Refleksje o autonomii śląskiej

Refleksje o autonomii śląskiej

W 1997 r. wojewoda śląski poprosił mnie o wygłoszenie uzasadnienia przyznania pośmiertnie przez Prezydenta RP Orderu Orła Białego Wojciechowi Korfantemu. Gdy stanąłem na podium przed gmachem siedziby władz województwa, zwolennicy autonomii regionu rozwinęli transparent i wznosili okrzyki „Precz z kolonializmem warszawskim na Górnym Śląsku”. Jestem synem powstańca śląskiego. Okrzyk ten potraktowałem jako zaprzeczenie sensu starań mego Ojca.

***

Geneza autonomii Górnego Śląska związana jest z historią tego regionu i jego skomplikowaną strukturą narodowościową. Partia Centrum, „partia niemieckiego katolicyzmu politycznego”, działająca z dużym udziałem kleru oraz poparciem właścicieli ziemskich i przemysłowców, wystąpiła w czasach Kulturkampfu (1871-1878) przeciw polityce wyznaniowo-narodowościowej kanclerza Bismarcka. Obrońcy ludności polskiej na G. Śląsku, Karol Miarka i Adam Napieralski, przejściowo podkreślali potrzebę sojuszu obozu polskiego z Centrum.

Jak czytamy w „Encyklopedii Powstań Śląskich”, 9 grudnia 1918 r. w Kędzierzynie na konferencji partii politycznych działających na G. Śląsku wysunięto postulat utworzenia samodzielnej republiki górnośląskiej, z niemieckim i polskim językiem urzędowym, o trwale neutralnym charakterze, gwarantowanym przez Niemcy, Polskę i Czechosłowację. Projektem tym usiłowano zainteresować Tomasa Garrigue Masaryka, prezydenta Czechosłowacji. W tym okresie Centrum sympatyzowało z ruchem górnośląskich autonomistów. Od połowy 1919 r., kiedy wskutek podpisanego traktatu wersalskiego znikło niebezpieczeństwo natychmiastowej inkorporacji Górnego Śląska do Polski, Centrum wysunęło postulat nadania Górnemu Śląskowi statusu kraju związkowego w ramach Rzeszy.

Przypomnijmy, że w efekcie wystąpień Romana Dmowskiego i Ignacego Paderewskiego na konferencji pokojowej, komisja ds. polskich początkowo przewidywała przyłączenie całego Górnego Śląska do Polski. Jednak pod wpływem premiera Wielkiej Brytanii, Lloyd George’a, przeforsowano plebiscyt wśród mieszkańców regionu. Decyzja ta miała istotny wpływ na zmianę stanowiska Partii Centrum.

Ideę autonomii śląskiej popularyzował ks. Karol Ulitzka (1873-1953), jeden z przywódców Centrum, żądając utworzenia separatystycznego państwa górnośląskiego. Później, jako ekspert delegacji niemieckiej na konferencję pokojową prowadził ożywioną działalność na rzecz utrzymania Górnego Śląska w granicach tego kraju. Po klęsce Niemiec autonomia śląska miała być dla niego etapem integracji regionu z Rzeszą.

Z badań Bogdana Cimały wiemy, że na zorganizowanej przez Centralną Radę Ludową konferencji we Wrocławiu (20 XII 1919), poświęconej zakresowi przyszłych uprawnień autonomicznych G. Śląska, przygotowano projekt ustawy przewidujący przyznanie Górnemu Śląskowi autonomii administracyjnej (sejmik górnośląski) i kulturalnej (równouprawnienie języka polskiego i niemieckiego i wymagana zgoda sejmiku na wprowadzenie na Śląsku ustaw dotyczących Kościoła). Przedstawiciele rządu, przeciwni autonomii, poparli jedynie postulaty dotyczące Kościoła i religii. Inicjatywa CRL upadła. […] Centrum zarzuciło propagowanie autonomii. W wyniku uchwalenia 15 lipca 1920 r. w Polsce statutu organicznego województwa śląskiego, Niemcy na nowo podjęli kwestię autonomii G. Śląska. Ustawa Reichstagu o Górnym Śląsku z 27 XI 1920 przewidywała, że w dwa miesiące po objęciu władzy na tym terenie przez administrację niemiecką przeprowadzony zostanie plebiscyt w sprawie nadania prowincji górnośląskiej statusu kraju związkowego Rzeszy. Plebiscyt przeprowadzono w postaci referendum 3 IX 1922. Przy frekwencji 74,3% zdecydowana większość wyborców wypowiedziała się przeciw autonomii Górnego Śląska.

Powstała więc asymetria. Na niemieckim Górnym Śląsku nie było autonomii, którą mogłaby wykorzystać ludność polska w obronie swych praw konstytucyjnych. Na polskim G. Śląsku istniała autonomia wykorzystywana przez mniejszość niemiecką. Autonomiści górnośląscy mieli w pierwszym okresie silne poparcie finansowe niemieckich właścicieli ziemskich i przemysłowych. Ich hasło programowe „Górny Śląsk dla Górnoślązaków” oznaczało w praktyce zachowanie niemczyzny, jej pozycji politycznej, gospodarczej i kulturalnej oraz zahamowanie oddziaływania kultury polskiej i polskich partii politycznych na nieuświadomionych narodowościowo Ślązaków, będących pod wpływami Centrum i niemieckiej hierarchii kościelnej oraz większości kleru śląskiego.

Już w 1918 r. wyodrębniły się dwie grupy: autonomistów, którzy propagowali odrębność Śląska w ramach Rzeszy Niemieckiej i tzw. independentów, którzy opowiadali się za proklamowaniem samodzielnego, neutralnego państwa śląskiego.

Grupą pierwszą dowodził Hans Lukaschek (1885-1960), prominentny działacz Centrum, w latach 1916-1918 burmistrz Rybnika i komisaryczny landrat rybnicki, znienawidzony przez polskich robotników, którzy na taczce wywieźli go z urzędu w czasie listopadowej rewolucji 1918 r. Lukaschek współtworzył Freie Vereinigung zum Schutze Oberschlesiens (Wolne Stowarzyszenie dla Obrony Górnego Śląska). Organizacja walczyła na dwóch frontach: przeciw polskiemu ruchowi niepodległościowemu i antyklerykalnej lewicy niemieckiej. Dysponując olbrzymimi możliwościami finansowo-propagandowymi, stowarzyszenie skupiło ok. 17 tys. tzw. mężów zaufania, głównie nauczycieli, urzędników i przedstawicieli wolnych zawodów. Obok prasowych tytułów niemieckich, próbowało indoktrynować Ślązaków za pośrednictwem „Poradnika Domowego” i „Dzwonu”, setek tysięcy ulotek oraz antypolskich wieców, prelekcji, odczytów, seansów filmowych, przedstawień teatralnych i zabaw ludowych. Zbierało także podpisy pod petycjami domagającymi się pozostawienia G. Śląska w granicach Rzeszy.

Pod koniec 1919 r. organizacja przekształciła się w Vereinigte Verbände Heimattreuer Oberschlesier (Zjednoczenie Związków Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków), federację stowarzyszeń niemieckich z siedzibą we Wrocławiu. W grupie śląskiej organizacja skupiła ok. 42 tys. sympatyków.

Lukaschek był ekspertem delegacji niemieckiej na konferencję pokojową w Paryżu i aktywnym współpracownikiem niemieckiego komisariatu plebiscytowego, w latach 1922-1927 przedstawicielem Niemiec w Komisji Mieszanej dla Górnego Śląska w Katowicach. Za szpiegostwo polityczne został w 1927 r. usunięty z woj. śląskiego jako persona non grata.

Grupa independentów natomiast założyła w połowie stycznia 1919 r. Bund der Oberschlesier – Związek Górnośląski. Jak podaje B. Cimała, ich programem było natychmiastowe zniesienie pruskich ustaw wyjątkowych, przeciw polskim Górnoślązakom, niezwłoczne wprowadzenie równouprawnienia języka polskiego z niemieckim, powołanie na urzędy państwowe Górnoślązaków mówiących oboma językami, zapewnienie wolności wyznania, zaniechanie rozdziału Kościoła od państwa, utworzenie odrębnej górnośląskiej delegatury kościelnej, najszersze rozwinięcie ustawodawstwa socjalnego, opieka nad oświatą ludową, niepodzielność G. Śląska. Główne hasło: „Górny Śląsk dla Górnoślązaków”. […] W czasie kampanii plebiscytowej [zajmowali] stanowisko proniemieckie, po plebiscycie próba nawrotu do hasła neutralizacji.

Autonomię śląską propagował także „Der Oberschlesier”, tygodnik założony w Opolu jesienią 1919 r. przez Georga Wenzla. Lansował ideę istnienia „narodowości górnośląskiej”, jednocześnie podkreślał wyższość cywilizacyjną i kulturalną Niemiec. Do 1944 r. kontynuował „pracę u podstaw” w duchu krzewienia kultury niemieckiej. Separatystyczny charakter miał również Związek Obrony Górnoślązaków, w którym kluczową rolę odgrywał Jan Kustos, aresztowany w 1923 r. pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Niemiec.

Wniosek wypływający z podanych informacji jest taki, że ruch na rzecz autonomii Śląska był forsowany przed plebiscytem (20 marca 1921 r.) głównie przez stronę niemiecką, a postulaty takie kierowano przede wszystkim do nieuświadomionych narodowo Górnoślązaków z myślą o pozyskaniu ich z czasem dla sprawy włączenia G. Śląska do Rzeszy.Ruch ten finansowany był przez rząd niemiecki oraz wpływowe w owym regionie niemieckie koła ziemiańskie i wielkoprzemysłowe. Twierdzenie o równouprawnieniu wszystkich Górnoślązaków uzupełniał drugim: o wyższości cywilizacji i kultury niemieckiej nad polską. W plebiscycie śląskim ruch ten wzywał zazwyczaj do oddawania głosów za opcją niemiecką.

***

W związku z trwającymi dziś dyskusjami warto też odpowiedzieć, jaka była geneza i charakter polskiej ustawy konstytucyjnej z 15 lipca 1920 r. o statucie organicznym województwa śląskiego, na którą powołuje się obecnie Ruch Autonomii Śląska.

Samorząd śląski miał posiadać prerogatywy w takich m.in. kwestiach: ustawodawstwo w sprawie używania języka polskiego i niemieckiego, ustrój i podział władz administracyjnych, organizacja sił policyjnych i żandarmerii, szkolnictwo podstawowe i zawodowe, opieka socjalna, ustalanie dorocznego budżetu śląskiego, nakładanie podatków i opłat publicznych zgodnie z przepisami ustawy. Kwestie podatkowe, z inicjatywy Rządu RP, miały być regulowane drogą ustaw państwowych, konsultowanych z Sejmem Śląskim. Część dochodów Skarbu Śląskiego miała być oddawana na potrzeby ogólnopaństwowe, stosownie do liczby mieszkańców Śląska i jego siły podatkowej.

Ustawa zapowiadała wprowadzenie waluty polskiej jako jedynego prawnego środka płatniczego. Nie wprowadzała pojęcia „autonomia śląska”. Suwerenność oznaczała w tym przypadku rozbudowę terytorialnego samorządu śląskiego, bez prawa do własnego rządu, reprezentacji międzynarodowej i innych prerogatyw pełnej autonomii. Autorem wspomnianego aktu prawnego był prof. Józef Buzek (1873-1936), stryjeczny dziadek Jerzego Buzka. Był on wybitnym znawcą polityki germanizacyjnej na Śląsku, czemu dał wyraz m.in. w studium „Historia polityki narodowościowej rządu pruskiego wobec Polaków” (Lwów 1909).

Główny autor ustawy i polskie elity polityczne widziały w niej drogę do powolnej integracji Górnego Śląska z resztą ziem polskich. Konstytucja kwietniowa z 1935 r. zniosła wiele jej ustaleń. Była to konieczność państwowa w obliczu powstania w Niemczech agresywnego systemu totalitarnego, zagrażającego integralności terytorialnej i istnieniu II RP, w obliczu nazistowskiej indoktrynacji wielu Ślązaków, szczególnie młodszego pokolenia, korzystającego z rynku pracy III Rzeszy.

Co skłoniło rząd i Sejm do uchwalenia ustawy o statucie organicznym województwa śląskiego? Przede wszystkim obawa o wyniki plebiscytu w sytuacji, gdy wojska bolszewickie zbliżały się do Warszawy. Ponadto decyzje delegatów polskich i czeskich w Spa z 11 lipca, którzy zrezygnowali z plebiscytu i zgodzili się na arbitraż Rady Najwyższej, oraz przegrany w tym dniu plebiscyt na Warmii i Mazurach.

Polska bała się także skutków współdziałania sowiecko-niemieckiego. Kilkanaście tysięcy niemieckich komunistów zasiliło szeregi Armii Czerwonej. Niemieccy dokerzy Gdańska odmówili obsługi dostaw żywności, lekarstw i odzieży z Amerykańskiej Administracji Pomocy dla Polski. Minister Spraw Zagranicznych Rządu RP, Eustachy Sapieha, tak analizował wielką propagandową – i nie tylko – ofensywę niemiecką na temat „sezonowości Polski”: Przygotowując swoją propagandą prasową opinię europejską na nieuniknioną klęskę Polski, starali się Niemcy ją przyspieszyć […] przez dostarczenie bolszewikom efektywnej pomocy przez wyszkolonych oficerów, ochotników, inżynierów itd. i w pewnym stopniu materiałów wojennych, przez zorganizowanie na rzecz bolszewików służby wywiadowczej na terenach pogranicznych, […] przez szkodliwą dla Polski interpretację ogłoszonej neutralności, […] przez niepokojenie opinii polskiej szeregiem incydentów granicznych, inscenizowanych w chwili największych naszych niepowodzeń, […] przez oświadczenie kierujących mężów stanu, zapowiadające przedsiębranie środków celem zabezpieczenia komunikacji z Prusami Wschodnimi i ochrony doprowadzonej rzekomo do rozpaczy mniejszości niemieckiej w Polsce, […] przez podjęcie efektywnych prób obalenia traktatu przez wywołanie ruchu zbrojnego na Śląsku, który to ruch mógł być łatwym pretekstem do uregulowania sporu z Polską drogą oręża.

Obok wniosków z analizy stosunków międzynarodowych w 1920 r., o przyjęciu statutu organicznego dla Śląska zadecydowały przesłanki wynikające z analizy miejscowych stosunków wewnętrznych. Nie było tu właściwie polskiej klasy posiadającej, z wyjątkiem chłopów na „Śląsku Zielonym”, czyli w powiatach rolniczych. Nie było polskich ziemian, przemysłowców, urzędników, policjantów, oficerów i wyższych duchownych: warstwy posiadające i kierownicze prawie w całości były niemieckie. Dysponowały one olbrzymimi środkami na akcję plebiscytową, dobrze uzbrojonymi formacjami ochotniczymi, większością śląskich tytułów prasowych. Na Śląsku – pisze Paweł Zaremba w „Historii Dwudziestolecia” – ksiądz Polak, jeśli chciał prowadzić polską działalność kulturalną, walczyć musiał nie tylko z niemieckim urzędnikiem, nauczycielem, fabrykantem czy właścicielem ziemskim, lecz także z przedstawicielami własnej hierarchii, z potężnym arcybiskupem wrocławskim na czele. Były więc niewątpliwie na Śląsku elementy łączące dążenia narodowe z walką klasową. Zwłaszcza w środowisku robotniczym. Lecz i te aspiracje narodowe nie znajdowały sprzymierzeńców ani w opanowanych przez Niemców związkach zawodowych, ani w stronnictwach politycznych. Przeciwnie, niemieckie kierownictwo ruchu robotniczego polskie aspiracje narodowe zwalczało nie gorzej, a na pewno skuteczniej niż ugrupowania prawicowe czy katolickie „Centrum”.

Komuniści niemieccy w porozumieniu z polskimi prowadzili na G. Śląsku zaciętą propagandę antypolską. W takich warunkach bardzo trudne było przekonanie do głosowania za Polską robotnika polskiego, którego warunki egzystencji były znacznie lepsze od egzystencji robotników sąsiednich zagłębi przemysłowych – dąbrowskiego i krakowskiego, i który do niedawna korzystał z dobrej koniunktury i zamówień wojennych.

Polacy na Górnym Śląsku – podkreśla Zaremba – musieli więc pokonać przeszkody bez porównania większe niż w każdej z pozostałych dzielnic Polski. Bo nie tylko stawali twarzą w twarz z potęgą niemiecką, która – choć pokonana przez sprzymierzonych – miała w swej dyspozycji zarówno siłę fizyczną i środki nacisku gospodarczego, jak i bogaty arsenał argumentów znajdujących posłuch w stolicach zachodnich. Musieli się także liczyć z wrogim nastawieniem tak krańcowo sprzecznych ze sobą interesów, jak kapitału międzynarodowego i dezyderatów politycznych ośrodków rewolucji komunistycznej w Rosji i Berlinie. Musieli się także liczyć z faktem, że ich żądanie przyłączenia do Polski było zupełną nowością w opinii światowej, lecz także w Polsce, gdzie dla wielu było zupełną nowością, na pewno radosną, lecz trudną do wycenienia i do wyciągnięcia politycznych wniosków.

Zaremba pisze ponadto, iż Żądanie zjednoczenia Górnego Śląska z odrodzoną Polską postawione zostało formalnie 21 października 1918 r. przez Wojciecha Korfantego na posiedzeniu parlamentu Rzeszy. Korfanty inspirował uchwalenie statutu organicznego, realistycznie oceniając trudności polskiej akcji plebiscytowej. Sprzeciwiał się szybkiej integracji regionu z resztą ziem polskich. Stopniowo chciał pozyskać przede wszystkim krajanów o słabej świadomości narodowej, których liczebność oceniał na 1/3 mieszkańców Górnego Śląska. Statut, poprzez uszanowanie praw mniejszości niemieckiej, miał ułatwiać im lojalność wobec państwa polskiego.

***

Po śmierci Korfantego kontynuatorzy jego poglądów politycznych nie byli w stanie przewidzieć sytuacji na G. Śląsku po zajęciu go przez Armię Czerwoną. Śląskiem administrowano wówczas pod dyktando polskich komunistów i ich sowieckich kontrolerów, szczególnie w aparacie bezpieczeństwa i wojsku. Z regionu wywieziono kilkadziesiąt tysięcy górników do niewolniczej pracy w kopalniach sowieckich, narzucono Polsce darmowe dostawy węgla z kopalń śląskich do Kraju Rad. Dopiero dzięki staraniom Gomułki, który wykorzystał osłabienie Związku Sowieckiego, część z tych górników wróciła do Polski oraz zrewaloryzowano wartość węgla wywożonego do ZSRR.

Górny Śląsk odegrał kluczową rolę w powojennej odbudowie kraju, szczególnie totalnie zniszczonej Warszawy, a także w zagospodarowaniu tzw. Ziem Odzyskanych. Jako region autonomiczny nie mógłby spełnić takiej roli. Znaczna część robotników śląskich wyjechała do RFN, ich miejsce zajęli przybysze z przeludnionych regionów Polski, rodzinnie i mentalnie związani z Małopolską, Mazowszem, Podlasiem i Kresami Wschodnimi. Wielu rdzennych Ślązaków rozproszyło się po kraju, m.in. wskutek pracy zawodowej.

