Kraje wielu stolic

Kraje wielu stolic

Warszawa „odrywa się” od reszty kraju. W stolicy siedziby ma przytłaczająca większość urzędów administracji publicznej, tu zapadają wszystkie ważne decyzje, stąd media opisują rzeczywistość, tu Polacy upatrują szans na rozwój własnej kariery.

Choć skupienie władzy w jednym mieście może się nam wydawać zupełnie naturalne, wyraźna dominacja ośrodka stołecznego nad resztą kraju wcale nie jest w Europie typową sytuacją. Polska na tle wielu krajów jest państwem o niezwykle scentralizowanym przestrzennie układzie instytucjonalnym.

Przestrzenny trójpodział

W części państw przyjęto zasadę, że trójpodział władzy powinien mieć odzwierciedlenie również w przestrzeni. W kilku europejskich krajach najwyższe organy władzy sądowniczej mieszczą się w innych miastach niż ośrodki władzy wykonawczej i ustawodawczej. Słowacki trybunał konstytucyjny ma siedzibę nie w stołecznej Bratysławie, lecz w Koszycach. W Czechach poza Pragą siedzibę ma nie tylko trybunał konstytucyjny, ale również sąd najwyższy oraz prokuratura generalna – instytucje te usytuowano w Brnie. Również w Szwajcarii główne izby sądu działają w innych miastach niż siedziba rządu.

W Niemczech kluczową siedzibą władzy sądowniczej jest Karlsruhe, oddalone o 670 km od stołecznego Berlina. W Karlsruhe siedziby mają federalny trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura federalna. Co więcej, federalny sąd administracyjny mieści się w Lipsku, a federalny sąd pracy – w Erfurcie.

Również niemiecka sieć sądów apelacyjnych nie pokrywa się ani z siecią najludniejszych miast, ani z głównymi ośrodkami władzy. Choć stolicą landu Nadrenia-Palatynat jest Moguncja, to w tym kraju związkowym sądy apelacyjne mieszczą się w Koblencji i Zweibrücken. Sąd apelacyjny dla Turyngii zlokalizowano w Jenie, choć stolicą i największym miastem landu jest Erfurt. Stolica Dolnej Saksonii to Hanower, lecz sądy apelacyjne dla tego landu mieszczą się w Brunszwiku, Celle oraz Oldenburgu. Stolicą landu Szlezwik-Holsztyn jest Kilonia, ale sąd apelacyjny ma siedzibę w znacznie mniejszym mieście Szlezwik.

W Polsce siedziby sądów apelacyjnych mieszczą się w Białymstoku, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu. Taki układ – opierający się na zasadzie, że siedziba sądu apelacyjnego zlokalizowana jest w największym mieście na terenie danej apelacji – jest typowym dla Polski elementem cementującym podział na „duże i ważne” miasta oraz resztę kraju.

Model prawie idealny

Niemcy to europejski lider polityki deglomeracji administracji publicznej, czyli rozproszenia ośrodków władzy. Nawet rząd nie jest tam skupiony w jednym mieście: część ministerstw mieści się w Berlinie, a pozostałe w dawnej stolicy, Bonn. Co więcej, główne siedziby urzędów administracji centralnej i innych instytucji o zasięgu ogólnokrajowym rozsiane są po całych Niemczech – od Flensburga na granicy z Danią po Monachium na południu kraju.

Przykładowo, prezydium policji federalnej mieści się w Poczdamie, dyrekcja archiwów państwowych w Koblencji, urząd ochrony konstytucji (kontrwywiad) w Kolonii, główny urząd statystyczny w Wiesbaden, urząd ochrony konsumentów oraz urząd lotnictwa cywilnego w Brunszwiku, urząd ochrony przyrody oraz urząd transportu kolejowego w Bonn, urząd patentowy w Monachium, urząd transportu drogowego we Flensburgu, a federalny urząd pracy oraz urząd ds. cudzoziemców – w Norymberdze. Niemiecka biblioteka narodowa ma dwie siedziby: w Lipsku oraz we Frankfurcie nad Menem. Poza stolicą zlokalizowane są publiczne media: telewizyjny program pierwszy (ARD) ma centralę w Monachium, a program drugi (ZDF) w Moguncji. W Polsce odpowiedniki wszystkich wyżej wymienionych instytucji mieszczą się w Warszawie.

Urzędy centralne w 248-tysięcznym Brunszwiku (wielkością porównywalnym z Radomiem czy Częstochową) zapewniają temu miastu ok. 900 miejsc pracy. Z kolei flensburski urząd transportu drogowego chwali się na swojej stronie internetowej, że jest jednym z największych pracodawców w północnej części landu Szlezwik-Holsztyn. Jak widać, jednym z efektów deglomeracji władzy jest rozprzestrzenianie miejsc pracy – zwłaszcza średnich i wyższych stanowisk urzędniczych – po różnych częściach kraju.

Co więcej, dzięki rozproszeniu ośrodków władzy życie administracyjne i polityczne Niemiec nie skupia się wyłącznie w stolicy. W kraju tym osiągnięto ideał organizacji przestrzennej, polegający na tym, że trudno wskazać, które z największych miast jest najważniejszym i dominującym ośrodkiem – nie tylko w zakresie administracji publicznej.

Przykładowo, redakcje największych tygodników – „Der Spiegel” oraz „Stern” – mieszczą się w Hamburgu. Największy tabloid, „Bild”, ukazuje się w Berlinie, w jeszcze innych miastach mają główne siedziby poważniejsze ogólnokrajowe dzienniki: „Frankfurter Allgemeine Zeitung” we Frankfurcie n. Menem, a „Süddeutsche Zeitung” w Monachium. Niemiecka centrala potężnej grupy medialnej RTL mieści się w Kolonii.

Niemiecką stolicą bankowości jest Frankfurt n. Menem (tu siedzibę mają niemiecki i europejski bank centralny). Z kolei matecznikami nauki są niewielkie miasta uniwersyteckie, jak Heidelberg, Tybinga, Greifswald czy Bamberg.

Miasta dzielą się władzą

W Niemczech deglomeracja realizowana jest również na poziomie landów. Jedną z jej oznak było wyznaczenie stolic części krajów związkowych poza miastem dominującym na danym obszarze. Stolicą Nadrenii Północnej-Westfalii nie jest licząca ponad milion mieszkańców Kolonia, lecz Düsseldorf (589 tys. mieszkańców). Stolica Hesji mieści się w Wiesbaden (276 tys. mieszkańców), nie zaś w zaliczającym się do europejskich metropolii Frankfurcie n. Menem (680 tys. mieszkańców). Podobna sytuacja ma miejsce w leżącym na terenie byłej NRD kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie, którego stolicą jest Schwerin (95 tys. mieszkańców), a nie największe w tym landzie ważne miasto portowe Rostock (203 tys. mieszkańców).

Na poziomie landów zachowana jest zasada zdekoncentrowanej organizacji przestrzennej władz administracyjnych. Przykładowo, w Nadrenii-Palatynacie część instytucji poziomu landowego znajduje się poza stołeczną Moguncją – urząd statystyczny w Bad Ems, a urząd geodezji i informacji geograficznej, główna biblioteka oraz archiwa landu w Koblencji.

W Meklemburgii-Pomorzu Przednim agendy władz regionalnych zlokalizowane są nie tylko w stołecznym Schwerinie, ale również w Rostocku oraz Güstrow.

W landzie Szlezwik-Holsztyn miejscowy rząd mieści się w Kilonii, ale jego agendy zlokalizowano również w Neumünster (urząd opieki społecznej), Flintbek (urząd rolnictwa i środowiska), Szlezwiku (urząd archeologii i główne archiwum) oraz w Husum (urząd ochrony wybrzeża i parków narodowych).

Stolica od Bellinzony po Grenchen

Jak widać na przykładzie Niemiec, zabiegiem równoważącym organizację przestrzenną może być wyznaczanie głównego ośrodka władzy poza największym miastem danego obszaru. Podobnie jest w Belgii: stolicą Walonii – czyli frankofońskiej części kraju – jest Namur, trzecie pod względem liczby mieszkańców (po Charleroi i Liege) miasto tego regionu.

Taka sytuacja, i to już na poziomie ogólnokrajowym, występuje również w Szwajcarii. Siedzibą rządu federalnego tego kraju jest liczące 130 tys. mieszkańców Berno, dopiero piąte co do liczby ludności, zbliżone pod względem wielkości do polskiego Płocka. W Bernie oraz kilku graniczących z nim miejscowościach mieszczą się wszystkie ministerstwa (w Szwajcarii nazywane departamentami), większość urzędów centralnych oraz bank narodowy. Co jednak istotne, nie cała władza centralna została skoncentrowana w jednym miejscu. Federalny urząd meteorologii i klimatologii zlokalizowany jest w Zurychu (największym mieście Szwajcarii), główny urząd statystyczny w Neuchâtel, federalny urząd komunikacji elektronicznej w Biel/Bienne (mieście na pograniczu niemieckiej i francuskiej strefy językowej), federalny urząd sportu w Magglingen, a federalny urząd mieszkalnictwa w 16-tysięcznym Grenchen, co zapewniło mu 50 dodatkowych miejsc pracy.

Poza Bernem zlokalizowano również najważniejsze instytucje władzy sądowniczej. Szwajcarski sąd najwyższy mieści się w Lozannie, federalny sąd ubezpieczeń w Lucernie, a federalny sąd karny w liczącej zaledwie 17,5 tys. mieszkańców Bellinzonie we włoskojęzycznej części kraju. Co więcej, na 2012 r. planowane jest przeniesienie z Berna do Sankt Gallen siedziby naczelnego sądu administracyjnego.

Bez granic

Nie bez znaczenia dla równoważenia aktywności publicznej w przestrzeni Szwajcarii jest również to, że licznie występujące w tym kraju instytucje międzynarodowe zostały umiejscowione w kilku ośrodkach: w Genewie (europejska siedziba ONZ, Międzynarodowa Organizacja Pracy czy Międzynarodowy Ruch Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca), w Lozannie (MKOl), w Zurychu (FIFA) oraz w Nyonie (UEFA).

