Koniec świata Made in China?

Większość towarów kupowanych w Europie czy USA jest opatrzonych metką Made in China. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ubrania amerykańskiej czy hiszpańskiej marki są takimi jedynie z nazwy. Jeśli jesteś jedynie konsumentem, prawdopodobnie nie obchodzi cię, gdzie powstała nowa para butów czy aparat fotograficzny – ważna jest cena oraz fakt, że na wiele rzeczy możemy sobie pozwolić dzięki tanim towarom z krajów Azji. Jeśli natomiast jesteś szefem firmy zlecającej wytwarzanie swoich towarów, wówczas niskie koszty pracy i produkcji z pewnością pomogą podjąć decyzję o lokalizacji fabryk czy zamówień właśnie w tamtym rejonie świata, co zminimalizuje koszty i zwiększy zyski przedsiębiorstwa. Dla władz Chin czy Indii zainteresowanie zagranicznych inwestorów i produkcja dla firm z całego świata to z kolei czynnik pozwalający uzyskać wzrost gospodarczy oraz sprawić, że kraje te są potęgami eksportowymi. Z drugiej strony outsourcing usług oraz offshoring produkcji do krajów rozwijających się pozbawiają pracy tysiące ludzi w krajach Europy i USA.

Tak więc niezależnie od perspektywy i pozycji społecznej, globalny rynek i łańcuch dostaw, którego pierwszym elementem są tysiące fabryk w krajach Azji Południowo-Wschodniej, mają wpływ na życie ludzi na całym świecie. Widać już jednak pewne symptomy, które mogą zmienić dotychczasowe trendy.

Kot łapie inwestorów

Deng Xiaoping, sukcesor Mao Zedonga, był pragmatykiem. Jego naczelny cel stanowiło doprowadzenie do pełnej samowystarczalności Chin – zarówno gospodarczej, jak i politycznej. Słynne stało się jedno z powiedzeń Denga: Nieważne, czy kot jest czarny, czy biały – ważne, żeby łowił myszy. Dlatego nie podważał prymatu Chińskiej Partii Komunistycznej i jej roli w każdej dziedzinie życia, ale zarazem nie widział niczego złego we wprowadzaniu elementów gospodarki rynkowej. Jednym z naczelnych haseł jego polityki był socjalizm o chińskiej specyfice, czyli swoiste połączenie socjalizmu i kapitalizmu.

Pod koniec lat 70. Deng rozpoczął długi i niezwykle znaczący proces otwierania kraju na świat i zagranicznych inwestorów. Efektem są obecne Chiny – z jednej strony wielka fabryka, potęga eksportowa. Z drugiej – wschodzące mocarstwo o olbrzymich rezerwach walutowych, rozdające karty nie tylko w regionie Azji i Pacyfiku, ale też inwestujące w krajach Ameryki Południowej czy Afryki. W latach 80. i 90. XX wieku Chiny były dopiero na początku tej drogi. Chiński rząd ochoczo wspierał powstające jak grzyby po deszczu spółki joint-ventures, a także firmy krajowe, które zaczynały produkować towary na rynek lokalny i na eksport. Władze zamroziły kurs yuana, aby utrzymać koszty produkcji i ceny towarów na bardzo niskim poziomie. W efekcie cały świat zaczął sprowadzać z Chin dosłownie wszystko – poczynając od ubrań i elektroniki, a kończąc na truskawkach i czosnku.

Niskie ceny i dostępność każdego rodzaju towaru sprawiły, że przeciętny konsument mógł nie tylko pozwolić sobie na więcej dóbr, ale też kupować je coraz taniej. Oczywiście istnieje druga strona medalu – jest nią jakość i trwałość. Po pierwszym okresie oczarowania taniością i ilością łatwo dostępnych towarów konsumenci zaczęli zauważać, że mimo reklam i logo dobrze znanych firm towary produkowane w chińskich fabrykach są gorszej jakości, szybciej się zużywają, psują i co gorsza – nie można ich naprawić, ponieważ bardziej opłaca się kupić nowy produkt niż części zamienne.

Przez wiele lat najefektywniejszym sposobem wytwarzania części lub całego towaru był outsourcing i zlecanie produkcji podwykonawcom z tańszych krajów rozwijających się, w których koszty zatrudnienia były mniejsze, a lista praw pracowniczych krótka lub żadna. Niskie koszty produkcji i pracy pozwalały generować większe zyski. Outsourcing (czy też offshoring) stał się dominującym trendem w globalnej produkcji. Jego początki sięgają lat 70. XX wieku, kiedy Deng Xiaoping otworzył Chiny na świat, a chińskie władze wprowadziły zachęty i ułatwienia mające przyciągać zagranicznych inwestorów. Państwa takie jak Chiny i Indie oferowały tanią i nieprzebraną wręcz siłę roboczą, tanie materiały oraz niewielkie koszty budowy i utrzymania zakładów produkcyjnych. Świat przez ponad 30 lat łapczywie pochłaniał coraz większe ilości tanich towarów produkowanych w Azji.

Chytry traci wiele razy

Dzisiaj widać już jednak wyraźnie, że uzależnienie od Chin odbija się czkawką. Producenci zdali sobie sprawę, że wytwarzanie towarów w Azji wcale nie przynosi spodziewanych zysków, a ryzyko związane np. z przekazywanym podwykonawcom know-how bywa dla producenta strzałem w stopę.

Lista problemów pojawiających się w przypadku zlecania produkcji fabrykom krajów Azji Południowo-Wschodniej jest długa. Zaczyna się już na etapie planowania zamówienia – jego wielkość opiera się często nie na realnym zapotrzebowaniu, a jedynie na hipotezach, jakie można wysnuć na podstawie dotychczasowego popytu i ewentualnych trendów rynku. Zlecenie rozpoczyna się od przedpłaty (najczęściej 30% wartości towaru), co oznacza zamrożenie gotówki i oczekiwanie na produkty, które pojawią się w miejscu przeznaczenia średnio po ok. 6–8 tygodniach od złożenia zamówienia. Wzrastające ceny oleju napędowego wpłynęły w ostatniej dekadzie znacząco na koszty transportu morskiego i lotniczego. To z kolei spowodowało, że armatorzy i linie lotnicze zredukowali liczbę połączeń, co negatywnie odbiło się na szybkości transportu towarów z Azji. Dystans między fabryką a centralą to często ponad 6 stref czasowych.

Kwestią problematyczną jest także kontrola jakości, dużo bardziej skomplikowana i ryzykowna w przypadku relokacji produkcji do Chin. Różnice kulturowe, różnice w podejściu do zawartej umowy i wzajemnych zobowiązań, w interpretacji pojęć związanych z produkcją, kłopoty z wyegzekwowaniem postanowień umowy czy zamówienia – to problemy, z jakimi na co dzień stykają się menedżerowie kierujący produkcją w krajach Dalekiego Wschodu. Do tego dochodzi konieczność wizyt w fabrykach i delegacje do Chin, które poza generowaniem kosztów często nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Aby poradzić sobie z problemami, organizuje się albo telekonferencje z uczestnikami rozsianymi po świecie, albo dłuższe lub krótsze wyjazdy do fabryk, żeby utrzymać w ryzach całość procesu produkcji, kontrolować jakość na każdym etapie i poprawiać stosunki z lokalnym zespołem. To wszystko kosztuje jednak niemałe pieniądze, nie licząc czasu i energii włożonych w pracę nad zniwelowaniem różnic kulturowych i „dogadanie się” stron.

Osobna sprawa to półlegalne lub nielegalne praktyki, powszechne w całej Azji, takie jak łapówkarstwo i nepotyzm, nie tylko w strukturach władz lokalnych czy składach celnych, ale także w prywatnych firmach, m.in. przewozowych i załadunkowych. Natomiast powszechne w Azji piractwo i kopiowanie wszelkich możliwych wzorów czy rozwiązań technicznych powoduje, że innowacyjny produkt będzie wkrótce miał azjatyckie podróbki, sprzedawane za połowę ceny oryginału. Wielu producentów odczuło na własnej skórze kradzież praw autorskich, logo marki, fasonów czy patentów związanych z produkcją.

Chińscy robotnicy od co najmniej dekady nie są już i nie chcą być bezimienną masą produkującą za półdarmo towary, które zostają później sprzedane kilkanaście razy drożej na rynkach zachodnich. Od wielu lat skutecznie domagają się podwyżek płac i lepszych warunków pracy przy czynnym wsparciu władz lokalnych i centralnych (pisałam o tym obszernie w „Nowym Obywatelu” nr 58). Z danych Międzynarodowej Organizacji Pracy wynika, że płace realne w krajach Azji wzrosły od 2000 do 2008 r. o 7,1–7,8% rocznie. Natomiast wynagrodzenie kadry zarządzającej w Chinach często jest dużo wyższe niż w krajach Europy czy w USA. Płace chińskich robotników wzrosły o ok. 10% rocznie od 2000 do 2005 r., a od 2005 do 2010 r. o 19% rocznie. Władze Chin planują podwyższenie wynagrodzeń o kolejne kilkanaście procent do 2015 r. Ponadto zagraniczni pracodawcy muszą obecnie partycypować w chińskim systemie zabezpieczeń społecznych, opłacając składki emerytalno-rentowe na poziomie ok. 40% wynagrodzenia.

W dodatku chiński rząd zaczyna wycofywać się z pomocy i dopłat dla zakładów wytwarzających na eksport, skupiając się na promowaniu producentów dostarczających towary na rynek krajowy. Stopniowe uwalnianie kursu yuana sprawia, iż towary pochodzące z Chin są droższe niż wcześniej. Natomiast konsumenci w Europie i USA są coraz bardziej krytyczni wobec produktów pochodzących z Azji i często wolą wydać więcej, jeśli tylko mają możliwość wspierania rodzimego przemysłu. Niższa jakość towarów oraz metka Made in China, będąca symbolem masowej, kiepskiej produkcji, negatywnie wpływa na wizerunek firmy, marki i w rezultacie na sprzedaż.

Zatem łączny koszt offshoringu i produkcji w Azji jest dużo wyższy i składa się ze znacznie większej liczby elementów, niż przewidywano. Często w odniesieniu do zjawiska outsourcingu i offshoringu mówi się o całkowitym koszcie własności (ang. total cost of ownership), a więc łącznym koszcie zakupu, utrzymania, użytkowania i naprawy oraz zbycia określonych towarów lub aktywów firmy w danym okresie czasu. Dla konsumenta łączny koszt własności to np. wszystkie problemy, jakie mogą pojawić się podczas użytkowania produktu: czy działa wadliwie, jak często się psuje, ile kosztuje naprawa i czy w ogóle jest możliwa. Dla producenta są to wszystkie wspomniane formy ryzyka i ukryte koszty związane z produkcją w innym kraju: problemy z jakością, terminowością realizacji zamówień, naruszanie własności intelektualnej itd. Dla państw-importerów total cost of ownership można zdefiniować jako wzrastające bezrobocie, zamykanie rodzimych zakładów produkcyjnych, uzależnienie od produkcji zagranicznej i spadającą konkurencyjność kraju.

Powrót syna marnotrawnego?

Aby rozwiązać choć niektóre z tych problemów, amerykańskie firmy decydują się wycofać część lub całość produkcji z Azji i przenieść z powrotem do USA. Wśród pionierów reshoringu – a więc przenoszenia całości lub części łańcucha dostaw z zagranicy do kraju macierzystego producenta – znajdują się takie przedsiębiorstwa jak General Electric czy Whirlpool, potentaci w branży sprzętu gospodarstwa domowego, a także wielu producentów z branży AGD/RTV (Tacony Corporation, Element Electronics, Coleman), elektronicznej, meblarskiej itd.

Tempo, z jakim firmy amerykańskie przenoszą produkcję z Chin do USA lub krajów Ameryki Południowej, z miesiąca na miesiąc jest coraz szybsze. Reshoring ma sporo innych zalet oprócz wspomnianej funkcji marketingowej, tj. wspierania krajowego przemysłu i miejsc pracy. Pozwala lepiej kontrolować produkcję i jakość, skraca czas realizacji zamówienia, zmniejsza koszty transportu oraz kontroli celnej, pozwala przedsiębiorstwu być bardziej elastycznym i na bieżąco reagować na potrzeby rynku, niweluje też ryzyko zamrażania gotówki w towarze, który być może nie będzie się sprzedawał tak dobrze, jak zakładano.

Czas pokaże, na ile reshoring jest tylko chwilowym trendem, a na ile trwałą tendencją, mającą wpływ na kształt całego globalnego łańcucha dostaw. Wielu mówi o końcu ery outsourcingu (offshoringu), czyli poniekąd końcu dominacji Chin w dziedzinie produkcji wszelkiego rodzaju dóbr na eksport. Jak wynika z raportu opublikowanego 19 stycznia 2013 r. w „The Economist”, w niektórych przypadkach koszty produkcji w Chinach, wliczając koszt transportu, odprawy celnej i innych, są tylko o 10% niższe niż produkcja w USA. Do tego należy dodać koszty i problemy opisane wcześniej, z których istnienia importerzy zdali sobie sprawę dopiero niedawno, patrząc wstecz na swoje działania w krajach Azji Południowo-Wschodniej.

Jednym z pierwszych przedsiębiorstw, które zdecydowały się na reshoring, jest wspomniany General Electrics, czołowa firma z branży AGD. W 2013 r. rozpoczęła przywracanie do życia olbrzymiego kompleksu Appliance Park w Louisville w Kentucky. Zamknięty kilkanaście lat temu, gdy zarząd zdecydował się na offshoring na rzecz Chin i innych krajów Azji, teraz ponownie zaczyna produkować pralki, zmywarki oraz bojlery sprzedawane na rynku krajowym. Po wdrożeniu głośnego i odważnego projektu GE wiele innych firm amerykańskich, niewielkich, średnich, ale także takich gigantów jak Whirlpool, zaczęło wdrażać plany uruchamiania produkcji w kraju, wycofując się stopniowo z Chin. W 2012 roku Apple ogłosiło, że rozpoczyna budowę nowej linii montażowej w Texasie; mają tam być składane komputery Apple, a komponenty dostarczane będą z zakładów produkcyjnych w Illinois, na Florydzie i od innych lokalnych producentów.

Jest to oczywiście zjawisko nowe i dotychczas niemasowe. Większość firm mających swe fabryki i centra R&D (research & development) na całym świecie, także w krajach Azji Południowo-Wschodniej, nie przenosi całej produkcji, a jedynie jej część, głównie związaną z towarami sprzedawanymi na rynku macierzystym producenta. Mimo to trend jest coraz silniejszy i prawdopodobnie już niedługo będzie stanowił poważną konkurencję dla offshoringu. Jak wskazuje badanie na ten temat, przeprowadzone przez Boston Consulting Group w kwietniu 2012 r., 37% firm, których obroty roczne sięgają ponad 1 mln USD, deklaruje chęć lub już zaczęło planować albo wdrażać przenoszenie produkcji z Chin do USA. Spośród gigantów, tj. firm o rocznych dochodach ponad 10 mld USD, wskaźnik ten wynosi aż 48%. Z kolei analizy Hackett Group – think tanku doradzającego firmom międzynarodowym – mówią, że ok. 30% amerykańskich przedsiębiorstw produkujących w Chinach planuje przenieść część tego procesu do kraju. Analitycy Hackett Group przewidują, że tempo przenoszenia produkcji z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się zwolni dwukrotnie w kolejnych latach. Z kolei trend reshoringu będzie dużo silniejszy i dwukrotnie więcej firm zdecyduje się na taką ścieżkę rozwoju produkcji.

Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że firmy produkujące w kraju macierzystym i niedecydujące się na tani import z Chin są skazane na bankructwo – nie wygrają z konkurencją zalewającą sklepy tanimi, łatwo dostępnymi towarami. Teraz trend odwrotny opanowuje coraz większą liczbę firm średniej wielkości oraz światowych gigantów w takich branżach jak informatyka, elektronika, sprzęt gospodarstwa domowego, meblarstwo i inne. The Boston Consulting Group w swoim raporcie przewiduje, że do 2020 roku w związku z trendem reshoringu aż 4 miliony miejsc pracy związanych z produkcją powrócą z krajów Azji do USA.

Są też opinie bardziej sceptyczne. Mimo przewijających się często nazw amerykańskich gigantów (m.in. Apple, Ford, Caterpillar, Lenovo czy GE), obwieszczających, że przenoszą fabryki z powrotem do USA, skala zjawiska jest nadal zbyt mała, by można mówić o trwałym trendzie czy o rewolucji w globalnym łańcuchu dostaw. Największą zaletą reshoringu wydaje się jego funkcja marketingowa. Jak mówi prof. Richard B. Freeman, wicedyrektor Labor and Worklife Program w Harvard Law School: To, co tak naprawdę oznacza reshoring, to budowanie wizerunku firmy. Większość firm relokujących swoją produkcję, powracających do kraju macierzystego, tak naprawdę ma jedną fabrykę w ojczyźnie, zaopatrującą rynek lokalny, a także sieć fabryk ulokowanych w miejscach o niskich podatkach, kosztach stałych, taniej sile roboczej. Rzeczywiście powstają nowe fabryki, produkujące na potrzeby lokalnego rynku, ale nie wydaje mi się, by reshoring był masowym trendem w USA. Jednocześnie powstają bowiem fabryki w innych lokalizacjach na świecie. Na przykład General Electrics, która stworzyła w 2011 roku 10 000 nowych miejsc pracy w USA, jednocześnie otworzyła nowe fabryki w Chinach, Indiach i innych krajach.

Wysoka cena niskich kosztów

Budowanie potęgi gospodarczej i przemysłowej zawsze jest okupione zanieczyszczeniem środowiska oraz chorobami, na jakie narażeni są obywatele. Ale szybkość i skala rozwoju gospodarczego Chin nie mają chyba odpowiednika w historii świata, podobnie jak zakres skutków ubocznych tego procesu. Skażenie powietrza i wody stanowi tam główną przyczynę raka. Ponad 500 mln Chińczyków nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Jak wynika z danych Banku Światowego, tylko 1% populacji chińskich miast, liczącej łącznie ok. 600 mln osób, oddycha powietrzem „czystym” według norm przyjętych przez Unię Europejską. W 2006 r. w Pekinie średnie stężenie zanieczyszczeń i pyłów wynosiło 141 mikrogramów/m2 – w krajach UE pułap uznany za bezpieczny to maksymalnie 40 mikrogramów, a w USA 50. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że w Chinach więcej osób umiera z powodu zanieczyszczenia wody pitnej i powietrza (ok. 750 tys. rocznie) niż z powodu wypadków (89 tys. rocznie).

Począwszy od lat 80. XX wieku Chiny stawały się głównym producentem nie tylko tekstyliów, zabawek czy drobnej elektroniki. W tamten rejon świata przeniesiona została lwia część gałęzi tzw. brudnego przemysłu (dirty industries). Jak podaje chińskie Ministerstwo Ochrony Środowiska, w 1995 r. aż 30% wszystkich zagranicznych inwestycji należało do tych właśnie branż: przemysłu chemicznego, farmaceutycznego, papierniczego, garbarskiego, włókienniczego (w tym barwienia tkanin), elektronicznego, gumowego, plastikowego czy związanego z energetyką i budową maszyn. To właśnie te gałęzie gospodarki najbardziej zatruwają środowisko i powodują najwięcej szkód dla zdrowia pracowników i mieszkańców.

Pogarszający się stan zdrowia milionów ludzi oraz zniszczenie środowiska były przez ostatnie 30 lat problemami drugorzędnymi. Jednak ostatnio polityka rządu zaczyna ulegać zmianie, m.in. pod presją niezadowolenia społecznego. Niemal zupełnie zniesiono subsydiowanie eksportu dóbr produkowanych przy użyciu metod nieekologicznych, wprowadzono zachęty i pomoc finansową dla firm chcących rozwijać technologię zasilania energią odnawialną. Bieżący plan pięcioletni szczególnie podkreśla konieczność zmian w podejściu do ekologii, ochrony środowiska i zdrowia obywateli oraz wspiera korzystanie z odnawialnych źródeł energii.

Firmy wytwarzające towary w Chinach na europejskie i amerykańskie rynki zbytu w znacznym stopniu przyczyniły się do obecnego stanu rzeczy i złej sytuacji ekologicznej w tym kraju. Chińskie fabryki produkujące tony odpadów zatruwających glebę i powietrze wytwarzają dobra, które w większości trafiają na półki sklepów za granicą. Firmy zachodnie, zachęcone brakiem surowych regulacji dotyczących produkcji przemysłowej i ochrony środowiska, przez ostatnie 30 lat masowo inwestowały w swoje zakłady produkcyjne w Chinach. Tym samym nie narażały środowiska i zdrowia obywateli w macierzystym kraju. Chiny stały się globalną fabryką i globalnym wysypiskiem śmieci, przy czynnym udziale milionów konsumentów na całym świecie.

Co przyniesie przyszłość?

Oczywiście nie wszyscy importerzy zrezygnują ze zlecania lub prowadzenia produkcji w Chinach – kraju o doskonałym zapleczu logistycznym i zasobach surowcowych. Przez kilka ostatnich dekad wiele firm zachodnich zainwestowało mnóstwo środków i czasu w zaplanowanie i rozpoczęcie produkcji towarów w Chinach, wdrożenie odpowiednich standardów produkcji oraz utrzymanie jakości i wydajności na określonym poziomie.

Niewątpliwie wzrost kosztów wytwarzania w Chinach będzie miał jednak negatywne skutki dla pozycji eksportowej tego kraju. Już dzisiaj widać rosnące zainteresowanie inwestycjami w krajach takich jak Kambodża czy Birma, gdzie koszty wytwarzania są bardzo małe, a egzekwowanie prawa pracy i dbałość o środowisko naturalne pozostają na bardzo niskim poziomie. Jeszcze innym zjawiskiem, również nasilającym się, jest nearshoring, czyli produkcja w uboższych krajach ościennych – w przypadku USA są to coraz częściej Meksyk, Chile i inne kraje Ameryki Południowej, a dla Europy niektóre państwa afrykańskie.

