć na jej stosowanie wobec siebie mimo współpracy militarnej, polegającej np. na włączeniu pod koniec 2013 r. eskadry myśliwców Gripen i niszczyciela min do NATO Response Force. Oficjalne komunikaty w tym zakresie, płynące z najwyższych szczebli NATO czy ze Stanów Zjednoczonych, są jednoznaczne. Można je zapewne interpretować jako element nacisku na Sztokholm i przewidywać, że w razie faktycznej wojny Szwecja uzyskałaby pomoc, jednak trudno je zupełnie zignorować.
Kwestia przystąpienia do NATO jest obecnie przedmiotem debaty publicznej. Klasa polityczna do ubiegłorocznych wyborów wydawała skłaniać się ku takiemu rozwiązaniu, np. przez ostatnią deklarację solidarności i gotowości przyjścia z pomocą, w tym wojskową, w przypadku zaatakowania któregoś z krajów UE lub Norwegii. Jednak większość opinii publicznej zachowuje wciąż rezerwę, a nowy rząd złożony z socjaldemokratów i Zielonych zawiesił działania mające prowadzić do akcesji do NATO.
Drugą istotną sferę poszukiwań wyznaczają tradycyjne dla polityki szwedzkiej kierunki skandynawski oraz bałtycki. Nawiązują one tak do historii dawniejszej, obejmującej tworzenie wspólnych organizmów państwowych i historyczne strefy wpływów, jak i nowszej, np. planowanej po II wojnie światowej skandynawskiej unii obronnej czy też użytkowania do lat 90. przez Danię oraz Finlandię myśliwców Draken. Szwedzi są bardzo aktywni w zakresie formułowania regionalnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa. Doprowadzili do powołania w 2009 r. organizacji NORDEFCO (Nordic Defence Cooperation), grupującej obok nich Danię, Norwegię, Finlandię i Islandię. Stawia sobie ona za cel współpracę w zakresach rozwoju strategicznego, możliwości obronnych, zasobów ludzkich i edukacji, szkoleń oraz prowadzenia operacji. Udało jej się osiągnąć pewne efekty w zakresie organizacji wspólnych ćwiczeń czy zakupów sprzętu wojskowego w ramach organizacji. Natomiast z dość chłodnym przyjęciem partnerów spotkały się sformułowane przez Sztokholm na początku 2013 r. wezwania do głębszej integracji, polegającej na stworzeniu ram prawnych dla wspólnej polityki zakupowej, systemu serwisowania, wzajemnego udostępniania zapasów oraz powołania wspólnych jednostek szybkiego reagowania wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Dla Danii i Norwegii mogłoby to oznaczać komplikacje wynikające z nakładania się zobowiązań wobec NORDEFCO i NATO. Finowie, chociaż wyrazili zainteresowanie, obecnie, już w obliczu kryzysu krymskiego, ogłosili ustami szefa parlamentarnej komisji obrony, że efekty kooperacji pozostają dość ograniczone, a docelową drogą powinno być jednak członkostwo w NATO, mającym znacznie większy potencjał niż inicjatywy skandynawskie. Ostatnie miesiące przyniosły jednak wzmożenie szwedzko-fińskiej współpracy m.in. w zakresie obrony powietrznej.
Poza obszarem ściśle skandynawskim Szwedzi pozostają aktywni na południowym wybrzeżu Bałtyku. Tamtejsi analitycy wskazują na konieczność objęcia siecią porozumień państw bałtyckich. Z Estonią porozumienie analogiczne do konstytuującego NORDEFCO podpisano już na początku roku 2011. W październiku 2014 r. podjęta została decyzja o otwarciu projektów NORDEFCO dla Litwy, Łotwy i Estonii. Pojawiały się również doniesienia o intensywnym sondowaniu stanowiska Warszawy w odniesieniu do współpracy obronnej.
