przez Joanna Jurkiewicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wydawać by się mogło, że placówki sieci Żabka funkcjonują podobnie jak rodzinne, osiedlowe sklepiki. Faktyczna pozycja ich kierowników (ajentów) jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Ajenci, sami znajdując się w niekorzystnym położeniu, często nie dbają o dobre warunki pracy dla kasjerek. Na tym przykładzie można prześledzić system przenoszenia ryzyka na niższe piętra firmowej hierarchii.
Zyski w górę, ryzyko w dół
Elastyczność kojarzy nam się dziś z cenną umiejętnością nowoczesnego człowieka, który potrafi dopasować się do niemal każdej sytuacji. Również w kontekście rynku pracy postrzega się ją jako coś pożądanego: świadczy o tym, że nie boimy się wyzwań, sterujemy własną karierą w sposób przemyślany i pewny. Jesteśmy w końcu na tyle dobrze wykształceni, mobilni i tak łatwo adaptujemy się do nowych warunków, że zmiana pracodawcy to dla nas fraszka.
Taki wizerunek elastyczności nierzadko wyłania się z przekazów medialnych. Jednak w świetle faktu, iż w 2009 r. aż 27% Polaków (najwięcej w Europie!) pracowało bez stałej umowy, warto zastanowić się, czy elastyczne formy zatrudnienia nie mają także drugiego, groźnego oblicza.
Ułatwiają one wejście na rynek pracy młodym matkom i osobom uczącym się, które nie mogą lub nie chcą pracować na pełen etat. Niestandardowe formy pracy pełnią zatem do pewnego stopnia rolę inkluzywną. Jednak czasem dochodzi do sytuacji kuriozalnych – np. łączenia pracy na kilku częściach etatu. Jest to całkowite zaprzeczenie idei pracy w niepełnym wymiarze, która nie miała zastąpić pracy etatowej, lecz być alternatywą dla osób nie mogących jej podjąć.
Innym problemem jest obciążanie pracowników zatrudnionych na elastycznych warunkach taką samą ilością pracy, jaką wykonują etatowcy, oczywiście za mniejsze pieniądze i bez korzyści związanych z etatem. Pracodawcy próbują wykorzystywać sytuację pracowników pozbawionych przywilejów i narzucać im sposób pracy etatowców, nie ponosząc za nich żadnej odpowiedzialności. O ile status pracownika gwarantuje szereg praw, o tyle bycie jedynie pracującym nie wiąże się z niemal żadnymi. Pracownik to osoba, której pracodawca ma zapewnić pracę zabezpieczającą utrzymanie (stąd płaca minimalna), posiadająca określone uprawnienia wynikające ze stosunku pracy (prawo do urlopu, zwolnienia chorobowego itp.). Pracujący to po prostu osoba, która pracuje; ograniczone są roszczenia, jakie może wysuwać względem „pracodawcy” czy kontrahenta.
Elastyczność często przeradza się w patologię – uporczywą niepewność. Globalna Północ wypracowała określenie, które dobrze oddaje kondycję nowych proletariuszy. Tworzą oni tzw. prekariat – kategorię osób wykonujących słabo płatną pracę bez zabezpieczeń socjalnych, często doświadczających bezrobocia. Nazwa wzięła się od angielskiego słowa precarious, co znaczy „niepewny”, „ryzykowny”, połączonego ze słowem proletariat. Pierwszy raz podobnego określenia użyli socjolodzy we Francji w latach 80., by opisać sytuację pracowników sezonowych.
Na prekariat składają się m.in. osoby zatrudnione na niezbyt korzystnych warunkach przez agencje pracy, pracujący tylko na część etatu – gdyż nie ma dla nich innych propozycji, oraz osoby nie mające pewności, czy pracodawca podpisze z nimi kolejną umowę za miesiąc. Istnienie prekariatu świadczy o tym, że silna dawniej więź między pracodawcą a pracownikiem znacznie osłabła. Korzyści z tej zmiany odnieśli przede wszystkim pracodawcy. Przenieśli bowiem na pracujących ryzyko, które dawniej ponosiły ich firmy.
Większość osób zaliczanych do prekariatu to kobiety – nadal dyskryminowane na rynku pracy, gorzej opłacane i socjalizowane do zawodów nisko płatnych, np. opiekuńczych (pielęgniarka, pracownica socjalna, nauczycielka), w których możliwości awansu są ograniczone. Należy pamiętać, że kobiety stanowią na świecie większość ubogich oraz zagrożonych ubóstwem. Często są zmuszone do akceptowania niestandardowych form zatrudnienia oraz do zmagania się z negatywnymi konsekwencjami elastycznej pracy.
Badania pokazują bowiem, że w krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce, elastyczne formy pracy wiążą się z gorszymi warunkami i niższymi zarobkami. Powoli wdrażana jest tzw. polityka flexicurity, która ma stanowić połączenie elastyczności (flexibility) i bezpieczeństwa (security). Tymczasem jednak kojarzenie elastyczności z dużym ryzykiem jest całkowicie uzasadnione.
Gdy mówimy o prekariacie, istotny oprócz kwestii płci wydaje się problem klasy. Czy niepewną pracę wykonują tylko osoby znajdujące się na dole hierarchii społecznej? Wedle jednej interpretacji niepewna praca dotyczy wyłącznie zatrudnionych w usługach nie wymagających kwalifikacji, którzy niejako „zastąpili” robotników. Wedle innej natomiast, ryzykowna praca staje się doświadczeniem kolejnych kategorii pracowników, poczynając od sprzątaczy i kasjerów, a na grafikach komputerowych, dziennikarzach i wszystkich „wolnych strzelcach” obojga płci kończąc.
Być może hipoteza, że złe warunki pracy rozszerzają się na kolejne, dotąd „bezpieczne” profesje, jest uzasadniona. Moim zdaniem jednak ryzyko ma wciąż wyraźny wymiar klasowy i najdotkliwiej odczuwają je osoby dysponujące skromnym kapitałem społecznym, niewiele znaczące jako wyborcy.
Samozatrudnienie – odmiana pracy niepewnej
Jednym ze sposobów redukowania odpowiedzialności – a do tego można sprowadzić niepewną pracę: do redukowania odpowiedzialności pracodawcy – jest nadawanie faktycznym pracownikom statusu samodzielnych podmiotów gospodarczych. Chociaż w literaturze przedmiotu w zasadzie nie zalicza się „wymuszonego samozatrudnienia” do form pracy niepewnej, moim zdaniem posiada ono wszelkie jej cechy.
W przypadku samozatrudnienia pełna odpowiedzialność za wykonanie usługi czy wyprodukowanie towaru spoczywa na jednoosobowym przedsiębiorcy. Ponosi on również wszystkie koszty prowadzenia biznesu. Niektórzy pracodawcy starają się zatem zmusić pracowników, np. groźbą wyrzucenia z pracy, by ci rejestrowali działalność gospodarczą, a następnie wykonywali tę samą pracę – w tym samym miejscu, w identycznych warunkach, korzystając z tych samych narzędzi. Zmienia się jeden element: pracownik staje się kontrahentem.
Chociaż Kodeks pracy ma przeciwdziałać praktykom wymuszania samozatrudnienia, wydaje się, że ustawodawca nie wykazał się dalekowzrocznością. Rygorystycznie określił, kiedy mamy do czynienia z samozatrudnieniem – wtedy, gdy dany podmiot posiada właściwie wszystkie cechy pracownika, a jednak traktowany jest jak przedsiębiorca. By „obejść” ustawę, zakamuflowany pracodawca może lekko zmodyfikować warunki pracy, a wymuszanie samozatrudnienia przestanie być tak oczywiste i łatwe do udowodnienia np. w sądzie pracy.
Oczywiście pracownik, który nagle został zmuszony do transformacji w „przedsiębiorcę”, natychmiast rozpozna strategię realizowaną przez pracodawcę. Znacznie bardziej wyrafinowane i interesujące jest jednak takie samozatrudnienie, które pozostaje niemal przezroczyste dla osób doświadczających go. Przykładem, na którym postaram się pokazać zjawisko omijania praw pracowniczych przez nadawanie statusu przedsiębiorcy, są sklepy należące do sieci Żabka Polska SA.
W sieci
Pierwsze sklepy Żabka powstały w 1998 r., a zakładał je Mariusz Świtalski, kojarzony z aferą Elektromisu – jedną z największych okresu transformacji. Świtalskiemu nigdy nie postawiono zarzutów – formalnie w Elektromisie był tylko szefem zakładowej straży pożarnej. Świtalski stworzył również sieć dyskontów Biedronka, którą w 1998 r. sprzedał portugalskiemu koncernowi. Żabki czekał podobny los – w 2007 r. zostały sprzedane czesko-słowackiemu funduszowi inwestycyjnemu Penta.
O Żabkach bywało głośno – w 2005 i 2006 r. ukazało się w „Gazecie Wyborczej” kilka artykułów, w których prowadzący sklepy skarżyli się na warunki współpracy ze spółką. W 2005 r. Polsat wyemitował odcinek programu „Interwencja”, poświęcony kontrowersyjnym szkoleniom ajentów. Wcześniej, na początku 2003 r., ich zarzuty wobec spółki przedstawiła dziennikarka „Rzeczpospolitej”, Iwona Trusewicz. W tym czasie odbyła się również emisja programu Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera”, w którym doszło do konfrontacji byłych ajentów z kadrą zarządzającą firmy. Wypadła ona na niekorzyść dawnych kontrahentów sieci, którzy nie byli w stanie jasno wyłożyć swoich racji. W tym samym roku powstało stowarzyszenie byłych ajentów, które jednak okazało się tworem efemerycznym i mało skutecznym.
Również w 2003 r. Andrzej Lepper w interpelacji do ministra sprawiedliwości wzywał do podjęcia problemu ajentów. Nie był odosobniony, bo kilku innych polityków również pisało w tej sprawie do rozmaitych instytucji – bez widocznych efektów. Skargami ajentów zajęła się natomiast prokuratura. Przeciągające się śledztwo w Poznaniu przeniesiono do Krakowa na wniosek ministra Ziobry.
W ciągu kilku lat w Internecie pojawiły się setki komentarzy dotyczących współpracy z firmą Żabka Polska SA. Gros tych opinii – jeśli założyć, że są pisane przez byłych ajentów, a nie np. firmy zajmujące się „czarnym PR-em” – to negatywne wspomnienia związane z prowadzeniem sklepów. Jednak wystarczy spacer po średniej wielkości mieście, by zorientować się, że placówki sieci są wszędzie.
Rozwikłanie fenomenu Żabek, których przybywa mimo złej prasy i fatalnej opinii internautów, wymagałoby więcej miejsca. Postaram się powiedzieć o jednym tylko wymiarze funkcjonowania sieci – mianowicie o wprowadzeniu w niej niezwykle efektywnego z punktu widzenia spółki tzw. systemu agencyjnego. Stanowi on moim zdaniem hybrydę zatrudnienia i samozatrudnienia. Zwrócę uwagę na jego konsekwencje, dotykające nie tylko ajentów, ale i kasjerek.
Na własne życzenie?
W systemie agencyjnym spółki poszczególne Żabki prowadzone są przez tzw. ajentów (nie, jak można by się spodziewać, agentów) – formalnie autonomicznych przedsiębiorców, prowadzących własną działalność gospodarczą. Nie odnoszą się jednak do nich przepisy dotyczące ajencji; „ajent” jest jedynie nazwą własną. Wielość kategorii rzadko stosowanych w potocznym języku (system agencyjny, agent, ajent) nie ułatwia kandydatom na ajentów podjęcia decyzji. Spójrzmy jednak, co dzieje się dalej.
Ajenci podpisują umowę współpracy ze spółką Żabka Polska SA jako samodzielne podmioty gospodarcze. Jednak faktycznie zobowiązują się do takiego podporządkowania, jakiego zwykle wymaga się od pracownika. W umowie istnieje np. wyraźny zapis o tym, że ajentom wolno prowadzić inną działalność gospodarczą wyłącznie za wyraźną, pisemną zgodą centrali (tak nazywana jest poznańska siedziba spółki Żabka Polska SA, w której pracują specjaliści od marketingu, PR-u itd.). Kontrolowani są przez inne samodzielne podmioty gospodarcze – tzw. partnerów ds. sprzedaży – a ci z kolei przez innych jednoosobowych przedsiębiorców, nazywanych szefami makroregionów.
Jeżeli ajent będzie miał zastrzeżenia wobec swego „umownego” zwierzchnika (który jednak pełni obowiązki zwierzchnika faktycznego), może pozwać do sądu danego partnera czy makroregionistę, natomiast raczej nie uda mu się wytoczyć sprawy samej spółce Żabka Polska SA. Chociaż makroregioniści oraz partnerzy kontrolują i nadzorują pracę ajentów na polecenie i w sposób określony przez spółkę, to ponoszą za swoją pracę pełną odpowiedzialność karną. Dlaczego jednak w ogóle mowa o procesach sądowych, skoro spółka reklamuje prowadzenie sklepu sieci jako pewne, rodzinne przedsięwzięcie?
Otóż umowa współpracy między firmą ajenta a firmą Żabka Polska SA jest dla kontrahenta spółki niekorzystna. Potwierdziła to prokuratura w Krakowie. Przez kilka lat badała ona zastrzeżenia ajentów wobec zasad, na jakich prowadzić muszą „swoje” placówki. Wielu z nich kończyło prowadzenie Żabek z długami dochodzącymi nawet do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ajenci próbowali udowodnić przed prokuraturą, że podczas szkolenia zostali zmanipulowani, dlatego podpisali niekorzystną dla siebie umowę; dodatkowo firma miała wykorzystać ich przymusowe położenie. Ta argumentacja miała uchronić ich przed nakazem spłaty weksla – podpisanie weksla in blanco jest warunkiem prowadzenia Żabki. W chwili, gdy ajent ma długi wobec sieci, spółka wpisuje należną kwotę na podpisany weksel i domaga się jego zapłaty.
Oto urywek z postanowienia o umorzeniu śledztwa: Bardzo niekorzystnym dla ajentów rozwiązaniem było także ustalanie z góry przez sieć cen na poszczególne towary, czy też nałożenie obowiązku zakupu co najmniej jednej sztuki artykułu danego rodzaju. Ustalane z góry, w większości stosunkowo wysokie ceny, powodowały, iż sklep sieci w opiniach tak ajentów, jak i klientów odbierany był jako drogi, co zmniejszało jego konkurencyjność. Natomiast ustalane z góry przez centralę marże i niemożność zmian cen poszczególnych towarów przez prowadzących sklepy ajentów powodowało małą elastyczność danego punktu sklepowego i jego niekonkurencyjność.
Prokuratura wymienia też inne niekorzystne dla ajentów warunki współpracy. Należy do nich m.in. fakt, że istotne warunki współpracy określają tzw. Instrukcje i Wytyczne. Ajenci nie znają ich w chwili podpisywania umowy – przesyłane są na bieżąco, zawierają informacje o promocjach, zmianach marży, nowym ustawieniu towarów itd. Prokuratura stwierdza wręcz: […] poddając chłodnej analizie warunki współpracy na jakie godzili się pokrzywdzeni, faktycznie uznać należy je za niekorzystne dla ajentów, a o wiele korzystniejsze (czy też jak chcą pracownicy sieci Żabka – zabezpieczające finansowe interesy sieci), dla firmy Żabka Polska SA.
Dalej czytamy, że w Polsce istnieje swoboda zawierania umów, a prawo nie zabrania kontraktów niekorzystnych dla jednej ze stron, o ile nie wykorzystują one przymusowego położenia któregoś z kontrahentów. Zdaniem prokuratury – i wydaje się, że jest to opinia dość dobrze uargumentowana – do takiej sytuacji w wypadku ajentów nie doszło, ponadto mieli okazję zapoznać się z warunkami współpracy podczas szkolenia przygotowującego do prowadzenia sklepu. Nie mogą zatem zasłaniać się trudną sytuacją życiową czy niewiedzą o zasadach współpracy. Uzasadnienie samo w sobie jest bardzo ciekawe, jednak jego dokładne omówienie wymagałoby dużo miejsca; podstawowa dla nas informacja w nim zawarta jest taka, że żadnego przestępstwa wobec ajentów nie popełniono. Decyzja o umorzeniu śledztwa, która zapadła 31 grudnia 2008 r., oznacza, że system agencyjny stosowany przez spółkę Żabka Polska SA jest zgodny z obowiązującym prawem i de facto kończy prokuratorskie batalie ajentów.
Łańcuch poszkodowanych
Wymieniając kolejne zasady uderzające bezpośrednio w ajentów, zacznijmy od tego, że nie ustalają oni większości asortymentu. Samodzielnie decydują jedynie o tzw. towarach regionalnych: owocach, warzywach, części nabiału, mrożonkach. Nie posiadają też wpływu na ceny, w jakich kupują towar – mają obowiązek zaopatrywać się w hurtowni należącej do centrali sieci. Płacą natomiast podatki za sprzedany towar i sami zatrudniają pracowników, co jest dla nich dużym obciążeniem finansowym. Marża na towary jest niska, średnio ok. 6-8%. Dla porównania – osiedlowe „spożywczaki” narzucają co najmniej 25%.
Na ajentów została zatem przeniesiona odpowiedzialność prawna i skarbowa za prowadzenie sklepów, chociaż ich decyzyjność ogranicza się w zasadzie do wyboru personelu. Pełnią w „swoich” placówkach funkcję quasi-kierowników, ale przez instytucje państwowe traktowani są jak przedsiębiorcy, a przez spółkę Żabka Polska SA – jak pozbawieni przywilejów pracownicy, za których nie trzeba ponosić żadnej odpowiedzialności.
Ajent jest w rzeczywistości właśnie kimś pomiędzy przedsiębiorcą a pracownikiem. Wypełnia obowiązki tego drugiego, natomiast ponosi odpowiedzialność pracodawcy i podmiotu gospodarczego. Trudno określić, po której ze stron umieścić jego zyski. Nie ma żadnej gwarancji, że w danym miesiącu cokolwiek zarobi, różni się zatem od pracownika, który otrzymuje ustalone wynagrodzenie. Jednocześnie nie może, jak przeciętny przedsiębiorca, próbować zwiększyć dochody, gdyż to nie on ustala marże i decyduje o asortymencie. Jedyne, co może zrobić – to obniżyć koszty.
Jak czytamy w materiałach szkoleniowych dla ajentów: Zgodnie z założeniami sklepu Żabka (sklep rodzinny) idealnym rozwiązaniem byłaby praca w sklepie jedynie członków rodziny, oraz uczniów. Pozwoli to na znaczne ograniczenie kosztów funkcjonowania sklepu i znacząco zwiększy rentowność sklepu. […] Niedopuszczalne jest, aby dochód Ajenta był <0. Jeżeli dochód Ajenta jest liczbą ujemną, oznacza to, iż koszty operacyjne funkcjonowania sklepu są wyższe od uzyskiwanych przychodów i w kolejnych miesiącach należy je obniżyć.
Wspomniałam, że niepewne formy pracy opierają się na przerzucaniu ryzyka na pracujących. Transmisja odpowiedzialności odbywa się na kilku poziomach i wydaje się dość typowa dla dzisiejszej gospodarki – jej przykładem jest również ciąg podwykonawców, charakterystyczny dla produkcji odzieżowej. Także w wypadku Żabek przenoszenie odpowiedzialności i ryzyka nie kończy się na poziomie prowadzących sklepy. W kontekście niekorzystnej umowy i obniżania kosztów jako jedynego sposobu na poprawienie sytuacji finansowej ajentów, zasadne wydaje się twierdzenie, że przerzucają oni część ryzyka, które ponoszą, na zatrudniane przez siebie kasjerki.
