Nie bójmy się robotów i o robotę

Era robotów nadchodzi. Od nas zależy, czy za ich przyczyną nadejdzie kres pracy ludzkiej, czy tylko przybierze ona inny kształt.

Gdy John Winzeler oprowadzał mnie po swojej czystej, cichej chicagowskiej fabryce, produkującej od 75 lat skrzynie biegów dla przemysłu samochodowego na całym świecie, na stanowiskach pracy znajdowało się znacznie więcej maszyn niż ludzi. Tylko cztery z czterdziestu trzech urządzeń były obsługiwane przez maszynistów-ludzi; pozostałe dzieliły się pracą nad poszczególnymi stadiami produkcji skrzyni biegów w dzień i w nocy, przy niewielkiej interwencji człowieka.

Wielkie fabryki „zatrudniają” tego typu roboty już od 50 lat, jednak Winzeler Gear jest jedną z niewielu małych firm, które posunęły się pod względem robotyzacji produkcji tak daleko. Przedsiębiorstwo ma zamiar wkrótce wprowadzić pionierskiego „współpracującego” robota, czyli robota łatwo przystosowującego się do warunków i dającego się zaprogramować do wykonywania wielu różnorodnych zadań. Pomimo ostrej konkurencji ze strony fabryk produkujących w krajach o niskich płacach Winzeler Gear kwitnie w Chicago właśnie dzięki robotom. W 1985 r. firma zatrudniała 60 osób i produkowała 2 miliony skrzyń biegów miesięcznie. Obecnie, przy 43 robotach oraz 35 zatrudnionych na pełen etat i 15 na jego część pracownikach, liczba produkowanych elementów wzrosła do 15 mln miesięcznie. Właściciel ma nadzieję, że ostatecznie roboty zastąpią wszystkich robotników z krwi i kości, a na stanowiskach pozostaną tylko wysoko wyspecjalizowani, dobrze opłacani pracownicy techniczni i biurowi, zaś jego przedsiębiorstwo pozostanie wytwórcą zdolnym do globalnego współzawodnictwa. Moja wizja, której realizacji nie dożyję, to całkowita automatyzacja procesu produkcji – mówi Winzeler, który ma obecnie 72 lata. – Nie chcę rezygnować z pracy ludzkich rąk dla samej rezygnacji, ale dla regularności i efektywności. Uważam, że roboty są świetne.

Roboty mogą być świetne – a mogą być też złe. Napędzają zarówno ludzkie fantazje, jak i obawy. Ostatnio rozniecają jedne i drugie, i to w nadmiarze. Inżynieryjne przełomy w robotyce, sztuczna inteligencja i uczenie się przez maszyny nadeszły szybciej, niż się spodziewano. W 2013 r. dwaj badacze z Oxfordu, Carl Benedikt Frey i Michael Osborne, oszacowali, że 47 procent amerykańskich pracowników jest zagrożonych zastąpieniem przez roboty lub inne technologie oparte na komputerach. Błyskawiczny postęp w rozwoju robotyki rodzi otrzeźwiające pytania: ile miejsc pracy – i których – zostanie utraconych lub ulegnie przekształceniom? Jaką politykę powinniśmy wdrożyć w oczekiwaniu na nadejście świata zależnego od robotów? I co się stanie z pracą ludzką, jeśli roboty zaczną wykonywać większość naszych obecnych obowiązków? Zależy to w większości od wyboru, jakiego dokonamy: czy pozostawić robotyzację wolnemu rynkowi, czy też podjąć rozważne kroki, by kształtować przyszłe relacje pracy, maszyn i człowieka.

Nie takie złe, jak myślimy

Roboty łatwo mogą wzbudzić w ludziach panikę. Zaniepokojonym prekariuszom zautomatyzowane fabryki jawią się jako widmo przyszłego bezrobocia. Bardzo dobrze świadome tego faktu korporacje mogą radośnie używać wizji „zrobotyzowanej” przyszłości jako groźby – tak jak wcześniej używały pomysłu przeniesienia biznesu do miejsc o tańszej sile roboczej – aby dyscyplinować swoich pracowników i utrzymać pensje na niskim poziomie.

Dwa lata temu, gdy pracownicy sieci fast foodów w całym kraju zaczęli domagać się 15 dolarów za godzinę pracy, Employment Policies Institute, organizacja-przykrywka, reprezentująca interesy przemysłu restauracyjnego, wykupiła w „Wall Street Journal” ogłoszenie na całą stronę. Informowało ono: Dlaczego roboty mogą niebawem zastąpić domagających się wyższych wynagrodzeń pracowników sieci fast food? Owszem, okazuje się, że zautomatyzowane maszyny robiące hamburgery i przyjmujące zamówienia są już w stadium rozwoju i mogą potencjalnie zamienić franczyzy fastfoodowe w wysoce wyspecjalizowane automaty do sprzedaży żywności.

Pracodawcy od dawna używają technologii w celu podkopania sił i wpływów robotników. W przedostatniej dekadzie XIX wieku firma McCormic Harvesting Machine Company, producent kos żniwnych, zainstalowała nowe maszyny, choć wytwarzały one produkty gorszej jakości i o wyższych kosztach wytwarzania od tych wychodzących spod ludzkich rąk. Celem było złamanie silnego w tamtym czasie związku zawodowego metalowców. Posunięcie zadziałało.

Jednak w skali całej gospodarki roboty wcale nie muszą okazać się tak rewolucyjne, jak sądzimy. W zeszłym roku Pew Research Center przeprowadziło wśród 1896 ekspertów ds. cyfryzacji badanie opinii, które ujawniło, że podzieleni są oni na dwie równe grupy. Połowa uważa, że roboty wyeliminują więcej miejsc pracy, niż stworzą, a połowa, że tak nie będzie. Robert Gordon, ekonomista z Northwestern University, wskazuje, że silnik parowy, elektryczność i domowa hydraulika (które to wynalazki uwolniły kobiety od większej części harówki) wprowadziły do naszego życia i sposobu pracy więcej głębokich zmian niż cyfryzacja, komputery i roboty.

Jak do tej pory roboty wydają się jednak odgrywać w wypieraniu pracowników niewielką rolę. W 1961 r. General Motors umieściło w swojej fabryce samochodów w New Jersey pierwszego przemysłowego robota-spawacza. Do roku 2000 liczba przemysłowych robotów zwiększyła się do 92900. Jednak pomiędzy rokiem 1970 a 2000 liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostawała na tym samym poziomie i wynosiła około 18 milionów. Poważny spadek nastąpił dopiero po roku 2000, gdy Stany Zjednoczone otworzyły granice na nielimitowany handel z Chinami. Wykorzystywanie robotów przemysłowych faktycznie przyspieszyło w nowym tysiącleciu, ale zarówno Robert Scott z Economic Policy Institute, jak i Dean Baker z Center for Economic and Policy Research twierdzą, że więcej miejsc pracy straciliśmy z powodu delegowania jej do krajów trzecich niż w wyniku „zatrudnienia” robotów. Jeśli zaś chodzi o bardzo ślamazarny wzrost liczby miejsc pracy od ostatniego kryzysu gospodarczego, ekonomista Dani Rodrik z Institute for Advanced Study twierdzi, iż można go przypisywać nie nowym technologiom, lecz postawom gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i rządu, którzy wybrali cięcia w gospodarce w miejsce bodźców i zachęt.

Choć może się to wydać sprzeczne z intuicją, konwencjonalna wizja gospodarki głosi, że używanie maszyn oszczędzających ludziom pracy wcale nie redukuje ogólnego zatrudnienia. Dzieje się tak dlatego, że zazwyczaj w biznesie wykorzystuje się podniesienie stopy produktywności w celu obniżenia cen i podwyższenia sprzedaży, co prowadzi do zwiększenia zatrudnienia. Na przykład w fabryce Winzelera niektórzy z operatorów maszyn stracili pracę, zostało to jednak zrównoważone przez nowe etaty przy sprzedaży i pracach pomocniczych. Nowa technologia wymaga także zatrudniania ludzi, którzy się na niej znają, umieją ją wytworzyć, zreperować i (czasami) obsługiwać. Większość ekonomistów twierdzi, że w ostatecznym rozrachunku, po wprowadzeniu nowej technologii, zatrudnienie wraca do poprzedniego poziomu, a nawet rośnie. Jeśli ten model jest prawdziwy, to jedynym, czego możemy się ze strony robotów obawiać, jest początkowy okres. Podczas jego trwania niektórzy pracownicy będą bardziej bezbronni od innych. Oksfordzcy badacze, Frey i Osborne, odkryli, że roboty najbardziej zagrażają miejscom pracy, które nie wymagają specjalnych umiejętności i są nisko płatne, a więc zwłaszcza osobom, którym najtrudniej jest znaleźć zatrudnienie. Nasuwa się widmo rozrostu podklasy i towarzyszące mu odkształcenie tkanki społecznej.

I tu właśnie wchodzi do gry polityka publiczna. Oto, czego możemy nauczyć się z historii i od innych krajów.

Nowy Ład ery robotów

Historia kapitalizmu korporacyjnego była zawsze znaczona przez zakłócenia i spowolnienia, począwszy od masowej utraty zarobku przez drobnych rolników po wprowadzeniu upraw na skalę przemysłową, po zastąpienie pracy rzemieślników maszynami. Pracownicy jednak zawsze stawiali opór. W początkach XIX wieku w Anglii luddyści niszczyli zwiastujące wprowadzenie nowej technologii krosna mechaniczne, maszyny tkackie, które przejmowały ich pracę i obniżały lub zabierały zarobek. Historyk Eric Hobsbawm opisywał ten akt jako wyraz wczesnego działania związków zawodowych, rodzaj „zawierania układu zbiorowego poprzez zamieszki”, co często skutkowało podniesieniem wynagrodzeń.

Do początków XX wieku związki zawodowe działające w przemyśle niechętnie akceptowały zmiany technologiczne, ale jednak robiły to, pod warunkiem przyznania pracownikom udziału w zyskach wypracowanych dzięki ich wprowadzeniu. Gdy nowe narzędzia i metody pracy podniosły produktywność przemysłu samochodowego, ceny spadły, wzrosła sprzedaż i zatrudniano więcej osób. Robotnicy naciskali na pracodawców w sprawie podwyższenia pensji, które podniosły ich siłę nabywczą i wykreowały jeszcze więcej miejsc pracy. Inni pracownicy podążyli ich śladem, wspierając popyt na wiele towarów, łącznie z samochodami.

Jeśli znajdujemy się właśnie na progu przewrotu związanego z robotyzacją, organizowanie się w związki zawodowe będzie jeszcze ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Pracownicy będą potrzebowali silnego zaplecza, by negocjować warunki i podkreślać potrzeby tych z nich, którzy zostaną zastąpieni przez automaty.

Innym aspektem tego procesu będzie zaostrzenie nierówności ekonomicznych. Ekonomista z MIT przedstawia to następująco – nastanie ery komputerów w późnych latach 70. wykształciło obecne podziały wśród pracowników. Rosło zapotrzebowanie na pracę abstrakcyjną (obowiązki wykonywane przez wykształconych w college’ach pracowników potrafiących używać komputerów), malało zaś na pracę manualną, rutynową (pracownicy serwisowi wykonujący niewiele zadań, które wymagałyby specjalnych umiejętności). To zaś, jak mówi, sprawiło, iż wynagrodzenia za różne rodzaje pracy spolaryzowały się, napędzając nierówności.

Jednak Lawrence Mishel, jego koledzy z Economic Policy Institute oraz Dean Baker zwracają uwagę, że tak ukazany model polaryzacji pomija istotny niuans współczesnego rynku pracy i ignoruje podstawowy czynnik nierówności: politykę publiczną, a nie roboty. Wskazują oni, że wiele z polityk rządu USA, na czele z pompowaniem wzrostu sektora finansowego i likwidacją pensji minimalnej, przyczynia się do jej rozkwitu. Nieważne, kto z nich ma rację – niepodważalne jest to, że polityka publiczna oraz związki zawodowe mogą odegrać ogromną rolę w ukróceniu złych efektów „zakłócenia technologicznego”.

Na szczęście nie musimy na nowo wymyślać koła. Kilka krajów europejskich wypracowało już efektywne modele, na których możemy się wzorować. Na przykład skandynawska polityka flexicurity od dawna służy jako kompromis między kapitalistycznymi zapędami podporządkowania sobie nowoczesnej technologii a pracownikami, poszukującymi bezpieczeństwa socjalnego. W zamian za gotowość ze strony pracowników do „elastyczności” w przyjmowaniu unowocześnień wprowadzanych w ich miejscach pracy rząd pomaga im złagodzić odczuwanie skutków takich zmian za pomocą silnego wsparcia i pomocy społecznej, np. ubezpieczenia na wypadek bezrobocia. Rząd zapewnia także programy przekwalifikowujące, przygotowujące pracowników do zawodów nowego typu.

Aby utrzymać się na prowadzeniu, przed robotami, pracownicy będą potrzebowali takich szkoleń – pomogą im one rozwinąć kreatywność i inteligencję społeczną, które są charakterystyczne tylko dla ludzi (w każdym razie w tej chwili). Wymaga to dostępu do możliwości uczenia się przez całe życie, daleko wybiegającego poza zwyczajne szkolenia zawodowe.

To minimum, które musimy wprowadzić w życie, skoro wkraczamy w Erę Robotów. Jednak jeśli miałyby one zastąpić większość pracowników, polityka flexicurity byłaby z pewnością nieadekwatna. Nawet jeśli współczesne roboty wywarłyby zaskakująco niewielki wpływ na rynek pracy, nie możemy odrzucić możliwości, że eksplozja ich kolejnej generacji może rozbić dawne zasady w pył.

Najgorszy możliwy scenariusz

Tempo zmian staje się coraz szybsze. Frey i Osborne nie przeprowadzili dokładnych symulacji czasowych dotyczących przewidywanej utraty 47 procent miejsc pracy, ale zwolennicy robotów mówią o ogromnych przemianach, które miałyby nastąpić na przestrzeni najbliższych kilku dekad. Sprzedaż robotów przemysłowych rośnie o około 17 procent rocznie, a postępy w rozwoju robotyki następują nawet szybciej, niż się spodziewano. Boston Consulting Group przewiduje, że do roku 2025 zakup robota przemysłowego będzie o 16 procent mniej kosztowny od ogółu kosztów pracy ludzkiej.

Foxconn, ambitny i agresywny tajwański producent kontraktowy, który wypuszcza na rynek iPhony, stawia na zautomatyzowaną przyszłość. Trzy lata temu ogłosił, że w swoich fabrykach w Chinach zainstaluje milion robotów. Okazało się to niemożliwe, po części z powodu zamieszania z ich specjalnie zaprojektowanym „Foxbotem”. Nawet jednak okrojone plany pozostają ambitne i to z ich powodu mówi się, że Chiny będą ojczyzną większości robotów już w 2017 r. Foxconn upatruje w nich nadziei na pozostanie konkurencyjnym, jako że staje twarzą w twarz z żądaniami podwyżek płac oraz z niedoborem pracowników. Co więcej, roboty mogą sprawić, że liczne dziś problemy firmy – m.in. plaga samobójstw wśród robotników i powszechne strajki – ograniczą się do sfery… mechaniki.

Wytwórstwo to jedna z rutynowych czynności, które, zarówno pod względem poznawczym, jak i manualnym, są oczywistymi polami dla robotyzacji. Jednak Frey i Osborne twierdzą, że nawet nierutynowe zawody, takie jak pisanie, przed nią nie uciekną. Analitycy latami twierdzili, że aktywność robotów będzie ograniczona do zadań związanych z powtarzalnymi czynnościami wedle określonych reguł, a ludzie będą wkraczali tam, gdzie pojawi się problem do rozwiązania. Obecnie jednak roboty stają się coraz bieglejsze w czymś, co nazywamy „rozpoznawaniem wzorów”. Wkraczamy w erę współistnienia z robotami, które widzą, słyszą, mówią, uczą się, sortują i wybierają przedmioty, potrafią prowadzić samochód osobowy lub ciężarówkę, zwyciężają ludzi w konkursach wiedzy, przeprowadzają ekspertyzy prawne, diagnozują pacjentów, przeprowadzają operację kolana, piszą opowiadania, komponują oryginalną muzykę i opiekują się starszymi osobami.

Gdy roboty rozpowszechnią się poza sferę produkcji, skala utraty miejsc pracy przez ludzi może stać się katastrofalna. Weźmy choćby samochód bez kierowcy (ang. driverless car). Google spieszy się, by wyprodukować „robotyczne” samochody i ciężarówki, a Tesla, Mercedes-Benz i Apple depczą mu po piętach. Obecnie 4 miliony Amerykanów zarabiają na życie, prowadząc ciężarówki, taksówki, autobusy i inne pojazdy. Rozpowszechnienie się robotów w wielu sferach zawodowych mogłoby sprawić, że pozbawieni pracy kierowcy mieliby trudności ze znalezieniem nowej. Jeśli każda sfera zatrudnienia zastąpi ludzi robotami będącymi w stanie produkować, programować i reperować inne roboty albo zająć najprostsze stanowiska typu „przewracanie burgerów”, które inaczej dostaliby ludzie pozbawieni pracy, wzrost gospodarczy nie będzie w stanie wyrównać strat. Równowaga tworzenia nowych miejsc pracy i ich eliminacji może zachwiać się na stałe.

Wiele zależy od tego, w jaki sposób projektujemy nasze roboty. John Markoff, dziennikarz naukowy „New York Timesa”, w swojej nowej książce „Machines of Loving Grace: The Quest for Common Ground Between Humans and Robots” twierdzi, że kluczową kwestią jest to, czy roboty zostaną zaprojektowane w taki sposób, by zastąpić istoty ludzkie (jak zapowiada to rozwój sztucznej inteligencji, AI [ang. artificial intelligence – przyp. red.]), czy też będą jedynie zwiększać i wzmacniać możliwości człowieka (stając się narzędziami zwiększania inteligencji, IA [ang. intelligence augmentation – przyp. red.])? W wyprodukowanym przez Google samojezdnym samochodzie chodzi o sztuczną inteligencję, która ma zastąpić kierowcę-człowieka. Ale jego bliski kuzyn, obecnie sprzedawany przez firmę Tesla pakiet wspierający kierowcę, ma za zadanie pomóc ludziom w unikaniu groźnych błędów przy prowadzeniu auta i tym samym podpada pod rubrykę „przyjazne człowiekowi zwiększanie inteligencji”.

Markoff sugeruje, że różnice między AI i IA są wynikiem zakorzenienia w gospodarczych paradygmatach, które je wytwarzają. IA jest atrakcyjna dla tych, którzy chcieliby, aby człowiek pozostał w centrum wszechrzeczy. AI interesuje raczej systemy napędzane przez zysk, które liczą na zmniejszenie roli pracownika w procesie produkcji. Jak to ujął Henry Ford: Dlaczego, kiedy proszę ludzi, by przyszli do mnie z parą rąk, zawsze muszą dołączyć do nich mózg?

Jeśli wolnorynkowy kapitalizm przetrze sobie drogę, większa część świata może zacząć przypominać fabrykę z marzeń Johna Winzelera, gdzie maszyny brzęczą w ciemnych, zimnych warsztatach. Praca rąk ludzkich stanie się przestarzała, może oprócz zatrudnienia przy sprzedaży i projektowaniu oraz przy pewnej ograniczonej formie utrzymania maszyn i nadzoru nad nimi.

W tej zimnej przyszłości różnice między dziesięcioma procent ludzi „z góry” a dziewięćdziesięcioma „na dole” staną się jeszcze większe. Elity będą czerpać dywidendy z bogactwa wyprodukowanego przez roboty i będzie je stać na cuda techniki, takie jak zwierzęta-roboty czy osobiści asystenci. Jednak większość ludności ten cudowny nowy świat zupełnie ominie. Czy dystopia świata robotów byłaby w stanie sama się utrzymać? Prawdopodobny jest raczej jej upadek: gdy pozostający bez zatrudnienia pracownicy mają mniejszy – lub żaden – dochód rozporządzalny, konsumpcja będzie zniżkować. Zagraża to zarówno pracownikowi, jak i całości systemu. Przewodniczący związku zawodowego United Auto Workers, Walter Reuther, zwrócił kiedyś na to uwagę podczas rozmowy z dyrektorem firmy produkującej samochody. Jak zamierza pan zebrać składki związkowe od tych wszystkich maszyn? – zapytał. Reuther odparł: Nie to mnie martwi. Zastanawia mnie raczej, w jaki sposób skłonię te maszyny do kupowania samochodów.

Wejście Transformersów

Ostatecznie jednak wpływ, jaki roboty zyskają na rzeczywistość i to, jakie będą, zostanie zdeterminowany zarówno przez wartości wyznawane przez tworzące je społeczeństwo, jak i przez czystą technikę. Polityka, która mogłaby zażegnać kryzys wywołany przez roboty, mogłaby również kształtować rozwój nowej robotyki i poprawić nasz poziom życia.

To wszystko wykracza poza wzmocnienie związków zawodowych, zasiłki dla bezrobotnych i uczenie się całe życie tylko po to, żeby być w stanie złagodzić „zakłócenia” rynku pracy przez roboty. Jeśli chcemy robotów, które nie zastąpią ludzi, lecz będą im pomagać, rząd powinien zainwestować środki w rozwój robotów w kierunku IA poprzez placówki cywilne, a nie tylko wojskowe. Obecnie większość tych funduszy przechodzi przez DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency). To miejsce, w którym narodził się Internet. DARPA od dziesięcioleci służy rządowi jako de facto oddział wdrażania polityk badawczych i przemysłowych. Chociaż większość badań finansowanych przez tę agencję ma oficjalnie „podwójne zastosowanie”, łatwo przewidzieć, że interesy militarne dominują. Jeśli chodzi o badania nad robotami, DARPA skłania się ku sztucznej inteligencji. W końcu wojna bez żołnierzy będzie mniej „brudna”, jak to już zaobserwowaliśmy w przypadku działań wojennych prowadzonych za pomocą dronów, gdy młodzi Amerykanie nie są bezpośrednio narażeni na ryzyko, zabijanie może być prowadzone poza polem widzenia, nie zaprzątać nikomu głów i być moralnie relatywne. Przyniosło to także inny podstępny skutek – rozwijanie AI szerzej niż IA, jako że technologie wojskowe są przykrawane do zastosowań cywilnych. Tymczasem w IA chodzi o coś więcej niż o zachowanie miejsc pracy. Amartya Sen, indyjski ekonomista, laureat Nagrody Nobla, uważa, że powinniśmy przedefiniować „bogactwo” i objąć tym terminem pełną samorealizację każdej jednostki. Roboty, które zasilą nasze szeregi, powinny to bogactwo pomnażać.

Według Markoffa AI i IA oferują nam zupełnie różniące się wizje przyszłości: W jednym ze światów ludzie współistnieją i prosperują wraz z maszynami, które stworzyli… Jest jednak równie prawdopodobne, że te technologie, zamiast wyzwolić ludzkość, ułatwią dalszą koncentrację bogactw, wywołując nową falę braku zatrudnienia w zawodach związanych z techniką, instalując na całym globie siatkę nadzoru, przed którą nie da się uciec oraz spuszczą ze smyczy samosterującą superbroń nowej generacji.

Aby uniknąć rozwoju technologii w tak aspołecznym kierunku, musimy także równo podzielić korzyści płynące z robotyzacji. Ważnym krokiem ku temu jest skrócenie czasu pracy bez redukcji wynagrodzeń. „Dywidenda z robotów” mogłaby być wypłacana w postaci trzydziestogodzinnego tygodnia pracy, większej długości płatnych wakacji, hojnie opłacanego urlopu rodzicielskiego i zdrowotnego oraz możliwości szybszego przejścia na emeryturę. Wszystkie te narzędzia pozwoliłyby rozdzielić pracę szerzej i efektywniej.

Na bardziej podstawowym poziomie – wizja rewolucji robotów przynagla nas do ponownego przemyślenia podziału pracy, który obowiązuje od czasów Rewolucji Przemysłowej. Podział ten marginalizuje znaczenie kluczowych rodzajów pracy, którą świadczy się poza rynkiem, takich jak gotowanie, sprzątanie, troszczenie się o dzieci, starców i osoby chore. Zadania te wymagają kreatywności i empatii, których roboty nie mają szans opanować, jednak nasze społeczeństwo przypisuje im nieadekwatnie niską wartość. Można przekształcić takie czynności w płatne zajęcia – za pomocą polityki przyznawania dotacji kapitałowej za każdego urodzonego noworodka czy poszerzenia sektora non profit. Praca, którą obecnie wykonują grupy niepobierające za nią wynagrodzenia, mogłaby rozkwitnąć, a społeczność wsparłaby działania artystów, muzyków, aktorów i innych pracowników kultury.

Martin Ford, entuzjasta współistnienia z robotami, autor książki „The Rise of The Robots”, proponuje bardziej radykalne rozwiązanie: uniwersalny dochód gwarantowany. W wyniku całkowitego oddzielenia kwestii pracy i wynagrodzenia dochód ten przewróciłby do góry nogami nasze wyobrażenia na temat motywacji i tego, kto zasługuje na podstawowe utrzymanie.

Na rozdrożu

Marzenia o robotach produkujących obfitość towarów pod niewielkim nadzorem nieprzemęczających się ludzi mogą się w przyszłości spełnić. Czy będzie to utopia, czy dystopia? Zależy to głównie od tego, czy potrafimy przeformułować nasze obecne przekonania dotyczące tego, które z ludzkich czynności zasługują na gratyfikację finansową. Jeśli zaś nie będziemy w stanie się przystosować do nowej rzeczywistości, możemy obudzić się, jak ujmuje to piosenka „Solidarity Forever”, wygnani i głodujący pośród cudów, które stworzyliśmy.

Gdy przyjmiemy do wiadomości, że ludzkość stoi u bram Ery Robotów, ważką kwestią stanie się, czy ludzie i maszyny potrafią solidarnie współistnieć w uniwersum bogactwa, jakiego nie znano wcześniej. Ten, zbudowany z pomocą robotów, świat może nam zapewnić zarówno dobrobyt materialny, jak i bogactwa niematerialne, pochodzące od każdej osoby realizującej swój twórczy potencjał. Jeżeli wykorzystamy roboty, by przywrócić międzyludzką solidarność, ten nowy świat w rzeczy samej zostanie zbudowany na gruzach starego porządku.

Tłum. Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej amerykańskiego lewicowego czasopisma „In These Times” w listopadzie 2015 roku. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Bezcelowa innowacja? Polityka nierówności w kształceniu wyższym

Innowacja to nowa mantra systemu edukacji wyższej w Stanach Zjednoczonych. Rektorzy uczelni, urzędnicy rządowi, doradcy biznesowi czy filantropi – wszyscy po równo obwołali ją niekwestionowanym dobrem. Zazwyczaj pojęcie to ma odnosić się do rozwoju technologicznego, którego celem jest dostarczenie „wypełniacza edukacyjnego” i zmiany sposobu działania samych uczelni, a także tworzenie produktów, które można sprzedać biznesowi pozauczelnianemu. Główne założenie mówi, że w naszym szybkim, napędzanym technologią świecie musimy porzucać stare praktyki i produkty – i zaakceptować nowe.

Wcześniej taką mantrą była doskonałość. Historię amerykańskiego kształcenia wyższego można by zresztą prześledzić w oparciu o dominującą terminologię. Tak oto „innowacja” wraz z kilkoma towarzyszącymi jej wyrażeniami pokazują, jakie wartości zamyka się obecnie hermetycznie w kapsułach takich pojęć. „Krytyczne myślenie” w dużej mierze zastąpiło dawniejszy cel, jakim była „edukacja moralna”. „Nowa wiedza” pojawiła się w miejscu „meblowania umysłu”, pod które to pojęcie, jak ujmuje to raport Yale z 1828 roku, podwaliny położyli klasycy, i które towarzyszyło edukacji przez cały wiek XIX. Nadal bywa prezentowane jako racjonalne uzasadnienie dla programu nauczania „wielkiej literatury” [great books program – lista lektur, które tworzą kanon literatury zachodniego kręgu kulturowego – przyp. tłum.]. Także „różnorodność” znajduje się blisko szczytu listy nadużywanych pojęć. Dawniej oznaczała zróżnicowanie między szkołami obecnymi w rozbudowanym systemie amerykańskim, obejmującym placówki od małych kościelnych uczelni po spore uniwersytety stanowe, jednak – począwszy od lat 80. XX wieku – pojęcie to stosuje się do opisu różnorodnych tożsamości studentów.

