Przemówienie w sprawie ustaw językowych

Wysoki Sejmie!

Zanim przystąpimy do rozpatrywania i głosowania ustaw zgłoszonych przez Rząd i obejmujących niektóre postanowienia w sprawie mniejszości narodowych, słusznym będzie, ażebyśmy przypomnieli sobie sposób, w jaki ustawy te powstały – sposób i moment.

Pan prezes Rządu w pierwszym przemówieniu swoim wygłoszonym w Sejmie zaznaczył, że podejmuje się jedynie sanacji Skarbu i że wszelkie inne zadania, bodajby nawet najbardziej pilne i najbardziej potrzebne w Polsce, pozostawia swoim następcom. Jednak siła i logika wypadków, niewątpliwie niezadowalający stan tych rzeczy w Polsce, zmusiły go do tego, że już w kilka miesięcy potem złożył publiczne oświadczenie, iż uważa za swój bezpośredni obowiązek przystąpić do unormowania tych rzeczy w drodze ustawodawczej, bodajby w najskromniejszym zakresie. W tym celu zwołano dwa dość liczne zgromadzenia osób zaszczyconych zaufaniem prezesa Rządu, które wypowiedziały swoją opinię i które zresztą rozeszły się bez pozostawienia jakichkolwiek konkretnych śladów.

Do pomocy Rządowi celem opracowania ustawy powołana została w następstwie tzw. Komisja Czterech, której skład znany jest Panom z wielokrotnych wzmianek w pismach. Komisja ta nie reprezentowała żadnego stronnictwa, żadnej grupy politycznej; zasiadali w niej obywatele przemawiający jedynie we własnym imieniu, reprezentujący jedynie własne poglądy. Z samego faktu, że w Komisji Czterech zasiadali ludzie należący do wręcz przeciwnych sobie obozów, reprezentujących wręcz przeciwstawne sobie poglądy na sprawę mniejszości, wynika i wynikać musiało, że w sprawie tej zawarty zostanie pewien kompromis, że kompromis ten, nie naruszający niczyich szerszych poglądów, nie rozwiązujący całości zagadnienia, nie przekreślający i nie odwołujący niczego, pokusi się o realne ujęcie tego zagadnienia, jakim jest język urzędowania władz państwowych w Polsce i używanie własnego języka w urzędach przez mniejszości narodowe.

Byłoby znacznie lepiej, gdyby czy to w pierwszych, liczniejszych naradach, czy to później w Komisji Czterech, zasiadali także i przedstawiciele stron zainteresowanych, przedstawiciele mniejszości narodowych. Co do mnie osobiście, gdybym był na miejscu p. premiera, wolałbym tą drogą dojść do pewnego porozumienia i osiągnięcia takiego minimum, jakie jest możliwe do osiągnięcia; jednakże brak przedstawicieli mniejszości w Komisjach Czterech nie zwalniał, jak sądzę, obywateli Polaków od wzięcia w niej udziału, od ciężkiego obowiązku dojścia do jakiegokolwiek wspólnego poglądu na palącą sprawę kresów. Podkreślam ten obowiązek nie dlatego, żebym się w ogóle entuzjazmował zasadą jedności narodowej, przed którą musiałaby ustąpić raz na zawsze rozbieżność zdań, ale dlatego, że w tej sprawie i w tym momencie, jak sądzę, słusznym będzie zupełnie, aby pogląd, który dziś zostanie uchwalony, był poglądem całej polskiej części naszego Państwa.

A teraz jeżeli chodzi o same ustawy, to zanim przystąpimy do szczegółowego ich czytania, słusznie będzie zastanowić się nad ich wartością, nad ich zakresem i nad możliwością ich wykonania.

Niewątpliwie ustawy te nie dają wszystkiego, niewątpliwie ustawy te nie obejmują całokształtu zagadnienia. Zostało to uczynione świadomie, nie dlatego, żeby zaprzeczyć samemu istnieniu całokształtu zagadnienia, ale powtarzam jeszcze raz, dlatego, aby zacząć od rzeczy najłatwiejszych, aby zacząć od rzeczy, co do których będzie możliwe osiągnięcie wspólnego poglądu, aby zacząć od rzeczy, które mogą być w życie wprowadzone.

Ustawy te, rzecz prosta, nie obejmują całokształtu zagadnienia przede wszystkim co do tych czy innych aspiracji mniejszości narodowych. Nie jako członek Komisji, ale jako obywatel Państwa, jako poseł Sejmu, jako reprezentant pewnego kierunku politycznego, rozumiem, że aspiracje te mogą iść znacznie dalej, aniżeli określają to ustawy, aniżeli określić to jest w stanie większość i całość Sejmu polskiego. Gotów też jestem w dążeniu do zrealizowania tych aspiracji towarzyszyć mniejszościom narodowym bardzo daleko, tak daleko, jak daleko pozwala na to interes Państwa Polskiego jako całości, jak pozwala na to bezsporna dla mnie zasada nienaruszalności jego granic, zasada uznania tego, co jest w danej chwili tworem skończonym, który na rzecz żadnej teorii, żadnego programu nie może być ćwiartowany. Jeżeli ktoś poza tym w duszy swej żywi aspiracje dalej idące, aspiracje co do samookreślenia się całkowitego, co do utworzenia własnego państwa, to jako człowiek mogę uznać te aspiracje, uznać ich słuszność i podstawy, lecz jako Polak musiałbym stwierdzić, że w obecnej chwili Polska, odcinając od siebie żywe kawałki organizmu państwowego, nie zaspokoiłaby nawet niczyich dążeń narodowościowych, lecz tylko interesy państw sąsiednich, i że skorośmy zeszli z zasady granic z 1772 r., to nie mamy nie tylko żadnego powodu, ale nawet żadnej możności godzić w podstawy tych granic, w jakich się dziś znajdujemy.

Oczywiście aspiracje narodowościowe mogą się także i co do wielu innych rzeczy posuwać znacznie dalej aniżeli ustawy. Niekiedy są to rzeczy pozornie drobne, a jednak wywołujące niesłychanie ostry spór i czyniące wrażenie pewnej zniewagi. Taka jest np. sprawa nazwy narodu. Mój osobisty pogląd jest, że naród każdy powinien nadawać sobie nazwę sam, bez niczyich wpływów, a zwłaszcza bez niczyjego nacisku. Dlatego też ilekroć tu w Sejmie przemawiałem, nazywałem Ukraińców Ukraińcami, tak jak oni siebie nazywają, tak jak brzmi nazwa ich klubu urzędowo w Sejmie naszym.

Ubolewałem bardzo, że co do tego punktu kompromis nie doprowadził tak daleko, jak powinien był doprowadzić i użyto innej nazwy, która zresztą jest nazwą i historyczną i odwieczną, użyto nazwy „ruski”, która, mam wrażenie, nikogo nie obraża, ale być może i nikogo nie zadowala. Związany uchwałami Komisji Czterech, związany poglądem moim co do konieczności pewnego kompromisu w tej sprawie, niewątpliwie głosować będę tak, jak mi to nakazuje umowa, ale to nie sprzeciwia się wcale mojemu wewnętrznemu przekonaniu, że w tym kierunku należałoby i można byłoby iść dalej.

Nie zadowalają mnie też te ustawy co do terytorium objętego przez nie. Przyznaję, że stojąc na stanowisku czysto teoretycznym, na stanowisku zasadniczym, można było iść dalej w uwzględnieniu praw mniejszości narodowych i praw poszczególnych obywateli wszędzie tam, gdzie się oni znajdują, niezależnie od tego, czy się znajdują na terenie tego województwa, czy innego. Ja osobiście nie widzę żadnej przeszkody, ażeby dzieci niemieckie czy ukraińskie uczyły się w swoim języku nawet wówczas, kiedy zamieszkują województwo krakowskie, nie tylko lubelskie. Jednak wracając znowu do twardego i praktycznego życia, zaznaczyć muszę, że nie udało się granicy tej posunąć poza granice trzech województw małopolskich i czterech województw północno-wschodnich. Myślę, że to wszystko, co Sejm uchwalić raczy, może być tylko początkowym rozwiązaniem zagadnienia niesłychanie drażliwego, skomplikowanego, a zarazem niesłychanie dla Polski ważnego, zagadnienia, od którego zależy nie tylko jej zdrowy rozwój, jej rozkwit, ale być może i życie.

Sądzę, że w tym rozumieniu ustawy, które w imieniu komisji przedkładam Wysokiemu Sejmowi, nie tylko nie są rzeczami najważniejszymi, ale są może najmniej ważnymi. Istotą rzeczy jest sprawa stosunku narodowości niepolskich, zamieszkujących Państwo nasze, do administracji naszej i odwrotnie – administracji naszej do mniejszości narodowych, stosunku, jak wiadomo, bardzo niepoprawnego obustronnie, niezadowalającego nie tylko żadnej mniejszości, ale żadnego Polaka w Polsce. Członkowie najrozmaitszych stronnictw i rządów już z tej wysokiej trybuny stwierdzili, że stosunki administracyjne, zwłaszcza na naszych kresach, są gorzej niż złe, że wymagają szybkiej i gruntownej sanacji i że bez uzdrowienia tych stosunków o żadnej istotnej poprawie, o żadnym rozwiązaniu zagadnienia mniejszości narodowych w Polsce nie może być mowy.

Niewątpliwie nie możemy o tym zapominać uchwalając ustawę językową, stwierdzić jednak wolno, że nie można zrobić od razu wszystkiego. Komisja, która odbyła 15 czy 18 posiedzeń, załatwiła w każdym razie taką rzecz, na którą, powiedzmy sobie, Austria potrzebowała 60 lat i której w drodze ustawy nie załatwiła aż do samej śmierci. Myślę, że nadejdzie w najbliższej przyszłości czas, gdy od zagadnień językowych trzeba będzie przejść do uzdrowienia administracji na tych czy innych podstawach i następnie do usunięcia skarg każdej ludności zamieszkującej kresy. Sądzę także, że rzeczą może jeszcze ważniejszą jest kwestia dobrobytu materialnego mniejszości narodowych, jest kwestia tego zupełnie słusznego żądania, aby w stosunku do ich dobytku, w stosunku do ich dobrobytu Państwo Polskie traktowało ich na równi z każdym innym obywatelem, jeżeli nie lepiej. Powiadam: „jeżeli nie lepiej” – ze względu na zniszczenia wojenne, którym oni podlegli i ze względu na to, że tamte części Polski w kulturze materialnej są cofnięte bardziej w tył, niż części Polski środkowej i zachodniej. Myślę, że rozwiązując zagadnienie dobrobytu materialnego, Rząd obecny czy przyszły nie będzie mógł także pominąć kwestii ziemi, która niewątpliwie jest jedną z najbardziej palących i co do której istotnie do tej pory stosunek nasz był nie tylko nieuregulowany, ale i niewłaściwy. Istnieją w tej sprawie, jak wiadomo, dwa poglądy krańcowo sprzeczne i jak osobiście mniemam, krańcowo szkodliwe. Jeden z nich nakazuje odsunięcie wyłącznie od dobrodziejstw reformy rolnej całej ludności niepolskiej, drugi usiłuje zarezerwować te ziemie tylko dla ludności polskiej [tak w oryginale, prawdopodobnie błąd w zapisie stenograficznym – przyp. „Obywatela”]. Nie będę się wdawał w szczegółowy rozbiór tego zagadnienia, bo to nie należy do tematu. Muszę jednak stwierdzić, że w tej sprawie, jak we wszystkich innych, moim skromnym zdaniem, rozwiązanie powinno iść po linii środkowej, powinno się pamiętać nie tylko o straszliwie zabójczym dla Państwa przeludnieniu rolniczym części środkowych i zachodnich Polski, ale przede wszystkim również powinno się pamiętać o potrzebach i sprawach ludności osiadłej od wieków na miejscu. Usunięcie jej zupełnie od ziemi byłoby rzeczą, która by na pewno nie odbyła się bez zatargów, doprowadzających do czynów dla Polski zabójczych.

Całe te trzy ustawy, które Wysoki Rząd przedkłada dziś Sejmowi, które powstały z dorady i przy współpracy Komisji Czterech, przesiąknięte są jedną ideą zasadniczą, ideą takiego współżycia narodowości w Państwie Polskim, przy którym nikt nie czułby się pokrzywdzonym, nikt nie czułby się niewolnikiem ani pasierbem, lecz każdy czułby się równouprawnionym obywatelem. Jeszcze raz stwierdzam, że te ustawy niewątpliwie nie dają całokształtu zagadnienia i nie pozwalają nikomu dzisiaj stwierdzić, że musi być z tego stanu rzeczy zadowolony. Ale też te ustawy nie wymagają żadnego z niczyjej strony pokwitowania. Jeżeli Państwo Polskie, jeżeli Sejm i Rząd polski występują z pewnymi ustawami i chcą je wprowadzić w życie, to nie pod czyimkolwiek naciskiem, nie dla zadowolenia czyichkolwiek poglądów, nie dlatego, że taki a nie inny jest pogląd Ligi Narodów czy Towarzystwa Przyjaciół Ligi Narodów, lecz tylko dlatego, że taki jest interes Państwa Polskiego.

Panowie twierdzą [zwracając się do mniejszości narodowych], tak twierdzili przynajmniej Panowie na komisji i w prasie, że pośpiech, z jakim ustawy są tu uchwalane, świadczy, iż są one uchwalane na eksport, dla zagranicy. Śmiem zaznaczyć, że to, czego żąda od nas w tej sprawie zagranica, to, czego żąda od nas pakt dodatkowy do Traktatu Wersalskiego, daje znacznie mniej niż te skromne trzy ustawy, te trzy kompromisowe ustawy, które dziś przedkładamy Sejmowi. I dlatego gdyby ktoś chciał tylko zadowolić Ligę Narodów, to mógłby się powstrzymać nawet w tej krótkiej drodze znacznie bliżej. Wobec tego wydaje mi się, że wszelkie posądzenia narodu polskiego o to, że ustawy te są wyłącznie dla zagranicy robione, są jedynie dowodem głębokiego zadrażnienia stosunków pomiędzy nami, pewnej podejrzliwości, która w tym wypadku na niczym nie jest oparta. Traktat o mniejszościach leżał u nas wprawdzie na stole, nie mieliśmy jednak potrzeby ani obowiązku do niego zaglądać, sprawdziliśmy tylko w pewnym momencie, czy istotnie wykonaliśmy to, czego od nas wymagał, i stwierdziliśmy z zadowoleniem, że dajemy znacznie więcej niż to jest naszym obowiązkiem prawnym, jeżeli już na tym punkcie stać mamy.

Czy ustawy te będą wykonane? Zaprzecza się temu. Sądzę, że i tu daje się może zbyt wielki posłuch swojej pobudliwości, swojej nieufności, może nieraz uzasadnionej praktyką życiową, ale zwracam uwagę, niezbyt pożytecznej. Nie wiem, jak i kiedy te ustawy będą wykonane, wiem natomiast, że zanim jakiekolwiek prawo będzie wykonane, trzeba mieć przede wszystkim zasadę, trzeba mieć to, o co się walczy, trzeba mieć owo prawo, prawo materialne, które by służyło za punkt wyjścia do wykonania.

Komisja Czterech, a także mniemam i Wysoki Rząd, zdają sobie najzupełniej sprawę, że od uchwalenia tego prawa do wprowadzenia go w życie będzie droga czasem dość daleka i czasem bardzo kamienista. Dlatego już w ostatniej chwili na Komisji Konstytucyjnej za zgodą wspólną wszystkich klubów polskich termin wprowadzenia tych ustaw w życie został nieco przesunięty. Pierwiastkowy tekst brzmiał: w miesiąc po uchwaleniu; myśmy przesunęli go na później, na 1 października, nie dlatego, żeby komuś zrobić przykrość, tylko dlatego, żeby zapewnić lepsze przygotowanie się do wprowadzenia w życie tych ustaw. Nie zaprzeczam jednak wcale, że tu i ówdzie, być może w bardzo wielu nawet wypadkach, znajdzie się urzędnik czy środowisko jakieś, które z tych ustaw będzie niezadowolone, które będzie je uważało za szkodliwe dla polskości i które je będzie wykonywało niedbale, albo wcale nie będzie chciało ich wykonywać. Wysoki Sejm w tej sprawie, jak w każdej innej, ma prawo kontroli nad działalnością Rządu, bądź przez zgłaszanie interpelacji, bądź przez utworzenie specjalnej komisji, która powinna czuwać nad tym, żeby to, co było wolą Sejmu, było też wolą władzy wykonawczej w całej rozciągłości, poczynając od jej przewodnika w Warszawie, a kończąc na najdrobniejszym urzędniczku w starostwie. Te wypadki łamania ustaw, nie tylko ustaw dotyczących mniejszości, ale jakichkolwiek ustaw, które się nie podobają temu czy innemu panu w starostwie czy komendzie policji, te wypadki nieuznawania prawa dlatego, że ono nie odpowiada czyimś poglądom, zachodzą istotnie dość często i, jak myślę, cały Sejm polski, niezależnie od przynależności partyjnej i narodowej, powinien z równym wysiłkiem i wytężeniem zajmować się tymi nadużyciami, w interesie nie tej czy innej mniejszości, tylko w interesie wspólnym całego Państwa.

Sądziliśmy zresztą, jako Komisja Czterech, że będzie rzeczą pożyteczną doradzić Rządowi, by utworzył jakiś organ, który by stale zajmował się kontrolowaniem i uzgadnianiem w rozmaitych resortach zamierzeń i poglądów Rządu, zwłaszcza jeżeli one będą już wykonaniem zamierzeń i poglądów Sejmu. Zdaje mi się tedy, że zanim dojdziemy do tego bardzo gorzkiego przekonania, że ustawy te nie będą wykonane, trzeba przecież dać pewien czas Rządowi i życiu, trzeba przekonać się i przyjść z faktami istotnymi, w przeciwnym bowiem wypadku narażają się Panowie na posądzenie, że stawiają zarzuty całkiem gołosłownie. I tutaj żadna praktyka dotychczasowa nie zmieni postaci rzeczy. To, że dotychczas działo się źle, nie jest precedensem, żeby i nadal do nieskończoności miało się w Polsce źle dziać. Jeżeli Panowie walczycie o poprawę złego, to wierzcie, że i my walczymy, a jeżeli te rzeczy nie mogą się stać w ciągu paru lat, to może dlatego, że są zbyt trudne dla społeczeństwa i narodu, który dopiero od kilku lat rządzi się sam.

Zdaje mi się zresztą, że wartość tych ustaw będzie nie tylko praktyczna, ale że polega ona także na pewnych teoretycznych ustaleniach i uzgodnieniach co do niektórych rzeczy. Gdybyśmy raz na zawsze zgodzili się, że w tej Polsce należy żyć na zasadzie uszanowania swoich kultur, swoich języków, na zasadzie przyzwyczajania się do siebie, skoro już wspólnie w tym państwie mieszkać musimy, to uczynilibyśmy niewątpliwie bardzo duży krok naprzód.

Państwo Polskie jest – Polską; miałem zaszczyt z tej trybuny kilkakrotnie to stwierdzić, że opiera się ono na tradycji historycznej polskiej i że uwzględnić musimy ten fakt realny, iż 2/3 ludności należy w tym państwie do narodu polskiego. To jednak nie wyklucza wcale jak największego poszanowania dla każdej innej kultury, dla każdego innego języka, i nie wyklucza także opieki, jaką Rząd Polski winien staraniom mniejszości narodowych w utworzeniu własnej kultury. Nie wyklucza to zresztą z drugiej strony również zasady współzawodnictwa w tym państwie. Zdaje mi się, że takie postawienie rzeczy, jakie kilkakrotnie w tym Sejmie było proponowane, że Polskę należy podzielić na pewne zamknięte terytoria, na pewne folwarki, które należą do tej czy innej narodowości, nie jest do przyjęcia dla nikogo. Ziemia Państwa Polskiego należy wspólnie do nas wszystkich i na tej ziemi, jak wszędzie niewątpliwie, musi być uznana zasada pokojowego współzawodnictwa różnych kultur, różnych języków, różnych tradycji i to współzawodnictwo, byleby tylko rozgrywało się w szrankach legalności, uszanowania innego człowieka i innego narodu, nie przyniesie nie tylko nikomu szkody, ale musi też przynieść wspólny pożytek, niewątpliwie bowiem współzawodnictwo czy jeśli inaczej chce kto nazwać, lojalna i legalna walka jest podstawą wszelkiego współżycia.