Los mieszkańców G. Śląska jest dziś ściśle związany z resztą kraju. Lansowanie hasła „Precz z kolonializmem warszawskim na Górnym Śląsku” jest demagogią ambitnych polityków, którym marzą się stanowiska ministerialne i urzędnicze w rządzie śląskim i jego administracji, diety poselskie w Sejmie Śląskim czy reprezentowanie regionu na forum międzynarodowym. Głosiciele wspomnianego hasła zapominają o historii tej części kraju, o skutkach wojny przegranej przez hitlerowską Rzeszę, o składzie narodowościowym i społecznym dzisiejszego Górnego Śląska.

Ruch Autonomii Śląska walczy o przekształcenie Rzeczypospolitej w państwo regionalne, a w dalszej perspektywie w państwo federalne na wzór Niemiec. Zabiega o przywrócenie Sejmu Śląskiego, regionalnego rządu i Skarbu Śląskiego, który dbałby o to, by niewielka część zgromadzonych środków zasilała budżet centralny. Zwolennicy ruchu godzą się, by na razie w gestii władz centralnych pozostała dyplomacja, wojsko i polityka monetarna. Na łamach organu RAŚ, „Jaskółki Śląskiej”, można znaleźć wypowiedzi kwestionujące podstawowe twierdzenia historiografii polskiej, dotyczące dziejów Śląska, oceny Hakaty i Komisji Kolonizacyjnej, powstań śląskich i plebiscytu. Polski wkład do kultury i cywilizacji Śląska jest przez RAŚ pomijany. Kwestionuje się także powojenny wysiłek milionów napływowych mieszkańców przy odbudowie i rozbudowie gospodarki i kultury na Śląsku.

Przewodniczący RAŚ, Jerzy Gorzelik, deklarował wręcz: Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolitą Polską, którego jestem obywatelem, odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia i dlatego nie czuje się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa.Myślę, że J. Gorzelik nie zna historii i sensu ustawy o statucie organicznym województwa śląskiego, o której propolskiej genezie już wspominałem. Nie przypadkiem była ona popierana m.in. przez Józefa Piłsudskiego, Wincentego Witosa czy wybitnego działacza endecji, Wojciecha Trąmpczyńskiego. W pierwszym artykule owej ustawy czytamy m.in., że Województwo Śląskie będzie nieodłączną częścią składową Rzeczypospolitej Polskiej.

Rozwój demokracji terytorialnej i społeczeństwa obywatelskiego uzasadniają wysiłki zmierzające do rozszerzenia uprawnień samorządu wszystkich regionów III Rzeczypospolitej, a także pielęgnowanie lokalnych tradycji, gwary czy zwyczajów. Jednak los Górnego Śląska i innych regionów Polski jest ściśle związany z polityką gospodarczą państwa polskiego, z wielkim, ogólnokrajowym wysiłkiem modernizacji infrastruktury, z dostosowaniem przemysłu do współczesnych wymogów energetycznych, z wdrażaniem nowoczesnych technologii w wielu branżach, z rozbudową wszystkich typów szkolnictwa i instytucji kulturalnych. Te trudne zadania nie mogą być zrealizowane pod hasłem „Śląsk dla Ślązaków”.

Na pytanie, czy istnieje naród śląski, odpowiedziały negatywnie Sąd Najwyższy i Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Poza tym musimy pamiętać o ruchach ludnościowych na Śląsku w następstwie II wojny światowej oraz polityk ludnościowych PRL i RFN. Ślązacy współcześni nie są mniejszością narodową czy etniczną, lecz grupą regionalną o bogatej kulturze, podobną do grupy kaszubskiej czy góralskiej. Stanowią integralną część narodu polskiego. Autonomia w warunkach XXI wieku, pełnego trudnych decyzji związanych z koniecznością ograniczenia deficytu budżetu państwowego i terytorialnego, nieuchronnością rewolucyjnych przemian w polityce energetycznej, drogowej czy żywnościowej, byłaby hamulcem tych zmian, generując nowe konflikty wokół regionalnych obciążeń. W takiej sytuacji trzeba odróżnić dwie kwestie: „Co jest korzystne dla mieszkańców Śląska” oraz „Co jest korzystne dla liderów śląskich ruchów autonomicznych”.

Refleksje o autonomii śląskiej

Dbajmy o siebie, czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Zaprezentowana w poprzednim numerze część I analizy zjawiska patriotyzmu konsumenckiego (PK) stawiała następującą diagnozę:

  1. Dotychczasowe kampanie promujące patriotyzm konsumencki w Polsce nie posiadają zakładanej przez ich twórców mocy mobilizacyjnej. Wielu konsumentów nie zna bowiem nadal kraju pochodzenia nabywanych produktów czy kraju pochodzenia marki.
  2. Kampanie te, bazując na bardzo wąskim wachlarzu emocji, nie dały żadnych narzędzi konsumentom i w małym stopniu podejmowały działania na rzecz wytworzenia automatyzmu kupowania krajowych produktów/marek.
  3. Wśród polskich konsumentów dość powszechnie występuje mylenie marki i produktu, co w połączeniu z brakiem wyraźnej informacji o kraju pochodzenia towarów oraz sprzedażą marek firmom zagranicznym utrudnia świadomy wybór.
  4. Duża grupa konsumentów deklaruje jednak gotowość do świadomej konsumpcji, zwłaszcza w przypadku ujawnienia nieetycznych działań producentów określonych dóbr (wielu konsumentów chce kierować się swoistą moralnością podczas zakupów).

Co w takiej sytuacji można zrobić lepiej, bardziej efektywnie? Jak powinniśmy działać? Jeśli przyjmujemy założenie o potrzebie tworzenia skutecznego ruchu PK oraz o sensowności budowania potrzeby świadomej konsumpcji w tym zakresie, to musimy uruchomić działanie, które stworzy masę krytyczną, wywołującą modyfikację postaw większej grupy konsumentów. Działanie to na pewno powinno zapełni

lukę wiedzy o kraju pochodzenia produktów, da

szerszy wachlarz mobilizujących emocji oraz pozwolić na wytworzenie skutecznych automatyzmów u konsumentów i przedsiębiorców.

Mobilizujące emocje – przyczepny egoizm

Tradycyjnie pojmowana ekonomia w swoich miarach i opisach procesów ekonomicznych oraz decyzji handlowych pomija wiele czynników, które uchodzą za zbyt subiektywne i nieistotne. Nie byłoby w tym nic dziwnego (każda dyscyplina akcentuje to, co uniwersalne, pomijając cechy incydentalne), gdyby nie to, że procesy ekonomiczne nie dzieją się w próżni.

Zachodzą one w specyficznych skupiskach jednostek ludzkich, które łączy wprawdzie wspólna natura, ale dzieli wiele cech kulturowych, społecznych, światopoglądowych, geograficznych, religijnych itd. Skoro te czynniki mają wpływ na życie wszystkich grup społecznych, to dlaczego nie miałyby mieć wpływu na decyzje handlowe/gospodarcze jednostek? Czemu jednostki miałyby nagle wyzbywać się swojego „społecznego oprogramowania”, gdy idą do sklepu lub zakładają firmę?

Jednym z czynników akceptowanych przez ekonomistów a skłaniających ich do minimalizowania „społecznego oprogramowania”, jest egoizm. To właśnie on ma nas popychać do maksymalizacji przyjemności i minimalizacji przykrości. To skierowanie wektora działań na nas samych jest głównym motorem procesu szacowania kosztów i zysków. Jest bowiem czymś jasnym, że każdy podmiot w gospodarce próbuje zminimalizować koszty oraz zmaksymalizować zyski.

Niestety, bardzo często owe koszty – za zgodą twórców i wykonawców prawa – są przerzucane na podmioty zewnętrzne, nie będące beneficjentami transakcji (vide koszty społeczne i przyrodnicze). Często również zysk jest rozumiany bardzo wąsko, np. wówczas, gdy państwo sprzedaje firmę, aby uzyskać szybki wpływ do budżetu. Chociaż doraźnie i w kalkulacji lokalnej decyduje tu zysk bezpośredni, to jednak pośrednim zyskiem, który został utracony, są nie tylko podatki i wzrost potencjału kapitału miejscowego, czyli dochody państwa, ale również korzyści społeczne, związane z zatrudnieniem oraz kooperacją firm miejscowych. Osobną kwestią jest oczywiście kwestia utraty kontroli w sferach tak newralgicznych, jak energia, przemysł zbrojeniowy, media czy ochrona zdrowia lub edukacja.

Wydaje się więc, że chociaż egoizm ekonomiczny jest ideę „przyczepną”, czyli naturalną, łatwo akceptowalną, to w rachunku ekonomicznym oraz teorii ekonomicznej należy brać pod uwagę coś więcej niż tylko indywidualny egoizm. A jeśli nawet tylko jego, to nie wyłącznie w kontekście potrzeb naturalnych, lecz w szerszym, biorącym pod uwagę potrzeby społeczne, kulturowe, religijne i inne.

Od wieków ludzie dyskutują, ile w nas egoizmu, a ile altruizmu. „Altruiści” twierdzą, że często działamy dla innych bez korzyści dla nas samych, a nawet ze stratą. „Egoiści” z kolei mówią, iż działamy dla własnej przyjemności, pomagając innym. Spór ten zapewne jest nierozstrzygalny. Na pewno jednak, oceniając nasze decyzje nawet z perspektywy egoistycznej, musimy brać pod uwagę coś więcej niż wąskie ego. W najgorszym razie kierujemy się egoizmem rozszerzonym na innych ludzi, na czas i przestrzeń, a jednostki, które tak nie czynią, popadają w poważne problemy prawne i społeczne.

Ma to również swoją ekonomiczną manifestację. Przykładowo, dobry (zwykły!) rodzic woli kupić całej rodzinie po lodzie (z hurtowym rabatem) po dwa złote za sztukę, niż samemu i po kryjomu zjeść jednego loda w cenie detalicznej 3 PLN. Podejmując taką decyzję wiele – wąsko sprawę rozumiejąc – traci, bowiem zamiast wydać trzy złote, wydaje wielokrotność dwóch, a zatem przynajmniej cztery. Jego zysk ma jednak inny charakter, trudny do zmierzenia w kategoriach czysto ekonomicznych, a jednak oczywisty dla każdego, kto nie jest dewiantem lub nie kieruje się jeszcze innymi, szczególnymi czynnikami.

Ten przykładowy rodzic wie, że warto kierować się rozszerzonym egoizmem. Owa wiedza jest mu na szczęście jeszcze dana. Ilu z nas wie jednak, jak kierować się szerszym egoizmem, który uwzględnia nasz interes nie zawsze teraz, ale na pewno tu?

Mobilizujące emocje

Salus Reipublicae Suprema Lex, czyli dobro Rzeczy Wspólnej najwyższym prawem – tak mawiali nasi przodkowie, zarówno ci z I, jak i z II Rzeczypospolitej. Rzymska maksyma podkreślała republikańskie, wspólnotowe korzenie i myśl przewodnią, które towarzyszyły ich twórcom. Chociaż różnym środowiskom pojęcie patriotyzmu wydaje się kontrowersyjne, to niewielu odrzuci piękne przesłanie tego stwierdzenia.

Mimo iż jest to inny temat – choć komplementarny wobec tego, o czym piszemy – warto wspomnieć, że niemal zawsze, a w porównaniu z innymi państwami niezwykle często, polska kultura, państwowość i polityka miały inkluzywny charakter. Oznacza to, że Polakiem, czyli współwłaścicielem Rzeczy Wspólnej, był każdy, kto nim chciał być, czyli ten, kto swój los i powodzenie łączył z Rzeczpospolitą i jej interesem. Zresztą powodzeniu i wielkości Rzeczypospolitych przysłużyło się niezliczenie wielu, którzy nie mieli polskich korzeni, ale politycznie służyli jej i przez to faktycznie byli Polakami, polonizując się z własnej woli i wnosząc wkład w bogactwo naszej kultury oraz przejmując część odpowiedzialności za wspólnotę i państwo. Dopiero niedawno Polska stała się krajem etnicznie homogenicznym oraz ograbionym terytorialnie, kulturowo i osobowo wskutek działań – mówiąc eufemistycznie – niezbyt przyjaznych sąsiadów. Z tej tradycji troski o Rzeczpospolitą można bez problemu wywieść jej współczesne ekonomiczne składowe.

Patriotyzm można rozumieć jednak różnie, można go też negować. Nie można jednak negować tego, że w interesie każdego z nas jest zamożność naszego państwa i zamożność naszych sąsiadów, rodaków, godność ich życia oraz materialne bezpieczeństwo. Jasne, że pieniądze to nie wszystko, ale deficyt pieniędzy w skali państwa to rozwój patologii, nędza powszechna, która ucieleśnia się w braku pieniędzy na emerytury, ochronę zdrowia, przyrody, edukację i kulturę, modernizację infrastruktury. Zatem Rzecz Wspólna to sprawa każdego z nas. Możemy mieć wpływ nie tylko na rządy i władze lokalne – mamy go również na generowanie zysków, które płyną do kasy państwa, samorządu i do współobywateli. Wpływ ten jest domeną działań, które nazywamy patriotyzmem konsumenckim.

Wspominaliśmy o tradycji inkluzywności jako takim aspekcie patriotyzmu, który dopuszcza każdego do udziału w dbałości o dobro wspólne. Inaczej rzecz biorąc, jest to podejście, które namawia do kooperacji oraz tworzenia synergii poprzez wymianę dóbr, współpracę i przepływ informacji, właśnie dla dobra wspólnego. Tę stronę ekonomicznej troski o państwo i społeczeństwo oraz sprzężenie jej z ekonomicznym interesem własnych przedsięwzięć nazywamy patriotyzmem gospodarczym.

Oba te aspekty nazywamy z kolei patriotyzmem ekonomicznym.Uważamy, że w obecnej globalnej grze o pieniądze i władzę, w której słabsze państwa próbuje się sprowadzić do poziomu neokolonii, patriotyzm ekonomiczny jest poglądem, który każda rozsądna siła polityczna – czy to prawicowa, czy lewicowa – powinna popierać. Ponieważ jednak to ludzie kształtują rynek, więc do kalkulacji koszty/zyski musimy dodać kolejną zmienną: czy wspólnie nam się to opłaca.

Wiedza: patriotyzm konsumencki

Kto nie wie, ten błądzi. Kto wie, ma szansę wybierać. Wierząc, że nawet jeśli człowiek nie jest z natury dobry, to przynajmniej ma potencjał dobra, pozostaje nam jedynie dawać mu wiedzę oraz impuls do korzystania z niej, aby czynił dobro. Patriotyzm konsumencki powinien być kształtowany poprzez wysyłanie stałych sygnałów, pokazujących sprzężenie pomiędzy dokonywanymi wyborami konsumenta i zaspakajaniem jego potrzeb a ich wpływem na jego środowisko społeczno-państwowe, na warunki życia jego samego, rodziny, sąsiadów itp. Sygnały te powinny być nadawane systematycznie, spójnie oraz szeroką falą.

Patriotyzm konsumencki jest motywowany przekonaniem, że w przypadku, gdy towar i usługa są w podobnej cenie, to bardziej opłaca się kupić je od firmy związanej z naszym środowiskiem, gdyż w ten sposób zyskujemy pośrednio. W przypadku zakupów samorządowych czy państwowych towar lub usługa droższa, chociaż pochodząca od lokalnej firmy, może się okazać bardziej korzystna niż zakup od międzynarodowej korporacji, która traktuje Polskę tylko jak kolejny rynek zbytu. Zarówno bowiem w naszym prywatnym interesie, jak i w interesie państwa (czyli teoretycznie interesie całego narodu, a więc całego zbioru interesów prywatnych) jest to, abyśmy mieli własne firmy. One bowiem płacą tutaj podatki, są odpowiedzialne za własne działania, zatrudniają obywateli naszego państwa, kooperują z innymi polskimi firmami, sponsorują pozaekonomiczne inicjatywy w Polsce, a wreszcie nie wstydzą się kraju swego pochodzenia.

Te wszystkie czynniki razem wzięte budują ekonomiczną podmiotowość kraju. Dzięki tysiącom małych decyzji konsumentów powstaje znacząca siła. Dzięki niej wzrosną i przywiążą się do naszego rynku firmy, które pracują dla nas wszystkich. Dzięki wsparciu konsumentów, firmy zmuszone będą również do czystej i społecznie uczciwej działalności, gdyż to się im opłaci, jeśli ruch konsumencki będzie dostatecznie silny.

W projekcie patriotyzmu konsumenckiego potrzebni są tzw. maweni, czyli – jak opisał to M. Gladwell – osoby gromadzące wiedzę konsumencką i z chęcią dzielące się nią z innymi. Maweni to dzisiaj ludzie gromadzący się wokół serwisów internetowych, jak zakupy grupowe, portale porównujące ceny towarów lub dające możliwość dyskutowania o jakości usług w poszczególnych branżach. Maweni mogą skutecznie rozpowszechnić dany trend. Projekt powinien więc wyszukiwać mawenów w różnych środowiskach i utwierdzać ich w atrakcyjności kupowania produktów „stąd”.

Zadaniem koordynatorów ruchu patriotyzmu konsumenckiego jest rzetelne informowanie konsumentów, tworzenie zobiektywizowanych skal pomiaru pozytywnego wpływu firm na polską gospodarkę oraz znakowanie usług i produktów uczciwymi znakami informacyjnymi. Takimi znakami, których wartość nie sprowadza się jedynie do dziesięciu tysięcy złotych, które należy zapłacić, aby je mieć. Być może nawet znaki te nie powinny nieść ze sobą przekazu elitarności (jak dotychczasowe „Teraz Polska”), lecz być sygnałem trwałej, potwierdzonej obecności danej firmy w krajowej gospodarce oraz polskim budżecie.

Współpraca: patriotyzm gospodarczy

Siła własnej ekonomii to nie tylko siła przywiązania konsumentów do marek/firm oraz przywiązania firm do swojego kraju i jego obywateli-konsumentów. W naszym interesie jest również powszechna kooperacja firm, które popieramy konsumenckimi wyborami. To ona buduje gospodarczą niezależność i samowystarczalność.

Dlatego o ile po stronie konsumentów leży patriotyzm wyborów, o tyle po stronie firm leży patriotyzm współpracy. Dla nas wszystkich lepiej jest bowiem budować zaufanie pomiędzy podmiotami, które jako konsumenci wspieramy, gdyż wywołuje to efekt synergii. Dzięki niemu mniejsze podmioty mogą podjąć się większych działań, co z kolei powinno spotkać się z pozytywnymi reakcjami świadomego rynku. Im bowiem większy przepływ towarów i usług pomiędzy polskimi firmami, tym większa korzyść dla społeczeństwa.

Konieczne jest zatem poszukiwanie nie tylko kupujących mawenów i przekonywanie ich do idei PK, ale także poszukiwanie producentów posiadających cechy „sprzedawców”. Czyli ludzi skłonnych modyfikować swoje działania pod wpływem pomysłu, idei i przekuwanie ich w działania. Projekt PK powinien koncentrować się na usieciowieniu małych i średnich firm, oczywiście nie porzucając współpracy z „lokomotywami” biznesu, dużymi firmami z rodzimym kapitałem. Projekt musi tworzyć masę krytyczną poprzez ilość firm/producentów działających na małą skalę, ale przyjmujących wizję współpracy pomiędzy podmiotami kierującymi się patriotyzmem gospodarczym.

