przez Ewa Charkiewicz | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
„Polska Solidarna” jest pojęciem po politycznych przejściach. Nie jestem pewna, czy nadaje się do reanimacji. Nie chodzi tylko o to, iż lansowała je partia, która po objęciu władzy nie zrealizowała wyborczych obietnic.
Partie parlamentarne funkcjonują w obrębie politycznych, historycznie kształtowanych możliwości oraz panującej polityki prawdy, która zabetonowana jest w neoliberalnych ramach. Niemal wcale nie ma u nas krytyki tego dyskursu wiedzy/władzy. Panuje wręcz zamieszanie pojęciowe, spowodowane brakiem rozróżnienia między społecznie zakorzenionym liberalizmem (prawa człowieka i państwo pośredniczące w podziale kosztów reprodukcji społecznej – projekt historyczny, bo wszędzie przejechał po nim neoliberalny walec), a neoliberalizmem (państwo jako firma, zarządzanie przez finanse, polityczny podmiot państwa to nawet nie przedsiębiorca, lecz inwestor). W efekcie lewica ma politycznego przeciwnika, który jest zamglonym cieniem i nie ma jak mu się przeciwstawiać.
O ile niektóre dyskusje odnoszą się do świeckości państwa, o tyle do doktryny neoliberalnej nie odnosi się żadna z partii parlamentarnych, które jednocześnie ją wdrażają. To jedna z największych przeszkód na drodze do przyszłej realizacji polityki lewicowej czy polityki solidarności społecznej, czyli takiej, która zapewni bezpieczeństwo socjalne i ekologiczne, wdrażanie wszystkich praw człowieka oraz bardziej sprawiedliwy podział kosztów opieki i wyników wzrostu gospodarczego. Taka polityka nie ma jeszcze w Polsce zaplecza w postaci silnego krytycznego dyskursu, który byłby w stanie osiągnąć taką masę krytyczną, aby przełamać neoliberalny monopol w polityce prawdy. W parlamencie i mediach toczą się gorące spory o politykę obyczajową czy historyczną, ale ustawy społeczne i gospodarcze, ograniczające prawa obywatelskie, przechodzą bez większych dyskusji.
Wśród przyczyn hamujących rozwój lewicowej polityki w Polsce był założycielski dyskurs transformacji, zorganizowany według wzoru przejścia od piekła, czyli totalitaryzmu i nędzy czasów komuny, przez czyściec reform ustrojowych – do raju „wolnego rynku” i „demokracji”, które zapewnią powszechną szczęśliwość i dobrobyt. „Wolny rynek”, opisywany przy pomocy atrybutów prywatyzacji, konkurencyjności oraz efektywności, niewiele ma wspólnego z tym, jak w istocie funkcjonują rynki. Jest natomiast użyteczny jako polityczny ideał czy – jak chce Foucault – „permanentny trybunał ekonomiczny”. Wymusza powszechne dostosowania, w tym przeobraża jednostki w przedsiębiorcze podmioty, którym solidarne państwo nie jest potrzebne, a także uzasadnia likwidację wszelkich ograniczeń w przepływie kapitału, ukrywając zarazem społeczne i ekologiczne koszty. Analogicznie uprawiano ewangelizację na rzecz Unii Europejskiej i „powrotu do Europy”. Transformacja legitymizowała się przez projekcje powszechnego bogactwa i przez Kościół, który nota bene sam ulegał urynkowieniu: księża stali się przedsiębiorcami, którzy zarządzają duszami wiernych oraz parafią jak przedsiębiorstwem.
Ten polityczny PR miał zaplecze w produkcji wiedzy na temat gospodarki, państwa, grup społecznych i jednostek (diagnozy, raporty, strategie, programy, poradniki). Wprowadziła ona kryteria z ekonomii do analiz społecznych i do dyskursu jurydycznego; np. rok temu sądy rodzinne zlikwidowano z powodu ich nieefektywności ekonomicznej. To, co było kategorią praw i potrzeb, przeobrażone zostało w kategorie finansowe– vide nadrzędność diagnozy ekonomicznej nad medyczną w reformach zarządzania ochroną zdrowia. Nowa kategoria, społeczeństwo obywatelskie, jak mówił Foucault w „Narodzinach biopolityki”, to zbiorowość przedsiębiorczych jednostek, wyposażonych do konkurencji z innymi, które kalkulują koszty i korzyści, inwestują w siebie i potomstwo, i czerpią z tego zyski. Pozwala to przerzucić koszty hiperkonkurencji i ryzyka biznesowego do gospodarstw domowych. Ponieważ upowszechnienie normy przedsiębiorczości i wzrost gospodarczy mają rozwiązać problem ubóstwa, polityka społeczna okazuje się zbędna, a jeśli racjonalny ekonomiczny podmiot jest bezrobotny, to na własne życzenie.
Dopóki transformacja ustrojowa nie była „zaklepana” (m.in. przez akcesję do Unii), ten dyskurs działał jak broń masowego rażenia wobec wszelkich tęsknot lewicowych. Dopiero później zaczęły w Polsce powstawać nowe ogniska krytyki społecznej. Jednak wskutek założycielskiego dyskursu transformacji, który wyznaczył granice polityki parlamentarnej, scena polityczna i polityka prawdy bardzo mocno przesunęły się w konserwatywno-neoliberalną stronę. Dzisiaj ten pierwotny dyskurs, który wdrażał i zabezpieczał transformację, jest już zbędny i został zastąpiony przez dwie nowe ramy: postpolityki (zamazanie konfliktów społecznych) i modernizacji (neoliberalizm w nowym opakowaniu).
Kiedy jednak spojrzymy na wspomniane dyskursy przez pryzmat realu, to za regulatywnymi ideałami wolnego rynku i demokracji skrywa się paradoks jednoczesnej widzialności i bezgłosu licznych grup społecznych, dezindustrializacja i likwidacja miejsc pracy, „uelastycznienie” (czytaj: intensyfikacja i potanienie) pracy, prywatyzacja sfery publicznej, kontrola reprodukcji (zakaz aborcji i odbieranie dzieci ubogim matkom), przerzucanie kosztów szeroko rozumianej opieki do gospodarstw domowych. A wszystko to w ramach ustawicznego dążenia do hiperkonkurencyjności i jak chcą doradcy premiera, autorzy raportu „Polska 2030”, w imię rozwoju podporządkowanego akumulacji kapitału.
