Budżety obywatelskie – rewolucja czy para w gwizdek?

Budżet partycypacyjny (zwany też obywatelskim) jeszcze kilka lat temu jawił się w Polsce jako ekstrawagancka mrzonka. Dziś takie rozwiązanie jest coraz częściej uznawane i stosowane w polityce lokalnej. Wdrożono je w naszym kraju w ponad 80 samorządach, z tego w kilkunastu już przynajmniej dwukrotnie. To głównie miasta, kilka powiatów oraz jedno województwo – podlaskie, w którym na to rozwiązanie zdecydowano się dotychczas jednokrotnie w 2013 roku. Budżet obywatelski dotyczy więc zarówno gminy Krobia (13 tys. mieszkańców), jak i miasta Warszawa (ponad 1,7 mln mieszkańców). Wszystko wskazuje na to, że możliwość udziału w takim mechanizmie będzie miała coraz większa liczba Polaków. Warto zatem już dziś przyjrzeć się jego blaskom i cieniom.

Początki odległe i bliskie

Budżet obywatelski, mówiąc najprościej, to mechanizm, w ramach którego mieszkańcy współdecydują o wydzielonej części budżetu, a więc o dystrybucji środków publicznych.

Początki budżetu partycypacyjnego związane są z Brazylią, a dokładniej z miastem Porto Alegre. W roku 1990 wprowadzono w nim różne projekty mające na celu aktywizację mieszkańców. Flagowym rozwiązaniem był właśnie budżet partycypacyjny. Tamtejsze rozwiązanie, dziś znane i stanowiące źródło inspiracji w wielu miejscach globu, składa się z trzech etapów. Pierwszy to otwarte zgromadzenia mieszkańców, na których podaje się informacje na temat projektów zrealizowanych w ubiegłym roku i podejmuje decyzje dotyczące samych procedur ustalania budżetu. Odbywają się wtedy również wybory delegatów reprezentujących poszczególne osiedla/dzielnice na forach tematycznych i terytorialnych. Drugi etap to tzw. spotkania pośrednie. Delegaci rozmawiają na nich z mieszkańcami o potrzebach poszczególnych osiedli czy ulic, a także debatują w swoim gronie na temat pomysłów ogólnomiejskich. Powstają na tym etapie konkretne projekty, m.in. w oparciu o priorytety wcześniej wskazane przez mieszkańców. Odwiedzane są również miejsca, w których owe projekty mają być realizowane oraz przeprowadza się konsultacje z ekspertami. Trzeci etap polega na powołaniu na otwartym zgromadzeniu mieszkańców Rady Budżetu Partycypacyjnego. Rada ma za zadanie zebrać przedstawione projekty, zestawić je z środkami w miejskim budżecie na przyszły rok i w ten sposób (konsultując się jeszcze z mieszkańcami) przekształcić w konkretny plan inwestycyjny. Oczywiście powyższy schemat nie oddaje całej skali i złożoności procesu tworzenia budżetu w Porto Alegre.

Warto jednak pamiętać, że nic nie jest dane na zawsze. – Obecnie budżet partycypacyjny w tym mieście nie działa najlepiej – przyznaje Inga Hajdarowicz, socjolożka przeprowadzająca badania budżetu obywatelskiego w Kolumbii, członkini rady programowej ds. budżetu obywatelskiego w Krakowie. – Właściwie ta sytuacja panuje od momentu, gdy wybory samorządowe wygrała inna partia. Ludzie oczywiście na tę partię głosowali i ją wybrali, ale partia dążyła do tego, żeby budżet zmniejszyć oraz ograniczyć jego znaczenie. Pokazuje to, że budżet partycypacyjny, choć stanowi narzędzie demokracji bezpośredniej, jest podatny na klimat polityczny i zależny od niego. Świetnie to widać w kolumbijskim Medellín. To, co się udało tam zrobić, a czego nie ma w innych miastach, to uznanie budżetu partycypacyjnego za część polityki publicznej. Oznacza to, że jest on wprowadzany uchwałą rady miasta, ale prawo mówi, że co roku prezydent jest zobowiązany do tego, aby ten budżet zorganizować na poziomie co najmniej 5 proc. ogólnego budżetu. Jeżeli władze są propartycypacyjne, to udział tego mechanizmu w całości wydatkowanych środków miejskich wynosi nawet 11 proc. Obecnie burmistrzem Medellín jest członek partii mocno neoliberalnej, więc on najchętniej tego budżetu by się pozbył, ale ponieważ budżet jest zagwarantowany prawnie, nie może go zlikwidować.

W Polsce pierwszy raz wprowadzono budżet obywatelski w Sopocie w roku 2011. Najpierw Rada Miasta podejmuje uchwałę inicjującą utworzenie budżetu partycypacyjnego. Następnie organizowana jest kampania informacyjna (ulotki, wiadomości w internecie, materiały prasowe), obejmująca m.in. cykl spotkań urzędników z mieszkańcami, najczęściej według klucza dzielnicowego. Na tych spotkaniach, a także drogą internetową, zbierane są projekty inwestycyjne – pomysły mieszkańców na to, jak wydać część publicznych pieniędzy. Projekty podlegają weryfikacji przez urzędników według kryteriów formalno-prawnych (możliwość realizacji, kompetencje miasta itd.). Następnie dochodzi do głosowania, zwykle rozłożonego na czas ok. tygodnia, podczas którego mieszkańcy mogą wybrać najlepsze projekty. Głosować można tradycyjnie, wrzucając wypełnioną kartę do jednej z urn rozstawionych w różnych miejscach lub przez internet. Zwycięski projekt lub projekty – mieszczące się w ramach ustalonego budżetu – są realizowane.

– Oprócz tego, że Sopot był pionierem, jeśli chodzi o czas, trudno ukryć, że pierwsza edycja pełna była różnych wpadek, np. prezydent wciągnął na listę projekty, które w głosowaniu zyskały mniejsze poparcie, ale jemu się szczególnie podobały. Pomysły były też bardzo zmieniane przez urzędników na etapie weryfikacji – opowiada Ewa Stokłuska, współprzewodnicząca warszawskiej Rady ds. budżetu partycypacyjnego, działająca w Laboratorium Partycypacji Obywatelskiej przy Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. – Obecnie dużo się pozmieniało, na pewno ukrócono pewną swobodę w kwestii zmieniania projektów, więc poszło to w lepszą stronę. Osobiście nie uważam, że Sopot należy do pierwszej piątki miast najlepiej korzystających z budżetu obywatelskiego, ponieważ są miejsca, które poszły dużo dalej, np. ustalają zasady z mieszkańcami, czego Sopot nie robi.

Jednocześnie budżet obywatelski w Sopocie modelowo pokazuje, że obywatele nie kierują się jedynie doraźnym interesem, lecz potrafią na lokalną politykę patrzeć znacznie szerzej. W pierwszej edycji, wśród kilkunastu zrealizowanych projektów, najwięcej głosów i kwotę 200 tys. złotych na realizację, uzyskał projekt segregacji odpadów komunalnych. Efekt? Poziom recyklingu w 2014 r. w mieście wyniósł 53,2 procent. Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska Sopot taki poziom przetwarzania odpadów powinien osiągnąć dopiero w 2020 r. i pod tym względem wyprzedza większość polskich miast.

Budżet doskonały i jego wrogowie

W kanonicznej postaci budżet partycypacyjny powinien spełniać pięć kryteriów1. Po pierwsze, mieszkańcy powinni kontaktować się ze sobą na publicznych spotkaniach. Otwarta debata nad budżetem stanowi kluczowy warunek, umożliwiający wykrycie zbieżności i konfliktów między potrzebami mieszkańców. Łatwo wyobrazić sobie sytuacje, gdy na etapie przygotowania projektów kilka osób zamierza wnieść własne pomysły, a debata umożliwia im dojście do porozumienia i zaproponowanie projektu wspólnego, bardziej przemyślanego i uniwersalnego, a co za tym idzie – mającego większe szanse zwycięstwa i realizacji. Przykładem skutków braku dyskusji jest przypadek Poznania, gdzie w głosowaniu wygrał projekt odnowienia stadionu żużlowego. Dopiero po fakcie okazało się, że część mieszkańców jest niechętna realizacji tego pomysłu i zamierza przeciwko niemu protestować. W ten sposób idea, mająca stanowić wyraz woli mieszkańców, okazuje się źródłem konfliktu. Spotkania mieszkańców wprawdzie nie musiałyby, ale mogłyby już na wstępnym etapie ujawnić i załagodzić konflikt interesów.

Niestety w Polsce w ramach budżetu obywatelskiego punkt dotyczący publicznych spotkań mieszkańców realizowany jest mniej więcej w zaledwie co trzecim samorządzie, a i tak odbywa się to w sposób bardzo ograniczony. Często spotkania stają się nie tyle forum debaty, ile spotkaniem z urzędnikami, okazją do wyjaśnienia formalnych zasad głosowania. Przede wszystkim jednak w większości przypadków są one słabo rozreklamowane, co skutkuje niską frekwencją. Nie spełniają w związku z tym podstawowej funkcji – zapewniania platformy dialogu. W efekcie każdy projekt budżetowy jest ideą pewnej grupy osób, nieuwzględniającą potrzeb i aspiracji innych grup. Właśnie ze względu na to, wbrew głoszonym hasłom, mieszkańcy nie współtworzą budżetu – oni jedynie głosują na projekty do budżetu. – Procedura budżetu obywatelskiego nie uczy obywateli dzielenia pieniędzy publicznych – komentuje Lech Mergler, społecznik aktywny w wielu organizacjach, jeden z założycieli poznańskiego stowarzyszenia Prawo do Miasta. – Nie mówi nam, skąd się biorą pieniądze miejskie, jaka jest struktura budżetu, co jest częścią sztywną, a co ruchomą. Jest to jedynie rodzaj konkursu grantowego, który mógłby być bardziej powszechny, bardziej demokratyczny, ale w obecnej formule jest to tylko „ochłap” rzucony mieszkańcom, wykreowany, z dużym udziałem mediów, na objaw wielkiej zmiany. Wokół tego ochłapu kręcą się pewna narracja i show.

Drugą cechą wzorowego budżetu partycypacyjnego jest to, że powinien on dotyczyć całej jednostki (miasta/gminy, powiatu, województwa), a nie jedynie wybranego fragmentu. Ten warunek w zdecydowanej większości polskich przypadków został spełniony.

Po trzecie, budżet obywatelski powinien mieć wiążący charakter. Chodzi o to, żeby uniknąć sytuacji, gdy projekty są odrzucane ze względu na niejasne, arbitralnie formułowane kryteria. Ograniczenia powinny wynikać tylko z jednoznacznie określonych przyczyn formalno-prawnych, dotyczących kompetencji samorządu, prawa własności do miejsca realizacji potencjalnego projektu itd. Bez spełnienia tego warunku cała procedura budżetu obywatelskiego jest mało przejrzysta, a czynnikiem decydującym, zamiast woli mieszkańców, stają się urzędnicy. Ten demokratyczny aspekt budżetu partycypacyjnego wymaga niestety w Polsce daleko idącego udoskonalenia. – Złożono dużo projektów, które miały być realizowane na terenie miasta, ale np. dotyczyły dróg wojewódzkich czy powiatowych. Wnioski te odrzucono, ponieważ miasto nie może dofinansowywać zadań powiatu lub województwa – relacjonuje Arkadiusz Mielewczyk, pomysłodawca i szef Stowarzyszenia Lęborski Budżet Obywatelski. – Radni wykazali jednak na przykładach konkretnych uchwał, że w ramach porozumień miasto przekazuje innym organom samorządu miliony złotych, np. współfinansuje remonty dróg powiatowych czy inwestycje PKP. Przed podjęciem decyzji wystarczyło wykonać prosty ruch: wystosować pismo do starostwa, czy jest ono zainteresowane współfinansowaniem jakiegoś zadania, na które mieszkańcy złożyli projekt w ramach budżetu obywatelskiego. W Lęborku znajdują się zarówno urząd miasta, jak i starostwo powiatowe. Mieszkańcy chodzą po tych chodnikach, jeżdżą po ulicach i nie mają świadomości, czy są one własnością starostwa, miasta czy PKP. Przy odrobinie dobrej woli burmistrz mógł wystąpić do tych organów z odpowiednim zapytaniem.

Po czwarte, wielkość budżetu partycypacyjnego powinna być powszechnie znana już przed etapem zgłaszania propozycji. Oczywiście kwota ta nie powinna się zmieniać do czasu głosowania oraz ostatecznej realizacji wygranych projektów. Pod tym względem większość budżetów obywatelskich w Polsce działa modelowo. Zdarzały się jednak sytuacje, gdy kwota przeznaczona na budżet obywatelski była zmniejszana. O ile nie trzeba nikomu tłumaczyć, dlaczego takie praktyki są niedopuszczalne, o tyle warto dodać, że niewskazane jest również powiększanie przekazywanej kwoty, gdyż stanowiłoby podważenie klarowności reguł i może budzić wątpliwości czy podejrzenia, że projekt tworzony jest pod jakieś konkretne działania.

Piątym warunkiem, który powinien spełnić budżet obywatelski, jest cykliczność. Nie może być to tylko epizodyczny element polityki samorządowej. W większości polskich przypadków spełnienie tego kryterium stoi jeszcze pod znakiem zapytania, ponieważ odbyła się dopiero jedna edycja, ale kolejne są zazwyczaj planowane.

Autorzy raportu „Budżet partycypacyjny w Polsce: Ewaluacja” zauważyli, że jedynie co dziesiąty polski budżet spełnia powyższe pięć warunków. Tymczasem stanowią one absolutne minimum, jeżeli chciałoby się mówić o realnym, a nie fasadowym budżecie obywatelskim.

Demokracja z problemami

Spełnienie tych zasad nie gwarantuje oczywiście sukcesu budżetu obywatelskiego. Na każdym etapie jego wprowadzania – począwszy od przygotowań, a kończąc na realizacji zwycięskich projektów – jest wiele czynników trudnych do przewidzenia, szczegółowych rozstrzygnięć do wypracowania oraz lokalnych uwarunkowań, do których trzeba się dostosować.

Przede wszystkim istotne jest ustalenie kwoty do rozdysponowania za pomocą tego mechanizmu. W większości przypadków wynosi ona mniej niż 1 proc. całego budżetu – np. w Warszawie to 0,184 proc., w Szczecinie 0,244 proc., w Bydgoszczy 0,658 proc. Bardziej znaczącymi pozycjami bywają środki tego typu w mniejszych miejscowościach – np. w Kraśniku to 1,859 proc., a w gminie Kęty rekordowe 3,403 proc. Nawet w Łodzi, gdzie budżet obywatelski jest najwyższy w Polsce pod względem wartości bezwzględnej (20 mln zł), stanowi on zaledwie nieco ponad 1 proc. budżetu miasta. – Jeżeli wielkość budżetu obywatelskiego zostałaby znacznie zwiększona i nie polegałby on na tym, że postawimy tu czy tam jedną ławeczkę albo damy szkole jeszcze jeden komputer, a dotyczyłby np. tego, jak mają się rozwijać zasoby mieszkań komunalnych Warszawy, mieszkańcy żywo zainteresowaliby się tym, gdyż wiedzieliby, że dotyczy to ich najważniejszych problemów. Nikły związek pomiędzy budżetem partycypacyjnym a ogólną polityką miasta naraża tę inicjatywę na śmieszność i, przynajmniej w obecnym wydaniu, na porażkę – ocenia Maciej Łapski, prezes stowarzyszenia Warszawa Społeczna.

Niezależnie od kwoty przeznaczonej na budżet obywatelski, warto zastanowić się nad regulacją tego, jaki jej procent może być przeznaczony na jeden projekt. W stolicy, gdzie głosowanie dotyczyło poszczególnych dzielnic, zgłoszono kilka projektów, które w razie gdyby zdobyły największe poparcie, w całości wyczerpałyby kwotę budżetu obywatelskiego w dzielnicy. Na Ursynowie projekt taki nawet wygrał. Warto zastanowić się, czy warto zgadzać się, by takie sytuacje miały miejsce. Do rozstrzygnięcia pozostanie także wątpliwość, czy realizowane powinny być projekty, które uzyskały mniejsze poparcie, ale są tanie i w ten sposób zmieściły się w budżecie, uzupełniając droższy projekt.

Wielu problemów nastręcza kwestia weryfikacji projektów. Optymalne byłoby ograniczenie roli urzędników do kontroli projektów pod względem ściśle formalno-prawnym. Przede wszystkim chodzi tu o kwestie prawa własności, gdyż nie istnieje możliwość realizacji projektu na działce należącej do osoby prywatnej. Ponadto na tym poziomie powinno się weryfikować projekty ze względu na możliwość ich realizacji z racji kompetencji samorządu. Takiej weryfikacji zabrakło w Kraśniku, gdzie zwyciężył projekt naprawy dachu kościoła. Nie został on jednak zrealizowany, ponieważ okazało się, że prawo nie zezwala na finansowanie obiektów sakralnych z publicznych środków. Mobilizacja sporej grupy mieszkańców poszła więc na marne, co może poskutkować ich mniejszą aktywnością w kolejnych edycjach, a być może w działalności społecznej w ogóle.

Również na etapie weryfikacji projektów pojawia się kwestia ustalenia ich szacunkowej wartości. Ważne, aby zgłaszający projekt sam mógł podać kwotę pożądaną dla jego realizacji, gdyż nadaje to całej procedurze dodatkowy wymiar edukacyjny, motywując mieszkańców do spojrzenia na swoje pomysły z ekonomicznej perspektywy. Jednocześnie zgłaszający powinien mieć możliwie łatwy dostęp do ekspertów czy urzędników, którzy służyliby konsultacjami.

Istotne jest również ustalenie liczby projektów, które wezmą udział w głosowaniu. Czy będą to wszystkie zgłoszone (i poprawne z formalno-prawnego punktu widzenia) projekty, czy też musi odbyć się jakaś wstępna selekcja? Pierwszy scenariusz grozi powtórzeniem problemów Szczecina, gdzie projektów na karcie do głosowania było prawie 200. Wprowadzało to chaos i zwiększało prawdopodobieństwo pomyłek oraz rozpraszało głosy mieszkańców, pozbawiając legitymizacji nawet ostatecznie wybrane projekty. W wariancie wstępnej selekcji koniecznością wydaje się udział w procedurze przedstawicieli mieszkańców, np. wylosowanych spośród chętnych. Niewątpliwie proces selekcji mogłyby wspomóc organizowane wcześniej spotkania mieszkańców we własnym gronie – co wydaje się najbardziej demokratycznym rozwiązaniem tego dylematu. Tego typu rozwiązania planowane są w drugiej edycji warszawskiego budżetu obywatelskiego. Wnioskodawcy we własnym gronie – choć każdy inny może przyjść jako obserwator – wybiorą 50 projektów (w pierwszej edycji budżetu zgłoszono 2200 projektów) i dopiero wtedy będą one weryfikowane przez urzędników pod względem formalnym. Urzędnicy niekoniecznie będą musieli projekt przyjąć lub odrzucić – mogą także zasugerować zmiany, wnosić o uzupełnienia itp. Ponadto, już na wcześniejszym etapie, z każdym z autorów propozycji będzie można się skontaktować, porównać projekty lub zasugerować ich połączenie w jeden na specjalnie do tego przeznaczonym forum internetowym.