Wydaje się, że Chiny jeszcze długo pozostaną krajem bardzo atrakcyjnym dla producentów. Państwo Środka to bowiem kraj nie tylko o największej na świecie populacji – to również społeczeństwo o największym odsetku osób zdolnych do pracy (84%). 28% z nich jest zatrudnionych w przemyśle – to więcej niż w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej. W Chinach jest obecnie około 215 milionów pracowników fabryk, co stanowi ponad 58% ogółu pracowników przemysłowych w całej Azji Południowo-Wschodniej, włączając Indie. Na przykład w Wietnamie robotnicy zarabiają ok. 25% tego, co ich chińscy koledzy, nie mogą jednak się z nimi równać pod względem wydajności, co znacznie wpływa na ogólny koszt produkcji.

Widać jednak, że wielkie firmy zmieniają powoli podejście do biznesu i przestają traktować produkcję w Chinach jako jedyną możliwość. Wiele z nich zaczyna szerzej patrzeć na kwestię oszczędności, wydatków i problemów związanych z obecnym modelem zaopatrzenia i w rezultacie odchodzi od prostych analiz opartych tylko na koszcie zatrudnienia, włączając w całość kalkulacji także inne koszty, dotychczas niebrane pod uwagę. To z kolei sprawia, że zaczynają uelastyczniać metody działania, próbując dostosować swój model dostaw do coraz szybciej i dynamiczniej zmieniającej się rzeczywistości rynkowej. Chiny także korygują swoją politykę i dostrzegają zagrożenia związane z wieloletnią pogonią za dwucyfrowym wskaźnikiem PKB. Kluczowe zadania, jakie stawiają przed sobą Chiny, to przede wszystkim poprawa jakości życia obywateli, ochrona środowiska, wzrost konsumpcji wewnętrznej oraz rozszerzanie wpływów politycznych. Można powiedzieć, że obie strony, po okresie wzajemnej fascynacji, zaczynają szukać nowych dróg rozwoju. Miejmy nadzieję, że będzie to model rozwoju opartego na zasadach poszanowania środowiska naturalnego, praw człowieka i praw pracowniczych niezależnie od miejsca produkcji.

System zorganizowanej nierówności – rozmowa z Wojciechem Woźniakiem

W każdym demokratycznym społeczeństwie w historii byli bogaci, „średni” i biedni. Zdaniem niektórych oznacza to, że interwencje publiczne w celu zmniejszania dysproporcji majątkowych są wymierzone w „naturalny porządek rzeczy”.

Wojciech Woźniak: Kluczowe jest tutaj nie to, co uznamy za naturalne, lecz to, czy uważamy nierówności dochodowe – przekładające się na nierówny dostęp do dóbr takich jak władza polityczna, edukacja, ochrona zdrowia – za korzystny, neutralny czy negatywny element rzeczywistości. Kwestię tę próbowano rozpatrywać w kategoriach racjonalnych. Przykładowo: są koncepcje socjologiczne, które forsowały stanowisko, że rozpiętości w poziomie życia są funkcjonalnie niezbędne dla istnienia społeczeństwa jako najlepszy motywator starań jednostek o poprawę swojego bytu. Koniec końców odpowiedź na pytanie o zadania państwa w zakresie łagodzenia nierówności wynika jednak bezpośrednio z wyznawanych wartości: sposobu postrzegania wspólnoty i tego, czy obchodzi nas los tych, którzy są niżej od nas w strukturze społecznej.

Przez kilka dekad po II wojnie światowej dominowało przekonanie, że możliwie płaska pod względem dochodów struktura społeczna i mniejsze niż wcześniej rozpiętości standardu życia są wartością samą w sobie, w związku z tym państwo ma obowiązek poszerzać zakres korzystania z dóbr, do których wcześniej klasa robotnicza nie miała dostępu. W latach 70., wraz z pojawieniem się ideologii neoliberalnej, zatriumfowało przekonanie, że każdy jest odpowiedzialny za swój dostatek: jeżeli jestem na szczycie drabiny społecznej, to jest to moja zasługa, a jeżeli na dole – to jest to wyłącznie moja wina. Te idee się zakorzeniły, do czego oczywiście bardzo mocno przyczyniła się machina medialno-marketingowa, która stała za ich promocją. Ludzie, zwłaszcza w Ameryce, w większym stopniu niż kiedykolwiek zaczęli wierzyć w mit, według którego mobilność społeczna jest dostępna dla wszystkich i jeżeli nie udaje nam się z tej ścieżki skorzystać, to winne są nasze indywidualne cechy osobowościowe, a nie strukturalne ograniczenia występujące w danym społeczeństwie. Szło za tym wycofywanie się państwa z redukowania dystansów społecznych – zyskało ono różną skalę w poszczególnych krajach, jednak stało się standardem na całe lata 80. i 90.

Triumf doktryny neoliberalnej był możliwy m.in. dlatego, że była ona prezentowana jako opierająca się na wynikach obiektywnych badań, ujętych w ekonomiczne równania wspierane autorytetem wybitnych noblistów. W kwestii postrzegania nierówności bardzo istotną rolę odegrał Simon Kuznets – ze stworzonego przez niego modelu wynikało, że w okresach szybkiego rozwoju gospodarczego ich radykalny wzrost jest nieuchronny. Z czasem kolejne dogmaty zaczęły ujawniać swoją słabość. Już w 1995 r. Bank Światowy, niegdysiejsze centrum neoliberalnej ortodoksji, opublikował raport z dużych, wieloletnich badań w kilkudziesięciu krajach, który dowiódł, że, „krzywa Kuznetsa” nie ma zastosowania choćby w odniesieniu do „azjatyckich tygrysów”. Ich dynamicznemu wówczas rozwojowi – osiągniętemu zresztą także dzięki znacznej aktywności państwa w gospodarce – nie towarzyszyło bowiem powiększanie się skali rozwarstwienia.

Szczególnie mocne ciosy myśleniu o nierównościach jako czymś neutralnym czy wręcz pozytywnym zadał jednak kryzys ostatnich lat.

Coraz wyraźniej widać, że rynek nie zawsze dzieli dochody sprawiedliwiej niż państwo oraz że znaczący wzrost rozpiętości dochodowych w krajach rozwiniętych zagraża stabilności ich gospodarek. Jest to związane choćby z tym, że popyt wewnętrzny kuleje, gdy część społeczeństwa może zaspokoić tylko podstawowe potrzeby, a inna część ma coraz większe nadwyżki dochodu i gromadzi je w formie oszczędności.

Równolegle pojawiły się prace akademickie, które wskazują na rozmaite negatywne konsekwencje narastających nierówności ekonomicznych. W książce „Duch równości” Wilkinsona i Pickett, brytyjskich naukowców, udowadniano, że im mniej egalitarne społeczeństwo, tym większe natężenie problemów w bardzo różnych sferach rzeczywistości, od przestępczości i ciąży nieletnich po występowanie schorzeń psychicznych. Wagę zagrożeń społecznych i ekonomicznych płynących z dysproporcji dochodowych pokazuje także choćby opublikowany w grudniu 2011 r. raport OECD o bardzo znaczącym tytule: „Divided We Stand: Why Inequality Keeps Rising”, czyli „Trwamy podzieleni. Dlaczego nierówności wciąż rosną”.

Wreszcie za podejmowaniem działań zmniejszających rozwarstwienie przemawia jego bezprecedensowa skala. Göran Therborn, szwedzki socjolog od wielu lat pracujący w Cambridge, zestawił zarobki dzisiejszego menedżera wysokiego szczebla w brytyjskiej korporacji oraz jej szeregowego pracownika, a następnie dochody baroneta z XVII–XVIII w. oraz parobka pracującego na jego ziemiach. Okazuje się, że w feudalnym społeczeństwie brytyjskim dysproporcje między tymi na dole struktury społecznej a tymi na górze były wielokrotnie mniejsze niż obecnie.

W naszym kraju problem nierówności jest szczególnie palący. Jeżeli mierzyć je stosunkiem dochodów najbogatszych i najbiedniejszych dziesięciu procent, to w ostatnich dwóch dekadach wśród krajów OECD rozwarstwienie najbardziej wzrosło w Polsce, nawet bardziej niż w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem już w 1988 r. – u schyłku deklaratywnie bezklasowego PRL-u – nierówności dochodowe, mierzone współczynnikiem Giniego, kształtowały się u nas na poziomie 0,28, a więc znacznie wyższym niż w kapitalistycznych państwach nordyckiego modelu gospodarczego i porównywalnym do Republiki Federalnej Niemiec. W tym samym czasie nasz system łagodzenia różnic materialnych był dramatycznie niedorozwinięty. Sytuacja, z którą mieliśmy do czynienia w 2011 r., gdy próg dochodów uprawniających do wsparcia socjalnego był niższy od progu minimum egzystencji, stanowiła prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii nowoczesnych państw europejskich.

Jednocześnie w kolejnych pokoleniach przeciętny poziom życia jest coraz wyższy – odpowiadają na to obrońcy istniejącego porządku.

Argument, że nie powinniśmy za bardzo narzekać, bo w dłuższej perspektywie wszystkim nam się poprawia, przypomina mi dyskusję nad podniesieniem wieku emerytalnego. Powinniśmy się na nie zgodzić, bo żyjemy dłużej – to zdanie jest prawdziwe na poziomie bardzo ogólnej analizy średniej długości trwania życia, bezsprzecznie większej niż np. 20 lat temu. Natomiast warto się przyjrzeć, i właśnie wspomniany Therborn to zrobił, jak wewnętrznie zróżnicowany jest ten wzrost. Okazuje się, że w 2011 r. w Wielkiej Brytanii – a nie widzę powodu, dla którego nie można by ekstrapolować tych danych także na społeczeństwo polskie – przechodzący na emeryturę 65-letni urzędnik bankowy miał przed sobą 7 lat życia więcej niż kończący pracę w tym samym wieku niewykwalifikowany pracownik Tesco.

Z kolei Whitehall Study – gigantyczne, trwające kilka dekad badanie na próbie bodajże 30 tys. pracowników brytyjskiego sektora samorządowego – pokazało m.in., że prawdopodobieństwo śmierci przed osiągnięciem wieku emerytalnego jest fundamentalnie wyższe w przypadku pracowników fizycznych zatrudnionych przy robotach publicznych, i spada, im ktoś jest wyżej w hierarchii służbowej. Nie może być wątpliwości, że średnie trwanie życia pozostaje w zasadniczej zależności od czynników stricte klasowych, takich jak wykształcenie i zawód, a co za tym idzie – także dochodów.

„Proszę pana, ja już jestem dawno w wieku emerytalnym, ale nie wyobrażam sobie życia bez pracy” – mówią popularny dziennikarz zarabiający kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie czy profesor belwederski z dożywotni etatem na uniwersytecie. Nie próbują nawet zastanowić się, jak wygląda sytuacja ludzi, którzy muszą wykonywać pracę fizyczną albo po 50. roku życia na nowo odnajdywać się na tak cholernie trudnym rynku pracy jak polski.

Zewsząd słyszymy, że jesteśmy „narodem indywidualistów”, a jednocześnie kolejne badania pokazują nasze tęsknoty za państwem opiekuńczym. Jak to zatem jest ze stosunkiem Polaków do egalitaryzmu?

W pierwszym okresie transformacji, gdy część socjologów, nie odwołując się do żadnych badań, tropiła wśród rodaków homo sovieticusa (Piotr Sztompka pisał wprost, że polskie społeczeństwo jest dotknięte „bezinteresowną zawiścią i prymitywnym egalitaryzmem”), poparcie dla redystrybucji było u nas znacznie mniejsze niż na kapitalistycznym zachodzie Europy. Co więcej, dosyć szybko wzrastała akceptacja dla rosnącego zróżnicowania dochodów, jakby równolegle do tego, co elity polityczne i akademickie mówiły o „nieuniknionych kosztach przejścia do gospodarki rynkowej”.

Tyle że zgoda Polaków na większą stratyfikację społeczną wynikała z przekonania, że w odróżnieniu od gospodarki socjalistycznej – w której o wysokości zarobków decydowała lokalizacja w nomenklaturze partyjnej albo stosunek państwa do poszczególnych branż i zawodów – teraz to zasługi, w tym zwłaszcza wykształcenie, będą decydować o tym, jak nam się w życiu powodzi. Percepcja nierówności znowu uległa zmianie, gdy społeczeństwo zorientowało się, że nie są one wyłącznie wynikiem niejednakowych zasług.

Czyli wtedy, gdy okazało się na przykład, że dobrej, a nawet jakiejkolwiek pracy nie ma nawet dla znaczącego odsetka absolwentów porządnych państwowych uczelni.

Statystycznie rzecz biorąc, posiadanie wyższego wykształcenia wciąż jest pewnym immunitetem na rynku pracy. Badania ilościowe nie pokazują jednak wewnętrznego zróżnicowania grupy absolwentów, np. pod względem posiadanego kapitału społecznego, który w bardzo wielkim stopniu dziedziczy się po rodzicach.

W licznych badaniach widać, że o zdobyciu danego stanowiska decydują bardzo często formalne lub nieformalne sieci kontaktów; sami pracodawcy przyznają, że zawsze najpierw szukają pracowników „z polecenia”. Jednocześnie wszystkie badania dotyczące dziedziczenia nierówności pokazują, że jeśli chodzi o tego rodzaju kapitał społeczny, podobnie jak inne zasoby i kompetencje ułatwiające funkcjonowanie w społeczeństwie, to drugie, trzecie czy czwarte pokolenie inteligencji jest fundamentalnie uprzywilejowane względem tych, którzy są w swoich rodzinach pierwszą generacją kończącą studia.

Dziedziczenie statusu społecznego wynika także z tego, że sam sukces edukacyjny jest dostępny w znacznie większym stopniu dla rodzin, które są w stanie inwestować w kształcenie dziecka. Gdy w 1999 r. wprowadzono gimnazja, trzeba było bardzo dużej naiwności, żeby mówić, iż będą one wyrównywać szanse. Ze wszystkich badań, które już wtedy były powszechnie dostępne, jasno wynika, że wprowadzanie dodatkowego progu selekcyjnego bardzo mocno faworyzuje dzieci pochodzące z rodzin o wyższym statusie społeczno-ekonomicznym. Że nie ma możliwości, by w takiej sytuacji nie pojawiła się natychmiast rywalizacja o uczniów i w konsekwencji – tworzenie się gimnazjów lepszych i gorszych. Te pierwsze są dostępne dla dzieciaków, którym rodzice mogą zapewnić dodatkowe, zewnętrzne bodźce edukacyjne (kursy przygotowawcze, korepetycje, zajęcia językowe) albo przynajmniej dysponują dużym kapitałem kulturowym i są w stanie np. podsunąć im właściwe książki. Rywalizacja zaczyna się już w podstawówce i jest to bardzo wyraźnie widoczne.

To oczywiście dotyczy też szkolnictwa wyższego. Korzystając wyłącznie z zaplecza, które daje szkoła publiczna, prawie niemożliwe jest dostanie się na studia postrzegane jako przynoszące w dłuższym terminie największe profity, jak medycyna, prawo, niektóre kierunki inżynierskie czy artystyczne. Same uczelnie organizują płatne kursy przygotowujące do egzaminów wstępnych albo do osiągnięcia na maturze wyniku gwarantującego zdobycie indeksu.

Kilka lat temu na spotkanie z pracownikami naszego wydziału przyjechał ówczesny premier, a wcześniej jego wykładowca, czyli prof. Marek Belka. Jedna z socjolożek zwróciła uwagę, że dzieci bogatszych i lepiej wykształconych rodziców trafiają do nas na bezpłatne studia, podczas gdy te o niższym statusie muszą korzystać z trybu zaocznego lub szkół prywatnych. Na jej pytanie, dlaczego partia z lewicą w nazwie nie podejmuje prób rozwiązania tego problemu, pan premier powiedział szczerze (cytuję z pamięci): „Ja, rzecz jasna, mogę go poddać pod debatę, ale żadne zmiany nie przejdą, bo to nasze – klasy politycznej – dzieci są uprzywilejowane w dostępie na prawo czy medycynę”.

Obok przekonania, że dobre wykształcenie gwarantuje dobrą pracę, drugim „merytokratycznym mitem”, który funkcjonował przez bardzo długi czas, był ten mówiący, że Polacy nie mogą znaleźć zatrudnienia, gdyż są mało mobilni. Zupełnie prysł on w momencie, kiedy pojawiła się realna alternatywa dla beznadziei – wówczas dwa miliony Polaków nagle okazały się być niesamowicie mobilnymi. Co istotne, bardzo znaczącą część emigracji do Anglii czy Irlandii stanowią mieszkańcy małych miasteczek i wsi – społeczności najmocniej dotkniętych procesem transformacji. Ci rzekomo winni własnej sytuacji materialnej, bo niegotowi do zmian, nagle wyparowali z polskiego pejzażu. Dlatego zresztą, oraz ze względu na przyzwoitą koniunkturę gospodarczą i napływ środków z UE, po 2005 r. widać zarówno pewien spadek nierówności dochodowych w Polsce, jak i wskaźników ubóstwa.

W krajach przywiązanych do idei egalitaryzmu pogłębianie i dziedziczenie nierówności ogranicza się dzięki progresji podatkowej.

W Polsce wybrano obniżanie podatków lepiej zarabiającym i przedsiębiorcom, w związku z czym przestała wpływać do budżetu potężna kasa, niezbędna do finansowania usług publicznych. Zmniejszyło to dostęp do różnego rodzaju dóbr – najgorzej zarabiający, w przeciwieństwie do tych, którzy zyskali na zmianach, nie mogą sobie powiedzieć: „nie będę stał w kolejce, tylko zrobię badania prywatnie”.

Jednym z podstawowych instrumentów realizowania zasady sprawiedliwości społecznej jest podatek spadkowy. Jesteśmy chyba jedynym krajem w Europie, który zniósł podatek od spadku w pierwszej linii, niezależnie od zasobów spadkodawcy. Nawet Margaret Thatcher nie zdecydowała się na to, żeby w ten sposób dodatkowo uprzywilejować klasy wyższe. W Polsce to rozwiązanie wprowadziła partia, która szła do wyborów z hasłem „Polski Solidarnej” na sztandarach…

Oddolna presja na wprowadzenie bardziej solidarnego modelu społecznego nie wydaje się zbyt silna.

Rozmaite prace socjologiczne pokazują, że im więcej ludzi jest przeświadczonych, że ubóstwo jest prywatnie zawinione przez osoby nim dotknięte, oraz im gorszy jest konstruowany w debacie politycznej i w mediach obraz tych, którzy są nisko w strukturze społecznej, tym mniejsza jest akceptacja dla redystrybucji.

W Stanach Zjednoczonych miała miejsce gigantyczna kampania propagandowa, opisująca rzekomo nowy fenomen underclass. Pojęcie podklasy – wymyślone przez szwedzkiego noblistę Gunnara Myrdala w zupełnie innym kontekście – posłużyło w roli genialnej etykietki do stygmatyzowania osób znajdujących się na dole struktury społecznej jako tych, którzy nie tylko są sami sobie winni, ale też w jakiś sposób nam zagrażają, w związku z czym musimy się zastanowić, czy warto ich w ogóle w jakikolwiek sposób wspierać. W efekcie pod koniec lat 70. nagle okazało się, że społeczeństwo amerykańskie jest skłonne zgadzać się nie tylko na wycofanie się państwa z bardzo wielu zobowiązań społecznych, ale i na budowę kolejnych więzień, w dodatku prywatnych, a następnie wsadzanie do nich nawet za drobne przewinienia tych, którzy znajdują się najniżej w hierarchii społecznej. Dwa lata temu rozmawiałem z Loïcem Wacquantem, francuskim socjologiem pracującym w Berkeley, na temat coraz większej karceryzacji ubóstwa, jak on to nazywa. Przeprowadzał różnego rodzaju badania etnograficzne i miał pomysł, że popełni przestępstwo i pójdzie na jakiś czas za kratki. Okazało się, że w Stanach Zjednoczonych dobrze sytuowany, biały obcokrajowiec, mający stałą pracę, musiałby popełnić bardzo ciężkie przestępstwo przeciwko zdrowiu, żeby znaleźć się chociaż w sytuacji kilkudziesięciodniowego aresztu.

To wszystko, w trochę mniejszym stopniu, miało miejsce również w Polsce. Rolę, którą etykietka underclass spełniła w otwieraniu drogi dla neoliberalnych reform w USA, u nas podczas przemian odegrało pojęcie homo sovieticusa. Zresztą najlepszym uczniem Ameryki w europejskiej klasie byliśmy także, jeśli chodzi o restrykcyjność systemu penitencjarnego – pod względem liczby więźniów na 1000 mieszkańców chyba tylko kraje nadbałtyckie mogą się z nami równać, a w liczbach bezwzględnych ścigamy się z dwukrotnie ludniejszą Turcją.

Mam wrażenie, że do tej sytuacji bardzo mocno przyczyniły się wszystkie typy elit. Dla polityków było użyteczne wskazać, że pewne grupy nie dają sobie rady dlatego, że nie chcą podporządkować się merytokracji, czyli normalnym regułom rzeczywistości wolnorynkowej. Uzasadnień dla tego sposobu myślenia dostarczały elity intelektualne. Żeby nie być gołosłownym: jest taka książka pt. „Rozmowa o wielkiej przemianie”, w której dwóch profesorów różnych specjalności dyskutuje na różne tematy związane z polską transformacją. W jednym z wątków oburzają się bardzo mocno na protesty pewnych grup zawodowych przeciwko „normalności, którą się wreszcie wprowadza”. O taksówkarzach sprzeciwiających się obowiązkowi instalowania kas fiskalnych mówią wprost, że się zbuntowali, bo im się nie pozwala kraść. Zupełnie zlekceważony został fakt, że dokładnie te same postulaty zgłaszali prawnicy i lekarze – tak jakby przedstawiciele klasy średniej byli impregnowani na nieuczciwość.

W tej samej książce jeden z profesorów, rzecz jasna nie trudząc się podaniem jakichkolwiek źródeł, powiedział, że co druga renta w Polsce jest wyłudzona. Jeżeli nawet przyjąć, że niektórzy dostali renty, chociaż nie powinni, to dla wielu z nich alternatywną możliwoscią był brak środków utrzymania. Pozwolenie, by zamiast na długotrwałe bezrobocie część osób przeszła na renty albo wcześniejsze emerytury, było elementem kadłubkowej formy państwa opiekuńczego pierwszej fazy transformacji.