I tak, jeśli ajent boryka się z kradzieżami – a skoro mowa o sklepach samoobsługowych, problem jest uniwersalny – może obciążać pracowników ich kosztami. Zdarzają się również przypadki, że prowadzący sklepy nie wywiązują się z zobowiązań wobec personelu, np. nie wypłacają pensji lub nie przekazują składek do ZUS, próbując w ten sposób zaoszczędzić. Wielu ajentów nie miało wcześniej żadnych doświadczeń w roli pracodawcy, co można stwierdzić choćby na podstawie przywoływanej decyzji prokuratury, która zarzuciła im brak należytego przygotowania do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Byłe i obecne kasjerki na forach internetowych często odradzają pracę w Żabce, opisując ją jako ciężką, nieadekwatną do niskich i nieregularnych zarobków. Piszą również o nieuczciwych ajentach, którzy dorabiają się ich kosztem. Przytoczę jedną z wypowiedzi na temat pracy w sklepie sieci (zachowano pisownię oryginału):
Ludzie PRACA w Żabce to najwieksze G…Ówno na świecie !!!!! Ajent ajentowi jest nierówny , mają tak zryte berety (zwłaszcza jak wracają z tzw. szkoleń) Są nie wypłacalni ( zasłaniają się tym, że nie mają kasy na wpłate za towar) a w rzeczywistości okradają swoich pracowników jak tylko mogą. Karzą kupować towary po terminie , PRZEBIJAĆ DATY WAŻNOŚCI ( AŻ DZIW ŻE ŻADEN KLIENT NIE ZGŁOSIŁ TEGO FAKTU DO SANEPIDU !!!) Ilość przepracowanych godzin nie jest adekwatne do wypłaty np. 240h w miesiacu za najniższą krajową?? Śmieszne !!! Dni wolne od pracy nie są oddawane tak jak się należy – w zależności od humoru ajenta. Dostawy towaru to istny koszmar , siada kręgosłup od dźwigania dostawcy ani ajenci nie pomagają w rozładunku. Co miesieczne „naloty” tzw. partnerów, którzy nakładają kary dla ajentów to koszmar – odbija sie to na pracownikach Nie masz czasu na śniadanie ani na pójście do toalety. Odradzam wszystkim prace w żabkach jeżeli nie chcesz się nabawić nerwicy. Dla niedowiarków link do oficjalnego artykułu: http://praca.wp.pl/title,Gulag-Zabka,wid,7184812,wiadomosc.html
To dosadny komentarz, jednak można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że autorka postu rzeczywiście pracowała w Żabce – wskazują na to specyficzne dla sieci określenia (partnerzy, codzienna wpłata utargu na konto spółki, szkolenia odbywające się dwa razy w roku). Świetnie zna realia pracy, nawet liczba godzin do przepracowania w miesiącu wydaje się prawdopodobna – sklepy sieci otwarte są codziennie oprócz kilku świątecznych dni od 6:00 do 23:00. Pamiętajmy o niekorzystnych warunkach współpracy, które z całą pewnością odbijają się na finansach ajenta – można przypuszczać, że nie mając pieniędzy na bieżące funkcjonowanie sklepu, będzie próbował zaoszczędzić na pracy sprzedawczyń, obciążając je bezpłatnymi nadgodzinami. Kontrole wspomnianych partnerów ds. sprzedaży rzeczywiście odbywają się przynajmniej raz w miesiącu. Mogą oni nakładać na ajentów kary, tak jak podaje nasza autorka, co prawdopodobnie ma wpływ na sposób, w jaki ci ostatni traktują swój personel.
Tajemnicą poliszynela jest zatrudnianie kasjerek „na czarno” lub wypłacanie im najniższej krajowej oraz dopłacanie „pod stołem”. Dla młodych dziewczyn, które zwykle można spotkać za żabkową ladą, to niekorzystne rozwiązanie. Pracując wiele lat bez stałej umowy, pozbawiają się składek i skazują na bardzo niską emeryturę w przyszłości.
Kasjerki w Żabkach to modelowy przykład opisywanego wcześniej prekariatu. Wykonują wiele czynności podczas jednej zmiany, łącznie z rozładowywaniem i układaniem towaru. Często pracujące ponad siły w długo otwartym sklepie młode dziewczyny lub zbliżające się do emerytury panie otrzymują w zamian minimalne wynagrodzenie:
Ja natomiast pracowałam w zabie ponad 2 lata(najgorsze lata!) trzymala mnie tylko fajna ekipa i to ze nie moglam znalezc innej pracy! nie podpisujac odpowiedzialnosci wspolmajatkowej nie wiem jak ajent moze odciagac za straty z wypłaty. Placilismy tez za przeterminowane produkty. Czasami kazano nam sprzedawac cos po terminie. Pracuje sie ok 200 h miesiecznie( moze nie wszyscy pracownicy, ale ktos musi inaczej w zabce musialoby pracowac ok 10 osob.
Przez ten czas nie mialam urlopu, bo nie mialam umowy o prace. Trzeba dzwigac skrzynki z piwem, z wodka ciezkie zgrzewki napoi. Np. 2 dziewczyny na zmianie i 60 zgrzewek 2 litrowej coli- powodzenia!
Bylam wiecznie zmeczona, bolaly mnie nogi, kregoslup.
Nie bylo czasu na imprezy, spotkania, bo nigdy nie bylo na to tez sily. i nie nikt nie pier…li, ze nie wszedzie tak jest!!!w kazdej zabce jest dokladnie to samo. Ciezka, niewdzieczna praca za pol darmo!!
Przerzucanie ryzyka na niższe piętra skutkuje zatem szczególnie złymi warunkami pracy dla osób znajdujących się na samym dole firmowej hierarchii. Żabka Polska SA nie traktuje ajenta jako równorzędnego partnera – co zresztą prokuratura sankcjonuje, pisząc, że ajenci powinni byli spodziewać się podporządkowanej pozycji, nawiązując współpracę ze znacznie od nich bogatszą i potężniejszą firmą – więc ten, pozbawiony w zasadzie pola manewru, skłania się ku wszelkim sposobom ograniczania kosztów, także sprzecznym z prawem.
Niewidzialna armia
Polskie nauki społeczne i prawo „nie widzą” ajentów. Nie ma odpowiednich pojęć, które oddawałyby sytuację osób prowadzących Żabki, posiadających cechy zarówno pracowników, jak i pracujących na własny rachunek. W innych krajach europejskich używa się terminu economically dependent worker, czyli „pracujący ekonomicznie zależny”. Jest to kategoria, która nabierać będzie coraz większego znaczenia, biorąc pod uwagę stopień deregulacji rynku pracy i problemy z jednoznacznym ustaleniem statusu osób pracujących. Chcę podkreślić, że nie chodzi o pracowników, ale właśnie o pracujących. W języku polskim rozróżnienie to jest rzadko stosowane, a szkoda – wielu dzisiejszych pracujących nie ma statusu pracowników.
Mamy zatem około dwa tysiące sklepów – trudno określić, ile dokładnie, ponieważ rotacja ajentów Żabek jest duża i można tylko szacować, ile placówek jest w danym momencie rzeczywiście otwartych. Pracują w nich ajenci i kasjerki; ajenci na niekorzystnych warunkach narzucanych przez spółkę, kasjerki na niekorzystnych zwykle warunkach narzucanych przez ajentów. Poczytne ogólnopolskie dzienniki opisały patologie systemu agencyjnego, a jednak nie powstał żaden ruch działający na rzecz ajentów czy ogólnie – pracujących o niejasnym statusie. Pomijając fakt, że ajenci nie potrafią zawiązać skutecznej współpracy na szerszą skalę, to ich problemami – oraz bolączkami kasjerek w Żabkach – nie zainteresowała się żadna organizacja broniąca praw pracowniczych.
Kupując w Żabce papierosy albo piwo – towary sprzedawane w sklepach sieci chyba najczęściej – pamiętajmy, że nie przyczyniamy się do rozwoju osiedlowego sklepiku, pozwalającego utrzymać się całej rodzinie. Wspieramy ekspansję giganta, który osłabia drobną przedsiębiorczość, a swoich kontrahentów nierzadko czyni bankrutami.
Joanna Jurkiewicz
przez Michał Sobczyk | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011, Wywiad - kwartalnik
Jaki jest rzeczywisty stan i perspektywy polskiej gospodarki? Rząd konsekwentnie przekonuje, że w dobie kryzysu nasz kraj pozostaje „zieloną wyspą” na mapie Europy oraz że jesteśmy coraz poważniejszym graczem na arenie międzynarodowej.
Artur Śliwiński: „Zielona wyspa” jest już przedmiotem wielu żartów. Nikt z poważnych ekonomistów nie traktował tego określenia na serio. Nawet eksperci stanowiący – skądinąd bardzo słabe – zaplecze doradcze rządu, mocno się od niego dystansowali. Obserwujemy tu specyficzny mechanizm propagandowy, który można odszyfrować dopiero gdy zobaczymy, jak faktycznie wyglądają statystyki.
Po pierwsze, w Polsce od 1990 r. nie liczy się dochodu narodowego, co jest fenomenem na skalę międzynarodową – oprócz nas nie robi się tego tylko na Węgrzech. Dzieje się tak, mimo iż metodologia rachunku narodowego (jednego z działów statystyki) zakłada konieczność liczenia dochodu narodowego jako jednej z podstawowych kategorii makroekonomicznych. Usłyszałem kiedyś od internauty zarzut, że mylę się, ponieważ w roczniku statystycznym można znaleźć wielkość dochodu narodowego. Rzeczywiście, podaje się te dane – tyle tylko, że nie są one faktycznie wyliczane. Liczy się jedynie Produkt Krajowy Brutto, a następnie poprzez niezbyt wiarygodną i dość sztuczną korektę szacuje się dochód narodowy. To nie tylko niepokoi, ale wręcz pokazuje potęgę manipulacji. Oczywiście, pod tym kryje się ewidentny zabieg ukrywania prawdziwego stanu rzeczy. Różnica jest bowiem zasadnicza.
Mówiąc w uproszczeniu, PKB jest liczony dla całej gospodarki, niezależnie od tego, kto go wytwarza, natomiast dochód narodowy jest to produkt gospodarki krajowej. Decyduje więc tutaj kryterium własności. Wyobraźmy sobie, że trafiamy do Iraku. Można przypuszczać, że PKB tego kraju jest obecnie wyższy niż za czasów Saddama Husajna, ponieważ wlicza się np. eksploatację przez zachodnie koncerny zasobów ropy przechwytywanych niemal za darmo, albo koszty stacjonowania wojsk amerykańskich. Gdybyśmy liczyli dochód narodowy, widać byłoby to, co zwykle się ukrywa, czyli ile dokładnie jest w gospodarce własności polskiej, a ile zagranicznej. I ile dochodów należy do Polaków, a ile do międzynarodowych korporacji.
Trzeba jeszcze powiedzieć o czymś bardziej zasadniczym. Otóż ocena stanu gospodarki wedle takich syntetycznych wskaźników jak PKB, czy nawet dochód narodowy, nie jest wystarczająca. Wiedza ekonomiczna nie opiera się na przedstawianiu rezultatów gospodarczych, lecz przede wszystkim na analizie zależności między różnymi komponentami gospodarki, w tym dysproporcji i dysharmonii w jej funkcjonowaniu. Żaden porządny ekonomista nie będzie lekceważył zależności między podstawowymi kategoriami ekonomicznymi, np. między konsumpcją a inwestycjami czy między dochodami z kapitału a dochodami z pracy. To są bardzo istotne charakterystyki stanu gospodarki.
Na Zachodzie wskaźnik PKB jest obecnie bardzo krytykowany.
A. Ś.: Przede wszystkim dlatego, że „zapomina” o zasobach, a przecież jeśli one znikają, musi się to odbić na całej gospodarce, nawet jeśli na początku skutki tego ubytku są niewidoczne, tak jak w przypadku zasobów naturalnych w krajach zachodnich. U nas z kolei zdewastowano zasoby rodzimego kapitału. I to jest według mnie główny powód naszych obecnych trudności, które nie są echem kryzysu amerykańskiego czy europejskiego, lecz wewnętrznym kryzysem, powstałym oczywiście w konkretnym kontekście historycznym i globalnym.
Otóż istnieje pewien mechanizm propagandowy, polegający na tym, że dane statystyczne są po prostu zmanipulowane. Obliczenia GUS trafiają do jednostek, które prowadzą statystykę międzynarodową – do Eurostatu (powołanego przecież do kontroli jakości statystyk), Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, do CIA (które prowadzi jeden z największych portali statystycznych na świecie) – skąd następnie wracają do Polski, już jako oficjalne potwierdzenie stanu rzeczywistości gospodarczej w naszym kraju. Jest to jakby mechanizm legitymizowania tychże danych statystycznych. To jest takie samo zjawisko, które obserwujemy w prasie: są dziennikarze, którzy piszą oceny sytuacji politycznej, społecznej czy historycznej w Polsce, a następnie poddają je autoryzacji silniejszych mediów zagranicznych. Bardzo trudno jest potem walczyć z niewiarygodnymi danymi, skoro mają one oparcie w autorytecie instytucji międzynarodowych.
Przypomnijmy sobie wszystkie perypetie na tle danych statystycznych, braku rzetelnej informacji gospodarczej, jakie Węgrzy przeżywali za czasów premiera Gyurcsánya. Zobaczmy: te same mechanizmy, co w Polsce i na Węgrzech, wystąpiły także w Grecji. Hipokryzją było oburzanie się, że Grecy fałszują statystyki, ponieważ już od dawna budziły one wątpliwości w kwestii poprawności metodologicznej i prawidłowości obliczeń.
Widać, że rządy nie dbają o prowadzenie informacyjnej polityki gospodarczej, bądź inaczej rzecz ujmując – prowadzą politykę gospodarczą bez dbałości o jej realizm, pozbawiając społeczeństwo wiarygodnych informacji. Zakres pozbawiania społeczeństwa informacji jest olbrzymi. Radio włączam z rosnącym przerażeniem, ponieważ codziennie, we wszystkich niemal rozgłośniach, główną informacją są zatory i wypadki drogowe. W dalszej kolejności relacjonowane są przestępstwa rodzinne, następnie – niewielkie sensacje czy to kryminalne, czy polityczne. Mamy w tej chwili potężny kryzys światowy, a do informacji o nim również od samego początku ograniczano dostęp. Pamiętam sytuację sprzed dwóch lat, gdy napisałem o tym artykuł, zatytułowany „Głucho wszędzie, cicho wszędzie”. Ile problemów miałem wtedy z redaktorem, zdumionym opisywanym przeze mnie kryzysem! A trwał on już wtedy pół roku.
Skoro mówimy o manipulowaniu statystykami, warto podać kilka przykładów.
A. Ś.: Weźmy to, jak w Polsce liczy się inwestycje, których szacunki, jako przyrostu kapitału, winny być przecież poddane pewnym rygorom. Otóż okazuje się, że inaczej myślimy o inwestycjach w sensie prywatnym, a inaczej – w państwowym. Zakup budynku jest dla nas inwestycją, natomiast dla całej gospodarki – nie, ponieważ był on już liczony jako inwestycja w momencie budowy. Ideą jest tutaj unikanie tzw. podwójnego czy wielokrotnego liczenia. Jednak gdybyśmy się dokładniej przyjrzeli, jak są w Polsce skonstruowane statystyki, okazałoby się, że wbrew tej deklaracji liczy się wielokrotnie te same inwestycje, co można sprawdzić biorąc do ręki rocznik statystyczny.
Weźmy teraz konsumpcję. Otóż zgodnie z międzynarodowymi standardami każdemu, kto ma własne mieszkanie czy dom jednorodzinny, dopisuje się do dochodów czynsz umowny z tego tytułu. Tam, gdzie społeczeństwa są bardzo zamożne, udział tej cząstki dochodów, oczywiście fikcyjnej, nie ma szczególnego znaczenia. W Polsce, gdzie poziom dochodów ludności jest bardzo niski, automatycznie bardzo znacząco, choć jedynie „na papierze” powiększa te dochody.
Ostatni przykład dotyczy zatrudnienia, a więc pośrednio tego, jak się liczy bezrobocie. Z grubsza biorąc, metody jego rachowania są u nas zgodne ze standardami międzynarodowymi, ale jest jeden osobliwy wyjątek. Otóż do pracujących zalicza się w Polsce osoby, które w badanym tygodniu przez co najmniej godzinę wykonywały pracę przynoszącą zarobek lub dochód, albo pomagały, bez wynagrodzenia, w prowadzeniu rodzinnego gospodarstwa w rolnictwie lub rodzinnej działalności poza rolnictwem. Wystarczy jedna godzina – np. odśnieżenie komuś podjazdu do garażu, żeby zarobić na butelkę piwa – i już ankieter włącza tę osobę do grupy pracujących! Nie ma też w statystykach zatrudnienia tego, co było dawniej uwzględniane, a mianowicie rozdzielenia pełnoetatowców i etatowców częściowych, co prowadzi do wielu zniekształceń. Zauważmy, że wszystko to idzie w jednym kierunku. To nie przypadek, że wszystkie te czynniki prowadzą do niedoszacowania, a nie przeszacowania rzeczywistego poziomu bezrobocia.
W swoich publikacjach zwraca Pan także uwagę na niewłaściwy sposób liczenia i podawania zadłużenia Polski.
A. Ś.: Problem polega na tym, że gdy mówimy o PKB, dochodzie narodowym czy jeszcze innych wskaźnikach makroekonomicznych w ramach rachunku narodowego, to mówimy o analizie realnych procesów ekonomicznych – nie obejmuje on finansowej strony życia gospodarczego. Natomiast jeśli mówimy o zadłużeniu, to istnieje coś takiego jak zadłużenie potencjalne, nazywane także ukrytym. Zadłużenie przyszłych okresów, wyliczane przy użyciu odpowiedniej metodyki, ujmuje się w ramach tzw. rachunku międzypokoleniowego. Większość krajów zachodnich przeprowadza takie analizy. Jest to przejaw racjonalnego myślenia ekonomicznego i społecznego. W Polsce ich brakuje. W publicznej debacie ciągle słyszymy tylko o stanie bieżących zobowiązań, tymczasem perspektywa wielopokoleniowa pozwala ocenić obciążenia, które nie mają charakteru doraźnego – na dziś czy na konkretny rok – lecz grożą naszym dzieciom i wnukom.
Polemika na temat tego, co jest ważniejsze, dług publiczny czy rachunek międzypokoleniowy, jest oczywiście absurdem, bo zarówno jedno, jak i drugie wskazuje na różne aspekty zadłużenia. Gdybyśmy jednak mieli powiedzieć, co jest groźniejsze dla gospodarki i społeczeństwa, to niewątpliwie jest to rachunek międzypokoleniowy, szacowany przez Janusza Jabłonowskiego z Narodowego Banku Polskiego na 3 bln zł. W oficjalnym dokumencie NBP znajdujemy założenie, że jest to zdyskontowane na dzień dzisiejszy zadłużenie długookresowe, przy założeniu, że nie zmienią się zasadnicze warunki polityczne i gospodarcze. Jest w tym nutka optymizmu, ale przecież jest równie prawdopodobne, że czasy zmienią się na gorsze.
Jest to poważny problem, jednak za najistotniejszy uznaję błąd, popełniany zresztą nie tylko w Polsce, który widzimy przy ocenie kryzysu światowego. Zauważmy, że w pierwszej jego fazie, gdy w połowie 2008 r. przejawił się przede wszystkim na rynku kredytów hipotecznych, uznano – i trwało to ponad rok – że jest to kryzys finansowy oraz kryzys instytucji finansowych. I tak to rzeczywiście wyglądało, przez to, że jak gdyby oderwano kryzys finansowy od drugiej części zagadnienia, od realnych procesów gospodarczych, które są z kryzysem ściśle powiązane. Samo określenie „kryzys finansowy” mocno zawęża zasięg obserwacji tego, co się na świecie dzieje. Czynniki i procesy, które spowodowały kryzys, rzeczywiście uzewnętrzniły się bardzo silnie w sektorze finansowym. Natomiast jest to kryzys całej gospodarki amerykańskiej oraz wielu gospodarek europejskich, który przejawił się również w handlu, przemyśle i rolnictwie.
Przez to przeoczenie popełniono wiele błędów, bo pytając o to, jak poradzić sobie z kryzysem, szukano odpowiedzi tylko pośród rozwiązań dotyczących finansów. Pomoc instytucjom finansowym odbyła się kosztem całej gospodarki i społeczeństwa. Stąd trudno się dziwić, że w Stanach Zjednoczonych, a także w części krajów europejskich, zagrożonych restrykcjami oszczędnościowymi, panuje olbrzymie niezadowolenie społeczne i wręcz negatywne spojrzenie na sektor finansowy. Teraz problem pomocy w kryzysie staje się aktualny również u nas. Polska wyasygnowała na pomoc bankom ponad 9,5 mld złotych, które w dużej części trafiły przecież do banków zagranicznych. To są kwoty, które z powodzeniem wystarczyłyby na poprawę sytuacji np. w służbie zdrowia.
Rozmawiamy o kryzysie ostatnich kilku lat, tymczasem w „Życiu wśród łupieżców” dowodzi Pan, że kryzys jest w przypadku Polski zjawiskiem trwałym (i narastającym), nawet jeśli nie zawsze łatwo dostrzegalnym. Inaczej mówiąc, ma on charakter strukturalny.