Może to zapobiec wspomnianej już sytuacji z Poznania, zaistniałej przy okazji budżetu obywatelskiego 2014. Wśród trzech zwycięskich propozycji znalazł się projekt pt. „Sportowy Golaj”. Przewiduje on gruntowną przebudowę stadionu żużlowo-piłkarskiego na poznańskim Golęcinie i zaadaptowanie go, wraz z otaczającym kompleksem, na potrzeby zawodów żużlowych, futbolu amerykańskiego i kolarstwa. Około 14 tys. poznaniaków podpisało się pod projektem, który przewidywał przeznaczenie na ten cel 3,5 mln zł. Znacznie później odbyły się konsultacje społeczne dotyczące zagospodarowania terenów na Golęcinie oraz okolicznego jeziora Rusałka. W ostatnim dniu konsultacji stowarzyszenia My-Poznaniacy oraz Prawo do Miasta wystosowały do prezydenta Poznania list, w którym stanowczo sprzeciwiały się planom przywrócenia na Golęcinie zawodów żużlowych. Wykazują w nim, że pomysł ten w dłuższej perspektywie jest mało rentowny i miasto będzie musiało do niego dopłacać. Przede wszystkim jednak hałas generowany w czasie zawodów i treningów żużlowych jest niedopuszczalny w takim miejscu, czyli na terenach rekreacyjnych w okolicach jeziora. Stowarzyszenia otrzymały wyrazy poparcia od rad 7 osiedli, na których znajdują się wspomniane tereny oraz sąsiadujących z nimi. Protestujący zwrócili uwagę, że błędem było dopuszczenie do głosowania projektu zanim stworzono koncepcję zagospodarowania terenu, a budżet obywatelski nie powinien być furtką do „pozaprzetargowego przekazywania majątku społecznego”. Bez względu na to, czy zwolennicy inicjatywy doprowadzą do zrealizowania projektu (co wydaje się bardziej prawdopodobne) czy też nie – sytuacja stała się trudna i poróżniła mieszkańców Poznania.

Piątka za podpis

Oczywiście ważną kwestią jest też aktywna postawa samych mieszkańców, którzy powinni głosować w pełni świadomie i zapoznawać się z projektami możliwie dokładnie. Szczególnie gdy same nazwy projektów brzmią niejednoznacznie. Można założyć, iż projekt o nazwie „Ustawienie pojemników na psie odchody” zdobyłby więcej głosów niż projekt o nazwie „Ustawienie dwóch pojemników na psie odchody w parku X”. W Krakowie zwyciężył m.in. projekt „Sekundniki na głównych sygnalizacjach świetlnych” – trzeba było dokładnie wniknąć w opis, żeby dowiedzieć się, które sygnalizacje autorzy projektu uznali za główne.

Sama wiedza na temat projektów nie rozstrzyga dylematów. Czy kierować się lokalizacją projektu i głosować na ścieżkę rowerową w mojej dzielnicy? A może lepiej opowiedzieć się za budową miejskiego ośrodka dla bezdomnych? Tego typu dylematy pokazują złożoność działań miasta czy gminy oraz codzienne problemy polityki lokalnej. Niejednokrotnie działania związane z budżetem partycypacyjnym uświadamiają również ich uczestnikom ograniczenia, jakim podlegają władze samorządowe. Odczuwają to szczególnie pomysłodawcy projektów, którzy muszą dokładnie przemyśleć, do kogo kierowany jest projekt, kto będzie realnym beneficjentem, znaczenie lokalizacji, możliwy wpływ na prowadzone już pokrewne działania, a także wyliczyć wszelkie niuanse dotyczące jego finansowania. Ostateczne wybory – domena głosujących mieszkańców – także nie są łatwym zadaniem, jeśli wziąć pod uwagę ograniczone doświadczenia, dostęp do źródeł itd. Gdy narzekamy na dziurawą ulicę, musimy pamiętać, że tych ulic są setki i tysiące.

Warto także zwrócić uwagę na patologie pojawiające się już w trakcie głosowania. Przykładem tego rodzaju nadużycia – mieszczącego się jednak w ramach prawa – była oferta pracy w poznańskiej fundacji na jednym z portali ogłoszeniowych. Oferowała ona umowę zlecenie dla „młodych, ambitnych i kreatywnych” za zbieranie podpisów pod jednym z projektów do budżetu obywatelskiego. Chodziło oczywiście o projekt, którego pomysłodawcą była właśnie ta fundacja. Obejmował on budowę ziemnego toru rowerowego, siłowni, czterech stacji naprawy rowerów oraz placu gry do boccia – wszystko to wokół terenu dzierżawionego przez fundację. Było to możliwe, gdyż projekty do realizacji mieszkańcy Poznania mogli wybierać przez dwanaście dni, oddając głos w internecie lub podpisując się na liście poparcia konkretnego projektu, gdzie każdy podpis (uwiarygodniony numerem PESEL) oznaczał jeden głos. Ta druga opcja głosowania, umożliwiająca wyjście do potencjalnych głosujących, na pewno podwyższyła frekwencję. Kosztem tego była jednak utrata kontroli nad zbieraniem podpisów (głosów), które przy złej woli aktywistów mogło stać się nachalną akwizycją i manipulacją wobec osób niezaznajomionych z zasadami budżetu obywatelskiego. Wynagradzanie zbierających podpisy nie było nielegalne, jednak taki proceder może wzbudzać spore wątpliwości etyczne. Spotkał się również z oficjalną krytyką urzędu miasta, ale urzędnicy nie mieli możliwości podjęcia jakichkolwiek działań oprócz poinformowania opinii publicznej o jego charakterze. Na szczęście ogłoszenie po kilku godzinach zniknęło z sieci. Fundacja stwierdziła, że było to samowolne działanie jednego z pracowników, który „chciał zabłysnąć”. Lech Mergler zauważa: Ma miejsce komercjalizacja budżetu obywatelskiego. Pojawia się jakaś kwota do „wyrwania” i ważne jest to, kto silniejszy.

Wynagradzanie za głosy może zresztą przyjąć inną formę, niż tylko prostej gratyfikacji finansowej, w powyższym przypadku mającej wynieść złotówkę za głos. W Płocku, w zamian za głos w budżetowym plebiscycie można było zdobyć… dobrą ocenę dla swojego dziecka. Jeden ze zgłoszonych w tym mieście projektów dotyczył budowy pracowni historycznej w Szkole Podstawowej nr 17. Placówka była pomysłodawcą projektu. Uczniowie otrzymali w związku z tym w szkole karty do głosowania i informację, że gdy wypełnią je rodzice, otrzymają wyższą ocenę z zachowania. Dyrekcja przedstawiała decyzję jako promocję postawy obywatelskiej wśród dzieci, a także pomoc dla wszystkich placówek oświatowych w mieście, gdyż pracownia historyczna miałaby zostać udostępniona wszystkim chętnym. Podobnie jak w przypadku poznańskim, nie doszło do naruszenia prawa. W jednej z krakowskich szkół dzieci otrzymały wytyczne co do projektu pożądanego przez dyrekcję, choć już nie dostały obietnicy lepszej oceny. Niestety można założyć, że tego typu przypadków było więcej. Sprawiają one, że budżet obywatelski staje się czymś w rodzaju kolejnego konkursu grantowego, gdzie liczy się nie tyle merytoryczna wartość projektu, ile umiejętność mobilizacji (i gratyfikacji) „elektoratu”.

Pojawia się tutaj głębszy problem dotyczący problemów budżetu obywatelskiego. Czy w ogóle dopuszczać placówki oświatowe jako pomysłodawców i beneficjentów projektów? Jeżeli tak, to na jakich warunkach? Czy np. projekt remontu szkolnego dachu powinien rywalizować o pieniądze z innymi projektami, skoro ten pierwszy powinien stanowić obligatoryjne zadanie samorządu? Jednostki oświatowe w kontekście budżetu obywatelskiego to duzi gracze, mający możliwości mobilizowania głosujących znacznie większe od prywatnych osób czy małych organizacji pozarządowych. Szczególnie jeżeli dochodzi do takiej sytuacji jak w Łodzi, gdzie koalicja piętnastu szkół zaproponowała projekt poprawy infrastruktury sportowej w tych placówkach, który z łatwością wygrał głosowanie, zagarniając prawie 90 proc. puli łódzkiego budżetu partycypacyjnego.

Jednak wprowadzenie ograniczeń dla podmiotów takich jak szkoły byłoby trudne. W dodatku, jak twierdzi Ewelina Jura-Bączek, sekretarz ponad trzydziestotysięcznej gminy Kęty, gdzie budżet obywatelski uznawany jest za jeden z najlepiej funkcjonujących w Polsce, niekoniecznie też słuszne: Jeżeli tysiąc mieszkańców popiera budowę sali audiowizualnej w szkole, to znaczy, że mamy do czynienia z realną i palącą potrzebą mieszkańców. Wprowadzając ograniczenia dla szkół, rezygnowalibyśmy z wartości dodanej, jaką stanowi angażowanie dzieci uczących się kreowania otaczającej rzeczywistość. Mieszkańcy decydują i ich głos jest najważniejszy. Im więcej ograniczeń, tym mniejsze pole dla osób zgłaszających projekty i głosujących. Trudno wykluczyć jakąś grupę dlatego, że coś należy do zadań własnych gminy. Należy do własnych zadań gminy, ale wiemy przecież, jak wyglądają środki finansowe, którymi gmina dysponuje. Może to być świetny projekt i gdyby nie budżet obywatelski, nie zostałby zrealizowany wcale.

W Krakowie w plebiscycie dotyczącym projektów ogólnomiejskich (oprócz nich były też projekty dotyczące poszczególnych dzielnic) zwyciężyły inicjatywy młodzieżówek partii politycznych oraz Młodzieżowej Rady Miasta Krakowa. W tym przypadku pojawia się więc pytanie, czy nad budżetem obywatelskim nie wisi groźba upolitycznienia i czy pieniądze oddawane do dyspozycji obywateli nie pozostają de facto w rękach urzędników. Z perspektywy organizacji czy stowarzyszeń pieniądze, jakie można pozyskać za pośrednictwem budżetów obywatelskich, są duże, a co za tym idzie – kuszą.

Bezpośrednio do demokracji

Nie oznacza to jednak, że najlepszą odpowiedzią jest większa kontrola, ujednolicenie i sformalizowanie procedur.

Aktualnie podstawą prawną wprowadzania budżetów obywatelskich w Polsce jest art. 5a ustawy o samorządzie gminnym, umożliwiający prowadzenie konsultacji z mieszkańcami. Budżet obywatelski jest więc formalnie rodzajem konsultacji, a co za tym idzie – nie jest prawnie wiążący, opiera się raczej na deklaracji ze strony samorządu: „zrealizujemy to, co wybierzecie”. Czy należałoby zatem wpisać budżet obywatelski do ustawy samorządowej jako obligatoryjny? Ujednolicone zostałyby różne formy konsultacji tego typu występujące w Polsce, a do wprowadzenia budżetu obywatelskiego zmuszone zostałyby także miasta niechętne temu rozwiązaniu. Z decyzją taką wiązałoby się wiele wątpliwości: czy tworzyć osobną ustawę, czy też dopisać do istniejącej, a jeśli tak, to w jakiej formie. Najogólniej rzecz ujmując, można stwierdzić, że dobrze stworzona ustawa dotycząca budżetu obywatelskiego wpłynie na rozwój tego mechanizmu w całym kraju. Zła ustawa zwiąże zaś ręce samorządowcom, którzy wprowadzają budżety partycypacyjne w najlepszym wydaniu i być może doprowadzi do „równania w dół”.

Odgórne regulacje i ustawa o budżecie partycypacyjnym to teoretycznie nie byłby zły pomysł. Zastanawiam się tylko, kto na tym ucierpi – mówi Przemysław Górski z łódzkiego Stowarzyszenia Inicjatyw Miejskich Topografie, odpowiedzialnego za realizację kampanii informacyjno-edukacyjnej budżetu obywatelskiego w 2014 r. – Z jednej strony jest moda na budżet obywatelski, kolejne gminy i powiaty wprowadzają to rozwiązanie. Taka ustawa być może spowodowałaby, że wszyscy wprowadziliby budżet obywatelski na jednolitych, ogólnych zasadach – i świetnie. Z drugiej strony te budżety, które funkcjonują, musiałyby zostać znormalizowane. Jedna ustawa do zarządzania budżetem obywatelskim w Łodzi oraz w Warszawie, która ma 18 dzielnic. To są zupełnie inne miasta, zupełnie inne poziomy. Nie ma jednego dobrego modelu budżetu obywatelskiego, on zależy od wielu czynników, w tym od specyfiki lokalnej.

Inne zdanie w tej kwestii ma Maciej Łapski z Warszawy Społecznej: Warto wejść na ścieżkę legislacyjną i wpisać budżety obywatelskie do ustawy. Nie rozwiąże to natomiast wszystkich problemów. Ustawodawca też może wpisać np. tylko 1 proc. kwoty budżetu do przeznaczenia wedle decyzji mieszkańców. To, w jaki sposób zostanie to załatwione w sensie prawnym, nie interesuje mieszkańców – oni chcą widzieć rezultaty. Lepiej gdyby było to wpisane w ustawę, ale wszystko zależy od dobrej woli politycznej, a tej – brakuje.

Niezależnie od problemów i wątpliwości dotyczących budżetu obywatelskiego, wydaje się, że warto zachować jego ciągłość i cykliczność w poszczególnych samorządach. Należy go także monitorować i stopniowo z roku na rok ulepszać, zgodnie ze wskazaniami mieszkańców, którzy powinni być zaangażowani w opracowywanie budżetu już na etapie planowania jego zasad. – Każdy etap budżetu obywatelskiego jest ewaluowany. Wszystkie uwagi są zapisywane, a na końcu powstaje raport przesyłany do urzędu miasta – wyjaśnia ten aspekt budżetu obywatelskiego w Łodzi Przemysław Górski. Oczywiście taka ocena nie jest łatwa do wydania, na co zwraca uwagę Ewa Stokłuska: Z jednej strony możemy porozmawiać o liczbach, tzn. ile osób się w ten proces zaangażuje – weźmie udział w tworzeniu wniosków, uczestniczy w spotkaniach itd. Natomiast jest też kwestia mierzalna w dłuższej perspektywie, czyli to, czy realizacja budżetu obywatelskiego wpływa na inne wskaźniki, np. czy wzrasta liczba uczestników w komisjach konsultacyjnych, czy budzi się w konkretnych miejscach poczucie, że ludzie się bardziej interesują, przychodzą do urzędu, zadają pytania, powstają lokalne sojusze, które podejmują działania poza budżetem. Myślę, że to jest tak naprawdę najważniejsze: jeżeli budżet jest okazją, aby się spotykać i rozmawiać o tym, co jest w mieście potrzebne, po co są organizowane spotkania towarzyszące, i praca nie kończy się tylko na złożeniu wniosku, ale to mieszkańcy mocniej angażują się w projekt.

Należy zwrócić większą uwagę na sam mechanizm budżetu i reguły nim rządzące, a nie tylko na wydatkowane kwoty. Najłatwiej jest co roku zwiększyć środki będące do dyspozycji mieszkańców (co oczywiście samo w sobie też jest pożądane) i wymyślić „ułatwienia”, jak głosowanie przez internet czy kontrowersyjna, również pod względem prawnej ochrony danych osobowych, możliwość zbierania podpisów przez osoby trzecie. Ocena takich działań, wbrew pozorom, nie jest jednak łatwa. – W budżecie obywatelskim potrzeba czasu i należy stworzyć przestrzeń dla spotkań mieszkańców. Tym, co funkcjonowało w Medellín, a nie jest wprowadzone w Krakowie, jest rozwiązanie w takiej postaci, aby głosowanie odbywało się wyłącznie „na papierze”, a nie z pomocą internetu. Dlaczego? W Medellín wyznacza się 8–10 godzin na głosowanie, ponieważ powinien to być konkretny dzień, w którym ludzie się spotykają. Chodzi m.in. o stworzenie przestrzeni do deliberacji. Głównymi wadami naszego budżetu jest to, że nie ma czasu na dyskusję mieszkańców i nie ma wsparcia merytorycznego. W Medellín budżet jest ponadklasowy, nie jest narzędziem klasy średniej – to kolejna z wad budżetu obywatelskiego w polskim wydaniu, że brakuje w nim upodmiotowienia klas niższych  zauważa Inga Hajdarowicz.

Wiele wyzwań

Oprócz tego są jeszcze dziesiątki innych wątpliwości do rozstrzygnięcia. Czy umożliwiać głosowanie na projekty, których realizacja trwa dłużej niż rok? Czy umożliwiać realizację poprzez budżet takich projektów, których koszt wynosi 0 zł? Jeden z projektów zakładał np. wyłączenie sygnalizacji świetlnej na kilku wybranych przystankach, lecz z racji zerowego kosztu – zgłoszenie takiego projektu było niemożliwe. Czy brać pod uwagę koszty utrzymania projektów powstałych dzięki budżetowi obywatelskiemu? Co robić, gdy dochodzi do sytuacji takich, jak w Suwałkach, gdzie władze miasta ogłosiły już trzeci przetarg na realizację inwestycji wyłonionych w głosowaniu mieszkańców, ponieważ do dotychczasowych dwóch nikt się nie zgłosił?

To oczywiście tylko wycinek wątpliwości, problemów i dylematów związanych z budżetem partycypacyjnym. Kluczowe jednak jest to, aby budżet obywatelski był faktycznie obywatelski, a więc demokratyczny. Przemysław Górski mówi: Budżet obywatelski jest narzędziem, które służy rozwojowi dialogu społecznego, sprawia, że ludzie kontaktują się ze sobą, zaczynają się poznawać, stają się aktywni. Budujemy społeczeństwo obywatelskie, które wie, co może, wie, że powinno i wie, jak może działać, szuka możliwości, kontaktuje się z urzędem. Jest to dla mnie jedna z największych korzyści budżetów partycypacyjnych. Ponadto urzędnicy uczą się dzięki temu rozmawiać z mieszkańcami, a mieszkańcy z urzędnikami. Okazało się, że można, że nie istnieje tutaj żaden nieprzekraczalny mur.

Również Ewelina Bączek zwraca uwagę na możliwość dialogu między urzędnikami a mieszkańcami: Budżet obywatelski nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki. Daje natomiast władzom gminy doskonałą ściągawkę z oczekiwań mieszkańców, a proces jego kształtowania to dla nich lekcja tego, jak z ludźmi rozmawiać. Nawet jeżeli ten dialog jest trudny. Ewa Stokłuska dodaje: Często jest tak, że pewne opory trzeba przełamać. Urzędnicy zastanawiają się, czy nie jest to przypadkiem próba pokazania, że się nie znają na tym, co robią. Dlatego istnieje dużo psychologicznych barier, które trzeba pokonać.

W Lęborku ta ściągawka została wykorzystana w zaskakujący sposób. Arkadiusz Mielewczyk bezskutecznie lobbował dłuższy czas w urzędzie miasta na rzecz wprowadzenia oświetlenia jednej z ulic. Gdy został jednym z inicjatorów budżetu obywatelskiego i jego idea nabierała coraz realniejszego kształtu, oświetlenie na wspomnianej ulicy udało się stworzyć. – Była to kwestia kilku miesięcy. Nagle okazało się, że nie ma żadnego problemu, aby to oświetlenie powstało. Natomiast wcześniej tłumaczono mi, że wymagane jest stworzenie dokumentacji projektowej, która byłaby robiona latami, następnie trzeba byłoby zrobić przetarg, znaleźć pieniądze itd. Na tym przykładzie widać, że jeżeli urząd miasta chce działać na rzecz dobra społeczności wnioskującej o pewne inwestycje w swoim okręgu, to posiada możliwość ich przeprowadzenia sprawnie i szybko. Najczęściej tej dobrej woli jednak brakuje – tłumaczy Mielewczyk.

Z drugiej strony błędne byłoby spoglądać na budżet obywatelski jako narzędzie do doraźnych działań, mimo że za jego pomocą zrealizowano wiele ważnych projektów w całej Polsce. Inga Hajdarowicz mówi: Brakuje nam refleksji nad tym, czym w istocie jest budżet obywatelski. On został wymyślony po to, żeby ludzie podjęli pierwszy krok w kierunku przejmowania władzy, aby nie wyręczać jedynie władz miejskich w pewnych kwestiach, ale żeby realnie odebrać władzy miejskiej część uprawnień. W tym momencie za budżetem nie idzie żadna realna zmiana uwarunkowań politycznych. Dochodzi do sytuacji, że wprowadzamy budżet partycypacyjny, ale jednocześnie urząd miasta prowadzi wciąż swoją politykę np. prywatyzacji czy zmniejszania środków na mieszkalnictwo. Po co zatem jest budżet, skoro nie prowadzi on do żadnej zmiany?

Przypis:

  1. Tak twierdzą Yves Sintomer, Carsten Herzberg, Anja Röcke, Giovanni Allegretti, Transnational Models of Citizen Participation: The Case of Participatory Budgeting, „Journal of Public Deliberation” 2012, vol. 8, No. 2.