„Innowacja” w wielu aspektach podjęła rękawicę tam, gdzie porzuciła ją „doskonałość”. Wcześniejsza z tych dwóch obsesji, jak wskazywał w swojej książce „The University in Ruins” („Uniwersytet w ruinach”) z 1996 roku Bill Readings, oznaczała przewrót w obrębie głównej idei uniwersytetu, który dotąd opierał się na rozumowaniu filozoficznym lub kulturze narodowej, a stać się miał „uniwersytetem doskonałości”, skażonym wpływem kultury korporacyjnej. „Doskonałość” nie znikła, ale w ciągu ostatnich kilku dekad traci nieco na sile, jako że „innowacja” stała się podstawową misją uczelni i jej „paliwem ekonomicznym”. Pracujemy obecnie na „uniwersytetach innowacji”, pełnych nowych Centrów Innowacji i Instytutów Innowacji, które rozpleniły się na prawie każdym kampusie.

Któż sprzeciwiałby się innowacji? Chyba tylko zdziwaczali profesorowie i może Amisze. Jednak spod perspektywy nieprzerwanego dążenia ku postępowi, wyziera to, że pęd ku innowacji niesie ze sobą pewną celową, niemal niekwestionowaną politykę. O co chodzi z tą innowacją? W jakim celu i z jakim rezultatem ma być wprowadzana? I kto na niej skorzysta?

Podstawowym założeniem amerykańskiej edukacji na szczeblu wyższym – od Tomasza Jeffersona, poprzez ufundowanie uniwersytetów stanowych w XIX wieku, Komisję Trumana i wydaną po II wojnie światowej ustawę G.I. [The Servicemen’s Adjustment Actz 1944 roku to prawo, które miało ułatwić wejście w nowe życie weteranom wracającym z frontu – przyp. tłum.], aż po inne inicjatywy, jak np. Ustawa o Szkolnictwie Wyższym z 1965 roku – była równość. Oczywiście nie każdy mógł dostać się na Harvard, ale w okresie powojennego rozwoju systemu kształcenia całą energię włożono w sprawienie, by publicznie dostępna edukacja stała się podobna do tej dostępnej na Harvardzie. Uniwersytet Berkeley był kiedyś „Harvardem Zachodu”, a szkołę, w której zrobiłem doktorat, SUNY-Stony Brook, reklamowano jako „Berkeley Wschodu”. Polityka federalna miała na celu ustalenie pewnego parytetu między szkołami i oferowanie każdemu wykształcenia o porównywalnej jakości, zarówno w lokalnych college’ach w Kalifornii, jak i na uczelniach Nowego Jorku.

Obecne nawoływania do innowacji oznaczają ogromny krok wstecz i odwrót od takiego celu. Rzecznicy innowacji, w najczęściej używanym znaczeniu tego terminu, proponują mechanizację nauczania (szczególnie nauczania mniej uprzywilejowanych studentów), budowę wysoce hierarchicznej struktury dostępu do możliwości kształcenia się oraz normalizację nierówności. Wszystko to pod hasłami wygody i wolności wyboru, naprawdę jednak program innowacji reprezentuje interesy elit biznesowych i przedkłada je ponad interes nauczycieli i studentów. W najgorszym wydaniu oznacza to dodatkowo zawłaszczenie usługi, która dawniej była publiczna.

Podobnie jak „doskonałość”, także „innowacja” została zaczerpnięta z teorii biznesowych. Najszerszy zasięg miała koncepcja zawarta przez biznesowego guru Claytona Christensena w książce (napisanej wspólnie z Henrym J. Eyringiem) „The Innovative University: Changing the DNA of Higher Education from Inside Out” („Innowacyjny Uniwersytet: Przemiana DNA Kształcenia Wyższego”) z 2011 roku. Sławną ideę „niszczącej innowacji”, promowaną przez tego samego autora we wcześniejszej książce – „The Innovator’s Dilemma” („Dylemat Innowatora”) z 1997 roku, stosuje się tam już nie do fabryk, lecz do uniwersytetów.

Podstawowym założeniem Christensena jest zastosowanie w teorii biznesu ducha „twórczej destrukcji”. Uważa on, że biznes ma skłonność do trzymania się tego, co przyniosło mu sukces w przeszłości. Jednak, paradoksalnie, tak właśnie zaczyna się jego upadek. Aby przetrwać i rozkwitnąć, nie można podążać wydeptaną ścieżką, nawet jeśli okazała się efektywna, lecz należy ją przebudować, najlepiej z użyciem nowych technologii.

Jednym z najważniejszych studiów przypadku, jakie przywołuje Christensen, jest historia amerykańskiego przemysłu hutniczego, który – jego zdaniem – przyspieszył własny upadek, trzymając się sprawdzonych rozwiązań z lat 70. W efekcie pojawiły się firmy natchnione duchem innowacji, takie jak „mini-huty”, które mogły odebrać swoim poprzednikom kluczową część rynku. „Niszczycielscy” innowatorzy często zaczynają od tańszych produktów z najniższej rynkowej półki, biorąc się za rzeczy ignorowane przez renomowane firmy, po czym budują bazę kontaktów i zaczynają przejmować rynek. Innym z przykładów jest radio tranzystorowe, które w końcu odebrało pole dużym odbiornikom lampowym.

„The Innovative University” hurtowo stosuje teorię Christensena do edukacji wyższej, którą on i Eyring przedstawiają na wzór wielkiego przedsiębiorstwa obsługującego klientów, obecnie obumierającego, jak przemysł hutniczy w latach 70. Problem, według ich diagnozy, leży w „DNA” wyższej edukacji. Działa ona w obrębie tych samych struktur od stuleci, a koszty tego działania tylko rosną. Większość produktów z czasem wytwarza się coraz niższym kosztem, dlaczego więc edukacja miałaby stanowić wyjątek? Według autorów rozwiązanie stanowi, tak jak w przypadku hut lub radia, nowa technologia – lub, aby ująć to bardziej precyzyjnie, rekonfiguracja pracy za pomocą nowej technologii. Autorzy podają przykłady Brigham Young University w Idaho czy takich organizacji komercyjnych, jak DeVry University, college techniczny, który większość zajęć prowadzionline. Oto, argumentują, „niszczycielstwo” w pełnej krasie: zastąpienie tradycyjnych, pracochłonnych zajęć odbywanych twarzą w twarz nową, tańszą, zmechanizowaną praktyką. To wygodne dla studentów, łatwo mierzalne, a przy tym oszczędza pracy wykładowcom.

Christensen i Eyring dokładnie wiedzą, co jest kluczowym problemem systemu edukacji – jej rosnące koszty i wynikający z nich spadek dostępności (lub ograniczona dostępność) dla studentów. Ale biznesowe klapki na oczach każą im postrzegać to wszystko w sposób uproszczony – jako naturalny efekt działania rynku, a nie polityki – a w proponowanych przez nich rozwiązaniach, napędzanych biznesowym sposobem myślenia, zupełnie brak fundamentalnego amerykańskiego założenia, czyli równego dostępu do kształcenia. Autorzy przyznają, że uczelnie typu DeVry oferują niższy poziom kształcenia, tak jak i radio tranzystorowe było gorsze od lampowego, ale nie widzą w tym problemu; liczy się tylko fakt, że dla studentów-klientów ich istnienie oznacza poszerzony rynek z większym wyborem. Pod pozorem demokratyzacji wyższego wykształcenia oferują jegowalmartyzację [Walmart – amerykańska sieć tanich marketów– przyp. tłum.].

Autorzy konsekwentnie porównują Harvard z BYU-Idaho, uznając za pewnik, że Harvard zapewnia lepsze warunki, lepszy poziom nauczania i nabywanego doświadczenia. Ale, jak mówi przysłowie, no harm – no foul, czyli gdzie nie ma szkody, tam nie ma winy. W ich konsumpcjonistycznym sposobie rozumowania Harvard jest dobrem luksusowym, tak jak droga koszula kupiona w sklepie sieci Bloomingdale’s. To smutne, że tak wiele osób nie może jej mieć, ale jeśli pojmujemy ją jako dobro konsumpcyjne, brak możliwości kupienia jej nie odziera nas z praw obywatelskich, bo przecież zawsze możemy nabyć tańszą koszulę w Walmarcie. Może nie będzie świetnie uszyta, modna czy wykonana z materiału o tak wysokiej jakości, ale zaspokoi naszą chęć posiadania jakiejkolwiek koszuli. W dodatku, tak jak Walmart, uczelnie działające online, np. DeVry czy Southern New Hampshire University, są otwarte całą dobę!

Problem z radosnymi szacunkami Christensena i Eyringa zaczyna się już na poziomie ich podstawowego założenia, które głosi, że edukacja jest dobrem konsumpcyjnym. Jeśli natomiast uznamy ją za społeczne prawo, wówczas to, co opisują, oznacza pozbawianie obywateli tego prawa, ponieważ blokuje im dostęp do wykształcenia o równej jakości.

Za pomocą klisz o Wieży z Kości Słoniowej nasi innowatorzy odmalowują amerykański uniwersytet jako przestarzały i niechętny zmianom. A przecież jedna lekcja na temat historii edukacji w USA wystarczy, by dowiedzieć się, że zmienia się on stale; według książki „History of American Higher Education” (2015) znanego historyka Rogera Geigera, w ciągu 10–11 pokoleń system ten ewoluował w kilku, niekiedy przeciwnych, kierunkach. Mieliśmy już siedemnastowieczny college religijny z klasycznym programem nauczania, dziewiętnastowieczny uniwersytet badawczy z opcjonalnymi kursami i nowymi naukami ścisłymi oraz masowy, właściwie darmowy system edukacji publicznej, który wykształcił się w połowie XX wieku – a także wiele innych form po drodze. Ewolucja amerykańskiego uniwersytetu od czasów Wojny o Niepodległość po lata 70. XX wieku w znacznym stopniu rozwija ideę Jeffersona, głoszącą, że edukacja jest instrumentem demokracji – wizja ta nabrała rozpędu w XIX wieku wraz z pojawieniem się obfitości uczelni stanowych, pobudzona przez politykę pod postacią Morrill Land-Grand Act, i osiągnęła szczyt w epoce powojennej dzięki znacznemu wsparciu federalnemu i stanowemu.

Christensen i Eyring raportują, że koszty edukacji wzrosły (tak jakby to było naturalną konsekwencją sytuacji gospodarczej) i napomykają o spowolnieniu, które pozbawiło tradycyjne uniwersytety impetu. Ale prawdziwym winowajcą, szczególnie w instytucjach publicznych, jest zmierzch publicznego wsparcia. W raporcie Demos z 2015 roku znajdujemy opisy, jak w ciągu ostatnich czterech dekad prawie każdy ze stanów zredukował środki przeznaczane na system edukacyjny, a tylko pomiędzy 1990 a 2010 rokiem finansowanie spadło średnio z ponad połowy wysokości czesnego do mniej niż jednej trzeciej. Przyniosło to natychmiastowy efekt w postaci szybkiego wzrostu liczby zaciąganych kredytów studenckich, wydłużenia godzin pracy zarobkowej studentów i zadłużenia się całych rodzin. Takie zmiany w systemie edukacji w USA są skutkiem celowej polityki, która z kolei stanowi konsekwencję wielkiego ideologicznego zwrotu w kierunku prywatyzacji. Zapewnienie wykształcenia, miast być obowiązkiem publicznym, zostało ograniczone do sfery prywatnej odpowiedzialności.

Ta zmiana i związane z nią koszty pogłębiły nierówności zarówno między grupami studentów, jak i w społeczeństwie w ogóle. Opublikowany w 2015 roku przez Pell Institute raport wskazuje, że w ciągu ostatnich trzech dekad drastycznie pogłębiła się przepaść między bogatymi a biednymi studentami mierzona poziomem frekwencji oraz ukończenia szkoły z sukcesem. Elizabeth Armstrong i Laura Hamilton pokazują w swojej książce „Paying for the Party” („Płacić za imprezę”) z 2013 roku, jak edukacja wyższa wzmacnia nierówności oraz determinuje ludzkie życie i możliwości, począwszy od tego, gdzie się mieszka, a kończąc na grupie rówieśniczej. Moglibyśmy się z tym pogodzić w kraju rządzonym przez arystokrację, ale nie w państwie demokratycznym. A właśnie pod sztandarem innowacji sytuacja znacznie się pogorszyła.

Zwrot w stronę komercjalizacji uczelni wyższych przekształcił je nie tylko pod względem ilościowym, lecz także jakościowym. Podbudowa biznesowa ma na celu wymazanie różnic między publicznymi instytucjami non profit a prywatnymi przedsiębiorstwami, które dążą do zysku. Jednak innowatorzy zamiatają pod dywan fakt, że w uczelniach chodzi o coś więcej niż tylko kupowanie i sprzedawanie – celem jest również poznawanie samego siebie, rozwój intelektualny, uczestnictwo w inicjatywach obywatelskich, przygotowanie do pracy zawodowej. Uniwersytety nie są jak sklepy, ale raczej jak kościoły. Zresztą ta właśnie analogia pomogła im uzyskać status niezależnego podmiotu prawnego, nadany w 1819 roku decyzją Sądu Najwyższego, który potwierdził autonomię Dartmouth College. Dlaczego uczelnie miałyby właściwie być zwolnione z podatków, jeśli są po prostu biznesami?

Uczelnie otrzymują darowizny podtrzymujące ich nierynkową działalność, tak jak kościoły. Dlaczego ludzie mieliby przesyłać darowizny przedsiębiorstwom szukającym wyłącznie zysku? Lubię robić zakupy w Macy’s i mam nadzieję, że sklep utrzyma się na rynku, jednak nigdy nie przeznaczyłbym swoich pieniędzy na darowiznę dla niego, chociaż chcę wspierać kościoły i uczelnie. Oczywiście, uczelnie powinny przyswajać najlepsze rynkowe praktyki, ale jeśli zaczną zachowywać się jak przedsiębiorstwa prywatne, których celem jest tylko sprzedaż produktu (wykształcenia), i postrzegać studentów jak klientów, zaniedbają wówczas swoją nierynkową rolę i misję. To właśnie jest fundamentalna sprzeczność parcia ku komercjalizacji edukacji wyższej.

Co więcej, choć „niszczący” model ma szansę dopasować się do sposobu działania przedsiębiorstw technologicznych, produkujących każdego roku coraz szybsze urządzenia – jak pisała w „New Yorkerze” w 2014 roku Jill Lepore, wskazując, że dowody Christensena są wątpliwe, i udowadniając, że „trwała innowacja” ma o wiele większe szanse na powodzenie od „niszczącej” – podobny proces nie dotyczy edukacji. Współcześni neurolodzy kognitywni twierdzą, że uczenie się bazuje na empatii i zaangażowaniu uczuciowym, które towarzyszą człowiekowi w kontakcie z innymi ludźmi, nie z maszynami. Potrzeba na nie także czasu. Małe dzieci najszybciej uczą się czytać, gdy dorosły regularnie robi to wspólnie z nimi, i ten sam schemat obowiązuje w przypadku studentów. Same iPady nie zrobią tego za nas.

Jednym z najbardziej interesujących przykładów, jakich Christensen używa, by odmalować pozytywne – jego zdaniem – skutki „niszczącej” innowacji, jest przypadek radia tranzystorowego. Choć dźwięk, który emitowało, był gorszej jakości od oferowanego przez duże radia nieprzenośne, było ono jednak tanie i czyniło muzykę dostępną teraz i zaraz, szczególnie dla młodych słuchaczy z lat 60. W końcu jakość dźwięku się poprawiła, a tranzystory stały się tańsze i wszechobecne. Słusznie. Ale musimy też pamiętać, że tranzystor to tylko urządzenie transmitujące. Jego prawdziwy sens to muzyka, której przygotowanie i wykonywanie wymaga czasu i rzemiosła. Ludzie nadal wolą występ na żywo od mp3 i płacą za to znacznie więcej. Zdobywanie wykształcenia to właśnie działanie tego rodzaju. Wymaga ono odpowiedniego rzemiosła i najlepiej przebiega w sytuacji kontaktu międzyludzkiego.

Zachwalający naukę przez Internet często ignorują ten fakt, przytakując jak papugi twierdzeniom, że młodzi kochają technologie, a zatem są one dobre, a ich stosowanie – nieuniknione. Christensen i Eyring używają tego założenia, by wykazać, że młodzież kocha Facebooka, a więc będzie naturalnie ciążyć ku uczeniu się online. Ale prawdziwe dowody zadają kłam takiemu twierdzeniu. Według Jonathana Steina, regenta studentów z Kalifornii, nie dadzą się oni tak łatwo przehandlować za kilka innowacji. Chcą autentycznego kontaktu twarzą w twarz, nie ekranów. Okazuje się, że kursy internetowe kończy mniejszość podejmujących je osób, a najnowsze badania wykazały, że zajęcia przez Internet sprzyjają multitaskingowi (zajmowanie się kilkoma aktywnościami w tym samym czasie) i rozpraszaniu uwagi, a w konsekwencji okazują się mniej wydajne od tradycyjnych metod nauczania.

Ponadto argumentacja „facebookowa” opiera się na założeniu, które nazywam „cukierkowym rozumowaniem” (candy reasoning). Jeśli studenci chcieliby jeść ciągle słodycze, czy mamy ich do tego zachęcać? To odsłania podstawową wadę konsumpcjonistycznej podbudowy założeń „innowatorów”. Struktura kształcenia wyższego nie powinna polegać jedynie na czynieniu zadość pragnieniom studentów – ale na tym, co społeczeństwo jako całość uzna za użyteczne i kluczowe do nauczenia się, oraz na wiedzy eksperckiej, której studenci jeszcze nie posiadają.

„Facebookowe” uzasadnienie pasuje do jeszcze jednego z założeń kształcenia przez Internet. Polega ono bowiem bardziej na sloganach promocyjnych skoncentrowanych na autoreklamie niż na prawdziwym przekazywaniu wiedzy. „The Innovative University” opiera się na przykład na hasłach marketingowych, które przedstawia jako dowód. W swojej książce Christensen i Eyring zachwalają „wysokie, rygorystyczne standardy” uczelni DeVry, czyli używają frazy, którą zaczerpnęli wprost ze strony internetowej tej szkoły. Taka opinia nie budzi zaufania, zaś jej użycie mogło być równie dobrze sponsorowane.

Jeśli studenci nie odnoszą realnej korzyści z kształcenia przez Internet, to kto ją odnosi? Najbardziej rzucającym się w oczy beneficjentem są producenci technologii, którzy mają nadzieję czerpać spore zyski z nieeksploatowanego jeszcze źródła, czyli z sektora usług publicznych. Ten, wprowadzany tylnymi drzwiami, proces prywatyzacji przesuwa środek ciężkości z naukowców i personelu uczelni na zewnętrznych przedsiębiorców, co sprawia, że kadra naukowa staje się po prostu podporządkowaną siłą roboczą. Z perspektywy kierowniczej największym utrudnieniem we wprowadzaniu nowości jest to, kto sprawuje kontrolę nad procesem nauki – i właśnie tę kontrolę kadry naukowej Christensen i Eyring chcieliby zniszczyć. Jak wskazuje Christopher Newfield, znany krytyk szkolnictwa wyższego, „niszcząca” innowacja nie jest teorią zmiany na lepsze, lecz teorią zarządzania. Innowatorzy chcą pozbawić kadrę naukową jej tradycyjnej roli, która polegała na konstytuowaniu ducha uczelni, i zamienić ją w akordowych pracowników do wynajęcia.

Co zabawne, na czterystu stronach „The Innovative University” autorzy właściwie wcale nie wspominają o kadrze naukowej, a każdą decyzję dotyczącą szkolnictwa wyższego przedstawiają jako podejmowaną na zasadach administracyjnych i hierarchicznych. Ich książka portretuje historię amerykańskiej edukacji w taki sposób, że możemy odnieść wrażenie, że jej kształt to wynik działań kilku rektorów ważniejszych uczelni, którzy wprowadzili innowacyjne zmiany. To historia widziana przez szkiełko i oko menedżerów i to oni są jej głównymi bohaterami; nie są nimi zaś studenci, którzy mogliby uczyć się, dorastać i rozwijać ani też uczeni rozwijający wiedzę i poszukujący prawdy.

Oczywiście, koncept innowacji zasadza się na czymś więcej niż tylko na nauczaniu online. Chodzi w nim również o projektowanie i produkcję nowych wytworów do użytku komercyjnego oraz o rozwój start-upów biznesowych. Ale termin ten także został zinternalizowany przez same jednostki naukowe. To uniwersalna wartość w badaniach i procesie nauczania, modne słowo, miłe uchu dziekana i dobrze brzmiące w uchwałach uczelni. Wszyscy jesteśmy innowatorami!

Takie bezmyślne celebrowanie innowacji ma jednak wątpliwą kartotekę. Weźmy choćby obecny system pożyczek studenckich, „innowację” instrumentów finansowych i związane z nimi ustalenia. Wprowadzone na fali Ustawy o Szkolnictwie Wyższym z 1965 roku, pożyczki te miały początkowo zapewnić mniej uprzywilejowanym studentom pomoc w realizowaniu planów edukacyjnych. Ale w latach 80. uległy deregulacji i zaczęły wykładniczo rosnąć, stając się głównym źródłem dochodu dla banków. Co gorsza, wprowadzona w 1978 roku poprawka do ustawy o bankructwie nadała im oddzielny status, przestały więc podlegać umorzeniu przy deklarowaniu upadłości konsumenckiej. Ta „innowacja” dała silnego kopniaka w górę Sallie Mae i innym firmom pożyczkowym – czy temu właśnie ma to służyć?

Inną poważną innowacją była zmiana prawa, która pozwoliła opłacać uczelnie komercyjne z federalnych pożyczek studenckich. Nastąpiła ona w latach 90. Obecnie, na co wskazują wyniki tzw. raportu Komitetu Harkina, czyli przeprowadzonych przez Senat badań działania uczelni komercyjnych, większość placówek tego typu opiera się w 90 proc. na studenckich pożyczkach federalnych. Innymi słowy, pomimo wyolbrzymiania cnót wolnego rynku, uczelnie takie polegają dziś głównie na wsparciu rządowym. A zatem mamy kolejną innowacyjną strategię prywatyzacji – transfer pieniędzy ze sfery publicznej ku prywatnym firmom szukającym jedynie zysku. Taki model finansowania wspiera same finansjerę, nie studentów. Nowym beneficjentem systemu kształcenia wyższego jest zatem finansista.

Oprócz efektów materialnych, kultura innowacji ma także głębokie efekty psychologiczne. Jonathan Crary nazywa je – w swojej książce pod tym samym tytułem – uczuciem „24/7”. Posiadane przez nas urządzenia elektroniczne towarzyszą nam przez cały czas, zakłócając naturalny rytm ludzkiego życia. Doświadczamy, jak ujął to włoski autonomista Paolo Virno, „szeregu wstrząsów percepcji”, co skutkuje stałym brakiem równowagi i niepokojem. Etos innowacji, jak postrzega go Virno, kultywuje przede wszystkim oportunizm: pracownicy rezygnują z socjalnego bezpieczeństwa pracy na rzecz nowych technologii, ich życie ulega destabilizacji, a duch obywatelski przegrywa z nieustannym konformistycznym pięciem się w hierarchii kariery. Czy chcemy, by właśnie tego uczyły nasze uniwersytety?

Zmiany, których od trzech dekad doświadcza amerykański system edukacji, nie są nieodwracalne. Pokazuje to przykład Niemiec, które dziesięć lat temu wykonały historyczny zwrot w stronę ustanowienia opłat tam, gdzie do tej pory obowiązywało finansowanie systemu przez państwo. Ostatnio jednak kraj z nich zrezygnował, wracając do polityki braku opłat za nauczanie. Okazało się, że darmowa edukacja jest lepszym wsparciem dla społeczeństwa i jego bardzo produktywnej gospodarki.

Jeśli mamy wypracować bardziej demokratyczny system kształcenia wyższego, to nie zrobimy tego przy pomocy prywatyzacji i mechanizacji. Musimy zadać sobie zupełnie inne pytania. Co byłoby dzisiaj odpowiednikiem propozycji Jeffersona, by stworzyć darmowe uczelnie publiczne? W swoim czasie raport Komisji Trumana surowo skrytykował nierówność w systemie kształcenia. Jak wyglądałby nowy raport tego rodzaju? W jaki sposób możemy odzyskać język zmiany, która wspiera i buduje egalitarnego ducha edukacji? Właśnie takiej innowacji nam potrzeba.

Tłum. Magda Komuda

Powyższy tekst ukazał się na stronie internetowej czasopisma „Dissent Magazine” w wydaniu z zimy 2016 roku.

Cena postępu. O tym, jak cywilizacja niszczy kultury tubylcze w Amazonii

Bez rozwoju nasza cywilizacja jest skazana na zagładę. Trwanie w jednym punkcie byłoby w rzeczywistości regresem. Firmy, kierując się zyskiem, dążą do zwiększenia obrotów, obywatele chcą poprawiać swoją sytuację bytową, a bez postępu nie byłoby wynalazków ułatwiających nam życie oraz poprawiających humor. „Postęp” to słowo tłumaczące wszystko, a jego kontestatorzy stają się wrogami publicznymi. Często jednak mamy do czynienia z fałszywym postępem, który prowadzi jedynie do bogacenia się najzamożniejszych, a przy tym niszczy nie tylko naturę, ale także inne kultury.

Amazonia to największy tropikalny las deszczowy na ziemi. Zajmuje 6,4 miliona km2, co stanowi 44% powierzchni Ameryki Południowej. Znajduje się na terenie dziewięciu krajów: Brazylii (67%), Peru (12%), Boliwii (12%) oraz Kolumbii, Ekwadoru, Gujany, Surinamu, Wenezueli i Gujany Francuskiej (terytorium zależne Francji). Mieszka tu 39 milionów ludzi, większość z nich w Brazylii (ok. 75%) i w Peru (ok. 11%).

Obszar ten jest domem dla ok. miliona ludności rdzennej, tzn. 349 zidentyfikowanych grup etnicznych, które mówią ponad 300 językami i dialektami. Ludność ta została poddana wyniszczeniu i wyzyskowi już w okresie kolonizacji kontynentu przez państwa europejskie. W XXI wieku nie odgrywa większej roli w życiu politycznym, nie wywiera wpływu na działania podejmowane przez rządy państw. Mimo „przebudzenia” i emancypacji, które miały miejsce w latach 90. XX wieku, nadal jest marginalizowana.

W Amazonii przyrodę niszczy się na masową skalę. Najbardziej widoczne jest wycinanie lasów. Odbywa się to wolniej niż w Azji i w Afryce, ale bezwzględne liczby ściętych drzew są większe. Najwięcej lasów Ameryka Południowa straciła w pierwszej dekadzie XXI wieku. W sumie wycięto ich już (według różnych szacunków) od 15% do 18,5%. Mimo podejmowania różnych inicjatyw w ich obronie tempo wycinki zwiększa się – nawet w Brazylii, po przejściowym spowolnieniu w 2013 roku, mamy do czynienia z podobnym trendem.

Działania prowadzone w Amazonii to jedna z przyczyn zmian klimatycznych. Powodują one przekształcenia struktury opadów oraz wzrost temperatury, częste susze i pożary. Na masową skalę zanieczyszczane są powietrze i woda. Zaobserwowano zjawisko ekocydu, czyli wymierania całych gatunków zwierząt (np. w Boliwii wyginęło od 400 do 650 gatunków ryb). Najgorsze dla lasów deszczowych jest przejmowanie terenów pod gospodarstwa rolne i budowę infrastruktury, ponieważ wycinanie i wypalanie powodują całkowite zniszczenie ekosystemu, w zasadzie bez możliwości jego odtworzenia.

Dla zysku, wszystko dla zysku

Lasy wycina się dla zysku: aby niskim kosztem zdobyć nowe tereny pod rozwój upraw i hodowli, pozyskania drewna oraz surowców mineralnych.

