Ziemi i wolności! Brazylijski ruch bezrolnych

Ruchy społeczne rolników w Ameryce Łacińskiej wydają się na pierwszy rzut oka anachronizmem. Ich istnienie sugeruje, że – niczym w XIX wieku – źli właściciele wielkich majątków ciemiężą chłopów, utrzymując ich w półniewolniczych zależnościach, przywiązując do ziemi i niszcząc każdy przejaw buntu przy pomocy utworzonych przez siebie oddziałów zbrojnych. Niestety, obecna sytuacja w regionie nie jest aż tak różna od tego, co miało miejsce w odległej przeszłości. Nadal występują olbrzymie dysproporcje w dochodach, skrajna bieda, istnieją wielkie majątki ziemskie i paramilitarne oddziały tworzone przez ich właścicieli, a lokalne władze, policja i sądy najczęściej działają na ich korzyść. Natomiast oskarżane o zacofanie współczesne ruchy społeczne stosują najnowsze metody organizacji i komunikacji, mają konkretny program i postulaty, wchodzą w porozumienia z innymi aktorami politycznymi oraz są zdeterminowane w dążeniu do celu. Jedynym przestarzałym elementem jest sytuacja, w jakiej niektóre grupy społeczne zostały postawione z powodu stosunków panujących na wsi.

Najsilniejszym ruchem rolników w Ameryce Łacińskiej jest brazylijski Ruch Pracowników Rolnych bez Ziemi (Movimento dos Trabalhadores Rurais Sem Terra – MST), zwany też Ruchem Rolników bez Ziemi oraz Ruchem Bezrolnych. Zrzesza około 1,5 mln ludzi. Początkowo ruch walczący o ziemię był zorganizowany w ramach Komisji Duszpasterstwa Ziemi (Comissão Pastoral da Terra – CPT), utworzonej w 1975 r. przez brazylijski kościół katolicki. Jej celem było organizowanie rolników w celu przeprowadzenia reformy agrarnej. Komisja była represjonowana przez władzę wojskową. Decydująca dla ruchu robotników wiejskich okazała się okupacja ziemi przez 700 rodzin w 1979 r. w stanie Rio Grande do Sul. W 1984 r. 400 członków CPT, opowiadających się za bardziej aktywną działalnością, zdecydowało się założyć nowy związek – był to początek Ruchu Pracowników Rolnych bez Ziemi. Od początku organizacja dążyła do dwóch celów: reformy agrarnej oraz utworzenia sprawiedliwego i braterskiego społeczeństwa.

Przyczyny powstania i działalności ruchu wynikają z dwóch zasadniczych kwestii. Pierwsza ma korzenie w XIX wieku, choć można się ich doszukiwać już w procesie kolonizacji, który zaczął się w szesnastym stuleciu. Podbój Nowego Świata doprowadził do sytuacji, gdy Europejczycy, a w niektórych przypadkach także lokalni kacykowie, cieszyli się przywilejami, spychając miejscową ludność – oraz sprowadzanych później Afrykanów – do roli pracowników przymusowych i niewolników. W Brazylii zaczęły powstawać latyfundia, których większość produkcji trafiała na eksport. Koncentracja ziemi utrzymywała się także po zniesieniu niewolnictwa i przywróceniu praw autochtonom i Afrobrazylijczykom. Dopiero w latach 60. XX wieku rząd João Goularta próbował przeprowadzić reformę rolną poprzez wywłaszczenie posiadłości większych niż 600 ha i ich parcelację. Stało się to jedną z przyczyn zamachu stanu i przejęcia władzy przez juntę.

Druga kwestia to wejście Brazylii na arenę światowej gospodarki oraz postępująca globalizacja, które doprowadziły do wzrostu koncentracji ziem uprawnych, zmuszając tysiące drobnych i średnich rolników do opuszczenia gospodarstw. Priorytetem rolnictwa stało się wysyłanie towarów na eksport. W 1985 roku 10% największych właścicieli ziemskich kontrolowało 80% ziem uprawnych. Struktura własności w Brazylii należy dziś do najbardziej niezrównoważonych na świecie. Proces transformacji ustrojowej nie przyniósł znaczących zmian. Rządy podkreślały konieczność przeprowadzenia reformy rolnej, ale deklaracje nie miały pokrycia w działaniach. Szacunki mówią o 2,5 mln bezrolnych chłopów, a według MST są to aż 4 mln. Uważa się, że są oni dziś w Brazylii grupą, której prawa są najczęściej łamane.

Ruch Rolników bez Ziemi najbardziej znany jest z akcji zajmowania nieużytków. Przez 30 lat działalności udało mu się zalegalizować ponad 2300 osad, w których mieszka 370 tysięcy rodzin. Kolejne 180 tysięcy czeka na uzyskanie tytułu prawnego do zajętych ziem. Dzięki temu około 900 tysięcy ludzi znalazło pracę w sektorze rolniczym. Aktywność organizacji jest jednak znacznie szersza i obejmuje także gwarantowanie usług socjalnych, tworzenie przychodni oraz centrów zdrowia i rozwój systemu edukacji. Ruch został uznany przez państwo, a także na arenie międzynarodowej: otrzymał dotacje z UNESCO i UNICEF oraz nagrodę ONZ za osiągnięcia w dziedzinie reformy rolnej, ochrony zdrowia na obszarach wiejskich, ekologicznego rolnictwa i edukacji. MST został nagrodzony Right Livelihood Award (zwaną „Alternatywnym Noblem”) za „walkę o prawa rolników bez ziemi”. Jest on także członkiem większej międzynarodowej organizacji rolniczej, La Via Campesina (Chłopska Droga), do której należą miliony członków z 87 państw. Ma ona służyć rozwijaniu kontaktów w kwestiach reform rolnych, samowystarczalności żywnościowej, praw rolników i swobodnego dostępu do nasion.

O co walczą?

Program MST można podzielić na dwie grupy postulatów. Pierwsza to kwestie agrarne: walka o ziemię, o reformę rolną, o lepsze życie ludności wiejskiej. U genezy leży reforma zakładająca przekazanie nieużytków rolnych w ręce chłopów nieposiadających żadnych gruntów. Bezpośrednio z niej wynika poszanowanie praw robotników wiejskich, działania na rzecz poprawy warunków życia ludności na wsi, publiczna ochrona zdrowia oraz edukacja. Ważnym założeniem tej wizji jest także skierowanie produkcji na rynek wewnętrzny, aby zagwarantować dostęp do żywności oraz promować zatrudnienie w kraju. Długofalowym celem jest przeorientowanie produkcji rolniczej oraz reorganizacja gospodarstw rolnych na korzyść rodzinnych, połączonych w sieć i nastawionych na zaspokojenie własnych potrzeb. Na eksport przeznaczane byłyby jedynie nadwyżki. Różnorakie inicjatywy mają promować zatrudnienie na wsi, poprawę warunków życia w różnych dziedzinach, ochronę środowiska naturalnego, pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Ruch domaga się prowadzenia przez rząd takiej polityki, aby wzmocnić małe, rodzinne gospodarstwa oraz promować kooperatywy rolnicze. Naciska na wprowadzenie programów stymulujących zatrudnienie na wsi w sektorach rolniczych i pozarolniczych, a także ochronę praw pracowniczych. Druga grupa postulatów to dążenie do sprawiedliwego i braterskiego społeczeństwa. Od początku MST walczył o prawo do protestu i mobilizacji, wpływu na decyzje władz, niezależny proces wyborczy. Wstawiał się za ludźmi prześladowanymi, więzionymi i zabijanymi za walkę o swoje prawa.

Ruch podkreśla konieczność poszanowania praw kulturowych i różnorodności etnicznej. Nie przeprowadza zajęć obszarów na terenach ludności indiańskiej, aby nie naruszać jej odrębności kulturowej. Domaga się wprowadzenia elementów demokracji bezpośredniej do systemu politycznego. Postuluje demokratyzację środków masowego przekazu poprzez tworzenie lokalnych stacji telewizyjnych i radiowych. Walczy o włączenie pod pojęcie „obywatel” tysięcy osób zmarginalizowanych i de facto wykluczonych z życia politycznego. Jego zasługą jest wprowadzenie do negocjacji między społeczeństwem a elitami takich kwestii, jak równość płci, ochrona środowiska w rolnictwie, niezależność żywieniowa, prawa mniejszości. Krytykuje nie tylko kapitalizm i ustrój liberalno-demokratyczny, ale całą współczesną cywilizację, która prowadzi do nędzy społeczeństwa oraz destrukcji przyrody.

Bardzo ważna jest dla MST walka o prawa kobiet oraz przeciwdziałanie przemocy wobec nich. Ruch uważa, że równość można osiągnąć tylko dzięki równym szansom dla obu płci. Włącza do akcji bezpośrednich i podejmowania decyzji całe rodziny oraz wprowadza parytet na różnych szczeblach organizacyjnych. Inaczej niż w związkach zawodowych, które są domeną mężczyzn, kobiety w ruchu są coraz aktywniejsze i pełnią funkcje administracyjne i polityczne.

Sprzymierzeńcy i wrogowie

W początkach działalności MST był tłamszony przez dyktatorskie rządy wojskowe. Również pierwsi demokratycznie wybrani prezydenci nie byli mu przychylni. Dopiero prezydent Itamar Franco (1992–1995) wstrzymał ataki na Ruch i uznał go za ważnego aktora społecznego, z którym należy prowadzić rozmowy. Relacje z władzami były jednak napięte. W połowie lat 90. prezydent Fernando Henrique Cardoso chciał ograniczyć działalność ruchu. Początkowo tolerował go i promował politykę osiedleniową na nieużytkach, domagał się jednak zmniejszenia skali jego działalności oraz wstrzymania akcji zajmowania terenów. Rezygnacja z nich miała być podstawą prowadzenia rozmów. W odpowiedzi ruch zwiększył ich liczbę. Rząd podjął radykalne środki, czego skutkiem były dwie masakry, w Corumbia w 1995 oraz w Eldorado dos Carajás w 1996 r. Zwłaszcza ta druga, w czasie której policja, strzelając do chłopów blokujących autostradę, zabiła 19 osób, zwróciła uwagę społeczeństwa. W sumie w latach 1988–2001 aż 1517 pracowników rolnych straciło życie w związku z atakami policji, wojska i oddziałów paramilitarnych (ta liczba ma tym większy wymiar, gdy wiemy, że śmiertelne ofiary reżimu w Brazylii w latach 1964–1985 to „jedynie” 500 osób).

Rząd próbował zdyskredytować ruch, oskarżając go m.in. o uprawę marihuany czy nazywając jego działania nielegalnymi, „zacofanymi” i „stojącymi na drodze modernizacji”. Prowadzono także kooptację wśród jego członków oraz starano się go izolować. Mimo to MST rósł w siłę, choć można zaobserwować także okresy zmniejszenia jego aktywności – np. w 2000 r. wprowadzono przepisy uniemożliwiające wywłaszczanie okupowanych terenów, co chwilowo spowodowało dwukrotny spadek liczby obozowisk.

Kryminalizację działań ruchu powstrzymała dopiero rządząca od 2003 roku Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores – PT). Sojusz, pochodzący jeszcze z czasów, gdy obie organizacje były w opozycji wobec reżimu, miał swoje korzenie w bliskości programowej. Partia Pracowników wprowadziła rozwiązania korzystne dla drobnych rolników, anulowała część ich długów, przyznała im kredyty oraz zagwarantowała ceny minimalne na żywność. Relacje między MST a PT stopniowo się jednak pogarszały. Działacze ruchu twierdzili, że nie wywiązano się z obietnic przyznania ziemi 500 tysiącom rodzin. Oskarżali partię o prowadzenie neoliberalnej polityki.

MST uważa, że należą mu się pieniądze rządowe (np. kredyty dla rolników) oraz utrzymuje stosunki z przedstawicielami władz, ale stara się trzymać z dala od polityki i prowadzić niezależne działania. Chce być „czysty ideologicznie” i czasami przyjmuje postawę konfrontacyjną wobec rządu. Uważa, że relacje z graczami politycznymi są niezbędne, ponieważ pomagają w osiąganiu celów. Działalność nie jest prowadzona „poza państwem”, ale polega na jak największym wykorzystaniu istniejących możliwości. Wyznacznikiem jest pragmatyzm: niekiedy współpraca z rządem i administracją jest opłacalna, niekiedy bardziej opłaca się wejść z nimi w konflikt.

Innym istotnym sojusznikiem ruchu jest kościół katolicki. Na samym początku był on najważniejszym ze sprzymierzeńców, ponieważ określał profil ideologiczny ruchu – religijny, związany z teologią wyzwolenia. Stanowił pewien symbol, był najważniejszą organizacją opozycyjną, udzielał wsparcia, dysponował dobrym zapleczem, miał dostęp do środków finansowych. Początkowo ruch podchodził do kwestii rolnej w sposób polityczno-religijny, traktując ją jako kwestię sprawiedliwości społecznej oraz godności ludzkiej. Miała ona być podstawą wyzwolenia z kapitalizmu, który niewolił słabszych dla korzyści krajowego i międzynarodowego kapitału. W latach 90. nastąpiła zmiana podejścia na bardziej świeckie. Coraz ważniejsze stawały się zasady konstytucyjne. Zaczęto korzystać z pracy wykwalifikowanych ekspertów ds. prawa cywilnego i karnego.

MST tworzy koalicje i porozumienia z wieloma graczami politycznymi i społecznymi, co pozwala na włączenie do działań większej liczby ludzi. Najważniejsi jego sprzymierzeńcy to związki zawodowe, organizacje rolników z grupy Via Campesina, Ruch Dotkniętych Tamami (The Movimento dos Atingidos por Barragens – MAB), Ruch Małych Rolników (Movimento dos Pequenos Agricultores – MPA), lokalne wspólnoty, setki małych ruchów, brazylijski kościół katolicki, Caritas. Wiele osób popiera założenia i działalność ruchu, a około 100 tysięcy wolontariuszy w całym kraju pomaga w działaniach MST. Ruch wspierają związki zawodowe, studenci, artyści, instytucje edukacyjne, fundacje, organizacje międzynarodowe, agencje rządowe w Europie, Kanadzie, państwach Ameryki Łacińskiej.

MST ma również licznych wrogów, wielu bardzo wpływowych. Najważniejszymi z nich przez długi czas byli właściciele latyfundiów, zrzeszeni w kilku organizacjach i reprezentowani w parlamencie przez tzw. wiejską ławę (bancada rural), w skład której wchodzili politycy z różnych partii, popierający interesy właścicieli ziemskich i producentów rolnych. Latyfundyści mieli duże wpływy wśród władz, byli silną grupą lobbującą. Najczęściej stały za nimi także władze lokalne, państwowe struktury siłowe, służby policyjne oraz aparat sądowniczy. Bardzo często korzystali z usług najemników (pistoleiros), zbrojnych band, grup paramilitarnych, które stosowały przemoc wobec członków ruchu.

Obecnie za największego wroga uznać można przedsiębiorstwa transnarodowe (jak Monsanto czy Cargill), które monopolizują rynek rolniczy. MST sprzeciwia się korporacyjnej kontroli nasion, prowadzącej do narzucania rolnikom nowych wzorców technologicznych – niektóre firmy formalnie zmuszają do kupowania określonych środków owadobójczych przygotowanych dla konkretnego rodzaju nasion. Ruch walczy z plantacjami roślin modyfikowanych genetycznie, należącymi do takich korporacji. Sprzeciwia się wielkoprzemysłowym uprawom dla celów komercyjnych, które cechują monokultury odmian roślin, wysokie zużycie chemikaliów oraz zaawansowana biotechnologia. W opozycji do takiego stanu rzeczy tworzy alternatywny rynek produktów z gospodarstw spółdzielczych, co ma pozwolić na samowystarczalność żywieniową i zerwanie zależności od koncernów.

Przeciwnikiem MST jest również Bank Światowy, którego plan likwidacji biedy w Brazylii zakłada prywatyzację ziemi oraz zmianę konstytucji na taką, która nie zezwalałaby na zajmowanie nieproduktywnych obszarów. Chłopi bezrolni mogliby starać się o pożyczki na zakup własności rolnych, jednak ich sprzedaż byłaby uzależniona od decyzji właściciela. Różnic jest więcej, a MST zadeklarował konfrontację z neoliberalizmem oraz walkę w celu nacjonalizacji sprywatyzowanych przedsiębiorstw. Domaga się od rządu reformy prawa podatkowego, zmiany polityki gospodarczej państwa oraz reorientacji polityki zagranicznej.

Działalność ruchu krytykowana jest przez tych, którzy stawiają nacisk na kompromisy i elastyczność w negocjacjach między rolnikami a elitą władzy. Oskarżają oni ruch o brak doświadczenia i niezwracanie uwagi na zasady polityki. Mówi się, że działalność ruchu inspirowana jest „wulgarnym marksizmem”. MST miałby indoktrynować i manipulować ludźmi, którzy nie znają się na polityce i być tylko ruchem „przedpolitycznym” lub pseudorewolucyjną grupą.

Masowość, organizacja i wytrwałość

Główną i najbardziej spektakularną aktywnością ruchu jest zajmowanie ziemi i oddawanie jej bezrolnym pracownikom wiejskim. Punktem wyjścia dla tej działalności jest przepis brazylijskiego prawa, mówiący, że ziemie, które nie są uprawiane lub wykorzystywane produktywnie, mogą zostać przejęte i przekazane bezrolnym. Warunki panujące w kraju (ogromny obszar, dominacja wielkich majątków ziemskich, struktura upraw) sprawiają, że takich terenów jest bardzo dużo. Ziemia uprawna często traktowana jest jedynie jako lokata kapitału, a mimo to państwo nie inicjuje procesu jej redystrybucji. Rządy Partii Pracowników wprowadziły wiele programów dla najbiedniejszych obywateli, ale nie zajęły się przyczynami istnienia dysproporcji majątkowych na wsi oraz kwestią własności ziemi. Wiele nieeksploatowanych obszarów jest zadeklarowanych jako „wydajne”. Władze postawione przed faktem dokonanym muszą jednak odpowiedzieć i taki jest cel akcji ruchu.

Pierwsza okupacja, przeprowadzona w Rio Grande do Sul, doprowadziła do rozprawy sądowej, w czasie której Sąd Najwyższy orzekł, że działanie aktywistów nie było złamaniem prawa, a rząd jest zobowiązany do odbierania właścicielom nieużytkowanych majątków ziemskich. Dzięki temu MST został ruchem działającym zgodnie z prawem. Co więcej, w 1996 r. najwyższa brazylijska instancja sądownicza uznała, że okupacje w celu przyspieszenia reformy „zasadniczo różnią się” od czynów kryminalnych przeciwko własności. Te dwa orzeczenia sprawiły, że kryminalizowanie działalności ruchu jest kwestią bardziej polityczną niż prawną.

Należy pamiętać, że okupacje były narzędziem walki rolników o ziemię jeszcze przed powstaniem Ruchu Bezrolnych, a również dzisiaj są one stosowane przez inne organizacje. Nowością jest raczej wzmocnienie tej taktyki przez masową mobilizację oraz wydłużenie czasu jej trwania. W ten sposób odizolowane przypadki wtargnięcia na tereny należące do latyfundystów zostały wyniesione na poziom krajowy. Z pewnością można powiedzieć, że masowe, długotrwałe akcje zajmowania terenów, mające miejsce w wielu różnych regionach kraju, to aktywność typowa tylko dla MST.

Zajmowanie nieproduktywnych terenów przebiega w kilku fazach: przygotowanie, okupacja, zbudowanie obozu, założenie osady, budowa wspólnoty. Cały proces zaczyna się od przygotowania do zajęcia ziemi. Aktywiści zachęcają bezrolnych chłopów do gromadzenia niezbędnych materiałów, jak odzież, prowiant czy budulec na namioty. Cały ten proces może trwać nawet około roku. W określonym dniu następuje rozpoczęcie operacji, czyli zajęcie, wtargnięcie lub wejście (jak mówią jego zwolennicy) albo najazd czy inwazja (jak nazywają to wrogowie i media). Zajęcie prywatnego terenu rozpoczyna pewien proces oraz powoduje konflikt między kilkoma stronami: właścicielem, zajmującymi, władzami, w tym rządem, policją, sądami, urzędami ds. polityki rolnej. Najczęściej właściciel zwraca się do sądu z wnioskiem o eksmisję. Takie usunięcie może mieć różny charakter (pokojowy lub brutalny) oraz różny skutek. Najczęściej okupanci zostają usunięci z zajętego terenu, a czekając na decyzję sądu budują obóz (acapamento) w pobliżu, na terenie publicznym lub czasami prywatnym. Może funkcjonować on miesiącami czy nawet latami, a celem jest wywarcie presji na władze odpowiedzialne za przeprowadzenie reformy rolnej i wymuszenie przekazania ziemi. Pozwala także na poinformowanie opinii publicznej o walce oraz mobilizuje okupujących.

W wielu regionach policja oraz prywatne oddziały paramilitarne urządzają napaści zbrojne na obozy. Walka w wydaniu MST nie oznacza przemocy, ruch kładzie nacisk na pokojowe metody. Dla obrony przed agresją członkowie ruchu używają narzędzi pracy, tj. maczet, kos, kawałków drewna, starych strzelb myśliwskich. Najczęściej starają się unikać konfrontacji, ponieważ walka z siłami dysponującymi nowoczesną bronią stawia ich na z góry przegranej pozycji.

W okupacji bierze najczęściej udział od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Wszyscy od początku uczestniczą w zarządzaniu oraz budowie podstaw wspólnoty. Obóz tworzy komisje odpowiedzialne za poszczególne kwestie (zapewnienie żywności, bezpieczeństwo, edukacja, ochrona zdrowia itd.). Zadania są przydzielane według naturalnych preferencji – każdy może wybrać, czym chce się zajmować lub zostaje przypisany do jakiegoś sektora.

Tylko masowy protest może przynieść prawdziwą zmianę, dlatego do wspólnych działań włącza się jak najwięcej ludzi. Ruch nieustannie przypomina, że każde zajęcie terenu i każde negocjacje muszą być prowadzone grupowo, gdyż jednostkowych reprezentantów można zamordować lub sprawić, aby zdradzili sprawę. Jak twierdzą liderzy: Każdy przewodniczący, nawet najbardziej reformatorski, łatwo może zmienić zdanie przez własną próżność, zdradzając swoją klasę. Historia pełna jest przykładów przywódców, którzy, będąc początkowo wybrani przez związki zawodowe lub organizacje ludowe, zaakceptowali stanowisko burmistrza lub jego zastępcy.

Około 80–90% okupacji jest skutecznych i prowadzi do przyznania tytułu prawnego do ziem. Protestujący otrzymują ziemię na własność i budują osady. Każde przejęcie gruntów postrzegane jest jako krok w stronę realizacji ogólnokrajowej reformy rolnej.

Małe wspólnoty

Zajęcie terenu i uzyskanie tytułu prawnego nie kończą walki o lepsze życie. Rozpoczynają się uprawa ziemi, produkcja i rozbudowa systemu usług dla mieszkańców. Rodziny z pomocą aktywistów ruchu (militantes) samoorganizują się, walczą o swoje prawa oraz dostęp do usług publicznych: elektryczności, urządzeń sanitarnych, infrastruktury, kultury, rekreacji itp. Wbrew pozorom jest to najtrudniejsza faza całego procesu. Najważniejsze dla rolników stają się kwestie takie, jak ceny, kredyty i gospodarowanie. Rodziny, które uzyskały ziemię, najczęściej stają się bierne – ich prywatny cel został osiągnięty i chcą one w spokoju zająć się gospodarstwem. Następuje demobilizacja osadników, zmniejszenie zainteresowania sprawami politycznymi. Utrzymanie ich aktywności jest dla ruchu wielkim wyzwaniem.

Początkowo, gdy mieszkańcy, którzy zajęli teren, chcieli pracować razem w kolektywach, tworzono spółdzielnie. Później, gdy rolnicy, którzy niedawno utracili z powodu kłopotów finansowych gospodarstwa rodzinne na rzecz wielkich posiadaczy, chcieli je odzyskać, zaczęto tworzyć także „sektory kooperacji”. Pozwala to wybrać, czy chcą pracować wspólnie, czy też samodzielnie. Jeśli zdecydują się na tę drugą opcję, nadal mogą korzystać z kredytów uzyskiwanych przez MST. Niektóre grupy rodzin wybrały metodę pracy wspólnotowej, niektóre indywidualnej, inne jeszcze drogę pośrednią, w której praca indywidualna uzupełniana jest przedsięwzięciami kolektywnymi, np. przy zakupie i użytkowaniu maszyn rolniczych. Każdy obóz i osada są inne, w zależności od ludzi je tworzących, warunków naturalnych, regionu, nastawienia władz i okolicznej ludności. Podejmuje się różne próby, prowadzi eksperymenty organizacyjne i produkcyjne. Nikt nie ma gotowych recept, ludzie szukają nowych rozwiązań.

Wiele środków i wysiłków pochłaniają działania w takich kwestiach, jak służba zdrowia czy szkolnictwo, ale MST utrzymuje, że jest to część jego walki. Powodem dominacji i wyzysku jest m.in. brak wiedzy, stąd nacisk ruchu na edukację. Analfabeci muszą uczestniczyć w kursach czytania i pisania, buduje się szkoły dla dzieci. Z inicjatywy MST powstało już ponad 1800 szkół nauczania początkowego i średniego oraz uniwersytet w stanie São Paulo. W miarę przekształcania osad w trwałe wspólnoty stają się one oficjalnie uznanymi szkołami publicznymi. W nauczaniu kładzie się nacisk na kwestie związane ze sprawiedliwością społeczną, radykalną demokracją oraz wartościami humanistycznymi i społecznymi, gdyż według stanowiska ruchu: Aby przygotować ludzi do demokracji i partycypacji przez edukację, sam system oświaty musi opierać się na zasadach demokratycznych, które próbuje promować.

Osiedla, które odniosły sukces, zapewniają dużo lepsze warunki niż zwyczajny wiejski standard w Brazylii. Niektóre dywersyfikują produkcję i sprzedają nadwyżki. Utworzono około 100 małych i średnich kooperatyw, które przetwarzają owoce, warzywa, nabiał, zboża, kawę, mięso czy słodycze oraz tworzą własne marki. Są też takie osiedla, które muszą walczyć o przetrwanie, a sporadycznie są nawet opuszczane. Według jednego z liderów: MST stało się rodzajem państwa. Robimy to, co państwo powinno robić, i wiele więcej. Ruch troszczy się o człowieka całościowo. Walczymy o ziemię, dom, wspólnotę, edukację, zdrowie, kulturę, kobiety, młodzież… W całej Brazylii nie ma organizacji pracującej na rzecz tego wszystkiego.

Ciekawym zagadnieniem jest ustrój wprowadzony we wspólnotach na zdobytych terenach. Fundamentem są rodziny, a grupa 10 rodzin tworzy tzw. podstawowy rdzeń (núcleo de base), który jest najważniejszą instancją, dyskutującą o potrzebach na danym terenie. Zajmuje się sprawami wewnętrznymi, ale debatuje także na tematy bardziej ogólne, jak sytuacja w regionie, wyniki negocjacji z rządem i władzami lokalnymi. Dzięki temu wszyscy członkowie ruchu posiadają wiedzę i orientację w charakterze toczonej walki. Skrupulatnie nadzoruje się wspólnotowe wydatki, a przepływ finansów cechuje transparentność. W zgromadzeniach bierze udział zazwyczaj około 40–50 osób, co umożliwia aktywne uczestnictwo. Dzięki temu ludzie mogą dyskutować o ważnych sprawach, ale także przezwyciężać indywidualistyczne podejście i uczyć się wspólnotowości. W większych zgromadzeniach praca toczy się także w komisjach sektorowych. Zgromadzenie wybiera dwie osoby (mężczyznę i kobietę) do rady regionalnej. Każda rada wybiera dwie osoby (znowu muszą to być przedstawiciele obu płci) do rady stanu oraz do rady krajowej. Mandat może zostać odnowiony, ale wybrana osoba nie jest nietykalna. Instancja wybierająca dokonuje przeglądów jej aktywności i może ją odwołać, jeśli nie realizuje podjętych zobowiązań.

Co 5 lat zbiera się Kongres Narodowy: główna instancja MST, która grupuje aktywistów z różnych stanów. Przyjmuje on linię programową ruchu i podejmuje decyzje dotyczące linii politycznej na kolejny okres. Co dwa lata natomiast gromadzi się Spotkanie Narodowe, które dyskutuje i aktualizuje decyzje Kongresu oraz określa szczegółowe zasady bieżących poczynań. Organem wykonawczym oraz reprezentacyjnym jest Koordynacja Narodowa, która zajmuje się wprowadzaniem uchwał organów deliberujących oraz finansami, jednak nie decyduje o polityce prowadzonej przez poszczególne struktury regionalne. Lokalne organy powinny kierować się zaleceniami polityki MST, ale ich decyzje są zdecentralizowane. Na przykład zaleceniem może być to, że należy przeprowadzać zajęcia ziem, ale metody, czas i organizacja tych przedsięwzięć należą do lokalnych działaczy. Na szczeblu centralnym analizuje się jedynie, czy wszyscy podążają właściwą drogą, a także ruchy przeciwnika oraz kwestie, które dotyczą wszystkich stanów, jak podręczniki, spotkania czy manifestacje. Założeniem systemu jest podejmowanie decyzji na jak najniższym poziomie, choć istotnymi elementami są koordynacja działań oraz kontrola.

