przez dr hab. Rafał Łętocha | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Pomimo iż teologia wyzwolenia to zjawisko, które apogeum rozwoju i popularności ma już za sobą, wciąż jednak budzi ono emocje i wywołuje kontrowersje, a także inspiruje licznych kontynuatorów. Na jej podstawie w późniejszych latach powstały różnego rodzaju alternatywne teologie – od teologii Czarnych, przezfeministyczną czy ekologiczną, po teologię Trzeciego Świata. Nie powinno to dziwić, zważywszy, iż teologowie wyzwolenia próbowali odpowiedzieć na wiele istotnych pytań nurtujących Amerykę Łacińską oraz dać recepty na problemy, z którymi przez lata borykała się (i niestety wciąż boryka) duża część mieszkańców tego rejonu świata. Dlatego analizując to zjawisko, próbując uchwycić jego przyczyny, sens i istotę, nie można sprowadzić tego nurtu – jak chcieliby to widzieć krytycy – do „zaczadzenia marksizmem” jego inspiratorów i twórców.
Szukając źródeł i inspiracji dla teologii wyzwolenia, zwraca się często uwagę na dorobek myślicieli europejskich z tamtego okresu, tj. lat 60. XX wieku. Chodzi tutaj w pierwszym rzędzie o Johanna Baptista Metza, profesora Wydziału Teologii Katolickiej w Münster, autora pracy zatytułowanej „Teologia polityczna”. Tytułowa teologia polityczna to w dużej mierze próba dokonania zmiany nastawienia, z jakim rozwijana jest współczesna Metzowi teologia – autorowi chodziło głównie o korektę jej postawy wobec świata i społeczeństwa. Metz uznał, iż w obliczu doświadczeń XX wieku, takich jak np. Holocaust, teologia i Kościół katolicki muszą odejść od przekonania o braku społecznej i politycznej winy.
Jak się wydaje, idąc tropem szkoły frankfurckiej, a przede wszystkim pracy „Dialektyka oświecenia” Horkheimera i Adorno, Metz uznał, iż brak otwarcia na dzieje i świat charakteryzuje Kościół i teologię od czasów oświecenia. Wówczas to zniesiono przekonanie o silnych związkach religii i społeczeństwa, a teologia niejako w konsekwencji zapomniała o historii i życiu społecznym jako swoich problemach. Skierowała się natomiast ku kwestiom osobistej, jednostkowej egzystencji, intymności, sprywatyzowała ona jądro tego przesłania [chrześcijańskiego – R.?Ł.] i zredukowała praktyki religijne do poziomu pozbawionej jakichkolwiek odniesień do świata decyzji jednostki. […] Przyjęte przez nią kategorie, za pomocą których wykłada owo przesłanie, mają przede wszystkim charakter intymny, prywatny, apolityczny1.
Konieczne jest zdaniem Metza polityczne i społeczne „nawrócenie się” teologii i wiernych. Jak podkreśla w swojej pracy z 1967 r.: Nie można sprywatyzować eschatologicznych treści Objawienia przekazanych przez tradycję biblijną – wolności, pokoju, sprawiedliwości, pojednania. Zmuszają one ciągle na nowo do przejęcia społecznej odpowiedzialności […]. Wiara w Obietnicę pokoju i sprawiedliwości na nowo zmienia współczesne dzieje naszej egzystencji. Stawia nas w nowej pozycji krytyczno-wyzwoleńczej wobec otaczających nas warunków społecznych. Mniej więcej taki charakter mają również przypowieści Jezusa, które pokazują nam przyszłe królestwo Boże i jednocześnie ustawiają nas w nowym krytycznym stosunku do otaczającego nas świata. Dlatego każda teologia eschatologiczna, siłą rzeczy, staje się również teologią polityczną jako teologia (społeczno-)krytyczna2.
Metz często przebywał w Ameryce Łacińskiej, co wskazuje na pewną łączność pomiędzy jego koncepcjami a teologią wyzwolenia. Zebrane tam doświadczenia i obserwacje posłużyły mu za podstawę do sformułowania opinii, iż Kościół na Zachodzie musi uznać własną winę wobec krajów Trzeciego Świata i czerpać z doświadczeń Kościołów tego regionu: ich zaangażowania w sprawy najbiedniejszych oraz wspólnotowej struktury. Po wydaniu pierwszej wersji „Teologii politycznej” wielokrotnie z sympatią odnosił się do teologów wyzwolenia i stawał w ich obronie.
Jednak teologia Metza miała charakter przede wszystkim negatywny. Poddając krytyce tendencje charakterystyczne dla współczesnej teologii, nie dążyła do stworzenia pozytywnego programu społecznego. Stawiała przed Kościołem zadanie krytyki społecznej, nie zaś np. odbudowy przedoświeceniowych związków między religią a społeczeństwem3. W przypadku teologii wyzwolenia mamy natomiast do czynienia już ze zdecydowanie inną sytuacją.
Według Battisty Mondina bezpośrednimi przyczynami teologii wyzwolenia były dwa zjawiska. Pierwsze to zaangażowanie społeczne, które Kościół latynoamerykański podjął zgodnie z zaleceniami Soboru Watykańskiego II. Drugi trend to zwrot o charakterze politycznym, który dokonał się w teologii europejskiej lat sześćdziesiątych4 (prace wspomnianego Metza czy „teologia nadziei” Jürgena Moltmanna).
Jednak oczywiście u źródeł tego wszystkiego stała katastrofalna sytuacja społeczno-polityczno-gospodarcza wielu krajów Ameryki Łacińskiej. Nędza, ucisk, zależność – tak w ogromnym skrócie można scharakteryzować położenie zdecydowanej większości krajów tego kontynentu i jego mieszkańców. Arcybiskup Dom Hélder Pessôa Câmara, jeden z najwybitniejszych działaczy społecznych tamtych czasów w Ameryce Łacińskiej, w związku ze swoją działalnością i poglądami nazywany nawet „czerwonym biskupem”, pisał o ówczesnych realiach: Świat opóźniony w rozwoju żyje do dziś jak w średniowieczu. Poza kilku chwalebnymi wyjątkami władcy zachowują się w nich jak feudalni panowie. Politycznie i oficjalnie epoka kolonializmu została zamknięta, natomiast w krajach nierozwiniętych żywy jest nadal kolonializm wewnętrzny, sprzyjający łatwemu i szybkiemu bogaceniu się kosztem uciskanych mas. W tych okolicznościach każdy cudzoziemiec, każdy krajowiec, który zaofiaruje swą pomoc, zostanie chętnie przyjęty, pod warunkiem, że zaakceptuje istniejące aktualnie, niesprawiedliwe i nieludzkie struktury, z których korzyść odnosi przede wszystkim klasa panująca. Jeśli natomiast zechce on uświadomić masom ich poniżenie, walczyć o ich postęp społeczny i ludzki – a zatem o zmianę istniejących struktur – będzie musiał stawić czoła oszczerczym kampaniom i może być pewien, że nazwany zostanie wywrotowcem i komunistą, i będzie aktywnie zwalczany5. Rzeczywistością dnia codziennego w ówczesnej Ameryce Łacińskiej była wszechobecna nędza, ogromne rozwarstwienie społeczne, zacofanie kulturowe oraz zależność ekonomiczna wielu krajów od gospodarki Stanów Zjednoczonych, przybierająca formę neokolonializmu.
Z biegiem czasu zaczęło też rosnąć przekonanie, iż zjawisko to ma charakter systemowy, więc zmiany na lepsze są niemożliwe w ramach istniejących struktur politycznych i gospodarczych, generujących negatywne procesy. Dowód tego stanowiło, zdaniem Gustavo Gutiérreza, chociażby to, iż tzw. polityka rozwoju, prowadzona w latach 50. i 60., której zadaniem było polepszenie losu najbiedniejszej ludności, doprowadziła jedynie do znacznego zwiększenia dysproporcji6. W związku z tym uznano, iż terminem lepszym niż „rozwój” będzie „wyzwolenie”, oznaczające zaangażowanie Kościoła i chrześcijan w budowę nowego porządku. Jak pisał Gutiérrez, wyzwolenie wyraża nieunikniony moment radykalnej zmiany, jest właściwsze z tego powodu, iż biedne kraje określane są mianem „uciskanych i kontrolowanych”, wyraża wprost dążenia ciemiężonych „ludów i klas społecznych”, wreszcie zaś jest bliższe językowi biblijnemu7.
Wyzwolenie, o którym traktuje ta teologia, nawiązuje do wielkiej historii z Księgi Wyjścia o Ludzie Bożym, który uwalnia się z niewoli egipskiej i osiąga zbawienie w historii, mając w perspektywie nową, wolną od niesprawiedliwości ziemię. Wprowadzone zostaje tutaj specyficzne rozumienie wyzwolenia od grzechu, który ma charakter zbiorowy: grzechu społecznego czy też strukturalnego. Chodzi o wszelkie społeczno-polityczne struktury, które prowadzą do dyskryminacji, eksploatacji człowieka, niesprawiedliwości, ubóstwa czy przemocy, a tym samym są źródłem, podglebiem wszelkiego zła, stanowią swego rodzaju „strukturę grzechu”. Zadaniem chrześcijan jest walka z niesprawiedliwymi strukturami i ich zniszczenie – jako praprzyczyny grzechów.
Wyzwolenie ma jednak prowadzić nie tylko do likwidacji niesprawiedliwych struktur społecznych, ale i do rozwoju oraz przemiany samego człowieka. Zadaniem i celem człowieka jest bowiem samostwarzanie się. „Stary człowiek” musi umrzeć, aby mógł narodzić się „nowy” na wzór samego Chrystusa. Pracować, przekształcać ten świat, to stawać się człowiekiem i budować ludzką wspólnotę; to również zbawiać. Podobnie walczyć przeciwko nędzy i wyzyskowi i budować sprawiedliwe społeczeństwo to znaczy już być częścią zbawczego działania, które zmierza do swojej pełnej realizacji8.
Rok 1968 stanowił niewątpliwie punkt wyjścia dla systematycznego rozwoju teologii wyzwolenia. Miało to związek z dwoma wydarzeniami: edycją dzieła „Teologia wyzwolenia” Gustavo Gutiérreza oraz Konferencją Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Medellín. Konferencję otworzył papież Paweł VI, który uczestniczył w poprzedzającym ją Międzynarodowym Kongresie Eucharystycznym w Bogocie. Zebrani tam biskupi zdefiniowali stan niesprawiedliwości na terenie Ameryki Łacińskiej jako sytuację zinstytucjonalizowanej przemocy. Zwrócono uwagę na problemy ubóstwa, niesprawiedliwości i niezadowolenia różnych warstw społecznych oraz sformułowano postulat Kościoła biednych, co określono mianem opcji preferencyjnej na rzecz ubogich. Jednocześnie zebrani tam biskupi nie uchylili się od współodpowiedzialności Kościoła za wspieranie „zinstytucjonalizowanej przemocy”. W związku z tym uznano, iż Kościół tym gorliwiej winien działać w celu likwidacji tego stanu rzeczy i stawiania oporu każdej władzy, która chciałaby go zinstrumentalizować do własnych celów.
W Medellín – zdaniem Gutiérreza – Kościół latynoamerykański […] zaczął być świadomy swojej dojrzałości i zaczął sam decydować o własnym losie. Sobór Watykański II mówi o zacofaniu ludów, o krajach rozwiniętych, oraz o tym, co one mogą i powinny uczynić w sprawie tego zacofania; Medellín próbuje potraktować ten problem z punktu widzenia krajów biednych, charakteryzując je jako kraje poddane nowemu rodzajowi kolonializmu. Sobór Watykański II mówi o Kościele w świecie i opisuje związek między nimi w sposób, który wydaje się neutralizować konflikty; Medellín dowodzi, że świat, w którym Kościół latynoamerykański powinien być obecny, jest w stanie rozwiniętej rewolucji. Sobór Watykański II szkicuje ogólny zarys odnowy Kościoła; Medellín dostarcza wytycznych dla przemiany Kościoła w kategoriach jego obecności na kontynencie nędzy i niesprawiedliwości9.
W następnych miesiącach i latach powstały najważniejsze dzieła teoretyczne teologii wyzwolenia, m.in. prace Hugo Assmanna, Leonardo Boffa, José Migueza Bonino, Juana Luisa Segundo, José Porfirio Mirandy, Juana Carlosa Scannone i innych. Został w nich zarysowany program kształtującego się nurtu, zadania, jakie przed sobą stawia, i sposoby, jakimi chce je realizować. Próbując przedstawić specyfikę teologii wyzwolenia, warto wyjść od jednego z kluczowych, ale i najbardziej kontrowersyjnych jej aspektów, jakim jest wypracowana przez jej twórców metoda. Dominują w niej takie elementy jak krytyka metafizyki, szczególnie mocno zaakcentowana przez Juana Luisa Segundo, który uznał, iż kryzys religijności to wynik nieczytelności dla współczesnego człowieka tradycyjnych kategorii metafizycznych. W związku z tym trzeba wyrazić wiarę w języku zrozumiałym dla ludzi i odnieść prawdy wiary do problemów, które ich nurtują, którymi żyją na co dzień. Jak pisze Mondin, próba wyrażenia Boga w języku metafizyki jest wedle Segundo niewłaściwa i błędna. W powyższym świetle Bóg staje się rzeczywistością nieskończoną, wieczną, statyczną, obojętną, nieprzystępną, niewzruszenie szczęśliwą. Takiego obrazu Boga współczesny człowiek nie chce przyjąć, ponieważ nie rozpoznaje w Nim cechy osoby żywej, zaangażowanej, fascynującej i wolnej10.
W konsekwencji teologowie wyzwolenia zwracają się w kierunku antropologii oraz historycyzmu. Odrzucając tradycyjne kategoriemetafizyczne, preferują metodę indukcyjną, opartą na obserwacji i danych empirycznych. Gustavo Gutierréz, cytując Yvesa Congara, wyraził przekonanie, iż Kościół zamiast posługiwać się wyłącznie objawieniem i tradycją jako punktem wyjścia, jak powszechnie czyniła to teologia klasyczna, musi rozpocząć od faktów i zagadnień pochodzących ze świata i historii11. Punktem wyjścia nie jest więc Objawienie czy tradycja, ale konkretna sytuacja. W tym celu trzeba odwołać się do nauk empirycznych, które w danej materii są kompetentne, oferują najlepsze narzędzia analizy otaczającej rzeczywistości historycznej, politycznej, społecznej, psychologicznej i ekonomicznej.
Hugo Assmann mówił wręcz o głębokiej zależności teologii od nauk humanistycznych, teologii, która w tej sytuacji była dla niego jedynie ich dopełnieniem, czymś, co określał mianem „drugiego głosu”. Szczególną rolę przypisywano tutaj analizie marksistowskiej. Bonino podkreślał, iż nie może to być oczywiście marksizm rozumiany jako materializm dialektyczny i historyczny. Jeżeli natomiast przez marksizm rozumie się określoną metodę analizy społecznej, gospodarczej i politycznej i strategię służącą przekształceniu społeczeństwa, to wtedy zaistnieją istotne punkty, w których może nastąpić spotkanie między chrześcijaństwem a marksizmem12. Według niego mieliśmy do czynienia z czterema takimi punktami: rozumienie historii poprzez różne formy podejścia do pracy; postrzeganie człowieka jako istoty wspólnotowej, istniejącej w określonych relacjach; koncepcja walki klas jako narzędzia służącego wyzwoleniu człowieka; prymat czynu nad myślą, działania nad teorią (ta ostatnia ma tylko wówczas znaczenie, jeżeli pobudza do działania). Jest jednak także bardzo istotna różnica: o ile dla Marksa podmiotem procesu historycznego miała być klasa robotnicza, o tyle teologowie wyzwolenia położyli nacisk na znaczenie tzw. kategorii ubogich.
Ostatnia kwestia odnosi nas do kolejnej charakterystycznej cechy teologii wyzwolenia, jaką jest akcent położony na praktykę. Gutiérrez pisze nawet o centralnej historycznej roli praxis. W jego pracy czytamy, iż wiara w Boga, który nas kocha i wzywa do przyjęcia daru pełnego zjednoczenia z Nim i braterstwa między ludźmi, nie tylko nie jest obca idei przekształcania świata, ale z konieczności prowadzi do rozwijania tego braterstwa i wspólnoty w historii. Co więcej, tylko poprzez realizowanie tej prawdy nasza wiara zostanie „sprawdzona” w etymologicznym tego słowa znaczeniu13. Jak z tego wynika, praktyka, postępowanie zgodne z religią (w języku teologii: ortopraksja) – to jedyne właściwie kryterium pozwalające na weryfikację trafności twierdzeń teologicznych, a nawet posłania Kościoła.
Odkrycie tych prawd teologia zawdzięcza, zdaniem Gutiérreza, bezpośredniej konfrontacji z marksizmem – to właśnie pod jego wpływem zaczęto interesować się na gruncie teologii tym, jakie znaczenie ma kształtowanie świata i działanie człowieka w historii. Nasuwa się tutaj oczywiście analogia z jedenastą tezą Marksa o Feuerbachu, mówiącą, iż filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić. Uznano, że dotychczas Kościół zbyt wiele miejsca poświęcał teorii wiary – ortodoksji – skupiając się na formułowaniu prawd, tworzeniu i obronie doktryny, widząc w jej przestrzeganiu główny wyznacznik bycia chrześcijaninem. Tymczasem trzeba to zmienić, stawiając na ortopraktykę – postępowanie w zgodzie z nauką Kościoła.
Nie chodzi bynajmniej o zupełne zanegowanie ortodoksji, o jej odrzucenie czy uznanie za kwestię bez znaczenia. Rzecz raczej w odwróceniu hierarchii, w rezygnacji z prymatu doktryny w życiu chrześcijańskim, w uznaniu wartości pracy oraz postrzeganiu konkretnych postaw i działań jako kwestii nadrzędnych. Niewątpliwie najbardziej skrajne stanowisko w tej kwestii prezentował Camilo Torres, twórca lewicowej partii politycznej Zjednoczony Front Ludu Kolumbijskiego oraz uczestnik walk partyzanckich w dżungli kolumbijskiej w ramach Armii Wyzwolenia Narodowego (w czasie których zginął w 1966 r). Pytał on wręcz: Dlaczego my katolicy mamy kłócić się z komunistami, z którymi nie możemy się pogodzić w sprawach śmiertelności czy nieśmiertelności duszy, zamiast wspólnie zająć się sprawą śmiertelności na skutek głodu?14.
