przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
„Model nordycki” często sprowadzany jest do tamtejszej wersji państwa opiekuńczego. Tymczasem w książce „Szlak Norden. Modernizacja po skandynawsku” pokazuje Pan, że ma on szerszy zasięg i obejmuje także inne wymiary polityki publicznej, a ponadto np. stosunki pracy. Jakie wspólne cechy wysoko rozwiniętych państw północnej Europy określają zatem model nordycki?
Włodzimierz Anioł: Użył Pan terminu „model”, który jest zresztą często stosowany w tym i podobnych kontekstach, ale ja za tym pojęciem, mówiąc szczerze, nie przepadam. Po pierwsze dlatego, że zakłada ono pewną statyczność, niezmienność określonych rozwiązań. Po drugie dlatego, że sugeruje ono, iż kraje te mogą stać się całościowym wzorem, swoistym prototypem możliwym do wiernego odtworzenia gdzie indziej, w całkiem innych warunkach lokalnych.
Wolę mówić o drodze, ścieżce rozwoju, szlaku – stąd też tytuł mojej książki. Droga, jak to droga, zazwyczaj zmienia się – jest czasem równa, czasem wyboista, prowadzi niekiedy pod górkę, czasem w dół. Bywa, że wije się, krzyżuje z innymi traktami albo biegnie jakiś czas równolegle do nich; tak czy inaczej zachowuje pewną swoistość. Ma swój historyczny początek, ale i otwartą przyszłość.
Kiedyś, zgodnie z modnymi po II wojnie światowej teoriami modernizacji, wierzono na ogół, że rozwój społeczeństw i państw ma charakter jednoliniowy i konwergentny, tzn. wszyscy poruszają się mniej więcej w tym samym kierunku, choć w różnym tempie, ale dystans między nimi powoli się zmniejsza. Czyli odmienności ustępują stopniowo miejsca podobieństwom. Dziś zdecydowanie przeważa pogląd, że rozwój jest raczej wieloliniowy i dywergentny, a więc panuje tu bardzo duża – zdaniem wielu nawet narastająca – różnorodność.
Co się tyczy „modelu nordyckiego”, czyli specyficznego dla pięciu państw nordyckich – Danii, Finlandii, Islandii, Norwegii i Szwecji – to od lat 60. ubiegłego stulecia, to znaczy od czasu, kiedy wyrażenie to pojawiło się w rozważaniach akademickich, różni autorzy w rozmaity sposób określali dotąd jego specyfikę, eksponując te czy inne atrybuty nordyckiej filozofii czy strategii rozwoju. Nie chodzi tu tylko o wąsko rozumiane państwo opiekuńcze, ale także o inne aspekty, bo mówi się i pisze również np. o nordyckim modelu demokracji, społeczeństwa, zarządzania korporacjami albo o skandynawskim modelu dyplomacji pokojowej czy zagranicznej pomocy humanitarnej itp.
Nie wchodząc w detale i multum rozmaitych interpretacji, pozwolę sobie ująć najbardziej dziś charakterystyczne cechy nordyckiego paradygmatu rozwojowego w lapidarnej formule „7 × E-ROZWÓJ”:
- Egalitarne społeczeństwo.
- Empowering lub enabling welfare state. To takie państwo opiekuńcze – zwane też państwem dobrobytu czy socjalnym – które wspomaga, otwiera, usamodzielnia, uwalnia ukryty potencjał, ułatwia realizację ludzkich aspiracji, wyposaża ludzi w nowe umiejętności i możliwości, mówiąc potocznie – daje im „power”.
- Edukacja.
- Efektywna praca.
- E-gospodarka.
- Ekologia i energia odnawialna.
- Etyczna polityka zagraniczna, inaczej: empatyczne zaangażowanie i aktywność międzynarodowa.
Ów zestaw cech i właściwości to według mnie bardziej busola niż kanoniczny model. W większym stopniu wartości i zasady niż dalekosiężny, wyidealizowany cel. Raczej sposób podejścia i metoda, modus operandi i zespół dyrektyw aniżeli jakiś genialny schemat czy plan, jakaś nienaruszalna konstrukcja.
W tym też sensie określam w książce tę formułę rozwojową mianem Konsensusu Nordyckiego, bo chodzi tu przede wszystkim o pewien wspólny mianownik, o generalne priorytety, o wspólną ogólniejszą orientację, o kierunkowe wytyczne do działania i rekomendacje.
Polityka społeczna krajów takich jak Szwecja czy Norwegia kojarzy się wielu Polakom głównie z wysokimi zasiłkami.
Sieć zabezpieczenia społecznego to tylko jeden z wymiarów nordyckiej polityki społecznej; bardzo ważny, ale daleko nie jedyny. Sieć ta odgrywa rolę ochronną, niekiedy wręcz ratunkową, gdy – mówiąc metaforycznie – dochodzi do upadku z dużej wysokości. Pełni funkcję podobną do tej, jaką spełnia siatka w cyrku, która ratuje zdrowie lub życie artystom dokonującym skomplikowanych ewolucji pod kopułą namiotu. Z tym aspektem kojarzymy najczęściej zasiłki socjalne.
Ale szerzej rozumiana sensowna polityka społeczna może być także – i tak właśnie jest w krajach skandynawskich – trampoliną. Pomaga odbić się od ziemi, nabrać wysokości, rozwinąć skrzydła. Używając fachowych, anglojęzycznych terminów – oprócz protective welfare jest jeszcze productive welfare, czyli produktywistyczna i aktywizująca misja świadczeń i usług społecznych. One mają nie tylko amortyzować możliwe wstrząsy i upadki, nie tylko neutralizować negatywne skutki rozmaitych tzw. ryzyk socjalnych (jak choroba, wypadek przy pracy czy utrata środków utrzymania), ale i skutecznie je ograniczać, najlepiej wręcz zapobiegać ich występowaniu.
Z orientacji prewencyjnej wypływa cała, tak popularna w Skandynawii, filozofia „inwestycji społecznych”. Czyli zapobiegliwe antycypowanie przyszłych problemów i zagrożeń (jak np. zapaści demograficznej lub postindustrialnych zawirowań na rynku pracy) każe dziś kierować poważne środki finansowe na żłobki i przedszkola, na wspomaganie obojga rodziców w łączeniu ról zawodowych i domowych, na rozwój edukacji i kształcenie ustawiczne (lifelong learning), na profilaktykę zdrowotną itp.
Summa summarum, zwłaszcza w dłuższej perspektywie, taka strategia sprawdza się i bardzo opłaca, gdyż pozwala uniknąć dużo kosztowniejszych interwencji publicznych w przyszłości. Pomaga także, na przykład, rozbrajać odpowiednio wcześniej tykającą dziś – we wszystkich krajach europejskich – zegarową bombę geriatryczną albo stosownie przygotować się do wyzwań związanych z nieuniknioną restrukturyzacją gospodarki, bezrobociem strukturalnym czy wciąż narastającą mobilnością na rynku pracy.
Kraje nordyckie są programowo „państwami inwestycji społecznych” (social investment states), zabiegającymi o rozwój kapitału ludzkiego i społecznego. O bardzo konkretnych instrumentach takiej orientacji – w polityce rodzinnej, zatrudnienia, oświatowej czy innowacyjnej – piszę szerzej w swej książce. Tu podkreślę tylko generalną zasadę przyświecającą tym działaniom: „Już dziś warto sadzić lasy, a nie tylko krótkowzrocznie je wycinać”.
Wróćmy do wspomnianych na początku stosunków pracy. Proszę opowiedzieć, jakie rozwiązania na rzecz walki z bezrobociem, stabilności zatrudnienia, podnoszenia kwalifikacji pracowników etc. są stosowane w interesującej nas części Europy. W naszym kraju słychać czasem głosy, że powinniśmy wzorować się na specyficznym dla Danii modelu „elastycznego bezpieczeństwa”.
Duńska koncepcja „elaspieczeństwa”, jak krócej proponuję ją określać w nawiązaniu do oryginalnego neologizmu angielskiego (flexicurity), to rzeczywiście bardzo głośna idea, bodaj najbardziej innowacyjna w ostatnim dwudziestoleciu w ramach ewoluującej skandynawskiej polityki zatrudnienia. Stara się ona godzić narastającą niestabilność i płynność rynków pracy z bezpieczeństwem socjalnym i wsparciem dla bezrobotnych.
Duńczycy mówią w tym kontekście o „złotym trójkącie”. Na jego trzy boki składają się: po pierwsze – elastyczne regulacje dotyczące zatrudniania i zwalniania pracowników, po drugie – hojny system zabezpieczenia społecznego, pozwalający tracącym pracę nie tracić poczucia bezpieczeństwa, po trzecie wreszcie – tzw. aktywna polityka rynku pracy, której prekursorem jeszcze w latach 50. była Szwecja. W tym ostatnim przypadku chodzi przede wszystkim o pomoc w podnoszeniu kwalifikacji dzięki rozmaitym szkoleniom, stażom zawodowym itp., ale także o wsparcie w poszukiwaniu nowego zatrudnienia oraz o zachęcanie do podjęcia lub kontynuowania pracy (jak w przypadku osób starszych czy młodych matek).
W 2011 r. w Danii aż jedna trzecia całej populacji w przedziale wiekowym 24–64 lata w ciągu ostatniego roku brała udział w jakichś formach kształcenia, co było najwyższym wskaźnikiem w całej Unii Europejskiej przy średniej na poziomie niecałych 10%.
W Polsce przy różnych okazjach mówi się o flexicurity,m.in. w związku z aktywnym promowaniem tej idei od jakiegoś czasu przez Unię. W praktyce oznacza to jednak najczęściej tylko uelastycznianie rynku pracy oraz póki co zaniedbywanie i lekceważenie dwóch pozostałych boków wspomnianego trójkąta. Asymetria ta przynosi naturalnie profity przede wszystkim pracodawcom, osłabia zaś pozycję i bezpieczeństwo pracowników, ogranicza również ich „zatrudnialność” (employability). Otwiera też pole dla nadmiernej ekspansji tzw. umów śmieciowych oraz szybkiego przyrostu liczby tzw. złych stanowisk pracy (bad jobs). To dlatego niektórzy w Europie ostrzegają, iż flexicurity – przy kulawym zastosowaniu – może zamieniać się we „fleksploatację” (flexploitation).
Podkreślę jednak, że istota „elaspieczeństwa” sprowadza się nie do unikania bezrobocia w ogóle, lecz do przeciwdziałania bezrobociu długoterminowemu. Inaczej mówiąc – chodzi o długookresowe bezpieczeństwo zatrudnienia, a nie o bezpieczeństwo konkretnego, zajmowanego aktualnie miejsca pracy. Postępująca restrukturyzacja gospodarki, w tym szczególnie dynamiczny rozwój sektora usług, wymaga dziś ciągłych zmian i dostosowań, co musi dotykać także siłę roboczą. Rzecz w tym, by w procesie tych przekształceń pomagać przede wszystkim ludziom, a nie upadającym, niekonkurencyjnym fabrykom. Zgodnie zresztą ze starą żeglarską zasadą, która mówi, że kiedy tonie statek, to marynarze ratują najpierw pasażerów, a nie okręt.
Jakie są inne charakterystyczne cechy nordyckich stosunków przemysłowych, np. w zakresie dialogu społecznego, partycypacji pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami itd.?
Skandynawski korporatyzm zakłada bardzo bliską współpracę zorganizowanych grup interesu (zwłaszcza pracodawców i pracowników) zarówno między sobą, jak i między nimi a instytucjami państwowymi. To jeden z podstawowych filarów ustrojowych nordyckiego państwa opiekuńczego. Rokowania i porozumienia zbiorowe, które określają stosunki przemysłowe, szczegółowe warunki pracy itp., mają długoletnią tradycję. Pierwszy w Skandynawii kompleksowy tzw. układ ogólny duńska centrala związków zawodowych wynegocjowała z organizacją pracodawców jeszcze w XIX w., bo w 1899 r. Dziś porozumienia zbiorowe obejmują w pięciu krajach nordyckich zdecydowaną większość pracowników – najwięcej w Islandii (99%), stosunkowo najmniej w Norwegii (74%). Poziom uzwiązkowienia siły roboczej wprawdzie w ostatnim okresie nieco się zmniejszył, ale wciąż pozostaje – na tle innych krajów w Europie i na świecie – relatywnie bardzo wysoki (Islandia – 85%, Szwecja – 71%, Finlandia – 69%, Dania – 68%, Norwegia – 52%, według danych z 2009 r.).
Dialogu społecznego nie wyczerpuje jednak tylko uzgadnianie regulacji pracowniczych. Partnerzy społeczni są także aktywni w fazie wdrażania wypracowanych decyzji, np. w ramach szwedzkiej Krajowej Rady Pracy ich przedstawiciele angażują się w proces zarządzania biurami zatrudnienia. Związki zawodowe administrują afiliowanymi przy nich funduszami ubezpieczeniowymi i zasiłkami dla bezrobotnych (system nazywany gandawskim). Nie tylko związkowcy i przedsiębiorcy, ale i inne organizacje pozarządowe i segmenty społeczeństwa obywatelskiego są włączane w proces kształtowania i wcielania w życie różnorodnych polityk publicznych. Ich reprezentanci biorą aktywny udział w pracach różnych ciał doradczych, komisji eksperckich i badawczych – także tych powoływanych przez rząd i parlament – których zadaniem jest np. konsultowanie projektów ustawodawczych (praktyka zwana remiss) lub monitorowanie implementacji podjętych decyzji.
W ostatnich dwóch dekadach sporo mówi się o kryzysie korporatyzmu nie tylko w krajach skandynawskich. Tradycyjne instytucje i mechanizmy dialogu nie zawsze zadowalająco radzą sobie z nowymi zjawiskami, jakie niosą choćby umiędzynarodowienie rynków i stosunków pracy, migracje zarobkowe, tzw. dumping płacowy i socjalny, outsourcing, rosnąca konkurencja w zakresie usług transgranicznych itp. Z jednej strony powstaje potrzeba ustanowienia międzynarodowych czy wręcz ponadnarodowych regulacji w tych dziedzinach (np. na poziomie Unii Europejskiej), z drugiej zaś – poszczególne firmy i sektory gospodarki wymagają bardziej zindywidualizowanych reakcji i dostosowań do presji wywieranych przez otoczenie zewnętrzne. Stąd też obserwowany także w Norden trend decentralizacyjny w zbiorowych negocjacjach i porozumieniach pracowniczych. Generalnie osłabły krajowe struktury dialogu, wyraźnie wzrosło natomiast znaczenie rokowań branżowych i na poziomie firm w takich kwestiach jak wysokość płac, restrukturyzacja zakładów pracy czy programy szkoleniowe. Rozstrzygnięcia zapadające na niższym szczeblu pozwalają w większym stopniu uwzględniać lokalną specyfikę.
Państwo opiekuńcze nie jest możliwe bez relatywnie dużych obciążeń podatkowych. Zgodnie z tym, co słyszymy w radiu i telewizji lub czytamy w gazetach głównego nurtu, powinno to skutkować mało dynamiczną gospodarką, wysokim bezrobociem itd.
Skandynawskie państwo opiekuńcze opiera się na uniwersalnej regule: wszyscy korzystamy ze szczodrych świadczeń społecznych i usług publicznych, ale też wszyscy wnosimy do wspólnej kasy znaczące wkłady, by umożliwić ich finansowanie. Przy czym bogatsi płacą więcej, biedniejsi mniej; idea podatku liniowego nie znajduje tam poparcia ani opinii publicznej, ani klasy politycznej. Ludzie rozumieją, że na egalitaryzującej redystrybucji zyskują nie tylko grupy uboższe, lecz także ci zamożniejsi, a więc całe społeczeństwo. Przekonująco pokazali to np. Richard Wilkinson i Kate Pickett w swej książce „Duch równości” (wyd. pol. 2011), która stała się głośna, bo to, o czym pisali autorzy, dla wielu czytelników wychowanych w epoce neoliberalnej hegemonii było niespodziewanym odkryciem.
Teza, że wyższe podatki bezwzględnie muszą hamować wzrost gospodarczy i zwiększać bezrobocie, to oczywiście mitologia wolnorynkowego fundamentalizmu. Nie ma takiej prostej zależności. O wiele ważniejsze od wysokości podatków jest to, na co wydawane są publiczne pieniądze, czy nie są gdzieś po drodze marnotrawione, na ile system budżetowy jest szczelny i nie uprzywilejowuje – często w drodze nieprzejrzystych przetargów – silniejszych politycznie grup itd. Żeby nie być gołosłownym, przytoczę tylko jedno porównanie. Według danych OECD w latach 2002–2011 dynamika wzrostu PKB była średnio o niemal 1 punkt procentowy wyższa w Szwecji niż w USA, gdzie podatki są znacznie niższe.
Inna sprawa, że stereotyp astronomicznych podatków i ich niewyobrażalnej gdzie indziej progresji, łączony ze współczesnymi krajami nordyckimi, też rozmija się z rzeczywistością. Owszem, podstawa podatkowa jest tam szeroka, relatywnie wysoki jest VAT, podatki od konsumpcji, dziedziczenia czy wzbogacenia, ale opodatkowanie dochodów przedsiębiorstw jest tam tradycyjnie umiarkowane i w dodatku ostatnio spada. Na przykład w Szwecji zapowiedziano zmniejszenie w tym roku CIT z 26,3 do 22%.
Znacząco wyższe niż w innych krajach są natomiast podatki od dochodów osób fizycznych, większa też jest ich progresywność, choć ona również jest ostatnio ograniczana. Pozostając przy przykładzie szwedzkim, maksymalna stawka PIT wynosi tam obecnie 57%, podczas gdy w 1983 r. sięgała nawet 84%.
Jeśli spojrzeć porównawczo na tzw. klin podatkowy w krajach europejskich, to okaże się, że jego skala wcale nie jest najwyższa w państwach nordyckich. Z raportu OECD z 2011 r. wynika, że podatki i składki ubezpieczeniowe stanowią w Szwecji około 43% średnich zarobków, a w Danii i Norwegii – 38% (czyli niewiele więcej niż w Polsce, gdzie wynoszą nieco ponad 34%). Natomiast wskaźnik ten jest zdecydowanie wyższy w takich krajach jak Belgia (56%), Niemcy (50%), Francja (49%) czy Włochy (48%). Z drugiej strony warto pamiętać o relatywnie wysokim udziale wydatków na politykę społeczną w PKB – w przypadku Szwecji i Danii na poziomie 28–31% (wyższy wskaźnik odnotowała tylko Francja – 32%), przy średniej dla wszystkich krajów OECD w wysokości 22%. Dla porównania Polska osiągnęła tu tylko 20%. Wszystkie te szacunki dotyczą 2012 r.
Znamienne jednak, że trzy czwarte ankietowanych niedawno Norwegów zadeklarowało, że byliby gotowi poprzeć nawet podwyżkę podatków, jeśli miałoby się to przyczynić do utrzymania państwa opiekuńczego. Jest to zatem kwestia zaufania do władzy publicznej i przekonania, iż warto godzić się na spore obciążenia podatkowe w zamian za wysoki standard świadczeń i usług społecznych. Mówiąc nieco żargonowo, nie żal wkładać dużo do systemu, jeśli jest niemal pewne, że kiedyś się z niego sporo wyciągnie.
Rzadkim przypadkiem, kiedy nasi politycy wprost mówili, że „powinniśmy naśladować Skandynawię”, była polityczna akcja na rzecz podwyższenia wieku emerytalnego. Powstaje jednak pytanie o to, do jakiego stopnia sytuacja polskich seniorów jest porównywalna z położeniem ich rówieśników z Północy. Jakie rozwiązania, np. w zakresie wspierania zatrudnienia osób 50+, towarzyszą w krajach nordyckich wysokiemu wiekowi przechodzenia na emeryturę?
Wiek emerytalny był rzeczywiście w ostatnich latach w krajach skandynawskich, podobnie jak prawie wszędzie w Europie, podnoszony. Wobec wydłużania się przeciętnej długości życia jest to, także według mnie, nieuniknione i zrozumiałe. Ale tendencja ta ma w Norden swoją specyfikę, wbudowana jest bowiem w szerszy system innych działań i rozwiązań. Wypracowuje je i wprowadza w życie władza publiczna w porozumieniu ze związkami zawodowymi, pracodawcami, samorządami, organizacjami pozarządowymi, środowiskami naukowymi i mediami.
Na przykład w Szwecji wiek emerytalny jest obecnie elastyczny, rozciągnięty między 61. a 67. rok życia. Wcześniejsze przejście na emeryturę powoduje, iż świadczenie jest proporcjonalnie niższe, o ok. 9% z każdym rokiem. Corocznie każdy pracownik otrzymuje informację o tych szacunkach (tzw. pomarańczową kopertę). Nie dotyczy to jednak tzw. emerytury gwarantowanej (obywatelskiej), do której uprawnienia uzyskuje się dopiero po ukończeniu 65 lat. Skłania to do przedłużania aktywności zawodowej. Faktyczny przeciętny wiek przechodzenia na emeryturę wynosi w Szwecji 64 lata, wyższy w Europie jest tylko w Islandii (66 lat), a na świecie – w Japonii. Według opracowania Eurostatu z 2012 r. dwa lata wcześniej Szwecja miała najwyższe w UE wskaźniki zatrudnienia osób w przedziale wiekowym 55–59 lat (81%) oraz 60–64 lata (61%). Dla porównania w Polsce stopy te wynosiły odpowiednio 46 oraz 19%.