Najbardziej doświadczeni członkowie ruchu wchodzą w skład Przywództwa Narodowego. Jest to około 20 osób, które zbierają się co dwa miesiące, żeby dyskutować i przygotować propozycje polityki, strzegąc spójności i jedności ruchu oraz jego autonomii. Planują także strategie i taktyki przedstawiane Narodowej Koordynacji, proponują rozwiązania. Zadaniem tego organu nie jest rządzić, lecz tworzyć ogólną wizję tego, co dzieje się w kraju oraz informować członków ruchu o dyskusjach i toczonej walce.

Jedną z cech wyróżniających MST jest jego przywództwo (najbardziej doświadczeni aktywiści), a konkretniej fakt, ze liderzy ruchu nie pochodzą spoza jego bazy społecznej. Około 80% liderów to chłopi lub robotnicy rolni nieposiadający ziemi. Choć najczęściej są młodzi i wyedukowani, pochodzą z biednych terenów wiejskich i łączą ich ścisłe związki z członkami ruchu. Są aktywni, ambitni, mają wiarę w możliwość utworzenia alternatywnego społeczeństwa, ale zarazem nie tracą związków ze swoim zapleczem społecznym.

Ważną sprawą jest utrzymywanie kontaktów między wspólnotami, tzw. koncentracja osad. Społeczność odizolowana od innych, otoczona latyfundiami, ma małe szanse na przetrwanie, a jeszcze mniejsze na wywarcie wpływu politycznego, gospodarczego, kulturowego i ideowego w regionie.

MST jest jednym z ruchów opierających się na zasadzie partycypacji, która ma stać w opozycji do form przedstawicielskich. Zakłada ona, że obywatele mogą sami podejmować decyzje zamiast oddawać całą władzę w ręce przedstawicieli. Uczestniczą oni w tym procesie od samego początku, aktywnie biorąc udział w debatach i wyrażając swoje zdanie. Zasady rządzące zgromadzeniami są połączeniem lewicowych i chrześcijańskich form działania wspólnoty. Jak twierdzą liderzy: Dla nas demokracja to nie jest tylko szczegół, słowo. Jest jednym z fundamentów naszej pracy pedagogicznej i naszych planów transformacji społecznej.

W przypadku MST dzieje się tak przede wszystkim za sprawą „spotkań” (reuniões), które mają różny przebieg i długość. Ich główną ideą jest przekonanie, że aby zachować równość, ludzie muszą się wypowiedzieć, mieć do tego prawo i okazję. Najważniejsza jest dyskusja, będąca swoistym rytuałem – mówcy posługują się pytaniami retorycznymi, mową zależną, ciszą, naśladują głosy innych osób, prowadzone są dialogi. Równość oznacza przede wszystkim takie same szanse na wyrażenie zdania czy podjęcie takiego postanowienia, które zawiera postulaty wszystkich działaczy lub przynajmniej dużych grup. Uczestnictwo w spotkaniu implikuje automatycznie wzięcie na siebie odpowiedzialności, a brak sprzeciwu czy zgłoszenia skargi oznacza zgodę. Każdy ma możliwość wyrażenia swojego zdania publicznie. Decyzja jest najczęściej przyjmowana jednogłośnie lub jej podjęcie jest odkładane na później.

Inne sfery aktywności

Istotną przyczyną sukcesu Ruchu Bezrolnych jest taktyka opierająca się na zróżnicowanych działaniach. Większość akcji to zgodne z prawem protesty lub akty nieposłuszeństwa obywatelskiego. Możemy zaliczyć do nich, poza opisanymi już zajęciami nieużytków, marsze (w tym nawet dwumiesięczne), mające długą tradycję w regionie Ameryki Łacińskiej, oraz blokady autostrad w proteście przeciwko konkretnym wydarzeniom (np. usunięciu rodzin z terenów zajmowanych przez ruch). W 2005 r. MST zorganizował 170-kilometrowy marsz do stolicy, w którym wzięło udział 12 tysięcy ludzi, zapewnił im jedzenie, opiekę medyczną, namioty, komunikację i koordynację, co zostało uznane za wydarzenie bez precedensu. Pozostałe działania to m.in. zajęcia budynków publicznych, niszczenie upraw, wysyłanie e-maili i listów, głodówki, publikacje manifestów, demonstracje.

Ważne miejsce zajmują działania związane z ekologią. W 1997 r. ruch utworzył BioNatur, pierwszą kooperatywę zajmującą się nasionami organicznymi oraz przejmowaniem kontroli nad nasionami od korporacji międzynarodowych. Dziesięć lat później była ona największym producentem organicznym w Ameryce Łacińskiej, z ponad stoma odmianami roślin.

Ochrona środowiska zajmuje ważne miejsce w działalności ruchu. Promuje on uprawy na małą skalę, polegające na zabiegach przyjaznych środowisku, jak międzyplony i płodozmian. Niekiedy posuwa się nawet do niszczenia upraw oraz okupacji plantacji należących do koncernów, które nie spełniają norm środowiskowych, jak Sygenta AG czy Monsanto. Podejście agroekologiczne kwestionuje neoliberalny model rolnictwa i społeczeństwa. Chce przywrócić uznanie nieformalnej, tradycyjnej wiedzy mieszkańców wsi. Pojmuje przyrodę nie jako coś, co trzeba ujarzmić i wykorzystać, ale jako źródło życia, część człowieka. Ma to korzenie w indiańskości i afrykańskości, dwóch najważniejszych (obok europejskiego) filarów kultury brazylijskiej. Ruch Bezrolnych sprzeciwia się stosowaniu nasion transgenicznych oraz dominacji monokultur uprawnych (eukaliptusa, trzciny cukrowej i soi), które niszczą ekosystem i prowadzą do zmniejszania zatrudnienia. Wspiera natomiast producentów żywności ekologicznej, programy zalesiana terenów oraz ekologiczne pozyskiwanie energii na terenach wiejskich. Jak powiedział jeden z liderów: Dla nas osada jest odrodzeniem życia ludzkiego i natury. Dlatego też najważniejsze to zdefiniować politykę gospodarczą, społeczną i rozwojową, chronić środowisko, […] odnowić zniszczone tereny, nie wzniecać pożarów, zbierać śmieci, unikać trucizn i nawozów chemicznych, sadzić różne rodzaje owoców i kwiatów, chronić ptaki i dzikie zwierzęta. Działania ekologiczne odnoszą się nie tylko do samych upraw. Często wraz z lokalnymi wspólnotami, organizacjami kościelnymi i pozarządowymi ruch protestuje w sprawie niektórych projektów szkodliwych dla środowiska naturalnego, takich jak budowanie tam i zmiana biegu rzek.

Efekty działalności

Działalność ruchu przynosi wiele zmian na poziomie prawnym, politycznym, społecznym, gospodarczym. Przekształca nieproduktywne lub nieużywane obszary rolne w utrzymujące się samodzielnie gospodarstwa. MST pomaga w efektywnym wykorzystywaniu kredytów, w modernizacji, oferuje pomoc techniczną i w zakresie strategii marketingowych. Dzięki niemu zmniejsza się bezrobocie, maleją obszary biedy, poprawia się jakość życia ludności. Ruch jest swego rodzaju mediatorem między osadnikami a państwem, jednocześnie zachowując autonomiczną strukturę, niezależność i zdolność do mobilizacji swoich członków i zwolenników.

Dzięki Ruchowi Bezrolnych tymczasowi, najemni robotnicy rolni, wykluczeni z życia politycznego, stają się podmiotem. Walka o ziemię może być widziana w szerszym kontekście jako przywrócenie praw politycznych, społecznych i ekonomicznych, których bezrolni są praktycznie pozbawieni. Jednocześnie nie robi tego za nich, a jedynie oferuje pomoc w budowie wspólnot. Akcje MST były szokiem, uzmysłowiły społeczeństwu, jak nagląca jest potrzeba poprawy życia bezrolnych chłopów, zmieniły status quo i przeniosły problem reformy rolnej na wyższy poziom refleksji politycznej.

Obecnie dużo mówi się o kryzysie ruchu. Ponieważ zajmuje się on wieloma problemami, niektórzy obserwatorzy uznają, że spycha podstawowy z nich na dalszy plan. Rolnicy mieliby być w pewnym sensie ofiarą postawy antyglobalistycznej. Prawdą jest, że przez 30 lat MST nie był w stanie wymóc realizacji ogólnokrajowej reformy rolnej, choć jego metoda „małych kroków” przyniosła imponujące wyniki.

Przeciwnicy często tworzą fałszywy obraz, w którym ruch rolników prezentuje zacofaną gospodarkę wiejską, i przeciwstawiają mu nowoczesne rolnictwo, oparte na chemii i biotechnologii. Tymczasem różnice tkwią zupełnie gdzie indziej. Neoliberalizm promuje interesy elity właścicieli wielkich majątków (często korporacji), mających dostęp do bazy środków chemicznych i powiązanych z handlem zagranicznym (większość produkcji wysyłana jest na eksport). MST stosuje inne podejście: wspiera interesy drobnych właścicieli połączonych w kooperatywy, którzy produkują przede wszystkim na potrzeby lokalne, a sprzedają jedynie nadwyżki. Przy tym ważne są nie tylko kwestie związane z samą produkcją, ale także sprawiedliwość społeczna, równość kulturowa i tożsamość. Linia podziału przebiega między nowoczesną strategią Ruchu Rolników bez Ziemi, która bierze pod uwagę interesy producentów (zatrudnienie, warunki życia), konsumentów (zdrowie, dostęp do żywności) i przyrody, a przestarzałym podejściem „rentierskim”, dla którego liczą się tylko wielkość produkcji oraz zysk uprzywilejowanej elity.

Prospołeczne, a nie śmieciowe – ku nowoczesnemu modelowi zamówień publicznych

Państwo i jego instytucje mogą oddziaływać na społeczeństwo nie tylko poprzez bezpośrednie dostarczanie dóbr i usług czy tworzenie odpowiednich regulacji. Również to, w jaki sposób realizowane są zamówienia publiczne może rzutować na rzeczywistość. W Polsce sfera zamówień publicznych odpowiada za prawie 10% PKB, co na tle unijnych standardów nie jest wskaźnikiem zbyt wysokim (średnia UE to prawie dwa razy tyle), ale jednak na tyle pokaźnym, że taka jej wielkość może oddziaływać na poszczególne segmenty rynku, z których część jest bardzo silnie zależna właśnie od popytu ze strony instytucji publicznych. Na przykład w branży ochroniarskiej zamówienia publiczne to 40 proc. rynku, w usługach sprzątania jest to zaś aż 60 proc.1. Niestety, zazwyczaj głównym kryterium przy zamówieniach publicznych jest niska cena – dowiadujemy się z raportu NIK opublikowanego latem 2015 r.2.

Wyzysk za publiczne

Co prawda wspomnianą kontrolę NIK przeprowadzono w latach 2012–2014, a więc zanim weszła w życie nowelizacja prawa o zamówieniach publicznych, ograniczająca możliwość konkurowania wyłącznie niską ceną (oraz zawierająca kilka innych prospołecznych zapisów), ale także świeższe dane wskazują, że to kryterium ceny odgrywa wciąż zasadniczą rolę przy wyborze ofert, podmioty zaangażowane w proces zamówień publicznych stosują natomiast różne triki, by obejść istniejące prawo. Dzieje się tak na przykład w branży ochroniarskiej. Pezes zarządu Polskiej Izby Ochrony Sławomir Wagner wskazuje: Zamawiający dzielą zamówienia na części o wartości niższej niż podlegająca prawu zamówień publicznych i robią zamówienia z wolnej ręki na zasadzie zapytania ofertowego. I tu cena jest niestety ciągle jedynym kryterium3. Owa rywalizacja cenowa odbywa się często kosztem praw pracowniczych i warunków zatrudnienia osób wykonujących czynności objęte zamówieniem.

Dotyczy to szczególnie prostych usług, takich jak sprzątanie, catering czy ochrona mienia, których wydajność wykonania bywa zbliżona w różnych firmach starających się o zamówienie. Konkurują więc niską ceną, a tę osiąga się, zaniżając płace lub proponując bezpośrednim wykonawcom usług przejście na tzw. zatrudnienie niestandardowe (umowy cywilnoprawne lub samozatrudnienie). Nie podlega ono ani rygorom wynagrodzenia minimalnego, ani nie generuje tzw. pozapłacowych kosztów pracy dla zatrudniającej firmy. W ten sposób outsourcing usług przez instytucje publiczne zaczyna przypominać tzw. wyścig do dna, polegający na sukcesywnym obniżaniu standardów pracowniczych.

Dodajmy, że mówimy o branżach, w których pracę wykonują często osoby o niskiej zatrudnialności i wysokiej zastępowalności przez innych pracowników w podobnie trudnej sytuacji. Są więc podatne na śmieciowe warunki zatrudnienia, które w odniesieniu do usług wykonywanych w określonym miejscu, czasie i pod nadzorem są zwyczajnym łamaniem prawa. Istnieją więc istotne powody, żeby państwo prowadziło politykę przeciwdziałającą takim praktykom. Akceptacja dla zatrudnienia pozakodeksowego w tego typu przypadkach krzywdzi te podmioty, które starają się postępować zgodnie z prawem pracy i społecznym interesem, zatrudniając na etat. Okazuje się, że rynek usług sprzątania uległ tak daleko posuniętemu „uśmieciowieniu”, że firmy, które oferują nie umowę o dzieło, lecz umowę-zlecenie i odprowadzają od niej składki, mogą uchodzić za awangardę społecznych standardów w tej branży… Ale na dłuższą metę stają się one niekonkurencyjne, więc albo są zmuszane do redukcji zatrudnienia, albo firma zwija interes, albo obniżają standardy zatrudnienia.

Krótko mówiąc: problemem nie są pojedyncze nadużycia, lecz powstałe reguły, spod jarzma których trudno wyłamać się pojedynczym podmiotom. Aby walczyć z takimi sytuacjami potrzebne są odpowiednie bodźce ze strony poszczególnych instytucji publicznych (zarówno zamawiających, jak i kontrolnych), a także polityka publiczna na poziomie krajowym i lokalnym, próbująca kreować nieco inne reguły gry. Tu także możliwości kształtowania rynku są niepełne, bowiem outsourcing np. usług sprzątania kwitnie na dużą skalę również w sektorze prywatnych przedsiębiorstw. Szacuje się, że na takich zasadach zatrudnia ponad połowa z nich, chcąc ograniczyć koszty utrzymywania własnego personelu. Ten mechanizm „racjonalizacji kosztów” nie sprzyja dobrym warunkom zatrudnienia tych, którzy starają się o kontrakt. Zamawiająca firma prywatna nie tylko nie jest „krępowana” regulacjami prawa zamówień publicznych, ale jako podmiot napędzany zyskiem ma też zasadniczo mniejsze motywacje do przejmowania się warunkami zatrudnienia. Takie są realia, choć w zasadzie moglibyśmy oczekiwać od firm prywatnych dbałości o jakość zatrudnienia także przy korzystaniu z outsourcingu, a owa dbałość mogłaby stanowić element budowania marki biznesu odpowiedzialnego społecznie. Gdy zaś mówimy o instytucjach publicznych – także wiarygodności w oczach obywateli. Ponadto samo przedsiębiorstwo (a także zamawiająca instytucja publiczna) może czerpać pewne korzyści z dbania, by podwykonawcy świadczący usługi na jej rzecz nie łamali prawa pracy i zapewniali pracownikom bezpieczne warunki.

Pan traci, pani traci, społeczeństwo traci

Śmieciowe zasady zatrudnienia personelu prowadzą do ogromnej rotacji pracowników i znikomej społecznej kontroli nad nimi. Gdy na przykład firma wygra przetarg na sprzątanie budynków w innej instytucji lub przedsiębiorstwie, a bezpośrednio wykonujący te usługi wciąż się zmieniają, nie sprzyja to wydajności. Co i rusz załoga w zmienionym składzie musi wdrażać się do pracy, rozdzielać między sobą obowiązki, rozpoznawać teren itd. Bardzo luźny związek pracujących z pracodawcą i świadomość życia w chronicznej niepewności, bez praw, niekoniecznie sprzyjają motywacji. Do tego dochodzą jeszcze koszty ukryte i odroczone w czasie, które widoczne są z poziomu mezo (np. danej społeczności) czy makro – koszty towarzyszące śmieciowemu zatrudnieniu, takie jak m.in. zmniejszone wpływy do ZUS czy NFZ, albo mniej oczywiste, acz nie mniej poważne koszty zdrowotne czy demograficzne (związane z odraczaniem decyzji matrymonialnych i prokreacyjnych), brak stabilności i ochrony socjalnej.

Gdy mówimy o zamówieniach publicznych, w których biorą udział instytucje państwowe danego typu, dochodzą jeszcze zagrożenia właściwe instytucji określonego rodzaju. Weźmy choćby przypadek sądów. W ostatnim czasie trwa spór pomiędzy Ministerstwem Sprawiedliwości, które oczekuje redukcji etatów w sądownictwie, a Związkiem Zawodowym Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości. Resort wyraził zaniepokojenie i oczekiwał zwolnień oraz zlecania usług firmom zewnętrznym. Jak twierdzi Iwona Nałęcz-Idzikowska, przewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości, Zlecenie takich usług przez sądy na zasadzie outsourcingu to pomyłka. W sądzie przecież przechowywane są dokumenty z danymi wrażliwymi, a wśród nich akta spraw czy też archiwa. Firmy sprzątające robią to po godzinach pracy, kiedy w budynkach nie ma już właściwie nikogo. A taki np. portier ma klucze do wszystkich pomieszczeń. Tymczasem osoby zatrudniane przez zewnętrzne firmy – w przeciwieństwie do pracowników etatowych – nie muszą posiadać zaświadczenia o niekaralności4. Gdy dochodzi do outsourcingu, a w jego ramach do pozaetatowego zatrudnienia osób wykonujących zlecane czynności, niewielka jest publiczna kontrola nad przestrzenią, której są zobowiązane pilnować lub sprzątać państwowe instytucje. W tym przypadku chodzi więc nie tylko o bezpieczeństwo zatrudnienia, ale także o bezpieczeństwo danych obywateli.

Innym przykładem na to, jak outsourcing prostych usług może odbić się na sytuacji użytkowników danej instytucji, jest zastępowanie tradycyjnych szkolnych stołówek zewnętrznym cateringiem. Zjawisku temu, występującemu w ostatnich latach na dużą skalę w wielu polskich miastach, towarzyszyły utrata pracy przez szkolne kucharki oraz brak kontroli nad warunkami zatrudnienia i pracy tych, którzy przygotowują i dostarczają posiłki w ramach cateringu. W wielu przypadkach prawa pracownicze bywają zagrożone, jako że do skorzystania z cateringu skłania placówki głównie chęć redukcji kosztów, która to motywacja może także zachęcić do wyboru najtańszego oferenta, a więc zazwyczaj oszczędzającego albo na jakości i wartości odżywczej dostarczanych produktów, albo na zatrudnianiu i wynagradzaniu pracowników. Ponadto owa redukcja kosztów często odbywa się kosztem uczniów, co dotkliwie odczuwają zwłaszcza ci ubożsi. Gdy w szkole prowadzona jest stołówka, rodzice ucznia płacą tylko za tzw. wsad do kotła, zaś szkoła opłaca koszty przygotowania posiłku i wynagrodzenia kucharek. Gdy placówka przechodzi na catering, rodzice opłacają cały koszt posiłku. Stąd np. w Warszawie, gdzie sprywatyzowano w ostatnich latach wiele szkolnych stołówek, rodzice z własnej kieszeni muszą wyłożyć więcej. Wielu na to nie stać, dla wielu zaś jest to dotkliwy dodatkowy wydatek.

Jeśli zaś mowa o racjonalizacji wydatków (które często bywają właśnie niezbyt racjonalne), można jeszcze dodać koszty transakcyjne, związane z zawieraniem umów i wynagradzaniem pośredników. Te przykłady pokazują, że outsourcing stosowany przez instytucje publiczne, którego popularność rozkwitła na fali entuzjazmu wobec rynkowych rozwiązań także w sektorze państwowym, wcale nie jest najbardziej racjonalnym rozwiązaniem, a ponadto może nieść zagrożenia społeczne.

Sam outsourcing nadal pozostanie praktyką obecną wśród instytucji publicznych różnych szczebli i rodzajów, ale należy przemyśleć – z uwzględnieniem aspektów społecznych – jego skalę, a także walczyć o to, by minimalizować towarzyszące mu zagrożenia.

Jak robić to lepiej?

W polskim ustawodawstwie określono sposoby przeciwdziałania łamaniu praw pracowniczych przy zamówieniach publicznych. Co więcej, można tę sferę wykorzystać do osiągania innych celów społecznych, takich jak aktywizacja osób o gorszej pozycji na rynku pracy, integracja zawodowa osób z niepełnosprawnością czy promocja gospodarki społecznej. W Unii Europejskiej od dłuższego czasu zwraca się uwagę na to, że zamówienia publiczne mogą służyć, obok bezpośredniej funkcji zlecania określonych dóbr i usług, realizowaniu także innych celów społecznych czy ekonomicznych. Takie myślenie znalazło wyraz w reformie wspólnotowego prawa zamówień publicznych, a konkretnie w dyrektywie z 2014 r. Polskę czeka jeszcze dostosowanie się do tych przepisów, które będzie wymagało kolejnej nowelizacji prawa. Biorąc pod uwagę potencjał tej sfery w oddziaływaniu na sprawy społeczne, a także znając ograniczenia dotychczasowego prawa i jego stosowania, warto przyglądać się przygotowaniom do przyjęcia nowych regulacji i walczyć o ich optymalny kształt. Trzeba jednak już teraz nadmienić, że obecnie istniejące prawo daje podstawy realizacji niektórych celów społecznych i ekologicznych oraz ochronę praw pracowników, natomiast z narzędzi tych korzysta się w mocno niewystarczającym stopniu. Można więc powiedzieć, że zasadniczy problem nie jest natury prawnej, lecz społecznej i poniekąd politycznej.

Polskie prawo dostarcza narzędzi, które cywilizowałyby ów rynek, przynajmniej w zakresie zamówień publicznych. Istniejące instrumenty mają jednak w ogromnej mierze charakter fakultatywny, co oznacza, że instytucje dokonujące zamówień mają możliwość, lecz nie obowiązek korzystania z nich. Dlatego tak ważne są społeczne i instytucjonalne zachęty do ich używania, uświadamiające płynące z tego korzyści i dostarczające wskazówek oraz dobrych przykładów. Gdy obserwujemy kierunek zmian prawnych, widać, że ustawodawstwo zdradza coraz większą świadomość problemu, a także myślenie o zamówieniach publicznych w kategoriach prospołecznego potencjału, a nie tylko perspektywy redukcji kosztów.

W 2009 r. wprowadzono do polskiego prawa zamówień publicznych klauzule społeczne: tzw. zastrzeżoną, propracowniczą i zatrudnieniową. Pierwsza z nich oznacza ograniczenie postępowania do podmiotów, które zatrudniają co najmniej w 50% osoby z niepełnosprawnością. Druga zawiera trzy elementy, o których mówi art. 29 ust. 4. Zgodnie z nim zamawiający może określić w opisie przedmiotu zamówienia wymagania związane z jego realizacją, a dotyczące:

1. zatrudnienia osób:

a) bezrobotnych lub młodocianych w celu przygotowania zawodowego, o których mowa w przepisach o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy;

b) niepełnosprawnych, o których mowa w przepisach o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnieniu osób niepełnosprawnych;

c) innych niż określone powyżej, a o których mowa w przepisach o zatrudnieniu socjalnym lub we właściwych przepisach państw członkowskich Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego;

2. utworzenia funduszu szkoleniowego, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, w którym wpłaty pracodawców stanowić będą co najmniej czterokrotność najniższej wpłaty określonej w tych przepisach5;

3. zwiększenia wpłat pracodawców na rzecz funduszu szkoleniowego, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, do wysokości określonej w punkcie 2.

Owe klauzule możemy rozpatrywać nie tylko w kategoriach bardziej odpowiedzialnych zamówień publicznych, ale także jako narzędzia aktywnej polityki społecznej oraz inkluzywnego rynku pracy i rozwoju gospodarki społecznej. Zasady wyznaczone przez wspomniane klauzule zwiększają szanse podmiotów gospodarki społecznej (np. spółdzielni socjalnych) przy staraniu się o zamówienie publiczne, wiele z nich zatrudnia bowiem u siebie osoby ze wspomnianych grup.

Po 6 latach funkcjonowania tych przepisów doczekaliśmy się opracowań i analiz na temat stosowania klauzul oraz diagnoz na temat barier w ich upowszechnianiu. Niektóre instytucje stosują już dobre praktyki, a nawet wykorzystują je szeroko w polityce lokalnej. Jednak ogólny obraz jest dość ponury. Wspomniane klauzule społeczne są stosowane w śladowej liczbie postępowań.

Pod tym względem bardzo wiele – przynajmniej w kwestiach prawnych – przyniosły późniejsze zmiany z 2014 r. Miała wówczas miejsce kolejna nowelizacja prawa zamówień publicznych, wprowadzająca przepisy, które bezpośrednio lub pośrednio ograniczają możliwości naruszania standardów pracowniczych. Chodzi o trzy nowe instrumenty:

a) wprowadzenie klauzuli pracowniczej (dotyczącej zatrudnienia na umowy o pracę);

b) ograniczenia konkurowania wyłącznie ceną;

c) możliwość wykluczenia z postępowania wykonawców oferujących rażąco niską cenę.

Ochronić pracę

Wraz z nowelizacją z 2014 r. wprowadzono tzw. klauzulę pracowniczą, dodając do art. 29 punkt 4, mówiący, że zamawiający ma prawo określić w opisie przedmiotu zamówienia wymagania związane z realizacją zamówienia dotyczące zatrudnienia na postawie umowy o pracę przez wykonawcę lub podwykonawcę osób wykonujących czynności w trakcie realizacji zamówienia na roboty budowlane lub usługi, jeżeli jest to uzasadnione przedmiotem lub charakterem tych czynności.

Na ile ta możliwość jest wykorzystywana? Jak wynika z raportu Fundacji CSR na temat stosowania klauzul społecznych (obok klauzuli zatrudnieniowej uwzględniono także dwie pozostałe związane z zatrudnieniem niepełnosprawnych i innych grup defaworyzowanych), w badanych instytucjach publicznych stosowanie klauzuli zatrudnienia na umowę o pracę jest marginalne. Ilustruje to poniższa tabela.

Rodzaj klauzuli

Udział we wszystkich skontrolowanych postępowaniach

Brak klauzuli

90,76

Zatrudnienie na podstawie umowy o pracę – art. 29 ust. 4 p. 4 PZP

1,06%

Wymóg zatrudnienia określonej grupy społecznej – art. 29 ust. 4 p. 1 PZP

0,61%

Zamówienia zastrzeżone – art. 22, p. 2 PZP

0,15%

Inne zamówienia społecznie odpowiedzialne

7,26%

Źródło: Stosowanie zrównoważonych zamówień publicznych w Polsce. Raport z I etapu monitoringu. Raport Fundacji CentrumCSR.pl, 2015, s. 18.

Wymóg zatrudnienia na podstawie umowy o pracę zastosowano w zaledwie 7 postępowaniach. Instytucje, które to uczyniły, to Ministerstwo Środowiska, Kancelaria Prezydenta RP, Urząd Pracy Miasta Stołecznego Warszawy, Urząd Dzielnicy Śródmieście, Lasy Miejskie – Warszawa, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego oraz Politechnika Śląska.

Ciekawy jest też rozkład częstotliwości stosowania klauzul w badanych instytucjach ze względu na rodzaje zamawianych usług. Najczęściej stosowała je branża ochroniarska.

Rodzaj usług

Udział tych, w których zastosowano klauzule społeczne

Usługi ochroniarskie

22,33%

Transport

5,7%

Utrzymanie czystości

3,3%

Roboty budowlane

0,2%

Opieka nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi

0%

Pielęgnacja zieleni

0%

Usługi cateringowe

0%

Inne

0%

Źródło: Stosowanie zrównoważonych zamówień publicznych w Polsce. Raport z I etapu monitoringu. Raport Fundacji CentrumCSR.pl, 2015, s. 19.

Dużą rolę mają tu do odegrania związki zawodowe. Gdy wyszło na jaw na przykład to, że w przetargu na utrzymanie zieleni na terenie Kancelarii Sejmu jedynym kryterium była najniższa cena, NSZZ „Solidarność” wystosowała pismo krytykujące brak wymogów zatrudniania na umowę o pracę przez wykonawcę. Sprawę tę poznała również opinia publiczna. Podobne interwencje możliwe są także na poziomie lokalnym. Rada OPZZ w Piotrkowie Trybunalskim wystosowała pismo do Prezydenta Miasta, w którym zachęca, by miasto i jednostki mu podległe uwzględniały w specyfikacji warunków zamówienia dodatkowe punkty dla wykonawców zatrudniających na umowę o pracę.