W latach siedemdziesiątych doktryna teologii wyzwolenia krystalizowała się, rozwijała, a także radykalizowała. Doszło wówczas w kościele latynoamerykańskim do podziału na jej zwolenników i propagatorów oraz przeciwników. Wyrazem tego była Trzecia Konferencja Episkopatu Latynoamerykańskiego w meksykańskim Pueblo w 1979 r., rozpoczęta notabene odczytaniem listu od nowo wybranego papieża Jana Pawła II. Mimo napięć i kontrowersji udało się jeszcze zawrzeć na niej kompromis. Dopiero późniejsze wydarzenia doprowadziły do ostatecznej polaryzacji stanowisk i nieprzejednanej wrogości obu stron, skłoniły też niektórych przedstawicieli teologii wyzwolenia do zajęcia mniej radykalnych pozycji. Chodzi przede wszystkim o rewolucję sandinistowską w Nikaragui, kiedy to część duchownych niższego szczebla zaangażowała się w wojnie domowej po stronie sił rewolucyjnych, hierarchia zaś wypowiedziała się przeciwko sandinistom.
Skrajny przykład aktywności politycznej księży stanowią właśnie nikaraguańscy bracia Ernesto i Fernando Cardenal. Po zwycięstwie rewolucji sandinistowskiej w Nikaragui w 1979 r. oficjalnie objęli oni w rządzie stanowiska ministrów kultury i oświaty. Do zaognienia sytuacji doszło w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Nikaragui, kiedy to homilia papieska była kilkakrotnie przerywana przez sandinistów skandujących hasła w rodzaju „Chcemy Kościoła dla biednych!” czy „Nie ma sprzeczności między Kościołem a rewolucją!”. Do tego doszedł problem z Ernesto Cardenalem, który osobiście został skarcony w czasie tej wizyty przez papieża za bezpośrednie uczestnictwo w rządzie i piastowanie godności ministra.
Wkrótce pojawiły się oficjalne wypowiedzi Watykanu w tej kwestii. Pierwszą z nich była „Instrukcja o niektórych aspektach »teologii wyzwolenia«. Libertatis nuntius” z 1984 r. We wprowadzeniu podkreślono, iż celem dokumentu nie jest szczegółowe omówienie problemów chrześcijańskiej wolności i wyzwolenia, lecz jedynie zwrócenie uwagi na szkodliwe dla wiary i życia chrześcijańskiego błędy, jakie niosą ze sobą niektóre formy teologii wyzwolenia. Już na wstępie zaakcentowano jednak, iż nie może to być interpretowane jako dezaprobata dla tych wszystkich, którzy chcą odpowiedzieć na „preferencyjną opcję na rzecz ubogich”, ani nie może służyć jako usprawiedliwienie tym, którzy są obojętni wobec tragicznych problemów nędzy i niesprawiedliwości.
Pierwszym poważnym zarzutem, który pojawił się w dokumencie Kongregacji Doktryny Wiary pod adresem teologii wyzwolenia, było utożsamianie wyzwolenia doczesnego, społecznego i politycznego ze zbawieniem. Niektórym nawet wydaje się, że konieczna walka o sprawiedliwość i ludzką wolność, rozumiana w ich znaczeniu ekonomicznym i politycznym, stanowi istotę i całość zbawienia. Ich zdaniem Ewangelia sprowadza się do czysto ziemskiej ewangelii. Różne „teologie wyzwolenia” definiują się z jednej strony poprzez swój stosunek do prymatu opcji na rzecz ubogich, stanowczo i jednoznacznie potwierdzonego po konferencji w Medellín na konferencji w Puebla, z drugiej – przez zajmowane stanowisko wobec pokusy sprowadzania Ewangelii zbawienia do ewangelizacji ziemskiej15. Trzeba pamiętać, iż w świetle nauczania Kościoła całkowite wyzwolenie człowieka nie może nigdy nastąpić tutaj, na Ziemi, a dążenie do jego osiągnięcia traktowane jest jako utopia.
Można powiedzieć – używając dość dalekich czasowo analogii, ale z tego samego kręgu kulturowego – iż odżyły tutaj poniekąd problemy, które stanęły kilka wieków wcześniej przed jezuitami organizującymi Republikę Guaranów. Oni również kładli główny nacisk na realizację sprawiedliwości społecznej, wychodząc z założenia, iż pierwszym krokiem musi być zapewnienie stabilności życiowej, bezpieczeństwa socjalnego, za tym dopiero przyjdzie chrystianizacja we właściwym tego słowa znaczeniu. Czy niepowodzenie tego eksperymentu było, jak uważają niektórzy, m.in. skutkiem stosowania właśnie tej metody? Metody, która kształtowała słabych chrześcijan, nieodpornych na niepewność, ból, cierpienie, nieodwołalnie związane z kondycja ludzką? Trudno to jednoznacznie stwierdzić.
Dużo miejsca w „Libertatis nuntius” poświęcono przyjęciu przez teologów wyzwolenia analizy marksistowskiej, co oczywiście nie mogło spotkać się z przychylnością Kongregacji Nauki Wiary. Krytyce poddano po pierwsze to, że mamy do czynienia z niebezpodstawnym ostrzeżeniem, iż myśl Marksa jest koncepcją totalizującą, integrującą w swojej strukturze filozoficzno-ideologicznej dane pochodzące z obserwacji i analizy. W związku z tym oddzielenie poszczególnych elementów tworzących tę mieszaninę jest niemożliwe i przyjmując tylko to, co jest przedstawione jako analiza, dochodzi się mniej lub bardziej świadomie do równoczesnego przyjęcia ideologii16. Już Paweł VI w Liście Apostolskim „Octogesima adveniens” przestrzegał, że jest rzeczą niesłuszną i niebezpieczną […] przyjmować poszczególne elementy analizy marksistowskiej z pominięciem ich związku z ideologią; włączać się w walkę klas w jej marksistowskiej interpretacji, nie dostrzegając, że taka metoda prowadzi do społeczeństwa opartego na przemocy i do ustroju totalnego17. Tymczasem, jak podkreśla dokument, ateizm i negacja osoby ludzkiej, jej wolności i praw, znajdują się w centrum koncepcji marksistowskiej. Posiada więc ona błędy zagrażające bezpośrednio wierze w wieczne powołanie osoby. Włączyć do teologii „analizę”, której kryteria interpretacyjne zależą od koncepcji ateistycznej, znaczy popaść w zgubne sprzeczności. Ponadto nieuznawanie duchowej natury osoby prowadzi do całkowitego podporządkowania jej kolektywowi, a tym samym do zanegowania zasad życia społecznego i polityki odpowiadającej godności człowieka18.
Szczególnie ostrej krytyce poddana została marksistowska koncepcja walki klas, aprobowana przecież przez teologów wyzwolenia. Traktowana jest ona przez marksizm jako prawo obiektywne, a wskazuje, iż społeczeństwo oparte jest na przemocy polegającej na panowaniu bogatych nad ubogimi. Trzeba na nią odpowiedzieć kontrprzemocą rewolucyjną, za sprawą której ten układ zostanie odwrócony. Uczestnicząc w tym procesie po stronie pokrzywdzonych, działa się „naukowo”, w zgodzie z prawami historii. W konsekwencji, jak podkreśla „Libertatis nuntius”, koncepcja prawdy idzie tutaj w parze z afirmacją koniecznej przemocy, a tym samym z uznaniem amoralizmu politycznego. W wyniku tego mamy więc do czynienia z zakwestionowaniem samej natury etyki, rozróżnienia między dobrem a złem, będącego zasadą moralności19. Rzeczywiście, spośród teologów wyzwolenia wielu wprost opowiadało się za użyciem przemocy. Ernesto Cardenal twierdził, że w niektórych okolicznościach niestosowanie przemocy jest niemożliwe, a rozwiązanie konfliktu na drodze walki zbrojnej wymusza sama sytuacja społeczno-polityczna Ameryki Łacińskiej. Podobne opinie głosił Camillo Torres. Gustavo Gutiérrez pisał zaś, iż ciemięzców kocha się przez to, że się ich wyzwala od ich nieludzkiej kondycji jako ciemięzców, że wyzwala się ich od nich samych. Ale tego nie można osiągnąć inaczej niż przez zdecydowane opowiedzenie się po stronie uciskanych, to znaczy przez zwalczanie klasy uciskającej20. Należy jednak pamiętać, iż w ramach teologii wyzwolenia mamy do czynienia z takimi postaciami jak Juan Alfaro czy Dom Hélder Pessôa Câmara, którzy zdecydowanie wypowiadali się przeciwko używaniu i usprawiedliwianiu przemocy.
Kolejne zarzuty zawarte w „Libertatis nuntius” wobec teologii wyzwolenia dotyczą radykalnej polityzacji twierdzeń wiary i ocen teologicznych, za sprawą czego zostają one podporządkowane kryterium politycznemu, uzależnionemu od teorii walki klas. W konsekwencji wzięcie udziału w walce klasowej przedstawia się jako wymóg samej miłości, natomiast potępia się, jako postawę demobilizującą i sprzeczną z miłością ubogich, pragnienie miłości od zaraz, miłości każdego człowieka, niezależnie od jego przynależności klasowej, i wychodzenie na spotkanie z nim drogami dialogu i perswazji nie uznającymi gwałtu. Jeśli utrzymuje się, że człowiek nie powinien być przedmiotem nienawiści, to jednak równocześnie twierdzi się, że na skutek jego obiektywnej przynależności do świata bogatych jest on przede wszystkim wrogiem klasowym, którego należy zwalczać. W konsekwencji uniwersalność miłości bliźniego i braterstwa staje się zasadą eschatologiczną, która będzie obowiązywać dopiero w stosunku do „nowego człowieka”, który pojawi się w wyniku zwycięskiej rewolucji21.
Odrzucona zostaje również sama koncepcja Kościoła autorstwa teologów wyzwolenia – tendencja, aby widzieć w nim tylko rzeczywistość wewnątrzhistoryczną, podlegającą prawom rządzącym rozwojem historycznym. Idea Kościoła ubogich oznaczająca de facto Kościół klasowy, który uświadomił sobie zasady rządzące historią, wymogi walki rewolucyjnej jako etapu prowadzącego do wyzwolenia. Krytyki Kongregacji doczekały się również kwestie sakramentologiczne. Nie może to dziwić zwłaszcza w kontekście propagowanych przede wszystkim przez Leonardo Boffa koncepcji, wedle których we współczesnym świecie tradycyjne sakramenty i obrzędy religijne stają się niezrozumiałe dla zwykłych ludzi, w związku z tym za sakramenty uznawał on wszystkie te przedmioty, osoby i miejsca, które noszą w sobie wyjątkowe znaczenie i obwieszczają, że Bóg działa pośród i poprzez ludzi.
Inny problem, który pojawił się u teologów wyzwolenia, to relacje pomiędzy ortodoksją i ortopraksją oraz uznanie tej drugiej w zasadzie za kryterium prawdy. Teologowie ci wychodzą bowiem […] z założenia, że punkt widzenia klasy uciskanej i rewolucyjnej staje się ich własnym punktem, wyłącznie decydującym o prawdzie. Tym samym teologiczne kryteria prawdy podlegają relatywizacji i są podporządkowane imperatywom walki klas. W tej perspektywie w miejsce ortodoksji – jako właściwej reguły wiary, stawia się ortopraksję – jako kryterium prawdy. […] Faktycznie praxis, będąca praxis rewolucyjną, stałaby się najwyższym kryterium prawdy teologicznej22. Oczywiście tego rodzaju konstatacje również musiały zostać odrzucone, w teologii bowiem moment teoretyczny, czyli moment poznania prawdy objawionej, wyprzedza i przygotowuje dopiero moment etyczny, polityczny i wychowawczy, czyli moment działania.
Dokumentem o wiele obszerniejszym od „Libertatis nuntius” jest „Instrukcja o chrześcijańskiej wolności i wyzwoleniu. Libertatis conscientia” z 1986 r. Niewątpliwie jest to tekst o wiele łagodniejszy w tonie. Teologia wyzwolenia nie jest tutaj atakowana tak mocno jak poprzednio. Oczywiście poddano krytyce walkę klas, mit rewolucji czy pokładanie nadziei w niemoralnych środkach, ale też, co należy podkreślić, wiele kwestii mocno akcentowanych przez teologów wyzwolenia zostało tam przyjętych jako część społecznego nauczania Kościoła. Czytamy więc o potrzebie opcji preferencyjnej na rzecz ubogich, choć zostaje to obłożone zastrzeżeniem, iż jest ona daleka od tego, by być znakiem partykularyzmu lub sekciarstwa, ukazuje uniwersalność istoty i misji Kościoła. Opcja ta nie zna wyjątków. Jest to powód, dla którego Kościół nie może jej wyrazić za pomocą redukcyjnych kategorii socjologicznych i ideologicznych, które uczyniłyby z tej preferencji wybór stronniczy czy konfliktowy23. Podkreśla się wprost w kilku miejscach istnienie struktur grzechu czy zła, z sympatią wspomina się o kościelnych wspólnotach podstawowych.
Jeśli spojrzymy na nauczanie społeczne następnych lat, to łatwo zauważyć, iż kwestie te zaczynają zdobywać sobie w nim coraz mocniejszą i bardziej ugruntowaną pozycję. W encyklice „Sollicitudo rei socialis” z 1987 r. Jan Paweł II wiele miejsca poświęcił tak mocno akcentowanym przez teologów wyzwolenia „strukturom grzechu”, czyniąc z tego zagadnienia momentami oś wywodu. Czytamy tam, że wśród działań i postaw przeciwnych woli Bożej, dobru bliźniego i wśród „struktur”, które z nich powstają, najbardziej charakterystyczne zdają się dzisiaj być dwie: z jednej strony wyłączna żądza zysku, a z drugiej pragnienie władzy z zamiarem narzucenia innym własnej woli. Do każdej z tych postaw można dodać dla lepszego ich scharakteryzowania wyrażenie: „za wszelką cenę”. […] Oczywiście, ofiarą tego podwójnie grzesznego nastawienia padają nie tylko jednostki; ofiarami mogą być także narody i bloki. I to sprzyja jeszcze bardziej wprowadzeniu „struktur grzechu”, o których mówiłem. Rozważając pewne formy współczesnego „imperializmu” w świetle tych kryteriów moralnych, można odkryć, że za określonymi decyzjami, pozornie dyktowanymi jedynie przez racje gospodarcze lub polityczne, kryją się prawdziwe formy bałwochwalczego kultu: pieniądza, ideologii, klasy, technologii. Wprowadziłem ten rodzaj analizy głównie po to, by ukazać, jaka jest prawdziwa natura zła, wobec którego stajemy w dziedzinie rozwoju ludów: jest to zło moralne, owoc wielu grzechów, które prowadzą do „struktur grzechu”. Taka diagnoza zła oznacza dokładne rozpoznanie, na poziomie ludzkich zachowań, drogi wiodącej do jego przezwyciężenia”24. Również w encyklice „Evangelium vitae”możemy przeczytać o grzechu społecznym czy o strukturach grzechu.
Podobnie jeżeli chodzi o opcję preferencyjną na rzecz ubogich, można przytoczyć cały szereg dokumentów papieskich, w których kwestia ta jest niezwykle mocno akcentowana, jak chociażby encyklika „Centesimus annus”, adhortacje „Christifideles Laici” czy „Ecclesia in Africa” oraz liczne homilie i przemówienia. Zagadnienia te zaczęły zdobywać w katolickiej nauce społecznej coraz bardziej poczesne miejsce, zapewne nie bez wpływu teologii wyzwolenia.
Sama idea wyzwolenia zachowuje ciągle wielką aktualność i nie można jej odnosić jedynie do krajów Trzeciego Świata. W świecie Zachodu człowiek poddany jest innym zniewoleniom: mediów, reklamy, konsumpcjonizmu, seksu, polityki, fałszu, techniki, stylu życia, degradacji środowiska itp. Bez wątpienia pozytywnym wkładem teologów wyzwolenia było silne uwypuklenie tego doczesnego, społecznego wymiaru chrześcijańskiej doktryny wyzwolenia, bo nie jest to tylko wyzwolenie duszy, ale także ciała, nie tylko jednostki, ale społeczeństwa; nie jest wyłącznie owocem łaski Bożej, lecz także strategii ludzi. Dlatego zdecydowanie chrześcijańskie zaangażowanie w wyzwolenie wymaga też bezwzględnego oparcia w doczesności, wymaga pośrednictwa ideologicznego25. Mimo iż czasami, jak się wydaje, teologowie wyzwolenia zbyt mocno eksponowali wzmiankowane kwestie, to jednak w dużej mierze dzięki nim uwrażliwiono szersze kręgi na te problemy. Widoczne stało się to zwłaszcza wśród wiernych latynoamerykańskich, a także wśród księży czy biskupów, choć oczywiście wpływ teologów wyzwolenia nie ogranicza się jedynie do tego kręgu kulturowego.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
- J. B. Metz, Teologia polityczna, Kraków 2000, s. 15.
- Ibid., s. 21–22.
- Ibid., s. 42.
- B. Mondin, Teologowie wyzwolenia, Warszawa 1988, s. 33 i n.
- Dom Helder Camara, Wzajemne stosunki dwóch światów – rozwiniętego i opóźnionego w rozwoju [w:] idem, Godzina Trzeciego Świata. Wybór pism, Warszawa 1973, s. 38.
- G. Gutiérrez, Teologia wyzwolenia, Warszawa 1976, s. 90–91.
- Ibid., s. 30–46.
- Ibid., s. 167.
- Ibid., s. 142.
- B. Mondin, op. cit., s. 124.
- G. Gutiérrez, op. cit., s. 21.
- B. Mondin, op. cit., s. 139
- G. Gutiérrez, op. cit., s. 19–20.
- C. Torres, Stuła i karabin, Warszawa 1972, s. 241.
- Libertatis nuntius, nr 50–51.
- Ibid., nr 62.
- Paweł VI, Octogesima adveniens, nr 34.
- Libertatis nuntius, nr 65.
- Ibid., nr 70–78.
- G. Gutiérrez, op. cit., s. 283.
- Libertatis nuntius, nr 85.
- Ibid., nr 94.
- Libertatis conscientia, nr 68.
- Jan Paweł II, Sollicitudo rei socialis, nr 37.
- B. Mondin, op. cit., s. 161.
przez Szymon Surmacz | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Budowanie zrębów tego, co nazywane jest społeczeństwem obywatelskim, zostało w Polsce powierzone ludziom i organizacjom tworzącym tzw. trzeci sektor. To NGO (organizacje pozarządowe) miały być forpocztą zmian, nieść „kaganek oświaty” i dawać przykład, jak należy tworzyć demokratyczne procedury, angażować społeczeństwo, budować zaufanie i etos współpracy w imię dobra wspólnego. Czy faktycznie się to udaje?
