przez Jarosław Górski | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Pod koniec 2011 r. doszło do nagłośnienia w mediach konfliktu między polskimi wydawcami książkowymi i fonograficznymi a siecią dystrybucyjną Empik. Wydawcy zarzucali sieci (a także innym wielkim dystrybutorom detalicznym), że z premedytacją przeciąga terminy spłat należności, odmawia zaległych wypłat, a pozyskane w ten sposób środki wykorzystuje jako nieoprocentowany kredyt na coraz to nowe inwestycje i ekspansję.
Na rynku książki i mediów odraczanie płatności nawet o kilka miesięcy od dostawy jest normalną praktyką, ponieważ oferowany tu towar nie sprzedaje się szybko. Jednak Empik nie dotrzymywał nawet tak wydłużanych terminów płatności. Wielu wydawców, którzy przecież aby wydać książki czy płyty musieli zainwestować spore środki, a także – od początku 2011 r. – zapłacić podatek VAT, stanęło na progu bankructwa, a przynajmniej w obliczu konieczności bardzo znaczących cięć we własnych wydatkach.
Konflikt nabrzmiewał już od lat, jednak nigdy wcześniej nie został tak wyraźnie upubliczniony. Wydawało się, że wydawcy po raz pierwszy stworzyli solidarny front przeciwko bardzo silnemu dystrybutorowi, który opanował ponad 20 proc. detalicznego rynku książki. Z wydawcami solidaryzowali się autorzy, którzy przez opóźnienia w płatnościach sami otrzymywali honoraria z ogromnym poślizgiem. Czytelnicy i osoby związane z branżą wydawniczą rozpoczęli akcję społeczną „Nie karm książkowego potwora”, która informowała publiczność o praktykach wielkich dystrybutorów książek – nie tylko Empiku, lecz także sieci hurtowo-detalicznej Matras, hipermarketów i salonów prasowych. Zachęcano do zakupów z ominięciem dystrybutorów wykorzystujących oligopolistyczną pozycję do wyzyskiwania partnerów, a więc w małych księgarniach tradycyjnych i internetowych oraz w internetowych księgarniach wydawnictw. W 2012 r. akcja „Nie karm książkowego potwora” wygasła.
Nie znaczy to jednak, że problem zniknął. Empik prowadzi politykę dogadywania się z pojedynczymi wydawcami, wiedząc, że wciąż rosnący dystrybutor, rozprowadzający znaczną część ich produkcji z ominięciem hurtowników, jest na wagę złota, a inne firmy z branży są dla nich konkurentami. Wydawcy zaś po raz kolejny zacisnęli zęby i wprowadzili u siebie rozwiązania, o których mowa będzie niżej, pomagające przetrwać na rynku na warunkach narzucanych przez dystrybutorów. Sytuacja na polskim rynku książki jest coraz gorsza, od kilku lat stale zmniejszają się średnie nakłady, a także liczba sprzedanych egzemplarzy książek, choć wciąż rośnie liczba wydawanych tytułów. W roku 2012 (z którego dostępne są ostatnie dane) wartość sprzedaży nowości po cenach wydawców wyniosła 2,67 miliarda złotych, rok wcześniej 2,71 mld złotych, dwa lata wcześniej 2,94 mld zł. W roku 2012 liczba tytułów, które trafiły do dystrybucji, wzrosła o ponad 10 proc. w stosunku do roku poprzedniego.
Niektórzy tłumaczą ten stan bardzo słabym i wciąż pogarszającym się poziomem czytelnictwa w naszym kraju1. Obwiniane są – słusznie – takie zjawiska jak przemiany cywilizacyjne i dominacja kultury audiowizualnej, zmiany wzorców spędzania wolnego czasu, nietrafione reformy szkolnictwa, brak mody na czytanie. Być może warto jednak – uznając zasadność tych rozpoznań – zobaczyć problem także z odmiennej perspektywy. Zapytajmy zatem: jak na czytelnictwo – a co za tym idzie także na wyobraźnię, sposób myślenia oraz intelektualne kompetencje naszych rodaków – wpływa sytuacja na rynku książki? Przyjrzyjmy się jej.
Duży połyka małego
Wielkim dystrybutorom zależy na tym, aby klient wchodzący do stacjonarnego salonu sprzedaży lub logujący się na stronie internetowej sklepu wirtualnego miał wrażenie bogactwa i ciągłego poszerzania ich oferty. Wywierają więc na duże wydawnictwa (a z takimi chcą przede wszystkim robić interesy) presję, aby dostarczały wciąż nowe tytuły. Półki salonów zapełniają się bardzo szybko, szybko też ekspozycja musi się zmieniać. W salonie książka jest fizycznie obecna przez najwyżej trzy miesiące, później musi ustąpić miejsca nowym tytułom. Oczywiście nie dotyczy to pozycji, które zdobyły status bestsellera – one są na półkach tak długo, jak długo dobrze się sprzedają.
W Empiku czy Matrasie można zamówić także książkę nieobecną już na półce, która zostanie dostarczona do salonu po kilku dniach lub wysłana na adres domowy klienta. Może być ona obecna w ofercie sieci jeszcze przez kilka lat od wydania, tak długo, jak długo egzemplarze posiada wydawca. Dla sieci sprzedawanie książek, które nie zajmują sklepowych półek, a ściągane są bezpośrednio z magazynów, jest bardzo opłacalne, jednak jest to margines sprzedaży. Klienci kupują przeważnie to, co znajdą na regałach. Mimo bardzo dynamicznego rozwoju księgarni internetowych, sprzedaż z półek jest w naszym kraju nadal większa od sprzedaży internetowej i wysyłkowej. Dynamikę udziału procentowego poszczególnych kanałów dystrybucji w sprzedaży detalicznej książek ilustruje tabela:
|
1998
|
2004
|
2008
|
2012
|
|
Księgarnie indywidualne
|
45
|
24
|
17
|
12
|
|
Sieci księgarskie
|
5
|
12
|
19
|
26
|
|
Domy Książki
|
9
|
6
|
4
|
2
|
|
Hipermarkety
|
5
|
8
|
12
|
16
|
|
Kioski i saloniki prasowe
|
5
|
6
|
7
|
6
|
|
Akwizycja
|
9
|
9
|
3
|
3
|
|
Internet
|
0
|
5
|
13
|
25
|
|
Kluby i wysyłka
|
24
|
29
|
25
|
10
|
Tabela pokazuje sprzedaż książki papierowej. Sprzedaż książki elektronicznej, mimo że od kilku lat również szybko w Polsce rośnie, stanowi obecnie kilka procent wartości całego rynku książki (ok. 2 proc. w 2012 r.).
Duże wydawnictwa, które chcą być obecne w ofercie wielkich dystrybutorów, również muszą sprawiać wrażenie, że oferują bogaty wybór. Zatem obok spodziewanych bestsellerów, które mają szanse na przyniesienie dużego zysku – drukowanych w dużych nakładach, staranniejszych edytorsko, reklamowanych w mediach i na billboardach – dostarczają wiele tytułów niemających większej szansy na odniesienie rynkowego sukcesu. Jest to najczęściej literatura pozbawiona poważnego reklamowego wsparcia, wydawana w małych nakładach. Po kilku tygodniach sprzedaży stacjonarnej, 2–3 latach obecności w elektronicznych katalogach i księgarniach, będzie w końcu wyprzedawana, przynosząc niewielki zysk lub częściej – niewielką stratę. Miejsce na półkach salonów jest cenne i zarezerwowane dla szybko zmieniających się absolutnych nowości oraz sprzedażowych hitów.
Klient poszukujący ambitnej literatury wydanej nieco dawniej niż w ostatnim miesiącu może mieć wrażenie, że półki Empików i Matrasów wypełnione są literacką produkcją wątpliwej jakości, a coraz bardziej pozbawione tego, co wartościowe. Jest w tym sporo racji. Empik ostatnimi laty ogranicza swoją stacjonarną ofertę. Ponadto pozycje wartościowe łatwo przegapić, bo literatura, także współczesna, aby zyskać należne sobie uznanie, musi się nieco „uleżeć”, mieć czas na dotarcie do znawców, krytyków oraz czytelników-koneserów, którzy po przeczytaniu będą ją polecać znajomym.
Oczywiście w przypadku kiedy książka, która już spadła z półek salonów, dostanie głośną nagrodę literacką lub w jakikolwiek inny sposób zyska rozgłos (np. autor będzie uczestnikiem głośnego skandalu), wtedy wróci do stacjonarnej sprzedaży, a pracownicy sieci i hurtowni będą domagać się od wydawnictwa błyskawicznych dodruków. Tak było np. z powieścią „Pióropusz” Mariana Pilota – autora przecież uznanego, z olbrzymim dorobkiem literackim. Powieść, znakomicie recenzowana, przez niemal rok obecności na rynku osiągnęła średnią jak na nasze warunki sprzedaż – ok. 3000 egzemplarzy – i w sklepach wielkich sieci była już niedostępna. Jednak gdy w 2011 r. została laureatką najbardziej prestiżowej w Polsce nagrody „Nike”, po kilku dniach niezbędnych na dodruk pojawiła się w najbardziej eksponowanych miejscach salonów sprzedaży.
Jeszcze szybciej niż w sieciach księgarskich zmienia się oferta w hipermarketach i dyskontach. Ponieważ rzadko odwiedza je klient nastawiony specjalnie na kupno książki, a częściej taki, który kupuje ją przy okazji innych zakupów, sprzedaje się tam najchętniej albo książki szczególnie głośnych autorów, albo szczególnie tanie. Sieci hipermarketów współpracują z hurtowniami książek, które wyszukują i układają ofertę, domagając się od wydawców największych rabatów, jako że i cena detaliczna będzie tam niższa niż gdzie indziej. Ostatnio częsta jest praktyka drukowania dla dyskontów specjalnych nakładów bestsellerów, których cena okładkowa jest dużo, nawet ponad dwukrotnie, niższa niż w księgarniach. Dla wydawców współpraca z sieciami hipermarketów stanowi konieczność ze względu na ogromną skalę ich działalności. Jednak obarczona jest sporym ryzykiem, gdyż w takich miejscach egzemplarze książek najczęściej ulegają uszkodzeniom i najszybciej są usuwane z półek, by zrobić miejsce dla nowej oferty. Co gorsza, nie trafiają później do sprzedaży internetowej, ale są zwracane wydawcy lub przeceniane znacznie poniżej pierwotnej ceny zbytu.
Błyskawiczna rotacja na półkach, pozorne bogactwo asortymentu, a także oferowane przez wielkie sieci ogromne upusty i częste przeceny książek właściwie eliminują z rynku indywidualne księgarnie. One ze względu na swoją skalę nie mogą liczyć nawet na taką marżę, jaką w salonie dostaje często klient w ramach promocyjnego upustu. W mieście, w którym pojawi się Empik, Matras lub od niedawna Świat Książki, dni małej księgarni są policzone. Jest to duża strata dla czytelników, którzy poszukują oferty ambitniejszej, przede wszystkim znikają bowiem księgarnie nastawione na takiego czytelnika: literackie, naukowe, uniwersyteckie itp. W małych księgarniach, także „ogólnych”, zazwyczaj książka dostępna jest na półkach dłużej. Księgarze są także skłonni lepiej ją eksponować bez dodatkowych opłat oraz zachęcać do jej zakupu. Lepiej poznają też upodobania czytelnicze swoich klientów (dzięki relacjom osobistym, a nie tylko z raportów sprzedaży) i mogą bardziej elastycznie dostosowywać do nich ofertę – choć właśnie przez to ich oferta sprawia wrażenie dużo uboższej.
Nieduże księgarnie i mniejsi, sprofilowani sprzedawcy internetowi stanowią też szansę dla niewielkich ambitnych wydawnictw, które ze względu na małą skalę działalności nie mają możliwości umieszczenia swoich książek na półkach wielkich sieci czy na głównych stronach ich sklepów internetowych. Ktokolwiek kupował kiedyś książki w salonie sieciowym, a tym bardziej w hipermarkecie, wie, że ich pracownicy mogą co najwyżej wskazać czytelnikowi właściwy dział albo książki z listy najlepiej się sprzedających, jednak nie pomogą mu w dokonaniu szczegółowego wyboru.
Ceny – niższe być nie mogą
Średnia cena egzemplarza książki w Polsce w detalu wynosiła w 2012 r. 38,7 zł przy cenie zbytu (wydawnictwa) 23,1 zł, czyli ok. 60 proc. ceny okładkowej. Towarzyszy jej przekonanie, że książki w Polsce są za drogie i wciąż drożeją. W istocie jednak od końca lat 90. ich ceny rosną mniej więcej równo ze wskaźnikiem inflacji, z widocznym wahnięciem w górę w latach 2010–2011, kiedy to obłożone zostały 5-procentową stawką VAT.
Książki są przy tym dobrem kupowanym po zaspokojeniu bardziej podstawowych potrzeb. Zatem wrażenie czytelnika, że kiedyś było go stać na kupno większej liczby egzemplarzy może wynikać po prostu stąd, że dawniej po dokonaniu podstawowych opłat i niezbędnych zakupach, zostawało mu więcej środków, które mógł przeznaczyć na konsumpcję kulturalną (w tym książki). Dziś, w porównaniu z latami 90., wydatki gospodarstw domowych na kulturę i komunikację zawierają także więcej wydatków konkurujących z zakupami w księgarni, takich jak opłaty za telefon komórkowy, Internet i telewizję kablową, a także na częstą wymianę sprzętu elektronicznego. Jak wynika z badań Głównego Urzędu Statystycznego, w roku 2011 największe kwoty wśród wydatków na kulturę gospodarstwa domowe przeznaczyły na telewizję kablową (przeciętnie 138,96 zł na osobę rocznie, czyli 34,3 proc. wszystkich wydatków na kulturę), a na zakup książek (nie licząc podręczników i innych książek do nauki) oraz na bilety instytucji kulturalnych (kino, teatr, muzea itp.) łącznie tylko 19,32 zł (4,8 proc. wydatków na kulturę)2.
Cenę książek w naszym kraju podnoszą bardzo małe – jak na liczbę ludności – nakłady poszczególnych tytułów. W roku 2012 średni nakład książki wynosił w Polsce: w gatunku beletrystyka 2680 egzemplarzy; książka dziecięca – 3495 egzemplarzy; książka szkolna – 9673 egzemplarzy; książka naukowa i fachowa – 2097 egzemplarzy. Oczywiście w średniej mieszczą się i wielkie hity (ostatnio największym był sadomasochistyczny thriller erotyczny E. L. James „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, sprzedany tylko w roku 2012 w 300 tys. egzemplarzy), i liczne książki w nakładzie 200–300 egzemplarzy, które wymagają zewnętrznego dotowania albo przynoszą straty. Jednak dystrybutor zarabia na każdym sprzedanym egzemplarzu, unikając przy tym umieszczania na półkach książek, które mogą się nie sprzedać.
W cenie zbytu egzemplarza, wynoszącej ok. 40–60 proc. ceny okładkowej, mieszczą się także koszty przerzucane na wydawców przez – uprzywilejowanych na rynku – hurtowników i wielkich dystrybutorów. Są to m.in. koszty marketingu, promocji i reklamy tytułu. To wydawnictwo płaci za powierzchnię reklamową, bezpłatne egzemplarze recenzenckie (nawet po kilkaset egzemplarzy jednego tytułu, co przy niewielkich jednostkowych nakładach jest sporym obciążeniem) oraz za przywileje sprzedażowe u dystrybutorów, takie jak obecność książki na półkach salonów przez czas dłuższy niż kilka tygodni, eksponowanie tytułu nie grzbietem, ale okładką do klienta, umieszczenie tytułu na stojaku z nowościami, eksponowanie okładki i informacji o książce w gazetce sieci handlowej, na stronie głównej księgarni internetowej, a czasem także (sic!) na liście najlepiej sprzedających się tytułów. Dodatkowo coraz częściej dystrybutorzy przerzucają na wydawców koszty logistyki i magazynowania książek – na półce salonu trzyma się tylko niewielki zapas danego tytułu, a kiedy się kończy, wydawca lub hurtownik musi natychmiast dowieźć następne egzemplarze, nierzadko omijając nawet magazyny sieci. Podobnie dzieje się w przypadku sprzedaży internetowej – sprzedawca nie ma oferowanych tytułów w swoich magazynach, lecz po otrzymaniu zamówienia przekazuje je do wydawcy lub hurtownika, który musi dostarczyć egzemplarz.
Naturalnie to wydawnictwo ponosi również całkowite koszty słabej sprzedaży swoich tytułów, a także egzemplarzy zniszczonych u dystrybutorów (choćby przez klientów przeglądających książki). Wydawnictwa są ponadto zmuszane przez wielkie sieci dystrybucyjne do partycypowania w kosztach często urządzanych promocji, przecen i wyprzedaży.
Szczególnie istotnym kosztem, który musi być wkalkulowany w cenę zbytu egzemplarza książki, jest długie oczekiwanie na zapłatę za dostarczone egzemplarze. W ten sposób powstaje samonakręcający się mechanizm wyzysku, bo wydawcy „fundują” sieciom dystrybucyjnym darmowy kredyt na ekspansję, wyeliminowanie księgarni mniejszych, przyjaźniejszych wydawcom i dalsze wzmocnienie pozycji, dzięki której z kolei dystrybutorzy mogą tym skuteczniej narzucać im swoje warunki.
Wyzyskiwani wyzyskują
Wydawcy próbują rekompensować sobie wzrost kosztów przez podnoszenie cen zbytu, jednak tu ogranicza ich konkurencja oraz niska zdolność nabywcza polskich czytelników.
Starają się więc ciąć koszty – także metodą starą jak świat: przenoszeniem wyzysku niżej, na tych, których pozycja jest jeszcze słabsza. A więc na autorów, własnych pracowników i współpracowników.
Autorzy zapewniający wydawnictwom książki sprzedające się w wielkich nakładach są w tej sytuacji na wagę złota. Mogą oni w związku z tym liczyć na wysokie zaliczki (rzędu kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy złotych) oraz na bardzo wysokie honorarium, nieznacznie przekraczające 20 proc. ceny zbytu, czyli ok. 10 proc. ceny okładkowej książki. Jednak na zarobek w miarę adekwatny do umiejętności i wysiłku niezbędnego dla stworzenia książki nie mogą liczyć nawet autorzy o ustalonej pozycji na rynku, których książki sprzedają się w przyzwoitych nakładach. Dużych rozmiarów powieść, która sprzeda się w nakładzie 10 000 egzemplarzy (a więc jak na polskie warunki znakomitym) w cenie księgarnianej 40 zł, przyniesie autorowi wraz z zaliczką ok. 20–30 tys. zł brutto, zwykle do podziału z agentem literackim, biorącym 10–20 proc. honorarium. Autor „zapełniacza półek” o cenie okładkowej 30 zł, którego dzieło sprzeda się w nakładzie 2000 egzemplarzy, dostanie łącznie 2–3 tys. zł w ciągu dwóch-trzech lat.
Jednak coraz więcej wydawnictw fabrykujących niskiej jakości, sformatowaną i schematyczną literaturę popularną w małych nakładach, pozyskuje autorów, którzy za swoje pierwsze książki nie domagają się zaliczki (lub dostają symboliczną, kilkaset złotych) i godzą się na honoraria rzędu 3–5 proc. ceny okładkowej. Pojawia się także coraz więcej firm wydawniczych proponujących różne warianty finansowania wydania, marketingu i dystrybucji książki przez autora. I chętnych na takie usługi nie brakuje. Wydawane w ten sposób produkty mają z reguły bardzo niską jakość literacką i fatalną edytorską, jednak można je sprzedawać taniej. Inaczej niż dawniej, kiedy autor wydający dzieło własnym nakładem odbierał paki książek z drukarni, a później upraszał księgarzy i znajomych o kupienie kilku egzemplarzy – trafiają na rynek i przez kilka tygodni obecne są na półkach sieci lub księgarni, z którymi współpracuje wydawca. Im więcej jest chętnych na dostarczenie materiału literackiego za darmo lub nawet na dopłacenie do jego wydania, tym słabsza staje się w rozmowach z wydawcami pozycja pisarzy, dla których honorarium jest kwestią istotną, nawet gdy twórczość tych drugich wyraźnie przewyższa jakością to, co dostarczają pierwsi. Zapewne proces ten będzie postępował, gdy zwiększy się w naszym kraju sprzedaż książki elektronicznej i rozwiną się internetowe platformy self-publishingowe pozwalające każdemu zaoferować swoją twórczość z ominięciem wydawcy (a więc również, w dużym stopniu, edytorskiej obróbki), wyłącznie za pośrednictwem i przy zarobku dystrybutora detalicznego.