Wydaje się, że związki zawodowe, zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym czy branżowym, powinny zabiegać o przestrzeganie standardów pracowniczych przy zamówieniach poprzez monitoring, nagłaśnianie dobrych praktyk, zalecenia kierowane do instytucji zgłaszających przetargi, a także szkoląc swoich członków i w miarę możliwości inne osoby na temat efektywnego stosowania pracowniczych klauzul i korzyści z ich wykorzystania. Mamy coraz większą wiedzę na ten temat – między innymi za sprawą działań i podręczników sporządzanych przez Urząd Zamówień Publicznych czy organizacje takie, jak Instytut Spraw Publicznych bądź cytowana Fundacja CSR. Związki mogą odegrać rolę w popularyzowaniu tej wiedzy, zwłaszcza że mają w tym swój statutowy interes – lepszą ochronę ludzi pracy.

Mowa jednak o szerzej rozumianym interesie publicznym, wobec czego obowiązku trzymania ręki na pulsie nie można scedować wyłącznie na związki zawodowe. Ważne jest, by interesariusze i przedstawiciele danej instytucji mieli tego świadomość i byli gotowi stanąć w obronie osób, w które bezpośrednio uderza aspołeczny model outsourcingu. Pozytywny precedens tego typu obserwowaliśmy kilka lat temu, gdy pracownicy akademiccy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zaprotestowali przeciwko łamaniu praw kobiet zatrudnionych przez zewnętrzną firmę do sprzątania uczelni. Firma nie tylko nie oferowała umowy o pracę, ale i miesiącami zalegała z zapłatą groszowych stawek. Ta bulwersująca sprawa była przede wszystkim przedmiotem protestu samych sprzątaczek i wspierającego je związku Inicjatywa Pracownicza, ale zapewne publiczne wsparcie akademików dodatkowo przyczyniło się do nagłośnienia problemu. Nie był to jednak pojedynczy incydent. Jak wynika ze wspomnianego raportu Fundacji CSR, autorzy negatywnie ocenili Uniwersytet Warszawski (gdzie w badanym okresie na 10 zamówień na sprzątanie ani razu nie skorzystano z którejkolwiek z klauzul społecznych), a także… Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, mimo że to tam miał miejsce głośny przypadek wyzysku.

W ostatnim czasie sprawę porusza prężnie działające środowisko walczące o zmianę świata nauki i uchronienie go przed degradacją, działające pod szyldem Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Cieszy fakt, że w orbicie zainteresowań członków inicjatywy i ten temat znalazł ważne miejsce. Uczelnie nie powinny swą myślą całkowicie odrywać się od materialnej bazy i więzi z tymi, którzy nie pracują naukowo, a wykonują inne ważne funkcje. W dobie atrofii solidarności między różnymi grupami zawodowymi i tymi o odmiennym statusie ekonomiczno-społecznym takie przykłady myślenia solidarystycznego są na wagę złota.

Obok oddolnej, społecznej kontroli ważne są też działania i dobre przykłady płynące z góry. Nie zawsze instytucje centralne o tym pamiętają. We wspomnianym badaniu okazało się, że Kancelaria Sejmu nie zastosowała klauzul w ani jednym postępowaniu w zakresie ochrony mienia. Jednak mimo wszystko w porównaniu z innymi instytucjami objętymi badaniem to właśnie w urzędach centralnych istnieje większe zrozumienie dla tych zagadnień. Prym wiedzie zwłaszcza Ministerstwo Pracy i do pewnego stopnia także Kancelaria Prezydenta.

Podczas prezydentury poprzedniej kadencji Kancelaria Prezydenta RP w postępowaniu nr 20/2014 urządziła przetarg na świadczenie usług ochrony fizycznej osób i mienia oraz monitorowanie sygnałów alarmu, włamania i napadu z lokalnego systemu alarmowego w obiektach przez nią zarządzanych. W kryteriach oceny ofert uwzględniono liczbę osób zatrudnionych na umowę o pracę przewidzianą do świadczenia usług ochrony na rzecz zamawiającego. Innym razem w Kancelarii Prezydenta RP zastosowano klauzulę zastrzeżoną do podmiotów zatrudniających przynajmniej w 50% osoby niepełnosprawne. Miejmy nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z kontynuacją tej polityki.

Jednak liderem jeśli chodzi o stosowanie klauzuli pracowniczej przy zamówieniach publicznych wśród administracji rządowej pozostaje – co poniekąd zrozumiałe – resort pracy i polityki społecznej. Ostatnie lata i miesiące przyniosły godną odnotowania aktywność na tym polu. Już jakiś czas temu ministerstwo informowało, że stosuje u siebie wymóg zatrudnienia na umowę o pracę zarówno przy zamówieniach usług ochrony, jak i sprzątania. W czerwcu 2015 r. resort zorganizował konferencję, podczas której Minister Pracy i Polityki Społecznej, Szefowa Służby Cywilnej i szef KPRM wskazywali na rolę owej klauzuli w walce ze śmieciowym zatrudnieniem oraz apelowali do podległych jednostek i samorządów o korzystanie z takich narzędzi.

Docelowo jednak należy walczyć o to, by wymóg przestrzegania standardów pracowniczych w zamówieniach publicznych nie był przedmiotem dumy dla pojedynczych instytucji, które go stosują, lecz zasadą działania nie tylko Ministerstwa, ale i wielu innych organów administracji rządowej oraz instytucji niższych szczebli.

Niska cena to za mało

Drugim novum jest wprowadzenie w 2014 r. ograniczenia możliwości konkurowania wyłącznie ceną przez starających się o uzyskanie zlecenia. Zgodnie ze znowelizowanym art. 91 ustawy kryterium ceny może być zastosowane jako jedyne kryterium oceny ofert, jeżeli przedmiot zamówienia jest powszechnie dostępny oraz ma ustalone standardy jakościowe.

Główny problem z wdrażaniem i stosowaniem owych przepisów związany jest z tym, że brakuje precyzyjnego wskazania, jakie aspekty społeczne mogą być brane pod uwagę jako pozacenowe kryteria oceny ofert. W swej ekspertyzie D. Sześciło, M. Szwed i M. Szwast w obliczu braku precyzyjnych wskazań prawnych sugerują uwzględnienie następujących kryteriów6:

  • zatrudnienie przez wykonawcę do realizacji przedmiotowego zamówienia osób niepełnosprawnych czy bezrobotnych, o ile taki wymóg nie został sformułowany w warunkach realizacji zamówienia poprzez zastosowanie jednej z klauzul społecznych z art. 22 ust. 2 lub art. 29 ust. 4 Prawa Zamówień Publicznych;
  • wskazanie w oparciu o dowody, w jaki sposób zaproponowana przez danego wykonawcę metoda realizacji zamówienia może się przyczynić do rozwiązania określonych problemów społecznych w danym obszarze;
  • angażowanie przez wykonawcę do realizacji zamówienia partnerów społecznych, np. organizacji pozarządowych czy związków zawodowych, choćby poprzez formułę regularnych konsultacji przy realizacji zamówienia;
  • promowanie przez wykonawcę w ramach realizacji zamówienia wysokich standardów ochrony praw pracowniczych, np. poprzez zapewnienie, że osoby realizujące bezpośrednio zamówienie będą zatrudnione na podstawie umowy o pracę oraz będą otrzymywały wynagrodzenie adekwatne do zakresu ich zadań i obowiązków.

Wspomniana nowelizacja wprowadziła także jeszcze jeden instrument – możliwość wykluczenia z postępowania podmiotów, które zaproponują rażąco niską cenę. Art. 90 ust.1 Prawa Zamówień Publicznych mówi: Jeżeli cena oferty wydaje się rażąco niska w stosunku do przedmiotu zamówienia i budzi wątpliwości zamawiającego co do możliwości wykonania przedmiotu zamówienia zgodnie z wymaganiami określonymi przez zamawiającego lub wynikającego z odrębnych przepisów, w szczególności jest niższa o 30% od wartości zamówienia lub średniej arytmetycznej cen wszystkich ofert, zamawiający zwraca się o udzielenie wyjaśnień, w tym złożenie dowodów, dotyczących elementów oferty mających wpływ na wysokość ceny, w szczególności w zakresie:

1. oszczędności metody wykonania zamówienia, wybranych rozwiązań technicznych, wyjątkowo sprzyjających warunków wykonywania zamówienia dostępnych dla wykonawcy, oryginalności projektu wykonawcy, kosztów pracy, których wartość przyjęta do ustalenia ceny nie może być niższa od minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonego na podstawie art. 2 ust. 3–5 ustawy z dnia 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę.

2. pomocy publicznej udzielonej na podstawie odrębnych przepisów.

Ten zapis, choć co do kierunku słuszny, ma jednak dwa ograniczenia.

Po pierwsze, wspomniany przepis mówi o tym, że cena składanej oferty musi być niższa o co najmniej 30%. Prawo nie daje podstaw, by podobne sankcje zastosować wobec wykonawców proponujących cenę o 20, 25 czy nawet 29% niższą od wartości zamówienia lub średniej arytmetycznej cen wszystkich ofert.

Po drugie, wspomniany przepis nie odnosi się do tego, jaka jest prawna podstawa zatrudnienia osób wykonujących czynności objęte zamówieniem, a jedynie do samej wysokości ich wynagrodzenia. Mówiąc w skrócie, ważne jest, że pracownik otrzymuje wynagrodzenie w wysokości płacy minimalnej, a nie to, czy zatrudnia się go na umowę o pracę. Z punktu widzenia praw pracowniczych instrument ten nie stanowi wystarczającej ochrony. Gdy pracuje się w oparciu o umowę cywilnoprawną w ramach danego uposażenia (nominalnie mogącego spełniać standardy płacy minimalnej), wkład czasowy może przekraczać kodeksowe 40 godzin, ale trudno to zweryfikować i dochodzić swoich praw. Niejednokrotnie może się okazać, że wynagrodzenie w danym przypadku będzie w przeliczeniu na godzinę pracy niższe, niż wynikałoby to z etatu. Pojawia się więc pole do nadużyć. Umowy cywilnoprawne są mniej korzystne od umowy o pracę nie tylko z uwagi na wysokość wynagrodzenia, ale przede wszystkim ze względu na brak (w przypadku umów o dzieło) i ograniczony zakres (w przypadku umów zlecenia) uprawnień socjalnych i pracowniczych należnych pracującym na etacie.

Wydaje się, że w tych okolicznościach uprawniona jest opinia cytowanych ekspertów prawnych: Przepis w uchwalonym nowelą sierpniową kształcie nie spełnia oczekiwań, które wobec niego formułowali projektodawcy. Kierunek wprowadzonych zmian jest oczywiście trafny, ale szanse na to, że mechanizm wykluczenia wykonawców przełoży się na istotną poprawę sytuacji pracowników są niewielkie. Za sceptycznym stanowiskiem w tej kwestii przemawia zwłaszcza nieprecyzyjna i minimalistyczna konstrukcja prawna7.

Inne narzędzia kontroli

Inną przesłankę wykluczenia z postępowania zawiera art. 24.1. W punktach 3–8 wskazuje on na możliwość wykluczenia z postępowania tych wykonawców, którzy zalegają z uiszczeniem podatków, opłat lub składek na ubezpieczenie zdrowotne oraz wykonawców, których skazano za przestępstwo przeciwko prawom osób wykonujących pracę zarobkową. Aby móc to zweryfikować, niezbędne jest określenie w specyfikacji lub zaproszeniu do składania ofert istotnych warunków zamówienia oraz możliwości zażądania stosownych oświadczeń i dokumentów. Skorzystanie z tego instrumentu wydaje się leżeć w interesie odpowiedzialnej instytucji, która zgłasza zamówienie, gdyż służy wstępnej weryfikacji wiarygodności wykonawcy, przynajmniej w realizacji standardów pracowniczych.

Skutecznej dbałości zamawiającego o przestrzeganie praw pracowniczych przez wykonawcę zleconej usługi może służyć także prowadzenie ich monitoringu już na etapie realizacji zamówienia. Aby jednak sprawować ową kontrolę, konieczne jest wskazanie tego w specyfikacji istotnych warunków zamówienia (SIWZ to dokument niezbędny do przeprowadzenia postępowania o udzielaniu zamówienia). Lektura art. 36 prawa o zamówieniach publicznych wskazuje na duży zakres swobody w zakresie określania środków kontroli, głównie w kwestii dokumentacji pracowniczej i warunków pracy w miejscu jej wykonywania. Przykłady do powielania znajdujemy w podręczniku wydanym przez Instytut Spraw Publicznych na temat klauzul społecznych. Są one następujące:

  • uprawnienie zamawiającego do kontroli dokumentacji pracowników zatrudnianych przy realizacji zamówienia przez wykonawcę, w tym do kontroli treści umów o pracę, listy płac, ewidencji czasu pracy (wraz z nadgodzinami), ewidencji urlopu;
  • uprawnienie zamawiającego do kontroli dokumentacji dotyczącej odprowadzania przez wykonawcę podatków, opłat, składek na ubezpieczenia społeczne lub zdrowotne i innych należności publicznoprawnych przez wykonawcę;
  • uprawnienie zamawiającego do kontroli warunków pracy w miejscu wykonywania zamówienia, w tym do możliwości przeprowadzania wywiadów dotyczących przestrzegania praw pracowniczych z osobami zatrudnionymi przy realizacji zamówienia8.

Zamawiający ma też możliwość nakładania sankcji na wykonawcę w sytuacji, gdy wymogi związane z zatrudnieniem nie zostały spełnione (o ile zostały określone uprzednio w dokumencie SIWZ). Sankcje te występują pod postacią kar umownych, obniżenia wynagrodzenia wykonawcy czy odstąpienia od umowy. Ponadto możliwe jest także skłonienie inspektora Państwowej Inspekcji Pracy do czynności kontrolnych. Jest to przydatny instrument, zgodnie bowiem z ustawą o PIP jej uprawnienia kontrolne są szersze niż w przypadku zamawiającego. Również sankcje mogą być wyższe. Przypomnijmy, że według kodeksu pracy podmiot korzystający z pracy osób zatrudnionych w ramach organizacyjnych typowych dla stosunku pracy (określone miejsce, czas, pod nadzorem) zobowiązany jest do zatrudnienia na umowę o pracę wraz z konsekwencjami socjalnymi i pracowniczymi, zaś uchylanie się od tego obowiązku może skutkować sankcjami, np. karą grzywny od 1000 do 30000 złotych (art. 22 i 282 Kodeksu Pracy). Jeszcze dalej idzie Kodeks Karny, w którego art. 218 czytamy, że kto, wykonując czynności w sprawach w zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracownika wynikające ze stosunku pracy lub ubezpieczenia społecznego podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

W sytuacji stwierdzenia nieprawidłowości inspektor pracy może nałożyć karę grzywny w postaci mandatu karnego lub wystąpić do sądu. Nie dotyczy to wyłącznie pracowników kodeksowych. Także wówczas, gdy osoby wykonują czynności objęte zamówieniem w oparciu o umowę cywilnoprawną w miejsce umowy o pracę, możliwe jest złożenie pozwu do sądu pracy. Niestety, praktyka ostatnich lat pokazuje, że mimo dużej liczby złożonych przez PIP wniosków do sądu pracy, wiele wyroków pozostaje niekorzystnych dla pracowników. Stanowi to asumpt do rozważenia zmian na tym polu (nie tylko w sferze zamówień publicznych), np. w kierunku postulowanego przez PIP przeniesienia ciężaru dowodowego w kwestii uzasadnienia braku umowy o pracę z zatrudnianego na zatrudniającego. Mimo to istnieje prawny instrument, do którego można się odwołać, zwłaszcza w sytuacji podejrzeń, że wykonawca łamie standardy pracownicze. Duże uprawnienia kontrolne PIP mogą pomóc dowiedzieć się, na ile uczciwie przebiega realizacja zamówienia.

Ku przyszłości

Jak widać, w procesie zamówień publicznych niejednokrotnie dochodzi do łamania praw pracowniczych, a zjawisko to w większej skali przyczynia się do „uśmieciowienia” rynku pracy lub wybranych jego segmentów. Uderza to w konkretnych ludzi i całe grupy zawodowe, ale też kłóci się z ujętymi w konstytucji oczekiwaniami wobec państwa, które powinno otoczyć odpowiednią ochroną sferę pracy i dbać o standardy zatrudnienia. Klauzule i inne działania ograniczające łamanie prawa pracy nadal nie są zbyt często wykorzystywane, mimo że ewolucja polskiego ustawodawstwa w tym zakresie idzie w kierunku coraz bardziej prospołecznym i propracowniczym. Zapewne w wyniku konieczności dostosowania się polskiego prawa do nowych dyrektyw unijnych czeka nas niebawem kolejna nowelizacja. Warto zabiegać, by prospołeczny i – od 2014 r. – propracowniczy trend legislacyjny w przetargach publicznych utrzymał się, a nawet wzmocnił. Wiele wskazuje, że obecne w prawie polskim instrumenty, które zestawia poniższa tabela, nie są wystarczająco mocne i skuteczne.

Narzędzie

Podstawa prawna

Klauzule społeczne

Klauzula zastrzeżona

Art. 22 ust. 2 PZP

Klauzula zatrudnieniowa

Art. 29 ust. 4 PZP

Na etapie udzielania

Uwzględnienie kryteriów społecznych przy wyborze oferty

Art. 91 PZP

Wykluczenie wykonawcy oferującego rażąco niską cenę

Art. 90 ust. 1 PZP

Wykluczenie wykonawcy, który dopuścił się naruszenia praw pracowniczych

Art. 24.1 PZP

Możliwości kontrolne po udzieleniu zamówienia

Możliwość określenia w istotnych warunkach specyfikacji zamówienia prawa do kontroli przez zamawiającego standardów zatrudnienia

Art. 36 PZP

Skierowanie kontroli PIP

Ustawa o Państwowej

Inspekcji Pracy

Źródło: Opracowanie własne.

Główny problem zdaje się leżeć jednak nie tyle w prawie (a przynajmniej nie w samym prawie zamówień publicznych), ile w jego stosowaniu oraz w instytucjonalnym i mentalnym podłożu. Brakuje wciąż świadomości, umiejętności i nawyków dbania o standardy pracownicze i socjalne ze strony zamawiających, a logika szukania krótkookresowych oszczędności sprzyja premiowaniu podmiotów, które nieraz bywają na bakier z prawem pracy. Dlatego ważne jest działanie różnymi metodami i na różnych poziomach, by te standardy lepiej chronić. Potrzebna jest presja zarówno opinii publicznej, także lokalnej, organizacji społecznych oraz związków zawodowych, jak i instytucji publicznych, kreujących politykę państwa i samorządu. Chodzi o dostarczanie bodźców w postaci zachęt i sankcji, ale także wiedzy i praktycznych wskazówek, jak uczynić zamówienia publiczne bardziej odpowiedzialnymi społecznie.

W dalszej perspektywie celem powinno być nie tylko ograniczenie łamania praw pracowników zaangażowanych do realizacji zamówienia oraz przeciwdziałanie obniżaniu standardów pracowniczych w pewnych branżach (na co narażone są zwłaszcza sektory zależne od zamówień publicznych, jak ochroniarstwo czy usługi sprzątające). Powinniśmy widzieć go – zgodnie z trendami obecnymi w agendzie europejskiej – bardziej ambitnie. Zamówienia publiczne mają być jednym z narzędzi realizowania ważnych celów społecznych: aktywizacji zawodowej osób zagrożonych marginalizacją, integracji i włączenia osób z niepełnosprawnością czy wzmacniania podmiotów gospodarki społecznej.

Przypisy:

  1. T. Joniewicz, Wszyscy tracimy na braku zrównoważonych zamówień publicznych, czyli dlaczego organizacje pozarządowe powinny się nimi interesować, http://www.centrumcsr.pl/wszyscy-tracimy-na-braku-zrownowazonych-zamowien-publicznych-czyli-dlaczego-organizacje-pozarzadowe-powinny-sie-nimi-interesowac
  2. https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-realizacji-zamowien-publicznych.htm
  3. http://www.wnp.pl/artykuly/,250774.html
  4. M. Kryszkiewicz, Resort: pracowników w sądach jest za dużo, „Dziennik Gazeta Prawna”, 10–12 lipca 2015 r.
  5. Wraz z nowelizacją ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy z 2014 roku, mocą której zlikwidowano instytucję funduszu szkoleniowego, ów zapis stał się bezprzedmiotowy.
  6. D. Sześciło, M. Szwast, M. Szwed, Jakie są alternatywy dla kontraktowania na podstawie kryterium najniższej ceny? (w druku), ss. 5–6.
  7. Tamże, s. 10.
  8. Por. T. Schimanek, B. Surdykowska, Podręcznik stosowania klauzul społecznych w zamówieniach publicznych, Instytut Spraw Publicznych, maj 2014, ss. 47–48 oraz 68–69.

Nie ma, że boli…

Polska służba zdrowia, skoncentrowana na próbach leczenia chorych, zaniedbuje uśmierzanie ich cierpień. Bez pilnych zmian systemowych, ale i mozolnej pracy nad świadomością decydentów, lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, kolejne tysiące rodaków będą męczyć się z bólem, którego można uniknąć.

Ból towarzyszący chorobie nowotworowej dotyka 200 tys. osób rocznie, zaś łącznie aż co trzeci Polak doświadcza bólów przewlekłych lub wymagających systematycznego leczenia. Pod względem zapotrzebowania na leczenie przeciwbólowe znajdujemy się w czołówce Europy, a mimo to wielu lekarzy ma o nim nikłe pojęcie. Pragnąca zachować anonimowość szefowa poradni leczenia bólu przewlekłego przy jednym ze szpitali klinicznych podaje przykład cukrzyków chorujących równolegle na neuropatię cukrzycową, która często pozostaje nieleczona. Taki pacjent cierpi bóle, które powodują rozchwianie całego organizmu, a lekarz dziwi się, że nie może mu uregulować cukrzycy. Dr P. przekonuje, że grzechem naszej medycyny jest niedoszacowanie wpływu bólu na jakość życia, ale i umieralność. – Pacjent, który przewlekle cierpi, ma znacznie zmniejszoną odporność, często jest wręcz wrakiem człowieka. Tylko że nikt nie powie, że zmarł z powodu bólu kręgosłupa, ale że nie poradził sobie z zapaleniem płuc.

Ortopedzi, neurolodzy czy chirurdzy często mówią pacjentom, że „nie ma prawa” ich boleć, albo że nie mogą podać leku ze względu na skutki uboczne. – Tymczasem bardziej szkodzi niekontrolowany ból niż prawidłowo dobrany środek przeciwbólowy – irytuje się lekarka. Od dziesięcioleci codziennie słyszy od chorych identyczne historie, będące dowodem na niedouczenie lekarzy rodzinnych oraz specjalistów. – „Lekarz powiedział, że nie może mi wypisać takiej recepty”, „przekonywał, że w tej chorobie musi boleć”, „stwierdził, że skoro domagam się leków, to widocznie jestem od nich uzależniony” – wylicza. Podkreśla, że leczenie bólu przewlekłego powinien zacząć lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, zaś eksperci od jego uśmierzania służyć wyłącznie tym, u których nie przyniosło ono zadowalających efektów. Tymczasem lekarze pierwszego kontaktu nie dość, że ze strachu lub braku niezbędnej wiedzy odmawiają przepisywania odpowiednich środków, to na dodatek nie kierują cierpiących do specjalistycznych poradni – i nie ponoszą za to wszystko żadnych konsekwencji.

Powszechna ignorancja lekarzy w kwestiach związanych z rozpoznawaniem i łagodzeniem bólu ma ważne źródło w ich niedostatecznej obecności w programach kształcenia. Zainteresowani mogą uzupełnić kompetencje w ramach działającej w Krakowie szkoły leczenia bólu, warsztatów metod zabiegowych, organizowanych przez naszych lekarzy po powrocie ze stażu w Anglii, oraz licznych wykładów i sympozjów, przeważnie sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne i ukierunkowanych na promocję leków. – Wszystkie te działania są jednak niespójne, w większości „dorywcze”, a jako całość – dalece niewystarczające w stosunku do potrzeb – ocenia dr n. med. Jerzy Jarosz, twórca Oddziału Badania Bólu i Terapii Paliatywnej w warszawskim Centrum Onkologii oraz współzałożyciel Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.

Zdaniem dr P. deficyt odpowiednio wyedukowanych medyków będzie się pogłębiał. – Nowe programy autonomiczne uczelni nie uwzględniają przedmiotu o nazwie medycyna paliatywna, w związku z czym będziemy produkować absolwentów lekceważących cierpienia pacjentów. Gratuluję… – nie kryje rozgoryczenia. Zwraca uwagę, że wraz ze średnią długością życia będzie rosnąć liczba osób wymagających leczenia przeciwbólowego. Dodajmy do tego postęp medycyny inwazyjnej. Dzięki niemu kolejne osoby zyskują szansę na wyzdrowienie, ale jednocześnie każda operacja uszkadza układ nerwowy.

Dr Marek Balicki, menedżer ochrony zdrowia i społecznik, przekonuje, że problem bólu bagatelizuje nie tylko wielu lekarzy, przekazujących złe wzorce młodszym kolegom, ale także decydenci. Koronnym dowodem jest dla niego sprawa medycznej marihuany, której legalizacja pozwoliłaby ulżyć w cierpieniach wielu nieuleczalnie chorych. Ustawodawca nie kwapi się jednak do stosownej korekty prawa. – Władza publiczna kieruje się cynicznym interesem politycznym, zarządzając narkofobicznym lękiem, albo opiera swoje działania na mitach. Tak czy inaczej, nadal niedopuszczony do stosowania jest środek wyjątkowo skuteczny i tani, a do tego bardzo bezpieczny: nie wchodzi w interakcje z innymi lekami oraz nie da się go przedawkować, w przeciwieństwie do morfiny. Politycy wcale się tym nie przejmują – oskarża były minister zdrowia, posiadający specjalizację z zakresu anestezjologii.

Głusi na głosy ekspertów medycyny bólu pozostają również urzędnicy NFZ, którzy nie uwzględniają w decyzjach m.in. postulatów Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej.

System od siedmiu boleści

Na niedobory wiedzy i wrażliwości nakłada się niedorozwój infrastruktury: instytucji oferujących farmakoterapię oraz inne techniki interwencyjne, a jednocześnie psychoterapię i rehabilitację. Zaledwie 27 poradni leczenia bólu przewlekłego spełnia wymogi określone w Regulaminie Certyfikatu Polskiego Towarzystwa Badania Bólu. – Placówek odpowiadających definicji współczesnej, wielokierunkowej poradni leczenia bólu, jest w Polsce bardzo mało, jeśli w ogóle jakieś są. Większość bazuje na jednej lub dwóch metodach leczenia, np. farmakoterapia plus akupunktura czy metody zabiegowe. Zazwyczaj kończy się na dwóch wizytach, ponieważ pacjenci nie otrzymują tam pomocy, jakiej oczekiwali – twierdzi dr Jarosz. Dodaje, że bardzo źle ocenia również jakość leczenia w poradniach akademickich o stosunkowo rozbudowanej strukturze.

Poradnie leczenia bólu zwijają się, zamiast rozwijać, z powodu dramatycznie niskiej wyceny procedur. Dr P. szacuje łączną skalę niedofinansowania medycyny bólu w Polsce na aż 70%. Co więcej, publiczny ubezpieczyciel nie uwzględnia w kontraktach m.in. kosztów zatrudnienia psychologów, mimo iż świadczona przez nich opieka, jak choćby nauka relaksu czy behawioralne techniki redukcji przesadnego uwrażliwienia i zmieniające percepcję bólu, są często kluczowymi ogniwami procesu leczenia. – W efekcie psychologów w poradniach prawie nie ma, bo nikt nie chce pracować za pieniądze, jakie jesteśmy w stanie zaoferować – mówi lekarka i dodaje, że nieco lepiej pod tym względem jest w szpitalach onkologicznych. Zaznacza, że jej placówka jest deficytowa, a dyrektor szpitala nie likwiduje jej ze względów społecznych.

Również prezes Polskiego Towarzystwa Badania Bólu, prof. Jan Dobrogowski, akcentuje niedofinansowanie tej gałęzi medycyny. – Nie zgodzę się, że wysokość kontraktów uniemożliwia realizację świadczeń. Jednak, aby zmieścić się w stawkach NFZ, musimy np. wykonywać zabiegi gorszym sprzętem – mówi profesor, na co dzień kierujący Zakładem Badania i Leczenia Bólu Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Kolejny problem jego placówki stanowi fakt, że Fundusz nie rozlicza pensji niektórych pracowników. – Uważa, że tylko lekarze kilku specjalności mogą pracować w poradni leczenia bólu. Nie ma na tej liście m.in. specjalistów od rehabilitacji oraz neurologów dziecięcych. To absurdalne – ubolewa profesor. Dodaje, że Fundusz nie uznaje za przepustkę do możliwości pracy w poradni nawet ukończenia dwuletnich studiów w zakresie medycyny bólu, organizowanych przez Medyczne Centrum Kształcenia Podyplomowego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Organizacje pacjentów także kładą nacisk na kwestie finansowe. – Postulujemy zniesienie limitów w leczeniu bólu, gdyż obecna sytuacja jest nieludzka i uniemożliwia skuteczne niesienie pomocy. Z wielu miejsc docierają do nas sygnały, że pacjenci są odsyłani z poradni leczenia bólu – właśnie ze względu na przekroczenie limitów… Kolejnym problemem jest niska wycena świadczeń dla takich poradni, dlatego jest ich nadal za mało i działają w ograniczonym zakresie. Szpitale nie chcą otwierać placówek, które z założenia będą przynosić straty – mówi Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych oraz Koalicji na Rzecz Walki z Bólem. Dodaje, że kluczowych utrudnień w leczeniu bólu chorzy upatrują także w nadmiernie zbiurokratyzowanych procedurach szpitalnych, zbyt małej liczbie specjalistów i braku dostatecznej wiedzy lekarzy.

