przez Marcin Malinowski | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Niedawno w mediach zaczął pojawiać się temat reindustrializacji, czyli odbudowy przemysłu w Polsce. Zagadnieniu temu warto przyjrzeć się bliżej, ponieważ należy ono, w moim przekonaniu, do najważniejszych wyzwań dla naszego kraju. To m.in. na polu polityki przemysłowej rozstrzygać się będą nasza przyszłość oraz szanse rozwojowe.
Zacznijmy od zacytowania dwóch paragrafów z Komunikatu Komisji Europejskiej dotyczącego polityki przedsiębiorczości z 2012 r.:
Europa musi przywrócić swemu przemysłowi należną mu rolę w XXI w. Jest to jedyny sposób, by zapewnić zrównoważony wzrost gospodarczy, tworzyć miejsca pracy wysokiej jakości i rozwiązywać obecne problemy społeczne. Aby to osiągnąć, potrzebna jest całościowa wizja, skupiająca się na inwestycjach i innowacjach […].
Skupienie uwagi polityków na przemyśle zasadza się na konstatacji, że silna baza przemysłowa jest konieczna dla dobrobytu i sukcesu gospodarczego Europy.
Główną przeszkodę dla reindustrializacji w Polsce stanowi jej sprzeczność z teorią neoliberalną, w oparciu o którą została przeprowadzona transformacja ekonomiczna. Herezją wobec tej doktryny jest jakakolwiek istotna interwencja państwa w gospodarkę – co ma oczywiście zastosowanie także w przypadku planowej polityki państwa na rzecz odnowy przemysłu. Obecnie doktryna neoliberalna sama stała się w świecie zachodnim „dinozaurem” i jest poddawana daleko idącej krytyce. W Polsce nadal jednak trzyma się dość mocno, popierana przez znaczną część środowisk opiniotwórczych.
W minionych dekadach mieliśmy już do czynienia z przypadkami, kiedy to niektóre państwa prowadziły aktywną i skuteczną politykę przemysłową, co przyczyniło się do rozkwitu ich gospodarek. Szczególnie znane są przykłady „wschodnioazjatyckich tygrysów”: Korei Płd., Tajwanu, Chin, Japonii czy Singapuru. Kraje te, dzięki szybkiemu rozwojowi produkcji przemysłowej, zaczęły wypychać z licznych globalnych rynków dotychczasowych potentatów z Unii Europejskiej czy USA. Ważnym składnikiem ich sukcesu są inteligentne zabiegi mające na celu ochronę swoich rynków, przede wszystkim dyskretne tworzenie tzw. nietaryfowych barier handlowych (non-tariff barriers). W krajach służących za liberalny wzór, jak USA czy Wielka Brytania, nastąpił w tym okresie powolny zmierzch przemysłu. Dopiero w ostatnich latach trend zaczął się odwracać. Szczególnie skuteczne okazały się reindustrializacyjne poczynania Stanów Zjednoczonych, napędzane tanią energią z gazu łupkowego.
Znakomite przykłady efektów takiej polityki przemysłowej przynosi obserwacja sytuacji na rynkach elektroniki, statków i samochodów. Jeszcze kilkanaście lat temu wiele marek telewizorów pochodziło z krajów nieazjatyckich. Obecnie na rynku dominuje kilka azjatyckich firm. Europejscy producenci, tacy jak Philips, przetrwali tylko dzięki uzależnieniu od dostaw komponentów z Azji (wielkości około 80 proc. wartości produktu) i w zasadzie zajmują się głównie końcowym wzornictwem. Innego przykładu z dziedziny elektrotechniki dostarcza rynek telefonów komórkowych, szeroko omawiany po bankructwie Nokii. Nie jest przypadkiem, że Azja zdominowała rynek elektroniki, spychając starych liderów do nisz. Ta azjatycka dominacja to właśnie owoc starcia neoliberalnej doktryny nieingerencji państwa w gospodarkę z dobrze przemyślaną, aktywną polityką przemysłową.
Na tej samej zasadzie polskich stoczni nie „wykończyły” regulacje UE w zakresie pomocy państwowej, jak się tu i ówdzie czyta, ale przede wszystkim inteligentne subwencje dla stoczni jednego z krajów azjatyckich. W efekcie także i w tym sektorze europejska konkurencja została zepchnięta do specjalistycznych nisz. Wyglądało to tak, że najpierw koreańskie stocznie zaniżały ceny statków, a później ich straty wyrównywał państwowy bank. Z uwagi na wieloletni rytm finansowania było to trudne do wychwycenia. W konsekwencji po jakimś czasie konkurencja wycofała się, a de facto monopolistyczna pozycja na globalnym rynku dużych statków szybko wynagrodziła państwu koszty subwencji. Zresztą w tej chwili inny wschodzący gigant z Azji – Chiny – rozpycha się na rynku dużych okrętów podobną metodą, podkopując pozycję poprzedniego hegemona.
Jeśli chodzi o samochody, na europejskich drogach widać miliony aut produkcji japońskiej. Jednocześnie Europa sprzedaje do tejże Japonii zaledwie kilka tysięcy aut rocznie, i to w zgodzie z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO)! Oczywiście, istnieje jedna dyskretna bariera handlowa, tyle że zaprojektowana tak sprytnie, aby nie stała w sprzeczności z międzynarodowymi umowami. Polega ona na nieformalnych ustaleniach między dealerami samochodów a producentami japońskich aut. W konsekwencji Japonia korzysta z otwartych rynków USA i UE, równocześnie chroniąc własny, a tym samym miejsca pracy w swoim przemyśle. Właśnie liczne przypadki tego rodzaju sprawiły, że w wolny globalny handel, „niewidzialną rękę rynku” czy neoliberalizm wierzy już niewielu ekspertów (zwłaszcza pozostających poza organizacjami od dekad żyjącymi z głoszenia takich teorii). Praktyczne efekty neoliberalizmu to masowe bezrobocie powodowane konkurencyjną porażką i upadkiem firm pozbawionych wsparcia państwa (np. Nokia czy Loewe). Nie ma sensu prowadzenie wolnego handlu z krajami, które po cichu chronią swój rynek, pośrednio przyczyniając się do likwidowania miejsc pracy gdzie indziej. Zasada wzajemności wydaje się tu właściwym podejściem. Ale dla ortodoksyjnych wyznawców wolnego handlu nawet tak pragmatyczne postawienie sprawy stanowi herezję.
Obecnie Polska jest niemal wyłącznie krajem oddziałów zagranicznych przedsiębiorstw. A w najlepszym wypadku – dostawcą nisko lub średnio przetworzonych produktów dla zagranicznych marek. Oznacza to niewielkie marże (a więc skromny zysk) oraz łatwą zastępowalność w „globalnym łańcuchu gospodarczym” przez kraje o jeszcze tańszej sile roboczej – czyli stałe zagrożenie jeszcze wyższym bezrobociem.
Celem każdego strategicznie myślącego państwa powinno być unowocześnianie struktury przemysłu. Taka polityka powinna się opierać na tworzeniu dla przedsiębiorstw optymalnych warunków do podwyższania swojej konkurencyjności poprzez różnorakie, dobrze zsynchronizowane instrumenty polityki gospodarczej. Zamieszczona poniżej tabelka stanowi szacunkowe przedstawienie tego, gdzie jako kraj jesteśmy, oraz dokąd powinniśmy dążyć.
Pożądanej struktury przemysłu nie sposób osiągnąć bez osłabienia dominacji neoliberalnej ortodoksji. Zmiany byłyby możliwe w perspektywie dwóch dekad, ale tylko przy zintegrowanej i wielopoziomowej polityce gospodarczej. Potrzebne jest całościowe podejście – od wypracowania mądrej polityki handlowej dla wybranych sektorów po dostęp do kredytowania dla małych i średnich przedsiębiorstw. Do tego dochodzi polityka podatkowa czy usprawnienie sądownictwa orzekającego w zakresie sporów między firmami. Wiele decyzji istotnych dla konkurencyjności przedsiębiorstw nie zapada w Polsce, lecz np. w UE lub WTO. Dlatego elementem polityki zintegrowanej i wielopoziomowej musi być pilnowanie, by polska perspektywa była tam w należytym stopniu brana pod uwagę. Podobnie jak dzieje się to w przypadku interesów innych krajów członkowskich.
Postulat tak pojętego interwencjonizmu nie oznacza, że państwo musi budować fabryki albo nakazywać przedsiębiorstwom państwowym kupowanie wskazanych firm (choć może to robić, gdyż UE nie zabrania państwowej własności). Wykluczone jest też, aby zalecane ustawy wyszły spod pióra jakiejkolwiek partii politycznej. Tego się nie da zrobić bez użycia machiny rządowej: publicznych konsultacji itd. Można natomiast określić realistyczne cele – co Polska powinna osiągnąć za 5, 10 czy 20 lat – i zależnie od nich definiować właściwe instrumenty działania. Na przykład za pomocą, o zgrozo, planów 5-letnich – jak robią to choćby Chiny. Nie chodzi tu o demonizowane praktyki rodem z PRL, lecz o wyznaczenie założeń i celów, które co kilka lat podlegają ewaluacji i ewentualnej korekcie – to normalna praktyka w nowoczesnym policy making. Nie chodzi również o promowanie firm Polaków – priorytetem powinno być tworzenie lepszych miejsc pracy w Polsce. W tym celu potrzebujemy zmiany struktury przemysłu z gorszej, mniej dochodowej i tworzącej nisko płatne miejsca pracy na lepszą i nowocześniejszą. Taki proces zwiększy zamożność Polski i jej stabilność w szybko globalizującej się gospodarce.
| Obecna struktura polskiego przemysłu |
Pożądana struktura polskiego przemysłu |
| Skromna baza instytutów badawczych wyspecjalizowanych w rozwoju, patentowaniu i komercjalizacji zaawansowanych i średnio-zaawansowanych technologii |
Solidna baza instytutów badawczych wyspecjalizowanych w rozwoju, patentowaniu i komercjalizacji zaawansowanych i średnio-zaawansowanych technologii |
| Brak liczących się za granicą polskich marek produkujących zaawansowane technologie (polska marka to taka, której centrala produkcyjna i większość aktywności badawczo-rozwojowych są ulokowane w Polsce; teoretycznie właścicielem może być Marsjanin, byleby powyższe warunki były spełnione) |
Kilka znanych i dużych „flagowych” polskich marek produkujących zaawansowane technologie |
| Importer średnio i wysoko zaawansowanych technologicznie produktów |
Importer surowców i nisko technologicznie zaawansowanych produktów |
| Eksporter surowców, nisko i średnio przetworzonych produktów oraz złożonych w Polsce zaawansowanych technologicznie produktów z importowanych części, na podstawie zagranicznych technologii i patentów |
Eksporter przetworzonych i technologicznie zaawansowanych produktów zaprojektowanych, opatentowanych i skomercjalizowanych w Polsce |
Uogólniony obraz obecnej struktury przemysłu w Polsce i jej stan pożądany.
Jak się „robi” reindustrializację?
Po pierwsze – należy podważyć w Polsce neoliberalny dyskurs i utopię „niewidzialnej ręki rynku”. W rzeczywistości jest to ręka dobrze zorganizowanego lobbingu, wypychającego z rynków nowy i słabszy kapitał z krajów rozwijających się. Dziś jednak sami tradycyjni liderzy technologiczni są spychani do nisz przez budzącą się Azję. Alternatywa, jaką dysponujemy, nie polega wcale na prymitywnym protekcjonizmie ani powrocie do rozwiązań rodem z realnego socjalizmu, jak to demagogicznie przedstawiają akolici neoliberalizmu. Wystarczy zwyczajne unowocześnienie myślenia o przemyśle, polityce przemysłowej oraz jej wpływie na miejsce Polski w świecie. Musimy również odejść od dogmatu bezrefleksyjnej prywatyzacji wszelkiej własności nieprywatnej (państwowej, komunalnej, spółdzielczej itd.), zwłaszcza w sektorach mających specjalne znaczenie strategiczne lub społeczne. W niektórych gałęziach gospodarki lepiej sprawdza się właściciel prywatny, w niektórych państwowy, a w jeszcze innych – spółdzielczy czy komunalny. Mówiąc inaczej, wolny rynek ma swoje ograniczenia i trzeba mieć ich świadomość. W Niemczech czy Szwecji traktuje się jako oczywistość pozostawanie wielu sektorów pod kontrolą państwa. Zła kondycja wielu polskich państwowych spółek nie wynika natomiast z formy ich własności, lecz ze skolonizowania przez politykę, co powoduje merytorycznie mizerny dobór kadry kierowniczej, a w konsekwencji – marne zarządzanie i takież wyniki finansowe.
Po drugie – sama wzmianka decydentów o reindustrializacji Polski wywołałaby dobrze zorganizowaną reakcję obronną beneficjentów obecnej, niekorzystnej struktury przemysłu. Na każdej zmianie ktoś traci. Dlatego dla realizacji programu reindustrializacji niezbędne jest przygotowanie strategii komunikacyjnej.
Po trzecie – należy myśleć o przemyśle całościowo. Decyzje w tym obszarze polityki powinny zapadać w jednym miejscu – inaczej wszystko rozpłynie się w konsultacjach międzyresortowych, sprzecznych interesach, lobbingu itd. Rozdrobnienie decyzyjności to częsty błąd, który poważnie utrudnia zmiany, a wynikający z „terytorialnego” myślenia polityków chroniących swoje „dominia”, które z kolei decydują o zdolności załatwiania posad dla swoich ludzi.
Po czwarte – należy przeprowadzić rzetelny audyt przemysłu w Polsce, aby dokładnie wiedzieć, gdzie jesteśmy ćwierć wieku po zmianie systemu. Przeprowadźmy analizę poszczególnych rynków. Jakie sektory dają nadzieje na rozwój technologiczny Polski? Kto wykonuje badania nad technologiami albo testuje wdrażanie nowych rozwiązań? Czy satysfakcjonuje nas struktura własności przemysłu (udział kapitału polskiego i zagranicznego)? Jakie przedsiębiorstwa mają w Polsce centrale lub ośrodki badawczo-rozwojowe? Czy firmy sumiennie odprowadzają w Polsce podatki od zysku, czy raczej unikają płacenia podatków za pomocą inżynierii finansowej? Jakie są główne bariery dla naszego rozwoju? Czy i w jakich sektorach dochodzi do stosowania praktyk kartelowych i monopolistycznych? Jaką rolę odgrywają w polskiej gospodarce małe i średnie przedsiębiorstwa? Jak wygląda ich relacja z dużymi klientami i dostawcami? Co blokuje dostęp do kredytów dla przedsiębiorstw, zwłaszcza tych mniejszych? Z jakimi patologiami mamy do czynienia na styku instytucji państwa z biznesem? Jaki typ zagranicznego kapitału sprzyja rozwojowi, a jaki zubaża i degeneruje naszą gospodarkę (np. kapitał spekulacyjny inwestowany na giełdzie, kapitał nastawiony na kartelizację sektorów gospodarki, kapitał uniemożliwiający rozwój polskiego kapitału, np. w handlu czy finansach)? Podobne pytania można by mnożyć w nieskończoność, a waga problemu nie pozwala na lekceważenie żadnego z nich. Analiz tego rodzaju nie powinny przeprowadzać zagraniczne spółki doradcze, ponieważ są one zagrożone konfliktem interesów. Analizy dla przemysłu niemieckiego opracowują wyłącznie zaufane niemieckie instytuty lub personel zrzeszeń producenckich (tylko zatrudnieni pracownicy, żadne zlecenia). To dobry wzór do naśladowania.
Dopiero na bazie audytu można zdefiniować cele w odpowiedniej perspektywie. A zdefiniowawszy cele, przejść do pisania lub nowelizowania ustaw czy narzucania sposobu działania instytucjom je wdrażającym. Na końcu pozostaje monitoring realizacji wyznaczonych zadań i wprowadzanie ewentualnych korekt w miarę rozwoju sytuacji.
Polityka horyzontalna i sektorowa reindustralizacji
Polityka ds. przedsiębiorstw powinna składać się z dwóch zsynchronizowanych elementów: horyzontalnego i sektorowego.
Polityka horyzontalna wytyczać powinna ogólne kierunki i zawierać rozstrzygnięcia wspólne dla całego przemysłu. Jej przykładowy zakres obejmowałby takie obszary, jak np. dostęp do finansowania kredytów, synchronizacja polskiego ustawodawstwa z politykami Unii Europejskiej, ustalanie ogólnych kierunków ekonomicznych w relacjach międzynarodowych, polityka względem małych i średnich przedsiębiorstw, ramy podatkowe, postępowania antymonopolowe i antykartelowe, koordynacja polityk sektorowych, synergia między sektorami.
Polityka sektorowa zajmowałaby się natomiast rozwiązaniami dotyczącymi konkretnych sektorów.
Odpowiednio skoordynowane polityki sektorowe i polityka horyzontalna powinny zajmować się wszystkimi głównymi aspektami otoczenia prawnego, które mają wpływ na konkurencyjność przemysłu oraz na jakość i ilość miejsc pracy w Polsce. Odpowiedzialna za politykę przemysłową jednostka rządowa powinna mieć właściwą strukturę (odzwierciedlającą strukturę rynków) oraz blisko współpracować z pozostałymi instytucjami mającymi wpływ na otoczenie ekonomiczne przedsiębiorstw, takimi jak komisje sejmowe, inne ministerstwa, urzędy skarbowe, Państwowa Inspekcja Pracy, agencje zajmujące się różnego rodzaju kontrolami itp.
W dalszych rozważaniach skoncentruję się na najbliższym moim kompetencjom przemyśle produktów inżynieryjnych (zresztą technologie inżynieryjne to ok. 30 proc. wartości dodanej przemysłu krajów rozwiniętych technologicznie), w tym technologii przemysłu obronnego. Przemysł produktów inżynieryjnych to szeroka kategoria, na którą składają się przemysły: maszynowy, elektrotechniczny, elektroniczny i obróbki metalu (od metalowych komponentów, maszyn budowlanych, silników i technologii produkcyjnych po półprzewodniki, telefony komórkowe, komponenty elektroniczne czy sprzęt optyczny). Sektory te należy traktować łącznie, ponieważ znaczna część zaawansowanych technologicznie produktów przemysłowych składa się obecnie z metalu, półprzewodników, silników i komponentów elektronicznych. Wiele produktów ma również wbudowane oprogramowanie oraz wymaga serwisowania po sprzedaży (czyli usług), co regulują odpowiednie umowy z klientami. Wymienione sektory dzieli się z kolei na podsektory, np. technologie energetyczne, maszyny, komponenty elektroniczne, elektronikę konsumpcyjną, sprzęt AGD, technologie informacyjne i komunikacyjne itd.
Trudno dziś ocenić, w jakich sektorach czy podsektorach tkwi potencjał koła zamachowego reindustrializacji Polski. Temu powinna służyć proponowana wcześniej analiza. Zakładam, że do pierwszego miejsca pretenduje dwóch kandydatów: przemysł obronny (czyli de facto technologie inżynieryjne o zastosowaniu militarnym) oraz liczne małe i średnie przedsiębiorstwa sektora inżynieryjnego, które powstały w Polsce po transformacji ustrojowej i odniosły sukces ekonomiczny, takie jak perełki polskiej prywatnej myśli technologicznej: PESA SA, Solaris Bus & Coach SA czy Wilk Elektronik SA.
Przemysł obronny stanowi zapewne jedyny sektor technologiczny w Polsce, który wciąż działa na dość dużą skalę i posiada sporą bazę rozwojowo-badawczą. Jeśli dodamy do tego znaczne plany zakupowe wojska, stanie się jasne, że z pomocą rzetelnego policy making możemy uczynić z niego solidne koło zamachowe polskiej ekonomii.
Małe i średnie przedsiębiorstwa powstały m.in. w następujących obszarach: produkcja software (np. oprogramowanie produktów inżynieryjnych), produkcja komponentów metalowych do maszyn oraz sprzętu kuchennego. Kilka chlubnych wyjątków działa w branży transportowej. W ciągu kilkunastu lat polskie MŚP mogą stać się nowoczesnymi, stabilnymi, międzynarodowymi podmiotami ze sporym „ekosystemem” dostawców. Jedno przedsiębiorstwo, produkujące zaawansowany technologicznie produkt i zatrudniające ok. 200 pracowników, może mieć w swoim łańcuchu dostawczym zakłady zatrudniające kilka tysięcy osób. Gra toczy się więc o sporą stawkę, a inżynieryjne MŚP to potencjalnie kury znoszące złote jaja. Obecna gospodarka oparta na technologiach składa się nie tylko z produktów masowych, ale także z licznych nisz ekonomicznych, co otwiera sporą szansę dla ewentualnych nowych graczy, takich jak Polska.
Jak w praktyce uczynić polski przemysł obronny liderem reindustralizacji?
Warto podkreślić, że Polska wydaje rocznie kilka miliardów złotych na nowe uzbrojenie. To o wiele za dużo, żeby nie myśleć o tych wydatkach perspektywicznie.
Reprezentanci zbrojeniówki deklarują, że ok. 70 proc. pieniędzy trafia do niej, a tylko 30 proc. do zagranicznych kontrahentów. Realnie udział polskich przedsiębiorstw w zyskach jest prawdopodobnie dużo mniejszy, ponieważ nawet jeśli to u nas składa się np. wóz pancerny Rosomak, to kilkadziesiąt procent jego wartości dodanej jest importowane (zwłaszcza technologie – silniki, optyka, elektroniczne komponenty itd.).
Jak zmienić sytuację w polskim sektorze zbrojeniowym na jego i nas wszystkich korzyść? Oto zarys działań, które należałoby podjąć.
Po pierwsze, należy stworzyć grupę zarządzającą całym projektem przebudowy zbrojeniówki, obejmującą ludzi kompetentnych i wpływowych, posiadających silne wsparcie polityczne. Grupa ta zorganizowałaby się z kolei w dwa typy technicznych podgrup. Z jednej strony zespoły zajmujące się wymiarami horyzontalnymi procesu: bariery prawne, otoczenie prawne UE, finansowanie projektu, polonizacja patentów wojskowego uzbrojenia, ich komercjalizacja w polskim przemyśle cywilnym, ochrona przez odpowiednie służby, strategia komunikacyjna, globalne analizy itd. Z drugiej – zespoły do spraw konkretnych produktów.
Ważne, aby z procesu tworzenia strategii działania wyłączyć zagraniczne firmy (zwłaszcza te, które stracą na wzmocnieniu polskiego przemysłu), ponieważ nie są one zainteresowane powodzeniem projektu tego typu. Włączeni powinni być natomiast ewentualni strategiczni partnerzy, najlepiej z krajów zaawansowanych technologicznie, nie za dużych, mających podobne problemy z bezpieczeństwem, dla których Polska może stworzyć efekt skali.
Po drugie, trzeba zidentyfikować wszystkie grupy interesu (w sensie pozytywnym, tzn. grupy, które mają władzę, możliwości i wiedzę) oraz potencjalne ofiary zmian. A następnie umieścić problem w globalnym kontekście – prześledzić światowe trendy i dokonać analizy SWOT (silnych i słabych stron, szans i zagrożeń – dop. red.) polskiego przemysłu. Wizualizacja za pomocą tego rodzaju heurystycznych technik analitycznych to potężne narzędzie w policy making, ułatwiające doprowadzenie do konsensusu.
