przez Krzysztof Wołodźko | środa 5 października 2016 | Wiosna-2016
Pontyfikat papieża Franciszka, pochodzącego z Argentyny jezuity Jorge Mario Bergoglio, przyczynił się do wzrostu zainteresowania społeczno-gospodarczym wymiarem nauczania Kościoła rzymskokatolickiego. W Polsce odbiór Franciszkowego przesłania, nakierowanego na społeczną, gospodarczą i polityczną odpowiedzialność katolików za otaczającą ich rzeczywistość, nie jest pozbawiony napięć, związanych choćby z nieprzychylną wobec papieża i jego nauczania postawą opiniotwórczych konserwatywno-liberalnych środowisk okołokatolickich. Katolicy o poglądach wolnorynkowych, świeccy i duchowni, z reguły nie mogą pogodzić się z faktem, że papieskie nauczanie społeczne, choć w gruncie rzeczy stanowi kontynuację tradycyjnych nauk kolejnych papieży, daleko wykracza poza bliskie im dogmaty radykalnego liberalizmu gospodarczego. Ich poglądy przyjmowane są nierzadko bezkrytycznie, a to dlatego, że bardzo liczna grupa wierzących właściwie nie zna katolickiego nauczania społecznego, nierzadko ograniczając jego sens i praktykę do perspektywy charytatywnej.
W ciągu kilku ostatnich lat, w związku z pontyfikatem Franciszka, doszło w naszym kraju do wymownych i wyrazistych przeobrażeń w obrębie tradycyjnych podziałów debaty wewnątrz i wokół Kościoła. Duża część prawicy wykazuje obecnie większą lub mniejszą nieufność wobec papieskiej wykładni zagadnień społeczno-gospodarczych lub stara się je przemilczeć. I przeciwnie – na lewicy widać życzliwe zainteresowanie tymi aspektami Franciszkowego przekazu, które harmonijnie współbrzmią z wątkami socjaldemokratycznymi, ekologicznymi, spółdzielczymi, alterglobalistycznymi czy kwestiami dotyczącymi zrównoważonego rozwoju. Konwergencja zachodząca między Franciszkiem a lewicą społeczną jest dla rodzimych liberalnych konserwatystów kolejnym dowodem na „lewacką” tożsamość głowy Kościoła. W bardzo niewielu prawicowych środowiskach pojawił się w trakcie tego pontyfikatu samokrytyczny namysł, że wypadałoby się raczej wsłuchać w argumentację papieża niż przeciwstawiać mu swoje wizje ładu społeczno-gospodarczego.
Istnieje jeszcze jedno zjawisko dotyczące papieża Franciszka. Nie tak rzadko przeciwieństwem ostentacyjnej wręcz niechęci wobec głowy Kościoła rzymskokatolickiego jest swoista „franciszkomania”, bazująca na zachwytach nad formą i prostotą jego przekazu oraz sposobem bycia. Franciszek staje się „papieżem, który ma wiele lajków”, a jego krótkie, dobrze brzmiące wypowiedzi są przez wielu katolików przyjmowane entuzjastycznie jako bon moty dotyczące chrześcijańskiego życia, duchowej i etycznej postawy człowieka, nastawienia wobec bliźnich. Jednak ten rodzaj przychylnej recepcji papieskiego nauczania bywa z kolei naskórkowy, właściwie popkulturowy, mało analityczny i chyba dość indywidualistyczny – każdy znaleźć może sympatyczny cytat z Franciszka i przyciąć go do swojej wizji chrześcijaństwa/katolicyzmu. Stąd klaskanie papieżowi z Argentyny przypomina klaskanie papieżowi z Polski, pewnego rodzaju kult bez zobowiązań. Ten rodzaj przyswajania sobie papieża dobrze komponuje się z katolicyzmem lajfstajlowym, religijnością memów i virali, ale niewiele z tego da się spożytkować w merytorycznej dyskusji nad rzeczywistością kapitalizmu globalnego i rodzimego.
Tym bardziej na uwagę zasługuje fakt, że ukazała się polska edycja książki niemieckiego hierarchy, kardynała Waltera Kaspera, pt. „Papież Franciszek. Rewolucja czułości i miłości. Korzenie teologiczne i perspektywy duszpasterskie”. Publikacja ta oferuje krótki, lecz systematyczny wykład na temat Franciszkowego oglądu Kościoła i zadań katolików we współczesnym świecie. Potrzebne jest jedno istotne dopowiedzenie, związane z samą książką i jej autorem, ważne w kontekście procesów zachodzących w samym Kościele i konieczne, by czytelnikom mniej zainteresowanym realiami współczesnego katolicyzmu uzmysłowić pewien istotny spór wewnątrzkatolicki, toczony przynajmniej od czasów Soboru Watykańskiego II. Otóż kardynał Kasper jest postacią kontrowersyjną. Dla tradycjonalistów to hierarcha, który w swojej interpretacji całości katolickiej doktryny posuwa się aż do jej pogwałcenia, czyli właściwie negacji tożsamości Kościoła. Środowiska integrystyczne rozumieją niekiedy sens powrotu do katolickiej nauki społecznej w jej głęboko solidarystycznym sensie, ale wskazują, że nie gwarantuje tego katolicyzm liberalny, który reprezentuje m.in. „herezja kasperyzmu”. Z kolei środowiska tzw. Kościoła otwartego widzą w niemieckim hierarsze wybitnego i prominentnego teologa, którego doceniali zarówno Jan Paweł II, Benedykt XVI, jak i Franciszek. Nie bez powodu w przedmowie do polskiego wydania książki Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny kwartalnika „Więź”, przypomina, że w 1999 r. Jan Paweł II mianował biskupa Kaspera sekretarzem Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, a dwa lata później uczynił go kardynałem i przewodniczącym wzmiankowanej instytucji. Tę ostatnią funkcję niemiecki teolog sprawował aż do przejścia na emeryturę w 2010 r.
Syn Boży przez swoje wcielenie zachęcił nas do rewolucji czułości – ten cytat z Franciszkowej adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium” wprost tłumaczy tytuł książki kardynała Kaspera, który – przyznaję – początkowo budził moje zastrzeżenia jako pretensjonalny, bo pompatyczny i czułostkowy. Żeby dobrze zrozumieć jego sens, trzeba zwrócić uwagę na chrześcijańskie przewartościowanie terminu „rewolucja”, który w tym przypadku odsyła do ewangelicznego radykalizmu, czyli powrotu do sedna nauczania Chrystusa i Kościoła (w łacinie słowo radix oznacza korzeń, źródło, podstawę). Rewolucja czułości i miłości jest odkryciem i przyjęciem Bożego miłosierdzia w wieloaspektowej rzeczywistości ludzkiej, która często zaprzecza nawet uszanowaniu człowieczeństwa i jest w głęboki sposób nieczuła właśnie na ludzi, co Jan Paweł II wyrażał terminem „struktury grzechu w świecie”.
Kardynał Kasper twierdzi, że lekarstwo miłosierdzia potrzebne jest przede wszystkim samemu Kościołowi: Profetyczna siła [katolicyzmu] zdawała się wygasać, a misyjny rozmach – słabnąć. Zeświecczony, już nie komunistyczny, ale konsumpcyjny, zdeterminowany przez ekonomię świat, dążył do zepchnięcia go na margines. Rezygnacja Benedykta XVI w jednej chwili uwidoczniła wszystkim kryzys, który w utajonej postaci trawił Kościół już przed ośmiu laty, i w obliczu którego sternik łodzi Piotrowej ze względu na szybką utratę sił fizycznych nie był w stanie prowadzić swego ludu przez wzburzone morze współczesności.
Nie sposób zatem zrozumieć pontyfikatu Franciszka i papieskiej katechezy wobec katolików, chrześcijan i świata bez zrozumienia sytuacji wewnątrzkościelnej. W Polsce to temat tym bardziej niewygodny, że wyraźnie widać, iż kryzys, o którym mówi się dziś jawnie w wielu środowiskach katolickich, niejednokrotnie bardzo od siebie różnych, dotyczy już właściwie czasów pontyfikatu Jana Pawła II. Na poczucie potrzeby radykalnej zmiany w samym Kościele wyraźnie wskazuje i to, że kardynał Bergoglio zdecydował się założyć nową linię wśród papieży. A poprzez przyjęcie imienia Franciszka nowy papież wprost odwołał się do Biedaczyny z Asyżu. Na kartach encykliki „Laudato si’” czytamy, że święty Franciszek jest w najwyższym stopniu wzorem troski o to, co słabe […]. Dostrzegamy w nim, do jakiego stopnia nierozerwalnie są połączone troska o naturę, sprawiedliwość wobec biednych, zaangażowanie społeczne i pokój wewnętrzny.
Jeden z najważniejszych wątków książki kardynała Kaspera dotyczy uwarunkowań historycznych i teologicznych nauczania Franciszka, jego argentyńskich i europejskich korzeni. Wbrew stereotypowemu opisowi, który przede wszystkim zwraca uwagę na południowoamerykańską tożsamość papieża, niemiecki hierarcha wskazuje na wewnętrzną złożoność tego dziedzictwa. Otóż Buenos Aires to metropolia ukształtowana pod silnym wpływem kultury europejskiej, a na to nakładają się wpływy rdzennej ludności, gauchos, oraz znaczna i znacząca obecność wspólnot imigranckich, pochodzących przede wszystkim z Włoch (rodzina Franciszka ma piemonckie korzenie). Jak zaznacza Kasper: nie sposób również zapomnieć o ponurych przedmieściach argentyńskiej stolicy i jej dzielnicach nędzy (casas miserias). Stąd też ewangelizacja tych różnorodnych miejskich kultur, zwłaszcza w ich wymiarze peryferyjnym, była dla arcybiskupa Bergoglio stałym wyzwaniem i pilną potrzebą.
Kontekst społeczny, kulturowy i ekonomiczny bardzo silnie wiąże się ze specyfiką latynoskiej teologii. Jednym z najważniejszych mistrzów teologicznego myślenia był dla obecnego papieża Franciszka Lucio Gera (1924–2012), który w 1964 roku, na bardzo ważnej dla genezy teologii wyzwolenia konferencji Rady Episkopatów Ameryki Łacińskiej w Petropolis, wygłosił referat „Znaczenie orędzia chrześcijańskiego w kontekście ubóstwa i ucisku”. Co istotne, argentyński nurt teologii wyzwolenia, z perspektywy europejskiej postrzeganej na ogół jako monolityczna doktryna, miał własną specyfikę. U jej źródeł stała nie tyle analiza stosunków społeczno-gospodarczych i politycznych, ujmowana poprzez inspirowaną marksizmem teorię zależności, ile historyczna analiza kultury narodowej. Stąd wyrasta teologia narodu i kultury, afirmatywnie odnosząca się do pobożności ludowej, która dostrzega napięcia społeczne i umie je wyartykułować, ale rozwiązania problemów szuka nie w walce klas, lecz w chrześcijańskim nawróceniu ku żyjącej w pokoju wspólnocie (w polskim kontekście interesujące byłoby przyjrzenie się ruchowi Radia Maryja z lat 90. XX w. w świetle tego nurtu teologii wyzwolenia).
Kasper przytacza szereg argumentów, na ogół w Polsce zupełnie nieznanych, wskazujących na zakorzenienie argentyńskiej kultury i teologii w europejskim dziedzictwie. Przypomina choćby o dziewiętnastowiecznym demokratycznym romantyzmie argentyńskim, inspirowanym myślą niemieckiego filozofa Karla Christiana Friedricha Krausego (1781–1832), określanym też mianem krausismo. Pod znacznym wpływem tej koncepcji jest bliska papieżowi Franciszkowi argentyńska epopeja narodowa „Martin Fierro” z 1872 r.: utwór opisuje życie pewnego gaucho, który po przebyciu długiej drogi odnajduje życiową mądrość – ideę świata sprawiedliwego, w którym ludzie ukierunkowani są na wspólne dobro; społeczeństwa, które szanuje godność nawet swoich najmniej znaczących członków i daje im szanse rozwoju. Na tym fundamencie bazował także peronizm, zwykle przedstawiany jako źródłowy dla tradycji społecznego argentyńskiego myślenia i działania. Może lepiej zrozumielibyśmy tradycje, jakie stoją za Franciszkiem, gdyby nasza debata publiczna nie była tak naznaczona coraz radykalniejszym narodowym liberalizmem i lękową postawą wobec papieża, którego uznaje się za podejrzanego emisariusza „złowrogiej” teologii wyzwolenia.
Franciszkowi, nie tylko zdaniem kardynała Kaspera, spośród wszystkich poprzedników najbliższy jest Paweł VI, który po śmierci Jana XXIII miał pieczę nad Soborem Watykańskim II. Autor „Rewolucji czułości i miłości” zwraca uwagę, że w wystąpieniach poświęconych zagadnieniom społeczno-etycznym Ojciec Święty często powołuje się na encyklikę „Populorum progressio” (1967) i list apostolski „Octogesima adveniens” (1971) Pawła VI.
Teologia papieża Franciszka – w jej społecznym sensie, który z reguły jest najistotniejszy dla osób niewierzących, inspirujących się także katolickim solidaryzmem – w bardzo dużym stopniu związana jest ze wspomnianą wyżej teologią i eklezjologią Ludu Bożego. Niemiecki hierarcha ukazuje napięcia, jakie budziła i wciąż budzi w wewnątrzkatolickich dyskusjach wypracowana w trakcie prac Soboru Watykańskiego II koncepcja Kościoła jako Ludu Bożego: w teologii europejskiej […] pojawiły się zastrzeżenia wobec takiego sformułowania; doszukiwano się w nim wpływu eklezjologii jednostronnej, socjologiczno-politycznej i oddolnej. Równocześnie kardynał Kasper podkreśla: inaczej było w Argentynie. Tam z entuzjazmem otwarto się na soborowe inspiracje, rozwijając na ich podstawie miejscową formę teologii wyzwolenia – teologię ludu. Obecny papież napełnia ową eklezjologię Ludu Bożego nową treścią.
Jaka to treść? I czy rzeczywiście jest aż tak nowa kilkadziesiąt lat po Soborze Watykańskim II? Z pewnością jej elementarną częścią jest wskazanie na fakt, że Kościół w swojej większości to wspólnota świeckich wiernych, którym powinni służyć zawsze gotowi do duszpasterskiego nawrócenia wyświęceni szafarze. Jednak zdecydowane dowartościowanie laikatu przy bardzo nieraz ostrych Franciszkowych krytykach pod adresem kleru (to faktycznie pewne novum w nauczaniu posoborowych papieży) wiąże się także ze zobowiązaniami. Na kartach „Evangelii gaudium” Franciszek wskazuje, że świeccy katolicy mają do wypełnienia nie tylko zadania wewnątrzkościelne, ale są zobowiązani również do ewangelicznego działania w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym. Papież mówi o przekształcaniu społeczeństwa poprzez aktywną pracę w środowiskach zawodowych czy intelektualnych, w których na co dzień funkcjonują katolicy.
Patrząc z polskiej perspektywy może się to wydawać oczywiste i dość proste, wszak „jesteśmy katolickim społeczeństwem”. Pomijając fakt, że katolicyzm realizuje się u nas często w przestrzeni publicznej w formie wojenek obyczajowych, dobrze widać, jak bardzo katolicy wolą bezpiecznie trzymać się „we własnym gronie” (więcej nawet: wolą się trzymać w ramach swoich wewnątrzkatolickich środowisk i grup wpływów). Z kolei tam, gdzie trzeba działać w obrębie rozbitego społeczeństwa, choćby w sferze zawodowej czy instytucjonalnej lub dotyczącej logiki pieniądza, hierarchii wpływów i zależności, dostosowują się do reguł gry przesiąkniętych darwinizmem społecznym i/albo etyczną obojętnością.
Zwrócenie uwagi na Lud Boży jako podmiot eklezjalnego zainteresowania wiąże się ze spostrzeżeniem, że znaczna część katolików na świecie żyje poza uprzywilejowanymi centrami cywilizacyjnego dobrostanu. W dodatku światowe enklawy życia o wyższym standardzie również są wewnętrznie głęboko i coraz głębiej rozwarstwione. Stąd, o czym często się zapomina także w Polsce, gdzie z reguły ton okołokatolickiej debacie nadają bogaci i bogobojni, pod kątem czysto statystycznym katolicyzm w świecie jest przede wszystkim religią ludzi ubogich oraz żyjących w nędzy. Podobny podział występuje zapewne w obrębie każdej z wielkich światowych religii. Mówiąc wprost: nasza planeta wciąż jest przede wszystkim planetą ludzi ubogich, nierzadko zagrożonych utratą życia i zdrowia w państwach niestabilnych politycznie, gospodarczo i społecznie. To planeta niesprawiedliwości, na której znacznych połaciach nie tyle nawet porządek miłosierdzia, ile etycznego działania jest spychany na plan dalszy przez logikę eksploatacji i wyzysku, ściśle wiążącą kwestie moralne z ekonomicznymi i politycznymi. Dla bardzo wielu chrześcijan na świecie dobrem deficytowym jest nie tylko dach nad głową, wystarczająca ilość pokarmu i wody, lecz także normy prawne, sprawne instytucje działające dla dobra ludzkiego, czy wreszcie pokój. A Kościół, w swoim ludzkim wymiarze, jest przecież zarówno instytucją oferującą wielu ubogim realne wsparcie i faktyczną reprezentację, jak i instytucją uwikłaną w interesy możnych tego świata.
Papież Franciszek jest z pewnością człowiekiem, który ma głęboką świadomość tej sytuacji – sądzę zresztą, że mieli ją także jego poprzednicy. Jednak właśnie on postanowił wysoko podnieść te kwestie, już na początku pontyfikatu wypowiadając swoje marzenie o ubogim Kościele dla ubogich. Wbrew krytykom i szydercom, uważającym, że wizja ubogiego Kościoła jest naiwna i populistyczna, papież i jego zwolennicy mają świadomość złożoności zagadnień dotyczących (sposobu) posiadania dóbr materialnych przez instytucje katolickie. Stąd stwierdzenie Kaspera, że pytać należy nie o to, czy Kościół powinien się wyrzec posiadanych dóbr świeckich, lecz o to, w jaki sposób, a przede wszystkim, na co przeznacza powierzone mu środki. Stąd także pytanie, czy Kościół zarządza posiadanymi dobrami w sposób przejrzysty i na podstawie jasnych procedur.
Niemiecki hierarcha zauważa, że reformując finansowy system Watykanu, Franciszek dał dobry przykład pożądanych działań; będzie za nim musiało pójść wiele innych zarówno w kurii rzymskiej, jak i w Kościołach lokalnych. Nie miejmy złudzeń – w gruncie rzeczy nie jest to praca, która może się dokonać w ciągu nawet kilku lat, i z pewnością nie uczyni ona Kościoła rzymskokatolickiego wielką wspólnotą Biedaczyn z Asyżu. Nadzieja na „ubogi Kościół dla ubogich” jest dopiero zaczynem reformy, ale nie jest samą reformą.
Warto uświadomić niektórym okołofranciszkowym hurraoptymistom, że najgorsze, co mogłoby się przydarzyć za tego pontyfikatu, to łatwe sprowadzenie papieskich nadziei i nawoływań do ładnego projektu medialnego i do kościelnego show, na którego organizacji skorzystają konformistyczni biurokraci kościelni, świeccy i duchowni, którzy wydadzą odpowiednio duże pieniądze na tiszerty z cytatami o sprawiedliwości, miłosierdziu i Kościele dla ubogich, nie pytając, w jakich warunkach je wyprodukowano. A niestety nie można wykluczyć i takiej wersji zdarzeń – wbrew pragnieniom papieża i wielu osób wierzących, które szukają w Kościele drogi naśladowania Chrystusa, nie zaś dróg do takiej czy innej kariery. Wszak tzw. preferencyjna opcja na rzecz ubogich jest już od dawna elementem kościelnego przekazu (a niekiedy wręcz kościelnej nowomowy), znajdziemy ją także w polskich opracowaniach katolickich zajmujących się tematyką społeczną. Nie zmienia to faktu, że Kościół instytucjonalny/hierarchiczny w swym głównym nurcie dość biernie przyglądał się rodzimemu modelowi transformacji społeczno-gospodarczej, uznając najwyraźniej, że ubodzy, względem których obowiązuje preferencyjna opcja, to egzotyczni mieszkańcy Trzeciego Świata, a nie całkiem znaczna grupa obywateli III Rzeczpospolitej.
Warto podkreślić, że Franciszkowa troska społeczna nie jest wyrazem ekstrawagancji obecnego papieża. Zarówno Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI włączyli do swego nauczania preferencyjną opcję na rzecz ubogich. Myślę, że należy na to wskazywać właśnie w kontekście społecznego nauczania aktualnego papieża emeryta, którego dzisiaj liberalni konserwatyści w Polsce tak chętnie przeciwstawiają Franciszkowi. Rzecz nie tylko w tym, że encyklika „Caritas in veritate” jest dokumentem, który można czytać komplementarnie z „Laudato si’” choćby w takich kwestiach, jak czytelny wykład zielonej teologii, czyli katolickiej ekologii. Ważne jest również to, że na Konferencji Generalnej Rady Episkopatów Ameryki Południowej w Aparecida (2007 r.) papież Benedykt XVI w wystąpieniu inaugurującym obrady przedstawił chrystologiczne uzasadnienie owej opcji na rzecz ubogich, a z kolei kardynał Bergoglio był głównym architektem dokumentu podsumowującego, który rozwinął także koncepcję opcji na rzecz wykluczonych. W nauczaniu Benedykta XVI zawarta była również rozwinięta przez Franciszka koncepcja wyzwolenia Kościoła z różnych form doczesności, tyle że ówczesnego papieża nie rozumiano lub nie chciano zrozumieć.
Taki właśnie Kościół, taki katolicyzm, może być autentycznym świadkiem i rzecznikiem ludzkiego ubóstwa wobec świata zamożnego i bezwzględnie egzekwującego swoje roszczenia do jeszcze większej władzy, bogactwa i różnorakich form nadzoru nad masami. Kasper w bardzo czytelny sposób opisuje, co zdecydowało o takim, a nie innym papieskim kursie Franciszka. Otóż w tle licznych procesów zachodzących w świecie rozgrywa się niewyobrażalny skandal ubóstwa i nędzy, panującej zwłaszcza w południowej półkuli świata, regionie, z którego pochodzi i którego konfliktów osobiście doświadczył sam biskup Rzymu. Franciszek nie ignoruje pozytywnych stron globalizacji; z perspektywy peryferii dostrzega jednak wyraźniej niż my, Europejczycy, jej katastrofalne skutki dla milionów ludzi. Tłumaczy to, dlaczego papież często sięga do skrajnych przykładów, których nie wolno wprawdzie uogólniać, ale które bezlitośnie demaskują globalną sytuację i w związku z tym nie mogą być bezrefleksyjnie pomijane.
Książka niemieckiego duchownego nie jest łatwą lekturą, wymaga pewnej znajomości katolickiej teologii i sytuacji wewnętrznej w Kościele po Soborze Watykańskim II. „Rewolucja czułości i miłości” to właściwie esej, w którym autor niejednokrotnie wiąże prezentowaną myśl papieską z własną, zdecydowanie liberalną wizją Kościoła. Niemniej lektura tej książki niejednokrotnie przypominała mi dobrze znany fragment Listu do Kościoła z Laodycei, zawarty w Apokalipsie świętego Jana: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi.
Niewykluczone, że papieskie wołanie do Kościoła w bogatych częściach świat, do społeczeństw światowej sfery dobrobytu zawiera w sobie to właśnie wskazanie. Za bogactwem, powodzeniem i samowystarczalnością bogatych państw kryje się nierzadko znaczne zło indywidualne, społeczne, gospodarcze i polityczne, które obraca wniwecz wiele projektów pomocowych dla uboższych rejonów świata czy dla własnych obywateli, albo poważnie narusza zręby bardziej sprawiedliwego porządku społecznego i politycznego pierwszego świata. Wszak nawet w przypadku Unii Europejskiej – co dobrze było widać na przykładzie Niemiec, czerpiących korzyści z kryzysu w uboższej Grecji – zaznaczają się rażące dysproporcje i brak postawy, którą w teologii katolickiej określa się mianem miłosierdzia, a która może być remedium na różne formy wyobcowania elit. Byłoby dobrze, aby w Polsce głębiej, choć i krytycznie, czytano i pojmowano papieża Franciszka. Potrzebujemy tego dla lepszego zrozumienia własnego państwa i kryzysów zachodzących w obrębie naszego społeczeństwa.
Kard. Walter Kasper, Papież Franciszek. Rewolucja czułości i miłości. Korzenie teologiczne i perspektywy duszpasterskie, tłum. Kamil Markiewicz, Biblioteka „WIĘZI”, Warszawa 2015.
przez Roman Adler | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Już pod panowaniem Habsburgów refeudalizacja na Śląsku spowodowała nędzę wsi i zahamowała rozwój gospodarczy miast. W połowie XVII wieku ustawodawstwo śląskie upoważniło panów feudalnych do zwiększania pańszczyzny i przymuszania do niej nawet chłopów czynszowych. Doprowadziło to do pierwszych buntów chłopskich. W 1645 roku, pod koniec wojny trzydziestoletniej, miejscowi chłopi odmówili wszelkich świadczeń dla dóbr zamku opolskiego, powołując się na rzekomą obietnicę siedmiu lat wolnizny. Obietnicę taką złożył ponoć polski król Jan Kazimierz, któremu miało być w zastaw przekazane księstwo opolsko-raciborskie.
