Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Uwiąd polskiego przemysłu oraz trwale wysokie bezrobocie wskazują na potrzebę zmian miar sukcesu ekonomicznego naszego kraju oraz odmiennych metod działania. Mogłaby to zmienić ponowna industrializacja Polski. Kredyt „non profit” jest narzędziem dostarczającym potrzebnej maszynerii finansowej do tego zadania.

Niedawno Polskie Lobby Przemysłowe opublikowało raport na temat przyczyn i konsekwencji światowego kryzysu finansowo-gospodarczego. Zawarto w nim także rekomendacje dla polskiego rządu, których wdrożenie, zdaniem ekspertów, powinno odwrócić obecny trend obniżania poziomu życia i wysokiego bezrobocia. Wśród rekomendacji na pierwszym miejscu znalazła się taka:

Podjęcie emisji obligacji Skarbu Państwa upoważniających państwowe banki do udzielania niskoprocentowego kredytu „non profit”, nie dla finansowania deficytu budżetowego, jak to ma miejsce obecnie, lecz w celu rozbudowy potencjału gospodarczego kraju w określonych dziedzinach gospodarki (w przemyśle, budownictwie, energetyce, infrastrukturze). Udzielane kredyty byłyby narzędziem zwiększającym popyt rynkowy, zatrudnienie i krajowy wolumen dóbr i usług.

Realizacja tego postulatu stałaby się, jak postulują w eksperci PLP, instrumentem reindustrializacji kraju. W tej i innych rekomendacjach wspomnianego raportu kluczowe jest poczynienie umownego rozróżnienia między „realnym” a „wirtualnym” sektorem gospodarki. W jednym z punktów postulowana jest regulacja derywatów (instrumentów finansowych), których brak odseparowania od „realnej” gospodarki i tradycyjnej bankowości depozytowo-kredytowej stał się wielkim obciążeniem dla sektorów produkujących oraz dla podatników, ponoszących koszty spekulacji.

Tym samym autorzy raportu wskazują na potrzebę zredefiniowania wartości w gospodarce. Wartością nie są bowiem bilionowe kwoty instrumentów finansowych, rosnące w tym samym czasie, gdy spada wytwórczość rolnictwa i przemysłu. Wartością jest to, co przyczynia się do powiększenia siły i dobrobytu państwa. Kwalifikatorem wartości jest więc sam system kredytu. Przykładowo, inwestycje w hazard nie mogłyby liczyć na kredyt „non profit”. Natomiast inwestycje, które powiększają ilość fizycznych dóbr, mostów, maszyn czy megawatów przesłanej energii, mogłyby taki kredyt uzyskać. To, o czym zapomnieli analitycy z Wall Street, i niestety także wielu nauczycieli akademickich, to fakt, iż rozwój mierzy się jako wzrost produktywności, łatwiejsze tworzenie większej ilości i lepszej jakości nowych dóbr. Kluczowa zatem jest leibnizowska fraza „billiges Feuer” (tani ogień) i hamiltońska „artificial labor” (sztuczna praca).

Model państwowego kredytu „non profit” różni się znacząco od dzisiejszej metody dokonywania przez państwo – zresztą nader rzadko – wielkich projektów infrastrukturalnych. W systemie państwowego kredytu „non profit”, państwo byłoby nie pożyczkobiorcą, lecz pożyczkodawcą! Decyzją rządu, zatwierdzaną przez parlament, tworzony byłby kredyt o określonej wartości. Różne transze kredytu miałyby różny okres trwania i wielkość, zależne od przeznaczenia, czyli typu projektu, który byłby finansowany w taki sposób. Instytucją udzielającą kredytu byłby bank państwowy.

Zwolennicy monetarnej ortodoksji wskazują, iż jakakolwiek państwowa ingerencja, tworząca zwiększenie agregatów monetarnych, może łatwo powodować inflację. W rzeczywistości mechanizm kredytu „non profit” jest na tyle „nie-monetarny” w swych zasadach, które opiszemy poniżej, iż taki efekt nie występuje. Natomiast przyrost ilościowy i jakościowy krajowych dóbr i usług wskutek jego zastosowania, eliminuje jakąkolwiek inflację „pieniężną”.

Amerykański systemu kredytu

Jeden z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych i pierwszy Sekretarz Skarbu tego kraju, Alexander Hamilton, jest słusznie uważany za kreatora nowożytnego systemu kredytu narodowego. W swych raportach dla kongresu (Raport o Publicznym Kredycie, Raport o Banku, a także definiujący wartość Raport o Manufakturach) Hamilton propagował ideę zamiany długu państwa w wartość (kredyt), dzięki której państwo będzie mogło dokonywać inwestycji w wytwórczość i infrastrukturę. Przekonywał, że odpowiednie inwestycje mogą pomnożyć bogactwo państwa, co jest zaprzeczeniem brytyjskiej idei „niewidzialnej ręki”. W przypadku, gdy państwo nie posiada gotówki, aby uruchomić ubogacające obywateli inwestycje powinno ono wytworzyć na bazie długu kredyt. Zostanie on w przyszłości spłacony dzięki wytworzeniu bogactwa, które w momencie emisji kredytu jeszcze nie istniało.

Ten optymistyczny, postępowy ton, przeciwny teorii gospodarki jako gry o sumie zerowej, jest charakterystyczny dla polityki Hamiltona i jego duchowych następców. Już w 1791 r., jak pisał Noah Webster: Ustanowienie funduszy dla utrzymania publicznego kredytu daje wspaniały efekt dla interesów i całego kraju. Handel odżywa i kraj jest całkiem zaopatrzony. Manufaktury wielce wzrastają, a w dużych miastach wielkie ulepszenia są czynione w drogach i chodnikach. Zwroty z inwestycji regularnie przekraczały 10% rocznie, i to po odliczeniu odsetek dla kupujących obligacje.1

System kredytu był fundamentem, na którym zbudowano potęgę USA. Ta potęga, wskazywał Hamilton, budowana jest poprzez manufaktury wspierane odpowiednią infrastrukturą, w tym finansową. Ponieważ ugruntowanie zaufania dla amerykańskich obligacji nie rozwiązywało problemu niewystarczającego kredytowania dla krótkoterminowych przedsięwzięć prywatnych, zadanie to miał spełniać Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych, powołany w 1791 r. przez Kongres z inicjatywy Hamiltona. Parlament USA został uznany władnym do przegłosowywania aktów emisji kredytu, które następnie za pośrednictwem Banku przeznaczano na cele inwestycyjne.Sam Bank szczycił się (częściowo państwowym, częściowo prywatnym) kapitałem założycielskim 10 milionów dolarów, głównie w formie państwowych obligacji. W przeliczeniu na dzisiejsze kwoty pozwoliłoby mu to zostać właścicielem ponad połowy firm z indeksu giełdowego Dow Jones.2

Poszczególne decyzje o przyznaniu kredytu należały do Banku, jednak bezpośrednią intencją w każdym przypadku był wzrost produktywności oraz tzw. ulepszenia wewnętrzne, jak nazywano szeroko rozumianą infrastrukturę. Państwowy Bank współpracował ręka w rękę z Departamentem Skarbu, udzielając często rządowi pożyczek. Bank państwowy z prawem do emisji kredytu był, obok taryfy celnej i rządowych inwestycji infrastrukturalnych, jednym z trzech kluczowych filarów tzw. Systemu Amerykańskiego, zwanego również Szkołą Amerykańską ekonomii politycznej.

Istnienie Banku od początku napotykało, podobnie jak inne założenia Systemu Amerykańskiego, na wielki opór arystokratycznych właścicieli ziemskich z Południa. Latyfundyści, opierający swą pozycję na pracy niewolników, niechętnie patrzyli na wspieranie z federalnego budżetu postępowych gałęzi produkcji, innowacyjności i ulepszeń. W 1811 r. Kongres nie przedłużył Karty inkorporacyjnej Pierwszemu Bankowi Stanów Zjednoczonych, który tym samym zakończył istnienie.

Jednak już po pięciu latach, ze względu na koszty wojny 1812 r. i narastającego długu, zdecydowano się powołać Drugi Bank Stanów Zjednoczonych, który funkcjonował przez dwie dekady (1816-1836) do wygaśnięcia Karty. Mimo iż zgodność z konstytucją państwowego Banku została potwierdzona przez proces McCulloch kontra Maryland w 1819 r., przeciwnikom Banku (głównie nowojorskim bankom komercyjnym) udało się storpedować – dzięki wetu prezydenta Jacksona – przedłużenie jego funkcjonowania. Przeniesienie państwowych depozytów do zainteresowanych zyskiem banków komercyjnych i koniec Drugiego Banku spowodowały kryzys 1837 r., a przede wszystkim, co gorsza, praktycznie unieruchomiły rozwój wielkich inwestycji infrastrukturalnych.

Kolejne dekady to okres tzw. dzikiej bankowości, nacechowany wielkimi wahnięciami ilości pieniądza w obiegu. Dopiero nowe prawo bankowe Lincolna uporządkowało ten sektor, odbierając lokalnym bankom stanowym prawo wydawania banknotów, tworząc system małych banków narodowych, powiązanych z Departamentem Skarbu. To pozwoliło, mimo wojny domowej, finansować wielkie inwestycje infrastrukturalne, z których największą była Kolej Transkontynentalna, łącząca oba krańce USA.

Niestety, planowany jeszcze przez Daniela Webstera Trzeci Bank Stanów Zjednoczonych nie rozpoczął nigdy działalności, zaś wytworzone przez bankierów kryzysy płynności spowodowały, że administracja Grovera Clevelanda skapitulowała przed potęgą domu bankowego JP Morgan, oddając de facto w jego ręce kontrolę nad pieniądzem. Utworzona kilka dekad później Rezerwa Federalna jest niekontrolowaną przez Kongres groteskową parodią hamiltońskiego Banku. Swymi liniami kredytowymi służy działalności spekulacyjnej, a wykupując toksyczne instrumenty finansowe pogrąża gospodarki w chaosie.

Kredyt kontra nazizm

Hamiltoński system kredytu, ze swą wyznaczoną w Raporcie o Manufakturach definicją wartości, był jednym z kluczowych czynników, dzięki którym młode amerykańskie państwo stało się jeszcze w XIX w. najbogatszym państwem świata. Standard życia obywateli przekraczał tam uzyskiwany przez Wielką Brytanię dzięki swemu wolnohandlowemu imperium.

Nie był to jednak w ścisłym sensie model emisji kredytu „non profit”. Jak wskazują autorzy raportu Polskiego Lobby Przemysłowego, tzw. eksperyment niemiecki z lat 30., polegający na kredytowaniu produktywnych inwestycji w przemysł oraz infrastrukturę zainteresował ekonomistów (m.in. Michała Kaleckiego) swym nowatorskim mechanizmem. Warto jednak przypomnieć, iż to nie naziści byli autorami tego programu. Ich wątpliwą „zasługą” było jedynie wypaczenie dobrze zaprojektowanego systemu poprzez ukierunkowanie wysiłku inwestycyjnego w stronę zbrojeń oraz wprowadzenie pracy przymusowej.

Niemcy w czasie Wielkiego Kryzysu, w obawie przed powtórką doświadczeń hiperinflacyjnych, zdecydowały się pod kierownictwem kanclerza Heinricha Brüninga (1930-1932) na politykę deflacji. Rząd bezczynnie patrzył na rosnące szeregi bezrobotnych, wierząc, iż kryzys ten jest jedynie zwyczajowym cyklem gospodarczym. Paradoksem jest iż polityka nie-interwencji i ograniczania wydatków państwa, powiększała deficyt budżetowy zamiast spowodować jego spadek. W warunkach depresji, cięcia państwowych wydatków okazywały się mieć zgubny wpływ na sektor prywatny, skutkiem czego rzesze bezrobotnych szybko rosły. Do 3 milionów bezrobotnych w roku 1930 dołączyło w ciągu zaledwie dwóch lat kolejne 2,5 miliona bezrobotnych.

Drastyczne pogorszenie warunków życia i wszechogarniające poczucie niestabilności spowodowało, że poparcie dla partii narodowych socjalistów zaczęło bardzo szybko rosnąć także wśród grup do tej pory będących gwarantami łagodnego kursu Republiki Weimarskiej, takich jak nauczyciele czy sklepikarze. Liczba głosujących na NSDAP zwiększyła się z ok. 6,4 milionów w wyborach z września 1930 r. do niemal 14 milionów w lipcu 1932 r.

Oczywista katastrofa polityki nie-interwencjonizmu gospodarczego i spowodowane przez nią bezrobocie stały się przedmiotem krytyki niemieckich związkowców (m.in. V. S. Voitinsky), którzy domagali się zarządzenia przez państwo wielkich inwestycji w przemyśle i infrastrukturze w celu wytworzenia impulsu zmniejszającego bezrobocie. Tego rodzaju politykę gospodarczą wkrótce wprowadzono w USA przez Franklina D. Roosevelta. Tymczasem środowiska niemieckich przemysłowców i ekonomistów przedstawiły własne propozycje. Pierwszą przygotował ekonomista, urzędnik ministerstwa finansów, Wilhelm Lautenbach. We wrześniu 1931 r., już po reakcji łańcuchowej powodującej upadek kluczowych banków komercyjnych, Lautenbach zaproponował na zebraniu Stowarzyszenia Fryderyka Lista metodę ożywienia gospodarki poprzez kredyt.

Jak wskazywał, taki kredyt byłby dostępny jedynie na użytek projektów potrzebnych gospodarce. Miał on być w zamierzeniu autora pomysłu źródłem finansowania ambitnego programu budowy i modernizacji infrastruktury, co odrodziłoby gospodarkę i dało zatrudnienie bezrobotnym.3 Jego propozycje byłyby finansowane poprzez emisję państwowych weksli, wymienianych między składającym zamówienie (państwowym przedsiębiorstwem) a podwykonawcą. Banki byłyby zmuszone do uznania takich weksli, podwykonawca zaś otrzymywałby w zamian gotówkę, choć ta nie byłaby potrzebna w większości transakcji (tylko do płatności pracowniczych). Dzięki temu zwiększyłaby się krótkoterminowa płynność, zaś weksle byłyby po okresie 12-15 miesięcy wymieniane na obligacje skarbu państwa.4 Efektem byłabyzwiększona aktywność gospodarcza – wzrost ilości dóbr i usług oraz rozwój infrastruktury.