Świat poza metropoliami – rozmowa z dr. Łukaszem Zaborowskim

– Rozmawiamy w Radomiu. Okazuje się, że aby tu dotrzeć z Krakowa na 14.00 bezpośrednim pociągiem, który jedzie 160 minut, musiałbym wsiąść w taki przed 7.00. Następny bezpośredni jest dopiero po 15.00. Ostatni bezpośredni pociąg z Radomia do Krakowa wyjeżdża po 18.00. Gdyby na niego nie zdążyć, to owszem, można się dostać pociągiem z Radomia do Krakowa, ale podróż z przesiadką będzie trwała co najmniej 4,5 h. Wersja krajoznawcza: 9,5 h. To wymowne.

Łukasz Zaborowski: W „komunistycznych czasach” ostatni pociąg z Krakowa do Radomia wyjeżdżał po 21.00. Linia kolejowa numer osiem, czyli Kraków – Warszawa, która łączyła te ośrodki jako pierwsza i biegnie przez aglomerację staropolską – Kielce i Radom, podlega obecnie tzw. efektowi tunelu. Polega on na tym, że gdy stworzymy alternatywą linię, która z jakichś względów jest lepiej obsługiwana, to siłą rzeczy przewoźnicy ograniczają liczbę i jakość połączeń na tej starej. Doświadczamy tego dziś w Kielcach i Radomiu. Odkąd dla przewozów pasażerskich została udostępniona Centralna Magistrala Kolejowa, która pierwotnie służyła do przewozu węgla z Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego do centrum kraju, linia numer osiem jest obsługiwana bardzo słabo. Podobnie jak stara linia kolejowa Warszawa – Katowice (Kolej Wiedeńska) przez Piotrków Trybunalski i Częstochowę. Ludzie, którzy planują rozkłady jazdy, siedzą w Warszawie i układają ruch pociągów pasażerskich pod kątem tego, co jest potrzebne stolicy i kilku największym metropoliom, do których „Warszawa chce dojechać”.

– Ktoś może powiedzieć: potrzebujemy szybkiego połączenia między Warszawą i Krakowem, co nas obchodzą Kielce czy Radom.

– Takie myślenie dominuje. Ale nie jest to tylko polskie doświadczenie i szkoda, że nie uczymy się na cudzych błędach. Spójrzmy na dwa zagraniczne przykłady: Francję i Niemcy. We Francji w latach 80. XX w. stworzono sieć Train à Grande Vitesse (TGV – kolej dużej prędkości). Pierwotnym zamysłem projektu było „szybkie połączenie” Paryża z odległymi francuskimi ośrodkami, z pominięciem wszystkiego, co po drodze, np. Dijon, historycznej stolicy Burgundii. Ten system, jakkolwiek bardzo nowoczesny technologicznie, był i jest powszechnie krytykowany od strony polityki przestrzennej kraju. Ale nie narodził się wraz z TGV. Andrzej Bobkowski w „Szkicach piórkiem”, opisując swoje podróże po Francji w czasie II wojny światowej, czynił uwagi, że kolejowa sieć francuska jest jak pajęczyna, która z Paryża rozchodzi się na kraj. A wszelkie połączenia poprzeczne są zupełnie niedowartościowanie. Teraz Francuzi próbują łatać tę sieć, tworząc w pobliżu mniejszych ośrodków lokalne linie i bocznice, które obsługują te miasta. Moim zdaniem całościowo to zły model.

– A jaki jest dobry?

– Niemcy są wzorem dobrego planowania przestrzennego i dobrego transportu publicznego. W Niemczech pociągi najwyżej klasy, czyli ICE, jeżdżą po sieci, każde duże miasto ma połączenia w każdym kierunku, nie ma potrzeby jazdy przez tylko jeden węzeł transportowy. Co więcej, u naszego zachodniego sąsiada mamy do czynienia z założeniem planistycznym, zgodnie z którym tzw. ośrodki wyższego rzędu (a jest ich około stu!) mają posiadać dostęp do pociągów najwyższej kategorii. Poza tym w Niemczech świetnie rozwinięta jest sieć ekspresów regionalnych, które są dużo tańsze, ale jeżdżą porównywalnie szybko do pociągów najwyższej klasy. Na nich opiera się sieć połączeń międzymiastowych. Do tego dodajmy regularność tych połączeń, ich określoną częstotliwość i dostępność przez większą część doby.

To są niemieckie standardy. Tam zatrzymania pociągów klasy ICE na stacjach następują średnio co kilkadziesiąt minut. To zupełnie inna sytuacja niż w Polsce, gdzie pociągi kursujące na linii Warszawa – Kraków zatrzymują się raz, w często ośmieszanej Włoszczowie, albo w ogóle się nie zatrzymują przez 300 km lub 2,5 h jazdy. W Niemczech właściwie nie ma odcinków o takiej długości, na których pociąg nie ma przystanku. U nas to norma w przypadku dalekobieżnych, szybkich pociągów. To są rosyjskie standardy, odnoszące się do sytuacji, w której sieć osadnicza jest na tyle rzadka, że faktycznie pociąg nie ma się gdzie zatrzymać po drodze. Tyle że polska sieć osadnicza – silnie policentryczna – jest porównywalna do niemieckiej, a nie rosyjskiej.

– Ktoś powie: ale w miejsce kolei wchodzą prywatni przewoźnicy busowi i autobusowi, więc w czym problem?

– Problem polega na tym, że równamy do standardów spoza naszego kręgu cywilizacyjnego. Busy powszechnie spotyka się na Bliskim Wschodzie, gdzie komunikacja publiczna nigdy nie była rozwinięta tak jak w Europie. W Turcji nazywane są dolmuszami, na przystankach nie ma rozkładów jazdy, więc nie wiadomo, kiedy busik przyjedzie. Albo, jeśli nie zbierze się odpowiednia liczba pasażerów, dolmusz nie jedzie. Podobne doświadczenie miałem w Radomiu – wcześnie rano wyszedłem na busa do Krakowa, a kierowca stwierdził, że jeśli nie zbierze się odpowiednia liczba pasażerów, to kursu nie będzie. To nie jest sposób zapewniania sprawnej komunikacji publicznej dla dużych ośrodków osadniczych. W roku 2002 Tomasz Kossowski opublikował badanie dostępności szybkich połączeń kolejowych dla dużych miast w Polsce. Autor przeprowadził to badanie dla lat 1975 i 1999, dzieląc miasta na cztery kategorie dostępności. W 1975 r. do kategorii najwyższej były zaliczone tylko dwa miasta: Warszawa oraz Radom, w którym rozmawiamy.

– Skąd tutaj Radom?

– Leży na skrzyżowaniu dwóch szlaków kolejowych: Warszawa – Kraków oraz Lublin – Łódź. Później Radom spadł do trzeciej kategorii. Również na tym przykładzie widać, że następuje wyraźne pogorszenie obsługi kolejowej ośrodków dużych, ale nie największych.

– Jak wygląda polityka regionalna w wydaniu radomskim? Jak walczycie o swoje interesy?

– Typowo polskim sposobem walenia głową w mur. Aż do przebicia. Drobny przykład: w okolicach Radomia trwają prace nad rozbudową drogi krajowej S7. Ale dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że jest ona potrzebna Warszawie jako „naturalny korytarz” łączący ją z Krakowem i Zakopanem, via Radom i Kielce.

Wracając do kolei, właśnie linia komunikacyjna Warszawa – Radom – Kielce – Kraków, a nie Centralna Magistrala Kolejowa, stanowi optymalne połączenie między stolicą kraju i stolicą Małopolski, gdyż umożliwia równocześnie zagospodarowanie ruchu pasażerskiego generowanego przez Radom i Kielce. Trasa Warszawa – Radom – Kraków jest porównywalnej długości z trasą przez CMK, to decyzje polityczne zdecydowały o komunikacyjnym „odsunięciu” mniejszych miast na plan dalszy.

Tu pojawia się kwestia lokalnych władz. One protestują przeciw temu, co się dzieje. Ale trzeba wyróżnić dwa wątki problemu. Ośrodki pozametropolitalne są wydrenowane z kadr i wbite w niewolniczą mentalność, zwasalizowane przez polityków centralnych, dlatego na ogół upominają się tylko o ochłapy z pańskiego stołu. Rzadko wnoszą postulaty odnoszące się do całościowej wizji polityki transportowej i regionalnej państwa. Problemem jest z jednej strony to, że państwo nie ma pomysłu na politykę regionalną służącą interesom niemetropolitarnych ośrodków miejskich, a z drugiej to, że przynajmniej w przypadku Radomia myślenie władz było absolutnie dostosowane do panującego status quo.

– Sytuację utrudnia pewnie także to, że nie jesteście obecnie miastem wojewódzkim.

– To przesądza, że jesteśmy na straconej pozycji. Rozgrywka toczy się o to, czy będziemy traktowani tylko gorzej czy też dużo gorzej niż miasta o porównywalnej wielkości, które miały szczęście utrzymać status wojewódzki. Właściwie bijemy się o to, żeby nie powiększał się zbyt szybko dystans między Radomiem a innymi ośrodkami. A przecież powinniśmy upominać się o to, żeby nasze miasto miało ten sam status planistyczny, co Kielce, które są obecnie stolicą województwa i mają o wiele lepszą pozycję przetargową.

W przypadku Radomia dobrze widać, że popularna teoria rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego świetnie sprawdza się w zakresie polaryzacji – zwiększania różnic rozwojowych. Znacznie gorzej jest z dyfuzją, czyli rozprzestrzenianiem bodźców rozwojowych do obszarów kryzysowych.

– Dlaczego?

– Zacznijmy od tego, że model polaryzacyjno-dyfuzyjny jest coraz częściej krytykowany, także na Zachodzie. Krytyka koncentruje się na tym, że dyfuzja zachodzi tylko w obrębie obszarów miejskich, w promieniu najwyżej kilkudziesięciu kilometrów. Natomiast z obszarów bardziej odległych od obecnych centrów rozwoju gwałtownie postępuje wysysanie potencjału ludzkiego. Mamy zatem dwa dopełniające się zjawiska – oba niepożądane w świetle zrównoważonej polityki przestrzennej. Z jednej strony przenoszenie miejsc pracy i zamieszkania do obszarów podmiejskich wielkich miast, z drugiej – wypłukiwanie zasobów z ośrodków bardziej odległych, które potencjalnie powinny stanowić możliwie samodzielne bieguny wzrostu swoich regionów.

– Radom bywa nazywany sypialnią Warszawy, wiele osób stąd pracuje na co dzień właśnie w stolicy. Jak wysokie jest tutaj bezrobocie?

– Rzeczywiście, w Warszawie pracują tysiące radomian. Są zameldowani w Radomiu, tutaj zostawiają rodziny i na cały tydzień wyjeżdżają „za chlebem”. Natomiast opowieści o masowych codziennych migracjach do Warszawy to taka miejscowa legenda. Dojazdy na odległość 100 km, nawet gdyby były technicznie dogodne, zawsze będą nieracjonalne ekonomicznie. Pomysły planistów-amatorów, że po modernizacji linii kolejowej będzie się mieszkać w Radomiu, a pracować w Warszawie, są wręcz szkodliwe, bo odwodzą nas od poszukiwania prawdziwych sposobów przełamania kryzysu. Zasilanie rynku pracy sąsiednich ośrodków to nie jest wizja rozwoju dla ćwierćmilionowego miasta.

Bezrobocie wynosi tutaj ponad dwadzieścia procent, według oficjalnych danych. To wartość najwyższa dla polskich miast, które mają powyżej stu tysięcy mieszkańców. W czasach PRL Radom był wielkim ośrodkiem przemysłowym. To był przemysł wysokiej klasy: precyzyjny, maszynowy, elektromaszynowy, zbrojeniowy. „Za komuny” Radom tym przyciągał nowych mieszkańców. Uchodził wówczas za miasto dość atrakcyjne właśnie dlatego, że można było tu znaleźć „dobrą robotę”. Ponad dwadzieścia lat temu prawie wszystkie te zakłady upadły: albo same z siebie, albo ktoś im pomógł. Nie było żadnej sensownej restrukturyzacji. Nagle się okazało, że nasze miasto nie ma żadnej ważniejszej funkcji. A każdy ośrodek musi pełnić jakąś funkcję, inaczej staje się zbędny i zbędni stają się w nim ludzie. Radom nie posiada takowej, ponieważ przez ostatnie dekady nie inwestowano w miasto choćby jako ośrodek usługowy.

Sądzę ponadto, że nie ma w Polsce drugiego dużego miasta tak zaniedbanego pod względem infrastruktury społecznej. Brakuje tutaj specjalistycznych szpitali, nie istnieje sieć wyższych uczelni, niewiele jest ośrodków wyższej kultury, nie ma specjalistycznych urzędów wyższej rangi, które także zostały z Radomia wyprowadzone. A to są istotne czynniki przyciągające kapitał ludzki, bo miasta nie są przypadkowymi zbiorowiskami ludzi. Żeby wytworzyć własne, lokalne elity, potrzebują warstwy kreatywnej, inteligencji technicznej i humanistycznej, ambitnych i wykształconych kadr w administracji, lokalnych liderów większego biznesu.

A jeśli nie istnieje przemysł, nie ma specjalistycznych funkcji, to jest oczywiste, że zatrudnienia nie mają ludzie nie tylko pracujący w tych dziedzinach, ale także ci na różne sposoby je „obsługujący”.

Wszystko to powoduje, że mamy w Radomiu kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy albo są bezrobotni, albo żyją w rodzinie, w której ktoś jest dotknięty trwałym bezrobociem. Ponieważ ten stan trwa od ponad dwudziestu lat, mamy do czynienia z problemem kolejnego pokolenia, które żyje w takich warunkach, jest uzależnione od pomocy MOPS-u. Podam pewien przykład. Moja znajoma zajmuje się pedagogiką ulicy. Pracuje z dziećmi w tzw. dzielnicach socjalnych. Pewnego razu miała jechać z podopiecznymi na wycieczkę. Nie mogła zabrać wszystkich, ponieważ brakowało środków na wynajęcie drugiego autokaru. Tłumaczyła, że brakuje jej na to pieniędzy. Jedno z dzieci podpowiedziało: „niech pani idzie do MOPS-u”.

– Taką historię łatwo wykorzystać jako argument przeciw „roszczeniowcom”. Ale Pana opowieść dobrze pokazuje, jak całościowy brak sensownej polityki miejskiej/regionalnej skutkuje podobnymi realiami.

– W dodatku brak strukturalnych rozwiązań powoduje, że takie sposoby na „walkę z bezrobociem”, jak krótkoterminowe kursy czy doszkalania, to para w gwizdek. Realną alternatywą są różne formy migracji zarobkowej. Z badań przeprowadzanych w Radomiu, a dotyczących klas maturalnych, wynika, że ponad 90 proc. młodych nie tylko chce stąd na stałe wyjechać, ale faktycznie – znika z miasta. I jeszcze inne dane, sprzed dwóch lat. W pobliskich Kielcach pracuje 75 tys. osób, nie tylko mieszkańców tego miasta. W Radomiu mamy 55 tys. pracujących, choć to miasto jest większe, jeśli liczyć na podstawie meldunków. Tymczasem Radom „równa” do miast dwukrotnie od siebie mniejszych, typu Opole czy Płock. To pokazuje, jak bardzo marnowany jest lokalny potencjał demograficzny.

W dodatku często przyjęty w Radomiu sposób zarobkowania to wyjazdy na tydzień roboczy i powroty na weekend, ze skutkami nierzadko tragicznymi dla życia rodzinnego, bo ojciec czy matka albo oboje rodzice wyjeżdżają na kilka dni do Krakowa i Warszawy, tam mieszkają na co dzień i wracają na sobotę i/lub niedzielę do domów. Jedna sprawa to problem czysto „ludzki”, druga – w ten sposób miasto może wegetować, ale nie będzie się rozwijać.

– Pytanie, jak w aktualnych warunkach odbudować przemysł i przywracać stabilne miejsca pracy.

– W okresie międzywojennym i w czasach PRL mieliśmy do czynienia z państwowymi inwestycjami w przemysł. Tak było w Radomiu, choćby w przypadku zbrojeniówki. Dziś jest tak, że prywatny inwestor przychodzi tam, gdzie mu się to opłaca. Do Radomia nie opłaca mu się przychodzić, choćby dlatego, że jeśli chciałby wprowadzić tutaj nieco bardziej innowacyjne inwestycje, to nie znajdzie odpowiedniej liczby wykwalifikowanych pracowników.

Spójrzmy, gdzie dziś w Polsce dokonywane są największe inwestycje. Tam, gdzie są największe ośrodki akademickie, czyli kadry – najważniejszy czynnik rozwoju innowacyjnej gospodarki.

– Ale w Radomiu jest uczelnia wyższa.

– Owszem, mamy Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny im. Kazimierza Pułaskiego. Ale to mały ośrodek naukowy. W dodatku w naszym mieście zaznacza się spektakularny spadek liczby studentów. Dziś studiuje około 7 tys. osób, dziesięć lat temu było ich dwa razy tyle. Nie jest tak, że jedynym czynnikiem determinującym tę kwestię jest demografia. W Polsce wciąż są ośrodki akademickie, gdzie przybywa studentów. Jeśli porównać sytuację Radomia do Kielc czy Torunia – miast podobnej wielkości, to na początku lat 90. mieliśmy o połowę mniej studiujących niż oni. Obecnie ta dysproporcja wzrosła kilkakrotnie. W dodatku Radom to największy ośrodek miejski, poza konurbacjami, gdzie jest tylko jedna uczelnia publiczna. Nawet mniejsze miasta, jak Olsztyn, Opole czy Rzeszów, mają po co najmniej dwie publiczne uczelnie.

Na stronie Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego znaleźć można ogłoszenia o naborach na stanowiska wyższych pracowników naukowych na poszczególnych uczelniach. Niestety, porównanie Radomia z miastami o podobnej wielkości wypada źle. O ile w Kielcach, gdzie są dwie publiczne wyższe uczelnie, każda z nich przedstawia regularnie po kilka ofert pracy, w Radomiu są jedna, dwie oferty. To również wskazuje, że ten ośrodek naukowy wciąż się degraduje.

– A jak wygląda demografia Radomia?

– Jeśli chodzi o przyrost naturalny, to przynajmniej do niedawna byliśmy na bardzo dobrej pozycji. Mamy dodatni przyrost naturalny, co nie jest częstym zjawiskiem, jeśli idzie o duże miasta. Obecnie w Polsce głównie miasta ze ściany wschodniej, a także Rybnik, mogą się tym pochwalić. Bardzo wysoki jest także odsetek małżeństw w relacji do całej populacji. Mieliśmy także do niedawna najwyższy odsetek ludności w wieku przedprodukcyjnym, jeśli chodzi o duże miasta. Wskaźniki demograficzne, „czysto rozrodcze”, są więc wspaniałe. Tylko że przychodzi moment, w którym ta ludność w wieku przedprodukcyjnym przechodzi w „okres studencki” – i znika stąd. Jeśli wziąć pod uwagę oficjalne dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące migracji, to nie jest tak źle w porównaniu z innymi miastami. Ale trzeba pamiętać, że wśród tych, którzy są zameldowani w Radomiu, bardzo wielu ludzi tutaj nie mieszka. Mówiliśmy już o tym: wyjeżdżają na tydzień, wracają na weekend, tutaj nawet płacą podatki, ale właściwie ich nie ma, choć są „niezauważani przez statystykę”. Jestem przekonany, że z Radomia sukcesywnie znika przede wszystkim kreatywna warstwa społeczna, ludzie lepiej wykształceni, pracujący w zawodach o wyższej specjalizacji, pełniący ważniejsze funkcje zawodowe i społeczne. Nie ma ich tutaj co zatrzymać.

– Mamy w Polsce pewne „remedium” na niedostatki rozwoju społeczno-gospodarczego, czyli Specjalne Strefy Ekonomiczne.

– [śmiech] Mamy w Radomiu SSE. W skali aglomeracji Radomia daje ona zatrudnienie rzędu półtora procent. Szerszy problem z SSE polega na tym, że można je założyć właściwie wszędzie: zarówno w Warszawie czy Wrocławiu, jak i w Radomiu. Specjalne Strefy Ekonomiczne w miastach najlepiej rozwiniętych są w czołówce pod względem zatrudnienia we wszystkich polskich SSE. Nie dzieje się tak bez powodu.