I oto dlatego sądzę, że Sejm Polski te trzy ustawy, które dzisiaj przedkładamy, uchwalić powinien. Sądzę, że powinien wejść na drogę wielkich i świetnych tradycji Państwa Polskiego, kiedy siłą naszą był nie tylko pancerz i miecz, ale kiedy był nią także rozum stanu, patrzący poprzez stulecia, zdolność przyciągania i przywiązywania do siebie innych narodów, zdolność rozwiązywania zagadnień narodowościowych na najwyższej płaszczyźnie człowieczeństwa. Ja myślę, że może z pewnymi wahaniami, może z pewnymi trudnościami, których wytłumaczenie aż nadto znajduje się w 120 latach naszej niewoli, na tę wielką drogę wkroczymy i tam znajdziemy tę moc i ten rozkwit Państwa, jakiego sobie wszyscy życzymy.

***

Na zakończenie dyskusji:

Wysoki Sejmie. Ze zgłoszonych i przeczytanych przed chwilą poprawek mogę tylko poprzeć poprawkę, uzgodnioną ze wszystkimi polskimi klubami, aby we wszystkich trzech ustawach tam, gdzie się spotyka słowo „ruski” w nawiasach dodać „rusiński”. Oprócz tego popieram rezolucję przyjętą przez Komisję Konstytucyjną, mianowicie wzywającą Rząd, aby wydał rozporządzenie normujące użycie języka żydowskiego na zgromadzeniach publicznych. Będzie ona głosowana przy trzecim czytaniu.

Zresztą oświadczam się przeciw wszystkim zgłoszonym poprawkom nie dlatego, ażebym niektórych osobiście nie uważał za słuszne, ale dlatego, że kompromis polega na tym, że się często głosuje przeciw temu, co się uważa za słuszne.

Korzystając ze sposobności, pozwolę sobie odpowiedzieć poprzednim mówcom w paru słowach. W przemówieniach Panów brzmiała nuta nieufności, czy ta ustawa będzie wykonana. Muszę raz jeszcze oświadczyć, jako Polak i członek Sejmu polskiego, że ja muszę mieć wiarę w to, że Państwo Polskie to wykona; gdybym tej wiary nie miał, nie mógłbym nie tylko pracować nad budową tego Państwa, ale nawet nie mógłbym żyć w tym Państwie. A poza tym Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie. W tej sprawie, tak jak wzywałem Was do cierpliwości, tak samo nagiąć muszę i siebie samego żelazną ręką do cierpliwości, aby przetrwać tę nienawiść i zbudować to, co uważamy za potrzebne dla wszystkich.

Powyższy tekst jest zapisem przemówienia na posiedzeniu Sejmu w dniu 9 lipca 1924 r. Przedruk za: Stanisław Thugutt – „Wybór pism i autobiografia”, Książnica Polska, Glasgow 1943.

Judymowie (nie)potrzebni od zaraz

„Ludzie bezdomni” to jedna z trzech, obok „Przedwiośnia” i „Syzyfowych prac”, powieści Stefana Żeromskiego, która ostała się we współczesnym kanonie. Mam jednak wrażenie, że nie funkcjonuje ona poza murami szkolnymi, w świadomości społecznej czy dyskusjach ideowych. Czy pytania w niej stawiane straciły na aktualności? Czy odpowiedzi, które poprzez postawy bohaterów sugerował autor, nie są w dzisiejszych realiach przekonujące?

Wbrew pozorom, przez te ponad sto lat realia społeczne (zwłaszcza położenie wykluczonych) nie zmieniły się tak bardzo, by nie generować podobnych wyzwań. Nie jest też do końca prawdą, że nie ma już prawdziwych „Judymów”. Są, i choć stanowią mniejszość – co zresztą nie jest novum względem epoki Żeromskiego – nie to wydaje się głównym problemem. Bardziej niepokojący jest fakt, że upowszechniło się przekonanie, iż problemy socjalne powinni rozwiązywać przede wszystkim romantyczni społecznicy, których pierwowzorem literackim jest młody chirurg. Przyjmując taką perspektywę, nie zwalczymy objawów najdotkliwszych problemów, a tym bardziej ich przyczyn.

W odtwarzanych przez kolejne generacje interpretacjach „Ludzi bezdomnych” całość lektury sprowadzana jest do postaci Judyma, ujmowanej jednowymiarowo – jako wzorzec jednostki poświęcającej się na rzecz ogółu. Taka uproszczona perspektywa sprawia, że z pola dyskusji znikają nie tylko społeczne uwarunkowania wyborów życiowych Judyma oraz ich konsekwencje, ale także pominięte zostają wahania i momenty słabości bohatera, wyraźnie przecież w książce zarysowane. W efekcie, Judym z postaci z krwi i kości przeobraża się niemal w „świeckiego świętego”, zbyt dalekiego od problemów współczesnych Polaków, by mogli poważnie przemyśleć ową postać.

Tymczasem przynajmniej kilka pytań, do jakich inspiruje powieść, wymaga poważnego zastanowienia. Czy dzisiejsza rzeczywistość społeczna nie stanowi analogicznego wyzwania jak ta, w której osadzeni byli bohaterowie Żeromskiego? Czy strategia życiowa Judyma kiedykolwiek była lub mogła być masowa? Po trzecie wreszcie, czy i jakie są słabości tej postawy?

Jak zauważa w monografii „»Ludzie bezdomni« Stefana Żeromskiego” znawca jego twórczości, Henryk Markiewicz: Spośród wielu tytułów Żeromskiego, często nietrafnych, dwuznacznych i jakby przypadkowych, „Ludzie bezdomni” ogarniają z wyjątkową pełnią widnokrąg ideowo-poznawczy powieści […].Rzeczywiście, motyw bezdomności stanowi klamrę łączącą wiele wymiarów powieści, a kwestia warunków mieszkaniowych zajmowała w twórczości Żeromskiego poczesne miejsce. Przypomnijmy, że w „Przedwiośniu”(1924) fundamentem społecznej utopii, jaką opisem wyobrażonej Polski zarysowuje przed Cezarym Baryką umierający ojciec, są „szklane domy”. Choć ich obraz odmalowany został z wielką precyzją, to stanowił on metaforyczną projekcję Polski jako domu ojczystego, w którym miał się dokonać postęp społeczny.

W „Ludziach bezdomnych” dom w takim kontekście jest obecny znacznie słabiej, jednak pod dostatkiem mamy tu ciekawych metaforycznych tropów, które zbiegają się w pojęciu „bezdomności”. Złe warunki życiowe pacjentów Judyma i pamięć własnego pochodzenia przekładają się na postawę głównego bohatera, który również – choć w innym sensie – staje się bezdomny. Postawa ta nie rodzi się ex nihilo, ale wynika z określonych warunków i doświadczeń życiowych, choć Żeromski nigdy nie popadał w determinizm i traktował bohaterów jako podmioty wyborów moralnych. Zapytajmy, czy warunki, w jakich ludzie żyją lub jakie mogą obserwować wokół, nie stanowią współcześnie impulsu do zaangażowania, nie wymuszają myślenia o zmianie?

Realistyczne, wręcz naturalistyczne obrazy nędzy, a także degradującej pracy nie są tak abstrakcyjne, jak mogłoby się wydawać. Również dziś wielu ludzi żyje w warunkach uniemożliwiających samorealizację oraz urągających godności, a wręcz zagrażających bezpieczeństwu. Jak pisze dr Paweł Hut w tekście „Współczesna kwestia mieszkaniowa w Polsce; geneza, uwarunkowania, perspektywy rozwiązań”: W Polsce jednym z najważniejszych problemów społecznych nadal pozostaje kwestia mieszkaniowa – polegająca na niezaspokojeniu potrzeb lokalowych ludności naszego kraju, obejmująca swoim zasięgiem, w zależności od szacunków, od miliona do blisko dwóch milionów gospodarstw domowych. Nie ma także podstaw do tego, by sądzić, że w dającej przewidzieć się przyszłości zostanie ona rozwiązana za pomocą planowych działań w szerszym zakresie […]. Pod względem zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych Polska znajduje się na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Należy pamiętać, że kiedy mówimy o zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych, chodzi nie tylko o aspekt ilościowy, ale również jakość zasobów mieszkaniowych.

Warto tu nadmienić, iż autor „Przedwiośnia” patrzył na bezdomność nad wyraz szeroko i przez to dość nowocześnie, w sposób zbliżony do perspektywy organizacji, które dziś próbują badać i zwalczać to zjawisko. Bezdomność w jego twórczości to nie tylko brak dachu nad głową, ale wielowymiarowe wykluczenie mieszkaniowe, prowadzące do degradacji człowieka.

Takie spojrzenie wybiega poza obiegową optykę, w której bezdomność ma zazwyczaj zniszczoną alkoholem twarz żebraka, staruszki śpiącej na torbach wypchanych jej całym dobytkiem czyCyganki otoczonej wianuszkiem zaniedbanych dzieci. Te obrazy egzemplifikują jedynie fragment problemu. Europejska Typologia Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego (ETHOS), stosowana przez Europejską Federację Narodowych Organizacji Walczących z Bezdomnością (FEANTSA), umieszcza w tej kategorii szerokie spektrum ludzi. Poczynając od tych bez dachu nad głową (roofless), przez pozbawionych domu (np. przebywających w schronisku dla bezdomnych czy w kwaterze tymczasowej), po osoby żyjące w mieszkaniu niezabezpieczonym lub nieodpowiednim. Osobną kwestią jest to, czy bezdomność należy łączyć tylko z sytuacją mieszkaniową.

Inne podejścia sugerują bowiem wiązanie tej kategorii nie tyle z warunkami życia, ile z określonymi predyspozycjami psychicznymi i społecznymi, objawiającymi się specyficznym modelem życia. Parafrazując słowa o. Bogusława Palecznego („Obywatel” nr 20): nieraz łatwiej wyprowadzić człowieka z bezdomności, niż bezdomność wykorzenić z człowieka, który żył jako bezdomny. Organizacje zajmujące się zagadnieniem odnotowywały przypadki, w których ich podopieczni nawet po otrzymaniu mieszkań nie byli w stanie ich długofalowo utrzymać, nieprzystosowani do życia „na swoim”. W jakimś stopniu bezdomność jako predyspozycję społeczną prezentuje także Judym, którego dzieciństwo w nędznych warunkach, wśród niemal obcych ludzi, wywarło piętno na całe życie i do pewnego stopnia uwarunkowało późniejsze poczucie misji.

Skoro problem degradacji materialnej części ludności jest wciąż aktualny, rzeczą naturalną wydaje się chęć zmiany tego stanu. Dlaczego więc nie ma ona miejsca? Czy dlatego, że zanikł „etos Judyma”? Etos społecznikowski również na przełomie wieków nie był wcale masowy. Nawet jeśli przyjąć, że ówczesne warunki kulturowe i społeczne bardziej sprzyjały podobnym postawom, to nie na tyle, by te stały się jednym z dominujących wzorców.

Widzimy to w samej powieści: Judymowi niełatwo było budować wokół siebie środowisko przychylne jego zamiarom. Można to częściowo zrzucić na karb bezkompromisowości bohatera, ale też nie sposób pominąć bardziej uniwersalnych źródeł niepowodzenia. Judymowie ze swej natury idą jeśli nie pod prąd, to przynajmniej niezależnie od głównego nurtu kultury swoich czasów, jako że racje działania wyprowadzają nie tyle z tego, co jest, lecz z tego, co być powinno.

Choć w powieści wielokrotnie przedstawiono postawy alternatywne wobec rzeczywistości, autor nie uległ banalizacji i tendencyjności w ich ukazywaniu. Zauważmy, że Judym – wbrew pozorom – nie styka się wyłącznie z całkowitą obojętnością na los wykluczonych. Wokół pojawiają się osoby, które wprawdzie nie w pełni podzielają jego przekonania i decyzje, ale są świadome istnienia problemów: Leszczykowski, w jakimś sensie inżynier Korzecki, wreszcie Joasia.

Nawet w przypadku płomiennej i nieprzekonującej dla słuchaczy mowy Judyma do warszawskich lekarzy nie mamy do czynienia z manichejską wizją świata. Jak pisze Markiewicz: Dla właściwej interpretacji utworu trzeba uprzytomnić sobie, że nie jest to walka z jakimiś jaskrawymi nadużyciami kapitalizmu, z oburzającymi zwyrodnieniami moralności burżuazyjnej, lecz walka z normalnym jej funkcjonowaniem. Lekarze warszawscy, z którymi ściera się Judym, to przeważnie ludzie uczciwi według ogólnej opinii, więcej niż sumienni w pracy, zdolni do niejednego odruchu uczynności i dobrego serca […]. Między innymi dlatego ten spór jest tak ciekawy, że nie stanowi walki czystego dobra ze złem absolutnym, a raczej odległych punktów pewnego spektrum, z postacią Joasi jako wariantem pośrednim. Gotowa jest ona iść w zaangażowaniu dalej niż codzienna sumienność i odświętna filantropia stołecznych lekarzy, ale nie popada w maksymalizm Judyma, który stawia sprawę na ostrzu noża: albo szanse na szczęście osobiste, albo działanie na rzecz tych „z budów”.

Jako wciąż żywy jawi się ukazany w „Ludziach bezdomnych” jeden z centralnych dylematów egzystencjalnych niejednego społecznika. Zapewne i dziś wielu ludzi, którzy na pewnym etapie życia decydują się na zaangażowanie społeczne, rozważa we własnym sumieniu, jaki jego stopień jest optymalny i na ile możliwy jest kompromis między życiem osobistym a działaniem dla dobra wspólnego.

Końcowy wybór Judyma rozpatruje się zazwyczaj w kategoriach moralnych. Nie mniej ciekawe jest jednak spojrzenie z punktu widzenia prakseologii. Czy jego działania były skuteczne? Czy ambitny cel podniesienia wykluczonych ze stanu degradacji mógł być osiągnięty, a jeśli nie, to czy nie było dróg, by się do niego bardziej przybliżyć?

Odpowiedzi na powyższe pytania wydają się niestety niekorzystne dla Judyma. Zasadniczą słabością jego postawy była apolityczność. Nie chodzi o przynależność do partii politycznej czy rozwijających się wówczas ruchów społecznych o politycznych ambicjach, lecz o polityczność w bardziej ogólnym sensie. Jeśli przyjmiemy klasyczne rozumienie polityki jako zdolności mobilizowania innych do osiągania własnych celów, postawa Judyma była w pierwszej fazie co najmniej politycznie nieskuteczna, a w końcowej – wręcz apolityczna. Zrezygnował on bowiem z prób angażowania innych we współtworzenie programów zmiany rzeczywistości na rzecz oddania się samodzielnej pracy bezpośrednio z wykluczonymi. Taka działalność jest niezbędna, ale należy próbować ją organizować w ramach istniejących struktur lub budować nowe, żeby nie tylko „łatać pojedyncze dziury”, ale rozwiązywać problemy społeczne w większej skali. A to wymaga jeśli nie systemowej działalności politycznej, to przynajmniej koordynacji i podziału pracy oraz synergii różnych umiejętności.

Judym po wcześniejszych porażkach skapitulował wobec tego typu wyzwań. To dlatego jego projekt był skazany na porażkę – nie ze względu na obojętność i oportunizm otoczenia. Jeśli chcemy poważniej przemyśleć tę lekturę, nie wystarczy zatrzymać uwagi na „szlachetności” głównego bohatera i jego tragizmie, polegającym na rezygnacji z osobistego szczęścia.

Warto też zastanowić się, czy owo poświęcenie miało sens z punktu widzenia realnego wpływu na zmianę rzeczywistości. Nie wiadomo, jak dalej potoczyłyby się losy bohatera, ale działając w pojedynkę, jeśli nie uległby wypaleniu i nie podzielił losu Korzeckiego, w najlepszym razie mógłby w mikroskali złagodzić objawy pewnych społecznych chorób. Czy na pewno tylko o to mu chodziło?

Pod jednym względem Judym okazywał jednak dojrzałość refleksji. Mianowicie wiedział on, że leczenie zdegradowanych społecznie i biologicznie jednostek należałoby zacząć od podniesienia ich standardu życia, poprzez programy, które ograniczałyby zapadanie na choroby. Jest to postawa zbieżna np. z podejściem przyjmowanym współcześnie przez Światową Organizację Zdrowia. Myślenie o usuwaniu przyczyn, a nie tylko leczeniu skutków jest właściwą perspektywą w polityce zdrowotnej, jak również w niemal każdym obszarze polityki społecznej.

Zasadniczo więc Judym właściwie rozpoznał problem, jedynie wspomniana „apolityczność” uniemożliwiała mu jego skuteczne rozwiązanie. Przed analogicznym wyzwaniem stoimy i dziś. Oczywiście tak jak wówczas, rozwiązań systemowych nie należy w sposób radykalny przeciwstawiać indywidualnej pomocy. Działanie systemowe bardzo często zawiera w sobie także działania bezpośrednie, w ramach których jednostki stykają się wprost z potrzebującymi. Rzecz w tym, by owa wielość jednostkowych działań była zintegrowana w spójny system, wykraczający poza nie zarówno horyzontem celów, jak i wielością funkcji. Rozproszone działania pomocowe zawsze będą potrzebne, by pomóc konkretnym osobom. Natomiast nigdy nie wystarczą, by dokonać społecznej zmiany.

Kolejna rzecz, która nie pojawia się w działaniach bohaterów powieści, to odwołanie do ładu ustrojowego, do programów jego zmiany i w ogóle do instytucji państwa. Zmiana rzeczywistości jest tu niemal wyłącznie dziedziną wyborów życiowych i moralnych jednostek, bez ich rozpatrywania w kontekście roli, jaką pełnią w ramach ładu społecznego. Widać tu wpływ, jaki miała na pisarza myśl Edwarda Abramowskiego, który zakładał w ramach swego „socjalizmu etycznego”, że zmiany systemowe muszą być poprzedzone przeobrażeniami w sumieniach jednostek i społeczeństw. Problematyka „Ludzi bezdomnych” zdaje się koncentrować i zamykać na tej pierwszej fazie potencjalnej zmiany, kiedy to zasadnicze dylematy rozgrywają się w sumieniach jednostek, a nie w ramach strukturalnego antagonizmu między grupami społecznymi i sporu o formułę ładu społecznego. Tymczasem ci, którzy chcą naprawdę budować lepszy świat, nie mogą uciec od tego zagadnienia. Kluczowym dylematem jest stosunek wobec państwa i jego agend.

Weźmy współczesny przykład, związany z problematyką bezdomności. W Krakowie, Warszawie i Wrocławiu działają Lekarze Nadziei, organizacja będąca czymś w rodzaju kolektywnego wcielenia doktora Judyma. W formule non profit zajmują się świadczeniem podstawowych usług medycznych dla bezdomnych i ubogich, nie objętych ubezpieczeniem zdrowotnym. Dodajmy, że stan zdrowia tej grupy jest szczególnie dramatyczny, a wiele publicznych placówek działa tak, jakby były stworzone dla ludzi zdrowych, przez co potrzebujący nie zawsze mogą z nich skorzystać. W tej sytuacji działalność stowarzyszeniajestna wagę złota. Jednak zimą 2009/2010 o mały włos stołeczny oddział nie zawiesiłby działalności ze względu na rzekomy brak prawnych możliwości dalszego przekazywania przez samorząd środków na tego typu aktywność. Abstrahując od szczegółów sprawy, która m.in. dzięki interwencji dziennikarzy skończyła się w miarę pomyślnie dla społeczników i ich pacjentów, widać wyraźnie, że nawet typowo „judymowska” działalność, aby mogła być trwała i skuteczna, wymaga choć minimalnego wsparcia ze źródeł zewnętrznych – wśród których najbardziej stabilne są mimo wszystko instytucje i fundusze publiczne.