Starszych Szwedów do pozostawania na rynku pracy skłania wiele dodatkowych okoliczności. Wśród nich wymienić można: wspieranie przez państwo możliwości przekwalifikowania (publiczny, w tym organizowany przez samorządy, system edukacji dla dorosłych), wzmacnianie profilaktyki i opieki zdrowotnej, redukowanie utrudnień przy ponownym zatrudnianiu emerytów czy uelastycznianie czasu pracy seniorów. Do tego dochodzą dotacje i ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw zatrudniających takie osoby. Po osiągnięciu przez pracownika 72. roku życia pracodawca nie musi odprowadzać za niego składki emerytalnej. Ze zwolnień podatkowych korzystają także indywidualne osoby, które nadal pracują mimo nabycia prawa do emerytury.
W zakładach pracy przywiązuje się dużą wagę do tzw. zarządzania wiekiem (age management). Chodzi m.in. o stwarzanie odpowiednich warunków pracy, np. w koncernie Volvo powstały osobne stanowiska dla seniorów, z nieco zwolnionym tempem przesuwu taśmy montażowej. W Danii utworzono specjalny fundusz prewencyjny, z którego finansowane są posunięcia ograniczające wcześniejsze odchodzenie z pracy z powodu fizycznego i psychicznego wyczerpania. O pieniądze mogą ubiegać się podmioty prywatne i publiczne, które chcą wprowadzić takie ułatwienia i zabezpieczenia w pracy dla starszych osób, jak np. odpowiednie krzesła czy klawiatury. Gwarantowane są doroczne bezpłatne badania stanu zdrowia. Podejmowane są działania zapobiegające monotonii i stresowi, zniechęcającym do kontynuowania zajęć zawodowych. Niektóre firmy zapewniają godzinę gimnastyki w tygodniu w ramach płatnych godzin pracy itp. Szwedzka Konfederacja Pracodawców realizuje specjalny program pt. „Rynek pracy dla ludzi w każdym wieku”. Także związki zawodowe są na ogół przekonane, iż dalszą pomyślność kraju może zapewnić tylko praca dłużej wykonywana, ale też lepiej zorganizowana i dostosowana do starzejącej się siły roboczej.
W Norwegii od 2011 r. elastyczny wiek przechodzenia na emeryturę mieści się między 62. a 75. rokiem życia – im później się to zrobi, tym wyższe jest świadczenie. Duńskie rozwiązania przewidują indeksowanie wieku emerytalnego, w miarę jak wydłuża się przeciętna długość życia obywateli. Zbliżone regulacje dotyczące automatycznego ograniczania wysokości wypłacanych świadczeń, w zależności od przewidywanej długości życia, wprowadzono w Finlandii. Likwidowane są wczesne i pomostowe emerytury. W efekcie w ciągu ostatnich sześciu lat zatrudnienie Finów w grupie wiekowej 55–64 lata wzrosło z 35 do 50%.
Jak wygląda organizacja systemów zabezpieczenia emerytalnego w krajach Norden?
Warto zwrócić uwagę, iż w krajach skandynawskich nie występują takie jak w Polsce przywileje emerytalne dla wybranych kategorii zawodowych. Na przykład szwedzcy żołnierze i policjanci wstępujący do służby w wieku 20 lat, aby otrzymać emeryturę, muszą przepracować minimum 41 lat, a nie 15, jak przewiduje dotychczasowy system dla pracowników naszych służb mundurowych.
Co do finansowej konstrukcji systemu szwedzkiego, to jego reforma z 1999 r. – uznawana często za wzorcową nie tylko w Skandynawii – choć miała sporo zbieżności z wprowadzoną w tym samym roku reformą w Polsce, charakteryzowała się jednak pewnymi swoistościami. Na pierwszy rzut oka mogłyby one wydawać się mało istotne, acz w kontekście blamażu naszego mechanizmu OFE, o czym ostatnio coraz głośniej, warto o nich wspomnieć. Niezależnie bowiem od podobnego głównego założenia obu reform, jakim było przejście od „zdefiniowanego świadczenia” do „zdefiniowanej składki”, widać tutaj szereg różnic.
Po pierwsze w okresie przechodzenia do systemu repartycyjno-kapitałowego szwedzki rząd uruchomił znaczne środki specjalne z Funduszu Rezerw, utworzonego jeszcze w latach 60. Po drugie ze składki emerytalnej w wysokości 18,5% wynagrodzenia brutto od samego początku tylko 2,5% trafia do filaru kapitałowego (Premiepension), pozostałe zaś 16% pozostaje w filarze repartycyjnym. Pierwsza część zasila maksymalnie pięć funduszy emerytalnych, które każdy ubezpieczony wybiera spośród ok. 800 obecnie działających (przy możliwej w każdej chwili zmianie nie ponosi się żadnych kosztów). Informuje i doradza w tej sprawie, a także kontroluje politykę inwestycyjną, nadzoruje i administruje funduszami specjalny Urząd Emerytalno-Rentowy (Pensionsmyndigheten), który połączył zadania zlikwidowanego w 2010 r. Urzędu Emerytur Kapitałowych i część kompetencji szwedzkiego odpowiednika ZUS-u. Po trzecie warto podkreślić, iż w kompleksowym systemie bezpieczeństwa dochodowego szwedzkich seniorów występują także emerytura gwarantowana (Garantipension) oraz obowiązkowy filar zawodowego ubezpieczenia emerytalnego. Pierwsza z nich w Polsce praktycznie nie istnieje, zaś do przypominających ten ostatni dobrowolnych programów należy u nas zaledwie ok. 2% pracowników.
Bodaj najczęstszym argumentem przeciwko nawiązywaniu przez Polskę do wzorców nordyckich jest to, że nas na to nie stać – wedle takich opinii egalitarne polityki mają być możliwe do realizacji dopiero po osiągnięciu wysokiego poziomu rozwoju ekonomicznego.
Podobna argumentacja to w moim przekonaniu jeszcze jeden klasyczny, neoliberalny zabobon. Że niby dopiero jak się wzbogacimy, to będzie można pomyśleć o polityce społecznej, albo że materialny awans najzamożniejszych grup w naturalny sposób przełoży się na poprawę sytuacji bytowej najbiedniejszych, zgodnie z tzw. teorią skapywania (trickle down concept), której to teorii praktyka jednak nie potwierdza etc. Otóż w tym zakresie nie ma żadnego automatyzmu. Wzrost gospodarczy sam z siebie nie wyrównuje warunków życia w społeczeństwie, nie usuwa starych i nowych dysproporcji, dyskryminacji czy różnic w statusie. Mówiąc metaforycznie, przypływ fali wcale nie podnosi równomiernie wszystkich łodzi na morzu, jak próbują obrazowo przekonywać niektórzy ekonomiści. On może też podtapiać i zatapiać mniejsze czy gorzej wyposażone łódki.
Jest taki pogląd, że kraje nordyckie zaczęły w latach 30. XX w. budować na dobre swoje systemy opiekuńcze już po osiągnięciu stosownego poziomu zasobności, a więc mogły sobie pozwolić na pewien luksus, konsumpcyjne fanaberie i rozrzutność. Niezależnie od słabej akuratności tej analizy historycznej oraz mylenia skutku z przyczyną (lub jedną z przesłanek) na tym rozumowaniu ciąży przez cały czas wadliwe przekonanie, że polityka społeczna jest tylko obciążeniem, balastem czy właśnie fanaberią, na którą nie wszystkich, na określonym etapie rozwoju, stać. Tymczasem wyznawcom podobnej logiki można by zadać pytanie dokładnie odwracające cały ich tok myślenia. A mianowicie: czy kraje na dorobku, podejmujące modernizacyjny wysiłek, próbujące przedzierać się do europejskiej czy światowej czołówki stać jest w ogóle na NIEPOSIADANIE ambitnej, dobrze przemyślanej i rozwiniętej polityki społecznej?
Szwedzi, Norwegowie czy Duńczycy – tworzący zręby swych państw opiekuńczych w pierwszej połowie XX wieku – odpowiadali negatywnie na to pytanie. Uznali wówczas po prostu, że nie stać ich na niepoważne traktowanie społecznych czynników rozwoju, czyli na niezajmowanie się polityką rodzinną, edukacją czy polityką rynku pracy.
Inną z często wskazywanych barier dla wzorowania się na krajach nordyckich jest ich fundament kulturowy, różny od naszego. Przywoływany jest także argument stosunkowo niewielkiej liczby ludnosci poszczególnych krajów regionu, mającej ułatwiać realizację niektórych egalitarnych polityk publicznych.
Przeszkód i utrudnień jest tu oczywiście bez liku. Ale wszystkie one nie oznaczają, że nie warto podejmować prób transferowania przez Polskę sprawdzonych gdzie indziej wzorów społecznych, tzw. najlepszych praktyk (best practices), także tych pochodzących z Norden. Na tym właściwie w dużej mierze polega przecież cywilizacyjny postęp.
Jeśli zaś chodzi konkretnie o zasadność i możliwości przenoszenia do naszego kraju rozwiązań skandynawskich, to wyróżniłbym w tej sprawie cztery podstawowe stanowiska.
Pierwsze z nich stwierdza, iż nie warto, wręcz nie należy inspirować się „modelem nordyckim”, bo jest szkodliwy i skazany na porażkę. Bywa on krytykowany i oskarżany z różnych „paragrafów”. A to ekonomicznych – monstrualne podatki i wydatki państwa, nieefektywna i przeregulowana gospodarka, przerośnięty sektor publiczny itp. A to moralnych – powszechna demoralizacja i rozleniwienie ludzi z powodu biurokratycznej nadopiekuńczości. A to w końcu politycznych – ograniczanie wolności i prywatności ludzi nieodwołalnie musi prowadzić do państwa policyjnego czy wręcz totalitarnego.
Od wielu rodzimych ekonomistów, publicystów i polityków po 1990 r. nieraz słyszeliśmy, że model skandynawskiej „trzeciej drogi” niechybnie poprowadziłby nas wprost do Trzeciego Świata. Ignorowano go bądź ośmieszano, nierzadko wciąż wybrzydza się na „szwedosklerozę”, na „szwecjalizm”, jako swoistą krzyżówkę komunizmu z faszyzmem itp. Przedstawicieli tej orientacji myślowej – zresztą nie tylko polskich, ale i rozrzuconych po świecie – określiłbym mianem „nordfobów” albo „nordgrabarzy”, bo już od dawien dawna, niekiedy najwyraźniej obsesyjnie, próbują złożyć do grobu nordyckie państwo opiekuńcze. Tymczasem ono wciąż jakoś nie poddaje się tym zabiegom, wstaje, prostuje się i straszy – niczym Frankenstein – swoich zagorzałych antagonistów.
Drugie stanowisko – bardziej umiarkowanych „nordsceptyków” – zakłada, że może i byłoby warto czerpać inspiracje z tych krajów z racji niekwestionowanych walorów wielu tamtejszych rozwiązań, ale sam proces ich przeszczepiania na polski grunt nie rokuje żadnych szans. To jest po prostu nierealne, „nie da się” tego zrobić. I tu znów pojawiają się rozmaite uzasadnienia. A to że Polski, przynajmniej na razie, na to nie stać, a to z powodu ograniczeń społeczno-kulturowych – inna mentalność, religia (katolicyzm tak różny od protestantyzmu), inny stosunek do państwa oraz poziom zaufania społecznego, pozycja kobiet w rodzinach i życiu zbiorowym itp.
Jedni przekonują, że „import” z Północy byłby dziś tylko przedwczesny, inni – że jest w ogóle wykluczony ze względu na historyczno-kulturową specyfikę, wyjątkowość tamtejszej ścieżki rozwojowej. Kraje nordyckie – małe, geograficznie peryferyjne, jednorodne etnicznie, luterańskie, morskie itd. – nie mogą zatem stać się dla nas źródłem inspirujących zapożyczeń, bo Polskę charakteryzują uwarunkowania i parametry akurat całkiem różne od wymienionych.
Trzeci pogląd to, w porównaniu z dwoma poprzednimi, skrajność w drugą stronę – czyli przekonanie, że możliwa jest szybka, mechaniczna, ślepa imitacja nordyckich wzorów, na zasadzie „kopiuj-wklej”. O manowcach takiej „kseromodernizacji” i myślenia w tym duchu – mając za punkt odniesienia wiele historycznych przykładów, a także współczesnych przypadków w innych regionach świata – napisano wiele opracowań.
Nie rozwijając zatem tematu, poprzestanę na uwadze, domyśle czy przestrodze, która mówi, że także w relacjach nordycko-polskich podobny scenariusz musiałby zapewne prowadzić do – żeby posłużyć się tu obrazową metaforą – kiepskiego karaoke. Zabawa ta, jak wiadomo, polega na tym, że amatorzy starają się naśladować supergwiazdy piosenki, ale z reguły nie wychodzi im to najlepiej. Przygodni soliści, bez stosownego przygotowania, zwykle śpiewają nieporadnie, fatalnie przy tym fałszując. Taki sam los może zatem czekać naiwnych „nordentuzjastów”.
Czwarte stanowisko – nie ukrywam, że mi najbliższe – można by sformułować następująco. Niezależnie od wszystkich ograniczeń warto jednak próbować przenosić najlepsze skandynawskie praktyki do Polski oraz twórczo je adaptować do miejscowych warunków. Korzystne inspiracje i transfery z zewnątrz są zawsze możliwe, nie jesteśmy skazani tylko na lokalne źródła modernizacji ani na przemieszczanie się wyłącznie po starej, własnej, tradycyjnej trajektorii rozwojowej. Wracając do metafory drogi: dzięki zagranicznym ideom i innowacjom udaje się nieraz skierować marsz w innym, bardziej obiecującym kierunku. Impulsy zewnętrzne często pomagają wytrącić kraj z dotychczasowej, słabo rokującej na przyszłość koleiny – błotnistej, zapadającej się, a więc takiej, w której można na dobre ugrzęznąć.
Część komentatorów ekonomicznych zwraca uwagę na fakt, że kraje północnej Europy stosunkowo dobrze oparły się światowemu kryzysowi, który nie oszczędził przecież wielu innych państw klasyfikowanych jako najwyżej rozwinięte. Tymczasem krytycy Konsensusu Nordyckiego zwykli sugerować, że on się coraz bardziej załamuje, a przynajmniej jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie, choćby ze względu na presję globalnej konkurencji. Jak to zatem jest – czy istnieją przekonujące podstawy, by dowodzić szczególnej żywotności „modelu nordyckiego”, czy też raczej obserwujemy jego erozję, która wymusi korektę tej koncepcji?
Nic oczywiście nie stoi w miejscu, panta rhei– jak przekonywał Heraklit. Zmienia się także skandynawskie państwo opiekuńcze. Jest pytaniem otwartym, czy przetrwa ono pod naporem obecnych i przyszłych wyzwań. Czy zachowa swą tożsamość, swe fundamentalne wartości i zasady, cele i mechanizmy? Czy też ulegnie ciśnieniu np. „wyścigu do dna” (race to the bottom) w polityce społecznej pod wpływem zaostrzającej się globalnej konkurencji ekonomicznej? Nic tu nie jest przesądzone raz na zawsze.
W swojej książce przyjrzałem się ewolucji „nordyckiego modelu” w ostatnich dwóch dekadach. I skonkludowałem, iż niezależnie od wielu zmian skandynawski Dom Ludu – by posłużyć się tu znanym hasłem Folkhemmet, jakie wysunął w 1928 r. lider szwedzkich socjaldemokratów i późniejszy premier Per Albin Hansson – nie zawalił się ani nie uległ rozbiórce. Podlegał on raczej remontowi, odnowie swej fasady. Jego fundamenty pozostały natomiast stabilne, nie naruszyły ich ani poważne wstrząsy z początku lat 90. (zwłaszcza w Finlandii i Szwecji), ani tlący się od 2008 r. w Europie i na świecie obecny kryzys finansowo-gospodarczy.
W różnych analizach eksperckich i opracowaniach naukowych nierzadko oczywiście mówi się o zagrożeniu „modelu nordyckiego” postępującą erozją, jak piszą niektórzy – „paradygmatycznym dryfem”, rekomodyfikacją (w nawiązaniu do terminologii znanego duńskiego badacza welfare state Esping-Andersena), stopniowym odchodzeniem od uniwersalizmu lub podskórnym, wywrotowym neoliberalizmem (subversive neoliberalism). Pewne zaniepokojenie wzbudza wzrost nierówności dochodowych i społecznych w krajach skandynawskich, choć podziałom tym jeszcze daleko do średniej europejskiej.
Ogólnie przeważa jednak pogląd o zasadniczej trwałości i żywotności Konsensusu Nordyckiego. Swoisty facelifting, jakiemu on ostatnio podlegał, bynajmniej nie unieważnił, a w wielu miejscach wręcz wzmocnił w praktyce takie typowe dla niego pryncypia jak równość społeczna (np. między kobietami a mężczyznami), powszechny dostęp do dóbr i usług publicznych (np. w zakresie opieki nad dziećmi), pielęgnowanie kapitału ludzkiego i społecznego (przywiązywanie jeszcze większej wagi do edukacji) czy ideał „społeczeństwa pracy” (wysokie wskaźniki zatrudnienia).
Osobiście przychylam się do tej ostatniej tezy, traktując pojawiające się nieraz doniesienia o zgonie nordyckiego welfare state – by sparafrazować znane powiedzenie Marka Twaina – za cokolwiek przesadzone.
Które z rozwiązań charakterystycznych dla Północy uważa Pan za szczególnie godne naśladowania i możliwe do owocnej adaptacji w polskich warunkach? Mam tutaj na myśli konkretne instrumenty, ale także ogólne kierunki rozwoju społeczno-gospodarczego, filozofię myślenia o poszczególnych sferach czy nadrzędne wartości obecne we wszystkich realizowanych politykach publicznych.
Cztery centralne rozdziały książki poświęciłem kolejno czterem wybranym nordyckim politykom publicznym, według mnie najbardziej nowatorskim, w których po 1990 r. pojawiło się stosunkowo najwięcej nowości i które mają znaczny potencjał inspirujący dla innych krajów, w tym dla Polski. Chodzi tu, po pierwsze, o szwedzką politykę prorodzinną – stawiającą na „kapitał dziecięcy”, promującą równouprawnienie płci i solidarność międzypokoleniową. Po drugie – o wspomnianą już duńską koncepcję „elaspieczeństwa” w polityce rynku pracy. Po trzecie – o fińską politykę edukacyjno-innowacyjną. Po czwarte wreszcie – o nordyckie działania międzynarodowe, zorientowane na „cywilizowanie” globalizacji i współczesnego świata, m.in. w zakresie dyplomacji pokojowej, pomocy rozwojowej i humanitarnej czy społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw (CSR).
Co się zaś tyczy ogólnej filozofii myślenia o rozwoju społeczno-gospodarczym, o politykach publicznych oraz ich koniecznym reformowaniu w obliczu nowych wyzwań, to w jednym z rozdziałów wyróżniłem i omówiłem pokrótce pięć podstawowych „sekretów” skandynawskiej modernizacji. Brak tu miejsca na bliższe ich scharakteryzowanie, dlatego ograniczę się do zasygnalizowania trzech specyficznych cech nordyckiego podejścia do procesów modernizacyjnych.
Jedna z tych recept systemowych to preferowanie modernizacji inkluzywnej, czyli włączającej, integrującej grupy zmarginalizowane społecznie lub zagrożone w procesie reform. Idzie tu zatem o ideę rozwoju inkluzywnego, wyeksponowaną notabene również w nazwie najnowszej unijnej strategii „Europa 2020”. Chodzi także o inkluzywny rynek pracy, wzmacniany przez aktywizującą politykę zatrudnienia, o inkluzywną edukację. Ten sposób myślenia wykazuje zbieżność z ideą tzw. konstruktywnej destrukcji (constructive destruction), jaką już w połowie XX w. zarysował jeden z najwybitniejszych ekonomistów tego stulecia, Joseph Schumpeter. Za jeden z centralnych dylematów kapitalizmu uznawał on poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: jak z potencjalnych ofiar zmian i reform uczynić zwycięzców?
Drugą ze skandynawskich „tajemnic” można by określić jako praktykowanie modernizacji konsensualnej, czyli nastawionej na współdziałanie, ucieranie pakietowych kompromisów, poszukiwanie zgody. Skandynawowie dochodzą do niej na drodze często żmudnych, ale zawsze cywilizowanych dyskusji, rokowań i deliberacji. Ich wizję demokracji i społeczeństwa konsensualnego można by ująć w skrótowej formule „7 × K”: kooperacja, konsultacje, koncyliacyjność, kompromis, koordynacja, koalicje, konsensus. Głębszy instytucjonalny wyraz formuła ta znajduje w nordyckiej wersji korporatyzmu, czyli dobrze rozwiniętym dialogu partnerów społecznych (pracownicy i pracodawcy), poszerzanym ostatnio o dodatkowe formy dialogu obywatelskiego.