W Polsce za naturalną lokalizację dla instytucji międzynarodowych uznano Warszawę. Gdy Unia Europejska postanowiła utworzyć w naszym kraju siedzibę agencji Frontex, zajmującej się sprawami ochrony zewnętrznych granic państw członkowskich, to oczywiście umieszczono ją w stolicy. Tymczasem obie unijne agencje zlokalizowane we Włoszech mają siedziby poza Rzymem: w Parmie (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności) oraz w Turynie (Europejska Fundacja Kształcenia). Podobnie w Hiszpanii – tu na siedziby unijnych agend wybrano Alicante (Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego) oraz Vigo (Wspólnotowa Agencja Kontroli Rybołówstwa). Nawet Francja, zazwyczaj zdominowana przez Paryż, zdecydowała się umieścić unijne instytucje poza nim: w Angers (Wspólnotowy Urząd Ochrony Odmian Roślin) oraz w Valenciennes (Europejska Agencja Kolejowa).

Deglomeracja po polsku

W Polsce co jakiś czas dochodzi do zabiegów stanowiących próby równoważenia relacji między ośrodkami miejskimi oraz dekoncentracji władzy publicznej.

Jednym z takich przypadków było utworzenie dwóch województw, w których stołeczność podzielono. W ramach reformy samorządowej z 1999 r. powstały województwo kujawsko-pomorskie oraz lubuskie, w których jedno miasto jest siedzibą urzędu wojewódzkiego (przedstawicielstwa rządu w terenie), a inne urzędu marszałkowskiego (samorządu wojewódzkiego). W Lubuskiem siedzibą wojewody jest Gorzów Wielkopolski, a siedzibą władzy samorządowej Zielona Góra. W Kujawsko-Pomorskiem wojewoda urzęduje w Bydgoszczy, a sejmik wraz z marszałkiem województwa w Toruniu. W ślad za tym podziałem pomiędzy dwa miasta wojewódzkie podzielone zostały inne instytucje szczebla regionalnego – przykładowo, Komenda Wojewódzka Policji mieści się w Bydgoszczy, a Komenda Wojewódzka Straży Pożarnej w Toruniu.

Koncepcja dwu-stołeczności wspomnianych regionów powstała niejako przypadkiem – jako pomysł na pogodzenie porównywalnych ośrodków w walce o status miasta wojewódzkiego. Podjęto również próby wprowadzenia podobnego rozwiązania na poziomie powiatów. W Polsce istnieją cztery powiaty, których nazwa nietypowo pochodzi nie od jednego, lecz od dwóch ośrodków: ropczycko-sędziszowski, bieruńsko-lędziński, strzelecko-drezdenecki oraz czarnkowsko-trzcianecki. W przypadku części z nich powiatowa dwu-stołeczność sprowadza się wyłącznie do nazwy – w leżącym na Podkarpaciu powiecie ropczycko-sędziszowskim instytucje władzy powiatowej i tak w całości skupione są w jednym mieście, w Ropczycach. Ale już w przypadku powiatu strzelecko-drezdeneckiego w woj. lubuskim występuje przestrzenny podział władzy. Starostwo, komenda policji, komenda straży pożarnej, urząd pracy oraz powiatowy inspektorat weterynarii mieszczą się w Strzelcach Krajeńskich, a powiatowa stacja sanitarno-epidemiologiczna, powiatowy inspektorat nadzoru budowlanego oraz powiatowe centrum pomocy rodzinie mają siedziby w Drezdenku. Jak widać, deglomeracja może funkcjonować na różnych szczeblach władzy – zarówno państwowej, jak i samorządowej.

W dodatku, jak pokazuje przykład niemiecki, deglomeracja władzy państwowej oraz regionalnej mogą się uzupełniać. We wspomnianej już Nadrenii Północnej-Westfalii siedzibą władz landu jest Düsseldorf (drugie pod względem liczby mieszkańców miasto w regionie), ale za to w większej Kolonii oraz w sąsiednim Bonn zlokalizowano instytucje szczebla federalnego (poza już wymienionymi m.in. służba celna, federalny urząd ds. rodziny czy federalny urząd obrony cywilnej).

Wpuszczeni w reformę

W Europie wyróżnić można dwa podstawowe modele organizacji przestrzennej państw. Francuski, z Paryżem jako jednym miastem faktycznie dominującym nad całym krajem, oraz niemiecki, z siecią kilku, o ile nie kilkunastu równorzędnych miast.

Wydaje się, że Polska dryfuje w kierunku francuskiego układu przestrzennego, czyli dość sztywnej hierarchii znaczenia miast, opartej na łańcuchu „stolica państwa – stolice regionów – miasta powiatowe”. Zwykle z góry zakłada się, że główna siedziba państwowej instytucji działać ma w Warszawie, a jej delegatury w miastach wojewódzkich. Podobnie na niższym szczeblu – główne instytucje samorządu regionalnego mają siedziby w miastach wojewódzkich. Stanowi to sygnał dla społeczności miejskich oraz aktywniejszych władz, że jedyną szansą na lokalizację urzędów (czyli na dodatkowe miejsca pracy, prestiż, towarzyszące formy działalności gospodarczej) jest status miasta wojewódzkiego. W konsekwencji wciąż tlić się będą pomysły wydzielania kolejnych województw z podziału funkcjonującego od 1999 r.

Reformę podziału administracyjnego kraju określić można przespaną szansą na zrównoważenie aktywności publicznej w przestrzeni Polski.Zmniejszenie liczby województw z 49 do 16, wskutek którego 31 polskich miast utraciło status miasta wojewódzkiego, było odbierane wyłącznie jako „odjazd” władzy (urzędów, wyższych stanowisk, działalności towarzyszących) do większych ośrodków. Miastom pozbawianym statusu stolicy województwa nie zaproponowano właściwie nic w zamian. Tymczasem do ośrodków tracących rangę regionalnej stolicy można było przenieść z Warszawy część urzędów administracji centralnej. Zbyt rzadko korzystano również z „rozlewania stołeczności” tworzonych dużych województw. Poza wspomnianymi Lubuskiem i Kujawsko-Pomorskiem istnieją nieliczne przykłady instytucji szczebla wojewódzkiego zlokalizowanych poza stolicą danego regionu: komenda policji dla woj. mazowieckiego (z wyłączeniem aglomeracji warszawskiej) mieści się nie w Warszawie, lecz w Radomiu, a siedzibę zachodniopomorskiego zarządu dróg zlokalizowano w Koszalinie, a nie w Szczecinie. Te pojedyncze przypadki to jednak zbyt mało, by móc nazwać Polskę krajem zdeglomerowanej administracji publicznej.

Warszawa, czyli Polska?

Problemem Polski jest brak organizacji przestrzennej – jej miejsce zajmuje bezmyślność przestrzenna. Gdy powstają nowe urzędy centralne lub istniejące poddawane są głębokim reformom, zwykle nawet nie rozważa się innej lokalizacji ich siedziby niż Warszawa.

Reformy prokuratury z 2010 r. (uniezależnienie jej od administracji rządowej) nie wykorzystano do zlokalizowania siedziby Prokuratury Generalnej poza stolicą. Również gdy w 2008 r. tworzono jedną z najmłodszych instytucji centralnych – Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska – na jej siedzibę automatycznie wybrano Warszawę. Choć należy wskazać wyjątek od reguły niepodzielnej stołeczności największego polskiego miasta: utworzone w 2011 r. Narodowe Centrum Nauki, koordynujące i finansujące badania naukowe, zostało umiejscowione w Krakowie. Nic jednak nie wskazuje, aby decyzja o lokalizacji NCN poza Warszawą stanowiła element przemyślanego programu deglomeracji administracji publicznej, a co za tym idzie równoważenia pozycji polskich miast i regionów. Tymczasem, wbrew pozorom, lokalizowanie urzędów poza miastami „namaszczonymi” do sprawowania władzy to nie tylko przesuwanie biurek wraz z siedzącymi za nimi urzędnikami, lecz rozprzestrzenianie na różne części kraju bazy gospodarczej, towarzyszącej administracji publicznej, jak centra konferencyjne, obiekty noclegowe, usługi doradcze, poligrafia itp.

Organizacja przestrzenna administracji publicznej uwidacznia się również w układzie i jakości sieci komunikacyjnej. We Francji podstawowa sieć kolejowa składa się z linii szybkiej kolei TGV, zbiegających się w Paryżu, natomiast połączenia między pozostałymi regionami opierają się na rzadko i dość wolno kursujących pociągach. Z kolei w Niemczech sieć kolejowa – dostosowana do układu równorzędnych ośrodków miejskich w różnych częściach kraju – zapewnia atrakcyjną ofertę przewozową w zróżnicowanych relacjach.

Typowa dla Polski koncentracja administracji państwowej w stolicy powoduje „wymywanie” aktywności gospodarczej i społecznej z pozostałych regionów kraju. Ambitni i wykształceni uznają, że tylko w Warszawie można znaleźć pracę odpowiednią do ciężko zdobytych kwalifikacji. Prywatne firmy chcą być bliżej miejsc, w których zapadają decyzje gospodarcze, a media jak najbliżej polityków.

Istnieją przykłady firm, które przeniosły główne siedziby do Warszawy – tak postąpił np. koncern komputerowy Optimus z Nowego Sącza. Siedziby w stolicy ma aż 7 z 10 pierwszych firm na liście największych polskich przedsiębiorstw dziennika „Rzeczpospolita”. Kilka lat temu do Warszawy przeniosły się redakcje tygodników „Wprost” (z Poznania) i „Przekrój” (z Krakowa) – wydawca tego drugiego czasopisma ostatnio podjął jednak decyzję o jego powrocie do Małopolski.

Koniec „warszawki”

Do polityki deglomeracji paradoksalnie dość łatwo można przekonać warszawiaków. Wydaje się bowiem, że są oni świadomi przede wszystkim uciążliwości (czy raczej uciążliwostek) wynikających ze stołeczności, aniżeli kolosalnych korzyści ze skupiania się w Warszawie życia politycznego i gospodarczego.

Za każdym razem, gdy w Warszawie odbywa się większa manifestacja, w mediach nie może zabraknąć głosu stojących w korkach mieszkańców, żądających wprowadzenia zakazu organizacji demonstracji w stolicy. Jednocześnie coraz głośniejsze stają się w Warszawie inicjatywy na rzecz likwidacji lub znaczącego ograniczenia tzw. janosikowego, czyli mechanizmu budżetowego dążącego do wyrównywania sytuacji ekonomicznej bogatych i biednych samorządów. Jego przeciwnicy uważają, że w Warszawie również są biedniejsze dzielnice i w związku z tym nie ma podstaw, aby stolica oddawała część dochodów do innych części kraju. Całkowicie zapomina się przy tym o ogólnopolskich koncernach mających w niej swoje siedziby, co oznacza, że odprowadzają one podatki do warszawskich urzędów skarbowych i udział w dochodach podatkowych jest kierowany do samorządu Warszawy. Zapomina się również o tym, że obecność praktycznie wszystkich urzędów centralnych znacząco pobudza stołeczną gospodarkę.