Zadania państwa jako gwaranta zaspokojenia elementarnych potrzeb nie ograniczają się do stworzenia prawnych i materialnych warunków dla działań społeczników. Pamiętajmy, że Judymów jest w skali społeczeństwa zawsze mniejsza lub większa, ale garstka. Nawet przy dużych funduszach nie jest ona w stanie zaspokoić ogółu potrzeb społecznych. Stąd niezbędne są zawodowe służby, których przedstawiciele niekoniecznie zresztą muszą kierować się ideałami prospołecznymi. Bez tego typu sprofesjonalizowanych, odpowiednio wyposażonych służb niemożliwa jest walka z wykluczeniem społecznym.

Na poziomie unijnym coraz większe znaczenie przypisuje się tzw. SSGI (social services of general interest, usługi socjalne użyteczności publicznej), w które wlicza się usługi zdrowotne, socjalne, opiekuńcze, edukacyjne etc. Aby mogły być świadczone na wysokim poziomie, potrzebne jest silne państwo i gotowość obywateli do odkładania do domeny publicznej części swoich środków. Zatem żeby rozwiązać problemy sugestywnie przedstawione w „Ludziach bezdomnych”, potrzeba nie tylko mobilizacji potencjalnych następców lekarza-idealisty. Ba, nawet nie tylko tych, którzy byliby gotowi zajmować się nimi za pieniądze. Trzeba przekonać tych, którzy z problemami bezdomnych, chorych i wykluczonych nie chcą mieć osobiście nic wspólnego ani zawodowo, ani tym bardziej dobrowolnie. To właśnie od pozyskiwania środków od przeciętnego obywatela (i odpowiedniej ich alokacji) zależy możliwość realizacji programów społecznych na istotną skalę.

Kraje socjaldemokratyczne osiągnęły największe sukcesy w zwalczaniu wykluczenia społecznego właśnie dzięki przekonaniu społeczeństwa do realizowania solidarności przy dużym udziale sektora publicznego. Dodajmy, że model ten powstał w społeczeństwach mieszczańskich, których członkowie nie chcieli masowo wstępować w szeregi lokalnej Armii Zbawienia.

Samo zostawienie tej kategorii zadań w rękach państwa jednak nie wystarczy, jako że władza ma tendencję do spychania tych powinności na dalszy plan. Świeżym przykładem jest pozostawienie – wbrew uchwale Komisji Trójstronnej – progów uprawniających do pomocy społecznej na poziomie sprzed kilku lat, pomimo inflacji. W efekcie próg ten znajduje się obecnie na poziomie niższym niż minimum egzystencji, poniżej którego następuje biologiczne wyniszczenie człowieka. Mówimy tu o osobach w skrajnej nędzy, a więc tych, którzy byliby w polu zainteresowania Judyma. Takich ludzi jest w Polsce około 2 milionów!

Równie szkodliwe jak powyższe, rażące uchybienia, byłoby wysnucie na ich podstawie zbyt daleko idących wniosków. Skoro państwo nie radzi sobie z rozwiązywaniem problemów społecznych, niech zajmą się tym społecznicy, którzy zrobią to dobrowolnie! To mylny, choć często stawiany krok. Judymowie mogą doraźnie pełnić funkcje socjalne. Mogą także wspierać działania sprawnie funkcjonującego, ale z natury rzeczy nie wszechmocnego państwa. Jednak błędem byłoby uznanie, że państwo może zrzec się na ich rzecz swych kluczowych zobowiązań społecznych.

Nie tylko dlatego, że „podaż” Judymów jest ograniczona. To kierunek wątpliwy także dlatego, że państwo – przy wszystkich wadach wpisanych w jego praktykę oraz samą istotę – ma też niezaprzeczalne zalety. Mianowicie względem państwa znacznie łatwiej niż w przypadku podmiotów sektora społecznego i prywatnego formułować roszczenia, łatwiej też poddać kontroli sposób ich zaspokajania, a odpowiedzialnych za to zadanie funkcjonariuszy – sankcjom. Żeby była jasność: nie chodzi o to, by wywyższać „publiczne” ponad „społeczne”. Chodzi raczej o podkreślenie potrzeby działania w skali systemowej, do czego szczególnie predestynowany jest organizm państwowy, a także formy ponadpaństwowe, jak Unia Europejska – z tym, że ta ostatnia podlega znacznie słabszej demokratycznej kontroli. Można znaleźć również organizacje niepaństwowe, które prowadzą działalność na rzecz przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu w sposób systemowy.

W kontekście bezdomności przychodzi na myśl choćby Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta. Instytucja ta, działająca już od 30 lat, ma w dorobku, oprócz bezpośredniego świadczenia usług na rzecz podopiecznych, także rzecznictwo ich interesów i wspieranie władz publicznych poprzez tworzenie ekspertyz i rekomendacji w zakresie przeciwdziałania bezdomności. Zatem systemowe zmiany możliwe są zarówno w ramach sektora publicznego, jak i społecznego (a najlepiej w ramach partnerstwa organizacji z obu sektorów).

O ile jednak społecznikostwo, nawet jeśli relatywnie rzadko u nas praktykowane, jest odbierane dość przychylnie, o tyle instytucja państwa jest poddawana bezpardonowej krytyce. I choć wiele zarzutów wobec jego agend jest uzasadnionych, atmosfera wokół wszystkiego, co państwowe, jest przesadnie nieżyczliwa. Aby to zmienić, może zamiast szukać w kanonie literackim wzorca osobowego dla społeczników – należałoby szukać wśród aparatu państwowego zaangażowanych przedstawicieli, którzy tą drogą chcą działać na rzecz dobra publicznego?

Pewnego modelu dostarcza tu inna wielka powieść Żeromskiego, „Przedwiośnie”, w osobie Szymona Gajowca. Choć ostatecznie przegrywa batalię o duszę swego młodego, gniewnego podopiecznego – Baryka w końcowej scenie dołącza do komunistycznego pochodu przeciwko władzy – to jednak autor zdaje się zdradzać życzliwość dla podstarzałego państwowca, który poprzez reformy chce przynieść prawdziwą „wiosnę” polskiemu społeczeństwu. Żeromski, podobnie jak w wielu innych powieściach, sympatii tej nie demonstruje ostentacyjnie ani nie feruje jednoznacznych ocen, dając czytelnikowi spore pole manewru. W moim odczuciu ocena tego bohatera, zwłaszcza w świetle wyzwań współczesności, powinna być przychylna. Aby przeprowadzić „ludzi bezdomnych” przez „przedwiośnie” ku lepszej rzeczywistości, obecnie bardziej potrzebne są systemowe reformy państwowe (przy mobilizowaniu i wspieraniu oddolnych inicjatyw społecznych) niż zbiorowe czy – jak w przypadku doktora Judyma – indywidualne zrywy.

Media wczoraj i dziś – upadek i nadzieja

W 1995 r., goszcząc na Harvardzie, przygotowałem opracowanie „Post-Communist Eastern Europe: The Difficult Birth of a Free Press” (Postkomunistyczna Europa Wschodnia: trudne narodziny wolnej prasy). Już wówczas uważałem, że początki nowych mediów w młodych demokracjach, zwłaszcza w Polsce, nie napawają optymizmem. Wyraziłem wręcz obawę, że może dojść do fuzji złych praktyk poprzedniej epoki (np. inwigilacji mediów przez władze polityczne) z nowymi grzechami, związanymi z kapitalistycznym dążeniem do zysku za wszelką cenę. Ta ocena była dość surowa, ale rzeczywistość okazała się… znacznie gorsza.

Media szybko zapomniały o misji wobec społeczeństwa. Zaczęły funkcjonować jak zwyczajny biznes. Poza przemożną tendencją władz, aby je – zwłaszcza telewizję publiczną – kontrolować, obserwujemy dziś dyktat „salonu”, propagującego jedyną słuszną prawdę, kosztem zakłamań i zniekształcania obrazu rzeczywistości. Skutkuje to powstaniem sprzężonego układu polityki, biznesu i mediów, co dobitnie pokazała afera Rywina.

Część mediów nie tylko współpracuje z władzą polityczną (co już byłoby naganne), ale wręcz nią kierują. Adamowi Michnikowi udało się to, co Murdochowi dopiero się śni: naczelny „Gazety Wyborczej” stał się ucieleśnieniem faktycznej władzy w kraju. Używając amerykańskiej formuły, można powiedzieć, że „kieruje z tylnego siedzenia”. Sukces klanu „Gazety” to jednocześnie śmierć uczciwych mediów.

Podobne zjawiska obserwuje się na całym świecie. Dlatego stopień aprobaty dla działalności dziennikarzy waha się w granicach 17-18% zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Anglii czy Francji. W harvardzkim ośrodku badawczym The Shorenstein Center on the Press, Politics and Public Policy słyszałem, jak czołowi prezenterzy ABC i CBS, Ted Koppel i Dan Rather podkreślali, że mamy obecnie w mediach do czynienia z mieszaniną wiadomości i rozrywki, co w żargonie zwie się infotainment czy showbizzification. Ten ostatni skarżył się, że media są teraz zarządzane przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o ich deontologii i nie mają nic wspólnego z nami. R. W. Apple Jr., szef waszyngtońskiego biura „New York Timesa”, podsumował sytuację dobitniej: kiedy patrzymy na to, co zrobiliśmy z tego pięknego zawodu, powinniśmy opuścić głowy w poczuciu ogromnego wstydu.

Kilka problemów

Media borykają się z wieloma problemami. Mogę tu zasygnalizować tylko kilka, które wydają mi się najważniejsze:

Wpływ globalizacji. Coraz częściej mamy do czynienia z uniformizacją stylu i treści mediów. Ujednolicenie przekazu medialnego jest skutkiem rosnącej koncentracji środków masowego przekazu, nierzadko w rękach gigantów finansowych, którzy nie mają z nimi wiele wspólnego. W „Le Monde diplomatique” dyrektor pisma, Ignacio Ramonet, pokazał, jak giganci przemysłu z branży energetycznej, zbrojeniowej czy świata elektroniki szturmem wzięli media. Jedną grupę stanowiły swego czasu America Online, Netscape, „Time”, Warner Bros. i CNN. Król oprogramowania, Bill Gates, panuje również w fotografii prasowej poprzez agencję Corbis. Rupert Murdoch jest właścicielem licznych dzienników brytyjskich oraz amerykańskich, jak „The Times”, „The Sun”, „The New York Post” czy „The Wall Street Journal”, a także platformy satelitarnej BSkyB oraz wytwórni filmowej 20th Century Fox. W Europie nie jest lepiej, skoro Bertelsmann, Berlusconi czy Ringier kontrolują ogromną część rynku medialnego. We Francji, na domiar złego, dwie największe grupy medialne, Dassault i Lagardere, są powiązane z przemysłem zbrojeniowym.

Ramonet słusznie zauważa: wszystkie te koncentracje stanowią zagrożenie dla pluralizmu prasy i dla demokracji. Co więcej, kładą nacisk na zysk, zamiast na jakość. I dodaje: jednym z cennych praw osoby ludzkiej jest prawo do swobodnego komunikowania swoich myśli i opinii. W społeczeństwach demokratycznych wolność jest nie tylko zagwarantowana, idzie w parze z innym prawem zasadniczym, prawem do bycia rzetelnie poinformowanym. Ale to prawo jest zagrożone koncentracją mediów i wchłonięciem pism kiedyś niezależnych przez hegemoniczne grupy. Zadaje również zasadnicze pytanie: czy obywatele powinni akceptować to zawłaszczenie wolności prasy? Czy mogą się godzić z faktem, że informacja staje się zwykłym towarem?

W USA również są ludzie wrażliwi na te zagrożenia. Ekonomista i publicysta Paul Krugman, na długo zanim dostał Nagrodę Nobla, pisał w „New York Timesie” w sposób zabawny, choć w gruncie rzeczy bardzo smutny i niepokojący, że ogromna większość amerykańskiej publiczności czerpie informacje z jednego źródła: AOLTimeWarnerGeneralElectricDisneyWestinghouseNewsCorp. I dodawał: garstka podmiotów, które dostarczają wiadomości dla ogromnej większości ludzi, ma swoje żywotne interesy handlowe, które w sposób nieunikniony skłaniają je do manipulowania informacją i do wspierania partii rządzącej. Konkluzja Krugmana daje do myślenia: jak na razie jaskrawe fałszowanie rzeczywistości przez media jest jeszcze ograniczone dzięki starym regulacjom i normom zachowania. Ale niebawem regulacje zostaną zniesione, a normy znikają na naszych oczach. Czy konflikty interesów związane z naszymi silnie skoncentrowanymi środkami przekazu stanowią zagrożenie dla demokracji? Przedstawiłem fakty; państwo zadecydują.

Liberalizm, prymat zysku i pogoń za sensacją. Innym poważnym problemem, ściśle związanym z poprzednim, jest dążenie do maksymalizacji zysku za wszelką cenę. Pamiętam słowa dyrektora wielkiego francuskiego dziennika, który starał się mnie przekonać, iż gazeta jest dla niego „produktem do sprzedania”. I dodawał: dziś sprzedaję taki produkt, jutro może będę sprzedawał mydło; to bez różnicy (dodam, iż przestał kilka lat temu działać w branży medialnej). Był bardzo zdziwiony, gdy mu powiedziałem, że to nie jest moja koncepcja dziennikarstwa.

Najbardziej szczerze wypowiedział się na temat tej instrumentalnej koncepcji mediów Patrick Le Lay, który w 2004 r. – jako prezes francuskiej telewizji TF1 – napisał w książce „Les Dirigeants français et le Changement”: Bądźmy realistami: zasadniczo robota TF1 to pomoc np. Coca-Coli w sprzedaży jej produktu… Aby przekaz reklamowy był trafiony, mózg telewidza musi koniecznie być dyspozycyjny. Misją naszych programów jest do tego doprowadzić… To, co sprzedajemy Coca-Coli – to czas, w którym ludzkie mózgi są do jej dyspozycji.

Dążenie do maksymalizacji zysku prowadzi do obniżania jakości mediów, ich „tabloidyzacji”, będącej przejawem pogardy dla publiczności.

Brak profesjonalizmu i lenistwo dziennikarzy. Prawdziwy dziennikarz musi bez przerwy pracować nad sobą i dokształcać się, np. spędzając długie godziny w dziale dokumentacji lub w bibliotece. Teraz, aby pisać sensacyjne lub płytkie artykuły, dziennikarz – jeśli w ogóle uznamy, że nadal zasługuje na to miano – nie musi się wysilać. Aby np. zaatakować wybranego polityka, wystarczy siąść do komputera i napisać co popadnie.

Myślę, że naturalna ludzka skłonność do lenistwa jest jednym z powodów obniżania poziomu dziennikarstwa. Obserwuję dość często jak młodzi dziennikarze (bynajmniej nie wszyscy!) nie wykazują chęci, aby poszerzać wiedzę czy żmudnie sprawdzać źródła. Sensacyjny artykuł nie wymaga wysiłku, „sprzedaje się” sam. Natomiast dziennikarstwo, które omawia ważne kwestie społeczne, wymaga dużo więcej pracy oraz talentu, jeżeli chcemy, aby było atrakcyjne.

Istnieje ścisły związek między dziennikarstwem moralnym a dziennikarstwem profesjonalnym. Można wręcz powiedzieć, iż dziennikarstwo moralne jest profesjonalne, a dziennikarstwo profesjonalne jest moralne. Brak profesjonalizmu objawia się ucieczką od tematów fundamentalnych, od których zależy przyszłość danego społeczeństwa, jak też przyjęciem obiegowych opinii bez próby pogłębionej analizy. Dziennikarz oddaje pole walkowerem. Zapomina o swojej służbie. Widzimy to zarówno w sposobie podejmowania niektórych tematów, jak i w unikaniu innych.

To coś więcej niż złe dziennikarstwo. Brak profesjonalizmu jest działaniem na szkodę nie tylko mediów, ale i demokracji. Kiepskie media nie pozwalają ludziom być prawdziwymi obywatelami, co jest niebezpieczne. Uczciwe traktowanie społeczeństwa przez media i polityków jest nie tylko moralne, ale i roztropne z punktu widzenia ich samych.

Powierzchowność i trywializacja. Omawiane już tendencje prowadzą do tego, że media coraz bardziej uciekają od tematów naprawdę ważnych dla społeczeństwa, co jest szczególne widoczne w przypadku telewizji. Na całym świecie dzienniki telewizyjne są wypełnione wiadomościami drugorzędnymi i na ogół dość ponurymi: tu zabójstwo, tam afera… To wszystko jest przygnębiające, ale w żaden sposób nie oddaje realiów świata. Może i nie są one zbyt różowe, ale jednak mnóstwo porządnych ludzi działa w nich dla dobra wspólnego.

Już w 1996 r. w swojej znakomitej książce „Sur la télévision” (O telewizji) francuski socjolog Pierre Bourdieu zanotował, że wiadomości drugorzędne (tzw. faits divers) coraz bardziej opanowują telewizję, zajmując czas, który mógłby być wykorzystany, aby powiedzieć coś innego. Autor daje do zrozumienia, iż w tym szaleństwie jest metoda i że mamy do czynienia z polityką świadomego ogłupiania społeczeństwa. Jeżeli używa się tak cennych minut, aby mówić o rzeczach drugorzędnych, to dlatego, iż traktowane są one jako bardzo ważne – pozwalają bowiem ukryć to, co naprawdę istotne. Bourdieu konkluduje: kładąc nacisk na wiadomości drugorzędne, napełniając drogocenny czas pustką, niczym albo prawie niczym, odrzucamy informacje istotne, które obywatel powinien posiadać, aby być w stanie korzystać ze swoich demokratycznych praw. W Ameryce w podobnym tonie wypowiadał się niedawno zmarły, znakomity dziennikarz David Halberstam, mówiąc o „trywializacji tematyki mediów” (trivialisation of our agenda).

Postęp techniczny a jakość dziennikarstwa. Żyjemy w czasach fantastycznych postępów w dziedzinie komunikacji. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze 20 lat temu musiałem zamawiać rozmowy telefoniczne w centrali, czekać z drżeniem, czy uzyskam połączenie przed zamknięciem numeru w Paryżu, a na końcu mozolnie dyktować artykuł stenotypistce, która z największym trudem notowała polskie nazwiska.

Podczas sympozjum na Harvardzie Ted Koppel wyraził kontrowersyjny pogląd, że postęp technologiczny nie przyniósł jego profesji wyłącznie korzyści. Fakt, iż może na żywo komentować to, co dzieje się gdziekolwiek na świecie, jest – jak mówił – tour de force technologicznym, ale obniża jakość jego pracy. Może nadawać bezpośrednie relacje z każdego punktu globu, ale nie ma czasu sięgnąć do dokumentacji, pomyśleć, skorygować.

Tak samo „osobisty” dziennik, który każdy może codziennie dostawać na swój komputer czy możliwość wyboru „własnych” programów TV, powodują, paradoksalnie, zmniejszenie różnorodności informacji. Człowiek wybiera tylko to, co go interesuje i dostaje wyłącznie wiadomości z wybranych z góry dziedzin. Może więc, jeśli chce, przez 24 godziny na dobę oglądać programy o piłce nożnej lub wędkowaniu – o otwarciu jego umysłu nie ma już mowy.

Autentyczna misja mediów

Gdy patrzę na to wszystko, odczuwam ogromną tęsknotę za tym, czym jeszcze nie tak dawno były media. Miałem szczęście zacząć pracę w dziennikarstwie w „Le Monde” pod kierownictwem wspaniałego człowieka mediów, Huberta Beuve-Méry, założyciela gazety (dzisiejszy „Le Monde” nie ma z tamtym pismem wiele wspólnego). Miał on jasną wizję misji mediów. Według niego nie można było zacząć kariery dziennikarskiej bez poczucia szczególnego powołania.