Po zniszczeniach wojennych i wzroście obciążeń ze strony szlachty, dążącej do odbudowy, utrzymania lub pomnożenia majątków kosztem wzmożonego wyzysku, w latach 1668-1669 doszło do wystąpień chłopów przeciw pańszczyźnie w tymże księstwie – wkrótce po oddaniu go przez Wazów pod bezpośrednie panowanie Habsburgów. Dalsze podnoszenie wymiaru pańszczyzny na przełomie XVII i XVIII wieku doprowadziło do rozruchów w latach 1706-1713 na ziemi raciborskiej. W latach 1722-1727 czynny opór stawiali polscy i niemieccy chłopi w dobrach niemodlińskich. Od 1727 do 1730 roku trwała powszechna rebelia w królewszczyznach opolskich i kozielskich, którą stłumiło dopiero wkroczenie wojsk austriackich.
W tajnej umowie prusko-austriackiej, zawartej w Schnellendorf 9 października 1741 roku, Fryderyk II zadowolił się Dolnym Śląskiem do rzeki Nysy, a na prawym brzegu Odry do rzeki Brynicy. Według źródeł austriackich na dworze w Wiedniu nie mieli pojęcia, gdzie płynie owa Brynica. Jednak wiedzieli to Prusacy – najpewniej dzięki sugestii jednego z kupców z wrocławskiej rodziny Giesche, która od 1704 roku miała wyłączny przywilej na eksport galmanu, czyli rudy cynku i ołowiu z Górnego Śląska, okolic Bytomia i Tarnowskich Gór. A tych surowców armia pruska bardzo potrzebowała do produkcji amunicji.
Na Ślązaków nałożono olbrzymie podatki: dwa i pół miliona talarów rocznie. W jednej z ulotek krytykujących rządy pruskie czytamy: jego cesarska mość gnębiony licznymi potrzebami, a zwłaszcza przez wojnę z Turkami, domagał się od nas jednorazowej kontrybucji w wysokości dwóch milionów guldenów. Były to wszak rządy, które nas podobno gnębiły, a zostawiały nam swobodę uchwalania tejże kontrybucji, podczas gdy obecnie pod „słodkimi” rządami pruskiego króla musimy dawać na utrzymanie wojska pruskiego trzysta tysięcy florenów, co stanowi rocznie trzy miliony i sześćset tysięcy guldenów, z czego my, Ślązacy, i nasz Śląsk nic nie mamy prócz nowych utrapień, utrudnień i poniżeń. I jeszcze głosi się, że każdy, kto nie zapłaci, traktowany będzie jak wróg. Mówi się, że owym wrogom Prusacy spalą dach nad głową i wypędzą z kraju. Z kraju, który jest ojczyzną każdego Ślązaka, z kraju Piastów chcą nas wypędzić, jeśli nie zapłacimy w terminie, jak od nas żądają.
Na co takie podatki? Pod panowaniem Habsburgów na Śląsku stacjonowało maksymalnie do dwóch tysięcy żołnierzy monarchii austriackiej. Natomiast Prusy wprowadziły 35-tysięczną armię i narzuciły ludności obowiązek jej utrzymania. Jeszcze w wiele lat po wojnach śląskich, w 1791 roku, państwowa komisja pruska wyliczyła, że dwie trzecie dochodów górnośląskich miast i miasteczek pochłaniały koszty utrzymania kwaterującego wojska pruskiego.
Skutki rabunku Śląska pod panowaniem Fryderyka II spisał pruski inspektor Lautensack, sporządzający dokładny rejestr śląskich posiadłości: Na prawym brzegu Odry, na polskiej stronie, położenie chłopa godne jest współczucia. Ci ludzie nie będą mogli w przyszłości zapłacić podatków. Znowu powiększyła się i tak już przerażająca liczba opuszczonych domów i porzuconych zagród na wsi […]. Miasteczko Toszek […] jest chyba najnędzniejszą mieściną na Górnym Śląsku. Stoi tu już dwadzieścia opuszczonych domów, a pozostałe są w takim stanie, że ci biedni ludzie podczas deszczu leżą w wodzie. Ale jest tu na stałe szwadron huzarów z pułku Hostiz, którym mieszczanie musieli udostępnić swoje stajnie, a ich własne bydło stoi pod gołym niebem […]. Tarnowskie Góry: ze względu na upadek górnictwa ludzie cierpią głód i uciekają do Polski. Stoi tu 61 opuszczonych domów. Bytom: […] tylko 123 domy są zamieszkałe. Ludzie są bez wyjątku bardzo biedni i skarżą się na hrabiego. […] Jeśli tak dalej pójdzie, miasto zginie. Gliwice: są mniejsze jak Bytom, kilkakrotnie spalone. Wybudowano tu byle jak 131 domów, a ponad sto nie zostało odbudowanych. Z 1757 roku zachowała się taka relacja z Górnego Śląska: mieszkańcy miasteczek muszą pomagać panu przy żniwach, muszą strzyc jego owce, uprawiać wydzielone im pola, utrzymywać w porządku staw zamkowy, oczyszczać fosę i młynówkę, przywozić z odległości czternastu mil kamienie młyńskie, wozić drewno budowlane i owies i są w tym samym położeniu, jak chłopi pańszczyźniani. Ale do tego zdążyli się już przyzwyczaić. Natomiast podatki, kwaterunkowe, serwisowe, akcyza – to przekracza ich możliwości, powoduje smutek i niechęć do życia. Ludzie nie widzą przed sobą żadnej przyszłości.
Największą jednak udręką mieszkańców był przymusowy zaciąg do wojska. Gdy minął początkowy okres ochronny, w latach 1742-1743 na pruskim Śląsku utworzono tzw. kantony rekrutacyjne dla 13 regimentów. Przykładowo już wiosną 1742 roku pruski feldmarszałek Schwerin żądał z samego tylko terenu księstwa opolsko-raciborskiego dwóch tysięcy rekrutów. Do 1743 roku armię pruską powiększono w ten sposób o 18 tysięcy rekrutów. Dlatego przed pruskimi werbownikami zaczęto uciekać na Łużyce, w głąb Austrii czy do Polski. W latach 1740-1780 z Górnego Śląska tylko do Polski zbiegło ok. 15 tysięcy chłopów. Zbiegostwo było – po opieszałości i niedbalstwie w odrabianiu pańszczyzny – jedną z form oporu chłopskiego przeciw wyzyskowi feudalnemu.
Szlachta, która posiadała na pruskim Śląsku 70% ziemi, powiększała folwarki kosztem ograniczania pastwisk i łąk, z których dotychczas korzystali również chłopi. Feudałowie śląscy podnosili też chłopom świadczenia, czyli pańszczyznę i tzw. robocizny. Dochodziło w rezultacie do licznych, niekończących się procesów między panami a gospodarzami wiejskimi, wygrywanych zwykle przez feudałów, którzy powoływali się na dawne przywileje i ustalenia. Jeszcze w 1753 roku minister Śląska von Münchow żądał od Wrocławskiej Komory danych na temat handlu poddanymi. W odpowiedzi m.in. starosta bytomski potwierdził, że śląscy panowie mają prawo sprzedać, przehandlować lub podarować swoich chłopów tak samo jak inne rzeczy.
Pod panowaniem pruskim władze w sporach między wsią a panami zaczęły popierać chłopów, bo chciały względnie zamożnego stanu włościańskiego. To chłopi mieli płacić podatki do kasy państwowej i to oni byli poborowymi w nowym typie armii, opartej na piechocie. Dlatego zaraz po zajęciu Śląska, w latach 1741-1749, w Prusach wydano kilka zarządzeń mających jakoby chronić chłopów przed zachłannością szlachty. W 1746 roku doszło nawet do tego, że starosta (landrat) strzelecki, hrabia Henckel, opracował regulamin obowiązków chłopskich. W piśmie przesłanym do ministra Śląska prosił, aby nie ujawniać jego autorstwa, bo mógłby wiele ucierpieć od tutejszej noblessy [stanu szlacheckiego – przyp. R.A.] lub zgoła mogłoby go spotkać jakie nieszczęście… Szlachta stawiała bowiem opór wszelkim zmianom na korzyść chłopów.
W wyniku tych zarządzeń doszło m.in. do buntu śląskich chłopów w podgłubczyckich Lewicach w 1748 roku i stłumionego rok później buntu w Białej Prudnickiej. Z powiatu głubczyckiego dotarła do Fryderyka II skarga, w której chłopi pisali: Przedtem pracowaliśmy dla pana dwa dni w tygodniu, obecnie trzy, ale w ten sposób, że wypędzają nas z domów przed piątą rano niemiłosiernie batożąc, by zwolnić nocą, kiedy już gwiazdy świecą na niebie.
Bunt chłopów wybuchł również w dobrach rybnickich w 1749 r. Jak przypomniał Oswald Stefan Popiołek w opracowaniu „Bunty chłopskie na Górnym Śląsku do 1811 r.”, władze pruskie, aby go stłumić, zakwaterowały wojsko w każdej zagrodzie. Zrujnowało to chłopów zupełnie. Poza tym chciano ich ukarać. I tu zaczęły się kłopoty. Co dla udręczonych ludzi może być jeszcze karą? Ciężkie roboty? Taczki? Więzienie? Przecież od najmłodszych lat wykonują najcięższe roboty, nie było dnia, który by się nie równał taczkom i robotom przymusowym! Więzienie zaś o suchym chlebie i wodzie byłoby dla nich ulgą i polepszeniem bytu. Przecież i tak nic lepszego nie jedzą i ciężko przy tym pracują, a w więzieniu nie musieliby robić! Po-przestano więc na pobiciu ich.
Przypuszczalnie pod wrażeniem tych buntów władze pruskie nakazały w 1749 roku właścicielom ziemskim stosować wprowadzoną ustawowo ochronę chłopów, m.in. zakaz wykupu przez właścicieli ziemskich ziemi chłopskiej, czyli rugowania chłopów. Co więcej, nakazały zwrot gruntów zagarniętych w ten sposób w ciągu poprzednich kilkunastu lat. Ustawa jednak nie weszła w życie i już w 1750 roku bunty ogarnęły ponad 20 wsi w powiecie raciborskim.
Od 1755 roku minister do spraw Śląska, Ernst Wilhelm von Schlabrendorf, próbował wprowadzić dziedziczenie ziemi przez chłopów, zakazywał stosowania kar cielesnych, handlu poddanymi i podnoszenia świadczeń pańszczyźnianych. Jednak działania te miały jedynie wymiar propagandowy, ponieważ większość tutejszych chłopów nie była właścicielami ziemi. Decyzje ministra miały kreować wśród chłopów przekonanie, że „dobry król” i ministrowie o nich dbają, a ich gnębicielami są jedynie „źli panowie”.
W 1756 roku wybuchła chłopska rebelia na Śląsku austriackim, w dobrach lutyńskich irlandzkiego hrabiego Mikołaja von Taaffe. Dwustu czterech chłopów z Niemieckiej Lutyni, Dziećmorowic, Skrzeczonia i Wierzniowic zbuntowało się przeciw pańszczyźnie i koczowało na polach za dworem w Niemieckiej Lutyni. Gdy do wioski wkroczyły wojska austriackie, uciekli na pruski Śląsk i obozowali pomiędzy Łaziskami a Godowem. W tej sytuacji hrabia von Taaffe zwrócił się do cesarzowej Marii Teresy, a ta poprosiła o pomoc… króla Prus. Fryderyk II nie omieszkał skorzystać z okazji i wojska pruskie zmusiły buntowników do powrotu na stronę austriacką, gdzie dziesięciu przywódców wtrącono do lochów zamku w Lutyni, a następnie skazano na kilka lat ciężkich robót w twierdzy Ołomuniec. Tak wyglądała klasowa solidarność feudałów ponad państwowymi konfliktami.
Podczas działań wojennych Śląsk był łupiony tak przez Prusaków, jak przez armie Habsburgów. Jeden z mieszkańców Jeleniej Góry zanotował: Wydaje się, że wszystkie wojujące partie sprzymierzyły się w zamiarze doprowadzenia Śląska do ruiny. Armia austriacka zaczęła na Śląsku plądrować i zdzierać okup z ludzi, którzy po złych zbiorach w 1760 roku już i tak cierpieli głód. Wkraczające do wiosek oddziały pieczętowały chłopom stodoły, aby ci nie mogli zabrać niczego na własne potrzeby. W tym samym czasie Fryderyk po odzyskaniu Wrocławia zażądał od niewiernych mieszkańców miasta 300 tysięcy talarów w srebrze, 500 tysięcy od śląskich kościołów i klasztorów, narzucił też klerowi katolickiemu, wbrew ugodzie z Altranstädt, 50-procentowy podatek. Następnie wprowadził do obiegu fałszowane pieniądze, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen. Przykładowo – ryż zdrożał o 100%, dwie marchewki kosztowały 1 srebrny grosz.
Była to zapewne kolejna przyczyna, dla której nawet wojna nie całkiem stłumiła opór chłopski. Zimą 1760 roku kontrybucje doprowadziły do zamieszek w powiecie kozielskim, a komendant twierdzy w Koźlu wysłał list gończy za byłym deputowanym powiatowym von Lipa z Radoszowa i byłym starostą von Blumencronem. Obaj poszukiwani utworzyli z unikających zaciągu do wojska chłopów oddział partyzancki, założyli bazę pod Opawą i robili rajdy przeciw Prusakom aż pod Opole. W 1761 roku poddani z królewszczyzny opolskiej odmówili dostarczenia Prusakom tzw. podwodów, czyli wozów z zaprzęgiem, którymi do huty królewskiej w Ozimku produkującej uzbrojenie miała być dowożona ruda żelaza. Dopiero interwencja wojska pruskiego zmusiła ich do wykonania świadczenia. W tymże roku hutnicy z huty w Krogulnie, przeważnie wolni robotnicy najemni, zażądali podwyżki płac.
W wyniku samej tylko wojny siedmioletniej zginęło 853 tysięcy ludzi. W śląskich wsiach zniszczono 3323 domy, 2225 stodół, 3495 obór. W miastach – 2917 domów, 399 stodół i 1380 obór i stajen. Na odbudowę zrujnowanego wojnami Śląska Fryderyk II przeznaczył 3 miliony talarów, czyli mniej więcej jednoroczne podatki, jakie z tej prowincji ściągał od ponad 20 lat. Od 1736 do 1763 roku liczba ludności Śląska spadła z ok. 1 miliona 800 tysięcy mieszkańców do 1 miliona 95 tysięcy. Zniknęło prawie 700 tysięcy Ślązaków! Oto demograficzna katastrofa wywołana podbojem Śląska przez Prusy.
Wojna doprowadziła liczne majątki szlacheckie do ruiny i w rezultacie śląscy panowie feudalni nie byli w stanie płacić podatków. Wprawdzie już w 1758 roku król wstrzymał licytację zadłużonych posiadłości do czasu zakończenia wojny, jednak po jej ustaniu gwałtownie spadły ceny zboża, co znów doprowadziło na skraj bankructwa kolejne majątki ziemskie. W tych latach niżsi i wyżsi urzędnicy państwa pruskiego kupowali połacie ziemi, karczowali lasy wbrew przepisom i ustawom państwowym, zaganiali ludzi do wszelkich możliwych robót, by czym prędzej wycisnąć jak najwięcej gotówki z nabytego majątku, a następnie sprzedać go szybko z zyskiem następnemu kupcowi. Przy tych transakcjach bardzo ważną rolę odgrywała liczba poddanych, a im liczniejsze i większe były ich służebności, tym więcej płacili nowi nabywcy. Ludzie byli w tym procederze żywym inwentarzem przynależącym do majątku.
Sprzeciw wobec takiej kolonialnej gospodarce pruskich urzędników i nowych panów pruskich na Śląsku doprowadził w 1764 roku do żywiołowych wystąpień chłopskich w kilku wsiach powiatu świdnickiego na Dolnym Śląsku. Rok później chłopi z Ołdrzyszowa k. Nowogrodźca między Jelenią Górą a Żaganiem odrzucili nowe żądania tamtejszego dworu, a następnie zbrojnie odpierali ataki zaprawionego w wojnie siedmioletniej wojska pruskiego, które z trudem zdołało ich pokonać. Wiosną 1766 roku wybuchł kolejny śląski bunt chłopski, tym razem w powiatach rybnickim, raciborskim, bytomskim, pszczyńskim, nyskim i gliwicko-toszeckim. Chłopi wypowiedzieli posłuszeństwo hrabiemu Emanuelowi Wengierskiemu, właścicielowi majątków w ziemi rybnickiej. Później odmawiali zapłacenia panom wszelkich danin. Uzbrojeni gromadzili się po lasach. Zaniepokojony rząd wysłał przeciw nim znajdujące się w pobliżu pułki. Od kul żołnierzy ginęli nie tylko zbuntowani mężczyźni, lecz także kobiety i dzieci. Po likwidacji powstania nastąpił odwet panów. Jak wyglądał, ujawnia pismo poborcy podatkowego z Toszka do ministra Schlabrendorfa, z którego wynika, że na własne oczy widział, jak pan przydeptał dwóm poddanym gardła, gdy wymierzał im 150 batów „na gołą koszulę”.
Tymczasem rozruchy chłopskie z powiatu raciborskiego przeniosły się na Śląsk austriacki, do stanowego państwa frysztackiego, które od 1748 roku należało do wspomnianego Mikołaja von Taaffego. Na czele ruchu stanął Ondra Fołtyn, gospodarz posiadający konia pod wierzch, czyli siodłak (po śląsku siedlok), ze Starego Miasta pod Karwiną. Trzykrotnie był on wcześniej ze swoimi skargami w Wiedniu – bezskutecznie. W 1766 roku spisanie wspólnych skarg do władz i wysłanie delegacji na dwór cesarski zaproponował Maciej Kolář z Dětmarowic. Na delegatów wybrano jego i Fołtyna. Jednak informacje o przygotowaniach szybko dotarły do burgrabiego Schwartza, który miał donosicieli wśród chłopów. Kolář i sześciu innych przywódców chłopskich zostało zatrzymanych i uwięzionych w Cieszynie. Fołtyna uratował huzar Széhenyego, który u niego mieszkał. Dzięki tej pomocy gospodarzowi udało się spiesznie wyruszyć w drogę. Dotarł do Wiednia 22 lutego i przekazał „memoriał” frysztackich chłopów Johannowi Karlowi hrabiemu Chotka von Chotkow und Wognin, cesarskiemu kanclerzowi Czech. Ten jednak kazał Fołtyna zatrzymać i pod eskortą odesłać do Cieszyna na przesłuchanie. Gdy więzień został zwolniony, pod jego wodzą wybuchły w majątku frysztackim największe zaburzenia chłopskie w tej części Śląska. Wydarzenia zaczęły się toczyć szybko: Fołtyn założył w Olszynach „wolną osadę” dla frysztackich siedloków, a ze Śląska cieszyńskiego trafiły do Wiednia 73 skargi. Wywołało to rozruchy w sąsiednich państwach stanowych. Wprawdzie Fołtyn został aresztowany wraz z innymi przywódcami rebelii na pół roku, jednak żony aresztowanych dotarły do cesarzowej, dzięki czemu Fołtyn został uwolniony, co znacząco podniosło jego autorytet na Śląsku Cieszyńskim. Wkrótce stanął na czele nowej delegacji wysłanej przez chłopów do Wiednia. W listopadzie 1766 roku wraz z Maciejem Michalcem z Petrovic znów był w stolicy.
Ożywiło to legalną aktywność chłopów ze Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego: w latach 1767-1768 ze 137 gmin wysłano do cesarzowej Marii Teresy ponad 1600 skarg i próśb. Chłopi przedstawiali w nich krzywdy, jakich doświadczali od panów, oraz prosili cesarzową o pomoc. W rezultacie w 1767 i 1771 roku w austriackiej części Śląska powołano specjalne komisje, tzw. komisje urbarialne, które miały ustalić i spisać dokładne wysokości chłopskich świadczeń na rzecz panów feudalnych, oraz wydano patent robotniczy (1771 rok). Również właściciele państwa frysztackiego musieli pójść na ustępstwa. W następnych latach cesarzowa Maria Teresa i jej następca, cesarz Józef II, ogłosili kilka zarządzeń ograniczających wyzysk chłopów, a w 1781 roku – ograniczenie osobistego poddaństwa chłopów.
W 1780 roku realia pruskiego Śląska opisał pewien Anglik, który zwiedził te okolice:zadziwią się moi rodacy, że w europejskich krajach chrześcijańskich istnieją szlachcice, co nie mogą pojąć, dlaczego panu nie miałoby być wolno okładać kijem i biczem swoich poddanych, ile razy im się podoba. Nic dziwnego, że pod koniec lat 70. XVIII wieku kolejne wsie wszczynały procesy przeciw swoim panom. Gdy wyroki okazały się niekorzystne dla nich – chłopi znów przestali „wychodzić na pańskie”. Uzbrojeni w kosy, siekiery itp., chronili się w lasach i organizowali zasadzki na patrole wojskowe. Kolejne powstanie chłopskie wybuchło w powiecie pszczyńskim w 1780 roku, po wysłaniu na wiosnę memoriałów i próśb do króla w Berlinie, które pozostały bez odzewu. Wówczas kilka wsi przerwało pracę podczas żniw na polach księcia pszczyńskiego Fryderyka Ferdynanda Anhalt-Köthen. Znów wezwano wojsko, znów była twierdza dla przywódców i baty dla pozostałych. Wydano nowe zarządzenie z ostrzejszymi karami, wzywające chłopów do spokoju i posłuszeństwa. Wójtowie mieli czuwać, by chłopi nie zbierali się po karczmach lub chatach, nie naradzali się w sprawie odmowy służby panom i nie urządzali zbiórki pieniędzy na pokrycie kosztów procesowych, podróży delegatów do króla lub opłacanie doradców. Wyszło też rozporządzenie ministra uprawniające panów do odebrania chłopom posiadłości i oddania ich innym – bardziej posłusznym. Rząd wysyłał wojsko do każdej opornej wsi, a chłopi na swój koszt musieli je kwaterować i żywić.
Najniebezpieczniej w latach 178–1786 było w powiatach kluczborskim, opolskim, prudnickim i średzkim oraz w ziemi kłodzkiej, wałbrzyskim i na Pogórzu Sudeckim, gdzie ruchy powstańcze chłopów miały już częściowo charakter masowy i były w pewnym stopniu zorganizowane. Nietypowy przebieg miały zamieszki w 1787 roku, gdy dobra w Ruptawie kupił Traugott von Ziemietzki, dotychczasowy właściciel Świerklan Dolnych, znany z surowości i gwałtowności. Gmina ruptawska nie chciała go przyjąć, a gdy nadjeżdżał, pojawili się chłopi z widłami i cepami. Do rzezi nie doszło tylko dlatego, że nowy właściciel obrał inną drogę do dworu i przenocował w spichlerzu. Przez noc chłopi ochłonęli i w końcu przyjęli nowego pana.
W tym czasie na śląskich chłopów spadły nowe udręki ze strony pruskiej szlachty: jeszcze w 1788 r., dwa lata po śmierci Fryderyka, sprzedawanie chłopów odbywało się na Śląsku bez ingerencji władz pruskich. Szlachta bowiem, wypełniając wolę króla, przystąpiła do budowy manufaktur i fabryk, w których zatrudniani byli chłopi – zmuszani do pracy w nieznanych sobie warunkach w ramach pańszczyzny lub tzw. odrobku.
Od 1792 roku na śląską wieś zaczęły docierać informacje o rewolucji we Francji i o uchwaleniu konstytucji w Polsce. W napiętej – z powodu handlu ziemią i ludźmi – atmosferze doszło w 1793 roku do krwawych rozruchów niemal we wszystkich powiatach górnośląskich. Dworom odmawiano pracy i płacenia podatku gruntowego, odbijano i uwalniano aresztantów, znęcano się nad urzędnikami dworskimi nieludzko postępującymi z chłopami, żądano wydalenia ich. Podobnie zachowano się w stosunku do wójtów uległych panom, odgrażano się szlachcie, obijano chętnych do pracy. Zaczęto nieprawnie korzystać z pastwisk dworskich i niszczyć dworskie zagajniki. Wybuchały protesty przeciw zbyt częstemu zamykaniu ludzi w areszcie, nędznemu odżywianiu i opłacaniu czeladzi dworskiej, przeciw likwidacji pastwisk, zakazowi hodowli owiec przez chłopów i wypasaniu pańskich owiec na chłopskich gruntach. Chłopom marzyła się równość stanów, podział gruntów pańskich i to, żeby wojsko nie występowało przeciwko nim.