Zdecydowana większość obszarów, na których prowadzono wycinkę, jest przeznaczana na cele związane z rolnictwem. Gdy na przejętych terenach gleba ulega wyjałowieniu, osadnicy zajmują kolejne. Powiększa się grupa drobnych rolników, którzy nie mają ziemi i stosują metodę wypaleniskową – stopniowo jednak jej rola maleje na rzecz stałego osadnictwa. Coraz więcej ziem przejmują wielcy producenci rolni. Trzy czwarte powierzchni po wyciętych lasach, które są skoncentrowane we wschodnich i południowych częściach krainy oraz wzdłuż Amazonki, jest użytkowane jako pastwiska. Trudno jednak oszacować dokładne przeznaczenie terenów – w Ekwadorze to przede wszystkim hodowla (ponad 80%), w Kolumbii w latach 2000–2005 ponad połowa była przeznaczana na cele rolnicze, z czego większość na pastwiska. W latach 2005–2010 już prawie 90% wylesionych obszarów w tym kraju służyło wypasaniu bydła; na lata 2005–2019 planowano zwiększenie pogłowia z 22 do 56 milionów. Hodowla odpowiada za 12% brazylijskiej emisji gazów cieplarnianych oraz za większość wycinki, głównie w stanach Rondônia, południowowschodnim Pará i północnym Mato Grosso, w których jest największa koncentracja rzeźni i firm mięsnych. Między 1996 a 2006 rokiem pogłowie bydła w Amazonii wzrosło z 37 do 73 milionów i wskaźnik ten nadal ma tendencję wzrostową. Ekspansja hodowli oraz rozrost pól uprawnych (głównie soi przeznaczanej na pasze dla zwierząt hodowanych) jest spowodowana niskimi kosztami ziemi i subsydiami państwowymi w warunkach zwiększającego się światowego popytu na mięso.

Ważną przyczyną dewastacji Amazonii jest oczywiście pozyskiwanie drewna, zwłaszcza cennych gatunków drzew – od tego najczęściej zaczyna się cały proces zajmowania nowych ziem. Istotną rolę odgrywa również górnictwo i eksploatacja surowców mineralnych. Choć stosunkowo mały obszar znajduje się z tego powodu w bezpośrednim zagrożeniu, to jednak wydobycie powoduje napływ ludzi, budowę dróg, linii kolejowych, mostów. Lasy wycinane są też pod nowe osadnictwo miejskie, a z tym wiąże się budowa infrastruktury transportowej.

Lasy tropikalne są położone głównie w państwach rozwijających się, ale na terenach po wycince produkuje się żywność przede wszystkim na eksport do krajów rozwiniętych. Pierwotnie samowystarczalne gospodarki zostały wciągnięte w rynek światowy i stały się peryferyjnymi ośrodkami produkcji tanich nieprzetworzonych surowców, a także odbiorcami wysoko przetworzonych drogich produktów z krajów bogatych, co wpędza uboższe państwa w długi. To z kolei sprawia, że rządy biednych krajów akceptują gospodarkę opartą na wycince, przemyśle wydobywczym i doraźnych zyskach. Zadłużenie skłania je do zwiększania zysków z eksportu (głównie bogactw naturalnych i produktów rolniczych), by mogły spłacać długi. Lasy postrzegają przez pryzmat możliwych zysków materialnych. Krótkoterminowe korzyści ze zwiększenia produkcji rolnej i przemysłu wydobywczego przeważają nad ochroną przyrody. Nawet zjawiska teoretycznie korzystne dla uboższych krajów skutkują naciskiem na eksploatację przyrody. Choćby tylko chwilowy wzrost cen produktów rolnych może prowadzić do zwiększania areału upraw. Podobnie jest w przypadku surowców mineralnych. Otwieranie się państw tropikalnych na międzynarodowe rynki przyspiesza proces wylesiania.

Również chęć pobudzenia wzrostu gospodarczego odgrywa istotną rolę w procesie wylesień. Istnieją jednak rozbieżności w ocenie wpływu tego czynnika. Wzrost gospodarczy i związane z nim zwiększanie mocy produkcyjnych w rolnictwie (lepsze narzędzia i maszyny, środki chemiczne itp.) zmniejszają presję na wylesianie, ale jednocześnie przyrost zasobów wolnego kapitału wzmaga presję inwestycyjną na zajmowanie nowych terenów. Większość organizacji pozarządowych i niezależnych ekspertów postrzega rozwój gospodarczy jako główną przyczynę dewastacji środowiska. Podobnie kontrowersyjna jest kwestia przeludnienia i biedy. Uważa się, że to jedne z głównych przyczyn skłaniających ludzi do wycinania lasów i eksploatacji bogactw. Oczywisty jest również związek wzrostu dobrobytu ze zwiększaniem konsumpcji dóbr.

Widoczny związek między biedą a niszczeniem lasów deszczowych jest wynikiem polityki państwa oraz działalności elit. Biedni rolnicy nie mają środków na utrzymanie płodności amazońskich, mało urodzajnych gleb laterytowych, które dają dobre plony tylko przy dużym nawożeniu. Metoda wypaleniskowa użyźnia glebę dzięki przyswojeniu przez nią wartości odżywczych powstałych w wyniku spalenia roślinności. Po kilku latach ziemia ulega jednak wyjałowieniu. Rolnicy muszą przenosić się na nowe obszary, odbierając je naturze. Elita farmerów, przejmując ziemię, spycha biedniejszych rolników coraz głębiej w las deszczowy. Bogaci właściciele mają większe środki na przystosowanie nowych terenów pod zasiewy.

Kogo nie dotyczy prawo własności?

Jednak procesy zachodzące w Amazonii są wymierzone nie tylko w przyrodę i różnorodność biologiczną, lecz także w ludzi i w różnorodność biokulturową. To ostatnie pojęcie jest kluczowe dla dalszych rozważań. Oznacza ono różnorodność życia w rozmaitych przejawach: biologicznym, kulturowym, językowym itp. Przejawy te są wzajemnie powiązane (i prawdopodobnie zależne ewolucyjnie) w systemie społeczno-ekologicznym. To zatem i zróżnicowanie gatunkowe (roślin oraz zwierząt), i bogactwo ludzkich kultur, tradycji, obyczajów, sposobów postrzegania świata i relacji z naturą.

W ogólnym schemacie działań niszczących biokulturę w Amazonii widzimy napływ przybyszów z zewnątrz: dzikich osadników, poszukiwaczy złota, farmerów, oddziałówguerrilli, lokalnych sił policji, oddziałów paramilitarnych, kompanii wydobywczych, drwali itd. W sercu terytoriów Indian następuje rozwój infrastruktury transportowej. Kolonizację najczęściej promuje rząd, choć spora część działań jest nielegalna. Tereny, na których żyła ludność tubylcza, są przejmowane przez kolonistów, spekulantów ziemią, handlarzy drewnem. Najpierw wycina się cenne drzewa, później buduje infrastrukturę transportową, następnie prowadzi wyręb reszty lasu, a obszar przeznacza się pod uprawy, a potem na pastwiska. Pozostały las zostaje podzielony na części przez drogi, a cywilizacja nieustannie posuwa się głębiej. Rzadko zwraca się przy tym uwagę na istniejącą infrastrukturę tubylczą; stawia się budynki i tworzy składy materiałów niebezpiecznych w pobliżu siedzib wspólnot indiańskich, przeprowadza detonacje na obszarach polowań, niszczy miejsca sakralne. W następstwie tego tubylcy wycofują się w głąb lasu. Dotykają ich prześladowania i choroby. Napięcia między osadnikami a Indianami niekiedy przeradzają się w otwarte konflikty, jak w Ekwadorze w przypadku grup Siona, Sucumbios, Pastaza, Shuar, Achuar i Huaorani. Stopniowo rozwija się osadnictwo. Osadnicy stają się rezerwową siłą roboczą przy ekspansji cywilizacji, zakładaniu pól i pastwisk oraz tworzeniu dużych majątków rolnych.

Działania prowadzone w Amazonii przez firmy, państwa oraz pojedynczych ludzi są atakiem na człowieka, prawo własności do ziemi i prawa intelektualne. Koncepcja własności przedmiotów materialnych oraz praw intelektualnych jest nie tylko nieobca zachodniej cywilizacji, ale stanowi podstawę jej systemu społeczno-gospodarczego. Wciąż nie stosuje się jej jednak wobec ludów tubylczych. Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (Inter‐American Court of Human Rights) stwierdził, że: Dla wspólnot indiańskich związki z ziemią nie są tylko kwestią posiadania i produkcji, ale stanowią też element materialny i duchowy, z którego muszą one w pełni korzystać, aby chronić swoje dziedzictwo kulturowe i przekazywać je przyszłym pokoleniom. Posiadanie ziemi jest dla nich sposobem na przekazywanie tradycji, zwyczajów, języka, sztuki, rytuałów, wiedzy i wartości. Prawo do niej stanowi podstawę rozwoju kultury, życia duchowego, integralności i przetrwania. Gwarantuje zachowanie godności, życia, zdrowia, wolności, swobody zrzeszania się, wyznania, swobody przepływu osób i wyboru miejsca zamieszkania oraz dostęp do żywności i wody.

Prawa te, uznane w traktatach międzynarodowych, zobowiązują państwa do przestrzegania specjalnych relacji ludności rdzennej z ich terytorium w sposób gwarantujący jej społeczne, kulturowe i ekonomiczne przetrwanie. Prawo własności, pozwalające na użytkowanie terenów zgodnie z tradycją, ma moc sprawczą nie tylko w odniesieniu do działań państwa, lecz także w relacji z innymi podmiotami, zgłaszającymi pretensje do spornej ziemi. Ich prawa „własności” są z konieczności późniejsze niż prawa Indian. W postępowaniu sądowym należy zatem brać pod uwagę prawa wspólnot, nawet jeśli nie mają one formalnego tytułu do ziemi.

Ziemia w systemie amazońskim nie jest jednym z aspektów porządku społecznego, ale stanowi jego podstawę, co pozostaje w konflikcie z zachodnim, zwłaszcza neoliberalnym podejściem do ekonomii oraz własności prywatnej. Stąd wynika wzajemne niezrozumienie: My, Indianie, jesteśmy jak rośliny. Jak możemy żyć bez naszej gleby, bez naszej ziemi? – mówi Marta Vitor z plemienia Guaraní z Brazylii.

Z prawami do ziemi wiążą się także prawa do bogactw naturalnych. Wiele grup Indian uważa, że nie mogą być one posiadane na własność, ponieważ mają swoje „duchy”. Społeczeństwa tubylcze są w ogromnym stopniu zależne od zasobów naturalnych (choćby wody), które uważają za dobro wspólne. To inny niż zachodni sposób postrzegania świata natury. Zachód wprowadza ścisły podział między przyrodą ożywioną i nieożywioną oraz regulacje dotyczące dostępu do surowców naturalnych i posiadania majątku. Wszystko jest przedmiotem posiadania, może być wycenione, kupione i sprzedane.

Kolejny problem dotyczy intelektualnych praw własności, które zajmują ważne miejsce w systemie prawnym państw zachodnich. U Indian jest to wiedza gromadzona przez pokolenia, tzw. wiedza tradycyjna, wspólne dziedzictwo, które obejmuje praktyki kulturowe. To nie tylko faktograficzne informacje o lesie, leczeniu, roślinach i zwierzętach oraz związkach między nimi, lecz także umiejętność zastosowania ich w celach żywieniowych, medycznych i kulturowych. To wszystko powiązane jest z kulturą niematerialną i kwestiami religijnymi – szamanizmem, wierzeniami dotyczącymi świata, ekologii, zarządzaniem zasobami naturalnymi, technikami rolniczymi. Jej podstawą jest dostosowanie społeczności tubylczych do warunków ich środowiska życia. Badania naukowe dowodzą, że kultura ludów tubylczych to w wielu przypadkach najbardziej kompletna i najdokładniejsza wiedza na temat środowiska lokalnego.

Spora część współczesnej medycyny bazuje na roślinach leczniczych i innych substancjach stosowanych przez ludność rdzenną, a wiedza przejęta od tubylców jest wykorzystywana na Zachodzie. Firmy farmaceutyczne uzyskują patenty na tradycyjne środki medyczne, które następnie sprzedają z dużym zyskiem. Proceder ten, określany mianem biopiractwa, nie tylko wykorzystuje tradycyjną wiedzę do celów handlowych, ale przynosi też duże straty ludności rdzennej. Około 15 tysięcy roślin na całym świecie może być zagrożonych wyginięciem z powodu nadmiernej eksploatacji do celów medycznych. Niekiedy Indianom zabrania się używania tradycyjnych lekarstw, ponieważ zostały one opatentowane przez prywatne firmy zachodnie. Przykładów na to jest dużo. Rząd Brazylii w 2012 roku wyliczył, że 35 firm (głównie z branży medycznej i kosmetycznej) było odpowiedzialnych za 220 naruszeń prawa o różnorodności biologicznej, a w efekcie nałożył na nie karę w łącznej wysokości 44 milionów dolarów. Aveda, korporacja z USA opatentowała copaiba, drzewo amazońskie, a The Body Shop z Wielkiej Brytanii – owoc cupuagu. W 2003 roku japońska K.K. Eyela Corporations opatentowała popularną jagodę açaí, choć 4 lata później, pod naciskiem rządu Brazylii, skasowano patent.

Ludność tubylcza straci tradycyjną wiedzę, jeśli Indianie zostaną wyrwani ze swojego naturalnego środowiska. Najczęściej jest ona bowiem przekazywana ustnie i w odniesieniu do lokalnego kontekstu przyrodniczego. Rezygnacja z rytuałów religijnych, nierozerwalnie połączonych z wiedzą o roślinach i zwierzętach, oraz zmiana stylu życia, odbierają tubylcom ogromną część ich kultury: Nie jesteśmy biedni ani prymitywni. My, Yanomami, jesteśmy bardzo bogaci. Bogaci naszą kulturą, naszym językiem i naszą ziemią. Nie potrzebujemy pieniędzy ani majątku. To, czego potrzebujemy, to szacunek: szacunek dla naszej kultury i szacunek wobec naszych praw do ziemi – mówił w roku 1995 Davi Kopenawa, szaman i rzecznik Indian z brazylijskiego plemienia Janomamów.

Zbrodnie w biały dzień

W ciągu wieków ludność tubylcza była prześladowana, przesiedlana, a często po prostu eksterminowana – od końca XV wieku z różnych przyczyn jej populacja w Amazonii zmniejszyła się z 8 milionów do 1 miliona osób. Działania wobec niej określa się niekiedy mianem etnocydu, czyli próby zniszczenia tożsamości grupy, która może (lecz nie musi) prowadzić do zabijania jej członków. Również druga połowa XX wieku dostarcza przykładów zbrodni wobec Indian. Ekspansja cywilizacji prawdopodobnie spowodowała m.in. wyginięcie grup Tetetes i zdziesiątkowanie Cofán w Ekwadorze. Budowa autostrady transamazońskiej w latach 70. w czasie rządów junty w Brazylii kosztowała życie 10 tysięcy Indian.

Dziś nadal stosuje się przemoc. Najczęściej przybiera ona postać spontanicznych ataków przeprowadzanych przez osadników, firmy pozyskujące drewno czy górników. W 2012 roku ci ostatni zabili około 80 członków plemienia Janomamów z Wenezueli, podkładając ogień pod wioskę. Tylko trzy osoby zdołały uciec. Często zabija się aktywistów i przywódców wspólnot, jak np. w 2014 roku w Peru, gdzie drwale zabili czterech przywódców Indian Ashéninka. W czerwcu 2009 roku w tym kraju zamordowano co najmniej 84 Indian, walczących o swoje terytorium (zginęli w starciach z policją podczas protestów). W 2011 roku Nisio Gomes, przywódca plemienia Guaraní Kaiowa, został zastrzelony przez zamaskowanych sprawców na oczach wspólnoty: Ludzie zostaną w obozie, wszyscy umrzemy razem. Nie zamierzamy opuścić ziemi naszych ojców – to słowa jednego z mieszkańców wioski Guaraní Kaiowa.

Trudno oszacować, ile osób ginie rocznie z rąk przybyszów z zewnątrz. W samej Brazylii w latach 2002–2010 miały miejsce przynajmniej 452 zabójstwa związane z konfliktami o ziemię, w 2013 roku było ich 53, a w następnym – 138, w tym kobiety i dzieci. Prawdopodobnie ofiar było więcej, a zabójcy prawie nigdy nie zostali ukarani. Widać tu kontrast z przypadkami śmierci farmerów, które zawsze wywołują interwencję policji, często z użyciem śmigłowców i ciężkiego sprzętu, aresztowania bez dowodów, blokady wiosek i przeszukania z użyciem siły. Raporty niezależnych organizacji obejmujące różne wydarzenia, od fizycznych ataków do stosowania „systematycznej presji” przez korporacje i rządy, odnotowują wzrost liczby przypadków łamania praw człowieka w Amazonii. W Brazylii 2014 rok był najgorszy pod tym względem od 10 lat. W Peru od 2008 do 2014 roku liczba takich wypadków uległa potrojeniu. W boliwijskiej części Amazonii liczba konfliktów społecznych wzrosła w latach 2009–2011 ponad trzykrotnie. Mają miejsce pobicia, tortury, pogróżki, zabójstwa, gwałty, śledzenie poczynań pojedynczych ludzi i całych wspólnot oraz zbrojne ataki na wioski, rajdy uzbrojonych bandytów, jak np. na osadę w Serra dos Trempes w Brazylii w 2014 roku, gdy jedna osoba, która nie zdołała uciec, została zabita w czasie snu ponad 20 strzałami z broni palnej.

W Brazylii nielegalne osadnictwo w Amazonii jest źródłem konfliktów i zbrojnych konfrontacji – ziemie są odbierane tubylcom. Przemocą posługują się także organy państwa. Firmy dokonujące inwestycji na obszarze lasów deszczowych ściśle współpracują z wojskiem; instalacje wydobywcze są zmilitaryzowane, a wojsko stosuje represje. Baraki żołnierzy stawia się w pobliżu wiosek indiańskich, co prowadzi do różnych incydentów oraz seksualnego wykorzystywania kobiet przez żołnierzy. Na usługach właścicieli ziemskich pozostają także oddziały paramilitarne. Giną aktywiści organizacji pozarządowych. Na przykład w Peru w latach 2002–2014 zamordowano 57 osób związanych z takimi inicjatywami. Według niektórych danych w ciągu ostatnich 25 lat w Amazonii zginęło nawet 1500 pracowników organizacji pozarządowych oraz niezależnych obserwatorów.

Czasami Indianie muszą walczyć o przyznany im rezerwat, jak np. w Raposa Serra w północnej Brazylii, niedaleko granicy z Wenezuelą. Teren ten, objęty ochroną w 2005 roku, stał się obiektem ataków. Wielu Indian zostało zabitych przez osadników i myśliwych, którzy osiedlili się tam nielegalnie i nie chcieli odejść. Większość odeszła po otrzymaniu rekompensat od rządu, ale mała grupa pozostała i wzięła odwet na tubylcach, zabijając wielu z nich i burząc wioskę.

Według niektórych badaczy najbardziej zagrożonym plemieniem na świecie jest łowiecko-zbierackie plemię Awá z Brazylii. Rozwój przemysłu wydobywczego w latach 80. sprawił, że wybudowano linię kolejową przecinającą ich terytorium. Od tego czasu wycięto 1/3 lasu na legalnie użytkowanym przez nich terenie. Wspólnota jest nieustannie prześladowana, obecnie zostało przy życiu nieco ponad 300 osób. Maszyny wycinające drzewa niszczą jej wioski. Są raporty o zabijaniu całych rodzin. Używa się zbrojnych grup (pistoleros) do oczyszczania terenu: Ukryłem się w lesie i uciekłem od białych ludzi. Zabili moją matkę, moich braci i siostry i moją żonę. […] Spędziłem wiele czasu w lesie, głodny i ścigany przez farmerów. Nie miałem rodziny, aby mi pomogła […] więc uciekałem głębiej i głębiej w las – relacjonował Karapiru z plemienia Awá, który przetrwał masakrę dokonaną przez farmerów.

Przybysze z zewnątrz przyczyniają się do zabójstw ludności tubylczej także pośrednio. Indianie, żyjący w odosobnieniu i odmawiający kontaktu ze światem zewnętrznym, poddawani są presji, przenoszą się na obce sobie tereny i wchodzą w konflikty z innymi grupami. Rozwój przemysłu drzewnego i wydobywczego w Peru zmusza plemiona do migracji na terytorium Brazylii, gdzie napotykają inne grupy tubylcze, co często kończy się rozlewem krwi. Liczba takich ofiar jest niemożliwa do ustalenia. W wyniku działalności przybyszów z zewnątrz bezsilne, zmarginalizowane grupy muszą konfrontować się z innymi znajdującymi się w podobnej sytuacji. Dotyczy to nie tylko samych Indian, ale także konfliktu między Indianami a chłopami, np. bezrolni rolnicy migrujący do Amazonii odbierali tereny Indianom. Obecnie Ruch Rolników bez Ziemi (MST – pisałem o nim obszernie w „Nowym Obywatelu” nr 69) respektuje własność Indian, często współpracując zarówno z nimi, jak i z aktywistami organizacji pozarządowych, ale niezrzeszeni przybysze z zewnątrz stwarzają problemy.

Bezpośrednie zabójstwa to najbardziej skrajne zagrożenie, jakie dotyka ludność rdzenną – jednak niejedyne. Zniszczenia, których cywilizacja dokonuje w lasach deszczowych, są przejawem głębokiej niesprawiedliwości społecznej. Konsekwencje takich działań są dla lokalnych wspólnot katastrofalne: zniszczenie ich tradycyjnego sposobu życia, załamanie instytucji społecznych, przesiedlenie z ziemi przodków. Pośrednio cierpią również ludzie na całym świecie: spada jakość ich życia, zmienia się klimat, maleje różnorodność biologiczna planety. W pewnym sensie wszyscy doświadczamy tego, co dotyka mieszkańców lasów deszczowych, choć oczywiście w nieporównywalnie mniejszym stopniu: Wy, Biali, mówicie o tym, co nazywacie „rozwojem”, i chcecie, żebyśmy stali się tacy sami jak wy. Ale my wiemy, że to przynosi tylko chorobę i śmierć. Las jest naszym życiem i potrzebujemy go, aby łowić ryby, wytwarzać pożywienie, polować, śpiewać, tańczyć i ucztować. To daje nam wszystkim życie. Bez lasu jest tylko choroba – komentuje Davi Kopenawa, szaman i rzecznik Janomamów.

Wydajność, nowoczesność, wyniszczanie

Amazonia stała się zapleczem produkcyjnym dla krajów rozwiniętych. Brazylia od 2004 roku jest głównym światowym eksporterem wołowiny. Między 1992 a 2006 rokiem nastąpiło w tym kraju podwojenie pogłowia bydła hodowlanego. Trend się utrzymuje, a kraj zwiększa eksport wołowiny oraz soi. Drobni rolnicy nie mogą rywalizować z wielkimi firmami, takimi jak Cargill, Bunge, Archer Daniels Midland czy Blairo Maggi, eksportującymi soję i mięso głównie do Europy i Chin. Bogacące się społeczeństwa podnoszą spożycie mięsa, zwłaszcza wołowiny, która jest symbolem statusu. Dobro zwierząt hodowlanych jest ważniejsze niż dobro ludzi. Aby zapewnić paszę dla bydła, odbiera się Indianom dostęp do pożywienia, w zamian przekazując jedynie jałmużnę.

Gwałtowny rozrost monokultur uprawnych zagraża różnorodności biologicznej. Brazylia jest jednym z największych użytkowników pestycydów, bo gleby są nieurodzajne i szybko się wyjaławiają. Trujące substancje dostają się do wody i zagrażają tubylcom, ale także napływowej ludności wiejskiej. Zniszczenia lasu sprawiają, że lokalna ludność nie może zdobywać tradycyjnego pożywienia, a zanieczyszczenie wód odbiera jej możliwość połowów. Musi zmienić swoją dietę i często uzależnia się od zachodnich produktów żywnościowych. Indian Guaraní zmuszono do przeniesienia się do specjalnych rezerwatów w Brazylii, aby ich ziemie stały się dostępne dla rolnictwa i hodowli. Najczęściej panują tam głód i bieda, wybuchają konflikty, częste są przypadki samobójstw.Guaraní popełniają samobójstwa, ponieważ nie mamy ziemi. Nie mamy już przestrzeni. W dawnych czasach byliśmy wolni, teraz już nie jesteśmy. Więc nasi młodzi ludzie patrzą dookoła i widzą, że nic nie pozostało i zastanawiają się, jak mają żyć. Siadają i myślą, zapominają, zatracają siebie i wtedy popełniają samobójstwo – mówiła w roku 1996 Rosalino Ortiz z brazylijskiego plemienia Guaraní Ñandeva. Nawet jeśli nowe inwestycje nie znajdują się na obszarach przyznanych Indianom, to mogą ich otaczać, jak w przypadku ludu Xikrin w Brazylii, okrążonego komercyjnymi uprawami rolnymi.

Nawet w Wenezueli, promującej się jako kraj postępowy pod względem włączania wykluczonych do życia społecznego, sytuacja nie jest lepsza. Na południu bez konsultacji z lokalnymi mieszkańcami przyznaje się koncesje koncernom wydobywczym. Państwo nie walczy także z nielegalnym wydobyciem surowców. Nagłaśniana partycypacja obywatelska nie dotyczy najbardziej zmarginalizowanej grupy społecznej – Indian amazońskich.

Poważne konsekwencje dla ludności rdzennej ma także budowanie w Brazylii zapór wodnych produkujących energię. Rozpoczęte w latach 80. inwestycje zostały wstrzymane z powodu masowego oporu mieszkańców i organizacji pozarządowych. W 2010 roku wznowiono stare projekty oraz zapoczątkowano nowe. W planach jest budowa około 250 tam, na przykład w Santo Antônio i Teles Pires. Skutkami takich inwestycji są zatopienia ogromnych obszarów leśnych, przesiedlenia tubylców oraz zaburzenie dotychczasowych systemów wodnych. Zalane obszary stają się siedliskiem komarów, które roznoszą choroby.

Najgłośniejszą tego rodzaju sprawą jest budowa tamy Belo Monte. Propaganda mówi niemal o raju, jaki powstanie w efekcie tej inwestycji – park ekologiczny, udogodnienia dla mieszkańców, lepsze warunki dla ludności. Jednak zmiana koryta rzeki i zalanie 516 km² lasu oznacza zignorowanie indiańskiego podejścia do życia i ziemi, rozbicie wspólnot, ich związków z ziemią i miejscami pochówku. To przedsięwzięcie jest wątpliwe nawet według dzisiejszych zachodnich standardów, ponieważ oznacza przymusowe przesiedlenie 20–40 tysięcy osób. W 2010 roku brazylijski prezydent Lula da Silva porównał protestujących (koalicję, w której główną rolę odgrywały organizacje tubylcze, obrońcy środowiska i organizacje praw człowieka) do dzieci. Propaganda przeciwstawia postęp cywilizacyjny niewiedzy i zacofaniu Indian. Nie wiadomo, jak plany związane z tamami wpłyną na środowisko i ludność, ale według rządu zmiany dotkną 300 tysięcy ludzi, a szacunki Ruchu Dotkniętych Tamami (Movimento dos Atingidos por Barragens) mówią o milionie. Dla ludności rdzennej oznacza to przesiedlenia, utratę terytoriów i zmniejszenie zasobów ryb, które są ważnym źródłem pożywienia i elementem praktyk kulturowych: Rzeka jest sercem naszej ziemi i naszego ludu. Nasze życie jest zorganizowane wokół rzeki. […] Jest to główna droga do naszych terenów, naszych szkół, naszych cmentarzy i naszych świętych miejsc. Rzeka jest naszą bramą do reszty świata – pisali w liście otwartym członkowie indiańskiej organizacji indiańskiej Movimento Xingu Vivo Para Sempre z Brazylii w 2010 roku.

Stracone zdrowie

Ludność tubylcza cechuje się zwykle dobrym zdrowiem, siłą, zadowoleniem i odpornością na choroby. Przypisuje się ten fakt dużej ilości ruchu, diecie bazującej na nieprzetworzonej żywności, niskiemu poziomowi stresu i oparciu systemu społecznego na wspólnotowości i wzajemności. Oderwanie od ziemi oznacza dla niej wpadnięcie w zależność od jałmużny, rynku, wyniszczającej pracy. Indianie muszą przestawić się na przetworzoną, niezdrową żywność i kopiować zachodnie sposoby jej produkcji. Zostają pozbawieni medycyny tradycyjnej. Muszą zamieszkać w slumsach lub obozach, które są przeludnione.