Ważnym wskaźnikiem niedomagań systemu jest niskie zużycie specjalistycznych środków przeciwbólowych. – Statystyki międzynarodowe mierzą zużycie leków opioidowych w poszczególnych krajach w stosunku do potrzeb oszacowanych na podstawie danych epidemiologicznych. Bierze się pod uwagę ostre urazy, porody oraz liczbę chorych na nowotwory i AIDS, zakładając, że w odpowiednich proporcjach będą oni cierpieć bóle wymagające leczenia opioidami. Następnie całkowite zużycie tych leków dzieli się przez liczbę pacjentów. Okazuje się, że w Polsce zużycie opioidów na potencjalnego potrzebującego jest pięciokrotnie mniejsze niż średnia dla 20 najlepiej rozwiniętych ekonomicznie państw świata – tłumaczy Jerzy Jarosz. Zastrzega, że taka metodologia jest obarczona licznymi błędami – przede wszystkim opiera się ona na wybranych, nowoczesnych opioidach, tymczasem nad Wisłą najwięcej zużywa się mniej skutecznych leków. Wartość wspomnianego wskaźnika daje jednak mocne podstawy do twierdzenia, że potrzeby wielu cierpiących pozostają niezaspokojone.

Wszyscy moi rozmówcy źródeł problemu upatrują w stereotypach związanych z zażywaniem leków opioidowych, pokutujących zarówno wśród lekarzy, jak i pacjentów. Jednak zdaniem Jerzego Jarosza, który prowadzi badania dotyczące tej swoistej opioidofobii, strach przed uzależnieniem czy przedawkowaniem to w najlepszym razie część odpowiedzi. – Ustaliłem, że na terenie Mazowsza tylko 4,5% lekarzy w ogóle posiada specjalne recepty na opioidy – pozostałe 95,5% nawet nie zawraca sobie tym głowy, choć nic ich to nie kosztuje. To kwestia czystego lenistwa: po prostu nie chce im się – oskarża ekspert. Dodaje, że podział leków przeciwbólowych na przepisywane na zwykłych receptach oraz wymagające tzw. recept Rpw wytwarza w wielu lekarzach przekonanie, że te pierwsze są bezpieczniejsze. – Trudno, aby lekarz zastanawiał się nad każdym przepisem; skoro jakieś leki wymagają specjalnych recept, to znaczy, że coś jest z nimi nie tak. Tym bardziej, że na receptach Rpw trzeba słownie wpisać dawkę dobową oraz maksymalną i postawić wykrzyknik. Cały rytuał wypisywania tych recept sprawia, że można dostać opioidofobii.

Warto wspomnieć, że jednemu z koncernów, jemu tylko znanymi sposobami, udało się zarejestrować produkowany przez siebie opioid jako lek na zwykłą receptę – i środek ten jest na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o wielkość sprzedaży. W opinii dr. Jarosza medycyna bólu nie jest wolna od agresywnego lobbingu firm farmaceutycznych, wykorzystującego m.in. organizacje pacjentów do wymuszania refundacji kolejnych drogich specyfików. Do tego dochodzi korumpowanie lekarzy, np. zaproszeniami na atrakcyjne wyjazdy.

Nierówni w cierpieniu

Największą patologią systemu refundacyjnego jest jednak to, że leki opioidowe, darmowe dla prawie wszystkich cierpiących na nowotwory złośliwe, są pełnopłatne dla pozostałych chorych, nie licząc trzech rzadkich zespołów bólowych. – Ta dyskryminacja z uwagi na stan zdrowia pokazuje, że nie patrzy się na problem, jakim jest ból, a na to, jak wydać mniej pieniędzy. W tym samym czasie recepty na najdroższe leki refundowane są wypisywane lekką ręką, nawet jeśli nie przynoszą one poprawy – mówi dr Jarosz. Inna sprawa, że dotyczy to wyłącznie chorujących w domu – ta sama osoba po trafieniu do szpitala onkologicznego otrzymuje, dla odmiany, wyłącznie najtańsze środki.

– To przerażające: masz raka, wkrótce umrzesz, to ci damy refundację… Ekonomiści od ochrony zdrowia najwyraźniej uznali, że pacjenci z chorobami zwyrodnieniowymi stawów, neuralgiami czy dyskopatiami mogą długo żyć, jeśli będą dobrze leczeni przeciwbólowo, więc będą dużo kosztować – mówi cytowana już kierowniczka poradni. System jest nie tylko okrutny, ale i nieracjonalny ekonomicznie: osoby, których nie stać na opłacenie z własnych środków terapii przeciwbólowej, nierzadko kosztującej nawet 2000 zł miesięcznie, nie są w stanie pracować i trafiają na renty.

Inny przykład marnowania publicznych i prywatnych pieniędzy: niektóre niezwykle skuteczne, a jednocześnie tanie metody, jak zewnątrzoponowe podawanie środków przeciwbólowych, przestały być stosowane ze względu na przepisy, np. ograniczające możliwość przepisywania wykorzystywanych w nich leków. Zarejestrowanie dodatkowego wskazania dla taniego farmaceutyku jest dla jego producenta grą niewartą świeczki, zaś instytucje państwa pozostają bierne.

Jak informuje dr Jarosz, jeden z pionierów polskiego ruchu hospicyjnego, do niedrogich i dających dobre rezultaty metod walki z bólem należy także opieka bezpośrednio w domach chorych. – Nie wymaga sprzętu, tylko lekarza albo pielęgniarki, która się na tym zna. Jednak po co komu się szkolić, brać na siebie ryzyko powikłań itd., skoro można pójść po linii najmniejszego oporu i zapisać leki w tabletkach lub plastrach, które kosztują 10 razy więcej? Jeśli będą nieskuteczne, zapisze się inne, a potem jeszcze kolejne. Proste metody nie są stosowane, bo nikt nie ma w tym interesu, a chorzy nie zdają sobie z tego wszystkiego sprawy.

Dodajmy do tego fakt, że wyceny zabiegów bardziej wynikają z siły przebicia konkretnych osób niż z rzeczywistych kosztów. Dowód stanowią bardzo zróżnicowane stawki za metody, które w praktyce różnią się jedynie nazwą. – Trudno dostrzec oznaki realnego zainteresowania NFZ lub ministerstwa racjonalizacją i rozszerzeniem leczenia przeciwbólowego. Wiedzą, że muszą coś zrobić w tym kierunku, rzucają jakieś pieniądze, aby nie można im było zarzucić, że nic się nie finansuje. Brakuje jednak m.in. rzetelnej analizy potrzeb – podsumowuje dr P.

Droga do ukojenia

W świetle dotychczasowych rozważań zwiększenie środków na medycynę bólu oraz racjonalizacja wydatków, zwłaszcza poprzez przywrócenie rangi metodom skutecznym i tanim, są postulatami oczywistymi. Wśród innych zmian systemowych, które pozwoliłyby skuteczniej pomagać cierpiącym, moja rozmówczyni za absolutnie kluczowy uznaje rozwój obowiązkowej, kompleksowej edukacji na temat leczenia bólu dla wszystkich specjalności lekarskich i pielęgniarskich. Po drugie, przewlekły ból o natężeniu powyżej trzech punktów w skali od 1 do 10 powinien gwarantować dostęp do refundowanych leków bez względu na chorobę i rokowania. Wreszcie, jej zdaniem lekarze powinni być oceniani i rozliczani na podstawie wypełnianego przez pacjentów arkusza satysfakcji z leczenia bólu.

Dr Jarosz dodaje, że muszą istnieć systemy oceny jakości leczenia w szpitalach, ze skutecznym uśmierzaniem bólu jako ważnym elementem. – Prowadzona na bieżąco ocena jakości jest jednym z czynników dyscyplinujących, uniemożliwiających bazowanie na propagandzie sukcesu spod znaku „jesteśmy wspaniali, bo kupiliśmy nowy aparat rentgenowski”. Z drugiej strony, gdyby dana placówka wypadła bardzo źle, to obawiam się, że NFZ dałby jej mniej pieniędzy zamiast pomóc w podniesieniu jakości leczenia – i powstałoby błędne koło. Konieczne jest właściwe wykorzystywanie wyników uzyskiwanych z takiej oceny. Powinno się nie tylko wymagać działań naprawczych od szpitali źle leczących ból, ale także nagradzać te najlepsze. Jarosz zastrzega, że nie chodzi o dodatkowe finansowanie szpitali np. za właściwe postępowanie z bólem pooperacyjnym, które należy do ich niezbywalnych obowiązków. – Należy zacząć egzekwować standardy leczenia przeciwbólowego, których mamy już w Polsce trochę. To zadanie dla Funduszu – przekonuje.

Z kolei prof. Dobrogowski szczególnie akcentuje konieczność wydzielenia medycyny bólu jako odrębnej specjalizacji lekarskiej, albo przynajmniej umiejętności. – Nasze towarzystwo o to występowało, ale na razie wniosek nie spotkał się z poważniejszym odzewem. Powstanie takiej specjalizacji wiązałoby się m.in. z powołaniem konsultanta krajowego oraz konsultantów wojewódzkich, mających możliwość regulowania niektórych kwestii swoimi zarządzeniami. Bez tego wszystko opiera się na apelach ekspertów, nieposiadających żadnej mocy prawnej – tłumaczy.

Odrobina ulgi

Mimo tego wszystkiego proces leczenia bólu doczekał się w ostatnim czasie pewnych pozytywnych zmian. Dr P. wymienia lepsze zabezpieczanie bólu pooperacyjnego i pourazowego w większości szpitali oraz, będące wynikiem m.in. zabiegów towarzystw naukowych, liczne nowelizacje ustaw i rozporządzeń, które poprawiły jakość pracy lekarzy, np. skróciły czas niezbędny na wypisanie recepty Rpw. Również dr Balicki, Szymon Chrostowski i prof. Dobrogowski, mimo licznych zastrzeżeń, niezależnie od siebie stwierdzają, że resort zdrowia i NFZ zaczęły poświęcać problematyce bólu więcej uwagi.

Dr Balicki podaje przykład decyzji o objęciu finansowaniem zwalczania bólu podczas porodu. Za krok w dobrym kierunku uznaje również odejście od różowych recept na leki narkotyczne. – Co prawda recepty Rpw również są trochę inne od zwykłych, ale nie występuje ten sam stopień stygmatyzacji, odstręczającej lekarzy od przepisywania leków opioidowych – mówi. – Leczenie bólu zostało uznane przez Ministerstwo Zdrowia za jeden z priorytetów, co daje wymierne efekty. Wypracowane wraz ze specjalistami standardy leczenia zostały uznane za obowiązujące, przekazane do konsultantów wojewódzkich oraz towarzystw naukowych z rekomendacją ich stosowania przez lekarzy wszystkich specjalności. Ministerstwo zapowiedziało także kontrole placówek medycznych pod kątem skuteczności leczenia bólu zgodnie z aktualnym stanem wiedzy naukowej. Na liście leków refundowanych znajduje się obecnie większość skutecznych środków przeciwbólowych – odnotowuje Chrostowski. Dzięki wysiłkom m.in. jego organizacji zniesiono limity na część procedur opieki paliatywnej w ramach pakietu onkologicznego oraz wprowadzono obowiązkowe zajęcia z zakresu leczenia bólu dla studentów wszystkich specjalności lekarskich.

– Jako przedstawiciele pacjentów możemy zwracać uwagę opinii publicznej i decydentów na poszczególne braki systemu, ale naszym głównym zadaniem jest ogólnospołeczna edukacja. Zmiana systemu to nie tylko dobre leki i świadomi lekarze, lecz także pacjenci znający swoje prawa. Społecznej świadomości nie zmienia się rozporządzeniami, lecz regularną pracą i merytorycznymi, ale prostymi i atrakcyjnymi przekazami kierowanymi do różnych grup odbiorców. Dlatego bardzo cieszy popularność takich kampanii jak „Rak wolny od bólu”, realizowana dzięki zaangażowaniu Polskiego Radia – podkreśla społecznik, który z zawodu jest dziennikarzem i specjalistą od public relations.

Budowanie świadomości społecznej ułatwiają nowe narzędzia upowszechniania wiedzy. Za pośrednictwem prowadzonego przez Koalicję na Rzecz Walki z Bólem serwisu rakwolnyodbolu.pl pacjenci oraz ich bliscy w ciągu kilku godzin otrzymują porady od specjalistów, zaś w miastach wojewódzkich organizuje ona bezpłatne konsultacje. Pomocne praktyczne informacje, np. na temat tego, jak rozmawiać z lekarzem i jak znaleźć pomoc, publikuje również strona pokonajbol.pl, stworzona przez Fundację Medycyny Bólu, założoną w 2003 r. przez prof. Dobrogowskiego i dr. Kazimierza Sedlaka, zajmującą się poszukiwaniem nowych terapii oraz pomaganiem pacjentom.

Prezes Polskiego Towarzystwa Leczenia Bólu upatruje podstaw do ostrożnego optymizmu we wspomnianych już, współprowadzonych przez jego organizację studiach podyplomowych, obejmujących 200 godzin zajęć teoretycznych i praktycznych, niemających odpowiednika nigdzie w Europie. – Mamy już ok. 500 absolwentów – wykwalifikowanych lekarzy, którzy wiedzą, jak stosować w swojej pracy osiągnięcia medycyny bólu – cieszy się. Za równie istotną uznaje popularność programu „Szpital bez bólu”, zainicjowanego przez PTBB wraz z Polskim Towarzystwem Anestezjologii i Intensywnej Terapii, Towarzystwem Chirurgów Polskich, Polskim Towarzystwem Ginekologicznym oraz Polskim Towarzystwem Ortopedycznym i Traumatologicznym. Polega on na certyfikacji placówek, które przestrzegają standardów umożliwiających prawidłowe łagodzenie ostrego bólu w okresie pooperacyjnym i pourazowym. Mowa o prostych zasadach organizacyjnych, takich jak monitorowanie bólu co najmniej dwa razy dziennie, informowanie chorych o możliwościach jego uśmierzania czy obowiązkowe odbywanie przynajmniej dwa razy do roku stosownych szkoleń przez cały personel lekarski i pielęgniarski. – Szpitali posiadających nasz certyfikat jest już ponad 150 – chwali prof. Dobrogowski. Zauważa także rosnące zainteresowanie leczeniem bólu ze strony lekarskich organizacji zawodowych i naukowych, przejawiające się m.in. uwzględnianiem tej tematyki w programach zjazdów i sympozjów.

Znieczulica zamiast znieczulenia

Moi rozmówcy przekonują, że do tego, aby lekarze i decydenci przestali tolerować niepotrzebny ból, musimy dorosnąć jako społeczeństwo. – Na pacjenta trzeba umieć spojrzeć jak na chorego człowieka, ze współczuciem, oraz nauczyć się liczyć z jego zdaniem. Cały czas jesteśmy na etapie medycyny patriarchalnej: lekarz zawsze wie lepiej, a na dodatek wścieka się na podopiecznych, kiedy od czasu do czasu ośmielą się zgłosić jakieś oczekiwania – utyskuje dr Jarosz.

Doskonałą ilustracją tej tezy jest dla niego Onkomapa, inicjatywa Alivii – Fundacji Onkologicznej Osób Młodych, polegająca na zbieraniu opinii pacjentów w celu stworzenia przewodnika po przyjaznych ośrodkach leczących nowotwory. – Największe szpitale onkologiczne zabroniły wpuszczania ankieterów. Lekarze po prostu nie chcą znać opinii chorych. Chcę powiedzieć, że dopóki nie traktuje się pacjenta poważnie, tylko jako źródło dochodów lub strat, leczenie przeciwbólowe nie może być dobre. W USA na oddziałach ratunkowych pierwsze pytanie brzmi „czy jest pan ubezpieczony?”, ale drugie – „czy pana boli, a jeśli tak, to jak bardzo?”. Jeśli zadeklaruje się, że bardzo, jest się obsługiwanym w pierwszej kolejności. A u nas mówi pan, co chce, a i tak siedzi na SOR 10 godzin, niezależnie od tego, czy skarży się pan na ból zawałowy, czy na skaleczenie w palec.

Dlatego ogromnie ważna jest edukacja i samoorganizacja pacjentów, którzy muszą być świadomi swoich praw w zakresie leczenia bólu i gotowi do ich egzekwowania. – Jeśli leki nie działają, chorzy często uważają, że tak jak na raka nie ma lekarstwa, tak ich ból jest nieuleczalny. Są nauczeni, że mają cierpieć. Nie protestują, gdy lekarz wypisuje ich ze szpitala onkologicznego ze słowami „proszę się zgłosić do poradni przeciwbólowej”, po czym daje skierowanie na wizytę, której termin zostaje wyznaczony na za miesiąc. Wielu chorych traktuje oczekiwanie tak, jakby byli już leczeni. Polski pacjent jest przyzwyczajony, że na wszystko musi czekać i czuje się objęty opieką, gdy ma już wyznaczoną datę wizyty. Czeka i wyje z bólu – wzdycha Jerzy Jarosz. Czekanie półtora miesiąca na lek przeciwbólowy czy wypisywanie ze szpitala z bólem jest w naszym kraju patologicznym standardem.

W polskiej kulturze i w tradycji naszego systemu medycznego leczenie bólu nie było nigdy tak ważne, jak dążenie do wyleczenia, za wszelką cenę. Ten paradygmat jest wciąż aktualny, a wzmacniają go media, które nie patrzą na to, że ulżenie w cierpieniu jest równie ważną częścią misji lekarza, jak samo leczenie. W głównym nurcie debaty publicznej o cierpieniu mówi się zbyt mało – przekonuje Marek Balicki. – Aby społeczna świadomość uległa zmianie, potrzebna jest jednak nie tylko dyskusja, ale również zmiany ustawowe – dodaje.


Poradnie na dnie

Liczba specjalistycznych poradni leczenia bólu zmniejsza się: pod koniec lata 2015 r. funkcjonowało ich 179, podczas gdy jeszcze trzy lata wcześniej było ich 220. Na całym Dolnym Śląsku jest 11 takich placówek, na Pomorzu 7, zaś na Podlasiu – zaledwie 3. Dla wielu pacjentów oznacza to brak możliwości uzyskania pomocy w pobliżu miejsca zamieszkania. Dla wszystkich: długi, nierzadko kilkutygodniowy czas oczekiwania na nią – w przypadku ostatniego z wymienionych regionów nawet kilkumiesięczny.

Wizyta u specjalisty od uśmierzania cierpienia, często obejmująca badanie szczegółowymi kwestionariuszami oceny bólu i jakości życia, trwa nawet godzinę. Tymczasem podstawowa stawka, jaką przyjął dla niej Narodowy Fundusz Zdrowia, wynosi… 26 zł. Jak alarmowała na łamach prasy dr Jadwiga Pyszkowska, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej, anestezjolodzy pracują w poradniach leczenia bólu głównie z pasji, gdyż miesięcznie zarabiają mniej niż za jeden dyżur w szpitalu.

Wartość rocznych kontraktów dla wszystkich poradni w całym kraju to zaledwie 21,5 mln zł. NFZ nie podniesie stawek, dopóki nie otrzyma stosownych zaleceń od Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która wycenia leczenie według planu taryfikacji, uzgadnianego z ministerstwem i Funduszem. W momencie oddawania tekstu do druku nie było w nim leczenia bólu…


Leczenie ze szczególnym okrucieństwem

Z punktu widzenia organizacji zajmującej się problematyką ochrony praw człowieka dostęp do odpowiedniej opieki medycznej, w tym do terapii przeciwbólowej, jest istotnym elementem realizowania zobowiązań państwa z zakresu podstawowych praw i wolności. Brak zapewnienia efektywnego systemu leczenia bólu oznacza niewywiązanie się przez państwo z ciążących na nim obowiązków wynikających m.in. z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, w szczególności z art. 3, który zakazuje tortur i nieludzkiego lub poniżającego traktowania – napisała Helsińska Fundacja Praw Człowieka w liście do resortu zdrowia.

Z kolei w komentarzu do postanowienia sygnalizacyjnego Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie konieczności uregulowania w polskim prawie medycznego wykorzystania marihuany, HFPC powołuje się na raport sprawozdawcy ONZ ds. tortur i okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania. Juan E. Méndez zwrócił w nim uwagę, że do tej pory złe traktowanie, do którego dochodziło w placówkach ochrony zdrowia, było postrzegane przede wszystkim jako naruszenie prawa do zdrowia, zaliczanego do praw socjalnych. Jego zdaniem należy jednak uznać, że niektóre sytuacje, które mają miejsce w lecznictwie, mogą być czymś więcej i osiągać poziom tortur lub złego traktowania. Zmiana paradygmatu i odwołanie się w przypadku nieleczenia bólu do dyskursu dotyczącego tortur i nieludzkiego traktowania pozwala nadać temu zjawisku odpowiednią rangę. Gwarantuje też skuteczniejsze mechanizmy dochodzenia zadośćuczynienia. Analiza naruszeń z punktu widzenia ram prawnych zakazujących tortur służy nadto podkreśleniu pozytywnych obowiązków państw, polegających na zapobieganiu, ściganiu i usuwaniu skutków naruszeń. Ramy prawne dotyczące tortur gwarantują, że nieadekwatność systemu, brak środków lub dostępu do określonych świadczeń nie będą usprawiedliwieniem złego traktowania – komentują eksperci Fundacji. Precyzują, że chodzi o sytuacje, gdy organy państwa są lub powinny być świadome występowania dotkliwego bólu, lecz mimo to nie zaoferowały odpowiedniego leczenia i nie podjęły wszystkich rozsądnych kroków, aby chronić psychiczną i fizyczną integralność osoby.

Organizacja przywołuje również wyrok wydany 25 stycznia 2011 r. przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Kupczak przeciwko Polsce. Sprawa dotyczyła osoby pozbawionej wolności, która z powodu chronicznego bólu kręgosłupa korzystała z wszczepionej pompy morfinowej. Podczas pobytu w areszcie osadzonemu nie zagwarantowano jednak skutecznego działania urządzenia, co Trybunał uznał za naruszenie zakazu nieludzkiego oraz poniżającego traktowania.

Fundacja zwraca ponadto uwagę, że ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wprost przyznaje prawo do świadczeń zdrowotnych zapewniających łagodzenie bólu jedynie pacjentowi w stanie terminalnym. Przepis art. 20 ust. 2 nie mówi natomiast o innych grupach chorych. Ponadto poziom refundacji leków dla pacjentów cierpiących z powodu przewlekłego bólu jest niejednakowy i zależy od jego przyczyny. W związku z tymi rozbieżnościami uzasadniona wydaje się interwencja ustawodawcy – stwierdzają obrońcy praw człowieka.

Przemysł lotniczy: „polski” czy polski? Przetarg śmigłowcowy jako studium przypadku

Niedawne rozstrzygnięcie przetargu na zakup śmigłowców dla Wojsk Lądowych, Polskich Sił Powietrznych i Marynarki Wojennej, którego realizacja pochłonie prawdopodobnie ponad 10 miliardów złotych, wzbudziło żywe dyskusje na temat produkcji statków powietrznych w Polsce.

Jednym z zasadniczych argumentów oferentów, którzy konkurs przegrali, było właśnie ulokowanie produkcji w kraju. Przed zwycięzcą, firmą Airbus Helicopters, dopiero stoi zadanie stworzenia infrastruktury, w której prowadzony będzie zresztą jedynie montaż Caracali. Istotnie, AgustaWestland prowadzi w swoich zakładach PZL-Świdnik S.A. produkcję śmigłowców W-3 i SW-4 oraz kadłubów AW139, a oferta złożona w przetargu obejmowała przeniesienie produkcji AW149, natomiast Sikorsky Aircraft Corporation (SAC) produkuje w zakładach w Mielcu, również stanowiących jego własność, kadłuby i belki ogonowe S-70i oraz prowadzi ich końcowy montaż. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – otóż największy udział w wartości śmigłowca mają silniki, przekładnie oraz awionika. Kadłub, choć mieści to wszystko w sobie, jest elementem relatywnie najprostszym do wykonania i najtańszym. Żaden z „polskich producentów” nie mówi o przeniesieniu produkcji tych najwartościowszych elementów do Polski – w przypadku silników pochodzących od zewnętrznych dostawców byłoby to zresztą bardzo utrudnione. Dlatego różnice ulegają znacznemu spłyceniu, trzeba bowiem pamiętać, że oferta Airbusa obejmowała uruchomienie w kraju (w Dęblinie) również linii montażowej silników Makila 2 firmy Turbomeca, napędzających Caracala. Istnieją co prawda w Polsce zakłady produkujące silniki – WSK PZL-Rzeszów S.A., należące do koncernu-matki SAC, jednak produkowane są w nich wyłącznie te silniki i elementy, które zakład miał w ofercie zanim został sprzedany inwestorowi zagranicznemu w roku 2002. Jak widać, w każdym zatem przypadku pojęcie „produkcji w Polsce” jest stosowane nieco na wyrost, albowiem obejmuje wytworzenie jedynie części końcowego wyrobu. Zlokalizowany w naszym kraju skromny przemysł lotniczy jest podzielony między kilku zagranicznych właścicieli, wskutek czego utrudniona jest sensowna „konsumpcja kontraktów” z szeroko rozumianą korzyścią dla Polski.

Krótka historia przemysłu lotniczego po 1945 r.

Przyczyny zarysowanego wyżej stanu rzeczy leżą w formie, jaką przemysł lotniczy przybrał po roku 1945 oraz w polityce przemysłowej po roku 1989, a właściwie w jej braku. Zakłady były w większości odtwarzane na bazie szczątków infrastruktury II Rzeczpospolitej, które przetrwały wojnę. Tylko zakład w Świdniku został stworzony od podstaw w czasach PRL-u. Rozwój początkowo był dość dynamiczny. Na sowieckiej licencji produkowano myśliwce MiG-15 i 17 oraz ich zmodyfikowane warianty, dość liczne samoloty lekkie. Pod kierunkiem Tadeusza Sołtyka skonstruowano pierwszy polski samolot odrzutowy, TS-11 Iskra, który niedawno przekroczył półwiecze eksploatacji. Świdnik zajął się produkcją śmigłowców na licencji Mila. Jeszcze na przełomie lat 50. i 60. plany były ambitne – zespół Sołtyka przymierzał się do konstrukcji naddźwiękowego samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot, który, gdyby doszło do realizacji, byłby sporym osiągnięciem. Rozmyślano też nad projektami średnich samolotów transportowych i odrzutowych samolotów dyspozycyjnych.

Niestety, już rok 1963 przyniósł podcięcie skrzydeł tych inicjatyw, wynikające z kilku przyczyn, m.in. brakło poparcia dla rozwoju niezależnego potencjału konstrukcyjnego ze strony władz, niechętne było także stanowisko towarzyszy radzieckich. Projekty anulowano, zespoły konstrukcyjne rozwiązano, a przemysł miał skupić się na licencyjnej produkcji maszyn konstrukcji sowieckiej. W związku z tym, że w ramach obozu socjalistycznego PRL przypadła obsługa przede wszystkim lotnictwa rolniczego, były to maszyny proste, jak śmigłowiec Mi-2, albo wręcz zupełnie prymitywne, jak samolot An-2. Wcześniejszy dorobek również został zmarnowany – według wspomnień profesora Sołtyka rozwojem Iskry byli zainteresowani Hindusi (którzy kupili serię tych maszyn), kupować chcieli Syryjczycy, ale przemysł… nie był chętny do sprzedaży. Odwilż przyszła dopiero w drugiej połowie lat 70., gdy podjęto prace nad samolotem szkolno-bojowym I-22 Iryda, a Świdnik, konsultując się z biurem Mila i sowieckimi planowanymi głównymi odbiorami, przystąpił do prac nad śmigłowcem W-3 Sokół. Powstało też kilka krajowych samolotów rolniczych.

Wszelkie prace znakomicie utrudnił krach gospodarki w latach 80. oraz sankcje wprowadzone w odpowiedzi na stan wojenny. Trzeba pamiętać, że i wcześniej nie było łatwo – krajowi inżynierowie mieli ze zrozumiałych względów bardzo ograniczony dostęp do myśli technicznej Zachodu. Stosunek Sowietów do dzielenia się technologiami dobrze obrazuje natomiast historia z drugiej połowy lat 70. Oto dowódca sowieckiej floty, admirał Siergiej Gorszkow, powróciwszy z manewrów na Bałtyku najwyraźniej w stanie wstrząsu psychicznego, spowodowanego dojmującą zapyziałością polskiej Marynarki Wojennej, polecił opracowanie dla niej eksportowej wersji niszczycieli typu „Sowriemiennyj”, które zaczęły wchodzić do uzbrojenia WMF [Wojenno-Morskoj Fłot, czyli marynarka ZSRR – dop. red. NO] w roku 1980. Pracom przyświecało motto sformułowane przez szefa działu projektowania dużych okrętów nawodnych: „Niczego nowoczesnego tym potencjalnym dezerterom nie udostępniać”. W efekcie proponowany Polsce wariant jednostki był wyposażony w systemy z pierwszej połowy lat 60., więc wypada cieszyć się, że zakupu nie dokonano. Nie istniała też współpraca i wymiana myśli między mniejszymi krajami RWPG. Skutek był taki, że szeroko otwarte gdzie indziej drzwi trzeba było przy raczej rachitycznej posturze krajowej myśli technicznej mozolnie wyważać.