W 2005 r. prof. Mieczysław Kabaj pisał o stracie netto 5 mln miejsc pracy przy jednoczesnym wzroście liczby osób w wieku produkcyjnym. Część nowych miejsc pracy, jakie później powstały, miała już charakter prekariatu, zwiększyła się migracja za chlebem, rośnie grupa „pracujących ubogich”. Po kryzysie z 2008 r. mamy systematyczny spadek zatrudnienia, który ulegnie przyspieszeniu wraz z realizowanymi cięciami w administracji publicznej i po znacznym ograniczeniu w najbliższych latach transferów z Unii Europejskiej. Próba zagospodarowania przez PO reprezentacji lewicy to nie tylko kalkulacja wyborcza, ale także reakcja na taki przewidywany rozwój sytuacji społecznej.
O ile starsze pokolenia mogą jeszcze czerpać z zasobów z czasów PRL-u, jak uprawnienia do emerytur, to obecne młode pokolenie już nie ma zagwarantowanego bezpieczeństwa egzystencjalnego. Pod koniec lat 90. i na początku kolejnej dekady przed młodymi z wyższym wykształceniem otwierały się ścieżki kariery. Dzisiaj te miejsca pracy są już zajęte, a bywa, że ludzie po studiach pracują przy taśmie w montowniach lub w call centers za grosze. Nawet ci, którzy mają pracę i zdolność kredytową, kupują małe, dwupokojowe mieszkania, bo na większe ich nie stać.
W dużej mierze także demokracja jest użyteczną fikcją. Jej miarą miało być uwłasnowolnienie obywateli i decentralizacja władzy. Tymczasem decentralizacji nie towarzyszyło przekazywanie wystarczających środków na ochronę zdrowia, pomoc socjalną, budownictwo komunalne. Z kolei prawa obywatelskie zostały ograniczone do praw własności oraz wyborczych. Nie ma z czego wybierać wśród partii obecnych w parlamencie, tymczasem ustawa skutecznie blokuje do niego dostęp mniejszym ugrupowaniom. Społeczeństwo obywatelskie to nie tylko strategia upowszechniania form przedsiębiorczych, przeobrażania ruchów społecznych w grupy interesu. To także polityka jako rynek, konkurencja między grupami interesów i organizacjami pozarządowymi, odpowiedzialnymi wobec fundatorów, a nie tych, których mają reprezentować. Sterowane na odległość przez warunki przyznawania grantów, organizacje obywatelskie mogą praktykować filantropię czy świadczyć usługi, z których wycofało się państwo, a krytykę społeczną czy walkę o prawa pracownicze i socjalne mogą uprawiać kosztem własnego życia swoich aktywistów, co prowadzi do reprywatyzacji politycznej odpowiedzialności państwa za warunki życia jego mieszkańców. Dyskursy „społeczeństwa obywatelskiego” i postpolityki skutecznie pozamazywały konflikty społeczne.
Jeśli chodzi o sprzeczności między polityczną retoryką a rzeczywistością, to PiS zmniejszyło podatki dla najzamożniejszych i prowadziło neoliberalną politykę ekonomiczną. W projekcie Konstytucji z 2005 r. prawa socjalne zostały skasowane. W kolejnym projekcie ustawy zasadniczej, przygotowanym przez PiS w 2010 r., przywrócone zostały fragmenty retoryki uprawnień socjalnych, ujęto je jako dobra wspólne, ale poza ramami praw człowieka i obywatela. Ochronę zdrowia potraktowano w kategoriach dostępności, jednak bez gwarancji równego dostępu, jak w obowiązującej ustawie zasadniczej. Wprawdzie lepsze to niż patologizowanie praw socjalnych jako roszczeń, niemniej jest faktem, iż PiS parceluje prawa człowieka, które w ratyfikowanych przez Polskę międzynarodowych konwencjach rozumiane są jako nierozdzielne i uniwersalne. Inny przykład to usunięcie zapisu o prawach kobiet, który zawiera Konstytucja z 1997 r.
PO dąży do redukcji zaangażowania państwa w sferę społeczną i przerzucenia odpowiedzialności na rodzinę, Kościół i organizacje pozarządowe (patrz – „Polska 2030”). Natomiast w PiS-owskich projektach Konstytucji państwo ma zadania społeczne, w tym przeciwdziałanie bezrobociu, bezdomności i innym postaciom wykluczenia, ochronę godności pracy – ale obywatele i obywatelki nie mają zagwarantowanych praw pracowniczych i socjalnych, których realizacji mogą od państwa wymagać. Mamy więc do czynienia z patriarchalnym modelem władzy i opieką w zamian za posłuszeństwo. Dla PiS prawa człowieka to nie prawa, lecz – podobnie jak dla PO – dobrodziejstwa. Główny podmiot polityczny według PiS to naród, o który trzeba dbać, aby Polska była potęgą polityczną i gospodarczą. Imperialną wizję naszego kraju ma również PO.
O ile dla PiS podmiot polityczny stanowi naród jako wspólnota Polaków i katolików, a dla PO – inwestor, o tyle SLD jest partią bez podmiotu. Wprawdzie w dokumentach Sojuszu z 2007 r. są deklaracje, że identyfikuje się on z pracą, a nie z kapitałem, ale formacja ta nie opublikowała programu gospodarczego, który pozwoliłby takie cele realizować. W programie na wybory samorządowe 2010 r. jak ognia unikała politycznego konfliktu, a w prezydenckiej kampanii wyborczej legitymizowała się jako lewica obyczajowa. Poruszała wprawdzie ważne kwestie społeczne i pracownicze, ale ponieważ w neoliberalnym kontekście polityka społeczna to polityka gospodarcza (skoro zakłada on, iż korzyści ze wzrostu gospodarczego skapują do dołu), podobne prospołeczne deklaracje nie interweniują w główne ramy polityki, lecz płyną obok.