Trzeci sekret Nordyków to strategia modernizacji permanentnej, a więc ustawicznej, niejako pełzającej. Rzecz polega na ewolucyjnym, a nie rewolucyjnym charakterze zmian. Skandynawowie wolą koncentrować się na stopniowych, pragmatycznych naprawach, preferują organiczną pracę u podstaw i skuteczne rządzenie na co dzień, a nie romantyczne akty strzeliste i „słomiany ogień” od święta. Mają bogate tradycje politycznego reformizmu: silny ruch socjaldemokratyczny, wpływowe partie centrowe o rodowodzie chłopskim, nawet konserwatyści przechrzcili się w Szwecji na „moderatów”, czyli umiarkowanych.
Inaczej mówiąc, nasi północni sąsiedzi starają się być aktywni, systematyczni i staranni na wszystkich etapach formowania polityk publicznych – od wnikliwej diagnozy problemów i analizy różnych wariantów ich rozwiązania, poprzez podejmowanie akceptowalnych społecznie decyzji, aż po sprawne wdrażanie ich w życie, stały monitoring, ocenę efektów i możliwe korekty. Takie podejście wyraźnie kontrastuje z kształtowaniem polityk publicznych choćby w Polsce, gdzie profesjonalne zaplecze analityczno-strategiczne na użytek decydentów politycznych właściwie nie istnieje, podobnie jak stały mechanizm ewaluacji reform, uczenia się na błędach i wprowadzania w stosownym czasie koniecznych poprawek. Pierwszy z brzegu przykład to reforma emerytalna z 1999 r., której realnemu funkcjonowaniu przez dziesięć lat z okładem nikt się u nas – jak widać ostatnio – poważniej nie przyglądał.
W swojej książce koncentruje się Pan na pozytywnych aspektach „modelu nordyckiego”. Jakie są jego największe „cienie”? Wśród często spotykanych wyobrażeń znajduje się m.in. zbyt daleko idący paternalizm tamtejszych państw opiekuńczych, mający być zagrożeniem dla prywatności jednostki, władzy rodzicielskiej itd. Państwa o hojnych świadczeniach socjalnych oraz rozbudowanych sieciach usług publicznych są też podejrzewane o tłumienie aktywności obywateli: na rynku pracy, w ramach tzw. społeczeństwa obywatelskiego etc.
Nie ma systemów idealnych, więc także Norden nie jest krainą wiecznej szczęśliwości. Nawet Norwegia – nazywana niekiedy Kuwejtem Północy albo naftowo-gazowym Eldorado – ma swoje trudne do zlekceważenia problemy społeczne.
O dużym wyzwaniu, jakim jest dla Skandynawów choćby perspektywa życia w coraz bardziej wielokulturowym społeczeństwie – a także o innych poważnych wyzwaniach przyszłości, jak globalizacja czy europeizacja – nie piszę w książce obszerniej, bo to tematy na osobną pracę (którą zresztą mam w planach).
Z tego samego powodu w „Szlaku Norden” nie omówiłem też bliżej różnych patologii społecznych i politycznych, jakie zwłaszcza we wcześniejszym okresie wiązały się z „nadopiekuńczością” czy „nadaktywnością” instytucji państwowych wobec nordyckich obywateli. Mam tu na myśli także różne próby i formy praktykowania ambitnej, a gwałcącej swobody obywatelskie inżynierii społecznej, jak choćby stosowana w Szwecji aż do początku lat 70. przymusowa czy wymuszana sterylizacja.
Warto mieć świadomość, iż coraz większe zróżnicowanie etniczne, religijne i kulturowe społeczeństw skandynawskich może w jakimś sensie naruszać jeden z fundamentów nordyckiego państwa opiekuńczego. Słabnąć bowiem może tradycyjnie silne poczucie lojalności i solidarności, specyficzny duch egalitaryzmu, który w dużym stopniu kształtował się na gruncie narodowej jednorodności. Pojawienie się nowych wspólnot mniejszościowych, postulaty domagające się respektowania ich prawa do autonomii i pielęgnowania odrębnych tożsamości mogą w istocie podmywać i rozsadzać od środka tę dotychczasową konstrukcję.
Ale to tylko jedno z istotniejszych wyzwań, jakim Skandynawowie będą musieli stawić czoła w najbliższej przyszłości.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 12 maja 2013 r.
przez Remigiusz Okraska | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
W inicjatywach krytycznych wobec tego, co umownie nazywamy neoliberalizmem, ścierają się dwie koncepcje. Jedną wyraża tytuł niegdyś popularnej, choć zazwyczaj dość prostacko odczytywanej książki Ernsta F. Schumachera „Małe jest piękne”. Drugą można spotkać w postaci przekonania, że piękne jest tylko duże – czy będzie to scentralizowane państwo, czy nadzieje pokładane we władzy o zasięgu kontynentalnym (Unia Europejska) lub wręcz światowym, czy globalny ruch oporu w wielu miejscach naraz zamiast postawy „moja chata z kraja”.
W Polsce obecnie triumfuje raczej opcja pierwsza, szczególnie wśród liderów i strategów inicjatyw krytycznych wobec status quo. Mało kto z nich wierzy w państwo jako czynnik sprawczy zmian prospołecznych, coraz mniej jest też osób przekonanych, że w takim kierunku może zmierzać polityka Wspólnoty Europejskiej. Wśród rozmaitych buntowników kwitnie wiara w oddolność i spontaniczność, panuje niechęć do biurokracji i hierarchii, na topie są referenda, partycypacje, mobilizacje społeczne i zdemokratyzowanie wszystkiego, co się da.
Jak to zwykle bywa z modami, znaleźć tam można sporo oczekiwań naiwnych lub bzdurnych. Wokół największego związku zawodowego kręcą się ludzie, którzy w imię walki z oligarchią polityczną propagują jednomandatowe okręgi wyborcze – czyli sprawdzony w kilku krajach sposób na ugruntowanie oligarchii. W tym i innych środowiskach zapanowała też wiara w referenda jako lek na całe zło. Niestety nie pojawia się tam refleksja, że dopóki media, pieniądze, własność oraz władza polityczna i kulturowa są skupione w rękach nielicznych, dopóty bezpośredni werdykt będzie zazwyczaj podobny do decyzji wyborców w kwestii przedstawicieli popieranych co 4 lata. Jeszcze inna zbawcza moc przypisywana jest tzw. budżetom partycypacyjnym i ruchom miejskim. Oto decyzje w sprawie usytuowania skweru lub wydatkowania kilkuset tysięcy złotych postrzegane są jako groźny rywal firm czy grup interesu, które podobne kwoty przeznaczają na zawartość barku swoich szefów.
Nie jest moim zamiarem negacja sensu takich postaw i działań. Dzisiejsza Polska to społeczna pustynia, gdzie warto docenić niemal każdy odruch niezgody i aktywności publicznej. Jeśli nie z uwagi na ich cel, to przynajmniej z punktu widzenia kultury politycznej odmiennej niż obecna. Dzieci aktywistów na rzecz JOW-ów mają o wiele większe szanse zostać aktywistami przeciwko JOW-owej i każdej innej oligarchii niż dzieci rodziców spędzających czas wolny wyłącznie w centrach handlowych i przed telewizorem z bzdurnymi programami. Dopóki będziemy stadem biernych baranów, dopóty będą nas przeganiali w dowolny kąt pastwiska i strzygli z wełny. Wszystko, co zamienia barany w obywateli, jest pozytywne. Dlatego też powyższa krytyka zafiksowania się na inicjatywach oddolnych dotyczy jedynie przesadnej wiary w tę czy inną metodę.
Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy w dużej mierze refleksjom o tym, co i jak robić. Są w nim teksty o tym, że „małe jest piękne”, oraz wskazujące, iż „małe jest słabe”. Obszernie przedstawiamy nordycki model prospołeczny, bazujący na silnej roli państwa i instytucji publicznych. Pokazujemy też jednak, że w państwie słabym i liberalnym, czyli m.in. w Polsce, niekiedy lepiej sprawdzają się inicjatywy samorządowe, pozarządowe, charytatywne, a nawet funkcjonujące w swoistej szarej strefie, jak alternatywne systemy ekonomiczne. Na przykładzie Szkocji i Quebecu wskazujemy, że decentralizacja może służyć wartościom egalitarnym. Natomiast analiza rządów brytyjskich liberałów świadczy, iż za hasłami „lokalizmu” skrywa się kolejna ofensywa urynkowienia oraz wycofanie państwa z odpowiedzialności za godne życie obywateli. W artykule o studenckich protestach w Kanadzie mowa jest o wartościach demokracji bezpośredniej i „płynnej”. Z kolei tekst o mediach społecznościowych pokazuje słabości inicjatyw pozbawionych jasnej struktury i hierarchii decyzyjnej.
Małe czy duże? Oddolne czy wymuszone ustawą? Lokalne czy globalne? Prospołeczne.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Ta książka stanowi okazję do obcowania z myślą nietuzinkową i przekazywaną ze znacznym kunsztem publicystycznym, lecz niemal zupełnie zapomnianą. Kilkusetstronicowy wybór tekstów Leszka Nowaka pt. „Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989” to oryginalny zbiór analiz rzeczywistości późnej Polski Ludowej.
Co istotne, prof. Nowak był jednym z najważniejszych myślicieli czasów opozycji lat 80. W przedmowie do książki Krzysztof Brzechczyn stwierdza: w latach 1980–1989 Leszek Nowak był jednym z najczęściej wydawanych podziemnych autorów w Polsce. Jedną z najczęściej drukowanych publikacji był „Anty-Rakowski, czyli o tym, co wygwizdali wicepremierowi robotnicy”, która doczekała się aż dwunastu podziemnych wydań.
Warto krótko przypomnieć sylwetkę Leszka Nowaka. Studiował prawo na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Po roku 1960 wstąpił do PZPR – jak sam później przyznał – „dla korzyści własnej” (miałem pełną świadomość naganności moralnej tej decyzji). W drugiej połowie lat 60. jego krytyczne zainteresowanie zwróciło się ku marksizmowi, jako głównej szkole myślenia i uzasadnienia realnego socjalizmu. Marzec ’68 unaocznił mu, że braki tego systemu nie są brakami, ale że jest to coś systemowego. Zbyt wielki jest rozdźwięk między ideałem a rzeczywistością, coś musi działać samorzutnie, powodując ten rozdźwięk. Ale początkowo, jak wielu innych, próbował „ocalić” myśl marksistowską „od wewnątrz”.
Od 1970 r. pracował w Instytucie Filozofii UAM, w 1976 r., mając 33 lata, otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego – był najmłodszym profesorem w PRL. Jednak coraz bardziej oddalał się od marksowskich pryncypiów – znaczny wpływ miała na to lektura „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Z partii wystąpił w pamiętnym sierpniu 1980 r., co zaowocowało m.in. wieloletnim zainteresowaniem jego osobą ze strony Służby Bezpieczeństwa, za prowadzenie działalności nieprzychylnej ustrojowi PRL. Rzeczywiście, włączył się aktywnie w działalność opozycji, został ekspertem podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarności”, w stanie wojennym internowano go. W roku 1985 został zwolniony z pracy na UAM, umożliwiono mu powrót na uczelnię w 1989 r., a dwa lata później uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Startował wówczas – bez sukcesu – do Sejmu z listy Unii Pracy. Jak zaznacza Krzysztof Brzechczyn: wyrazem rozczarowania nową rzeczywistością było wystąpienie z NSZZ „Solidarność” w 1994 r. Pogarszający się stan zdrowia skutkował ograniczeniem działalności naukowej i publicystycznej. Zmarł w październiku 2009 r.
Publikacja została podzielona na cztery obszerne rozdziały: „Mity socjalizmu”, „Mity solidarności”, „Mity społeczeństwa podziemnego”, „Mity liberalizmu”. Słowo „mit” ma tutaj pewien pejoratywny odcień, wiążący się z faktem, że ideologia marksistowska – czy w ogóle ideologiczna nadbudowa rzeczywistości, wytwarzana także w krajach zachodnich – wiąże się z jej zakłamaniem. Stąd „mit” może być częścią zafałszowanej świadomości społecznej, a jako taki wymaga „demontażu”, szczegółowej analizy. Taka konstrukcja książki daje nam wgląd w myśl, „która się dzieje”, czyli reaguje na doświadczaną rzeczywistość i próbuje przetworzyć ją w całościowy, logiczny systemat: nie-Marksowski materializm historyczny. Wedle fundamentalnego założenia tej koncepcji Nowaka w społeczeństwie można wyróżnić trzy niezależne od siebie podziały klasowe występujące na terenie gospodarki, kultury oraz polityki. Podstawą tych podziałów społecznych jest zawłaszczenie przez pewną mniejszość społeczną środków produkcji w gospodarce (generuje to podział na klasę właścicieli i bezpośrednich producentów), środków przymusu w polityce (generuje to podział na klasę władców i obywateli) oraz środków produkcji duchowej w kulturze (rodzi to podział na klasę kapłańską i wiernych). Co istotne, zdaniem prof. Nowaka analiza procesów historycznych pokazuje, że możliwy jest ustrój, w którym jedna i ta sama klasa społeczna kontroluje politykę i gospodarkę, politykę i kulturę czy politykę, gospodarkę i kulturę. Tym ostatnim systemem okazał się realny socjalizm, w którym aparat partii komunistycznej kontrolował życie polityczne, gospodarcze i kulturalne. Podstawowy podział społeczny przebiegał w nim pomiędzy klasą ludową a klasą trój-panującą.
Wybór publicystyki otwiera tekst „Głos klasy ludowej: polska droga od socjalizmu”, pisany w sierpniu 1980 r. Nowak zwraca uwagę, że zgodnie z wyżej przedstawioną tezą nie-Marksowskiego materializmu historycznego walki klasowe toczą się nie tylko w wymiarze środków produkcji, ale także w przestrzeni władzy politycznej i kulturowej. Najistotniejszy, niezafałszowany antagonizm realnego socjalizmu rozgrywa się zatem w formie walki między klasą trój-panów (władców-właścicieli-kapłanów) a „klasą ludową”, która stanowi przedmiot państwowego ucisku, państwowego wyzysku i państwowej indoktrynacji. Jest to inna, zdecydowanie gorsza sytuacja niż w wypadku demokracji zachodnich, gdzie kontrola władzy odbywa się przez własność prywatną, realizowaną za pomocą systemu konkurencji politycznej. Jednak i tam mamy do czynienia z zafałszowaniem rzeczywistych stosunków władzy i tendencją do koncentracji władzy i kontroli gospodarczej w obrębie jednej formacji: formalnie władza znajduje się w domenie obywateli, faktycznie w rękach najsilniejszych spośród [nich], w rękach burżuazji.
Zdaniem prof. Nowaka realny socjalizm został w pełni zrealizowany w stalinizmie, gdy władzę polityczną, gospodarczą i duchową skupiono w rękach kierownictwa jednej partii, a masy poddano daleko idącej „desocjalizacji”: środki przymusu stały się narzędziem osamotnienia i wyobcowania ludzi, aż do fizycznej likwidacji. Myśl genialna w swej oczywistości: człowiek jest nie tylko całokształtem, ale i podmiotem rozlicznych więzi międzyludzkich. Najprostszym tedy sposobem rozbicia tych więzów jest fizyczna eliminacja tych ludzi, którzy skupiają ich szczególnie wiele. Z tego to powodu nie tylko ludzie politycznie aktywni, ale i wszyscy wybijający się jakoś w swoich dziedzinach – od sióstr zakonnych do wybitnych pisarzy – poddani zostali eksterminacji.
Absolutnym wcieleniem w życie tego totalnego porządku rzeczywistości były sowieckie łagry. Ale – paradoksalnie – to właśnie z dna tego świata przyszedł bunt i pierwszy krok ku zmianie. Nie bez znaczenia są tu wpływy Sołżenicyna na myślenie prof. Nowaka. Opis obozowych rebelii prowadzi go do konkluzji: łagiernicy pierwsi, na samym dole piramidy społecznej, odzyskali godność ludzką. Godność umożliwiający walkę klasową. Poddani najokrutniejszemu terrorowi – zaprzeczyli jego logice, w porządku wszechobejmującej kontroli pojawił się wyłom.
W konsekwencji tego „ruchu oporu” system demoludów zaczyna podlegać swoistej cykliczności – klasa ludowa zyskuje pewne koncesje, a władza uzyskuje w zamian spokój społeczny. Dalsza historia tego porządku jest historią ekspansji ludowego wyzwolenia oraz reakcji klasy „trój-panów”, próbującej coraz mniej skutecznie odzyskać pełen monopol nad rzeczywistością, aż do wyczerpania systemu. Jak przedstawiała się w tym względzie sprawa w rodzimych warunkach? O osobliwości polskiego socjalizmu zdecydował permanentny opór społeczny: opór zbrojny, opór ekonomiczny – głównie chłopstwa, opór duchowy – wsparty głównie na autorytecie Kościoła katolickiego.
Trzeba tu zwrócić uwagę na bardzo ważną kwestię: nie-Marksowski materializm historyczny bazuje z jednej strony na przekonaniu, że przejście od kapitalizmu do realnego socjalizmu jest rzeczywiście obiektywnym procesem historycznym (nieuchronnym wynikiem etatyzacji kapitalizmu), ale z drugiej strony neguje stary progresywny dogmat, że rozwój historyczny jest tożsamy z postępem. Jak kąśliwie zauważa filozof: tylko w historiozoficznych bajkach dla dorosłych „później” znaczy „lepiej”. Ale zmiana na lepsze jest możliwa. Oto wyłania się nowa forma ustrojowa, która jako potencjalna szansa rysuje się właśnie przed Polską: u nas najwięcej jest zalążków przyszłej formy społecznej, która ewolucyjnie wyłoni się z socjalizmu. O takie społeczeństwo, w którym żadne wytwarzane przez człowieka środki materialne nie będą już dzielić ludzi między sobą, o społeczeństwo pełnej, oddolnej demokracji walczy dziś polska klasa ludowa. Będzie to społeczeństwo, w którym wszyscy będą na równi dysponować środkami przymusu, produkcji i indoktrynacji. Nie może zatem dziwić, że rodząca się III Rzeczpospolita rozczarowała poznańskiego myśliciela.
Następna część, „Mity solidarności”, przynosi analizy spisane między 1980 a jesienią 1981 roku – przypadające więc na czas „karnawału” „Solidarności”. Ten właśnie ruch społeczny ma być zarzewiem społeczeństwa bezklasowego – przynajmniej w szerokim planie dziejowym, bo już szczegółowa analiza sytuacji pozwala odkryć źródła problemów i potencjalnych zagrożeń skutkujących nowymi formami „uklasowienia” i zniewolenia politycznego, ekonomicznego, duchowego. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na tekst „Inteligencja wobec klasy ludowej”. Horyzontem rozważań jest dobrze znana w polskiej tradycji myślenia „wrażliwego społecznie” kwestia odniesienia inteligencji do ludu (i odwrotnie). Jak zauważa prof. Nowak, w obrębie spętanego społeczeństwa rodzi się autonomiczna „myśl ludowa”, suwerenna świadomość klasowa, wyzwalająca się od „produkcji duchowej” narzucanej przez „trój-panów”. Filozof stwierdza: Niezależna myśl jako zjawisko społeczne wywodzi się z potrzeb zagonionych i przytłoczonych powtarzającą się nędzą mas, z ich rozpaczy i zachłannej chęci rozumienia. Jak zaznacza: to jest właśnie źródło „zrewoltowanej” myśli tej części inteligencji, która zerwała z serwilizmem wobec aparatu represji, odstąpiła od roli „funkcjonariusza myśli” i przeszła na stronę klasy ludowej, stając się tym samym częścią opozycji.
Znamy ten topos dobrze: inteligenci po stronie ludu odpowiadają na niewidzialne, ale wyczuwalne w atmosferze społecznej zapotrzebowanie na rozumienie. Uczestniczą w procesie przechodzenia inteligencji humanistycznej na drugą stronę barykady walki klasowej. I tu odzywa się akord tak szlachetny i mocny, wyrażony już, niemal 80 lat wcześniej, przez Ludwika Krzywickiego w słowach: „jesteś dłużnikiem, wielkim dłużnikiem ludu pracującego!”. Po tej wszakże stronie nie jesteśmy niczym więcej jak duchowymi sługami ludu, rodzajem rzemieślników, którzy tworzą to, czego lud potrzebuje: rozpoznanie sytuacji, wizje rozwojowe, konkretne programy. Jak podkreśla Nowak, myśl ta ma jednak najistotniejszy probierz, praktykę działania zbiorowego mas, wobec których inteligencja powinna wykazywać się „nieco większą dozą pokory”. Bo właśnie oporowi mas peerelowska inteligencja zawdzięcza „wszelkie zmiany na lepsze”. To kolejny newralgiczny punkt, który w dłuższej perspektywie czasowej mógł być dla filozofa źródłem dyskomfortu. Bo przecież ani w sytuacji pierwszej „Solidarności”, ani później inteligencja nie potrafiła i nie chciała pełnić wobec społeczeństwa roli tak służebnej, jak tutaj to opisano. Naukowiec miał świadomość, że inteligencja nie jest tak heroiczna, jak zwykła sobie czasem roić: Nie odważyłaby się myśleć inaczej, niż dotąd myślała, gdyby nie dojrzała siły społecznej, pod której opiekę może się chronić. Najpierw tą siłą była „Solidarność”, dzisiaj [w 1985 r.] jest Kościół.