Warto się przyjrzeć potencjałom militarnym pozostałych krajów NORDEFCO (poza pozbawioną armii Islandią) i państw bałtyckich. Dania, Finlandia i Norwegia dysponują siłami zbrojnymi porównywalnymi w każdym z przypadków ze Szwecją. Wszystkie trzy kraje utrzymują przynajmniej formalnie powszechny pobór, prowadzą też modernizację sił zbrojnych. Specjalnością Duńczyków jest flota nawodna przy dość silnym lotnictwie, Norwegów – lotnictwo (kraj ten nabędzie w najbliższych latach znaczącą liczbę samolotów F-35, bo aż 52 sztuki) przy dość silnej flocie. W obu tych krajach relatywnie słabsze pozostają wojska lądowe. Finowie z kolei dysponują silnymi komponentem lądowym oraz lotnictwem z marynarką wojenną o charakterze pomocniczym. Podjęli też kroki w celu wyposażenia sił zbrojnych w środki rażenia o zasięgu operacyjnym. Litwa, Łotwa i Estonia są z kolei znacznie słabsze, posiadając wojska zdolne w istocie jedynie do symbolicznego oporu i wojny partyzanckiej. Ograniczone zasoby ekonomiczne uniemożliwiają (nawet po realizacji zapowiadanych znaczących podwyżek wydatków na obronność) każdemu z tych krajów w pojedynkę zakup np. wielozadaniowych samolotów bojowych w ilościach mających sens z uwagi na koszty infrastruktury i obsługi oraz znaczenie operacyjne. Zasadniczą zmianę mogłyby przynieść zakupy wspólne, dokonywane albo przez te trzy państwa razem, albo wespół z Polską, Szwecją czy Finlandią.
Wnioski dla Polski
W zakresie polityki obronnej na konkretne przejawy współpracy można wskazać już teraz: Marynarka Wojenna używa szwedzkich rakiet oraz radarów na okrętach, oferta A26 wraz z pakietem przemysłowym została zgłoszona do konkursu na nowy okręt podwodny, wojska lądowe z sukcesem wykorzystują fińskiego pochodzenia kołowy transporter opancerzony Rosomak, a podstawowym czołgiem wszystkich krajów skandynawskich oraz Polski w perspektywie kolejnych dekad pozostaje Leopard 2. Być może, gdyby nie braki postkomunistycznej kadry w zakresie przyszłościowego myślenia oraz wielka smuta w polskiej obronności w latach 90., te związki byłyby jeszcze bliższe i bardziej dla nas korzystne – Szwedzi już wtedy formułowali bowiem propozycje współpracy przemysłowej, które rozbijały się o mur niemożności.
Oczywiście kierunek bałtycki nie może (i niewiele wskazuje, żeby coś mogło zmienić w tym zakresie w przewidywalnej przyszłości) stanowić alternatywy dla gwarancji strategicznych najwyższego rzędu, choćby przez wzgląd na brak środków odstraszania nuklearnego. Może jednak stanowić ich bardzo cenne uzupełnienie, szczególnie na płaszczyźnie polityki bieżącej, regionalnej, nieocierającej się o globalną konfrontację. Szwecja liczy 9,8 mln obywateli, jej PKB wynosi 526 mld dolarów, wydaje na obronność 6,5 mld dolarów. Dla Finlandii te wartości wynoszą odpowiednio 5,5 mln, 267 mld i 3,3 mld, dla Norwegii – 5,2 mln, 501 mld i 7,2 mld, natomiast dla Danii – 5,7 mln, 314 mld i 4,5 mld. Połączone potencjały gospodarcze Polski i krajów skandynawskich są więc wyższe od rosyjskiego, natomiast siła demograficzna naszego kraju kompensuje jeden z zasadniczych braków narodów nordyckich.