Granica między prawicą a lewicą zawsze była do pewnego stopnia umowna, jednak dzisiaj, w czasach neoliberalno-konserwatywnej hegemonii, mamy do czynienia z jej przesunięciem poza obręb dyskursu publicznego i parlamentarnej demokracji. Socjaldemokracja to obecnie polityczny zabytek, a partie, które zajmowały tę pozycję, albo zostały zmarginalizowane, albo przeobraziły się w lewicę neoliberalną, która etykietuje się jako tzw. trzecia droga, odwołując do nowej modernizacji, co czyni zarówno Sławomir Sierakowski i środowisko „Krytyki Politycznej”, jak i Michał Boni. Pojęcia te, jako formy oderwane od sugerowanych przez siebie znaczeń, robią z polityki spektakl, ukrywając zarazem upowszechnienie przemocy, polityki stanu wyjątkowego, instrumentalizację i urynkowienie prawa, czy, jak uważa Wendy Brown, jedna z najwybitniejszych współczesnych feministycznych filozofek, przemieszczenie suwerenności do kapitału i Kościoła – a więc maskują faktyczne stosunki władzy.
Polska lewica straciła zdolność komunikacji i nie stworzyła siatki pojęciowej do krytyki transformacji, co się zmienia dopiero teraz, powoli i grubo za późno. Politycy SLD nie wypracowali analiz, które pozwolą zobaczyć nową rzeczywistość społeczną jak króla bez ubrania. Podobnie jak inni politycy, skupili się na taktyce, na polityce medialnej; nie mają strategii, a nawet języka do zaistnienia w polityce inaczej niż w ramach dozwolonych przez neoliberalizm. Ma to liczne i różnorodne przyczyny, np. MFW i Bank Światowy efektywnie popierali partie postkomunistyczne, gdyż uważali, że włączenie ich do polityki parlamentarnej i rządzenia ułatwi deregulację i prywatyzację. Zarządzanie politycznym ryzykiem przemawiało za tym, aby nie zostawiać ich na zewnątrz, gdzie mogłyby ogniskować opór wobec neoliberalnej transformacji. A domowa patologizacja „postkomuny” wytwarzała u niej zapotrzebowanie na autoprezentację w roli nowoczesnych, rynkowych obywateli. Stworzyło to polityków takich jak Leszek Miller, szef partii nominalnie lewicowej, który domagał się podatku liniowego.
Co istotne, były i są pewne ciągłości między państwowym socjalizmem a neoliberalizmem. Główne zajęcie rządów i administracji od Gomułki po Tuska to rządzenie ekonomiczne, skupione na wzmacnianiu potencjału gospodarczego. Robią to inaczej, w różnych kontekstach, inaczej odnosząc się do podziału efektów wzrostu gospodarczego, ale jego miary (PKB) i podporządkowanie mu społeczeństwa są identyczne. Między innymi dlatego tak łatwo było intelektualnym elitom wychowanym w PRL-u, w tym Leszkowi Balcerowiczowi czy Michałowi Boniemu, przejść od real-socjalizmu do neoliberalizmu.
Taktyczne objęcie przez Bartosza Arłukowicza stanowiska „reprezentanta wykluczonych” pozwala dostrzec, iż Sojusz został wprzęgnięty do roli lewicy neoliberalnej i do konkurencji z PO o to miejsce na scenie politycznej. Jeśli reprezentacja wykluczonych jest dopuszczalna, to tylko przez mianowanie, a więc fikcję demokracji. Ponadto, sama kategoria wykluczonych ma za zadanie jedynie legitymizację rzekomej normy (zamożności), z której 80-90% tzw. społeczeństwa jest wykluczone, służąc jednocześnie jako siła robocza czy zasób fiskalny, z którego dochody mikroklasa zarządzająca państwem przekierowuje na konta wielkiego biznesu i sektora finansów. Bartosz Arłukowicz mianowany jest na przedstawiciela wykluczonych, a więc (prawie) wszystkich po to, żeby „wszyscy” nie mieli swojego przedstawiciela.
Podsumowując, w polskiej polityce parlamentarnej 20-lecia transformacji, w trakcie której pod naciskiem dyskursywnego przymusu scena polityczna bardzo mocno przesunęła się w prawo, pojęcia takie jak lewica czy Polska Solidarna odnoszą się do polityki tożsamościowej reprezentacji, podczas gdy autorytaryzm polityczny i neoliberalne zarządzanie nie są kontestowane. Państwo jest zarządzane jak firma: najważniejszy dokument polityczny stanowi sprawozdanie finansowe, a sfera społeczna to pasywa, które trzeba minimalizować. Mamy więc do czynienia z kryzysem polityki. Dyskurs o Polsce Solidarnej ma zatem formę bez treści w postaci konkretnego politycznego „oprzyrządowania”, takiego jak krytyka poszczególnych polityk i projekty alternatywnych rozwiązań. Dopiero od niedawna fermentuje nowa krytyka społeczna, zagęszczają się kontestacje neoliberalizmu, łamania praw pracowniczych i likwidacji uprawnień socjalnych, polityki antymieszkaniowej, prywatyzacji edukacji. Feminizm dzieli się na neoliberalny i lewicowy – ostatnia Manifa odbyła się pod hasłem sprzeciwu wobec prekariatu i łamania praw pracowniczych. Ruch ekologiczny dostaje nowego wiatru w żagle wraz z rosnącym sprzeciwem wobec energetyki jądrowej, który przez dyfrakcję może dać formę innym protestom społecznym. Nowa jakość w pozaparlamentarnej polityce lewicowej to odchodzenie od ruchów jednej sprawy czy jednej grupy interesu do budowania związków między nimi.