W spojrzeniu na „Solidarność” prof. Nowaka wyraźnie zaznaczał się „nieortodoksyjny”, lecz mocno lewicowy punkt widzenia. Warto go przypomnieć także dlatego, że zrodzony w sierpniu ‘80 z fuzji aktywności robotniczej i inteligenckiej ruch społeczny został już w III RP na dobre wpisany w tradycję myślenia konserwatywnego i liberalnego, pozbawiony swojego oblicza propracowniczego i prosocjalnego. Więcej, „Solidarność” jako związek została wręcz uprzedmiotowiona, zinstrumentalizowana – posłużyła jako narzędzie do legitymizowania porządku społeczno-gospodarczego, który z pewnością nie był po myśli autora „Polskiej drogi od socjalizmu”. W rozmowie opublikowanej w kwietniu 1981 r. na łamach „Wiadomości Krakowskich”, pisma NSZZ „Solidarność” MKZ Małopolska, Nowak stwierdzał: wyraźnie zarysowały się dwa skrzydła ideowe: lewicowe, pochodne od KOR-u, które ma pełne rozpoznanie antagonizmu władza-społeczeństwo i powiedzmy narodowo-solidarystyczne. Zważywszy, że partia także wprowadza do swego systemu elementy solidaryzmu narodowego, wyłania się duże niebezpieczeństwo. Gdyby ta linia narodowego solidaryzmu miała w „Solidarności” wziąć górę, byłaby to sytuacja bardzo dla władzy korzystna. Za pomocą tej rozmywającej rzeczywiste podziały ideologii dosyć łatwo ogłupić społeczeństwo. Ponadto, mówiłem wyżej o nieuniknionym petryfikowaniu się zhierarchizowania strukturowanej organizacji, jaką także jest „Solidarność”. Otóż, za ideologią „zgody narodowej” znacznie łatwiej byłoby ukryć prywatne interesy kształtującej się z biegiem czasu „elity władzy” związkowej.
Nawet jeśli przyjmiemy, że „koncesjonowana opozycja” czasów Okrągłego Stołu nie była osadzona w myśleniu „typowo prawicowym” (wedle dzisiejszej nomenklatury), to jednak trudno ukryć, że faktycznie wykorzystano motyw „zgody narodowej” i że w czasach „polsko-jaruzelskiego pojednania” następowała oligarchizacja opozycyjnej elity. Ta narracja z pewnością zyskiwała na popularności dzięki tak różnym czynnikom jak np. odwołanie do chrześcijańskiego pojednania i przebaczenia, gra na uczuciach narodowych i patriotycznych, apatia społeczna, nadzieja na „beztroską konsumpcję”.
Część trzecia, „Mity społeczeństwa podziemnego”, zawiera teksty pisane w latach 1983–1985. W tym rozdziale mieści się przywołany wcześniej głośny tekst „Anty-Rakowski, czyli o tym, co wygwizdali wicepremierowi robotnicy”. Punktem wyjścia jest odrzucenie fałszywej świadomości klasy trój-panów, uznającej się za faktycznego reprezentanta klasy robotniczej i chłopskiej (klasy ludowej). W trakcie spotkania z pracownikami Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1983 r. wicepremier mówi o sobie: „jestem synem chłopa”. Filozof odpowiada: jest pan właścicielem polskiego majątku produkcyjnego, ergo: Pan jest kapitalistą, panie Rakowski!. Wedle porządku nie-Marksowskiego materializmu historycznego Rakowski jest przedstawicielem nomenklaturowej „magnaterii”, która przeciw robotnikom wystawia cały swój aparat represji.
Jako bardzo istotne jawi się prof. Nowakowi rozpoznanie wewnętrznej słabości „Solidarności”, która podporządkowała swój światopogląd ideologii trój-panów. Komuniści ukryli za parawanem rewolucyjnych frazesów swoją rzeczywistą tożsamość, wmówili opozycyjnemu ruchowi (który jest prostą kontynuacją powstań niewolniczych, wojen chłopskich, ruchu robotniczego), że to oni, klasa potrójnych potentatów, są spadkobiercami odwiecznej walki mas o wyzwolenie. PZPR-owscy właściciele PRL przywłaszczyli sobie hasło walki klasowej, sprawiedliwości społecznej, uspołecznienia. I stąd najbardziej brzemienna smutnymi konsekwencjami sytuacja, z którą do dzisiaj zmagać się musi lewica: Splugawili te hasła tak skutecznie, żeśmy stracili w „Solidarności” głowę i umieliśmy tylko ich pouczać (że „mądra władza” dba o zaufanie społeczne, o wiarygodność) i prosić (o respektowanie „praw człowieka”). Tymczasem należało rąbnąć pięścią w stół i powiedzieć im jasno i dobitnie: wasz system obłudnie spowity w socjalistyczne hasła jest najbardziej drastyczną postacią społeczeństwa klasowego; to wy jesteście dziś reakcyjną zaporą na drodze walki mas o wyzwolenie społeczne; to przeciw wam lud toczy dziś walkę klasową i tylko dzięki tej walce ma miejsce postęp w tym kraju.
Tu można zastanowić się nad kwestiami aktualnymi również dziś. Przyjmijmy jako hipotezę roboczą, że tzw. nurty populistyczne w III RP były/są faktycznymi dziedzicami emancypacyjnego i klasowego rozpoznania rzeczywistości, godzącymi w różne formy fuzji władzy politycznej, gospodarczej i medialnej (duchowej). Zauważmy wówczas, że wszelkie narzędzia opresji kierowanej przeciw populistom zwykle grają na lęku wobec radykalizmu, przeciwstawionemu ładowi społecznemu (normalizacji). Równocześnie tzw. socjaldemokracja wciąż będzie przedstawiała się jako faktyczny reprezentant myślenia lewicowego, spychając swoich konkurentów do narożnika z napisem „niebezpieczni radykałowie”, „oszołomy” czy właśnie „populiści”. I w tym przypadku najbardziej wyrazistą strategią jest to proste zawołanie: „Pan jest kapitalistą, panie Kwaśniewski/Palikot/Miller!” – które podważa wiarygodność oligarchów raz po raz przybierających się w szaty „trybunów ludowych”.
Część czwarta, „Mity liberalizmu”, przynosi artykuły z lat 1985–1989. W jakiejś mierze jej myśl przewodnią oddaje krótkie zdanie: Tak oto dzieje się postęp społeczny: wyrasta z walki uciśnionych, a realizowany jest ze strachu ciemiężycieli. Filozof przekonuje, że w ten sposób dokonują się „ewolucyjne korekty systemu” – nie przez całościowe zwycięstwo jakichkolwiek rewolucji (które rozpętują żywioły prowadzące do jeszcze większego zniewolenia), lecz przez bunty przegrane, które jednak zmuszają panujących do reform, a więc do pewnej poprawy położenia mas.
Jest to rozdział najbardziej gorzki i rozrachunkowy także wobec solidarnościowej opozycji, niedostatków jej intelektualnych horyzontów, wtórności wobec myśli Zachodu. A prof. Nowak – który swoją teorię zbudował na dogłębnej krytyce myśli marksowskiej – występuje w pewnym momencie jako jej obrońca wobec tłumu polemistów dyskredytujących dorobek filozofa z Trewiru. Pozwolę sobie na dłuższy cytat: Karol Marks zbłądził w wielu, i to podstawowych, kwestiach teoretycznych. Ale cóż to były za błędy! Daj Panie Boże dzisiejszym jego krytykom, by choć raz w życiu stać ich było na jeden błąd tej rangi. To przecież ktoś z paru – może czterech – ojców założycieli nauki o społeczeństwie. A trzeba zjeść zęby na myśleniu o robocie teoretycznej, na próbach samodzielnego robienia teorii, żeby z grubsza choćby rozumieć, co to znaczy. […] Wszyscy intelektualiści – już nie mówiąc o wielkich instytucjach jak Kościół – mają po prostu interes, żeby [myśl marksowską] przedstawić jak najgorzej. Moc perswazyjna tego, co mówią, a więc ich pozycja w rywalizacji o rząd dusz, zależy w sporej mierze od tego właśnie, czy potrafią skompromitować – nie skrytykować, lecz właśnie skompromitować – przeciwnika. Pod pewnym względem czysto duchowym ich krytyka marksizmu jest gorsza od krytyki, jakiej oni byli poddawani. Oto marksizm nie przedstawiał się jako zwolennik pluralizmu myślowego, nie deklarował wiary w „odwieczne wartości”. Krytyka marksistowska była nieprzyzwoita, ale otwarta, ich jest nieprzyzwoita i obłudna.
Jaki zatem jest główny problem PRL-owskiej opozycji? Poznański filozof zarzuca jej stopniowe samozakłamanie. W tekście „Groźba urban-izacji myśli niezależnej” stwierdza: Rzucać prawdę przeciwnikowi w twarz o nim, to każdy potrafi. Ruchu społecznego, który by ogłaszał bezlitosną prawdę o samym sobie – jeszcze nie było w dziejach tego świata. Niestety nasz ruch, który tak dużo mówi na temat prawdy – wcale tej smutnej tradycji, jak dotąd, nie przełamał. Od komunistów to umiemy domagać się prawdy, całej prawdy i tylko prawdy – ale nam to już zaczynają wystarczać półprawdy. Sytuacja ta, jak zaznacza, ma swój konkretny wymiar społeczny, skutkuje utratą zaufania: zwykły człowiek nie jest prymitywem, który wierzy tylko w niepokalane obrazki, jakie nasz ruch wystawia samemu sobie.
Tu także wraca problem opozycyjnego inteligenta/intelektualisty. Jego najpełniejszą i najbardziej wpływową formację filozof określa mianem „gładysza”: to intelektualista, zwykle warszawski, kulturalny, inteligentny, wielce oczytany, znający parę języków, którego cały wysiłek skierowany jest na to, aby nadążać za kulturą światową, no i demonstrować, że nadąża; który tedy nie wymyśli nic sam, a innym nie da, bo jak się rzekło jest warszawski, a zatem współkontroluje, zależne czy niezależne, główne środki przekazu treści kulturowych, jest więc (współ-)kapłanem; który eklektycznie łączy cudze oryginalne myśli w swoją nieoryginalną całość. Jakie tego konsekwencje? Ludzie bardziej boją się osamotnienia wśród swoich niż represji państwowych.
Najbardziej jednak gorzka uwaga prof. Nowaka wydaje się aż nadto aktualna dzisiaj. Można wręcz odnieść wrażenie, że gdyby dzisiejsi „starzy opozycjoniści” zgorszeni „Gazetą Wyborczą” wtedy czytali ze zrozumieniem myśliciela, dziś by się tak nie dziwili: Kto za dużo mówi o pluralizmie, demokracji i innych tego rodzaju wzniosłościach, temu takie gadanie zaczyna wystarczać: gwarantem pluralizmu w naszym ruchu stał się szyld „pluralizm” wiszący nad naszym sklepikiem. A że w środku tego towaru już nie ma, nie szkodzi: liczą się słowa, nie rzeczy. Nie tylko u komunistów, u nas już też.
Druga połowa lat 80. wiązała się z coraz częstszą recepcją myśli i zachodniej praktyki liberalnej (neokonserwatywnej). Prof. Nowak zwracał uwagę, że jest to powrót do doktryny przestarzałej, która mimo pozoru nowości odzwierciedla wzorce burżuazyjnej próby hegemonii nad masami ludowymi. Pytał: czy wobec oczywistego fiaska marksistowskiego rewolucjonizmu mamy wrócić do liberalistycznego ewolucjonizmu, jak się to zazwyczaj czyni. A od strony ideowej problem polega na tym, czy ludziom, którzy się buntują przeciw jawnemu wyzyskowi i (lub) zniewoleniu – mamy cokolwiek do powiedzenia. Otóż byli marksiści, którzy przeszli na pozycje liberalne, nie mają im nic do powiedzenia. Nie miał równocześnie złudzeń co do tego, że połączenie w jedno władzy państwowej i rynkowej (to była w gruncie rzeczy jego prognoza dla Zachodu) będzie dla klasy robotniczej wiele lepsze. Jak zauważa, wielu komunistów doznało wstrząsu na wieść, że „armia robotniczo-chłopska” strzela do strajkujących. I przeszli na stronę opozycji. Zdaniem prof. Nowaka: prawdziwy liberał miałby w takiej sytuacji o wiele bardziej „czyste” sumienie – przecież postrzega on to jako „wprowadzenie porządku przez państwo”, no cóż, kosztem tych, którzy i tak są społecznie mniej cenni, bo przegrali w życiowej grze o bogactwo, są wszak tylko robotnikami. Możemy tę wypowiedź odczytać literalnie – np. w kontekście prawicowych reżimów Ameryki Południowej, zależnych od USA – albo jako odzwierciedlenie „sytuacji transformacyjnej”, gdzie nikt nie liczy kosztów ludzkich aspołecznego modelu kapitalizmu, gdyż są one „przezroczyste” dla ideologów i beneficjentów systemu.
Opozycyjne zachwyty pod adresem liberalizmu prof. Nowak kwitował naprawdę radykalnie: Czytałem neokonserwatystę, który oznajmił wszem i wobec, że jedynym ustrojem, jaki się sprawdził, jest kapitalizm. Bo dał ludziom dobrobyt, demokrację, itd. Otóż wszystko to robotnicy sobie wywalczyli, [w rewoltach] tłumionych często z zaciekłością i gwałtem nieporównywalnym z tym, który znamy np. ze stanu wojennego wprowadzanego przez „komunistyczny totalitaryzm” parę lat temu. Wolne związki zawodowe, legalizacja partii i prasy socjalistycznej, prawo wyborcze dla wszystkich – słowem to, co tak podziwiamy dziś na Zachodzie – kosztowało klasę robotniczą rzeki krwi. Tylko że my wolimy o tym nie wiedzieć, bo przypadkiem liberalna prasa zachodnia się na nas obrazi.
Istotne jest w kontekście imitacyjnego przyswojenia myśli liberalnej oryginalne odczytanie sytuacji przez filozofa. Tu znów widzimy motyw „innej drogi” jako możliwości stojącej przed Polską. Na Zachodzie odżywają hasła liberalne, bo jest to naturalna reakcja ludzi zagrożonych przez powstający pod socjaldemokratyczną maską totalitaryzm państwa-właściciela. Oni sięgają po liberalizm, bo zaczynają się na serio państwowego molocha bać, my się już bać przestajemy. Nie ma więc powodu, dla którego mamy się wzbraniać przed myśleniem na nowo, bez sięgania do doktryn liberalistycznej przeszłości. Bo to nasz lud wyrąbuje przed sobą, w całkiem nowych warunkach historycznych, jakąś drogę do jakiejś przyszłości. Miast „nadążać myślowo za Zachodem”, starajmy się raczej odcyfrować choć trochę przyszłości i tę drogę. A na horyzoncie jawią się już nowe zagrożenia, wtedy przecież tak mało w Polsce czytelne: niesłychanie wyrafinowany postęp techniczny może sprawić, że „nowy proletariat” będzie nie odpowiedzialnym, skłonnym do samoorganizacji i samokształcenia proletariatem XIX-wiecznym, lecz lumpenproletariatem.
W tym kontekście ważne były choćby pytania o to, co stanie się z (post)komunistami. Prof. Nowak przywołuje ówczesny pogląd Janusza Korwin-Mikkego, który uważał, że rzeczą korzystną będzie, jeśli PZPR-owska nomenklatura odda władzę polityczną i przekształci się w zaczyn klasy średniej, burżuazji. Poznański filozof widzi jednak inną możliwość (i ta de facto zrealizowała się w III RP): fuzji władzy gospodarczej i politycznej w obrębie „nowej socjaldemokracji”, czyli nowej wariacji na temat dwu-panowania. Alternatywą byłoby powstanie trzech zupełnie autonomicznych sił społecznych: wielkiego biznesu, władzy politycznej i Kościoła w sojuszu z elitami intelektualnymi. Wówczas – jak zauważa – socjaldemokracja byłaby czynnikiem „zaporowym” wobec „żywiołowego kapitalizmu”. Wiemy jednak, że procesy uwłaszczenia nomenklatury i w ogóle przebieg polskiej transformacji nie doprowadził do oddzielenia „trzech władz”: polityki, gospodarki i kultury, a jedynie „zmodernizował” formy ich połączenia, oczywiście już poza systemem „trój-panowania”, ale w różnych konstelacjach, nie do końca jawnych i czytelnych.
Z pewnością dla wielu czytelników zarówno koncepcja nie-Marksowskiej dialektyki historycznej, jak i wynikające z niej wnioski będą trudne, jeśli nie dziwaczne. Całościowa perspektywa, jaką proponuje prof. Nowak, neguje większość oczywistości, w tym lewicowych, do których dziś przywykliśmy. Choć nie można wykluczyć, że pewne konkluzje będą jawiły się jako trafne czy atrakcyjne dla odbiorców z bardzo różnych stron dzisiejszych sporów ideowych. Dzięki tej pracy otrzymujemy kolejny dowód na to, że udzielane przed laty odpowiedzi na pytania: co z Polską, co z lewicą, co z kapitalizmem? – nie muszą być dziś nieaktualne. Pod warunkiem, żeby były dowodem ambitnego, szczerego i przenikliwego myślenia. I nie muszą być przy tym nieomylne. Wystarczy, że wskazują drogę ponad wyświechtane slogany i słowa, do których nadto się przyzwyczailiśmy.
Leszek Nowak, Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, Poznań 2011.
Książkę można kupić u wydawcy: IPN – KŚZpNP Oddział w Poznaniu, 61-487 Poznań, ul. Rolna 45a, tel. 61 835 69 64,
http://ipn.gov.pl/
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Niewielu dwudziestowiecznych ekonomistów krytycznych wobec wolnorynkowej ortodoksji cieszyło się tak wielkim poważaniem jak John Kenneth Galbraith (1908–2006). Ten ekonomiczny obrazoburca, jak nazwał go „New York Times” w pożegnaniu, był postacią niezwykłą. Ekonomista, dyplomata, aktywista, społecznik, nowelista, myśliciel – to tylko wybrane jego role, przy czym wszystkie pozostawały ze sobą w harmonii. Galbraith całym życiem pracował na rzecz lepszej przyszłości, której wizję nakreślił we właśnie wznowionej rozprawie „Godne społeczeństwo. Program troski o ludzkość” (książkę wydano pierwotnie w roku 1996, a pierwszy raz polski przekład opublikowano w 1999 r.). Ta wizja, jednocześnie wzniosła i twardo osadzona w realiach, jest warta uważnej analizy.
Urodził się w Kanadzie, lecz dorosłe życie związał ze Stanami Zjednoczonymi – tam studiował, a od roku 1934 nauczał na uniwersytecie Harvarda, z którą to uczelnią związany był do śmierci. Podczas II wojny światowej pracował w administracji Franklina Delano Roosevelta, gdzie był odpowiedzialny za wyznaczanie poziomów cen. Wymiernym wskaźnikiem sukcesu jego pracy był fakt, że już po uwolnieniu cen wzrost inflacji okazał się niewielki. Po wojnie wraz z prezydentową Eleanor Roosevelt zaangażował się w prace stowarzyszenia Americans for Democratic Action, działającego na rzecz sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. W 1961 r. prezydent USA John F. Kennedy mianował go ambasadorem w Indiach, co odzwierciedliło się w obecnej w pracach ekonomicznych Galbraitha krytyce polityki kolonialnej i nawoływaniu do pomocy krajom rozwijającym się.
Był także zdolnym nowelistą, potrafiącym w okraszonych humorem historiach dokonywać celnych spostrzeżeń społeczno-politycznych. W jednym z jego opowiadań Stany Zjednoczone obalają lewicujący południowoamerykański rząd i osadzają na stanowisku prezydenta mieszkańca tego kraju, studiującego w USA. Ku ich zdumieniu okazuje się, iż w trakcie pobytu na amerykańskim kampusie student ów stał się… komunistą. W innym tekście kreśli historię uniwersyteckiego profesora, który po godzinach stara się zdobyć na giełdzie fortunę, aby przeznaczyć ją na kampanię na rzecz sprawiedliwości społecznej. Dochodzi do krachu, który pociąga za sobą wiele ofiar, lecz profesor się na tym bogaci i ku zdumieniu wszystkich zaczyna realizować swój plan.
Był wreszcie Galbraith popularnym myślicielem i edukatorem, łączącym w swych przemyśleniach wiedzę z zakresu historii, ekonomii, stosunków międzynarodowych, filozofii i psychologii. Swój talent wykorzystał m.in. realizując w 1977 r. dla brytyjskiej telewizji BBC wielki serial popularnonaukowy „Czas Niepewności” („Age of Uncertainty”) i odpowiadając w nim na kluczowe pytania o historię i przyszłość.