Autorzy próbujący na swojej pracy zarobić spotykają się także z bardzo długim zwlekaniem przez wydawnictwa z rozliczaniem sprzedaży – często, choć nie wyłącznie, wynika to z winy dystrybutorów nie płacących w terminie wydawcom oraz ze specyfiki rynku, kłopotów z rozliczaniem zwrotów itp. Nierzadkie jest zatajanie prawdziwych jej wyników, choć tu sprzymierzeńcem autorów stał się podatek VAT na książki, dzięki któremu wydawnictwo musi rejestrować faktyczną sprzedaż. Zdarza się wulgarny szantaż („jeśli będziesz się zbyt natarczywie domagał honorariów, to nie wydamy, nie będziemy reklamować, nie zgłosimy do nagrody twojej następnej książki”) lub inne wytwory nowoczesnego „zarządzania zasobami ludzkimi” („tylko prezes może podpisać przelew, a prezesa nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie”).
Wydawnictwa chętnie przerzucają na autorów część kosztów marketingowych. Wywierają presję na darmowe prowadzenie blogów i stron internetowych, zabieganie o obecność w mediach, utrzymywanie kontaktów z recenzentami i coraz liczniejszymi blogerami literackimi. Autorzy sami piszą notki informacyjne na okładki (tzw. blurby) i ulotki informacyjne, czasem organizują sobie spotkania promocyjne. Nakłania się ich, aby bez wynagrodzenia, dla celów marketingowych, brali udział w programach telewizyjnych czy radiowych, pisywali artykuły publicystyczne do prasy (w zamian za ukazanie się informacji o ich książce). Wielu jest oczywiście autorów, dla których obecność w mediach jest atrakcją samą w sobie i to oni są stawiani za nieodparty przykład tym, którzy uważają, że także pozaliteracka praca pisarza oraz dostarczanie mediom atrakcyjnych treści powinny być wynagradzane. Czasami rozgłośnie radiowe, które zobowiązane są do płacenia przyzwoitych honorariów autorom czytanych na antenie utworów literackich, zgłaszają się do wydawców z propozycją nie do odrzucenia: będą emitować czytaną powieść czy opowiadania ich autora pod warunkiem, że ten dobrowolnie zrezygnuje z wynagrodzenia. Wielu autorów, także uznanych i jak na polskie warunki poczytnych, godzi się na to.
Literatura tworzona przez rynek
Taki stan rzeczy ma istotne konsekwencje dla samej jakości produkcji literackiej. Wydawnictwa, przerzucając koszty promocji na autorów, faworyzują tych, którzy w taki czy inny sposób są sobie w stanie taką promocję zapewnić, czyli m.in. celebrytów oraz osoby pracujące w mediach lub ze względów towarzyskich mające do nich dostęp. Jakość artystyczna, a nawet potencjał rynkowy utworu stają się kwestiami drugorzędnymi. Coraz rzadsze są przypadki, kiedy wydawca gotów jest ponieść koszty reklamy i promocji książki autora o mniej znanym nazwisku lub dzięki kontaktom w mediach i środowisku literackim wypromować książkę, którą sam uważa za znakomitą (casus „Wojny polsko-ruskiej…” Masłowskiej sprzed kilkunastu lat).
Unikanie przez wydawców ryzyka finansowego powoduje niechęć do eksperymentowania i wydawniczej kreatywności, a więc także do dzieł nieoczywistych gatunkowo czy z przesłaniem idącym w poprzek obiegowym opiniom. Najchętniej przyjmowane są przez wydawnictwa maszynopisy dobrze wpisujące się w gotowe formaty literackie, takie jak kryminał, romans czy tzw. chick lit (lekka fabuła obyczajowa dla młodych kobiet, często z wyraźnym elementem pornograficznym), erotyka, różne gatunki fantastyki, reportaż podróżniczy, biografie, sensacje historyczne i polityczne itd. Wydawcy zdają sobie sprawę, że kupujący książki w sieciach i hipermarketach masowy czytelnik ma sprecyzowane oczekiwania: nie lubi być zaskakiwany, chce być dobrze poinformowany o zawartości książki przez okładkę, odpowiedni dział na półce salonu sprzedaży, ewentualnie przekartkowanie i przeczytanie przypadkowego fragmentu.
Jakość przechodzi w ilość
Potrzeba jak najściślejszego wpasowania utworu w format powoduje, że redaktorskie ingerencje w oddany przez autora tekst bywają bardzo poważne. Redaktor zamawiający, zwany też w niektórych wydawnictwach – chyba słusznie – menedżerem produktu lub menedżerem projektu, ocenia utwór pod kątem jego potencjału rynkowego i domaga się od autora wprowadzenia zmian i poprawek koniecznych z tego punktu widzenia. Żąda się często zmian bardzo głębokich, dotyczących przebiegu fabuły, konstrukcji bohaterów, tonacji i przesłania utworu. Często zresztą redaktorzy pracujący dla wydawcy sami dokonują takich ingerencji, które na zasadzie propozycji nie do odrzucenia przedstawiają później autorowi do akceptacji. Oczywiście wydawcom najbardziej opłaca się publikacja takich dzieł, które nie wymagają dużego nakładu pracy. Dlatego najchętniej współpracują z autorami, którzy sami domyślają się, jaka zawartość maszynopisu jest oczekiwana.
Konieczność szybkiego dostarczania dystrybutorom kolejnych nowości powoduje, że jakość bardzo szybko zamienia się w ilość. W cenie są więc autorzy, którzy piszą szybko i zgodnie ze schematem gatunku. Coraz częściej są nimi absolwenci bardzo ostatnio rozpowszechnionych szkółek i kursów kreatywnego (sic!) pisania, uczących sprawnego wpasowywania się w podstawowe rynkowe formaty.
Pisarzom tworzącym literaturę popularną, którzy odnieśli pewien (niekoniecznie oszałamiający) rynkowy sukces, proponuje się bezpieczne pod względem finansowym szybkie jego dyskontowanie kolejnymi utworami jak najbardziej przypominającymi poprzednie, zamiast ryzykownej eksploracji nowych tematów i form. Stąd kontynuacje fabuł w seriach czy popularne książki o historycznych sensacjach, kontynuujące motyw, który się sprawdził (skoro dobrze sprzedał się „Seks w starożytnym Rzymie”, to ten sam autor pisze później „Słynne nierządnice Renesansu”, „Sekretne życie średniowiecznych mnichów” itp.). Regułą jest, że kolejne książki w takich seriach są przez pośpiech napisane mniej starannie od poprzednich, widać w nich brak pomysłu, polotu, niekonsekwencje fabuły czy błędy w dokumentacji. Często bywa też tak, że kolejne książki z takiej serii mają niższe nakłady. Jednak trafiony pomysł eksploatuje się tak długo, jak długo sprzedaje się on we w miarę dobrej ilości. Później mówi się, że „format się wyczerpał”, co często oznacza tyle, że czytelnik się do niego zniechęcił.
Warto zastanowić się, a może i kiedyś zbadać, czy niecierpliwy, niemający silnych czytelniczych nawyków ani potrzeb polski czytelnik, zniechęcony do kolejnego autora czy formatu porzuca tylko „winnych”, czy też przenosi swoje zniechęcenie na czytanie w ogóle. Z jednej strony bowiem wydawcy i dystrybutorzy, proponując formaty, odpowiadają na oczekiwania czytelnika, który chce otrzymać możliwie łatwo przyswajalny i bezpieczny poznawczo produkt. Z drugiej jednak, kształtują w ten sposób kompetencje czytelnicze odbiorców, co ma tym silniejsze oddziaływanie, im bardziej szkoła i instytucje edukacji publicznej z tego zadania rezygnują. Czytelnikom przyzwyczajonym do łatwego, sformatowanego przekazu będzie się bardzo trudno przekonać do literatury ambitniejszej, nie tylko formalnie bardziej skomplikowanej, ale też niosącej bardziej złożone i niejednoznaczne przesłania. Każde odejście od formatowych schematów będzie przez nich odbierane jako irytujące, niedopuszczalne. Jednocześnie fani poszczególnych formatów prędzej czy później odczuwają znudzenie, dlatego że wciąż mają do czynienia z utworami bardzo do siebie podobnymi. A ponieważ czytanie i książki kojarzą się im właśnie z formatem, są oni skłonni porzucać nie tylko nużący format, ale i czytanie w ogóle, co w świecie proponującym mnóstwo atrakcyjnych form spędzania wolnego czasu nie jest kłopotliwe.
Podobny proces inflacji jakościowej może zresztą dotyczyć także literatury cieszącej się opinią ambitniejszej. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wysoką markę wyrobił sobie polski reportaż literacki, a książki polskich autorów tego gatunku uzyskują przyzwoite nakłady. Ostatnio jednak i u reportażystów daje się zauważyć symptomy presji na nowości. Obszerny reportaż literacki jest gatunkiem wymagającym od autora sporych nakładów finansowych (koszty podróży, researchu itp.), czasu i całkowitego oddania się pracy (trudno pisać reportaż podróżniczy w wolnym czasie po powrocie z biura). Niełatwo więc dostarczać co rok pełnowartościową nowość. Coraz więcej pojawia się w związku z tym zbiorków tekstów reporterów, w których nazwisko autora i szata graficzna serii sugerują, że będą to klasyczne reportaże literackie. Tymczasem bywa, że kilka krótkich reportaży obudowuje się tu np. obszernymi fragmentami dziennika, luźnymi zapiskami, tekstami felietonowymi. Autorzy zgadzają się na takie manipulacje, ponieważ obawiają się, że czytelnik, zasypywany błyskawicznie wciąż nowymi propozycjami, bardzo szybko zapomni ich nazwiska. Pytanie tylko, czy zapomni także o zawodzie, jakiego doznał przez autora obniżającego z premedytacją jakość swoich produktów.
Przyczyny i skutki cięcia kosztów
Ograniczanie początkowych nakładów, za którym idzie także zmniejszanie zależnych od sprzedaży (realnej – a nie spodziewanej) honorariów autorskich, jest jednym ze sposobów cięcia kosztów. Książka wymaga jednak zarazem poniesienia pewnych kosztów stałych. Trzeba zamówić okładkę, ewentualne ilustracje, tekst musi być przetłumaczony (w przypadku przekładu), zredagowany, poddany korekcie, złożony. Koszty stałe powodują, że przy zmniejszaniu się nakładu znacząco rośnie koszt jednego egzemplarza. Wydawcy starają się więc go zmniejszyć, co powoduje z kolei, że książki mają coraz niższą jakość językową i edytorską.
Obniża się również jakość graficzna książek. Wydawnictwa oferują grafikom coraz niższe honoraria, wymagając od nich zarazem nie tyle ciekawych artystycznie projektów okładek i szaty graficznej książek, co po prostu krzykliwego przekazu reklamowego, skierowanego do najmniej wymagającego czytelnika. Skoro książka o małym nakładzie nie może liczyć na wsparcie reklamowe wydawcy, musi zachęcić klienta salonu sprzedaży lub internautę wyrazistym obrazkiem i liternictwem okładki. Wiele okładek tworzonych jest dzięki komputerowym generatorom, wykorzystującym dostępne w internetowych bazach fotografie, ilustracje i wzory liter. Zdarza się wcale nierzadko, że ta sama fotografia wykorzystywana jest na okładkach kilku książek, które nie reprezentują nawet podobnego gatunku. Bardzo częste jest podpatrywanie i adaptowanie przy niewielkich przeróbkach rozwiązań graficznych zagranicznych wydawnictw. Okładki, mimo swojej pozornej atrakcyjności, są do siebie podobne, monotonne, brzydkie, rzadko nawiązują do zawartości książek, a częściej po prostu informują o tym, jaki gatunek książka reprezentuje. Przyczyniają się do kształtowania złego gustu u jednych czytelników, innych zniechęcają.
Bardzo widoczne są także oszczędności wydawnictw na redakcji i korekcie tekstu. Coraz więcej wydawnictw, i to nie tylko tych z najniższej półki, korzysta z zewnętrznych usług redaktorów językowych i korektorów, oferuje coraz niższe stawki za arkusz lub zleca korektę praktykantom w ramach bezpłatnych stażów. Niektórzy wydawcy całkiem rezygnują z korekty złożonego już tekstu i, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, zlecają tej samej osobie redakcję i korektę. Wydawnictwa oferujące publikację książek ze współfinansowaniem autora bardzo często po prostu nie wywiązują się ze swoich zobowiązań w zakresie prac redakcyjnych. Szczególnie niebezpiecznym dla polskiego czytelnictwa zjawiskiem jest oszczędzanie na pracy profesjonalnych tłumaczy i zatrudnianie za grosze osób jako tako znających język oryginału, lecz bez literackiej sprawności w języku własnym. Profesjonalny, doświadczony tłumacz bierze – w zależności od stopnia trudności tekstu, rzadkości języka itp. – 600–1200 zł za arkusz przekładu. Wiele wydawnictw zatrudnia tymczasem amatorów za 200–400 zł lub zgoła „za doświadczenie”. Sam spotkałem się już z propozycją redakcyjnego (za niewysoką stawkę) opracowania przekładu dokonanego przez… tłumacza elektronicznego. Wszystko to powoduje, że coraz gorszy jest także poziom językowy większości publikacji, a książki pisane fatalnym, urągającym wymogom składni i poprawności, językiem, pełne błędów ortograficznych i interpunkcyjnych, zniechęcają do czytania także tych czytelników, których wydawcy i dystrybutorzy traktują jako mało wymagających i niewartych większych starań.
Światełka w tunelu
Negatywnym, również dla poziomu i jakości polskiego czytelnictwa, skutkom zdominowania detalicznej dystrybucji książek przez wielkie sieci i hipermarkety próbują się przeciwstawiać instytucje jednoczące wydawców. Polska Izba Książki rozpoczęła prace nad projektem ustawy o jednolitej cenie nowości wydawniczych. Gdyby Sejm taką ustawę przyjął, wszystkie bez wyjątku podmioty handlu detalicznego (tradycyjne i internetowe) byłyby zmuszone sprzedawać każdą książkę przez rok od jej ukazania się na rynku w tej samej cenie końcowej. A więc wielcy detaliści sieciowi, hipermarkety i dyskonty, a także ogromne księgarnie internetowe (jak wchodzący niedługo na nasz rynek gigant Amazon) nie mogłyby dłużej wykorzystywać swojej skali do eliminowania mniejszych dystrybutorów poprzez zabójcze dla nich upusty oraz wymuszanie na wydawnictwach coraz większych rabatów finansujących te upusty. Paradoksalnie więc zmuszenie wielkich sieci do sprzedawania książek po cenie okładkowej może się przyczynić do obniżenia średniej ceny książki. Podobne ustawy obowiązują z powodzeniem od trzydziestu lat we Francji (tzw. prawo Langa, od nazwiska słynnego ministra kultury, który w pierwszej połowie lat 80. przeforsował tę ustawę, wśród wielu innych rozwiązań chroniących rodzimą kulturę przed destrukcyjnym wpływem korporacyjnej komercjalizacji) i w Niemczech. Nietrudno się domyślić, że próby wprowadzenia tego rozwiązania spotykają się jednak z protestami w imię „prawa do niskich cen”, wolności przedsiębiorczości czy haseł w stylu „książka to taki sam towar jak każdy inny”.
Wsparciem dla autorów oraz w pewnej mierze także wydawców może stać się przygotowywane już w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego tzw. Public Lending Right. Prawo to gwarantuje twórcom książki (nie tylko autorom, ale także tłumaczom, ilustratorom, autorom fotografii) i wydawcom honorarium za wypożyczenia ich dzieł w bibliotekach publicznych. Jest to rozwiązanie korzystne nie tylko dlatego, że autorzy i wydawnictwa dodatkowo zarobią (co w pewnym stopniu zrekompensuje im straty wynikające z darmowego udostępniania ich twórczości), ale także dlatego, że do kondycji finansowej autora lub wydawnictwa będą mogli dołożyć drobną cząstkę również bibliotekarze-pasjonaci polecający książkę swoim czytelnikom. Wdrożenia tego rozwiązania wymagają od nas przepisy unijne, zostanie więc ono wprowadzone niezależnie od głosów protestu.
Można by zastanowić się nad preferencjami podatkowymi, prawnymi czy dotyczącymi np. opłat za wynajem lokali dla takich podmiotów rynku książki (od agencji autorskich przez wydawnictwa po księgarnie), które zdecydowałyby się na działalność w formule „non profit”. Czyli takich, które nie miałyby prawa wyprowadzać zysków na zewnątrz, miałyby obowiązek inwestowania ich w dalszą statutową działalność, która w tym przypadku mogłaby zostać przez ustawodawcę poszerzona o działania na rzecz potrzeb kulturalnych klientów, promocji książki i czytelnictwa. Byłoby to tym prostsze, że wielu mniejszych wydawców i księgarzy-entuzjastów już teraz działa na podobnej zasadzie, choć oczywiście z pewnością spotkałoby się to z protestami sieci księgarskich i dużych wydawców.
Warto byłoby też, aby stowarzyszenia twórców i pracowników książki (działające dziś w swoich zawodowych sprawach bardzo rachitycznie) przypomniały sobie postulaty Stefana Żeromskiego sprzed stu lat i zaczęły domagać się gwarantowanych przez prawo państwowe minimalnych tantiem autorskich, zależnych od okładkowej ceny książki (według Żeromskiego zapobiegające wulgarnemu wyzyskowi pisarzy minimalne tantiemy miały wynosić ⅓ lub ¼ ceny księgarskiej – dziś o takich kwotach nie można nawet marzyć!)3. Oczywiście spotka się to z wielkimi protestami już nie tylko samych wydawców i dystrybutorów, ale i tych autorów, którzy swoje istnienie na rynku zawdzięczają wyłącznie książkowej nadprodukcji i gotowości do darmowego czy niskopłatnego udostępniania swojej twórczości. Niezbędne wydaje się także działanie innych twórców książki na rzecz wprowadzenia minimalnych stawek za przekłady, redakcję, korektę, skład itp.
Sądzę, że warto myśleć o kolejnych, nawet bardzo radykalnych rozwiązaniach regulujących rynek książki. Straty poniesione wskutek jego nieokiełznanej działalności przez kulturę i czytelnictwo polskie można by w ten sposób – jeśli nie nadrobić, to przynajmniej zapobiec kolejnym.
Wszelkie dane dotyczące rynku książki podano za: Ł. Gołębiewski, P. Waszczyk, Rynek książki w Polsce 2013. Warszawa 2013, tomy: Wydawnictwa i Dystrybucja.
Przypisy:
1. Badania czytelnictwa prowadzone przez Bibliotekę Narodową i ukazują systematyczny spadek:
|
Rok badania
|
Nieczytający
|
Czytający 1–6 książek
|
Czytający 7 i więcej książek
|
|
2002
2004
2006
2008
2010
2012
|
44,4
41,8
50,3
62,2
56,0
60,8
|
32,1
32,9
31,7
24,8
31,1
26,5
|
22,2
24,4
17,2
10,6
11,6
11,1
|
Przy czym kategoria „czytający” oznacza tu osobę, która książkę chociażby przekartkowała (i przeczytała 3 stronice), a książka to także album, publikacja fachowa, książka kucharska czy podręcznik. Źródło: http://www.bn.org.pl/aktualnosci/501-czytelnictwo-polakow-w-2012-r.-%E2%80%93-wyniki-badan.html
2. http://stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/KTS_wydatki_kultura_2011.pdf
3. Stefan Żeromski, Projekt Akademii Literatury Polskiej, w: tegoż, Pisma literackie i krytyczne, Warszawa 1963, s. 63.
przez Llewllyn Hinkes-Jones | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Wprowadzenie do badań naukowych filozofii wolnego rynku spowodowało eksplozję manipulacji i nieuczciwości oraz zmusiło obywateli do płacenia za dostęp do odkryć, które już raz sfinansowali za pomocą swoich podatków.
Sercem opartego o dążenie do maksymalizacji zysku systemu opieki zdrowotnej w Stanach Zjednoczonych i jego podejścia do nauk medycznych jest zasada, że pieniądze mogą przedłużyć życie. Weźmy na przykład klasę genów określanych jako supresory nowotworów. Z powodu właściwości tej grupy genów, polegającej na możliwości regulacji wzrostu komórek nowotworowych, badania ich dotyczące są obecnie jednym z najważniejszych kierunków prac nad terapiami nowotworowymi. Pozytywny wynik testu wykrywającego mutację w genach supresji nowotworowej, takich jak BRCA1 czy BRCA2, jest znaczącym wskaźnikiem zwiększonego ryzyka zachorowania na raka piersi lub jajników.
