przez Kristina Diprose | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Elastyczność stała się ostatnio receptą na wszystko. Kiedyś pozostająca głównie w kręgu zainteresowań medycyny, zdolność do znoszenia stresu i przystosowywania się do niego jest obecnie, w epoce niepewności, uniwersalnym zawołaniem bojowym.
Początkowo idea elastyczności kojarzyła mi się z oddolnymi ruchami obywatelskimi w rodzaju Transition Towns i Climate Camp, które protestowały przeciw neoliberalizmowi spod znaku „There Is No Alternative” i przeciwstawiały mu swoje małe pokazy determinacji. Później, spędzając więcej czasu z młodymi wolontariuszami (działającymi w szkolnych programach obywatelskich oraz w grupach podnoszących kwestię zmian klimatycznych), zetknęłam się z innymi zastosowaniami tego terminu, a jego romantyczna konotacja stała się trudna do utrzymania. W dziedzinie polityki ochrony środowiska elastyczność przedstawiano jako strategię adaptacji do zmian klimatycznych, a decydenci upatrywali w niej lekarstwa na wszystko – od powodzi do klęski głodu. W następstwie zamieszek z 2011 r. powołano „Konsorcjum Elastyczności”, postulujące indywidualną i zbiorową elastyczność młodzieży w charakterze środka zaradczego na niepokoje społeczne. Wspieranie elastyczności stało się również celem pomocy społecznej w programie „Rodziny w kłopotach”. Bywa też ona postrzegana jako środek do okiełznywania kłopotliwych obywateli w szerszym znaczeniu tego słowa. Elastyczność była głównym frazesem budżetu przedstawionego w marcu 2014 r. przez brytyjskiego ministra finansów George’a Osborne’a. Gdy przestała być symbolem buntu, stała się ulubionym sposobem konserwowania zastanego stanu rzeczy.
Popularny pogląd doceniający umiejętność „powrotu do gry” po klęsce cieszy się poparciem absurdalnego sojuszu rządu, sektora prywatnego, wolontariatu i oddolnych ruchów obywatelskich, wspólnie dochodzących do porozumienia w sprawie polityki osobistej zaradności. I chociaż rozumiem ponętność tej idei, to jednak twierdzę, że polityka niepokorna nie może opierać się na elastyczności, zaś jej funkcjonowanie jako idei dominującej może przynieść więcej szkód niż korzyści.
Zachowaj spokój i rób swoje
Wprowadzenie postulatów elastyczności do głównego nurtu polityki i strategii politycznych zbiegło się z początkiem – i długotrwałym procesem rekonwalescencji po – najgorszej od Wielkiego Kryzysu z lat 30. recesji, jaka dotknęła Zjednoczone Królestwo. Towarzyszyły jej długotrwałe oszczędności budżetowe, pierwsze odczuwalne w kraju katastrofalne konsekwencje zmian klimatycznych i rzekomo niemożliwy do odwrócenia spadek poziomu życia. Pokolenie, które wtedy dorosło, dowiedziało się nagle, że ma obniżyć swoje oczekiwania. Aby przecierpieć trudne czasy, potrzeba elastycznego społeczeństwa, elastycznych sektorów gospodarki i elastycznych ludzi. W takim kontekście elastyczność brzmi raczej jak deklaracja walki o przetrwanie niż znak aspiracji, a także jak zachęta, żeby kryzysy wywołane przez ludzi potraktować jako próbę charakteru.
Działacze, z którymi pracowałam, obawiali się teraźniejszego życia i przyszłości w świecie postrzeganym przez nich jako rozchwiany, niestabilny. Grupa prowadząca kampanię poświęconą zmianom klimatycznym, złożona z uczniów, studentów, pracujących oraz bezrobotnych, przedstawiła ponurą listę spraw i niepokojów, które trapiły jej członków i ich rówieśników: Bezrobocie; wykluczenie społeczne; rozczarowanie polityką; kłamliwe media; apatia; długi i finansowa zależność; wysokie kwalifikacje, które nie dają pracy; albo robisz karierę, albo zostajesz nikim – i nic pomiędzy; narastająca indywidualizacja; poczucie niedocenienia.
Za wyrażonymi wprost obawami czaił się jednak głębszy niepokój o konsekwencje zmian klimatycznych, które dadzą się odczuć za ich życia. A jednak ci młodzi ludzie mieli stosunkowo dużo szczęścia w porównaniu z wieloma ich rówieśnikami, choćby z Afryki czy z regionu Azji i Pacyfiku, którzy mówili o znikających ojcowiznach i braku środków do życia.
Prowadziłam badania, gdy kryzys finansowy oraz cięcia wydatków na edukację i wsparcie młodzieży poważnie ciążyły na życiowych wyborach młodych ludzi. Wychowanków szkół, z którymi pracowałam w ramach jednego z projektów obywatelskich, zachęcano do podjęcia kwestii rasy i niepokojów społecznych. Oni sami tymczasem opracowali zamiast tego ankietę dotyczącą wpływu polityki oszczędności na ich rówieśników. Z wielu odpowiedzi wyłaniały się podobne historie: Mój EMA (Education Maintenance Allowance – zasiłek na kontynuowanie nauki) został obniżony, a niełatwo jest o granty i stypendia. Przez te cięcia niewiele firm przyjmuje do pracy, więc obecnie borykam się z brakiem pieniędzy. Albo: Bez EMA trudniej mi jest dokładać się mamie do rachunków, musimy teraz kupować bardzo tanie jedzenie. Tata stracił firmę, a mama zostanie zwolniona w lutym. Przeprowadzamy się do mniejszego domu, by trochę obniżyć rachunki. Ale to znaczy, że muszę bardzo ciężko pracować, żeby dostać się na uniwersytet, bo w innym wypadku wątpię, czy będę miał gdzie mieszkać.
Obie grupy padły ofiarą dzikiego kapitalizmu – jako zbędna ludzka nadwyżka i nieunikniony koszt. Młodzi ludzie byli zalęknieni i wściekli, ale jednocześnie zdeterminowani, by „bardzo ciężko pracować” dla lepszej przyszłości. Byli dobrymi, elastycznymi obywatelami – wytrwałymi, nie zaś zniechęconymi czy destruktywnymi.
Nie byli osamotnieni w swym ciężkim położeniu. Wspierające ich służby publiczne i wolontariusze również uczyli się dostosowywać do przetrwania za mniej. Robili to, wiedząc, że uboższe społeczności stracą na redukcji świadczeń. Gdy wskaźniki bezrobocia szybowały, perorowali o dostosowywaniu się do rynku pracy. Robili co mogli i gdziekolwiek mogli, zdając sobie sprawę, jak dalecy są od sprostania potrzebom. Elastyczność stanowiła kompromis, w ramach którego instynkt samozachowawczy miał zastąpić zabezpieczenia społeczne, zaś ludzi zachęcano do cięcia kosztów, przystosowywania się i znoszenia niepowodzeń – do tego, by „Zachowali spokój i robili swoje” [Keep Calm and Carry On to brytyjskie hasło propagandowe z okresu II wojny światowej – przyp. tłumacza].
Rola elastyczności
Można zrozumieć, że zdaniem wielu elastyczność ma do odegrania pewną rolę. Niektórzy w budowaniu zdolności do radzenia sobie z wyzwaniami upatrują skuteczną (i oszczędną) metodę prowadzenia polityki, zaś innym elastyczność kojarzy się z komunitarystycznymi ideałami, takimi jak brak zależności od państwa, dzielenie się umiejętnościami i samopomoc. Jeden z moich przyjaciół, działający na rzecz ograniczenia ubóstwa energetycznego, bronił elastyczności, twierdząc, że potrzebujemy jakiegoś sposobu, by mierzyć się ze społeczeństwem, które czyni nas fizycznie i psychicznie chorymi. Wśród działaczy społecznych pojęcie elastyczności pojawia się, ponieważ ich walka nie jest filozoficzną abstrakcją, a ogromnej liczbie trudności, z jakimi zmagają się ludzie, należy zaradzić w praktyce.
Najbardziej przekonującą obronę elastyczności znalazłam w badaniach Cindi Katz nad tym, jak młodzi ludzie z nowojorskiego Harlemu oraz Howy w Sudanie odpowiedzieli na gwałtowne zmiany gospodarcze z lat 80. i 90. minionego wieku. W książce „Growing Up Global” („Globalne dorastanie”) Katz dowodzi, że zarówno opór, nadążanie za zmianami, jak i elastyczność, to środki wykorzystywane do przetrwania wbrew przeciwnościom. Sugeruje ona, że akty bezwzględnego oporu (resistance) – rozumianego jako celowe przeciwstawienie się opresji poprzez uświadamianie niesprawiedliwości oraz podkopywanie i budowanie alternatyw dla status quo – są rzadkością. Ludzie częściej angażują się w akty przerabiania (reworking), które mają na celu redystrybucję sił i środków. Pomagają im w tym działania oparte na elastyczności (resilience), pozwalające na „materialne i duchowe przetrwanie” oraz „odzyskanie godności”: troska o członków społeczności, edukacja i przekwalifikowanie.
Przykład z moich własnych badań ilustruje jednocześnie wszystkie trzy wspomniane praktyki. Jedna z grup zajmujących się zmianami klimatycznymi postanowiła – w samym środku recesji – przeprowadzić kampanię na rzecz zielonej gospodarki. Wyobrażali ją sobie jako opartą na ideach odrzucenia wolnego rynku w imię wzmocnienia regulacji, lokalizmu, odejścia od specjalizacji, kooperacji, naprawiania szkód, równości płac i pełnego zatrudnienia. Próby domagania się takich alternatywnych wartości w ich osobistych wyborach zawodowych były niewątpliwie skromną formą oporu, zaś kampania na rzecz zielonych miejsc pracy dla młodych stanowiła próbę przerobienia aktualnego systemu. Jednak ci młodzi ludzie na potrzeby przetrwania w obrębie status quo również praktykowali elastyczność, czyniąc niemałe wysiłki, by poprzez aktywizm zwiększyć swe szanse zatrudnienia. Do wysiłków takich zaliczały się specjalizacja zawodowa, dążenie do wchodzenia w role przywódcze, kształcenie zawodowe i networking. Cały zaś szkolny program obywatelski przedstawiany bywał – w podobnym duchu – jako „coś do CV”.
Katz sugeruje, że opór, przerabianie i elastyczność wzajemnie się wzmacniają, i że wszystkie te trzy typy działań mogą wspierać transformację społeczną. Przedstawia przekonujące przykłady przetrwania i rozwoju wbrew neoliberalizmowi, któremu – znalazłszy odpowiednie sposoby – można się przeciwstawić. W byciu elastycznym może zawierać się różnica między pogodzeniem się z losem a deterministyczną odpowiedzią na zmianę społeczną, różnica między beznadziejnością a nadzieją. Ludzie źle znoszą kryzysy, gdy brakuje im przekonania o tym, że ich działania mają znaczenie. Przypuszczalnie zasadniej jest pytać nie o to, czy elastyczność bywa czasem niezbędna, ale o to, czy powinna być celem dążeń postępowej polityki.
Moje własne badania podają w wątpliwość dobroczynny wpływ elastyczności. W praktyce oznacza ona, jak w przykładzie o zielonej gospodarce, że młodzi ludzie poprzestawali na małych celach i faworyzowali osobiste zyski, dążąc raczej do zwiększenia szans zawodowych niż do zmiany społecznej. Ta ostatnia jest przedsięwzięciem frustrującym, przytłaczającym i niepewnym, podczas gdy zdobycie nowej pracy, umiejętności, przyjaciół i poczucia bezpieczeństwa daje jakąś pociechę. Moja krytyka nie jest wygodna i sprawia wrażenie niesprawiedliwej. Ale towarzyszy jej samokrytycyzm, wynikający stąd, że sama wkładam ogromną energię w bycie elastyczną, w zwykłe przetrwanie w społeczeństwie, nie zaś w jego kształtowanie. Uważam, że elastyczność nie kształtuje postaw oporu, lecz wyrabia nawyk rezygnacji.
Pogodzić się z prekaryjnością
Podczas jednego z projektów prowadziłam wywiady wśród odbiorców programu dla defaworyzowanej młodzieży, wspieranego przez rząd laburzystów. W jego ramach ochotnicy ze Zjednoczonego Królestwa brali udział w zagranicznych projektach rozwojowych. Program przedstawiano jako inicjatywę „globalnego obywatelstwa”. Zainteresowało mnie, jakie związki zachodzą (jeśli zachodzą) między przeciwdziałaniem biedzie na Globalnej Północy i Południu. Na podstawie zwrotnych komentarzy młodych uczestników można przypuszczać, że zasadnicza nauka wyciągnięta z tego przedsięwzięcia to „zadowalaj się czymkolwiek i łataj dziury”: Gdy w tym kraju ktoś żyje z zasiłków i mieszka w złej okolicy mówimy: „To nie w porządku, że nie mam tego czy tamtego. Moje dzieci nie mogą robić tego czy owego”. A w Peru sobie z tym radzą. Mogą nie mieć luksusów albo wszystkiego, co niezbędne, ale zamiast narzekać lub przeprowadzać się, zadowalają się tym, co mają, i próbują ulepszać swoją okolicę.
Elastyczność to sposób na zachęcenie ludzi do życia w niepewności, ponieważ status quo postrzegane jest jako nie do pokonania. Zatem w rozmowach o adaptacji do zmian klimatu i gospodarczym dostosowaniu się dominują opinie, że np. huragany są po to, by je znosić, bo przecież nie da się ich uniknąć. Ludzie zmieniali świat na lepsze dzięki pogardzie dla życia w wyznaczonych granicach, jednak tracenie energii na elastyczność pozostawia niewiele czasu na sprzeciw i stawianie trudnych pytań. Elastyczność jest zachowawcza i odwodzi od słusznego oburzenia. Przywiązuje ludzi do teraźniejszości, ukrywa przed nimi historię, która kształtowała królów i żebraków, i dowiodła, że wszelka dająca się wyobrazić zmiana jest możliwa. Wystarczy pomyśleć, jak wiele niewygodnych faktów skrywa się w cytowanym wyżej porównaniu życia w Limie i Doncaster. Programy obywatelskie powinny inspirować młodych do zmiany czegoś więcej niż tylko własnej postawy.
Pracowałam głównie z młodymi ludźmi, dla których pogodzenie się z niepewnością było szkodliwe, lecz nie degradujące – byli oni elastyczni, lecz wypełnieni nadzieją na sukces w przyszłości. Dla wielu brak zabezpieczeń – tymczasowy lub nie – nie jest jedynie dającą się zignorować niewygodą. Prekaryjność może odzierać z człowieczeństwa, a nawet zagrażać życiu. W pewnych okolicznościach wymaganie od ludzi znoszenia tego, czego znieść nie sposób, jest okrutne. Eric Carlin, który pracował z młodymi dorastającymi w społecznościach pogrążonych w długotrwałym regresie gospodarczym, chociaż podziwiał ich elastyczność w radzeniu sobie z trudnościami takimi, jak bezrobocie w rodzinie, izolacja społeczna, przemoc i narkotyki, to jednak dowodził, że może ona często oznaczać przetrwanie bez widoków na rozwój. Polityka elastyczności obrazuje niedostatek woli politycznej, potrzebnej, by zmarginalizowanym społecznościom przedstawić ofertę rzeczywistej zmiany. Weźmy dla przykładu sugestię, by w dotkniętych ubóstwem energetycznym gospodarstwach po prostu ciepło się ubierać – całkowicie pomija ona fakt, jak bardzo same takie realia szkodzą ludziom.
Gotowość do radzenia sobie z kryzysami – o to chodzi w elastyczności. Istnieją jednak granice niepewności, jaką ludzie mogą znieść. Odnotowywana zapadalność na choroby psychiczne rosła wraz z recesją i nasilaniem się retoryki elastyczności. Tu uprzywilejowani, tam ubodzy – takimi obrazami uwzniośla ona życie walczących o przetrwanie. Zaradny proletariat, któremu udaje się wiązać koniec z końcem, obsadza w roli „ciężko pracujących rodzin”, ignorując przy tym osobiste koszty. I dopóki elastyczność uznaje się za zaledwie tymczasową odpowiedź na symptomy stresu i cierpienia, dopóty w spokoju pozostają ci, którzy doprowadzają do kryzysów i czerpią z nich zyski, zaś niewspółmiernie duża część ciężaru zarządzania ryzykiem spada na wszystkich pozostałych.
Wpajanie nierówności
Przed poprzednimi pokoleniami rozsnuwano perspektywę społecznej mobilności; zachęcano je do przyswojenia sobie reguł walki i zapewniano, że wszelkie niepowodzenia są tymczasowe, a ciężka praca na pewno zostanie nagrodzona. Vicki Boliver i David Byrne zaobserwowali, w jaki sposób główne projekty polityczne wciąż promują idee merytokracji, czyli społeczeństwa, w którym pozycja społeczna jest bezwzględnie wynikiem wrodzonych zdolności sprzężonych z pracowitością lub wysiłkiem, więc wpływ pochodzenia społecznego pozbawiony jest znaczenia. Elastyczność to kolejne tego rodzaju złudzenie, które ma sfabrykować głębsze uzasadnienie dla nierówności; uprzywilejowanych ma upewnić, że zapracowali na swój sukces, a pozostałych – że szanse życiowe determinuje charakter i wynikające z niego postawy. Różnica jest jednak taka, że dzisiejsze widoki są mniej optymistyczne. O ile społeczna mobilność skłaniała klasy aspirujące do wyrzeczenia się socjalizmu w zamian za obietnicę dobrobytu, o tyle elastyczność ma na celu osadzenie ludzi w miejscu i przekonanie ubogich, że trzeba być cierpliwym.
W tym samym czasie kultura reklamy zachwala wydajność nieliczącą się z przeciwnościami. Zakłady pracy nagradzają dyspozycyjność; dowody nadzwyczajnej wytrwałości stają się rynkowym towarem dla przemysłu fitness i fundraisingowego; ciała, kształtowane przez przemysły kosmetyczny i dietetyczny, zmieniają się nie do poznania. Zewsząd płyną wezwania do konsumpcji, do tego, by szczuplejsze i odporniejsze wersje ludzi pochłonęły ich samych, do uznania, że zawsze będą zwycięzcy i pokonani. Przeświadczenie, że należy „mieć to coś”, by osiągnąć sukces, czyni spustoszenie tam, gdzie owo „coś” wydaje się poza zasięgiem. Można to dostrzec choćby w pracy Jo Pike i Gill Hughes, które zestawiły doniesienia mediów o zamieszkach w Londynie oraz o Igrzyskach Olimpijskich, by wskazać, jak „ambicję” lub jej brak wykorzystywano do przekonania młodych do „pracy nad sobą”. Prostackie ramy narracyjne diagnozowały zapaść społeczną jako wynik niedostatków osobistej ambicji. Im bardziej ceni się zdolność do samodyscyplinowania, tym mniej pozostaje empatii dla ludzi, którzy nie radzą sobie dobrze.
W tym roku, w drodze do pracy, na przystanku autobusowym ustawiłam się w kolejce ludzi, którzy coś omijali. Gdy podeszłam bliżej, z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że przestępują nad nieprzytomną i w widoczny sposób ranną kobietą. Działo się to na początku marca i było zimno. Nikt nie był w stanie powiedzieć, jak długo już tu leżała. Zaledwie jedna osoba zatrzymała się, by wezwać karetkę. Oto paskudne oblicze idealizacji ubogich wykazujących się elastycznością – pozostali są postrzegani jako bezwartościowi, tacy, którym nie da się pomóc lub też nie zasługują na pomoc. Czułam się wstrząśnięta reakcją sąsiadów, a także, później, moją własną. Z trudem ocuciłam kobietę, pomogłam jej się ogrzać i rozmawiałam z nią do czasu przybycia karetki. A potem po prostu odeszłam. Założyłam, że teraz zajmie się nią ktoś inny. I jeśli mam być całkowicie i nieprzyjemnie szczera, wzdragałam się przed ofiarowaniem przyjaźni, która dla mnie – wystarczająco już obciążonej – mogłaby stać się ciężarem. Tak oto nasilająca się retoryka dbania o samego siebie wyrzuca poza nawias zbiorowe współczucie, a ludzie – ze strachu, by samemu nie upaść – omijają leżących.
Elastyczność narzuca się ludziom i społecznościom, by odsiewać godnych od niegodnych. W poprzednim numerze „Soundings” Kirsten Fockert rozważała, w jaki sposób stereotypy dotyczące „dresiarzy” (ang. chavs) przeciwstawiane są nostalgii za godną szacunku klasą robotniczą minionej epoki. Wspomniane odsiewanie zbiega się z wciąż narastającą nierównością społeczną. Przysłowiowe już w ustach naszych polityków „ciężko pracujące rodziny” zasługują na szacunek, lecz chora kobieta na autobusowym przystanku nie zasługuje nawet na minimum ludzkiej przyzwoitości ze strony innych. Taki sposób personifikowania nierówności tuszuje historycznie utrwalone struktury. Młodzi działacze, z którymi współpracowałam, nie są z natury bardziej zaradni od NEET-sów [Not in Education, Employment, or Training – skrót w języku angielskim oznacza młode osoby, które nie uczą się, nie szkolą zawodowo i nie pracują – przyp. tłumacza] z badań Carlina, ale prawdopodobnie zajdą znacznie dalej. Przeciwności można przezwyciężać, ale natężenie przeszkód, z jakimi zmagają się ludzie, bywa różne, a ich nagromadzenia nie sposób przeoczyć. Na życie młodych wpływa, oprócz elastyczności, wiele innych czynników: to, gdzie się urodzili, jakie otrzymali wykształcenie, jakie mają wsparcie ze strony rodziny, przyjaciół i państwa, stan ich lokalnej gospodarki, usług publicznych i klimatu, stan mieszkalnictwa, dochody, zdrowie, bezpieczeństwo i miłość. Konfrontowanie wszechstronnie uprzywilejowanych z pozbawionymi wszelkich przywilejów, by następnie wychwalać większą siłę tych pierwszych – to bzdurna i stara jak świat sztuczka, wspierająca samozadowolenie kosztem troski o innych.
Spychanie odpowiedzialności
Poprzez skupienie uwagi na charakterze ludzi i społeczności polityka elastyczności pozbywa się odpowiedzialności za dobrobyt i zmiany. Obowiązek ten spoczywa w takim ujęciu na aktywnych obywatelach, którzy odpowiadają za własną przyszłość. Społeczne umowy w rodzaju nowego lokalizmu, wolontariatu lub Big Society (new localism, voluntary action, Big Society – instytucje, programy i idee wspierane przez rząd brytyjski w ciągu ostatnich dekad) robią zachęcające wrażenie, ponieważ zdają się zawierać obietnicę oddania władzy zwykłym ludziom. Idealizują one samoregulujący się, przedsiębiorczy model obywatelskości, mający zastąpić wsparcie ze strony państwa. Niektórym podobna zmiana może wydać się pożądana, lecz w warunkach państwa neoliberalnego działa ona jako narzędzie upowszechniania ryzyka, nie zaś praw obywatelskich. Tom Slater, odnosząc się do kwestii urbanistycznych, zauważył, że Polityka elastyczności chętnie wspiera nie tylko oszczędności, ale też terytorialną stygmatyzację, która często poprzedza praktyki przesiedleń. Oznacza to, że społeczności uznawane za nie dość elastyczne można łatwiej lekceważyć i wysiedlać.