W takiej atmosferze w Jemielnicy pod Strzelcami Opolskimi Marek, zwany Prawym (niem.der Gerechte), stanął na czele protestu chłopów śląskich przeciw niesprawiedliwemu gospodarowaniu drewnem w lasach opactwa cystersów. Według donosu miał on grozić, że jeśli ludzie nie dostaną lepszego drewna na opał, to powtórzy się to, co we Francji, i naród weźmie sobie drewno siłą. Podobno głosił też, że los chłopów nie poprawi się, jeśli na Śląsku nie powtórzy się to, co lud zrobił we Francji. Na podstawie takich donosów władze kazały pojmać go. A 17 marca 1794 r. – pięć dni po wybuchu insurekcji w Polsce – na rynku w Opolu w dzień targowy przepędzono Marka Prawego sześciokrotnie przez szpaler żołnierzy, którzy bili go pałkami. Po dwóch dniach skatowanego odwieziono do Jemielnicy, gdzie zmarł w wyniku odniesionych ran. Miejscowi chłopi zostali skutecznie zastraszeni. Mimo to w latach 1799-1800 znów wybuchały w tzw. polskich powiatach zamieszki, które miały już wyraźnie antyfeudalny charakter. W tym czasie wśród robotników w hutach i kopalniach Bytomia i Tarnowskich Gór oraz pośród chłopów z okolicznych wsi nasiliły się antypruskie nastroje. W 1798 roku doszło tam do buntu, po którym świerklaniecki Donnersmarck wypędził z Rudnych Piekar 24 rodziny górnicze mówiące po polsku. Powoli antykolonizatorskie nastroje wykraczały poza stan włościański.
W 1799 roku wskutek wyzysku i ucisku panów feudalnych wybuchł w Krzyżowicach, Szerokiej i Boryni dobrze przygotowany bunt chłopski. Nowością było to, że chłopi uciekli do lasu i zaczęli zbójować. Tymczasem do Krzyżkowic przybył wysłannik rządowy, dzierżawca majątków księcia pszczyńskiego w tych wioskach, Schlütterbach. Gdy w tłumie chłopów zebranych w karczmie trzech ze starszyzny wiejskiej – szanowanych chłopów krzyżkowickich – zdobyło się na odwagę, by powiedzieć mu prawdę o warunkach panujących w ich wiosce, Schlütterbach postanowił ich ukarać. Kazał im się rozebrać do koszul i gaci, a następnie wejść do klatki dla zwierząt. W końcu weszli wszyscy trzej. Parobcy dworscy musieli ich włożyć na sanie i konwój wyruszył przed karczmę pod osobistym dozorem samego Schlitterbacha. […] Zanim ich dowieziono do karczmy, Poloczkowi już puściła się krew z nosa. Osunął się na kolana, jedną dłonią opierając się o dno, drugą o boczną ścianę klatki. Po siwych włosach zaczęła mu kroplami sączyć się krew. Nieszczęśliwi, nie mogąc poruszać się swobodnie, zmieniali pozycję tylko o tyle, że raz opierali się plecami, raz lewym, kiedy indziej prawym ramieniem o ostre kanty klatki. Na jej dnie zaś raz klękali kolanami, to opierali cały swój ciężar na stopach, to podpierali się rękami. Ostre kanty coraz głębiej wbijały im się w ciało… W tym momencie na miejsce kaźni przybyli zbuntowani chłopi-zbójnicy z pobliskiego lasu i… zabili dzierżawcę. Na znak solidarności z chłopami krzyżowickimi spłonęły wtedy także pańskie stodoły w Boryni i Szerokiej.
Bunty przeciw pańszczyźnie trwały również w latach 1800-1806, tak na Dolnym, jak i na Górnym Śląsku. Ale jeszcze bardziej zaczęło wrzeć wśród chłopów, gdy po klęsce Prus w wojnie z Napoleonem na chłopów spadły główne ciężary francuskiej kontrybucji oraz grabieże i rekwizycje francuskich strzelców i huzarów (np. w Wodzisławiu i okolicy). Tym bardziej, że sprusaczona szlachta śląska coraz gwałtowniej zaczęła egzekwować powinności feudalne wcześniej często niewykonywane, a nawet nakładać nowe. Po włączeniu, na mocy pokoju w Tylży, pruskiego tzw. Nowego Śląska do Księstwa Warszawskiego oliwy do ognia dolała połowiczna reforma Fryderyka Wilhelma III, który 9 października 1807 roku zniósł wprawdzie poddaństwo osobiste chłopów, ale ziemię przez nich uprawianą pozostawił w ręku szlachty. Sprawiło to, że chłopi, osobiście wolni, nadal mieli obowiązek świadczyć dawne powinności feudalne, w tym pańszczyznę, a także podlegali sądownictwu feudałów. W 1808 roku nastroje jeszcze bardziej podgrzało uwłaszczenie chłopów w pruskich dobrach państwowych.
W 1811 roku wybuchł kolejny bunt, znany pod nazwą zmowy tworkowskiej. Tym razem przyczyną była wieść gminna, jakoby panowie ukrywali przed ludem ustawę, na mocy której w Prusach zniesiono poddaństwo. Ponieważ jej tekst był po niemiecku – Ślązacy mówiący w większości po polsku nie mogli jej zrozumieć, a tam, gdzie się o niej dowiadywali i żądali jej wprowadzenia w życie, byli przez panów oszukiwani. W rezultacie doszło do powstania chłopskiego w 170 polskich i czeskich gminach powiatów pszczyńskiego i raciborskiego, m.in. na lewym brzegu Odry w Tworkowie, Bieńkowicach, Boguminie i okolicy, a na prawym brzegu – w Lubomi, Nieboczowach, Kamieniu, Rogowie, Bełsznicy, Czyżowicach i Syryni. Wiodącą rolę odegrali w nim sołtysi i wolni kmiecie.
W tym czasie panem na zamku w Tworkowie był Johann von Eichendorff, stryj znanego niemieckiego poety romantycznego ze Śląska, Josepha von Eichendorffa. Mimo przypomnienia edyktem z 24 października 1810 roku, że chłopi mają obowiązek odrabiania pańszczyzny dopóty, dopóki nie doprowadzą do ugody z właścicielami ziemi w sprawie jej zniesienia i np. zastąpienia oczynszowaniem, chłopi nie wierzyli urzędnikom pruskim i panom feudalnym. W przypadku Tworkowa – nie bez podstaw – dotyczyło to Johanna von Eichendorffa. Ów brak zaufania doprowadził w połowie stycznia 1811 roku do zwołania w Tworkowie zjazdu przedstawicieli 19 okolicznych gmin, którzy pod przywództwem rzeźnika (po śląsku: masorza) Macieja Gracy oraz gospodarza (czyli kmiecia) Drobnego, ogłosili, że będą się przeciwstawiać dalszemu odrabianiu pańszczyzny, bo według nich jest to niezgodne z wolą króla. W rozmowach z przedstawicielami władz oświadczyli, że są wolni i nie dadzą się zmusić żadną przemocą do jakichkolwiek pańszczyzn, że sprzymierzyli się z sobą i chętniej pozwolą się posiekać na kawałki niż dalej odrabiać robocizny.
Tak rozpoczęła się „zburzka”, jak wówczas te rozruchy nazywano. Do czynnej walki wzywał chłopów Szymon Boczek, chałupnik z Kamienia w powiecie raciborskim. Twierdził,że trzeba zbroić się, poruszyć do powstania chłopów sąsiednich gmin i pójść do Tworkowa. Stanisław Michalkiewicz, autor książki o tym buncie, przywołał opinię anonimowego pruskiego szlachcica, że po polskiej stronie Odry było jeszcze spokojnie, aż około 10 lutego 1811 r. wystąpiła wieś Pszów, która wysłała 50 chłopów do Krzyżkowic, którzy udali się do ludzi odrabiających pańszczyznę, aby odstąpili od pracy, bo zgodnie z edyktem królewskim [z 9 października 1807 roku – przyp. R.A.] wszelka pańszczyzna ustaje. O ile relacja ta jest niezupełnie zgodna z chronologią wydarzeń, bo już 7 lutego protest przeciw pańszczyźnie podjęli chłopi z Godowa, a 8 lutego z Gołkowic – o tyle godne uwagi jest to, że w opinii cytowanego Prusaka oraz w świetle innych urzędowych dokumentów istniała wówczas „polska strona Odry”, co znaczyło, że w powszechnej ocenie klas panujących na prawym jej brzegu ludność mówiła śląską polszczyzną.
Już 8 lutego sąd dominialny w Wodzisławiu Śląskim wysłał do śląskiego Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu pismo, w którym stwierdzał, że Obecnie wskutek działalności deputacji wysyłanych z gmin już objętych powstaniem, szerzy się ono także na obszarze tutejszego dominium. […] Gminy nie tylko odmawiają wykonywania obowiązujących powinności, ale sięgają znacznie dalej niż ich sąsiedzi, albowiem gwałtownie wzbraniają dominium korzystania z lasów, które chcą sobie przywłaszczyć.
W takich okolicznościach Ernst Wilhelm von Birkhahn, starosta (landrat) powiatu pszczyńskiego, rozesłał do sołtysów okolicznych wsi wezwanie, aby stawili się 11 lutego wraz z dwoma przedstawicieli wiosek do jego siedziby w Marklowicach Górnych. Zamierzał powagą swego urzędu wymóc posłuszeństwo wobec właścicieli majątków feudalnych i zachowanie spokoju publicznego. Jakież było jego zaskoczenie, gdy rankiem tego dnia pod wodzą sołtysa Józefa Bieni z Jedłownika zaczęły do dworu w Marklowicach ściągać tłumne delegacje, głównie z dominium w Boguminie. Wystraszony landrat zbiegł do Pszczyny, nie spróbowawszy nawet zorganizować planowanego zgromadzenia. W tej sytuacji chłopi pod wodzą Bieni wdarli się na podwórze dworu w Marklowicach i zażądali od przerażonej żony landrata okazania edyktu królewskiego wyzwalającego od pańszczyzny. Gdy okazało się, że w siedzibie starosty takowego nie ma, zażądali wydania dokumentu zwalniającego ich z robót na rzecz dworu starościńskiego w Marklowicach. Wówczas nadjechał dziedzic majątku w Połomi Ludwik von Minnigerode. Chłopi wzburzeni ucieczką landrata i brakiem żądanych dokumentów chcieli go zmusić do podpisania ugody zwalniającej chłopów z robót w jego majątku. Gdy odmówił, obili go 50 razy pałką, jego żonę publicznie znieważyli, a następnie przegnali chłopów nadal w pobliżu odrabiających pańszczyznę. Wkrótce kilkuset chłopów pod wodzą Bieni, Jakuba Antończyka z Wilchw oraz ośmiu chłopów pańszczyźnianych z wsi Odry ruszyło do Marklowic Dolnych i wtargnęło do majątku baronowej von Tann. Tam również rozpędzili odrabiających pańszczyznę dla jej dworu oraz zażądali dokumentu zwalniającego okolicznych chłopów z robocizn. Następnego dnia podczas najścia zbuntowanych chłopów z Dolnych i Górnych Marklowic, Jastrzębia i Dolnej Boryni na dwór deputowanego powiatu pszczyńskiego von Schlotterbacha w Boryni Górnej doszło do starcia z jego czeladzią dworską. Chłopi zwyciężyli, jednak i tym razem nie zdobyli królewskiego „edyktu wolności” ani dokumentu potwierdzającego rezygnację z pańszczyzny na rzecz dworu.
W powiecie pszczyńskim w powstaniu brały udział 74 gminy, w tym 32 gminy ograniczyły się tylko do odmowy wykonywania świadczeń, 36 gmin wykazało bardzo dużą aktywność, a udział chłopów w powstaniu był powszechny. W Baranowicach groźna 500-osobowa gromada chłopów z okolicznych wsi znieważyła tamtejszą właścicielkę dworu i jej córkę von Durant i zmusiła do czterokrotnego wystawienia rewersu o rezygnacji z powinności Baranowic, Osin i Rzuchowa. […] W gminach tych oraz w Szerokiej zrodził się pomysł całej opisanej wyprawy do Baranowic. Po Baranowicach ta sama gromada chłopów udała się do Rogoźnej. Splądrowano dwór i spowodowano liczne szkody, które szacowano na blisko 730 talarów – sumę bardzo znaczną. Równocześnie wymuszono wystawienie rewersu o rezygnacji z dotychczasowych powinności. Bunt chłopski nadal się rozszerzał. Między ludźmi z innych wsi ludzie z Osin i Baranowic udali się do majątku w Gardawicach. Uciekającą właścicielkę zatrzymano i zmuszono do rezygnacji ze świadczeń feudalnych oraz wypłacenia 36 talarów, kwotę tę przypuszczalnie chłopi podzielili między siebie. Straty powodowane napadami oszacowano na 190 talarów. Potem udano się do Woszczyc, gdzie między innymi wymieniono sołtysa z Osin Harazima. Stamtąd skierowano się do Rudziczki, gdzie wyróżnił się też Harazim, a wyrządzone szkody wyniosły 56 talarów – pisał Stanisław Michalkiewicz w książce „O rzeźniku Gracy, zmowie tworkowskiej i powstaniu chłopskim w 1811”.
Do buntu przyłą¬czyły się wkrótce wszystkie gminy dominium rybnickiego: Książnice, Golejów, Ochojec, Grabownia, Wielopole, Przegędza, Rybnicka Kuźnia, Orzepowice, Jejkowice, Szczejkowice, Ligota, Smolna, Zamysłów, Radoszowy, Niedobczyce, Chwałowice, Bogu¬szowice, Rowień, Kłokocin, Popielów, Bierułtowy, Radziejów, Rój, Jankowice Rybnickie oraz Świerklany Górne. W sumie uczestniczyli w nim chłopi z 25 podrybnickich gmin. Anonimowy szlachcic sporządził następujący opis wydarzeń: przybyło do Rybnika 4000-5000 chłopa, otoczyli dzierżawcę tamtejszego urzędu inwalidzkiego i żądali od niego edyktu. Kiedy ten zapewniał, że go nie ma, krzyczeli: powiesić go! Przypadkowo jeden z nich krzyknął: na pewno ksiądz go ma. Halo, do niego! – wrzeszczeli wszyscy. Wywlekli go z izby, kiedy edyktu, rzecz jasna, nie miał, chcieli go powiesić. Wyszedł kapelan
CC0 JanDix, pixabay.com/pl/topór-stary-drwal-ostrze-tło-1008982/
w ornacie i z krucyfiksem w ręku, oni jednak na to nie zważali, wciągnęli go do izby i kazali mu szukać edyktu. W tym momencie prześliznął się ksiądz i uciekł. W sam raz przybył w tej chwili porucznik Tilow z 30 ułanami, którzy swymi dzidami zaraz zaatakowali tych 400 chłopów. Kilku z nich zadźgano, bardzo wielu raniono i jeszcze więcej schwytano. Ci ostatni zostali na miejscu wychłostani i tak uratowano szczęśliwie księdza, kapelana i dzierżawcę. Następnego dnia przyszli od powstańców kurierzy do wszystkich wsi z odezwą: Halo, halo, do walki do Rybnika, my chcemy pomścić naszych braci. Moi ludzie i ci w sąsiedztwie obiecali pójść, zostali jednak w domu. […] W Baranowicach dostała baty starsza pani von Jänisch, zarządcę nieomal zabito. Pani von Dyren, niegdyś żona pułkownika von Dyrickea, została również zmaltretowana, musiała chłopom nałożyć fajki, zapalić, później ją obrabowano.
16 lutego chłopi z Pielgrzymowic udali się do Pawłowic, gdzie napadli na dwór Ferdynanda Gusnara. Gusnar każdemu chłopu musiał ucałować ręce. W Pawłowicach wyrządzono szkodę na 1200 talarów. […] Dołączyli do nich przybysze z Jastrzębia Górnego oraz Bzia. Wsadzili właściciela do drewnianej klatki, wywieźli do pobliskiego Strumienia i zmusili do zniesienia pańszczyzny w swoich dobrach. Przywódcą był Maciek Kiełkowski z Pielgrzymowic. Na pomoc przybyło wojsko pruskie, które osadziło buntowników w pałacowych lochach i każdemu z nich wymierzyło karę chłosty od 20 do 60 uderzeń. Ruch chłopski między 11 a 16 lutym polegał na żądaniu wydania edyktu wolności, odrzuceniu jakichkolwiek świadczeń na rzecz dworów, lekceważeniu i poniżaniu panów, stosowaniu wobec nich przemocy, masowych wystąpień wykraczających poza ramy legalności – stwierdza wspomniany Michalkiewicz. Oznaczało to, że dalsza eskalacja oporu wsi zaczynała z punktu widzenia władz przybierać charakter zbyt niebezpieczny, groźny dla istniejącego porządku feudalnego.
Dlatego 11 lutego 1811 roku pruski komisarz Lehmann wracał do Tworkowa z 60-osobowym oddziałem huzarów pruskich, zachowując szczególne względy ostrożności, aby zaskoczyć oporną gminę i jej sąsiadów. W nocy z 10 na 11 lutego oddział został postawiony na nogi, a około piątej nad ranem wymaszerował z Raciborza pod dowództwem rotmistrza Koehlera. Jak pisze S. Michalkiewicz, do Tworkowa nie było daleko. Już o wpół do siódmej oddział znajdował się w pobliżu wsi. Część żołnierzy kordonem opasała Tworków. Natomiast jeden z podoficerów z grupą huzarów pośpieszył w stronę kościelnej dzwonnicy, by nie dopuścić do bicia w dzwony i zaalarmowania całej okolicy, co utrudniłoby wykonanie egzekucji. Podstawowa część oddziału tymczasem posuwała się w się w głąb wsi i przypuszczalnie została zauważona przez mieszkańców Tworkowa, gdyż prawie natychmiast po pojawieniu się żołnierzy ludność jak na komendę zaczęła gromadzić się w miejscu normalnie odbywanych zebrań gminy. Wśród przybyłych brakowało jedynie Gracy, który próbował wydostać się poza granice Tworkowa, ale został rozpoznany i zatrzymany przez jednego z żołnierzy. Należy przypuszczać, że zamierzał zaalarmować gminy związane zmową, by następnie podjąć walkę.
15 lutego 40 ułanów wkroczyło do Mikołowa. Porucznik Sługocki z tego oddziału otrzymał zlecenie, aby z 20 ułanami pospieszył jak najszybciej do Łazisk Średnich, gdzie chłopi plądrowali dwór Blandowskiego, wszystko mu zniszczyli, a jego samego ciężko poturbowali; Sługocki pierwszy przybył do Mikołowa, a dowiedziawszy się, że tu w pewnym szynku jest około 50 chłopów zgromadzonych, otoczył ów szynk i pragnął chłopów pojmać; to mu się jednak nie udało, bo chłopi się rzucili na ułanów tak zawzięcie, że ci tylko gęstą strzelaniną zdołali chłopów rozproszyć, ale nie pojmać. Porucznik Sługocki podążył dalej i po drodze we Wyrach miał bardzo poważne starcie z chłopami, którzy byli właśnie przy plądrowaniu dworu; tu we walce kilku chłopów zginęło, 32 wzięto do niewoli i odstawiono do Koźla, a kilka dni później jeszcze dalszych 14 chłopów aresztowano. Podczas starcia w Wyrach zginął Franciszek Wodziczko, chałupnik z Mokrego, który mianował się generałem. Wielu innych chłopów odniosło rany. Wyrządzone straty oceniano na 1750 talarów. Poza Wodziczką szczególną aktywnością odznaczyli się jego zastępca Jan Bończyk z Mokrego, kanonier Bartek Nawrot i fizylier Wałek Szopa oraz Piecha i Jantuła z Łazisk. Z samego Mokrego podobno uczestniczyło w zajściach 64 chłopów. Do starć z wojskiem doszło też m.in. w Ornontowicach i Mizerowie pod Pszczyną.
16 lutego do Raciborza wkroczył batalion fizylierów z Nysy i szwadron huzarów z Prudnika, a 18 lutego do Wodzisławia – śląski pułk ułanów. Rozpoczęła się pacyfikacja: ruchliwość oddziałów wojska na lewym i prawym, „polskim” brzegu Odry, wkraczanie prawie do każdej wioski, czasem kilkakrotne w ciągu dnia, sprawiały wrażenie wszechobecności armii pruskiej. 20 lutego oddziały skierowały się przez Borynię do Kopciowic, a stamtąd do granicy państwa. Ludzie pod przymusem wrócili do dawnych zajęć, schwytani za uczestnictwo w rebelii otrzymali po 50 plag, a przywódcy zostali uwięzieni w Pszczynie. Przez kilka dni trzymano ich o chlebie i wodzie. Wreszcie 18 marca, aby ostatecznie spacyfikować zbuntowanych chłopów, aresztowano 256 przywódców i pod silną eskortą wojska, zakutych w kajdany lub dyby, przypędzono do Raciborza. W więzieniu miejskim nie było już miejsc, więc, jak opisuje Michalkiewicz,zamknięto ich w celach klasztoru dominikańskiego. Każdego aresztanta położono na ławce i wymierzono mu po 20 batów. Wy macie rozum w zadkach, więc trzeba wam go wbić do głowy – tłumaczono tę czynność nieszczęsnym delikwentom. […] I tak do końca 1811 roku wojsko bez przerwy miało zajęcie przy pacyfikowaniu jednej wsi za drugą, a w końcu niemal każdy gospodarz miał swego umundurowanego stróża. W marcu 1811 zburzka chłopów była już wszędzie stłumiona; około 70 chłopów straciło w niej życie. Ale pomimo uspokojenia oddziały wojskowe pozostały nadal na straży w powiecie pszczyńskim, w okolicach Rybnika, Gliwic itd. Aż do czerwca tego roku. Sądy rozpatrzyły sprawy 788 chłopów, dwóch skazano na karę osadzenia w twierdzy, 91 ukarano więzieniem, 582 poddano chłoście, a 113 uniewinniono.
Początkowo przywódcy powstania przebywali w twierdzy w Koźlu, później przekazano ich do więzienia w Raciborzu. Byli wśród nich M. Graca i jego współtowarzysz, były gwardzista pruski, Kokolla z Olzy. Obaj uciekli. Jak stwierdzono w śledztwie, Kokolla i Graca wyzyskali nieduży otwór okienny, znajdujący się na wysokości 61 stóp nad powierzchnią rzeki, i przy pomocy sznura uplecionego ze słomy opuścili się na dół. Kto dostarczył im słomy, nie udało się wykryć. Zbiegów nie złapano. Kokolla prawdopodobnie uciekł do Księstwa Warszawskiego i wstąpił do polskiego wojska. Obok Gracy i Kokolli w czasie chłopskiego powstania wyłoniło się wielu większych i pomniejszych przywódców. Spośród znanych przywódców buntu raport Lehmanna wymienia 10 osób, m.in. sołtysa Józefa Bienię z Jedłownika, który również zbiegł po stłumieniu zaburzeń do Księstwa Warszawskiego.
Ludność miasteczek położonych na obszarze objętym powstaniem sympatyzowała z chłopami, ale – sterroryzowana kwaterunkami wojska pruskiego – nie udzieliła im czynnego poparcia. W „zburzce” wzięła udział pewna liczba żołnierzy urlopowanych lub wysłużonych, wśród których prawie wszyscy mieli nazwiska polskie. Chłopski opór na Śląsku przyczynił się w znacznym stopniu do dalszych reform pruskich: 14 listopada 1811 roku ogłoszono tzw. edykt regulacyjny, na mocy którego chłopi uzyskali możliwość nabywania na własność uprawianej ziemi, ale płacili za to oddawaniem panom jednej trzeciej, a w wielu przypadkach połowy gruntu, ewentualnie – płacili gotówką jednorazowo lub w ratach znaczne sumy. Ze względu jednak na opór miejscowych feudałów w 1827 roku rząd pruski ogłosił specjalną ustawę dla Górnego Śląska, na mocy której w regionie wstrzymano znoszenie pańszczyzny dla zagrodników.
Dla budowanych kopalń, hut i fabryk magnaci powstającego przemysłu potrzebowali taniego robotnika. Pozbawieni środków do życia śląscy chłopi zostali w ten sposób urzędowo skazani na wydziedziczenie i dołączenie do rodzącego się proletariatu. Wyrugowani z ziemi, zasilili szeregi robotników najemnych i znaleźli się w trybach równie wyniszczającego kapitalistycznego wyzysku. Dokonywanego go na eksploatowanym kolonialnie Śląsku, w interesie pruskich magnatów węgla i stali, pod dyktatem najpierw militaryzmu Prus, a później Niemiec, zjednoczonych „krwią i żelazem” przez kanclerza Bismarcka.
przez Jarosław Tomasiewicz | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.
Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.
Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.
Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.
Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.
Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.
(Łk 6, 20–26)
Lewica zawdzięcza chrześcijaństwu więcej, niż chciałaby przyznać. Idea, że ludzie są równi wobec Boga, zaowocowała egalitaryzmem społecznym. Przekonanie, że wszyscy są dziećmi jedynego Boga, którego panowanie rozciąga się na cały świat i przekracza plemienne panteony, legło u podstaw uniwersalizmu. Nawet koncepcja Postępu nie mogłaby zaistnieć bez wcześniejszego zadomowienia się w ludzkich umysłach linearnej koncepcji czasu, w myśl której historia dzieje się od punktu Alfa do punktu Omega, od stworzenia świata do paruzji…
Tak, chrześcijaństwo było ruchem rewolucyjnym. Nawet jeśli niektóre z tych idei występowały wcześniej (np. w stoicyzmie), to dopiero ono poniosło je w masy. Było także u swego zarania ruchem ludowym. Fryderyk Engels pisał: Z jakich żywiołów rekrutowali się pierwsi chrześcijanie? Przeważnie z „cierpiących i obciążonych”, z najniższych warstw społecznych, jak przystoi żywiołowi rewolucyjnemu. A z kogo składały się te warstwy? W miastach z podupadłych wolnych, należących do najrozmaitszych narodów, […] dalej z wyzwoleńców (byłych niewolników) i zwłaszcza z niewolników; w wielkich posiadłościach ziemskich Włoch, Sycylii, Afryki – z niewolników, na wsi chłopów, upadających coraz bardziej pod brzemieniem długów. To ich aspiracje i marzenia chrześcijaństwo wyrażało, obiecując Królestwo Niebieskie, Miasto Święte – Jeruzalem Nowe, w którym wynagrodzona będzie cnota: I otrze Bóg wszelką łzę z oczu ich: a śmierci dalej nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani boleści więcej nie będzie. Marksistowski historyk żydowskiego pochodzenia Max (Moses) Beer uważał, że komunizmem proletariatu rzymskiego był chrześcijanizm.