Zgodnie z ustawą o SSE powinny one być lokowane w obszarach wymagających „pomocy regionalnej” – szczególnego wsparcia, impulsu rozwojowego szans na przewagę konkurencyjną nad innymi ośrodkami. A jeżeli te strefy można zakładać wszędzie, to atrakcyjni inwestorzy i tak idą do „lepszych lokalizacji”, np. do Kobierzyc pod Wrocławiem.

Co do samych stref, to są przypadki, że lokują się w nich miejscowe przedsiębiorstwa, które i tak prowadziły działalność w okolicy, ale po powstaniu SSE przeniosły się do niej. Dzięki temu nie płacą podatków, które wcześniej płaciły. Tak dzieje się statystycznie częściej w miejscach, które są mniej atrakcyjne dla inwestorów zewnętrznych, to syndrom bardziej zaniedbanych ośrodków miejskich. Ma to miejsce także w radomskiej SSE.

Natomiast nie podważałbym samej zasady, że w SSE obowiązują ulgi podatkowe, na tym to przecież polega – to jest zdecydowanie problem bezsensownej lokalizacji stref w Polsce. Oczywiście, można pytać, czy na ulgach musi tracić lokalny samorząd, czy instytucje centralne powinny wziąć na siebie takie obciążenia.

Strefy dają zatrudnienie, to jest największe dobrodziejstwo dla lokalnych społeczności. Ale moim zdaniem SSE w mniejszym stopniu stanowią czynnik przyciągania przedsiębiorstw do regionu z zewnątrz, a w większym są czynnikiem wtórnej lokalizacji wewnątrz danego regionu. Jeśli dany region nie interesuje inwestora, nie przyjdzie on tam ze względu na SSE. Natomiast jeśli już wybierze dany region, to oczywiście woli działać w specjalnej strefie. Czyli inwestor w pierwszym kroku wybierze Wrocław (jako aglomerację), a w drugim – Kobierzyce zamiast jakiegoś terenu po drugiej stronie Wrocławia. Dzieje się tak właśnie dlatego, że nie istnieje żadna sensowna strategia lokalizacyjna odnośnie do stref, można je zakładać wszędzie. Strefy powinny być tylko w lokalizacjach preferowanych, nie powinna istnieć możliwość ich zakładania gdzie indziej.

– Jak zatem wygląda mapa najlepiej radzących sobie SSE?

– Jeśli spojrzeć choćby na odsetek zatrudnionych, to wysoko plasuje się Wrocław, a także Kraków i Poznań. Co do jakości, innowacyjności produkcji, dane są wyrywkowe i – z tego co wiem – tego typu przedsięwzięcia lokują się na przykład w rejonie Wrocław-Kobierzyce. Nie jest to żelazna reguła, ale moim zdaniem bardziej innowacyjne przedsiębiorstwa lokują się właśnie w regionach lepiej rozwiniętych.

– A gdyby Pan miał zarządzać mapą SSE, jak by ona wyglądała? Obsadziłby Pan nimi ścianę wschodnią?

– Sądzę, że obecnie częściowo zaciera się podział na Polskę wschodnią, centralną i zachodnią, przynajmniej w wymiarze miejskim. Jeśli zbadamy dynamikę rozwoju stosunkowo dużych ośrodków, to okaże się, że silnie dotowane miasta Polski wschodniej, typu Białystok, Rzeszów czy Lublin, radzą sobie dziś lepiej niż szereg miast podobnej wielkości w Polsce środkowej lub zachodniej. Na problem międzyregionalny nakłada się pytanie o pożądany model rozwoju uwzględniający miasta i obszary wiejskie.

– A istnieje w ogóle jakaś przemyślana strategia dotycząca relacji miasto-wieś?

– W polskiej polityce przestrzennej nie mamy odróżnienia modelu rozwojowego miast od modelu rozwoju obszarów wiejskich. W tej chwili, jeśli mówimy o rozwoju obszarów wiejskich, to de facto mówimy o wprowadzaniu funkcji miejskich na tereny wsi, co jest szkodliwe.

Lokalizacja SSE powinna być elementem całościowej polityki regionalnej. Ta powinna rozpocząć się od rzetelnego rozpoznania sytuacji w skali tzw. regionów miejskich. Pod tym pojęciem rozumiem obszar wokół miasta co najmniej średniej wielkości, leżący w promieniu swobodnych codziennych dojazdów. W ramach takich regionów zamyka się obecnie większość aktywności społeczno-gospodarczej. W ramach tych regionów zbadałbym, jakie są obecnie ich możliwości i bariery, dynamika rozwojowa. I lokalizowałbym SSE w ośrodkach dysfunkcyjnych. Ale – co do rozróżnienia między ośrodkami miejskimi i wiejskimi – dbałbym o to, żeby SSE były zlokalizowane w miastach, w obszarach zabudowy miejskiej, czy też dotychczas bezpośrednio związanych z tą zabudową, szczególności w obszarach wymagających rewitalizacji, np. na dawnych terenach przemysłowych, a nie „w szczerym polu”, w gminach podmiejskich, tak jak teraz się to dzieje. Klasycznym przykładem negatywnym są tutaj właśnie Kobierzyce pod Wrocławiem czy Zabierzów pod Krakowem. Obecnie za pomocą SSE wspieramy w skali kraju polaryzację rozwojową – dysproporcje pomiędzy najlepiej a najgorzej rozwiniętymi regionami, a w skali regionu miejskiego silnie stymulujemy procesy suburbanizacyjne, rozrost miast na okoliczne tereny. W obu przypadkach powinno być odwrotnie.

– Swego czasu przeprowadzałem wywiad z dr Katarzyną Kajdanek, autorką dwóch książek poświęconych „suburbanizacji po polsku”. Zwraca ona uwagę, że ta kwestia nie istnieje jako problem polityczny, świadomie wyartykułowany na forum publicznym.

– Rzecz jest w praktyce „puszczona na żywioł”, choć, co trzeba podkreślić, w środowiskach eksperckich problem jest zauważany i ma swój oddźwięk w dokumentach planistycznych, czy to krajowych, czy niższego szczebla. Nawet projekt Krajowej Polityki Miejskiej jest pod tym względem całkiem niezły, zwraca się tam uwagę na potrzebę koncentracji zabudowy w miastach. Widzą ten problem także samorządy miejskie. Natomiast – tak sądzę – świadomie lekceważą go samorządy wiejskie, położone pod miastami, gdyż upatrują w tym szans na własny rozwój. Dzieje się tak również dlatego, że w Polsce każda gmina jest udzielnym księstwem, brak nam planowania w skali funkcjonalnych obszarów miejskich. To umożliwia rozlewanie się miast.

– Z kolei włodarze gmin podmiejskich narzekają, że nowo osiedlona ludność przybyła z miast, nie płaci u nich podatków, za to domaga się dobrych dróg dojazdowych.

– Gdyby faktycznie uznawali, że im się to nie opłaca, to mają przecież narzędzia planistyczne, żeby temu zapobiec. Jest coś takiego jak miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Nawet jeśli przyjmiemy, że w jakiejś skali czasu ludność napływowa nie przemelduje się, to gminy podmiejskie zarabiają na sprzedaży działek, przybysze robią tam zakupy, niejednokrotnie zakładają działalność gospodarczą itp. Uważam, że w obecnych realiach to gminy podmiejskie żerują na miastach centralnych. Ludność z terenów podmiejskich korzysta z infrastruktury miejskiej – nawet jeśli ich dom jest pod miastem, to jednak na co dzień żyją w mieście, tutaj korzystają ze szkół dla dzieci, z instytucji kultury, ochrony zdrowia.

– Odpowiedź może być taka: to problem miast, że nie potrafią zagospodarować własnego potencjału, że nie ma odpowiedniej liczby mieszkań o dobrym standardzie i przystępnych cenowo.

– W obecnych warunkach, jeśli deweloper ma w perspektywie kupno dużo droższego terenu i płacenie dużo wyższych podatków w mieście, i jeszcze ma ponosić dodatkowe obciążenia związane z rekultywacją terenu, który wcześniej był zabudowany, to woli iść „w pole”, gdzie nie ma w dodatku żadnych obostrzeń dotyczących architektury itp. Nawet gdyby miasta prowadziły najlepszą politykę mieszkaniowo-komunalną, to nic nie poradzą na to, że gminy podmiejskie występują w roli konkurentów w stosunku do miasta, wokół którego są skupione.

– Tego się dziś nie uniknie.

– Ale można by uniknąć. I na tym polega zasadniczy błąd polityki przestrzennej w Polsce: nie mamy odróżnionej klasyfikacji obszarów miejskich i wiejskich. Na przykład w Niemczech nie ma takiej możliwości, żeby wybudować osiedle mieszkaniowe w obszarze, który jest zaklasyfikowany jako otwarty, czyli wiejski. W Polsce można wszystko robić wszędzie. To jest powód, dla którego mamy tak żywiołowe niszczenie krajobrazu wiejskiego. Mamy ujemny przyrost demograficzny, miasta mamy zabudowane niezbyt gęsto w porównaniu z Europą Zachodnią, a jednak nasze miasta i tak się rozlewają. Kto trochę podróżuje po Europie, łatwo stwierdzi, że jesteśmy krajem o naprawdę tragicznie zdewastowanym krajobrazie.

– Krajobraz to żadna wartość we współczesnej Polsce.

– Tak właśnie sądzą włodarze gmin podmiejskich. Gminy podmiejskie to aktualnie dobre, dochodowe przedsiębiorstwa, gdzie wójt jest prezesem zarządu i różnymi metodami, legalnymi i nielegalnymi, robi złote interesy na tym, że właściwie wszystko wolno albo wszystko uchodzi na sucho.

To paradoks: zaniedbanie polskich miast, brak troski o rewitalizację terenów poprzemysłowych to także efekt tego, że pozwalamy bezkarnie niszczyć tereny wiejskie. Tam jest taniej, tam się opłaca. Cierpią na tym i miasta, i tereny otwarte. Ale mało się o tym mówi, bo dzisiejsze opiniotwórcze media głównego nurtu nie służą temu, żeby prowadzić merytoryczne dyskusje, żeby oświecać społeczeństwo, a wręcz przeciwnie. Media są od zapewniania rozrywki, a nie od rzetelnych debat.

Gdyby rządzący naszym krajem chcieli faktycznie mieć rozeznanie, jaka jest sytuacja, w jakim kierunku należałoby zmierzać to naprawdę jest wciąż kogo zapytać, zarówno w środowiskach eksperckich, jak i wśród praktyków. Nie idzie o to, by pytać czterech osób, które się ze sobą zgadzają, lecz należałoby szukać ludzi o różnych opiniach, pytać w wielu środowiskach, prowadzić debaty z udziałem decydentów. Ale dziś nasza debata publiczna nie ma takiego kształtu. Jeśli zapadają jakieś rozwiązania, to niestety bardziej liczą się interesy poszczególnych koterii, niż – szumnie mówiąc – dobro wspólne.

– Przyjrzyjmy się polityce regionalnej w Polsce. Jakie są jej główne założenia? I jak wygląda praktyczna realizacja?

– Skłaniam się ku tezie, że takiej polityki w zasadzie nie ma. Owszem, istnieją dokumenty planistyczne, które formalnie nadają kierunek polityce regionalnej. Jest choćby Krajowa Strategia Rozwoju Regionalnego, jest Koncepcja Przestrzennego Zagospodarowania Kraju 2030. Problem polega na tym, że zapisy we wszystkich tych dokumentach są mało konkretne i tworzone wedle zasady „dla każdego coś miłego”. Przykładowo: „będziemy wspierać rozwój obszarów metropolitarnych” lub „będziemy wspierać rozwój miast wojewódzkich”, albo „będziemy wspierać rozwój ośrodków regionalnych, subregionalnych, lokalnych”. Jednocześnie będziemy wspierać rozwój miast i obszarów wiejskich, a na tych ostatnich będziemy dopuszczać zarówno funkcje miejskie, jak funkcje wiejskie. To jest dokładnie wszystko i nic.

Polityka przestrzenna/regionalna musi opierać się na realnym wsparciu dla bardzo konkretnie wybranych celów. Nie można równocześnie w ramach tej samej wizji wspierać tendencji wzajemnie przeciwstawnych, bo w takiej sytuacji „wygrywają” procesy i tak już zachodzące samoczynnie, jak choćby polaryzacja rozwojowa.

Ale bywa jeszcze gorzej. Część dokumentów dotyczących strategii rozwojowych wprost mówi o wspieraniu regionów wygrywających, ośrodków już rozwiniętych, czyli np. miast wojewódzkich. O tym traktuje Krajowa Polityka Miejska czy Umowa Partnerstwa, program na lata 2014–2020, wdrażana przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju. Kładzie się w nich nacisk na rozwój metropolii i miast wojewódzkich. A to jest jeszcze mniej korzystne dla pozostałych miast i wzmaga procesy coraz głębiej idących podziałów na tych, którzy dysponują środkami i przyciągają większy kapitał gospodarczy i kulturowy, i na tych, którym on ucieka wraz z ludźmi.

Wrócę raz jeszcze do przykładu Niemiec. W tamtejszych ustawach i dokumentach wykonawczych dotyczących planowania przestrzennego bardzo ściśle określone są zasady rozwoju regionalnego, z precyzyjnym wskazaniem potrzeb, skutków i metod unikania zjawisk przeciwnych zamierzonym. W Polsce jest to puszczone właściwie samopas.

Jest jeszcze jeden problem, związany z naszą polityką spójności. Ona się odbywa de facto w trybie konkursowym. Na ogół wygrywają ci, którzy najlepiej przygotują wnioski, a nie ci najbardziej potrzebujący wsparcia. Trudno liczyć na to, że ośrodki najbardziej zdegradowane, ich instytucje, zwykle o kadrach z niższymi kwalifikacjami, będą miały szanse wygrać w takiej konkurencji. Podobnie jest z tzw. projektami kluczowymi. Środki z nich trafiają na ogół do tych, którzy mają odpowiednie „dojścia” do władzy – mowa choćby o włodarzach miast. To z kolei specyficzny „konkurs wpływów”.

Poza tym dziś wszystko jest doraźne: przychodzi minister, ma jakiś pomysł, ktoś mu coś podszepnie, ktoś kogoś poprosi o przysługę dla swojego regionu czy miasta – i właśnie to się robi, zarzucając często wcześniejsze ustalenia.

– Ale pewnie dzięki temu np. Włoszczowa zyskała stację kolejową, na której zatrzymują się pociągi dalekobieżne. Gdyby śp. Przemysław Gosiewski nie miał dość wpływów, tej stacji by nie było. A przecież dobrze, że jest.

– Tak się składa, że o otwarcie pośrednich stacji pasażerskich na Centralnej Magistrali Kolejowej sam wnioskowałem na konferencji w 2003 r. U nas odbyło się to tak, jak widzieliśmy: niemal cała Polska, poinstruowana przez większość mediów głównego nurtu, śmiała się ze stacji we Włoszczowie. Nikt nie myślał, że znacznie bardziej groteskowa jest sytuacja, w której w centrum kraju o gęstej sieci osadniczej pociąg pokonuje 300 km i się nie zatrzymuje.

– Pamiętam bardzo charakterystyczne obrazki telewizyjne z tamtych czasów: pokazywano lokalnych pijaczków zagadniętych przez dziennikarzy na włoszczowskim rynku i pytanych, czy będą korzystać z ekspresu do Warszawy.

– Z jednej strony miało to wymiar polityczny, z drugiej pokazywało mentalność elit wielkomiejskich. Świetnie ją dziś widać na przykładzie Pendolino, z którego zrobiono ekskluzywny pociąg dla wybrańców losu, a nie szybszy środek lokomocji. Mieszkańcy Radomia czy Kielc nie mają tej łaski, by do niego wsiąść. Ludzie, którzy potrzebują takiego standardu usługi mieszkają np. w Warszawie czy w Krakowie, ale nie na „polskiej prowincji”.

To szerszy problem, odnoszący się właśnie do sposobu, w jaki duża część wielkomiejskich elit postrzega resztę kraju. Rozmawiałem ostatnio z pewnym warszawskim profesorem, który stwierdził, że w Polsce powinny być wszystkiego ze trzy filharmonie. Po co więcej? To są ludzie, których zupełnie nie interesują kulturowe aspiracje osób spoza ich dość wąskiego grona. Ktoś uważa, że w Polsce nie trzeba filharmonii poza Warszawą i Krakowem, ktoś inny dowodzi, że nasza kolej świetnie funkcjonuje, bo mamy wreszcie Pendolino…

– Motorem napędowym współczesnego świata jest gospodarka. Ale także ona zależy od bardzo różnych czynników „typowo ludzkich”: jakość instytucji, prawa, specyfika geograficzna, zasobowa, historyczna, kulturowa poszczególnych regionów. Czy Pana zdaniem istnieje u nas tego typu szersze myślenie o relacjach społeczno-gospodarczych?

– W przekazie politycznym i medialnym go nie dostrzegam. Ale w pytaniu widzę coś więcej: ważna jest kwestia aspiracji i kompetencji wspólnoty, która zamieszkuje dane terytorium. Warto postawić zagadnienie, czy w naszych współczesnych realiach mniejsze ośrodki regionalne mają warunki do odtwarzania lokalnych elit, zdolnych świadomie wpływać na rozwój swojego regionu. Obecnie w przypadku większości regionów w Polsce mamy do czynienia z następującym problemem: ludzie, którzy mogliby sami stymulować rozwój lub twórczo wykorzystywać bodźce płynące z zewnątrz – wyjeżdżają.

– W skali kraju dochodzi do erozji lokalnych elit?

– Elit lokalnych, regionalnych, nawet elit większych miast. Mamy dziś może z dziesięć ośrodków, które przyciągają kadry, stwarzają im warunki do życia zgodnego z ich aspiracjami, nie tylko finansowymi, ale także „oczekiwaniami cywilizacyjnymi”, związanymi z dostępem do edukacji, kultury wyższej, infrastruktury medycznej, usługowej itd.

W ujęciu socjologicznym kładzie się silny nacisk na fakt, że podstawowym czynnikiem regionalnego rozwoju są zasoby ludzkie. To one są zdolne choćby właściwie zarządzać instytucjami publicznymi, tworzyć odpowiednie projekty, opracowywać strategie rozwoju i pozyskiwać środki na rozwój. Jeśli istnieją takie kadry, to często przyciągają na przykład zewnętrznych inwestorów, bo potrafią z nim współpracować. Mieliśmy niedawno w Radomiu do czynienia z zamykaniem oddziałów szpitalnych, ponieważ szpital nie był w stanie znaleźć pracowników odpowiednio wykwalifikowanych – ani w samym mieście, ani na zewnątrz.

– Mówiliśmy o tym, że jednym z czynników przyciągających fachowców i budujących całościową „ofertę” ośrodka, jest dostęp do kultury. Jak wygląda życie kulturalne Radomia, jego infrastruktura kulturalna?

– Wszystko jest, poza filharmonią, ale w dużo mniejszej skali niż wynikałoby to z wielkości miasta. Mamy jeden teatr – to akurat standard w ośrodkach tej wielkości. Ale Radom nie ma własnej orkiestry symfonicznej, istnieje jedynie Radomska Orkiestra Kameralna, zresztą na bardzo dobrym poziomie. Poza tym odbywają się u nas Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski i Radomski Festiwal Jazzowy. Czasem większe wydarzenia artystyczne organizuje tutaj Krzysztof Penderecki, który współpracuje z miejscową szkołą muzyczną. Mamy Muzeum Jacka Malczewskiego na przyzwoitym poziomie, jest w Radomiu Muzeum Sztuki Współczesnej, które ma jedną z dziesięciu największych kolekcji w Polsce. Niestety, uważam, że to naprawdę mało w stosunku do wielkości miasta i regionu, że elita kulturalna jest bardzo wąska. Problem polega też na tym, że wiele instytucji musi walczyć o przetrwanie. „Organa prowadzące” te instytucje są na ogół samorządowe i mają mało pieniędzy. Stąd rokrocznie pojawia się wątpliwość: „będzie finansowanie czy go nie będzie?”. A jeśli są to instytucje marszałkowskie, to już w ogóle nie jest ich priorytetem, żeby w Radomiu rozwijała się kultura.