A. Ś.: Warto zwrócić uwagę na istotną cechę potężnych kryzysów ekonomicznych: mają one zawsze dwie fazy. Pierwsza to faza chaosu, zamieszania, w której dotychczasowe oceny, poglądy, a także teorie ekonomiczne przestają być wiarygodne. Pojawia się zbyt dużo czynników, które podważają istniejący obraz i przestaje on być czytelny. Nieprzypadkowo wcześniej posługiwano się pojęciem paniki, które lepiej oddaje emocjonalny i chaotyczny charakter sytuacji kryzysowych – jak podczas pożaru dużego budynku publicznego, gdy każdy stara się ratować własne życie.
Dopiero po tym następuje druga faza, w której dochodzi do pewnych przemyśleń. Jeden z ekonomistów zachodnich przekonywał nawet, że kryzys jest czymś dobrym, bo zmusza do myślenia. W tej fazie w świadomości ludzi zaczyna występować przymus opanowania zmian zachodzących w gospodarce. Proces ten trwa długie lata, a my dopiero zaczynamy w niego wkraczać. W wielu miejscach chaos zaczyna pomału zanikać, choć emocje i obawy z nim związane wciąż są żywe. Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto odważyłby się powiedzieć, że obecny kryzys jest częścią wielkiego, kilkudziesięcioletniego cyklu koniunkturalnego Kondratiewa, a nie 40-miesięcznego cyklu Kitchina. Oznaczałoby to bowiem, że cały ustrój społeczno-gospodarczy przechodzi kryzys.
Myśmy w Polsce zapomnieli, czym jest ustrój, bo już go nie widzimy – nie wiemy, w jakim ustroju żyjemy. Kapitalizm to nie ustrój, lecz formacja historyczna. Ustrój definiuje się poprzez określenie ładu społeczno-gospodarczego. Jest to konstrukcja, która wprowadza pewien porządek. Dobre ustroje społeczno-gospodarcze są świadomie wcielane w życie. Kryje się za nimi pewna wiedza, doświadczenie historyczne, a także określona kultura. Tymczasem w Polsce w 1989 r. uznano, że nowy ustrój społeczno-gospodarczy ukształtuje się samoczynnie. Rzecz jasna trudno przypuszczać, żeby ci, których nazywamy reformatorami, byli na tyle naiwni lub bezmyślni, aby nie wiedzieć, iż jest to co najmniej bardzo ryzykowne stwierdzenie, bez pokrycia w doświadczeniach historycznych. W ten oto sposób pewne środowiska zafundowały społeczeństwu chaos i bezład ustrojowy, w zamian opowiadając bajeczki na temat wolności i demokracji. Natomiast przepisy, choćby zawarte w Konstytucji, stają się jedynie deklaratywne bez odpowiednich instytucji tworzących ustrój.
Jak w sferze gospodarczej przejawia się ów kryzys ustrojowy?
A. Ś.: Zjawiska, które doprowadziły do kryzysu w innych gospodarkach, miały odzwierciedlenie także w Polsce. Chodzi tutaj głównie o procesy globalizacyjne oraz związane z dominacją doktryny neoliberalnej. Przy czym w przypadku globalizacji nie mówimy tylko o warstwie intelektualnej i politycznej, lecz mamy na myśli przede wszystkim jej warstwę realną, a więc to, co dzieje się w handlu, w stosunkach finansowych między krajami itd. Jeżeli tak to określimy, to pojęciami globalizacji i neoliberalizmu możemy z powodzeniem posługiwać się wymiennie.
Spójrzmy na ewolucję, która dokonywała się w Stanach Zjednoczonych i z pewnym opóźnieniem także w innych krajach, i która od II wojny światowej uprawdopodobniała fakt, że doszliśmy do gospodarki wolnej konkurencji. Taki był punkt wyjścia, który został bardzo silnie wyeksponowany właśnie w koncepcjach neoliberalnych. Gospodarka zaczęła się jednak zmieniać, tymczasem część koncepcyjna, intelektualna okazała się niestety mniej podatna na zmiany, wręcz skostniała. Co się okazało? Gospodarka przestała być wolnorynkowa, a stała się gospodarką korporacyjną, czyli opanowaną przez dominujące grupy interesu. Ten proces występował, oczywiście w mniejszej skali, już wcześniej. Jednak dopiero z czasem został usankcjonowany poprzez zmiany przepisów prawnych oraz tworzenie instytucji, które stanęły na straży interesów wielkich korporacji. W efekcie rządy zaczęły być im podporządkowywane. Mówimy „rynek finansowy”, ale to przecież nie jest rynek; to potężna, światowa korporacja finansowa. Możemy tylko spierać się, czy posiada ona jedno centrum, czy dwa lub trzy. Mówi się, że rynek finansowy „ocenia” lub „weryfikuje”. Tymczasem to nie rynek ocenia, tylko Wall Street.
Wcześniej jednak pojawił się inny, równie ważny, mocno wpływowy gracz w postaci wielkiego kompleksu militarno-przemysłowego w USA. Już Eisenhower, sam przecież generał armii amerykańskiej, kończąc prezydenturę wygłosił przemówienie krytykujące ten kompleks, wskazując na łączące się z nim niebezpieczeństwa dla społeczeństwa i gospodarki.
Wreszcie trzeci element, o którym najmniej się mówi: sieci handlu wielkopowierzchniowego, w obrębie których, paradoksalnie, przestają działać mechanizmy rynkowe. Warto wziąć do ręki książkę Fishmana „Efekt Wal-Martu”, aby uzmysłowić sobie, jak wielki i niszczący dla gospodarki jest wpływ wielkich korporacji handlowych. To one dyktują dostawcom niskie ceny zakupu, co doprowadza przedsiębiorstwa do bankructwa lub w najlepszym razie do wyhamowania rozwoju. Wszystko to są bardzo daleko idące zmiany. Przewaga korporacji nad innymi obszarami życia gospodarczego jest tak silna, że następuje załamanie całego systemu.
Spójrzmy na Polskę oraz resztę Europy Środkowej i Wschodniej. Ekspansja wielkich korporacji nastąpiła tutaj przy wydatnej pomocy polityków, dyplomatów i służb wywiadowczych. Jeżeli wrócimy teraz do pytania, dlaczego nie zbudowano w Polsce żadnego ustroju, dlaczego nie tworzono przejrzystej, zharmonizowanej, mądrej konstrukcji ładu społecznego, to odpowiedź jest prosta: było to po prostu niepotrzebne. Ograniczałoby to bowiem swobodę działania korporacji.
Weźmy organizacje międzynarodowe. Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest krytykowany właśnie za to, że jest agendą interesów amerykańskich; podobnie jest z Bankiem Światowym. Spójrzmy także na Unię Europejską. W licznych oficjalnych dokumentach jej władze piszą, że prowadzą dialog z dominującymi grupami interesu, o lobbingu i zakulisowych spotkaniach. To jest legalne i tego się nie ukrywa, wręcz chwali się tym. Bruksela uważa, że wystarczy zapewnić w miarę dobrą przejrzystość tych kontaktów. Ale przejrzystość nie wystarcza, bo tu nie chodzi o przejrzystość, lecz o interesy.
Podam konkretny przykład. Dla mnie najbardziej bulwersujący był 7. Program Ramowy w zakresie badań i rozwoju technologicznego. Jego budżet ustanowiono w wysokości ok. 56 mld euro, z czego 95% to fundusze przeznaczone na wprowadzanie zaawansowanych technologii. Program został skonstruowany tak, żeby inicjatywa w zakresie zarządzania tymi funduszami należała do zachodnich korporacji. Nazywano to enigmatycznie platformami gospodarczymi. Były to porozumienia wewnątrzbranżowe, które składały projekty, a Unia przekazywała na ich realizację fundusze bez żadnej pewności co do ich wykorzystania i bez możliwości zwrotu.
Tutaj ciekawa rzecz: ze strony polskiej nie pojawiła się żadna korporacja, żadna platforma, żadna osoba ze świata praktyki gospodarczej, która uczestniczyłaby w tego rodzaju pośrednim finansowaniu wielkiego biznesu.
Sporo pisał Pan o tym, jak w ramach transformacji systemowej nasza gospodarka została szeroko otwarta na eksploatację przez grupy interesu. Zwracał Pan uwagę np. na kolejne decyzje, które stopniowo otwierały pole do wyzbywania się przez Polskę kontroli nad strategicznymi przedsiębiorstwami czy zasobami.
A. Ś.: Żyjemy w błędnym przekonaniu, wynikającym z poglądów neoliberalnych, że w Polsce dominują procesy żywiołowe, że to wszystko miało charakter spontaniczny. Zakres procesów żywiołowych jest dość duży, ale tylko na niskich szczeblach drabiny społecznej. Na piętrze sklepikarzy, rzemieślników czy drobnych rolników procesy gospodarcze mają rzeczywiście charakter rynkowy. Natomiast jeśli chodzi o wyższe piętra, gdzie dochody są duże, gdzie stosuje się kosztowne technologie – tam mamy do czynienia z bardzo kontrolowanymi procesami. Reżyseria i dobrze przygotowane projekty opanowania określonych obszarów gospodarki to znaczące czynniki zmian, które miały miejsce w Polsce.
To się wiąże z tym, co nazywa się u nas „kosztami transformacji”. Istnieje tzw. rachunek kosztów i korzyści, stosowany w praktyce od lat 70. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że rachunek ten został przeprowadzony np. w stosunku do prywatyzacji czy innych reform o charakterze gospodarczym, jak choćby przedsięwzięć likwidacyjnych (przedsiębiorstw czy instytutów naukowych). Mówienie bez tego rachunku o kosztach transformacji jest opowiadaniem bajek. Tymczasem w Polsce taki rachunek przeprowadzono tylko raz, eksperymentalnie – zrobiła to jedna z zachodnich firm konsultingowych, na dodatek dotyczył bardzo wąskiego zakresu, konkretnie planowanych zmian części przepisów BHP.
Decyzje tak istotne, jak likwidacja przemysłu stoczniowego, powinny podlegać szczegółowemu rachunkowi. I nie chodzi tylko o wąsko rozumiane korzyści finansowe, ale także o szerszy wymiar kosztów i korzyści społecznych. Dlaczego tego nie zrobiono? Bo stwarzałoby to barierę dla przejmowania rodzimego kapitału. Dlaczego nie powołano Prokuratorii Generalnej? Była to konsekwencja likwidacji mechanizmów kontroli. W tym naszym nowym pseudosystemie ustrojowym nauczono nas nie lubić słowa „kontrola”. Tymczasem tam, gdzie jest dobro publiczne, musi istnieć i sprawnie funkcjonować kontrola zewnętrzna.
Na początku odwilży w stosunkach między krajami zachodnimi a PRL w czasach rządów Jaruzelskiego, Bank Światowy dokonał pełnej inwentaryzacji polskich przedsiębiorstw. Powstało wspaniałe rozpoznanie, gdzie są rodzynki, a gdzie zakalec, jaki jest poziom technologii, jakie kadry itd. – a to była dopiero połowa lat 80.! Być może udostępnienie serwisu informacyjnego o polskiej gospodarce było podstawowym punktem uzasadniającym wspomnianą odwilż. Bank Światowy już wtedy przygotowywał odpowiedni program. Było już wiadomo, że tu na Wschodzie wszystko zaczyna się rozpadać.
Wtedy pojawiła się dość prymitywna wizja ekspansji. Wyobrażano sobie, że pojawia się przed Amerykanami obszar takiej samej przygody, jak Dziki Zachód. Ale wizja ta nie była prymitywna z punktu widzenia interesów gospodarczych, bo stanowiła udoskonalenie doświadczeń wyniesionych z Ameryki Łacińskiej, już wyniszczanej przez wielkie korporacje. W krajach takich jak Chile, Brazylia i Argentyna oraz w kilku mniejszych państwach, korporacje wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w znacznym stopniu zniszczyły miejscowe gospodarki. Mechanizmy, które tam wykorzystano, zostały dopracowane i wprowadzone na obszar Europy Środkowej i Wschodniej.
Wystarczy popatrzeć, jak przeprowadzono w latach 90. ataki spekulacyjne na kraje azjatyckie czy Ameryki Łacińskiej. Argentyna stanowi przykład ofiary ataku spekulacyjnego bliźniaczo podobny do Grecji: ten sam model, te same postacie, w tym drugim przypadku jedynie uzupełnione przez kanclerz Angelę Merkel, która dała przyzwolenie na wykonanie ataku w imieniu Unii Europejskiej.
Nie chodzi o to, że określone kraje czy społeczeństwa weszły w konflikt. To jest przestarzały sposób rozumowania. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że walki toczą się albo między narodami, albo w obrębie jakiegoś terytorium. Tutaj natomiast mamy do czynienia z różnymi przejawami dominacji tych grup interesu, które zaczęły zmieniać charakter gospodarek. Co się stanie później? Myślę, że jest mało realne, by można to było kontynuować; to jest sprawa najwyżej kilku lat.
Nastanie metanoja, czyli mówiąc w dużym uproszczeniu głębokie przewartościowanie (rozumiane w sensie społecznym): zapatrywań, przekonań, sposobu widzenia świata. W ujęciu teologicznym metanoja to głębokie poczucie winy, chęć poprawy i duchowego odrodzenia. Tego typu procesy przebiegały w Polsce już kilkakrotnie. W tej chwili metanoję, nieprzypadkowo, przechodzą Grecy, co wyraźnie wyczuwa się w ich publikacjach. Mija już początkowy chaos i szok, a w ich miejsce pojawiają się nowe wartości.
Jest też tendencja przeciwstawna. To kwestia nasilającej się fali maltuzjanizmu, tzn. przyzwolenia na całkowite odrzucenie jakichkolwiek wartości humanistycznych, na przejście do prawa dżungli. W wymiarze praktycznym oznacza to przyzwolenie na agresję już bez żadnych ograniczeń etycznych. Trzeba więc zmienić nastawienie. Podsumowując, kryzys ma tę dobrą cechę, że zmusza ludzi do myślenia.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 6 stycznia 2011 r.
przez Jan Przybylski | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wojna to, według klasycznej definicji, akt przemocy mający na celu zmuszenie przeciwnika do spełnienia naszej woli. Polska leży w nieprzyjemnym otoczeniu geostrategicznym. Nie znajduje się jednak w stanie realnego konfliktu z sąsiadami, który czyniłby prawdopodobnym bój o życie, podobny do tego z roku 1920 czy 1939. Nie można mimo to całkiem wykluczyć poważnego starcia się woli Polski z wolą któregoś z mocarstw ościennych (ze wskazaniem na wschodnie), skutkującego wzrostem napięcia.
Wynika z tego konieczność utrzymywania armii, która będzie miała poważną zdolność obrony własnego terytorium. Zdolność do działań ekspedycyjnych, wynikających ze zobowiązań sojuszniczych, acz istotna, winna mieć charakter uzupełniający.
Co było na końcu historii…
Polska wychodziła z epoki realnego socjalizmu z wojskiem uważanym obecnie za potężne. W roku 1990 armia liczyła, już po niemałej redukcji ilościowej, ponad 260 tys. żołnierzy, posiadała czołgi w kosmicznej dziś liczbie 2830, 352 samoloty bojowe i mnóstwo innego sprzętu. Głębsza analiza rozwiewa jednak ten mit.
Ludowe Wojsko Polskie było chronicznie niedoinwestowane, wysokie stany liczebne utrzymywano za cenę potężnego udziału przestarzałego sprzętu. Pamiętające II wojnę światową czołgi T-34/85, które poważną wartość bojową utraciły jeszcze w latach 50., były utrzymywane w dywizjach do 1985 r. W linii w 1990 r. nie było ani jednego pojazdu zdolnego nawiązać równorzędną walkę z niemieckim Leopardem 2 czy sowieckim T-80U. Podobnie było w innych formacjach.
W lata 90. Wojsko Polskie wkraczało pod hasłem „Armia mniejsza, ale nowocześniejsza”. Faktycznie, jej liczebność pomału spadała, aby osiągnąć na koniec dekady niecałe 187 tys. osób. Jednak nowoczesność ograniczała się w praktyce do wycofania najbardziej przestarzałego sprzętu. Mimo od pewnego momentu nie najgorszej sytuacji ekonomicznej, nie dokonywano żadnych zasadniczych modernizacji. Wyjątki to wprowadzenie do linii czołgów PT-91 i pozyskanie drogą barteru 10 ex-czeskich MiG-ów-29. Świat tymczasem uciekał coraz szybciej.
Żywsze wiatry zaczęły wiać dopiero po roku 2000, gdy po ustawowym zagwarantowaniu wydatków MON w wysokości 1,95% PKB, przystąpiono do kilku poważnych programów modernizacyjnych. Część z nich udało się doprowadzić do finału, np. kluczowy dla obronności zakup nowych wielozadaniowych samolotów bojowych, pozyskanie nowych kołowych transporterów opancerzonych oraz przeciwpancernych pocisków kierowanych. Jednocześnie rosły kwoty faktycznie wydawane na obronność – z 1,22% PKB w najgorszych latach 2001-2002 do 1,45% w 2007 r.
Cały czas trwały redukcje liczebne, przy zwiększającym się udziale żołnierzy zawodowych. W ostatnim roku poboru wynosił on już 62%, przy stanie nieco przekraczającym 129 tys. (w roku 1990 – zaledwie 35%). Rozformowywano przy tym kolejne jednostki, likwidowano garnizony. Bardzo istotną cezurą był rok 2008, gdy podjęto decyzję o profesjonalizacji armii.
Niestety, w owym roku „kryzysowo” zablokowano 3 mld zł, a w roku kolejnym faktyczne niedofinansowanie MON w stosunku do założeń ustawowych wzrosło do aż 5,2 mld zł, chociaż „kreatywna księgowość” miała wykazać kwotę 2 mld. Jednocześnie czynione są zakusy na wspomniane gwarancje ustawowe.
Co możemy mieć?
Limity polskiego potencjału militarnego określa Traktat o Konwencjonalnych Siłach Zbrojnych w Europie (CFE). Są one następujące: 234 tys. żołnierzy, 460 samolotów bojowych, 130 śmigłowców bojowych, 1730 czołgów, 2150 bojowych wozów opancerzonych, 1610 dział kalibru powyżej 100 mm.
Wojsko posiadające takie ilości nowoczesnego sprzętu byłoby europejskim mocarstwem konwencjonalnym. Wartości te zostały bowiem określone jeszcze w epoce armii masowych, gdy np. w Polsce królowały działa pamiętające generalissimusa Stalina. Od 1990 r. w zasadzie we wszystkich europejskich siłach zbrojnych zaszły gigantyczne redukcje ilościowe, np. Niemcy z dozwolonych 4166 czołgów mają obecnie około… 400. Można więc ze spokojem orzec, że stan prawny w zakresie umów międzynarodowych jest całkowicie zadowalający.
Który rodzaj wojska jest najważniejszy? Przy ograniczonych środkach budżetowych nie da się uciec przed takimi rozważaniami. 1,95% PKB przeznaczone na obronność to wbrew pozorom niewiele, szczególnie że na zakupy sprzętu przeznaczane jest ok. 20% budżetu ministerstwa – drugie tyle stanowi „garb emerytalny”. Kluczowe programy muszą być realizowane ze środków specjalnych: tylko tak mógł dokonać się zakup F-16, jedynie w ten sposób może się udać zrewitalizować Marynarkę Wojenną itp. Specjaliści, konfrontując przewidywane środki budżetowe z potrzebami modernizacyjnymi na lata 2009-2018, orzekli, że niedobór wyniesie, bagatela, 150 mld zł.
Skoro kołdra jest tak krótka, trzeba położyć nacisk na któryś z rodzajów broni. Na podstawie analizy konfliktów w Serbii, Gruzji, a także Iraku, jestem przekonany, że są nimi lotnictwo i obrona przeciwlotnicza. Siły powietrzne mogą realizować najszerszy zakres zadań: ten sam F-16 o godzinie 6.00 może przechwytywać rosyjskie samoloty nad Krakowem, o 14.00 niszczyć infrastrukturę transportową pod Smoleńskiem, a o 20.00 dokonać dekompozycji kolumn pancernych pod Suwałkami. Warunkiem opanowania terytorium jest osiągnięcie panowania powietrznego nad nim – bez tego nie ma co marzyć o działaniach wojsk lądowych, łatwych do wykrycia przez powietrzne systemy rozpoznawcze, skrajnie uzależnionych od wrażliwego na zniszczenie zaplecza logistycznego i zaopatrzeniowego.