Począwszy od lat 60. liczne wspólnoty etniczne po kontakcie z białym człowiekiem były dziesiątkowane przez choroby zakaźne, a niektóre z nich całkowicie wyginęły. Straty okazały się tak wielkie, że często nie było komu zajmować się chorymi czy zdobywać pożywienia. Zdrowie zarówno indywidualnych jednostek, jak i wspólnoty jako całości cierpiało z powodu przymusowej zmiany stylu życia. Indianie przeżywali załamanie psychiczne i stawali się zależni od zachodniej kultury. Dotyczyło to zwłaszcza medycyny, ponieważ szamani nie wiedzieli, jak uleczyć nieznane choroby: Zanim przybyli biali, nie byliśmy nieświadomi. Nasi szamani mogli nas uleczyć. Kiedy nie było medycyny białych, dzięki szamanom niewielu ludzi umierało w młodym wieku. Teraz, gdy biali przybyli do naszego lasu, obawiamy się malarii i gruźlicy, obawiamy się xawara [chorób zakaźnych], które oni tu zostawili. Te choroby przychodzą z daleka, nasi szamani ich nie znają. […] Aby z nimi walczyć, potrzebujemy medycyny białego człowieka […] Potrzebujemy was, abyście nauczyli nas, jak używać waszej medycyny przeciwko […] chorobom – wyjaśniał w 1997 roku Davi Kopenawa. Służba zdrowia jest jednak najczęściej niedostępna dla Indian, a jeśli już, to jest to pomoc niskiej jakości. Nawet tam, gdzie tubylcy mają dostęp do opieki medycznej, lekarstwa i specjalistyczne zabiegi są często dla nich nieosiągalne z powodów finansowych.

Lud Guaraní z Brazylii i Argentyny tracił na początku XXI wieku około 10% swojego terytorium rocznie, co prowadziło do głodu i niedożywienia dzieci. Odpowiedzią rządu było rozdawanie ryżu, manioku i oleju. Zmiana stylu odżywiania niosła jednak kolejne problemy. Zdrowa dieta, bogata w błonnik, witaminy i minerały, zawierająca niewiele cukru, soli i tłuszczów nasyconych, zmieniła się w tłustą i ubogą w składniki odżywcze. Organizowano przesiedlenia do rezerwatów, które były przeludnione. W jednym z nich, w brazylijskim stanie Mato Grosso do Sul, na terenie przewidzianym dla 300 osób mieszkało ponad 11 tysięcy Indian.

Często nawet działania mające pomóc zwalczyć choroby prowadziły do pogorszenia sytuacji. Polityka misjonarzy i agend rządowych zmierzała do zmniejszenia znaczenia i rozluźnienia jedności wspólnot. Skutki były katastrofalne, jak np. w przypadku zmiany modelu macierzyństwa. Tradycyjny model (długie okresy między jednym a drugim dzieckiem, roślinne metody antykoncepcji, abstynencja i długi okres karmienia piersią), służący zdrowiu zarówno matki, jak i dziecka, został całkowicie wyparty. Wpływy zewnętrzne spowodowały częstsze urodzenia, krótszy okres karmienia piersią, co w połączeniu z agresywnym marketingiem mleka modyfikowanego i brakiem dobrej jakości pożywienia powodowało zgony i choroby niemowląt oraz dzieci.

Dokładnie zbadany jest przypadek Indian Yanomami, którzy zostali dotknięci odrą i malarią, przyniesionymi przez górników. Od 1988 do 1993 roku zginęła ok. jedna piąta populacji tej społeczności. Badania przeprowadzone w 1991 roku pokazały, że 35% osób było niedożywionych, 76% miało anemię, a 13% dzieci straciło oboje rodziców. Na niektórych terenach ponad 90% osób było dotkniętych malarią, a 70% – chorobami układu oddechowego. Wiele przebywało w ośrodku leczniczym w fatalnych warunkach sanitarnych.

Poważne kłopoty przyniósł rozwój przemysłu wydobywczego w Ekwadorze. Działania prowadzone przez Chevron/Texaco od połowy lat 60. do 1992 roku określono mianem największej katastrofy ekologicznej w drugiej połowie XX wieku. Do środowiska odprowadzono miliony litrów ropy naftowej i toksycznych odpadów, zanieczyszczając okoliczne rzeki. Ponadto awarie rurociągów spowodowały wyciek milionów litrów ropy do lasu, zanieczyszczono także powietrze w skali lokalnej. Udokumentowano poważne konsekwencje dla zdrowia Indian z grup Siona, Secoya, Huaorani, Shuar, Quichua, Shiwiar i Zaparos. Po przebadaniu 21 wspólnot okazało się, że trzy czwarte ich członków miało problemy z układem trawienno-wydalniczym, połowa cierpiała na częste bóle głowy, a jedna trzecia na problemy skórne. Częste były też bóle różnych części ciała i gorączka. Wykryto zwiększenie śmiertelności niemowląt, wady genetyczne, choroby i infekcje skóry u młodych oraz niedożywienie. Niektóre badania mówią, że ponad 83% pozostałych przy życiu cierpi na schorzenia związane z zanieczyszczeniami. Ogromne zyski koncernu (ponad 30 miliardów dolarów) zostały osiągnięte kosztem ludzkiego życia i zdrowia.

„Mamy nasze łuki i strzały”

Państwa amazońskie nie zapewniają Indianom ochrony. Nawet w Brazylii rząd nie jest w stanie zagwarantować przestrzegania ich praw obywatelskich, dostępu do opieki medycznej i zachowania dziedzictwa kulturowego. W oddalonych częściach kraju państwo jest w zasadzie nieobecne, co stwarza problemy także dla nowych osadników. Brazylia prowadzi w Amazonii politykę wewnętrznie sprzeczną. Z jednej strony wspiera działania mające na celu kontrolę wylesiania (niekiedy nawet odnosząc sukcesy), a z drugiej – finansuje projekty niszczące las. W sąsiednich państwach wygląda to podobnie. Na terenach tubylczych wyższe są wskaźniki niedożywienia, biedy, analfabetyzmu i śmiertelności.

Ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Przemoc spotyka się z oporem grup ludności rdzennej. Prowadzone przez nie działania są zarówno pasywne (grupy żyjące w izolacji, niepoddające się presji dominującej kultury), jak i aktywne – podejmowanie akcji bezpośrednich (marsze, demonstracje, okupacje pól naftowych, koordynowane międzynarodowo kampanie na rzecz wstrzymania wydobycia). Indianie Kichwa z Sarayaku w Ekwadorze wygrali na przykład starcie z argentyńską firmą wydobywczą CGC dzięki szeroko zakrojonej kampanii informacyjnej. Wykorzystali do tego radio, Internet i filmy. Cofán z Ekwadoru w 1998 roku przerwali wydobycie na swoich ziemiach. W Brazylii dzięki mobilizacji społecznej, oporowi, protestom i wspólnym działaniom przy decydującej roli ludności rdzennej udało się zawrzeć w konstytucji prawa do ziemi i bogactw naturalnych. Dziś ok. 21% brazylijskiej Amazonii to chronione obszary należące do Indian. Autonomia ta jednak nie zawsze jest respektowana. W 2014 roku plemię Ka’apor z Brazylii pozbyło się ze swojego terenu drwali dopiero po tym, gdy ich związali, podpalili maszyny, a następnie wypuścili.

Mimo ogromnego zagrożenia Indianie rzadko stosują inne niż pokojowe metody. Tak było np. z Macuxi w Raposa Serra do Sol. Ich wioska jest otoczona przez garnizony, żołnierze prześladują młode kobiety, przemycają alkohol i wchodzą do domów bez zezwolenia. Czasami jednak tubylcy muszą się bronić: Nie boimy się. Jeśli umrzemy broniąc tego, co nasze, to nie ma problemu. Naszą główną bronią jest słowo Boga, ale jesteśmy dobrze wyposażeni na nasz indiański sposób. Mamy swoje łuki i strzały – mówi Severino Oliveira Brasil, przywódca wioski Indian Javari.

W Brazylii naukowcy zauważyli związek obecności ludności rdzennej z ochroną ekosystemów. Na obszarach zamieszkanych wyłącznie przez Indian stan przyrody poprawia się. Indianie są tak silnie powiązani z naturą, że jej ochrona nie jest dla nich odrębną, obcą ideą, ale integralną częścią życia. Wiadomo, że tubylcy na przejętych terenach wprowadzają w życie zasady ochrony przyrody, ale wiedza o ich działaniach jest jak dotychczas niekompletna i brakuje naukowych analiz tych zjawisk. Żyją w lesie i z lasem, mają skuteczne metody podejmowania decyzji. Nie wszystkie grupy są egalitarne, ale niektóre z czasem przekształciły się w społeczności zorganizowane na zasadach odmiennych niż w ustroju państwowym, niebazujących na koncentracji siły i akumulacji kapitału. Być może system kolektywny i zrównoważone gospodarowanie mogą być krokiem ku ochronie lasów.

Postęp ludzkości czy zysk korporacji?

Cywilizacja zachodnia kładzie nacisk na zysk, nie przejmuje się kosztami ludzkimi. W przeszłości zasady rynkowe stosowane były tylko w niektórych przypadkach, obecnie rynek przenika wszystkie dziedziny aktywności człowieka. Niszczy wspólnoty, które bazują na wymianie, wzajemności, pomocy. Kładzie nacisk na konsumpcję, czyni ludzi biernymi, niektórych wyrzuca poza margines. Liczą się tylko – postęp, wzrost, rozwój, bogactwo, standard życia, dobrobyt.

Trudno odmówić ludziom prawa dążenia do poprawy swojej sytuacji. Jednak bardzo często zdarza się, że „postęp” oznacza korzyści jedynie wybranych osób czy korporacji:Nie mówię, że jestem przeciwko postępowi. Myślę, że to bardzo dobre, kiedy biali przychodzą pracować między Yanomami, aby uczyć czytania i pisania oraz żeby uczyć się sadzić i używać roślin leczniczych. To jest dla nas postępem. To, czego nie chcemy, to firmy wydobywcze, które niszczą las, oraz garimpeiros [górnicy], którzy przynoszą wiele chorób. Ci biali muszą szanować naszą […] ziemię. Górnicy przynoszą broń, alkohol i prostytucję, niszczą naturę, gdziekolwiek pójdą. Dla nas to nie jest postęp. Chcemy postępu bez zniszczenia – deklarował w 1997 roku Davi Kopenawa.

Fałszywie rozumiany postęp zderza się z prawami ludności tubylczej do życia w wolności i w czystym środowisku na terenach, które użytkowała od wieków. W imię postępu wycina się lasy, powiększa obszary hodowli, upraw, kolonizacji, turystyki. Taka sytuacja zdarza się nie tylko w państwach amazońskich, ale na całym świecie: Korzenie problemu wylesiania i marnowania surowców znajdują się w państwach uprzemysłowionych, gdzie kończy większość naszych surowców, takich jak tropikalne drewno. Bogate kraje z jedną czwartą światowej populacji konsumują cztery piąte bogactw świata. […] Tak zwany postęp prowadzi do zniszczenia i rozpaczy – mówi Harrison Ngau, członek jednego z plemion malezyjskich.

Grajmy w zielone! Ochrona środowiska a interes narodowy

Grajmy w zielone! Ochrona środowiska a interes narodowy

Ochrona środowiska, prawa zwierząt i kwestie zmian klimatycznych budzą w Polsce wiele kontrowersji. Środowiska prawicowo-konserwatywne zarzucają organizacjom proekologicznym „lewactwo” i postawę sprzeczną z polskim interesem narodowym. Konflikt związany z przebiegiem drogi przez cenną przyrodniczo dolinę rzeki Rospudy kwitowano w tych kręgach żartami o ochronie żab, a obecnie sporo kontrowersji budzą wycinki planowane w Puszczy Białowieskiej. Równocześnie zdarza się, że postulaty organizacji chroniących środowisko są – delikatnie mówiąc – niemożliwe do spełnienia lub ich zrealizowanie prowadziłoby w krótkim czasie do załamania się rynku pracy, bezrobocia i w konsekwencji zwiększenia siły antyekologicznych partii neoliberalnych.

Czy ochrony przyrody na pewno nie da się połączyć z interesem narodowym? Nie sądzę.

Odpowiedzialność za środowisko

Zarysowany tu konflikt wynika przede wszystkim z odmiennych systemów wartości. U podstaw stanowiska proekologicznego legło przekonanie, że ekonomia jest częścią społeczeństwa, a społeczeństwo stanowi część przyrody. Perspektywa dyskursu neoliberalnego zakłada coś wręcz przeciwnego: przyroda jest częścią społeczeństwa, a społeczeństwo jest częścią ekonomii. O wszystkim powinny decydować rynki, które w cudowny sposób doprowadzą nas do stanu idealnej równowagi.

Podejście neoliberalne jest korzystne dla dużego międzynarodowego kapitału, ponieważ pozwala mu czerpać zyski z rabunkowej eksploatacji zasobów naturalnych, zanieczyszczać gleby, wodę, powietrze, przyczyniać się do zmniejszania różnorodności biologicznej Ziemi. Faktyczne koszty ponoszą jednak lokalne społeczności, które tracą korzyści płynące z natury, a także cierpiące bezcelowo zwierzęta, poświęcane dla zysku. Natomiast stanowisko radykalnie ekologiczne stawia przyrodę na pierwszym miejscu – ponad potrzebami społeczeństw i ekonomii, co zresztą także może mieć nie najlepsze skutki polityczne.

Postaw jest jednak dużo więcej niż tylko te dwie. Warto zwrócić uwagę na trzy typy ustosunkowania się do tego problemu: utrzymanie status quo, reforma oraz transformacja.

Niniejszy tekst jest pisany z punktu widzenia sprawiedliwości środowiskowej (ang.enviromental justice), która moim zdaniem pozwala na modelowy zrównoważony rozwój i odejście od status quo opartego na działaniach odbywających się kosztem dobrostanu przyszłych pokoleń oraz odległych „obcych”. Odległy „obcy” to taki, który ponosi skutki neoliberalnego, niezrównoważonego rozwoju w postaci np. podnoszenia się poziomu wód morskich czy zmniejszania się zasobów wody pitnej. Skrajnym wynaturzeniem neoliberalizmu jest tzw. rasizm środowiskowy (ang. enviromental racism), który oznacza obciążanie uboższych społeczności kosztami środowiskowymi. Na przykład w USA toksyczne spalarnie śmieci znajdują się w większości w regionach zamieszkanych przez ludność kolorową, mimo że z formalnego punktu widzenia procedurom lokalizacji tych inwestycji nie da się niczego zarzucić. Innym przykładem jest przenoszenie „brudnej” części produkcji do krajów Trzeciego Świata, w których nie trzeba spełniać europejskich norm środowiskowych.

Według etyki środowiskowej przyroda ma wartość samą w sobie (ang. intrinsic value) i prawo do „rozkwitu” (ang. right to flourish). Ponieważ jednak w relacjach z człowiekiem nie może występować w obronie samej siebie, rolą odpowiedzialnego obywatela (ang.responsible citizen) jest bycie adwokatem przyrody i jej praw oraz angażowanie się w jej ochronę.

Oczywiście nie każdy podziela pogląd o potrzebie ochrony praw przyrody czy zwierząt. Jednak nie ulega wątpliwości, że proces rozszerzania ich przywilejów jest dynamiczny i podlega zmianom historycznym.

Jednocześnie należy podkreślić, że przyroda dostarcza człowiekowi wielu dóbr niezbędnych do egzystencji, m.in. w postaci czystego powietrza, jedzenia, lekarstw, wody pitnej itd. Pogorszenie jakości tych „usług” skutkuje konfliktami o dostęp do nich, chorobami, przedwczesną śmiercią. We wspólnym interesie człowieka i przyrody jest więc zrównoważony rozwój, który umożliwia przyrodzie utrzymanie stanu kwitnięcia, a człowiekowi daje możliwość realizacji sprawiedliwości środowiskowej (i społecznej), dobrostanu swojego, przyszłych pokoleń oraz tzw. odległych „obcych”.

Zaciekłymi wrogami takiego podejścia są beneficjenci rabunkowej neoliberalnej gospodarki, która przyczynia się do zmniejszenia różnorodności biologicznej, wymierania licznych gatunków zwierząt, zanieczyszczania powietrza i wód, cierpienia tubylczej ludności (np. w Ameryce Południowej z powodu masowej korupcji przy handlu ziemią czy przy wydawaniu koncesji górniczych) itd. Inaczej mówiąc, globalni superbogacze, właściciele międzynarodowych korporacji, inkasują zyski z tytułu nieponoszenia kosztów konserwacji czy rehabilitacji degradowanego przez nich środowiska, a są nimi obciążane lokalne społeczności. To samo ma miejsce w Polsce, czy to w wyniku presji zagranicznego i polskiego kapitału, czy z powodu braku właściwej edukacji w szkołach. Widać to począwszy od sporu o Puszczę Białowieską, a skończywszy na braku zrównoważonych reguł prawnych w urbanistyce, co skutkuje paskudną architekturą czy niszczeniem siedlisk zwierząt.

Wśród najważniejszych powodów, dla których stosuje się ochronę przyrody, trzeba wymienić przesłanki natury: estetycznej (rekreacyjne) – aby ją podziwiać i móc odpocząć; gospodarcze – aby pozyskiwać surowce i rozwijać gospodarkę; przyrodniczo-naukowe – aby badać gatunki dla młodszych pokoleń, tworzyć leki itp.

Spójrzmy na zagrożenia wynikające z degradacji przyrody z trzech perspektyw: ekosystemów, zwierząt i ludzi.

Ekosystemy

Ekosystemy zapewniają człowiekowi byt i decydują o naszym przetrwaniu ze względu na liczne „usługi”, które przyroda oferuje społeczeństwu. Najpowszechniej wykorzystywaną klasyfikację usług ekosystemów zaproponowano w Milenijnej Ocenie Ekosystemów, opracowaniu opublikowanym w 2005 roku. Szczególny nacisk położono w nim na związek między usługami ekosystemów a jakością życia (szczegóły w tabeli):

Podstawowe (siedliskowe) Tworzenie gleby, fotosynteza i produkcja pierwotna, cykl biogeochemiczny (obieg azotu, węgla, siarki, fosforu i in.), cykl hydrologiczny.
Zaopatrujące Żywność (produkty zwierzęce i roślinne, miód, zioła), woda, leki, trwałe materiały (drewno, włókna), paliwa, produkty przemysłowe (tłuszcze, oleje, wosk, guma, perfumy, barwniki), wzór do stworzenia analogicznych substancji syntetycznych, zasoby genetyczne.
Regulacyjne Regulacja klimatu, neutralizacja i rozkład odpadów, oczyszczanie gleb, powietrza i wody, kontrola erozji, procesy przenoszenia (np. zapylanie roślin), ochrona przed promieniowaniem UV, łagodzenie ekstremów pogodowych, kontrola rozprzestrzeniania się zarazków.
Kulturowe Rekreacja, turystyka, funkcja estetyczna i edukacyjna, inspiracja kulturowa, intelektualna, duchowa, spokój, wyciszenie, relaksacja, relacje społeczne, powiązanie z miejscem.
Potencjał przyrody do dostarczania usług zależy od stanu ekosystemów Ta podstawowa zależność pokazuje wyraźnie, że degradując środowisko, ograniczamy jego potencjał do dostarczania nam usług.

Tab. 1: Klasyfikacja usług ekosystemów (źródło: Milenijna Ocena Ekosystemów).

Tabelę 1 uzupełnia poniższy diagram:

tabelka

Ryc. 1: Usługi ekosystemów a jakość życia (źródło: http://uslugiekosystemow.pl/?q=baza-wiedzy/uslugi-ekosystemow/co-to-sauslugi-ekosystemow).

W wyniku niezrównoważonego rozwoju polskie ekosystemy podlegają powolnej degradacji, czego skutkami są: erozja gruntów rolnych, zanieczyszczenie rzek i jezior, niski stan zarybienia wód śródlądowych, zanieczyszczenie powietrza, nadmiar chemii w rolnictwie i żywności. Z tego powodu bardzo ważne są strategie ochrony i odtwarzania ekosystemów w ramach zrównoważonego rozwoju oraz ich wdrażanie, co zresztą nakazuje art. 5 Konstytucji RP: Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.

Kluczowym zagrożeniem dla polskiej przyrody jest nacisk zagranicznego i polskiego kapitału na prywatyzację usług ekosystemów, czyli np.:

  • próby umożliwienia prywatyzacji lasów, forsowane w sejmie latem 2015 roku;
  • dążenie do prywatyzacji zasobów wody pitnej i jej dystrybucji, np. przez Nestlé;
  • rolnictwo przemysłowe, które w porównaniu z rolnictwem rodzinnym bardziej degraduje ekosystemy, np. przez nadmierne stosowanie środków chemicznych, antybiotyków, zanieczyszczanie okolicznych wód, ziemi i powietrza, produkcję dużych ilości odpadów, zużywanie ogromnych ilości energii i wody na jednostkę produkcyjną, kolosalną emisję CO2 w hodowli bydła;
  • dążenie globalnych koncernów wytwarzających nawozy czy produkty farmaceutyczne dla zwierząt do tworzenia takich norm, by maksymalizować stosowanie nawozów czy antybiotyków i tym samym zwiększać własne zyski kosztem degradacji przyrody;
  • nacisk globalnych koncernów produkujących rośliny i zwierzęta modyfikowane genetycznie do otwarcia rynków na takie produkty. Dużym zagrożeniem są regulacje prawne, które sprawiają, że zmodyfikowane ziarna są chronione przez patenty, co uniemożliwia tradycyjne odkładanie części ziaren ze zbiorów na przyszłoroczny siew;
  • dążenie globalnych koncernów do prywatyzacji lasów, by móc tanio pozyskiwać drewno;
  • przenoszenie do Polski „brudniejszej”, ekologicznie szkodliwej części produkcji (w tym wytwarzania u nas „brudnych” półproduktów eksportowanych następnie do innych krajów, w których jest montowany produkt finalny), zatruwającej wodę, gleby czy powietrze;
  • budowa szlaków komunikacyjnych (drogi, koleje) bez uwzględnienia specyfiki lokalnej przyrody, np. szlaków migracyjnych zwierząt. Przykładem jest tu znany przypadek Rospudy;
  • niezrównoważone używanie i składowanie odpadów konsumenckich, rolnych i przemysłowych;
  • nieprzemyślane inwestycje w infrastrukturę energetyczną, jak budowa zapór;
  • brak rozsądnych norm urbanistycznych, co powoduje niepowetowane szkody krajobrazowe (np. turystyka niebiorąca pod uwagę ekosystemów) czy środowiskowe (np. budowa domów rozrzuconych w terenie, zamiast skoncentrowanej zabudowy, bez respektowania siedlisk zwierząt).

Można wysnuć wniosek, że głównym zagrożeniem dla przyszłości „usług ekosystemów” jest dążenie wielkiego kapitału do prywatyzacji i maksymalizacji zysków z tych usług. Uniemożliwia to zrównoważone korzystanie z zasobów przyrody, ułatwia natomiast nieponoszenie kosztów środowiskowych swojej działalności, takich jak odtwarzanie środowiska naturalnego. Innym zagrożeniem są nieprzemyślane inwestycje infrastrukturalne. Kolejnym – brak solidnych norm urbanistycznych narzucających harmonię z przyrodą. Każdy z punktów jest sprzeczny z interesem publicznym, społecznym i narodowym Polski.

Dobry bądź dla zwierząt

Etyka i prawo zaczynają coraz bardziej chronić zwierzęta przed niepotrzebnym zadawaniem im bólu i cierpienia.

Jeśli chodzi o dzikie zwierzęta, to nie krytykuję potrzeby regulowania ich populacji, wynikającej z braku dużych drapieżników, podobnie jak myślistwa samego w sobie. Natomiast nieakceptowalne są przypadki zwykłego bestialstwa, o których raportuje np. „Leśny patrol”. Powinny być one bezwzględnie ścigane i karane, podobnie jak nieetyczne praktyki polowań na ptaki, a de facto ich masakrowanie, jak dzieje się to np. na granicy Parku Narodowego Ujście Warty.

Bestialstwo przemysłowej hodowli zwierząt czy przemysłowych rzeźni przekracza wszelkie granice człowieczeństwa – wystarczy zobaczyć, w jakich warunkach hoduje się przemysłowo np. świnie, krowy, lisy na futro, kury czy ryby (łososie) albo jak się je uśmierca. Cywilizowane społeczeństwo powinno sprzeciwiać się okrutnym metodom hodowli i uboju. Kwestia wykorzystywania zwierząt do eksperymentów np. w przemyśle kosmetycznym to kolejny punkt wart odnotowania. Okrucieństwo tresury w cyrkach nie wymaga komentarza.

Głównym zagrożeniem dla zwierząt jest nieetyczne zadawanie im zbędnego bólu. Niestety nie istnieje u nas żaden zapis konstytucyjny, który odnosiłby się do ochrony zwierząt. Cywilizowany świat powoli to zmienia. W 1992 roku Szwajcaria wprowadziła do konstytucji zmiany, zgodnie z którymi zwierzęta są traktowane jako istoty żywe, a nie rzeczy. W 1999 roku Nowa Zelandia zapewniła podstawowe prawa pięciu gatunkom małp. Zakazano wykorzystywania ich w ramach doświadczeń i badań. Zostało to uznane za największy sukces w historii walki o prawa zwierząt. W 2002 roku Niemcy jako pierwszy kraj w Unii Europejskiej wprowadziły do konstytucji poprawki gwarantujące zwierzętom większe prawa. Równocześnie jednak niemiecki Sąd Konstytucyjny wyrokiem 1 BvR 1783/99 z 15 stycznia 2002 roku uprawomocnił możliwość rytualnego uboju zwierząt, który jest nie do pogodzenia z ich prawami.

Ludzie są ważni

Spójrzmy na niebezpieczeństwo wynikające z degradacji przyrody w Polsce z perspektywy człowieka. W zasadzie łączy się ono z opisanymi zagrożeniami dla ekosystemów i przemysłowego rolnictwa, w tym hodowli zwierząt.

Degradacja i prywatyzacja usług ekosystemów wpływają na zdrowie i koszt leczenia oraz na koszt dostępu do tych usług. Temat jest obszerny, więc poruszę tylko kilka przykładowych kwestii, dotyczących fatalnego wpływu na zdrowie i warunki bytowe człowieka.

a) Żywność wyprodukowana i transportowana w sposób niezrównoważony

Po pierwsze, import np. ładunku truskawek z Azji czy Ameryki Południowej do Polski oznacza ogromną emisję CO2. Brak jest jakichkolwiek opłat z tytułu zużycia energii w Azji i transportu morskiego tamtejszych produktów przez pół świata. Proceder ten ma oczywiście wpływ na zmiany klimatyczne oraz ich skutki, które są odczuwalne także w Polsce (susze, powodzie itp.), dodajmy do tego zatruwanie oceanów – brak tu surowych norm.

Żywność wyprodukowana przez rolnictwo przemysłowe (intensywne) jest naszpikowana chemią i negatywnie wpływa na zdrowie ludzi.

Zanieczyszczenie powietrza, gruntów i wody spowodowane rolnictwem tego typu, ale także – przenoszenie „brudnych” elementów produkcyjnych łańcuchów dostawczych do Polski, import starych aut z Zachodu oraz stosowanie gigantycznych ilości plastikowych opakowań w przemyśle żywnościowym, farmaceutycznym czy kosmetycznym również ma fatalny wpływ na nasze zdrowie. Coraz częstsze są choroby dróg oddechowych, nowotwory itd.

Rosnąca liczba konsumentów ma etyczne problemy z jedzeniem mięsa czy nabiału wyprodukowanych w sposób okrutny dla zwierząt, charakterystyczny dla hodowli i rzeźni przemysłowych. Brak informacji na ten temat w sklepach lub dane nieprawdziwe można uznać za straty moralne i celową dezinformację.

b) Zyski i koszty wynikające z braku zrównoważonego rozwoju

Kto przede wszystkim zarabia na niezrównoważonym rozwoju? Wielki kapitał różnych sektorów, takich jak rolnictwo przemysłowe, producenci żywności, nawozów sztucznych, lekarstw, prywatna służba zdrowia, instytucje finansowe (kredyty na coraz bardziej intensywne rolnictwo), sieci supermarketów, biotechnolodzy. Przeważnie są to potężne globalne korporacje lub instytucje inwestycyjne, w niewielkim stopniu powiązane z polskim kapitałem. Bywają natomiast dyskretnie powiązane z polską polityką – przez lobbing i inne zależności.

Koszty niezrównoważonego rozwoju ponosi społeczeństwo – choćby w wymiarze zwiększonych wydatków na leczenie, kosztów spowodowanych zwolnieniami chorobowymi w pracy, braku zdolności do pracy w zaawansowanym wieku. To znowu nakręca koniunkturę przemysłowi farmaceutycznemu czy prywatnej służbie zdrowia.

Kolejnym obciążeniem jest degradacja środowiska i klimatu. Dotyka ono nas wszystkich, a oznacza coraz niższy poziom usług ekosystemów oraz uspołecznianie finansowania ich ochrony i odtwarzania. Tym samym dochodzimy do interesu społecznego i publicznego, na które powinniśmy zważać, chroniąc przyrodę. Obydwa są istotne ze względu na nasze zdrowie i obciążenie budżetowe.