Po trzecie, konieczne jest zwięzłe zdefiniowanie celu. To bardzo trudne zadanie. Wojsko dąży do maksymalizacji potencjału obronnego kraju i jest mu obojętne, czy sprzęt wyprodukowano w Polsce, czy poza nią. Z kolei polskiemu przemysłowi zależy na maksymalizacji zysku. Do tego dochodzą interesy przemysłu zagranicznego (przejęcie polskiego rynku i maksymalizacja zysku bez konieczności dzielenia się patentami), związków zawodowych (podwyżka zarobków i brak zwolnień), polskich ośrodków badawczo-rozwojowych (implementacja rozwiązań ich autorstwa, nawet jeśli niektóre są kiepskie), polityków rządzących (szybkie i medialne sukcesy), polityków opozycji (krew rządu za wszelką cenę), mediów (skandale do nagłośnienia) itd. Trzeba więc mieć świadomość, że pojawią się liczne konflikty interesów.
Przykładowy zapis celu mógłby brzmieć tak: Długoterminowym celem inwestycji Polski w nowoczesne uzbrojenie jest maksymalizacja krajowego potencjału obronnego i globalnej konkurencyjności polskiego przemysłu obronnego (w tym polonizacji zaawansowanych technologii), rozwój ośrodków badawczo-rozwojowych w Polsce oraz stworzenie platformy napędzającej rozwój i konkurencyjność polskiego przemysłu cywilnego, dającego szansę na tworzenie konkurencyjnych miejsc pracy dzięki cywilnej komercjalizacji wojskowych patentów.
Wokół celu sformułowanego w ten sposób należy wypracować konsensus polityczny, aby nie był on co kilka lat podważany i demontowany. Na jego bazie należy ponadto spisać wizję projektu (vision paper). Warto podkreślić, że ewentualny sukces przyniesie dopiero co najmniej dekada ciężkiej, systematycznej pracy.
Po czwarte, zdefiniowany cel trzeba poprzeć konkretnymi liczbami, aby umożliwić dokonywanie koniecznej co kilka lat ewaluacji procesu i formułowanie ewentualnych korekt do wcześniejszych założeń. W praktyce okazują się one często niedokładne, gdyż okoliczności się zmieniają – nie jest to jednak powodem do wstydu, lecz zwykłą częścią policy making. Jeden z celów, jakie można by wyznaczyć, to 70 proc. wartości dodanej wytwarzanej w oparciu o polskie patenty, w tym przynajmniej 50 proc. w oparciu o zaawansowane technologie.
Po piąte, stworzenie kilku projektów pilotażowych pomogłoby zdobyć niezbędne doświadczenia, a także przetestować i skorygować plany. Jako pilotażowe produkty powinno dobrać się takie, których armia będzie potrzebować długoterminowo (oraz, rzecz jasna, możliwe do wykonania przez polski przemysł).
Po szóste, niezbędne jest zorganizowanie wokół każdego projektu pilotażowego platformy na poziomie eksperckim, z udziałem przedstawicieli rządu, wojska, przemysłu, politechnik etc. To ta platforma będzie zarządzała projektem na poziomie technicznym, komunikowała się z platformą polityczną oraz z odpowiednimi instytucjami (np. dostawcy, ośrodki badawczo-rozwojowe itd.).
Siódmy element to ewaluacja każdego projektu pilotażowego za pomocą osobnych kryteriów, istotnych z punktu widzenia wyznaczonych celów. Platforma każdego projektu musiałaby zatem zdefiniować czynniki szczególnej wagi dla pilotowanego przedsięwzięcia.
Kluczowa dla powodzenia projektu będzie wymiana zagranicznych technologii na takie, które kontrolowane są – zarówno od strony produkcyjnej, jak i patentowej – przez firmy działające w Polsce. Na dokonanie tego rodzaju operacji nie ma jednej dobrej metody, bo zagraniczni producenci broni zazdrośnie strzegą swych sekretów.
Można się jednak pokusić o ogólne zasady:
- wiedzmy, czego chcemy, żeby właściwie negocjować. Można, czytając prasę, onieść wrażenie, że porażka offsetowa podczas zakupu F-16 wynikała z uległości strony polskiej względem USA, braku odpowiedniego przeszkolenia w prowadzeniu negocjacji (w tym z wytrzymywania presji negocjacyjnej) oraz z braku jasno ustalonych priorytetów;
- przyjrzyjmy się skandynawskiemu rynkowi uzbrojenia: Szwecja, Norwegia czy Finlandia to małe kraje, ale technologiczni giganci. O ile dla Stanów Zjednoczonych jesteśmy malutkim rynkiem, o tyle kraje skandynawskie traktują nas jako poważnego klienta z dużą siłą negocjacyjną – można więc z nimi wynegocjować lepsze umowy czy wręcz partnerstwo. Państwa te podzielają polskie obawy związane z rozwojem sytuacji na Ukrainie, więc mają polityczny interes we wzmacnianiu polskiej armii;
- rozmawiajmy z MŚP w krajach zaawansowanych technologicznie. Produkują one nowoczesne produkty, często lepsze od wytwarzanych przez gigantów, jednak ci ostatni wypychają je z rynków. Można też oferować zlecenia zagranicznym ośrodkom badawczo-rozwojowym, a w kontrakcie zastrzec własność patentu lub otwarcie oddziału w Polsce z mieszanym kapitałem.
Podsumowując, należy: zapewnić solidne polityczne wsparcie projektowi; zastosować właściwą metodologię; stworzyć platformę projektu; wypracować cele projektu i jego wizję; zorganizować projekty pilotażowe służące udoskonaleniu metodologii i zdobyciu doświadczenia; we właściwym czasie uruchamiać kolejne projekty; poświęcić szczególną uwagę na przepływ know-how do polskiego przemysłu obronnego, a następnie do cywilnego; zintensyfikować współpracę z krajami skandynawskimi; odpolitycznić zarządzanie spółkami sektora obronnego.
Mimo sporego znaczenia określania celów w liczbach i procentach, nie wolno ich absolutyzować. Służą one wytyczaniu kierunków, ale planowanie gospodarcze to nie nauka ścisła. Należy się kierować elastycznością i zdrowym rozsądkiem.
Jak pracować nad konkurencyjnością MŚP sektora inżynieryjnego?
Sytuacja małych i średnich przedsiębiorstw przemysłowych jest trochę inna aniżeli sektora obronnego, który w zasadzie ma wszystko – od sporych zleceń i pewnego rynku po solidne wsparcie budżetowe, zdolność wytwarzania całych produktów i ośrodki badawczo-rozwojowe (OBR).
Tymczasem większość sektora inżynieryjnego po 1989 r. albo zbankrutowała, albo została wrogo przejęta przez zagraniczne firmy, co ograniczyło ich samodzielny byt i w zasadzie zakończyło działalność prywatnych działów badawczo-rozwojowych. Umowy prywatyzacyjne nie zapewniły im kontynuacji, jak miało to miejsce np. w byłym NRD. Poza sektorem obronnym baza naukowo-badawcza przemysłu inżynieryjnego ogranicza się dziś do politechnik.
Proces wzmacniania konkurencyjności MŚP powinno się zacząć od analizy sektora oraz identyfikacji polskich firm wykazujących innowacyjność, wytwarzających zaawansowane technologicznie produkty lub usługi, a także prowadzących działalność badawczo-rozwojową lub zamawiających ją.
Jak wesprzeć polskie MŚP? W Austrii funkcjonuje chociażby program Leitbetriebe (Przedsiębiorstwa Wiodące), wspierający najlepsze firmy. UE funduje zaś takie projekty jak Lead Markets Initiative (Inicjatywa Rynków Wiodących) czy Key Enabling Technologies (Kluczowe Technologie). Wszystkie te inicjatywy mają na celu wspieranie podmiotów działających na rzecz rozwoju „rynków przyszłości”, takich jak energia odnawialna, mikroelektronika czy materiały zaawansowane. Warto je krytycznie obserwować i z niektórych rozwiązań brać przykład, bo wiele szlaków zostało już przetartych. Warto zachęcać polską stronę do aktywnego udziału w tych projektach. Oczywiście polska platforma nie byłaby w stanie od początku działalności opierać się na tak zaawansowanych technologiach, ale trzeba zacząć od tego, co osiągalne. Nie warto dzielić i tak skąpych środków na badania czy innowacje między wszystkie firmy sektora. Albo przedsiębiorstwo wykazuje innowacyjność, albo nie. Dotacje nie pobudzą innowacyjności tam, gdzie nie ma dla niej potencjału. Stąd rozlewanie jak konewką takich funduszy „po równo” dla wszystkich jest ich zwyczajnym marnotrawieniem.
UE, której prawodawstwo w znacznej mierze przekłada się na regulacje polskiej gospodarki, promuje zasadę Think Small First (Najpierw myśl na małą skalę). W imię tej zasady pozwala się na różne wyjątki od antyetatystycznych zapisów prawa unijnego, np. jeśli chodzi o subwencje dla MŚP. Ułatwia to stymulację rynku za pomocą wszelakich bodźców, co nie powinno stanowić celu samego w sobie, ale wypada o tym wiedzieć, zwłaszcza że polskie firmy to głównie MŚP. W rozwijanym projekcie można się oprzeć na powyższej zasadzie.
Prawo UE nie pozwala natomiast na klasyczny protekcjonizm. Nie dopuszcza więc dzielenia firm – na poziomie prawa krajowego – na polskie i niepolskie. Wobec tego jedyną metodą wspierania rodzimej przedsiębiorczości pozostaje użycie alternatywnych kryteriów: wielkości obrotu, udziału w lokalnym rynku itd.
Po zidentyfikowaniu wyróżniających się MŚP i uzyskaniu od nich informacji zwrotnej o chęci udziału w projekcie należałoby stworzyć platformę nim zarządzającą. Powinna składać się z reprezentantów rządu, wyselekcjonowanych polskich firm, polskiego sektora bankowego, struktur samorządów, w których firmy są zgrupowane, ośrodków badawczo-rozwojowych, politechnik itp. Nie istnieje obiektywnie właściwy schemat działania. Wypracować da się go jedynie w konstruktywnym dialogu, z wzięciem pod uwagę specyficznych warunków lokalnych. Na sukces projektu składają się następujące elementy:
- Współfinansowanie z funduszy państwowych projektu badawczego wraz z komercjalizacją i opatentowaniem rozwiązań.
- Dofinansowanie przez budżet ośrodków badawczo-rozwojowych celem obsłużenia konkretnych zamówień MŚP.
- Pomoc państwa w zakupie zagranicznych licencji.
- Analiza sektora w skali globalnej, służąca obraniu właściwej strategii.
- Wsparcie dla polskich podmiotów w ubieganiu się o granty badawcze UE. Kształtowanie rynku polskich przetargów celem ułatwienia absorpcji rozwijanych w Polsce technologii przez rynek i tym samym tworzenia dobrych miejsc pracy. Zagadnienie to wymaga dokładnej analizy zgodności z prawem unijnym.
- Przedstawienie rządowi rekomendacji w kwestii kształtowania istotnych dla grupy polityk UE.
- Zmniejszenie nieścisłości prawnych blokujących krajowy rozwój technologii.
- Zachęty podatkowe promujące badania i rozwój.
- Współpraca z polskim sektorem obronnym celem transferu technologii do polskiego przemysłu cywilnego i otrzymywania zleceń w projektach zbrojeniowych.
- Wspieranie ekspansji zagranicznej wybranych MŚP.
- Organizacja kursów uczących, jak profesjonalnie zarządzać platformami technologicznymi na poziomie regionalnym.
- Wypracowanie z bankami propozycji w zakresie innowacyjnych instrumentów finansowych pomocnych dla rozwoju MŚP i ośrodków badawczo-rozwojowych.
- Współpraca z politechnikami na rzecz lepszej edukacji inżynierów oraz poprawienia oferty badawczej na potrzeby MŚP.
- Zachęty dla zagranicznych MŚP na rzecz lokowania działalności w Polsce, np. poprzez otwarcie rynku w sektorach kontrolowanych przez państwo. Silne w badaniach i rozwoju MŚP chętnie podejmą działalność tam, gdzie w mniejszym stopniu grozi im konkurencja ze strony większych pomiotów.
Projekt musi cechować całościowe podejście, z wzięciem pod uwagę każdego istotnego elementu konkurencyjności danego sektora. Nie ma sensu inwestować pieniędzy i czasu w sektor, w który inwestują też inni (a przynajmniej działać bez uwzględnienia tego faktu).
Tego rodzaju działania można podjąć także w sektorach innych niż inżynieryjny. Chociażby w sektorach energetycznym, chemicznym, transportu kolejowego i miejskiego, rafineryjnym czy górniczym. Państwo posiada w nich znaczne udziały, co może ułatwić współpracę rozwojową. Co więcej, sektory te wydają miliardy na zakup technologii, które, czerpiąc wzór z liderów technologicznych, niekoniecznie musimy kupować za granicą, jeśli polskie firmy zapewniają odpowiednią jakość. Tym samym fakt zakupu pociągu Pendolino, a nie taboru z PESA SA, albo wybór – na etapie wstępnej edycji – chińskich autobusów elektrycznych w Warszawie, a nie pojazdów polskiego Solarisa, jest, delikatnie mówiąc, brakiem szacunku dla polskich pracowników, wyborców i przedsiębiorców. Jest to również świadectwo ewidentnego rozminięcia się politycznej praktyki z interesem ekonomicznym Polski.
Metodologia projektu wygląda mniej więcej podobnie do sugestii względem przemysłu zbrojeniowego opisanych wcześniej. Choć oczywiście inny cel oznacza inne instrumenty.
Propozycje zawarte w tym artykule to tylko zarys ogólnego kierunku. Tak jednak postępują dziś nowoczesne państwa. Aby pchnąć polski przemysł technologicznie do przodu, państwo musi podjąć rolę koordynatora, wygospodarować pieniądze i usprawnić prawo, gdyż dezindustrializacja zaszła przez ostatnie 25 lat zbyt daleko, aby to stało się samo. Jak zresztą widać na poniższym wykresie, Polska ma ciągle dużo mniejsze inwestycje w badania i rozwój niż inne kraje europejskie.

Wydatki na badania i rozwój w latach 2002–2012 jako procent Produktu Krajowego Brutto (Źródło: Eurostat).
Niewielki wzrost tych wydatków w ostatnich latach po części można tłumaczyć funduszami unijnymi. To właśnie skutek błędów przeszłości. Brak aktywnej roli państwa będzie powodował dalszy dryf w kierunku statusu pustyni technologicznej. Globalnej konkurencji będzie się to bardzo podobać.
Alternatywa? Zdobądźmy doświadczenie poprzez projekty pilotażowe. Bądźmy cierpliwi, bo na efekty przyjdzie poczekać ładnych paręnaście lat. Wymagajmy od polityków ponadpartyjnego konsensusu w kwestii tego, co służy długofalowemu interesowi Polski.
przez Marcin Giełzak | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Niektórzy – jak brytyjski „The Guardian” – nazywają crowdfunding kapitalizmem dla 99% społeczeństwa. Inni określają go jako realizację ideału społecznej (i społecznościowej) gospodarki rynkowej. Jeszcze inni twierdzą, że to przejaw kooperatyzmu przyszłości. Wszystkie te opinie mówią nam więcej o ludziach, którzy je sformułowali, niż o samym zjawisku. Nie da się jednak nie zauważyć, że łączy je pewien wspólny mianownik: wszystkie widzą w finansowaniu społecznościowym przełom gospodarczy i kulturowy.
Czym jest crowdfunding?
Crowdfunding, finansowanie społecznościowe lub dosłownie: „finansowanie przez Tłum” to fenomen relatywnie nowy. Początki społecznościowej rewolucji w cyfrowej gospodarce sięgają roku 2006. Szlaki przetarł crowdsourcing, czyli proces wykorzystywania potencjału rozproszonych, indywidualnych dostawców (Tłumu) oferujących pracę, pomysły, treści i rozwiązania. Nie trzeba było wiele czasu, aby tę samą metodę zaczęto wykorzystywać do zbierania funduszy. Zamiast zabiegać o 50 tys. złotych u jednego człowieka (inwestora), można przekonać tysiąc osób (Tłum), aby wpłaciły po 50 złotych.
Tłum, o którym tu mowa, można określić mianem cyfrowego, inteligentnego albo po prostu Tłumu 2.0. Cechuje go łatwość w korzystaniu ze zdobyczy nowoczesnych technologii, brak zaufania tak do państwa, jak i do mechanizmów rynkowych, przywiązanie do wartości takich jak niezależność, dobrowolność, nieskrępowana kreatywność. Przypisać można mu także przedkładanie współpracy nad rywalizację, dobra interesariuszy nad zysk akcjonariuszy, spontanicznie tworzonych więzi nad ścisłe hierarchie. To właśnie Tłum 2.0 – jako społeczność projektodawców i osób wspierających – stanowi zbiorowy podmiot crowdfundingu. Przestrzenią jego aktywności są zaś tzw. platformy crowdfundingowe – swoiste agregatory projektów, a zarazem pośrednicy w relacji, jaka zachodzi między projektodawcą a wspierającymi go internautami. Ich zadaniem jest udostępnić przestrzeń, w której twórca produktu, usługi czy dzieła zaprezentuje swoją ofertę oraz uzbroi ją we wszystkie funkcjonalności pozwalające dokonywać wpłat, zamieszczać aktualizacje i komentarze, kontaktować się z projektodawcą itd. Oprócz tego platformy często biorą na siebie rolę doradców, oferujących pomoc przynajmniej na etapie wprowadzenia projektu na serwis. Bywa, że idą o krok dalej, proponując także wsparcie przy promocji projektu, kontaktach z mediami czy podwykonawcami, trzeba jednak pamiętać, że inicjatyw idą setki, a moce przerobowe pracowników platform są ograniczone.
Crowdfunding prowadzi do usunięcia pośredników między twórcą a odbiorcą oraz do zdemokratyzowania relacji panujących na wolnym rynku. Projektodawca angażujący się w kampanię crowdfundingową musi dostosować ofertę i sposób komunikacji do potrzeb Tłumu, bo to do niego zwraca się o pieniądze i przez niego będzie rozliczany z ich rozdysponowania. W praktyce oznacza to, że twórca gry komputerowej odpowiada przed graczami, autor książki przed czytelnikami, inicjator akcji dobroczynnej przed darczyńcami, organizator konferencji przed jej uczestnikami itd. W tym dwustronnym układzie nie ma miejsca dla sponsorów czy grantodawców. Kapitał społeczny odgrywa tu większą rolą niż ten odłożony na koncie bankowym, wsparcie społeczności znaczy więcej niż poparcie lobbies, kreatywność silniej decyduje o sukcesie lub porażce niż kreatywna księgowość.
Mechanizm finansowania przez Tłum
Mechanizm crowdfundingowy jest prosty i intuicyjny – m.in. w tym tkwi przyczyna jego popularności. Tłum wspiera dany projekt wpłatami, w zamian za co każdy z wpłacających otrzymuje określone świadczenie zwrotne. Czasami działa to na zasadzie prostej przedsprzedaży, innym razem pomaga realizować szczytne cele społeczne, a bywa i tak, że chodzi jedynie o dobrą zabawę.
Ryzykując pewne uproszczenie, etapy kampanii finansowania przez Tłum należałoby rozpisać następująco: po pierwsze – projektodawca opisuje cel prowadzonej przez siebie akcji (produkt, usługa, dzieło artystyczne, wydarzenie itd.). Po drugie – przedstawia on gratyfikacje, jakie oferuje w zamian za wsparcie pieniężne. Każdej z nagród przypisana jest określona z góry „cena”, czyli kwota, jaką trzeba uiścić poprzez internetowy system płatności, aby ją otrzymać po zakończeniu kampanii. Ilość, jakość i rodzaje nagród zależne są wyłącznie od możliwości i inwencji właściciela projektu. Mogą to być świadczenia symboliczne (np. podziękowanie listowne), rzeczowe (np. płyta z muzyką), usługowe (np. warsztaty) lub odwołujące się do tzw. marketingu doświadczeń (np. obiad z twórcą). Wspierający mogli m.in. pojawić się jako statyści w filmie Spike’a Lee albo jako postać w grze komputerowej, otrzymać dożywotnią wejściówkę na szkolenia prowadzone przez jedną z fundacji lub pojechać na imprezę do Nowego Jorku, wziąć udział w koncercie artysty, którego wsparli, albo zobaczyć swoje nazwisko w książeczce załączonej do jego najnowszego albumu.
Krok trzeci to sama kampania: promocja i komunikacja, informowanie i zabieganie o wsparcie. Akcja crowdfundingowa nigdy nie może być pozostawiona samej sobie. Walczyć trzeba o każdy datek, jeśli bowiem nie udałoby się uzyskać zadeklarowanej przed kampanią kwoty, wszystkie wpłaty wrócą bezpiecznie do wspierających. Dobra wiadomość dla projektodawcy jest jednak taka, że gdyby uzyskał np. 368% sumy zadeklarowanej jako minimalna, może te pieniądze zatrzymać. Etap czwarty zaczyna się ostatniego dnia kampanii (najczęściej trwają one od 30 do 45 dni) – jest to czas realizacji projektu. System płatności przekazuje pieniądze z wpłat projektodawcy, ten zaś rozpoczyna prace nad wysyłaniem nagród i wywiązaniem się z celów wyłożonych w toku kampanii.
Kogo wspiera Tłum?
Istotę wszystkich motywacji i mechanizmów, które składają się na fenomen finansowania przez Tłum, najlepiej wyjaśnić, omawiając konkretne przykłady. Za jedną z wzorcowych kampanii zorganizowanych zupełnie oddolnie, niewielkim nakładem sił i środków, uznajemy projekt Ghost, z powodzeniem sfinansowany w ubiegłym roku na Kickstarterze – jednej z najpopularniejszych platform crowdfundingowych. Ghost to serwis służący do przygotowania i zarządzania blogami, stworzony przez wieloletniego pracownika popularnego WordPressa, Johna O’Nolana.
Geneza Ghost tkwi w ostatnich miesiącach, jakie twórca spędził w dawnej pracy, dochodząc do wniosku, że WordPress to już tylko biznes, zainteresowany głównie współpracą z korporacjami. Dojrzewając do decyzji o odejściu, O’Nolan snuł plany na przyszłość. Temu projektodawcy marzył się powrót do korzeni, do traktowania blogosfery jako obszaru dzielenia się pasją, wiedzą, wewnętrznymi przeżyciami, a nie kolejnego pasa transmisyjnego dla komunikacji marketingowej wielkich firm. Z taką myślą stworzył on zestaw nagród obejmujący szereg narzędzi pomagających tworzyć strony blogowe, w którym coś dla siebie znajdą zarówno zupełni laicy, jak i profesjonalni webdesignerzy. Wspierając ten projekt, można było uzyskać rozliczne wtyczki, motywy, dokumenty zawierające porady techniczne, a nawet dostęp do serwerów i domen. Monopolista WordPress z dnia na dzień musiał stanąć wobec poważnego rywala.