Obrona przeciwlotnicza z kolei utrudnia nieprzyjacielskim siłom powietrznym osiągnięcie panowania nad Polską, może również utrudnić wykonywanie zadań przez pociski rakietowe krótkiego i średniego zasięgu.
Jaki model armii?
W dyskusjach na ten temat ściera się kilka zasadniczych stanowisk. Istnieją zwolennicy armii zawodowej, wojska mieszanego, określanego w uproszczeniu jako poborowe, wreszcie głosiciele masowej, taniej armii terytorialnej.
W mojej opinii, w wyobrażalnym horyzoncie czasowym długi konflikt pełnoskalowy jest mało prawdopodobny, więc problem ten nie jest faktycznie decydujący. Możliwe zadania jest w stanie wypełnić zarówno sensownie zorganizowana, finansowana i uzbrojona armia profesjonalna, jak i takież wojsko poborowe. Gdyby jednak konflikt tego rodzaju miał zaistnieć, rezerwiści niewiele pomogą. Przegrana bitwa graniczna wymusi rychłą kapitulację z uwagi na sprzyjające ruchom wojsk ukształtowanie powierzchni naszego kraju i jego stosunkowo niedużą przecież wielkość, pozwalającą nieprzyjacielskiemu lotnictwu na osiągnięcie celów na całym obszarze.
Kilka słów należy się problemowi obrony terytorialnej i armii partyzanckiej. Dobrze pojęta obrona terytorialna może stanowić bardzo wartościowe uzupełnienie armii „ciężkiej”, operującej skomplikowanym i drogim sprzętem. Miejmy jednak w pamięci wojnę o Kosowo. Nieźle uzbrojeni, doświadczeni i bitni Serbowie mogli na lądzie sprawić wojskom NATO pewne problemy. Jednak na bombardowania prowadzone za pomocą broni precyzyjnej z wysokości 5 km marną odpowiedź stanowi nawet 5 mln mężczyzn z kałasznikowami i kilkoma tysiącami Stingerów. Niestety, wojsko musi mieć kosztujące po niemal 100 mln dolarów za sztukę myśliwce, czołgi po kilka milionów itp.
Ponadto z „armią partyzancką” wiąże się mniej czy bardziej explicite wyrażone założenie, że konflikt będzie się odbywał w głębi naszego terytorium. Tymczasem kolejnej fali destrukcji infrastruktury i kultury materialnej oraz rzezi obywateli, ze szczególnym uwzględnieniem elit – Polska nie przeżyje. Wojna jest przedłużeniem polityki, więc zadaniem tej drugiej jest niedopuszczenie do jej toczenia w skrajnie niekorzystnych warunkach, przy pewności porażki. Niestety, może się to wiązać z koncesjami czy zmianami sojuszy wbrew woli i sentymentom, jeżeli jednak ma to być ceną biologicznego i historycznego przetrwania, to warto ją zapłacić.
Co mamy?
Polska dysponuje obecnie armią zawodową, liczącą ok. 100 tys. żołnierzy. Ma ona być wspierana przez tworzone obecnie 20-tysięczne Narodowe Siły Rezerwy. Omówmy pokrótce główne rodzaje broni.
Lotnictwo odebrało właśnie dostawę 48 sztuk F-16C/D Block 52+, które wspierają 32 MiG-i-29 i wycofywane Su-22. F-16, wbrew bzdurnemu stygmatowi „gratów z lat 70.”, stanowią sprzęt w pełni wartościowy. Są wręcz jednymi z maszyn tej klasy odznaczających się największymi możliwościami. Gorzej z MiG-ami-29 – obecnie to samoloty bardzo przestarzałe, o niewielkim potencjale w zakresie walki powietrze-powietrze, dość dużym w walce manewrowej, ale prawie żadnym w dziedzinie powietrze-ziemia, operujące w dodatku ze starym uzbrojeniem o wątpliwej jakości. Modernizacja ich jest możliwa technicznie, ale trudna politycznie, gdyż producentem jest Rosja. Maszyny te miały zniknąć z linii po roku 2018, lecz prawdopodobnie zostaną poddane pewnej modernizacji, która jednak nie zwiększy znacząco ich możliwości.
Liczące ponad ćwierć wieku Su-22 miało czekać w najbliższych latach złomowisko albo sprzedaż za granicę. Wydawało się, że to najlepsze, co z nimi można w tej chwili zrobić – stosowny moment na ich modernizację został przespany w latach 90. Tymczasem najnowsze pogłoski sugerują, że również część tych maszyn ma zostać unowocześniona. Ogólnie biorąc jednak stan lotnictwa, dzięki wprowadzeniu do służby F-16 i osiągnięciu przez nie wstępnej gotowości bojowej, można określić jako w miarę przyzwoity. Obraz zaciemnia przestarzałość systemu szkolenia oraz coroczne problemy z przydziałami paliwa, utrudniające utrzymanie właściwej gotowości bojowej i osiągnięcie wymaganych nalotów przez załogę.
Wojska Obrony Przeciwlotniczej Sił Powietrznych dysponują w zakresie dalekiego zasięgu 12 wyrzutniami rakiet S-200 Wega (250 km). Za zasięg średni odpowiada 18 zestawów 2K11 Krug (55 km), za krótki – 60 wyrzutni S-125 Newa SC (25 km). Wojska Obrony Przeciwlotniczej Wojsk Lądowych mają 80 wyrzutni rakiet 2K12 Kub (24 km) i 64 zestawy 9K33 Osa (10,5 km). Uzupełnienie systemu obrony przeciwlotniczej stanowią przenośne zestawy rakietowe Grom i Strzała-2M oraz działa plot kalibrów 57 i 23 mm. Zasadniczy problem polega na tym, że wszystkie wymienione typy wyrzutni, sprzęt sowiecki o korzeniach sięgających lat 60., a nawet 50., będą musiały zostać niedługo wycofane (np. Krugi mają zniknąć już w przyszłym roku; jedynie Osy posłużą nieco dłużej, do 2021 r.). Sytuację pogarsza fakt zestarzenia się środków bojowych – pocisków rakietowych.
Jedynym obok F-16 optymistycznym, niezwykle przy tym ważnym akcentem, jest dobry stan sieci radarowej. Bazuje ona na spełniających wszelkie wymogi stacjach tak polskich (rodzimej produkcji), jak i rozlokowanych na terenie kraju NATO-wskich. Cieszy również istnienie nowoczesnych zautomatyzowanych systemów dowodzenia i kierowania oraz łączności i wymiany danych. Jako całość, obrona przeciwlotnicza wygląda jednak bardzo źle, a jako newralgiczny rodzaj broni stanowi najsłabsze ogniwo polskiego systemu obronnego.
Zasadnicza siła Wojsk Lądowych to 900 czołgów, wśród których realną wartość bojową posiada 128 Leopardów 2A4 oraz 232 PT-91, choć należy pamiętać, że liczba sprawnych maszyn jest mniejsza. Pozostałe T-72M1/M1Z są już bardzo przestarzałe i bez modernizacji mogłyby spełniać jedynie zadania pomocnicze. Jednak nawet oba wartościowe typy uzbrojenia wymagają zasadniczego zwiększenia potencjału bojowego, które w przypadku Leopardów pozwoliłoby uzyskać pojazdy całkowicie spełniające współczesne wymagania pola walki. Problem w tym, że modernizacja tych pojazdów nie jest na razie planowana, a w dodatku nie została do nich nawet zakupiona nowoczesna amunicja przeciwpancerna. Potencjał modernizacyjny PT-91, polskiej pochodnej T-72, jest niestety zdecydowanie mniejszy i pojazdy te, jeśli Wojska Lądowe myślą poważnie o utrzymaniu w linii 400 wartościowych czołgów, zgrupowanych w czterech brygadach pancernych, będą musiały rychło zostać zastąpione nowym typem.
Pojazdy te wspiera 1597 wozów bojowych, z których 300 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak (zamówionych zostało 890) to sprzęt bardzo nowoczesny. Kilkaset gąsienicowych BWP-1 stanowi już jednak niestety jeżdżący złom, z zupełnie nieefektywnym uzbrojeniem i słabym opancerzeniem.
Orszak bogini wojny, artylerii, tworzy 106 armatohaubic samobieżnych 152 mm wz.77 Dana, 524 samobieżne haubice 122 mm 2S1 Goździk, 24 z 36 zamówionych nowoczesnych wyrzutni rakietowych 122 mm WR-40 Langusta, a także 194 stare wyrzutnie BM-21 (które jednak można modernizować) i 30 nieco nowszych RM-70. Stan artylerii lufowej jest bardzo zły, relatywnie nowe Dany strzelają przestarzałą amunicją o donośności ledwie 18,5 km, podczas gdy normą dla nowoczesnych dział NATO-wskiego kalibru 155 mm jest 30-40 km – takie parametry ma armatohaubica Krab, której dostaw wojsko nie może się jednak doczekać. Działa 2S1 są przestarzałe i całkowicie nieperspektywiczne.
Dzięki zakupowi PPK Spike nie najgorzej wygląda zagadnienie obrony przeciwpancernej, chociaż w różnych konfiguracjach pokutują jeszcze całkowicie przestarzałe sowieckie zestawy Malutka.
Spośród 143 śmigłowców Lotnictwa Wojsk Lądowych, w ciągu najbliższych lat zajdzie konieczność znalezienia następców dla 32 szturmowych Mi-24, których próba modernizacji nie powiodła się, a także dla 33 wielozadaniowych Mi-8/17.
Ogólny stan wojsk lądowych, tak liczebny, jak i sprzętowy, jest w miarę zadowalający i pozwala myśleć o efektywnym działaniu. Programy modernizacyjne są realizowane w dość szerokim zakresie, braki i luki wydają się być dość łatwe do usunięcia. Warto przy tym zwrócić uwagę na sprawę kluczową, choć nieraz umykającą uwadze. Chodzi o systemy bezpiecznej i szybkiej łączności teleinformatycznej, wspomagania dowodzenia, zobrazowania i zarządzania polem walki (tzw. C4ISR), a także odpowiednie procedury, stanowiące układ nerwowy armii. W tym zakresie szczęśliwie zrobiono bardzo dużo, wdrażając nowe radiolinie, aparatownie, oprogramowanie sterujące komunikacją oraz inne wyposażenie. Armia polska konsekwentnie dąży do stworzenia w pełni zintegrowanego systemu C4ISR, wdrożyła NATO-wskie procedury operacyjne, co radykalnie zwiększyło jej możliwości bojowe. Dlatego już na obecnym etapie, mimo pewnych braków w zakresie środków wykrywania, w razie ewentualnego konfliktu nie powinna rozsypać się na podobieństwo armii Gruzji w 2008 r.
Najsmutniejszy obraz przedstawia chronicznie niedofinansowana Marynarka Wojenna. W jej skład wchodzą m.in. 2 ex-amerykańskie fregaty typu OHP, 2 korwety rakietowe typu 1241, 3 małe okręty rakietowe projektu 660, 1 duży okręt podwodny typu 877 i 4 małe, ex-norweskie okręty podwodne typu Kobben. Niestety, fregaty są bardzo zużyte, mają niesprawne radary i systemy walki, a także są praktycznie pozbawione uzbrojenia. Korwety typu 1241 są zupełnie przestarzałe, okręty typu Kobben powinny być wycofywane już od 2008 r. (ostatni w 2012). Jedynak typu 877, „Orzeł” ma mimo doskonałego stanu kadłuba nieefektywne już systemy walki oraz uzbrojenie. Jedynym jasnym punktem są jednostki typu 660, przenoszące nowoczesne pociski rakietowe RBS-15. Mająca stanowić przyszłość korweta „Gawron” (pierwszy okręt z serii liczącej według założeń 7 jednostek) po 9 latach od rozpoczęcia budowy jest jedynie kadłubem, bez uzbrojenia i wyposażenia, a nawet realnych szans pozyskania ich w sensownym czasie, z uwagi na brak pieniędzy.
Utrata znaczenia przez MW spowoduje zmniejszenie zdolności odpornej wobec działań desantowych, zwiększy wrażliwość na blokady morskie, a w razie wojny uniemożliwi dowóz zaopatrzenia drogą morską. A także ułatwi uderzenia z morza na obiekty znajdujące się na terenie kraju – przy czym nie chodzi tylko o wybrzeże, ale też, przy zasięgach powszechnie dostępnych pocisków rakietowych, wynoszących 200 i więcej kilometrów, jego głębię.
Co mieć powinniśmy
Analizy dotyczące pożądanej liczebności lotnictwa wykazują stopniowy spadek oczekiwań. Na początku ubiegłej dekady eksperci głosili, że Siły Powietrzne RP powinny mieć 160, a nawet 192 wielozadaniowe samoloty bojowe. Obecnie za optimum uznaje się liczbę 96-112 maszyn w 16-samolotowych eskadrach.
Niestety, mimo zgłaszanego jeszcze przed dwoma laty przez dowództwo lotnictwa zapotrzebowania na 32 nowe wielozadaniowe samoloty bojowe, w celu wypełnienia luki po wycofywanych Su-22, w programie na lata 2009-2018 nie przewidziano na ten cel żadnych środków. Substytutem nowych samolotów bojowych będzie do tego czasu 16 maszyn LIFT, szkolno-bojowych z możliwością przenoszenia zaawansowanego uzbrojenia – oczywiście jeżeli zostaną kupione.
Gdyby owo zapotrzebowanie miało zostać zrealizowane w obecnej sytuacji, najpewniej zostałyby zamówione kolejne F-16C/D. Po roku 2018 będą to zapewne F-35, albo… używane F-16. Słowo komentarza do samych liczb: w sytuacji redukcji przez Niemcy docelowego zamówienia na myśliwce Eurofighter Typhoon do zaledwie 137 egzemplarzy, Siły Powietrzne liczące np. 192 nowoczesne WSB miałyby status europejskiej potęgi. Jednak nawet 112 samolotów stanowiłoby znaczący potencjał, biorąc pod uwagę fakt, że siły powietrzne najbardziej prawdopodobnego przeciwnika, Rosji, w ciągu nadchodzącej dekady otrzymają zaledwie 48 Su-35, najwyżej kilkanaście-klikadziesiąt Su-34, prawdopodobnie pierwsze myśliwce nowej generacji PAK FA.
W ciągu minionych dwóch dekad Rosjanie nie kupowali niemal żadnych samolotów, nie modernizowali ich też w znaczącym zakresie. Sprawia to, że teoretycznie bardzo liczne floty Su-27, MiG-ów-29 i Su-24 będą musiały niedługo trafić na złom, a docelowy realny stan Wojenno-Wozdusznych Sił Rosji będzie wynosił prawdopodobnie ok. 350-400 maszyn, które będą musiały zajmować się obroną całego gigantycznego terytorium, a w razie wojny z Polską działać w strefie rażenia obrony przeciwlotniczej kraju.
Należy zatem powrócić do środków zwiększających świadomość sytuacyjną. W tym zakresie powinny pojawić się – umożliwiające uzyskanie przewagi informacyjnej i ułatwiające dowodzenie – samoloty wczesnego ostrzegania, choćby z popularnym radarem Erieye, w liczbie kilku sztuk. Niestety brak takich planów, mimo pewnych przymiarek. Częściowo rekompensuje to działanie na rzecz Polski NATO-wskich AWACS-ów E-3A. Praktyczny brak rozpoznawczych bezzałogowych środków latających ma zostać uzupełniony przez zakup do 2018 r. 14 systemów średniego (250 km) i bliskiego (100 km) zasięgu – dobre i to.
Bardzo przydatne systemy lotniczej obserwacji powierzchni ziemi i obiektów ruchomych klasy JSTARS niestety nie pojawią się w naszych siłach zbrojnych. Co gorsza, rząd w ub. roku wycofał się z NATO-wskiego projektu Alliance Ground Surveillance, mającego zapewnić sojuszowi skokowy wzrost świadomości sytuacyjnej dzięki wielkiej rozbudowie systemu obserwacji obiektów naziemnych z powietrza. Warte pozyskania są zbiornikowce powietrzne – nasza armia zabiega o dwie takie maszyny.
W dziedzinie obrony przeciwlotniczej wiadomo tyle, że zmiany są konieczne. Symulacja z roku 2008 zakładała, że do sprostania zagrożeniom niezbędne będą:
- Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej z 6 dywizjonami rakietowymi – bateria rakiet bliskiego zasięgu (25 km) + bateria artyleryjsko-rakietowa, złożona z przenośnych zestawów rakietowych i zestawów artyleryjsko-rakietowych. Przeznaczona do obrony baz powietrznych.
- Brygada Rakietowa z 6 dywizjonami rakietowymi – bateria rakiet średniego zasięgu (100 km), bateria rakiet bliskiego zasięgu, bateria artyleryjsko-rakietowa. Do obrony kluczowych obiektów.
- 61. Pułk Rakietowy OP z 2 dywizjonami rakiet średniego zasięgu po 3 baterie każdy.
- 78. Pułk Rakietowy OP z 2 dywizjonami rakietowymi dalekiego zasięgu – bateria rakiet dalekiego zasięgu, bateria rakiet bliskiego zasięgu, bateria artyleryjsko-rakietowa.
Dywizjony dalekiego zasięgu zostałyby zapewne wyposażone w pociski rakietowe klasy THAAD i zapewniałyby obronę przed pociskami balistycznymi.
Niestety, powyższy model został uznany za nierealny ze względów ekonomicznych. Na obecną chwilę wiadomo tylko, że zaspokojenie potrzeb nawet po korekcie kosztować będzie 12-20 mld zł, podczas gdy w programie 2009-2018 zarezerwowano raptem 2,5 mld.
Wojska lądowe powinny przeprowadzić modernizację Leopardów, zastąpić PT-91 innym pojazdem, nowym lub używanym, wprowadzić na miejsce BWP-1 nowy gąsienicowy bojowy wóz piechoty (np. na bazie nowej platformy z Bumaru) i kontynuować zakup Rosomaków. Niestety, w programie 9-letnim pewne jest jedynie ostatnie zadanie, prace nad BWP prawdopodobnie zostaną sformalizowane jako 15. program operacyjny planu, nad nowym czołgiem mogą być prowadzone jedynie prace koncepcyjne. Konieczne jest zdecydowane zwiększenie donośności środków rażenia działających na rzecz wielkich jednostek i na szczeblu operacyjnym. Szczęśliwie program zakłada pozyskanie wieloprowadnicowych wyrzutni dalekiego zasięgu (300 km) w ramach programu Homar i w końcu zakup Krabów (deklarowano przynajmniej 48 sztuk), a także armatohaubic samobieżnych na podwoziu kołowym Kryl. Oba te wzory mają już strzelać inteligentną amunicją o donośności zwiększonej do 60-70 km (dodatkowo uzasadnia to konieczność posiadania systemów obserwacji powierzchni ziemi, których jednak, jak wspomniałem, nie będzie). Zarezerwowano również dość znaczne środki na zakup nowych śmigłowców.
Najbardziej zawikłana jest sytuacja Marynarki Wojennej. W miarę realne plany ministerstwa zakładają zaledwie dokończenie do 2017 r. jednej korwety (przy takim tempie budowy jej koszt może być niestety niemal porównywalny z wielkim niszczycielem) i przynajmniej rozpoczęcie procedury pozyskania jednego okrętu podwodnego. Plany ministerialne de facto spowodują utrwalenie degradacji MW. Moim zdaniem należałoby w ogóle zrezygnować z dokańczania „Gawrona”, nabyć 2-3 fregaty o wyporności rzędu 5000 ton (np. francuskie FREMM), kilka korwet mniejszych niż „Gawron”, a także 3 nowe średnie okręty podwodne (wyposażone w napęd niezależny od powietrza i pociski rakietowe przystosowane do rażenia celów lądowych) i jednostki pomocnicze. Pozwoliłoby to na uzyskanie pewnej elastyczności i przyzwoitej siły bojowej.
W tym miejscu należy powrócić do kwestii profesjonalizacji armii. Wspomnieliśmy już o trudnych uwarunkowaniach finansowych. Ocenia się, że w przypadku faktycznej profesjonalizacji, wiążącej się ze znacznym wzrostem kosztów osobowych (wojsko musi konkurować na rynku pracy), przy zachowaniu poprzedniego poziomu wydatków liczebność armii musi zostać zmniejszona przynajmniej o połowę w celu uzyskania odpowiedniej efektywności bojowej. Żołnierz profesjonalny ma być przecież intensywniej szkolony, dysponować nowocześniejszym sprzętem. Tymczasem w Polsce nadal nie ma pieniędzy nawet na… odpowiednią ilość paliwa i amunicji.