Pewnego dnia – byłem po zaledwie kilku tygodniach pracy w redakcji – zawołał mnie do siebie, czego nigdy nie robił. Chciał mi udzielić lekcji. Byłem wtedy świeżo po studiach, pracowałem w największej francuskiej gazecie i czułem się wielkim. Przygotowałem właśnie artykuł o Polsce. Pisałem w nim, że wydaje mi się, iż nasi polscy przyjaciele popełniają taki a taki błąd, że moim zdaniem powinni zrobić to i to, że sądzę, iż nie dostrzegają tego i tego… Kiedy wchodziłem do redakcji, Beuve-Méry z daleka machnął do mnie kawałkiem papieru, pytając: co to jest, proszę Pana? Zbliżyłem się, nieco stremowany, i musiałem przyznać, że to mój artykuł. Wówczas usłyszałem: No właśnie! Co za język! „Twierdzę”, „sądzę”, „myślę”, „moim zdaniem”… Musi Pan zrozumieć, że naszych czytelników nie interesuje, co myśli pan Margueritte. To nie jest dziennikarstwo. (Dodał jednak, że może za trzydzieści lat, jeżeli zyskam zaufanie odbiorców, zostanę przez kogoś poproszony o własne opinie).

Chce Pan wiedzieć, na czym polega dziennikarstwo? – ciągnął Beuve-Méry. Otóż to bardzo proste. Coś się wydarzyło, Pan to opisuje, stosując owe Pięć W, o których mówią Amerykanie [who, what, when, where, why – kto, co, kiedy, gdzie, dlaczego] – ale to nie wystarczy. Trzeba jeszcze powiedzieć, skąd to się wzięło, jakie są ekonomiczne, socjologiczne czy historyczne źródła tego zdarzenia, a następnie poinformować o tym, co Pan X czy Y, partia A lub B proponują dla rozwiązania problemu. A wówczas, proszę Pana, czytelnik będzie miał wszystko, co niezbędne (a nie tylko wszystko, co chce mieć), aby zrozumieć, co się wokół niego dzieje: w jego mieście, kraju, na świecie. Wówczas będzie w stanie wyrobić sobie własny pogląd. I wówczas, proszę Pana, on będzie obywatelem. I wówczas, proszę Pana, będziemy żyli w demokracji. Taka była, dla tego wspaniałego człowieka, podstawowa misja mediów.

Zaraz jednak dodawał drugą: dziennikarz jest „mediatorem”. Ma to niezwykłe szczęście, że może się zapoznać – zwłaszcza gdy jest korespondentem zagranicznym – ze stylem życia, problemami, religią czy marzeniami „innych ludzi”. Jego zadaniem jest spróbować je nie ocenić, lecz zrozumieć, a następnie przekazać tę prawdę swoim czytelnikom, słuchaczom, widzom. Wówczas odbiorcy zyskają unikalną szansę zrozumienia i uszanowania, a może w końcu i pokochania „drugiego człowieka” z bliskiego lub dalekiego kraju. – W ten sposób – podkreślał Beuve-Méry – my – i tylko my, ludzie mediów – mamy możliwość pomocy w budowaniu świata zrozumienia i pokoju. W rzeczy samej – jeżeli dziś mamy świat pełen nienawiści, terroryzmu, wojen i gwałtu, to w dużym stopniu dlatego, iż my, ludzie mediów, zapomnieliśmy o swoich obowiązkach.

Warto w tym miejscu sięgnąć do nauk Jana Pawła II. W Liście do rodzin (Gratissimam sane, 1994) pisał On, iż można bez przesady powiedzieć, że środki masowego przekazu, nawet gdy starają się poprawnie informować, jeżeli nie kierują się zdrowymi zasadami etycznymi, nie służą prawdzie w jej wymiarze zasadniczym. Oto dramat: nowoczesne środki komunikacji społecznej są poddane pokusie manipulacji przekazem, zakłamując prawdę o człowieku. Istotnie, rola mediów miała być zupełnie inna. Jak powiedział Jan Paweł II w czerwcu 1991 r. w Olsztynie, środki przekazu winny podejmować obronę wolności, ale także poszanowania godności osoby, winny popierać autentyczną kulturę.

Źródła optymizmu

Mimo wszystko uważam, że istnieją bardzo poważne powody do optymizmu. Wśród samych dziennikarzy rośnie świadomość, że nie mogą kontynuować dotychczasowych zachowań, że mają obowiązki wobec społeczeństwa, że dużo od nich zależy, a przede wszystkim – że każda i każdy z nich ma tylko jedno życie i warto, aby było ono jak najbardziej godne.

Dużo jednak zależy od odbiorców mediów. Ostatecznie, to oni decydują o ich obrazie. Nikt nie jest zmuszany do oglądania głupiego programu telewizyjnego czy kupowania brukowej gazety. Od wyboru każdego czytelnika, telewidza i słuchacza zależy przyszły kształt środków masowego przekazu. Są już pierwsze oznaki pozytywnych trendów. W USA przeprowadzono szeroko zakrojone badanie opinii i preferencji publiczności 43 stacji telewizyjnych. Ankieterzy pytali m.in. o to, jakie wiadomości pragną dostawać ludzie: krótsze czy dłuższe, sproblematyzowane czy jednoznaczne, lokalne czy międzynarodowe. Wynik był zaskakujący: ponad 70% badanych chce być traktowanych poważnie i wszechstronnie informowanych na wysokim poziomie. Stacje, które pod wpływem ankiety zmieniły profil programowy, odnotowały wzrost oglądalności. Kolejny raz okazało się, że nasi odbiorcy nie są wcale tacy źli, jak się często o nich mówi, i że nie jest prawdą, iż słaba jakość mediów jest determinowana gustami publiczności. Wyniki badań zainicjowanych przez The Committee of Concerned Journalists (Komitet Zaangażowanych Dziennikarzy) zostały opublikowane pod znaczącym tytułem: „Quality sells” – Jakość wzmacnia sprzedaż.

Niektórzy twierdzą, że wina leży po stronie właścicieli mediów, których interesuje tylko zysk. Okazuje się, że i to nie jest pewne. Organizacja medialna, której jestem prezesem, The International Communications Forum, zorganizowała kilka lat temu w Londynie, wraz z dziennikiem „Financial Times”, konferencję, w której brali udział członkowie Izby Lordów, dziennikarze oraz właściciele mediów. Na zakończenie dnia także ci ostatni przyznali, iż należy zrobić wszystko, aby poprawić jakość i służebność mediów. Zrozumieli, że środki przekazu, które tracą wiarygodność, w istocie zagrażają demokracji. Człowiek, który nie wierzy już w media, traci zainteresowanie sprawami publicznymi, nie idzie nawet głosować, przyczyniając się do tego, iż demokracja staje się iluzoryczną fasadą. Jak podsumował jeden z właścicieli: nie możemy tego akceptować nie tylko ze względów etycznych, ale też dlatego, że jest w naszym długofalowym interesie, aby demokracja była prężna. Bo kiedy nie ma demokracji, z czasem nie ma też zapotrzebowania na media. Jeżeli chcemy być na rynku za dwadzieścia lat, musimy dbać o nasze dobre imię!

Jestem przekonany, że istnieją też nowe czynniki, które wymuszają powrót do autentyczności mediów. Jednym z nich jest postęp technologiczny. Ludzie nie szukają już wiadomości. Są nimi wręcz „bombardowani”; dostają je bez przerwy, z tysięcy stacji TV, z Internetu. Są zagubieni, nie wiedzą, komu ufać – która wiadomość jest wiarygodna, a która nie, co właściwie znaczy takie czy inne wydarzenie. Nie szukają wiadomości, ale ich sensu, głębszego znaczenia. Potrzebują, aby ktoś wiarygodny pomógł im zrozumieć, o co chodzi, zaprezentował newsy w ich kontekście, wydobywając ich prawdziwe znaczenie, podając różnorodne źródła i interpretacje – tak, aby czytelnik, telewidz czy słuchacz mógł wyrobić sobie własny pogląd i ponownie stać się w pełni OBYWATELEM. W takiej sytuacji mogą się uratować i prosperować nie tabloidy, lecz wartościowe i uczciwe pisma, traktujące odbiorcę z szacunkiem i służące mu.

Last but not least, jest jeszcze bardziej podstawowy powód, aby patrzeć w przyszłość z optymizmem. Paradoksalnie, nadziei należy upatrywać w głębokim kryzysie obecnego świata, który nie jest bynajmniej kryzysem finansowym czy nawet gospodarczym, ale wręcz kryzysem cywilizacyjnym. Nie mamy już wizji przyszłości. Nie wiemy, dokąd iść. Czego potrzebujemy do wyjścia z tego impasu? Otóż przede wszystkim – świadomych obywateli, gotowych nie tylko domagać się respektowania swoich praw oraz angażować w pełni w życie społeczne, ale także zdolnych proponować mądre rozwiązania. Sęk w tym, że takich obywateli nie będziemy mieli, jeśli media nie będą uczciwe, jeśli nie będą służyć odbiorcom, jednocześnie otwierając im umysły. Koło się zamyka. Bez etycznych mediów nie ma obywateli i nie ma szans na wyjście z kryzysu.

Aliści jest i inny warunek konieczny, aby go przełamać: musimy budować świat wzajemnego zrozumienia i poszanowania. Obecne problemy możemy rozwiązać tylko razem. Globalizacja zamiast problemem, musi stać się rozwiązaniem. W tym celu musi przestać być globalizacją biznesu i pieniądza, a stać się globalizacją sumień, solidarności, działań świadomych obywateli. Znowu: jak to osiągnąć bez autentycznych mediów? Żyd nie zna muzułmanina i odwrotnie, Francuzi i Amerykanie nic o sobie nawzajem nie wiedzą poza stereotypami. Kto może prawdziwie poinformować o drugim człowieku, jeśli nie media? Za czasów Beuve-Méry wysyłaliśmy dziennikarza nie tylko tam, gdzie był konflikt, gdzie krew lała się na ulice, ale także do krajów, gdzie pozornie nic się nie działo. Wracał i pisał serię artykułów, dzięki którym czytelnik „odkrywał” innego człowieka. Media muszą koniecznie wrócić do tej pięknej misji.

Potrzeba etycznych środków masowego przekazu nie jest mrzonką nieżyciowych idealistów. Bez nich nie będziemy mieli ani autentycznych obywateli, ani świata pokoju. Nie będziemy w stanie wspólnie wyjść z impasu cywilizacyjnego. Czy nie warto powalczyć o takie media?

Kraksa polskiego pochodu gospodarczego

Tuż przed wojną Melchior Wańkowicz ukończył książkę „Sztafeta”. Opisał w niej osiągnięcia gospodarcze Polski międzywojennej, nawiązując do wcześniejszych sukcesów polityki gospodarczej Tyzenhausa, Staszica i Druckiego-Lubeckiego. Paradoksalnie, ta polska sztafeta gospodarcza była mimo wszystko kontynuowana w okresie komunizmu przez polskich ludzi przemysłu. Urwała się natomiast w momencie powstania formalnie niepodległej Polski. W takich czasach warto wrócić do lektury „Sztafety” i podjąć tematy z nią związane.

Być albo nie być

Państwo i jego władze są po to, aby zapewnić obywatelom maksimum szeroko rozumianego dobrobytu w zakresie, w którym sami nie potrafią tego zrealizować. Fundamentem dobrobytu jest gospodarka. Jeżeli władze nie chcą się przyczyniać do jej rozwoju, powstaje pytanie – po co są one wybierane?

Gospodarka rynkowa to dziś system ogólnie uznany i realizowany. Jednak same mechanizmy rynkowe nie wystarczają, by osiągnąć pełnię możliwości. Co więcej, pozbawione odpowiednich regulacji, okazały się groźne (monopolizacja, kryzysy). Wiodące państwa europejskie stosowały politykę gospodarczą od początków epoki nowożytnej. Stosują ją do dzisiaj, często za fasadą liberalizmu gospodarczego.

Jeżeli władze traktują serio slogany skrajnego liberalizmu i rezygnują z prowadzenia polityki gospodarczej, w praktyce oddają gospodarkę kraju obcemu kapitałowi, realizując cudze interesy. Co więcej, czynią ją wręcz przedmiotem polityki gospodarczej innych państw, zwłaszcza jeżeli wyprzedają banki, które są takiej polityki najlepszym narzędziem.

Władze takie są grupą ludzi realizujących własne interesy poprzez wysokie uposażenia i korupcję, która staje się formą realizowania obcej polityki gospodarczej. Zatem realizują one jednocześnie swoje i cudze interesy kosztem interesów społeczeństwa, które je wybiera. Przekształcają tym samym demokrację w farsę.

Sytuację taką mamy w Polsce od dwudziestu lat. Ukazało się wiele publikacji analizujących transformację ustrojową, ale niewiele mówi się o istotnej przyczynie patologicznego charakteru tego procesu. A jest nią po prostu niezwykle skuteczna indoktrynacja społeczeństwa ideologią skrajnego liberalizmu gospodarczego, rozpoczęta już w latach 80. na łamach pism opozycyjnych, gdzie kapitalistyczną politykę gospodarczą i interwencjonizm gospodarczy fałszywie utożsamiano z komunistycznym planowaniem.

Nic dziwnego, że transformacja ustrojowa przebiega pod hasłem sformułowanym przez Tadeusza Syryjczyka: „Najlepszą polityką gospodarczą jest jej brak”. Efektem takiego podejścia jest demontaż polskiej gospodarki, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tymczasem każde państwo o sprawnej ekonomii prowadzi politykę gospodarczą. Robią to również Stany Zjednoczone, tyle że za parawanem haseł liberalnych. Czasy kryzysów czy zmiany ustroju wymagają wręcz stosowania ekstremalnych form polityki gospodarczej, co ilustruje choćby działalność rządu USA podczas Wielkiego Kryzysu czy Japonii w okresie przechodzenia z feudalizmu do kapitalizmu w ramach tzw. rewolucji Meiji.

Polska Brygada Gospodarcza

Rozwój gospodarczy II RP, zwłaszcza jego późniejszy etap, to główny temat „Sztafety”. Polityka gospodarcza Polski międzywojennej rozwinęła się w pełni dopiero po zamachu majowym w 1926 r., a największy rozmach osiągnęła w ostatnich latach przed II wojną światową, która niestety przyniosła jej kres.

W pierwszych latach niepodległości nie było warunków do prowadzenia bardziej zaawansowanej polityki gospodarczej. Najpierw była wojna polsko-bolszewicka i problem Górnego Śląska, którego status administracyjny uregulowano dopiero w 1924 r. Generalnie, większość kapitału w branżach kluczowych, jak górnictwo, hutnictwo, przemysł naftowy i energetyka, pozostawała w obcych rękach. Prowadzeniu polityki gospodarczej nie sprzyjały też rozgrywki partyjne i częste zmiany rządów.

Nie sprzyjały jej również bariery doktrynalne. Akademicka ekonomia kocha się w liberalizmie i ma znaczny wpływ na opinię publiczną. Tak było za czasów Staszica i Lubeckiego, tak było też w Polsce międzywojennej, z tą różnicą, iż po przewrocie majowym liberałowie mieli mniejszy wpływ na sprawy gospodarcze. W jego wyniku polską gospodarką zaczęła kierować grupa nazwana przez opinię publiczną Pierwszą Brygadą Gospodarczą. We wstępie do pracy poświęconej dorobkowi pierwszego pięciolecia nowych rządów czytamy: Negacja i przestarzałe teorie nie obaliły w ciągu tych kilku lat ich [ludzi Brygady] myśli. Wyszły one zwycięsko z dyskusji o tzw. etatyzmie i życie na każdym kroku potwierdza ich słuszność. To zaś, co najbardziej było wyszydzane, planowość życia gospodarczego, dziś staje się powszechnie uznanym postulatem zarówno w całej Europie, jak również i u nasi.

Lata światowego kryzysu gospodarczego (1929-1935) osłabiły skuteczność polskiej polityki gospodarczej, choć np. budowa Mościc była realizowana właśnie w tym czasie. Nowy, dynamiczny etap tej polityki rozpoczyna się w momencie wychodzenia z kryzysu. W 1936 r. pod kierunkiem wicepremiera ds. gospodarczych i ministra skarbu, Eugeniusza Kwiatkowskiego, opracowano czteroletni program inwestycyjny, obejmujący budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego. W następnym roku budowa COP-u ruszyła pełną parą.

Sprawy gospodarcze nigdy nie były ulubionym tematem polskich ludzi pióra. Tym razem zdarzył się wyjątek. Do akcji ruszył Wańkowicz, publikując szereg tekstów o realizacji nowych inwestycji. Były to pierwsze w historii Polski reportaże przemysłowe i zyskały szeroki oddźwięk. Popularność tekstów skłoniła autora do wydania ich w formie broszury pt. „COP”. Błyskawiczna sprzedaż trzech wydań i propozycja czwartego skłoniły Wańkowicza do szerszego potraktowania tematu. Tak zrodziła się licząca 520 stron „Sztafeta”, wydana dwukrotnie w 1939 r.

Był to już nie tylko zbiór reportaży z budowy COP-u. Opisano także inne osiągnięcia ekonomiczne II RP, m.in. sprawne uruchomienie przejętych od Niemców chorzowskich „Azotów”, budowę Gdyni, utworzenie polskiej floty. Wańkowicz pisał, że sprawy, które już Ludwik XIV nazwał pracą kierowaną […] w naszych czasach muszą być kierowane stokroć bardziej.

Gospodarni i utracjusze

Wańkowicz opisuje gospodarczy rozwój Polski w wymiarze historycznym, patrząc jednocześnie w przyszłość – stąd właśnie „sztafeta”. Wyróżnia dwie sztafety: prąd malejący – utracjuszostwa, i narastający – skrzętnej pracy. Symbolem pierwszej jest Ossoliński gubiący w Rzymie złote podkowy, drugiej zaś Staszic i Drucki-Lubecki. To, który kierunek przeważa, jest kwestią kultury umysłowej, warunkującej procesy ekonomiczne – nie odwrotnie, jak utrzymuje marksizm i ekonomiczny liberalizm. Jest to zgodne z odróżnianiem przez Maxa Webera kapitalizmu racjonalnego, opartego na odpowiedniej „psychice gospodarczej narodu” (używając słów Wańkowicza), od opartego na żądzy zysku, samoniszczącego się kapitalizmu irracjonalnego. Ten drugi typ liberałowie propagują jako wersję jedynie słuszną.

Wańkowicz podaje kapitalną ilustrację obu typów kapitalizmu: Kiedy zaistniała pierwsza wielka koniunktura gospodarcza, po odkryciu Ameryki, kiedy ceny ziemiopłodów poszły wielkimi skokami w górę — zobaczmy, jak tę koniunkturę wykorzystano na świecie i jak u nas. W Holandii powstały potężne zakłady, przerabiające produkty zamorskie – cukrownie, drogerie, gorzelnie, fabryki tytoniu, szlifiernie drogich kamieni. Fabryki sukna w Lejdzie, płótna w Haarlemie, ceramiki w Delft produkują na cały świat. Powstają wielkie sieci kanałów, którymi krążą barki ciągnięte przez konie. Bank Amsterdamski reguluje kurs weksli po całym świecie […]. W tej samej epoce rozkrzewia się w Polsce niepomierny zbytek. „Guzy, łańcuchy, manele, guziki srebrne, złote i drogimi kamieniami wysadzane. Dygnitarz nosił na sobie nieraz całe wsi” – pisze Aleksander Brückner. Nie było dla szlachty dosyć drogich zamorskich korzeni, dosyć wykwintnych małmazyj, dosyć najstarszych węgrzynów, najwspanialszych kobierców, najcudaczniejszych na wagę złota driakwi, najsuciej ornamentowanej broni, najcenniejszych kryształów tłuczonych o lekkomyślne łbyii.