Cnotą chrześcijańską była pokora i życie skromne, znamionujące biednych. Był to pogląd na wskroś rewolucyjny, bo w dotychczasowych systemach teologicznych bogactwo traktowano na ogół jako widomy dowód przychylności bogów. Chrześcijanie natomiast uważali, że aby wyzwolić się z mocy szatana, pana tego świata (kuszącego Chrystusa słowami: Dam ci całą tę potęgę i wspaniałość, bo jest mi dana, a komu chcę daję ją, Łk 4, 6–7), trzeba wyrzec się dóbr materialnych. Żaden nie może dwóm panom służyć. […]. Nie może służyć Bogu i mamonie, mówi Jezus (Mt 6, 24). Gdy więc pewnego razu przystąpił do Jezusa pobożny młodzieniec, pytając, jak ma postępować, aby „mieć żywot wieczny”, rada Nauczyciela była jednoznaczna: Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Usłyszawszy to młodzieniec odszedł smutny, bo posiadał wielkie dobra. Jezus zaś rzekł uczniom swoim: zaprawdę powiadam wam, bogacz tylko z trudnością wejść może do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz powtarzam wam: łatwiej przejdzie wielbłąd przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do królestwa Bożego (Mt 19, 21–24). Swoich uczniów napominał: żaden z was, jeśli nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14, 33). Warto tu zwrócić uwagę, że Jezus nie rozróżniał między bogaczami, którzy w sposób godziwy nabyli swój majątek, i bogaczami, którzy wzbogacili się w sposób nieetyczny – potępiał bogaczy w ogóle.
Ideał Dwunastu miał charakter nie tylko antykonsumpcyjny, ale też antyprodukcyjny. Uczeń Chrystusa miał troszczyć się o zbawienie, a nie o codzienność, zdawać się na łaskę Boga, brać przykład z ptaków niebieskich czy kwiatów polnych (Mt 6, 25–32). Wynikało to z faktu, że światopogląd pierwszych chrześcijan był na wskroś apokaliptyczny – wierzyli oni, że starcie sił dobra z siłami zła, koniec starego świata i ustanowienie Królestwa Bożego na ziemi nastąpią jeszcze za ich życia. Zobaczą, jak Bóg rozprasza pysznych i ich serc zamysły, strąca mocarzy z tronów, a wywyższa pokornych. Głodnych napełnia dobrami, a bogaczy odprawia z pustymi rękoma (Łk 1, 51–53). Nadejdzie Dzień Sądu, wyrównanie krzywd.
Kosmiczna rewolucja nie następowała, należało więc organizować sobie życie doczesne w ramach istniejącego społeczeństwa. Mistyczna egzaltacja ustępowała praktyce życia codziennego, jednak chrześcijanie starali się postępować zgodnie z nakazami Chrystusa. Najwyższym nakazem etycznym była – oprócz miłości Boga – miłość bliźniego (gr. agape), która miała manifestować się codziennymi uczynkami. Ks. prof. Mieczysław Żywczyński pisze: Tu wszystkich łączyła miłość i kto jej nie praktykował, nie był właściwie chrześcijaninem. Oznaczało to obowiązek wzajemnej pomocy: Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe (Ga 6, 2).
W Jerozolimie pierwsi wierzący ustanowili koinonia, wspólnotę dóbr, oddając swój majątek we wspólne posiadanie: Wszyscy, którzy przyjęli wiarę, stanowili jedno serce i jedną duszę. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, i wszystko było im wspólne. […] Nikt więc spomiędzy nich nie cierpiał niedostatku. Bo kto posiadał ziemię lub domy, sprzedawał je, a uzyskane stąd pieniądze przynosił i składał u stóp apostołów. A z tego przydzielano każdemu według potrzeby (Dz 4, 32–35). Dzieje Apostolskie przytaczają charakterystyczną opowieść o Ananiaszu, który próbując zachować dla siebie część pieniędzy ze sprzedaży majątku, nie tylko został surowo skarcony przez św. Piotra, ale w dodatku zaraz zmarł (Dz 5, 1) – to czytelna sugestia boskiej kary za samolubstwo. Zwyczajem pierwszych chrześcijan były też codzienne wspólne posiłki, podczas których wierni łamali chleb po domach i spożywali pokarm z radością i w prostocie serca(Dz 2, 46). „Wspólność dóbr” była tu wspólnością użytkowania, nie wytwarzania. Każdy chrześcijanin mógł użytkować dobra swych współbraci, ci zaś, którzy coś posiadali, nie mogli odmawiać nieposiadającym. Właściciel nie tracił swych praw, ale dzielił je z innymi. Ten wczesnochrześcijański komunizm spożycia występował w początkach nowej religii, gdy chrześcijanie byli jeszcze nieliczni, za to ogarnięci świętym zapałem.
Jednak również w okresie późniejszym, gdy gminy chrześcijańskie przestały prowadzić wspólne gospodarstwa, utrzymały charakter organizacji samopomocowych. Wbrew pozorom wsparcie to nie ograniczało się do jałmużny i dobroczynności. Homilia „Pseudo Clementina” z III wieku mówi, że obowiązkiem chrześcijan jest dawać pracę zdolnym do niej, niezdolnym zaś okazywać miłosierdzie. Dlatego przede wszystkim starano się potrzebującym pomocy zapewnić zajęcie, a jeśli nie mieli odpowiednich kwalifikacji, usiłowano ich przyuczyć. Św. Cyprian organizował pomoc dla jednej z biednych gmin afrykańskich, posyłając m.in. rzemieślników, którzy mogliby nauczyć rzemiosła jej członków. W rezultacie ówcześni chrześcijanie to już nie „ptaki niebieskie”, ale społeczność ludzi pracy, głównie fizycznej. Nawet kapłani i biskupi utrzymywali się sami. Św. Justyn (II wiek) pisze, że wszyscy chrześcijanie utrzymują się z pracy swych rąk. Potwierdzał to przeciwnik chrześcijaństwa Celsus, opisując z pogardą chrześcijan jako zbiorowisko szewców, tkaczy i krawców.
Nie wszyscy jednak członkowie gminy byli w stanie sami się utrzymywać. Osoby chore, kalekie, niedołężne, a zwłaszcza wdowy i sieroty – oni wszyscy musieli żyć z pomocy współbraci. Trzeba było nie tylko od czasu do czasu zapewniać im wsparcie w pieniądzu czy w naturze, lecz także zorganizować stałą opiekę, gdy nie mieli przy sobie nikogo. Gmina wspierała też współwyznawców przebywających w więzieniach. Niechętny chrześcijanom Lucjan z Samosaty opisał ich postępowanie: Bo jest rzeczą nie do wiary, jak prędko ci ludzie [chrześcijanie] znajdą się wszędzie, gdzie idzie o jakąś sprawę dotyczącą ich wspólnoty, nie szczędzą wtedy niczego. Wynikać miało to z faktu, że ich pierwszy prawodawca wpoił w nich mniemanie, że wszyscy są między sobą braćmi, skoro się nawrócą.
Generalnie pomoc zapewniano braciom w wierze. Były jednak i przypadki pomagania poganom. Gdy około 251 roku w Aleksandrii wybuchła zaraza, chrześcijanie opiekowali się wszystkimi chorymi, zbierali i chowali zmarłych bez różnicy wyznania. Jeszcze w IV wieku cesarz Julian Apostata pisał ze zdumieniem o tym pomaganiu przez chrześcijan poganom.
Taka pomoc wymagała dużych środków, które pochodziły z ofiar wiernych. Jałmużna nie była obowiązkiem prawnym, lecz religijnym – kto jej nie udzielał, popełniał grzech (delictum według św. Cypriana). Akt pomocy bliźniemu był taką czynnością jak modlitwa, wymagał stanu łaski. Dawało się nie ludziom, ale Bogu, a potrzebujący otrzymywał pomoc nie od ludzi, lecz od Boga. Dlatego bogatsi nie dawali ofiar bezpośrednio biednym (choć nie było to zakazane), ale biskupowi, bo ten był przedstawicielem Boga, i biskup w imię Boże pomagał potrzebującym. Ofiary uiszczali wszyscy (choć w zależności od możliwości), był to więc swego rodzaju podatek.
Legendy rzymska z V wieku mówi, że gdy urzędnik zapytał diakona Wawrzyńca o skarby kościelne, ten wskazał mu tłum biednych – to miała być ta, użyjmy współczesnego języka, „inwestycja Kościoła”, gdyż środki pochodzące z ofiar były tym lepiej zabezpieczone, im bardziej święcie zostały użyte. Urzędnik miał zapałać nienawiścią do niezrozumiałej religii,która nakazuje takie używanie bogactw.
W ślad za praktyką podążała wczesnochrześcijańska myśl społeczna, a zwłaszcza refleksja dotycząca własności. Problem stawał się tym bardziej palący, im większą popularność zyskiwało chrześcijaństwo, gdyż pociągało to za sobą rozwarstwienie majątkowe gmin. Wstępowali do nich coraz częściej ludzie zamożni, którzy niechętnie pozbywali się swego majątku. Opinie chrześcijan na temat tego problemu były podzielone. Rygoryści, tacy jak Minucjusz Feliks (II wiek), krytykowali własność prywatną jako ostoję egoizmu, żądali zrzeczenia się majątku na rzecz gminy przez wiernego, który miał zostawić sobie tylko pewne minimum. Nie odwracaj się od biedaka – czytamy w „Didache” (II wiek) – ale podziel się wszystkim z bratem swoim i nie zwij niczego swą własnością, albowiem, jeśli macie wspólny udział w nieśmiertelności, tedy ileż więcej w rzeczach znikomych. Wtórował temu św. Jan Chryzostom (IV wiek): Nic więcej ani nic cenniejszego nie zostało dane bogaczowi, nic mniej ani nic gorszego biednemu, wszystkich powołał[Bóg] jednakowo i po równo wszystkim dał zarówno rzeczy doczesne, jak i duchowe. Skąd zatem pochodzi tak wielka nierówność w życiu? Pochodzi z chciwości i zuchwalstwa bogaczy. I dodawał: Niepodobna się wzbogacić bez nieprawości. A jeśli ktoś odziedziczył po swym ojcu? Wówczas dziedziczy mienie nieprawością zdobyte.
Również św. Ambroży uważał własność prywatną za sprzeczną z prawem natury. Mimo arystokratycznego pochodzenia należał do najbardziej radykalnych chrześcijan. Choć jako biskup Mediolanu był zarządcą rozległych dóbr ziemskich, uważał majątek kościelny za własność diecezjan i sam żył bardzo skromnie. Nie ograniczał się jednak do osobistego przykładu i doraźnej krytyki krzywd, ale tworzył chrześcijańską teorię sprawiedliwości społecznej. Twierdził, że wszystko na ziemi zostało stworzone przez Boga na użytek ludzi. Bóg kazał przyrodzie rodzić w tym celu, aby każdy mógł się wyżywić. Ponieważ zaś ludzie rodzą się w łączności wzajemnej, by sobie nawzajem mogli być pożyteczni, wnioskował, że natura wytwarza wszystko dla wspólnego użytku wszystkich (natura enim omnia omnibus in commune profudit). Zdaniem Ambrożego więc natura stworzyła wspólne prawo własności, uzurpacja wytworzyła prywatne prawo własności (natura igitur ius commune generavit, usurpatio ius fecie privatum). Bóg chciał, by ziemia była posiadłością wszystkich ludzi i owocami służyła wszystkim, lecz chciwość rozdała prawa własności – głosił. Uważał, że własność prywatna jest skutkiem grzechu. Wyjaśniał więc bogaczom: Nie z twego dajesz biedakowi, lecz zwracasz mu z tego, co jego jest, co bowiem wspólne na użytek wszystkich jest dane, to sobie uzurpujesz, ziemia należy do wszystkich, nie do bogaczy (quod enim commune est in omnium usum datum solus usurpas. Omnium est terra, non divitum). Rufin z Akwilei wyciągał stąd wniosek: Ziemia wspólnie wszystkim ludziom została dana, niech nikt nie nazywa swoim tego, co zostało wzięte ze wspólnego ponad własną potrzebę i otrzymane siłą.
Głos rygorystów, choć z początku donośny, ostatecznie znalazł się jednak w mniejszości. W Kościele zwyciężył pogląd, że chrześcijanin może zachować majątek, by wspierać nim bliźnich. Klemens Aleksandryjski (II-III wiek) oznajmił, że Bóg nie odrzucił bogatych i nie zamknął przed nimi zbawienia, o ile gotowi są spełniać wolę Bożą, tzn. jeśli nie będą używać swej własności wyłącznie dla siebie, ale też dla potrzebujących. Bogactwo miało być tylko narzędziem czynienia dobra w służbie bożej. Różnica ze stanowiskiem rygorystów leżała raczej w sferze rozwiązań praktycznych niż założeń teoretycznych. Umiarkowani zgadzali się, że dobra ziemskie Bóg stworzył jednakowo dla wszystkich, a nierówność majątkowa jest następstwem grzechu. To Bóg jest rzeczywistym właścicielem wszystkich dóbr, które służyć mają wszystkim, a posiadacze doczesnych tytułów własności są jedynie Jego powiernikami. Instytucja własności prywatnej była więc akceptowana jako przypadłość grzesznego świata, nakładano jednak na nią chrześcijańskie powinności. Dobre używanie własności miało polegać na tym, że właściciel zachowywał dla siebie tylko to, co jest konieczne do utrzymania, a resztą dzielił się z innymi zgodnie z zasadą miłości bliźniego.
Św. Cyprian w III wieku uważał, że grzeszy ten, kto zatrzymując bogactwa dla swych dzieci, nie zmniejsza ubóstwa potrzebujących. Jeszcze w VI wieku Grzegorz Wielki pisał:Nie wystarcza, że się innym nie zabiera ich własności; nie jest bez winy, kto zachowuje dla siebie dobra, które Bóg stworzył dla wszystkich. Kto nie daje innym, co ma, jest zbójem i mordercą; ponieważ bowiem zachowuje dla siebie, co mogło by służyć do utrzymania ubogich, więc można powiedzieć, że dzień w dzień zabija on tylu, ilu mogłoby wyżyć z jego zbywających bogactw. Kiedy dzielimy się z potrzebującymi, to nie dajemy im niczego, co do nas należy, lecz to, co do nich należy. Nie jest to miłosierdzie, lecz spłata długu.
Przytoczmy jeszcze jeden przykład radykalnej interpretacji wczesnochrześcijańskiej teorii własności, wymagającej użytkowania jej na rzecz dobra ogółu. Biskup Cezarei, św. Bazyli, tak opisywał egoistycznych bogaczy: Jak gdyby ktoś, zająwszy w teatrze miejsce na widowni, nie chciał tam wpuszczać przychodzących, uważając za swoją własność to, co wspólnie stoi otworem dla powszechnego użytku, tak właśnie postępują bogacze. Zająwszy bowiem naprzód wspólną własność, przywłaszczają sobie na podstawie wcześniejszego zajęcia. A gdyby każdy zabierał sobie tylko to, co wytwarza na jego własną potrzebę, a to, co nadto, pozostawiał potrzebującemu, to nikt nie byłby bogaty i nikt biedny. I dalej zwracał się wprost do nich: A skąd pochodzi to, co masz? Jeśli powiesz, że ze zrządzenia losu, toś bezbożnik, co nie zna Stworzyciela ani nie poczuwa się do wdzięczności wobec Dawcy, jeśli zaś przyznajesz, że masz to od Boga, to powiedz nam, dlaczegoś to dostał? Czy Bóg, który nierówno rozdzielił dobra ziemskie, nie jest niesprawiedliwy? Czy to nie musi być dlatego, abyś i ty otrzymał zapłatę za swoją poczciwość i dobre włodarstwo, i on odebrał wielką nagrodę za cierpliwość? Ty zaś, ogarnąwszy wszystko nienasyconym łonem chciwości, sądzisz, że nikogo nie krzywdzisz, choć tylu pozbawiasz ich części?
Zasady te jednak były z biegiem czasu interpretowane w sposób coraz bardziej elastyczny. Przyczyniły się do tego przemiany w łonie chrześcijaństwa. Nawrócenia zamożnych zmieniały strukturę gminy, ich masowość sprawiała, że konwertyci nie dostosowywali się do dawnych zwyczajów, ale wnosili do Kościoła podziały klasowe. Już w II wieku Hermas skarżył się na pychę bogatych chrześcijan wobec biedaków i na niechęć zamożnych do dawania jałmużny. Tymczasem gminy obrastały w dobra i instytucje, co rodziło nowe hierarchie. Od początku istnieli duchowni (biskupi), którzy wskutek pracy dla gminy nie mieli możności zarabiać na swe utrzymanie, dlatego żyli z datków wiernych. W miarę upływu czasu wyjątek przerodził się w regułę. Duchowieństwo rozrosło się liczebnie, wyodrębniło w zwartą grupę, wewnętrznie uhierarchizowaną. Część bogaciła się kosztem biednych, zaniedbywała chorych, wdowy i sieroty – opisywali takie przypadki już m.in. Orygenes i Cyprian. Choć majątek gminy nadal był uważany za „dziedzictwo ubogich”, to zmieniły się zasady jego użytkowania. W V wieku dochody kościelne dzielono na cztery równe części, przeznaczane odpowiednio dla biskupa, kleru, kościoła (budowa i utrzymanie świątyń) i biednych.
W ślad za ukorzenianiem się Kościoła w strukturze społeczeństwa rzymskiego narastały tendencje kompromisowe wobec panującego ładu. Tkwiący w samym rdzeniu chrześcijaństwa pierwiastek pacyfistyczny interpretowany był już nie tylko jako odrzucenie gwałtu, ale pogodzenie się z immanentnie skażoną złem doczesnością. Pokora wobec wyroków Opatrzności zmieniała się w akceptację instytucji wyrosłych z grzechu pierworodnego. Swój finał ewolucja ta znalazła w pismach św. Tomasz z Akwinu, który stworzył teologiczne uzasadnienie dla własności prywatnej. Warto jednak zauważyć, że Akwinata nie zerwał z fundamentami myśli wczesnochrześcijańskiej. W jego ujęciu własność jest nadana człowiekowi w użytkowanie przez Boga, dlatego nie oznacza (jak w prawie rzymskim) prawa do „użycia i nadużycia”, ale wymaga właściwego wykorzystania. W zgodzie z Ojcami Kościoła Tomasz uważał, że właściciel ma stosownie do rozmiarów swego majątku obowiązek pomagania bliźnim przez udzielanie jałmużny. Przyznawał nawet, że w sytuacji wyjątkowej wolno przy pomocy siły zabrać nadwyżkę własności i rozdać ją potrzebującym.
Ostatnim bastionem chrześcijańskiego kolektywizmu były klasztory. Pojawiły się one w IV wieku (pierwszy został założony przez byłego żołnierza Pachomiusza w 323 roku), gdy chrześcijanie mogli już działać legalnie, a zarazem łagodzenie rygorów rodziło wśród chrześcijańskich radykałów tęsknotę za ewangelicznymi ideałami. Jednak nie tylko fundamentaliści garnęli się do wspólnot monastycznych. Jak zauważył jeden z najwybitniejszych marksistów przełomu XIX i XX wieku Karol Kautsky, klasztory stanowiły przytułek dla proletariuszów i ciemiężonych włościan. Potwierdzał to św. Augustyn, pisząc, że służbie Bożej poświęcają się najczęściej niewolnicy lub wyzwoleńcy, […] albo chłopi, rzemieślnicy i inni plebejusze. Zwracają uwagę, że twórcy monarchizmu – Antoni, Pachomiusz, Benedykt z Nursji – nakazywali mnichom pracę ręczną, Kautsky stwierdzał: Większość klasztorów były to związki ludzi ubogich, którzy się zjednoczyli, aby wspólnie łatwiej zapracować na kawałek chleba. […] Pod względem charakteru i celu można klasztory porównać do stowarzyszeń wytwórczych proletariuszów naszych czasów. Usprawiedliwiał nawet celibat: Odrębne małżeństwa jednostkowe w klasztorze byłyby niewątpliwie rozbiły jego komunizm […]. Klasztorom nie pozostawało nic innego jak wyrzeczenie się małżeństwa, jeżeli chciały ratować swój komunizm, a przez to i same siebie.
Zakony niebawem podzieliły los duchowieństwa świeckiego. Hojne nadania sprawiły, że klasztory, jak pisał Kautsky, ze stowarzyszeń wytwórców stały się stowarzyszeniami wyzyskiwaczy. Zakonnicy nie musieli już pracować, zaś bezczynność – wbrew najsurowszym nawet wymogom reguły – prowadziła do demoralizacji. Upadkowi obyczajów cyklicznie wypowiadano wojnę: ruchy takie jak Cluny (X/XI wieku) czy cystersi (XI/XII wieku) wymagały od mnichów powrotu do ewangelicznej prostoty, wyrzeczenia się własności osobistej, bezwzględnego posłuszeństwa i surowego umartwienia popędów cielesnych. Po pewnym czasie wszystko wracało jednak w stare koleiny.
Najbardziej radykalna była próba reformy podjęta przez św. Franciszka z Asyżu na przełomie XII i XIII wieku Franciszek nawiązał do tradycji zakonu żebraczego, rozciągając jednak nakaz ubóstwa nie tylko na mnichów, ale na całe zgromadzenie. Zakon Braci Mniejszych nie mógł mieć majątku ani prowadzić działalności gospodarczej. Miał się utrzymywać wyłącznie z własnej pracy, o jałmużnę (ale nie pieniężną!) prosić tylko w skrajnych przypadkach. Zwolennicy złagodzenia rygorów rychło znaleźli jednak furtkę. Papież Innocenty IV w 1245 roku uznał, że franciszkanie mogą użytkować dobra nie jako swą własność (ta przynależała papiestwu), ale „posiadłość”. Reforma wywołała opozycję spirytuałów (fraticelli), którzy opierając się na tercjarzach, czyli świeckich zakonnikach, będących najczęściej rzemieślnikami, domagali się prawa do przestrzegania reguły całkowitego ubóstwa.
Ruch spirytuałów został stłumiony przez Jana XXII (1316–1334), ale duch św. Franciszka odżył jeszcze w XVI wieku, gdy franciszkanin Mateusz z Bascio założył zakon kapucynów oparty na pierwotnej regule Braci Mniejszych. To „bractwo życia pustelniczego” praktykowało surową ascezę (mieszkanie w szałasach, odziewanie się w szorstkie suknie, chodzenie boso), a kaznodziejstwo, adresowane do prostego ludu, łączyło z działalnością dobroczynną („sklepy chrystusowe” dla ubogich, spichlerze monti frumentari dla głodujących).
Dzieje chrześcijaństwa to nieustanne zmagania między ewangelicznym duchem a ciążeniem materii. Chrześcijaństwo, stając się religią panującą, nie tylko zinstytucjonalizowało się, sformalizowało i zrytualizowało, ale też odeszło od pierwotnych maksymalistycznych ideałów w kierunku pragmatyzmu. Ale czy był to jedyny ruch społecznej przemiany, który wejście w główny nurt okupił daleko idącymi kompromisami? Czyż nie mamy takich przykładów w XX czy nawet XXI stuleciu?
przez Piotr Wójcik | środa 5 października 2016 | Lato 2016
XXI wiek także doczekał się swojego Schumpetera. Teorię antykruchości autorstwa Nassima Taleba wiele łączy z teorią twórczej destrukcji, której zwolennikiem był austriacki ekonomista. Ma ona jednak także zaskakująco wiele wspólnego z filozofią, na której oparto ideę państwa dobrobytu, szczególnie w jego skandynawskiej wersji. Ta zaś godzi bardzo wysoki poziom zabezpieczenia społecznego z wyjątkową elastycznością oraz otwartością na ryzyko, dzięki czemu doskonale wpisuje się w ramy antykruchości zarysowane przez amerykańskiego myśliciela pochodzącego z Libanu.
Pochwała zmienności
Koncepcja antykruchości jest oparta na niezbyt odkrywczej tezie, że przeciwności losu mogą wzmacniać i rozwijać człowieka. Oryginalność Taleba polega na tym, że choć swoją koncepcję, budzącą intuicyjne zaufanie większości ludzi, wywodzi ze zjawisk biologicznych, to stara się przenieść ją na poziom społeczny, by na tej podstawie budować zręby zdrowego porządku.
Powiedzenie „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” można zastosować nie tylko do prozaicznych sytuacji życiowych. Pasuje ono także do ludzkiego ciała i zjawiska hormezy. Polega ona na tym, że niewielka, kontrolowana dawka trującej substancji może spowodować nadmierną reakcję obronną organizmu, który po starciu z wrogiem staje się bardziej odporny także na zagrożenia innego rodzaju. Powstaje zatem pewna nadwyżka, którą można wykorzystać do rozwoju. Dotyczy to ciała i duszy, ale i różnych obszarów życia społecznego: Właśnie ów nadmiar energii uwolniony dzięki przesadnej reakcji na przeszkody odpowiada za innowacje1. Inaczej mówiąc, człowiek wystawiony na pewne trudności, które dzięki wysiłkowi jest jednak w stanie przezwyciężyć, może dokonać wartościowych społecznie czynów, jakich nie dokonałby, gdyby jego droga była usłana różami.