Wreszcie, wdrożenie polityki deglomeracji władzy publicznej oznaczałoby koniec „warszawki”, czyli zjawiska skupienia w jednym ośrodku klasy politycznej i elity urzędniczej, wpływających na sytuację w całym kraju mimo funkcjonowania w co najmniej lekkim oderwaniu od realiów życia poza największym miastem.

Na peryferiach Europy

Na peryferiach Europy

Unia Europejska składa się obecnie z 27 państw. Ponad dziesięć z nich to kraje dawnego bloku wschodniego, a wraz ze zbliżającą się akcesją byłych republik jugosłowiańskich liczba ta wzrośnie. Środek ciężkości Europy przesuwa się. Proces rozszerzenia Unii Europejskiej nie tylko napędza zmiany w nowych krajach, ale prowadzi też do zmiany charakteru całej Europy.

W latach 90. zwykło się nazywać te państwa mianem „krajów transformacji ustrojowej”. Określenie to sugeruje optymistyczną perspektywę, liniowy postęp, porzucenie nieudanej komunistycznej przeszłości na rzecz przyszłości na wzór zachodnioeuropejski. Z kryzysu finansowego i recesji ostatnich lat można wysnuć wniosek, że optymizm ten jest nieuzasadniony. Jeżeli państwa Europy Środkowo-Wschodniej rzeczywiście przechodzą transformację, proces ten przypomina rozpędzony wóz, którym miotają zewnętrzne siły polityczne i ekonomiczne. Biorąc pod uwagę ciągłe wstrząsy i przemiany gospodarcze, przetaczające się przez całą Europę – nie jest pewne, w którym kierunku on podąży.

Wynikiem przemian jest powstanie obszaru niskich płac – gospodarki peryferyjnej na obrzeżach wysokorozwiniętego europejskiego centrum. Ma to szersze polityczne i społeczne konsekwencje dla całej Unii Europejskiej – zmienia się znaczenie słowa „europejski”.

Teoria ekonomiczna a rzeczywistość

Charakter gospodarek dawnego systemu komunistycznego jest często nierozumiany. Podmioty gospodarcze w systemie centralnego planowania nigdy nie były – wbrew pozorom – całkowicie obojętne na zmiany zachodzące na globalnych rynkach. Trzeba jednak przyznać, że nie były w stanie na nie reagować w odpowiedni sposób – np. przez wzrost wydajności pracy lub rozwój innowacyjności. Jak twierdził Mark Pittaway, po kryzysie naftowym w połowie lat 70. na gospodarki krajów Europy Środkowej i Wschodniej zaczęto wywierać presję. Spadek aktywności gospodarczej, który na Zachodzie doprowadził do wzrostu bezrobocia, na Wschodzie przejawiał się zaciąganiem pożyczek w zachodnich instytucjach, takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, lub zgodą na stopniowe obniżanie standardów życia. Mimo tego w 1989 r. wiele krajów peryferyjnych eksportowało do państw Zachodu swoje produkty, głównie lekarstwa, wyroby chemiczne, węgiel, tekstylia oraz żywność. Cały region zmagał się wtedy z problemami, takimi jak nadprodukcja, ukryte bezrobocie oraz brak inwestycji w edukację i badania naukowe.

Za sprawą swoistej symbiozy z sektorem publicznym, prywatne małe i średnie przedsiębiorstwa w krajach Europy Środkowej i Wschodniej nie musiały przejmować się konkurencją ze strony zagranicznych firm. Koszty, które ponosiły – podatki i składki na ubezpieczenie społeczne – były niewspółmierne. Ponadto przedsiębiorstwa te do pewnego stopnia wykorzystywały słabe strony sektora publicznego. Gdy w wyniku przemian gospodarczych zniknęły ułatwienia, sytuacja tych firm stała się bardzo trudna. Taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. To, co nastąpiło później, spotęgowało tylko trudności, z którymi przedsiębiorstwa musiały się mierzyć. W efekcie wiele z nich zbankrutowało lub zostało zamkniętych.
Zamiast wdrażać rozwiązania dostosowane do rzeczywistej sytuacji gospodarczej, politycy w nowo wyzwolonych krajach woleli kierować się ideologią. Wiele problemów, których doświadczyły „państwa akcesyjne” – i w konsekwencji cała Europa – wynikało z zasadniczo ideologicznego charakteru rozwiązań zaproponowanych Europie Wschodniej przez Zachód. Rozwiązań, którym przyklasnęły rządy dawnego bloku wschodniego. Nowe czasy stały pod znakiem prywatyzacji i szerokiego poparcia dla liberalizacji. Dla zagranicznych firm pojawiły się duże możliwości inwestycyjne. Skupiono się na prywatyzacji. Następstwami takich „hurtowych” zmian mało kto zaprzątał sobie głowę.

Popularna stała się doktryna „terapii szokowej”. Miała ona doprowadzić do daleko idących zmian instytucjonalnych w ekonomii politycznej państw Europy Środkowo-Wschodniej, co jednocześnie otworzyło te kraje na wpływy Zachodu. Doktryna opracowana przez Jeffreya Sachsa miała przestawić gospodarki regionu na kapitalistyczny sposób działania – wraz z jego restrykcyjną polityką monetarną i fiskalną. Do repertuaru doktryny szoku należała nagła likwidacja dotacji, wyprzedaż majątku państwowego oraz bezzwłoczna rezygnacja z kontroli i dopłat do płac i cen. W następstwie doszło do niemal natychmiastowego rozbicia istniejącej w regionie struktury handlu – kraje transformacji zostały same ze swoimi ograniczonymi zasobami.

Szok miał nastąpić przed ukształtowaniem rynków finansowych. W obliczu braku kapitału inwestycyjnego, restrukturyzacja dotknęła rynek pracy – aby być „konkurencyjnym”, należało zmniejszyć jednostkowy koszt pracy. Będące tego skutkiem fale bezrobocia z początku lat 90. przyćmiły doświadczenia Wielkiej Brytanii z czasów recesji lat 80. – na niektórych obszarach bezrobocie sięgnęło 80%. Rozbijając więzi ekonomiczne i wywołując potężną recesję w krajach regionu, terapia szokowa doprowadziła do załamania gospodarczego w tej części Europy.

Charakterystyczne dla okresu komunistycznego niedoinwestowanie sektora badawczo-rozwojowego zostało podtrzymane przez restrykcyjną politykę kredytową Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR). Instytucje te podjęły świadomą decyzję, by pożyczać jedynie prywatnym firmom i wspierać działania prywatyzacyjne.

Wraz ze zdziesiątkowaniem lokalnego przemysłu, wzrosła rola sektora finansowego i zadłużenia. Nowa kapitalistyczna gospodarka potrzebowała bowiem sektora usług finansowych, który mógłby obsłużyć rosnące tendencje do spekulacji i obrotu aktywami. Działalność instytucji zachodnich miała różnorakie konsekwencje. Doszło przede wszystkim do uzależnienia państw Europy Środkowo-Wschodniej od bezpośrednich inwestycji zagranicznych, a także od wsparcia ze strony Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz specjalnie utworzonego Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

Ogólna finansyzacja regionu doprowadziła do ogromnego wzrostu długu, zarówno osobistego, jak i w sektorze instytucjonalnym. Zachodnie banki z kilku mniejszych państw, głównie Austrii i Szwecji, dążyły do pomnożenia zysków poprzez zwiększenie udziału w rynkach krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w agresywny sposób udzielając kredytów gospodarstwom domowym. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom państw regionu, zainteresowanych pożyczkami na hurtowych rynkach pieniężnych, a także wykorzystując finansową deregulację i słabą ochronę konsumencką w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, banki udzielały pożyczek w euro, frankach szwajcarskich i japońskich jenach. Pozwoliło im to oferować klientom niższe stopy procentowe niż obowiązujące w przypadku kredytów w walutach krajowych. Pożyczki prowadziły do ogromnego wzrostu zadłużenia gospodarstw domowych – zwłaszcza na Węgrzech, w Rumunii, Bułgarii i krajach bałtyckich.

Jedną z zamierzonych konsekwencji „terapii szokowej” była presja, żeby Unia Europejska otworzyła zachodnie rynki na Europę Środkowo-Wschodnią. Przyjęcie przez kraje peryferyjne modelu nastawionej na eksport gospodarki z niskimi płacami było uzależnione od dostępu do rynków UE. W okresie przedakcesyjnym podpisano wiele umów handlowych, które miały ułatwić zmiany w tym kierunku. Pierwszą zawarto w 1992 r. między Unią Europejską a krajami Grupy Wyszehradzkiej (Słowacją, Czechami, Polską i Węgrami). Mimo to w I połowie 1993 r. łączna wartość eksportu wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej w porównaniu z pierwszą połową 1992 r. spadła o 13% (według kursu dolara). Dane te pokazują, że w kluczowym okresie poprzedzającym przystąpienie krajów transformacji do UE zawarte umowy nie działały na ich korzyść.

Państwa te rzecz jasna różnią się między sobą. Odmienne były też rozwiązania, które wdrażały. Słowenia, Czechy i Polska realizowały bardziej ostrożną, protekcjonistyczną politykę mikroekonomiczną, która obejmowała w latach 90. odsunięcie w czasie restrukturyzacji przedsiębiorstw państwowych. Pozwoliło to zachować bardziej dynamiczny rodzimy sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Polsce udało się ponadto dokonać w 1991 r. restrukturyzacji zadłużenia, dzięki czemu państwo było w stanie działać bardziej autonomicznie i skuteczniej reagować na zmieniające się warunki. Inaczej było w przypadku Węgier, które restrykcyjną polityką monetarną i wczesnym wdrożeniem surowego prawa upadłościowego doprowadziły do zdziesiątkowania krajowego sektora niewielkich i średnich firm.

Pomijając te różnice, wszędzie wykształcił się wymuszony powszechną prywatyzacją system negatywnych i pozytywnych bodźców. W ostatecznym rozrachunku doprowadziło to do przejęcia bardziej wartościowych aktywów przez firmy zagraniczne. W 1989 r. Unia Europejska stworzyła fundusz PHARE (ang. Poland and Hungary: Action for the Restructuring of the Economy), który miał pomóc przyciągnąć kapitał do Polski i Węgier, by mogła rozpocząć się ich „modernizacja”. Z czasem program ten objął wszystkie państwa akcesyjne. PHARE był przede wszystkim programem wspierającym bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Oprócz tego umożliwił utworzenie agencji prywatyzacyjnych, funkcjonujących w Europie Wschodniej jako organy rządowe. Ponieważ brakowało ścisłych reguł dysponowania pieniędzmi z PHARE, trudno było śledzić ich wydatkowanie. Mimo tego można zaobserwować pewne tendencje. Zmarły niedawno Peter Gowan twierdził, że pieniądze z PHARE przeznaczono na sfinansowanie setek badań przemysłu w całym regionie. Prowadzące je zachodnie firmy konsultingowe dostarczały pozyskane dane na Zachód: zbierano je specjalnie na potrzeby tamtejszych przedsiębiorstw, mogły więc być wykorzystywane do nieuczciwej konkurencji.