Przy całej swojej fachowości O’Nolan pokazał, że nie jest pozbawiony poczucia humoru i wyczucia ironii. Jedną z nagród, wycenioną na 3 tys. dolarów, było wytatuowanie sobie przez projektodawcę logo WordPressa (w rozmiarze odcisku kubka do kawy). Rękojmię stanowiłby tutaj filmik uwieczniający proces tatuowania. Szczęśliwie dla projektodawcy nikt akurat tej nagrody nie wybrał. Pozostałe jednak sprzedawały się lepiej niż dobrze. Minimalną wysokość poparcia, od której cel byłby realizowalny, ustalono na 25 tys. dolarów. Kwotę przekroczono wielokrotnie, pozyskując ostatecznie prawie 200 tys. dol. Ghost był projektem średniej wielkości. Widać to w sposób jaskrawy, jeśli zestawimy go z 10 mln dolarów na zegarek Pebble, 8,5 mln na konsolę do gier Ouya czy 5 mln na film „Veronica Mars”.
Nad Wisłą największe sukcesy święciły projekty związane z szeroko rozumianą rozrywką oraz przedsięwzięcia animujące życie większych społeczności. Gra planszowa „Pan Lodowego Ogrodu” uzyskała 124 tys. złotych. Fundacja Cohabitat sfinansowała dwa wydarzenia – Gathering (98 tys. zł) oraz MAKE (86 tys.). W chwili, gdy piszemy te słowa, trwa kampania mająca zebrać środki na wskrzeszenie legendarnego pisma o grach, anime i kulturze cyfrowej „Secret Service”. Choć do końca akcji pozostał prawie miesiąc, organizatorzy już uzyskali 150 tys. złotych. Jedną z najgłośniejszych kampanii było „X dni do Soczi”. Poprzez swoje zaangażowanie finansowe polski Tłum pomógł stworzyć warunki treningowe dla naszych sportowców przed igrzyskami w Rosji. Wśród nagród były m.in. koszulki i zdjęcia z autografami, zaproszenia na imprezę charytatywną czy osobisty trening z polskimi olimpijczykami. Warto jednak śledzić także zbiórki mniejsze, lecz niezwykle cenne z punktu widzenia beneficjentów. Należy do nich np. projekt Lokaj USOS-a (5,5 tys. złotych), dzieło warszawskiego matematyka, który wydatnie uprościł i usprawnił działanie zmory, jaką dla żaków i pracowników akademickich stanowiły dotąd Uniwersyteckie Systemy Obsługi Studenta.
Coś więcej niż biznes
Ważnym obszarem sporu jest – i najpewniej pozostanie jeszcze przez jakiś czas – problem relacji łączących projektodawców z biznesem, szczególnie z tzw. wielkimi koncernami. To zarówno szansa, jak i zagrożenie dla finansowania przez Tłum. Szansa, ponieważ potencjalnie zwiększa ilość udanych zbiórek (wartościowsze nagrody, sprofesjonalizowany proces marketingu i logistyki itd.). Zagrożenie – wizja „rządów marketerów i pijarowców” w kampaniach crowdfundingowych, które przyjmą postać starannie wyreżyserowanych, bezideowych, przepłaconych akcji promocyjnych, nie mających nic wspólnego z oddolną, demokratyczną istotą finansowania przez Tłum. Nie ma formalnych ani praktycznych przeszkód, aby korporacyjni mecenasi dogadywali się z góry z projektodawcami, że dorzucą się do zbiórki. Słowem – nie ma żadnej pewności, że nie będą oni ustawiać zbiórek. Tego rodzaju inwestycja może mieć sens z punktu widzenia wielkiego biznesu: w końcu budują w ten sposób wizerunek firmy zaangażowanej i nowoczesnej, wyczulonej na potrzeby klienta, pomagającej realizować projekty, które Tłum obdarzył zaufaniem. Kolejny rekord wsparcia to przecież doskonałe publicity. Układ taki tym bardziej ma sens z punktu widzenia projektodawcy, któremu bardziej niż na czymkolwiek innym zależy przecież, aby jego kampania zakończyła się powodzeniem. Nie inaczej widzą ten problem platformy crowdfundingowe.
Relacje z biznesem szczęśliwie nie muszą wyczerpywać się na formule mecenatu. Projektodawca potrzebuje przecież dostępu do sieci dystrybucji, zaplecza produkcyjnego, wsparcia prawniczego, księgowego czy IT – wszystkiego tego, co firmy mogą z łatwością zapewnić. Na tym czy innym etapie większość weteranów największych kampanii musi uścisnąć rękę diabłu. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby robili to z pozycji siły. Pieniądze, które otrzymają od Tłumu, i uzyskana w ten sposób pozytywna weryfikacja projektu, powinny dać im silną pozycję w negocjacjach i szeroki zakres biznesowej (artystycznej, ideowej, etc.) swobody.
Każda zbiórka crowdfundingowa zawiera w domyśle obietnicę, że jej organizator odpowiada przede wszystkim przed Tłumem wspierających. To ich interes jest najważniejszy. Myśląc więc o promocji i nagrodach, celach i cenach, projektodawca powinien wziąć pod uwagę fakt, jak odbierze to Tłum, nie zaś czy spodoba się to sponsorowi. Łączenie wsparcia biznesu z crowdfundingiem staje się jeszcze trudniejsze, gdy kampanię prowadzi organizacja pozarządowa. W ich przypadku sama decyzja o podparciu się crowdfundingiem często podyktowana jest chęcią uniezależnienia się od grantów i skomplikowanych procedur z nimi związanych lub od firm i ich CSR-owej otoczki. Jest więc rzeczą kluczową, aby nie wpaść z deszczu pod rynnę i nie używać mechanizmu finansowania społecznościowego na zasadach podyktowanych przez sponsorów.
Jednym z wyjść z tego impasu mógłby być tzw. match pledge, czyli publiczne przyrzeczenie firmy, że podwoi każdą złotówkę wpłacaną przez Tłum. W ten sposób to nadal społeczność decyduje o tym, czy kampania się powiedzie, projektodawca cieszy się wyższymi wpłatami, firma natomiast odnosi korzyści wizerunkowe i wzmacnia relacje z organizatorem zbiórki na poczet przyszłej współpracy w obszarze dystrybucji czy promocji.
Kolejne zagrożenie tkwi w samej społeczności wspierających, w Tłumie. W ostatnich miesiącach doniesienia poświęcone crowdfundingowi zdominowała absurdalna akcja, którą rozpoczął Amerykanin Zack Danger Brown, zbierający na… sałatkę ziemniaczaną. Jak dotąd mieszkaniec Ohio uzbierał ponad 50 tys. dolarów. Brown, który w rubryce „cel” wpisał: chcę zrobić sałatkę ziemniaczaną, nie zdecydowałem jeszcze jaką dokładnie, a w dziale „ryzyko i zagrożenia”: może nie być zbyt dobra, to moja pierwsza sałatka, traktował całą sprawę jako prowokacyjny wygłup. W dobie Internetu niewiele jednak potrzeba, by tego typu informacja obiegła cały świat. Oprócz portfeli rozbawionych ludzi, przed Brownem otworzyły się studia telewizyjne i łamy szacownych czasopism. Główny bohater całej afery wydawał się zakłopotany sensacją, którą wywołał. W tym samym czasie, na tej samej platformie, z powodzeniem sfinansowano wartościowy projekt Reading Rainbow – przedsięwzięcie mające na celu walkę z problemem funkcjonalnego analfabetyzmu wśród ubogich dzieci. Ponad 5,5 mln dolarów zebranych przez LeVara Burtona posłuży stworzeniu internetowej i mobilnej infrastruktury, dzięki której każdy nauczyciel czy rodzic będzie mógł wspierać naukę czytania i promować czytelnictwo wśród najmłodszych. Mimo entuzjastycznych tekstów w „Vanity Fair”, „Gizmodo” czy na stronach Smithsonian Institution akcję tę przyćmił niestety wygłup z sałatką.
Jeśli egotyzm i kultura spektaklu (albo wręcz wygłupu) zdominują platformy crowdfundingowe, można sobie wyobrazić, że pokusa wcielenia tego mechanizmu do repertuaru działań z zakresu PR/marketingu raczej się wzmocni, niż osłabi. Taki los spotkał już wcześniej inne branże, m.in. muzyczną i filmową, skazane na równanie do najniższego wspólnego mianownika. Jak zły pieniądz wypiera dobry, tak złe finansowanie może wziąć górę nad lepszym. Stanisław Lem nie mylił się, gdy stwierdzał, że im dane medium doskonalsze, tym głupsze treści będą za jego pomocą przemycane. Przeciętny człowiek będzie słyszał wtedy o crowdfundingu głównie w kontekście kolejnych prób tworzenia medialnego szumu przez jakąś firmę lub osobę. Trudno sobie wyobrazić, aby finansowanie przez Tłum nadal mogło wtedy przyciągać rzesze ludzi zorientowanych na bezinteresowną pomoc czy idealistów takich jak Burton. Gdyby ten scenariusz miał się spełnić, crowdfunding należałoby wymyślić na nowo.
przez Marceli Sommer | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014, Wywiad - kwartalnik
– Jaka jest dziś kondycja polskiego społeczeństwa obywatelskiego oraz jego rzeczywistej bądź domniemanej emanacji, czyli tzw. trzeciego sektora? Jak ma się rzeczywistość do ideału społeczeństwa aktywnego i podmiotowego?
– Grażyna Piechota: Społeczeństwo obywatelskie w Polsce jest wciąż bardzo słabe. Jak wynika z cyklicznie przygotowywanej „Diagnozy Społecznej”, sytuacja ta od wielu lat praktycznie się nie zmienia. Minimalna poprawa na poziomie pojedynczych wskaźników, takich jak ocena zachowań aspołecznych, np. niepłacenia podatków, kradzieży prądu czy jeżdżenia na gapę, wynika z rosnącego poziomu edukacji Polaków, wzrostu ich kompetencji społecznych i obywatelskich. Polacy wciąż nie są jednak zainteresowani tworzeniem dobra wspólnego, nie postrzegają tej wartości jako czegoś ważnego. Nie widzimy związku między jakością własnego życia a aktywną postawą i świadomością obywatelską. Widać to doskonale na przykładzie frekwencji wyborczej. Wciąż ponad połowa uprawnionych dokonuje politycznego samowykluczenia, nie biorąc udziału w wyborach, a zatem nie przyjmując odpowiedzialności za kierunek naszego rozwoju i związany z nim poziom życia. Szczególnie rażąco ta abdykacja z zaangażowania w życie wspólnoty przejawia się na poziomie lokalnym, gdzie podejmowane są najważniejsze decyzje kształtujące jakość życia mieszkańców. A sięgając jeszcze niżej, znakomicie widać ją choćby na przykładzie frekwencji podczas zebrań wspólnot mieszkaniowych, w których średnio bierze udział ok. 10–15 proc. mieszkańców.
Inny problem, jaki dostrzegam, to rosnący strach przed wyrażaniem opinii i przyjmowaniem postaw krytycznych, kontestujących rzeczywistość. Zdarza się, że jednostki, które sprzeciwiają się różnym patologiom, ponoszą dotkliwe konsekwencje bycia aktywnym – zyskują opinię „wichrzycieli”, tracą pracę lub możliwości awansu itp. Pomimo nieznacznego wzrostu poziomu kompetencji społecznych i obywatelskich, wielu Polaków nadal nie zna swoich praw i nie przestrzega obowiązków – i jest to niestety postawa szeroko akceptowana. Coraz bardziej powszechne staje się natomiast przejawianie aktywności obywatelskiej w rzeczywistości wirtualnej. Internauci korzystają z możliwości finansowania społecznościowego (crowdfundingu), wyrażają w Sieci swoje niezadowolenie, angażują się w projekty polityczne, ekonomiczne czy ekologiczne. Często biorą też udział w przedsięwzięciach wykraczających poza granice kraju czy wręcz globalnych. Trzeci sektor ulega tymczasem stopniowej profesjonalizacji.
– To dobrze czy źle?
– Skutki profesjonalizacji działalności pozarządowej są ambiwalentne. Z jednej strony mamy z pewnością do czynienia ze wzrostem kompetencji osób zaangażowanych w działalność trzeciego sektora, co przekłada się na coraz efektywniejsze funkcjonowanie organizacji, sprawniejsze procesy komunikowania się ze społeczeństwem oraz poprawę standardów współpracy z administracją publiczną. Z drugiej strony profesjonalizacja w pewnym stopniu niestety zabija społecznikostwo i spontaniczność, które były dotąd niezbywalnymi atrybutami działalności organizacji oddolnych. Ich miejsce zastępuje w coraz większym stopniu świadome zarządzanie emocjami otoczenia, tak aby organizacja mogła skutecznie realizować swoje działania.
– Z czego wynikają te przemiany?
– Ważną rolę odegrało z jednej strony wprowadzenie nowych regulacji dotyczących działalności pożytku publicznego w 2003 r., które m.in. unormowały status wolontariuszy oraz wyodrębniły spośród ogółu organizacji pozarządowych (NGO) grupę organizacji pożytku publicznego (OPP). Z drugiej strony istotną rolę odegrało wprowadzenie możliwości finansowania tych organizacji jednoprocentowym odpisem z PIT. Wymusiło to na OPP, które chciały ubiegać się o tego typu finansowanie, projektowanie profesjonalnych kampanii społecznych i innych działań komunikacyjnych skierowanych do opinii publicznej, a to z kolei wiązało się ze zwiększonym zainteresowaniem mediów. Jednocześnie pojawiły się także liczne konkursy grantowe, które stawiają przed organizacjami ubiegającymi się o fundusze daleko idące wymagania formalne. Zmiany te przyczyniły się do zaistnienia OPP na szerszą skalę w świadomości społecznej. Jeśli chodzi o gotowość obywateli do angażowania się w ich działania, wciąż jednak są to zmiany nieznaczne, a stan rzeczy odległy od tego, który moglibyśmy określić mianem aktywnego społeczeństwa obywatelskiego.
Polskie NGO swoimi działaniami oraz przyjętymi strategiami komunikacyjnymi także nie przyczyniają się do zmiany postaw dominujących wśród Polaków.
– Jak to?
– Najczęściej spotykane w sferze publicznej przekazy NGO nastawione są przede wszystkim na oddziaływanie na emocje odbiorców – zwykle po to, aby skłonić ich do wsparcia działań określonej organizacji. Brakuje natomiast w tych przekazach zabiegów na rzecz zwiększania kompetencji społeczeństwa, objaśniania długofalowych zadań i celów, jakim służą organizacje pożytku publicznego. Bez takich działań trudno sobie tymczasem wyobrazić możliwość formułowania racjonalnych oczekiwań społecznych wobec NGO. Koncentrowanie się wyłącznie na doraźnych celach – a takie intencje przyświecają wielu organizacjom w ich działaniach komunikacyjnych – powoduje, że ludzie nierzadko wspierają przedsięwzięcia społeczne bez zrozumienia ich, dociera do nich bowiem tylko ten powierzchowny emocjonalny przekaz. Konkurencja między organizacjami odbywa się zatem bardzo często nie w oparciu o merytoryczne argumenty i realne osiągnięcia, ale o to, kto lepiej w sensie marketingowym zaprojektuje działania promocyjne.
– Jak ocenia Pani system finansowania organizacji pozarządowych w Polsce? Jak wpływa on na ich podmiotowość względem administracji państwowej z jednej, a biznesu z drugiej strony?
– Polskie organizacje pozarządowe są niestety uzależnione od dotacji i grantów – albo tych płynących z administracji publicznej, albo pozyskiwanych w ramach innych projektów, np. finansowanych przez biznes.
Syndrom tzw. grantozy to nie tylko konkurencja o granty, ale przede wszystkim ich „przerabianie” – koncentracja na rozliczaniu projektów, zamiast na celach społecznych, które organizacja powinna osiągać. Myślenie w horyzoncie krótkoterminowym, w którym zanikają priorytety organizacji – także te ogólne, takie jak integracja społeczna, aktywizowanie jednostek (nie tylko dla potrzeb formalnej realizacji grantu), otwarcie na nowe koncepcje, projekty i na ludzi „z zewnątrz” – a liczą się tylko policzalne cele wyznaczone przez grantodawcę. Kilka lat temu prof. Mirosława Marody wskazała, iż „Większość fundacji i stowarzyszeń III sektora to zbiurokratyzowane (w weberowskim tego słowa znaczeniu) instytucje, zajęte głównie polowaniem na granty, których »przerabianie« jest podstawową racją ich istnienia”. To zdanie nadal nie straciło na aktualności.
Uzależnienie się organizacji od grantów jest wyrazem słabości polskiego trzeciego sektora. Powoduje, że organizacje nie zajmują się tym, co jest istotne, lecz tym, na co można zdobyć grant. Kierunek rozwoju całego sektora kształtują więc w dużej mierze podmioty dysponujące funduszami, a nie autonomiczne decyzje poszczególnych NGO czy diagnoza potrzeb otoczenia. Przy czym charakter i znaczenie poszczególnych grantodawców mogą być różne w zależności od miejsca, w którym organizacja działa, oraz obranej przez nią domeny działalności. W dużych miastach NGO mają zwykle większe możliwości wyboru i dywersyfikacji źródeł finansowania – granty oferują tam zarówno władze publiczne, jak i organizacje i koncerny międzynarodowe. Na gruncie lokalnym często samorząd jest jedynym dysponentem funduszy. Mechanizm dostosowywania prowadzonych działań do oferty grantodawców stoi w sprzeczności z sensem istnienia organizacji pozarządowych, jako ulokowanych poza rządem i poza rynkiem. Poleganie na grantach powoduje często, że organizacje muszą podporządkować się celom politycznym wyznaczanym przez samorząd albo celom biznesowym fundacji korporacyjnych. Taka sytuacja, delikatnie mówiąc, nie sprzyja rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego.
– Lekarstwem na te problemy miał być wspomniany wcześniej odpis podatkowy.
– Tak, to miało być nowe, ważne źródło finansowania dla organizacji, wpływające na wzrost ich niezależności wobec arbitralnych sponsorów. Kategorię OPP stworzono równolegle z systemem jednoprocentowych odpisów podatkowych, wzorując się na rozwiązaniach węgierskich, w celu wyselekcjonowania i uregulowania organizacji pozarządowych uprawnionych do pozyskiwania środków z 1 proc. Przed Polską podobne rozwiązania wprowadziły również takie kraje byłego bloku wschodniego, jak Słowacja, Rumunia czy Litwa. Nie wydaje mi się natomiast, żeby sam fakt posiadania statusu OPP stanowił miarę społecznej użyteczności danej organizacji. Takiego statusu często nie posiadają małe, lokalne organizacje, które spełniają ważne funkcje społeczne.
– Polacy jednak masowo skorzystali z nowej możliwości wspierania OPP.
– To prawda. Jak wynika jednak z badań przeprowadzonych przeze mnie w 2010 r., masowość wspierania organizacji 1 proc. podatku dochodowego wynika głównie z liberalizacji przepisów i przeniesienia obowiązku przekazywania odpisów na urzędy skarbowe. Mówiąc inaczej: Polacy pomagają, bo nic ich to nie kosztuje.
– A czy system przekazywania 1 procent spełnił pokładane w nim nadzieje, jeśli chodzi o finansowe upodmiotowienie OPP, uniezależnienie od grantodawców itp.?
– W uzasadnieniu projektu ustawy o odpisach z PIT podnoszono właśnie, iż ten sposób wspierania organizacji pozwoli na ich finansowe usamodzielnienie, gdyż środki płynące od obywateli w ramach odpisów podatkowych będą dotyczyć konkretnych organizacji. Już przytoczone badania, które cytowano w uzasadnieniu do projektu ustawy, wskazywały jednak, iż respondenci podkreślali zamiar finansowania przede wszystkim organizacji, które pomagają chorym i niepełnosprawnym lub zajmują się pomocą społeczną. Szybko okazało się, że środki z odpisu podatkowego trafiają przede wszystkim do tego szczególnego typu podmiotów, nie wpływając znacząco na sytuację finansową innych NGO. Dominują one wśród organizacji, które pozyskują najwyższe kwoty z odpisu podatkowego (powyżej miliona złotych). W 2013 r. aż ok. 25 proc. kwoty przekazanej przez podatników wpłynęło na konto tylko jednej organizacji, która gromadzi środki na tzw. subkontach przypisanych konkretnym beneficjentom. A nie był to jedyny podmiot w gronie pozyskujących najwyższe kwoty z 1 proc. OPP, który działał w ten właśnie sposób.
– Jak ten swoisty oligopol w sferze pozyskiwania środków z 1 proc. wpływa na ogólną strukturę sektora?
– Te organizacje, które pozyskują wysokie kwoty z 1 proc., są zwykle zarazem najskuteczniejsze w zdobywaniu grantów i najszybciej się rozwijają. Ale zdecydowana większość organizacji, które zdobywają z odpisów symboliczne, kilkutysięczne kwoty, musi korzystać z grantów i innych sposobów finansowania działalności, żeby w ogóle przetrwać. Z badań, które prowadziłam w 2013 r., wynikało, że w grupie OPP pozyskujących z odpisów kwoty od 2 do 5 tys. złotych – a to tych organizacji co roku jest najwięcej – suma przychodów z 1 proc. stanowiła przeciętnie ok. 17 proc. rocznego budżetu.
Istnieją oczywiście i takie organizacje, które sobie dobrze radzą, skutecznie pozyskują znaczne kwoty (z odpisu podatkowego i nie tylko), zatrudniają pracowników, notują stały rozwój swojej działalności, a wreszcie – mają istotne znaczenie w społeczności, w której funkcjonują. Ale istnieje też wiele świetnie prosperujących OPP, które z pozyskiwania odpisu jednoprocentowego uczyniły sobie sposób na działalność, niekoniecznie postępując przy tym etycznie. Szeroko opisywane przez media były choćby przypadki organizacji, które zbierały środki na subkontach udostępnianych później organizacjom, które same nie były uprawnione do gromadzenia środków z 1 proc. Reakcji środowiska trzeciego sektora na takie praktyki nie było.
– Jak Pani tłumaczy nierówną dystrybucję środków z 1 proc.?
– Polacy wspierają organizacje pozarządowe lub ich beneficjentów, kierując się przede wszystkim zasadami altruizmu i empatii, regułą wzajemności oraz doborem krewniaczym. Trudno znaleźć natomiast wśród motywacji te, które dotyczą budowania dobra wspólnego i działania na rzecz poprawy jakości życia. W ostatnich latach nie doszło do wzrostu poziomu aktywności obywatelskiej ani zainteresowania wolontariatem. Nie odnotowano nawet zwiększonego wsparcia finansowego Polaków dla organizacji ze źródeł innych niż odpis podatkowy.
– Może taka – „pomocowa” – już jest specyfika polskiego sektora pozarządowego i społecznych oczekiwań wobec niego, i należy się z tym pogodzić, a działań na rzecz dobra wspólnego wypatrywać gdzie indziej?