Inna kwestia to społeczne koszty potencjalnej prywatyzacji usług ekosystemów, czyli np. prywatyzacja lasów (co wpłynie na ich degradację lub wyższe koszty ich konserwacji), niekontrolowana sprzedaż gruntów rolnych, wymuszanie przez biznes opłat za darmowe usługi ekosystemów (prywatyzacja zasobów wody pitnej, patenty na ziarna czy rośliny), uzależnienie zdegradowanej ziemi rolnej od chemii (nawozy, pestycydy), brak bezpłatnego dostępu do lasów.

Już na tym etapie mogę się pokusić o stwierdzenie, że zajęcie się problematyką bezpieczeństwa ekologicznego leży w interesie społecznym, publicznym i narodowym Polski. Art. 74. Konstytucji RP nie pozostawia tu żadnych wątpliwości: 1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom. 2. Ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych. 3. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska. 4. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska.

Kwestia bezpieczeństwa ekologicznego, czyli właśnie dostępu do wysokiej jakości usług ekosystemów, wraz z postępującą globalnie, lecz nierównomiernie, degradacją środowiska naturalnego i zmianami klimatycznymi będzie w przyszłości jednym z głównych powodów konfliktów zbrojnych. Konieczne jest zatem posiadanie przez Polskę bardzo sprawnych i skutecznych sił zbrojnych i sił obrony terytorialnej, zdolnych do szybkiej reakcji na nieoczekiwane zagrożenia hybrydowe. Jedną z iskier zapalnych konfliktu w Syrii była wieloletnia susza, zaostrzona zmianami klimatycznymi, która zmusiła 1,5 miliona mieszkańców obszarów wiejskich do przesiedlenia się do miast. To znowu przyczyniło się do wybuchu wojny domowej i do obecnej fali migracji do Europy.Dzisiejszy proces migracji i jego związek ze zmianami klimatycznymi powinien być bacznie analizowany przez strategów ds. bezpieczeństwa i obronności, ponieważ to dopiero przygrywka do tego, co będzie się działo w przyszłości.

Bezpieczeństwo ekologiczne i konkurencyjna gospodarka

Obecne ramy prawne de facto niezrównoważonego globalnego rozwoju są promowane przez globalne korporacje, mające gigantyczne przewagi konkurencyjne wynikające z „efektu skali”, czyli z masowej produkcji. Skutkiem jest rugowanie polskiej konkurencji, przeważnie małych czy średnich przedsiębiorstw różnych sektorów, począwszy od rolniczego czy przetwórstwa żywności, na handlu, przemyśle hutniczym, cementowym czy turystycznym skończywszy. Ma to bardzo negatywny wpływ na miejsca pracy w Polsce i zdolność polskiego kapitału do rozwoju.

Czy globalne koncerny mają jakąś piętę achillesową, mimo że ich interesy są dobrze chronione przez np. Światową Organizację Handlu i bilateralne Umowy o Wolnym Handlu? Oczywiście. Są nią ich bardzo skomplikowane, rozrzucone po całym świecie łańcuchy dostawcze oraz konieczność gwarantowania globalnych norm, co wspiera zyski z „efektu skali” i utrudnia lokalne specjalizacje. Stan taki ma kilka skutków.

Po pierwsze, utrzymanie go wymaga taniego i masowego transportu morskiego. Dlatego w dyskusjach o zmianach klimatycznych niemal nie mówi się o opłatach za emisję CO2czy o zatruwaniu oceanów ropą, do czego przyczynia się oceaniczna flota handlowa. Polski rolnik produkujący truskawkę płaci podatek od emisji CO2 w elektrowniach opalanych węglem kamiennym, ale już azjatycki producent truskawek nie płaci za CO2wyemitowane przez statek transportujący jego truskawkę z Oceanu Spokojnego nad Morze Czarne, nie wspominając o zatruwaniu oceanów ropą silnikową. Podobnie Wielka Brytania, importująca cement z Bangladeszu, nie płaci nawet grosza kosztów ekologicznych ani za produkcję energii, ani za transport produktu, a polska fabryka cementu – tak. To samo dotyczy np. transportu węgla kamiennego z Australii. Mówimy tu de factodumpingu ekologicznym.

Po drugie, łańcuchy dostawcze są tak skomplikowane i trudne do kontrolowania, że nawet gdyby globalne korporacje miały jak najwięcej dobrych chęci, nie są w stanie zagwarantować, że przy produkcji ich towarów nie mają miejsca procedery przestępcze, jak praca niewolnicza, praca dzieci, wykorzystywanie zysków poddostawców do finansowania konfliktów zbrojnych, gwałcenie praw tubylczych społeczności, np. ich praw własności ziemi. Stąd międzynarodowe instytucje, jak Bank Światowy, OECD, ONZ, UE, G7, ustalają różne normy, certyfikaty, poradniki czy plany (Cele Milenijne 2010, Plan Zrównoważonego Rozwoju 2030), ale są one bardziej świadectwem dobrych chęci i aktywnością PR-ową niż planem możliwym do pełnego zrealizowania. Brakuje globalnej instytucji o władzy kontrolnej i wykonawczej, a jak bez niej zapanować na problemem i procesami dziejącymi się w wielu państwach na raz? Strategiom brak też koordynacji, co nie znaczy, że nie należy ich wspierać. Jak bardzo skomplikowane są globalne łańcuchy dostawcze widać na przykładzie społecznego przedsiębiorstwa z Holandii, produkującego „etyczny” telefon komórkowy (www.fairphone.com). Telefon składa się z ponad 100 metali i minerałów. Po kilku latach firma jest w stanie monitorować przebieg procesu wytwarzania zaledwie… trzech z nich. W praktyce mówimy więc o faktycznym dumpingu socjalnym, a w wielu przypadkach o dumpingu przestępczym globalnych korporacji.

Wielotygodniowy transport żywności, np. mięsa, a potem zapewnienie jej długiej przydatności do spożycia wymagają ogromnych ilości konserwantów, które następnie spożywamy i w efekcie długofalowo podupadamy na zdrowiu. Brakuje sposobów skutecznej kontroli stosowania środków chemicznych oraz antybiotyków w rolnictwie przemysłowym. Aby żywność miała długi okres przydatności, ale wciąż była tania, wymaga pakowania w plastik, co ma dramatyczne skutki dla środowiska, np. wody, poważnie nim zanieczyszczonej. Za recykling takich opakowań czy ochronę przyrody nie płaci jednak producent, lecz całe społeczeństwo. Okrutne metody hodowli zwierząt obniżają koszty produkcji mięsa, choć nie mają nic wspólnego z etyką i wrażliwością na bezsensowne cierpienie. Można tu więc mówić o dumpingu etycznym.

Handel oceaniczny może być sparaliżowany wojną czy terroryzmem. Jeśli spora część produktów żywnościowych będzie sprowadzana do Polski tą drogą, zagraża to naszemu bezpieczeństwu żywnościowemu.

W wyniku pojawienia się międzynarodowych umów o „wolnym handlu”, podpieranych przez globalne, korzystne dla wielkiego kapitału normy, niezrównoważona produkcja wypiera zrównoważoną, co z czasem spowoduje, że coraz większej części społeczeństwa nie będzie stać na przykład na zdrowe jedzenie, które będzie coraz droższe. Ma to już miejsce w USA, a przejawia się otyłością uboższych warstw, jedzących przemysłowo produkowane niezdrowe jedzenie. Kolejnym zagrożeniem jest ryzyko pojawienia się wysokiego bezrobocia, spowodowane dumpingiem społecznym i ekologicznym. Także coraz więcej polskich firm, np. z sektora rolnego czy przetwórczego, zacznie upadać zamiast się rozwijać. Naraża to konkurencyjność polskiej gospodarki, w tym m.in. polskie bezpieczeństwo żywnościowe, społeczne i ekologiczne. Mam nadzieję, że nawet czytelnicy o poglądach prawicowo-narodowych zgodzą się, że zdroworozsądkowa postawa proekologiczna może się łączyć z bezpieczeństwem ekologicznym, które zaczyna być ważnym elementem polskiego interesu narodowego, publicznego i społecznego.

Oczywiście zwolennicy neoliberalnej ekonomii też uważają, że promują zrównoważony rozwój, jednak diabeł tkwi w szczegółach wdrażania tej idei. Mowa tu bardziej o pozorach niż o faktycznym naruszaniu interesów beneficjentów niezrównoważonego rozwoju, systematycznie obniżającego globalne bezpieczeństwo ekologiczne.

Jak te tezy można przekuć na korzyść Polski? Nasz kraj jest mało znaczącym graczem w skali globalnej. Kluczowa gra toczy się obecnie w kręgu krajów G7 i BRICS. Podstaw handlu morskiego nie da się zmienić bez zgody Chin, USA, Japonii, Kanady czy Australii, a zmiana status quo to ostatnia rzecz, na jaką się zgodzą, elity finansowe owych krajów zainwestowały bowiem w tym sektorze duże środki. Konkurencyjność najsilniejszych gospodarek zależy od taniego transportu oceanicznego, łączącego rozrzucone po świecie łańcuchy dostawcze. Nie oznacza to, że tych kwestii nie da się wykorzystać w interesie Polski oraz etyki środowiskowej.

Polski biznes pada ofiarą nieuczciwej konkurencji w wyniku opisanego już dumpingu ekologicznego i socjalnego, a dostęp do wielu rynków eksportowych jest utrudniony z powodu konkurencji wpływowych, zasiedziałych tam globalnych korporacji. Równolegle wiele państw i liczne organizacje społeczne i pozarządowe coraz silniej protestują przeciwko rabunkowej gospodarce globalnych gigantów. Tym samym Polska, nie mając tu specjalnego konfliktu interesów, mogłaby wspierać organizacje promujące zrównoważoną i odpowiedzialną globalną ekonomię i czerpać z tego w zasadzie same korzyści. Po pierwsze, pozwoliłoby to zwrócić uwagę, że to nie Polska jest istotnym emitentem CO2na osobę, lecz są nimi de facto konsumenci z najbogatszych krajów. To oni konsumują towary masowo importowane, wyprodukowane w krajach trzecich i transportowane do nich w sposób nieodpowiedzialny i niezrównoważony. Po drugie, przez wspieranie takich organizacji społecznych i pozarządowych Polska mogłaby zyskać wizerunek państwa (i faktycznie w inteligentny sposób się nim stać) walczącego z globalnym ociepleniem, z zanieczyszczaniem środowiska i z brakiem poszanowania praw człowieka. Po trzecie, wiele krajów (np. Afryki) ma dość pazernych korporacji i chętnie zacznie robić interesy z bardziej odpowiedzialnymi partnerami gospodarczymi, co otwiera nisze dla nowych kooperantów z Polski, choćby w górnictwie. Byłoby to po prostu zachowanie etyczne. To obiecujący kierunek, mogący przyczynić się do poprawienia międzynarodowej reputacji i wizerunku Polski jako kraju odpowiedzialnego i pozytywnie angażującego się w ważne sprawy świata. Pomogłoby to również wypełnić różne globalne nisze ekonomiczne, co miałoby wpływ na dobrej jakości zatrudnienie w polskich firmach.

Wprowadzając dobrze przemyślane normy zdrowotne, np. dotyczące żywności, a także restrykcyjną kontrolę ich stosowania, wraz z odpowiednimi karami, można poprawić konkurencyjność polskiej przedsiębiorczości produkującej na lokalny, polski rynek (tzw. lokalne łańcuchy dostawcze). Na przykład azjatycka truskawka czy czosnek, aby dotrzeć na nasz rynek, z powodu gorszych norm produkcyjnych i czasochłonnego transportu muszą zawierać więcej konserwantów. Dlatego zaostrzając normy do wyśrubowanego, zdrowego poziomu, który może osiągnąć tylko lokalna, ekologiczna produkcja, można wykluczyć z rynku takie niezdrowe produkty, które muszą zawierać więcej konserwantów, by przetrwać długą podróż. Ekonomia składa się właśnie z takich pojedynczych rynków produktów. Na przykład producenci czosnku w Polsce to zapewne kilka tysięcy rodzin, mających obecnie problemy wskutek importu taniego czosnku z Azji. Niestety, opór różnych sektorów gospodarki, których zyskowność zależy od ekologicznego i socjalnego dumpingu w produkcji, transporcie i zbycie żywności, byłby potężny. Mam tu na myśli szeroko pojętą gastronomię, zwłaszcza sprzedającą żywność o fatalnej jakości, jak McDonald’s, Burger King czy KFC, ale też np. sektor hotelowy, prowadzący przecież restauracje, oraz o masowych dystrybutorów żywności, jak Biedronka czy Lidl.

Polska może wprowadzać normy środowiskowe ostrzejsze od tych wymaganych przez prawo UE (art. 193 Traktatu UE). Tym samym można zaprowadzić obostrzenia, które posłużą zarówno ochronie środowiska, jak i – jako „przypadkowe” efekty uboczne – wspieraniu polskiej zrównoważonej konsumpcji i konkurencyjności polskiej gospodarki. Rolnictwo przemysłowe zużywa więcej chemii, wody i energii na jednostkę produkcyjną niż gospodarstwa mniejsze, rodzinne. Również tu można wprowadzić właściwe normy, które uczynią niezrównoważoną produkcję mniej konkurencyjną. Zdrowa żywność staje się coraz bardziej popularna w UE i z czasem mogłaby się stać znaczącym polskim towarem eksportowym.

Wspomniane pomysły są zgodne z kilkoma artykułami Konstytucji:

  • Art. 23. Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.
  • Art. 68. 4. Władze publiczne są obowiązane do zapobiegania negatywnym dla zdrowia skutkom degradacji środowiska.
  • Art. 86. Każdy jest obowiązany do dbałości o stan środowiska i ponosi odpowiedzialność za spowodowane przez siebie jego pogorszenie. Zasady tej odpowiedzialności określa ustawa.

Wdrożenie ich powinno być elementem polityki innowacyjnej, np. w zakresie inteligentnych specjalizacji oraz promowania odpowiedzialnych i zrównoważonych modeli biznesowych dla różnych sektorów, co znów jest zgodne z art. 5 Konstytucji:Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.

Kwestie podwyższania norm konsumenckich czy środowiskowych należy zawsze dokładnie przeanalizować z punktu widzenia zgodności z prawem UE i prawem międzynarodowym.

Należy koncentrować się na odpowiedzialnej i zrównoważonej konsumpcji, co jest etyczne, zdrowe dla społeczeństwa, dobre dla miejsc pracy, dla polskich szans eksportowych, międzynarodowej reputacji Polski, dla bezpieczeństwa ekologicznego i przyszłych pokoleń.

Co jeszcze można zrobić?

Polska powinna tak uzupełnić Konstytucję, aby wzmocnić rolę bezpieczeństwa ekologicznego i uniemożliwić prywatyzację usług ekosystemów i strategicznych zasobów naturalnych (woda pitna, lasy, strategiczne rezerwy ziemi rolnej, kopaliny itd.) oraz podpisywanie pozwalających na to zagranicznych traktatów lub zobowiązań. Poza tym warto rozszerzyć art. 5 o zrównoważoną konsumpcję, by stosowny fragment brzmiał:…kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju i konsumpcji. Wzmocniłoby to mandat Polski w dyskusji o dumpingu socjalnym i środowiskowym. Bo właśnie niezrównoważona konsumpcja jest słabym punktem bogatych krajów.

Wraz z postępami wdrażania polityki zrównoważonego rozwoju można by stopniowo obejmować podwyższonymi normami ochrony środowiska coraz większe obszary, co dobrze wpływałoby na jakość usług ekosystemów w Polsce i na nasze bezpieczeństwo ekologiczne. Takie tereny, jak obszary sieci Natura 2000, parki narodowe, parki krajobrazowe czy rezerwaty przyrody, powinny być powiększane, ponieważ stanowią gwarancję, że następne pokolenia Polaków będą mogły się cieszyć przyrodą zachowaną w dobrym stanie. Stworzyłoby to odpowiednią podstawę do rozwoju coraz bardziej dochodowej ekoturystyki.

Tym samym warto wyciągnąć wnioski z konfliktu wokół Rospudy czy Puszczy Białowieskiej. Organizacje ochrony środowiska z całego świata tworzą dobrze zorganizowaną sieć, która potrafi zadawać potężne straty wizerunkowe i polityczne. Równocześnie, z perspektywy politycznej, organizacje te mogą stać się pożytecznym sojusznikiem Polski w wielu sprawach – od międzynarodowych negocjacji o różnorodności biologicznej po kwestie instrumentów zwalczania zmian klimatycznych. Nie do przecenienia jest także ich wpływ na globalną reputację Polski. Warto być z nimi w dobrych relacjach, zwłaszcza że są to po prostu pożyteczne organizacje.

Jeśli Polska na poważnie podjęłaby kwestię dumpingu socjalnego (niewolnicza praca, praca dzieci itd.), mogłaby nawiązać świetne relacje z bardzo wpływowymi organizacjami pozarządowymi wspierającymi prawa człowieka, zajmującymi się biedą i wykluczeniem. Warto, aby nasz kraj aktywnie zajął się kwestią Celów Zrównoważonego Rozwoju, które w 2015 roku przyjęła ONZ. To etyczne oraz korzystne dla konkurencyjności naszej gospodarki. Powinniśmy także zrobić krok naprzód na drodze ochrony praw zwierząt, zarówno dzikich, jak i hodowlanych. Uważam, że istnienie jednego artykułu na ten temat w Konstytucji RP nie jest w XXI wieku czymś niemożliwym. Pójście śladem Szwajcarii czy Nowej Zelandii mogłoby fantastycznie wpłynąć na globalną reputację Polski i przyczynić się do zmniejszenia okrucieństwa względem zwierząt.

Dzięki wspieraniu koncepcji zrównoważonej konsumpcji Polska mogłaby rozpocząć świadomą politykę innowacyjną jako formę inteligentnej specjalizacji w zakresie wspierania rozwoju polskich i lokalnych zrównoważonych łańcuchów dostawczych, np. żywności. Obecnie robią to ruchy oddolne, tworząc kooperatywy spożywcze czy spółdzielnie. Do tego celu należałoby stworzyć oznakowanie/symbolikę, których mogliby używać tylko sprzedawcy żywności wyprodukowanej w sposób zrównoważony według polskich norm, które jednak muszą być zgodne z prawem UE. Obecność takich oznaczeń na produkcie równałaby się możliwości bezpośredniej kontroli producenta przez klientów czy organizacje społeczne. Akcja taka wspierałaby także lokalne rolnictwo rodzinne. Odpowiednia fundacja finansowana przez państwo mogłaby ją promować, rozwijać i kontrolować, przydzielać oznaczenia i odbierać je. Taki model biznesowy pomógłby odpowiedzialnym obywatelom kupować zdrowe i etyczne jedzenie, co obecnie nie jest takie proste. Ponieważ ta gałąź przemysłu spożywczego rozwija się w całej UE, Polska mogłaby stać się ważnym producentem i eksporterem tego rodzaju żywności. Etykietkę tę z czasem można by przyznawać innym produktom, jak meble czy urządzenia domowe.

Odpowiedzialny i proekologicznie nastawiony obywatel może być dobrym polskim patriotą, i na odwrót. Wymaga to jednak solidnej polityki państwa, która zaczynałaby się od postaw, czyli od edukacji, zmian w prawie i odpowiedniej strategii inteligentnych specjalizacji.

Marcin Malinowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Tomasz Chmielewski

Clinton, Cruz czy Trump – co amerykańskie wybory mogą zmienić w USA i w Polsce?

Polska nie funkcjonuje w próżni, lecz w układzie międzynarodowym, co nadaje sens śledzeniu wydarzeń politycznych w kraju położonym tak daleko od nas jak Stany Zjednoczone. Oddziałują one na nas zarówno jako światowe mocarstwo, a więc w zakresie stosunków międzynarodowych, jak i w innych dziedzinach, np. jako eksporter idei. Nastroje w USA i w Europie wpływają na siebie nawzajem. Tegoroczne wybory prezydenckie pełnią zatem dla mnie, jako bardzo odległego obserwatora, dwojaką rolę. Z jednej strony decydują, kto będzie rządził światowym supermocarstwem i sojusznikiem Polski, co może mieć wpływ na naszą pozycję międzynarodową. Z drugiej – udzielą odpowiedzi na pytanie, jakie nastroje przeważają w Stanach Zjednoczonych i w jaki sposób będą oddziaływały na nastroje europejskie.

Jak się wybiera?

Wybory prezydenckie w USA odbywają się w specyficznym trybie. Istnieje wprawdzie głosowanie powszechne, ale wyłania ono tylko członków Kolegium Elektorów, które wybiera głowę państwa. Jest ich obecnie 538, a każdy stan wybiera tylu elektorów, ilu ma łącznie reprezentantów i senatorów. Liczba senatorów jest stała – po dwóch z każdego stanu, a grupa reprezentantów – proporcjonalna do liczby ludności danego stanu, więc w nieco ponad półmilionowym Wyoming będzie to 1 osoba, w trochę ponad trzydziestoośmiomilionowej Kalifornii – 53. Wybory mają charakter większościowy – zwycięzca bierze wszystkie głosy danego stanu (wyjątkiem są Nebraska i Maine, w których przegrany może dostać część głosów, jeśli wygra w którymś z okręgów). W takim systemie jest możliwe, aby zwycięzca głosowania powszechnego przegrał w głosowaniu elektorskim – zdarzyło się tak cztery razy. Aby zostać prezydentem, trzeba zdobyć ponad połowę głosów elektorskich, czyli 270. W razie nieprzekroczenia tego progu przez żadnego z kandydatów, np. w przypadku remisu (co zdarzyło się jeden raz) lub rozdrobnienia elektoratu (również jeden raz), wyboru spośród trzech kandydatów z największą liczbą głosów elektorskich dokonuje Izba Reprezentantów. Głosy liczy się wtedy stanami – aby zostać wybranym, trzeba uzyskać głosy ponad połowy stanów. Równocześnie wyłania się wiceprezydenta, a w razie niewybrania go przez Kolegium Elektorskie wyboru dokonuje Senat. Wyborów przedterminowych nie przewiduje się – w razie śmierci prezydenta między wyborem a rozpoczęciem kadencji urząd obejmuje wiceprezydent, podobnie jak w razie śmierci na urzędzie (co zdarzyło się osiem razy, w tym cztery razy z powodu morderstwa) lub rezygnacji (jeden przypadek).

Prezydentem może zostać tylko ktoś, kto jest obywatelem kraju z urodzenia – nabył obywatelstwo na terytorium USA lub za granicą z amerykańskich rodziców. Musi mieć ponadto ukończone 35 lat i mieszkać na terenie USA od co najmniej 14 lat. Maksymalna liczba kadencji to dwie. Jeżeli prezydent objął urząd w drodze sukcesji po poprzedniku i sprawował go krócej niż dwa lata – wówczas może ubiegać się o dwie pełne kadencje. Jeżeli dłużej – tylko o jedną.

Równocześnie odbywają się wybory do Izby Reprezentantów i do Senatu, choć zmianie ulega jedynie 1/3 senatorów. Senatorów wybiera się w poszczególnych stanach, a reprezentantów – w jednomandatowych okręgach wyborczych.

System partyjny jest zdominowany przez dwie partie: Demokratów i Republikanów. Świadczą o tym liczby: 435 reprezentantów (a więc wszyscy), 98 na 100 senatorów i 49 na 50 gubernatorów należy do jednej z dwóch głównych partii. Kandydaci na prezydenta w pierwszej kolejności ubiegają się o nominację jednej z dwóch partii. W każdym stanie i niebędącym stanem terytorium odbywają się prawybory (przypominające typowe wybory) i caucus (przypominające zjazdy partyjne). Zależnie od wyników kandydaci otrzymują określoną pulę delegatów. Jest też grono unpledged delegates czy też superdelegates, którzy nie są związani wolą wyborców – to najważniejsi działacze: członkowie Kongresu, gubernatorzy i wysoko postawieni funkcjonariusze partyjni. Wszyscy delegaci pod koniec lipca zbierają się na Konwencji. Przyznaje ona nominację temu z kandydatów, który uzyska bezwzględną większość głosów. Jeżeli żaden nie uzyska jej w pierwszym głosowaniu, delegaci głosują do skutku, z tym że od drugiego głosowania nie są już związani wolą wyborców, co stwarza możliwość zakulisowych targów. Po uzyskaniu nominacji kandydat przedstawia swojego running mate, czyli kandydata na wiceprezydenta.

Kto na Prezydenta?

W rozpoczętych 1 lutego prawyborch z dwóch głównych partii wystartowało 15 kandydatów (3 z Partii Demokratycznej i 12 z Partii Republikańskiej). W momencie powstawania artykułu zostało ich pięciu – 2 Demokratów i 3 Republikanów. Ich prezentację rozpocznę od lewej strony politycznej sceny.

74-letni senator Bernie Sanders urodził się w żydowskiej rodzinie polsko-rosyjskiego pochodzenia. Jego ojciec przybył do USA ze Słopnic w powiecie limanowskim. Sanders nie jest członkiem żadnej partii, choć ubiega się o nominację Demokratów. Począwszy od lat 60. XX wieku, kiedy brał udział w protestach antywojennych i antysegregacyjnych, był działaczem niewielkich ugrupowań socjalistycznych, które kontestowały system dwupartyjny. W latach 1981-1989 był burmistrzem Burlington w stanie Vermont, a wybory wygrywał, mając przeciw sobie kandydatów obu partii. Jako burmistrz, oprócz wprowadzania lewicowych rozwiązań na lokalnym poletku, przejawiał zainteresowanie sprawami ogólnoświatowymi, o czym świadczą wysyłane przez niego apele: do przywódców nuklearnych mocarstw o rozbrojenie, do prezydenta RPA o zakończenieapartheidu, do Ronalda Reagana o zaprzestanie finansowania prawicowych organizacji terrorystycznych w Ameryce Łacińskiej, do Margaret Thatcher o zakończenie wojny w Irlandii Północnej. Już wtedy popierał prawo osób pozostających w związkach homoseksualnych do zawierania małżeństw. Radykalnie lewicowe jak na USA poglądy i dystans do obu głównych partii uczyniły Sandersa postacią rozpoznawalną poza Burlington, dzięki czemu w 1991 roku został kongresmenem.

W czasach prezydentury George’a W. Busha Sanders nawiązał współpracę z Demokratami m.in. na gruncie krytyki agresji na Irak i innych tego typu metod „walki z terrorem”. Wciąż jednak nie wstąpił do tej partii (Czasami jest Demokratą – jak powiedziała senatorka Barbara Boxer), w pewnych kwestiach zawierał jednak sojusze idące w poprzek podziałów partyjnych – o krytyce Banku Centralnego i powiązań państwa z wielkim biznesem mówił tym samym głosem, co libertariański kongresmen Ron Paul. Po ośmiu reelekcjach Bernie Sanders zdecydował się w 2006 roku na start w wyborach do Senatu, znów jako kandydat niezależny. Tym razem jednak nie miał przeciwko sobie Demokratów – zdecydowali się oni nie wystawiać własnego kandydata i poparli Sandersa. W podobny sposób uzyskał reelekcję w 2012 roku.

Określa się jako demokratyczny socjalista. Jego obietnice wyborcze oparte są na rozwiązaniach stosowanych w krajach skandynawskich. Krytykuje układy o wolnym handlu, postuluje uspołecznienie uczelni wyższych, podwyżkę płacy minimalnej, rozszerzenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, reformę prawa pracy w kierunku zwiększenia uprawnień pracowników, złagodzenie polityki kryminalnej (np. legalizacja narkotyków, likwidacja prywatnych więzień), zniesienie (powszechnej po zmachach 11 września) inwigilacji czy też wprowadzenie podatku od transakcji finansowych.

O nominację Demokratów ubiega się też 69-letnia Hillary Clinton, która ma szanse zostać pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta USA. Urodzona w konserwatywnej rodzinie (jako 17-latka była wolontariuszką w kampanii wyborczej Barry’ego Goldwatera, ultrakonserwatywnego republikańskiego kandydata na prezydenta z 1964 roku), zmieniła poglądy pod wpływem kazań lewicującego pastora Dona Jonesa. Na studiach była już zaangażowana w ruch antywojenny i w 1972 roku wspierała lewicowego kandydata George’a McGoverna. W tym okresie poznała też swojego późniejszego męża, gubernatora Arkansas i prezydenta, Billa Clintona.