Informacje pozyskane z pomocą PHARE pozwoliły takim firmom jak General Electric szybko rozpoznać dziedziny wymagające „racjonalizacji”. Przykładowo, po zakupie węgierskiego Tungsramu, General Electric błyskawicznie zamknął dochodowe linie produkcyjne, eliminując w ten sposób źródło konkurencji na rynku krajowym. Podobna sytuacja miała miejsce, gdy węgierski przemysł cementowy został wykupiony przez zagranicznych przedsiębiorców. Wymogli oni, by ich węgierskie spółki zaprzestały eksportu. Jeden z austriackich producentów stali kupił ważną na Węgrzech hutę po to, by ją zamknąć i przejąć krajowy rynek. To tylko kilka przykładów tego, jak Europa Środkowa stawała się „gospodarką peryferyjną”.

Po zaledwie kilku latach „terapii szokowej” duża część istotnej infrastruktury gospodarczej krajów peryferyjnych wpadła w ręce koncernów międzynarodowych – począwszy od sieci sklepów, aż po elektrownie i huty.

Wraz z przystąpieniem dziesięciu państw do Unii Europejskiej w 2004 r., PHARE zostało zastąpione przez fundusze strukturalne. Po raz pierwszy pieniądze zaczęto przeznaczać na cele społeczne. W pomocy udzielanej przez UE w dalszym ciągu widoczne było neoliberalne skrzywienie i faworyzowanie partnerstwa publiczno-prywatnego. Unia Europejska ma skłonność do wprowadzania liberalizacji wszędzie tam, gdzie inwestuje pieniądze. Unijne projekty infrastrukturalne zdominowane są przez skomplikowaną strukturę podwykonawców. W tej nieprzejrzystej i skorumpowanej rzeczywistości firmy polują na oferty przetargowe. Na samym dole struktury znajdują się zaś pracownicy zatrudnieni na umowy „śmieciowe”. Skłonność Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju do udzielania pożyczek w dalszym ciągu uzależniona jest od tego, czy zainteresowane państwo zgłasza gotowość prywatyzacji usług publicznych.

Do szerszych skutków transformacji należą liczne korzyści dla korporacji, a także wykształcenie się w krajach Europy Środkowo-Wschodniej elity bogatej i często skorumpowanej, a nawet powiązanej ze światem kryminalnym. Niemieckie i austriackie koncerny okazały się szczególnie biegłe w celnym lokowaniu inwestycji i przechwytywaniu funduszy unijnych – w ten sposób dążyły do redukcji kosztów oraz zwiększania zdolności produkcyjnej, a także radziły sobie z niedoborem siły roboczej. W efekcie w Austrii i Niemczech upowszechnił się model „dynamicznego porównywania”. Przy jego pomocy zarządy przedsiębiorstw są w stanie rozpoznać obszary niskich płac i małego uzwiązkowienia w krajach transformacji. Ostatecznie wszystko to posłużyło za uzasadnienie neoliberalnych reform także w krajach Europy Zachodniej.

Społeczne konsekwencje

Opisane rozwiązania gospodarcze nieuchronnie prowadziły do długotrwałego bezrobocia strukturalnego. W kontrowersyjnym badaniu opublikowanym na łamach „The Lancet” w 2009 r. starano się obliczyć koszty ludzkie terapii szokowej. Opisano w nim zmniejszoną oczekiwaną długość życia, wzrost poziomu zachorowań i lęku oraz „społeczne tsunami”. Większe obciążenie systemu opieki zdrowotnej i pomocy społecznej to kolejny problem państw zadłużonych.

Nagła zmiana systemowa najbardziej dotknęła robotników fabrycznych – niewykwalifikowanych oraz nie mogących się przekwalifikować. Przy braku rządowego programu stymulującego tworzenie nowych miejsc pracy, z dnia na dzień powstała podklasa, która zasiliła nową armię bezrobotnych.

Niektóre postępowe elementy polityki społecznej przetrwały zarówno transformację, jak i późniejszą recesję. W większości państw regionu dzieciom powyżej szóstego miesiąca życia w dalszym ciągu – przynajmniej w teorii – przysługuje darmowa opieka. W większości krajów płaca minimalna ustalona została na przyzwoitym poziomie. Wysokość emerytury zazwyczaj wystarcza emerytom na utrzymanie. Dotyczy to również opieki społecznej, którą objęte są osoby niezaradne. Rozpowszechniono też bezpłatne badania profilaktyczne. Cieszący się dużą popularnością model zabezpieczeń społecznych „od kołyski aż po grób” – pozostałość okresu komunistycznego – często stoi w sprzeczności z nowym porządkiem gospodarczym.

W tych trudnych warunkach ekonomicznych zasadniczym elementem determinującym status społeczny i zarobki stało się umiejscowienie jednostki w ramach sieci społecznej. Dzieci z rodzin o niskim statusie muszą pracować szczególnie ciężko (jeśli za punkt odniesienia wziąć sytuację w Europie Zachodniej), by osiągnąć sukces. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej nawet ukończenie studiów z wysokim wynikiem nie gwarantuje dobrze płatnej pracy. Państwa peryferyjne w dużej mierze nie są w stanie zapewnić naukowcom odpowiedniego zaplecza badawczego oraz solidnych wynagrodzeń, pozwalających konkurować z krajami rozwiniętymi. Prowadzi to do przerwania związku między zasługą a nagrodą, co może mieć destrukcyjny wpływ na przyszłość tych państw. Gdy brak odpowiedniej nagrody za osiągnięcia naukowe, od wykształcenia wyższą wartość mają wciąż znajomości.

Mimo istotnej roli, jaką związki zawodowe odegrały w ruchach demokratycznych lat 80., ich władza i wpływ na rzeczywistość znacząco zmalały. Związkowcy na własnej skórze doświadczyli zwolnień i likwidacji zakładów przemysłowych. Podczas gdy wśród części wykwalifikowanych robotników wciąż istnieje chęć do walki o swoje prawa, to jednak nowe pokolenie pracowników nie ma pojęcia o działalności związkowej i postrzega nierówności w płacach oraz niepewność zatrudnienia jako coś naturalnego. Zawarta w książce Richarda Sennetta „Korozja charakteru” analiza wpływu upowszechnienia się tzw. umów śmieciowych na stosunki społeczne, jest szczególnie trafna w odniesieniu do krajów peryferyjnych.

Nie wszyscy oczywiście na zmianach stracili. Terapia szokowa miała swoich entuzjastów – ludzi oczarowanych ekonomią neoklasyczną oraz koncepcjami Hayeka – również w krajach Europy Środkowej. Czasem było to szczere intelektualne zainteresowanie – zwolennicy neoliberalnych ekonomistów z Zachodu wykładali na uczelniach Warszawy, Pragi, Bukaresztu i Budapesztu. Częściej jednak wśród neofitów neoliberalizmu można było znaleźć cynicznych ekskomunistów – poszukiwaczy nowego kapitalistycznego ładu. Angażując się w działalność zachodnich instytucji, takich jak NATO czy UE, niektórzy z niedawno nawróconych kapitalistów mieli nadzieję, że uda im się ugruntować swą pozycję głównych rozgrywających na politycznej scenie – nowej elity reformatorów na zachodnią modłę.

Konsekwencje polityczne

Debata na temat ograniczenia funkcji państwa stała się z czasem samospełniającą się przepowiednią. Wraz ze wzrostem uzależnienia gospodarek od napływu kapitału zagranicznego, państwa stopniowo rezygnowały z regulacji tej strefy. Zachód wywierał wpływ na politykę Europy Środkowo-Wschodniej, dążąc do osłabienia partii politycznych opowiadających się za pewnym stopniem interwencjonizmu. Wielu zachodnich obserwatorów w połowie lat 90. było zaniepokojonych powtarzającymi się sukcesami wyborczymi partii postkomunistycznych. Michael Ignatieff zaproponował w 1995 r. „strategię społeczeństwa obywatelskiego” dla regionu, która miała jego zdaniem składać się z kierowanych przez państwa zachodnie programów pomocowych, wspierających finansowo w krajach postkomunistycznych środki masowego przekazu, partie opozycyjne, sądy, wymiar sprawiedliwości i policję. Twierdził, że wdrażanie strategii powinno zacząć się od znalezienia partnerów w społeczeństwie.

Zachodnie rządy, często ręka w rękę z międzynarodowymi firmami, wprowadzały swoje pomysły w sposób instrumentalny i zazwyczaj bardzo podstępny. System finansowania kampanii wyborczych w większości krajów peryferyjnych stał się nieprzejrzysty. Zaczęły pojawiać się zarzuty mieszania się podmiotów transnarodowych w wewnętrzne sprawy państw. Były to idealne warunki dla zwolenników teorii spiskowych. Niezdarnymi ingerencjami i wpompowywaniem pieniędzy w fasadowe „liberalne” organizacje, zachodnie instytucje przyczyniły się do wypaczenia polityki i dalszego podporządkowania jej interesom ekonomicznym.

Od momentu zastosowania terapii szokowej wyborcy często masowo opowiadali się po stronie partii lewicowych. Mieli nadzieję, że zniwelują one najbardziej negatywne społeczne i gospodarcze skutki kapitalistycznej transformacji. Chcąc wprowadzić własne państwa do UE, partie te były jednak gorącymi zwolennikami prywatyzacji i głównych założeń neoliberalnej ekonomii. Ideologiczny chaos, który temu towarzyszył, przyczynił się do powstania w całym regionie ruchów populistycznych i prawicowych, chcących wykorzystać niezadowolenie społeczne. Odrodziły się siły polityczne takie jak antysemicki „chrześcijański socjalizm” i patriotyczny „narodowy liberalizm”, które rozwijały się w czasach monarchii austro-węgierskiej.
W sytuacji, gdy polityka w dużej mierze pozostaje w cieniu ekonomii i coraz bardziej uwikłana jest w geopolityczne interesy paranoicznych i nadaktywnych Stanów Zjednoczonych, strzegących „globalnego bezpieczeństwa narodowego”, legitymacja posttransformacyjnej elity zaczęła zależeć od nadrobienia dystansu do Zachodu. Po kryzysie finansowym tę ambitną strategię czeka najtrudniejsza próba, a jej rezultat może mieć katastrofalne skutki polityczne.
Jak twierdzi Gabor Scheiring, członek ugrupowania Polityka Może Być Inna (powstałej niedawno węgierskiej partii „zielonych”), ktoś, kto lokuje w danym kraju kapitał, staje się ważny dla jego życia społecznego i politycznego – to właśnie umacnia hegemonię kulturową wartości i sposobu myślenia elity gospodarczej i społecznej. Partie lewicy odnotowały spadek legitymizacji, a liberalna lewica nie jest w stanie sformułować własnej krytyki procesu globalizacji i problemów związanych z nowym systemem politycznym. Rozczarowanie często idzie więc w parze ze skrajnie prawicowym postulatem powrotu do tradycyjnej kultury.