Mamy też pierwsze szczeliny w polityce głównego nurtu, w której konflikt między interesem przetrwania państwa a interesem rynków finansowych w sprawie emerytur i transferów do OFE otworzył konflikt polityczny i podważył fantazmat rynku jako sielanki i jako zastępczego modelu systemu zabezpieczeń społecznych. Z drugiej zaś strony są potrzeby i pragnienia części elektoratu, formy negacji, wezwania do naprawy krzywd transformacji, w tym dotyczących likwidowania praw ekonomicznych i socjalnych. Na razie jednak PiS czy SLD i ich przywódcy nie podważają neoliberalnego porządku transformacji, nie podejmują prób wyobrażenia sobie państwa i rynków inaczej. A szkoda, bo w polskiej polityce parlamentarnej potrzebna jest zarówno lewica katolicka, jak i nowy, postneoliberalny projekt lewicowy.
przez Ewa Charkiewicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Publiczna debata o ubóstwie zwykle nie odnosi się do ważnego problemu. Pomija milczeniem to, jak określone decyzje polityczne w sprawach strategii rozwoju, restrukturyzacji gospodarki i reform państwa skutkują wzrostem ubóstwa. A także to, że w przeważającej mierze obciążają one kobiety z gospodarstw domowych o niskich i średnich dochodach.
Niewidoczna większość
W dokumentach rządowych i w tekstach naukowych bieda ujmowana jest jako problem nieaktywnych, patologicznych jednostek i rodzin. Ewentualnie jako biologiczny problem dziedziczenia wykluczenia, np. na terenach popegeerowskich. Niemal nie widać w nich osób doświadczających ubóstwa inaczej. W takich opisach bieda znika za horyzontem powszechnego wzrostu zamożności, a wręcz ogłoszono jej schyłek. Polityczna racjonalność projektu transformacji opiera się bowiem na założeniu przejścia od biedy i zacofania do bogactwa i rozwoju.
Obraz biedy nie pasuje do tego schematu, toteż nawet umiarkowane głosy na jej temat spotykają się z krytyką. Dyskurs wykluczenia społecznego czy badania biograficzne są po części próbą alternatywnego opisu ubóstwa, w tym także ubóstwa kobiet. Tym niemniej również one skupiają się na jednostkach lub grupach, którym nadawany jest status wyjątku od normy powszechnego dobrobytu. Patrząc na rosnące zróżnicowanie dochodów gospodarstw domowych oraz na nowe postaci ubóstwa, można jednak przyjąć, iż jest ono w Polsce rozpowszechnione. To zamożność jest wyjątkiem.
Polityka gospodarcza i społeczna państwa oparte są na założeniu, iż wzrost gospodarczy przynosi korzyści wszystkim, a więc przyczynia się do systematycznej redukcji ubóstwa. Takie podejście uzasadnia szukanie przyczyn biedy po stronie jednostek. Tymczasem dwa jej główne źródła w Polsce – brak pracy i niskie wynagrodzenia za pracę – są konsekwentnie pomijane.
Interpretacje ubóstwa kobiet
W latach 70. amerykańska badaczka Diane Pearce zaproponowała termin „feminizacja ubóstwa” dla określenia większego udziału kobiet wśród ubogich. Zwróciła też uwagę na ubóstwo samotnych matek i dzieci w ich rodzinach. Teza o feminizacji ubóstwa była kontestowana przez badaczki feministyczne. Krytykowały ją za brak oparcia w badaniach empirycznych, szukały innych metod i wskaźników do analizy związków między ubóstwem a płcią, podważały również stygmatyzujące i dyscyplinujące podejścia do samotnych matek. Inne badaczki z kolei podkreślały, iż płeć (gender) jest zawsze relacją zapośredniczoną przez inne kategorie i zwracały uwagę na związki między ubóstwem a płcią, klasą, rasą, wiekiem i wykształceniem oraz przypisywały wzrost ubóstwa, w tym wśród kobiet, skutkom programów liberalizacji i globalizacji.
Polskie badania społeczne stosują ramę feminizacji ubóstwa – albo odnoszą się do niej, zaprzeczając, iż ma w naszym kraju zastosowanie. Metody jego pomiaru, oparte na kryteriach dochodowych, którymi państwo posługuje się w polityce społecznej, nie pozwalają bezpośrednio zobaczyć zróżnicowania pod kątem płci. Nic więc dziwnego, że wykorzystujące je badania nie potwierdzają tezy o feminizacji ubóstwa w Polsce.
Niektórzy naukowcy, opierając się na badaniach jakościowych, podtrzymują ją jednak. Elżbieta Tarkowska opisuje feminizację ubóstwa jako większe – w tym długotrwałe – bezrobocie wśród kobiet, niższe płace i emerytury, zjawisko samotnego macierzyństwa oraz szczególne obciążenie pracą domową kobiet w ubogich rodzinach. Z wyłączeniem kategorii samotnych matek (badania oparte na kryteriach dochodowych wskazują na zróżnicowanie wewnątrz tej grupy i średnie dochody powyżej minimum socjalnego), taka siatka pojęciowa, odwołująca się do ogólnej kategorii kobiet, zamazuje różnice między nimi.
Analizy danych z przeglądowych badań w latach 2000-2009 wskazują, iż wśród typów gospodarstw domowych o najniższych dochodach (robotnicy, renciści, rolnicy) w dwóch grupach mamy do czynienia z przewagą kobiet, które stanowią 60,7% członków gospodarstw rencistów oraz przeważają w grupie wiekowej 25-54 lata w gospodarstwach robotniczych. W owych typach gospodarstw domowych, podobnie jak w tych utrzymujących się z pomocy socjalnej, gdzie występuje statystyczna przewaga kobiet-głów gospodarstw (70%, 2009), w latach 2000-2009 dochody spadały, podczas gdy we wszystkich pozostałych – z wyjątkiem rolników – rosły. Odpowiedzialna jest za to „widzialna ręka państwa”, które reguluje dostęp do świadczeń socjalnych i rent oraz ich poziom, a także wysokość płacy minimalnej.