Między Scyllą a Charybdą
Założenie konstytuujące trzeci sektor to bycie pomiędzy sektorem państwa(polityką i administracją)a sektorem biznesowym – gospodarką. Taki rozdział miał służyć wyrazistości formy i przejrzystości działania, a kompleksowość projektowanego systemu miała zapewnić współpraca międzysektorowa. Według tego rozumowania politycy mieli się zająć polityką, biznesmeni gospodarką, a społecznicy – animować przestrzeń publiczną i kształtować normy i zasady, które mają wpływ na pozostałe sektory.
Wieloletnia praktyka pracy w organizacjach pozarządowych skłania mnie do przekonania, że trzeci sektor nie tylko nie funkcjonuje tak, jak zakładano, ale wręcz efekty jego działania są odwrotne do zamierzonych. Zamiast tworzyć społeczeństwo obywatelskie, więzi zaufania i procedury rozwijające demokrację i współdziałanie na rzecz dobra wspólnego, trzeci sektor w znacznej mierze został podporządkowany logice pozostałych, silniejszych sektorów. Po części stał się przedmurzem i przedłużeniem administracji, a po części przyjął logikę i sposób działania charakterystyczne dla sektora komercyjnego.
W konsekwencji dzisiejszy trzeci sektor stanowi atrapę maskującą postępującą oligarchizację życia społecznego. Jest także wentylem bezpieczeństwa, kanalizującym aktywność społeczną w kierunku pożądanym i bezpiecznym dla władzy polityczno-biznesowej. Zamiast tworzyć podmiotowe, demokratyczne i samorządne społeczeństwo, działające w płaszczyźnie poziomej, opartej na ideach równości i współpracy, trzeci sektor staje się bazą dla inicjatyw charytatywnych, funkcjonujących w płaszczyźnie pionowej, ze ścisłą i trwałą hierarchią opartą na nierówności praw i obowiązków. W efekcie nawet osoby zaangażowane w prace „pozarządówki” oduczają się samodzielności, wzmacniają postawę łączącą serwilizm i roszczeniowość wobec sponsorów i przekazują ją swoim beneficjentom.
W przekonaniu tym utwierdzają mnie nie tylko własne doświadczenia szkoleniowca i współpracownika organizacji społecznych, ale także wyniki badań, począwszy od „Diagnozy Społecznej 2011”, po specjalistyczne publikacje dotyczące praktyki i „życia codziennego” trzeciego sektora1.
Czym zajmują się NGO?
Według założeń konstytuujących trzeci sektor ma on się zajmować kwestiami, z których rozwiązaniem państwo sobie nie radzi lub z zasady nie podejmuje się ich rozwiązywania czy obsługi. Obecnie państwo „nie radzi sobie” lub nie chce poradzić z coraz większą liczbą zadań, które są delegowane na organizacje społeczne w trybie tzw. zlecania zadań publicznych. Gdyby przyjrzeć się z bliska programom finansowania organizacji przez administrację, można by dojść do wniosku, że im gorzej się dzieje w społeczeństwie, tym lepiej dla organizacji pozarządowych. Zgodnie z „kryteriami horyzontalnymi” programów dofinansowań, NGO zajmują się osobami chorymi i niedożywionymi, wykluczeniem społecznym, bezdomnymi, zdegradowanym środowiskiem, zakupem sprzętu do szpitali i innymi problemami generowanymi z jednej strony przez gospodarkę opartą na maksymalizacji zysku, z drugiej przez centralne władze publiczne, które zgodnie z neoliberalną doktryną „zmniejszania państwa” zrzekają się odpowiedzialności za coraz większe obszary życia społecznego.
Odpowiedzialność ta przerzucana jest na organizacje społeczne, które w efekcie zaczynają tworzyć „pierścień ochronny” wokół nieudolnej administracji. To do nich przychodzą po poradę lub z prośbą o interwencję niezadowoleni obywatele. Niestety za przekazaniem zadań nie idzie prawna i formalna możliwość wprowadzania jakichkolwiek zmian w „systemie”. Tworzy się więc zwrotna pętla, skutkująca osłabianiem trzeciego sektora: problem społeczny zgłoszenie go do NGO brak możliwości zmiany, w najlepszym wypadku pomoc doraźna rosnące niezadowolenie obywateli brak zaangażowania w życie społeczne.
W ten sposób realizacja idei wspierania/powierzania2 zadań publicznych tworzy po prostu miejsca pracy dla doradców, trenerów, pracowników socjalnych itd., niepotrzebnie obciążone dodatkową biurokracją służącą komunikacji między NGO a urzędem. Jedyną „korzyścią” jest możliwość obsadzania kolejnych stanowisk administracyjnych i biurowych już nie bezpośrednio w samorządzie, lecz w „przylegających” do niego organizacjach.

Te „dziwaczne” procesy coraz większego komplikowania relacji między państwem (samorządem), NGO a obywatelami stają się trochę bardziej zrozumiałe, gdy do „ideologii” zlecania zadań publicznych organizacjom dołoży się fakt opisany w badaniach administracji terenowej: przejawami zawłaszczania sfery społeczno-samorządowej przez partie polityczne jest zakładanie stowarzyszeń i fundacji przez aktywistów partii politycznych (uprzywilejowanych w pozyskiwaniu środków unijnych) oraz lobbing o pieniądze unijne za pośrednictwem partii, zwłaszcza rządzących, na poziomie krajowym i regionalnym3. W ten sposób kasta zawodowych polityków rozszerza strefę swoich wpływów, tworząc syntezę pierwszego i trzeciego sektora, wspólnie okopujących się przed „roszczeniami” niezadowolonych obywateli.
Warto pamiętać o tym obliczu „organizacji społecznych”, kiedy interpretujemy liczne badania trzeciego sektora. W żadnym z nich nie spotkałem pytań o powiązania polityczne liderów organizacji, pełnione przez nich funkcje w samorządzie czy wcześniejszą karierę (w tym również w aparacie PRL). Myślę, że wyniki takich badań byłyby szczególnie interesujące w zestawieniu ze strumieniami publicznych pieniędzy płynących do tego rodzaju „społeczników”.
Gdyby faktycznie dbać o publiczne pieniądze, efektywność systemu i sprawną realizację zadań publicznych, to należałoby przekazać pełną odpowiedzialność za ich realizację administracji samorządowej. Członkowie organizacji społecznych mogliby wtedy realizować konkretne zadania jako „podwykonawcy” (eksperci, specjaliści) dla odpowiedniej komórki w samorządzie. Jeśli wówczas usługi publiczne byłyby kiepskiej jakości, to przynajmniej widoczna będzie korelacja i odpowiedzialność za ten fakt z decyzjami politycznymi i administracyjnymi władzy lokalnej. W obecnym systemie władza może umywać ręce, a ludzie nie są tak wymagający względem „społeczników”, którzy mają „dobre serca”, ale nie zawsze odpowiednie umiejętności organizacyjne. Tymczasem edukacją, usługami socjalnymi i pomocą społeczną zajmuje się łącznie ok. 25% organizacji. W konsekwencji postępującej fali zlecania zadań publicznych organizacjom społecznym obawiam się pogorszenia już słabej jakości usług, za które jeszcze niedawno odpowiadało państwo. Niestety, kolejnym obszarem do „zagospodarowania przez NGO” jest edukacja – prowadzenie szkół i przedszkoli.
Warto dodać, że według badania „Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce” główną domeną działania polskich NGO są sport, turystyka, rekreacja, hobby oraz kultura i sztuka – te kategorie tematyczne zostały zadeklarowane jako podstawowy obszar zainteresowań przez 55% organizacji. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że główną dziedziną aktywności polskich NGO jest szeroko rozumiana organizacja czasu wolnego.
Czy w takim razie trzeci sektor jest nam w ogóle potrzebny? I czym ma się zajmować? Próbę odpowiedzi znajdziemy w „Diagnozie Społecznej”: Wobec słabości państw i agresywnej ekspansji globalizującej się komercji słabnie kultura i znika jej różnorodność – podstawowe przesłanki zrównoważonego rozwoju. Możliwe są trzy scenariusze: wzrost fundamentalizmu, rozwój czwartego sektora (grup przestępczych) lub rozwój trzeciego sektora (odnowienie społeczeństwa obywatelskiego). Jedyny efektywny scenariusz ratujący demokrację i gwarantujący zrównoważony rozwój to budowa trzeciego sektora. Ale to wymaga spełnienia co najmniej dwóch warunków definiujących kapitał społeczny […]: wzajemnego zaufania ludzi i znacznego udziału wolontariatu w populacji osób aktywnych zawodowo. […] Polska nie spełnia ani jednego z tych dwóch kryteriów społeczeństwa obywatelskiego.
W świetle powyższych rozważań nie jest istotne, czy NGO zajmuje się sportem, opieką nad dziećmi, czy dziennikarstwem obywatelskim. Ważne jest to, żeby wartością dodaną tej pracy była odbudowa społecznego zaufania oraz włączanie w swoją orbitę coraz większej liczby osób – jako członków i wolontariuszy. Wspólna praca i realizacja nawet najprostszych zadań są znacznie cenniejsze niż pogoń za finansami, profesjonalizacja czy rozwój infrastruktury, czyli te wszystkie „wartości”, które niestety są wskazywane przez społeczników jako największe bolączki swojego sektora.
Badania „Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce” pokazują, że najbardziej cenionym przez trzeci sektor tematem szkoleń jest pozyskiwanie funduszy – 22% respondentów wskazało je jako najbardziej istotne. Pozyskiwanie wolontariuszy jako najważniejsze postrzega zaledwie 7%. Dla mnie szczególnie zaskakujące jest to, że najbardziej oczywista prawda – iż pieniądze są pochodną pracy i że źródła finansowania powinno się szukać w działalności odpłatnej i gospodarczej – jest zrozumiała jedynie dla 4% badanych. Najbardziej pożądaną tematyką szkoleń jest „pozyskiwanie funduszy”, ale tylko 4% organizacji chce dowiedzieć się, jak zarabiać pieniądze. Świadczy to moim zdaniem o roszczeniowości „społeczników”, którzy coraz lepiej wyceniają swoją pracę, gdy płaci za nią „państwo” lub inny sponsor instytucjonalny, ale nie bardzo chcą pracować, żeby zarobione pieniądze oddać na cel społeczny, tj. statutowe zadania swojej organizacji.
Nie można postawić zarzutu zupełnego braku działań i energii w trzecim sektorze. Pompowane są w niego niemałe pieniądze, powstają raporty pokazujące prężnie rosnące „społeczeństwo obywatelskie”, odbywają się setki szkoleń i warsztatów, w obiegu są tysiące publikacji „profesjonalizujących” działania organizacji pozarządowych. Jednak, jak powiedział kiedyś klasyk zarządzania, Peter Drucker, ruch to nie to samo co postęp.
Sądzę, że w dużej mierze za fasadowość „trzeciego sektora” odpowiadają trzy zasadnicze problemy: złe założenia strategiczne; niewielka liczba prostych, praktycznych działań pozwalających każdemu „dotknąć i zrozumieć”, czym jest i jak powinna działać demokracja; demotywujący system finansowania działań społecznych.
Błędne odpowiedzi
Dokumentem wyznaczającym kierunek rozwoju trzeciego sektora jest obecnie „Strategia wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego na lata 2009–2015” (SWRSO)4. W jej końcowych zaleceniach możemy przeczytać m.in.: Wiele wskazuje na to, że w Polsce mamy do czynienia z obywatelską apatią, a deficyt demokratyczny jest naprawdę głęboki. Ludzie często koncentrują się przede wszystkim na swoich własnych sprawach, a sprawy publiczne obchodzą ich coraz mniej. Aby umożliwić obywatelom aktywne uczestniczenie w życiu publicznym, trzeba stworzyć im odpowiednie warunki i wyposażyć ich w konkretne zasoby i umiejętności, które takie uczestnictwo umożliwiają5.
Czym mają być warunki, zasoby i umiejętności,w które mamy to apatyczne społeczeństwo wyposażyć? Twórcy SWRSO mają prostą, by nie rzec prostacką, odpowiedź: Świadomość społeczna (prawna, ekonomiczna, polityczna) jest funkcją aktywizacji obywateli w sprawach publicznych. Zrozumienie procesów społeczno-ekonomicznych, spraw publicznych, sytuacji życiowej jest możliwe jedynie poprzez skutecznie działający system bezpłatnej informacji, poradnictwa obywatelskiego i pomocy prawnej6[podkreślenie moje – S.S.].
Dokument wytyczający strategię tworzenia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, a w konsekwencji bazy dla ustroju demokratycznego, zakłada więc, że zrozumienie istoty samorządności i współdziałania, kształtowania procesów legislacyjnych, kontroli wydatków budżetowych, zależności między wyborem władzy a praktyką rządzenia, jest możliwe jedynie poprzez lekturę abstrakcyjnych czytanek w systemie bezpłatnej informacji oraz wskutek korzystania z porad prawnych w instytucjach, których nazwy i sposób działania kojarzą nam się głównie z przerośniętą i „nieprzyjazną” biurokracją. Taki pomysł można porównać do chęci nauczenia kogoś łowienia ryb nie poprzez zaoferowanie wędki i wskazanie akwenu wodnego, lecz za pomocą pokazania ich na obrazku i pobieżnym wytłumaczeniu, jak kręcić kołowrotkiem i kiedy zacinać.
Dotknąć i zrozumieć
Jak napisał kiedyś Edward Abbey, najlepszą receptą na bolączki demokracji jest więcej demokracji. W naszym kraju, dzięki intensywnej pracy „edukacyjnej” NGO, można o demokracji dużo usłyszeć, za to próba jej dotknięcia przypomina pogoń za jednorożcem. „Pozarządowcy” produkują tony zadrukowanego papieru i jeszcze więcej bitów poukładanych w setki stron internetowych, na których rekordy popularności biją słowa „partycypacja” i „aktywizacja”. Gdyby demokrację mierzyć zestawieniem słów-kluczy pojawiających się w publikacjach polskiego trzeciego sektora, to Szwajcarzy mogliby do nas przyjeżdżać po nauki na wizyty studyjne. Jednak realia, takie jak malejąca liczba członków stowarzyszeń czy rosnąca przepaść między działaniami decydentów a „głosem społecznym”, pokazują nam, że mamy do czynienia z głębokim kryzysem polskiej demokracji i zaangażowania obywateli w życie społeczno-polityczne.
Sam trzeci sektor ma tu bardzo dużo do nadrobienia. W „pozarządówce” mnóstwo jest wolontariuszy i pracowników, a rzadko kiedy słyszy się o tym, że ktoś jest po prostu członkiem jakiejś organizacji. W „edukacji obywatelskiej” wiodą prym fundacje o zhierarchizowanej strukturze, mające tyle wspólnego z samorządnością i samoorganizacją, co właścicielskie spółki kapitałowe.
Moim zdaniem powinno być to światło ostrzegawcze dla twórców systemu, że z pisania i edukacji nakierowanej głównie na zmianę wiedzy wynika niewiele. Między informacją/wiedzą a działaniem mamy do pokonania jeszcze jeden schodek. Jest nim zmiana postawy. Jak ją osiągnąć? Dziecko nie nauczy się czytania książek wskutek słuchania opowieści o ich czytaniu. Nabierze takiego nawyku, jeśli będziemy mu czytali książki i gdy samo zaobserwuje nas czytających. Nie zrozumie objaśnień, że żelazko jest gorące, a woda mokra. Pojęcia gorąca czy wilgoci będą dla niego abstrakcyjne, dopóki się nie sparzy czy nie zanurzy ręki w wodzie. Tak samo abstrakcyjnym pojęciem dla znacznej większości naszego społeczeństwa jest demokracja. Skąd mają ją znać, skąd mają wiedzieć, jak działa, skoro nigdy jej nie dotknęli? Przez dwa pokolenia ktoś za nich myślał i decydował, a gdy chcieli zrobić coś po swojemu – walił pałką przez plecy.
Potrzebujemy nauki demokracji od samych podstaw poprzez działania praktyczne, począwszy od najmłodszych lat. Jest na to wiele miejsc: samorząd szkolny i klasowy, wspólnota mieszkaniowa, koła zainteresowań, kluby osiedlowe czy miejsca pracy, w których spędzamy znaczną część życia. To w mikroorganizacjach demokratycznych może kształtować się praktyczny i dobrze rozumiany „duch polityczny” społeczeństwa obywatelskiego.
Jeśli ludzie nie poznają w praktyce, co oznacza możliwość zmiany szefa (głosami walnego zebrania), który działa na niekorzyść ich wspólnej organizacji; jeśli nie nauczą się rozumieć i uchwalać zapisów w statucie, dzięki którym będą mieli wpływ na swoje miejsce zamieszkania; jeśli dzieci nie będą mogły odwołać przewodniczącego klasy, który mimo że jest pupilkiem wychowawczyni, to nie zdobył zaufania całej klasy; jeśli pracownicy nie poczują, że ich firma może zbankrutować, gdy nie wezmą się wszyscy solidarnie do pracy – to trudno oczekiwać, że jako mieszkańcy miasta czy gminy będą partycypować w stanowieniu lokalnego prawa, dbać o rzetelne wydawanie publicznych pieniędzy, a na szczeblu państwa nie pozostawią „zarządzania” naszym wspólnym majątkiem ludziom, którym nie ufają, oraz nie będą poddani regulacjom, które działają na ich szkodę.
Dopiero poprzez tak rozumianą praktykę ludzie mogą poznać na własnej skórze znaczenie słów „współodpowiedzialność”, „współdecydowanie”, „współdziałanie” i „solidarność”. Nie nauczą ich tego nawet najlepszy prawnik, „trener pozarządowy”, strona internetowa czy kurs lub warsztat „aktywności obywatelskiej”.
Mechanizmy finansowania
Trzecim z winowajców słabości społeczeństwa obywatelskiego jest demotywujący i ubezwłasnowolniający model finansowania działalności organizacji pozarządowych. Owocuje on „uwiązaniem u klamki” sponsora, którymi najczęściej są administracja państwowa oraz lokalny „układ” polityczny. W efekcie przestają one czuć obywatelski „oddech na plecach”, który w teoretycznych założeniach miał być formą kontroli władzy. Zamienia się on w żałosne sapanie o dotacje na utrzymanie biura i etatów dla zawodowych „aktywistów”.