U podstaw polskich sukcesów ekonomicznych nie tkwiła spontaniczna krzątanina pojedynczych osób czy grup skoncentrowanych na własnym zysku. Odwrotnie, taki mechanizm zgubił Polskę. Natomiast sukcesy wynikały z dalekosiężnych, planowych działań elit, opartych na głębszej motywacji, jaką był po prostu patriotyzm. W XIX w. dopracowaliśmy się własnej intelektualnej bazy skutecznego działania w postaci polskiej filozofii czynu, łączącej romantyczną motywację z praktycznym, konsekwentnym działaniem. Kierowało się nią wielu wybitnych działaczy gospodarczych i przemysłowców, wśród nich Hipolit Cegielski oraz Stanisław Szczepanowski, który jeszcze przed Weberem zakwestionował liberalno-marksistowskie rozumienie kapitalizmu. Pisał on: Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. […] Chciwość i łakomstwo mogą prowadzić do lichwy, do gry giełdowej, do stolika z kartami, do polowania za posagami, za synekurami, do sprzedawania nazwiska na parawan brudnych interesów, ale przenigdy do rozwoju ekonomicznego […] Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności […]iii.

Dokonania schyłku II RP muszą budzić zdumienie. Skoro udało się osiągnąć tak wiele w ciągu zaledwie kilku lat, to jak wyglądałaby Polska, gdyby nie wojna? Tym bardziej, że nasza gospodarka na kolejne lata też nie była pozostawiona własnemu losowi. Pod koniec 1938 r. Kwiatkowski przedstawił 15-letni plan rozwoju kraju, który miał ją gruntownie przeobrazić.

Ciąg dalszy nastąpił

Wojna przerwała realizację planów i przyniosła ogromne straty materialne i kadrowe. Wielu fachowców jednak ocalało. Pod koniec wojny, gdy nowe granice były już w zarysie znane, szykowano się do przejęcia zakładów przemysłowych na przyszłych Ziemiach Odzyskanych. Tworzono programy gospodarcze i plany nowych form organizacyjno-własnościowych. Stanisław Grabski postulował wprowadzenie w przejmowanych fabrykach akcjonariatu pracowniczego, połączonego z własnością państwowąiv.

Po wojnie komuniści narzucili swój system, jednak ogromna liczba fachowców wykształconych przed wojną i na tajnych kompletach, przystąpiła do odbudowy kraju. Jak podaje Aleksander Bocheńskiv, Kazimierz Szpotański zorganizował przemysł elektrotechniczny, a jego ludzie zasilili katedry wyższych uczelni technicznych. Z kolei człowiek z „Cegielskiego”, inż. Adam Kręglewski, współtworzył przemysł maszynowy. Do współpracy przystąpił także Kwiatkowski, ale jego formatu komuniści nie mogli już strawić.

Polscy ludzie przemysłu nie stali się kwintesencją komunizmu, lecz musieli się z nim borykać, aby coś sensownego stworzyć w takich ramach. Wybitnych fachowców zastępowano partyjnymi miernotami, a rzetelne planowanie udawano improwizacją. Świat przemysłu okresu komunizmu jesteśmy skłonni postrzegać jako grupę złożoną wyłącznie z nomenklaturowych dyrektorów, zapominając o całej rzeszy rzetelnej inteligencji technicznej. W 1992 r. starałem się uwypuklić jej znaczenie, pisząc: Czym jest w istocie ta słabo u nas postrzegana i doceniana grupa? Odpowiedź, jakiej udzielimy może być zaskakująca, ale jest prawdziwa: jest to grupa najbardziej dla rozwoju kraju zasłużona, a jednocześnie najbardziej przez komunizm poszkodowana w swych twórczych działaniach i aspiracjach. Są to sprawy mało u nas rozumiane. Za jedyne ofiary komunizmu uchodzą u nas ludzie walki zbrojnej i ludzie pióra. Ci ostatni należą zresztą do grupy byłych tzw. pieszczoszków systemuvi.

Rosyjska literatura udokumentowała ręką Sołżenicyna gehennę tamtejszych inżynierów pod rządami komunistów. W przypadku Polski nie było wprawdzie tylu uwięzionych, ale już zwolnień z pracy – całkiem sporo. Nagminne było natomiast zmaganie się fachowości i twórczej myśli z nomenklaturową niekompetencją i marnotrawstwem, robieniem „pod sprawozdania”, z rozwiązaniami szkodliwymi dla ludzi i środowiska. Było to zmaganie się „ludzi dobrej roboty” z partyjnym etosem karierowiczostwa, pozoranctwa i nabijania kabzy. Efektem było ciągłe marnowanie wysiłku i możliwości twórczych grupy najistotniejszej dla rozwoju kraju.

Powojenny rozwój polskiej gospodarki był bardziej ilościowy niż jakościowy. Wiązało się to m.in. z barierami dla wynalazczości, która przed wojną rozwijała się w Polsce bez porównania lepiej niż pod rządami komunistów. Wbrew temu, udało się zbudować rozległy przemysł. Nie tworzyliśmy czołówki w pionierskich branżach, natomiast w wielu sektorach tradycyjnych osiągaliśmy poziom zadowalający i pełną konkurencyjność eksportową (m.in. budownictwo okrętowe, tabor kolejowy, obrabiarki, maszyny włókiennicze i papiernicze, kotły i turbiny). Eksportowaliśmy gotowe obiekty przemysłowe (np. cukrownie i fabryki kwasu siarkowego), nawet do RFN. Budowaliśmy za granicą huty, kopalnie i drogi. Wykonywaliśmy badania i poszukiwania geologiczne. Powstało wiele inwestycji, które gdyby nie były zadaniami państwowymi, byłyby trudne do realizacji nawet w kapitalizmie, że wymienimy tylko KGHM oraz kopalnie węgla brunatnego i opartą na nich energetykę.

Czy to wszystko są symbole komunizmu, które należy zanegować, oddać za półdarmo, zniszczyć? Są to przede wszystkim dzieła polskiego świata pracy, w tym ludzi przemysłu, polskiej sztafety gospodarczej – majątek narodowy, który trzeba chronić i rozwijać.

Mimo przeszkód ustrojowych udało się zbudować naprawdę sporo. Niestety, stosowanie patologicznej wersji planowania doprowadziło do bezmyślnego utożsamienia samej zasady planowania gospodarczego z komunizmem. Ta wybitnie szkodliwa zbitka pojęciowa, wzmocniona neoliberalną propagandą, w sposób decydujący wpłynęła na zniszczenie gospodarki w toku transformacji ustrojowej.

Lekcja na dziś

W obecnej sytuacji „Sztafeta” staje się niezwykle ważną lekcją. W okresie komunizmu nie tylko nie wznawiano dzieła Wańkowicza, ale na jego temat panowała grobowa cisza.

Przedwojenna polityka gospodarcza jako wzór do naśladowania stanowiła także potencjalne zagrożenie dla propagowanej w podziemiu lat 80. ideologii neoliberalnej. Zostało to w lot zrozumiane przez jej promotorów, zaczęli więc eksponować prace przedwojennych ekonomistów-liberałów. Posuwano się nawet do nazywania Kwiatkowskiego „przedwojennym Gierkiem”vii. Polityka gospodarcza ojca Gdyni miała być odstępstwem od normy, ekonomiczną aberracją, o czym miał świadczyć cały kontekst gospodarki światowej, zarówno w wymiarze historycznym, jak i współczesnym. Z tym właśnie, z gruntu zafałszowanym rozumieniem gospodarki światowej, należy się rozprawić.

Ogromne znaczenie ma łatwy do zbagatelizowania okres, jakim jest pierwszy etap tworzenia się kapitalizmu. Wszędzie wiązał się on z tzw. merkantylizmem, będącym wczesną i bardzo radykalną formą polityki gospodarczej. Nigdzie kapitalizm nie rodził się bez współudziału państwa, z samego handlu i wytwórczości. Tymczasem w okresie transformacji starano się powtórzyć w skrócie rzekomo wolnohandlowe początki kapitalizmu. Mamy tu podwójny nonsens, bo gdyby nawet były takie, to w sytuacji nagłej zmiany ustroju należy sterować całym procesem. Fascynacja handlem stolikowym podczas gdy padały wielkie zakłady pracy, to właśnie efekt propagandowego zafałszowania charakteru początków kapitalizmu w świecie.

Innym, katastrofalnym w skutkach zafałszowaniem, odpowiedzialnym w decydujący sposób za epidemię korupcji w Polsce, jest traktowanie rozwoju kapitalizmu jako rezultatu rozpasanej żądzy zysku. Tymczasem, jak wykazał Weber, system ten został wygenerowany przez dobitnie wyartykułowaną i przestrzeganą etykę gospodarczą, a nie przez rabunki kolonialne i inne naganne praktyki.

Rozumienie potrzeby polityki gospodarczej nie zanikło jednak zupełnie. Od dłuższego czasu zgłaszane są oddolnie pod adresem władz żądania różnych fragmentarycznych rozwiązań z jej zakresu w przemyśle, rolnictwie i handlu. Jednak przy przekonaniu dużej części opinii publicznej, że polityka taka w ogólności jest czymś niestosownym, owe postulaty mają nikłe szanse realizacji.

Społeczna sterowana gospodarka rynkowa

Dla polskiej transformacji ustrojowej przyjęto oficjalnie model niemiecki. Nasza gospodarka miała być „społeczną gospodarką rynkową”, co nawet zostało zapisane w Konstytucji. Tadeusz Mazowiecki po objęciu funkcji premiera szukał swego Erharda. No i znalazł… Leszka Balcerowicza.

Według nagłaśnianej u nas tezy, największą zasługą Erharda w powojennej odbudowie Niemiec miało być to, że robił, co mógł, by nie wtrącać się w gospodarkę. To ponoć niewidzialna ręka rynku podniosła kraj z ruin i wytworzone przez nią dobra można było z czasem dzielić w myśl zasad socjalnych. Trudno o większy nonsens.

Niemcy to kraj, w którym idee liberalizmu gospodarczego miano zawsze w niewielkim poważaniu, i który właśnie w oparciu o politykę gospodarczą państwa budował potęgę ekonomiczną. Byłoby zatem niezmiernie dziwne, gdyby nagle elity tego kraju gruntownie zmieniły poglądy i metody postępowania, a w świetle tego, co wiemy o historii gospodarczej świata byłoby jeszcze dziwniejsze, gdyby ta zmiana przyniosła pozytywne wyniki.

Prawdą jest natomiast, że Niemcy Zachodnie otrzymały 3,2 mld dolarów w ramach planu Marshalla, z których dużą część zainwestowano (zupełnie nierynkowo) w górnictwo, hutnictwo i energetykę. Prawdą też jest, że RFN do końca lat 50. miała potężny sektor gospodarki państwowej. Trudno w tej sytuacji nie uprawiać polityki gospodarczej państwa, zwłaszcza że owa własność skoncentrowana była w takich branżach strategicznych, jak przemysł wydobywczy i hutniczy, wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej, przemysł stoczniowy i samochodowy. Sektor własności państwowej był większy niż przed wojną, jako że upaństwowiono partyjny majątek hitlerowców, do którego należał m.in. Volkswagen. Z tych samych powodów wzrósł państwowy majątek powojennej Austrii.

W obu krajach dokonano „cudu gospodarczego” głównie w oparciu o własność publiczną i związaną z nią politykę gospodarczą państwa. Przy szermowaniu hasłem społecznej gospodarki rynkowej, przedstawianej u nas niezgodnie z jej istotą, pomijano również system pracowniczego współdecydowania (tzw. Mitbestimmung), który też walnie przyczynił się do wspomnianego „cudu”. Największe znaczenie ma w nim obniżenie konfliktowości stosunków pracy, ale przyczynia się on też do harmonizowania interesów gospodarczych w ramach interesów ogólnospołecznych. W radach nadzorczych przedsiębiorstw zasiadają przedstawiciele miejscowych pracowników oraz regionalnych rad związków zawodowych.

Największa jednak rola w koordynowaniu całej gospodarki niemieckiej przypada tamtejszym bankom, które – podobnie jak banki japońskie – są bankami gospodarującymi, a nie nastawionymi wyłącznie na zysk. Rola ta zwiększyła się znacznie po akcji prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych na przełomie lat 50. i 60.

Niemiecki kapitalizm m.in. tym się różni od anglosaskiego, że większość akcji przedsiębiorstw znajduje się w posiadaniu banków, a nie indywidualnych akcjonariuszy. Indywidualne inwestowanie zaczęło się, owszem, rozwijać w Niemczech od drugiej połowy lat 50., lecz za pośrednictwem powstających wówczas funduszy inwestycyjnych. Deponują one nabywane akcje w bankach, które realizują przypisane do nich prawo głosu. Niektóre banki (jak Dresdner Bank) same tworzyły fundusze inwestycyjne. Dodatkowo zwiększyło to koncentrację gospodarczej siły decyzyjnej w rękach największych z nich. W latach powojennych była to tzw. wielka trójka: Deutsche Bank, Commerzbank i Dresdner Bank. Sam Dresdner Bank w połowie lat 50. posiadał w zachodnioniemieckich koncernach ok. 300 udziałów kontrolnych.

W związku z tym, przedstawiciele czołowych banków zasiadają w radach nadzorczych większości niemieckich koncernów, kierując w ten sposób harmonijnie całym kluczowym przemysłem. Na przykład prezes Deutsche Bank, Hermann Abs, zajmował pod koniec lat 60. aż 29 stanowisk w czołowych zachodnioniemieckich koncernach, w tym 10 stanowisk przewodniczącego i 4 wiceprzewodniczącego rady nadzorczejviii. Niewiele to ma wspólnego z zasadami liberalizmu gospodarczego. Kierownictwo czołowych niemieckich banków to gospodarczy sztab generalny, który w porozumieniu z rządem kieruje całą gospodarką – dla dobra własnego kraju.

W kleszczach nonsensu

Jak wspomniano, Wańkowicz wyróżnia w historii Polski dwie sztafety: utracjuszostwa i skrzętnej pracy. Pisze, że widzieliśmy w XVII wieku tylko sztafetę dekapitalizacji idącą z rąk do rąk oraz że trzeba było „pracy” pokoleń, aby zmarnować Polskę bogatą i zasobnąix. Dzisiaj wystarczyły na to dwie dekady orgii niszczenia i wyprzedaży za bezcen polskiego przemysłu. Cóż za paradoks! W okresie komunizmu polska sztafeta gospodarcza była mimo wszystko kontynuowana. Natomiast urywa się w momencie powstania formalnie niepodległej Polski, kiedy zastąpiła ją sztafeta dekapitalizacji.

Działają tu oczywiście różne czynniki. Realizowane są długofalowe, dobrze przemyślane obce interesy, jak i prymitywne, krótkowzroczne interesy krajowych łapówkarzy. Ogromne znaczenie ma pojawienie się dużej grupy inteligencji kompradorskiej, która z definicji łączy swoje interesy z interesami obcymi. Jednak podstawą postępującej destrukcji jest zamęt wywołany upowszechnieniem doktryny neoliberalnej. Jak wspomniałem, ideologia ta była propagowana w wydawnictwach podziemnych (głównie warszawska „Officyna Liberałów”, kierowana jawnie przez Janusza Korwin-Mikkego) i niestety większość ówczesnej opozycji przyjęła ją z entuzjazmem.

Jakże często słyszy się, że dzisiejsze patologie wywołane przez transformację ustrojową są czymś nieuniknionym. Jakże często słyszy się, że trzeba po prostu czekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem sytuacja, stymulowana szkodliwą doktryną, rozwija się w niewłaściwym kierunku i trzeba ją jak najszybciej przestawić na inne tory. Jakże często słyszy się, że za dzisiejszą demoralizację odpowiedzialny jest okres komunizmu. Owszem, ale tylko w pewnym stopniu. W stopniu decydującym odpowiedzialna jest za nią doktryna sprowadzająca ludzką działalność wyłącznie do żądzy zysku.

Kapitalizm irracjonalny

Wspominaliśmy już, że wyróżniony przez Webera kapitalizm racjonalny oparty jest na odpowiedniej kulturze umysłowej, szczególnie na ugruntowanej etyce gospodarczej. Jego przeciwieństwem jest kapitalizm irracjonalny, oparty na samym pragnieniu zysku. Czyż nie odczuwamy tego dzisiaj w Polsce? Weźmy wybitne postaci, które dla polskiej gospodarki zrobiły najwięcej: Staszica, Druckiego-Lubeckiego, Cegielskiego, Szczepanowskiego, Grabskiego, Mościckiego, Kwiatkowskiego. Czy kierowali się oni żądzą zysku? Bzdura. Kierował nimi patriotyzm i duch twórczy.

Świeckim elementem kultury umysłowej jest patriotyzm. Nie jest tajemnicą, że podstawą powojennych sukcesów gospodarczych Niemców i Japończyków było właśnie przywiązanie do własnego kraju. Patriotyzm stał też u podstaw dorobku naszych działaczy gospodarczych wieku XIX oraz sukcesów w budowie COP-u, w tym ostatnim przypadku obejmując wszystkich – od ministra po szeregowego robotnika.

Waga rozumienia etycznej genezy kapitalizmu ujawnia się w pełni, jeżeli zestawimy ją z popularną u nas maksymą, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Nie trzeba wyjaśniać, na ile ta kryminalna formuła odpowiedzialna jest za rozwijającą się w Polsce epidemię korupcji. Zobaczmy, czym była faszerowana opozycja lat 80.: Chcemy mieć – krótko pisząc – Polskę z kilkunastoma milionami kapitalistów […]. Drapieżnych i chciwychx. Przejęci tą ideologią działacze trafili jednak nie tylko do biznesu, ale przede wszystkim do partii politycznych i administracji. Tymczasem o ile dążenie do zysku (obwarowane etycznie) jest w biznesie sprawą normalną, to w służbach publicznych jest niedopuszczalne. W przeciwnym razie nie tylko nie będą one spełniały przypisanych zadań, ale przekształcą się w przestępczą instytucję żerującą na publicznym groszu i łapówkach.

Przestrzegał przed tym na początku transformacji zamieszkały w Anglii socjolog, Stanisław Andreski (Andrzejewski), pisząc: Uzasadniona negacja komunizmu doprowadziła Polaków do idealizacji kapitalizmu. Mówiąc o kapitalizmie myślą oni jednak tylko o Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, a nie o Kolumbii, Filipinach, Nigerii czy Haiti. Przy wprowadzaniu w Polsce nowego porządku społecznego warto byłoby się zatem zastanowić, jak zapobiec niebezpieczeństwu jego ewolucji w kierunku form kapitalizmu występujących w Trzecim Świecie. […] Pewien minimalny poziom uczciwości jest warunkiem wydajności gospodarczej. Dogmatycy wolnego rynku nie uwzględniają faktu, że działa on dobrze tylko wówczas, gdy nie obejmuje wszystkich stosunków społecznych. Trudno się dorobić czegoś uczciwą pracą tam, gdzie wyroki sądów są na sprzedaż. […] Rozszerzenie stosunków rynkowych na wszystkie dziedziny życia społecznego wypacza działanie reguł rynku nawet tam, gdzie jest on mechanizmem najbardziej przydatnymxi.

Państwowe = komunistyczne?

Polski powojenny przemysł przybrał formułę wyłącznie państwową. Nacjonalizowano istniejące przedsiębiorstwa, a nowe były tworzone jako własność państwa.

Czy przedsiębiorstwo państwowe jest istotą komunizmu? Nie jest nim, podobnie jak nie jest nim ogólnokrajowe planowanie gospodarcze czy po prostu prowadzenie polityki gospodarczej. Własność państwowa jest korzystna np. w sferze infrastruktury gospodarczej, w branżach, do których nie kwapi się kapitał prywatny i przy uruchamianiu nowych przedsiębiorstw, które później mogą być prywatyzowane. Oczywiście upaństwowienie całego przemysłu jest niedopuszczalne, ale i ono nie byłoby jeszcze komunizmem. Jego istotą jest bowiem system władzy politycznej. Niezrozumienie tego spowodowało przeniesienie po 1989 r. całego impetu ruchu antykomunistycznego na znienawidzone przedsiębiorstwa państwowe.