Jednak pomimo niezaprzeczalnego znaczenia odkrycia i opracowania tego testu dla ratowania życia, koszt jego przeprowadzenia jest bardzo wysoki – sięga 4000 dolarów za jedną procedurę. Jest to wartość czterokrotnie wyższa niż koszt wykonania pełnego sekwencjonowania genetycznego. Jedynym powodem tak wysokiej ceny testu potencjalnie ratującego życie jest polityka prowadzona przez firmę Myriad Genetics. Chociaż Sąd Najwyższy, stojąc na stanowisku, że geny ludzkie nie mogą być objęte ochroną patentową, odrzucił niedawno roszczenia Myriad Genetics do BRCA1 i BRCA2, to firma ta nie ustaje w wysiłkach zmierzających do zdobycia wyłącznych praw do testu określającego podatność na zachorowanie na raka piersi.
Jeszcze bardziej oburzające w pazerności i żądzy zysku firmy Myriad Genetics jest to, iż większość kosztów związanych z wynalezieniem i opracowaniem testów dotyczących genów BRCA1 i BRCA2 została pokryta ze środków publicznych. Badania dotyczące identyfikacji tych genów i ich funkcji związanych z supresją nowotworową finansowane były przez Wydział Medycyny publicznego Uniwersytetu Utah. Myriad Genetics jest po prostu firmą typu start-up, założoną przez badaczy pracujących na tym uniwersytecie w celu przejęcia patentu na nowo odkryty test. Było to możliwe jedynie dzięki przyjęciu w 1980 r. ustawy Bayha-Dole’a.
Motywem opracowania i przyjęcia ustawy Bayha-Dole’a było zwiększenie innowacyjności badań naukowych. Jednym ze środków do osiągnięcia tego celu było usunięcie wszelkich nałożonych na uniwersytety ograniczeń dotyczących możliwości wykorzystania odkryć dokonanych przez działające na ich terenie zespoły badawcze. W efekcie na amerykańskie uczelnie wyższe wpłynąć miały znaczne pieniądze, umożliwiające pokrycie kosztów funkcjonowania laboratoriów oraz zatrudnienia personelu. Instytutom naukowym umożliwiono m.in. zbywanie praw patentowych prywatnym firmom oraz sprzedawanie im na wyłączność licencji związanych z wynikami prac badawczych. Mając w ręku patent, a więc monopol na określoną własność intelektualną, sektor prywatny zyskiwał interes w szybkim wprowadzaniu na rynek zaawansowanych produktów i usług z nim związanych.
Zwolennicy ustawy Bayha-Dole’a przekonywali, że możliwość zarobienia pieniędzy na badaniach zmotywuje społeczność akademicką do podejmowania nowych wyzwań i dokonywania przełomowych odkryć, a także zachęci kapitał prywatny do adaptowania wynalazków dla celów komercyjnych. Niedługo po uchwaleniu nowego prawa jego następstwa, w tym finansowe, stały się faktem. Naukowcy pracujący na Columbia University wystąpili o ochronę patentową dla procesu kotransformacji DNA, a uzyskany dzięki temu patent (znany jako patent Axela) przyniósł uniwersytetowi setki milionów dolarów ze sprzedanych licencji. Z kolei patent Cohena-Boyera, dotyczący rekombinowanego DNA, przyniósł Uniwersytetowi Stanforda zyski w wysokości ponad 200 milionów dolarów. Wraz z orzeczeniem Sądu Najwyższego z 1980 r. w sprawie Diamond v. Chakrabarty, które umożliwiło ochronę patentową materiału biomedycznego, rozpoczął się boom biotechnologiczny. Uniwersytety dosłownie rzuciły się do powoływania zaawansowanych laboratoriów naukowych, których celem było tworzenie nowej „własności intelektualnej” przerabianej na patenty i licencje obejmujące wszystko – od opracowywania nowego oprogramowania do sekwencjonowania DNA. Następnie własność intelektualna miała być sprzedawana społeczeństwu.
Dotychczas odkrycia naukowe będące wynikiem badań prowadzonych na uczelniach publicznych mogły być przekazane firmom przemysłowym jedynie na zasadzie ogólnodostępnych licencji. Przedsiębiorstwa mogły opracowywać na bazie przełomowych badań nowe leki i inne innowacyjne produkty, ale żadne z nich nie miało uprzywilejowanej pozycji. Zwolennicy ustawy Bayha-Dole’a przekonywali, że istnienie okresu, w którym wszyscy w równym stopniu mogą korzystać z odkryć naukowych, jest czynnikiem hamującym innowacyjność. Jeżeli bowiem jedna firma nie posiada wyłącznych praw do dysponowania własnością intelektualną, oznacza to niewielki potencjalny zysk z wprowadzenia produktu opartego na niej. Po co tworzyć innowacyjne rozwiązania, jeżeli konkurencja może zrobić dokładnie to samo i w ten sposób zniwelować potencjalny margines zysku? W efekcie wynalazki w najlepsze gniłyby w szufladach.
Pozornie niewielka korekta regulacji prawnych dotyczących ochrony własności intelektualnej okazała się jedną z głównych przyczyn upadku uniwersyteckiego systemu badań naukowych. Przymus stosowania otwartych licencji chronił akademickie badania naukowe przed gorączką złota spod znaku praw autorskich. Usunięcie tej bariery spowodowało napływ wielkiej fali kapitału z sektora prywatnego, żądnego wyłącznych praw do pionierskich odkryć naukowych. Podmioty prywatne sponsorują dziś instytucje naukowe w zamian za uprzywilejowany dostęp do „transferu technologii”, polegającego na przepływie w prywatne ręce licencji na wyniki badań realizowanych za pieniądze publiczne. Wielkie koncerny farmaceutyczne, takie jak Merck czy GlaxoSmithKline, w partnerstwie z prywatnymi i publicznymi uniwersytetami finansują badania dotyczące obecnie nieuleczalnych chorób, z wyraźnym zastrzeżeniem, że to one otrzymają wyłączne licencje na ewentualne owoce pracy badawczej. Odkrycia te, niezależnie od tego, czy są związane z pierwotnymi celami projektu badawczego czy też nie, przerabia się następnie na skandalicznie drogie lekarstwa i terapie.
Patenty odbijają się nie tylko na portfelach konsumentów. Ich konsekwencją jest także utrudnienie podejmowania prac badawczych z powodu rosnących kosztów związanych z nabyciem praw autorskich niezbędnych do ich prowadzenia. Laboratoria naukowe zmuszone są płacić tysiące dolarów za dostęp do technologii i procesów, na bazie których powstać mogą kolejne innowacje. […]
Cechująca współczesną pracę naukową atmosfera ciągłej pogoni za zyskiem jest bardzo odległa od warunków, w jakich pracował Jonas Salk, odkrywca szczepionki przeciwko polio. Jego wynalazek, który wpłynął na życie milionów ludzi na całym świecie, cierpiących na tę wycieńczającą chorobę, został udostępniony za darmo. Salk pytał wówczas retorycznie, czy dopuszczalne byłoby „opatentowanie Słońca” i czerpanie z tego zysków. Dzisiejsza pogoń za czerpaniem finansowych korzyści z własności intelektualnej szybko podąża w kierunku realizacji tej absurdalnej propozycji.
Chociaż wzrost środków inwestowanych w kształcenie społeczeństwa i rozwój nowych technologii jest pozornie w jak najlepiej pojętym interesie społecznym, znaczący napływ prywatnego kapitału do publicznego systemu naukowego prowadzi do degeneracji tego ostatniego. W połączeniu z ostrym ograniczeniem stanowych wydatków na edukację, ustawa Bayha-Dole’a przyczyniła się do prywatyzacji publicznego systemu szkolnictwa wyższego. Pozbawione środków publicznych, uniwersytety stały się w jeszcze większym niż wcześniej stopniu zależne od wsparcia instytucji prywatnych, czy to w formie grantów, czy dotacji. Ten strumień pieniędzy ma destrukcyjny wpływ na kondycję akademii.
Dziedzinami w największym stopniu dotkniętymi konfliktem interesów są farmakologia i biotechnologia. Naukowcy pracujący w tych branżach są nagminnie wynagradzani za firmowanie swoim nazwiskiem publikacji napisanych przez ghostwriterów, za promocję i opracowywanie leków ze względu na ich potencjał rynkowy, a nie dobro wspólne. Inkasują oni niebotyczne honoraria za usługi doradcze i konsultacje eksperckie oraz za wykłady na konferencjach organizowanych przez lobby przemysłowe. W zamian stają się uległymi najemnikami koncernów. Przykładem może być historia firmy Pfizer i produkowanego przez nią leku przeciwdrgawkowego Neurontin. Koncern płacił naukowcom po 1000 dolarów za umieszczenie nazwisk pod artykułami napisanymi przez bezimiennego autora, i wygłoszenie na konferencjach referatów wychwalających działanie tego leku. Neurontin pierwotnie przewidziany był dla epileptyków, ale w ramach kampanii promocyjnej zalecano stosowanie go w leczeniu wszelkich problemów psychicznych i neurologicznych, od choroby dwubiegunowej, przez zespół stresu pourazowego i bezsenność, po zespół niespokojnych nóg, uderzenia gorąca, migreny czy napięciowe bóle głowy. W tym i podobnych przypadkach konsumenci są nie tylko dezinformowani na temat bezpieczeństwa i skuteczności leku, ale także w ostatecznym rozrachunku płacą za niego trzykrotnie: dotując badania prowadzone na publicznych uniwersytetach, płacąc wysoką cenę za lek objęty patentem, tolerując odpisy podatkowe dla koncernów farmaceutycznych sponsorujących badania uniwersyteckie.
Nawet w obliczu topniejącego wsparcia budżetowego i rosnącej zależności od pieniędzy z sektora prywatnego uniwersytety nie ograniczyły wydatków, zwłaszcza na nową infrastrukturę. Według opracowania przygotowanego przez McGraw-Hill Construction, budowa nowej infrastruktury dla szkolnictwa wyższego pochłonęła w latach 2010–2012 ponad 11 miliardów dolarów. Uniwersytety liczą, że dzięki wymagającej emisji obligacji rozbudowie kampusów o nowe laboratoria biomedyczne i imponujące obiekty sportowe przyciągną licznych studentów, czołowych naukowców i sponsorów, którzy pomogą pokryć koszty wszystkich tych inwestycji. Prowadząc taką politykę, uczelnie wyższe wpadły w dziką pułapkę przeinwestowania, powodując powstanie spirali zadłużenia. Wydają one ogromne środki na badania, które mają sprowadzić granty zewnętrzne i rozpędzić karuzelę zysków ze sprzedaży własności intelektualnej. Zyski zaś przeznaczane są na pokrycie kosztów rozrastającej się administracji oraz zapewniają obsługę zadłużenia.
Konsekwencje tego wyścigu po pieniądze i sławę ponoszą studenci. W ciągu ostatnich trzydziestu lat opłaty za czesne na uniwersytetach wzrosły średnio sześciokrotnie. Ograniczany jest także dostęp do studiów podyplomowych, nawet w obszarach badań naukowych, na które wydawane są największe pieniądze. Morze prywatnych środków finansujących badania naukowe nie spowodowało rozwoju możliwości kariery naukowej. W miejsce wykwalifikowanej kadry badawczej zatrudnia się słabo opłacanych stażystów, których zadaniem jest produkowanie efektownych wyników przyciągających kolejne granty. Studenci po uzyskaniu stopnia doktora znajdują się w tłumie sobie podobnych, konkurujących o zdobycie nielicznych dostępnych i bezpiecznych socjalnie ofert pracy badawczej w swojej dziedzinie. Owocem takiego systemu jest bardzo konkurencyjny rynek pracy, na którym wielu naukowców walczy o coraz to mniejszą liczbę nowych etatów na uczelniach.
Nacisk na redukcję kosztów dotyka całego systemu szkolnictwa wyższego i badań naukowych. Prowadzi on do tego, że stabilne pozycje profesorskie na uczelniach zastępowane są kontraktami terminowymi, często gorzej płatnymi i pozbawionymi bezpieczeństwa zatrudnienia. Jednocześnie nieustannie rosną wynagrodzenia administracji i zarządów.
Paula Stephan, profesor ekonomii na Georgia State University, określa to zjawisko mianem piramidy akademickiej, która opiera się na znacznym rozdźwięku płacowym między wzrastającą liczbą niskopłatnych posad dla postdocs i pracowników kontraktowych a szybko kurczącą się ofertą zatrudnienia na etatach profesorskich. Taka struktura kadry badawczej wymusza uczestnictwo w brutalnym konkursie piękności i odciska się piętnem na kondycji nauki. Coraz więcej badań o przełomowym znaczeniu dla ludzkości, prowadzonych przez gwiazdy świata naukowego, musi być publikowanych w najlepszych pismach naukowych, żeby skupić na sobie uwagę, pozyskać dalsze środki na prowadzenie badań, podtrzymać uzyskaną pozycję i pokryć koszty utrzymania laboratoriów. W opinii prof. Stephan większe jest odbierane jako lepsze: wyższe finansowanie badań, więcej publikacji, więcej cytowań, więcej stażystów – i to niezależnie od tego, czy rynek jest w stanie zapewnić im zatrudnienie.
To już nie zasada „publikuj albo zgiń”. To zasada: publikuj przełomowe, prowokacyjne artykuły, których treść może zmieniać nasze rozumienie świata oraz domaga się dalszych badań, a ich wyniki powinny być publikowane w najlepszych pismach naukowych – albo zgiń. W opinii profesora biotechnologii na Stanford University, Stephena Quake’a, działalność naukowa sprowadza się do wyboru: finansowanie albo głód. W tak stworzonych realiach atrakcyjne staje się wypaczanie wyników, wybieranie dróg na skróty czy wybiórcze traktowanie badań, a korzyści związane z tego typu praktykami są coraz większe. Celem jest opublikowanie jak największej liczby prac naukowych oraz pozyskanie jak największych projektów badawczych, nieraz za wszelką cenę. Osiągnęło to poziom, na którym naukowcy przekonują, że opublikowanie nieprawdziwego artykułu nic nie kosztuje. Kosztuje natomiast nieopublikowanie go. W swojej analizie badań naukowych, publikowanych przez Publiczną Bibliotekę Nauki (Public Library of Science, PLOS), John P. A. Ioannidis obwinia za ten stan rzeczy finansową stronę badań, zauważając, że im większa jest korzyść finansowa lub inna oraz im więcej w świecie nauki korzyści – finansowej lub innej natury, im więcej jednostronności, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo prawdziwości wyników badań naukowych.
Rezultaty takiego stanu rzeczy są widoczne gołym okiem. Liczba wniosków do czasopism o wycofanie opublikowanych wcześniej artykułów naukowych rośnie w ostatniej dekadzie w sposób rekordowy. Przyczyną tej sytuacji jest najczęściej błędna metodologia, niewłaściwe podejście do badanego zagadnienia oraz szeroko pojęta nierzetelność naukowa. Problem ten dotyczy w zasadzie każdej dziedziny badań. Odsetek artykułów naukowych, które zostały wycofane z powodu nieuczciwości lub zaniedbań merytorycznych, wzrósł od 1975 r. dziesięciokrotnie. Zaledwie część wyników badań dotyczących chorób serca i nowotworów wytrzymała próbę czasu, bo wielu rezultatów nie udało się powtórzyć. Teoria procesów starzenia oparta na działaniu wolnych rodników i zbawiennym wpływie antyoksydantów na żywotność komórek została pozbawiona racji bytu, podobnie jak zalecenia USDA dotyczące pomiaru antyoksydantów w żywności. Te fakty postawiły pod znakiem zapytania istnienie i funkcjonowanie przemysłu witaminowych suplementów diety, który opiera się w znaczącym stopniu na zaspokajaniu zapotrzebowania na antyoksydanty. Efekty związane ze stosowaniem kwasów tłuszczowych omega-3, które miały być dobre na wszystko, od zapobiegania nowotworom aż do stymulowania rozwoju mózgu, zostały zakwestionowane po tym, jak kolejne badania nie potwierdziły jakiegokolwiek istotnego oddziaływania. Podane w wątpliwość zostały również zalety regularnego poddawania się badaniu mammograficznemu, po tym jak badania przeprowadzone w ramach Canadian National Breast Screening Study wykazały brak korelacji pomiędzy stosowaniem tej techniki diagnostycznej a śmiertelnością w wyniku zachorowania na raka oraz przypadki mylnych diagnoz pozytywnych.
Choć niewątpliwie istnieje w nauce ogromny obszar badań prowadzonych przy użyciu właściwych metodologii, technik i metod, których wyniki są powszechnie akceptowane, powtarzalne i ważne, to jest on jednak otoczony swoistą chmurą machlojek i nadinterpretacji. Pełne entuzjazmu doniesienia o możliwym odkryciu leku na raka są bezkrytycznie połykane i przetwarzane przez desperacko poszukujące sensacji środki masowego przekazu. Media nie chcą albo nie potrafią identyfikować fałszywych tropów, błędów metodologicznych i nieprawdziwych danych, na podstawie których uzyskano „przełomowe wyniki”. Odbiór społeczny i zrozumienie dla tak kontrowersyjnych zagadnień jak modyfikacje genetyczne organizmów czy zaburzacze hormonalne są dodatkowo silnie zakłócone pojawiającymi się wzajemnie sprzecznymi wynikami badań, z których każde wspierają jedną ze stron sporu. W końcu tego typu informacje zamieniają się w krótkotrwałe nowinki dietetyczne czy ostrzeżenia zdrowotne, podobne do twierdzeń, że szczepienia podawane po urodzeniu są przyczyną autyzmu.
Badania prowadzone są często pod presją czasu, a ich wyniki, uzyskiwane i publikowane w pośpiechu, obarczone dużym ryzykiem błędu. Prawdziwa nauka wymaga czasu, a jeszcze dłużej trwa podważenie wyników badań już opublikowanych. Zakwestionowanie przedstawionych niedawno genetycznych testów mających wykrywać autyzm zajęło ponad dziewięć miesięcy, podczas gdy ich opublikowanie (okres od złożenia manuskryptu do skierowania go do druku) trwało łącznie trzy dni. Trudno oczekiwać, aby wielu spośród tych, do których dotarła wiadomość o ekscytującym odkryciu, dotarło do rozczarowującej informacji o jego zakwestionowaniu. Po ukazaniu się publikacji, opisującej z wielkim zadęciem wynalezienie genetycznego testu na długowieczność, wiele małych firm zaczęło oferować przeprowadzenie takich testów. Po wycofaniu tego artykułu – nie z powodu fałszerstwa, a z powodu zastosowania błędnej metodyki badawczej – oferta testów genetycznych z pewnością nie zniknęła z dnia na dzień. Prawdopodobnie żyje własnym życiem w szarej strefie, wykorzystując nikłą świadomość społeczną w zakresie najnowszych osiągnięć naukowych.
Prywatyzacja badań prowadzonych na publicznych uniwersytetach nie tylko zaburza styl pracy naukowej zaczynającej się od hipotezy, a kończącej na wyniku. Wiąże się też z tym, że korupcja w ścisłym sensie tego słowa – tak jak w sytuacji, w której naukowcy opłacani przez prywatne koncerny okłamują społeczeństwo w sprawach dotyczących toksyn znajdujących się w żywności czy zanieczyszczenia powietrza – może prosperować w najlepsze. Naukowcy, w desperackim dążeniu do uzyskania środków finansowych na prowadzenie badań oraz utrzymanie własnego zatrudnienia, są mało odporni na pokusy ze strony nieuczciwych koncernów, których celem jest naginanie nauki do własnych potrzeb. A to wzmacnia z kolei przewrotne mechanizmy wolnego rynku, które biorą we władanie obszary jeszcze nie tak dawno będące domeną publiczną. Gdy zagrożenia zdrowotne związane z rakotwórczymi substancjami tłumiącymi płomienie są zakłamywane przez przemysł, który jest zainteresowany dalszym ich rozpowszechnianiem, to oznacza to, że nauka ponosi klęskę w walce o dobro społeczne. Ostatecznie, rynkowe podejście do badań podważa sens nauki, która staje się narzędziem do przyciągania uwagi i pieniędzy.