Białe plamy teorii
Profesor Galbraith był jednak przede wszystkim ekonomistą jednej z najbardziej prestiżowych uczelni świata, a jego przemyślenia do dziś zajmują ważne miejsce w historii tej dyscypliny. W sprawach nauki nie kierował się doktrynerstwem, aczkolwiek najczęściej jest przypisywany do dwóch szkół: instytucjonalnej ekonomii oraz keynesowskiej (tę tradycję kontynuuje równie niepokorny ekonomista – jego syn James K. Galbraith). W latach 30. poznał na uniwersytecie w Cambridge samego Keynesa, którego spostrzeżenia co do wagi wydatków państwa w przypadku słabego popytu zostawiły trwały ślad w myśleniu Galbraitha. Kolejną ważną inspiracją był Thorstein Veblen z jego teorią „klasy próżniaczej” i ostentacyjnej konsumpcji dóbr luksusowych.
W swoich pracach rozprawia się z różnymi dominującymi w opinii publicznej pozornymi mądrościami. Do opisania tego zjawiska użył terminu conventional wisdom, który w mowie potocznej funkcjonuje do dziś. Jednym z mitów, który poddaje krytyce, jest rzekome istnienie klasycznej wolnej konkurencji na rynku. Jak wyjaśnia, w istocie taka modelowa konkurencja istnieje tylko między małymi przedsiębiorstwami. Sposób funkcjonowania wielkich korporacji jest zgoła inny. Po pierwsze wielkość przedsiębiorstw przekłada się na akumulowanie coraz bardziej im sprzyjającej siły politycznej. Po drugie świat potężnych molochów znacznie mniej przypomina reakcję modelowej firmy na zmianę preferencji konsumenta, a bardziej system centralnego planowania, gdzie strategia opracowywana jest na lata naprzód. W przypadku wielkich korporacji to nie maksymalizacja zysków jest celem numer jeden (jak to się dzieje w ramach działalności małych firm walczących o klienta), lecz powiększanie siły politycznej i zwiększanie udziału w rynku. Tego podręcznikowa ekonomia nie przewiduje.
Galbraith był jednym z nielicznych ekonomistów swego czasu, którzy odważyli się poruszać właśnie kwestie siły politycznej wielkich korporacji. Poszedł on jednak dalej: nie tylko wskazał na istniejący w rzeczywistości problem, ale i zaoferował jego rozwiązanie, częściowo bazując na obserwacji naturalnie zachodzących procesów. Według jego koncepcji wpływ wielkiego biznesu musi być równoważony przez uważną politykę regulacyjną państwa, silniejsze związki zawodowe oraz organizacje konsumenckie.
Wizja
„Godne społeczeństwo” (tytuł oryginału należałoby przełożyć na polski raczej jako „Dobre społeczeństwo”) jest pracą, którą niezwykle trudno zaklasyfikować. To esej, który spełnia wymogi pracy naukowej z dziedziny ekonomii, a jednocześnie jest łatwo zrozumiały dla osób bez wiedzy fachowej z tego zakresu. To również praca o ludziach, ich zachowaniach, wartościach i powinnościach. Całość stanowi próbę skonstruowania recepty na godne społeczeństwo. Po przeczytaniu książki, gdzie na zaledwie stu stronach, w jednocześnie lekkim i poważnym stylu, Galbraith porusza wiele tematów: od edukacji, przez nierówności, po wojskowość i pomoc międzynarodową, ze zdumieniem należy stwierdzić, iż jest to próba niezwykle udana.
Autor rozpoczyna rozważania od postawienia pytania: Jakie właściwie powinno być godne społeczeństwo? Odpowiedź na pytanie o słuszne i sprawiedliwe urządzenie spraw społecznych będzie celem tej koncepcyjnej podróży, jednak w pogoni za nim autor nie zatraci się w odrealnionym idealizmie. Dlatego wskazane i opisane zostanie to, co słuszne, a nie to, co doskonałe. Jako weteran życia publicznego i uczestnik procesów politycznych jest on świadom ograniczeń stawianych przez zastane urządzenie świata. Wie, że dążenie do celu stworzenia godnego społeczeństwa musi uwzględniać strukturę instytucjonalną oraz naturę ludzką. Przy zmierzaniu do zrealizowania wielkiego celu, wyznaczanego przez nasz system wartości, nie możemy zapominać o tak przyziemnych faktach jak istnienie silnej motywacji pieniężnej. Istnienie rozbieżnych grup interesów i ich nie zawsze wzniosłe intencje przeszkadzają w realizacji społecznie użytecznego kształtu stosunków ekonomicznych. Oligarchia wpływa na bieg wydarzeń i kierunki myślenia społeczeństwa tak, aby ten kształt był jak najbardziej po jej myśli: W samej naturze uprzywilejowanej grupy leży to, że tworzy ona polityczne uzasadnienie swojego istnienia, a często też doktrynę społeczno-ekonomiczną, która tej grupie najlepiej służy.
Galbraith jest bardzo krytyczny wobec tych uprzywilejowanych, którzy nie czują potrzeby lepszego zorganizowania spraw publicznych. Nie kryje swojej niechęci wobec nich, pozwalając sobie na lekki przytyk: Grupa powiązana z wielkimi pulami pieniędzy jest uważana za wyjątkowo inteligentną, jak żadna inna. Dopiero bezpośrednie doświadczenie kontaktu z ludźmi tak sytuowanymi rozwiewa ten mit.
Mimo to myliłby się ten, kto uważałby autora „Godnego społeczeństwa” za zwolennika radykalnych doktryn. Wręcz przeciwnie – wedle niego upolitycznienie i zideologizowanie spraw społecznych to groźna pomyłka. Uważa, iż powinna nastać era praktycznego osądu, gdyż decyzje należy podejmować na podstawie zalet społecznych i gospodarczych danego rozwiązania. Tak jak błędna była sowiecka koncepcja dostarczania dóbr konsumpcyjnych przez państwo, podobnie błędna jest doktryna maksymalnej prywatyzacji wszystkiego. Państwowa interwencja może być korzystna w niektórych dziedzinach, np. państwowe szkolnictwo rolnicze przyniosło wydatny wzrost produktywności farmerskiej w USA, a japońskie doświadczenia przy wspieraniu badań i innowacji przez państwo pokazują, iż miarą trafności rozwiązania jest jego skuteczność, nie zaś dopasowanie do doktryny. Profesor bardzo mocno akcentuje tę myśl: Nie ma w dzisiejszych czasach błędu większego ani gorliwiej uzasadnianego. We współczesnym systemie gospodarczym i politycznym identyfikacja ideologiczna oznacza ucieczkę od niepożądanej myśli – zastąpienie konkretnej decyzji podejmowanej w określonym przypadku ogólną i banalną formułą.
W dobie gorliwie praktykowanego ideologicznego sekciarstwa Galbraith opowiada się po stronie zdrowego rozsądku. Duszy społecznika i naukowca nie cieszy zaślepienie i „kibolstwo” w sprawach publicznych – jego obowiązkiem jest iść pod prąd i dawać świadectwo praktycznego osądu. W negacji doktrynerstwa Galbraith posuwa się bardzo (zbyt?) daleko, krytykując ideologizację ex post procesów historycznych. Jego zdaniem to nie polityczna wola i przesunięcie politycznego wahadła spowodowały większą rolę państwa, lecz procesy takie jak wydłużenie czasu życia, migracje do miast, globalizacja polityki międzynarodowej itd. Państwo musiało się poszerzać i zapewniać coraz więcej dóbr publicznych ze względu na rozwój interakcji gospodarczych. Nowe role przypadły państwu dopiero jako konsekwencja tego rozwoju. Tym samym doktrynerzy przypisujący zwiększenie roli państwa politycznemu wpływowi jednej ze stron ideologicznego sporu – nie mają racji. Co więcej, jedna ze stron, ta będąca zwolennikiem ograniczania funkcji państwa, zajmuje pozycje nie tyle polityczne, co ahistoryczne – nawet o tym nie wiedząc.
Czy jednak idąc tak daleko, Galbraith nie neguje roli wartości i idei w ludzkim działaniu na rzecz pozytywnej zmiany? W świetle szczytnej intencji, która przebija przez karty „Godnego społeczeństwa”, wydaje się, że bardziej prawidłowe byłoby inne wyjaśnienie. Otóż początkowy cel dobra wspólnego zachwyca ludzi o różnych poglądach. Z biegiem czasu jednak święte przekonanie co do słuszności określonej drogi realizacji tego celu staje się coraz bardziej istotne dla zideologizowanych. W pewnym momencie doktrynerom pozostaje już tylko fetyszyzacja wybranej drogi – czy to mniejszej ingerencji państwa, osobistej odpowiedzialności i niższych podatków, czy też redystrybucji i zwiększenia roli instytucji publicznych. W skrajnym przypadku początkowy cel całkowicie zanika, zaś droga staje się celem.
Dobrobyt fundamentem społeczeństwa
Rola ekonomii w godnym społeczeństwie ma podstawowe znaczenie – twierdzi Galbraith, wykazując, iż koniecznością w takim społeczeństwie jest szybki i trwały rozwój gospodarczy, wzrost produkcji i zatrudnienia. Stagnacja jest wrogiem rozwoju społecznego, zaś ci, którzy za nią optują, podzielają w istocie skrywane preferencje lepiej sytuowanych obywateli. Niedostatek powoduje wzrost patologii i frustracji. Dlatego autor wskazuje, iż najlepszą metodą walki m.in. z narkotykami i przestępczością byłaby walka z główną przyczyną tych zjawisk – ubóstwem.
Autor „Godnego społeczeństwa” nie jest przeciwnikiem materialnych motywacji i zysków, zaznacza jednak, iż wzbogacanie się jednych nie może odbywać się kosztem społeczeństwa, przywołując za przykład oszustów finansowych i skrajnie wysoko zarabiających menedżerów. Bogactwo powinno być, jego zdaniem, stosownie opodatkowane. Ponieważ ubodzy wydają to, co zarobią, napędzając gospodarkę, zaś utrata krańcowych dochodów bogatych przywraca pieniądze gospodarce, Galbraith jest zwolennikiem opodatkowania mocno progresywnego. Takie opodatkowanie nie szkodziłoby, wbrew obawom niektórych, wzrostowi gospodarczemu, czego przykładem były lata szybkiego wzrostu gospodarczego USA po drugiej wojnie światowej, gdy opodatkowanie najlepiej zarabiających było niezwykle wysokie jak na dzisiejsze standardy.
Jak przekonuje autor w rozdziale „Gospodarka godnego społeczeństwa”, ustrój dobrobytu wymaga stałej ekspansji gospodarczej. Tej jednak zagrażają naturalne tendencje cykliczne, powodujące polepszanie i pogarszanie koniunktury. Recepty Galbraitha zasługują na szczególną uwagę w okresach takich jak obecny, gdy gospodarka odnotowuje niski poziom dynamiki wzrostowej. Gospodarka nie może zbliżać się do pełnego wykorzystania mocy produkcyjnych i pełnego zatrudnienia w sytuacji słabnącego popytu. Ten zaś składa się z konsumpcji, inwestycji i wydatków rządowych. Przy słabnięciu popytu mamy do wyboru trzy środki zaradcze.
Pierwszym jest obniżka podatków, która teoretycznie może spowodować wzrost konsumpcji. Autor zauważa jednak, iż w warunkach dekoniunktury i niepewności to rozwiązanie może nie być wystarczającą zachętą do inwestycji i konsumpcji. Obniżka podatków może się przerodzić w zwiększenie poziomu oszczędności bez zwiększenia akcji kredytowej i aktywności gospodarczej. Szczególnie osoby o wysokim poziomie dochodów nie wydają zazwyczaj całości dochodu po odjęciu podatku. Drugie rozwiązanie to cięcie stóp procentowych, preferowane przez ekonomiczny mainstream. Galbraith wspiera to rozwiązanie, jednak wskazuje, że w warunkach dekoniunktury wzrost inwestycji i konsumpcji nie jest pewny. Dopiero trzecie rozwiązanie – wzrost wydatków rządowych – zapewnia, jego zdaniem, zwiększenie popytu. Wiąże się to oczywiście z większym deficytem budżetowym, ten jest jednak konieczny przy działaniach antycyklicznych (prowzrostowych).
Kolejnym spostrzeżeniem Galbraitha, będącym niezwykle „na czasie” także w Polsce roku 2013, jest tendencja do zrzucania winy za pogorszenie sytuacji pracowników na nich samych. Gdy dziś słyszymy o oczekiwaniach względem mobilności i elastyczności pracowników, słowa Galbraitha brzmią szczególnie donośnie: Wołanie o lepsze przygotowanie pracowników jako lekarstwo na spowodowane przez recesję bezrobocie jest ostatnią deską ratunku dla pustej liberalnej głowy.
Równe społeczeństwo, sprawne państwo
Wiele miejsca poświęca autor problemom nierówności i struktury klasowej, a także edukacji, której rolę uważa za kluczową. Oświata jest w godnym społeczeństwie narzędziem, dzięki któremu można osiągnąć wiele celów. Jest niezwykle ważna dla gospodarki, wyposażając absolwentów w kapitał intelektualny potrzebny dla rozwoju w tej dziedzinie. Jednak jej rola na tym się nie kończy. Edukacja wzbudza w ludności, szczególnie tej uboższej, nadzieje i szanse na lepsze życie w przyszłości, rozładowuje frustracje związane z hierarchią społeczną i niskim statusem. Jest szansą dla każdego, lecz szczególnie ważną dla grup upośledzonych. Przeciwdziałanie dyskryminacji społecznej, jaką jest w istocie edukacja gorszej jakości, to jedno z głównych zadań godnego społeczeństwa.
System oświaty pełni także ważną rolę dla funkcjonowania demokracji. Wykształcona ludność to po prostu bardziej kompetentny elektorat, zdolny do rozumnego współkształtowania spraw publicznych. W istocie, konkluduje Galbraith, demokracja to rezultat edukacji i rozwoju gospodarczego – nie mogłaby owocnie istnieć bez któregoś z tych czynników.
Motyw wyrównywania szans jest niezwykle ważny, jednak Galbraith podkreśla, że uważa istnienie materialnych nierówności za nieuchronne i do pewnego stopnia pożyteczne. Ale wielki rozziew między bogatymi a biednymi jest szkodliwy, dlatego państwo powinno interweniować, tworząc „siatkę bezpieczeństwa” dla ubogich – chroniąc ich przed skrajną nędzą, wspierając wyrównywanie szans, dbając o dobra publiczne i angażując się w działania łagodzące żywioł wolnego rynku: Kapitalizm w swej pierwotnej, XVIII- i XIX-wiecznej formie był systemem okrutnym, który nie przetrwałby wywoływanych przez siebie społecznych napięć i rewolucyjnych postaw, gdyby nie tonująca, łagodząca reakcja państwa.
Poza tym państwo w ocenie Galbraitha powinno, zgodnie z historycznym procesem rozwoju i występowaniem nowych zjawisk, regulować gospodarkę i przestrzeń publiczną. Chodzi tu nie tylko o środowisko naturalne, któremu autor poświęca osobny rozdział, ale także o ubezpieczenia zdrowotne, standardy ochrony zdrowia, bezpieczeństwa i higieny pracy czy choćby działalności monopolistycznej prywatnych przedsiębiorstw.
Godne społeczeństwo powinno dbać o przestrzeń publiczną, ale także kierować się imperatywem moralnym w stosunku do krajów słabo rozwiniętych. Bieda jest dla godnego społeczeństwa wyzwaniem moralnym, nawet jeżeli występuje poza granicami kraju.
W swoim zaledwie stustronicowym eseju Galbraith podnosi tak wiele istotnych aspektów życia społeczno-gospodarczego, iż nie sposób ich wszystkich omówić. Książka podzielona jest na osiemnaście kilkustronicowych rozdziałów, z których każdy jest błyskotliwym omówieniem wybranego zagadnienia, nawiązującym jednocześnie do innych. Galbraith w swoim pisaniu łączy wiele cech, które zazwyczaj są niemal nie do pogodzenia, szczególnie dla zawodowego naukowca. Książka jest lekka, niepozbawiona ironii i humoru, a jednocześnie dotyka spraw najważniejszych. Jest „kompaktowa”, a równocześnie omawia projekt budowy godnego społeczeństwa dość szczegółowo i nie pomijając chyba niczego ważnego. Stanowi publikację „stuprocentowo” ekonomiczną, będąc zarazem książką o społeczeństwie. Jest to w końcu tekst głęboki, wymagający zadumy, lecz łatwy w odbiorze. Jak na „Program troski o ludzkość” przystało, autor włożył wiele wysiłku w jasne wyłożenie swojej wizji. Galbraith-dydaktyk był wydatnym wsparciem dla Galbraitha-naukowca.
Nieprzypadkowo ostatni rozdział zatytułowany jest „Kontekst polityczny”. Zmiana w kierunku godnego społeczeństwa nie jest prosta, zaś procesy polityczne nie ułatwiają wyrażenia interesów wszystkich obywateli. Galbraith jednak wierzy w to, co jest słuszne, i apeluje: Niech powstanie koalicja zatroskanych i współczujących oraz tych, którzy obecnie znajdują się poza systemem politycznym, a przed godnym społeczeństwem otworzą się jasne i całkiem realne widoki. Zamożni nadal będą zamożni, dobrze sytuowani – nadal dobrze sytuowani, lecz ubodzy staną się częścią systemu politycznego. Ich potrzeby będą słyszane – podobnie jak inne cele godnego społeczeństwa. Nietuzinkowy myśliciel rzuca więc nam wszystkim wyzwanie wejścia na drogę walki o godne społeczeństwo. Droga ta nie jest usłana różami – tego Galbraith nie obiecuje, jednak swym „praktycznym osądem” kreśli tak plastyczną, niemal dotykalną wizję lepszego świata, iż trudno jej się oprzeć.
John Kenneth Galbraith, Godne społeczeństwo: Program troski o ludzkość, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożył Adam Szeworski.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Henryk Michał Kamieński, którego dwusetną rocznicę urodzin obchodziliśmy w tym roku, to myśliciel znany i doceniony zarówno przez sobie współczesnych, jak i przez historyków idei i filozofii. Pochodzący z prominentnego ziemiańskiego rodu, syn bohatera kampanii napoleońskich i powstania listopadowego, poległego w bitwie pod Ostrołęką generała Henryka Ignacego. Sam także jako 18-letni młodzieniec był oficerem powstańczych wojsk, rannym w obronie Warszawy. Gruntownie wykształcony, był jednym z tych niepodległościowych działaczy i myślicieli, którzy w historycznych nieszczęściach Polski – upadku I Rzeczypospolitej, zaborach, klęsce powstania listopadowego i późniejszym zaostrzeniu kursu zaborców – zaczęli poszukiwać nie tyle i nie tylko okazji do narodowej żałoby, ale sensów głębszych. A także szans i okazji.
Lata 30. i 40. XIX wieku to czas niezwykłego fermentu wśród polskich elit intelektualnych. Stało się dla nich jasne, że dotychczasowa formuła szlacheckiej polskości wyczerpała się definitywnie. Jeśli naród polski ma przetrwać, musi zdefiniować się na nowo – nie może istnieć naród ekskluzywny, którego byt ekonomiczny i społeczny jest oparty na wykluczeniu i eksploatacji amorficznych mas.
Kamieński postrzegany jest jako jeden z najbardziej radykalnych teoretyków przyszłego narodowego powstania. Jego dzieła publicystyczne z lat 40. XIX wieku zostały uznane za zbyt radykalne przez współczesnych, także przez emigracyjnych przyjaciół autora z Towarzystwa Demokratycznego. Chodzi przede wszystkim o wydane pod wymownym pseudonimem Filareta Prawdoskiego w 1844 r. w Brukseli „O prawdach żywotnych narodu polskiego” i późniejszy o rok „Katechizm demokratyczny, czyli opowiadanie słowa ludowego”. Akcentowały one potrzebę natychmiastowego uwłaszczenia chłopów i ich włączenia do narodowych starań o niepodległość. Prawdoskiego postrzegano jako szalonego komunistę, zagrzewającego lud do anarchicznej rewolucji i ślepej zemsty na szlachcie. Tymczasem intencje Kamieńskiego wcale nie zmierzały w tym kierunku. Dla autora „O prawdach żywotnych…” sprawą najistotniejszą było przekształcenie anachronicznego polskiego narodu w taką postać, która mogłaby nie tylko odzyskać dla Polski niepodległość, ale także twórczo żyć i rozwijać się w nowoczesnym świecie.
Mickiewicz, Słowacki i sens polskiej niewoli
Spośród pojawiających się po powstaniu listopadowym wizji rodzącego się polskiego narodu największy zasięg i najgłębszy wpływ miała ta zaproponowana przez Mickiewicza w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego”. Autor przedstawił dzieje Polski i Polaków jako naznaczone szczególnym sensem i mające wyjątkową funkcję w dziejach Europy i świata. Narody europejskie po epoce średniowiecza, w której jakoby panowała chrześcijańska jedność, zaczęły odchodzić od jedynego Boga. Etyczna wspólnota Europejczyków musiała zginąć, gdy władcy poszczególnych narodów zaczęli narzucać poddanym nowe wartości. Oczywiście wartości fałszywe, bo pochodzące z tego, a nie tamtego świata. Francuzom Boga zastąpił więc honor, Hiszpanom potęga i władza, Anglikom mamona, Niemcom dobrobyt itp. Jedynym narodem, który od prawdziwego Boga nigdy nie odszedł i nie splamił się czcią wobec bałwanów, byli oczywiście Polacy.