W świetle powyższych obserwacji wydaje się, że nurty polityczne, którym leży na sercu podmiotowość i suwerenność Polski, powinny wyjść poza popularną optykę, która konserwatystom każe widzieć w Szwecji (czy szerzej – Skandynawii) wyłącznie nową Sodomę i Gomorę, natomiast lewicy postrzegać ją przede wszystkim jako socjalne państwo dobrobytu. Oczywiście, bardzo wiele aspektów szwedzkiej polityki wewnętrznej może budzić daleko idący sceptycyzm tych pierwszych. Jednak państwo to uparcie nie chce zawalić się pod własnym ciężarem, system gospodarczy natomiast wydaje się wykazywać znaczną elastyczność, umożliwiającą dzięki kolejnym seriom reform zachowanie wysokiej wydolności. Lewicowcy powinni z kolei widzieć, że szwedzcy socjaldemokraci są w dzisiejszym świecie dość osobliwą formacją – antypacyfistyczną, bardzo poważnie traktującą zagadnienia obronności. Trzeba odwołać się w tym miejscu do Carla Schmitta i jego rozróżnienia na wroga i sojusznika, stanowiącego istotę polityki. Tak jak wróg nie musi być etycznie wstrętny, tak nie ma konieczności, aby sojusznik był pod tym względem dla wszystkich pociągający. Tym, co dzieli i łączy, są twarde interesy i polityka jako język ich artykulacji. Dlatego właśnie należałoby aktywnie poszukiwać możliwości współpracy strategicznej z krajami skandynawskimi, która w razie sukcesu mogłaby, przy zupełnie naturalnym włączeniu Litwy, Łotwy i Estonii, w jakiejś perspektywie i przy pomyślnej koniunkturze zostać rozszerzona również o Białoruś i Ukrainę w celu integracji wszystkich krajów Europy Bałtyckiej dążących do niezależności od ościennych potęg.
Tureckie postscriptum
Spośród istniejących do dziś krajów tym, który najwięcej obok Polski i Szwecji stracił na wielowiekowej ekspansji Rosji, jest niewątpliwie Turcja. Utraciwszy przeciwników na północy, Moskwa mogła skierować swe siły na Bałkany, co doprowadziło zaś poprzez kolejne wojny do wyjścia Imperium Osmańskiego z Europy. Rachunki krzywd i świadomość zagrożenia ze wschodu są zatem wspólne. Dzisiejsza Turcja jest krajem potężnym ludnościowo (ponad 78 mln obywateli), coraz silniejszym ekonomicznie (przy dynamicznym wzroście PKB dobija do wartości 800 mld dolarów) i dysponującym – dzięki znacznym wydatkom, wynoszącym około 20 mld dolarów rocznie – bardzo silną armią, liczącą ponad 620 tys. żołnierzy. Dysponuje ok. 500 nowoczesnymi czołgami (wśród których są znów Leopardy 2), uzupełnianymi przez ponad 3 tys. starszych. Główną siłę lotnictwa stanowi zaś 236 F-16C/D. Adekwatny jest również komponent morski – kraj prowadzi obecnie analogiczny do polskiego program modernizacji obrony przeciwlotniczej, dążąc do zakupu jak najnowocześniejszych systemów średniego zasięgu.
Co bardzo ważne, kraj ten od dawna rozwija, umiejętnie korzystając ze współpracy międzynarodowej, potencjał w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego. Przykładowo wszystkie tureckie F-16 zostały zmontowane w lokalnych zakładach (które ponadto eksportowały gotowe maszyny), zaś w bieżącym roku do produkcji powinien wejść opracowany wespół z partnerem południowokoreańskim czołg Altay, odpowiadający standardem nowoczesnym konstrukcjom zachodnim. Firmy znad Bosforu przedstawiają natomiast tak zaawansowane wzory uzbrojenia, jak pociski manewrujące modelu SOM, który ma osiągnąć docelowo zasięg aż 2,5 tys. km. A plany są jeszcze ambitniejsze: w 2014 r. Turcja wybrała jako partnera, z którym firma TAI będzie rozwijała nowy myśliwiec, szwedzki koncern Saab.