– W pewnym stopniu taki pomocowy charakter odpisu podatkowego jest chyba rzeczywiście elementem polskiej specyfiki, choć nie tylko polskiej – podobne skutki mechanizm odpisów przyniósł na Słowacji i Węgrzech. Dopóki opieka zdrowotna i społeczna będą w Polsce na takim poziomie, na jakim są, dopóty ludzie będą przede wszystkim szukać substytutów dla nich. Trudno oczekiwać, że ktoś będzie myślał o tworzeniu dobra wspólnego, kiedy wie, że jakieś dziecko w rodzinie albo wśród znajomych potrzebuje pomocy finansowej, aby przeżyć. Osobną sprawą jest, na ile NGO są w stanie wypełnić te braki podstawowych usług publicznych.
Ale innym wnioskiem, jaki wypływa z moich badań, jest to, że pieniądze z 1 proc. są najważniejsze i najpotrzebniejsze dla organizacji lokalnych, choć obiektywnie nie chodzi w ich przypadku o wysokie kwoty. Odpis podatkowy ma dla nich bardzo istotną wartość integrującą. Fundusze przekazywane są bowiem przez osoby związane z organizacją, adresatów jej działań, członków lokalnej wspólnoty. Choć pewna grupa OPP profesjonalizuje swoją działalność, to większość z nich nadal stanowią organizacje typu społecznikowskiego, opierające się na zaangażowaniu i wolontariacie wspólnot lokalnych.
– Jak problemy z finansowaniem wpływają na warunki pracy i morale pracowników NGO w Polsce?
– Na tak postawione pytanie nie potrafię odpowiedzieć precyzyjnie – nie było to przedmiotem moich badań ani zainteresowań. Faktem jest natomiast, że zatrudnienie w polskim trzecim sektorze rośnie z roku na rok. Na koniec 2010 r. zatrudnionych było około 190 tys. pracowników; jeszcze w 2006 roku było to 115 tys. pracowników, a w 2008 – 140 tys. Praca w trzecim sektorze raczej nie powinna być kojarzona z wysokimi zarobkami. Motywacja do zatrudnienia w organizacji zwykle wynika raczej z pozapłacowych elementów, takich jak realizacja misji organizacji, spełnianie ważnych społecznie celów, satysfakcja z pomagania innym itd.
– Czy winą autorów ustawy jest porażka systemu 1 proc. odpisów od PIT, jeśli chodzi o spełnianie części zamierzonych celów?
– Stworzone przepisy były już kilkakrotnie nowelizowane. Na przykład obostrzono wymagania wobec NGO – na status OPP szanse mają jedynie te, które działają od co najmniej 2 lat, dzięki czemu udało się uszczelnić system i zapobiec tworzeniu OPP tylko po to, aby zdobywać pieniądze z 1 proc. Jednocześnie dla mniejszych organizacji ograniczono wymogi związane ze sprawozdawczością, wprowadzając tzw. uproszczone sprawozdanie merytoryczne.
– Czego zabrakło?
– Przede wszystkim działań edukacyjnych, tłumaczących Polakom, na czym polega i jakim celom powinien służyć odpis 1 proc. PIT dla OPP. Nie podjął ich ani rząd, ani zainteresowane organizacje czy podmioty je zrzeszające. W efekcie potocznie utożsamia się często 1 proc. PIT z darowizną. OPP twierdzą, że wiąże się to z ograniczeniem innych niż odpisy form wsparcia.
– A organizacjom wygodniej jest uznać, że tłumaczenie nowych zasad nie należy do ich obowiązków?
– Połączenie luk w wiedzy Polaków o tym, czym jest 1 proc., z brakiem zaangażowania NGO w formułowanie przekazów innych niż czysto marketingowe i z koncentracją na walce o pieniądze z odpisu podatkowego, daje taki rezultat, jaki obserwujemy w ponad dziesięcioletniej praktyce. Z rywalizacji zwycięsko wychodzą naturalnie najsilniejsze organizacje. Znaczące kwoty trafiają do kilkunastu OPP (np. w 2013 r. 60 proc. zgromadzonych odpisów podatkowych trafiło do 65 organizacji), zaś zdecydowana większość otrzymuje relatywnie niskie sumy. Współpraca między mniejszymi organizacjami, dyskryminowanymi przez obecny podział środków, mogłaby tę sytuację zmienić. W 2013 r. prowadziłam badania, których wyniki zostały zebrane w monografii pt. „Fakty i mity o jednym procencie podatku” (ukaże się za kilka miesięcy) – potwierdzają one, że OPP rzadko ze sobą współpracują, a w przypadku pozyskiwania 1 proc. praktycznie wcale. Brakuje integracji, zwłaszcza na poziomie lokalnym.
– Czy system 1 proc. przełożył się w jakiś sposób na zainteresowanie lub aktywne uczestnictwo Polaków w działalności dotowanych organizacji?
– Jak wspomniałam, dzięki 1 procent PIT organizacje zaistniały w świadomości społecznej. Media masowe częściej informują o działalności organizacji i wprowadzają je do debaty publicznej. Dzięki temu wzrosła rozpoznawalność organizacji oraz ich kompetencje komunikacyjne wobec otoczenia. Wzrosła także wrażliwość i tolerancja społeczna Polaków. Trudno jednak powiedzieć, żeby 1 proc. wpłynął jakoś szczególnie na aktywność obywatelską. Z pewnością grupa organizacji aktywnych medialnie – przy czym mam tu na myśli także aktywność w nowych mediach czy na portalach społecznościowych – zwiększa dzięki temu możliwości pozyskiwania wolontariuszy, młodych ludzi, którzy mają zapał do pracy. Największe strumienie wolontariuszy kierują się do tych organizacji, które potrafią się z nimi komunikować, także posługując się ich językiem i wykorzystując te kanały komunikowania, które są młodym ludziom bliskie. Nowe media stają się zresztą coraz istotniejszym kanałem nie tylko komunikacji z otoczeniem, ale i pozyskiwania finansowania dla konkretnych projektów (crowdfunding) czy też poparcia dla nowych ruchów społecznych i głoszonych przez nie idei. Z prowadzonych przeze mnie badań wynika jednak, że generalnie organizacje słabo radzą sobie z komunikacją poprzez nowe media. Albo takiej komunikacji nie prowadzą w ogóle, albo jest ona nieefektywna, nie angażuje użytkowników.
– Wspomniała Pani o crowdfundingu. Jak widzi Pani przyszłość takich form finansowania czy choćby na nowo odkrywanej ekonomii społecznej, a jak perspektywy rozwojowe i możliwości udoskonalanie obecnie „przodujących” metod – systemów grantowych, mecenatu publicznego i prywatnego czy tradycyjnych składek członkowskich?
– W mojej ocenie będzie rosnąć rola crowdfundingu oraz finansowania działań organizacji w ramach programów CSR-owych (społeczna odpowiedzialność biznesu), które coraz częściej wdrażane są przez firmy i korporacje. Wzrost znaczenia pierwszego z wymienionych narzędzi finansowania działań organizacji wynikał będzie z rozwoju komunikacji przez nowe media i serwisy społecznościowe. Jeśli organizacje będą potrafiły zaangażować użytkowników w komunikację w tych mediach, a w konsekwencji także w obserwowanie i wspieranie swoich działań, to będą również zdolne do efektywnego korzystania z finansowania społecznościowego. W przypadku finansowania organizacji przez firmy i korporacje w ramach projektów CSR-owych znaczenie będzie miał projekt, który do finansowania zaproponuje organizacja – jego kreatywność oraz dopasowanie do oczekiwań beneficjentów, np. lokalnej społeczności. Należy pamiętać, że firmy i korporacje w Polsce coraz częściej powołują własne fundacje, za pomocą których gromadzą również odpis jednoprocentowy (tzw. fundacje korporacyjne). Dzięki takim fundacjom, także ze środków pozyskanych z 1 proc., firmy i korporacje prowadzą działania kreujące ich wizerunek jako fundatora (najczęściej nazwa fundacji zawiera w sobie nazwę fundatora).
Należy sądzić, że również ekonomia społeczna będzie notować wzrost zainteresowania i rozwój wynikający z szukania alternatywnych sposobów aktywizacji określonych grup społecznych oraz wspierania partycypacji w wytwarzaniu dóbr. Coraz bardziej stajemy się bowiem społeczeństwem wymiany, a nie posiadania.
W moim przekonaniu maleć będzie natomiast członkostwo w organizacjach, a w ślad za nim strumień środków ze składek. Wiąże się to przede wszystkim z coraz większą mobilnością ludzi, zmiennością ich zainteresowań, chwilowymi fascynacjami różnymi projektami – tego rodzaju tendencje nie sprzyjają budowaniu trwałych relacji.
– Jak można byłoby udoskonalić obecne otoczenie prawno-administracyjne NGO, szczególnie w kwestiach związanych z finansowaniem?
– Organizacje powinny stanowić ważny budulec życia wspólnotowego, być swoistym inkubatorem i nośnikiem nowych wartości, idei i społecznej energii. Tego w Polsce nie widzę. Jak twierdzi prof. Jerzy Hausner, o ile obecnie organizacje jakoś radzą sobie finansowo, o tyle gdyby zabrakło środków z dotacji czy grantów, los wielu z nich byłby przesądzony. Problemem organizacji jest to, że nie potrafią dotrzeć do otoczenia (głównie w przestrzeni lokalnej).
– Jak zagwarantować lepsze niż obecnie wypełnianie swojej funkcji i reprezentację „strony społecznej” przez organizacje pożytku publicznego? Jak powiązać je silniej z lokalnym środowiskiem raczej niż z państwowym czy prywatnym grantodawcą?
– To w znacznym stopniu zależy od samych organizacji – ich zdolności do komunikowania się z otoczeniem, rozpoznania potrzeb i oczekiwań społeczności oraz umiejętności dotarcia do niej z ofertą swoich usług. Polski trzeci sektor potrzebuje innowacyjnych działań, kreatywnego, a nie biurokratycznego podejścia do rozwiązywania problemów. Świetnym przykładem takiego podejścia jest np. inicjatywa Krakowski Alarm Smogowy, która podjęła walkę o czystość powietrza w mieście, wykorzystując różnorodne strategie i formy przekazu: działania poprzez media społecznościowe, happeningi i manifestacje, szeroko zakrojoną kampanię informacyjną dla mieszkańców i turystów. Na efekty nie trzeba było długo czekać – udało się przyciągnąć uwagę mass mediów i skłonić władze Krakowa do szybkiego podjęcia realnych kroków na rzecz poprawy sytuacji.
Kolejne wyzwanie, przed jakim stoją dziś OPP, to zmiana postaw w relacjach z innymi organizacjami. NGO stają się coraz bardziej zamknięte i coraz mniej skłonne do współdziałania z osobami spoza swoich struktur. Tym samym, na poziomie lokalnym (a na tym obszarze koncentrują się prowadzone przeze mnie badania) zauważalne jest istnienie kilku, a czasem i większej liczby (zależnie od wielkości wspólnoty) zamkniętych środowisk, które raczej ze sobą rywalizują niż współpracują. Nie sprzyja to ani wypełnianiu funkcji reprezentanta lokalnej społeczności (np. wobec władz samorządowych), ani prowadzeniu otwartego i owocnego dialogu publicznego.
Ważna dla organizacji jest także umiejętność dostosowywania się do zmiennych warunków społecznych, np. do rozwoju nowych mediów i sieci społecznościowych. Te ostatnie stają się coraz bardziej istotne i stanowią czasami jedyny sposób na dotarcie z prospołecznym przekazem do młodych ludzi.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Ilona Majewska | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Punkt kontroli granicznej kraju w regionie zapalnym. Tłum chętnych do przekroczenia granicy: represjonowani, uciekający przed zamieszkami, migrujący za chlebem, ale też oszuści i niebezpieczni przestępcy. Straż graniczna ma mało czasu na podjęcie decyzji, kogo wpuścić, a kogo odesłać. Czy „przymknąć oko” na brak stempla w dokumentach żony opozycjonisty? A może rozdzielić rodzinę, pozwalając tylko jemu przekroczyć granicę? Ta scena z gry Lucasa Pope’a „Papers, please” jest znacznie uproszczoną wersją relacji osób, które ubiegają się o przyznanie ochrony międzynarodowej. Joanna Paliwoda-Szubańska, która współpracuje z Ośrodkiem dla Uchodźców w Grotnikach, przyznaje, że metafora gry jest zasadna. Uzyskanie ochrony, nawet przez osoby, którym się ona „należy”, wymaga – jak w grze strategicznej – dobrego przygotowania, predyspozycji i odrobiny szczęścia.
Europa zamknięta
Dane Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych wskazują, że obecna liczba uchodźców – 45 mln – jest najwyższa od czasów II wojny światowej. Podstawowa linia polityki emigracyjnej Unii Europejskiej to wzmacnianie ochrony granic. W raporcie „Ludzkie koszty budowy twierdzy Europa: łamanie praw człowieka migrantów na granicach Europy” Amnesty International wskazuje, że z miliardów euro wydawanych przez Unię Europejską na politykę migracyjną znaczna część przeznaczana jest na wzmacnianie granic, zwiększanie liczby patroli, budowę skomplikowanych systemów monitoringu itp. Dla przykładu w latach 2007–2013 wydano na poprawę warunków przyjmowania uchodźców 700 mln euro, a aż 2 mld na ochronę granic. Ponadto tylko od 2005 do 2013 roku budżet Frontexu (agencji zarządzającej współpracą operacyjną na granicach zewnętrznych Unii) wzrósł czternastokrotnie.
Zapobieganie tzw. nieregularnym migracjom wygrywa z poszanowaniem praw człowieka osób starających się o przyznanie międzynarodowej ochrony. W opłacanych przez UE państwach (Libii, Turcji, Maroko) powstają strefy buforowe między Europą a Azją i Afryką. Właśnie w tych krajach zatrzymywani są często migranci próbujący dostać się do Unii Europejskiej. Kolejną praktyką jest nielegalne zawracanie na granicach bez rozpatrzenia indywidualnych okoliczności. Amnesty International podaje przykłady z Bułgarii, Grecji i Hiszpanii (na początku 2014 r. w wodach terytorialnych tych państw utonęło 14 osób, a straż graniczna ostrzelała ich gumowymi kulami i użyła gazu łzawiącego). Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja uchodźców z Afryki, decydujących się dotrzeć do Europy drogą morską. Historia polskiego statku, który uratował 97 osób dryfujących na pontonie między Maltą a Libią w lipcu 2014 r., to akurat przypadek zakończony happy endem, ale od 2000 r. zginęły w taki sposób 23 tys. osób.
Amnesty International postuluje, żeby państwa Wspólnoty wzięły odpowiedzialność za życie migrantów i poszły w ślady Włoch, które po tragedii na Morzu Śródziemnym w październiku 2013 r. (zatonęło 400 uchodźców) rozpoczęły akcję „Mare Nostrum” (patrole i ratownictwo), dzięki której przez 6 miesięcy uratowano 50 tysięcy osób.
Reżim uchodźczy
Zwyczajowo pod terminem „uchodźcy” rozumiemy wszystkich migrantów, którzy opuścili swój kraj z powodu wojny, prześladowań czy fatalnej sytuacji ekonomicznej. Dymitr Gafarowski z Instytutu Rosji i Europy Wschodniej Uniwersytetu Jagiellońskiego podkreśla jednak, że termin zarezerwowany jest dla osób spełniających kryteria Konwencji Genewskiej. W momencie przyjęcia Konwencja miała dotyczyć wyłącznie tych, których uchodźstwo spowodowane było wydarzeniami sprzed 1 stycznia 1951 r. Dopiero Protokół Nowojorski z 1967 r. objął definicją także osoby emigrujące później. Coraz częściej pojawiają się opinie, że Konwencja to dokument nieadekwatny do współczesnych realiów.
Określa ona, że status uchodźcy może być przyznany osobie, która na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem ze względu na swoją rasę, religię, narodowości, przynależności do danej grupy, poglądy polityczne musi opuścić państwo, którego jest obywatelem. Status może uzyskać również ten, kto nie posiada żadnego obywatelstwa i znajduje się, na skutek powyżej opisanych zagrożeń, poza granicami kraju stałego zamieszkania. Daniel Pluta ze Stowarzyszenia „Jeden Świat” w artykule „Zarys zjawiska uchodźstwa” zauważa: ważną częścią tej definicji jest stwierdzenie „uchodźca jest osobą”, co w konsekwencji sprawia, że pod tym pojęciem nie rozumie się niepoliczalnej masy ludzi, którzy uciekli z jednego miejsca do drugiego, ale zbiór poszczególnych jednostek, z których każda indywidualnie musi udowodnić, że była prześladowana lub że prześladowanie jej zagraża. Warunkiem niewystarczającym jest to, że w danym kraju mają miejsce zamieszki, panują fatalne warunki ekonomiczne, a nawet trwa wojna. Wąska definicja uchodźstwa wyklucza przytłaczającą liczbę ofiar niestabilnych sytuacji politycznych czy gospodarczych.
– Wszystkie instrumenty prawne w zakresie uchodźstwa i rozwiązywania związanych z nim problemów – mówi Gafarowski – tworzą tzw. reżim uchodźczy. To szerokie pojęcie z niwy stosunków międzynarodowych, określające zespół aktów prawnych takich jak Konwencja Genewska, Protokół Nowojorski oraz – na szczeblach państwowych – ustawy określające zasady i formy ochrony międzynarodowej. Role reżimu są dwie – polityczna, czyli kontrola uchodźców, i humanitarna – świadczenie pomocy w ramach ideologii praw człowieka. Większość krajów Europy Zachodniej szuka sposobu pogodzenia tych sprzecznych racji. Ważną zasadą, na której opiera się cały system, jest wyrażona w Konwencji zasada non-refoulement, zakładająca, że emigranta nie można odsyłać do kraju, gdzie jest narażony na prześladowanie. Tym samym Polska, jak każdy z sygnatariuszy Konwencji, musiała przyjąć inne formy ochrony dla osób, które nie kwalifikują się do przyznania statusu uchodźcy, a nie mogą wrócić do kraju pochodzenia.
Polska prowadzi kompleksową procedurę azylową – jeśli dana osoba nie spełnia warunków przyznania statusu uchodźcy, automatycznie sprawdza się możliwość objęcia niższą formą ochrony (ochronę uzupełniającą, pobyt humanitarny). Ochrona uzupełniająca daje prawa tożsame ze statusem uchodźcy, z wyjątkiem przyznania paszportu genewskiego. Nadawana jest w sytuacji zagrożenia życia, ryzyka tortur oraz innych poważnych okoliczności zindywidualizowanego zagrożenia dla życia i zdrowia wynikającego z powszechnego stosowania przemocy. Definicja ta jest dość niejasna – przede wszystkim nie rozstrzyga, na ile zagrożenie ma być indywidualne, a na ile dotyczyć może szeroko rozumianych warunków w kraju pochodzenia.
W przypadku gdy odmówiono przyznania zarówno statusu uchodźcy, jak i ochrony uzupełniającej, cudzoziemiec ma jeszcze szansę na pobyt humanitarny. Taką ochronę przyznaje się osobom, których powrót do kraju pochodzenia zagroziłby ich podstawowym prawom do życia i bezpieczeństwa. W teorii wniosek powinien zostać rozpatrzony w ciągu 6 miesięcy. W praktyce trwa to niestety o wiele dłużej, nawet kilka lat spędzanych w ośrodku dla cudzoziemców w oczekiwaniu na decyzję.
Chlebem i solą?
Doświadczenia Polski jako kraju przyjmującego migrantów rozpoczynają się na początku lat 90. podpisaniem Konwencji Genewskiej. Tuż po jej ratyfikacji dotarła do nas pierwsza grupa ok. 1000 cudzoziemców, których ulokowano w domu wczasowym w Świnoujściu, a opieki nad nimi podjął się Czerwony Krzyż. Ponad 20 lat przyjmowania cudzoziemców, w tym 10 lat przynależności do Wspólnoty Europejskiej, pozwoliło zbudować ramy prawne i zdobyć doświadczenia w przeprowadzaniu procedury.
Proces zaczyna się na przejściu granicznym, w momencie zgłoszenia do Straży Granicznej wniosku o objęcie ochroną międzynarodową. Cudzoziemiec ma prawo wnioskować o przyznanie ochrony już w trakcie pobytu na terytorium Polski, np. jeśli zmieniła się sytuacja w jego kraju i mogą mu w związku z tym zagrażać prześladowania. W 2013 r., jak podaje raport Urzędu do Spraw Cudzoziemców, złożono ponad 5 tys. wniosków, które obejmowały 14 996 osób. W 80 proc. są to osoby pochodzące z Federacji Rosyjskiej, znaczna część deklaruje narodowość czeczeńską, pozostali to m.in. Gruzini, Syryjczycy, Ormianie, Kazachowie, Kirgizi, Afgańczycy.
Na granicy cudzoziemiec wypełnia wniosek o przyznanie statusu (w języku polskim), a wszystko, co tam powie, jest brane pod uwagę w procedurze prowadzonej przez Urząd do Spraw Cudzoziemców. Paliwoda-Szubańska opowiada, że to, jak potoczy się procedura, zależy od sposobu przedstawienia dowodów oraz posiadania dokumentów, które mogą świadczyć o powodach opuszczenia kraju. Zdarzało się, że ktoś miał dramatyczne doświadczenia, ale nie był w stanie ich udokumentować. Urzędnik rozpatrujący sprawę ocenia „suche fakty”, więc tylko jeśli zeznania są spójne, poparte dowodami – fotografiami, wypisami ze szpitala, obdukcjami zaświadczającymi pobicia itp. – może odnieść się pozytywnie do sprawy. Często narracje nie są płynne, co wynika m.in. z zespołu stresu pourazowego (PTSD), który może wpływać na zaburzenia pamięci. Przesłuchania są obarczone formalizmem – chaotyczna narracja przekreśla szansę na uzyskanie ochrony.
Rafał Baczyński-Sielaczek z Polskiej Akcji Humanitarnej, który koordynuje projekt „Razem dwa” w dwóch ośrodkach dla uchodźców, mówi: Trudno zająć stanowisko i generalizować na temat tego, jak UDSC wydaje decyzje, ale faktycznie obserwujemy, że część osób, które kwalifikują się do przyznania ochrony, nie otrzymuje jej. Sytuacja Czeczenów jest tu szczególnym przypadkiem – formalnie zakończyły się tam działania wojenne, ale sytuacja ludzi jest szczególnie trudna, daleka od stabilizacji. Zdarzają się porwania dla okupu, ludzie znikają z ulic, wyciągani są nocą z domów, szerzy się ogromna korupcja. To kraj na granicy rozkładu – na pewno część z tych osób naprawdę czuje obawę przed utratą zdrowia czy nawet życia, przed bezpodstawnym uwięzieniem, dlatego uciekają. Statystyki pokazują, że mimo to nie otrzymują ochrony.