Gdy w 2011 r. wybuchły zamieszki w Londynie, współpracujący ze mną aktywiści mówili o poczuciu porażki: ich rówieśnicy posunęli się do wandalizmu, przemocy i kradzieży, a oni sami byli niewystarczająco skuteczni w wysiłkach, by zaoferować młodym platformę polityczną. W narodowej debacie jako przyczynę zamieszek wskazywano głównie bezczelność i brak elastyczności sprawców, często uznając je za oznaki niewydolności rodzin i społeczności. Wyszydzano młodych, którzy niecierpliwie pragnęli wejść w posiadanie trudno dostępnych dóbr, i domagano się represji. Jednocześnie społecznościowe akcje sprzątania i „brygady mioteł” fetowano jako przykładne postawy dobrosąsiedzkie i obywatelskie, jako elastyczność w działaniu. Odpowiedzialność za zamieszki i ich skutki brali na siebie wszyscy z wyjątkiem państwa.
Prywatyzacja tego, co społeczne i polityczne przenika życie codzienne w sposób bardziej subtelny, lecz równie przerażający, co zamieszki. W grupie, z którą współpracowałam, tworzono – jako część szkolenia w ramach prowadzonych kampanii – „osobiste opowieści”. Miały one łączyć, za pomocą technik zapożyczonych z pierwszej kampanii wyborczej Baracka Obamy, działania na rzecz zmiany z jednostkowymi doświadczeniami przezwyciężania przeciwności. „Narracje publiczne” tworzono starannie, tak, by powiązać przemianę osobistą z przemianą społeczną – tak jakby ta druga wynikała z pierwszej – i zaprezentować zaradność i elastyczność każdego z mówców. Polityka odwołująca się do osobowości zaprasza każdego do odegrania roli głównego bohatera, do sięgnięcia po tradycję dzielnego proletariusza lub do afiszowania się z zaznanymi trudnościami, by pokazać, że każdy może odnieść sukces.
Obsadzanie „ja” w roli kluczowej strony w walce nie tylko mija się z celem, ale też może być niebezpieczne i ujawniać słabości. Jedna z uczestniczek kampanii żartowała, że czuje się jak „dziewczyna bez własnej opowieści” i pytała, dlaczego miałoby to być postrzegane jako brak wkładu z jej strony. Inni wyrażali niezadowolenie z fabrykowania „łzawych historyjek” i trywializowania osobistego smutku. Podczas szkolnego programu obywatelskiego miał miejsce inny niepokojący przypadek. Do kadry rozesłano wskazówki na temat kryteriów wyboru młodych ludzi, których przypadki mają promować program. Wśród kryteriów kwalifikujących znalazły się: kolorowy, biedny, zagrożony wykluczeniem lub bezdomny, objęty opieką społeczną lub opiekun, uchodźca, ubiegający się o azyl, młody przestępca, przy czym najlepiej widziana była ich kombinacja. Opowieści o nawróconym buntowniku i pucybucie, który został milionerem, są fetyszyzowane, ponieważ dostarczają dowodów, że walka wbrew przemożnym przeciwnościom jest możliwa; że młodym wystarczy jedynie zmienić samych siebie, by uniknąć zagrożeń.
Szukanie siły w opowieściach o pojedynczych przypadkach, o walce i przetrwaniu, jest czymś nieuniknionym – ludzie robią to, by wyciągać naukę z doświadczeń, porażek i sukcesów. Elastyczność bywa niezbędna. Nie zdoła jednak rozwiązać wszystkich problemów, zaś pogodzenie się z ich istnieniem to pomyłka. Pomyłką jest podnoszenie doświadczonych życiem do rangi celebrytów i zapominanie o tych, którym się nie udało. Niektórym sztormom nie da się sprostać i nie ma w tym niczyjej winy. Odpowiedzialność za zmianę pogody spada na wszystkich i nikt nie sprosta takiemu wyzwaniu w pojedynkę. Łączenie przemiany osobistej ze społeczną grozi poprzestaniem na tej pierwszej i niezrealizowaniem tego, do czego zdolne jest społeczeństwo.
Odraczanie żądań zmiany
Rola elastyczności polega na przekonywaniu, by przeżyć i na nowo podjąć walkę. Niezrealizowane żądania i niespełnione nadzieje nie zostają porzucone, lecz jedynie odroczone. Elastyczność polega na tym, by ponownie podjąć namysł i przegrupować siły, godząc się z tymczasową porażką lub częściowym sukcesem.
Po zamknięciu negocjacji w sprawie zmian klimatycznych uczestniczący w nich członkowie grupy nacisku byli rozczarowani ich – niespełniającymi oczekiwań – wynikami. Jeden z nich tłumaczył: Wracasz do UK i nagle jest zimno, marnie, nie zdołałeś ocalić świata. Aby się pozbierać, pocieszali się nauką wyciągniętą z tego doświadczenia: Nieważne, czy się udało [zrealizować moje cele], ważne jest to… to, jak sam się zmieniłem, to unieważnia całą resztę.
Namysł nad samym sobą i osobisty rozwój były przedstawiane jako namacalny efekt pracy, gdyż dały młodym ludziom więcej wiary w to, że w przyszłości mogą odnieść sukces: Jako osoba niesamowicie się rozwinęłam. Myślę, że będę dużo bardziej skuteczna w tym, co będę teraz robić, i to jest wspaniałe… nawet jeśli nie potrafię opisać, co dokładnie się stało, to jestem teraz dużo silniejsza, bardziej elastyczna, wiem, jak pracować w grupie, umiem być cierpliwa i radzić sobie trochę lepiej z różnymi kłopotami.
Widać tu, że wewnętrzna przemiana nie musi być katalizatorem zmiany społecznej, ale raczej pociechą wobec jej braku. Podobna logika działa, gdy poprzestanie na zwiększaniu szans indywidualnego zatrudnienia zastępuje reformę całej gospodarki.
Ekolog Derrick Jensen podsunął podobną sugestię, zgodnie z którą nadzieja nakłania ludzi, by pokładali wiarę raczej w przyszłej zmianie niż w wykorzystaniu rozmaitych obecnych możliwości. Fałszywe nadzieje – twierdzi – przykuwają nas do nieznośnych warunków i czynią ślepymi na rzeczywiste możliwości. Aby jednak oddać sprawiedliwość koncepcji elastyczności, trzeba przyznać, że skutkuje ona indywidualną aktywnością w stopniu większym niż czyni to przyjęcie wiary w niechybną poprawę stanu rzeczy. Nadzieja może po prostu polegać na powierzeniu odpowiedzialności za zmianę siłom zewnętrznym wobec nas; tymczasem elastyczność uwewnętrznia taką zmianę. Ale skoro takie mają być narzędzia transformacji, czy można się dziwić, że postępowa polityka drepce w miejscu?
Prawdopodobnie najlepsze, co można powiedzieć o elastyczności, to tyle, że przygotowuje młodych na niedokończoną podróż. „Niedokończenie” stanowi przewodni motyw „Pedagogii uciśnionych” Paulo Freirego; dowodzi on, że opór żywi się niedokończonym, bowiem nie uznaje ani końca historii, ani nieodwracalnych faktów – wszystko jest możliwe dopóty, dopóki nie uznamy, że to już koniec. Istnieje jednak różnica między niedokończeniem a bezwładem. Nie wystarczy wypłynąć w cudowną podróż ku Itace i pozwolić unosić się falom. Własne przetrwanie i bezterminowe odraczanie efektu to żałośnie nieadekwatne odpowiedzi na cierpienie. Co z tego, że nie godzimy się, że to już koniec – polityka inercji zdążyła obezwładnić całe pokolenie. Jednak istnieją alternatywy dla dostosowania się do takiego stanu rzeczy.
Naprawa
Czas uwolnić się od elastyczności: zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności za kryzys gospodarczy; zaprzestać traktowania sponiewieranych ludzi jak kozły ofiarne; odmówić znoszenia stresu; wyznaczyć zdrowe granice i czynić wszystko, by ich nie przekraczać. Zgadzam się z moim przyjacielem, że potrzeba nam sposobów na zmaganie się ze społeczeństwem, które czyni nas chorymi, lecz nie wierzę, by elastyczność była właściwą odpowiedzią. Tracie Washington z Instytutu Sprawiedliwości w Luizjanie ostatecznie podważa jej sens: Przestańcie nazywać mnie elastyczną. Ilekroć mówicie: „Patrz, jacy oni są elastyczni”, oznacza to, że możecie posunąć się dalej. Nie jestem elastyczna. Polityczne reformy i oddolny opór służą naprawie tylko wtedy, gdy pracujemy po równo na rzecz silnych i słabych; gdy promujemy kulturę, w której ludzie nie tylko mogą przetrwać, ale też rozwijać się. Opieranie się elastyczności nie oznacza rezygnacji. Wręcz przeciwnie – to wezwanie do większej odwagi.
Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby czas i wysiłek zainwestowane w zabezpieczanie się przed przyszłością zostały w całości przeznaczone na zajmowanie się teraźniejszością i bardziej zdecydowane realizowanie zmiany, którą pragniemy ujrzeć. Droga ku naprawie nie jest prosta, lecz czy mamy wybór, gdy tak wielu w naszych społecznościach zepchnięto na skraj załamania? Stać nas na coś więcej niż przetrwanie: trzeba nam powrócić do naszych przekonań i odbić się od ściany.
tłum. Michał Wójtowski
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Soundings”, nr 58, 2015. Na potrzeby przedruku poczyniono niewielkie skróty oraz pominięto przypisy, kierujące głównie do anglojęzycznej literatury trudno dostępnej w Polsce.
przez Piotr Wójcik | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Szukanie źródeł obecnego kryzysu to nie tylko zabawa intelektualna, dzięki której można zrobić z siebie mędrca post factum. Zrozumienie przyczyn krachu, który bardzo szybko zamienił się w światowe załamanie gospodarcze, jest niezbędne, aby móc trafnie określić recepty na wyjście z ekonomicznego impasu. Impasu, w którym świat znajduje się na dobrą sprawę wcale nie od roku 2008, lecz od lat 70., kiedy zaczął upadać powojenny ład, zapewniający gospodarce stabilny wzrost, a ludziom upowszechnienie dobrobytu. To właśnie odejście od egalitaryzmu pierwszych trzydziestu lat powojennych było krokiem, który następnie w zaskakująco prostej linii doprowadził do obecnych problemów.
Oczywiście, należy z nieufnością podchodzić do zbyt prostych wyjaśnień skomplikowanych zagadnień ekonomicznych, ale trudno lekceważyć bieg wydarzeń, który ewidentnie składa się w kompletną całość. Nawet jeśli poszczególne elementy rekonstrukcji wymagają dostrzeżenia niuansów oraz dodania pewnych szczegółów, to motyw przewodni tej historii wydaje się jednoznaczny. Popuszczenie cugli gospodarce rynkowej w USA doprowadziło szybko do wyjątkowo dotkliwego rozwarstwienia oraz zablokowania możliwości awansu społecznego rzeszom Amerykanów, co zmusiło polityków do znalezienia rozwiązania, które udobruchałoby miliony nowych wykluczonych, patrzących na bogacące się elity. Rozwiązanie to było zgodne z dominującą doktryną reaganizmu-thatcheryzmu, efektem jego wdrożenia stała się zaś kredytowa bańka na rynku nieruchomości oraz jej spektakularne pęknięcie.
Stany zjednoczonych nierówności
USA w powszechnym odczuciu kojarzą się w Polsce, zresztą słusznie, z dobrobytem i wysokim standardem życia. To jednak nie cała prawda o tym kraju, gdzie od lat, oprócz rozwoju gospodarczego, obserwujemy również sporo patologii społecznych, takich chociażby, jak wysoki poziom przestępczości czy nienajlepszy stan zdrowia obywateli. Nic dziwnego – te patologie występują z reguły w krajach mocno rozwarstwionych ekonomicznie, do których USA bez wątpienia należą. Według OECD Factbook 2014, wskaźnik Giniego wynosi tam 0,38 (czyli tyle, ile np. w Indiach) i jest jednym z najwyższych wśród krajów członkowskich tej organizacji (im wyższy wskaźnik, tym większe rozwarstwienie). Wyższy jest on jedynie w Chile i Meksyku, w większości krajów Unii Europejskiej wynosi zaś sporo poniżej 0,3 – np. w Czechach 0,26, a w Danii 0,251. O ile nierówności dochodowe w zasadzie zawsze były tam wyższe niż w Europie Zachodniej, to nie zawsze były aż tak wysokie – ich szybki wzrost nastąpił w połowie lat 70. W latach 1975–2005 płace osób z 90. percentyla (czyli zarabiających więcej niż 90 proc. pozostałej populacji) rosły o 65 proc. szybciej niż płace osób z 10. percentyla. W związku z tym, o ile w 1975 roku 90. percentyl zarabiał przeciętnie 3 razy więcej niż 10., to już w roku 2005 było to aż 5 razy więcej2. Najmniej zarabiające grupy w tym czasie traciły nie tylko w stosunku do najlepiej zarabiających, ale także w stosunku do mediany wynagrodzeń (granica między 50 a 60 percentylem) – w latach 70. straciły one ok. 9 proc., a w latach 70. i 80. po kolejne 10 proc. W rezultacie zarobki względne najniżej zarabiających Amerykanów w połowie lat 90. były o 20 proc. niższe niż w latach 40.
Spadki wynagrodzeń najuboższych grup, następujące od lat 70., miały nie tylko charakter względny (w stosunku do innych płac), ale też bezwzględny, czyli spadały ich wartości wyrażone w walucie. W latach 70. mediana wzrosła o 7 proc., a więc najniższe płace realnie spadły o 2 proc. Jeszcze gorzej było w latach 80. – mediana wynagrodzeń spadła w tamtym czasie o 7 proc., co oznaczało spadek najniższych wynagrodzeń aż o 17 proc. Dla najuboższych Amerykanów trudna była przede wszystkim pierwsza połowa lat 80. czyli czasy reaganomiki – 10. percentyl w 1986 r. zarabiał zaledwie 35 proc. mediany, choć jeszcze 6 lat wcześniej było to 41 proc.3
XXI wiek przyniósł utrzymanie tego trendu – w latach 2000–2010 rozwarstwienie weszło na rekordowy poziom z lat 1910–19204. Kryzys ekonomiczny spowodował jeszcze większe przyspieszenie tego procesu – może się to wydać niewiarygodne, ale w latach 2009–2013 aż 93 proc. przyrostu dochodu narodowego w USA trafiło do najwyższego, setnego percentyla (czyli do najbogatszego 1 proc. Amerykanów). Cała ta sytuacja powoduje oczywiście także ogromne nierówności majątkowe – obecnie 90. percentyl posiada aż 70 proc. całego majątku w USA, czyli prawie trzy razy więcej niż cała tamtejsza klasa średnia, która posiada tegoż majątku około 25 proc.
Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Na pewno na ogromny wzrost nierówności wpływ miała zmiana polityki podatkowej w Ameryce – od lat 70. najwyższa stopa opodatkowania zaczęła stopniowo spadać (oczywiście przyspieszenie nastąpiło w latach 80.) i obecnie wynosi ona 35 proc., choć w latach powojennych było to nawet 91 proc. Zupełna stagnacja dotknęła również płacy minimalnej, co uderzyło w płace realne grup najuboższych. Tradycyjnie słabo rozwinięte są w Stanach Zjednoczonych związki zawodowe, w związku z czym mało kto sprzeciwiał się innemu zjawisku, jakim jest spadek udziału kosztów pracy w wartości produkcji. W ciągu zaledwie 15 lat spadł on o 7 punktów procentowych – z 60 proc. w roku 1970 do 53 proc. w roku 1995. Niewątpliwie duże znaczenie ma tu też tak zwana „premia za college”.
Zarobki w USA są bowiem niezwykle mocno skorelowane z poziomem wykształcenia. Co ważniejsze, zarobki osób bez wyższego wykształcenia od lat spadają. Między połową lat 60. a połową 80. przeciętne płace absolwentów szkół średnich spadły o 3,3 proc., a osób bez średniego wykształcenia aż o 17,1 proc. W 2008 r. mediana wynagrodzeń pracowników ze średnim wykształceniem wynosiła 28 tysięcy dolarów, a tymczasem pracowników z dyplomem licencjata 48 tys. Osoby ze stopniem zawodowym MD lub MBA zarabiały zdecydowanie więcej nawet od pracowników z licencjatem. Z biegiem lat wzrastał także poziom bezrobocia wśród osób bez dyplomu szkoły wyższej, zaś bezrobocie wśród pracowników bez średniego wykształcenia skoczyło z zaledwie 4,5 proc. w roku 1970 do 12,5 proc. w roku 1994. W tym czasie wzrosło ono także wśród absolwentów szkół średnich, choć w tym przypadku już niewiele – z 2 do 3 proc.5
Wydawałoby się, że to coś zupełnie niewinnego – w końcu wystarczy tylko skończyć szkołę wyższą, by zapewnić sobie wysokie zarobki. Problem w tym, że wraz ze wzrastającą w ostatnich latach „premią za college” wzrosły też koszty uzyskania wyższego wykształcenia. Uczelnie wyższe są w USA płatne, więc dobrej jakości edukacja bywa poza zasięgiem nawet dla rodzin z klasy średniej – i to po zwiększeniu pomocy finansowej dla mniej zamożnych studentów. To widać w statystykach – choć „premia za wykształcenie” wzrosła wyraźnie, to nie przybyło osób legitymujących się nim. Stało się tak chociaż liczba tych, którzy próbują je zdobyć, mocno skoczyła do góry – z 44 proc. w 1980 do 61 proc. w 2003 r. – co jest dowodem, że fakt coraz silniejszej korelacji między wykształceniem a zarobkami jest Amerykanom doskonale znany. Ta świadomość nie przekłada się jednak na upowszechnienie wykształcenia, bowiem wielu studentów nie zdobywa dyplomu, bardzo często z przyczyn materialnych. Wśród mężczyzn urodzonych w latach 70. odsetek licencjatów nie wzrósł w porównaniu do mężczyzn urodzonych w latach 40. Od lat 70. podobnej stagnacji ulega upowszechnianie się wykształcenia średniego. Obecnie wśród krajów wysoko rozwiniętych USA są na szarym końcu pod względem odsetka absolwentów szkół średnich i dopiero na 12. miejscu pod względem odsetka absolwentów szkół wyższych, choć kilkadziesiąt lat temu były pod tym względem w ścisłej czołówce. Oczywiście nie zmienia to faktu, że wciąż poziom kształcenia w Stanach Zjednoczonych jest jednym z najwyższych na świecie. Jednak w sytuacji, gdy wysokie zarobki są w zasadzie zarezerwowane głównie dla absolwentów szkół wyższych, znaczne ograniczenie dostępu do nich młodym z mniej zamożnych rodzin musi prowadzić do niezdrowej sytuacji na rynku pracy oraz do zablokowania możliwości awansu społecznego wielu zdolnym i pracowitym osobom, które pokutują za to, że nie miały szczęścia urodzić się w dobrze sytuowanym środowisku.
Kolejną cechą amerykańskiego modelu gospodarczego, która miała niebagatelny wpływ na to, co się stało za oceanem pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, jest wyjątkowo słabo rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych, szczególnie w porównaniu z krajami zachodu Europy. Zasiłki dla bezrobotnych nie tylko są niższe niż w krajach „starej” UE, ale też wypłacane są przez dużo krótszy czas – w USA przez pół roku (jak w Polsce), a na zachodzie Europy z reguły przez kilka lat (np. we Francji do trzech lat, w Danii przez dwa). Jedynie 40 proc. bezrobotnych ma prawo do świadczeń, co przy Polsce (15 proc.) wygląda może i hojnie, ale na tle państw Europy Zachodniej wypada raczej ubogo. Olbrzymim problemem jest brak powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, co według europejskich standardów jest nie do pomyślenia. Tracącemu pracę zagląda więc w oczy nie tylko widmo braku środków do życia, ale także konieczności poniesienia wysokich kosztów leczenia, gdyby nie stać go było na opłacenie ubezpieczenia; tym bardziej, że prywatny ubezpieczyciel ma prawo odmówić bezrobotnemu ubezpieczenia w razie nawet niegroźnego schorzenia. Różnicę w wydatkach widać też w przypadku świadczeń emerytalno-rentowych – w 1998 r. USA wydały na ten cel 7 proc. PKB, tymczasem Francja i Niemcy ok. 13 proc., czyli prawie dwa razy więcej. Emerytura w USA wynosiła przeciętnie ledwie 19,3 proc. średniego wynagrodzenia – tymczasem we Francji 58,6, a w Niemczech 37,2 proc. Ogromne różnice w tych kwestiach między UE a USA to nie tylko efekt wydarzeń ostatnich lat. Miały one miejsce w całych powojennych czasach – w latach 1950–1987 wydatki socjalne w USA wyniosły 13,3 proc. PKB, natomiast przeciętnie w UE 20 proc., nie mówiąc o takich krajach jak Szwecja (28,6 proc.) czy Holandia (24 proc.)6.
Wszystko to wpływa na fakt, że bezrobocie, nawet jeśli jest w USA nieco mniejsze niż w krajach zachodu UE (i to też nie we wszystkich), to i tak stanowi dużo większy problem społeczny. Tracący pracę Europejczyk zachowuje prawo do opieki zdrowotnej, często także do mieszkania komunalnego, otrzymuje wysoki zasiłek i wsparcie w znalezieniu pracy. Tymczasem gdy Amerykanin traci pracę, bardzo często traci w zasadzie wszystko, jeśli nie był w stanie wcześniej czegoś odłożyć – a w grupach o niższych dochodach jest to trudne. Sprawia to, że załamania na rynku pracy powodują w USA dużo większe napięcie polityczno-społeczne niż w UE, gdzie decydenci oraz przedsiębiorstwa mają więcej czasu na przemyślaną i spokojną reakcję.
„Socjalizm” kredytowo-bankowy
Taka sytuacja nie mogła trwać w nieskończoność nawet w kraju tak wolnorynkowym jak USA. Ludzie pod każdą szerokością geograficzną potrzebują w pierwszym rzędzie zaspokojenia podstawowych potrzeb: posiadania dachu nad głową, poczucia elementarnej stabilności czy też społecznego uznania – tym bardziej w takim kraju jak USA, gdzie szacunek zdobywa się przede wszystkim przez status ekonomiczny, a brak życiowego sukcesu uznawany jest za osobistą winę przegranego. Można spędzić lata na snuciu opowieści o swobodzie gospodarczej i wolnym rynku, ale gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że tej wolności nie da się zjeść, zbudować z niej domu, ani zapewnić z jej pomocą wykształcenia dziecku. Przed takim wyzwaniem stanęli decydenci w USA – okazało się, że całe masy Amerykanów nie tylko, zamiast się bogacić, realnie biednieją, ale również nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb takich jak posiadanie domu, choć są ze wszystkich stron bombardowani obrazami szaleńczej konsumpcji klas wyższych, których bogactwo widać w USA aż za dobrze. Takie poczucie dysonansu wśród rzesz obywateli jest niezwykle sprawnym zapalnikiem bomby społecznej. Tę bombę rozbroić musieli politycy, bo nawet tam, gdzie wpływy rynku wydają się nieograniczone, a państwo ma zasięg tak mały, jak to tylko możliwe – gdy nadchodzą problemy, obywatele (zupełnie słusznie!) domagają się działań od władzy.
Sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta, gdy na początku lat 90. nadeszła pierwsza po wojnie recesja, odbicie po której nie przyniosło z powrotem utraconych miejsc pracy – na nie trzeba było czekać aż 23 miesiące, choć zwykle zajmowało to maksymalnie dwa kwartały. W sytuacji, gdy strach przed bezrobociem ma dla jednostek tak kluczowe znaczenie jak w USA, nacisk na polityków stawał się coraz większy. Niestety nie wyszli oni poza schematy typowe dla tego kraju. Poszukali rozwiązania, które w minimalnym stopniu ingeruje w grę rynkową i w żaden sposób nie będzie przypominać formalnej redystrybucji, jaka politycznie w warunkach amerykańskich po prostu by nie przeszła. Jednak rozwiązanie, które znaleźli, nie przypominało Świętego Graala, a wpływ na gospodarkę miało większy niż największy nawet program redystrybucyjno-socjalny, jaki można by wymyślić – i to nie tylko gospodarkę USA, ale także reszty świata.