Jest to przyczyną procesu, który Agnieszka Graff nazwała „NGO-izacją”. Organizacje pozarządowe wyrastają z pewnej odważnej, wręcz utopijnej wizji sprawiedliwości, z pragnienia głębokiej zmiany społecznej. Jednak odchodzą od tej szerokiej perspektywy, bo zajęte są własnym przetrwaniem. Ubiegają się o granty, uczą się biurokratycznej nowomowy, a realizując wymagania systemu, zatracają własną antysystemową tożsamość7. Nic dziwnego, skoro system wymagający od nich przede wszystkim sprawnego rozliczania przyznawanych dotacji wytworzył specyficzny rynek – premiuje on tych, którzy lepiej przyswoili urzędowy żargon i potrafią sprawniej „absorbować środki”.
Co gorsza, organizacje do swoich działań coraz mniej potrzebują społeczeństwa. W ciekawy sposób podsumowuje to w swoich badaniach nad kampaniami 1% dr Grażyna Piechota: Badania pokazują rosnącą tendencję do przekazywania 1 procenta podatku, ale jednocześnie towarzyszy temu przekaz „bo nic nas to nie kosztuje” (takie sentencje słychać dość często w samych przekazach medialnych skierowanych przez organizacje do otoczenia). To prawda, koszt społecznego zaangażowania jest praktycznie żaden […]. Tym samym odczuwalny staje się dysonans polegający na zachęcaniu Polaków do wspierania organizacji, a zatem pewnej społecznej aktywności, ale zarazem podkreślania faktu, że nie wymaga to żadnego zaangażowania. […] Można zatem apele płynące od samych organizacji pożytku publicznego odczytywać jako następujący przekaz: dajcie nam pieniądze, a my zrealizujemy zakładane cele i ukształtujemy instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Bez obywateli!
Słuszna wydaje się uwaga, że Jednym z warunków rzeczywistego rozwoju potencjału społeczeństwa obywatelskiego jest posiadanie przez organizacje pozarządowe własnego majątku8. Skąd ten majątek ma się brać? Przyjęte w Polsce zasady zakładają, że każda niewykorzystana (zaoszczędzona) złotówka pochodząca z dotacji musi zostać zwrócona sponsorowi, a jakakolwiek nadwyżka finansowa na koniec roku wywołuje panikę w działach księgowości organizacji społecznych, bo działalność pożytku publicznego musi bilansować się na zero. Ten model zdecydowanie trafniej byłoby nazwać społeczeństwem charytatywnym niż obywatelskim.
W modelu charytatywnym (patronackim) działania na rzecz wspólnoty mają swojego patrona, który je finansuje. To patron decyduje, na co i komu dać pieniądze. Jego siła wynika z posiadanych funduszy, dzięki którym może on „kupić” usługi charytatywne czy zapewnić infrastrukturę niezbędną do ich świadczenia. W przyjętym w Polsce modelu finansowania NGO z dotacji publicznych oraz z ochłapów rzucanych przez działy marketingu wielkich firm niezależność organizacji obywatelskich należy włożyć między bajki.
Model obywatelski (samorządny) opiera sięw pierwszej kolejności na aktywnej i autonomicznej współpracy ludzi. Do działania potrzebują oni łączącego ich systemu wartości i zaufania, czyli bazą jest kapitał społeczny. Jednak niezależność trzeciego sektora nie może polegać na zastąpieniu pieniędzy od sponsorów – wolontariatem.
Podsumowując: organizacje społeczne, wykastrowane z politycznego zaangażowania i swoistej „antysystemowości” oraz pozbawione siły płynącej z gospodarczej niezależności, z potencjalnie prężnego i bojowego organizmu stojącego w awangardzie walki o lepszy świat stają się mizernym „planktonem” rozdrobnionych i nic nie znaczących „organizacji pozarządowych”, uzupełnianym wąską kastą (często upolitycznionych) organizacji-molochów, przerabiających miliony publicznych złotych na badania i publikacje uzasadniające „systemową” konieczność ich istnienia. Kluczowym zadaniem tej kategorii podmiotów jest podtrzymywanie status quo.
Próba przełamania impasu
Uważam, że aby stworzyć państwo rzeczywiście demokratyczne, powinniśmy opierać się na strukturach łączących społeczne zaangażowanie, świadomość polityczną oraz samodzielność ekonomiczną (przedsiębiorczość).
Niewykluczone, że koncepcja „trzeciego sektora” sprawdza się w bardziej stabilnych demokracjach, osadzonych w innej kulturze, kształtowanej od wielu dekad, z administracją, która samoistnie dąży do modelu governance not government, i politykami, którzy traktują swoje zajęcie jako służbę. Potencjalnie ten model ma bez wątpienia liczne zalety, ale wymaga znacznie dłuższego okresu „programowania” i nie powstanie w próżni.Zatem zamiast się obrażać na „niedojrzałe” społeczeństwo, może warto wyjść mu naprzeciw i wdrażać demokratyczne procedury i zasady gospodarki społecznej w takich obszarach, gdzie ta aktywność się pojawia.
Zamiast zlecać organizacjom gotowe zadania, państwo powinno przyjąć rolę podobną do tej, jaką pełnią finansiści venture capital dla start-upów biznesowych, czyli wprowadzić strategie i procedury premiujące te organizacje, które wykażą w swoim „biznesplanie” pomysły na pokrycie kosztów niezbędnej infrastruktury, plany rozwoju bazy społecznej dla swoich działań, rozumiane jako relacje „oferta – odbiorcy”, i wiarygodne wskaźniki pomiaru rocznego „zwrotu kapitału społecznego” uzyskiwany dzięki rosnącej liczbie odbiorców działań (zaangażowanych w pomoc, wolontariat, partycypację w zarządzaniu organizacją itd.).
Nowy trzeci sektor powinien być tworzony przez organizacje hybrydowe, mające własne, stabilne źródła finansowania, twardy fundament aksjologiczny i praktyczne działania zmierzające do angażowania wokół siebie społeczności, budowania kadr i poczucia identyfikacji z organizacją.
Krokiem w dobrą stronę jest w mojej opinii przedsiębiorczość społeczna, oparta na ustawie o spółdzielniach socjalnych oraz na rosnących zachętach dla NGO do usamodzielniania się finansowego poprzez działalność odpłatną i gospodarczą. Chodzi o podejmowanie działalności biznesowej przez stowarzyszenia, które bazując na posiadanym „kapitale ludzkim” (członkach stowarzyszenia), mogą tworzyć wzorcowe miejsca pracy o demokratycznej strukturze własności, odpowiedzialności zarządu wobec pracowników – przy jednoczesnym zaangażowaniu „firmy” w osiąganie wyznaczonych celów społecznych. Rozwój takich mikrostruktur demokracji można rozumieć jako tworzenie stabilnych i niezależnych komórek, które poprzez lokalne, regionalne i ogólnopolskie związki (stowarzyszenia osób prawnych) utworzą większe tkanki demokratycznego, samorządnego i w znacznej mierze samowystarczalnego gospodarczo społeczeństwa obywatelskiego.
W takiej sytuacji system publicznych dotacji dla NGO mógłby stać się jedynie dodatkiem i wsparciemdla dążącego do autonomii ekonomicznej modelu samofinansowania działań statutowych. W ramach zapewniania ciągłości finansowania organizacji pożytku publicznego strategiczną zasadą powinno być traktowanie zleceń publicznych na równi z aktywnością o charakterze przedsiębiorczym.
Co powinno charakteryzować „etosowe” i faktycznie demokratyczne przedsiębiorstwa społeczne, jeśli mają one być bazą dla emancypacji i zaangażowania społecznego? Kluczowe zasady organizacyjne można zawrzeć w następujących postulatach.
Równość. Jedna osoba = jeden głos. To fundamentalna różnica w stosunku do spółek kapitałowych, a także – o czym mówi się rzadko – fundacji. Zasada równości ma kluczowe znaczenie nie tylko w przypadku demokratycznych przedsiębiorstw, ale i całego systemu społecznego. Przyjęcie „nierynkowej” zasady, że podczas walnego zebrania członków, tak jak i podczas wyborów powszechnych, głos sprzątaczki jest równoważny głosowi prezesa, ma ważne znaczenie aksjologiczne. Oznacza poszanowanie ludzkiej godności i wartości pracy; jest też punktem wyjścia w walce o rzeczywistą równość szans. Wreszcie – możliwość współdecydowania na równych prawach posiada silne działanie motywacyjne, zachęca do rozwijania własnych kompetencji, większej ofiarności, wzmacnia rolę kooperacji i zmniejsza wewnętrzną konkurencję. Walne zebranie, które ma dostęp do dokumentów finansowych i ufa komisji rewizyjnej, znając doskonale kompetencje ludzi w swojej organizacji, ma najlepsze predyspozycje do podejmowania decyzji strategicznych.
Współwłasność = współodpowiedzialność. Polskie społeczeństwo oduczono dbania o „wspólne”, które zdaniem wielu oznacza „niczyje”. Dlatego konieczne jest akcentowanie współwłasności i współodpowiedzialności (również materialnej) na najbardziej podstawowych szczeblach naszego życia. Zacząć trzeba od zwiększania skali współwłasności w gospodarce. Mamy zdecydowanie mniejsze skłonności do „okradania” samych siebie niż naszych (często nielubianych) pracodawców.
Demokratyczna kontrola i samorządność. Możliwość stanowienia „prawa lokalnego”, zgodnego z wolą „udziałowców”, jest jednocześnie nauką korzystania z procedur demokratycznych na wyższych szczeblach organizacji społeczeństwa. Nieobecny na walnym zebraniu nie ma głosu i musi podporządkować się prawu, które ktoś ustanowił w jego imieniu. Nie ma też wpływu na wybór władz, których decyzje będą go obowiązywały. Z drugiej strony zasady, na które zgadzamy się dobrowolnie pod wpływem racjonalnej argumentacji, a zwłaszcza te, które współtworzymy, stosujemy w praktyce znacznie chętniej niż prawo oparte na odgórnych nakazach.
Otwartość. Model inkluzyjny jest najbardziej istotną cechą dającą przewagę konkurencyjną nad biznesem opartym na kapitale finansowym. Jeżeli biznes społeczny ma się opierać na wiedzy i umiejętnościach członków, to zwiększanie jakości oraz liczebności bazy członkowskiej jest priorytetowym działaniem strategicznym.
Edukacja. Jakość pracy i postawę członków/pracowników należy poprawiać poprzez nieustanne podnoszenie ich wiedzy oraz morale. Szkolenia, pogadanki ideowe, spotkania wewnętrzne, pokazy filmów, dyskusje na tematy społeczne itd., innymi słowy działania na rzecz rozwijania wiedzy, umiejętności i ducha członków organizacji powinny należeć do kluczowych form jej aktywności. Koncentracja wyłącznie na osiąganiu sprawności ekonomicznej prowadzi wcześniej czy później do przyjęcia logiki spółek kapitałowych i prymatu zysku nad wartościami humanistycznymi.
Kadencyjność władz. Edukacja i samokształcenie umożliwiają „przejmowanie pałeczki” przez kolejne pokolenia działaczy. Jest to szczególnie istotne w szybko zmieniającym się świecie rewolucji informacyjnej, w którym zarząd pozbawiony dopływu „świeżej krwi” może przestać rozumieć otaczającą rzeczywistość albo nie umieć wykorzystać szans, jakie oferują nowe technologie i rozwiązania.
Państwo, jeśli ma animować rozwój tego typu przedsięwzięć, powinno mocniej akcentować finansowanie działań zmierzających do trwałego ustalania procedur organizacyjnych oraz wspierać w pierwszej kolejności tych, którzy działają w zgodzie z powyższym kanonem zasad samoorganizacji. Więcej uwagi przykładać do zasad i metod działania niż wyłącznie do efektów, jakie są osiągnięte dzięki „realizacji projektów”. Ważnym zadaniem dla budowania sensownego trzeciego sektora nie jest odpowiedź na pytanie, co mają robić organizacje, ale w jaki sposób.Odpowiednio zorganizowana fabryka gwoździ może być lepszą szkołą demokracji i partycypacji niż zhierarchizowana fundacja publikująca dziesiątki podręczników na temat „aktywności obywatelskiej”.
Szymon Surmacz
Przypisy:
- W tekście odwołuję się do: Diagnoza Społeczna 2011. Warunki i jakość życia Polaków, red. J. Czapiński, T. Panek, Warszawa 2011; Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce, Stowarzyszenie Klon/Jawor, Warszawa 2012; G. Piechota, Organizacje pożytku publicznego – w drodze do społeczeństwa obywatelskiego?, Katowice 2011; Narastające dysfunkcje, zasadnicze dylematy, konieczne działania. Raport o stanie samorządności terytorialnej w Polsce, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Małopolska Szkoła Administracji Publicznej, Kraków 2013. Badań wskazujących wprost lub pośrednio na słabości trzeciego sektora jest znacznie więcej, warto przyjrzeć się np. publikacjom wydawanym w ramach projektu „Decydujmy Razem”: http://www.decydujmyrazem.pl/publikacje/decydujmy_razem_.html oraz regularnie aktualizowanym badaniom trzeciego sektora publikowanym na portalu http://civicpedia.ngo.pl/
- W praktyce działania NGO istotne jest rozróżnianie tych pojęć. Wspieranie oznacza konieczność posiadania w NGO własnych środków; powierzanie jest związane z całkowitym przerzuceniem wykonania zadania na NGO, które dostaje pełne dofinansowanie w postaci dotacji. W praktyce najczęściej stosuje się wspieranie w drodze konkursów.
- Narastające dysfunkcje…, op. cit., s. 32.
- Załącznik do uchwały nr 240/2008 Rady Ministrów z dnia 4 listopada 2008 r.
- SWRSO, s. 42.
- SWRSO, s. 43.
- A. Graff, Urzędasy, bez serc, bez ducha, wyborcza.pl, 6 stycznia 2010, http://wyborcza.pl/1,75515,7425493,Urzedasy__bez_serc__bez_
ducha__Organizacje_pozarzadowe_.html
- Prof. Ewa Leś, Rola Rady Działalności Pożytku Publicznego w kształtowaniu polskiego dialogu obywatelskiego i demokracji uczestniczącej, wykład wygłoszony podczas inauguracyjnego posiedzenia Rady Działalności Pożytku Publicznego, 27 listopada 2003 r.
przez Jakub Rozenbaum | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Wielu osobom socjologia kojarzy się ze słupkami sondaży wyborczych i komentującymi je wciąż tymi samymi „ekspertami”. Ewentualnie z kierunkiem studiów, który jest dobrą gwarancją bezrobocia jego absolwenta. Rzeczywista rola, jaką ta dziedzina może odgrywać, jest niemal nieobecna w potocznej świadomości. Dzieje się tak po części dlatego, że wśród samych socjologów nie ma zgody w tej kwestii. Jednak nauki społeczne mogą stać się ważnym elementem walki o lepszy świat. Taką właśnie wizję proponuje koncepcja „socjologii publicznej”.
W 1959 r. Amerykanin Charles Wright Mills napisał książkę pt. „Wyobraźnia socjologiczna”. Tytułową wyobraźnię zdefiniował jako umiejętność ukazywania związku pomiędzy prywatnymi troskami pojedynczych osób czy rodzin i publicznymi problemami tkwiącymi w strukturze społecznej. Socjologia, poprzez ujawnianie społecznych przyczyn indywidualnych trosk, miała dawać podstawy do zmiany zastanej rzeczywistości.
Propozycja Millsa jest jedną z głośniejszych definicji społecznej roli socjologii1. Dla niektórych taka wizja zaangażowania się nauk społecznych na rzecz zmiany niesprawiedliwego świata może się wydać czymś oczywistym, ale wśród samych socjologów ma ona wielu przeciwników, broniących „obiektywności” i „bezstronności” nauki. Dlatego w dzisiejszych czasach również powstają idee, które mają uzasadniać aktywny udział socjologów w życiu społecznym. Jedną z nich jest „socjologia publiczna”.
Głównym orędownikiem tej koncepcji jest Michael Burawoy, wykładający w Berkeley Brytyjczyk rosyjskiego pochodzenia. Obecnie jest on przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego. Od kilkunastu lat wykorzystuje każdą okazję, by przekonywać naukowców w różnych zakątkach świata o zobowiązaniach socjologii wobec społeczeństwa. Pojęcie socjologii publicznej jest jednak nieco niedookreślone, funkcjonuje bardziej jako symbol i każdy rozumie je trochę inaczej.
Nurt ten opiera się przede wszystkim na zerwaniu z ideałem obiektywnej nauki, spoglądającej z góry na świat i poszukującej uniwersalnych praw, zgodnie z którymi funkcjonują społeczeństwa. Socjologia publiczna nie dąży do poznawania prawdy dla niej samej, jest zawsze „po coś”. Kluczowa jest relacja naukowca nie z obiektywną wiedzą naukową, lecz ze społeczeństwem, do którego należy. Stąd przymiotnik „publiczna” – socjolog wchodzi z różnymi „publicznościami” w dialog, żeby zdobyć wiedzę o ich problemach czekających na rozwiązanie lub przekazać im wyniki własnych badań czy nawet działać razem z nimi. Najbardziej interesują go stan i problemy otaczającego świata, a nie rozwijanie teorii czy metodologii – to ostatnie jest wtórne i podporządkowane celom praktycznym.
Socjolog publiczny nie jest neutralny. Podkreślana przez niektórych naukowców neutralność czy obiektywność jest zresztą często fałszywa i maskuje wspieranie status quo. Socjolog publiczny staje po stronie społeczeństwa i – jak to mówi Burawoy – przeciwko z jednej strony despotyzmowi przerośniętego państwa oraz tyranii rynków z drugiej. Taka postawa nie może mieć formy abstrakcyjnej, lecz zawsze przejawia się w sposób konkretny; szczególnej wagi nabierają więc lokalne problemy, charakterystyczne dla społeczności, której socjolog jest częścią. To, czy są one istotne z punktu widzenia ogólnej teorii socjologicznej, traci na znaczeniu.
Nic nowego pod słońcem?
Oczywiście taka wizja nie jest wyjątkowym, rewolucyjnym odkryciem. W historii zarówno zagranicznej, jak i polskiej socjologii mamy mnóstwo przykładów takiego podejścia. W zasadzie cała socjologia jako dyscyplina ukształtowała się w odpowiedzi na problemy społeczne czasów rewolucji przemysłowej i miała im zaradzić.
Polscy socjologowie przełomu XIX i XX wieku byli w o tyle specyficznej sytuacji, że poza tzw. kwestią społeczną zajmowała ich również „sprawa polska”. Wielu z nich uznawało za zrozumiałe samo przez się, że nauka ma wspierać rozwiązanie zarówno jednej, jak i drugiej. W niedawno wydanej, imponującej monografii wsi Żmiąca Michał Łuczewski przywołuje postać Franciszka Bujaka, pierwszego badacza tej wsi (1903), który uznawał naukę za służebną wobec szczęścia, dobrobytu i moralnego postępu społeczeństwa. Punktem wyjścia do badań Bujaka była zresztą akcja gromadzenia wiedzy na temat galicyjskiej miejscowości przez socjalistycznego posła Ignacego Daszyńskiego – jej wyniki miały posłużyć do stworzenia planu reform, który mógłby zostać zaprezentowany w parlamencie austriackim2.