Po pierwszym przesłuchaniu wykonywane są fotografie i pobierane odciski palców. Zarejestrowanie danych w bazie EURODAC pozwala przestrzegać rozporządzenia Dublin II, które określa, jakie państwo członkowskie jest właściwe do rozpatrywania wniosku o azyl. To poważna konsekwencja, o której często nie wiedzą lub zapominają cudzoziemcy – jeśli odciski palców zostały pobrane i zarejestrowane w Polsce, a celem migracji jest np. Szwecja, to dopóki procedura nie zostanie zakończona, dopóty próby wyjazdu poza granice Polski będą kończyły się deportacją. Cudzoziemcy dostają Tymczasowe Zaświadczenie Tożsamości Cudzoziemca, wydane przez komendanta placówki Straży Granicznej, ważne przez 30 dni. Jest to dokument tożsamości pozwalający na poruszanie się po terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Z granicy są przewożeni do ośrodków recepcyjnych w Dębaku lub Białej Podlaskiej, gdzie odbywają się badania mające na celu zminimalizowanie ryzyka przenoszenia do Polski chorób zakaźnych. Kolejny krok to zakwaterowanie w ośrodku pobytowym.
Obecnie istnieje w Polsce 13 ośrodków – część należy do UDSC, niektóre, jak w Grupie koło Grudziądza i w Grotnikach w woj. łódzkim, są własnością prywatną, a prowadzący zostali wyłonieni w konkursie. Większość znajduje się z daleka od dużych miast – głównie w województwach lubelskim i mazowieckim. Raporty UNHCR oceniają stan ośrodków jako dobry, warto jednak mieć świadomość, że warunki są tam skromne. Przykładowo 5-osobowa rodzina (rodzice i troje dzieci w wieku wczesnoszkolnym) zakwaterowana jest w jednym pokoju z małą łazienką, wyposażonym w podstawowe sprzęty – łóżka piętrowe, stolik, krzesła. – W ośrodkach zapewnione są posiłki oraz ekwiwalent dla dzieci, które nie żywią się w stołówce. Obalić należy mit, że uchodźcy otrzymują „duże pieniądze” za nic. Miesięcznie to 70 zł – mówi Paliwoda.
W opinii publicznej uchodźcy nierzadko budzą niechęć. Najczęściej wynika ona z niewiedzy i braku świadomości, jak wygląda procedura. Częstym zarzutem jest też to, że nie pracują. – Co do pracy – opowiada Paliwoda-Szubańska – to po sześciu miesiącach mogą wystąpić o pozwolenie na podjęcie zatrudnienia. Warto jednak uświadomić sobie kilka rzeczy – po pierwsze: bariera językowa i duża niechęć do zatrudniania cudzoziemców. Po drugie – ośrodki jak np. ten w Grotnikach ulokowane są w małych miejscowościach, gdzie ofert pracy najczęściej nie ma, a oddalenie od ośrodków miejskich też jest zaporą – przy kieszonkowym 70 zł trudno wyruszyć na solidne poszukiwania zatrudnienia, kiedy nie ma wystarczających pieniędzy nawet na bilet miesięczny. Zdarzają się przypadki nielegalnego zatrudniania cudzoziemców, żerowania na ich trudnej sytuacji, nieznajomości przepisów. Organizacje pozarządowe postulują umożliwienie podejmowania pracy od początku znalezienia się w ośrodku i wspieranie w tym cudzoziemców.
Ci, którzy współpracują z różnymi ośrodkami, przyznają, że stan zawieszenia, organizacja przestrzenna, gdzie na stosunkowo małej powierzchni skupiona jest duża grupa obcych sobie, także kulturowo, ludzi, generuje specyficzną atmosferę. Komunikat wysyłany do przebywających w ośrodkach – „nic od was nie zależy” – przekłada się na panujący marazm czy zaburzenia poczucia czasu. – Prawo jest tak skonstruowane, że nie ma znaczenia, czy cudzoziemiec uczy się języka polskiego, znalazł pracę, a jego dzieci chętnie realizują obowiązek szkolny – nie są to kategorie brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o przyznaniu statusu – dodaje Szubańska. W przypadku kultur patriarchalnych (Czeczenia, Gruzja, Kazachstan) mężczyznom trudniej zaadaptować się w nowych warunkach. Ich żony, tak jak przed wyjazdem, zajmują się dziećmi, organizują „życie domowe”, a oni tracą wszystkie zajęcia, wysoki status, poczucie wpływu na los rodziny. To wyjaśnia depresje i przypadki silnego PTSD.
Wsparciem w rozwiązywaniu codziennych problemów mają służyć zatrudniani w ośrodkach pracownicy socjalni. – Część personelu tylko z nazwy jest pracownikami socjalnymi, gdyż wykonują jedynie obowiązki administracyjne, związane z funkcjonowaniem ośrodka, a brakuje realnej pracy socjalnej z wspieraniem podopiecznych w codziennych problemach. Można stwierdzić, że starania na rzecz integracji cudzozoemców ze strony władz publicznych pozostają słabe, lukę wypełniają organizacje pozarządowe – mówi Baczyński-Sielaczek. – Jeśli chodzi o preintegrację (integrację jeszcze przed nadaniem ochrony), państwo nie realizuje żadnych działań oprócz mało efektywnych lekcji języka polskiego w ośrodkach – dodaje mój rozmówca. Z doświadczeń PAH-u wynika, że jakość wsparcia psychologicznego, opieki medycznej, a nawet samo nastawienie personelu do uchodźców bywa, delikatnie mówiąc, różne, a często kuleje.
Jeśli do ośrodka trafi ze swoim projektem organizacja pozarządowa, jest szansa, że będzie tam świadczone poradnictwo prawne – często kluczowe, aby przygotować się do przesłuchania, zrozumieć, na jakim etapie jest postępowanie, napisać odwołanie od decyzji itd. Organizacje podejmują także działania edukacyjne dla społeczności lokalnych. Pozwala to uniknąć konfliktów między mieszkańcami miejscowości, gdzie powstają ośrodki, a przyjezdnymi. Doświadczenia PAH-u (dwuletnie w ośrodku w Dębaku i czteroletnie w Grupie) pokazują braki działań preintegracyjnych w ośrodkach. Założenie świetlic i systematyczna praca z dziećmi pozwalają im odnaleźć się w często zupełnie nowej sytuacji, jaką jest chodzenie do szkoły (z chwilą zamieszkania w ośrodku dzieci muszą zacząć realizować obowiązek szkolny). Na świetlicy można odrobić lekcje, uzyskać wsparcie, szybciej poznać język polski, ale też nauczyć się funkcjonowania w grupie. Świetlice pracują także z rodzicami, wyrabiają w nich zainteresowanie edukacją dzieci – to zmniejsza absencję w szkole, która wśród dzieci uchodźczych jest bardzo wysoka. Projekty pozwalają również uzupełnić wykształcenie, przekwalifikować się zawodowo osobom dorosłym. Baczyński-Sielaczek przyznaje, że projektowy charakter takich form wsparcia jest wadą, a przed Polską stoi konieczność wypracowania systemowych rozwiązań, które będą obowiązywać we wszystkich ośrodkach, a nie tylko w tych, do których dotrze organizacja pozarządowa.
Przystanek Polska
Wywiady statusowe przeprowadzane są w siedzibie UDSC w Warszawie. W sprawie osoby, która stara się o status, nie są przesłuchiwani pozostali członkowie rodziny. Z doświadczeń Paliwody-Szubańskiej wynika, że to często niekorzystne dla cudzoziemców – przykładem może być przypadek Ingusza, którego znaleziono ciężko pobitego w lesie. Zeznania jego żony mogłyby wnieść do sprawy fakty, których przesłuchiwany nie pamiętał z powodu obrażeń. Szczególną ochroną w toku postępowań o nadanie statusu uchodźcy objęte są następujące grupy cudzoziemców: małoletni przebywający na terytorium RP bez przedstawiciela prawnego lub zwyczajowego (małoletni bez opieki), ofiary przemocy oraz osoby niepełnosprawne. Zeznania od tych osób przyjmowane są w szczególnych warunkach – w przypadku nieletnich w obecności psychologa, pedagoga lub lekarza – przez specjalnie przygotowanych pracowników. Nie można ich umieścić w areszcie lub ośrodku strzeżonym w przypadku wydalenia.
W rzeczywistości większego wsparcia w trakcie przesłuchań wymaga znacząca większość ubiegających się o ochronę. – Znam sytuację Czeczena, który w Polsce był ok. 5 lat, siedem procedur zakończyło się negatywną oceną – opowiada Baczyński-Sielaczek. – Kiedy trafił do mojej znajomej, pracownicy socjalnej, okazało się, że miał 60-procentową utratę słuchu, a deklarowana znajomość języka polskiego była szczątkowa. Dopiero gdy ta koleżanka jako pełnomocniczka wzięła udział w przesłuchaniu i pilnowała, aby pytania były zadawane głośno i wyraźnie, otrzymał decyzję pozytywną. W trakcie wcześniejszych przesłuchań wskutek stresu odmawiał odpowiedzi, nerwowo kiwał głową, co było dla urzędników przesłanką, że nie wie, że odmawia odpowiedzi. Trudno generalizować, ale można mieć pewne zastrzeżenia do procedur.
Procedura zwykle trwa dłużej niż przepisowe sześć miesięcy. Na długi czas rozpatrywania wniosku mogą składać się różne czynniki, m.in. rosnąca liczba podań o objęcie ochroną – UDSC podaje, że w stosunku do roku 2012 w 2013 złożono o 40 proc. więcej wniosków. Zdaniem Baczyńskiego-Sielaczka realne skrócenie jej do trzech miesięcy byłoby zasadne także ze względów ekonomicznych, a zaoszczędzone środki mogłyby powiększyć fundusze przeznaczane na realizowane systemowo integrację i wsparcie cudzoziemców.
Jak podaje UDSC, w 2013 r. status uchodźcy otrzymało 200 osób. Najwyższa forma ochrony gwarantuje paszport genewski uprawniający do legalnego pobytu we wszystkich krajach UE, oraz prawo do skorzystania z rocznego Programu Adaptacyjnego, prowadzonego przez Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie. Agnieszka Duszkiewicz-Nowacka, dyrektorka PCPR w Zgierzu, opowiada o tym, jak w praktyce wygląda świadczenie pomocy: Z mojej perspektywy jest tak, że ci ludzie przychodzą do nas z dużą nieufnością, a ich skrypt poznawczy jest taki, że urzędowi nie należy ufać, bo może mieć charakter represyjny. Oni przed czymś uciekli z bagażem negatywnych doświadczeń i nie oczekuję, że przyjdą do nas, opowiedzą życiorysy ze szczegółami. Tańczymy swoistego menueta z uchodźcami, pozyskujemy zaufanie, staramy się wzajemnie oswajać, po to żeby oni się otwierali, bo jeśli nie powiedzą nam o swoich problemach, o tym, co najbardziej im przeszkadza, to nie udzielimy im adekwatnej pomocy. Chodzi nie tylko o udzielanie pomocy finansowej, bo nie jesteśmy tylko płatnikami świadczeń, lecz także o to, żebyśmy mogli wesprzeć ich w zakresie szukania mieszkania, relacji z sąsiadami, zdobycia pracy czy w kwestii tego, co się dzieje z dziećmi w szkole. Moja rozmówczyni przyznaje, że znaczną przeszkodą są zasady wydatkowania finansów publicznych. – To powoduje, że wypłacamy świadczenia z ogromnym opóźnieniem. Nie wynika to z zaniedbania, ponieważ kiedy tylko otrzymujemy sygnał, że będziemy mieli osoby, mamy ich dokumenty, które są podstawą do działania, działamy natychmiast.
Pracownicy socjalni postępują w oparciu o indywidualny program integracji, który ma charakter kontraktu. Strony zobowiązują się w nim do wzajemnych świadczeń. Kontrakt trwa rok i określa rodzaje przyznanej pomocy – finansowej i socjalnej. Zapewnia możliwość korzystania ze wsparcia psychologicznego i prawnego. Agnieszka Duszkiewicz-Nowacka przyznaje, że przy posiadanych zasobach kadrowych PCPR poniósłby porażkę, gdyby nagle pod opiekę trafiła większa grupa osób. Obecnie zajmują się sześcioma wielodzietnymi rodzinami. Zdaniem organizacji pozarządowych, które wspierają cudzoziemców, program jest kosztowny, mało efektywny, a największą jego wadą jest zbyt krótki okres wspierania uchodźców. Od dawna postulują wydłużenie go do co najmniej dwóch lat.
Pozytywne zakończenie procedury to przejście z jednego rodzaju kłopotów w inne. Usamodzielnienie się w Polsce nie jest proste – posiadając na starcie zaledwie kilka rzeczy osobistych, trzeba rozkręcić nowe życie w kraju o zupełnie obcych realiach. Pierwszym problemem jest wynajęcie mieszkania – znalezienie oferty w dobrej cenie, najlepiej z wyposażeniem, nie jest proste. Dochodzi do tego niechęć Polaków, którzy często odmawiają wynajęcia lokalu „obcym”. Kolejna trudność to zobowiązanie cudzoziemca do zameldowania – aby otrzymać wsparcie finansowe od PCPR-u, konieczne jest także wyrobienie PESEL-u. Justyna Olesińska – pracownik socjalny zgierskiego PCPR-u, przyznaje, że to częsty problem. Pamiętam historię, że tłumaczyłam właścicielowi, jak wygląda procedura, prosiłam go o zameldowanie rodziny, której wynajmował mieszkanie. Mimo że nie sprawiali żadnych kłopotów, regularnie płacili czynsz, następnego dnia po rozmowie ze mną kazał im się wyprowadzić. Wynika to prawdopodobnie z niechęci właścicieli mieszkań do wypełniania obowiązku meldunkowego wobec najemców.
Osobnym wątkiem są historie tych uchodźców, którzy otrzymali najniższą formę ochrony, czyli pobyt humanitarny. Nie przysługują im świadczenia i praktycznie z dnia na dzień muszą opuścić ośrodek i rozpocząć nowe życie. Świadczenia dla osób posiadających status uchodźcy lub ochronę uzupełniającą nie są wysokie – to od 531 do 1260 zł miesięcznie, w zależności od liczby osób w gospodarstwie domowym oraz od okresu realizacji Indywidualnego Programu Integracyjnego. Przez pierwsze 6 miesięcy świadczenie jest wyższe, zaś w okresie od 7. do 12. miesiąca kwota maleje. Zdaniem Duszkiewicz-Nowackiej konieczna jest realna pomoc finansowa po opuszczeniu ośrodka: Wyobraźmy sobie, że my sami z jedną reklamówką lądujemy np. w Brukseli! Ci ludzie mają dzieci, często kilkoro, to znacznie podnosi koszty utrzymania. Boję się, że jeśli nie stworzymy im warunków na starcie, to uciekną do szarej strefy. Uzupełnieniem działań państwa może być koordynowany przez PAH „Wolontariat wsparcia” w Warszawie i Toruniu – każdej rodzinie asystuje 1–2 wolontariuszy. Co szczególnie ważne, ich zadaniem nie jest wyręczanie, lecz jedynie wspieranie w sytuacjach codziennych, a sprawiających bardzo dużo trudności – zapisania rodziny do ośrodka zdrowia, a dzieci do szkoły. Jednak żadne pozarządowe działania nie wystarczą, jeśli publiczne instytucje nie będą interesować się osobami, które teoretycznie państwo objęło ochroną, lecz w praktyce uniemożliwia im staranie się np. o zasiłek rodzinny czy inne formy wsparcia socjalnego.
Baczyński-Sielaczek zwraca uwagę na zagrożenie bezdomnością wśród emigrantów na prawach pobytu humanitarnego. Potwierdza to raport Instytutu Spraw Publicznych, który na zlecenie UNHCR przygotowano w 2013 r. – spośród 4920 osób, które pod koniec 2011 r. miały kartę stałego pobytu, około 2000 kwalifikowało się jako bezdomni. W tym nawet 5–10 proc. osób w ogóle nie miało dachu nad głową, a reszta mieszkała u znajomych albo w schroniskach. Zdarzają się przypadki, że mimo obowiązku wyprowadzenia się z ośrodku w ciągu 2 miesięcy od otrzymania karty pobytu, nie udaje się znaleźć pracy ani wynająć mieszkania. W takich sytuacjach (jeśli są miejsca) rodzina zostaje w ośrodku. To rozwiązuje problem dachu nad głową, ale dostępu do żywności już nie. Sytuacja przypomina błędne koło – Alikhan i Kheda z trójką małych dzieci kilka nocy spędzili w samochodzie, w końcu udało im się wynająć tanie mieszkanie, za które nie musieli wpłacać kaucji. Mieszkanie było puste i oddalone od większego miasta, co znacząco utrudniało znalezienie jakiejkolwiek pracy, np. w Łodzi, dokąd i tak ciężko byłoby dojeżdżać. Jedzenie, które otrzymali z Banku Żywności, też nie rozwiązywało problemu, bo nie mieli kuchenki, żeby móc cokolwiek ugotować z otrzymanych półproduktów. W końcu, jak wielu w podobnej sytuacji, zdecydowali się nielegalnie ruszyć na Zachód.
Wschód – Zachód
Dla pracujących z uchodźcami wyjazdy na Zachód nie są niczym zaskakującym. Wyjeżdżają osoby, którym paszport genewski otwiera legalną drogę do osiedlania się na terenie krajów zamożniejszych. Polskę opuszczają także beneficjenci ochrony uzupełniającej i pobytu humanitarnego, bo nie radzą sobie z naszą rzeczywistością. Wyjeżdżają wreszcie osoby, które otrzymały kolejną decyzję odmowną. Przekroczyć granicę na Zachód jest łatwo, a zwiększa to szanse na rozwiązanie problemów ekonomicznych. Cudzoziemcy, których wnioski są aktualnie rozpatrywane, w przypadku zatrzymania i sprawdzenia w bazie EURODAC, są deportowani do Polski. Osobnym tematem są powroty do kraju pochodzenia – w przypadku ostatecznego zakończenia procedury i wydania negatywnej odpowiedzi, ale też w ramach tzw. powrotów dobrowolnych. Powroty dyktowane są często względami rodzinnymi, gdy ktoś z bliskich zachorował lub zmarł. Czasem decyzja zapada po kolejnej negatywnej odpowiedzi UDSC, kiedy traci się wiarę w pozytywne rozwiązanie sytuacji. Powrót dobrowolny jest wtedy mniejszym złem – te osoby mają szanse skorzystać z programu prowadzonego przez Biuro Międzynarodowej Organizacji do spraw Migracji (IOM), które ułatwia proces reintegracji, przydzielając niewysokie środki finansowe na start lub asygnując wsparcie finansowe dla opracowanego jeszcze w Polsce biznesplanu.
Pobyt w Polsce jest dla większości uchodźców wielkim przystankiem – ci, którym się uda, ruszą na Zachód, pozostałych czeka deportacja, pojedyncze osoby decydują się zostać. Jak długo władze publiczne nie podejmą się rzetelnego i kompleksowego wypracowania mechanizmów integracji, tak długo trudno oczekiwać, że ten przystanek może zostać potraktowany jak cel podróży.
przez Piotr Wójcik | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Według czeskiego ekonomisty Tomáša Sedláčka ekonomia to przede wszystkim opowiadanie historii. Nie ulega wątpliwości, że dzieje każdego sukcesu i porażki gospodarczej to specyficzna i unikatowa historia. Utkana jednak nie z niezmiennych i niepodważalnych zasad ekonomii, lecz z realnych działań podejmowanych przez decydentów. Na gospodarczych losach narodów piętno odciskają nie mityczna niewidzialna ręka rynku czy homo oeconomicus, lecz decyzje i kroki podjęte przez żywych ludzi osadzonych w konkretnych warunkach. A prawdziwie wielkie dokonania gospodarcze osiągały te kraje, których decydenci nie bali się podejmować nieszablonowych i ryzykownych decyzji.
Liberalni ekonomiści próbują nam wmówić, że wszystko w ekonomii już zostało odkryte i teraz należy jedynie deregulować, liberalizować i czekać na efekty. Szwedzi, Finowie, Tajwańczycy i Koreańczycy z Południa udowodnili, że na szczęście (dla człowieka i dla samej historii) los społeczeństw wciąż spoczywa przede wszystkim w rękach i głowach ludzi, a nie w tym, jak pokornie i wytrwale będą zginać karki przed nieubłaganymi prawami rynku. Sukces gospodarczy jest możliwy pod każdą szerokością geograficzną i w każdym kręgu cywilizacyjnym. Wystarczy odważyć się zbudować własną historię, bez oglądania się na mądrości zastępów ekonomistów, którzy wszystko już wiedzą, bo naczytali się odpowiednich podręczników. Wystarczy pójść własną drogą.
Socjalizm według Myrdalów
Historia szwedzkiego państwa dobrobytu związana jest ściśle z dziejami powstałej w 1889 r. Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP). Od roku 1932, czyli od jej czwartego wyborczego zwycięstwa, rozpoczął się około 70-letni okres dominacji socjaldemokratów na scenie politycznej. Wtedy też rozpoczęło się na dobre budowanie zrębów bogactwa szwedzkiego społeczeństwa. W zasadzie od początku istnienia SAP kierowała się reformistycznym, a nie rewolucyjnym sposobem działania, dosyć szybko obierając sobie za cel model tzw. gospodarki mieszanej, w której sektor państwowy współgra z prywatnym. Bliscy SAP byli ekonomiści ze „szkoły sztokholmskiej”, tacy jak Erik Lindahl, Alf Johansson czy Alva i Gunnar Myrdalowie – niektórzy z nich, jak Gunnar Myrdal, zostali zresztą ministrami w socjaldemokratycznych rządach. Znani byli z bezczelnego podważania ówczesnych ekonomicznych dogmatów, które zresztą trzymają się mocno do dziś. Przykładowo w 1934 r. (a więc podczas Wielkiego Kryzysu) Johansson zamachnął się na dogmat o wpływie wysokich płac na wzrost bezrobocia, a dwa lata wcześniej Lindahl postulował aktywną politykę antycykliczną oraz walkę z recesją za pomocą inwestycji publicznych. W 1931 r. późniejszy minister finansów Ernst Wigfors przypuścił atak na przekonanie, jakoby przyczyną recesji były zbyt wysokie płace, postulując postrzeganie płac nie jako koszt produkcji, lecz jako jeden ze składników globalnego popytu. Ze wszystkich tych tez rządy SAP skorzystały w praktyce.
W 1932 r. pod hasłem „folkhemmet”, oznaczającym „dom ludu”, Alvin Hansson poprowadził SAP do wyborczego zwycięstwa i sam został premierem. Zgodnie z wyborczymi zapowiedziami przystąpił do budowy owej ludowej chałupy. W tym samym roku SAP zawarła porozumienie ze swym „etatowym” koalicjantem – partią agrarną – który zgodził się poprzeć rządowy plan robót publicznych w zamian za podwyższenie cen produktów rolnych. W 1938 r. miało miejsce wydarzenie, którego wagi dla szwedzkiego porządku nie sposób przecenić – w Saltsjöbaden zawarto Porozumienie Podstawowe, z udziałem największego związku zawodowego Landsorganisationen i Sverige (LO) i najsilniejszego związku pracodawców Svenska Arbetsgivareföreningen (SAF). Na mocy paktu powstała Rada Rynku Pracy, ustalono zasady negocjacji płacowych, zwolnień pracowników oraz rozwiązywania sporów, co na lata ukształtowało formułę relacji między pracownikami a przedsiębiorcami.