Neoliberalne podejście do uniwersyteckich badań oznacza w istocie powrót do systemu zarządzanego przez prywatne fundacje i darczyńców, pozbawionego bezpieczeństwa zatrudnienia. Do systemu, w którym wiele placówek stanowiło przyczółki naukowe lub tuby propagandowe firm, mając przy tym niewiele wspólnego z produkcją wiedzy naukowej w imię wspólnego dobra ludzkości. Do systemu, w którym profesorowie zdani byli na łaskę i niełaskę darczyńców i rady zarządzającej uniwersytetem. Można było ich natychmiast zwolnić za wyrażanie krytycznych opinii czy publikowanie badań, które mogły zaszkodzić interesom szkoły lub jej sponsorów. Wspieranie praw robotników, opowiadanie się za postulatami socjalistów, nawoływanie do zniesienia niewolnictwa czy informowanie społeczeństwa o szkodliwym działaniu oparów powstających w hutach miedzi mogło skończyć się natychmiastowym wyrzuceniem z pracy. […]
Bezpieczeństwo zatrudnienia połączone z dostępnością publicznych środków na prowadzenie badań naukowych dało naukowcom wolność ekspresji i umożliwiło pracę bez oglądania się na krótkoterminowe zyski i cele konsumpcyjne, bez presji na szybki zarobek. Odkrycia bez szybkiego i bezpośredniego przełożenia na zysk materialny mogły się dokonywać bez ciągłego przymusu publikowania. W okresie powojennym dzięki inwestycjom rządowym doszło do szeregu odkryć i przełomów technologicznych, które z dzisiejszego punktu widzenia traktujemy jako oczywiste. To, co wielu określa mianem rewolucji cyfrowej, obejmującej Internet, system GPS czy sekwencjonowanie genetyczne zawarte w patentach Axela, było kiedyś tworzone w ramach ogromnych programów, nadzorowanych i finansowanych przez państwo, a realizowanych na kampusach uniwersyteckich. Działo się to na długo zanim idee, które doprowadziły do ustawy Bayha-Dole’a, miały szanse narodzić się w czyjejś wyobraźni.
Pomimo argumentów podnoszonych przez zwolenników ustawy Bayha-Dole’a wynalazki te nie zgniły pozostawione w szufladach.
Tłum. Sebastian Maćkowski
Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Jacobin” nr 14. Więcej o piśmie: www.jacobinmag.com. Na potrzeby przedruku poczyniono nieliczne, zaznaczone skróty.
przez Angelina Kussy | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
I
Przyszli z samego rana. Dwóch Mossos d’Esquadra, czyli naszych katalońskich policjantów, i dwóch pracowników socjalnych. Nas nie było wtedy w domu, dzieci zostały z mężem. Otwiera drzwi, a tam oni. Zamknął szybko i zastawił wejście drzwiami z poprzedniego mieszkania, których, jak widzicie, mamy tutaj w przedpokoju sporo.
Krzyczeli coś do siebie, oni i mąż, wyszło kilku sąsiadów. Więc uchylił drzwi i rozmawiał z nimi przez łańcuch. Powiedzieli, że lepiej, aby opuścił dom po dobroci. Że to i tak nieuniknione.
– Nie, to wy sobie pójdźcie po dobroci. Przekroczcie próg domu, w którym mieszka trójka moich dzieci, a wydłubię wam oczy lub zrzucę was ze schodów. Jest mi wszystko jedno, mam żółte papiery. Jak was zabiję, to nic mi nie zrobią.
– W domu są nieletni?
– Tak, trójka.
– W takim razie nie wchodzimy.
– Gdyby to nie była sobota, a dzieci byłyby w szkole, to stracilibyście i mieszkanie babci? – pytam Irene Sanchéz i spoglądam na zatroskaną twarz jej mamy.
– Myślę, że tak.
II
Od początku kryzysu gospodarczego w 2008 r. tylko do końca roku 2012 liczba desahucios (eksmitowanych) z powodu zaprzestania spłaty kredytu sięgnęła w Hiszpanii 171 110 osób. Tak mówią statystyki la PAH, czyli Plataforma de Afectados por la Hipoteca – Platformy Poszkodowanych Przez Kredyty Hipoteczne.
El Banco de España (hiszpański bank centralny) wskazuje, że 85 proc. kredytów, które nie zostały spłacone w 2012 r., zaciągnięto w 2007 r. lub wcześniej. Czyli podczas bańki inwestycyjnej na rynku nieruchomości, do której powstania przyczyniła się korupcyjna współpraca na linii władza-banki-deweloperzy. Przeciętna cena mieszkania wzrosła przez nią o 180 proc. w ciągu niespełna dekady.
Ani rząd, ani organizacje bankowe nie przedstawiają alternatywnych danych, a te przygotowane przez la PAH są zaskakująco niskie, jeśli porównać je ze statystykami Consejo General del Poder Judicial (Rada Generalna Władzy Sądowniczej). Według niej w samym pierwszym kwartale 2012 r. na drodze sądowej doszło do 46 556 desahucios – czyli 517 każdego dnia.
W 2013 r. liczba eksmisji wzrosła prawie dwukrotnie.
III
W mieszkaniu nieopodal alei, w której sprzedaje się kokainę, blisko trasy na lotnisko, a daleko od dzielnic turystycznych Plaça Catalunya, Montjuïc i architektury Gaudiego, rozmawiamy z Irene i Marią. Siedzimy w największym z trzech pokoi, który w Hiszpanii zawsze pełni funkcję salonu. Chociaż cały jest zagracony rzeczami z mieszkania, do którego klucze Irene oddała bankowi, ona i tak ma wrażenie, że nie wzięli ze sobą prawie nic. Najdroższe rzeczy, takie jak meble, pralka i lodówka, musiały zostać. Tutaj nie ma na nie miejsca. Czerwcowy upał jest nie do wytrzymania, więc wszystkie okna są zasłonięte. W ciemnym pokoju udziela mi się atmosfera strachu: na dzwonek do drzwi włos jeży mi się na głowie i myślę o najgorszym. Spoglądam na Marię i Irene.
– To tylko Iker, mój syn, wraca z dworu – odpowiada jego mama, domyślając się, co przyszło mi do głowy.
– Można tu palić? – pytam. Matka i córka roześmiały się głośno, jakby od początku tylko o tym myślały. Żeby zapalić. – Jasne! – odpowiada Maria i wyjmuje papierośnicę ze starannie ułożonymi w niej kilkunastoma papierosami. Częstuje.
Maria to kobieta elegancka, lecz smutna, z grymasem bólu na twarzy, jedna z tych, które pięknie się starzeją. Zmarszczki dodają jej uroku. Z papierosem między długimi palcami pogrąża się w rozmyślaniach, patrząc na dym.
Kiedy spodziewała się już spokojnej starości, a życie miała ułożone, nagle okazało się, że ma na głowie kredyt i nowych współlokatorów. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że pracująca córka i dobrze zarabiający zięć mogliby zbankrutować. Dlatego podżyrowała ich pożyczkę.
Irene nie jest fizycznie podobna do matki. Pomimo 36 lat wciąż ma w sobie coś z kumpeli z osiedla, na którą zawsze można liczyć. Seplenienie i lokalny slang dodają jej jeszcze więcej swojskości. Jest wesoła, ale trochę wycofana. Choć szczupła i drobna, sprawia wrażenie silnej kobiety.
– Wiesz, o co mnie Iker zapytał, jak mu powiedziałam, że przyjdzie dwójka dziennikarzy porozmawiać z nami i zrobić zdjęcia? „Ale mamo, oni nas nie wyrzucą z mieszkania, prawda?”. Bo jak ktoś obcy przychodzi, to właśnie z tym mu się to kojarzy.
IV
To był już drugi raz, kiedy chłopcy byli świadkami próby wyrzucenia ich z domu. Po tej akcji sześcioletni Iker usłyszy od koleżanki w szkole: Iker! Zabrali wam dom! Iker wróci do domu z uśmiechem na twarzy i dziecięcą ekscytacją z powodu udziału w ciekawej historii, poszuka potwierdzenia u mamy.
– Mamo! Zabrali nam dom?
– Nie Iker, kto ci tak powiedział?
– Koleżanka w szkole.
Gdy musieliśmy się wynieść z poprzedniego mieszkania, nie chciałam przed nimi niczego ukrywać. Chcę, żeby wiedzieli, że rodzicie dadzą im wszystko, co mogą, ale na zewnątrz rzeczywistość nie jest tak przyjazna. Nie oszukiwałam, że przenosimy się do babci, bo jest samotna czy coś takiego. Powiedziałam im prosto z mostu: „Chłopaki, musimy się wyprowadzić do babci, bo nie płaciliśmy bankowi za mieszkanie, w którym mieszkamy. Jak się nie płaci, to trzeba oddać mieszkanie”.
Ale dlaczego i w domu babci nie mogą czuć się bezpiecznie? Sama nie wiedziałabym, jak im to wytłumaczyć. Ale wolałam, żeby dowiedzieli się ode mnie niż od obcych ludzi, jak to się stało w przypadku Ikera. Więc zaczęłam tak: „Ej, musicie coś wiedzieć. Chodzi o to, że dzisiaj jesteśmy tutaj, mieszkamy tu, ale jutro albo za kilka dni, może za kilka miesięcy, możemy być gdzie indziej. Będziemy musieli zabrać rzeczy i się przenieść”. Nie dopytywali o szczegóły.
Dwunastoletni Salva, najstarszy i najwrażliwszy, ma ciemne oczy i włosy. Jest nieco pulchny, zamknięty w sobie. Natomiast wysoki i szczupły jedenastoletni Izan, choć przy obcych jest małomówny, na facebookowych zdjęciach sprawia wrażenie łobuziaka. Obaj noszą okulary.
Najmłodszy, Iker, dziecko pełne energii i z głową pełną pytań, nawet na moment nie przestaje się śmiać. Ma opaloną skórę i blond włosy. Nawet jeśli robi głupie miny, pięknie wychodzi na zdjęciach. Sprawia wrażenie spoiwa rodziny: jest czuły dla mamy i braci. Maluchy do przodu – krzyczy, gdy robimy sobie razem zdjęcie. Po czym bierze braci za ręce, aby wystąpili o krok.
Dzieciaki łączy pasja do piłki nożnej. Wszyscy, jak niegdyś mama – była bramkarka – grają w dzielnicowych ligach, na domowych zdjęciach są w pełnym piłkarskim ekwipunku.
V
Życie z bankiem na karku zaczęło się od narodzin najpogodniejszego dziecka na świecie. Wcześniej Irene z mężem i dwójką dzieci mieszkali w dzielnicy Franca, około 25 minut od centrum Barcelony.
– Mieliśmy trzy pokoje, a budżet domowy wynosił około 2500 euro miesięcznie. Mąż był grafikiem komputerowym, miał wiele zleceń i naprawdę nieźle zarabiał. Ja pracowałam w sieci sklepów H&M, ale gdy zamknęli jeden z oddziałów, zajmowałam się już tylko dziećmi.
Mieliśmy niewielki kredyt do spłacenia, jakieś 80 tysięcy euro, które pożyczyliśmy w dużym banku Santander. Tyle nam brakowało do kupna mieszkania. Część pieniędzy mieliśmy własnych, część dała nam moja mama. Ale spłacaliśmy to powoli i bez żadnego problemu, stać nas wtedy było na wszystko. Gdy chcieliśmy zjeść na mieście, jedliśmy na mieście. Gdy się pralka zepsuła, kupowaliśmy nową i nawet nie patrzyliśmy na cenę. Wyjeżdżaliśmy na wakacje. Rzeczy po chłopcach, czasem nawet z metkami, rozdawaliśmy znajomym.
– Ale Irene, ty jesteś w ciąży, zaraz ci się to przyda. Nie rozdawaj tak.
– „Kochana, zanim mi się ten malec urodzi, to ja już sobie zdążę nowe kupić” – odpowiadałam.
Niczego nam wtedy nie brakowało oprócz jeszcze jednego pokoju dla chłopców. Pierwszy był salonem, drugi naszą sypialnią i po narodzinach Ikera cała trójka musiałaby mieszkać razem w trzecim.
Ach, jak dziś wkurza mnie to gadanie, że ludzie żyją ponad stan, biorą kredyty, to potem mają za swoje. Że takie jest życie, nikt nam nie kazał brać kredytu, jeśli nie było nas stać. „W co ty się wpakowałaś Irene?” – pytają. Problem w tym, że nie wpakowałam się w nic innego jak w kredyt na mieszkanie, który spokojnie byłam w stanie spłacać.
Po narodzinach Ikera szukaliśmy czegoś większego. Wpadł mi w oko dom w Esparaguerra, wsi na przedmieściach Barcelony. Chciałam sprzedać mieszkanie, ale w banku doradzili mi, żebym zamiast tego zrobiła „kredyt konsolidacyjny”. Żebym połączyła zadłużenie, które zostało za mieszkanie oraz to za dom, i w ten sposób uniknę podwójnych kosztów związanych z prowadzeniem kredytu. A gdy się przeprowadzę do domu, to będę wynajmować mieszkanie i spłacać kredyt.
Wkrótce okazało się, że okolicę, w której stoi dom, nagle uznano za dzielnicę zieloną. Czyli taką, gdzie nie może powstawać nic oprócz parków. Powiedziałam „nagle”, bo kiedyś ktoś tam wybudował te domy. Ale oczywiście jest to typowy przepis-wymówka, żeby umożliwić korupcję na linii władze miasta-deweloper. Jeśli dom jest w dzielnicy zielonej, oznacza to, że w każdej chwili mogą mnie z niego wyrzucić albo go wyburzyć. I zostaję z hipoteką na 30 000 euro, a oddają mi co najwyżej 18 000.
Znajduję się w sytuacji, w której mam dwa kredyty. Domu nie mogę sprzedać – nikt go nie kupi, bo jest w strefie zielonej. Chcę oddać bankowi mieszkanie, żeby anulowali mi część długu. Mówią, że to mi się nie opłaca. Żebym postarała się sprzedać mieszkanie na własną rękę i z tych pieniędzy spłacić część kredytu. Jeśli przez rok mi się to nie uda, to wezmą dom i mieszkanie, a mnie w zamian dadzą inne, większe, które będę sobie spokojnie spłacać. I że to, co zapłaciłam niegdyś za mniejsze mieszkanie i dom, będzie mi odliczone od długu. Wszystko to pani w okienku bankowym powiedziała mi słownie, nie dając żadnych dokumentów. A ja sama dziś z perspektywy czasu nie wiem, dlaczego w to uwierzyłam i na to poszłam. Przez rok spłacałam dwie hipoteki.
W pewnym momencie miesięcznie musimy płacić 2000 euro. Ja już nie pracuję, więc coraz trudniej jest to udźwignąć. Zaczynają się kłopoty zdrowotne mojego męża. Chociaż to dobrze zbudowany, z pozoru twardy facet, to zawsze miał jakieś problemy psychiczne. Kredyt go tak przybił, że w końcu psychiatrzy stwierdzili u niego któryś tam stopień rozdwojenia jaźni. Wyprowadził się, żeby odizolować się od całej tej sytuacji. Dziwnie to zabrzmi, w końcu to choroba, ale dzięki niej teraz nasze dzieci mają za co zjeść i się ubrać, bo dostaję 1000 euro renty.
Mija rok od rozmowy z bankiem. Jeszcze raz idę do Santandera i mówię: „Weźcie dom, ale zostawcie mi mieszkanie i ja wam będę je spłacać do końca. Tych pieniędzy, które spłacałam za dom, już nie chcę. Chcę mieć tylko spokój”. Powiedzieli, że jasne, że nie ma problemu. Ale znowu nie chcieli mi dać na to żadnych dokumentów.
„Aha, skurczybyki. Chcecie, żebym płaciła za mieszkanie, dopóki nie przyjdzie desahucio” – pomyślałam. Ja będę dalej za nie płacić, a i tak zabierzecie mi je razem z domem. Przez rok zrobiłam im prezent, spłacając kredyt na tyle, ile mogłam, co i tak niczego nie zmieniło. Nie zamierzałam tego kontynuować – skoro i tak miałam stracić wszystko, to przestałam w ogóle płacić.
VI
Mniej więcej w tym samym czasie Irene wybiera się do barcelońskiej siedziby Plataforma de Afectados por la Hipoteca, organizacji wspierającej poszkodowanych przez kredyty hipoteczne, założonej w 2008 r. m.in przez Adę Colau, filozofkę, miejską aktywistkę i działaczkę na rzecz praw człowieka, żonę ekonomisty i także działacza la PAH, późniejszą rzeczniczkę prasową organizacji, a przez wiele lat jej główną twarz.
Zaczęło się od oburzenia kilku związanych z nią osób. Chodzili na eksmisje, protestowali, wchodzili w starcia z policją. W prasie zagranicznej Ada Colau często pokazywana jest na słynnym zdjęciu z jednego z „ostrzejszych” protestów, wyprowadzana przez trzymających ją za ramię dwóch funkcjonariuszy Mossos d’Esquadra.
Według działaczy Platformy banki wykorzystywały ludzki wstyd, strach przed utratą domu i poczucie winy dłużników. Znakomicie rozgrywały syndrom ninguneados (ningun – niczyj), czyli poczucie poniżenia i niemocy, oraz powszechne przeświadczenie, że „Bank to coś wielkiego, to nie jest siła, z którą się dyskutuje”, i przekonanie, że jeden człowiek, jedna rodzina są zbyt mali, aby stawić czoło potężnej korporacji. Należało zatem zebrać tych ludzi w jednym miejscu i pokazać im, że mają wpływ na rzeczywistość.
Wraz z rosnącą świadomością społeczną i pogłębiającym się kryzysem gospodarczym la PAH zwiększała liczbę członków. Zaczęli prowadzić wykłady na uczelniach, organizować pikiety i happeningi. Chodzili pod banki, pisali o tym, czym grozi wzięcie kredytu. Podawali przerażające dane dotyczące codziennej liczby eksmisji z powodu niespłacanych zadłużeń.
Najważniejszym i najbardziej spektakularnym działaniem la PAH, przez które wchodzą w konflikt z prawem, są akcje podejmowane, gdy nie uda się zatrzymać desahucio. Zdarza się bowiem tak, że policja wyrzuca z domu siłą. Wtedy grupa aktywistów wraz z poszkodowaną rodziną wyważa drzwi i zajmuje jakiś pustostan należący do miasta albo banku, a następnie informuje o tym właściciela i negocjuje warunki wynajmu.
Akcja okupacji ma też swoją oficjalną nazwę: Obra Social la PAH (Działalność Społeczna PAH), parodiującą przedsięwzięcia banku La Caixa, jednego z głównych odpowiedzialnych za obecną sytuację w Hiszpanii. Banku, który ze spółdzielczej kasy kredytowej przekształcił się w komercyjną instytucję finansową, zachowując jednak propagandowe programy pomocy społecznej pod nazwą Obra Social La Caixa. W ramach programu, przy półrocznych zyskach w wysokości 604 milionów euro, bank przekazuje… 2000 euro na stołówkę dla bezdomnych. Przy równoczesnym cichym eksmitowaniu setek ludzi dziennie. Wiele osób wciąż jednak wierzy w dobroczynną działalność banku.
Gdyby tego dnia, kiedy na posiedzenie organizacji przyszła Irene, nie było specjalnej akcji zatrzymania desahucio, gdyby wszyscy członkowie la PAH nie pobiegli na interwencję, Irene nie zastałaby zamkniętych blaszanych drzwi z wpisanym w znak stopu napisem „Stop desahucios”. Gdyby nie zbieg okoliczności, poznałaby szybciej o kilka lat ludzi z la PAH i być może jej życie potoczyłoby się inaczej.
VII
W 2014 r., podczas gdy co najmniej 40 tys. osób mieszka w tym kraju na ulicy (dwa razy więcej niż w 2008 r.), Hiszpania jest zarazem europejskim liderem, jeśli chodzi o liczbę pustych mieszkań.
Według jednego z lutowych wydań „The Guardian”, powołującego się na hiszpański Narodowy Instytut Statystyki, jest to około 3,5 mln mieszkań, czyli 14 proc. wszystkich nieruchomości w kraju. W rankingu za Hiszpanią są Włochy i Francja z 2 mln pustostanów każde.
Wartość niezamieszkałych nieruchomości wynosi pół biliona euro, czyli stanowi 45 proc. hiszpańskiego PKB.
Co trzecie mieszkanie w Hiszpanii zostało wybudowane podczas boomu nieruchomościowego nakręconego przez banki, które już kilka lat przed kryzysem zaczęły masowo budować bloki, dogadując się z deweloperami. Naczelną zasadą było: „Więcej za mniej i w krótszym czasie”. Zatrudniano tego wykonawcę, który za najmniejszą cenę deklarował najszybsze wykonanie usługi.
Pomimo gładko udzielanych kredytów, domów było tak dużo, że większości z nich banki nigdy nie zdołały sprzedać. Duża część pustostanów to mieszkania zabrane osobom, które nie zdołały spłacić kredytu.