Na to wszystko nakłada się jeszcze jedna kwestia: z jednej strony wąskie są elity, które tworzą wysoką kulturę, z drugiej – wąskie jest grono osób, które chce z niej korzystać. Przecież mnóstwo osób stąd już wyjechało…

– Dziękuję za rozmowę.

Radom, 24 marca 2015 r.

Odzyskać państwo

Jakie elementy naszego pejzażu politycznego przyczyniają się do niskiego zaufania społecznego wobec polskiej polityki i do niewydolności krajowych instytucji? Jak można jej zaradzić?

Wielcy inwestorzy zagraniczni są uprzywilejowani. Przykładami są choćby lukratywna prywatyzacja wartościowych aktywów przez ostatnie 25 lat, brak zdroworozsądkowych barier w niezrównoważonym przejmowaniu krajowych rynków i wypychaniu z nich polskiej małej i średniej konkurencji, brak utrudnień w wyprowadzaniu nieopodatkowanych zysków, likwidacja prawnej ochrony „taniej siły roboczej”, zwolnienia podatkowe w Specjalnych Strefach Ekonomicznych.

Polskie elity finansowe mają sporo praw, ale mało obowiązków względem społeczeństwa, dzięki któremu mogły się wzbogacić. Nie ma dla nich żadnych przeszkód w wyprowadzeniu kapitału z Polski, mają też uprzywilejowany dostęp do polityków.

Polskie elity polityczne marginalizują dialog społeczny ze związkami zawodowymi lub organizacjami obywatelskimi. Nie wykazują się ponadto specjalną odpowiedzialnością za resztę społeczeństwa (poza wspomnianymi uprzywilejowanymi grupami) i za przyszłe pokolenia, zadłużając kraj. Wykazują silną tendencję do głoszenia propagandy sukcesu i zaklinania rzeczywistości.

Dotychczas elity polityczne potrafiły przeprowadzać tylko bardzo strategiczne projekty, takie jak wejście do NATO czy UE. Kilkanaście innych krajów osiągnęło ten sam rezultat, więc trudno mówić o wyjątkowym sukcesie. Widać brak rezultatów w całościowym prowadzeniu polityk, ich długoterminowym planowaniu, wdrażaniu z dbałością o szczegóły techniczne, kuleje także ich krytyczna analiza i korekta. Deficyt ten można zauważyć zwłaszcza w kluczowych obszarach szeroko pojętego bezpieczeństwa społeczno-ekonomicznego, takich jak redystrybucja dochodów, zadłużenie, przyzwolenie na drenowanie nieopodatkowanych zysków kapitałowych z Polski, prawo pracy, energia, transport, obronność, technologie, ochrona zdrowia.

Polskie społeczeństwo obywatelskie dopiero uczy się swojej roli, w czym państwo mu nie pomaga lub wręcz przeszkadza.

Polska klasa średnia, niepowiązana z elitami politycznymi, de facto utrzymuje państwo. Sumując podatek dochodowy PIT, a w przypadku małych i średnich przedsiębiorców CIT, podatek od towarów i usług VAT z prywatnej konsumpcji, różnego rodzaju akcyzy i innego rodzaju podatki, otrzymamy realne i uśrednione opodatkowanie zapewne przekraczające 50% dochodu. To dużo więcej, niż w przypadku osób zamożnych czy zagranicznego kapitału, stąd skumulowane podatki są w Polsce de facto regresywne i bardzo łagodne dla elit finansowych. W zamian klasa średnia pozwala na dokręcanie sobie śruby fiskalnej oraz na dziką konkurencję z silniejszym kapitałem zagranicznym.

Rosnące masy prekariatu pozostawiono samym sobie i właściwie skazano na postępującą wegetację lub emigrację. Niehumanitarne jest opodatkowanie minimalnych pensji, ledwo pozwalających na egzystencję.

Instytucje państwowe są w zasadzie niewydolne, poddane rytmowi politycznemu, a reguły dostępu do pracy w nich nie są przejrzyste. Chlubnym wyjątkiem są niektóre instytucje specjalistyczne.

Decyzje polityczne zawsze mają dwie praprzyczyny: władzę polityczną i pieniądze. Trzecim, pochodnym powodem jest inercja w polityce, warunkowana rytmem politycznym. Politycy pracują głównie dwa lata po wyborach, zaś przez kolejne dwa lata zajmują się kolejną kampanią.

Kto jest winny obecnej sytuacji? Warto przyjrzeć się ramom instytucjonalnym, które decydują o naszym życiu jako pochodna władzy politycznej i pieniędzy.

Zacznijmy od pieniędzy (patrz tabela poniżej).

Tabela 1. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011–2013)

Czynnik

Polska

Niemcy

Dania

Finlandia

Czechy

Chile

Udział wydatków socjalnych w PKB

18,1%

29,5%

34,6%

31,2%

20,8%

Udział zagranicznego kapitału w produkcji krajowej wartości dodanej (>50% udziałów w wartości firmy)

35%

18,1%

24,6%

20,8%

42,9%

Udział pensji w PKB

35,6%

51%

59%

Saldo rachunków bieżących, jako

% PKB

-4,7%

6%

5,5%

-0,5%

-2,6%

-1,1%

Suma publicznych (bez prywatnych) wydatków na zdrowie, jako % PKB

4,7%

8,6%

9,5%

6,8%

6,5%

3,5%

Udział prywatnych wydatków na zdrowie w całych wydatkach (prywatne i publiczne)

29,9%

(trend rosnący)

23,7%

14,5%

24,6%

15,2%

51,4%

Udział zatrudnionych w populacji (>15 lat)

51%

57%

58%

55%

55%

58%

Stopa bezrobocia

10,4%

5,3%

7%

8,2%

6,9%

6%

Eksport zaawansowanych technologii, (jako % całego eksportu produktów)

7%

16%

14%

9%

16%

5%

Udział kapitału zagranicznego w 10 największych bankach (szacunkowe dane z internetu 2012 r.)

60%

5%

10%

50%

90%

nn

Zestawienie pokazuje, że Polska wydaje o przynajmniej 10% PKB za mało na cele społeczne w porównaniu z krajami mającymi dobry standard takich zabezpieczeń. Podkreślam, piszę o procentach, a nie o konkretnych kwotach, jest to więc kwestia uregulowania redystrybucji dochodu, a nie fanaberia bogatszych krajów.

Udział pensji pracowników w PKB powinien być wyższy o przynajmniej 15% PKB, aby zbliżyć się do poziomu Danii czy Niemiec. Obecnie w Polsce systematycznie się on zmniejsza i do roku 2013 spadł aż o 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat.

Rynek pracy powinien zostać tak udrożniony, aby wchłonąć co najmniej dodatkowe 5% populacji. Te brakujące kilka procent to głównie emigracja i osoby powyżej 58. roku życia

Polska eksportuje mało zaawansowanych technologii (7%) przy sporym udziale kapitału zagranicznego. Można się tu pokusić o hipotezę, że nie da się płacić dużo, konkurując mało zaawansowanymi technologicznie półproduktami o niskiej wartości dodanej.

Pomimo dopływu milardów z funduszy unijnych z Polski i tak wypływa rocznie około 5% PKB, jak pokazuje saldo rachunków bieżących. To zapewne zaniżona suma „optymalizacji podatkowej” wielkiego kapitału i drenowanie go z Polski przez elity finansowe do rajów podatkowych, takich jak Luksemburg, Cypr czy Monako. Aby pokazać, że takie wrażliwe statystyki mogą się jeszcze pogorszyć, warto spojrzeć choćby na przykład Chile.

Poniższa tabela prezentuje, jak PKB rozkłada się na różne grupy społeczne.

Tabela 2. Udział różnych grup społecznych w PKB w 2012 r. (Bank Światowy)

Czynnik

Polska

Niemcy

Dania

Finlandia

Czechy

Chile

Najbogatszych 10%

25%

24,4%

22,1%

22,6%

22,2%

41%

Najbogatszych 20%

40,9%

39,1%

36,2%

37,1%

36,2%

57%

Drugie 20%

12,3%

13%

14,5%

13,8%

14,6%

8,2%

Trzecie 20%

16,6%

17,1%

17,9%

17,4%

17,9%

11,9%

Najuboższe 20%

7,9%

8,3%

9,1%

9,2%

9,3%

4,5%

Najuboższe 10%

3,3%

3,3%

3,3%

3,7%

3,7%

1,7%

Pokazuje ona dwie rzeczy: gdy patrzymy na Chile, wzorzec polskich neoliberałów, widać, że do dna jeszcze daleko i że najzamożniejsze 20% Polaków jest tylko odrobinę mniej solidarnych w porównaniu np. z Niemcami czy Czechami oraz daleko bardziej solidarnych niż w Chile. Pieniądze „gubią się” więc gdzie indziej. Zapewne większość tych 10% PKB, których brakuje na cele socjalne, to właśnie nieopodatkowane zyski wielkiego kapitału.

Efekt wpływu tego środowiska na polski system ekonomiczny to duszenie rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości, która korzysta z możliwości kombinacji podatkowych na mniejszą skalę, a także ma gorszy dostęp do finansów z powodu przewagi zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. To znów „dusi” dochody polskich pracowników, generując przesunięcie przynajmniej kolejnych 10% PKB z ich wypłat do właścicieli kapitału, którzy często dodatkowo unikają zapłacenia podatku kapitałowego. Jednak kapitał robi swoje, czyli zarabia, gdy mu się pozwala, więc trudno dywagować w tym zakresie o etyce. Dlaczego jednak państwo sprzyja mu fiskalnie, czym skazuje uboższą część obywateli na wegetację, nędzę i emigrację?

Władza polityczna

Władza polityczna to tworzenie ustaw, także tych decydujących o obowiązującym systemie podatkowym oraz… regulowanie dostępu do władzy innym. Władza więc to partie rządzące – na każdym szczeblu. Faktyczna władza znajduje się jednak w rękach tych, którzy decydują o listach wyborczych, przysługuje zatem wąskiemu gronu zasiadających w zarządach krajowych głównych partii. To tam ocenia się ryzyko kluczowych decyzji, biorąc pod uwagę szanse na utrzymanie lub przejęcie władzy, i tam, za pomocą decydowania o listach wyborczych, kontroluje się aparat partyjny oraz dostęp do kluczowych funkcji w instytucjach. To tam podejmowane są strategiczne decyzje o niedrażnieniu zagranicznego i krajowego wielkiego kapitału, o duszeniu rozwoju firm mniejszych, o rozmontowywaniu państwa socjalnego lub prawa pracy oraz, gdy jest się w opozycji, o atakowaniu rządu, nawet gdy ten chce zrobić coś sensownego. W tym względnie wąskim gronie jest skoncentrowana odpowiedzialność za sukcesy, porażki i zaniechania ostatnich 26 lat.

Dlaczego władza dopuszcza do rosnącego ubóstwa biedniejszych Polaków oraz nie chroni polskiego biznesu przed silniejszym kapitałem zagranicznym? Zwyczajnie boi się go, ponieważ jeśli wejdzie z nim w konflikt, np. skutecznie opodatkowując i utrudniając przejęcie rynków, może on rękami lobbystów, mediów zależnych od ich reklam czy presji krajów, z których pochodzi, zwłaszcza tych z grupy G7, po prostu zagrozić owej władzy. Poza tym wielu byłych polityków pracuje jako lobbyści u elit finansowych.

„Władza” nie boi się też niezorganizowanych grup społecznych, takich jak pracownicy, właściciele małego i średniego biznesu oraz społeczeństwo obywatelskie. Na razie wystarczą wszechobecny PR i „sztuczne konflikty na tematy marginalne”, aby odwrócić uwagę od spraw istotnych i niewygodnych. To układ sił, nad którego zmianą warto pracować, władza bowiem zazdrośnie strzeże swej pozycji i nie dopuszcza do niej konkurencji.

Partie polityczne są napędzane krótkoterminową logiką wyborczą i brutalną konkurencją. Obecny system nie generuje zachęt do myślenia strategicznego, którego wdrożenie spowoduje widoczne korzyści dopiero po następnych wyborach. Na przykład rozsądne inwestycje w nowoczesną infrastrukturę energetyczną to przynajmniej kilkanaście lat systematycznej pracy polityczno-instytucyjnej. Efekt jest więc taki, że od 25 lat nikt poważnie takich inwestycji nie tknął, sieci przesyłowe są w złym stanie, nowe inwestycje istnieją tylko na papierze.

Instytucje państwowe, znajdujące się pod wpływem kalendarza wyborczego, siłą rzeczy nie mogą działać strategicznie i długoterminowo. Z powodu zdominowania ich przez politykę wytworzyła się swoista kultura bierności i przeczekiwania. Aktywnością łatwo się narazić politykom kontrolującym instytucje i drżącym o każdą reakcję mediów. Dlatego warto zachować powściągliwość w oskarżaniu urzędników o całe zło, bo urzędnik to tylko trybik, zresztą konieczny, zależny obecnie na każdym szczeblu od polityki. Warto też dostrzegać różnicę między politykiem a urzędnikiem.

Władza polityczna to także kontrola instytucji państwowych, komunalnych czy spółek skarbu państwa za pomocą własnych ludzi i obsadzanie nimi ważnych stanowisk. To przynajmniej kilka tysięcy kierowniczych, świetnie płatnych miejsc pracy. Trzeba podkreślić, że procedury naboru na zwykłych pracowników np. ZUS, agencji rządowych, w tym rolnych, urzędów powiatowych, gminnych, miejskich, wojewódzkich, itd., delikatnie mówiąc, nie są przejrzyste. Mamy więc dziesiątki tysięcy personelu instytucji państwowych, wyselekcjonowanego niekoniecznie według przydatności do funkcji, nie wspominając o nepotyzmie. Jak zatem instytucje te mogą funkcjonować strategicznie, przewidująco i inteligentnie, jeśli nie są rynkiem pracy dla najzdolniejszych zorientowanych propaństwowo Polaków?

Polityka wymusza na instytucjach raportownie według przedziwnych wskaźników, a od ich wypracowania zależą nagrody finansowe. To oczywisty absurd, gdyż wydajności pracy instytucji nie da się zmierzyć za pomocą prostych wskaźników, mimo to polityka domaga się mierzalnego postępu. W zasadzie ocena może być tylko opisowa, a nie numeryczna. Na przykład, w policji liczy się wykrywalność. Za przyłapanie dwójki nastolatków z miękkimi narkotykami dostaje się więcej punktów niż za skomplikowane śledztwo przeciwko przestępcom, dlatego tak wygodniej alokować czas pracy. Strach pomyśleć, od czego zależą premie pracowników Urzędów Skarbowych.

Z powodów wymienionych powyżej zaufanie społeczeństwa do polityki i jej legitymizacja społeczna są znikome.

Jak to zmienić?

Rozwiązania zdają się kryć przede wszystkim w zmianach instytucjonalnych. Brak ich wdrażania jest obecnie ważną przeszkodą dla zrównoważonego rozwoju Polski oraz przyczyną niskiej legitymizacji władzy (około 80% społeczeństwa nie głosuje na rządzące koalicje). Upolitycznienie jest zaś ważnym powodem nieufności społeczeństwa.

Skoncentrujmy się na czterech głównych barierach: wpływie wielkiego kapitału na polskie instytucje; utrudnionym „dostępie do polityki” dla nowych ugrupowań; znikomym znaczeniu społeczeństwa obywatelskiego; upolitycznieniu instytucji państwowych. Poniższe sugestie nie rozwiązują problemu, ale mogą być przydatną wskazówką dla organizacji społeczeństwa obywatelskiego – jak myśleć o usprawnieniu instytucji, a także dla polityków – jak pracować nad zaufaniem społecznym.

I. Ograniczenie wpływu wielkiego kapitału na polskie instytucje

Temat jest tak rozległy, że można pokusić się tylko o kilka ogólnych uwag.

Warto pomyśleć nad uregulowaniem relacji reklamodawców z mediami, gdyż to właśnie zyski z drogich reklam powodują uzależnienie mediów od dużego, często zagranicznego kapitału. Warto też przeanalizować, jak duży wpływ, powodujący widoczną niechęć do poruszania tematów niewygodnych dla zagranicznych inwestorów oraz dla polskich elit politycznych i finansowych, mają na politykę głównych prywatnych mediów reklamy spółek skarbu państwa. Dobrze też, na wzór węgierski, zastanowić się nad postulatem solidnego, progresywnego opodatkowania zleceń reklamowych i przejrzystości reklam, w tym reklam spółek skarbu państwa, zależnych od „władzy”.

Lobbing powinien zostać uregulowany tak, aby wymusić absolutną przejrzystość finansowania organizacji lobbingowych i związków zatrudnianych tam pracowników z lobbowanymi instytucjami. Lobbyści to czasami osoby mające z nimi osobiste lub rodzinne powiązania. Powinniśmy się również zastanowić nad dużym, silnie progresywnym podatkiem obrotowym od firm lobbingowych, często finansowanych przez bogate korporacje. Prowadziłoby to do zmniejszenia finansowej asymetrii w dostępie do „władzy” oraz stanowiło nowe źródło podatków, inne niż dochody Polaków, zazwyczaj zarabiających niewiele. Organizacje lobbingowe niepłacące takiego podatku nie powinny się znaleźć w rejestrze mających dostęp do instytucji. Taki publicznie dostępny rejestr mógłby zawierać listę certyfikowanych lobbystów wraz z informacją o ich dochodach, prywatnym majątku, budżecie, darczyńcach oraz informacją o podatku obrotowym. Raportowana powinna być każda relacja ze szczeblem kierowniczym w państwowych instytucjach, posłem działającym w istotnej komisji sejmowej czy ważnym członkiem zarządu krajowego partii pobierającej subwencje państwowe.

Politykom potrzeba jasnych wytycznych o charakterze etycznym, w formie kodeksu postępowania, aby po skończeniu kariery, gdy np. pracują jako de facto lobbyści dla obcych państw czy korporacji, które płacą im bardzo wysokie pensje za korzystanie ze swojego kapitału relacji zdolnego wywierać realny wpływ, potrafili uniknąć konfliktu interesów. Podobne sytuacje mają miejsce w przypadku byłych znanych polityków, w tym dwóch byłych premierów dużych europejskich państw. Byli pracownicy instytucji państwowych, od wiceministra w górę, powinni mieć zakaz wykonywania pracy w lobbingu przez 5 lat od zakończenia misji publicznej. Miejsce i typ zatrudnienia takich osób, w tym dochody, powinny być publicznie dostępne w zbiorczym rejestrze przez np. 10 lat, aby uniknąć konfliktu interesów i zapewnić przejrzystość.

Apolityczność mediów publicznych względem partii politycznych powinna zostać wzmocniona. Obecna sytuacja, gdy media publiczne są łupem rządzących partii, jest zaprzeczeniem idei tych mediów, co ma fatalny wpływ na jakość demokracji. Ścisłe kierownictwo mediów publicznych powinno móc wykonywać tylko raz swoją 5–6-letnią misję, a Sejm – nie mieć możliwości ich odwołania.

Rynek mediów prywatnych warto uregulować tak, by nie mógł znaleźć się w konflikcie z polskim interesem narodowym, publicznym i społecznym. Uniemożliwienie nadmiernej koncentracji własności i finansowe wsparcie dla mediów społecznych są dobrymi kierunkami działania.

Państwo powinno też umożliwić lepszą kontrolę społeczną nad powyższymi sytuacjami, na przykład przez przyznawanie rozsądnych grantów na tzw. społeczne „watchdogi”.

Z pewnością warto analizować, z punktu widzenia współczesnego jurgieltnictwa, zjawiska zatrudniania polityków jako lobbystów oraz wpływu, jaki dzięki publikowaniu drogich reklam, można uzyskać na media.

II. Zwiększenie „dostępu do polityki” nowym organizacjom politycznym, niezwiązanym z elitami politycznymi.

Obecny system polityczny promuje istniejące partie poprzez regulowanie dostępu do subwencji państwowych, na mocy ustawy o partiach politycznych z 27 czerwca 1997 r. Trudno mi ocenić słuszność art. 27, dotyczącego prywatnego finansowania partii, podkreślam jednak, że to ważne, aby polskie i zagraniczne elity finansowe nie mogły przejąć nad nimi kontroli.