Bardzo ważny był ustanowiony przez to porozumienie system negocjacji płacowych, oparty o zasadę płac solidarystycznych – równa płaca za tę samą pracę, niezależnie od zakładu. W zasadzie uniemożliwiło to przedsiębiorstwom konkurowanie niskimi kosztami pracy, wymuszając stawianie nacisku na jakość, lepszą organizację produkcji itp. Negocjacje płacowe miały charakter dualistyczny – na szczeblu centralnym określano minimalny krajowy wzrost płac, a na szczeblu lokalnym dodatkowy, obowiązujący tylko w danym regionie. Ten system funkcjonował bez większych zmian aż do lat 70., gdy związki pracowników administracji wypowiedziały LO zgodę na ich reprezentowanie. Kolejni od stołu odeszli przedsiębiorcy branży metalowej, aż w końcu w 1992 r. z negocjacji centralnych wycofało się samo SAF, co było gwoździem do trumny systemu w dotychczasowej formie. Nie znaczy to jednak, że negocjacje płacowe przestały istnieć – po prostu przeniosły się na szczebel branżowy, w dalszym ciągu zapewniając godny wzrost zarobków (o 2 proc. w latach 1994–95, zaś w roku 1996 aż o 6 proc., czyli wyraźnie ponad ówczesny 2-procentowy wzrost produktywności). Obecnie zbiorowymi układami pracy objętych jest w Szwecji ok. 90 proc. pracowników.
Jednak dbałość o godziwe zarobki oraz dochodowy egalitaryzm to nie wszystko, co Szwedzi mają w zanadrzu, jeśli chodzi o rynek pracy. Ich znakiem rozpoznawczym jest tzw. aktywna polityka rynku pracy (ALMP), która funkcjonuje w Szwecji od lat 50., choć jej zręby powstawały dużo wcześniej. Już w 1914 r. utworzono Państwową Komisję Bezrobocia, która miała za zadanie koordynowanie prac lokalnych komitetów ds. bezrobocia i pomocy społecznej. Instytucje rynku pracy są w Szwecji ukierunkowane na możliwie szybki powrót bezrobotnego do aktywności zawodowej, a od lat 90. ewoluują w kierunku egzekwowania konkretnych obowiązków od swych klientów, co jest warunkiem otrzymywania zasiłków (które nie przysługują zresztą wiecznie). W 2001 r. publiczne biura pracy wprowadziły indywidualne plany działania dla każdego bezrobotnego. Postawiono też na rozwój kompetencji wśród bezrobotnych poprzez organizację kursów oraz szkoleń zawodowych w zakładach pracy.
Polityka prozatrudnieniowa ma zresztą w Szwecji charakter kompleksowy i nie ogranicza się jedynie do działań na rynku pracy, lecz obejmuje również odpowiednie kształtowanie innych polityk – edukacyjnej, rodzinnej, społecznej itd. Najlepszym tego przykładem jest polityka rodzinna, dzięki której bardzo wyraźnie wzrosła aktywność zawodowa kobiet. Impuls do jej rozwoju dała słynna książka Alvy i Gunnara Myrdalów „Kryzys w kwestii ludnościowej”, napisana w 1934 r. w reakcji na bardzo niską dzietność. Co ciekawe, jej współczynnik wynosił wtedy w Szwecji 1,7 – gdybyśmy obecnie mieli taki w Polsce, bylibyśmy szczęśliwi. Większość ze sformułowanych tam postulatów znalazła odzwierciedlenie w ustawach przyjętych w 1937 r., które zapoczątkowały rozwój polityki prorodzinnej. Pierwszy urlop macierzyński (3-miesięczny) wprowadzono w roku 1955, a 6-miesięczny w 1962 r. Obecnie (od 2002 r.) cała dostępna dla rodziców pula wynosi 16 miesięcy, w tym 2 miesiące urlopu „tacierzyńskiego”.
Oprócz tego funkcjonuje bardzo dobrze rozwinięta sieć instytucji opiekuńczych dla dzieci. W 1995 r. ustawowo zagwarantowano dostępność miejsc w placówkach przedszkolnych dla każdego dziecka, a w 2002 r. ustalono maksymalna opłatę za przedszkole na poziomie 3 proc. wysokości zarobków (w ten sposób pokrywa się ok. 10 proc. kosztów opieki przedszkolnej, reszta finansowana jest ze środków gminnych). Wszystkie te ruchy sprawiły, że obecny wskaźnik zatrudnienia kobiet w Szwecji jest wyjątkowo wysoki i wynosi ok. 80 proc. Warto dodać, że poziom ten osiągnięto już w roku 1981, choć jeszcze w roku 1960 wynosił zaledwie 30 proc. Te działania spowodowały też, że obecne bezrobocie wśród kobiet (7,7% w 2012 r.) jest niższe niż wśród mężczyzn (8,2%).
O szwedzkim modelu państwa opiekuńczego można by pisać długo. Jest on wyjątkowo rozbudowany i obejmuje nie tylko standardowe obszary, takie jak ubezpieczenia społeczne (wsparcie dla bezrobotnych, emerytury) czy usługi publiczne (edukacja, opieka medyczna), lecz także te mniej typowe, jak dokształcanie lub zmiana kwalifikacji pracownika, pomoc w łączeniu obowiązków domowych z pracą itp. Charakterystyczną cechą modelu szwedzkiego jest przeniesienie jak największej części ryzyk socjalnych na wspólnotę czy też, inaczej mówiąc, maksymalne uspołecznienie ryzyka. W ten sposób każdy obywatel zabezpieczony jest przed zagrożeniami płynącymi z fluktuacji koniunktury gospodarczej i innych nieprzewidzianych zdarzeń.
Wbrew liberalnym wieszczom okazuje się, że tak zaprojektowany system nie doprowadził wcale do ubezwłasnowolnienia ani rozleniwienia społeczeństwa. Wręcz przeciwnie – aktywność zawodowa Szwedów jest jedną z najwyższych na świecie. Natomiast bezrobocie przez lata utrzymywało się na poziomach w zasadzie niespotykanych, może poza „azjatyckimi tygrysami” – dekadę lat 70. Szwecja zaczynała z 1,5-procentowym bezrobociem, a w następnych latach także wielokrotnie spadało ono poniżej dwóch procent. „Rozbuchane welfare state” nie doprowadziło też do bankructwa państwa – szwedzkie finanse publiczne żyją i mają się dobrze. Osiągnięto to m.in. dzięki wysokim obciążeniom fiskalnym – poziom dochodów szwedzkiego sektora publicznego w latach 1971–2008 średniorocznie wynosił prawie 58% PKB. Owszem, po kryzysie, jaki dopadł Szwecję w latach 90., zmodyfikowano pewne elementy tamtejszego państwa opiekuńczego, np. nie jest już ono całkowicie uniwersalne i nie wszystkie świadczenia są w nim niezależne od dochodów; zmniejszono także wysokość niektórych z nich. Jednak podstawowe zasady od dziesiątków lat są w zasadzie niezmienne. Nie jest również prawdziwa teza, często powtarzana, że Szwedzi stworzyli zręby państwa opiekuńczego, gdy już „dorobili się”. Gdy Alvin Hansson dochodził do władzy w latach 30. i budowa państwa socjalnego ruszała z kopyta, towarzyszyły temu zamieszki robotnicze, a sytuacja gospodarcza kraju była nie do pozazdroszczenia. Szwedzka polityka społeczna nie zaszkodziła także konkurencyjności (w rankingu konkurencyjności gospodarek światowych World Economic Forum za lata 2012–2013 Szwecja zajęła 4. miejsce) ani innowacyjności (w Global Innovation Index Szwecja jest na 2. miejscu). Aktywne państwo wcale nie musi też zatruwać życia obywateli – pod względem wskaźnika HDI, mierzącego szeroko pojęty rozwój społeczny i jakość życia, Szwecja zajmuje 10. miejsce na świecie.
Komputery w służbie społeczeństwa
Jeszcze w 1880 r. zaledwie 12 proc. Finów potrafiło pisać. Obecnie, według analizy Global Talent Strategy 2011, Finlandia posiada najlepiej wyedukowaną siłę roboczą świata. Jeszcze w latach 60. XX w. 70 proc. Finów kończyło naukę na 6-letniej podstawówce, a sieć uniwersytetów ograniczała się do dwóch miast. Obecnie 30 proc. z nich ma wyższe wykształcenie, a liczba uniwersytetów wzrosła do 20, rozsianych po 10 miastach. Jeszcze w roku 1960 aż 75 proc. wolumenu eksportowego Finlandii stanowiło drewno i produkty papierowe. Obecnie ok. ⅓ eksportu fińskiego to produkty sektora high-tech. Jak ten niewielki lud z północy dokonał tego wszystkiego? Historia fińskiego sukcesu stanowi dowód, że edukacja może przynosić spektakularne efekty.
Intensywna przebudowa fińskiego systemu szkolnictwa rozpoczęła się w roku 1972 od przełomowej ustawy wprowadzającej powszechną i obowiązkową 9-letnią edukację, podzieloną na 6 lat podstawówki i 3 lata gimnazjum. W tym okresie powstały też pierwsze strategie dotyczące dalszych zmian w oświacie i sposobów efektywnego sprzęgnięcia jej z gospodarką. W 1998 r. ustanowiono prawo każdego sześciolatka do nauki w klasie zerowej, z którego już cztery lata później skorzystało 96 proc. dzieci w tym wieku. Wszystkie te zmiany złożyły się na ukształtowanie obecnego systemu edukacji. Jego najważniejszą cechą jest powszechność, co oznacza, że nacisk położono (oprócz jakości, rzecz jasna) na maksymalną egalitarność procesu kształcenia i równy dostęp do dobrych szkół dla wszystkich obywateli. W związku z tym edukacja jest w Finlandii darmowa. Oznacza to nie tylko brak opłat za naukę (ich pobierania zabrania prawo), ale także darmowe podręczniki, przybory szkolne, obiady oraz transport. Uczniom miewającym problemy w nauce przysługują również darmowe zajęcia wyrównawcze. Oprócz powszechności ważna jest ustawiczność kształcenia. Fiński system nie stawia żadnych barier, jeśli chodzi o prawo do kontynuowania nauki, niezależnie od wieku i poziomu wykształcenia. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, aby uczyć się przez całe życie.
Jak wspomniałem, Finlandia posiada 20 publicznych i bezpłatnych uniwersytetów w 10 miastach. Właściwie wszystkie te uczelnie są zorientowane na technologię – nawet ok. 30 proc. studentów wybrało nauki ścisłe. Fińskie uniwersytety nie są jednak odizolowanymi od społeczeństwa bytami kultywującymi „autonomię nauki” i uczącymi dla samego uczenia. Nie są też zakładami, których głównym zadaniem jest zatrudnianie profesorów i doktorów. Nawet kształcenie kompetentnej kadry dla fińskich firm nie wyczerpuje palety funkcji, które spełniają fińskie uczelnie. W murach tamtejszych uniwersytetów wre bowiem praca badawcza, nakierowana na tworzenie nowych rozwiązań dla przedsiębiorstw – i to z zamierzeniem, aby je faktycznie wdrożyć, a nie jedynie schować do szuflady. W całym tym procesie fińskie uczelnie blisko współpracują nie tylko z rodzimymi przedsiębiorcami (w latach 1994–96 aż 53 proc. fińskich firm miało podpisane umowy o współpracy z uniwersytetami), ale też z całym systemem fińskich publicznych instytucji wspierających badania i rozwój.
Sieć fińskich placówek naukowych – najważniejsze z nich to Helsiński Uniwersytet Technologiczny i Uniwersytet Techniczny w Tampere – jest koordynowana przez powstałą w 1987 r. Radę Polityki Naukowej i Technologicznej, natomiast o ich należyte finansowanie dba Akademia Fińska. Radą formalnie kieruje premier, a więc jest odpowiednio umocowana politycznie. Posiada też niezbędną niezależność i jest to w zasadzie cecha wszystkich instytucji badawczych w Finlandii – z jednej strony są kontrolowane politycznie, ale z drugiej zadbano o niezależność podejmowanych przez nie decyzji. Rada skupia 8 kluczowych ministrów, 10 przedstawicieli uniwersytetów, a także reprezentantów przedsiębiorców, pracowników oraz Akademii Fińskiej. Jest to więc platforma dyskusji między wszystkimi zainteresowanymi stronami. Rada ma z władzą relacje nie tylko formalne, ale także praktyczne – jej zalecenia znajdują odzwierciedlenie w polityce rządu. Obrazu dopełnia nadzorowana przez resort edukacji Akademia Fińska, której głównym zadaniem jest finansowanie badań podstawowych. Środki, które rozdysponowuje, stanowią ok. 15 proc. wszystkich publicznych nakładów na badania i rozwój (B+R).
Jedną z pierwszych instytucji, które wpłynęły na innowacyjność fińskiej nauki i gospodarki, był Narodowy Fundusz Badań i Rozwoju (SITRA), powstały już w 1967 r. SITRA, podlegający bezpośrednio parlamentowi, wspiera finansowo przede wszystkim raczkujących przedsiębiorców podejmujących ryzykowne i nowatorskie projekty, a więc jest czymś na kształt funduszu venture capital – tyle że o publicznym charakterze. Największym z funduszy jest Narodowa Agencja Technologiczna (TEKES), która kontroluje 30 proc. środków na B+R. Wspiera ona badania prowadzone zarówno w placówkach publicznych, jak i w podmiotach prywatnych. W zasadzie z jej wsparcia korzystała na którymś etapie działalności każda odnosząca sukcesy fińska firma technologiczna, łącznie z Nokią. TEKES promuje działalność sieciową – większe wsparcie mogą uzyskać te projekty, które są przygotowywane w ramach współpracy wielu podmiotów. Podlega ona Ministerstwu Handlu i Przemysłu, jednak decyzje o alokacji środków podejmuje niezależnie od władz resortu. A trzeba powiedzieć, że środki, którymi dysponuje TEKES i reszta omawianych tu instytucji, są rzeczywiście niebagatelne. W 1982 r. rząd zadecydował o podniesieniu nakładów na badania i rozwój z 1,2 proc. PKB do 2,2 proc. w 1992 r., który to plan został zrealizowany. Kolejnym celem było osiągnięcie nakładów w wysokości 2,9 proc. PKB w 1999 r., co udało się osiągnąć już rok przed terminem. W 2010 r. fińskie środki na B+R wyniosły 3,87 proc. PKB, co stanowi wynik zupełnie bezkonkurencyjny w skali świata.
Według powszechnie panującego przekonania szybki rozwój technologiczny musi pociągać za sobą postępujące rozwarstwienie ekonomiczne. W takich warunkach najzdolniejszym jednostkom otwiera się wiele możliwości dużego zarobku, za to spada popyt na najniżej wykwalifikowanych pracowników, co negatywnie odbija się na ich sytuacji. Przypadek Finlandii zadaje kłam tej teorii. Mierzący rozwarstwienie ekonomiczne wskaźnik Giniego spada w tym kraju nieprzerwanie od lat 60., a więc dzieje się to równolegle z szybkim postępem technicznym. Obecnie Finlandia jest jednym z najmniej rozwarstwionych państw świata i gwałtowny rozwój w żaden sposób temu nie przeszkodził. Stan ten uzyskała ona za pomocą rozbudowanego państwa opiekuńczego, które zapewnia odpowiednią jakość powszechnych i darmowych usług publicznych, a przede wszystkim wysoki poziom zabezpieczenia społecznego. Taki stopień zabezpieczenia (chociażby od bezrobocia) umożliwia z kolei funkcjonowanie elastycznego rynku pracy, i to za akceptacją silnych w tym kraju związków zawodowych. Dzięki tej kombinacji czynników pracownicy nie boją się zwolnienia. Wiedzą bowiem, że w razie czego otrzymają należyte wsparcie – zarówno materialne, jak i w kierunku znalezienia nowego zatrudnienia. Pracodawcy, działający często w nowatorskich i w związku z tym niepewnych branżach, nie mają zaś obiekcji przed zatrudnianiem nowych pracowników, ponieważ wiedzą, że nie będą mieli problemów z ich zwolnieniem. Oczywiście ci sami pracodawcy godzą się na to, że w zamian za elastyczny rynek pracy partycypować muszą w utrzymaniu rozbudowanego systemu zabezpieczeń, innymi słowy – płacić wysokie podatki. A więc coś za coś – o regule tej niestety zapomina się w Polsce podczas dyskusji nt. rynku pracy.
Państwo opiekuńcze koegzystuje z kulturą innowacyjności w jeszcze jeden sposób. Mianowicie jest ono platformą wdrażania wielu innowacji. Z jednej strony dochodzi dzięki temu do jego usprawniania, a z drugiej – nowe pomysły mogą zostać znakomicie przetestowane przed ewentualną komercjalizacją. Przykładem może być np. wprowadzany przez Ministerstwo Zdrowia projekt Macro Pilot, umożliwiający zdalną opiekę nad chorym w jego własnym mieszkaniu, wyeliminowanie papieru z obiegu w opiece medycznej (elektroniczne recepty) czy możliwość internetowej łączności między lekarzami, co eliminuje konieczność chodzenia od specjalisty do specjalisty.
Dzięki tym i innym rozwiązaniom Finlandia przeżyła boom gospodarczy w latach 80., a także bardzo szybko wyszła z głębokiej recesji lat 1990–1993, spowodowanej głównie upadkiem ZSRR, z którym utrzymywała intensywne relacje handlowe, oraz deregulacją rynków, umożliwiającą ataki spekulacyjne na fińską walutę. O ile poziom PKB spadł wówczas o 14%, o tyle w latach 1995–2001 rozwijała się już z średnioroczną prędkością 3,3 proc., a druga połowa lat 90. była okresem rozkwitu jej gospodarki i sukcesów wielu fińskich przedsiębiorstw (oprócz Nokii były to m.in. Soner, Elis czy Elcoteq). Tempo wzrostu utrzymała w XXI wieku, a w latach 2000–2008 Finlandia była jednym z najszybciej rozwijających się wysoko rozwiniętych państw OECD (średni roczny wzrost 3,09%), co osiągała przy bardzo wysokich podatkach (dochody sektora finansów publicznych w tym okresie stanowiły przeciętnie 53% PKB). Obecnie jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw na Ziemi. W rankingu najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata w latach 2012–2013 według WEF zajęła 3. miejsce. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się to niemożliwe.
Ucieczka z piekła do raju
Resztki armii Czang Kaj-szeka, pierzchające w pośpiechu z kontynentalnych Chin przed zwycięskimi komunistami Mao Zedonga, pewnie nawet nie przypuszczały, że ich klęskę uda się jeszcze przekuć w jeden z największych sukcesów gospodarczych w historii. Gdy weterani Kuomintangu osiedlali się na małej wyspie Tajwan (dawnej japońskiej kolonii) i ogłaszali oderwanie tego terytorium od Chin, byli urzędnicy i generałowie stający na czele państwa marzyli zapewne jedynie o tym, aby utrzymać niezależność od maoistów. Gdyby ktoś im wówczas powiedział, że kilkadziesiąt lat później stworzony naprędce podmiot państwowy będzie stawiany za wzór błyskawicznego rozwoju innym krajom na całym świecie, najpewniej pukaliby się w czoło z niedowierzaniem. Historia potrafi jednak płatać figle. Przede wszystkim na ich korzyść zadziałała odwaga podejmowania nieszablonowych decyzji. A także lęk – przed masami zbuntowanych rodaków całkiem niedaleko przymierzających się do budowania ludowej utopii – który okazał się najlepszą motywacją do zbudowania silnego i efektywnego państwa.
Wartości głoszone przez Sun Jat-sena, głównego ideologa Kuomintangu, nie zostały przez jego następców na Tajwanie zapomniane, przeciwnie, twórczo zaadaptowano je do nowych realiów. Z trzech głównych jego zasad (patriotyzm, demokracja, dobrobyt społeczeństwa) pierwsza i trzecia były sumiennie wprowadzane w życie, a jeśli o drugiej nieco zapomniano, to wynikało to z ciągłego zagrożenia ze strony dawnych pobratymców. W nowej ojczyźnie uciekinierzy z Chin nie musieli budować wszystkiego od podstaw, gdyż na miejscu zastali dobrze zachowane struktury dawnej administracji japońskiej, co też skrzętnie wykorzystano. Pomni niedawnych błędów, które skończyły się spektakularnym obaleniem rządu Kuomintangu na kontynencie, niesieni ideami Sun Jat-sena, wsparci zastanymi na miejscu sprawnymi urzędnikami japońskich zaborców, a przede wszystkim w oparciu o konfucjańskie wartości (w których poczucie wspólnoty, odpowiedzialność i karna wręcz obowiązkowość to przymioty oczywiste) natychmiast zabrali się do roboty. Choć nie obyło się bez początkowych błędów.
Jednym z pierwszych działań decydentów świeżo upieczonego państwa była reforma rolna, podjęta jeszcze w latach 50. XX wieku, dzięki której zjednano sobie miejscowych chłopów. Wielkich posiadaczy ziemskich wywłaszczano stopniowo i z rozwagą. Najpierw nakazano obniżenie renty dzierżawczej, co odciążyło uprawiających ją rolników. Następnie sprzedano użytkownikom tę ziemię, w której posiadanie państwo weszło podczas przejmowania dawnej własności japońskiej. Na koniec przejęto ziemię należącą do latyfundystów, płacąc im w 70 proc. krajowymi obligacjami, a w 30 proc. udziałami raczkujących państwowych przedsiębiorstw. Mylnie sądzono, że byli feudałowie staną się w nowych warunkach sprawnymi kapitalistami – rentierzy przyzwyczajeni do łatwej eksploatacji rodzimej siły roboczej nie potrafili przemienić się w przedsiębiorców. Sama reforma zakończyła się jednak sukcesem. Zdobytą ziemię oddano rolnikom na warunkach 5-letniej spłaty ratalnej, wartość ziemi określając jako równowartość pochodzących z niej 2,5-rocznych plonów. Dzięki tym ruchom radykalnie zmniejszono dysproporcje majątkowe, które do dziś utrzymują się na niewielkim poziomie.
Kolejnym reformowanym segmentem gospodarki był przemysł. Lata 50. to okres szeroko stosowanej przez państwa rozwijające się substytucji importu, której celem był rozwój rynku wewnętrznego za pomocą własnych zasobów, z ograniczoną rolą handlu zagranicznego. Taką strategię przyjęto również na Tajwanie w latach 1958–1959. Substytucja importu nigdzie nie przyniosła dobrych rezultatów. Wynika to z faktu, że w państwach rozwijających się rynek wewnętrzny jest zawsze raczej ograniczony. W większości gałęzi gospodarki produkcja w takich warunkach nie może stać się opłacalna, ponieważ nie ma mowy o efekcie skali. Ponadto odcięcie od importu oznacza brak dostępu do zagranicznych osiągnięć technologicznych, co uniemożliwia z kolei wzrost produktywności.