Inną interpretację ubóstwa kobiet w Polsce proponują autorzy z Banku Światowego. Wiążą je z dyskryminacją i posługują się ujęciem różnicy między ogólnymi kategoriami kobiet i mężczyzn. Badania te opisują kobiety jako grupę dyskryminowaną w dostępie do rynków pracy, kapitałowego i usług publicznych. Argumentując z perspektywy ekonomicznej użyteczności kobiet, Pierella Paci twierdzi, iż nierówności stanowią barierę dla rozwoju gospodarczego, ponieważ uniemożliwiają wykorzystanie kapitału ludzkiego dyskryminowanej grupy. Zagrożenie ubóstwem wiąże się z brakiem kapitału społecznego, ograniczeniami w jego wykorzystaniu, alkoholizmem, enklawami długotrwałego wykluczenia.
Z tej makroekonomicznej perspektywy nie widać kontekstu egzystencji konkretnych grup kobiet żyjących w sytuacji ubóstwa i ich relacji z instytucjami, a głównym problemem nie jest jakość życia obywateli ani ich polityczna sprawczość, lecz przekonanie, że nierówności płciowe hamują rozwój gospodarki. Analizy tego rodzaju opierają się na neoliberalnej siatce pojęciowej i stanowią podstawę polskiej polityki socjalnej.
Znaczna część rodzimych badań nie pozwala zobaczyć, co robi państwo, gdyż ograniczają się do społeczno-demograficznych atrybutów kobiet jako jednostek lub do ich sytuacji wewnątrz gospodarstw domowych, doświadczanych skrajnym ubóstwem. Wyjątkiem są analizy, które opisują zagrożenie ubóstwem wśród samotnych matek i pokazują na związek z polityką państwa wobec funduszu alimentacyjnegoi. Ponadto, część badaczek i badaczy naturalizuje biedę, ujmując ją jako nieodrodny element kapitalizmu czy wręcz zjawisko, które występuje zawsze i wszędzie, dlatego przeciwdziałanie mu nie jest priorytetem.
Na ubóstwo kobiet można jednak spojrzeć inaczej – z perspektywy ekonomii opieki i obywatelstwa kobiet. Głównym czynnikiem, który różnicuje podział czasu, pracy, obowiązków i zasobów w gospodarstwach domowych oraz w skali rynku czy państwa, są historycznie ukształtowane konstrukcje tożsamości i relacje płci, a także rola kobiet w biologicznej i społecznej reprodukcji. Nie tylko gospodarstwa domowe, lecz także przedsiębiorstwa, gospodarka narodowa i państwo zależą od wkładu reprodukcyjnej i opiekuńczej pracy kobiet, świadczonej bez wynagrodzenia lub nisko wycenianej przez rynek, jak praca zawodowych sprzątaczek, opiekunek i pielęgniarek.
Neoliberalizm i polityki oparte na założeniach wywodzących się z ekonomii podaży, monetaryzmu, nowej ekonomii instytucjonalnej czy neoklasycznej ekonomiki gospodarstwa domowego, przenoszą odpowiedzialność za reprodukcję społeczną i podtrzymanie życia ludzi na rodzinę. Natomiast ekonomia opieki pokazuje związek między pracą opiekuńczą i reprodukcyjną a polityką gospodarczą i społeczną państwa, instytucjami, rynkiem i obywatelstwem kobietii.
Menedżerki ubóstwa
Jak wskazują międzynarodowe badania, 60% nieodpłatnej pracy na rzecz gospodarstw domowych (z uwzględnieniem rolnictwa na własne potrzeby) wykonują kobietyiii. Polskie badania potwierdzają większe obciążenie kobiet pracą domowąiv oraz opiekuńcząv. O ile kobiety zamożne stać na zakup usług opiekuńczych od innych kobiet, o tyle brak środków finansowych jest szczególnie dotkliwy dla gospodarstw o niskich dochodach. Jedne z pierwszych badań ubóstwa w krajach przechodzących zmiany systemowe pokazały, że obok ograniczania wydatków, podejmowania dodatkowej pracy, wyprzedaży posiadanych rzeczy i zaciągania pożyczek, gospodarstwa domowe radziły sobie z nim przez intensyfikację pracy domowej. W przypadku Polski w 1995 r. na strategię tę wskazało 83,2% badanych gospodarstwvi.
Badania jakościowe z kolejnych lat transformacji potwierdzają wzrost obciążenia kobiet pracą domową w celu podtrzymania życia rodzin w kontekście niedostatku. Elżbieta Tarkowska podkreśla rolę kobiet jako „menedżerek ubóstwa” i filarów biednych rodzin, gdyż to one zarządzają pieniędzmi rodziny, aby skromny budżet się domknął podejmują różne strategie, często czasochłonne i męczące, niekiedy upokarzające, aby uzupełnić brakujące środki, spełniają wszystkie domowe obowiązki i działania.
Badania podjęte przez Think Tank Feministyczny nastawione były zarówno na doświadczenia, jak i społeczny kontekst życia kobiet oraz relacje z instytucjami, które wpływają na ich życie. Ich uczestniczki z Krosna i Wałbrzycha mówiły o niedożywieniu, przypadkach głodowania, problemach mieszkaniowych. Wskazywały na utratę zdrowia, wywołaną stresem związanym z permanentną niepewnością. Główną przyczyną ubóstwa, jaka wyłoniła się w rozmowach, jest bezrobocie, związane z kryzysem transformacyjnym czy kryzysem finansowym z 2008 r., oraz zastępowanie stałych miejsc pracy tzw. pracą śmieciową (na czasowych umowach za niskie wynagrodzenie).
Uczestniczki badań, które straciły pracę w likwidowanych fabrykach, pomimo podejmowanych wysiłków już nigdy nie znalazły trwałych form zatrudnienia. Ubóstwo przyczynia się do „głodu czasu” kobiet, które oprócz pracy domowej, opieki nad dziećmi i chorymi czy starszymi członkami rodzin, zajmują się dorywczą pracą zarobkową. Wraz z dziećmi uprawiają zbieractwo, wynajmują się z nimi do prac w gospodarstwach rolnych w zamian za żywność, zajmują się jej produkcją i przygotowaniem posiłków. Spędzają więcej czasu na zakupach w poszukiwaniu najtańszych produktów, poświęcają go też na pozyskanie pożyczek i środków z pomocy społecznej, wreszcie na uczestnictwo w szkoleniach i programach aktywizacji zawodowej, które w opinii uczestniczek nie skutkują znalezieniem pracy. Znaczną rolę w przetrwaniu rodzin odgrywają zasoby z czasów PRL-u, jak emerytury, działki czy mieszkania nabyte przez pokolenia babć i dziadków. Te zasoby są już jednak na wyczerpaniu.