Odrodzenie nacjonalizmu w wersji mitycznej wynika z pragnienia „ucieczki od nowoczesności” – zrozumiałej reakcji na zachodnią hegemonię kulturową. Liberałowie z byłego bloku wschodniego, którzy spodziewali się nowego złotego wieku w literaturze, muzyce i sztuce, przeżyli rozczarowanie. Kultura masowa peryferii została sprowadzona do najniższego wspólnego mianownika i bazuje na tanich „produktach” importowanych z USA. Gabor Scheiring zauważa, że liberalizm stał się słowem obraźliwym: To globalne zjawisko – przegrani z państw transformacji gospodarczej stają się izolacjonistami. Potrzebna jest nowa forma krytyki, łącząca prawa człowieka ze sprawiedliwością społeczną.

Nowa geografia społeczna

Po dwudziestu latach „terapii” w krajach transformacji kształtuje się krajobraz społeczny, odzwierciedlający charakter ich gospodarek. W typowej stolicy państwa peryferyjnego dominuje handel detaliczny, sektor usług i turystyki. Michael Lake, ambasador UE na Węgrzech w okresie poprzedzającym akcesję, wielokrotnie nazwał Budapeszt „miastem butików”. Drugie oblicze stolicy Węgier – część przemysłowa, w której żyją prawie dwa miliony ludzi, w tym wielu robotników mieszkających w blokach – nie jest warte uwagi.

Infrastruktura miasta peryferyjnego to mieszanka obiektów zabytkowych, budynków popadających w ruinę, nad którymi nikt nie panuje, oraz podejrzanych spekulacyjnych projektów rewitalizacyjnych. Nowoczesna architektura miejska, której przykładem są nijakie biurowce, może być równie brutalistyczna jak betonowe budowle z czasów stalinizmu. Brak kontroli i planowania tyczy się przedsięwzięć architektonicznych w biznesie, handlu oraz mieszkalnictwie. Słabe, dysponujące małymi funduszami lokalne władze często nie są w stanie należycie zadbać o zabytki lub po prostu kierują się interesami biznesowymi. Przytłaczająco zbiurokratyzowany system planowania okazuje się łatwy do obejścia dla podmiotów komercyjnych, używających argumentu pieniądza.

Państwa Europy Środkowo-Wschodniej były dawniej znane z rozbudowanej publicznej infrastruktury transportowej, w tej chwili duża jej część jest jednak w stanie ruiny. Prywatny samochód staje się coraz bardziej pożądanym środkiem komunikacji. Wraz ze wzrostem liczby aut, na wielu obszarach zanieczyszczenie powietrza przekroczyło poziom z czasów komunistycznych. Jak poinformowała organizacja „Bankwatch”, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju w dalszym ciągu wspiera w Europie Wschodniej szereg przedsięwzięć, które będą miały negatywny wpływ na środowisko, np. budowę spalarni śmieci czy autostrad.

Miejscowości, które leżą blisko granicy z państwem tzw. centrum (przykładowo te w zachodniej Słowacji, Polsce i na Węgrzech), czerpią korzyści z ruchu transgranicznego. W innych miejscach zaobserwować można exodus młodych ludzi, którzy przenoszą się do stolicy lub szukają pracy za granicą. Typowy obszar miejski jest zazwyczaj wyraźnie odgraniczony. Nieliczna klasa wyższa najczęściej zamieszkuje grodzone osiedla. Niestabilną klasę średnią można przeważnie znaleźć na obszarach podmiejskich i w niektórych mieszkaniach w centrum. Ludzie z klasy robotniczej i niższej średniej to najczęściej mieszkańcy bloków. Biedni mieszkają na wsi lub w prowizorycznych chatach pojawiających się na obrzeżach miast.

Infrastrukturę przemysłową obszarów peryferyjnych można podzielić na cztery grupy. Pierwsza to mnóstwo opuszczonych miejsc – zakłady, które w latach 90. zbankrutowały lub zostały porzucone. Druga to zmodernizowane obiekty, najczęściej będące własnością przedsiębiorstw zagranicznych. Trzecia to zakłady działające na zasadzie franczyzy, gdzie lokalny przedsiębiorca nawiązał kontakt z zagranicznym właścicielem lub przedstawicielem. Czwarta to nowe obiekty zbudowane przez międzynarodowe korporacje. Jako bezpośrednie inwestycje zagraniczne są one często dotowane przez rząd. Korporacje wykorzystują niższe koszty pracy i pieniądze z dopłat, by przenieść zakłady z Europy Zachodniej na wschód.

Opisany powyżej krajobraz krajów peryferyjnych stwarza potencjalnie korzystne warunki do pojawienia się nowych sił politycznych. Widoczna gołym okiem degradacja środowisk miejskich i wiejskich może doprowadzić do powstania potężnych ruchów opozycyjnych. Walka o przestrzeń miejską, podczas której subkultury dążą do humanizacji miast, sprzeciwiając się tendencjom do spekulacji na rynku nieruchomości, stanowi również doskonałą okazję do organizowania się. Te ruchy to szansa, aby alternatywne lewicowe idee wynieść z sali wykładowej i wykorzystać w codziennym życiu.

Wnioski

Pomimo różnic między krajami regionu, podobne rozwiązania polityczne z lat 90. doprowadziły do stanu, który charakteryzuje się podobnymi rozwiązaniami strukturalnymi i porównywalnymi problemami. Polityka narzucana przez MFW, UE i wiele innych organizacji międzynarodowych, prowadzi do utrzymania sytuacji, w której zadłużone państwa są od tych instytucji uzależnione. Będzie to skutkowało postępującym osłabieniem więzi społecznych i wzrostem dysproporcji w rozwoju regionów Unii Europejskiej. Zdolność państwa do utrzymania podstawowego poziomu usług i opieki społecznej znajdzie się w stanie zagrożenia. Zjawisko starzenia się społeczeństwa prowadzi do dalszego zaostrzenia sytuacji, nawet w bardziej stabilnych państwach regionu.

Problemom tym można zaradzić na kilka sposobów. Są to: bardziej intensywna współpraca między państwami Europy Środkowo-Wschodniej; samodzielne określenie ram własnego rozwoju, przy jednoczesnym zachowaniu dostępu do kluczowych zewnętrznych źródeł finansowania; luźniejsza polityka fiskalna, a w razie konieczności – dewaluacja; usprawnienie sektora państwowego zamiast jego stopniowej likwidacji lub prywatyzacji.

Trudno powiedzieć, czy i kiedy oblicze Europy Środkowo-Wschodniej ulegnie zmianie. Może należy raczej zadać pytanie, jak długo jeszcze sytuacja na Zachodzie będzie pomyślna. Wraz ze zmianą oblicza UE, wynikającą z dalszego jej rozszerzenia na wschód, może ukształtować się gospodarka europejska, która, choć zjednoczona pod względem instytucjonalnym, będzie podzielona pod względem społecznym. Jeśli tak się stanie, powstanie ultrakapitalistyczny twór – ułomny pod względem społecznym i politycznym.

Carl Rowlands

tłum. Mateusz Batelt

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w angielskim lewicowym periodyku „Soundings. A Journal of Politics and Culture” nr 46, 2010. Pominięto przypisy o charakterze bibliograficznym, odsyłające do literatury anglojęzycznej, oraz poczyniono niewielkie skróty.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Kraje wielu stolic

OFE – system społecznego bankructwa

Krytyka systemu emerytalnego wprowadzonego przez rząd Jerzego Buzka odbywa się w dwóch głównych układach odniesienia, które stanowią z jednej strony finanse publiczne, z drugiej zaś bezpieczeństwo socjalne emerytów i stabilność systemu. Które kategorie zarzutów wobec systemu kapitałowego są Pani zdaniem najpoważniejsze i najbardziej uzasadnione?

Prof. Leokadia Oręziak: Myślę, że jedna i druga. W pierwszej kolejności należy powiedzieć, że jest to system, na który nas jako kraju nie stać, ponieważ przyczynia się do ogromnego długu. Jeśli spojrzymy na doświadczenia państw, które bankrutują, tym bardziej staje się oczywiste, że nie możemy sobie pozwolić na coś takiego. Trzeba podkreślić, że nie posiadamy nadwyżki oszczędności i nie mamy z czego odkładać na emerytury, wobec czego, aby utrzymać otwarte fundusze emerytalne (OFE), stanowiące przymusowy filar kapitałowy systemu emerytalnego, rząd musi zaciągać pożyczki. Składki potrącane z naszych comiesięcznych wynagrodzeń powinny iść na emerytury obecnych emerytów, a ponieważ nie idą, gdyż w części kierowane są do OFE, musimy pożyczać, aby tym emerytom zapewnić świadczenia. Przecież nie chcemy zostawić ich bez środków do życia. Jak długo mamy deficyt budżetowy i dług publiczny, tak długo nie mamy nadwyżek. Gdybyśmy je mieli, wówczas moglibyśmy się zastanawiać, co z nimi zrobić. Moglibyśmy obniżyć podatki, budować autostrady czy szkoły, albo kupować papiery wartościowe i odkładać na emerytury. Ale nie mamy tych nadwyżek. Wskutek istnienia OFE powstał już ogromny dług. Niedługo będzie to aż 300 mld złotych – pamiętajmy, że cały polski dług to około 800 mld zł. Żeby ten „luksus” w postaci OFE utrzymywać, Polska musiała dotychczas – i nadal musi – pożyczać na krajowym i zagranicznym rynku finansowym ogromne kwoty. To prowadzi kraj do bankructwa.