VIII
W 2012 r. la PAH otrzymuje nagrodę poczytnej gazety „El Periódico” za najlepszą inicjatywę solidarnościową. Ada Colau wraz z kilkorgiem działaczy wychodzą odebrać ją podczas gali. Na wydarzeniu dla hiszpańskiej socjety aktywiści stoją zdenerwowani przed zdziwioną widownią oficjeli, dziennikarzy i polityków. Ada ze ściśniętym gardłem wykrztusza z siebie długie przemówienie. Mówi m.in.: Nie wierzymy, że kryzys spadł z nieba, a sytuacja, w której znajdują się Hiszpanie, nie zasługuje na inną nazwę niż oszustwo. Oszustwo, które było uprzednio zaplanowane przez polityków i organizacje finansowe, którzy stworzyli podstawy do tego, żeby okłamać ogromną część społeczeństwa i pozostawić prostych ludzi w zupełnej nędzy, wyrzucając ich z domów. Albo zostawiając ich zadłużonych do końca życia, w ramach nikczemnego prawa, które nie ma swojego odpowiednika w żadnym innym kraju.
Żądamy od administracji publicznej (a na tej gali jest kilku jej przedstawicieli) natychmiastowej zmiany prawa. Pomimo naszych starań wciąż do tego nie doszło, a organizacje finansowe, które odpowiedzialne są za ten kryzys i które zrujnowały gospodarstwa wielu rodzin, wciąż nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności. Za to ich pracownicy dostają kolejne premie, a banki ratuje się z pieniędzy publicznych. Zdrowe społeczeństwo powinno ratować przede wszystkim ludzi, a nie bandyckie instytucje finansowe.
Promujemy obywatelskie nieposłuszeństwo. Gdy prawo jest niesprawiedliwie, jest to nie tylko usprawiedliwione, ale jest moralnym obowiązkiem. Dziś każdy z nas, bez względu na to, czy pracuje w administracji, w sektorze prywatnym czy nie ma pracy, powinien zdecydować się, po której stronie chce stać. Po stronie godności, sprawiedliwości, ludzkiego życia czy systemu, który rujnuje znaczną część społeczeństwa.
Nasze zadanie jest proste – chcemy możliwości „dación en pago” [płatność w naturze, oddanie domu za zdjęcie długu – przyp. A.K.], żeby ludzie pozbyli się tych zadłużeń i mieli prawo drugiej szansy, a nie spłacali setki euro bankom do końca swojego życia, kiedy nie mają już domu.
Banki w czasie kryzysu są wspierane przez nasze pieniądze publiczne i dlatego żądamy tak naprawdę tego, co należy do nas. A także odzyskania kontroli nad instytucjami finansowymi, gospodarką i ustabilizowania demokracji.
Galę wręczenia nagród transmitowała telewizja tv3, a przed telewizorami siedziało ponad 600 000 osób. Ci ludzie mogliby usłyszeć słowa Ady. Mogliby, gdyby telewizja publiczna nie wycięła jej przemówienia.
IX
W kwietniu 2014 r. pismo „Público.es” donosi: El Tribunal de Cuentas (hiszpańska Najwyższa Izba Kontroli) szacuje, że wysokość pomocy dla banków z pieniędzy publicznych w ciągu trzech lat (2009–2012) wyniosła ponad 108 mld euro. Czyli 77 proc. więcej niż 61 336 mld, o których mówił hiszpański bank centralny.
X
W siedzibie la PAH Barcelona nigdy nie mogą się pomieścić wszyscy interesanci i działacze. Ktoś wychodzi złapać nieco świeżego powietrza, ktoś inny zapalić. Jest nieznośnie gorąco. Na środku sali, która kiedyś była garażem, zostawia się miejsce dla speakera i osób przemawiających. Pierwszy krąg stanowią osoby najbardziej doświadczone, które najwięcej mogą doradzić. My, cała reszta, siedzimy wokół, podnosząc rękę, gdy mamy coś do powiedzenia.
Starzy członkowie przynieśli wachlarze, nowi wachlują się swoimi techo, czyli grubymi plikami papierów dokumentujących przebieg negocjacji z bankiem w sprawie niespłacanego kredytu. Jest poniedziałek, więc dzisiaj słucha się nowo przybyłych, którzy proszą o pomoc. Zaprasza się ich do rozmowy, oferuje wsparcie psychologiczne. Planowanie strategiczne i ogłoszenie nowych akcji nastąpi jutro. A w środę profesjonalna sesja z tymi, którzy mają depresję. To najtrudniejszy dzień. Zbyt wielu afectados, poszkodowanych przez kredyty hipoteczne, popełniło już samobójstwa.
Jeśli zorientowałeś się, że prawdopodobnie nie uda ci się spłacić kredytu, po pierwsze dostajesz „zieloną książeczkę”. W niej opisane są trzy fazy, po których następuje desahucio. Aby skutecznie mu zapobiec, musisz zidentyfikować się z daną fazą i postępować tak, jak radzi la PAH. Z książki dowiesz się również, że niespłacanie długu nie jest przestępstwem, nie wylądujesz z tego powodu w więzieniu, a jeśli masz dzieci – to nikt ci ich nie zabierze tylko dlatego, że nie masz pieniędzy na raty kredytu. Że jeśli grozi ci eksmisja, członkowie la PAH albo ją zatrzymają, albo znajdą ci mieszkanie zastępcze. Że cokolwiek by się działo – nie wylądujesz na ulicy.
Pierwsza zaczyna mówić farbowana blondynka o jasnobrązowej karnacji i wydatnych kościach policzkowych, charakterystycznych dla rdzennych mieszkańców Ameryki. Jak wielu imigrantów, zapewne kiedyś przyleciała do Barcelony, aby szukać lepszego życia w Europie. Mam na imię Pacita i przedstawię wam mój przypadek – mówi zdecydowanym głosem.
Chce dalej spłacać dług. Choć długu nigdy nie zaciągała, jest avalem (osoba, która żyruje kredyt) swojej przyjaciółki. Trzydziestokilkuletnia Pacita oddała już bankowi klucze do swojego domu. Ale przedstawiciele banku La Caixa powiedzieli to, co zawsze w takim wypadku: To nie wystarcza, wartość mieszkania spadła, dług jest o wiele większy.
Żeby się od niego uwolnić, musiałaby spłacać go do końca życia. W trakcie opowiadania łamie jej się głos i zaczyna płakać. Funkcję speakera sprawuje dziś młody, nieco przy tuszy chłopak z bródką, który mówi mi po polsku „dzień dobry”. W swojej kilkuletniej działalności natrafił również na afectados imigrantów z Polski. Podchodzi do Pacity poklepać ją po plecach, a mikrofon przejmuje Susana, średniego wzrostu ładna blondynka o ciemnych oczach i przepięknym, kojącym głosie. To jedna z najaktywniejszych członkiń, ta sama, która niegdyś opowiedziała do końca przypadek Irene, kiedy tamtej załamał się głos. Jak wiele osób, którym udało się dzięki la PAH wyjść z długu, angażuje się w pomoc innym.
Słuchaj Pacita, powiedziałabym ci, że są gorsze rzeczy na Ziemi, i że byłam w takiej samej sytuacji jak ty, a dzisiaj jestem czysta, ale… najpierw podejdę, aby cię ucałować. Pacita uśmiecha się na czuły gest Susany. Jej słów nie usłyszała dokładnie, z nerwów już od jakiegoś czasu prawie ogłuchła.
Rozlegają się piski i gwizdy na sali. Około pięćdziesięciu osób skanduje Si se puede (Yes, we can) – slogan, którym posługiwał się Barack Obama w wygranych wyborach prezydenckich, następnie przejęty przez falę ruchów Oburzonych. Z hiszpańskiego „15-M” (nazwa ruchu pochodzi od daty największego protestu hiszpańskich oburzonych, który miał miejsce 15 maja) wywodzi się również la PAH.
Rozglądając się po sali, dostrzegam duży napis na ścianie: „Mój dom to nie biznes, to podstawowe prawo”.
XI
W marcu 2013 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej określa hiszpańskie prawo hipoteczne jako niezgodne z normami Wspólnoty. W wielu krajach dłużnik hipoteczny, który odda bankowi nieruchomość i ogłosi bankructwo, jest wolny od wszelkich zobowiązań. W Hiszpanii prawo hipoteczne jest dla kredytobiorcy najostrzejsze w Europie. Jeśli bank zabierze mieszkanie, którego wartość spadła (co dotyczy wszystkich nieruchomości w Hiszpanii w czasie kryzysu), dłużnik wciąż zostaje z dożywotnim długiem rzędu dziesiątek lub setek tysięcy euro do spłacenia.
Kilka miesięcy po wyroku la PAH otrzymuje kolejną nagrodę – Ciudadano Europeo (Obywatela Europy). Tym razem od Parlamentu Europejskiego.
Ada Colau publicznie odpowiada, że Unia Europejska powinna zacząć robić coś pożytecznego dla ludzi, zamiast wręczać nagrody. Że w imieniu la PAH serdecznie dziękuje, to zapewnia organizacji widoczność, ale nowe desahucios i łamanie praw człowieka wciąż postępują. Nie wybiera się do Brukseli.
Innym razem w hiszpańskim Kongresie Ada bierze udział w posiedzeniu komisji przygotowującej zmiany w prawie hipotecznym. W obronie obecnego prawa występuje przewodniczący Związku Banków Hiszpańskich. Jego słowa oburzają Adę. W emocjonalnym wystąpieniu nazywa go „rzekomym ekspertem” i „kryminalistą”. Gdyby nie to, że chcę przedstawić państwu mój punkt widzenia, rzuciłabym w tego pana butem – zabrzmi jej słynne zdanie.
Film na YouTube z jej wypowiedzią obiega całą Hiszpanię. Hiszpanie udostępniają go na kolejnych portalach społecznościowych, a popularność Ady rośnie proporcjonalnie do pokładanego w niej zaufania publicznego. Moja Ada – mówią o niej Katalończycy.
Dzisiaj jest kandydatką na alcadę, burmistrza Barcelony. I ma realne szanse na zwycięstwo.
XII
Nieraz zdarza się, że banki zapowiadają eksmisję kilku rodzinom jednego dnia. PAH-owianie muszą się rozdzielić, utrzymywać kontakt przez aplikacje internetowe na komórkach i w miarę rozwoju sytuacji dokonywać przegrupowań i przerzutów sił. Połowa pracy działaczy ma miejsce w Internecie, tam można śledzić poszczególne akcje dzięki znajomości związanych z nimi tagów: #siSePuede, #laPAHBarcelona, #IreneSeQueda.
Pod ostatnim tagiem („Irene zostaje”) znajduję informację o udanej próbie zatrzymania desahucio. W „El Pais” trafiam na artykuł o próbie eksmisji pewnej Irene Sanchéz, córki Marii i matki trójki dzieci. W ten sposób poznaję nazwisko jednej z głównych bohaterek reportażu.
Irene długo nie odpisywała na moje próby kontaktu, bo tego dnia, w dniu czwartej już próby eksmisji, miała ręce pełne roboty. Musiała wyprawić swoje urodziny i kupić kilka butelek cavy dla osób, które zostały jeszcze świętować po zakończonej misji.
Tamtego dnia na ulicy przed domem matki Irene pojawiło się ponad sto osób. Nie dostała sądowego zawiadomienia o eksmisji, dowiedziała się o niej od swojego adwokata przez telefon. Irene, to będzie w tym tygodniu – usłyszała. Przez trzy dni po ponad osiem godzin kilkunastu członków la PAH koczowało w domu Marii. Reszta dobiegła po przyjeździe policji. Do tego PAH-owianie zmobilizowali lokalną społeczność i sąsiadów. To oni wyszli na ulicę z rondlami i łyżkami zrobić caceroladę, czyli popularną formę protestu przez hałas. Policja nawet nie weszła do domu.
XIII
– Ale mój przypadek nie jest jednym z wielu, o jakich usłyszysz w PAH – Irene kontynuuje opowieść i odsłaniając zasłony wpuszcza wreszcie nieco światła do salonu. – Nie traktuję tego jak zwykłego desahucio, to zorganizowane oszustwo. Nie wspomnieli o nim w tym artykule z „El Pais”, który czytałaś. Historia nie skończyła się na dwóch hipotekach. Nie mogąc kontynuować ich spłaty i bojąc się o przyszłość swojej rodziny, zwróciłam się do matki przyjaciela ze szkolnej ławki mojego Salvy, która jest zarządcą finansowym i obraca dużymi sumami należącymi do bogatych ludzi. Pia powiedziała, że widzi jedno proste rozwiązanie sytuacji: bierzemy pożyczkę z jakiejś instytucji finansowej, którą ona poleca, tym razem na nazwisko mamy, i te pieniądze inwestujemy. Oprocentowanie pozwoli nam na comiesięczne wypłaty i powolne spłacanie zadłużeń. Pia inwestuje gdzieś pieniądze, nie wiem gdzie, bo nie znam się na tym, a ona w końcu pracuje w tym fachu od lat.
Za miesiąc przychodzi z tysiącem euro w gotówce i mówi, że to pieniądze dla mnie, a rata za kredyt, który wzięłyśmy, jest już za ten miesiąc spłacona, i że wychodzi na to, że przez sześć kolejnych miesięcy będzie przynosić mi dodatkowy tysiąc. Potem przychodzi z czekami. Mówi też, że lepiej jednak, żeby moja matka nie była w to zamieszana, że przepiszemy ten kredyt na mnie, i daje mi dokumenty do podpisania. Cieszyłam się, że zdejmuję to z mamy i już sama odpowiadam za swoje zadłużenia. Okazało się potem, że tym podpisem wzięłam kolejną pożyczkę.
Wkrótce Pia znika i nie odbiera telefonów, chodzę po osiedlu i pytam wszystkich, czy wiedzą, co się z nią stało. Okazało się, że w ten sposób wyłudziła pieniądze od połowy mieszkańców osiedla i uciekła.
Wraz z dziesięcioma rodzinami z dzielnicy doszliśmy do wniosku, że ona jest tylko pionkiem w jakiejś większej grze. Ktoś jej w końcu tych kredytów udzielał. Wzięła 130 tys. euro na nazwisko mojej matki. Jaka instytucja daje staruszce takie pieniądze? Realizowała czeki imienne na moją matkę, a przecież moja matka nigdy nigdzie nie poszła odbierać żadnych pieniędzy. To samo było w przypadku innych osób, na które wzięła kredyty. Podpisała je w wielu różnych instytucjach i oddziałach i pozornie nie miały one ze sobą nic wspólnego, ale kiedy zaczęliśmy drążyć temat, to okazało się, że wszystkie mają tego samego właściciela… Pia zostaje jednak kozłem ofiarnym, ląduje w więzieniu za oszustwo i nie wybucha większy skandal. Następnie wychodzi w ramach programu resocjalizacji. Pracownicy społeczni znajdują jej pracę i ma się dobrze…
A kto mnie, matce trójki dzieci, znajdzie pracę?
XIV
Przychodzi do nas informacja od instytucji pod nazwą Plataforma Antidesahucios. Nazwa prawie jak la PAH, do której ludzie mają zaufanie. Piszą, że mieszkanie pójdzie pod licytację, że potrzebuję adwokata.
Wiesz, idą do sądu, patrzą na listę „desahucios”, a potem wciskają ci kit, że potrzebujesz ich pomocy. Potwierdzają to adwokaci zajmujący się sprawą tej oszustki. A my idziemy do sądu i okazuje się, że to nieprawda, że żadna procedura nie została uruchomiona, a to z licytacją to bujda. Potem okazało się, że adwokaci też byli zamieszani w proceder wyciągania pieniędzy od tych, którzy mają kredyty.
Najgorsze sępy. Zorientowałyśmy się w porę i za nic im nie zapłaciłyśmy. Ale przez nich sprawa tego, kto stał za Pią, nie ruszyła o krok i licytacja mieszkania rzeczywiście zaczęła zbliżać się wielkimi krokami.
Potem skazany z innego niż nasze powództwa zostaje też notariusz Pii, jednak sąd uznaje, że te instytucje, które udzielały kredytów, również były ofiarami notariusza i Pii i działały w dobrej wierze… Biorę inną adwokatkę, płacę jej, a ona któregoś dnia dzwoni do mnie, podając numer Susany: „Słuchaj, masz tutaj numer do tej kobiety, ona się na tym zna i lepiej ci to ogarnie”. Tak, tej samej Susany z la PAH. To za co ja ci zapłaciłam? – pomyślałam. Od tej pory nie robię już niczego bez konsultacji z działaczami Platformy.
Ale nawet oni nie mogli nam już pomóc. Walczą o „dación en pago”, płatność w naturze, która w momencie oddania mieszkania bankowi umożliwia anulowanie długu, jeśli nie jesteś w stanie go już spłacać, a także o uzyskanie mieszkania socjalnego. Ja już jedno mieszkanie dobrowolnie oddałam, dom wzięli sobie sami, teraz chcą zabrać mieszkanie babci, a dług wciąż rośnie.
– Twój mąż pozbył się problemu, rozstaliście się?
– Nie do końca się rozstaliśmy. Nie złożyliśmy papierów o separację. To tylko separacja przestrzenna, żeby kiedyś jeszcze móc do siebie wrócić. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sobą, że ludzie robiący potworną awanturę o to, czy kupić paczkę papierosów (bo szybciej i prościej) czy paczkę tytoniu (bo taniej i więcej), to nie my.
Od tego nie da się tak po prostu odłączyć. Życie kręci się wokół sprawy z mieszkaniem i długiem, bank wchodzi w każdą sferę życia: włazi oknami, wciska się między słowa, w rozmowach, włazi do łóżka. Każda próba rozmowy może skończyć się awanturą. Nerwy są poszarpane – mówi Irene, a Maria przytakuje porozumiewawczo.
Cały świat w takiej sytuacji stoi na głowie. Słuchaj, przychodzi do mnie kiedyś Iker. I mówi. „Mamo, bo ja sobie przypomniałem, że ty mi kiedyś mówiłaś, że gdyby działo mi się coś złego, to mam dzwonić na policję. A przecież policja chce nas wyrzucić z domu, to do kogo mam dzwonić, jak będę w niebezpieczeństwie?”.
XV
Palimy papierosa za papierosem. Czasami po prostu siedzimy w ciszy.
– To tutaj się wychowałaś, prawda?
– No tak… to mieszkanie jest dla nas wszystkim.
– To znaczy?
– To 40 lat życia. To wszystkie Święta Bożego Narodzenia i kolacje rodzinne. To każde urodziny moich chłopców, każdy weekend, kiedy przychodziliśmy odwiedzić babcię.
I moje dzieciństwo… – mówi wolno Irene. – To czasy, kiedy chowaliśmy się z bratem, żeby mama po powrocie z pracy nas nie znalazła. Jak mama wyjeżdżała na weekend, to słaliśmy kolegom z podwórka wieści pocztą pantoflową. Połowa osiedla się wtedy do nas schodziła.
– I twoje mieszkanie, Maria, poszło już pod licytację?
– No tak. Bez licytacji nie mogą cię eksmitować.
– I kto je kupił?
– No ci oszuści. Instytucja finansowa, z której ta kobieta brała pożyczki na nasze nazwiska.
XVI
Irene chwilowo nie chodzi na blokady eksmisji, zbyt jest zajęta własnymi problemami. Zawsze jednak stara się nagłaśniać poszczególne akcje la PAH w Internecie.
Kilka dni po naszej rozmowie to dzięki informacji na jej profilu dowiaduję się o nowej blokadzie. Zbieramy się o 9 rano między stacjami metra Virrei Amat oraz Fabra i Puig. W zielonych koszulkach „Stop desahucios” maszerujemy pod dom marokańskiej rodziny, której grozi eksmisja.
Żona Mahometa wita nas na ławce przed domem w hidżabie, herbatą w arabskich szklaneczkach i ciastem domowej roboty. Za chwilę na rowerze podjeżdża około osiemdziesięcioletni Rafael, stary działacz lewicowy z kaskiem w barwach II Republiki Hiszpańskiej. Na własne oczy mam okazję zobaczyć „górę” la PAH, o której wspominał mi niegdyś jeden z działaczy, opowiadając o strukturze organizacji. Istotnym elementem PAH-owskiej społeczności są ludzie starzy, którzy działali w opozycji za czasów reżimu Franco. Zaprawieni w boju zagrzewają młodych do walki i udzielają im rad. Piszą hasła na transparentach, manifesty i układają teksty przemówień. W dzisiejszej akcji Rafael odpowiedzialny jest za megafon.
Los bancos roban y el gobierno colabora (Banki kradną, a rząd z nimi współpracuje) – wykrzykuje.
Innym istotnym filarem la PAH są strażacy. W przeciwieństwie do policji, z którą się często ścierają, stoją po stronie eksmitowanych. Dzisiaj wywieszają transparenty. Na jednym dziecko mówi do ojca policjanta: Tato! jak ci minął dzień? Uratowałeś wielu ludzi? – Dziś biłem tych, którzy walczą o twoją przyszłość – odpowiada ojciec policjant.