Ubóstwo nie dotyczy uogólnionej kategorii kobiet. Ubóstwo i płeć są „zawsze z czymś”, są zapośredniczone przez klasę, wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania.
Na związek między płcią, odpowiedzialnością za opiekę a ubóstwem wskazują dane GUS nt. beneficjentów pomocy społecznej. W 2008 r., w łącznej liczbie 1,12 mln gospodarstw beneficjentów pomocy społecznej głowami blisko 70% z nich były kobiety. Jak wyjaśniają autorzy raportu, kobiety są rejestrowane jako głowy gospodarstw domowych, ponieważ to one zgłaszają się o pomoc. Największą grupę stanowią te w wieku 18-44 lata, przede wszystkim matki dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnymvii.
Badania wskazują także na olbrzymią różnicę między popytem na pracę a jej podażą, czyli ogromny brak miejsc pracyviii. W grudniu 2009 r. na 51,6 tys. wolnych miejsc pracy przypadało 1,89 mln zarejestrowanych bezrobotnych, czyli statystycznie o jedną ofertę pracy konkurowało 37 osób. Część, a w takich miejscowościach jak Krosno większość nowych miejsc pracy, jest subsydiowana ze środków publicznych i ma charakter tymczasowy.
Dane statystyczne w większości nie uwzględniają zróżnicowania ze względu na płeć. Dopiero analiza danych z perspektywy relacji płci, opieki czy reprodukcji społecznej ukazuje znaczne obciążenie kobiet. W Polsce od ponad pół wieku, tj. od szeregu pokoleń, kobiety ze wszystkich grup społecznych uczestniczą w rynku pracy, a więc zajmują szczególne miejsce na pograniczu produkcji i reprodukcji społecznej. Chociaż, jak wspomniano, rynek czy państwo nie mogą funkcjonować bez wkładu opiekuńczej i reprodukcyjnej pracy kobiet, to nie jest ona doceniana, a płatna praca opiekuńcza jest nisko wynagradzana.
W polityce społecznej opieka jest traktowana jako bezpłatny kobiecy obowiązek, a czas kobiet – jako nieskończenie elastyczny. Opiekuńcza praca kobiet z gospodarstw o niskich i średnich dochodach traktowana jest jako strefa buforowa, gdzie przerzucane są społeczne koszty transformacji czy cięć budżetowych. Dla gospodarstw o najniższych dochodach strefa ta jest na wyczerpaniu. Wskazują na to badania długości życia mieszkańców warszawskich dzielnic, ubogiej Pragi i zamożnego Wilanowa oraz Ursynowa: różnice sięgają odpowiednio 9 i 14,1 lat dla kobiet oraz 16,1 i 18 lat dla mężczyzn na niekorzyść mieszkańców Pragi. Raport warszawskiego Urzędu Miastaix nie przypisuje tego wyższym wskaźnikom biedy, bezrobocia i gorszym warunkom mieszkaniowym – widzi tylko niezdrowy styl życia jako przyczynę nadumieralności w ubogich dzielnicach.
Jak patrzeć, żeby nie zobaczyć
W publikacji Forum Obywatelskiego Rozwoju Anna Kurowskax wyjaśnia, skąd się bierze bieda: otóż jest skutkiem bezrobocia i bierności zawodowej, alkoholizmu, narkomanii, niezaradności oraz dziedziczenia tych postaw. Biedni rodzice nie przekazują dzieciom zasobów finansowych. Polityka społeczna jest szkodliwa, ponieważ utrwala patologiczne zachowania. Do tego katalogu przyczyn ubóstwa autorka dodaje wysokie koszty pracy. Takie poglądy są rozpowszechnione zarówno w dyskursie publicznym, gdzie reprodukują charakterystyczny dla neoliberalizmu rasizm państwowy, oparty na podziale na jednostki użyteczne i nieużyteczne ekonomicznie, jak i w wypowiedziach polityków, jak Leszek Balcerowicz czy minister Boni.
Bieda jest z jednej strony skutkiem braku środków do życia, a z drugiej – produktem dyskursu o ubóstwie (składają się nań badania naukowe, rządowe strategie i polityki, techniki gromadzenia danych statystycznych), który determinuje relacje między państwem i rynkiem a biednymi, a także kształtuje stosunek biednych do samych siebie. W świetle patologizacji ubogich, przyznanie się do niedostatku nastręcza dużych trudności, co stawia pod znakiem zapytania wyniki badań opinii publicznej na temat poziomu życia.
O ile w czasach PRL-u granicę niedostatku wyznaczało minimum socjalne, obecnie głównym narzędziem konceptualnym, za pomocą którego państwo konstruuje ubogich jako grupę, jest minimum egzystencji. Wprawdzie w badaniach naukowych na potrzeby polityki społecznej istnieją inne miary ubóstwa (ubóstwo relatywne, deprywacja materialna), ale minimum egzystencji pozostaje główną metodą, za pomocą której biedzie jest nadawana widzialność polityczna, a niedostatek oddzielany od zamożności. Ubóstwo w tym ujęciu to przede wszystkim skrajne ubóstwo, czyli zakładany tymczasowy brak zdolności do życia na własny rachunek. Założenie, że ubóstwo jest tymczasowe, wynika z politycznego przeświadczenia, iż wzrost gospodarczy prowadzi do wzrostu zamożności, a jego efekty spływają (trickle down), poprawiając dochody wszystkich grup społecznych.
Neoliberalne państwo „widzi” ubogich jako nieproduktywne jednostki, żyjące na koszt podatników. W myśl efektywności ekonomicznej, koszty zabezpieczeń społecznych i pomocy socjalnej należy zmniejszyć. Tym samym, w kontekście deficytu pracy i braku polityk nastawionych na tworzenie miejsc pracy, ludzi ekonomicznie nieużytecznych skazuje się na śmierć. Między neoliberalnym państwem a gospodarstwami domowymi żyjącymi w niedostatku, stoją kobiety, których życie codzienne to walka o przetrwanie.