Przypadek Bujaka nie jest odosobniony jako przykład wykorzystywania wiedzy naukowej do przygotowania gruntu pod budowę przyszłego państwa. Była to ówcześnie praktyka powszechna. Podobnie zresztą wyglądała sytuacja u schyłku PRL-u – np. przy Obywatelskim Klubie Parlamentarnym powstał Zespół Doradców Socjologicznych. Analogia między tymi dwoma okresami jest jednak ograniczona, ponieważ odróżnia je jedna zasadnicza cecha. O ile po 1989 r. większość socjologów wycofała się z aktywnej działalności na rzecz zmiany społecznej, uznając powstanie III RP za zrealizowanie swego celu, o tyle kilkadziesiąt lat wcześniej uzyskanie niepodległości było dla wielu naukowców-działaczy impulsem do jeszcze większej aktywności społecznej i wykorzystania pojawiających się możliwości.
Niektóre instytucje naukowe działające w dwudziestoleciu międzywojennym wciąż budzą podziw i zazdrość. Przypomniane w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” „Pamiętniki bezrobotnych”, przygotowane przez zespół pod kierownictwem Ludwika Krzywickiego, były jednym z najbardziej znanych przedsięwzięć Instytutu Gospodarstwa Społecznego. Działalność tej instytucji była w pełni podporządkowana celom społecznym. Instytut był niezależną jednostką, dysponującą minimalnym budżetem, koncentrującą aktywność na badaniu najpoważniejszych problemów społecznych. Szczególną wagę przywiązywano do kwestii robotniczej, współpracowano przy tym ściśle ze związkami zawodowymi3.
Przedsięwzięć tego typu co IGS było dużo więcej, nie tylko w okresie międzywojennym (choć ich skala była wtedy wyjątkowa) i rzecz jasna nie tylko w Polsce. Tak zwana szkoła chicagowska (nie należy mylić z podobnie nazywanym, chronologicznie późniejszym nurtem ekonomii neoklasycznej), z której wyrosła większa część amerykańskiej socjologii, była od początku zorientowana na kwestię problemów społecznych i poszukiwania sposobów ich rozwiązywania. Do tego nurtu należał między innymi William F. Whyte, autor monografii „Street Corner Society” (1943). Był on pionierem metody „obserwacji uczestniczącej” – spędził w środowisku włoskich młodocianych gangów w Bostonie 3 lata, dzięki czemu mógł przedstawić życie i problemy imigrantów z ich perspektywy.
Jeszcze dalej poszedł inny zagraniczny naukowiec, kojarzony u nas przede wszystkim dzięki polskiemu „akcentowi”. Mowa tu o Alainie Touraine. Jego znakiem rozpoznawczym stała się metoda „interwencji socjologicznej”, której nazwa mówi sama za siebie. Najbardziej znanym jej wykorzystaniem były badania poświęcone ruchowi i obliczu „Solidarności”. Celem Touraine’a nie było jedynie spojrzenia na ruch społeczny z perspektywy jego członków – chciał również, by to sami jego uczestnicy stali się badaczami i w efekcie lepiej zrozumieli kontekst swoich działań, co miało prowadzić do zmiany.
Współczesna odpowiedź na współczesne wyzwania
Skoro badania/działania realizujące postulaty socjologii publicznej nie są niczym nowym, to po co mnożyć koncepcje? Czy warto w ogóle o tym mówić? Jest kilka powodów, by odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Jeden podaje Michael Burawoy: Nie ma nic nowego w socjologii publicznej; to, co jest nowe, to groźny kontekst, w którym żyjemy4. Ten kontekst to czasy dominacji rynku, która zagraża podstawom życia społecznego.
Chciałbym zwrócić uwagę na kilka innych powodów, dla których warto mówić o socjologii publicznej, szczególnie w polskim kontekście. Po pierwsze w Polsce silną pozycję ma podejście idealizujące obiektywizm nauki i zwalczające tych, którzy nie chcą pozostawać w roli zdystansowanego obserwatora życia społecznego. Piotr Sztompka, najbardziej znany za granicą polski socjolog (poza Zygmuntem Baumanem, który wszakże światową sławę zyskał podczas pracy na Zachodzie), w wykładzie inauguracyjnym dla studentów I roku Instytutu Socjologii UJ we wrześniu 2012 r. uznał za jedno z dwóch największych zagrożeń dla socjologii lewacki aktywizm przynoszący ideologizację i polityzację socjologii, wzywający do akcji rewolucyjnej, a nie do myślenia, przemawiający do emocji, a nie do rozumu, prowadzący socjologów na barykady zamiast do bibliotek5. W sytuacji, w której dominujący nurt socjologii polskiej nie sprzyja rozwijaniu badań zaangażowanych społecznie, potrzebne są idee, które pozwolą obronić własny punkt widzenia.
Po drugie jako że badania zaangażowane nie należą do głównego nurtu socjologii, niezwykle ważna jest współpraca pomiędzy wszystkimi, którym owa postawa jest bliska, i nagłaśnianie takich przedsięwzięć. Z jednej strony chodzi o stworzenie sieci osób o podobnym podejściu, co pozwoliłoby na podejmowanie działań o większym zasięgu, choć podmioty w rodzaju Instytutu Gospodarstwa Społecznego pozostają obecnie najwyżej w sferze marzeń. Co ważniejsze, współpraca jest niezbędna, aby pokazać szerszej publiczności, że socjologia to nie tylko marnowanie czasu respondentów na głupie ankiety – lecz że nauki społeczne mogłyby stać się integralną częścią życia publicznego. Na współpracę – zwłaszcza w wymiarze międzynarodowym – duży nacisk położył Burawoy. Powołał do życia biuletyn o nazwie „Globalny Dialog”6, poprzez który socjologowie z różnych krajów mogą wzajemnie inspirować się doświadczeniami badań zaangażowanych, i stara się animować podobne inicjatywy na poziomie lokalnym. Próbą realizacji tej idei na rodzimym gruncie jest założone półtora roku temu na Uniwersytecie Warszawskim Koło Naukowe Socjologii Publicznej, które zajmuje się m.in. przekładem „Globalnego Dialogu” na język polski.
Dwa powyższe wątki mają związek ze specyfiką socjologii jako dyscypliny w Polsce. Nie miejsce tu na dociekanie przyczyn, ale socjologia w Polsce silnie aspiruje do bycia nauką przez duże N – porównuje się do nauk ścisłych, takich jak biologia czy fizyka, i stąd tak duża waga przywiązywana do „obiektywności”. Socjologia publiczna nie jest naukowa w takim rozumieniu, dlatego nie ma dla niej miejsca w głównym nurcie akademickim. Tym ważniejsze jest więc stworzenie dla niej silnej tożsamości, dzięki której będzie mogła się rozwijać pomimo braku instytucjonalnego wsparcia.
Warto zauważyć, że inne pokrewne dziedziny nie mają takiego problemu, ponieważ z założenia są nastawione na praktyczne zastosowanie. Pedagogika społeczna – dziedzictwo słynnej działaczki oświatowej z I połowy XX wieku, Heleny Radlińskiej – jest na dobre zadomowiona na wydziałach pedagogicznych, choć pozostaje pytanie, czy za miejscem w podstawie programowej idzie też właściwa postawa etyczna, charakterystyczna dla tego nurtu. Jeśli chodzi o antropologię, to animacja kultury – dziedzina, której istotę stanowi działanie w lokalnej społeczności – jest wizytówką np. warszawskiego Instytutu Kultury Polskiej. Praca socjalna – również zawdzięczająca wiele Radlińskiej – jest dziedziną nauki, ale przede wszystkim praktycznym działaniem. Co znamienne, „badania w działaniu”, będące istotną częścią zaangażowanej socjologii na świecie, w polskiej socjologii niemal nie istnieją – są za to dość szeroko omawiane w takich praktycznych dziedzinach jak pedagogika czy zarządzanie.
Być może więc zamiast pisać o „socjologii publicznej”, lepiej rozszerzyć to pojęcie na „publiczne nauki społeczne” lub zacząć mówić o „społecznej odpowiedzialności nauk społecznych”. W badaniach zaangażowanych granice między dyscyplinami są ostatecznie drugorzędne. Pojęcie „socjologii publicznej” jest ważne o tyle, że mogą się w nim łatwiej odnaleźć osoby o instytucjonalnej tożsamości związanej z socjologią. Ale tak naprawdę liczy się cel, któremu służy nauka, i w tym sensie interdyscyplinarność należy do istoty omawianego nurtu.
Ostatnia przyczyna, dla której warto mówić o osobnym nurcie socjologii publicznej, jest według mnie najważniejsza. Od pewnego czasu mówi się w naukach społecznych o zmianie określanej jako „zwrot działaniowy” albo „zwrot partycypacyjny”. Coraz większe znaczenie zaczynają mieć nie tylko cel nauki i związany z nim wybór tematów badawczych, ale również podporządkowana temu celowi forma. Michael Burawoy rozróżnia dwa rodzaje socjologii publicznej: pierwszą jest „tradycyjna” socjologia publiczna, która była popularna zawsze, a polega na docieraniu do opinii publicznej i rozpowszechnianiu ważnych wyników badań poza światem akademickim. Drugim rodzajem jest „organiczna” socjologia publiczna, która obecnie zaczyna odgrywać większe znaczenie. Jej celem nie musi być dotarcie do szerokich mas odbiorców – w dobie upadku tradycyjnych mediów jest to zresztą coraz trudniejsze, a duże nakłady tekstów naukowych należą już do przeszłości. Do istoty działalności „organicznej” należy ścisła współpraca socjologów z osobami czy środowiskami, których dotyczy badany problem. Różni teoretycy i praktycy mają odmienne zdanie na temat roli naukowca w tego typu badaniach, ale ważne jest zawsze jedno – badanie robione jest przede wszystkim dla realizacji potrzeb jego uczestników, a nie dla poszerzania „wspólnego zasobu wiedzy naukowej”, jak to postuluje Sztompka7. Trudno pozbyć się wrażenia, że w klasycznej wizji badane osoby traktowane są instrumentalnie, jako „zasób” dla naukowca – i nie otrzymują za to żadnej rekompensaty.
„Partycypacyjne badania w działaniu” (Participatory Action Research) – bo tak określana jest metoda, którą można uznać za istotę organicznej socjologii publicznej – stają się więc prawdziwą realizacją obietnicy wyobraźni socjologicznej, opisywanej przez Millsa. Dotychczas dominowało podejście, w którym to naukowiec miał monopol na „tłumaczenie” prywatnych trosk na publiczne problemy – gotowy efekt swoich analiz ogłaszał publicznie. Jednak nawet dla Millsa „wyobraźnia socjologiczna” miała być cechą nie socjologów, lecz wszystkich obywateli. Każdy ma korzystać z szansy, jaką stwarza wiedza socjologiczna – każdy może być badaczem własnych problemów i ich społecznych uwarunkowań. Przywodzi to na myśl wspominaną już tradycję Alaina Touraine’a – dlatego to właśnie jego polski socjolog Paweł Kuczyński czyni patronem nowego nurtu zaangażowanej nauki, określonego jako „socjologia aktywna”8 (co można uznać za inną nazwę organicznej socjologii publicznej).
Choć jest to podejście nowe, również ono ma swoje historyczne odniesienia. Znów można odwołać się do polskiego międzywojnia, które jest kopalnią społecznych inicjatyw. Kwintesencją pedagogiki społecznej i koncepcji Heleny Radlińskiej był aktywny udział tych, do których kierowane były działania. Pedagogika ma zresztą bogate zaangażowane tradycje nie tylko w Polsce – partycypacyjne badania w działaniu mają swoje korzenie w koncepcjach Brazylijczyka Paulo Freire.
W stronę zmiany społecznej
Na koniec chciałbym przywołać kilka współczesnych przykładów, które według mnie są zgodne z ideą socjologii publicznej – i dzięki temu trochę zobrazować wcześniejszy wywód.
Dobrym przykładem jest postawa pedagog społecznej Anity Gulczyńskiej (wywiad z nią opublikowano w „Nowym Obywatelu” nr 4/2011). Jej aktywność wśród młodych łodzian ze „złej dzielnicy” stanowi wręcz idealną ilustrację badań w działaniu. Z jednej strony na ich podstawie dr Gulczyńska formułuje bardzo istotne wnioski ogólne, mające znaczenie dla całego dyskursu na temat „wykluczenia społecznego” wśród młodzieży. Z drugiej strony badania te były wykonywane razem z uczestnikami – i częściowo dla nich. Efektem nie była tylko praca doktorska czy nawet teksty prasowe, poruszające krytycznie kwestię środowisk społecznie „wyłączanych” – ale również wystawa fotografii autorstwa kilku chłopaków, dzięki której mogli poczuć się docenieni. I być może to było w tym wszystkim najważniejsze, choć ostateczna ocena należy oczywiście do samych uczestników.
Nie chodzi jednak o to, że wszystkie badania społeczne muszą wyglądać w ten sposób – w przypadku niektórych tematów nie ma nawet takiej możliwości. Nie trzeba aż tak wiele, żeby działalność o charakterze naukowym mogła stać się społecznie użyteczna – czasami wystarczy, że zamiast schowania raportu z badań do szafy lub opublikowania go w czasopiśmie akademickim, czytanym jedynie przez innych socjologów, poszuka się możliwości jak najszerszego udostępnienia go lub przynajmniej omówienia głównych tez. Istnieją rozmaite pisma społeczno-polityczne oraz Internet. Otwarty dostęp do wyników badań jest zresztą niezwykle ważny – nieprzypadkowo Burawoy udostępnił niemal wszystkie napisane przez siebie książki i artykuły na swojej stronie internetowej.
Istotą socjologii publicznej nie jest jednak zbiór odpowiednich technik czy metod, ale pewna postawa – poczucie zobowiązania wobec całego społeczeństwa oraz badanych osób. Czasem wystarczy po prostu potraktować poważnie ludzi, którzy poświęcili socjologowi kilka chwil albo i wiele godzin życia. Wspominany już Michał Łuczewski napisał na podstawie swoich badań pracę typowo akademicką – ale jej treść omawiał z mieszkańcami badanej wsi Żmiąca. Podobnie wyglądało to w analizowaniu warunków życia matek w Wałbrzychu, prowadzonych przez Think Tank Feministyczny – pierwszymi osobami, które zapoznały się z roboczą wersją raportu, były opisywane w nim kobiety.
Ważnym sposobem wspierania działań na rzecz zmiany jest stała współpraca niektórych socjologów z ruchami społecznymi. Szczególnym przypadkiem są związki zawodowe – tradycja współdziałania jest w tym przypadku długa. Socjologowie udzielają się w nich jako eksperci, wspierając organizacje swoją wiedzą naukową i uprawomocniając ich działania – jest to szczególnie ważne, jako że związki mają w Polsce wyjątkowo „złą prasę”. Z kolei Instytut Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadza obecnie badanie mające na celu ustalenie wpływu prywatyzacji stołówek szkolnych na ich funkcjonowanie – i jest ono realizowane wspólnie z krakowskimi radami rodziców.
Pomysły z dziedziny socjologii publicznej pojawiają się także w działalności niektórych organizacji pozarządowych. Nie należy ich idealizować – większość poddana jest presji grantodawców i ma ograniczoną swobodę działań. Jednak takie organizacje to często jedyna forma zinstytucjonalizowanej działalności dla tych socjologów, którzy nie widzą miejsca na konserwatywnym uniwersytecie, a jednocześnie zależy im na wykorzystaniu wiedzy i umiejętności do celów społecznie zaangażowanych. Specyficznym przypadkiem są tu procesy partycypacji obywatelskiej, coraz popularniejsze w polskich miastach. Choć często fasadowe, to jednak czasem – jak w przypadku budżetów obywatelskich – dają mieszkańcom realny wpływ na decyzje. Organizacje pozarządowe aktywnie uczestniczą w promowaniu takich rozwiązań, dając im teoretyczną podbudowę.
Ta podbudowa to jeden z ważnych wątków socjologii publicznej. Erik Olin Wright, marksistowski badacz i obecny przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego, promuje koncepcję „realnych utopii” jako jednego z celów zaangażowanej socjologii. Miałaby ona polegać na badaniu istniejących na skalę lokalną, a godnych naśladowania, inspirujących rozwiązań, analizowaniu przyczyn ich sukcesu i planowaniu możliwości przeszczepienia na inny grunt. Sztandarowym przykładem takiej „realnej utopii” jest budżet obywatelski w brazylijskim Porto Alegre9.
Starałem się wskazać różne formy działań socjologicznych zmierzających do zmniejszenia nierówności, upodmiotowienia obywateli, wprowadzania prospołecznych rozwiązań, tworzenia nowych wyobrażeń na temat tego, co możliwe. Nie jest to na pewno katalog zamknięty. Najważniejszy jest cel – socjologia ma służyć zmianie społecznej, a nie abstrakcyjnej wiedzy. Takie jest przesłanie socjologii publicznej. Wymaga to od części naukowców większego zaangażowania i wzmożonych starań, aby komunikować się ze społecznością pozaakademicką. Od części – pozbycia się pychy, która każe im myśleć, że jako dyplomowani naukowcy wiedzą zawsze lepiej. Jednak aby współpraca była skuteczna, niezbędne jest również otwarcie się drugiej strony na kontakt z badaczem, który często przychodzi z początku nieproszony. Ostatecznie wszystkim nam powinno zależeć, żeby socjologia (i inne nauki społeczne) nie kojarzyła się tylko z badaniami ankietowymi czy marketingowymi, lecz aby znalazła swoje miejsce we wspólnym działaniu na rzecz zmiany świata społecznego.
Jakub Rozenbaum
Przypisy:
- W 1997 r. w plebiscycie na najważniejszą książkę socjologiczną wszechczasów, który został przeprowadzony wśród uczestników Światowego Kongresu Socjologicznego, „Wyobraźnia socjologiczna” zajęła drugie miejsce. Zob. J. Mucha, Wyobraźnia w naukach społecznych. Przedmowa do wydania polskiego [w:] C. W. Mills, Wyobraźnia socjologiczna, Warszawa 2007, s. 7.
- Za: M. Łuczewski, Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej, Toruń 2012, s. 21.