Jeśli nie finansować tego z długu, to jak? Można poprzez podniesienie podatków – wszystkich obciążyć, żeby powstała jakaś pula oszczędności na kupowanie papierów na ten cel. Jednak nie warto tego robić. Nie tylko dlatego, że to obniża konkurencyjność polskiej gospodarki, ale także ponieważ wiąże się z ogromnymi wyrzeczeniami społecznymi. I nie jest to dobry sposób zagospodarowania ewentualnych wyższych podatków. Mamy przecież tyle innych ważnych zadań – bezpieczeństwo, edukacja, infrastruktura…

Innym źródłem może być wyprzedawanie majątku państwowego. To się dzieje od wielu lat. Sprywatyzowano już niemal wszystkie państwowe firmy, także z zakresu infrastruktury transportowej i energetycznej, istotne dla bezpieczeństwa państwa i obywateli. Presja wynikająca z istnienia dużego deficytu budżetowego, będącego skutkiem m.in. istnienia OFE, powoduje, że resztki majątku publicznego wyprzedajemy pospiesznie, często za wszelką cenę. To jest tak, jak z gospodarstwem domowym – gdyby pan nagle zdecydował się oszczędzać na emeryturę, musiałby pan skądś wziąć pieniądze, by kupić akcje i obligacje. Jeśli pan ich nie ma, to idzie do banku i pożycza. Tak postępuje nasz kraj od ponad 10 lat – pożycza, żeby finansować OFE. A jeśli nie chciałby pan pożyczać, musiałby pan się zastanowić, co sprzedać. To także robimy, na siłę prywatyzując zakłady czy sektory niezbędne dla bezpieczeństwa kraju. Albo będzie pan odejmował sobie od ust, i aby odłożyć na okres starości zmniejszy teraz wydatki na jedzenie lub kształcenie dzieci. W skali państwa odpowiednikiem tego jest cięcie wydatków budżetowych na cele społeczne, a także podnoszenie podatków.

To są trzy rodzaje poświęceń, które pokazałam na przykładzie gospodarstwa domowego, by odkładać środki na emeryturę. Można się czasem poświęcać dla ważnego celu, ale akurat ten, polegający na gromadzeniu papierów w ramach OFE, nie jest wart ani odejmowania sobie od ust, ani wyprzedawania sprzętów, ani zadłużania się. Papiery wartościowe nie są dobrym sposobem zbierania przez dziesięciolecia środków na emeryturę. Ich wartość rujnuje inflacja, kryzysy finansowe, koszty oraz malwersacje instytucji finansowych. Ponadto, jeśli kupujemy papiery za pożyczone pieniądze, to będziemy musieli spłacać nie tylko kredyt, ale także odsetki od niego. W rezultacie mamy z jednej strony zebrane papiery, ale z drugiej ogromny dług do spłacenia.

Pierwszy aspekt problemu o nazwie OFE jest więc taki, że nie mamy pieniędzy na rozwiązanie tego typu. Prowadzi to Polskę do sytuacji, w jakiej znalazła się Grecja i inne zadłużone kraje strefy euro. Możemy jednak spojrzeć na Węgry, gdzie zdecydowano się wprowadzić dobrowolność przynależności do OFE. Na początku 2011 r. każdy uczestnik OFE musiał sam zdecydować, czy zapisać się ponownie do funduszy – i z 3,1 mln uprawnionych zapisało się tylko 100 tys. Środki tych, którzy się nie zapisali, wróciły do systemu finansów publicznych i znacznie zmniejszyły dług publiczny państwa. Dało to Węgrom szansę na zmniejszenie podatków i zwiększenie wydatków na cele prorozwojowe. Premier Węgier w obronie interesów państwa i obywateli umiał przeciwstawić się zagranicznym korporacjom (w dużej części tym samym, co w Polsce) ciągnącym zyski z OFE.

Drugi aspekt problemu dotyczy sytuacji emerytów. Zajmuję się rynkiem finansowym od dawna i nie uważam, żeby korzystne było przymusowe lokowanie na emeryturę środków w papiery wartościowe. W ramach sytemu emerytalnego wprowadzonego w 1999 r., łączna emerytura z pierwszego (ZUS) i drugiego filara (OFE) będzie bardzo niska. Cudem będzie, jeśli osiągnie ona 1/3 ostatniego wynagrodzenia przyszłego emeryta. Z powodu OFE, część z tej przyszłej, niewielkiej przecież emerytury jest dodatkowo narażona na wielkie ryzyko związane z rynkiem finansowym. Gdy ktoś ma tak skromne środki, jakie rysują się w ramach przyszłych emerytur, to nie powinien grać na giełdzie, bo gdy przegra, nie będzie miał nawet na mleko i chleb. Tymczasem państwo polskie utrzymuje system, w którym tymi pieniędzmi gra się na giełdzie, a całe ryzyko spada na przyszłego emeryta. To nie jest sposób, by skutecznie zwiększyć środki na sfinansowanie godziwych emerytur. Jest to natomiast sposób, by przez kilkadziesiąt lat utrzymywać z pieniędzy emerytów wielkie instytucje finansowe. Są to niemal w całości zagraniczne towarzystwa ubezpieczeniowe i banki, będące akcjonariuszami działających obecnie w Polsce 14 Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (PTE).

Nie mniej istotny niż antyspołeczne skutki związane z OFE jest sam mechanizm wprowadzenia tego systemu. Pisała Pani, m.in. na podstawie książki prof. Mitchella A. Orensteina, nie tylko o tym, z czego wiele osób zdaje sobie sprawę, czyli o braku autentycznej i rzetelnej debaty przed wprowadzeniem systemu kapitałowego (zastąpiły ją kampanie reklamowe), ale także o znacznie mniej jawnych aspektach tego procesu. Mam na myśli nasilony lobbing i ogromne kwoty, które ponadnarodowe koncerny ubezpieczeniowe i banki przeznaczyły na promowanie rozwiązań korzystnych dla siebie.

L.O.: Książka prof. Orensteina to bardzo poważna publikacja człowieka, który współpracował z Bankiem Światowym, miał dostęp do wielu dokumentów oraz przeprowadził systemowe badania. Doświadczenia związane z funkcjonowaniem II filara kapitałowego najpierw zaczęto gromadzić w Chile. Pobieranie przymusowo co miesiąc składek emerytalnych od milionów ludzi to dla banków i innych instytucji finansowych wspaniały interes. Okazało się, że we wprowadzanie tego systemu w takich krajach, jak Polska, włączył się także Bank Światowy pod naporem wielkich korporacji międzynarodowych, które zwietrzyły okazję do nowych wielkich zysków.

W książce znakomicie opisano kampanię towarzyszącą wprowadzeniu II filara systemu emerytalnego w krajach, które nie potrafiły się oprzeć tej wielkiej presji ze strony podmiotów międzynarodowych. W państwach rozwiniętych, dojrzałych demokracjach, społeczeństwa nie pozwoliły narzucić sobie tego przymusowego opodatkowania na rzecz zagranicznych korporacji. Orenstein przedstawił m.in. to, jak zwolennicy OFE przegrali batalię w USA, mimo że proponowano tam przymusową składkę w wysokości 2% pensji (u nas jest to aż 7,3%). Pokazał on, że tego systemu nie przyjęły kraje silne i bogate. Inaczej było w państwach mocno uzależnionych od międzynarodowych instytucji finansowych. Rządzący okazali się nieodporni na zmasowaną akcję instytucji międzynarodowych, podjętą w latach 90. Prof. Orenstein opisuje jak wytypowano kraje do wprowadzenia OFE, jak pozyskiwano i szkolono w tym celu krajowych polityków i ekspertów, łącznie z finansowaniem ich wyjazdów na wycieczki do Chile i Argentyny. Była to wyrafinowana postać korupcji. Moim zdaniem, książka ukazuje dramatyczną walkę przeciwników OFE, będących w istocie obrońcami suwerenności kraju, z tymi, którzy stanęli po drugiej stronie. Chciałabym mieć nadzieję, że zwolennicy wprowadzenia OFE w Polsce działali w dobre wierze, ale nie jest to łatwe.

Czemu nikogo nie dziwiło, że inne rozwinięte kraje nie wprowadziły takich rozwiązań? Powie ktoś: a Szwecja? Wyjaśnijmy różnice. Gdy u nas ustalono składkę do OFE na poziomie 7,3% wynagrodzenia, tam dotyczy to nieco ponad 2%. Poza tym w Szwecji nie pobiera się opłaty od składek, która u nas wynosiła najpierw 10%, później 7%, a teraz 3,5%. W Szwecji takiej opłaty nie ma. Istnieje swoboda wyboru, jest kilkaset funduszy, a całością procesu zarządza państwo. A ponadto – i to jest kwestia kluczowa – Szwecja to kraj z nadwyżkami budżetowymi, a w Polsce od dziesięcioleci jest deficyt.

Co znamienne, w krajach rozwiniętych nie ma przymusu oszczędzania na emeryturę na rynku finansowym. Został on ustanowiony jedynie w krajach, które nie miały doświadczenia z gospodarką rynkową i nie potrafiły się oprzeć silnej presji instytucji międzynarodowych. Teraz trudno się wycofać z tego systemu rujnującego kraj, gdyż instytucje te nie chcą zrezygnować ze stałego, ogromnego źródła zysków, napędzanego państwowym przymusem. Węgry pokazały patriotyczne podejście, w zasadzie likwidując OFE. Inne kraje naszego regionu zredukowały ten system do minimum. U nas zaś system OFE funkcjonuje ciągle dlatego, że ludzie nie mają wystarczającej świadomości, iż dzieje się to ich kosztem, a instytucje finansowe potrafią skutecznie wpływać na polityków i tzw. niezależnych ekspertów.

Mimo oporu wielu wpływowych środowisk, rząd niedawno przeforsował zmiany w systemie emerytalnym, przede wszystkim zmniejszając część składki przekazywanej do OFE. Czy uchwalone zmiany są wystarczające z punktu widzenia interesu publicznego?

L.O.: Trzeba podkreślić, że stało się dobrze, iż zredukowana została składka przekazywana do OFE – z 7,3% do 2,3%. Dobrze, że rząd wykazał determinację wobec ogromnego sprzeciwu instytucji finansowych. Gdyby tego nie zmieniono, do OFE trafiałyby składki w wysokości ponad 24 mld zł rocznie. Ponadto trzeba uwzględnić odsetki od całego długu spowodowanego przez OFE. Łącznie to ponad 40 mld zł rocznie nowego długu publicznego. Teraz, dzięki redukcji składki, pożyczamy mniej, choć i tak za dużo. Dobrze że zrobiono taki krok, gdyż trzeba było ratować państwo. Gdy zacznie się taka tragedia jak w Grecji, to będzie za późno – trzeba będzie sprzedawać ziemię, lotniska, porty, lasy i inne składniki dziedzictwa narodowego.