Społeczeństwo obywatelskie mogłoby się skoncentrować na art. 28 i 29 tej ustawy. Art. 28 ustala minimalny odsetek głosów uzyskanych w wyborach do sejmu uprawniający do otrzymania subwencji – na 3% dla samodzielnych komitetów wyborczych i na 6% dla koalicji. Warto żądać zmiany tego zapisu na np. 0,5% i 1%, aby wyrównać finansowe szanse nowym inicjatywom politycznym.

Art. 29 reguluje wielkość subwencji zależnie od wyniku wyborczego. Warto byłoby postulować większą regresywność, czyli zwiększenie kwot za pierwsze 5% i 10%, a drastyczne zmniejszenie kwoty powyżej 20%. Zmniejszyłoby to nieuzasadnioną finansową przewagę wielkich partii politycznych.

Dobrym posunięciem byłoby również wprowadzenie limitu rocznej kwoty do wydania na reklamę oraz ustalenie wytycznych dotyczących minimalnych demokratycznych standardów dla statutów partii otrzymujących subwencję, np. wprowadzić zasadę, by polityk mógł zasiadać w zarządzie krajowym partii najwyżej przez dwie kolejne kadencje.

Należy się zastanowić, jak ograniczyć możliwość decydowania o składzie list wyborczych wąskiemu gronu z centralnych zarządów partii. Być może powinny o tym decydować poziomy regionalny i lokalny, a krajowe zarządy powinny móc tylko odrzucić lub przyjąć taką listę. Zmiana propozycji mogłaby skutkować ustawową utratą prawa do subwencji. Obecna sytuacja zupełnie wypacza sens demokracji i nosi znamiona faktycznej dyktatury kilku osób z zarządów partii. Na poziomie regionalnym i lokalnym warto pomyśleć o zależnym od wyniku w wyborach lokalnych postulacie subwencji dla komitetów, co mogłoby znacznie wzmocnić ruchy oddolne.

Byłbym bardzo ostrożny z kwestionowaniem ordynacji proporcjonalnej oraz 5-procentowego progu wyborczego, gdyż mają one sens z punktu widzenia decyzyjności i reprezentatywności Sejmu, co widać na przykładzie reprezentacyjności senatu wybieranego właśnie większościowo czy wyniku majowych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Być może odpowiedzią na zastrzeżenia niektórych ruchów może być ordynacja mieszana na wzór niemiecki. Jednak nawet w tym przypadku liczba mandatów większościowych nie powinna przekraczać 10%. Ponadto w sejmie powinny zostać zagwarantowane 1–2 miejsca dla komitetów wyborczych mających pomiędzy 1% a 5% głosów. Warto też dyskutować, czy kraj o tak historycznie niestabilnym położeniu geopolitycznym jak Polska nie powinien mieć silniejszej władzy wykonawczej.

III. Zwiększenie znaczenia społeczeństwa obywatelskiego

Nacisk ze strony organizacji społecznych na bardziej przejrzysty system przydzielania im grantów dałby również szansę grupom niezwiązanym z elitami politycznymi. Warto rozmawiać o tym, jak finansować społeczny nadzór nad monitoringiem władzy i wpływem elit finansowych na stanowienie prawa.

Organizacje powinny także kłaść nacisk na lepsze prawne umocowanie Komisji Trójstronnej, bez czego nie da się prowadzić poważnej dyskusji o niwelowaniu nierówności społecznych. Pomocne tu są artykuły 20. i 24. Konstytucji RP, obligujące państwo do nadzoru nad warunkami wykonywania pracy oraz stanowiące, że solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych są podstawą ustroju gospodarczego RP. Należy również nalegać na lepszą edukację obywatelską, poczynając od przedszkoli, a kończąc na uniwersytetach. Organizacje pozarządowe mogłyby także rozmawiać z liderami głównych partii o koniecznych systemowych zmianach, aby ustalić wspólne cele i terminy wdrożenia konkretnych regulacji. Otwartość partii na konkrety miałaby spore znaczenia dla odzyskiwania zaufania obywateli do polityki, wzajemnego uznania oraz legitymizacji władzy. Równolegle organizacje społeczne powinny organizować się, aby forsować takie zmiany w sposób zintegrowany, słusznie spodziewając się braku zainteresowania dominujących partii, niechętnych dobrowolnemu ograniczaniu swoich wpływów.

Tym samym organizacje, w celu zwiększenia skuteczności realizowania takich systemowych zmian mających na celu restrukturyzację polityki, powinny stworzyć jedną platformę do ich wypracowania i promowania. Rozproszone działania nie będą skuteczne i zostaną zignorowane przez elity polityczne.

Gdy analizowałem konfrontację mieszkańców Krakowa z władzą w sprawie planowanej zimowej olimpiady, zajrzałem do ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym. Kluczowy jest tu art. 5a, który stanowi, że: 1. W wypadkach przewidzianych ustawą oraz w innych sprawach ważnych dla gminy mogą być przeprowadzane na jej terytorium konsultacje z mieszkańcami gminy. 2. Zasady i tryb przeprowadzania konsultacji z mieszkańcami gminy określa uchwała rady gminy.

Art. 5.a.1. powinien być zmieniony na „mają być przeprowadzane”, tak jak i winna być zmieniona wymowa art. 5.a.2. Istotne jest także ujednolicenie w całym kraju zasad i trybu postępowania jako wytycznych rządowych, włączając w to obowiązek publicznego raportowania wyniku konsultacji, uzasadnienia niewzięcia pod uwagę wyniku konsultacji oraz obowiązek analizy skutków społeczno-ekonomicznych. Obecna sytuacja daje lokalnym partiom politycznym rządzącym w gminach pełną swobodę działania i przeczy duchowi demokracji.

Kompetencje powiatowe i wojewódzkie powinny znaleźć się pod lupą, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że po 2020 r. zmniejszą się fundusze unijne, którymi zajmują się obecnie tysiące pracowników. Poza tym, w celu oszczędzenia finansów publicznych, warto rozważyć audyt i likwidację powiatów oraz redukcję liczby kosztownych miejsc w radach gminnych, miejskich, powiatowych czy sejmikach.

Organizacje polskiego społeczeństwa obywatelskiego powinny myśleć o podnoszeniu swoich umiejętności politycznych, gdyż bez nich nie da się być skutecznym i łatwo się ośmieszyć przed opinią publiczną. Mogłyby np. rozmawiać z rządem o możliwości przeznaczenia niewielkiej kwoty z Europejskiego Funduszu Społecznego na takie szkolenia.

Ważne byłoby też wsparcie dla rozwoju związków zawodowych i rad pracowniczych, które są istotnym instrumentem wyrównania rosnących asymetrii między pracodawcami a pracobiorcami. Na przykład w Niemczech przedstawiciele pracowników zasiadają z mocy prawa w radach nadzorczych korporacji.

Niektóre kraje trzecie są zainteresowane wykorzystywaniem organizacji społeczeństwa obywatelskiego do nacisków politycznych, np. przez różnego rodzaju granty wydawane przez współzależne organizacje. To istotne ryzyko, które warto mieć na względzie i poddać monitoringowi.

Średnioterminowa zdolność do poprawy dostępu do usług społecznych jest ściśle związana z własnością kluczowych zasobów naturalnych i infrastruktury, takich jak zasoby mineralne (węgiel, gaz, metale, minerały), lasy, rezerwy wody pitnej, ziemia rolna, infrastruktura energetyczna, transportowa, komunalna (wodociągi, kanalizacja) itd. Jeśli przejmą je aktywnie za tym lobbujące polskie i zagraniczne grupy kapitałowe, poprawa sytuacji będzie prawie niemożliwa, gdyż zyski zostaną sprywatyzowane, zamiast zasilać budżet państwa i tym samym finansować usługi publiczne. W przypadku innych strategicznych aktywów, takich jak bankowość i telekomunikacja, polski interes publiczny i społeczny nie został dopilnowany. Organizacje społeczne powinny pod tym względem monitorować władzę i żądać konstytucyjnego wzmocnienia zasady państwowej kontroli nad takimi strategicznymi aktywami i zasobami. W przypadku ziemi rolnej pomocny jest Art. 23. Konstytucji RP stanowiący, że Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.

Rzecz w tym, że podczas pierwszych problemów z obsługą polskiego zagranicznego długu publicznego państwu polskiemu zostaną nieformalnie postawione takie warunki wsparcia finansowego, które wymuszą niekorzystną prywatyzację wyżej wymienionych aktywów na rzecz konkretnych zagranicznych grup kapitałowych. To bardzo popularna praktyka w przypadku problemów fiskalnych państw zasobnych w wartościowe aktywa. Formalnie takie warunki stawia MFW, w których silne państwa mają większość. Warto sobie z tego ryzyka zdawać sprawę i przed nim zabezpieczyć. Odpowiednio skrojone zapisy konstytucyjne utrudniłyby rządzącym partiom, przestraszonym perspektywą utraty władzy w przypadku niewypłacalności państwa, taką niekorzystną prywatyzację. Warto o to przepytywać partie starające się o elekcję w tegorocznych wyborach do sejmu.

IV. Zwiększenie apolityczności instytucji państwowych

Obecne ramy instytucjonalne państwa są nieefektywne. To wynik ich upolitycznienia, uzależniania od rozedrganego rytmu politycznego, niechęci do konfrontacji z mediami oraz z polskimi i zagranicznymi elitami finansowymi. Również nabór kadry kierowniczej na podstawie zaufania kierownictwa rządzących partii politycznych, a nie profesjonalizmu, propaństwowości i rzetelności, powoduje upolitycznienie. W związku z tym instytucje nie są w stanie działać strategicznie, systematycznie i długoterminowo.

Należy wdrożyć zasadę absolutnej apolityczności służby cywilnej na szczeblach rządowym, regionalnym i lokalnym. Inaczej mówiąc, partie polityczne i instytucje nie powinny mieć możliwości uznaniowego zatrudniania pracowników instytucji państwowych – od gminy, powiatu, województwa, po administrację rządową, agencje rządowe, policję, ZUS, NFZ czy Urzędy Skarbowe. Aby to osiągnąć, należy rozważyć powołanie centralnego urzędu egzaminacyjnego, odpowiedzialnego za uczciwy nabór chętnych do pracy w służbie cywilnej. Obowiązywałaby zasada, że urzędnikiem państwowym mógłby zostać tylko ktoś, kto zdał taki egzamin. Żelazną regułą takiego egzaminu powinno być to, że pierwszy etap odsiewa przynajmniej 80% chętnych i jest absolutnie anonimowy dzięki testowi komputerowemu, co pozwoliłoby znacznie ukrócić nepotyzm. Lista osób, które taki egzamin zdały, powinna być docelowo jedynym źródłem kadr dla polskiej służby cywilnej.

Zatrudnianie pracowników tymczasowych, niemogących z zasady pełnić żadnych funkcji kierowniczych, powinno być regulowane odrębnie, na mocy decyzji apolitycznego członka służby cywilnej po zdanym egzaminie państwowym. Taki pracownik nie mógłby zostać urzędnikiem państwowym, chyba że zda wspomniany egzamin.

Obecni pracownicy służby cywilnej, mający już za sobą egzaminy państwowe, powinni mieć zapewnioną kontynuację zatrudnienia. Wielu z nich to osoby o naturze państwowców, oddane swojej pracy, i byłoby błędem poddawać ich ostracyzmowi, jak proponują niektóre małe partie polityczne.

Powinna powstać jasna i przejrzysta siatka płac, zasad awansów, uzupełniona pakietem ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych. Obecnie wielu najzdolniejszych pracowników polskiej służby cywilnej myśli o pracy w instytucjach międzynarodowych, co jest skutkiem marnych zarobków, zwłaszcza gdy porówna się je z rynkiem pracy dla wielojęzycznych prawników, ekonomistów czy inżynierów. Sens przyzwoitych płac w służbie cywilnej polega na tym, że urzędnik, zajmujący się np. regulacją decydującą o miliardowych inwestycjach w infrastrukturę energetyczną czy polską polityką względem międzynarodowych instytucji, jest w mniejszym stopniu podatny na korupcję czy pokusę koncentrowania się na szukaniu pracy w takich świetnie płacących instytucjach. Sens „niezwalnialności” (poza poważnymi wykroczeniami) polega na tym, aby urzędnik mógł powiedzieć „nie” ważnemu politykowi, który potrzebuje szybkiego sukcesu medialnego kosztem jakości wykonania publicznego projektu. Dlatego warto rozważyć, czy apolityczna służba cywilna nie powinna być chroniona konstytucyjnie, aby uniemożliwić robienie z niej wygodnego kozła ofiarnego w przypadku błędów polityków, jak to ma obecnie miejsce.

Powstać mogłaby lista politycznych miejsc pracy, które podlegają fluktuacji po wyborach, takich jak minister, premier, ich gabinety, gabinety posłów itd. Te kilka tysięcy etatów należy oddać do dyspozycji partiom tworzącym koalicję rządową oraz wchodzącym do ciał ustawodawczych. Tacy pracownicy nie powinni mieć żadnych możliwości zostania członkami służby cywilnej bez zdania egzaminu państwowego, wliczając w to anonimowy pierwszy etap. Natomiast, jako osoby blisko władzy, powinni być oni dobrze opłacani, bo to praca ciężka, odpowiedzialna i pełna stresu.

Kluczowa jest absolutna przejrzystość nominacji na kierownicze stanowiska w zarządzaniu własnością państwową, taką jak spółki skarbu państwa czy spółki komunalne. Ma to na celu promocję najlepszego kierownictwa, a nie osób najlepiej ustosunkowanych w świecie polityki. To samo dotyczy np. szkół czy szpitali, gdyż jest tajemnicą poliszynela, że nie jest możliwa nominacja na dyrektora szpitala powiatowego bez poparcia lokalnej władzy, co jest absurdem.

Obecnie nowy minister czy wiceminister wydają po wyborach polecenia ministerstwu, jakie projekty kontynuować, a jakich nie. Jest zwyczajem, że inicjatywy poprzedników wyrzuca się do kosza, bo minister jest politykiem i chce szybko firmować swoje, a nie cudze sukcesy. Efekt jest taki, że projekty wymagające długoterminowej troski nie są realizowane albo są realizowane źle, jak widać na przykładzie stanu armii, bałaganu w służbie zdrowia, edukacji, w sektorze energii, transportu, na rynku pracy, pełzającej prywatyzacji usług komunalnych i społecznych itd. Krótkoterminowe myślenie polityka popada w konflikt interesów z długoterminowym interesem publicznym i społecznym. Podobnie jest na poziomach regionalnym i lokalnym. System powinien być uregulowany tak, aby polityk musiał się bardziej liczyć z długofalowymi sugestiami instytucji zatrudniających apolityczną i fachową służbę cywilną. Te relacje winny być uregulowane na każdym szczeblu.

Obecnie kultura pracy w administracji publicznej ma bardzo pasywny charakter. Praktyka 26 lat III RP i 45 lat PRL nie promowała aktywności instytucji, czekających biernie na polecenia kierownictwa PZPR lub, jak teraz, ministrów czy wiceministrów. Warunkiem wstępnym do dyskusji nad zachętami do bardziej aktywnej postawy jest zwiększenie apolityczności instytucji. Politycy żądają od administracji raportów o efektywności, która jest mierzona według wskaźników. Powinno się odejść od idei mierzenia niemierzalnego na rzecz tworzenia zachęt dla pracowników administracji promujących aktywność, strategiczne i krytyczne myślenie w interesie narodowym, publicznym i społecznym.

Pożądane byłoby powołanie specjalnej komórki w administracji rządowej, odpowiedzialnej za całościowe zarządzanie politykami, np. współzależnymi planami zakupu technologii wojskowych, energii czy polityką przemysłową. Obecnie brak takiej koordynacji. Dziś rząd nie ma możliwości wycofania projektu, jeśli sejm wypaczy jego cele. Dobrze opłacani eksperci powinni pracować w rządzie jako służba cywilna i móc postulować wycofanie projektu przez ministra, jeśli w sejmie nastąpiło jego zupełne rozminięcie się z rzeczywistością i wcześniejszymi założeniami. Powinno się również znacząco dofinansować i rozwijać specjalistyczne polskie instytuty analityczne, tworzące profesjonalne raporty w kwestiach kluczowych dla przyszłości kraju. Zagraniczne korporacje doradcze popadają tu w konflikt interesów, a obecna polityka państwa jest niezrozumiała i szkodliwa. Obecnie Polska jest de facto „ślepa”.

Warto wzmocnić monitoring jakości dysponowania budżetem. Obecnie mówi się tylko o przychodach, a nikt nie analizuje, czy wydatkowanie jest gospodarne. W Szwecji co roku pojawia się w internecie szczegółowy raport na temat wydatków państwa. Społeczeństwo obywatelskie powinno żądać przejrzystości.

Instytucje państwowe mogłyby też zacząć promować spółdzielczość wśród swoich usługodawców. Nie ma powodu, aby siedziby instytucji były np. sprzątane przez prywatne firmy; podobnie jest z systemem żywienia pracowników instytucji. Przetargi na takie usługi powinny promować spółdzielnie pracownicze, a nie prywatne firmy, zatrudniające pracowników, często kobiety, na umowach śmieciowych. Warto z tego punktu widzenia przeanalizować np. ustawę o prawie zamówień publicznych z dnia 29 stycznia 2004 r.

Powinno się również naciskać na władze wszystkich szczebli, aby publiczne instytucje miały konta w bankach z dominacją polskiego kapitału, jak PKO BP czy w regionalnych bankach spółdzielczych. Nic nie uzasadnia tego, by drogie prowizje finansowały zyski zagranicznych grup bankowych.

Takie postulaty można mnożyć w nieskończoność, ale te wydają się najlepsze dla stworzenia sprawnych i strategicznie myślących instytucji oraz dla przywrócenia instytucjom państwowym zaufania społecznego.

Wnioski

Wzrost zaufania społeczeństwa do państwa oraz stworzenie „inteligentnych” jego instytucji, działających w interesie narodowym, społecznym i publicznym, wymaga zmniejszenia asymetrii między deklaracjami politycznymi a rzeczywistością. Można obecnie zaobserwować postępujące niedofinansowanie sfery socjalnej, fiskalne uprzywilejowanie elit finansowych, drenaż nieopodatkowanych zysków kapitałowych z Polski, nepotyzm w sferze instytucji państwowych, niezdolnych do strategicznego i długoterminowego działania, lekceważenie społeczeństwa obywatelskiego, ogólny wzrost ubóstwa, niepewności jutra u zapewne ponad 50% społeczeństwa i pełzający neokolonializm. Malejące zaufanie społeczne do państwa nie bierze się znikąd.

Odwrócenie tego trendu wymaga zmian instytucjonalnych, w tym demokratyzacji obecnej „partiokracji”. Aby jednak nie skończyło się na słowach, warto zdawać sobie sprawę, gdzie są śrubki prawne do wprowadzania takich zmian systemowych. Mam nadzieję, że wiele z nich udało mi się wskazać.

Rzecz w tym, że konstruktywne zmiany wymagają redystrybucji „dostępu do władzy”, a na to beneficjenci obecnego status quo się nie zgodzą bez bardzo silnej presji społecznej. Jej brak zaś powoduje staczanie się polskiej rzeczywistości do roli politycznego i ekonomicznego przedmiotu polityki międzynarodowej oraz prowadzi do dalszego łamania Art. 2 Konstytucji RP, stanowiącego, że: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Zmiany instytucjonalne są warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, do realizacji zapisów tego artykułu.

Ponieważ około roku 2021 r. nawarstwią się problemy demograficzne, a także radykalnie zmniejszą się fundusze unijne dostępne dla Polski, mamy tylko kilka lat na rozpoczęcie zmian. Później będzie coraz trudniej, a statystyki z tabel 1 i 2 będą nas z czasem coraz bardziej zbliżać do chilijskiego wolnorynkowego „raju”.

Zmian tych nie da się jednak przeprowadzić szybko. Ten powolny proces ewolucji, rozciągnięty być może na 10–20 lat, zacząć się powinien od politycznej edukacji organizacji społecznych, formułowania rozsądnych postulatów, umiejętnego dialogu z państwem. Kluczowe jest tu wywieranie skutecznej presji na kierownictwa partii politycznych. Wymaga to determinacji, politycznego profesjonalizmu i masowości ruchów społecznych, przede wszystkim jednak platformy współdziałania zainteresowanych organizacji społeczeństwa obywatelskiego, solidnej strategii, formułowania konkretnych i dobrze przemyślanych postulatów zmian instytucjonalnych, finansów, „mocy przerobowych”, planu akcji i systematycznego promowania zmian. Inaczej para pójdzie w gwizdek, a rozproszone działania nie przyniosą efektu.