Moja małżonka zajmowała się naukowo tym, jak w polskich mediach i popkulturze postrzegane są pomoc społeczna i praca socjalna. Wciąż uważa się je za rodzaj reliktów po PRL-u, chociaż jest to kompletny absurd. Polska „realnego socjalizmu” była państwem, w którym zadekretowano, że nie ma biedy ani bezrobocia, dlatego instytucje zajmujące się tymi problemami musieliśmy w III RP budować w zasadzie od zera. Formalnie oczywiście one istniały, ale były zupełnie nieprzygotowane do tego, z czym musiały się zderzyć w latach 90. O instytucjonalnym zapleczu państwa prawdziwie opiekuńczego mogliśmy jedynie pomarzyć w momencie, kiedy go najbardziej potrzebowaliśmy. Do dziś się go nie doczekaliśmy, co wynika chyba z tego, że problem nierówności społecznych jest nadal niedoceniany.

Idea państwa, którego kluczowym zadaniem jest wyrównywanie dostępu do dóbr i życiowych możliwości, nie mogła też liczyć na wsparcie mediów. Nadal tak się dzieje, pomimo tego, że rynek prasy codziennej zdominowały z jednej strony „ludowe” tabloidy, z drugiej zaś – gazeta odwołująca się w deklaracjach do tradycji lewicowej inteligencji.

Bardzo ciekawa jest kwestia tabloidów, która zaczyna u nas wyglądać analogicznie do Zachodu Europy. Porównywałem sytuację w Polsce z Wyspami Brytyjskimi i rola tego rodzaju prasy okazuje się bardzo ambiwalentna. Tabloidy stawiają się zawsze w roli obrońcy zwykłego człowieka, swoistego vox populi, ale jednocześnie odgrywają bardzo istotną rolę w kreowaniu rozmaitych welfare scandals. Mowa o artykułach wzmacniających stereotypy na temat pomocy społecznej. Przykładowo: pracownicy socjalni odbierają dzieci rodzinom, gdzie jest biednie, ale jest dużo miłości. W tych kwestiach tabloidy nie niuansują, tylko walą po oczach chwytliwymi tytułami. Z kolei sposób, w jaki opisują patologiczne zachowania zdarzające się w niższych warstwach społecznych, przyczynia się do budowy niezbyt pozytywnego obrazu ubogich.

Jeżeli chodzi o tzw. dziennikarstwo opiniotwórcze, to mam wrażenie, że w odrobinę większym stopniu legitymizuje ono tematykę sprawiedliwości społecznej, zwłaszcza od czasów kryzysu. W szeroko rozumianych kwestiach ekonomicznych przechył w stronę liberalno-prawicową wciąż jest w nim jednak dosyć wyraźny.

Dla „skrzywienia” sceny medialnej fundamentalne znaczenie ma słabość nadawców publicznych, to, że nie mają oni narzędzi ani ochoty do nadawania tonu i rytmu debacie, pilnowania losów ważnych projektów ustaw itd. W kwietniu byłem na konferencji Brytyjskiego Towarzystwa Socjologicznego, gdzie prezentowano wyniki największych od wielu lat badań klas społecznych w Wielkiej Brytanii, w całości sfinansowanych przez BBC. W tych dniach w telewizji publicznej co pół godziny podawano nowe informacje na temat tego, co stwierdziły te badania i jakie to jest ważne.

Nie ma się co porównywać, także jeśli chodzi o skalę wydatków na badania społeczne. Ze straszliwym poczuciem zazdrości słuchamy kolegów z krajów skandynawskich, Niemiec, a zwłaszcza z Wielkiej Brytanii. Nawet w czasach, kiedy rząd Camerona tnie wydatki na różne funkcje państwa, prowadzone są tam wieloletnie programy badań struktury i mobilności społecznej czy jakości życia gospodarstw domowych. Polscy socjolodzy nie mają takich możliwości wywierania wpływu na debatę publiczną.

Analizował Pan publiczne wypowiedzi polityków oraz urzędników, a także przeprowadzał z nimi wywiady, by poznać ich podejście do problemu nierówności społecznych.

Nierówności i ubóstwo jako zagadnienia polityczne traktowane były całkowicie instrumentalnie i pojawiały się w debacie publicznej wyłącznie w okresach kampanii wyborczych. Ponadto miałem wrażenie, że celowo lekceważono dane socjologiczne. Jeden z moich rozmówców, członek sejmowej Komisji Polityki Społecznej, powiedział mi wprost, że zdaje sobie sprawę, iż to dzieci i młodzież są najbardziej zagrożone ubóstwem, ale one na niego i na jego partię na pewno nie zagłosują, podczas gdy jego naturalny elektorat, w dodatku bardzo zdyscyplinowany, stanowią ludzie starsi. Podobnych cynicznych deklaracji było więcej. W ogóle nie myślano o tym, że warto zwracać uwagę na dziedziczenie nierówności jako problem sam w sobie albo że należy przyglądać się temu, jak to się dzieje, iż odsetek biednych dzieci przez długi czas był w Polsce najwyższy w Europie.

Wiedza na temat nierówności była w zdecydowanej większości przypadków niezwykle powierzchowna, nawet wśród posłów pracujących w Komisji Polityki Społecznej. Co więcej, była ona w bardzo wielkim stopniu zdeterminowana przez własne doświadczenia, tzn. jednostkowe przypadki, z którymi spotkali się politycy. Jednak najmocniej zaskoczyła mnie powszechność patrzenia na ubóstwo jako coś wynikającego z indywidualnych cech osobowościowych. Ten typ myślenia absolutnie dominował wśród elit wszystkich szczebli i niemal zawsze towarzyszyło mu postrzeganie siebie jako przykładu na to, że jeśli ktoś chce, to może osiągnąć sukces; abstrahowano przy tym od rozmaitych zewnętrznych czynników, które miały wpływ na to, że ja jestem posłem, radnym albo pracownikiem socjalnym, a ktoś inny jest biedny. Merytokratyczne postrzeganie własnego statusu narzucało mi się w interpretacjach bardzo mocno, szczególnie gdy rozmawiałem z politykami ze szczebla centralnego, których drogę życiową dokładnie znałem i wiedziałem, jakie okoliczności przyczyniły się do tego, że akurat dana pani czy pan są w tej chwili w Sejmie. Pracowitość czy talenty mają tutaj znaczenie, ale nie tylko one – ujmując to w sposób neutralny – zadecydowały, że te osoby są na uprzywilejowanej pozycji. Na poziomie powiatu sieć zewnętrznych uwarunkowań, wynikających chociażby z koneksji towarzyskich, odgrywa wręcz kluczową rolę.

Dochodziło do tego przekonanie, że istnieje jeden model kapitalizmu – ten, o którym opowiedział nam na początku transformacji Leszek Balcerowicz – dla którego alternatywą jest Białoruś. To było bardzo charakterystyczne dla retoryki SLD przez większość okresu przemian. W niektórych wypowiedziach przywódców tej partii z lat 90. pojawiało się wręcz coś w rodzaju szantażu moralnego: jeżeli ktoś nam zarzuca brak wrażliwości społecznej, to znaczy, że chce źle dla kraju, bo krew, pot i łzy są tutaj niezbędne, gdyż wprowadzamy reformy i nie możemy zejść z obranej ścieżki. Wielokrotnie mówiono o tym, jak kulawa była w Polsce debata na temat społecznych skutków transformacji. Specyficzna jest tutaj oczywiście rola Samoobrony jako partii protestu rzeczywiście wskazującej na różne problemy, ale jednocześnie formacji, której bardzo łatwo było przykleić, skądinąd zasłużoną, etykietkę populistycznej.

Analizowałem zapisy medialnych dyskusji politycznych i lęk przed byciem nazwanym populistą był w nich czymś obezwładniającym. Włączanie tematu nierówności do dyskursu publicznego kończyło się budowaniem dychotomii liberalizm – populizm nie tylko w mediach, ale także w opracowaniach akademickich. O kwestii rozwarstwienia społecznego i rosnącej skali ubóstwa głośno zaczął mówić dopiero Lech Kaczyński oraz Prawo i Sprawiedliwość przed wyborami w 2005 r., kiedy problem osiągnął apogeum: okazało się, że 59% Polaków żyje poniżej minimum socjalnego. Samo pojawienie się tych tematów, wydawałoby się oczywistych i odwiecznych, w dyskursie publicznym zostało bardzo szybko przez media, oponentów politycznych, ale także niestety przez część środowisk akademickich ukazane w kategoriach: doszli do władzy, posługując się hasłami populistycznymi, zobaczymy, co będą robili. Jak się okazało, robili coś zupełnie przeciwnego, więc wszyscy powinni być zadowoleni…

Badał Pan również programy wyborcze.

Materiały programowe, które analizowałem, miały charakter trochę bardziej rozbudowanych ulotek reklamowych. Bardzo rzadko pojawiały się w nich odwołania do jakichkolwiek diagnoz socjologicznych, jeszcze rzadziej były podpisane nazwiskami autorytetów naukowych. Na tle reszty analizowanych przeze mnie dokumentów bardzo wyróżnia się „Plan dla Polski”, sygnowany przez Jana Rokitę i Stefana Kawalca: liczący dwieście kilkadziesiąt stron, napisany technokratycznym językiem program rządzenia dla Platformy Obywatelskiej, stworzony przed wyborami w 2005 r. To było zdecydowanie najbardziej wyjątkowe opracowanie – spójna, konsekwentna, radykalnie liberalna wizja gospodarki i wycofania się państwa z różnych sfer życia społecznego. Co ciekawe, program prezydencki Donalda Tuska był znowu zlepkiem sloganów.

Poza tym widać było, że tak jak „populizmu” politycy bali się formułowania jasnego przekazu dotyczącego konkretnych grup w strukturze klasowej. Jedynymi partiami, które otwarcie głosiły programy o charakterze stricte klasowym, były Unia Wolności i Platforma Obywatelska, które podkreślały, że ich priorytetem są interesy klasy średniej oraz obrona pozycji przedsiębiorców w konfrontacji z pracownikami najemnymi oraz omnipotentnym, wrogim państwem.

Swoją drogą negatywna ewaluacja państwa jako takiego była w analizowanych przeze mnie dyskusjach medialnych powszechnikiem, głoszonym zarówno przez opozycję, jak i rządzących, i niewymagającym żadnego udowadniania.

Po kimś o takich poglądach trudno spodziewać się zaangażowania na rzecz większej redystrybucji dochodu narodowego.

Powszechnie głoszono, że im mniej podatków, tym lepiej, bo tym mniej moloch zeżre „naszych pieniędzy”; czasem atakowano także rzekomą dyktaturę urzędników. Przedstawiciele elity politycznej kompletnie się z państwem nie utożsamiali, stawiali się poza nim, nawet będąc członkami parlamentu albo pracując w instytucjach wykonawczych różnego typu.

Co jeszcze bardziej istotne, w żadnej wypowiedzi czy rozmowie nie pojawiło się przekonanie, że z samego faktu, iż ktoś jest naszym współobywatelem, wynikają pewne prawa socjalne, zagwarantowane w Konstytucji. Jesteśmy najbardziej homogenicznym etnicznie i religijnie krajem w Europie, a i tak potrafimy sobie uzasadnić, dlaczego niektórym nie przysługują prawa, które przynależą nam, czyli „zdrowej większości”.

Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 26 czerwca 2013 r.

Porozmawiajmy po norwesku

Z punktu widzenia polityki społecznej i ekonomicznej można uznać Norwegię za kraj sukcesu. Czy prawdą jest, że swój dobrobyt zawdzięcza ona złożom ropy i bogactwu, dzięki któremu może budować państwo socjalne? A może jest odwrotnie: to polityka prospołeczna sprawiła, że dochody z ropy służą poprawie doli ogółu społeczeństwa, nie zaś zyskom wąskich elit?

Norwegia należy do najbogatszych państw świata. Według raportu magazynu „Forbes” z pierwszego kwartału 2012 r., opartego na danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Norwegia jest czwartym najbogatszym państwem świata, w którym dochód na osobę w analizowanym okresie wynosił 51959 dolarów. Jest też krajem, w którym dochód rozkłada się bardzo równomiernie pomiędzy wszystkich obywateli. Wskaźnik Nierówności Społecznej (zwany też indeksem Giniego) określa rozkład dochodów w społeczeństwie. Im większa jest jego wartość, w tym większym stopniu społeczeństwo dotknięte jest nierównościami. Gdyby był równy 0, oznaczałoby to, że wszyscy osiągają dokładnie te same dochody. Wskaźnik ten należy w Norwegii do najniższych na świecie i w 2011 r. wynosił 0,251.

Wśród państw świata Norwegia zawsze pozytywnie wyróżnia się w poszczególnych rankingach i statystykach dotyczących spraw społecznych. Od dłuższego czasu zajmuje pierwszą pozycję w rankingu HDI – Wskaźnika Rozwoju Społecznego. Odnosi się on nie tylko do PKB, ale także bierze pod uwagę średnią oczekiwaną długość życia oraz poziom edukacji. Jego wartość waha się między 0 a 1, przy czym im bliżej 1, tym lepsza jakość życia mieszkańców kraju. Według najnowszego raportu w 2012 r. HDI w Norwegii wynosiło 0,955. Polska, która znajduje się wśród pierwszych 42. państw uważanych za wysoko rozwinięte, osiągnęła wskaźnik HDI na poziomie 0,821, co plasuje ją na 39. pozycji2. Norwegia dobrze poradziła sobie z kryzysem: spadek PKB do -1,6% odnotowano w 2009 r., ale już w 2012 r. nastąpił wzrost 3,1%, a na r. 2013 szacuje się wzrost ok. 1,7%3.

Obywatele Norwegii zadecydowali już dwukrotnie (referenda w 1972 i w 1994 r.) o nieprzystępowaniu do Unii Europejskiej. Jednak standardy polityki społecznej w Norwegii są często znacznie wyższe niż minima wyznaczane przez Unię. Ponadto Norwegia, która nie jest płatnikiem UE, udziela bezzwrotnej pomocy zagranicznej nowym członkom Wspólnoty w ramach Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego (czyli tzw. funduszów norweskich i EOG). Polska w drugiej edycji programu, w latach 2009–2014, otrzyma w sumie 578,1 mln euro4. Norwegia jest też państwem udzielającym bardzo wysokiej pomocy rozwojowej państwom znajdującym się poza UE. I choć kraje rozwinięte wydały w 2012 r. o 4% mniej pieniędzy na pomoc rozwojową niż rok wcześniej, to Norwegia należy do państw, w których wydatki te w tym czasie wzrosły. Wśród państw, które korzystają z norweskiej dwustronnej pomocy rozwojowej w największym stopniu, należy wymienić m.in. Brazylię, Tanzanię, Afganistan i Sudan5.

Czy tylko ropa?

Wielu komentatorów twierdzi, że sukces Norwegii był możliwy dzięki posiadaniu przez nią złóż ropy naftowej i gazu ziemnego, które zapewniły państwu dostatek. Nie ulega wątpliwości, że swoje bogactwo kraj w dużej mierze zawdzięcza właśnie temu. Należy jednak zwrócić uwagę na dwa ważne fakty. Po pierwsze budowę państwa dobrobytu rozpoczęto w Norwegii jeszcze w latach 40., gdy nikomu nie śniło się, że kraj szybko wzbogaci się na surowcach odkrytych 30 lat później.

Po drugie zyski z eksploatacji surowców są przeznaczane na bardzo konkretne cele. Ogromne złoża ropy naftowej i gazu ziemnego odkryto na terenie Morza Północnego na przełomie lat 60. i 70. Kraj stał się ich najpotężniejszym eksporterem po Arabii Saudyjskiej i Rosji. W latach 80. rząd zadecydował, że dochody te nie będą trafiały bezpośrednio na rynek, lecz zostaną złożone w specjalnym funduszu inwestycyjnym, tzw. funduszu naftowym. Ma on być zabezpieczeniem finansowym dla przyszłych pokoleń, szczególnie wtedy, gdy złoża ropy się wyczerpią. Fundusz utworzono w czerwcu 1990 r. Za kontrolę i zarządzanie funduszem odpowiedzialne były dwie niezależne od siebie instytucje: Ministerstwo Finansów i Narodowy Bank Norwegii. Jednak z biegiem lat, gdy pieniądze zgromadzone w funduszu stawały się coraz większe, często zdarzało się, że partie polityczne chciały po nie sięgać, aby finansować bieżące cele. Nie zgadzając się na większe wydatki, rząd w 2006 r. zmienił Fundusz Naftowy (Petroleumsfond) na Fundusz Emerytalny (Pensjonsfond)6. Celem funduszu jest ułatwienie rządowi oszczędzania pieniędzy na rosnące wydatki systemów emerytalnych oraz wsparcie długoterminowych inwestycji dochodów naftowych. Strategia inwestycyjna funduszu opracowana została przez norweskie Ministerstwo Finansów: 60% inwestuje się w akcje, 35–40% w obligacje oraz 5% w nieruchomości7.

Norwegia jest państwem, które reprezentuje tzw. model socjaldemokratyczny polityki społecznej. Najogólniej rzecz ujmując, niewidzialna ręka rynku zastępowana jest w nim przez widzialną rękę państwa. Zakłada się, że każdy ma prawo do życia na godnym poziomie, niezależnie od zdarzeń losowych oraz możliwości, które oferuje wolny rynek. W Norwegii mamy zatem powszechne i bezpłatne systemy edukacji, ochrony zdrowia (choć wymagany bywa wkład własny pacjenta) i innych usług publicznych. Przykładowo bardzo korzystna jest sytuacja młodych rodziców. Dobrze rozwinięta jest sieć przedszkoli i żłobków, a dzieci w wieku 1 do 5 lat mają ustawowo zagwarantowane prawo do miejsca w przedszkolu. Przedszkola są w znacznej części dotowane przez państwo. Jeśli rodzice decydują się na nieposyłanie dziecka do przedszkola, mają prawo do dodatkowego zasiłku opiekuńczego – 5000 koron między 13. a 18. miesiącem życia oraz około 3000 koron pomiędzy 19. a 23. miesiącem życia dziecka. Przedszkola i żłobki to jednak nie wszystko. Dostępne są korzystne rozwiązania w dziedzinie urlopu rodzicielskiego. W Norwegii już dawno wypracowano partnerski model. Nie istnieje tzw. urlop „macierzyński”, a wyłącznie „rodzicielski” (foreldrepermisjon). Rodzice mają prawo wyboru jednego z dwóch rodzajów urlopu rodzicielskiego:

47-tygodniowego – wówczas płatny jest w 100%. Jeżeli urodzi się więcej niż jedno dziecko, jest wydłużany o 5 tygodni;

57-tygodniowego, płatnego w 80%. Jeżeli urodzi się więcej niż jedno dziecko, można wydłużyć go o 7 tygodni.

Tylko 9 tygodni z tego urlopu należy wyłącznie do matki (trzy tygodnie przed i sześć tygodni od razu po porodzie). Pozostałe 26 tygodni (lub 36 w przypadku wybrania dłuższego) urlopu można podzielić wedle uznania pomiędzy obydwoje rodziców. Ostatnie 12 tygodni zarezerwowane jest tylko dla ojca. Urlopy można łączyć z pracą w niepełnym wymiarze czasu. Między innymi dzięki tym rozwiązaniom współczynnik dzietności w Norwegii należy do najwyższych w Unii Europejskiej. Średnio na kobietę w wieku 15–49 lat przypada w tym kraju 1,88 dzieci, podczas gdy np. w Polsce – 1,3, a w UE 1,578. Tym, co pozwala na utrzymanie takiego modelu, jest dialog społeczny.

Droga do dialogu

Historia dialogu społecznego w Norwegii sięga jeszcze XIX wieku i rozpoczęła się od konsultacji dotyczących kwestii pracowniczej. Związki zawodowe zaczęły powstawać w Norwegii pod koniec XIX wieku: najstarszy związek – rzemieślników – w 1870, związek robotników niewykwalifikowanych – w 1898. Pierwsza konfederacja związkowa LO (Landsorganisasjonen i Norge) została utworzona 1 kwietnia 1899 r. Nie był to jednak czas bezpieczny dla zrzeszających się pracowników. W wielu krajach Europy, takich jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania, istnienie związków zawodowych było zakazane. W Norwegii nigdy takiego prawa nie było, jednak wstąpienie do związków zawodowych często stanowiło powód zwalniania z pracy. Rok po powstaniu LO, w 1900 r., powstała pierwsza konfederacja pracodawców – NHO. Powstanie tej organizacji było w pewnej mierze legitymizacją istnienia związków zawodowych.

Już na początku XX wieku dialog społeczny przyczyniał się do kształtowania stosunków pracy. Układy zbiorowe zawsze wyprzedzały standardy wprowadzane przez prawo państwowe. W sektorze publicznym układy obejmują wszystkich pracowników, a w prywatnym – tych w uzwiązkowionych zakładach pracy. Obecnie objęcie układami zbiorowymi w Norwegii wynosi 100% w sektorze publicznym i 58% w prywatnym. Ogólny wskaźnik objęcia układami wynosi 70%9.