W sytuacji potrzeby uruchomienia szerokiego programu transferów pieniężnych do potrzebujących grup społecznych, ale w taki sposób, by nie przypominało to ani trochę takiego programu, banki wydają się idealnym pośrednikiem, a kredyt idealnym rozwiązaniem. W końcu ludzie, korzystając z wolności i na własną odpowiedzialność, zaciągają pożyczki, by spełnić swoje potrzeby – któż może im tego zabronić, to zwykła gra rynkowa. Z państwem opiekuńczym nie ma to nic wspólnego. Znaleziono więc sposób, który mógł udobruchać rzesze niezadowolonych obywateli wykluczonych z konsumpcyjnego wyścigu, a przy tym nie narażał na oskarżenia o socjalizm. Teraz tylko należało skłonić instytucje finansowe, by zaczęły udzielać jak najtańszych kredytów ludziom, których nie stać było na zaspokojenie swych potrzeb (głównie mieszkaniowych) w inny sposób. W tym celu trzeba było stworzyć kolejne pozory.
Były nimi formalnie prywatne podmioty, a naprawdę agencje rządowe, Freddie Mac i Fannie Mae. Zwolnione z podatków i szczodrze dotowane przez państwo, instytucje te wykonywały zadania zlecone przez administrację publiczną na rynku kredytów hipotecznych, należały jednak do sektora prywatnego (tam też płynęły ich zyski). Ich zadaniem była interwencja na rynku kredytów hipotecznych poprzez ich skup z banków, dzięki czemu te zdobywały kapitał na kolejne kredyty. W ten sposób rząd, dosypując pieniędzy dwóm agencjom i wydając im odpowiednie dyspozycje, mógł pompować rynek kredytów oraz kreować go, jak i gdzie chciał. Agencje, „podgrzane” naciskami rządowymi, ochoczo zresztą nauczyły się zdobywać kapitał samodzielnie – zakupione kredyty łączyły w pakiety i wypuszczały dłużne papiery wartościowe zabezpieczone właśnie pakietami kredytów, a więc de facto hipotekami na nowych mieszkaniach i domach Amerykanów. Dzięki temu same ściągały pieniądze z rynku i inwestowały je w zakup następnych kredytów.
Kolejne administracje za pomocą instrumentów (także werbalnych) naciskały na banki, by te udzielały więcej kredytów osobom najmniej zarabiającym, a na agencje – by więcej takich kredytów skupowały. Zaczęto podnosić limit aktywów, który agencje musiały przeznaczyć na skup kredytów osób ubogich – w roku 1995 było to 42 proc., w 2000 roku 50 proc., a w 2004 roku już 56 proc. Hojnie dosypywano również pieniędzy, które miały być przeznaczane właśnie na ten cel. W 2000 r. administracja Clintona, która ma zdecydowanie największe zasługi w przeprowadzaniu całej operacji, zmniejszyła do ledwie 3 proc. wysokość zaliczki, która kwalifikowała do udzielenia gwarancji kredytowej przez kolejną rządową agencję FHA. Zaczęto też bardzo restrykcyjnie (pod groźbą kar) egzekwować od banków ustawę CRA z 1977 r., która nakładała na nie obowiązek aktywności kredytowej na terenach zamieszkanych przez ubogich7. W ten sposób napompowano do niewyobrażalnych rozmiarów rynek kredytów subprime, czyli udzielanych osobom o najmniejszej zdolności kredytowej, które tej zdolności w normalnych warunkach wcale by nie miały, a także kredytów Alt-A, czyli podwyższonego ryzyka. Instytucje kredytowe, widząc, że pewne podmioty wykupują masowo kredyty typu subprime i Alt-A, zaczęły ich równie masowo udzielać, gdyż były one dla nich łatwym zarobkiem – widniały w księgach bardzo krótko, w zasadzie niemal natychmiast były sprzedawane Fannie Mae lub Freddie Mac. Nikt się przy tym specjalnie nie przejmował sprawdzaniem klientów – w końcu byli oni tymi klientami tylko przez chwilę. Zaraz potem trafiali do rządowych agencji, a następnie stawali się już zupełnie anonimowi, będąc jedynie częścią pakietu wielu kredytów hipotecznych. Kto by się w takiej sytuacji przejmował życiorysem czy historią kredytową kredytobiorcy?
Efekty tej skoordynowanej akcji były piorunujące. Wartość kredytów subprime kupionych przez rządowe agencje wzrosła z 85 mld dolarów w 1997 r. do 446 mld dolarów w roku 2003. W 2007 r. podmioty te posiadały aż 70 proc. ryzykownych kredytów. W 2008 r. ogólna wartość zarówno kredytów „subprime”, jak i Alt-A, w których skup w jakimś stopniu były zaangażowane Freddie Mac, Fannie Mae oraz FHA, wynosiła… 2,7 bln dolarów. Już w 2003 r. w zasadzie nie było komu pożyczać, więc powstał nowy rodzaj kredytów, NINJA (no income, no job, no assets), czyli kredytów dla osób… bez pracy i dochodu. Jedna trzecia kredytów subprime została udzielona na 100 proc. lub więcej wartości mieszkania i stanowiła 6-krotność rocznego dochodu kredytobiorcy. W 2006 r. jedna piąta wszystkich nowo udzielonych kredytów należała do tej kategorii8. W latach 2002–2005 wzrost liczby kredytów udzielonych na terenach zamieszkanych przez osoby o najniższych dochodach był dwa razy wyższy niż w pozostałych rejonach kraju9. Co jeszcze bardziej zdumiewające, liczba kredytów hipotecznych z tamtego okresu koreluje ze spadkiem dochodów gospodarstw domowych na danym terenie. Rozpętana akcja pożyczkowa, niczym rasowy program socjalny, docierała więc w pierwszym rzędzie do najbardziej potrzebujących. Problem w tym, że nie był to typowy program socjalny, gdyż w przeciwieństwie do tradycyjnego zasiłku, pieniądze te trzeba było oddać. Póki jednak płynęły one strumieniami, nikt się tym nie przejmował.
Tani pieniądz i fajerwerki aktywów
Żeby plan „wypalił” potrzeba było jeszcze jednego elementu – odpowiedniej polityki monetarnej. Rezerwa Federalna, która ją w USA tworzy, ochoczo weszła do gry. W 1996 r. szef Fed, Alan Greenspan, oficjalnie zapowiedział, że nie będzie reagował nawet na widoczne bańki spekulacyjne i utrzyma przez długi czas niskie stopy procentowe, czyli, mówiąc w dużym skrócie, cenę pieniądza, po jakiej zdobywają go banki, by prowadzić akcję kredytową. A tani pieniądz dla banków oczywiście oznacza również relatywnie tańszy kredyt dla konsumentów i firm. Niskie stopy procentowe to po prostu niskie oprocentowanie kredytów, co oczywiście zwiększa na nie popyt, gdyż stają się bardziej atrakcyjne. Niskie stopy procentowe były natomiast niezbędne dla planu kredytowego uwłaszczenia ubogich mas.
Greenspan zupełnie nie przejmował się pęcznieniem bańki spółek internetowych, wstrzymując się od zaostrzenia polityki monetarnej i nie chcąc zatrzymać wzrostu opartego na kredycie. Nie przegapił za to żadnej okazji do obniżenia stóp – tak zrobił chociażby w 1998 r. po ogłoszeniu niewypłacalności przez Rosję, a także w 1999 r. po upadku funduszu hedgingowego Long-Term. Po pęknięciu bańki internetowej w latach 2000–2001, na co spokojnie czekał, na chwilę podniósł stopy do 6,5 proc., jednak do czerwca 2003 r. stopniowo znów je obniżał, aż do historycznie niskiego poziomu 1 proc. Od czerwca 2003 r. polityka Fed minimalnie się zmieniła – rozpoczęto powolne podnoszenie stóp o 25 punktów bazowych (0,25 proc.), jednak skala tych podwyżek była tak nieśmiała, że tylko utwierdziła graczy rynkowych w przekonaniu, że stopy na dłuższą metę wciąż będą niskie. Boom na rynku kredytów wciąż się utrzymywał10.
Niskie stopy przyniosły wiadome rezultaty. Zwiększył się popyt na mieszkania i domy, gdyż dzięki niskim ratom zaczęły one być w zasięgu wielu niezamożnych osób. Pobudziły też podaż – w końcu kredyt był tańszy także dla deweloperów, którzy z większą ochotą zaczęli budować nowe domy. Własność stopniowo się upowszechniała – w 1994 r. 64 proc. gospodarstw domowych miało mieszkanie na własność, a w roku 2004 już niemal 70 proc. Wszystko to oczywiście powodowało znaczny wzrost cen domów, dzięki czemu rzesze Amerykanów wirtualnie się bogaciły, gdyż wartość ich majątków rosła. Co prawda wzrost cen domów oznaczał, że dla kolejnych grup zakup może być coraz bardziej powyżej dochodów, ale w epoce taniego pieniądza i łatwego kredytu nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi drobnostkami. Nikogo też nie dziwiło, że wzrost cen domów był wyższy w tych rejonach, w których… niższy był wzrost dochodów. W końcu to najlepszy dowód na to, że plan działa i że upowszechnianie własności wśród niezamożnych grup ruszyło z kopyta.
Boom na rynku nieruchomości, spowodowany, delikatnie mówiąc, łagodną polityką monetarną i dostępnym kredytem, doprowadził do wręcz niewyobrażalnego wzrostu cen nieruchomości. W ciągu zaledwie 10 lat (1997–2006) wzrosły one o 124 proc., choć w tym samym czasie główny indeks giełdowy w USA S&P 500… spadł o 8 proc. W 2005 r. aż połowa amerykańskiego wzrostu gospodarczego została wytworzona na rynku nieruchomości11. Pomimo wystrzelenia w górę cen domów, Fed wciąż nie zamierzał zaostrzać polityki pieniężnej, gdyż inflacja jako taka nie była w tym czasie problemem – ceny towarów i usług kształtowały się na umiarkowanym poziomie, co dodatkowo uśpiło czujność Greenspana i Rezerwy Federalnej.
Opisana sytuacja spowodowała nie tylko wzrost cen domów, ale także niebywały wzrost wartości innych aktywów. Boom na rynku nieruchomości szybko dotarł też do rynku finansowego – oba są zresztą mocno powiązane. Trwała hossa kredytowa związana z rosnącą wartością nieruchomości, dzięki której wartość zabezpieczenia hipoteką rosła – właściciele domów mogli więc otrzymywać refinansowanie swoich wcześniejszych kredytów nowym kredytem na lepszych warunkach. Można było w ten sposób uzyskać nie tylko niższą ratę, ale także dodatkowe pieniądze na konsumpcję. Tak więc, póki ceny nieruchomości rosły, wzrastała również relatywna zamożność ich właścicieli – i uzyskiwano ten stan bez wzrostu dochodów, dzięki czemu uniknięto niewygodnej dla przedsiębiorców presji na wzrost płac.
Popularność refinansowania potrzeb konsumpcyjnych kolejnym kredytem spowodowała też wielki rozwój instrumentów pochodnych, inaczej zwanych derywatami, jak określa się instrumenty finansowe, których wartość oparta jest na innych aktywach. Banki szukały kapitału na dalszą akcję kredytową, chcąc odpowiedzieć na zapotrzebowanie na rynku. Pakowały więc swoje kredyty w pakiety i sprzedawały je np. funduszom inwestycyjnym, dla których przy niskich stopach procentowych były one atrakcyjnym sposobem inwestowania. W ten sposób powstały instrumenty CDO, czyli „skolateralizowane obligacje dłużne” – papiery dłużne zabezpieczone udzielonymi kredytami hipotecznymi.
Wzrost cen domów napędzał, oprócz konsumpcji, także… dalszy wzrost cen domów. Właściciele drożejących nieruchomości mogli je sprzedać i zdobyć kapitał na większe mieszkania, co bardzo wielu czyniło, wzmacniając jeszcze popyt i wzrost cen. Wzrostowi cen nieruchomości sprzyjało również bardzo duże rozwarstwienie, które zawsze pojawia się przy „inflacji aktywów”, czyli przy szybkim wzroście wartości aktywów finansowych i nieruchomości. Wynika to z faktu, że w rozwarstwionych społeczeństwach sporo jest kapitału spekulacyjnego, który inwestuje w droższe dobra nie dlatego, by zaspokoić swe potrzeby, lecz aby powiększyć nadwyżkę finansową, która zalega mu na kontach. W egalitarnym społeczeństwie wzrost cen domów musi powodować stopniowe zmniejszanie się popytu, gdyż stają się one po prostu poza zasięgiem kolejnych grup społecznych, wciąż czekających na zakup swego pierwszego lokum – a to musi ograniczać wzrost cen. W społeczeństwie rozwarstwionym nie funkcjonuje taki mechanizm blokujący powstawanie bańki – zawsze znajdzie się chętny do ulokowania nadwyżki kapitału w nieruchomościach po to, żeby na nich zarobić w sytuacji ich ciągłego drożenia12.
Ważnym wydarzeniem było zniesienie w 1999 r. ustawy Glassa-Steagalla, co pozwoliło bankom na łączenie działalności kredytowo-depozytowej z inwestycyjną. Wciąż rozwijał się rynek obecnych od lat 80. CDO, dla którego lata 90. oznaczały wielki skok, gdyż stopniowa deregulacja sektora finansowego, która w tych latach szybko postępowała, umożliwiła bankom inwestowanie w niedostępne dla nich wcześniej aktywa. Banki coraz chętniej korzystały z tych instrumentów, gdyż zdawały sobie sprawę, że mają sporo kredytów podwyższonego ryzyka. Rozwadniały więc ryzyko, grupując kredyty subprime, NINJA czy Alt-A w taki sposób, żeby były one rozproszone. Dzięki temu bankructwo pojedynczego kredytobiorcy nie uderzyłoby w inwestora, gdyż obligacje wciąż byłby zabezpieczone jeszcze przez inne kredyty, także te wyższej klasy. Kupujący je inwestorzy czasem byli zupełnie nieświadomi ryzyka – w pewnym momencie już nawet sprzedający nie wiedzieli, co dokładnie czai się w sprzedawanych pakietach. Korzystając z nowych możliwości, takich jak podejmowanie działalności ubezpieczeniowej, banki zaczęły też tworzyć nowe instrumenty CDS (Credit Default Swap), które były polisami ubezpieczeniowymi na wypadek, gdyby jednak kredyty zabezpieczające CDO nie były spłacane. A więc CDS-y były instrumentami pochodnymi zabezpieczającymi inne instrumenty pochodne.
Wystarczy tylko zerknąć na te konstrukcje, żeby stwierdzić, że sektor finansowy ogarnęło szaleństwo. O ile jeszcze zasady działania CDS-ów i CDO można dość łatwo zrozumieć, to kolejne wyszukane instrumenty czasem były już nie do końca zrozumiałe nawet dla ich twórców. Skala rozwoju instrumentów pochodnych była niewyobrażalna. O ile w roku 2000 wartość rynku derywatów wynosił, bagatela, ok. 100 bilionów dolarów, to w 2011 r. było to już siedem razy więcej. Obecnie wartość światowego rynku instrumentów pochodnych dziesięciokrotnie przekracza… światowe PKB13.
Ostateczny krach systemu korporacji
W latach 2004–2006 Fed, by zdławić rosnącą inflację, stopniowo podnosił stopy procentowe, które wzrosły aż do 5,25 proc., co utrzymano do lata 2007 r. W związku z tym wzrosła rata kredytów ze zmiennym oprocentowaniem, które stawały się coraz większym ciężarem dla niektórych kredytobiorców. Powoli rosła pula niespłacanych kredytów, a do banków zaczęło docierać, że wiele pożyczek jest nie do odzyskania. Wzrost stóp zmniejszył atrakcyjność kredytów hipotecznych, więc popyt na mieszkania spadł, co wyhamowało wzrost ich cen i stopniowo zaczęło prowadzić do ich spadku. Banki, coraz bardziej świadome prawdziwego stanu swych aktywów, widząc, że zabezpieczenia udzielonych kredytów powoli zmniejszają wartość, ograniczyły akcję kredytową. Spadek dostępności kredytu jeszcze bardziej zmniejszył popyt na nieruchomości, których ceny zaczęły spadać lawinowo. W krótkim czasie spadły one o 33 proc. Osoby, których zdolność kredytowa była uzależniona od wzrostu wartości zabezpieczenia i możliwości refinansowania, przestały spłacać zobowiązania. W lecie 2007 r. niespłacanych było już 16 proc. kredytów „subprime”14.
Głównym problemem banków było to, że znaczną część udzielanych kredytów długoterminowych finansowały one z… zaciąganych kredytów krótkoterminowych. Kredyty krótkoterminowe są bardziej opłacalne, gdyż mają niższe oprocentowanie, wymagają jednak niezakłóconej płynności. W sytuacji gdy tak wielu klientów nie spłaca zobowiązań, regularna spłata kredytów krótkoterminowych musi stać się wyjątkowo trudna. Tak też się stało latem 2007 roku, co widząc, banki dodatkowo przestały udzielać pożyczek sobie nawzajem. Te, które miały szczególnie dużo toksycznych aktywów, typu kredyty „subprime” czy CDO z dużą liczba niespłacanych hipotek, momentalnie wpadły w tarapaty. A że rynki międzybankowe na całym świecie są mocno powiązane, to załamanie odbiło się na instytucjach także spoza USA. W sierpniu 2007 r. francuski BNP Paribas zawiesił wypłaty ze swoich funduszy inwestycyjnych, argumentując to załamaniem na rynku amerykańskich derywatów. We wrześniu brytyjski Northern Rock poprosił o wsparcie Bank Anglii. Ostatecznie został on znacjonalizowany kosztem aż 100 miliardów funtów.
Jednak najbardziej spektakularne rzeczy w początkowym okresie kryzysu działy się oczywiście w USA. W olbrzymie kłopoty popadł słynny Bear Stearns – jeden z największych banków inwestycyjnych w USA. W marcu 2008 r. został on przejęty przez JP Morgan Chase za zaledwie 1,2 mld dolarów, która to suma w przypadku tak wielkiego banku jeszcze rok wcześniej wydawałaby się niepoważna. We wrześniu rząd USA musiał dać gwarancje warte 12 mld dolarów, by uratować agencje Freddie Mac i Fannie Mae, ale z perspektywy przyszłych wydatków na opanowanie kryzysu ta kwota wygląda niczym drobne. Ostatni kwartał 2008 r. to już istna katastrofa dla amerykańskich banków inwestycyjnych, z których większość stanęła na krawędzi upadłości. Upadł Washington Mutual, wielki Merril Lynch został sprzedany Bank of America, a jeden z największych ubezpieczycieli świata, AIG, przetrwał tylko dzięki ogromnemu, wartemu 85 mld dolarów wsparciu ze strony rządu. We wrześniu 2008 r. powstał pierwszy plan ratunkowy – tzw. Plan Paulsona, od nazwiska sekretarza skarbu USA Henry’ego Paulsona – warty gigantyczną kwotę 700 mld dolarów, które zostały przeznaczone na wykup toksycznych aktywów z zagrożonych instytucji finansowych. Niemal drugie tyle (600 mld) obiecał Fed.
W tym czasie krach finansowy zaczął się już przeobrażać w kryzys gospodarczy, gdyż przygniecione coraz trudniej spłacalnymi kredytami osoby fizyczne i spółki zaczęły drastycznie ograniczać wydatki konsumpcyjne i inwestycyjne, co zmniejszyło popyt na rynkach i stłamsiło wzrost gospodarczy15. Kryzys zaczął powoli rozlewać się na cały świat. W październiku stała się rzecz dla wielu niewyobrażalna, do tej pory uznawana za symboliczny początek światowego kryzysu – upadłość ogłosił Lehman Brothers, bank powszechnie uznawany za „zbyt wielki, by upaść”. Parafrazując słowa Joanny Szczepkowskiej, można by rzec: „Panie i Panowie, 15 października 2008 roku skończył się neoliberalizm”.
Tak się robi kryzys
Postępujące rozwarstwienie, wpędzenie w relatywną biedę rzesz obywateli oraz załamanie się mitu American Dream spowodowało nacisk polityczny na władzę, jaki w sytuacji problemów społecznych pojawia się w każdej demokracji, nawet w jej wolnorynkowej odmianie, która pozbyła się większości kompetencji dotyczących polityki społecznej. Kurczowe trzymanie się przekonania, że wszelkie problemy ekonomiczne należy zostawić mechanizmom rynkowym doprowadziło do stworzenia absurdalnej koncepcji programu socjalnego opartego na kredytach udzielanych przez prywatne podmioty. A te, puszczone na żywioł i podgrzane zachętami ze strony administracji, błyskawicznie doprowadziły do stworzenia bańki, która prędzej czy później pęka. Tymczasem można było zrobić to inaczej – zbudować zręby państwowej redystrybucji, stworzyć mechanizmy zmniejszania nierówności oraz zwiększania płac. Byłoby to jednak niezgodne z interesem najbardziej wpływowych grup nacisku oraz z dominującym w USA poglądem na porządek społeczny. Te klapki na oczach amerykańskich elit władzy, nałożone przez doktrynerstwo oraz niezwykłe uzależnienie od elit finansowych, doprowadziły do niezwykle lekkomyślnej polityki fiskalno-walutowej, czego efektem jest kryzys, z którym większość świata zmaga się do dziś.
Z omówionych wyżej wydarzeń możemy jednak wynieść sporo nauk na przyszłość. Po pierwsze, demokratyczne społeczeństwo w trudnych czasach zawsze będzie się domagać od władzy podjęcia realnych kroków, więc lepiej, żeby nie oddawała ona lekkomyślnie swych kompetencji sektorowi prywatnemu, gdyż w momentach przełomowych może ich jej zabraknąć, a w zanadrzu pozostaną tylko działania pozorowane. Po drugie, stabilny rozwój gospodarczy najłatwiej zapewnić możliwie egalitarnym porządkiem społecznym, dzięki któremu potencjalne załamania systemu są dużo mniej prawdopodobne, a ich negatywne efekty mniejsze. Nie jest przypadkiem, że obecny kryzys rozpoczął się w najmniej egalitarnym kraju wysoko rozwiniętym, a państwa najbardziej egalitarne (czyli północna Europa) przechodzą go stosunkowo najlepiej. Szkoda by było, gdybyśmy zmarnowali kolejną okazję do nauki.
Przypisy:
- OECD Factbook 2014, http://www.keepeek.com/Digital-Asset-Management/oecd/economics/oecd-factbook-2014/income-inequality-different-summary-inequality-measures-around-2010s_factbook-2014-table55-en#page1
- R. Rajan, Linie uskoku, Warszawa 2012, s. 52.
- E. Phelps, Płaca za pracę, Warszawa 2013, s. 46–47.
- T. Piketty, Krótka historia nierówności, [w:] „Krytyka Polityczna” 39/2015, s. 46.
- E. Phelps, Płaca…, s. 48.
- H. J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, 295–296.
- R. Rajan, Linie…, s. 71–74.
- R. Skidelsky, Keynes. Powrót mistrza, Warszawa 2012, s. 23.
- R. Rajan, Linie…, s. 77.
- Tamże, s. 182–192.
- R. Skidelsky, Keynes…, s. 23.
- J. Toporowski, Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego, Warszawa 2012, s. 149–152.
- M. Guzek, Kapitalizm na krawędzi, Warszawa 2014, s. 60.