W nowej rzeczywistości

W roku 1989 pojawiło się kilka osobnych podmiotów. W Mielcu produkowano, obok maszyn rolniczych, niewielkiego transportowego licencyjnego Ana-28, maszynę na pewno użyteczną, ale znów bardzo prostą, tanią, dającą producentowi niewielką marżę. Dopracowywano w bólach Irydę, która będąc mniej zaawansowanym (przede wszystkim z uwagi na jednoprzepływowe silniki) odpowiednikiem francusko-niemieckiego Alpha Jeta z połowy lat 70., zdążyła się już poważnie zestarzeć. Okęcie, obok drobnicy takiej jak Wilga, dopracowywało szkolno-treningowego turbośmigłowego Orlika. Świdnik zdążył wdrożyć do produkcji Sokoła, próbował szczęścia ze zmodyfikowanym Mi-2, oferowanym pod nazwą Kania, a w planach był lekki śmigłowiec SW-4. W Rzeszowie (ze wsparciem mniejszych zakładów w Kaliszu) produkowano lub planowano produkcję silników i elementów napędu dla wszystkich wymienionych maszyn poza SW-4.

Zakłady te, jak zostało powiedziane, były osobnymi firmami. To, co w księżycowy sposób mogło działać w księżycowej ekonomii realnego socjalizmu, w której istniała integrująca wszystko (wraz ze współpracą z Instytutem Lotnictwa i MON-owskim Instytutem Technicznych Wojsk Lotniczych) czapa w postaci zjednoczenia branżowego, okazało się przepisem na katastrofę w realiach rynkowych. Zakłady te były, w porównaniu z zagranicznymi, planktonem uzależnionym od jednego czy dwóch niezbyt zaawansowanych produktów, które w dodatku w związku z przemianami politycznymi i gospodarczymi straciły głównego odbiorcę, jakim dla Ana-28 i Sokoła miał być Związek Sowiecki. Przy mizernych zasobach, stojąc w obliczu konieczności kontynuowania kosztownych prac rozwojowych nad dokończeniem i wdrożeniem opracowywanych konstrukcji, były w większości w tragicznej sytuacji finansowej.

Sprawę pogarszał brak realnej polityki przemysłowej nakierowanej na utrzymanie krajowego potencjału, wskutek czego zakłady były postrzegane nie jako szansa, ale jako obciążenie. Nie podjęto najbardziej oczywistego ruchu w postaci konsolidacji zasobów i utworzenia jednej firmy. Mielec praktycznie upadł w związku z krachem programu „Iryda”. Konstrukcja ta była już zwietrzała, ale mimo wszystko miała potencjał, żeby zostać niezłym samolotem, w szczególności w kontekście zupełnej przestarzałości Iskry (notabene jedyni zagraniczni użytkownicy tej ostatniej, Hindusi, byli zainteresowani również Irydą). Niestety, fatalna współpraca na linii wojsko-przemysł, przy nieżyczliwości polityków wobec tego ostatniego (tu szczególnie „zasłużyli się” przedstawiciele Unii Wolności – Janusz Onyszkiewicz i Alicja Kornasiewicz) doprowadziła do smutnego końca. Drobna strużka zakupów Orlika była zaledwie kroplówką podtrzymującą nędzną wegetację Okęcia. Kilka projektów powstałych w latach 90., takich jak PZL-230 z Okęcia czy „konkurencyjna” wobec niego, opracowana w Instytucie Lotnictwa Kobra 2000, trudno z perspektywy czasu traktować poważnie z uwagi na chwiejność koncepcji, oderwanie od rzeczywistych potrzeb polskiego lotnictwa, słabość zakładów i brak perspektyw finansowania. Podobnie było z lansowanym przez chwilę przez Mielec pomysłem na „okcydentalizację” odkupionych składów producenta myśliwców MiG-29 (które miałyby nazywać się PZL M-2000). Stosunkowo najlepiej radził sobie Świdnik dzięki niedużym, ale mimo wszystko w miarę znaczącym sprzedażom Sokoła. Fabryka w Rzeszowie dzieliła losy sióstr wytwarzających płatowce.

W XXI wiek nasz przemysł lotniczy wszedł w stanie fatalnym, bez cienia koncepcji na rewitalizację. Okęcie zostało w latach 2001–2002 dosłownie wciśnięte koncernowi EADS (obecnie Airbus Group) przy okazji zakupu samolotów transportowych CASA C-295M. W tym samym czasie koncern UTC przejął rzeszowską wytwórnię silników. Z zakupem F-16 nie wiązały się żadne realne korzyści dla resztek przemysłu. Najlepszym offsetem byłaby licencyjna produkcja maszyn, ewentualnie montaż z produkcją części podzespołów, to jednak wymagałoby twardej postawy negocjacyjnej i miałoby sens ekonomiczny zapewne dopiero przy większej skali zakupu. Ponadto wymagałoby sanacji i odtworzenia potencjału Mielca, znajdującego się w stanie śmierci klinicznej po wdaniu się jeszcze w latach 90. w drenujące ze środków interesy z aferalnym kapitałem. Szumne zapowiedzi dotyczące doprowadzenia do sprzedaży w ramach offsetu setek Skytrucków i rolniczych Dromaderów rozwiały się jak sen złoty, bo Amerykanie policzyli sobie dzięki odpowiednim mnożnikom, że wykonanie zobowiązań będzie kosztowne. W rezultacie Mielec powędrował w roku 2007 do obecnego właściciela, przy czym tajemnicą poliszynela było, że jest to inwestycja obliczona na, uznawany za zupełnie pewny, zakup Black Hawków przez Wojsko Polskie. Wreszcie w 2010 koncern AgustaWestland przejął zakłady w Świdniku, co oznaczało praktyczny koniec polskiej własności w przemyśle lotniczym – ostały się wyłącznie remontowo-modernizacyjne wojskowe WZL-e i mała firma Edwarda Margańskiego. O chorym charakterze prywatyzacji sektora świadczą obecne, stojące na pograniczu szantażu, naciski na władze w związku z będącym nie po myśli koncernów-matek (czy może bardziej macoch) wyborem dokonanym w konkursie. A wcześniej dla wojska zmiana właścicieli oznaczała skokowy wzrost cen podzespołów i kosztów obsługi serwisowej. Rzeczywistość postkolonialna w pełnej krasie…

Czy mogło być inaczej? Pytanie jest niełatwe. Na pewno niezbędnym krokiem byłaby wspomniana konsolidacja branży i utworzenie jednej większej firmy. Byłaby ona partnerem tak dla władz, jak i dla podmiotów zagranicznych, zarówno pod względem konkurencji, jak i współpracy. Jednak, jak powiadają, od samego mieszania herbata nie staje się słodsza. Konieczne byłoby lokowanie odpowiednich zamówień przez Siły Zbrojne (tu duże znaczenie miałoby dokończenie „Irydy” mimo wszystkich przeciwności), a także efektywna promocja eksportu, której zawsze brakowało. Dalej – twarde negocjacje w sprawie przenoszenia produkcji do nas przy zakupach sprzętu za granicą. Wracając do konkursu na samolot wielozadaniowy z początku XXI wieku – gdyby jako warunek sine qua non wyznaczyć realne korzyści dla krajowego przemysłu, być może zamiast na niekoniecznie chętnych do dzielenia się technologią Amerykanów lepiej byłoby postawić na Francuzów, poszukujących aż do bieżącego roku pierwszego klienta eksportowego na swojego Rafale. Na początku XX wieku oferowali oni bardzo daleko idącą współpracę przemysłową Korei Południowej. Oczywiście wymagałoby to innego sformułowania warunków przetargu i wyasygnowania większych środków finansowych, których jednak znaczna część pozostałaby w kraju. Naturalne byłoby również poszukiwanie zagranicznego partnera celem udziału w produkcji maszyn transportowych i/lub komunikacyjnych.

To jednak jest już historią niebyłą, a – jak słusznie zauważył sir Francis Drake – okazja raz stracona jest stracona na zawsze. Obecnie polski przemysł lotniczy jest w rękach właścicieli zagranicznych, a przyszłość, przynajmniej zakładów w Mielcu, może być niepewna. Odrzucenie oferowanego Black Hawka sprawiło, że straciły one w praktyce rację bytu dla właściciela, który zresztą zmienił się w związku z nabyciem Sikorsky Aircraft przez koncern Lockheed Martin.

Szanse reaktywacji

Czy odtworzenie polskiego (pod względem własnościowym) przemysłu lotniczego byłoby celowe i realne? W horyzoncie dekady czeka Polskę zakup kolejnych wielozadaniowych samolotów bojowych, których liczbę MON określił na aż 64. Nasuwa się pytanie, czy ta idąca w dziesiątki miliardów złotych (koszt jednego samolotu można szacować na 400–500 milionów) inwestycja da wymierne korzyści polskiej gospodarce, czy może znów będziemy konsumować głównie współczynniki offsetowe. Niestety, bez ulokowania w kraju ważnej części produkcji trudno liczyć na korzystne rozwiązania, które mogłyby być stymulatorami krajowego sektora wysokich technologii, szansą dla uczelni technicznych itp.

Oczywiście przystępowanie do samodzielnej konstrukcji takiej maszyny byłoby w sytuacji ograniczonych możliwości finansowych i przemysłowych klasycznym przykładem porywania się z motyką na słońce. Należy zatem rozważyć potencjał współpracy międzynarodowej. Zarysowuje się prawdopodobnie kolejna szansa, być może ostatnia w dającej się przewidzieć przyszłości. Oto bowiem w Szwecji realizowany jest program Flygsystem 2020, który ma doprowadzić do powstania w roku 2020 samolotu V generacji, następcy myśliwca Gripen. Szwedzi, zdając sobie niechybnie sprawę z ograniczonych możliwości nabywczych własnych sił powietrznych, poszukują aktywnie partnerów zagranicznych, współpraca z którymi mogłaby zmniejszyć koszty realizacji projektu, przekładające się też później bezpośrednio na cenę zakupu maszyn. Przed dwoma laty nawiązana została np. współpraca między firmą Saab a tureckimi zakładami TAI, mająca doprowadzić do powstania pierwszego w historii rodzimego otomańskiego myśliwca, noszącego oznaczenie TFX. Jednak już to autarkijne deklaracje Turków, już to poszukiwanie przez nich innych partnerów każą powątpiewać w jej dalsze perspektywy.

W tej sytuacji można przypuszczać, że wystosowanie przez Polskę propozycji partycypacji w szwedzkim programie, poparte konkretnymi zobowiązaniami finansowymi i planami zakupowymi, byłoby mile widziane i otworzyło perspektywy rewitalizacji krajowego przemysłu lotniczego. W obecnej chwili Polska mogłaby zaoferować udział w pracach swojej bazy naukowej oraz części zbrojeniówki wnoszącej wkład w przedmiotowej dziedzinie (można tu brać pod uwagę np. zajmujący się m.in. techniką radiolokacyjną ośrodek PIT-RADWAR S.A). Jednocześnie ewentualne wycofanie się zagranicznego inwestora z Mielca mogłoby stworzyć okazję do polubownego odkupienia zakładów przez kapitał krajowy (zapewne po prostu państwo), co oddałoby do dyspozycji już gotową infrastrukturę produkcyjną, w którą można by następnie poczynić inwestycje ukierunkowane na realizację programu.

Szwecja nie jest jednak jedynym potencjalnym partnerem w regionie. Innym narzucającym się kierunkiem jest Ukraina. Kraj ten odziedziczył po Związku Sowieckim czołowe w kilku dziedzinach zakłady, wytwarzające produkty o rząd bardziej zaawansowane niż te, które przypadały w udziale przemysłowi PRL-u. W dziedzinie lotnictwa należy tu wymienić transportowce Antonowa i silniki do śmigłowców, samolotów transportowych, szkolno-treningowych oraz – przynajmniej w fazie prac rozwojowych – bojowych, pochodzące z biura konstrukcyjnego Iwczenko-Progress oraz zakładów Motor Sicz. Antonow, obok produkcji maszyn jeszcze z czasów sowieckich, opracował w latach 90. i później gamę nowych samolotów, obejmującą turbośmigłowy pasażerski An-140, rodzinę pasażerskich odrzutowców komunikacji regionalnej/transportowców budowaną wokół Ana-148 oraz ciężki samolot transportowy An-70. Maszyny te były i nadal są konstruowane w warunkach ograniczonych finansów, przy niepewnym, podatnym na wahania polityczne (a obecnie już niebyłym) łożeniu środków przez Rosjan. Zatem stabilny strategiczny partner, ułatwiający drogę na rynki europejskie (i, szerzej, „zachodnie”, w sensie uniwersum ekonomicznego, nie kierunku geograficznego), który w przeciwieństwie do wielkich koncernów amerykańskich czy zachodnioeuropejskich nie stwarzałby zagrożenia wydrenowaniem słabszej strony z technologii i działań mających na celu likwidację konkurencji, mógłby coś ugrać. Antonow zresztą oferował swoje maszyny An-32 wraz z ulokowaniem montażu w Mielcu we wspomnianym wyżej przetargu na maszyny transportowe, który wygrała CASA. Obecnie zarówno Antonow, jak i zakłady Motor Sicz zupełnie otwarcie poszukują możliwości współpracy z Polską. Ukraińskie lotnictwo wojskowe z kolei od upadku Związku Sowieckiego nie pozyskało ani jednego nowego samolotu bojowego i stanie za kilka lat przed koniecznością zapoczątkowania wymiany swojego parku maszyn, w pierwszym rzędzie myśliwców wielozadaniowych (notabene Ukraińcy zerkają tutaj w stronę… Turków).

Mamy zatem zupełnie niepowtarzalną zbieżność potrzeb Szwecji, Polski i Ukrainy, kluczowych krajów Europy bałtyckiej. Wykorzystanie jej mogłoby mieć daleko idące konsekwencje w dziedzinie współpracy na niwach militarnej, gospodarczej i politycznej, niewykorzystanie natomiast byłoby kolejnym zmarnowaniem potencjału regionu. Wolno przypuszczać, posuwając się nieco dalej w rozważaniu możliwości przemysłowych, że ukraiński potencjał w dziedzinie produkcji lotniczej do zastosowań podwójnych, wojskowo-cywilnych i stricte cywilnych stanowiłby bardzo pożądane zrównoważenie oferty postulowanego bałtyckiego partnerstwa przemysłowego. Mogłoby ono przejść dzięki temu z poziomu współpracy zadaniowej do formy ponadnarodowego koncernu, mogącego zdobywać różnych klientów dzięki szerokiej gamie produktów, podobnego do zachodnioeuropejskiej Airbus Group (do niedawna EADS). Oczywiście trzeba pamiętać cały czas, że rynek produkcji lotniczej nie jest łatwy, konkurencja jest bardzo mocna, jednak łatwo nie jest w żadnej dziedzinie. Wszak o lokowanie zakładów korzystających z taniej siły roboczej trzeba też starać się bardzo, dopieszczając na wszelkie sposoby inwestorów, do tego stopnia, że czasem trudno rozpoznać, która strona faktycznie inwestuje…

Warto wspomnieć o jeszcze jednej, tym razem niematerialnej korzyści z inwestycji w tę spektakularną dziedzinę. Oto samoloty będące wytworem współpracy, w której Polska brałaby aktywny udział, byłyby pożywką dla dobrze pojmowanej dumy narodowej, stanowiąc namacalny dowód, że orzeł rzeczywiście coś może – i nie jest to groteska z czekolady i waty słownej. Można odwołać się do wydarzenia z kwietnia bieżącego roku: oto prototyp samolotu An-178 został z wielką pompą przewieziony ulicami Kijowa, jako symbol potencjału, podnoszący na duchu społeczeństwo boleśnie doświadczone wojną. Było to niewątpliwie przedsięwzięcie dobrze przemyślane z PR-owego punktu widzenia. W Polsce brak tego rodzaju inspiracji czy symboli integrujących, podnoszących zbiorową samoocenę, jest bardzo widoczny, na co wskazują choćby szaleństwa na punkcie sukcesów reprezentantów kraju w nawet niszowych sportach.

Pozalotnicze postscriptum ukraińskie

Ukraina to nie tylko lotnictwo. Sztandarowym, obok Antonowa, przedstawicielem tamtejszego przemysłu zbrojeniowego jest charkowski kompleks pancerny, składający się z zakładów produkcyjnych im. Małyszewa oraz biura projektowego im. Morozowa. W Związku Sowieckim był wiodącym podmiotem w dziedzinie projektowania i produkcji czołgów. Obecnie jego najważniejszymi produktami są czołg Opłot-M, dorównujący większością parametrów najnowocześniejszym konstrukcjom zachodnim, oraz rodzina wysokiej klasy silników wysokoprężnych.

Również tu można dopatrywać się niewykorzystanej szansy polskiej zbrojeniówki – Opłot wywodzi się z T-80, czołgu znacznie bardziej zaawansowanego od produkowanego przez Polskę T-72, jednak wciąż o wiele bliższego mu technologicznie niż konstrukcje zachodnie. Ewentualna współpraca mogłaby uczynić zbędnym pozyskiwanie Leopardów 2, bo potężny przemysł niemiecki jest bardzo trudnym partnerem jeżeli chodzi o podział prac przy obsłudze i modernizacji, a pozycja strony polskiej – dość słaba. O brak silników z kolei rozbiła się w głównej mierze kwestia polskich podwozi do haubicoarmaty Krab – na S-12, będące pochodnymi starego sowieckiego W-46, nie było już klientów ani krajowych, ani zagranicznych, więc ich produkcję zatrzymano i zlikwidowano zakład, tracąc krajowy potencjał w tym zakresie. Gdyby zamiast PT-91, którego wojsko, jako nieperspektywicznego, po prostu już słusznie nie chciało, oferowany i kupowany był „spolonizowany” Opłot, problem ten prawdopodobnie by nie wystąpił. Niestety, znów mamy do czynienia z korzyścią, którą można było uzyskać, a nie zrobiono tego.

Na szczęście nie wszystkie możliwości związane ze współpracą z partnerami ukraińskimi pozostały niewykorzystane. W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia nawiązał kooperację z tamtejszą firmą Microtek w zakresie systemów obrony aktywnej pojazdów pancernych, która stała się jednym ze źródeł proponowanego obecnie przez polski przemysł rozwiązania noszącego nazwę ZASOP. Zakłady MESKO we współpracy z firmą Progress opracowują amunicję precyzyjną kalibru 155 mm z przeznaczeniem dla haubicoarmat Krab i Kryl. Te same zakłady budują, korzystając ze wsparcia konstrukcji ukraińskiej firmy Łucz, kierowany pocisk przeciwpancerny Pirat, który w perspektywie ma uzupełnić Spike’i. Wszystkie te przedsięwzięcia są dowodami, że jednak można.

Podsumowanie

Wydaje się, że warunkiem sine qua non efektywnej współpracy przemysłowej z partnerami zagranicznymi jest istnienie żywotnych, stanowiących własność krajową zakładów, realizujących spójną politykę modernizacyjną, na którą przeznaczone są adekwatne środki finansowe. Potrzeby Polski, Szwecji i Ukrainy odnośnie do obronności będą w perspektywie nadchodzących dekad znaczące i w wielu aspektach podobne. Być może ewentualne powodzenie programu budowy nowych okrętów wojennych spowoduje, że Polska będzie w stanie przedstawić wschodniemu sąsiadowi sensowną ofertę techniczną i przemysłową, kiedy ten zacznie odbudowywać flotę (jedną z istotnych opcji jest tu współpraca ze Szwecją przy budowie okrętów podwodnych nowej generacji, oferowana nam przez Sztokholm). Również wspólne potrzeby dotyczące nowego wyposażenia lotnictwa mogą przynajmniej potencjalnie stanowić podstawę wyciągnięcia polskiego przemysłu lotniczego z opisanego w pierwszej części tekstu smutnego położenia, a przy okazji także być źródłem nieocenionych zysków politycznych.

Wiele szans już stracono, jednak wysiłki mające na celu reindustrializację kraju mogłyby uwzględniać również i tę dziedzinę oraz możliwości z nią związane – także te odnoszące się do współpracy z partnerami z Europy bałtyckiej. Skoro geopolityka sama podpowiada korzystne rozwiązania, grzechem byłoby z nich nie korzystać. A jak wielokrotnie dowiodła historia, jest ona boginią surową, która za występki przeciwko sobie karze bez taryfy ulgowej.

Polska Rzeczpospolita Skolonizowana

Polska Rzeczpospolita Skolonizowana

Polacy mają skłonność do uważania własnych dziejów za zupełnie wyjątkowe. Właściwie nic dziwnego – każdy odbiera swoją historię jako coś szczególnego. W sytuacji przykrych doświadczeń sądzimy, że świat sprzysiągł się właśnie przeciw nam, a do naszych sukcesów przykładamy często zbyt dużą miarę. Jedną z metod poradzenia sobie z trudną przeszłością jest przyjrzenie się losom innych, którzy przeszli podobnie ciężką drogę. Ma to znaczenie terapeutyczne („jednak nie tylko ja dostaję po głowie”), ale także edukacyjne – pozwala wyciągnąć naukę na przyszłość. Wydaje się, że ostatnie 25 lat wymaga właśnie takiego przepracowania przez Polaków – był to okres reform bardzo dotkliwych społecznie i czas olbrzymiego napływu kapitału zagranicznego, który sprawił, że wielu z nas ma wątpliwości, czy mieszka jeszcze we własnym kraju.

Kupujemy w zagranicznych hipermarketach, trzymamy pieniądze w zagranicznych bankach, dzwonimy przez zagraniczną sieć komórkową. Nawet jeśli niektórzy powątpiewają, czy taki stan można nazwać neokolonializmem, to bez wątpienia jesteśmy w bardzo dużym stopniu zależni od kapitału zagranicznego. Jednak gdy spojrzymy na najnowszą historię gospodarczą, przekonamy się, że nasz los nie jest niczym wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, polskie podporządkowanie globalnym podmiotom gospodarczym jest typowe dla państw, które transformowały gospodarki w latach 80. lub 90. Nie tylko my mieliśmy swoją terapię szokową, nie tylko u nas gościł Jeffrey Sachs i nie tylko w naszym kraju zagraniczne instytucje finansowe sprywatyzowały publiczne składki emerytalne. Wiele podobnych przykładów znajdziemy w Ameryce Południowej czy Afryce. I zamiast po raz kolejny dumać nad tym, kiedy w końcu dogonimy Niemców czy Francuzów, spróbujmy znaleźć w sobie poczucie wspólnoty losów z Boliwijczykami czy mieszkańcami Burundi. Taka terapia może wyjść nam na zdrowie bardziej niż kolejne zachwyty nad tym, jacy to już jesteśmy europejscy.

Zależność w teorii

Zgodnie z koncepcją Immanuela Wallersteina państwa będące uczestnikami międzynarodowej wymiany gospodarczej tworzą wspólnie jeden system-świat, w ramach którego zachodzą między nimi relacje gospodarcze, konkurencja oraz wzajemne wpływy przejawiające się na różne sposoby. Nie istnieją obecnie kraje, które zupełnie nie uczestniczyłyby w wymianie – nawet najbardziej zamknięta gospodarka Korei Północnej bierze udział, oczywiście w mocno ograniczony sposób, w handlu chociażby z Chinami, jest więc częścią systemu-świata, tak jak wszystkie współczesne państwa. Na każdego z uczestników wymiany wpływają działania innych – w mniejszym lub większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio, czasem nawet w sposób znikomy, prawie niedostrzegalny, ale jednak żaden kraj nie jest w stanie uodpornić się na wpływ gospodarczych zawirowań międzynarodowych. Nawet Korea Północna dostanie rykoszetem, jeśli np. światowe spowolnienie gospodarcze odbije się na jej relacjach handlowych z Chinami.

Siła państwa w ramach tak zintegrowanego systemu wynika więc nie tylko ze zdolności do kształtowania porządku wewnętrznego, ale także z umiejętności kreowania skutecznej strategii w relacjach zewnętrznych. Jasne jest, że państwa silniejsze gospodarczo mają przewagę, którą chcą wykorzystać. Nie oznacza to jednak, że narody słabsze ekonomicznie są skazane na porażkę – bardzo wiele zależy od skuteczności ich polityki, choć na starcie są na gorszej pozycji.

Bogate gospodarki usiłują kształtować globalną wymianę w taki sposób, by otwierać handel na te obszary produkcji, w których są mocne, a zamykać na te, w których boją się konkurencji ze strony słabszych uczestników. Właśnie dlatego w bogatym świecie tak silnie chroniony jest sektor rolniczy. Silne ekonomicznie wspólnoty dążą również do liberalizacji rynków surowców zużywanych w dużej ilości oraz tych o niezbyt dużych zasobach, dzięki czemu mogą zapewnić sobie bardziej stabilne dostawy i niższe ceny. Natomiast rynki tych surowców, których mają sporo, wolą pozostawić uregulowane, by móc w większym stopniu kontrolować ceny oraz wykorzystywać przewagę negocjacyjną. Doskonałym tego przykładem są okresowe spory między UE a Rosją, dotyczące liberalizacji unijnego rynku gazu. Rosji są one nie w smak, gdyż pozycja Gazpromu siłą rzeczy wtedy osłabnie, za to UE właśnie do tego stanu dąży, ponieważ chce zyskać bardziej zróżnicowane, stabilne i tańsze dostawy. Państwa zamożne pragną również otwierania międzynarodowych granic na przepływy kapitałowe, wiedzą bowiem, że mają przewagę, a ich rodzime podmioty będą mogły swobodnie inwestować tam, gdzie można maksymalizować zyski. Słabszym gospodarkom uwalnianie przepływów kapitałowych może nie być na rękę – co prawda napływ zagranicznych zasobów finansowych w krótkim czasie na pewno spowoduje ich wzrost, jednak może także zdusić krajową konkurencję oraz zdestabilizować sytuację, gdyż kierunki ich obrotu odwracane są często i z różnych powodów. W interesie mniej rozwiniętych gospodarek jest więc wolniejsze i bardziej rozważne otwieranie się na przepływy kapitału.

Jak widać, interesy silnych i słabych gospodarek w ramach systemu-świata są często zupełnie różne, żeby nie powiedzieć przeciwstawne. Państwa mniej rozwinięte mogą się jednak tej liberalizacji rynków opierać. Właśnie dlatego tak ważnym narzędziem w rękach najbogatszej części świata jest uniwersalizm, czyli tworzenie zbioru zasad, które niby są dobre dla wszystkich i powinny obowiązywać na całym świecie. Do upowszechniania tych zasad i przekonywania słabszych, że są one również w ich interesie, państwa silne ekonomicznie wykorzystują wpływy i pozycję w organizacjach międzynarodowych, ośrodkach naukowych i intelektualnych oraz w mediach. Dzięki temu rzekomo uniwersalne zasady, wykreowane przez najbogatszą część świata, zostają powszechnie uznane za naukowo potwierdzone, a osoby, które się im sprzeciwiają, są nazywane ignorantami lub szaleńcami. Oczywiście zamożna część świata nie dąży do uniwersalizacji wszystkich obszarów życia – np. utworzenie jednej powszechnej religii do niczego nie jest jej potrzebne. Uniwersalne zasady, których powinno przestrzegać każde cywilizowane państwo i z którymi powinien się zgadzać każdy światły i wykształcony człowiek, dotyczą głównie tych zagadnień, na których najbardziej zależy krajom zamożnym – czyli gospodarki.

W celu ich ustalenia został stworzony tzw. Konsensus Waszyngtoński, mający być zbiorem reguł dobrego zarządzania gospodarką. Zdecydowana większość ekonomicznych ekspertów zgadza się z nim niemal całkowicie. Zasady te, dzięki wytrwałym staraniom lobbystów rozwiniętego świata, weszły do światowego dyskursu jako oczywiste i „mówią nimi” już nawet szeregowi pracownicy mediów czy początkujący pracownicy naukowi na uczelniach na całym świecie. Wśród najważniejszych z nich można wymienić liberalizację handlu, likwidację krajowych ograniczeń dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich, liberalizację przepływów kapitałowych i rynków finansowych, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, gwarancję praw własności, wprowadzenie wymiennej waluty i utrzymania jej stabilnego kursu, prowadzenie zdyscyplinowanej polityki budżetowej, obniżenie podatków oraz wydatkowanie środków publicznych na dziedziny, które gwarantują wysoką efektywność i rentowność. Jak widać, niemal wszystkie postulaty są zgodne z interesami podmiotów wymiany międzynarodowej dysponujących przewagą kapitałową.