- Więcej na temat IGS można przeczytać np. w tekście Józefiny Hrynkiewicz, z którego zaczerpnąłem te informacje: J. Hrynkiewicz, Instytut Gospodarstwa Społecznego – działalność w latach 1920–1941, „Trzeci Sektor” nr 23/2011, ss. 76–84.
- Zob.: http://burawoy.berkeley.edu/PS.Webpage/ps.mainpage.htm
- Zob.: http://www.socjologia.uj.edu.pl/images/uploads/weblog_files/Wykad_inauguracyjny_w_UJ_2012_final-1_d540477e2f7f03e11b1938cb344c6703.pdf
- Jest on dostępny na stronie internetowej http://www.isa-sociology.org/global-dialogue/
- P. Sztompka, Dziesięć tez o statusie socjologii w świecie nierówności, „Globalny Dialog” nr 2.2, ss. 16–17.
- Więcej w artykule: P. Kuczyński, Touraine’a interwencjonizm, czyli aktywna socjologia inaczej, „Animacja Życia Publicznego. Analizy i rekomendacje” nr 2(5)/2011, ss. 12–15, http://decydujmyrazem.pl/files/AZP_5_internet.pdf
- Więcej o koncepcji Wrighta w artykule: E.O. Wright, Real Utopias for a Global Sociology, „Global Dialogue” nr 1.5, ss. 3–4.
przez Filip Białek | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
W latach 60. minionego wieku dwóch naukowców – Arno Penzias i Robert W. Wilson – pracujących na bardzo czułym radioteleskopie spostrzegło dziwny rodzaj szumów radiowych towarzyszących wszystkim odczytom. Początkowo podejrzewali, że odpowiedzialność za to zjawisko spada na bliskie sąsiedztwo radioteleskopu z Nowym Jorkiem, jednak udało im się obalić tę hipotezę. Kolejnym „podejrzanym” były gołębie, a raczej ich odchody, które znaleziono na urządzeniu. Wyczyszczenie odbiornika nic jednak nie dało – szumy nie zniknęły. Jak rzekł Ivan Kaminow, inny wybitny naukowiec: Penzias i Wilson szukali łajna, a znaleźli złoto. Tym złotem, a jednocześnie źródłem niespodziewanych zakłóceń, było mikrofalowe promieniowanie tła, ślad po Wielkim Wybuchu. Odkrycie Penziasa i Wilsona potwierdziło tę teorię powstania wszechświata, dzięki czemu w roku 1978 otrzymali oni nagrodę Nobla.
Naukowcy zatrudnieni byli w Bell Labs. O Bell Labs mówi się, iż były one najwspanialszym instytutem badawczym w dziejach świata. Naukowcy tam pracujący zdobyli siedem nagród Nobla z dziedziny fizyki, a lista wynalazków, które w nim powstały, przyprawia o zawrót głowy. Przede wszystkim był to tranzystor, bez którego nie sposób sobie wyobrazić większości otaczających nas urządzeń elektronicznych. W laboratoriach Bella wymyślono lub wyprodukowano po raz pierwszy: laser, radioastronomię, telefon komórkowy, satelitarny system telekomunikacyjny, krzemowe ogniwo słoneczne umożliwiające zamianę energii słonecznej na elektryczną, światłowód, system operacyjny UNIX, języki programistyczne C i C++ i tak dalej – wymieniać można niemal bez końca.
Z dzisiejszej perspektywy zadziwiające jest to, że Bell Labs należały do całkowicie prywatnej firmy – amerykańskiego monopolisty telefonicznego AT&T. Jak to możliwe, że w ramach prywatnego przedsięwzięcia prowadzono badania nad początkiem wszechświata lub nad falową naturą cząsteczek (kolejna nagroda Nobla)? Pomyślmy nad osiągnięciami Apple, Google czy Microsoftu – nawet gdyby wziąć je wszystkie razem, to i tak nie mogłyby się one równać z jednym tylko wynalazkiem pochodzącym z Bell Labs – z tranzystorem. Gdzie więc leżała przewaga AT&T? Co sprawiło, że w ich ośrodku badawczym powstawały technologie, z których korzystamy po dziś dzień?
Oczywiście odpowiedź na takie pytanie musi być złożona. Wskażę tylko na jeden aspekt AT&T, który umożliwił im finansowanie takiej instytucji jak Bell Labs. Otóż amerykański telekom był do 1982 roku monopolem regulowanym przez państwo – gdy rozbito firmę na wiele różnych spółek, Bell Labs zaczęły powoli tracić na znaczeniu. Na początku XX wieku rynek usług telekomunikacyjnych w USA dzielił się na ogromne AT&T i setki niewielkich firm, które próbowały konkurować z nim na rynkach lokalnych. Taki układ był nieefektywny, gdyż w wielu miejscach kraju infrastruktura była niepotrzebnie dublowana. Z drugiej strony AT&T nie mogło sobie pozwolić na bezpardonowe niszczenie konkurencji, gdyż gdyby uznano firmę za monopolistę, to istniała realna groźba nacjonalizacji, a do tego zarząd korporacji nie chciał dopuścić ze zrozumiałych względów.
Wyjście z patowej sytuacji wymyślił Theodore N. Vail, który zaczął kierować telekomem w 1907 r. Uznał on, że AT&T musi w swoich działaniach być całkowicie transparentne i wprost zakomunikował opinii publicznej i rządowi, że prowadzona przez niego firma powinna stać się monopolem, tyle że – dodawał – tam, gdzie nie ma konkurencji, powinna pojawić się kontrola publiczna. Układ więc był taki: rząd pozwala, żeby AT&T osiągnęło pozycję monopolisty (w tym przypadku mówiono o „naturalnym monopolu”), a firma godzi się na to, że będzie podlegać stałej kontroli organów państwa. Vail czynił również wysiłki, by firma zmieniła strukturę właścicielską. Udziały kompanii miały być atrakcyjne dla „zwykłych obywateli” zainteresowanych długoterminową, pewną inwestycją. Doprowadziło to do sytuacji, że np. w roku 1964 liczba udziałowców telekomunikacyjnego giganta wynosiła ponad 2,3 mln osób, a największy indywidualny inwestor nie posiadał nawet promila akcji spółki (aż 3 spośród wszystkich akcjonariuszy miało mniej niż sto akcji firmy). Mateczka Bell, jak powszechnie nazywali firmę ludzie związani z nią, była rzeczywistym dobrem narodowym.
Pozycja monopolisty pozwalała AT&T na stosowanie praktyk, które mogły uchodzić za nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, lecz były motywowane poczuciem dobra wspólnego. Na przykład ceny połączeń międzymiastowych były celowo zawyżane, aby móc utrzymać niskie opłaty za rozmowy lokalne. Oznaczało to, że klienci biznesowi i bogatsi ludzie, którzy znacznie częściej korzystali z międzymiastowych, dokładali się do rachunków przeciętnego Amerykanina. Jednak najbardziej spektakularna korzyść płynąca z faktu bycia monopolem, to zdolność do długoterminowego planowania. Zarząd AT&T nie myślał w perspektywie wyników kwartalnych czy rocznych. Strategie ustalane były na wiele lat do przodu. To dzięki takiemu podejściu możliwe było funkcjonowanie instytucji w rodzaju Bell Labs.
W laboratoriach Bella w najlepszym okresie zatrudnionych było kilkadziesiąt tysięcy naukowców i inżynierów, którzy cieszyli się olbrzymią wolnością badawczą. Założenie było takie, żeby w jedynym miejscu zgrupować jak najwięcej wybitnych umysłów, które mają poświęcać się temu, co je naprawdę interesuje. Wyniki osiągane przez badaczy nie musiały mieć żadnego praktycznego zastosowania. Gdy Steven Chu – fizyk i przyszły noblista – zaczynał pracę w Bell Labs, usłyszał od swojego szefa: Steve, możesz tutaj robić, co tylko zechcesz, to nawet nie musi być fizyka. Nie rób niczego zbyt szybko. Pierwsze sześć miesięcy spędź na rozmawianiu z innymi pracownikami i na uważnym przyglądaniu się wszystkiemu. Żadnej presji, żadnych konkretnych wymagań co do wyników. Szefowie Bell Labs wiedzieli, że Chu jest wybitnym naukowcem i jeśli da mu się czas i warunki, to może stworzyć coś wielkiego. Nie interesowało ich, co konkretnie stworzy, gdyż celem instytucji nie było po prostu wymyślanie urządzeń, na których można zarobić, ale raczej stawianie i rozwiązywanie problemów naukowych. Dzięki takiemu podejściu możliwy był postęp naukowy, którego efektem był postęp technologiczny.
Należy też wspomnieć, że na mocy porozumienia z rządem z roku 1956 AT&T musiało dzielić się każdą technologią wyprodukowaną w Bell Labs z innymi podmiotami po opłaceniu przez nie relatywnie niewielkiej kwoty. Co więcej, w Bell Labs organizowano warsztaty, które miały szkolić inne firmy, jak wdrażać wynalazki stworzone w laboratoriach – tak między innymi rozpoczęła się historia potęgi japońskiego koncernu Sony.
Fakty te pokazują, iż pozycja monopolisty kontrolowanego przez państwo umożliwiła AT&T spokojny i długofalowy rozwój, który działał na korzyść całego społeczeństwa. Rząd zapewniał firmie takie warunki, że nie musiała się trapić konkurencją, ale wymagał, aby tworzyła ona wartość dodaną w postaci postępu naukowego, lepszej jakości usług, odpowiednich cen połączeń oraz pomocy państwu, gdy znajdowało się w zagrożeniu (AT&T zostało znacjonalizowane na rok przed końcem I wojny światowej, a w czasie II wojny w zasadzie wszystkie moce przerobowe zostały nakierowane na rozwój technologii służących wojsku).
Innowacyjność AT&T miała swoje źródło w tym, że firma w pewnym stopniu została wyłączona z logiki „czystego kapitalizmu”. Oczywiście była ona wciąż podmiotem rynkowym, a nie instytucją publiczną, jednak to nie szybki i zmaksymalizowany zysk był motywem, którym kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Obiegowa mądrość głosi, że współczesny kapitalizm, nieograniczona konkurencja i dążenie do zysku same z siebie przynoszą pozytywne rezultaty dla całych społeczeństw. Konkurujące firmy mają dążyć do wytworzenia najlepszych i najtańszych produktów, gdyż tylko dzięki takiej działalności będą mogły przetrwać swoistą „selekcję naturalną”. Problem z takim podejściem tkwi już na poziomie podstawowych założeń. Jeśli jedynym celem firmy ma być zysk, to będą one tworzyć zysk, a nie innowacje, rozwój technologiczny czy dobrostan społeczeństw. Wartości te mogą oczywiście powstawać przypadkowo w ramach działalności kapitalistycznej, ale są to poboczności, a nie istota. „Czysty kapitalizm” nie zastąpi wielkich instytutów badawczych, gdyż nie są one konieczne do zarabiania pieniędzy. Aby zarabiać pieniądze, wystarczy wytwarzać potrzeby. Jest to o wiele łatwiejsze, tańsze i mniej czasochłonne niż rozwiązywanie problemów naukowych.
Powszechne jest przekonanie, że nigdy wcześniej ludzkość nie była tak innowacyjna jak obecnie. W zasadzie co tydzień media podają, że właśnie odbywa się kolejna rewolucja technologiczna, która poprawi jakość życia. Nowe urządzenia elektroniczne przedstawiane są jako wynalazki na miarę koła czy druku. Nowoczesny smartfon rzeczywiście potrafi więcej niż telefon sprzed 10 lat, jednak czy zmiany, które nastąpiły, naprawdę sprawiają, że ludziom żyje się łatwiej? Czy nie jest raczej tak, że współczesne technologie – jak w starym bon mocie o realsocjalizmie – bohatersko walczą z problemami, które same stworzyły? Z całą pewnością coś takiego jak Facebook wymagało sporej dozy kreatywności, jednak warto zapytać, czy rzeczywiście Facebook dał światu tak wiele, by w ogóle uważać go za przejaw innowacyjności. Jakie problemy, z którymi dotychczas zmagała się ludzkość rozwiązało powstanie iPada? Czy żyjemy dzięki temu dłużej? Przemieszczamy się szybciej? Mniej chorujemy? Nie. iPad, Instagram czy Twitter to zabawki, których siła polega na tym, że kreują w ludziach nawyki, którym ci skłonni są folgować.
Dolina Krzemowa – technologiczne centrum świata – nie skupia się na tworzeniu rozwiązań, które rzeczywiście poprawią jakość życia, lecz wytwarza produkty, które przy niskimi koszcie produkcji przyniosą krociowe zyski inwestorom. Założenie startupu to koszt opłacenia biura i kilku programistów. Ludzie ci w relatywnie krótkim czasie mogą stworzyć usługę, która zostanie sprzedana za setki milionów dolarów. Po co więc prowadzić badania nad lekiem na raka czy alternatywnymi źródłami energii? Koszt takich badań jest ogromny, a prawdopodobieństwo, że firma je prowadząca uzyska szybko taką wartość jak popularna usługa internetowa – niewielkie.
Widać tutaj problem z tezą, że konkurencja w ramach kapitalizmu musi prowadzić do innowacyjności. Pieniądz sam z siebie nie płynie tam, gdzie kryją się wielkie problemy technologiczne, których rozwiązanie mogłoby poprawić dobrobyt społeczeństw. Pieniądz – zgodnie z tą logiką – płynie natomiast tam, gdzie będzie mógł zostać szybko pomnożony. Dostrzegają to nawet kapitaliści z Doliny Krzemowej. Mówię tu przede wszystkim o grupie skupionej wokół Petera Thiela, współzałożyciela PayPala. Thiel w 2005 r. powołał do życia Founders Fund, firmę inwestycyjną, która w założeniu ma inwestować tylko w przedsięwzięcia zmagające się z rzeczywistymi problemami technologicznymi. Założenie to należy traktować z przymrużeniem oka, choćby dlatego, że jedną z głównych inwestycji funduszu jest Facebook. Warto jednak przyjrzeć się manifestowi opublikowanemu na stronach firmy, gdyż w ciekawy sposób definiuje problem pogodzenia współczesnego kapitalizmu z innowacyjnością. Oczywiście należy pamiętać, że tekst ów ma przede wszystkim cele biznesowe, tj. jego autorom chodzi o skłonienie inwestorów do powierzenia pieniędzy Founders Fund.
Manifest, autorstwa Bruce’a Gibneya, nosi chwytliwy tytuł „Co stało się z przyszłością?”, a jego podtytuł brzmi „Chcieliśmy latających samochodów, w zamian mamy 140-znakowe wiadomości”. To porównanie Twittera do marzeń o przyszłości, żywych w latach 60., dość dobrze oddaje przesłanie tekstu.
Gibney rozpoczyna od krytyki współczesnego modelu venture capital (dalej: VC) i kultury startupów, tak bardzo popularnej w Dolinie Krzemowej. VC to sposób inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia, polegający na tym, że inwestor zostaje współwłaścicielem firmy rozpoczynającej dopiero działalność, ale rokującej duże nadzieje na przyszłość. Gibney stwierdza, że do końca XX wieku VC potrafił zarabiać duże pieniądze i jednocześnie był motorem postępu technologicznego, jednak później coś się popsuło. W latach 60. VC pomogło w rozwoju przemysłu półprzewodników (przykładem jest Intel, o którym Gibney mówi, że to jedna z najlepszych inwestycji venture capital w historii), w latach 70. nacisk kładziony był na komputerowy hardware i software, w latach 80. VC zaczął inwestować m.in. w biotechnologie, a ostatnia dekada XX wieku to oczywiście rozwój internetu. Chociaż – pisze Gibney – sukces tych technologii sprawia, że inwestowanie w nie wydaje się z dzisiejszej perspektywy całkowicie racjonalne i oczywiste, to przemysły i firmy wspierane przez VC były w swoim czasie niesłychanie ambitnymi przedsięwzięciami. Mimo iż żadna z nich nawet wtedy nie wydawała się niemożliwością, to jednak nie było żadnej gwarancji, że jakakolwiek z tych technologii zostanie rozwinięta z sukcesem lub zamieniona w wysoce zyskowny biznes. Zdaniem Gibneya w tamtych czasach VC służyło do inwestowania w firmy, których wartość nie zależała od baniek spekulacyjnych. Wartość tych przedsiębiorstw miała solidny fundament, gdyż rozwiązywały one realne problemy technologiczne i produkowały rzeczy, który ułatwiały ludziom życie.
Wiele zmieniło się pod koniec lat 90., gdy giełdowa bańka internetowa windowała ceny dotkomów do rozmiarów niebotycznych i niczym nie uzasadnionych. Inwestorzy VC dosłownie rzucili się na startupy, które tworzyły nawet najgłupsze usługi internetowe, gdyż liczyli, że w krótkim czasie uda im się zarobić olbrzymią ilość pieniędzy. Niektórym udało się zarobić, gdyż zrealizowali swoje zyski wcześniej, niż bańka pękła. Większość jednak straciła. Powód wg Gibneya jest oczywisty: firmy, w które inwestowano pieniądze, nie były nastawione na długotrwały rozwój, jedynie sprawiały wrażenie innowacyjnych, podczas gdy tak naprawdę wtórnie używały technologii wytworzonych dużo wcześniej.
Wnioski, jakie wyciąga Gibney, są dla nas mniej interesujące, chyba że chcemy powierzyć swoje pieniądze Founders Fund. Zauważmy tutaj tylko, że Gibney zdaje się sądzić, iż mimo że bazowanie na VC jako motorze innowacyjności jest słuszne, to w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju wypaczeniami. Gdy przezwyciężymy owe wypaczenia (dokładnie mówiąc: skłonność do inwestowania w nierozwojowe technologie), to wybitne umysły znów zaczną rozwiązywać wielkie problemy naukowe, zamiast tworzyć kolejne klony Facebooka. Wydaje się jednak, że przekonanie takie jest mylne. Sądzę, że błąd tkwi w samym systemie, nie zaś w niedoskonałych ludzkich decyzjach. Co prawda nie potrafię konkluzywnie udowodnić takiej tezy, postaram się jednak podać parę argumentów, które ją uprawdopodabniają.
Przekonanie, że finansowanie innowacji za pomocą VC – czyli w istocie powierzenie rozwoju technologicznego nowoczesnemu kapitalizmowi, nastawionemu na konkurencję – może przynieść dobre rezultaty, wydaje się błędne z kilku powodów. Po pierwsze jasne jest, że kapitał dąży do jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Inwestorzy będą zatem zawsze wybierać te projekty, które bliższe są temu warunkowi. Kryterium wyboru nie polega więc na tym, który startup będzie bardziej innowacyjny, ale na tym, gdzie można zarobić szybciej i więcej. Inwestowanie w skomplikowane badania wymagające licznego zespołu naukowców i dużych ilości czasu może być nieefektywne w porównaniu z wyłożeniem pieniędzy na małe przedsiębiorstwo z Doliny Krzemowej, które w krótkim czasie może stworzyć usługę typu Instagram. Nawet jeśli pierwszy przypadek daje większe prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu, to ta przewaga szybko znika, jeśli zauważymy, że ktoś może zainwestować w wiele małych firm programistycznych.