Tabela 1. Kształtowanie się czasu pracy w układach zbiorowych pracy i prawie pracy w Norwegii

Układy zbiorowe pracy Prawo
1915 – LO opowiada się za ośmioma godzinami pracy dziennie i 48 h pracy tygodniowo 1915: maks. 10 h pracy dziennie i 54 godziny pracy tygodniowo
1919 – 8 h w ciągu dnia/ 48h tygodniowo 1920 – 48 h tygodniowo
1959 – 45h tygodniowo 1959 – 46,5 h tygodniowo
1960 – 45 h tygodniowo
1970 – 40 h tygodniowo
1986 – 37,5 h tygodniowo
1968 – 42,5 h tygodniowo
1972 – 40 h tygodniowo

Źródło: www.unio.no

Doświadczenia związane z II wojną światową wytworzyły silne poczucie solidarności, a związki zawodowe wspólnie z organizacjami pracodawców i Partią Pracy zaangażowały się w odbudowę kraju. Wszyscy nastawieni byli na produktywność i zyski, ale także na wzajemne korzyści. Pracownicy przyczyniając się do wzrostu gospodarczego, także mieli z tego wzrostu korzystać, otrzymując podwyżki oraz coraz lepsze prawa i warunki pracy. Wraz z rozwojem demokracji przemysłowej w latach 60. i 70. zaczęły powstawać rady pracowników, ich reprezentacje w zarządach i zespołach ds. bezpieczeństwa. Obecnie reprezentanci ds. BHP wybierani są na dwuletnie kadencje. Mają obowiązek chronić interesy pracowników w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy. Ich zadaniem jest ocena ryzyka, informowanie o nim pracodawców oraz pomoc w jego usuwaniu. Mogą zatrzymać niebezpieczną pracę lub zamknąć budynek, w którym się odbywa, nie ubiegając się o opinię eksperta. Pracodawca może natomiast zwrócić się do Inspekcji Pracy. Reprezentanci ds. Bezpieczeństwa mogą interweniować również w przypadku, gdy nie wypłaca się pensji lub są one nieadekwatne do przepracowanych godzin. W każdym przedsiębiorstwie, w którym pracuje ponad 50 osób, lub w takich, gdzie zatrudnionych jest od 20 do 50 ludzi, ale domaga się tego związek zawodowy – powstają tzw. komitety środowiska pracy. Zasiadają w nich w równej liczbie przedstawiciele pracowników i pracodawców, a ich przewodnictwo jest naprzemienne. Ich obowiązkiem jest badanie warunków pracy i sporządzanie raportów. Komitet taki zajmuje się także m.in. zapobieganiem konfliktom oraz przeprowadzaniem corocznych sondaży satysfakcji pracowników i pracodawców10.

Podstawową cechą dialogu społecznego, która gwarantuje zadowalające rezultaty, jest udział wszystkich zainteresowanych stron w konsultacjach. Norwegia to państwo, w którym negocjacje zbiorowe mają ogromne znaczenie w kształtowaniu zarówno stosunków pracy, jak i innych dziedzin ludzkiego życia, np. polityki miejskiej, inwestowania, spraw akademickich itp. Ważne jest podkreślenie, że w Norwegii prowadzi się dialog społeczny nie tylko w związku z kwestiami pracowniczymi, ale także w innych sferach, takich jak np. działania szkół, uniwersytetów, budowa lokalnych dróg czy inne inwestycje. Z jednej strony przyczynia się to do większego zadowolenia, zarówno z warunków pracy, jak i życia, z drugiej jednak czasami opóźnia ważne decyzje, ponieważ do konsensusu dochodzi się nawet latami. I tak dzięki dialogowi społecznemu udało się w okręgu Buskerud połączyć dwie uczelnie w jedną, natomiast od kilkunastu lat nie można zbudować drogi w okręgu Aust-Agder. W pierwszym przypadku powołano komisję, w skład której wchodziły nie tylko władze uczelni, ale także reprezentanci studentów i doktorantów oraz członkowie związków zawodowych i inni pracownicy uczelni. Podczas obrad udało się wypracować konsensus, dzięki któremu nie zwolniono nikogo, a udało się osiągnąć zamierzony cel. W drugim przypadku jednak ilość stanowisk w przypadku tworzenia drogi – i próba dojścia do zgody wszystkich stron – uniemożliwia podjęcie konkretnej decyzji, byłaby ona bowiem zawsze wbrew opiniom którejś ze stron.

Dialog w pracy

Należy podkreślić, że oprócz układów zbiorowych istnieje krajowe prawo pracy, które wyznacza minimalne standardy (układy mogą te standardy wyłącznie podwyższać). Pierwsze ogólne prawo pracy powstało już w 1892 r. Była to ustawa o nadzorze nad pracą w fabrykach. W 1915 r. uchwalono ustawę o ochronie zatrudnienia w zakładach przemysłowych. Obecnie obowiązującym aktem prawnym jest ustawa o środowisku pracy z 1977 r.11 Zawiera ona regulacje dotyczące ochrony pracownika, zawarcia i rozwiązania umowy o pracę, nieobecności, czasu pracy, ochrony przed dyskryminacją oraz przepisów BHP.

Dziś, dzięki ponad stuletniej tradycji dialogu społecznego w Norwegii, mamy tu do czynienia z uniwersalną polityką społeczną (na rzecz wszystkich) i dużym sektorem publicznym. Kraj charakteryzuje się także wysoką stopą zatrudnienia – zarówno kobiet, jak i mężczyzn. W 2011 r., według danych Eurostatu, pracowało 77,1% mężczyzn i aż 73,4% kobiet w wieku produkcyjnym. Dla porównania średnia 27 państw Unii Europejskiej wynosiła wówczas 70,1% dla mężczyzn i tylko 58,5% dla kobiet, a w Polsce 66,3% i 53,1%12. Norwegia charakteryzuje się także bardzo niską stopą bezrobocia – w 2012 roku wynosiło ono 3,2% (średnia UE – 27 wynosiła aż 10,5%, a bezrobocie w Polsce 10,1%)13, a także wysoką mobilnością społeczną. Niewielkie są także różnice w płacach.

Norwegia to także kraj silnych partnerów społecznych, w którym system negocjacji płacowych jest centralnie skoordynowany oraz można mówić o bliskiej współpracy między rządem a organizacjami pracodawców i związkami zawodowymi14. Do związków należy ponad półtora miliona osób (przy czym dane te zawierają także niepracujących studentów i emerytów) przy 2,3 mln pracowników ogółem. Oznacza to, że poziom uzwiązkowienia wynosi ponad 50%15. W chwili obecnej w Norwegii funkcjonują cztery konfederacje związkowe. Największą jest LO, obejmująca wszystkie sektory gospodarki. Związki zrzeszone w LO to ponad 850 tys. osób. Drugą organizacją pracowników jest Unio, z ok. 300 tys. zrzeszonych. Warto podkreślić, że wśród związków zawodowych w Unio zrzeszeni są, obok profesji takich jak pracownicy edukacji (Utdanningsforbundet), pielęgniarki (Norsk Sykepleierforbund) czy policjanci (Politiets Fellesforbund), także m.in. duchowni (Presteforeningen), diakoni (Det Norske Diakonforbund) i naukowcy (Forskerforbundet). Trzecią centralą związkową w Norwegii jest YS, posiadająca prawie 220 tys. członków, zrzeszająca pracowników zarówno publicznego, jak i prywatnego sektora. Najmniejszą konfederacją jest Akademikerne, w której zrzeszają się pracownicy z wyższym wykształceniem. Obecnie jest to ok. 150 tys. osób. Należy też wspomnieć, że w Norwegii ok. 8% związkowców (czyli ok. 120 tys.) nie należy do żadnej konfederacji16.

Przynależność do organizacji pracodawców jest jeszcze wyższa i w 2008 r. wynosiła 71%. Należy zauważyć, że poziom uzwiązkowienia jest w miarę stały, a poziom przynależności do organizacji pracodawców w ostatnich latach wzrasta, zwłaszcza w przypadku największych z nich. Czołową federacją pracodawców jest NHO, która negocjuje układy zbiorowe na poziomie centralnym oraz branżowym17. Oprócz tego funkcjonują federacje pracowników: Norweskiego Handlu i Usług oraz Norweskie Stowarzyszenie Władz Lokalnych i Regionalnych (KS).

Negocjacje zbiorowe odbywają sie w ramach przejrzystej, hierarchicznej struktury. Można wymienić trzy poziomy: krajowy, branżowy i zakładowy (patrz tabela 2).

Tabela 2. Poziomy negocjacji zbiorowych w Norwegii, opracowanie własne na podstawie: P. Ostrowski, Życie i praca po norwesku, część pierwsza: związki zawodowe, „Związkowiec” nr 3/2013

Poziom negocjacji Zakres
Krajowy Na tym poziomie ustalane są układy podstawowe (hovedavtalene), które zawierają konfederacje pracodawców i organizacje pracowników. Reguluje się nimi kwestie takie jak: procedury wyborów przedstawicieli pracowniczych (na ten temat nie ma zapisów w prawie krajowym), równość płci, BHP, zasady kontroli i oceny wdrażania układu. Na tym poziomie nie negocjuje się poziomu wynagrodzeń.
Branżowy Na tym poziomie ustala się m.in. skalę wzrostu wynagrodzeń (biorąc pod uwagę międzynarodową konkurencyjność). W Norwegii nie istnieje płaca minimalna określana odgórnie, lecz określają ją dla poszczególnych branż układy zbiorowe. Należy zwrócić uwagę na fakt, że negocjacje zaczynają się zawsze od prywatnego sektora produkcji, sektora budowlanego i części sektora usług prywatnych – poziom wzrostu ich wynagrodzeń jest punktem wyjścia dla innych części sektora prywatnego, takich jak finanse, handel czy przedsiębiorstwa sprywatyzowane lub publiczne. Tłumaczy się to interesami przemysłu produkcyjnego, który nastawiony jest proeksportowo.
Na tym poziomie negocjuje się: wynagrodzenia i systemy płacowe, urlopy, godziny pracy, koszty podróży służbowych, kwestie związane z BHP, urlopy okolicznościowe, wcześniejsze emerytury, rozwiązania antydyskryminacyjne i in.
Zakładowy Negocjacje na tym poziomie uwzględniają specyfikę poszczególnych miejsc pracy. Co ważne, nie mogą zawierać warunków mniej korzystnych niż te zapisane w układach branżowych, chyba że umowa branżowa zawiera odpowiedni zapis.
Na tym poziomie negocjuje się: wyższe wskaźniki wynagrodzeń (lub brak ich wzrostu), przeznaczenie funduszu socjalnego, zwiększanie zatrudnienia, reorganizację firmy.

Układy renegocjowane są co dwa lata, lecz kwestie dotyczące płac – co roku. Jeśli nie uzyska się porozumienia, oznacza to, że rozwiązania z poprzedniego układu pozostają w mocy. Akcje protestacyjne, w tym strajki, mogą odbywać się wyłącznie w czasie negocjacji, aby wywrzeć presję. Po zawarciu nowej umowy strajki są zakazane – taką zasadę ustalono w 1935 r.

Choć większość spraw rozstrzygana jest bez udziału sądów, to jeśli spory zbiorowe zaistnieją, rozpatrywane są w pierwszej i ostatniej instancji przez sądy pracy. W skład takich sądów wchodzą nie tylko sędziowie zawodowi (dwóch), ale także po dwóch sędziów wyznaczonych przez związki zawodowe i organizacje pracodawców oraz jeden sędzia zawodowy, np. emerytowany sędzia sądu najwyższego. Gwarantuje to większą niezależność i bezstronność sądów. Dłuższe sprawy rozwiązywane są do 6 miesięcy. W razie strajku sprawy rozpatrywane są w trybie natychmiastowym.

Jak rozmawiać po norwesku?

Dialog społeczny w Norwegii opiera się na bardzo konkretnych wartościach i zasadach. Jest to przede wszystkim kraj, w którym przyjmuje się, że społeczeństwo powinno bazować na sprawiedliwej i egalitarnej dystrybucji dochodów i innych aktywów. Równość jest jedną z najważniejszych wartości, na której budowane są zbiorowe porozumienia.

Chęć współdecydowania jest nieodłączną cechą większości Norwegów. Tłumaczy się to tym, że jest to kraj młody, który całkowicie niezależnie istnieje dopiero od 1905 r. Do dziś w mentalności mieszkańców tkwią hasła typu „Samodecydowanie – tak!”. Ponadto, mimo silnych procesów urbanizacji i industrializacji, Norwegowie pozostali związani z peryferiami i władzą lokalną, na co wpływ ma także geografia kraju. Dużą wagę przykłada się do niezależności – decyzja o nieprzystępowaniu do Unii Europejskiej jest tego przykładem. Stawia się na równe, powszechne prawa, dostęp do władz i realny wpływ na decyzje. W Norwegii bycie np. menedżerem to nie przywilej, lecz trudne zadanie. Zarządzanie opiera się bowiem na wielu konsultacjach i niewielkiej kontroli.

Podchodząc do negocjacji z Norwegami, należy pamiętać, że cenią oni tzw. wartości miękkie, jak konsensus, kooperacja, empatia. Rywalizacja i walka o zwycięstwo nie jest premiowana ani doceniana. Widać to nawet w norweskich miastach – wielu ludzi jest zamożnych, ale nie ma bogactwa na pokaz, większość domów wygląda bardzo podobnie. Ponadto ceni się solidarność i zdolność współpracy. Podstawą tych wartości jest oczywiście duże wzajemne zaufanie.

Czy norweski jest za trudny?

W czerwcu 2013 r. gościł w Polsce Joseph Stiglitz, amerykański ekonomista, laureat Nagrody im. Nobla w dziedzinie ekonomii. Jego zdaniem najlepszym sposobem na zapewnienie dalszego rozwoju Polski byłoby przyjęcie modelu skandynawskiego, co – jak powiedział – pomogłoby nie tylko ograniczyć nierówności społeczne, które w Polsce są relatywnie wysokie w porównaniu z innymi krajami europejskimi, ale pomogłoby również na szybszy rozwój. Zwiększenie zaangażowania kobiet na ryku pracy oraz zapewnienie biednym ludziom odpowiedniej edukacji, wzmocniłoby siłę roboczą. Jeśli istniałaby odpowiednia opieka społeczna, ludzie byliby gotowi do podejmowania większego ryzyka i chętniej decydowaliby się na przedsięwzięcia biznesowe, co zwiększałoby przedsiębiorczość18. Dlaczego więc nie wziąć przykładu z Norwegii?

Przypisy:

  1. The rise of income inequality amongst rich countries, http://www.inequalitywatch.eu/spip.php?article58&lang=en, data pobrania: 30 czerwca 2013 r.
  2. K. Malik (red.), Human Development Report 2013, New York 2013, s. 16
  3. Euromonitor International, Norway, http://www.euromonitor.com/norway/country-factfile, data pobrania: 30 czerwca 2013 r.
  4. Fundusze Norweskie i EOG 2009–2014, https://www.eog.gov.pl/o_programie/informacje_ogolne/strony/default.aspx, data pobrania: 1 lipca 2013 r.
  5. 5Współpraca na rzecz rozwoju, http://www.ssb.no/a/english/minifakta/pl/main_15.html.utf8, data pobrania: 1 lipca 2013 r.
  6. Norwegia, http://www.norweski.net/norwegia.html, data pobrania: 1 lipca 2013 r.
  7. The Management of the Government Pension Fund in 2012, Norwegian Ministry of Finance, Meld. St. 27 (2012–2013) Report to the Storting (white paper), p. 16.
  8. G. Uścińska, J. Petelczyc. P. Roicka, Analiza ustawodawstwa pracy i zabezpieczenia społecznego z zakresu łączenia obowiązków zawodowych z rodzinnymi w wybranych państwach europejskich, Rekomendacje dla Polski, Ekspertyza opracowana na potrzeby Zespołu ekspertów ds. wypracowania rekomendacji w zakresie polityki rodzinnej przy Kancelarii Prezydenta RP, Warszawa, marzec 2013 r.
  9. P. Ostrowski, Życie i praca po norwesku, część druga: negocjacje zbiorowe, „Związkowiec” nr 4/2013, s. 7.
  10. P. Ostrowski, Życie i praca po norwesku, część trzecia: Przedstawicielstwo na poziomie zakładu pracy, „Związkowiec” nr 5/2013, s. 12.
  11. P. Ostrowski, op. cit., s. 6.
  12. Eurostat, Employment statistics, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/Employment_statistics, data pobrania: 4 lipca 2013 r.
  13. Eurostat, Unemployment statistics, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/Unemployment_statistics, data pobrania: 4 lipca 2013 r.
  14. J. Kubisa, op. cit., s. 16.
  15. P. Ostrowski, op. cit., s. 5.
  16. Ibid., s 6.
  17. J. Kubisa, op. cit., s. 27.
  18. Joseph Stiglitz: dla rozwoju Polski dobry model skandynawski, PAP, http://www.pb.pl/3196771,2399,polska-powinna-nasladowac-skandynawie, data pobrania: 4 lipca 2013 r.

Zakulisowe Niemcy

W potocznej świadomości Niemcy funkcjonują jako symbol ładu i porządku. Zapewne większość z nas żachnęłaby się z oburzeniem, słysząc stwierdzenie, że jest to kraj z ogromną skalą afer korupcyjnych na styku polityki i biznesu, gdzie ustawy piszą lobbyści, politycy tworzą swoje klany i koterie, a życie lokalne zdominowane jest przez układy klientelistyczne. Tymczasem taki obraz wyłania się z niemieckich badań nad zakulisowymi wymiarami niemieckiej polityki.

W kuluarach niemieckiego życia publicznego znajdziemy takie zjawiska jak lobbing, korupcja, klientelizm, nepotyzm, nieformalne sieci władzy, tworzenie klik i koterii wyborczych, powiązania polityki i biznesu. Istotną rolę w ich funkcjonowaniu odgrywają nie tylko przedstawiciele instytucji politycznych i gospodarki, ale także środowiska związane z tajnymi służbami, koncernami medialnymi i podmiotami polityki zagranicznej. Przekrojowa analiza ich występowania znacznie wykracza poza możliwości tego tekstu, stąd też skupi się on na dwóch kwestiach – lobbingu i lokalnych układach – które dobrze ukazują przeoczane wymiary niemieckich realiów.

Badania zakulisowe w Niemczech – historia

Zjawiska sytuujące się za kulisami życia publicznego stały się przedmiotem zainteresowania niemieckich nauk społecznych dopiero w latach 90. XX wieku. Jedną z przyczyn tego faktu, wskazywaną przez badaczy, jest upadek systemu komunistycznego w Europie Środkowo-Wschodniej. Przed jego nastąpieniem zajmowanie się takimi tematami jak przestępczość gospodarcza czy korupcja w Niemczech Zachodnich traktowane było jako element dywersyjnej kampanii dezinformacyjnej Związku Radzieckiego i NRD, mającej na celu krytykę zachodniego kapitalizmu. Dopiero po upadku muru berlińskiego możliwe stało się uczynienie tych problemów przedmiotem badania bez narażania się na etykietę komunisty czy agenta wpływu.

Lata 90. to również wzrost zainteresowania i przykładanie wagi przez opinię publiczną do skandali politycznych, które od lat 80. zaczęły przybierać na znaczeniu. Do najważniejszych z nich należała tzw. afera Flicka, związana z finansowaniem rządzących partii politycznych, nieprawidłowości w Urzędzie Powierniczym, zajmującym się prywatyzacją byłych NRD-owskich zakładów przemysłowych, czy afera w CDU w związku z prowadzeniem przez tę partię tajnych kont. W ich efekcie prysł mit Niemiec jako kraju wolnego od korupcji i nadużyć władzy, czego fundamentem miał być oddany państwu, wierny i sumienny pruski urzędnik. Ta zmiana klimatu i sposobu mówienia o skandalach i aferach na szczytach władzy również dała asumpt do pojawienia się badań poświęconych lobbingowi, korupcji czy lokalnym układom.

Rozpatrując znaczenie zjawisk zakulisowych w Niemczech, trzeba też wspomnieć o jednej istotnej cesze niemieckiego systemu społecznego: korporacjonizmie. Niemcy są tradycyjnie krajem w bardzo dużym stopniu opartym na korporacjach, co należy rozumieć w ten sposób, że między instytucjami publicznymi a prywatnymi jednostkami, gospodarstwami domowymi i codziennym światem życia zwykłych ludzi rozpięła się gęstniejąca coraz bardziej sieć organizacji, zrzeszeń, stowarzyszeń i związków. Na tej pośredniej płaszczyźnie zapadają decyzje dotyczące praktyki społecznej, ale także tworzą się systemy zależności, lojalności, wzajemności oraz powstają i funkcjonują nieformalne sieci władzy.

Między dziennikarstwem a naukami społecznymi

Warto poświęcić nieco uwagi tym, którzy zaglądają za kulisy w Niemczech. Badania społeczne dotyczące takich zjawisk jak lobbing, korupcja, nepotyzm czy lokalne powiązania o charakterze klientelistycznym rozdarte są dość wyraźnie między analizy czysto akademickie a dziennikarstwo śledcze. W przypadku badań akademickich dominuje podejście ignorujące wymiar zakulisowy opisywanych zjawisk i koncentrujące się na faktach stosunkowo niekontrowersyjnych, poddających się zestandaryzowanemu opisowi i wyjaśnianiu. Krótko mówiąc, badania te przeoczają możliwość występowania w przypadku korupcji czy lobbingu jakiegokolwiek „drugiego dna” lub ukrytego wymiaru cechującego się nieformalnymi, skrytymi porozumieniami między głównymi aktorami. Z kolei dziennikarstwo śledcze cechuje się brakiem prób uogólniania i modelowania opisywanych zjawisk – większość prac (także obszernych monografii) z tego zakresu to często bardzo szczegółowy i drobiazgowy opis poszczególnych przypadków nieprawidłowości, nieformalnych powiązań, afer i korupcji. Niestety takim opisom nie towarzyszą zazwyczaj próby wyciągania wniosków o ogólniejszym charakterze, sformułowania praw i zasad, zarysowania modelu opisywanego zjawiska, znalezienia reguł i mechanizmów. W ten sposób dziennikarskie zmagania z lobbingiem, korupcją i układami wydają się – podobnie jak badania stricte akademickie – pozostawać na powierzchni opisywanych zjawisk.

Na szczęście pomiędzy tymi dwoma biegunami czystej akademickości i dziennikarstwa można znaleźć również szereg prac o charakterze pogranicznym. Ich autorów można podzielić na dwie grupy: pracowników naukowych uprawiających „badania zaangażowane” oraz publicystów z akademickim wykształceniem (często posiadających stopień doktora), zaangażowanych w różne kampanie obywatelskie. Ci pierwsi poszerzają granice nauki akademickiej poprzez np. organizowanie konferencji i wydawanie publikacji z udziałem dziennikarzy, publicystów, działaczy społecznych, przedstawicieli organizacji pozarządowych itp. Z kolei ci drudzy wykorzystują doświadczenie i kontakty akademickie w działalności dziennikarsko-publicystycznej, dzięki czemu ich wysiłki zyskują na wiarygodności i metodologicznej poprawności. To połączenie podejścia akademickiego z dziennikarską dociekliwością empiryczną pozwoliło na wyodrębnienie specyficznego stylu badawczego, funkcjonującego właśnie na pograniczu nauki i publicystyki, który wydaje się być dość obiecujący pod względem zgłębiania mechanizmów funkcjonowania zjawisk zakulisowych.