Oczywiście, niektóre z nich są pożyteczne same w sobie – np. nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada dziś, że da się zbudować sukces gospodarczy bez gwarancji praw własności. Dobrze też jest trzymać politykę budżetową w ryzach, choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy trzeba je poluzować. Jednak wprowadzanie takich zasad zawsze i wszędzie, w dodatku w pakiecie, przyniesie korzyść głównie podmiotom silnym gospodarczo. Dla nich liberalizacja rynku jest z reguły korzystna, bo otwiera nowe pola działalności, na których są w stanie uporać się z konkurencją za pomocą swoich licznych przewag.

Instytucjonalną formą opisanego modelu są organizacje, które owe zasady wdrażają. Najważniejszą z nich jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Uznał on Konsensus Waszyngtoński za zbiór własnych recept przepisywanych każdemu. Inne z tych organizacji to Bank Światowy oraz Światowa Organizacja Handlu. Zamożne kraje, wyposażone w silne podmioty gospodarcze zdolne konkurować na międzynarodowych rynkach, posiadające zbiór ogólnych zasad oraz instytucje dbające o to, by je wprowadzać, miały otwartą drogę do gospodarczej kontroli nad słabiej rozwiniętymi rejonami świata, dzięki czemu zapewniły sobie większe możliwości generowania zysków. Według Noama Chomsky’ego odbywa się to zazwyczaj w podobny sposób. Bazą dla tych działań jest elita kraju rozwijającego się. Jej wiedza ekonomiczna jest mierna, a przez to są oni podatni na przekaz podawany w formie naukowej oczywistości. Dodatkowym atutem jest w tej sytuacji chęć zdobywania osobistych korzyści. Następny krok to otwarcie rynku wewnętrznego dla importowanych produktów, które mają taką przewagę jakościową, że dość szybko go podbijają. Cierpią na tym lokalne przedsiębiorstwa, zarówno prywatne, jak i państwowe, więc albo bankrutują, albo zostają kupione po zaniżonej cenie jako aktywa rzekomo mało wartościowe i mało perspektywiczne. Następnym etapem jest budowanie zagranicznej struktury usługowej, handlowej i infrastrukturalnej poprzez dominację kapitału zagranicznego w najbardziej dochodowych branżach oraz naturalnych monopolach – telekomunikacji, handlu wielkopowierzchniowym czy energetyce. Ukoronowaniem procesu jest zdominowanie sektora bankowego, co pozwala na prowadzenie polityki kredytowej zgodnie z interesem centrali. W końcu kształtuje się gospodarka dualna, w której najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa znajdują się w rękach zagranicznych, natomiast w krajowych pozostają głównie mały i średni biznes oraz produkcja rolna.

Zależność w praktyce

Tworzenie zależności gospodarczej dzięki umiejętnemu kształtowaniu wymiany sięga jeszcze czasów, gdy tradycyjna kolonizacja miała się znakomicie. Doskonałym przykładem są relacje pomiędzy Europą a zachodem Afryki od XVI do XIX wieku. W tym czasie rozwijała się regularna kolonizacja Ameryk, powstał więc ogromny popyt na niewolników, potrzebnych do pracy na plantacjach. Rezerwuarem siły roboczej stała się zachodnia Afryka, gdyż tamtejsze państwa wciąż wykorzystywały ich do różnych prac. Niewolników pozyskiwano głównie dzięki toczonym tam wojnom. Europejczycy zaczęli więc nie tylko ich kupować, lecz także masowo sprzedawać broń kontrahentom, by ci mogli skuteczniej toczyć wojny. Upiekli przy tym dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnili sobie popyt na produkowaną broń oraz podaż kupowanych niewolników. Takie ukształtowanie wymiany momentalnie wpłynęło na charakter polityki, społeczeństwa i kultury słabszej strony. W zachodniej Afryce powstały całe państwa wyspecjalizowane w handlu niewolnikami i na nim oparte. Najsłynniejszym z nich było Królestwo Kongo, a oprócz niego np. Oyo (dzisiejsza Nigeria) czy Asante (Ghana). Symbolem upadku kultury zachodnioafrykańskiej pod wpływem europejskich handlowców było przekształcenie się słynnej wyroczni Arochukwu w Nigerii w „pułapkę na wiernych”, którzy w dobrej wierze przybywali do niej po radę, a kończyli na statkach płynących do Ameryki.

Innym przykładem jest traktat handlowy podpisany w 1858 r. w Tiencinie, dzięki któremu mocarstwa europejskie podporządkowały sobie handlowo Chiny po wojnach opiumowych. Zobowiązały one Chiny do eksportu po niskich cenach dóbr kupowanych przez Europejczyków oraz do otwarcia swojego rynku na import opium. Nie tylko bardzo osłabiło to gospodarczo Państwo Środka, lecz także wpędziło miliony jego mieszkańców w uzależnienie od opiatów. Kolejny, nowszy przykład kształtowania relacji wymiany przez silnych pochodzi już z naszych czasów. Podczas negocjacji handlowych zwanych Rundą Urugwajską (lata 80. i 90. XX wieku) dyskutowano kwestię otwarcia rynków usług. W ich efekcie otwarto głównie rynki tych usług, które były eksportowane przez kraje wysoko rozwinięte (finanse, informatyka), a np. usługi żeglugowe czy budowlane, w których kraje biedniejsze mogłyby „powalczyć”, nie zostały objęte porozumieniem. Negocjatorzy z USA przechwalali się potem korzyściami, jakie zdobył ich kraj, ale Afryka Subsaharyjska, jak wyliczył Bank Światowy, straciła na tym porozumieniu 2 procent PKB.

Równie źle jak handlowanie z dużo bogatszymi od siebie kończy się dla krajów uboższych wdrażanie „uniwersalnych” zasad upowszechnianych przez państwa zamożne oraz ich lobbystów, takich jak MFW. I to nawet wtedy, gdy nie są one wdrażane stricte w interesie współczesnych kolonizatorów – po prostu rozwiązania kształtowane z myślą o interesie wysoko rozwiniętych państw z reguły nie sprawdzają się w ubogich i zapóźnionych. Oczywiście nie psuje to samopoczucia międzynarodowym ekspertom, którzy wciąż serwują standardową waszyngtońską recepturę. W Maroku nieźle zaczęła się rozwijać hodowla drobiu. Państwowa spółka dostarczała przedsiębiorcom 7-dniowe pisklęta, a więc brała na siebie ryzyko wysokiej śmiertelności kurczaków w pierwszych dniach życia. MFW stwierdziło kategorycznie, że państwo nie jest od hodowli drobiu, w związku z czym Maroko zaprzestało tej działalności. Na zwolnione miejsce weszła firma prywatna, jednak ryzyko śmiertelności kurcząt było dla niej zbyt wysokie i dość szybko wycofała się z biznesu. Kolejnych prywatnych chętnych hodowców już nie było, więc obiecująca gałąź gospodarki upadła. Kenia tymczasem, zgodnie z „sugestią” MFW, zliberalizowała raczkujący sektor bankowy, co miało doprowadzić do większej konkurencji. Stało się zupełnie inaczej – przez sektor pozbawiony nadzoru przetoczyła się fala bankructw (w latach 1993–1994 upadło aż 14 banków), co konkurencję jeszcze zdławiło. Niespecjalnie tym zrażeni eksperci MFW zaczęli forsować liberalizację sektora finansowego w Etiopii. Tamtejszy rząd na czele z Melesem Zenawim, znając efekty takiej liberalizacji w Kenii, nie zgodził się na podobny ruch. MFW, widząc, że Etiopczycy nie chcą grzecznie wprowadzać wszystkich jego pomysłów, odciął Etiopię od finansowania. Dopiero interwencja grupy zachodnich ekonomistów, którzy poparli w tym sporze Etiopię, spowodowała, że Fundusz zmienił zdanie.

Oczywiście, większość działań wprowadzających wolnorynkowy uniwersalizm w mniej rozwiniętych rejonach świata jest nakierowanych głównie na zdobywanie nad nimi kontroli gospodarczej, a następnie maksymalizowanie zysków. Argumenty za prywatyzacją, mówiące, że prywatne podmioty gospodarują lepiej niż państwowe, to często zwykła zasłona dymna mająca ukryć zakusy bogatych na lokalny rynek. Wybrzeże Kości Słoniowej zgodnie z podpowiedziami MFW sprywatyzowało państwowego operatora telekomunikacyjnego w taki sposób, że… sprzedało go France Telecom, państwowemu operatorowi z Francji. Ten na raczkującym rynku szybko zdobył pozycję monopolisty i znacznie podwyższył ceny, co skończyło się m.in. w taki sposób, że studenci na uniwersytetach przestali korzystać z Internetu. Notabene rząd francuski miał czynny udział w wykluczaniu amerykańskiej konkurencji z tamtego rynku – jak widać współczesna kolonizacja to nie tylko walka z krajowymi podmiotami, lecz także zacięta rywalizacja między kolonizatorami.

Prawdziwe eldorado zachodnie firmy miały po prywatyzacji systemu emerytalnego w Chile. W latach 1981–2008 AFP (tamtejsze OFE) pobrały w formie opłat, bagatela, 1/3 wszystkich składek, jakie do nich wpłynęły, co oznacza, że tylko na tym ruchu zarobiły 20 mld dolarów. Oprócz tego niemal połowa pozostałych składek była inwestowana w wielkie korporacje działające na terenie Chile, a kolejne kilkanaście procent – za granicą, w czołowe instytucje finansowe. Sami Chilijczycy mieli z tego niewiele – w 2010 r. aż 1/3 emerytów musiała pobierać dodatkowe świadczenia od państwa, gdyż AFP nie zdołały odłożyć im środków wystarczających przynajmniej na minimalną emeryturę. Doskonałym przykładem symbiozy między działającymi na danym rynku zachodnimi firmami była historia liberalizacji sektora bankowego w Argentynie. Został on przejęty przez zagraniczny kapitał, który następnie zupełnie nie miał ochoty pożyczać pieniędzy lokalnym firmom, kredytując głównie międzynarodowe korporacje działające na tamtejszym rynku. Sektor małych i średnich przedsiębiorstw został odcięty od kapitału i wpadł w tarapaty.

Doskonałym przykładem gospodarczej kolonizacji, skupiającym w sobie niemal wszystkie omawiane zjawiska, jest Boliwia. Ten niewielki kraj Ameryki Południowej zmuszony był pod koniec lat 80. starać się o restrukturyzację długu w Klubie Paryskim, w zamian za co MFW zaserwował mu „terapię szokową” (co brzmi znajomo). Jednym z architektów tego planu był… dobrze znany w Polsce Jeffrey Sachs. Plan zakładał standardowy zestaw „uniwersalnych” postulatów: pełne otwarcie granic na import i wolny handel, nagłe zniesienie kontroli cen, zamrożenie płac oraz restrukturyzację państwowych firm z myślą o ich prywatyzacji. Według planów otwarcie na wolny handel miało stworzyć wiele nowych miejsc pracy dla bezrobotnych po restrukturyzacjach krajowych firm – a skończyło się 30-procentowym bezrobociem. Zamrożenie płac przy jednoczesnym uwolnieniu cen skutkowało drastycznym spadkiem siły nabywczej, która w pewnym momencie obniżyła się aż o 70 proc., po dwóch latach wciąż była niższa o 40 proc., a w XXI wieku wciąż nie odzyskała dawnego poziomu. Inflacja, która miała zostać błyskawicznie zlikwidowana, spadła poniżej 10 procent dopiero pod dwóch latach. Te wszystkie zjawiska doprowadziły do ogromnych niepokojów społecznych oraz demonstracji tłumionych za pomocą gazu łzawiącego i strzelania do protestujących. Zgodnie z planem przystąpiono także do prywatyzacji – po sprzedaży sieci wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel ceny skoczyły trzykrotnie, co skończyło się kolejnymi rozruchami i renacjonalizacją. Do zmonopolizowania wydobycia gazu przez amerykańskie korporacje już nie doszło, ale tylko dlatego, że wcześniej wybuchły protesty. Zgodnie z radami Banku Światowego sprywatyzowano także system emerytalny, co w efekcie generowało co roku ogromny dług publiczny – 90 proc. corocznego deficytu budżetowego było spowodowane ubytkiem składek, przy ciągłej konieczności wypłacania emerytur według starego systemu. Głównymi beneficjentami „nowego systemu” były dwa zagraniczne banki, które nim zarządzały – hiszpański BBVA oraz szwajcarski Zurich Financial Services AG. Drastycznie negatywny wpływ prywatyzacji emerytur na państwowy budżet spowodował, że także ten pomysł został zarzucony i w 2010 r. lewicowy rząd Evo Moralesa doprowadził do renacjonalizacji emerytur. Jakby tego wszystkiego było mało, Boliwia zobaczyła również, co znaczy kształtowanie warunków wymiany zgodnie z interesem silniejszego. Kraj otworzył się na wolny handel, zmniejszając stawki importowe poniżej poziomu USA i dodatkowo współpracując ze Stanami Zjednoczonymi w likwidacji upraw koki. W odpowiedzi USA zamknęły rynek na niektóre produkty rolne, które Boliwijczycy zamierzali tam eksportować, np. cukier.

Podobnie sprawy miały się w Burundi, które również w latach 80. przeszło „restrukturyzację” pod dyktando wolnorynkowego uniwersalizmu. Krajobraz po tej reformie wyglądał niezwykle znajomo. W krajowych rękach zostały przede wszystkim niewielkie zakłady rzemieślnicze, natomiast większe (a wbrew pozorom były takie) trafiły w ręce zagraniczne. Identycznie wyglądał podział podmiotów handlowych – wszystkie większe sklepy czy supermarkety były własnością kapitału zagranicznego, natomiast rodzimi przedsiębiorcy dysponowali jedynie małymi sklepikami lub handlem bazarowym. W ręce zagraniczne trafiły najbardziej dochodowe i strategiczne branże – telekomunikację oraz dostawy internetu przejął, a jakże, France Telecom z cenami wyższymi nawet od tych we Francji. Również we francuskie ręce trafiła sieć elektryczna. Poza bankiem centralnym nie istniały rodzime banki – funkcjonowały za to filie zagranicznych, które nie tylko niechętnie kredytowały lokalnych przedsiębiorców, lecz także dyktowały mało korzystne warunki (uzyskanie kredytu bardzo ułatwiało np. posiadanie białego wspólnika). Utrwaliła się również niekorzystna struktura handlu zagranicznego – importowano gotowe wyroby, natomiast eksportowano produkty rolne, spożywcze i bawełnę. Nastąpiło także rozwieranie się nożyc między cenami produktów eksportowanych a importowanych – na niekorzyść tych pierwszych. Te niekorzystne warunki wymiany spowodowały oczywiście bardzo duży jak na możliwości Burundi deficyt na rachunku bieżącym (w 2004 r. było to 100 mln dolarów). Co więcej, importowane produkty przemysłowe były droższe niż w Europie, choć lokalna siła nabywcza była bez porównania niższa. Afrykanie byli także mocno poszkodowani w kwestiach płac – zatrudnieni w zagranicznych przedsiębiorstwach wysoko wykwalifikowani obywatele Burundi zarabiali nawet 30–40 razy mniej niż ich zagraniczni koledzy z pracy.

Skolonizowana Rzeczpospolita

Nasza transformacja przypadła na nieszczęśliwy okres reaganizmu-thatcheryzmu, który notabene trwa do dziś, jednak właśnie w latach 80. i 90. (wtedy już raczej w postaci clintonizmu-blairyzmu) miał swoje apogeum. Wolnorynkowa rewolucja znacznie ułatwiła silnym kapitałowo krajom zdobywanie kontroli nad państwami słabiej rozwiniętymi, tym bardziej jeśli przechodziły akurat spore kłopoty. Podobnie jak Boliwia musieliśmy negocjować spłatę kredytów z Klubem Paryskim (a także Londyńskim) i także do nas przyjechał Jeffrey Sachs, by stworzyć zręby planu, który miał być warunkiem otrzymania redukcji zadłużenia. Przy wdrażaniu planu nas również pilnował (oficjalnie: doradzał) Bank Światowy, który suflował wiele gotowych rozwiązań. Co więcej, przechodziliśmy problemy podobne do boliwijskich (wysoka inflacja) i w Polsce także miały one zostać rozwiązane bardzo szybko dzięki terapii szokowej, oczywiście w dużej mierze zgodnej z Konsensusem Waszyngtońskim. Trzeba też przyznać, że pierwszy warunek neokolonizacji według Chomsky’ego (istnienie w kolonizowanym kraju ignoranckich i niekompetentnych elit) został doskonale spełniony – mało kto z naszych decydentów rozumiał to, co proponował im Sachs.

Przygotowano Polsce dosyć typowy zestaw zaleceń, bez przejmowania się, czy jest on dostosowany do krajowych realiów i potrzeb. Program zawierał: otwarcie na wolny handel poprzez likwidację wszelkich pozwoleń na eksport i import oraz wprowadzenie dość niskiego podatku importowego (20 proc. wartości), zniesienie wszelkich dopłat dla przedsiębiorstw z budżetu państwa, likwidację preferencyjnych kredytów z banku centralnego, znaczne podniesienie oprocentowania kredytów (także tych już zaciągniętych) powyżej inflacji, likwidację kontroli cen przy jednoczesnym ograniczeniu wzrostu płac przez specjalny podatek od zbyt wysokich wynagrodzeń (tzw. popiwek), wprowadzenie wymienialności złotego przy jego silnej dewaluacji, a także – możliwie szybką prywatyzację. Była to więc polityka zupełnie oderwana od struktury polskiej gospodarki. Skoro wiedziano, że polskie przedsiębiorstwa nie są przystosowane do konkurencji rynkowej, gdyż przez lata funkcjonowały w zupełnie innym modelu gospodarczym, należało wprowadzić elementy protekcjonizmu w postaci substytucji importu, by dać im czas na dostosowanie. Tymczasem polską gospodarkę otwarto tak szeroko, że Polska zaczęła być nazywana „Hongkongiem Europy”. W obliczu słabości kapitałowej polskich firm należało uruchomić państwowy program nisko oprocentowanych kredytów, dzięki którym przedsiębiorstwa te mogłyby pozyskiwać fundusze na działalność. Drastycznie ograniczono jednak możliwości czerpania kapitału z tego źródła, zwiększając ponadto oprocentowanie pożyczek już zaciągniętych, a w efekcie przez nasz odcięty od finansowania sektor przedsiębiorstw przeszła fala bankructw. Dodatkowo, wiedząc o tym, że wartość większości polskich zakładów jest mocno niedoszacowana z powodu dewaluacji złotówki, należało odłożyć w czasie plany prywatyzacyjne i poczekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem szybkie rozpoczęcie prywatyzacji było integralną częścią planu, w związku z czym wiele przedsiębiorstw sprzedano niemal za bezcen.

Efekty gospodarczo-społeczne polskiej terapii szokowej były zatrważające. PKB Polski w latach 1991–1992 spadł o ok. 25%, a realny spadek płac do roku 1993 wyniósł ok. 30%. O ile w roku 1989 poniżej minimum egzystencji żyło ok. 16% naszych rodaków, o tyle już w 1993 było ich ok. 40%. Roczna inflacja w roku 1990 wyniosła 600%, choć miała wynosić kilka, a wskaźnik jednocyfrowy udało się osiągnąć dopiero w 1999 r.

Jeśli polska transformacja była przeprowadzana w czyimś interesie, to na pewno nie był to interes polskiej gospodarki. Dowodzi tego długa lista firm, które upadły, choć wcale nie musiały. Warszawski zakład CEMI, produkujący układy scalone, diody i tranzystory, zatrudniał ok. 8 tysięcy pracowników i był największym tego typu przedsiębiorstwem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował m.in. w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tysięcy pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy, Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała sprzęt odporny na wstrząsy, wykorzystywany m.in. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tysięcy odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Terapii szokowej nie wytrzymał również ZOPAN, produkujący aparaturę pomiarową, a także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.

Wspomniane wyżej bankructwa były w interesie napływającego z zagranicy kapitału, któremu znikała konkurencja. Można ją było jeszcze ewentualnie rozbroić za pomocą „wrogiego przejęcia”. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR i zatrudniały ok. 4000 pracowników. Niemcy wręczyli wypowiedzenia pracownikom, a następnie… zburzyli wszystkie budynki. Dokładnie taką samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia, tym razem jednak ocalał jeden budynek, w którym pozostawiono marginalną produkcję przewodów. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te „odchudzono” o… 90%. Inną strategię przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.

Te działania spowodowały, że w zaledwie 5 lat zupełnie rozbrojono polski przemysł. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50%, czyli o ok. 200 tysięcy pracowników. Produkcja aparatury informatycznej zmalała o 26%, optycznej o 36,5%, maszyn i urządzeń energetycznych o 45%, a urządzeń elektronicznych aż o 66,5%. W porównaniu z 1989 rokiem w 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7% tranzystorów, 0,6% (!) układów scalonych, 12% silników przemysłowych, 5% kombajnów zbożowych, 20% aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12% odbiorników radiowych oraz 6% żurawi i 25% suwnic. Drastycznie za to wzrósł import towarów z zagranicy. Jego udział w krajowej podaży sprzętu automatyki przemysłowej skoczył z 28,4% w 1991 r. do 74,1% w roku 1993. Ten sam wskaźnik dla maszyn przemysłu spożywczego wzrósł z 24,5 do 87,6%, dla narzędzi z 29,6 do 57,8%, dla obrabiarek z 40,3 do 71,4%, a dla maszyn i urządzeń elektroenergetycznych z zaledwie 9,3 do 41%.

Kolejnym polem, na którym podmioty zagraniczne podporządkowały sobie nadwiślańską gospodarkę, była tradycyjna prywatyzacja. Również ona została przeprowadzona zgodnie ze schematem opisanym przez Chomsky’ego, czyli po zdecydowanie niedoszacowanych cenach. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a drugie tyle warte było uzbrojenie ziemi i rozbudowanie infrastruktury. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80% akcji za zaledwie 120 milionów dolarów. Co gorsza, suma zwolnień podatkowych, które w zamian za to uzyskali, wyniosła w sumie… 142 miliony dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że wzięli od nas całkiem nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper chwalił się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była jednak prawdopodobnie sprzedaż Huty Warszawa. Choć wyceniano ją nawet na 3 miliardy dolarów, 51% jej akcji zostało sprzedanych włoskiemu Lucchini za… niecałe 34 miliony. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tysiąca złotych za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tysięcy zł. Również inne polskie huty sprzedano za bardzo niskie kwoty. W 2003 roku 62% akcji Polskich Hut Stali, obejmujących 4 wielkie huty, zostało zakupionych przez Mittal Steel Company za 1,43 miliarda złotych, co stanowiło ledwie 48% zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po jej sprzedaży. Na tej transakcji raport NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 miliardy złotych.

Następne etapy modelu opisanego przez Noama Chomsky’ego, czyli zdobycie kontroli nad najbardziej zyskownymi obszarami gospodarki oraz sektorem bankowym, zostały zrealizowane z podobną gorliwością. Jeszcze na początku 1993 r. tylko 10 banków należało do podmiotów zagranicznych, jednak dość szybko zmieniło się to przy czynnym współudziale polskich elit, które zupełnie nie doceniły wagi i wartości polskiego sektora bankowego. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecnie BZ WBK, został sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który miał zostać inwestorem strategicznym, jednak po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak lepiej niż Bank Śląski, którego dużą część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tysięcy złotych. Tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. w niezwykle oszczędny sposób stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych i najbardziej nowoczesnych instytucji finansowych III RP. Zgodna polityka polskich decydentów i dysponentów zagranicznego kapitału skończyła się tak, że w 2011 r. zagranicznych banków już było ok. 60, a polskich zaledwie kilka.

W ręce zagraniczne oddano również polski sektor telekomunikacyjny, który prywatyzowano na takich zasadach, że nasi państwowi operatorzy trafiali w ręce… państwowych operatorów z innych krajów. Tak się stało zarówno z Telekomunikacją Polską, którą kupił, wspominany już przy okazji opisywania neokolonizacji Afryki, France Telecom, jak i z Polską Telefonią Cyfrową, która trafiła do niemieckiego T-Mobile. Natomiast w sektorze handlu wielkopowierzchniowego zagraniczny kapitał nie musiał nawet nic przejmować – wystarczyło, że wszedł na dziewiczy rynek i błyskawicznie zdobył pozycję dominującą. W 2011 r. istniały w Polsce 732 hipermarkety i dyskonty zagraniczne (a ich liczba od tamtego czasu znacznie wzrosła), z czego samo Tesco miało 370 sklepów.

Wisienką na torcie kolonizacji polskiej gospodarki była prywatyzacja systemu emerytalnego. Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji było właśnie przeprowadzenie tej operacji, czego dopilnować miał Bank Światowy, wspierający proces oddłużenia. System OFE został więc de facto wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władzy PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu wobec proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką medialną akcję propagandową, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu. Do teraz przynosi to negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania zarówno instytucji suwerennego państwa, jak i całego społeczeństwa. Zgodnie z planem w 1999 r. dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego poprzez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. wszystkie zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999–2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały dla siebie 19 mld zł. Niestety, dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należy wypłacać. W związku z tym w okresie 1999–2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem tego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, który zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE, oraz wcześniejsza akcja obrzydzania obywatelom ZUS spowodowały powstanie wielkiej dziury w systemie. Rządzący postanowili ją załatać, podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to wzbudziło wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisały się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, rząd wolał wyrzucić do kosza opinię 2 milionów Polaków, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE.

Z perspektywy czasu możemy już powiedzieć, że operacja neokolonizacji Polski się udała. Wśród 100 największych przedsiębiorstw działających w naszym kraju w 2011 r. zaledwie 17 było polskich. Udział polskiego kapitału w sektorze bankowym dopiero po zakupie Nordei przez PKO BP w drugiej połowie 2014 r. sięgnął około 40%, a więc kapitał zagraniczny posiada aż ok. 60% tego sektora – w krajach Zachodu nawet odwrotna relacja byłaby wystarczającym argumentem, żeby bić na alarm. Ta sytuacja na szczęście może się trochę zmienić na lepsze w obliczu planowanego kupna Alior Banku przez PZU. Przez podmioty zagraniczne zdominowane zostały także pozostałe najbardziej zyskowne branże, czyli telekomunikacja oraz masowy handel detaliczny. W sektorze telekomunikacyjnym kapitał zagraniczny ma ok. 70% udziałów w rynku. Jeśli chodzi o handel, to podmioty zagraniczne posiadają zaledwie 4% wszystkich sklepów, ale przy tym aż 28% całej powierzchni handlowej – różnica ta wynika z faktu, że zdominowały one sektor sklepów wielkopowierzchniowych, a ten odpowiada już w Polsce za ponad 50% całego handlu detalicznego. Dodatkowo po rozbrojeniu naszego rodzimego przemysłu staliśmy się nisko kosztową montownią dla zagranicznych przedsiębiorstw, co odbija się na płacach. Odsetek płac w PKB Polski wynosi ledwie 46%, przy średniej UE 56%. Oznacza to, że przewaga dochodów z kapitału nad dochodami z pracy jest w naszym kraju niemal najwyższa w UE.

Jak widać, czasy kolonialne nie odeszły wcale do lamusa i mają się znakomicie. Różnica jest taka, że obecnie kolonializm nie polega już na podboju militarnym, lecz na podporządkowaniu gospodarczym. Widać też wyraźnie, że zostaliśmy mu poddani w sposób dość typowy. Ktoś może powiedzieć, że przecież przez ostatnie 25 lat niemal nieustannie się rozwijaliśmy. I tu nie ma sprzeczności – współcześni kolonizatorzy nie niszczą kontrolowanych krajów, lecz je wyzyskują. Stabilny wyzysk musi iść w parze z jakimś rozwojem – w końcu zarobić można przede wszystkim na wartości dodanej, a tej służy osiąganie pewnego wzrostu. Jest to jednak wzrost mocno ograniczony rentą kolonialną oraz interesem światowych hegemonów dzierżących przewagę kapitałową, dla których niewygodny byłby zbyt wielki sukces gospodarczy kontrolowanych terytoriów, gdyż mogłyby wtedy wybić się na niezależność. Jeśli chcemy się w końcu naprawdę rozwijać na miarę naszych możliwości, musimy zrzucić z siebie ciężar gospodarczej zależności.

Odzyskać dobro wspólne – rozmowa z dr. Dawidem Sześciłą

– Żeby uniknąć nieporozumień, proponuję zacząć od podstaw: co to są usługi publiczne, jaki jest ich zakres, kto jest odpowiedzialny za ich jakość i funkcjonowanie? Czemu służą?

Dawid Sześciło: Usługi publiczne to dla mnie esencja państwa dobrobytu w działaniu. One są wyrazem tego, jak funkcjonuje państwo dobrobytu. Ale samo pojęcie „usług publicznych” jest już w pewien sposób nacechowane ideowo, odsyła nas do myślenia rynkowego, choć usługi publiczne zdecydowanie różnią się od tych, które kupujemy na rynku. Jeśli zajrzymy do regulacji konstytucyjnych dotyczących sfery praw składających się na państwo dobrobytu, to dwiema podstawowymi wartościami, które cechują system usług publicznych, są powszechność i równość dostępu do nich. Na straży tych zasad powinno stać prawo administracyjne. I im dwóm powinna służyć polityka państwa dotycząca usług publicznych.