Pojawiają się ponadto opinie kwestionujące sam sposób wykonywania reformy na szczeblu podstawowym i zaangażowanie kandydatów do służby zawodowej. Bardzo możliwe, że Polska uzyskała nie armię faktycznie profesjonalną, a tylko – uzawodowioną, dziedziczącą wady armii zawodowej (koszty, brak uzupełniania rezerw ludzkich) i poborowej (gorsze wyszkolenie, uzbrojenie i efektywność). Jedną z dróg wyjścia z tej sytuacji byłoby zwiększenie wydatków na obronność do poziomu nawet 3% PKB, umożliwiające sprawne funkcjonowanie armii 100-tysięcznej. Przy braku realności politycznej tego rozwiązania, pozostaje drugie, bardzo kontrowersyjne: kolejna redukcja, do zaledwie 60-70 tys. ludzi. Utrudni ona zapewne wypełnienie wielu zadań (wystawienie jednostek ekspedycyjnych, pomoc w sytuacjach kryzysowych), jednak otrzymamy wówczas wojsko faktycznie dobrze wyposażone i wyszkolone, profesjonalne w pełnym tego słowa znaczeniu.
Przemysł obronny
Na uwagę zasługuje również problematyka krajowego zaplecza przemysłowego wojskowości, stanowiącego istotny – aczkolwiek teoretycznie niekonieczny, bo istnieją przecież kraje importujące niemal wszystko – element potencjału obronnego. Może ono być również stymulatorem rozwoju gospodarczego, inkubatorem nowych technologii (w przypadku Polski jednym z nielicznych), wreszcie – pełni poważne funkcje społeczne.
Podobnie jak w przypadku wojska, obecna sytuacja przemysłu została w dużej mierze określona przez historię. W czasach PRL produkował on szeroki asortyment uzbrojenia, jednak również tu opowieści o bajecznym rzekomo potencjale nie mają pokrycia w faktach. Zdecydowana większość wzorów była produkowana na licencjach sowieckich; co prawda umowy pozwalały na dostosowanie do lokalnych możliwości wytwórczych, tzw. polonizację, jednak rygorystycznie ograniczały możliwość prowadzenia prac rozwojowych. Licencje dotyczyły oczywiście zwykle wzorów zubożonych w stosunku do tego, co produkował dla siebie Związek Radziecki. Produkcja była spora, eksport poza Układ Warszawski niemały, jednak kierowano go do odbiorców niezbyt wymagających, w dodatku bez osadzenia w rachunku ekonomicznym.
Sowieci zezwalali na samodzielny rozwój sprzętu, którego produkcją sami nie byli zainteresowani, stąd np. samolot szkolno-treningowy TS-11 Iskra. Cóż z tego, skoro uzyskany tu potencjał bywał zaprzepaszczany, jak w przypadku lotnictwa właśnie i kasacji ambitnego programu naddźwiękowego samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot. Efekt był taki, że schedę po PRL-u stanowiły zakłady produkujące sprzęt niezbyt nowoczesny, w dodatku w fatalny sposób rozproszone organizacyjnie. Przykładem niech będą niezależne PZL Mielec (samoloty szkolno-bojowe i lekkie transportowe), PZL Okęcie (samoloty rolnicze, sportowe, szkolne), WSK Świdnik (śmigłowce), dwa mniejsze PZL-e silnikowe, a ponadto niezależne Wojskowe Zakłady Lotnicze, wykonujące bieżącą obsługę i remonty maszyn wojskowych.
W tej sytuacji utrzymanie się wielu z tych podmiotów na rynku po zmianie sytuacji ekonomiczno-politycznej stało się niepodobieństwem. Kolejne resorty gospodarki nie pomagały (co więcej, prominentne postaci dążyły do likwidacyjnej wyprzedaży całej zbrojeniówki), a MON, szczególnie w epoce Janusza Onyszkiewicza, bywał wręcz wrogi. Nie było zamówień ani promocji produktów na rynkach zagranicznych, tymczasem w normalnych krajach jest to praktyka absolutnie oczywista, a warunkiem kontraktu na zakup uzbrojenia jest zaangażowanie wysokich oficjeli z kraju oferenta.
Szczęśliwie, spora część podmiotów przetrwała fatalną dekadę. Po roku 2000 ruszyły procesy konsolidacyjne, m.in. utworzono Grupę Bumar, stanowiącą narodowy koncern obronny. Udało się też uzyskać kilka kontraktów eksportowych, m.in. na czołgi PT-91 dla Malezji, pojazdy WZT-3 dla Indii. Wraz z zakupami MON-u pozwoliło to na dotrwanie zbrojeniówki do dziś.
Obecnie oferta jest nadal dość bogata. Przedsiębiorstwa Grupy Bumar mogą produkować czołgi, pracują obecnie intensywnie nad wielozadaniową platformą gąsienicową Anders, która może przekształcić się w polski BWP, wytwarzają dobrej klasy radary obserwacji przestrzeni powietrznej średniego zasięgu, czołgowe systemy kierowania ogniem itd. Część militarna Huty Stalowa Wola oferuje haubicę samobieżną Krab oraz inne systemy artyleryjskie. Siemianowickie WZM produkują na fińskiej licencji KTO Rosomak. Coraz bogatsza jest oferta nowoczesnej broni strzeleckiej – trwają prace nad systemem broni indywidualnej MSBS, Polska jest samowystarczalna w zakresie produkcji broni wyborowej i dużej części zespołowego uzbrojenia piechoty.
Bardzo korzystny jest fakt pojawienia się mocnych podmiotów prywatnych, jak firmy WB Electronics (systemy informatyczne i łącznościowe) czy Teldat (sieciocentryczne systemy wspomagania dowodzenia i zarządzania polem walki). Polskie przedsiębiorstwa pracują również nad bardzo perspektywicznymi rozwiązaniami stricte bojowymi, jak bumarowski system żołnierza przyszłości Ułan 21, próbują też włączyć się w grę o modernizację polskiej OPL jako podwykonawcy. Sytuacja teoretycznie jest niezła, jednak przemysł jest bardzo wrażliwy na wahania finansowania przez MON czy opóźnienia płatności. Niestety, uzyskiwanie kolejnych kontraktów eksportowych idzie dość opieszale, z uwagi na brak wsparcia rodzimego przemysłu przez rząd.
Niekompetencja, zła wola polityczna czy szybka wyprzedaż w celu łatania luk budżetowych mogą polską zbrojeniówkę szybko zniszczyć. Nie istnieje już narodowy przemysł lotniczy – spośród wspomnianych zakładów, PZL Mielec zostały przez podejrzanych menedżerów doprowadzone do faktycznego bankructwa, a po restrukturyzacji wegetowały kilka lat, aby w kontrowersyjnych okolicznościach stać się nabytkiem amerykańskiej UTC. PZL-Rzeszów zostały również w kontrowersyjny sposób sprzedane w ramach rozliczeń offsetowych firmie Pratt & Whitney (stanowiącej część UTC). PZL Okęcie niejako na siłę „wciśnięto” grupie EADS w ramach rozliczenia za samoloty transportowe C-295. I wreszcie – przynoszące zyski zakłady PZL-Świdnik sprzedano w 2010 r. koncernowi AgustaWestland. Pozostałość po polskim przemyśle lotniczym to obecnie WZL-e i malutkie zakłady inż. Margańskiego. Nie trzeba dodawać, że pracująca na potrzeby MON Stocznia Marynarki Wojennej jest w takiej samej kondycji, jak jej patronka.
Si vis pacem para bellum
Stan wyposażenia Wojska Polskiego jest, poza kilkoma jaśniejszymi obszarami, niezbyt dobry, a potrzeby – gigantyczne. Ich zaspokojenie będzie miało kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju, przy czym newralgiczna jest tu kwestia obrony przeciwlotniczej. Firmowane przez obecny obóz rządzący programy na nadchodzące lata nie niosą rozwiązania problemów, mogą wręcz doprowadzić do faktycznego zaniku niektórych rodzajów sił zbrojnych. Profesjonalizacja armii jest prowadzona w bardzo wątpliwy sposób.
Niestety, sanacja sił zbrojnych, jako kosztowna, jest podatna na ataki populistów najgorszego rodzaju. Nie pasuje też do postpolityki, czyli kierowania się wyłącznie słupkami sondaży. Obecnie na pewno nie gotujemy się do wojny – czy zatem zemści się ona za to niespodziewanym nadejściem?
przez Janina Petelczyc | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Istnieje w języku portugalskim powiedzenie: O Brasil é o país do futuro – e sempre será, czyli „Brazylia jest krajem przyszłości – i zawsze będzie”. Czy jest ono prawdziwe?
Minionej jesieni, czyli brazylijskiej wiosny, cały świat przyglądał się wyborom prezydenckim w tym kraju. Wygrała je Dilma Rousseff, namaszczona na stanowisko przez niezwykle popularnego poprzednika, Luiza Inácio Lula da Silvę. Lula, jak zwykło się go nazywać, rozpoczął ważne reformy, dzięki którym Brazylia ma szansę stać się mocarstwem. I to takim, gdzie rozwojowi gospodarczemu towarzyszy rozwój społeczny oraz walka z ubóstwem i wykluczeniem.
Lula
Od czasu upadku wojskowego reżimu rządzącego Brazylią w latach 1964-1985, demokratyczne już państwo wciąż nawiedzały kryzysy polityczne i ekonomiczne. Rosnące dysproporcje majątkowe i nierozwiązane problemy społeczne sprawiły, że w 2003 r. Brazylijczycy po raz pierwszy w historii wybrali prezydenta o lewicowej proweniencji. Wybór wzbudził wiele kontrowersji, gdyż obawiano się, że przywódcą zostanie populistyczny dyktator.
Lula urodził się jako siódme z ośmiorga dzieci, w wieku 12 lat opuścił szkołę, by wspierać finansowo rodzinę. Pracę rozpoczął jako czyścibut, zaś w wieku 14 lat otrzymał pierwsze formalne zatrudnienie – został ślusarzem w fabryce, gdzie w wieku 19 lat uległ wypadkowi. Doświadczenie trudnych warunków pracy i brak możliwości uzyskania odpowiedniej opieki medycznej po wypadku, sprawiły, że zaangażował się w działalność lewicowych związków zawodowych, co w czasach reżimu łączyło się z dużym ryzykiem. Lula dał się poznać jako wytrawny negocjator i w 1975 r. został jednym z liderów związkowych. Organizował liczne strajki i protesty, był więziony. W 1980 r. zaangażował się w politykę i współtworzył lewe skrzydło Partii Pracujących. Od 1986 r. zasiadał w parlamencie, był jednym z uczestników działań, które doprowadziły do ustąpienia władz wojskowych.
Za czwartym podejściem udało mu się wygrać wybory prezydenckie i w styczniu 2003 r. objął urząd. Wbrew obawom, nie poszedł śladami latynoskich populistycznych liderów. Prowadził politykę wielopłaszczyznową, łącząc wiele inicjatyw rozwojowych. Oparł się na demokratycznych formach podejmowania decyzji i wprowadzaniu programów polityki społecznej, przy jednoczesnej trosce o wzrost gospodarczy.
Byk chwycony za rogi
Brazylia stawia rządzącym bardzo wysokie wymagania. Jest największym państwem Ameryki Łacińskiej i piątym co do liczby ludności na świecie (w 2010 r. – 201 milionów), z bardzo dużym przyrostem naturalnym. To bardzo młode społeczeństwo, które zmaga się z zupełnie innymi bolączkami niż starzejąca się Europa. Mediana wieku wynosi tam 28,9 lat – dla porównania, w Polsce 38,2, w Holandii 40,8, a w Niemczech 44,3 lata. Podstawowymi wyzwaniami dla takich społeczeństw jest stworzenie odpowiedniej sieci edukacyjnej, organizacja opieki medycznej i profilaktyki dla młodych ludzi, walka z rozwarstwieniem społecznym i powstawaniem dzielnic nędzy.
Do największych problemów Brazylii należy rozwarstwienie dochodowe. Do kieszeni 10% najbogatszych obywateli trafia 42,7% przychodu kraju, podczas gdy do 10% najbiedniejszych – ledwie 1,2%. Jednym z rezultatów takiego podziału dóbr jest rozwój faveli, czyli dzielnic nędzy i przestępczości, powstałych wraz z szybką urbanizacją. Ludzie przenosili się ze wsi do miast, nie znajdując mieszkań, wskutek czego całe rodziny osiadały w slumsach, usytuowanych często na zboczach gór, nieodpowiednich dla rozwoju konwencjonalnego budownictwa. Można było się o tym przekonać w czasie powodzi, które zmywały całe osiedla.
Szacuje się, że w prowizorycznych domach ze skrzyń, kartonu, blachy, pozbawionych kanalizacji, prądu i gazu – mieszka 26% całego społeczeństwa. Takie warunki sprzyjają rozwojowi chorób, sieroctwu i bezdomności dzieci. W favelach kwitnie handel narkotykami oraz nielegalny handel bronią, z którymi walkę utrudnia brutalność i skorumpowanie służb policyjnych.
Gdy Lula obejmował władzę, sytuacja kraju była katastrofalna. Dług zagraniczny wynosił 207 mld dolarów, a wewnętrzny 260 mld i nawet 30 mld pożyczki od Międzynarodowego Funduszu Walutowego nie mogło uratować budżetu. W gospodarce panował zastój.
Prezydent Brazylii co prawda odszedł od radykalnych lewicowych narracji, których obawiali się zachodni komentatorzy, ale programy socjalne pozostały dla niego najważniejsze. Ich realizacja nie tylko pomogła wielu Brazylijczykom stanąć na nogi, ale i przyczyniła się do ogromnej popularności Luli. Wyznaczył on swojej polityce trzy uzupełniające się priorytety. Pierwszy to stymulacja wzrostu gospodarczego, drugi – programy społeczne, trzeci – demokratyczne, oparte na negocjacjach formy rządzenia. Ten model odniósł sukces.
W 2010 r. PKB Brazylii wzrósł o 7% oraz przybyło 2,5 mln miejsc pracy. Bezrobocie jest najniższe w historii kraju i wynosi 5,7%, a w niektórych branżach narzeka się nawet na niedobór rąk do pracy. Według planów rządowych, do 2026 r. Brazylia ma stać się piątą gospodarką świata. Politykę gospodarczą kraju realizują wspólnie firmy prywatne i przedsiębiorcy państwowi.
Głównym planem inwestycyjnym rządu jest Program Przyspieszania Wzrostu (Programa de Aceleraçao do Crescimento, PAC). Celem jest łączenie inwestycji publicznych z sektorem prywatnym. Mowa o przedsięwzięciach o łącznej wartości 300 mld dolarów w budownictwie, gospodarce komunalnej, energetyce, transporcie i logistyce. PAC to bardzo dobry wybór projektów. Dzięki niemu nie tylko podtrzymywana jest wysoka koniunktura, ale i niwelowane regionalne dysproporcje rozwojowe.
Wielkie inwestycje skierowano ku zacofanej gospodarczo i społecznie północno-wschodniej części kraju. Rozwój infrastruktury wodnej i kolejowej pozwala na wykorzystanie olbrzymiego potencjału kraju. W celu wyrównywania różnic wprowadzany jest także program Terytoria Obywatelstwa (Territórios da Cidadania), który wspiera najuboższe gminy. Został zainaugurowany w 2008 r., a jego celami są wzrost gospodarczy i zrównoważony rozwój terytorialny.
Kluczowe znaczenie przypisano w nim zwiększeniu partycypacji społecznej oraz integracji rozwojowych działań rządu, regionów i samych gmin. Dlatego w realizację strategii zaangażowane są zarówno 22 ministerstwa, jak i rządy stanowe oraz władze lokalne. W pierwszym roku funkcjonowania programu na 180 różnych akcji wydano 5,1 mld dolarów, z czego 3,5 mld na projekty służące zwiększaniu partycypacji społecznej i ochronie praw obywateli, a po 800 mln na rozwój infrastruktury oraz wsparcie działalności produkcyjnej. Program z roku na rok jest rozszerzany, na 2010 r. zaplanowano już wydatki rzędu 27,5 mld dolarów.
Z kolei Program Umocnienia Rolnictwa Indywidualnego (Programa Nacional de Fortalecimento da Agricultura Familiar, PRONAF), którego budżet wzrósł z 1,5 do 7,8 mld dolarów w roku 2009, przyczynił się do znacznego rozwoju tego sektora gospodarki, który odpowiada za 70% zaopatrzenia kraju w żywność. Należy jednak zauważyć, że wzrost w rolnictwie powodowany jest także przez działania, które wzbudzają poważne kontrowersje. Przykładem jest rozwój upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Soja, kukurydza i rzepak należą do najczęściej zmienianych genetycznie gatunków, a Brazylia jest jednym z potentatów w dziedzinie ich uprawy (zaraz po USA i Argentynie). Udział soi GM w ogólnej powierzchni upraw tej rośliny wzrósł tam w 2009 r. do 71%, wobec 65% rok wcześniej. W rekordowym w tej dziedzinie stanie Rio Grande do Sul aż 95% upraw soi stanowią odmiany modyfikowane genetycznie. Wzrasta także udział kukurydzy GM w brazylijskim rolnictwie. W stanie Paraná, gdzie uprawia się jedną trzecią całej kukurydzy w kraju, udział odmian genetycznie zmodyfikowanych sięga już 41%.
Dzięki inwestycjom w elektrownie wodne i najnowocześniejsze technologie, 75% energii zużywanej w Brazylii pochodzi ze źródeł odnawialnych – dla porównania: w marcu 2007 r. przywódcy państw członkowskich przyjęli zobowiązanie, że do 2020 r. 20% energii produkowanej w Unii Europejskiej będzie pochodzić z takich źródeł. Warto jednak spojrzeć na to także z innej strony – problem rosnącego popytu na energię postanowiono rozwiązać m.in. poprzez ekspansję przemysłu w głąb bezcennej Puszczy Amazońskiej, zwanej „płucami świata”. W 2008 r., po kilku latach spowolnienia, przyspieszono wycinanie puszczy. Prezydent Lula przychylał się dość często do opinii, że od ochrony środowiska ważniejszy jest rozwój najbiedniejszych regionów, ich modernizacja i wzrost zatrudnienia. Twierdził, że nie można traktować Amazonii jak świątyni.
W programach rozwoju znalazły się projekty kolejnych zapór i elektrowni na wielkich dopływach Amazonki – Santo Antônio i Jirau na rzece Madeira oraz Belo Monte na rzece Xingu, która według zamierzeń będzie trzecią co do wielkości elektrownią wodną na świecie. Inwestycje te, o wartości 18 mld dolarów, mają do 2013 r. zaspokajać 15% zapotrzebowania Brazylii na energię. Są jednak bardzo kontrowersyjne, np. sama budowa Belo Monte grozi zniszczeniem 150 km brzegu rzeki i zalaniem 450 km2 lasu. Uruchomienie zapory i towarzyszące temu przedsięwzięcia przyniosą negatywne konsekwencje dla lokalnych społeczności, rolników, rybaków oraz dla cennej przyrody.
Szansą dla Brazylii może być fakt, że w 2007 r. u wybrzeży kraju odkryto prawdopodobnie trzecie co do wielkości na świecie złoża ropy naftowej, szacowane nawet na 100 mld baryłek. Dzięki temu może ona nie tylko stać się niezależna od dostaw energii z zewnątrz, ale i zostać regionalnym liderem w dziedzinie jej produkcji. Jeśli plan ogłoszony przez Lulę zostanie wcielony w życie, na odkryciu zyska całe społeczeństwo, gdyż bogactwo ma przypaść w udziale państwu, a nie prywatnym inwestorom. Lula uznał, że Brazylia nie będzie kolejnym sprzedawcą ropy, lecz wniesie do produkcji wartość dodaną i zacznie eksportować o wiele droższą benzynę i inne produkty petrochemiczne, wytworzone przez rodzime przedsiębiorstwa. Uzyskane dzięki temu pieniądze mają utworzyć fundusz rozwojowy, z którego finansowana będzie edukacja, nauka, nowe technologie, służba zdrowia, kultura i ochrona środowiska.