Lobbing

W naukach politycznych lobbing jest zazwyczaj definiowany jako wywieranie wpływu na decyzje polityczne, aby osiągnąć cele zgodne z interesami reprezentowanych grup. Lobbing uprawiany jest przez osoby „z zewnątrz”, niepodejmujące decyzji w przedmiotowych sprawach. Zjawisko lobbingu nabrało znaczenia w Niemczech w latach 90. Przyczyniło się do tego kilka trendów, które zbiorczo można określić jako rozpad korporacjonistycznego modelu państwa, wspomnianego na wstępie. Wielkie zrzeszenia i korporacje zawodowe, reprezentujące interesy poszczególnych warstw i klas społecznych i uczestniczące w procesach podejmowania decyzji politycznych, zaczęły rozpadać się i tracić na znaczeniu.

Ich miejsce zaczęły wypełniać grupy lobbingowe. Do największych i najsilniejszych lobbies niemieckich należą te reprezentujące duże grupy przemysłowe, takie jak motoryzacyjne, farmaceutyczne, tytoniowe czy energetyczne. Najbardziej znaczące sukcesy tych lobbies to zdaniem wielu badaczy kształt systemu opieki zdrowotnej oraz sposób uregulowania rynku energii.

Tym, co zwraca uwagę w systemie niemieckiego lobbingu, jest jego skonsolidowanie. Jedynie największe koncerny, zaliczane do global players, prowadzą na własną rękę działalność lobbingową. Pozostałe tworzą sojusze w ramach poszczególnych sektorów gospodarki, wykorzystując do tego celu przede wszystkim związki i zrzeszenia z grupy pierwszej i drugiej. Jak mówi Wolf-Dieter Zumpfort, lobbujący dla koncernu turystycznego TUI, firmy z jednej branży są konkurentami tylko na rynku pośród klientów. Ale przy lobbingu, na przykład gdy chodzi o podwyższenie opodatkowania dla samochodów służbowych, pojedyncze przedsiębiorstwa działają wspólnie wobec polityków. Do tego celu wykorzystywane są mniej lub bardziej nieformalne porozumienia poszczególnych firm, tworzone dla reprezentacji ich interesów, które zrzeszają lobbystów z jednej branży lub mających wspólny interes w przeforsowaniu czy zablokowaniu określonego rozwiązania. Za najsłynniejsze i najbardziej wpływowe uchodzi tzw. Kollegium, zrzeszające trzydziestu reprezentantów największych niemieckich spółek giełdowych i dziesięciu wybranych przedstawicieli innych przedsiębiorstw. Jego przewodniczący, wspomniany już Zumpfort, określa tę strategię hasłem „Maszerujemy osobno, uderzamy razem”.

Naturalnym centrum działania lobbystów w Niemczech jest Berlin. Przy Bundestagu zarejestrowano ponad 2 tys. organizacji lobbingowych, dla których członków wydano ponad 5 tys. legitymacji uprawniających do prowadzenia działalności lobbingowej na terenie parlamentu. Nasycenie Berlina lobbystami jest tak duże, że główna aleja miasta, słynna Unter den Linden (Pod Lipami), nazywana jest czasami Unter den Lobbyisten (Pod Lobbystami). Bliskość Bundestagu, reprezentacyjny charakter alei oraz mnogość odpowiednich miejsc spotkań sprawiły, że przy tej ulicy swe przedstawicielstwa umieściły Daimler Chrysler, Dresdner Bank, Allianz, BP, BMW, E.ON., Volkswagen, TUI i Bertelsmann. Lobbyści tak bardzo wtopili się w krajobraz Berlina, że przewodniki turystyczne wymieniają najbardziej popularne pośród nich kawiarnie, wykorzystywane do spotkań z politykami w czasie przerwy na lunch, a wycieczki po Berlinie „śladami lobbystów” są w stałej ofercie biur podróży. Lobbyści z powodzeniem dbają o wypełnianie czasu wolnego berlińskim politykom, organizując „wieczory parlamentarne”, „salony polityczne”, „święta landów” czy po prostu tradycyjne odczyty i dyskusje panelowe. W czasie takich imprez przedstawiciele biznesu mają możliwość spotkania się z wybranymi politykami i zaprezentowania im swoich interesów. Ulrike Hinrichs opisuje przykład organizowanych przez lobby tytoniowe regularnych spotkań o nazwie „Blaue Stunde” (od określenia pory dnia tuż przed zapadnięciem zmroku), na które zapraszani są posłowie z asystentami i referentami, przedstawiciele mediów i urzędnicy ministerialni.

Takie wieczory mają nieformalny charakter. Przy muzyce, jedzeniu i winie rozmawia się w wąskim gronie (najczęściej nie większym niż 50 osób) o polityce i gospodarce, nawiązuje kontakty i zacieśnia więzi. Wszystko naturalnie opłacane jest przez przemysł, np. tytoniowy. Tutaj dyskretnie zwraca się uwagę na to, jakie konsekwencje dla przemysłu tytoniowego będzie miało wprowadzenie podatku od papierosów, umawia się na spotkania następnego dnia w biurze poselskim lub u urzędnika; podobnie traktuje się odpowiednich i ważnych przedstawicieli mediów.

Cechą definicyjną lobbingu jest dostarczanie decydentom informacji i wiedzy dotyczących przedmiotu lobbingu. Innymi słowy wpływ na procesy polityczne wywierany jest poprzez przekonywanie za pomocą argumentów merytorycznych o potrzebie zastosowania odpowiednich rozwiązań, służących reprezentowanym grupom interesu. Przekazywane informacje mogą mieć np. charakter ekspertyz i opracowań analizujących sytuację w danym sektorze gospodarki lub oceniających konsekwencje wdrożenia określonych rozwiązań polityczno-prawnych. Stąd też istotną rolę w działalności lobbingowej pełnią eksperci i instytucje przez nich tworzone (think-tanki, centra analityczno-badawcze itp.). Dostarczane przez lobbystów informacje w naturalny sposób są stronnicze w tym sensie, że przedstawiają perspektywę określonej grupy interesu.

Przekazywanie informacji ma w praktyce charakter dwustronny i opiera się na ich wymianie między lobbystą a politykiem. Zadaniem osób prowadzących działalność lobbingową jest bowiem nie tylko bezpośrednie wywieranie wpływu na decydentów, lecz także obserwowanie aktualnych trendów w polityce, śledzenie wydarzeń i planów działań na interesującym dla danej grupy interesu obszarze, zbieranie informacji o szykujących się na horyzoncie zmianach prawnych itd. Te informacje przekazywane są następnie do „centrali” koncernu i w oparciu o nie przygotowywane są dalsze strategie działania. Chodzi o to, by możliwie jak najwcześniej dostrzec i odpowiednio zareagować na działania państwa mogące wpłynąć na sytuację w danym obszarze gospodarki. W uzyskiwaniu takich informacji bezcenni są sami politycy i urzędnicy ministerialni, którzy jako pierwsi wiedzą o tym, „w którą stronę wieje wiatr”. Dzielą się tą wiedzą z lobbystami w zamian za ich specjalistyczne wsparcie merytoryczne w danej dziedzinie. Należy bowiem podkreślić, że w przekazywaniu informacji przez lobbystów interes ma nie tylko sam podmiot lobbujący, lecz także odbiorca – polityk lub urzędnik. Najczęściej nie posiada on specjalistycznej wiedzy i znajomości każdej dziedziny, której dotyczą prace legislacyjne. W związku z tym pomoc lobbysty, który dostarcza mu gotowych ekspertyz i analiz („zabezpieczonych” stemplem odpowiednich ekspertów), pozwala na znaczną oszczędność czasu i energii. Podobnie zjawisko „gotowców” podsuwanych przez lobbystów politykom pozwala na zmniejszenie ilości pracy urzędnika lub posła. Czasami nawet zwraca się on sam do znajomego lobbysty z prośbą o przygotowanie gotowego projektu zmian prawnych, który uwzględniałby interesy danego sektora gospodarki. Działalności lobbingowej sprzyja trend przesuwania się coraz większej ilości decyzji politycznych z parlamentu do „szarej strefy polityki” – skutkuje to podejmowaniem istotnych decyzji w różnego rodzaju komisjach działających przy parlamencie i rządzie, a później tylko zatwierdzanych przez parlament. Dostęp lobbystów do członków takich komisji, np. przygotowujących projekty ustaw, jest stosunkowo łatwy ze względu na sam charakter ich pracy, zezwalający na udział osób z zewnątrz, ograniczoną ilość członków oraz częściowo nieformalny sposób działania.

Lobbing przebiega najczęściej na poziomie szeregowych posłów (zazwyczaj członków odpowiednich komisji parlamentarnych) i specjalistów (referentów) w ministerstwach. Kontakty z dyrektorami, ministrami i wyższej rangi posłami (szefami klubów parlamentarnych, sekretarzami stanu przy Bundestagu) zarezerwowane są na wyjątkowe okazje dla wyższego szczebla kierowniczego samych koncernów i organizacji lobbujących. Codzienna praca szeregowych lobbystów to utrzymywanie sieci kontaktów ze „zwyczajnymi” urzędnikami i posłami. Lobbyści pracujący w jednym biurze często podzieleni są według poszczególnych opcji politycznych.

Ze względu na ten bliski kontakt z urzędnikami i politykami, opierający się na wzajemnym zaufaniu, lobbyści często rekrutowani są spośród osób obracających się przez jakiś czas w polityce i znających to środowisko od środka. Nierzadko są to byli politycy, którzy pełnili funkcje deputowanych lub ministrów i znają się zarówno na danej tematyce, jak i posiadają odpowiednie kontakty. Innym zjawiskiem są tzw. wbudowani lobbyści (eingebaute Lobbyisten), a więc czynni politycy zatrudnieni jednocześnie w firmach prywatnych.

Klüngel, czyli układ?

Słowo Klüngel, nieposiadające polskiego odpowiednika, pochodzi od staroniemieckiego Klungelin, oznaczającego „kłębek”. Klüngel wywodzi się z lokalnej kultury Kolonii i do dziś traktowany jest jako jej integralny element oraz jeden z fundamentów wyrazistej tożsamości mieszkańców tego miasta w Północnej Nadrenii-Westfalii. W ostatnich latach pojęcie to przedostało się również do słownika nauk społecznych i zaczęło być wykorzystywane do opisywania zjawisk mających miejsce także poza specyficznym kontekstem kolońskim.

Frank Überall, koloński publicysta i autor rozprawy doktorskiej poświęconej zjawisku Klüngela w kulturze politycznej Kolonii, definiuje je jako postawę, która opiera się na zasadniczej gotowości do nieskomplikowanego obchodzenia się z komunikacją, negocjacjami i wymianą. W obszarze (lokalnej) polityki uznawany jest dodatkowo za synonim tajnych uzgodnień, ale także zasadniczej gotowości do współpracy. Klüngel nie jest równy korupcji, ale istnieje stałe niebezpieczeństwo „ześlizgnięcia się” stosunków opartych na Klüngelu w zachowanie korupcyjne. Pierwsze zdanie określa Klüngel jako postawę, co ma wskazywać na związek tego zjawiska z mentalnością mieszkańców Kolonii. Za jedną z jej typowych cech uznaje się właśnie gotowość do „bezproblemowej” współpracy, cokolwiek ta bezproblemowość miałaby oznaczać. Z jednej strony może to być więc gotowość do świadczenia wzajemnych przysług, nie oczekując w zamian bezpośredniej nagrody – mieszkańcy Kolonii często chętnie podkreślają szczodrość i gościnność składającą się na Klüngel. Ten aspekt Klüngela opisuje także ukute przez byłego burmistrza Kolonii, a późniejszego kanclerza Niemiec Konrada Adenauera powiedzenie Mer kennt sich, mer hilft sich (w wolnym tłumaczeniu: Znamy się, więc wspieramy się). Dlatego Überall odnosi pojęcie Klüngela do systemu niezbiurokratyzowanej pomocy sąsiedzkiej w obrębie poszczególnych części miasta. Istotą tej współpracy jest nie tyle osiąganie określonych celów przez jej członków, co tworzenie i wzmacnianie więzi i relacji sąsiedzkich („stabilizacja sieci”). Innymi słowy, pomagając komuś np. z naszej dzielnicy, robimy to, nie oczekując wdzięczności czy odwzajemnienia przysługi, lecz w imię Klüngela.

Z drugiej strony owa „bezproblemowa gotowość do współpracy” wykracza poza kontekst codzienności i jest tradycyjnie obecna w kolońskiej polityce lokalnej, którą charakteryzuje takie powiedzenie jak „ręka rękę myje”. Na to wskazuje Überall, mówiąc w powyższej definicji o synonimiczności Klüngela i tajnych uzgodnień politycznych. W odniesieniu do sfery polityki Überall zwraca uwagę na możliwość powstawania zjawisk korupcyjnych w oparciu o system Klüngela. W jego modelu na Klüngel składają się trzy stopnie tworzące piramidę o szerokiej podstawie i wąskim szczycie. U jej dołu jest ogólna „współpraca sytuacyjna”, tworząca istotę Klüngela. Na drugim poziomie jest tworzenie powiązań, zależności i sieci, opartych na tej współpracy sytuacyjnej. Dopiero na szczycie jest korupcja.

Podkreślając wielość zjawisk składających się na koloński Klüngel i niesprowadzalność tego zjawiska do zachowań korupcyjnych, Überall dostrzega również dobre strony. Należą do nich np. zmniejszenie biurokracji, bezpośredniość udziału obywateli, otwartość, prostota działania i podejmowania decyzji, obecność wymiaru ludzko-emocjonalnego, nastawienie na konsensus i rezygnacja z konkurencji, tworzenie poczucia przynależności grupowej i – last but not least – wzbogacanie demokracji. Można by więc powiedzieć, że w tym ujęciu Klüngel jest ucieleśnieniem społeczeństwa obywatelskiego…

Mniej wyrozumiali dla tego zjawiska są socjologowie Erwin K. i Ute Scheuchowie, „odpowiedzialni” za wprowadzenie pojęcia do obszaru badań nad tym, co określiliśmy mianem nieformalnych sieci władzy. Stało się tak za sprawą przygotowanego przez nich w 1992 r. na zlecenie CDU opracowania dotyczącego przyczyn spadku popularności i niskich wyników wyborczych partii w Północnej Nadrenii-Westfalii. Odpowiedzi, których dostarczyli badacze, koncentrowały się wokół mechanizmu wyłaniania elit partyjnych i wyboru kandydatów na wysokie stanowiska zarówno w regionalnym, jak i w federalnym CDU oraz urzędach państwowych. Zdaniem Scheuchów ten mechanizm został opanowany przez sieć nieformalnych powiązań, wzajemnych zależności i uwikłań do tego stopnia, że zablokowana została możliwość robienia kariery partyjnej i politycznej w oparciu o kryteria merytokratyczne. Innymi słowy CDU padła ofiarą własnego Klüngela, a raczej wielu różnych Klüngelów. Przyczyną tego miała być sytuacja, w której partiami politycznymi (nie tylko CDU i nie tylko w Kolonii) rządzą wewnętrzne kliki, klany i koterie, które decydują o wszystkich najważniejszych sprawach, takich jak układanie list wyborczych czy polityka partii. Pozycja danej kliki oraz pozycja jednostki w jej obrębie decydują o możliwościach kariery i wpływania na decyzje partyjne. Scheuchowie spróbowali opisać wpływ tego opartego na Klüngelu systemu partyjnego na kondycję CDU, a raport przekazali zleceniodawcy, czyli samej CDU. Ich opinie zostały dość szybko wycofane z wewnątrzpartyjnego obiegu oraz poddane próbie zdyskredytowania w przestrzeni publicznej przez podważanie wiarygodności autorów i metodologii. Mleko się jednak już wylało i zaczęto głośno mówić o kolońskim Klüngelu, a Scheuchowie rozbudowali swoje opracowanie do postaci publikacji pt. „Cliquen, Klüngel und Karrieren. Über den Verfall der politischen Parteien – eine Studie” („Kliki, układy i kariery. Studium o rozpadzie partii politycznych”).

W swej późniejszej książce „Die Spendenkrise” autorzy przedstawiają następującą definicję Klüngela, znacznie różniącą się od ujęcia Überalla i wykraczającą poza kontekst koloński. Kluczową cechą Klüngela w ujęciu kolońskich socjologów jest zasada „odwleczenia gratyfikacji”: polega ona na tym, by nie oczekiwać natychmiastowego odwzajemnienia nieformalnej „przysługi”. Ma to na celu nie tylko ukrycie odpowiedzialności, ale także wzmacnianie powiązań w ramach Klüngela i stabilizowanie relacji w sieci – pomagając koledze w wygraniu konkursu na stanowisko dyrektora, nie robię tego dla niego, ale dla czegoś znacznie większego, czego obaj jesteśmy członkami – Klüngela. Odpowiednio do tego nie oczekuję od niego wdzięczności i odwzajemnienia, bo wiem, że te dostanę w swoim czasie poprzez Klüngel.

Na marginesie warto zwrócić uwagę, jak silnie Klüngel wydaje się zakorzeniony w tradycji korporacjonistycznej. Przykładowo niemiecka profesura zasłynęła tym, że w czasie II wojny światowej najpierw broniła przed represjami ze strony władz nazistowskich swoich członków o żydowskim pochodzeniu, by po zakończeniu wojny bronić przed denazyfikacją tych kolegów, którzy zaangażowali się w system III Rzeszy. O sile tych struktur może świadczyć to, że po II wojnie światowej ani jeden wysoko postawiony członek korporacji prawniczej nie został pociągnięty do odpowiedzialności za przeszłość mimo znacznego udziału prawników w działaniach rządu nazistowskiego. W tym kontekście przypomina się słynny sms wysłany przez Adama Halbera do Roberta Kwiatkowskiego w trakcie afery Rywina: Precz z siepactwem, chwała nam i naszym kolegom, ch… precz!

Oczywiście odwleczenie gratyfikacji w czasie ma też wymiar praktyczny, podobnie jak zastosowanie zasady przeniesienia gratyfikacji, polegające na tym, że ktoś inny odwdzięczy mi się za tę przysługę. Najprostsza forma tak funkcjonującego mechanizmu to sytuacja, w której A zatrudnia żonę B, B przyjaciela C, a C żonę A.

Takie złożone systemy wzajemnych przysług prowadzą do powstawania systemu zależności, ale także zaufania. Odbywa się to na podobnej do opisanej przez Andrzeja Zybertowicza zasadzie umoczenia: Od każdego, kto chce się piąć do góry, oczekuje się, że spłaci swój dług wdzięczności w ramach układu. Dopiero z takim zabezpieczeniem, znacząco określanym jako „trup w piwnicy”, nowy staje się godny zaufania dla establishmentu.

Przytoczone do tej pory różne znaczenia i sposoby wykorzystania pojęcia Klüngel pozwalają na utożsamienie go z polskim pojęciem „układu”. Układ cechowałby się zatem:

  • oparciem na sieci wzajemnych powiązań, przysług, zależności, solidarności i zaufania między członkami;
  • nastawieniem na umożliwienie osiągania prywatnych korzyści, przedkładanych nad dobro publiczne;
  • funkcjonowaniem w oparciu o zasady odwleczenia i przeniesienia gratyfikacji;
  • wykluczaniem alternatywnych ścieżek osiągania celów w danym kontekście;
  • nieformalnością i niejawnością;
  • funkcjonowaniem w „szarej strefie polityki”.

W swym pionierskim opracowaniu Scheuchowie analizują szereg przykładów funkcjonowania układów w obrębie partii politycznych. Najpowszechniejszym jest zawłaszczanie i rozdysponowywanie między swoich członków intratnych stanowisk w instytucjach należących do miasta, organach administracji miejskiej, spółkach komunalnych oraz firmach powiązanych z miastem. Ten mechanizm może być zinstytucjonalizowany do tego stopnia, że przyjmuje postać spisywanych tajnych umów. I tak Scheuchowie podają przykład pisemnego porozumienia pomiędzy SPD a FDP zawartego w 1979 r. po lokalnych wyborach, dzielącego czternaście wysokich stanowisk w urzędzie miasta (od kierownika wydziału w górę) między te dwie partie. Istotne jest przy tym – w kontekście zawłaszczania instytucji – że formalnie obsadzanie tych stanowisk należy do kompetencji głównego dyrektora miasta. W postaci podobnych tajnych dokumentów kliki wewnątrzpartyjne w CDU uzgadniały między sobą przed wyborami w 1988 r. podział stanowisk w partii, który miał być następnie osiągnięty przez głosowanie. Te dokumenty zostały ujawnione przez jedną z frakcji po tym, gdy porozumienie nie zostało dotrzymane.

Inny obszar działania układów to przestrzeń przedsiębiorstw związanych z miastem, które służą jako synekury dla członków poszczególnych układów. Podział stanowisk następuje tutaj w sposób podobny do opisanego powyżej. Pożywką dla tego mechanizmu są różnego rodzaju formy prywatyzacji zadań usługowych miasta, w postaci wydzielania spółek komunalnych jako oddzielnej formy własności, częściowej prywatyzacji w formie partnerstwa publiczno-prywatnego, tworzenia holdingów spółek miejskich itp. Tego typu zabiegi pozwalają na uwolnienie podmiotów spod nadzoru administracyjnego, zachowując jednocześnie kontrolę nad obsadzaniem stanowisk oraz organizowaniem przetargów przez te firmy. W opisywanym przez Scheuchów oraz Überalla przypadku Kolonii do najbardziej łakomych kąsków należały przedsiębiorstwo komunikacji miejskiej, na początku lat 90. warte 145 milionów marek, oraz przedsiębiorstwo wodno-energetyczno-gazociągowe o wartości 500 milionów marek. Te i inne wyodrębnione z miejskich struktur przedsiębiorstwa tworzą holding Stadtwerke Köln GmbH. W samym tylko kierownictwie holdingu do obsadzenia jest dziewięć wysoko opłacanych stanowisk dyrektorów i członków zarządu, dzielonych między siebie przez rządzące w mieście partie. Rajcowie miejscy zasiadają także licznie w radach nadzorczych przedsiębiorstw składających się na holding.