W medialnej debacie Leszek Balcerowicz i Jacek Rostowski spierali się o kupowanie przez fundusze emerytalne obligacji Skarbu Państwa. Wydawali się natomiast zgodni co do zasadności inwestowania środków ze składek w akcje na giełdzie. Tymczasem Pani nie podziela tego przekonania – dlaczego?

L.O.: Oni rozmawiali o drugim kroku w całym systemie funkcjonowania OFE. Pierwszy krok to wspomniane miliardy złotych składki rocznie od naszych wynagrodzeń, które przekazywane są przez ZUS do OFE, zamiast iść na wypłatę obecnych emerytur. Zatem, aby obecni emeryci mogli otrzymać emeryturę i mieli za co przeżyć, rząd musi znaleźć pieniądze, by zrekompensować ZUS-owi ten ubytek środków. Trzeba więc pożyczyć całą tę kwotę, którą ZUS przekazuje do OFE. Najpierw więc powstaje dług publiczny: rząd musi emitować obligacje skarbowe i znaleźć na nie nabywców w kraju i za granicą. Część z tych obligacji kupią OFE.

Drugi krok to inwestowanie przez OFE pieniędzy otrzymanych ze składek. Powstaje absurdalna sytuacja: konieczność przekazania składek do OFE powoduje deficyt w budżecie państwa. Potem państwo musi pożyczyć pieniądze, także od OFE. Najpierw więc pozbyło się pieniędzy, a potem te same pieniądze pożycza, dając przy tym zarobić instytucjom finansowym. Przecież to nonsens i ogromne marnotrawstwo pieniędzy publicznych. Ponadto, gdy pan będzie szedł na emeryturę, społeczeństwo będzie musiało wykupić te obligacje nabyte przez OFE do pańskiego portfela emerytalnego (oraz pozostałe, wynikające z długu tworzonego przez OFE). Wszyscy będziemy musieli się wtedy na to złożyć poprzez wyższe podatki. Tak wygląda to oszczędzanie na emeryturę w ramach OFE. Nie dość, że teraz tworzy dług zagrażający niewypłacalnością państwa, to jeszcze w przyszłości oznacza ogromne obciążenia podatkowe. Oprócz tego w międzyczasie PTE pobiorą opłaty od składek i przez dziesięciolecia będą co miesiąc pobierać opłaty za zarządzania aktywami OFE, powodując topnienie zgromadzonego kapitału.

Jeśli zaś chodzi o akcje, czyli kolejny element inwestowania (poza obligacjami) w ramach drugiego kroku, również nie ma to sensu. Gdybyśmy jako kraj mieli nadwyżki finansowe, to ostatecznie możemy inwestować w przyszłe emerytury kupując akcje i inne instrumenty finansowe. Ale OFE kupują te akcje z pożyczonych pieniędzy. W efekcie kraj zadłuża się, żeby OFE mogły nabywać akcje na giełdzie i rynku pozagiełdowym. Z pożyczonych pieniędzy państwo nabija więc bańkę spekulacyjną na giełdzie, a ponadto daje instytucjom finansowym do dyspozycji pieniądze do obracania przez dziesięciolecia, według ich własnego uznania, w tym finansowania własnych i powiązanych spółek (trzeba dbać tylko o to, by nie przekroczyć limitu inwestowania w akcje).

Czyli zasadniczy problem związany z kupowaniem akcji na giełdzie to wspomniany brak nadwyżki budżetowej? Czy to, że gra na giełdzie nie daje gwarancji stabilnych emerytur?

L.O.: Jedno i drugie. Nie mamy pieniędzy na takie inwestowanie i to powinno zamykać dalszą dyskusję. Nie jestem wrogiem rynków finansowych, ale uważam, że gra na nich powinna odbywać się na zasadach dobrowolności. Jeśli ktoś chce, żeby pieniędzmi przeznaczonymi na jego emeryturę grać na giełdzie, to niech sam zdecyduje o tym i sam ponosi ryzyko. Do tego trzeba dodać zagrożenie kryzysami finansowymi. Zanim przejdzie pan na emeryturę, będzie jeszcze niejeden kryzys, który zrujnuje te oszczędności. W normalnych warunkach nikt rozsądny nie ryzykowałby takich strat – ale tutaj wszystko i tak pójdzie na koszt skarbu państwa, a więc podatników. Na wysoką szkodliwość OFE wskazuje fakt, że aby utrzymać te fundusze Polska zadłuża się, płacąc odsetki ponad 6%, a rentowność osiągana przez OFE to ok. 3%. Państwo polskie pożycza więc na 6% (i więcej), by ulokować te środki na 3%. Ten stan rzeczy potwierdza występującą na rynku finansowym prawidłowość, że oprocentowanie kredytów jest niemal zawsze znacznie wyższe niż oprocentowanie lokat, jakie można osiągnąć inwestując uzyskane środki. Od ponad 10 lat Polska postępuje wbrew tej oczywistej zasadzie.

Jeśli mówimy o przyszłości, nasuwa się problem wysokości przyszłych emerytur. Czy możemy przewidzieć te wielkości i od czego będą one zależeć? Jakie mechanizmy mogłyby zmniejszyć skalę niepewności?

L.O.: Jedyny rozsądny mechanizm emerytalny, jaki dotychczas wymyślono w świecie, polega na tym, że ci, którzy pracują, dzielą się dochodami z tymi, którzy już pracować nie mogą, czyli z emerytami. Jest to system repartycyjny. Ważne, żeby uświadamiać to wszystkim, zwłaszcza ludziom młodym. Obecnie wielu z nich uważa, że emeryci to darmozjady, ludzie niepotrzebni. To bardzo nieuczciwe. Liberalizm zasiał w wielu umysłach opinię, że starsze pokolenie nie zasługuje na finansowanie, a każdy powinien oszczędzać tylko dla siebie. Takie tradycyjne wartości, jak szacunek wobec starszych, pomoc i solidarność międzypokoleniowa, są coraz słabiej rozumiane i akceptowane wskutek liberalnego prania mózgów.

A odpowiadając na pytanie, co trzeba zrobić, żeby emerytury były pewne – na pewno nie wydawać pieniędzy na próżno (jak w przypadku OFE), lecz inwestować, aby kraj się rozwijał, zwiększać wydajność pracy, inwestować w wykształcenie i postęp techniczny. Jeśli będziemy bogaci, będziemy mieli się czym dzielić z naszymi rodzicami i dziadkami. Można wspomnieć też o demografii. Wydajność pracy i wzrost gospodarczy są ważne, ale niewystarczające. Należy również oddziaływać na strukturę demograficzną, przeznaczając środki m.in. na żłobki i przedszkola czy wsparcie pracujących matek. Byłoby na to zresztą znacznie więcej funduszy, gdyby nie ten straszny błąd w postaci OFE. PTE wzięły dla siebie kilkanaście miliardów złotych w postaci opłat i prowizji. Ile można byłoby za to zbudować przedszkoli, których teraz tak brakuje?

Zwolennicy reformy emerytalnej z lat 90. zwykli wskazywać szereg argumentów za osłabieniem repartycyjnego charakteru systemu: zmianę relacji między liczbą pracujących a liczbą emerytów, potrzebę dywersyfikacji ryzyka, uniezależnienie sytuacji emerytów od decyzji politycznych oraz od rzekomej niegospodarności ZUS. Jak Pani ocenia zasadność poszczególnych zarzutów?

L.O.: Jeśli chodzi o sytuację demograficzną, można korygować zmianę proporcji grup wiekowych poprzez stworzenie fundamentów trwałego rozwoju gospodarczego i wzrost efektywnego zatrudnienia. Potrzebne są np. inwestycje w infrastrukturę i szkolnictwo. Taką drogą tworzy się dobrobyt, a jeśli jest dobrobyt, to jest też co dzielić. Trzeba więc dbać zarówno o sytuację demograficzną, jak i tworzyć podstawy do wzrostu gospodarczego.

Drugi aspekt to dywersyfikacja. Hasło wymyślone przez Bank Światowy – „Bezpieczeństwo w różnorodności” – rozminęło się z rzeczywistością. Dzięki tej swoistej „różnorodności” ryzyko niestabilnych i niskich emerytur nie tylko nie jest mniejsze, lecz znacznie wzrosło. OFE stwarza ogromne ryzyko zarówno dla bezpieczeństwa państwa, jak i przyszłych emerytur.

Powtórzę: jeśli ktoś ma nadwyżki i wierzy w rynek finansowy, może inwestować na rynku kapitałowym, ale niech to robi na własną rękę. Państwo nie powinno przymuszać do tego obywateli poprzez OFE. Kryzysy pokazały, że bezpieczeństwa na rynkach finansowych już nie będzie. Nie ma już takich instrumentów finansowych, w które można bezpiecznie inwestować.

A jeśli chodzi o uniezależnienie od polityki oraz o domniemaną niegospodarność ZUS?

L.O.: Zapytajmy może, czy w wyniku istnienia OFE emerytura byłaby niezależna od przyszłych decyzji polityków, gdy przejdzie pan na emeryturę? Spójrzmy na strukturę portfela – są tam akcje i obligacje skarbowe. Kto wykupi pana obligacje, jeśli państwo nie będzie dobrze rządzone? Kto teraz wykupuje obligacje np. Grecji? Ona jest na garnuszku instytucji międzynarodowych. W systemie kapitałowym nasze emerytury też są zależne od decyzji polityków. Również wartość akcji jest zależna od sytuacji gospodarczej i funkcjonowania państwa. System OFE wcale nie łagodzi problemu, lecz go potęguje. Punktem wyjścia jest to, jak kraj jest zarządzany. Jeśli dobrze, a gospodarka się rozwija, wówczas są pieniądze także na emerytury. Jeśli jest ogromny dług i zagrożenie bankructwem państwa, przyszła wartość papierów skarbowych może zostać znacznie zredukowana (nawet do zera), podobnie jak papierów emitowanych przez przedsiębiorstwa. W każdym przypadku właściwe rządzenie polityków jest potrzebne i nie można się od tego uwolnić. Nie można powiedzieć: zabieram swoje zabawki i nie będę zależny od tego, co dzieje się w państwie. Te argumenty o bezpieczeństwie i różnorodności zostały wymyślone przez Bank Światowy.