Za jego prezydentury była aktywna politycznie – pracowała nad ustawami gwarantującymi pomoc rodzinom adopcyjnym i zastępczym oraz ich dorosłym wychowankom, jak również nad nieprzyjętym przez Kongres projektem ustawy o ubezpieczeniu zdrowotnym dla rodzin z dziećmi. Równocześnie jednak Clinton niejednokrotnie była w ogniu krytyki. Przykładem może być afera Whitewater, dotycząca spółki działającej na rynku nieruchomości, w której Clinton miała udziały i która zbankrutowała w niewyjaśnionych okolicznościach (dokumenty zaginęły). Podejrzewa się, że firma prowadziła nielegalne interesy ze stanem Arkansas, którego gubernatorem był wówczas nie kto inny, jak Bill Clinton. Kontrowersje budzi także jej postawa wobec pozamałżeńskich przygód męża, który romansował z piosenkarką Gennifer Flowers oraz z urzędniczkami Paulą Jones i Moniką Lewinsky. To właśnie te dwa ostatnie romanse i związane z nimi kłamstwa prezydenta doprowadziły do wszczęcia wobec niego procedury impeachmentu – Hillary Clinton opowiedziała się wówczas po stronie męża i publicznie szkalowała jego kochanki (Monica Lewinsky jest częścią rozległego prawicowego spisku).

Pod koniec prezydentury Billa, w 2001 roku, Clinton została senatorką. W Senacie była przedstawicielką prawego skrzydła Demokratów – m.in. uznawała małżeństwo za związek mężczyzny i kobiety oraz głosowała za takimi republikańskimi inicjatywami, jak wojna w Iraku czy zakaz znieważania flagi. Wielu komentatorów odbierało to jako chęć zdobycia poparcia centrowych wyborców w wyborach prezydenckich. Istotnie, Clinton wystartowała w nich w 2008 roku, ale przegrała prawybory z Barackiem Obamą. Po jego wygranej została sekretarzem stanu, doprowadzając do krótkotrwałego ocieplenia stosunków z Rosją oraz do interwencji w Libii (jak sama ją podsumowała: przyszliśmy, zobaczyliśmy, zginął [chodzi o libijskiego dyktatora Muammara al-Kaddafiego]). Jej działalność na tym stanowisku spotyka się z krytyką – przeciwnicy oskarżają ją o zaniedbanie bezpieczeństwa konsulatu w libijskim Bengazi, gdzie w 2012 roku zginął ambasador USA, czy też o nielegalne przechowywanie niejawnych mejli (z których wynika, że USA przejęły libijskie złoto po wspomnianej interwencji) na prywatnej skrzynce. Hillary Clinton ma więc doświadczenie na najwyższych szczeblach władzy, również w sensie negatywnym.

Spośród kandydatów republikańskich najbliżej centrum sytuuje się 63-letni John Kasich, gubernator stanu Ohio. Jest wnukiem imigrantów z Czech i Chorwacji. W latach 1983–2001 był kongresmenem, a w latach 1995–2001 przewodniczył Komisji Budżetu Izby Reprezentantów. Podczas pracy na tym stanowisku doprowadził do uchwalenia w 1997 roku ustawy budżetowej, która – po raz pierwszy od 1969 roku – wprowadziła budżet zrównoważony, tj. taki, w którym dochody równe są wydatkom. Przeprowadził też reformę systemu opieki społecznej, która – przez ustalenie limitu czasu przysługiwania zasiłków oraz wprowadzenie obowiązku pracy beneficjentów – miała doprowadzić do zmiany charakteru opieki społecznej z „rozdawniczego” na „aktywizacyjny”. W tym czasie Kasich miał dobre relacje z Demokratami – wielu z nich poparło napisane przez niego ustawy, a prezydent Clinton je podpisał. Ponadto zasiadał w Komisji Sił Zbrojnych, w której – wbrew konserwatystom – poparł Clintona w ograniczeniu dostępu do broni palnej. Jednak potem, w 1998 roku, głosował za postawieniem go w stan oskarżenia. Po odejściu z Izby Kasich prowadził audycję w konserwatywnej stacji FOX News, a następnie pracował w banku Lehman Brothers. Do polityki wrócił w 2010 roku po zwycięskich wyborach na gubernatora Ohio. W 2014 roku uzyskał reelekcję. Jako gubernator obniżył deficyt budżetowy, ciął wydatki i podnosił niektóre podatki. Popiera konstytucyjny zakaz budżetu z deficytem, tj. takiego, który prowadzi do zwiększenia zadłużenia stanu lub państwa. Jest też zwolennikiem szkół czarterowych, czyli placówek prywatnych, nieobjętych państwowym programem nauczania, ale finansowanych z publicznych pieniędzy i rozliczanych za efekty. Sprzeciwia się aborcji, choć stwierdził, że zgwałconej córce pozwoliłby na dokonanie zabiegu. Jest też przeciwny stosowaniu marihuany nawet do celów medycznych, ale popiera prawo poszczególnych stanów do decydowania o tej kwestii. Prezentuje ponadto stanowisko krytyczne wobec postulatów ochrony środowiska, co wynika z interesów wielkiego biznesu w stanie Ohio, gdzie kwitnie wydobycie surowców energetycznych. Nie popiera małżeństw homoseksualnych, ale deklaruje, że skoro ich zniesienie wymaga wprowadzenia poprawki do Konstytucji, to nie poprze jej. Opowiada się za pozostawieniem nielegalnym imigrantom możliwości uregulowania ich statusu, poparł również wprowadzone przez Obamę powszechne ubezpieczenia zdrowotne.

Zdecydowanie po prawej stronie sytuuje się 45-letni Ted Cruz, senator z Teksasu. Ma szansę zostać pierwszym prezydentem USA urodzonym za granicą (w Kanadzie) i pierwszym pochodzenia latynoskiego (jego ojciec jest Kubańczykiem). Poglądy Cruza można określić mianem konserwatywnego libertarianizmu – dał się poznać jako zwolennik wolnego handlu, obniżki podatków i zniesienia płacy minimalnej. Sprzeciwia się aborcji, obowiązkowi szkolnemu, obowiązkowym ubezpieczeniom zdrowotnym, małżeństwom homoseksualnym i związkom partnerskim. Neguje nadto globalne ocieplenie i krytykuje rządowe programy ochrony środowiska. Ponieważ jego poglądy na ochronę środowiska przeczą uznanym naukowo faktom, Cruz porównuje się do Galileusza, który też negował dotychczasową wiedzę (Barack Obama skomentował to słowami: Galileusz uważał, że Ziemia kręci się wokół Słońca. Ted Cruz uważa, że Ziemia kręci się wokół Teda Cruza). Cruz jest też przeciwny federalnej wojnie z narkotykami, rozpoczętej przez Nixona i podsyconej przez Reagana – uważa, że każdy stan ma prawo decydować o polityce narkotykowej. Jest zwolennikiem kary śmierci, wolnego dostępu do broni i twardej polityki imigracyjnej (popiera budowę muru na granicy z Meksykiem). W polityce zagranicznej jego priorytetem jest Izrael, a głównymi wrogami – Iran i Państwo Islamskie. Cruz jest skłócony z prawie całą Partią Republikańską, której zarzuca zdradę ideałów. Przynależność do niej traktuje jako smutną konieczność w obliczu zabetonowanego dwupartyjnego systemu. Sam o sobie powiedział: Po pierwsze – jestem chrześcijaninem, po drugie – Amerykaninem, po trzecie – konserwatystą, a potem – Republikaninem.

Ostatnim kandydatem jest 69-letni Donald Trump, miliarder z Nowego Jorku. Omawiam jego postać na końcu nie dlatego, że jest najbardziej prawicowym z kandydatów, choć niejednokrotnie określano go w polskich mediach mianem skrajnie prawicowego, ultrakonserwatywnego czy nawet anarchokapitalisty. Próba przypisania Trumpowi poglądów jest karkołomna. Moim zdaniem jest on daleki od amerykańskiego konserwatyzmu. Dużo bliżej mu do europejskich ruchów nacjonalistycznych, choć to też uproszczenie. Nie pełnił dotąd żadnych funkcji publicznych. Jest biznesmenem, dziedzicem wielomiliardowej fortuny swego dziadka, imigranta z Niemiec. Działa na rynku nieruchomości. Jest ponadto osobowością telewizyjną. Występował w reality show „The Apprentice”, jako miłośnik wrestlingu występował na jego galach, a raz nawet bił się z Vincem McMahonem, prezesem World Wrestling Entertainment.

Popularność zawdzięcza temu, że jest człowiekiem z zewnątrz, nieskażonym dotychczasową polityką. W obliczu mody na antysystemowość jest to atut w oczach opinii publicznej. Trump, w przeciwieństwie do kontrkandydatów, unika konkretów w swym programie wyborczym. Hasło Make America Great Again jest odpowiedzią na wszystko. Co więcej, wielokrotnie w życiu zmieniał przynależność partyjną i poglądy: był Demokratą, Republikaninem, członkiem Partii Reform, powtórnie Demokratą, potem niezależnym i znów Republikaninem. Opowiadał się za publiczną służba zdrowia (idąc dalej niż Obama, który wprowadził jedynie obowiązek posiadania ubezpieczenia zdrowotnego), by teraz, choć bez konkretów, krytykować ten pomysł. Oceniał negatywnie elektrownie wiatrowe, by potem je popierać. Wzywał policję do aresztowania osób zakłócających jego wiece, by następnie domagać się wolności słowa. Wzywał do legalizacji narkotyków i do wojny z nimi. Jeżeli chodzi o obecnie głoszone poglądy, najwięcej rozgłosu przysparza mu ostre stanowisko antyimigranckie – jest za wzniesieniem muru na granicy z Meksykiem i obciążeniem tego kraju kosztami budowy. Popiera też zakaz imigracji muzułmanów. Obecnie antyimigranckie podejście jest typowe dla Republikanów (choć w 1980 roku dwaj republikańscy kandydaci – Ronald Reagan i George Bush Senior – prześcigali się w debacie, który z nich jest bardziej proimigrancki), ale sposób prezentowania tego stanowiska przez Trumpa odbiega mocno od politycznej rutyny. Kandydat ten potrafił też obrazić dziennikarkę prawicowej stacji FOX News, gdy zadawała mu niewygodne pytania. Zasugerował, że cierpi z powodu dolegliwości menstruacyjnych. Nie była to zresztą jedyna wyrażona przez niego seksistowska opinia – o Hillary Clinton powiedział: jeżeli nie umie zadowolić swego męża, dlaczego myśli, że umie zadowolić Amerykę?

Trump wyróżnia się na tle innych współczesnych amerykańskich polityków podejściem do spraw zagranicznych. Po latach interwencjonizmu jest przeciwko interwencji w Libii, a wojnę w Ukrainie uważa za wewnętrzną sprawę Europy. Zamierza też ograniczyć dotychczasowy liberalny charakter handlu zagranicznego i wprowadzić silny protekcjonizm, co wyraził w przemówieniu skierowanym do Chin, Arabii Saudyjskiej i krajów OPEC (kartelu państw-eksporterów ropy naftowej): Słuchajcie, skurwysyny! Zamierzamy nałożyć na was 25% podatku!

Co zmienią wybory?

Prezydent sprawuje władzę wykonawczą. Ogranicza go zasada trójpodziału władz i to, czy zrealizuje postulaty, będzie zależało także od wyniku równolegle przeprowadzanych wyborów do Kongresu, który ma władzę ustawodawczą. Po ośmiu latach rządów Baracka Obamy Stany Zjednoczone przesunęły się nieco w lewą stronę. Tegoroczne wybory wyznaczą kurs na następne lata. Dziś ideologia odgrywa bowiem dużo większą rolę niż niegdyś. Jeszcze w latach 80. zeszłego stulecia Longin Pastusiak, pisał, że cechą amerykańskiego systemu partyjnego jest me-tooism (ang. me too – „ja też”), polegający na głoszeniu przez obie partie podobnych poglądów. Jego zdaniem wybory były starciem osobowości, a nie wizji. Jeśli chodzi o tamte czasy, trzeba przyznać Pastusiakowi rację. Bardzo długo podziały ideologiczne szły w poprzek podziałów partyjnych. Jednak od niedawna scena polityczna jest bardziej spolaryzowana, a partie polityczne – bardziej skupione wokół ideologii, na co wskazują wyniki głosowań w Kongresie.

Oznacza to, że wybór Hillary Clinton z jej umiarkowanymi, centrolewicowymi i dostosowanymi do nastrojów społecznych (żeby nie powiedzieć konformistycznymi) poglądami przyniesie dalsze skręcanie USA w lewo. Z kolei prezydentura Berniego Sandersa, głoszącego od 50 lat lewicowe i nie zawsze popularne poglądy, oznaczała będzie skręt w lewo, ale dużo ostrzejszy. Choć Sanders w Europie uchodziłby za socjaldemokratę, a może nawet za przedstawiciela lewego skrzydła chadecji, to w Stanach Zjednoczonych głoszone przez niego opinie były poza głównym nurtem. Przed 2015 roku podzielały je tylko mniejsze ugrupowania i niezależni politycy. Uważam więc, że Sanders, ubiegając się o nominację Partii Demokratycznej, nie zdradził swych ideałów – nie dość, że pozostał im wierny, to wprowadził je do szerokiej debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni mogą się z tym nie zgadzać, ale muszą się już liczyć z ruchem stojącym za Sandersem, nie mogą go po prostu przemilczeć – nie są w stanie sprowadzić lewicowych postulatów do słabo słyszalnego głosu mikrolewicy. Sanders przebił się do publicznej debaty jako pełnoprawny uczestnik. W tym sensie pewien skręt w lewo już się dokonał.

Wybór Teda Cruza będzie z kolei powrotem Stanów Zjednoczonych na prawą stronę. Jego poglądy są jeszcze bardziej konserwatywne niż Ronalda Reagana czy George’a Busha, więc z pewnością będzie dążył do zniwelowania przynajmniej w części efektów ośmiu lat rządów centrolewicowego Obamy. Oznacza to zmniejszenie roli państwa w gospodarce i postawienie na wolny rynek jako najlepszy środek do osiągnięcia dobrobytu. W sprawach społeczno-obyczajowych będzie natomiast prowadził politykę zgodną z oczekiwaniami duchownych, zwłaszcza protestanckich, przeważnie dużo bardziej konserwatywnych niż księża katoliccy. Jakkolwiek prezydent nie jest wszechwładny i nie zdoła po prostu zadekretować swych poglądów i celów, to z pewnością wybór konserwatysty będzie oznaką pewnych nastrojów społecznych – zachodzi tu sprzężenie zwrotne, gdyż będzie on równocześnie motorem konserwatywnych przemian. Wybór Johna Kasicha to również – łagodniejszy wprawdzie – zwrot w prawo. Z kolei zwycięstwo Donalda Trumpa oznaczałoby chyba największy ideologiczny przewrót w historii USA. Będzie to bowiem sygnał, że nie tylko nastąpił skręt w prawo, ale też na samej prawicy doszło do przełomu – główną jej siłą nie będą bowiem konserwatyści (z często libertariańskim odchyleniem), ale Trump i jego zwolennicy – ci, którym ideowo dużo bliżej do europejskich nacjonalistów.

Warto też wspomnieć o prerogatywie prezydenta do powoływania sędziów Sądu Najwyższego. Instytucja ta posiada prawo interpretacji Konstytucji, dzięki czemu może uznawać akty prawne za niekonstytucyjne. Tą drogą sankcjonowano ongiś niewolnictwo, potem zniesiono segregację rasową w szkołach, ograniczono karę śmierci, zalegalizowano aborcję i małżeństwa homoseksualne. Sędziów SN jest 9 i są nieusuwalni – pełnią funkcję do śmierci albo rezygnacji. Obecnie w SN zasiada czterech liberałów, trzech konserwatystów i jeden sędzia będący języczkiem u wagi. Jedno stanowisko wakuje. Uzupełni je nominat zwycięzcy wyborów. Ponadto można się spodziewać, że w czasie jego 4-letniej kadencji zwolnią się następne, gdyż kilku sędziów jest w podeszłym wieku. Toteż zwycięstwo Demokraty może skutkować np. zniesieniem kary śmierci czy uznawaniem za konstytucyjne popieranych przez Demokratów aktów prawnych (np. dotyczących ograniczenia wolnego dostępu do broni). Odwrotny skutek przyniesie oczywiście zwycięstwo Republikanina.

Sprawa polska

Pojęcie Stanów Zjednoczonych kojarzy się ludziom w Polsce z wolnością i demokracją, ze wspaniałomyślnością i ofiarnością, z ludzką przyjaźnią i przyjaznym człowieczeństwem. Wiem, że nie wszędzie Ameryka tak jest postrzegana. Ja mówię o tym, jaki jest obraz w Polsce, obraz ten został utrwalony przez liczne dobre doświadczenia historyczne – tak opisał relacje polsko-amerykańskie Lech Wałęsa, przemawiając 15 listopada 1989 roku przed połączonymi izbami Kongresu. Polska nigdy nie była pod amerykańskim butem, wrogów mieliśmy gdzie indziej. Nasze relacje były dobre: począwszy od udziału Polaków w wojnie o niepodległość USA, przez wsparcie dla odzyskania przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej i podobnie w czasie rządów komunistycznych, aż po wejście Polski w NATO. Bywały i epizody dla Polski niekorzystne, jak zdrada jałtańska, albo przynajmniej kontrowersyjne, jak wspieranie takiego, a nie innego modelu transformacji, z narzuceniem popieranego przez USA modelu gospodarki i naciskaniem na udział w niej komunistów, co przejawiało się choćby poparciem dla prezydentury Jaruzelskiego. Nie zmienia to faktu, że w ostatecznym rozrachunku USA są dziś sojusznikiem Polski. Nie zmieni tego amerykańska dezaprobata wobec poczynań polskiego rządu w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. W jakim kierunku będą podążać relacje polsko-amerykańskie po wyborach w Stanach?

Aby to zrozumieć, należy przede wszystkim zdjąć ideologiczne okulary. Jako stały czytelnik doniesień polskich mediów poświęconych amerykańskiej polityce, a także jako założyciel facebookowej grupy „Wybory w USA”, zaobserwowałem, że wielu Polaków zabierających głos w tej sprawie identyfikuje się z kandydatami w oparciu o ideologiczną zbieżność. W wielkim skrócie: lewicowcy popierają Demokratów (głównie Sandersa), a prawicowcy – Republikanów (głownie Trumpa). Moim zdaniem takie podejście trąci plemiennością. Polityka międzynarodowa nie jest grą ideologii. Jeżeli ktoś chce się utwierdzić w słuszności swych poglądów – niech kibicując konkretnemu kandydatowi, patrzy na jego poglądy. Jeżeli myśli o Polsce w układzie międzynarodowym – powinien zachować dystans.

Bernie Sanders, który osobiście jest mi bliski ideologicznie, pod względem polskich racji budzi pewne obawy. Z jednej strony jest Amerykaninem polskiego pochodzenia, ponadto po napaści Rosji na Ukrainę wzywał Obamę do nałożenia na agresora sankcji. To oczywiście zaleta Sandersa, ponieważ Rosja jest potencjalnym zagrożeniem dla Polski. Jest też Sanders zwolennikiem kontynuowania działalności NATO. Są w Polsce środowiska kibicujące mu – ciepło pisze o nim „Gazeta Wyborcza”, oficjalnego poparcia udzieliła mu partia Razem. Jednak, z drugiej strony, chce on rozszerzenia NATO o Rosję. Rzecz jasna wymagałoby to od Rosji zahamowania agresywnej polityki (co tymczasowo jest ona w stanie – moim zdaniem – zrobić). Czy jednak nawet z łagodniejszą Rosją zbliżenie amerykańsko-rosyjskie jest dla nas korzystne? Śmiem wątpić. Znaczenie Polski, jako kraju położonego na wschodniej flance NATO, rośnie w sytuacji napięcia. W sytuacji odprężenia – zbliżenie między mocarstwami następuje ponad głowami Polski.

Hillary Clinton będzie kontynuowała dotychczasową politykę Obamy. Sama zresztą przez pierwszą kadencję była jej architektem jako Sekretarz Stanu (odpowiednik Ministra Spraw Zagranicznych). Na początku doprowadziła do resetu (czyli odprężenia) stosunków z Rosją. Kiedy jednak po tej chwilowej poprawie Rosja wsparła prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, do obalenia którego dążyły USA, a następnie najechała Ukrainę, relacje znacznie się pogorszyły. Ponadto USA poparły demokratyczne protesty w Moskwie w 2012 roku – czego efektem było szkalowanie Hillary Clinton w mediach rosyjskich oraz zakaz przyjmowania zagranicznych funduszy przez rosyjskie organizacje pozarządowe. Obecnie utrzymuje się stan napięcia, moim zdaniem korzystny dla Polski. Można przypuszczać, że prezydentura Hillary Clinton nie przyniesie zmian w tej materii. Prawdopodobnie będzie też nawiązywała do polityki swego męża, a to właśnie za jego prezydentury Polska weszła do NATO. Przewidywalność tej polityki jest dla Polski zaletą, co przyznali nawet dwaj prawicowi komentatorzy z Ośrodka Analiz Strategicznych, Witold Jurasz i Jarosław Guzy, którzy uznali ją za kandydatkę najkorzystniejszą dla Polski. Minusem natomiast są powiązania jej sztabu wyborczego z Kremlem, ujawnione w Panama papers – Tony Podesta, skarbnik sztabu, to lobbysta rosyjskiego Sperbanku, który przez kontrwywiad NATO i rosyjską opozycję demokratyczną jest uważany za siedlisko rosyjskiej agentury.

Ted Cruz ideologicznie jest mi odległy, ale uważam go za kandydata przychylnego Polsce. Wprawdzie nasz region nie jest dla niego priorytetem (za najważniejszego sojusznika uważa Izrael, a za najważniejszy obszar aktywności USA – Bliski Wschód), ale odwołuje się do Ronalda Reagana i chce silnego NATO ze wzmocnioną wschodnią flanką. Można się spodziewać, że pójdzie jeszcze dalej niż Obama, który doprowadził do rotacyjnej obecności 5 tysięcy żołnierzy w krajach flanki wschodniej. Cruza darzą w Polsce sympatią media bliskie PiS. Spośród polskich polityków ciepło wypowiadał się o nim Tomasz Siemoniak z PO, były szef MON.

Zwolennikiem „jastrzębiej” polityki zagranicznej jest John Kasich. Niegdyś był on sympatykiem George’a W. Busha. Dziś zmienił opinię – twierdzi, że gdyby wiedział, że w Iraku nie było broni masowego rażenia, nie poparłby inwazji, uzasadnianej rzekomą obecnością takiej broni. Nadal jednak jest zwolennikiem zwiększania budżetu sił zbrojnych, demonstrowania potęgi oraz wspierania Ukrainy dostawami uzbrojenia. Jego prezydentura oznaczałaby interwencję w obronie interesów amerykańskich, co pozwoliłoby sojusznikom Ukrainy czuć się bezpiecznie. Kasichowi polscy komentatorzy nie poświęcają zbyt dużo uwagi ze względu na jego słabe notowania i niskie prawdopodobieństwo wygranej, ale z pewnością znalazłby wspólny język z proamerykańskimi środowiskami w naszym kraju. Tym bardziej, że jest kandydatem republikańskiego establishmentu – zadziałałyby tu kontakty z Republikanami wypracowane przez lata.

Donald Trump to dla Polski opcja najgorsza z możliwych. Nie bez powodu popiera go Aleksander Dugin, ideolog rosyjskiego imperializmu. Trump uważa konflikt w Ukrainie za wewnętrzną sprawę Europy, toteż Polska, angażując się we wsparcie Ukrainy, byłaby osamotniona na arenie międzynarodowej. Krytykuje NATO, jego priorytetem jest rywalizacja z Chinami. Można przypuszczać, że dążyłby do układu z Rosją przeciwko Chinom. Pierwszą taką próbę podjął w 2001 roku George W. Bush na szczycie w Słowenii, jednak kilka lat później zarzucił tę politykę, stąd pomysł tarczy antyrakietowej w Polsce. Gdy władzę objął Obama, spróbował po raz drugi – ogłosił nowy początek relacji z Rosją, wyrzucając przy tym do kosza projekt budowy tarczy. Jednak Rosja poczyniła w Syrii i na Ukrainie kroki wrogie Stanom Zjednoczonym, co spowodowało powrót do napiętych relacji. Zbliżenie amerykańsko-rosyjskie za prezydentury Trumpa byłoby to już trzecia taką próbą w tym stuleciu. W Polsce Trumpa popierają głównie środowiska antysystemowej prawicy, głównie młodzi widzowie kanału Mariusza Maksa Kolonki na YouTube, który nagina rzeczywistość do dobrze się sprzedającej ideologii i przekonuje, że Trump jest przyjacielem Polski.

Gdy kończę pisać artykuł, patrzę na wyniki na półmetku prawyborów. U Republikanów sytuacja jest skomplikowana i nieprzewidywalna – prowadzi Donald Trump, ale nie na tyle wyraźnie, żeby być pewnym nominacji. Po piętach depcze mu Ted Cruz. Nie można też wykluczyć, że w razie nieuzyskania przez żadnego z nich bezwzględnej większości kandydatem zostanie ktoś trzeci. Jaśniejsza sytuacja jest u Demokratów – wyraźnie wygrywa Hillary Clinton i to prawdopodobnie ona wystartuje 8 listopada w wyborach. Jej kandydatura ma swoje wady – jako osoba będąca przez lata blisko szczytów władzy jest bardziej zepsuta przez wielką politykę, przez lata prezentowała konformistyczne poglądy, a sponsorami jej kampanii są głównie banki. I nie jest Sandersem – stałym w poglądach prospołecznym politykiem, którego kampanię sponsorują głównie związki zawodowe i miliony drobnych darczyńców. Czy jest ona lepsza od kandydata Republikanów? Niepewność co do tego, kto nim będzie, uniemożliwia mi udzielenie jasnej odpowiedzi. Na pewno jest lepsza od Trumpa – lepszy powolny dryf USA w kierunku centrolewicowym niż ostry skręt w stronę nacjonalizmu. Ponadto chciałbym kolejnych czterech lat rządów dających względne poczucie bezpieczeństwa Polsce, a pod tym względem Clinton prezentuje się nieco lepiej niż Trump. W rywalizacji z nim trzymam więc kciuki za kandydatkę Demokratów, bo życzę dobrze zarówno USA, jak i Polsce. Natomiast w rywalizacji z Tedem Cruzem jej przewaga w moich oczach zmniejsza się – konserwatywny libertarianizm Cruza jest z punktu widzenia ideologii mniejszym złem niż nacjonalizm Trumpa. Clinton ma nadal ideologiczną przewagę nad Cruzem, ale po nim można się spodziewać bardziej wiarygodnej i konsekwentnej polityki zagranicznej. W razie republikańskiej nominacji dla Cruza i jego rywalizacji z Clinton będę miał więc dylemat – uważam go za gorszego kandydata dla USA, ale lepszego z punktu widzenia interesów Polski.

Polskie zdrowie przednowoczesne – rozmowa z Marią Liburą

– Należy Pani do Zespołu do spraw Chorób Rzadkich przy Ministerstwie Zdrowia. W Programie Trzecim Polskiego Radia mówiła Pani, że „Polska jest ostatnim krajem w Unii Europejskiej, który nie ma przyjętej strategii dla chorób rzadkich”. Pacjentom brakuje specjalistów, informacji i koordynacji leczenia. Na ile jest to specyfika tego segmentu opieki zdrowotnej, a na ile problem całej rodzimej służby zdrowia?

Maria Libura: W przypadku chorób rzadkich mamy do czynienia z soczewką, która skupia błędy systemu. Jeżeli coś nie działa w ogólnym systemie, to w przypadku chorób rzadkich nie działa w sposób dramatyczny. Jeżeli mamy na przykład problem z dostępem do lekarzy-specjalistów i długimi kolejkami w populacji ogólnej, to w przypadku leczenia chorób rzadkich, gdy lekarzy znających daną jednostkę chorobową bywa dosłownie kilku w Polsce, dostępność do nich będzie jeszcze bardziej ograniczona. Na to nakłada się problem specyficzny dla tej grupy schorzeń – braku wiedzy i informacji na ich temat, także wśród personelu medycznego.

– To jest problem braku środków finansowych?

– Żeby było ciekawiej – chyba nie do końca.

– Dlaczego?

– Dla niektórych chorób rzadkich, choć stosunkowo niewielu, istnieje leczenie, w tym tzw. lekami sierocymi. Przykuwają one uwagę, ponieważ często są niezwykle drogie. Najdroższy lek świata, kosztująca 1,2 mln euro Glybera, jest lekiem sierocym. Takie kwestie są medialne, co może sprawiać wrażenie, że dostęp do kosztownych terapii to główny problem chorób rzadkich. Ale dla znakomitej większości, bo aż 95 proc. chorób rzadkich, w ogóle nie ma jakiegokolwiek leczenia farmakologicznego.

– Chcę się upewnić: żadnego?