Gospodarka komunalna jest też świetnym polem do rozwoju układów korupcyjnych. Do głosu dochodzą one przede wszystkim przy zleceaniu budowy nowych obiektów dla miasta. Do historii korupcji w Niemczech przeszły już takie afery jak ta związana z budową w Kolonii spalarni odpadów, przy której sama wysokość łapówek przekroczyła 20 milionów euro. Podobnie przy budowie Targów Kolońskich (Koelnmesse) miasto przepłaciło 360 milionów euro w wyniku wyboru zbyt drogiej oferty. Przykłady działania układów w branży budowlanej analizuje Frank Überall. Podkreśla on przy tym rolę powstających w ramach układów zażyłych relacji osobistych, które sprzyjają pojawianiu się korupcji. Inny obszar działania układów o charakterze korupcyjnym to przekazywanie zleceń kancelariom prawniczym prowadzonym przez byłych i obecnych polityków.

Przedmiotem pracy Scheuchów poświęconej układowi nie są jego szeroko pojęte społeczne konsekwencje, lecz wpływ na system funkcjonowania partii w Niemczech. W przeciwieństwie do Überalla autorzy nie podejmują się próby oceny zjawiska występowania układów w niemieckim życiu politycznym, choć z charakteru ich pracy można przypuszczać, że byłaby ona zdecydowanie krytyczna. Zwracają jednak uwagę na ciekawy trend, jakim jest feudalizacja systemu politycznego, do której dochodzi w wyniku zdominowania partii przez układy. Jest ona efektem rozrostu i zinstytucjonalizowania systemu wzajemnych przysług i zależności, przy jednoczesnym zdominowaniu układu przez jedną osobę lub grupę. Jak piszą Scheuchowie, na płaszczyźnie federalnej i w pewnej liczbie gmin, a także większych miast, powiązania rozwinęły się w system feudalny. Istotą układu feudalnego jest wymiana przywilejów w zamian za wierność. Patologiczny charakter tych układów polega na tym, że wierność wobec osoby jest silniejsza od wierności wobec sprawowanego urzędu. W oparciu o układy feudalne powstają klany, skupione wokół „władców feudalnych”, taki jak np. funkcjonujący przez lata klan Helmuta Kohla. Takie klany decydują następnie o funkcjonowaniu mediów lokalnych, przedsiębiorstw miejskich, mianowaniu dyrektorów szkół, finansowaniu uczelni wyższych itp.

***

Prezentacja niemieckich badań nad zakulisowymi wymiarami polityki i życia publicznego zaprowadziła nas od lobbingu (w dużym stopniu legalnego i stanowiącego istotny element systemu reprezentacji interesów) do lokalnych układów, opartych na niejawnych porozumieniach, złożonych systemach wzajemnych zależności, gratyfikacji i powiązań, często o charakterze korupcyjnym. Zapewne nie tego spodziewalibyśmy się po takim kraju jak Niemcy. Czego nas uczy ten przykład? Wydaje się, że każe on przede wszystkim przyjąć do wiadomości prosty fakt, iż nieodłącznym elementem funkcjonowania każdej demokracji opartej na reprezentacji interesów jest występowanie jej niejawnego wymiaru, którego istnienie pewni aktorzy chcieliby utrzymać w cieniu, poza zainteresowaniem mediów i debaty publicznej. Jak pisał już klasyk socjologii, Georg Simmel, występowanie tajnych związków, spisków i niejawnych porozumień nie jest czymś marginalnym, lecz konstytuuje życie społeczne w jego najbardziej fundamentalnych wymiarach.

Stąd płynie drugi wniosek, odnośnie do roli i zadania nauk społecznych: choć badania nad zakulisowymi wymiarami władzy nie należą również w Niemczech do akademickiego mainstreamu, to pełnią one jednak dość istotną funkcję w debacie publicznej. Może właśnie dzięki swemu granicznemu usytuowaniu, rozpięciu między dziennikarstwem a nauką są w stanie lepiej wypełniać publiczną misję monitorowania i kontrolowania działań grup interesu we współczesnej demokracji. Warto ten przykład rozważyć z perspektywy polskich nauk społecznych i stawianych przed nimi zadań.

Literatura wykorzystana w tekście:

  1. Burgmer Inge Maria. 2003. „Lobbyverbände unter Anpassungsdruck”, w: Leif Thomas i Rudolf Speth (red.): Die stille Macht. Lobbyismus in Deutschland, Wiesbaden.
  2. Hinrichs Ulrike. 2006. „Politiker und Lobbyisten – Lobbyisten als Politiker”, w: Leif Thomas i Rudolf Speth (red.): Die fünfte Gewalt. Lobbyismus in Deutschland, Bonn.
  3. Leif Thomas. 2006. „Getrennt marschieren, vereint schlagen“. Lobbyismus in Berlin zwischen Mythos und Realität – Ein Interview mit Wolf-Dieter Zumpfort (TUI), w: Leif Thomas i Rudolf Speth (red.): Die fünfte Gewalt. Lobbyismus in Deutschland, Bonn.
  4. Leif Thomas i Rudolf Speth. 2006. „Die fünfte Gewalt – Anatomie des Lobbyismus in Deutschland”, w: Leif Thomas i Rudolf Speth (red.): Die fünfte Gewalt. Lobbyismus in Deutschland, Bonn.
  5. Pietrowicz Krzysztof i Piotr Stankiewicz (red.). 2012. Za kulisami. Szkice o władzy, interesach i bezpieczeństwie, Poznań.
  6. Rügemer Werner. 1996. Wirtschaften ohne Korruption?, Frankfurt am Main.
  7. Scheuch Erwin K. i Ute Scheuch. 2000. Die Spendenkrise – Parteien außer Kontrolle, Reinbek bei Hamburg.
  8. Scheuch Ute i Erwin Kurt Scheuch. 1993. Cliquen, Klüngel und Karrieren. Über den Verfall der politischen Parteien – eine Studie, Reinbek bei Hamburg.
  9. Schumacher Hajo. 2006. „Die ewig netten Herren“. Berlin ist die Hauptstadt eines wild wachsenden Lobbyismus, w: Leif, Thomas i Rudolf Speth (red.): Die fünfte Gewalt. Lobbyismus in Deutschland, Bonn.
  10. Sojak Radosław i Daniel Wicenty. 2005. Zagubiona rzeczywistość. O społecznym konstruowaniu niewiedzy, Warszawa.
  11. Speth Rudolf. 2006. „Wege und Entwicklungen der Interessenpolitik“, w: Leif, Thomas i Rudolf Speth (red.): Die fünfte Gewalt. Lobbyismus in Deutschland, Bonn.
  12. Überall Frank. 2007. Der Klüngel in der politischen Kultur Kölns, Bonn.
  13. Zybertowicz Andrzej. 2005. AntyRozwojowe Grupy Interesów. Zarys analizy, w: Wesołowski, Włodzimierz i Jan Włodarek (red.), Kręgi integracji i rodzaje tożsamości, Warszawa.
Ani fakt, ani fikcja. Dlaczego sondaże mówią nie to, co komentatorzy?

Ani fakt, ani fikcja. Dlaczego sondaże mówią nie to, co komentatorzy?

Jedną z kluczowych kompetencji medialnych jest umiejętność odróżniania fikcji od faktów. Ta tylko pozornie banalna umiejętność wymaga jednak szerokiej wiedzy z wielu dziedzin. Odbiorca mediów powinien mieć w zanadrzu m.in. podstawową wiedzę z zakresu statystyki. Jak zareagować na doniesienie, że partię X od partii Y dzieli w sondażu jeden procent poparcia? Jakie pytania zadać? Jak zinterpretować uzyskane odpowiedzi?

W tym artykule podpowiemy, w jaki sposób analizować informacje o wynikach badań społecznych. Skoncentrujemy się na zagadnieniach związanych z sondażami poparcia dla partii politycznych, choć to tylko drobny ułamek pracy, którą wykonują socjologowie. Opowiemy o wybranych błędach, jakie można popełnić, projektując i realizując badanie, analizując zebrane dane i przedstawiając wyniki. Nasze omówienie jest dalece niewyczerpujące – zwraca jednak uwagę na kilka dobrych nawyków pozwalających krytycznie myśleć o wynikach badań społecznych.

Nieznośna nieuchwytność bytu (społecznego)

Badania społeczne najprawdopodobniej nigdy nie pozwolą na idealne odwzorowanie rzeczywistości. Respondenci zawsze będą o krok przed badaczami: bardziej zmienni, zróżnicowani i mniej chętni do mówienia prawdy, niż chcieliby tego socjologowie. Te i nie tylko te okoliczności powodują, że bardzo trudno powiedzieć, jakie jest zdanie „opinii publicznej”, co faktycznie myślą obywatele i jak popularne są poszczególne poglądy. Omówimy kilka przykładów, które zobrazują, jak bardzo „społeczeństwo” jest „nieuchwytne”.

W sondażu internetowym przeprowadzonym po wyborach parlamentarnych w 2011 r. na portalu Onet.pl1 zaobserwowano znaczącą przewagę Platformy Obywatelskiej. W badaniu wzięło udział wiele osób – prawie 500 tys. (dokładnie 499 523). Jednocześnie oficjalne wyniki Państwowej Komisji Wyborczej2 po tych samych wyborach w porównaniu z wynikami sondażu wyglądały następująco:

Wykres 1. Deklarowane poparcie dla partii w wyborach parlamentarnych w 2011 r. – sondaż internetowy na portalu onet.pl oraz oficjalne wyniki Państwowej Komisji Wyborczej – wybory parlamentarne w 2011 r.

Źródło: Onet.wybory. Na którą partię oddałeś/aś głos w wyborach parlamentarnych? 2011, Obwieszczenie PKWKW… 2011.

Jak widać, w ankiecie internetowej PO uzyskała 44%. To wynik prawie trzykrotnie wyższy niż PiS-u i Ruchu Palikota. Faktyczny wynik PO w wyborach parlamentarnych wyniósł 39,2% – był wysoki, ale różnice między partiami wyglądały zupełnie inaczej. Dlaczego sondaż internetowy pokazał wyniki niezgodne z oficjalnymi? Jak wyjaśnić rozbieżności?

Zacznijmy od wielkości próby, czyli tych prawie 500 tys. osób. Warto wyjaśnić, że niemal zawsze w badaniach (poza spisem powszechnym) dobiera się próbę, czyli określoną część większej całości. Badanie całości jest trudne, kosztowne i czasochłonne, a dotychczasowe dokonania statystyki pozwalają nam wyciągać wnioski o populacji na podstawie wybranych jednostek. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że liczebności próby nie można nic zarzucić. Łatwo stwierdzić, że im więcej, tym lepiej, czyli im większa próba, tym lepiej sondaż/badania odzwierciedla/ją cechy populacji (czyli wszystkich Polaków). Nic bardziej mylnego.

Po pierwsze – nie tylko wielkość próby się liczy. Ważne jest jeszcze, jak ją dobrano. Jeżeli chcemy uzyskać wyniki reprezentatywne (czyli takie, które pokazują, jak głosowali wszyscy Polacy), powinniśmy dobrać próbę losowo – tak aby każdy Polak/Polka miał/miała jednakową szansę znalezienia się w próbie. Taki dobór wymaga zwykle posiadania listy osób do losowania (operatu losowania). W badaniach w praktyce często taką listą są numery PESEL lub numery telefonów. Dobór spośród nich odbywa się przy użyciu programów komputerowych. W sondażach internetowych głosują ci, którzy korzystają z danej strony, zauważą sondaż i zdecydują się w nim zagłosować. Nie można tego nazwać doborem losowym. W żaden sposób nie kontrolujemy tego, kto bierze udział w badaniu.

Po drugie – wielkość próby jednak się liczy, ale po przekroczeniu pewnego progu jej zwiększanie „nie opłaca się”. Standardowa próba reprezentatywna dla wszystkich Polaków to ok. 1000 osób (z błędem rzędu 3%, ale o tym dalej). Zwróćmy więc uwagę, że te 500 tys. to stanowczo zbyt dużo. Liczba osób, którą musimy przebadać, zależy od wielkości populacji (u nas ok. 38 mln Polaków), a także od przyjętych założeń statystycznych, m.in. tzw. poziomu ufności, czyli dokładności, z jaką chcemy zrealizować badanie.

Po trzecie – próbę bardzo łatwo skrzywić, i to nieświadomie. Internet jest narzędziem pozwalającym w łatwy, szybki i bardzo tani sposób zadać użytkownikom pytania. Ale kluczem jest to, że te pytania zadajemy właśnie internautom. Tymczasem zgodnie z wynikami najnowszej „Diagnozy Społecznej 2013” 75,7% Polaków posiada w domu dostęp do Internetu, z czego 60,8% z niego korzysta3. Pomijanie tak dużej grupy osób, rzędu 30–40%, zakłamuje nasze wyniki. Także dlatego, że dostęp do Internetu rzadziej mają osoby mieszkające na wsi (ze względu na miejsce zamieszkania) czy starsze (ze względu na niższe kompetencje komputerowe), które to osoby jednocześnie mogą reprezentować elektorat określonych partii. Tym samym nasze badanie przeszacowuje wyniki jednych i nie doszacowuje wyników innych partii politycznych, ponieważ nie uwzględnia zjawiska wykluczenia cyfrowego. Podobne problemy mogą wystąpić, gdy korzystamy z badań telefonicznych (brak telefonu) czy ankiet pocztowych (utrudniony dostęp do placówek pocztowych).

Klasycznym przykładem błędnych danych wynikających ze złego doboru próby jest sondaż magazynu informacyjnego „Literary Digest” z 1936 r. Dobór próby oparto na książkach telefonicznych i listach rejestracyjnych samochodów. Do respondentów wysyłano pocztą papierowy kwestionariusz. Wyniki sondażu wskazywały na przegraną Roosevelta (43%), podczas gdy w rzeczywistych wyborach uzyskał największą w historii przewagę głosów nad kontrkandydatem (61% poparcia). Tak znaczący błąd wynikał właśnie z doboru próby – w sondażu wzięło udział zbyt wiele osób zamożnych, czyli posiadających samochód lub telefon4.

W badaniach poparcia politycznego (i nie tylko), oprócz doboru próby, liczą się również sposób konstrukcji narzędzia badawczego (lista pytań) i sytuacja badawcza (tu szczególnie tzw. efekt ankieterski).

Zacznijmy od konstrukcji narzędzia. Za dość powszechne można uznać przekonanie, że stworzenie pytań to nic trudnego. Problem pojawia się wtedy, gdy sami zaczynamy zastanawiać się, jak zapytać respondentów o to, co nas interesuje, jak zrobić to rzetelnie, niesugerująco i trafnie. Jednym z wielu dylematów jest wybór między pytaniami zamkniętymi i otwartymi, czyli między takimi, które mają listę sugerowanych odpowiedzi, i takimi, w przypadku których respondent posiłkuje się wyłącznie własną pamięcią. Bardzo wyraźnie widać efekt takich zabiegów, gdy co jakiś czas w mediach pojawiają się „szokujące” informacje o wysokim poparciu dla kandydatów, których nikt wcześniej nie brał pod uwagę. Zwykle to poparcie wynika z faktu, że w sugerowanych odpowiedziach, i to na jednej z pierwszych pozycji, podano nazwisko tegoż kandydata. Z kolei w przypadku pytań otwartych zdarza się, że badani deklarują chęć głosowania na nieistniejące partie.

W kontekście pytań sugerujących warto przywołać przykład niedawnego (lipiec 2013) sondażu Homo Homini, w którym stowarzyszenie „Republikanie” uzyskało aż 19% poparcia5. Taki wynik czynił ze stowarzyszenia trzecią siłę polityczną w Polsce. Okazało się, że był to efekt usytuowania pytań o poparcie polityczne w kwestionariuszu. Agencje badawcze regularnie przeprowadzają tzw. badania omnibusowe, zawierające wiele pytań z różnych dziedzin. Klienci mogą zamówić umieszczenie swoich pytań w takim omnibusie. Tak też zrobiło stowarzyszenie „Republikanie”.

Pytanie o preferencje wyborcze poprzedzone było pytaniami na temat wysokości podatków, funkcjonowania ZUS-u, kwestii demograficznych, negatywnych opinii o PO i PiS, a także pytaniem o rozpoznawanie stowarzyszenia, które brzmiało następująco: Czy słyszał(a) Pan(i) o powstaniu nowego stowarzyszenia „Republikanie”, założonego przez posła Przemysława Wiplera, którego programem jest m.in. obniżenie podatków, ograniczenie obciążeń biurokratycznych, zmniejszenie liczby urzędników oraz wsparcie dla rodzin?6

Nietrudno zauważyć ścisły związek między wcześniejszymi pytaniami a skrótowo pisanym programem stowarzyszenia. To typowy przykład wyników zaburzonych pytaniami sugerującymi, który wyjaśnia aż 19-procentowe poparcie dla stowarzyszenia „Republikanie”.

Wśród istotnych czynników wpływających na wyniki sondaży znajduje się też efekt ankieterski, czyli to, jak na odpowiedzi badanych wpływa sama rozmowa z ankieterem – osobą o określonych poglądach, wyglądzie, wieku, płci, statusie ekonomicznym itp. Respondenci mają tendencję do dopasowywania odpowiedzi do wyobrażonych oczekiwań ankietera. Z kolei ankieterzy mogą swoje sympatie i antypatie polityczne wyrażać zupełnie nieświadomie. Ta wiedza jest ważna, gdy bierzemy pod uwagę szczególnie partie reprezentujące skrajne stanowisko albo takie, które są źle kojarzone. Respondenci mogą nie przyznawać się do poparcia partii niepopularnych w mediach głównego nurtu – najpoczytniejszych czy najczęściej oglądanych.

Takie są fakty. Mniej więcej. I na 95%

Warto również zastanowić się, co to tak naprawdę znaczy, że poparcie dla danej partii wynosi ileś procent, a różnica poparcia między partiami to jeden czy dwa punkty procentowe. To zagadnienie omówimy na przykładzie artykułu z portalu www.rmf24.pl. Tekst z kwietnia br. nosi tytuł „PiS goni w sondażu PO, dzieli je zaledwie 1 procent”. Autor artykułu powołuje się na wyniki sondażu TNS Polska, zleconego przez TVP Info. Poparcie dla PO wynosiło 34%, a dla PiS 33%. Badanie przeprowadzono w dniach 10–11 kwietnia na 1000-osobowej reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków7.

Taki wynik można skomentować następująco: poparcie dla PO jest wyższe niż dla PiS. Powyższy prosty wniosek jest jednak nieprecyzyjny. Dlaczego? Ze względu na tzw. błąd statystyczny z próby.

Idea błędu statystycznego jest bardzo prosta. Skoro dobieramy z populacji (wszystkich Polaków) próbę (zwykle 1000 osób), to z pewnością popełnimy jakiś błąd. Niewielki, ale zawsze. Ten błąd to właśnie błąd statystyczny z próby. Błąd statystyczny z próby określa, z jak wysokim prawdopodobieństwem (poziom ufności badania) odsetek z próby nie będzie się różnił od odsetka w populacji o więcej niż przyjęty błąd statystyczny8. Przy próbie 1000 osób standardowy błąd to 3%. Zwykle przyjmuje się też poziom ufności na poziomie 0,95. Jeżeli chcemy określić wahania poparcia dla danej partii, od podawanego w mediach wyniku powinniśmy odjąć i dodać 3%9. To oznacza, że rzeczywiste poparcie dla PO waha się między 31% a 37%.

Spróbujmy przełożyć definicję na powyższy przykład. Z prawdopodobieństwem 95% poparcie dla PO w wysokości 34% różni się od rzeczywistego poparcia o nie więcej niż 3%. Czyli przedział od 31% do 37% „pokrywa” rzeczywiste poparcie (którego nie znamy, jeśli nie przebadamy dokładnie wszystkich Polaków) z prawdopodobieństwem 95%. Dla PiS przedział wygląda następująco: 30–36%.

W praktyce nie trzeba pamiętać dość skomplikowanej definicji – wystarczy dodawać i odejmować 3%. Przy czym warto mieć na uwadze, że to może być więcej niż 3% – takie dane powinny się pojawiać przy wynikach sondaży obok m.in. wielkości próby, metody czy okresu przeprowadzania badania.

Skoro poparcie wszystkich partii nie jest punktem, ale pewnym przedziałem, to również mówienie o różnicach między partiami oraz o trendach zmian w poparciu partii powinno być dużo bardziej ostrożne. W naszym przykładzie różnica między PO (34%) a PiS (33%) nie wynosi po prostu 1 punkt procentowy, ale może wynosić aż 7 punktów procentowych (37% dla PO, 30% dla PiS). W rzeczywistości poparcie dla tych partii może być identyczne – może wynosić 31%, 32%, 33%, 34%, 35% lub 36%. Może być też tak, że to PiS wygrywa z PO. Jak widać, przedział ufności czyni interpretację danych dużo bardziej wieloznaczną niż ta powszechna w mediach.

Dla partii o poparciu oscylującym w granicach progu wyborczego (5%) idea błędu statystycznego z próby jest szczególnie istotna. Ma on szczególne znaczenie, gdyw wynikach sondaży dwie partie mają poparcie 5% (przedział 2–8%) i 7% (przedział 4–10%). Można sobie wyobrazić sytuację, że obie partie nie pojawią się w sejmie (jedna może mieć poparcie 2%, a druga 4%), i taką, w której obie będą w sejmie reprezentowane (jedna może mieć poparcie 8%, a druga 10%), i to z niezłym wynikiem wyborczym.

Dlatego też ważne jest uwzględnianie w przedstawianych w mediach wynikach badań nie tylko partii, które przekroczyły 5% poparcia (przedział od 2% do 8%) – co jest częstą praktyką. Dolnym progiem przy błędzie 3% powinno być poparcie rzędu 2%, bo przedział poparcia sięga tych pięciu granicznych procent.