W polityce regionalnej Turcja jest protektorką Azerbejdżanu, skonfliktowanego z Armenią wspieraną przez Rosję. Do 2008 r. silnie wspierała Gruzję Micheila Saakaszwilego, choć w trakcie samej wojny zachowała daleko idącą wstrzemięźliwość. W trakcie kryzysu krymskiego tureckie czynniki oficjalne akcentowały potrzebę zachowania integralności terytorialnej Ukrainy. Otwarcie agresywne poczynania Rosji są tam postrzegane jako ewidentne zagrożenie. Z drugiej strony jednak Turcja ma własne, neoosmańskie interesy na Bliskim Wschodzie, otwierające pole różnego rodzaju targów z Rosją, np. w kwestii syryjskiej. Również stanowisko Ankary w odniesieniu do kwestii tranzytu surowców nie zawsze jest zbieżne z interesem np. Ukrainy czy Polski. Wydaje się jednak, że Turcja powinna być otwarta na wszelkie scenariusze ewentualnościowe, odnoszące się do zabezpieczenia przed rozwojem niebezpieczeństwa z kierunku wschodniego, ponadto w oczywisty sposób jest wartościowym partnerem w dziedzinie współpracy militarnej i przemysłowej. Pożądane byłoby zatem uzupełnienie postulowanej intensywnej bałtyckiej współpracy regionalnej o jak najściślejsze kontakty z potężnym partnerem z południa – utworzenie „półksiężyca” Sztokholm – Warszawa – Ankara.
przez Rachel Riederer | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Podaruję ci Księżyc – mówi George Bailey do swojej ukochanej w filmie „To wspaniałe życie”. Romantyzm tej obietnicy wynika z absolutnej niemożności jej spełnienia – możemy wpatrywać się w Księżyc, pisać o nim dziecięce rymowanki, wyznawać zabobony dotyczące jego faz, ale nie możemy go posiąść, bez względu na to, czy chcielibyśmy go zatrzymać dla siebie, czy komuś podarować. Wydaje się jednak, że ustanowienie prawa własności na Księżycu – i ogólnie w przestrzeni kosmicznej – jest już coraz bliżej.
Pod koniec zeszłego roku Bigelow Aerospace, firma zajmująca się technologiami kosmicznymi, na którą jej założyciel i deweloper nieruchomości Robert Bigelow przeznaczył już 250 milionów dolarów, złożyła wniosek do Federalnego Urzędu Komercyjnego Transportu Kosmicznego z prośbą o zapewnienie „strefy nieingerencji” wokół jej przyszłych działań na Księżycu. Bigelow wytwarza nadmuchiwane siedliska do użytku w przestrzeni kosmicznej (miękkie konstrukcje, zaprojektowane tak, aby zajmować bardzo mało cennego miejsca w rakiecie kosmicznej, powiększające później objętość) i planuje założenie bazy na Księżycu. Ten krok może być pierwszym ku ustanowieniu tam praw własności.
Technologia komercyjnych przedsięwzięć w przestrzeni kosmicznej wyprzedza tempem rozwoju ramy prawne – ale prawo w końcu nadrobi ten dystans. Zarządzanie terenami wspólnymi jest wystarczająco brzemienne w problemy tu na Ziemi – np. gdy chodzi o terytorialne dysputy dotyczące prawa do połowów w Morzu Południowochińskim lub o spory na temat finansowania nowojorskich parków. Decyzje te są o wiele bardziej skomplikowane, jeśli ma się do czynienia z wielkim dobrem wspólnym na niebie.
Podstawą międzynarodowego prawa regulującego kwestie przestrzeni kosmicznej jest Traktat o Przestrzeni Kosmicznej (Outer Space Treaty) z 1967, powstały na fali zimnowojennych obaw, że Stany Zjednoczone lub Związek Radziecki uruchomią z kosmosu broń nuklearną. Traktat ten zakazuje zarówno używania broni nuklearnej w przestrzeni kosmicznej (ale już nie konwencjonalnego uzbrojenia), jak i przywłaszczania sobie przez państwa Księżyca i innych ciał niebieskich. Został podpisany przez ponad setkę państw, łącznie z „Wielką Trójką” (Chinami, USA i Rosją) i jest uważany za wiążące prawo międzynarodowe. Nie wspomina on jednak o prywatnych przedsiębiorstwach, a jego wytyczne stają się w najlepszym razie rozmyte wraz z rozwojem komercyjnego biznesu w kosmosie. Trudno winić autorów Traktatu za przeoczenie. Wydobycie zasobów na asteroidach czy turystyka kosmiczna nawet obecnie brzmią szokująco – 50 lat temu musiały być więc trudniejsze do pojęcia.