10,6% odbiorców pomocy społecznej otrzymuje wsparcie w wysokości niższej od tej, do której są uprawnieni, a 8,6% nie otrzymało jej wcalexi. Z danych IPiSS wynika, że kryterium dochodowe uprawniające do pomocy socjalnej, utrzymywane przez państwo na poziomie z 2006 r., tylko o 50 gr różni się od poziomu minimum egzystencji biologicznej dla czteroosobowej rodziny (odpowiednio 351 i 350,5 zł na osobę w rodzinie).
Pomoc socjalna jest obłożona wieloma restrykcjami. Z założenia nie stanowi ona uzupełnienia dochodów ponad ustawowy poziom ubóstwa. Od poziomu odliczane są już posiadane dochody (np. alimenty 150-300 zł) i do tego dodawana jest pomoc pieniężna, w przypadku niektórych zasiłków w wysokości połowy różnicy między pułapem dochodowym a posiadanym dochodem – oraz wedle finansowych możliwości gmin. Na mocy ustawy z 2004 r., pomoc pieniężna jest uzależniona nie tylko od kryteriów dochodowych, ale też od jednego z dodatkowych kilkunastu czynników (np. niepełnosprawność, alkoholizm). Środki na pomoc są niewystarczające, a większość kosztów (75% według GUSxii) ponoszą gminy. Decentralizacji odpowiedzialności za pomoc socjalną, podobnie jak w przypadku ochrony zdrowia, nie towarzyszy przekazywanie odpowiednich kwot. Jednocześnie, podejmowane są decyzje, które realnie uszczuplają dochody gmin, jak niedawna o zmniejszeniu ich dochodów z podatków CIT i PIT.
Niewystarczające środki i patriarchalna kultura owocują wzrostem represyjności pomocy socjalnej wobec tzw. klientów pomocy, których większość stanowią kobiety. Pozbawione możliwości udzielania rodzinom wsparcia finansowego, wyposażone w narzędzia nadzoru i przepracowane pracownice socjalne – w Wałbrzychu i Krośnie na każdego pracownika przypada ponad 100 klientów – zwracają się przeciwko swoim podopiecznym. – Pani sprzeda psa, to będzie pani miała na życie. Dywan też ma pani sprzedać – usłyszała jedna z uczestniczek badań Think Tanku Feministycznego.
Publicznie widzialnym wymiarem tej represyjności jest pozbawianie praw do opieki nad dzieckiem. Szacuje się, iż 20% dzieci jest odbieranych rodzinom z powodu ubóstwa. Uczestniczki badań TTF podkreślały, że żyją pod ciągłą groźbą pozbawienia ich dziecka.
Zamrażana, obłożona restrykcjami „pomoc” dla ubogich jest na bardzo niskim poziomie: w 2008 r. stanowiła 0,18% PKB. Na świadczenia pieniężne dla 1,12 mln gospodarstw domowych państwo przeznaczyło 76,5 mln zł, tj. średnio 68,11 zł na gospodarstwoxiii. W biednych powiatach, np. krośnieńskim w 2008 r., pomoc wyniosła 25 zł na osobę. Pomimo iż od 1994 r. PKB rośnie, Polska ma jeden z najniższych w UE udziałów wydatków na pomoc socjalną i mieszkaniową, świadczenia dla dzieci oraz zasiłki dla bezrobotnych.
Widzialna ręka neoliberalnego państwa
Neoliberalizm, czyli wprowadzenie matrycy ekonomicznej i modelu rynku do zarządzania sferą społeczną (zabezpieczenia społeczne, pomoc socjalna, edukacja, ochrona zdrowia, ochrona środowiska, kultura) i do zarządzania państwem, powoduje, że z optyki państwa znikają obywatelki i obywatele. Jak pisał Michel Foucault, model ten funkcjonuje jak stały trybunał ekonomiczny, który wymaga ustawicznego dostosowywania się jednostek.
Państwo socjalistyczne czy państwo opiekuńcze dzieliło z gospodarstwami domowymi koszty opieki i reprodukcji społecznej. Neoliberalizm jako teoria ładu ekonomicznego i jako projekt zarządzania państwem i ludnością zanegował podział na prywatne oraz publiczne, zatarł granice między państwem a rynkiem i włączył sferę społeczną do tego ostatniego. Neoliberalne państwo-firma nastawione jest na maksymalizację wzrostu gospodarczego, przewag konkurencyjnych i wspieranie akumulacji kapitału, a podmiot polityczny, który jest głównym przedmiotem jego troski, to nawet nie przedsiębiorca – lecz inwestor. Wobec biednych i bezrobotnych stosowana jest strategia ich aktywizacji do pracy, której nie ma. Koszty podtrzymania życia i reprodukcji społecznej przerzucane są do gospodarstw domowych i na barki kobiet. Neoliberalne państwo nie ma innych rozwiązań problemu ubóstwa.
W kontekście niedoboru i intensyfikacji pracy oraz wzrostu udziału nisko płatnych i niepewnych form zatrudnienia, zakres i dotkliwość ubóstwa rośnie, a wraz z nim – obciążenie kobiet. Zarazem polityka społeczna jest programowana i wdrażana w neoliberalnych ramach podporządkowania polityce makroekonomicznej (gdzie sfera społeczna to ośrodki kosztów, które należy redukować) i nie zabezpiecza nawet gospodarstw domowych znajdujących się w skrajnym ubóstwie. W miejsce opuszczane przez państwo wchodzi sektor prywatny, wspierany ideologią profesjonalizacji usług opiekuńczych.