Przechowali oni prawdziwe chrześcijaństwo i przeprowadzili je przez nieprzyjazne stulecia. Również politykę uprawiali w sposób podobny jak pierwsi chrześcijanie. Nie prowadzili więc wojen zaborczych, ale wyłącznie obronne, i to najczęściej powodowani miłością bliźniego, a więc chroniąc przed barbarzyńskimi najeźdźcami europejskich odstępców. I co najważniejsze, ekspansja narodu i państwa polskiego, podobnie jak ekspansja chrześcijaństwa, miała etyczny, a nie militarny charakter. Narody sąsiednie, zachwycone prawością i umiłowaniem wolności wśród Polaków, lgnęły do nich i były przyjmowane do braterstwa analogicznie do nawróceń dawnych barbarzyńców na etycznie atrakcyjne chrześcijaństwo. W ten sposób doszło m.in. do unii polsko-litewskiej, która z Polaków uczyniła europejską potęgę.
„Księgi narodu i pielgrzymstwa…” dawały także wyjaśnienie społecznego rozwarstwienia i zniewolenia większej części polskiego narodu. Szlachta polska poprzez swoje umiłowanie wolności dążyła nie tylko do etycznej ekspansji zewnętrznej, ale także wewnętrznej. Jej bardzo silne ekonomiczne i społeczne zróżnicowanie zostało u Mickiewicza wyjaśnione etyczną doskonałością narodu, zjednoczonego w braterstwie wokół wzniosłej idei wolności, a nie przyziemnej i bałwochwalczej idei bogactwa. Upośledzenie ludu przedstawione zostało w procesie: szlachta polska przez stulecia chętnie przyjmowała tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy świadomie przyjęli jej wartości i dowiedli tego czynem, a więc tak umiłowali wolność, że byli gotowi za nią umrzeć. Wedle Mickiewicza nobilitacja, a więc chrzest będący znakiem przyjęcia do szlacheckiego (i szlachetnego) narodu, odbywała się niejako automatycznie wraz z etycznym postępem indywidualnym lub zbiorowym. Polskość jest więc odpowiednikiem chrześcijaństwa, tzn. wynika ze świadomego przyjęcia wiary i systemu wartości warunkującego życiową postawę, a nie z przesłanek etnicznych, stanowych, politycznych czy jakichkolwiek innych.
Zresztą według Mickiewicza upadek Polski wynikał właśnie z jej inkluzywności. Tyrani świata przerażeni tym, że polska szlachta postanowiła proces przyspieszyć i przyjąć do narodu cały bez wyjątku lud (Konstytucja 3 maja), spodziewali się, że wskutek etycznego postępu także ludy cierpiące pod ich uciskiem zatęsknią do polskiej wolności. Proces rodzenia się polskiego narodu, podkreślmy, proces o kierunku zdeterminowanym przez obecne w naturze każdego człowieka dążenie do wolności, dobra, a także etycznego i duchowego wzrostu, został więc brutalnie przerwany przez tyranów.
Naród polski jest więc wciąż nieuformowany, a jego wolnościowe dążności wynikają także z niezgody na istniejące wewnątrz niego samego niesprawiedliwości i nierówności. Dlatego w Mickiewiczowskiej wizji nie ma dla Polaków zasadniczej różnicy między powstaniem narodowym a społeczną rewolucją.
Takiemu wyobrażeniu Polski jako narodu często przeciwstawia się wizję Juliusza Słowackiego. Wizję jakoby o wiele bardziej w swoim mesjanizmie radykalną, ponieważ przewidującą odrodzenie Polski i jej narodu dopiero wtedy, gdy Polacy dowiodą etycznej dojrzałości. I to dowiodą nie gotowością do śmierci, ale rzeczywistą śmiercią. Podmiot liryczny „Grobu Agamemnona” uważa, że stan narodowej i osobistej niewoli jest tak poniżający, iż Polak w niewoli przestaje być Polakiem, a Polska przestaje być Polską. Jak w starożytnej Sparcie, gdzie każdego, kto za cenę biologicznego przeżycia skapitulował w walce, otaczała pogarda i nienawiść, tak teraz pogarda i nienawiść należą się Polakom żyjącym pod panowaniem tyranów. Nie należą się im ani żadne współczucie, ani zewnętrzna pomoc, ponieważ nie są już Polakami.
Przyjęło się odczytywać wizję Słowackiego jako przekraczającą wymiary realnego, materialnego i historycznego świata. Jednak można ją postrzegać również jako metaforyczne przedstawienie zjawisk, które zachodzą na tym świecie, w rzeczywistości materialnej. Polska to przecież nie tyle państwo, którego warunkami istnienia są terytorium, ludność, władza, bogactwa itp. Polska to naród rozumiany właśnie bardzo po Mickiewiczowsku, jako zespół idei – wartości i wyobrażeń etycznych. Utrata materialnego zakorzenienia jest właśnie sprawdzianem idei. Jeżeli polskie wartości przetrwają nie tylko bez państwa, ale także bez narodu, to dopiero wtedy staną się nieśmiertelne, bo zdolne do życia bez śmiertelnego, materialnego ciała, bez terytorialnych czy etnicznych ograniczeń. Funkcją proponowanej przez Słowackiego metafory Polski odradzającej się po śmierci Polaków może być więc bardzo przesadne podkreślenie aksjologicznego, etycznego, a nie etnicznego, terytorialnego, religijnego czy politycznego charakteru polskości. Polskości jako ducha, który po utracie niedoskonałego ciała znajdzie sobie następne – lepsze. Być może ciałem tym będą dotychczasowi nie-Polacy, a więc amorficzny i poniekąd bezetyczny polski lud?
Spoić podzielone klasy, stworzyć jeden naród
Henryk Kamieński również stawia pytanie o sens utraty niepodległości przez Polskę. Jego rozpoznanie dalekie jest jednak od chrześcijańskiego mesjanizmu. Używa co prawda, to znak czasów, teologicznej frazeologii – mówi o „ofierze”, o „męczeństwie” Polski – jednak nie kryje się za tym przekonanie, że dziejami zbiorowymi i jednostkowymi kierują siły osobowe, a w polityce istnieje suweren wyższy od ludu. W „Katechizmie demokratycznym”, a więc broszurze, która w zamierzeniu miała służyć krzewieniu „wiary demokratycznej” i powstańczych idei wśród ludu, często odwoływał się do ewangelicznych przykładów. Ale już w „O prawdach żywotnych…”, czyli w tekście programowym i skierowanym do wykształconego czytelnika, nie stosuje takich zabiegów.
Jednym z najwyższych celów Kamieńskiego jest stworzenie i upowszechnienie „wiary demokratycznej”, która przemieniłaby sposób myślenia i działania Polaków, stworzyła zupełnie nową narodową aksjologię. Podobnie jak Mickiewicz, postrzega on naród jako zbiorowość, której spoiwem jest nie tyle pochodzenie, lecz wspólne wartości. Jednak jest bardziej od autora „Dziadów” radykalny w przekonaniu, że wartości te można kształtować świadomie i wbrew historii. Kamieński polemizuje także z Mickiewiczowskim przekonaniem o dziejowej misji Polaków. Uważa, że owszem, mogą i powinni odegrać znaczącą rolę w wyzwalaniu spod tyranii innych narodów. Jednak nie wynika to wcale z predestynacji Polski, ale z charakteru rewolucji, która zawsze dąży do rozszerzenia. A więc to nie męczeństwo Polski będzie dla świata moralnym wstrząsem, ale zwycięstwo prawdziwej demokracji, przeniknięcie jej duchem i przemienienie wielkiego narodu.
Kamieński, inaczej niż Mickiewicz, daleki jest od apologii przedrozbiorowej Rzeczypospolitej i jej szlacheckiego narodu. Daleki jest także od postrzegania rozbiorów i późniejszej niewoli jako wydarzenia oburzającego. Tyloletnia niewola – pisze – nie ciąży nad naszymi głowami jako marne losu igrzysko; jej misją jest jak najściślej spoić klasy podzielone niegdyś nienawistną stanów różnicą; ona to sprawia, że rewolucja społeczna odbędzie się u nas bez owych ciężkich konwulsji, domowych zatargów i rozlewu krwi bratniej. Bo muszą zgodnie działać i najściślejszymi ogniwami się połączyć ludzie mający jeden interes wobec jednychże nieprzyjaciół głównych. Męczeństwo Polski okupia ją od owych krwawych a widzianych już w dziejach ludzkości scen, bez których inaczej nie byłaby się obyła. A zespolić z nimi wyobrażenie tego postępu, który przez rewolucję społeczną koniecznie objawić się musi, jednocześnie z pierwszym samodzielnym krokiem naszej ojczyzny, z pierwszym naszym powstaniem, jest to nie pojmować głębokiego znaczenia tego męczeństwa1.
A więc niewola to nie przypadek, a wręcz przeciwnie, dar od Dziejów, który należy właściwie rozpoznać. To dla Polaków wielka szansa, aby z obcych i wrogich sobie stanów stworzyć jeden naród, wspólnotę połączoną walką z wspólnym wrogiem i ciemiężcą. Aby uniknąć bratobójczej, krwawej rewolucji społecznej, która mogłaby naród podzielić na zawsze; aby we wspólnej narodowej walce o wolność wytopić jak w tyglu nowy, oczyszczony naród.
To nie zewnętrzna, twierdzi Kamieński, ale właśnie wewnętrzna przemoc, niesprawiedliwość społecznych stosunków i obojętność klas wobec siebie nawzajem doprowadziły Polskę do upadku. Nadszedł on w momencie, w którym Polska rozumiana jako naród była wciąż żywotna, a nawet odzyskiwała nadwątlone siły poprzez budzącą się świadomość konieczności przemian społecznych. Narody, tak jak pojedynczy ludzie, mogą ginąć przedwcześnie […], jeśli się w nich objawi wewnętrzne zepsucie organów żywotnych. […] To może pochodzić tylko z wewnątrz. Zewnętrzna przemoc zupełnie inaczej na narodowość działa: przez nadanie jej spójności wykształca ją na wewnątrz. Ona to ludziom wspólny nadając interes, zlewa ich w jedność, a tak głównie wpływa na utworzenie nowych i wykształcenie istniejących narodowości2.
Dla szlachty to oczywiście szansa na opamiętanie się i dostrzeżenie niesprawiedliwości i okrucieństwa dotychczasowej organizacji społecznej narodu. Do upadku Polski przyczynił się bowiem przede wszystkim – według Kamieńskiego w stopniu tak wysokim, że wszelkie inne przyczyny można uznać za mało istotne – stan ludu trzymanego w poddaństwie na przywilej, który człowieka robił własnością jakoby rzecz lub bydlę. […] Stan powszechny ucisku najliczniejszej klasy, na której główna siła narodu i cała nadzieja obrony ojczyzny zależały3. Kamieński niejednokrotnie odwołuje się do arytmetyki, wskazując nie tylko na głęboką niemoralność takiej sytuacji, ale także na jej gospodarczą, polityczną i militarną nieracjonalność. Ponieważ niewolnik nie ma ojczyzny, więc chłopi patriotyzmu nie żywili i w efekcie Polacy w zmaganiach z zaborcami występowali nie jako naród dwudziestomilionowy4, lecz o wiele mniejszy, nie mający szans wobec obcej przemocy. Tylko niewielka część mieszkańców polskich ziem mogła uznać się za Polaków i nikt nie był temu winny bardziej niż sami Polacy.
Precz z historią
Kamieński w swoich badaniach przyczyn klęski Polski uderza nawet w narodową świętość – Konstytucję 3 maja. Wbrew jej legendzie i funkcji w mesjanistycznych (m.in. Mickiewiczowskich) koncepcjach zauważa jej zachowawczy, a nawet, w kontekście nieuchronności społecznej rewolucji, reakcyjny charakter5. Przypomina pogląd Mochnackiego, że powstanie kościuszkowskie było jakoby „konfederacją włościan”, potężniejszą od barskiej. Jednak sam ocenia udział w nim massy jako doraźny, pozbawiony świadomości własnych celów i nie z jej inicjatywy wypływający.
Podobnie miażdżąco ocenia powstanie listopadowe, które według niego było co prawda dowodem żywotność polskiego ducha, ale jednocześnie jego stagnacji i braku woli rozwoju. Inaczej niż większość emigracyjnych krytyków powstania widzi przyczynę klęski nie w zdradzie i nieudolności przywódców, lecz właśnie w co najmniej braku rewolucyjnych intencji, jeśli nie w jawnie kontrrewolucyjnym nastawieniu tych, którzy przejęli powstanie z rąk warszawskiego ludu. Zresztą przejęcie władzy nad powstaniem przez szlachecki rząd, w dodatku złożony z ludzi, którzy z racji swojej pozycji i urodzenia doświadczyli umizgów rządów zaborczych, zawsze musi zakończyć się ich wahaniem lub odstępstwem od idei rewolucji. Dlatego Polacy walczący o wolność powinni pamiętać o dotychczasowych powstańczych doświadczeniach i traktować je właśnie jako przestrogę, a nie czcić i wspominać z dumą.
Nowy naród w ogóle powinien odwrócić się od historii. Żadnego historycznego sentymentalizmu, który tylko konserwuje dawne wyobrażenia. Żadnego usprawiedliwiania narodu, który upadł. Dlategośmy zginęli, żeśmy źle mieli w głowie6 – wielokrotnie powtarza Kamieński. Toteż postuluje nawet radykalną przemianę polskiej literatury, i to zarówno tej wysokiej, pisanej, jak i tej śpiewanej i powtarzanej sobie z ust do ust w polskich domach. Koniec z czcią oddawaną niesprawiedliwym czasom, ich bohaterom, a już zwłaszcza tym, którzy ponieśli klęskę. Pieśń powinna być zwrócona ku przyszłości. Chwalić Polskę taką, jaka być powinna, a nie taką, która była ku pohańbieniu swojego ludu.
Jednak to negowanie polskich dziejów nie jest w żadnym razie czarnowidztwem, a wręcz przeciwnie, wynika z niewzruszonego optymizmu Kamieńskiego. Jest on przekonany, że w Polsce nigdy dotąd nie doszło do wydarzenia zasługującego na cześć, a więc do rewolucji, czego dowodem jest zresztą znalezienie się narodu w obcej niewoli.
Prawdziwie ludowa (czy też socjalna) rewolucja, krwawa czy bezkrwawa, musi zakończyć się zwycięstwem. Armie tyranów, po pierwsze, zawsze są mniej liczne od mas, po drugie składają się z żołnierzy walczących wbrew własnym interesom, czyli mniej skłonnych do poświęcenia, więc mniej skutecznych od powstańców świadomych walki o swoje7.
Wszyscy muszą się zmienić
Cała nadzieja naszej przyszłości – pisze Kamieński – jest w postępie naszych narodowych pojęć, za którym idzie niechybnie skuteczne powstanie8. Powstanie narodowe tak ściśle ma być spojone z rewolucją społeczną, że nie da się ich oddzielić.
Myślenie Kamieńskiego o niezbędności rewolucji jest tak radykalne, że aż paradoksalne. Co prawda inne narody europejskie nie zgotowały swoim ludom losu tak opłakanego jak Polacy; co prawda to właśnie polska szlachta ma wobec polskiego ludu najwięcej grzechów – ale w dziejowej perspektywie fakty te mogą przynieść nam więcej korzyści niż strat. Ludy zachodnie – dla Kamieńskiego szczególnie jaskrawy jest tu przykład Francuzów – nie zyskały wcale bezwzględnej wolności i równości, bo też wartości te nigdy nie były dla nich najistotniejsze. Rewolucja francuska przyniosła ludowi sporo ustępstw ze strony klas panujących, ale te ustępstwa spowodowały wyhamowanie rewolucyjnej energii, która dodatkowo wyczerpała się w wojennych przedsięwzięciach Napoleona, dalekich od rewolucyjnych celów. Teraz więc Francuzi są zdolni najwyżej do krótkich zrywów, które w żaden sposób nie są w stanie zagrozić istniejącemu stanowi rzeczy. Inaczej z Polakami zahartowanymi przez dotychczasową niewolę. Szlacheckie pragnienie wolności, które zlałoby się z ludowym poczuciem społecznej krzywdy i poniżenia, miałoby gigantyczną rewolucyjną siłę.
Ale warunkiem tego jest – jak wielokrotnie sugeruje Kamieński – rzeczywiste zlanie się tych tworzących naród świadomości, a nie, jak twierdziło wielu jego współczesnych, jedynie przekazanie ludowi szlacheckich wartości. Szlachta tak samo musi uwewnętrznić chłopskie poczucie krzywdy i poniżenia, które w połączeniu z jej własną dumą uwewnętrznioną przez przedstawicieli ludu stworzy piorunującą rewolucyjną mieszankę9.
Kamieński wierzy w to, że duża część polskiej szlachty dojrzała już do zrozumienia anachroniczności, niesprawiedliwości i nieracjonalności swojej uprzywilejowanej pozycji, która musiała przynieść upadek Polski. Szlachta jest dla powstania i dla przemienionego narodu bardzo potrzebna, ponieważ może podjąć się zadania oświaty ludu. Oświata jest zresztą rozumiana przez Kamieńskiego jako propagowanie „wiary demokratycznej”, potrzeby wolności oraz niezgody na poniżenie, a więc działanie, które wymaga od szlachty zaprzeczenia interesom stanowym lub osobistym. To właśnie stan wyższy będzie musiał na skutek powstania i rewolucji stracić najwięcej, ponieważ najwięcej teraz posiada. Ale ma to głębokie znaczenie moralne i praktyczne dla rewolucji. Ludzie wyższego stanu przyczynić się mogą przykładem widoczniejszego poświęcenia i każdy z nich pojedynczo wzięty uczyni więcej wrażenia na ludzi10 niż ktokolwiek z niższego lub średniego stanu.
Naród może istnieć bez elit
Szlachta musi jednak pamiętać o tym, że nieunikniona rewolucja udać może się także bez niej, choć z pewnością byłoby to ze szkodą zarówno dla samej rewolucji, jak i dla powstałego wskutek niej narodu. Gdyby szlachta jednak trwała przy dawnych wyobrażeniach, broniła własnej elitarności11 i uprzywilejowanej pozycji, rewolucja mogłaby przybrać krwawy, bratobójczy obrót i nie sprzęgnąć się z narodowym powstaniem. Kamieński postuluje najpierw przymuszanie za pomocą krwawego terroru, a później szczególnie surową rozprawę z tymi przedstawicielami wyższego stanu, którzy będą sprzeciwiać się połączeniu narodowego powstania z ludową rewolucją społeczną. Skoro śmierć reakcjonistów będzie jedyną szansą dla nadania rewolucji także narodowowyzwoleńczego charakteru, należy tę szansę wykorzystać. Naród bez szlachty może istnieć. Bez ludu nie może.
Szczególną rolę zarówno w przygotowaniu i przeprowadzeniu powstania, jak i w tworzeniu nowego narodu przewiduje Kamieński dla „stanu średniego”. Autor „Katechizmu demokratycznego” poniekąd tworzy taką kategorię społeczną, zaliczając do niej te warstwy, które nie utrzymują się – jak stan wyższy – ani z poddaństwa innych, ani – jak lud, stan niższy – nie żyją w poddaństwie. Stan średni to nie tylko drobnomieszczaństwo, rzemieślnicy, drobni kupcy, ale także czy przede wszystkim niezliczeni wiejscy oficjaliści i ekonomowie. Stan średni może pełnić funkcję mediatora między nienawidzącymi się i nierozumiejącymi nawzajem klasą wyższą i zniewolonym ludem, ponieważ do obu jest mu blisko. Z ludem dzieli ubóstwo i życiową konieczność przyjęcia znienawidzonej uniżonej postawy wobec wyższych od siebie. Ze stanem wyższym łączy go możliwość kształcenia się oraz aspiracje do lepszego życia. Ponieważ ludzie stanu średniego na co dzień obcują z ludem, mogą więc aktywnie działać na rzecz jego oświaty, a więc zaszczepienia aspiracji społecznych i przekonania, że to właśnie powstanie narodowe i zwrócenie się przeciwko zaborcom awansuje lud do roli narodu, nada mu godność i lepszy los.
Rewolucyjne przemiany polskiego narodu muszą być oparte na powszechnym i bezwzględnym wyzwoleniu i uwłaszczeniu chłopów, oddaniu im tej ziemi, na której pracują. Ziemia do wszystkich ludzi zarówno należy i wszyscy jednakie mają do niej prawa. […] Prawo do ziemi jest właściwie prawem do życia12 – twierdził Kamieński. Jednak w tym miejscu radykalizm myśliciela – i właściciela dużego folwarku na Chełmszczyźnie – ustępował miejsca obawie, że szlachta przerażona wizją utraty majątku odwróci się od powstania. Chłopi mieli więc dostać na własność wyłącznie ziemię przez siebie użytkowaną, a folwarki pozostałyby w szlacheckich rękach. Czy było to kunktatorstwo, czy też taktyczne przemilczenie dalszych przemian, do których (jak można sądzić z wyrażanego w pismach Kamieńskiego przekonania o niemoralności wielkiej własności ziemskie) musiałoby dojść już po zwycięstwie powstania? Trudno powiedzieć. Mimo to przekonanie, że lud – wolny i uwłaszczony, z własnością jako gwarancją wolności – będzie stanowił podstawę nowego narodu, jest u Kamieńskiego dominujące.