Uproszczenie powyższego schematu zostało zaproponowane przez przemysłowca Heinricha Draegera. Przewodząc Grupie Studiującej Pieniądz i Gospodarkę Kredytową, Draeger zaproponował wiosną 1932 r. system kredytu „non profit”. W eseju „Stwarzanie pracy poprzez stworzenie systemu produktywnego kredytu” przekonywał do wsparcia szerokiego programu rozbudowy infrastruktury, energetyki i miast za pomocą kredytu dla trwałych i produktywnych przedsięwzięć. W jego propozycji weksle składane byłyby w banku państwowym – Reichsbanku, który nie żądałby od składającego przedsiębiorstwa zysku w postaci odsetek, tym samym dodatkowo wynagradzając przedsięwzięcia twórcze.5

Propozycje Draegera znalazły posłuch wśród najwyższych kręgów rządowych w Niemczech po dojściu do władzy kanclerza Schleichera. Program został niestety rozpoczęty zbyt późno, bo 28 stycznia 1933 r., czyli dwa dni przed objęciem władzy przez Adolfa Hitlera. Sukces programu przyczynił się do legitymizacji i popularyzacji rządów nazistów, choć ci bardzo szybko zmienili jego założenia, nie stawiając na pierwszym miejscu wzrostu produktywności, lecz przygotowania wojenne. Bezrobocie zdążyło już jednak znacząco spaść, a widoczne znaki poprawy (takie jak autostrady) dały zmęczonemu społeczeństwu krótkotrwałe poczucie stabilizacji.

Lekcja dla Polski

Uwiąd polskiego przemysłu oraz trwale wysokie bezrobocie wskazują na potrzebę redefinicji miary sukcesu ekonomicznego naszego kraju. Brak silnego i nowoczesnego przemysłu wytwórczego odbija się na sytuacji materialnej przeciętnego Polaka. Jak wskazywał prezydent USA, William McKinley, taniość wyprodukowanych za granicą produktów jest relatywna względem zasobności krajowego portfela. Zatem kluczowe dla dobrobytu społeczeństwa jest posiadanie rozwiniętych gałęzi przemysłu, oferujących dobre miejsca pracy dzięki produkcji wysokiej wartości dodanej.

Zwraca na to uwagę również grono ekspertów PLP, wskazując na potrzebę intencjonalnej interwencji państwa z zamiarem reindustrializacji kraju. Kredyt „non profit” jest narzędziem znakomicie dostarczającym potrzebnej maszynerii finansowej do realizacji tego zadania. Rekomendacje raportu to przypomnienie, że obowiązkiem każdej generacji jest zostawić przyszłym pokoleniom coś trwałego, a obecnym oferować dobrobyt.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

1. Robert E. Wright i David J. Cowen, Financial Founding Fathers: The Men Who Made America Rich, University Of Chicago Press, 2006, ss. 10-37.
2. Tamże.
3. Webster Griffin Tarpley, Surviving The Cataclysm: Your Guide through the greatest Financial Crisis in Human History, Progressive Press, 2009, ss. 10-15.
4. Tamże.
5. Frank Hahn, Where Do We Get The Money To Pay For Great Infrastructure Projects?, „The American Almanac”, styczeń 1992.

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Bezrobocie: brak miejsc pracy czy brak kwalifikacji?

Politycy i ekonomiści próbują przedstawiać obecną zapaść na amerykańskim rynku pracy jako skutek braku odpowiednich umiejętności u potencjalnych pracowników. Czy tak jest w istocie?

Pomimo iż w chwili pisania tekstu minęło niemal półtora roku od oficjalnego ogłoszenia końca Wielkiej Recesji, miliony Amerykanów nadal pozostają bez pracy. Oficjalny wskaźnik bezrobocia utrzymuje się na poziomie ok. 10%. Dlaczego? Według oficjalnie obowiązującej teorii, przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak wystarczających kwalifikacji wśród kandydatów na stanowiska oferowane przez pracodawców.

W następstwie najsilniejszego tąpnięcia krajowej gospodarki od czasów Wielkiego Kryzysu, niektórzy decydenci i komentatorzy – wśród nich również ekonomiści – rozpoczęli pewną kampanię. Jej celem jest powiązanie wysokiego bezrobocia z niewystarczającymi umiejętnościami siły roboczej. W żargonie ekonomicznym zjawisko to nosi nazwę bezrobocia strukturalnego, stanowiącego przeciwieństwo bezrobocia cyklicznego, związanego z powtarzającym się spadkiem koniunktury gospodarczej.

Powyższy pogląd znajduje zwolenników w wielu kręgach. Pierwszy wśród decydentów, prezydent Obama, poinformował Kongres w lutym 2009 r., że w dzisiejszych czasach 3/4 spośród najbardziej dynamicznie rozwijających się zawodów wymaga kwalifikacji wyższych niż świadectwo maturalne. A rzeczywistość jest taka, że niemal połowa naszych obywateli nie osiągnęła tego poziomu wykształcenia. Inaczej mówiąc: robotnicy muszą wrócić do szkoły, jeśli chcą znaleźć zatrudnienie.

Również Bill Clinton, ostatni przedstawiciel Partii Demokratycznej zasiadający przed Obamą w Białym Domu, został zarażony tym wirusem. W wywiadzie z września 2010 r. powiedział: Ostatni raport poświęcony bezrobociu wskazywał – i miało to miejsce po raz pierwszy za mojego życia, a do najmłodszych przecież nie należę – że obecnie, w momencie wychodzenia z recesji, liczba nowych ofert pracy rośnie dwukrotnie szybciej niż liczba nowo zatrudnianych osób. Z drugiej strony każdy z nas potrafi z łatwością przywołać przypadki, kiedy na jedną ofertę pracy zgłosiło się kilkuset kandydatów. Jak to możliwe? Ludzie po prostu nie mają wymaganych kwalifikacji.

Wszystko wskazuje, że źródłem tej teorii są ekonomiści oraz inni tzw. eksperci. W sierpniu 2010 r. Narayana Kocherlakota, szef oddziału Banku Rezerw Federalnych (FED) w Minneapolis, napisał w biuletynie instytucji: W jakim stopniu obserwowany wskaźnik bezrobocia rzeczywiście wynika z niedopasowania kwalifikacji, a więc z czynników, na które FED praktycznie nie ma wpływu? Wydaje się, że odpowiedź brzmi: w znacznym. Kocherlakota zmierzał do tego, że chociaż polityka monetarna może stymulować wzrost gospodarczy, nie poprawi to sytuacji słabo lub niewłaściwie wykwalifikowanych bezrobotnych: FED nie ma możliwości przekwalifikowania robotników budowlanych w mechaników precyzyjnych.

Takie wyjaśnienie problemu bardzo odpowiada politykom i urzędnikom Banku Rezerw Federalnych. Zrzuca ono bowiem odpowiedzialność za dotkliwą sytuację ekonomiczną 17% Amerykanów – bezrobotnych lub zatrudnionych w niepełnym wymiarze – na nich samych. Wskazuje ono, że nawet jeśli politycy i bankowcy zrobiliby wszystko, co w ich mocy, aby zwiększyćpoziom wydatków publicznych, wskaźnik bezrobocia najprawdopodobniej pozostałby na niezmienionym poziomie dopóki bezrobotni nie podnieśliby kwalifikacji.

Szkopuł w tym, że powyższe wytłumaczenie jest błędne. Istnieje wiele dowodów, że główną przyczyną kryzysu na rynku pracy nie są nieodpowiednie kwalifikacje pracowników, lecz brak odpowiedniej liczby ofert pracy.

Tylko dla specjalistów?

Dane przytoczone przez Obamę, wskazujące, że nowe miejsca pracy wymagają coraz wyższych kwalifikacji, mogłyby być argumentem popierającym tezę o „luce umiejętności”. Jednak jego interpretacja całkowicie omija sedno sprawy. W swoim wystąpieniu prezydent oparł się na przewidywaniach Departamentu Pracy, dotyczących struktury zatrudnienia w latach 2006-2016. Mowa w nich, że spośród 30 najszybciej rozwijających się profesji, 22 zasadniczo wymaga wykształcenia wyższego niż ukończona szkoła średnia. Do zawodów tych zaliczono m.in. specjalistów ds. zarządzania sieciami komputerowymi, fachowców z sektora telekomunikacji, programistów i doradców finansowych. Obama jednak ani słowem nie wspomniał, że te 22 profesje stanowią mniej niż 3% całego rynku pracy w USA.

Dużo większe znaczenie dla 27 mln obywateli bezrobotnych lub z konieczności zatrudnionych na niepełny etat mają raczej zawody, w ramach których ma szansę powstać najwięcej nowych miejsc pracy. Spośród 30 takich zawodów, 70% (21) zwykle wymaga co najwyżej ukończenia szkoły średniej. Aby być w pełni gotowym do rozpoczęcia ich wykonywania, wystarczy przeszkolenie bezpośrednio w miejscu pracy. Według prognoz Departamentu, te 21 zawodów, do których zalicza się m.in. sprzedawców, pracowników branży gastronomicznej oraz osoby zatrudnione jako pomoc domowa lub pielęgniarska, będzie miało 1/4 udziału w rynku pracy w 2016 r.

Co więcej, prognozy zatrudnienia zakładają, że ponad 2/3 (68%) miejsc pracy w 2016 r. będzie wymagało od pracownika wykształcenia średniego lub nawet niższego. W połączeniu z faktem, że obecnie prawie 2/3 aktywnych zawodowo dorosłych (62%) brało udział w jakichś zajęciach prowadzonych na wyższych uczelniach, teza o rzekomym rozdźwięku pomiędzy kwalifikacjami pracowników a wymaganiami rynku pracy jako głównej przyczynie utrzymywania się wysokiego poziomu bezrobocia, nie brzmi przekonująco.

Niewykwalifikowani?

Jeżeli rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której pracodawcy napotykają na ogromne trudności w poszukiwaniach na oferowane miejsca pracy osób o odpowiednich kwalifikacjach, to osoby spełniające te wymagania byłyby rozchwytywane na pniu. Statystykiwskazują jednak, że zastój w zatrudnieniu dotyczy także bezrobotnych doświadczonych zawodowo oraz osób, które pracując na część etatu szukają dodatkowego zajęcia. I dotyczy to branż, na które przypada względnie dużo nowych ofert pracy, jak edukacja, opieka zdrowotna, produkcja dóbr trwałych (np. sprzętu AGD) czy górnictwo.

Problem ten najlepiej widać w przypadku „półbezrobotnych” – zatrudnionych na część etatu, ale chcących pracować w pełnym wymiarze. Jak pokazują dane przytoczone przez Arjuna Jayadeva i Mike’a Konczala w niedawnej publikacji Roosevelt Institute, obecnie odsetek takich osób w każdym z podstawowych sektorów jest większy niż w okresie 2000-2007.Nawet w gałęziach generujących największą liczbę ofert pracy, takich jak edukacja i opieka zdrowotna, doradztwo i usługi dla biznesu, transport i usługi publiczne, turystyka i wypoczynek oraz branże produkcyjne – wskaźnik „półbezrobocia” wśród pracujących utrzymuje się na poziomie dwukrotnie wyższym niż przed recesją.

Głosicielom „teorii niedopasowania” byłoby trudno wyjaśnić, dlaczego osoby, które chciałyby pracować w pełnym wymiarze godzin, nie posiadają wystarczających kwalifikacji, aby na cały etat wykonywać pracę polegającą na tym samym, co obecnie robią przez np. 20 godzin w tygodniu.

W wyniku Wielkiej Recesji zatrudnienie stracili pracownicy rozmaitych specjalności, nie tylko robotnicy budowlani. Wielu z nich wciąż szuka zatrudnienia. W każdym spośród 16 najważniejszych sektorów gospodarki wskaźnik bezrobocia we wrześniu 2010 r. był wciąż znacznie wyższy niż na początku kryzysu w grudniu roku 2007.W przypadku branż z największą liczbą ofert pracy w okresie wychodzenia z kryzysu, a więc edukacji i służby zdrowia, doradztwa i usług dla biznesu, oraz produkcji – wykwalifikowani pracownicy muszą się zmierzyć ze wskaźnikami bezrobocia dwukrotnie wyższymi niż w grudniu 2007 r. Wielu doświadczonych pracowników wciąż szuka pracy w branżach, gdzie bez przerwy pojawiają się nowe oferty zatrudnienia.

Aby obronić swoją tezę, Kocherlakota i inni zwolennicy teorii niedopasowania musieliby wykazać, że te osoby, które nie dalej jak trzy lata temu pracowały w przemyśle, obecnie nie posiadają już umiejętności pozwalających na ich zatrudnienie w tej samej branży. Wydaje się to mało prawdopodobne.

Błędy statystyczne

Jak zatem wyjaśnić zjawisko przywołane przez Billa Clintona oraz licznych ekonomistów? Skoro liczba oferowanych miejsc pracy rośnie w przyzwoitym tempie, liczba nowo zatrudnianych osób – znacznie wolniej, a statystyki bezrobocia nie zmieniają się, to może rzeczywiście pracodawcy mają problemy ze znalezieniem osób o odpowiednich kwalifikacjach. Powyższe wytłumaczenie jest jednak przekonujące tylko dopóki nie przyjrzymy się statystykom.

Po pierwsze, zmiany w czasie liczby ofert pracy oraz zatrudnianych osób nie są właściwymi parametrami opisującymi tendencje rynku pracy. Tym, co powinno nas interesować, jest porównanie liczby miejsc pracy, na które nie udało się znaleźć pracowników, z liczbą wykwalifikowanych pracowników przyjętych w tym samym miesiącu. Jeżeli pracodawcy rzeczywiście mieliby problem, o którym mówimy, wówczas liczba wakatów na koniec miesiąca powinna być względnie duża w porównaniu z liczbą osób przyjętych do pracy.Innymi słowy, jeżeli stosunek liczby wakatów do liczby osób nowo zatrudnionych byłby wyższy niż podczas minionych okresów wychodzenia z kryzysów gospodarczych, to mogłoby to stanowić potwierdzenie większych niż zwykle problemów pracodawców z naborem pracowników.

Tymczasem okazuje się, że wspomniana proporcja jest dziś niemal taka sama, jak w trakcie wychodzenia z kryzysu w 2001 r. We wrześniu 2010 r., a więc 15 miesięcy po oficjalnym zakończeniu kryzysu i rozpoczęciu wychodzenia z niego, stosunek nieobsadzonych miejsc pracy do liczby nowych zatrudnień wynosił 69%, a więc był bardzo zbliżony do wartości 67% z lutego 2003 r., 15 miesięcy po poprzednim kryzysie gospodarczym. Dane te świadczą, że miejsca pracy są dzisiaj obsadzane w tym samym tempie, jak miało to miejsce w przeszłości.