Zagubione w interpretacji

Poniższy wykres przedstawia zmiany poparcia dla partii politycznych (PO, PiS, RP, SLD i PSL) w okresie od października 2011 do marca 2012 r. Badanie na zlecenie „Gazety Wyborczej” przeprowadził TNS OBOP.

Wykres 2. Zmiana poparcia dla partii politycznych w okresie X 2011 – III 2012

Źródło: Kolejny sondaż potwierdza trend: Prawo i Sprawiedliwość powoli dogania Platformę, 2012. Portal wpolityce.pl za gazeta.pl

Autorzy omówienia na portalu wpolityce.pl na podstawie danych wyciągnęli następujący wniosek: Kolejny sondaż potwierdza trend: Prawo i Sprawiedliwość powoli dogania Platformę10. I rzeczywiście, patrząc na wykres, można odnieść takie wrażenie. Różnica poparcia między partiami wyraźnie się zmniejsza. Warto jednak dokładniej przyjrzeć się poziomym liniom na wykresie odwołującym się do pionowej skali. Poparcie dla PiS w wymienionym okresie wahało się między 19 a 27%, ale na początku i końcu porównywanego okresu było prawie takie samo (24% i 25%). Poparcie PO zwykle było stabilne lub spadało – tak że różnica między początkiem okresu (42%) a końcem (29%) wyniosła 13 punktów procentowych. Tym samym jeżeli możemy mówić o jakiejś zmianie, to nie o „doganianiu” w wykonaniu PiS, a raczej o „zwalnianiu” czy traceniu poparcia przez PO.

Ten przykład ma za zadanie uwypuklić, jak ważne jest samodzielne interpretowanie danych i niepodążanie za podanymi w tekstach wnioskami. Warto pamiętać, że wiedza dziennikarzy w zakresie interpretacji danych statystycznych może być porównywalna z naszą.

Zastanówmy się więc nad rolą, jaką pełnią sondaże w przestrzeni publicznej. Poza podstawową funkcją – dostarczania informacji o opinii społeczeństwa na jakiś ważny temat – sondaże często są narzędziem manipulacji opinią publiczną. To, z czym stykamy się za pośrednictwem radia, prasy, telewizji czy Internetu, to najczęściej suche dane wyrwane z kontekstu albo zniekształcone informacje opatrzone tendencyjną interpretacją wyników sondaży. Posługując się jednak wynikami sondaży dotyczących np. potencjalnych zachowań wyborców, stwarza się wrażenie, że przewidywania oparte są na faktach i naukowych narzędziach, zasługując tym samym na uwagę11.

Zdarza się, że w tym samym tygodniu media przytaczają wyniki badań różnych ośrodków, podając inne dane procentowe dotyczące opinii społecznych o bardzo zbliżonych kwestiach. Odbiorca może stracić orientację, co oznaczają podawane zestawienia procentowe. Stąd też częściej opieramy się na komentarzach i interpretacjach sondaży niż na ich wynikach. Zauważmy, jak informacja pochodząca z sondażu staje się przedmiotem manipulacji i gry między różnymi interesariuszami. Takim interesariuszem, który jest manipulowany przez „producentów” i „sprzedawców” informacji, jesteśmy także my – odbiorcy treści publikowanych w mediach. Mechanizm działania sondażu jako narzędzia manipulacji wyjaśnia pojęcie spirali milczenia (ang. spiral of silence), stworzone przez Elisabeth Noelle-Neumann, niemiecką badaczkę opinii publicznej. Pojęcie odnosi się do zachowań osób, które biorąc udział w badaniach opinii publicznej, ukrywają swoje poglądy. Wynika to z przeświadczenia o ich niezgodności z opinią ogółu społeczeństwa, wywołującego u tych osób poczucie dysonansu i niedopasowania. Skąd bierze się w nas takie przeświadczenie? Właśnie z obserwacji przekazu, który dominuje w mediach czy dyskusjach w naszym najbliższym otoczeniu. W przypadku gdy w mediach zaczyna dominować poparcie dla partii X, część osób będzie ukrywać swoje poglądy w obawie przed krytyką społeczną. W konsekwencji część z tych osób będzie, wbrew swoim przekonaniom, deklarowała w sondażach poparcie dla partii, której obecnie poparcie społeczne rośnie. Im więcej osób ukrywa faktyczną opinię, tym bardziej zaczyna dominować opinia domniemanej większości, a spirala cały czas się nakręca. Zazwyczaj moment wyborów przerywa nakręcającą się spiralę, gdy głosujący mogą wyrazić swoje rzeczywiste poparcie w pełni anonimowo12.

Z tego właśnie względu „produkowanie” sondaży po prostu się opłaca: politykom w kreacji wizerunków i pozyskiwaniu poparcia; mediom, które dzięki „kliknięciom” zwiększają swoją oglądalność; ośrodkom badawczym, które na przeprowadzaniu sondaży zarabiają. Taka sytuacja prowadzi do wielu nadużyć już na poziomie samego przeprowadzania sondażu przez firmy badawcze. Zdarza się, że realizują one badanie w taki sposób, że wyniki z góry mają wprowadzać w błąd. Zamiast pytać tylko osoby zdecydowane, czyli takie, które wiedzą, że będą głosować, i wiedzą, na kogo, pytania zadaje się wszystkim dostępnym respondentom. Ci ostatni zwykle wskazują jakiekolwiek nazwisko spośród sugerowanych im osób. W takim, częstym niestety, przypadku mamy do czynienia z fikcyjnymi, a nie faktycznymi deklaracjami13.

Fatamorgana. Ile mirażu na wykresie?

Nawet najlepiej przeprowadzone badanie można źle zinterpretować lub przedstawić. Przykład złej interpretacji zaprezentowaliśmy, wspominając o partii, która rzekomo doganiała drugą partię, podczas gdy to poparcie drugiej partii spadało, a pierwszej zmieniało się w granicach błędu statystycznego, czyli de facto stało w miejscu. Teraz pokażemy pięć przykładów, kiedy konstrukcja wykresu może wpłynąć na postrzeganie wyników przez odbiorcę. W przypadku pierwszych czterech par wykres u góry uważamy za bardziej rzetelny niż ten na dole. Ostatni przykład jest trudniejszy i nie podejmujemy się oceny, który z dwóch wykresów jest lepszy. Pozostawiamy to jako ćwiczenie intelektualne dla czytelnika. Czy obraz prezentowany na wykresie wyglądałby inaczej, gdybyśmy zastosowali inne szerokości przedziałów? Czy gdybyśmy zastosowali inny typ wykresu, moglibyśmy lepiej odzwierciedlić dane na wykresie? A teraz przejdźmy do omówienia poszczególnych par wykresów.

Para 1.–2. Dość powszechną praktyką w prezentowaniu wyników sondaży wyborczych jest pomijanie osi Y (pionowej). Utrudnia to ocenę, czy wysokość poszczególnych słupków odzwierciedla wartości prezentowane nad słupkami. Wadliwe pod tym względem wykresy prezentowano w polskich mediach – zarówno w prasie, jak i w telewizji. Brak osi Y na wykresie drugim powoduje, że trudniej dostrzec nieproporcjonalnie wysoki słupek prezentujący wynik partii „B”. Choć poparcie tej partii wynosi 35%, słupek sięga do wysokości 41 punktów procentowych. Dodatkowo porównywanie wysokości słupków jest utrudnione poprzez zastosowanie odstępów między słupkami. To również powszechna praktyka w prezentowaniu wyników sondaży wyborczych.

Para 3.–4. Stosowanie wykresów trójwymiarowych, zwłaszcza kołowych, umożliwia manipulowanie widoczną powierzchnią poszczególnych wycinków. Na wykresie czwartym najmniejszy wycinek (14%) został zaprezentowany frontalnie. Dzięki temu widać całą ścianę boczną tego wycinka, powiększoną dodatkowo poprzez zwiększenie wysokości wykresu. Zniekształcenie perspektywiczne powoduje, że szczególnie różnica między wycinkiem 14% a 19% wydaje się mniejsza, niż jest w rzeczywistości.

Para 5.–6. Obydwa wykresy prezentują dokładnie te same dane liczbowe. Wnioski płynące z tych wykresów są zatem jednakowe. Ich czysto wizualna interpretacja kazałaby jednak zakładać, że wykres szósty prezentuje sytuację, w której produkt otrzymywał więcej pozytywnych opinii, a wykres piąty – mniej. Ten efekt osiągnięto, ustawiając na wykresie szóstym minimalną wartość osi Y na 40%. Zabieg ten spowodował, że ukryta została część wykresu wskazująca na podobieństwo między opiniami, a podkreślona została ta jego część, która skupia uwagę na różnicy między opiniami pozytywnymi a negatywnymi.

Para 7.–8. Poza pytaniem, czy dane zaprezentowano prawidłowo, należy postawić sobie również pytanie o to, czy zaprezentowano wszystkie dostępne dane. Interpretacja wzrostu zysków zaprezentowanego na wykresie ósmym zmienia się, jeśli spojrzymy na szerszy kontekst historyczny przedstawiony na wykresie siódmym. Okazuje się bowiem, że rok 2009 nie jest punktem startowym, lecz rokiem najniższych zysków firmy, poprzedzonym prawie dekadą spadków.

Para 9.-10. Na wykresach dziewiątym i dziesiątym przedstawiono te same dane. Różnią się one jednak liczbą przedziałów. Wizualna interpretacja wykresu dziewiątego wskazywałaby, że najczęściej na rzecz organizacji X wpłacano duże kwoty pieniędzy (powyżej 15 tys. zł). Z kolei wizualna interpretacja wykresu dziesiątego sugeruje, że częściej dokonywano wpłat mniejszych. Poza liczbą przedziałów zmianie podlegać mogą także ich zakresy. Jak zmieni się postać wykresu, jeśli zwiększymy szerokość przedziału do 10 tys. zł lub zmniejszymy do 2,5 tysiąca? Czy zastosowanie innego typu wykresu – np. wykresu skrzynkowego – dałoby lepszy wgląd w dane?

Podsumowanie

Zmiana obecnej sytuacji w obszarze manipulacji sondażami, tak jak wiele zmian społecznych, nie musi zachodzić od razu w sposób systemowy. Zdarza się, że jest wynikiem samoorganizacji obywateli. Ciekawym przykładem takiej inicjatywy są działania zespołu projektowego „Na Straży Sondaży”, który monitoruje jakość prowadzonych w naszym kraju sondaży oraz sposoby ich omawiania w mediach.

W wielu krajach funkcjonują również stowarzyszenia branżowe określające normy prowadzonych badań i monitorujące pracę ośrodków badawczych. W Polsce w 1997 r. została powołana Organizacja Firm Badania Opinii i Rynku (OFBOR), której celem jest kontrola przestrzegania norm etycznych oraz metodologicznych w badaniach opinii i rynku, a także działanie na rzecz publicznego zaufania do badań14. Na stronie internetowej OFBOR możemy zapoznać się z „Przewodnikiem ESOMAR/WOPR – sondaże opinii publicznej i publikowanie wyników badań”15, który w szczegółowy sposób omawia metodologiczne kwestie dotyczące poprawnej realizacji sondaży. Określa też wymogi dotyczące publikacji w mediach. Praktyki OFBOR, skupiającej 21 wiodących agencji badawczych w Polsce, niestety rzadko przekładają się na faktyczne działania firm badawczych i ośrodków medialnych, które nadal nie zawsze stosują się do zaleceń formułowanych przez OFBOR.

Podobne działania monitorujące możemy także podejmować na mniejszą skalę sami. Podsumujmy zatem to, na co należy zwracać uwagę podczas czytania wyników sondaży, aby nie dać się zmanipulować. Przede wszystkim musimy zwrócić uwagę na podstawowe informacje, które są podawane (powinniśmy raczej napisać „powinny być podawane”) obok publikowanych wyników:

Nazwa wykonawcy – chociaż nie zawsze wykonanie badania przez bardziej znaną firmę jest gwarancją jego rzetelności, to jednak ta informacja pozwala nam rozeznać się w pewnych standardach stosowanych przez poszczególne ośrodki badawcze i poznać źródło prezentowanych wyników.

Data realizacji badania – musimy pamiętać, że nagłe wydarzenia mogą w znaczącym stopniu wpływać na opinie badanych, np. decyzje polityków mogą powodować słabnięcie ich poparcia społecznego w określonych środowiskach.

Określenie badanej populacji i próby badawczej – wiemy już, że nie wielkość próby się liczy, a raczej stosunek jej wielkości do całej populacji badanych osób oraz sposób jej doboru. Warto mieć też na uwadze, że nie wszystkie sondaże przeprowadzane są na próbie ogólnopolskiej, w której grupę badanych osób dobieramy na podstawie liczby i cech społeczno-demograficznych wszystkich Polaków.

Metoda doboru próby – zwróćmy uwagę, czy próbę dobrano w sposób losowy, czyli tak, że każdy z tym samym prawdopodobieństwem może zostać „wybrany” do udziału w sondażu, czy w jakiś inny sposób. Tutaj powinna się również znaleźć informacja, czy próba ma charakter reprezentatywny.

Metoda zbierania danych – sposób zbierania danych w dużym stopniu określa, kto udziela odpowiedzi. Szczególnie trzeba zwracać uwagę na sondaże internetowe, w których w znacznym stopniu nie biorą udziału osoby starsze czy mieszkające na wsi lub z dochodami znacznie niższymi niż przeciętne. Dane możemy zbierać np. w trakcie bezpośredniej rozmowy z badanym face to face (badania typu PAPI), przeprowadzając wywiady telefoniczne (badanie typu CATI) czy rozsyłając badanym formularz elektronicznej ankiety do samodzielnego wypełnienia (badanie CAWI). Z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że za każdym razem, stosując inną metodę zbierania danych, trafimy na innych respondentów.

Odsetek oraz sposób postępowania z respondentami odmawiającymi odpowiedzi – jest to informacja o tzw. realizacji próby, czyli liczbie osób, które faktycznie odpowiedziały na pytania sondażu z naszej grupy badanych. Znaczący odsetek odmów może mocno zaburzyć wynik sondażu. Z problemem odmów brania udziału w badaniach albo niechęci odpowiadania na poszczególne pytania spotykamy się najczęściej wtedy, gdy badanie dotyczy tematów osobistych i drażliwych dla respondentów.

Treść pytania sondażu – sami możemy dzięki temu rozstrzygnąć, czy pytanie w jakiś sposób sugerowało odpowiedź badanym.

Informacja o wielkość błędu statystycznego, np. dla wyników poparcia każdego z prezentowanych kandydatów lub partii – pozwala nam samym określić przedział poparcia dla każdej z partii i oszacować jego rzeczywisty poziom.

Sposób prezentacji danych – jesteśmy wzrokowcami i to, co jest ładnie podkreślone, uwypuklone czy kolorowe, łatwiej rzuca nam się w oczy, a my łatwiej zapamiętujemy tak zaprezentowaną informację. Pamiętajmy o sposobach manipulacji na graficznie przedstawianych wynikach sondażu i wczytajmy się w nie.

Teraz, gdy jesteśmy wyposażeni w pewną wiedzę dotyczącą sondaży i zdemaskowaliśmy niektóre z mechanizmów manipulacji ich wynikami (nie rozstrzygamy, kiedy mamy do czynienia z intencjonalną manipulacją, a kiedy z nieumiejętnym zastosowaniem narzędzi lub z niezrozumieniem, jak narzędzia te działają), nie pozostaje nam nic innego, jak rozwijać swoją wrażliwość na informacje, które do nas docierają. Czasem zdarza się, że jeden wykres przedstawiający wyniki sondażu potrafi dostarczyć więcej informacji niż cała burza medialna i komentarze, które toczą się wokół jego wyników. Ale z drugiej strony jeden sondaż może być obciążony całym mnóstwem błędów na wszystkich etapach badania, poczynając od jego zaprojektowania, poprzez etap realizacji i analizy wyników, a na prezentacji w mediach kończąc. Aby być wnikliwym obserwatorem sfery publicznej, powinniśmy z przymrużeniem oka traktować wyniki pojedynczych sondaży i ich porównania z dwóch okresów, a brać pod uwagę raczej średnie z wielu sondaży, mówiące o pewnym stałym trendzie. Pozostaje nam samym dbać o przekaz, który do nas dociera, gdyż wydaje się, że w najbliższym czasie nie można liczyć na sondażową rewolucję ośrodków badawczych, mediów czy polityków.

Autorzy są członkami Zespołu Realizacji Badań Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika „Pryzmat”

Przypisy:

  1. Zob.: Onet.wybory. Na którą partię oddałeś/aś głos w wyborach parlamentarnych?, 2011, http://wybory.onet.pl/parlamentarne-2011/index.html, dostęp: 12.07.2013.
  2. Obwieszczenie Państwowej Komisji Wyborczej z dnia 11 października 2011 r. o wynikach wyborów do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 9 października 2011 r. (Dz. U. Z dnia 12 października 2011 r. Nr 218, poz. 1294), Wyciąg. 2011, http://pkw.gov.pl/g2/2011_10/445f624b1f6fbcca94c9761c5fac9f1a.pdf, dostęp: 12.07.2013.
  3. Diagnoza społeczna 2013. Raport (wstępny) Prezentacja Dominika Batorskiego (slajd nr 13), 2013, http://www.diagnoza.com/, dostęp: 12.07.2013.
  4. E. Babbie, Badania społeczne w praktyce, Warszawa 2004, s. 202.
  5. Homo Homini tłumaczy się z 19 proc. dla Wiplera, 2013, http://www.wprost.pl/ar/406828/, dostęp: 12.07.2013.
  6. Badanie dla Stowarzyszenia „Republikanie”, 2013, http://www.homohomini.com.pl/news/130/55/Badanie-dla-Stowarzyszenia-Republikanie/d,Aktualno%C5%9Bci/, dostęp: 12.07.2013.
  7. PiS goni w sondażu PO, dzieli je zaledwie 1 procent, 2013, http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-pis-goni-w-sondazu-po-dzieli-je-zaledwie-1-procent,nId,955041, dostęp: 12.07.2013.
  8. Błąd statystyczny i przedział ufności, 2013, http://nastrazysondazy.uw.edu.pl/metodologia/blad-statystyczny/, dostęp: 12.07.2013.
  9. Bardzo ważne: wartość błędu powinna być każdorazowo podawana przy wynikach sondaży, tak aby umożliwić czytelnikom oszacowanie przedziału poparcia. Prawie nigdy takich informacji nie ma. W przytaczanym artykule również się nie pojawiły. Błąd 3% jest wartością standardową, ale w każdym badaniu może mieć różną wielkość, np. 5%.
  10. Kolejny sondaż potwierdza trend: Prawo i Sprawiedliwość powoli dogania Platformę, 2012, http://wpolityce.pl/wydarzenia/25257-kolejny-sondaz-potwierdza-trend-prawo-i-sprawiedliwosc-powoli-dogania-platforme, dostęp: 12.07.2013.
  11. R. Dyoniziak, Sondaże a manipulowanie społeczeństwem, Kraków 1997, ss. 2–9.
  12. E. Noelle-Neumann, Spirala milczenia: opinia publiczna – nasza skóra społeczna, Poznań 2004, ss. 22–25.
  13. R. Dyonizak, op. cit.
  14. Organizacja, 2013, http://ofbor.pl/organizacja/, dostęp: 12.07.2013.
  15. Przewodnik ESOMAR/WOPR – Sondaże opinii publicznej i publikowanie wyników badań, 2011, http://www.ofbor.pl/public/File/OFBOR_ESOMAR-WAPOR%20Guide_PL11_08_01.pdf, dostęp: 12.07.2013.

Fabryka transportu publicznego

Komunikacja publiczna w naszym kraju – poza kilkoma największymi miastami – upada. To paradoks, gdyż Polska jest liczącym się na świecie producentem autobusów, tramwajów i pociągów.

Ostatnie dekady to czas burzliwej historii przemysłu produkującego środki transportu zbiorowego. W najnowszych dziejach fabryk tej branży jak w soczewce skupiają się wszystkie tendencje w przemyśle: zmiany własnościowe, zmiany profilu działalności, przejęcia przez zagraniczne koncerny czy upadki tradycyjnych potężnych producentów. Mimo to dzisiejsza rzeczywistość gospodarcza w dziedzinie produkcji autobusów i pojazdów szynowych wcale nie rysuje się w ciemnych barwach. Polska po kilkunastu latach przekształceń dorobiła się bowiem pozycji znaczącego producenta środków komunikacji zbiorowej – tysiące naszych obywateli pracują w tym segmencie gospodarki, a miliony mieszkańców różnych części świata jeżdżą polskimi pojazdami.

Upadek Ikara

Charakterystycznym zjawiskiem w zmieniającej się strukturze produkcji autobusów czy pojazdów szynowych jest malejąca rola dawnych tradycyjnych potęg, zastępowanych przez firmy, które znacząco rozwinęły się w ostatnich kilkunastu latach. Zjawisko to jest widoczne w kontekście ponadkrajowym.

Jedną z takich upadłych tradycyjnych potęg i zarazem symbolem ostatnich dekad w europejskim przemyśle komunikacyjnym jest węgierski Ikarus. Jego autobusy były wszechobecne nie tylko w krajach „demokracji ludowej” Europy Środkowo-Wschodniej oraz byłych republikach radzieckich, ale woziły także pasażerów na innych kontynentach – m.in. w Birmie, Chinach, Syrii, Kuwejcie, Iranie, Turcji, Tunezji, Ekwadorze, Wenezueli, na Kubie czy w Stanach Zjednoczonych. Rozwojowi Ikarusa niewątpliwie przysłużyło się zawarcie w 1972 r. w ramach Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej porozumienia, które zakładom tej firmy przydzieliło wiodącą rolę w produkcji autobusów w całym bloku socjalistycznym, dzięki czemu liczba produkowanych pojazdów dochodziła do 15 tys. rocznie1.