Społeczeństwo poddawane przeciwnościom losu, które nie są w stanie go unicestwić, może być wspólnotą ukształtowaną znacznie lepiej niż inne, żyjące np. w komfortowym otoczeniu geopolitycznym czy dysponujące bogatymi zasobami surowców. Łatwo wymienić przynajmniej kilka państw, które pasują do tej teorii jak ulał – chociażby małą, ubogą w surowce i zagrożoną bliskością Rosji, ale zamożną Finlandię. Dla organizmów żywych istnienie przeszkód, nazywanych przez Taleba stresorami, może być zbawienne, ich brak zaś – degenerujący. Można sprowadzić to do kolejnego popularnego powiedzenia, według którego ktoś spoczywa na laurach po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju. Przypadków sportowców przegrywających łatwe z pozoru potyczki mamy w historii sportu całkiem sporo i właśnie brak stresorów najczęściej odpowiadał za takie sytuacje. Pewny siebie, lecz zbyt „wyluzowany” mistrz świata w boksie przyjmuje nokautujący cios od zawodnika, który mógłby być co najwyżej jego sparingpartnerem. Słynna, pełna gwiazd drużyna piłkarska lekceważy mecz – i odpada z krajowego pucharu, przegrywając z trzecioligowcem. A potomek słynnej rodziny bankierów, który może mieć wszystko na zawołanie, przepuszcza życie przez palce, urządzając hulanki, wydając pieniądze na lewo i prawo, zmieniając partnerki jak rękawiczki, aż pewnego ranka budzi się sam jak palec, goły i (nie)wesoły. Zupełny brak stresorów nikomu nie wychodzi na zdrowie.
Istnienie stresorów łączy się zarówno z powstawaniem pożytecznej nadwyżki w wyniku nadmiernej reakcji, jak i ze zmiennością. Komfortowa egzystencja pozbawiona większych niepokojów jest niewątpliwie stabilna, ale nierzadko– nadto stabilna. Brak przeszkód nie tylko nie pozwala wspiąć się na palce, by poszerzyć horyzont naszej obserwacji, ale też pozbawia nas zmienności, czyli naturalnego filtru, który co jakiś czas oczyszcza otoczenie lub nas samych z zaległych spraw do rozwiązania. Stresory są po prostu informacją, która wskazuje, co w naszym życiu nie gra, a następujące co jakiś czas huśtawki wydarzeń niejako wymuszają podjęcie działań naprawczych w tych podatnych na awarię obszarach, tak by nawarstwione przez lata problemy nie zwaliły się nam kiedyś na głowę jednocześnie. Taleb daje przykład pożarów wybuchających co jakiś czas w lasach:Wahania mogą również pełnić funkcję swego rodzaju czynników oczyszczających. Niewielkie pożary lasów okresowo oczyszczają system z najbardziej łatwopalnych materiałów, nie dając im się nagromadzić2. Gdyby nie te okresowe pożary w końcu wybuchłaby jedna wielka pożoga, która objęłaby cały las i zapewne pobliskie domostwa.
Zmienność jest więc wentylem bezpieczeństwa, który spuszcza powietrze z nabrzmiałego balona. Gdy w związku nie dochodzi co jakiś czas do karczemnych awantur, kończy się to z reguły czymś dużo gorszym, czyli „cichymi dniami”, które są zwykle pierwszym krokiem do rozstania. Spadek sprzedaży może być dla przedsiębiorstwa i przejściowym kryzysem, i znakomitym sygnałem, że należy szukać nowych obszarów działalności, bo obecne już się wyczerpują, a to pozwala w porę można zareagować na zmianę trendów. Wystarczy przypomnieć historie takich firm, jak Kodak czy Nokia, które przez lata miały komfortową i stabilną sytuację podmiotu dominującego na rynku, przez co przespały rynkowe przesilenie i obecnie słaniają się na nogach.
Zasada potrzeby zmienności dotyczy też poziomu społecznego. Bardzo stabilne na pierwszy rzut oka porządki społeczne mogą wybuchnąć i zamienić się w ekstremistan, gdy długi okres niezwykłego spokoju prowadzi do nagłego załamania, a patologie zamiatane pod dywan ujawniają się nagle z jakiejś przyczyny. Na pewno wszyscy pamiętają, jak wielkim zaskoczeniem dla świata była Arabska Wiosna, czyli seria buntów społecznych, które znienacka rozlały się na Egipt i niemal cały Maghreb, choć wydawało się, że sytuacja jest tam zakonserwowana na lata. Tymczasem w przeciętnostaniezmienność jest immanentną cechą porządku społecznego i choć wahania są częste, to – umiarkowane. Doprowadzają do naprawy systemu, a nie do jego załamania. Za przykład mogą posłużyć kraje zachodniej Europy, gdzie od lat bardzo często wybuchają strajki, mają miejsce liczne demonstracje czy niepokoje społeczne, a jednak są one jednymi z najbardziej bezpiecznych miejsc na świecie, nawet gdy uwzględnimy niedawne zamachy w Paryżu i Brukseli.
Jak widać, odpowiednia dawka stresorów to nie jedyny czynnik ważny dla odpowiedniego funkcjonowania człowieka czy społeczeństwa – równie ważna jest towarzysząca im zmienność. Antykruchy jest więc człowiek, którego życiu towarzyszy odpowiednia dawka stresorów oraz zmienności. Stresory są mu potrzebne, żeby się rozwijał, a zmienność – aby utrzymywał czujność, dzięki której w porę będzie mógł reagować na rozwój wydarzeń. Antykruchy porządek społeczny powinien więc stworzyć obywatelom warunki zapewniające odpowiednią dawkę obu czynników.
Nieodzowność zabezpieczenia
W jaki sposób powyższe tezy mogłyby się przełożyć na zręby porządku społecznego? Jak na razie czytelnik może odnosić wrażenie, że koncepcji Taleba najbliżej jest do modelu anglosaskiego, mocno elastycznego, ze stosunkowo niewielką liczbą sztucznie stworzonych stabilizatorów, w którym system sam co jakiś czas wraca do stanu równowagi. Tymczasem porządek skandynawski, pełen różnego rodzaju zabezpieczeń społecznych, wydaje się bardzo daleki od pomysłu libańskiego filozofa. Nic bardziej mylnego.
Oczywiście, skoro stresory wpływają zbawiennie na człowieka, to trzymanie obywateli pod kloszem jest najlepszą drogą do wytworzenia społecznej apatii. Jednak stresory mogą wpływać korzystnie na ludzkie ciało (wzmacniając je), ale tylko do określonej granicy3. Hormeza przecież nie polega na tym, że im większa dawka trucizny, tym szybszy postęp. Wręcz przeciwnie – jeśli przesadzimy z ilością, to organizm, zamiast wzmocnić się, umrze. Gdy przed człowiekiem stanie przeszkoda zupełnie nie do pokonania, zamiast podjąć walkę i wygrać ze swoimi ograniczeniami może on raczej się załamać i już do końca życia wystrzegać się ryzyka. Gdy pracownik traci pracę w mało stabilnej, ale rokującej branży i musi obniżyć standard życia, lecz nie grozi mu utrata środków na utrzymanie, możemy raczej założyć, że zmobilizuje się i jeszcze nieraz zaryzykuje pracę w tak niepewnym, ale rozwojowym otoczeniu. Porażka go zaboli, ale nie wbije w ziemię. Da impuls do nadmiernej reakcji, dzięki której być może zajdzie dalej niż w sytuacji, gdyby wszystko szło mu jak z płatka. Tymczasem gdy człowiek tracący pracę orientuje się, że w zasadzie nie ma niczego, na czym mógłby się oprzeć, jest prawie pewne, że sytuacja raczej go stłamsi, niż rozwinie, a o jego odważnych krokach w przyszłości możemy zapomnieć. Podobnie jest ze zmiennością – nie chodzi o to, żeby życie ludzkie przypominało jazdę na rollercoasterze. Zmienności muszą towarzyszyć okresy, gdy czujemy, że odzyskaliśmy kontrolę nad swoim życiem, a sprawy znów idą w dobrym kierunku: Ważna jest częstotliwość stresorów. Ludzie zwykle lepiej sobie radzą ze stresorami ostrymi niż z chronicznymi, szczególnie gdy po tych pierwszych następuje odpowiednio długi czas na regenerację, dzięki czemu stresory mogą wykonać swoje zadanie jako nośniki informacji4. I właśnie dlatego istnieje system zabezpieczenia społecznego – ma być tamą dla stresorów niebezpiecznych.
Potrzebę istnienia zabezpieczeń widać już we fragmentach, które opisują wyżej nakreśloną nadmierną kompensację. Zjawisko redundancji (czyli nadmiarowości w stosunku do tego, co wystarczające) w naturze pojawia się nie tylko pod postacią nadmiernej reakcji żywych organizmów. Innym jej przykładem jest to, że natura ubezpiecza się na różny sposób, np. obdarzając organizmy większą liczba organów, niż jest to potrzebne. Dlatego człowiek ma np. dwie nerki, a jego płuca mają większą wydolność niż niezbędna do przeżycia. Dzięki temu natura jest gotowa na sytuacje ekstremalne, w których np. konieczne jest wycięcie organu. Człowiek powinien brać z tego przykład. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę chronić każdego przed upadkiem, lecz o to, by stworzyć takie otoczenie, w którym z upadku można się podnieść. Należy pozwolić ludziom popełniać błędy, gdyż tylko w taki sposób możliwy jest rozwój, trzeba jednak stworzyć mechanizmy pozwalające im odpowiednio szybko stanąć na nogi, gdyby upadli. Co więcej, wypracowanie takich zabezpieczeń jest priorytetem także według Taleba. To ubezpieczenie ma pierwszeństwo przed ryzykiem, nie odwrotnie: Pierwszym krokiem w kierunku antykruchości jest ograniczenie potencjału spadku, a nie zwiększenie potencjału wzrostu. […]. (N)asze zadanie polega na wyjaśnieniu co robić, żeby zminimalizować szkody powstałe wskutek błędów prognozowania, czyli co robić, żeby nasz świat nie rozpadł się na kawałki, kiedy popełnimy błąd, a wręcz zyskał na tym doświadczeniu. Na razie nie chcemy zmieniać świata […], najpierw powinniśmy zwiększyć wytrzymałość różnych rzeczy na usterki i błędne prognozy albo nauczyć się wykorzystywać te pomyłki5.
Na nieodzowność zabezpieczenia społecznego wskazuje również strategia sztangi Seneki, którą według Taleba należy kierować się w życiu. Polega ona na połączeniu maksymalnego zabezpieczenia przed niebezpieczeństwem oraz wystawienia pozostałych wolnych zasobów (energii, środków pieniężnych) na maksymalne ryzyko. Inaczej mówiąc, jest to strategia łącząca mocno rozwiniętą elastyczność z daleko posuniętym zabezpieczeniem. Najpierw zadbajmy o asekurację, a tym, co nam zostanie, grajmy z pełnym ryzykiem. W ten sposób zabezpieczamy tyły (minimalizujemy potencjał straty), a jednocześnie zachowujemy szansę wykorzystania potencjału wzrostu. Nawet jeśli z tej ryzykownej gry wyjdą nici, de facto nic nie stracimy, gdyż o własne bezpieczeństwo zatroszczyliśmy się wcześniej. Za to gdy jedna z naszych ryzykownych kart weźmie, zyski mogą być wręcz nieograniczone. Strategia pozbawiona zabezpieczenia byłaby sztangą bez obciążenia z jednej stronie, zbyt podatną na ryzyko, a więc kruchą. Zrezygnowanie z niezbędnej asekuracji to odwrotność koncepcji antykruchości i jako takie jest zupełnie niezgodne z myślą Taleba.
I tu dochodzimy do systemu skandynawskiego, będącego w istocie dokładnym odwzorowaniem strategii sztangi, gdyż łączy on szerokie zabezpieczenie społeczne ze znaczną elastycznością. O tej cesze modelu „Norden” mówi się rzadko, tymczasem charakteryzuje się on ogromną otwartością na zmiany i ryzyko. Ryzyko to jest jednak przeniesione na poziom społeczeństwa, dzięki czemu negatywne efekty błędów czy spadków rozchodzą się po całej wspólnocie. Ta zaś amortyzuje je, nie są więc tak bolesne, jak w systemie pozbawionym zabezpieczenia społecznego. Doskonałym przykładem mógłby być duński model rynku pracy, zwany flexicurity, czylielaspieczeństwo. Sama jego nazwa musi przywoływać na myśl sztangę Seneki. Wystarczy tylko pobieżnie się mu przyjrzeć, żeby przekonać się, że jest to system antykruchy. Łączy bardzo wysokie zasiłki (otrzymuje je aż 80 proc. bezrobotnych – w Polsce kilkanaście procent), dochodzące w niektórych przypadkach nawet do 90 proc. ostatniego wynagrodzenia (przeciętnie jest to ok. 50 proc.) i wypłacane przez dwa lata (w Polsce 6 miesięcy) z bardzo dużą elastycznością zatrudnienia (krótkie okresy wypowiedzenia, łatwość rozwiązania umowy, niskie odprawy itd.)6. Całość spina aktywna polityka rynku pracy, dzięki której publiczne instytucje pośrednictwa pracy potrafią błyskawicznie pomóc w znalezieniu nowego zatrudnienia. Utrata pracy nie jest więc dla pracownika wielkim problemem, gdyż wie on, że będzie w stanie szybko odbić się od dna. Zapewniana przez ten system zmienność jest ogromna – aż 30 proc. zatrudnionych zmienia pracę co roku. Średni okres zatrudnienia w jednym miejscu wynosi zaledwie niecałe 8 lat, co jest drugim po Islandii7 najniższym wynikiem w Europie. Wszystko to dzieje się przy jednocyfrowym bezrobociu, bo pracodawcy nie mają większych oporów przed zatrudnianiem, wiedząc, że w razie potrzeby nie będą mieli problemu z rozwiązaniem umowy. System ten bardzo dobrze wpasowuje się w ramy, które nakreśliłem powyżej – nie skupia się na likwidowaniu sytuacji, w których ktoś upada, lecz na minimalizowaniu szkód, żeby upadający mógł szybko stanąć na nogi: Flexicurity osiąga swoje podstawowe cele. Jednym z nich nie jest bowiem, przypomnijmy, unikanie bezrobocia w ogóle, lecz raczej bezrobocia długoterminowego, czyli maksymalnie szybki powrót bezrobotnych do pracy8.
Na podobnych zasadach oparty jest w zasadzie cały model skandynawski, co oczywiście nie oznacza, że w każdym kraju wygląda on dokładnie tak samo. Skandynawowie słusznie wyszli z założenia, że prawdziwej elastyczności nie można zapewnić bez odpowiedniego zabezpieczenia społecznego, tak jak i sztanga Seneki potrzebuje obu końców, aby działać. Publiczna opieka medyczna, zasiłki mieszkaniowe, polityka prorodzinna – wszystko to ma za zadanie tworzyć minimalizującą straty poduszkę, na którą zawsze mogą opaść obywatele w razie niekorzystnego biegu wydarzeń. Nie zdejmuje to z nich odpowiedzialności, daje im jedynie pewność, że w razie katastrofy nie stracą wszystkiego i nie zostaną na lodzie. Dzięki temu mogą odważnie i sprawnie poruszać się w zmiennym otoczeniu. Zwolennicy wolnego rynku i państwa minimum, podważający konieczność istnienia systemu zabezpieczenia społecznego, chcą więc stworzyć ułomną wersję sztangi Seneki, wyposażoną tylko w jeden koniec, czyli w ekspozycję na ryzyko. Model wolnorynkowy jest zatem wyjątkowo kruchy, a model antykruchy musi się składać zarówno z zabezpieczenia (i to w pierwszej kolejności), jak i ze zmienności oraz ryzyka. Tak jak model „Norden”.
Nie przegapić żadnej możliwości
Spoiwem zabezpieczenia oraz zmienności są opcje, czyli okazje, jakie przynosi nam życie i spośród których musimy rozsądnie wybierać. Są gryfem sztangi, łączą oba jej obciążenia. Żeby w pełni efektywnie z nich korzystać, człowiek musi się na nie otworzyć i pogodzić ze zmiennością życia. W końcu nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie historia, a zakładanie z góry, że nie chcemy już nic w naszym życiu zmieniać, siłą rzeczy będzie oznaczać przegapienie mnóstwa okazji do rozwoju. Jednak z drugiej strony, żeby swobodnie korzystać z pełnego wachlarza opcji, musimy być odpowiednio zabezpieczeni. Trudno racjonalnie planować, gdy ma się uzasadnione wątpliwości, czy uda się wyżywić rodzinę. Młody publicysta może poświęcać wolny czas na pisanie w kilku miejscach, stawiając na przyszłe powodzenie na tej drodze życiowej, ponieważ ma w miarę stabilny etat w urzędzie – gdyby nie to, raczej nie miałby głowy do pisania. Natomiast dobrze zapowiadający się gitarzysta basowy punkowej kapeli musi zrezygnować z grania nieprzynoszącego mu jak na razie dochodu, gdyż jego żałośnie niska pensja wymaga brania nadgodzin, po których zwyczajnie nie ma sił na koncerty i próby.
Bezpieczeństwo socjalne jest więc niezbędną podstawą pełnego korzystania z dostępnych opcji i wolności w ogóle: Inteligentnie wykorzystana niezależność finansowa może uczynić was wytrzymałymi; otwiera przed wami różne możliwości i pozwala podjąć dobrą decyzję. Ostateczną opcją jest wolność9. W bardzo podobnym duchu pisze Guy Standing, autor „Prekariatu”. Argumentuje on za koncepcją gwarantowanego dochodu podstawowego, ale jego tezy możemy traktować jako argumenty na rzecz samego zabezpieczenia społecznego – mniej istotne, w jakiej dokładnie formie: Co do zasady, transfery pieniężne mają charakter emancypujący: zapewniają bezpieczeństwo ekonomiczne, które pozwala podejmować życiowe decyzje i rozwijać własne zdolności. Ubóstwo wiąże się z brakiem wolności tak samo jak z brakiem pożywienia, odzienia i odpowiedniego schronienia10. Solidne zabezpieczenie społeczne nie tylko poszerzy zakres wolności osobistej, lecz także pozytywnie wpłynie na wolność gospodarczą, gdyż zrówna pozycje przetargowe wszystkich graczy rynkowych, a nie jedynie dysponentów kapitału. Pozwoli, by cena pracy bardziej odpowiadała jej realnej wartości, gdyż zwykle jest ona zaniżona – negatywnie wpływa na nią przymus ekonomiczny, jakiemu poddani są bezrobotni, którym kończą się środki do życia. Bezrobotny, któremu w oczy zajrzy głód, podejmie zatrudnienie, nawet jeśli proponowana stawka to potwarz, a nie wynagrodzenie, gdyż kierować się będzie pustym żołądkiem, a nie zdroworozsądkową oceną oferty.
Z tej perspektywy nie powinno już nikogo dziwić, że państwa skandynawskie regularnie zajmują czołowe miejsca w rankingach wolności gospodarczej. Rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych nie jest sprzeczna z wolnością gospodarczą, wręcz przeciwnie – jest jej niezbędna: Bezpieczeństwa można mieć za dużo lub za mało. Jeśli jest go za mało, zapanuje irracjonalność. Gdy za dużo – niedbałość i brak odpowiedzialności. […]. Zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego nie zlikwiduje oczywiście niepewności egzystencjalnej oraz związanej z rozwojem osobistym (chcemy rozwijać nasze zdolności i żyć wygodniej, a to wymaga podjęcia ryzyka). Poczucie stabilności pozwala jednak myśleć racjonalnie11.
Z perspektywy całego społeczeństwa sieć zabezpieczeń ma również niebagatelne znaczenie dla opcjonalności. Według Taleba podczas inwestowania należy, po pierwsze, zawsze stawiać na człowieka, a nie na projekt, a po drugie – lepiej obstawić mniejszymi kwotami więcej prób niż tylko kilka dużymi: Zatem właściwą strategią byłaby strategia jeden dzielone przez n albo 1/N, która dzieli próby na jak największa liczbę podejść; jeśli masz n opcji, zainwestuj w nie wszystkie taką samą kwotę12. Dla społeczeństwa jako całości takimi opcjami są poszczególni członkowie wspólnoty. Najlepiej więc będzie, jeśli obstawi ono każdego, zapewniając mu podstawowe bezpieczeństwo socjalne, licząc, że jak największa liczba obywateli (czyli obstawionych podejść) swoimi sukcesami zwróci mu wysiłek z nawiązką. Wydatki na instytucje państwa socjalnego można więc traktować jak zwykłą inwestycję, pragmatyczne lokowanie środków w możliwie najliczniejsze aktywa, z których zwrot przyniesie tylko część, ale będzie on na tyle duży, że ze sporą nawiązką pokryje wydatki. Państwo dobrobytu to nie wyrzucanie pieniędzy w błoto, jak twierdzą niektórzy – ono po prostu się opłaca. Społeczeństwa nie stać na to, by tracić opcje tylko dlatego, że ktoś, dzięki komu może ona zostać zrealizowana, urodził się w patologicznej rodzinie, a jeszcze innej osobie powinęła się noga. Tym bardziej nie stać na to społeczeństwa takiego jak polskie, któremu grozi kryzys demograficzny, a z nim będzie się przecież wiązać drastyczny spadek liczby dostępnych opcji: Jak powiedział mi jeden z menedżerów funduszy, „zysk może być tak ogromny, że nie możesz sobie pozwolić na to, żeby nie obstawiać wszystkiego”13.
Antykruche państwo wynalazców
Kraje skandynawskie od lat znajdują się w czołówce najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Eksport produktów high-tech w Finlandii wynosi obecnie ok. 30 proc. całego kontyngentu sprzedaży zagranicznej, choć jeszcze w 1990 roku było to zaledwie 8 proc. W 1960 roku 75 proc. eksportu fińskiego stanowiły produkty drzewne, a elektroniczne – jedynie 15 proc. Już w 2000 roku proporcje te uległy odwróceniu, by wynieść odpowiednio 30 proc. i 55 proc.14 Podobnie rzecz ma się ze Szwecją – w rankingu konkurencyjności gospodarek World Economic Forum za lata 2012–2013 zajęła czwarte miejsce na świecie (Finlandia trzecie), a w rankingu innowacyjności Global Innovation Index znalazła się na drugim miejscu. Nie ma w tym nic dziwnego: innowacyjność wymaga ryzyka, a na nie najchętniej decydują się obywatele państw dysponujących dobrze rozwiniętą siecią zabezpieczeń. Ludzie, którzy nie są pewni, czy będą w stanie podnieść się z upadku wywołanego błędnymi decyzjami, skłonni są raczej postępować dużo bardziej zachowawczo. Młody inżynier w kraju pozbawionym zabezpieczeń wybierze raczej pewną pracę w publicznej spółce wydobywczej, która nie przyniesie mu wielkiej chwały ani specjalnie dużych pieniędzy, zamiast zatrudnić się w przedsiębiorstwie działającym w raczkującej, ale bardzo rozwojowej branży o niepewnej przyszłości. W krajach skandynawskich ludzie stojący przed takim dylematem dużo częściej wybiorą bardziej ryzykowną opcję, która im oraz społeczeństwu może (choć nie musi) przynieść niewiarygodny zysk.
W latach 90. w Korei Południowej, w której tradycyjne wydatki na instytucje państwa dobrobytu w zasadzie nie istnieją, bardzo uelastyczniono dotychczas wyjątkowo sztywny kodeks pracy. Takie jednostronne działanie (uelastycznianie bez zabezpieczania) skończyło się tym, że na początku XXI wieku aż 80 proc. najlepszych młodych „umysłów ścisłych” wybierało studia medyczne. Chcieli zostać lekarzami, choć zawód ten ani nie cieszył się tam specjalną renomą, ani nie dawał wielkich pieniędzy. Wystarczyło jednak, że zapewniał pewną pracę15. Można jednak wątpić, czy 80 proc. największych talentów wybierających fach lekarza, dobrze wpływa na gospodarkę.
Trzeba też zauważyć, że nie tylko gotowość do podjęcia ryzyka jest niezbędna do powstania innowacyjnego społeczeństwa. Nieodzowne są także wolne zasoby energii, którymi dysponować muszą jednostki, by zająć się innowacyjną działalnością. Zabiegany człowiek, który musi zajmować się dokładnie każdą dziedziną życia, od zapewnienia prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rodzinie po opłacenie uczelni wyższej syna czy córki, prawdopodobnie nie będzie miał już sił, chęci i – przede wszystkim – czasu, by szukać nowoczesnych rozwiązań w różnych obszarach. Na to wszystko zwraca uwagę Taleb: Tworzenie wiedzy, nawet teoretycznej, wymaga czasu, odrobiny nudy oraz swobody, jaką zapewnia inny zawód, pozwalający uniknąć presji […]16. W podobnym duchu pisze Standing: Co więcej, odrobina bezczynności nie musi być wcale zła. Skąd wiemy, że pozorna bezczynność nie jest chwilą odpoczynku lub kontemplacji?17.