- R. Skidelsky, Keynes…, s. 24.
- J. Toporowski, Dlaczego…, s. 177–178.
przez Jakub Bartak | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Kwestie niekorzystnego charakteru integracji Polski z Unią Europejską, problemu podmiotowości państwa czy geopolitycznych uwarunkowań rozwoju zaczynają nareszcie być znaczącym tematem w debacie publicznej. Pojawiają się w niej wątki narodowości kapitału, unikania opodatkowania i powiązań biznesowo-politycznych. Tematy te wydają się nierozłącznie związane z ekonomią, jednak – co zaskakujące – ekonomia oferuje niewiele teoretycznych wyjaśnień dotyczących neokolonialnych zależności w XXI wieku.
Owszem, istnieją analizy empiryczne, krytykowana jest „terapia szokowa”, omawiane są przypadki prywatyzacji i przejęć polskich przedsiębiorstw kończące się szybkim ogłoszeniem upadłości, pojawiają się coraz rozsądniejsze głosy na temat konieczności ponownego uprzemysłowienia państwa oraz prowadzenia polityki przemysłowej ingerującej w procesy rynkowe. Brakuje jednak odwołania do teorii ekonomii, która wyjaśniałaby zachodzące procesy i uzasadniała postulowane zadania – do takiej teorii, która wyjaśnia, w jakich warunkach siły rządzące kapitałem sprzyjają rozwojowi, a kiedy prowadzą do prymitywizacji produkcji. Jedni kurczowo bronią doktryny wolnego handlu, nie dostrzegając zagrożeń z nim związanych, inni natomiast nie potrafią wytłumaczyć korzyści pojawiających się dzięki otwarciu gospodarki.
Teorię, która umożliwia zrozumienie i rzetelną analizę procesów wynikających z integracji gospodarczej, przedstawia Erik S. Reinert, założyciel The Other Canon Foundation – ośrodka naukowego zajmującego się propagowaniem istniejącej od wieków, lecz wypartej z głównego nurtu, ekonomii opartej na renesansowym rozumieniu świata1. W perspektywie „ekonomii innego kanonu” poziom rozwoju uzależniony jest od rodzaju dominującej produkcji, która przesądza, czy w ramach obowiązującego paradygmatu technologicznego dany kraj może spodziewać się wzrostu czy stagnacji, oraz czy liberalizacja handlu przyniesie konwergencję (rozumianą jako zmniejszenie różnic między krajami w poziomie rozwoju gospodarczego), czy może dalsze pogłębianie nierówności rozwojowych. Swoje teoretyczne rozważania Reinert opiera na prawach malejących lub rosnących przychodów marginalnych, czyli prawach wyjaśniających zmiany produktywności w poszczególnych sektorach (będzie o nich mowa później). Wnioski z teorii są stosunkowo proste i przejrzyste – jeżeli państwo posiada przewagę komparatywną (polegającą na korzystnym stosunku kosztów produkcji danego dobra do kosztów produkcji innych dóbr) w sektorach produkcji z rosnącymi przychodami marginalnymi, wtedy integracja z globalną gospodarką lub strukturami ponadnarodowymi się opłaca. Jeżeli jednak przewaga ta dotyczy sektorów z malejącymi przychodami marginalnymi, wówczas otwarcie gospodarki powoduje spadek produkcji per capita. Czynnikiem, który ogranicza tę zależność, jest umiejętność absorpcji odpowiedniego kapitału z bogatszego państwa. W ekonomii neoklasycznej kapitał traktowany jest jednakowo – inwestycje zagraniczne w sektor górniczy, w handel detaliczny czy w nowe technologie, o ile mają taką samą wartość rynkową, traktowane są jako takie same. W perspektywie teorii nierównego rozwoju Reinerta to właśnie rodzaj kapitału i rodzaj produkcji są najważniejsze.
Przychody marginalne a wolny handel
Według Reinerta podstawowym błędem ekonomii głównego nurtu jest oparcie jej na modelach ekonomicznych, przy jednoczesnym „zapominaniu” o założeniach, które leżą u ich podstaw. W ten sposób prawdziwe stwierdzenie „gdy założymy, że nie ma grawitacji, pozostawione w powietrzu jajko nie spadnie na ziemię”, zamienia się w fałszywe: „pozostawione w powietrzu jajko nie spadnie na ziemię”. Modelem, na którym opierają się współczesne stosunki handlowe, a którego poprawność w całości zasadza się na jego „zapomnianych” założeniach, jest model przewag komparatywnych autorstwa Davida Ricardo.
Zgodnie z tym modelem w warunkach wolnego handlu kraje specjalizują się w dziedzinach, w których mają przewagę komparatywną. Specjalizacja ta prowadzi do lepszej alokacji zasobów i powoduje, że wszystkie integrujące się państwa osiągają korzyści. Koncepcja ta jest prawdziwa niestety tylko przy założeniu stałych przychodów marginalnych, których istnienie leży z kolei w sprzeczności z podstawowym i znanym każdemu ekonomiście prawem malejących przychodów marginalnych. Mówi ono, że gdy zwiększany jest nakład czynników produkcji przy stałym nakładzie innego czynnika, to kolejne wzrosty produkcji są coraz mniejsze. Mówiąc obrazowo – gdy w rolnictwie zwiększa się zatrudnienie przy stałej ilości ziemi, to przyrosty żywności są coraz mniejsze, aż potencjalnie zatrudnienie kolejnych pracowników nie spowoduje wzrostu produkcji. Tym samym produkcja na osobę jest coraz mniejsza. W podobny sposób wytłumaczyć można spadki przeciętnych plonów uzyskiwanych w rolnictwie w wyniku zwiększania areałów upraw: początkowe wysokie plony wynikają z wykorzystania najlepszej dostępnej ziemi, ale wraz ze zwiększaniem areałów zagospodarowywane są gleby coraz gorszej jakości, które zaniżają plony przeciętne. Podobnie w przypadku sektora wydobywczego – przy niewielkiej produkcji wydobywane są te zasoby, które są najłatwiej dostępne, ale przy próbach zwiększania wydobycia trzeba sięgać do coraz to głębiej położonych i trudniej dostępnych złóż.
Problem malejących przychodów marginalnych od zawsze towarzyszy ludzkości, która również od zawsze próbuje od niego uciekać. Biblijna historia Abrahama i Lota, którzy rozwiązali swoje problemy przez prowadzenie plemienia Lota do Jordanii, a plemienia Abrahama do Kanaanu, jest przykładem takiej próby2. Plemiona koczownicze radzą sobie poprzez zasiedlanie niewykorzystanych jeszcze terenów, w podobny sposób z malejącymi przychodami radzili sobie także Europejczycy w czasie wielkich migracji do Australii i Ameryki Północnej. Oczywiście, migracje rozwiązują problem dopóki istnieje wolny zasób „ziemi obiecanej”, którą można zasiedlić.
Innym, bardziej skomplikowanym sposobem na przezwyciężenie prawa malejących przychodów jest postęp technologiczny. Umożliwia on takie zastosowanie ograniczonych zasobów, że przychody marginalne są rosnące – zatrudnienie każdej dodatkowej osoby w danej branży skutkuje coraz to większymi przyrostami produkcji, a także wzrostem produkcji na osobę. Problem jednak w tym, że postęp technologiczny nie następuje – wbrew upraszczającym modelom reprezentatywnej firmy – dla wszystkich sektorów w tym samym czasie3. W rzeczywistości postęp technologiczny w jednych dziedzinach nie występuje przez stulecia, a w innych z kolei przełom dokonuje się w ciągu kilku lat. Jego tempo jest czasami bardzo różne nawet dla jednego rodzaju działalności – przykładem może być znów rolnictwo, w którym pracochłonne metody zbiorów owoców miękkich czy warzyw nie zmieniły się znacznie od wieków, ale zmechanizowane metody zbiorów zbóż pozwoliły na produkcję na wielką skalę przy znikomym zatrudnieniu. Choć nie można wykluczyć, że również zbiory malin czy strzyżenie mogą być zmechanizowane, to liczenie na postęp technologiczny w tych dziedzinach jest naiwne i ryzykowne.
Z nierównomiernego postępu technologicznego wysnuć można prosty wniosek – niektóre aktywności gospodarcze charakteryzują się dużymi możliwościami wzrostu produktywności, inne natomiast są praktycznie skazane na utknięcie w ślepej uliczce rozwoju. Możliwe zatem jest zobrazowanie w tabeli produkcji „wysokiej jakości” i produkcji „niskiej jakości”4 (patrz niżej).
|
Aktywność o wysokiej jakości
|
Aktywność o niskiej jakości
|
|
– nowa wiedza z wysoką wartością rynkową
|
– stara wiedza z niską wartością rynkową
|
|
– wysoka stopa wzrostu produkcji
|
– niska stopa wzrostu produkcji
|
|
– szybki postęp technologiczny
|
– powolny postęp technologiczny
|
|
– wysoka zawartość B+R (badania i rozwój)
|
– niska zawartość B+R
|
|
– wymaga procesów uczenia się przez działanie
|
– niskie wymagania procesów uczenia się przez działanie
|
|
– podzielne inwestycje w dużych transzach
|
– podzielne inwestycje
|
|
– niedoskonała, lecz dynamiczna konkurencja
|
– doskonała informacja i konkurencja
|
|
– wysoki poziom płac
|
– niski poziom płac
|
|
– korzyści skali i zakresu
|
– niskie korzyści skali i zakresu
|
|
– wysoki stopień koncentracji przemysłu
|
– przemysł fragmentaryczny
|
|
– wysokie ryzyko: duże bariery wejścia i wyjścia
|
– niskie ryzyko: małe bariery wejścia i wyjścia
|
|
– markowe produkty
|
– produkty towarowe
|
|
– tworzenie efektów sieci i synergii
|
– niskie efekty sieci i synergii
|
|
– tworzenie innowacji
|
– innowacje procesowe lub żadne
|
|
– standardowe założenia neoklasyczne są niespełnione
|
– standardowe założenia ekonomii neoklasycznej są racjonalnym przybliżeniem rzeczywistości
|
Co z tych fundamentalnych praw wynika dla handlu międzynarodowego i koncepcji przewag komparatywnych Ricardo? Otóż to, że specjalizacja jest opłacalna wyłącznie w tych dziedzinach, które podlegają prawu rosnących przychodów, a więc tam, gdzie zgodnie z dominującym paradygmatem technologicznym, następuje postęp. Państwa, które posiadają przewagę komparatywną w produkcji bananów, bawełny czy w przemyśle wydobywczym, w warunkach wolnego handlu będą zwiększały zatrudnienie właśnie w tych obszarach, skazując się na coraz to mniejsze przychody marginalne, a co za tym idzie – na mniejszą produkcję per capita. Kraje, które posiadają przewagę w zaawansowanej produkcji przemysłowej, będą w warunkach wolnego handlu przenosić zatrudnienie do technicznie zaawansowanych sektorów i w wyniku działania prawa rosnących przychodów produkcja per capita będzie tam rosła. W bogatszym kraju kosztowej konkurencji nie będą wytrzymywać prymitywne sektory, natomiast w kraju biedniejszym sektory relatywnie najbardziej zaawansowane będą upadały jako pierwsze (tzw. efekt Vanka-Reinerta)5. Końcowy efekt wolnego handlu w takich warunkach jest oczywisty – wygranym jest państwo bogatsze, przegranym państwo biedniejsze. Mechanizm ten najpełniej i najwidoczniej objawiał się w przypadku kolonii.
Oczywiście, kluczowym elementem analizy, który determinuje podział kosztów i korzyści z integracji gospodarczej, jest, obok przepływu dóbr i usług, możliwość alokacji kapitału. Teoretycznie bowiem nawet wysoko zaawansowane sektory z dużą innowacyjnością i z wysokimi płacami mogłyby w warunkach integracji przenosić się do biednych krajów (choćby w poszukiwaniu niższych kosztów pracy). Jak zwykle jednak, znaczenie mają szczególnie te czynniki, których ujęcie w modelach ekonomii neoklasycznej jest bardzo trudne – a więc wszystko to co, Abramowicz nazwał „zdolnością społeczną” do absorpcji kapitału. Chodzi o system lokalnych instytucji, bodźców inwestycyjnych, poziom wykształcenia, istnienie lokalnego przemysłu i poziom jego rozwoju.
Według Reinerta lekceważenie tej „zdolności społecznej” i upraszczające postrzeganie kapitału jako klucza do wzrostu prowadzi do udzielania pożyczek biednym państwom, których struktura produkcyjna (przemysłowa) nie jest zdolna do przyjęcia ich z zyskiem. Odsetki od tych pożyczek bardzo często będą większe niż stopa zwrotu z podjętych inwestycji […] a jedynymi, którzy zyskają, będą ci, którzy udzielili pożyczki […]. Podobnie w przypadku ludzi: inwestycje w kapitał ludzki są podejmowane bez odpowiedniej zmiany w strukturze produkcji, która zgłasza popyt na zdobywane umiejętności. W rezultacie edukacja może wpływać tylko na promowanie emigracji6.
W kierunku neokolonializmu czy konwergencji?
Opisany mechanizm powoduje, że integracja gospodarcza polegająca na minimalizacji roli państwa oraz pełnej liberalizacji handlu nie przynosi oczekiwanych efektów (przynajmniej z punktu widzenia państwa „doganiającego”). Nie każda integracja jednak musi kończyć się takimi konsekwencjami. Po pierwsze, inaczej będzie, gdy integrują się państwa o podobnym poziomie rozwoju. Po drugie, w przypadku integracji asymetrycznej istnieją możliwe do zrealizowania scenariusze, które przynoszą wymierne korzyści wszystkim integrującym się podmiotom7.
Dla analizy integracji w ramach Unii Europejskiej, ale także globalnej integracji w ramach umów dwstronnych znacznie ciekawsza jest ta druga problematyka.
Integracja neokolonialna oparta jest na opisanym wcześniej mechanizmie, w którym na skutek liberalizacji handlu występuje efekt Reinerta-Vaneka, a kraj kolonizowany specjalizuje się w „byciu biednym”. Oznacza to dostarczanie surowców naturalnych (przy dodatkowym obciążeniu w postaci dewastacji środowiska) lub pracochłonną aktywność o „niskiej jakości”. Ten pierwszy przypadek szczególnie rzuca się w oczy w krajach afrykańskich, gdzie mówi się o „przekleństwie zasobów”. Drugi natomiast można zaobserwować w krajach Ameryki Łacińskiej, a także w peryferyjnych państwach Unii Europejskiej, w tym w Polsce.
Istotną rolę w przypadku integracji neokolonialnej odgrywa w analizie Reinerta obowiązujący trend technologiczny wywołany rewolucją w telekomunikacji i transporcie. Rewolucja ICT umożliwiła produkcję modułową, gdzie wyprodukowanie jednego dobra czy usługi jest dzielone na fragmenty, których część charakteryzuje się rosnącymi, a część malejącymi przychodami. Na przykład produkcja samochodu może się składać z dwóch płaszczyzn. Pierwsza to centrum badawczo-rozwojowe i projektowe, które instytucjonalnie zakorzenione jest w kraju wysoko rozwiniętym i które przynosi wysoką wartość dodaną. Druga to pracochłonny i przynoszący niską wartość dodaną montaż gotowych komponentów, który odbywa się w kraju z niskimi kosztami pracy. W ten sposób możliwe jest przesuwanie elementów produkcji o niskiej jakości do biedniejszych krajów, bez jednoczesnego rezygnowania z tych elementów, które charakteryzują się wysoką innowacyjnością i dużymi pozytywnymi efektami zewnętrznymi. Dlatego właśnie kraje Europy Środkowo-Wschodniej stały się centrami outsourcingowymi dla zachodnich firm. Co prawda, centra te pozwoliły na wystąpienie wielu innowacji procesowych i na wzrost produktywności pracowników, jednak, zdaniem Reinerta, nie spełniają one kryterium aktywności „wysokiej jakości” – nie generują popytu na badania naukowo-techniczne, nie tworzą innowacji produktowych ani pozytywnych efektów zewnętrznych wynikających z procesów uczenia się. Innymi słowy, rozwój w tych sektorach ma swoją ślepą uliczkę. Mimo pewnych nadziei pokładanych w dalszym rozwoju tych usług, które często obejmują coraz bardziej skomplikowane procesy, jak np. business intelligence, obsługa kadrowa czy finansowa, to właśnie w sektorze usług specjalizacja narażona jest na niski wzrost produktywności8.
Taka diagnoza zgodna jest ze statystykami innowacyjności, a także z danymi o bardzo niskich nakładach na badania i rozwój, przede wszystkim sektora prywatnego, wynoszących w Polsce 39 euro na osobę wobec prawie 1000 w Szwecji, 682 w Niemczech, 465 we Francji czy 71 w Chinach i w Rosji (dane Eurostatu za 2013 rok, dla Chin i Rosji za 2012). Należy dodać, że w Polsce w latach 2011–2013 nakłady te prawie się podwoiły, głównie dzięki działalności Narodowego Centrum Badania i Rozwoju. Można stąd wnioskować, że przedsiębiorstwa działające w Polsce zgłaszają niski popyt na wysokie technologie. Mała liczba patentów i wdrożeń naukowo-technicznych również wynika z niedopasowania potrzeb przedsiębiorstw do badań podejmowanych przez sektor publiczny.
Na podstawie przykładu Polski oraz innych państw Europy Środkowo-Wschodniej można postawić pewną diagnozę ogólną. Kraje te wybrały ścieżkę rozwoju technologicznego opartą na zasobach zagranicznych, co umożliwiło szybki napływ kapitału, schumpeterowską twórczą destrukcję, polegającą na błyskawicznej zmianie sposobów produkcji, zmianę sposobów zarządzania, widoczny postęp technologiczny. Jednocześnie taka ścieżka rozwoju niesie ze sobą szereg pułapek i zagrożeń. Oparcie rozwoju na zasobach zagranicznych w oczywisty sposób zmienia strukturę własności, a ta, pomimo dogmatów o transnarodowości kapitału, wciąż ma znaczenie. Po pierwsze, większość międzynarodowych firm swoją najważniejszą działalność prowadzi w krajach macierzystych. Po drugie, zyski z zagranicznych placówek tych firm, co oczywiste, wysyłane są do krajów pochodzenia. Po trzecie wreszcie, w wyniku różnych zmian w światowej gospodarce (np. kryzysów, ale także nowych możliwości lokalizacji kapitału), produkcja w krajach macierzystych zamykana jest w ostateczności, a tym samym możliwość ucieczki zagranicznego kapitału jest znacznie wyższa niż kapitału krajowego. Wszystkie te czynniki prowadzą rozwój oparty na gwałtownym otwarciu na rynki zagraniczne nie do twórczej destrukcji, ale do destrukcji z niską dozą kreatywności albo, jak chce G. Kołodko, do „szoku bez terapii” zamiast terapii szokowej. Na łamach „Nowej Konfederacji” J. Żyżyński wykazuje, że z tytułu niekorzystnej narodowości kapitału 4–5 proc. PKB rocznie zostaje wytransferowane z Polski w postaci dochodów z inwestycji. Nic nie wskazuje na to, że w przyszłości może być lepiej. B. Radziejewski w tym samym czasopiśmie stwierdza: te horrendalne sumy są niczym innym jak, że pozwolę sobie na pewną innowację pojęciową, rentą neokolonialną. Skutkiem grabieżczej prywatyzacji, przypominającej jako żywo łupienie indiańskich „miast ze złota” przez europejskich konkwistadorów, w trakcie której najlepsze polskie firmy sprzedano za bezcen lub łaskawie pozwolono zniszczyć w nierównej konkurencji. W efekcie mamy sytuację, w której właścicielami 83 proc. największych „naszych” spółek są obcokrajowcy (dane na 2011)9.
Taka sytuacja rodzi niewątpliwie problemy natury makroekonomicznej. Zyski transferowane za granicę nie „pracują” w polskiej gospodarce, nie powodują dalszych inwestycji i konsumpcji, nie generują popytu na badania i rozwój. Inwestycje lokowane w krajach peryferyjnych (o ile nie są wyłącznie wrogim przejęciem istniejących przedsiębiorstw) unowocześniają procesy produkcji, tworzą miejsca pracy, często o wyższych standardach niż przedsiębiorstwa krajowe, lecz nie tworzą podstaw do tworzenia własnych technologii, będąc w istocie produkcją „niskiej jakości” w typologii Reinerta.
Teoretycznie możliwa jest inna ścieżka integracji, polegająca na sekwencyjnym postępie technologicznym. Zgodnie z modelem Akamatsu integracja przynosząca korzyści wszystkim podmiotom jest możliwa, gdy relatywnie biedniejsze państwo posiada możliwości przyjęcia technologii, która w państwie bogatym staje się już przestarzała wskutek szybkiego postępu. Ta „przestarzała” technologia ma jednak cechy produkcji „dobrej jakości”, a przemysł zgłasza zapotrzebowanie na nowe technologie i tworzy efekty zewnętrzne umożliwiające rozwój innowacyjności. W warunkach wysokiej dynamiki również dla państw biedniejszych pojawiają się możliwości czerpania korzyści z handlu. Kluczową strategią państwa doganiającego jest selektywna polityka handlowa oraz stymulowanie rozwoju lokalnego przemysłu i innowacji. Głównym wyzwaniem jest zatem taka polityka, która umożliwia transfer technologii bez jednoczesnej dezindustrializacji.
Łatwo się domyślić, że polityka taka jest delikatną sprawą: pełna liberalizacja rynków powoduje szkodliwą (z punktu widzenia biedniejszego kraju) konkurencję, której bez pomocy państwa nie wytrzymują rodzime sektory. Z drugiej strony, polityka zamknięcia gospodarki utrudnia napływ technologii, uniemożliwia wytworzenie lokalnego popytu na zaawansowane produkty, może także spotkać się z odwetową polityką ograniczania handlu. Co więcej, pomoc publiczna może prowadzić do zmniejszenia bodźców do restrukturyzacji przedsiębiorstw. Zagrożenia z jednej i z drugiej strony są poważne, a umiejętność ich ograniczenia determinuje tempo rozwoju. Model sekwencyjnego postępu technologicznego, mimo że opiera się na integracji gospodarczej, jest w istocie modelem opartym na własnych zasobach, które wykorzystywane mają być do nabywania większych zdolności produkcyjnych, w tym do zakupów nowych technologii i energii. Co istotne i często pomijane w krytyce tego modelu, handel międzynarodowy uznawany jest tu za niezwykle istotny czynnik rozwoju państwa doganiającego. Jednocześnie, jak to ujął Ha-Joon Chang, handel jest po prostu zbyt ważny dla rozwoju ekonomicznego, aby był pozostawiony ekonomistom wolnorynkowym10.
Wymiana międzynarodowa, gdy rozumiana jako środek, a nie cel sam w sobie, jest bowiem sposobem na osiągnięcie efektów skali, na rozwinięcie produkcji z rosnącymi przychodami marginalnymi. Sztandarowym przykładem jest tu Korea Południowa, która rozwinęła się poprzez handel, ale nie poprzez wolny handel. Z eksportera produktów tanich i nisko zaawansowanych technologicznie, w wyniku połączenia selektywnej polityki handlowej i wsparcia dla „raczkujących przemysłów”, stała się jednym z większych eksporterów produktów zaawansowanych. Jej przykład pokazuje, że przedsiębiorstwa w krajach rozwijających się potrzebują czasowej i stopniowo zmniejszającej się ochrony przed firmami zagranicznymi, aby mogły rozwinąć zdolność do konkurowania.