Powoli robi się z nas mały, dwudziestokilkuosobowy tłum. Mahomet podnosi dziecko, uśmiecha się do niczego nieświadomej, jeszcze nie mówiącej córeczki. Któregoś dnia tata ci opowie, co się tutaj działo. – Jaka pulchna, zdrowa ta malutka – mówi ktoś z grupy. – To prawda, przynajmniej ona, bo Mahomet od jakiegoś czasu już nic nie je.
Tę eksmisję zatrzymamy – krzyczy Rafael. Pozbędziemy się tej szajki. Bankierów, polityków, którzy nie wiedzą, czym są kultura, cywilizacja i prawa człowieka. Nie spoczniemy, póki odpowiedzialni za ten kryzys nie staną przed trybunałami.
XVII
Jest pogodny, przyjemny dzień. PAH-owianie są w dobrym humorze, długi nie są już jedynym tematem rozmów. Dyskutują o wszystkim: od problemów komunikacyjnych po kwestię istnienia Boga. Dużo jest dzisiaj filozofii.
Któryś z robotników tłumaczy mi swoje myśli, cytując z pamięci Güntera Grassa. Po powrocie do domu odnajduję ten artykuł po polsku, w wydaniu „Wyborczej” z 2011 r.: Nie mniej istotne są potężne banki, które dzięki lobbingowi uczyniły zakładnikami pochodzący z wyboru parlament i rząd. Banki odgrywają rolę losu – losu nieuniknionego. Wiodą własny żywot. Ich zarządy i wielcy akcjonariusze tworzą społeczeństwo równoległe. Skutki ich ryzykanckiego zarządzania finansami ponosić muszą ostatecznie obywatele, jako płatnicy podatków. Żyrujemy banki, których pochłaniające miliardy czeluści mają niewyczerpany apetyt.
Tymczasem stary rewolucjonista Rafael tłumaczy zgromadzonym wokół młodym: Problem polega na tym, że my, prości ludzie, podajemy im, intelektualistom i rządzącym, rękę z dołu. To znaczy właściwie to oni nam ją podają z góry we własnym interesie. „Los sabios” (mędrcy) wiedzą za nas. A zmiana możliwa jest tylko wtedy, kiedy przyjdzie od ludzi, a oni ludzi nie zmienią. Wiedza na nas nie skapnie z góry. Sami musimy się zmienić.
Najgorsze co może zrobić człowiek, to przestać być człowiekiem. Zapomnieć, że to on to wszystko stwarza i może mieć nad tym kontrolę. Jeśli system nie działa, to go zmieniamy. Kto nam powie, że ci, co go wymyślili, mają rację? Tymczasem u nas system rządzi ludźmi. Umożliwia bogatym jeszcze większe bogacenie się, a klasa średnia schodzi do poziomu życia w nędzy, biedni zaś popełniają samobójstwa, bo nie mają mieszkania. Równocześnie w samej Hiszpanii mamy setki tysięcy pustostanów.
Tłum dyskutantów rozstępuje się, przechodzi bezdomny czarnoskóry emigrant z hipermarketowym wózkiem pełnym złomu. Uśmiecha się i dalej ciągnie swój ciężki wózek.
XVIII
Wiele samobójstw afectados wygląda tak, jak w jednym z akapitów tekstu Krzysztofa Kęćka dla tygodnika „Przegląd”: 9 listopada komornicy przyszli wyrzucić z mieszkania 53-letnią Amayę Egañę, byłą socjalistyczną radną w mieście Barakaldo w Kraju Basków. Kobieta, matka 21-letniego syna, nie mogła spłacić kredytu hipotecznego w wysokości 200 tys. euro. Amaya Egaña wpuściła urzędników do budynku. Kiedy wchodzili po schodach na czwarte piętro, stanęła na krześle i wyskoczyła z okna. Zginęła na miejscu. Kilka godzin później bank wystawił jej mieszkanie na sprzedaż. […] Na ścianach i oknach banków pojawiły się napisy „Mordercy”.
Nie istnieją statystyki wyróżniające liczbę samobójstw z powodu niespłaconego kredytu spośród ogólnej liczby takich wypadków w Hiszpanii. Hiszpański urząd statystyczny nie wyróżnia ich ze względu na przyczynę. Liczba ta utrzymuje się na poziomie około 3100 samobójstw rocznie. Choć według najnowszych danych w 2012 r. wzrosła o 11,3 proc. w stosunku do roku poprzedniego, stanowiąc tym samym najwyższą zarejestrowaną liczbę samobójstw w kraju od 2004 r.
Artykuł w Wikipedii pod hasłem „Lista de suicidios relacionados con desahucios” („Lista samobójstw powiązanych z eksmisją”) podaje nazwiska osób, które z tego powodu odebrały sobie życie. Odsyła do artykułów na ten temat w prasie. Obok nazwisk wytłuszczona informacja: Jeśli myślisz o samobójstwie, zadzwoń do la PAH.
XIX
Rafael kontynuuje: Ten ogień nie zgaśnie, dopóki winni za ten system nie odpowiedzą. Dopóki nie zabiorą swoich rąk od naszych szkół, szpitali i domów. Podstawowych wartości, które muszą być gwarantowane prawem.
Przyjeżdża policyjny radiowóz. Wraz z urzędnikiem sądowym, w jasnym eleganckim garniturze, z zażenowaniem i znudzeniem na twarzy spoglądającym co chwilę na swój drogi zegarek.
Negocjacje trwają kilka godzin. Kilka godzin Rafael skanduje swoje rewolucyjne hasła, a my dyskutujemy o świecie.
– Co tam u Balezy?
– Balezy?
– No ten. Wasz prezydent.
– Przykro mi, ale nie wiem, o czym mówisz.
– Przecież nie jesteś tak młoda, żeby…
– O Boże, Lech Wałęsa! O niego Ci chodzi!
– Lech Baleza – podchwycił i wykrzykuje zgodnie z hiszpańską wymową tłum. Podchodzi kilka nowych osób zainteresowanych rozmową.
– Co u niego słychać? To prezydent-robotnik. Mając takie postaci, musicie w Polsce mieć silną tradycję obywatelskiego nieposłuszeństwa i buntu.
I tak by mi nie uwierzyli, więc postanawiam zmienić temat.
Mahomet wraca zamroczony, PAH-owianie biegną w naszą stronę. Przedstawiciel banku zgodził się na odroczenie desahucio.
Czas uaktualnić informacje w sieci: #siSePuede, #MahometSeQueda. Gwiżdżą sąsiedzi i przechodnie, którzy zdążyli się już wraz z nami zgromadzić.
Głowa rodziny może odpocząć. Opiera się o blok i zsuwa po nim na ziemię, wybucha ze szczęścia płaczem dziecka.
Rafael spokojnie, jak przyjechał, tak odjeżdża na swoim rowerze. Korzysta z zamieszania, żeby nie musieć się ze wszystkimi żegnać.
XX
Na początku sierpnia, kiedy jestem już w Polsce, na Facebooku znów wrze od PAH-owych wiadomości. Zaglądam na profil Irene. Pisze, że potrzebują ludzi. Dopiero po kilkukrotnej lekturze dociera do mnie, że chodzi o jej desahucio. O desahucio, które już doszło do skutku.
Oglądam w Internecie film nagrany przez jednego z członków organizacji. Mossos d’Esquadra znów przyszli nad ranem. Bez uprzedzenia. La PAH nie zdążyło zgromadzić odpowiedniej ekipy. Wyrzucili ich z domu, podczas gdy trzej chłopcy płakali na schodach. Płakała i biedna, pełna godności i powściągliwa do tej pory babcia Maria.
Irene została już tylko złość. Po kolei wynosiła z domu najpotrzebniejsze rzeczy, spoglądając co chwilę z pogardą w stronę policjantów. Później dowiem się, że wyzwisk w ich stronę nie szczędziły również jej dzieci.
Powoli dochodzili ludzie, nie tylko z la PAH, ale z wszelkich zaprzyjaźnionych organizacji społecznych. Z rodziną Sanchéz znów była około setka osób. Chłopców odprowadzili do przyjaciółki Irene, przez kilka dni tam zostaną.
Tłum poszedł pod ratusz. Znów z naczyniami kuchennymi, wszyscy pełni złości i oburzenia. Niektórzy nagrywający wszystko na telefony komórkowe, skandujący nieustannie Si se puede!. Susana i inni działacze wykrzykują przez megafon nazwisko obecnego alcade (burmistrza) Xaviera Triasa, wzywając go do reakcji na to „bandyckie zachowanie” przedstawicieli banku Santander. Przypominając, ile bank otrzymał pieniędzy publicznych. Przypominając o konstytucyjnym prawie Hiszpanów do mieszkania.
Część tłumu – widać to na nagranym filmiku – mija strażnika, rzuca mu na odchodne „dzień dobry” i wchodzi po schodach na pierwsze piętro budynku ratusza. Tam zajmą jedno z pomieszczeń, w którym Maria i Irene wraz z kilkudziesięcioma działaczami la PAH będą dzisiaj spali.
Przez kilka dni trwają negocjacje, nikt nie rusza się w tym czasie z budynku pomimo interwencji policji. La PAH nie przyjęła pierwszych propozycji burmistrza, który chciał ulokować rodzinę Sanchéz w dzielnicy na drugim końcu miasta. Chłopcy nie będą zmieniać szkoły w trakcie nauki – mówią działacze. W Internecie następuje aktualizacja informacji: #IreneSeQueda – Irene tymczasowo zostaje w mieszkaniu socjalnym w dzielnicy Franca.
XXI
Na początku września, miesiąc po eksmisji Irene i wydarzeniach w ratuszu, Ada Colau wraz z członkami partii Guanyem (po katalońsku: zwyciężymy) zbiera podpisy poparcia od mieszkańców Barcelony i już przygotowuje się do wyborów na alcade miasta, które odbędą się w maju 2015 r. Chce sprawdzić, na jakie poparcie może liczyć. Jeśli nie zbierze 30 tys. podpisów, zrezygnuje z udziału w wyborach.
Barcelońskie Guanyem, nowy ruch społeczny, który przekształcił się w partię, sympatyzuje z ogólnohiszpańskim ruchem Podemos. Ten ostatni podczas wyborów do Europarlamentu w zaledwie kilka tygodni uzyskał w ramach zbiórki społecznej tyle pieniędzy, że był w stanie przeprowadzić kampanię, która zapewniła mu czwarty wynik. Guanyem, podobnie jak Podemos, wyrasta z doświadczenia pokoleniowego Hiszpanów, którym kryzys ekonomiczny odebrał nadzieje na przyszłość, a rządzący pod jego pretekstem stopniowo odbierają im również prawa socjalne. Podemos wprowadziło do Europarlamentu pięciu członków: politolożkę, dwóch profesorów, prokuratora znanego z walki z korupcją oraz fizyka. Również i Guanyem składa się w dużej części z intelektualistów, którzy postanowili „robić politykę” – jak o swojej działalności mówi Ada. Mówi też o konieczności dogłębnych zmian systemowych, powrotu do zasad sprawiedliwości społecznej.
9 listopada, kiedy Katalończycy zadecydują o tym, czy chcą tworzyć odrębne państwo, Irene i Maria wyjdą zagłosować zamykając za sobą drzwi nowego domu. Po długich negocjacjach z pracownikiem socjalnym reprezentującym władze miasta muszą już tylko znaleźć mieszkanie, w którym pomieści się sześć osób. Jego wynajem przez trzy pierwsze lata będzie finansować miasto. Nowy dom, przynajmniej w jednym aspekcie, nie będzie jednak oznaczał nowego życia. Długu wobec banku zapewne nigdy nie uda im się zostawić za sobą.
przez Marceli Sommer | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014, Wywiad - kwartalnik
– Interesujesz się Polską i obserwujesz tutejszą rzeczywistość od ponad trzech dekad. Zwykle wypowiadasz się jednak na tematy związane z tematyką twoich książek: historią „Solidarności” i jej uwikłaniem w przemiany ustrojowe i gospodarcze. Dlatego w tej rozmowie będę chciał poruszyć inne wątki z twoich polsko-amerykańskich doświadczeń. Na początek: dlaczego zainteresowałeś się Polską i naszą częścią świata?
– David Ost: Zaczęło się, gdy jako 10-letni chłopiec poszedłem z rodzicami na pochód przeciwko wojnie w Wietnamie i usłyszałem od kontrdemonstrantów okrzyki: „Wracajcie do Rosji!”, „Better dead than red!”. Szybko zrozumiałem, że aby powiedzieć coś krytycznego na temat amerykańskiej rzeczywistości, trzeba umieć obronić się przed zarzutem, iż jest się zwolennikiem ZSRR, a w tym celu wypada po prostu znać rzeczywistość „bloku wschodniego”. Zacząłem uczyć się rosyjskiego w szkole średniej, a jako student trafiłem najpierw latem 1973 r. do Leningradu, a dwa lata później na cały semestr do Moskwy. Interesowałem się tamtejszą opozycją, bo jako młodociany buntownik, raczej trockista, byłem przeciwnikiem zarówno kapitalizmu, jak i komunizmu w wersji radzieckiej. Ale w tamtym czasie w Rosji opozycja praktycznie nie istniała. Do Polski trafiłem po raz pierwszy w styczniu 1976 r., jeszcze przed Radomiem, bezpośrednio z Moskwy. Już wtedy poczułem, że atmosfera jest tu zupełnie inna niż w Rosji, ludzie są mniej zastraszeni, swobodniej mówią i myślą o polityce. Wróciłem rok później, już po powstaniu KOR-u, i postanowiłem, że wrócę do Polski na studia doktoranckie. I tak znalazłem się tam w 1981 r. Zachłysnąłem się „Solidarnością”, bo to było to, czego szukałem – źródło inspiracji do walki z patologiami obu systemów władzy i pokaz autentycznej, oddolnej, robotniczej demokracji.
Po tym doświadczeniu nie mogłem sobie jako socjolog „odpuścić” Polski czy przestać ją obserwować. Niestety, to, co widziałem w kolejnych latach, skłaniało mnie raczej do krytyki przemian, za które „Solidarność” współodpowiadała.
– A jak postrzegasz Polskę ostatnich lat, tę jeszcze przez siebie nieopisaną? Co cię w niej najbardziej dziwi, co cieszy, a co martwi?
– W Polsce zaszły zarówno pozytywne, jak i negatywne zmiany. Jedną z rzeczy, które mnie cieszą, jest to, że mówi się o kapitalizmie, że ludzie używają tego słowa. Nie mówi się, jak dawniej, wyłącznie o „budowie demokracji”. Kiedy przyjeżdżałem do Polski we wczesnych latach 90. i na różnych spotkaniach zwracałem uwagę, że budujecie również kapitalizm, ta – wydawałoby się – oczywista teza, traktowana była jak coś niezwykle kontrowersyjnego i obrazoburczego. Definiowanie w taki sposób przemian gospodarczych było, zwłaszcza przez ludzi „Solidarności”, negowane albo przedstawiane w kategoriach „przywracania normalności”. „Normalność” w ogóle była jednym z kluczowych pojęć tamtych czasów, eufemizmem, który odwracał uwagę od dzikiej, niezrównoważonej formy gospodarki rynkowej, jaką wprowadzano pod jej pretekstem. W słowniku budowniczych III RP nie było miejsca na kapitalizm – on był dla nich po prostu jednym z nieodzownych elementów ustroju demokratycznego. Z tym zjawiskiem próbowałem walczyć w swojej pierwszej książce wydanej w Polsce, czyli „Klęsce »Solidarności«”. Pokazywałem, że system zaprowadzony w Polsce po 1989 r. jest systemem kapitalistycznym i ma to, a raczej powinno mieć, konsekwencje polityczne. Że nowe reguły gospodarcze przełożyły się szybko na powstanie nowych interesów i podziałów klasowych.
W zeszłym roku odwiedziłem siedzibę Komisji Krajowej „Solidarności” w Gdańsku. Nie byłem tam od czasów Krzaklewskiego. Wszedłem do jednego z biur i stanąłem oniemiały, bo nigdzie nie było portretów papieży, na ścianie wisiał natomiast portret Karola Marksa! Wynika to chyba stąd, że ludzie „Solidarności” zintegrowali się z europejskimi strukturami związkowymi, zobaczyli, że wielu spośród ich sprzymierzeńców na Zachodzie odnosi się do Marksa z aprobatą, i zrozumieli, że wynika ona z tego, iż Marks krytykował kapitalizm, czyli system, z którym mają do czynienia tu i teraz. Po odejściu Krzaklewskiego „Solidarność” przestała krytykować samych tylko „lewaków” i „liberałów” i zrozumiała, że także prywatny kapitał jest dla nich przeciwnikiem. Piotr Ostrowski, socjolog i związkowiec związany z Konfederacją Pracy, mówił mi, że na zjeździe Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych w Brukseli był świadkiem ciekawej rozmowy działacza „Solidarności” ze związkowcem amerykańskim. Amerykanin mówił, że ma ogromny podziw dla Wałęsy, a solidarnościowiec na to, że dzień wcześniej Wałęsa brał udział w uroczystości odsłonięcia pomnika Ronalda Reagana w Gdańsku. Amerykański związkowiec nie mógł w to uwierzyć, był wściekły. Tego typu interakcje i ideowo-symboliczne dysonanse poznawcze czegoś polskich związkowców nauczyły. Doprowadziły do wzmocnienia świadomości politycznej i klasowej. Oczywiście „Solidarność” posiada w tych kwestiach pewną przewagę nad innymi związkami – może być bardzo radykalna, może nawet zawiesić na eksponowanym miejscu portret Marksa, a i tak nikt nie oskarży ich o marksizm czy socjalizm.
– Przypomniała mi się sprawa listu, który „Solidarność” wystosowała do Wałęsy, odcinając się od poparcia, jakiego były prezydent udzielił Mittowi Romneyowi. Związek w tym stanowisku wyraźnie odwołał się do myślenia w kategoriach międzynarodowej solidarności pracowniczej. A mogło się wydawać, że tak rozumiany internacjonalizm w Polsce jest już dawno „spalony”, szczególnie właśnie w „Solidarności”.
– Pojawiła się świadomość funkcjonowania w systemie kapitalistycznym wraz z jego specyficznymi regułami. A skoro mamy kapitalizm, to związki zawodowe, szczególnie w kraju, w którym znaczna część gospodarki opanowana jest przez podmioty zagraniczne, potrzebują współpracy z organizacjami pracowniczymi z innych państw. Wydaje mi się, że w Polsce dopiero w ostatnich latach pojawia się „normalność” – w tym sensie, że konflikt polityczny nie kręci się już tylko wokół problematyki światopoglądowej, że pojawiają się nowe podziały związane z realnymi interesami klasowymi, a w niektórych przypadkach biorą one górę nad sporami tożsamościowymi. Przykładem może być tu współpraca, jaką nawiązały ze sobą trzy największe centrale związkowe, do tej pory poróżnione o sprawy historyczne. Można odnieść wrażenie, że polski ruch związkowy musiał stać się słaby, żeby odbić się od dna i dojść do odpowiednich wniosków.
– W ostatnich latach można odnieść wrażenie, że w polskie związki zawodowe wstąpiło nowe życie…
– To prawda, ale trzeba to zjawisko widzieć w całościowym kontekście. Polityka poszczególnych central stała się bardziej „bojowa”, ale ma to miejsce w momencie, gdy deindustrializacja Polski w ogromnej mierze już się dokonała. Pod względem bazy społecznej ruch związkowy jest dziś niestety słabszy niż w latach 90. Najliczniejsza i najbardziej radykalna wówczas grupa członków związków – robotnicy niewykwalifikowani – wylądowała na bezrobociu i musiała szukać pracy w sektorach nieuzwiązkowionych: handlu, usługach, małych i średnich przedsiębiorstwach itp. Dzisiejsze związki stają się bardziej radykalne, bo nie mają już wiele do stracenia.
– Z drugiej strony mamy jednak działania największych central związkowych, aby tę bazę społeczną poszerzyć, przede wszystkim poprzez ekspansję i stopniowe uzwiązkawianie tych nowych sieci handlowo-usługowych. Ich dopełnienie stanowią z jednej strony masowe protesty, np. w sprawie reformy emerytalnej, a z drugiej ofensywa na polu wizerunkowym. Związki starają się pokazać jako bojowe, gotowe do zdecydowanej walki, ale i konstruktywne, kompetentne, zdolne do uczestnictwa w debacie nad przyszłością kraju (np. poprzez organizowanie przemyślanych kampanii medialnych czy zgłaszanie inicjatyw ustawodawczych).