Patriotyzm gospodarczy to także współpraca i „wciąganie” w naszą wymianę podmiotów i osób związanych z Polską, ale pozostających na trwałe poza krajem. To poprzez te środowiska, które sympatyzują ze starą ojczyzną, możemy przestać być postrzegani jako kraj wyłącznie eksportowych pielęgniarek i hydraulików – z całym szacunkiem dla przedstawicieli tych zawodów – a stać się importerem towarów wyprodukowanych przez nas i sprzedawanych pod naszą banderą w krajach, gdzie znajduje się polska diaspora lub w państwach, w których po zmianach granic zostali potomkowie rodaków.

Nie bez znaczenia w kształtowaniu patriotyzmu gospodarczego jest także tworzenie przejrzystego lobby polskiego interesu, gotowego i posiadającego wystarczające środki, aby negocjować z rządem i parlamentem dobre warunki brzegowe dla propaństwowego biznesu. To dzięki takim zabiegom będziemy mogli wymagać od każdej władzy, aby reprezentowała przede wszystkim nas, a nie szemrane interesy lobbystów i ich fasadowe organizacje, które rzekomo w „imieniu społeczeństwa i polskiego biznesu” patrzą, z czego by tu jeszcze „ukręcić lody” do wywiezienia za granicę.

Zadaniem koordynatorów patriotyzmu gospodarczego powinno być usieciowienie firm propaństwowych (a więc nie unikających płacenia podatków, uczciwie rozliczających koszty zatrudnienia pracowników, nie działających na szkodę lokalnego środowiska biznesowego), tworzenie forów przepływu informacji o zasobach i potrzebach oraz budowanie zaufania – czynnika w kapitalizmie bezcennego, a wielokrotnie niszczonego przez ostatnich 70 lat.

Konieczność – w stronę pozytywnych automatyzów

Działania, które tu opisujemy, nie są fantazją. W wielu krajach, które są podmiotowe i osiągają sukcesy gospodarcze (nawet jeśli nie chcą lub nie potrafią przekuć ich w sukces społeczny) mają one miejsce. Podobno japońska kadra zarządzająca podtoruńskiej strefy ekonomicznej w Łysomicach, gdzie siedziby mają m.in. firmy Sharp i Orion, w początkach obecności w Polsce kupowała w Toruniu japońskie samochody – Hondy i Toyoty. Jeśli to prawda, to tysiące kilometrów od domu zadziałał u tych osób automatyzm wybierania „swoich” produktów. Oczywiście mieli to szczęście, że ich produkt ma dobrą renomę, jest sprawdzony itd. Ale nie zmienia to faktu, że nie kupili renomowanych samochodów z Niemiec czy Francji. Nie skorzystali z okazji wyrwania się z kraju, aby poszaleć po europejskich drogach Mercedesem lub Renaultem. Automatyzm ten musi być jednak efektem wieloletnich działań państwa, firm i innych instytucji społecznych.

To skumulowane, systematyczne działania wspierające ideę PK również są powodem tego, że rządy takich państw jak Japonia stają murem za swoimi przedsiębiorcami, co skutkuje bogactwem w budżetach i społecznym dobrobytem. To wreszcie poprzez promowanie współpracy i zaufania łatwo jest takim państwom strzec własnych rynków, a jednocześnie zalewać rynki słabszych państw swoją nadprodukcją.

Patriotyzm ekonomiczny nie jest fanaberią, lecz sprawdzoną strategią narodowej współpracy i solidarności. Jest także koniecznością, jeśli mamy przestać się zadłużać i liczyć na cud gospodarczy. Samodzielność i niezależność zdobywa się własną pracą. Owoce tej pracy skonsumujemy my sami, gdy pracą organiczną zorganizujemy struktury patriotyzmu ekonomicznego. Do tego potrzebny jest ruch apolityczny, społeczny, którego siła kiedyś zmusi także polityków wszystkich opcji, żeby zaczęli pracować dla nas, dla społeczeństwa.

Pewien nasz rozmówca powiedział, że zanim powstała japońska korporacja Honda, gdzieś kiedyś jakiś pan Honda musiał mieć mały warsztat, w którym kuł np. podkowy. Naszym marzeniem jest, aby i warsztat pana Kowalskiego urósł kiedyś do pozycji, która pozwoli mu z dumą otworzyć filię w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie będzie ona stanowiła okręt flagowy polskiej gospodarki, manifestując kraj pochodzenia.

Propozycja

Niniejszym artykułem chcemy zainicjować dyskusję nad tworzeniem ruchu patriotyzmu ekonomicznego, czyli postawy spajającej patriotyzm indywidualnych konsumentów oraz podmiotów gospodarczych. Przedstawiliśmy jego ogólne ramy, większość szczegółów wymaga społecznych konsultacji. Nic bowiem nie może powstawać na siłę, zwłaszcza gdy ma realizować potrzeby społeczne, a taką misję powinna przecież nieść zarysowana inicjatywa. Zachęcamy więc do refleksji m.in. nad takimi problemami, jak:

  • Idea patriotyzmu konsumenckiego: odpowiedzialność konsumentów, rola mawenów w promowaniu PK; PK jako zdrowy egoizm
  • Słabości dotychczasowych kampanii wspierających polskie produkty – skuteczne/nieskuteczne hasła, formy działania itp.
  • Idea patriotyzmu gospodarczego – współpraca krajowych firm, usieciowienie małych i średnich przedsiębiorstw, atrakcyjność patriotyzmu gospodarczego dla firm

Osoby zainteresowane dyskusją, wymianą poglądów lub pomysłów zapraszamy na stronę www.patriotyzmekonomiczny.pl.

Refleksje o autonomii śląskiej

Równi i równiejsi

Edukacja to narzędzie, które jak żadne inne może sprzyjać tworzeniu egalitarnego społeczeństwa. Jednak w Polsce system edukacyjny, zamiast niwelować nierówności społeczne, nierzadko je pogłębia.

Art. 70. Konstytucji RP zapewnia każdemu prawo (i obowiązek) do bezpłatnej nauki do 18. roku życia. Z kolei Ustawa o systemie oświaty wyróżnia trzy obowiązkowe okresy uczenia się: przedszkole lub przygotowanie przedszkolne w wieku 6 lat, szkoła – do ukończenia gimnazjum, a także okres nauki – do ukończenia 18. roku życia. To standard zalecany ze względu na proces wyrównywania szans i w teorii spełniany przez Polskę. Jednak, jak zauważa prof. Marta Zahorska, przeszkodą jest swoisty dualizm polskich warunków.

Z jednej strony otwarty system szkolny nie tworzy barier selekcyjnych w dostępie do kolejnych etapów kształcenia. Z drugiej natomiast struktura społeczna i rosnące zróżnicowanie materialne znacznie ograniczają dzieciom i młodzieży szanse na edukację na odpowiednim poziomie1. Tworzą się przez to dwie drogi, „lepsza” i „gorsza”. Pomimo braku formalnych barier, możliwości ludzi młodych przy wyborze kolejnych etapów kształcenia, a później podjęcia dobrej pracy są znacznie większe w przypadku osób od początku podążających „lepszą ścieżką” edukacyjną.

Na starcie

Przedszkola to nie tylko forma opieki nad dzieckiem, ale także stymulacji jego rozwoju oraz przygotowania do szkoły. Placówka ta jest miejscem, które wpływa na umiejętność obcowania z rówieśnikami, a dzieciom z rodzin o niskim kapitale kulturowym dostarcza bodźców do rozwoju intelektualnego. Dzięki temu w przyszłości lepiej radzą sobie w szkole od tych, które do przedszkola nie uczęszczały, co potwierdzają liczne badania. Jednym z najważniejszych czynników oddziałujących na sukcesy szkolne uczniów w niższych klasach szkół podstawowych jest co najmniej trzy-, a najlepiej czteroletni pobyt w przedszkolu.

Tymczasem dzieci, które najbardziej tego potrzebują – zaniedbane, pochodzące z rodzin uboższych lub gorzej wykształconych – trafiają do przedszkola zazwyczaj dopiero jako sześciolatki.2W zakresie powszechności kształcenia czterolatków w placówkach przedszkolnych Polska wciąż plasuje się na odległych pozycjach europejskich rankingów. Mimo że odsetek czterolatków w systemie oświaty w Polsce wzrasta, to wciąż jest niemal o połowę niższy niż przeciętny wskaźnik dla 27 krajów należących do UE. W 2009 r. 90,5% czterolatków w 27 państwach Unii Europejskiej uczęszczało do przedszkoli, podczas gdy w Polsce było to tylko 53,2%.3

Tabela 1.: Odsetek 4-latków objętych opieką przedszkolną w wybranych krajach UE. Opracowanie własne na podstawie Eurostatu.

Tabela 1.: Odsetek 4-latków objętych opieką przedszkolną w wybranych krajach UE. Opracowanie własne na podstawie Eurostatu.

W ciągu ostatnich lat zachodzą pozytywne zmiany, ponieważ rozwój wczesnego szkolnictwa stał się ważnym celem dla władz. Do 2012 r. sześciolatki będą już uczniami klas pierwszych, a do oddziałów przygotowawczych trafią dzieci w wieku 5 lat. Powstało też wiele ułatwień dla osób tworzących przedszkola. Należy jednak zwrócić uwagę na tempo wprowadzanych zmian, np. w krajach skandynawskich takie reformy rozkładane są na ok. 10 lat. Powstaje więc pytanie, czy szkoły i przedszkola będą gotowe na przyjęcie młodszych dzieci. Poza aspektem ilościowym, nie mniej ważna jest jakość opieki i nauki w przedszkolach i szkołach. Liczą się zatem nie tylko pomieszczenia i programy, lecz także odpowiednio przygotowana kadra pedagogiczna.4 Upowszechnienie przedszkoli jest ważnym wstępnym warunkiem wyrównywania szans, muszą za nim jednak iść kolejne zmiany jakościowe, które stworzą szanse dzieciom zaniedbanym i żyjącym w biedzie.

Szkolny obowiązek?

Wobec niewielkiej liczby dzieci objętych opieką przedszkolną to szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły ponadgimnazjalne powinny przyczyniać się do wyrównywania szans. Pierwszą kwestią jest pytanie – czy polscy uczniowie rzeczywiście chodzą do szkół?

Dane dotyczące szkół podstawowych i średnich wydają się optymistyczne. Ze względu na ustawowy obowiązek, oficjalnie bardzo niewielki jest odsetek uczniów, którzy nie kończą rozpoczętej edukacji. Tak zwany odpad szkolny wynosił według danych GUS w 2008 r. zaledwie 0,2% wszystkich uczniów. Z raportów NIK wynika jednak, że dyrektorzy szkół, którzy mają pilnować przestrzegania obowiązku kształcenia, bardzo często zniekształcają wyniki. Różnice między danymi przedstawianymi przez szkoły a tymi, które zebrali kontrolerzy NIK w 2003 r., bywały aż dziesięciokrotne!5

Drugim znaczącym problemem jest opuszczanie lekcji przez uczniów. Problem wagarów jest jednym z największych w polskich szkołach. „Ukrytym odpadem szkolnym” określa się ukrywanie absencji uczniów, przepychanie ich siłą do następnej klasy i ostatecznie wydawanie świadectw ukończenia szkoły. W efekcie szkoły mogą kończyć ludzie, którzy nie nabyli podstawowych umiejętności, także społecznych. Im już nie grozi wykluczenie – oni są wykluczeni. Jednak absencja jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Nierówne społeczeństwo

Społeczne nierówności edukacyjne to zależności, które występują pomiędzy pochodzeniem społecznym, statusem społeczno-ekonomicznym rodziców a osiągnięciami ucznia w szkole.6 Ten typ nierówności występuje w każdym kraju, lecz od rodzaju prowadzonej polityki społecznej i edukacyjnej zależy, jak wielkie one są oraz jak znaczny mają wpływ na kariery szkolne poszczególnych dzieci.

Ostatnia reforma edukacyjna w Polsce wprowadziła system zewnętrznych egzaminów. Dzięki niemu nierówności edukacyjne widać jak na dłoni. Po pierwsze, istnieje ogromna rozpiętość między wsią a miastem. Również w samych miastach następuje coraz większe zróżnicowanie pomiędzy gimnazjami i wzmacnia się podział na „lepsze” i „gorsze” szkoły. Już na poziomie szkoły podstawowej pojawia się bardzo duża grupa uczniów (wedle szacunków: 10-20%), którzy mają problemy z podstawowymi umiejętnościami, jak czytanie czy liczenie. Osoby te trafiają do gimnazjów, które utrwalają podziały przyniesione ze szkół podstawowych.

Pod względem innych cech społecznych osoby te są podobne niezależnie od zamieszkiwania na wsi czy w miastach. Najczęściej to dzieci rodziców z niskim wykształceniem, o niskich dochodach, bez pracy, korzystających z pomocy społecznej. Jakkolwiek uczniowie tacy znajdują się w całej Polsce, to istnieją „zagłębia biedy”, które pokrywają się z „zagłębiami złych stopni”.7

Należy podkreślić, że bieda jest podstawowym czynnikiem wpływającym na obniżenie zdolności edukacyjnych dzieci. Efektem wychowywania w rodzinach o niskich dochodach są opóźnienia w rozwoju fizycznym, wynikające z niedożywienia lub nieodpowiednich posiłków, zaburzenia pamięci wywołane przez stres, brak odpowiedniej opieki lekarskiej (doskwierający zwłaszcza teraz, gdy w zasadzie zlikwidowano medycynę szkolną), a także poczucie niższej wartości i w efekcie spadek motywacji do nauki. Jest to olbrzymi polski problem, ponieważ wedle statystyk liczba osób, które nie osiągają minimum socjalnego zwiększyła się trzykrotnie między 1989 a 2008 r. – tego poziomu dochodów nie osiąga w Polsce 16 milionów obywateli, co oznacza, że 43% Polaków nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić elementarnych potrzeb.8

W takiej sytuacji nic dziwnego, że 45% gospodarstw domowych deklaruje, iż nie stać ich na inwestowanie w wykształcenie i rozwój dzieci. Skutki biedy są szczególnie dotkliwe właśnie dla młodszych obywateli. Według raportu Komisji Europejskiej, co czwarte dziecko w naszym kraju żyje w niedostatku lub na skraju ubóstwa9. Poziom zagrożenia ubóstwem dzieci mamy najwyższy w Unii Europejskiej. Wynikają z tego oczywiste konsekwencje: nawet jeśli rodzinom żyjącym w ubóstwie wystarcza na bieżące utrzymanie, to nie mają już środków na zaspokojenie potrzeb związanych z rozwojem. Dotyczy to zakupu książek, dostępu do placówek kulturalnych, możliwości rozwijania zainteresowań, wyjazdów na wakacje, a często nawet zakupu podręczników i pomocy szkolnych.

Największą szansę na dotarcie do wyższych szczebli edukacji mają dzieci rodziców zamożnych i dobrze wykształconych. Dzieci pochodzące z rodzin ubogich rzadziej odnoszą sukcesy w szkole i częściej wybierają szkoły niższego szczebla. Nawet jeśli kończą formalnie ten sam etap nauczania, to te z domów o niższych dochodach zazwyczaj nie uczęszczają do szkól renomowanych, co także może mieć negatywny wpływ na ich sytuację na rynku pracy.10 W rodzinach o niskich dochodach drastycznie słabną szanse edukacyjne i perspektywy życiowe potomstwa. Z tego powodu nierzadko dochodzi do „dziedziczenia biedy” i minimalizacji szans na awans społeczny, niezależnie od posiadanych zdolności.

Nożyce edukacyjne

Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja na wsi. Dzieci ze środowisk wiejskich gorzej radzą sobie na egzaminach zewnętrznych, a także podczas procesu edukacyjnego. Mniejsze są też ich szanse na dostęp do edukacji, co przedstawia poniższa tabela:

Tabela 2.: Odsetek osób uczęszczających do placówek edukacyjnych, wedle grup wiekowych, w 2009 r. Opracowanie własne na podstawie „Diagnoza społeczna 2009 r.”.

Tabela 2.: Odsetek osób uczęszczających do placówek edukacyjnych, wedle grup wiekowych, w 2009 r. Opracowanie własne na podstawie „Diagnoza społeczna 2009 r.”.

Szczególnie duże różnice widać na etapie „nieobowiązkowym”, a więc w wieku przedszkolnym i szkoły wyższej. Odsetek osób mieszkających na wsi i korzystających z edukacji na tych poziomach jest dwukrotnie niższy. Nierówności w dostępie do edukacji na wsi uwarunkowane są wieloma czynnikami.

Braki infrastruktury.Część barier związana jest z funkcjonowaniem systemu oświatowego. Należy do nich m.in. poziom kwalifikacji nauczycieli pracujących na tych terenach, liczba placówek oświatowo-wychowawczych i fizyczna dostępność szkół, zwłaszcza ponadpodstawowych. Panuje tendencja do likwidacji szkół w małych miejscowościach. Problem niewystarczającej infrastruktury edukacyjnej pojawia się jednak już na poziomie przedszkoli. Mimo że od 2004 r. nastąpiła zwiększona liczba urodzin, nie doszło do znacznego zwiększenia miejsc w żłobkach i przedszkolach na wsi. Natomiast w miastach znacznie rozwinął się rynek tych usług, szczególnie prywatnych. Stawia to wieś w gorszej sytuacji, zwłaszcza że usługi opiekuńcze na tym etapie, dostępne dla rodziców w odpowiednio niskiej cenie, są skutecznym sposobem zmniejszania nierówności edukacyjnych.11

Nierówności między miastem a wsią pogłębia także ograniczona dostępność do szkół na poziomie ponadpodstawowym oraz wyższym. Najtrudniejsza jest sytuacja młodzieży wiejskiej, która chce się kształcić w zawodach nierolniczych. Na terenach wiejskich najwięcej jest bowiem szkół zawodowych i techników rolniczych, bardzo mało natomiast liceów ogólnokształcących. W roku szkolnym 2009/2010 w Polsce były 2362 licea ogólnokształcące, z czego aż 2161 w miastach i tylko 201 na wsiach.12 Zatem problemy dostępu do tego rodzaju placówek pogłębiają znaczne odległości od miejsca zamieszkania, którym często towarzyszy niedostosowana infrastruktura komunikacyjna. Należy też dodać, że wydatki na dojazdy stanowią dodatkowe obciążenie budżetu rodzin wiejskich. Z tego powodu młodzież wiejska o wiele rzadziej uczęszcza do szkół uważanych za dobre, które otwierają możliwości dalszej nauki i wstępu na elitarne kierunki studiów.

Niewielki odsetek osób zainteresowanych szkołami wyższymi jest efektem biedy, mniejszych szans na dostęp do dobrych szkół na wcześniejszych etapach kształcenia, a także braku perspektyw zatrudnienia po studiach.13

Koszty kształcenia.Kolejną poważną barierą jest obciążenie gospodarstw wiejskich wydatkami na kształcenie. Nawet nauka w bezpłatnych szkołach publicznych pociąga za sobą znaczne koszty. Są to wydatki na podręczniki, korepetycje, obowiązkowe imprezy szkolne etc. W przypadku rodzin wiejskich często dochodzi do tego poważny wydatek na opłacenie dojazdów do szkoły lub zakwaterowanie poza domem. Od tego roku książki objęte 5-procentowym podatkiem VAT będą jeszcze poważniejszym wydatkiem dla rodzin z dziećmi w wieku szkolnym.