Brak zrozumienia istoty komunizmu jest efektem kolejnego liberalnego fałszu, przedstawiającego – podobnie jak w ujęciu marksistowskim – system ekonomiczny jako bazę systemu politycznego. Tymczasem komuniści w Rosji (i wszędzie indziej) najpierw doszli do władzy, a dopiero później upaństwawiali. Można zaprowadzać totalitaryzm na bazie własności prywatnej, jak robili to faszyści. I odwrotnie, można zwiększać sektor własności państwowej i przywracać demokrację, jak zrobiono to w powojennych Niemczech i Austrii.

Jeszcze innym neoliberalnym nonsensem jest teza o potrzebie pierwotnej akumulacji kapitału przy przechodzeniu od komunizmu do kapitalizmu. Neoliberalizm bowiem neguje kumulowanie kapitału przez państwo zarówno jako zasadę, jak też jako fakt historyczny. Neguje też planową zmianę ustroju.

W komunistycznej Polsce akumulacja kapitału przez państwo osiągnęła apogeum. Kapitał ten został zgromadzony – chodziło tylko o jego sensowne, dobrze kierowane przeobrażenie. Tymczasem w dzisiejszej Polsce termin „pierwotna akumulacja” stał się kryptonimem jego niszczenia i rozgrabiania.

Wreszcie, fałszem jest teza o nieistnieniu „trzeciej drogi” w stosunku do komunizmu i dzikiego kapitalizmu. Otóż „trzecia droga” nie tylko istnieje, ale jest główną drogą, po której kroczy od stuleci przodująca gospodarka światowa. Komunizm był patologicznym epizodem, a liberalnego kapitalizmu po prostu nie ma, poza krótkimi okresami zapaści zaatakowanych nim gospodarek krajowych. „Trzecia droga” nie jest przy tym „pomiędzy”, a daleko „poza” komunizmem i dzikim kapitalizmem, które niewiele się od siebie różnią, wywłaszczając i zniewalając całe społeczeństwa.

Jan Koziar

Powyższy tekst to skrót broszury J. Koziara „Nie ma gospodarki bez polityki gospodarczej państwa”, dostępnej w całości pod adresem http://www.golysz.pl/?page_id=379.

Przypisy:

i Pięć lat na froncie gospodarczym 1926-1931, t. 1, Warszawa 1931.

ii Melchior Wańkowicz, Sztafeta – książka o polskim pochodzie gospodarczym, Warszawa 1939, ss. 236-7.

iii Stanisław Szczepanowski, Walka narodu polskiego o byt, Londyn 1942, s. 87.

iv Stanisław Grabski, Myśli o dziejowej drodze Polski, Glasgow 1944, ss. 91-95.

v Aleksander Bocheński, Niezwykłe dzieje przemysłu polskiego, Warszawa 1985, s. 137.

vi Jan Koziar, Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach, Wrocław 1992 (praca niepublikowana, rozchodząca się w formie kserokopii); skrócona wersja opublikowana w „Obywatelu” nr 48.

vii Władysław Monetarny, Chybiona recenzja Stefana Bratkowskiego, „Replika” nr 53 (1987), s. 39.

viii Joachim Meisner, Teoria ludowego kapitalizmu. Wariant niemiecki, Katowice 1967, s. 70.

ix Melchior Wańkowicz, Sztafeta… op. cit., s. 236.

x Program Liberałów, Warszawa 1983.

xi Stanisław Andreski, Maxa Webera olśnienia i pomyłki, Warszawa 1992, s. 8.

Detronizacja PKB

Detronizacja PKB

O zaprzestaniu stosowania produktu krajowego brutto (PKB) jako najważniejszego wskaźnika rozwoju mówiono już na początku lat 70.i Była to reakcja na rozczarowanie, jakie przyniosła poprzednia dekada w krajach rozwijających się.

Ton polityki rozwojowej w latach 60. najlepiej oddaje stwierdzenie W. Arthura Lewisa: przedmiotem naszego zainteresowania powinien być wzrost gospodarczy, a nie redystrybucjaii. Mimo że osiągnięto ten cel, pod wieloma względami sytuacja pogorszyła się – m.in. wzrosło bezrobocie i ubóstwo. Z kolei ducha lat 70. w myśleniu o rozwoju dobrze oddaje słynna wypowiedź Dudleya Seersa: Co się działo z ubóstwem? Co się działo z bezrobociem? Co się działo z nierównością? Jeżeli wszystkie trzy problemy stały się mniej dotkliwe, wtedy bez żadnych wątpliwości możemy powiedzieć, że był to okres rozwoju dla danego kraju. Jeżeli sytuacja pod względem jednego lub dwóch z tych problemów pogorszyła się, a już szczególnie, gdy dotyczy to wszystkich trzech, byłoby dziwne nazywać taki wynik rozwojem, nawet jeżeli dochód na mieszkańca w tym czasie poszybował w góręiii.

Alternatywą dla ujęcia dochodocentrycznego – z PKB na tronie – stało się podejście skoncentrowane na stopniu zaspokojenia podstawowych potrzeb (tzw. Basic Needs Approach). Uzasadniała je prosta konstatacja, że wzrost gospodarczy nie przekłada się automatycznie na większy dostęp ludności do żywności i czystej wody, mieszkań, opieki zdrowotnej, edukacji czy zabezpieczenia społecznego, ani na lepszą realizację praw człowieka. Dosadnie ujęła to Frances Stewart: Wzrost PKB nie uwzględnia tego, jak dochód jest dystrybuowany pomiędzy różne grupy ludności, nie uwzględnia dóbr publicznych, zatrudnienia – czyli tego wszystkiego, co ma fundamentalne znaczenie dla poprawy jakości życiaiv.

Ostatecznym bodźcem, który w latach 90. nadał impet idei rozwoju społecznego (human development), stawiającej w centrum kondycję człowieka, była koncepcja noblisty Amartyi Sena. Pojęcie potrzeb uważał on za nadal zbyt ściśle skojarzone z myśleniem w kategoriach tego, co je zaspokaja (a to właśnie ma mierzyć PKB), a nie tego, jakim życiem możemy żyć i żyjemy (pojęcia capabilities i functionings). Kluczowe było tu powiązanie idei rozwoju i wolności, rozumianej nie tylko jako swoboda działania, ale również możliwość dokonywania autentycznego wyboru sposobu życia.

Od 1990 r. rokrocznie ukazują się raporty dotyczące rozwoju społecznego (Human Development Reports, HDR). W 1993 r. na Światowej Konferencji Praw Człowieka w Wiedniu przyjęto, że uprawnienia te są niepodzielne i współzależne. Oznacza to, że społeczność międzynarodowa nie uznaje teorii i praktyk przeciwstawiających sobie prawa różnych rodzajów (osobiste, polityczne, ekonomiczne, socjalne i kulturowe) czy wyraźnie uznających prawa inne niż osobiste i polityczne za luksus, na który stać tylko najbogatsze kraje. W 1995 r. zorganizowano Światowy Szczyt na rzecz Rozwoju Społecznego w Kopenhadze, który zaowocował obszerną Deklaracją i Programem Działań. Pierwsza dekada XXI w. upłynęła pod znakiem Milenijnych Celów Rozwoju. Monitorowanie ich realizacji opiera się na odpowiadających poszczególnym celom 60 wskaźnikach, wśród których nie znalazł się PKBv.

Obecnie niewystarczalność PKB w polityce rozwojowej i w ocenie sytuacji społeczeństw i zmian społecznych wydaje się oczywistością i daje temu wyraz nawet Komisja Europejskavi. Jednak wskaźnik ten wciąż skupia na sobie nieproporcjonalnie dużo uwagi: Powinno być dla każdego jasne, że żadną pojedynczą liczbą nie da się podsumować czegoś tak złożonego i różnobarwnego jak „społeczeństwo”. Niektóre liczby – w szczególności PKB – znajdują się jednak wciąż w centrum uwagi. Wydajemy miliony na przewidywanie, ile wyniesie ta liczba w przyszłym miesiącu lub w przyszłym rokuvii.

Produkcja i konsumpcja

Jeżeli wytwarzanie dóbr i usług nazwiemy produkcją, a zaspokajanie nimi naszych potrzeb i pragnień – konsumpcją, to otrzymamy dwa procesy podstawowe dla naszego bytowania w świecie. Nie są one ze swej istoty ani dobre, ani złe. Produkować można leki ratujące życie, zachwycające dzieła sztuki oraz środki masowej zagłady; konsumować można na różne sposoby. Oba procesy mają nie tylko zamierzone, ale i uboczne skutki, jak choroby zawodowe, zatrucia po spożyciu skażonej żywności, wypadki podczas korzystania ze środków transportu, wprowadzanie zanieczyszczeń do środowiska czy prześladowanie mniejszości i łamanie praw człowieka.

Przedstawione pojęcie produkcji jest bardzo szerokie. W jego zakres wchodzi wszystko, co przyczynia się do powstawania materialnych i niematerialnych „zaspokajaczy” (dóbr i usług finalnych). Jak zatem mierzyć produkcję i konsumpcję w skali całego społeczeństwa? Najprostszym rozwiązaniem wydaje się policzenie zaspokajaczy. Kłopot jednak już w tym, że nawet w dłuższym okresie liczba tych wyprodukowanych może być nierówna liczbie skonsumowanych. Na dodatek, owe zaspokajacze są mocno zróżnicowane, więc samo liczenie wyprodukowanych lub skonsumowanych bochenków chleba, usług hotelowych itd., bez sprowadzenia tych danych do wspólnego mianownika, da nam tyle liczb, ile zdołamy wyróżnić w miarę jednorodnych kategorii produktów i usług.

Pieniądz bardzo ułatwił rozwiązanie tego problemu. Jeżeli zdobędziemy informacje na temat tego, jakie były w danym okresie wydatki ludności przebywającej na interesującym nas obszarze (np. Polski) na dobra i usługi finalne na nim wyprodukowane, łatwo będzie je zsumować i otrzymamy jedną liczbę. Jest to jeden ze sposobów obliczania PKB. Żeby jednak otrzymać tę upragnioną liczbę, potrzebny jest wiarygodny system rejestracji wydatków. Następnie trzeba odróżnić wydatki różnych kupujących (jednostek, firm, organizacji, państwa) na zaspokajacze od wydatków na to, co tylko posłużyło do ich wyprodukowania. A później jeszcze odróżnić wydatki na dobra i usługi finalne, wyprodukowane na danym obszarze i poza nim. Nie jest to łatwe, w związku z tym oszacowana liczba mniej lub bardziej różnić się będzie od rzeczywistej produkcji i konsumpcji.

Co najmniej dwa inne problemy pogłębiają błędy w pomiarze. Jednym z nich jest to, że ludzie nie wszystko kupują. Jeżeli wytwarzamy na własne potrzeby albo dostajemy coś za darmo, to nie znajdzie to wyrazu w wydatkach. Drugim problemem jest nieuwzględnianie skutków ubocznych działalności gospodarczej w obliczeniach PKB. Jednocześnie część z nich uwidoczni się w wydatkach, np. zgony w wydatkach na usługi pogrzebowe, choroby zawodowe – na leczenie, zanieczyszczenie środowiska – na dobra i usługi jego ochrony itd.

Tym, czego za pomocą PKB w ogóle nie zmierzymy, jest struktura i zróżnicowanie procesów gospodarczych. Wielka jest rozmaitość dóbr i usług. Jeżeli uporządkujemy je według jakiejś klasyfikacji, np. zaspokajacze potrzeb podstawowych i niepodstawowych, materialne i niematerialne, o małych i dużych skutkach ubocznych – to łączny PKB nie będzie nam nic mówił o tym, jaki jest udział tych różnych rodzajów dóbr i usług w całej działalności gospodarczej.

Nie wszyscy w danym okresie są producentami, nie każdy produkuje tak samo intensywnie itd. Wszyscy są konsumentami, ale oczywiście różnią się rodzajem i ilością konsumowanych dóbr i usług. PKB podzielony na liczbę mieszkańców uwzględni możliwe zmiany łącznej konsumpcji, ale nie będzie uwzględniał ani zróżnicowanego udziału ludności w produkcji, ani też nieidentycznego udziału w konsumpcji.

Podsumowując, PKB jako miara szeroko rozumianej działalności gospodarczej (produkcji i konsumpcji) nie uwzględnia wielu jej podstawowych obszarów i cech, zasadniczych dla oceny, czy dobrze zaspokaja ona potrzeby i pragnienia jednostek oraz dobrze służy przetrwaniu i rozwojowi społeczeństw. Należałoby stwierdzić, że jest dobry jedynie do pomiaru skali zarejestrowanej działalności gospodarczej, która manifestuje się w dobrze monitorowanych transakcjach kupna-sprzedaży. Gdyby wszystko, co zaspokaja nasze potrzeby i pragnienia było zarejestrowane i wszystko to musielibyśmy kupić, wówczas PKB byłby dobrą miarą szeroko rozumianej działalności gospodarczej. Nawet jednak wtedy wskaźnik ten nic by nie mówił na temat jej struktury, pomijałby też wiele jej pozytywnych i negatywnych konsekwencji dla dobra obecnych i przyszłych pokoleń.

Rozwój gospodarczy

Jak na tym tle należy rozumieć pojęcie rozwoju gospodarczego? Wyobraźmy sobie naszych przodków sprzed 100 lat i nas samych. Oni i my rodziliśmy się, dorastaliśmy, stawaliśmy się samodzielni, mamy dzieci, zestarzejemy się i umrzemy. Podstawowe fazy ludzkiego życia oraz towarzyszące im podstawowe potrzeby nie uległy zmianie. A co z produkcją i konsumpcją? Gdyby nic się nie zmieniło w ich wielkości i strukturze, musielibyśmy stwierdzić, że nie wystąpił ani rozwój gospodarki, ani też jego przeciwieństwo (regres).

Jakie zmiany mogły więc mieć miejsce, jeżeli chodzi o produkowane i konsumowane zaspokajacze? Najogólniej, w porównaniu z poprzednim okresem poszczególne produkty i usługi mogą być wytwarzane w zwiększonej lub zmniejszonej ilości, ich jakość może ulec polepszeniu lub pogorszeniu, udział jednych może wzrosnąć, a innych zmaleć, wreszcie – mogą być inaczej podzielone między członków danego społeczeństwa. W takim ujęciu i bardzo upraszczając, rozwój gospodarczy można rozumieć m.in. tak, że liczba wszystkich zaspokajaczy potrzeb w przeliczeniu na mieszkańca (żeby wyeliminować możliwość, iż produkcja wzrosła, ale ludność jeszcze bardziej) jest znacząco większa niż uprzednio i/lub że ich jakość istotnie się polepszyła.

Samo przeliczenie na mieszkańca nie mówi jednak nic o tym, dlaczego zmieniła się liczba ludności. Przykładowo, jeżeli mamy 100 osób oraz PKB wynoszący 1000 zł, to na każdą przypada średnio 10 zł. Załóżmy, że w wyniku konsumpcji skażonej żywności lub zastosowania środków masowej zagłady populacja zmniejszyła się o 50%, a łączny PKB pozostał na niezmienionym poziomie. Na mieszkańca przypadać będzie wtedy 20 zł, czyli dwa razy więcej niż poprzednio. Czy nastąpił rozwój gospodarczy? Gdyby go mierzyć wzrostem PKB na mieszkańca – tak. Jak to się jednak ma do idei rozwoju gospodarczego jako procesu służącego przetrwaniu i rozwojowi ludzi?

Same zmiany w liczbie i jakości dóbr i usług finalnych też nie wystarczają, aby stwierdzić, czy miał miejsce rozwój gospodarczy. Załóżmy, że społeczność złożona z 5 osób konsumuje dziennie 10 złowionych ryb. Po stu latach mamy 5 potomków tamtych osób, którzy każdego dnia konsumują łącznie 20 ryb. Jeżeli jednak pierwotnie każdy jadł po 2 ryby, a po stuleciu 3 osoby zjadają w sumie 18 ryb, a 2 po 1, to mimo podwojenia łącznej liczby konsumowanych ryb część ludności zjada ich mniej niż w poprzednim okresie. Może zdarzyć się tak, że wzrostowi łącznej konsumpcji będzie towarzyszyć wzrost nierówności w udziale w niej, ale jej skala dla nikogo nie powinna być niższa niż 100 lat temu, żeby móc mówić o rozwoju gospodarczym zdefiniowanym jak powyżej. Jest to dość konserwatywny warunek – rozwój miałby miejsce nawet wtedy, gdyby 90% ludności konsumowało tyle, ile w przeszłości, a 10% – dziesięć razy więcej. Warunek bardziej rozsądny byłby taki, że aby mówić o rozwoju, konsumpcja każdego powinna wzrosnąć.

Jeżeli ludzie w przeszłości i teraz produkowaliby i konsumowali tyle samo takiej samej jakości zaspokajaczy potrzeb podstawowych, to wówczas można by orzekać o rozwoju gospodarczym w oparciu o porównanie produkcji i konsumpcji zaspokajaczy potrzeb niepodstawowych.

Problem z powyższym rozumowaniem jest taki, że o ile założyliśmy, iż potrzeby podstawowe się nie zmieniają, to już trudniej o tym mówić w przypadku pozostałych. Każdy wynalazek dobra lub usługi finalnej wdrożony do masowej produkcji generuje mniej lub bardziej masowe pragnienia. Jeżeli okresy różnią się pod względem liczby wynalazków oraz możliwości ich upowszechniania, porównywanie zaspokajaczy potrzeb niepodstawowych nie biorące tego pod uwagę – będzie obarczone błędem.

Reasumując, porównywanie PKB pomiędzy okresami i miejscami pomija wiele obszarów i zagadnień istotnych dla orzekania o tym, czy i jak szeroko rozumiany rozwój gospodarczy się dokonał.

Indeks rozwoju społecznego a PKB

W świetle powyższych rozważań powinno być jasne, że całkowicie nieuzasadnione jest posługiwanie się wyłącznie PKB w ocenie sytuacji gospodarczej i jej zmian. Najprostszą odpowiedzią na ten problem jest uwzględnienie także innych wskaźników.

Jedną z głośniejszych propozycji tego rodzaju jest indeks rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI), promowany w globalnych raportach o rozwoju społecznym Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). W uproszczeniu – obok PKB na mieszkańca uwzględniono tam jeszcze dwa aspekty sytuacji ludności: życie (zdrowie) i edukację. Do pomiaru zdrowia populacji służy przeciętna długość dalszego trwania życia dla urodzonych w danym roku, obliczana na podstawie danych o zgonach. W przypadku edukacji wykorzystuje się liczbę lat spędzonych w szkole – średnią i oczekiwaną. Za pomocą prostej procedury matematycznej te trzy wskaźniki cząstkowe są wyrażane jedną liczbą.

Trudno mówić, że HDI jest alternatywą dla PKB, skoro ten ostatni jest jego częścią. Włączenie wskaźników, które nie dotyczą produkcji i konsumpcji, lecz ich konsekwencji, było jednak przełomowe. Produkowanie i konsumowanie może pozytywnie lub negatywnie wpływać na zdrowie i tym samym na długość życia. Krytykowana miara nie mówi nam nic na temat tego, jak długo ludzie żyją. Taki sam PKB na mieszkańca dla dwóch populacji dla roku X może skrywać fakt, że ludzie urodzeni w jednej z nich mają szansę przeżyć średnio 60 lat, a w drugiej – 80 lat. Stwierdzono przy tym, że w państwach o wysokim PKB na mieszkańca ludzie żyją dłużej niż w krajach o niskim poziomie tego wskaźnika. Zasadnym jest jednak pytanie, czy zależy to wyłącznie od niego, czy raczej od struktury wydatków, a ta uzależniona jest m.in. od decyzji publicznych w zakresie polityki społecznej.