Jeśli takie zmiany w interesie publicznym i społecznym będą następować, a społeczeństwo obywatelskie będzie widziało w nich sens, słupki zaufania do polskiej polityki ponownie zaczną rosnąć, a instytucje państwowe oraz służba cywilna cieszyć się będą szacunkiem społecznym.

Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się? – rozmowa z prof. Guyem Standingiem

– Skąd wziął się prekariat – „nowa niebezpieczna klasa”, jak określa go Pan w podtytule książki z 2011 r.? Jak powstał i czym właściwie jest? Czy to pozbawiony stabilności i pewności zatrudnienia proletariat? Dzieci klasy średniej pozbawione szans utrzymania statusu materialnego i stylu życia swoich rodziców? Pokrzywdzeni przez kryzys, którzy wychodzili na ulice w Grecji, Hiszpanii, Nowym Jorku czy podczas protestów związanych z obchodami europejskiego święta pracy (Euro May Day)? Cisi outsiderzy, „odpady” systemu, skłonni do wyżywania się na innych, jeszcze niżej od nich stojących jego ofiarach, elektorat prawicowych populistów? Pracownicy tymczasowi albo wypchnięci na „elastyczne” umowy w ramach jakiegoś „planu oszczędnościowego”?

Guy Standing: Wydaje mi się, że większość grup, które wymieniono, mieści się w kategorii prekariatu. Żeby osiągnąć optymalną definicję tej klasy, musimy jednak wznieść się ponad popularne ujęcia, uproszczenia i stereotypy. Wiąże się z nimi bowiem niebezpieczeństwo banalizacji i niezrozumienia sedna zjawiska, z którym mamy do czynienia. To, co wydaje mi się najistotniejsze, to fakt, iż prekariat jest produktem ubocznym bolesnej globalnej transformacji, przez którą przechodzimy, porównywalnej z „wielką transformacją”, do jakiej doszło u narodzin kapitalizmu, znakomicie opisaną przez słynnego socjologa Karla Polanyi’ego. Żyjemy w okresie strukturalnej przemiany, w ramach której cały globalny system rynkowy poddaje się dominacji kapitału finansowego. Neoliberalne przemiany i towarzyszące im otwarcie rynków wiązały się z utowarowieniem niemal wszystkiego, co mogło stać się towarem. Być może najbardziej znaczącym aspektem tej naszej transformacji jest czterokrotny wzrost światowej podaży pracy, co przekłada się na silny nacisk na obniżanie płac i standardów pracowniczych w Europie i w całym szeroko pojętym świecie zachodnim. Obniżaniu się lub w najlepszym przypadku stagnacji realnych zarobków towarzyszą rosnące zyski maleńkiej klasy plutokratycznej, w związku z czym rozkład dochodów staje się coraz bardziej nierówny. Do innych elementów transformacji należą: „uelastycznienie” rynków pracy; restrukturyzacja narodowych systemów zabezpieczenia społecznego, oznaczająca nierzadko ich daleko idący demontaż; osłabienie ducha solidarności. W rezultacie nastąpiła segmentacja tradycyjnego systemu klasowego. Nie sposób zrozumieć czy w należyty sposób wyjaśnić zjawiska prekariatu bez wzięcia pod uwagę przemian, jakie zaszły w toku tego procesu.

Często podkreślam, że musimy zwracać uwagę na narastające rozbieżności nie tylko między klasami, ale i wewnątrz poszczególnych klas i grup społecznych. To one odpowiadają bowiem za wiele spośród naszych najbardziej palących problemów, z którymi nie mogą sobie poradzić nasze elity polityczne.

Aby ująć rzecz skrótowo, powiedziałbym, że widzę tę nową, krzepnącą globalną strukturę klasową następująco: na szczycie mamy plutokrację, nielicznych oligarchów i „obywateli świata”. Jeśli nie zdołamy znaleźć sposobów na ograniczenie ich bogactwa i wpływów, nasze społeczeństwa będą miały poważne kłopoty. Dużo, dużo niżej mamy salariat, czyli tych, którzy zachowali długoterminowe bezpieczeństwo zatrudnienia i gwarantowane świadczenia, takie jak emerytury. To, co do niedawna stanowiło standard obejmujący wszystkich obywateli europejskich państw dobrobytu, obecnie dotyczy wciąż kurczącej się mniejszości. Dzisiejszy salariat skupiony jest przede wszystkim w wielkich korporacjach oraz w sektorze publicznym. Coraz większa część jego dochodów pochodzi z odsetek od kapitału, a nie z pensji, co stanowi jedną z przyczyn, dla których nie ma już sensu myślenie w kategoriach jednolitej klasy pracowniczej o zbliżonych interesach i miejscu w stosunkach produkcji.

Salariat skłonny był udzielać poparcia politycznego programowi neoliberalnemu, oczekując, że stanie się jego beneficjentem. Salariusze w coraz większym stopniu dostrzegają dziś jednak, że zagraża im – a przede wszystkim ich dzieciom – perspektywa społecznej degradacji i dołączenia do szeregów prekariatu. Równocześnie zwyczajnie obawiają się konsekwencji wzbierającego gniewu prekariuszy. Ich nastawienie wobec neoliberalizmu staje się w związku z tym bardziej krytyczne.

W zbliżonym do salariatu miejscu w strukturze dochodów znajduje się mniejsza grupa, którą określam mianem proficians – fachowców, ekspertów w swoich dziedzinach, zorientowanych na pracę w trybie projektowym, aktywnych. Korzystają oni na uelastycznionych reżimach pracy i osiągają znaczące dochody. Pod względem liczebnym proficians rosną obecnie w siłę. Następny w hierarchii pod względem zarobków jest tradycyjnie rozumiany proletariat – główna siła społeczna stojąca za dawnymi państwami dobrobytu, obecnie słabnąca zarówno pod względem liczebnym, jak i politycznym. Pod nimi lokuje się szybko powiększający się prekariat. Na samym dole systemu mamy podklasę, ludzi, dla których nie ma miejsca w tym nowym systemie, ludzi wykluczonych.

Muszę więc wnieść jedną poprawkę do propozycji, wedle której do prekariatu zaliczają się „odpady systemu”. To określenie wydaje mi się nietrafne. Prekariat powinien być raczej rozumiany jako funkcjonalny rdzeń nowego systemu, jego podstawowa siła napędowa. Należałoby prekariat definiować nie tylko poprzez niestabilne warunki pracy i niepewność jutra – choć są to niewątpliwie ważne elementy jego egzystencji. Ale o wiele donioślejsze społeczne konsekwencje ma fakt, iż prekariusze są zwykle dobrze wykształceni, że muszą pracować poniżej kwalifikacji oraz że brakuje im ustabilizowanej tożsamości związanej z wykonywaną pracą. Nie mają poczucia, że rozwijają swój potencjał i zdolności, że mają kontrolę nad własnym życiem. Muszą wykonywać niebotyczne ilości pracy, która nie jest za pracę uznawana, i nie wiąże się z nią ani wynagrodzenie, ani inne, niematerialne formy gratyfikacji. Prekariusze wykorzystywani są więc nie tylko w swoich miejscach pracy, ale i poza nimi. System stawia ich ciągle w pozycji petentów. Niczego im nie gwarantuje – wręcz przeciwnie, wraz z jego konsolidacją prekariusze tracą kolejne uprawnienia. Zmuszeni są prosić, niemalże błagać, o najbardziej podstawowe prawa, o dobre traktowanie, o możliwości rozwoju. Myślę, że ten status petenta jest jednym z istotniejszych, a być może najistotniejszym wyróżnikiem prekariatu.

– Gdy tematyka prekaryzacji pojawia się w mediach głównego nurtu, często towarzyszy temu mniej lub bardziej wprost wyartykułowana sugestia, że bycie prekariuszem to w pewnej mierze kwestia świadomie wybieranych wartości (takich jak niechęć do tradycyjnych struktur czy hierarchii, wolność, elastyczność), aspiracji i stylu życia. Ich sytuację przedstawia się nie w kategoriach odbieranych praw i strukturalnego przymusu, ale braku zainteresowania stabilnością i bezpieczeństwem jako wartościami. Jest w tym jakieś ziarnko prawdy?

– Myślę, że słuszna jest intuicja, iż prekariat nie składa się wyłącznie z ofiar. Istnieje realna różnica pod względem aspiracji. Prekariusze chcą innego życia zawodowego, chcą więcej wolności w jego ramach. Ale twierdzenie, że nie chcą lub nie cenią bezpieczeństwa, jest już nieuczciwe. Każdy potrzebuje podstawowego poczucia bezpieczeństwa, żeby móc funkcjonować, podejmować racjonalne decyzje i się rozwijać. Musimy po prostu dostrzec, że prekariat dąży do uzyskania innego typu bezpieczeństwa niż ta, o którą walczył tradycyjny proletariat – że nie chodzi im już o to, by całe życie spędzić na etacie, pracując w jednej branży. I myślę, że nie chcieć monotonnego życia jest nawet rzeczą zdrową i zrozumiałą. Uznanie tej zmiany w sferze aspiracji jest istotne, bo to jedna z podstawowych przyczyn, dla których prekariat nie odnajduje się w narracji i programie politycznym proponowanym mu przez partie socjaldemokratyczne oraz ruch związkowy. Związkowcy i socjaldemokraci skłonni są twierdzić, że rozwiązaniem problemów prekariatu jest stworzenie stabilnych, pełnowymiarowych miejsc pracy oraz przywrócenie dawnych zabezpieczeń społecznych. To błąd, za który tradycyjna lewica płaciła i wciąż płaci – nawet w obliczu kryzysu, jaki dotknął europejskie gospodarki. Ruchy stworzone jako reprezentacja proletariatu nie rozumieją w pełni potencjału społecznej zmiany, jaki tkwi w prekariacie.

– Na czym polega ten potencjał?

– Tematowi temu poświęciłem swoją ostatnią książkę, która w najbliższym czasie ma się ukazać po polsku, zatytułowaną „Karta Prekariatu” (The Preca­riat’s Charter). Analizuję w niej dotychczasowe ruchy polityczne uformowane wokół prekariatu i proponuję kartę 29 postulatów, które stanowić mają odpowiadające wyzwaniom „wieku prekariatu” nowe wcielenie republikańskiego ducha wolności, równości i braterstwa. Fundamentalnym założeniem moich propozycji jest przywrócenie podstawowego poczucia bezpieczeństwa, które umożliwi ludziom podejmowanie bardziej racjonalnych wyborów. To bezpieczeństwo mogłoby zostać zdefiniowane jako nowa forma wolności relacyjnej, rozumianej w duchu republikańskim jako pełniejsza kontrola nad własnym życiem oraz emancypacja spod władzy sił i interesów znajdujących się poza naszą kontrolą. Po drugie, zwracam w książce uwagę na konieczność stworzenia politycznej reprezentacji prekariatu. I wreszcie – przedstawiam strategię redystrybucji, która ograniczyłaby nierówności najbardziej dotkliwe dla prekariatu.

– Stawia Pan tezę, że tradycyjna klasa robotnicza przechodzi dziś, czy wręcz już przeszła, do historii. Czy nie jest to jednak stanowisko silnie europocentryczne, broniące się w odniesieniu do centrów świata kapitalistycznego, ale już nie jego rozległych peryferii? Czy nie wydaje się Panu, że proletariat wciąż może odegrać istotną rolę choćby w krajach globalnego Południa?

– Uważam, że myślenie w kategoriach jednolitej klasy robotniczej nie ma już sensu ani z analitycznego, ani z politycznego punktu widzenia. Nowa struktura klasowa ma w moim przekonaniu charakter globalny, ale zawsze nakłada się ona w jakiś sposób na lokalną specyfikę. Na przykład w Indiach wciąż funkcjonują elementy tamtejszego systemu feudalno-kastowego, ale nabudowana na nich jest ta sama struktura, jaką widzimy na Zachodzie. I tak w wielkich indyjskich miastach znajdziemy tamtejsze odpowiedniki prekariatu, salariatu i proficians, lokalną plutokrację etc. Pojęcie proletariatu nie pomaga w zrozumieniu współczesnych systemów klasowych choćby dlatego, że poszczególne segmenty dawnej klasy robotniczej mają różne, nierzadko sprzeczne interesy, aspiracje oraz świadomość klasową. Wtłaczanie tak zróżnicowanych grup do tej jednej kategorii jest po prostu bez sensu.

Jestem także przeciwny rozumieniu „prekarności” jako stanu charakterystycznego dla współczesnych społeczeństw, który dotyka wszystkich klas na równi. To teza stawiana często przez moich marksistowskich polemistów. We wszystkich społeczeństwach istnieją tymczasem wpływowe mniejszości, które czują się bardzo bezpieczne – bardziej niż jakiekolwiek klasy wyższe w przeszłości. Kluczowe dla mojej wizji współczesności jest rozumienie prekariatu jako grupy, która stopniowo zyskuje świadomość wspólnoty doświadczeń i dochodzi do wspólnych wniosków na temat tego, jak społeczeństwo powinno być zorganizowane. W przyspieszonym tempie proces ten obserwować możemy w krajach południowej Europy. Jego owocem jest powstanie nowych organizacji takich jak hiszpańskie Podemos, które są ruchem nowego typu, opartym na prekariacie i odrzucającym stary robotniczy program, poszukującym nowej, całościowej koncepcji regulacji gospodarki, zabezpieczenia społecznego i redystrybucji. Podobne ruchy pojawiają się również w Portugalii, Włoszech i Grecji.

– Jednym z dość oczywistych wyzwań dla prekariuszy jest problem wolnego czasu, który stanowił jeden z istotnych warunków politycznej organizacji klas w przeszłości. Jakie konsekwencje dla ruchów prekariackich może nieść, charakterystyczne dla kondycji tej klasy, zatarcie granic między pracą a wypoczynkiem?

– Moja teza jest taka, że musimy przejść przez różne fazy. Na początek ludzie muszą uświadomić sobie przynależność do prekariatu – i myślę, że od fali protestów z 2011 r. poczynając, świadomość bycia częścią tej nowej wyjątkowej grupy społecznej wzrosła już bardzo wyraźnie. Wraz z osiągnięciem tego etapu rozpoczyna się proces formowania swoich mediów społecznościowych, ruchów społecznych i partii, których główną funkcję stanowi aktywizacja polityczna prekariuszy. Widzieliśmy już całkiem skuteczne poczynania tego rodzaju, choć oczywiście wyzwania, o których mowa, bardzo je utrudniają. Rozpoznanie swojej przynależności klasowej wiąże się jednak z podmiotowością, z poczuciem, że możemy się zebrać, podjąć wspólne działania i zażądać zmian. To poczucie sprawczości jest udziałem zwłaszcza młodych wykształconych aktywistów, ale dostrzegam także, co szczególnie mnie cieszy, że upolitycznienie zaczyna dotykać również ludzi starszych, którzy widzą, jak ich dzieci i wnuki stają się prekariuszami, i biorą na siebie odpowiedzialność za budowę lepszego społeczeństwa dla kolejnych generacji. Rosnąca świadomość obywatelska i klasowa prekariatu będzie się z czasem przekładać na coraz to doskonalsze formy organizacji politycznej. Oznaczać to będzie ostateczne odejście od dwudziestowiecznego modelu politycznego, wraz z formacjami, na których się on opierał – socjaldemokracją, liberałami, chadecją i konserwatystami.

– Wspomniał Pan o doświadczeniach pokoleniowych – takich jak choćby funkcjonowanie w świecie mediów społecznościowych – jako o istotnym czynniku w procesie kształtowania się prekariatu. Istnieje zarazem tendencja, by redukować prekariat do rangi generacyjnego fenomenu. Jak oceniłby Pan w tym kontekście rolę aspektów klasowych i pokoleniowych w formowaniu się prekariatu?

– Potraktowanie prekariatu jako zjawiska czysto pokoleniowego byłoby niewątpliwie błędem. Wraz z wypychaniem kolejnych grup pracowników na elastyczne umowy, prekariat zasila coraz więcej osób niebędących częścią generacji Y. Zdecydowanie nie mamy do czynienia ze zwyczajnym dążeniem młodych ludzi do stabilizacji i ich trudnościami z dostosowaniem się do rzeczywistości ułożonej im przez dorosłych. Młodzi stanowią wciąż oczywiście znaczną część prekariatu, ponieważ prekariat jest młodym fenomenem, a wchodzący w dorosłość stanowią grupę szczególnie narażoną na prekaryzację. Gdyby rzecz sprowadzała się tylko do problemów pokoleniowych, wystarczyłoby wprowadzić programy wsparcia rozwoju kompetencji zawodowych oraz poprawiające konkurencyjność młodych absolwentów na rynku pracy. Nie sądzę jednak, żeby było to rzeczywiście obiecujące rozwiązanie. Musimy przyjąć do wiadomości istnienie pozademograficznych przyczyn zjawisk, z którymi mamy do czynienia. Prekariat jest owocem bardziej złożonych procesów – cechują go specyficzne miejsce w reżimie produkcji i dystrybucji dóbr oraz specyficzne relacje z państwem i jego instytucjami.

– W swojej pierwszej książce poświęconej prekariatowi zwracał Pan uwagę na brak ustabilizowanej tożsamości jako jedną z charakterystycznych cech nowej klasy. Czy dostrzega Pan w tej sferze jakieś przemiany? Czy da się tożsamość prekariatu zbudować inaczej niż w sposób negatywny – w oparciu o wspólne doświadczenia ekonomicznej niepewności i resentyment?

– Ponieważ prekariusze nie mogą swobodnie dysponować swoim czasem, a jednocześnie nie mają przed sobą przewidywalnej ścieżki kariery, nie są w stanie realizować własnego potencjału w ramach pracy zawodowej. W tej chwili wielu ludzi zmuszonych jest imać się zajęć nierozwojowych i nisko płatnych. W tym także tych najgorszych, oferowanych w ramach publicznych programów typu workfare, które potępiam w obu swoich książkach, gdzie przyjęcie zlecenia „z puli” stanowi warunek prawa bezrobotnego do korzystania z zasiłków i szeroko pojętej opieki społecznej. W ten sposób pozbawiani są poczucia kontroli nad własnym życiem. Brakuje programów i instytucji, które by im tę kontrolę przywracały, pozwalając łączyć różne formy aktywności w sposób zgodny z ich potrzebami, możliwościami i aspiracjami. Podstawowym postulatem jest tu równe traktowanie wszystkich rodzajów pracy nie tylko w sensie szacunku, ale także praw i zabezpieczeń – inaczej niż ma to miejsce w zaprojektowanych w XX w. systemach uznających wyłącznie pracę najemną. Musimy przedefiniować nasze rozumienie tego, czym jest praca. Dziś wiele spośród najbardziej satysfakcjonujących i pożytecznych społecznie form aktywności nie cieszy się należytym uznaniem ze strony instytucji państwa.

– Jakie formy aktywności ma Pan na myśli?

– Większość pracy opiekuńczej, jaką wykonujemy dla naszych bliskich, naszych wspólnot i instytucji, ale także działalność społeczna czy wolontariat, nie są uznawane za pracę w oficjalnych statystykach, w podręcznikach ekonomii ani w debacie publicznej. Tymczasem to wszystko jest praca! Więcej: to praca niezbędna dla egzystencji naszych społeczeństw i dla całej ludzkości. I musimy zapewnić jej należne w związku z tym traktowanie, odchodząc od wąskiego rozumienia pracy, które stanowi podwaliny wszystkich wielkich ideologii XX w., od marksizmu-leninizmu, przez socjaldemokrację, po neoliberalizm.