Brazylia zawarła porozumienia handlowe z Unią Europejską, Chinami i Indiami, co pozwoliło na uniezależnienie ekonomiczne od USA. Dzięki temu posunięciu udało się w dużym stopniu uniknąć kryzysu finansowego, który dotknął świat w 2008 r.
Najpierw ryby, potem wędki
Prezydent Lula nie zapomniał o tym, że aby gospodarka rozwijała się długofalowo i trwale, konieczne są programy walki z biedą i wykluczeniem – by wszyscy obywatele stali się pełnoprawnymi uczestnikami każdej sfery życia. Odpowiednia polityka społeczna poprawia nie tylko sytuację osób ubogich, ale i całego społeczeństwa.
Reformy społeczne to najważniejszy element polityki Luli. Podkreślał to podczas kampanii wyborczej i udowodnił podczas 8 lat sprawowania rządów. Co prawda programy socjalne istniały już za czasów poprzednika Luli, Fernando Henrique Cardoso, a były to Bolsa Escola, Bolsa Alimentaçao i Auxílio Gás (zasiłek szkolny, żywnościowy i na zakup gazu), lecz Lula je ujednolicił i rozwinął.
Program Zero Głodu (Fome Zero) wprowadzono na samym początku prezydentury Luli. Koordynowany jest przez nowo utworzone Ministerstwo Rozwoju Społecznego i Walki z Głodem i ma zagwarantować realizację podstawowego prawa każdego obywatela do wyżywienia. Jest też pierwszym krokiem do usamodzielnienia, zgodnie ze stwierdzeniem byłego szefa resortu, Patrusa Ananiasa: Z pustym żołądkiem nikt nie nauczy się łowić ryb.
Na program składa się wiele elementów: od bezpośredniego wsparcia finansowego dla najbiedniejszych rodzin, przez zapewnianie dostępu do wody pitnej w rejonach półpustynnych, zakładanie tanich jadłodajni i edukowanie ludzi w dziedzinie zdrowego trybu życia, aż po programy dla rolników i mikrokredytowe. Istotnym składnikiem Fome Zero jest Bolsa Família, czyli „dodatek rodzinny” lub „stypendium rodzinne”.
Przysługuje on biednym rodzinom, ale wyłącznie pod warunkiem, że wyślą dzieci do szkoły i zapewnią im najważniejsze szczepienia. Pieniądze przekazywane są matkom za pośrednictwem tzw. kart obywatelskich. Rząd sugerował się tutaj badaniami, wedle których kobiety lepiej zarządzają domowym budżetem, przeznaczając środki na najważniejsze potrzeby. Oddawanie świadczenia kobietom okazało się korzystnym rozwiązaniem – już ponad 11 mln rodzin spełniających kryteria stało się beneficjentami Bolsa Família, a według badań UNDP ponad 80% świadczeń trafia do 20% najbiedniejszych rodzin.
Karta obywatelska działa jak karta debetowa. Wydaje ją Caixa Econômica Federal, czyli Państwowa Kasa Oszczędnościowa, drugi co do wielkości bank w Brazylii. Pieniądze można pobrać w blisko 14 tys. punktów w całym kraju. Ta forma pozwala na znaczne zmniejszenie korupcji, ponieważ uniezależnia otrzymanie pieniędzy od woli poszczególnych urzędników. Pełną przejrzystość gwarantuje też fakt, że nazwiska uczestników programu i przyznane im kwoty można odnaleźć na jego stronie internetowej. Nie jest to jednak rozwiązanie stygmatyzujące, ponieważ program ma charakter masowy i obejmuje ok. 46 mln ludzi.
Bolsa Família to miesięczne stypendium w wysokości 22 reali (ok. 13 dolarów) na każde dziecko w rodzinie (maksymalnie troje) uczęszczające do szkoły. Prawo do niego ma każda rodzina, w której miesięczny dochód na osobę nie przekracza 140 reali. Ponadto rodziny żyjące w ekstremalnej nędzy, a więc takie, w których dochód nie przekracza 70 reali na osobę miesięcznie, mogą otrzymać dodatkowe 68 reali. Warto dodać, że łączny koszt programu nie przekracza 0,5% PKB Brazylii.
Wielkim problemem pozostaje praca dzieci. Mimo konstytucyjnych zapisów, miliony najmłodszych obywateli pracują, by uniknąć głodu. Dominuje też przekonanie, że skoro rodzice w ich wieku wykonywali pracę zarobkową, to one również powinny. Poważną bolączką jest także niewystarczająca liczba wiejskich szkół. Działanie programu przyczyniło się do zmniejszenia problemu pracy dzieci o połowę. Jest on pewną formą umowy między państwem a obywatelami. Najbiedniejsze rodziny otrzymują pieniądze, ale w zamian dbają o edukację dzieci, które muszą uczestniczyć w co najmniej 85% zajęć szkolnych miesięcznie, gdy są młodsze i 75% w wieku 16-17 lat. Dba się także o ich zdrowie i kalendarz szczepień, ponieważ jeśli rodzice tego nie dopilnują, nie otrzymają świadczenia.
Wszystko to pozwala na ograniczanie dziedziczenia ubóstwa i poprawia zdrowotność młodego pokolenia, a więc przyczyni się w przyszłości do zmniejszenia wykluczenia społecznego i wynikających z niego biedy i przestępczości. Dodatkowo, dla beneficjentów Bolsa Família stworzono program zdobywania kwalifikacji zawodowych Następny Krok (Próximo Passo).
Można przy tym dostrzec pewien brak równowagi między polityką wobec gospodarstw wiejskich i miejskich. Choć biednych nie brakuje w obu środowiskach, rodzin otrzymujących zasiłek jest na wsi 41%, natomiast w miastach „tylko” 17%, a w Sao Paulo i Rio de Janeiro nawet poniżej 10%. Najczęstszą przyczyną odbierania prawa do świadczenia jest zbyt niska frekwencja dzieci w szkołach. Wieś brazylijska jest niedożywiona, cierpi na niedobór wody pitnej, jest obszarem ogromnego ubóstwa. Bolsa Família trafia w jej potrzeby lepiej niż w przypadku miast. Wiele problemów szybko rozwijających się aglomeracji powoduje tzw. nowe ubóstwo, do walki z którym trzeba będzie szukać bardziej wyrafinowanych środków.
Efekty reform 2003-2010
Wysoki wzrost PKB jest rezultatem rozsądnej polityki gospodarczej, połączonej z reformami społecznymi. Za rządów Luli wartość reala wzrosła niemal dwukrotnie. Brazylia stała się regionalnym mocarstwem, które zaczyna być konkurencją dla wpływów Stanów Zjednoczonych w Ameryce Południowej. Zyskuje też pozycję wobec innych krajów Południa. Wraz z trzema innymi wschodzącymi potęgami gospodarczymi, Rosją, Indiami i Chinami, stworzyła w 2006 r. grupę BRIC (od pierwszych liter nazw państw). W 2011 r. do wspomnianej grupy – odtąd zwanej BRICS – dołączyła RPA.
Na siedmioprocentowy wzrost PKB ma wpływ rozwój społeczny, co potwierdzają dane licznych organizacji międzynarodowych. Najnowszy, dwudziesty Raport Rozwoju Społecznego (Human Development Report) wskazuje Brazylię jako pozytywny przykład krajów dokonujących największych postępów. Wzrasta w niej wskaźnik skolaryzacji, czyli coraz więcej osób ma dostęp do szkół. Rośnie średnia długość życia. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że mimo ogromnego progresu Brazylia wciąż jeszcze znajduje się poniżej średniej dla państw Ameryki Łacińskiej. Współczynnik Rozwoju Społecznego (Human Development Index, HDI), wyrażający się w wartościach od 0 do 1, w 1980 r. równał się w jej przypadku 0,551, a obecnie kształtuje się na poziomie 0,699, podczas gdy średnia dla Ameryki Łacińskiej i Karaibów wynosi 0,706. Jednak postęp jest niezaprzeczalny, a kontynuacja polityki społecznej i gospodarczej prezydenta Luli pozwoli Brazylii dogonić pozostałe kraje regionu.

Działania Luli znacznie przyczyniły się do zmniejszenia wykluczenia społecznego. Aż 20 mln dzieci, które do tej pory pracowały, mogło pójść do szkoły dzięki temu, że rodzina przystąpiła do programu Bolsa Família. Systematyczny wzrost płacy minimalnej sprawił, że jej realna siła nabywcza wzrosła o 50%. Skorzystało na tym 26 mln pracowników i blisko 18 mln emerytów.
Powoli zmniejsza się rozwarstwienie społeczne. Od 2001 r. systematycznie spada wartość jego wskaźnika – współczynnika Giniego. Tak jak HDI, przyjmuje on wartości z przedziału od 0 do 1, z tym, że im bliżej zera, tym nierówności są mniejsze. W połowie lat 90. wynosił on dla Brazylii 0,66, obecnie zaś osiągnął najniższy poziom w historii tego kraju – 0,55 – i nadal spada. Mimo to kraj wciąż znajduje się wśród charakteryzujących się wysokim rozwarstwieniem dochodowym.

Program Bolsa Família przynosi pozytywne rezultaty w takich dziedzinach, jak zdrowie, edukacja, bezpieczeństwo i żywienie. Bank Światowy, który wsparł Brazylię kredytem na jego realizację, w swoim raporcie wskazał na już zauważalne wyniki: pozytywny wpływ na gospodarkę, szczególnie w mniejszych i biedniejszych miejscowościach, spadek zatrudnienia nieletnich, zwiększenie wskaźnika skolaryzacji, lepszy rozwój dzieci.
Raport UNDP opublikowany w marcu 2010 r. wskazuje, że od 2000 r. udało się w Brazylii aż o 16% zmniejszyć liczbę ludności mieszkającej w dzielnicach nędzy. Z kolei ci, którzy pozostali w slumsach, często dostrzegają, że mają możliwość skorzystania z bogatszej palety usług i ich poziom życia także zaczyna się podnosić.
Należy pamiętać, iż rządy Luli, mimo ogromnych i niezaprzeczalnych sukcesów, nie rozwiązały wszystkich problemów społecznych. Koncentracja ziemi w rękach wąskich elit uniemożliwia przeprowadzenie reformy rolnej. Nadal rzesze ubogich wykluczone są z życia społecznego i gospodarczego. Wciąż trwa handel narkotykami, policja jest bezradna lub skorumpowana, a miliony ludzi żyją w warunkach uwłaczających godności. Prezydent Luiz Inácio Lula da Silva rozpoczął walkę, którą przyjdzie kontynuować jego następczyni.
Dilma
Już sam wybór następcy Luli był bardzo interesujący. Prezydent odchodził po dwóch kadencjach z ponad 80-procentowym poparciem, co można uznać za niestatystyczną miarę sukcesu jego programów. W wyborach liczyło się w istocie troje lewicowych kandydatów: Dilma Rousseff z prezydenckiej Partii Pracujących, wskazana przez prezydenta na następczynię, José Serra z Brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej (PSDB) i Marina Silva z Partii Zielonych.
Kontynuacja dotychczasowej polityki po wygranej dowolnego z tych kandydatów była pewna i właściwie nikt podczas kampanii nie podważał dokonań odchodzącego prezydenta. Byłoby to politycznym samobójstwem, jako że w kraju panuje swoista „lulomania”. Mówiło się nawet, że w Brazylii zmieni się prezydent, ale nic więcej. O wyborze przesądziło w dużej mierze poparcie samego Luli, który powiedział: Głosując na Dilmę – głosujesz na mnie. Zapewne wielu Brazylijczyków wzięło to sobie do serca, skoro ta kandydatka wygrała. Jeszcze rok wcześniej poparcie dla niej sięgało ledwie 20%, a faworytem był Serra.
Nowy prezydent to osoba nietuzinkowa. Jej przygoda z polityką rozpoczęła się w latach 60., kiedy dołączyła do młodzieżowej organizacji Socjalistycznej Partii Brazylii, a następnie do jej radykalnej frakcji Comando de Libertaçao Nacional (Oddziały Wyzwolenia Narodowego), głoszącej idee walki zbrojnej z wojskową dyktaturą. W 1970 r. schwytano ją i skazano na trzy lata więzienia (w 2006 r. została zrehabilitowana). Podczas odsiadywania wyroku była poddawana torturom. Po wyjściu na wolność ukończyła studia ekonomiczne i ponownie zaangażowała się politycznie, tym razem w legalnych ugrupowaniach opozycyjnych. Po zmianie ustroju powoli pięła się po szczeblach politycznej kariery, zajmując stanowisko sekretarza stanu ds. energii, ministra energii i wreszcie szefa gabinetu prezydenta Luli.
Jej sukcesy nie będą już zapewne tak spektakularne jak te, które odniósł jej mentor. Do zadań pani prezydent należeć będzie nie tylko wyrywanie ludzi z największej nędzy, ale i poszerzenie szeregów klasy średniej.
Co dalej?
Luiz Inácio Lula da Silva uczynił pierwsze, bardzo ważne kroki w walce z ubóstwem, wykluczeniem, rozwarstwieniem i przestępczością. Zapewne Dilma Rousseff pójdzie w jego ślady. Brazylia ma szansę nie tylko stać się regionalnym liderem, ale także konkurencją ideową dla Zachodu oraz Chin, które przedkładają rozwój gospodarczy nad społeczny. Wykluwa się bowiem w Brazylii w pełni demokratyczny model, w którym wzrost gospodarczy i stabilizacja ekonomiczna idą w parze z mądrą redystrybucją dóbr i rozwojem społecznym.
Mówi się, że tam, gdzie pójdzie Brazylia, pójdzie też cała Ameryka Południowa. I oby tak się stało, ponieważ przykład tego kraju udowadnia, że rozwój ekonomiczny i społeczny nie muszą stać ze sobą w sprzeczności, lecz nawzajem się stymulują.
przez Agnieszka Wasilewska | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Kobiety wiedzą, że warto się zrzeszać – stanowią znaczny odsetek polskich związkowców. Jednak związki zawodowe nie bardzo wiedzą, jak wykorzystać ich unikalną perspektywę w walce o interesy pracownicze. Natomiast pracodawcy przyzwyczaili się nie liczyć z kobiecymi protestami.
W związku z płcią
Niedługo po wyjściu z podziemia, „Solidarność” powołała Komisję Kobiet. Wyprzedziła tym inne organizacje pracownicze, jednocześnie wpisując się w standardy Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych.
Niestety, wkrótce doszło do rozbieżności światopoglądowych między działaczkami a kierownictwem związku ws. dopuszczalności przerywania ciąży i w efekcie Komisję rozwiązano. Do tematu wrócono dopiero pod koniec lat 90. Obecnie w „Solidarności” istnieje stanowisko Koordynatora ds. Kobiet oraz Sekcja Kobiet. Również OPZZ dostrzegło problem i w tym samym czasie powołało Komisję Kobiet.
Według Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, w 2006 r. kobiety stanowiły 37,7% członków NSZZ „Solidarność”, zaś w OPZZ odsetek pań wyniósł 48%. Nowszych danych nie ma, ponieważ centrale związkowe nie prowadzą takich statystyk.
Choć udział kobiet w związkach jest wyraźny, nie przekłada się na ich uczestnictwo we władzach. W „Solidarności” na 99 członków Komisji Krajowej jest zaledwie 6 kobiet, z czego w Prezydium Komisji znalazła się jedna. Podobnie wygląda sytuacja w pozostałych związkach. We władzach OPZZ zasiada jedna kobieta, po dwie w Forum Związków Zawodowych i Konfederacji Pracy.
– Problem ten najlepiej obrazuje Związek Nauczycielstwa Polskiego. Zrzesza w większości kobiety, jednak żadna z nich nigdy nie stanęła na jego czele – zauważa Julia Kubisa z OPZZ, autorka doktoratu o kobietach w związkach zawodowych. – Dobrze to widać także przy okazji spotkań międzynarodowych, gdy centrale z innych krajów stawiają polskim związkom wymóg, aby ich delegacje nie były wyłącznie męskie – dodaje Marta Trawińska z Uniwersytetu Wrocławskiego, badająca aktywność kobiet w związkach zawodowych.
Przyczyny leżą przynajmniej częściowo w sytuacji bytowo-kulturowej polskich kobiet. Muszą odpracować swój etat, następnie w domu to na nie spada zwykle większość obowiązków – w tej sytuacji działalność związkowa jest niejako „trzecią pracą”. Oczywiście kobieta może zostać oddelegowana do etatowej działalności związkowej, jednak nie jest to typowa 8-godzinna praca „od – do”, lecz zajęcie daleko bardziej angażujące. – Znaczna część kobiet dokonuje kalkulacji, czy może sobie pozwolić na działalność w wyższych strukturach związkowych, wymagającą częstych wyjazdów, spotkań itp. – wyjaśnia J. Kubisa.
Są także inne przyczyny małej liczby pań wśród związkowych liderów. – Z moich obserwacji wynika, że kobiety nie bardzo wierzą we własne możliwości, w to, że się do takiej pracy nadają. Przeciwdziałamy temu, organizując dla nich specjalne szkolenia – informuje Aleksandra Delecka, przewodnicząca Sekcji Kobiet NSZZ „Solidarność”. Podobną zależność zauważa Ewa Miszczuk, przewodnicząca Komisji Kobiet OPZZ: Te z nas, które już się zaangażują, świetnie sprawdzają się w działaniu. Zaś Danuta Wojdat, Koordynatorka ds. Kobiet w „Solidarności”, smutno dodaje: Niestety, brak pań w wyższych strukturach sprawia, że związkom brakuje kobiecej perspektywy. Nie jest to bynajmniej problem wyłącznie „płciowy”, lecz ważny z punktu widzenia ogółu pracowników. Obecnie większość nowych miejsc pracy powstaje bowiem w sektorze usług, zdominowanym przez kobiety.
Co ciekawe, zawody silnie sfeminizowane są często jednocześnie wyjątkowo uzwiązkowione. Przykładowo, do ZNP należy ok. 70% pracowników oświaty (wśród których ok. 70% stanowią kobiety), a do Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych – 50% zatrudnionych w branży, w której 98,3% czynnych zawodowo pracowników to kobiety. A przecież oba związki nie są jedynymi w swoich sektorach. – Kobiety wstępują do związków odpowiedzialnie, wiedzą, po co to czynią i czemu w nich są – uważa Izabella Bilińska-Trzopek, wiceprzewodnicząca Zarządu Krajowego OPZZ „Konfederacja Pracy” ds. sektora bankowego.
Aby lepiej reprezentować interesy pań, w „Solidarności” działa wspomniana Koordynatorka ds. Kobiet. – Reprezentuję związek na zewnątrz w sprawach dotyczących kobiet oraz koordynuję działania w obrębie branż i regionów pod kątem naszej polityki względem kobiet – wyjaśnia p. Wojdat. W „Solidarności” istnieje też Sekcja Kobiet, zajmująca się problematyką tej grupy pracowników niezależnie od branży czy regionu. – Praca na niepełnym etacie czy telepraca, godzenie obowiązków domowych z pracą zawodową – to wszystko sprawy, które częściej dotyczą kobiet, dlatego są nam szczególnie bliskie – wyjaśnia p. Delecka.
Związkowczynie zajmują się też typowo kobiecymi problemami bytowymi. – Osobne szatnie, ubikacje czy bidety są dla nas dość ważne. Musimy jednak same o nie zawalczyć, bo kolegom-związkowcom one umykają – tłumaczy A. Delecka.
Damskie reguły gry
Wiele osób jest skłonnych przypisywać kobietom wnoszenie do związków zawodowych cech utożsamianych z ich płcią. P. Danuta zauważa: Kobiety w negocjacjach są bardziej konkretne, skłonne do dyskusji, ale nie do ustępstw. Zaś p. Ewa dodaje: Mężczyźni są zwykle nastawieni na konfrontację, kobiety zaś – na osiągnięcie porozumienia. Nie okopują się tak na swoim stanowisku i starają się zrozumieć drugą stronę. Jednak Julia Kubisa zastrzega: Może być tak, że patrząc przez pryzmat zawodu, myślimy o płci. Górnik kojarzy się z twardością oraz hardością i tak też działa w związku. Zadaniem pielęgniarki jest opieka i taką cechę wnosi do swego związku.