Układ Księżycowy z 1979 r. poszedł dalej, zakazując posiadania własności na Księżycu – jego powierzchni, terenów podpowierzchniowych i wszelkich znalezionych tam zasobów – przez jakąkolwiek osobę, organizację lub rząd. Układ deklarował również, że jego sygnatariusze mają intencję ustanowić międzynarodowy reżim nadzoru w celu zawiadywania eksploatacją naturalnych zasobów na Księżycu. Podobny reżim zabezpiecza już zasoby wód międzynarodowych, a ustanowiony został poprzez Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza. Jednak żaden reżim dotyczący Księżyca nie został ostatecznie ustanowiony. Tylko 11 krajów podpisało Układ Księżycowy i nie ma pośród nich żadnego z państw aktywnych na polu podróży kosmicznych i transportu kosmicznego.
Bigelow nie prosi o prawo własności na Księżycu. Firma, założona w 1998 r., stawia sobie za cel ustanowienie tam bazy i użyczanie przestrzeni kosmicznej w leasing klientom. Chociaż powstanie bazy lunarnej wydaje się odległe o całe lata, Bigelow ma już na orbicie dwa prototypy siedlisk, a także, na mocy wartego 17 milionów dolarów kontraktu z NASA, zamierza dostarczyć Międzynarodowej Stacji Kosmicznej rozszerzalny moduł (obecna cena na stronie Bigelow to 25 milionów dolarów za dwumiesięczne użytkowanie Bigelow Alpha Station na prawach wyłączności). Jak twierdzi adwokat Bigelow, Mike Gold: Prosimy Federalny Urząd Komercyjnego Transportu Kosmicznego o aprobatę dla wystrzelenia i lądowania siedliska na powierzchni Księżyca oraz o zapewnienie, że jeśli to zrobimy, będziemy działać w strefie nieingerencji. Jest to zgodne z wymogami Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej – państwa nadzorują handel. Bardziej niż prawa własności Bigelow pragnie zapewnień, że ich działania nie zostaną zakłócone. Tak czy inaczej odpowiedź FUKTK na prośbę Bigelow pozwoli rozproszyć istniejące obecnie niejasności prawne. Nasza prośba jest katalizatorem zmiany – mówi Gold.
Z perspektywy firmy Bigelow – a perspektywę tę podziela wiele osób w rozwijającym się przemyśle komercjalizacji przestrzeni kosmicznej – ustanowienie prawa własności na Księżycu nie jest nowością, lecz koniecznością. Prawa własności są kluczem do pozyskania inwestycji niezbędnych dla dalszego rozwoju – mówi Gold. Ignorujemy Księżyc na własne ryzyko – należy postawić pytanie nie o to, czy lunarne zasoby będą wykorzystywane, ale o to, kiedy i przez kogo. Chociaż trudno wyobrazić sobie powierzchnię Księżyca tak zatłoczoną poszukiwaczami zasobów, że mógłby pojawić się konflikt o terytorium, Gold wskazuje, iż miejsca, które mogłoby sprzyjać ludzkiemu bytowaniu i działaniu nie jest tam aż tak wiele. Wreszcie, jak dowodzi: Jeśli Stany Zjednoczone nie podejmą kroków, by przynajmniej ustalić pewne zasady gry w związku z działaniami na Księżycu, to jest to recepta na konflikt i katastrofę.
Gold jest zwolennikiem porównywania obecnych działań człowieka w przestrzeni kosmicznej z zasiedlaniem Zachodu Ameryki: najpierw następuje rekonesans rządu (NASA, Lewis i Clarke), ale najważniejsza praca wykonywana jest przez kolejną falę przybywających, cywili i przedsiębiorców poszukujących majątku. To zresztą interesujące, że Gold traktuje tę grupę jako ważną, dorastał bowiem w rezerwacie Indian w Montanie. Kiedy zapytałam go o tę część analogii, odparł po prostu: Cóż, na Księżycu nie ma Indian. Jest faktycznie niezamieszkany. I kontynuuje o swojej wizji: Rząd odegrał bardzo istotną rolę w przecieraniu szlaku, jednak najważniejszą odegrali rolnicy, osadnicy, przedsiębiorcy, którzy tak naprawdę zasiedlili region – a w przestrzeni kosmicznej to się po prostu nie wydarzyło. Dla Golda dzisiejszymi odpowiednikami tamtych osadników w kosmosie są firmy, włączając w to Bigelow, których celem jest założenie tam biznesu.