Porównywanie wyłącznie wskaźnika bezrobocia, a pomijanie w analizie liczby nowych zatrudnień grozi w jeszcze większym stopniu wyciągnięciem błędnych wniosków.Ponieważ liczba nowych zatrudnień silnie wzrasta na początku wychodzenia z kryzysu, osoby, które przestały już aktywnie szukać pracy, wracają na jej rynek.W ten sposób zasilają oni oficjalne statystyki bezrobotnych, co powoduje, że wskaźnik bezrobocia nie ulega zmniejszeniu, pomimo wzrostu liczby ofert pracy i rosnącego zatrudnienia.

Deficyt miejsc pracy

Rzeczywistość rynku pracy – obejmujące coraz szersze kręgi bezrobocie połączone z długim, bezowocnym poszukiwaniem zatrudnienia przez wykwalifikowanych pracowników – pokazuje jasno, że podstawowym problemem jest brak wystarczającej liczby miejsc pracy w gospodarce, a nie brak umiejętności wśród osób szukających zajęcia.

Choć na koniec każdego miesiąca pozostaje pewna liczba ofert pracy, do której nie udało się znaleźć odpowiednich osób, całkowita liczba miejsc pracy stworzonych w okresie wychodzenia z recesji jest zwyczajnie niewystarczająca, by przywrócić zatrudnienie wszystkim, którzy je uprzednio stracili. Nawet gdyby na wszystkie wolne etaty na koniec września 2010 r. udało się przyjąć nowych pracowników, to wciąż prawie 12 mln zarejestrowanych bezrobotnych pozostawałoby bez pracy.

Obecne wychodzenie z kryzysu charakteryzuje się znacznie mniejszą liczbą tworzonych miejsc pracy nawet od tzw. bezpracowego okresu odbudowy po zapaści z roku 2001. Lawrence Mishel, Heidi Shierholz i Kathryn Edwards, ekonomiści z Economic Policy Institute, podają, że łączna liczba nowych miejsc pracy stworzonych w pierwszym roku przełamywania ostatniego kryzysu jest o ok. 1/4 mniejsza niż w analogicznym okresie po recesji 2001 r. Oznacza to 10 mln miejsc pracy mniej. Nawet w przypadku gałęzi gospodarki generujących obecnie najwięcej nowych miejsc pracy ich liczba pozostaje daleko w tyle w porównaniu z miejscami pracy utworzonymi przez te branże w ramach wychodzenia z zapaści dekadę wcześniej. Wyjątkami są przemysł wydobywczy i drzewny, na które jednak w 2007 r. przypadało zaledwie ok. 0,5% całkowitego zatrudnienia.

Dlaczego wzrost zatrudnienia po Wielkiej Recesji jest wolniejszy niż zwykle? Prosta odpowiedź brzmi: gdyż kryzys był głębszy niż zwykle. Nagły i ostry spadek produkcji oraz zatrudnienia bardzo negatywnie wpłynął na popyt wewnętrzny – ludzie po prostu nie mieli pieniędzy na zakupy. Skutkiem tego był spadek sprzedaży, co z kolei znacznie ograniczyło inwestycje i zatrudnienie; błędne koło się domknęło, doprowadzając do trwałego spadku popytu.

Powolny wzrost zatrudnienia nie wynika bynajmniej z braku zysków przedsiębiorstw. Według danych na koniec drugiego kwartału 2010 r., były one (po uwzględnieniu inflacji) o ok. 60% wyższe w porównaniu do dołka z końca 2008 r. oraz na dobrej drodze do osiągnięcia poziomu z połowy 2006 r., gdy były najwyższe. Co więcej, na początku 2010 r. firmy działające poza sektorem bankowo-finansowym posiadały ok. 2 bilionów dolarów w gotówce. Istniała zatem możliwość nowych inwestycji i tworzenia miejsc pracy. Zabrakło natomiast zachęty do tego, czyli pewności w kwestii wzrostu popytu i sprzedaży. Jak dobrze wiadomo, małe i średnie przedsiębiorstwa odpowiadają za lwią część rynku pracy. Tymczasem przedsiębiorcy z tego sektora od początku Wielkiej Recesji konsekwentnie wskazywali na słabą sprzedaż jako swój kluczowy problem. Najprawdopodobniej jest to w ich przypadku także czynnik ograniczający wzrost zatrudnienia.

Rola popytu

Niezależnie od braku dowodów potwierdzających teorię niedopasowania, przebiła się ona do medialnych relacji na temat stanu gospodarki. Weźmy niedawną serię audycji w ogólnokrajowym radiu publicznym pt. „Brak kwalifikacji: przyczyna stagnacji na rynku pracy”. W jednym z odcinków reporterka Wendy Kaufman prezentowała liczne przykłady pracodawców zmuszonych odrzucać rekordowe wręcz liczby podań na nowe miejsca pracy, które często pozostają nieobsadzone. W odpowiedzi, ekonomista Peter Capelli zauważył, że 20 lat temu byłoby nie do pomyślenia oczekiwać, że osoba przyjmowana na stanowisko wymagające ponadprzeciętnych umiejętności od razu wykaże się ponadprzeciętnymi osiągnięciami. To zupełnie nowy rodzaj wymagań. Łatwo zauważyć, że ten komentarz w żadnym miejscu nie wskazuje na to, iż dzisiejsi pracownicy mają mniejsze umiejętności lub wiedzę. To raczej pracodawcy podnieśli poprzeczkę: stali się bardziej wybredni.

Takie wytłumaczenie wydaje się sensowne. Jak już wiemy, pracodawcom udaje się przyjmować pracowników na nowo tworzone miejsca pracy w podobnym tempie, co w nieodległej przeszłości. Różnica polega jednak na tym, że dzisiaj o jeden wakat ubiega się sześciu bezrobotnych. To zdecydowanie najwyższy wskaźnik od 2000 r. W czasie spowolnienia gospodarki, do którego doszło w 2001 r., średnio dwie osoby bezrobotne ubiegały się o jedno miejsce pracy. W pierwszych latach przezwyciężania skutków owej recesji proporcja ta wprawdzie nadal rosła, ale nigdy nie przekroczyła poziomu 3:1.Dane te uprawniają do przedstawiania alternatywnej interpretacji problemów rynku pracy w USA. Niestety, Kaufman nie bierze jej nawet pod uwagę.

To wielka szkoda. Uświadomienie sobie, że to brak popytu na dobra i usługi jest istotną przyczyną dramatycznego bezrobocia, prowadzi do wniosku, iż piłka jest po stronie rządu oraz Banku Rezerw Federalnych. Mają oni możliwości pobudzenia popytu, a przez to złagodzenia problemu bezrobocia, jeśli tylko istniałaby wola polityczna takich działań. Miliony bezrobotnych, zorganizowanych w grupy nacisku i uzbrojonych w adekwatną diagnozę sytuacji, mogą stać się siłą zdolną wymusić taką wolę. Nie mogą jednak dać się zmylić interpretacji, która uporczywie każe im szukać winnych ich problemu – w nich samych.

John Miller, Jeannette Wicks-Lim

tłum. Sebastian Maćkowski

Tekst ukazał się pierwotnie w magazynie „Dollars & Sense”, styczeń-luty 2011.

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Trudne kroki w dorosłość

Osoby między 16. a 25. rokiem życia uważane są za idealnych konsumentów, cieszących się pełnią życia. Rzeczywistość bywa jednak nieco mniej ciekawa, a władze publiczne nie podejmują skoordynowanych działań, mogących służyć poprawie sytuacji młodych. Problematykę taką podejmuje natomiast ciekawy raport brytyjskiej Fundacji Nowej Ekonomii.

Bardzo rzadko w debacie publicznej mówi się o specyficznych potrzebach osób we wspomnianym wieku. Za istotną cezurę uznaje się przeważnie jedynie otrzymanie praw wyborczych, ewentualnie możliwości swobodnego nabywania alkoholu i tytoniu.Choć z kulturowego punktu widzenia rozpoznaje się odmienność wzmiankowanej grupy wiekowej zarówno od osób młodszych, jak i od „w pełni dorosłych”, to jednak w praktyce życia społecznego brakuje działań skierowanych przede wszystkim do niej. Tymczasem powszechnie wiadomo, że ryzyka związane z poznawaniem życia, wpadanie w nałogi czy też nie zawsze trafne wybory miłosne, prowadzące m.in. do niechcianych ciąż czy zarażenia chorobami wenerycznymi, mają olbrzymi wpływ na to, czy szanse, jakie przed młodzieżą stawia rzeczywistość, nie zostaną już na wstępie stracone.

Dodajmy do tego czynniki socjalne i ekonomiczne, na które osoby młode często nie mają wpływu. To, w jakiej rodzinie przyjdzie im się urodzić i wychowywać, posiada istotne znaczenie dla sposobu późniejszej komunikacji ze światem, aspiracji zawodowych i osobistych czy też nabywanego kapitału kulturowego. Niedostateczny poziom rozwoju tych czynników prowadzi często do dziedziczenia statusu społecznego i uniemożliwia wyrwanie się z zaklętego kręgu biedy.

Na szanse młodzieży na przyszły dobrostan w dorosłym życiu składają się tak zróżnicowane kwestie, jak poziom edukacji, promowane w niej treści (kooperacja czy konkurencja, twórczość lub odtwórczość), dostęp – albo jego brak – do szkolnej opieki zdrowotnej, zajęć wyrównawczych, językowych czy hobbystycznych, warunki egzystencji, bliskość i stopień interakcji z instytucjami kulturalnymi. Listę tę można ciągnąć jeszcze długo, szczególnie w momencie, gdy młoda osoba trafia na studia. Co gorsza, polskie problemy coraz wyraźniej odzwierciedlają negatywne trendy z innych państw europejskich. Społeczeństwo i gospodarka oparte na wiedzy ukazały swoje drugie, mniej ciekawe oblicze. Zamiast wielu interesujących, dobrze płatnych zawodów, na sporą grupę osób młodych spadła konieczność utrzymania się z pracy w sieciach fast foodów czy w telemarketingu. Elastyczny rynek pracy, któremu nie towarzyszy, inaczej niż w krajach takich jak Dania czy Holandia, hojny system zabezpieczenia społecznego, został nad Wisłą wykorzystany do przerzucenia dużej rzeszy pracowników – szczególnie młodszych – do sektora pozakodeksowych umów o pracę.

Wszystkie te kwestie pochodzą z różnych dziedzin życia i ukazują konieczność ich integracji. Trudno uznać, że z taką tendencją mamy do czynienia w Polsce. Zamiast tego widzimy istnienie skomplikowanej łataniny oderwanych od siebie polityk państwowych, niemrawych z powodu budżetowych ograniczeń działań samorządów oraz szerokiej przestrzeni zostawionej na pastwę „niewidzialnej ręki rynku”. Przypatrzmy się zatem, jak mogłoby wyglądać tworzenie spójnej polityki na rzecz rozwoju osób młodych na przykładzie intelektualnego eksperymentu z Wysp Brytyjskich.

Z założenia, że okres przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość ma znaczenie kluczowe dla naszej przyszłości, wyszła brytyjska organizacja Catch 22 (Paragraf 22). Poprosiła ona Fundację Nowej Ekonomii (NEF, The New Economics Foundation) o wyliczenie, w jaki sposób brak spójnej polityki państwa i samorządów, skierowanej do tej grupy, negatywnie wpływa na rozwój społeczny. Tak powstał raport „Improving Services for Young People”, zawierający wiele ciekawych informacji i wniosków. W orbicie zainteresowań badaczy znalazła się kwestia społecznej i ekonomicznej wyceny usług publicznych, świadczonych na rzecz osób młodych (w wieku 16-25 lat) przez państwo i samorządy. Ekonomiczne wyliczenia uzupełniły wywiady z młodymi ludźmi z całej Anglii, znajdującymi się w jednej lub kilku grupach zagrożonych wykluczeniem społecznym, m.in. z osobami dotkniętymi narkomanią, bezdomnością, popełniającymi wykroczenia, samotnymi matkami. Przyjrzyjmy się wynikom.

Na wstępie należy jednak podkreślić, że w Wielkiej Brytanii aktywne działania publiczne są znacznie bardziej rozbudowane niż w Polsce, choć i nad Tamizą nierówności dochodowe stanowią istotny problem. Warto przytoczyć takie np. dane z raportu, jak 19,1% bezrobocia wśród osób między 16. a 25. rokiem życia oraz wyższy niż w innych krajach europejskich wskaźnik więźniów w wieku 18-21 lat (10,3% ogółu osadzonych wobec 7,3% we Francji i 3,2% w Szwecji). Mnogość programów wsparcia i niedostateczny przepływ informacji między realizującymi je instytucjami, sztywne kryteria wiekowe, uniemożliwiające otrzymywanie pomocy mimo faktu, że czynniki powodujące zagrożenie wykluczeniem społecznym nie zostały zlikwidowane, koszty więzienia dla osób popełniających przestępstwa czy też zapewniania opieki nad dziećmi młodych osób, które z różnych powodów nie są w stanie ich wychowywać – wszystko to wiąże się zarówno z nieefektywnym wydawaniem środków, jak i zmniejszaniem szans ok. 200 tys. osób w Zjednoczonym Królestwie, zmagających się z takimi problemami, jak nałóg narkotykowy, bezdomność czy zagrożenie przestępczością.

Inne dane z raportu wskazują na bardzo wymierne koszty zachowania status quo w polityce społecznej i ekonomicznej Wielkiej Brytanii. 8,1 miliarda funtów rocznie kosztują społeczeństwo zasiłki dla młodych bezrobotnych oraz związane z tym koszty utraty produktywności gospodarki.Koszty społeczne przestępczości wśród osób młodych to dalsze 4,4 mld, leczenia depresji – 340 milionów (wraz z innymi kosztami, jak np. utrata efektywności pracy, sięgają nawet 1,5 mld), kolejne 3 mld strat ponosi kraj wskutek uzależnienia „dorosłej młodzieży” od narkotyków. Sumując te liczby otrzymujemy całkiem pokaźną kwotę oraz panoramę wielu ludzkich problemów i tragedii.

Ponieważ spora część wspomnianych kosztów społecznych pozostaje sprywatyzowana (koszty złych wyborów życiowych przeniesione są na jednostki i ich najbliższe otoczenie) i nie figuruje w budżetach państwa lub samorządów, bywa lekceważona przez politycznych decydentów. Tymczasem sumując choćby koszty indywidualnych problemów ze znalezieniem pracy, otrzymać możemy pokaźną kwotę, jaką tracą państwo i gospodarka na powstrzymywaniu się od bardziej aktywnych działań, takich jak wsparcie psychologiczne dla opuszczających zakłady karne, uzależnionych od substancji psychoaktywnych czy młodych matek. Jeśli nie wizja bardziej szczęśliwych ludzi, radzących sobie w życiu, to chociaż perspektywa wzrostu wpływów z podatków czy wyższych wydatków konsumpcyjnych powinna zachęcać polityków do działania – niestety, dzieje się tak zbyt rzadko.