Jak widać na historycznych przykładach, rozważna polityka przemysłowa jest możliwa. Stanowiła ona klucz do dynamicznego rozwoju państw Azji Wschodniej, a także do sukcesu Stanów Zjednoczonych w XIX wieku, które, wbrew zaleceniom ekonomistów brytyjskich, oparły swoją strategię rozwoju na industrializacji i sloganie róbmy to, co Anglicy zrobili, nie róbmy tego, co Anglicy mówią nam, abyśmy robili sugeruje, że kraje drugiego i trzeciego świata powinny robić to, co Stany Zjednoczone, zamiast tego, co Stany Zjednoczone mówią, aby robić11.
Nieprzydatne, a często wręcz szkodliwe zalecenia ekonomistów ze szkoły chicagowskiej nie są, zdaniem Reinerta, przypadkowe, spełniają bowiem rolę ideologicznego uzasadniania hegemonii gospodarczej USA. Teza, jakoby ekonomia pisana była na zamówienie lidera gospodarczego, nie jest nowa, podnoszona była m.in. już przez niemieckiego ekonomistę F. Lista, według którego gdy ktoś osiągnie szczyt wielkości, wykopuje drabinę, po której się wspiął, aby uniemożliwić innym wspinanie się za nim12. W tym ujęciu, po uprzemysłowieniu kraju i wyjściu na pozycję lidera, naturalną strategią jest stworzenie systemu utrudniającego industrializację innym, i tym samym umocnienie własnej pozycji hegemonicznej. Cel ten zostaje osiągnięty w warunkach wolnego handlu między nierównymi partnerami, poprzez działanie efektu Vanka-Reinerta, przy braku polityki przemysłowej wspierającej lokalnych producentów.
Na koniec warto przypomnieć, że konieczność równomiernego rozwoju gospodarczego, szczególnie w ramach silnie zintegrowanych instytucji takich jak np. Unia Europejska, wynika nie tylko z interesu krajów peryferyjnych, ale także państw centrum. Integracja typu neokolonialnego prowadzi w warunkach niskiego wzrostu gospodarczego do silnej presji na obniżanie standardu życia również w bogatszych krajach, które nie są w stanie zagospodarować nadwyżki siły roboczej powstającej w wyniku przenoszenia produkcji „niskiej jakości” do peryferii. Co więcej, w warunkach nierównego rozwoju pojawiają się coraz poważniejsze problemy ze stabilnością grupy, w szczególności strefy euro, czy problemy wynikające z kulturowych i gospodarczych konsekwencji migracji na ogromną skalę. Integracja oparta na tworzeniu przewag komparatywnych w sektorach o rosnących przychodach marginalnych przynosi natomiast korzyści wszystkim integrującym się krajom.
Przypisy:
- O takiej ekonomii pisał K. Mroczkowski na łamach „Nowego Obywatela” nr 57; tekst dostępny w internecie: https://obywatel3.macmas.pl/2012/10/12/ekonomia-optymizmu/
- E. S. Reinert, Diminishing Returns and Economic Sustainability; The Dilemma of Resource-based Economies under a Free Trade Regime [w:] S. Hansen, J. Hesselberg, H. Hveem (red.), „International Trade Regulation, National Development Strategies and the Enviromnent: Towards Sustainable Development?”, Oslo 1996.
- E. S. Reinert, The role of technology in the creation of rich and poor nations: Underdevelopment in a Schumpeterian system [w:] Derek H. Aldcroft, Ross Catterall (red.), „Rich Nations – Poor Nations. The Long Run Perspective”, Elgar Publishing 1996.
- E. S. Reinert, How rich countries got rich… and why poor countries stay poor, Constable London 2007.
- E. S. Reinert, Diminishing Returns and…, op. cit.
- E. Reinert, Development and social goals: Balancing Aid and development to prevent „welfare colonialism” [w:] „UN Department of Economic and Social Affairs”, 2005.
- E. S. Reinert, r. Kattel, Failed and Asymmetrical Integration: Eastern Europe and the Non-financial Origins of the European Crisis, „Working Papers in Technology Governance and Economic Dynamics”, nr 49, 2013.
- E. S. Reinert, Primitivization of the EU periphery: The loss of relevant knowledge, „Informationen zur Raumentwicklung”, nr 1, 2013.
- Wypowiedzi dostępne pod adresem: http://www.nowakonfederacja.pl/internetowy-miesiecznik-idei-nr-2–532014–5-listopada-2-grudnia-cena-0-zl/
- H.-J. Chang, Bad Samaritans: The myth of free trade and the secret history of capitalism, Bloomsbury Publishing USA 2007.
- E. S. Reinert, How rich countries…, op. cit.
- Cytat za: M. Lind, Do As we Say, Not As We Did, „JPRI Critique” t. IX nr 6.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
„Jak mądrze wykorzystać kolejną dekadę?” – odpowiedzi na takie pytanie od pewnego czasu poszukują eksperci i komentatorzy. Już nie tylko urzędnicy administracji rządowej, ale również instytucje prywatne starają się pokazać swój wkład w projektowanie „drugiej transformacji”. Efekty tych wysiłków są podobne – rekomendowane jest trzymanie kciuków za podniesienie efektywności sektorów „odstających” od unijnej średniej, co ma pozwolić uniknąć „pułapki średniego dochodu” (zwalniającego tempa wzrostu) i wkroczyć na upragniony poziom „gospodarki opartej na wiedzy”. Wspomniane pytanie stawiane jest w oderwaniu od szerszego kontekstu społecznego i znacznie ważniejszych pytań przewodnich: jakie są ponadczasowe reguły rozwoju społeczno-gospodarczego i jakie zasady panują dzisiaj w globalnych relacjach gospodarczych. Zastanawiamy się nad przyprawami, nie wiedząc nawet, co się gotuje i w jakim naczyniu, a wręcz tego, czy zasiądziemy przy stole, czy też będziemy przystawką.
Jak wygląda świat w 2015 roku? Przede wszystkim w dalszym ciągu utrzymują się znaczne różnice w poziomach rozwoju między krajami rozwiniętymi a zapóźnionymi, z grupą gospodarek „wschodzących” gdzieś pomiędzy. Choć ustalony globalny podział pracy podlega fluktuacjom, to porównując chwilę obecną ze stanem rzeczy sprzed półwiecza, widzimy, że podobieństwa dominują nad zmianami. W ogromnej większości kraje ówcześnie najbardziej zaawansowane są takimi nadal, zaś państwa biedne z zapałem wspinają się jak po drabince obrotowej, aby przy wielkim wysiłku znaleźć się dokładnie w tym samym miejscu, co wcześniej.
Działając racjonalnie w swoim interesie, kraje bogatsze stosują wybiórczy protekcjonizm, bardzo wyrafinowany, związany m.in. z kontrolą nad prawami własności intelektualnej i zarządzaniem łańcuchami wartości poszczególnych produktów, tak, by najbardziej dochodowe części procesu tworzenia produktu były pod kontrolą „centrum”. Tymczasem, zgodnie z książkowymi regułami z zachodnich podręczników, kraje biedniejsze stosują się do teorii korzyści komparatywnych Davida Ricardo. Zgodnie z nią kraje powinny inwestować w te branże, w których już osiągają względne korzyści, nie zawracając sobie głowy zmianami strukturalnymi. Innymi słowy, kraje rozwinięte powinny wykorzystywać przewagi komparatywne produkując sprzęt precyzyjny i mikroczipy, zaś kraje takie jak Polska powinny wykorzystywać swoje przewagi – sprzedając ziemniaki.
Globalne przesunięcia
Hegemonia świata Zachodu, w tym również zachodniego kapitału, zmierza ku końcowi. W ubiegłym roku, przy wielkim zaskoczeniu świata finansów, okazało się, że na liście dziesięciu największych korporacji świata połowa, w tym trzy największe, pochodzi z Chin (są to banki ICBC, CCB, ABC i BoC oraz spółka naftowa Petro China). Co więcej, współpraca między krajami niebędącymi dotychczas częścią euroatlantyckiego centrum nabiera ram instytucjonalnych o rosnącym globalnym znaczeniu – choćby w postaci Banku Rozwojowego BRICS, który powstał w ubiegłym roku jako fundusz wspierania rozwoju krajów mniej zamożnych. Wiele mówi się również o powstaniu azjatyckiego banku inwestycyjnego AIIB, z przewodnią rolą Chin, do którego akces zgłosiło wiele państw europejskich, m.in. Wielka Brytania i Polska. Światowa mapa wpływów podlega znaczącym modyfikacjom. Czy to oznacza, że – wbrew wspomnianym zaleceniom Ricarda – globalizacja daje krajom biedniejszym szanse na rozwój i dogonienie „pierwszego świata”?
Kilku państwom peryferyjnym czy słabo rozwiniętym udało się – dzięki większej samosterowności politycznej i umiejętnemu rozgrywaniu interesów ekonomicznych krajów rozwiniętych – wyzyskać zalety otwartego handlu. Na przykład azjatyckie „tygrysy” wykorzystały rozbieżności interesów zachodnich potęg i za pomocą dogodnych regulacji podatkowych czy stworzenia warunków dla przenoszenia produkcji z krajów Zachodu, wygrywały ze wspólnotowymi interesami społeczeństw krajów rozwiniętych. Dzięki silnej władzy politycznej, poprzez mniej lub bardziej ukryty protekcjonizm, były też w stanie zaoferować rodzimej gospodarce nie „niewidzialną”, lecz pomocną dłoń w fazie powstawania przemysłów średniego przetworzenia, będących dźwignią napędową rozwoju krajów biednych. Co równie istotne, ponieważ nie ograniczały się one w doborze instrumentarium gospodarczego, mogły przeciwdziałać skutkom szoków spekulacyjnych, m.in. dzięki wprowadzeniu limitów przepływów kapitałowych lub za pomocą interwencyjnych skupów walut.
Wychodząc poza aspekty ekonomii politycznej, nie da się zaprzeczyć, że w dobie rewolucji informacyjnej i komunikacyjnej niektóre formy globalizacji przynoszą zwyżkę efektywności i poprawę pewnych aspektów życia, zaś w krajach rozwijających się pozwalają na szybsze rozprzestrzenianie infrastruktury i technologii. A zatem wolny handel w połączeniu z obniżką kosztów transakcyjnych sprawił, że w wielu krajach pojawiło się okienko szansy rozwojowej, tym lepiej wykorzystane, im sprawniejsze okazały się poszczególne „peryferie” w łączeniu akceptacji pozytywnych zjawisk z korygowaniem zagrożeń wynikających z liberalizacji. Ta skuteczność pozytywnie współistniała z poziomem instytucjonalnym oraz, kolokwialnie rzecz ujmując, z „siłą” organizacji państwowej, a częstokroć także z wielkością danego kraju. Dobra wewnętrzna organizacja oraz potencjał zasobów okazały się ważnymi argumentami przetargowymi w rozgrywce o wykorzystanie globalizacji, czego przykładami są wielkie Chiny, ale również Brazylia.
Wydaje się jednak, że główną przyczyną, dla której świat połowy XXI wieku będzie pod względem globalnego podziału pracy tak bardzo różny od tego, jaki znamy, jest nie tyle rozsądek i spryt emancypujących się „peryferii”, ile krótkowzroczność polityki krajów rozwiniętych. Nie oznacza to, że społeczeństwa rywalizują w „grze o sumie zerowej”, gdzie porażka jednych skutkuje wygraną drugich. Przeciwnie, prowadzona w latach 60. i 70. ubiegłego wieku polityka dekolonizacji i współpracy wskazuje, że nawet mimo nierównowagi zasobów między poszczególnymi częściami świata, te okresy, gdy światy rozwinięty i aspirujący nawiązywały sprawiedliwą współpracę rozwojową, były zarazem dla obu stron czasami najintensywniejszego rozwoju. Obecnie jednak osłabienie świata Zachodu, poza negatywnymi zjawiskami dotyczącymi wewnętrznych stosunków ekonomicznych i politycznych rozwiniętych społeczeństw, jest jednocześnie osłabieniem ponadkontynentalnego mechanizmu podziału pracy i zysków z kapitału, niekorzystnym dla krajów rozwijających się.
To oczywiście wcale nie oznacza, że międzynarodowe stosunki gospodarcze świata „wielobiegunowego” byłyby oparte na znacząco różnych formach zależności i współpracy. Na bazie obserwacji dotychczasowego zachowania rosnących gospodarek spoza kręgu euroatlantyckiego należy przyjąć, że taka zmiana niekoniecznie może przynieść same dobre skutki. Niewykluczone, że nowo rosnące potęgi wykorzystają te same utarte złe szlaki, wyznaczane przez obecne w każdym społeczeństwie oligarchiczne tendencje ograniczania rozwoju i dyfuzji zdobyczy cywilizacyjnych. Na razie jednak warto, ku przestrodze, wykazać związek między odejściem państw Zachodu od modelu dobrobytu, rozwoju i demokracji ku chciwości, krótkowzroczności i plutokracji, a zagrożeniem ich cywilizacyjnego przywództwa. Stabilność dotychczasowego systemu została zachwiana przez podważenie ponadczasowych reguł rozwoju społeczno-gospodarczego przez partykularne, plutokratyczne interesy.
Rozwój społeczny i gospodarczy jest mechanizmem zwrotnym. Im większe rzesze obywateli są pozbawione materialnych trosk, tym większe jest zaangażowanie ich talentów w tworzenie nowej wiedzy, jej wdrażanie w procesie produkcji i wykonywanie mniej fizycznie uciążliwej (lecz bardziej intensywnej umysłowo) pracy. Ta pętla wzrostu wydajności pracy i społecznego dobrobytu jest prawdziwa w dłuższej perspektywie historycznej, a opiera się ona na potwierdzonym historycznie fakcie – szerokie rzesze obywateli partycypują w rozwoju poprzez opanowywanie nowych umiejętności i nabywanie nowej wiedzy. W praktyce oznacza to, że kraj, który chce się rozwijać, powinien dążyć do jak najszybszego rozwoju nowej wiedzy, jej jak najszerszego upowszechniania poprzez edukację, a także do wdrażania tej wiedzy i umiejętności do procesu gospodarowania, co uczyni go bardziej efektywnym, zaś ludzi zamożniejszymi.
Co więcej, zwrotna natura tego procesu wskazuje, że do pewnego stopnia w końcowym rozrachunku opłacalne może być tzw. wsparcie materialne ex nihilo, a zatem nie poparte uprzednimi zdobyczami produktywności wspieranie finansowe uboższych grup społecznych tak, aby obniżyć ich bariery, np. edukacyjne. Dlatego państwa dobrobytu, choć powinny szanować rzeczywiste ograniczenia gospodarki realnej, odrzucają przyjęcie statycznej logiki dyscypliny budżetu domowego. Jeśli uznamy, że każda jednostka ludzka posiada godność, pozwoli nam to odrzucić myślenie, według którego każdy musi na swój komfort życia „zasłużyć” uprzednią mozolną pracą. Zamiast tego, państwa wysoko rozwinięte uznają obywateli za będących z natury twórcami rozwoju społecznego i gospodarczego, co pociąga za sobą również obowiązki wobec społeczności, ale i daje szereg praw obywatelskich, w tym ekonomicznych, należnych „z góry”. Co ważne, oznacza to, że najistotniejszym wyznacznikiem możliwości rozwoju gospodarczego jest potencjał tworzenia, przyswajania i wdrażania nowej wiedzy przez aktywną zawodowo część społeczeństwa.
To te ogólne zasady wyznaczały przez wieki drogę dobrobytu. Dziś model dobrobytu, rozwoju i demokracji został zastąpiony przez model chciwości, krótkowzroczności i plutokracji. To, co wspólnotowe, ustępowało przed partykularyzmami, na czym traciła początkowo spójność społeczna państw rozwiniętych, teraz zaś, wraz z postępującą erozją klasy średniej, zagrożona jest konkurencyjna hegemonia zachodniego biznesu.
Niestety, silny wpływ pierwiastka plutokratycznego utrudnia elitom państw rozwiniętych połączenie skutku z przyczyną. Prospołeczne inicjatywy, wskazujące na konieczność przeciwdziałania problemom wykluczenia i nierówności (z ich gospodarczymi konsekwencjami), w tym także inicjatywy proprzemysłowe, nadal są tłem dla głównej agendy, którą interesują skutki, nie zaś przyczyny. A zatem tej dekady mamy „na tapecie” próbę obrony przez euroamerykańskie interesy gospodarcze ich globalnych terms of trade – za pomocą zwiększenia skali i koordynacji działań poprzez euroatlantycki sojusz TTIP i planowane partnerstwo transpacyficzne z niektórymi krajami Azji Południowo-Wschodniej.
Miej zasady? Łam zasady?
Polska, przy wszystkich zastrzeżeniach, jest beneficjentem swoich powiązań ze światem Zachodu. Nie oznacza to oczywiście, że nasi europejscy i amerykańscy przyjaciele będą się trudzić, abyśmy dogonili ich w rozwoju, konkurując z ich przedsiębiorstwami i ich umiejętnościami jak równy z równym. Niemniej jednak, w obecnym systemie globalnej wymiany gospodarczej Polska przesuwa się coraz wyżej, chociaż tempo zbliżania się jej poziomu gospodarczego do poziomu krajów bardziej rozwiniętych zaczyna przygasać. Wobec tego pojawia się wątpliwość, czy kraj taki jak nasz będzie pełnił istotną funkcję w tym systemie – czy będzie potrafił uzasadnić konieczność wzrostu swojej pozycji. Nie jest tajemnicą dla niemieckich koncernów, że rolę poddostawcy konkurującego tanią siłą roboczą może w przyszłej dekadzie przejąć od nas Ukraina.
Polskie kręgi gospodarcze i polityczne, a także organizacje społeczne, powinny wyciągać wnioski na podstawie obserwacji zastanego stanu rzeczy, jak i trendów, które mogą je zmienić, wpisując swe działania w reguły rozwoju społeczno-gospodarczego. W obliczu tworzenia się świata wielobiegunowego o wielu przeciwnych wektorach oddziaływania (przy rosnącej roli nie tylko Chin, ale również wielu innych krajów nie-euroatlantyckich), atrakcyjna może się wydać polityka tzw. pragmatyzmu, rozumianego jako osłabienie powiązań z zachodnimi państwami i instytucjami. Takie podejście nie dostrzega jednak faktu, że kraje rozwinięte, mimo relatywnego osłabienia, pozostaną bardzo ważnym i wpływowym elementem globalnego systemu, zaś narracje o „końcu Europy” nie biorą pod uwagę skali zakumulowanej ilości zasobów, wpływów i (mimo wszystko) wartości, oddziałujących na cały świat. Co więcej, ten wielki biegun po części narzuca ograniczenia polskiej ścieżce wzrostu, ale jest jednocześnie jej głównym napędem. To ta bliskość sprawia, że Polska jest lub mogłaby być atrakcyjnym partnerem również dla wschodzących „tygrysów” z różnych części świata.
Oznacza to, że przyszłe zawirowania np. unii politycznej państw europejskich, powinny nas obchodzić – przy czym ścisłe i dobre stosunki z wieloma państwami mogą osłonić nasz kraj przed konsekwencjami wystąpienia tak negatywnej ewentualności, jak rozwód wspólnot europejskich lub ich znaczące rozluźnienie. Jednocześnie jednak szukanie powiązań z krajami wschodzącymi i słabo rozwiniętymi jest jak najbardziej wskazaną praktyką – wprost zaczerpniętą od kręgów gospodarczych państw zachodnich. Nowe i coraz mocniejsze powiązania pozwalają nie tylko na wykorzystanie polskich atutów rynkowych, ale również na awaryjne bądź oportunistyczne przegrupowanie kierunków wymiany. Postawienie na antyzachodnią kartę nie jest realistyczne, lecz warto, szukając drogi rozwoju, adaptować najlepsze zachodnie praktyki, lecz nie powtarzać najgorszych zachodnich błędów.
Na mocnych fundamentach
Jednym z takich błędów było zachwianie równowagi społecznej, co zagroziło rozwojowi zasobów niezbędnych do podtrzymania tempa wzrostu. Bezkrytyczne przyjęcie logiki „wyścigu na dno” spowodowało ograniczenie wielkości publicznych środków na potrzeby takie jak badania i rozwój, edukacja, zdrowie, pomoc socjalna i inne. W przypadku Polski większość wskaźników społecznych nie pogarsza się, jednak w stosunku do aspiracji konsumpcyjnych (a często nawet zwyczajnych pierwszych potrzeb) są to wskaźniki niewystarczające. Jak wskazują naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego, długotrwałe utrzymywanie się niezadowolenia z tempa poprawy sytuacji materialnej może skutkować negatywnymi zjawiskami, zagrażającymi możliwości mobilizacji politycznej obywateli na rzecz celów rozwojowych – co charakteryzuje dojrzałe państwa narodowe. Już dziś jest to widoczne w statystykach dotyczących np. deklaracji chęci podjęcia pracy za granicą.
Większość dotychczas formułowanych odpowiedzi na pytanie „jak mądrze wykorzystać kolejną dekadę?” nie uwzględnia złożoności problemu. O ile można wskazać potencjalne największe zdobycze produktywności w poszczególnych sektorach (choć i tego brakuje w dotychczasowych opracowaniach), o tyle jest to zaledwie element szerszej układanki. Warto wyjść od zdefiniowania punktu początkowego – od czego trzeba zacząć? Niestety od wszystkiego.
Trzy najistotniejsze sfery, przed którymi stoją wyzwania zmiany to: sektor publiczny, sektor obywatelski i biznes. Brak zgodnego współdziałania wszystkich trzech elementów może przynieść tylko porażkę. Nawet najlepsze współdziałanie biznesu i sektora publicznego na nic się zda, jeżeli wbrew teoretycznym modelom obywatele postanowią ciężko pracować nie w kraju nad Wisłą, lecz nad Tamizą. Nawet najlepsze współdziałanie państwa i obywateli nie przeniesie Polski do cywilizacyjnej pierwszej ligi bez długofalowego powiązania biznesu z interesem społecznym. Nawet najlepsza wola biznesu i obywateli nie pomoże, jeżeli poszczególne agendy sektora publicznego nie zadziałają prawidłowo. Natomiast konsekwentna praca nad ulepszaniem każdej z tych sfer i rozwinięciem sieci współpracy może zaowocować pozytywnymi synergiami, zauważalnymi w krajach wysokorozwiniętych.
Warto też na samym początku sformułować wyraźnie dwa wyzwania, z którymi przyjdzie się zmierzyć na drodze rozwoju. Są to, po pierwsze, trylemat „krótkiej kołdry”, a po drugie udział własności pozostającej w rodzimych rękach.
Trylemat „krótkiej kołdry” wskazuje, że trudno pogodzić trzy uzasadnione potrzeby: potrzebę wzrostu wydatków inwestycyjnych, koniecznych dla wykorzystania potencjału państwa nadganiającego; potrzebę wzrostu wydatków socjalnych, koniecznych z uwagi na niedofinansowanie tej sfery i konkurencję socjalną o obywateli z państwami zamożniejszymi; potrzebę utrzymania dyscypliny budżetowej, a więc możliwie najmniejszych wzrostów wydatków, gdyż wskaźnik ten wpływa na postrzeganie kraju i jego gospodarczą, a często także polityczną stabilność.
Ten trylemat nie jest podyktowany przez uniwersalne zasady rozwoju społeczno-gospodarczego, lecz stanowi raczej cechę charakterystyczną świata doby konsensusu waszyngtońskiego. Polska, próbując przezwyciężyć dystans dzielący ją od krajów rozwiniętych, musi mieć świadomość, że nie jest możliwe jednoczesne zaspokajanie tych trzech potrzeb w tym samym stopniu. Pełne wykorzystanie potencjału rozwojowego nie jest możliwe w przypadku rygorystycznego stosowania się do zasad dyscypliny budżetowej. Ten zaś wniosek musi prowadzić do dwóch potencjalnych rozwiązań. Pierwszym jest odejście od zasad dyscypliny budżetowej poprzez zwiększenie deficytu budżetowego, drugim zaś ominięcie go poprzez niestandardowe rozwiązania pozwalające finansować część dodatkowych państwowych wydatków bez zadłużania się, poprzez specjalne spółki lub fundusze inwestycyjne (jak np. niemiecki KfW czy polski PIR) lub bank centralny. Oba rozwiązania mogą cieszyć się małą popularnością wśród kręgów politycznych i gospodarczych światowego „centrum”. Ważne jednak, aby nie tkwić w iluzji, że tej dyskusji można uniknąć: na starych zasadach nie da się zbudować nowego ładu.