Osadnicy, którzy pakowali swoje wozy i zmierzali ku Wielkim Równinom, są pod wieloma względami różni od przedsiębiorców marzących o kosmosie. Po pierwsze, mieli oni Ustawę o Gospodarstwach Rolnych (Homestead Act), umożliwiającą ubieganie się o przyznanie im każdej parceli ziemi, na której pracowali i rezydowali. Czy tego rodzaju drogę postępowania Bigelow przewiduje dla kosmosu? W sensie idealnym, oczywiście. Ustawa o Gospodarstwach Rolnych, której skutkiem było zasiedlenie i rozwój Zachodu, to wspaniały model – mówi Gold. – Problemem byłoby jego wdrożenie – Traktat o Przestrzeni Kosmicznej zabrania gromadzenia terenów przez państwa, i tu właśnie można by popaść w kłopoty, gdyby zachować się jak w przypadku Ustawy o Gospodarstwach Rolnych. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mają praw własności do ciał niebieskich, nie mogą zapewnić ich innym podmiotom.
Adwokat Michael Listner, założyciel firmy konsultingowej o nazwie Space Law and Policy Solutions, ma już dość słuchania analogii z Dzikim Zachodem, używanych, żeby opisać przyszłość przestrzeni kosmicznej. Pod koniec 2013, odpowiadając na publiczne obwieszczenie Bigelow, że firma wystosowała prośbę do FUKTK, napisał: Kosmos jest wszystkim, tylko nie Dzikim Zachodem. Zwolennicy prawa własności w przestrzeni kosmicznej, którzy używają tej analogii, ignorują obecne uwarunkowania polityczne i prawne. Środowisko geopolityczne jest inne, niż było w XIX wieku. Listner uznał też moment opublikowania prośby przez Bigelow za „kłopotliwy”. Obecne środowisko rozwiązań prawnych i politycznych nie jest przygotowane na ustrój, który jednostronnie zagwarantuje prywatne prawa własności w przestrzeni kosmicznej – napisał w artykule w „Space News”, ostrzegając, że jeśli USA spróbują wprowadzić to rozwiązanie w sposób tak jednostronny, może to sprowokować „silną reakcję geopolityczną”.
W Ustawie o Gospodarstwach Rolnych chodziło o skonsolidowanie amerykańskiej władzy w terytoriach, ale była ona również świadomie demokratyczna, oparta wprost na ideale „rolnika”. Jedynymi wymogami, aby otrzymać ziemię na Dzikim Zachodzie były: wiek przynajmniej 21 lat, brak antyrządowych wystąpień w przeszłości oraz gospodarowanie na ziemi od pięciu lat. Aby dotrzeć na Księżyc, przeciwnie – potrzebujemy sporo pieniędzy oraz statku kosmicznego.
W dzisiejszych czasach jest wiele firm, które mają obie te rzeczy. Prośba Bigelow jest częścią szerszej tendencji: w ostatnich latach powstało mnóstwo komercyjnych korporacji zainteresowanych kosmosem. Planetary Resources (Planetarne Zasoby) i Deep Space Industries (Przemysł w Przestrzeni Kosmicznej) chciałyby wydobywać rzadkie minerały z asteroid. Virgin Galactic Space Adventures (Kosmiczne Przygody w Dziewiczej Galaktyce) oferuje natomiast turystykę kosmiczną. Wszystkie te firmy zostały założone pomiędzy 2004 a 2013. Nowy prywatny sektor kosmiczny przyciągnął zainteresowanie – i kapitał – wielu chcących inwestować sław, m.in. Richarda Bransona, Erica Schmidta, Rossa Perota juniora czy Jamesa Camerona.