Kilka lat temu NEF opracowała system mierzenia Społecznego Zwrotu z Inwestycji (Social Return on Investment, SROI), uwzględniający w wyliczeniach również trudniej policzalne efekty danego działania. Wymaga on precyzyjnego zidentyfikowania zakresu analizy oraz interesariuszy, których dotknąć mają systemowe zmiany, dialogu z nimi na temat potrzebnych przeobrażeń oraz ich skutków w krótkim i długim czasie. Następnie zaś – zbadania prawdopodobnych kosztów i zysków z planowanych zmian, ale także potencjalnych negatywnych skutków. Trudno dotychczas było np. zmierzyć, jakie są finansowe efekty zwiększenia w ludziach pewności siebie, kluczowej dla podjęcia przez osoby w trudnej sytuacji życiowej działań mogących wpłynąć na poprawę ich losu. Efekty te można tymczasem oszacować, choćby licząc zyski i oszczędności spowodowane odpowiednim zmniejszeniem się wskaźników złych (np. statystyki uzależnionych od środków psychoaktywnych, bezrobotnych czy bezdomnych) i zwiększeniem dobrych (wpływy z podatków).

Jeśli dana osoba przestaje czuć się gorsza i otrzymuje wsparcie umożliwiające zdobycie pracy, wówczas zamiast otrzymywać zasiłki, zaczyna odprowadzać pieniądze z podatków. Wyłapanie takich zależności na podstawie dostępnych badań i obliczenie ich wymiernych następstw to żmudna praca, jednak raport pokazuje, iż jest to możliwe. Dla przykładu, jedna osoba mniej w więzieniu oznacza rocznie 43 tysiące funtów oszczędności w budżecie państwa, a każdy człowiek, który wychodzi z narkomanii – prawie 8,5 tys. Natomiast każdy znajdujący pracę, nawet tę nisko płatną, przynosi z kolei niemal 3,3 tys. więcej w publicznym skarbcu w postaci podatków, a dodatkowo 2,7 tys. funtów zaoszczędzonych na zasiłkach dla bezrobotnych. Można zżymać się na tego typu przeliczanie ludzkich problemów na pieniądze, jednak to głównie liczby trafiają dziś do wyobraźni zarówno osób stojących nad wyborczą kartką, jak i decydentów, operujących ograniczonymi zasobami finansowymi.

Czas na poprawę jakości usług publicznych skierowanych do osób młodych nie jest najlepszy – konserwatywno-liberalny rząd brytyjski wdraża drakońskie cięcia budżetowe. Jednak, jak wskazują NEF i Catch 22, istnieją możliwości poprawy jakości świadczonych usług, mogące zarazem zmniejszyć wydatki odpowiednich instytucji. Aby to wykazać, autorki raportu – Faiza Shaheen i Helen Kersley – odbyły szereg dyskusji z młodymi ludźmi, korzystającymi z publicznego wsparcia. Dla przykładu, doskwiera im słaby obieg informacji i brak integracji baz danych osób uprawnionych do różnego typu pomocy, co przyczynia się do wydłużenia procesu jej przyznawania.

Również spełnienie innego kluczowego postulatu raportu wydaje się niespecjalnie drogie. Chodzi mianowicie o wielokrotnie wyrażaną przez młodych ludzi potrzebę współpracy z osobą opiekującą się nimi, która zarówno poprowadzi je przez biurokratyczne meandry, jak i podniesie na duchu, zachęcając np. do wykonania telefonu w poszukiwaniu pracy. Są to sprawy pozornie drobne, lecz mające fundamentalne znaczenie. Same oszczędności z tytułu lepszej koordynacji działań mogłyby, zdaniem autorek raportu, sięgnąć ponad 150 mln funtów rocznie.

Większa elastyczność w działaniu urzędów zajmujących się pomocą ludziom młodym w Wielkiej Brytanii byłaby również bardzo mile widziana przez osoby chcące skorzystać z ich usług. Obecnie coraz częściej poszczególne rodzaje wykluczenia (ze względu na status społeczny, płeć, rasę, orientację seksualną itp.) zazębiają się ze sobą – np. 28% osób w wieku od 16 do 24 lat, zajmujących się opieką nad dzieckiem, zarazem nie pracuje, nie uczy się ani nie zwiększa kwalifikacji. Propozycją NEF jest kumulowanie różnych środków finansowych wokół osoby potrzebującej pomocy, m.in. dzięki lepszemu obiegowi informacji między instytucjami. Szybki dostęp do danych o sytuacji osoby zwracającej się np. o zasiłek pozwoliłby jej uzyskać pełen pakiet przysługującego wsparcia, zamiast zmuszać do wielogodzinnego stania w kolejkach po każde uprawnienie osobno.

Innym udogodnieniem byłaby rezygnacja ze sztywnych kryteriów wieku, w obrębie których można otrzymywać pomoc. Wiele świadczeń kończy się po ukończeniu 18. roku życia. Trudno tymczasem uwierzyć, by wraz z formalną pełnoletniością kończyły się wszelkie materialne zmartwienia danej osoby. Wręcz przeciwnie, jeśli mamy mówić o realnym awansie społecznym, będą one rosły, choćby w przypadku studiowania na uniwersytecie, które w Anglii jest płatne, a rząd Camerona podwyższył niedawno trzykrotnie pułap maksymalnej wysokości czesnego.

Poza wyliczeniami stricte finansowymi, niewątpliwą wartością tego typu analiz jest pokazanie, jak złożone są procesy ponownej integracji społecznej osób wykluczonych. Nie sposób prawić sloganów o „dawaniu wędki, a nie ryby”, gdy zaczyna się dostrzegać dużo bardziej subtelne efekty różnych działań możliwych do podjęcia przez służby socjalne. Na przykład przyjmowanie założenia o istnieniu „naturalnego instynktu macierzyńskiego” staje się wymówką dla odmawiania młodocianym matkom wsparcia w wychowaniu dzieci, podczas gdy aktywna pomoc (od psychologicznej do finansowej) może mieć niebagatelne znaczenie dla losów takiej osoby. Zależą one od tego, czy kobieta będzie w stanie podołać psychicznie i finansowo kontynuowaniu edukacji, łączeniu opieki nad dzieckiem z pracą czy też dobremu wychowaniu potomstwa, aby nie straciło ono szans rozwojowych.

Działania takie wymagają jednak zarówno wizji, jak i empatii, a tych cech popolskich decydentach niestety się nie spodziewam. Jak na razie jedyną receptą polityków na problemy młodych ludzi, tak w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii, jest podkręcanie „wyścigu szczurów”.

(więcej…)

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Wojna i pokój klas

Jak Pan ocenia natężenie konfliktu przemysłowego w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu?

Jan Czarzasty: Mieliśmy do czynienia z dwoma krótkimi okresami, w których dochodziło do wyraźnej erupcji tego konfliktu, mierzonego liczbą strajków. Pierwszy to lata 1992-93, czyli początkowa faza restrukturyzacji przemysłu, która zgodnie z logiką zbiorowych stosunków pracy musiała być zarzewiem konfliktu. Nieprzypadkowo tuż po nim nastąpiła pierwsza próba uruchomienia w Polsce instytucji dialogu społecznego: podpisano Pakt o Przedsiębiorstwie Państwowym – jedyny do dziś pakt społeczny w pełnym tego słowa znaczeniu, który udało się zawrzeć; powołano też Komisję Trójstronną. Konflikt w lepszy czy gorszy sposób został załagodzony i od roku 1994 widzimy wśród polskiej klasy pracowniczej malejącą tendencję w kwestii takich postaw.

Później mamy stosunkowo długi okres ciszy – z anomalią w 1999 r., gdy reformy rządu Buzka przyniosły chwilowy wzrost liczby konfliktów, zwłaszcza w oświacie. Lata 2007-2008 to drugi okres wzmagania się konfliktu przemysłowego, mierzonego liczbą strajków. Był to czas wyjątkowo dobrej koniunktury na rynku zatrudnienia, związanej m.in. z odpływem prawie miliona ludzi do krajów UE. Bezrobocie rejestrowane po raz pierwszy spadło poniżej 10%, co dało bardzo mocny efekt psychologiczny. W większości regionów zjawisko nadpodaży siły roboczej nagle zniknęło, dzięki czemu pracownicy znaleźli się w o wiele lepszej sytuacji. Zadziałał tutaj, znany ze schematu strategii zachowań indywidualnych Hirschmana, mechanizm „exit/voice” – wyjście lub głos. Najpierw pracownicy korzystali raczej z tej pierwszej opcji, gdy ona się otworzyła na szeroką skalę, ale ci, którzy pozostali, zaczęli coraz śmielej zabiegać o poprawę położenia w miejscowym kontekście społecznym, w tym w stosunkach pracy. Manifestowało się to wzrostem liczby strajków. Pracownicy byli bardziej odważni, ponieważ dostrzegli, że aktywne zabieganie o własne interesy ma szansę powodzenia.

Po roku 2008 dotarło do nas echo kryzysu światowego. W związku z tym sytuacja na rynku pracy uległa pogorszeniu, a jednocześnie opcja „exit” – wskutek stanu gospodarek krajów UE-15 – stała się o wiele mniej atrakcyjna. Wydaje się, że będzie to ograniczało liczbę strajków.

Powstaje pytanie, jak dobrze liczba zarejestrowanych strajków odzwierciedla stopień zantagonizowania pracowników i pracodawców. Spadek tego wskaźnika po okresie pierwszej fali restrukturyzacji można tłumaczyć nie tylko ustanowieniem instytucji dialogu społecznego, ale także przejściem znacznej części pracowników dużych zakładów do sektora prywatnego, w którym nie było związków zawodowych.

J. C.: Aktywność strajkowa, rejestrowana przez statystykę publiczną, może posłużyć do diagnozowania ogólnej sytuacji w dziedzinie stosunków przemysłowych, ale oczywiście tworzenie obrazu zjawiska wyłącznie na jej podstawie jest niemożliwe.

To, że udało się ustanowić instytucjonalny dialog trójstronny, miało niewątpliwie znaczenie. Jednak jak świetnie wiemy, zjawisko to dotyczy coraz węższej grupy pracowników – głównie tych, którzy pozostali w instytucjach i przedsiębiorstwach będących własnością publiczną, czyli obecnie ok. 20% ogółu zatrudnionych. Zwrócił pan uwagę na bardzo ważną rzecz: zmianę struktury zatrudnienia. 96% działających w Polsce podmiotów gospodarczych zatrudnia do 9 osób. Między innymi właśnie dlatego statystyka publiczna jest często zawodna, gdyż te najmniejsze podmioty w wielu zestawieniach są pomijane, co daje znacznie zafałszowany obraz rzeczywistości.

Często popełnia się także grzech pewnego lenistwa intelektualnego, gdy opisując zbiorowe stosunki pracy w Polsce koncentruje się na firmach co najmniej średnich, czyli takich, które mają powyżej 50 pracowników. W efekcie tracimy z oczu zdecydowaną większość zatrudnionych, którzy nie mają dostępu do zorganizowanej reprezentacji swoich interesów: ani do związków zawodowych, ani do rad pracowników. W efekcie stosunki pracy w tych miejscach przybierają zupełnie inną formę – mamy tam do czynienia z czymś, co można nazwać bardzo daleko posuniętą indywidualizacją stosunków pracy. Nie zapominajmy także o rzeszy samozatrudnionych – jednoosobowych firmach, z których lwia część jest nimi wyłącznie z nazwy.

Można powiedzieć, że odkąd stosunki pracy zaczęły być w sposób systematyczny badane, historia zatoczyła koło. Wyszliśmy od liberalnych stosunków pracy z XIX w., w których relacja pracownika z pracodawcą była kontraktowa, regulowana wyłącznie prawem cywilnym (o prawie pracy nikt wtedy nie słyszał), i dotarliśmy do punktu, w którym są one pod wieloma względami podobne. Oczywiście prawo pracy obowiązuje i nikt przy zdrowych zmysłach nie postuluje jego zniesienia, przynajmniej nie oficjalnie. Warto przypomnieć, że Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy przygotowała dwa odrębne kodeksy, indywidualnego i zbiorowego prawa pracy, jednak ten godny szacunku wysiłek intelektualny grupy wybitnych prawników poszedł na marne. W efekcie mamy nadal do czynienia z prawem niedostosowanym do realiów.

Wracając do konfliktu przemysłowego: przy obecnej strukturze zatrudnienia nie można go sprowadzać do strajków i sporów zbiorowych. Problem polega jednak na tym, że w mikrofirmach bardzo trudno badać to zagadnienie. Są robione badania jakościowe, niestety istnieje problem z przebiciem się z ich wynikami do szerszego obiegu publikacyjnego, choć są media, które odgrywają tutaj pozytywną rolę, jak wasz kwartalnik.

Takie badania mają wszakże zasadniczą wadę: zawsze można zanegować ich wartość, twierdząc, że trudno w oparciu o nie pokusić się o generalizacje. Co innego badania ilościowe na dużych, reprezentatywnych próbach. Przykładem mogą być dwie edycje „Polaków pracujących”, które realizowaliśmy w drugiej połowie poprzedniej dekady. Pozwoliły one uchylić przynajmniej rąbka tej kotary i zajrzeć również do świata małych firm.

Panuje tam specyficzny model kultury organizacyjnej, tzw. paternalizm małego przedsiębiorcy. Pracownikom trudno artykułować interesy, szczególnie ponadjednostkowe, ponieważ wszystko rozgrywa się na poziomie kontaktów interpersonalnych. Poza tym w mikroprzedsiębiorstwie nie mamy rozdzielonej własności i zarządzania, bo to zbyt wczesny etap rozwoju firmy. Badania „Polscy przedsiębiorcy”, które realizujemy obecnie, pozwolą nam być może w bardziej precyzyjny sposób odpowiedzieć na liczne pytania, jakie nasuwają się wobec tego „świata nieprzedstawionego”.

Jednym z obszarów Pańskich dociekań jest właśnie kultura organizacyjna, która nieraz bardzo znacząco wpływa na stosunki przemysłowe.