Gdy praca opiekuńcza ulega utowarowieniu, jej wartość jest deprecjonowana, tym razem przez rynek. Kobiety z gospodarstw o najniższych dochodach są zatrudniane w firmach świadczących usługi opiekuńcze na prywatnych i publicznych rynkach – na warunkach, które lokują je w kategorii „pracujących ubogich”, nie zapewniając bezpieczeństwa egzystencjalnego. Nadal nieodpłatnie wykonują pracę opiekuńczą w swoich domach, a jednocześnie za pośrednictwem firm za niskie wynagrodzenie świadczą ją na rzecz innych.
Aby ubóstwo i przeobrażanie ekonomii opieki w rynek usług publicznych były politycznie strawne, należy je maskować za pomocą różnych zabiegów, jak patologizacja ubogich (dysfunkcyjne rodziny), biologizacja (dziedziczenie ubóstwa), nadawanie biedzie statusu wyjątku (enklawy), resubiektywizacja ubogich jako racjonalnych ekonomicznie jednostek, które same dokonują wyboru bezrobocia czy złych warunków mieszkaniowych.
Alternatywne strategie
Redukcja i przeciwdziałanie ubóstwu wymaga innych podstaw polityki, w tym innej polityki makroekonomicznej. Należy zwiększyć dochody państwa, aby móc dzielić koszty reprodukcji społecznej (pomocy socjalnej, zabezpieczeń społecznych, ochrony zdrowia, edukacji) z gospodarstwami domowymi, w tym realizować ustawowe uprawnienia do pomocy socjalnej.
W ramach neoliberalnych założeń polityki gospodarczej i pod wpływem globalnej konkurencji, podatki w Polsce, szczególnie świadczone przez firmy (CIT) oraz koszty podatkowe pracy, są jednymi z najniższych w Unii Europejskiejxiv. Uniemożliwia to realizację praw socjalnych obywateli, gwarantowanych w Konstytucji. Od kobiet pobierany jest „podatek reprodukcyjny” w postaci świadczonej przez większość z nich nie wynagradzanej pracy opiekuńczej, bez której rynek czy państwo nie mogą funkcjonować.
Jak już wspomniano, główną przyczyną ubóstwa jest brak pracy i praca za niskie wynagrodzenie. W dyskusjach na temat wzrostu gospodarczego z redukcją ubóstwa (pro-poor growth) wskazuje się na trzy czynniki niezbędne dla umożliwienia wyjścia z biedy: (1) uniwersalny dostęp do usług publicznych (włączając opiekę nad dziećmi, osobami starszymi i niepełnosprawnymi), (2) zmniejszenie skali nierówności, (3) zwiększenie dochodów najgorzej sytuowanych grup, w tym kobietxv, poprzez: wzrost popytu na pracę, podwyższenie płac minimalnych oraz zwiększenie transferów społecznych, szczególnie na rzecz gospodarstw domowych o najniższych dochodach. Realizacja tych celów wymaga podporządkowania polityki makroekonomicznej i strategii rozwoju gospodarczego uniwersalnym i nierozdzielnym prawom człowieka, w tym prawom kobiet.
Aby takie zmiany były możliwe, należy zakwestionować neoliberalną politykę i maski, jakie nakłada na ubóstwo, usuwając zarazem z pola widzenia obciążenie kobiet. Neoliberalne dystopie rozwoju, jak przyjęty przez rząd dokument „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe”, do którego odwołują się autorzy budżetu na 2011 r., będą przyczyniać się do wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wzroście ubóstwa. Ujęcie kobiet jako grupy specjalnej troski czy starania o formalną równość między ogólnymi kategoriami kobiet i mężczyzn nie podważają neoliberalnej polityki, zamazują sytuację kobiet żyjących w ubóstwie, a zarazem wpływają na osłabienie sojuszu kobiet i mężczyzn z uciskanych grup, którymi staje się większość społeczeństwa.
Ewa Charkiewicz
Think Tank Feministyczny
Niniejszy tekst jest skróconą i nieco zmienioną we współpracy z autorką wersją rozdziału „Polskiego Raportu Social Watch 2010 – Ubóstwo i wykluczenie społeczne”, przygotowanego przez Polską Koalicję Social Watch i Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu (EAPN PL). Całe wspomniane opracowanie można pobrać ze strony koordynatora Koalicji, Kampanii Przeciw Homofobii: www.kph.org.pl.
Przypisy:
i I. Desperak, Bez alimentów, 2010, http://www.rozgwiazda.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=102:bez-alimentow&catid=64:alimenciary&Itemid=106.
ii E. Charkiewicz i A. Zachorowska-Mazurkiewicz (red.), Gender i ekonomia opieki, Warszawa 2009.
iii D. Budlander, Statistical comparison of care and non-care work across six countries, Genewa 2008.
iv B. Mikuta, Studia nad wartością pracy domowej w mieście i na wsi ze szczególnym uwzględnieniem funkcji żywieniowej, Praca doktorska SGGW, Warszawa 2000.
v B. Bobrowicz, Alokacja czasu wewnątrz gospodarstwa domowego [w:] „Strukturalne i kulturowe uwarunkowanie aktywności zawodowej kobiet w Polsce”, red. I. Kotowska, Warszawa 2009.
vi R. Milic-Czerniak, Gospodarstwa domowe w krajach Europy Wschodniej. Skutki przemian 1990-1995, Warszawa 1998.
vii GUS, Sytuacja gospodarstw domowych w 2009 w świetle wyników badań gospodarstw domowych, Warszawa 2010.
viii GUS, Popyt na pracę w 2009, Warszawa 2010.
ix Urząd m.st. Warszawy, Raport o stanie zdrowia mieszkańców Warszawy, Warszawa 2010.
x A. Kurowska, Skąd się bierze bieda?, „Zeszyty Forum Obywatelskiego Rozwoju” nr 5/2008.
xi GUS, Beneficjenci pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych w 2008, Kraków 2009.
xii ibidem.
xiii ibidem.
xiv E. Matyszewska, PIT w Polsce niższy od średniej w UE. DGP and Pricewaterhouse report on taxation in the EU, „Dziennik Gazeta Prawna” (B2), 4-6 czerwca 2010 r.
xv S. Mehrotra, E. Delamonica, Eliminating human poverty. Macroeconomic and social policies for equitable growth, Londyn 2007.