Jak do tej pory rozwój technologiczny – i oparty na technologiach biznes – postępuje z dużo większą szybkością, niż rozwijają się związane z nim ramy prawne. Ale, tak jak w odpowiedzi na powstanie internetu wyewoluowało nowe prawo dotyczące prywatności i własności intelektualnej, tak samo zostanie stworzone nowe prawo dotyczące przestrzeni kosmicznej. W lipcu 2014 r. dwóch deputowanych z Izby Reprezentantów, Bill Posey (republikanin z Florydy) i Derek Kilmer (demokrata z Waszyngtonu), przedstawiło projekt ustawy o nazwie American Space Technology for Exploring Resource Opportunities In Deep Space (ASTEROIDS) Act – Ustawa o Amerykańskiej Technologii Kosmicznej dla Poznania Możliwości Pozyskiwania Zasobów w Przestrzeni Kosmicznej. Ustawa sprawiłaby, że zasoby wydobyte na asteroidzie stawałyby się własnością firmy, która je wydobyła. Legislacja zagwarantowałaby „prawa mineralne” – prawo do wydobywania i eksploatacji jakichkolwiek złóż znalezionych na asteroidzie – a nie prawo do posiadania na własność samej asteroidy.
Listner nazywa ustawę ASTEROIDS dobrym pierwszym krokiem, ale twierdzi, że moment nie jest odpowiedni. Nie sądzę, żeby międzynarodowe środowisko prawne i polityczne było naprawdę gotowe dojść do porozumienia na temat takiego „prawa własności”. Z tego powodu wątpi, by owa legislacja miała wyjść poza tworzącą ją komisję. Dodatkowo, jak twierdzi, ustawa nie jest napisana w tak jasny sposób, jak powinno być napisane prawo dotyczące własności w przestrzeni kosmicznej. Mówię „prawo własności” w cudzysłowie, ponieważ nikt nie wie, jaki przybierze ono kształt. Zauważa też, że choć ustawa instruuje Kongres, by znalazł sposób na stworzenie owych praw własności, nie informuje, jak to zrobić.
Tradycja prawa rzymskiego ustaliła dwie obszerne koncepcje dotyczące zasobów niemających właściciela: res nullius („rzecz niczyja”) oraz res communis („własność wspólna”). Ta pierwsza dotyczyła rzeczy, takich jak dzikie zwierzęta leśne albo złoto Dzikiego Zachodu – ktokolwiek je znalazł i miał do nich dostęp, ten nabywał prawa do ich posiadania. Asteroidy wydają się należeć do tej kategorii; niektóre z nich zawierają platynę czy wartościowe minerały, ale jako że znamy ich w naszym Układzie Słonecznym już ponad 500 000, są w gruncie rzeczy kosmicznym „gruzem”. Jeśli chcecie zaklepać sobie prawo do kawałka lodowej skały pędzącej w przestrzeni kosmicznej, do dzieła!
Jeśli jednak chodzi o Księżyc, bardziej poprawne wydaje się być określenie go jako res communis albo „wspólny dla całego gatunku ludzkiego”. Tak jak napełnia nas goryczą pomysł, by ktoś posiadał na własność ocean, tak i idea posiadania Księżyca budzi podobne uczucia. Mogę pragnąć, by naukowcy studiowali Księżyc i starali się go objąć ludzkim rozumieniem, lub by od czasu do czasu wysyłano emisariuszy w celu prowadzenia tam eksperymentów czy przywiezienia okazów skał księżycowych, ale kiedy spojrzę ponad sylwetki billboardów i obwieszonych reklamami drapaczy chmur, rysujące się na tle nieba, chcę zobaczyć coś, co pozostaje poza sferą ludzkiej własności – nie symbol władzy człowieka, lecz jego maleńkości, coś, co da mi odpowiednią perspektywę w kwestii mojego miejsca w świecie. Innymi słowy, zasoby, które chcę pozyskać z Księżyca, to poczucie transcendencji i pokory.