– Zdarzają się wartościowe inicjatywy, a nawet pojedyncze zwycięstwa, zgoda. Ale nadal, podobnie jak w USA, rozwój, o którym mówisz, nie daje szans nawet na zbliżenie się do dawnej siły. Już w zeszłym roku z moich rozmów ze związkowcami wynikało, że ostatecznie projekty ekspansji są zarzucane i liderzy skłaniają się do stawiania na nadal najsilniejszy segment robotniczych niedobitków. Chociaż, z drugiej strony, muszę przyznać, że działania na rzecz praw związkowych i socjalnych ludzi zatrudnianych na umowach śmieciowych, protesty przeciwko reformie emerytalnej czy projekty ustaw to są ważne gesty, bo pokazują, że związkom chodzi o coś więcej niż obrona partykularnych interesów pracowników tej czy innej uzwiązkowionej branży, że są gotowe sformułować wizję, która dotyczy całego społeczeństwa, i o nią walczyć. Ważny jest fakt, że do związków przychodzi trochę ludzi z młodego pokolenia, nieuwikłanych w historyczne spory.
– „Solidarność” w ostatnich latach jest związkiem pod wieloma względami najbardziej bojowym, radykalnym, ale też widocznym, rozpoznawalnym, mającym zdolność mobilizowania społeczeństwa. Czyżby zasób historyczny i symboliczny, który mógł wydawać się już martwy, a przynajmniej mocno uśpiony, związany z „Solidarnością” lat 1980–81 z jednej strony oraz z tradycyjną czy wręcz bogoojczyźnianą oprawą kulturowo-obyczajową z drugiej, nadal był ważnym źródłem wspólnotowych więzi i postaw, które dają pewną siłę do walki z silniejszym przeciwnikiem – władzą czy kapitałem?
– Oczywiście, wspólnota kulturowa jest zawsze ważnym zasobem. To, czego jeszcze nie wiemy, to czy „Solidarność” byłaby równie radykalna, gdyby u władzy było Prawo i Sprawiedliwość.
– A jak wygląda – w perspektywie historycznej – kwestia relacji między ruchem związkowym a polityką w Stanach Zjednoczonych?
– W USA nie było nigdy katolickich czy chrześcijańskich związków zawodowych. Amerykańskie związki nie były też zbytnio lewicowe. Bardzo długo były one natomiast niemal wyłącznie białe. Podział rasowy przecinał się i przenikał z klasowym. Zaczęło się to zmieniać – relatywnie, bo w niektórych sektorach kwestia rasowa jest aktualna do dziś – dopiero od momentu powstania Kongresu Przemysłowych Związków Zawodowych (CIO) w latach 30. Postawił on sobie za cel zorganizowanie i reprezentowanie robotników niewykwalifikowanych pracujących w największych fabrykach i stanowił wyraźną przeciwwagę dla największej dotąd organizacji, Amerykańskiej Federacji Pracy (AFL), która zrzeszała głównie rzemieślników i robotników wykwalifikowanych. Dopiero wówczas zaczęła się ekspansja związków zawodowych w przemyśle samochodowym czy stalowym, gdzie pracowali głównie imigranci i Afroamerykanie. Wcześniej dominujący model, realizowany przez AFL, opierał się na pewnego rodzaju grupowym egoizmie. Było to skuteczne, jeśli chodzi o poprawę warunków w poszczególnych, silnie uzwiązkowionych (a przy okazji niemal wyłącznie białych) branżach i przedsiębiorstwach. Ale AFL nie interesowało reprezentowanie robotników jako klasy ani walka o propracownicze rozwiązania na poziomie państwa. AFL nie miała zresztą na poziomie deklaratywnym żadnej ideologii, żadnego projektu politycznego. Z doświadczeń ich i ich poprzedników wynikało po prostu, że polityczne zaangażowanie nic związkom zawodowym nie daje. W poszczególnych stanach wprowadzano regulacje prawne korzystne dla związków, ale następnie były one podważane przez sądy, które stwierdzały, że ich działalność jest niezgodna z konstytucją. Państwo wydawało się więc ówczesnemu ruchowi związkowemu bezużyteczne – nie wierzono, że może ono stać się adwokatem czy gwarantem praw pracowniczych. Było za to postrzegane jako obrońca interesów przedsiębiorców i nieskrępowanego wolnego handlu. Jedyną liczącą się bronią była siła przetargowa zjednoczonych, świadomych swoich interesów robotników wykwalifikowanych, których nie da się ot tak wyrzucić z pracy i łatwo zastąpić. Ta „warstwa” robotników stawiała więc żądania na poziomie konkretnego zakładu, wobec właściciela firmy – a następnie przeforsowywała je poprzez strajk lub negocjacje. AFL to były związki zawodowe dostosowane do systemu radykalnie wolnorynkowego, działające w myśl jego logiki. Nowa centrala związkowa, CIO, powstała w odpowiedzi na fakt, że coraz liczniejsi robotnicy niewykwalifikowani byli pozbawieni nie tylko reprezentacji, ale też siły przebicia i możliwości działania tymi metodami co związki robotników wykwalifikowanych. Kondycja robotnika niewykwalifikowanego wiąże się bowiem z tym, że każda jednostka jest łatwo zastępowalna. Odpowiedzią na strajk niewykwalifikowanej siły roboczej, jeśli brakuje zabezpieczeń prawnych lub możliwości ich egzekucji, będzie po prostu zwolnienie części lub całości załogi. Ważnym czynnikiem zmiany było też zainteresowanie ruchem związkowym po stronie rozwijającej się lewicy: komunistów, trockistów i socjalistów. Również Roosevelt uznał, że jest to siła na tyle poważna, iż konieczne jest wprowadzenie części robotniczych postulatów – i tak powstał Nowy Ład. Roosevelt stał się jedyną ikoną tych zmian, mimo że bez połączenia sił ruchu związkowego i lewicy najprawdopodobniej nigdy by do nich nie doszło.
– Mam wrażenie, że dzisiaj to właśnie Nowy Ład i Roosevelt – a niekoniecznie działalność ówczesnych związków zawodowych – stanowi najważniejszy punkt odniesienia dla liberalnej lewicy amerykańskiej.
– To niestety prawda, ale rzeczywista walka toczy się wciąż na polu pracowniczym i związkowym. Nawet tak osłabione jak obecnie, stanowią one dla establishmentu realne zagrożenie, są wciąż mniej lub bardziej brutalnie zwalczane. Ruch związkowy był w USA liczącą się siłą aż do czasu Reagana, tej ikony neoliberalizmu (który sam był swego czasu związkowcem). Dopiero za jego prezydentury prawica przypuściła na związki bezpardonowy atak i udało jej się radykalnie ograniczyć siłę zorganizowanych pracowników. Lewicowcy stanowili istotną część ruchu w latach 30. i 40. Podczas wojny związki zawodowe zawiesiły protesty, by w 1946 r. wywołać jedną z największych pod względem liczby uczestników falę strajków w historii. Robotnicy stwierdzili, że skoro już wygraliśmy wojnę, to teraz czas na nas, na nasze zwycięstwo. W odpowiedzi Republikanie w 1947 r. wprowadzili ustawę Tafta-Hartleya, ograniczającą prawa związkowe. Mniej więcej w tym samym czasie doszło do eskalacji nastrojów antykomunistycznych, które zapoczątkowały okres makkartyzmu. Czystki personalne dotknęły wówczas także lewicowców działających w związkach zawodowych. Ograniczenie praw związkowych i jednoczesne pozbycie się z organizacji pracowniczych ludzi ideowych wiązało się niestety z bardzo poważnymi skutkami ubocznymi. Jeśli ruch związkowy ma w Stanach od lat złą reputację, jeśli pewne jego segmenty opanowała zorganizowana przestępczość, to wynika to w istotnej mierze właśnie z wydarzeń przełomu lat 40. i 50. Doświadczenia tamtego czasu i trwałe przemiany, jakim uległ wówczas ruch robotniczy, spowodowały też, że rodząca się około dekadę później „nowa lewica” nie czuła się już z nim związana i nie widziała perspektyw we współpracy ze związkowcami.
– Do czasu tych przemian poziom uzwiązkowienia w USA był wysoki?
– Szczyt liczebności związków przypadł na lata 50., kiedy należało do nich 35 proc. zatrudnionych – czyli dość dużo, zwłaszcza jeśli uwzględnić fakt, iż prawo amerykańskie nie przyznawało praw związkowych wielu grupom robotników, np. pracownikom najemnym na wsi (warto dodać, że dzisiejszy poziom uzwiązkowienia wynosi ok. 12 proc., mniej więcej tyle co w Polsce). W końcu, mimo ciosu w prawa związkowe, lata 50. były w Stanach apogeum fordyzmu i okresem rozwoju instytucji państwa dobrobytu. Wielkie amerykańskie przedsiębiorstwa funkcjonowały de facto na prawach monopolu, poza jakąkolwiek konkurencją. Konkurencja pojawiła się dopiero w latach 60.-70. Do tego czasu panowało przymierze między przedsiębiorcami a związkami oczyszczonymi z „ideologów” i radykałów. Właściciele firm starali się oferować robotnikom dobre warunki w zamian za spokój w zakładzie, gaszenie nastrojów strajkowych itp. W latach 70., pod wpływem nowej lewicy, pojawili się nowi związkowcy, bardziej nastawieni na demokratyzację zakładów. W owym czasie, około połowy lat 70., pracowałem w Nowym Jorku jako taksówkarz i byłem członkiem związków zawodowych. W 1976 r. pojawił się nawet ruch pod nazwą „Taxi Drivers for Democracy”. To był już czas, kiedy związki przestawały spełniać nawet swoje najbardziej podstawowe zadania – nasze kontrakty były coraz gorsze. A na zebraniach delegatów naszego związku, gdy ktoś bez wcześniejszego uzgodnienia zgłaszał się do głosu, nasyłano na niego zbirów i usuwano z sali obrad.
– A jakie były relacje między związkami zawodowymi a partyjnym duopolem Demokratów i Republikanów?
– Relacje były, ale nieformalne. Ruch pracowniczy kształtował się w latach 30. niezależnie od administracji Roosevelta, jednak Demokraci go z czasem „przejęli”. Robotnicy zakochali się w Roosevelcie. Partia Demokratyczna zdawała sobie w związku z tym sprawę, że robotnicy stanowią istotny segment elektoratu. Jednocześnie do lat 60.–70. ważną częścią bazy społecznej Demokratów byli biali mieszkańcy rolniczego południa. Dzisiaj często o tym zapominamy, ale do niedawna podział polityczny w kwestiach rasowych i zaplecza społeczne poszczególnych partii wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Demokraci byli związani z farmerskim Południem, a Abraham Lincoln był przecież Republikaninem. Jeszcze ustawy Nowego Ładu napisane były tak, żeby nie obejmowały robotników nieprzemysłowych z południowych stanów – czyli pracowników rolnych, służby domowej itp., w przytłaczającej większości czarnych. Działać w związkach zawodowych mogli natomiast Afroamerykanie z Północy, którzy zatrudniali się np. w zakładach Forda. To był czas pewnej schizofrenii Partii Demokratycznej, bo zupełnie inną politykę prowadziła ona na Północy, a inną na Południu. Jej tożsamość w kwestiach rasowych domknęła się w latach 60., wraz z rozwojem ruchu na rzecz równouprawnienia rasowego i praw obywatelskich. Zacieśniły się wtedy również kontakty Demokratów z ruchem związkowym. Związki wówczas były jeszcze silne, ale zarazem „konserwatywne”, „oczyszczone” z lewicowych aktywistów. Kiedy młode pokolenie, zaangażowane w ruchy emancypacyjne i kontrkulturowe, wystąpiło przeciwko wojnie w Wietnamie, związkowcy bronili władzy. To była prawdziwa mentalnościowa przepaść. Konflikt między nową lewicą a patriotycznie nastawionym ruchem związkowym trwał aż do 1995 r., kiedy to przewodniczącym centrali AFL-CIO został John Sweeney. Niestety, w tym czasie było już za późno, żeby sojusz lewicowo-związkowy mógł dokonać cudów – obie strony były wykończone ofensywą neoliberalizmu spod znaku Reagana i jego następców. W ruchu związkowym względną siłę przebicia zachowały tylko poszczególne sektory i przedsiębiorstwa, np. tradycyjnie mocno uzwiązkowiony przemysł samochodowy. Jednak nawet ten przyczółek został zlikwidowany w ramach „ratowania” fabryk po kryzysie 2008 r.; utracono niemal wszelkie zdobycze wywalczone przez lata. W ostatnich 10–20 latach główną bazą rozwojową związków stali się pracownicy sektorów „nietradycyjnych”, zdominowanych często przez kobiety i imigrantów, np. pracownicy hotelowi czy ochroniarze. Względną siłę przebicia zachowują związki pracowników sektora publicznego, z czego najliczniejszą grupę stanowią nauczyciele. Jeśli chodzi o współpracę czy sojusze z innymi partiami, to były to raczej zjawiska marginalne, ograniczone do lokalnych przypadków. W stanie Minnesota przez kilkadziesiąt lat prężnie działała klasyczna partia lewicowa – Minnesota Farmer-Labor Party, ale nie udało się tego modelu upowszechnić. Współpraca ruchu związkowego z Republikanami nie wykraczała nigdy poza pojedyncze incydenty.
– Słabości związków zawodowych, podobnie jak słabości społecznej lewicy – czy to w USA, czy w Polsce – nie da się jednak sprowadzić do tożsamości ideowej, do nadmiernie bojowej bądź ugodowej polityki tej czy innej centrali i do zdolności nawiązywania przez nie taktycznych sojuszy…
– Podstawową przyczyną słabości ruchu związkowego jest deindustrializacja gospodarek oraz towarzysząca globalizacji ucieczka przemysłu na peryferie, gdzie można korzystać z taniej siły roboczej. Usługi publiczne – w Stanach mało rozbudowane – stanowią dziś ostatni bastion związków zawodowych. Za prezydentury Reagana rozpoczął się proces eliminacji związków z sektora prywatnego. Wyglądało to tak, że w pewnym momencie przemysłowcy przestawali negocjować ze stroną pracowniczą, pozwalali na wybuchanie strajków, a następnie łamali je za pomocą masowych zwolnień. Stopniowo udało im się sterroryzować załogi i „oczyścić sobie pole”. W ostatnich latach arena antyzwiązkowej kampanii przeniosła się do sektora publicznego, a jej głównym narzędziem stało się podburzanie większości pozbawionej instrumentów walki o swoje prawa w miejscu pracy przeciwko „przywilejom” pracowników szkół i innych instytucji państwowych. Niestety ta filozofia „równania w dół” okazuje się dość skuteczna. Dwa lata temu w stanie Wisconsin tamtejszy gubernator, republikanin, który jest często typowany jako kandydat do prezydentury, zerwał umowę ze związkowcami sektora publicznego, ograniczając ich prawo do nawiązywania układów zbiorowych oraz odbierając im finansowanie z automatycznie pobieranych składek pracowniczych. Jego działania wywołały co prawda wielką falę protestów i doprowadziły do rozpisania przedterminowych wyborów, jednak ostatecznie gubernator wygrał reelekcję i zachował swoje stanowisko.
W ostatnich latach związkom zawodowym udało się wprawdzie przyciągnąć młodych pracowników sektora publicznego, mają coraz więcej członków, ale nie przekłada się to na wyraźną poprawę warunków ich zatrudnienia. A tam, gdzie związki są skuteczne, wykorzystuje się to przeciwko nim, jako argument na rzecz tezy, że związkowcy posiadają nieuprawnione przywileje. Mało komu przychodzi do głowy, że zamiast obwiniać związkowców za te „przywileje”, lepiej samemu założyć związek i wywalczyć sobie takie same. Wynika to ze wspomnianej już złej prasy, która jest do pewnego stopnia zasłużona, a częściowo także z faktu, że – podobnie jak w Polsce po 1989 r. – wobec wieloletniej nagonki ze strony polityków i ludzi biznesu – ruch związkowy był osamotniony, nie znalazł prawie żadnych adwokatów np. w środowiskach intelektualnych. To wynikało z uwarunkowań strukturalnych, z faktu, że w realnym socjalizmie państwo było pracodawcą zarówno robotnika, jak i intelektualisty. Sprzyjało to wytworzeniu się wspólnej, pracowniczej tożsamości. Po 1989 r. bardzo szybko wraz ze strukturą gospodarczą zmieniały się w Polsce tożsamości. Niedawni „wielcy związkowcy” przestawali myśleć o sobie jako o części ruchu pracowniczego. W USA takim przełomowym momentem był okres lat 50. Wyrzuceni ze związków lewicowi intelektualiści oddalali się od nich także w sensie modelu życia, idei i politycznych priorytetów. Ruch pracowniczy jawił im się jako coraz bardziej konserwatywny i egoistyczny.
– Innymi słowy dla nowej lewicy i związanych z nią ruchów kontrkulturowych lat 60. i 70. robotnik przestał być „sexy”?
– Z tym było różnie. Nowa lewica rodziła się w latach 60. jako ruch przede wszystkim studencki. Ich główne postulaty dotyczyły demokratyzacji życia społecznego (w tym uniwersytetów), walki z rasizmem i praw obywatelskich. Kolejnym istotnym składnikiem jej tożsamości był sprzeciw wobec wojny w Wietnamie. Związki zawodowe były w tym okresie blisko związane z Partią Demokratyczną, więc z perspektywy ruchów studenckich podejrzane. I rzeczywiście polityczne oblicze związków po czystkach lat 50. było nieciekawe. Stały one bardzo daleko od rozkwitających wówczas ruchów walczących o prawa obywatelskie, były uwikłane w konserwatywną politykę rasową wobec Południa i zimnowojenną propagandę Trumana, Kennedy’ego i Johnsona. Mimo to znaczna część nowej lewicy chciała i starała się nawiązywać do tradycji robotniczych. Próbowali zbliżyć się do środowisk związkowych, ale okazywało się to coraz trudniejsze. Potem pojawili się młodzi, w znacznej mierze apolityczni ludzie, którzy masowo „zapisali się” do kontrkultury lat 60. – dla nich to już były po prostu sprawy nieistotne. Trzeba także dodać, że był to wciąż jeszcze czas, kiedy stosunkowo łatwo było znaleźć pracę w fabryce. We wczesnych latach 70. spora fala kontrkulturowej młodzieży trafiła do fabryk, a przez nie – do ruchu związkowego. Wielu z nich było mocno lewicowych i chciało walczyć ze związkowym betonem o bardziej demokratyczne i postępowe oblicze swoich organizacji. To wtedy pojawiają się ruchy jak wspominany przeze mnie „Taxi Drivers for Democracy”. Ale znaczna część nowolewicowych intelektualistów rzeczywiście stwierdziła po prostu, że związki zawodowe są niepotrzebne, że stanowią siłę w gruncie rzeczy reakcyjną. Najbardziej znanym, a może i najbardziej typowym przypadkiem takiej ewolucji był Herbert Marcuse, który w „Człowieku jednowymiarowym” (z roku 1964) pisał o ruchu związkowym jako części „systemu”, z którym lewica siłą rzeczy musi walczyć. Bardzo podobne mechanizmy można było zaobserwować w Polsce lat 90. Z jednej strony postsolidarnościowi intelektualiści stwierdzali, że robotnicy to „ciemnogród”, oszołomy albo po prostu głupki, które nic tylko oglądają sitcomy w telewizji i narzekają. A z drugiej strony związki zawodowe – dotyczy to zarówno „Solidarności”, jak i OPZZ-u – faktycznie stawały się wtedy bardziej wsobne, skupione na walce o partykularne interesy oraz zaakceptowały model przemian wytyczony przez elity.
– Truizmem jest dziś stwierdzenie, że w ciągu ostatnich kilku dekad rozwojowi gospodarczemu towarzyszył drastyczny wzrost poziomu nierówności społecznych. Jak Twoim zdaniem odnalazła się w tej sytuacji amerykańska klasa średnia i intelektualiści? Jak odniosła się do ludzi, którzy się „nie załapali” i zostali przez ten nowy system wypluci na margines? Na mnie np. zawsze robiło wrażenie stosowanie w amerykańskich metropoliach (i nie tylko metropoliach), w trybie niejako neutralnym, określenia „trailer trash”, czyli przyczepowe śmieci, w odniesieniu do jednej z najbiedniejszych i najbardziej wykluczonych grup społecznych w Stanach, tzn. ludzi (przeważnie białych), którzy mieszkają na osiedlach przyczep i kontenerów, lokowanych zwykle z dala od miast i jakiejkolwiek infrastruktury społecznej, gdzie ziemia jest najtańsza.
– Zwroty takie jak „trailer trash” czy „white trash” funkcjonują już od dawna i zostały częściowo zaadaptowane i zneutralizowane przez popkulturę czy literaturę naukową. Ale faktem jest, że poprawność polityczna nowego systemu nie objęła biednych albo objęła ich w niewielkim tylko stopniu.