J. C.: W naszych badaniach zaobserwowaliśmy wyraźnie szerszy zakres partycypacji pracowniczej w zakładach pracy typu szkoła czy należących do sektora publicznego, niż w sektorze prywatnym. Nie jest to nowa konstatacja. W połowie lat 90. prof. Witold Morawski stwierdził, że wkrótce prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z istnieniem dwóch równoległych światów: korporatystycznego w sektorze publicznym (silna pozycja aktorów zbiorowych, a więc reprezentacji interesów jednej i drugiej strony, a co za tym idzie – powstawanie mechanizmów partycypacyjnych) oraz pluralistycznego w sektorze prywatnym (rozbicie, rozproszenie interesów, indywidualizacja stosunków pracy).

Nasze badania pokazały również, że i w obrębie sektora prywatnego występują pewne ciekawe zróżnicowania. Swego czasu postawiłem tezę, że na naszych oczach formuje się podział nie dychotomiczny, lecz na trzy odrębne światy: w ramach sektora prywatnego szczególną enklawą miałyby stać się przedsiębiorstwa z udziałem kapitału zagranicznego. To oczywiście nie jest nowy, autorski pogląd, już dawno temu pojawiały się głosy, że firmy zagraniczne, szczególnie z krajów „starej Unii”, stworzą kanał transmisji wartości charakterystycznych dla europejskiego modelu społecznego. Wiązano z tymi firmami nadzieje na ucywilizowanie stosunków pracy – rzeczywiście można zaobserwować takie zjawisko, gdy się poruszamy w wymiarze instytucjonalnym. W przedsiębiorstwach z kapitałem zagranicznym instytucje reprezentacji interesów pracowniczych występują bardziej powszechnie niż w rdzennie polskich. Częściej znajdziemy tam związki zawodowe, układy zbiorowe, rady pracowników prawdopodobnie też, choć akurat tego nie mogliśmy sprawdzić.

Jednak jeśli chodzi o kulturę organizacyjną, okazuje się, że obraz jest bardziej złożony. Średnie i duże firmy z udziałem kapitału zagranicznego zdradzają pewne cechy, które z punktu widzenia pracowników trudno uznać za korzystne, jak np. popieranie indywidualnej konkurencji jako podstawowego mechanizmu regulacji stosunków w miejscu pracy. Jeśli mamy rozwinięty wewnętrzny rynek pracy w firmie, ludzie raczej rywalizują. Taka sytuacja nie sprzyja powstawaniu postaw wspólnotowych, ani nawet tworzeniu trwalszych więzi społecznych poza więziami formalnymi. To jest taka kultura nowoczesnej autokracji.

Zatem obraz partycypacji pracowniczej, uwłasnowolnienia, upodmiotowienia pracownika w zakładach pracy różnego typu jest bardzo złożony.

Podjąłby się Pan próby zgeneralizowania postaw pracowników i pracodawców w ramach konfliktu przemysłowego jeśli chodzi o gotowość do kompromisu, umiejętność myślenia w kategoriach długofalowych itp.?

J. C.: Mimo wszystkich zastrzeżeń można się pokusić o takie uogólnienia, tym bardziej, że mamy do nich pewne empiryczne podstawy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w świadomości zbiorowej, przynajmniej w tym jej wymiarze, który wiąże się ze stosunkami pracy, dokonuje się ewolucja. Odwołam się do wiedzy, którą sam zgromadziłem. W latach 2005-2006 badałem pracowników sieci handlowych. Wyczuwało się u nich silne przywiązanie do konfliktowej wizji stosunków pracy. Bardzo specyficznie definiowano rolę związku zawodowego: jego racją bytu miało być pozostawanie w konflikcie z pracodawcą i próby realizowania interesów zbiorowych tą właśnie drogą. Natomiast w ubiegłym roku, gdy realizowałem badanie poświęcone społecznej odpowiedzialności biznesu w środowisku pracy, 90% badanych uznało, że związki zawodowe powinny współpracować z pracodawcą. Oczywiście trudno bezpośrednio porównywać wyniki tych badań ze względu na odmienne założenia metodologiczne, jednak wskazują one na pewne przewartościowania roli reprezentacji pracowniczej.

Wywołane kryzysem?

J. C.: Trudno powiedzieć, na pewno miał on tutaj wpływ, ale to był czynnik o charakterze bieżącym. Obstawałbym przy twierdzeniu, że to, co wykazały badania, jest przejawem pewnej głębszej, trwalszej zmiany. Z czego ona może wynikać? Być może z tego, że wchodzenie w otwarty konflikt z pracodawcą zostało przez pracowników uznane za niezbyt produktywne. Oczywiście są pewne wyjątki, jak spółki surowcowe czy sektor energetyczny, gdzie pracownicy odnoszą sukcesy w bezpośredniej konfrontacji, ale to niewielka enklawa w gospodarce, choć zajmuje ona nieproporcjonalnie dużo miejsca w przekazie medialnym. Wejście w otwarty konflikt z pracodawcą ma sens, jeśli pracownicy posiadają dużą siłę przetargową ze względu na wysoki stopień uzwiązkowienia i relatywną jednolitość interesów. Jeżeli natomiast reprezentacja pracowników i sami pracownicy są słabi w relacji do pracodawcy, bardziej racjonalna wydaje się strategia współpracy i uzyskiwania korzyści czy ustępstw taką drogą.

To powinno dać do myślenia nie tylko związkom. Przyzwyczailiśmy się bowiem stawiać znak równości między związkiem zawodowym a reprezentacją pracowniczą. Tymczasem w pejzażu instytucjonalnym pojawiły się rady pracowników, a dodatkowo reprezentowania interesów pracowniczych w ostatnich latach coraz częściej podejmowały się organizacje społeczne. Pierwszym i spektakularnym przykładem było Stowarzyszenie Poszkodowanych Przez Wielkie Sieci Handlowe „Biedronka”, dużą rolę odgrywa Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

Podsumowując, uważam, że mamy do czynienia ze zmianą wizji stosunków pracy. Preferencja dla kooperacji z pracodawcą jest wśród pracowników większa, natomiast dyspozycja do konfliktu – mniejsza.

A czy można mówić o jakiejś zmianie, jeśli chodzi o postawę pracodawców wobec reprezentacji pracowników?

J. C.: Myślę, że ma miejsce ewolucja tego stosunku, który zmienia się na korzyść strony pracowniczej. Jest to jednak proces bardzo powolny, który nie powinien nam przesłonić tego, że w bardzo wielu sektorach, jak przedsiębiorstwa rdzennie prywatne – w których, w odróżnieniu od np. spółek giełdowych, mamy do czynienia z koncentracją własności i zarządzania w jednych rękach – miejsca na partycypację oczywiście nie ma. W tej sytuacji jakiekolwiek niezależne byty, jak związki czy rady pracowników, nie będą postrzegane w kategoriach potencjalnego współpracownika, lecz przeciwnika. W dużych przedsiębiorstwach nastawienie na współpracę z reprezentacją pracowników jest bardziej wyraźne.

Warto spojrzeć, jak preferencje zmieniały się pod wpływem kryzysu, czyli przesłanek pragmatycznych. Pakiet antykryzysowy z 2009 r., negocjowany na forum Komisji Trójstronnej, jest przykładem tego, jak poczucie zagrożenia płynącego z zewnątrz pozwala odnaleźć interesy łączące obie strony. Przeczuwając uderzenie recesji, przedsiębiorcy bali się, czy firmy w ogóle uda się utrzymać przy życiu, a pracownicy – czy nie zlikwidują ich miejsc pracy. To pozwoliło określić pole kompromisu, na którym obie strony się spotkały i wynegocjowały coś, co było moim zdaniem bardzo interesujące, bo był to pierwszy przypadek, gdy w Polsce na szczeblu krajowym zadziałał autonomiczny dialog społeczny.

Niestety, ta czysto pragmatyczna motywacja do współpracy zniknęła z chwilą, gdy stało się jasne, że kryzys nie jest taki straszny, jak się wydawało. Stracili ją przede wszystkim przedsiębiorcy, dlatego związki zawodowe mogły się poczuć rozczarowane, bo jako reprezentacja pracownicza wykazywały się bardzo dużą odpowiedzialnością i powściągliwością. Proszę zwrócić uwagę, że w latach 2009-2010 nie miały miejsca żadne sytuacje konfliktowe odgórnie animowane przez centrale związkowe. To się zaczęło zmieniać właściwie w tym roku, wraz z nasilaniem się presji społecznej, żeby związki wreszcie coś zrobiły w obliczu pogarszającego się poziomu życia klasy pracującej.

Tego rodzaju zjawiska każą zadać pytanie, do jakiego stopnia dialog społeczny jest w stanie zastąpić tradycyjny konflikt przemysłowy jako narzędzie realizacji interesów pracowników najemnych.

J. C.: Klasyczny podział wyróżnia dwie podstawowe kategorie stosunków przemysłowych: przetarg zbiorowy, a więc negocjacje prowadzące do zawierania układów zbiorowych, oraz konflikt przemysłowy. Istnieją one równolegle: gdy negocjacje się załamią, wówczas aktorzy wchodzą w konflikt. Oczywiście może on przybierać różne formy, to nie musi być od razu strajk, ale także spór zbiorowy, protesty, pikiety, „strajk włoski” czy wzmożona absencja chorobowa. Moim zdaniem nie ma co liczyć, że z czasem dialog i to, co uznaje się za jego najwyższe stadium rozwojowe, a więc partnerstwo społeczne, zastąpią konflikt; te dwa procesy będą współistnieć.

Zresztą zasięg oddziaływania dialogu społecznego, przynajmniej tego prowadzonego za pośrednictwem instytucji, dotyczy niewielkiej grupy. Niechęć pracowników i pracodawców do organizowania się to naprawdę ogromny problem, jeśli chodzi o zbiorowe stosunki pracy w Polsce. Uzwiązkowienie mamy na poziomie 16%, jednak w sektorze prywatnym jest to ok. 3%. W dodatku jedynie 20-25% pracowników jest zatrudnionych w podmiotach zrzeszonych w organizacjach pracodawców, co stanowi jeden z najniższych odsetków w Europie. Z tego powodu siła sprawcza organizacji, które cieszą się statusem reprezentatywnych partnerów społecznych, jest ograniczona. W efekcie, dialog społeczny na poziomie centralnym oraz regionalnym ma dość ograniczone skutki.

Dialog na poziomie zakładu pracy jest czymś zupełnie innym i to na nim powinna się koncentrować nasza uwaga. Nie wyeliminuje on całkiem konfliktu, ale być może zyska stopniowo silniejsze podstawy w wyniku wspomnianego przewartościowania w świadomości pracowników, że kooperacja realizuje się w dialogu, a nie w sporze. Główną barierą dla jego rozwoju będzie właśnie niechęć Polaków do zrzeszania się. Specyficzny polski indywidualizm, który ma głębokie historyczne korzenie, będzie niestety przesądzał o tym, że stosunki pracy w naszym kraju zachowają pluralistyczny charakter. Co za tym idzie – dużo większy wpływ będą miały powszechnie obowiązujące normy prawa, niż porozumienia zawierane przez reprezentacje zbiorowe stron. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to pozycja pracownika będzie ulegać dalszemu osłabieniu.

Wśród Pańskich zainteresowań znajduje się także tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR). Znów zapytam: do jakiego stopnia ten nowy instrument jest w stanie zastąpić czy trwale załagodzić naturalny antagonizm między pracownikiem a pracodawcą?

J. C.: Samo to pojęcie jest modnym słowem-wytrychem, natomiast jego definicje czy indywidualne interpretacje są bardzo różne. Bez wątpienia jednak CSR może być instrumentem wpływającym cywilizująco na stosunki pracy. Wszystko zależy od tego, jak jest rozumiana. Wiele firm, szczególnie dużych, niestety bardzo spłaszcza tę ideę, sprowadzając ją do jednego z narzędzi kształtowania wizerunku. Poza tym mamy do czynienia z selektywnym stosunkiem do społecznej odpowiedzialności biznesu: wybiera się to, co albo nie wiąże się z kosztami, albo te koszty bilansują się z możliwymi do uzyskania korzyściami, przede wszystkim wizerunkowymi. Dlaczego dbałość o środowisko naturalne jest czymś, do czego firmy zazwyczaj odwołują się w pierwszej kolejności? Bo to jest wartość, wokół której panuje powszechny konsensus, przynajmniej na poziomie deklaracji; nie spotkamy chyba nikogo, kto negowałby konieczność takich zachowań przedsiębiorstw, żeby możliwie najmniej szkodziły środowisku. Natomiast często się zapomina, że wśród kryteriów społecznej odpowiedzialności biznesu znajdują się także np. stopień uzwiązkowienia pracowników czy istnienie zbiorowych układów pracy.

Uważam, że właściwie rozumiana CSR nie może ograniczać się wyłącznie do, mówiąc jej językiem, interesariuszy (stakeholders), którzy są na zewnątrz przedsiębiorstwa, czyli np. konsumentów, a ponadto – w przypadku spółek publicznych – akcjonariuszy. Powinna dotyczyć także pracowników, którzy zarazem są np. konsumentami i członkami społeczności lokalnej. To pokazuje, jak dalece złożony jest problem stosowania CSR w praktyce.

Z drugiej strony, CSR tworzy nową płaszczyznę aktywności nie tylko związków zawodowych, ale również innych reprezentacji interesów pracowniczych. W sytuacji, gdy na całym świecie obserwujemy odwrót pracowników od związków, myśląc strategicznie powinny one szukać nowych nisz i źródeł legitymizacji swego istnienia. Sięgnięcie po CSR jest z ich punktu widzenia potencjalnie korzystne, gdyż są naturalnym nośnikiem zasad społecznej odpowiedzialności biznesu. Uzyskane tą drogą umocnienie ich pozycji może dać w przyszłości silniejszy mandat do zabiegania o realizację partykularnych interesów samych pracowników.

Za pomocą jakich mechanizmów państwo mogłyby wzmocnić instytucje reprezentujące interesy pracownicze?

J. C.: Są różne postulaty, przy czym większość stanowi nawiązanie do wzorów sprawdzonych gdzie indziej. W Wielkiej Brytanii za rządów Blaira związki zawodowe zostały przez państwo w sposób celowy bardzo mocno włączone w realizację tego, co określa się jako aktywną politykę rynku pracy. Powierzono im odpowiedzialne zadania publiczne, związane z kształceniem ustawicznym, a w ślad za tymi zadaniami i odpowiedzialnością poszły również fundusze. Można sobie wyobrazić przekazanie polskim związkom podobnych zadań – jak prowadzenie programów dokształcania czy przekwalifikowania, co stanowi obecnie jedno z najważniejszych wyzwań polityki edukacyjnej – a to by je znacząco wzmocniło. Na pewno wpłynęłoby także na ich odbiór społeczny, gdyż wciąż mocno zakorzenione jest postrzeganie ich jako instytucji destruktywnych.