Na różnice między „damskim” a „męskim” stylem działalności związkowej wskazuje także Iwona Borchulska, wiceprzewodnicząca OZZPiP: Lekarze, w większości mężczyźni, potrafili zostawić pacjentów samych sobie, np. w Zielonej Górze zamykając gabinety. Pielęgniarki odchodząc od łóżek nigdy nie pozostawiły pacjentów zupełnie bez opieki. Różnice widać też w używanym języku. – Gdy byłam przewodniczącą krajową, mój zastępca zawsze buńczucznie pisał „żądamy”, ja zaś – „prosimy” – wyjaśnia Grażyna Domagała, przewodnicząca Śląskiej Komisji Związku Zawodowego Pracowników Policji. Uprzejmą stanowczością i merytorycznym przygotowaniem p. Grażyna doprowadziła jednak do poprawy tabeli płac pracowników cywilnych policji.
Julia Kubisa zauważa, że pielęgniarki i położne w swoim związku wypracowały specyficzne zasady postępowania. – Mniej są skupione na okazywaniu władzy i hierarchii, a bardziej na kooperacji. Jednak zastrzega: Kobiety funkcjonujące w zawodach bardziej „męskich”, wpisują się w obowiązujące w nich reguły gry. Trawińska zaś dostrzega pewną prawidłowość: Jeżeli spojrzymy na branże silnie sfeminizowane, to ich protesty są podobne, mają charakter stereotypowo postrzeganej kobiecości.
Trudno stwierdzić, czy to z powodu znacznej feminizacji, czy z uwagi na specyfikę zawodu, wśród postulatów protestujących pielęgniarek i nauczycielek pojawiają się zwykle rozwiązania systemowe, będące wyrazem dbałości o interesy ogółu społeczeństwa. – Uczestniczymy nie tylko w konsultowaniu spraw dotyczących naszego środowiska, lecz także pacjentów, których dobro leży nam na sercu – podkreśla Longina Kaczmarska, wiceprzewodnicząca OZZPiP. – Uważamy, że lecznictwo nie powinno podlegać prawom rynku, że państwo ma obowiązek dbać o zdrowie obywateli. Z tego powodu naciskamy, by rząd prowadził dialog ze społeczeństwem – wyjaśnia Borchulska. Zaś Trawińska uzupełnia, że w podobny sposób postępują nauczycielki: Odwołują się np. do niwelowania nierówności w dostępie do edukacji.
W sektorze finansowym, w którym większość pracowników stanowią kobiety, panują swoiste zasady. – Nie sądzę, aby bankowcy kiedykolwiek zdecydowali się odejść od pracy. Musiałby się chyba świat kończyć – zauważa Bilińska-Trzopek. Gdy jednak negocjacje zawiodły, kobiety z Konfederacji Pracy poprosiły o pomoc górników. Mieli demonstrować przed siedzibą banku w galowych mundurach. Sama wizja okazała się na tyle przerażająca, że jego zarząd nabrał chęci do rozmów. – W tym przypadku słabsza strona posłużyła się silną, męską dłonią – wyjaśnia działaczka.
Obierane metody wyznacza także postrzeganie poszczególnych rodzajów pracy. Gdy strajkują górnicy, ekonomiczne programy informacyjne bombardują odbiorców danymi na temat wysokości strat. Protest pielęgniarek może co prawda przynieść jeszcze większe straty, ale wartość ich pracy nie jest przedmiotem podobnych wyliczeń. Protestujące pielęgniarki są często lekceważone przez dyrekcje placówek i władze, a zawierane z nimi porozumienia bywają nierzadko łamane. – Kto wie, może gdybyśmy były bardziej agresywne, szybciej dopięłybyśmy swego? – zastanawia się Kaczmarska.
Walczące kobiety muszą się uzbroić w cierpliwość, żeby zbudować odpowiednio silną pozycję. Przykład mogą stanowić sprzątaczki zwalniane z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Uczelniane władze długo nie chciały podjąć z nimi rozmów, a rektor mijając protestujące nawet nie raczył się choć na chwilę zatrzymać. – Dopiero gdy uczelnia zarasta brudem, władze zaczynają dostrzegać problem – komentuje Kubisa.
Cierpliwością wykazały się także organizatorki Białego Miasteczka oraz salowe ze szpitala w Dąbrowie Górniczej, „przehandlowane” do firmy zewnętrznej. Ich racji wysłuchano dopiero po wyjątkowo długim i dramatycznym proteście. Zdaniem Trawińskiej, konieczność tak długotrwałej walki „o swoje” wynika z niepoważnego traktowania praw kobiet, a tym bardziej pracownic. – Wystarczy porównać likwidację miejsc pracy w górnictwie czy przemyśle stoczniowym oraz we włókienniczej Łodzi. Dla łodzianek władza nie przewidziała odpraw, gdyż po prostu nie obawiała się ich protestów.
Równość dla każdego
Być może odmienne sposoby walki skłoniły część środowisk feministycznych do opinii, że działania na rzecz praw kobiet nie idą w parze z celami związków zawodowych. – Związki w swojej historii mają niechlubny moment, gdy w XIX w. wystąpiły przeciw kobietom, które pracowały za połowę stawki mężczyzn. Chodziło o zwalczenie dumpingu płacowego. Jednak już w XX w. dostrzegano, że problem stanowią nie kobiety, lecz wyzysk siły roboczej – twierdzi Kubisa. – Związkowcy często nie wiedzą, „z czym jeść” prawa kobiet. Nierzadko kojarzą im się z liberalną wizją kobiet w biznesie czy polityce, nie zaś z codziennością – zauważa Trawińska.
Jednym z obszarów aktywności związków jest niwelacja nierówności w sferze płac, dostępie do szkoleń i awansów. Największym utrudnieniem w skutecznej realizacji tego celu jest postępująca liberalizacja rynku pracy, powiązana z utrudnianiem działalności związkowej. Odchodzenie od układów zbiorowych na rzecz indywidualnego negocjowania pensji, których wysokość jest poufna, zdecydowanie zwiększa nierówności płacowe. Tymczasem właśnie w układach zbiorowych można zapisać wysokość pensji na danym stanowisku, bez względu na płeć.
Nierównościom płacowym towarzyszą nierówności w samym dostępie do pracy. Kobiety są postrzegane jako gorsi pracownicy, ponieważ to głównie na nie spadają trudy rodzicielstwa i związane z nimi urlopy macierzyńskie i wychowawcze. Wprawdzie związkowcy od dawna mają zapisaną wśród głównych celów ochronę macierzyństwa, jednak od niedawna pojawiają się konkretne rozwiązania, mające w tym kontekście zrównać szanse obu płci. – Dopiero obowiązkowe urlopy „tacierzyńskie”, jednakowej długości jak macierzyńskie, sprawią, że pracodawcy będzie obojętna płeć pracownika – uważa Kubisa. Warto o tym pamiętać, bo model rodziny, w której pracuje tylko mąż/ojciec, przeszedł do historii.
Znacznie większe obciążenie opieką nad dziećmi i niższe zarobki kobiet są utrwalane przez niewielką liczbę przedszkoli i jeszcze mniejszą – żłobków. Te pierwsze co prawda bywają uzupełniane przez nowe, prywatne placówki, jednak są one znacznie droższe i wielu rodziców nie stać na posyłanie tam pociech. Ponieważ najczęściej to kobiety zarabiają mniej, to właśnie one rezygnują z pracy, by poświęcić się opiece nad potomstwem. Jest to zjawisko charakterystyczne zwłaszcza dla rodzin o niewielkich dochodach.
Zdaniem Wojdat, związki powinny wspierać godzenie pracy i życia rodzinnego. – Fundusze socjalne, o których związki współdecydują, mogą przecież finansować kolonie czy przedszkola. Związki powinny też wpływać na pracodawcę, by ten ułatwił funkcjonowanie samotnym rodzicom, np. przez dostosowanie godzin pracy. Takie rozwiązania powinny być dostępne bez względu na płeć, bo nie chodzi o to, żeby kobietom dać coś więcej, choć oczywiście to one są bardziej obciążone i to one z nich częściej skorzystają.
Kolejny wymiar nierówności stanowi to, że wielu pracodawców niechętnie wysyła kobiety na szkolenia. Podtrzymuje to ich słabszą pozycję zawodową i niższe pensje. – W jednej z sieci handlowych pracownicy mówili, że na szkolenia wysyłani są niemal wyłącznie młodzi mężczyźni. Co ciekawe, dla nich to było zupełnie naturalne, nie zdawali sobie nawet sprawy, że to forma dyskryminacji – relacjonuje p. Danuta.
Kodeks pracy zabrania wszelkiej dyskryminacji ze względu na płeć. Niestety, na poziomie zakładów często nie jest on przestrzegany. Pracownicy najczęściej nie wiedzą, jakie mają prawa i możliwości. – Tu właśnie jest ogromna rola związków. Organizujemy szkolenia, żeby działacze wiedzieli, jak wynegocjować wewnętrzny regulamin i co w nim zawrzeć, a następnie jak go egzekwować, by uniknąć „ręcznego doboru” przez pracodawcę – wyjaśnia Wojdat.
Dyskryminowane są także całe sfeminizowane zawody. Zaliczają się do nich np. sprzątaczki, pracownice przyzakładowych kuchni, salowe, a nawet pielęgniarki. Ciekawie na tym tle wygląda protest „białego personelu” szpitala im. Barlickiego w Łodzi. Kobiety zorganizowały strajk w tym samym trybie co lekarze, jednak tamci wywalczyli swoje, zaś przywódczynie pielęgniarskiego protestu zostały zwolnione. – Pielęgniarki zarabiają bardzo mało, ok. 7-8 zł na godzinę, zaś lekarze – ok. 150 zł. To zmusza nas do pracy w kilku placówkach, często pędzimy z jednej do drugiej, by utrzymać rodziny. Jesteśmy przemęczone, więc jeśli dochodzi do strajku, to stoi za nim ogromna determinacja. Do tego w medycynie panuje straszna hierarchia: najpierw są lekarze, potem długo, długo nic, potem pielęgniarki, opiekunowie medyczni, a na końcu salowe. A przecież dziś pielęgniarki są po studiach, z mnóstwem przebytych kursów i szkoleń, więc traktowanie nas jako służby pomocniczej jest nie w porządku – komentuje Małgorzata Hiżewska, szefująca pielęgniarskim strajkom w „Barlickim”.
Co istotne, dyrektor w trakcie negocjacji odwoływał się do „misji”, ale tylko w przypadku pielęgniarek. – Spytałam go, jak się ma jego „misja” do życia. Wówczas zrozumiał, że musi nas traktować poważnie i że nie odpuścimy – wyjaśnia Hiżewska. Kobieca nieustępliwość miała jednak wysoką cenę. – Po zwolnieniu naszej czwórki, żadna z dziewczyn, które wówczas strajkowały, nie odważy się po raz drugi na coś takiego. Minęły dwa lata, a ja do dziś jestem bez pracy, ze zwolnieniem dyscyplinarnym i dwoma procesami sądowymi.
Niewidoczne liderki
W przeciwieństwie do Europy Zachodniej, w Polsce kobiety angażowały się w działania związków zawodowych już od końca XIX w. Strajki, które ogarnęły kraj w latach 70. i 80. kolejnego stulecia w zawodach typowo męskich, w zdominowanej przez włókiennictwo Łodzi prowadziły głównie kobiety. Robiły to na swój, nieco odmienny sposób, często z o wiele lepszymi skutkami niż protestujący w innych częściach kraju. Kobiety, nawet jeśli odgrywały ważne role w historii ruchu pracowniczego, zwykle pozostawały w cieniu. – Spójrzmy na historię „Solidarności”. Jeśli spytamy przeciętną osobę o jej liderki, w najlepszym razie wymieni Annę Walentynowicz, ale Aliny Pieńkowskiej raczej nie – zauważa Kubisa.
Najwyższy czas, żeby kobiety – już teraz ciężko pracujące na rzecz poszerzania praw pracowników – zaczęły być bardziej widoczne, a ich ogląd sytuacji zyskał większy wpływ na działania związków zawodowych. Nie są bowiem gorszymi liderami niż mężczyźni.
Agnieszka Wasilewska
współpraca Natalia Królikowska
przez Ewa Charkiewicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Publiczna debata o ubóstwie zwykle nie odnosi się do ważnego problemu. Pomija milczeniem to, jak określone decyzje polityczne w sprawach strategii rozwoju, restrukturyzacji gospodarki i reform państwa skutkują wzrostem ubóstwa. A także to, że w przeważającej mierze obciążają one kobiety z gospodarstw domowych o niskich i średnich dochodach.
Niewidoczna większość
W dokumentach rządowych i w tekstach naukowych bieda ujmowana jest jako problem nieaktywnych, patologicznych jednostek i rodzin. Ewentualnie jako biologiczny problem dziedziczenia wykluczenia, np. na terenach popegeerowskich. Niemal nie widać w nich osób doświadczających ubóstwa inaczej. W takich opisach bieda znika za horyzontem powszechnego wzrostu zamożności, a wręcz ogłoszono jej schyłek. Polityczna racjonalność projektu transformacji opiera się bowiem na założeniu przejścia od biedy i zacofania do bogactwa i rozwoju.
Obraz biedy nie pasuje do tego schematu, toteż nawet umiarkowane głosy na jej temat spotykają się z krytyką. Dyskurs wykluczenia społecznego czy badania biograficzne są po części próbą alternatywnego opisu ubóstwa, w tym także ubóstwa kobiet. Tym niemniej również one skupiają się na jednostkach lub grupach, którym nadawany jest status wyjątku od normy powszechnego dobrobytu. Patrząc na rosnące zróżnicowanie dochodów gospodarstw domowych oraz na nowe postaci ubóstwa, można jednak przyjąć, iż jest ono w Polsce rozpowszechnione. To zamożność jest wyjątkiem.
Polityka gospodarcza i społeczna państwa oparte są na założeniu, iż wzrost gospodarczy przynosi korzyści wszystkim, a więc przyczynia się do systematycznej redukcji ubóstwa. Takie podejście uzasadnia szukanie przyczyn biedy po stronie jednostek. Tymczasem dwa jej główne źródła w Polsce – brak pracy i niskie wynagrodzenia za pracę – są konsekwentnie pomijane.
Interpretacje ubóstwa kobiet
W latach 70. amerykańska badaczka Diane Pearce zaproponowała termin „feminizacja ubóstwa” dla określenia większego udziału kobiet wśród ubogich. Zwróciła też uwagę na ubóstwo samotnych matek i dzieci w ich rodzinach. Teza o feminizacji ubóstwa była kontestowana przez badaczki feministyczne. Krytykowały ją za brak oparcia w badaniach empirycznych, szukały innych metod i wskaźników do analizy związków między ubóstwem a płcią, podważały również stygmatyzujące i dyscyplinujące podejścia do samotnych matek. Inne badaczki z kolei podkreślały, iż płeć (gender) jest zawsze relacją zapośredniczoną przez inne kategorie i zwracały uwagę na związki między ubóstwem a płcią, klasą, rasą, wiekiem i wykształceniem oraz przypisywały wzrost ubóstwa, w tym wśród kobiet, skutkom programów liberalizacji i globalizacji.
Polskie badania społeczne stosują ramę feminizacji ubóstwa – albo odnoszą się do niej, zaprzeczając, iż ma w naszym kraju zastosowanie. Metody jego pomiaru, oparte na kryteriach dochodowych, którymi państwo posługuje się w polityce społecznej, nie pozwalają bezpośrednio zobaczyć zróżnicowania pod kątem płci. Nic więc dziwnego, że wykorzystujące je badania nie potwierdzają tezy o feminizacji ubóstwa w Polsce.
Niektórzy naukowcy, opierając się na badaniach jakościowych, podtrzymują ją jednak. Elżbieta Tarkowska opisuje feminizację ubóstwa jako większe – w tym długotrwałe – bezrobocie wśród kobiet, niższe płace i emerytury, zjawisko samotnego macierzyństwa oraz szczególne obciążenie pracą domową kobiet w ubogich rodzinach. Z wyłączeniem kategorii samotnych matek (badania oparte na kryteriach dochodowych wskazują na zróżnicowanie wewnątrz tej grupy i średnie dochody powyżej minimum socjalnego), taka siatka pojęciowa, odwołująca się do ogólnej kategorii kobiet, zamazuje różnice między nimi.
Analizy danych z przeglądowych badań w latach 2000-2009 wskazują, iż wśród typów gospodarstw domowych o najniższych dochodach (robotnicy, renciści, rolnicy) w dwóch grupach mamy do czynienia z przewagą kobiet, które stanowią 60,7% członków gospodarstw rencistów oraz przeważają w grupie wiekowej 25-54 lata w gospodarstwach robotniczych. W owych typach gospodarstw domowych, podobnie jak w tych utrzymujących się z pomocy socjalnej, gdzie występuje statystyczna przewaga kobiet-głów gospodarstw (70%, 2009), w latach 2000-2009 dochody spadały, podczas gdy we wszystkich pozostałych – z wyjątkiem rolników – rosły. Odpowiedzialna jest za to „widzialna ręka państwa”, które reguluje dostęp do świadczeń socjalnych i rent oraz ich poziom, a także wysokość płacy minimalnej.
Inną interpretację ubóstwa kobiet w Polsce proponują autorzy z Banku Światowego. Wiążą je z dyskryminacją i posługują się ujęciem różnicy między ogólnymi kategoriami kobiet i mężczyzn. Badania te opisują kobiety jako grupę dyskryminowaną w dostępie do rynków pracy, kapitałowego i usług publicznych. Argumentując z perspektywy ekonomicznej użyteczności kobiet, Pierella Paci twierdzi, iż nierówności stanowią barierę dla rozwoju gospodarczego, ponieważ uniemożliwiają wykorzystanie kapitału ludzkiego dyskryminowanej grupy. Zagrożenie ubóstwem wiąże się z brakiem kapitału społecznego, ograniczeniami w jego wykorzystaniu, alkoholizmem, enklawami długotrwałego wykluczenia.
Z tej makroekonomicznej perspektywy nie widać kontekstu egzystencji konkretnych grup kobiet żyjących w sytuacji ubóstwa i ich relacji z instytucjami, a głównym problemem nie jest jakość życia obywateli ani ich polityczna sprawczość, lecz przekonanie, że nierówności płciowe hamują rozwój gospodarki. Analizy tego rodzaju opierają się na neoliberalnej siatce pojęciowej i stanowią podstawę polskiej polityki socjalnej.
Znaczna część rodzimych badań nie pozwala zobaczyć, co robi państwo, gdyż ograniczają się do społeczno-demograficznych atrybutów kobiet jako jednostek lub do ich sytuacji wewnątrz gospodarstw domowych, doświadczanych skrajnym ubóstwem. Wyjątkiem są analizy, które opisują zagrożenie ubóstwem wśród samotnych matek i pokazują na związek z polityką państwa wobec funduszu alimentacyjnegoi. Ponadto, część badaczek i badaczy naturalizuje biedę, ujmując ją jako nieodrodny element kapitalizmu czy wręcz zjawisko, które występuje zawsze i wszędzie, dlatego przeciwdziałanie mu nie jest priorytetem.
Na ubóstwo kobiet można jednak spojrzeć inaczej – z perspektywy ekonomii opieki i obywatelstwa kobiet. Głównym czynnikiem, który różnicuje podział czasu, pracy, obowiązków i zasobów w gospodarstwach domowych oraz w skali rynku czy państwa, są historycznie ukształtowane konstrukcje tożsamości i relacje płci, a także rola kobiet w biologicznej i społecznej reprodukcji. Nie tylko gospodarstwa domowe, lecz także przedsiębiorstwa, gospodarka narodowa i państwo zależą od wkładu reprodukcyjnej i opiekuńczej pracy kobiet, świadczonej bez wynagrodzenia lub nisko wycenianej przez rynek, jak praca zawodowych sprzątaczek, opiekunek i pielęgniarek.
Neoliberalizm i polityki oparte na założeniach wywodzących się z ekonomii podaży, monetaryzmu, nowej ekonomii instytucjonalnej czy neoklasycznej ekonomiki gospodarstwa domowego, przenoszą odpowiedzialność za reprodukcję społeczną i podtrzymanie życia ludzi na rodzinę. Natomiast ekonomia opieki pokazuje związek między pracą opiekuńczą i reprodukcyjną a polityką gospodarczą i społeczną państwa, instytucjami, rynkiem i obywatelstwem kobietii.