W pewnym uproszczeniu usługi publiczne przechodziły ewolucję od modelu etatystycznego, w którym państwo określało, co jest usługą publiczną i brało na siebie odpowiedzialność za sfinansowanie dostępu obywateli do niej, a także było odpowiedzialne za bezpośrednie jej dostarczanie obywatelom za sprawą instytucji, zakładów administracyjnych, przedsiębiorstw państwowych. Od lat 70. XX wieku, wraz z ekspansją neoliberalizmu, którego efektem w systemie zarządzania publicznego jest koncepcja New Public Management (NPM), model etatystyczny zaczął ewoluować w stronę rozwiązania opartego na urynkowieniu, częściowej prywatyzacji i komercjalizacji czy korporatyzacji.

– Na czym polegają te zjawiska?

– Urynkowienie wniosło do procesu organizowania dostępu do usług publicznych takie narzędzia jak outsourcing, czyli wyprowadzanie bezpośredniego świadczenia usług z sektora publicznego na rynek, zdominowany głównie przez podmioty prywatne i komercyjne. W tym mieszczą się bardziej zaawansowane warianty outsourcingu, jak partnerstwo publiczno-prywatne, w którym prywatny podmiot bierze odpowiedzialność za bezpośrednie świadczenie, dostarcza usługę obywatelowi i dostaje za to pieniądze od państwa, a w zamian otrzymuje wyłączne prawo do czerpania zysków z takiego projektu publicznego. Sztandarowym tego przykładem są w Polsce płatne drogi.

Mamy też do czynienia z systemem voucherów czy bonów na usługi publiczne. To rozwiązanie najczęściej kojarzymy z bonami oświatowymi. Opiera się ono na mechanizmie: uwalniamy rynek, jeśli chodzi o otwieranie i prowadzenie szkół, a pieniądz podąża za uczniem. W Polsce od końca lat 90. usiłuje się w sposób skrajnie nieudolny wprowadzić tę zasadę do systemu opieki zdrowotnej. Pacjent ma ustawowo zagwarantowaną formalną swobodę wyboru świadczeniodawcy, a za jego wyborem idzie transfer środków. Dobrze widać na tym przykładzie, jakie ten model ma wady i ograniczenia, jak bardzo nie rozwiązuje problemów systemowych ze służbą zdrowia. Jaką korzyść ma pacjent z wyboru świadczeniodawcy, jeśli u każdego z nich wyczerpano już limit świadczeń finansowanych przez państwo?

Naturalną konsekwencją procesu urynkowienia jest częściowa prywatyzacja. Jeżeli otwieramy rynek i wprowadzamy konkurencję między dostawcami usług publicznych, to przełamujemy monopol usługodawców państwowych/publicznych. Prywatni usługodawcy z reguły startują z lepszej pozycji konkurencyjnej, ponieważ mają większy potencjał do obniżania kosztów, szczególnie kosztów pracy. Mniejsze jest w takich firmach uzwiązkowienie, a często w ogóle nie istnieje tam związki zawodowe. Notabene prywatyzacja może być naturalnym elementem procesu urynkowienia, ale czasem bywa wymuszona, czego jednym ze sztandarowych przykładów jest Thatcherowski system obowiązkowego kontraktowania usług publicznych. Władze lokalne zostały zmuszone do wyrzucenia z pracy sprzątaczek, ochroniarzy czy pracowników stołówek szkolnych i na wszystkie te usługi musiały organizować przetargi, które wygrywali prywatni usługodawcy.

– Wreszcie efekt komercjalizacji…

– Komercjalizacji lub korporatyzacji. Jeżeli otwieramy rynek usług publicznych, to naturalną konsekwencją jest zmiana sposobu funkcjonowania podmiotów publicznych. Sektor publiczny nie jest już taki sam, bo upodabnia się do sektora prywatnego. Coraz bardziej skupia się na wyniku ekonomicznym, stopniowo obniżając rangę takich wartości jak powszechny i równy dostęp do usług. Jest to bezpośredni skutek presji konkurencyjnej.

Jeszcze bardziej widoczny skutek to zmiana w sferze form organizacyjnych i prawnych usługodawców publicznych. Powszechnie określa się ten proces mianem komercjalizacji, ja nazwałbym go korporatyzacją. Mamy z nim do czynienia w polskiej służbie zdrowia. Polega on na przekształcaniu publicznych zakładów opieki zdrowotnej w spółki kapitałowe. Kilka lat temu nie udało się ówczesnej minister zdrowia, Ewie Kopacz, przymusić do komercjalizacji Zakładów Opieki Zdrowotnej. Wprowadzono jednak do ustawy pewne zachęty połączone z – tak to nazwijmy – groźbami, które stopniowo do korporatyzacji będą prowadzić. Z czasem będziemy mieli coraz mniej Samodzielnych Publicznych ZOZ-ów, funkcjonujących w specjalnej formie prawa publicznego, ustawowo zabezpieczonych przed upadłością, a coraz więcej będzie spółek kapitałowych. Zresztą ustawa o działalności leczniczej, wprowadzona w ramach reformy Kopacz, przyniosła jeszcze jedną fundamentalną zmianę aksjologiczną, czyli nazwała działalność polegającą na świadczeniu usług leczniczych działalnością gospodarczą.

– W jaki sposób?

– Wprowadziła pojęcia „przedsiębiorcy” i „działalności gospodarczej” na grunt systemu ochrony zdrowia. W ten sposób domknięto proces urynkowienia służby zdrowia, który zaczął się w czasach rządu Jerzego Buzka od wprowadzenia systemu voucherowego i Kas Chorych, rozdzielenia płatnika i świadczeniodawcy.

– Skąd w ogóle w europejskiej tradycji politycznej i społeczno-gospodarczej pomysł, że powinny istnieć jakiekolwiek usługi publiczne?

– Rozwój usług publicznych zdecydowanie wiązałbym z powstaniem państwa bezpieczeństwa socjalnego, którego początki sięgają połowy XIX w. Zaczynało się ono od działalności regulacyjnej instytucji publicznych, chroniących przede wszystkim pracowników, ograniczających pracę dzieci, czas pracy dorosłych itd. Później mamy reformy Bismarckowskie, wprowadzające ubezpieczenia społeczne.

Prawdziwa eksplozja państwa dobrobytu nastąpiła po II wojnie światowej. Można powiedzieć, że było to możliwe tylko w takich okolicznościach historycznych. Tłumaczę to za Andrzejem Walickim szokiem powojennym, zrozumieniem socjalnych przyczyn wybuchu wojny. To skłoniło zachodnie społeczeństwa i ich elity do innej organizacji społeczno-gospodarczej. Walicki nie jest w swoim myśleniu odosobniony – w literaturze europejskiej na temat welfare state dominuje pogląd, że interpretacja przyczyn wojny właśnie poprzez pryzmat spraw socjalnych, ubóstwa, nierówności, biedy umożliwiła sukces idei państwa dobrobytu jako najważniejszej koncepcji politycznej i społecznej okresu powojennego.

Początki wyraźnego zwrotu w stronę socjalną było widać już w trakcie wojny. W Karcie Atlantyckiej pojawiały się pierwsze odniesienia do praw socjalnych, zabezpieczenia przed biedą, zapewnienia wszystkim godnych warunków życia. A tuż po wojnie Powszechna Deklaracja Praw Człowieka była pierwszym dokumentem w historii, który wyniósł ideę państwa dobrobytu na poziom prawa międzynarodowego. Za tym poszła lawina regulacji również w sferze prawa międzynarodowego, czego dobrym przykładem jest Pakt Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie bez znaczenia był dorobek rodzącej się wówczas Wspólnoty Europejskiej, w tym Karta Społeczna Rady Europy.

Jeśli spojrzymy na stronę statystyczną tego procesu, to dostrzeżemy niemal skokowy wzrost wydatków publicznych na szeroko rozumianą sferę socjalną. Między XIX a XX wiekiem, w ciągu nie więcej niż stu lat, doszło do odwrócenia filozofii działania państwa: od warfare state do welfare state. Jeśli porównamy poziom wydatków państw na obronność i zbrojenia w połowie XIX w. z ówczesnymi wydatkami socjalnymi, to w połowie XX w. zaobserwujemy niemal dokładne odwrócenie proporcji. W połowie XIX w. na zbrojenia wydawano około 1/4 lub 1/5 budżetów publicznych, a na sferę socjalną – w granicach procenta. W połowie XX w. sfera socjalna to wydatki w granicach 20 proc., a na zbrojenia wydawano mniej więcej tyle, ile w połowie XIX w. na tę pierwszą dziedzinę. Skala tej ewolucji była imponująca.

– A może państwo dobrobytu było krótką przygodą w dziejach cywilizacji zachodniej?

– To wciąż otwarte pytanie. Jeśli spojrzymy tylko z perspektywy statystycznej, to możemy powiedzieć, że państwo dobrobytu ma się dobrze. Ono rośnie już nie tak szybko jak kiedyś, ale rośnie. Jeżeli zmierzymy udział wydatków socjalnych w PKB, to od 1980 roku, gdy Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zaczęła na poważnie prowadzić pomiary, rośnie on cały czas. Wówczas było to około 16 proc., obecnie to ok. 22 proc. w stosunku do PKB.

Jeśli jednak zbadamy te dane dokładniej, to optymizm pryśnie. Gdy przyjrzymy się bliżej statystykom, zobaczymy, że wspomniany wzrost zawdzięczamy obecnie w zasadzie jednej, w porywach dwóm sferom, czyli wydatkom na systemy emerytalne i ochronę zdrowia. Jeśli chodzi o pozostałe sektory usług publicznych, czyli szeroko rozumiane usługi społeczne, pomoc socjalną, wsparcie osób bezrobotnych, budownictwo mieszkaniowe, czy szerzej – wsparcie potrzeb mieszkaniowych, to okaże się, że na tych polach mamy do czynienia ze stagnacją albo drobnym, ale istotnym regresem.

Jesteśmy w okresie zastoju, jeśli chodzi o państwo dobrobytu. Pewne wydatki rosną, bo muszą – wydatki na systemy emerytalne są niejako sztywne. Moim zdaniem wydatki na emerytury i zdrowie będą powoli „kanibalizować” sferę usług publicznych, ponieważ obecnie nie widzę szans na zwiększenie puli pieniędzy, które państwa mają do dyspozycji. Nie ma po temu sprzyjających okoliczności.

Owszem, w latach 2008–2009 mieliśmy skokowy w wielu państwach przyrost wydatków publicznych, żeby szybko zaradzić kryzysowi. Ale później znów nadszedł stopniowy spadek. A ponieważ wydatki na systemy emerytalne wciąż będą rosły, będą też pożerać budżety socjalne. Tym bardziej, że cięcia w usługach publicznych, poza wspomnianymi sferami, wciąż są możliwe bez ponoszenia poważnych konsekwencji politycznych. Jeśli utnie się pieniądze na walkę z bezrobociem, nie wzbudzi to takich protestów jak obcinanie emerytur czy podnoszenie wieku emerytalnego.

– W ostatnich dekadach XX wieku państwa zachodnie zaczęły odchodzić od przyjętego wcześniej modelu usług publicznych. W jego miejsce weszła filozofia i praktyka, o której już mówiliśmy – New Public Management. Dlaczego okazała się ona tak atrakcyjna i jakie rozwiązania proponowała?

– Kryzys państwa dobrobytu zaczął się już w latach 70. XX w. wraz ze skumulowaniem niekorzystnych okoliczności gospodarczych, czyli kryzysu walutowego i kryzysu naftowego. Do dziś panuje spór, czy stało się tak wskutek tych zewnętrznych czynników, czy też – jak chcą nas przekonać neoliberałowie – państwo dobrobytu załamało się pod ciężarem własnej nieefektywności. Nie mam jednoznacznej opinii na ten temat.

Z całą pewnością historia popularności nowego zarządzania publicznego to opowieść o tym, jak ważny w zarządzaniu publicznym jest odpowiedni zasób chwytliwych sloganów. O sukcesie NPM wcale nie zdecydowała wiedza oparta na dowodach. Bardzo ważne były proste, dobrze brzmiące hasła, które przekonywały decydentów i trafiły do opinii publicznej.

– Ludzie podający się za piewców racjonalności posługiwali się populistycznymi (w pejoratywnym tego słowa znaczeniu) hasłami?

– To są pierwsi „populiści” naszej epoki. Odkryli na nowo, że trzeba znaleźć wroga, wokół którego skupi się gniew ludzi. Tym wrogiem była dla NPM specyficznie rozumiana biurokracja, pojmowana jako synonim wszelkich nieszczęść.

Ważna sprawa: niewiele ma to wspólnego z biurokracją w jej Weberowskim rozumieniu. Według Webera jest ona najwyższą formą organizacji i najprawdopodobniej wciąż nią pozostanie, bo nic lepszego nie wymyślono na gruncie sprawnego zarządzania złożonymi strukturami zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym.

Neoliberałowie zamknęli w słowie „biurokracja” wszystko, co najgorsze, wygodnie dla siebie karykaturyzując to pojęcie. Nasycili je tak negatywnymi skojarzeniami, jak nadmierny formalizm, brak elastyczności, marnotrawstwo, brak realnego odniesienia do potrzeb obywatela. Wygodnie ustawiono sobie chłopca do bicia. I wskazano na atrakcyjnie brzmiącą alternatywę: postawmy na prywatyzację usług publicznych, administracja ma jedynie organizować system, a dzięki temu uzyskamy „więcej za mniej”.

– Co oznacza to ostatnie?

– Zwolennicy NPM, przynajmniej w teorii, postawili na zasadę: nie zwiększamy wydatków, lecz szukamy źródeł zwiększania efektywności w systemie. Uznano, że czynnikiem stymulującym taki wzrost będzie przede wszystkim wpływ konkurencji i mechanizmu rynkowego. Konkurencja i urynkowienie miały wywrzeć taką presję na usługodawców, że zaoferują oni więcej usług przy niezwiększonych, a nawet przy zmniejszonych nakładach publicznych.

Do tego dochodziła retoryka umiejscawiająca obywatela w pozycji klienta. W biurokracji obywatel miał być petentem, który prosi państwo o pomoc. Zwolennicy NPM przekonywali, że w tym modelu obywatel będzie klientem, który rozsiądzie się wygodnie w fotelu i powie, czy jest zadowolony z obsługi. Stąd inwazja narzędzi typu kwestionariusze, ankiety, systemy zarządzania jakością.

Dodajmy do tego decentralizację: „administracyjne molochy” dzielimy na małe, wyspecjalizowane agendy i dajemy menedżerom publicznym (już nie urzędnikom!) swobodę zarządzania, rozliczając ich z efektów ekonomicznych, a nie np. z tego, czy działali w zgodzie z procedurami i prawem. Podręczniki do zarządzania pisane na modłę NPM ostatecznie opierają się na założeniu, że państwo i firma prywatna to właściwie to samo, że państwo jest swoistym hipermarketem, po którym chodzimy z koszykiem i kupujemy usługi publiczne.

Wreszcie mamy do czynienia z wolnościową retoryką, nawołującą, by dać obywatelowi wybór, niezależnie od tego, czy faktycznie jest mu potrzebny i czy każdy ma kompetencje do tego, by pewnych wyborów dokonywać. Rozumiem źródła powodzenia tego hasła: ludzie chcą czuć się upodmiotowieni, chcą mieć poczucie sprawczości w kontakcie z instytucjami.

– A to nie jest dobra droga ku temu?

– To z pewnością dobra droga ku indywidualizacji systemów publicznych, czyli przykrajania oferty do potrzeb i oczekiwań konkretnego obywatela. To brzmi bardzo atrakcyjnie. Ale za tym idzie kolejny proces, już nie tak korzystny: jeśli chcemy coś więcej, możemy to sobie dokupić. W etatystycznym modelu usług publicznych wszystkim oferowano po równo. Ale równocześnie w pewnym standardzie i na niekomercyjnych zasadach. W przypadku NPM rozmyto ten wspólny standard, zamazano znaczenie usług publicznych jako dobra wspólnego. Każdy miał być indywidualnym konsumentem, który kupuje sobie usługi – póki co płacąc podatki, ale docelowo rozrastała się sfera współfinansowania, a następnie pełnego dodatkowego finansowania wybranych świadczeń przez podatników.

Nie sposób nie uznać pewnego sprytu zwolenników NPM. Neoliberałowie tylko w sferze deklaracji mówili o ograniczaniu wydatków publicznych na państwo dobrobytu (pomijam rzeczywistych ideowców, opowiadających się za wolnorynkową doktryną, których jest mniejszość). W rzeczywistości najważniejsze jest nie to, żeby państwo wydawało mało, lecz żeby jak najwięcej usług kupowało na rynku prywatnym. Modelowym przykładem jest Thatcherowska Anglia. Welfare state miało być rozmontowane, ale nawet w okresie Thatcher wydatki nie spadały, czasami wręcz wykazywały tendencję wzrostową – tyle że były przekierowywane ku podmiotom prywatnym.

– Profesor Leszek Nowak w „Polskiej drodze od socjalizmu” zauważył, że w czasach Thatcher przybyło, a nie ubyło instytucji obsługujących liberalną transformację.

– Prawdopodobnie brało się to z koncepcji decentralizacji – rozbijamy duże instytucje na wiele mniejszych. Taka sytuacja utrzymuje się w Wielkiej Brytanii do dziś, rząd jest otoczony dużą liczbą różnego rodzaju agencji, instytucji wykonawczych itp.

Zwolennikom NPM niekoniecznie jest po drodze ze zwolennikami tzw. państwa-minimum. Są gotowi przymknąć oko na zwiększanie wydatków publicznych, bo przede wszystkim zależy im na tym, by strumień środków publicznych kierować ku prywatnym usługodawcom. Z punktu widzenia rynku państwo jest najbardziej wiarygodnym płatnikiem. Lepiej więc świadczyć usługi dla obywateli na podstawie kontraktu z państwem i oferować takie, za które państwo płaci (ewentualnie z opcją, że bogatsi dokupią sobie coś ekstra), niż rzucić te usługi na rynek na zasadzie indywidualnej transakcji z każdym z osobna.

– Prywatna oferta za publiczne pieniądze to intratny biznes. Ale niekoniecznie korzystny dla usługobiorców. Zła na ogół jakość posiłków, dostarczanych w polskich szpitalach przez firmy cateringowe, to jaskrawy przykład tego zjawiska. Istnieją też głębsze przyczyny wątpliwości względem prywatyzacji usług publicznych, częściej póki co wyrażane w krajach zachodnich niż w Polsce. Skąd się one biorą?

– Problem podstawowy, który uświadamiamy sobie na nowo, polega na tym, że nie na każdym rynku występuje konkurencja, a rynek w naturalny sposób wcale jej nie zapewnia. Dlatego nie możemy korzystać ze wszystkich obiecywanych korzyści urynkowienia. Są takie usługi publiczne, gdzie tej konkurencji nie ma i nie będzie.

– Poproszę o konkretny przykład.

– Spójrzmy na wodociągi. Trudno sobie wyobrazić, żeby na jednym, stosunkowo niewielkim obszarze funkcjonowało kilku konkurujących ze sobą dostawców wody. Stąd, jeżeli prywatyzujemy gminną spółkę zajmującą się zarządzaniem siecią wodociągową, to musimy być przygotowani na wszystkie negatywne konsekwencje przekształcenia monopolu publicznego w monopol prywatny. Ten pierwszy ma swoje liczne wady, ale nad nim jesteśmy w stanie zapanować poprzez mechanizmy demokratyczne. Jeżeli nie podoba nam się cena wody z gminnych wodociągów, możemy wpłynąć na wójta czy wręcz odwołać go w referendum, żeby coś z tym zrobić.

Jeżeli mamy prywatną spółkę monopolową, która zarządza siecią wodociągową, to jedyna nasza nadzieja w tym, że będą jakieś odgórne regulacje ograniczające wysokość opłat. To złudna nadzieja. Jestem pod wrażeniem raportu, wydanego jeszcze w zeszłym roku, opracowanego przez Transnational Institute, dotyczącego prywatyzacji wody i odwrotu od tego zjawiska, który obserwujemy na razie poza Polską, ale na Zachodzie dobrze go już widać. Podano tam przykłady m.in. wodociągów we Francji. Najwymowniejszy z nich dotyczył Paryża, gdzie przez długie lata wodociągi były zarządzane przez prywatnego operatora. Kilkanaście lat temu władze miasta zleciły niezależny audyt dotyczący funkcjonowania tego przedsiębiorstwa. Okazało się, że ceny wody są około 20–30 proc. wyższe, niż wymagałyby tego koszty utrzymania sieci wraz z odpowiednim zyskiem dla prywatnej firmy.

Mamy również badania robione na skalę kilkuset francuskich gmin, które pokazały, że tam, gdzie wodociągi zostały sprywatyzowane, cena wody jest przeciętnie o 20 proc. wyższa niż tam, gdzie sieć pozostaje w rękach publicznych. Badania przeprowadzane w Niemczech wykazały to samo: w parze z prywatyzacją idzie wyższa cena usług dla odbiorców. I nie jest to wcale uzasadnione wyższymi kosztami, ponoszonymi choćby za sprawą inwestycji.

Można oczywiście liczyć na to, że w zawieranej umowie zostaną ujęte odpowiednie zabezpieczenia przed radykalnym wzrostem opłat, ale one oczywiście odbiją się na cenie, jaką samorządy zyskają na sprzedaży. I wtedy również pojawia się pytanie: po co w ogóle prywatyzować?

– Załóżmy, że możliwa jest konkurencja na pewnym rynkowym obszarze, który odpowiada za usługi publiczne. Wtedy wszystko już będzie dobrze?

– Czasami dochodzi do sytuacji, w której długotrwała prywatyzacja pewnego obszaru usług prowadzi do powstania nie tyle monopolu, ile oligopolu. W Wielkiej Brytanii jest to gigantyczny problem chociażby w sferze – modnej u nas – idei prywatyzacji zakładów karnych. Wszystkie kontrakty na zarządzanie zakładami karnymi pozostają w ręku tylko trzech podmiotów (Serco, G4S, Sodexo). Nikt ich nie złapał za rękę, ale jest jakoś tak, że ich udziały w rynku są stabilne, właściwie nie rywalizują ze sobą i wywindowały opłaty za świadczenie usług do bardzo wysokiego poziomu. Oczywiście, należałoby zbadać, czy to poziom adekwatny do ponoszonych kosztów, ale wiele wskazuje na to, że brytyjscy podatnicy płacą tym firmom tzw. rentę monopolistyczną. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że w Wielkiej Brytanii nieliczni gracze aktywni w sferze zarządzania zakładami karnymi są też quasi-monopolistami w sferze innych usług. Do tego dochodzą powiązani z nimi międzynarodowi potentaci z takich sektorów, jak catering czy branża ochroniarska – m.in. Sodexo czy G-Force Security. Ich udział w rynku usług publicznych jest na tyle duży, że zupełnie inaczej są w stanie rozmawiać z państwem. Do tego działa mechanizm obrotowych drzwi: politycy czy urzędnicy administracji publicznej przechodzą do pracy w korporacjach i firmach prywatnych. A wtedy tworzy się układ biznesowo-polityczny, który skutecznie tłumi wszelkie próby zmiany stanu rzeczy.

– Prywatyzacja usług wcale nie prowadzi do wzmocnienia wolnego rynku, co mocno przeczy liberalnemu dogmatowi.

– Przedsiębiorcy, którzy funkcjonują na rynku usług publicznych, wcale nie są zainteresowani tym, żeby go uwolnić. Są za to zainteresowani tym, aby warunki wejścia na niego były jak najtrudniejsze i aby był on jak najbardziej zamknięty. To jest potężna siła nie tylko lobbingowa, ale wręcz polityczna, strzegąca własnych interesów. Prywatyzować jest bardzo łatwo. Wciąż stosunkowo łatwo można uzyskać poparcie społeczne dla prywatyzacji, a poparcie polityczne – jeszcze łatwiej. Ale gdybyśmy chcieli wrócić do stanu poprzedniego czy też dokonać reformy, to musimy zmierzyć się z siłą beneficjentów tego systemu, którzy są w stanie uruchomić wiele bardzo różnych kanałów wpływu, żeby zmianę zablokować.

Obserwowaliśmy podobną sytuację przy niedawnej korekcie rodzimego kapitałowego systemu emerytalnego. Gdyby nie była to dla rządu Donalda Tuska sprawa życia lub śmierci, to myślę, że kampania medialno-propagandowa, niewątpliwie solidnie wspierana przez beneficjentów systemu OFE, pewnie doprowadziłaby do fiaska zmian, które i tak zatrzymywały się w pół kroku. Z drugiej strony Otwarte Fundusze Emerytalne osiągnęły na tyle duże zyski w ciągu kilkunastu ostatnich lat, że chyba łatwiej im było to przełknąć.

– Skoro wspomniał Pan o OFE, przyjrzyjmy się bliżej polskim realiom. W jednym z wywiadów mówił Pan, że mamy dziś do czynienia z drugą, „może nawet bardziej fundamentalną” fazą prywatyzacji usług publicznych. Zacznijmy od fazy pierwszej: jaki okres obejmowała, czym się charakteryzowała?

– Transformacja ustrojowa i społeczno-gospodarcza w Polsce sprzyjała urynkowieniu państwa bezpieczeństwa socjalnego. Był to proces potrzebny i nie do uniknięcia. Gdy pojawiły się podmioty inne niż państwo i instytucje państwowe, należało zrobić dla nich miejsce. Mówię zarówno o biznesie, jak i o instytucjach pozarządowych, czyli tzw. trzecim sektorze. Państwowa sfera własności musiała zostać ograniczona i siłą rzeczy również sfera usług publicznych musiała zostać otwarta na jakieś formy kontraktowania na rzecz podmiotów prywatnych. Mówimy przede wszystkim o tych sferach kontraktowania, w których jest ono powszechną praktyką również w innych państwach, czyli tzw. usługach technicznych, infrastrukturalnych. Trudno sobie wyobrazić, żeby w realiach rynkowych państwo utrzymywało przedsiębiorstwa budowlane, które będą budować wszystkie drogi czy mieszkania. Państwo może być aktywne również w tej branży, może mieć udziały w spółkach, ale jest też rynek prywatnych przedsiębiorców, oferujących usługi tego typu, i oni również powinni mieć możliwość wykonywania tych zleceń na rzecz państwa.

To był proces wymuszony ewolucją systemu gospodarczego: od niemal zupełnego upaństwowienia do pewnego zakresu urynkowienia. Ten proces był dodatkowo stymulowany przez organizacje międzynarodowe, które współfinansowały polskie przemiany w oparciu o prostą regułę: my wykładamy pewne pieniądze lub umarzamy część waszych zobowiązań, o ile przeprowadzicie reformy w sposób zgodny z naszą agendą. A model reform propagowany przez instytucje takie, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy OECD był mocno zdeterminowany przez wspomnianą filozofię nowego zarządzania publicznego. To był ich sztandarowy pomysł na reformy.

– W pierwszej fazie prywatyzacji usług mieliśmy do czynienia ze znacznym ograniczeniem dostępności komunikacji publicznej. W największym stopniu dotyczy to PKS-ów, ale także PKP, która została podzielona na mniejsze spółki, co – wbrew deklaracjom – nierzadko znacznie pogorszyło jakość usług.

– Podział kolei na spółki był przygotowaniem do prywatyzacji. Nie byłoby możliwości, żeby sprywatyzować PKP, jeżeli byłaby to jedna wielka spółka. Nie da się sprzedać takiego giganta, z różnych przyczyn, chociażby ze względów na ochronę konkurencji. Oczywiście, posługiwano się argumentami, że łatwiej będzie tym zarządzać. Decentralizacja, większa autonomia menedżerów, rozbicie molocha – miały sprzyjać bardziej efektywnemu zarządzaniu. Ale nigdy empirycznie nie udowodniono, że tak dużą strukturą, oczywiście wewnętrznie podzieloną, nie da się efektywnie zarządzać. To było otwarcie drogi do prywatyzacji – po niedawnej sprzedaży PKP Energetyka widać, że ten proces dzieje się i najprawdopodobniej przyspieszy w najbliższych latach.

Przewozy autobusowe całkowicie sobie odpuszczono. Samorządy odpowiadają za transport publiczny na poziomie lokalnym, czyli na szczeblu komunikacji miejskiej i gminnej, ale przewozy międzyregionalne i między miastami zostały wypchnięte bez jakiejkolwiek debaty publicznej poza sferę zadań publicznych. Pozwolono PKS-om stopniowo umierać. I dziś widzimy, jak rynek zapełnił tę lukę i jak bardzo intratne jest to zajęcie – mówię tu przede wszystkim o Polskim Busie. Tak nie musiało być.

Ucierpiała na tym powszechna dostępność komunikacji publicznej. Jeżeli taką usługę oddajemy tylko rynkowi, to nie możemy oczekiwać, że usługodawca będzie zapewniał połączenia, które są nierentowne, np. do wsi, gdzie mieszka kilkadziesiąt osób. Jest dziś w Polsce niemało takich miejsc, gdzie przyjeżdża jeden autobus dziennie lub wręcz żaden. I jeżeli nie ma się możliwości skorzystania z transportu prywatnego, to jest się „uziemionym”.