Im gorsza jest sytuacja dochodowa, tym większa presja w kierunku ograniczeń finansowych, udaremniających możliwości dalszej nauki. Najczęściej rodzice rezygnują z zajęć dodatkowych lub nie opłacają korepetycji dziecku, które tego potrzebuje14 – co dodatkowo zwiększa jego dystans wobec dzieci, które mają możliwość dodatkowego kształcenia. Część rodziców rezygnuje z zakupu dziecku obiadów (6,6% gospodarstw domowych na wsi w 2007 r. zdecydowało się na ten krok)15, a wiadomo, że dzieci niedożywione o wiele gorzej radzą sobie z nauką. Zdarza się nawet, że ze względów finansowych rodzice rezygnują z posyłania dziecka do szkoły – ostatnie dostępne dane na ten temat, z 2003 r., wskazują, że zdecydowało się na to 1,7% wiejskich gospodarstw domowych.16

Dzieci na wsi częściej mają też gorsze warunki do nauki. W 2007 r. 7,6% z nich nie miało w domu miejsca do nauki. Warunki te pogarszają się wraz ze wzrostem liczby osób w rodzinie. W rodzinach, w których jest co najmniej troje dzieci, brak własnego miejsca do nauki deklaruje dwukrotnie więcej dzieci niż w rodzinach z dwojgiem dzieci i aż czterokrotnie więcej niż w małżeństwach z jednym dzieckiem. Brak miejsca do nauki najczęściej spotykany jest w rodzinach rolników, emerytów, rencistów i bezrobotnych.17

Aspiracje edukacyjne.Kolejną barierą na drodze do równości szans dzieci w mieście i na wsi są niższe aspiracje edukacyjne rodziców tych drugich. Poziom aspiracji edukacyjnych wśród rodziców reprezentujących gospodarstwa domowe rolników, rencistów i utrzymujących się ze źródeł niezarobkowych, jest niższy niż wśród innych grup zawodowych. W 2009 r. gospodarstwami domowymi, które jako pożądany poziom wykształcenia swoich dzieci uznały ukończenie technikum lub liceum zawodowego, najczęściej były gospodarstwa utrzymujących się ze źródeł niezarobkowych i rolników (40 i 34%).18

Różnice w aspiracjach edukacyjnych odzwierciedla także poziom wykształcenia rodziców. Osoby o wykształceniu średnim lub podstawowym częściej deklarują możliwość zakończenia edukacji dziecka na poziomie szkoły średniej zawodowej lub technikum niż rodzice z wyższym wykształceniem. Jakkolwiek w ostatnich latach zwiększył się odsetek osób legitymujących się wyższym wykształceniem na wsi, to jednak różnice między miastem a wsią są nadal w tej sferze ogromne.

Przyczyna tak zwanych nożyc oświatowych między wsią a miastem ma swoje źródło nie tylko w obiektywnych przesłankach, takich jak brak odpowiedniej infrastruktury czy trudności finansowe, ale i w sferze mentalnej oraz w niższych aspiracjach edukacyjnych wobec swoich dzieci.

Nie-syzyfowe prace?

29 lipca 2008 r. Rada Ministrów przyjęła „Rządowy program rozwoju edukacji na obszarach wiejskich na lata 2008-2013”. Pieniądze zarówno z budżetu państwa, jak i z unijnego Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki są przeznaczone m.in. na różne formy wychowania przedszkolnego dzieci do lat 5 na wsi. Celem jest sprawienie, aby do 2013 r. 50% dzieci na wsi zostało objętych opieką instytucjonalną. Oprócz tego przewiduje się opracowanie i wdrożenie programów wsparcia małych szkół publicznych i niepublicznych (mikroszkół), prowadzonych przez samorządy i osoby prywatne, upowszechnianie różnych form pomocy psychologiczno-pedagogicznej, w tym poradnictwa zawodowego dla uczniów z obszarów wiejskich, rozwój bazy dydaktycznej szkół i placówek położonych na obszarach wiejskich itp.19

W roku 2010 ukazało się sprawozdanie z realizacji tego programu. Pierwsze efekty można uznać za zadowalające: wzrósł udział dzieci objętych wychowaniem przedszkolnym – z 42,7% w 2008 r. do 48,2% w 2009 r. Poprawiły się wyniki osiągane przez uczniów na koniec szkoły podstawowej i gimnazjum. Zwiększył się odsetek gospodarstw domowych posiadających komputer (z 52,8% w 2007 r. do 68,6% w 2009 r.), więcej rodzin z obszarów wiejskich ma też dostęp do Internetu. Wzrosła również liczba osób z wykształceniem średnim oraz wyższym mieszkających na wsi: w 2009 r. wykształcenie średnie miało 27,3%, natomiast wykształcenie wyższe 8,7% mieszkańców wsi.20

Również liczne organizacje pozarządowe zwracają uwagę na problem nierówności edukacyjnych między miastem a wsią i wdrażają programy o lokalnej lub ogólnokrajowej skali, choć efekty są wciąż niewystarczające, aby można było mówić o wyraźnej poprawie sytuacji.

Jak wyrównać?

Doskonałym przykładem państwa, które dobrze radzi sobie z niwelowaniem nierówności edukacyjnych, jest Finlandia. W kraju tym panuje przeświadczenie, że edukacja na wysokim poziomie nie tylko stymuluje rozwój gospodarki, ale także jest narzędziem zwalczania nierówności społecznych i zwiększania mobilności obywateli.

W Finlandii edukacja jest bezpłatna na każdym poziomie, a do ukończenia przez uczniów 16. roku życia każdy ma prawo do bezpłatnych podręczników, zeszytów, przyborów szkolnych, transportu do szkoły i jednego gorącego posiłku dziennie. Również dodatkowe zajęcia są nieodpłatne. W każdej szkole znajdują się dostępne dla uczniów po lekcjach pracownie internetowe, multimedialne i kserokopiarki. Aby nie tworzyć różnic między poszczególnymi regionami, terytorium całego kraju pokryte jest siecią szkół wyższych. Znajdują się one również w niewielkich miejscowościach, takich jak 40-tysięczne Kajaani czy 60-tysięczne Seinäjoki. Wszyscy uczniowie mają prawo do uzyskania stypendium, dodatku mieszkaniowego lub kredytu gwarantowanego przez państwo. W efekcie badania wskazują, że fińscy uczniowie – którzy osiągają w międzynarodowych testach jedne z najwyższych wyników – nie różnią się znacznie między sobą w zależności od szkoły, jaką ukończyli. Świadczy to o zbliżonej jakości kształcenia w szkołach niezależnie od regionu oraz o niewielkim wpływie różnic wynikających z pochodzenia społeczno-ekonomicznego uczniów.21

Polsce bardzo daleko do Finlandii. Jednak zmiany, jakie przechodzi w ostatnich latach polskie szkolnictwo, wprowadzane programy czy wydłużanie okresu obowiązkowej edukacji przez rozszerzenie go na sześciolatków, stanowią pierwsze kroki ku wyrównywaniu społecznych nierówności edukacyjnych. Konieczne są jednak dalsze działania. Jednym z głównych przedsięwzięć powinno być stworzenie odpowiedniego systemu stypendialnego dla dzieci z rodzin najgorzej sytuowanych, także na wsi. Obecnych problemów w zaspokajaniu potrzeb edukacyjnych nie jest w stanie zniwelować marginalna pomoc ze strony szkoły, jaką uzyskuje niewielka część rodzin uczniów.

Konieczne są też zmiany w infrastrukturze edukacyjnej i kulturalnej, która jest na wsi niewystarczająca, niedofinansowana i niedowartościowana. Wskaźnik skolaryzacji to nie wszystko – liczą się także warunki realizacji obowiązku szkolnego. Niezbędne jest podniesienie poziomu szkół wiejskich, łatwiejszy dostęp do szkół średnich ogólnokształcących i w rezultacie także na studia wyższe. W tym celu należy dążyć do podwyższania atrakcyjności terenów wiejskich, tak by chętniej kierowali się tam wykwalifikowani nauczyciele. Im lepsze wykształcenie będą osiągały dzieci na wsi, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo ich przyszłego bezrobocia, a kolejne pokolenia mieszkańców prowincji otrzymają większą szansę uzyskania odpowiedniego wykształcenia.

Wciąż największe nierówności w polskim systemie edukacyjnym wynikają z różnic społecznych, cywilizacyjnych oraz z miejsca zamieszkania. Szkolnictwo nie poradziło sobie jeszcze z niwelowaniem tego zjawiska. I choć zwiększa się w ostatnich latach ilość mieszkańców wsi, które objęte są opieką przedszkolną czy uzyskują wykształcenie wyższe, to nadal dystans pomiędzy prowincją a miastem w dostępie do edukacji wymaga śmiałych i głębokich rozwiązań systemowych.

Janina Petelczyc

Przypisy:

1. M. Zahorska, Równi, równiejsi i najmniej równi, czyli o społecznych barierach w dostępie do edukacji, „Polityka Społeczna” XXXVI nr 9, 2009 r., s. 52.
2. Ibidem, s. 53.
3. Eurostat: Four-year-olds in education, Participation rate (%). http://epp.eurostat.ec.europa.eu/tgm/table.do?tab=table&init=1&language=en&pcode=tps00053&plugin=1.
4. M. Zahorska, Równi, równiejsi… op. cit., s. 53
5. Ibidem.
6. M. Zahorska, Społeczne nierówności edukacyjne, konferencja 23 kwietnia 2009 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich
7. Ibidem.
8. E. Leś, S. Bernini, Przemiany rodziny w Polsce i we Włoszech i ich implikacje dla polityki rodzinnej, Warszawa 2010 r., s. 258.
9. European Commission, Child poverty and Well-Being in the EU, Current status and way forward, The Social Protection Comittee, Luxemburg 2008.
10. E. Leś, S. Bernini, Przemiany… op. cit., s. 274.
11. I. Grabowska, I, Kotowska, Edukacja, [w:] (red.) J. Czapiński, T. Panek, Diagnoza społeczna 2009 r., s. 89.
12. GUS, Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2009/2010, s. 242.
13. K. Gutkowska, A. Murawska, Dzieci wiejskie – środowiskowe uwarunkowania dostępu do edukacji, „Polityka społeczna”, nr 9/2009 r., s. 22.
14. T. Panek, Kształcenie dzieci, Diagnoza Społeczna 2009, s. 101.
15. K. Gutkowska, A. Murawska, Dzieci wiejskie… op. cit., s. 25.
16. Ibidem.
17. Ibidem, s. 28.
18. T. Panek, Kształcenie… op. cit., s. 101.
19. Rządowy program rozwoju edukacji na obszarach wiejskich na lata 2007-2013.
20. Sprawozdanie z realizacji w 2009 r. Programu rozwoju edukacji na obszarach wiejskich na lata 2008-2013 r., Ministerstwo Edukacji Narodowej, Warszawa 2010, ss. 127-131.
21. W. Woźniak, System edukacyjny jako instrument wyrównywania szans. Przypadek Finlandii, „Polityka Społeczna” nr specjalny – „Wyrównywanie szans”, Warszawa 2008 r., s. 33.

Refleksje o autonomii śląskiej

Stygmaty i schematy

Spędziła Pani trzy lata wśród łodzian dorastających w śródmiejskich bramach, czyli młodzieży określanej jako zagrożona wykluczeniem społecznym.

Anita Gulczyńska: Nie lubię pojęcia „wykluczenie”. O „chłopakach z dzielnicy” – jak siebie nazywają – myślę jako o społecznie wyłączanych albo wyłączających się. Te dzieciaki na jakimś etapie życia minimalizują relacje wychodzące poza świat „swoich”, gdyż nie uzyskują w nich satysfakcjonującego obrazu samych siebie. W ich wyobrażeniach „normals” to osoba niedostępna, której jest łatwiej i która wobec takich jak oni stosuje różne taktyki znieważające, degradujące. Zasadniczą formułą dla tej relacji bywa odrzucenie, wynikające nie z niechęci, lecz raczej z obawy o bycie odrzuconym.

Myślę, że dla postrzegania innych przez tę młodzież fundamentalna jest także jej identyfikacja z „dzielnicą”. O granicach tego świata nie stanowi terytorium, lecz uwspólnienie znaczeń przypisywanych obserwowanym faktom czy działaniom innych, co wyraża się swoistym ujednoliceniem postępowania chłopaków w podobnych kontekstach sytuacyjnych. Ten świat budowany jest poniekąd w opozycji czy wręcz oporze do naszego. „Dzielnica” to świat ludzi, którzy identyfikują się jako wrogowie frajerstwa i policji. Uczestnictwo w nim wiąże się z miejscem zamieszkania, gdzie młody człowiek konstruuje swoją biografię tak, by sprostać społecznym oczekiwaniom i uzyskać satysfakcjonujący status. Jakość obywatelskich przywilejów zależy w tym świecie od tego, ile w obrazie społecznym danej osoby, często konstruowanym przez wiele lat, będzie „nie dającego się”, a ile „lapsa”. Ten, kto się „nie daje”, kto na co dzień umie bronić się przed taktykami degradacji i odrzuca wartości klasy średniej, unika stawania się lapsemczyli słabym. W ten obraz wpisywani jesteśmy także my, co oznacza, że wydajemy się im być trochę lapsami. Nie chciałabym jednak swoją wypowiedzią wpisać się w myślenie deterministyczne. „Chłopakiem z dzielnicy” jest się wtedy, kiedy kontekst działania stanowią „swoi”. W innym kontekście społecznym można sprawnie przyodziewać się w inne szaty.

A wyobrażenia drugiej strony tej relacji? Badania dr. Tomasza Rakowskiego nad światem kulturowym bezrobotnych przełamały wiele negatywnych stereotypów, np. na temat ich roszczeniowości czy niezaradności życiowej. Towarzyszyły Pani podobne odkrycia?

A. G.: Jeśli mówimy o zaradności mieszczącej się w granicach normatywnej poprawności, to pewnie „chłopaki z dzielnicy” za bardzo zaradni nie są. Jeżeli jednak zdefiniujemy ją jako umiejętność twórczego rozwiązywania trudnych problemów, to należy ich uznać za bardzo zaradnych. W ich rodzinach, które nie zawsze są wspierające, dzieją się nieraz sytuacje wymagające od nich olbrzymiej odpowiedzialności, teoretycznie przekraczającej możliwości dziecka, a mimo to potrafią dać sobie z nimi radę. Choć z normatywnego punktu widzenia to są rodziny patologiczne, w wielu z nich jest akceptacja, miłość i zaufanie, które mimo biograficznego obciążenia kreują człowieka wyjątkowo zaradnego.

Dzieciaki są też bardzo twórcze w kontekście materialnej przestrzeni swojego miejsca zamieszkania. Brak wyznaczonych dla nich miejsc powoduje, że kierowane nieograniczonym potencjałem wyobraźni budują w ciemnych podwórkach własne przestrzenie przeżywania dzieciństwa, co wymaga nieprawdopodobnej pomysłowości, zaangażowania i aktywności.

Jakie inne pozytywne wartości można odnaleźć w tym świecie, który wielu kojarzy się przede wszystkim z rozmaitymi patologiami?

A. G.: Myślę, że występują tam te same wartości, co u nas, jakkolwiek formy ich realizacji są zróżnicowane na miarę warunków. Czy wyobraża pan sobie, że nastoletnia koleżanka z podwórka „bierze na siebie” pański akt przestępczy tylko dlatego, że szanuje pana jako starszego kolegę i wie, że jako nieletnia „dostanie za niego” tylko kuratora, a pan, który „ma już kartotekę”, poniósłby większą odpowiedzialność? To chyba najpiękniejszy wyraz solidarności. Oczywiście z normatywnego punktu widzenia można tę formę realizacji solidarności zanegować, nie zmienia to jednak faktu, że w „dzielnicy” znalazłam jednych z najbardziej ciekawych, a nawet wciąż mi bliskich ludzi.

Zewsząd słyszymy frazes, że istotne jest tworzenie dla młodzieży przestrzeni samorealizacji w ramach np. domów kultury.

A. G.: Jestem jak najbardziej za instytucjonalizacją czasu wolnego młodzieży, wpisaną w tradycję pedagogiki społecznej. Nie zawsze odpowiada mi jednak celowość i formy tej instytucjonalizacji. Problem w tym, że lokalne instytucje niekoniecznie rozumieją odmienność kulturową osób, dla których zostały powołane. „Chłopak z dzielnicy” trafia do świetlicy ze skierowania pedagoga albo kuratora, będąc kimś, kto od czwartego roku życia wytrwale buduje sąsiedzką, a potem „uliczną” karierę moralną. Ma poczucie ogromnej pracy nad sobą, co przekłada się na szacunek wobec własnej osoby. Tymczasem niektóre świetlice mają to do siebie, że patrzą na podmiot swojej działalności nie jak na kogoś, kto przychodzi do nich wraz z indywidualną historią, lecz na człowieka, którego trzeba wykorzenić: oduczyć, „wyprasować” i zrobić społecznie piękniejszym, adekwatnym.

Pedagog nie ma szans, jeśli nie będzie prowadził działalności na tyle inkluzywnej, by pozwolić „chłopakowi z dzielnicy” pozostać „chłopakiem z dzielnicy”, oferując jednocześnie wybór innych kontekstów socjalizacji, w których może on osiągnąć satysfakcjonujący obraz siebie, a nie obraz „wykluczonego” czy „potrzebującego pomocy”. Bez tego, tak jak w przypadku badanych przeze mnie chłopaków, instytucje w rodzaju świetlic będą jedynie fragmentarycznie obecne w życiu młodzieży jako miejsca zesłania przez kogoś posiadającego formalną władzę – nigdy nie staną się znaczące w sensie symbolicznym.

Kolejną instytucją, z którą „chłopaki z bram” mają przymusowy kontakt, jest szkoła.

A. G.: Szkoła z założenia służy określonej ideologii, którą jest ideologia normalsów. Dlatego mam wrażenie, że mówimy o jej wymiarze integracyjnym jedynie dla spokoju sumienia. Jeśli faktycznie posiada ów wymiar, to wyłącznie w zakresie odmienności, których zaakceptowanie niewiele nas kosztuje, jak odmienność fizyczna, postrzegana jako niezawiniona.