W przeciwieństwie jednak do krajów Ameryki Łacińskiej, które na protekcjonistycznej strategii poległy, decydenci z Tajwanu szybko przeanalizowali sytuację i zmienili kierunek polityki gospodarczej na proeksportową (wprowadzając tzw. subsydiowanie eksportu). Wiązało się to przede wszystkim z wdrożeniem Programu Poprawy Kursu Waluty i Kontroli Handlu. Owa „poprawa kursu waluty” była po prostu ładnie nazwaną dewaluacją dolara tajwańskiego, czyli radykalnym obniżeniem jego zewnętrznej wartości, co błyskawicznie poprawiło warunki do eksportu, gdy rodzime produkty stały się dla zagranicznych kontrahentów dużo tańsze. To jednak nie wszystko. Potencjalnym eksporterom zaczęto aplikować bodźce podatkowe (ulgi), nie rezygnując jednocześnie z ochrony rynku wewnętrznego. Udało się dzięki temu utrzymać daleko idącą kontrolę importu: do 1972 r. aż 41 proc. importu podlegało kontroli państwowej, dzięki czemu sprowadzano towary pożądane z punktu widzenia rozwoju, a takich, które zagrażały rodzimej przedsiębiorczości – już nie. Państwo zajęło się też samym handlem. Przede wszystkim utworzono państwowe centrale handlowe, co umożliwiło eksport małym i średnim przedsiębiorcom, niezorientowanym w zasadach prowadzenia transakcji międzynarodowych i pozbawionym zagranicznych kontaktów.
Słynna tajwańska polityka przemysłowa to jednak nie tylko subsydiowanie eksportu. Co ciekawe, tworzyli ją inżynierowie i naukowcy, czyli osoby bez wykształcenia ekonomicznego. Przykład Tajwanu pokazuje, że nie jest ono potrzebne, aby osiągnąć sukces gospodarczy, a w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez neoliberalizm, może nawet przeszkadzać. Specjalnością tajwańską stało się tzw. planowanie indykatywne. Różni się ono od centralnego planowania, ponieważ jest nie tyle sterowaniem gospodarką, ile wytyczaniem konkretnych celów makroekonomicznych (przykładowo osiągnięcia określonego poziomu eksportu, wzrostu PKB itd.) i dążeniem do nich za pomocą stosowania różnorakich bodźców politycznych. Spadkobiercy Kuomintangu szeroko stosowali przede wszystkim wspomniane zachęty podatkowe, ale nie tylko. Rozwijającym się firmom oferowano gwarancje kredytowe, dzięki czemu uspołeczniono ryzyko inwestycyjne. Stosowano, oględnie mówiąc, bardzo liberalne prawo patentowe, czyli wyjątkowo niewielką ochronę własności intelektualnej. Raczkującym gałęziom przemysłu zapewniano publiczne finansowanie działań badawczo-rozwojowych oraz inwestycje w niezbędną infrastrukturę (także ze środków publicznych).
Prywatyzowano powoli i rozważnie, długo utrzymując bardzo wyraźny udział sektora publicznego w gospodarce – w 1972 r. stanowił on 20 proc. Przed rozpoczęciem procesu prywatyzacji firmy przewidziane do przekształcenia (ok. 400) skonsolidowano w 22 dużych podmiotach, dzięki czemu uzyskano bardzo dobre warunki sprzedaży i uczyniono z nich w sposób naturalny motory sektora prywatnego. Zresztą rozległy sektor publiczny nie konkurował z sektorem prywatnym, wręcz przeciwnie, miał za zadanie tworzyć warunki dla jego ekspansji. Inną cechą charakterystyczną dla Tajwanu było oparcie rozwoju na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, co jest raczej nietypowe wśród państw prowadzących aktywną politykę przemysłową. Jednak tamtejsze małe i średnie przedsiębiorstwa były bardzo wyraźnie wspierane przez państwo, głównie poprzez osłony kredytowe, publiczne finansowanie badań czy wspomniane już centrale handlowe. Długo również (aż do lat 80.) nie deregulowano na Tajwanie systemu finansowego i nie liberalizowano handlu, dzięki czemu kraj nie był podatny na wahania przepływu kapitału.
Powyższe działania przyniosły niespotykane rezultaty. Początkowo (od 1953 r.) tworzono 4-letnie plany. W 1965 r. zastąpiły je plany 10-letnie i roczne. Aż do lat 80. były one wykonywane z regularną nadwyżką. Osiągnięcia gospodarcze Tajwanu pozwalają określić jego rozwój jako najszybszy skok cywilizacyjny w historii. W zasadzie w 30 lat zamienił się on z biednego rolniczego kraju w uprzemysłowione i całkiem nowoczesne państwo. Co więcej, osiągnięto te cele nie przypłacając ich zbyt dużym rozwarstwieniem dochodowym obywateli. W latach 1950–1980 PKB na głowę mieszkańca średniorocznie rosło w błyskawicznym tempie 5,7 proc. W samych latach 80. średnioroczny wzrost gospodarczy wynosił 7,7% PKB. A trzeba pamiętać, że liczba mieszkańców Tajwanu wzrosła w tym okresie z 8 do 18 mln. Ten ponaddwukrotny przyrost ludności nie przeszkodził w… praktycznej likwidacji zjawiska bezrobocia. Dekadę lat 80. Tajwan zaczynał z bezrobociem na poziomie 1,2%, a kończył z 1,6%. Nawet w czasach kryzysu azjatyckiego czy podczas recesji roku 2001 nie osiągało ono nawet 6%. Ciekawie wypada również porównanie Tajwanu do sztandarowego państwa neoliberalnego, jakim jest Chile. O ile jeszcze w latach 60. południowoamerykański kraj miał PKB per capita dwukrotnie większy, o tyle już na przełomie XX i XXI wieku relacja ta była odwrotna. Jak widać, szkoła chicagowska szkole tajwańskiej nie może nawet wiązać sznurówek.
Generał ośmiesza Bank Światowy
W latach 1950–1953 Półwysep Koreański stał się areną bratobójczej wojny, za pomocą której ówczesny światowy oligopol (ZSRR i USA) dokonywał podziału części wschodnioazjatyckich łupów. W wyniku tych burzliwych „negocjacji” nie udało się jednak ustalić, po której stronie powojennego konsensusu (zwanego dla zmyłki „zimną wojną”) powinna znaleźć się Korea. W związku z tym jej południe pozostało pod protektoratem amerykańskim. Niezwykłym uproszczeniem byłoby powiedzenie, że Korea była wówczas krajem biednym. Jej PKB na głowę mieszkańca było wtedy nawet parokrotnie niższe niż w wielu państwach afrykańskich. Lata 50. były okresem rządów przybyłego z emigracji w USA prezydenta Rhee. Jego głównym „osiągnięciem” było ujarzmienie lewicowej opozycji – z poprawianiem standardu życia obywateli szło mu jednak kiepsko. Przeprowadzono co prawda reformę rolną, bardzo podobną do tej z Tajwanu, jednak podobnie jak tam dawni feudałowie nie chcieli wykrzesać z siebie smykałki do interesów. Dokonano także szybkiej prywatyzacji i w 1960 r. pozostało już tylko 36 państwowych firm. Liberalna polityka rozwojowa nie przyniosła większych efektów i to pomimo wsparcia gospodarczego ze strony amerykańskich protektorów, które sięgało 15 proc. PKB. Zasadniczo sprawy w kraju szły w niedobrym kierunku i w 1961 r. generał Park Chung-hee wraz z grupą oficerów postanowili wziąć je w swoje ręce. I trzeba powiedzieć, że ta junta wojskowa spadła Koreańczykom z nieba.
Gdy tajwańscy decydenci kierowali się ideami Sun Jat-sena, świeżo upieczony prezydent Park za wzór obrał sobie japońskie reformy Meiji, oparte na mocno akcentowanym patriotyzmie oraz dążeniu do dobrobytu społecznego, budowie silnej armii i sprawnej biurokracji. Swoje rządy oprzeć chciał na współpracy patriotycznie nastawionej elity urzędniczo-biznesowej, co miało doprowadzić do szybkiego uprzemysłowienia kraju dotychczas rolniczego. Właśnie rozwój produkcji przemysłowej (szczególnie stalowej, a następnie chemicznej) był dla nowej koreańskiej władzy priorytetem, jawiąc się jako niezbędny warunek bezpieczeństwa i siły narodu. A skoro władzę przejęli czynni oficerowie, początek operacji cechował iście wojskowy dryl, pozbawiony formalności, analiz i rad ekonomicznych ekspertów.
Doktrynę ekonomiczną Parka można określić jako ultrainterwencjonizm. W głównych punktach strategia ekonomiczna Koreańczyków zbieżna była z tym, co rozpoczęli trochę wcześniej uchodźcy z Chin na Tajwanie. Podobnie jak rządy Kuomintangu, ekipa Parka zdecydowała się na odejście od substytucji importu na rzecz subsydiowania eksportu. Z tą różnicą, że zamiast ulg podatkowych oferowali oni swym przedsiębiorcom przede wszystkim bardzo opłacalne kredyty ze zdominowanego przez państwowe podmioty sektora bankowego (co nie znaczy, że z zachęt podatkowych zupełnie zrezygnowano). Wdrażano z sukcesami planowanie indykatywne, przy współpracy z samymi przedsiębiorcami, a także aktywnie pomagano krajowym przedsiębiorcom w eksporcie, np. utworzono Koreańską Korporację Promocji Handlu, a korpus dyplomatyczny zaangażowany był w poszukiwanie kontrahentów. Podobnie jak na Tajwanie, dogodne warunki dla eksportu uzyskano dzięki dewaluacji waluty. Prezydent Park organizował Miesięczne Spotkania Promocji Eksportu, a w 1964 r. ustanowiono coroczny Dzień Eksportu, podczas którego nagradzano medalami najlepszych eksporterów.
Odbudowano sektor publiczny, ograniczony po prywatyzacjach z czasów rządu Rhee – wyłączając rolnictwo, osiągnął on poziom 13 proc. PKB, a w sektorze finansowym stanowił aż 87 proc., dzięki czemu możliwa była bardzo aktywna polityka kredytowa. Władza utrzymywała bliskie relacje z przedsiębiorstwami. Dominowały wśród nich, inaczej niż na Tajwanie, wielkie, tzw. czebole. Były to ogromne podmioty, które pomimo prywatnego (a często w zasadzie rodzinnego) charakteru zaprzęgnięte były do realizacji politycznych i publicznych celów. Za ich realizowanie mogły się spodziewać odpowiednich profitów i wsparcia (w postaci chociażby udzielanych przez rząd gwarancji finansowych, za pomocą których uspołeczniono ryzyko inwestycyjne). Całą sferę ekonomiczną Korei Południowej podporządkowano celom politycznym, co przejawiało się w czasem wręcz brutalnej ingerencji państwa w gospodarkę.
Bardzo szybko stało się jasne, jak będzie wyglądać sposób zarządzania gospodarką przez nowe koreańskie władze. Już w 1961 r. (a więc zaraz po przewrocie) uchwalono prawo o nielegalnym gromadzeniu bogactwa, na mocy którego aresztowano część przedsiębiorców, a następnie wypuszczono ich pod warunkiem, że na wolności założą nowe firmy i oddadzą państwu udziały w nich. Następnie Park i spółka złagodzili nieco swoją politykę, stawiając raczej na kooperację i metodę marchewki, jednak kij wciąż czasem wchodził w grę – głównie pod postacią groźby utraty profitów lub, w ostateczności, zapraszania zbyt krnąbrnych przedsiębiorców na pogawędkę ze służbą bezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak całe publiczne oraz prywatne zasoby mobilizowano do osiągania politycznie wyznaczonych celów (co czyniono wyjątkowo skutecznie), nawet jeśli mogły się one komuś wydawać zupełnie idiotyczne.
Sztandarowym przykładem był pomysł stworzenia krajowego przemysłu stalowego, na którym od samego początku Park chciał oprzeć gospodarkę. Wydawało się, że jest to projekt zupełnie nierealny. Po pierwsze, gospodarka koreańska była kompletnie nieprzygotowana na tak skomplikowaną produkcję (wcześniej eksportowała głównie ryby, surowce, odzież i… peruki). Po drugie, nie posiadała niezbędnych surowców, a ich najbliższe źródła znajdowały się w Australii i Kanadzie, czyli w odległości wielu tysięcy kilometrów. Wszyscy zagraniczni eksperci ekonomiczni pukali się w czoło, a Bank Światowy oficjalnie odradził potencjalnym inwestorom zaangażowanie się w projekt. Rząd Korei miał poważne problemy ze znalezieniem inwestora i nie pomagało w tym nawet oferowanie wszelkich możliwych subsydiów (rozbudowa infrastruktury, ulgi podatkowe, przyspieszona amortyzacja itd.). Koreańscy decydenci nawet nie brali pod uwagę rezygnacji z planu wyśmiewanego przez wszystkich. Wobec braku zewnętrznego finansowania wykorzystali środki pochodzące z reparacji japońskich za okres rządów kolonialnych i założyli państwowe przedsiębiorstwo POSCO, które miało zarządzać przyszłą hutą. Na dodatek na jego czele stanął niemający prawie żadnego doświadczenia biznesowego generał armii Park Tea-joon. Wszystko wskazywało na to, że projekt zakończy się wielką klapą. Jednak ku zdumieniu wszystkich (oprócz Koreańczyków, rzecz jasna) katastrofa wcale nie nadeszła. Produkcja ruszyła z kopyta w 1973 r., a już w latach 80. POSCO było uważane za jednego z najefektywniejszych producentów niskogatunkowej stali na świecie. Obecnie należy do grupy kilku największych światowych producentów tego surowca.
Przykład POSCO wcale nie był wyjątkiem. Lata 60. to m.in. początki rodzinnego czebola Lucky-Goldstar, który zamierzał wejść w przemysł tekstylny, ale… dostał od rządu polecenie rozpoczęcia produkcji przewodów. Jak miało okazać się później, ruch ten stał się podstawą powstania wielkiego elektronicznego koncernu, jakim jest dziś LG. Dekadę później założyciel Hyundaia Chung Ju-yung kręcił nosem na „propozycję” od rządu, aby otworzył stocznię. Widząc niewystarczający entuzjazm ze strony przedsiębiorcy, prezydent Park osobiście zagroził Chungowi bankructwem. Chcąc nie chcąc Hyundai wszedł w branżę stoczniową. Obecnie jest jednym z największych producentów statków na świecie.
W latach 1961–1979 koreańscy generałowie pod wodzą Parka Chung-hee zadziwili świat. I gdyby nie zabójstwo Parka w 1979 r., i idąca za nim wyraźna korekta jego polityki, pewnie zadziwialiby nadal. Idąc pod prąd wszelkim „niepodważalnym prawom” ekonomii, wojskowi z Korei udowodnili, że w rozwoju gospodarczym liczą się przede wszystkim pomysłowość, odwaga eksperymentowania (nie wszystkie decyzje junty były celne, choć ich bilans był zdecydowanie dodatni) oraz konsekwencja. Wyniki ekonomiczne z tego okresu Korea notowała rewelacyjne. Trzy pięcioletnie plany z lat 1962–1976 wykonano z ogromną nadwyżką. Średnioroczny wzrost PKB z lat 1967–1979 wynosił – bagatela – ponad 11 proc. (w latach 1962–1966 było to 8,2 proc.), a wzrost produkcji przemysłowej ponad 20 proc. Korea Południowa w niezwykle krótkim czasie stała się państwem uprzemysłowionym – w roku 1976 udział przemysłu w PKB wynosił 36 proc., choć jeszcze w latach 50. była ona jednym z najbiedniejszych państw świata, jeśli nie najbiedniejszym. Epoka prezydenta Parka stworzyła w Korei podwaliny pod trwały wzrost, który utrzymał się także w dekadach następujących po jego rządach – przykładowo w latach 80. rozwijała się ona przeciętnie w godnym pozazdroszczenia tempie 8,6% PKB. Dziś Korea Południowa to państwo wysoko rozwinięte i dysponujące niezwykle innowacyjną gospodarką – okres rządów generała Parka walnie się do tego przyczynił.
Konieczność własnej drogi
Z dziejów gospodarczych opisanych państw można wyciągnąć wiele wniosków. Szwedzi udowodnili, że państwo opiekuńcze może być fundamentem trwałego rozwoju społecznego, a nie społecznej apatii. Przypadek koreański z kolei obnaża nieprawdziwość słów byłego polskiego ministra Tadeusza Syryjczyka, według którego najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej. Śledząc historię Koreańczyków, którzy podejmowali decyzje, wydawałoby się, najgłupsze z możliwych, dochodzimy do wniosku wręcz odwrotnego – każda polityka przemysłowa jest lepsza niż jej brak. Tajwańczycy i Koreańczycy udowodnili też, że sukces gospodarczy nie jest zarezerwowany tylko dla pewnych kręgów kulturowych czy cywilizacyjnych – jeszcze na początku XX wieku znawcy Dalekiego Wschodu uznawali koreański lud za jeden z najbardziej leniwych i zepsutych na świecie, a konfucjanizm wydawał się zupełnie nie do pogodzenia z kapitalizmem. Przede wszystkim jednak powyższe przykłady różnych dróg rozwojowych pokazują jedno: nie warto zostawiać kwestii rozwoju ekonomicznego tajemniczej „logice rynkowej”, gdyż dużo lepsze i szybsze efekty można uzyskać, świadomie zaprzęgając procesy gospodarcze do służby dobru wspólnemu.
Prawdziwy sukces ekonomiczny osiągają te wspólnoty, które zamiast dostosować się do otaczającej rzeczywistości, postanowiły tę rzeczywistość kształtować. Sukces czeka na te społeczności, które nie bacząc na uniwersalne rady ekspertów, wypracowały własne unikatowe mechanizmy rozwoju. Szwedzi, Finowie, Tajwańczycy oraz Koreańczycy odważyli się samodzielnie myśleć i wyszli na tym znakomicie. Teraz czas na Polaków.
przez Marceli Sommer | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014, Wywiad - kwartalnik
– Na ile osiedla grodzone, które Pan bada, są jakościowo nowym zjawiskiem w historii rozwoju miast? Czy mówiąc o miastach jako o bytach otwartych i różnorodnych, o wspólnych dobrach i publicznej przestrzeni, nie idealizujemy? Przed powstaniem osiedli grodzonych były w miastach miejsca, do których dostęp był ograniczony albo w których pewne kategorie ludzi nie miały czego szukać, były enklawy luksusu i były slumsy…
– Jacek Gądecki: Na pewno tak. Możemy szukać też analogii do przedwojennych czasów, kiedy istniały ekskluzywne kamienice, w których występował concierge i bronił dostępu postronnym przechodniom. W metropoliach takich jak Paryż tradycje grodzenia sięgają nawet XVIII–XIX w. Nie było to jednak zjawisko rozpowszechnione na taką skalę i nie było tak silnie związane z lękiem i poczuciem zagrożenia, wskazywanymi współcześnie w większości badań jako główne motywacje do zamieszkania na osiedlu grodzonym. Historia współczesnej ekspansji osiedli zamkniętych zaczyna się w latach 80. w USA, kiedy to wskaźniki przestępczości osiągnęły apogeum. Boom na takie osiedla trwał dzięki podtrzymywaniu i podsycaniu lęku przez deweloperów i media. Również do Polski została przeszczepiona strategia reklamy i promocji tego typu osiedli oparta na strachu. Ale to prawda, że raczej niż idealizować przeszłość i demonizować stan obecny, powinniśmy dostrzegać, że niemal od początku historii miast istniały dwie wizje ich rozwoju – emancypacyjna, wedle której miasto miało „czynić wolnym”, i druga, elitarystyczna i ekskluzywna, będąca dziedzictwem jednego z ojców założycieli socjologii Georga Simmela, zgodnie z którą miasto zniewala, zwłaszcza przy pomocy pieniądza i zawrotnego tempa życia, jakie narzuca mieszkańcom. One oczywiście często się ze sobą splatają, istnieje cała paleta stanowisk. Osobiście czuję się jednak mocno związany z tą pierwszą, wolnościową koncepcją miasta, i jestem przekonany, że dla takiego modelu rozwoju kluczowe jest istnienie przestrzeni publicznych. Osiedla grodzone są zaprzeczeniem przestrzeni publicznej i stoją w związku z tym w konflikcie z projektem emancypacyjnym.
– Od pewnego czasu Polska jest jednym z europejskich liderów rankingów dotyczących liczby osiedli zamkniętych. Wspominał Pan o strachu jako jednej z głównych motywacji, którymi grają deweloperzy. Jak widzi Pan szersze przyczyny, dla których w Polsce ten specyficzny segment rynku mieszkaniowego rozwija się szybciej i bardziej ekspansywnie niż gdzie indziej?
– Lęk jako motywacja kupna mieszkania na osiedlu grodzonym nie musi mieć realnych podstaw – wystarczy, że będzie umiejętnie kreowany i podsycany. Prowadzi to do absurdów, np. w połowie minionej dekady na targach nieruchomości w Krakowie zaczęły pojawiać się tzw. panic roomy, czyli małe „domowe schrony”, wyposażone w niezależne systemy łączności, zapasy wody itd. Kiedy napadają pana w domu, to musi pan do niego dobiec, zamknąć się w nim i oczekiwać na pomoc. To rozwiązanie było bardzo modne szczególnie w Kalifornii na początku lat 90. XX wieku. Mimo że w Polsce nie mamy do czynienia z nasileniem napadów rabunkowych, lęk stanowi ważny czynnik skłaniający Polaków do zamieszkania na osiedlu zamkniętym. Drugą najczęściej deklarowaną przez mieszkańców takich osiedli motywacją jest potrzeba spokoju i porządku.
– Jednocześnie ze statystyk wynika, że ani samo grodzenie, ani inne elementy ochrony wcale nie zwiększają realnego bezpieczeństwa mieszkańców. Wynikałoby z tego, że efekt grodzenia jest przede wszystkim psychologiczny…
– Tak jest. Są nawet badania, które pokazują, że im droższe i bardziej obwarowane mieszkanie, tym niższy poziom bezpieczeństwa. Wynika to z faktu, że te wszystkie ogrodzenia, kamery monitoringu, drzwi antywłamaniowe i panic roomy, a przede wszystkim wynajęta ochrona, powodują postępujące ograniczanie odpowiedzialności obywatelskiej. Zasada „płacę, więc wymagam” bierze górę nad tradycyjnym dozorem sąsiedzkim do tego stopnia, że oczekuje się, iż ochroniarze i operatorzy osiedla zastąpią wszystkie zwyczajne, prospołeczne odruchy mieszkańców. Zanikają tradycyjne formy dozoru sąsiedzkiego i budowania zaufania wewnątrz małej społeczności: nie zerka się już, co u sąsiada, nie reaguje na drobne akty wandalizmu. Bo skoro zdecydowałem się na mieszkanie na takim osiedlu, to kupiłem sobie bezpieczeństwo i nie muszę się nim już zajmować.
– Czy są według Pana – oprócz spokoju i bezpieczeństwa – jeszcze jakieś ważne aspiracje, które kierują ludźmi nabywającymi mieszkanie w tego rodzaju osiedlu, o których, być może, mówią mniej chętnie niż o tych dwóch pierwszych?