Menedżerki ubóstwa
Jak wskazują międzynarodowe badania, 60% nieodpłatnej pracy na rzecz gospodarstw domowych (z uwzględnieniem rolnictwa na własne potrzeby) wykonują kobietyiii. Polskie badania potwierdzają większe obciążenie kobiet pracą domowąiv oraz opiekuńcząv. O ile kobiety zamożne stać na zakup usług opiekuńczych od innych kobiet, o tyle brak środków finansowych jest szczególnie dotkliwy dla gospodarstw o niskich dochodach. Jedne z pierwszych badań ubóstwa w krajach przechodzących zmiany systemowe pokazały, że obok ograniczania wydatków, podejmowania dodatkowej pracy, wyprzedaży posiadanych rzeczy i zaciągania pożyczek, gospodarstwa domowe radziły sobie z nim przez intensyfikację pracy domowej. W przypadku Polski w 1995 r. na strategię tę wskazało 83,2% badanych gospodarstwvi.
Badania jakościowe z kolejnych lat transformacji potwierdzają wzrost obciążenia kobiet pracą domową w celu podtrzymania życia rodzin w kontekście niedostatku. Elżbieta Tarkowska podkreśla rolę kobiet jako „menedżerek ubóstwa” i filarów biednych rodzin, gdyż to one zarządzają pieniędzmi rodziny, aby skromny budżet się domknął podejmują różne strategie, często czasochłonne i męczące, niekiedy upokarzające, aby uzupełnić brakujące środki, spełniają wszystkie domowe obowiązki i działania.
Badania podjęte przez Think Tank Feministyczny nastawione były zarówno na doświadczenia, jak i społeczny kontekst życia kobiet oraz relacje z instytucjami, które wpływają na ich życie. Ich uczestniczki z Krosna i Wałbrzycha mówiły o niedożywieniu, przypadkach głodowania, problemach mieszkaniowych. Wskazywały na utratę zdrowia, wywołaną stresem związanym z permanentną niepewnością. Główną przyczyną ubóstwa, jaka wyłoniła się w rozmowach, jest bezrobocie, związane z kryzysem transformacyjnym czy kryzysem finansowym z 2008 r., oraz zastępowanie stałych miejsc pracy tzw. pracą śmieciową (na czasowych umowach za niskie wynagrodzenie).
Uczestniczki badań, które straciły pracę w likwidowanych fabrykach, pomimo podejmowanych wysiłków już nigdy nie znalazły trwałych form zatrudnienia. Ubóstwo przyczynia się do „głodu czasu” kobiet, które oprócz pracy domowej, opieki nad dziećmi i chorymi czy starszymi członkami rodzin, zajmują się dorywczą pracą zarobkową. Wraz z dziećmi uprawiają zbieractwo, wynajmują się z nimi do prac w gospodarstwach rolnych w zamian za żywność, zajmują się jej produkcją i przygotowaniem posiłków. Spędzają więcej czasu na zakupach w poszukiwaniu najtańszych produktów, poświęcają go też na pozyskanie pożyczek i środków z pomocy społecznej, wreszcie na uczestnictwo w szkoleniach i programach aktywizacji zawodowej, które w opinii uczestniczek nie skutkują znalezieniem pracy. Znaczną rolę w przetrwaniu rodzin odgrywają zasoby z czasów PRL-u, jak emerytury, działki czy mieszkania nabyte przez pokolenia babć i dziadków. Te zasoby są już jednak na wyczerpaniu.
Ubóstwo nie dotyczy uogólnionej kategorii kobiet. Ubóstwo i płeć są „zawsze z czymś”, są zapośredniczone przez klasę, wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania.
Na związek między płcią, odpowiedzialnością za opiekę a ubóstwem wskazują dane GUS nt. beneficjentów pomocy społecznej. W 2008 r., w łącznej liczbie 1,12 mln gospodarstw beneficjentów pomocy społecznej głowami blisko 70% z nich były kobiety. Jak wyjaśniają autorzy raportu, kobiety są rejestrowane jako głowy gospodarstw domowych, ponieważ to one zgłaszają się o pomoc. Największą grupę stanowią te w wieku 18-44 lata, przede wszystkim matki dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnymvii.
Badania wskazują także na olbrzymią różnicę między popytem na pracę a jej podażą, czyli ogromny brak miejsc pracyviii. W grudniu 2009 r. na 51,6 tys. wolnych miejsc pracy przypadało 1,89 mln zarejestrowanych bezrobotnych, czyli statystycznie o jedną ofertę pracy konkurowało 37 osób. Część, a w takich miejscowościach jak Krosno większość nowych miejsc pracy, jest subsydiowana ze środków publicznych i ma charakter tymczasowy.
Dane statystyczne w większości nie uwzględniają zróżnicowania ze względu na płeć. Dopiero analiza danych z perspektywy relacji płci, opieki czy reprodukcji społecznej ukazuje znaczne obciążenie kobiet. W Polsce od ponad pół wieku, tj. od szeregu pokoleń, kobiety ze wszystkich grup społecznych uczestniczą w rynku pracy, a więc zajmują szczególne miejsce na pograniczu produkcji i reprodukcji społecznej. Chociaż, jak wspomniano, rynek czy państwo nie mogą funkcjonować bez wkładu opiekuńczej i reprodukcyjnej pracy kobiet, to nie jest ona doceniana, a płatna praca opiekuńcza jest nisko wynagradzana.
W polityce społecznej opieka jest traktowana jako bezpłatny kobiecy obowiązek, a czas kobiet – jako nieskończenie elastyczny. Opiekuńcza praca kobiet z gospodarstw o niskich i średnich dochodach traktowana jest jako strefa buforowa, gdzie przerzucane są społeczne koszty transformacji czy cięć budżetowych. Dla gospodarstw o najniższych dochodach strefa ta jest na wyczerpaniu. Wskazują na to badania długości życia mieszkańców warszawskich dzielnic, ubogiej Pragi i zamożnego Wilanowa oraz Ursynowa: różnice sięgają odpowiednio 9 i 14,1 lat dla kobiet oraz 16,1 i 18 lat dla mężczyzn na niekorzyść mieszkańców Pragi. Raport warszawskiego Urzędu Miastaix nie przypisuje tego wyższym wskaźnikom biedy, bezrobocia i gorszym warunkom mieszkaniowym – widzi tylko niezdrowy styl życia jako przyczynę nadumieralności w ubogich dzielnicach.
Jak patrzeć, żeby nie zobaczyć
W publikacji Forum Obywatelskiego Rozwoju Anna Kurowskax wyjaśnia, skąd się bierze bieda: otóż jest skutkiem bezrobocia i bierności zawodowej, alkoholizmu, narkomanii, niezaradności oraz dziedziczenia tych postaw. Biedni rodzice nie przekazują dzieciom zasobów finansowych. Polityka społeczna jest szkodliwa, ponieważ utrwala patologiczne zachowania. Do tego katalogu przyczyn ubóstwa autorka dodaje wysokie koszty pracy. Takie poglądy są rozpowszechnione zarówno w dyskursie publicznym, gdzie reprodukują charakterystyczny dla neoliberalizmu rasizm państwowy, oparty na podziale na jednostki użyteczne i nieużyteczne ekonomicznie, jak i w wypowiedziach polityków, jak Leszek Balcerowicz czy minister Boni.
Bieda jest z jednej strony skutkiem braku środków do życia, a z drugiej – produktem dyskursu o ubóstwie (składają się nań badania naukowe, rządowe strategie i polityki, techniki gromadzenia danych statystycznych), który determinuje relacje między państwem i rynkiem a biednymi, a także kształtuje stosunek biednych do samych siebie. W świetle patologizacji ubogich, przyznanie się do niedostatku nastręcza dużych trudności, co stawia pod znakiem zapytania wyniki badań opinii publicznej na temat poziomu życia.
O ile w czasach PRL-u granicę niedostatku wyznaczało minimum socjalne, obecnie głównym narzędziem konceptualnym, za pomocą którego państwo konstruuje ubogich jako grupę, jest minimum egzystencji. Wprawdzie w badaniach naukowych na potrzeby polityki społecznej istnieją inne miary ubóstwa (ubóstwo relatywne, deprywacja materialna), ale minimum egzystencji pozostaje główną metodą, za pomocą której biedzie jest nadawana widzialność polityczna, a niedostatek oddzielany od zamożności. Ubóstwo w tym ujęciu to przede wszystkim skrajne ubóstwo, czyli zakładany tymczasowy brak zdolności do życia na własny rachunek. Założenie, że ubóstwo jest tymczasowe, wynika z politycznego przeświadczenia, iż wzrost gospodarczy prowadzi do wzrostu zamożności, a jego efekty spływają (trickle down), poprawiając dochody wszystkich grup społecznych.
Neoliberalne państwo „widzi” ubogich jako nieproduktywne jednostki, żyjące na koszt podatników. W myśl efektywności ekonomicznej, koszty zabezpieczeń społecznych i pomocy socjalnej należy zmniejszyć. Tym samym, w kontekście deficytu pracy i braku polityk nastawionych na tworzenie miejsc pracy, ludzi ekonomicznie nieużytecznych skazuje się na śmierć. Między neoliberalnym państwem a gospodarstwami domowymi żyjącymi w niedostatku, stoją kobiety, których życie codzienne to walka o przetrwanie.
10,6% odbiorców pomocy społecznej otrzymuje wsparcie w wysokości niższej od tej, do której są uprawnieni, a 8,6% nie otrzymało jej wcalexi. Z danych IPiSS wynika, że kryterium dochodowe uprawniające do pomocy socjalnej, utrzymywane przez państwo na poziomie z 2006 r., tylko o 50 gr różni się od poziomu minimum egzystencji biologicznej dla czteroosobowej rodziny (odpowiednio 351 i 350,5 zł na osobę w rodzinie).
Pomoc socjalna jest obłożona wieloma restrykcjami. Z założenia nie stanowi ona uzupełnienia dochodów ponad ustawowy poziom ubóstwa. Od poziomu odliczane są już posiadane dochody (np. alimenty 150-300 zł) i do tego dodawana jest pomoc pieniężna, w przypadku niektórych zasiłków w wysokości połowy różnicy między pułapem dochodowym a posiadanym dochodem – oraz wedle finansowych możliwości gmin. Na mocy ustawy z 2004 r., pomoc pieniężna jest uzależniona nie tylko od kryteriów dochodowych, ale też od jednego z dodatkowych kilkunastu czynników (np. niepełnosprawność, alkoholizm). Środki na pomoc są niewystarczające, a większość kosztów (75% według GUSxii) ponoszą gminy. Decentralizacji odpowiedzialności za pomoc socjalną, podobnie jak w przypadku ochrony zdrowia, nie towarzyszy przekazywanie odpowiednich kwot. Jednocześnie, podejmowane są decyzje, które realnie uszczuplają dochody gmin, jak niedawna o zmniejszeniu ich dochodów z podatków CIT i PIT.
Niewystarczające środki i patriarchalna kultura owocują wzrostem represyjności pomocy socjalnej wobec tzw. klientów pomocy, których większość stanowią kobiety. Pozbawione możliwości udzielania rodzinom wsparcia finansowego, wyposażone w narzędzia nadzoru i przepracowane pracownice socjalne – w Wałbrzychu i Krośnie na każdego pracownika przypada ponad 100 klientów – zwracają się przeciwko swoim podopiecznym. – Pani sprzeda psa, to będzie pani miała na życie. Dywan też ma pani sprzedać – usłyszała jedna z uczestniczek badań Think Tanku Feministycznego.
Publicznie widzialnym wymiarem tej represyjności jest pozbawianie praw do opieki nad dzieckiem. Szacuje się, iż 20% dzieci jest odbieranych rodzinom z powodu ubóstwa. Uczestniczki badań TTF podkreślały, że żyją pod ciągłą groźbą pozbawienia ich dziecka.
Zamrażana, obłożona restrykcjami „pomoc” dla ubogich jest na bardzo niskim poziomie: w 2008 r. stanowiła 0,18% PKB. Na świadczenia pieniężne dla 1,12 mln gospodarstw domowych państwo przeznaczyło 76,5 mln zł, tj. średnio 68,11 zł na gospodarstwoxiii. W biednych powiatach, np. krośnieńskim w 2008 r., pomoc wyniosła 25 zł na osobę. Pomimo iż od 1994 r. PKB rośnie, Polska ma jeden z najniższych w UE udziałów wydatków na pomoc socjalną i mieszkaniową, świadczenia dla dzieci oraz zasiłki dla bezrobotnych.
Widzialna ręka neoliberalnego państwa
Neoliberalizm, czyli wprowadzenie matrycy ekonomicznej i modelu rynku do zarządzania sferą społeczną (zabezpieczenia społeczne, pomoc socjalna, edukacja, ochrona zdrowia, ochrona środowiska, kultura) i do zarządzania państwem, powoduje, że z optyki państwa znikają obywatelki i obywatele. Jak pisał Michel Foucault, model ten funkcjonuje jak stały trybunał ekonomiczny, który wymaga ustawicznego dostosowywania się jednostek.
Państwo socjalistyczne czy państwo opiekuńcze dzieliło z gospodarstwami domowymi koszty opieki i reprodukcji społecznej. Neoliberalizm jako teoria ładu ekonomicznego i jako projekt zarządzania państwem i ludnością zanegował podział na prywatne oraz publiczne, zatarł granice między państwem a rynkiem i włączył sferę społeczną do tego ostatniego. Neoliberalne państwo-firma nastawione jest na maksymalizację wzrostu gospodarczego, przewag konkurencyjnych i wspieranie akumulacji kapitału, a podmiot polityczny, który jest głównym przedmiotem jego troski, to nawet nie przedsiębiorca – lecz inwestor. Wobec biednych i bezrobotnych stosowana jest strategia ich aktywizacji do pracy, której nie ma. Koszty podtrzymania życia i reprodukcji społecznej przerzucane są do gospodarstw domowych i na barki kobiet. Neoliberalne państwo nie ma innych rozwiązań problemu ubóstwa.
W kontekście niedoboru i intensyfikacji pracy oraz wzrostu udziału nisko płatnych i niepewnych form zatrudnienia, zakres i dotkliwość ubóstwa rośnie, a wraz z nim – obciążenie kobiet. Zarazem polityka społeczna jest programowana i wdrażana w neoliberalnych ramach podporządkowania polityce makroekonomicznej (gdzie sfera społeczna to ośrodki kosztów, które należy redukować) i nie zabezpiecza nawet gospodarstw domowych znajdujących się w skrajnym ubóstwie. W miejsce opuszczane przez państwo wchodzi sektor prywatny, wspierany ideologią profesjonalizacji usług opiekuńczych.
Gdy praca opiekuńcza ulega utowarowieniu, jej wartość jest deprecjonowana, tym razem przez rynek. Kobiety z gospodarstw o najniższych dochodach są zatrudniane w firmach świadczących usługi opiekuńcze na prywatnych i publicznych rynkach – na warunkach, które lokują je w kategorii „pracujących ubogich”, nie zapewniając bezpieczeństwa egzystencjalnego. Nadal nieodpłatnie wykonują pracę opiekuńczą w swoich domach, a jednocześnie za pośrednictwem firm za niskie wynagrodzenie świadczą ją na rzecz innych.
Aby ubóstwo i przeobrażanie ekonomii opieki w rynek usług publicznych były politycznie strawne, należy je maskować za pomocą różnych zabiegów, jak patologizacja ubogich (dysfunkcyjne rodziny), biologizacja (dziedziczenie ubóstwa), nadawanie biedzie statusu wyjątku (enklawy), resubiektywizacja ubogich jako racjonalnych ekonomicznie jednostek, które same dokonują wyboru bezrobocia czy złych warunków mieszkaniowych.
Alternatywne strategie
Redukcja i przeciwdziałanie ubóstwu wymaga innych podstaw polityki, w tym innej polityki makroekonomicznej. Należy zwiększyć dochody państwa, aby móc dzielić koszty reprodukcji społecznej (pomocy socjalnej, zabezpieczeń społecznych, ochrony zdrowia, edukacji) z gospodarstwami domowymi, w tym realizować ustawowe uprawnienia do pomocy socjalnej.
W ramach neoliberalnych założeń polityki gospodarczej i pod wpływem globalnej konkurencji, podatki w Polsce, szczególnie świadczone przez firmy (CIT) oraz koszty podatkowe pracy, są jednymi z najniższych w Unii Europejskiejxiv. Uniemożliwia to realizację praw socjalnych obywateli, gwarantowanych w Konstytucji. Od kobiet pobierany jest „podatek reprodukcyjny” w postaci świadczonej przez większość z nich nie wynagradzanej pracy opiekuńczej, bez której rynek czy państwo nie mogą funkcjonować.
Jak już wspomniano, główną przyczyną ubóstwa jest brak pracy i praca za niskie wynagrodzenie. W dyskusjach na temat wzrostu gospodarczego z redukcją ubóstwa (pro-poor growth) wskazuje się na trzy czynniki niezbędne dla umożliwienia wyjścia z biedy: (1) uniwersalny dostęp do usług publicznych (włączając opiekę nad dziećmi, osobami starszymi i niepełnosprawnymi), (2) zmniejszenie skali nierówności, (3) zwiększenie dochodów najgorzej sytuowanych grup, w tym kobietxv, poprzez: wzrost popytu na pracę, podwyższenie płac minimalnych oraz zwiększenie transferów społecznych, szczególnie na rzecz gospodarstw domowych o najniższych dochodach. Realizacja tych celów wymaga podporządkowania polityki makroekonomicznej i strategii rozwoju gospodarczego uniwersalnym i nierozdzielnym prawom człowieka, w tym prawom kobiet.
Aby takie zmiany były możliwe, należy zakwestionować neoliberalną politykę i maski, jakie nakłada na ubóstwo, usuwając zarazem z pola widzenia obciążenie kobiet. Neoliberalne dystopie rozwoju, jak przyjęty przez rząd dokument „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe”, do którego odwołują się autorzy budżetu na 2011 r., będą przyczyniać się do wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wzroście ubóstwa. Ujęcie kobiet jako grupy specjalnej troski czy starania o formalną równość między ogólnymi kategoriami kobiet i mężczyzn nie podważają neoliberalnej polityki, zamazują sytuację kobiet żyjących w ubóstwie, a zarazem wpływają na osłabienie sojuszu kobiet i mężczyzn z uciskanych grup, którymi staje się większość społeczeństwa.
Ewa Charkiewicz
Think Tank Feministyczny
Niniejszy tekst jest skróconą i nieco zmienioną we współpracy z autorką wersją rozdziału „Polskiego Raportu Social Watch 2010 – Ubóstwo i wykluczenie społeczne”, przygotowanego przez Polską Koalicję Social Watch i Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu (EAPN PL). Całe wspomniane opracowanie można pobrać ze strony koordynatora Koalicji, Kampanii Przeciw Homofobii: www.kph.org.pl.
Przypisy:
i I. Desperak, Bez alimentów, 2010, http://www.rozgwiazda.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=102:bez-alimentow&catid=64:alimenciary&Itemid=106.
ii E. Charkiewicz i A. Zachorowska-Mazurkiewicz (red.), Gender i ekonomia opieki, Warszawa 2009.
iii D. Budlander, Statistical comparison of care and non-care work across six countries, Genewa 2008.
iv B. Mikuta, Studia nad wartością pracy domowej w mieście i na wsi ze szczególnym uwzględnieniem funkcji żywieniowej, Praca doktorska SGGW, Warszawa 2000.
v B. Bobrowicz, Alokacja czasu wewnątrz gospodarstwa domowego [w:] „Strukturalne i kulturowe uwarunkowanie aktywności zawodowej kobiet w Polsce”, red. I. Kotowska, Warszawa 2009.
vi R. Milic-Czerniak, Gospodarstwa domowe w krajach Europy Wschodniej. Skutki przemian 1990-1995, Warszawa 1998.
vii GUS, Sytuacja gospodarstw domowych w 2009 w świetle wyników badań gospodarstw domowych, Warszawa 2010.
viii GUS, Popyt na pracę w 2009, Warszawa 2010.
ix Urząd m.st. Warszawy, Raport o stanie zdrowia mieszkańców Warszawy, Warszawa 2010.
x A. Kurowska, Skąd się bierze bieda?, „Zeszyty Forum Obywatelskiego Rozwoju” nr 5/2008.
xi GUS, Beneficjenci pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych w 2008, Kraków 2009.
xii ibidem.
xiii ibidem.
xiv E. Matyszewska, PIT w Polsce niższy od średniej w UE. DGP and Pricewaterhouse report on taxation in the EU, „Dziennik Gazeta Prawna” (B2), 4-6 czerwca 2010 r.
xv S. Mehrotra, E. Delamonica, Eliminating human poverty. Macroeconomic and social policies for equitable growth, Londyn 2007.