Taka sentymentalna postawa, charakterystyczna dla luddystów, rzadko jednak ostatecznie zwycięża. Zatem, pomijając pomysł ustanowienia pozaziemskiej wersji Systemu Parków Narodowych, być może najatrakcyjniejszą wizję zarządzania dobrem wspólnym w przestrzeni kosmicznej sformułował Michael Simpson, dyrektor wykonawczy w Secure World Foundation, organizacji zajmującej się odpowiedzialnym wykorzystaniem zasobów kosmicznych. Tak jak Gold i inni zwolennicy prawa do posiadania własności w kosmosie, Simpson również przywołuje przykład z przeszłości Ameryki. Ale nie Dziki Zachód – chodzi mu o park Boston Common. Ten model jest dość intrygujący – mówi o najstarszym parku w Stanach Zjednoczonych, który na początku XVII wieku był terenem pod wypas bydła, dzielonym przez wielu lokalnych rolników. Tryb jego użytkowania zmieniał się wraz z miastem: był on używany jako baza wojskowa, miejsce wieszania skazanych lub teren pod publiczne wiece czy protesty. Dla XVII-wiecznych bostończyków – mówi Simpson – to była przestrzeń, której nie posiadał na własność żaden z użytkujących, ale zarządzano nią w sposób zrównoważony, tak aby była dostępna pod wypas bydła w kolejnym roku tak samo, jak była w bieżącym. Oczekiwano od ludzi, że będą znaczyli swoje zwierzęta, aby uniknąć konfliktów. Pomimo nieposiadania prywatnej własności w parku Common, mieszkańcy mogli go używać i pozyskiwać z tego dochód.
Simpson wierzy, że to dobry wzorzec w stosunku do Księżyca – udzielenie przyzwolenia na wspólne, zrównoważone użytkowanie zasobów, a nawet prawa do tych zasobów mineralnych, które mogą być wydobywane (jednak nadal nie ma mowy o prawie własności). Na Księżycu mamy całe mnóstwo zasobów o nadzwyczajnej wartości, zarówno rynkowej, jak i społecznej – mówi. Możliwe do pozyskania tam zasoby są warte o wiele więcej, niż wskazuje na to ich wartość handlowa. Na jego powierzchni znajduje się hel-3, izotop, który, jak wierzy wielu, może stać się rewolucyjnym paliwem napędowym. Odleglejsza strona powierzchni Księżyca, zwrócona tyłem do Ziemi, to najmniej zakłócany przez fale radiowe punkt w wewnętrznym układzie słonecznym, co czyni go kopalnią złota dla astronomów.
Będzie to taka sama dyskusja, jak w przypadku parków narodowych. Niektórzy uważają, że te miejsca posiadają wielką wartość społeczną i estetyczną, ale są i ci, którzy powiedzą: nie, musimy na tym zarobić. Simpson docenia fakt, że ustawa ASTEROIDS daje tylko prawo do wydobycia, uznając, że Kongres nie ma władzy nadawania tytułów własności do asteroid. Uważa nawet, że mimo braku międzynarodowego traktatu amerykańskie firmy mogłyby bez prowokowania geopolitycznych incydentów korzystać z minerałów wydobywanych na asteroidach pod warunkiem wejścia projektu ustawy w życie. Można by to osiągnąć albo sprzedając wydobyte minerały tylko w obrębie Stanów Zjednoczonych, albo poprzez podpisanie z innymi krajami osobnych umów, umożliwiających sprzedaż pozaziemskich zasobów. Ale jeśli chodzi o sprawę Bigelow, Simpson widzi większe źródło problemów w Traktacie o Przestrzeni Kosmicznej, który dyktuje krajowi ustanawiającemu bazę na Księżycu przymus udostępniania jej innym krajom.
Wreszcie, jak twierdzi Simpson, ustalenie, jak w pokojowy sposób dzielić się przestrzenią kosmiczną w obliczu braku władzy suwerennej, będzie trudnym przedsięwzięciem. Możemy przywoływać Dziki Zachód czy Boston Common ile tylko chcemy, ale, jak wskazuje Simpson, faktem jest, iż: W udokumentowanej historii nie ma śladu po tym, byśmy kiedykolwiek rozwinęli system rządzenia formalny lub nieformalny, przy braku suwerenności. A tym bardziej przy braku grawitacji.
tłum. Magda Komuda
Tekst pierwotnie ukazał się w „Dissent Magazine” w numerze z jesieni 2014 r. Więcej o piśmie: www.dissentmagazine.org