Tę niezbędną swobodę, którą można wykorzystać do tworzenia innowacji, dają właśnie instytucje państwa dobrobytu, a jednym z ich zadań jest „zdjęcie z głowy” obywatela wszystkiego, co może zrobić za niego efektywniej państwo, oczywiście jeśli jest sprawne (Polakowi może wydać się to nieco szokujące, ale takie też istnieją). Dzięki temu, zamiast grzebać w papierkach i tracić czas na roztrząsanie najdrobniejszych codziennych spraw, może spokojnie zająć się tym, do czego jest najbardziej predestynowany – działalnością obywatelską czy odkrywaniem nowych sposobów ujarzmiania rzeczywistości:Zaskakująco wielu odkryć dokonali angielscy proboszczowie, ludzie pozbawieni większych zmartwień, erudyci z dużym albo przynajmniej wygodnym domem z gosposią, dysponujący stałym dostępem do herbaty i nadmiarem wolnego czasu. Oraz opcjonalnością18. Trudno więc dziwić się, że wydatki na państwo dobrobytu mogą być znakomitym kołem zamachowym rozwoju gospodarczego: Na przykład w 1980 roku udział wydatków socjalnych w PKB wynosił w USA tylko 13,3 procent […]. Wskaźnik ten sięgał aż 28,6 procent w Szwecji, 24,1 procent w Holandii i 23 procent w Niemczech (zachodnich). […]. W tym okresie dochód per capita w Niemczech rósł rocznie w tempie 3,8 procent, w Szwecji – 2,7 procent, w Holandii – 2,5 procent, a w USA – 1,9 procent19.
Brak zabezpieczeń prowadzi do jatrogenii
Taleb, przestrzegając przed nadmierną interwencją państwa, która może bardziej zaszkodzić niż pomóc, wprowadza do wywodu pojęcie jatrogenii: Taka strata netto, przewaga szkód nad korzyściami z terapii, nosi nazwę jatrogenii20. Jatrogenia jest wynikiem naiwnego interwencjonizmu, który rządy podejmują często w dobrej wierze, a który kończy się na przekór zamierzeniom. Jaka sytuacja może sprzyjać takiej naiwnej jatrogenicznej interwencji, tłumaczył już Raghuram Rajan w swej książce „Linie uskoku”, wydanej w tej samej serii co „Antykruchość” Taleba, ale rok wcześniej. Rajan, opisując przyczyny kryzysu, który wybuchł w 2008 roku w USA, bierze pod lupę również nieodpowiedzialną politykę monetarną i kredytową rządu Stanów Zjednoczonych. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że obecny kryzys należy rozpatrywać jako element szerszej sekwencji zdarzeń, rozpoczynających się od kryzys na początku lat 90., gdy USA nawiedziła pierwsza od dziesiątek lat recesja specyficznej odmiany. Wyjście z tej sytuacji nie wiązało się z odzyskaniem przez gospodarkę utraconych miejsc pracy. Kolejne załamanie, tym razem skorelowane z pęknięciem bańki spółek internetowych (początek XXI wieku), znów miało ten sam charakter – recesja doprowadziła do spadku liczby miejsc pracy, a odbicie, pomimo niezłego wzrostu PKB, nie przyczyniło się do zwiększenia zatrudnienia.
W kraju, w którym funkcjonuje rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych, politycy mogą się na nią zdać, ewentualnie wprowadzając pewne kryzysowe korekty systemu. Tymczasem w państwie pozbawionym takich rozwiązań, czyli m.in. w USA, muszą prowadzić politykę dyskrecjonalną, złożoną z doraźnych działań, które nie tworzą przemyślanego systemu i nie rozwiązują problemów u źródła. Skupiają się raczej na gaszeniu pożarów, co często – zamiast pomóc – jeszcze podsyca ogień. Według Rajana właśnie z tym mieliśmy do czynienia w USA po dwóch wspomnianych kryzysach. Naiwny amerykański interwencjonizm polegał na prowadzeniu polityki bardzo taniego pieniądza (za pomocą niskich stóp procentowych) i łatwego kredytu, co miało udobruchać rzesze obywateli. Dzięki tym posunięciom nawet najbiedniejszych stać było na mieszkanie czy na inne potrzeby zaspokajane pożyczką. Do czasu – ekspansja kredytów typu NINJA (dla osób bez pracy i dochodu) czy subprime (bardzo ryzykowne pożyczki o wysokiej stopie oprocentowania), które coraz częściej nie były spłacane, doprowadziła w końcu do potężnego krachu na rynku hipotek: Słaba sieć bezpieczeństwa oraz ożywienie gospodarcze w warunkach bezrobocia oznaczają, że amerykański elektorat jest znacznie mniej odporny na załamania gospodarki niż wyborcy w innych krajach uprzemysłowionych. […] Rząd i Rezerwa Federalna, a zwłaszcza bank centralny, usiłowały nakłonić niechętne firmy do tworzenia miejsc pracy. W efekcie stały się współodpowiedzialne za bańkę cenową na rynku nieruchomości i kryzys finansowy21. Modelowy wręcz przykład kruchości i jatrogenii.
Tego krachu można było uniknąć, prowadząc odpowiedzialną politykę monetarno-kredytową, która jest jednak dostępna tylko wtedy, gdy społeczeństwem nie wstrząsają gwałtowne niepokoje. Właśnie dlatego obecny kryzys najlepiej w UE przechodzą państwa skandynawskie, które uodporniły się na takie załamania, tworząc antykruchy system zabezpieczeń. Niestety, zabrakło go w USA, co skończyło się czystej wody jatrogenią, wynikającą z kruchości systemu: Niepokój tracących pracę Amerykanów pogłębia brak powszechnej opieki zdrowotnej albo przystępnego prywatnego ubezpieczenia od kosztów leczenia. […]. Ponadto prywatny ubezpieczyciel może odmówić objęcia ubezpieczeniem osoby bezrobotnej, jeśli ta cierpi na jakieś schorzenie. […]. (N)ietrudno zrozumieć, że większość Amerykanów obawia się potencjalnego bezrobocia. […]. (W)raz z rosnącym bezrobociem zwiększają się naciski na polityków, by coś z tym zrobili22. Na ogół trudno tworzyć efektywną politykę z politycznym pistoletem przystawionym do głowy23. Brak silnej sieci bezpieczeństwa w połączeniu z powolnym przyrostem miejsc pracy w okresie ożywienia sprawił, że z perspektywy politycznej każda z ostatnich recesji w USA była naprawdę dotkliwa. Stworzyło to olbrzymią presję na rząd, od którego oczekiwano, by wprowadził program stymulacyjny za pomocą zarówno środków fiskalnych, jak i polityki łatwego pieniądza24.
Ha-Joon Chang zwraca tymczasem uwagę, że brak rozbudowanej sieci zabezpieczeń prowadzi nie tylko do lekkomyślnej polityki fiskalno-monetarnej, lecz także znacznie utrudnia realizowanie rozsądnej polityki gospodarczej – zarówno przez państwo, jak i poszczególne przedsiębiorstwa. Pracownicy pozbawieni sieci zabezpieczeń będą reagować alergicznie na każdą pogłoskę o ograniczaniu zatrudnienia lub o zmianach jego zasad w związku z wyzwaniami, jakie stają przed branżą lub firmą. Może to prowadzić do sytuacji, w której będzie się podejmować pozorowane kroki lub wręcz odkładać na święty nigdy zmiany niezbędne w całych branżach czy choćby pojedynczych spółkach, bo ich przeprowadzenie będzie niemożliwe w związku z – całkowicie zresztą zrozumiałym – oporem załogi. W konsekwencji doprowadzi to do nawarstwienia się nierozwiązanych problemów i jeszcze większych kłopotów: W Europie jeśli twoja gałąź przemysłu chyli się ku upadkowi i tracisz pracę, to jest to cios, ale nie koniec świata. Zachowasz ubezpieczenie zdrowotne i prawo do mieszkania komunalnego, skorzystasz z zasiłku dla bezrobotnych i dotowanych przez państwo szkoleń oraz pomocy w szukaniu pracy. Jeśli pracujesz w USA, to przeciwnie – lepiej zapewnij sobie możliwość utrzymania się na aktualnym stanowisku, jeśli trzeba to dzięki protekcjonizmowi, bo razem z pracą tracisz prawie wszystko. […] W konsekwencji w USA pracownicy znacznie bardziej opierają się wszelkim restrukturyzacjom, które obejmują zwolnienia niż Europejczycy25. Ta zależność jest szczególnie warta uwagi w Polsce, gdzie wiele branż wymaga niecierpiących zwłoki rozsądnych reform – nic dziwnego, że restrukturyzacja niektórych obszarów gospodarki idzie tak opornie, skoro sieć zabezpieczeń jest w naszym kraju żałośnie słaba. Jej rozbudowa jest więc niezbędna, by móc kontynuować modernizację gospodarczą naszego kraju.
Na koniec tych rozważań jeszcze jeden cytat z Rajana, który znakomicie tłumaczy naturę jatrogenii i kruchości. Nieznającym tego naukowca wyjaśniam, że to ekonomista z Chicago, a więc z mekki gospodarczego liberalizmu, jednoznaczny zwolennik kapitalizmu i rynku. Tym bardziej jego słowa powinny skłonić do myślenia wielu nazbyt zapatrzonych w wolnorynkowe schematy: Żadna nowoczesna gospodarka nie powinna zmuszać zwolnionych pracowników do podejmowania tak bolesnych decyzji, jak na przykład: które dzieci objąć ubezpieczeniem zdrowotnym. Jest to sytuacja nie tylko barbarzyńska, lecz także niemożliwa do utrzymania przez dłuższy czas, ponieważ ci, którzy znaleźli się na straconej pozycji ekonomicznej, będą mieli wszelką motywację do zastosowania środków politycznych w celu odzyskania tego, co stracili. I chociaż w końcu system demokratyczny zareaguje, to reakcja może być nieprzewidywalna, co jeszcze bardziej wzmocni niepewność pracowników. Wiele przemawia za wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa w USA w taki sposób, by zbytnio nie hamowała elastyczności gospodarki26.
Państwo dobrobytu się opłaca
Społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej muszą w końcu uświadomić sobie fakt, że utrzymywanie rozwiniętych instytucji państwa dobrobytu to nie żadna fanaberia, troskliwe opiekowanie się nieporadnymi życiowo obywatelami czy projekt czysto ideologiczny. To zwykłe pragmatyczne działanie, które można porównać po prostu z inwestycją. Długoterminowe inwestycje nie zwracają się od razu (co innego spekulacje) i wymagają solidnych nakładów w dłuższym czasie, jednak ich efekty mogą przerosnąć najśmielsze oczekiwania.
Nieprawdą są także tezy, według których Polski na obecnym etapie rozwoju nie stać na tak rozwinięte zabezpieczenie społeczne. Gdy państwa skandynawskie zaczęły tworzyć zręby swoich struktur, były na dużo niższym poziomie rozwoju niż obecna Polska. Gdy szwedzki premier Alvin Hansson w latach 30. ogłaszał słynną koncepcję folkhemmet(dom ludu), która dała początek „modelowi Norden”, jego krajem wstrząsały protesty wywołane złą sytuacją robotników. Gdy Finowie w latach 60. zabierali się za gruntowną reformę edukacji, która położyła podwaliny pod ich błyskawiczny rozwój, byli raczej zacofanym „społeczeństwem drwali” (aż 70 proc. obywateli kończyło naukę na 6-letniej podstawówce), eksportującym głównie drewno.
Sposobów finansowania sprawnych instytucji państwa dobrobytu jest wiele. To temat wart osobnego tekstu. Tutaj wskażę chociażby konieczność lepszej ściągalności danin od przedsiębiorstw zagranicznych, z których ledwie połowa płaci w naszym kraju podatek dochodowy. Do odrobienia jest również lekcja „uszczelnienia” podatku VAT, który obecnie stał się popularną platformą do robienia przekrętów. Nie obędzie się również bez gruntownej zmiany całego systemu podatkowego, mającego skrajnie niesprawiedliwy, regresywny charakter, co oznacza, że bogatsi de facto płacą proporcjonalnie mniejsze podatki. Na początek najważniejsze jest jednak, abyśmy zrozumieli, że dobrze rozwinięte zabezpieczenie społeczne to nie żadne utrzymywanie „darmozjadów”, lecz wspólny projekt inwestycyjny. Nawet jeśli niewielka część obywateli będzie się chciała zabrać z nami „na gapę”, nie warto z ich powodu zarzucać projektu tak obiecującego dla całej wspólnoty.
Przypisy:
- N. Taleb, Antykruchość, Warszawa 2013, s. 68.
- Ibidem, s. 144.
- Ibidem, s. 85.
- Ibidem, s. 91.
- Ibidem, s. 189–190.
- W. Anioł, Szlak Norden, Warszawa 2013, ss. 98–100.
- Ibidem, s 102.
- Ibidem, s. 103.
- N. Taleb, op. cit., s. 238.
- G. Standing, Prekariat, Warszawa 2014, s. 335.
- Ibidem, s. 338.
- N. Taleb, op. cit., s. 308.
- Ibidem, s. 308.
- W. Anioł, op. cit., s. 124.
- H.J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, ss. 287–289.
- N. Taleb, op cit., s. 303.
- G. Standing, op. cit., s. 315.
- N. Taleb, op. cit., s. 303.
- H.J. Chang, op. cit., s. 294.
- N. Taleb, op. cit., s. 158.
- R. Rajan, Linie uskoku, Warszawa 2012, s.149.
- Ibidem, s. 151.
- Ibidem, s. 149.
- Ibidem, s. 168.
- H.J. Chang, op. cit., ss. 291–292.
- R. Rajan, op. cit., s. 200.
przez Olga Drenda | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Katowice od dawna próbują budować tożsamość w oparciu o muzykę. W mieście, tradycyjnie uchodzącym za ośrodek bluesa i metalu, nową, reprezentacyjną siedzibę w centrum zyskała Narodowa Orkiestra Studia Polskiego Radia (NOSPR), trwają inwestycje w modne festiwale. W tym roku Katowice otrzymały tytuł Miasta Muzyki UNESCO. Wydaje się, że władze starają się wzorować na Leeds, mieście uchodzącym za modelowy przykład sukcesu niełatwej transformacji ośrodka przemysłowego w centrum usług i kultury. To obieg oficjalny, cieszący się hojnym wsparciem instytucjonalnym i budujący miastu dobry PR, jak się wydaje – z powodzeniem. Poza nim jednak w Katowicach i, szerzej, na Śląsku działają mniej znani, za to bardzo pracowici i zaangażowani animatorzy życia muzycznego, starający się wyjść poza reprezentacyjną miejską witrynę ścisłego centrum i organizować przedsięwzięcia bliskie codziennemu doświadczeniu lokalności. To Joanna Bronisławska, ucząca dzieci eksperymentowania z dźwiękiem. To Wojciech Kucharczyk, skoczowski muzyk i wydawca. To wreszcie Reaktor, społeczno-artystyczna platforma zrzeszająca miejscowych twórców, znana z prowadzenia Biura Dźwięku (które zagospodarowuje nieużywane na co dzień amfiteatry w dzielnicowych parkach, organizując tam darmowe koncerty) i imprez techno na hałdzie w Kostuchnie. Od niedawna zaś znany jest również za sprawą, poświęconego zjawisku orkiestr górniczych, spektaklu „Witom – Żegnom” w reżyserii Remigiusza Brzyka.
Etnomuzykolodzy często powtarzają, że na wsi nastąpił proces „odmuzykalnienia”. Przyczyniła się do niego najpierw polityka kulturalna czasów PRL, promująca folkloryzm (termin oznaczający zinstytucjonalizowaną stylizację na ludowość, reżyserowaną sztukę pozornie ludową; zjawisko, które przyjęło się nazywać „cepeliadą”), a następnie szybkie zmiany technologiczne, w wyniku których ludzie z wykonawców muzyki stali się przede wszystkim jej odbiorcami.
Dziś trudno mówić o powszechnym zwyczaju śpiewania, a tym bardziej gry na instrumentach. Tymczasem w miastach istnienie chórów i orkiestr było ściśle związane z organizowaniem codzienności wokół zakładu pracy, stanowiło element rozbudowanego systemu wspierania przez pracodawcę życia społecznego i kultury. W okresie przedwojennym, gdy na Śląsku powstawały modelowe kolonie przemysłowe, wokół kopalni czy huty pojawiło się budownictwo mieszkaniowe, a wraz z nim świetlice, szkoły, instytucje opieki (co można prześledzić na mapie pierwotnego przeznaczenia budynków, dziś często nieczynnych, w poszczególnych dzielnicach Katowic). W Polsce powojennej mecenat utrzymywał pracodawca państwowy w ramach rozbudowanego systemu wspierania kultury i organizacji czasu wolnego. W okresie III RP, wskutek rozchwiania się uprzedniego stanu rzeczy, orkiestry często przestawały działać, nie mając środków na dalsze funkcjonowanie, albo przechodziły pod opiekę miejskiego czy dzielnicowego ośrodka kultury. Okresem ich wielkiego wymierania stał się koniec lat 90. i początek nowego stulecia, gdy zespoły milkły wraz z upadkiem zakładów pracy lub niedługo później.
Przypadek, gdy orkiestra, niejednokrotnie o lata, przeżywa swój macierzysty zakład, nie jest wyjątkowym zjawiskiem na mapie Śląska. Tak stało się z Orkiestrą KWK Katowice, która wystąpiła w „Witom – Żegnom”. W roku premiery spektaklu Katowice świętowały 150-lecie nadania praw miejskich, co celebrowano m.in. wielką paradą orkiestr dętych. Wśród nich znalazł się zespół z kopalni Murcki-Boże Dary, który dosłownie chwilę później stracił swojego mecenasa. W samych Murckach ostatni szyb zamknięto przed dekadą, co niemal natychmiast odbiło się na całej dzielnicy. Śliczne jak z piernika miasteczko dzisiaj zamieszkują seniorzy i bezrobotni młodzi. Wizyta w nim natychmiast wywołuje uczucie rozgoryczenia: zniknął powód, dla którego powstała cała kolonia z rozbudowaną infrastrukturą i osiedliło się tu tylu ludzi, którzy dziś zostali sami, zdezorientowani, coraz bardziej odcięci od reszty Katowic (stacja kolejowa oczywiście również nie działa). Sama orkiestra, funkcjonująca w oderwaniu od pierwotnego kontekstu, pozostaje ostatnim elementem całości, gdy pozostałe „puzzle” już poznikały.
„Witom – Żegnom” to spektakl wielowątkowy, luźny, bliski gawędzie. Splatają się tu anegdoty zebrane przez twórców w czasie ich rocznej bliskiej współpracy z orkiestrami, żart, notatki na marginesie historii Śląska, sceny z życia wspólnot, których składową były górnicze zespoły, oraz oczywiście muzyka. Obok orkiestr pojawiają się na scenie kapelmistrzowie w roli samych siebie, narrator-przewodnik zagrany przez Marcina Gawła, wreszcie prof. Zbigniew Kadłubek w filozofującym monologu wprowadzającym w kontekst zjawiska. Znamienne, że do tej roli wybrano właśnie Kadłubka, specjalizującego się w oikologii – nauce o zakorzenieniu, relacji człowieka z miejscem jego zamieszkania. Z reguły bowiem ktoś, kto ma ambicje i dobrą wolę zajmowania się tematami oddolnej twórczości różnych grup, balansuje na wąskiej granicy między fascynacją a folkloryzacją, czyli chęcią zamrożenia stanu rzeczy w skansenowej formie. Zwłaszcza że fascynacja taka często jest wynikiem jakiegoś oddalenia, czy to pierwotnego (zbieracz lub miłośnik w ogóle nie pochodzi ze społeczności, której muzykę pokochał), czy wtórnego (jako wyniku ponownego spojrzenia na miejsce i kontekst, z którego się wyrosło, zwykle po wyjeździe gdzieś indziej – na studia czy do pracy, i spowodowanej tym zmiany własnego spojrzenia).
Zbieracz, animator, etnomuzykolog, choćby amator, powinien mieć w pamięci historię Johna Lomaxa i odkrytego przez niego genialnego bluesmana Leadbelly’ego. Lomax, chcąc widzieć w bluesie gatunek korzenny i nieskażony, ignorował fakt, że jego podopieczny w rzeczywistości najbardziej chciał śpiewać popularny miejski jazz. Uparcie nakłaniał go, aby podczas koncertów wykonywał piosenki więzienne. Nikt nie chce zostać „sfolkloryzowany”. „Witom – Żegnom” jest jednak spojrzeniem od środka, zakotwiczonym w „byciu stąd”. Wybór takiego tematu, a następnie potraktowanie go z serdecznością i entuzjazmem nie dziwią. Na Śląsku mamy do czynienia z renesansem lokalnej tożsamości, który przybiera najrozmaitsze formy, od zupełnie popkulturowych koszulek z modro kapustą czy śląskojęzycznych memów, poprzez podkreślanie robotniczej dumy, aż po tworzenie własnej literatury i odkrywanie specyficznej filozofii miejsca (ucieleśnionej przez Grupę Janowską, Janoscha, Henryka Wańka).
Górnośląska mimesis, tak mi się wydaje, nigdy nie dążyła do odtworzenia przyrody, do naśladownictwa natury. Ponieważ była późna i mało ukorzeniona, oddalona od pierwotności, raczej zmierzała do oddania drugiej natury – natury maszyn, miasta, zagęszczenia materialnego. Usiłowała wytrąbić to, co gdzie indziej dawało się wypowiedzieć słowami – pisał Zbigniew Kadłubek. Czyżby zatem w śląskich orkiestrach dętych dało się zauważyć wczesną zapowiedź muzyki industrial i techno, fabrycznych dźwięków z Detroit, Sheffield i Łodzi?
Bliskość muzyki i górnictwa tymczasem nikogo na Śląsku nie dziwi – jest świadectwem wspaniałej i niedocenionej tradycji autodydaktyki klasy robotniczej. Mój dziadek Ewald, zatrudniony w kopalni Halemba, nie tylko grywał na akordeonie, lecz także prowadził notesik z recenzjami ulubionych wykonań muzyki klasycznej, które kolekcjonował na płytach. Najbardziej lubił Brahmsa.
Znamienne, swoją drogą, że spektakl wystawiono w „Dezember Palast”, dawnym Centrum Kształcenia Ideowo-Wychowawczego Kadr Robotniczych. Ta kłopotliwa pamiątka ambicji I sekretarza KW PZPR w Katowicach, Zdzisława Grudnia, jedno z typowych dla lat 70. monumentalnych rozwiązań architektonicznych, była przez pewien czas siedzibą NOSPR, a obecnie mieści się tam Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek. Ze względu na osobę fundatora „pałac” wielu Ślązakom nie kojarzy się dobrze. Epoka „Cysorza” Grudnia to okres wielkoskalowych przebudów miasta i modernizacyjnych inwestycji, ale też brutalnej ingerencji w tkankę starych Katowic (czego symbolem stało się zniszczenie części założenia miasta-ogrodu na Giszowcu pod osiedle z wielkiej płyty), co często interpretowano jako próby zbudowania od nowa tożsamości miasta i regionu, symboliczne karcenie za odmienność kulturową. Kulturę śląską próbowano przykroić, podobnie jak kulturę wsi, do uładzonego modelu oficjalnego, w którym Górny Śląsk, Zagłębie i Beskidy zasadniczo nie różniły się od siebie. „Pałac Grudniowy” w końcu oswojono, wprowadzając do niego kulturę – to na jego scenie grano przez wiele lat szalenie popularnego i na wskroś śląskiego „Cholonka” według powieści Janoscha.
Jak przyznał w jednej z rozmów Remigiusz Brzyk, „Witom – Żegnom” powstało minimalnym nakładem środków. Scenografię złożono z obiektów znalezionych w Centrum Kultury. Wydaje się, że gdyby nie oddolny ruch artystów współpracujących z Reaktorem, nikt nie zainteresowałby się tematem orkiestr. W raporcie Narodowego Centrum Kultury z roku 2010 pojawia się konkluzja, że próby zainteresowania socjologów i kulturoznawców śląskimi chórami i orkiestrami nie dały jak dotąd zadowalającego rezultatu. Odchodzące dziedzictwo muzyki wiejskiej w ostatniej chwili znalazło swoich odkrywców, apologetów, archiwistów takich, jak Andrzej Bieńkowski, zespół Księżyc czy Adam Strug. Znaleźli w nim świadectwa różnorodności regionalnej, etnicznej, bogactwo obyczajów, mów i rejestrów, które wygładziła i ujednoliciła monolityczna Polska powojenna. Samorzutna kultura miast, z wyjątkiem Warszawy, to obszar, który pozostaje mimo wszystko słabo zbadany, co jest w Polsce smutnym losem wytworów nowoczesności w ogóle. Miasto czy obszar przemysłowy traktowane były przez długi czas jeśli nie z rezerwą, to przynajmniej z obojętnością, jako materia przezroczysta, której naturą jest szybka ewolucja, brak tradycji i właściwości.
przez Marceli Sommer | wtorek 4 października 2016 | Kwartalnik, Lato 2016
– Niedługo upłynie 18 lat od utworzenia IPN. Może ten zbliżający się moment symbolicznej „pełnoletności” jest dobry na dokonanie próby bilansu istnienia tej instytucji i – szerzej – roli historii w sferze publicznej i polityki historycznej w III RP.