Są również inne zadania publiczne, które mogą wykonywać związki. Skąd się bierze tak wysoki wskaźnik uzwiązkowienia w krajach skandynawskich? Z tego, że członkostwo w związku wiąże się tam z dodatkowymi ubezpieczeniami na wypadek bezrobocia. To znakomity przykład bardzo prostego rozwiązania, które świetnie się sprawdza we wszystkich krajach, gdzie zostało wdrożone. Jest zatem sporo instrumentów, brak natomiast u nas klimatu politycznego do wzmacniania partnerów społecznych przez państwo – silne są raczej tendencje przeciwne.

W Polsce ugruntowane wydaje się przekonanie, że silne związki zawodowe oraz istotna rola koordynacyjna państwa w przetargach interesów są hamulcami rozwoju.

J. C.: Ten argument można bez trudu obalić przykładem krajów skandynawskich, plasujących się w czołówkach rankingów zamożności, innowacyjności, ale i jakości życia. Weźmy także Niemcy, będące lokomotywą gospodarki europejskiej. Stosunkowo dobrze obroniły się one przed skutkami kryzysu właśnie dzięki typowo korporatystycznemu modelowi stosunków pracy oraz aktywnej polityce państwa, współtworzonej w toku negocjacji z partnerami społecznymi.

Naturalnie, siła związków zawodowych nie jest w żadnym razie determinantą sprawności gospodarki danego kraju. Można natomiast przyjąć, że w określonych warunkach wysoki poziom uzwiązkowienia sprzyja stabilności gospodarki, m.in. dlatego, że partycypacja pracownicza działa jako swego rodzaju bezpiecznik, który np. powstrzymuje zarządy firm przed podejmowaniem zbyt ryzykownych decyzji inwestycyjnych.

Badał Pan stosunki pracy w sieciach handlowych – zjawisko niezwykle istotne i ciekawe zwłaszcza w kontekście rosnącego udziału szeroko rozumianych usług w strukturze zatrudnienia.

J. C.: W handlu jak w soczewce ogniskuje się problem bardzo wyraźnego rozziewu pomiędzy modelami stosunków przemysłowych w małych i dużych zakładach pracy. Małe sklepiki stanowią kwintesencję tego, co nazwać można modelem paternalistycznym, zresztą często pracują tam członkowie rodziny właściciela. W dużych sklepach jest natomiast, przynajmniej potencjalnie, miejsce na budowę reprezentacji pracowniczej. Przy czym należy pamiętać, że handel sieciowy nie powinien być już utożsamiany z handlem wielkopowierzchniowym, gdyż sieci stawiają obecnie przede wszystkim na otwieranie mniejszych obiektów.

Nieprzypadkowo związki zawodowe, próbując penetrować sektor prywatny, zaczęły od sieci handlowych. Szczególnie w ich dużych sklepach panują stosunki posiadające wiele cech, które wcześniej występowały w zakładach przemysłowych. Przykładowo, stosunkowo wysoki poziom zatrudnienia (personel przeciętnego hipermarketu liczy ok. 200 osób) w świecie, w którym mamy do czynienia z tendencją do rozdrabniania, albo dość jednolite interesy zatrudnionych, co sprzyja organizowaniu się.

Są to zakłady, w których warunki pracy są naprawdę trudne, co nie musi wynikać z nieprawidłowości czy z celowego działania pracodawcy, lecz z samego modelu. W większości przypadków jest to ciężka, fizyczna praca o charakterze zmianowym. Na dodatek jest marnie płatna, skoro wymaga niewielkich kwalifikacji (co nie znaczy, że ludzie, którzy tam pracują, kwalifikacji nie mają), a sieci handlowe konkurują przede wszystkim poziomem cen, rentowność osiągając w dużej mierze dzięki bardzo rygorystycznej kontroli kosztów, w tym również wysokości wynagrodzeń.

Czy wzrost uzwiązkowienia w sieciach handlowych przełożył się na istotne zmiany w tym sektorze?

J. C.: Niewątpliwie widać, że pomogło to cywilizować wzajemne relacje. Nie było przypadku, gdzie przedsiębiorstwo podjęłoby otwartą próbę wyrugowania związków zawodowych poza swój teren; one nadal istnieją, a ich relacje z pracodawcą są znormalizowane, wręcz weszły w pewną utartą koleinę. Związkom udał się proces „infiltrowania” wielkich sieci handlowych, bo stworzyły tam własną infrastrukturę. Problem w tym, że jak dotąd nie przyciągnęły na tyle dużej części pracowników, żeby wypracować silną pozycję przetargową. Tym można tłumaczyć stosunek pracodawców do nich: jeżeli są słabym partnerem, to właściwie nie ma powodu, żeby podejmować wobec nich działania jawnie konfrontacyjne, zwłaszcza że akcja wymierzona wprost w reprezentację pracowniczą mogłaby wyrządzić przedsiębiorstwu szkody wizerunkowe. Natomiast symptomatyczne jest to, że w żadnej sieci handlowej nie udało się związkom wynegocjować układów zbiorowych. Stosunki przemysłowe, które w nich obecnie panują, można zatem uznać za cywilizowane, gdyż są unormowane, problem jednak w bardzo wyraźnej dysproporcji sił między stronami.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 28 czerwca 2011 r.

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Cztery dylematy demokracji radykalnej

Zwiększanie udziału obywateli w procesach sprawowania i kontroli władzy powoli staje się tematem modnym. Coraz więcej osób mówi o demokracji bezpośredniej oraz innych mechanizmach partycypacyjnych. Trend taki bez wątpienia należy przyjąć z zadowoleniem. Jednak rozmaite demokratyczne postulaty mogą stać ze sobą w sprzeczności lub nastręczać trudności innego typu. Warto im się przyjrzeć.

Niekontrowersyjnym, jak by się mogło wydawać, projektem partycypacyjnym jest działające w Wielkiej Brytanii narzędzie Fix My Street (FMS). Pozwala ono obywatelom zgłaszać problemy, które zaobserwowali w najbliższym otoczeniu. W efekcie, pojawiają się one na specjalnej mapie. Dostęp do niej mają urzędnicy, których zadaniem jest ich rozwiązywanie. Zgodnie z nazwą – chodzi o problemy techniczne, polegające na tym, że coś zepsuło się lub zostało zdemolowane.

Wprowadzeniem podobnego narzędzia w Polsce zajmuje się Pracowania Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. W koordynowany przez „Stocznię” projekt zaangażowanych jest wiele organizacji pozarządowych, które współuczestniczyły w opracowywaniu założeń teoretycznych i technicznych. Jednym z nich jest Stowarzyszenie „DoxoTronica”, do którego obaj należymy. Ponieważ jesteśmy szczególnie zainteresowani promocją demokracji bezpośredniej i rozwiązań zwiększających partycypację, regularnie uczestniczyliśmy w pracach przygotowawczych przedsięwzięcia.

Należy zaznaczyć, że w pierwszych fazach projektu nie przesądzano jeszcze, czy tworzone narzędzie będzie sprowadzało się jedynie do mechanizmu raportowania problemów administracji publicznej. W dyskusji pojawiały się głosy za poszerzeniem jego funkcjonalności w stronę umożliwiającą komunikację także w drugim kierunku – aby władze lokalne mogły również pytać się o zdanie obywateli – i inne pomysły. Ostatecznie zdecydowano się na wąską funkcjonalność, choć nie wykluczono w przyszłości działań mających na celu jej poszerzenie.

Choć wszystkim osobom biorącym udział we wspomnianych przygotowaniach zależało na tym samym – stworzeniu efektywnego, demokratycznego narzędzia – to podczas spotkań dały się zaobserwować ciekawe różnice ideologiczne. Między innymi na ich kanwie spróbujemy omówić dylematy, z którymi warto się zapoznać, jeśli jesteśmy entuzjastami radykalnej demokracji. Będziemy odnosić się jedynie do tych problemów, które można określić jako ideologiczne, nie poruszamy natomiast kwestii technicznych, chyba że ich techniczność byłaby wtórna wobec roli politycznej.

Mówiąc najogólniej, w toku prac ujawniło się pięć problemów: (1) czy ważniejsza jest efektywność, czy potencjał społeczny narzędzia; (2) czy narzędzie powinno być oparte o jakieś fundamentalne zasady/wartości, czy też mieć charakter jedynie formalny, zapełniający się dowolnymi treściami, dostarczanymi przez użytkowników; (3) czy narzędzie powinno służyć przede wszystkim deliberacji i wzajemnemu przekonywaniu się, czy też ma ono umożliwiać użytkownikom wyrażanie swojej woli; (4) czy narzędzie powinno przede wszystkim szanować prawo mniejszości do nie bycia wykluczonym, czy też prawo większości do demokratycznego decydowania; (5) jaką wizję wspólnoty powinno realizować narzędzie.

Ponieważ problem pierwszy nie jest specyficzny dla mechanizmów partycypacyjnych, lecz dla wszelkich instytucji, omówimy go zwięźle, pozostałe natomiast rozwiniemy. Nazwaliśmy je czterema dylematami demokracji radykalnej.

Biurokratyczne artefakty kontra przewlekłe procedury

Mechanizm partycypacyjny, jakim jest Fix My Street, wydaje się stosunkowo prosty. W trakcie dyskusji pomiędzy członkami organizacji pozarządowych a przedstawicielami administracji lokalnej na pierwszy plan wysuwały się problemy techniczne. Spośród nich szczególnie istotny wydaje się konflikt pomiędzy efektywnością a potencjałem społecznym wprowadzanego mechanizmu. Przez efektywność rozumiemy to, jak szybko oraz na ile skutecznie rozwiązywane są problemy zgłaszane przez obywateli za pośrednictwem systemu. Pod pojęciem potencjału społecznego kryje się zdolność mechanizmu do rozwiązywania tych problemów, które mają największe znaczenie dla lokalnej społeczności oraz do uczynienia tego zgodnie z preferencjami obywateli. Niestety niejednokrotnie okazuje się, że rozwiązania zwiększające efektywność zmniejszają potencjał społeczny, i odwrotnie – wzrost potencjału społecznego odbywa się przy spadku efektywności.

W przypadku FMS wzrost efektywności można osiągnąć poprzez ustanowienie nadzoru urzędniczego w postaci moderatora. Odrzucałby on postulaty wykraczające poza kompetencje władz lokalnych lub takie, których spełnienie byłoby zbyt trudne, kosztowne itp. Dzięki temu do urzędników docierałyby jedynie te sprawy, które rzeczywiście mogą załatwić sprawnie i w krótkim czasie. Jednak tego rodzaju moderacja mogłaby prowadzić do powstawania „biurokratycznych artefaktów” – zgłaszane postulaty są sprawnie rozpatrywane, jednak rozwiązuje się tylko te problemy, których podejmowanie jest wygodne dla urzędnika, nie zaś najistotniejsze dla obywateli.

Przykładem rozwiązania zwiększającego potencjał społeczny FMS byłoby wprowadzenie narzędzi, które pozwalałyby nie tylko zgłaszać postulaty władzom, ale także na dyskusje między użytkownikami systemu. Wówczas obywatele mogliby wypracować optymalne rozwiązanie problemu lub nawet zorganizować się, aby samodzielnie załatwić ważną dla nich sprawę. Tego rodzaju rozszerzenie narzędzia najprawdopodobniej przyczyniłoby się jednak do spadku jego efektywności. Urzędnicy otrzymywaliby zbyt wiele roszczeń i propozycji rozwiązań, często wzajemnie sprzecznych lub niejasnych co do treści czy zgodności z prawem.

Każdy, kto poważnie myśli o wprowadzeniu mechanizmów partycypacyjnych, musi znaleźć sposób na uzyskanie akceptowalnego kompromisu między efektywnością a potencjałem obywatelskim. Jednak to nie problemy techniczne są głównym przedmiotem naszego zainteresowania. Postaramy się pokazać, że wbrew potocznym skojarzeniom, wprowadzenie nawet prostego mechanizmu w rodzaju FMS wymaga nie tylko rozwiązania problemów technicznych, lecz także dokonania niełatwych wyborów ideologicznych.

Dylemat I: Obiektywne zasady czy prawo do narracji?

Pierwszy dylemat dotyczy tego, czy każda grupa obywateli powinna mieć prawo do udziału w dyskusji oraz wpływ na rozwiązanie dowolnego problemu. Negatywna odpowiedź na to pytanie może przybrać dwie główne formy.

Po pierwsze, można argumentować, że są pewne grupy, które nie powinny być dopuszczone do debaty nad jakąkolwiek sprawą. Za przykład, często spotykany w dyskusjach, mogą posłużyć ugrupowania faszystowskie. Wiele osób uważa, że aby mieć dostęp do udziału w demokratycznych procedurach, trzeba samemu spełnić pewne minimalne kryteria, np. wyrzec się stosowania przemocy fizycznej. Argumentuje się, że demokracja jest możliwa tylko w określonych warunkach – używając skrajnego przykładu, trudno prowadzić demokratyczną dyskusję, gdy nie mamy pewności, czy wygłoszenie jakichś poglądów nie będzie skutkowało zagrożeniem dla naszego życia. Jeśli grupa nie zamierza działać w sposób umożliwiający zaistnienie demokratycznego porządku, to również nie powinna mieć udziału w przywilejach, jakie ten porządek oferuje. Patrząc z tej perspektywy, grupa podważająca fundamenty demokracji nie powinna mieć dostępu do mechanizmów partycypacyjnych, nawet gdy dotyczą, jak w przypadku FMS, kwestii o zasięgu lokalnym.

Przeciwnicy takiej wizji mogliby kontrargumentować, że wyłączenie jakiejś grupy z mechanizmów partycypacyjnych jest zawsze zabiegiem ideologicznym. Punktem wyjścia nie powinny być odgórnie ustanawiane reguły – rzekomo obiektywne, a naprawdę wynikające z partykularnego światopoglądu. Rozpocząć należy raczej od „prawa do narracji”: każda grupa powinna mieć szansę przedstawienia własnych poglądów i podjęcia prób przekonania innych do swojej wizji. Ponadto wykluczając antydemokratyczne ugrupowania z dyskusji przyczyniamy się tylko do ich radykalizacji. Zamiast tego powinniśmy starać się przekonać ich przedstawicieli do zaakceptowania minimalnych zasad umożliwiających debatę.