Po drugie niezależnie od efektywności różnych strategii inwestycyjnych częstokroć może okazać się, że prywatny kapitał jest zbyt mały, aby finansować wielkie projekty badawcze. Licząc wedle dzisiejszej siły nabywczej, program Apollo kosztował 180 mld dolarów. Tylko silne państwo (czy też grupy państw) może pozwolić sobie na wydatki tego rzędu. Oczywiście lot na Księżyc nie był czymś, co rozwiązało problemy ludzkości, jednak jasne jest, że wielkie problemy wymagają wielkich nakładów pracy i pieniędzy.
Tutaj dochodzimy do trzeciego powodu. Przypomnijmy sobie Bell Labs i fakt, że zatrudniano tam olbrzymią liczbę najwybitniejszych naukowców i inżynierów o różnych zainteresowaniach i specjalnościach. Nie był to przypadek czy niegospodarność zarządu AT&T. Zgrupowanie tak dużej ilości wybitnych umysłów w jednym miejscu powodowało, że idee rodziły się łatwiej. Badacze nie pracowali w izolacji, lecz byli w stałym i bezpośrednim kontakcie, dzięki czemu mogli na siebie wzajemnie oddziaływać. Współczesny model nie może tego zapewnić. Skoro pieniądze inwestowane są w niewielkie, konkurujące ze sobą firmy, to nie ma mowy o owocnej współpracy naukowców, do jakiej dochodziło w Bell Labs.
Po czwarte wreszcie nie każda innowacja musi przynosić zysk inwestorowi. Rozwiązanie problemu malarii w Afryce byłoby wspaniałym osiągnięciem, a jednak z punktu widzenia zysku nie jest to najlepszy biznes, jakiego można dokonać. Potencjalni klienci są biedni, a zatem trudno będzie zarabiać tam krocie. Lepiej więc inwestować pieniądze w rozwiązywanie tzw. problemów pierwszego świata, a więc wydumanych i nic nie znaczących zagadnień, które jednak można całkiem nieźle spieniężyć. Jak sprawić, by smartfon z czterocalowym wyświetlaczem wytrzymywał bez ładowania kilka dni? Jak przyśpieszyć proces rezerwowania biletów lotniczych o 10 sekund? Jak robić ładne zdjęcia bez profesjonalnego aparatu? Oto tematy, na których można zarobić dziesiątki czy nawet setki milionów dolarów.
Nie twierdzę, że współczesny model kapitalizmu nie jest zdolny do wytwarzania innowacji. One oczywiście powstają. Jednak ich ilość i – przede wszystkim – jakość są wysoce niezadowalające. Powtórzę za tekstem Gibneya tyko dwie rzeczy. Po pierwsze od końca lat 70. czas potrzebny na pokonanie Atlantyku rośnie, zamiast spadać. Po drugie nie da się zaobserwować żadnej korelacji między wzrostem mocy obliczeniowej komputerów a produktywnością ludzi.
Przyczyna, jak się wydaje, tkwi głównie w fakcie, iż państwo ustąpiło pola kapitalizmowi. Niegdyś to państwa były głównym rozgrywającym na polu rozwoju technologicznego. Czasem same stawiały sobie wyzwania i je realizowały, tak jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego programu Apollo, a czasem wpływały w określony sposób na prywatne firmy, aby te miały motywację i możliwości samodzielnego rozwiązywania skomplikowanych zagadnień. Jeśli państwa narodowe całkowicie uznają, że najlepszym rozwiązaniem problemu innowacyjności jest powierzenie go dzikiemu kapitalizmowi, to zamiast wynalazków na miarę tranzystora powstawać będą tylko kolejne niezbyt użyteczne aplikacje na urządzenia mobilne. Rzecz jasna w przypadku wielu zagadnień pojedyncze kraje mogą być zbyt biedne, aby je samodzielnie rozwiązywać. Potrzebna więc jest kooperacja państw na rzecz rozwoju nauki, który będzie służył całej ludzkości.
Innowacyjność i rozwój technologiczny nie są dziełem przypadku. W pewnych warunkach mają się lepiej niż w innych. W Bell Labs miały wręcz cieplarniane warunki. Było to możliwe, gdyż amerykańskie państwo pozwoliło AT&T na zdobycie pozycji monopolistycznej i jednocześnie wymagało, by monopol ów działał z korzyścią dla całego społeczeństwa. Współczesne firmy, które dążą jedynie do zysku, nie mogą być podstawą dla innowacyjności. Nie starają się one zmagać z wielkimi problemami, które stoją przed światem. Bo dlaczego miałyby to czynić? Ich celem jest robienie pieniędzy – nie rozwiązywanie problemów. Nie ma sensu wymagać od prywatnych firm, żeby pełniły funkcję motoru napędowego rozwoju nauki. Nie możemy jednak zapomnieć, że mamy pełne prawo wymagać tego od naszych państw.
przez Steven Attewell | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Amerykański system gwarantujący bezpieczeństwo ekonomiczne jest niewydolny z wielu powodów. Głównym z nich jest czynnik obecny w niemal wszystkich rodzajach polityki społecznej. Opierają się one na założeniu, że ludzie są stale zatrudnieni. Większość programów zabezpieczenia społecznego, począwszy od ubezpieczeń społecznych (Social Security), przez ubezpieczenie od bezrobocia (Unemployment Insurance), a skończywszy na Medicare [Medicare to program ubezpieczeń społecznych w USA, zapewniający ubezpieczenie zdrowotne m.in. osobom powyżej 65. roku życia oraz niepełnosprawnym – przyp. red.], wymaga, aby ludzie przez lata płacili składki, zanim uzyskają świadczenia.
Problem polega na tym, że gospodarka amerykańska w coraz większym stopniu charakteryzuje się niestabilnością zatrudnienia. Po kilku latach wychodzenia z recesji stopa bezrobocia kształtuje się na poziomie 8,5%, częściowe bezrobocie wynosi 17,2%, natomiast odsetek pracujących utrzymuje się znacznie poniżej poziomu sprzed kryzysu gospodarczego.
Nawet te dane nie oddają w pełni rozmiarów niestabilności zatrudnienia. W latach 2004–2007, czyli w okresie dynamicznego wzrostu gospodarczego, 43 mln pracowników (prawie 1/3 siły roboczej) pozostawało przez pewien czas bez zatrudnienia, przeciętny pracownik był bezrobotny 1,5 razy przez okres ponad dwóch miesięcy.
Pomimo diametralnych różnic w sytuacji poszczególnych pracowników objętych ubezpieczeniem społecznym rząd amerykański nie przedstawił polityki zapobiegania likwidacji dotychczasowych miejsc pracy lub tworzenia nowych. Jeżeli zależy nam na utrzymaniu umowy społecznej, trzeba opracować nową politykę, która zapewni miejsca pracy Amerykanom chcącym pracować.
Tło historyczne
Przy projektowaniu części całościowego planu, określanej jako ubezpieczenie od bezrobocia (Unemployment Insurance, UI), jej twórcy stanęli przed następującym wyzwaniem: co UI może zaoferować 7,5 milionom pracowników bezrobotnych w 1935 r., którzy nigdy nie płacili składek, oraz jaką ochroną może objąć większość pracowników pozostających poza systemem. Komisja ds. bezpieczeństwa ekonomicznego uznała, że ponieważ większość ludzi utrzymuje się ze świadczenia pracy […] proponujemy zabezpieczenie zatrudnienia – promowanie prywatnych form zatrudnienia, a także zatrudnienie w zakładach państwowych dla sprawnych fizycznie pracowników, którzy w danym momencie nie mają pracy w przemyśle.
Jednym z członków komisji był Emerson Ross, główny kierownik ds. badań w Federal Emergency Relief Administration, a także przyszły zastępca dyrektora Works Progress Administration. Zaproponował on trzy potencjalne modele funkcjonowania systemu „zabezpieczenia zatrudnienia”:
- Pierwszy model zakładał wynagrodzenia w programie pracy w celu pokrycia wszystkich zasiłków dla bezrobotnych. Rodzaj „ubezpieczenia miejsca pracy” zastąpiłby UI jako główne źródło pomocy państwowej w walce z ubóstwem, gwarantowane jako wynikające z umowy uprawnienie do […] otrzymania wynagrodzenia za wykonaną pracę.
- Drugi model przewidywał system mieszanego ubezpieczenia miejsca pracy, w którym składki na zabezpieczenie w przypadku bezrobocia na program pracy byłyby włączane do puli rezerwy generalnej (General Fund), aby zapewnić pracę wszystkim bezrobotnym bez względu na fakt opłacania składek.
- Trzeci model proponował dwa równoległe systemy; UI w formie takiej jak obecnie w USA, a następnie program pracy, który zacząłby funkcjonować po wygaśnięciu uprawnienia do uzyskiwania zasiłków na podstawie programu ubezpieczeń dla bezrobotnych. W modelu tym skorzystanie z zapewnianej przez państwo możliwości pracy zastąpiłoby zasiłki z UI po upływie 14 tygodni.
Przy opracowywaniu systemu zabezpieczenia zatrudnienia (Employment Assurance, EA) dla XXI wieku możemy czerpać z 75-letnich doświadczeń z całego świata. Ogólnie biorąc, system EA powinien opierać się na dwóch rodzajach polityki: zapobiegającym utracie miejsc pracy oraz stwarzającym nowe miejsca pracy, gdy recesja pokona pierwszą linię obrony.
Zabezpieczenie zatrudnienia – utrzymanie obecnych miejsc pracy
Zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć, przeciwdziałanie utracie pracy jest zawsze bardziej pożądane od prób zapewnienia pracy bezrobotnym. Poza natychmiastowym wstrząsem związanym z brakiem wynagrodzenia bezrobocie ma również istotne długotrwałe konsekwencje: 55% zwolnionych pracowników podejmuje pracę za wynagrodzenie niższe od poprzedniego, a dla 36% z nich jest ono niższe o co najmniej 20%.
Rozszerzenie zakresu ustawy o przystosowaniu pracowników i przekwalifikowaniu (Worker Adjustment and Retraining Notification Act – WARN Act) oraz wprowadzenie do niej poprawek nakładających na dużych pracodawców obowiązek zawiadomienia o utracie pracy z 60-dniowym wyprzedzeniem mogłoby położyć podwaliny pod system, w którym rząd współpracuje z pracodawcami w celu przeciwdziałania zwolnieniom, zamiast oczekiwać na dalszy rozwój wypadków i następnie proponować pomoc. W innych krajach te i podobne środki określa się mianem „aktywnej polityki rynku pracy”.
W krajach OECD sprawdzają się różne rodzaje aktywnej polityki rynku pracy zapobiegające szybkiemu wzrostowi bezrobocia w czasie recesji. Można je finansować, umożliwiając pracownikom korzystanie z części zasiłków UI lub (jak było w przypadku ustawy z 2010 r. o zachętach do zatrudniania w celu przywracania miejsc pracy – Hiring Incentives to Restore Employment, HIRE Act) oferując ulgę na podatek od wynagrodzenia dla objętych nią pracodawców:
- dzielenie pracy (work-sharing) W Niemczech i Holandii pracodawcy, którzy zmniejszają liczbę godzin pracy swoim pracownikom zamiast ich zwalniać, otrzymują ulgę podatkową, aby wypłacić pracownikom dotacje do wynagrodzenia i w ten sposób wyrównać utratę jego części. Podczas gdy 17 amerykańskich stanów uczestniczy w programach dzielenia pracy, większości stanów brakuje środków finansowych, by pomóc większej liczbie, a nie jedynie garstce pracodawców – rządowy program dzielenia pracy mógłby rozwinąć i usprawnić ten program.
- edukacja i szkolenia Szwecja oferuje podobną dotację dla pracodawców, którzy powstrzymują się przed zwalnianiem, jednak zamiast ograniczać liczbę godzin pracy, zapewnia się finansowanie pracownikom (którzy w innym przypadku zostaliby zwolnieni), aby podnieśli kwalifikacje przez zdobycie wykształcenia, ukończenie stażu lub szkolenia. Pomimo że metoda ta nie rozkłada skutków recesji w taki sposób jak dzielenie pracy, na dłuższą metę przekłada się na wzrost wydajności.
Każda z powyższych strategii byłaby stosowniejsza od obecnej polityki rządu USA. O wiele korzystniej jest wydać trochę pieniędzy z wyprzedzeniem, za pośrednictwem częściowego UI lub ulg podatkowych, niż stracić więcej w dłuższym okresie poprzez niepotrzebne bezrobocie, utratę zarobków oraz przedłużające się recesje.
Zabezpieczenie zatrudnienia – ubezpieczenie miejsca pracy w celu tworzenia nowych miejsc pracy w czasie recesji
Polityka utrzymywania zatrudnienia podobna do opisanych powyżej w najlepszym razie prowadzi pracodawców do uniknięcia przekształcenia łagodnej recesji w spiralę depresji gospodarczej, spowodowanej masowymi zwolnieniami. Jednak w przypadku głębokich recesji nawet państwowe dotacje mogą okazać się niewystarczające, aby zapobiec dramatycznemu wzrostowi bezrobocia. W takich przypadkach bezpośrednie wysiłki zmierzające do tworzenia miejsc pracy zgodnie z wytycznymi ustawy o lokalnych miejscach pracy dla Ameryki (Local Jobs for America Act) są niezbędne do przeciwdziałania dużemu skokowi bezrobocia. Pomimo tego, jak widzimy na przykładzie ustawy mającej na celu ożywienie gospodarki i niedawno zaproponowanej przez Obamę ustawy o amerykańskich miejscach pracy (American Jobs Act), niezwykle trudno jest przegłosować w niedługim czasie w Kongresie odpowiednie środki służące tworzeniu nowych miejsc pracy.
Jednym ze sposobów na uniknięcie tego instytucyjnego impasu byłoby powołanie jednostki/organu ds. tworzenia miejsc pracy – systemu ubezpieczenia miejsca pracy (Job Insurance System) – aby zapewnić zatrudnienie w czasie recesji. Stały program z własnym źródłem finansowania i rezerwami, umożliwiający tworzenie projektów zatrudnienia „od zaraz”, sprawiłby, że Kongres nie musiałby odkrywać Ameryki na nowo w czasie każdej recesji.
Kolejnymi zaletami takiego rozwiązania są szybkość i elastyczność. Poprzez natychmiastowe przeciwdziałanie masowym zwolnieniom program ubezpieczenia miejsca pracy znacząco wpłynie na przewidywania pracodawców wobec przyszłych wydatków konsumenckich i dochodów, zapobiegając efektowi spirali, gdy zwolnienia skłaniają innych pracodawców do ograniczenia siły roboczej, zanim zmniejszy się popyt.
Równowartość 1 procentu podatku od wynagrodzenia da kwotę w wielkości odpowiedniej do zatrudnienia miliona pracowników rocznie. Kilka lat standardowego wzrostu gospodarczego przyczyni się do stworzenia funduszu rezerwowego umożliwiającego ponowne zatrudnienie bezrobotnych na masową skalę nawet w czasie najgłębszej recesji. Zapewnienie ludziom pracy za godziwe wynagrodzenie ma dwie ekonomiczne zalety względem UI. Po pierwsze zapobiegnie przekształceniu się bezrobocia w biedę (czego nie zapewnia obecnie UI). Po drugie oznaczałoby, że gospodarka odzyska ok. 109 000 dolarów zysków z produkcji na każdego pracownika, które traci, gdy są oni bezrobotnymi.System ubezpieczenia miejsca pracy jest o wiele skuteczniejszy w przeciwdziałaniu społecznym i psychologicznym skutkom bezrobocia od tego, z czym mamy do czynienia obecnie. W 1944 r. William Beveridge pisał, że Najgorszym, co można zrobić bezrobotnemu, jest kolejne poniżenie, ponieważ utrata pracy sama w sobie jest złem. Widziałem wartościowych, odważnych ludzi doprowadzonych przez ciągłe, przymusowe bezrobocie do stanu, w którym czuli się zapomniani, niechciani i wyrzuceni na śmietnik. Podczas obecnej recesji, pomimo funkcjonowania UI, wskaźniki depresji klinicznej wzrosły o 36%, po części dlatego, że aż 79% długotrwale bezrobotnych zgłasza nasilenie stresu psychicznego związanego z utratą pracy. Niezależnie od tego, czy pracownicy mają dostęp do UI, pozbawienie ich możliwości zarobienia na utrzymanie i wniesienia wkładu w społeczeństwo jest złe.
Zabezpieczenie zatrudnienia stanowi przykład jednego z rzadkich przypadków, gdy, posługując się słowami Benjamina Franklina, robiąc coś dobrego, mamy się dobrze. Ograniczając liczbę osób, które straciły pracę w czasie recesji, zmniejszamy zarówno obciążenie systemu UI, jak i zapewniamy maksymalną liczbę płatników przypadających na beneficjenta. Ponadto sprawiamy, że pracownicy nie zostają spisani na straty i nie muszą żyć z zasiłku. Jednocześnie korzystamy z zalet zwiększonej konsumpcji i produkcji, które nie byłyby możliwe, gdyby pracownicy pozostali na UI.
Steven Attewell
tłum. Anna Kleina
Artykuł ukazał się w styczniu 2012 r. na stronie internetowej New America Foundation, amerykańskiego lewicowego think tanku. Pominięto przypisy o charakterze bibliograficznym. http://www.newamerica.net/
przez dr Jan Czarzasty | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Od 2008 r., gdy wybuchł światowy kryzys gospodarczy, Polsce udawało się skutecznie bronić przed osunięciem w otchłań recesji. Mimo to rodzima gospodarka, a wraz z nią społeczeństwo, silnie odczuwają skutki spowolnienia. Ponadto perspektywy na 2013 r. nie są korzystne, jeśli wsłuchać się w głosy ekonomistów. Wydaje się więc, że w trudnym okresie rząd zmuszony do kontynuacji, a nawet zaostrzania polityki oszczędnościowej w celu równoważenia finansów publicznych powinien poszukiwać dla niej dodatkowych źródeł legitymizacji. Oczywistym kierunkiem poszukiwań jest dialog społeczny. Czy jednak droga ta nie została zamknięta na skutek pochopnych kroków rządu wobec partnerów społecznych?