– Pozostaje leczenie, które spowalnia postęp choroby. W wielu schorzeniach jest to fizjoterapia, w innych dieta, zatem nie zaawansowane rozwiązania technologiczne, ale dobrze znane metody, nieszczególnie drogie. Dramat wielu pacjentów polega na tym, że przez złą organizację systemu i brak wiedzy na temat chorób rzadkich bywają one diagnozowane bardzo, bardzo późno. W Polsce proces diagnostyczny potrafi trwać nawet dwadzieścia lat, i to w sytuacji, gdy pacjenci wykazują objawy typowe dla swojej choroby.

– …przepraszam?

– To się zdarza. W takich przypadkach pacjent nie dostaje właściwej pomocy. Niekiedy jest błędnie diagnozowany, a nawet otrzymuje niewłaściwe leczenie. Zatem nie tylko nie spowalniamy procesu chorobowego, ale możemy wręcz zaszkodzić takiej osobie.

Poprawa diagnostyki chorób rzadkich wymaga rozwiązań odmiennych od tych, które stosowane są w przypadku chorób powszechnych. Przede wszystkim wiedza na ich temat jest niewielka, nawet wśród lekarzy. Do tego dochodzi ich liczba – obecnie znamy ponad 8 tys. takich chorób. Nie jest możliwe, aby lekarz pierwszego kontaktu rozpoznał te choroby i znał je wszystkie – nie należy tego oczekiwać.

– To co powinien taki lekarz zrobić?

– Powinien wiedzieć, że takie choroby w ogóle istnieją, i dokąd może pacjenta odesłać na dalsze konsultacje. W tym miejscu pojawia się kolejny problem – w Polsce ośrodki referencyjne dla chorób rzadkich nie są umocowane systemowo. Istnieją co prawda ośrodki medyczne specjalizujące się w wybranych jednostkach chorobowych, zwykle powstałe dzięki pasji naukowej poszczególnych lekarzy-klinicystów. Wiedza o tych nieformalnych ośrodkach referencyjnych jest dość przypadkowa – jeśli ktoś w praktyce lekarskiej zetknął się z jakąś chorobą, to wie, że zajmuje się nią np. ktoś w Krakowie, Gdańsku albo Warszawie. Natomiast przeciętny lekarz nie słyszał zbyt wiele o chorobach rzadkich, a co gorsza nie ma też systemowych rozwiązań, które pozwoliłyby mu szybko dotrzeć do potrzebnych informacji. Takie systemy działają w innych krajach Unii Europejskiej, w Stanach Zjednoczonych itd. Nie musimy wymyślać koła – jesteśmy ostatnim krajem UE, który jeszcze nie wprowadził krajowej strategii dla chorób rzadkich, mamy mnóstwo gotowych wzorców, wiemy też, jakie błędy w innych krajach zostały popełnione i możemy ich uniknąć. Miejmy nadzieję, że jeszcze w tym roku powstanie Narodowy Plan dla chorób rzadkich, gdyż jednym z jego elementów jest powołanie takich ośrodków.

– A co się dzieje, gdy te ośrodki referencyjne są nieformalne i wiedza o nich jest dość hermetyczna?

– To skazuje wielu pacjentów na tzw. odyseję diagnostyczną. Zarówno sam pacjent, jak i opiekujący się nim lekarz zaczynają po omacku szukać rozwiązania, gdy kolejne podejrzenia okazują się nietrafne. Najpierw chory trafia więc do specjalisty z jednej dziedziny, a gdy ten sobie nie radzi z diagnostyką, odsyła pacjenta do kolejnego specjalisty, z innej dziedziny. To może trwać naprawdę długo; bywa, że pacjenci konsultują się u pięciu, sześciu, a rekordziści nawet u ponad dziesięciu lekarzy różnych specjalności, zanim trafią do właściwego specjalisty, który postawi trafne rozpoznanie.

Choroby rzadkie obnażają słabość systemu, która w coraz większym stopniu uderza w chorych na choroby powszechne – cała nasza opieka medyczna jest sformatowana pod kątem „typowych, nieskomplikowanych przypadków”. Tymczasem postęp medyczny powoduje, że nawet te choroby powszechne, które dotychczas uważaliśmy za jednorodne, zaczynają się rozdzielać na podgrupy, w których wiele chorób spełnia definicję choroby rzadkiej. Popatrzymy choćby na to, co się dzieje w przypadku nowotworów. Do niedawna mówiliśmy po prostu o raku piersi. Teraz wiemy, że rak piersi dzieli się na kilka rodzajów ze względu na typ guza, z których każdy wymaga odmiennego schematu leczenia. Wszystko to wiemy, ale nasz system zdrowotny nie jest do tego przystosowany.

– Gdyby miała Pani przedstawić krótką charakterystykę sprawnego systemu, to jak by on wyglądał?

– Istnieje bardzo wiele modeli ochrony zdrowia, a ich sprawność zależy do wielu czynników. Sprawny system publiczny wykorzystuje posiadane zasoby tak, by zapewnić możliwie dobry stan zdrowia społeczeństwa. Państwo nie może wycofywać się z odpowiedzialności za zdrowie obywateli.

Brak w Polsce dyskusji o celach służby zdrowia. Nasze debaty o reformie ochrony zdrowia bardzo często skupiają się na narzędziach, a nie na priorytetach, jakim ten system ma służyć. Zapominamy, że publiczny system ochrony zdrowia nie jest po prostu indywidualnym ubezpieczeniem zdrowotnym, lecz ma także spełniać cele populacyjne. Stąd znika nam z pola widzenia również to, że należy dbać o zdrowie społeczeństwa jako całości. Naprawdę trudno przebija się myśl, że jednym z celów opieki zdrowotnej nie jest tylko pomoc jednostce, ale również cele ogólnospołeczne. A przecież w grę wchodzą także kwestie gospodarcze: wpływ kiepskiego zdrowia młodych pokoleń na ich pracę będzie miał w przyszłości dramatyczne skutki. A musimy do tego dodać niekorzystne czynniki demograficzne.

Żaden system ochrony zdrowia na świecie nie zaspokoi wszystkich potrzeb pacjentów, choćby dlatego, że postęp wiedzy medycznej i technologii jest znaczny, a równocześnie te nowe technologie są często bardzo drogie. To powoduje, że zaspokojenie oczekiwań społecznych w tym sektorze staje się coraz trudniejsze. Pojawia się coraz więcej możliwości, a równocześnie są one często bardzo kosztowne i w zasadzie żadnego państwa nie stać na zapewnienie wszystkich najnowszych technologii wszystkim obywatelom. To oczywiste, ale trudne do przyjęcia – w Polsce ten fakt dopiero dociera do opinii publicznej. Pojawia się więc pytanie, czemu ten system ochrony zdrowia ma przede wszystkim służyć, bo to cel dyktuje priorytety, w tym wybór finansowania takich a nie innych świadczeń. Nie można tego narzucić z góry, np. przyjmując system i założenia ochrony zdrowia z innego kraju. Dlatego w wielu państwach włącza się w proces decyzyjny dotyczący dialogu wokół systemu opieki zdrowotnej nie tylko organizacje pacjentów, ale również zwykłych obywateli. To ważne, ponieważ musi istnieć zgoda społeczna na pewne ograniczenia i wynikające z nich kompromisy. Takim kompromisem są też regulacje określonych zachowań, o których wiemy, że definitywnie szkodzą zdrowiu i generują olbrzymie koszty leczenia. Zakaz palenia w miejscach publicznych jest tego doskonałym przykładem. Oczywiście, mówienie, że nie wszystko jest możliwe, nie jest łatwe.

– Tak, ale możemy powiedzieć, że nie wszystko jest możliwe – to w Polsce słyszymy bardzo często – żeby dać społeczeństwu do zrozumienia, że możliwe jest coraz mniej. Także po to, by sugerować, że jedynym wyjściem jest prywatyzacja służby zdrowia.

– Oczywiście, w polskiej debacie o ochronie zdrowia jest zauważalny taki trend, aby traktować prywatyzację jako lek na całe zło. Czy to jest dobry kierunek? Wydaje się wysoce wątpliwe, gdyż rynek ochrony zdrowia nie jest zwyczajnym wolnym rynkiem, i to w wielu wymiarach.

Po pierwsze, w przypadku świadczeń medycznych występuje przepaść między usługodawcą a usługobiorcą, zwana asymetrią informacji. Mechanizm ten opisał już w latach 60. ubiegłego wieku noblista Kenneth Arrow. Gdy idziemy do lekarza, musimy obdarzać go bardzo dużym zaufaniem, ponieważ nie wiemy tak naprawdę, co jest nam potrzebne. Zakładamy, że lekarz nie będzie działał na zasadach czysto rynkowych, nie będzie akwizytorem, który sprzeda nam wszystkie garnki, jakie ma pod ręką i dołoży jeszcze dezodorant [śmiech]. Chcemy wierzyć, że lekarz da nam tylko to, co nam nie tylko nie zaszkodzi, ale pomoże, i – co więcej – jest naprawdę potrzebne w naszym stanie zdrowia. Kiedy idę do piekarni, mogę łatwo ocenić, czy bułka jest świeża, czy czerstwa. Kiedy idę do lekarza, to nie wiem, czy ten rezonans magnetyczny jest mi potrzebny, czy nie – to musi ocenić lekarz.

Po drugie, nie jesteśmy w chwili obecnej w stanie ocenić, jakie usługi zdrowotne będą nam potrzebne ani też kiedy będziemy musieli z nich korzystać. Gdy kupujemy dobre buty albo jedzenie, jesteśmy w stanie dość dobrze oszacować nasze potrzeby. Jeśli chodzi o usługi zdrowotne, jest zupełnie inaczej. Zwykle zapotrzebowanie na nie kumuluje się w określonym momencie naszego życia, czyli gdy jesteśmy starsi. A najwięcej zarabiamy wtedy, gdy jesteśmy młodsi. Proszę zobaczyć, że zgoda na to, aby sprywatyzować system ochrony zdrowia, bardzo często jest deklarowana przez ludzi młodych. I nie ma w tym niczego dziwnego – oni widzą, ile wydają na składkę zdrowotną, ale jeszcze z tego nie korzystają. A gdy z kolei będą potrzebować pomocy – ich dochody będą mniejsze. Na tym polega idea systemu zabezpieczeń zdrowotnych, że w wieku, w którym najczęściej go potrzebujemy, często nie byłoby nas stać na wykupienie komercyjnych usług zdrowotnych.

– Ale znamy potoczny argument przeciwny: jak cię nie stać, to twój problem.

– Wyobraźmy sobie rzesze starszych ludzi, którzy są bez pomocy medycznej, ponieważ nie wykupili znacznie wcześniej ubezpieczenia, bo nie było ich na nie stać…

– Poza tym zupełnie pragmatycznie warto pomyśleć, jakie skutki ogólnospołeczne miałaby taka sytuacja.

– W debacie publicznej na temat systemu ochrony zdrowia często dochodzi do daleko idących uproszczeń, przez co umykają rzeczy, które – powiedzmy to sobie wprost – nie są nawet niuansami. Naprawdę nie trzeba wiele wyobraźni, by uzmysłowić sobie konsekwencje całkowitego albo daleko idącego urynkowienia tego sektora. Brak możliwości skorzystania z opieki medycznej w potrzebie to, z jednej strony, osobiste nieszczęście pacjenta, jego najbliższych, z drugiej zaś – problem społeczny, za który prędzej czy później państwo musi zapłacić, np. poprzez zasiłki dla obywatela, który staje się niepełnosprawny.

Ponadto istnieją „niskie ryzyka”, które jednak mogą się przydarzyć, choćby nagły wypadek. W Stanach Zjednoczonych – gdzie w ochronie zdrowia długo panował model w znacznej mierze rynkowy – bywało, że osoby nieubezpieczone często traciły wtedy wszystko. Nie tylko majątek życia, pozycję społeczną, ale także nierzadko musiały się potężnie zadłużyć, aby na przykład wyleczyć jakiś skomplikowany uraz kręgosłupa. Systemy oparte na powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym i solidarności społecznej chronią przed tego rodzaju sytuacjami. To, że USA zdecydowały się wprowadzić jakiś model powszechnego ubezpieczenia, pokazuje, że rynek zdrowia wymaga pewnych uregulowań m.in. ze względu na to, iż nie można obciążyć jednostki całkowitą odpowiedzialnością za ryzyko związane z utratą zdrowia.

– Nierzadko dyskusje wokół kwestii dużych struktur instytucjonalnych przedstawia się mocno pejoratywnie, np. w perspektywie ich niedowładu. A przecież za funkcjonowaniem państwa stoją z reguły przyjęta filozofia działania instytucji, siła wyobrażeń społecznych, nawyki kulturowe społeczeństwa. Z jednej strony wydaje się, że Polacy nie chcą prywatyzacji służby zdrowia, z drugiej na poziomie samorządów dochodzi choćby do prywatyzacji szpitali. Dlaczego nie potrafimy się troszczyć o to, co uważamy za korzystne dla siebie?

– Polska jest społeczną gospodarką rynkową, jak mówi konstytucja. Wiemy, że z realizacją najważniejszych założeń naszego państwa bywa różnie. Konstytucja gwarantuje szczególną opiekę zdrowotną m.in. dzieciom i młodzieży. Jak realizowane jest to w praktyce? Liczne badania pokazują, że odsetek młodzieży licealnej z wadami postawy oscyluje w granicach 90 proc. Przecież to będzie miało bardzo poważne konsekwencje dla ich zdrowia, planów życiowych i zawodowych. Prof. Brygida Kwiatkowska w trakcie Kongresu Gospodarczego w Katowicach mówiła, że pojawia się coraz więcej problemów zdrowotnych u osób młodych, które, nie zdając sobie sprawy z własnych wad postawy, podejmują spory wysiłek – jak sądzą, dla zdrowia – intensywnie uprawiając sport. A to się może skończyć – i często kończy – poważnymi urazami. Ta młodzież powinna mieć gimnastykę korekcyjną w szkole, zamiast po amatorsku „dbać o kondycję” na siłowni. Pokazuje to też, jak niska jest świadomość społeczna w obszarze zdrowia.

To naprawdę zły symptom: starzejące się społeczeństwo, coraz większe obciążenie młodszych pokoleń pracą, a my – przez brak dbałości o populację dzieci i młodzieży, o podstawowe parametry zdrowotne – niedługo dojdziemy do tego, że będziemy mieli więcej rencistów niż w poprzednim pokoleniu. I to osób rzeczywiście niezdolnych do pracy lub często korzystających ze zwolnień lekarskich. To będą ludzie, którzy utracili sprawność i zdrowie z powodu słabości naszej polityki i opieki zdrowotnej.

– Jest w tym, o czym Pani mówi, tragikomiczny rys – przecież dla nie tak małej części obecnych młodych ludzi rencista to oszust i darmozjad.

– Na to, co dzieje się w Polsce w tej materii, nie od dziś zwracają uwagę międzynarodowi eksperci. Na Forum Ekonomicznym w Krynicy Ian Banks, prezes European Men’s Health Forum, zwracał uwagę, że podnosząc wiek emerytalny musimy zadbać o lepszą jakość opieki zdrowotnej, inaczej będzie on fikcją – z przyczyn zdrowotnych ludzie nie będą zdolni do pracy w tym wieku. To wszystko są naczynia połączone. Niestety – powtórzę to jeszcze raz – w Polsce, nie tylko wśród elit, często myśli się o opiece zdrowotnej jako indywidualnej polisie ubezpieczeniowej. A przecież system publiczny służy społeczeństwu jako całości.

– Niewiarygodne – społeczeństwo jednak istnieje…

– Nowoczesne myślenie o zdrowiu zakłada powrót do idei, które wcale nie są nowe: edukacja, prewencja, profilaktyka i wczesna interwencja, to fundamenty ochrony zdrowia. System publicznej służby zdrowia naprawdę jest inwestycją w zdrowie społeczeństwa, w to, żeby ono mogło lepiej funkcjonować. W przypadku społeczeństw starzejących się – a takimi są społeczeństwa europejskie – jest to „oczywista oczywistość”, by zacytować klasyka, ale trudno przebijająca się w Polsce.

– Kto miałby Polakom to wszystko powiedzieć?

– Instytucje publiczne odpowiedzialne za ochronę zdrowia i edukację. W krajach wysoko rozwiniętych to ich zadaniem jest zapewnienie obywatelom informacji, jak korzystać z systemu ochrony zdrowia i na jakich przesłankach opierać istotne decyzje medyczne. Dziś spoczywają one w rękach pacjenta, ważne jest więc, żeby były podejmowane w oparciu o rzetelne informacje.

– Nie do końca rozumiem, w czym rzecz.

– Pacjenci nie tylko podejmują formalne decyzje o świadomej zgodzie na zabieg. Decyzją pacjenta jest, czy pójdzie do lekarza, czy weźmie leki, co zrobi z objawami, które się u niego pojawiają. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że medycyna coraz bardziej przestaje być medycyną interwencyjną, a coraz częściej staje się medycyną stanów przewlekłych. Dotyczy to narastającej lawinowo fali chorób cywilizacyjnych, takich jak np. cukrzyca, ale nie tylko ich. Choćby AIDS jest obecnie chorobą przewlekłą, podobnie jak bardzo wiele nowotworów; nawet te nowotwory, których nie da się wyleczyć, jeśli je odpowiednio prowadzić, stają się chorobami przewlekłymi. A choroba przewlekła ma to do siebie, że ciężar leczenia spoczywa na samym pacjencie, w takim sensie, że to on musi pilnować wielu spraw i zarządzać procesem leczenia, a także podejmować codziennie pozornie drobne decyzje, np. czy weźmie dany lek, czy go nie weźmie.

W związku z tym potrzebna jest solidna edukacja społeczna dotycząca zdrowia, a także poruszania się po systemie ochrony zdrowia. W Polsce organizacje pacjentów częściowo spełniają taką rolę. Chorzy z określonym problemem zdrowotnym zakładają stowarzyszenia, prowadzą własne strony internetowe, wymieniają się wiedzą i doświadczeniami. To wydaje się dalece niewystarczające, a czasem nawet ryzykowne. Problem widać dobrze na przykładzie ruchów antyszczepionkowych.

– Przeraża, że w kwestiach dotyczących ochrony zdrowia widać w społeczeństwie coraz większe przyzwolenie na szarlatanerię.

– Ruchy antyszczepionkowe są na całym świecie, to nie jest polska specyfika. Tylko że u nas nie ma na przykład takiego miejsca w Internecie, moderowanego przez odpowiednią instytucję publiczną, która w sposób prosty tłumaczyłaby te kwestie. Owszem, mamy choćby informacje podawane przez Narodowy Instytut Zdrowia, ale brakuje nam wciąż zrozumienia, że tego typu przekaz powinien być łatwo dostępny i podany prosto, żeby zrozumiał go nie tyle lekarz i specjalista, ile przeciętny odbiorca, np. zwykły rodzic, który boi się zaszczepić dziecko. W dodatku musi to być informacja rzetelna: muszą być opisane skutki, informacje o niepożądanych odczynach, reakcjach poszczepiennych itd.

Na Zachodzie to wszystko robią instytucje publiczne. Fantastycznym przykładem jest angielska strona NHS Choices, na której zrozumiałym językiem lub w postaci infografik wyłożone są odpowiedzi na najczęściej zadawane przez pacjentów pytania. Pacjent wchodzi, wpisuje nazwę choroby w prostą wyszukiwarkę, która jest dostosowana do potrzeb np. osób niedowidzących, i znajduje odpowiedzi na wiele wątpliwości.

– Ale ktoś to robi i ktoś za to płaci…

– W Anglii odpowiednik naszego NFZ nie tylko ma własną stronę internetową dla pacjentów, ale na życzenie także certyfikuje strony innych organizacji, np. stowarzyszeń i fundacji. Eksperci weryfikują, czy podane na nich informacje spełniają kryteria obecnej wiedzy naukowej i certyfikują je. To się po prostu długoterminowo opłaca – dobrze poinformowany pacjent popełnia mniej błędów, a dostępność wiarygodnych danych podawanych przez instytucje publiczne buduje zaufanie do całego systemu. W Polsce tego bardzo brakuje.

Z wielu badań dotyczących zachowań polskich chorych wynika, że lekarz przestaje być najważniejszym źródłem wiedzy dla pacjenta. To bardzo niebezpieczne. Co się okazuje? Pacjenci nie tylko częściej korzystają z Internetu, żeby znaleźć informacje o jakimś problemie zdrowotnym, ale także bardziej polegają na opiniach innych chorych, aniżeli lekarzy. Pacjent de facto korzysta z tego, co napisali inni pacjenci. Z jednej strony to dobrze, że ludzie wzajemnie się wspierają, ma to funkcje terapeutyczne. Z drugiej strony, gdy nie mamy informacji naukowo zweryfikowanej, istnieje groźba, że rozprzestrzeni się przekaz pseudomedyczny.

Niestety, w Polsce pokutuje myślenie, że „twoje zdrowie to twoja sprawa”. Jeśli chory zaufa błędnym źródłom, coś źle wygugluje, to jest to jego problem. Jednak błędy, które skutkują utratą zdrowia, mają dalekosiężne skutki społeczne. Dlatego trzeba dziś zmienić paradygmat myślenia o zdrowiu jako o wyłącznie prywatnej sprawie, a chorobie – jako o prywatnym ryzyku.

– Obawiam się, że sprywatyzowane myślenie o rzeczywistości po polsku nie ustąpi tak szybko.

– To się powoli zmienia, choć z trudem. Śmiejemy się z politowaniem, czytając o leczeniu poprzez włożenie do pieca na trzy zdrowaśki, a przecież historie takie, jak choćby niedawny przypadek rodziców, którzy zdecydowali się na udział w Ospa Party, co skończyło się śmiercią ich dziecka, pokazują, że i dziś brakuje podstawowej edukacji społecznej. Warto też zwrócić uwagę, że wśród reakcji środowisk medycznych na to nieszczęśliwe zdarzenie niepokojąco dużo było wezwań do rozwiązań represyjnych, postulatów, by sprawę skierować do prokuratora, napiętnować rodziców. Tymczasem ten przypadek jest przykładem klęski podstawowej opieki zdrowotnej, braku skutecznej komunikacji między lekarzem a rodzicami dziecka, który prowadzi do katastrofy. Tych dwoje ludzi spotkało się z wielkim nieszczęściem, z którym zapewne długo będą się borykać, więc dokładanie im cierpienia nic nie pomoże. Warto natomiast zastanowić się, dlaczego rodzice coraz częściej przyjmują postawy skrajnie sceptyczne wobec medycyny konwencjonalnej – i jak to zmienić.

Wspomniane reakcje „represywne” dobrze pokazują, że w środowiskach odpowiedzialnych za zdrowie nie do końca rozumie się, iż pacjent jest partnerem: nie chodzi o to, żeby wprowadzić kary albo jeszcze wyższą odpowiedzialność finansową za brak szczepień dziecka. Nie tędy droga. Trzeba uświadamiać i edukować, a także wprowadzać mechanizmy, które funkcjonują w wielu krajach, gdzie np. do przedszkoli i szkół publicznych nie przyjmuje się dzieci, które nie są szczepione bez dobrego powodu (część dzieci trzeba zwolnić ze szczepień, robią to neurolodzy).

– Ale gdy ludzie czekają miesiącami lub latami na zabieg czy operację, gdy w mediach są bombardowani reklamami suplementów diety i środków przeciwbólowych dostępnych bez recepty, przyzwyczajają się, że wszystko muszą zrobić sami. Nieufność do służby zdrowia jest już potężnym wyzwaniem.

– W globalnym rankingu społecznego zaufania do lekarzy, którego wyniki opublikował „New England Journal of Medicine”, Polska znalazła się na ostatnim miejscu na świecie. Tak dramatyczny rezultat świadczyć może nie tyle o tym, jacy są lekarze, ale raczej o tym, jaki jest system, w którym pracują: do lekarza czekamy bardzo długo, a gdy już do niego trafiamy, to ma dla nas dziesięć minut, z czego osiem musi spędzić na wypełnianiu formularzy dla Narodowego Funduszu Zdrowia. Efektywnego czasu dla pacjenta jest bardzo mało – sama organizacja ochrony zdrowia powoduje, że lekarzom jest bardzo trudno wykonywać zawód w sposób zapewniający wysoką jakość. Bez zapewnienia większej dostępności nie odbudujemy zaufania do lekarzy.

– W dyskusji o opiece zdrowotnej istotną rolę odgrywają pewne powszechniejsze mity III Rzeczpospolitej. Najbardziej znane głoszą, że prywatne zawsze jest lepsze, a państwo i jego instytucje (np. NFZ) są nieefektywne i marnotrawią pieniądze podatników. Zgadza się Pani z tą opinią?

– NFZ jest jedną z najbardziej oszczędnych instytucji, jeżeli chodzi o koszty własne. Sama obsługa administracyjna to około jednego procent całego budżetu. W przypadku systemów, w których mamy prywatnych ubezpieczycieli, te koszty sięgają 15, a nawet 25 proc. Tak niskie koszty może mieć tylko pojedynczy płatnik publiczny, gdyż nie musi się reklamować, prowadzić marketingu itp., lecz skupić się na kontraktowaniu usług zdrowotnych. Potrzebna jest natomiast zmiana filozofii, na której opiera się nasz system ochrony zdrowia, klarowne zdefiniowanie jego celów i priorytetów.

– W jednym z artykułów pisała Pani: „polski system ochrony zdrowia nie zlikwiduje kolejek, dodatkowo obciążając pacjentów. Należy się raczej przyjrzeć strukturze wydatków NFZ, w szczególności niedofinansowaniu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej i polityce kontraktowania świadczeń”. Jakie problemy dotyczą wspomnianej struktury wydatków?

– Gdy patrzymy na „tort wydatków” NFZ, widzimy, że bardzo istotną pozycję stanowią świadczenia szpitalne (ok. 45 proc.), a opieka ambulatoryjna, czyli, upraszczając, poradnie specjalistyczne, jest zdecydowanie niedofinansowana (8,5 proc.). Niestety, opieka ambulatoryjna to wąskie gardło naszej służby zdrowia: tam się bardzo długo czeka, tam są trudności z wizytą u lekarzy specjalistów. Ten sektor jest ewidentnie niedofinansowany.

– Trwa to tak długo, że problem powinien już być rozwiązywany.

– Wszyscy się do pewnego stopnia do tego przyzwyczaili. Poza tym w dużych miastach działają abonamenty medyczne, czyli mamy usługi kupowane poza publicznym systemem opieki zdrowotnej, szczególnie w przypadku dużych pracodawców, którzy zapewniają pracownikom, a często także ich rodzinom, opiekę medyczną u prywatnych firm. Pacjenci próbują ominąć kolejki do poradni, korzystając z opieki szpitalnej, która jest dla systemu znacznie droższa. Inni idą do lekarza prywatnie – wedle danych GUS niemal co czwarta wizyta u specjalisty to wizyta całkowicie opłacona przez pacjenta.

– Jakie to ma skutki społeczne?

– Przede wszystkim uderza to w grupy, które nie są finansowo uprzywilejowane lub mieszkają w mniejszych ośrodkach. Przy okazji badania, jakie przeprowadzaliśmy w przypadku chorób rzadkich, okazało się, że dla wielu ludzi z prowincji problemem jest sam dojazd do ośrodka szpitala i poradni specjalistycznych. Rodziny, które w ramach 1 proc. zbierają pieniądze na rehabilitację osoby niepełnosprawnej, wydają później te środki m.in. na dojazd do lekarza…

– Co bywa szczególnie trudne w tych miejscach, gdzie komunikacja publiczna niemal lub wcale nie istnieje, a rachityczne przewozy prywatne raczej nie sprzyjają podróżom osób chorych.

– Szczególnie, że mówimy o ludziach nierzadko znacznie ograniczonych ruchowo. Dla nich często potrzeba lepszej formy transportu. W praktyce widzimy, że im większy problem zdrowotny, tym większe bariery dla osób zagrożonych wykluczeniem. Te bariery rosną w postępie niemal geometrycznym.

– Jest to tym bardziej niepojęte, że przypomina mi czasy mojego dzieciństwa, gdy starość czy niepełnosprawność na wsi skazywały ludzi na wegetację, niekiedy dosłownie przykuwały do łóżka. Minęło ponad ćwierć wieku w nowej, lepszej Polsce…

– Publiczny system zdrowia powinien szczególnie troszczyć się o takie grupy społeczne. Takie osoby są słabo reprezentowane na poziomie organizacji pacjentów, które koncentrują się przede wszystkim na konkretnych jednostkach chorobowych. Pacjentom, którzy są po prostu biedni, trudno się zorganizować, szczególnie, że są to często osoby zagrożone wykluczeniem.