Przedsiębiorstwo Ikarus – przyzwyczajone do pełnienia odgórnie przydzielonej roli – bardzo opornie unowocześniało ofertę. Przykładowo, przegubowe autobusy typu Ikarus 280, znane m.in. z dziesiątek polskich miast, produkowane były aż przez trzy dekady – od początku lat 70. do 2002 r. Oznacza to, że Ikarus autobusy swojego flagowego typu 280 – które w zimie trudno było ogrzać, które były bardzo głośne, do których trzeba było wspinać się po wysokich schodach – oferował jeszcze w czasach, gdy już nawet miasta Europy Środkowo-Wschodniej zaczynały być podbijane przez coraz nowocześniejsze autobusy niskopodłogowe. Po kolejnych przekształceniach właścicielskich z dawnej potęgi Ikarusa pozostały tylko wspomnienia.

W 2008 r. produkcję autobusów zakończył jeden z głównych polskich producentów – zakłady samochodowe Jelcz. Flagowym produktem z Jelcza – po charakterystycznych „ogórkach” – były pojazdy bazujące na konstrukcji francuskich autobusów Berliet, z którą to firmą zawarto kontrakt licencyjny w 1972 r. w ramach otwarcia na świat w epoce Gierka. Produkcję autobusów konstrukcyjnie wywodzących się z Berlieta zakończono w 1992 r. Następnie w Jelczu rozwijano różnorodne konstrukcje autobusów, które miały stanowić odpowiedź na zmieniające się wymagania przewoźników – autobusy niskopodłogowe, mniejsze pojazdy kilkunastomiejscowe czy specjalne wersje autobusów stworzone z myślą o dowozie dzieci do szkół. Duża różnorodność produkcji nie uchroniła jednak Jelcza przed klęską. Po upadłości zakładów z dawnej potęgi ostała się jedynie niewielka spółka Jelcz-Komponenty, należąca do Huty Stalowa Wola, produkująca specjalistyczne pojazdy dla wojska.

Z tradycyjnych producentów autobusów wciąż funkcjonuje Autosan z Sanoka, który – choć daleko mu do dawnej pozycji i nie zalicza się już do czołowych producentów – zapewnił sobie niszę rynkową za sprawą produkcji tańszych pojazdów. Zainteresowane nimi są przede wszystkim borykające się z problemami finansowymi przedsiębiorstwa PKS oraz przewoźnicy miejscy z Polski Wschodniej: Lublina, Rzeszowa czy Tarnobrzega.

Autobusy na zakrętach

Patrząc na osłabioną pozycję Autosanu oraz upadek zakładów Jelcz – mając przy tym w pamięci starcie w proch takich gigantów jak zakłady produkcji ciągników Ursus czy polskie stocznie – można by uznać, że polski przemysł autobusowy stanowi kolejny odcinek smutnego serialu o upadku rodzimego przemysłu. Jednak mimo tego produkcja autobusów stała się jednym z segmentów gospodarki, w których Polskę można śmiało nazwać potentatem. Z jednej strony właśnie w Polsce największe zagraniczne koncerny realizują produkcję autobusów – również na rynek globalny, z drugiej strony coraz większym uznaniem na świecie cieszą się polskie marki i projekty.

Największym producentem autobusów w Polsce jest niemiecki MAN, który dużą część produkcji takich pojazdów realizuje w Sadach koło Poznania oraz w Starachowicach w dawnych zakładach Star. Tradycyjnie dla polskiej transformacji zmiany właścicielskie w starachowickiej fabryce wiązały się z nomenklaturową prywatyzacją, zwolnieniami pracowników, przejęciami akcji przez kolejne podmioty oraz niejasnościami przy wycenie akcji dla pracowników2. Nie zmienia to jednak faktu, że po tych wszystkich zawirowaniach zlokalizowane w Polsce zakłady koncernu MAN są dziś największym w kraju producentem i eksporterem autobusów – w 2012 r. MAN wyprodukował w Polsce 1343 pojazdy3. Przedstawiciele koncernu dodatkowo informują, że w Starachowicach działa jako jedna z nielicznych w Europie linia do zabezpieczeń antykorozyjnych metodą kataforezy – za sprawą tej technologii w Polsce powstają również szkielety pojazdów montowanych w Niemczech4.

Do czołowych producentów autobusów na terenie Polski należą również inne zagraniczne koncerny. Volvo w 2012 r. wyprodukowało w swojej wrocławskiej fabryce 699 pojazdów. Scania w Słupsku zmontowała 341 autobusów5.

Drugie miejsce w polskim rankingu produkcji autobusów zajmuje firma Solaris Bus&Coach, która w 2012 r. pod polską marką Solaris wyprodukowała 939 pojazdów. Historia tej firmy różni się od dziejów innych przedsiębiorstw przemysłowych, które upadały jak Jelcz albo jak Autosan traciły pozycję lub też były przejmowane przez zagraniczne koncerny, co wiązało się z utratą miejscowej marki i tradycji. Solaris dość nietypowo wywodzi się z powstałej w 1994 r. spółki Neoplan Polska, która zajmowała się sprzedażą, a następnie montowaniem przeznaczonych na polski rynek autobusów niemieckiej firmy Neoplan. W 1999 r. spółka Neoplan Polska – od początku należąca do małżeństwa Krzysztofa i Solange Olszewskich – zaprezentowała autobus Solaris Urbino, zaprojektowany przez polskich inżynierów. We wrześniu 2001 r. spółka – całkowicie już skupiając się na produkcji własnych projektów – zmieniła nazwę na Solaris Bus&Coach6. I tak świat zaczęły zdobywać autobusy produkowane nie tylko w Polsce, ale również pod polską marką.

Pojazdy marki Solaris poza Polską jeżdżą m.in. w Austrii, Bułgarii, Czechach, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, na Litwie, Łotwie, Malcie, w Niemczech (za Odrą co dziesiąty autobus miejski to Solaris), Norwegii, Portugalii, Rosji, Rumunii, Serbii, na Słowacji, w Szwajcarii, Szwecji, na Węgrzech, we Włoszech i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Można więc powiedzieć, że Solaris powoli zaczyna przejmować dawną międzykontynentalną pozycję węgierskiego Ikarusa i to bez „wsparcia” w postaci antyrynkowych porozumień narzucanych przez RWPG.

Od 2001 r. Solaris produkuje trolejbusy Solaris Trollino, od 2006 r. autobusy hybrydowe, od 2009 r. tramwaje Solaris Tramino, a od 2011 r. autobusy elektryczne7. Firma posiada zakłady w podpoznańskim Bolechowie i w Środzie Wielkopolskiej oraz montażownię w Poznaniu.

Jazda na skraj przepaści. I z powrotem

Na polski przemysł autobusowy składają się również mniejsze przedsiębiorstwa. Solbus z Solca Kujawskiego specjalizował się przede wszystkim w produkcji autobusów dla przewoźników PKS. Jak jednak czytamy na stronie internetowej firmy, ostatnie lata kryzysu gospodarczego przyniosły nieomal całkowity zanik rynku nowych autobusów międzymiastowych w Polsce. Solbus w odpowiedzi na zmiany rynku skoncentrował się na rozwoju autobusów miejskich. Klientami firmy z Solca Kujawskiego są głównie zakłady komunikacji miejskiej z ośrodków średniej wielkości, takich jak Biała Podlaska, Jaworzno, Krotoszyn czy Puławy. W 2011 r. Solbusowi udało się wygrać przetarg na dostawę 20 autobusów dla Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie, które zwykle zawierają kontrakty z liderami rynku: Solarisem lub koncernem MAN. Obecnie Solbus skupia się na rozwoju produkcji autobusów napędzanych gazem ziemnym8.

Firma Solbus powstała w 2001 r. na bazie upadających Kujawskich Zakładów Naprawy Samochodów i zajmowała się licencyjną produkcją autobusów na podstawie umowy z czeskimi zakładami SOR Libchavy. W 2003 r. zakłady zbankrutowały, a ich majątek został wykupiony przez prywatnego przedsiębiorcę, który wznowił działalność, a następnie zaczął rozwijać produkcję własnych konstrukcji. W 2006 r. czeski SOR wypowiedział umowę licencyjną Solbusowi, zarzucając mu, że wykorzystuje czeskie rozwiązanie w autobusach własnego projektu. W 2010 r. doszło do upadłości Fabryki Autobusów Solbus, wywołanej spadkiem sprzedaży autobusów międzymiastowych przedsiębiorstwom PKS. W 2012 r. Solbusowi udało się zawrzeć układ z wierzycielami, dający cztery lata na uregulowanie zobowiązań, dzięki czemu firma nadal działa.

Wynikom Solbusa daleko do wielkości produkcji największych polskich graczy – liczba autobusów produkowanych w soleckiej fabryce nigdy w kilkunastoletniej historii nie przekroczyła 150 sztuk rocznie.

Pełna zakrętów historia tej firmy pokazuje, jak trudnym rynkiem dla producentów autobusów jest Polska. Uderzające są problemy Solbusa z nagłym zanikiem sprzedaży pojazdów przedsiębiorstwom PKS, które – upadając, tnąc połączenia lub kupując używane autobusy z zagranicy – de facto doprowadziły polskiego producenta na skraj przepaści. Ta sytuacja stanowi symptom występującego w Polsce paradoksu – nasz kraj jest istotnym producentem taboru komunikacji zbiorowej, komunikacji, która jednocześnie poza największymi miastami upada.

Według danych Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji liczba kilometrów realizowanych przez przewoźników PKS od 1990 do 2010 r. spadła o prawie połowę: z 1 mld 348 mln do 716 mln. Do wielu miejscowości komunikacja publiczna w ogóle przestała docierać, plagą w rozkładach jazdy jest termin „kursuje tylko w dni nauki szkolnej”, co oznacza, że z wielu rejonów ostatni autobus odjeżdża pod koniec czerwca, a następny pojawia się dopiero na początku września.

Różne koleje dawnych potęg

Podobne problemy tyczą się transportu kolejowego, który w Polsce ulega atrofii. Sieć kolejowa od 1990 do 2010 r. skróciła się o jedną czwartą, z 26,2 tys. km do 19,7 tys. km. Wiązało się to z odcięciem wielu miejscowości i całych regionów od połączeń kolejowych i w efekcie z dramatycznym spadkiem liczby podróżnych. Wbrew sugestiom niektórych ekspertów spadek ten nie był elementem światowego trendu – gdy w Polsce liczba pasażerów korzystających z kolei spadła z około miliarda do niespełna 300 mln rocznie, to m.in. w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i we Włoszech istotnie wzrosła9.

Dzięki temu, że trend atrofii kolei nie jest ogólnoświatowy, zmiany w przemyśle produkującym tabor kolejowy nie postępowały równolegle do typowej dla Polski marginalizacji komunikacji kolejowej. Część zakładów przez minionych kilkanaście lat rozwinęła się i istotnie rozszerzyła działalność. Jednocześnie jednak tradycyjne fabryki – przed przełomem lat 80. i 90. produkujące tysiące sztuk taboru – stały się oddziałami światowych koncernów, nieco zmieniając charakter działalności.

Tak potoczyła się np. historia wrocławskiego Pafawagu. Zakład był w czasach PRL zasadniczym dostawcą lokomotyw i elektrycznych zespołów trakcyjnych dla polskiej kolei – może pochwalić się m.in. wyprodukowaniem prawie 1,5 tys. pociągów elektrycznych serii EN57, które do dziś stanowią podstawowy typ taboru polskich przewoźników kolejowych w ruchu regionalnym. Z Wrocławia pochodzi również ponad 1 tys. lokomotyw towarowych ET22 czy opracowana w latach 80. seria elektrowozów EP09, będących pierwszymi polskimi lokomotywami osiągającymi prędkość 160 km/h, które do dziś ciągną składy ekspresowe na głównych trasach. W 1997 r. Pafawag został przejęty przez firmę ADtranz – produkującą tabor kolejowy spółkę międzynarodowych koncernów ABB i Daimler. W ramach kolejnych światowych przetasowań ADtranz został przejęty przez kanadyjski koncern Bombardier Transportation. Dziś wrocławskie zakłady, będąc częścią tej firmy, sprowadzone są do roli podwykonawcy w ramach międzynarodowego łańcucha produkcyjnego.

Podobny scenariusz dotyczy zakładów Konstal w Chorzowie. Przez całe dekady był on monopolistą w produkcji tramwajów dla wszystkich polskich miast. Co ciekawe, ograniczony był porozumieniami RWPG, które do produkcji tramwajów wyznaczyły Czechosłowację, przez co chorzowska fabryka nie mogła eksportować taboru do innych krajów „demokracji ludowej”. Konstal – podobnie jak Pafawag – w 1997 r. został przejęty przez zagraniczny koncern: francuski Alstom. I podobnie jak w przypadku Pafawagu, chorzowskie zakłady stały się elementem międzynarodowych łańcuchów produkcyjnych.

Gorzej w nowej rzeczywistości gospodarczej potoczyła się historia kolejnego z tradycyjnych producentów taboru kolejowego – chrzanowskiego Fabloku, który powstał w 1919 r. pod nazwą Pierwsza Fabryka Lokomotyw w Polsce. Fablok produkował parowozy, a od lat 60. wyspecjalizował się w produkcji lokomotyw spalinowych. W ostatnich dekadach w fabryce przeprowadzano modernizację lokomotyw i budowę konstrukcji stalowych. Zleceń było jednak zbyt mało jak na dawne moce zakładów – w 2013 r. ogłoszona została upadłość przedsiębiorstwa.

Z potężnych poznańskich zakładów mechanicznych Cegielskiego w latach 90. wydzieliła się firma H. Cegielski – Fabryka Pojazdów Szynowych, która po dziś dzień zajmuje się produkcją oraz modernizacją wagonów kolejowych i tramwajowych.

Zakłady do naprawy

Specyfiką polskiego przemysłu jest rozszerzanie działalności o produkcję nowego taboru przez zakłady, które przez dekady zajmowały się wyłącznie naprawami pojazdów kolejowych. Charakterystyczne jest to, że w ciągu kilkunastu lat stały się one producentami uznanymi nie tylko w Polsce.

W 2001 r. Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego w Bydgoszczy przekształciły się w firmę PESA (Pojazdy Szynowe Bydgoszcz SA). Moment zmiany nazwy zbiegł się z wyprodukowaniem przez fabrykę pierwszego autobusu szynowego. Zmiana nazwy symbolizowała zmianę profilu działalności przedsiębiorstwa, które z zakładu naprawiającego wagony i lokomotywy przekształciło się w fabrykę pociągów i tramwajów, dodatkowo modernizującą tabor. Bydgoskie zakłady postanowiły wykorzystać zmianę przepisów obligującą samorządy województw do przeznaczania 10% dofinansowania do kolejowych przewozów regionalnych na zakup taboru. Do przewidzenia było, że samorządy skupią się na nabywaniu mniejszych pojazdów – autobusów szynowych, które nie tylko wiążą się z mniejszym jednorazowym wydatkiem, ale których na polskiej kolei bardzo brakowało. Po przekazaniu pierwszego takiego srodka lokomocji województwu kujawsko-pomorskiemu PESA rozwijała tego typu pojazdy, ale również stopniowo rozszerzała ofertę i dziś produkuje także pociągi elektryczne, tramwaje oraz modernizuje tabor kolejowy.

Po kolejnych przekształceniach bydgoskie zakłady stały się spółką menedżerską, co oznacza, że udziały w przedsiębiorstwie należą do kadry kierowniczej. Dzięki takiemu układowi właścicielskiemu kierownictwo zakładu nie stanowi jedynie grupy zarządców do wynajęcia, lecz w rozwoju firmy ma swój interes, również w perspektywie wieloletniej.

PESA dostarcza autobusy szynowe i elektryczne zespoły trakcyjne dla polskich województw. Niskopodłogowe tramwaje wyprodukowane przez te zakłady jeżdżą po Bydgoszczy, Częstochowie, Elblągu, Gdańsku, Łodzi, Szczecinie i Warszawie (do stolicy PESA dostarczyła aż 200 tramwajów). Jednocześnie bydgoski producent zdobywa rynki zagraniczne, dostarczając pociągi spalinowe dla przewoźników w Czechach, na Ukrainie oraz we Włoszech. We wrześniu 2012 r. PESA podpisała umowę ramową na dostawę 190 pociągów spalinowych kolejom niemieckim Deutsche Bahn. Tramwaje wyprodukowane w Bydgoszczy wożą mieszkańców Segedynu na Węgrzech. Kolejne umowy podpisano z Sofią, Kaliningradem, Moskwą i rumuńskim Klużem10.

Również nowosądecki Newag powstał z przekształcenia miejscowych zakładów naprawczych taboru kolejowego w 2005 r. Zakłady rozszerzyły działalność po wykupieniu ich przez prywatnego inwestora Zbigniewa Jakubasa, występującego na liście najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. Może z koleją nie jest jeszcze tak źle – tak komentowane było wykupienie zakładów naprawy wagonów przez miliardera. Głównymi produktami Newagu są autobusy szynowe oraz elektryczne zespoły trakcyjne Impuls. Jeden ze składów Impuls podczas jazd próbnych osiągnął prędkość 211 km/h. W Newagu powstał także prototyp tramwaju Nevelo. Ponadto nowosądecki zakład wspólnie z koncernem Siemens wygrał przetarg na dostawę 35 składów dla drugiej linii metra w Warszawie. Montaż 25 składów zostanie zrealizowany w Nowym Sączu.

Za rozwojem tych dwóch polskich firm produkujących pojazdy szynowe poszły dalsze przekształcenia w branży: PESA wykupiła większościowy pakiet udziałów w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Mińsku Mazowieckim, a Newag przejął gliwickie Zakłady Naprawcze Lokomotyw Elektrycznych.

Fabryki kontra montownie

Polscy producenci autobusów, tramwajów oraz pociągów podkreślają, że same krajowe zamówienia nie zapewniłyby im przetrwania. Pobudza to ekspansję eksportową: Nie mamy wyjścia, bo krajowy rynek jest mały. Nie jesteśmy w stanie się na nim utrzymać – mówił tygodnikowi „Uważam Rze” Zbigniew Palenica, członek zarządu Solaris Bus&Coach11. Jednak pokazuje to także, że polski przemysł ma się lepiej niż transport publiczny w Polsce.

Szczególnie uderzające w tej sytuacji są takie przypadki jak przetarg na 20 pociągów do połączeń dalekobieżnych, który wygrany został przez francuski koncern Alstom – warunki zamówienia zostały bowiem tak podyktowane, że polscy producenci nie mogli przystąpić do udziału w postępowaniu przetargowym. Kolejny przypadek to stworzenie przez PKP Cargo oraz chińskie przedsiębiorstwo CNR Jinan Railway Vehicles Equipment spółki w celu taniej produkcji wagonów towarowych – tylko po to, by po kilkunastu miesiącach podpisywania listów intencyjnych i kolejnych analiz ostatecznie okazało się, że z kooperacji nic nie wyjdzie.

Medialne doniesienia na temat osiągnięć polskich fabryk produkujących środki transportu publicznego oraz rzeczywistość tego transportu, zwłaszcza regionalnego i lokalnego poza dużymi miastami, wyglądają, jakby pochodziły z dwóch zupełnie innych światów.

Z jednej strony PESA chwali się ogromnym kontraktem na dostawę pociągów do przewozów lokalnych na liniach niezelektryfikowanych w Niemczech, z drugiej – w Polsce w tym samym czasie kierownictwo Grupy PKP ogłasza kolejne plany „optymalizacji” sieci kolejowej, wymierzone właśnie w linie niezelektryfikowane jako najbardziej ponoć pozbawione sensu dalszej obsługi.

Z jednej strony Solaris stworzył model niewielkiego, lecz silnego autobusu Alpino dla obsługi lokalnych linii w górskich regionach Austrii i Szwajcarii, a także chwali się rosnącym popytem po wprowadzeniu do oferty autobusu międzymiastowego InterUrbino. Z drugiej – polscy przewoźnicy PKS wciąż likwidują połączenia, nierzadko zupełnie odcinając od transportu publicznego całe miejscowości, wstrzymując jednocześnie zakupy nowych pojazdów.

Ta rozbieżność między dobrą kondycją przemysłu produkującego środki transportu publicznego a słabym stanem samego transportu pokazuje, że Polska zaczyna coraz bardziej odstawać od europejskich państw pod względem mobilności niezależnej od samochodu. W Polsce to wciąż przemysł samochodowy i infrastruktura w postaci autostrad uznawane są za gospodarczą rację stanu. Tymczasem rola Polski w przemyśle motoryzacyjnym już dawno została sprowadzona wyłącznie do montowni pojazdów zagranicznych marek według projektów powstających w innych krajach. Równocześnie po całym świecie jeżdżą autobusy, tramwaje oraz pociągi nie tylko w Polsce i pod polskimi markami produkowane, ale również wychodzące spod ręki polskich inżynierów i projektantów. Dlatego w Polsce patriotyzmem gospodarczym nie jest rozliczanie polityków z kilometrów zbudowanych autostrad, lecz podróż nowoczesnym tramwajem.

Przypisy:

  1. Zob. http://www.igkm.pl/site/tabor,autobusy,IKARUS.html, dostęp 18.08.2013.
  2. Zob. J. Seweryn, Historia pewnej fabryki, http://www.solidarnosc.starachowice.pl/?kategoria=historiapf, dostęp 19.08.2013.
  3. Zob. A. Kierecki, Produkcja autobusów w Polsce w 2012 roku, http://infobus.pl/text.php?id=53232, dostęp 18.08.2013.
  4. Zob. M. Sztandera, MAN znów wybrał Starachowice, http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,10209372,MAN_znow_wybral_Starachowice.html, dostęp 19.08.2013.
  5. Zob. A. Kierecki, op. cit.
  6. Zob. http://www.solarisbus.com/firm/#goTo|firm_scene11, dostęp 18.08.2013.
  7. Zob. ibid.
  8. Zob. http://www.solbus.com.pl/, dostęp 19.08.2013.
  9. Zob. K. Trammer, Ekspert zoptymalizowany, „Z Biegiem Szyn” nr 2 (64), marzec-kwiecień 2013 http://www.zbs.net.pl/zbs64.pdf
  10. Zob. http://pesa.pl/o-firmie/wspolczesnosc?showall=&start=1, dostęp 21.08.2013.
  11. Zob. R. Przybylski, Dobre, bo polskie, „Uważam Rze” nr 32–33 (132–133)/2013.