W latach 50. czy 60. nie mówiło się „white trash”, lecz „white working class” albo po prostu „working class”. Ta biała klasa robotnicza była zorganizowana w związkach zawodowych i głosowała na Demokratów. A przede wszystkim ludzie ci mieli stałe zatrudnienie, więc nie byli „śmieciami”. Wtedy ograniczony dostęp do rynku pracy mieli Afroamerykanie, kobiety czy Latynosi. Pojawił się natomiast ruch na rzecz równouprawnienia rasowego i praw obywatelskich, który walczył m.in. z segregacją i dyskryminacją na rynku pracy. W latach 70. obecność Afroamerykanów w tradycyjnie białych sektorach gospodarki stała się faktem, mocno wzrosła też ich pozycja polityczna. Jednakże w tym samym czasie przemysł zaczął wchodzić w fazę spadkową. Globalizacja nabierała tempa, wojna w Wietnamie była przegrana, a amerykańskie fabryki coraz gorzej radziły sobie ze świeżo upieczonymi konkurentami z krajów rozwijających się, przede wszystkim z Azji Wschodniej. Biali robotnicy po raz pierwszy od lat 30. zaczęli ulegać społecznej degradacji, tracić pracę itp. W „zwijającym się” przemyśle nie było miejsca dla wszystkich i konkurencja o pozostałe miejsca pracy przybrała na sile. Najłatwiejszym psychologicznie wyjaśnieniem sytuacji dla wielu robotników tracących grunt pod nogami okazał się rasizm. Republikanie wyczuli tę koniunkturę – zaczęli odwoływać się do tego resentymentu i udało im się przechwycić znaczną część elektoratu zdegradowanych społecznie pracowników przemysłu. Lewica była wobec tych zjawisk podzielona. W 1968 r. odbył się słynny, przełomowy strajk nowojorskich nauczycieli przeciwko decyzji Rady Edukacji umożliwiającej tworzenie „sąsiedzkich” czy też „społecznych rad szkoły” (community control boards), które dawałyby decydujący wpływ na szkołę mieszkańcom danej dzielnicy. Oznaczało to, że na terenach, na których liczebnie dominują czarnoskórzy, mogliby oni wprowadzać członków swojej społeczności do kadry nauczycielskiej. Byłoby to wbrew przywilejom wywalczonym przez związki zawodowe w tej materii. Mój ojciec, zawsze sympatyzujący ze związkami, po raz pierwszy świadomie złamał wtedy strajk. Miał swoje wątpliwości, ale uważał, że sprawiedliwość historyczna wymaga, żeby grupa dotąd wykluczona została dopuszczona do podejmowania najistotniejszych decyzji w sprawach jej dotyczących. W latach 80., 90. i w pierwszej dekadzie XXI w. fabryki już po prostu padają albo przenoszą się do krajów rozwijających się. Weźmy np. Rochester w stanie Nowy Jork, miasto nieopodal którego mieszkam. Jego powstanie i rozwój były ściśle związane z przemysłem, a przede wszystkim z jednym koncernem – Kodak. Kodak dobrze dbał o to miasto – finansował wspaniałą miejską orkiestrę symfoniczną, inwestował w dobre biblioteki itd. Dziś największymi pracodawcami są uniwersytet i szpital. Podobnie wyglądała historia bardzo wielu amerykańskich miast. Znaczna część białych robotników, którzy stracili w tych latach pracę, przeszła na stronę Republikanów. A intelektualiści i klasa średnia, szczególnie z Północy i obu wybrzeży, czują wobec tych ludzi coraz większą wyższość. Nie dlatego, że stracili oni pracę, ale ponieważ za swoje niepowodzenie obwiniają innych, słabszych – czarnoskórych i kobiety, a w dodatku głosują na Republikanów, którzy obiecują powrót dawnych, rasistowsko-patriarchalnych porządków. Skoro tak, to jesteście dla nas nikim, jesteście bezrobotnymi bezwartościowymi śmieciami – tak rozumuje to środowisko. Część lewicy stara się z tym sposobem myślenia walczyć i traktuje osoby piętnowane jako „white trash” czy „trailer trash” w charakterze potencjalnych sojuszników. Kilka lat temu był taki kandydat na prezydenta, a później przez pewien czas przywódca struktur partyjnych Demokratów, Howard Dean. Mówił, że możemy i powinniśmy przekonywać do siebie ludzi, którzy od nas odpłynęli, a w których interesie ekonomicznym działamy.
– A jak pod tym względem postrzegasz sytuację w Polsce? Wydaje się, że mechanizmy generowania wykluczenia różnego rodzaju „moherów” bywają podobne. Polska świeżo upieczona klasa średnia często demonizuje chociażby lokatorów miejskich czynszówek, bezdomnych, odbiorców pomocy społecznej czy mieszkańców wsi i mniejszych ośrodków miejskich. Jednym z popularnych uzasadnień dla pogardliwego stosunku wobec wspomnianych grup jest ich domniemany konserwatywny, ksenofobiczny światopogląd.
– To prawda, pisałem o tym zresztą w „Klęsce »Solidarności«”. To było fascynujące i przygnębiające zarazem – obserwować, jak szybko środowisko „Gazety Wyborczej” zaczęło mówić bardzo wyższościowym i pogardliwym językiem o tych samych ludziach, których jeszcze przed chwilą wynosiło pod niebiosa, czasem nawet niesłusznie. O ile przed 1989 r. polski lud był dla nich bezgrzeszny, o tyle po 1989 r. całe ogromne rzesze ludzi mogły już tylko grzeszyć. Decydujący był stosunek do ogólnego kierunku reform, wytyczonego przez Plan Balcerowicza. Wraz z procesem rozrastania się klasy średniej tego rodzaju poglądy i emocje zyskiwały na popularności, bo dobrze odpowiadały na potrzebę dystynkcji, jaka często wiąże się z awansem społeczno-kulturowym. Popularność Radia Maryja czy fakt, że znaczna część zdegradowanej materialnie klasy robotniczej głosuje na prawicę, to oczywiście wielkie porażki lewicy. Niestety, radykalne odrzucenie tych ludzi przez liberalno-lewicową inteligencję i momentami uwłaczający język, jaki pojawiał się w mediach, spowodowały, że zaczęli oni szukać bezwarunkowej tożsamościowej afirmacji. A tę potrafiła im dać tylko antyliberalna prawica.
– Widzisz jakiekolwiek szanse na odwrócenie tych procesów?
– Taka nadzieja przyświecała mi, gdy pisałem „Klęskę »Solidarności«”. Wtedy wydawało mi się, że sprawa nie jest jeszcze całkiem przegrana. Zanim zaczęliśmy nagrywać rozmowę, mówiłeś o tym, że moja książka zaskakuje, bo krytykuję w niej polskich liberałów, ale przyjmuję ich założenia. Myślę, że stało się tak dlatego, iż tylko w nich widziałem wtedy w Polsce jakikolwiek lewicowy potencjał. Pamiętałem ich przecież jako działaczy związkowych, bardzo prorobotniczych. Ludzie nie poszli wtedy jeszcze do prawicowych partii ani do Radia Maryja. Pisząc „Klęskę »Solidarności«”, chciałem zapobiec przesunięciu robotników na prawo. Wydawało się, że w czym jak w czym, ale pod tym względem zgadzamy się ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Dlatego starałem się w niej mówić językiem liberalno-pragmatycznym. Nie chcecie, żeby „lud” stał się „ciemnogrodem”? Możecie temu zapobiec. Ale jeśli chcecie to zrobić, musicie zerwać z Balcerowiczem i zachować się przynajmniej tak jak cyniczni amerykańscy Demokraci, którzy do każdych wyborów idą z hasłami populistycznymi. Populizm czy plebejskość mają w postarystokratycznej Europie złą prasę – w USA zawsze były ważnymi elementami uprawiania polityki. Polscy liberałowie podążyli ścieżką najgorszą z możliwych, destrukcyjną zarówno dla siebie, jak i dla ogółu społeczeństwa. Nie dość, że nie godzili się na pragmatyzm programowy, negocjowany z interesem wielkich grup społecznych, to jeszcze wprowadzili ten „antypopulistyczny” język polityczny, w myśl którego prawdziwe reformy muszą być bolesne i wiązać się z wielkimi wyrzeczeniami – oczywiście nie dla wszystkich, tylko akurat dla wielkoprzemysłowych robotników, pracowników PGR-ów i innych grup, których interesy predestynowały do popierania polityki z ducha socjaldemokratycznej. A potem dziwili się, że ci ludzie czują się oszukani i z lewicowym liberalizmem nie chcą mieć już nic wspólnego.
– Populizm nie cieszy się poparciem nawet wśród znacznej części polskiej nowej lewicy, która wciąż wciąga na swoje sztandary raczej „dysydentów w rozciągniętych swetrach” niż trybunów ludowych czy choćby socjaldemokratycznych pragmatyków, poszukujących kompromisu pomiędzy partykularnymi interesami grupowymi.
– Staram się, na ile mogę, tłumaczyć to choćby działaczom „Krytyki Politycznej”. Możemy oczywiście przyjąć, że odrzucamy demokrację parlamentarną, jako system obarczony wieloma wadami. Wtedy możemy sobie pozwolić na to, żeby nie interesować się przyciągnięciem do siebie robotników czy innych wielkich grup społecznych. Ale dopóki żyjemy w systemie opartym na wyborach powszechnych, dopóty szukanie wspólnego języka z wyborcami jest obowiązkiem każdego podmiotu politycznego.
– Popularna jest też diagnoza, według której upadek przemysłu oznacza koniec klasy robotniczej jako podstawowego punktu odniesienia dla lewicowej polityki i najważniejszej części elektoratu, a kluczem do politycznego sukcesu jest dziś przyciągnięcie do siebie wielkomiejskiej klasy średniej i przekonanie, że poparcie postępowych postulatów leży w jej interesie. Co o tym myślisz i jak byś to odniósł do sytuacji amerykańskiej? Czy i tam tradycyjny elektorat lewicy został przez nią w pewien sposób osierocony?
– Ten proces w USA dokonał się w latach 60. i 70. Podstawowym adresatem nowej lewicy stała się z jednej strony kontrkulturowa młodzież, a z drugiej professionals, pracownicy umysłowi z wyższym wykształceniem. Oni nie czuli się pracownikami najemnymi. Do tradycyjnej klasy robotniczej było im daleko. Ale okazało się, że nie są oni w stanie sami wygrywać wyborów. Jakakolwiek lewica ma szanse na odegranie roli politycznej dopiero wtedy, gdy umie zmobilizować i pracowników umysłowych, i tradycyjną klasę robotniczą, pozostającej ważną częścią elektoratu, której interesów, bardzo zagrożonych przez współczesny kapitalizm, po prostu należy bronić. Republikanie za czasów Reagana i Busha wygrywali dzięki przejęciu znacznej części białych robotników, będących dotąd trzonem tradycyjnego elektoratu lewicowego. Demokraci byli zaś podzieleni i niezdolni do podjęcia walki – chcieli oczywiście utrzymać poparcie robotników, ale jednocześnie byli pod presją nowej klasy średniej, która żądała od nich podkreślania kwestii rasowych i światopoglądowych, i od mniejszości rasowych, stających się coraz ważniejszą częścią elektoratu w dużych miastach. Na tym tle zaskakuje zwycięstwo w ostatnich wyborach na burmistrza Nowego Jorku Billa de Blasio, lewicowca ideowego i konsekwentnego. Nie należał on do tych, którzy odrzucili robotników jako nie dość postępowych, ani nie traktował ich protekcjonalnie, tylko szukał z nimi wspólnego języka i zabiegał o ich głosy. Wygrał przygniatającą większością 73 proc. To w najnowszej historii USA absolutny ewenement.
– Czy z perspektywy amerykańskiej sądzisz, że trwający od 2008 r. kryzys finansowy przyniósł lub przyniesie jeszcze jakieś fundamentalne zmiany polityczne? Na ile istotna może być pewna zmiana koniunktury w publicystyce i naukach społecznych, symbolizowana przez nazwiska takie jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman, Amartya Sen czy Thomas Piketty, która wydaje się częściowo przenikać także do języka używanego np. przez międzynarodowe instytucje finansowe? A z drugiej strony – jak widzisz rolę i perspektywy rozwoju nowych ruchów społecznych ostatnich lat, takich jak Occupy Wall Street? Czy dostrzegasz szanse na jakieś „życie po życiu” tego efemerycznego zwrotu w stronę oddolnej demokracji?
– Te dwie sprawy są powiązane. OWS nie przeobraziło się w masowy ruch społeczny, ale z całą pewnością przyczyniło się do powstania pewnego fermentu intelektualnego i do zaistnienia w szerszej świadomości kwestii związanych z radykalnym wzrostem nierówności ekonomicznych. Z tego fermentu narodziło się w ostatnich latach np. wiele ważnych i ciekawych czasopism i środowisk intelektualnych, takich jak „Jacobin Magazine”, „The Baffler” czy „N+1 Magazine”. Te tendencje z kolei na pewno pomogły przebić się do mainstreamu postaciom takim jak Piketty. Do osiągnięć OWS zaliczyłbym też np. fakt, że niecały rok temu prezydent Obama miał pierwsze przemówienie na temat nierówności społecznych, w którym otwarcie opowiedział się m.in. za podniesieniem płacy minimalnej. Mit amerykański niemal od zawsze był przede wszystkim mitem klasy średniej. To nie znaczy, że każdy obywatel musi być zamożny, ale w teorii każdy ma szansę się wzbogacić i każdy ma zapewniony przynajmniej względny dobrobyt. Teraz zaczyna się to zmieniać. Dociera do Amerykanów świadomość tego, że żyją w kraju radykalnie spolaryzowanym. To odbija się już nawet na strukturze gospodarki. Największe pieniądze robi się obecnie nie na klasie średniej, lecz albo na przysłowiowym jednym procencie, czyli na rynku towarów luksusowych dla ludzi obscenicznie bogatych, albo na biedocie z przyczep i kontenerów. Najistotniejszymi czynnikami dla „zmiany klimatu” były oczywiście bezpośrednie skutki kryzysu takie jak wzrost bezrobocia wśród klasy średniej, gigantyczne pieniądze przekazywane przez rząd bankom i przedsiębiorstwom „zbyt dużym, by upaść” oraz informacje o astronomicznych pensjach kadr kierowniczych tych instytucji. Jednak działania oddolnych inicjatyw takich jak OWS też na pewno miały swoją wagę. Wspomniane już zwycięstwo de Blasio w Nowym Jorku jest również symptomem tego samego procesu. Żeby nie popadać w hurraoptymizm, należy wspomnieć, że według sondaży należy się spodziewać zwycięstwa Republikanów w nadchodzących wyborach do Senatu. I muszę przyznać, że nie do końca to rozumiem. Czy interpretować to jako zwycięstwo mechanizmu opisanego przez Thomasa Franka w książce „Co z tym Kansas”? Innymi słowy – czy nadal działa strategia konserwatywnej mobilizacji milczącej większości „zwykłych, patriotycznych Amerykanów” przeciwko „wyalienowanym liberalnym elitom”? To wyjaśniałoby wiele, ale nie wyjaśnia, dlaczego w dalszym ciągu ci wyborcy akceptują retorykę antyegalitarną, przeciwko podwyższaniu podatków dla najbogatszych czy inwestycjom w usługi publiczne.
Gdy myślisz o tych dwóch punktach odniesienia, amerykańskim i polskim, to czy wydaje ci się, że lewica potrzebuje narodowej symboliki, narodowego odniesienia? Zawsze potrzebuje narodowego odniesienia, bo musi wchodzić w dialog i bronić konkretnego społeczeństwa. Osobną kwestią jest to, jak się ten naród rozumie i definiuje. Jednocześnie, w ramach polityki uprawianej na arenie narodowej, lewica powinna oczywiście kłaść nacisk przede wszystkim na kwestie klasowe, bo odniesienie się do tych podziałów umożliwia budowanie bardziej otwartego i bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Na początku lat 70., jeszcze jako licealista, współpracowałem z lewicowym amerykańskim tygodnikiem „Guardian” (nie mylić z brytyjską gazetą codzienną). Pewnego razu zobaczyłem na jej łamach zdjęcia, na których podpalano amerykańską flagę. Napisałem list – to była zresztą moja pierwsza publikacja – w którym opowiadałem się przeciwko takim działaniom, bo przecież chcemy przekonać ludzi, że interes klasowy robotników jest zarazem amerykańskim interesem narodowym, a więc powinniśmy flagę przejąć, a nie ją niszczyć. I to zdanie podtrzymuję: walka klasowa i walka o postępową treść symboli i mitów narodowych – to jedno.
– Dziękuję za rozmowę.
Maj 2014, Geneva, NY.
przez Remigiusz Okraska | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Media są pełne opowieści o silnych. O celebrytach, liderach, zwycięzcach, „sławnych osobach”, „ludziach sukcesu” – o znanych i bogatych. Opowiadają o własnym powodzeniu ogólnym i o dokonaniach cząstkowych, o zdobyczach swoich rodzin, środowisk, swojej klasy społecznej, o słusznych poglądach na wszystko, udzielają dobrych rad, opiniują, przekonują, wyrokują, tańczą i śpiewają.
Dla słabych nie ma miejsca. To znaczy jest. Gdy można zrobić ciekawostkową migawkę z Polski B, najlepiej z patologią, zbrodnią czy spektakularnym przejawem „ciemniactwa” w roli głównej. Gdy można pochwalić wybranego naturszczyka – laureata telewizyjnego show, aby inni pariasi uwierzyli, że każdy ma szansę znaleźć się na jego miejscu. Gdy można użalić się nad jakimś „biednym i wykluczonym”, oczywiście pojedynczym, bo w Nowym Wspaniałym Świecie największym tabu jest istnienie całych grup, klas czy okolic wyrzuconych na margines.
Najbardziej popularne przekazy medialne przedstawiają więc głównie świat sytych i zadowolonych. Na naszych łamach było, jest i będzie inaczej. W niniejszym numerze przygotowaliśmy zestaw tekstów o słabych, co nie znaczy, że biernych. Prof. David Ost opowiada o przeszłości i teraźniejszości walk społecznych i pracowniczych w USA oraz o podobieństwach i różnicach tamtejszych realiów w porównaniu z Polską. W przejmującym reportażu przedstawiamy opór mieszkańców Katalonii przeciwko wyrzucaniu ludzi z mieszkań przez system zorganizowanej przestępczości z udziałem banków, deweloperów i władz. Z rozmowy z naukowcem badającym zamknięte, grodzone osiedla dowiadujemy się o tych, którzy są słabi – choć nie zawsze o tym wiedzą – lecz za wszelką cenę, zwykle bardzo wysoką, próbują się odizolować od jeszcze słabszych, wzmacniając w ten sposób siłę już silnych.
Opisujemy także coraz trudniejszy los na rynku książki jego „płotek” – autorów, tłumaczy, małych wydawców i niewielkich księgarń – zagryzanych przez „rekiny”, czyli wielkie sieci handlowe i dystrybucyjne. W innym artykule prezentujemy przykłady kilku krajów z różnych części świata, które z biedy wydźwignęły się o własnych siłach, a zarazem dzięki porzuceniu pomysłów naśladowania silnych i pokornego służenia im. Kolejny materiał to recepta na taki sam scenariusz w Polsce – na odbudowę przemysłu i przerwanie dzięki temu błędnego koła zacofania i braku perspektyw. Wywiad poświęcony organizacjom pozarządowym porusza m.in. temat tego, jak w sektorze postrzeganym jako „wrażliwy” i „pomocny” odtwarzane są najgorsze cechy podziału na silnych i wpływowych oraz tych, którzy są skazani na wegetację. W tekście o sytuacji uchodźców w Polsce przedstawiamy natomiast los jednej z najsłabszych grup, pozbawionej niemal wszystkiego.
Spoglądamy także w przeszłość. Zamiast kultywowania stereotypów popularnych wśród lewicy i prawicy, przedstawiamy historię lewicowych syjonistów – przedstawicieli jednej z najsłabszych nacji, którzy poświęcili swoje życie ideałowi powołania państwa zarazem zabezpieczającego interesy narodu, jak i sprawiedliwego społecznie. W recenzji głośnej książki Andrzeja Ledera autorka zastanawia się natomiast, na ile jego wizja, ustrojona w lewicowe szatki, jest wyrazem lekceważenia oddolnej emancypacji społecznych „dołów” oraz przejawem elitarnego postrzegania dziejów naszego kraju.
Nie są to rozważania tylko dokumentacyjne. Wręcz przeciwnie – w zamierzeniu autorów i redaktorów naszego czasopisma stanowią one przede wszystkim próbę refleksji i inspiracji, że tak być nie musi. Że słabi mogą powstać z kolan, że możliwe i konieczne jest społeczeństwo samych silnych, równych i solidarnych.
To oczywiście nie wszystkie materiały, jakie przygotowaliśmy dla Was w tym kwartale. Zapraszam do lektury.