Problemy osób ubogich są bardzo słabo zauważalne w debacie publicznej. Przy okazji takich programów jak 500+ widać interesującą rzecz. Natychmiast pojawia się stereotyp społeczny: ubogim nie wolno dawać pieniędzy, ponieważ je zmarnotrawią. To silny stereotyp: nie możemy pomagać tym, którzy naprawdę tego potrzebują. To polski fenomen.

– Polacy podcinają gałąź, na której siedzą?

– Także wówczas, gdy w grę wchodzi zdrowie ich własnych dzieci. Spójrzmy na debatę wokół sklepików szkolnych. W Polsce stała się ona, w sposób zupełnie przedziwny, debatą o wolności osobistej dziecka i o jego prawie do zakupu batonika. Mamy doskonałe dane, mamy doświadczenia wielu krajów, które przeszły drogą, jaką naprawdę nie chcielibyśmy pójść. Wiemy, że określony sposób odżywiania czy otyłość wśród dzieci, która staje się coraz większym problemem również w Polsce, to będzie nieszczęście, ponieważ będą cierpiały na choroby metaboliczne, często w bardzo młodym wieku, i znacznie szybciej niż ich rodzice będą zagrożone ogólnymi chorobami krążenia, zawałami serca… A pomimo to dla wielu rodziców kwestia wprowadzenia zdrowej żywności w szkole jest bardziej problemem sklepikarza, konkurencji rynkowej, niż problemem własnego dziecka.

– Najsmutniejsze było to, że jeśli ktoś odmawiał udziału w drożdżówkowo-wolnościowej histerii, skazywał się na marginalizację w debacie publicznej.

– To pokazuje bardzo niską świadomość zdrowotną całego społeczeństwa, w tym rodziców. Lęk, może częściowo wynikający z uwarunkowań historycznych, sprawia, że wszelkie próby regulacji postrzegane są jako zamach na wolność.

Uwielbiamy się odwoływać do innych systemów zdrowia, na przykład do systemu holenderskiego, który funkcjonuje znacznie lepiej, a zwłaszcza do tego, że tam jest konkurencja w systemie. Ale bardzo nie lubimy mówić o tym, że tamtejsza konkurencja jest regulowana, że jedną z podstaw odmienności tamtejszego systemu są inne zachowania pacjentów i lekarzy.

Na forach polskich pacjentów pracujących w Holandii są takie rozpaczliwe głosy, że „musiałem dzwonić do mamy i prosić ją, żeby kupiła mi ten antybiotyk w Polsce, bo tutaj żaden lekarz nie chce mi go wypisać”. Polak nie wpadnie na to, że w Holandii kultura zdrowotna, dzięki której ten system dobrze funkcjonuje, nie polega tylko na tym, że jest konkurencja wśród płatników, ale i na tym, że istnieją określone formy zachowań. Czyli, na przykład, jeżeli jestem w pierwszej fazie choroby, to mam ją wyleżeć, a nie brać od razu antybiotyk, ponieważ to wpływa na cały nasz organizm, a często jest zupełnie niepotrzebne. Holenderski lekarz nie przepisze antybiotyku tak od razu. Natomiast polski lekarz zrobi to nawet „zdalnie”: wyda receptę mamusi, która wysyła lek do Holandii. Nasze poczucie indywidualizmu i tego, że mamy do czegoś prawo, jest tak silne, że gotowi jesteśmy lekceważyć konsekwencje dla nas samych – nie mówiąc już o konsekwencjach społecznych.

– Hołubiąc swobodę, wpędzamy się w inne formy ograniczenia. Mówię nie tylko o zależność od rynku – narażamy się choćby na skutki niebezpieczne dla naszego zdrowia.

– Osobiste nieszczęście, indywidualnie przeżywana choroba to także problem społeczny. Niechęć do poddania się rozporządzeniu ministra zdrowia, że nie może być słodyczy w sklepiku, jest silniejsza niż obiektywne dane, które pokazują, że powinniśmy tego typu ograniczenia wprowadzać dla dobra dzieci.

– Wrócę do tego, co mówiła Pani o Polakach w Holandii. Myślę, że to również problem społecznej kultury pracy. Przecież Polka i Polak mają zakodowane w głowie, że są bardzo tanim zasobem ludzkim, który można szybko wymienić. Zatem muszą być zdrowi już, natychmiast – inaczej będą się obawiać, albo rzeczywiście doświadczą utraty pracy.

– Coś w tym jest. A przecież niechęć do wypisania antybiotyku w pierwszej fazie choroby nie bierze się z chęci oszczędzania na leczeniu tego człowieka. Wręcz przeciwnie – to zrozumienie połączeń między różnymi elementami systemu. Oszczędność polegająca na tym, że ktoś nie obciąży systemu zabezpieczenia społecznego czy pracodawcy pewnymi kosztami bez wzięcia zwolnienia na trzy dni – jest tylko pozorna. Za chwilę przecież wszystkie te koszty wrócą do nas w postaci gorszego stanu zdrowia jednostki, narastającej oporności na antybiotyki w populacji itp. I nie mówię jedynie o perspektywie długofalowej. Źle leczone sezonowe przeziębienia także mogą wrócić w postaci powikłań, z którymi będziemy się borykać przez długie lata. W przypadku wielu chorób brak odpowiedniej interwencji medycznej powoduje narastanie problemu zdrowotnego.

– Czy Pani zdaniem politycy postrzegają kwestie zagrożenia dobrostanu społecznego jako ważny temat?

– W ubiegłej kadencji parlamentu funkcjonował zespół do spraw polityki senioralnej. Teraz mamy program 500+, który jest próbą spojrzenia na to, co będzie, gdy wciąż będą się pogarszały wskaźniki demograficzne. Mamy też program darmowych leków dla osób powyżej 75. roku życia. Ale w rzeczywistości to wszystko powinno się przekładać na bardziej skoordynowaną współpracę różnych systemów działających w obrębie instytucji państwa. W Polsce system ochrony zdrowia działa sobie, a system zabezpieczeń społecznych – sobie. Te systemy wzajemnie nie za bardzo się „widzą”. Jeszcze szerzej – minister finansów może nie widzieć, że przez niedoinwestowanie służby zdrowia ma w innej rubryce olbrzymie wydatki w postaci rent, utraty zdolności do pracy, niepełnosprawności.

Są analizy, które pokazują, jakie są koszty pośrednie różnych chorób (czyli ile tracimy np. przez to, że osoby nieleczone przechodzą na renty albo mało wydajnie pracują) i co moglibyśmy uzyskać, podejmując szybciej leczenie, często nie tak drogie. Są setki raportów, które to pokazują, ale ich przełożenie na rzeczywiste funkcjonowanie systemu jest słabe. Być może właśnie dlatego, że „systemy publiczne” wzajemnie siebie nie widzą. Wydatki na ochronę zdrowia powinny być postrzegane jako inwestycja. I to inwestycja w zdrowe społeczeństwo.

– Czyli nie jest tak, że wydajemy te pieniądze na próżno, żeby starsi ludzie mieli gdzie spędzać czas. A jak wiadomo ze słów pewnej posłanki, lubią go spędzać w szpitalnych korytarzach.

– Inwestujemy w to, żeby ludzie utrzymali zdrowie. A życie w dobrym zdrowiu oznacza nie tylko dłuższą zdolność do pracy. To, czy osoba w podeszłym wieku jest „samoobsługowa” i prowadzi aktywne życie, czy też jest skazana na opiekę innych, wiele warunkuje. Niesprawność ma z jednej strony wymiar osobistego nieszczęścia, z drugiej generuje duże koszty społeczne, wynikające z konieczności zapewnienia opieki.

– Ktoś odpowie, że w Stanach Zjednoczonych przez dekady opieka zdrowotna była skomercjalizowana, a to i tak jedna z najwspanialszych gospodarek świata. Innymi słowy: głębokie rozwarstwienie jest wielce pożyteczne, a w tym, że część populacji jest pozostawiona sama sobie i bez szans na leczenie, też nie ma nic złego. Może powinniśmy postawić na silny darwinizm. I tak zbudujemy wspaniały kapitalizm, dzięki któremu coś skapnie uboższym. A wtedy i oni będą mogli za niewygórowaną cenę skorzystać z leczenia szpitalnego i ambulatoryjnego.

– [śmiech] W Stanach Zjednoczonych ta sama usługa kosztuje kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lub kilkaset razy więcej niż w Europie. Są badania, które pokazują, ile kosztuje ta sama operacja stawu biodrowego w różnych krajach w systemie publicznym i u świadczeniodawców prywatnych, działających na zasadach komercyjnych. Pokazują one, po pierwsze, że we wszystkich badanych krajach ta sama usługa jest o połowę tańsza w systemie publicznym aniżeli komercyjnym. Ponadto istnieją duże różnice między różnymi krajami – np. w USA w systemie publicznym ta sama operacja kosztuje 2,5 razy więcej niż we Francji. Stany Zjednoczone są fantastycznym przykładem tego, że wolny rynek w ochronie zdrowia ma zupełnie inne skutki, niż wielu by się wydawało. Może na przykład spowodować, że ceny są znacznie wyższe niż w krajach, w których rynek jest regulowany. Stany Zjednoczone ponoszą bardzo duże wydatki na ochronę zdrowia, a równocześnie ma to mały efekt populacyjny: znacznie wyższe ceny powodują, że te usługi są dostępne dla nielicznych. To fantastyczne koło zamachowe dla badań naukowych i dla nowych technologii. Ale to również pytanie o to, w jakim społeczeństwie chcemy żyć. Ono wykracza poza kwestie czysto ekonomiczne: czy chcemy przechodzić obok sąsiada, który – chcąc wyleczyć raka nerki – sprzedał dom, siedzi na ulicy i zbiera pieniądze.

– Niedawno rząd PiS wprowadził projekt „75+”, zakładający wprowadzenie darmowych leków dla seniorów. Nie ma w tym nic niezwykłego, choć w polskich realiach rzecz może się taka wydawać. Dodajmy, że poziom współpłacenia przez pacjentów za leki refundowane kształtuje się u nas na poziomie 40 proc. i należy do najwyższych w Europie.

– W Polsce tego typu rozwiązania są niemal rewolucyjne. W wielu krajach UE nie tylko seniorzy otrzymują takie leki, ale są one gwarantowane również dzieciom, młodzieży uczącej się, kobietom w ciąży, połogu i karmiącym piersią. Te grupy zdefiniowane są znacznie szerzej niż u nas. Nie mówiąc już o tym, że tanie/darmowe leki są dostępne również dla osób uboższych: są regulacje, które umożliwiają im dostęp do leków po cenach minimalnych lub wręcz nieodpłatnie.

– W jednym z artykułów komentowała Pani ten program następująco: „w tej sytuacji wyróżnienie grupy uprawnionej do darmowych leków oznacza jedynie pojawienie się »wyspy dostępności« w systemie, w którym dostęp ten jest i tak relatywnie niski”. Ale chyba lepsza choćby jedna „wyspa dostępności/normalności” w systemie tak nieprzyjaznym Polakom?

– To oczywiście dobrze, że ten program się pojawił. Tyle że „wyspowy” charakter dostępności może mieć różne skutki. Ograniczenie kompetencji do wypisywania takich leków tylko do lekarzy POZ wynikało z tego, że taka okazja będzie wykorzystywana przez różne grupy społeczne. Z tego też powodu ta lista będzie bardzo zawężona – tak, aby były to leki skierowane do populacji osób starszych. A to oznacza, że inne lekarstwa ludzie powyżej 75. roku życia będą kupowali po cenach obowiązujących w ramach refundacji dla wszystkich.

Wprowadzane ograniczenia pokazują efekt wyspowości: robimy darmowe leki dla seniorów, żeby nie było pokusy nadużycia z innych stron, w związku z tym seniorzy dostaną tylko część leków za darmo. Dobre i to, ale i dzięki temu widzimy, że istnieje w Polsce problem wysokiej współpłatności za leki.

– Jak duże jest niedofinansowanie polskiej służby zdrowia? Czy można określić jego poziom w odniesieniu do europejskiej skali?

– W rzeczywistości bardzo trudno to porównywać. Są badania, które pokazują, że jeżeli chodzi o poziom rozwoju gospodarczego, to całościowo nie mamy służby zdrowia aż tak niedofinansowanej. Rzecz polega również częściowo na tym, że mamy wyższe oczekiwania, ponieważ widzimy, że kraje lepiej rozwinięte mają więcej. Poza tym samo zwiększenie finansowania służby zdrowia nie musi się przełożyć na większą dostępność usług czy ich lepszą jakość. Widzimy to znów na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Można bardzo mocno dofinansowywać system ochrony zdrowia, ale to wcale nie musi mieć przełożenia na powszechniejszą dostępność – choć może mieć przełożenie na wyższą jakość dla nielicznych.

To, co jest nam potrzebne, to zmiana filozofii funkcjonowania całego systemu i jego organizacji, ponieważ samo proste dofinansowanie może spowodować, że niektóre procedury będą lepiej wycenione, ale wcale nie będzie ich więcej. Być może potrzebne jest nam gruntowne przemyślenie innej roli podstawowej opieki zdrowotnej, może powinna ona mieć większy zakres działania i być oceniana bardziej jakościowo.

– Problemem chyba jest też to, że przecież zdajemy sobie wszyscy sprawę ze znacznych problemów z próchnicą wśród polskich dzieci. Ale nie ma silnego nacisku wyborców na polityków, żeby rozwiązywali pewne problemy w duchu prosocjalnym. Gdyby miała Pani wskazać ścieżki zmiany, to jak należałoby je wytyczyć?

– To pole do popisu dla instytucji publicznych.

– Ale one same sprawiają wrażenie niezainteresowanych albo widzą zagadnienia bardzo wąsko.

– Owszem, potrzeba ruchu oddolnego, który zacząłby na to zwracać uwagę, ale na razie, niestety, nie ma dobrego widoku na oddolną presję społeczną. Jak wspominałam, osoby, które są w najtrudniejszej sytuacji, nie mają zdolności do samoorganizowania się. Może to zabrzmi dziwnie, ale brakuje nam takich społeczników, jakich mieliśmy przed wojną albo jeszcze w XIX wieku. Brakuje nam wśród elit ludzi, którzy byliby ambasadorami tych grup wykluczonych. I równocześnie naświetlali społeczny charakter choćby zagadnień zdrowotnych.

Poza tym wiele negatywnych zjawisk, choćby próchnica, nie ma jedynie charakteru estetycznego, nie dotyczy jedynie jamy ustnej. Próchnica przyczynia się m.in. do chorób serca, nerek czy stawów. Brakuje tej świadomości nawet wśród osób bardziej zamożnych. Gdy samorządy przeprowadzają przeglądy stomatologiczne, na poziomie gimnazjalnym okazuje się, że nierzadko co najwyżej jedno dziecko w klasie nie ma próchnicy, a często nie ma w klasie dziecka bez próchnicy. To również pokazuje, jak niska jest świadomość działań profilaktycznych.

Swoje zrobił oczywiście upadek medycyny szkolnej. Wycofanie ze szkół lekarzy, dentystów, pielęgniarek na zasadzie, że każdy rodzic sam odpowiada za dziecko i sam organizuje dla niego opiekę, nie sprawdziło się w warunkach transformacji. Przecież często rodzice zaczęli pracować znacznie dłużej, w bardzo różnych godzinach. Żeby zorganizować odpowiedni poziom profilaktyki dla dziecka, trzeba dysponować możliwościami właściwej samoorganizacji. Często to godziny pracy uniemożliwiają regularne wizyty u lekarza lub dentysty, nie mówiąc o bardziej skomplikowanych kwestiach zdrowotnych. Życie codzienne w czasach transformacji stanowi znaczne wyzwanie logistyczne także w tych sprawach.

– A przecież nie tak rzadko już mamy do czynienia nie z rodzicami, a z rodzicem samotnie wychowującym dziecko.

– Wiele czynników pokazuje, że prywatyzacja/komercjalizacja wszelkich sfer życia nie czyni go prostszym.

Ale jest jeszcze coś więcej, coś nader interesującego. Mamy angielskie badania dotyczące profilaktyki raka szyjki macicy u kobiet. Rak szyjki macicy wywoływany jest określonym wirusem. Wiemy, że to jest jeden z tych raków, którego możemy bardzo szybko wykryć. Wiemy, w jaki sposób to zrobić: za pomocą testów przesiewowych, które w wielu krajach Zachodu, w Polsce, a także w krajach rozwijających się są dostępne nieodpłatnie. Ten rak jest całkowicie uleczalny w pierwszych stadiach. Pomimo tego zgłaszalność na te darmowe badania jest u nas dramatycznie niska.

Angielskie badania na ten temat wykazały, że problem może leżeć gdzie indziej, że kobiety, które się badają i te, które się nie badają, odczuwają taki sam dyskomfort psychiczny związany z myślą o badaniu. Znacznie częściej natomiast badania wykonywały kobiety, które uczestniczyły w wyborach samorządowych w Anglii. Interpretacja jest taka, że kobiety, które mają poczucie sprawczości, tego, że mogą wpłynąć nie tylko na swoje życie, lecz także na swoje otoczenie, jednocześnie lepiej dbają o swoje zdrowie.

Moim zdaniem to lekceważony wymiar sprawy. Niskie zaufanie do systemu ochrony zdrowia ma swoje konsekwencje – ludzie nie wierzą w profilaktykę, ponieważ myślą: „wykryją u mnie chorobę, a później w nieskończoność będę czekać na leczenie”. Jeżeli nie mam zaufania do systemu ochrony zdrowia, to nie będę też dbać o swoje zdrowie.

Alternatywne wyjaśnienie tych danych brzmiało, że osoby, które mają poczucie sprawczości, mają też większą zdolność do organizacji swojego czasu: potrafię się tak zorganizować, że znajdę czas i na wybory, i na pójście do lekarza, i na zrobienie testu. W polskim przypadku interpretacja byłaby trudniejsza, ponieważ mamy jeszcze niższe zaufanie do instytucji, do samego systemu ochrony zdrowia.

– Niektóre fragmenty naszej rozmowy skłaniają do postawienia roboczej hipotezy. Choroba staje się w naszych czasach na powrót nieledwie fatum: gdy zachoruję, to mam niewielkie szanse, żeby się z tego wykaraskać, a za żadne skarby nie powinienem ufać systemowi zdrowia i lekarzom.

– Zaczynamy myśleć jak w czasach przed medycyną konwencjonalną. Choroba staje się losem. To niebezpieczny sposób myślenia. Byłoby bardzo ciekawe, gdyby jakiś socjolog zbadał zachowania związane ze stosowaniem medycyny niekonwencjonalnej czy suplementów diety i ich korelację z poczuciem braku zaufania do systemu ochrony zdrowia. W Polsce w dyskursie publicznym lubimy myśleć, że to właściwie jest wina pacjenta, jeśli się nie leczy. To znów wiąże się z paradygmatem myślenia o ochronie zdrowia jako o czymś zupełnie prywatnym, oderwanym od więzi społecznych. Tymczasem warto pomyśleć, na ile wiąże się to z daleko idącą utratą zaufania do systemu zdrowotnego w jego obecnej formie. Ludzie myślą: muszę sobie pomóc sam, na wszelkie możliwe sposoby. No, a jak ktoś sam sobie nie pomoże, to ma pecha.

– Ale ludzie jednak stoją w kolejkach do lekarza. Przy okazji: ciekawi mnie, czy są badania, które pokazywałyby, ile osób świadomie rezygnuje z leczenia ze względu na bariery strukturalne.

– Badania zrobione przez Główny Urząd Statystyczny pokazują, że ok. 5% przyznaje się do rezygnacji z potrzebnych świadczeń medycznych, przede wszystkim z powodu długich kolejek. Nie wiemy, ile osób przerzuca się na medycynę niekonwencjonalną. Od czasu do czasu słyszymy o przypadkach leczenia bardzo ciężkich chorób u znachorów – i o tragicznych skutkach takiego procederu. Jaka jest skala problemu – wciąż, niestety, nie wiemy.

– Wydaje mi się, że politycy już wyczuli pismo nosem w sposób najgorszy z możliwych. W Sejmie powstał zespół antyszczepionkowy. Kto jak kto, ale ludzie, którzy chcą znaleźć się i utrzymać w parlamencie, świetnie dopasowują się do trendów.

– Fakt, że taka postawa ma już oficjalną reprezentację, daje do myślenia. W krajach anglosaskich ma to już swoją nazwę: „sceptycyzm medyczny”. Na takie nastawienie składa się wiele czynników: negatywne doświadczenia z mocno urynkowionymi systemami ochrony zdrowia, oferowanie świadczeń o niekoniecznie udowodnionej skuteczności w ramach publicznych systemów zdrowia, przedstawianie pewnych rozwiązań terapeutycznych w nazbyt korzystnym świetle, co później prowadzi do rozczarowania realnymi wynikami wśród pacjentów.

Poza tym współczesna medycyna staje się coraz mniej zrozumiała dla przeciętnego człowieka. Sądzimy na przykład, w zgodzie z nieco staroświecką już wizją, że lek ma nas wyleczyć. Gdy słyszymy, że coś zapewnia pięcioletnią przeżywalność u połowy chorych, stajemy się nieufni. Bo co to oznacza dla konkretnego człowieka, który boi się o swoje życie? On często nie rozumie wszystkich tych nowoczesnych procedur, nie wie, co znaczą opcje terapeutyczne, a kultura informowania pacjentów w Polsce stoi na bardzo niskim poziomie. Nazbyt optymistyczne oczekiwania względem nowoczesnej medycyny prowadzą do potężnych rozczarowań.

– Alternatywą staje się medycyna rodem z westernów: wędrowny szarlatan z pudłem pełnym cudownych eliksirów, które leczą wszystko. Zastanawiam się, czy więcej mówimy teraz o takich problemach, ponieważ wyraźniej je widać – również za sprawą Internetu, czy mamy do czynienia z pewną stałą liczbą ludzi, którzy chcą korzystać z tego typu „usług medycznych”. Przecież zioła ojca Klimuszki były bardzo popularne w latach 90. XX w., reklamowane w różnych katolickich i niekatolickich gazetach. Znam niejedną opowieść o starszych ludziach, którzy całe życie świadomie uciekali od lekarzy, unikali kontaktu ze służbą zdrowia. Przecież kobiety nie tak rzadko nie chciały chodzić do ginekologa.

– Swego czasu zrobiłam badania dotyczące społecznego odbioru chorób autoimmunologicznych. Zajmowaliśmy się m.in. tym, jak prasa pisze o chorobach reumatycznych na tle zapalnym. Okazało się, że po dzień dzisiejszy – mówimy o prasie informacyjnej! – spotkamy artykuły, w których reumatyzm będzie wymieniany bardziej w kontekście leków naturalnych, niż w kontekście nowoczesnej farmakoterapii. Leczenie pierzyną, pokrzywami, jadem pszczelim – to kojarzy się z leczeniem reumatyzmu. Co ciekawe, o tej chorobie, w której przypadku bardzo wiele zależy od rehabilitacji, w zasadzie nic się na ten temat nie pisze. Myślę, że istnieje jakiś problem społecznego myślenia o chorobie i leczeniu. Niewykluczone, że to przednowoczesne myślenie o medycynie zostało w Polsce zamrożone na etapie wczesnej medycyny interwencyjnej. I może mamy kłopot ze zrozumieniem choćby choroby przewlekłej i tego, że wymaga ona długotrwałego stosowania określonego sposobu leczenia. I wcale nie prowadzi do wyleczenia, ale do utrzymania przez jak najdłuższy czas możliwie dobrego stanu zdrowia.

Jedna z firm farmaceutycznych zleciła swego czasu duże badanie globalne, które dotyczyło rozsianego raka piersi. Było ono robione w wielu krajach na całym świecie. Wczesny rak piersi przestał być tematem tabu i dziś słyszymy nawet celebrytki, które opowiadają o swojej chorobie, a media chętnie to podchwytują. Jest jednak jeden warunek: to musi być historia, która kończy się wyleczeniem. Gdy nie ma wyleczenia, mamy rozsiany proces nowotworowy i choroba jest nieuleczalna, to prasa milczy. Tabu dotyczące chorób nieuleczalnych ciągle obowiązuje.

– Pytanie, czy zacznie to zmieniać śmierć księdza Jana Kaczkowskiego.

– Wykonał wielką pracę, naprawdę nie do przecenienia. Pokazał, że można żyć z chorobą przewlekłą, która nie rokuje wyleczenia. Sądzę, że będzie to miało dobry wpływ na proces terapii takich pacjentów.

W każdym razie, w przypadku pacjentek z rakiem piersi rozsianym, nierokującym wyleczenia, mówi się o tym znacznie mniej. W dodatku są takie kraje, w których znaczna część opinii publicznej uważa, że pacjentka w ogóle nie powinna o tym rozmawiać, a Polska jest jednym z nich. Aż 33 proc. respondentów odpowiedziało, że w przypadku stanów zaawansowanych lub stanów rozsianych z przerzutami pacjentka nie powinna o tym rozmawiać z nikim poza swoim lekarzem.

– Dlaczego?

– [milczenie] Gorsze wyniki mają tylko Indie i Turcja. W Indiach 50 proc. społeczeństwa tak uważa, w Turcji 42 proc. We Francji to 22 proc. Lęk społeczny związany z chorobą nieuleczalną jest u nas duży.

W dodatku udowodniono, że bariery kulturowe przekładają się na gorsze wyniki leczenia. Widać to w krajach Trzeciego Świata, gdzie te bariery są jeszcze większe, związane z definiowaniem kobiecości, a strach przed operacją wiąże się z poczuciem możliwości utraty tożsamości. Tam pacjentki często ukrywają raka piersi tak długo, że on już jest zupełnie nieoperacyjny i leczenie nie rokuje.

– To, o czym Pani mówi, pokazuje, że powrót do „medycyny naturalnej” równa się odwrotowi od naukowej racjonalności. To brzmi strasznie w polskim kontekście – stawia nas w pozycji społeczeństwa, którego rozum zasypia.

– Medycyna naturalna ma różne oblicza. Jeśli ktoś stosuje ziółka na gardło, to nie jest to nic złego. Nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Problem polega na tym, że niska świadomość zdrowotna powoduje, iż Polacy nie odróżniają stanu, w którym możliwe, a nawet wskazane jest leczenie naturalne (lepiej wypić napar z kwiatów lipy, niż za wcześnie wziąć antybiotyk), od stanu, gdy naprawdę potrzebna jest interwencja lekarza. Potoczne myślenie, tzw. zdrowy rozsądek, naprawdę nie zawsze jest najlepszym doradcą, szczególnie w sprawach wysoko rozwiniętej nowoczesnej medycyny.

Ale żeby przełamać tego typu poważne bariery myślenia, potrzeba współudziału państwa, solidnej zdrowotnej edukacji publicznej. Tego nie zrobi amatorsko kilka stowarzyszeń pacjenckich, to powinno być przedmiotem działań państwa, i to w ramach systemu edukacji. W dodatku w ciągu wielu lat III Rzeczpospolitej zniszczono sporo z tego, co funkcjonowało jeszcze w czasach PRL: wiele obszarów myślenia profilaktycznego, łączącego kwestie zdrowotne ze społecznymi. Zrobiono to, bo rzekomo wiązały się ze złym okresem w polskich dziejach. Ale w rzeczywistości były to rozwiązania jeszcze przedwojenne, wynikające z najlepszych tradycji myślenia o medycynie, społeczeństwie i zdrowiu publicznym.

– Chętnie jako Polacy myślimy o sobie jako o wspólnocie. Ale dobrze widać z tej rozmowy, że nie spełniamy często elementarnych standardów nowoczesnej, cywilizowanej wspólnoty politycznej, zdolnej tworzyć instytucje szeroko obejmujące najróżniejsze wyzwania społeczne.

– Ale ta wspólnota objawia się w inny sposób. Są oddziały szpitalne, na których jest za mało pielęgniarek. A mimo to te oddziały funkcjonują – i to całkiem nieźle wobec poziomu finansowania i organizacji całości. A to dlatego, że istnieje coś takiego jak samoorganizacja pacjentów. Pacjenci w lepszy stanie pomagają tym w gorszej sytuacji. Jak twierdzi prof. Tadeusz Baczko, może właśnie ten kapitał społeczny powoduje, że system w ogóle sobie jeszcze radzi [śmiech].

Problem chyba polega na tym, że my się boimy państwa, że dążymy do ograniczania jego kompetencji, nie pytając, co właściwie w zamian poza urynkowieniem. Mamy niestety bardzo nienowoczesne myślenie o roli instytucji publicznych w zabezpieczeniu długotrwałego zdrowia dla całej populacji.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 8 kwietnia 2016 r.