Choć długiemu życiu przypisuje się dużą wartość, sama liczba przeżytych lat nie musi odzwierciedlać jego jakości. Niewielu z nas chciałoby żyć długo w niewoli albo w śpiączce. Może życie krótkie, ale za to intensywne, jest lepsze niż długie i nudne? Przewidywana średnia liczba lat życia nie jest więc doskonałym wskaźnikiem jego jakości, pomijając nawet trudności z jej obliczaniem oraz kwestię, czy w przyszłości warunki się radykalnie nie zmienią. Są jednak propozycje uwzględniające przynajmniej część tych informacji, np. liczba lat życia skorygowana jego jakością (Quality Adjusted Life Years).

Pomiar wiedzy i umiejętności wskaźnikami opartymi na liczbie lat w szkole ma kilka wad, choćby dlatego, że szkoły w różnych regionach danego kraju czy w różnych krajach mogą dostarczać usług o bardzo zróżnicowanej jakości. Poza tym ludzie mogą wykorzystywać zdobyte wykształcenie w różnych celach. W praktyce jednak wszystkie szkoły czegoś pożytecznego uczą, lepiej lub gorzej, dlatego liczba lat spędzonych na nauce jest zadowalającym wskaźnikiem wykształcenia populacji.

Ktoś mógłby argumentować, że w PKB jest uwzględniana konsumpcja dóbr i usług zdrowotnych i edukacyjnych, również tych, które państwo kupuje dla swoich obywateli. Możemy na to odpowiedzieć, że PKB nie pokazuje struktury konsumpcji, dlatego posłużenie się wyłącznie tym wskaźnikiem byłoby niewystarczające. Względnie łatwo natomiast obliczyć udział wydatków na edukację i zdrowie w całym PKB. Oczywiście wielkość tych udziałów zależy od tego, ile wynosi łączny PKB i ile wydaje się na inne dobra i usługi finalne. Dlatego też ktoś, kto myśli o sytuacji gospodarczej w kategoriach PKB, prędzej czy później podkreśli, że jego wzrost ma zasadnicze znaczenie – żeby podzielić ciasto trzeba najpierw je mieć, a żeby kawałki mogły być duże, ono samo musi być duże.

Różnica w podejściu HDI polega przede wszystkim na tym, że rezygnujemy z tego rodzaju wskaźników uzupełniających, opartych na PKB – i wybieramy całkowicie inne. Pomiar zdrowia i edukacji jest tu niezależny od obliczonego produktu krajowego, tj. od łącznej wartości wszystkich zaspokajaczy oraz od tego, jaka ich część należy do kategorii zdrowotnych i edukacyjnych. Jest to fundamentalny krok, gdyż pomiar produkcji i konsumpcji za pomocą łącznego PKB na mieszkańca abstrahuje od konsekwencji aktywności gospodarczej dla zdrowia, wiedzy i umiejętności ludzi. Wskazywałem wyżej, że łączny PKB zawiera całą produkcję i konsumpcję, niezależnie od tego, że jej część może być szkodliwa dla zdrowia. Nie wiemy też, jak produkowanie i konsumowanie zobrazowane łącznym PKB przekłada się na stan oświecenia społeczeństwa – np. dzieci zaangażowane w produkcję nie uczą się wiele więcej poza to, czego nauczyły się w domu i w fabryce; rodzice mogą nie chcieć wydawać pieniędzy na edukację dzieci, bo mają inne priorytety.

Jednak czy osiągnięcia w obszarze zaspokojenia potrzeb zdrowotnych oraz edukacyjnych wystarczą, aby orzekać o rozwoju? Wysoki PKB na mieszkańca, długie życie i długie lata w szkole niekoniecznie znaczą, że mamy do czynienia ze społeczeństwem ludzi szczęśliwych. W szczególności im wyższa zamożność ludności mierzona PKB, tym słabszy jest jej związek z subiektywnym dobrostanem społeczeństwaviii.

Ponadto, żaden ze wskaźników w ramach HDI nie uwzględnia nierówności. O PKB już wiemy, że się do tego nie nadaje. A co z liczbą lat życia i liczbą lat spędzonych w szkole? Są one niższe w przypadku dorosłych ze środowisk wiejskich i robotniczych, z ubogich dzielnic i regionów, w porównaniu do tych z klasy średniej i wyższej, mieszkańców zamożnych dzielnic i miast.

HDI ma wiele słabości. Część z nich dzieli z PKB, który jest jego częścią; inne to nowe problemy związane z pytaniem, czy obejmuje wszystkie najważniejsze obszary ludzkiego życia oraz czy dobrze zostały dobrane ich wskaźniki. Zasadniczo jednak wnosi nowy punkt widzenia: uznaje, że PKB nie jest wystarczający, uwzględnia zdrowie oraz wiedzę i umiejętności populacji, które bez większych wątpliwości uznamy za ważne dla oceny rozwoju danego kraju. W pomiarze zaspokojenia potrzeb zdrowotnych i edukacyjnych posługuje się wskaźnikami niezależnymi od PKB.

HDI i jego uzupełnienia

Czego nie uwzględnia HDI? Po pierwsze – o czym wspomniałem – tego, że konsumpcja, zdrowie i edukacja nie są w społeczeństwie równomiernie rozłożone. Po drugie, innych podstawowych potrzeb. Po trzecie, realizacji praw politycznych – wysoką wartość HDI mogą osiągać kraje, w których nie ma demokracji, zakazane są niezależne formy samoorganizacji społecznej. Po czwarte, zagrożeń dla środowiska. Po piąte, dyskryminacji – HDI może być wysoki w krajach, gdzie kobiety lub inne mniej lub bardziej liczne grupy są traktowane jak obywatele gorszej kategorii.

Na część z tych braków w HDR 2010 odpowiedziano poprzez wprowadzenie dodatkowych wskaźników, w części oryginalnych. Nierównomierność rozkładu dochodu i zaspokojeń uwzględnia HDI dostosowany do poziomu nierówności (IHDI). Więcej wymiarów podstawowych potrzeb wprowadzono za pomocą indeksu wielowymiarowego ubóstwa (MPI). Aspekty uczestnictwa politycznego i dyskryminacji kobiet zostały włączone indeksem nierówności ze względu na płeć (GII). Do zobrazowania stanu środowiska wykorzystano wskaźniki opracowane dla potrzeb innych raportów.

Już wcześniej podejmowano próby uwzględnienia w HDI nierówności, ale dotyczyły one tylko dochodu i jedynie niewielkiej liczby krajów. Innowacja w HDR 2010 polega na tym, że przygotowano szacunki IHDI dla większej liczby państw, biorąc pod uwagę nierówności we wszystkich trzech wymiarach, czyli również w odniesieniu do zdrowia i edukacji. Różnice między pozycją w rankingu krajów bez uwzględnienia nierówności i z ich uwzględnieniem dla kilkunastu krajów o wysokim HDI zostały pokazane na wykresie.

Wykres 1. Róznice w rankingach według HDI i IHDI

Wśród krajów, które zanotowały znaczne przesunięcie w dół, znalazły się tak różne, jak Korea Południowa, Izrael, USA oraz Włochy. Z kolei względnie niski poziom nierówności dochodowych, zdrowotnych i edukacyjnych znacząco poprawił pozycje Czech, Danii, Austrii, Słowenii i Islandii. Względna pozycja Polski, wynikająca z różnicy w pozycjach w obu rankingach, zmieniła się nieznacznie na plus. Kraje najwyżej w rankingu HDI, czyli Norwegia i Australia, są również liderami rankingu IHDI.

Inny sposób przedstawienia, co wnosi informacja o nierównościach, to pokazanie procentowego spadku wysokości wskaźnika HDI po jego przeliczeniu na IHDI. Tym razem Polska nie wypada już tak dobrze – pod względem nierównościowej straty tylko nieznacznie ustępujemy USA.

Wykres 2. Strata na wartosci HDI ze wzgledu na nierównosci (w %)

Kobiety są jedyną kategorią wyróżnioną specjalnym indeksem nierówności. Składa się nań pięć wskaźników cząstkowych w trzech obszarach: zdrowia reprodukcyjnego (umieralność okołoporodowa matek, dzietność nastolatek), udziału w rynku pracy (wskaźnik aktywności zawodowej), upodmiotowienia (udział w parlamencie, wykształcenie średnie lub wyższe).

Najniższy poziom indeksu nierówności ze względu na płeć miała Holandia. Jaka odległość dzieliła różne kraje od tego najbardziej egalitarnego genderowo państwa, pokazuję na kolejnym wykresie.

Wykres 3. Odległosc dzielaca od najlepszego kraju pod wzgledem GII

Na wykresie zostały uwzględnione kraje o wysokim poziomie rozwoju społecznego. Widać wyraźnie, że Katar, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie, które pod względem HDI nie ustępują znacząco państwom europejskim, już pod względem równości płci pozostają daleko w tyle. My osiągnęliśmy wynik nieco lepszy niż Czesi i Węgrzy, ale nadal odległy od czołówki.

Indeks wielowymiarowego ubóstwa mierzy poziom niezaspokojenia potrzeb przy uwzględnieniu dziesięciu wskaźników o charakterze niedochodowym. W obszarze zdrowia – czy w gospodarstwie domowym umarło jedno lub więcej dzieci, czy jest przynajmniej jedna osoba niedożywiona. W obszarze edukacji – czy wszyscy nie mają ukończonych pięciu klas szkoły podstawowej, czy jest przynajmniej jedno dziecko w wieku szkolnym, które nie uczęszcza do szkoły. W obszarze warunków życia – czy gospodarstwo domowe nie ma elektryczności, dostępu do czystej wody, sanitariatu, nie ma podłogi w mieszkaniu, nie opala czystym paliwem, nie ma samochodu, ale ma co najmniej rower, radio, telewizor. Jeżeli na wszystkie lub część tych pytań odpowiemy „tak,” to mamy do czynienia z wielowymiarowo ubogim gospodarstwem domowym. Autorzy tego wskaźnika przewidzieli wagi dla poszczególnych wymiarów, a także granice wielowymiarowego ubóstwa i zagrożenia nim.

Z przeglądu komponentów MPI wyraźnie widać, że nie dotyczy on krajów o wysokim poziomie rozwoju społecznego. Spośród państw, dla których istniały niezbędne dane, większość populacji została uznana za wielowymiarowo ubogą w 38 przypadkach (ponad 35% wszystkich krajów, dla których zebrano dane). Ponad 80% ludności jest wielowymiarowo ubogie tylko w krajach afrykańskich: Rwandzie, Sierra Leone, Gwinei, Burkina Faso, Liberii, Burundi, Republice Środkowoafrykańskiej, Mali, Etiopii, Nigrze i w Somalii. Wszystkich ludzi biednych jest na świecie według tego wskaźnika 1,75 mld.

Już same wartości złożonych indeksów oraz składających się na nie wskaźników cząstkowych to duża baza danych. Jej informacyjny potencjał jest nieporównanie większy niż to, czego dowiadujemy się o krajach świata, gdy uwzględnimy wyłącznie PKB per capita lub dynamikę jego zmian. W HDR 2010 znajdujemy też wiele innych wskaźników poza omówionymi, które informują o rozmaitych aspektach jakości życia, a także o zagrożeniach ekologicznych.

Porównajmy jeszcze pozycję kilku krajów według wartości różnych wskaźników rozwoju. Będą to USA z najwyższym PKB na mieszkańca oraz Szwecja, Finlandia, Holandia, Niemcy, Wielka Brytania, Kanada, Włochy, Hiszpania i Polska. Pozostałe wskaźniki to: indeks jakości życia według „The Economist” (QoLI E, 2005), IHDI i GII za HDR 2010, wskaźnik subiektywnego powodzenia w życiu według badań Gallupa (GWB), indeks jakości życia według „International Living” (QoLI IL, 2010) oraz wskaźnik dziedziczenia nierówności na podstawie badań PISA 2009 (na ile wyniki uczniów w testach wiedzy i umiejętności zależą od statusu społeczno-ekonomicznego ich rodziców).

Rankingi wybranych krajów według wskaźników rozwoju

USA, przodujące w dziedzinie PKB, jeszcze tylko pod względem jednego wskaźnika znalazły się w pierwszej trójce. Szwecja była raz na 3. miejscu, dwa razy na 1. i dwa razy na 2., w pierwszej trójce znalazła się więc pięć razy. Podobnie Holandia, która 1. miejsce zajęła raz, 2. – dwa razy i 3. także dwa razy. Bycie najbogatszym krajem nie gwarantuje więc „wygranej”, gdy weźmiemy pod uwagę wielowymiarową jakość życia oraz wielowymiarowe i międzypokoleniowe nierówności.

Niedawne wydarzenia w Tunezji i Egipcie również dowiodły, że obserwowanie tylko zmian PKB może być bardzo mylące. W obu krajach wskaźnik ten w ostatnich latach wzrastał, jednak odsetek zadowolonych z życia (liczony według metody Gallupa) – spadał, co zakończyło się protestami i zamieszkamiix.

Niemierzalne wartości

Podstawową tezą artykułu jest nie tylko to, że zbyt wiele uwagi poświęca się PKB przy ocenie poziomu i jakości rozwoju społeczeństw. Zasadnicze jest pytanie, w jakiej mierze stopień zaspokojenia potrzeb ludzi i ich perspektywy na przyszłość dają się w ogóle zobrazować za pomocą jakiejkolwiek pojedynczej liczby.

Być może wielowymiarowej łącznej jakości życia wielu milionów ludzi w ogóle nie da się dobrze zmierzyć. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy być szczególnie zadowoleni, gdy PKB na mieszkańca szybko się zwiększa, lub szczególnie zaniepokojeni – gdy zwiększa się wolniej czy nawet zaczyna spadać. Wiele problemów mamy zapewne tylko dlatego, że zbyt dużo ważnych decyzji podejmowanych jest pod wpływem zmian poziomu jednego wskaźnika.

Z tego wszystkiego nie wynika, aby produkcja i konsumpcja tego, co mierzy PKB, były bez znaczenia dla dobrobytu społeczeństw. Przeciwnie, mają one bardzo istotne znaczenie, gdyż chodzi tu o dużą część zaspokajaczy potrzeb i pragnień ludzi. Nie wynika z tego jednak, żeby PKB miał być jedynym czy nawet najważniejszym wskaźnikiem kondycji świata. To, czego on nie mierzy, jest równie ważne, a nawet ważniejsze – wolność, miłość, sprawiedliwość, piękno i wszystkie inne wartości, które nie są środkami do celu, lecz celami życia. Te aspekty powinny skupiać uwagę publiczną w co najmniej takim stopniu, jak PKB.

Przypisy:
i Prospects for employment opportunities in the nineteen seventies: papers and impressions of the Seventh Cambridge Conference on Development Problems, 13th to 24th September 1970 at Jesus College, H.M. Stationery Office 1971, s. 14.

ii W. A. Lewis, 1955, [za:] E. W. Nafziger, Economic Development, Cambridge University Press 2006, s. 15.

iii D. Seers, 1969, [za:] R. Jolly, L. Emmerij, D. Ghai, F. Lapeyre, UN Contributions to Development Thinking and Practice, Indiana University Press 2004, s. 108. O wpływie Seersa i Sena na myślenie o rozwoju zob. E. W. Nafziger, From Seers to Sen: The Meaning of Economic Development, http://www.rrojasdatabank.info/widerconf/Nafziger.pdf.

iv F. Stewart, Human Development as an alternative development paradigm, prezentacja, s. 6, http://hdr.undp.org/en/media/Stewart.pdf.

v Zob. R. Szarfenberg, Globalne strategie rozwoju, [w:] M. Grewiński, A. Karwacki (red.), Strategie w polityce społecznej, Warszawa 2009.

vi Komunikat Komisji do Rady i Parlamentu Europejskiego: Wyjść poza PKB. Pomiar postępu w zmieniającym się świecie, KOM(2009) 433, Bruksela, 20.8.2009 http://eur-lex.europa.eu/Notice.do?checktexts=checkbox&val=499855.

vii A. Sen, J. Stiglitz, J. Fitoussi, The Measurement of Economic Performance and Social Progress Revisited: Reflections and Overview, s. 63, http://www.stiglitz-sen-fitoussi.fr/documents/overview-eng.pdf.

viii Zjawisko nazywane paradoksem Easterlina, jego ostatnie potwierdzenie w długim okresie i również w krajach rozwijających się zob. R. A. Easterlin i in., The happiness-income paradox revisited, „Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, vol. 52, nr 4, 2010.

ix J. Clifton, L. Morales, Egyptians’, Tunisians’ Wellbeing Plummets Despite GDP Gains, Gallup.com, 2.02.2011, http://www.gallup.com/poll/145883/Egyptians-Tunisians-Wellbeing-Plummets-Despite-GDP-Gains.aspx.

Stwór mityczny? Odpowiedzialny biznes w Polsce

Ostatnio wiele się w Polsce mówi o etyce biznesu. Szczególnie popularna staje się koncepcja Społecznej Odpowiedzialności Biznesu (ang. Corporate Social Responsibility – CSR). Ma ona „cywilizować” biznes, sprawiać, że firmy będą – z własnej woli, w oparciu o mechanizmy samoregulacji – działać tak, jakby kierowały się dobrem wspólnym. Idea szczytna, ale podobnie jak w pełni wolna konkurencja – w zasadzie nie występująca w praktyce.

The business of business is business

To zdanie, sformułowane przez Miltona Friedmana w latach 70. i powszechnie utożsamiane z wyznaniem wiary w neoliberalny model gospodarki, zwolennicy CSR przytaczają z największą odrazą.

Friedman przedstawiany jest jako przedstawiciel starego, „nieludzkiego” podejścia do biznesu, w ramach którego najważniejszy jest głos akcjonariuszy, a jedyne zadanie firmy to pomnażanie zysku przy przestrzeganiu podstawowych (a więc minimalnych) reguł prawnych. W modelu tym np. wszelka filantropia jest nieracjonalna, ponieważ – jak podkreślał Friedman – przedsiębiorstwo płaci podatki, dystrybuowane przez państwo m.in. na cele społeczne. Dodatkowe „rozdawnictwo” jest nieuzasadnione również dlatego, że firmy nie mają wiedzy ani kompetencji pozwalających na odpowiednią ocenę potrzeb społecznych. Menedżerowie winni być lojalni wyłącznie wobec akcjonariuszy, ci zaś oczekują maksymalizacji zysków.

Ten uproszczony obraz myśli Friedmana stał się sztandarowym przykładem przytaczanym przez ekspertów od społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw na dowód nieetycznej natury doktryny neoliberalnej. Przeciwstawiany jest mu nowy model: gospodarka oparta na zasadach zrównoważonego rozwoju (kolejne pojęcie robiące karierę), w której biznes działa w harmonii ze społeczeństwem i środowiskiem, nie tylko minimalizując negatywny wpływ na nie, ale wręcz przyczyniając się do poprawy ich stanu, m.in. poprzez nowoczesne metody zarządzania i innowacje.

W wersji Friedmana, menedżerowie przedsiębiorstwa odpowiadają wyłącznie przed akcjonariuszami, których interes jest dla nich priorytetem. Takiej wizji przeciwstawiana jest tzw. teoria interesariuszy, w środowisku CSR znana przede wszystkim w wersji wypromowanej przez R. Edwarda Freemana. Wedle niej, celem menedżerów powinno być dążenie do równowagi między interesami wszystkich interesariuszy.

Spór „akcjonariusze czy interesariusze” przetacza się przez środowisko ekspertów w dziedzinie zarządzania z regularnością pór roku i jak zawsze znajdują się też tacy, którzy wybierają „trzecią drogę”. W tym przypadku są nimi ci, którzy uważają, że nie można rzetelnie zadbać o interesy akcjonariuszy bez jednoczesnego doprowadzenia do kompromisu między potrzebami pozostałych grup z otoczenia firmy. Dyskusje tego rodzaju podsycają teoretycznie twórczy, a de facto jałowy konflikt między zwolennikami business as usual a nowego, „odpowiedzialnego” biznesu.