– Prof. dr hab. Jerzy Eisler: Mówiąc ściśle, mija 18 lat od uchwalenia ustawy o IPN. Dopiero w czerwcu 2000 roku – po półtora roku – udało się wybrać Leona Kieresa na prezesa i Instytut rozpoczął działalność. Dodajmy, że kandydatura prof. Kieresa była bodaj dziesiątą rozpatrywaną przez Sejm.
– To był realny przełom?
– Tak. W latach 90. społeczeństwo polskie zajęło się przede wszystkim walką o indywidualny status materialny – chyba nigdy jeszcze hasło „bogaćcie się” nie było tak otwarcie lansowane i tak silnie zinternalizowane przez Polaków. Dlatego dla badań historycznych był to czas raczej niesprzyjający. Symbolicznie wyrażało to hasło, z którym Aleksander Kwaśniewski wygrał wybory prezydenckie w 1995 roku: „Wybierzmy przyszłość”. Kiedy Leon Kieres zostawał prezesem IPN, na temat lat 1956–1980 istniało nie więcej niż 30 książek, które mógłbym z czystym sumieniem polecić czytelnikom, przy czym ponad połowę z nich napisało zaledwie pięciu autorów.
W tym czasie ważniejsze były kariery biznesowe – przy czym stosuję to określenie opisowo, bo przecież owe kariery nierzadko zaczynały się od łóżka polowego czy „szczęk”, a kończyły na otworzeniu małego sklepu albo warsztatu. Dziś brzmi to jak żart, ale w latach 90. jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, Aleksander Gawronik, w jednym z wywiadów powiedział zupełnie serio, że ze swoimi kolegami na Zachodzie jest w stanie „zgromadzić kapitał do 6 mln dolarów”. Nie zdawał sobie sprawy, że prawdziwy międzynarodowy kapitał takie pieniądze to nosi w kieszeni, przy sobie.
– Ale brak zainteresowania historią najnowszą wśród samych historyków trudniej już chyba wyjaśnić szczękami.
– To miało m.in. związek z dostępnością archiwów. W latach 90. powstało sporo książek, często bardzo solidnych, dotyczących pierwszego dziesięciolecia PRL, okresu stalinowskiego. Został on już w tym czasie nieźle przebadany, m.in. dlatego, że od 1956 roku minęło 30 lat, karencja się skończyła, zatem można było już w latach 1989–1990 korzystać np. z materiałów partyjnych z 1955 roku, a z 1975 – wciąż nie. Drugi obszar, którym zajęło się więcej historyków, to lata 80. – „Solidarność”, stan wojenny, okrągły stół, transformacja. Jednak cały okres 1956–1980 stanowił wtedy właściwie „białą plamę” w naszej historiografii. Pod tym względem rok 2000 stanowił niewątpliwą cezurę.
– Do IPN-u jeszcze wrócimy. Tymczasem pochylmy się nad szerzej rozumianą polityką historyczną. Skąd w ogóle wziął się ten termin i jak przebiegał proces kształtowania się i materializowania polityki pamięci w III RP?
– Moim zdaniem polityka historyczna – choć niekoniecznie pod tą nazwą – stanowi nieodłączny element polityki uprawianej w ostatnich 140–150 latach, a jej rola powiązana była z zasięgiem prasy drukowanej i książek oraz z liczebnością czytającej opinii publicznej.
W XX wieku karierę zrobiło słowo „propaganda”, które dzisiaj ma dla nas wydźwięk negatywny, kojarzy się z manipulacją, wykorzystywaniem na masową skalę kłamstwa w życiu publicznym. Pierwotnie propaganda oznaczała po prostu rozpowszechnianie (łacińskie propagare to nic innego jak propagować, krzewić) pewnych poglądów czy wizji i przekonywanie do nich za pośrednictwem środków masowego przekazu. Ten proceder nie wiązał się koniecznie z nieuczciwością. To się zmieniło w XIX wieku wraz z pojawieniem się demokracji parlamentarnej. Wtedy też propaganda stała się szczególnym narzędziem gry politycznej oraz walki wyborczej i to zarówno w krajach demokratycznych, jak i państwach totalitarnych. W Trzeciej Rzeszy mistrzem propagandy w nowym złowrogim znaczeniu stał się twórca tzw. propagandy totalnej, Joseph Goebbels.
Kiedy kończyła się PRL, zaimportowaliśmy z Zachodu i przyswoiliśmy w naszym potocznym języku inne pojęcie opisujące perswazję stosowaną na masową skalę – public relations, czyli PR. Było to określenie zakorzenione w świecie i języku biznesowym, zwłaszcza w handlu. Ów specyficzny język autopromocji, jaki wiązał się z PR-em, był dla Polaków, którzy wychowali się w świecie bez reklam, czymś niezrozumiałym, niekompatybilnym z kulturą późnego PRL-u. Powiedzieć w Polsce – dajmy na to – „jestem najwybitniejszym polskim aktorem” oznaczało automatycznie narażenie się na śmieszność i reakcje w rodzaju: „naturalnie, i najskromniejszym też”.
Drugą stroną medalu było to, że o ile obywatele krajów Zachodu byli świadomi, że reklama jest rodzajem gry, a nawet ma w sobie coś z usankcjonowanego prawnie oszustwa, o tyle polska dorosła publiczność była na to zupełnie nieprzygotowana. Oszustwo było w ich najgłębszym przekonaniu domeną odchodzącego do historii państwa autorytarnego, a nie wolnego rynku. Dzisiaj już rozumiemy, że to jest pewien umowny język, który ma nas nakłonić do określonych wyborów konsumpcyjnych – ale do tego trzeba było dorosnąć. Gdy się zorientowaliśmy, o co w tym wszystkim chodzi, także pojęcie PR nabrało pejoratywnej konotacji. Do określania – wciąż niekoniecznie jednoznacznie negatywnego – procederu wytwarzania pozytywnych skojarzeń, do określania działań wizerunkowych znowu brakowało nam nieskompromitowanego pojęcia. To na tym tle – choć kontekst był raczej nieuświadomiony – pojawiło się pojęcie „polityki historycznej”.
– Przepraszam, ale to, co Pan mówi, brzmi bardzo niepokojąco. Polityka historyczna jako ekwiwalent historycznego PR albo rodzaj miękkiej propagandy?
– Powtarzam, że polityka pamięci jest równie stara, jak masowa polityka epoki nowoczesnej. Prowadzi się ją zawsze, niezależnie od tego, czy się o tym mówi wprost, czy nie, i jak się ją nazywa. Zresztą polityka historyczna nie jest wyłączną domeną państwa. W ramach różnych grup i instytucji, do których przynależymy, o pewnych elementach swojej historii pamiętamy i je akcentujemy, pewne postacie historyczne stawiamy na pomnikach, a innych do panteonu nie dopuszczamy, zapominamy o nich albo pamiętamy jako o negatywnych bohaterach historii. Czyni to każda społeczność i jest to coś całkowicie naturalnego.
– Jeden z najciekawszych współczesnych badaczy dwudziestowiecznej historii, Timothy Snyder, zwraca jednak uwagę na to, że między badaniem i popularyzacją historii a sferą polityki pamięci czy też upamiętniania istnieje zasadnicze napięcie. Przekonuje on, że zbyt daleko idące przenikanie się tych domen wiąże się z instrumentalizacją historii i zaburzeniami świadomości historycznej.
– Nie musi się wiązać, ale może. Ale co do istoty rzeczy – zgoda. Patrzę na to w ten sposób: politykom wydaje się, że to ich opowieść o najnowszej historii będzie na wierzchu. Jak się kończy taka pycha, najlepiej pokazuje przypadek gen. Jaruzelskiego. Na regale mam całą półkę książek jego autorstwa, a wszystkie napisał w ciągu raptem kilku lat. Ta płodność związana była z przeświadczeniem, że jeśli on to wszystko napisze, jeśli swoją opowieść o stanie wojennym utrwali w druku i masowo rozpowszechni, to za sto lat jego wersja się przyjmie. Ale – nie tylko moim zdaniem – się nie przyjmie.
Zostawmy jednak nieszczęsnego generała, to przecież postać w stosunkowo szerokim odbiorze społecznym uznana za skompromitowaną. Kto, oprócz historyków, specjalistów i garstki współczesnych polityków w nich zapatrzonych, czyta dziś pisma Józefa Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego? Odnoszę wrażenie, że niemal nikt. Za to każdą kolejną biografię Dmowskiego lub Piłsudskiego czytają tysiące ludzi. Dlatego, moim zdaniem, za kilkanaście, może kilkadziesiąt lat okaże się, że to jednak my, historycy, będziemy „na wierzchu”. A najbardziej odporna na upływ czasu będzie taka historia, jaką postuluje Snyder: spokojna, rzeczowa, złożona.
– Ale to, jak dziś przedstawiamy swoją historię i jak o niej rozmawiamy, też w jakiś sposób kształtuje przyszłość.
– Zawsze byli historycy dworscy i historycy niezależni. Teraz oczywiście każdy dziennikarz i historyk mówi o sobie, że jest niezależny, co powoduje z kolei, że jestem już dosłownie o włos od określania się jako historyk zależny, bo skoro niezależni są ci, którzy mówią językiem zbliżonym do polityków albo wpisującym się w środowiskowe mody, to ja chcę być tym zależnym – zależnym od siebie samego. Ale prawda jest taka, że historiografia propagandowa, ta od zamiatania niewygodnych informacji pod dywan i tworzenia poręcznych politycznie wizji, syntez czy – jak to się dziś modnie mówi – „narracji”, była, jest i będzie. Zawsze będą ci, którzy zapytają: a czemu służy nagłośnienie tej informacji? Odpowiedź powinna oczywiście brzmieć: prawdzie. Ale po co nam ta prawda? – pytają mitotwórcy. Co zabawne, ci sami ludzie uwielbiają w nieco tylko innych okolicznościach powtarzać, że „tylko prawda jest ciekawa”, że „prawda nas wyzwoli” itd. Ale kiedy prawda okazuje się niewygodna, to bez zmrużenia powiek negują podstawowe fakty.
Rozumiem oczywiście, że trudno o historię całkowicie neutralną, całkiem abstrahującą od aksjologii. Nasze wartości nie tylko są ważne, lecz także mają to do siebie, że trudno je ukryć; zwykle i tak wychodzą na jaw, choćby przez nasze wybory językowe. Zdradzi nas to – weźmy przejaskrawiony przykład – czy napiszemy, przedstawiając realia polskiego powojnia, o „leśnych bandach”, czy o „żołnierzach niepodległościowego podziemia”. Celowo nie użyłem formuły „Żołnierze Wyklęci”, bo mam z nią pewien kłopot.
– A to dlaczego?
– Bo przez kogo oni są niby dzisiaj wyklęci? Kiedy Jerzy Ślaski pisał o nich książkę w końcu lat 80., to rzeczywiście byli wyklęci – w tym sensie, że nie było ich w pamięci zbiorowej. Ale dziś zaliczyliśmy zwrot o 180 stopni. Jeśli spytamy na ulicy stu ludzi, którzy w ogóle coś wiedzą, czytają, to podejrzewam, że więcej osób słyszało o „Ince” i „Łupaszce” niż np. o generałach Roweckim czy Komorowskim. A przecież to byli ich dowódcy. Autentyczne bohaterstwo wybranych postaci zostało w ciągu paru lat wykreowane tak, jak w popkulturze kreuje się idoli. Dobrym przykładem jest rotmistrz Witold Pilecki. Wspaniała postać, bohater. Ale gdy pisze do mnie pięćdziesiąta szkoła, że oni organizują konkurs o Pileckim, który jest taki nieznany, a powinien być, to chwytam się za głowę. Wyszło już przecież tyle książek – historycznych, dziennikarsko-publicystycznych, opublikowano też wiele artykułów, które razem układają się w całkiem dużą bibliotekę.
Przecież to, co się dzieje przed pierwszym marca, przed dniem pamięci Żołnierzy Wyklętych, to jest coś niebywałego. Historia nie jest przecież dla polityków na co dzień domeną priorytetową, ale jak przychodzi pierwszy marca, to nagle każda gmina ma swój apel, składanie kwiatów. No bo jak – w sąsiednich gminach będzie, a u nas nie?
Podobne zjawisko możemy zaobserwować w skali Warszawy w związku z kolejnymi rocznicami wybuchu Powstania Warszawskiego. Co roku, mniej więcej od 26 lipca, zaczyna się festiwal obchodów: tu kamień, tam tablica, tu pułk, tu zgrupowanie, tam oddział. Gdyby ktoś mnie zapytał o najważniejsze wydarzenie w siedemsetletniej historii Warszawy, przyznałbym ze smutkiem: Powstanie. Ale takie wydarzenie powinno mieć jedną uroczystość. Mówiąc obrazowo: to powinna być odpalana co roku bomba atomowa, a zamiast tego mamy dwieście granatów, bo każdy burmistrz dzielnicy – nawet takiej, która w 1944 roku nie należała do Warszawy i w powstaniu nie brała udziału – musi się wykazać. To jest i śmieszne, i straszne. A jak już przetoczą się uroczystości związane z powstaniem, to na horyzoncie pojawia się 15 sierpnia i Bitwa Warszawska.
– Może ten „rocznicowy patriotyzm” – znów idę tu tropem Snydera – jest wypadkową tego, co najłatwiej jest opowiedzieć w danym kontekście społecznym i politycznym? Najlepiej, rzecz jasna, kiedy tę historię da się opowiedzieć w duchu „westernowym”.
– Tylko że, niestety, ten model upamiętniania wiąże się z kurczeniem przestrzeni debaty zniuansowanej, takiej, która pochyla się nad niejednoznacznościami ludzkich losów i warunkami, w jakich ludzie funkcjonowali. Odwołajmy się znowu do żołnierzy podziemia niepodległościowego. W debacie na ich temat mamy z jednej strony sakralizację, a z drugiej – potępianie ich jako bandytów, morderców ludności cywilnej itd. A przecież należałoby pamiętać o tym, że po 1947 roku ci ludzie byli jak zwierzyna na polowaniu. Nie ma już wtedy w zasadzie walk zbrojnych między oddziałami – na każdą kilkuosobową grupę żołnierzy poluje wielokrotnie przeważająca liczebnie masa żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którym nie chodzi o uwięzienie, lecz o zabicie. Do tego dodajmy warunki materialne, biedę powojenną, pogardę dla życia. Nic dziwnego, że kiedy żołnierze podziemia proszą we wsi o jedzenie, często go nie dostają, a wobec odmowy – zdarza się, że sięgają po przemoc. Ale w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań. Efektem jest sytuacja, w której oficjalna historia oddala się od prawdy historycznej.
– Można odnieść wrażenie, że polityka historyczna służy przede wszystkim utwierdzaniu się wspólnoty w dobrym samopoczuciu na swój temat oraz przedstawianiu historii narodowej w sposób strawny i atrakcyjny – kosztem prawdy.
– Ale pamięć jako budulec tożsamości i – co za tym idzie – pewna doza afirmacji też jest bardzo potrzebna.
– Tylko czy przypadkiem z nią nie przesadziliśmy? Może jako antidotum potrzebujemy solidnej dawki historii krytycznej?
– Odpowiem „na około”. Na początku obecnego wieku należałem do grona czterech osób – razem z Pawłem Machcewiczem, Antonim Dudkiem i Władysławem Bułhakiem – które tworzyło zręby Biura Edukacji Publicznej IPN. Przyjęliśmy wtedy założenie, że – mimo działalności cenzury i Biura Prasy KC PZPR, mimo wszystkich tych ograniczeń – co jak co, ale okres okupacji niemieckiej w zasadzie w czasach PRL zbadano i opisano dość gruntownie. Oczywiście mieliśmy świadomość, że akcenty były rozkładane zupełnie inaczej, ale zakładaliśmy, że podstawowy zrąb faktografii jest znany. Historia zadrwiła z nas i trzy miesiące później wybuchła sprawa Jedwabnego.
Nawiasem mówiąc, okazało się wtedy, że o ile wcześniej w Polsce była grupa wybitnych, znakomitych, o renomie międzynarodowej badaczy okupacji, narodowego socjalizmu czy relacji polsko-niemieckich tamtego okresu, o tyle u progu XXI wieku ci ludzie albo już nie żyli, albo byli coraz mniej aktywni zawodowo. W moim pokoleniu – a miałem wówczas 48 lat – po prostu nie było badaczy władających biegle językiem niemieckim i zajmujących się okupacją. Co więcej, okazało się, że w następnym pokoleniu też ich nie ma. Widać to zresztą do dziś: mamy kilku starszych historyków, koło osiemdziesiątki, którzy na szczęście jeszcze żyją i pracują, i kilkunastu młodych, którzy znają niemiecki, korzystają z archiwów i drążą tę problematykę.
W każdym razie to wtedy, w czasie debaty wokół Jedwabnego, pojawił się ten spór, do którego nawiązuje pana pytanie. W pewnym momencie ukazały się dwa artykuły – Pawła Machcewicza i Andrzeja Nowaka. Dotyczyły tego, czy historiografia Polski XXI wieku ma być historiografią krytyczną, jak w odniesieniu do Jedwabnego postulował Machcewicz, czy afirmatywną, jak – posługując się przykładem Westerplatte – utrzymywał Nowak. Ja od razu stwierdziłem wówczas, że historia powinna być bezprzymiotnikowa. A jeśli już ktoś musi mieć te przymiotniki – to i krytyczna, i afirmatywna. Nie wolno nam skupiać się tylko na pozytywnych aspektach dziejów Polski ani tylko na tych negatywnych.
Oczywiście jest jeden sposób uprawiania historii afirmatywnej i polityki pamięci jako budulca wspólnoty, który jest dla mnie nie do przyjęcia.
– To znaczy?
– Kiedyś, podczas debaty na Uniwersytecie w Białymstoku, powiedziałem, że nie można być rodakiem Jana Pawła II, Henryka Sienkiewicza czy Adama Mickiewicza, nie będąc jednocześnie rodakiem Feliksa Dzierżyńskiego, Bolesława Bieruta czy Stanisława Radkiewicza. Na co odezwał się głos z sali – pan na oko około pięćdziesiątki: „To może pan jest rodakiem tych sowieckich agentów, bo ja – na pewno nie”. Młodzi ludzie zebrani w sali zareagowali śmiechem, a prowadzący spotkanie próbował załagodzić sytuację, przekonując, że ów człowiek źle mnie zrozumiał. Ale on mnie przecież doskonale zrozumiał. To była ta szalenie charakterystyczna wizja narodu polskiego, który zawsze stoi po właściwej stronie.
Taka postawa wykracza, moim zdaniem, poza dopuszczalne granice naukowej debaty o historii. Jestem gotów wybaczyć historykowi wiele pomyłek wynikających z niechlujstwa. Co innego, kiedy mamy do czynienia ze świadomym fałszerstwem, manipulacją albo wypaczaniem faktów na potrzeby propagandowe. Niestety, na rynku zapotrzebowanie na tak rozumianą historię afirmatywną jest spore, Polacy lubią poczytać o sobie, że są uczciwi, prawi i bohaterscy, a przypisywane im winy to wymysł „określonych sił” .
– Rewersem modelu, w którym historia jest narzędziem narodowej (auto)afirmacji, jest tzw. pedagogika wstydu. Abstrahując od bagażu związanego z polityczną instrumentalizacją tego pojęcia i przypadkami jego nadużywania, trudno zaprzeczyć, że wykorzystywanie historii w celu przebudowy tożsamości narodowej w duchu liberalnym albo legitymizacji pozycji liberalnej elity nierzadko opierało się na podobnych mechanizmach. Z czego właściwie wynika popularność tendencyjnych wizji historii?
– Nie ma jednej przyczyny. Na pewno jednym ze zjawisk najbardziej szkodliwych dla debaty o historii w ostatnich piętnastu latach jest powstanie mediów tożsamościowych. Pokaż mi, jaki pogląd na daną sprawę prezentuje artykuł, to powiem ci, na jakich łamach się ukazał. Jeżeli autor wskazuje, że w okresie niemieckiej okupacji w Polsce było bardzo wielu szmalcowników, delatorów i kolaborantów, to bez ryzyka błędu można przyjąć, że jego artykuł opublikowano w „Gazecie Wyborczej”. Jeśli zaś czytamy o masowym procederze ratowania Żydów, zwłaszcza przez księży i siostry zakonne, to mamy w ręku prawie na pewno „Nasz Dziennik”. Próżno szukać informacji o pogromach, kolaborantach i szmalcownikach w „Naszym Dzienniku”, a w „Gazecie Wyborczej” – o niepasujących do ideologicznych przyzwyczajeń czytelników biografiach Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Co więcej, z przerażeniem obserwuję, że zjawisko, które dotyczyło początkowo stosunkowo wąskiej kwestii relacji polsko-żydowskich z Niemcami w tle w okresie okupacji hitlerowskiej, dziś z roku na rok obejmuje coraz szerszy zakres tematów historycznych. Jeżeli w kontekście rocznicy marca 1968 widzimy artykuły upamiętniające przede wszystkim – czy wyłącznie – warszawskie środowisko „komandosów”, grupę młodzieży skupioną wokół Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Adama Michnika, to najprawdopodobniej są to łamy „Wyborczej” albo „Polityki”. Jeśli zaś mamy opisy walk ulicznych np. w Tarnowie czy w Bielsku-Białej i podkreślany jest robotniczy czy generacyjny wymiar Marca, to typować powinniśmy raczej „W Sieci” albo „Do Rzeczy”. To samo zjawisko dotyka wydawców książek. Z intelektualnego punktu widzenia to jest – mówiąc najdelikatniej – niezbyt budujące. W prasie popularnej przepływ myśli między tymi okopami ograniczył się już niemal do zera.
– Bieżący spór polityczny przeżarł i przefiltrował na swoją modłę już chyba całą historię PRL.
– Tak. Innym tego przykładem jest dyskusja o wprowadzeniu stanu wojennego. Masa istotnych faktów i dokumentów nadal nie jest nam znana, a jednak moi koledzy z uczelni czy z Instytutu autorytatywnie wypowiadają się, że było radzieckie zagrożenie i gen. Jaruzelski ocalił Polskę albo wręcz przeciwnie, że nie było żadnego zagrożenia, a Jaruzelskiemu przyświecała przy wprowadzaniu stanu wojennego jedynie obrona stołków partyjnych. Oczywiście jako historyk opisałbym i jedną i drugą koncepcję, wraz z argumentami na ich rzecz, stwierdzając w konkluzji, że przy obecnym stanie wiedzy raczej nie można tej kwestii jednoznacznie rozstrzygnąć. A to, czy ja lubię, czy nie lubię gen. Jaruzelskiego, nie powinno mieć nic do rzeczy w takiej analizie.
– Czy możliwa jest w ogóle polityka pamięci pozbawiona wymiaru instrumentalizacji dla bieżących potrzeb? W końcu sam Pan powiedział, że racja bytu polityki historycznej to m.in. budowanie wspólnoty, a gdzie w grę wchodzi wspólnota, tam pojawiają się różne jej wizje.
– Spróbujmy doprecyzować, czym ta polityka historyczna jest albo czym być powinna. Jeśli polityką historyczną są działania mające na celu upowszechnianie wśród szerokich kręgów społeczeństwa wiedzy o naszej zbiorowej przeszłości, to jestem głęboko przekonany, że nie ma nikogo, kto byłby przeciwny takiej działalności. Jeżeli polityka historyczna oznaczać ma np. wysiłki państwa polskiego – szeroko rozumianego – oraz instytucji społecznych z nim współpracujących na rzecz chociażby tego, żeby już nigdy nigdzie nie pojawiły się te nieszczęsne „polskie obozy zagłady”, to znowu trudno byłoby mi sobie wyobrazić poważne argumenty przeciw. Jeżeli jednak polityka historyczna polegać miałaby na manipulowaniu pamięcią, to na to zgody nie ma.
Problemem jest też uprawiana cepem polityka rozliczeń, oparta na mechanicznej wymianie bohaterów i towarzyszących im wartościowań.
– Co ma Pan na myśli?
– Posłużę się przykładem: w 1969 roku, w 25. rocznicę Powstania Warszawskiego, prymas Polski Stefan Wyszyński wygłosił homilię, w której m.in. powiedział – w takiej kolejności – że nie wolno nam zapomnieć dokonań Armii Ludowej, Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. O udziale Batalionów Chłopskich w Powstaniu przyznam, że nigdy nie słyszałem i nie wiem o nikim, kto by słyszał. Natomiast pamiętam, że była Polska Armia Ludowa i Narodowe Siły Zbrojne, o których prymas nie wspomniał. Teraz, przy kolejnych obchodach, słyszymy z kolei, że powstanie było dziełem Armii Krajowej, czasem prawica dodaje Narodowe Siły Zbrojne. Jak widać na przykładzie PAL, są też elementy historii, które pozostają poza marginesem zainteresowania zarówno w okresie PRL, jak i po 1989 roku. Oczywiście siły NSZ były nieporównanie większe niż AL, ale tak czy inaczej jest to znowu ten sam mechanizm: wykreślamy AL, dopisujemy NSZ. Jeśli pójdziemy kroczek dalej, a idziemy już w tym kierunku, to wykreślimy też z naszej dobrej pamięci żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, którzy forsowali Wisłę i na Przyczółku Czerniakowskim oraz na Żoliborzu próbowali przyjść z pomocą powstańcom. W 2009 roku widziałem w telewizji człowieka, który opowiadał, że jego pluton liczył 23 żołnierzy, przeprawiał się przez Wisłę z Pragi. Przeżył tylko on. Dobry Bóg dał mu jeszcze kilkadziesiąt lat życia, żeby mógł nam o tym opowiedzieć. Jeżeli coś takiego robimy – wymazujemy to doświadczenie bądź je marginalizujemy i nazywamy to polityką historyczną, to tego nie można zaakceptować.