Nie chciałabym wypowiadać się o szkolnictwie jako takim, powiem tylko o moich doświadczeniach ze szkołami, z którymi poniekąd współpracowałam, starając się pomagać w nauce „moim” chłopcom. Żeby zrozumieć de facto ekskluzywny charakter szkoły, trzeba znowu spojrzeć z ich perspektywy. Szkoła jest dla nich bytem kulturowo obcym, w którym na dodatek władzę ma mniejszość. Dlaczego mniejszość? Bo szkoła ma charakter lokalny – idąc do niej dzieciaki znowu zabierają cały swój kapitał społeczny, ponieważ budują tożsamość ucznia w kontekście społecznie mieszanym. Oprócz nauczycieli i nowych kolegów spotykają się tam z kolegami z podwórka oraz z chłopakami odnoszącymi się w działaniu do symbolicznego świata „dzielnicy”, ale pochodzącymi z innych sąsiedztw, nierzadko bohaterami legend, społecznych mitów obrazujących postawy oczekiwane w tym świecie. Pracując nad sobą ileś lat w toku socjalizacji dzielnicowej, nie mogą teraz zanegować całego związanego z tym dorobku. Tymczasem szkoła wymaga od nich właśnie tego. Oczekuje podporządkowania się rygorom, które nie pozwalają na zachowanie dobrego obrazu samego siebie w kategoriach znaczeń dzielnicowych. Stąd też szkoła w doświadczeniu moich podopiecznych była instytucją biograficznie nieznaczącą, a wręcz kłopotliwą, z wyjątkiem pojedynczych nauczycieli. Próba rekonstrukcji ich karier szkolnych pozwala mi twierdzić, że stosowane były wobec nich taktyki stygmatyzacji, które zmierzały do swoistej eliminacji „trudniejszych” uczniów z szans czy kontekstów, które pozwalałyby im budować pozytywną karierę moralną poza światem „dzielnicy”.

Nauczyciele zobowiązani są do spełniania określonych oczekiwań, jednak ograniczanie się przez nich do pracy na podłożu autorytetu formalnego prowadzi w nieunikniony sposób do sytuacji konfliktowych z uczniem, który jako „nie dający się” również musi odpowiedzieć w określony sposób. W takim konflikcie zawsze jest dwóch przegranych: nauczyciel jako ten, którego bezsilność komunikacyjna zostaje zdemaskowana (nie będzie przecież mógł doprowadzić do końca swojej odpowiedzi na zniewagę), a z drugiej strony dzieciak, który w skrajnym przypadku może zostać usunięty ze szkoły na skutek wielości sytuacji tego rodzaju. Tymczasem, paradoksalnie, często mu na tej szkole zależy. Niekoniecznie dla siebie – bo często nie rozumie jej znaczenia dla swojego dalszego życia – ale na przykład, jak w przypadku badanych przeze mnie chłopców, dla matki, która w edukacji widzi szansę na lepszą przyszłość.

Kim byli nauczyciele, którzy pozostawili pozytywny ślad w pamięci „chłopaków z dzielnicy”?

A. G.: Dwie nauczycielki pojawiały się w bardzo różnych wizerunkach, ale w prawie każdej biografii, co jest najlepszym świadectwem, że były dla chłopaków znaczące. Były to nauczycielki, które negocjowały. Szanowały społecznie budowany wizerunek tego, który jest silny, a trudne sytuacje rozwiązywały w warunkach intymności. Wspomniane nauczycielki fantastycznie, choć być może nieświadomie analizowały rzeczywistość społeczną w kategoriach interakcyjnych. Miały świadomość zmienności tożsamości wraz ze zmianą społecznego kontekstu działania uczniów. Wiedziały, że jeśli uczeń ma publiczność, nie pozwoli im ona dotrzeć do tego, kim ten dzieciak naprawdę jest. Będzie on bowiem grał na zasadach „dzielnicowej” tożsamości społecznej, czyli spełniał oczekiwania publiczności, a nie nauczyciela. Ten ostatni jest w jego życiu ważny tylko kilka godzin dziennie, natomiast koledzy są ważni zawsze, zważywszy choćby na to, że ratują z trudnych sytuacji, np. rodzinnych.

Mowa zatem o pedagogach, którzy szanują odmienność kulturową i potrafią w niej zauważyć przepiękne wątki. Są to nauczyciele, którzy nie zawsze działają zgodnie z wyobrażeniami dyrektora, np. znam takich, którzy pozwalali hersztowi danej klasy palić w łazience, w zamian za co ten pilnował, by młodsi nawet nie zaczęli popalać. Zawierali układ: tracę odrobinę władzy, dostając coś w zamian, szanując tożsamość innego od siebie i nie dążąc do zdominowania go.

Nawet przy najlepszych chęciach szkoła raczej nie wystarczy do skutecznego włączania społecznego grupy, o której mówimy. Jakie są niezbędne elementy pracy z młodzieżą w jej najbliższym otoczeniu?

A. G.: Ciągle jestem na etapie budowania swoich poglądów, zarówno teoretycznych, jak i dotyczących praktyki. Mogę już jednak powiedzieć, że najważniejszą sprawą jest nasza – normalsów – obecność w ich środowisku życia. Obecność niezobowiązująca, w ramach której przyjmujemy postawę osoby pragnącej się czegoś nauczyć i która chce w tej społeczności coś zmienić, ale budując celowość tej zmiany odnosi się do racjonalności jej członków. To zadanie dla pedagoga-etnografa, który rozpoznaje rzeczywistość od znaczeń podstawowych, definiując problemy nie w kategoriach normatywnych, lecz z perspektywy badanych. I kolejno, diagnozując z zaprzyjaźnionymi mieszkańcami sąsiedztwa obszary wymagające naprawy, wspólnie dokonuje zmiany. Mamy tu do czynienia z pracą społeczną rozumianą za Heleną Radlińską (prekursorką pedagogiki społecznej w Polsce) jako zmiana dla celów społecznych, przeprowadzana siłami społecznymi, wrażliwie ujawnianymi i aktywizowanymi przez pedagoga pracującego w danym środowisku.

Drugą zasadę stanowi poszanowanie wewnętrznego zróżnicowania mieszkańców danego sąsiedztwa. Jest we mnie ogromna niezgoda na język, dość popularny również w środowisku naukowym, określający miejsca takie jak to, w którym prowadziłam badania, jako „enklawy biedy”. Efektem ubocznym stosowania tej kategorii jest wyobrażenie ich mieszkańców jako jednolitej zbiorowości, a to są miejsca społecznie zróżnicowane. Spojrzenie etnografa – nie polityka społecznego czy statystyka – pokazuje, że oferta społeczno-pedagogiczna oraz socjalna powinny być dostosowane do różnych naturalnych grup mieszkańców, a nie do reprezentantów określonych problemów społecznych. Myśląc o pracy w środowisku, myślę o zróżnicowaniu jej form ze względu na odmienności pomiędzy tymi grupami w ich codziennych interakcjach. W badanym przez mnie sąsiedztwie była np. grupa matek i babć spotykających się przy wspólnej zabawie dzieci, kilka grup starszych chłopców „wystających pod bramami”, grupy chłopców w wieku szkolnym, którzy aktywnie, acz w sposób nieakceptowany przez większość sąsiadów spędzali czas na podwórkach etc.

Przykładem na zasadność takiego definiowania klientów oferty socjalno-wychowawczej może być jedna ze świetlic, która miała problem z chęcią uczestnictwa dzieci z okolic śródmieścia. Dzieciaki, niezależnie od estetyki wnętrz i bardzo atrakcyjnych zajęć, nie chciały tam przychodzić. Dlaczego? Otóż panie pedagog, które wcześniej wchodziły w rolę pedagogów ulicy pracujących z naturalnymi grupami dzieci podwórkowych, zorganizowały przestrzeń świetlicy dla nich wszystkich, nie biorąc pod uwagę lokalnego rozkładu sympatii i antypatii, w dużej mierze opartego o kryterium kibicowania określonemu klubowi piłkarskiemu. Nieuwzględnienie naturalnej organizacji życia społecznego na tamtym terytorium stało się powodem odrzucenia oferty pedagogicznej.

Kładzie Pani bardzo duży nacisk także na kwestię organizacji przestrzeni sąsiedztwa.

A. G.: To bardzo ważny aspekt pracy w środowisku lokalnym. W etiologii problemów społecznych zwykle zaniedbujemy fakt, że dotykają one osób żyjących w miejscu, na które nie mają wpływu. W przestrzeni śródmiejskich podwórek nie ma wyznaczonych miejsc dla osób reprezentujących różne kategorie wiekowe, np. piaskownic czy boisk dla dzieciaków, bardzo ważnych z rozwojowego punktu widzenia. A jeśli nie ma formalnego podziału przestrzeni, rozpoczynają się negocjacje, w których dzieci i młodzież nie mają szans. Ich rodzice z reguły nie są bowiem właścicielami swoich mieszkań, więc nie należą do wspólnoty mieszkaniowej, a tylko jej członkowie mają realną możliwość podejmowania decyzji dotyczących sąsiedztwa. Tymczasem osób ze świata normalsów, które tam mieszkają tylko do czasu, aż stać je będzie na kupno mieszkania w lepszej dzielnicy, zazwyczaj nie interesują potrzeby tych, którzy są tam od pokoleń i wychowują swoje dzieci.

W takich sytuacjach przydaje się osoba, którą nazwałabym adwokatem lub rzecznikiem społecznym. Ktoś, kto rozumie codzienność mieszkańców sąsiedztwa i pomaga im przeforsować swój punkt widzenia. Bo niestety za brakiem wpływu na własną przestrzeń idą konflikty społeczne, w których znowu przegrywają młodsi i ich rodziny, choćby ze względu na mniejszą sprawność komunikacyjną. Gdy przyjeżdża policja, najchętniej rozmawia z takimi jak my, a rzadziej uwzględnia perspektywę tych, którzy coś tam krzyczą językiem nie do końca przez nią akceptowanym, ujawniającym niski status społeczny w naszym świecie.

Obserwowała Pani bardzo różne postawy dorastającej młodzieży wobec niezaspokojenia jej potrzeb w sąsiedztwie.

A. G.: Jeśli dzieciaki konstruują swoją codzienność w taki sposób, żeby móc sprawdzać się w działaniu, stawać się społecznie rozpoznawalnym oraz po prostu zwyczajnie przeżywać dzieciństwo, a napotykają ciągłą niezgodę na swoją aktywność, to w sposób naturalny muszą sobie jakoś z tym radzić.

Nieprzyjazny architektonicznie charakter ich najbliższego otoczenia próbują sobie kompensować np. malując bramki na garażach sąsiadów czy wieszając nad wejściem do czyjejś komórki imitację kosza, zrobioną samemu lub przez któregoś z rodziców. Bywają to fantastyczne przykłady ujawniania się sił społecznych w miejscach, które postrzega się często jako skupiska osób „roszczeniowych” czy „niezaradnych” – akty działalności społecznej, ale niestety mniejszościowej, więc odrzucane. Oczywiście działania takie rodzą akcje zwrotne w postaci demolowania tych udogodnień czy zgłaszania do administracji zmian, które nie korelują z wolą tych, którzy sprawują władzę w sąsiedztwie. W odpowiedzi dzieciaki przyjmują taktyki obronne, nieraz społecznie nieakceptowane, np. osadzają się w czyichś komórkach, budując sobie „klub”. „Moi” chłopcy skonstruowali sobie nawet wewnętrzny system ogrzewający, ale oczywiście cały ten akt społecznego aktywizmu został odebrany w kategoriach wandalizmu.

Reakcje na postawy aktywne, lecz negatywne w sensie normatywnym, z czasem prowadzą do postaw biernych, wycofywania się czy demolowania sąsiedztwa, a ostatecznie do przeniesienia przestrzeni życiowej do obszaru społecznie bezkolizyjnego: do bramy. Nastoletni chłopcy spędzają całe dnie w bramach nie dlatego, że są niedostosowani społecznie, lecz z tego względu, że nie ma dla nich miejsca w sąsiedztwie. Nie są „dziećmi ulicy”, lecz dzieciakami na ulicy, które znalazły się tam wskutek presji mieszkańców-normalsów.

Ma to dalsze konsekwencje społeczne.

A. G.: Przejście z podwórek do bram powoduje zmianę kontekstu codziennej aktywności i zmianę partnerów interakcji, którymi stają się przechodnie, policja i ci, którzy „stoją na rogach” – mężczyźni, do których pasuje pojęcie, którego tak nie lubię, czyli „wykluczeni społecznie”. To osoby wykluczone podwójnie – bezrobotni, często bezdomni, bo wyrzuceni z domu np. ze względu na alkoholizm, ale wykluczeni również ze społeczności dzielnicy. Są swego rodzaju klakierami, wspierającymi taktykę statusotwórczą chłopaków spod bram, jak i bohaterami lokalnych opowieści o wspólnym mianowniku – upadku moralnym.

Kolejną kwestią jest odbiór przez społeczeństwo. Brama jest miejscem granicznym i samo wystawanie pod nią jest faktem naznaczającym: ci, którzy ją okupują, są automatycznie podejrzani, a wobec podejrzanych stosuje się określone taktyki weryfikujące. Ci, którzy definiują ich jako podejrzanych, to my, przechodząc na drugą stronę ulicy, gdy widzimy w bramie grupę młodych chłopców, a także policja. Relacje z policją są bardzo ważnym i zaniedbywanym elementem w próbach zrozumienia etiologii problemów społecznych w kategoriach interakcyjnych. W starych sąsiedztwach policja jest stałym elementem życia mieszkańców, przybywając tam interwencyjnie oraz prewencyjnie. Wizyty prewencyjne oparte są na założeniu, że wystawanie przed bramą rodzi zagrożenie społeczne, stąd też tamtejsza młodzież jest poddawana ciągłej weryfikacji, a nawet „spisywaniu”, co nie jest przecież powszechnym doświadczeniem. Policja stygmatyzuje ich niejako „od zewnątrz”. Co więcej – jak wynika z moich rozmów z policjantami – ma ona za zadanie sprowadzanie tych dzieciaków do podwórek, skąd z kolei wypierają je mieszkańcy taktykami stygmatyzacji „od wewnątrz”. Zresztą sama obecność funkcjonariuszy ma charakter naznaczający. Jeśli mieszkamy w sąsiedztwie, w którym często jest policja, oznacza to, że jesteśmy „podejrzani”.

Brak możliwości kreowania tożsamości innych niż stereotypowe wzmacnia orientację na świat „swoich”: brama staje się miejscem schronienia przed stygmatyzującymi relacjami.

A. G.: Aspekty stygmatyzujące są wzmacniane przez samą młodzież. Brama jest bardzo małym obszarem, więc co można w niej robić? Można obserwować innych i można – a raczej trzeba, gdy jest się razem – kontynuować budowanie kariery moralnej w „dzielnicy” Na małym obszarze mają miejsce działania na tyle twórcze, żeby powodowały przemieszczenia w hierarchii statusów lokalnych. Powoduje to, że aktywność młodych jest bardzo głośna, ekspresyjna, często zewnętrznie oceniana jako wulgarna, obsceniczna. Przeszkadza pozostałym i prowadzi do wtórnego naznaczania.

Wyróżnia Pani dwa typy idealne pracy socjalnej, odmiennie definiujące pole działania oraz zadania pedagoga społecznego.

A. G.: Celem radykalnej pracy społecznej jest w istocie wypracowanie nowego porządku społecznego, transformacja relacji pomiędzy mniejszością i większością. W tym ujęciu źródeł problemów społecznych szuka się nie w jednostkach, lecz w strukturach społecznych, nieadekwatnych do potrzeb zróżnicowanego społeczeństwa. Z kolei tradycyjna praca socjalna wydaje się orientować swoją celowość na poszukiwanie sposobów skutecznej adaptacji – to jednostka musi się dostosować. W tym modelu pomoc we włączaniu społecznym polega na oferowaniu różnego rodzaju zasobów, które mają zwiększyć szanse danej osoby na wyjście z sytuacji trudnej. Przykładem mogą być rozmaite inicjatywy edukacyjne, treningi czy zapomogi.

Jeśli zaś chodzi o działania, które mogą się składać na radykalną pracę społeczną, to odniosę się do swojej praktyki badawczej. W trakcie badań, kiedy ujawniały się nadużycia instytucjonalne wobec „moich” chłopców, w sposób naturalny dla pedagoga społecznego zaczęłam działać, powodowana niezgodą na ten rodzaj relacji. Wśród działań radykalnych w kontekście sąsiedztwa pierwszą sprawą było pełnienie przeze mnie roli adwokata w sytuacjach związanych z „karierą” przestępczą podopiecznych. Byłam świadkiem ich przesłuchań przez policję, które były bardzo ciekawe pod względem badawczym, natomiast bardzo smutne pod względem ludzkim. Sam sposób formułowania pytań za każdym razem ujawniał postrzeganie rozmówcy jako winnego, nawet dowody świadczące o jego niewinności były weryfikowane w sposób potwierdzający narzuconą tożsamość, związaną z dotychczasową historią danego chłopaka. Dobór źródeł dowodów i interpretacja zeznań wydawały się być wtórne wobec założonej definicji sytuacji, a nie być efektem wnikliwego postępowania.

Myślę, że wszędzie tam, gdzie pojawia się ryzyko konfliktu oczekiwań, związanego z odmiennością kultur i nieuprzywilejowaniem jednej z nich, pojawia się potrzeba takiego społecznego rzecznictwa. Dlatego kolejny wymiar obrony pedagogicznej powinna stanowić szkoła, która ma często charakter instytucji nie wspierającej, lecz szybko osądzającej i eliminującej. Istotnym zadaniem byłoby odczarowanie dotychczasowego odbioru społecznego, pokazanie podopiecznego jako osoby, która w kontekście szkolnym funkcjonuje w określony sposób dlatego, że taka, a nie inna jest jej podstawowa identyfikacja kulturowa, a następnie taka jej społeczna reorganizacja, która pozwoli uszanować istniejące różnice. Te dzieciaki nieraz fantastycznie działają w innych kontekstach, ukazując oblicza nieznane w szkole – ich zaprezentowanie jest bardzo ważne.

Kolejny przykład: dzieci często są powodem spotykania się matek, np. w określonych miejscach na podwórkach. Nierzadko są to kobiety, które mają problemy relacyjne ze swoimi mężami czy partnerami, również na tle przemocy. Praca z nimi właśnie w takim naturalnym kontekście, polegająca na obalaniu ich wyobrażeń co do braku możliwości zmiany – również jest formą radykalnego działania społecznego. Bo radykalne działanie to odzyskiwanie kontroli nad własnym życiem i zabieranie władzy tym, którzy na mocy przyzwoleń społecznych mają ją większą.

Punktem wyjścia jest tutaj uświadamianie ludziom systemowego wymiaru ich problemów. Jeśli kobieta nie odchodzi od kogoś, kto sprawia jej ból, gdyż do tej pory zgodnie z ideologią wtłoczoną jej w rodzinie czy ogólnospołecznie była przede wszystkim matką i nie jest plastyczna w sensie edukacyjnym oraz zawodowym – jest to niezbędny pierwszy krok w kierunku zmiany jej położenia. Nie jest winna, nie jest słaba, nie jest złą kucharką, kochanką czy matką, ale tą, która ze względu na ograniczenia strukturalne, jak np. brak mieszkań czy pracy, ma utrudnione wyjście z krzywdzącej ją sytuacji. Takich kobiet jest bardzo wiele; kiedy się spotkają i zrozumieją swoje uwikłania, wówczas mają szansę uzyskać moc, żeby samemu dokonać zmian.

Szczególnie inspirującym nurtem radykalnej pracy społecznej wydaje mi się aktywizacja ludzi do kolektywnej odpowiedzi na dotykające ich problemy, nierówności czy nadużycia.