Możliwa jest także inna forma negatywnej odpowiedzi: pewne grupy powinny być wykluczone z decydowania o pewnych sprawach, ponieważ są np. nazbyt silne i ich udział w dyskusji przesądziłby z góry sprawę albo ponieważ dana grupa jest przyczyną dyskutowanego problemu i jej udział utrudniałby jego rozwiązanie. Możemy wyobrazić sobie sytuację, w której dyskutuje się nad zagospodarowaniem terenu w pobliżu osiedla mieszkaniowego. Jedną z grup interesu są przedstawiciele dużej firmy, chcący w tym miejscu zrealizować inwestycję. Ze względu na posiadany kapitał finansowy, a także wiedzę prawniczą, znajomość technik erystycznych, pełnienie ról związanych z dużym prestiżem, prawdopodobnie będą zdolni do narzucenia mieszkańcom swojej wizji, niekoniecznie najkorzystniejszej z perspektywy dobra wspólnego. Być może należałoby ograniczyć udział takiej grupy w dyskusji i podejmowaniu decyzji?

Weźmy zupełnie odmienny przykład: grupa bezdomnych przesiaduje w pewnym miejscu osiedla, co wywołuje poczucie zagrożenia u większości mieszkańców. Być może sami bezdomni nie powinni mieć równego głosu w dyskusji, gdyż we własnym interesie będą dążyć do utrzymania stanu ocenianego przez większość jako problem?

Ponownie przeciwnicy ograniczenia dostępu do mechanizmów partycypacyjnych mogą użyć argumentów związanych z ideologicznym wykluczeniem i prawem do narracji. Szczególnie narażeni na tego typu wykluczenie będą członkowie grup stojących nisko w hierarchii społecznej, tacy jak bezdomni z przywołanego przykładu. Z nieuzasadnionych merytorycznie powodów traktuje się ich jako przyczynę problemu, a nie jako część jego rozwiązania. Ponadto można twierdzić, że osoby orzekające, kto powinien mieć ograniczony dostęp do procesu decyzyjnego także stanowią grupę interesu. Nie podejmie ona decyzji bezstronnie, lecz mniej lub bardziej świadomie kierując się własnymi poglądami i dobrem.

Niezależnie jaką formę przybiera odpowiedź negatywna, opiera się ona na dwóch przesłankach. Po pierwsze, istnieją obiektywne (lub przynajmniej intersubiektywne) warunki, które trzeba spełnić, aby uczestniczyć w demokratycznej debacie. Po drugie, istnieje możliwość bezstronnego stwierdzenia, które grupy te warunki spełniają. Zwolennicy odpowiedzi pozytywnej zajmują stanowisko, które można by nazwać postmodernistycznym. Ustalenie rzekomo obiektywnych warunków dostępu do debaty jest nieuprawnionym zabiegiem ideologicznym – każdy powinien mieć prawo do przedstawienia własnej narracji, nie ma także „trybunału” zdolnego obiektywnie rozstrzygać, kto takie warunki spełnia, bo rozstrzygnięcie dokona się zawsze z jakiejś światopoglądowej perspektywy i w czyimś politycznym interesie. Tego rodzaju postmodernizm czerpie w dużej mierze z J.-F. Lyotarda koncepcji wielkich i małych narracji wyrażonej w „Kondycji ponowoczesnej” oraz tez na temat nierozwiązywalnych sporów, przedstawionych w „Poróżnieniu”. Z tego punktu widzenia obrońców istnienia obiektywnych zasad i bezstronnych trybunałów można określić jako modernistów.

Dylemat II: Wyrażenie woli czy wzajemne przekonywanie?

Sposób podejmowania decyzji w mechanizmach partycypacyjnych może przyjąć dwie główne formy. Wedle pierwszej, osoby zainteresowane rozwiązaniem problemu wymieniają poglądy i przekonują się do swoich racji, aby ostatecznie wybrać rozwiązanie akceptowalne dla wszystkich lub przynajmniej dla większości. Druga jest prostsza: dyskusja nie ma miejsca, zainteresowani anonimowo głosują na preferowane rozwiązanie, a realizowane jest to, co wybierze najwięcej osób.

Pierwszy, „dyskusyjny” sposób podejmowania decyzji, może intuicyjnie wydawać się bardziej atrakcyjny. Pozwala na zapoznanie się z argumentami strony przeciwnej, zrozumienie cudzych racji, uzyskanie szerszej wiedzy nt. problemu, przezwyciężenie początkowych uprzedzeń, wreszcie na refleksję nad pierwotnym stanowiskiem i jego ewentualną modyfikację.

Można jednak wskazać również wady tego rozwiązania, które nie występują w drugim, prostszym modelu. Model dyskusyjny uprzywilejowuje osoby, które mają wystarczająco dużo czasu na angażowanie się w debaty oraz posiadają odpowiedni kapitał kulturowy, pozwalający atrakcyjnie argumentować na rzecz swoich racji. Poglądy takich osób nie muszą być reprezentatywne dla społeczności. Co więcej, pewne poglądy, choć podzielane przez członków wspólnoty, mogą nie zostać wypowiedziane w dyskusji, gdyż są uznawane za „obciachowe” lub za ich wyrażenie mogą spotkać różne nieprzyjemności. Model zakładający anonimowość unika tego problemu. Idąc dalej, można twierdzić, że sam postulat refleksyjności stanowi wątpliwe narzędzie ideologiczne. Premiuje on poglądy umiarkowane i kompromisowe kosztem zdecydowanych i radykalnych, co nie musi prowadzić do optymalnego rozwiązania danego problemu oraz może wykluczać pewne stanowiska.

Główny konflikt w obrębie tego dylematu wydaje się występować na linii refleksyjność – wola. Zwolennicy modelu dyskusyjnego uważają, że sposób podejmowania decyzji powinien opierać się na przekonaniach odpowiednio przemyślanych i zmodyfikowanych po wysłuchaniu różnorodnych argumentów. Przeciwnicy sądzą, że najistotniejsze jest proste wyrażenie autentycznej woli, a narzędzia wymuszające refleksyjność w rzeczywistości dyskryminują pewne grupy i w ideologicznie podejrzany sposób wpływają na poglądy członków wspólnoty.

Dylemat III: Walka z wykluczeniem czy prawo do decydowania?

Nowoczesne mechanizmy partycypacyjne w naturalny sposób łączone są z użytkowaniem Internetu. Towarzyszy temu napięcie związane z oczekiwaną inkluzyjnością danego narzędzia. Posłużenie się Internetem umożliwia dotarcie w prosty sposób do wielu ludzi, co nie byłoby wykonalne/tanie za pomocą innych narzędzi. Wykorzystanie Sieci automatycznie wyklucza jednak cały szereg grup pozbawionych dostępu do Internetu. Problem nie ogranicza się do wykorzystywania nowoczesnych technologii. Wykluczenie ekonomiczne, informacyjne czy symboliczne to również problem tradycyjnych rozwiązań demokratycznych, takich jak wybory powszechne czy prawo do sądu.

Opisane napięcie jest zazwyczaj rozwiązywane przez wybór nadrzędnych wartości przyświecających przedsięwzięciu oraz określenie tego, o jaką inkluzyjność chodzi. Możliwe są tutaj dwie postawy, a każda daje się scharakteryzować za pomocą pięciu cech.

Dla przyjmujących pierwszą postawę najważniejszą wartością jest walka z wykluczeniem mniejszości. W ramach tej postawy inkluzyjność rozumiana jest synchronicznie – chodzi o to, by w danym momencie dziejowym jak najwięcej podmiotów (optymalnie – wszystkie) miało możliwość udziału w sprawowaniu i kontroli władzy. Postulat synchronicznej inkluzyjności bywa najczęściej realizowany za pomocą mechanizmów mających na celu angażowanie grup wykluczonych lub poprzez rezygnację z prostych, większościowych procedur demokratycznych. Jego konsekwencją antropologiczną jest posługiwanie się takimi konstruktami, jak profilowane za pomocą narzędzi socjologicznych klasy lub grupy. Ponieważ realizowanie postulatu synchronicznej inkluzyjności wymaga rezygnacji z narzędzi, których stosowaniu może towarzyszyć wykluczenie, przedsięwzięcia partycypacyjne opierają się zwykle nie na bezpośredniości, lecz na reprezentacji.

Paradoksalnie, przyjęcie tej postawy skutkuje premiowaniem aktywizmu. Dokonuje się ono na dwóch poziomach. Do angażowania wykluczonych konieczni są ludzie. Ludzie ci posiadają przekonania, które wyrażają się choćby w tym, że zdecydowali się podjąć taką pracę, posiadają oni także własne interesy. Na drugim poziomie premiowany jest aktywizm uczestników – w przedsięwzięciu brać będą udział tylko ci, którzy mają chęci i czas. W odróżnieniu od prostych rozwiązań internetowych, branie udziału np. w spotkaniach dyskusyjnych jest męczące i czasochłonne.

Wreszcie, u podstaw walki z jakimś wykluczeniem leży eksternalistyczny stosunek do sądów i zachowań drugiego człowieka. Eksternalizm rozumiemy tu jako pogląd, że aby przekonanie było uzasadnione, muszą zachodzić pewne fakty zewnętrzne wobec podmiotu żywiącego to przekonanie, o których w ogóle nie musi on wiedzieć. Właśnie eksternalizm umożliwia posługiwanie się pojęciem fałszywej świadomości, jak również zdania typu „oni nie wiedzą, że tak naprawdę potrzebują…”.

Pierwsza postawa daje się zatem określić jako inkluzyjna synchronicznie, posługująca się konstruktami społecznymi, oparta o zasadę reprezentacji, premiująca aktywizm i eksternalistyczna.

Dla postawy przeciwnej najważniejszymi wartościami jest umożliwianie dostępu do władzy każdemu, kto chce w niej uczestniczyć oraz poszanowanie prawa większości do decydowania. Inkluzyjność jest rozumiana diachronicznie – niekoniecznie ważne jest, by w konkretnym momencie każdy mógł rzeczywiście uczestniczyć w danym mechanizmie partycypacyjnym. Inkluzyjność ma się raczej realizować w procesie historycznym – aby krąg ludzi mających dostęp do władzy był systematycznie coraz szerszy.

Najbardziej oczywistym przykładem poglądu opartego o postulat inkluzyjności diachronicznej jest przekonanie, że demokracja parlamentarna powinna być zastąpiona bezpośrednią demokracją internetową. Inaczej niż w przypadku postawy wcześniejszej, niekonieczne jest tutaj posługiwanie się konstruktami społecznymi – atomem jest jednostka, a decyzja dokonuje się przez prostą większość głosów. Inkluzyjność diachroniczna nie obywa się jednak bez innego rodzaju konstruktów – fikcji prawnych. Jeżeli faktycznie nie wszyscy mają dostęp do danego narzędzia lub frekwencja jest rażąco niska, należy posłużyć się fikcją prawną w postaci domniemania, że ci, którzy nie zabrali głosu, zgadzają się na decyzję.

Znów inaczej niż w poprzednim przypadku – przy okazji inkluzyjności diachronicznej nie jest premiowany aktywizm. Wszyscy bierni, mający dostęp do narzędzia, mogą w prosty sposób „kliknąć” wybraną opcję. Próg trudności może być postawiony tak nisko, że domniemanie zgody nieuczestniczących faktycznie bardzo przybliża się do rzeczywistości.

Wreszcie, zwolennicy omawianej postawy to internaliści. Internalizm rozumiemy jako pogląd mówiący, że do uzasadnienia przekonań wystarczą wewnętrzne stany mentalne osoby. Innymi słowy, należy jej wypowiedzi zawsze traktować tak, jakby wiedziała, co mówi i świadomie wyrażała wolę.

Druga postawa daje się zatem opisać jako inkluzyjna diachronicznie, posługująca się konstruktami prawnymi, oparta o zasadę bezpośredniości i prostej większości, nie premiująca aktywizmu i internalistyczna.

Jest jasne, że zwolennicy każdej z alternatywnych postaw uważają się za demokratów – nierzadko radykalnych. Istotą demokracji dla tych pierwszych jest walka z wykluczeniem, dla drugich natomiast prawo większości do decydowania. Obie postawy można określić jako inkluzyjne, jest to jednak odmiennie rozumiana inkluzyjność.

Dylemat IV: Wspólnota kompromisu czy wspólnota postulatu?

Ostatni dylemat związany jest z pojmowaniem wspólnoty. Część stanowisk demokratycznych można określić jako opowiadające się za wizją wspólnoty kompromisu, a część za wspólnotą postulatu.

Wspólnota demokratyczna oparta o kompromis to taka, w której centralnym punktem jest uczestnictwo w powszechnie obowiązujących procedurach, mające na celu wypracowanie stanowiska odpowiadającego wszystkim. W ramach takiej wspólnoty ważne jest, aby dzięki uczestnictwu w procedurach wyzbyć się uprzedzeń i dążyć do realizacji dobra wspólnego, rozumianego jako wypadkowa poglądów poszczególnych jednostek lub rozwiązanie najbardziej umiarkowane. Przynależność do takiej wspólnoty nie będzie się raczej wiązać z silnym zaangażowaniem emocjonalnym. Jedyne, co łączy jej członków, to procedura i dążenie do kompromisu – wszystko inne może ich dzielić. Jakkolwiek wspólnotom takim udaje się często uniknąć wykluczenia wynikającego z przeforsowania decyzji niekorzystnych dla grup mniejszościowych, charakteryzują się one wykluczeniem grup o przekonaniach zdecydowanych lub bezkompromisowych.

Wspólnota demokratyczna oparta o postulat to taka, w której centralnym punktem są podzielane przez wszystkich cele czy wartości. Dla wspólnot tego typu nieistotne jest osiągnięcie kompromisu lub rozwiązania umiarkowanego. Ważniejsze jest wcielanie w życie własnych postulatów, urzeczywistnianie celów czy wartości. Oczywiście, w przypadku wspólnot opartych o postulat(y) łatwiej o zaangażowanie emocjonalne. Wspólnoty takie za istotę demokracji uważają walkę polityczną, nie deliberację.

Charakterystyczne, że wśród współczesnych teoretyków politycznych myśliciele o przekonaniach liberalnych skłonni są popierać raczej model pierwszy, podczas gdy myśliciele lewicowi skłaniają się ku drugiemu.

Demokracja deliberatywna kontra demokracja bezpośrednia

Odmienne odpowiedzi na dylematy II, III oraz IV wydają się być wzajemnie powiązane i tworzyć dwa spójne stanowiska. Po jednej stronie znajdzie się sposób podejmowania decyzji kładący nacisk na refleksyjność, walkę z wykluczeniem i kompromis. Natomiast po drugiej stronie ideologicznej barykady mamy pogląd stawiający na pierwszym miejscu wyrażanie woli, prawo większości do decydowania i budowanie wspólnoty na bazie postulatu.