Kolejnym wyzwaniem jest ilość własności w rodzimych rękach. W kraju takim jak Polska, gdzie umiejętności zawodowe ludności są dość wysokie, brak kapitału nie pozwala wykorzystać istniejącego potencjału wiedzy. Przeciętny Polak nie jest kilkakrotnie mniej „wyedukowany” niż jego kolega z Zachodu, jest jednak kilka razy gorzej wyposażony w kapitał pozwalający mu przekuć umiejętność w produkt. Niewystarczająca ilość własności oznacza także niewiele własności intelektualnej. Fuzje i przejęcia dokonywane przez chińskie przedsiębiorstwa w Europie pokazują, jak istotny jest ten aspekt. Prawa do własności intelektualnej w coraz większej mierze determinują globalny podział pracy.
Poza tymi dwoma ograniczeniami wszystko jest w naszych rękach, a pozostałe bariery można w dużej mierze przezwyciężyć niematerialnie, gdyż są to tzw. luki kompetencyjne, czyli braki doświadczenia, wiedzy oraz wypracowanych schematów działania. Wymagać to jednak będzie ciężkiej i żmudnej pracy organicznej w trzech wymienionych obszarach i na ich styku.
Harmonia interesów
Co niestety charakterystyczne dla III RP, najmniej w poszczególnych opracowaniach i debatach zauważana jest rola samego społeczeństwa, którego dotyczyć mają zmiany. W oczywisty sposób obywatelska partycypacja jest wymagana w celu legitymizacji i realizacji jakichkolwiek ambitniejszych planów rozwojowych państwa i wysiłków świata biznesu. Brak tej partycypacji jest jednak dużo większą szkodą niż brak legitymacji działań dwóch pozostałych sfer. Bierność obywatelska spod znaku „my” – „oni” oznacza, że usprawnianie sfery publicznej będzie się odbywało powoli. Urzędy centralne, lokalne uczelnie i inne instytucje, pozbawione intensywnych interakcji ze zorganizowanym żywiołem obywatelskim, nie mają bodźców, a często nawet informacji potrzebnych do pozytywnej zmiany. Biznes, traktujący pracowników krótkowzrocznie, nie będzie w stanie czerpać z dobrych pomysłów i ulepszeń, nie starając się nawet dostrzec kapitału intelektualnego, dostępnego w warunkach partnerskiej współpracy.
Obecnie aspiracje materialne społeczeństwa rozjeżdżają się znacząco z rzeczywistością, co będzie utrudniać obywatelską partycypację w wyzwaniach rozwojowych. Bardziej prawdopodobne jest raczej zjawisko „drenażu mózgów”, spowodowanego konkurencją socjalną (i ekonomiczną) państw lepiej rozwiniętych. Aby tego uniknąć, dwa pozostałe sektory muszą zauważyć niebezpieczeństwo i odpowiednio zareagować. Sektor publiczny musi podjąć szeroko zakrojone działania korygujące drastyczne nierówności społeczne oraz ułatwić dostęp do usług ważnych dla standardu życia. Tym samym bardzo wskazane jest znaczące podniesienie kwoty wolnej od podatku – najszybciej odczuwalne w kieszeniach obywateli – przy jednoczesnym ograniczeniu umów śmieciowych i wzroście płacy minimalnej. Dodatkowo konieczne jest zapewnienie odpowiedniego finansowania dla takich fundamentów rozwoju, jak edukacja, nauka i mieszkalnictwo, co wskazuje, jak istotne jest podjęcie właściwych decyzji dotyczących „krótkiej kołdry”. Sektor biznesu musi zaś uznać, że okres zdobywania rynku za pomocą niskich kosztów płac jest zakończony i należy przejść do bardziej partnerskiego modelu relacji z pracownikami.
Sam biznes potrzebuje wielu przeobrażeń, które dotyczyć muszą kwestii strukturalnych i operacyjnych. Polscy pracodawcy muszą zrozumieć, że wyzwanie, z którym przyjdzie im się zmierzyć, jest jakościowo inne od dotychczasowych. Nieubłagana „twórcza destrukcja” unicestwi te przedsiębiorstwa, które będą patrzeć, jak z roku na rok topnieją marże utrzymywane dotychczas za pomocą niskich płac. Dla tysięcy przedsiębiorców nadchodząca dekada będzie „rzezią niewiniątek”, ale wielu ma szanse, dzięki poprawie organizacji, uważnej nauce, podejmowaniu kalkulowanego ryzyka, inwestycjom, talentom pracowników oraz innowacjom produktowym i procesowym, przeformułować sposób funkcjonowania biznesu tak, by podołać wyzwaniom.
Ale funkcjonowanie przedsiębiorstwa w bardziej nowoczesny sposób to nie jedyne wyzwanie dla polskich pracodawców. Prowadzenie skutecznej długofalowej polityki gospodarczej jest w XXI wieku nie tylko zadaniem państwa. Ponieważ na gospodarkę składają się poszczególne organizacje, ich decyzje także mogą być sprzeczne lub zgodne z interesem narodowym. Efektywne osiąganie celów wymaga także przeformułowania sposobu funkcjonowania „biznesu” jako środowiska, które do tej pory skupiało się na ludożerczej ekspansji wewnętrznej. Jako grupa nacisku przedsiębiorcy wywalczyli sobie, według trafnych słów szefa NBP Marka Belki, „warunki cieplarniane”, wymuszając ustępstwa na sektorze publicznym oraz na pracownikach. Wyjąwszy ten wąski, „środowiskowy” interes, sektor biznesu jest zatomizowany jak reszta społeczeństwa. W kontaktach polskich przedsiębiorców zbyt wiele jest rywalizacji, a za mało współpracy. Rozwój gospodarczy wymaga odczuwania przez biznes silnego poczucia interesu środowiskowego – ale interesu dalekowzrocznego, nastawionego na wzajemną współpracę, ekspansywnego (lecz skierowanego poza granice kraju), oraz identyfikującego się z interesami państwa i społeczeństwa.
Wreszcie – wielkie przeobrażenia muszą być udziałem sektora publicznego. Nie jest możliwe stworzenie nowoczesnego państwa bez udziału wykwalifikowanych, kompetentnych i zmotywowanych pracowników urzędów, uczelni, szkół, agend i innych instytucji oraz służb publicznych. Ostatnie ćwierćwiecze nie było oczywiście pod tym względem stracone. Specjalne uczelnie szkolące kadrę administracyjną (KSAP), kierunki, stypendia, wzrost skolaryzacji i wymiany zagraniczne, sprawiły, iż stereotyp peerelowskiego urzędnika często okazuje się nieadekwatny. Choć urzędy centralne osiągnęły w III RP wysoki poziom, to zbyt często obywatele wciąż trafiają na urzędniczy mur niemożności. Pracowników sektora publicznego często cechują formalizm i brak elastyczności. O ile brak elastyczności jest dobrym (chroniącym obywatela) rozwiązaniem przy niskim poziomie kapitału ludzkiego i zwykłej złej woli urzędnika, o tyle stanem idealnym są elastyczność i wysoka jakość pracy w sektorze publicznym.
Skok w nowoczesność musi być więc również udziałem sektora publicznego, współpracującego, przyjaznego, o wysokich kwalifikacjach, jednocześnie zaś rozumiejącego misję będącą jego udziałem. Dobrze funkcjonujący sektor publiczny poprzez swoje praktyki wpływałby pozytywnie na biznes i ułatwiał obywatelom zaangażowanie w sprawy publiczne. Jeśli nie doprowadzimy do dobrego współdziałania tych trzech elementów, Europa Zachodnia długo pozostanie niedościgłym wzorem.
A przecież za skokiem w nowoczesność kryją się właśnie ustalone poprzez wielokrotne powtarzanie dobre reguły współpracy na rzecz wspólnego celu oraz sprawnie zorganizowana praca, przechodząca z pojedynczych pozytywnych przykładów w zorganizowany nawyk. Gdy nie bezpośredni interes, ani też odosobniony dobrotliwy gest, ale mechaniczna kultura wzajemnej uprzejmej pomocy sprawiają, że poszczególni aktorzy społecznej gry mogą liczyć na wsparcie innych – wtedy krzepną instytucje. Gdy jedni wspierają drugich, zyskują wszyscy. A zatem, wbrew optymistycznym raportom w stylu „Polska przyszłości”, nie tylko ten czy ów sektor muszą się zmienić, lecz zmiana musi przenikać całe społeczeństwo, gdyż nie może się dokonać w nim, a bez niego.
przez Marceli Sommer | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015, Wywiad - kwartalnik
– Jakie wnioski powinniśmy wysnuć z kilkuletnich zmagań z kryzysem strefy euro? Co powiedziały nam one o kategoriach takich jak „interes europejski” czy „europejska podmiotowość”? Na ile wydają się one – z dzisiejszej perspektywy – pustymi sloganami, a na ile wciąż zawierają realną treść?
– Prof. dr hab. Tomasz Grzegorz Grosse: Kwestia jest złożona. Mamy do czynienia ze zjawiskiem podszywania się pod interes europejski przez najbardziej wpływowe politycznie podmioty czy instytucje, które odwołując się do „wspólnotowej’ retoryki próbują w istocie przeforsować taką strategię wobec kryzysu, która jest im najbardziej na rękę. Dotyczy to przede wszystkim Niemiec, które wymuszają korzystne dla siebie rozwiązania na mniejszych krajach, takich jak Grecja. Doszło do sytuacji, w której kraje te nie były dłużej w stanie ponosić kosztów narzucanych im reform i zaczęły domagać się łagodniejszej formy terapii. Przykładem z pierwszych stron gazet jest oczywiście Grecja. Ale ciśnienie partii eurosceptycznych lub takich, które są wprawdzie przyjazne UE, lecz przeciwne polityce oszczędności budżetowych – pojawiło się w kryzysie wszędzie na południu Europy. Symptomy „zmęczenia” oszczędnościami wywierają znaczący wpływ na kształt sceny politycznej np. w Hiszpanii, gdzie coraz większe poparcie zyskują dwie nowe formacje: lewicowa (Podemos) i centrowa (Obywatele). Już teraz gruntownie zmieniły hiszpański system partyjny i zmierzają do odcięcia od władzy dotychczasowego głównego nurtu politycznego – rządzącej partii ludowej i jej tradycyjnych rywali z partii socjalistycznej.
Problem w tym, że programy dostosowawcze, jakie pisze dla tych państw Trojka – czyli przedstawiciele trzech instytucji: Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego – nie przewidują dla „pacjentów” taryfy ulgowej. Zakładają one, że kraje najboleśniej dotknięte przez kryzys mają w stu procent dostosować się do reszty, zwłaszcza do żądań wierzycieli.
Wymyślona przez Niemców polityka antykryzysowa, oparta na oszczędnościach i „zwijaniu państwa opiekuńczego” na południu Europy, cieszy się poparciem przede wszystkim najbogatszych krajów strefy euro, ale podchwyciła ją także – z zupełnie innych przyczyn – część słabszych gospodarczo państw UE, które „jadą na tym samym wózku”, co Grecy. Państwa takie jak Włochy, Hiszpania czy Portugalia zdają sobie sprawę z faktu, iż to Niemcy rozdają w Europie karty i toczy się między nimi gra o uznanie ze strony Berlina – każdy chce się pokazać jako ten dobry uczeń, który, w przeciwieństwie do Greków, odrobił lekcje. Choć warto w tym miejscu wspomnieć, że Grecja też przez wiele lat realizowała taką strategię, dopóki od władzy nie odsunięto partii tradycyjnego establishmentu.
Oczywiście rządy nastawione klientelistycznie wobec Berlina liczą, że ich postawa w kwestii polityki antykryzysowej zaowocuje niemieckim poparciem w innych sprawach w przyszłości. Z drugiej strony ekipy rządzące w tych krajach grają też o swoją polityczną przyszłość. Stawiają na najsilniejszego gracza, jakim wydają im się w ramach UE Niemcy, żeby osłabić zagrażające im wewnętrzne siły opozycyjne, wyrosłe na fali sprzeciwu wobec polityki cięć. Dużo wskazuje jednak na to, że – zamiast oczekiwanych profitów – ekipy odpowiedzialne za wybór tego typu strategii mogą otrzymać rachunek od społeczeństwa i zostaną odsunięte od władzy.
– Może lepiej byłoby wobec tego zapytać, czy interes europejski mógłby w ogóle odnosić się do czegoś innego niż zakamuflowane interesy poszczególnych krajów czy stronnictw?
– Interes europejski powinien oznaczać, że kryzys rozwiązuje się w sposób możliwie najszybszy i w trosce o dobro wszystkich obywateli UE, a także dbając o stabilność polityczną integracji europejskiej w dłuższym horyzoncie czasu. Tymczasem w interesującym nas okresie widzieliśmy tendencję narastających partykularyzmów oraz wykorzystywania władzy politycznej lub gospodarczej do ochrony własnych interesów. Obecna strategia antykryzysowa jest korzystna przede wszystkim dla Niemiec, państwa mającego najsilniejszą pozycję ekonomiczną i polityczną w UE. Jej celem jest próba doprowadzenia do powrotu do status quo, jaki panował w Europie przed kryzysem, a którego to właśnie Niemcy byli głównym beneficjentem. Wspólna waluta podwyższyła bowiem konkurencyjność tej gospodarki wobec państw słabszych ekonomicznie i uniemożliwiła zmianę tej sytuacji poprzez dewaluację walut państw mniej konkurencyjnych. Oznaczało to szereg korzyści eksportowych dla przedsiębiorstw niemieckich, jak również możliwość ekspansji inwestycyjnej ze strony niemieckich instytucji finansowych na całość unii walutowej. Korzyści dla słabszych gospodarek oczywiście też były – przede wszystkim w postaci dostępu do taniego finansowania zagranicznego oraz możliwości oparcia się o silną walutę (dla której odniesieniem był sukces gospodarki niemieckiej). Z punktu widzenia makroekonomii była to jednak sytuacja niebezpieczna. Słabsze kraje strefy euro systematycznie traciły bowiem konkurencyjność gospodarczą i w coraz większym stopniu się zadłużały. To, czego chcą Niemcy, to próba utrzymania dotychczasowych różnic konkurencyjnych między państwami Eurolandu, z których wynika prosperity niemieckich eksporterów, ale bez ponoszenia nadmiernych kosztów stabilizacji sytuacji w strefie euro. Właśnie dlatego Berlin stara się torpedować wszelkie rozmowy o redukcji długu Grecji lub innych nadmiernie zadłużonych państw tej strefy.
Oznacza to, że w ramach „polityki antykryzysowej” koszty dostosowań musiały ponosić kraje słabsze gospodarczo. To one mają redukować swój dług, ciąć publiczne wydatki i płace, liberalizować rynek pracy. W zamian nie oferuje się im stabilnej perspektywy rozwojowej. Jedynym wymiarem, w którym dotknięte kryzysem kraje mają odbudować konkurencyjność, jest tania siła robocza i powiązana z tym deregulacja na rynku pracy. Apetyty konsumpcyjne ich obywateli muszą zostać ograniczone, obniżona ma też być granica ich bezpieczeństwa socjalnego.
– Jak w takiej grze partykularyzmów, w dodatku grze toczącej się na nie całkiem równych zasadach, grze, w której niektórzy są zawsze górą, można byłoby zdefiniować interes wspólny wszystkich graczy? Czy można go zbudować w kontrze do obecnej polityki antykryzysowej, tak jak próbuje to robić obecny rząd w Grecji czy opozycja w Hiszpanii, na twierdzeniu, że w dłuższej perspektywie wszyscy – włącznie z Niemcami – będą tracić na polityce „zaciskania pasa”?
– Gdybyśmy próbowali wyobrazić sobie system wspólnej waluty, strefę euro, jako projekt prawdziwie wspólnotowy, który wzmacnia spójność Europy i zbudowany jest na myśleniu strategicznym, to musielibyśmy wprowadzić do unii walutowej nowe narzędzia, których zabrakło w trakcie kryzysu, a które pomogłyby wytworzyć europejską podmiotowość i wspólnotę interesów. To byłyby instrumenty, które pozwoliłyby na szybsze wyjście z kryzysu, sprawiedliwsze rozłożenie kosztów dostosowań, i pozwalające zarazem uniknąć potężnych napięć politycznych, z jakimi mamy do czynienia dziś w Europie. Myślę przede wszystkim o programie inwestycyjnym, który budowałby konkurencyjność gospodarczą najsłabszych członków wspólnoty i wspierał tworzenie stabilnych miejsc pracy, ułatwiając tym samym wyjście z recesji. Potrzebne byłyby również – o czym mówiono w apogeum kryzysu nawet w najwyższych gremiach decyzyjnych UE – europejskie programy socjalne, które wspierałyby okresowo systemy zabezpieczenia społecznego najsilniej dotkniętych kryzysem państw południowej Europy. Tego typu wsparcie stanowiłoby nie tylko demonstrację solidarności z najsłabszymi społeczeństwami, ale również pobudzałoby popyt i tym samym promowało wzrost gospodarczy. Niestety, nie tylko nie podjęto tego typu działań, ale wręcz zmuszono Grecję i innych zmagających się z kryzysem członków UE do okrojenia własnych, krajowych systemów socjalnych.
Pierwszym, za co Syriza wzięła się po przejęciu władzy w Grecji – i jedną z głównych kości niezgody w jej konflikcie z instytucjami europejskimi – było właśnie odblokowanie programów socjalnych. Trojka wymagała od Grecji (i innych poturbowanych przez kryzys krajów członkowskich) oszczędności, które pozwolą im na jak najszybsze wyprodukowanie nadwyżki budżetowej, z której będą mogły spłacać zaciągnięte pożyczki. Syriza odpowiada na to: dobrze, możemy wypracowywać nadwyżkę budżetową i ciąć programy społeczne, ale w mniejszym zakresie i nie kosztem najbardziej ubogiej części społeczeństwa. To podejście jest sensowne także z ekonomicznego punktu widzenia, ponieważ wiadomo, że nadmierne oszczędności nie są właściwą odpowiedzią na problem braku wzrostu gospodarczego. Syriza uznała ponadto, że wierzyciele powinni w zamian za greckie reformy zmniejszyć ciężary długu tego państwa. Niestety do dzisiaj instytucje UE nie zgodziły się na ten kompromisowy scenariusz.
– Słowem, instytucje europejskie weszły w rolę reprezentantów interesów wierzycieli i rynków finansowych, a nie obywateli.
– Tak to, niestety, wygląda. Oczywiście nie jest tak, że Unia nie przekazuje Grecji bardzo znaczących środków. Przypomnijmy, że poniesione od 2010 r. koszty programów pomocowych i wydatków Europejskiego Banku Centralnego na ten kraj sięgają już blisko 400 mld euro. Rzecz w tym, że pieniądze te poszły przede wszystkim na stabilizację systemu bankowego oraz finansów publicznych. Zabrakło natomiast funduszy pobudzających realną gospodarkę. Była to pomoc ratująca przed bankructwem zarówno greckie państwo, jak i banki w tym kraju. Ale faktycznie celem tej operacji była troska o stabilność systemu bankowego w całej Europie, bo wiele instytucji zachodnioeuropejskich, m.in. banków francuskich, niemieckich i włoskich pożyczało Grekom w okresie prosperity. Pomoc finansowa miała ułatwić spłatę dotychczasowych pożyczek przez Greków, a w rzeczywistości doprowadziła do zaciągania kolejnych i powstania pętli zadłużenia, którego nie sposób teraz spłacić.
Postawiono rząd grecki wobec dylematu: czy z bieżących dochodów spłacać pożyczkę z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, czy wypłacić pensje nauczycielom i służbie zdrowia. Europa odpowiada twardo: nas to nie obchodzi. Macie grzecznie spłacać długi i wprowadzać reformy rekomendowane przez nas. Moim zdaniem to nie jest postawa europejska, solidarnościowa. Niezależnie od tego, że Grecy kombinują oczywiście na wszelkie możliwe strony, że mają bardzo skomplikowaną, niewydolną i skorumpowaną administrację publiczną, która wymaga bezkompromisowych reform, nie można podważać tego, że Grecy ponieśli już i nadal ponoszą gigantyczne koszty kryzysu. Doszło do drastycznego wzrostu bezrobocia, redukcji zatrudnienia w administracji, do znacznej obniżki płac i emerytur. Jednocześnie przez 5 lat reform i zaciskania pasa nie stworzono wizji rozwoju tego kraju. Raczej proponuje się spłacanie przez kolejne lata gigantycznego długu i dalsze oszczędności. Trudno w tej sytuacji dziwić się, że Grecy się buntują. Zastanawiają się, czy nadal obowiązują reguły demokracji, czy może raczej żyją w niewoli u wierzycieli – i tylko dla niepoznaki wszystko odbywa się w dekoracjach europejskich. Wołanie w tym kontekście o dalszą dyscyplinę w stosunku do greckiego społeczeństwa jest nie tylko niesprawiedliwe, ale i niebezpieczne dla stabilności integracji europejskiej.
– Tylko czy „europejskość”, jaką Pan postuluje – tak inna niż ta, którą znamy z praktyki instytucji unijnych – oparta na solidarności i wspólnym, długoterminowym interesie, nie stanowi całkowitej utopii? Czy może istnieć uniwersalistycznie pojmowany interes europejski, skoro – co wyczytać można choćby w Pana analizach – nie istnieje żaden instytucjonalny podmiot zainteresowany jego definiowaniem i realizacją? Narzędzia zastosowane przez instytucje europejskie nie naprawiły greckiej gospodarki, ale czy oznacza to, że wzrastają tym samym szanse na prospołeczny przełom w Europie?
– Kryzys, czy raczej kurs, jaki przyjęły wobec kryzysu instytucje europejskie, generuje niezwykle silne napięcie polityczne na całym kontynencie. W wielu krajach wzmacniają się tendencje eurosceptyczne, słabną legitymizacja i przekonanie o potrzebie kontynuacji projektu europejskiego. Nakłada się to na kryzys legitymizacji elit politycznych poszczególnych krajów. Widać to zresztą również po stronie państw najbogatszych, np. w Niemczech, gdzie rosną w siłę partie izolacjonistyczne, niechętne wobec finansowego zaangażowania Niemiec w walkę z kryzysem w innych państwach UE czy w dalszą integrację europejską. Napięcie polityczne objawia się w sposób bardzo zróżnicowany, a poszczególne warianty kontestacji unijnej rzeczywistości bywają wręcz wzajemnie sprzeczne. Wrzuca się je często do jednego worka z napisem „eurosceptycyzm”. Jeżeli jednak forsuje się politykę, która nie rozwiązuje problemów związanych z kryzysem, a która przynosi korzyści wybranym nacjom lub dość wąskim grupom interesu i generuje przy tym olbrzymie koszty społeczne dla innych, to nie sposób mówić o projekcie europejskim. Został już tylko europejski szyld, za którym toczy się gra partykularnych interesów i silniejsi wygrywają ze słabszymi.