O ile jednak na Zachodzie tego rodzaju dyskusje toczą się otwarcie i nie brakuje głosów krytyki, o tyle w Polsce trudno wskazać kogokolwiek z grona autorytetów, kto otwarcie przyznawałby się do wątpliwości względem CSR. W mainstreamie tego nurtu nie toczy się żadna pogłębiona debata na temat tego, czy CSR w takiej formie, w jakiej promuje się go na świecie i w Polsce, jest sensowny, uzasadniony, a przede wszystkim adekwatny w warunkach naszej gospodarki. Brakuje kontrpropozycji – założeń CSR nie kwestionuje się, co najwyżej toczy spór o definicje.

CSR, czyli realizacja zasad zrównoważonego rozwoju w praktyce przedsiębiorstw, stał się nowym „idealnym” rozwiązaniem, które ma nas zbawić od wypaczeń wolnego rynku i skierować biznes na ścieżkę etyki. CSR-em zajmują się obecnie nie tylko organizacje pozarządowe i grupa – w większości samozwańczych – ekspertów, ale nawet rząd (Ministerstwo Gospodarki) i Komisja Europejska. Co jest takiego w tej koncepcji, że przyciąga coraz więcej zwolenników? Komu zależy na tym, żebyśmy uwierzyli w możliwość szybkiego nawrócenia polskich biznesmenów? Czy CSR to faktycznie odpowiedź na patologie turbokapitalizmu, czy może jego wzmocnienie i listek figowy?

Wokół definicji

Przez ostatnie 20 lat powstało wiele definicji Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. W ostatnim okresie dominowała jedna, stworzona przez Komisję Europejską w 2001 r. To koncepcja, wedle której przedsiębiorstwa dobrowolnie uwzględniają aspekty społeczne i ekologiczne w działalności biznesowej oraz współdziałają z interesariuszami.

Niepokojące jest w niej jedno słowo – „dobrowolny”, czyli pozostający w sferze samoregulacji. To wokół niego od lat toczą się spory w środowisku związanym z CSR. Krytycy tak zdefiniowanej Społecznej Odpowiedzialności Biznesu przestrzegają przed jej fasadowością. Samoregulacja oznacza bowiem brak wiążących postanowień i sprawczości organów nadzorujących rynek. W erze globalizacji, gdzie siła państwa znacząco osłabła na rzecz „niewidzialnej ręki”, samoregulacja może łatwo stawać się wytrychem, który ma uśpić czujność organów władzy, a w rzeczywistości zapewniać swobodę i „bezstresowe” prowadzenie biznesu.

Kapitał wyparł państwo z tradycyjnych obszarów kontroli. Fiaskiem kończy się prawie każda próba wprowadzenia nowych regulacji dla biznesu. Ktokolwiek zagrozi interesom kapitału, naraża się na zarzuty o „tworzenie barier dla przedsiębiorczości”. Czy w takiej sytuacji można pozwolić, aby branie odpowiedzialności za skutki działania firm – wpływ na społeczności i środowisko – pozostawało w gestii ich samych? Czy można liczyć na to, że przedsiębiorcy sami narzucą sobie precyzyjne reguły postępowania w krajach, w których regulacje są znikome?

Wiadomo przecież, że zjawisko przenoszenia produkcji do krajów rozwijających się to nie tylko pogoń za obniżaniem kosztów, ale też poszukiwanie rynków, na których nie obowiązują ścisłe zasady, co pozwala na „bardziej elastyczne zarządzanie”. Nic nie wskazuje jednak, aby w najbliższym czasie definicja CSR uległa zmianie. Może być co najwyżej poszerzana o nowe elementy, m.in. za sprawą kompleksowych standardów, takich jak ISO 26000. Kwestia dobrowolności wydaje się niezagrożona, a wojujący o jej zmianę Parlament Europejski może co najwyżej forsować zwiększanie nadzoru nad wybranymi segmentami rynku. Lobby skupione wokół Komisji skutecznie broni interesów korporacji.

Więcej ekspertów niż odpowiedzialności

W popularyzacji hasła „odpowiedzialny biznes” w Polsce największy udział miało (i do dzisiaj odgrywa w tym względzie istotną rolę) stowarzyszenie założone w 2000 r. przez grono pasjonatów CSR – Forum Odpowiedzialnego Biznesu (FOB).

Forum działa w partnerstwie z kilkudziesięcioma firmami, z czego znakomita większość to lokalne oddziały korporacji transnarodowych – wśród nich tak znane z „nieodpowiedzialności”, jak Nestlé czy Shell. Ideą Forum jest promowanie dobrych praktyk, a nie piętnowanie złych, nie ma więc mowy o tym, żeby organizacja chciała i mogła pełnić rolę strażniczą. Brak w Polsce organizacji, które potrafiłyby sprawnie monitorować działania biznesu pod kątem społecznej odpowiedzialności i zwracać uwagę opinii publicznej na związane z tym kwestie, w tym krytykować zachowania nieetyczne.

W tej sytuacji CSR pozostaje bez alternatywy, co jest niebezpieczne. Jak w przypadku każdej teorii przyjmowanej bezkrytycznie, sprawia to, że w oficjalnym dyskursie pomijane są wszelkie sygnały wskazujące na jej ułomności. Jedyna organizacja, która mogłaby pretendować do miana watchdoga w dziedzinie CSR to Fundacja CentrumCSR.pl, dowodzona przez Grzegorza Piskalskiego, w środowisku kojarzonego z radykalną postawą wobec wielkich korporacji i sympatią do związków zawodowych. Fundacja ma jednak nikły zasięg działania, swoje projekty realizuje nieregularnie i nie jest postrzegana jako opiniotwórcza.

Przez wiele lat FOB miało monopol w dziedzinie odpowiedzialnego biznesu, obecnie jednak działa więcej organizacji zajmujących się tym zagadnieniem. Powstały portale tematyczne (m.in. www.odpowiedzialnybiznes.pl, www.csrinfo.org, www.crnavigator.pl, www.challengesd.eu, www.ekologia.pl, www.odpowiedzialne-inwestowanie.pl), setki artykułów i publikacji, każdego roku odbywa się w Polsce kilkadziesiąt wydarzeń poświęconych CSR i tematom pokrewnym. Kilka krajowych uczelni uruchomiło studia podyplomowe o tym profilu, zapowiadane są następne. Krótko mówiąc – rynek CSR w Polsce kwitnie i rozwija się w szybkim tempie, a liczba „ekspertów” zajmujących się tym tematem przewyższa liczbę „odpowiedzialnych” firm.

Konsultant czy audytor?

Największą jednak, choć często niewidoczną rolę w promowaniu CSR w Polsce miały i mają firmy doradcze, szczególnie tzw. Wielka Czwórka. Pionierska rola przypada tu PricewaterhouseCoopers, która posiada specjalny zespół konsultantów, dedykowany wyłącznie kwestii zrównoważonego biznesu. Rola firm konsultingowych jest jednak co najmniej dwuznaczna. Z jednej strony rozwijają praktyczne narzędzia zrównoważonego zarządzania, z drugiej – stale walczą o pozyskanie klientów gotowych zapłacić za ich, jakże kosztowne, usługi.

W Polsce świadomość zagadnienia społecznej odpowiedzialności i potencjalnych jej korzyści dla firmy i otoczenia jest bardzo niska, a presja ze strony konsumentów na wprowadzanie tego typu rozwiązań w zasadzie zerowa. Pozyskiwanie klientów wymaga więc de facto budowania rynku od podstaw. Popyt kreuje się przez pokazywanie korzyści („Zarządzaj odpowiedzialnie – zarobisz”) lub ryzyka („Zarządzaj nieodpowiedzialnie – stracisz”), przy czym dominuje raczej motywacja pozytywna. Nic nie przekonuje biznesu tak silnie, jak wizja zwiększenia zysków.

Tego rodzaju argumentacja przyczyniła się do powstania jednego z największych mitów dotyczących CSR, który powtarzany jest przez kolejnych „ekspertów”: społecznie odpowiedzialne firmy zwiększają zyski. Jak każde kategoryczne stwierdzenie, także i to jest pewnym uproszczeniem. Nie ma jednoznacznych dowodów na potwierdzenie tej tezy, bowiem ilość uwarunkowań i zmiennych, jakie mogą mieć wpływ na wyniki finansowe firmy, jest ogromna. Owszem, można wskazać przykłady przedsiębiorstw, które wprowadziły strategię CSR i osiągają znaczące sukcesy (m.in. Timberland, IKEA, SABMiller). Jednak dobre wyniki są również udziałem firm jej nie posiadających. Wystarczy spojrzeć, jak radzą sobie korporacje paliwowe czy azjatyckie koncerny, działające w warunkach zacznie odbiegających od tego, co moglibyśmy nazwać „zrównoważonym rozwojem”.

Naukowcy zajmujący się tematem CSR stale poszukują potwierdzenia związków między „odpowiedzialnością” a kondycją firmy. Nadal brakuje jednak twardych wskaźników, pozwalających zmierzyć ekonomiczne efekty działań w tej sferze. O ile łatwo oszacować np. korzyści wynikające z przejścia na energooszczędne instalacje (a tego rodzaju działania zaliczane są do CSR-owych), o tyle te z prowadzania dialogu społecznego lub inwestycji w społeczności lokalne nie poddają się analizie w systemie rachunkowym. Pęd do znalezienia idealnych mierników wynika m.in. z tego, że wielu zarządzających nie jest skłonnych do inwestowania w jakiekolwiek działania nie poparte twardymi dowodami efektywności.

Problemem jest brak w środowisku doradców ds. CSR regulacji, które ograniczałyby możliwości łączenia funkcji konsultanta i audytora. Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, gdy firma doradcza przygotowuje dla klienta raport społeczny, a jednocześnie przeprowadza u niego audyt lub występuje w charakterze sędziego w konkursie wyłaniającym najlepsze dokumenty tego rodzaju. Raport społeczny to dokument podsumowujący działalność przedsiębiorstwa w pewnym okresie (najczęściej roku), uwzględniający dane dotyczące zarządzania w kontekście zasad CSR, tj. odnoszące się do wyników i wpływu firmy w obszarach związanych z miejscem pracy, środowiskiem, rynkiem i relacjami ze społecznością lokalną.

Takie praktyki są nie do pomyślenia w sektorze finansowym, silnie regulowanym i nadzorowanym, gdzie podobne łączenie usług jest nie tylko prawnie zabronione, ale i uznawane za nieetyczne. Rynek CSR w Polsce pozostawiono samemu sobie, a branża doradcza nie podjęła dotychczas inicjatywy samoregulacji. Nie istnieje kodeks dobrych praktyk ani żadna organizacja, która mogłaby przyjąć rolę lidera w dostosowywaniu firm konsultingowych do standardów, w kwestii których same doradzają. Znowu mamy problem braku silnej organizacji strażniczej lub instytucji, która nadzorowałaby rynek (taką rolę mógłby przyjąć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów lub Ministerstwo Gospodarki, któremu powierzono przewodnictwo w tej dziedzinie). Sprawia to, że temat nie jest nawet poruszany w publicznych debatach. Poza tym, firmy doradcze są silnie związane z organizacjami promującymi CSR, wobec czego nie są podejmowane żadne dyskusje, które mogłyby uderzyć w ich interesy.

Dodatkowo, żadna z wiodących firm oferujących usługi z zakresu doradztwa ws. CSR nie może poszczycić się konsekwentnie realizowaną strategią zrównoważonego rozwoju. Gorzej, niewiele z nich przygotowuje własne raporty społeczne (a jest to przecież element ich specjalistycznych usług dla innych firm), a te, które się tego podejmują, robią to nieudolnie i nieprzekonująco. Żadnych „odpowiedzialnych” standardów nie wdrażają też firmy PR-owe, które – obok konsultingowych – wyspecjalizowały się w usługach z zakresu CSR. W praktyce ich doradztwo koncentruje się na budowaniu wizerunku i planowaniu spektakularnych akcji udających kampanie społeczne albo projekty wspierające jakąś „dobrą sprawę”. Jednocześnie agencje PR znane są z braku etyki w relacjach z własnymi pracownikami – zatrudniania bez stałej umowy czy wymuszania nadgodzin. Polska branża public relations słynie także z wielu innych grzechów, jak manipulowanie informacjami, korumpowanie dziennikarzy czy opłacanie „niezależnych ekspertów”.

Z punktu widzenia CSR występuje tutaj pewien paradoks. Wiele firm deklarujących prowadzenie działalności zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności uznaje dostawców towarów czy usług za istotnych interesariuszy. Niektóre z nich, jak IKEA czy Nokia, opracowały specjalne standardy obowiązujące dostawców. Wymagają od nich postępowania zgodnie z zasadami etyki i zrównoważonego rozwoju, przestrzegania określonych kodeksów i norm. Nikt jednak nie kontroluje dostawców usług doradczych czy marketingowych – a przecież one także wpisują się w tzw. łańcuch dostaw.

W świecie „dobrych praktyk”

Dopóki nie powstaną silne organizacje strażnicze, nie może być mowy o prawdziwym rozwoju CSR. Promowane w kółko tzw. dobre praktyki – przykłady wzorowego wykorzystania tej koncepcji w praktyce – są oczywiście przydatnym narzędziem, ale pozostawione bez komentarza odwracają tylko uwagę od tego, co naprawdę ważne z punktu widzenia zrównoważonej gospodarki. Firmy, których wybrane praktyki określone zostały jako „dobre”, mogą w Polsce spać spokojnie – złych praktyk póki co nikt z podobną skrupulatnością nie odnotowuje.

W tej sytuacji bardzo łatwo zbudować wizerunek firmy odpowiedzialnej, nawet jeśli równolegle stosuje się nieetyczne zagrania. Zwłaszcza, że polscy konsumenci wykazują minimalne zainteresowanie tymi kwestiami. Nie ma u nas tradycji bojkotów konsumenckich, podczas gdy na Zachodzie najbardziej skompromitowane marki doświadczają wyraźnego spadku sprzedaży. W naszym społeczeństwie, znajdującym się „na konsumpcyjnym dorobku”, jeżeli towar lub usługa spełnia kryteria ceny i jakości – reszta jest do pominięcia. Tzw. rynek odpowiedzialnej konsumpcji jest u nas skrajnie niszowy. Dość powiedzieć, że znajomość pojęcia fair trade (sprawiedliwy handel) deklarowało w 2009 r. zaledwie 3% populacji.

Przykładem tego, jak nieczuli na informacje o złych praktykach są rodzimi konsumenci, może być sprawa Biedronki. Po opisaniu w mediach skandalicznego traktowania pracowników, dochody sieci jeszcze w tym samym roku wzrosły o 25%. Nagłośnienie sprawy mogło wręcz zadziałać jak darmowa reklama – ludzie dowiedzieli się, gdzie można kupować szybko i tanio. Obecnie Biedronka dołączyła do grona firm uprawiających klasyczne wybielanie wizerunku. W opłacanych „artykułach” w prasie informuje o społecznej odpowiedzialności, przekonując wręcz, że troska o pracowników od początku była priorytetem właściciela sieci.

Z tekstu w dodatku do „Rzeczpospolitej” (wydawca: Boston Media, publikacja tematyczna z grudnia 2009) poświęconego CSR, dowiadujemy się, że Biedronce, od początku swojej działalności, udało się uniknąć myślenia o CSR w wąskich kategoriach jeszcze jednego obowiązku firmy. Menedżerowie sieci niemal natychmiast dostrzegli w działalności społecznej olbrzymi potencjał. […] Przykładem takiego nowoczesnego podejścia może być pakiet działań na rzecz pracowników, który stał się wzorem społecznego zaangażowania realizowanego przez pracodawcę. Warto dodać, że tekst nie jest ani podpisany, ani oznaczony jako artykuł sponsorowany. Nikt nie wyraża sprzeciwu wobec takiej formy promocji. Kolejne mity – odpowiedzialnego konsumenta oraz rzetelnych mediów – upadają.

Jednym z niewielu narzędzi piętnowania niedozwolonych praktyk handlowych jest w Polsce Kodeks Etyki Reklamy. To forma samoregulacji, komplementarna wobec istniejących przepisów i umożliwiająca rozstrzyganie w sprawach nadużyć w sferze marketingu. W 2010 r. mieliśmy do czynienia z pierwszym głośnym przypadkiem tzw. greenwashingu i pierwszym prawdziwie obywatelskim sprzeciwem wobec „zielonej” propagandy. Dostawca prądu, firma Enea, została zgłoszona do Rady Etyki Reklamy przez Stowarzyszenie Ekologiczne „Eko-Unia” za kampanię promocyjną pod hasłem „Enea. Czysta energia. Czysty biznes.”. Po rozpatrzeniu sprawy, Rada przyznała rację ekologom, powołując się na zapisy Kodeksu.

W opisie skargi czytamy: Skarżący w prawidłowo złożonej skardze podnosił, że „reklama narusza art. 8 i art. 35 Kodeksu Etyki Reklamy. Firma Enea wprowadza czytelników w błąd obrazem i treścią haseł: »Enea. Czysta energia. Czysty biznes« oraz »Potęga wiatru. Siła wody. Korzystamy z natury, by dać Ci czystą energię«. Hasła te wprost informują o rzekomej przyjazności dla środowiska firmy Enea, robieniu czystego biznesu na czystej energii, która produkowana jest z wiatru i wody”. Skarżący poinformował, że „na stronie firmy Enea (www.enea.pl) można znaleźć jej prawdziwą strukturę nośników energii. Zaledwie 5,26% stanowią w niej energie odnawialne, które symbolizują wiatraki w tej reklamie (w tym z samych wiatraków firma uzyskuje zaledwie 1,1%). Reszta są to energie konwencjonalne, głównie węgiel kamienny (71,3%) i brunatny (20,09%), którego spalanie przynosi szereg zanieczyszczeń środowiska: w powietrzu, glebie i wodzie. Firma poprzez emisję CO2 ma także swój znaczący udział w Polsce w zmianach klimatu”.

Mimo iż treść skarg, jak i decyzje Rady są upubliczniane, firma zdecydowała się na dość kuriozalną strategię obrony: W roku 2009 aż 5,26% energii sprzedawanej przez Enea S.A. (wytwarzanej przez inne niż Enea S.A. podmioty) stanowiła energia uzyskana ze źródeł odnawialnych. Dla porównania, w 2009 roku udział energii z odnawialnych źródeł energii w ogólnej sprzedaży energii konkurentów Enea S.A. wynosił: 1,032% dla Vattenfall Heat Poland (VHP), 1,05% dla PGE oraz 3,03% dla Tauron Polska Energia S.A. Skarżony stwierdził, iż na tle wskazanych wyżej podmiotów, to właśnie Enea S.A. jest liderem w udziale energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych w ogólnej wartości sprzedaży energii. Zgodnie z powyższym tokiem rozumowania, wystarczy być mniej nieekologicznym od konkurentów, aby móc określać się jako przyjazny dla środowiska. To doskonały przykład, jak samoregulacja staje się przyzwoleniem na dostosowywanie interpretacji do własnych interesów.

Czekając na odpowiedzialność

Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy w ogóle potrzebujemy czegoś takiego, jak społeczna odpowiedzialność biznesu – odpowiem „tak”. Potrzebujemy mechanizmów i narzędzi umożliwiających dostosowanie sektora prywatnego do standardów, które umożliwią powstanie gospodarki autentycznie społecznej, inkluzywnej, zrównoważonej. Potrzebujemy kodeksów etyki i dobrych praktyk handlowych – takich, na które można się powołać w razie wykrycia nadużyć. Potrzebujemy świadomych przedsiębiorców i odpowiedzialnych konsumentów, do czego potrzebny będzie długi proces edukacji.

Nie dokonamy tego jednak przy pomocy nachalnej sprzedaży usług doradczych oraz nagłaśniania wyłącznie dobrych praktyk. Do głosu musi dojść społeczeństwo obywatelskie, edukować i aktywizować konsumentów – tak, aby wywołać „popyt” na odpowiedzialność biznesu. Na pewno również nie dokonamy tego pozostając na poziomie zadowolenia z kilku pozytywnych przykładów. Jeśli równolegle nie będziemy piętnować złych, CSR pozostanie listkiem figowym dla korporacji, wygodną i ładnie opakowaną koncepcją, w istocie wpisującą się w neoliberalny styl zarządzania.