Pod koniec ubiegłego roku Instytut Spraw Publicznych opublikował raport podsumowujący trzyletni okres działań antykryzysowych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem roli dialogu społecznego w kształtowaniu polityki ukierunkowanej na walkę ze spowolnieniem gospodarczym1. Wnioski z lektury nie napawają nadmiernym optymizmem, bowiem z jednej strony skuteczność przedsięwziętych kroków nie okazała się zbyt wysoka, zaś z drugiej analiza wydarzeń z okresu po 2008 r. obnaża skłonność rządu do działań jednostronnych. Ta ostatnia tendencja jest widoczna nie tylko na płaszczyźnie instytucjonalnego dialogu społecznego, prowadzonego w ramach Komisji Trójstronnej, ale także w szerszym wymiarze, czego dowodem jest reforma dotycząca podniesienia wieku emerytalnego, a dokładniej tryb jej przeprowadzenia.
Dialog społeczny a kryzys: wielkie nadzieje
Na przełomie lat 2008 i 2009 wydawało się, że rozlewająca się po świecie recesja gospodarcza dotrze także do Polski. Rząd z jednej strony grał na zwłokę, przyglądając się dynamice rodzimej gospodarki i nie spiesząc się z ogłaszaniem deklaracji dotyczących możliwych scenariuszy przeciwdziałania ewentualnej recesji, z drugiej natomiast uległ zmianie jego stosunek wobec dialogu społecznego. Tę drugą prawidłowość dało się zaobserwować również w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Zainteresowanie kręgów rządzących dialogiem z partnerami społecznymi ulegało ożywieniu w czasie kryzysów (politycznych, ekonomicznych, społecznych czy będących kombinacją wielu ich rodzajów) lub gdy debatowano nad reformami strukturalnymi. W obu przypadkach rządzący poszukiwali źródeł dodatkowej legitymizacji swojej polityki, na którą musiały się składać także decyzje niepopularne wśród obywateli.
Motywacje partnerów społecznych, godzących się uczestniczyć w tej grze, są bardziej złożone. Czy opłaca się im (zwłaszcza związkom zawodowym) angażować w dialog trójstronny? Można spotkać zróżnicowane opinie. Twórca tezy o „pozornym korporatyzmie”, David Ost, już ponad dekadę temu twierdził, że taka postawa central związkowych nie ma sensu2, i podtrzymał ten pogląd po wybuchu światowego kryzysu3. Wtórują mu Charles Woolfson i Epp Kallaste, analizując przebieg dialogu społecznego w krajach nadbałtyckich po 2008 r.4 Referując w skrócie stanowiska wymienionych autorów, można powiedzieć, że rządy krajów pogrążonych w recesji nie mają wiele do zaoferowania partnerom społecznym, w szczególności związkom zawodowym. Zatem jedyną korzyścią związków możliwą w tych okolicznościach do osiągnięcia jest zachowanie „miejsca przy stole” rokowań trójstronnych – natomiast ceną za to będzie firmowanie własnym autorytetem ewentualnych decyzji. Wydaje się, że polskie związki zawodowe stoją wobec podobnego dylematu, ale alternatywą dla kooperacyjnej orientacji, wyrażającej się udziałem w pracach Komisji Trójstronnej (i innych gremiach trójstronnych), jest akcja bezpośrednia. Nie wiadomo, czy związki zawodowe mają dość determinacji, jak również zdolności zagospodarowania rosnącego niezadowolenia społecznego, aby posunąć się do takiego kroku. Co się stanie, jeśli próby strajków i manifestacji spalą na panewce?
Na początku 2009 r. wydawało się, że dialog społeczny w Polsce otrzymał ożywczy impuls. Podjęcie przez reprezentatywnych partnerów społecznych autonomicznych negocjacji nad pakietem antykryzysowym i deklaracja rządu, że będzie respektował wynik rozmów dwustronnych, przygotowując projekty ustaw, było wydarzeniem bez precedensu. Co więcej, sprawne negocjacje i szybko osiągnięte porozumienie w postaci „matrycy” 13 punktów pokazały, że produktywny dialog autonomiczny jest w naszym kraju możliwy. Dawały również nadzieję, że partnerzy społeczni, jeśli zechcą, mogą wyemancypować się spod dominującej pozycji rządu w trójstronnej konfiguracji dialogu.
Niestety, wkrótce potem na tym sielankowym obrazku pojawiły się pierwsze rysy – przepisy ustawy antykryzysowej nie w pełni odzwierciedlały postanowienia pakietu autonomicznego. Rozgoryczenie związków zawodowych wywołało zwłaszcza zawieszenie na czas obowiązywania ustawy art. 25/1 Kodeksu pracy, określającego regułę „trzecia umowa na stałe”, co, jak się wkrótce okazało, poskutkowało lawinowym wzrostem liczby umów o pracę na czas określony. Dość powiedzieć, że w 2010 r. Polska znalazła się na czele całej UE-27 pod względem udziału umów czasowych w ogóle umów o pracę (27%), który to wysoki poziom utrzymuje się do tej pory (26,8% pracowników najemnych w trzecim kwartale 2012 r.). Mimo tego pakiet autonomiczny jest przez partnerów społecznych dość zgodnie określany jako istotne osiągnięcie. Zrodził się projekt ustawy, która poszła do sejmu, i w sejmie pewne rzeczy, poza związkami zawodowymi i pracodawcami, zostały dopisane przez posłów, na co już nie mieliśmy wpływu, ale ogólny szkielet tego pakietu został spisany tak, jak uzgodniliśmy w naszym, autonomicznym dialogu5 – mówił przewodniczący „Solidarności”, Piotr Duda. Tajemnica sukcesu tkwiła być może w tym, na co uwagę zwrócił Jeremi Mordasewicz z PKPP „Lewiatan”, a co stało się zarazem zarzewiem przyszłych nieporozumień: Problem polegał na tym, że porozumienie nie dotyczyło kwestii zasadniczych, czyli ograniczenia konsumpcji i chronienia inwestycji. Punkty porozumienia nie były precyzyjnie sformułowane i przy realizacji tego programu partnerzy społeczni inaczej interpretowali zapisy6.
Z upływem czasu coraz wyraźniej widoczne było to, że zainteresowanie grupy docelowej ustawy antykryzysowej oferowanymi przez nią instrumentami wsparcia jest nikłe. Przedsiębiorcy woleli polegać przede wszystkim na własnych siłach. Statystyki podmiotów, które zdecydowały się wystąpić o „subsydiowanie zatrudnienia”, nie pozostawiają cienia wątpliwości. W latach 2009–2011 niespełna 200 przedsiębiorców złożyło wnioski o pomoc finansową dla mniej więcej 12 tys. pracowników, a objętych nią zostało nieco ponad 10 tys. zatrudnionych w około 120 podmiotach.
Jak wynikało z monitoringu skuteczności działania przepisów ustawy, prowadzonego różnymi torami, jej stosunkowo najlepiej ocenianym rozwiązaniem była możliwość wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (standardowo są to cztery miesiące). Co więcej, pozytywny odbiór ze strony przedsiębiorców przełożył się na propozycję legislacyjną, w myśl której przepis zawarty w ustawie miałby zostać włączony do Kodeksu pracy, a tym samym z rozwiązania tymczasowego zmienić się w stałe. W badaniach ISP zrealizowano trzy studia przypadku w firmach, które wykonały taki krok. Case studies wykazały, że firmy, które postanowiły zastosować to rozwiązanie, chwaliły je przede wszystkim za to, że pozwalało ono na ograniczenie kosztów pracy, szczególnie tam, gdzie czynnik sezonowości rynku ma duże znaczenie (np. w budownictwie). Zwraca uwagę fakt, że we wszystkich trzech przypadkach wydłużenie okresu rozliczeniowego odbyło się po konsultacjach z pracownikami, a tam, gdzie funkcjonują związki zawodowe, także z nimi. Korzystna ocena jednego z rozwiązań przygotowanych przez władze nie zmienia jednak faktu, że efekty polityki antykryzysowej były mizerne.
Impas
Dialog społeczny po gwałtownym, choć krótkotrwałym zrywie w początkowych miesiącach 2009 r. wytracał impet. Świadczy o tym dystansowanie się rządu od Komisji Trójstronnej, której pozycja ulegała sukcesywnemu osłabieniu. Przez trzy kolejne lata (2010, 2011, 2012) podwyżka płacy minimalnej była określana jednostronnie przez rząd. W 2009 r. Prezydium Komisji spotkało się 14 razy, a cała Komisja spotkała się na siedmiu sesjach plenarnych. W roku następnym odbyło się w sumie siedem posiedzeń Prezydium, a także pięć sesji plenarnych Komisji. W 2011 r. Prezydium spotykało się tylko pięć razy, zaś cała Komisja – na sześciu sesjach plenarnych.
Również efektywność prac Komisji malała w ciągu dwóch lat. W roku 2010 organ ten podjął jedynie dwie znaczące decyzje. Jedna dotyczyła zwiększenia progu dochodu dla celów pomocy społecznej i została zignorowana przez rząd, podający jako powód brak środków w budżecie na jej realizację. Druga dotyczyła rekomendacji wzywającej do przyspieszenia prac nad przygotowaniem rządowego programu pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw, udzielanych przez samorządy terytorialne. W 2011 r. nie głosowano nad żadnymi uchwałami, podobnie było w roku kolejnym. Do końca 2012 r. Komisja spotykała się ośmiokrotnie, natomiast Prezydium odbyło siedem posiedzeń.
Symboliczny dla słabnącej pozycji instytucji trójstronnych wymiar miała rezygnacja na początku 2012 r. wicepremiera Pawlaka z funkcji przewodniczącego Komisji Trójstronnej w wyrazie dezaprobaty, ale i bezradności wobec ignorowania przez premiera uzgodnień czynionych na tym forum. Jako bezpośredni powód wskazywano, choć nie drogą oficjalną, zignorowanie wspomnianego wyżej, zawartego na forum Komisji porozumienia w sprawie odmrożenia progów dochodowych, stanowiących podstawowe kryterium kwalifikujące do uzyskania pomocy socjalnej. Zaproponowałem premierowi, biorąc także pod uwagę opinie partnerów społecznych, żeby na przewodniczącego Komisji Trójstronnej premier wskazał osobę z Platformy. W mojej opinii najlepszy byłby minister Rostowski, de facto on trzyma kasę i decyduje o kluczowych rozstrzygnięciach (PAP, 6 grudnia 2011 r.) – taką wypowiedź wicepremiera tuż przed ustąpieniem z funkcji szefa Komisji cytowały media.
Stanowisko przewodniczącego Komisji Trójstronnej pozostało ostatecznie w rękach mniejszościowego koalicjanta, bowiem sprawuje je obecny minister pracy, a ten urząd piastuje polityk PSL. Nie ma jednak wątpliwości, że autorytet obecnego ministra nie jest tak wysoki jak rzeczywistego lidera partii, a następca Pawlaka na pozycji szefa PSL, Janusz Piechociński, nie zdradza publicznie zainteresowania objęciem stanowiska przewodniczącego Komisji Trójstronnej.
Nie tylko treść, ale i forma
Wydarzeniem, które szczególnie dobitnie pokazuje jakość dialogu społecznego w ostatnich kilku latach, jest podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat i zrównanie go dla obu płci. Abstrahując od ocen konieczności jego podniesienia, istotny jest sposób przeprowadzenia tej reformy: pospieszne konsultacje społeczne, aby uczynić zadość wymaganiom formalnoprawnym, faktyczne lekceważenie głosów sprzeciwu, paternalistyczna retoryka.
Warto przypomnieć, że wprowadzeniu tak fundamentalnej zmiany systemu zabezpieczenia społecznego, dotykającej de facto każdego polskiego obywatela, towarzyszyła szczątkowa debata publiczna. Kiedy w październiku 2011 r. po raz pierwszy oficjalnie przedstawiono pomysł reformy emerytalnej, wywołał on zdecydowane protesty związków zawodowych. Ustawiły się one tym samym na pozycji rzecznika opinii publicznej, stanowczo przeciwnej proponowanym zmianom – według badań CBOS z marca 2012 r. aż 84% Polaków opowiadało się przeciwko zmianie wieku emerytalnego dla mężczyzn, a jeszcze więcej, bo 91%, przeciwko takiej zmianie dla kobiet.
Idąc za ciosem, „Solidarność” uruchomiła kampanię Stop67. Przeciwnicy podniesienia wieku emerytalnego zebrali w sumie ponad dwa miliony podpisów pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie ogólnokrajowego referendum na temat reformy, ale inicjatywa ta została odrzucona w Sejmie w kwietniu 2012 r. Projekt ustawy wprowadzającej reformę omawiano w Komisji Trójstronnej w marcu i kwietniu 2012 r., lecz nie udało się osiągnąć konsensusu w tej sprawie. Pomiędzy marcem a majem ubiegłego roku pod przewodem związków zawodowych odbyły się liczne demonstracje wyrażające niezgodę na forsowane zmiany: przed Kancelarią Premiera, przed Sejmem, wreszcie przed Pałacem Prezydenckim. Podczas kampanii przeciwko reformie ze strony związków zawodowych padały także propozycje innych rozwiązań istniejących problemów demograficznych, budżetowych oraz rynku pracy, jak choćby koncepcja Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, zgodnie z którą prawa emerytalne pracownicy nabywaliby po 35 latach pracy w przypadku kobiet, zaś 40 – w przypadku mężczyzn. Żadna z nich nie została jednak wzięta pod uwagę przez rząd.
Śledząc losy tej arcyważnej reformy, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że modus operandi rządu wpisał się w zapoczątkowaną w 1990 r. tradycję przeprowadzania ważnych zmian instytucjonalnych w trybie imperatywno-rewolucyjnym. Decyzje o doniosłych skutkach społecznych zapadały w gabinetach i kuluarach, po czym gwałtownie je społeczeństwu narzucano.
Innym znaczącym przykładem nieliczenia się rządu ze zdaniem partnerów społecznych była decyzja o zamrożeniu środków Funduszu Pracy z inicjatywy ministra finansów w 2011 r. W jej rezultacie zablokowano kwotę 5 miliardów złotych, co miało istotny wpływ na ograniczenie deficytu budżetowego państwa. Negatywnym skutkiem tego posunięcia było odcięcie środków na aktywizację osób bezrobotnych, co wobec stale rosnącej skali braku zatrudnienia musiało się spotkać z krytyką. Wprawdzie w lipcu 2012 r. po interwencji ministra pracy udało się odblokować część środków Funduszu (500 mln zł) na cele aktywizacji bezrobotnych, ale pozostała część jest nadal niedostępna do wykorzystania, a termin ich uwolnienia nie został oficjalnie wskazany.
Lepiej już było?
O potrzebie przedłużenia rozwiązań zastosowanych w ustawie antykryzysowej zaczęto mówić już w drugiej połowie 2011 r. Z toczonych na ten temat dyskusji nic jednak wówczas nie wynikło, podobnie jak przez cały kolejny rok, już po wygaśnięciu ustawy. Brak woli zajęcia się tym problemem wynikał z pewnością ze względnie dobrej kondycji ekonomicznej kraju. Klimat zadowolenia i poczucia relatywnego bezpieczeństwa zaczął jednak powoli zanikać wraz z nasilaniem się alarmowych sygnałów dotyczących stanu gospodarki i prognoz dla niej na 2013 r. Wiele wskazuje na to, że możemy doświadczyć nawet recesji w prawdziwym tego słowa znaczeniu (czyli ujemnej dynamiki PKB), poziom bezrobocia będzie stale rósł, a ponadto wkroczyliśmy właśnie w końcową fazę obowiązywania obecnego budżetu UE, która, jak uczy doświadczenie, jest okresem malejącej efektywności wykorzystania środków strukturalnych.
Obecnie tocząca się debata nad nowelizacją Kodeksu pracy pokazuje, że pozytywne doświadczenia w stosowaniu niektórych rozwiązań ustawy antykryzysowej nie pozostały niezauważone. Na dodatek od dawna słychać opinie, że wobec pogarszania się sytuacji gospodarczej potrzebny jest nowy pakiet antykryzysowy. Powstaje pytanie, czy zostanie on wprowadzony w drodze jednostronnej decyzji rządu, czy w jego przygotowanie zaangażują się partnerzy społeczni? Ewentualne zapewnienie sobie tym razem ich współpracy będzie wymagało od rządu zaoferowania partnerom społecznym, szczególnie związkom zawodowym, zachęt silniejszych niż w roku 2009. W styczniu bieżącego roku rząd przedstawił w Komisji Trójstronnej projekt „ustawy o szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców”, w skrócie nazywanej „drugą ustawą antykryzysową”. Pierwsze reakcje partnerów społecznych na przedłożone propozycje trudno uznać, mówiąc oględnie, za entuzjastyczne. Jesteśmy raczej świadkami utwardzania postawy związków zawodowych.
Czyżby więc materializujący się na naszych oczach kryzys gospodarczy miał się zbiec z trwającym kryzysem dialogu społecznego, który być może okaże się nawet schyłkiem polskiej wersji neo-korporatyzmu, budowanego od początku lat 90.?
Przypisy:
- J. Czarzasty, D. Owczarek, Kryzys gospodarczy i dialog społeczny w Polsce/The Economic Crisis and Social Dialogue in Poland, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2012. Raport powstał w ramach projektu pt. The economic crisis impact on Industrial relations national systems: Policy responses as key recovery tools zrealizowanego we współpracy z partnerami z Turcji, Chorwacji, byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii, Bułgarii i Estonii w okresie grudzień 2011 – listopad 2012. http://www.isp.org.pl/publikacje,1,565.html
- D. Ost, Illusory Corporatism in Eastern Europe: Neoliberal Tripartism and Post-Communist Class Identities, „Politics and Society”, Vol. 28 (4), 2000, s. 503–530.
- D. Ost, „Illusory Corporatism” Ten Years Later, „Warsaw Forum of Economic Sociology”, 2:1(3), 2011, ss. 19–49. www.sgh.waw.pl/katedry/kase/wfes/atompage.2011–12–23.5124126041/3.2ost_wfes.pdf
- Ch. Woolfson, E. Kallaste, „Illusory Corporatism” „Mark 2” in the Baltic States, „Warsaw Forum of Economic Sociology”, 2:1(3), 2011, ss. 51–72. www.sgh.waw.pl/katedry/kase/wfes/atompage.2011–12–23.5124126041/3.3woolfson_kallaste_wfes.pdf
- Kryzys gospodarczy i dialog społeczny w Polsce/The Economic Crisis and Social Dialogue in Poland, materiały multimedialne, http://www.youtube.com/watch?v=rspTbbQpPYY
- Ibid.