Wszystkie stany są jednak nowej Polsce niezbędne, bo każdy z nich wnosi do narodu własne doświadczenie i wartości. Ludowi potrzeba szlacheckiej godności i wysokich aspiracji tak samo, jak szlachcie ludowego zakorzenienia w życiu i pracy. Szlachecka pycha i chłopskie poniżenie mogą spotkać się w postaci polskiej narodowej dumy. Dopiero naród, który jest syntezą ludowego i szlacheckiego doświadczenia ma szansę nie tylko na zwycięstwo w powstaniu i samodzielne istnienie, ale także na wskazanie innym nacjom drogi do wyzwolenia i godnego bytu.
Cała władza w ręce ludu!
Kamieński, mówiąc o przyszłej rewolucji, jest absolutnie przeciwny popularnemu wśród pisarzy i myślicieli romantycznych poglądowi, że na czele powstania, które doprowadzi do odbudowania Polski, powinna stanąć charyzmatyczna jednostka (albo sprzysiężenie, rząd czy dynastia złożone z takich jednostek), która będzie uosabiać najlepsze cechy narodu, a także precyzować jego cele i dążenia. Wiara w osobistą charyzmę przywódców niejednokrotnie doprowadziła już powstańcze przedsięwzięcia Polaków do klęski, i to bynajmniej nie dlatego, że nie trafiono do tej pory na jednostkę odpowiednio obdarzoną cnotami i wolą. Oczekiwanie od jednostki, że zapomni o własnych celach, uprzedzeniach czy korzyściach jest zawsze naiwne. Podobnie jak oczekiwanie, że jednostka przekroczy pojęcia wpojone jej przez własną klasę. A ponieważ charyzmę przypisuje się z reguły właśnie przedstawicielom stanu wyższego, przy powierzeniu przywództwa jednostce wszelkie powstańcze działania cechują się partykularnymi, stanowymi celami klasy wyższej. To nie charyzma, nie jednostkowy geniusz czy władza dynastii, ale zasady mają być skalą na każdego człowieka publicznego; najwyższym prawem, do którego ma się stosować; w obrębie którego ma działać koniecznie. Ten zatem, który te zasady, to najwyższe prawo stanowi: duch publiczny, lud, jest rzeczywiście najwyższym władcą, a natenczas dopiero władzę swoją wywierać może, władzę którą ma de facto, kiedy te zasady rozwinie, za prawo najwyższe położy, ich wykonania strzeże. W takim razie rząd, ster, nie jest władzą; jest tylko narzędziem wykonawczym najwyższej woli objawiającej się przez duch publiczny w braku wyraźnej, że tak powiem: urzędowej, formy. Natenczas, czy ten rząd z jednej lub więcej osób się składa, jest rzeczą obojętną, od towarzyszących okoliczności zależącą13.
Polski duch publiczny, wypowiadany głosem całego narodu, powinien więc mieć prawo i obowiązek natychmiast odwołać rządzących (czy, jak chyba lepiej byłoby w tym przypadku powiedzieć: zarządzających), jeśli zostanie stwierdzona ich prywata, klasowy partykularyzm lub nieudolność. „Sternikom sprawy” nie należą się żadne przywileje, cześć czy specjalne prawa. Mają być wybierani nie jednorazowo, ale permanentnie, stale kontrolowani i oceniani pod kątem użyteczności we wprowadzaniu w życie zasad, którymi kieruje się lud. Absolutnie więc, nawet w sytuacji militarnego zaangażowania, na czele narodu nie powinni stać dyktatorzy, lecz urzędnicy całkowicie zależni od ludowej zwierzchności.
Kamieński mówi tu o władzy w czasie powstania, jednak proponowane przez niego rozwiązania dotyczące władzy odnoszą się nie tylko do sytuacji nadzwyczajnych. Władza, podobnie jak ziemia, mocą prawa przyrodzonego należy się bezwzględnie i wyłącznie ludowi, który może jej sprawowanie powierzyć swoim przedstawicielom. Despotią jest nie tylko ta władza, która przejmuje rządy nad narodem na drodze uzurpacji (monarchia, oligarchia, arystokracja). Staje się nią także ta otrzymana z poręki ludu, gdy sprzeciwi się „duchowi publicznemu”. A że despotia w Polsce jest znienawidzona, biada tyranom, którzy by się tu objawili.
Idee żyją mimo zwątpienia
Henryk Kamieński w 1845 r. został przez władze carskie aresztowany i za swą działalność i publicystykę skazany na trzyletnie zesłanie w głąb Rosji. Gdy tam przebywał, w 1846 r. w kraju doszło do takiej właśnie katastrofy, jakiej za wszelką cenę chciał zapobiec. Fatalnie przygotowane narodowe powstanie spaliło na panewce, wybuchła zaś, z inspiracji zaborcy, zadawniona chłopska nienawiść wobec szlacheckich ciemiężców. Po rozpaczliwych próbach przyciągnięcia ludu do powstania zginął Edward Dembowski, kuzyn i towarzysz Kamieńskiego w narodowej działalności.
Nasyciwszy w rabacji galicyjskiej żądzę zemsty i mordu, lud zadowolił się nagrodą od zaborcy w postaci rozpoczęcia procesu uwłaszczenia. Postrzegał teraz cesarza i jego instytucje nie jako tyrana, ale dobroczyńcę, któremu należy się wdzięczność. Szlachta zaboru rosyjskiego bardziej niż o braterstwie z ludem myślała o tym, by uprzedzić nieuchronne zniesienie feudalnych stosunków gospodarczych i na gwałt próbowała zapobiec stratom, uwalniając chłopów od pańszczyzny i rugując z użytkowanych przez nich gospodarstw.
Kamieński powrócił do kraju, w którym idea narodowego powstania przeprowadzonego łącznie z socjalną rewolucją wydawała się już zupełnie nierealna. Na zesłaniu przekonał się dobitnie, że wbrew polskim nadziejom Rosja nie jest bynajmniej kolosem na glinianych nogach, a lud rosyjski wcale nie marzy o rewolucji i odmianie swego złego losu. Widział teraz świat i polską sprawę bez rewolucyjnego optymizmu i entuzjazmu. Wiarę w przemienienie narodu w zupełnie nową jakość zamienił na tradycjonalizm i gorzkie dla rewolucjonisty przekonanie, że ochrona narodowej substancji ważniejsza jest niż marzenia o kraju równych i wolnych ludzi.
A jednak przetrwały i w wielu ważnych dla naszego kraju momentach odzywały się narodowe idee Kamieńskiego: przekonanie, że Polacy winni być wspólnotą etyczną, a nie etniczną; że warunkiem zaistnienia takiej wspólnoty jest włączenie do niej każdego na jednakowych zasadach; że świadomość narodu jest syntezą doświadczeń i przekonań wszystkich jego warstw, a nie tylko doświadczeniem i światopoglądem elity narzuconym masom; że niewola, niesprawiedliwość i okrucieństwo, których Polacy doznali od Polaków, tworzą zarówno moralną powinność, jak i predestynują nas do dbałości o stworzenie narodowych więzi w duchu wolności, równości i braterstwa; że naród winien szukać w historii raczej wiedzy o przyczynach swojego kształtu i położenia niż potwierdzenia własnych wyobrażeń i łatwego pokrzepienia; że wszyscy uczestnicy narodowej wspólnoty powinni ponosić wyrzeczenia na jej rzecz, a największe ci, którzy mają najwięcej; że Polacy nie potrzebują nad sobą rządów, choć bardzo potrzebują sprawnego zarządu.
A że idee są nieśmiertelne, może jeszcze kiedyś warto będzie do nich sięgnąć?
Jarosław Górski
Przypisy:
- H. Kamieński, O prawdach żywotnych narodu polskiego przez Hipolita Prawdoskiego, Bruksela 1844, s. VI–VII.
- Ibid., ss. 33–34.
- Ibid., s. 56.
- Na tyle szacuje Kamieński liczbę Polaków. Stanowczo zbyt optymistycznie. Polska we wszystkich trzech zaborach utraciła na rzecz zaborców ok. 11 mln mieszkańców.
- Pogląd Kamieńskiego na rewolucyjny bądź reakcyjny charakter Konstytucji 3 maja nie jest konsekwentny. W „Prawdach żywotnych…” i „Katechizmie demokratycznym” kilkakrotnie podaje ten akt jako przykład zrozumienia przez szlachtę konieczności rezygnacji z części (na razie) przywilejów.
- Ibid., s. 46.
- Czymże jest w porównaniu mas drobna garstka siepaczy despotyzmu! – ibid., s. 49.
- Ibid., s. XV.
- Poczucie tego, że rewolucja i narodowe powstanie wymagają nie tyle oświecenia ludu przez szlachtę, ale idącego z obu stron wysiłku zmierzającego do wzajemnego oświecenia się, dzielił Kamieński ze swoim kuzynem, także wybitnym rewolucyjnym i niepodległościowym myślicielem i działaczem, a w roku 1846 faktycznym przywódcą powstania krakowskiego, Edwardem Dembowskim (1822–1846). Dembowski, z urodzenia arystokrata, chadzał w chłopskiej sukmanie, co – dużo wcześniej zanim taki gest zdewaluowała młodopolska ludomania – było symbolem konieczności oddania przez szlachcica chłopom części własnego splendoru i godności, a przyjęcia ich wartości, a także – co nie mniej ważne – zrównania stylu i poziomu życia.
- H. Kamieński, Stan średni i powstanie, Warszawa 1982, s. 89.
- Ibid., s. 113.
- H. Kamieński, Filozofia ekonomii materialnej ludzkiego społeczeństwa z dodaniem mniejszych pism filozoficznych, Warszawa 1959, s. 253.
- H. Kamieński, O prawdach żywotnych…, s. 29.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Czy anarchista może mieć coś wspólnego z endecją? Na pierwszy rzut oka takie przypuszczenie to absurd. A jednak największy w historii Polski ruch syndykalistyczny, w którym obecni byli również anarchiści, został zainicjowany przez dysydentów z endecji.
Pamiętać należy, że u swego zarania ruch narodowo-demokratyczny miał charakter zgoła odmienny od formy, jaką przyjął później. Był rewolucyjno-niepodległościowy, populistyczny (z akcentami radykalizmu społecznego), antyklerykalny. Dopiero polaryzacja polityczna z okresu rewolucji 1905 r. przyniosła gwałtowny zwrot w prawo – ku konserwatyzmowi społecznemu i antysemityzmowi – połączony z przyjęciem prorosyjskiego lojalizmu. Nie wszyscy narodowi demokraci zaakceptowali jednak tę ewolucję. Napotkała ona opór zwłaszcza w Związku Młodzieży Polskiej ZET, który broniąc starego programu dokonał tzw. frondy.
Frondyści czynnie włączyli się w paramilitarną działalność niepodległościową, w czasie I wojny światowej służyli w Legionach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zetowcy postanowili kontynuować konspiracyjną działalność, tworząc 7 grudnia 1918 r. niejawny Związek Patriotyczny. Z tym środowiskiem związał się Kazimierz Zakrzewski – postać zaiste nietuzinkowa.
***
Żyjemy w czasach specjalizacji, w których politycy nie tylko utrzymują się z polityki, ale też nie są w stanie nic sensownego powiedzieć bez pomocy specjalistów od public relations. Tymczasem Zakrzewski był równocześnie działaczem społecznym, pełniącym niezliczone funkcje, oryginalnym myślicielem politycznym i autorytetem zawodowym w swej profesji.
Urodził się 4 listopada 1900 r. w Krakowie jako syn Konstantego, profesora fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak napisał jego biograf, wzrastał w atmosferze wysokiej kultury umysłowej i szerokich zainteresowań społecznych. Nie był jednak pięknoduchem zamkniętym w wieży z kości słoniowej – w 1917 r., zaraz po uzyskaniu świadectwa maturalnego, patriotyczny zew porwał go w szeregi Legionów. Ranny trafił do szpitala polowego, a po tzw. kryzysie przysięgowym został internowany w obozie więziennym w węgierskim Huszt. Jako obywatela Austro-Węgier, wcielono go do armii austriackiej i wysłano na front włoski, gdzie brał udział w walkach w Dolomitach. Po upadku monarchii Habsburgów, jesienią 1918 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz już w listopadzie przerwał je, wstępując do Legii Akademickiej. Nastolatek znalazł się wówczas w załodze pociągu pancernego, który w listopadzie 1918 r. walczył z Ukraińcami o Lwów. Nie był to koniec wojennych przygód chorowitego skądinąd (choroba płuc) młodzieńca. W czasie wojny polsko-bolszewickiej w lipcu 1920 r. zaciągnął się do Brygady Akademickiej w Rembertowie, jednak ostatecznie z powodu złego stanu zdrowia został zwolniony.
Po wojnie wznowił studia, kontynuowane na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Twardy żołnierz ujawnił wówczas naukowe talenty oraz zainteresowania historyczne, zaszczepione mu przez stryja Stanisława, wybitnego mediewistę. Już w 1923 r. uzyskał stopień doktora na podstawie pracy „Samorząd miast Achai rzymskiej. Arkadia – Messenia – Lakonia” i został asystentem w katedrze historii starożytnej. Dwa lata później jako stypendysta Sorbony wyjechał do Paryża, gdzie pogłębiał wiedzę u profesora Pierre’a Jougeta. Po powrocie do Polski habilitował się w 1927 r. rozprawą „Rząd i opozycja za cesarza Arkadiusa”. Po okresie pracy na Uniwersytecie Poznańskim wrócił w 1931 r. do Lwowa, gdzie uzyskał profesurę. Jego imponujący dorobek naukowy w zakresie historii Cesarstwa Zachodnio- i Wschodniorzymskiego (m.in. wznawiana do dziś synteza „Dzieje Bizancjum”) sprawił, że bizantynistyka została uznana za oddzielną dyscyplinę uniwersytecką. W 1935 r. objął utworzoną specjalnie dla niego Katedrę Historii Bizancjum na Uniwersytecie Warszawskim.
Mimo ogromnego wysiłku naukowego Zakrzewski znajdował czas na działalność społeczną. Już w 1920 r. opublikował „Zasady federalizmu w polskiej polityce kresowej”, odzwierciedlające stanowisko zetowców wobec polityki zagranicznej Rzeczpospolitej. Cztery lata później w zetowym dwutygodniku „Sprawy Polskie” ujawnił zainteresowania kwestią społeczną, określając przy okazji swoje poglądy mianem „lewicy narodowej”. Pobyt w Paryżu wykorzystał do pogłębiania wiedzy na temat syndykalizmu – zarówno teoretycznego, Georges’a Sorela, jak i praktycznego, Generalnej Konfederacji Pracy. Nic dziwnego, że wróciwszy do kraju, zaangażował się w tworzenie polskiego ruchu syndykalistycznego, pod auspicjami Związku Naprawy Rzeczypospolitej – legalnej przybudówki ZP, stanowiącej część składową obozu piłsudczykowskiego. W grudniu 1926 r. ukazał się pierwszy numer pisma „Solidarność Pracy”, zaopatrzonego w charakterystyczny podtytuł: „Dwutygodnik poświęcony sprawie uniezależnienia i zjednoczenia ruchu zawodowego w Polsce”. Znalazł się tam artykuł Zakrzewskiego „Nasza droga”, zawierający jego polityczne credo: Czym są dzisiaj związki zawodowe? Niczym! Czym być powinny? Wszystkim!
***
Do syndykalizmu doprowadził Zakrzewskiego jego patriotyzm czy też, jak kto woli, nacjonalizm – jeśli pod tym pojęciem będziemy rozumieć ideologię uznającą naród za centralną kategorię.
Zakrzewski wypracował jednak koncepcję narodu odmienną zarówno od etnicznego nacjonalizmu endecji, jak i od nacjonalizmu państwowego piłsudczyków. Twierdził, że naród to organizacja twórczości, […] to organizacja ciągłości w pracy dziejowej, ostro odróżniając naród jutra (zespół pracowników) od narodu wczoraj, czyli od masy ludzi będących konsumentami haseł patriotycznych. Podkreślał: Jedność narodowa to jedność pracy w narodzie, solidarność czynników twórczych, których wysiłki stanowią fragmenty narodowej służby dziejowej. Z tej produktywistycznej koncepcji narodu wynikało, że różnice etniczne są drugorzędne, to z kolei obligowało do tolerancji wobec mniejszości narodowych.
Charakterystyczny był tu stosunek Zakrzewskiego do kwestii żydowskiej i antysemityzmu, wyłożony przezeń na łamach „Frontu Robotniczego” w marcu 1936 r. Pisał tam, że kwestia żydowska ma charakter realny (a nie tylko wyimaginowany przez antysemitów), gdyż w Europie Środkowo-Wschodniej egzystują z jednej strony środowiska żydowskie o charakterze kapitalistyczno-pasożytniczym, z drugiej zaś – niezasymilowana masa żydowska, luźno tylko związana ze społeczeństwem kraju, o wadliwej, jednostronnej strukturze społeczno-gospodarczej. Jako rozwiązanie proponował z jednej strony dobrowolny odpływ Żydów do własnych siedzib narodowych, z drugiej – produktywizację ludności żydowskiej i włączenie jej w życie społeczne kraju. Odrzucamy natomiast – oznajmiał – wszelkie próby rozwiązania jej [kwestii żydowskiej – J. T.] w atmosferze nienawiści narodowej, […] jako próby, które […] odwodzą uwagę mas od […] ich walki z kapitalizmem.
Tym niemniej naród pozostawał dla Zakrzewskiego podstawową płaszczyzną uspołecznienia jednostki: Organiczny związek pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pomiędzy jednostką a otoczeniem […] – istnieje w Narodzie. Za tym postępował swoisty egoizm narodowy – według Zakrzewskiego każdy naród musi sam ratować swe życie, swe wartości. Każdy musi się zdobywać na swoją własną wewnętrzną rewolucję. Za Stanisławem Brzozowskim wołał: Jesteście narodem? – walczcie! Przyznać jednak trzeba, że ów egoizm narodowy był złagodzony: Zakrzewski miał nadzieję, że upowszechnienie syndykalizmu w Europie zastąpi imperialistyczną ekspansję i konflikty zbrojne przez pokojową rywalizację.
Uznanie narodu za wspólnotę nadrzędną stawiało na porządku dnia problem usunięcia konfliktów rozdzierających tę wspólnotę. Zakrzewski przestrzegał: Naród wytwórców nie powstanie, dopóki nie usunie się tych głębokich antagonizmów. Celem było więc urzeczywistnienie jak najpełniejszej jedności narodu: W tym narodzie wytwórców giną różnice klasowe […]. Naród wytwórców sam stanowi klasę społeczną zespoloną i zwartą. […] Zwalczające się grupy […] zostają wyeliminowane poza nawias narodu wytwórców, podobnie jak wszystkie inne czynniki nie biorące udziału w pracy dziejowej narodu.
Zakrzewski w narodzie wyróżniał grupy twórcze i pasożytnicze, przy czym twórcze w Narodzie siły, istnieją w różnych klasach społecznych jako częściach składowych organizmu produkcyjnego. Charakterystyczne, że bronił nie tylko proletariatu, ale też burżuazji produkcyjnej przed symbiozą plutokracji i […] ochlokracji uosabianej przez banki i kasy chorych. To między producentami i pasożytami trwał jego zdaniem realny a nieprzezwyciężalny antagonizm, przez Zakrzewskiego identyfikowany z walką klas. Jej celem miała być „eliminacja” tych wszystkich, którzy nie walczą ani nie pracują. Zakrzewski przyznawał, że w dziedzinie gospodarki walka klas jest bodźcem postępu, zastrzegał jednak, że twórczy charakter możemy przyznać tylko takim walkom, […] które są dążeniem młodej, wznoszącej się elity sił robotniczych do przejęcia misji cywilizacyjnej, którą dotychczas piastowała burżuazja. W tych słowach rozpoznajemy raczej Pareto niż Marksa!
Wiązał się z tym specyficzny elitaryzm Zakrzewskiego. Definiował on elitę społeczną jako najtęższe, najzdrowsze i przy tym kierownicze siły, nurtujące w życiu społeczno-gospodarczym, odróżniając ją zarazem ściśle od zdegenerowanej, pasożytniczej oligarchii. Podkreślał, że elita ma służyć masie, jednak elita polityczna nie pokrywa się nigdy do końca ze społeczną i dlatego się degeneruje. Rozwiązaniem miał być syndykalizm, który stwarza nową elitę, nieodrywającą się od mas pracujących, które ją wyłaniają, ale pozostającą ich rdzeniem i duszą.
Uznanie klasy robotniczej za siłę wiodącą wynikało z wiary w heroiczny potencjał proletariatu – to była rzeczywista motywacja syndykalistycznego zaangażowania zetowców. Zakrzewski wielokrotnie wypowiadał się przeciw marksistowskiemu ekonomizmowi. Powtarzał za Brzozowskim: Nie idzie o fakt materialnej przynależności z urodzenia do samej klasy – idzie o wybór ideału. Według Zakrzewskiego robotnik miał być wzorem, ideałem wychowawczym, typem dziejowym – bardziej postawą psychiczną niż przynależnością klasową. Co więcej, w odróżnieniu od klasowych separatystów ze skrajnej lewicy Zakrzewski przewidywał, że naród wytwórców przejmie dorobek kulturalny zarówno proletariatu, jak i burżuazji.