Uważam, że w ogóle z wycofywaniem się z upamiętniania trzeba być bardzo ostrożnym, zwłaszcza gdy mówimy o dużych, masowych organizacjach. Czy jeżeli likwidujemy ulicę Armii Ludowej, zakładamy, że prawdziwe jest zdanie: „Na pewno w AL nie było ani jednego dobrego, porządnego człowieka”? Czy ulica 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki też jest do wymiany? A I Armii WP? Zaczyna to być niebezpieczne, gdzieś wypadałoby jednak postawić granice rewizjonizmowi, bo odebranie upamiętnienia to jedna z najbardziej surowych kar symbolicznych. To nie znaczy, że postrzegam AL jako tak samo „dobrą”, patriotyczną siłę jak AK. Absolutnie nie. Ale przy takich generalizacjach musimy uważać, żeby nie wyrządzić krzywdy porządnym ludziom, bardzo dzielnym żołnierzom, którzy walczyli z Niemcami. Dostali dużą arterię w środku Warszawy, centralny fragment Trasy Łazienkowskiej, bo ich formacja polityczna „wygrała”, ale wykorzystanie tego, że układ polityczny się zmienił, i odebranie im tej nazwy, byłoby chyba jednak niesprawiedliwe i niepotrzebne.
Symboliczna dekomunizacja obfituje zresztą w różnego rodzaju wypaczenia. Opowiadano mi np. taką historię zmiany nazw ulic w jakiejś miejscowości: do rynku dochodziły tam ulice Bolesława Bieruta, Małgorzaty Fornalskiej, Marcelego Nowotki i Pawła Findera. Sprawa była prosta – w latach 90., po zmianie ustroju, zmieniono im nazwy. Żadnej nie jestem w stanie odtworzyć, bo było to czterech biskupów, nienależących do grona powszechnie rozpoznawalnych nawet wśród badaczy dziejów najnowszych. Nie chcę powiedzieć, że oni nie zasłużyli na ulice ani że którakolwiek z odziedziczonych po PRL nazw była w tym przypadku do utrzymania; chodzi mi o mechanizm prostego, mechanicznego podmieniania i braku przestrzeni na jakikolwiek pluralizm. Jeżeli słyszę np., że pojawiają się pomysły odebrania ulicy Stefanowi Okrzei, to jest to dowód w najlepszym przypadku nieuctwa, a polityki historycznej nie mogą prowadzić nieuki. Czym innym jest odebranie patrona ulicy, a czym innym nieprzyznanie jakiejś nazwy, choć oba rodzaje decyzji mieszczą się w obrębie szeroko rozumianej polityki historycznej.
– Innym elementem polskiej odmiany polityki pamięci, charakterystycznym dla krajów postautorytarnych, jest to, że do jej zadań należy również rozliczanie przeszłości, m.in. w sensie prawnym. Odzwierciedla to struktura IPN. Jak widzi Pan – z perspektywy tych kilkunastu lat – zalety i wady tego modelu?
– Kiedy w latach 90. przygotowywana była ustawa o IPN, jej autorom chodziło przede wszystkim o dwie rzeczy. Po pierwsze, o osądzenie – tam, gdzie było to jeszcze możliwe – sprawców zbrodni hitlerowskich i komunistycznych. Warto tu na marginesie powiedzieć, że IPN przyjął za swój fundament obywatelskie rozumienie narodu, w związku z czym zajmujemy się m.in. zbrodniami na Niemcach – przedwojennych obywatelach Polski, którzy nie dość gorliwie służyli III Rzeszy albo wręcz pozostali wierni II Rzeczpospolitej i przypłacali to życiem.
Drugim zadaniem wyznaczonym IPN było wyjęcie archiwów szeroko rozumianego aparatu represji z rąk jego (zreformowanych, ale jednak) następców instytucjonalnych i przekazanie ich pod cywilny nadzór ekspertom, ludziom „bez przeszłości”. Towarzyszyła temu nadzieja, że w ten sposób uniemożliwi się dziką lustrację, niekontrolowane przecieki itd. Niestety, okazała się ona złudna. Były przecież takie momenty, że nie było tygodnia, żeby agentem nie ogłoszono znanego pisarza, aktora czy polityka.
– A jak z tej perspektywy czasu widzi Pan swoje „poletko”, czyli Biuro Edukacji Publicznej IPN?
– Ten „trzeci filar” Instytutu był z początku trochę takim kwiatkiem do kożucha, który miał ocieplać wizerunek „instytucji od rozliczeń”. Z czasem okazało się jednak, że kwiatek stał się o wiele cenniejszy niż kożuch: 1,5 tys. publikacji, szereg ukazujących się regularnie periodyków – naukowych i popularyzatorskich – setki wystaw, konferencji i debat. Wszystkie polskie uniwersytety razem wzięte i Polska Akademia Nauk mają dziś w badaniach nad okresem PRL mniejszy dorobek niż IPN. W ramach badań nad historią najnowszą dokonała się i dokonuje nadal prawdziwa rewolucja.
Wielkim osiągnięciem BEP jest też wychowanie całego pokolenia historyków. W 2000 roku miałem 48 lat i w całej Polsce w Biurze było tylko dwóch starszych ode mnie kolegów. To pokazuje, że IPN to byli rzeczywiście ludzie młodzi; dziesiątki, a później setki świeżo upieczonych doktorów albo jeszcze nawet doktorantów, którym zatrudnienie w Instytucie dawało niezwykłe możliwości rozwoju naukowego i awansu zawodowego. Ale jest jeszcze coś. Jeśli ktoś by mnie wtedy zapytał: a gdzie był pan 20, 30 lat temu, to musiałbym się tłumaczyć, gdzie byłem. A wobec 30-latków takie pytania nie miały racji bytu i to w polskim kontekście miało olbrzymie znaczenie, ponieważ nie byli oni obciążeni swoimi biografiami z okresu PRL, naturalną potrzebą ich obrony lub uświęcenia. Ten brak osobistego bagażu ułatwia zniuansowane podejście do historii, uwzględniające chociażby rozdział pomiędzy sferę państwową a społeczną i pozbawione charakterystycznych dla bezpośrednio zaangażowanych po jednej lub drugiej stronie barykady fałszów i uproszczeń, jak np. „PRL była krajem mlekiem i miodem płynącym” czy że było to, przeciwnie – „45 lat totalitarnej sowieckiej okupacji”.
Faktem jest jednak, że oprócz ogromnych możliwości praca w Instytucie to także duża odpowiedzialność. Jeden z kolegów z Instytutu, Rafał Wnuk, opowiadał mi, jak w pierwszych miesiącach działania IPN pojechał gdzieś z historyczną prelekcją o żołnierzach podziemia niepodległościowego. No i mówił tam językiem przystępnym, ale w zgodzie z naukowymi standardami: „wydaje się”, „można przypuszczać”, „raczej”, podkreślał, że – ogólnie rzecz biorąc – zdania wśród historyków są podzielone. Na to w końcu ktoś z publiczności mówi do niego tak: „Panie, pan jesteś z IPN-u, powiedz pan, jak to było”. I rzeczywiście, jest taka część społeczeństwa – trudno powiedzieć, jak duża – która traktuje IPN jak depozytariusza prawdy absolutnej.
– W ostatnich latach można chyba powiedzieć, że uprawiana w III RP polityka pamięci zaczęła przynosić pierwsze owoce. Z jednej strony widzimy wzrost znaczenia historii w debacie publicznej i swoiste umasowienie wiedzy o wielu wątkach najnowszych dziejów: od Powstania Warszawskiego, przez „Solidarność” i polityczną historię późnego PRL, po „Żołnierzy Wyklętych”. Kwestią, która budzi wątpliwości, jest jednak poziom tej wiedzy, ukształtowanie się czegoś w rodzaju świadomości historycznej w wersji pop, uproszczonej i przekształconej „narracji”.
– Mówimy o dwóch zjawiskach. Z jednej strony o sukcesie różnego rodzaju projektów historycznych skierowanych do młodzieży, takich jak wydawane przez IPN komiksy czy gry planszowe. I tu upierałbym się, że lepsza jest trzymająca się faktów opowieść przygotowana pod kątem dzieci i młodzieży od totalnej niewiedzy wynikającej z braku zainteresowania historią. Wydaje mi się, że lepiej próbować docierać do najmłodszych obywateli językiem i środkami przekazu, które są dla nich czytelne, zachęcać do historii od najmłodszych lat. Zaproponowanie im lektury naukowego tomu z przypisami nie miałoby przecież żadnego sensu. Natomiast jeśli wiedzę z tego tomu można – trzymając się faktów – przełożyć choćby częściowo na interesującą dla nich opowieść, to daje to bardzo dobre efekty edukacyjne. Dopóki przekazywana w ten sposób wiedza popularna jest oparta na solidnej i rzetelnie udokumentowanej wiedzy naukowej, jestem spokojny.
Inna sytuacja jest wtedy, gdy ta infantylizacja jest utrzymywana w przekazie kierowanym do dorosłych, kiedy serwuje się im wiedzę w wersji westernowej, gdzie mamy bohaterów dobrych i złych, których role są z góry rozdzielone i wszystko przebiega tak, jak tego oczekujemy. Kiedy to założenie, żeby ludzi nie przemęczać, żeby podać im w związku z tym historię uproszczoną i schematyczną, przyjmowane jest wobec ludzi dorosłych, to jest to dla mnie sytuacja niepokojąca.
– To gdzie jest w debacie o przeszłości granica, za którą kończy się historia, a zaczyna bajka dla dorosłych?
– Jako zawodowy historyk jestem uczulony na przestrzeganie reguł sztuki i łatwo dostrzegam, czy stawiane przez kogoś tezy są solidnie udokumentowane, czy są swego rodzaju oszustwem. Ale czytelnikom pozbawionym warsztatowego zaplecza nie jest tak łatwo tę granicę rozpoznać. Księgarnie pełne są, niestety, historycznych gniotów – ktoś wyczuwa nośny temat, najlepiej obyczajowy, i w połowie zmyśla, w połowie naciąga fakty, miesza udokumentowane informacje z plotkami, nie zważając na wiarygodność źródeł. Wszystko po to, żeby stworzyć produkt, który dobrze się sprzeda. Ale to zjawisko nie jest jakieś szczególnie specyficzne dla Polski. Zresztą niemała część tego typu literatury zapełniającej półki w księgarniach i bibliotekach to przekłady zagranicznych bestsellerów.
Wracając do pytania, powiedziałbym, że są dwie rzeczy, które da się stosunkowo łatwo wyłapać. Po pierwsze – język opisu. Jeżeli autor książki czy artykułu ma coś wspólnego z rzetelnością historyczną, to często będzie starał się niuansować swoje oceny, rzadko przybierając ton absolutnej pewności, będzie pokazywał blaski i cienie opisywanych przez siebie zjawisk czy postaci. Rzadko będzie twierdził też, że odkrywa coś jako pierwszy. W kwestiach, co do których nie ma naukowego konsensusu, będzie pokazywał różne interpretacje omawianych przez siebie faktów, w uczciwy sposób referując argumenty przedstawiane na ich rzecz.
Mniej szkody dla społecznej świadomości historycznej w Polsce wyrządziły nawet najbardziej wątpliwe publikacje IPN i innych instytucji popularyzujących historię niż np. książki Henryka Piecucha i innych propagatorów spiskowej teorii dziejów.
– Jednym z najbardziej wyświechtanych powiedzeń na temat historii jest to, że piszą ją zawsze zwycięzcy. We współczesnych badaniach i literaturze historycznej istotny jest nurt, który stara się tę zasadę podważyć, skupiając się na perspektywie grup mniejszościowych czy ludzi z innych względów marginalizowanych. Jak widzi Pan miejsce dla tego typu nurtów w polityce pamięci uprawianej przez państwo i jego instytucje?
– Mam do kwestii upamiętniania mniejszości podejście nieco inne niż przedstawiciele tego nurtu. Jeśli np. zabieram głos na temat Zagłady, to staram się jak najczęściej używać słowa „ludzie”, a nie „Żydzi”. Z dwóch powodów – po pierwsze, dlatego, że niemieccy naziści zrobili bardzo dużo, żeby Żydów odczłowieczyć, m.in. poprzez język swojej propagandy. A, po drugie, dlatego, że uważam, że jest to najlepsze antidotum na wszelkie manipulacje i twierdzenia w rodzaju tego, że więcej Polaków ratowało Żydów, niż ich mordowało, wydawało czy szantażowało – albo na odwrót.
Nie chcę przez to jednak powiedzieć, że nie powinniśmy dyskutować o znaczeniu pochodzenia dla doświadczeń w okresie okupacji czy o statystykach, choć wielu liczb nigdy nie poznamy. Odpowiedzią na stwierdzenie, że nasze męczeństwo było największe, musi być zwrócenie uwagi na fakt, że wśród ponad 6 milionów obywateli polskich, którzy zginęli w czasie II wojny światowej, blisko połowa to są Polacy pochodzenia żydowskiego. Co oznacza z kolei, że w przypadku polskich Żydów zamordowano prawie 3 miliony z 3,5-milionowej społeczności, a w przypadku etnicznych Polaków mówimy o 3 milionach ofiar wojny, ale na tle populacji ponad 24 milionów. Skala tragedii jest w tym sensie nieporównywalna. Etniczny Polak, który nie angażował się w działalność konspiracyjną, nie brał udziału w tajnym nauczaniu, nie miał pecha i nie został aresztowany w czasie ulicznej łapanki lub pacyfikacji wsi, nie przebywał w Warszawie w czasie powstania ani nie spadła mu na głowę aliancka bomba, miał jednak dużą szansę przeżycia lat 1939–1945. Natomiast polski Żyd czy Polak żydowskiego pochodzenia, bez względu na wiek, płeć, wykształcenie, status materialny, religijność, wygląd i język był takiej szansy pozbawiony. Największa część polskich Żydów, która przeżyła wojnę, to – o czym rzadko się mówi – ci deportowani przez Stalina w latach 1939–1941 do Związku Radzieckiego. Jeśli chodzi o tę garstkę, która przeżyła wojnę w Generalnym Gubernatorstwie – istniejące wyliczenia są tu bardzo nieprecyzyjne, podają liczby od 30 do ponad 100 tys. – to w każdym pojedynczym przypadku graniczyło to z cudem.
– Co jest właściwie złego w dyskusji o postawach Polaków wobec Zagłady? W kraju, na terenie którego funkcjonował przemysł masowej zagłady, pojawianie się takich pytań jest chyba czymś normalnym?
– Zgoda. Rzecz w tym, jak je stawiamy. Pytania, czy pomocy dla Żydów było dużo, czy mało albo czy więcej było sprawiedliwych, czy szmalcowników – to są pytania źle zadane. Czy pomoc była na miarę potrzeb? Na pewno nie. Zresztą nawet gdyby w Polsce mieszkali sami dobrzy ludzie i wszyscy chcieli ratować Żydów – a tak niestety nie było – to nie można było ukryć i wywieźć prawie trzech i pół miliona ludzi, których zdecydowana większość wyróżniała się wyglądem, nie mówiła po polsku wcale lub tylko bardzo słabo. A czy była to pomoc na miarę możliwości? Tu jest wielki znak zapytania. Pomoc Żydom wymagała nierzadko heroizmu, poświęcenia, ale prawdopodobnie można powiedzieć, że gdybyśmy się jako zbiorowość bardziej postarali, to pewnie można byłoby uratować jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich. Natomiast mam silne podejrzenie, że kontrowersji na ten temat, związanych m.in. z pretensjami wobec Polski w kręgach żydowskich, nie byłoby wcale lub byłoby ich dużo mniej, gdyby chodziło tylko o traumy okresu okupacji; gdyby nie to wszystko, co wydarzyło się w Polsce po II wojnie światowej, a co wciąż jest słabo obecne w polskiej świadomości zbiorowej.
– Czyli?
– Symbolem tego, o czym mówię, jest oczywiście pogrom kielecki z 4 lipca 1946 roku, kiedy zabito 42 osoby, a kilkadziesiąt kolejnych zostało rannych. Prawica lubi mówić, że to była prowokacja radzieckich i polskich służb specjalnych. Dobrze, dla roboczej analizy przyjmijmy, że to była prowokacja. Jak ja musiałbym pana prowokować, żeby pan wziął dwuletnią dziewczynkę za nogi i roztrzaskał jej głowę o ścianę? Jakie muszą być mechanizmy prowokacji, żeby zrzucić na głowę leżącego człowieka szynę kolejową? Nie ma takich mechanizmów. Bez pewnego podglebia w realnych nastrojach społecznych, realnych uprzedzeniach, bez niewyobrażalnej nędzy, ale niestety też bez interesów materialnych osób, które przejęły żydowskie majątki, to by się nie mogło udać.
Co słyszą od swoich sąsiadów Żydzi, którzy przeżyli wojnę – w Związku Radzieckim, w obozach koncentracyjnych wyzwolonych w 1945 roku przez Armię Czerwoną, w lasach czy ukrywani gdzieś w miastach – i wracają do swoich domów, swoich sklepów i warsztatów? Sąsiedzi mówią na ich widok np. „panie Moryc, to pan żyjesz?” – przy czym nie jest to pytanie wyrażające radość czy miłe zaskoczenie. Oni pytają tak naprawdę: „panie Moryc, po co pan przeżył?”. Myślę, że to ten moment jest decydujący dla podglebia pogromów i pośrednio dla całokształtu napięć w stosunkach polsko-żydowskich po wojnie. Do tego dochodzi też oczywiście czynnik związany z zaangażowaniem stosunkowo wielu Żydów z tej garstki, która przeżyła, w prace szeroko rozumianego aparatu władzy komunistycznej, zwłaszcza aparatu represji. Jest wspomniany już przedwojenny antysemityzm i związana z wojną pogarda dla ludzkiego życia, rozchwianie zasad moralnych. Ale jest też – nie oszukujmy się – kwestia rabunku własności żydowskiej. Ktoś powie: przecież oni nie mieli złota. Ale w latach bezpośrednio po wojnie złotem były buty, złotem był ciepły sweter, pierzyna, garnek czy patelnia. I ten wątek pojawia się w bardzo wielu relacjach.
– Wróćmy do naszego bilansu. Nie mogę nie zapytać o relacje, jakie ukształtowały się w III RP między „historią publiczną” a światem polityki. Mam tu na myśli nie tylko bezpośrednie naciski, ale również czynniki miękkie, takie jak różnego rodzaju mody i tendencje, powiązane z siłą poszczególnych nurtów ideowopolitycznych. Każdy z tych nurtów ma przecież w polityce pamięci własne priorytety. Drugą stroną tego medalu są „białe plamy”, o które nie ma się kto upomnieć. Do polityki historycznej III RP i działalności IPN przylgnęło – w sposób mniej lub bardziej zasłużony – skojarzenie z prawicowością…
– Patrząc na to od strony Biura Edukacji Publicznej, powiedziałbym, że w IPN panuje dużo większa równowaga polityczna, niż przyjęło się uważać. Początki Biura to „nadreprezentacja” wychowanków dwóch profesorów – Tomasza Strzembosza i Marcina Kuli. Ci pierwsi zajmowali się przeważnie podziemiem niepodległościowym, a ci drudzy – historią społeczną i gospodarczą oraz życiem codziennym szerokich grup społecznych. Oczywiście mody wśród historyków, o których mowa, istnieją i wynikają częściowo z oczekiwań politycznych. Ale często stanowią też odpowiedź na oczekiwania społeczne, oddolne. Jak się decyduje o przedmiocie swoich kilkuletnich prac, to myśli się np. o tym, czy i gdzie będzie się mogło to wydać. Także te mody mają często podłoże dość prozaiczne.
Jest zrozumiałe, że gdy skończyła się PRL, na początku lat 90., ludzie chcieli słuchać przede wszystkim o swojej martyrologii, o „pięknych kartach” podziemia i opozycji demokratycznej. Gdyby to wtedy ukazała się taka książka, jak „Sąsiedzi” Grossa, to myślę, że sprzeciw wobec niej byłby dużo większy niż po publikacji w roku 2000. Historycy wychodzili naprzeciw tym oczekiwaniom i można powiedzieć, że sam nie jestem pod tym względem bez „winy”, bo moje książki dotyczyły przede wszystkim „polskich miesięcy”: marca 1968, grudnia 1970, czerwca 1976 i sierpnia 1980 roku; na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że zajmowałem się tą tematyką mniej więcej od 1981 roku, kiedy były to jeszcze tematy nieopisane…
– Ale jednocześnie nawet pamięć martyrologii jest dosyć selektywna. Są wątki niemal całkiem zatarte w ogólnonarodowej pamięci, takie jak Rewolucja 1905 roku czy w jeszcze większym stopniu strajki robotnicze lat powojennych. Czy z fluktuacji tych mód ma szansę koniec końców wyłonić się jakiś pluralistyczny obraz historii?
– Zgadzam się, że mody mogą mieć negatywny wpływ na nasz obraz historii. To działa w taki sposób: najpierw pojawia się jakiś temat „obowiązkowy”, np. Katyń. Powstała o nim naprawdę pokaźna biblioteka, publikacje na ten temat nie zmieściłyby się na jednym regale. I bardzo dobrze. Ale jednocześnie ciągle słyszy się: „dlaczego to nie jest badane?”. Albo – w odniesieniu do marca 1968 roku – „dlaczego tak niewiele się o nim pisze?”. Kiedy ktoś mi tak mówi, muszę się zawsze mocno ugryźć w język, żeby nie powiedzieć: „a dlaczego się nie czyta?”. Jest ponad 60 książek i broszur na temat 1968 roku, podobnie jest z Grudniem 1970 i innymi polskimi miesiącami. Publikacje są, tylko trzeba chcieć ich szukać. Ale pytanie „dlaczego się o tym nie pisze” zwykle ma też ukryte znaczenie: dlaczego się nie pisze o nas. Zdrowym odruchem w takiej sytuacji jest pójść dalej. Nie jest ciekawe zajmowanie się czymś tak do przesady wręcz wyeksploatowanym, nawet jeśli zasadniczo temat kogoś interesuje. To historyczne poletko jest przecież bardzo duże, każdy może na nim znaleźć własne miejsce.
– Może ci ludzie, którzy pytają „dlaczego się nie pisze”, mówią tak naprawdę nie o badaniach historycznych, tylko o publicznym dowartościowywaniu poszczególnych wątków historii?
– Ma pan rację, ale przecież i tą sferą rządzą mody polityczne. Długo się nad tym zjawiskiem zastanawiałem i nie mam do końca wyrobionego poglądu: na ile to zjawisko wynika z oczekiwania społecznego, a na ile z lenistwa funkcjonariuszy państwa i samorządowców. Najpewniej te dwa czynniki wcale się nie wykluczają, tylko wręcz przeciwnie, znakomicie uzupełniają.
– Jak w tej sytuacji zabiegać o równowagę między polityką pamięci skupioną na martyrologii i heroizmie a historią, która uwzględnia różne interpretacje i różne pamięci, która może stanowić w związku z tym narzędzie nie tyle poprawiania zbiorowego samopoczucia, ile poszerzania naszej samowiedzy?
– Równolegle powinny funkcjonować upamiętnianie „wielkich” wraz z towarzyszącym mu patosem i historia jako nauka oparta na faktach i solidnym warsztacie, z konieczności zniuansowana i szukająca przysłowiowej „dziury w całym”, uwzględniająca procesy długiego trwania i to, że na rzeczywistość oddziałują zarówno jednostki, jak i duże grupy społeczne. Oba te obszary aktywności są z punktu widzenia budowania zdrowej tożsamości zbiorowej i indywidualnej niezbędne. Nie ma przy tym powodu, żeby je sobie przeciwstawiać, jedną domenę wywyższać, a drugą poniżać. Równowaga tych dwóch „wektorów” powinna być czymś zupełnie naturalnym. Niestety nie jest.
– Pojawia się też pytanie o proporcje w obrębie myślenia o historii – tym, które funkcjonuje w obiegu medialnym czy w szkole – między historią opowiadaną z perspektywy wybitnych jednostek i elit, historii „wielkich mężów i wielkich czynów”, a historią społeczną, badającą doświadczenia i dążenia szerokich grup. Czy nie mamy w Polsce do czynienia z nadmierną dominacją tej pierwszej?
– Także i w tym przypadku odpowiedzią powinna być równowaga i synteza różnych perspektyw. Nie sposób wyobrazić sobie zdrowego obrazu historii bez uwzględnienia zarówno procesów i zjawisk masowych, jak i działań elit. Jestem w ogóle sceptyczny wobec doktrynerskich schematów badawczych i walk o wyższość jednej metodologii nad inną. Jeśli ktoś twierdzi, że badania np. klasowe czy genderowe są ze swojej istoty do niczego albo – wręcz przeciwnie – że stanowią źródło wiedzy jedynie słuszne, to nierzadko mam wrażenie, że pokrywa tym w gruncie rzeczy wąskie horyzonty i niesamodzielność myślenia.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, marzec 2016 roku