A. G.: Myślę, że tutaj najbardziej ujawnia się podobieństwo naszych poglądów. Pan myśli o obywatelskości, a ja widzę przyczyny zapobiegające stawaniu się obywatelem już w przestrzeni sąsiedztwa, stąd też działania kolektywne są w niej zdecydowanie bardzo potrzebne. Można zacząć od kwestii demokratycznego dostosowania przestrzeni do potrzeb wszystkich mieszkańców. Budowanie grup, które w sposób komunikatywny okazywałyby sprzeciw wobec niesprawiedliwego podziału przestrzeni, byłoby tutaj początkiem pracy społecznej, prowadzącej do zwiększenia kontroli nad przestrzenią własnego życia i minimalizacji zagrożenia konfliktami. Bo cała ta droga pod bramę i proces stygmatyzacji wewnętrznej i zewnętrznej są efektami braku dostępu do władzy rozumianej jako możliwość współdecydowania o najbliższym otoczeniu. Stąd też rzecznik czy mediator, wchodzący do sąsiedztwa i ujawniający możliwości wpływu na jego przestrzeń oraz pomagający zwerbalizować związane z tym postulaty w sposób oczekiwany przez kulturę tych, którzy podejmują decyzje, zapoczątkowuje jednocześnie działania zorientowane na krzewienie obywatelskości.

To dobry moment, aby zapytać o efekty Pani kilkuletniej radykalnej pracy społecznej z bohaterami Pani badania.

A. G.: Praca kojarzy mi się z działaniem opartym na planie, ewentualnie na antycypacji określonych zagrożeń. Natomiast w moim przypadku miały miejsce raczej spontaniczne interwencje w toku badań, powodowane niezgodą na to, co stopniowo odkrywałam. Jeśli teraz mówię o radykalnej pracy społecznej, to mam na myśli orientację działania, która wydaje mi się znaczącą dla tego rodzaju miejsc i której przykłady nieświadomie proponowałam w trakcie pracy badawczej. Do radykalnego myślenia dorastałam w miarę zagłębiania się w sposób odczuwania rzeczywistości przez tych, których badałam.

Zaczęło się od spacerów z moim bardzo atrakcyjnym psem, który przykuł uwagę sąsiadów i pozwolił otworzyć interesującą przestrzeń komunikacyjną. Był to czas, gdy poszukiwałam tematu doktoratu, myśląc o aktywizacji społeczności osiedla Księży Młyn. Jak się okazało, byłam tam obca i niekoniecznie chciana zarówno przez instytucje, jak i przez mieszkańców. Pomyślałam sobie: gdzie ty tego szukasz, skoro masz to tutaj? I tak się zaczęło: wspólnie spędzany czas, rozmowy i stopniowe generowanie kategorii oddających przeżywanie świata przez bohaterów mojego badania pozwoliło mi rzeczywiście otworzyć się na nich i zżyć z nimi, dlatego gdy widziałam pewne zagrożenia, wówczas reagowałam. To była praca pedagoga ulicy.

Starałam się nawet zinstytucjonalizować pewne działania, z lepszym lub gorszym skutkiem. Rozpoczęłam współpracę z jedną z fundacji, która pomogła mi w organizowaniu wizyt w miejscach poza sąsiedztwem. Pokazywałam im inny świat i inne perspektywy. Byłam jednocześnie świadoma tego, że samo prezentowanie czegoś, co w praktyce codzienności jest dla nich obecnie niedostępne, nic nie znaczy – z przykrością patrzę na te działania pedagogów ulicy, które polegają tylko na tym. Pomyślałam więc o działaniach aktywizujących, które pozwoliłyby innym zobaczyć tych, którzy zawsze stoją w trzecim rzędzie, społecznie niewidzialnych w świecie sukcesu klasy średniej. Chciałam pokazać ich w roli tych, którzy potrafią być twórcami, i w ten sposób doszłam do projektu fotograficznego. Poniekąd przez przypadek, bo miało to być działanie jednej z moich studentek, która ostatecznie się wycofała, w związku z czym to ja zostałam kuratorem wystawy. Wystawy bardzo ciekawej, bo ukazującej świat „dzielnicy” z perspektywy osób, które tam żyją.

Myślę, że udało nam się osiągnąć poziom artystyczny zaprzeczający działaniom wychowawczym, które budzą mój sprzeciw: projektom opartym na oczekiwaniu od biedoty sztuki przez małe „s”. To była prawdziwa wystawa z pozytywnymi recenzjami. Zadbaliśmy, aby nauczyciele fotografii byli najwyższej klasy i żeby jakość artystyczna wydarzenia była równie ważna, jak jakość społeczna. Spotkanie, którego chłopcy byli bohaterami, artystami, pozwoliło zaproszonym – a często byli to przedstawiciele instytucji mających na ich temat określone zdanie – spojrzeć na nich w zupełnie innym świetle. To też jest rodzaj działania radykalnego: przemianowanie wyobrażeń czy wiedzy o drugiej osobie, pozwalające na nowo zdefiniować wzajemne relacje, odkształcając sądy oparte na dość powierzchownej wiedzy.

Potem dzięki sponsorom udało nam się wyjechać na Kielecczyznę na tygodniowy obóz przetrwania, przetrwania przede wszystkim dla mnie [śmiech]. Dla przynajmniej dwóch z tych chłopaków był on pierwszym w życiu wyjazdem poza Łódź. Ogromną przyjemnością było obserwować ich zadziwienie światem poza sąsiedztwem.

Pozostaje kwestia trwałości tego typu interwencji pedagogicznych. Bez wątpienia chłopcy inaczej spojrzeli na rzeczywistość i na samych siebie, jednak po zakończeniu projektu wrócili przecież do bram swoich zaniedbanych kamienic. Czy ich życie zauważalnie zmieniło się na lepsze?

A. G.: Bałam się tego pytania. Nawet żeby się na nie przygotować, gdyż je przewidziałam, spotkałam się z jednym z „moich” chłopaków, który dzisiaj bardzo mi kibicował przed wywiadem – mimo to wciąż nie umiem na nie odpowiedzieć. Nigdy nie ewaluowałam wyników swoich działań, bo nigdy nie uważałam, że tam działam; byłam tam jako człowiek. Gdyby oceniać efekt mojej obecności w kategoriach obiektywnych, robi się smutno: dostaję piękne listy z więzień. Z drugiej strony – także piękne e-maile z zagranicy, co wskazywałoby na to, że radykalna praca społeczna może mieć ogromne znaczenie, skoro po wyjeździe, a więc zmianie warunków strukturyzujących codzienność, taka osoba dobrze sobie radzi.

Nie będę jednak mówiła o wymiarze indywidualnym, bo nie wiem, na ile by sobie tego życzyli uczestnicy moich badań. Jeśli chodzi o wymiar grupowy, pochwalę się tym, co dla mnie było najbardziej znaczące, jednym z najlepszych prezentów i najwspanialszych gratyfikacji, jakie w życiu otrzymałam, mianowicie kartką, którą dostałam po wystawie. Były to przepiękne podziękowania od moich podopiecznych za to, że wreszcie nie byli w tle i w końcu ich było widać, co chyba najpełniej oddaje miejsce tej mniejszości kulturowej w naszym społeczeństwie i jej postrzeganie samej siebie w kontekście naszej kultury. Treść tej kartki jest chyba najlepszym świadectwem efektów mojej pracy. Podobnie jak to, że niektórzy chłopcy wciąż czują się zobowiązanymi do tego, żeby mi relacjonować, co obecnie robią, mają potrzebę, żeby mi się wytłumaczyć. Myślę, że to wskazuje na to, iż działanie proponowane z perspektywy interpretatywnej, a nie normatywnej, powoduje, że pedagog może stać się „znaczącym innym”, a to już bardzo wiele.

Istnieją również wymiary, wciąż poddawane przeze mnie refleksji, które są dla mnie dość bolesne. Najważniejszą chyba kwestią, z której trzeba sobie zdać sprawę będąc pedagogiem w takim środowisku, jest to, że jak powiedział Saint-Exupéry, „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Zastanawiam się często, na ile moja obecność spowodowała oswojenie do świata, który na tym etapie uwikłania w różne zależności i stygmaty nie dawał chłopakom zbyt szerokiego wachlarza możliwości, w tym szans na zbudowanie pozytywnej tożsamości społecznej. W którymś momencie znajomości z najbliższą mi osobą z tychże badań zrozumiałam, że dawanie nadziei ma swoje granice. To był przypadek niesamowicie zdolnego chłopaka, jednak bardzo uwikłanego w życie dzielnicowe. Miał co najmniej trzy upadki i wzloty szkolne, i gdy po raz kolejny rozpoczynaliśmy tworzenie planu poprawy wyników w nauce, ja stosowałam wzmocnienia typu: „Słuchaj, X, uda nam się. Zobacz, zrobiłeś to, to i to, ale poniosłeś za to odpowiedzialność. Teraz możemy zacząć od nowa”, on powiedział: „Anita, stop! Ja już nie mam siły, ja się przez to nie przedrę”. To chyba najlepiej pokazuje niebezpieczeństwa łączące się ze zderzeniem osób z różnych kultur, gdy to zderzenie ma miejsce chyba już zbyt późno i niemożliwa jest zmiana odbioru społecznego jednej z nich, a także jej odbioru samej siebie.

Gdy ich poznałam, chłopcy byli już przez życie bardzo silnie ukształtowani. Stąd też spotkania pedagoga z młodymi z sąsiedztwa powinny się rozpoczynać nie wtedy, gdy najmłodszy z nich ma 14 lat, z których jedenaście spędził w domu dziecka, lecz wtedy, gdy rozpoczynają się ich pierwsze harce, interakcje świadczące o konflikcie oczekiwań z otoczeniem.

Nie wydaje się niestety realne, by na każdych kilka osób wymagających kompleksowych, wieloletnich zabiegów pedagogicznych przypadał osobny specjalista…

A. G.: Żeby ocenić efektywność takich działań, trzeba mieć świadomość kosztów, jakie państwo ponosi z tytułu np. pracy socjalnej z rodziną zagrożoną umieszczeniem dziecka w instytucji opiekuńczej czy utrzymania więźniów.

Proszę zwrócić uwagę, że jedną rodziną zajmuje się często asystent rodziny, pracownik socjalny, kurator i psycholog. Praca w środowisku, która w odróżnieniu od wspomnianych profesji nie jest pracą z indywidualnym przypadkiem, wydaje się w ostatecznym rozrachunku tańsza. Można pomyśleć o tym, by strukturyzować pracę służb społecznych nie pod kątem jednostek typu rodzina, ale takich jak sąsiedztwo, z uwzględnieniem jego społecznie definiowanych granic. Czy nie bardziej efektywne będzie umieszczenie na stałe dwóch pedagogów w sąsiedztwie, którzy dzięki temu, że odkryją jego specyfikę, będą w stanie przewidzieć dalszy bieg określonych wydarzeń, co zapobiegnie ich rozwojowi do społecznie bardzo kosztownego punktu?

Jednak radykalne działania bardzo często pokazują dysfunkcyjność instytucji powołanych do pomocy ludziom – i być może stąd się bierze dość duży opór przed myśleniem w tych kategoriach. Kolejną sprawą jest trudność wyobrażenia sobie miejsca takiego radykalnie zorientowanego pracownika społecznego w strukturze zawodów społecznych, które najczęściej łączone są z sektorem publicznym. To ogromne zadanie dla organizacji pozarządowych. Ich misją jest właśnie aktywizacja i pomoc ludziom, których potrzeby nie zawsze są właściwie rozpoznane przez instytucje.

Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 22 lipca 2011 r.

Refleksje o autonomii śląskiej

Między edukacją a pomocą społeczną

Jeśli chcemy skutecznie i trwale przeciwdziałać wykluczeniu edukacyjnemu dzieci i młodzieży, musimy zidentyfikować i eliminować bariery, na jakie natrafiają one poza szkołą – w środowisku lokalnym, w rodzinie itp. Takimi uwarunkowaniami rozwoju zajmuje się pedagogika społeczna. Natomiast sposobem przezwyciężania wspomnianych problemów może być edukacja środowiskowa.

Kto, komu, gdzie, jak, po co

Jak wynika np. z badań Anny Karpińskiej, to właśnie czynniki środowiskowe są najczęstszą przyczyną szkolnych niepowodzeń. Środowiskowa edukacja powinna więc oddziaływać nie tylko na same dzieci w pozaszkolnym otoczeniu, ale także na to otoczenie. Tak, jak trudno pomóc jednostce, gdy najbliższa rodzina jest dotknięta dysfunkcją i patologią, podobnie trudno zmienić sytuację rodziny, jeśli bez zmian pozostaną realia jej bytowania. Dotyczy to szczególnie rodzin żyjących w enklawach biedy. W takich sytuacjach potrzebne są – wywodzące się z tradycji anglosaskiej – strategie upodmiotowienia (empowerment) i rozwoju społeczności (community development).

Szeroko adresowana edukacja środowiskowa może nie tylko wspomaga

system edukacyjny, ale także zostać wykorzystana przez instytucje pomocy społecznej do realizacji ich celów. Jeśli pomoc ma faktycznie wspierać w przezwyciężaniu trudnych sytuacji życiowych, a nie tylko łagodzić sytuację materialną najuboższych (choć i to jest potrzebne), niezbędne jest oddziaływanie na wzorce postępowania i integrowanie ludzi ze społecznością. Temu właśnie służy edukacja środowiskowa.

Pojawia się pytanie, czy taka edukacja powinna służyć socjalizacji do norm dominujących w społeczeństwie (funkcja adaptacyjna), czy też przygotować do zmiany rzeczywistości (funkcja emancypacyjna). Wybitna specjalistka ds. pedagogiki społecznej, Helena Radlińska, twierdziła, że celem jest przekształcenie środowiska siłami środowiska w imię ideału. Cel był więc raczej emancypacyjny niż adaptacyjny. Podobnie było w przypadku działalności i opinii brazylijskiego pedagoga Paolo Freire (1921-97). Jego metody wsparcia biednej i dotkniętej analfabetyzmem ludności Brazylii polegały na jednoczesnym uczeniu podstawowych umiejętności oraz uświadamianiu im wyzysku i nędzy, co miało prowadzić do zmiany systemu społecznego.

Pozostawiając dylemat „Ile adaptacji – ile emancypacji?” – nota bene zasadniczy dla refleksji nad funkcjami edukacji w ogóle – jako kwestię otwartą, można powiedzieć, że edukacja środowiskowa nawet jeśli tylko poprawi sytuację jednostek i grup w ramach istniejących stosunków społecznych, jest czymś wartym podjęcia. Poza tym już samo włączenie grup zmarginalizowanych do głównego nurtu życia stanowi istotną zmianę społeczną.

Na pomoc pomocy

Nie ma powodu, żeby na obecnym poziomie rozwoju pomoc społeczna sprowadzała się wyłącznie do zaspokojenia elementarnych potrzeb, jak odzież, żywność czy dach nad głową. Powinna jednocześnie oddziaływać na zdolność tych ludzi do przezwyciężania swoich problemów oraz na chęć wspólnoty lokalnej, by wspierała ich w tym procesie. Potencjał takich działań można wykształcić właśnie za pomocą edukacji środowiskowej. Czy jednak instytucje pomocy społecznej są do tego przygotowane? Czy mają odpowiednie zasoby kadrowe, prawne, finansowe i czasowe?

Dotychczasowa sytuacja nie napawa zbytnim optymizmem. Badania pokazują, że pomoc społeczna boryka się z wieloma ograniczeniami w tym względzie. Jak pisze prof. Mirosław Grewiński, Oprócz deficytu usług społecznych polska pomoc społeczna boryka się cały czas z deficytem pracy socjalnej i środowiskowej. W dalszym ciągu brakuje pracowników socjalnych, nie jest przestrzegana w wielu gminach ustawowa norma 1 pracownik na 2000 mieszkańców. Wielu pracowników socjalnych nie ma odpowiedniej ilości czasu, aby zajmować się pracą socjalną i środowiskową, gdyż są przeciążeni biurokracją i koniecznością prowadzenia szczegółowej dokumentacji sprawozdawczej. Problemem polskich publicznych instytucji pomocy społecznej jest brak rozróżnienia na „terenowych” (środowiskowych) pracowników socjalnych i pracowników administracyjnych, zajmujących się prowadzeniem dokumentacji.1

Z badań, które przeprowadzono wśród pracowników socjalnych z województw łódzkiego i mazowieckiego wynika też, że ponad połowa uznała, iż z powodu innych obowiązków nie ma czasu na pracę socjalną, a ponad połowa nie czuje się bezpiecznie idąc w teren do środowisk trudnych.2 Już tylko te wyniki pozwalają wychwycić bariery dla środowiskowej pracy socjalnej, w tym takiej, która wykorzystywałaby doświadczenia pedagogiki społecznej.

Potwierdzają to wypowiedzi pracowników, z którymi rozmawiałem. Marcin Semeniuk z warszawskiego Ośrodka Pomocy Społecznej Praga Północ wskazuje, że choć pracownicy wychodzą w teren, często osobisty kontakt z klientem w jego środowisku sprowadza się do wywiadu środowiskowego czy interwencji dopiero, gdy pojawił się jakiś problem. Ograniczone są natomiast możliwości długofalowej, kompleksowej pracy socjalnej. Efektem jest to, że pracownicy socjalni są często postrzegani jako organ kontroli, a nie ktoś, kto może i ma za zadanie pomóc w przezwyciężaniu kłopotów. Mój rozmówca wskazuje, że już sama ustawa o pomocy społecznej pozycjonuje priorytety. W pierwszej kolejności mówi się w niej bowiem o pomocy pieniężnej, a dopiero później o pracy socjalnej.

Z Unią można więcej

Tak wyglądają realia pracy socjalnej w ogóle, a przecież praca socjalna z wykorzystaniem pedagogiki społecznej jest formą szczególnie wymagającą czasu i odpowiedniego przygotowania. Czyli szczególnie trudną do realizacji w obecnych warunkach.

Aleksandra Marczak, współpracująca ze wspomnianym p. Marcinem, wskazuje, że w codziennej pracy nie praktykuje się edukacji środowiskowej. Wyjaśnia natomiast, że udaje się podejmować takie działania w ramach projektów, w których uczestniczy OPS. Jednym z nich jest współfinansowany z Europejskiego Funduszu Społecznego projekt „Z rodziną mogę więcej”. Działania te adresowane są do osób z rodzin dotkniętych bezrobociem, ubóstwem, bezradnością w sprawach opiekuńczych lub borykających się z innymi problemami.

Jak czytamy w opisie projektu, Niezmiernie ważnym elementem pomocy jest Klub Samopomocy Rodzinie. Klub ten ma być przyjaznym, bezpiecznym miejscem dla rodziny. Miejscem, w którym w godzinach popołudniowych dzieci i młodzież otrzymują m.in. pomoc w nauce, mają dostęp do Internetu, telewizora. W razie potrzeby mogą liczyć na ciepłą herbatę i kanapkę. Do zorganizowania pracy w Klubie zatrudniony zostanie animator klubu. Osoby dorosłe będą mogły szukać tutaj informacji o pracy, uczyć się prawidłowego sposobu zaspokojenia potrzeb w rodzinie, np. współudziału w odrabianiu lekcji, organizowaniu wspólnych sposobów spędzania czasu z dzieci itp.