Pytanie brzmi, czy chcemy się z tym stanem rzeczy pogodzić, czy też jesteśmy skłonni zdobyć się na projekt, który byłby autentycznie europejski. Dla mnie warunkiem wytworzenia takiej europejskości byłoby wprowadzenie mechanizmów, które umożliwiłyby jak najszybsze wyjście UE z kryzysu i zabezpieczenie się na przyszłość. Konieczne byłoby – w pierwszej kolejności – wypełnienie luk instytucjonalnych i eliminowanie dysfunkcji, które tkwią w systemie wspólnej waluty. Instytucje europejskie zaniedbały niestety szansę na podjęcie odważnych działań na początku kryzysu i zabrnęły w ślepy zaułek obrony status quo ante za wszelką cenę, skupiając się tym samym na ochronie interesów najsilniejszych.
Ale to, czego potrzebujemy, to wyjście z kryzysu nie tylko w sensie ekonomicznym czy nawet redystrybucyjnym, ale także w odniesieniu do zmiany ładu polityczno-ustrojowego Europy. Szansą na przełamanie kryzysu europejskiego byłaby „ucieczka do przodu”, a więc utworzenie federacji. Tymczasem kryzys, zamiast uruchomić klarowną ścieżkę federacyjną, prowadzi do dziwnego potworka ustrojowego. Z jednej strony instytucje europejskie zyskują nową władzę, aby lepiej zarządzać kryzysem (tak jest m.in. w przypadku EBC i Komisji Europejskiej). Z drugiej jednak brakuje odwagi, aby przenieść na szczebel europejski władzę demokratyczną – ta zostaje w państwach narodowych, a w wielu przypadkach społeczeństwa domagają się jeszcze większej suwerenności wobec instytucji UE. Prowokuje to napięcia polityczne, które nie są możliwie do rozładowania w obrębie obecnego ustroju. Wręcz przeciwnie, obecne relacje między instytucjami europejskimi a tymi w państwach członkowskich dodatkowo potęgują te napięcia.
To dlatego Europa zdaje się skrajnie nieskuteczna. Z każdym rokiem problemy Unii stają się coraz trudniejsze do naprawienia, a spektrum rozwiązań możliwych do przeprowadzenia – mniejsze. Być może w tej chwili jest już niemożliwe przeprowadzenie gruntownej naprawy projektu europejskiego w duchu demokratycznym. Być może znajdziemy się w takiej sytuacji, w której najbardziej proeuropejskim rozwiązaniem będzie – przynajmniej częściowe – rozmontowanie strefy euro, dopuszczenie możliwości „grexitu”, przy jednoczesnym zagwarantowaniu Grekom pomocy, swoistej amortyzacji na czas przywracania drachmy.
Europa zmierza zapewne w kierunku rekonfiguracji systemu władzy – do politycznego wzmocnienia strefy euro, zgodnie z postulatem rozwoju Europy dwóch prędkości, czyli oddzielenia tej strefy od reszty UE. Strefa euro może z czasem zbudować zupełnie nową unię polityczną, zmierzającą zapewne w kierunku federacji, o czym świadczą propozycje wprowadzenia osobnego budżetu, podatków europejskich i Parlamentu – tylko dla Eurolandu. W okresie przejściowym bez wątpienia dominującymi podmiotami tej quasi-federacji będą dwa największe państwa, a zwłaszcza Niemcy. Aby przeżyć, strefa euro musi się zreformować zarówno pod względem instytucji gospodarczych i redystrybucyjnych, jak i polityczno-ustrojowych. Niestety może się to odbyć kosztem projektu integracyjnego, jaki wcześniej znaliśmy, czyli UE. W ten sposób nowa Unia (walutowa) zdegraduje rolę polityczną lub nawet zdezintegruje tę wcześniejszą Unię (Europejską).
Nie mamy jednak gwarancji, co się stanie dalej, gdyż poziom niepewności jest ogromny, a towarzyszący mu zakres zgody wśród polityków – minimalny. Żyjemy w okresie, kiedy kompromis między decydentami jest blokowany przez narodowe interesy i nacisk polityczny ze strony ugrupowań skrajnych. Działania są narzucane przez najsilniejszych w celu obrony ich interesów ekonomicznych. Czy to dobry klimat dla remontu projektu europejskiego?
Mam też wrażenie, że wśród decydentów – tak unijnych, jak i w poszczególnych państwach – brakuje kreatywności. Ta pojawia się wyjątkowo i chyba tylko wówczas, gdy silni ratują swoje interesy. Znacznie częściej spotkać można nastawienie, że musimy utrzymać dotychczasową formułę i retorykę integracji za wszelką cenę, a jakiekolwiek odstępstwa grożą katastrofą. Wszystkich, którzy zgłaszają alternatywne pomysły, należy izolować albo wręcz politycznie wykończyć. Tymczasem jest to droga donikąd, a jej skutkiem mogą być tylko jeszcze większe napięcia w przyszłości. Zmiany w Europie są – moim zdaniem – przesądzone, ale mogą one być spontaniczne lub wręcz wymknąć się spod kontroli, albo być umiejętnie zarządzane w trosce o ochronę projektu europejskiego. Ale być może ta druga opcja to tylko myślenie życzeniowe z mojej strony.
– Syriza nie daje się akurat wpisać w znany schemat „zwolennicy aktualnego ładu europejskiego kontra eurosceptyczni lub nacjonalistyczni kontestatorzy”. Ale może prawda jest po prostu taka, że jako jednym z niewielu im jeszcze autentycznie zależy na zjednoczonej Europie?
– Można odnieść wrażenie, że podstawową tendencją europejskiego establishmentu jest próba „restauracji” ładu sprzed kryzysu. Tymczasem mijający czas gra, moim zdaniem, przeciwko Europie. Jeśli trudności gospodarcze i bolączki społeczne będą się pogłębiały, będzie to podmywało legitymizację projektu europejskiego. Odpowiedź elit głównego nurtu w Europie opiera się na negacji wobec wszystkich tych, którzy krytykują Europę, zamiast na refleksji, czy nie mają oni przypadkiem racji. Na tym właśnie polega lenistwo intelektualne tych elit. Próba odwracania się od problemów lub od krytyki eurosceptycznej nie wydaje mi się skuteczną metodą w dłuższym czasie. Rzecz w tym, że dzisiaj to nie populiści, ale nierzadko establishment staje się niepoważny i oderwany od rzeczywistości.
Problemy, z którymi zmaga się Europa, domagają się zdecydowanych reform, uwzględniających trudności związane z wychodzeniem niektórych krajów z kryzysu i wprowadzających elementy solidarności z nimi. Zamiast otworzyć się na różne strategie, przejmując także co lepsze diagnozy i postulaty wysuwane przez populistów i wytrącając im tym samym z rąk część politycznych atutów, elity europejskie wybierają podejście ortodoksyjne i coraz mocniej oddalają się od realiów, których doświadczają Europejczycy. Weźmy choćby kryjące się za linią UE wobec Grecji założenie, że Grecy są w stanie spłacić dług wynoszący prawie 180 proc. ich PKB. Ile to ma trwać? 100 lat? To jest myślenie magiczne.
– Co będzie, jeśli europejski establishment okaże się niereformowalny? Wspomniał Pan o niebezpieczeństwie załamania czy też implozji projektu europejskiego. Jak mogłoby to wyglądać?
– Możliwe, że uda się skompromitować dzisiejszych populistów w Grecji czy Hiszpanii, ale kosztem nadejścia innych, którzy będą od obecnych zdecydowanie bardziej radykalnie antyeuropejscy, którzy nie będą już nastawieni na negocjacje i porozumienie, lecz na wywrócenie stolika. A wtedy staniemy wobec zagrożenia dla egzystencji już nie tylko strefy euro, ale także integracji europejskiej jako projektu politycznego. Zagrożenie dla Unii polega przede wszystkim na tym, że rośnie sprzeciw wielu społeczeństw narodowych wobec dysfunkcyjnego, ich zdaniem, projektu europejskiego. Radykalizacja sceny politycznej w państwach członkowskich podkopuje możliwości znajdowania kompromisu na szczeblu unijnym. Politycy krajowi stawiają rozmaite „czerwone linie” odnoszące się do interesów narodowych, które usztywniają negocjacje europejskie. Przyczyniają się one do jeszcze większej nieefektywności działania UE. W rezultacie coś, co wydawało się do niedawna nierealne, czyli rozważanie secesji z UE, jest w debacie publicznej na porządku dziennym – choćby w odniesieniu do Grecji i Wielkiej Brytanii. Integracja może się „popruć” w wyniku wyjścia kolejnych państw z poszczególnych kręgów integracyjnych, a więc w wymiarze całkowitego opuszczenia UE lub tylko wyłączenia z pewnych obszarów współpracy.
– Jak ocenia Pan szanse na jakiegoś rodzaju przełom polityczny po stronie europejskiego establishmentu? A jeśli nawet by do niego doszło, to czy proponowana przez Pana „ucieczka do przodu”, ku federacji europejskiej, daje gwarancje wyeliminowania walki o dominację polityczną i gospodarczą ze stosunków wewnętrznych UE?
– Takich gwarancji, oczywiście, nie mamy. Federacja federacji nie równa – wiele jest możliwych do wyobrażenia modeli politycznych i wiele wariantów rozwoju w ich ramach. Federacje i w ogóle wspólnoty o charakterze państwowym mają jednak – w przeciwieństwie do mniej lub bardziej luźnych sojuszy międzypaństwowych – legitymizację do wprowadzania programów redystrybucyjnych, inwestycyjnych i w ogóle prowadzenia aktywnej polityki antykryzysowej. Takie programy nie muszą się pojawić, ale federalizacja UE wydaje mi się niezbędnym warunkiem tego rodzaju prospołecznego pakietu reform. Zauważmy zresztą, że unia walutowa sama w sobie stanowi projekt niezwykle zaawansowanej współpracy politycznej i gospodarczej, który wykracza poza ramy konfederacji państw. Brak korespondujących z tym projektem struktur i narzędzi redystrybucyjnych oznacza, że najmniejsze napięcia gospodarcze mogą prowadzić do bardzo poważnych tąpnięć. Albo w trosce o projekt europejski wykonamy ten skok do przodu i wprowadzimy federalne instytucje polityczne i ekonomiczne, albo powinniśmy wycofać się z projektu, jakim jest unia walutowa.
– Tylko czy nie jest za późno? Czy kryzys nie uderzył w zbyt dalekim stopniu w same fundamenty wspólnoty europejskiej, żeby taki skok był jeszcze możliwy bez wywołania bardzo silnych antagonizmów? Czy w ogóle ktoś jeszcze wystarczająco wierzy w Europę jako projekt?
– Przede wszystkim należałoby doprecyzować, w jaką Europę i jaki projekt, co rozumiemy przez interes europejski itd. Póki co UE podtrzymują przy życiu najsilniejsze państwa – przede wszystkim Niemcy – dla których wciąż stanowi ona wygodne narzędzie narzucania swojej woli i realizowania interesów na skalę kontynentalną. Problem w tym, że jeden z podstawowych zworników UE jest zarazem jedną z głównych przyczyn kryzysu integracji europejskiej. Musimy wyjść z paradygmatu, w którym strategia polityczna UE opiera się na tym, co wypracują i forsują najbardziej wpływowi, i szukać rozwiązań rozwiązań optymalnych z punktu widzenia całości.
Ciekawe jest pytanie, jak sami Niemcy myślą o prowadzonej przez siebie polityce europejskiej – jak o narzędziu realizacji interesów narodowych? Czy może są, jak jeszcze do niedawna powszechnie zakładano, najbardziej zeuropeizowanym narodem UE, myślącym w kategoriach dobra całej wspólnoty, kierującym się zasadą „im więcej Europy, tym lepiej dla Niemiec”? Wszystkie analizy wskazują na to, że w ostatnich dekadach przeszli przyspieszony proces renacjonalizacji.
– Czyli okazało się, że Niemcy byli zeuropeizowani w najlepszym wypadku bardzo powierzchownie i tylko tak długo, jak integracja dawała im niemal wyłącznie korzyści, a zrenacjonalizowali się w momencie, w którym system się „zaciął” i zaczęły się z uczestnictwem w projekcie europejskim wiązać coraz to poważniejsze koszty?
– Długo popularna była koncepcja, według której wzmożone interakcje gospodarcze wraz z kolejnymi etapami wzmacniania instytucji wspólnotowych przyczynią się do rozmycia tożsamości narodowych i wytworzenia europejskiej. Z czasem mieliśmy się stać na tyle „europejscy”, żeby móc stopniowo przenosić ciężar polityczności na szczebel europejski, do odpowiednio wzmocnionych Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej. Do awangardy tej narracji wydawały się należeć elity niemieckie. Coś się zmieniło wraz ze zmianami geopolitycznymi w Europie – zjednoczeniem Niemiec, stopniowym wycofywaniem Ameryki ze Starego Kontynentu. Do tego doszły kolejne fale niepowodzeń integracji, poczynając od załamania projektu konstytucji europejskiej, a kończąc na kryzysie strefy euro. Ten cykl przeciągających się trudności i niepowodzeń bardzo poważnie naruszył wcześniejszą trajektorię rozwoju integracji, ujawniając siłę egoizmów narodowych i mechanizmów narzucania woli państw silniejszych tym słabszym. Jeśli nie doszło jeszcze do całkowitego rozpadu struktur europejskich, to w dużej mierze dzięki stworzonej w czasach prosperity tkance amortyzującej. Jest nią gęsta instytucjonalizacja europeizacji, a więc instytucji i prawa UE wraz z różnego typu interesami społecznymi i gospodarczymi, które czerpią z nich korzyści. Ale jeżeli nie zmienimy zweryfikowanych negatywnie recept, to ta tkanka będzie się coraz bardziej zużywać i ludzie będą po prostu wątpić w projekt europejski jako taki.
– Jak w tym kontekście widzi Pan bilans udziału Polski i innych krajów naszego regionu w projekcie europejskim? Na ile wejście do UE – właśnie w tym okresie, gdy do głosu mocniej zaczęły dochodzić partykularyzmy – wiązało się dla nas z modernizacją, a na ile z utrwaleniem różnic rozwojowych i relacji władzy między nowymi państwami członkowskimi a najsilniejszymi gospodarkami kontynentu?
– Moim zdaniem wstąpienie do UE nie zmieniło trajektorii naszego rozwoju. Byliśmy krajem peryferyjnym przed akcesją – i takim pozostaliśmy. Głęboką zależność ekonomiczno-polityczną od Związku Radzieckiego zastąpiliśmy po 1989 r. zależnością od centrów świata zachodniego. To samo dotyczy innych państw regionu. Obecnie nasz rozwój opiera się przede wszystkim o zachodni kapitał, zachodnie inwestycje, zachodnie technologie, a od wejścia do UE także o fundusze unijne. Dzięki nim rozwijamy się, powstają miejsca pracy i rośnie PKB. Ale ani fundusze unijne, ani środki inwestycyjne kierowane tu przez zagraniczne korporacje nie mają charakteru modernizacyjnego w tym sensie, że nie wpływają zasadniczo na poprawę naszej pozycji konkurencyjnej w Europie, która umożliwiłaby zniwelowanie naszego zapóźnienia. Z perspektywy ekonomii politycznej Polska jest dziś przede wszystkim peryferiami strefy euro, a dokładnie gospodarki niemieckiej – naszym podstawowym „atutem” jest stosunkowo tania, przyzwoicie wykształcona siła robocza.
– Jesteśmy klientem strefy euro jako całości, ale szczególnie bliskie relacje gospodarcze wiążą nas z Niemcami, o których ambiwalentnej roli w polityce europejskiej ostatnich lat już wspominaliśmy. Co to dla nas oznacza, jakie mamy z tej pozycji korzyści i jakie niedogodności? Jakie jest dziś nasze miejsce na geopolitycznej mapie Europy, a ku czemu powinniśmy aspirować?
– W ujęciu doraźnym, jesteśmy w sytuacji niemal optymalnej: uzyskujemy możliwości funkcjonowania przy silniku niemieckim, który póki co ciągnie nas do przodu. Znaleźliśmy w tej formule gospodarczej własne nisze rozwoju i byliśmy je w stanie stosunkowo dobrze zagospodarować. Są to w większości nisze podwykonawców zależnych od zachodnich brandów i technologii, nieistniejących samodzielnie na rynkach globalnych. Jeśli jednak spojrzymy na nasze perspektywy długookresowe, to przestanie być tak różowo. Okaże się, że jest to w gruncie rzeczy model niezwykle ryzykowny. Opieranie pozycji konkurencyjnej na taniej pracy oznacza, że jedyne dostępne remedia w razie wyhamowania wzrostu to zamrożenie pensji, utrzymywanie wysokiego bezrobocia (a warto pamiętać, że należymy do krajów o już wysokiej stopie bezrobocia), obniżanie standardów zatrudnienia, pełzająca komercjalizacja usług publicznych i demontaż istniejących osłon socjalnych. Model gospodarki opierający się na podwykonawstwie dla zewnętrznych centrów nie zawsze musi prowadzić do podnoszenia potencjału kapitałowego, w tym zdolności innowacyjnych, i jakości siły roboczej. Jest natomiast bardzo wrażliwy, przede wszystkim na cenę kosztów pracy – np. kiedy w Polsce dojdzie do ich podniesienia lub gdzieś niedaleko pojawią się inne stabilne peryferie z jeszcze bardziej atrakcyjną ceną produkcji.
Zależność gospodarcza, a więc dominująca pozycja wielkich koncernów europejskich i globalnych na naszym rynku, ma swoją cenę. Mogą one narzucać własne warunki prowadzenia działalności, w tym oczekując zwolnień podatkowych lub dyktując coraz bardziej „europejskie” ceny własnych produktów. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że straty polskiego fiskusa z racji zwolnień lub unikania podatków przez wielkie korporacje sięgają dziesiątków miliardów rocznie. W tym samym czasie zaostrza się pobór podatków wobec podmiotów krajowych i wprowadza rozliczne oszczędności budżetowe. Nie ma też środków na krajową politykę rozwoju. Coraz większym zyskom podmiotów zewnętrznych mogą więc towarzyszyć coraz bardziej wzrastające koszty społeczne. Tym bardziej, że po stronie zewnętrznych podmiotów gospodarczych stoją siły polityczne, które będą wywierały nacisk polityczny na polskie władze, wykorzystując przy tym instrumenty europejskie. Polski rząd może więc w pewnym momencie stanąć przed poważnym dylematem: czy w imię racjonalności dotychczasowego modelu rozwoju dawać zagranicznym inwestorom kolejne preferencje, czy też zatroszczyć się o swoich obywateli, godząc się z ryzykiem np. odpływu inwestorów. Zmiana tej sytuacji wymagałaby pogłębionej refleksji o modelu, w którym dziś funkcjonujemy, możliwych wobec niego alternatywach oraz o strategii, która zminimalizuje społeczne i gospodarcze koszty reform.
– Jak ocenia Pan szanse na powodzenie tego typu projektu?
– Obawiam się, że zmiana modelu rozwojowego przekracza dziś horyzonty myślowe polskiej klasy politycznej, a w szczególności rządzących, którzy jako jedyni dysponują odpowiednimi instrumentami. Dominuje przywiązanie do dotychczasowych koncepcji i metod działania – obniżania kosztów pracy, deregulacji, ograniczania wydatków publicznych w imię zachowania równowagi budżetowej, preferencji dla zagranicznych koncernów – tego wszystkiego, co składa się na lokalną odmianę rozwoju zależnego. I nic dziwnego. Jak wspominałem, doraźnie strategia „zielonej wyspy” przynosi Polsce korzyści, a wyprowadzenie polskiej gospodarki na inne tory rozwoju jest projektem trudnym, ryzykownym i wykraczającym poza horyzont czasowy wyznaczany przez cykl wyborczy.
– Mentalność i specyfika funkcjonowania lokalnej klasy politycznej to istotna bariera dla szeroko zakrojonych projektów zmiany modelu rozwojowego, ale czy wymiana elit mogłaby, Pana zdaniem, stanowić wystarczające rozwiązanie? Przykład Syrizy, której ambitny program zderza się raz po raz z ograniczeniami narzucanymi przez obecną strukturę europejskiej polityki i świata finansów, każe raczej pesymistycznie patrzeć na szanse na przełom umożliwiający krajom takim jak nasz wyjście z peryferyjności.
– Horyzont naszych możliwości to zwiększenie poziomu autonomii politycznej i gospodarczej. Chodzi głównie o to, żeby gospodarka była zorientowana na to, aby w długim okresie przynosić korzyści przede wszystkim polskim obywatelom. I podobnie w sferze politycznej – żebyśmy funkcjonowali w określonych sojuszach, ale w imię jakoś rozumianego interesu publicznego, a nie tylko jako posłuszny wykonawca zobowiązań sojuszniczych. Nasz dzisiejszy poziom autonomii w obu tych wymiarach jest wbrew pozorom bardzo niewielki. Czy można coś zrobić, żeby to zmienić? W naszym regionie pewną strategię powiększania autonomii realizuje – cokolwiek byśmy o nim nie sądzili – Viktor Orbán. Podobnie jak Syriza, napotyka przy tym na swojej drodze różnego rodzaju przeszkody, bo światowe i regionalne centra zawsze niechętne są próbom zwiększania autonomii przez państwa, które równie dobrze mogłyby być posłusznymi satelitami. Ale jednocześnie jest to przykład, który pokazuje, że nawet państwo mniejsze i słabsze gospodarczo od Polski może próbować prowadzić autonomiczną politykę, jeśli nie brakuje politycznej woli i determinacji po stronie elit. Nasi politycy od lat wybierają „poklepywanie po ramieniu” i „dobrą atmosferę” w relacjach z partnerami i sojusznikami. Pytanie, kto był w stanie wywalczyć więcej dla swojego kraju i interesów narodowych – Tusk czy Orbán? Niektórzy twierdzą, że Tusk, dzięki dobrym relacjom z Niemcami i jednoznacznie proeuropejskiemu wizerunkowi. Z kolei Orbán miał w Europie bez wątpienia pod górkę i niejednokrotnie europejscy politycy karali go decyzjami niekorzystnymi dla Węgier. Jednocześnie jednak ochrona, jaką Orbán zagwarantował swoim obywatelom w stosunku do banków zachodnich, jest nieporównywalna do sytuacji np. polskich „frankowiczów”. Trudno orzec, co jest bardziej skuteczną taktyką, ale wyraźnie widać, że u rządzących Węgrami istnieje myśl strategiczna i pragnienie autonomii. Starają się również szukać szansy dla realizacji swych interesów narodowych poza UE i sojuszem transatlantyckim, czego najlepszym dowodem jest niechęć do zrażania do siebie Rosjan i intensywna współpraca z Chinami.
– Z jednej strony pokazuje Pan, że obecny system sprawowania władzy politycznej i gospodarczej na naszym kontynencie wywołuje w krajach peryferyjnych sprzeciw i chęć wywalczenia sobie autonomii wobec struktur europejskich. Z drugiej jednak strony podkreśla Pan, że w interesie tychże peryferii jest Europa federalna, czyli pogłębienie integracji.