– W swojej pierwszej książce traktuje Pan prekariat nie tylko jako postępową siłę, która może wzbogacić demokratyczną politykę i na nowo nadać jej sens, ale i jako potencjalne zagrożenie dla europejskiego modelu i jego wartości. Wynika to m.in. z faktu, że jako klasa znalazł się całkowicie poza systemem – nie tylko w sensie reprezentacji, ale i najbardziej podstawowych praw obywatelskich. Wiąże się z tym potencjał radykalnej kontestacji systemu, która może przybrać reakcyjne formy. Zauważa Pan, że wspomniany wcześniej brak ustabilizowanej tożsamości oznacza, iż prekariat pozbawiony jest naturalnego podłoża, z którego rodzą się solidarność i wrażliwość społeczna. W efekcie może okazać się podatny na manipulacje politycznych demagogów, którzy będą próbowali skanalizować gniew przeciw dowolnie wybranemu kozłowi ofiarnemu. Czy prekariat, jako grupa niejednolita, połączona słabymi więzami wspólnej niepewności i wspólnych lęków, nadaje się na podmiot wielkiej przemiany, na jaką Pan liczy?

– To ważne pytanie. Wydaje mi się jednak, że od czasu moich pierwszych badań nad prekariatem byliśmy świadkami bardzo wyraźnych postępów. To, co jeszcze niedawno było tylko klasą w procesie tworzenia, poczyniło daleko idące kroki w kierunku stania się – posłużmy się językiem marksowskim – „klasą dla siebie”, połączoną wspólną świadomością i wspólną wizją politycznych przemian. Wraz z tymi postępami wyostrzyły się jednak także podziały wewnętrzne w łonie prekariatu. Składa się on dziś z trzech warstw. Łączą je podobne doświadczenia, ale dzielą warunki wyjściowe, co przekłada się m.in. na odmienne inklinacje polityczne.

Pierwsza warstwa to ludzie, którzy wywodzą się ze społeczności robotniczych, ale różnią się od swoich rodziców pod względem posiadanych możliwości. Zwykle brakuje im wykształcenia. Nazywam ich „atawistami”, ponieważ ich aspiracje i wyobrażenia związane są z dawnym porządkiem, z czego wynika frustracja i przekonanie, że nie mają szans nawet na utrzymanie statusu, jaki udało się osiągnąć ich przodkom. Stanowią oni główny obszar zainteresowania i główną bazę ugrupowań populistycznych, neofaszystowskich i szeroko pojętej nowej prawicy, która żywi się ludzkim strachem przed innością i przekonuje elektorat, by za swoje nieszczęścia winił imigrantów, mniejszości czy wykluczonych społecznie. Jest to część szerszego zjawiska, które określam mianem polityki piekła, która była i pozostaje częścią politycznego spektrum. Trzeba przy tym pamiętać, że niemała liczba reprezentantów piętnowanych przez populistów grup sama należy do prekariatu, stanowiąc część drugiej jego warstwy, którą nazwałem nostalgikami – to ci, którzy nie mają swojego miejsca, zakorzenienia ani tożsamości narzucanej im przez „chwilę obecną”. Żyją z dnia na dzień i przez większość czasu skupieni są na fizycznym przetrwaniu. Rosnąca wrogość ze strony instytucji państwa sprawia jednak, że stają się oni w ostatnich latach coraz bardziej upolitycznieni i stopniowo dołączają do masowych ruchów protestu.

Trzecią warstwę prekariatu określam mianem progresywnych. Grupa ta zyskuje dziś na sile i znaczeniu. To przeważnie młodzi absolwenci, którzy po ukończeniu studiów orientują się, że nie mają dokąd iść. Wiem, że w Polsce znaczna część tej grupy wpadła w sidła prawicowych populistów. W skali globalnej jednak większość tej grupy prekariuszy skłania się ku postępowym nurtom politycznym. Dzięki wykształceniu są oni zdolni do artykułowania aspiracji, wartości, interesów i politycznych postulatów prekariatu jako klasy. Spodziewam się, że sformułowany przez nich program okaże się atrakcyjny dla większości „nostalgików”. Mam nadzieję, że z czasem także część reprezentantów atawistów zrozumie, iż wyżywanie się na mniejszościach nie da im bezpieczeństwa i nie przywróci kontroli nad życiem. Już dziś możemy obserwować, jak polityczne oblicze jednoczącego się prekariatu nabiera kształtów zgodnie z naszkicowanym tu wzorcem. Potrzebujemy jednak przyspieszenia tego procesu.

– Zastanawiam się nad sformułowanymi przez Pana oczekiwaniami wobec „postępowej polityki prekariatu” w kontekście, w którym znaczna część aktualnych konfliktów związana jest wciąż z niszczeniem dawnych instytucji państwa dobrobytu – i z opozycją wobec tego procederu. Czy nie jest tak, że w związku ze swoją specyficzną pozycją klasową i związanym z nią resentymentem, prekariat stanowi łatwy cel manipulacji? Że nietrudno przekonać go do udzielenia poparcia dla neoliberalnych reform i zmobilizować przeciwko zagrożonym nimi grupom społecznym?

– Jestem optymistą. Kryzys, który zaczął się w 2008 r., pokazał, że neoliberalny program gospodarczy po prostu nie działa. Niesie za sobą groźbę przewlekłej deflacji, bezrobocia i, co najgorsze, rosnących nierówności. Nierówności w skali globalnej i we wszystkich naszych krajach z osobna osiągnęły już poziom, który jest niemożliwy do utrzymania bez wprowadzenia autorytaryzmu. Istniejące ruchy i partie polityczne nie znalazły na tę sytuację odpowiedzi. Na dłuższą metę system neoliberalny nie będzie jednak dla prekariuszy atrakcyjny, bo wiąże się dla nich z brakiem egzystencjalnego bezpieczeństwa i z modelem państwa, które nie zapewnia im praw.

– W swoich książkach przedstawia Pan etatowych pracowników jako jedną z grup o najwyższym statusie w kształtującej się strukturze społecznej XXI w. Zawdzięczają go rzadkiej w aktualnych warunkach stabilności zatrudnienia i płynącemu z niej poczuciu bezpieczeństwa. Z drugiej wszak strony ich kodeksowe „przywileje” i gwarantowane usługi publiczne znajdują się na celowniku neoliberalnych reformatorów. Czy wielka społeczna transformacja, jakiej zapowiedź stanowi pojawienie się prekariatu, wymaga zniesienia wszystkich społecznych osiągnięć XX w. i sprowadzenia wszystkich pracowników do najniższego wspólnego mianownika?

– Musimy pogodzić się z faktem, że nasze państwo dobrobytu i tak uległo już daleko idącemu demontażowi. Owocem tego demontażu jest system workfare oraz pełzający kryzys solidarności i uniwersalizmu. Niektórzy politycy wykorzystują aktualny stan państwa jako argument do dalszych cięć wydatków publicznych. Nie zmienia to faktu, że musimy przemyśleć dziś na nowo system zabezpieczeń społecznych i znaleźć sposób, by przywrócić życie uniwersalnym humanistycznym wartościom.

– W debacie publicznej diagnozy postawione przez Pana w „Prekariacie” łączy się zazwyczaj z postulatem wprowadzenia podstawowego dochodu gwarantowanego, czyli równej, określonej „pensji” wypłacanej przez państwo każdemu obywatelowi w celu zabezpieczenia podstaw jego bytu – niezależnie od tego, czy pracuje. Czy stanowi on coś w rodzaju kamienia filozoficznego, który rozwiąże wszystkie problemy prekariatu? A może jest to tylko symbol ogólniejszego kierunku, jaki jest pożądany, pierwszego kroku na długiej drodze ku systemowi sprawiedliwszemu społecznie?

– Wierzę, że system oparty na podstawowym dochodzie gwarantowanym jest dziejową koniecznością i musimy zmierzać w jego kierunku. PDG to najlepsze remedium na nierówności i niepewność, jakie cechują współczesne społeczeństwa. Promuję to rozwiązanie od wielu lat, wskazując na liczne argumenty – filozoficzne, etyczne, społeczne i ekonomiczne – za jego docelowym przyjęciem.

Podkreślam jednocześnie, że nikt w ruchu na rzecz PDG (zorganizowanym w strukturach Światowej Sieci na rzecz Dochodu Podstawowego BIEN) nie uważa, że PDG to panaceum na wszystkie problemy. To po prostu jeden z elementów postępowej strategii rozwojowej, niezbędny, aby prekariat się wyzwolił i stał się podmiotem zmiany.

Na 29 rozwiązań, które proponuję w „Karcie Prekariatu”, PDG rozmyślnie umieściłem pod numerem 25. Jego wprowadzenie to odległa perspektywa. Na początek musimy powalczyć o poważne traktowanie tej koncepcji w debacie publicznej. M.in. dlatego bardzo się cieszę, że mieliśmy możliwość realizowania programów pilotażowych w Indiach i Afryce, gdzie zapewnialiśmy dochód podstawowy lub gromadziliśmy na ten cel środki, a następnie badaliśmy, jak wpływa na życie jego beneficjentów, porównując je z sytuacją tych, którzy z PDG nie skorzystali. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że otrzymujący PDG pracują więcej, a nie mniej, są bardziej produktywni, bardziej tolerancyjni i czują się bardziej wolni. PDG jest dla mnie niezbywalną częścią postępowej strategii politycznej i może stać się jednym z wyróżników powstającego ruchu alternatywnego wobec tradycyjnej lewicy socjaldemokratycznej, która w dzisiejszym kontekście jest de facto formacją konserwatywną.

– Muszę zauważyć, że w Polsce i wielu innych krajach peryferyjnych ruch związkowy pozostaje jednym z nielicznych konsekwentnie prospołecznych podmiotów. To także związki poruszają u nas często problemy ważne dla prekariatu i artykułują jego interesy – np. żądając dla zatrudnianych na śmieciowych umowach godzinowych płac minimalnych, ubezpieczeń społecznych oraz prawa do zrzeszania się. Czy biorąc pod uwagę tego typu przypadki dostrzega Pan szanse na współpracę czy wręcz zbliżenie stanowisk między instytucjami związanymi ze „starym” ruchem pracowniczym a nowymi ruchami społecznymi?

– Sam należę do związku zawodowego i zawsze ruch związkowy popierałem. Nie zmienia to faktu, że w którymś momencie drugiej połowy XX w. główny nurt tego ruchu przestał być siłą progresywną. Zbyt długo był częścią frontu obrony systemu opartego na uprzywilejowanym statusie pracy najemnej. Teraz to związkowcy muszą dowieść, że chcą i mogą stać się sojusznikami prekariatu i wspierać jego postulaty. Potrzebujemy organizacji pracowniczych, które reprezentować będą nasze interesy. Ale związki muszą się zmienić, ewoluować wraz z naszym rozumieniem tego, czym jest praca. Szczegółowe postulaty w tej materii zawarłem w artykułach 5–10 „Karty”. Na szczęście pewne zmiany w łonie ruchu związkowego już są widoczne – w dużej mierze dzięki najmłodszym członkom. Generalnie jednak działaczom związkowym z trudem przychodzi uwewnętrznienie ducha Oświecenia, którego ożywienie jest według mnie kluczem do rozwiązania problemów prekariatu. Organizacje pracownicze wciąż uznają niestabilne miejsca pracy i brak pewności zatrudnienia za główne problemy prekariatu. Naturalną odpowiedzią wydaje im się więc zatrudnienie bardziej stabilne i bezpieczniejsze. Inaczej mówiąc, zakładają, że rozwiązanie, które było dobre dla proletariatu, sprawdzi się także w stosunku do prekariatu. Choć na tle projektu neoliberalnego (jeszcze mniej stabilności i bezpieczeństwa) podejście to może się wydawać postępowe, nie jest ono zadowalające, bo nie rozwiązuje problemu systemowego i nie jest zakorzenione w doświadczeniach i potrzebach prekariatu.

Na przykład akceptacja elastycznych form zatrudnienia jest z perspektywy prekariuszy jak najbardziej do pomyślenia, jeśli tylko wyposażymy je w odpowiednie zabezpieczenia i damy pracownikowi poczucie kontroli. Związki zawsze były wrogo nastawione do idei PDG. Nigdy nie walczyły też o poszerzenie naszego rozumienia pracy o dotychczas nieuznawane jej formy. Można argumentować, że to nie ich zadanie, ale jeśli dyskutujemy o tym, kto może odegrać czołową rolę w nadchodzących przemianach społecznych, a kto niekoniecznie, to trzeba sobie wprost powiedzieć, że generalnie związki zawodowe zawiodły w kwestiach ważnych dla prekariatu. Trudno zachować dystans i równowagę pozwalające łączyć poparcie dla ruchu związkowego z krytycyzmem wobec pewnych jego aspektów oraz z nadzieją, że w ostatecznym rozrachunku będą zdolne do zmiany na lepsze i odegrania pozytywnej roli politycznej w wielkiej transformacji.

– W pewnym momencie lektury „Prekariatu” do głowy przyszedł mi znany fragment „Manifestu komunistycznego”, który często przytacza się, by pokazać fascynację Marksa przemianami związanymi z wczesnym kapitalizmem: „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu i ludzie muszą w końcu spojrzeć trzeźwym okiem na swoją pozycję życiową, na swoje wzajemne stosunki”. Zastanawiam się, czy byłby Pan gotów dokonać porównywalnej apologii w odniesieniu do świata ponowoczesnego kapitalizmu, który powołał do życia prekariat. Czy dostrzega Pan w zmianach, jakie zaszły w ostatnich dekadach, podobny do opisywanego przez Marksa rodzaj modernizującego, emancypacyjnego potencjału?

– Żyjemy w fascynującym okresie rozwoju globalnego kapitalizmu, w którym tendencja do traktowania wszystkiego – od dóbr i usług, przez całą domenę publiczną, idee, powietrze i przestrzeń, po politykę – jako towaru jest silna jak nigdy i jednocześnie staje się niebywale wprost toksyczna, sprawiając, że powrót wartości oświeceniowych i romantycznych wydaje się czymś zgoła niezbędnym.

Koszmar, jakim grozi dalszy niekontrolowany rozwój obecnej formy globalnego kapitalizmu, skłania coraz to liczniejszych do wypatrywania nowego Oświecenia. W reakcji na widmo totalnej kontroli i zniewolenia w państwowym socjalizmie światowa ekonomia polityczna doszła do drugiego ekstremum – nihilizmu i totalnej wolności dla kapitału oraz rozporządzającej nim plutokracji. Efektem jest najbardziej niesprawiedliwy rozkład bogactwa w dziejach świata.

Proszę mnie nie uznawać za deterministę – chcę powiedzieć tyle: jestem zdania, że lepszy świat jest w naszym zasięgu i musimy o niego walczyć. Technologiczne i materialne warunki, jakimi dysponujemy, są dziś wystarczające, żeby zbudować sprawiedliwy porządek społeczny. Stać nas na przyznanie każdemu obywatelowi podstawowego dochodu. O tym, czy uda nam się te potencjały zrealizować, rozstrzygnie walka polityczna.

Nie powinniśmy dramatyzować – nie trzeba nam rewolucyjnych pokrzykiwań. Powinniśmy przeciwstawiać się globalnemu kapitalizmowi, pokazując, że możemy mieć więcej wolności, równości i braterstwa, i wiemy, jak do tego doprowadzić. Wierzę, że prekariat poprowadzi nas w tej walce do zwycięstwa.

– Dziękuję za rozmowę.

Punkt zwrotny?

Prace nad niniejszym numerem kończyliśmy w momencie, gdy decydowały się losy Grecji. Kraju, którego niedawne perypetie są wręcz modelowe dla wyjaśnienia, jak działa współczesny system polityczno-finansowy. Kraju, który przodował w „przedsiębiorczości”, czyli ilości zakładanych małych firm, a także w „optymalizacji podatkowej”, czyli w niepłaceniu należności państwu. Kraju, który w ramach reakcji na kryzys został rozliczony nie z tych zjawisk i ich skutków, lecz z rzekomego „życia ponad stan”, „socjalu” i „lenistwa”, a przepisane mu kuracje w duchu liberalnym okazały się mieć skutki odwrotne niż zapowiadano. Zwiększyły bezrobocie, zdusiły popyt wewnętrzny, spotęgowały zadłużenie. I kraju, który zamiast realnej pomocy otrzymał w ramach Unii Europejskiej kilka kopniaków i zestaw szantażów, a zamiast rozliczenia rzeczywiście winnych postanowiono ukarać zwykłych obywateli i pogorszyć ich poziom życia, już i tak nadszarpnięty w efekcie kryzysu.

Wisiało to w powietrzu od dawna, ale teraz maski spadły. „Wspólnota europejska” nie jest wspólnotą, lecz poletkiem realizacji interesów kilku silnych państw oraz powiązanego z nimi wielkiego kapitału. O tym, że tak się to prawdopodobnie skończy, opowiada nam Tomasz Grzegorz Grosse w wywiadzie poświęconym przyszłości Unii Europejskiej. Rozmowa przeprowadzona przed apogeum wydarzeń związanych z postawą Unii wobec Grecji mówi o tym, jaka mogłaby być Europa i jaka – zupełnie inna – niestety prawdopodobnie będzie. I że trudno na nią liczyć nie tylko w Grecji, ale także w Polsce. Koniec nadziei i złudzeń nadszedł szybko.

Bo chyba w ogóle coś się kończy. Mamy satysfakcję, że dominujący model społeczno-gospodarczy krytykowaliśmy od samego początku wydawania pisma. Wiele osób i środowisk było od nas bardziej cierpliwymi, strachliwymi, wyrozumiałymi, miało nadzieje na zmianę kursu czy lepsze efekty tego wszystkiego, a bywało też sporo intelektualnego lenistwa i interesowności spod znaku przytakiwania silnym i możnym. Dziś poza najbardziej twardogłowymi doktrynerami oraz beneficjentami istniejących rozwiązań coraz trudniej o takie postawy. Ba, można wręcz mówić o pewnej modzie na krytycyzm wobec realiów. Ale o tym nie warto pisać. Warto natomiast być co najmniej o krok przed spóźnionymi i niemrawymi diagnostami, czyli zaproponować sposoby wyjścia z matni.

O tym piszemy w bieżącym numerze sporo. Guy Standing, autor głośnej teorii nowej klasy społecznej – prekariatu, opowiada o perspektywach buntu dzisiejszych przegranych. Warto wobec niektórych jego tez – np. krytyki związków zawodowych czy zarzutów wobec osób zatrudnionych wciąż na etatach – zachować dystans, ale na pewno nie można odmówić Standingowi pewnej racji, gdy staje się swoistym sejsmometrem przemian społecznych.

Jednym z ważniejszych tekstów w numerze jest program naprawy państwa polskiego, aby realizowało ono interesy obywateli, a także odzyskało ich zaufanie. Państwo to jednak nie tylko odległa struktura, lecz również codzienność. O tym, że wygląda ona źle w „Polsce B”, mówi dr Łukasz Zaborowski, który proponuje także zmiany dotychczasowych rozwiązań. Naprawie rzeczywistości na szczeblu lokalnym poświęcił artykuł również Bartłomiej Grubich, który krytycznie analizuje tzw. budżety obywatelskie, o których mówi się zwykle w superlatywach. Z kolei trzech urbanistów przygotowało dla nas garść uwag dotyczących tego, jak planować, kształtować i tworzyć nasze miasta, aby były bardziej dla mieszkańców, a mniej dla wpływowych i zamożnych grup interesu.

Jak zwykle, także i teraz mamy dla Was porcję ekonomii. Pierwszy tekst mówi o tym, jak powinna wyglądać w Polsce „druga transformacja”, korygująca błędy tej pierwszej sprzed ćwierci wieku. Inny artykuł pokazuje błędy polskiej polityki gospodarczej w kontekście teorii odległej od „klasycznej” ekonomii liberalnej i wskazuje, że kraje takie jak nasz powinny robić coś zgoła innego niż zalecają mainstreamowi eksperci. Z kolei rozważania o przyczynach kryzysu w USA podkreślają, czego robić absolutnie nie należy – zastępować polityki społecznej i rozwojowej spiralą kredytów i liczeniem, że każdy poradzi sam sobie.

To oczywiście tylko część tego, co przygotowaliśmy w niniejszym numerze. Z pozostałych tekstów warto zwrócić szczególną uwagę – także po to, żeby przypomnieć sobie, iż świat nie składa się wyłącznie z polityki i ekonomii – na ten autorstwa jednego z lepszych reportażystów młodego pokolenia, Andrzeja Muszyńskiego, który zabiera nas na iście baśniową wędrówkę w Tatry.