Pani Mariola Wąsowicz, współkoordynator projektu, oprowadziła mnie po klubie. Gdy rozmawialiśmy w jej biurze za przeszkloną ścianą, w czystej, jasnej i przyjaznej Sali odbywały się warsztaty psychoterapeutyczne, w których uczestniczyła grupa osób, głównie młodzieży. Zdaniem mojej rozmówczyni, zatrudnienie przy takim projekcie jest dla pracownika bardzo korzystne, gdyż w odróżnieniu od zwykłej pracy w ośrodku, w dużej mierze polegającej na zajmowaniu się dokumentacją, tutaj istnieją możliwości prowadzenia faktycznej pracy socjalnej i aktywizacji podopiecznych – zarówno edukacyjnej, jak i zawodowej.

Jest tylko jeden problem. Projekty finansowane ze środków unijnych wkrótce wygasną. Trudno więc uznać je za systemowe rozwiązanie problemów polskiej pomocy społecznej. W ostatnim czasie powstała jednak w polskim prawie instytucja, która poniekąd może odpowiadać na to zapotrzebowanie – asystent rodzinny. Przyjęta niedawno ustawa o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej nakłada na gminy obowiązek zatrudnienia asystenta, który pracowałby z rodziną dysfunkcyjną w sferze wychowawczej.

Wyrównywanie poza szkołą

Wykluczenie edukacyjne dotyka polskich dzieci na różne sposoby, szczególnie te z rodzin ubogich. Środowisko i jego realia mocno rzutują na szanse edukacyjne dziecka.

Co więcej, współcześnie różnice zakorzenione w środowisku życia są powiększane przez fakt, że w rodzinach zasobnych w kapitał kulturowy i materialny istnieje statystycznie większa skłonność (za sprawą innego poziomu aspiracji) i przede wszystkim zdolność do zapisywania dzieci na korepetycje czy rozmaite kursy i zajęcia. Tam dzieci zdobywają nie tylko wiedzę, ale także obycie ułatwiające przyswajanie dalszej wiedzy. Istotna jest nie tylko edukacja szkolna, ale także to, co dzieje się poza takimi placówkami.

W obliczu takich zjawisk, jak rozwinięty rynek płatnych korepetycji, tym bardziej na wagę złota są środowiskowe działania kompensacyjne, skierowane do dzieci z uboższych rodzin. Czy Ośrodki Pomocy Społecznej, a więc główna instytucja służąca wsparciu rodzin z problemami finansowymi i innymi, partycypuje choćby pośrednio w zapewnieniu dzieciom wsparcia pozaszkolnego? Praktyka – przynajmniej jeśli chodzi o stołeczne OPS-y – pokazuje, że część z nich podejmuje pewne działania w tym kierunku. We wspomnianym OPS Praga Północ p. Marcin zajął się koordynacją wolontariatu, tyle że jest to efekt jego inwencji i dodatkowego, społecznego zaangażowania. Ośrodki bowiem nie mają ustawowego obowiązku zajmowania się takimi kwestiami.

Choć bazując na własnym doświadczeniu dostrzegam korzyści wolontariatu prowadzonego właśnie za pośrednictwem tego typu instytucji, uważam, że należy mieć świadomość licznych, nieraz wręcz technicznych barier. Jedną z nich jest brak przestrzeni, w której takie zajęcia mogłyby się odbywać. Gdy zaczynałem pracę z pierwszą uczennicą, p. Marcin, koordynując moje działania, stwierdził, iż środowisko zamieszkania dziecka jest na tyle niebezpieczne, że nie wchodzi w grę, abym uczył ją w domu. Wymyśliliśmy więc, że zajęcia będą odbywały się salce Domu Samotnej Matki, który jest instytucjonalnie związany z tymże OPS-em. Wiele placówek nie ma podobnych możliwości, choć bywają takie, które dysponują większą liczbą pomieszczeń. W takich sytuacjach chodzi nie tylko o ewentualne bezpieczeństwo wolontariusza, lecz także o bezpieczeństwo dziecka. Wszak wolontariusze nie przechodzą gruntownej selekcji, często nie mają też przygotowania fachowego. Możliwość formalizacji i pewnej kontroli jest więc zaletą prowadzenia działań edukacyjnych właśnie pod egidą placówki publicznej pomocy społecznej.

Znaczenie odpowiedniej przestrzeni warto pokreślić, gdyż z powodu deficytów w tej materii upadła niejedna inicjatywa. Pan Marcin swego czasu planował powołać – wzorem innych ośrodków – pogotowie edukacyjne. W określonych godzinach w danym miejscu dyżurowałby pracownik z wolontariuszami, a dzieci mogłyby ze swoimi zadaniami i problemami szkolnymi zasięgnąć pomocy. Pomysł upadł m.in. dlatego, że nie udało się wygospodarować odpowiedniego pomieszczenia. Przy czym odpowiednie miejsce to nie tylko metraż, lecz także np. otoczenie społeczne i akustyczne. Podczas moich zajęć w Domu Samotnej Matki dobiegające zza cienkich ścian głosy, a także obecność wbiegających do sali dzieci, bardzo często prowadziły do dekoncentracji ucznia i utrudniały naukę.

Trafić do potrzebujących

Podstawową korzyścią związaną z organizowaniem przez MOPS zajęć pozaszkolnych jest to, że instytucja dysponuje udokumentowaną wiedzą na temat rodzin z problemami materialnymi i pozamaterialnym. Dzięki temu możliwy jest w miarę sprawny sposób identyfikacji potrzeb i przyporządkowania ich do określonych form pomocy.

Mechanizm naboru adresatów wsparcia to kwestia zasadnicza. Przekonałem się o tym, gdy przed laty stawiałem pierwsze kroki na polu kompensacyjnej edukacji pozaszkolnej. Wówczas nie pomyślałem o MOPS, lecz poszedłem z grupą przyjaciół do szkoły. Udało się przy pomocy szkolnego katechety wygospodarować salkę w parafii. Głównym zaś sposobem przyciągania uczniów do darmowej edukacyjnej oferty było informowanie o niej przez księdza podczas parafialnych ogłoszeń oraz rozwieszenie ulotek w szkole. Efekt: nie przychodziły osoby wykluczone czy mające szczególne problemy w nauce, lecz takie, których rodzice chcieli dopilnować przy odrabianiu lekcji w sobotnie przedpołudnie.

Tamte, prowadzone przez rok działania nie były zupełnie bezowocne, lecz nie spełniły zasadniczego celu. Natomiast gdy skierowanie dzieci na dodatkowe zajęcia kompensacyjne odbywa się za pośrednictwem pracowników MOPS-u, którzy są zorientowani w ich sytuacji, mechanizm wyłonienia potrzebujących może zadziałać bardziej efektywnie.

Jest jednak i druga strona medalu. Nie wszystkie dzieci wymagające wsparcia są klientami pomocy społecznej. Ba, nie są nimi nawet wszystkie dzieci ewidentnie ubogie. Próg dochodowy, uprawniający do finansowego wsparcia w ramach pomocy społecznej, ustanowiono na bardzo niskim poziomie, a kolejne rządy nie podwyższały go. Efektem jest sytuacja, w której w 2011 r. ów próg jest niższy od kwoty zapewniającej minimalny poziom egzystencji, obliczanej przez ekspertów Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Wskutek takiej polityki część rodzin potrzebujących znajduje się poza systemem wsparcia, a więc potrzeby wychowujących się w nich dzieci umykają wiedzy i dokumentacji pracowników socjalnych. A przecież już samo ubóstwo, nawet jeśli w parze z nim nie idzie wykluczenie w innych wymiarach, sprawia, że dzieci nie mogą sobie pozwolić na pomoce naukowe, nie mówiąc o korepetycjach.

W stronę pracy środowiskowej

Wydaje się, że drogą do przełamania powyższego problemu jest wyjście pracowników ku środowisku. Czy oni sami jednak również widzą taką potrzebę?

Ciekawe wnioski przynoszą badania przeprowadzone przez Instytut Spraw Publicznych na dużej próbie pracowników socjalnych z OPS-ów, Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie oraz placówek specjalistycznych. Jak pisze dr Marek Rymsza, najbardziej pozytywną konstatacją z przeprowadzonego badania jest to, że polscy pracownicy socjalni postrzegają działania aktywizujące jako działania środowiskowe. […] To właśnie praca ze środowiskiem lokalnym, nie zaś klinicystyczna praca socjalna, wzorowana na amerykańskich doświadczeniach opartych na psychoterapii i psychoanalizie, ma w Polsce jak się wydaje – największy potencjał […] Pracownicy socjalni wolą […] wyjść w teren do ludzi, pracować w środowisku, nie gabinecie. Jest więc wśród nich otwarcie na nowe środowiskowe role zawodowe.3

Jakie to mogą być role? W innej części raportu wyszczególniono kilka:

  • Tzw. edukator – zorientowany na rozwiązanie problemów i zadaniową pracę socjalną. Pracuje z osobami niezaradnymi życiowo nad problemami, z którymi się one zgłaszają, wspiera w poszukiwaniu i realizowaniu rozwiązań. Jego podopieczni tą drogą nabywają kompetencje życiowe i społeczne.
  • Menedżer przypadku – osoba pracująca z rodzinami o wielu problemach i dysfunkcjach. Określa katalog potrzeb, ma stały kontakt z osobami potrzebującymi pomocy i w razie czego interweniuje, jeśli plan nie jest realizowany.
  • Animator społeczny – pracuje z członkami danej społeczności, pomagając im się organizować i współpracować w zakresie rozwiązywania lokalnych problemów.
  • Organizator sieci społecznych – praca na rzecz wspólnoty poprzez budowanie więzi między członkami, grupami i instytucjami, by ze sobą współdziałały.
  • Lokalne planowanie społeczne – praca dla społeczności, polegająca na zbieraniu i analizie danych w kwestii potrzeb i problemów, a także na planowaniu i projektowaniu sposobów ich rozwiązywania.

Czy już dziś role te są praktykowane? Pytani o to pracownicy socjalni nieraz odpowiadali twierdząco, aczkolwiek analizujący tę część badań dr Tomasz Kaźmierczaknieco sceptycznie odnosi się do wyników. Pisze on, iż Bardzo wysoki procent deklaracji wykonywania czynności takich (lub podobnych) jak opisane w charakterystyce ról, zwłaszcza w wypadku edukatora i menedżera przypadku, nie oznacza, że role te profesjonalnie […] są w rzeczywistości odgrywane – wyniki te pokazują raczej, że idee zawarte w opisach ról są bliskie pracownikom socjalnym, że mają oni poczucie konieczności częstego wprowadzania ich w życie.4

Wspomniany roboczy podział nowych ról pracowników socjalnych pokazuje, jak szeroka jest paleta możliwych działań na rzecz społeczności. Jest to kierunek, który należy wspierać z uwagi zarówno na potrzeby społeczności, takie jak budowanie więzi czy wspólne rozwiązywanie problemów, jak również ze względu na wizerunek służb społecznych. Zaufanie do służb publicznych, w tym pomocy społecznej, może mieć istotne znaczenie w procesie tworzenia bezpieczeństwa socjalnego. Od tego zależy m.in. skłonność obywateli do zwracania się do tych instytucji, gdy pojawi się jakiś problem życiowy, nie zaś dopiero gdy jest on już w krańcowym stadium i bardzo trudno go przezwyciężyć. Pracownicy socjalni zaś mogliby zdobyć rzetelniejszą wiedzę na temat procesów zachodzących w danej społeczności, a dzięki temu lepiej adresować wsparcie.

Chodzi o to, aby pracownicy pozyskiwali wiedzę na temat środowiska społecznego oraz sami temu środowisku przekazywali wiedzę i umiejętności w określonym zakresie, a więc prowadzili swoistą edukację środowiskową. Może to być wiedza zarówno na temat sposobów rozwiązywania życiowych problemów (w obecnej sytuacji byłoby to trudne, gdyż pracownicy nie zawsze są wystarczająco przeszkoleni w tym celu), jak i wiedza na temat innych, specjalistycznych instytucji, do których można się zwrócić w poszczególnych przypadkach.

Nie chodzi tylko o instytucje w ramach publicznej pomocy społecznej, ale także na przykład o inicjatywy, które odpowiadają na określone potrzeby socjalne i edukacyjne. Dla przykładu, jeśli mówimy o działaniach socjalizacyjno-wychowawczych, na Pradze Północ działa sporo świetlic socjoterapeutycznych. Pracownicy MOPS zapewne mają ograniczone możliwości, aby pełnić funkcje socjoterapeutyczne, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby uzyskali wiedzę na temat zasad działania tych świetlic i ich rozmieszczenia, którą mogliby przekazać potrzebującym.

Instytucje w społecznym środowisku

W scenariuszu nakreślonym wyżej widać szansę zasypania przepaści między tym, co instytucjonalne a tym, co środowiskowe. Przepaść ta wydaje się w polskim myśleniu i praktyce życia zbiorowego bardzo głęboka. Ma to oczywiście pewne uzasadnienia historyczne, ale spoglądając w przyszłość, a także próbując się zmierzyć z teraźniejszymi problemami, wydaje się, że nie we wszystkich sferach jest to zjawisko korzystne. Pomoc społeczna to jedna ze sfer, gdzie zatarcie podziałów między porządkiem instytucji a dynamiką życia społecznego byłoby szczególnie potrzebne.

Podobnie zatarciu powinna stopniowo ulec granica między pracą socjalną a pedagogiką społeczną. Przedstawiciele służb społecznych muszą stawiać sobie coraz bardziej edukacyjne cele i w tym procesie sami podlegać dalszemu przekwalifikowywaniu, by sprostać zadaniu. Tego typu działalność wymaga znacznie bardziej złożonych kompetencji niż działania transferowo-osłonowe.

Trzeba jednak pamiętać, że warunkiem ewentualnej zmiany nie może być wyłącznie zmiana paradygmatu. Konieczne jest także zapewnienie odpowiednich środków finansowych i umiejętne ich rozdysponowanie. W sytuacji, w której w wielu gminach łamie się ustawową normę liczby pracowników socjalnych, bardzo trudno jest im – nawet przy odpowiednich kwalifikacjach i chęciach – skutecznie uczyć sposobów rozwiązywania problemów życiowych, zawodowych czy rodzinnych.

Warto przeznaczyć na to środki, gdyż przy pomocy opisanych działań realne stanie się zmierzanie ku społeczeństwu świadomemu swoich praw i możliwości ich realizacji. Instytucje pomocy społecznej – zwłaszcza partycypując pośrednio lub bezpośrednio w edukacji środowiskowej – mogą, a właściwie powinny sprawić, że w tym bardziej samoświadomym społeczeństwie będą mieli szanse odnaleźć się także jego najsłabsi członkowie.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1. M. Grewiński, Od administrowania do zarządzania usługami społecznymi [w:] M. Grewiński, B. Skrzypczak (red.), Środowiskowe usługi społeczne – nowa pespektywa polityki i pedagogiki społecznej, Warszawa 2011, s. 32.
2. ibidem.
3. M. Rymsza (red.), Czy podejście aktywizujące ma szansę? Pracownicy socjalni i praca socjalna w Polsce 20 lat po reformie systemu pomocy społecznej,Warszawa 2011, s. 251.
4. T. Kaźmierczak, Pracownicy socjalni wobec nowych ról zawodowych [w:] M. Rymsza (red.), Czy podejście aktywizujące… op. cit., s. 163.

Refleksje o autonomii śląskiej

Radio-aktywni

Społecznościowe rozgłośnie stanowią nie tylko alternatywę programową dla stacji komercyjnych. Bywają jednocześnie wspaniałymi szkołami aktywności, demokracji i samopomocy.

Radio Swoboda

Wśród stacji, które opierają się na bezpłatnej pracy, a mimo to utrzymują wysoki poziom i różnorodność audycji, przeważają rozgłośnie akademickie. Okazuje się, że dla wielu młodych ludzi satysfakcja z współtworzenia radia stanowi wystarczającą zapłatę. – Przychodzą do nas głównie zapaleńcy, którzy się na czymś świetnie znają i nie wytrzymają, jeśli nie podzielą się tym z innymi – śmieje się Agnieszka Wasilczyk-Kryger, redaktorka programowa Radia Afera, należącego do Politechniki Poznańskiej. Brak warsztatu nie przekreśla szans na zostanie członkiem zespołu. – Wymagamy pomysłów i osobowości, a nie umiejętności. Mamy bowiem ambicję, żeby trafiających do nas ludzi nauczyć dziennikarstwa, prezenterstwa czy realizacji dźwięku, w zależności od indywidualnych predyspozycji.

Otwartość na przeróżne tematy i na każdego kandydata na radiowca sprawiają, że studenckie anteny pełne są oryginalnych audycji autorskich. Teatr, amerykańskie komiksy, piosenka turystyczna, niezależna scena muzyczna czasów PRL-u – to tylko kilka przykładowych tematów. Aleksandra Dulas, związana ze Studenckim Radiem „Żak” Politechniki Łódzkiej od wczesnych lat 90., podaje przykład prowadzonych przez siebie programów o działaczach społecznych: Cały czas nie bardzo widzę miejsce dla takich audycji w jakiejkolwiek innej rozgłośni. Grzegorz Długoszewski, redaktor naczelny wspomnianego radia w latach 2007-2009, zapewnia: Są stacje, które się troszkę wyróżniają na radiowej mapie Polski, ale mimo wszystko ich programy są bardzo uładzone, nie ma tam miejsca na żadne ekstrema. U nas można tych ekstremów posłuchać, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i poruszane tematy. Dyrektor naczelna Akademickiego Radia LUZ z Wrocławia, Malwina Marszałek, dodaje: Nie oglądamy się na to, że np. muzyka metalowa powinna być puszczana późno w nocy, bo słucha jej niewielka część społeczeństwa. U nas można ją usłyszeć o godzinie 21.00.

Wszystko to nie byłoby możliwe w przypadku „zwykłych” stacji, dążących do maksymalizacji zysku z reklam. – My możemy sobie pozwolić na robienie rzeczy, które spodobają się pięciu osobom, ale jest szansa, że zmienią ich świat – wyjaśnia redaktorka programowa Afery. Ta filozofia przenika nawet serwisy informacyjne, w których usłyszeć można np. oferty pracy dla studentów i absolwentów czy wiadomości ze świata sportu akademickiego.

Co więcej, niezależność od wielkich pieniędzy i wielkiej polityki pozwala swobodniej podejmować tematykę społeczną, np. prezentować szersze spektrum poglądów. – Przedstawiciele środowisk bardziej radykalnych w innych mediach rzadko kiedy mogą powiedzieć coś od siebie. U nas np. anarchiści mieli własny program – podkreśla Agnieszka Wasilczyk-Kryger. Siłą niezależnych radiowców jest także wolność od rutyny. – Myślę, że po wywiadzie dla „Żaka” niektórzy politycy czuli się jak oblani wiadrem zimnej wody. Byli przyzwyczajeni do dziennikarzy, którzy zadają jedno pytanie, nagrywają trzyminutową wypowiedź i na tym kończą, tymczasem tutaj rozmawiali z ludźmi, którzy choć są młodzi, doskonale znali się na temacie i niemiłosiernie go drążyli – mówi Katarzyna Kraska, redaktor rozgłośni ds. programowych. Również Aleksandra Dulas, która bywa zapraszana do innych stacji jako gość, zaręcza, że „Żak” pozostaje szkołą dobrego dziennikarstwa. – Mam poczucie, że musimy być bardziej profesjonalni właśnie dlatego, że nie jesteśmy zawodowcami.