Wspominała Pani, że pod wpływem dyskursu liberalnego dokonała się zmiana kulturowa, polegająca na odchodzeniu od solidarności międzygeneracyjnej. Spotkałem się z tezą, że przechodzenie do systemu kapitałowego wiąże się ze zmianą postrzegania starości, która przestaje być uważana za typowe ryzyko socjalne. W związku z tym zabezpieczenie przed jej skutkami powinno się odbywać w ramach indywidualnej przezorności – przesunięcia środków między różnymi fazami życia jednostki. Gdzie tkwi błąd w tym rozumowaniu?

L.O.: Myślę, że jest to odkręcanie prawidłowości, które obowiązywały przez tysiąclecia. Zgodnie z nimi, dzieci powinny zadbać o rodziców i nie zostawiać ich na pastwę losu. Mamy teraz taki dziki kapitalizm, w którym w wielu przypadkach ludzie starsi są postrzegani jako niepotrzebni i najlepiej gdyby w ogóle ich nie było. Tymczasem zwłaszcza młode pokolenie powinno sobie uświadomić, że gdyby nie praca poprzednich i obecnych emerytów, to nie byłoby większości istniejącego majątku publicznego i prywatnego. Prawie wszystko, co mamy, zostało stworzone przez nich. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby tworzenie gospodarki, gdyby trzeba to robić teraz od zera, np. na księżycu. Tam nie było poprzednich pokoleń. Młodzi nie musieliby im nic płacić, ale też niczego by nie odziedziczyli. Powinni sobie uświadomić, że starsi ludzie, wymagający opieki, stworzyli bazę dla naszego funkcjonowania. Tej minimalnej uczciwości młodym ludziom często brakuje.

W efekcie propagandy rozwijanej przez lata przez zwolenników OFE nastąpiło duże spustoszenie w umysłach wielu osób, którym mówi się np. że dobrze byłoby zlikwidować ZUS. Tymczasem ZUS jest tylko instytucją techniczną. Ktoś musi zorganizować pobieranie składek i przekazać świadczenia beneficjentom. Nie można do ZUS-u mieć pretensji, że wypłaca niskie emerytury. ZUS wypłaca tylko tyle, ile jako obywatele zgodzimy się – za pośrednictwem parlamentu – żeby wypłacano. Jeśli będziemy chcieli więcej, to on przekaże więcej. To tylko kasjer. Jakże nierozsądne są głosy, żeby ZUS zlikwidować. Pamiętajmy, że ZUS obsługuje nie tylko te kilka milionów emerytów obecnych, ale także zbieranie składek od kilkunastu milionów pracowników, obsługuje rencistów, osoby na urlopach macierzyńskich, zasiłki chorobowe, wypadkowe etc. Nieraz słychać argumenty, że ZUS marnotrawi pieniądze. Ale – chcąc zachować symetrię – zapytajmy, ile z naszych składek pobierają, czyli kosztują nas, towarzystwa emerytalne. A ile od nich otrzymamy?

Pamiętajmy też, że jeśli będziemy promować taki indywidualistyczny model kapitalizmu, to nasze dzieci też się nami nie zajmą. Jak ktoś będzie przechodził na emeryturę, będzie traktowany jak osoba zbędna. To są ogromne zmiany w mentalności, które bardzo ciężko będzie odwrócić. Wiele będzie zależało od mediów. Tymczasem one zależą w dużej części od banków i innych instytucji finansowych (jako reklamodawców, a także właścicieli). Trudno oczekiwać, że będą prezentować poglądy sprzeczne z interesami sponsorów.

Chciałem zapytać o szerszy aspekt problemów związanych z systemem emerytalnym. Obecnie wiele osób pracuje na tzw. umowach śmieciowych, często pozostaje przynajmniej okresowo wyrzuconych poza rynek pracy. Czy obecny system zabezpieczenia społecznego, nawet jeślibyśmy zlikwidowali OFE, byłby w stanie odpowiedzieć na to zjawisko?

L.O.: Jeśli nadal tak wielu ludzi będzie pracowało na umowach śmieciowych, większość z nich nie dopracuje się żadnej emerytury. Przed nami poważna dyskusja na ten temat. Jak zapewnić minimalne emerytury ludziom, którzy pracowali, lecz – nie z własnej winy – nie uzbierali wystarczających środków na starość? Z drugiej strony, w dyskusji o emeryturach obywatelskich (pewna kwota dla każdego emeryta, niezależnie od przebiegu życia zawodowego) problem stanowi jak to zorganizować, żeby szara strefa się nie powiększyła. Bo wielu uzna, że jeśli i tak dostanie obywatelską emeryturę, to w ogóle nie będzie rejestrowało działalności i płaciło składek. Myślę, że samo życie wymusi taką dyskusję, gdyż rysuje się trudna sytuacja dla ogromnej rzeszy ludzi.

Obok wspomnianego zagadnienia, na horyzoncie jest jeszcze spór o podniesienie wieku emerytalnego. W tej sprawie zasadniczo zgodni są zarówno obóz rządzący, jak i jego jeszcze bardziej liberalni krytycy. Czy uważa Pani, że jest to optymalny społecznie lub po prostu nieunikniony kierunek zmian?

L.O.: Jakakolwiek dyskusja o podniesieniu wieku emerytalnego powinna się rozpocząć dopiero, gdy zniesiemy obowiązek przynależności do OFE. W przeciwnym razie instytucje finansowe będą mogły dłużej czerpać zyski z OFE, a ludzie dłużej pracować, czyli dłużej przymusowo je finansować. Jeśli pozbędziemy się tego problemu, można się zastanawiać, czy podwyższyć wiek emerytalny. Ale również w tej kwestii sprawa nie jest taka prosta. Osoby, które później przechodzą na emeryturę, później zaczną otrzymywać świadczenia, więc będzie to korzystne dla finansów publicznych. Ale jednocześnie zajmą miejsca pracy młodym. Czy jest to sprawiedliwe i rozsądne? W pierwszej kolejności trzeba dbać o to, żeby młodym ludziom zapewnić pracę. Moim zdaniem, powszechne podwyższenie wieku emerytalnego to opcja na razie niedobra w polskich realiach. Taką możliwość powinni otrzymać ludzie, którzy mogą i chcą dłużej pracować, posiadają odpowiednie kwalifikacje i są potrzebni na rynku pracy. Ale po co wszystkich zmuszać do dłuższej pracy, gdy w tym samym czasie istnieje armia bezrobotnych?

Jeśli władze poprosiłyby Panią o rekomendacje w kwestii najpilniejszych kierunków zmian w systemie zabezpieczenia społecznego, to co by im Pani doradziła?

L.O.: Ciągle aktualne jest hasło likwidacji OFE. Ważny jest także sposób likwidacji. Jeśli chcielibyśmy tego dokonać, najlepiej wprowadźmy zasadę dobrowolności przynależności do OFE, być może według wzoru zastosowanego na Węgrzech. Ale to nie wystarczy, żeby uratować finanse publiczne. Poza tym jest wiele innych rzeczy do zrobienia, np. racjonalizowanie KRUS, rozważenie podniesienia wieku emerytalnego służb mundurowych. Ale zacząć trzeba od OFE, gdyż ze względu na skalę związanych z nimi zagrożeń dla państwa i obywateli, to najpoważniejszy problem dla finansów publicznych.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 14 lipca 2011 r.

Kraje wielu stolic

„Nowy Obywatel” w Waszych rękach

Pierwszy raz w jedenastoletniej historii pisma złożony do druku numer przeleżał niemal dwa miesiące – czekając, aż uzbieramy wystarczającą ilość pieniędzy na opłacenie drukarni.

W naszych reklamach deklarujemy, że „walczymy o każdy numer tego pisma”. Nie ma w tym żadnej przesady: poszukiwanie środków na sfinansowanie prac redakcyjnych i druku to dla nas jedno z głównych codziennych zajęć. Mimo postępującej dywersyfikacji źródeł przychodów, Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, którego jestem nowym prezesem, nadal nie osiągnęło stabilności finansowej. Wiele w tym naszej winy: społeczników, którzy skupieni na sianiu fermentu ideowego przez lata nie dość przykładali się do nauki zarządzania profesjonalnym wydawnictwem. Są jednak wyzwania, którym nie podoła nawet najlepszy zarząd, a jedynie akcjonariusze.

Dlatego zamiast wstępu zagrzewającego do walki o lepszy świat, mamy dziś dla Was, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, kilka słów od wydawcy. Chcę w nich zachęcić Was do wzięcia współodpowiedzialności za mały, papierowy kawałek Waszego świata. Jego przetrwanie zależy bowiem także od zmiany Waszych przyzwyczajeń w dziedzinie nabywania naszego kwartalnika.

Ogromne marże i dodatkowe opłaty narzucane przez dystrybutorów prasy i książek, niepłacone miesiącami faktury są w stanie dobić każdego wydawcę nienastawionego na masowego odbiorcę. O tym, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych problemach z molochami, świadczy choćby coraz głośniejsza akcja „Nie karm książkowego potwora. Kupuj mądrze”, do której włączyliśmy się nie tylko jako wydawnictwo, ale również jako konsumenci zadrukowanego papieru. Przyszłość ambitnej prasy i książek zależy w dużej mierze od tego, czy ich odbiorcy wyrobią w sobie nawyk kupowania z pominięciem wielkich sieci dystrybucji.

W tym miejscu apelujemy do Was: weźcie „Nowego Obywatela” w swoje ręce. Jeśli bliska jest Wam misja, którą realizujemy, od konsumpcji kolejnych akapitów przejdźcie do działania. Jeśli jeszcze nie jesteście prenumeratorami, najwyższy czas to zmienić. To najprostsze, co możecie zrobić – nie ponosząc żadnych kosztów, a nawet oszczędzając – by ułatwić nam utrzymanie wysokiego poziomu pisma oraz kwartalnego cyklu wydawniczego, obecnie zagrożonego. Płacąc za gazetę z góry, pomagacie nam zachować płynność finansową, a także zyskujecie pewność, że Wasz wkład w całości zasila budżet pisma, a nie bezdenne kieszenie dystrybutorów-gigantów.

Dla tych, dla których obecność w debacie publicznej propagowanych przez nas idei jest ważna, mamy także inne propozycje świadomego „akcjonariatu” w działalności wydawniczej Stowarzyszenia. Dlatego w tym numerze szczególnie polecam Waszej uwadze… reklamy, treść z reguły omijaną w poszukiwaniu kolejnego inspirującego tekstu. Na poszczególnych stronach okładki oraz na stronach 90 i 158 znajdziecie informacje na temat tego, co możecie zrobić, by mieć pewność, że kolejny numer „Nowego Obywatela” trafi do Waszych rąk. Również od Was zależy, kiedy będziemy mogli znowu się spotkać.