– Najważniejszą, choć nie zawsze uświadamianą funkcją grodzonych osiedli, wydaje mi się funkcja „statusowni” – miejsca, gdzie wytwarzany jest status społeczny i tożsamość nowej klasy średniej. Kupno mieszkania na osiedlu zamkniętym oznacza bowiem nie tylko awans klasowy poprzez nabycie własności i zmianę ważnego elementu otoczenia, jakim jest mieszkanie. Razem z nim kupuje się cały pakiet oczekiwań, aspiracji i dążeń. Nawet jeśli poprzestać na dwóch wartościach kluczowych z punktu widzenia deklaracji głównych zainteresowanych – spokoju i bezpieczeństwie – pojawia się przed nami rozległy obszar marzeń, nadziei i obaw, jakie stają się udziałem tej grupy społecznej, a z drugiej strony obietnic, jakie składają jej deweloperzy. W Polsce rynek osiedli grodzonych nie poszedł jeszcze w kierunku charakterystycznym dla Stanów Zjednoczonych, gdzie charakteryzuje go daleko posunięte „profilowanie” (np. po linii wyznaniowej), co doprowadziło do powstawania silnie zintegrowanych społeczności. W Polsce mamy ogrodzenia, ale nie mamy wspólnot – ludzi, którzy mieszkają w zamkniętych osiedlach, niewiele ze sobą łączy. Wiem o osiedlu buddystów i o inicjatywie jednego ze stołecznych deweloperów, który będąc wierzącym i praktykującym katolikiem, oferuje rodzinom katolickim zniżki na mieszkania. Generalnie jednak w polskich osiedlach grodzonych mamy raczej do czynienia z niespełnioną obietnicą wspólnoty.
– Czemu przypisać w takim razie grodzenia wtórne, dotykające wielu starych budynków?
– Grodzeniem wtórnym się nie zajmowałem, ale wiem, że często następuje ono (na żądanie wspólnot mieszkaniowych) w reakcji np. na ulokowanie w tej okolicy mieszkań socjalnych lub innych nowych inwestycji. Socjolog miasta Lesław Michałowski opowiadał mi kiedyś o domu w Trójmieście, którego mieszkanka – emerytowana pracownica Urzędu Skarbowego – przekonała swoją wspólnotę do zainstalowania wokół domu kamer i megafonu, po czym każdy z mieszkańców musiał obowiązkowo monitorować teren przed domem przez określoną liczbę godzin, a gdy zauważył coś niepokojącego, to mógł przez megafon przegonić intruza. Z kolei Włodzimierz Pessel w monografii poświęconej Warszawie z perspektywy śmieci wskazuje na problem grodzenia śmietników. Motywacje do wtórnego grodzenia są różne, ale najczęściej dominuje tu chęć uniknięcia „pasażerów na gapę”, korzystających za darmo z dóbr wspólnoty takich jak śmietnik czy miejsce parkingowe.
– Rozparując osiedla grodzone w kategoriach rynkowych, natkniemy się na kwestię wysokiego popytu na mieszkania w tego typu osiedlach. Znalazłem np. dane, które mówią, że na takich osiedlach chciałoby mieszkać aż 60 proc. warszawiaków. Ale interesująca jest także strona podażowa, tzn. na ile pojawienie się zjawiska osiedli zamkniętych na taką skalę wynika po prostu z faktu, że są one bardziej opłacalne dla deweloperów niż klasyczne osiedla? Dodajmy do tego fakt, że po prostu mieszkania na osiedlach strzeżonych stanowią znaczną część, jeśli nie większość nowych mieszkań na rynku. Głównie takie mieszkania promuje też państwo w ramach programu Mieszkania dla Młodych.
– Oczywiście, jest to jeden z ważnych czynników. Jak wspominałem, nie jest tak, że osiedla pojawiły się w Polsce, ponieważ w naszym kraju mamy niebotyczny poziom przestępczości, zdarzają się masowe porwania dzieci czy krwawe walki ulicznych gangów – a takie było tło społeczne pojawienia się tej tendencji w Stanach Zjednoczonych. Głównym powodem, dla którego zdobywają one w Polsce popularność, jest po prostu to, że osiedle grodzone to towar dobry do sprzedania, bo niesie ze sobą te wszystkie tożsamościowo-egzystencjalne obietnice, o których już rozmawialiśmy: spokój, bezpieczeństwo, zamknięcie, ekskluzywny charakter. Osobną kwestią jest to, na ile te obietnice są w rzeczywistości spełniane.
Osiedla dobrze się sprzedają, a nie są przesadnie koszto- ani materiałochłonne. W czasie największego boomu mieszkaniowego deweloperzy otaczali teren osiedla np. drewnianym parkanem o wysokości 150 cm, a później reklamowali je jako „grodzone i monitorowane”. Jeszcze gorzej bywa z jakością innych aspektów budowy. A koszty ochrony ponoszone są zwykle już nie przez inwestora, lecz przez samą wspólnotę. Deweloperzy często optymalizują zyski poprzez wtłaczanie w wąskie, porolne działki podmiejskie maksymalnej możliwej liczby budynków. Tak naprawdę więc natura, reklamowana jako atut osiedla, jest często tym nieznacznym terenem, którego nie pozwalają zabudować przepisy. Takie podmiejskie, grodzone osiedla ze względu na swoje koszty wpisują się idealnie w schemat programów takich jak MdM czy wcześniejsza Rodzina na Swoim, pogłębiając chaos przestrzenny i społeczne podziały za państwowe pieniądze.
Trend jest tak powszechny, że niemal nie spotyka się w gazetach ogłoszeń, w których osiedla definiowane byłyby jako niegrodzone. Budownictwo społeczne to obecnie margines. Niedaleko mojego miejsca zamieszkania jest osiedle, które reklamuje się jako „zrównoważone”. I rzeczywiście, jest w nim sporo zadbanej zieleni, ruch samochodowy i pieszy są rozdzielone, ale jednocześnie jest to klasyczne osiedle grodzone.
– W swoich analizach podkreśla Pan często estetyczny wymiar decyzji o zamieszkaniu na grodzonym osiedlu – ucieczki z miasta, które jest brzydkie, chaotycznie zabudowane, zaśmiecone itd. Czy popularność osiedli grodzonych w Polsce – i szerzej w Europie Wschodniej – wiązałby Pan z doświadczeniami i fobiami nabytymi w okresie realnego socjalizmu – czy wręcz przeciwnie, widziałby ją Pan jako owoc procesów ostatniego 25-lecia?
– Raczej z tym drugim. Wbrew stereotypom nie wydaje mi się, żeby trafne było kojarzenie minionego ustroju z brzydotą i chaotyczną zabudową miast. Oczywiście w poszczególnych okresach PRL-u bywało pod tym względem różnie, ale przypadki takie jak Nowa Huta i fakt, że jej mit jako „miasta idealnego” jest nadal żywy wśród samych mieszkańców, należą raczej do urbanistycznych utraconych skarbów. Źródłem problemu osiedli grodzonych jest raczej to, co zaczęło się dziać po socjalizmie, czyli dzika, nieuregulowana, błyskawiczna i nierzadko dość prowizorycznie realizowana turbourbanizacja. Miasta nie były na tę chaotyczną rozbudowę przygotowane, a osiedla grodzone są w tym procesie, moim zdaniem, zarówno przyczyną, jak i skutkiem. Z jednej strony pogłębiają chaos, ale z drugiej, na poziomie indywidualnym, oferują mieszkańcom pewien rodzaj ładu estetycznego, który stanowić może ucieczkę od tego co „na zewnątrz”. Nie mam tu, rzecz jasna, na myśli estetyki odnoszącej się do stylu architektonicznego czy piękna – chodzi mi raczej o bardziej podstawowe kategorie czystości i zadbania. Ludzie, z którymi rozmawiałem, czy ci, których wypowiedzi pojawiały się w mediach, często mówili np., że uciekli ze swoich pierwotnych lokalizacji, bo mieli dość śmieci, bałaganu, bazgrołów na ścianach klatek schodowych itp., a tu jest taki porządek i spokój. Co nie zmienia z kolei faktu, że gdy mają psa, to sprzątają po nim na osiedlu, ale jeśli wychodzą na spacer poza osiedle, to już hulaj dusza. Wybór osiedla grodzonego wiąże się zatem z dość jednostronnym i egoistycznym podejściem do ładu i czystości.
– O ładzie i czystości mówi Pan jako o częściowo spełnionej obietnicy grodzonych osiedli. Podobnie jest chyba z realizacją niepisanej funkcji „statusowej”. Na ile jest tak, że generalnie mieszkańcy tego typu osiedli są zadowoleni ze swojego wyboru, a na ile na dłuższą metę się rozczarowują?
– Z moich badań i obserwacji wynika, że większość konfliktów na osiedlach grodzonych nie dotyczy, paradoksalnie, jego relacji ze światem zewnętrznym, wobec którego mur ma być barierą, lecz relacji wewnątrz wspólnot. Media informują o tym rzadko, ale natychmiast wychodziło to w prowadzonych przeze mnie wywiadach. Bardzo szybko okazuje się bowiem, że chociażby spokój dla ludzi starszych jest czymś zupełnie innym niż dla rodziców z dziećmi, a jak mówiłem, w Polsce nie mamy raczej osiedli sprofilowanych w stylu amerykańskim. I bardzo liczne są przypadki, że np. starsze małżeństwo kupuje sobie mieszkanie na powstającym dopiero osiedlu, ale po wprowadzeniu okazuje się, że właśnie pod nim zlokalizowano piaskownicę dla dzieci. Protestują. Piaskownica zostaje przeniesiona, ale wtedy z kolei rodzice są niezadowoleni, bo chcą widzieć dzieci w czasie zabawy. Piaskownica trafia w okolice dyżurki ochrony osiedla, ale to powoduje jakiś następny sprzeciw. Konflikty się namnażają, atmosfera się zagęszcza, co sprzyja wybuchaniu kolejnych sporów. Do naturalnego zróżnicowania mieszkańców dokłada się jeszcze istnienie grupy rentierów, za sprawą której na osiedla trafiają np. studenci i inne grupy najemców, pochodzące zwykle z zupełnie innego świata niż zdecydowana większość właścicieli mieszkań. Co ciekawe, konflikty wybuchające w ramach osiedli zamkniętych niemal zawsze rozwiązywane są nie bezpośrednio między zainteresowanymi stronami, lecz poprzez administrację osiedla, ochroniarzy czy wręcz policję.
– Wróćmy jeszcze do rozczarowań, jakie przeżywa znaczna część wprowadzających się do nowych osiedli. Większość z nich powstaje na obszarach przedmiejskich, często w znacznym oddaleniu od jakiejkolwiek infrastruktury czy usług publicznych – bez dostępu do transportu miejskiego, szkół, przedszkoli, przychodni itd. Na ile jest to dla mieszkańców problem, a na ile ich styl życia – podziemne garaże, brak zainteresowania ofertą społeczno-kulturalną miasta, prywatna służba zdrowia i opieka nad dziećmi – sprawia, że ta izolacja jest tolerowana czy wręcz aprobowana?
– Na pewno jest to dla nich codzienność, do której chcąc nie chcąc muszą się przyzwyczaić. Trudno powiedzieć, na ile jest to traktowane jako dopust boży. Każdy z nas stara się jakoś racjonalizować swoje wybory, ale zjawisko dysonansu poznawczego w przypadku zakupu nieruchomości bywa szczególnie dojmujące. Może to być coś, z czym trudno sobie poradzić czy zracjonalizować, ale z drugiej strony nie jest to też czynnik prowadzący do jakiegoś fundamentalnego przewartościowania swoich wyborów związanych ze stylem życia.
– Niemal wszystkie badania i analizy wskazują, że w Polsce akt własności mieszkania jest uznawany za jeden z najistotniejszych czynników poczucia egzystencjalnego bezpieczeństwa i stabilności. Różni nas to od wielu innych krajów europejskich, gdzie bardziej doceniane są tanie mieszkania na wynajem. Jak widziałby Pan na tym tle kwestię rozwoju osiedli grodzonych? Czy źródła polskiej specyfiki w tych dwóch sprawach jakoś by Pan ze sobą wiązał?
– Oczywiście. Różnica statusu między najemcą a właścicielem mieszkania jest w Polsce kolosalna. W kontekście problematyki własności, kredytu itd. mówiłbym też o bezpieczeństwie, pojętym znacznie szerzej niż jako ograniczony lęk przed przestępczością – faktyczną czy urojoną. Istotne wydaje mi się po prostu bezpieczeństwo bytowe. Własny dom to ostoja bezpieczeństwa w zmiennych warunkach zewnętrznych. W swojej książce nadałem nawet jednemu z rozdziałów tytuł porównujący dominujące w naszym kraju sposoby myślenia o tych kwestiach do Dzikiego Zachodu. Wzięło się to stąd, że kilka z badanych przeze mnie osób powtórzyło w wywiadach niezależnie od siebie to samo porównanie, opisując spotkania mieszkańców. Wedle ich relacji zawsze jest ktoś, kto przyjmuje role szeryfa, opiekuna osiedla itd. Wiąże się to właśnie ze wspomnianym niezwykle silnym poczuciem przywiązania do swojej własności i ze społecznym prestiżem, jaki z niej wynika. Nawet akt własności w wersji obarczonej 30-letnim kredytem jest czymś ważnym i pożądanym.
– Czy nie jest też tak, że w Polsce dominującym kierunkiem aspiracji jest posiadanie domu jednorodzinnego, a mieszkanie na osiedlu z ogrodzeniem stanowi pewną jego namiastkę czy też rozwiązanie pośrednie pomiędzy posiadaniem domu a życiem w mieście?
– Osiedle grodzone stanowi rzeczywiście pewnego rodzaju erzac niedoścignionego wzorca kulturowego, jakim jest dom pod miastem. Wiele osób określa zresztą mieszkanie na tych osiedlach jako etap przejściowy, bo „docelowo chcemy mieszkać poza miastem”, najlepiej w domu jednorodzinnym. Postawa taka jest głęboko zakorzeniona w micie domu z ogrodem czy jeszcze lepiej dworku – wiejskiej idylli itp. Taka interpretacja wyjaśniałaby wiele, choćby wątki natury, jakie pojawiają się w licznych materiałach promujących w Polsce osiedla zamknięte.
– Mówi się też, że zarówno myślenie o akcie własności jako o gwarancji życiowego bezpieczeństwa, jak i samą formę osiedli grodzonych zaimportowaliśmy ze Stanów Zjednoczonych, jako wciąż podstawowego wzorca świata, do jakiego aspirujemy. Z drugiej jednak strony charakterystyczne jest to, że grodzenie jest bardzo popularne w krajach trzeciego świata, a związany z nim model rozwoju miast skorelowany jest z nierównościami społecznymi. Jak widzi Pan wpływ tego czynnika na fakt, że polskie miasta wypełniają się tego typu zabudową?
– Kiedy Fundacja Instytut Architektury przygotowywała w Krakowie wystawę pt. „Zamieszkiwanie”, skatalogowano różne formy zamieszkiwania we współczesnej Polsce i przyjęto jako jeden z punktów odniesienia Indeks Giniego, mierzący nierówności społeczne, który jest w Polsce dość wysoki. Nie jest może tak, jak czasem się mówi, że Warszawa jest „stolicą trzeciego świata”, choć wiele cech jej i innych polskich miast, takich jak schematy związane z akumulacją prywatnej własności i wypychaniem lokatorów mieszkań socjalnych i komunalnych na obrzeża cywilizacji, rzeczywiście przypominają warunki trzecioświatowe. Tak czy inaczej poziom nierówności jest bardzo znaczący i na pewno pośrednio wpływa na taką, a nie inną ścieżkę rozwoju polskich miast.
– Chciałbym dopytać jeszcze o klasowy wymiar osiedli grodzonych. Czy rzeczywiście dążenie do izolacji od życia wspólnotowego wiąże się w Polsce z przynależnością do klasy średniej? A może są to aspiracje o bardziej powszechnym charakterze, tyle że nie każdy ma środki, aby je realizować?
– Myślę jednak, że grodzenie ma w Polsce wyraźnie klasowy charakter. W stereotypowych opiniach o „osiedlach lemingów” jest zdecydowanie sporo racji. Jeśli zgodzilibyśmy się na definicję klasy opartą o kategorie statusu i stylu życia, która wydaje mi się we współczesnym świecie użyteczniejsza niż ta odwołująca się wyłącznie do kwestii własności środków produkcji, to zobaczymy, że tożsamość związana z mieszkaniem na osiedlu grodzonym jest atrakcyjna przede wszystkim dla członków klasy średniej. Ukazanie tych uwarunkowań jest jednym z głównych celów mojej pracy badawczej. Dobrym przykładem na uzasadnienie tezy o klasowym charakterze osiedli był słynny konflikt w Marinie Mokotów w Warszawie, gdzie powstały sklepy, których najemcy zaczęli się skarżyć na brak klientów. W odpowiedzi administracja osiedla otworzyła bramy osiedla, co wzbudziło jednak stanowczy sprzeciw mieszkańców. Menedżerowie uspokajali, podkreślając istnienie licznych i świetnie działających systemów bezpieczeństwa, kamer monitoringu itd. Ale przekaz mieszkańców pozostawał niewzruszony: nie chcemy tutaj społecznej „szumowiny” i żądamy zamknięcia bram. Pokazuje to, że obawa przed przestępczością jest dla nich dużo mniej ważna niż status osiedla zamkniętego przed „elementami obcymi klasowo”.
– A czy nie mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, to znaczy czy sami mieszkańcy nowych osiedli nie stają się obiektem stygmatyzacji, przede wszystkim za sprawą narracji wytwarzanych przez inne segmenty wielkomiejskiej klasy średniej? Czy nie bywają oni wpisywani chociażby w podział na „prawdziwych mieszczan od pokoleń” i „słoiki” czy prawdziwą inteligencję i bezrefleksyjne „lemingi”?
– Takie zjawiska rzeczywiście istnieją, choć są one dość nowe i wymagają jeszcze pogłębionych badań. Warto zwrócić uwagę na fakt, że przez jakieś 15 lat w zasadzie nie dyskutowano problemów związanych z ekspansją grodzonych osiedli. W przekazach medialnych były one pokazywane w wyłącznie pozytywnym świetle, jako forpoczta modernizacji, a pejoratywne ujęcia pojawiły się właściwie dopiero w ostatnich 2–3 latach, wraz z rozwojem i popularyzacją tzw. ruchów miejskich i ich walki o przestrzeń publiczną. Dlatego mimo wszystko postrzegałbym te stereotypy, epitety czy czasem wątpliwych lotów dowcipy odnoszące się do mieszkańców osiedli grodzonych jako uboczny skutek szerszych, pozytywnych zmian w myśleniu o mieście. I to zmian, które wykraczają już poza grono mieszczańskich aktywistów, obejmując również przedstawicieli klasy średniej, do niedawna potencjalnych kupców mieszkań na zamkniętych osiedlach. Obraz staje się coraz bardziej złożony i jest to świadectwo dojrzewania polskiego społeczeństwa i jego refleksji o mieście.
– Bardzo optymistycznie postrzega Pan sytuację. Powstanie subkultury „miejskich prawdziwków” i wybranie mieszkańców osiedli grodzonych lub „słoików” na ich kozły ofiarne – byłoby wyrazem czegokolwiek więcej niż prosta dystynkcja?
– Oczywiście stygmatyzacja tej grupy społecznej to jest ten aspekt sprawy, z którego się nie cieszę. Ale z drugiej strony trzeba wiedzieć, że osiedla grodzone są ważnym ogniwem debaty o miejskości i mieszkaniu w mieście.
– Ale czy stygmatyzacja „słoików”, „lemingów” itp. nie jest symptomem czegoś innego – że miejsce poszerzonej debaty o mieście inkluzywnym i demokratycznym, także pod względem przestrzennym, zajmuje wyścig o społeczny prestiż między poszczególnymi grupami mieszkańców?
– Jest takie zagrożenie. Przeprowadzka do Krakowa 5 lat temu była dla mnie pod tym względem wielką nauczką. Stąd wziął się zresztą mój pomysł na badania Nowej Huty – była to próba odnalezienia i opisania alternatywnego myślenia o miejskości wobec tej linii tradycyjno-mieszczańsko-snobistycznej, która jest w Krakowie wyjątkowo silna. Na pewno jest to inny wariant tego samego, co robi znaczna część mieszkańców nowych osiedli, czyli budowania statusu w oparciu o dystynkcję i wykluczenie. Ale powiedzmy, że traktuję to jako pewien rodzaj nieuniknionego folkloru miejskiego, który w tej czy innej formie funkcjonował od dziesięcioleci. Ważniejsze jest dla mnie, jaki jest długofalowy kierunek rozwoju.
– W jednym z wywiadów wspominał Pan, że w USA mieszkańcy osiedli grodzonych tworzą grupy politycznego nacisku, np. na rzecz ograniczenia lokalnych podatków. Czy w Polsce zauważa Pan jakieś analogiczne przejawy politycznej mobilizacji? Czy wydzielanie ze wspólnej przestrzeni kolejnych osiedli generuje albo generować będzie nowe interesy, nowe konflikty?
– Obecnie mieszkańcy osiedli zamkniętych nie są grupą wystarczająco zintegrowaną, żeby byli w stanie uzgodnić ze sobą wspólne interesy na poziomie miasta jako całości. Przypadki mobilizacji dotyczą raczej spraw bezpośrednio związanych z osiedlem, takich jak protest przeciwko lokalizacji jakiejś inwestycji, niemniej nawet w tego typu kwestiach zwykle nie są w stanie przeforsować swoich postulatów. Na razie nie wykazują potencjału, by stać się zorganizowanymi grupami interesu, zdolnymi do przemodelowania myślenia o mieście na swoją rzecz.
– Nie obawia się Pan, że to właśnie na puchnących wciąż osiedlach grodzonych, a nie w ruchach miejskich, wykuwa się tożsamość polskiej klasy średniej? Mogłoby to oznaczać dominację postaw aspołecznych i egoistycznych na wiele pokoleń naprzód…
– Z jednej strony wydaje mi się, że tego typu postawy mogą rzeczywiście stanowić spore wyzwanie, szczególnie w wymiarze pokoleniowym. O ile wśród współczesnych mieszkańców zamkniętych osiedli przeważają trzydziestolatkowie, dla których istotnymi punktami odniesienia pozostają choćby „okołotrzepakowe” wspomnienia z dzieciństwa, rzeczywistość państwowych szkół itp., o tyle ich dzieci będą w dużej mierze pozbawione tego typu doświadczeń. To może rodzić pewne problemy. Z drugiej strony masowe powstawanie osiedli grodzonych wywołuje coraz dalej idący ferment i z czasem spodziewam się silnego odwrotu od tej tendencji. Rosnąca mobilność młodych ludzi może skłaniać do poszukiwania alternatyw wobec mieszkań własnościowych – np. wzrost liczby komunalnych mieszkań czynszowych czy pojawienie się kooperatyw mieszkaniowych wydaje mi się absolutnie normalnym i, co więcej, pożądanym trendem. Tego typu przemiany mogą objąć także dzieci wychowujące się za ogrodzeniami. Wydaje mi się, że mija zachłyśnięcie się Zachodem w wersji rodem z westernu…
– Dziękuję za rozmowę.
Lipiec 2014 r.