– Czasami usłyszymy na to odpowiedź: no i dobrze, ma być jak na Zachodzie, gdzie każdy ma samochód.

– Jeżeli chodzi o transport autobusowy, najbardziej odpowiada mi rozwiązanie austriackie, gdzie działa jedna z najlepiej zarządzanych transportowych firm publicznych, czyli Austriackie Koleje Państwowe. Razem z tamtejszą państwową pocztą są one przewoźnikiem autobusowym – mają odpowiednią spółkę, która zapewnia przewozy autobusowe, jednocześnie wykonując zadania na rzecz poczty. Ten model podoba mi się także ze względu na specyficzne joint venture w ramach sektora publicznego: poczta razem z koleją. A dostępność transportu kolejowego i autobusowego jest w Austrii znakomita.

– A co decyduje o specyfice drugiej fazy prywatyzacji usług publicznych?

– Gdy minęła fala tej pierwszej, naturalnej i potrzebnej prywatyzacji i mogliśmy autonomicznie decydować o tym, jak poszczególne sfery usług publicznych sobie urządzić, wtedy zaczęła się druga fala prywatyzacji. Nie jest to już terapia szokowa, oparta na gwałtownej prywatyzacji. Rzecz dzieje się często niedostrzegalnie z poziomu makro. To dlatego, że odpowiedzialność za zapewnienie usług publicznych w znacznej mierze spadła na samorządy. Każdy samorząd, korzystając ze swojej ustawowo i konstytucyjnie chronionej samodzielności, może wybierać różne sposoby zapewnienia obywatelom określonych usług publicznych. W związku z tym na poziomie lokalnym mają miejsce procesy, których nie dostrzegamy i które nie są przedmiotem debaty publicznej na poziomie krajowym.

– O czym mowa?

– Szczególnie przyglądam się temu zjawisku w kontekście chyba dwóch najważniejszych sfer usług publicznych – ochrony zdrowia i edukacji. W obu przypadkach mamy do czynienia z następującym podejściem ze strony władz centralnych: my w pewnym zakresie rozwiązujemy samorządom ręce, jeśli idzie o zmiany strukturalne, zmiany dotyczące prywatyzacji i w ten sposób – bez dodatkowych transferów środków z budżetu centralnego – spowodujemy, że samorządy jakoś sobie poradzą z obsługą tych dwóch najdroższych sfer usług publicznych. Nikt nie powiedział wprost, że samorządy powinny prywatyzować szkoły i szpitale. Stworzono tylko warunki ku temu.

Czasami jest to tylko rozwiązanie rąk, czyli usunięcie barier prawnych dla prywatyzacji, jak to ma miejsce w edukacji. A czasami jest to wręcz zachęta do tego, by iść w stronę najpierw komercjalizacji, a później prywatyzacji, jak to zrobiono w przypadku ochrony zdrowia.

– Pan to nazywa „pełzającą prywatyzacją”.

– W przypadku edukacji polega ona na umożliwieniu samorządom przekazywania prowadzenia szkół podmiotom prywatnym. Mogą to być – zgodnie z ustawą – zarówno osoby fizyczne, jak i osoby prawne. Najczęściej są to stowarzyszenia edukacyjne. W tej chwili jedynym ustawowym ograniczeniem dla tego procesu jest limit wynikający z liczby uczniów – chodzi tylko o szkoły do 75 uczniów, czyli z reguły najmniejsze szkoły wiejskie. Ale i to ograniczenie może zostać w najbliższych latach usunięte – rzecz w wykreśleniu z ustawy o systemie oświaty trzech słów, co może się zdarzyć bez większego problemu.

– O prywatyzacji ochrony zdrowia w Polsce już mówiliśmy. Opiera się ona na stymulowaniu przekształceń Zakładów Opieki Zdrowotnej w spółki kapitałowe.

– Warto zwrócić uwagę na to, gdzie może nas doprowadzić ten proces. Pamiętajmy o tym, że SPZOZ-ów nie można było sprywatyzować zgodnie z prawem (ponieważ nie było w nich udziałów do sprzedania), choć samorządy znajdowały drogę „na około”, żeby to zrobić. Otóż likwidowały SPZOZ, jego majątek wnosiły do nowo utworzonej spółki, którą następnie sprzedawały. To rzecz całą hamowało. Teraz samorządy mogą bez większych problemów prywatyzować podległe sobie jednostki (wystarczy sprzedać akcje lub udziały w szpitalu przekształconym w spółkę) – i coraz częściej to robią. Samorządy sprywatyzowały już ponad 40 szpitali, czyli ponad 10 proc. wszystkich placówek.

Jeżeli w debacie publicznej pojawiają się hasła prywatyzacji szpitali, to nikt z politycznego głównego nurtu nie podpisze się pod tym postulatem, bo około 70 proc. Polaków nie chce prywatyzacji szpitali. Ale ten proces już zachodzi: w jednej, drugiej, trzeciej gminie. Nie jesteśmy o tym informowani jako odbiorcy mediów głównego nurtu, a w dodatku temat został usunięty jako element odpowiedzialności polityków szczebla centralnego. Jednak ewolucja systemu postępuje i jeżeli każdego roku rośnie liczba prywatyzowanych szpitali, to za kilka, kilkanaście lat możemy się obudzić w zupełnie innym systemie ochrony zdrowia i nawet nie będziemy świadomi, jaka zmiana się dokonała i kiedy to nastąpiło.

– Co będzie wyróżniać ten nowy system?

– Szpitale prywatne w dalszym ciągu będą w jakimś zakresie realizowały świadczenia na rzecz Narodowego Funduszu Zdrowia. Tylko że naturalnym mechanizmem jest skupianie się przez prywatnych operatorów szpitali na tych obszarach usług, które są najbardziej zyskowne, bo NFZ najlepiej wycenia świadczenia, albo na przynoszących największy przychód w stosunku do ponoszonych kosztów. Pozostałe świadczenia i pozostali pacjenci będą wypychani do istniejących jeszcze szpitali publicznych.

Może dochodzić do sytuacji, w których na terenie powiatu pewne świadczenia zdrowotne nie będą dostępne. Pojawia się wówczas pytanie: kto za to odpowiada? Nawet jeżeli sprywatyzujemy jedyny szpital powiatowy, to samorząd w dalszym ciągu jest ustawowo zobowiązany do zapewnienia ochrony zdrowia. Ale jeżeli sprzeda szpital, to pozbawia się jedynego instrumentu do realizacji tego zobowiązania. Może oczywiście zakontraktować określone świadczenia w szpitalu prywatnym ale – przymuszony zobowiązaniami wobec obywateli – będzie zapewne musiał zapłacić za to słoną cenę. Jeżeli w dodatku będzie to jedyny szpital powiatowy, czyli dla wielu osób naprawdę jedyny dostępny ośrodek leczenia, przynajmniej jeżeli chodzi o niektóre świadczenia, to z pewnością nie będą to usługi priorytetowe dla właściciela takiego przedsiębiorstwa.

– Dziś ruchy miejskie podnoszą kwestię coraz gorszego dostępu do usług publicznych. Takich sygnałów jest coraz więcej, już docierają do wielkich mediów i klasy politycznej. Czy to realna szansa na zmianę na lepsze?

– Z dużą sympatią spoglądam na pracę ruchów miejskich, ponieważ dostrzegły one to, co w samorządzie jest rzeczą najważniejszą. A najistotniejsze nie są bombastyczne inwestycje czy wizualna fasada, ale codzienna obsługa obywatela w sferze usług publicznych. Zastanawiam się jednak, na ile ruchy miejskie są w stanie przebić się tylko w największych ośrodkach, w których są najlepiej zorganizowane, najsilniejsze.

To demokracja lokalna jest jedyną szansą na uratowanie systemu usług publicznych, ponieważ jest on już na tyle zdecentralizowany, że trzeba pracować nie tylko na poziomie centralnym, ale w każdej pojedynczej małej gminie. Widzę jak polityka miasta stołecznego Warszawy ewoluowała pod wpływem presji ruchów miejskich. Ale nie chciałbym się nadmiernie entuzjazmować, że to już przewrót na skalę kraju – wystarczy wyjechać poza większe miasta, by zobaczyć, że demokracja lokalna na poziomie szeroko rozumianej prowincji jest rachityczna i czasami zupełnie fasadowa.

Dlatego nie jestem przesadnym optymistą, tym bardziej, że nad samorządami już wisi pętla zadłużenia po inwestycjach unijnych. Naturalną rezerwą dla samorządów, żeby to zadłużenie niwelować, będą cięcia w sferze usług publicznych, które są najbardziej kosztowne.

Co do mediów, to nasza debata jest już bardziej zrównoważona, niż kilka, kilkanaście lat temu. Nie chcę być złośliwy wobec dziennikarzy, ale zmiany w tej branży, jeśli chodzi o zatrudnienie i standardy pracy, poszły w takim kierunku, że chyba ta grupa zawodowa zaczęła odzyskiwać świadomość klasową i zrozumienie, że głosząc poglądy, jakie głosiła przez ostatnich kilkanaście lat, sama sobie szkodzi.

– Niedawno pojawiła się w mediach informacja, że Najwyższa Izba Kontroli i Państwowa Inspekcja Pracy w 2016 r. skontrolują ministerstwa w zakresie rodzaju umów, na jakie zatrudniani są tam pracownicy. Ze wstępnych danych wynika, że w niektórych resortach nawet połowa osób ma tzw. umowy śmieciowe.

– Z moich kontaktów z administracją publiczną, również z osobami, które odpowiadają za sprawy kadrowe, wiem, że problem jest, choć jego skala wciąż nie została w pełni oszacowana. Nie dziwmy się, że on zaistniał, ponieważ w ramach modelu NPM jesteśmy przekonywani, że administracja publiczna powinna szukać rozwiązań i wzorców działania w sektorze prywatnym. I to się dzieje – administracja naśladuje to, co przyjęliśmy za standardy zatrudnienia obowiązujące w sektorze prywatnym. Jeżeli w sektorze prywatnym mamy do czynienia z eksplozją śmieciowego zatrudnienia, zupełnie niekontrolowaną ze względu na bezzębną Państwową Inspekcję Pracy oraz bierność innych organów państwowych, to negatywne zjawiska są w końcu przenoszone do sektora publicznego.

W dodatku w ostatnich latach podejmowane były działania, które wzmacniały takie tendencje. Pamiętajmy, że swego czasu z inicjatywy ministra Michała Boniego wprowadzono obniżkę zatrudnienia w administracji centralnej o 10 proc. W wielu przypadkach stosowano następującą sztuczkę: osoby, które pracowały na podstawie umów o pracę, przechodziły na umowy śmieciowe. Można było wówczas nie wykazywać tych osób jako pracowników, ale one w dalszym ciągu robiły to samo.

Nasz system prawny nie zabezpiecza przed takimi patologiami w administracji. To wręcz zadziwiające, że mamy ustawę o służbie cywilnej, która – choć dotyczy tylko administracji rządowej – nawet tam może być swobodnie obchodzona z pomocą umów cywilnoprawnych. Z fatalną sytuacją mamy do czynienia w przypadku terenowej administracji rządowej. Mówię o Inspektoracie Sanitarnym czy Inspektoracie Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Mamy tu do czynienia już nie tylko z problemem uśmieciowienia stosunku pracy, ale z problemem pracujących ubogich. Ostatni raport o stanie służby cywilnej zawiera bardzo smutne dane. O ile dobrze pamiętam, już około 8 tys. ze 120 tys. członków korpusu służby cywilnej korzysta z pomocy społecznej. Nie dziwi to, biorąc pod uwagę, że płace w służbie cywilnej są zamrożone od 2008 r. Na przykład urzędnicy w Wojewódzkich Inspektoratach Sanitarnych w administracji terenowej zarabiają czasami w okolicach 2 tys. zł brutto.

– Tanie państwo wymaga ofiar.

– Jakiś czas temu obiektem kpin były antydopalaczowe spoty wyprodukowane przez Główny Inspektorat Sanitarny. Zarzucano GIS-owi nieporadność w walce z dopalaczami. Chciałbym zapytać najpierw, jakie warunki stworzono tym ludziom, żeby mogli dobrze wykonywać swoje zadania. Mówię nie tylko o kompetencjach i uprawnieniach, ale także o podstawowych warunkach płacy i pracy. To zupełnie zapomniana grupa urzędników. To ludzie, którymi nikt się nie interesuje, nie mają reprezentacji związkowej, o ich interesy nikt nie dba. Wystarcza już dziś w administracji publicznej ewentualnie tylko na to, żeby w miarę godne płace mieli ci najwyżej sytuowani: sędziowie, prokuratorzy, urzędnicy mianowani. Oni jeszcze zarabiają więcej, choć nie są to płace adekwatne do wykonywanych zadań. Ale ci niżej są już zupełnie zapomniani. Mówię i o urzędnikach służby cywilnej, i o licznej grupie urzędników w sądach i prokuraturze, zatrudnianych na fatalnych warunkach. Frustracja w administracji jest ogromna. Nie było chyba jeszcze od początku przemian ustrojowych tak długiego okresu zamrożenia płac dla tej grupy zawodowej.

– Ostatnio znów słyszymy, tym razem od polityków „antysystemowych”, że mamy straszliwe przerosty biurokracji, że trzeba poważnie ograniczyć zatrudnienie w administracji publicznej. Jak to jest z polską biurokracją?

– Mity o przeroście zatrudnienia, jeżeli chodzi o ogólną liczbę urzędników, już dawno zostały zweryfikowane. W Polsce szeroko rozumiana administracja zatrudnia ok. 7 proc. wszystkich pracowników, nieco mniej niż wynosi średnia unijna i znacznie mniej niż w państwach takich jak Francja, Belgia czy Hiszpania. W służbie cywilnej zatrudnienie od kilku lat spada.

Przyrost zatrudnienia obserwowaliśmy natomiast głównie w samorządach. Na tym polu wiele jest do zrobienia, ponieważ przepisy o zatrudnianiu w samorządach zostały tak zliberalizowane, że samorządy zostały wystawione na pastwę lokalnych układów. Ustawowe regulacje zatrudniania, zwalniania i wynagradzania są w samorządach bardzo ogólne. Tak jak kiedyś narzekaliśmy, że to służba cywilna jest siedliskiem patologii, tak obecnie przepisy są tam bardzo szczelne w porównaniu z sytuacją w samorządach.

Oczywiście, hasło „rozwalania biurokracji”, hasło zwalniania już nie tyle urzędników, co „urzędasów”, bo takie przecież określenie się przyjęło, zawsze będzie znajdowało sympatyków. Podobnie jak hasło ograniczania podatków. Nie wszyscy chcą dostrzec związek między tym, jak wysokie podatki płacimy, jak dobrze wynagradzamy i zatrudniamy urzędników, a tym, jak państwo funkcjonuje, jak spełnia nasze oczekiwania i zapewnia dobrej jakości usługi publiczne. Nie oznacza to, że nie mamy prawa od tego państwa wymagać czy kontrolować jego instytucji, ale piłka jest też po naszej stronie. Warto się zapytać, czy jesteśmy gotowi ponosić ciężary na jego rzecz.

– Porozmawiajmy o budzącej liczne kontrowersje Karcie Nauczyciela. Zwykle przedstawiana jest w dyskusjach publicznych jako relikt PRL. Rzadziej słychać głosy, że to w naszych realiach jeden z nielicznych już elementów szerzej rozumianego państwa bezpieczeństwa socjalnego. Dobrze na tym przykładzie widać, jak silna jest presja na likwidację praw całych grup zawodowych na rzecz czystej rynkowości.

– Nauczyciele to grupa zawodowa, która – ujmijmy to szerokim terminem – dla neoliberałów jest solą w oku. A to dlatego, że jako jedna z nielicznych już grup zawodowych w Polsce posiada silną reprezentację związkową, jest dobrze zorganizowana i wciąż stanowi znaczną siłę, która potrafi walczyć o swoje. Nie dziwi mnie zatem frontalny atak na tę grupę zawodową i przedstawianie Karty Nauczyciela jako regulacji o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości ekonomicznej państwa i zagrożenia dla stabilności finansów publicznych.

Tymczasem Karta Nauczyciela, tak zmitologizowana przez skrajnie liberalnych publicystów, nie zawiera niczego, co byśmy mogli określić jako bariera dla rozwoju edukacji w Polsce. Nasz system edukacji, jeżeli weźmiemy pod uwagę Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (PISA) – a niezależnie od stawianych mu zarzutów metodologicznych jest to najbardziej wiarygodne źródło jakim dysponujemy – jest jednym z najlepiej funkcjonujących systemów w świecie. Karta Nauczyciela nie stała na przeszkodzie w osiągnięciu takich rezultatów.

Tworzenie kampanii przeciwko nauczycielom, którzy rzekomo pracują tylko 18 godzin tygodniowo, trafia czasami na podatny grunt również w opinii publicznej. Prawda jest taka – co pokazywały dane Instytutu Badań Edukacyjnych – że nauczyciele pracują znacznie więcej niż wyznacza im to pensum zawarte w Karcie Nauczyciela. A to dlatego, że praca nauczyciela to nie tylko prowadzenie zajęć lekcyjnych. Coraz częściej na tę pracę składa się wiele nowych obowiązków, również tych związanych z prawdziwą patologią naszego systemu edukacji, czyli New Public Management w czystej postaci.

– Do czego prowadzi on na gruncie edukacji?

– Oznacza jeszcze większą formalizację i proceduralizację związaną z wprowadzaniem ściśle zbiurokratyzowanego systemu awansu zawodowego i funkcjonowaniem czegoś, z czym zmagamy się również na uniwersytecie, czyli zupełnie fasadowym systemem sylabusów, wymogiem pisania wielostronicowych dokumentów, dotyczących celów i metod kształcenia, narastającej sprawozdawczości. To wszystko pokazuje jeden z większych paradoksów nowego zarządzania publicznego. Doktryna, która miała w zamierzeniu zrywać z biurokracją, generuje jeszcze więcej biurokracji, rozumianej jako mnóstwo formalności, papierków, procedur. Tego nie było jeszcze nigdy tak dużo, jak w epoce nowego zarządzania publicznego.

Ale narastają problemy także w sferze tego, czy szkoła uczy dziś dobra wspólnego, czy formuje młodych ludzi do odpowiedzialnego i empatycznego funkcjonowania w społeczeństwie. Szkoła uczy dziś przede wszystkim twardej wiedzy, formalnie ma pomóc w odnalezieniu się na rynku. I jedyne elementy formacyjne w szkole odbywają się przy okazji zajęć z przedsiębiorczości, które są skrajnie zideologizowaną formą edukacji ekonomicznej, oderwaną od prospołecznego spojrzenia na gospodarkę. Brak w niej elementów, które wskazywałyby młodym ludziom na ducha lojalności wobec państwa, choćby na pozytywy płacenia podatków.

– Wróćmy do Karty Nauczyciela. Sądzi Pan, że prędzej czy później zostanie zlikwidowana?

– Pamiętajmy, że rośnie rozwarstwienie wśród nauczycieli. Karta Nauczyciela staje się dobrem coraz bardziej luksusowym. Funkcjonuje ona tylko w szkołach prowadzonych przez podmioty publiczne. Jeżeli samorząd powierza prowadzenie szkoły organizacji pozarządowej albo osobie prywatnej, lub w ogóle jest to szkoła prywatna, to tam Karta Nauczyciela nie funkcjonuje. Dlatego sądzę, że nikt się nie zdecyduje na zupełną likwidację Karty, ale w końcu okaże się, że będzie ona dotyczyła niewielkiej grupy nauczycieli.

– Polskie myślenie o prywatyzacji jest wciąż niemal bezkrytyczne. Czy jednak nasze państwo nie jest przynajmniej współwinne takiemu stanowi? Rzecz nie tylko w historycznym dziedzictwie PRL, ale także w jakości instytucji III Rzeczpospolitej. A może jako społeczeństwo mamy poważny problem ze współudziałem w tworzeniu architektury własnego państwa?

– To szerszy temat, dotyczący źródeł (braku) zaufania do państwa. Zastanawiam się, czy rzeczywiście nie chcemy, by państwo świadczyło nam usługi publiczne, czy wolimy, żeby odpowiadał za to rynek. Sądzę, że chcemy, by państwo było w dalszym ciągu aktywne w tej kwestii. Odwołam się do badań opinii publicznej: zdecydowana większość z Polaków jest przeciwna prywatyzacji służby zdrowia, ze szczególnym wskazaniem na szpitale, większość Polaków jest też za utrzymaniem publicznej oświaty. Przynajmniej deklaratywnie jesteśmy za pozostawieniem odpowiedzialności państwa w tych sferach.

Jednocześnie konsensus polityczny i dominujący głos w opinii publicznej idzie raczej w stronę stopniowej, pogłębiającej się prywatyzacji. Nie ma dużej siły politycznej, która wyniosłaby na swoje sztandary kwestie utrzymania publicznego charakteru usług publicznych. Nie jest to także ważny temat w debacie publicznej, choć powinien być pierwszoplanowy. To sprawia, że dyskusja w tej materii pozostawiona jest tzw. fachowcom, a debata publiczna została silnie nasycona wątkami ideologicznymi czy stricte politycznymi.

– Rozumiem te argumenty, ale wciąż zastanawia mnie, dlaczego, pomimo deklaratywnego uznania przez Polaków wagi państwa zaangażowanego w strzeżenie zabezpieczeń społecznych, nie widać tego na płaszczyźnie wyborów politycznych i społecznego nacisku na partie polityczne.

– Myślę, że ten paradoks bierze się ze zjawiska, które obserwujemy obecnie nie tylko w Polsce. Rosnące lub stabilne oczekiwania od państwa porządnej, dobrej, szerokiej opieki i obsługi idą w parze ze spadającą gotowością do ponoszenia ciężarów na utrzymanie takiego systemu. W pewnym sensie jest to także dziedzictwo NPM, które ustawia obywateli w pozycji klienta: tego, który przede wszystkim stawia wymagania, w dodatku mamy prawo wymagać „więcej za mniej” czy wręcz coraz więcej za coraz mniej obciążeń fiskalnych. A ten mechanizm nie zadziała.

Problem w tym, że w debacie publicznej trudno kogokolwiek przekonać, że to ślepa uliczka, bo jako kontrargument wobec państwa wysuwane są przykłady jego nieefektywności. A takie zawsze można przecież znaleźć. Obywatele i media chętnie wskazują na niekompetencję urzędników albo na to, że „ZUS ma pałace”. Takie stwierdzenia dobrze zastępują merytoryczną argumentację i pozwalają posłużyć się stwierdzeniem: dlaczego mamy płacić na to więcej?

Problemem, który zajmuje mnie w sposób pozanaukowy, jest rola edukacji. Kolejne pokolenia wychodzą ze szkoły socjalizowane w duchu coraz bardziej indywidualistycznego podejścia do usług publicznych: wyszarpania sobie coraz więcej z coraz bardziej ograniczonej i dostępnej puli.

– Inna rzecz, że chętnie narzekamy na polityków, że „siedzą przy korycie”, ale dość powszechną cechą Polaków jest oszukiwanie państwa, racjonalizowane na różne sposoby.

– Nie chcemy widzieć związku między tym, co dajemy, a tym, co bierzemy. W dodatku całkowicie zaniknęła myśl, że usługi publiczne to najważniejszy, realny element dobra wspólnego. W konstytucji, w artykule pierwszym, mamy zapisaną bardzo ambitną koncepcję dobra wspólnego. Ale została ona w całości zapomniana, wraz z wieloma innymi ambitnymi pojęciami tam zapisanymi. Dopóki nie odzyskamy bardziej wspólnotowego rozumienia usług publicznych w społecznej świadomości, dopóty nie widzę szansy na zmianę polityczną i zmianę tego, jak zarządzane jest to dobro wspólne.

– Logika prywatyzacji usług publicznych bazuje na argumencie: skoro państwo jest słabe, musimy zastąpić je silnym i sprawnym rynkiem, który profesjonalnie zaspokoi potrzeby jednostek, rodzin, lokalnych społeczności. Z naszej rozmowy wynika, że nie jest to tak oczywiste.

– Na potrzeby wydanej w zeszłym roku książki „Rynek – prywatyzacja – interes publiczny. Wyzwania prawne urynkowienia usług publicznych” przeanalizowałem kilkadziesiąt badań przypadków urynkowienia usług publicznych w konkretnych sferach. Ogólny bilans urynkowienia/prywatyzacji jest negatywny, nawet jeśli brać pod uwagę kwestie efektywnościowe, które NPM wysuwa na pierwszy plan: że taniej i lepiej. W większości przypadków okazywało się, że nie tylko nie taniej, ale prawdopodobnie drożej, bo nie zawsze można to jednoznacznie zmierzyć.

Wskażę choćby na transakcje partnerstwa publiczno-prywatnego, w których koszty transakcyjne są znacznie wyższe niż w przypadku zamówień publicznych czy realizacji samodzielnych inwestycji publicznych przez państwo. Do tego dochodzą kwestie jakościowe. Dobrym przykładem jest też model tzw. bonów oświatowych. W Szwecji toczy się obecnie poważna debata publiczna na ten temat. Szwedzi obwiniają system voucherów za radykalny spadek pozycji ich kraju w rankingach jakości systemu edukacyjnego. Wprowadzenie bonów oświatowych na początku lat 90. doprowadziło do powstania wielu szkół prywatnych. Szwedzi twierdzą, że szkoły prywatne wymusiły konkurencję, która bazuje nie na jakości nauczania, ale na chwytach marketingowych. Szkoły zaczęły oferować więcej, jeżeli chodzi o zaplecze, zajęcia dodatkowe, infrastrukturę, ale kuleje główne zadanie, czyli edukacja w wyznaczonym zakresie. Placówki oświatowe skupiły się na przyciąganiu jak największej liczby uczniów, a zabrakło troski o jakość nauczania w podstawowych sferach.

– Czy istnieją realne metody przeciwdziałania negatywnym zjawiskom związanym z prywatyzacją usług publicznych?

– Widzę trzy strategie odpowiedzi na urynkowienie. Pierwsza: przywracamy stan poprzedni. To zjawisko remunicypalizacji, rekomunalizacji usług publicznych. Obserwujemy to w ostatnich latach na przykładzie wodociągów w Europie i na świecie.

Drugie rozwiązanie to „urynkowienie z ludzką twarzą”, czyli kontraktowanie prospołeczne. W tym mieszczą się przede wszystkim preferencje na rzecz podmiotów ekonomii społecznej, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne, długotrwale bezrobotne, młodocianych bezrobotnych itp. W tym mieści się też wprowadzanie do systemu zamówień publicznych rygorów dotyczących przestrzegania prawa pracy i praw socjalnych, jak chociażby obowiązek zatrudniania na umowę o pracę przez wykonawców.

Jestem też za tym, aby na przykład spółdzielnie socjalne korzystały z preferencji przy zamówieniach publicznych. Mamy w tym względzie uregulowania prawne i procedury. Problem w tym, że instytucje zamawiające mogą z tego korzystać, ale nie muszą i najczęściej tego nie robią. A to dlatego, że kontraktowanie z wykorzystaniem klauzul społecznych oznacza na ogół większy koszt (choć nie zawsze). Poza tym jest to dodatkowa komplikacja przy procedurze zamówieniowej, trzeba sprawdzić dodatkowe dokumenty, jest większe ryzyko, że przetarg zostanie unieważniony i dlatego często tej odwagi brakuje. Choć dobry sygnał dał ostatnio rząd, zobowiązując instytucje administracji rządowej do stosowania klauzul społecznych w procedurach zamówieniowych. Zobaczymy, jak się to rozwinie w praktyce. Mam nadzieję, że lekcja, którą odebraliśmy przy okazji przetargu na usługi pocztowe dla sądów – kiedy zobaczyliśmy, na czym i czyim kosztem prywatni usługodawcy budują swoją przewagę konkurencyjną – wzbudziła na tyle szeroki oddźwięk w opinii publicznej, że łatwiej będzie się przebijać z klauzulami społecznymi.

Zobaczymy jeszcze, czy klauzule społeczne przetrwają bez szwanku w nowej ustawie o zamówieniach publicznych, która musi zostać uchwalona do końca kwietnia 2016 r. w związku z wejściem w życie nowej dyrektywy zamówieniowej. Mam nadzieję, że klauzule społeczne przetrwają, a nawet ich zakres zostanie poszerzony. Trzeba monitorować pod tym kątem prace nad nowym prawem zamówień publicznych.

Trzecia droga to koprodukcja usług publicznych. Daje ona szansę na odbudowanie poczucia i koncepcji dobra wspólnego. To swoisty czyn społeczny, ale rzeczywiście – inaczej niż na ogół w PRL – dobrowolny i służący lokalnym wspólnotom. To forma niefinansowego, niekomercyjnego zaangażowania obywateli w tworzenie usług publicznych. Najbardziej elementarnym przykładem koprodukcji jest zaangażowanie pacjenta w proces leczenia. Jeżeli po zdiagnozowaniu schorzenia pacjent będzie mógł współpracować z lekarzem, zmieni swoje negatywne nawyki życiowe, podejmie odpowiednią dietę, to będzie faktycznym koproducentem. To jest źródło podnoszenia efektywności ochrony zdrowia bez konieczności jej prywatyzowania i zwiększania wydatków publicznych.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 12 sierpnia 2015 r.