Dla zbudowania procesu decyzyjnego kładącego nacisk na refleksyjność potrzebne jest zapewnienie reprezentacji mniejszości. W przeciwnym razie osoby biorące udział w debacie nie będą w stanie zapoznać się z szerokim wachlarzem poglądów na daną sprawę. Z drugiej strony, walka z wykluczeniem będzie fikcyjna bez refleksyjnego mechanizmu, gdyż wówczas głosy przedstawicieli grup niszowych pozostaną niezauważone w masie głosujących. Ponadto połączenie tych elementów sprzyja budowie wspólnoty opartej na kompromisie, ponieważ debatujący muszą zwrócić uwagę na wspólne cechy swoich stanowisk, na podstawie których będzie można wypracować stanowisko akceptowalne dla wszystkich. Model łączący refleksyjność, walkę z wykluczeniem i wspólnotę opartą na kompromisie można nazwać demokracją deliberatywną, ze względu na centralną rolę dyskusji i uzgadniania stanowisk między różnymi grupami.

Z kolei nacisk na wyrażanie woli dobrze współgra z prawem większości do decydowania. W takim układzie obywatele głosują opierając się na własnych, nie zrewidowanych opiniach i zostaje podjęta taka decyzja, za którą stały przekonania największej liczby głosujących. Prowadzi to do agonicznego budowania wspólnoty, w którym dzieli się współobywateli wedle schematu „my” (uznający te same postulaty) i „oni” (głosujący odmiennie od nas). Modelowi kładącemu nacisk na wyrażanie woli, prawo większości oraz wspólnotę postulatu można nadać nazwę demokracji bezpośredniej, gdyż podjęta decyzja w niezapośredniczony sposób wynika z poglądów większości głosujących.

Kwadrat demokratyczny

Wobec powyższych rozważań, można powiedzieć, że dysponujemy dwoma podstawowymi kryteriami opisu stanowisk związanych z radykalną demokracją. Pierwsze kryterium wyznaczone jest za pomocą opozycji dylematu pierwszego – obiektywne zasady albo prawo do narracji. Drugie natomiast przez opozycję demokracja bezpośrednia – demokracja deliberatywna. Jeżeli skrzyżujemy te dwa kryteria, okaże się, że mamy zasadniczo do czynienia z czterema typami stanowisk, spośród których każde stanowi jedną z ćwiartek kwadratu demokratycznego.

Modernistyczna demokracja deliberatywna w swojej modernistycznej części pozostaje wierna przekonaniu, że istnieje jakiś obiektywny porządek aksjologiczny, dzięki czemu w jej ramach możliwe jest wykluczenie z debaty publicznej faszystów czy wrogów demokracji. W swojej części deliberatywnej opierać się będzie natomiast na wspólnocie kompromisu i postulacie inkluzyjności synchronicznej.

Stanowisko drugie – postmodernistyczna demokracja deliberatywna – podobne jest do poprzedniego. Jednak brak odwołania do jakiegokolwiek obiektywnego porządku i uznanie prawa do narracji z jednej strony uniemożliwiają wykluczenie faszystów, z drugiej zaś zapewniają pełniejszą reprezentację różnorodnych poglądów.

Modernistyczna demokracja bezpośrednia odwołuje się do obiektywnych zasad, ale realizuje postulat inkluzyjności diachronicznej, a także opiera się na mechanizmach podejmowania decyzji większością głosów.

Wreszcie stanowisko czwarte – postmodernistyczna demokracja bezpośrednia – nie odwołuje się do żadnego obiektywnego porządku, opiera się na mechanizmach podejmowania decyzji większością głosów oraz stanowi najpełniejszy wyraz manifestacji woli.

Należy również dodać, że stanowisko pierwsze wydaje się najkosztowniejsze i najbardziej czasochłonne w realizacji oraz oparte o najbardziej rozbudowane konstrukty społeczne. Dzieje się tak, ponieważ konieczne jest uzasadnienie danych mechanizmów deliberacji (konstrukty) oraz późniejsze ich realizowanie (koszty i czas).

Stanowisko czwarte jest najprostsze i najtańsze w realizacji (wystarczą proste głosowania), wymaga jednak oparcia o najbardziej rozbudowane fikcje prawne.

Co przyniesie przyszłość?

Wydaje się, że dzisiejsze spory toczące się wokół dychotomii lewica – prawica lub trychotomii socjaliści – konserwatyści – liberałowie, będą musiały ustąpić sporom bardziej fundamentalnym. Mianowicie takim pomiędzy postępowymi zwolennikami demokracji radykalnej a konserwatystami spod znaku demokracji przedstawicielskiej. Warto jednak zauważyć, że nawet pośród radykałów możliwe są różnice wynikające z zasadniczych podziałów ideologicznych, które być może będą stanowiły najważniejsze podziały demokratycznej sceny politycznej w przyszłości.

Wojciech Czabanowski, Błażej Skrzypulec

 


Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Przerwać spektakl

Marks miał rację! Miał rację twierdząc, że państwo jest organizacją klas posiadających, ponieważ w XIX stuleciu – gdy nawet w krajach dysponujących parlamentami obowiązywał cenzus majątkowy – taka była rzeczywistość. Jednak od tego czasu wiele się zmieniło. Bardzo wiele.

Najpierw postępująca demokratyzacja sprawiła, że klasy niższe zyskały wpływ na państwo. Z organizacji klasowej stało się ono wówczas strukturą międzyklasową. Oczywiście w jej ramach znaczenie różnych warstw nie było wprost proporcjonalne do ich liczebności, jednak choć bardziej liczyła się zamożność czy wykształcenie, mimo wszystko wpływ klas niższych na politykę państwa stawał się realny. Można tu rzecz jasna wybrzydzać, że „demokracja burżuazyjna” to demokracja pozorna, że niezliczone instrumenty manipulacji w rękach posiadaczy deformowały wolę ludu. Fakt, że w żadnym kraju drogą parlamentarną nie została przeprowadzona rewolucja socjalistyczna. Ale też trzeba być ślepym, by nie dostrzec związku między rozszerzaniem praw wyborczych a budową welfare state w rozwiniętych krajach Zachodu: od Bismarcka przez Roosevelta po Palmego.

Później jednak nastąpiło załamanie tego modelu. Pierwszym winowajcą jest globalizacja, sprawiająca, że realna władza uszła poza państwo: do organizacji międzynarodowych i ponadnarodowych koncernów. W rezultacie głos obywateli w wyborach staje się mniej ważny od głosu rynków finansowych. Wystarczy, że te groźnie zmarszczą brew, a „suwerenne” rządy uciekają do budy z podkulonymi ogonami. W takich warunkach wybory stają się farsą. W ten sposób dokonało się to, co już przed czterdziestu laty opisywali sytuacjoniści: „społeczeństwo spektaklu”.

Drugi powód pośrednio wynika z pierwszego: globalizacja, turbokapitalizm przynoszą ogromne zyski nielicznym. Pojawiła się klasa spekulacyjnej hiperburżuazji, żyjącej ponad anachronicznymi strukturami państwowymi. Dużo liczniejsze od warstewki turbokapitalistów są zastępy „klasy średniej”, pełniącej wobec tych pierwszych taką rolę, jak szlachecka klientela wobec magnatów.

Bogatym państwo przestaje być potrzebne. Mają dość pieniędzy, żeby kupić sobie wszelkie usługi. Stać ich na prywatne szkoły, kliniki i ubezpieczenia, na wakacje spędzane z dala od „hołoty”, na mieszkanie w luksusowej enklawie, na wynajęcie agencji ochroniarskiej, bez porównania skuteczniejszej niż policja. To prawdziwi obywatele Pierwszego Świata, ich paszportem jest karta kredytowa. Jacques Attali kreśli wizję globalnego społeczeństwa przyszłości, w której klasę panującą będzie stanowiła kosmopolityczna kasta wysoko kwalifikowanych nomadów.

Na łaskę i niełaskę tychże zdane są dziś rządy. Zygmunt Bauman opisuje proces dobrowolnej abdykacji państwa: z premedytacją zrzeka się ono swoich prerogatyw na rzecz wędrownego kapitału ponadnarodowego. Rządy mają już tylko jeden cel: zapewnić owemu kapitałowi jak najlepsze warunki. Natomiast obywatele, przypisani – z konieczności – do ziemi, są stopniowo wyzuwani ze swych praw, a zwłaszcza z prawa stanowienia o losach państwa. Większość państw to (według określenia Baumana) „okręgi policyjne”, protektoraty wielkich koncernów.

Co robić? Ruchy opozycyjne bądź to bezradnie drepczą w miejscu, bądź to desperacko rzucają się na oślep w poszukiwaniu mniej lub bardziej fantastycznych rozwiązań.

Metoda pierwsza, preferowana przez neoreformistów (tj. socjaldemokratów i alterglobalistów typu Negriego), to ucieczka do przodu – marzenia o demokracji kontynentalnej czy nawet globalnej. Przyznam, że pozostaję nieodmiennie sceptyczny wobec tej utopii. Jak by to miało działać? Demokracja bezpośrednia jest w takiej skali nierealna. Ktoś powie, że demokracja bezpośrednia jest nierealna również w skali wielu państw narodowych. Odpowiadam: demokracja ma sens wtedy, gdy legitymizuje ją wola jakiejś samoświadomej zbiorowości – ludzi, którzy nie tylko mówią o sobie „my”, ale też czują się ze sobą emocjonalnie związani i dlatego skłonni są do wzajemnych ustępstw. Naród taką zbiorowością jest – ludzkość nie jest. Co więcej – nie będzie.

Nie będzie też takową – przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości – Europa. Decyduje o tym proste prawo psychologiczne: pojęcie „my” definiowane jest zawsze w opozycji do pojęcia „oni”, musimy więc czymś się odróżniać. Tymczasem Unia Europejska zbudowana jest na fundamencie wartości pretendujących (nieważne, na ile realnie) do bycia uniwersalnymi. To piasek, nie skała.

W przeciwnym kierunku idą anarchiści, przynajmniej ta część z nich, która nie chce ani faktycznej kolaboracji z Systemem za parawanem Politycznej Poprawności, ani aspołecznego awanturnictwa. Chcą oddolnej samoorganizacji społeczeństwa, które ma tworzyć niezależne od państwa i kapitału enklawy, „stałe strefy autonomiczne”, które w przyszłości, połączywszy się, obalą obecny ustrój. Problem w tym, że i ta koncepcja jest utopijna, z powodu dezintegracji społeczeństwa i kontroli mas przez media. Masy zostały zatomizowane i spacyfikowane. Uśpiono je. Co robi człowiek zamożny po pracy? Idzie do pubu, na fitness, na tenisa, jedzie na wycieczkę. Co robi człowiek biedny? Siada przed telewizorem. Biedni wycofują się z życia społecznego w dużo większym stopniu niż bogaci. Wstydzą się zabierać głos publicznie. A gdy już to robią, to najczęściej powtarzają komunały zasłyszane w mediach. Środki masowego przekazu pozbawiły ich intelektualnej autonomii, pozostają oni pod ideologiczną okupacją.

Ale brodzenie w czarnowidztwie jest bezpłodne. Znów nawiążemy do Marksa – nie chodzi tylko o to, by świat opisywać, lecz także o to, żeby go zmieniać. Nie wystarczy postawić diagnozę, trzeba zaproponować kurację. Kilkanaście lat temu opublikowałem w brytyjskim periodyku „Alternative Green” króciutki tekst pt. „Reclaim the State” (nawiązujący do kampanii „Reclaim the Streets”). Stwierdziłem w nim m.in., że należy odzyskać państwo i uczynić zeń rodzaj „strefy autonomicznej” wobec ponadnarodowego kapitału. Ponieważ państwa pełnią dziś rolę żywicieli dla kapitału spekulacyjnego, właściwą strategią byłoby odcięcie pasożyta.

Ale jak to uczynić, jak odzyskać państwo dla obywateli?

Po pierwsze, należałoby sformować jak najszerszy sojusz wszystkich – coraz liczniejszych! – klas degradowanych przez turbokapitalizm. To nie tylko tradycyjny sektor pracowniczy, to także prekariat, to nowe warstwy średnie („białe kołnierzyki”), to również samozatrudniający się (wliczając tu resztki rolników). Coś takiego proponowali pod szyldem „demokracji antymonopolistycznej” eurokomuniści w zamierzchłych latach 70. XX w. Tu najtrudniej będzie wyeliminować zadawnione antagonizmy i resentymenty pomiędzy poszczególnymi składowymi potencjalnego sojuszu, ale w obliczu wspólnego wroga jest to możliwe.

Po drugie, ów sojusz musiałby wstąpić w szranki wyborcze, żeby wykorzystać formalne, konstytucyjne prawa obywatelskie, zwłaszcza prawo do stanowienia o własnym życiu i własnym kraju. Demokracja nie działa, bo jest nieużywana – trzeba ją reanimować, trzeba z państwa na powrót uczynić instrument społeczeństwa. Tu pojawia się jednak trudność zasadnicza: korumpujący wpływ władzy. Ileż to razy byliśmy świadkami, gdy popularni politycy, zdobywszy ster rządu, realizowali politykę odwrotną od zapowiadanej, albo gdy ludowe ruchy protestu degenerowały się w sitwy karierowiczów.

I dlatego, po trzecie, „partia demokracji antymonopolistycznej” powinna przyjąć formułę bazującą na osiągnięciach anarchistycznej taktyki samoorganizacji. Miałby to być – wedle hasła antyglobalistów – „ruch ruchów”. Mówiąc konkretnie: ani amorficzny populizm, ani leninowska „partia nowego typu”, oparta na „centralizmie demokratycznym”. Właściwą formułę odkryli już stulecie temu brytyjscy związkowcy, tworząc Partię Pracy, która była federacją związków zawodowych. Również współczesna „partia demokracji antymonopolistycznej” powinna mieć tylko członkostwo zbiorowe – organizacji reprezentujących konkretne grupy społeczne. Zasada delegacji w połączeniu z mandatem imperatywnym chroniłaby ruch przed alienacją i oligarchizacją.

Po czwarte – niezbędny jest inter-nacjonalizm: obrona państwa narodowego skoordynowana w skali międzynarodowej. Zwycięstwo demokracji antymonopolistycznej w jednym kraju to za mało. A zatem: solidarność przy wzajemnym uszanowaniu tożsamości i autonomii.

Czy taki ruch miałby szansę zwyciężyć? Obiecać nic nie można, proroctwa szczęśliwego świata rzadko się spełniają. Optymizm to tchórzostwo, jak mawiał Spengler. Możemy mieć tylko nadzieję, że wydarzenia potoczyłyby się tak, jak w „Gwiezdnych wojnach”, gdzie Obrońcy Starej Republiki ostatecznie wygrali z Imperium.