– Może to sprawiać wrażenie dysonansu czy nawet pewnej sprzeczności. Wynika to stąd, że projekt Europy federalnej jest coraz dalszy od realnej logiki, jaką kierują się działania struktur europejskich. Uważam, że w perspektywie długofalowej federalizacja Europy byłaby dla polskiego społeczeństwa, przede wszystkim dla naszych dzieci i wnuków, najkorzystniejsza. Być może okazałoby się, że ich polskość stanie się czymś w rodzaju tożsamości regionalnej, ale jako obywatele Europy mieliby nieporównywalne z naszymi szanse na rozwój. Federacja europejska jest dziś jednak tylko marzeniem, którego realizację coraz trudniej sobie wyobrazić. Europa w coraz większym stopniu umacnia się w swojej konfederacyjności, kraje członkowskie – zwłaszcza te najsilniejsze – mają w niej do powiedzenia coraz więcej, a nie coraz mniej. Jak w tej rzeczywistości chronić swoje interesy i budować podstawy rozwoju, którego owoce mogłyby zebrać przyszłe pokolenia? Wobec barier, jakie napotyka dziś europejskie myślenie wspólnotowe, pozostaje nam poszukiwanie autonomii wobec Europy.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, czerwiec 2015 r.
przez Paweł Jaworski | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Układ, na którym wszyscy przegrywają
Jeśli urbanistykę rozumieć jako planowanie przestrzenne na poziomie lokalnym (porządkowanie rozwoju przestrzennego gminy) i projektowanie przestrzeni publicznych na jej terenie, to z pewnością zasadniczy wpływ na działania planistów oraz ich przełożenie na rzeczywistość ma sama struktura prawno-organizacyjna samorządu. To ona daje urbanistom do ręki narzędzia i ustanawia ramy dla ich pomysłów. Określa sposób wdrożenia zaproponowanych koncepcji, ale także wyznacza próg, którego często nie sposób przekroczyć. Kwestie takie jak kontrola suburbanizacji w granicach jednego miasta, otoczonego licznymi miejscowościami-pasożytami, gdy niedostępne są mechanizmy kontroli na poziomie metropolitalnym, pozostają w sferze akademickich dywagacji.
Urbanistyka dziedziczy zatem upośledzenia samorządu: powinna być polityką przestrzenną, czyli decydowaniem o wspólnej przestrzeni, choć nierzadko sprowadzana jest do dyskusji technicznych. Staje się też ofiarą archaicznego, niedemokratycznego podziału na kompetentnych ekspertów oraz mieszkańców kierujących się przesądami. Spójrzmy na to z perspektywy tych ostatnich, która tak naprawdę jest punktem widzenia nas wszystkich.
Nieczytelny mechanizm kształtowania zagospodarowania i sposobu funkcjonowania przestrzeni będzie z tego punktu widzenia pierwszym grzechem urbanistyki. Jest to zjawisko bardzo dotkliwe, tym bardziej, że prowadzi często do nieprzewidywalnych zmian w naszym otoczeniu. Do tego dochodzi rozbudzanie społecznych oczekiwań, których nikt nie zaspokoi. Typowy przykład to prace nad projektem planu miejscowego, który ograniczony jest z góry ustaleniami studium gminnego; dokument nadrzędny nie został stworzony w sposób partnerski, a jednocześnie jego zawartość przesądza o odrzuceniu postulatów zgłaszanych przez mieszkańców. Podobnie absurdalny jest casus decyzji o warunkach zabudowy, otwierających na wniosek inwestora drogę do prowadzenia w przyszłości działań budowlanych, których nie akceptuje lokalna społeczność. W wielu polskich miastach spotykamy się z konfliktem wynikającym z tego, że w trakcie tworzenia studium zdecydowaliśmy, iż funkcja obszaru będzie inna niż chce deweloper, jednak po przyjęciu dokumentu władze gminy nie przygotowały i nie uchwaliły planu oraz nie dokonały stosownych wykupów. Problem wynika z faktu, że zapisana w studium wizja rozwoju przestrzennego całej gminy i poszczególnych jej części nie jest podstawą do odmowy wydania decyzji administracyjnej. Wówczas bierzemy udział w wyścigu: wkładamy dużo wysiłku w ochronę naszego wspólnego interesu (np. urządzenie parku dzielnicowego), a jednocześnie ktoś konsekwentnie działa, żeby zabezpieczyć swój interes indywidualny. W każdym konkretnym przypadku otwarte jest pytanie, kto wygra tę konkurencję.
Sytuację pogarsza oczywiście prawne usankcjonowanie mechanizmu odstępstw od porządku planistycznego w postaci specustaw, a w szczególności drogowej. Została ona wprowadzona w celu usprawnienia budowy infrastruktury, z której możemy wspólnie korzystać, jednak dopuszcza lokalizacje inwestycji niezgodne z rozstrzygnięciami zawartymi w planach miejscowych, przygotowanych w procedurze zawierającej (przynajmniej teoretycznie) element partycypacji. Zasadne jest tu pytanie, dlaczego zezwolenie na realizację inwestycji, której wykonanie leży w interesie publicznym, może przekreślać ustalenia dokumentu sporządzanego przy uwzględnieniu tego właśnie interesu (jak wskazuje odpowiednia ustawa). Wprowadzenie przez prawodawcę tego typu wyjątków chyba najlepiej pokazuje, że obecny system jest niewydolny i nie pozwala prawidłowo zarządzać rozwojem przestrzennym.
Drugi grzech wynika z fasadowej roli dialogu społecznego, sprowadzonego do recenzowania przygotowanych gdzie indziej rozwiązań planistycznych, reakcji na decyzje, które już zapadły, albo sądowego egzekwowania ochrony prawa własności i interesu indywidualnego. Rzadko kiedy przekracza on ramy działań rutynowych i wymaganych ustawą. Jest to oczywiście problem wielowarstwowy, a jego źródła związane są z brakiem społecznego dostępu do kompleksowej informacji o przestrzeni miejskiej, który wykraczałby poza pojedyncze interwencje. Bliźniaczy deficyt znajdziemy w narzędziowniku urbanisty: opracowania planistyczne sporządzane są bez odpowiednich danych wejściowych, które można byłoby pozyskać od „użytkowników miasta” – ekspertów w swojej dziedzinie – lub poprzez badanie ich zachowań. Na to nakłada się kolejna warstwa, czyli brak realnego wyboru na etapie formułowania zapisów, ponieważ procesy planowania nie przyjmują formy debaty publicznej o wariantach zagospodarowania przestrzeni. Na wierzchu znajduje się natomiast problem hermetycznego języka używanego przez urbanistów do komunikowania się z mieszkańcami terenów, których rozwojem się zajmują, co jest zagadnieniem dużo szerszym niż wielokrotnie poruszany temat zapisu graficznego i tekstowego planu. „Tłumacze” pojawiają się przypadkowo, w wyniku okazjonalnej decyzji władz samorządowych lub działań organizacji pozarządowych. Z drugiej strony podejmowanym ad hoc próbom rozbudowy mechanizmu dialogu zarzuca się, że prowokują lub podsycają istniejące protesty oraz indywidualne naciski (spod znaku tzw. NIMBY, czyli opór typu Not In My Back Yard [nie w moim ogródku], podnoszenie wartości gruntów poprzez przyjmowanie odpowiednich regulacji, związane z ich gromadzeniem jako specyficznego „depozytu” itd.).
Trzeci wreszcie grzech związany jest z zamykaniem lub nieprawidłowym prowadzeniem dyskusji o jakości, kształtowaniu lub przebudowie wspólnie użytkowanej przestrzeni. Środowisko architektów formułuje wniosek o zastąpienie przetargów konkursami urbanistycznymi lub architektonicznymi, jednak postulat ten nie trafia w sedno problemu. Zastąpienie systemu podejmowania decyzji w układzie politycy – urzędnicy – wybrany architekt przez grupę projektantów nadal nie umożliwi dojścia do głosu ekspertom od użytkowania wybranej przestrzeni, co – ponownie – przy bardzo ograniczonej wiedzy o ich zachowaniach, preferencjach i oczekiwaniach powoduje, że zmiana oderwana będzie od miejsca i ludzi, których dotyczy.
W związku z powyższym możemy lepiej zidentyfikować nasz problem: nie mamy mechanizmu definiowania, co jest dobrem wspólnym w gospodarowaniu przestrzenią. Przyjęta (chaotyczna) struktura generuje konflikty o przestrzeń, których nie potrafimy rozwiązywać, a w tym układzie wszyscy przegrywają.
Paweł Jaworski
O urbanistykę populistyczną
Fundamentalnym problemem polskiej urbanistyki jest to, że nikt jej tak naprawdę nie potrzebuje i nikt nie uważa jej za istotną. Brak koordynacji między planem krajowym, planami regionalnymi oraz planami miejscowymi zagospodarowania przestrzennego prowadzi do sytuacji, w której planów brakuje tam, gdzie powinny być, w centrach miast, tam, gdzie występują roszczenia do własności, gdzie mamy do czynienia z poważnymi konfliktami przestrzennymi. W zamian mamy zaplanowane tereny pod budownictwo mieszkaniowe dla około 80 milionów mieszkańców. Polska urbanistyka ośmiesza się więc sama.
Powodem słabości polskiej urbanistyki jest, jak sądzę, jej „niepolityczność”. Oczywiście, urbanistyka jako taka zawsze jest polityczna, jednak ta polityczność zawsze bywała ukryta, nigdy nie stała się tematem otwartej debaty czy sporu. Z początku urbaniści, podobnie zresztą jak architekci, ubzdurali sobie, że reprezentują autonomiczną dyscyplinę, w której to oni są mistrzami elegancji, zaś ludzie (a może powinienem napisać „lud”) powinni i zechcą się ich słuchać. Nic bardziej błędnego – urbaniści zawsze w praktyce spełniają funkcję usługową, są grupą specjalistów doradzających tym, którzy biorą udział w sporze o przestrzeń w mieście. Gdy wiele lat temu wraz z przyjaciółmi sporządziliśmy szkic do strategii rozwoju przestrzennego stolicy Łotwy, nikt nie chciał uwierzyć, że nie stoją za nami lokalni oligarchowie. Planowanie przestrzenne dotyczy bowiem dystrybucji potencjału kreowania kapitału – jak mówią angielscy handlarze nieruchomości: liczy się lokalizacja, tylko lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja. To, gdzie i w sąsiedztwie czego znajdzie się działka – w mieście kapitalistycznym – decyduje o jej wartości. Plany przestrzenne ostatecznie uchwalane są przez samorządy – i to jest ostateczny moment, w którym owa wymarzona autonomia urbanistyki przestaje istnieć.
Polscy urbaniści przyjęli tymczasem trzy strategie. Jedna polegała na próbie wykreowania się jako grupy „niezależnych ekspertów” dbających o „dobro wspólne”, druga na zredukowaniu urbanistów do rangi urzędników-podwykonawców lokalnej władzy, a trzecia na oddaniu się do dyspozycji wielkiemu kapitałowi i deweloperom. Wszystkie trzy wybory okazały się głupie i prowadziły w sumie do tego samego – służenia tym, którzy mają pieniądze i władzę. Koryfeusze naszej urbanistyki szybko przekonywali się, że „niezależnych ekspertów” nikt nie potrzebuje, „mądrości” wygłaszane ex cathedra nikogo specjalnie nie wzruszają, zaś władza lokalna sama w sobie jest słaba i zazwyczaj pozostaje w bardzo dobrej komitywie z biznesem. Najczęściej kończyli więc, rysując plany dla deweloperów. W zasadzie kończyliby tak prawie wszyscy, gdyby nie to, że zgodnie z polskim prawem plan w ogóle nie jest niezbędny.
Trudno poważnie traktować podejmowane wciąż jeszcze co pewien czas rozpaczliwe próby obrony zawodu urbanisty jako strażnika „dobra wspólnego”. Opierają się one zwykle na całkowicie uznaniowych sądach o tym, czym owo dobro wspólne jest. Opinie urbanistów stają się ponadto elementem swoistej retoryki moralnego szantażu – często wykorzystywanej przez tę czy inną grupę wpływu („wybudowanie tej drogi jest niezbędne dla dobra miasta – jeśli protestujesz, to jesteś egoistycznym pieniaczem”) – prowadząc do odrzucenia idei dobra wspólnego przez mieszkańców miast oraz postępującej indywidualizacji myślenia o mieście i społeczeństwie. Ponieważ urbaniści posługują się pojęciem „interesu ogółu” bez oparcia go o ustalenia demokratycznej i transparentnej debaty, z perspektywy mieszkańców wygląda to na oszustwo i jest przez nich odrzucane, wraz z – próbującymi im ów interes narzucać – urbanistami.
Skoro urbaniści nie są na dobrą sprawę potrzebni ani mieszkańcom, ani deweloperom, czy oznacza to koniec tego zawodu w Polsce? Na pewien czas i w pewnym sensie na pewno. Jedynym sposobem na odbudowę podmiotowości i sensu istnienia urbanistów oraz urbanistyki wydaje mi się pójście drogą, którą część planistów w miastach zachodnich wybrała w latach 60. i 70., służąc swą wiedzą lokalnym społecznościom zagrożonym przez deweloperów i korporacje. Tylko taka – „populistyczna” i „opozycyjna” – urbanistyka może zrehabilitować moralnie osoby wykonujące ten zawód.
Urbanistyka musi dokonać wyboru par excellence politycznego: czy chce służyć w dalszym ciągu deweloperom i władzy, czy też zwrócić się ku najsłabszym i najbardziej zmarginalizowanym. Proces upolityczniania urbanistyki powoli się w Polsce zaczyna, bowiem urbanistyka staje się częścią debaty politycznej. To, że zaczynamy powoli dostrzegać, iż planowanie przestrzenne jest polityczne, że zawsze ktoś na określonych decyzjach korzysta, a ktoś traci – niekoniecznie zawdzięczamy wykształconym urbanistom. Często są to lokalni aktywiści, którzy sami uczą się miasta i obowiązujących w nim praw. Nierzadko podpierają się zgromadzonymi do tej pory doświadczeniami i praktykami z całej Polski – choćby tymi zebranymi przez poznańskich społeczników Lecha Merglera, Kacpra Pobłockiego i Macieja Wudarskiego w „Anty-bezradniku przestrzennym”. Jeśli więc urbanistyka w Polsce ma jakąś przyszłość, to jest to przyszłość zbudowana i wywalczona przez lokalnych aktywistów, przez protestujących mieszkańców, przez to wszystko, co określa się mianem „ruchów miejskich”.
dr Krzysztof Nawratek
Marzyciele i cyngle
Po okresie radykalnej prywatyzacji miasta i zaniku debaty o stanie polskiej przestrzeni urbanistyka powraca jako temat gorących i powszechnych dyskusji. Sprawy, które jeszcze kilka lat temu emocjonowały garstkę specjalistów, dzisiaj na dobre zadomowiają się w publicznej debacie, od prasy po media społecznościowe. Pojawienie się na scenie zaangażowanych mieszkańców pozwoliło na poważniejszą refleksję nad kondycją naszych miast. Jej początek to pytania: „jak żyją i działają polskie miasta?” i „kto za to odpowiada?”. Zmiana zaczyna się od prostych, często powierzchownych spostrzeżeń, dotyczących brzydoty reklam wielkopowierzchniowych, chaosu transportowego czy braku zieleni miejskiej. Pogłębiona odpowiedź na pytanie o grzechy polskiej urbanistyki nie jest jednak możliwa bez zrozumienia potężnych długofalowych procesów zmieniających polskie miasta i tego, jak odnieśli się do nich sami urbaniści.
Nie jest łatwo określić, czym jest dzisiaj urbanistyka. Ildefons Cerda, ojciec terminu, odnosił go do łacińskiego urbs – miasta, w odróżnieniu od civitas – miejskiej wspólnoty. Pierwotne narzędzia urbanistyki odnosiły się do kształtowania i organizowania przestrzeni miasta w oparciu m.in. o socjalną wizję poprawy warunków życia. Były nimi takie działania, jak poprawa struktury miasta – porządkowanie i budowa sieci ulic i kwartałów czy budowanie bazowej infrastruktury społecznej, szkół, terenów otwartych itp. w oparciu o racjonalne planowanie. Racjonalność opierała się na roli urbanisty jako oświeconego technokraty. Ten modernistyczny paradygmat nadal wpływa na myślenie o roli polskiego urbanisty, stawiając go w roli specjalisty od porządkowania przestrzeni. W okresie PRL sen o budowie radykalnej, nowej i lepszej rzeczywistości był możliwy dzięki silnej pozycji państwa, co miało początkowo odzwierciedlenie w dziedzinie projektowania odbudowy i rozbudowy miast. Widać to zarówno w pierwszych, powojennych projektach socmodernistycznych osiedli, jak i w późniejszych wielkich osiedlach blokowych. Z czasem jednak i tamten system stopniowo degradował rolę urbanisty, stawiając go w roli wykonawcy kolejnych planów ówczesnej władzy w pogarszających się warunkach gospodarczych. W wolnorynkowej rzeczywistości III RP urbanista staje się natomiast niechcianym organizatorem życia miasta, pozbawionym narzędzi realizacji swojego, często niewdzięcznego, zadania.
Dziś już anachroniczne, rozwarstwienie między urbs a civitas sprawiło, że urbanistyka, jako dziedzina, konceptualnie nie do końca poradziła sobie z tektoniką zmian ekonomicznych i społecznych zachodzących w Polsce po 1989 r. i budujących zasady „gry o miasto”. Można by wymienić wiele z nich: powrót rozwarstwienia klasowego i zanikanie egalitaryzmu społecznego, narodziny rodzimego rynku nieruchomości i stworzenie drugiego obiegu kapitału, czyli wykorzystania gruntu do jego akumulacji, masowa migracja na przedmieścia związana ze zmianami w stylu życia, ale i z zapaścią polityki mieszkaniowej etc.
Polska urbanistyka usytuowała się niejako obok tych zmian, co skazało ją na zmarginalizowaną wegetację w branżowej niszy. Tradycyjni urbaniści nie weszli także w efektywny dialog z innymi graczami – naukowcami i miejskimi aktywistami, którzy jako pierwsi zauważali symptomy zmian czy ogniska rodzących się konfliktów interesów, nagłaśniali je i tworzyli grupy nacisku, których działania odciskały się na obliczach miast – a przynajmniej na debatach nad miastami.
Sprowadzenie urbanistów do roli rysowników planów czy studiów i wciśnięcie zawodu w wąskie, „usługowe” ramy podkopuje oryginalną ideę cerdowskiej urbanistyki. W sprywatyzowanym mieście odpowiedzialność za budowanie infrastruktury socjalnej (mieszkań, usług) została przeniesiona na prywatnych przedsiębiorców. Państwo zachowuje tu jedynie rolę służebną, starając się ratować miejsca, w których zarządzający kapitałem nie chcą inwestować lub nie zapewniają usług dla wszystkich mieszkańców ze względu na rachunek ekonomiczny. Funkcjonowanie tego mechanizmu świetnie widoczne jest choćby w sferze rewitalizacji miast. W tym przypadku publiczne budżety wspierają poprawę miejskiej infrastruktury i usług publicznych na terenach dzielnic śródmiejskich, przegrywających w wyniku sprywatyzowanej suburbanizacji. Z drugiej strony, specyfika polskiego prawa regulującego zarządzanie przestrzenią przedkłada interes jednostki nad działania na rzecz całej wspólnoty. Obecna ustawa o planowaniu wspiera bardziej regulacje na linii indywidualny inwestor – gmina, w celu zagwarantowania mu prawa do zabudowy. Słabe są natomiast mechanizmy działające na rzecz realizacji wspólnej infrastruktury i porządkowania przestrzeni.
Środowisko planistów jest zbyt słabe, żeby skutecznie kształtować zapisy prawa, a samo państwo do niedawna wydało się w niewielkim stopniu zainteresowane organizacją przestrzeni. Efektem jest erozja zawodu urbanisty. Wielokrotne próby modernizacji prawa spalały na panewce z powodu braku woli politycznej bądź obaw przed reakcją środowisk deweloperskich. Pierwszym zwiastunem zmian stała się tzw. ustawa krajobrazowa czy niedawne prace nad ustawą rewitalizacyjną. Póki co na gruntowną reformę prawa, w postaci nowego Kodeksu Urbanistyczno-Budowlanego, jeszcze poczekamy. Choć marzymy często o wielkiej urbanistyce i spoglądamy tęsknie na Zachód, brakuje pokrycia dla realizacji tych marzeń. W sferze infrastruktury modernizacyjny skok i „wielkie budowy” przyniosły dofinansowania unijne – urbanizujące Polskę zgodnie z ustalanymi w Brukseli zasadami rozdawania środków pomocowych. Rozdźwięk między aspiracjami a transformacyjną rzeczywistością pokazuje np. stały problem nieracjonalnego planowania miast – w tym zwłaszcza przeznaczania nowych terenów pod zabudowę – w interesie inwestorów, lecz bez pokrycia finansowego. Skutkuje to m.in. niekontrolowanym rozwojem osiedli na terenach podmiejskich odciętych od infrastruktury.
Oddelegowanie urbanistów do produkcji planów zagospodarowania przestrzennego jako reglamentacji „prawa do zabudowy” w większości miast nie daje jednak oczekiwanego przez administrację „ładu przestrzennego”. Co więcej, podkopało to umiejętności i sposoby zaangażowania się w inne działania miejskie. Urbanista-regulator, kodyfikator planu nie będzie potrafił zająć się skomplikowanymi projektami operacyjnymi, wymagającymi realnych umiejętności zarządzania inwestycjami i manewrów prawnych. Niekoniecznie podejmie się planowania zintegrowanego, uwzględniającego postulaty zrównoważonego rozwoju. Dzieje się tak, ponieważ dotychczasowa formuła funkcjonowania zawodu nie wyposażyła urbanisty w takie kompetencje lub nie wzmocniła jego roli wobec decyzji politycznych. Wiąże się to m.in. z istotną luką pokoleniową w środowisku planistów. Mocno upraszczając, starsi urbaniści, pamiętający modernistyczne planowanie w działaniu, żyją dziś często nostalgią, a pokolenie wchodzące w zawód to często kapitanowie samotnych pracowni walczący o sukcesy dla siebie i swoich załóg. Optymizm dają najmłodsi adepci urbanistyki, którzy bez kompleksów, z wrażliwością społeczną i energią chcą zaangażować się w pracę na rzecz swoich miast. Problem jest taki, że obecna formuła zawodu nie pozwoli im zmieniać polskich miast na lepsze.
Czy potrzebujemy urbanistów? W obecnym kształcie i roli tego zawodu – niekoniecznie. Opisana powyżej sytuacja prawno-społeczna stawia często planistów wobec nieciekawego wyboru między rolą marzycieli i naiwnych frajerów a postawą cynicznych wykonawców cudzych zamówień. „Interes miasta” – tak jak rozumie go administracja – tworzy się zwykle gdzie indziej: w gabinetach polityków lub na spotkaniach z biznesem. Urbaniści czekają w tym czasie na instrukcje i bardzo rzadko są traktowani przez swoich mocodawców poważnie, jako doradcy lub mediatorzy. Nawet jeśli ich przekonania są słuszne, a warsztat solidny, system skazuje ich na pozycję marginalną. Alternatywne praktyki dopiero się wykuwają. Ruchy miejskie czy rady osiedli, choć niosą zarzewie rewolucyjnych zmian w mieście, same są nadal dość słabym czynnikiem zmiany. Z czasem jednak przenikanie nowego myślenia o mieście do establishmentu otwierać będzie nowe możliwości i perspektywy.
Diagnoza obecnego stanu polskich miast, zawarta chociażby w Krajowej Polityce Miejskiej, pokazuje, że potrzebujemy wiedzy o zarządzaniu przestrzenią i jej poważnego traktowania. Nie możemy jednak liczyć, że urbanistyka zepchnięta na margines, ustawiona w roli służebnej polityki sektorowej, rozwiąże nasze problemy. A jak mogłaby wyglądać inna urbanistyka? Podpowiedź daje Karta Lipska – planowanie rozumiane jako zintegrowana, odpowiedzialna interwencja państwa w celu naprawy dysfunkcji przestrzennych, wykorzystania „silnych pleców” instytucji dla ochrony dobra wspólnego przed najbardziej drapieżnymi zakusami kapitału, wsparcia dla samoorganizacji mieszkańców. Tu jest miejsce dla urbanistów jako realnych partnerów we współtworzeniu miejskiej civitas.
dr Łukasz Pancewicz