Mówiąc o profesjonalizmie „młodzieżowych” rozgłośni warto wspomnieć, że LUZ miał korespondentów m.in. z ogłaszającego niepodległość Kosowa, a dziennikarka stacji, Katarzyna Nieciecka, została za reportaż „Pełnosprawny student” nominowana do prestiżowej nagrody Grand Press.

Na tych samych falach

Alternatywna radiofonia to nie tylko niesztampowe audycje – to także społeczności, w których zaciera się granica między twórcą a odbiorcą.Ci, którzy siedzą u nas za mikrofonami i ci, którzy nas słuchają, to tak naprawdę tacy sami ludzie. Dzięki temu możemy nawiązać głębsze porozumienie. Nie głosimy prawd objawionych. Mamy takie samo prawo dowiadywać się wszystkiego o świecie na bieżąco, dyskutować ze słuchaczami, weryfikować własne poglądy – mówi red. Wasilczyk-Kryger, której radio współtworzy aktualnie ok. 200 osób.

Nieraz byłem świadkiem sytuacji, gdy wierny słuchacz wpadł zobaczyć, jak program wygląda od środka – i już został. To raczej nie jest powszechne w innych stacjach – zauważa Długoszewski. – Między słuchaczami a prowadzącymi audycje nawiązują się przyjaźnie, które przenoszą się do świata poza anteną – uzupełnia Iza Kwiatkowska, która słuchaczom „Żaka” prezentuje S.P.A.M., Subiektywny Polski Alfabet Muzyczny. Z kolei Aleksandra Dulas podkreśla, że każdy żakowiec osobiście dbao słuchalność własnej audycji wśród ludzi, którzy mogą być nią zainteresowani.

Unikalny przykład twórczego zaangażowania słuchaczy w życie rozgłośni stanowi internetowe Radio Wnet, założone przez Krzysztofa Skowrońskiego wraz z przyjaciółmi z Trójki, którzy odeszli z niej po jego zwolnieniu. Choć w odróżnieniu od stacji studenckich ma charakter profesjonalny, jest otwarte na początkujących. Najzdolniejsi z nich – absolwenci Akademii Radia Wnet, gdzie zawodowcy dzielą się z amatorami swoją wiedzą i doświadczeniem – mają możliwość prowadzenia na jego falach własnych audycji w ramach tzw. Wolnej Anteny. – Sprawia mi ogromną radość odkrywanie wielu samorodnych talentów radiowych. W radiu publicznym spotykałam głównie klony wybitnych dziennikarzy. Tu atmosfera otwartości i wsparcia dla stawiających pierwsze kroki sprzyja rozwojowi medialnych osobowości – cieszy się Monika Wasowska, która wraz z mężem Grzegorzem, również doświadczonym radiowcem, stanowi jedną z sił napędowych stacji.

Podkreśla ona, że rozgłośnia stopniowo przekształca się w multimedialny portal społecznościowy, co od początku było jednym z założeń przedsięwzięcia. – Słuchacze i „portalowicze”, czyli republikanie – współtworzą Radio Wnet w większym stopniu niż redakcja. Wystarczy prześledzić ramówkę, gdzie Wolna Antena dominuje. Widać to także na stronie internetowej, gdzie ponad połowa publikacji jest autorstwa republikanów.

Lata z radiem

Społeczna praca w alternatywnych rozgłośniach owocuje nie tylko indywidualnymi przyjaźniami – wyjątkowo trwałymi, jak zapewniają radiowcy o długim stażu – ale także więziami wspólnotowymi. Szczególnie dobrze widać to w łódzkim „Żaku”. Wszyscy moi rozmówcy spontanicznie deklarowali, że pracowników stacji – tak nazywa się członków zespołu po przejściu kilkuetapowego okresu kandydackiego, mimo że nie dostają ani grosza – łączy silne poczucie przynależności do radiowej rodziny oraz posiadania oparcia w jej członkach. – Gdy koledze spaliło się mieszkanie, kilkunastu żakowców przez tydzień przyjeżdżało i pomagało mu je ogarnąć – wspomina Długoszewski.

Aldona Sołtysiak, związana z rozgłośnią od lat 80. i współautorka jubileuszowej monografii na jej temat, tak charakteryzuje osoby, które doświadczyły zaangażowanej, a przy tym bezpłatnej pracy radiowca: Wiem, że jeżeli którąś z nich poproszę o pomoc, nie usłyszę „a za ile?”. Zaręcza też, że na hasło „Żak” otwiera się wiele drzwi. – Gdy się kogoś poleca, że był w „Żaku” albo przynajmniej go zna, to już się taką osobę traktuje jak dobrego znajomego. Aleksandra Dulas, która niedawno wróciła do radia po 8-letniej przerwie związanej z narodzinami dziecka (z „radiowego” związku), dodaje: Gdziekolwiek jedziesz w świat i potrzebujesz noclegu – wystarczy, że napiszesz na listę dyskusyjną żakowców i na pewno kogoś znajdziesz. I jeszcze dostaniesz jeśli nie wikt i opierunek, bo ludzie mają różne warunki, to na pewno dużo ciepła.

Nauce koleżeństwa i wzajemności bardzo sprzyja brak „wyścigu szczurów”. – To miejsce, gdzie można realizować swoje pasje i dzielić się nimi z innymi, gdzie nie ma walki o każdą minutę na antenie ze względu na zarobki. Tutaj każdy, kto tylko reprezentuje jakiś poziom, dostanie czas antenowy. Zresztą „Żak” to także np. organizowane przez niego festiwale. Działań, w ramach których nie tylko radiowcy mogą się spełnić, jest bardzo dużo – mówi Iza Kwiatkowska. Jej zdaniem, jeżeli ktoś przychodzi do stacji z myślą o osobistym sukcesie, nie utrzyma się w niej dłużej.Aldona Sołtysiak uzupełnia: Choć dla części osób praca radiowca staje się zawodem, to tylko pojedyncze jednostki przychodzą do „Żaka” wiedząc, że chcą pracować w tzw. mediach profesjonalnych i traktują stację jako pierwszy stopień kariery. Dodaje, że sporo żakowców wybiera alternatywne ścieżki „kariery”, np. poświęcają się pracy w organizacjach społecznych.

Sceptyk mógłby argumentować, że do rozgłośni po prostu trafiają ponadprzeciętnie aktywni. Takie wytłumaczenie nie satysfakcjonuje Aleksandry Dulas. – To, że ktoś ma „nadpobudliwość ruchowo-intelektualną” nie znaczy jeszcze, że zrobi w życiu coś ciekawego. „Żak” potrafi ukierunkować takie osoby na fajne tory – wyjaśnia. Praca radiowca pozwala im lepiej poznać własny potencjał oraz sfery, w których muszą coś poprawić. Jest też niepowtarzalną okazją do intelektualnych i światopoglądowych przewartościowań. – Radio stanowi tygiel różnych sposobów patrzenia na świat oraz różnorodnych zainteresowań. Zarażamy się nimi i uczymy od siebie nawzajem. Gdy w jednym miejscu spotyka się tylu ludzi, którym naprawdę „się chce” i którzy cały czas czegoś szukają – muszą z tego wyjść fantastyczne rzeczy – mówi Dulas, wspominając m.in. program o literaturze, który dał jej możliwość dyskutowania z polonistami, socjologami czy etnologami. Przywołuje też postać przyszłego współzałożyciela „Nowego Obywatela”, Szymona Surmacza: Gdy przyszłam do „Żaka”, pomyślałam o „Słoniu”, który już dość intensywnie prowadził swoją audycję: „To taki szalony ekolog”. Dzisiaj w 90% zgadzam się z jego widzeniem świata.

W opowieściach żakowców powtarza się wątek społecznościowego radia jako najlepszej uczelni, na którą dane im było uczęszczać.Żak” zapewnia swoisty – i darmowy! – trening interpersonalny. Zawdzięczam mu choćby to, że nie wstydzę się zagadywać do nieznajomych. To także szkoła asertywności i konstruktywnego wyrażania swojego zdania, ale również przyjmowania krytyki – wylicza Katarzyna Kraska. Inny współpracownik rozgłośni, Kasper Ługowski, przyszedł tam, żeby się lepiej zsocjalizować, tymczasem otrzymał o wiele więcej. – Rzeczą, na którą wcale nie liczyłem, jest zdobycie całej palety umiejętności. Od specjalistycznych, typu cyfrowa obróbka dźwięku czy obsługa emisji radiowej, po wokalne, interpersonalne i organizacyjne. Do tego dochodzi wielka dawka wiedzy teoretycznej, którą musiałem przyswoić, albo z upływem czasu przyswajałem mimo woli – precyzuje. – Bycie żakowcem to dla większości z nas dużo więcej niż „mam takie radio, do którego sobie przychodzę raz na jakiś czas i prowadzę program” – podsumowuje Długoszewski.

Demokracja FM

Wreszcie, rozgłośnia Politechniki Łódzkiej jest wyjątkowa jeśli chodzi o „ustrój”. Można w nim odnaleźć wiele zasad cechujących dojrzałe demokracje, jak transparentność władz czy ich rozliczanie – podczas kwartalnych zgromadzeń ogółu pracowników. – Rządzi nami kolegium, ale jest ono wyłaniane w sposób demokratyczny. Jest walne zebranie, gdy są szczególnie ważne sprawy do ustalenia. W trudnych sytuacjach można się wesprzeć osobami, które już nie są pracownikami, ale mają odpowiednie doświadczenie i wiedzę – wzywa się je jako „ekspertów”. Jeśli się w ten sposób spojrzy na „Żaczka”, jest on niezłą szkołą funkcjonowania w społeczeństwie – uważa Aleksandra Dulas.

Zdaniem wielu żakowców to, że radio przetrwało w tradycyjnej formule w czasach komercjalizacji wielu bliźniaczych rozgłośni było możliwe właśnie dzięki kultywowaniu ideałów demokratycznych, a jednocześnie – merytokracji.Nie wiem, czy jest inne miejsce, gdzie o wadze głosu szeregowego pracownika, redaktora naczelnego oraz osoby dawniej aktywnej, ale od wielu lat nie związanej z radiem decydują wyłącznie kompetencje w omawianym temacie – mówi Alicja Szeligowska, która w latach 2001-2008 w „Żaku” m.in. prowadziła audycje poświęcone muzyce etnicznej.

Szymon Surmacz podziela opinię o zdrowych podstawach funkcjonowania radia. Na jej potwierdzenie przywołuje sytuację, gdy jego władze próbowały bez wiedzy żakowskiej społeczności przekonać rektora do komercjalizacji rozgłośni. Po wykryciu „spisku”, bardziej świadomi radiowcy zrobili wszystko, żeby jej zapobiec. – Nie było to łatwe. Wizja dynamicznego rozwoju stacji oraz wynagrodzeń dla autorów i realizatorów audycji, przy rzekomym utrzymaniu profilu rozgłośni, rozpaliła wiele głów młodych pracowników – wspomina Surmacz.

Po drugiej stronie barykady stanęli ci, dla których niekomercyjny charakter „Żaka” był warunkiem jego niezależności, ale i przetrwania. – Mobilizacja objęła ogromną liczbę „weteranów”, którzy zaangażowali się w naświetlanie personalnych interesów osób stojących za projektem. Odbyły się dziesiątki spotkań w różnych gronach, które można by porównać do prac w podkomisjach, albo do regionalnych sejmików – mówi obecny redaktor „Nowego Obywatela”.

Przywoływano losy podobnych rozgłośni, jak łódzki Kiks czy krakowski RAK, dla których „profesjonalizacja” stała się gwoździem do trumny. Na jaw wyszły wątki wskazujące na zakulisowy wpływ konkurencyjnej uczelni oraz możliwość likwidacji radia w celu przejęcia bardzo atrakcyjnej częstotliwości przez stację, której szefem był „biznesowy doradca” naiwnego kolegium. Żakowcy uruchomili kontakty w całym kraju, sprawą zainteresowały się ogólnopolskie media. – Próba uwłaszczenia się na kilkudziesięcioletniej tradycji radia zakończyła się sromotną porażką „biznesmenów”, o których „dokonaniach” uczą się ku przestrodze kolejne pokolenia radiowców. Alicja Szeligowska dodaje, że w „Żaku” naturalnie rugowane są próby wykorzystywania pozycji w strukturach redakcji do budowania zewnętrznych układówwcale nie w myśl regulaminów, ale na zasadzie zbiorowego uczulenia na takie praktyki.

Mimo charakteru stowarzyszenia – dobrowolnej społeczności opartej na koleżeństwie i pracy społecznej – grupa na ogół jest w stanie wyegzekwować przestrzeganie panujących zasad. – Dość często odwołujemy się do spisanych reguł, do statutu czy regulaminu. Jeśli ktoś np. nie wypełni protokołu dla ZAiKS-u, z czego później jesteśmy rozliczani przez różne instytucje, kolegium musi go przywołać do porządku. Natomiast większość problemów natury społecznej jest rozwiązywanych w ramach relacji koleżeńskich. Przykładowo, gdy starszy kolega zauważa, że coś jest nie tak, zwraca takiej osobie uwagę i jej wszystko wyjaśnia – zapewnia Grzegorz Długoszewski. Siła społeczności ujawnia się także w obliczu różnicy zdań. – W „Żaku” fajne jest to, że potrafimy skakać sobie do oczu, natomiast gdy wychodzimy z sali, w której obradujemy, dalej jesteśmy kolegami. Nauczył nas, że nie chodzi o to, żeby się pokłócić, tylko żeby rozwiązać problem – deklaruje Aleksandra Dulas.

Ciężki kawałek eteru

Podstawowym problemem rozgłośni opartych na pracy ochotniczej jest bardzo duża rotacja kadry. Skutkuje to nieraz brakiem ciągłości w przekazywaniu doświadczenia czy kontaktów. Kłopotliwe są także przerwy w zaangażowaniu.

Ponieważ osoby, które u nas pracują, w większości są nieopłacane, każdy ma prawo powiedzieć, że nie przyjdzie jutro do radia, bo np. ma kolokwium. Musimy wtedy „na szybko” znaleźć zastępstwo, a jeśli się to nie uda – odwołać program. Najgorsze jest lato, gdy większość zespołu chce wyjechać do pracy, do domu czy na wakacje – wzdycha red. Marszałek, która sama za pracę w wymiarze odpowiadającym pełnemu etatowi otrzymuje wynagrodzenie pozwalające na opłacenie rachunku telefonicznego. Zastrzega jednocześnie, że przypadki „zawalania” są naprawdę rzadkie. Agnieszka Wasilczyk-Kryger ubolewa, że Afera nie jest w stanie choćby symbolicznie płacić członkom zespołu, co zmusza ich, by więcej czasu poświęcali na dorabianie gdzie indziej: W ten sposób w jakimś stopniu tracimy ludzi, na których nam zależy.

Niekomercyjna formuła w oczywisty sposób utrudnia także utrzymanie radiowej infrastruktury, zwłaszcza w przypadku rozgłośni, które nie uzupełniają budżetów wpływami z reklam. Problemem jest nie tylko niedobór środków. – Jedynym źródłem naszego finansowania jest Politechnika Wrocławska, dlatego na wszystko musimy składać wnioski, których rozpatrywanie zajmuje nieraz sporo czasu. Gdy niezbędny jest np. nowy mikrofon, trochę komplikuje nam to pracę – tłumaczy dyrektor LUZ-u.

Zdaniem Izy Kwiatkowskiej, jedyna istotna rzecz, którą utrudnia „niekomercyjność”, to pozyskiwanie sponsorów. – Kiedy organizujemy jakieś wydarzenie, zwykle informacja, że nie możemy w zamian wyemitować spotów reklamowych, jest dla nich blokadą. Zaraz jednak dodaje, że plusów takiego modelu jest znacznie więcej: nie musimy martwić się, że ktoś, kto miałby wykupiony czas reklamowy, mógłby próbować wpływać na program.

Ostrożnie z pieniędzmi

Grzegorz Długoszewski podaje dodatkowe argumenty za nieobecnością reklam na falach „Żaka”. – Nie jest tak, że gdybyśmy się na nie zdecydowali, reklamodawcy sami by do nas przyszli. Pozyskiwanie reklam wymaga ogromnego wysiłku, na dodatek jest kosztowne: trzeba zapłacić za zmianę koncesji na taką, która pozwala je emitować, zwiększają się koszty ZAiKS-u itd. Żeby to zrekompensować,należałoby naprawdę intensywnie pracować nad reklamodawcami, co nie jest łatwe w przypadku radia pozbawionego stałej kadry.

Można co prawda stworzyć jedno czy dwa płatne stanowiska, jednak jest to ryzykowne. – Redaktor naczelny jest na etacie, a jego zastępcy, którzy pracują nie mniej ciężko niż on, żadnych pieniędzy nie dostają. No to oferuje im się jakieś umowy, żeby mieli większą motywację do pracy. Wtedy pojawiają się konflikty: dlaczego szef promocji, który ma prowizje od pozyskanych reklam, ma zarabiać więcej niż redaktor programowy, chociaż to program jest istotą radia; reporterzy nie chcą pracować, dopóki nie otrzymają wypłaty itp. – wyjaśnia Długoszewski, powołując się na przykłady innych stacji niekomercyjnych.

Mówi też, że odwiedzając rozgłośnie, które programowo oraz ideowo są do łódzkiego radia podobne, jednak zdecydowały się na stworzenie pewnej liczby płatnych stanowisk, był zaskoczony mniejszym zapałem zespołu, niezbyt intensywnym życiem towarzyskim oraz słabszymi więziami koleżeńskimi. – Dlatego od lat niszczymy w zarodku wszelkie pomysły, żeby do „Żaka” wprowadzić pieniądze. Jego zdaniem kiedy się one pojawią, każdy chce, żeby ich było więcej, a potem już nietrudno o wykupienie radia. Wszędzie, gdzie weszły pieniądze, skończyło się radio studenckie, a zaczęło – formatowane – potwierdza Aleksandra Dulas. – Gdy ludzie zaczęli zarabiać, zaczęli też walczyć o pieniądze, jak bardzo śmieszne by one nie byłydodaje.

Zdaniem red. Wasilczyk-Kryger, wcale nie musi tak być, w każdym razie nie przypomina sobie, by w ciągu dziewięciu lat, jakie spędziła w Aferze, była świadkiem konfliktu czy zazdrości na tym tle. – Może dlatego, że kolegium redakcyjne jest obsadzane w otwartych konkursach? Poza tym ludzie widzą, że koordynacja całego działu wymaga znacznie więcej czasu niż cokolwiek innego – zastanawia się.

Redaktorka programowa poznańskiej rozgłośni zwraca uwagę, jak wiele pieniędzy i energii rozmaite korporacje poświęcają, żeby pracownicy się z nimi identyfikowali, tymczasem wolontariusze radia utożsamiają się z nim od razu. – Nie wiem, na czym to polega – czy to magia radia, czy może magia Afery – ale wystarczy, że ktoś przygotował dla nas jeden materiał dziennikarski, a już opowiada o stacji same najlepsze rzeczy, nosi jej koszulkę, mówi wszystkim, że tam pracuje i zachęca do jej słuchania. Dostajemy to w prezencie, za darmo.