Wyraźna i nieskrywana była tu inspiracja nacjonalizmem rewolucyjnym Brzozowskiego, poprzez którego endeccy dysydenci dotarli do Sorela. Zakrzewski otwarcie uważał myśl Brzozowskiego za filozoficzny fundament obozu Rewolucji majowej (tak syndykaliści i lewica sanacyjna nazywali przejęcie władzy przez Piłsudskiego w drodze przewrotu), gdyż idea Czynu przetworzyła się w ideę Pracy.
W ten sposób docieramy do radykalizmu społecznego. Wypływał on – podkreślmy to jeszcze raz – z nacjonalizmu. Syndykalizm miał być drogą do zapewnienia narodowi potęgi dzięki wzrostowi produkcji przez racjonalną organizację pracy i należytą jej intensyfikację. Zakrzewski odrzucał jednak wariant paternalistyczny nacjonalizmu – przewidujący udział robotników w zyskach czy upowszechnienie własności – gdyż oznaczałoby to, że klasa kapitalistyczna wchłonie w siebie klasę robotniczą, tymczasem syndykaliści wierzyli za Sorelem w wyższość moralną proletariatu.
Odrzucał zarówno kapitalizm państwowy faszystów, jak i socjalizm, który chce zastąpić kapitalistów niekompetentną ekonomicznie inteligencją. Jedyne rozwiązanie antagonizmów klasowych widział w przejęciu kontroli nad gospodarką przez klasę robotniczą, zorganizowaną w związki zawodowe. Aby ten cel zrealizować, należało najpierw uniezależnić związki zawodowe od partii. Proces uspołecznienia miał mieć charakter ewolucyjny: Pozostawiając na boku kwestię własności przedsiębiorstw, klasa robotnicza może dążyć do uzyskania udziału w kierownictwie i kontroli, […] dopóki nie uzyska wpływu decydującego. Czynniki twórcze […] zgrupują się wtedy dokoła ekonomicznych organizacji klasy robotniczej. Związki zawodowe obejmą rolę dzisiejszych spółek akcyjnych, których likwidacja […] będzie mogła się dokonać na drodze polubownej, bez rewolucyjnych wstrząsów. Również przedsiębiorstwa prywatne miały zostać podporządkowane jednolitemu planowi. Syndykalistyczna transformacja dotyczyć miała także rolnictwa – wedle Zakrzewskiego wieś była idealnym terenem dla syndykalizmu, czyli zrzeszeń wolnych wytwórców pod opieką państwa.
Ideologia produkcyjna Zakrzewskiego warunkowała krytykę konsumpcjonizmu, co umożliwiłoby pierwotną akumulację kapitału – w ten sposób polski syndykalizm okazywał się raczej ideologią forsownej modernizacji niż sprawiedliwości społecznej. Klasa robotnicza jako klasa heroiczna, uderzając w społeczeństwo burżuazyjne […] zmusza je do odrodzenia się moralnego, do […] zdobywczego stosunku do życia. Z tych pozycji Zakrzewski krytykował lewicę marksistowską – pisał, że robotnik polski opowiedział się za państwem, za bohaterstwem, za idealizmem, za cnotą żołnierską, a nie za materializmem rewolucji marksistowskiej. Co jednak ciekawe, lepiej oceniał komunizm niż zdegenerowaną do liberalizmu socjaldemokrację.
***
Syndykalistyczna propaganda zaowocowała w maju 1928 r. powołaniem Generalnej Federacji Pracy. Był to klasyczny „żółty” związek zawodowy, tworzony przy wsparciu sanacyjnej administracji państwowej, wystrzegający się radykalnych postulatów, stroniący od strajków i akcji bezpośrednich. W maju 1931 r. połączył się z innymi prorządowymi centralami (solidarystyczna Konfederacja Gospodarczych Związków Zawodowych, część prawicowo-socjalistycznego Centralnego Zrzeszenia Klasowych Związków Zawodowych, nacjonalistyczne Polskie Związki Zawodowe „Praca” z Poznańskiego i Pomorza) w Związek Związków Zawodowych. Organizacja dzięki poparciu władz rychło stała się jedną z silniejszych w polskim ruchu zawodowym – w 1934 r. liczyła 169 tys. członków, co stawiało ją na drugim miejscu po socjalistycznym Związku Stowarzyszeń Zawodowych (245 tys.). ZZZ wydawał szereg czasopism, z „Frontem Robotniczym” na czele, prowadził działalność kulturalną poprzez Robotniczy Instytut Oświaty i Kultury im. Stefana Żeromskiego, współpracował z „naprawiackim” Związkiem Polskiej Młodzieży Demokratycznej.
„Trzy Zety” były jednak kolosem na glinianych nogach. Radykalnej antykapitalistycznej retoryce towarzyszyła oportunistyczna praktyka, robotnicy zapisywali się do Związku, by nie stracić pracy. Nic nie pomoże ZZZ, ostrzymy noże: zet, zet, zet – kpiła opozycja. W kierownictwie toczyła się walka między oportunistami, gotowymi firmować każde posunięcie rządu, a radykałami, poważnie myślącymi o obronie proletariatu i reformach społecznych. Wynikało to z faktu, że syndykaliści uważali się za integralną część obozu piłsudczykowskiego, wiążąc z nim nadzieję na przeprowadzenie reform. Zakrzewski pisał, że rewolucja majowa obaliła rządy oligarchii, rozwijającej się na gruncie ustroju parlamentarno-demokratycznego, i dzięki temu otwarły się możliwości ustanowienia nowego ładu ustrojowego. W rezultacie zetzetzetowcy śpiewali na przemian „Pierwszą Brygadę” i „Czerwony Sztandar” (choć nie „Międzynarodówkę”!), w swych pochodach nosili portrety Piłsudskiego i czarno-czerwone sztandary.
Pod wpływem kryzysu gospodarczego syndykaliści z „Naprawy” – Kazimierz Zakrzewski, Jerzy Szurig, Stefan Kapuściński – radykalizowali się, łącząc swe siły z byłym pepeesowcem Jędrzejem Moraczewskim. Choć początkowo zaakceptowali przystąpienie ZNR do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, to po 1930 r. narastał w nich krytycyzm (np. w 1932 r. Zakrzewski domagał się zniesienia dyscypliny partyjnej w klubie poselskim BBWR). Przez pewien czas radykałowie łudzili się możliwością współpracy z autorytarną „grupą pułkowników” w łonie obozu sanacyjnego, jednak w 1935 r. doszło do otwartego konfliktu. Po śmierci Piłsudskiego jego autorytet przestał spajać sanację, a związkowcy przeciwstawili się namaszczaniu na następcę Komendanta generała Edwarda Rydza-Śmigłego. W lipcu 1935 r. syndykalistyczna lewica ZZZ skrytykowała antydemokratyczny projekt ordynacji wyborczej i wezwała – acz bezskutecznie – Związek do bojkotu wyborów.
Radykalizm syndykalistów doprowadził w 1936 r. do rozłamu w Związku Patriotycznym: lewicę poparło ok. 80 działaczy, prawicę 130. Prawa strona to urzędnicy i posłowie, lewa – wolne zawody i pracownicy społeczni – wspominał Stefan Szwedowski. Rozłam przeniósł się na Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej, z którego wyodrębnił się ZPMD-Lewica (później Stowarzyszenie Młodzieży Syndykalistycznej); Zakrzewski należał do tych seniorów organizacji, którzy poparli rozłamowców. Syndykalistom udało się utrzymać kontrolę nad Związkiem Związków Zawodowych i Robotniczym Instytutem Oświaty i Kultury. Na II zjeździe Instytutu w listopadzie 1936 r. Zakrzewski został prezesem Zarządu Głównego RIOK (pełnił tę funkcję do wybuchu wojny). W marcu 1937 r. doszło do decydującej rozgrywki. III kongres ZZZ odrzucił akces do faszyzującego Obozu Zjednoczenia Narodowego, przyjął szereg radykalnych rezolucji (np. w sprawie wojny hiszpańskiej, solidaryzując się z tamtejszymi anarchosyndykalistami), a do władz Związku wybrał lewicowców – m.in. w prezydium Centralnego Wydziału ZZZ znalazł się Zakrzewski.
Zerwanie z ekipą rządzącą doprowadziło do kryzysu w Związku. Doszło do serii rozłamów, nastąpił masowy odpływ członków. Już w 1937 r. nie udało się zorganizować syndykalistycznych pochodów pierwszomajowych na Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i Łodzi. Spadł gwałtownie nakład prasy syndykalistycznej, zmniejszyła się liczba wydawanych tytułów. Na swym IV kongresie w marcu 1938 r. ZZZ reprezentował już tylko 35 tys. członków. Represje dotknęły też przywódców. Przeciw Zakrzewskiemu już w 1936 r. wszczęto prokuratorskie dochodzenie w związku z udziałem syndykalistów w strajku protestacyjnym we Lwowie, umorzono je jednak ze względu na autorytet profesora. W 1938 r. Komitet Krzyża i Medalu Niepodległości odrzucił wniosek o przyznanie Zakrzewskiemu Krzyża Niepodległości. Mimo to Zakrzewski – w czerwcu 1939 r. wybrany wiceprezesem ZZZ – podtrzymywał radykalny kurs: występował przeciw otrzymywaniu ministerialnych subwencji i złagodzeniu opozycji wobec rządu, domagał się akcji strajkowej 1 maja.
Rozbrat z sanacją ukazał izolację syndykalistów. Do starego wroga – endeckiej prawicy – doszedł nowy: sanacyjny OZON. Stosunki z lewicą pozostawały skomplikowane. Najbliżej Związkowi Związków było do PPS, jednak Zakrzewski odrzucał pepeesowską koncepcję „frontu demokratycznego” z udziałem ludowców i chadeków; krytykował też sztandarowy dla socjalistów postulat wolnych wyborów, twierdząc, że wybory nie rozwiążą problemów robotników. Choć komuniści pozytywnie oceniali ewolucję ZZZ, Zakrzewski pozostawał pryncypialnie antykomunistyczny. Nieufny był też wobec anarchistów napływających w szeregi Związku i jego przybudówek – w 1937 r. zapowiedział, że w RIOK nie będzie żadnych anarchosyndykalistów i polityki. Zakrzewski głosił ideę ponadpartyjnego, antyfaszystowskiego frontu robotniczego, popularyzując ją w 1937 r. na łamach dziennika „Głos Powszechny”, w którym był zastępcą redaktora naczelnego. W praktyce sprowadzała się ona do współpracy z innymi lewicowymi dysydentami z obozu piłsudczykowskiego – Zakrzewski np. wziął udział w zebraniu założycielskim pierwszego Klubu Demokratycznego w Warszawie.
***
Ku opozycji pchał Zakrzewskiego i syndykalistów sprzeciw wobec totalitaryzmu, który prężność mas łamie żelazną ręką partyjnej dyktatury. Lewica „Naprawy” domagała się demokratyzacji systemu politycznego, potępiała policyjne metody. Był to jednak demokratyzm nietypowy, bo antyliberalny – Zakrzewski stawiał wręcz tezę o rozłączności i przeciwstawności demokracji i liberalizmu. Krytykował fałszywy indywidualizm, partyjnictwo i przerosty parlamentaryzmu.
Alternatywą zarówno dla parlamentaryzmu, jak i dyktatury miała być zakorzeniona w myśli syndykalistycznej koncepcja organicznej demokracji pracy. Zakrzewski precyzował: Liberalnej koncepcji czysto mechanicznego związku między bezlikiem absolutnie suwerennych jednostek-wyborców a Państwem przeciwstawiamy plan organicznego łączenia czynników gospodarczo-identycznych, realizujących jedność świata pracy w formie pozapartyjnej. Przekonywał, że państwo stałoby się w ten sposób organizacją samorządu ludności, jako społeczeństwa wytwórców. Wpływ na władzę miały mieć zapewnione wszystkie żywe siły narodu, co de facto oznaczałoby posiadanie praw politycznych jedynie przez producentów. Zakrzewski podkreślał, że państwo techniczne jest organem republiki wytwórców, w której nie ma miejsca dla pasożytów ani ludzi nieprzydatnych. W praktyce jednak jego projekt był mniej radykalny i ograniczał się do postulatu udziału związków zawodowych w organizacji władz państwowych. Zwieńczeniem opartego na związkach samorządu gospodarczego miała stać się Naczelna Izba Gospodarcza (czy też Izba Zawodów). Struktura państwa byłaby oparta na dualizmie obywatelsko-producenckim, który wyrażałby współistnienie zgromadzenia parlamentarnego i zgromadzenia syndykalnego.
Drugim filarem nowego ustroju miało być ustanowienie silnego rządu demokracji, opartego na bezpośrednio (plebiscytarnie) wyrażonej woli mas ludowych. Egzekutywa miała spoczywać w rękach prezydenta. W projekcie Zakrzewskiego prezydent wybierany byłby na siedmioletnią kadencję przez ogół obywateli spośród trzech kandydatów (jednego zgłaszanego przez ustępującego prezydenta i dwóch wyłanianych przez parlament). Głowa państwa miała być najwyższym i nadrzędnym wobec innych organem władzy państwowej, w jej gestii byłoby mianowanie i odwoływanie rządu.
Łączył się z tą wizją ustroju specyficzny militaryzm, nie ograniczający się do uznania prymatu armii, ale zakładający przetworzenie Polski w jeden obóz żołniersko-robotniczy, zorganizowany dla walki i pracy. Zakrzewski głosił: Naród pracujący jest jednolity, jak armia walcząca. Praca stanowi dlań zasadę jednoczącą, podobnie jak wojna dla armii. Oznajmiając braterstwo cnót żołnierskich i rewolucyjnych, pacyfizm postrzegał jako ideologię plutokracji.
Jak widzimy, model proponowany przez Zakrzewskiego niewiele miał wspólnego z anarchosyndykalistyczną utopią. Jak wspominał „naprawiacz” Tadeusz W. Nowacki: Anarchistyczne i antypaństwowe wątki syndykalizmu były nie do akceptacji w Zecie, który całą działalność kierował na uzyskanie niepodległości i budowę suwerennego państwa.
***
Nacjonalizm, syndykalizm, „demokracja antyliberalna”… Wszystko to mogło rodzić skojarzenia z faszyzmem. Nieprzypadkowo Zakrzewski w latach 20. utrzymywał kontakty z faszystowskim Zespołem Stu, który starał się zainteresować syndykalizmem. Rzeczywiście, początkowo syndykaliści przyglądali się z ciekawością eksperymentowi faszystowskiemu. Zakrzewski uważał, że syndykalizm faszystowski rozwija się całkiem pomyślnie, a w przeciwieństwie do ZSRR państwo faszystów dalekie jednak jest od skostnienia. W 1929 r. bronił włoskiego faszyzmu przed krytyką, jako niezupełnie sprawiedliwą, uważając, że twórcza, rewolucyjna energia ruchu włoskiego jest jeszcze daleka od wyczerpania. Faszyzm nie był traktowany jako antyteza syndykalizmu, ale jako krok we właściwym kierunku, jako forma przejściowa ku nowemu ustrojowi, forma bliższa ideałowi niż bolszewizm czy socjaldemokracja. Zakrzewski zwracał uwagę na to, że pod względem społecznym faszyzm nie idzie dalej, ale też nie pozostaje w tyle za socjaldemokracją, natomiast pod względem politycznym jest bardziej bezkompromisowy […] w stosunku do państwa mieszczańskiego, co pochwalał. Faszyzm – tak samo jak bolszewizm i… „rewolucja majowa” piłsudczyków – miał być przejawem rewolucji antyliberalnej, wyrażającej z jednej strony dążenie słabszych narodów do zdobycia niezawisłości od […] światowego imperializmu gospodarczego, z drugiej zaś – historyczną konieczność ustanowienia państwa omnipotentnego.
Nigdy nie była to jednak bezkrytyczna fascynacja, dostrzegano bowiem także wady. Krytyka pod adresem faszyzmu szła w dwóch kierunkach – przeciw jego reformizmowi oraz totalitaryzmowi. Zakrzewski zarzucał Mussoliniemu, że odrestaurował kapitalizm; negował w ogóle faszystowski korporacjonizm: uważamy przymusowe małżeństwo między kapitałem a pracą za najgorsze i nietrwałe rozwiązanie kwestii społecznej. Nie podobała mu się nie tylko reformistyczna treść, ale także totalitarna forma, tzn. upaństwowienie związków zawodowych. W „Przełomie” pisał, że faszystowski system korporacyjny jest reakcyjną karykaturą ustroju syndykalistycznego, w znacznej zaś mierze jego antytezą, że faszyzm wypaczył syndykalną koncepcję parlamentu przez zapewnienie decydującego wpływu kierownictwu partii. Zakrzewski wypowiadał się przeciw gwałtownej, brutalnej i rewolucyjnej metodzie faszyzmu oraz krucjacie antybolszewickiej Mussoliniego. Konkluzja była zdecydowana: będąc Polakami, nie możemy być faszystami.
Jak wytłumaczyć te sprzeczności? W tym przypadku u ich podłoża nie leżało niezrozumienie faszyzmu, tak częste w przypadku innych grup, ale jego oryginalna teoria, wypracowana przez Zakrzewskiego. Opierając się na koncepcji imperializmu sformułowanej przez Hilferdinga, wyszedł Zakrzewski od miejsca Italii w międzynarodowym podziale pracy, klasyfikując Włochów jako naród proletariacki. W tym ujęciu rewolucja faszystowska miała być koalicją burżuazji narodowej i proletariatu przeciw zależności Włoch od zachodniej plutokracji. Z tego heterogenicznego składu wynikać miała dwoistość faszyzmu: skrzydło robotniczo-syndykalistyczne traktuje ustrój korporacyjny jako pierwszy etap organizacji syndykalnego państwa pracy, podczas gdy skrzydło burżuazyjno-nacjonalistyczne widzi w nim tylko sposób do całkowitego zduszenia niezależnego ruchu robotniczego. Zakrzewski deklaruje się tu jako sympatyk lewego skrzydła faszyzmu. Faszyzm nie spełnił jednak swego zadania, gdyż – podobnie jak komunizm – nie ustanowił rządu wytwórców, tylko nową elitę polityczną.
Jak zauważyła Barbara Stoczewska, dopiero […] na początku lat trzydziestych […] syndykaliści zdecydowanie odwrócili się od faszyzmu. W 1934 r. patriotyczni syndykaliści rozliczyli się z faszyzmem piórem Zakrzewskiego, który pisał wtedy już bez złudzeń: Żywioły konserwatywne, zagrożone przez rewolucję komunistyczną, odstąpiły bez poważnego oporu władzę ruchowi syndykalistyczno-kombatanckiemu o niezupełnie jeszcze skonkretyzowanym obliczu […]. W ten sposób burżuazja zapewniła sobie możliwość dalszego istnienia we Włoszech, utrzymania przeciwko proletariatowi swej przewagi gospodarczej i zachowania wpływów politycznych. Zakrzewski był szczerym demokratą, który chciał tylko zmiany formy demokracji, a nie zanegowania samej jej zasady, dlatego faszyzm odrzucił. W miarę upływu czasu jego opozycja wobec faszyzmu zaostrzała się.
***
Faszystowskie zagrożenie zmaterializowało się we wrześniu 1939 r. Syndykaliści wierni swym ideałom stanęli z bronią w ręku przeciw okupantowi. Już 9 października 1939 r. w warszawskim mieszkaniu Zakrzewskiego odbyło się zebranie Centralizacji Związku Patriotycznego (lewicy) z udziałem Szwedowskiego i Szuriga. Po rozmowie z Moraczewskim, który nie zdecydował się przystąpić do konspiracji, 21 października utworzono Związek Syndykalistów Polskich, początkowo występujący pod kryptonimem Związku Wolność i Lud.
Nową organizację cechował ogromny dynamizm. Wydawano konspiracyjnie liczne pisma, z tygodnikiem „Akcja” na czele. Stworzono Oddziały Sabotażowo-Dywersyjne, z których w szeregi ZWZ przekazano co najmniej 1200 bojowców. Siecią organizacyjną objęto nie tylko Warszawę z okolicami, ale też Kielecczyznę, Lubelszczyznę i Rzeszowszczyznę. ZSP ściśle współpracował ze Służbą Zwycięstwa Polski (później Związkiem Walki Zbrojnej) – sam Zakrzewski był szefem referatu wewnętrzno-politycznego Biura Informacji i Propagandy ZWZ.
Aktywność syndykalistów nie mogła ujść uwadze Gestapo. 12 stycznia 1941 r. Zakrzewski został aresztowany przez okupanta. 7 marca z wyroku Polski Podziemnej ginie znany aktor filmowy, agent Abwehry, volksdeutsch Igo Sym. Cztery dni później Niemcy mordują w odwecie 17 Polaków więzionych na Pawiaku. Wśród rozstrzelanych w lesie w Palmirach jest Kazimierz Zakrzewski.
Tak zginął człowiek, którego przyjaciele wspominali: Jeżeli chodzi o ideę, w którą wierzy, jest nieustępliwy i twardy, choć w życiu osobistym i stosunkach koleżeńskich jest wrażliwy, delikatny i uczuciowy…